WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Wspomnienia prużańskie – Andrzej Święciński

Posted by tadeo w dniu 26 lipca 2011


Dom jest nieodstępnym towarzyszem człowieka, z którym się rozdziela wszystkie chwile.

W dzień, w nocy, w chorobie czy zdrowiu, w smutkach czy radości on zawsze jest z nami
(E. Felińska, Pamiętnik z życia, t. II, seria 2, Wilno 1859 – 1960, s. 230)

   Ród Czarnockich wywodził się z Wołynia. Była to stara rodzina szlachecka herbu Lis-Bzura, po powstaniach żyjąca w niełatwej sytuacji finansowej. W rejon Prużany zawitała dzięki mojemu pradziadowi Lucjanowi Bolesławowi (ok. 1848–13 VI 1905), który po ukończeniu polskiej, wysoko cenionej jako ośrodek naukowy, Wyższej Szkoły Rolniczej w Dublanach koło Lwowa zarządzał majątkiem Białosowszczyzna. Ożenił się z właścicielką Białosowszczyzny – p. Borowską, z którą miał trójkę dzieci – najstarszy Józef (ok. 1875 – ok. 1940) – mój dziadek, ukończył Instytut Górniczy w Petersburgu. Dziadek ożenił się z Raisą (Reginą) Terentiew, Rosjanką, której rodzice posiadali w Petersburgu zakłady włókiennicze i tkalnie. Dziadkowie mieli pięcioro dzieci:

• Zofię, zm. w 1915 r. w Moskwie
• Eugenię (6 XII 1900 w Petersburgu, zm. 13 IX
1975 r.) – moja mama
• Stanisława (2 IX 1902 r. w Dąbrowie Górniczej – ok.
1940 r.)
• Wiktora (7 VIII 1905 w Dąbrowie Górniczej – 24 I
1984 r.)
• Olgę (14 VII 1914 w Prużanie).

   Dziadek po śmierci swego ojca wraz z bratem Michałem zdecydowali się nie rozdzielać majątku, więc na Białosowszczyżnie (z folwarkiem Czadziel) pozostał właścicielem od 1907 r. Michał, a dziadek w Bogusławcach. Następnie dziadek kupił pięknie położony majątek Zasimowicze, Karolin i Oberżę. Zasimowicze przeznaczył dla swej najstarszej córki Eugenii (mojej mamy), Bogusławce otrzymał Stanisław, Oberżę pozostawił dla Wiktora, a Karolin dla Olgi. Kletyszcze (koło Kobrynia) rozparcelował. Po bezpotomnej śmierci Michała połowa Białosowszczyzny powróciła do dzieci mojego dziadka.

   Zbliża się I wojna światowa. Ewakuowane są urzędy wraz z pracownikami w głąb Rosji (tak stanie się też z rodziną mojego ojca ewakuowaną do Moskwy, front postępuje dość szybko, dziadkowie decydują, że babcia z dziećmi pojedzie do swej rodziny w Moskwie, dziadek pozostanie w Zasimowiczach. I tak nieznana mi ciotka Zosia i mama uczęszczają do polskiej szkoły w Moskwie, Zosia umiera w 1915 r. na dyfteryt. Do Prużany wracają około 1917 r. Mama, entuzjastka skautingu, zakłada pierwsze w Prużanie drużyny harcerskie. Maturę zdaje w 1918 r. w Warszawie na pensji pań Kowalczykówien i zostaje przyjęta na I rok studiów na Wydziale Rolnym Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. W dwa lata później podąży jej śladami brat Stanisław, kończąc ten sam wydział.

  W Warszawie mama poznaje swego przyszłego męża, studenta Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego Stefana Święcińskiego herbu Ogończyk-Powała. Po ukończeniu studiów, odebraniu dyplomów, zawierają – za zgodą obojga rodziców – związek małżeński w roku1926. Rodzice osiedlają się w pięknych Zasimowiczach, ojciec jako sędzia rozpoczyna pracę w Grodnie i dojeżdża do domu. Mama zajmuje się całym majątkiem, a więc uprawami, hodowlą. Młodej adeptce pomocą w prowadzeniu gospodarstwa służy dziadek, bo dziadkowie przez zimę mieszkają w Zasimowiczach, ale mój ukochany dziadek stale jest w rozjazdach, ponieważ rozległy majątek wymaga wiele uwagi i nadzoru, wprowadza nowe inwestycje, buduje cegielnię, młyn, gorzelnię (sprowadza nowoczesne urządzenia), a jednocześnie piastuje wiele funkcji społecznych.

   Nie szczędził swego czasu (dokładając serce, wyobraźnię) dla miasta Prużany i okolic. W swoim dworze prużańskim dał pomieszczenia dla Klubu Obywatelskiego, który powstał z zamysłu, by okoliczni ziemianie oraz inteligencja prużańska mogła spotykać się, utrzymywać kontakty i „organizować się”. Restaurację prowadził p. Tadeusz Baczyński, polecana była nawet przez autora „Przewodnika po Polesiu”, dr M. Marczaka (1935, s.104 – „restauracja ta jest najwięcej zalecana”). Klub istniał do października 1939 roku, gdy został zajęty przez sowietów.

   Dziadek był prezesem Koła Ziemian Powiatu Prużańskiego aż do 1939 roku, jako inżynier wiele poczynił dla rozwoju społecznego i postępu technicznego miasta i powiatu, nawet budował drogi dojazdowe. Brał też zlecenia na roboty publiczne tym samym zapewniając w okresie kryzysu, wielu bezrobotnym dobrze płatną i pewną pracę. Miał też swoje słabości, bywał czasami roztargniony, nie mógł znaleźć okularów (które miał na nosie), czapki (którą trzymał w ręce), ale był powszechnie lubianym i szanowanym człowiekiem. Miał dobre serce, niedola lub bieda ludzi zawsze u niego znalazła finansowe lub materialne wsparcie (może nawet w nadmiarze). Swoim sumptem kształcił młodych, niezamożnych ludzi, pomagał wdowom i ubogim.

Z dziadkiem byłem bardzo związany, pamiętam jak podarował mi pierwsze dwupłozowe łyżwy, które zrobił nasz kowal, i nauczył mnie jeździć na stawie przy budynku prużańskiego starostwa. Na tym lodowisku jeździło wielu łyżwiarzy, ale na mnie największe wrażenie (miałem niecałe pięć lat) robiły piruety p. Czesława Tołoczki – świetnego łyżwiarza, jego umiejętności zachęcały mnie do naśladownictwa.

   Na szóste urodziny dziadziuś podarował mi kucyka, płową klaczkę, o niezwykłej cierpliwości, nazwaliśmy ją Pchełka. Jej gęsta grzywa bardzo mi pomagała, nie tylko w czasie jazdy; zanim podrosłem na tyle, że jednym susem mogłem skoczyć na jej grzbiet, to dosiadałem jej czepiając się grzywy. Pchełka bardzo mnie lubiła, na mój głos przybiegała do mnie, dotykała potrącając nosem, albo witała rżeniem, przynosiłem jej smakołyki. Na jej grzbiecie jeździłem na łąki, poznałem wiele dzieci ze wsi i z czworaków. Wiejskie dzieci pokazywały ptasie dziuple i kryjówki zwierząt, a jesienią piekliśmy kartofle (ich smak z przyprawą popiołu pamiętam do dzisiaj). Jednak najbardziej dumny byłem, że jeździłem wraz z rodzicami: mama na Karusi, tata na Siwce. Świetnym prezentem były też małe narty, ten rodzaj sportu odpowiadał mi bardzo, na nartach jeździłem do 81 roku życia. Byłem drobnym i chorowitym chłopcem (miałem astmę), dziadek chciał zapewne bym zmężniał i przebywał wiele na powietrzu.

   Najbardziej jednak przeżywałem opowieści dziadka w długie zimowe wieczory, w kręgu lampy naftowej snuły się opowieści o czasach minionych, biegły wspomnienia, oglądano pamiątki. Dziadek opowiadał czasem historie ze swego bogatego życia, jedna z nich dotyczyła Józefa Piłsudskiego, a właściwie krzyża pokrytego czarną emalią ze złotym paskiem, wizerunkiem orła, mieczami i napisem: Bojownikom Niepodległości. Zawieszony był na czarnej wstążce z czerwonymi pasami. O żałobie narodowej popowstańczej wiedziałem, biżuterię z czarną emalią widziałem, ale najbardziej frapowały mnie te miecze. Okazało się, że to mój dziadek odznaczony był przez samego Józefa Piłsudskiego.

  Dziadkowie mieszkali jeszcze wtedy w Petersburgu w okazałym domu na Wasiljewskiej Wyspie (Polacy nazywali ją Bazylówką) przy dziesiątej linii (liniami nazywano wszystkie ulice prostopadłe do Newy). Na parterze mieszkał generał – naczelny zwierzchnik policji petersburskiej, a na pierwszym piętrze inżynier górnictwa Józef Czarnocki z małżonką i dwójką dzieci.

   Historia ucieczki J. Piłsudskiego z więziennego szpitala jest szczegółowo opisana w wielu pracach, między innymi przez W. Poboga Malinowskiego w książce pt. „Józef Piłsudski 1867–1901…”, Warszawa 1935, od s. 350. Ucieczkę organizował Szulkiewicz z kilku członkami peresburskiego koła PPS (K. Demidowiczem, M. Chruszczyńskim, J. Czarnockim i K. i Z. Praussami). Za „najściślej zakonspirowane i najzupełniej pewne mieszkanie” uznano lokal, w którym mieszkał dziadek z rodziną. Tutaj zatrzymał się J. Piłsudski po ucieczce ze szpitala w dniu 14 maja 1901 roku. Dnia 16 maja dyrektor departamentu policji rozesłał listy gończe za uciekinierem. Dziadek też postanowił zmienić klimat i z rodziną wyjechał do Baku na Kaukazie, gdzie otrzymał pracę w swoim zawodzie.

   Odznaczenie, które mnie tak w dzieciństwie frapowało to Krzyż Niepodległości z Mieczami (wydano ich podobno tylko 150 sztuk). Krzyż Niepodległości zajmował w kolejności orderów i odznaczeń polskich miejsce przed Krzyżem Oficerskim Odrodzenia Polski.

   W końcu 1901 r. dziadkowie przenieśli się do Czeladzi w Zagłębiu Dąbrowskim (gdzie pracowali także inżynierowie po Instytucie Górnictwa w Petersburgu). Kopalnia węgla kamiennego „Saturn” była spółką o polskim kapitale, uchodziła za jedną z najnowocześniejszych. Miała też budowane od podstaw osiedle z budynkami mieszkalnymi (wielorodzinnymi) dla robotników (istnieją do dziś przy ul. 21 Listopada i Legionów) i o wysokim standardzie, kolonia urzędnicza (ul. Denhelów). Warto podkreślić fakt, że spółka ta – jako jedyna w Zagłębiu – chciała zrealizować ideę modnego w Europie „miasta idealnego” (i wśród finansistów byli poeci). Idea ta polegała na rewelacyjnym planie zabudowy osiedla – 1/6 terenu zajmowały budynki mieszkalne oraz socjalne (żłobki, Dom Ludowy), zaś 5/6 zielone tereny rekreacyjne (otwarte dla wszystkich pracowników: parki, ogrody i ogródki pracownicze, boiska). Z tą pracą zawodową dziadka w kopalni „Saturn” wiąże się inna opowieść, to historia stojącego w gabinecie na biurku srebrnego kałamarza. We wspomnianej kopalni wybuchł groźny pożar, nie udało się ugasić go, mimo niezwykłej ofiarności i odwagi górników. Jedynym ratunkiem było zatopienie kopalni. Kopalnię tą wkrótce odbudowano.

Czyny dziadka Zarząd Kopalni upamiętnił właśnie tym kałamarzem i zamieszczonym tam napisem:

   „Inż. Józefowi Czarnockiemu – Towarzystwo „Saturn” – na pamiątkę udziału w ratunku kopalni od pożaru, 3 maja 1902 r.”

   Kałamarz zachował się w rodzinie do dzisiaj i nadal podoba się dzieciom, bo z otwartej wśród skał węglowej sztolni – jak z tajemniczej groty – wyjeżdża po szynach, częściowo załadowany bryłami węgla czterokołowy wagonik. Obok, na torowisku stoi górnik ubrany w kubrak, długie spodnie wpuszczone w wysokie buty, głowę jego chroni kapelusz. W rękach – w zamachu unosi oskard; z boku na torach leży torba z długim paskiem i oparty o skałę młot do kruszenia brył węgla. Kompozycji dopełniają dwa srebrne kałamarze. Nad wszystkim unosi się postać kobieca – zapewne symbolizująca męstwo.

   Kiedy dziś przyglądam się moim dziadkom, to widzę jak niedocenioną przeze mnie rolę odgrywała babcia. Dziadek był stale w rozjazdach, babcia natomiast zawsze w zadbanym stroju, ładnie uczesana w każdej chwili gotowa była przyjąć niezapowiedzianych gości, których nie brakowało w Zasimowiczach. Pogodna, dobra, pamiętająca o wszystkich, ładnie pachniała wodą kolońską z nutą pomarańczy (a może to była „4711”). Pomagałem babci przy szyciu – kręciłem korbką maszyny. Babcia opowiadała mnie i później mojej siostrze Bognie bajki, baśnie, legendy, odbierałem je – jak to w czasie dzieciństwa – tak sugestywnie, że nieomal słyszałem tupot kopytek konika garbuska, jego rżenie, szukałem tajemnic kwiatu paproci, wypatrywałem lotu dzikich gęsi, układałem historie ołowianego żołnierzyka; ładnie grała i śpiewała.

   Lubiłem muzykowanie na domowych koncertach, gdzie babcia, mama, ciocia Olga, tata grali na fortepianie i skrzypcach, wieczory śpiewające, czy muzyczne odbywały się zwykle w niewielkim gronie. Chętnie śpiewano solo lub w duecie pieśni, dumki, uczyłem się wtedy różnych pieśni patriotycznych na przykład:

„Bywaj dziewczę zdrowe, ojczyzna mnie woła”
„W krwawym polu srebrne ptaszę
poszli w boje chłopcy nasze „
albo rzewne i smutne:
„Schowaj matko suknie moje, perły wieńce z róż
jasne szaty, świetne stroje, to nie dla mnie już”

   Nade wszystko kochałem śpiew mojej mamy, która miała piękny głos, śpiewała często z akompaniamentem fortepianu czy skrzypiec ojca. Najbardziej lubiliśmy z Bogną, gdy śpiewała tylko dla nas, albo czytała książeczki z biblioteki dziecięcej. Do dziś na pamięć znam np. „O Kubusiu łakomczuchu” (można spisać całe tomy jaki Kubuś był łakomy…) czy „Hani niejadce” (bałem się, że tak jak Hania – trzymając w ręku balonik pofrunę w przestworza) lub „Hipciu brudasku” (co za wrzaski, co za krzyki, jakby w puszczach Ameryki, czy to dziki wyjec wyje, nie, Hipciowi myją szyję…). Z jakimże wzruszeniem, po latach, oglądałem w bibliotece książek dziecięcych w Warszawie, te książki z tymi samymi ilustracjami. Te muzykujące wieczory nie tylko nas wzruszały, chłopcy z czworaków mówili: a jak tata Jędryka zacznie grać, to aż płakać się chce. Lubiłem przysłuchiwać się muzyce, zresztą nie tylko ja. Wszędobylskie psy też słuchały i oczywiście po psiemu – „śpiewały” razem z ciocią Olą. Ciocia zirytowana wołała „Budrys won”. Obmyśliłem figiel. Usiadłem na fotelu i naśladowałem „śpiew” Budrysa, a ciocia wołała Budrys won, ale nie przerywała grania. Wreszcie zaczęła poszukiwania psa, nie zorientowała się na szczęście, że wyjący „pies” miał tylko dwie nogi. Słuchaliśmy też muzyki odtwarzanej z płyt gramofonowych (patefon w tych czasach, był meblem), modnych piosenek czy arii operetkowych (mama była bardzo dumna, gdy jako czterolatek wybierałem i podawałem właściwą płytę, chociaż nie umiałem czytać). Do końca życia mamy regularnie chodziliśmy na koncerty do filharmonii, opery czy operetki.

   Radio też było świetną komunikacją ze światem, chętnie słuchano wybranych audycji, zbieraliśmy się, by słuchać nadawanych koncertów symfonicznych, a nawet transmisji z wyboru papieża Piusa XII (był wtedy radioodbiornik na baterie z zasuwaną żaluzją, która zsuwała się po wyłączeniu radia).

   Ogromnie popularną formą rozrywki towarzyskiej były amatorskie przedstawienia teatralne. Teatry zawodowe rzadko docierały do Prużany (po 1935 r. częściej), toteż spektakle teatru amatorskiego urastały do rangi wydarzenia artystycznego, ale i także stawały się atrakcją towarzyską. Ojciec mój grał rolę Kordiana, również występował w „Krakowiakach i góralach”. Sceny teatralne improwizowano najczęściej ze zbijanych desek, dekoracje były zapewne – na co dzień wyposażeniem salonów i saloników, natomiast stroje szyto według wyobraźni oraz talentu domowników. Zachowało się nawet zdjęcie „artysty” w stroju krakowskim. Teatr amatorski dawał przedstawienie w dużej sali kina Era przy ulicy 3-go Maja. Zapewne udane spektakle powtarzano może parę razy.

   Inną formą zabawy towarzyskiej było wystawianie żywych obrazów, chętnie sięgano po malarstwo polskie (np. Matejki) lub przedstawiano sceny z niezwykle popularnej Trylogii Henryka Sienkiewicza. Żywe obrazy jak i amatorskie przedstawienia teatralne inscenizowano najczęściej na cele dobroczynne.

   Popularne były też loterie fantowe. Organizowane były przy okazji różnych uroczystości zarówno świąt państwowych czy kościelnych, a nawet lubiano organizować je we dworach czy salonach miasta jako atrakcję np. balu czy kuligu. Zasobniejsza część społeczeństwa dawała przedmioty, które stanowiły fanty i te można było wykupić. Nie było pustych losów, pieniądze zebrane przekazywano na ubogich bądź na dobroczynność. Artylerii Lekkiej. Te dwie jednostki rywalizowały we władaniu szablą i lancą w czasie zawodów hippicznych (odbywało się to na terenach niezabudowanych przy wjeździe do Prużany). Oprócz defilady, zawodów, popisów wojskowych, śpiewał chór, grały orkiestry, był festyn. Sam festyn odbywał się już na ulicy 3-go Maja. Ojciec oddał mnie pod opiekę naszego zasimowickiego kowala, Siergieja Rokickiego. Na loterii wygraliśmy prosiaka, którego wymieniliśmy na strzelnicy za możliwość postrzelania (Siergiej), a dla mnie były łakocie (między innymi ogromna wata cukrowa na patyku). Jednak ta uroczystość była ważna i z innego powodu. Tego dnia mama urodziła w szpitalu moją siostrę Bognę. Po południu, rozradowany tata, zaprowadził mnie tam i pokazał siostrzyczkę, kiedy dobrnęliśmy do domu byłem tak potwornie zmęczony, że gdy chciano mnie umyć użyłem nieparlamentarnego słowa (do dziś żyje ten incydent sześciolatka w anegdotach rodziny).

   Jak przez mgłę przypominam sobie jeszcze uroczystości powiatowych dożynek w Prużanie. Znacznie lepiej pamiętam zasimowickie, z piękną żniwiarką Olgą Rokicką, śpiewających przed dworem dożynkowe pieśni i poczęstunek dla żniwiarzy i ich tańce. Rodzice też tańczyli oraz przybyli goście

Duże znaczenie miały też uroczystości domowe – rodzinne. Uroczyście obchodzono imieniny mojej mamy i ojca, dziadków. Organizowano spotkania, gdzie oprócz rodziny przyjeżdżali właściciele sąsiednich majątków. Domownicy przygotowywali wiele niespodzianek i prezentów dla solenizanta. Dzieci lub wnuki uczyły się stosownych powinszowań, przyozdabiano specjalnie krzesło, bukietami zdobiono salon i jadalnię, a wejście zielenią. Jarzyło się światło świec i lamp naftowych (w Zasimowiczach nie było elektryczności). Gości nie zapraszało się wszyscy sąsiedzi wiedzieli kiedy należało przybyć do solenizanta, zabierali zwyczajowo ze sobą również przybyłych doń gości czy krewnych. Bo w Polsce gościnność poczytywano „za przyjemność, rozkosz, potrzebę życia” pamiętając, że gość w dom – Bóg w dom (A. E. Kożmian, „Wspomnienia”). Jedzenia, by nakarmić nie brakowało, pomieszczeń by ugościć nie brakowało we dworach, a przybywający gość przywoził nowe wieści, był „gazetą i kroniką towarzyską”, zabawiał, uczył czegoś nowego. Uroczystość rozpoczynano późnym obiadem przechodzącym w kolację i całonocną zabawą (balem), gdzie w czasie przerwy panowie szli grać w karty, a panie poprawić stroje i odpocząć.

   W Prużanie były też organizowane bale w sali starostwa. Pamiętam rok 1937, kiedy to z okazji Święta Niepodległości – 11 Listopada przybyła cała „śmietanka” powiatu. W przeddzień przybyli do Prużany Czarnoccy z Bogusławiec (ciotka Irena i wuj Stanisław), z Grodna wuj Oleś i ciocia Muszka (z psem Ciapciusiem). Panie w pięknych sukniach balowych, panowie we frakach, perfumy, kwiaty, biżuteria, ruszali na bal.

   Rodzice moi lubili tańczyć razem, nawet te najmodniejsze wtedy, ale pielęgnowali tańce polskie, polonezy, kujawiaki, oberki, mazury. Na tymże balu do tańca przygrywała orkiestra 25 Pułku Ułanów Wielkopolskich z Koszarki, która przywiozła wraz z innymi instrumentami – bęben, który dostarczył pewnych emocji. Otóż ojciec z rozmachem tańcząc mazura uderzył nogą w bęben, tak, że pękła skóra. Orkiestra grała dalej, bęben zamilkł. Ojciec rachunek za naprawę instrumentu bezzwłocznie uregulował, ale długo opowiadano, jak dowcipną korespondencję adwokat z dowódcą prowadził.

Wróćmy do uroczystości domowych. Niezapomniane były święta Bożego Narodzenia i Wielkiejnocy. Okres świąt Bożego Narodzenia to chyba najrodzinniejsza część każdego roku jaką spędzałem zazwyczaj w Zasimowiczach. Pamiętam je dokładnie z lat dziecinnych, bowiem przygotowania trwały bardzo długo. Tuż po rozpoczęciu adwentu zjeżdżały zaproszone osoby i pod dozorem babci rozpoczynało się produkowanie choinkowych zabawek z kolorowych papierów i bibułek, słomy, wydmuszek, żołędzi dębowych, szyszek. I tak powstawały „kilometry” różnobarwnych łańcuchów, anioły z kartonu i sreberka, z wydmuszek pajacyki z bibułkową kryzą, jeżyki, pawie oczka, ludziki z żołędzi, szyszek, a z orzechów kulki malowane srebrną lub złotą farbą. Cacka, czyli bombki szklane o różnych kształtach i barwach czekały w specjalnych pudłach, od wielu lat zbierane, czasem docierały do wnuków. Cukierki w specjalnej folii, niezapomniane sople lodowe i maleńkie świeczki w lichtarzykach przypinanych do gałązek choinki – mama kupowała w sklepach Kucharskiego lub Grygorowicza, przy ul. 3-go Maja w Prużanie, papiery kolorowe u Jałowskiego (piśmienne materiały, ul. Pacewicza), książki w księgarni polskiej „Oświata” – ul. Pacewicza. Cukierki i owoce kandyzowane przyjeżdżały z gośćmi – jako prezenty (w pięknych drewnianych pudełkach często rzeźbionych lub kartonowych kołach. Ciastka i pierniczki pieczono wcześniej, małe, czerwone jabłuszka znoszono z przechowalni owoców. Choinkę ubierano wcześniej.

   Wieczerza Wigilijna była wielką uroczystością, celebrowaną zawsze według ustalonego tradycją rytuału. Na stole leżał biały obrus, pod nim rozłożone cienko sianko, które przypominało narodziny Chrystusa w ubogiej stajence, świąteczna porcelana, nakryć było zawsze więcej niż biesiadników w tym jedno dla spodziewanego wędrowca niebiańskiego (myślano tu raczej o naszych zmarłych). Biały opłatek i światło świec w kandelabrach stojących na stole tworzyło specjalny nastrój i dodawało chwili uroku. Rodzice wchodzili pierwsi z dziadziusiami, za nimi my, dzieci i wszyscy domownicy. Rodzice i dziadkowie dzielili się opłatkiem ze wszystkimi, także ze służbą, potem siadano do stołu. Potrawy z ryb, same ryby sandacze, karpie na różne sposoby i karaski w śmietanie, strugany chrzan, kutia, kompot z suszu, wspaniałe bakalie itp. Do kolacji wigilijnej żadnych alkoholi ani wódek nie podawano. Rodzice zawsze pierwsi wstawali od stołu dając tym znać, że wigilia jest skończona, przechodziliśmy do salonu, gdzie choinka sięgająca sufitu jarzyła się światłami. Wszyscyśmy stawali (także usługująca służba) śpiewając kolędy przy dźwiękach fortepianu, rozdawano prezenty. Potem dopiero podawano herbatę, ciasta, głównie strucle z makiem, znakomite pierniki i pierniczki oraz bakalie. Dla pracowników i czeladzi przygotowywano również prezenty, pieczono dla nich także ciasta, mięsa i wędliny. Rozdawano je wcześniej, by mogli zdążyć do swoich rodzin. Większość – jak myślę – była wyznania unickiego lub prawosławnego, ci ostatni obchodzili święta trzynaście dni później. Potem następowały przygotowania do wyjazdu na pasterkę, mróz srogi, skrzypiący śnieg, sanie, otulanie się futrami, wilczurami i jazda końmi (dzwonki przy uprzęży) do Prużany na mszę zw. Pasterską.

Zabaw sylwestrowych nie urządzano, chociaż Nowy Rok spędzano wesoło, tak samo święto Trzech Króli. U prawosławnych był zwyczaj święcenia wody w studniach, potem święcono krzyże wyrąbane w wodzie.

   Wielki Post na wsiach był bardzo rygorystycznie przestrzegany tzn. nie używano okrasy (słoniny), ani nabiału, tylko olej. Jadano postne żury z kartoflami, suszone bądź solone ryby i różnorakie kasze kraszone olejem. We dworach stosowano post według przepisów Kościoła katolickiego, które nie były tak drakońskie (np. używano nabiału), ale także „suszono” (to znaczy – nie używano słoniny jako omasty). Podczas Wielkiego Tygodnia jadano tylko raz dziennie, w Wielką Środę i Wielki Piątek wyłącznie suchy chleb i wodę, ale większość dorosłych nic nie jadła. Wiele modlono się, obchodzono Drogę Krzyżową i Gorzkie Żale, odbywano rekolekcje i obowiązkiem było odprawienie spowiedzi.

   Niewiele mogę powiedzieć o samych przygotowaniach do pieczenia bab, pamiętam formy do pieczenia, najczęściej były w kształcie walca, półmetrowej wysokości i piec chlebowy, gdzie je wsadzano. Pamiętam, że inaczej palono ogień, niż przy wypieku chleba. Piec miał z przodu sklepienie półkoliste, taki „ganek”, na którym rozpalano wyłącznie drewno i gdy sklepienie się nagrzało wtedy wkładano formy z ciastem babkowym. Wiele rozprawiano o udanych i nieudanych babkach, o sposobie wyjmowania ich z formy, by nie usiadły. Wiem, że układano je na poduszkach, kołysano delikatnie, studzono. Współczesne ciasta nie mają nic wspólnego ze smakiem tamtych ciast, nawet mazurki które wówczas były nie lada przysmakiem.

   Stół wielkanocny, we dworach święcił ksiądz, gdy jechał drogą, na początku wsi stawano z koszami, zatrzymywał się i święcił pokarm lub oczekiwano go na dziedzińcu kościelnym. Stół, oprócz ciast i mazurków,

zastawiony był mięsiwem i dużą ilością jaj gotowanych na twardo (pięknie zdobionych) i zimnymi sosami. Śniadanie jedzono pierwszego dnia – zwykle koło południa (czasami odpoczywano po rezurekcji). Wtedy dopiero krojono ciasta i wędliny (nie było w zwyczaju stawiać na święcone jedzenia pokrojonego).

   Rok 1938 był dla wszystkich Polaków najbardziej radosnym rokiem w niepodległej Polsce. Obfitował on w różne wydarzenia, które podnosiły dumę narodową. Jedną z nich był powrót do Polski relikwii św. Andrzeja Boboli, co szczególnie cieszyło mieszkańców Polesia, gdzie św. Andrzej prowadził działalność misyjną i poniósł śmierć męczeńską. W owym czasie chodziłem do siedmiooddziałowej szkoły powszechnej, na ul. Butkiewicza, gdzie w ciągu dwóch lat skończyłem 4, 5 i 6 klasę. Szkoła na początku roku szkolnego zorganizowała pielgrzymkę do stolicy. Głównymi opiekunami tej wycieczki byli prof. Janina Pisanko i prof. Jerzy Rossołowski, ustalając koszty po cenach minimalnych. Dla wyróżnionych uczniów na konkursach szkolnych wyjazd był nagrodą i nie ponosili kosztów wojażu. Pamiętam te prace:

1. za ciekawe opracowanie o dawnych czasach mieszkańców regionu pużańskiego

2. z robót ręcznych było dwóch laureatów: – za wykonanie makiety okrętu wojennego „Wicher” (w korze topoli) – za makietę młyna – wiatraka stojącego przy Chwatce (z zapałek). Stanowiliśmy jedną zgraną grupę uczniów (chłopcy i dziewczyny). Wśród nas oprócz Polaków, byli Białorusini i Żydzi, nie było antagonizmów wyznaniowych, ani narodowych. Wyjazd z Prużany nastąpił rano w sobotę, kolejką wąskotorową do Orańczyc. Po drodze mijaliśmy koszary 20 Pułku Artylerii Lekkiej i 25 Puku Ułanów Wielkopolskich. Do Warszawy, na dworzec główny przybyliśmy po południu, zakwaterowano nas w koszarach. Udostępniono nam sale gimnastyczne, kantyny i sypialnie (w tym czasie pułk był na manewrach).

   Wśród nas przygotowano grupę artystyczną, w ludowych strojach poleskich: koszula i spodnie lniane, wyszywane na nogawkach, łapcie z łyka (postoły), dziewczęta w barwnych spódnicach i bluzkach z haftem, na głowie wianki. Ta grupa spotkała przy Grobie Nieznanego Żołnierza Felicjana Składkowskiego, obdarowana słodyczami uzyskała pozwolenie na wjazd windą na dach drapacza chmur (dziś mieści się tu Hotel Warszawa) skąd przy bezchmurnym niebie oglądała stolicę. Pozostałą grupę, ubraną w mundurki harcerskie zabrano na dach poczty (która była drugim wieżowcem co do wysokości), a potem na spotkanie z marszałkiem Edwardem Rydzem Śmigłym w Alejach Ujazdowskim przed Ministerstwem Sił Zbrojnych RP. Staliśmy w dwuszeregu wzdłuż ulicy. Marszałek przechodził obok nas z buławą zatrzymując się czasem, by zamienić parę zdań z druhną lub harcerzem.

   Cały tygodniowy pobyt wypełniło zwiedzanie miasta. Nie będę opisywał co zwiedzaliśmy, bo to dziś jest znane. Dla wszystkich niezapomnianym przeżyciem była komunikacja miejska. Jazda tramwajem była szczególnie piękna wieczorem, gdy widziało się tętniące życiem miasto w blaskach neonów.

   Wielkim przeżyciem dla nas była możliwość zobaczenia relikwii św. Andrzeja Boboli, które kilka miesięcy temu przybyły do Polski, klęcząc długo modliliśmy się gorliwie, dziękując za jego obecność, prosząc jednocześnie, by orędował u Pana Boga za niepodległą Polską. Na zakończenie odśpiewaliśmy pieśń „Boże coś Polskę”.

   W tym miejscu chciałbym wspomnieć jeszcze jedną historię związaną ze szkołą, a raczej z kolegami. Rodzice moi zaprosili kolegów do Zasimowicz na jazdę konną. Ekipa siedmiu jeźdźców przybyła na rowerach. Na konie przesiedli się Czesiek Misztalski, Zbyszek Berezowski, Kazik Raube, Jurek Chwostowski, Władek Najbicz, Jaś Zaniewski i ja (na dużym ogierze bez siodła). Drogę znaliśmy wszyscy – tak nam się zdawało, więc postanowiliśmy pokazać się w Prużanie, dosyć długo tam marudziliśmy, zrobiło się późno więc nie wracaliśmy już przez Chwatkę, ale na przełaj przez błota karolińskie, w których trochę ugrzęźliśmy i kiedy zbliżaliśmy się galopem do domu – raptem „skończył” mi się koń, spadłem na plecy, nie mogłem złapać tchu. Jak się pozbierałem- tego nie pamiętam, przeraziłem się dopiero wtedy, gdy straciłem pamięć. Rodzice zorientowali się, że mam kłopoty, gdy pytałem mamy o datę dnia i rok. Wezwany dr Ilnicki stwierdził wstrząs mózgu. Do szkoły wróciłem dość prędko; spotkań z kolegami było jeszcze wiele i nie wiem czy byliśmy rozsądniejsi.

   Poczucie wspólnoty obywatelskiej, ale i szacunku do drugiego człowieka powodowało, że nie tylko ziemianie, czy inteligencja, czuli się odpowiedzialni za wspieranie rodzącej się młodej Polski. Nie tylko ofiarowywali swe życie w czasie wojny, ale także rozumieli interes państwa, oni autentycznie byli dumni, że po tylu latach niewoli Ojczyzna, kiedyś utracona, zmartwychwstała…

   W latach trzydziestych Polska uznaje konieczność unowocześnienia armii również przez budowę samolotów i lotnisk. Podjęte decyzje o budowie zamaskowanych lądowisk dla wojskowych lotnisk w rejonie Białej Podlaskiej zaczynają powoli dotyczyć nas samych (choć o tym jeszcze nie wiemy).

   Po rozpoznaniu terenów przez kartografów zaproponowano rodzicom rozważenie projektu budowy lotniska polowego w Zasimowiczach. Przyjęcie propozycji było trudne, bowiem wymagało przestrojenia gospodarstwa rolnego na hodowlane; grunty orne w większości miały stać się pastwiskami z dużym zapleczem dla sprzętu budowlanego i drogowego. Podstawą hodowli miały być rasowe owce. Umowa z państwem polskim obejmowała:

po stronie rodziców
– grunty orne (w uzgodnionej części) zamienione zostają
na pastwiska
– budują, bądź adoptują pomieszczenia dla owiec
(owczarnie) – docelowo 150 sztuk
– prowadzą ich hodowlę
– tereny pozostają nadal własnością rodziców;
państwo
– niweluje teren pod przyszłe lotnisko
– zapewnia dostawę owiec rasy merynos

– daje pieniądze na zagospodarowanie gruntu i rekompensatę za likwidację gruntów ornych

– sprawdza stan utrzymania gotowości lotniska.

   Ostatnia partia owiec przyjechała w 1939 roku, pamiętam krętorogiego ogromnego barana, który „wysiadał” z pociągu, dumnie potrząsał łbem, porykiwał. Zastanawiałem się dlaczego na lotnisku owce. Wyjaśnienie jest proste, owce nie wymagają specjalnej paszy, od wczesnej wiosny do późnej jesieni pasą się na łąkach lotniska i jednocześnie ubijają teren kopytkami. To znaczy, że nie niszczą utwardzonego terenu.

   Z lotniska polowego nie skorzystała Polska. Po zdradzieckim najeździe w dniu 17 września 1939 r Armia Czerwona wyrzuciła właścicieli z majątku, a z lotniska powstał później „wojenny garadok Zasimowicze”, który istniał do końca dwudziestego wieku. Kiedy przyjechałem do Prużany w 1996 roku widziałem jeszcze startujące helikoptery, w 2010 była już cisza. Zostały tylko poranione lipy z alei parkowej. Nigdy nie widziałem tak zniszczonych prawie dwustuletnich drzew, a przede wszystkim ich koron i nigdy nie spotkałem tak zdewastowanego parku, ogrodów i sadu. Stojąc na niemal niewidocznych fundamentach dworu (bo tyle z niego zostało) – widząc te „rozstrzelane” drzewa – z trudem przywołałem moje rozdygotane serce do porządku.

   Zbliża się II wojna światowa, najwyższy czas powrócić do historii mojego ojca. Kiedy rodzice pobrali się ojciec rozpoczyna pracę jako sędzia śledczy w Grodnie, ale dla młodego małżeństwa uciążliwe są te dojazdy,

więc zakłada kancelarię adwokacką w Prużanie. Kancelaria mieści się w bocznym skrzydle prużańskiego dworu. Pamiętam nasze przyjazdy (z odległych o 6 km Zasimowicz) do tego domu, jak wjeżdżaliśmy w ul. J. Piłsudskiego (dawniej 3Maja) i potem przez zadaszoną bramę – przed prawe, boczne skrzydło. Dwór w budowie typowy (jak każda siedziba szlachecka) – stał na podmurówce, miał otynkowane zewnętrzne ściany ozdobione oknami z okiennicami; wysoki, spadzisty dach kryty gontem i od strony podjazdu ozdobiony gankiem wspartym na czterech murowanych kolumnach. Po bokach miał dobudowane boczne skrzydła skierowane ku ogrodowi. Stał na dużej parceli wśród drzew (wiązy, graby, bzy, jarzębiny i czeremcha) obsadzonej od ulicy dorodnymi kasztanami. Przez całą parcelę do dworu prowadził drewniany trotuar co chroniło przed wszechobecnym błotem (takie drewniane trotuary – chodniki dla pieszych – na ulicach były w poleskich miasteczkach dość powszechne).

   W tymże domu – mieścił się, wcześniej wspomniany, Klub Obywatelski z restauracją zajmując ¾ głównego budynku i z lewą oficyną. Pozostała część wraz z prawą oficyną przeznaczona była dla rodziny i mieści ła kancelarię adwokacką ojca. Do dworu wchodziło się przez zadaszoną bramę, do której przymocowana była tabliczka z napisem: „Stefan Powała Święciński – adwokat. Kancelaria adwokacka czynna… ”.

   Ojciec prowadził wiele spraw, pomagał również tym, którzy nie mogli zapłacić, a potrzebowali porady prawnej. Tato lubił ludzi, miał z nimi dobry kontakt, odznaczał się – tak jak dziadek Józef – demokratycznymi

zasadami, każdego człowieka traktował jednakowo, nie miało znaczenia to czy ktoś był wieśniakiem, czy biednym żydem, czy człowiekiem na stanowisku.

   Od ojca uczyłem się patriotyzmu, nie musiał mi tego tłumaczyć, wystarczyło, że opowiadał jak walczył o Lwów (tu otrzymał stopień porucznika jako osiemnastolatek) w 1918 r, w wojnie bolszewickiej 1920 r bronił Warszawy oraz brał udział w 1921 r w powstaniu śląskim; i to, że widziałem kiedyś rany po kulach na jego ciele.

   Nieproszona zawierucha wojenna powoli zatacza swe kręgi. Dnia 11 marca 1939 roku, ojciec mój – jako porucznik rezerwy – otrzymał kartę mobilizacyjną, która stanowiła powołanie do wojska. Wyruszył do Baranowicz jako miejsca zbiórki, tam otrzymał przydział do wojskowego sądu polowego jako sędzia. Stacjonował w Mławie. W maju 1939 r zwolniono ojca na cywilną rozprawę, gdzie stawał jako adwokat (ale ubrany w mundur wojskowy). Było to w Brześciu nad Bugiem, mama pojechała na spotkanie z ojcem i zabrała również nas. Stąd pochodzą nasze ostatnie wspólne zdjęcia, właśnie ojca w mundurze, mamy i nas dzieci. Razem spędziliśmy piękne chwile, pamiętam rozmowy z rodzicami, a nawet obiad w restauracji i nocleg w hotelu.

   Ojca ponownie zobaczyłem dopiero we wrześniu 1939 r, a spotkaniu temu towarzyszyła wcześniejsza zapowiedź. Paroletnia Bogna już spała, był wieczór, wszyscy domownicy jeszcze czuwali, raptem Bogna powiedziała głośno: „tatulek przyjedzie”. W poniedziałek 11 września, jechaliśmy razem z mamą na rozpoczynające się pierwsze zajęcia szkolne – zdałem do I klasy gimnazjum im. Adama Mickiewicza (przy ul. Strażackiej w Prużanie). W okolicach Karolina (to był folwark dziadka) zobaczyliśmy furmankę, na której jechał żołnierz w mundurze polowym, spał. Poznaliśmy ojca, do szkoły już nie pojechaliśmy, wróciliśmy do Zasimowicz. Ojciec był tak ogromnie zmęczony, że tylko się umył, nie chciał jeść, zasnął, spał prawie dobę, nasze konie odwiozły ojca na miejsce zbiórki do Słonima. Opowiadał o walkach, przeprawach, bezpośrednich starciach, o bombardowaniu twierdzy w Brześciu nad Bugiem, gdzie został przysypany, tam też dostał rozkaz do ewakuacji do Słonima (ok. 40 km od Zasimowicz). następnych dniach przez Zasimowicze przewijało się bardzo wielu ludzi, ciągnęły wojska z taborami, kuchnią polową, które zgodnie z rozkazem Naczelnego Wodza dążyły do swoich punktów zgrupowań na Polesiu dla kontynuowania dalszej obrony kraju.

   O losach ojca nie wiele wiedzieliśmy, początkowo dochodziły wieści, że ktoś ojca widział w Kobryniu prowadzonego przez NKWD, ktoś inny, że widział go w letnim mundurze i rzucił mu kurtkę, bo było już chłodno. W początku października NKWD w Prużanie zapytało mamę, czy ma kontakt z ojcem; nie miała. Potem dotarła wiadomość, że NKWD zatrzymała ojca w Kobryniu, który powracał (po kapitulacji gen. Kleeberga) do domu. Z Kobrynia przewieziono ojca do Starobielska.

Pierwszy list (pocztówka) przyszedł z obozu jenieckiego ze Starobielska w końcu października 1939 roku.

Pisaliśmy do taty wielokrotnie – czy dostawał nasze listy – tego nie wiemy, bo przychodziły tylko krótkie informacje na pocztówkach (widocznie takie były reguły obozowe). Kiedy wyrzucono nas z majątku oraz ciocię Irenę z Bogusławiec i jednocześnie zabrano dwór w Prużanie, mama napisała do ojca, że wyjeżdża z dziećmi i ciocią Ireną do jej rodziców do Radomska koło Częstochowy. Ojciec przysłał telegram (11 marca 1940 r), w którym sugerował mamie, by zatrzymała się do końca wojny u jego matki w Udrzynie i by tam czekała na jego powrót po wojnie. Ojciec niewątpliwie miał świadomość jakie niebezpieczeństwo groziło mamie, gdy otrzymał (?) zakamuflowaną wiadomość o aresztowaniu przez NKWD ojca mamy i brata i nakazie opuszczenia majątku.

   Ostatni list – pocztówka pochodził z pierwszych dni kwietnia 1940 roku, który ojciec przesłał do swojej siostry Jadwigi – nauczycielki mieszkającej w Zarębach Kościelnych za Małkinią (czyli na terenach polskich włączonych do Rosji sowieckiej po napadzie 17 września w 1939 r.). Żadna inna korespondencja do nas nie dotarła.

Internowani przez Armię Czerwoną we wrześniu 1939 r żołnierze i oficerowie zostali osadzeni w obozach.

Żołnierzy na ogół kierowano do pracy umieszczając ich w łagrach, oficerów zaś zamknięto w obozach: Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku. Ojca – jak większość prawników – umieszczono w Starobielsku, niewielkim miasteczku nad rzeką Ajdar koło Charkowa. „Obóz jeniecki mieścił się na obszarze kilku hektarów, otoczonych murem, w kilkunastu murowanych i drewnianych zabudowaniach poklasztornych. Od końca 1939 do 5 kwietnia 1940 to jest do początku likwidacji, w obozie starobielskim znajdowali się niemal wyłącznie polscy oficerowie zawodowi i rezerwy w liczbie około 4 tysięcy” (A. L. Szcześniak, Katyń, Warszawa 1989, s.45).

Wśród oficerów rezerwy w obozie starobielskim było:
• kilkunastu profesorów polskich uczelni
• blisko 400 lekarzy wojskowych i cywilnych
• 600 oficerów lotnictwa i cały personel Instytutu
Przeciwgazowego
• kilkuset sędziów, adwokatów i prokuratorów
• kilkuset inżynierów• około 100 nauczycieli
• wielu dziennikarzy, literatów, poetów, działaczy
społecznych i politycznych.

   Do tego obozu przysyłano również inteligencję, która nie była powołana do wojska. Dlaczego wymieniam grupy zawodowe wśród oficerów rezerwy i cywilów? Spójrzmy, oto kwiat inteligencji polskiej, powołani przez ojczyznę ku jej obronie. Jak perfidne były zamysły władzy sowieckiej, by tych ludzi, którzy stanowili trzon inteligencji polskiej (prawie 20 tysięcy !) zamordować. I pamiętajmy, że nie zabijano tu żołnierzy, ale kwiat inteligencji. Może należy zapytać dlaczego ludzie władzy w Rosji tak nienawidzili Polaków; ta patologia nienawiści ma głębokie korzenie, bo te 150 lat niewoli rosyjskiej nie zniszczyło idei polskości. Polacy mieli dwie niezwykłe mocne podstawy: wiarę (kościół, a do tego dzielnych i mężnych kapłanów) i nawyki obywatelskie. Dlaczego nawyki obywatelskie? Rzeczpospolita Polska (I i II) wychowywała swych obywateli w niespotykanej w Europie równości praw stanu szlacheckiego (nie było zależności, ani podległości różnostanowych, po prostu szlachta podlegała bezpośrednio i wyłącznie królowi). Ta równość prawna oraz nienaruszalność własności ziemskiej edukowała szlachtę. Każdy właściciel majątku z dziada pradziada uczył się i przekazywał następcy umiejętność gospodarowania i zarządzania własnością ziemską. Umiejętność zarządzania własnym majątkiem, odpowiedzialność za własne decyzje przenosiła się na zarząd państwem. Dodać należy, że każdy obywatel Rzeczypospolitej winien był znać sztukę pisania i czytania. Tak wyprofilowana przez wieki forma ukształtowała specyficzny sposób myślenie obywatelskiego Polaków. Tacy obywatele stają do obrony swego kraju – jak do obrony ojcowizny, a w niewoli nie są w stanie podjąć współpracy z najeźdźcą (z wyjątkiem nikczemnych czy zastraszonych). Zupełnie inna jest psyche Rosjan, niewoleni przez wieki, bez własności, z niezwykle rozbudowanymi służbami aparatu bezpieczeństwa. I wszechobecne kłamstwo, które rujnuje duszę każdego człowieka. Współczuję narodowi rosyjskiemu i nie obwiniam przeciętnego Rosjanina za krzywdy doznane od aparatu władzy za Katyń, Ostaszków i Starobielsk.

Ale domagam się pamięci o tych mordach, ujawnieniu prawdy, po której dopiero nastąpić może przebaczenie i pojednanie (bo wtedy jest ono owocujące).

   Stanisław Mikke, sędzia Trybunału Stanu, współuczestnik prac ekshumacyjnych w Katyniu, Miednoje i Charkowie, członek delegacji państwowej z dnia 10 kwietnia 2010 roku, który zginął w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem pisze tak:

   „Zbrodnia Katyńska” ciężko zaważyła na polskich losach w czasie wojny i po jej zakończeniu. Zbyt daleko sięgają konsekwencje tej winy. Nadszedł czas, aby swoją postawę wyraźnie określili Rosjanie. Myślący i wolni. Ich głosu w tej relacji brakuje (…). Budzi zdumienie, że nie zabrały głosu z należytą siłą autorytety moralne; przecież ich nie brakuje wśród uczonych, artystów, pisarzy i rosyjskiego duchowieństwa. Ale czy to nie stwarza szczególnych sytuacji. Nie, nie chcemy Rosjan pouczać. Mamy jednak prawo poznać przyczyny tego milczenia, próbować wyjaśnić, czym jest spowodowane (…)Ta sytuacja z utrzymywaną nadal przez władze rosyjskie tajnością sprawy nie służy unormowaniu wzajemnych stosunków. Wręcz odwrotnie, wzmaga, otwarcie powiedzmy, w tym stanie rzeczy uzasadnioną naszą nie ufność” (Misja, Warszawa, Contrast, 1992, s. 71-71).

   Chcę już zamknąć w tych wspomnieniach bolesną ranę mego serca i naszego mojego narodu. Dodam tylko, że żołnierze wspomnianych obozów nie wiedzieli, że śmierć, czeka za pokojem przesłuchań, znalezione podczas ekshumacji ciała były w mundurach zapiętych na wszystkie guziki. Dojrzałem na tyle, by modląc się za zamordowanych Polaków modlić się również za ich katów (bo jak mówi moja żona – a jeśli od naszej modlitwy zależy ich zbawienie…).

   Powróćmy jeszcze do Prużany, 17 września 1939 roku dziadek Józef rankiem wysłuchał komunikatu radiowego, że Armia Czerwona wtargnęła na teren państwa polskiego, zdesperowany przyjechał z Karolina do Zasimowicz. Znał Rosję i możliwości bolszewików, wręcz nakazywał mamie ukrycie się z dziećmi poza majątkiem. Mama, Bogna i ja – 18 września – jedziemy drabiniastym wozem załadowanym dla niepoznaki snopkami zboża (pod, którymi leży walizka z odzieżą na kilka dni) i kopkami siana, obrokiem dla konia oraz dwiema owcami w kojcu. Konno przeprowadza nas Staś Dubiński, jedziemy na północ do dworku malarza p. Artura Arrasza (jego obrazy wisiały w Zasimowiczach), z pochodzenia Tatara, który miał swój folwark w Puszczy Mariańskiej. W niecały tydzień, około 23 września (21 września bolszewicy zajęli Prużanę) wracamy, Staś Dubiński (syn cioci Maryni) przyjechał po nas z wieściami, że w majątku „ustanowiono władzę ludową”, a chłop Kuźma z Zasimowicz przewodniczy radzie robotniczo – chłopskiej.

   Dwór i czworaki przepełnione są ludźmi uciekającymi przed Niemcami. Wśród nich jest siostra taty – Stachenka (Stanisława) Sikorska z mężem Kazimierzem Sikorskim, nadleśniczym z Białobrzegów k. Augustowa.; Musia (Maria) Czarnocka – żona kapitana 82 pp w Grodnie i jej przyjaciółka Dusia (Eudoksja) Elijaszewiczowa – wdowa po pułkowniku z Kołomyi; pies Ciapciuś; uciekinierzy z Warszawy (nie pamiętam ich nazwisk).

   Wuj Sikorski przybył w mundurze leśnika, co stało się przyczyną jego aresztowania jako wojskowego, udało się wyjaśnić różnice mundurów i szczęśliwie po trzech dniach zwolniono go. Wujostwo powrócili do nadleśnictwa w Białobrzegach, po to by 9 lutego 1940 roku zostać deportowanymi do Ałtajskiego Kraju.

   Oprócz, szukających gościny Polaków, we dworze stacjonowało również wojsko sowieckie. Wśród nich był felczer Włodzimierz Osmołowski, który w wielkiej tajemnicy przyznał się mamie, że jest Polakiem z Żytomierza. Rodziców jego zamordowali bolszewicy w pogromach 1917 roku, miał wtedy 7 lat, wychowała go babka, żona i córka były entuzjastkami Komsomołu. W rozmowie z mamą powiedział, że dopiero pierwszy raz w życiu mówi przy niej co myśli, czuje. Twierdził, że mama powinna opuścić majątek, opowiadał jak wiele widział okrucieństw i że na jej miejscu wolałby być pod okupacją niemiecką niż bezprawiu bolszewickim. Podobnie starszy wiekiem oficer (rangi już nie pamiętam), zaskoczony tym, że mama pięknie włada językiem rosyjskim okazał jej życzliwość mówiąc, iż powinna wyjechać z majątku, nie wolno jej tutaj zostawać.

   Czas i dramatyczne wydarzenia przybierają niesłychanego tempa. We dworze prużańskim (Klub Obywatelski jeszcze działa) zamieszkaliśmy już razem z dziadziusiami i wujostwem z Bogusławiec. W Bogusławcach też ukształtował się komitet robotniczo – chłopski, pracownicy domagali się, aby wuj Stanisław przydzielił imiennie poszczególnym rodzinom żywy inwentarz, by uniknąć nieporozumień co do „sprawiedliwego rozdziału”.

   Szkoły są otwarte, zaczynam chodzić do polskiego gimnazjum, gdzie trzon grona pedagogicznego stanowią dawni profesorowie, dodano język białoruski i rosyjski w umiarkowanych proporcjach.

   W pierwszych dniach października przybiega do nas p. T. Baczyński z Klubu z informacją, że o dziadka Józefa pytają dwaj enkawudziści. Dziadek informację przyjął ze spokojem, oficerowie powiedzieli, że potrzebne są jakieś wyjaśnienia i dziadek niedługo powróci. Dziadek znał bezprawie bolszewickie, ale i duma i godność nie pozwoliły mu uciekać. Za niespełna tydzień powtórzyła się historia, znów przybiegł życzliwy p. Baczyński z ostrzeżeniem, że oficerowie NKWD pytają o wuja Stanisława Czarnockiego, zatrzymywał Rosjan wódką, by ojciec, a potem syn mogli ukryć się. Żaden z nich z ucieczki nie skorzystał. I tak ojciec i syn osadzeni zostali w więzieniu „białym” w Prużanie. Ostatnią paczkę z żywnością i bielizną przyjęto około 10 lutego 1940 roku. Paczki dostarczała Olga Czarnocka (siostra mamy i wuja Stanisława) – ta, która odważyła się latać samolotem nad Prużaną w 1932 r, kiedy była maturzystką. Do dziś, mimo wielu poszukiwań, nie znamy ich losu, są domniemania, że wywieziono ich do Mińska i tam zabito (według informacji współwięźniów, zwolnionych przez Niemców po czerwcu 1941 r).

   Zaraz po aresztowaniu wuja – reszcie rodziny nakazano natychmiast opuścić prużański dwór, który przejęła Armia Czerwona. Nasze mamy znalazły dom na obrzeżu miasta (u byłych pracowników), w którym tymczasowo zamieszkaliśmy (mama, ja, siostra oraz ciocia Irena z dziećmi), babunia zamieszkała osobno razem z ciocią Olgą.

   Wskutek nasilających się aresztowań, za radą babci oraz przyjaciół mama i ciocia Irena, chcąc chronić swoje dzieci postanawiają wyjechać do swoich krewnych w Generalnej Guberni. Niezwykłą pomocą służył p. Robert Gliński (który w czasie swych studiów na SGGW – praktykę rolniczą odbywał w Bogusławcach), który przybył z wiadomościami od rodziców cioci Ireny z Makowisk, że przetrwali nawałnicę wojny i czekają na swą córkę. On też podjął się organizacji przeprawy przez granicę na Bugu. Grupę „uciekinierów” z Prużany stanowili:

– ciocia Irena z 9-letnim Staszkiem, 7-letnim Bohdanem, 5-letnią Majką

– mama z 12-letnim Andrzejem i 5-letnią Bogną

– grono przybyszy z Warszawy (kilkanaście osób).

   Babcia nie chciała opuszczać Prużany, była już starsza i schorowana, miała duże dolegliwości sercowe, które pogłębiły się po aresztowaniu męża i syna, tu chciała oczekiwać na wyjaśnienie losu swoich bliskich. Została z nią niezamężna ciocia Olga.

   Rankiem, 3 listopada 1939 r. opuściliśmy nasze kochane miasto, pojechaliśmy kolejką wąskotorową do Orańczyc, a potem normalną koleją do Brześcia nad Bugiem. Nocowaliśmy u krewnych cioci Maryni Dubińskiej, byrankiem, ze wszystkimi wsiąść do pociągu do Domaczewa (oczywiście mieliśmy udawać, że się nie znamy, by nie budzić podejrzeń). Stamtąd trochę wozem, trochę pieszo do gospodarstwa, gdzie czekaliśmy na dogodny czas przekroczenia granicy. Tym dniem miała być rocznica rewolucji październikowej, gdzie zakładano, iż żołnierze radzieccy strzegący granicy uroczyście ten dzień będą świętować. Była noc, ubrani na ciemno, mama z Bogną na ręku i niewielkim plecakiem, ja z plecakiem i walizką, podobnie pozostali – w ciszy szliśmy polnymi drogami, jakimś zagajnikiem. Czasem zza chmur wyglądał księżyc – wtedy należało usiąść w ciszy lub chować się w zaroślach, czy zagajniku – nareszcie dotarliśmy do Bugu, przeprawiono nas łodzią na drugi brzeg, gdzie czekało dość dużo ludzi (niektórzy z emocji nie potrafili milczeć). Raptem pojawili się Niemcy, usłyszeliśmy rozkaz: do wody!! Podniósł się pełen bólu i rozpaczy rwetes, ludzie wołają: potopimy się, ruscy nas zastrzelą. I nagle męski głos, jakiś Ślązak „dokumenty, tu chodzi o dokumenty” (czyli zaświadczenia o powrocie do miejsca zamieszkania). Sprawdzania dokumentów nie pamiętam, wiem tylko, że jakoś dobrnęliśmy do Sławatycz i pociągiem do Terespola, a potem do Warszawy. Zatrzymaliśmy się na dłużej w Makowiskach koło Pajęczna w rodzinnym domu Meyerów – rodziców cioci Ireny. Tam przeżyłem pierwszą wigilię poza domem i bez najbliższych dla mnie. Potem przenieśliśmy się razem do Radomska koło Częstochowy.

   Powróćmy jeszcze do Prużany, 17 września 1939 roku dziadek Józef rankiem wysłuchał komunikatu radiowego, że Armia Czerwona wtargnęła na teren państwa polskiego, zdesperowany przyjechał z Karolina do Zasimowicz. Znał Rosję i możliwości bolszewików, wręcz nakazywał mamie ukrycie się z dziećmi poza majątkiem. Mama, Bogna i ja – 18 września – jedziemy drabiniastym wozem załadowanym dla niepoznaki snopkami zboża (pod, którymi leży walizka z odzieżą na kilka dni) i kopkami siana, obrokiem dla konia oraz dwiema owcami w kojcu. Konno przeprowadza nas Staś Dubiński, jedziemy na północ do dworku malarza p. Artura Arrasza (jego obrazy wisiały w Zasimowiczach), z pochodzenia Tatara, który miał swój folwark w Puszczy Mariańskiej. W niecały tydzień, około 23 września (21 września bolszewicy zajęli Prużanę) wracamy, Staś Dubiński (syn cioci Maryni) przyjechał po nas z wieściami, że w majątku „ustanowiono władzę ludową”, a chłop Kuźma z Zasimowicz przewodniczy radzie robotniczo – chłopskiej.

   Dwór i czworaki przepełnione są ludźmi uciekającymi przed Niemcami. Wśród nich jest siostra taty – Stachenka (Stanisława) Sikorska z mężem Kazimierzem Sikorskim, nadleśniczym z Białobrzegów k. Augustowa.; Musia (Maria) Czarnocka – żona kapitana 82 pp w Grodnie i jej przyjaciółka Dusia (Eudoksja) Elijaszewiczowa – wdowa po pułkowniku z Kołomyi; pies Ciapciuś; uciekinierzy z Warszawy (nie pamiętam ich nazwisk).

   Wuj Sikorski przybył w mundurze leśnika, co stało się przyczyną jego aresztowania jako wojskowego, udało się wyjaśnić różnice mundurów i szczęśliwie po trzech dniach zwolniono go. Wujostwo powrócili do nadleśnictwa w Białobrzegach, po to by 9 lutego 1940 roku zostać deportowanymi do Ałtajskiego Kraju.

   Oprócz, szukających gościny Polaków, we dworze stacjonowało również wojsko sowieckie. Wśród nich był felczer Włodzimierz Osmołowski, który w wielkiej tajemnicy przyznał się mamie, że jest Polakiem z Żytomierza. Rodziców jego zamordowali bolszewicy w pogromach 1917 roku, miał wtedy 7 lat, wychowała go babka, żona i córka były entuzjastkami Komsomołu. W rozmowie z mamą powiedział, że dopiero pierwszy raz w życiu mówi przy niej co myśli, czuje. Twierdził, że mama powinna opuścić majątek, opowiadał jak wiele widział okrucieństw i że na jej miejscu wolałby być pod okupacją niemiecką niż bezprawiu bolszewickim. Podobnie starszy wiekiem oficer (rangi już nie pamiętam), zaskoczony tym, że mama pięknie włada językiem rosyjskim okazał jej życzliwość mówiąc, iż powinna wyjechać z majątku, nie wolno jej tutaj zostawać.

   Czas i dramatyczne wydarzenia przybierają niesłychanego tempa. We dworze prużańskim (Klub Obywatelski jeszcze działa) zamieszkaliśmy już razem z dziadziusiami i wujostwem z Bogusławiec. W Bogusławcach też ukształtował się komitet robotniczo – chłopski, pracownicy domagali się, aby wuj Stanisław przydzielił imiennie poszczególnym rodzinom żywy inwentarz, by uniknąć nieporozumień co do „sprawiedliwego rozdziału”.

   Szkoły są otwarte, zaczynam chodzić do polskiego gimnazjum, gdzie trzon grona pedagogicznego stanowią dawni profesorowie, dodano język białoruski i rosyjski w umiarkowanych proporcjach.

   W pierwszych dniach października przybiega do nas p. T. Baczyński z Klubu z informacją, że o dziadka Józefa pytają dwaj enkawudziści. Dziadek informację przyjął ze spokojem, oficerowie powiedzieli, że potrzebne są jakieś wyjaśnienia i dziadek niedługo powróci. Dziadek znał bezprawie bolszewickie, ale i duma i godność nie pozwoliły mu uciekać. Za niespełna tydzień powtórzyła się historia, znów przybiegł życzliwy p. Baczyński z ostrzeżeniem, że oficerowie NKWD pytają o wuja Stanisława Czarnockiego, zatrzymywał Rosjan wódką, by ojciec, a potem syn mogli ukryć się. Żaden z nich z ucieczki nie skorzystał. I tak ojciec i syn osadzeni zostali w więzieniu „białym” w Prużanie. Ostatnią paczkę z żywnością i bielizną przyjęto około 10 lutego 1940 roku. Paczki dostarczała Olga Czarnocka (siostra mamy i wuja Stanisława) – ta, która odważyła się latać samolotem nad Prużaną w 1932 r, kiedy była maturzystką. Do dziś, mimo wielu poszukiwań, nie znamy ich losu, są domniemania, że wywieziono ich do Mińska i tam zabito (według informacji współwięźniów, zwolnionych przez Niemców po czerwcu 1941 r).

   Zaraz po aresztowaniu wuja – reszcie rodziny nakazano natychmiast opuścić prużański dwór, który przejęła Armia Czerwona. Nasze mamy znalazły dom na obrzeżu miasta (u byłych pracowników), w którym tymczasowo zamieszkaliśmy (mama, ja, siostra oraz ciocia Irena z dziećmi), babunia zamieszkała osobno razem z ciocią Olgą.

   Wskutek nasilających się aresztowań, za radą babci oraz przyjaciół mama i ciocia Irena, chcąc chronić swoje dzieci postanawiają wyjechać do swoich krewnych w Generalnej Guberni. Niezwykłą pomocą służył p. Robert Gliński (który w czasie swych studiów na SGGW – praktykę rolniczą odbywał w Bogusławcach), który przybył z wiadomościami od rodziców cioci Ireny z Makowisk, że przetrwali nawałnicę wojny i czekają na swą córkę. On też podjął się organizacji przeprawy przez granicę na Bugu. Grupę „uciekinierów” z Prużany stanowili:

– ciocia Irena z 9-letnim Staszkiem, 7-letnim Bohdanem, 5-letnią Majką

– mama z 12-letnim Andrzejem i 5-letnią Bogną

– grono przybyszy z Warszawy (kilkanaście osób).

   Babcia nie chciała opuszczać Prużany, była już starsza i schorowana, miała duże dolegliwości sercowe, które pogłębiły się po aresztowaniu męża i syna, tu chciała oczekiwać na wyjaśnienie losu swoich bliskich. Została z nią niezamężna ciocia Olga.

   Rankiem, 3 listopada 1939 r. opuściliśmy nasze kochane miasto, pojechaliśmy kolejką wąskotorową do Orańczyc, a potem normalną koleją do Brześcia nad Bugiem. Nocowaliśmy u krewnych cioci Maryni Dubińskiej, by rankiem, ze wszystkimi wsiąść do pociągu do Domaczewa (oczywiście mieliśmy udawać, że się nie znamy, by nie budzić podejrzeń). Stamtąd trochę wozem, trochę pieszo do gospodarstwa, gdzie czekaliśmy na dogodny czas przekroczenia granicy. Tym dniem miała być rocznica rewolucji październikowej, gdzie zakładano, iż żołnierze radzieccy strzegący granicy uroczyście ten dzień będą świętować. Była noc, ubrani na ciemno, mama z Bogną na ręku i niewielkim plecakiem, ja z plecakiem i walizką, podobnie pozostali – w ciszy szliśmy polnymi drogami, jakimś zagajnikiem. Czasem zza chmur wyglądał księżyc – wtedy należało usiąść w ciszy lub chować się w zaroślach, czy zagajniku – nareszcie dotarliśmy do Bugu, przeprawiono nas łodzią na drugi brzeg, gdzie czekało dość dużo ludzi (niektórzy z emocji nie potrafili milczeć). Raptem pojawili się Niemcy, usłyszeliśmy rozkaz: do wody!! Podniósł się pełen bólu i rozpaczy rwetes, ludzie wołają: potopimy się, ruscy nas zastrzelą. I nagle męski głos, jakiś Ślązak „dokumenty, tu chodzi o dokumenty” (czyli zaświadczenia o powrocie do miejsca zamieszkania). Sprawdzania dokumentów nie pamiętam, wiem tylko, że jakoś dobrnęliśmy do Sławatycz i pociągiem do Terespola, a potem do Warszawy. Zatrzymaliśmy się na dłużej w Makowiskach koło Pajęczna w rodzinnym domu Meyerów – rodziców cioci Ireny. Tam przeżyłem pierwszą wigilię poza domem i bez najbliższych dla mnie. Potem przenieśliśmy się razem do Radomska koło Częstochowy.

Powróćmy jeszcze do Prużany, do dnia 10 lutego 1940 roku.

   Po wywiezieniu polskich żołnierzy i oficerów – NKWD rozpoczęła aresztowanie polskiej inteligencji: ziemian, przemysłowców, lekarzy, prawników, nauczycieli, leśników, kupców w czterech etapach:

– 10 lutego 1940 r. wielka deportacja: leśników, osadników wojskowych po 1920 r, urzędników państwowych, lekarzy, ziemian…

– 13 kwietnia 1940 r. wywożono rodziny tych, których wcześniej aresztowano (czyli głównie kobiety z dziećmi, dorosłe rodzeństwo) oraz ludność mieszkającą przy granicy

– czerwiec i lipiec 1941 r. wywóz uciekinierów wojennych z centralnej Polski (którzy zatrzymali się u swych rodzin) oraz bogatych gospodarzy, rzemieślników, robotników, kolejarzy
– czerwiec 1941 to nabór deportacyjny z Wileńszczyzny.

   Zakłada się, że wywieziono około dwóch milionów polskich obywateli. Deportowanych dzielono na potrzebnych i mało potrzebnych gospodarce. Mało potrzebni to kobiety z dziećmi i starcy, których wywożono na osiedlenie najczęściej do Kazachstanu.

   Tak zesłano moją babcię i ciocię Olę w dniu 10 lutego 1940 r. do Akomolińskiej obłaści. Rozkaz wywózki

pamieszczycy był bezwzględny, nie mogła chodzić, więc do pociągu zaniesiona została na kocu. Do opieki nad babcią dobrowolnie (!) zgłosiła się ciocia Olga. Babcia zmarła w drodze, wyrzucono jej ciało na śnieg. Ola pojechała na tułaczkę, cudem ocaliła życie, wróciła w 1946 r. Missa sine nomine!

   Do Prużany powróciły mama (z Bogną) i ciocia Irena (z Bohdanem) w sierpniu 1941 r, po wybuchu wojny niemiecko – rosyjskiej. Zamieszkały w wynajętym mieszkaniu podstawę bytu dał im sklepik, który powstał dzięki energii i inicjatywie cioci Ireny. Bogna przeżyła I Komunię św. w Prużanie w 1943 r, przygotowywał ją ks. Kazimierz Świątek, a Bohdan nauczył się ministrantury służąc ks. Kazimierzowi do mszy św.

   Po wojnie dowiedziałem się pięknej historii o mojej niezwykłej mamie. Otóż przywiozła do Polski dziewczynkę – Zosię U., która w 1939 r przyjechała z Warszawy do Prużany na wakacje do swego wuja księdza. Wybuchła wojna, nie było okazji do powrotu, NKWD aresztowało księdza, potem aresztowało siostrę księdza. Została na plebanii ze służącą, która zdecydowała się powrócić do rodziny na wieś. Zosia została sama, prawie nikogo nie znała. Moja mama zabrała ją do Warszawy i oddała ją rodzinie. Zosia uważa moją mamę za świętą. Pomoc i wrażliwość na los drugiego człowieka była czymś naturalnym i oczywistym. Podobnie postąpiła ciocia Irena, opiekując się dzieckiem, któremu ojca aresztowano, przyjmując ją do swego domu jako swoje czwarte dziecko. Janka stała się darem i podporą swego rodzeństwa, a my ją bardzo kochamy, rodzina bez Janki byłaby zdecydowanie uboższa. Takie były nasze mamy.

   Pora kończyć opowieści prużańskie, wydarzenia widziane oczyma dwunastoletniego chłopca. Ogromną podporą w moim życiu było przypominanie sobie naszego domu w Zasimowiczach. Jego obraz, kolory, hałasy, dźwięki, zapomniane wonie żyją we mnie niezwykłymi barwami. Ten dom w dniach rozpaczy i beznadziei miał słodycz miodu…

   Ten stary dwór, zachowywał wszelkie cechy wiejskiej siedziby staroszlacheckiej. Nakryty był wysokim, czterospadowym dachem krytym gontem. Ozdobiony gankiem wspartym na czterech murowanych kolumnach zapraszał do wnętrza. Był budowlą parterową – na podmurówce – w całości drewniany, „zasiedziały” w pięknym parku z aleją dojazdową wysadzaną grabami i wiązami. Aleja lipowa, ze stuletnimi wtedy drzewami ujmowała ramionami dwór odgradzając od pól uprawnych…

„Kochasz ty dom, ten stary dach
co prawi baśń o dawnych dniach.
Omszałych wrót rodzinny próg,
co wita cię z cierniowych dróg”
(M. Konopnicka, Pieśń o domu)

   Mama moja niezwykle szlachetna i mądra (po okupacji przeżyła i doświadczyła wiele) modliła się psalmem 23: „Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego. Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, przywraca mi życie”. Zmarła w 1975 roku. Dzieci jej ukończyły studia wyższe (Bogna fizykę, ja chemię). Mieszkamy w Warszawie.

   Na koniec chciałbym podziękować z całego serca mojej ukochanej żonie Barbarze, która inspirowała i wspierała mnie przy pisaniu tych wspomnień oraz przeprosić tych wszystkich, których pamięć dwunastolatka nie objęła.

Andrzej Święciński
Warszawa, 2011 r.

http://echapolesia.pl/index.php?mact=Echa,cntnt01,showarticle,0&cntnt01rubric_id=&cntnt01article_id=32&cntnt01returnid=15

Reklamy

Jedna odpowiedź to “Wspomnienia prużańskie – Andrzej Święciński”

  1. […] Крыніцы: be.wikipedia.org polesie.org tadeuszczernik.wordpress.com […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

 
%d blogerów lubi to: