WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Święci obok nas’ Category

Mój przyjaciel Dolindo

Posted by tadeo w dniu 18 lutego 2020

 

– Miłosierdzie ma być kroplówką dla pokolenia zniszczonego przez ludzkie zło – mówi ks. prof. Robert Skrzypczak

fot. Monika Odrobińska/Idziemy
Z ks. prof. Robertem Skrzypczakiem rozmawia Monika Odrobińska

 

Będąc w Neapolu, zapukał Ksiądz do grobu ks. Dolinda Ruotola?

„Kiedy przyjdziesz do mojego grobu, zapukaj, ja nawet zza grobu odpowiem ci: ufaj Bogu” – napisał ks. Dolindo w swoim duchowym testamencie. I rzeczywiście, do jego grobu puka sporo osób. Ja fascynuję się ks. Dolindem od wielu lat, do jego grobu dotarłem dwa lata temu. Odprawiłem tam Mszę Święta, a zwiedzając kościół św. Józefa i Madonny z Lourdes w Neapolu, natknąłem się na posługującą w nim zakonnicę, która przestrzegła mnie: „Trzeba uważać, bo kto się zajmuje sprawą ks. Dolinda, zapłaci cierpieniem”.

Po powrocie do kraju czekały na mnie niekorzystne wieści: zaczęła się diagnostyka, przygotowanie do operacji i planowanie dalszej terapii. Inna zakonnica, także fanka ks. Dolinda, gdy dowiedziała się o moich kłopotach, odwróciła jego zdjęcie do ściany i powiedziała: „Pozostaniesz tam tak długo, aż się poprawisz”. Uśmiałem się, a jednocześnie modliłem się tak, jak uczył ks. Dolindo: „Jezu, Ty się tym zajmij”. Ostatnio od chirurga usłyszałem, że muszę mieć chody u góry i że jak tak dalej pójdzie, to on się przeniesie na emeryturę.

 

Jak Ksiądz trafił na ks. Dolinda?

Przypadkowo – kiedy przeczytałem u o. Pio, jak reprymendował przybywające do niego rzesze wiernych z Neapolu słowami: „Czemu przychodzicie do mnie, skoro u siebie macie świętego!”. Zacząłem tego świętego szukać.

Dolindo Ruotolo wzrastał w rodzinie dysfunkcyjnej. Ojciec, adwokat, handlował nieruchomościami, a żonę i jedenaścioro dzieci ulokował w podmokłej suterenie. Dzieci głodził, wychowywał je w sposób sadystyczny – Dolinda wyzywał od matołów, bił, kopał, wykręcał poranione po operacji ręce. To on zresztą nadał mu to imię, które po włosku znaczy „cierpienie”.

W takich warunkach rodziło się powołanie chłopca, który, uwięziony za karę w ciemnej komórce bez jedzenia, pobity i poniżony, modlił się za swojego ojca. W seminarium mu nie szło – fizyczne maltretowanie odbiło się na jego kondycji umysłowej. Raz, modląc się z innymi klerykami w kaplicy, powiedział Maryi: „Jeśli chcesz, bym został dobrym kapłanem, pomóż mi, bo jestem kretynem”, po czym przysnął. Obudził go wiatr, który swoim podmuchem przykleił mu do czoła obrazek Maryi, przed którym się modlił. Ksiądz Dolindo stał się geniuszem teologii, zaczął komponować muzykę, grać na organach i śpiewać. Dostał dar tylko w tych dziedzinach, które były mu potrzebne do sławienia Boga. Napisał 33 tomy komentarzy do Pisma Świętego – każdy po 700-800 stron; marzył, by Biblia znalazła się w każdym domu. Nauczył się hebrajskiego – ten „kretyn”! Wygłaszał nawet osiem katechez dziennie. Stworzył zręby duszpasterstwa akademickiego. To zresztą stało się powodem pomówień, bo próbowano go wplątać w intrygę z oskarżaną o heretyckie wizje kobietą z Sycylii.

 

Nie rozstawał się też z różańcem, co widać na każdym zdjęciu. Nakładem wydawnictwa Esprit ukazała się książeczka „Różaniec zawierzenia z ks. Dolindo” – w sam raz na miesiąc różańcowy. Czym dla niego była ta modlitwa?

Siostra Łucja, wizjonerka z Fatimy, napisała kiedyś: „Bóg postanowił pozostawić światu dwa środki zaradcze przeciwko złu: Różaniec i nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi”. Ksiądz Dolindo po mistrzowsku wprowadza nas w modlitwę różańcową. Można powiedzieć, że – urodzony w wigilię uroczystości Matki Bożej Różańcowej – był jej wybrańcem.

Różaniec odmawiał cały dzień. Nazywał go „perełkami duszy”. Modlitwa różańcowa, przekonywał, nie jest ani trudna, ani bezużyteczna – trzeba tylko pokonać wewnętrzne odrętwienie. Może przynieść ulgę duszom czyśćcowym. Jest też najlepszym „programem antywirusowym” w czasach zamętu. Matka Boża Różańcowa ciągle wzywa nas do powrotu do swojego Syna. Siostra Łucja lubiła powtarzać, że nie ma takiego problemu materialnego czy duchowego, narodowego czy międzynarodowego, którego nie dałoby się rozwiązać za pomocą Różańca i wyrzeczeń – a w tym ks. Dolindo także był mistrzem.

 

Miałam zapytać, dlaczego Bóg najmocniej doświadcza tych, których sobie wybrał, ale tym ostatnim słowem „wyrzeczenia” Ksiądz chyba udzielił odpowiedzi…

Już dwa lata po święceniach kapłańskich ks. Dolindo został poddany najcięższej próbie: oskarżony przed Świętym Oficjum, został osadzony w więzieniu Macao dla heretyków i odsunięty od głoszenia słowa i sprawowania sakramentów, także Mszy Świętej. Nie ma dla księdza gorszej kary.

Tkwił wtedy godzinami przed Najświętszym Sakramentem z wyciągniętymi ramionami i pytał: „Dlaczego?”. Nigdy nie skarżył się na Kościół, nie krytykował go, autentycznie go kochał, choć ta trudna lekcja trwała prawie 20 lat! Rodzina uznała go za psychicznie chorego, matka kazała odprawiać nad nim egzorcyzmy, najbliżsi odsunęli się od niego. Wyszedł z tej próby z umiejętnością prorokowania, czytania w sercach, elokucji – przepływał przez niego głos Boga i Maryi. Ich słowa pisał wiernym na obrazkach zatytułowanych „Jezus/Maryja do duszy”. Zachowało się ich 220 tys. Ludzie byli pod wrażeniem ich trafności – a każdy dostawał osobisty zapisek.

Siedział w Macao po to, by kilka lat potem mogło być ono zlikwidowane. Po to, by Msze mogły być sprawowane w językach narodowych, by Komunię można było przyjmować także w Wielki Piątek, by kapłani mogli sprawować więcej niż jedną Mszę dziennie, upominał się o apostolat kobiet. I to wszystko 50 lat przed Soborem Watykańskim II!

 

Co to znaczy: „Jezu, Ty się tym zajmij”? Jak odmawiać tę modlitwę?

To skrócona wersja modlitwy, którą ks. Dolindowi polecił Jezus. W pełnej wersji brzmi tak: „Kochaj Boga nade wszystko na świecie i zawierzaj się Mu – zatrać się w Bogu, opuść siebie, by się w Nim zanurzyć”. Do takiej modlitwy należy spełnić kilka warunków: dusza musi zamknąć oczy i odpocząć, nie kombinować po ludzku. „Otrzymujesz niewiele łask, kiedy się zamartwiasz” – mówił ks. Dolindo. Nie można oczekiwać, by Jezus dopasował się do naszych potrzeb i zamysłów.

Jesu, pensa ci tu – po włosku ta modlitwa brzmi niezwykle wdzięcznie. Jeśli ogarniają cię mroki zwątpienia, serce spowija lęk, problemy jakby cię miażdżyły, nie zniechęcaj się, ale zamknij oczy i powtórz: „Jezu, Ty się tym zajmij”. Na skuteczność tej modlitwy i duchowości dostaję od wiernych wiele dowodów.

Czyli bezgraniczne zawierzenie Bogu, nawet jeśli oznaczać by miało krzyż?

Ksiądz Dolindo pokazał to swoim życiem. Dziś tak się zatraciliśmy w samowystarczalności, że nikt już nie pamięta, co to znaczy przyjąć chwalebny krzyż. Wszyscy od niego uciekają. A on jest fundamentem. Szatan, kusząc Jezusa, mówił: „Zejdź z krzyża, a w Ciebie uwierzę”. My mówimy do różnych guru: „Rozwiąż mój problem, a będę ci wierny”. Dla demona krzyż jest klęską Boga. Idąc tym tropem wielu sądzi, ze cierpienie to pomyłka. A ono ma sens o tyle, o ile wiąże nas z Bogiem. Po to Jezus wstąpił na krzyż, by ludzkie cierpienie wiązało człowieka z Bożą miłością.

Ksiądz Dolindo spotkał na swojej drodze wielu judaszów. Jaką postawę wobec nich uczy nas przyjmować?
Przed tymi, którzy go zdradzili, klękał i prosił o przebaczenie. Wierzył, że tylko tak możliwy jest pokój w sercach: jego i winowajców. Przebaczenie to antybiotyk Boga. Święty Piotr apeluje: „Gniewajcie się, ale nie grzeszcie. Niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce”.

Myślimy, że akt przebaczenia jest wspaniałomyślny i stawia nas wyżej od osoby, której przebaczamy. A autentyczne przebaczanie jest proszeniem o nie. To zasada do zastosowania w małżeństwie i innych wspólnotach. Jeśli ktoś ci zawini, to może dałeś mu powód: idź i poproś go o rozmowę.

O swoich prześladowcach ks. Dolindo mówił, że oddali mu przysługę, bo dzięki nim mógł zbliżyć się do Boga.

 

W liście do jednej z córek duchowych, która cierpiała, radzi jej słowa modlitwy: „Nie chcę się niepokoić, mój Boże; ufam Tobie” – brzmi jak z „Dzienniczka” s. Faustyny!

Tak, Bóg powierzył mu przesłanie podobne do tego, w którym udział miała św. Faustyna. Miłosierdzie ma być kroplówką dla pokolenia zniszczonego przez ludzkie zło. Duchowość zaufania w przeciwnościach, utrapieniach uczy wytrwałości w cierpieniu.

Miłosierdzie ma być kroplówką
dla pokolenia zniszczonego
przez ludzkie zło

Dolindo Ruotolo ma dużo do powiedzenia postnowoczesnemu społeczeństwu, biorącemu udział w korporacyjnym wyścigu szczurów, poddanemu egoizmowi. Prowadził uliczną ewangelizację poprzez grupę Gołębice Eucharystyczne. Jednego mężczyznę niemal siłą wywlokły one z autobusu, do którego wsiadał, i przyprowadziły do kościoła. Potem ów człowiek powiedział: „Jechałem, by dokonać vendetty, bo byłem członkiem camorry. Czy bym to przeżył, czy nie, i tak byłbym stracony. Ksiądz Dolindo mnie uratował”.

 

Czemu jeszcze nie jest beatyfikowany?

Ci, którzy znali ks. Ruotola, mówią o nim „z nieba wyjęty” – bo wiecznie był pochłonięty myślami o wieczności. W jednej ręce zawsze nosił różaniec, a w drugiej torbę. Niektórzy twierdzą, że z jedzeniem – sam potrzebował zjeść raz dziennie, a gdy ktoś go poczęstował, brał, a potem oddawał „swoim biednym”; inni twierdzą, że z kamieniami – to były grzechy jego penitentów. Jako dwulatek czuł na ustach mamy smak Jezusa i Jego zapach na jej płaszczu, kiedy wracała z Mszy Świętej. Jako chłopiec wystrugał krzyż i całował go z miłości do Jezusa. Ma na koncie wiele nawróceń i cudów. Jego siostrzenica – żyjąca jeszcze Grazia Ruotolo – twierdzi, że on już urodził się święty.

Ja uważam, że ks. Dolindo to perła. Tylko – jak w Jezusowej przypowieści – jest ona głęboko ukryta i trzeba mocy modlitwy, by ją wydobyć. Jan Paweł II uczył, że nie partie i nie rewolucje uratują świat, ale święci. Módlmy się więc, by ks. Dolindo zasilił ich szeregi i by mógł dalej działać.

 


Ks. Robert Skrzypczak (1964) – teolog, psycholog, duszpasterz akademicki, wykłada teologię dogmatyczną na Papieskim Wydziale Teologicznym i w seminarium duchownym w Warszawie.

Przeczytaj także:

Kim był Ojciec Dolindo Ruotolo? Życiorys, Zdjęcia, Cytaty

Zobacz także:

O modlitwie doskonałej wg ks. Dolindo – ks. Sławomir Kostrzewa

Posted in Religia, Wywiady, Święci obok nas | Leave a Comment »

Opowieści o Św. Charbelu!

Posted by tadeo w dniu 3 lutego 2020

Miejsce urodzin Św. Charbela wioska Bekaa Kafra. Opowiada miejscowy zakonnik….

Posted in Filmy dokumentalne, Filmy religijne, Religia, Święci obok nas | Leave a Comment »

NIEZWYCIĘŻONY ZAPAŚNIK CHRYSTUSA

Posted by tadeo w dniu 3 lutego 2020

https://ad2016.wordpress.com/2014/08/19/niezwyciezony-zapasnik-chrystusa/

 

Deus, qui in confessione verae fidei beatum Andream, multiplicti suppliciorum genere excruciatum, illustri martyrio coronasti: praesta, quaesumus; ut nos in eadem fide stabiles, adversa potius omnia, quam animae detrimentum patiamur.

Boże, który świętego Andrzeja udręczonego rozlicznymi katuszami za wyznawanie prawdziwej wiary uwieńczyłeś świetnym męczeństwem; spraw, prosimy Cię, abyśmy trwając w tej samej wierze gotowi byli ponieść raczej wszystkie przeciwności niż szkodę na duszy (Kolekta z Mszy o św. Andrzeju Boboli)

*

Invictus athletae Christi – taki tytuł został nadany Andrzejowi Boboli przez papieża Piusa XII w rozpoczynającej się od tych właśnie słów encyklice, wydanej na 300-lecie męczeńskiej śmierci świętego, w roku 1957. “Jest naszym gorącym pragnieniem” – pisał papież – “żeby wszyscy po całym świecie noszący zaszczytne miano katolików, a zwłaszcza ci synowie ukochanej przez nas polskiej ziemi, których niezwyciężony bohater Chrystusa Andrzej Bobola jest chlubą i dla których jest wspaniałym wzorem chrześcijańskiego męstwa, w trzechsetną rocznicę jego śmierci pobożnym sercem i umysłem rozważyli jego męczeństwo i jego świętość”.

Ziemski żywot Andrzeja Boboli rozpoczął się w szlacheckiej rodzinie, herbu Leliwa. Przyszedł na świat przypuszczalnie w roku 1591, według tradycji – w dzień św. Andrzeja. Miejsce jego urodzenia nie jest pewne, choć w Internecie znajdziemy informację że jest nim Strachocina koło Sanoka, gdzie przed ćwierćwieczem powstało sanktuarium. Ks. Józef Niżnik w artykule “Św. Andrzej Bobola w Strachocinie”, Niedziela – edycja przemyska 18/2002, wskazuje, że “pierwszym człowiekiem, który zwrócił uwagę na pochodzenie św. Andrzeja Boboli ze Strachociny k. Sanoka jest ks. Jan Popłatek, jezuita. W książce: “Błogosławiony Andrzej Bobola Towarzystwa Jezusowego. Życie, męczeństwo i kult”, wydanej w 1936 r., wyraża opinię, że Andrzej Bobola urodził się w Strachocinie”. I dalej podnosi, za ks. Mirosławem Paciuszkiewiczem (który był proboszczem sanktuarium św. Andrzeja Boboli w Warszawie) “po ukazaniu się dzieła ks. Jana Popłatka już chyba nie powtarzano twierdzenia, że Andrzej Bobola urodził się w Pińsku czy Pułtusku. Zaczęła się utrwalać opinia, że miejscem urodzenia jest Strachocina”. Tyle, że we wspomnianej pozycji ks. Popłatka (s. 28-30) znajdziemy następujące twierdzenie “nie ulega zatem wątpliwości, że Andrzej pochodził z Małopolski i to Małopolski właściwej, która obejmowała woj. krakowskie (…), woj. sandomierskie i woj. lubelskie. W jednem z tych województw musiało leżeć miejsce jego urodzenia, którego jednak ściśle określić niepodobna, ze względu na to, iż nieznamy posiadłości Mikołaja (tj. ojca Andrzeja Boboli) (…) Nie pozostaje zatem na razie nic innego, jak tylko zadowolić się jedynie pewną i udowodnioną wiadomością, że bł. Andrzej pochodził z terenu historycznej właściwej Małopolski”. Ks. Popłatek przyjmuje jako wysoce prawdopodobną tezę, iż bł. Andrzej Bobola był synem Mikołaja Boboli i wskazuje (op. cit., s. 305), że Strachocina była w l. 1582-1604 własnością Jana Boboli, wnuka Hieronima Boboli – brata dziadka Andrzeja  Boboli Krzysztofa, a zatem innej gałęzi rodu Bobolów.

Jak pisze ks. Popłatek (op. cit. s. 334) “o posiadłościach i stanowisku Mikołaja Boboli nic nie wiadomo, nieznane jest również imię jego małżonki”. W wydanej z okazji kanonizacji Andrzeja Boboli dwa lata później książeczce “Św. Andrzej Bobola TJ” księża Henryk Szuman i Jan Cyrankowski wskazują (s. 5) “Andrzej Bobola, syn Mikołaja urodził się (…) w nieznanej nam bliżej miejscowości, w województwie zapewne sandomierskim, gdzie szlachecka rodzina Bobolów posiadała swe siedziby”. Należy przy tym zaznaczyć, że Strachocina wypłynęła jako domniemane miejsce urodzenia świętego kilkanaście lat temu (tak też w: J. Łukawy: 75. rocznica kanonizacji św. Andrzeja Boboli, Nasza Służba, rok 2013, nr 10 (467), s. 3), jak warto dodać, w związku z rzekomymi objawieniami Andrzeja Boboli miejscowym księżom (w tym ks. Niżnikowi) w latach 80-tych XX wieku, opisanymi zresztą w wyżej wymienionym artykule z “Niedzieli”. Przebieg tych “objawień” jest co najmniej zastanawiający i przypomina zjawiska spirytystyczne – tak też zresztą pierwotnie je kwalifikowano. Sam ks. Józef Niżnik, we wspomnianym artykule, zajmuje w kwestii miejsca narodzin Andrzeja Boboli pozycję asekuracyjną: “i jeszcze jedno: ja nie nigdy nie twierdzę, że św. Andrzej Bobola urodził się w Strachocinie, ale tylko to, że powiedział: zacznijcie mnie czcić w Strachocinie”.

**

Wróćmy jednak do postaci św. Andrzeja Boboli, co do którego nie mamy pewności gdzie i kiedy dokładnie się urodził, jak i co do osób rodziców. Jeżeli przyjmiemy tezę ks. Popłatka, że ojcem jego był Mikołaj Bobola, to jego stryjem był imiennik świętego – podkomorzy Andrzej Bobola. Był to dobrodziej Towarzystwa Jezusowego, który przyczynił się do powstania kościoła jezuickiego w Warszawie, kolegium jezuickiego w Krośnie i odbudowy kolegium w Wilnie po pożarze roku 1610. Jak pisze ks. Popłatek, był również przyjacielem ks. Piotra Skargi. Młody Andrzej Bobola, przyszły święty, uczył się od roku 1606 nauk humanistycznych i retoryki w kolegium jezuickim. Jak wskazuje ks. Popłatek, można wysunąć przypuszczenie, że było to kolegium w Wilnie, gdzie kształcili się bliscy krewniacy Boboli – Jan i Krzysztof, a zatem dość daleko od rodzinnej Małopolski. Po koniec lipca roku 1611, być może, pod namową krewnego, Andrzej wstąpił do jezuickiego nowicjatu w Wilnie.

Tydzień wcześniej stolica Wielkiego Księstwa była świadkiem wielkiej uroczystości – do miasta wjechał król Zygmunt III Waza, opromieniony sławą zwycięskiego wodza, który odzyskał Smoleńsk dla Rzeczypospolitej. 31 lipca roku 1613 Andrzej przyjął śluby zakonne i rozpoczął studia filozoficzne. 21 grudnia 1613 przyjął niższe święcenia, w roku 1616 ukończył studia filozoficzne i przez następny rok odbywał praktykę nauczycielską na Warmii i w Pułtusku. W roku 1618 zaczął studia teologiczne. Teologiem jednak nie został, nie zdając egzaminu kończącego siedmioletnie w sumie studia. Cytowana na wstępie encyklika Piusa XII “Invictus athletae Christi” przypomina twardy, wręcz krnąbrny charakter zakonnika: “ponieważ z natury miał pewną skłonność do wyniosłości i niecierpliwości oraz odrobinę uporu, wydał samemu sobie nieubłaganą walkę (…) Nosił bowiem w sercu to przemądre zdanie świętego Bernarda, że obudowa duchowna nie może dźwigać się inaczej, jak na mocnym fundamencie pokory”. Gniewliwy i gwałtowny z natury nauczył się jednak panować nad cholerycznym usposobieniem i ciętym językiem, zaś gorączkę uczuć przekuł w żarliwość. Ks. Popłatek przytacza opinię rektora kolegium z Nieświeża z czasów probacji Andrzeja Boboli, iż pozytywnie wyróżniał się wśród kolegów jako dbający o pobożność, duchowość i zachowanie reguł. Święcenia kapłańskie Andrzej Bobola przyjął 12 marca roku 1622. Był to dla Kościoła powszechnego szczególny dzień – papież Grzegorz XV kanonizował wówczas Ignacego Loyolę, Franciszka Ksawerego, Filipa Neri, Teresę z Avilli i Izydora Oracza. W roku 1623 Andrzej przebywał na probacji w Nieświeżu. Tam też pozostał po jej zakończeniu jako kaznodzieja i spowiednik. Poznał wówczas kanclerza wielkiego litewskiego Albrechta Stanisława Radziwiłła.

Obaj starali się rozpowszechniać treść objawień ojca jezuity Gulio Mancinellego, którego Albrecht Radziwiłł spotkał osobiście. Jezuita ów w sierpniu roku 1568 był w Rzymie świadkiem śmierci św. Stanisława Kostki, 40 lat później, w wigilię święta Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, w sierpniu roku 1608 miał on w Neapolu wizję. Zobaczył wtedy Maryję, przed którą klęczał Stanisław Kostka. Maryja poprosiła by nazywał ją Królową Polski, albowiem owo królestwo wielce umiłowała i wielkie rzeczy dlań zamierza, gdyż osobliwą miłością pałają do niej jego synowie. Mimo, iż ojciec Giulio miał ponad 70 lat, postanowił odwiedzić kraj Stanisława Kostki, umiłowany przez Matkę Boską. W maju roku 1610 dotarł do Krakowa, gdzie miał w katedrze wawelskiej kolejne widzenie, w którym ponownie Maryja objawiła się jako królowa Polski i matka polskiego narodu. Następne otrzymał w dzień Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny roku 1617, na rok przed swoją śmiercią. Objawienia “królowej Polski Wniebowziętej” ojcu Mancinellemu, także dzięki Andrzejowi Boboli właśnie, szybko znalazły w Polsce spory rozgłos. W roku 1628, 10 lat po śmierci ojca Giulio na wieży kościoła Mariackiego w Krakowie umieszczono koronę, w roku 1635 Albrecht Stanisław Radziwiłł wydał dziełko “Dyskurs nabożny z kilku słów wzięty o wysławianiu Najświętszej Panny Bogurodzicy Maryi” opisujące wizje ojca Mancinellego, zaś 1 kwietnia 1656 roku doszło do słynnych ślubów lwowskich Jana Kazimierza. Wtedy to, podczas potopu szwedzkiego, chmielnickiego i moskiewskiego, król w obecności stanów ogłosił uroczyście Maryję Królową Korony Polskiej. W tym samym roku miał się pojawić pierwszy plan rozbioru Polski – niesławny traktat w Radnot. Polska jednak podźwignęła się wówczas i do roku 1660 zażegnała niebezpieczeństwo szwedzkie i siedmiogrodzkie, bijąc Kozaków i Moskali daleko na wschodzie.

***

Po tym wybiegnięciu wprzód, cofnijmy się do lat 20-tych XVII stulecia, kiedy to Andrzej Bobola wyróżniał się  w Nieświeżu i w roku 1624 został kaznodzieją przy barokowym kościele św. Kazimierza w Wilnie. Rok później miasto nawiedziła zaraza, w roku 1629 i 1630 ponownie. Andrzej Bobola pozostał wówczas w Wilnie, niosąc pociechę chorym. W roku 1630 Andrzej Bobola złożył profesję czterech ślubów, co oznaczało skierowanie go, mimo wspomnianego braku pozytywnego egzaminu, do działalności misyjnej i nauczania. Trafił następnie do Bobrujska, gdzie objął funkcję przełożonego domu zakonnego jezuitów. Na jesieni roku 1632 dom ów wypełnił się klerykami i księżmi ze Smoleńska, gdzie podeszły wojska moskiewskie – car chciał skorzystać z zamętu bezkrólewia po śmierci Zygmunta III. Sławetna odsiecz smoleńska udaremniła te zamiary. W roku 1633 Andrzej Bobola został skierowany do Płocka, w roku 1636 został kaznodzieją w Warszawie, wreszcie – w roku 1638 przełożonym szkoły jezuickiej w Łomży, co zbiegło się z nadaniem miejscowego starostwa przez króla Władysława IV niesławnemu później Hieronimowi Radziejowskiemu.

W roku 1642 Andrzej Bobola wrócił na terytorium Wielkiego Księstwa Litewskiego, podejmując ewangelizację ziemi pińskiej. Musiał ją w roku 1646 przerwać z powodu złego stanu zdrowia i kolejne lata spędził w Wilnie. W roku 1652 powrócił jednak do Pińska. Miasteczko powoli podnosiło się wówczas po rzezi dokonanej we wrześniu roku 1648 przez kozaków zaporoskich atamana Antona Nebaby. Przy wsparciu “piątej kolumny” z wnętrza miasta zajęli oni Pińsk. Miejscowość została następnie odbita przez wojska litewskie, które w odwecie bezlitośnie rozprawiły się z buntownikami, dorównując im zaciętością. Okolica była spustoszona i dzika, dla pracy duchowej – prawdziwy ugór. Żarliwość w głoszeniu Ewangelii na tych ziemiach zyskała Andrzejowi Boboli wśród miejscowej ludności miano “duszochwata” – “łowcy dusz”. Andrzej Bobola nie zważał na niespokojne czasy połowy XVII stulecia, kiedy to najpierw rebelia Chmielnickiego, potem najazd rosyjski, wreszcie szwedzki zalały niemal cały kraj.

Apogeum dramatu Rzeczypospolitej był rok 1656 – do Polski wkroczyli Szwedzi, a na Litwie w sierpniu doszło do rzezi Wilna przez moskiewskie wojska Zołtareńki. Według ks. Popłatka Bobola był w lecie tegoż roku w Wilnie, ale opuścił je przed zdobyciem przez Moskali, udając się ponownie do Pińska. Idąc za ciosem, na początku października 1655 roku oddziały wojewody Dymitra Wołkońskiego, wsparte przez zaporoskich kozaków zdobyły i splądrowały Pińsk, paląc miasto i zabijając jego mieszkańców, co spowodowało kolejny odwet polski podczas, którego spalono prawosławny monastyr. W tym czasie Bobola przebywał cały czas w Pińsku lub okolicach. Kolejne półtora roku było względnie spokojne – jeszcze jesienią zaniepokojony sukcesami Szwedów w Rzeczypospolitej car Aleksy wstrzymał postępy swoich wojsk, na wiosnę roku 1656 rozpoczęto negocjacje z Moskwą, a działania wojenne na tym froncie ustały, co potwierdzono zawarciem w listopadzie tegoż roku rozejmu w Niemieży, który obowiązywał przez około dwa lata. Pod koniec roku 1656 nowy gracz – sojusznik Szwedów i Kozaków miał jednak wkroczyć na ziemie Rzeczypospolitej, daleko na północ od swojej dziedziny. Książę siedmiogrodzki Rakoczy.

W kwietniu 1657 wojska Rakoczego wspierane przez oddziały kozackie, splądrowawszy uprzednio Małopolskę i wzmocniwszy garnizon szwedzki w Krakowie, skierowały się na północny-wschód. 12 kwietnia połączyły się z armią Karola Gustawa i 7 maja obie armie stanęły pod Brześciem litewskim. 13 maja litewski garnizon bez walki skapitulował. W międzyczasie wspierający Szwedów i Węgrów kozacy rozlali się po okolicach – oddziały atamana Antona Żdanowycza ruszyły na Polesie. Jeden z nich pod wodzą watażki Lichego wkroczył do nieszczęsnego Pińska, oddalonego od Brześcia o ok. 180 kilometrów. I tym razem doszło do rzezi. Andrzej Bobola wcześniej opuścił miasto, ale sotnie kozackie buszowały po okolicy. 15 maja w rejonie Horodca kozacy dopadli i zamordowali jezuitę x. Szymona Maffrona – przybito go gwoździami do stołu, duszono, spalono boki i zdarto skórę. W środę, 16 maja doszło do rzezi katolików i żydów w Janowie Poleskim. W tym samym dniu koło Peredyla został pojmany sam Bobola – zaciągnięto go, okładając biczami i czekanami, tnąc szablą do Janowa Poleskiego. Tam nakłaniano do zaparcia się wiary katolickiej. Bezskutecznie. Rozpoczęto zatem tortury – wyłupano mu prawe oko, przypalano ciało, zdarto skórę z tułowia i głowy, wbijano mu drzazgi w palce i część obcięto, wyrwano język przez… otwór wycięty w szyi, wreszcie przywiązano za nogi do belki. Około godziny trzeciej po południu widząc nieugiętość męczennika dobito go ciosem szablą. Tego samego dnia na wieść o polskim podjeździe kozacy opuścili Janów, zaś miejscowy proboszcz, który się przed nimi ukrywał polecił przenieść ciało na plebanię i okryć całunem. 18 maja przybrano je w sutannę i przewieziono do Pińska.

Cytowana przez ks. Popłatka wzmianka z kroniki pińskiego kolegium jezuickiego z roku 1657 wskazuje, iż sporządzający ją przypisywał sprawstwo męczeństwa ojca Boboli Kozakom oraz Wołochom i Węgrom (op. cit., s. 147). Takiej możliwości nie należy wykluczać. Jak należy podkreślić, trzy pułki Antona Żdanowycza (Zdanowicza), liczące łącznie ok. 10 tys. ludzi, z polecenia Chmielnickiego wspomagały w roku 1657 Jerzego II Rakoczego. Wywołało to niezadowolenie Moskwy, która obawiając się zbyt silnego wzrostu potęgi szwedzkiej, zawarła z Rzeczpospolitą w listopadzie 1656 roku rozejm w Niemieży. Zarówno poparcie Chmielnickiego dla traktatu rozbiorowego w Radnot, inspirowanego głównie przez koła protestanckie, jak i interwencja Żdanowycza po stronie Rakoczego nie były zatem przez cara mile widziane. Na początku czerwca 1657 roku pojawili się nawet u kozaków posłowie z Moskwy z żądaniem wyjaśnień. Chmielnicki miał odpowiedzieć, że Żdanowycz działa samowolnie i rozkazał mu powrót na Ukrainę. W lipcu 1657 oddziały Żdanowycza brały udział w klęsce pod Magierowem. Jak podaje historyk ukraiński W. Lipiński (W. Lipiński: Z dziejów Ukrainy, Kraków 1912s. 565 i nast.) łącznikiem między Rakoczym a Chmielnickim, a później Żdanowyczem w kampanii 1657 roku był Jerzy Niemirycz – podkomorzy kijowski, absolwent akademii ariańskiej w Rakowie oraz twórca i protektor ośrodków ariańskich na Wołyniu i Ukrainie. Jak pisze W. Lipiński: „za aryanizm toczył zaciętą walkę z całą katolicką Rzptą, za aryanizm zmuszony był w r. 1646 emigrować na parę lat zagranicę”. Niemirycz znalazł się wkrótce w grupie protestanckiej skupionej wokół Janusza Radziwiłła protegującej Jerzego II Rakoczego na tron polski. W listopadzie 1655 został wysłany przez Karola Gustawa z listem przypowiednim na Ukrainę na zaciągi, na początku 1657 wobec traktatu w Radnot przybył ponownie do Chmielnickiego. Jak pisze Lipiński wraz z Niemiryczem projekt Radnot wspierali też inni arianie. Postać Niemirycza podsumowuje cytowany przez Lipińskiego diariusz przysięgania na sejmie unii hadziackiej (maj 1659): „Jerzy Niemirycz podkomorzy kijowski ex quo wiarę aryańską wyznawał, za nastąpieniem do Polski Szwedów – przy Szwedzie, potem gdy wtargnął Rakocy – przy Rakocym, tandem po zniesieniu Rakocego i ustąpieniu z Polski króla szwedzkiego udał się pod protekcyę do kozaków i tam ochrzcił się na wiarę ruską”.

Jednakże, mimo, iż kozacy na Pińszczyźnie na wiosnę roku 1657 znaleźli się jako wsparcie rozbiorowej układanki z Rakoczym w roli głównej, nie należy odrzucać religijnego z perspektywy oprawców, tła męczeństwa Boboli. Tło antagonizmów istniejących w maju 1657 r. na ziemi pińskiej widać w deputacji części szlachciców tego rejonu, pod wodzą Łukasza Jelskiego, która w maju przyjęła protekcję Zdaniewicza. Deputację ową przedstawiono 20 czerwca 1657  w Czehryniu samemu Chmielnickiemu. Głosiła ona m.in.: „Unią i insze obce wiary, obojgu nas nieprzyjazne i przeciwne, wykorzeniać powinniśmy, jednostajnie ze wszystką Bracią [nie] żądając w powiecie naszym takowym Dusz Chrześciańskich zarazom miejsca i przynęty. Jeśliby jednak który z osób duchownych, przyszedszy ku deprecatiey należnego Metropolity kijowskiego, miał od niego o dosyćuczynienie za odstempstwo świadectwo, ma mieć Pańskie, za gorącym duchowieństwa proszeniem, JM. Pan Hetman baczenie” (op. cit., s. 515). Ziemia pińska pozostała terenem zmagań z kozakami. Po zakończeniu rozejmu w Niemieży, na nowo rozgorzała wojna polsko-moskiewska. W roku 1660 doszło do kolejnego zniszczenia Pińska i morderstwa księdza Eustachego Pilińskiego, ale i wielkich zwycięstw polskich nad Rosjanami pod Połonką i Cudnowem oraz zawarcia pokoju ze Szwedami. Ciało Andrzeja Boboli, jednego z prawie 50 ówczesnych męczenników jezuickich z obszaru Rzeczypospolitej  w tych niespokojnych czasach zostało pogrzebane w Pińsku i zapomniane.

****

17 kwietnia roku 1702 przełożony pińskich jezuitów ksiądz Marcin Godebski, który rozważał kwestię patrona, który objąłby opiekę nad pińskim kolegium jezuitów miał wizję, w której ukazał mu się Andrzej Bobola i polecił odnaleźć swoje ciało. Po znalezieniu spisu osób pochowanych w miejscowym kościele dotarto do trumny męczennika i znaleziono doskonale zachowane jego ciało ze śladami okrutnych tortur. Postanowiono udać się do Janowa i dotrzeć do świadków zbrodni sprzed lat. Znalezione ciało bez oznak rozkładu spowodowało również powstanie miejscowego kultu. Wstawiennictwu Andrzeja Boboli przypisywano m.in. ocalenie Pińska podczas nowej wojny północnej. Cześć męczennika sie szerzyła i rozpoczęto starania o jego beatyfikację.  W roku 1755 wydano dekret o heroiczności i cnotach Andrzeja Boboli, co otwierało drogę do procesu beatyfikacyjnego. Nastepny okres to jednak lata rozbiorów i rewolucji oraz czarnej legendy jezuitów, która doprowadziła nawet do rozwiązania zakonu przez papieża pod naciskiem “oświeconych” monarchów. W roku 1808 Moskale, po przejęciu klasztoru jezuitów w Pińsku postanowili pozbyć się męczennika za wiarę katolicką, jezuitom udało się jednak wywieźć ciało do Połocka. Od roku 1820 opiekowali się nim dominikanie. W roku 1819, 7 lat po upadku płonnych nadziei wiązanych z Francuzami, wileński dominikanin o. Alojzy Korzeniewski modlił się o niepodległość Polski, powierzając tę kwestię Andrzejowi Boboli. Ukazał się mu Andrzej Bobola, zapowiadając, że po wielkiej wojnie królestwo Polskie zostanie przywrócone. Zauważmy na marginesie odmienność przebiegu tej wizji oraz poprzedniej wizji z roku 1702 ks. Marcina Godebskiego, którzy prosili o pomoc z niebios, a zdarzenie miało charakter jednostkowy od przebiegu zjawisk w Strachocinie to jest wieloletniego, samoistnego “przychodzenia z zaświatów nieznanego kapłana” (za: Czy znów uratuje Ojczyznę?, Niedziela 19/2012)

W roku 1853 bł. Pius IX beatyfikował Andrzeja Bobolę. W roku 1918 Polska ponownie pojawiła się na mapie Europy. W roku 1920, w obliczu nadchodzącej bolszewickiej nawały biskupi polscy ponownie ogłosili Maryję królową Polski. Odmawiano również, od 6 sierpnia nowennę do bł. Andrzeja Boboli. W uroczystej procesji z Najświętszym Sakramentem i relikwiami Andrzeja Boboli w dniu 8 sierpnia brało udział około 100 000 wiernych oraz późniejszy papież Pius XI, ówczesny nuncjusz w Warszawie. W ostatnim dniu nowenny doszło do tzw. cudu nad Wisłą. Nie było to ostatni moment pośmiertnego związku męczennika z Maryją królową Polski, której oddał znaczną część życia – 16 maja 1956 roku, w rocznicę śmierci Andrzeja Boboli internowany w bieszczadzkiej Komańczy kardynał Stefan Wyszyński napisał odnowienie ślubów lwowskich. Ciało męczennika pozostało jednak w Połocku, poza granicami traktatu ryskiego. Z powodu doskonałego stanu zachowania było otaczane czcią przez miejscową ludność, głównie prawosławną. I tak jak kiedyś sprawiało to kłopot prawosławnym władzom carskim, tak obecnie luminarzom nowej, lepszej religii. Religii bez Boga. Bolszewicy próbowali najpierw zniszczyć mit, udowadniając, że rzekomy doskonały stan ciała Andrzeja Boboli jest bajką ludową. W tym celu, w czerwcu 1922 r. specjalna komisja wkroczyła do kościoła – trumną w pozycji pionowej uderzono o posadzkę kościoła w Połocku, ale szczątki się nie rozpadły. Rozebrano następnie ciało i dokładnie obejrzano. Uznano je za osobliwość i w lipcu 1922 r. wywieziono z Połocka do Moskwy, gdzie umieszczono nagie w muzeum na pokaz. Odwiedzający nie wyzbyli się jednak “ciemnych” skojarzeń ze świętością i okazywali niezwykłym szczątkom religijną część. Schowano zatem kłopotliwe ciało do magazynu i w roku 1923 wysłano potajemnie przez Morze Czarne oraz Stambuł do Rzymu – oficjalnie w zamian za pomoc humanitarną głodującym Rosjanom, z zastrzeżeniem by nigdy nie trafiło do Polski. Ciało Andrzeja Boboli spoczęło w słynnym kościele jezuitów Il Gesu. Wraz z niepodległością Polski, po cudzie warszawskim sierpnia roku 1920 ruszył proces kanonizacyjny zakończony ogłoszeniem męczennika świętym przez Piusa XI 17 kwietnia 1938 roku. Doczesne szczątki jezuity sprowadzono z wielkimi honorami do Polski, gdzie spoczęły w kościele ojców jezuitów przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

Jak napisał papież Pius XII w cytowanej na wstępie encyklice “dokądkolwiek bowiem oczy obróci i dążyć zaczyna ludzka społeczność, jeżeli od Boga odchodzi, nie tylko nie osiąga upragnionego spokoju i zgody, ale wpada w taką rozterkę i niepokój, jak człowiek trawiony gorączką, oddając się pogoni za bogactwem, za wygodnym i przyjemnym życiem, które wyłącznie sobie ceni, chce pochwycić coś, co przed nią ciągle ucieka i buduje na tym, co się zapada. Albowiem bez uznania Najwyższego Boga i Jego świętego prawa nie może istnieć wśród ludzi żaden ład, ani żadne prawdziwe szczęście. Brakuje bowiem podstawy zarówno do prywatnego, jak i do należycie prowadzonego społecznego życia (…) Im zuchwalej ludzie nienawidzący Boga i nauki chrześcijańskiej występują przeciw Chrystusowi i założonemu przezeń Kościołowi, tym gorliwiej powinni nie tylko kapłani, ale wszyscy katolicy i żywym słowem i przez pisma rozpowszechnić wśród ludu, a najbardziej przez świetlany przykład życia swego się im przeciwstawić, zachowując zawsze poszanowanie dla osób, ale mężnie stając w obronie prawdy (…) Niechże, więc, wszyscy jako we wzór wpatrują się w męstwo Świętego Męczennika Andrzeja Boboli. Niech nieugiętą jego wiarę i sami zachowują i na wszelki sposób bronią. Niech tak naśladują jego apostolską godność, żeby starali się najusilniej, stosownie do swego stanu, Królestwo Chrystusowe na ziemi umacniać i we wszystkich kierunkach rozszerzać.” A, wzywając Polaków do zachowania w trudnych czasach wiary katolickiej i jedności, dodał “tak postępując i to osiągniecie, żeby wszyscy święci, osobliwie ci, co z waszego rodu wyszli, z tego wiekuistego szczęścia, jakim obecnie się cieszą, wraz z Królową Polski, Bożą Rodzicielką Maryją, na was i na ukochaną Ojczyznę waszą łaskawie spoglądali, by opiekować się nią i jej bronić”.

*****

Warto dodać, że miejsce kaźni Andrzeja Boboli – Janów Poleski, dziś w granicach Białorusi, nie raz spłynęło krwią polskich kapłanów. W dniu 22 stycznia 1943 r. został tu rozstrzelany wraz z grupą 37 zakładników wziętych przez Niemców jako odwet za uwolnienie przez oddział AK Jana Piwnika – “Ponurego” cztery dni wcześniej więźniów z więzienia w Pińsku, wikariusz generalny diecezji pińskiej ksiądz prałat Witold Iwicki. Egzekucja nastąpiła w okolicznościach przypominających męczeństwo św. Maksymiliana Marii Kolbego. Gdy okazało się, że zakładników jest o jeden więcej niż obejmował rozkaz egzekucji, Niemcy zaproponowali księdzu Iwickiemu uwolnienie. Ten jednak nie przystał na to i zamiast niego został uwolniony pracownik stacji kolejowej w Pińsku, który miał żonę i dzieci.

 

Wybrana bibliografia:
Słowo biskupa diecezji pińskiej Antoniego Dziemianki z okazji 70 rocznicy męczeńskiej śmierci ks. Witolda Iwickiego rozstrzelanego wraz z zakładnikami z Pińska w Janowie Poleskim przez hitlerowców z 10.01.2013 r.
ks. R. Dzwonkowski: Ksiądz Witold Iwicki, na: echapolesia.pl

W. Lipiński: Z dziejów Ukrainy, Kraków 1912
ks. J. Niżnik: Św. Andrzej Bobola w Strachocinie, Niedziela – edycja przemyska 18/2002
ks. I. Skubiś, J. Niżnik: Czy znów uratuje ojczyznę? Niedziela 19/2012, za: opoka.org.pl
ks. J. S. Pietrzak: Niepokalana królowa Polski, Kraków 1926
ks. J. Popłatek: Błogosławiony Andrzej Bobola Towarzystwa Jezusowego. Życie – męczeństwo – kult. Kraków 1936
ks. H. Szuman / ks. J. Cyrankowski: Św. Andrzej Bobola TJ, Starogard 1938
J. Łukawy: 75. rocznica kanonizacji św. Andrzeja Boboli, Nasza Służba, rok 2013, nr 10 (467)

Posted in Religia, Święci obok nas | Leave a Comment »

JOZAFAT KUNCEWICZ – MĘCZENNIK BRZESKIEJ UNII

Posted by tadeo w dniu 3 lutego 2020

J. Simmler: Męczeństwo Jozafata Kuncewicza (1861)

 

Nihil proficiet inimicus in eo, et filius iniquitatis non nocebit ei.

Nic nie zyska w nim nieprzyjaciel, a duch nieprawości mu nie zaszkodzi (Ps 88,23; z Introitu Mszy o św. Jozafacie Kuncewiczu)

Dnia 6 lipca roku 1439 rozradowały się niebiosa. Papież Eugeniusz IV po długich negocjacjach z delegacją pozostającego od roku 1054 w schizmie Kościoła wschodniego z cesarzem bizantyńskim Janem VIII Paleologiem i patriarchą Konstantynopola Józefem II na czele, ogłosił podczas trwającego soboru, w kościele Santa Maria del Fiore we Florencji unię kończącą schizmę Kościoła wschodniego. Jej tłem było zarówno podniesienie się Kościoła katolickiego z wielkiej schizmy zachodniej, w którym główną rolę pełnił Sobór w Konstancji, jak i zwiększające się zagrożenie tureckie dla stolicy wschodniego cesarstwa. Rozmowy z Grekami trwały od roku 1431 kiedy to papież Marcin V zwołał sobór w Bazylei. Ostatecznie delegacja z Konstantynopola uznała prymat papieża i doktrynę o czyśćcu, ustalono rozumienie formuły Filioque w Credo, natomiast Kościół wschodni zachowywał ryt liturgiczny, w tym prawo używania do Komunii św. zakwaszonego chleba. Unia została jednak odrzucona zarówno przez duchownych z terenów zajętych już przez Turków, jak Moskwy, gdzie unii energicznie sprzeciwiał się książę Wasyl II. Unię popierał natomiast uczestnik soboru florenckiego – metropolita kijowski Izydor, którego podczas podróży do Moskwy w celu ogłoszenia unii Wasyl w roku 1442 uwięził. Izydorowi udało się jednak zbiec na Litwę, a potem do Rzymu. W roku 1448 Wasyl skłonił biskupów księstwa do wyboru nowego, nie uznanego przez Konstantynopol i sprzeciwiającego się unii metropolity Jonasza, co doprowadziło do powstania autokefalicznej metropolii moskiewskiej. Upadek Konstantynopola w roku 1453 i uczynienie z siedziby patriarchy carogrodzkiego stolicy imperium Osmanów przypieczętowały niepowodzenie powyższego dzieła. Mehmed II wybrał zresztą na nowego marionetkowego patriarchę Jerzego Scholariusza, który mimo, iż pierwotnie był stronnikiem cesarskim i uczestnikiem pamiętnego soboru od roku 1443 zdecydowanie i otwarcie sprzeciwiał się unii florenckiej. Unię utrzymywano natomiast w Kijowie – nowym metropolitą został tam Grzegorz Bułgarin, zaś także w roku 1500 ówczesny metropolita Józef II przesłał papieżowi Aleksandrowi VI katolickie wyznanie wiary i akt kanonicznego uznania. Unia upadła i na Litwie dzięki schizmatyckiej małżonce Aleksandra Jagiellończyka Helenie oraz Zygmuntowi Staremu, który mianował metropolitą kijowskim Józefa Sołtana, a w roku 1511 potwierdził przywileje pozostających w schizmie „Greków”.

Pod koniec XVI stulecia sytuacja zmieniła się o tyle, że w roku 1589 dzięki staraniom Borysa Godunowa patriarcha carogrodzki Jeremiasz II ogłosił nadanie metropolicie moskiewskiemu Hiobowi godności patriarchy. Sztandar kościoła greckiego umacniał się w mieście nazywanym przez jego przepełnionych pychą władców Trzecim Rzymem, jeszcze bardziej wrogim Rzeczypospolitej jak otomański Stambuł. Z drugiej strony wpływ Carogrodu na Litwie i ziemiach włączonych przed unią lubelską roku 1569 do Korony malał. Rzym tymczasem borykał się z XVI-wieczną ekspansją protestancką, rozlewającą się szczególnie szeroko w ziemiach Rzeczypospolitej, której ostatni władcy z dynastii Jagiellonów wyraźnie sprzyjali. Przygotowywanie odnowy Kościoła, której apogeum był Sobór trydencki spowodowało, że inne kwestie, w tym kwestia schizmy wschodniej, musiały ustąpić na plan dalszy. Dbano jednocześnie by nie dochodziło do mieszania rytów podczas katolickich nabożeństw, czego dowodem była bulla św. Piusa V. Koniec XVI wieku przyniósł umocnienie rzymskiego Kościoła i ponowne spojrzenie nie tylko na misyjne terytoria pogańskie, ale również trwających w schizmie wschodniej braci. W roku 1573 papież Grzegorz XIII (m.in. reformator kalendarza) utworzył Kongregację Grecką, która miała dbać o propagowanie w krajach wiary greckiej katechizmu rzymskiego i postanowień Soboru w Trydencie. W roku 1575 papież powołał kolegium greckie, które miało podejmować działalność ekumeniczną. W roku 1582 placówka kolegium powstała na Litwie w Wilnie.

Asumptem do podjęcia bardziej aktywnych działań na rzecz unii były wspomniane wypadki z roku 1589 kiedy to Jeremiasz II powołał patriarchat moskiewski. Przybył on na Ruś celem zebrania daniny dla sułtana. W drodze powrotnej odbył synod w Brześciu i ustanowił egzarchę – własnego namiestnika w obrębie Rzeczypospolitej. O unii mimo zgłaszanych propozycji nie chciał słyszeć. Działania patriarchy nie spotkały się z poparciem miejscowych hierarchów Kościoła wschodniego, w tym ze Lwowa, Łucka i Włodzimierza, a także samego metropolity kijowskiego. Ze strony Kościoła za unią opowiadał się m.in. kaznodzieja ks. Piotr Skarga, jak również król Zygmunt III Waza wraz z kanclerzem wielkim koronnym Janem Zamoyskim. W czerwcu roku 1590 mianowany przez Jeremiasza II egzarcha Cyryl Terlecki oraz trzej biskupi obrządku wschodniego – lwowski, piński i chełmski na zjeździe w Bełzie postanowili odwołać się do unii florenckiej i przyrzec posłuszeństwo papieżowi, w zamian za prawo zachowania wschodniego obrządku liturgicznego. Wystąpienie powyższe zostało poparte przez uczestników synodu w Brześciu 24 czerwca tegoż roku. Dopiero jednak w marcu 1592 hierarchowie opowiadający się za unią uzyskali przychylną odpowiedź króla Zygmunta III Wazy i zapowiedź zrównania praw biskupów unickich z duchowieństwem łacińskim. Rokowania dotyczące szczegółów unii trwały do roku 1595, zaś król wyraził zgodę na żądania biskupów poza zwiększeniem liczby miejsc w senacie. Na synodzie prowincjonalnym w Brześciu w czerwcu roku 1595 postanowiono wysłać dwa oficjalne dokumenty – jeden do papieża Klemensa VIII, drugi do króla Zygmunta III Wazy. Na finiszu tych przygotowań zdanie zmienił jednak metropolita kijowski Michał Rahoza, próbując wyprzeć się swojego podpisu pod postanowieniami synodu. W tym celu sprzymierzył się z księciem Konstantym Wasylem Ostrogskim. Książę zgłosił oczekiwanie zwołania nowego synodu i uzyskał w tej kwestii poparcie biskupa lwowskiego Gedeona Bałabana oraz biskupa przemyskiego Michała Kopysteńskiego. Ten ostatni wysłał swojego posła na… synod protestancki w Toruniu z propozycją współpracy. Ostrogski podjął również próbę interwencji u patriarchy Jeremiasza by odwołał sprzyjających unii biskupów, najął również zbrojnych by ruszyli za wybierającymi się do Rzymu egzarchą Cyrylem Terleckim oraz biskupem Hipacym Pociejem by zatrzymali ich żywych lub martwych. Posunął się również do wspierania kozackiego powstania Semena Nalewajki. W tej sytuacji Zygmunt III Waza postanowił działać niezwłocznie i 22 września roku 1595 ogłosił uniwersał do Rusinów zawierający informacje o misji Pocieja i Terleckiego do Rzymu oraz planach unii. Wykorzystano również śmierć patriarchy Jeremiasza II. W listopadzie Pociej i Terlecki dotarli do Rzymu – papież Klemens VIII zgodził się m.in. na zachowanie liturgii wschodniej i kalendarza juliańskiego. 23 grudnia 1595 Hipacy Pociej i Cyryl Terlecki odczytali list od biskupów schizmatyckich Rzeczypospolitej oraz złożyli przed papieżem po łacinie i rusku nicejskie wyznanie wiary oraz przysięgę. Papież wyraził radość z powodu powrotu Rusi na łono Kościoła, błogosławiąc obecnych i cały naród ruski. Wydał również uroczystą bullę Magnus Dominus et laudabilis nimis.

Na wiosnę roku 1596 Ostrogski zorganizował akcję protestów przeciw unii na sejmikach ziemskich i majowym sejmie. Wśród obywateli Rzeczypospolitej obrządku wschodniego rozpowszechniano nieprawdziwe wyobrażenie unii. Pojawiał się upór kolejnych duchownych, a patriarcha aleksandryjski Melecy Pigas przysłał list potępiający unię. Na początku października roku 1596 odbył się zwołany przez metropolitę kijowskiego synod brzeski. Wśród zwolenników unii znaleźli się metropolita Michał Rahoza, biskup włodzimierski Hipacy Pociej, biskup łucki – egzarcha Cyryl Terlecki, arcybiskup połocki Herman Zahorski, biskup piński Jonasz Gogol i biskup chełmski Dionizy Zbirujski. Biskupi łacińscy – arcybiskup lwowski Jan Solikowski, biskup łucki Bernard Maciejowski i biskup chełmski Stanisław uczestniczyli w synodzie jako delegaci papiescy. Jednym z ich asystentów był ks. Piotr Skarga. Ostatecznie synod unię zatwierdził, choć przeciwnicy unii skupieni wokół Ostrogskiego, Bałabana i Kopysteńskiego zwołali tzw. sobór prawosławny, który potępił unię i ogłosił depozycję jej zwolenników. Moskwa, która umiejętnie rozgrywała przeciwników unii wchodziła właśnie w okres wielkiej smuty. Dopiero po rozejmie dywilińskim, wykorzystując sytuację Kozaków po zakończeniu wojny moskiewskiej doszło do nielegalnego powołania na nowo struktur pariarchatu carogrodzkiego w Rzeczypospolitej, niemniej po wojnach moskiewskich i kozackich oraz rozejmie w Andruszowie na terytorium Rzeczypospolitej utrzymała się i powiększyła przewaga grekokatolików.

Tło powyższe, przedstawione w sposób skrócony musiało zostać przypomniane przed rozpoczęciem opisu żywota św. Jozafata Kuncewicza. Urodził się on około roku 1580 we Włodzimierzu Wołyńskim w mieszczańskiej rodzinie kupieckiej Hawryły i Maryny Kunczyców. Na chrzcie w cerkwi św. Paraskiewy nadano mu imię Jan. Ukończył szkołę przy soborze Zaśnięcia Matki Bożej w rodzinnym mieście i wyjechał do Wilna, gdzie zdobywał doświadczenie zawodowe u znajomego ojca – kupca Jacentego Popowicza. Wilno, jak wyżej wskazano, było wówczas ośrodkiem ruchu ekumenicznego, który w Rzeczypospolitej zaowocował unią brzeską. W Wilnie Jan uczył się najpierw w szkole brackiej, ale w związku z atmosferą unii korzystał także ze wsparcia wileńskich jezuitów i za ich namową wstąpił w roku 1604 do klasztoru bazylianów pod wezwaniem Trójcy Świętej. Przyjął imię zakonne Jozafat i złożył śluby zakonne. Studiował w klasztornej szkole, a potem na jezuickiej akademii wileńskiej. Brat Jozafat wyróżniał się żarliwością, pobożnością i postem. Od roku 1607 u św. Trójcy przebywał Józef Welamin Rutski, który bywał aż w Rzymie u papieża Klemensa VIII, który nakazał mu przyjąć obrządek grecki by wesprzeć unię. Był to okres rokoszu Zebrzydowskiego i dymitriad, kiedy ujawniały się sprzeciwy wobec unii – w Wilnie działało schizmatyckie bractwo cerkiewne. znane są usiłowania przeciągnięcia Jozafata na stronę schizmatyków, także z udziałem ówczesnego archimandryty bazyliańskiego Sieńczyły. Jednym wsparciem był mu Rutski – obaj postanowili zawiadomić o sytuacji w Wilnie metropolitę Hipacego Pocieja, który wyznaczył Rutskiego swoim plenipotentem. W odpowiedzi pojawiły się oskarżenia przeciw Rutskiemu, że chce wprowadzić obrządek łaciński, a klasztor bazylianów oddać jezuitom. Wzmagały one niechęć zwykłych mieszkańców Wilna obrządku greckiego. Na jesieni roku 1608 doszło do sytuacji, w której archimandryta Sieńczyło opuścił w Mszy modlitwę za arcybiskupa Pocieja. Sprzyjający schizmie postanowili przejąć klasztor siłą, zaś Jozafata ponownie namawiano błaganiami i groźbami do przystąpienia do nich. O próbie tej powiedział: „wracam z piekła i słyszałem głos szatana, wzywającego mnie do odstępstwa od wiary”. Jeden z mieszczan przestrzegł Rutskiego o możliwej próbie napadu na klasztor, o sprawie dowiedział się także wielki zwolennik unii – wojewoda wileński Mikołaj Krzysztof Radziwiłł zwany Sierotką (znany już wówczas jako autor pamiętników z podróży do Ziemi Świętej. Wojewoda obiecał pomoc bazylianom i przestrzegł Sieńczyłę, że jakikolwiek objaw buntu zostanie srogo ukarany. Uwięził też mieszczan, którzy kierowali groźby pod adresem Jozafata. Sieńczyło na nabożeństwie w wileńskim soborze otwarcie wyrzekł się unii i złożył oświadczenie, że nie uznaje papieża ani metropolity Pocieja, tylko patriarchę z Konstantynopola. W odpowiedzi Pociej obłożył Sieńczyłę ekskomuniką, a ten udał się na sejm roku 1609 agitować przeciw unii. Sejm styczniowy roku 1609 nie był dobrym momentem dla unii – król Zygmunt postanowił otwarcie wystąpić przeciw Moskwie, gdzie trwała wojna między drugim Dymitrem Samozwańcem a Wasylem Szujskim. Przekonanie do tego posłów wiązało się z ustępstwami, do których należała amnestia dla uczestników rokoszu Zebrzydowskiego, jak również wezwanie zwolenników unii i schizmy do powstrzymywania się od wrogich aktów z zachowaniem status quo jeśli chodzi o posiadane świątynie, przy czym jeśli w ostatnich dwóch latach doszło do zagrabienia takowej, strona pokrzywdzona mogła złożyć skargę.

Konflikt w Wilnie tymczasem trwał – metropolita Pociej uzyskał u Zygmunta zatwierdzenie objęcia przez Józefa Rutskiego funkcji archimandryty bazylianów. Nie zamierzał rezygnować i Sieńczyło, który uzyskał poparcie części mieszczan wileńskich, zarówno tych sprzyjających schizmie, jak i protestanckich. 9 marca 1609 roku w święto czterdziestu męczenników z Sebasty Sieńczyło zgromadził uzbrojony tłum, który wyszedł naprzeciw Rutskiemu, Jozafatowi i innym zakonnikom. Nie doszło jednak do napadu, co przypisywano ukazaniu się św. Bazylego i męczenników, zaś Sieńczyło złożył skargę do sądu świeckiego. Ten złożony w przeważającej mierze z miejscowych protestantów przychylił się do skargi, wkraczając nawet w kompetencje metropolity Pocieja. Pociej odwołał się do króla, który wyznaczył do rozpoznania sporu kanclerza litewskiego Lwa Sapiehę. Ten zatwierdził Rutskiego jako archimandrytę, skazał schizmatyków na grzywnę, zaś Sieńczyłę i głównych inicjatorów akcji na wygnanie z miasta. W odpowiedzi 21 sierpnia roku 1609 w Wilnie doszło do zamachu na metropolitę Pocieja – gdy ten wracał od nuncjusza papieskiego z kilkoma księżmi napadł na niego zwolennik schizmy z obnażoną szablą. Metropolicie udało osłonić się laską, odcięto mu jednak trzy palce u ręki, szabla przecięła też łańcuch biskupi i odzież. Zamachowca Jana Tupekę ujęto i, mimo prośby metropolity o łaskę, skazano na śmierć. Jozafat odwiedzał go w więzieniu i wyspowiadał.

Na wiosnę tego samego roku 1609 Jozafat przyjął bowiem święcenia kapłańskie i stał się najbliższym współpracownikiem i pomocnikiem archimandryty Rutskiego przy odnowie podupadłego klasztoru. Napisał też szereg traktatów przeciw schizmie z wykorzystaniem ksiąg cerkiewnych, co przyczyniło się do pozyskania zwolenników unii, jak również wzrostu liczby powołań u bazylianów. Z uwagi na żarliwość kaznodziejską nazywany był przez zwolenników schizmy „duszochwatem”. Pojawił się nawet propagandowy obrazek z takim podpisem, na którym Jozafat w postaci szatana z hakiem ciągnął do siebie ludzkie dusze. W klasztorze bazylianów znalazł się w roku 1612 mianowany przez Dymitra Samozwańca I patriarcha moskiewski Ignacy, uwięziony w roku 1606 przez Wasyla Szujskiego w monasterze czudowskim, który odzyskał wolność w wyniku układów bojarów z Żółkiewskim i w kwietniu roku 1611 wrócił do Moskwy, skąd uciekł wobec wzbierających zamieszek w grudniu tego roku. Spod Smoleńska, gdzie stały wojska Zygmunta III Wazy skierowano go do Wilna, do klasztoru bazylianów. Tu pod wpływem Rutskiego i Jozafata przyjął unię, ogłaszając tę decyzję publicznie. Żył w klasztorze do śmierci, według niektórych źródeł pełniąc po Jozafacie funkcję jego archimandryty.

W roku 1614, po tym jak Rutski został metropolitą unickim po śmierci Hipacego Pocieja, Jozafat otrzymał godność archimandryty wileńskich bazylianów, wprowadzając dalsze reformy w klasztorze. Wprowadził m.in. zwyczaj częstej spowiedzi, za którą wbrew praktyce większości popów nie pobierał opłat. Utworzył także nowicjat unicki w klasztorze w Byteniu ufundowanym przez marszałka Słonimskiego Grzegorza Tryznę, klasztor bazylianek w Krasnymborze i sprowadził unickich zakonników do klasztoru w Żyrowicach na Grodzieńszczyźnie, w dobrach kasztelana Jana Meleszki. Klasztor ów z cudownym wizerunkiem Matki Boskiej stał się wkrótce ważnym sanktuarium na Litwie, a bazylianie przebywali tam aż do likwidacji klasztorów unickich przez władze carskie w 1839. Jozafat skłonił również kanclerza wielkiego litewskiego Lwa Sapiehę do sfinansowania budowy okazałych świątyń w Byteniu i Żyrowicach. W roku 1615 towarzyszył metropolicie kijowskiemu w podróży do Kijowa, gdzie głosił jedność z Kościołem mnichom sławnej Ławry Peczerskiej.

W roku 1617 Jozafat uzyskał od metropolity kijowskiego godność koadiutora archidiecezji połockiej oraz biskupa witebskiego i mścisławskiego. Sakrę biskupią otrzymał w Wilnie 12 listopada roku 1617, po czym udał się na początku stycznia roku 1618 do Połocka na ingres. Wschodnie rubieże Rzeczypospolitej były terenem, gdzie utrzymywali się przeciwnicy unii. Jozefat zabrał się energicznie do działania, przeprowadzając wizytacje parafii, działalność kaznodziejską i odnowę życia liturgicznego. W tym samym roku 1618, po śmierci Gedeona Brolnickiego, sygnatariusza unii brzeskiej, Jozafat Kuncewicz został arcybiskupem połockim. Mimo wysokiej godności zachował skromność i pokorę – większość pałacu arcybiskupiego udostępnił jako przytułek dla ubogich. Datki przeznaczał również na wzbogacanie wyposażenia świątyń. Umartwiając się i prowadząc życie ascetyczne korzystał ze wzorów Nila Sorskiego. Na prowincji swojej diecezji napotykał miejscami opór – gdy w roku 1619 udał się do Mohylewa z królewskim nakazem przejęcia cerkwi, zamknięto przed nim bramy. Uznano to za obrazę majestatu królewskiego, zaś kanclerz litewski Lew Sapieha ogłosił wyrok śmierci na buntowników – nie doszło jednak do jego wykonania.

W roku 1620 doszło do wspomnianego wyżej nielegalnego wyświęcenia biskupów obrządku greckiego oraz metropolity Hioba Boreckiego dla Rzeczypospolitej przez patriarchę jerozolimskiego Teofanesa, który zatrzymał się na Rusi kijowskiej wracając z Moskwy i wezwał kozaków do wierności wierze ruskiej. Był to jednocześnie akt buntu przeciw władzy królewskiej Zygmunta III Wazy, za którego zgodą mianowano biskupów. Wyświęcony przez Teofanesa w porozumieniu z cerkwią moskiewską dla Połocka Melecjusz Smotrycki zaczął organizować opór przeciw biskupowi Kuncewiczowi, którego przedstawiał jako zdrajcę ruskiej wiary. Smotrycki już wcześniej występował przeciw unii, pisząc m.in. dziełko „Lament cerkwi ruskiej”. Smotrycki przebywał w Wilnie w klasztorze św. Ducha, który pozostał w rękach zwolenników schizmy, skąd rozsyłał listy podsycające opór w innych miastach Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Podczas pobytu Jozafata na sejmie w roku 1621, gdzie ponownie do głosu doszli przeciwnicy unii, w różnych miastach, wybuchły bunty i przejęto unickie cerkwie. Jozafat postarał się o królewskie listy stwierdzające brak legalnego powołania biskupów przez Teofanesa i jeździł z nimi po swej diecezji. Po ich odczytaniu w Połocku wybuchły zamieszki, których przywódcą był Jan Terlikowski, w Witebsku przywódcami zwolenników schizmy byli mnich Sylwester i pop Kamieniec. W Połocku dzięki spokojowi Jozafatowi i towarzyszącym mu urzędnikom królewskim, wśród których był wojewoda Michał Sokoliński, udało się wyjść z ratusza, napadnięto natomiast na sprzyjającego unii ławnika Dziahilewicza, któremu udało się jednak uciec. W Witebsku zaszła podobna sytuacja – po odczytaniu w radzie miejskiej listów królewskich stronnicy schizmy napadli na główną cerkiew miasta, pobili kapłanów, zajmując świątynię siłą. Po interwencji królewskiej po miesiącu zwrócili cerkwie unitom, lecz zrabowane z ozdób i kosztowności. Król Zygmunt, który w roku 1621 borykał się z wyprawą turecką Osmana II pod Chocim, przy niepewnej pomocy Kozaków zaporoskich, nie mógł sobie pozwolić na mocniejsze wystąpienie przeciw wrogom unii. W Kijowie doszło do napadu na sobór katedralny św. Zofii, którym opiekowali się bazylianie – Kozacy pochwycili ich i wtrącili do więzienia. Później doszło nawet tam do morderstwa kijowskiego burmistrza i dwóch kapłanów unickich.

Kanclerz litewski Lew Sapieha prosił Jozafata o wstrzemięźliwość w sprawie unii i zgodę na wydanie schizmatykom cerkwi w Mohylewie. Gdy Jozafat zaoponował, otrzymał drugi, ostrzejszy w tonie list obwiniający go o narażenie Rzeczypospolitej na zwrócenie się Kozaków przeciw niej. Na zarzut naruszania pokoju w państwie biskup Jozafat odpisał Sapiesze: „prawda, że dobry jest pokój publiczny, ale ten który zostawił nam Chrystus, nie zaś ów pokój, o którym powiedział: nie przyszedłem puszczać pokój, ale miecz (Mt X,34). Co za społeczność może być światłości z ciemnościami? Jaka zgoda między Chrystusem a Beljalem? między katolikami a synami schizmy i herezji? między kościołami katolickimi a bluźnierstwami schizmatyków? Co za pokój będzie, gdy z obrazą Bożą uczyniony?” Trafnie również zauważył biskup, że większe zło wyniknie dla ojczyzny, gdy schizmatyckim Kozakom da się wszelką wolność, bo będą znosić się z patriarchatem carogrodzkim pozostającym w służbie Turków i tego wroga na ojczyznę sprowadzą, a nie można dla przywilejów kozackich poświęcać sprawę unii. Jak wskazywał: „Jeśliby wszystkiego tego nie uważano, a kozacką posługę nad Unję świętą przedłożono i woli ich zadośćuczyniono pomimo woli Bożej, trzeba będzie obawiać się, aby tenże Bóg sprawiedliwym sądem swoim nie ukarał tej Ojczyzny miłej, a to przez tychże kozaków, jak niegdyś ukarał lud swój przez Filistynów, za to że zbyt był dla nich pobłażliwym”. 25 lat po napisaniu tych słów przez abp Jozafata Kuncewicza wybuchło w sojuszu z Tatarami kozackie powstanie Chmielnickiego, które w kilkuletniej perspektywie doprowadziło do pierwszego projektu rozbioru Rzeczypospolitej, a i poddania się Kozaków carowi moskiewskiemu.

Sejm roku 1623 przyniósł kolejne wystąpienia przeciwników unii. Równolegle występował prąd polonizacji szlachty ruskiej, która, także z uwagi na brak chęci na wchodzenie w ciągłe spory ze zwolennikami schizmy przyjmowała katolicki obrządek łaciński, osłabiając tym samym społeczność wiernych unickich. Wzmacniało to równocześnie argumenty propagandowe przeciwników unii o tym, że jest ona drogą do zniszczenia wiary greckiej przez „łacinników.” W arcybiskupim Połocku dochodziło do powtarzających się ataków na abp Jozafata. Wizytował on również inne miasta, w tym najbardziej sprzyjający schizmie Witebsk. Jeszcze w roku 1622 podczas prowadzonej przez biskupa ulicami miasta uroczystej procesji na Zielone Świątki, na moście na Dźwinie zagrodził jej drogę oficer nazwiskiem Wasilewski wraz żołnierzami, grożąc wrzuceniem Jozafata do rzeki. W święto Przemienienia Pańskiego tegoż roku doszło do wtargnięcia napastników do świątyni podczas odprawianej przez biskupa liturgii – wierni obecni w cerkwi obronili go jednak. Obiektem ataków stawali się także inni kapłani i zakonnicy uniccy, a także ich służba.

W październiku 1623 roku mimo ostrzeżeń i powtarzających się napaści abp Jozafat Kuncewicz ponownie udał się do Witebska. Podjął tam pracę duszpasterską, odprawiając liturgię świętą, głosząc kazania, spowiadając. Rankiem 12 listopada po Mszy świętej napadł na pałac, w którym przebywał tłum zwolenników schizmy. Za pretekst służyło pochwycenie przez służących arcybiskupa lżącego go w drodze na jutrznię wędrownego kaznodzieję – popa Eliasza i zamknięcia go w kuchni biskupiego pałacu. Mimo wypuszczenia tego ostatniego na polecenie Jozafata, tłum ruszył do szturmu na pałac biskupi. Biskup rozkazał swoim nie używać broni przeciw tłumowi, jedynie strzelać na postrach. Dodało to jedynie napastnikom zuchwałości. Jozafat zachował spokój i prosił by oszczędzono jego sługi. Porwano się jednak na niego, uderzano go kijami i cięto toporem, wreszcie wywleczono na dziedziniec i dobito strzałem z rusznicy w głowę. Towarzyszący mu archidiakon Doroteusz, Emmanuel Kantakuzen i sługa Grzegorz Uszacki, który próbowali biskupa zasłonić własnym ciałem, odnieśli ciężkie rany. Pałac i sobór splądrowano, a zwłoki Jozafata bezczeszczono po to by, obciążone kamieniami, wrzucić w końcu do Dźwiny.

Dopiero, gdy zamieszki ustały na miejsce zdarzenia odważyli się wyjść w asyście żołnierzy urzędnicy z zamku królewskiego. Również mieszczańskie władze Witebska przeraziły się dokonanej zbrodni. Po poszukiwaniach, podczas których wyznaczono nagrodę za znalezienie ciała arcybiskupa, wyłowiono je z rzeki i złożono w zamkowym kościele św. Michała. Następnie przetransportowano je Dźwiną do Połocka i uroczyście złożono w miejscowej katedrze. Tam zostały wystawione na katafalku przez szereg miesięcy, podczas których doświadczano cudów i nawróceń. Przywoływana jest relacja Jana Chodygi rajcy miejskiego z Połocka, który należał do przeciwników biskupa za życia. Po tym jak przybył do Połocka na wieść o śmierci Jozafata Kuncewicza, oświadczył „w chwili gdym patrzał na nie (tj. na zwłoki), wyrzekłem się w duchu swego odszczepieństwa. Po powrocie do Połocka wyspowiadałem się i przyjąłem św. Komunię w katedrze św. Zofii i teraz gotów jestem oddać życie za Kościół katolicki. Nawróciła mnie niewinna krew Jozafata.” Uroczysty pogrzeb szczątków męczennika odbył się 25 stycznia roku 1625 w obecności dawnego towarzysza od wileńskich bazylianów, metropolity Rutskiego.

Król Zygmunt nakazał osądzić morderców z Witebska. Trybunałowi, który zebrał się w Witebsku w grudniu roku 1623 przewodniczył kanclerz litewski Lew Sapieha. Przesłuchania rozpoczęto w połowie stycznia roku 1624. Uczestnicy rozruchów winę składali na karb podburzania ich przez Smotryckiego i schizmatyckich duchownych. 23 stycznia 1624 roku został wydany wyrok skazujący na śmierć 19 uczestników zabójstwa. Cofnięto też miastu wszystkie przywileje, co obejmowało nakaz zburzenia ratusza pozbawionego władz magistrackich miasta, którym miał odtąd rządzić królewski wojewoda. Dokonano szeregu konfiskat mienia, zaś dzwony w cerkwiach zwołujące tłum do ataku na pałac biskupi kazano przetopić i ulać z nich jeden wielki dzwon dla unickiego soboru ku czci męczennika. Skazani na śmierć, oprócz jednego – radnego połockiego Piotra Wasilewicza, okazali skruchę i pojednali się z Kościołem.

Męczeństwo Jozafata przyczyniło się do wzrostu poparcia dla unii brzeskiej na Białej Rusi. Największy owoc przyniosło jednak w najmniej spodziewanym miejscu – sprawca zamieszek na Witebszczyźnie Melecjusz Smotrycki, który znalazł się poza granicami Rzeczypospolitej i podróżował do Carogrodu, Antiochii i Aleksandrii ostatecznie sam przyjął unię, podporządkowując się papieżowi Urbanowi VIII. Wyznał również, że jego wcześniejsze propagandowe pisma zawierały błędy i oszczerstwa. Unia przetrwała na ziemiach Rzeczypospolitej, choć po śmierci Zygmunta III Wazy jego następca Władysław IV Waza w marcu roku 1633, chcąc zapewnić sobie pomoc Kozaków w odsieczy oblężonego od października 1632 roku Smoleńska uznał przywrócenie hierarchii pozostającego w schizmie Kościoła wschodniego na ziemiach Rzeczypospolitej. Jak potwierdza opisany wyżej żywot Jozafata Kuncewicza przeciw unii występowali również obawiający się Kościoła katolickiego heretycy protestanccy.

Już w roku 1624 rozpoczął się proces beatyfikacyjny biskupa Kuncewicza, zakończony ogłoszeniem go w roku 1643 przez Urbana VIII błogosławionym. W roku 1867 kanonizował go bł. Pius IX, ogłaszając patronem Rusi. W roku 1653 wobec zagrożenia wojną z Moskwą ciało bł. biskupa Kuncewicza wywieziono na zachód. Wróciło do Połocka uroczyście w roku 1666, niedługo przed zawarciem rozejmu andruszowskiego. W roku 1705 miasto zajął car Piotr I – doszło do mordów na miejscowych bazylianach i próby profanacji relikwii, nieudanej jednak, gdyż przewieziono je potajemnie do Białej Podlaskiej, gdzie znalazła się w zamku Radziwiłłów, a potem miejscowym klasztorze bazylianów, który stał się sanktuarium. W roku 1864 władze carskie zlikwidowały klasztor, a trumna została na polecenie gubernatora rosyjskiego Stiepana Gromyki zniesiona do podziemi, przysypana rupieciami i zamurowana. Odnaleziono ją dopiero w roku 1916 po jednej z niemieckich ofensyw i przewieziono uroczyście do Wiednia, a następnie w roku 1949 do bazyliki św. Piotra w Rzymie, gdzie spoczywa do dziś. Relikwia lewej ręki św. Jozafata wraz z pierścieniem biskupim znajduje się w bazylice Serca Jezusowego na Pradze w Warszawie.

————————

Wybrana literatura:

Ks. F. Błotnicki: Św. Jozafat Kuncewicz. Męczennik unii. W pięćdziesiątą rocznicę kanonizacyi, Lwów 1917

Ks. J. Urban: Św. Józafat Kuncewicz. Biskup i męczennik, Kraków 1921

https://ad2016.wordpress.com/2014/10/28/jozafat-kuncewicz-meczennik-brzeskiej-unii/

Posted in Religia, Święci obok nas | Leave a Comment »

DULCISSIMA NA RANY

Posted by tadeo w dniu 3 stycznia 2020

 „Wszystko jest łaską, również to, że jestem głupia. Dla świata można być głupim, ważne jest to, że u Boga jest się dzieckiem” 

Znalezione obrazy dla zapytania Dulcissima

S. M. Dulcissima to imię zakonne. Naprawdę nazywała się Helena Hoffmann. Urodziła się 7 lutego 1910 r. w Zgodzie, dzielnicy Świętochłowic. Ceglany, śląski familok, w którym mieszkała, stoi do dziś. Była zwyczajną dziewczynką. „Nie było dnia, żebym czegoś nie zbroiła” — napisała wspominając dzieciństwo. Miała charakter. Kiedy ksiądz głoszący w jej parafii rekolekcje tłukł pięścią w ambonę, Helenka oburzona takim zachowaniem podłożyła mu pod obrus pinezki. Kiedy wykryto sprawcę, dziewczynka odpowiedziała śmiało: „Ja to zrobiłam, bo nie wolno tak tłuc pięścią w domu, gdzie mieszka Pan Jezus. Nasi księża tak nie robią”. Kiedyś, pracując na polu, wykopała medalion z wizerunkiem św. Teresy z Lisieux. Wydarzenie znamienne, bo kanonizowana w tym właśnie czasie Teresa miała stać się jej duchową przewodniczką, nawiedzając ją wielokrotnie w snach i widzeniach. W 1927 r. Helena wstąpiła do zgromadzenia Sióstr Maryi Niepokalanej. Po dwóch latach pojawiły się pierwsze objawy ciężkiej choroby. Zaczęły się silne bóle głowy, połączone z okresową utratą przytomności. Trudności w chodzeniu, bezsenność, paraliże, depresje, wreszcie utrata wzroku — to wszystko było dla s. Dulcissimy okazją do ofiarowania się Bogu. W 1933 r. znalazła się w klasztorze w Brzeziu koło Raciborza. Tu spędziła swoje ostatnie lata. Mieszkańcy wsi szybko zorientowali się, że ta przygnieciona cierpieniem zakonnica jest kimś niezwykłym. Od dnia jej śmierci 18 maja 1936 r. do klasztoru wciąż napływają świadectwa łask, przypisywanych wstawiennictwu s. Dulcissimy.

Dwa lata temu rozpoczął się jej proces beatyfikacyjny.

Jest taka miejscowość, której najważniejszą obywatelką jest zakonnica, dwudziestosześcioletnia dziewczyna o łagodnych oczach i uśmiechu dziecka. Taką ją zapamiętano i choć od jej śmierci mija właśnie 65 lat, kochają ją tu wszyscy.

Nieświeckie słowo

— Miałam ciążę pozamaciczną. Nie wiedziałam, co to jest — opowiada Marta Pokracka z Brzezia. — Normalnie pracowałam na polu, aż nagle zasłabłam — kiwa głową, wspominając wydarzenia sprzed prawie czterdziestu lat. W ciężkim stanie trafiła do szpitala i od razu na stół operacyjny. Czuła, że jest źle, ale wydawało jej się, że nie może teraz umierać. Martwiła się o męża i sześciomiesięczną córkę. — Dulcissimo, trzymaj Ty te noże — zdążyła powiedzieć przed zapadnięciem w narkozę. Była trzecia w nocy, kiedy poczuła, że ktoś poklepuje ją w policzki. Nad nią stała zakonnica-pielęgniarka, która asystowała przy operacji. — Niech się pani obudzi, proszę się obudzić! — wołała natarczywie. — Co to takiego powiedziała pani przed operacją? To nie było świeckie słowo — zapytała, gdy pacjentka otwarła oczy. Chora wymamrotała, że Dulcissima to imię zmarłej w 1936 roku siostry zakonnej z Brzezia, którą wszyscy mieszkańcy proszą o wstawiennictwo, wierząc, że to święta. Zakonnica spojrzała wymownie na leżącą. — To był cud, że pani przeżyła — powiedziała krótko. Kiedy Marta Pokracka opuszczała szpital, chciała podziękować lekarzowi. — Niech mi pani nie dziękuje. To było coś nadprzyrodzonego — usłyszała w odpowiedzi.

Wszyscy na grób

Masywna wieża z czerwonej cegły góruje nad Brzeziem, dawniej nadodrzańską wsią, dziś dzielnicą Raciborza. Naprzeciw wejścia do kościoła stoi okazały sarkofag z kamienia. Na granitowej płycie napis: „Oblubienica Krzyża, sługa Boża S. M. Dulcissima”. Przy grobie wciąż płoną znicze. Jakaś kobieta w średnim wieku stoi zadumana, wpatrując się w sarkofag. Mężczyzna, który z nią przyszedł, mocuje się z wazonem, do którego próbuje wepchnąć przyniesiony bukiet kwiatów. Widzę łzy w oczach mężczyzny. Po chwili przychodzi dziewczynka z pobliskiej podstawówki i stoi z rękami złożonymi jak do Pierwszej Komunii. Dołączają do niej kolejne dzieci z torbami na plecach. Nieruchomieją przez chwilę, robią znak krzyża i odchodzą. Po trzech minutach przed grobem staje pochylona staruszka. Zatrzymuje się obok niej młoda kobieta. Modlą się.

— Tu prawie bez przerwy ktoś się modli. Coraz częściej przyjeżdżają z daleka, pojedynczo albo grupami, czasem autobusami, czasem na rowerach — mówi proboszcz Antoni Pieczka. — Dzięki siostrze Dulcissimie ludzie tu są wyczuleni na modlitwę. — wtóruje mu kapelan sióstr, ks. Józef Cop.

Daj im dużo, dużo

Wszystko zaczęło się wtedy, kiedy po ludzku powinno było się skończyć — 18 maja 1936 roku. Rankiem, kiedy rozdzwoniły się kościelne dzwony, siostra Dulcissima wydała ostatnie tchnienie. Choć zaledwie dwudziestosześcioletnia, dojrzała do nieba jak mało kto. W ciągu dziewięciu lat zakonnego życia przecierpiała morze męki, ale nie było w tym cierpieniu rezygnacji. Była przekonana, że Jezus prosi ją o przyjęcie pokuty za innych. Utwierdzały ją w tym przekonaniu częste wizje świętej Teresy z Lisieux, która od dzieciństwa była jej przewodniczką. W „tereskowy” sposób widziała rzeczywistość. „Wszystko jest łaską, również to, że jestem głupia. Dla świata można być głupim, ważne jest to, że u Boga jest się dzieckiem” — napisała w jednym z listów. Była dzieckiem, a dziecku Bóg niczego nie odmawia.

Wręcz zachłannie pragnęła wynagradzać za ludzkie grzechy. — Daj mi dusze, dusze, dusze! Są takie drogie, kosztują tak wiele! — dyszała nękana atakami drążącej ją choroby. — Za kapłanów, za Zgromadzenie… — powtarzała. W ostatnich tygodniach przed śmiercią wołała do siebie ludzi świeckich. — To są dusze… Muszę je też zawołać. Wszystkie powinny przyjść — tłumaczyła opiekunce, siostrze Lazarii. Krótko przed śmiercią modliła się: — Jezu, daj księdzu proboszczowi i parafii dużo… daj im dużo, Jezu, daj im dużo.

Ludzie wiedzieli, że ta młoda, zgięta od bólu, ale mimo to prawie zawsze uśmiechnięta kobieta modli się za nich. Nic dziwnego, że pogrzeb zgromadził dosłownie wszystkich mieszkańców Brzezia. Do dziś świadkowie tamtego wydarzenia wspominają, że wyglądało to raczej na wesele niż uroczystość żałobną. — Ona była przecież dzieckiem. Wtedy nie nosi się żałoby. — tłumaczył brzeski proboszcz.

Będę się opiekować

Grób siostry Dulcissimy stał się od samego początku miejscem zupełnie spontanicznego kultu. — My tam tylko ziemię dosypywałyśmy — śmieją się siostry ze zgromadzenia Maryi Niepokalanej. Trzeba było dosypywać, bo ludzie brali tę ziemię w przekonaniu o jej szczególnych właściwościach. — Jak w trzydziestym dziewiątym chłopcy szli na wojnę, to im matki robiły takie woreczki i zaszywały do nich ziemię. Wszyscy wrócili. Ale wtedy ten grób był do połowy wybrany! — opowiada Gertruda Twardowska. Ona też była świadkiem szczególnego wydarzenia, kiedy krótko po wojnie odwiedziła klasztor. Siostra Lazaria, przyjaciółka i opiekunka Dulcissimy, nie miała nic do jedzenia, a musiała nakarmić kilkanaście dziewcząt z nowicjatu. Poszła do kaplicy i zawołała w desperacji: „Dulcissimo, przecież obiecałaś, że będziesz się nami opiekować, a ja tu nie mam tym dzieciom co dać jeść!” — W tym momencie ktoś zadzwonił do drzwi. Ja otwieram, a tam elegancki pan z ogromnymi bochnami chleba — opowiada pani Gertruda. — „Miałem to tu oddać”, powiedział. Wzięłam te chleby i pobiegłam po siostrę. Wychodzimy na ganek, rozglądamy się — nikogo. Jakby się w ziemię zapadł.

Sposób na czeki

Przekonanie o sile wstawiennictwa Sługi Bożej (ten tytuł przysługuje s. Dulcissimie od czasu otwarcia przed dwoma laty procesu beatyfikacyjnego) jest powszechne.

Kunegunda Grycman pamięta siostrę Dulcissimę. Jej wstawiennictwo przez całe życie traktuje jako rzecz naturalną. — Jak ja ją za dziecka znałam, czemu by mi i dzisiaj nie pomogła? — mówi z pewnością w głosie. Podobne przekonanie podzielają przedstawiciele młodszych pokoleń. Anna Krzykała z Raciborza zachwyciła się siostrą Dulcissimą. — Mam poczucie wielkiej więzi z nią — zapewnia. Kilka lat temu, przed świętami Bożego Narodzenia, zaginęła jej książeczka czekowa. „Znalazca” mógł wyczyścić jej konto, a na każdym czeku zrobić tysiąc złotych debetu. Razem byłoby tego ponad 20 tysięcy. — Przerażona, od razu z tą sprawą zwróciłam się do siostry Dulcissimy. Modliłam się gorąco, dałam na Mszę — wspomina. — Zablokowałam konto, ale święta i tak miałam zepsute. Po świętach poszłam do banku. Tam od razu mnie wołają. „No tak, mam debet”, myślę sobie. A oni zwracają mi czeki i mówią, że przyniósł je jakiś elegancki pan z prośbą o oddanie ich właścicielce. Nie przedstawił się, nie chciał też powiedzieć, gdzie je zalazł — śmieje się pani Anna.

Dużo cię czeka

Na klasztornej werandzie siedzi wiekowa zakonnica. Z trudem unosząc głowę, spogląda na mnie łagodnymi oczyma. — To siostra Dulcissima — przedstawia mi ją jedna z sióstr. — Otrzymała to imię po śmierci Sługi Bożej — wyjaśnia, widząc moją zdziwioną minę. Przysiadam się i pytam, jak się to stało, że akurat jej przypadło to imię. — Och, ja bardzo chciałam mieć to imię — mówi z uśmiechem. — Siostrę Dulcissimę widziałam kilka razy, jeszcze przed pójściem do klasztoru. Ale kiedy tu przyszłam, ona już nie żyła, a wszyscy opowiadali, że to była taka święta zakonnica. Więc tak modliłam się, żebym dostała jej imię, że aż przełożona pytała: „Co ty tak siedzisz w tej kaplicy?”. Ale nie powiedziałam, o co się modlę. Przed obłóczynami przyjechała matka generalna. „Jakie imię chcesz przyjąć?”, zapytała. Ja jej mówię, żeby ona sama wybrała je dla mnie, to będę wiedziała, że to wola Boża. Więc ona mi mówi: „Dulcissima”. Dla mnie to był cud. Kiedy dowiedziała się o tym siostra Lazaria, wzięła mnie na bok i powiedziała: „Wiesz, że ciebie dużo czeka”.

— I stało się tak? — pytam. — Stało się tak — potwierdza siostra, ale nie wdaje się w szczegóły. — Ale jak jest ciężko, to ja zawsze mówię: „Dulcissimo, czemu zapominasz o mnie?” I ona pomaga — mówi wzruszona.

https://opoka.org.pl/biblioteka/T/TH/THO/s_dulcissima.html

www.kki.net.pl/~dulcissima/

Posted in SYLWETKI, Wspomnienia, Święci obok nas | Leave a Comment »

Kościół WNMP w Wielogłowach- miejsce sakramentu Chrztu św. o Andrasza

Posted by tadeo w dniu 16 października 2019

16.X.1891 – Urodziny Ojca Andrasza 

APC - 2019.10.16 14.03 - 001.3d

https://wieloglowy-wiz.diecezja.tarnow.pl/#start

Józef Andrasz urodził się w Wielopolu koło Nowego Sącza 16.X.1891 roku.

W Parafii WNMP w Wielogłowach, Diecezja Tarnowska. Jako poddany monarchii austro- węgierskiej.

W rodzinie Piotra i Katarzyny z domu Bednarek.

Miał sześciu braci: Alojzego, Kazimierza; zginął w Legionach, Leona, Ignacego; zginął pod Lwowem w 1918 roku, Alfonsa, oraz trzy siostry: Helenę, Marię i Józefę.

Wychowywał się w rodzinie głęboko patriotycznej i religijnej. Mimo powszechnej biedy Józef  jak i jego rodzeństwo otrzymało dobre wykształcenie.

W 1912 roku, w wieku 52 lat zmarł mu ojciec, już wtedy mieszkali w Nowym Sączu między Rynkiem a rzeką Kamienica, przy ul. Krakowskiej 18. Dzisiaj układ miejski w tym miejscu wyglada zupełnie inaczej. 

Znamienna jest data urodzin 16.X. Jest to dzień wyboru ks.kard. Karola Wojtyłę na Papieża jak również koronacji na Króla Polski św. Jadwigi Andegaweńskiej.

Po ojcu, rodzina ojca Andrasza pochodziła z Węgier.

Dało się zauważyć że ,,święci  węgierscy,, wspomagają rozwój kultu ojca Andrasza .

Św. Jadwiga – kult ojca Andrasza wyszedł z Miejscowości Królowa Polska i Królowa Górna ( kiedyś Królowa Ruska) lokację tych miejscowości przypisuje się św. Królowej Jadwidze Andegaweńskiej. 

Św. Kinga – W Starym Sączu, kilka lat temu, przed odpustem w klasztorze klarysek przez 8 dni trwała nowenna prowadzona przez kapłana ( mającego korzenie węgierskie ) z diecezji tarnowskiej. W każdy dzień przybliżał wiernym postać ojca Andrasza rozpowszechniając modlitwę o świętość kapłanów i chwałę Bożego Miłosierdzia przez wstawiennictwo ojca Andrasza. Rozeszła się ona w około 20.000 egzemplarzy.

Św Stefan i św. Elżbieta węgierska- we wspomnienie św. Stefana w kaplicy św Elżbiety w Krynicy u sióstr Elżbietanek gdzie na przełomie II wojny światowej o. Andrasz przebywał, wystawiono na stałe obraz o. Andrasza i wznoszona jest codziennie przed Mszą św. modlitwa o jego beatyfikację.

Dzisiaj o godz. 18:00 w sercu Sądecczyzny- Bazylice św. Małgorzaty, podczas Mszy św w intencji beatyfikacji, poświęcony zostanie obraz o. Andrasza.

Będzie on na mobilnym stojaku wystawiony w bocznej kaplicy gdzie codziennie wierni trwają na modlitwie adoracyjnej  IHS w ciszy.

Posted in Miłosierdzie Boże, Św. Faustyna, Święci obok nas | Leave a Comment »

Kardynał Stefan Wyszyński będzie beatyfikowany. Jego szkalowanie jednak nie ustępuje.

Posted by tadeo w dniu 7 października 2019

Uważam sobie za łaskę, że mogłem dać świadectwo prawdzie

 jako więzień polityczny przez trzyletnie więzienie

 i że uchroniłem się przed nienawiścią do moich rodaków

 sprawujących władzę w państwie.

Świadom wyrządzonych mi krzywd,

przebaczam im z serca wszystkie oszczerstwa, którymi mnie zaszczycili.

(z testamentu ks. kard. Stefana Wyszyńskiego

W 1989 r. rozpoczął się proces beatyfikacyjny ks. kard. Stefana Wyszyńskiego, którego Jan Paweł II nazwał Prymasem Tysiąclecia. 6 lutego 2001 zakończył się etap diecezjalny procesu beatyfikacyjne-go, po czym akta zostały wysłane do Watykanu. W tym czasie odbyło się 289 sesji, w ramach których przesłuchano 59 świadków. Akta zebrane w toku procesu – w sumie 37 tomów – wraz załącznikami (książkami, artykułami autorstwa kandydata na ołtarze) zostały przekazane do watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Postulatorem generalnym procesu był o. Zbigniew Suchecki OFM Conv. a relatorem w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych o. Zdzisław Kijas OFM Conv.

28 maja 2013 r. podczas uroczystości w bazylice św. Jana Chrzciciela w Szczecinie zamknięto diece-zjalny proces o domniemanym uzdrowieniu młodej osoby za przyczyną Sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego. Dokumentacja trafiła do Watykanu.

19 grudnia 2017 r. papież Franciszek podpisał dekret o heroiczności cnót Sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego. Dekret o heroiczności cnót jest orzeczeniem Kościoła, że Sługa Boży cieszy się sławą świętości i heroiczności cnót. W dekrecie jest zawarty przebieg życia, a na końcu zawarte jest stwierdzenie, że Sługa Boży praktykował cnoty heroiczne – wiarę, nadzieję, miłość oraz cnoty moralne – roztropność, sprawiedliwość, umiarkowanie w stopniu nadzwyczajnym.

3 pażdziernika 2019 r. Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej poinformowało, że Ojciec Święty Franciszek przyjął wczoraj na audiencji prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, kard. Angelo Becciu i upoważnił tę dykasterię do opublikowania ośmiu dekretów, z których jeden dotyczy cudu za wstawiennictwem Sługi Bozego kard. Stefana Wyszyńskiego. Tym samym spełniony został ostatni wymóg niezbędny do beatyfikacji. Wkrótce można spodziewać się komunikatu Stolicy Apostolskiej, w którym zostanie podana data beatyfikacji oraz jej miejsce.

Podczas przygotowań do procesu beatyfikacyjnego, w zbiorach archiwalnych dawnego MBP odnaleziono dokumenty pokazujące metody stosowane przez władze komunistyczne w celu kompromitowania ks. Stefana Wyszyńskiego.

W 1948 roku funkcjonariusze MBP aresztowali Tadeusza Wyszyńskiego, przyrodniego brata ks. Stefana Wyszyńskiego, mianowanego w 1946 r. przez papieża Piusa XII biskupem ordynariuszem lubelskim, a następnie 22 października 1948 r. arcybiskupem Gniezna i Warszawy oraz Prymasem Polski. Gdy Stefan Wyszyński w maju 1946 r. obejmował biskupstwo lubelskie, stał się jednocześnie kanclerzem jedynej katolickiej uczelni w tej części Europy i świata – Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, a także członkiem Rady Głównej Episkopatu Polski. Z tego względu w MBP podjęto decyzję o rozpoczęciu jego stałej inwigilacji. W aktach IPN zachowały się donosy na bp Wyszyńskiego. Z ustaleń historyków wynika, że w okresie lubelskim na Wyszyńskiego donosiło 16 informatorów, m.in. kryptonimach „Zemsta”, „Wir”, „Michał”, „Aleksy”, „Zamoyski”, „doksa”. Inwigilacja bp Wyszyńskiego trwała nieprzerwanie od maja 1946 r. do dnia jego pogrzebu, 31 maja 1981 r.

Ppor. Tadeusz Wyszyński ps. „Grey” w czasie wojny był żołnierzem Narodowych Sił Zbrojnych, dowódcą plutonu w Samodzielnym Batalionie im. Bryg.Mączyńskiego (kompania leśna im.”Szarego”, Lasy Chojnowskie). W 1948 roku został aresztowany i oskarżony o współudział w morderstwie działacza komunistycznego. W listopadzie 1948 roku w MBP zapadła decyzja aby urządzić Tadeuszowi Wyszyńskiemu proces publiczny, a w jego trakcie kolportować informacje o pokrewieństwie oskarżonego z ordynariuszem lubelskim bp Stefanem Wyszyńskim.

„Naczelnik V Wydziału.

W sprawie Wyszyńskiego należy:

1. Przeprowadzić w Bydgoszczy proces publiczny, w którym w ramach normalnego przewodu sądowego położyć nacisk na pokrewieństwo z biskupem lubelskim Wyszyńskim Stefanem. W tym celu znajdujące się w aktach sprawy listy biskupa odczytać przy drzwiach zamkniętych (ze względu na wysoką godność etc.). Fakt dokonywanych przez „Greya” morderstw, trudny do udowodnienia, podkreślić zeznaniami matki zabitego. Fakt posiadania do dziś broni maszynowej uwypuklić.

2. Dopilnować szerokiego wykorzystania tej sprawy w prasie krajowej, nie tylko centralnej. Główny kierunek – hasło dla prasy: „Brat biskupa mordercą. Brat biskupa gromadzi broń do dalszych mordów”. W tej sprawie z góry omówić wszystko z Żorską. Nie zapomnieć o prasie lubelskiej i radio.

3. Szczegóły omówić i uzgodnić z pułk. Różańskim i pułk. Lityńskim. Obaj są uprzedzeni o spra-wie.

4. Osobiście dopilnować przebiegu rozprawy w Sądzie Wojsk, w Bydgoszczy i wykorzystania w prasie.

25 XI 48 r.

Pancewicz – baptysta” [i dwa podpisy nieczytelne]. (Archiwum MBP V I4-4 C-2, k. 4/3/4)

Zachował się również protokół z przesłuchania podejrzanego Tadeusza Wyszyńskiego, pseudonim „Grey”, które miało miejsce w Bydgoszczy w dniu 8 stycznia 1949 roku. Najpierw padło pytanie: „Opowiedzcie szczegółowo o swojej rodzinie”, a potem kolejne: „Opowiedzcie szczegółowo o bracie swoim Stefanie Wyszyńskim”. Odpowiedzi pytanego zawierały ogólnie znane informacje z życia rodziny Wyszyńskich. Znalazło się wśród nich zdanie: „Brat twierdził zdecydowanie, że Niemcy wojnę przegrają po pokonaniu ich przez wojska alianckie, a wówczas Polska odzyska niepodległość. W czasie jednej z rozmów oznajmiłem memu bratu Wyszyńskiemu St., że pracuję konspiracyjnie w NSZ, lecz w jakiej formie opowiadałem mu, nie pamiętam obecnie, jak również nie pamiętam, co na to odpowiedział brat. Jednak twierdzę, że brat mój do pracy mojej konspiracyjnej ustosunkowany był pozytywnie”. (Archiwum MBP V I4-4 C-2, k. 4/3/10 i 4/3/11)

Z braku dowodów zbrodni do procesu nie doszło, jednak Tadeusz Wyszyński był przetrzymywany w więzieniu bez wyroku do 1952 r. Po kilku miesiącach UB ponownie go aresztowało; po dwóch tygo-dniach został zwolniony z wyjaśnieniem: „pomyłka”.

„Zapiskach więziennych” Prymas wspomina o aresztowanym bracie: „mój brat Tadeusz odsiedział obozy i więzienia: sowieckie, niemieckie i polskie” (zapis z 25 września 1953 r.).

Pod datą 25 lutego 1955 roku Prymas zanotował rozmowę z komendantem więzienia, w trakcie której: „w rodzinie naszej już był taki wypadek: brat mój siedział w więzieniu dwa i pół roku, jak się później okazało, niesłusznie, gdyż go zwolniono bez podania przyczyn. Ale to zabiło jego matkę […]; brat nie był na pogrzebie. Ten fakt pozostał w rodzinie jako poczucie wyrządzonej nam krzywdy”.

W liście do swojego ojca pisanym ze Stoczka Warmińskiego w dniu 31 października 1953 r.: „Niepokoję się o brata, który zapomina, że musi oględnie używać swych sił, zniszczonych w obozach i więzieniach – proszę mu to powiedzieć”. W liście do siostry, Stanisławy Jaroszowej z 2 lutego 1955 r.: „Nie wiem dla-czego, ale ciągle lękam się o jego [Tadeusza] zdrowie, o którym on tak zwięźle pisze”.

Kard. Stefan Wyszyński spędził w izolacji trzy lata: od 25 września 1953 r. do 28 października 1956 r. W tym okresie prymas był poddany nieustannej inwigilacji. Bezpośredni nadzór nad nim sprawowali funkcjonariusze UB, którzy dyżurowali dzień i noc. Ponadto towarzyszyło mu dwóch więźniów politycznych: ks. Stanisław Skorodecki i s. Maria Leonia Graczyk, którzy spełniali rolę tzw.agentów celnych. Prymas poznał ich po przyjeździe do Stoczka warmińskiego, wieczorem 12 października 1953 r.

Ksiądz Skorodecki był młodym kapłanem (34 lata) z diecezji tarnowskiej, z miejscowości Ropczyce na Podkarpaciu. UB aresztowało go w 1951 roku pod zarzutem przynależności do podziemnej organizacji wojskowej. W śledztwie był maltretowany w straszny sposób: „Pusta duża cela w piwnicy, betonowa, goła prycza, nago przez kilkanaście godzin, od wieczornego apelu godz. 17. 00 do rannej pobudki, godz. 5. Albo – bardzo mała cela, loch, do którego wchodziło się nago do pasa, a tam wlewano zawartość kibli, tj. nieczystości, fekaliów i trzeba było w tym godzinami stać, a potem  kąpiel z użyciem gumowego gumowego węża pod ciśnieniem kilku atmosfer. To były straszne tortury” – tak opisywał śledztwo.

Oskarżony o „próbę obalenia ustroju Polski Ludowej” ks. Skorodecki został skazany na 10 lat więzienia i osadzony w więzieniu w Rawiczu, gdzie przesiedział dwa lata. Prawdopodobnie wtedy został zwerbowany do współpracy z UB.

Trzydziestoczteroletnia siostra Leonia Graczyk ze Zgromadzenia sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi była zakonnicą od 14 lat, z czego dwa lata spędziła w więzieniu w Grudziądzu. Wcześniej pracowała w sierocińcu w Ostrołęce. Wiosną 1950 roku wysłała do Radia Madryt list z informacjami o szykanach jakim z powodu religii poddawane są w szkole wychowanki sierocińca. Została skazana na 7 lat więzienia. Na mocy amnestii wyrok został skrócony o dwa lata i cztery miesiące. UB zwerbowało ją do współpracy w więzieniu w Grudziądzu w lipcu 1953 r. Siostra Graczyk podpisywała swoje meldunki początkowo jako „Ptaszyńska”, a później jako „Ostrowska”.

Prymas miał poważne podejrzenia co do funkcji jaką pełnili ci współwięźniowie i zachowywał wielką wstrzemięźliwość w wypowiedziach i nie dawał się wciągnąć do rozmów na tematy polityczne. O podwójnej roli kapelana Skorodeckiego i siostry Leonii dowiedział się w październiku 1955 r. po przyjeździe do Komańczy, do klasztoru Nazaretanek, który był ostatnim i najłagodniejszym miejscem jego izolacji. Rok wcześniej, w grudniu 1954 r. RWE przekazało informację pochodzącą od ppłka Józefa Światło, że ks. Skorodecki i s. Graczyk są współpracownikami UB. Dzień po przyjeździe do Komańczy Prymas zapisał w swoim dzienniku:

„Czy ksiądz i siostra byli „dobrani” przez Urząd Bezpieczeństwa? Bardzo w to wątpię. Jestem przekonany, że Urząd Bezpieczeństwa – gdyby nawet liczył na moich towarzyszów – to bardzo się na tym zwiódł. Podkreślam to i dlatego, żeby ochronić moich towarzyszów przed podejrzliwością społeczeństwa, które może się gubić w domysłach, dlaczego własnie tych dwoje dostało się do mojego towarzystwa. Miałem możność poznać oboje na tyle, ze jestem pełen przekonania o moralnej uczciwości obojga, Przy czym, trzeba i to podkreślić, że poziom moralny księdza było o wiele wyższy od wysokiego. Był to człowiek gorącej wiary, niemal uczuciowej modlitwy, kochający Kościół święty, oddany mu całym życiem.”

Prymas wystawił więc obojgu, ks. Skorodeckiemu i s. Graczyk świadectwo moralności. Mimo ze wiedział o ich podwójnej roli nie zerwał z nimi kontaktów. Po raz pierwszy spotkał się z nimi 2 listopada 1956 roku na jasnej Górze. Zaprosił ich tam aby wspólnie podziękować Matce Boskiej za uwolnienie. W czerwcu 1958 r. w drodze do Komańczy odwiedził matkę ks. Skorodeckiego „kobietę schorowaną, która doczekała powrotu syna z więzienia” (zapisek w „Pro memoria”). Na prośbę s. Graczyk zwolnił ja ze ślubów zakonnych w czerwcu 1957 roku, zapewniając przy tym, ze zawsze i w każdej sytuacji może liczyć na jego pomoc.

Zachowało się dziesięć tomów meldunków ks. Skorodeckiego i trzy tomy meldunków s. Graczyk. Obecnie są przechowywane w Archiwum IPN. Oboje, mimo zachowanych meldunków tłumaczyli, że nie współpracowali z UB.

W 2001 roku historyk prof. Wiesław Jan Wysocki w książce „Osaczanie prymasa” na podstawie odtajnionych materiałów archiwalnych Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego ujawnił, że ks. Skorodecki w okresie izolacji prymasa był „agentem celnym” ps. „Krystyna”. W dokumentach przekazanych do IPN przez archiwum MSW znajdują się informacje, że ks. Skorodecki po wyjściu z więzienia w 1956 r. nie zerwał współpracy z UB; otrzymał nowy pseudonim „Wanda”. Jednym z jego zadań w latach 70. była inwigilacja ruchu oazowego w diecezji lubaczowskiej. Ewa Czaczkowska odnalazła także w archiwum IPN spisane przez mjra Kuligowskiego (oficera prowadzącego) sprawozdanie TW „Wanda” z rozmowy z prymasem Wyszyńskim oraz z rozmowy z Marią Okońską (współpracowniczką Prymasa, założycielką grupy apostolskiej tzw. ósemek).

Ks. Skorodecki kilkakrotnie zaprzeczał, że był źródłem lub informatorem UB. Mówił, że wobec księdza prymasa ma czyste sumienie.

Zdaniem prof. Jana Żaryna: Trzeba pamiętać, że ks. Skorodecki był więźniem i miał bardzo małe możliwości manewru. Mógł najprawdopodobniej odmówić, co wiązałoby się z dodatkowymi represjami, a nawet możliwością utraty życia. Z dokumentów wynika, że próbował zminimalizować szkody swojej działalności. Komendant bardzo często był niezadowolony z jego usług.

Ksiądz Stanisław zyskał olbrzymie zaufanie księdza prymasa, co tym bardziej czyni smutnym całe wydarzenie. Prymas wiedział, że siostra Maria może prowadzić niepotrzebne rozmowy ze strażnikami, do ks. Stanisława miał natomiast pełne zaufanie. Oni razem szukali podsłuchu, razem decydowali się, by przejść na włoski i łacinę, co pozbawiało komendanturę szans na zrozumienie tego, o czym rozmawiają. Zapewne przed komendantem tłumaczył się, że przecież nie może odmówić prymasowi wspólnego uczenia się włoskiego, bo byłby zdekonspirowany. Miał więc argumenty, by grać z komendantem obozu. Jako człowiek uwięziony był bezbronny, ale z drugiej strony prowadził grę w ramach zła, na które się zdecydował.

Ks. Skorodecki kilkakrotnie zaprzeczał, że był źródłem lub informatorem UB. Mówił, że wobec księdza prymasa ma czyste sumienie. Jest to dramat człowieka, który pozostawił historyków z wieloma niewyjaśnionymi kwestiami. Istnieje obawa, że nigdy już nie da się odczytać wszystkiego do końca, a każde przesunięcie akcentu w interpretacji może być dla niego krzywdzące.  

18 sierpnia 2002 r. „Tygodnik Powszechny” (nr 33) w „Kronice religijnej” poinformował czytelników: Blisko stu księży celebrowało pod przewodnictwem abp. Zygmunta Kamińskiego Mszę św. pogrzebową w intencji zmarłego ks. Stanisława Skorodeckiego, współwięźnia kard. Wyszyńskiego. Uroczystości pogrzebowe w szczecińskim kościele św. Ottona, przy którym ks. Skorodecki mieszkał w ostatnich latach jako emeryt, zgromadziły 6 sierpnia ponad tysiąc wiernych. Zgodnie z wolą zmarłego, jego ciało zostało pochowane na cmentarzu w Ropczycach k. Dębicy – w parafii, do której przyszedł po święceniach kapłańskich i skąd w 1951 roku został zabrany przez UB i osadzony w więzieniu. […]Ciało ks. Skorodeckiego znaleziono 31 lipca w wodzie przy plaży w Rewalu. W miejscowości tej ostatnio przebywał na wakacyjnym urlopie. Przyczyna śmierci nie jest jeszcze znana. Kilka dni przed tragedią brukowy tygodnik „Nie” zarzucił ks. Skorodeckiemu pedofilię. Wierni, którzy znali kapłana, m.in. jego byli ministranci, stanowczo sprzeciwili się temu pomówieniu.

W 2002 r. emerytowany 83-letni ks. Skorodecki spędzał wakacje w pensjonacie „Perła” w Rewalu. 31 lipca zamierzał opuścić pensjonat i wrócić do Szczecina, do parafii św. Ottona, w której mieszkał od trzech lat. Był lubianym przez wiernych spowiednikiem, organizował duszpasterstwo dla emerytów i rencistów. 2 sierpnia 2002 r. dziennik Rzeczpospolita w artykule „Tajemnicza śmierć księdza”, (autorzy: Michał Majewski, Józef Matusz i Michał Stankiewicz) poinformował:

Z planu dnia, zostawionego na biurku w pensjonacie, wynika, że ks. Skorodecki wstał o szóstej rano, planował przechadzkę i kąpiel w morzu, potem miał się pojawić na śniadaniu i porannej mszy świętej. Następnie wikary miał go zawieść do Szczecina. Jednak ks. Skorodecki nie przyszedł na śniadanie. Wtedy rozpoczęto poszukiwania – opowiada „Rzeczpospolitej” biskup Marian Kruszyłowicz z archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej. Kwadrans po ósmej jeden z pracowników ośrodka znalazł na plaży ubranie duchownego. Chwilę później zobaczył w morzu ciało księdza.

– Przybyły na miejsce lekarz stwierdził utonięcie bez udziału osób trzecich. Na ciele nie było obrażeń – powiedział nam podinspektor Ireneusz Ścisłowski z policji w Gryficach.  

– Początkowo podano wiadomość, że utonął. Był jednak ubrany w krótkie spodnie i koszulkę. Więcej będziemy wiedzieć po sekcji zwłok, którą zaplanowano na piątek – powiedział biskup Kruszyłowicz. 

Dwa dni wcześniej osławiony tygodnik „Nie” zamieścił na pierwszej stronie duży artykuł o ks. Skoro-deckim, napisany wulgarnym językiem, typowym dla tego brukowca. W artykule oskarżono ks. Sko-rodeckiego, ze w latach osiemdziesiątych uprawiał seks z młodocianymi ministrantami w Lubaczowie.

[…] Sami się zastanawiamy, czy jest związek między śmiercią ks. Skorodeckiego i tym brutalnym atakiem tygodnika „Nie”. Tego nie wiemy. Swoją drogą tylko Urban może sobie pozwolić na taki styl, na taki knajacki język – powiedział biskup Marian Kruszyłowicz z archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej. Ostatnie trzy lata emerytowany ksiądz Skorodecki spędzał w szczecińskiej parafii św. Ottona. – Był lubianym przez wiernych spowiednikiem, organizował duszpasterstwo dla emerytów i rencistów. Ksiądz Skorodecki przez ostatni miesiąc był na urlopie. Nie kontaktowaliśmy się. Nie wiem, czy w ogóle wiedział o tekście, który na jego temat napisało „Nie” – powiedział nam ks. Jan Zapartek, proboszcz parafii św. Ottona.

Komentując tragiczną śmierć ks. Skorodeckiego, Jacek Żakowski, autor książki o prymasie Wyszyńskim pt. „Mroczne wnętrza”, powiedział:

Ksiądz Skorodecki był postacią tragiczną i dla mnie niejednoznaczną. Ale uwięzienie wraz z prymasem Wyszyńskim wplątało go w sytuację, której sprostać (o tym jest moja książka) było chyba nie sposób. Myślę, że ta próba wyznaczyła całe jego życie aż do samego końca. Tuż przed śmiercią mógł przecież przeczytać w „Nie” niespotykanie ohydny artykuł na swój temat. A gdyby nie lata spędzone przez Skorodeckiego w więzieniu z Wyszyńskim, taki poniżający i upokarzający artykuł zapewne by się nie ukazał. Bo – bez względu na to, jakie ktoś ma czy mógłby mieć grzechy na sumieniu i jaka jest obiektywna prawda – tak pisać o ludziach nie wolno.

W maju 2018 r. na Uniwersytecie kard. Stefana Wyszyńskiego odbyła się ogólnopolska konferencja naukowa „Prymas Wyszyński a Niepodległa. Naród – patriotyzm – prawda”, zorganizowana przez uczelnię i Instytut Pamięci Narodowej. W dyskusji, która wywiązała się po wygłoszeniu przez Romana Graczyka referatu „Spór kard. Wyszyńskiego ze środowiskiem Tygodnika Powszechnego o polską tradycję narodową„, ks. prof. Waldemar Chrostowski powiedział:

„Sprzeciw wobec kard. Wyszyńskiego, bardzo często niewidoczny na zewnątrz, ukryty w postaci intryg, oszczerstw, donosów, trwa do dziś. To jeden z powodów, dla których proces beatyfikacyjny prymasa Polski się wlecze. Bo gdy dochodzi już do jakiegoś ‘światła w tunelu’, to poprzez rozmaite kanały – rządowe, kościelne – robi się wszystko, by do beatyfikacji Wyszyńskiego nie doszło.

Apeluję, by pracownicy IPN i UKSW w tych sprawach nie mówili półsłówkami, tylko ukazywali prawdę taką, jaka ona jest. By Prymas Tysiąclecia nie był ofiarą uwikłań, uwarunkowań, które po prostu są niemoralne”.

Poproszony przez KAI o rozwinięcie wypowiedzi, ks. Chrostowski powiedział:

“Ksiądz prymas nie miał samych zwolenników za swojego życia, nie miał ich bezpośrednio po swojej śmierci, zawsze byli ci, którzy mu się przeciwstawiali. Właściwie przeciwstawiali się nie tylko jego wizji Kościoła, teraźniejszości i przyszłości, ale mieli swoją własną politykę, wizję miejsca Kościoła we współczesnym świecie i stawiali bardziej na tzw. demokrację, cokolwiek miałoby to dla nich oznaczać, niż na twórczą rolę Kościoła. To się nie skończyło, to trwało bardzo długo i trwa nadal. Rozmaite odpryski tej postawy czasami bardzo dotkliwie docierają do różnych środowisk, docierają również do Rzymu, nie ułatwiając starań drogi do beatyfikacji kard. Wyszyńskiego. Jeżeli chodzi o wskazanie tych ludzi, myślę że byłoby dobrze, gdyby się sami ujawniali, to będzie i dla nich zdrowsze, bo będzie okazją do rachunku sumienia”.

W 2019 r. księża katoliccy w Polsce są traktowani jako przeciwnicy polityczni. Stosowany jest wobec nich ten sam modus operandi,  jakim w czasach PRL-u posługiwali się komuniści. Zmieniły się jedynie sposoby kolportowania oszczerstw i insynuacji, ze względu na pojawienie się internetu.

W tzw. mediach społecznościowych przedstawiciele trzeciego pokolenia UB nazywają ks. prymasa Stefana Wyszyńskiego „protektorem pedofilów”, wskazując na ks. Skorodeckiego, określanego zawsze jako „spowiednik prymasa”. Sugeruje się, że prymas utrzymywał z ks. Skorodeckim zażyłe kontakty, niemal przyjaźń, składał mu wizyty na plebanii w Lubaczowie etc.

Na FB można np. przeczytać: „STANISŁAW SKORODECKI Ks. kanonik – spowiednik kleryków i Stefana Wyszyńskiego, przyjaciel papieża JPII. Robił orgie seksualne z ministrantami. Zarzuty o molestowanie potwierdził również na bazie własnych osobistych doświadczeń z księdzem prof. Stanisław Obirek.”

Decyzja papieża Franciszka, który zatwierdził dekret uznający cud za wstawiennictwem kard. Stefana Wyszyńskiego, to wielka radość dla Kościoła w Polsce. Nie miejmy jednak złudzeń – wrogowie Kościoła nie ustaną w szkalowaniu Prymasa Tysiąclecia.

Znalezione obrazy dla zapytania Jan Paweł II i Prymas Stefan Kardynał Wyszyński (2008)

***

Przy pisaniu notki autorka korzystała z publikacji:

1. https://episkopat.pl/prymas-wyszynski-bedzie-beatyfikowany/

2. Abp Bolesław Pylak, Sługa Boży Stefan Wyszyński – wyznawca czy męczennik? Drogi prowadzące do beatyfikacji, http://dlibra.kul.pl/Content/29638/33053__Pylak–Boleslaw—-S_0000.pdf

3. Ewa K. Czaczkowska, Kardynał Wyszyński. Biografia, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013,

4. Stefan Wyszyński, Zapiski więzienne, Wydawnictwo Soli Deo, Warszawa 1995

5. http://archiwum.rp.pl/artykul/396241_Tajemnicza_smierc_ksiedza.html

6. https://ekai.pl/ks-prof-chrostowski-poprzez-kanaly-rzadowe-i-koscielne-uniemozliwia-sie-beatyfikacje-kard-wyszynskiego/

7. https://d.facebook.com/story.php?story_fbid=975652255935575&id=935375749963226&__tn__=%2AW-R

https://www.salon24.pl/u/nanofiber/990817,szkalowanie-ks-prymasa-stefana-wyszynskiego,4

Posted in Świadectwa, Święci obok nas | Otagowane: | Leave a Comment »

Wspomnienie  błogosławionej Anieli Salawy, penitentki ojca Andrasza

Posted by tadeo w dniu 9 września 2019

09 września w zakonach franciszkańskich i Archidiecezji krakowskiej wspominana jest błogosławiona Aniela Salawa.

Znalezione obrazy dla zapytania błogosławiona Aniela Salawa

Mistyczka, krakowska służąca. Paradoks, o jej wstawiennictwo proszą studenci, pracownicy naukowi.

Aniela podobnie jak św. Faustyna, sł. Boża Rozalia Celakówna , s. Kaliksta Piekarczyk ZMBM  znała los czekający Polskę. Mimo bardzo zaawansowanych chorób ( rak żołądka, stwardnienie rozsiane) odbyła pielgrzymkę w intencji Ojczyzny na Jasną Górę.

Za Polskę, grzeszników ofiarowała swoje cierpienia i modlitwy.
Opatrzność Boża rok po święceniach kapłańskich (1920)  o. Andrasza  zetknęła go z powoli umierającą Anielą Salawą. Do końca życia jej towarzyszył, był przy jej śmierci.
Z zachowanych akt procesu beatyfikacyjnego Anieli Salawy zachowały się słowa o. Andrasza.
,, Schludnie tam było ale ubogo i mroczno. Umilały piwniczkę obrazy święte i kwiaty oraz ołtarzyk, na którym kapłan składał Najświętszy Sakrament. Zazwyczaj po krótkim powitaniu nakładaniem stułę i zaczynała się spowiedź, połączona ze sprawozdaniem duchowym z jej strony, a z mej z udzieleniem jej stosownych wskazówek.
Po absolucji- krótkie pożegnanie. Traktowałem ją jako jedną z dusz rzetelnie pobożnej.
Miała wśród naszych ojców, którzy ją spowiadali i zanosili Komunię św. opinię osoby świątobliwej, wdzięcznej, której warto pomagać. Nigdy nie doszły mnie jakieś słowa traktujące ją jako dewotkę w kiepskim słowa znaczeniu, pretensjonalną itp. Bardzo mnie zbudowała niezwykłą cierpliwością w znoszeniu długoletnich, a bardzo dokuczliwych cierpień. Rozrzewniająca była jej tęsknota za Najświętszym Sakramentem.,,
Zmarła w suterenie przy ul. Radziwiłłowskiej  w Krakowie 12.03.1922. Beatyfikowana na krakowskim Rynku przez papieża Jana Pawła II 13 sierpnia 1991 roku.
Więcej można przeczytać w dostępnej w formie audio book książce: ,, Ojciec Andrasz spowiednik świętych”  autorstwa p. Stanisławy Bogdańskiej 
Grób bł. Anieli Salawy znajduje się  w kościele oo. franciszkanów w Krakowie

Przeczytaj także:

Wspomnienie Anieli Salawy 9 września

Zobacz:

Posted in Miłosierdzie Boże, Religia, Św. Faustyna, Święci obok nas | Leave a Comment »

Pięcioro polskich świętych, którzy zmienili świat

Posted by tadeo w dniu 3 września 2019

Brat Albert, s. Faustyna, o. Maksymilian Kolbe, ks. Popiełuszko i Jan Paweł II byli prawdziwymi iskrami miłosierdzia.

Polscy katolicy są kształtowani przez głęboko chrześcijańską kulturę, nabożeństwo do Najświętszego Serca Jezusowego, są oddani swojej Królowej, Matce Boskiej Częstochowskiej.Święta Faustyna Kowalska proroczo napisała w swoim „Dzienniczku”: „Gdy się modliłam za Polskę, usłyszałam te słowa: Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje” („Dzienniczek”, punkt 1732).

 

Często przyjmuje się, że powyższe słowa dotyczą św. Jana Pawła II, jednak można je zinterpretować o wiele szerzej. Polska – wyrosła na łonie Kościoła katolickiego, oczyszczona w tyglu cierpienia – wydała przynajmniej pięciu świętych, którzy naprawdę zmienili świat.

 

1. Brat Albert Chmielowski

Mało kto wie, że br. Albert wywarł największy wpływ na kapłańskie powołanie św. Jana Pawła II. Chmielowski był dosyć znanym artystą, studiował z kilkoma z największych malarzy swojej epoki. To jednak nie dawało mu satysfakcji. Zapragnął służyć ubogim. Został członkiem III Zakonu św. Franciszka i poświęcił się opiece nad ubogimi i bezdomnymi Krakowa. Sprzedał swoje obrazy, aby zebrać pieniądze na schronisko dla bezdomnych.

Przyjął imię brat Albert, a wreszcie założył zgromadzenia ojców albertynów i sióstr albertynek. Stworzył też domy dla ubogich w całej Polsce. Jan Paweł II napisał o nim dramat pt. „Brat naszego Boga”. „Dla mnie jego postać miała znaczenie decydujące, ponieważ w okresie mojego własnego odchodzenia od sztuki, od literatury i od teatru znalazłem w nim szczególne duchowe oparcie i wzór radykalnego wyboru drogi powołania” – napisał papież w „Darze i Tajemnicy”.

2. Święta Faustyna Kowalska

Helena Kowalska od najmłodszych lat chciała poświęcić się Bogu. Co ciekawe, pierwsza próba wstąpienia do zakonu nie powiodła się, bo dziewczyna była zbyt uboga. Po kilku latach pracy jako gospodyni domowa wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Warszawie.

Wkrótce (w latach 30. XX wieku) Kowalska zaczęła doświadczać licznych prywatnych objawień Jezusa. On polecił jej, by spisywała wszystko w „Dzienniczku”. Ostatecznie Faustyna zapisała 600 stron! To dzięki „Dzienniczkowi” przesłanie o Bożym miłosierdziu zaczęło się rozszerzać. Dziś na całym świecie obchodzimy Niedzielę Bożego Miłosierdzia, a papież Franciszek zainaugurował Jubileuszowy Rok Miłosierdzia.

 

3. Święty Maksymilian Kolbe

Jako dziecko Maksymilian miał wizję Maryi. „Tamtej nocy pytałem Matkę Bożą, co ze mnie wyrośnie. Wówczas przyszła do mnie, trzymając w dłoniach dwie korony, jedną białą, a drugą czerwoną. Zapytała, czy chcę przyjąć jedną z nich. Powiedziałem, że chcę obie” – wspominał.

Swoje życie Kolbe poświęcił Maryi Niepokalanej. Założył franciszkański klasztor, który poprzez drukowanie publikacji szerzył nabożeństwo do Matki Bożej. Podczas okupacji hitlerowskiej Kolbe udzielił schronienia 2 tys. Żydów. Został aresztowany i wysłany do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Tam zgłosił się na ochotnika, by oddać życie za innego mężczyznę. Jego przykład bezinteresownej miłości ciągle inspiruje świat.

4. Błogosławiony ksiądz Jerzy Popiełuszko

Popiełuszko był prostym kapłanem, który niezłomnie przeciwstawiał się reżimowi komunistycznemu w latach 80. Jednocześnie był jedną z najbardziej wpływowych postaci Solidarności. Swoimi kazaniami i comiesięcznymi Mszami za Ojczyznę przeciwstawiał się niesprawiedliwościom komunizmu. Jego słowa były tak cenione przez Polaków, że nadawało je Radio Wolna Europa.

Tysiące ludzi przychodziły na odprawiane przez niego nabożeństwa. Jego pokojowy opór wobec komunizmu podtrzymywał tych, którzy walczyli o zmiany. Postawa ks. Popiełuszki nie uszła uwadze władz. Kapłan został zamordowany przez Służbę Bezpieczeństwa. Wywołało to wielkie poruszenie w całym kraju. Przykład Popiełuszki ożywiał nadzieję Polaków na wolność, która przyszła kilka lat po jego śmierci.

5. Święty Jan Paweł II

Zwany przez wielu „Janem Pawłem Wielkim” papież Polak miał wkład w obalenie komunizmu. Zmienił postrzeganie katolicyzmu przykładem swojej miłości i młodzieńczego zapału. Przejdzie do historii jako jeden z największych świętych wszech czasów.

Opisani powyżej święci doprawdy dali o wiele więcej niż „iskrę”, która zmieniła świat i przygotowuje nas na powtórne przyjście naszego Pana.

 

Tekst pochodzi z angielskiej edycji portalu Aleteia

Pięcioro polskich świętych, którzy zmienili świat

Posted in Jan Paweł II, Religia, Św. Faustyna, Święci obok nas | Leave a Comment »

Św. Charbel – mnich cudotwórca

Posted by tadeo w dniu 9 sierpnia 2019

WSzarbel

Jestem o. Charbel, przyszedłem, aby cię zoperować. W pewnym momencie Nouhad Al-Chami  poczuła na swej szyi ręce zakonnika i wielki ból,  ale nie mogła ani krzyczeć, ani się opierać.  Święci Charbel i Maron nie mieli narzędzi chirurgicznych. Kiedy zakończyli tę niezwykłą operację, Charbel powiedział: – Jesteś już zdrowa, możesz jeść i pić, chodzić i pracować. Potem obaj zakonnicy zniknęli w jasnym świetle…

Pan Bóg często wybiera pewnych ludzi, by stali się szczególnymi świadkami miłości oraz nieskończonego miłosierdzia płynącego od Jezusa Chrystusa. Taką postacią jest św. Charbel Makhlouf, jeden z najbardziej znanych świętych na Bliskim Wschodzie. Budzi on zachwyt przede wszystkim z powodu nadzwyczajnych cudów i znaków, jakie czyni.

Urodził się 8 maja 1828 r., jako piąte dziecko ubogich rolników, w miejscowości Bqaakafra, 140 km od Bejrutu. Nadano mu imię Józef. Mały Józef był ministrantem; prosił często księdza o odrobinę kadzidła, które zanosił do groty mieszczącej się blisko jego domu. Tam, przed małym obrazkiem Matki Bożej, modlił się i zapalał kadzidło. Inne dzieci szły się bawić, a Józef biegał do groty, więc przezywały go świętym, a o „jego” grocie mówiły: „grota świętego”.

Tak jak polski święty Stanisław Kostka, który poczuł powołanie do życia zakonnego, mając 14 lat, tak i Józef Makhlouf w tym wieku poczuł wezwanie do kapłaństwa i życia zakonnego. Wstąpił do zakonu maronitów i pierwsze śluby złożył 1 listopada 1853 r.,
przyjmując imię zakonne Charbel. W roku 1859 otrzymał święcenia kapłańskie. Niespełna rok po nich był świadkiem wielkiej masakry, dokonanej na chrześcijanach. Z rąk muzułmanów i druzów poniosło wówczas śmierć męczeńską 20 tys. ludzi. Mordowano całe rodziny, plądrowano kościoły. Ojciec Charbel, który przebywał w klasztorze w Annaya, pomagał uciekinierom, całym sercem modlił się, pościł w ich intencji.

Na pustelni

W pewnym momencie odkrył w sobie powołanie do życia pustelniczego, ale przez wiele lat nie otrzymał od swych przełożonych zgody na taką formę życia. Uzyskał ją dopiero po 17 latach. Stało się to po niezwykłym wydarzeniu, jakie miało miejsce w klasztorze. Dwaj współbracia dla żartu zamiast oliwy wlali mu do lampy wodę i poprosili go, by zapalił lampę. Ku ich ogromnemu zdziwieniu, woda w lampie… zapłonęła. Zakonnicy poinformowali o sprawie przełożonego. Po tym zdarzeniu Charbel uzyskał zgodę na zamieszkanie w eremie położonym 1350 m n.p.m.

Ojciec Charbel wiedział, że najskuteczniejszym sposobem zmiany świata na lepsze jest najpierw zmiana samego siebie, czyli własne uświęcenie przez zjednoczenie z Bogiem.
W eremie przebywał przez 23 lata; mieszkał w pomieszczeniu mającym 6 m kwadratowych. Pod habitem nosił zawsze włosiennicę, spał tylko 5 godzin, nieustannie pościł, nie jadł mięsa ani owoców, żywił się resztkami, pił tylko wodę. Długo modlił się przed rozpoczęciem Eucharystii, a także długo trwał w dziękczynieniu po jej zakończeniu. Najbardziej ulubioną jego modlitwą była adoracja Najświętszego Sakramentu. Do o. Charbela przychodziło wielu ludzi z prośbami i wielu łaski otrzymywało. Pewnego razu przyprowadzono do niego osobę opętaną. Ojciec Charbel położył tylko rękę na jej głowie i natychmiast została uwolniona.

Światło i olej

Umarł, mając 70 lat, po ośmiu dniach agonii, w Wigilię Bożego Narodzenia 1898. Zakonnicy znaleźli jego ciało na posadzce w kaplicy. Kiedy tam weszli, zobaczyli przedziwne jasne światło, wydobywające się z Tabernakulum i otaczające ciało zmarłego mnicha. Gdy go pochowano przy klasztorze, od pierwszego dnia grób oświetlało jasne światło niewiadomego pochodzenia. Wiele osób, widząc to, zaczęło przychodzić do grobu. Światło nie gasło przez 45 kolejnych nocy. Ze względu na bezpieczeństwo, patriarcha kazał przenieść ciało o. Charbela do klasztoru. Kiedy w obecności lekarza i urzędowych świadków otwarto trumnę zakonnika, stwierdzono, że jego ciało nie nosi cech rozkładu, jest elastyczne, jakby zmarły spał. W trumnie znajdowała się też siedmiocentymetrowa warstwa oleju, który wydobył się z ciała. Ojcowie zaczęli go rozdawać, a wierni przykładać w chore miejsca. Tak rozpoczęła się fala uzdrowień. Do kanonizacji, której dokonał Ojciec Święty Paweł VI w roku 1977, otwierano trumnę kilkakrotnie i za każdym razem zbierano wydobywający się olej. Święty Charbel umarł, ważąc zaledwie 52 kg, a oleju z jego ciała wydobyło się ponad 100 litrów.

Uzdrowienie Nouhad

Do dzisiaj udokumentowanych jest ponad 23 tys. cudów, które dokonały się za wstawiennictwem Świętego. Do jego grobu przybywa każdego roku ponad 4 mln pielgrzymów, by prosić o łaski i za nie dziękować. Jednym z najbardziej znanych cudów jest uzdrowienie Nouhad Al-Chami, 59-letniej Libanki, matki 12 dzieci. Po wylewie dostała lewostronnego paraliżu ciała. Dodatkową komplikacją była niedrożność arterii szyjnej – nie mogła mówić ani jeść. Dzieci i mąż jedyną nadzieję pokładali w Bogu. Najstarszy syn Saad wybrał się do grobu św. Charbela, aby tam modlić się o uzdrowienie matki. Było to 22 stycznia 1993 roku. Po powrocie do domu namaścił olejem z grobu o. Charbela szyję chorej. Późnym wieczorem w trakcie modlitwy kobieta zasnęła. Śniła, że przy jej łóżku zjawił się św. Charbel wraz z innym zakonnikiem. Powiedział: Jestem o. Charbel, przyszedłem, aby cię zoperować. Osobiście miałem możność rozmawiać z tą kobietą; mówiła, że bardzo się bała – zakonnicy nie mieli ani narzędzi chirurgicznych, ani środków znieczulających, nic też nie wiedziała o potrzebie operacji. W pewnym momencie poczuła na swej szyi ręce zakonnika i wielki ból, ale nie mogła ani krzyczeć, ani się opierać. Kiedy zakończyli tę niezwykłą operację, posadzili ją na łóżku. Święty Charbel powiedział: Jesteś już  zdrowa, możesz jeść i pić, chodzić i pracować. Potem obaj zniknęli w jasnym świetle.

Kiedy Nouhad się obudziła, zobaczyła, że jest w takiej pozycji, jak we śnie. Mogła wstać z łóżka i chodzić po pokoju. Mąż patrzył na to i pytał: – Co ty robisz? – Zostałam uzdrowiona dzięki św. o. Charbelowi… W lustrze zobaczyła, że po obu stronach szyi, która była cała we krwi, ma zszyte rany długości 14 centymetrów. Kiedy później zbadano tę krew, okazało się, że nie ma ona żadnej grupy. Kolejnej nocy ukazał się Libance św. Charbel, mówiąc: Zoperowałem cię, aby ludzie się  nawracali widząc, że zostałaścudownie uzdrowiona. Proszę cię, abyś uczestniczyła w Mszy św. w Annaya 22 każdego miesiąca. Twoje rany będą krwawić.

Wiele jest udokumentowanych uzdrowień. W 2004 r. 54-letnia Francuzka Bernadette Marie Hélène Vernarrat, mieszkająca w Orange, wybrała się z pielgrzymką do grobu św. Charbela. Chorowała na raka piersi i żołądka. Po spowiedzi i Komunii św. w Annaya modliła się przy grobie świętego zakonnika, odmawiając różaniec. Gdy tylko wróciła do Francji, zrobiła badania, które wykazały jej całkowite uzdrowienie. Niedawno podczas mojej modlitwy w Padwie nad opętaną kobietą, kiedy wzywałem wstawiennictwa św. o. Charbela, Szatan przez tę kobietę zaczął krzyczeć: – Charbel, opiekun rodzin – nieee!!!

W Roku Wiary pielgrzymuję po Europie i Polsce, w wielu parafiach przedstawiam sylwetkę św. o. Charbela, modląc się o uzdrowienia i uwolnienia za jego wstawiennictwem. Już dzisiaj mogę powiedzieć, że wiele tysięcy osób rozpoczęło modlitwę za jego wstawiennictwem, obrało go za patrona swojego życia. Jest też wiele nawróceń.

ks. Jarosław Cielecki

U pewnej rodziny w Polsce jest obrazek św. Charbela, który „poci się” olejem. Są w posiadaniu tego obrazka już wiele lat. Pomimo tego że papier jest wilgotny nie jest zniszczony ani nie wydaje zapachu „starego” oleju.
Na zdjęciu na górze: ciemniejsza część obrazka jest przez cały czas wilgotna.

Ksiądz Jarosław Cielecki został poinformowany o tym niecodziennym wydarzeniu.
LITANIA DO ŚW. CHARBELA (Szarbela)
Więcej o Katolikach obrządku maronickiego 

SZKAPLERZ ŚWIĘTEGO CHARBELA

APC - 2019.08.09 12.52 - 001.3d

 

http://adam-czlowiek.blogspot.com/2013/07/koscio-obchodzi-wspomnienie-sw-charbela.html

Przeczytaj także:

Święty pustelnik z Libanu

Posted in Religia, Święci obok nas | 1 Comment »

Święty pustelnik z Libanu

Posted by tadeo w dniu 9 sierpnia 2019

Św. Charbel: Orędzia z Nieba – Zawsze pamiętaj, że nie będziesz w stanie zmierzyć się z diabłem, jeśli nie uklękniesz przed Bogiem.

APC - 2019.08.09 12.42 - 001.3d

http://www.siemirek.dzi.vectranet.pl/sw_charbel.pdf

Przeczytaj także:

Św. Charbel – mnich cudotwórca

Posted in Religia, Święci obok nas | 1 Comment »

Kierownik duchowy Sekretarki Bożego Miłosierdzia

Posted by tadeo w dniu 15 lipca 2019

Siostra Faustyna po raz pierwszy skorzystała z jego posługi w czasie rekolekcji przed ślubami wieczystymi w kwietniu 1933 roku. Stałym kierownikiem duchowym został w ostatnich latach jej życia, które spędziła w Krakowie. W sumie o. Andrasz posługiwał Siostrze Faustynie przez ponad 2 i pół roku, a po jej śmierci zaangażował się w realizację jej posłannictwa.

 

Posted in Miłosierdzie Boże, Reportaż, Św. Faustyna, Święci obok nas | Leave a Comment »

,,Zobaczyłam piekło otwarte”. Wstrząsające wizje Rozalii Celakówny

Posted by tadeo w dniu 23 Maj 2019

„Najwięcej było potępionych za grzechy przeciw szóstemu i dziewiątemu przykazaniu, następnie za zbrodnie i nienawiść. Te trzy rodzaje grzechów w szczególny sposób były widoczne. Mąk tej kaźni nikt nie potrafi opisać. Sam widok może człowieka o śmierć przyprawić, gdyby nie był wspomagany łaską Bożą”.

,,Zobaczyłam piekło otwarte''. Wstrząsające wizje Rozalii Celakówny

„Jezu mój, niczego innego nie pragnę, tylko miłości. Chcę Cię kochać tak bardzo, jak tylko stworzenie może ukochać Boga, Ty, mój Jezu, więcej nikt! […] O nic Cię tak gorąco nie proszę, jak o to, bym Cię nigdy ani cieniem grzechu dobrowolnego nie obraziła”.

Służebnica Boża Rozalia Celakówna, której proces beatyfikacyjny rozpoczął się w 1996 r., urodziła się 19 września 1901 r. we wsi Jachówka. Była najstarszym z ośmiorga dzieci Joanny i Tomasza Celaków.

UCZYŁA SIĘ MIŁOŚCI BOGA

 

Rodzice Rozalii byli gorliwymi katolikami. Chociaż ciężko pracowali na roli, to jednak dużo czasu poświęcali na religijne wychowywanie swoich dzieci. Modlili się wspólnie rano, w południe i wieczorem. Odmawiali różaniec i inne modlitwy.

Stałą ich praktyką była lektura Pisma św., żywotów świętych oraz książek i czasopism religijnych. Celakowie spowiadali się co miesiąc, a w każdą niedzielę i czasami także w tygodniu uczestniczyli we Mszy św.

Rozalia tak pisała o swoich rodzicach:

„Od najmłodszych lat mego życia wpajali w duszę mą głębokie zasady wiary świętej, miłości Boga i bliźniego. Czuwali nad mą duszą, by chronić ją od zepsucia. W domu nigdy nie widziałam złego przykładu”.

Rodzice przekazywali swoim dzieciom największy skarb, jakim jest katolicka wiara. Mała Rózia była bardzo szczęśliwa, gdy mogła przychodzić do Jezusa obecnego w tabernakulum. Mówiła Mu:

„Jezu, chcę być Twoją na zawsze, na wieki”.

W notatkach Rozalii czytamy:

„Pierwszą nauczycielką, która mię uczyła kochać Pana Jezusa, była moja Droga Matka. Ona mnie pouczała, co Pan Jezus dla nas uczynił, za co mamy Go kochać, jaką muszę być, by się Jemu podobać, itd. […]

Pobożność moich Rodziców objawiała się przede wszystkim w zachowaniu przykazań Bożych, nie była to pobożność dziwaczna, wykoślawiona, ale zdrowo i rozumnie pojmowana”.

Od swoich rodziców Rozalia uczyła się kształtować swój charakter: przezwyciężać egoizm, nabywać pokory, łagodności, zyskiwać zdolność przebaczania, bycia uprzejmą, grzeczną, gotową do służenia osobom starszym i potrzebującym pomocy, a przede wszystkim wzrastania w miłości do Boga.

1 września 1908 r. Celakówna rozpoczęła naukę w szkole podstawowej. Miała dobrą pamięć, bardzo lubiła się uczyć i była wzorem dla innych dzieci. W wieku 10 lat Rozalia przyjęła po raz pierwszy Komunię św. Jak sama stwierdziła, było to jedno z najważniejszych wydarzeń w jej życiu. Wyznała wtedy Jezusowi swoją miłość:

„Jezu mój, niczego innego nie pragnę, tylko miłości. Chcę Cię kochać tak bardzo, jak tylko stworzenie może ukochać Boga, Ty, mój Jezu, więcej nikt! […] O nic Cię tak gorąco nie proszę, jak o to, bym Cię nigdy ani cieniem grzechu dobrowolnego nie obraziła”.

Rozalia przeżyła wtedy swoje pierwsze mistyczne spotkanie z Jezusem. Pan prosił ją:

„Oddaj mi się cała, zupełnie bez zastrzeżeń, na wyłączną służbę, a będziesz bardzo szczęśliwą. Świat nigdy ci szczęścia dać nie może, lecz Ja, twój Bóg, uszczęśliwię cię. Kochaj Mnie za cały świat! Ja rozszerzę twoje serce i napełnię miłością, byś Mi mogła płacić miłością za miłość”.

Rozalia ukończyła szkołę podstawową w 1914 r. Pragnęła dalej się kształcić, ale z powodu wybuchu I wojny światowej nie było to możliwe. Pomagała więc rodzicom w pracy na roli i opiekowała się młodszym rodzeństwem.

W 1917 r. przyjęła sakrament bierzmowania. W tym czasie coraz częściej miała mistyczne przeżycia. W 1918 r. w swoim kościele parafialnym złożyła prywatny ślub czystości.

CIEMNA NOC DUCHA

 

W 1919 r. Pan Jezus wprowadził Rozalię w bolesny okres duchowego oczyszczenia – w tzw. ciemną noc ducha, która trwała sześć lat. Był to dla niej czas wielkiego duchowego cierpienia, koniecznego na drodze dojrzewania do miłości.

Rozalia doświadczała wówczas gwałtownych pokus przeciwko wierze, czystości i pokorze. Wydawało jej się, że została odrzucona przez Boga. Nawiedzały ją wszystkie możliwe pokusy, przerażające ciemności ducha, poczucie beznadziei i rozpaczy.

Kiedy atak sił zła osiągał swoje apogeum, Rozalia padała na kolana i błagała Boga o miłosierdzie. W tym niezwykle trudnym okresie nigdy nie zaniedbywała modlitwy ani pełnienia swoich obowiązków.

W 1922 r. udała się pieszo na Jasną Górę, aby wyprosić łaskę rozeznania swojej drogi życiowej. Po powrocie była pewna, że Bóg ją wzywa, aby opuściła dom rodzinny i zamieszkała w Krakowie.

W sierpniu 1924 r. Rozalia przeprowadziła się do Krakowa. Był to dla niej bardzo trudny okres. Wielokrotnie doznawała wtedy bolesnych napaści ze strony złych duchów, jak również braku zrozumienia jej duchowego stanu przez spowiedników.

Szczytem duchowych cierpień Rozalii była wizja piekła.

„Zdawało mi się – pisze – że z każdą godziną staczam się w przepaść piekielną […]. Przed mą duszą stanęły potworne grzechy i zbrodnie, które zdawały się być przeze mnie popełnione […].

Słyszałam głos: »potępiona jesteś i nic ci już nie pomoże« […]. Odczuwałam ogień piekielny na sobie, który zdawał się palić me ciało. Ryk i wycie szatanów było tak przejmujące, że żaden rozum ludzki tego nie pojmie. Gdy Bóg w ten sposób duszę krzyżuje i zostawia w ciemności – wówczas człowiek nic nie może pomóc.

Dusza ma była zawieszona między niebem, ziemią i piekłem […] zobaczyłam piekło otwarte, którego grozy nie potrafię opisać. Olbrzymia ilość szatanów masami wtrącała dusze do tej otchłani z iście szatańską radością. Jeden drugiemu jakby robił konkurencję, wprowadzając coraz więcej dusz. Męczarnie zadawali im podług grzechów.

Najwięcej było potępionych za grzechy przeciw szóstemu i dziewiątemu przykazaniu, następnie za zbrodnie i nienawiść. Te trzy rodzaje grzechów w szczególny sposób były widoczne. Mąk tej kaźni nikt nie potrafi opisać. Sam widok może człowieka o śmierć przyprawić, gdyby nie był wspomagany łaską Bożą”.

Zaraz po tym przerażającym doświadczeniu piekła dusza Rozalii została przeniesiona do nieba. Takiego uczucia miłości i szczęścia nigdy wcześniej nie doznała. Usłyszała wewnętrzny głos:

„Świętość to miłość. Ta dusza dojdzie do najwyższej doskonałości, która najgoręcej Boga ukocha”.

PRACA W SZPITALU

 

W kwietniu 1925 r. Rozalia podjęła pracę w szpitalu św. Łazarza, na oddziale chorób skórno-wenerycznych. Kiła i inne choroby weneryczne świadczą o upadku moralnym. Łamanie VI przykazania przynosi ze sobą straszne konsekwencje.

Już przed II wojną światową kardynał prymas August Hlond mówił, że w XX w. upadek moralny ludzkości stał się gorszy niż w Sodomie i Gomorze.

Grzechy nieczystości niszczą miłość, pogłębiają egoizm i dlatego zadają wielkie cierpienie Jezusowi. Dlatego Pan Jezus mówił Rozalii:

„Trzeba ofiary za Polskę, za grzeszny świat. Strasznie ranią Moje Najświętsze Serce grzechy nieczyste. Żądam ekspiacji”.

Rozalia zrozumiała, że Pan Jezus powołał ją, aby niosła Jego miłość i miłosierdzie ludziom moralnie upadłym, dotkniętym chorobami wenerycznymi.

Coraz mocniej zjednoczona z Jezusem, Celakówna z wielkim poświęceniem opiekowała się chorymi wenerycznie, zapomnianymi przez najbliższych. Chorzy ci zachowywali się ordynarnie; ich wyuzdane zachowanie i najgorsze przekleństwa były dla Rozalii niezwykle bolesnym doświadczeniem.

Pozostała tam jednak, bo wiedziała, że Pan Jezus ją do tej pracy powołał. Z wielkim poświęceniem służyła chorym. Czyniła to z miłości do Pana Jezusa obecnego w każdym cierpiącym i potrzebującym pomocy człowieku.

Podczas mistycznych spotkań Pan Jezus zapewniał Celakównę:

„Jestem zawsze z tobą i wspieram cię Moją łaską, i nadal przy tobie pozostanę; a chociaż Mnie nie widzisz jak teraz, masz Mnie widzieć oczyma duszy i w to wierzyć, bo gdybym nie był przy tobie, sama nigdy byś nie mogła się ostać w tych warunkach”.

15 grudnia 1927 r. Rozalia wstąpiła do zakonu klarysek. Szybko się jednak przekonała, że to nie jest jej powołanie. Mury klasztorne opuściła 1 marca 1928 r. Podjęła pracę w klinice okulistycznej. Była to dobrze opłacana i prestiżowa posada. Jednak sumienie nie dawało Celakównie spokoju.

Pan Jezus dał jej wyraźny znak, że ma na nowo podjąć pracę na oddziale dermatologicznym. Podczas modlitwy Rozalia w mistycznej wizji zobaczyła Pana Jezusa okrutnie biczowanego przez chore wenerycznie pacjentki.

Biły Go one bez litości po twarzy i całym ciele. Wtedy tak przemówił Pan Jezus do Rozalii:

„Moje drogie dziecko, popatrz, jak straszną boleść zadają mi grzechy nieczyste. Tu, dziecko moje, chcę cię mieć, byś Mi wynagradzała za te straszne grzechy, które tak bardzo ranią moje Serce […].

Ty, dziecko moje, będziesz bardzo cierpieć w swym życiu, by Mię pocieszać, byś się stała do Mnie podobną, i ratować masz dusze […].

Ja ci dziś odkrywam i daję poznać tajemnicę i wartość cierpienia. Cierpienie jest tak wielką łaską, że to jest trudno pojąć. Jest to większa łaska niż dar czynienia cudów. Dam ci miłość cierpienia, byś umiała cierpieć podobnie jak Ja”.

W mistycznej wizji Pan Jezus zaprowadził Rozalię „nad ogromną przepaść, pełną zgnilizny i obrzydliwości”.

„Dał mi zrozumienie – pisała dalej Celakówna – że to jest serce ludzkie skalane grzechem nieczystym. Kazał mi Pan Jezus pracować w tym miejscu w intencji tych upadłych dusz, nad ich nawróceniem, i kazał mi zapamiętać na całe życie, że moja praca i żywot w tym miejscu będą zakończone”.

Pracując na oddziale chorób wenerycznych, Rozalia musiała zmieniać chorym opatrunki, oczyszczać ich gnijące i cuchnące rany, pełnić nocne dyżury, towarzyszyć umierającym.

Mówiła, że gdyby nie nadprzyrodzona miłość bliźniego oraz świadomość, że wypełnia wolę Bożą, to za żadne pieniądze nie podjęłaby się tak wyczerpującej, okropnej pracy.

 

TROSKA O NAWRÓCENIE CHORYCH

 

Rozalia w heroiczny sposób przezwyciężała pojawiającą się w niej odrazę na widok i sposób zachowania wenerycznie chorych i z miłością, dobrocią, anielską cierpliwością pełniła swoją posługę wśród nich.

Dla chorych była bardzo delikatna i skromna, a równocześnie stanowcza. Starała się dobrocią i życzliwością zachęcić ich do porzucenia drogi grzechu i otwarcia się na Boże miłosierdzie.

Często klękała przy łóżkach pacjentów, modląc się o ich nawrócenie. Do końca towarzyszyła umierającym, modląc się, aby przez spowiedź pojednali się z Bogiem.

Mając dyżur nocny – wspomina jej znajoma – Rozalia miała trudność w nakłonieniu pewnego człowieka w średnim wieku do spowiedzi i Komunii św. przed jego zgonem.

Wtedy uklękła przy jego łóżku i zaczęła odmawiać różaniec. Po paru minutach chory zapytał:

»Co pani robi?«.

»Modlę się« – odrzekła.

»Za kogo?«.

»Za pana«.

»Za mnie? Ja wcale o to nie proszę« – zasnął.

Obudziwszy się, ponownie ujrzał ją modlącą się i zapytał:

»Czy nadal pani za mnie się modli?«.

»Tak!«.

Wtedy on się oburzył i powiedział:

»Lecz ja sobie tego nie życzę« – i ponownie zapadł w sen.

Kiedy po raz trzeci się obudził, znów ujrzał Rozalię klęczącą i zapytał:

»Czy dalej pani modli się za mnie, mimo moich przykrych słów?«.

Ona na to:

»Tak! Bo dobroć Boża jest tak wielka, że ogarnia również pana, choć pan tą dobrocią pogardza.«

Wtedy ten człowiek poprosił, by zawołała kapłana; wyspowiadał się i przyjął wiatyk św., namaszczenie olejem św. i po 2-3 godzinach zmarł nad ranem”.

Rozalia wszystko czyniła z miłości ku Jezusowi i Maryi. Pomimo tego, że miała bardzo ciężką pracę w szpitalu, to kontynuowała naukę, aby lepiej służyć chorym. Uczyła się wieczorami i nocą. Ostatni egzamin pielęgniarski zdała w 1933 r.

Już jako dyplomowana pielęgniarka z wielką charyzmą i doświadczeniem Rozalia otrzymywała dużo różnych ofert bardzo dobrej pracy. Jednak pozostała wierną swemu powołaniu posługi wśród wenerycznie chorych.

 

WEZWANIE DO INTRONIZACJI

 

Od maja 1937 r. kierownikiem duchowym Rozalii został paulin o. Zygmunt Dobrzycki. To był dla niej wyjątkowy czas mistycznych spotkań z Chrystusem oraz ściślejszego zjednoczenia się z Nim. Rozalia tak pisała o obecności Jezusa w jej życiu:

„Pan Jezus, choć w sposób niewidoczny, jest obecny w duszy. Jego obecność odczuwałam w ten sposób, jakby dwie osoby zjednoczyły się w jedną.

To zetknięcie się Jezusa z duszą jest o wiele wyższe aniżeli widzenie. Choćbym chciała opisać, to nie potrafię, bo to przechodzi mój umysł tak bardzo ograniczony i wszelkie moje pojęcie”.

Podczas rekolekcji we wrześniu 1937 r. Rozalia na nowo odkryła, jak wielkim darem jest współuczestniczenie w cierpieniu Chrystusa na krzyżu.

Przyjmując krzyż cierpienia w zjednoczeniu z Chrystusem, pragnęła uczyć się tak Go kochać, jak żaden człowiek Go nie kochał. Wtedy także poprzez mistyczkę Pan Jezus skierował wezwanie do Polski i wszystkich narodów, aby przyjęły Go za jedynego Pana i podporządkowały wszystkie dziedziny życia wymaganiom, jakie stawia Jego miłość. W imieniu całego narodu aktu tego miały dokonać wspólnie władze duchowne i świeckie.

W jednej ze swoich wizji Rozalia usłyszała:

„Jeżeli chcecie ratować świat, trzeba przeprowadzić intronizację Najświętszego Serca Jezusowego we wszystkich państwach i narodach na całym świecie. Tu i jedynie tu jest ratunek.

Które państwa i narody jej nie przyjmą i nie poddadzą się pod panowanie słodkiej miłości Jezusowej, zginą bezpowrotnie z powierzchni ziemi i już nigdy nie powstaną […]. Pamiętaj, dziecko, by sprawa tak bardzo ważna nie była przeoczona i nie poszła w zapomnienie”.

Odtąd doprowadzenie do intronizacji stało się dla Rozalii niezwykle ważnym zadaniem. Wiedziała, że do tego wzywa ją Chrystus. W tej intencji modliła się i ofiarowywała wszystkie swe trudy i cierpienia.

Kierownikiem duchowym o. Zygmunta Dobrzyckiego był generał paulinów, o. Pius Przeździecki. To właśnie on kilkakrotnie rozmawiał w sprawie intronizacji z prymasem Polski kard. Hlondem.

Kardynał chciał się jednak wpierw upewnić, czy Rozalia jest osobą wiarygodną, i dlatego nakazał, aby przeszła badania lekarskie oraz przedstawiła ich wyniki władzom kościelnym.

Mistyczka poddała się badaniom neurologicznym, które przeprowadził dr J. Horodeński. Potwierdziły one, że jest w pełni psychicznie zdrowa.

Na długo przed wybuchem II wojny światowej Celakówna przekazywała wezwania Jezusa i Maryi do nawrócenia, gdyż jego brak doprowadzi do wybuchu strasznej wojny.

Główną przyczyną wojny są bowiem grzechy rozpusty, morderstwa i nienawiść. Przed katastrofą wojny może uchronić świat tylko akt intronizacji Chrystusa.

Wypełnienie posłannictwa (1939-1944)

Rozalia otrzymywała coraz mocniejsze przynaglenia, aby dokonano aktu intronizacji. Dla tej sprawy pragnęła wszystko wycierpieć i była gotowa – jak napisała –

„umrzeć w największym opuszczeniu tak, jak nasz Jezus na krzyżu”.

Jej największym pragnieniem było, aby w Polsce dokonała się intronizacja i za tym przykładem poszły inne narody.

W strasznym czasie okupacji Polski, kiedy to w każdej chwili groziło aresztowanie, wywiezienie do obozu koncentracyjnego i śmierć, Rozalia pisała:

„mimo wszystko jestem bardzo spokojna […]. Gdybyśmy wiedzieli, jak nas Pan Jezus kocha, ani na moment nie dopuszczalibyśmy do naszych dusz trwogi i bojaźni”.

Rozalia troszczyła się przede wszystkim o to, by jak najwięcej ludzi uratować od wiecznego potępienia.

Na początku wojny zatrudniono ją w ambulatorium, gdzie pracowali niemieccy lekarze. Przytłoczona nadmiernymi obowiązkami, Celakówna była zmuszona uczyć się języka niemieckiego.

Bardzo cierpiała, że mimo szalejącej wojny ludzie się nie nawracali i dalej obrażali Boga ciężkimi grzechami. Często płakała nad losem i grzechami swojego narodu. Jej czyste serce oraz wnikliwość jej obserwacji pozwalały widzieć ogrom moralnej deprawacji społeczeństwa. W październiku 1939 r. pisała:

„Takiego upodlenia i tylu grzechów nigdy nie było w narodzie polskim, jak ostatnimi czasy”.

W swoich modlitwach Rozalia nieustannie błagała Boga o miłosierdzie dla grzeszników.

W duchu ekspiacji za ich grzechy z miłością przyjmowała wszystkie cierpienia i upokorzenia. Pan Jezus w odpowiedzi zalewał jej duszę nieopisaną radością swojej bliskości i miłości.

Na początku 1941 r. bardzo pogorszył się stan zdrowia Celakówny, ale nie rezygnowała z pracy w szpitalu. Do końca spalała się w służbie Bogu i bliźnim. Pisała:

„Dyżur nocny ma dla mnie coś niezwykle ważnego… Pan Jezus, chorzy i ja […]. Wtedy Pan Jezus w sposób szczególny zniża się do mej duszy”.

Przez swoją pracę, modlitwę i cierpienie Rozalia czyniła wszystko, by jak najszybciej nadszedł dzień intronizacji, oddania narodów pod panowanie Chrystusa Króla. Wypełniała tym samym prośbę Jezusa:

„Ja chcę niepodzielnie panować w sercach ludzkich, proś o przyspieszenie mego panowania w duszach przez intronizację”.

Cztery lata przed śmiercią Rozalia pisała do swojego spowiednika:

„Moje życie chyli się ku wieczorowi. Tak bardzo lubię zachód słońca: wtedy moja dusza więcej zatapia się w Bogu, w tym Słońcu Sprawiedliwości, i myślę o Panu, jak mam Go kochać i jak się Jemu podobać, by kiedyś moje życie kończyło się tak, jak dzień się kończy, ale dzień jasny i pogodny”.

Na początku września 1944 r. czuła się bardzo słabo. Znajoma Rozalii, która była chora na grypę, poprosiła ją o postawienie baniek. W czasie tej wizyty Celakówna mocno się przeziębiła i musiała położyć się do łóżka.

Stan jej zdrowia pogarszał się z dnia na dzień i dlatego 11 września przewieziono ją do szpitala. Chora cały czas modliła się na różańcu. Przyjęła wiatyk i sakrament namaszczenia chorych.

Rozalia Celakówna zmarła podczas snu w nocy z 12 na 13 września 1944 r.

Pochowano ją na cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Pomimo wojny w pogrzebie uczestniczyło liczne grono kapłanów, sióstr zakonnych, krewnych i znajomych. Po śmierci jej prostota, dobroć serca i bezinteresowna miłość poruszyły sumienia i serca wielu osób, które ją znały.

Szybko rozeszła się wieść, że przez jej wstawiennictwo Pan Bóg udziela ludziom nadzwyczajnych łask, o które proszą. Jej proces beatyfikacyjny trwa.

Rozalia mówiła, że świętość to miłość. Poprośmy Jezusa jej słowami o ten największy dar:

„Panie Jezu, daj mi miłość, miłość, która potrafi kochać Ciebie za cały świat, kochać do szaleństwa, tak jak jeszcze na tej ziemi nie byłeś nigdy kochany. Bo ty, Jezu, potrafisz rozszerzyć moje małe serce do nieskończoności. Jesteś wszechmocny, więc uczynisz ten cud”.

Ks. Mieczysław Piotrowski

Posted in POLECAM, Religia, Święci obok nas | Leave a Comment »

Rozmowy niedokończone: O. Józef Andrasz SJ (1891 – 1963) – życie i duchowość

Posted by tadeo w dniu 11 Maj 2019

o. Józef Augustyn SJ, rekolekcjonista, kierownik duchowy, teolog duchowości; Stanisława Bogdańska, autorka książki pt. „Ojciec Jóżef Andrasz SJ, spowiednik świętych“

Posted in Filmy religijne, Miłosierdzie Boże, Św. Faustyna, Święci obok nas | Leave a Comment »

Reportaż: Kierownik duchowy Sekretarki Bożego Miłosierdzia

Posted by tadeo w dniu 11 Maj 2019

Siostra Faustyna po raz pierwszy skorzystała z jego posługi w czasie rekolekcji przed ślubami wieczystymi w kwietniu 1933 roku. Stałym kierownikiem duchowym został w ostatnich latach jej życia, które spędziła w Krakowie. W sumie o. Andrasz posługiwał Siostrze Faustynie przez ponad 2 i pół roku, a po jej śmierci zaangażował się w realizację jej posłannictwa.

Pominięcie faktu pierwszego, właściwego rozeznawania nadzwyczajnej misji św. Faustyny przez księdza Jezuitę Józefa Andrasza tworzyłoby grubą rysę na kulcie Bożego Miłosierdzia.
Łagiewnicki obraz – Jezu Ufam Tobie nie był samowolą malarską. Od początku do końca czuwał nad tym ks. Józef Andrasz SJ. Miał w ręku ,, Dzienniczek,, św. Faustyny, i za życia był jej kierownikiem duchowym wiec znał jej wizję obrazu. Miał ku tym działaniom kwalifikacje. Wcześniej ks. Andrasz był kierownikiem duchowym dla bł. Anieli Salawa, bł. Klemensy Staszewskiej, sł. Bożej matki Pauli Zofii Tajber ZDCH, sł. Bożej s. Emanueli Kalb.
Przetłumaczył wiele wybitnych dzieł religijnych z zakresu mistyki i ascetyki, Pamiętnik św. Marii Małgorzaty Alaqok , Modlitwa mistyczna, modlitwa myślna O. Maumignego SJ, Ideał duszy gorliwej Sardeau, Kontenplacje Ewangeliczne o. Prospera Baudot.
Ks. Józef Andrasz jest najczęściej wymienianym kapłanem w ,, Dzienniczku,, św. Faustyny ( 59 razy)
Za zakazem kultu Bożego Miłosierdzia stały nasze, polskie, działania ludzkie. Warto zauważyć że formy kultu który wprowadził w Łagiewnikach ( 1943) ks. Andrasz  , obraz łagiewnicki- Jezu Ufam Tobie, przetrwały ludzkie ataki,  ogłaszane konkursy i zakazy.
Dzisiaj światowym Centrum Bożego Miłosierdzia są Łagiewniki a cudami słynący obraz z Łagiewnik – Jezu Ufam Tobie jest najbardziej
znanym obrazem religijnym na świecie.

Posted in Filmy dokumentalne, Filmy religijne, Miłosierdzie Boże, Reportaż, Św. Faustyna, Święci obok nas | Leave a Comment »