WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Święci obok nas’ Category

Święty Charbel – orędzia z nieba.

Posted by tadeo w dniu 28 lipca 2020

W lipcu 1995 roku, podczas wspomnienia świętego Szarbela, Raymond Nader (inżynier- elektronik i dyrektor libańskiej telewizji katolickiej Télé-Lumière) przeżył nadzwyczajne doświadczenie. Na końcu procesji do klasztoru Annaya zobaczył starego księdza, którego nie znał. Podszedł do niego… Wtedy w głowie Raymonda zabrzmiał głos księdza, przekazującego mu ważny komunikat… Było to pierwsze z serii orędzi przekazanych przez świętego Szarbela. Raymond Nader przedstawił orędzia hierarchom Kościoła i za ich zgodą rozpowszechnia je po całym świecie. Są one ostrzeżeniem przed zagładą oraz wezwaniem do modlitwy, pokuty i miłości bliźniego, w celu budowania cywilizacji miłości.

Na początku była Miłość. Wszystko zaistniało przez miłość i bez niej nic nie mogło, nie może i nie będzie mogło istnieć. Podstawą wszechświata – jego praw i reguł – jest miłość. Kiedy wszystko się kończy, tylko miłość pozostaje, wszystko, co nią nie jest – przemija.
Bóg jest miłością. Bóg jest prawdą. Bóg jest prawdziwą miłością. Świat Boga jest światem miłości i prawdy, nie ma prawdy poza miłością. Człowiek nie jest spełniony bez miłości i nie doświadczy prawdy, będąc daleko od Boga. Człowiek należy do Boga, jest dzieckiem Miłości, a jego prawdziwym domem jest świat Boga. Jedyną prowadzącą tam drogą jest Jezus Chrystus. Chrystus jest prawdą miłości wcielonej. Jest ukazaniem prawdy o życiu, jest drogą do Boga. Każdy człowiek w swojej podróży ku innemu światu wezwany jest, aby podążać Jego drogą. Tak jak w każdej podróży, człowiek musi wyposażyć się w odpowiedni prowiant i ekwipunek na drogę. Jedynym pokarmem i jedyną bronią jest tu miłość. Miłość ta obejmuje wszystkich ludzi świata, nie oczekuje niczego w zamian, jest nieograniczona i bezwarunkowa. Tak kocha was Bóg, więc miłujcie się wzajemnie Jego miłością.
Nikt nie posiada tej miłości sam z siebie, może ją otrzymać jedynie od Boga przez Jezusa Chrystusa i napełnić się nią w Duchu. Dzieje się to w modlitwie. Tylko przez modlitwę można otrzymać miłość od Boga Ojca Źródła Miłości, przez syna Bożego Jezusa Chrystusa – Miłość Wcieloną, a miłość ta jest Duchem Bożym w człowieku. Módl się o tę miłość, abyś kochał wszystkich ludzi bezinteresownie, bez ograniczeń i bezwarunkowo, tak jak kocha Bóg, wtedy staniesz się Jego Dzieckiem. Człowiek pochodzi z serca Boga i tam też powróci.

Zwyciężaj zło miłością, ale nie używaj miłości jako wymówki przed konfrontacją ze złem.

Świętość jest twoim celem, a doskonałość w miłości ostatecznym szczytem do zdobycia. Nie zatrzymuj się na środkach prowadzących do uświęcenia. Niech środki nie zamienią się w cel, a cel w środek. Modlitwa ma uświęcać ciebie – nie uświęcaj modlitwy. Post jest po to, aby cię wzmocnić – nie czyń z niego swojego bożka. Umartwienie ma cię oczyścić – nie adoruj samego umartwienia. Hymny mają uwielbiać Boga – nie uwielbiaj hymnów. Nie zastępuj Chrystusa mówieniem o Nim, bo zaczniesz uwielbiać własne słowa, nie zastępuj prawdy skupianiem się na sposobie jej wyrażania, bo twoje jej formułowanie samo zamieni się w „prawdę”. Słowo nigdy nie jest ważniejsze od idei, którą opisuje, idea nigdy nie jest ważniejsza od prawdy, którą niesie. Zabezpieczenie nigdy nie jest ważniejsze od skarbu, który chroni, a kielich nigdy nie jest cenniejszy od wina. Tabernakulum nigdy nie jest ważniejsze od Eucharystycznego Chleba, a monstrancja nigdy nie przyćmi Hostii.

Pamiętaj, że masz zmysły po to, aby nimi kochać, a nie po to, aby je kochać. Kiedy kochasz swój wzrok, zaczynasz uwielbiać istoty, które widzisz i zapominasz o Stworzycielu, który jest poza granicami twojego wzroku. Kiedy kochasz swój słuch, zanurzasz się w melodiach i dźwiękach świata, zapominając o tym, by wsłuchać się w głos Boga w ciszy, która nie dosięga twoich uszu. Kiedy kochasz swój węch, zaczynasz rozkoszować się zapachami tego świata i zapominasz o dzikich kwiatach, które stworzył dla człowieka Pan Swoją Miłością. Kiedy kochasz swój smak, stajesz się niewolnikiem jedzenia i picia i zapominasz o tym, co naprawdę cię nakarmi. Kiedy kochasz swój zmysł dotyku, jesteś zniewolony przez to, co zewnętrzne, zapominając o skarbie wnętrza.

Przekraczaj swoje zmysły, a nie zanurzaj się w nich, sięgaj przez nie po prawdę, tak jak promień światła przechodzi przez kryształ.

Jeśli wzmocnisz swoje zmysły, staną się twardsze, a promienie odbiją się od nich jak od lustra i pokażą ci zaledwie odbicie obrazów tego świata. Nie zatapiaj się w zmysłach, gdyż zaczną cię zwodzić. Prawdziwa radość nie pochodzi z doznań zmysłowych, ale przekracza zmysły i trafia prosto do źródła światła, tam, gdzie zanurzysz się w samym sercu Boga, ujrzysz Jego światło i zagłębisz w Jego miłości. Przekraczaj swoje zmysły i przekraczaj samego siebie, idź aż na samą krawędź światła. Za każdym razem, gdy chcesz popatrzeć na zewnątrz, zamknij oczy i spójrz wewnątrz – wtedy zobaczysz jeszcze wyraźniej to, co cię otacza. Gdy chcesz słyszeć, zatkaj swoje uszy i wsłuchaj się w wewnętrzny głos, a zaczniesz słyszeć lepiej. Prowadź swoje zmysły w kierunku uwielbienia Boga i nie pozwól, aby kierowały cię do uwielbienia Jego stworzeń.

Nie zaciemniaj swoim pismem jasnych stron zapisanych przez twoich świętych ojców. Prawda jest zawsze taka sama. Aby mówić o Bogu, musisz być w Jego sercu. Nie możesz mówić o Bogu, będąc poza Nim. A Słowo, które stało się ciałem, to nie dźwięk unoszący się w powietrzu. Wyryj w swoim umyśle każde słowo, które chcesz wypowiedzieć, wyrzeźb je w swojej duszy i oszlifuj w swoim sercu. Niech wypływa z twych ust tak, jakbyś układał kolejną cegłę powstającej budowli. Milcz, jeśli to, co robisz, nie buduje. Mów tylko wtedy, gdy twoje słowa są głębsze i mądrzejsze niż twoje milczenie.

Człowiek zdobywa coraz więcej wiedzy i coraz mniej mądrości. Teorie w ludzkich umysłach stały się jak mgła otulająca szczyty gór i przykrywająca doliny. Nie pozwalają one zobaczyć niczego takim, jakim jest naprawdę. Ich własne teorie zaciemniają im wzrok. Wznoszą najwyższe budynki, a ich moralność upada coraz niżej. Coraz więcej mówią, a coraz mniej się modlą. Rozwijają głębokie zainteresowania i płytkie relacje. Mają piękne widoki za oknem, a w środku hodują pustkę. Poszerzają swoje drogi, ale ich zdolność widzenia jest coraz węższa. Tworzą coraz więcej połączeń, które jednak nie prowadzą ich do siebie nawzajem. Mają liczne sposoby komunikacji, lecz i te w ogóle ich nie zbliżają. Mają wielkie, potężne i wygodne łóżka, ale ich rodziny są coraz mniejsze, rozbite i zmęczone. Potrafią się spieszyć, ale nie potrafią czekać. Biegają, żeby zapewnić sobie byt, a zapominają o tym, by zapewnić sobie życie. Pędząc na zewnątrz, odrzucają to, co w środku.

Ludzie poszukują cudów, aby uwierzyć i zobaczyć na własne oczy, chcą orędzi, aby usłyszeć i wiedzieć, pragną konkretnych dróg, aby nimi kroczyć i osiągnąć zbawienie i szczęście. Przecież cud to Eucharystia, znak to Krzyż, orędziem jest Ewangelia, a zbawienie jest w Kościele.

Najważniejszym, największym i najświętszym znakiem jest znak Krzyża. To znak Bożej miłości do ciebie: niech stanie się również znakiem twojej miłości do Niego. To znak miłości, a nie znak walki. Światło tego znaku rozleje się na cały świat.

Zbawienie ludzkości realizuje się w Kościele, przez Kościół, to on kontynuuje plan zbawienia rozpoczęty przez Chrystusa dwa tysiące lat temu i nie przestanie aż po kres czasów. Wszystkie fale zła rozbiją się o skały Kościoła. Oddaj się całkowicie Kościołowi i jego nauce i nie podchodź do niej wybiórczo.

Najważniejszym i najwspanialszym przesłaniem jest Dobra Nowina, która przekazuje nauczanie Chrystusa i ani jedna jota Jego słów nie przeminie przed końcem czasów. Kto nie zna Ewangelii, pozostaje w ciemności i morzu ignorancji, choćby posiadł całą wiedzę tego świata. Kto nie żyje Ewangelią, nie żyje w ogóle. Nie interpretuj jej i nie podporządkowuj jej własnemu życiu, aby się usprawiedliwić. Prawda Ewangelii jest zawsze taka sama.

Najważniejszym i największym cudem jest Eucharystia, ciało Chrystusa, Baranek Paschalny, który gładzi grzechy świata, Bóg Żywy, który powstał z martwych.

Na próżno szukasz znaków ważniejszych od znaku Krzyża. Nie pytaj o przesłania, które, jak twierdzisz, są ważniejsze niż słowa Ewangelii. Nie szukaj zbawienia poza Kościołem Chrystusa. Nie trudź się, biegając za cudami większymi niż cud Eucharystii. Trzymaj się z daleka od złudnej magii, która doprowadzi cię do pustki.

Unikaj znaków, które nie prowadzą do znaku Krzyża. Ignoruj przesłania, które nie opierają się na Ewangelii. Nie wierz w cuda, które nie prowadzą do Eucharystii, rozeznasz je tylko w Kościele. Tylko przez Krzyż, Kościół, Ewangelię i Eucharystię możesz stać się święty.

Bóg stworzył cię, abyś był święty i abyś żył.

Świętość to nie przypadek, świętość to wybór. Nie czekaj, aż przyjdzie do ciebie z zewnątrz, żyj i zdobywaj ją od środka. Królestwo Boże mieszka w twoim sercu.

Świętość jest łaską i wolą: łaska pochodzi od Boga, a wola od ciebie. Jesteś potencjalnym świętym – zrób wszystko, aby nim być naprawdę.

Miłość nie jest przywiązaniem, ponieważ miłość jest wolnością, a przywiązanie to niewola. Bóg jest wolnością. Miłość nie jest ludzkim uczuciem, jest boską siłą stwarzania i niebiańską mocą zmartwychwstania. Miłość nie jest instynktem wypływającym z twoich zmysłów cielesnych, jest życiową siłą płynącą z ducha. Miłość nie jest martwym przyzwyczajeniem, które nas wiąże i łączy, jej siła jest nieustannym odnawianiem – odnawia nas i wyzwala. Miłość nie jest uczuciem zwróconym w jednym kierunku, jest światłem, które świeci na wszystkie strony.

Bóg nie jest uczuciem. Bóg nie jest wrażeniem, nie jest przyzwyczajeniem czy emocją, nie jest ideą. Bóg jest prawdą, Bóg jest życiem, jest Stwórcą i Dawcą życia.

Miłość nie pyta o cenę czy zapłatę za to, że się oddaje. Na końcu pozostaje tylko miłość.

Miłość, która wypływa z człowieka, ma na celu powrócić do tego, z kogo płynie. Kiedy człowiek kocha od siebie, kocha siebie, niezależnie od tego, jaka jest siła i rodzaj tej miłości.

Miłość, która pochodzi od Boga, którą człowiek od Niego otrzymuje, obiera za swój obiekt drugiego człowieka.

Jeśli twoja miłość pochodzi od Boga, obdarzasz nią twojego brata. Jeśli miłość wypływa od ciebie, chodzi w niej tylko o ciebie. Człowiek, którego miłość pochodzi od niego samego, kocha siebie samego w innych, choć myśli, że to ich kocha. Nigdy nie myl miłości z pożądaniem, z uczuciem, z przyzwyczajeniem i z przywiązaniem.

Kiedy Chrystus powstał z martwych i zwyciężył, diabeł upadł i został pokonany. Ci, którzy się jemu oddadzą i wejdą na jego drogę, szybko upadną. Nie trzymaj się szatana. Jego zamiarem jest zafałszowanie obrazu Boga w umyśle i sercu, zafałszowanie również twojego obrazu w twoich oczach. On chce, żebyś błędnie pojmował Boga i mylił się co do samego siebie. Zakłamuje, zniekształca i zwodzi: tam gdzie powinieneś się uniżyć, próbuje cię wywyższyć, a poniża cię, gdy zasługujesz na docenienie. Próbuje cię powstrzymać, kiedy powinieneś iść i popycha cię do przodu, kiedy powinieneś stać, przez niego mówisz wtedy, kiedy powinieneś zamilknąć i milczysz, gdy twoim zadaniem jest wypowiedzieć się. Próbuje przekonać cię do pośpiechu, gdy należy zwolnić i spowalnia cię, kiedy trzeba, abyś przyspieszył. W każdym przypadku chce cię zwieść. Diabeł jest największym oszustem i fałszerzem, podstępnym kłamcą; nasz Pan i Nauczyciel nazwał go ojcem kłamstwa.

Diabeł nigdy nie przychodzi pod swoją prawdziwą postacią ani nie kusi nas jako brzydka istota, dobrze wie, co nam się podoba i co nas przyciąga. Szepcze ci do ucha to, co lubisz słyszeć, pokazuje to, na co lubisz patrzeć, daje rzeczy, które lubisz dotykać i karmi cię tym, co najbardziej ci smakuje.

Gdy oszust fałszuje złoto, zamienia je na coś bardzo podobnego, lśniącego i żółtego. Tak też robi diabeł z obrazem Boga – który jest Miłością – bierze to, co ludzie nazywają miłością i miesza z Bogiem, który nią jest. Instynktowne uczucia, namiętności, więzi uczuciowe, zniewalające przyzwyczajenia służą diabłu do zwodzenia człowieka, gdy szuka on Bożej prawdy, życiodajnej miłości.

Na początku diabeł sprawia, że człowiek się śmieje, aby na końcu wtrącić go w rozpacz. To właśnie wtedy, kiedy jeszcze się śmieje, zabiera go do piekła, a tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Człowiek, który teraz weseli się z diabłem, z pewnością będzie później płakał.

Bóg może doprowadzić cię do łez na początku, lecz na końcu zawsze będzie radość. Twój płacz wywołany przez Boga ma cię zdyscyplinować, podczas gdy diabeł przychodzi cię rozweselić i sprawić, abyś się odwrócił od Pana. Kiedy natomiast Bóg daje ci radość, diabeł przychodzi i daje ci powody do płaczu; nie daj mu się oszukać.

Pierwszą i główną bronią przeciwko szatanowi jest prawdomówność: każde słowo prawdy, jakie wypowiadasz, jest strzałą wycelowaną w serce Złego, a każde szczere wyznanie grzechu jest włócznią, którą przeszywasz jego serce.

Kolejną podstawową bronią jest pokora. Szczerość i pokora to dobra spowiedź. Wyznaj swoje grzechy, a zabijesz zło, które jest w tobie.

Diabłu zależy tylko na tym, aby odłączyć cię od Boga. Uważaj! Próbuje cię oddzielić od Niego nawet wtedy, gdy jesteś przy Nim. Odsuwa cię od pojmowania znaczenia słów, którymi się modlisz i zwraca twą uwagę na same słowa. Gdy uwielbiasz Pana, oddala cię od Niego i sprawia, że skupiasz się na melodii hymnu uwielbienia.

Oddala cię od Boga nawet podczas modlitwy, przez którą się do Niego zwracasz.
Zawsze pamiętaj, że nie będziesz w stanie zmierzyć się z diabłem, jeśli nie uklękniesz przed Bogiem. Diabeł nie wejdzie przez zamknięte okna i zakneblowane drzwi. Diabeł wchodzi przez drzwi, które są otwarte.

Módl się, aby usłyszeć, zrozumieć, aby żyć wiarą; dawać świadectwo. Módl się, abyś stał się światłem. Niech całe twoje życie będzie modlitwą i służbą: jeśli modlisz się, a nie służysz, zamieniasz Krzyż Chrystusa w kawałek drewna, a jeśli służysz nie modląc się, cała twoja służba skupiona jest tylko na tobie. Módl się w twojej sypialni. Módl się z twoją rodziną i w twojej wspólnocie Kościoła. Wzywaj Pana w intymności twojego posłania, w ten sposób ustrzeżesz swoją duszę i otworzysz umysł na tajemnicę Boga. Módl się z rodziną – w ten sposób ochronisz ją i umieścisz w samym sercu Najświętszej Trójcy. Módl się we wspólnocie, dla ocalenia twojego Kościoła i przybliżenia Królestwa. Twoja osobista modlitwa przed Panem złoży cię w Jego sercu, modlitwa na łonie rodziny zaniesie cię na łono Trójcy, a twoja wspólnotowa modlitwa w sercu Kościoła utwierdzi cię w Ciele Chrystusa. Módl się: ten kto się modli, w pełni przeżywa tajemnicę egzystencji, ten kto tego nie robi, jest na skraju życia i śmierci.

Rodzina ludzka na ziemi jest obrazem Świętej Rodziny w Niebie. Rodzina przekazuje plan Boga, Jego miłość i słowo z pokolenia na pokolenie. Upadek rodziny oznacza upadek Boskiego planu dotyczącego ludzkości. Oznacza odrzucenie przesłania zbawienia i świętości. Każda rodzina jest świętą rodziną, ponieważ jest obrazem Jedynego Boga w Trójcy. Zniszczenie rodziny jest niszczeniem obrazu Boga. Rodzina niesie płonącą lampę i przekazuje ją kolejnemu pokoleniu, aby świat mógł być oświetlony światłem Pana. (…)

Rodzina jest podstawą Bożego planu, więc wszystkie siły zła skupiają się na zniszczeniu rodziny, ponieważ wiedzą, iż niszcząc ją spowodują, że cały Boży plac zadrży w posadach. Wojna Złego przeciwko Bogu jest wojną przeciwko rodzinie, a wojna Złego przeciwko rodzinie ma na celu zniszczenie obrazu Boga. Ponieważ od początku stworzenia świata rodzina jest obrazem Boga, Zły skupia się na tym, aby ją unicestwić.

Zatrzymaj się choćby na krótką chwilę przy każdym z twoich braci, wskaż mu kierunek, pokaż mu światło: jeśli zechce iść razem z tobą, pozwól mu iść krok przed sobą, jeśli poprosi, abyś trzymał go za rękę, chwyć go za obydwie ręce, jeśli będzie chciał cię odepchnąć, zostaw go, gdyż droga jest długa, a pracy bardzo wiele. Twoim zadaniem jest zasiewać ziemię ziarnem modlitwy i wonią kadzidła. Siej z miłością. Siej na skale, ponieważ nawet tam, jeśli znajdzie się choć grudka ziemi, wyrosną plony. Skrusz skałę, która wymaga skruszenia. Uderzaj w nią i nie trać ducha, może nie pęknie za pierwszym czy drugim razem, ale za setnym się rozpadnie. Nie poddawaj się i nie odchodź. Kiedy zostawisz swoją pracę, ktoś inny ją skruszy, przeorze, zasieje. Jeden sieje, drugi zbiera.

Krusz skałę i nie bój się, bo choć ramię jest twoje, to ani ziemia, ani młot nie należą do ciebie. Nie marudź i nie wykręcaj się: źdźbła pszenicy muszą poddać się ciężarowi maszyn w młockarni, nie skarżą się na potrzebny proces przygotowywania chleba i sycącego pokarmu. Winogrona nie wykręcają się i nie wiercą, kiedy mają być zmiażdżone i wyciskane, ponieważ staną się winem i radością. Bez bólu nie będzie ani chleba, ani wina. Kto chce stać się chlebem i winem, musi nieść krzyż. Musi go dźwigać i iść w kierunku światła. Na tym świecie człowiek przemieszcza się z brzegu ciemności i nieistnienia na drugi brzeg – wiecznej światłości.

Niech nie rozprasza cię to, co wokół ciebie, przed tobą i za tobą. To wszystko jest mniej warte niż to, co masz w środku. Prawda zawsze wznosi się ku górze, podczas gdy cały świat się wali. Świat nigdy ci niczego nie da, lecz zawsze będzie chciał cię zadłużyć. Tylko Bóg obdarowuje. Nie możesz podnieść innych ludzi, możesz samemu się wspiąć i wciągnąć ich do siebie; gdy wejdziesz wyżej, zawsze pociągaj za sobą swoich braci. Chrystus podnosi cię, gdy pociąga cię za sobą; wznoś w górę swoich braci, gdyż sam zostałeś wywyższony mocą Chrystusa. Gdy przylgniesz do Chrystusa, wkrótce zaczną do ciebie lgnąć inni ludzie.

Kochasz twoje wyobrażenie o człowieku, a nie samego człowieka i tak samo nienawidzisz twój obraz człowieka, a nie jego samego. Uważaj, nie potępiaj, nie twórz sobie przedwczesnych opinii i sądów o kimkolwiek. Uprzedzenia są kolorowymi soczewkami, które nakładasz na swoje oczy, widzisz przez nie osobę w kolorze soczewki, a nie w jej prawdziwej barwie. Przyozdób twą głowę w mądrość natury, twoje serce w jej piękno, a twoją duszę w jej siłę do nieustannego odnawiania się.

Kiedy popełnisz błąd, przyznaj się do niego, wyznaj grzech i napraw go, jeśli tylko jest to możliwe. Uznanie błędu i naprawienie go uczyni cię wielkim i nigdy cię nie zepsuje. Popraw to, co możesz, a gdy wyznasz to Bogu, resztę naprawi już On sam, wyrówna to, czego nie potrafiłeś naprawić… Nie usprawiedliwiaj swojego błędu dobrymi intencjami: to nie one zaprowadzą cię do Nieba, twoje czyny mają być dobre, tak jak intencje. To, co się liczy, to owoce twojej pracy i konsekwencje twoich słów, a nie dobre chęci. Dobra intencja to argument właściwy ignorantom, a ignorancja jest jak sen – nie wiesz, że śpisz, dopóki się nie obudzisz. Obudź tych, którzy śpią. Kiedy wstaną, zrozumieją, że spali. Nie rozmawiaj z tym, kto śpi, gdyż i tak cię nie usłyszy. Raczej obudź go i dopiero wtedy mów do niego.

Im większa jest świętość w człowieku, tym słabiej ją w sobie rozpoznaje, a kiedy zauważy swoją świętość, ona natychmiast znika. Skup się na słowie w twojej głowie, jak młociarz kręcący kulą na stalowej linie: nie wypuści jej, dopóki nie będzie pewny, że trafi do celu. Słowo w twoich ustach jest jak ta kula. Kiedy ją wyrzucisz, nie będziesz mógł jej złapać i zawrócić. Jeśli twoje słowo nie trafi do celu, nie wypowiadaj go, ponieważ może kogoś zranić, nieodpowiednie słowo z pewnością uczyni szkodę. Staraj się nie wypowiadać słów, które mają wiele znaczeń, wyrażaj się jasno i jednoznacznie. Dawaj dobry przykład zamiast dobrych rad. Gdy zauważysz błąd, napraw go w milczeniu, zamiast krytykować.

Zawsze odróżniaj między twoimi pragnieniami i twoimi potrzebami. Człowiek pragnie wielu rzeczy, których nie potrzebuje i potrzebuje wielu, których nie pragnie. Twoje bogactwo jest mierzone brakiem twoich potrzeb, a nie ceną tego, co już posiadasz. Wszystko, co wydajesz się posiadać na tym świecie, w rzeczywistości posiada ciebie. Wszystko, co według ciebie jest ci poddane, w rzeczywistości panuje nad tobą. Wszystko to, co kontrolujesz i czym sterujesz, czyni cię partnerem diabła. Żyjesz po to, aby dawać i służyć, a nie posiadać i rządzić. Istnieje wielka różnica miedzy zaangażowaniem a oddaniem: bądź oddany Kościołowi, a nie jedynie zaangażowany we wspólnotę. Kierunek, który obierasz jest ważniejszy niż prędkość, z jaką się poruszasz Jaki jest pożytek z prędkości i przyspieszenia, kiedy kierunek jest błędny? Nie zaczynaj niczego na ziemi, jeśli nie będzie to miało końca w Niebie, nie wybieraj takiej drogi na ziemi, która nie doprowadzi cię do Nieba.

Ten, kto spędza całe życie dzwoniąc w dzwony kościelne, niekoniecznie wejdzie do Nieba i zbawi swoją duszę. Byłoby lepiej, gdyby słuchał dzwonu swojego sumienia, które alarmuje o grzechu. Wielu bije w dzwony kościelne, aby tylko nie usłyszeć głosu dzwonu swojego sumienia.

Nie jedz aby się nasycić, jedz, aby powstrzymać głód, człowiek wie bowiem, kiedy nie jest już głodny, nie wie zaś, kiedy jest zaspokojony. Człowiek nigdy nie jest zaspokojony. Smak czystości jest bardziej rozkoszny niż smak seksualnej przyjemności. To nie wino czyni człowieka pijanym, lecz sam człowiek, który się upija.

Bóg stworzył nas, abyśmy osiągnęli cel naszej egzystencji. Przyjrzyj się stworzeniom tego świata, każde wypełnia swój obowiązek z największą starannością i spokojem. Nawet najbardziej udręczony człowiek na ziemi jest szczęśliwszy od grzesznika. W dniu sądu grzesznik nie tak bardzo będzie bał się surowego sądu Boga, jak bardzo będzie żałował, że nie odpowiedział na Jego nieskończoną Miłość. Ta ogromna miłość stworzyła świat i obdarza życiem. Miłość jest jedynym skarbem, jaki możemy gromadzić na tym świecie i zabrać ze sobą na tamten świat.

Weź Krzyż Chrystusa i idź Jego śladem, a Maryja będzie ci towarzyszyć, tak jak swojemu Synowi. Z każdą bolesną raną, powiedz sobie: „W ranach Chrystusa!” Za każdym razem, gdy odczujesz ból, zawołaj: „W Twojej męce, o Chryste!” Zawsze, gdy będziesz oskarżany, prześladowany i obrażany, mów: „Na Twoją chwalę, o Panie!”

Twoja słabość jest po to, abyś ją pokonał, a nie po to, żebyś miał kolejną wymówkę. Kiedy weźmiesz na ramiona Krzyż Chrystusa, nie ugniesz się pod ciężarem bólu czy zmęczenia, będziesz kroczył z pewnością, cierpliwością, w milczeniu. Po dotarciu do Bramy, radość z przejścia przez jej próg przewyższy ból i zmęczenie wędrówki. Szczęśliwy z dotarcia do celu, zapomnisz o cierpieniu.

Módl się, aby zatwardziałe serca zmiękły, zaciemnione umysły otwarły się, a katastrofy i tragedie ustały. Nie bój się, gdyż na końcu powstanie światłość Chrystusa, zajaśnieje znak Krzyża i Kościół będzie promieniował światłem. Wytrwaj w wierze w Chrystusa i nie trwóż się, złóż swoją ufność w Bogu Zmartwychwstania i Życia. Nadchodzi Jego chwała.

Źródło: Św. Charbel. Orędzia z Nieba, wyd. AA, Kraków 2013

Posted in Religia, Święci obok nas | Leave a Comment »

Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz

Posted by tadeo w dniu 24 lipca 2020

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Szarbel.jpg

Józef Antoni Machluf urodził się 8 maja 1828 we wsi Bika Kafra położonej w górach północnego Libanu. Wychowany został razem ze swoim starszym rodzeństwem, dwiema siostrami i dwoma braćmi w katolickiej rodzinie obrządku maronickiego. W wieku trzech lat umiera ojciec; matka ponownie wychodzi za mąż za człowieka uczciwego i pobożnego, który był diakonem w Kościele maronickim.

Kościół obrządku maronickiego jest jednym z Kościołów Wschodnich i pozostaje cały czas w unii z Rzymem. Początki tego Kościoła sięgają IV wieku i wiążą się ze świętym Maronem, pustelnikiem żyjącym w górach Taurus. Jego ascetyczne życie zaowocowało tym, że wokół niego zgromadziło się wielu naśladowców oraz wiernych. Broniąc się przed najazdem muzułmanów uciekli oni w góry Libanu gdzie ukrywali się w trudno dostępnych dolinach. Ukrycie było na tyle skuteczne, że reszta Kościoła była przekonana, iż zostali całkowicie wyniszczeni. Dopiero pierwsza wyprawa krzyżówa w roku 1099 odkryła Kościół maronicki dla świata zewnętrznego. W celu zaprzeczenia poglądom, że wyznają herezje monoteletyzmu (pogląd, że Chrystus w swej boskiej i ludzkiej naturze kierował się jedną wolą) składają przysięgę katolickiemu patriarsze Antiochii – Aimerowi z Limogenes.

Józef Antoni w wieku lat 14 odczuwa powołanie do życia zakonnego. W wieku 23 lat zgłasza się do klasztoru w Maifug. Odbywa postulat i pierwszy rok nowicjatu, po którym dostaje przeniesienie do klasztoru w miejscowości Annaya. W klasztorze przybiera imię Szarbel – na pamiątkę męczennika z 107 roku. W 1859 roku kończy studia w klasztorze w Kafifan i otrzymuje święcenia kapłańskie. Przez następne 16 lat przebywa w swoim klasztorze w Annaya. W roku 1875, za pozwoleniem swoich przełożonych udaje się do górskiej samotni, gdzie spędza 23 lata życia, wypełnione pracą, umartwieniami ciała, milczeniem oraz kontemplacją Najświętszego Sakramentu. Cela, w której mieszkał miała 6 metrów kwadratowych, o. Szarbel nosił zawsze włosiennicę, spał pięć godzin na dobę, jadł raz dziennie bardzo skromne potrawy bezmięsne. Łóżkiem jego był tylko siennik wypełniony dębowymi liśćmi pokryty kozią skórą, za „poduszkę” służył mu kawałek drewna owinięty postrzępioną sutanną. Często kładł się na gołej ziemi. Samotnia, w której przebywał św. Szarbel była położona w górach na wysokości 1300 m npm.

16 grudnia 1898 roku dostaje udaru mózgu w trakcie odprawiania Mszy świętej. Umiera w wigilię Bożego Narodzenia tego samego roku.

Jego współbracia zakonni już za jego życia uważali go za świętego. Jego modlitwa miała bardzo dużą skuteczność. W 1885 roku uprawy okolicznych rolników niszczyła plaga szarańczy, modlitwa zakonnika, i pokropienie święconą wodą, sprawiło, że owady odleciały a plony zostały ocalone.

Oznaki wybraństwa nastąpiły zaraz po jego śmierci. Następnego dnia po pogrzebie, grób jego był, przez 45 dni otoczony tajemniczym światłem widocznym w najbliższej okolicy. Kiedy po paru miesiącach otwarto grób, okazało się, że jego ciało nie uległo najmniejszemu rozkładowi, zachowując plastyczność żywego człowieka. Oprócz tego ciało wydzielało swoistą, tajemniczą ciecz. Substancja ta nazywana jest „olejem św. Szarbela” i wraz z modlitwą i żywą wiarą uzdrawia z nieuleczalnych chorób i przypadłości. W 1927 roku ciało jego zostało poddane drobiazgowemu badaniu przez komisję kościelną, na czele której stało dwóch lekarzy z Francuskiego Instytutu Medycyny. Następnie ciało zostało umieszczone w nowej metolowej trumnie i zamurowane w grobowcu w niszy kaplicy. W 1950 roku stwierdzono, że tajemnicza ciecz wydobywa się z kamiennego grobowca. Po otwarciu grobowca stwierdzono, że ciało nadal zachowuje elastyczność i temperaturę ciała osoby żyjącej.

Dnia 5 grudnia 1965 roku, ojciec święty Paweł VI beatyfikował ojca Szarbela Machlufa, a 9 października 1977 roku został on kanonizowany. Od tego czasu ustało wydzielanie się tajemniczej cieczy, a ciało świętego zaczęło ulegać rozkładowi. Szacowane jest, że z ciała maronickiego zakonnika uwolniło się ok. 100 litrów tajemniczej cieczy.

Nikt nie sfotografował o. Szarbela, i nie namalował jego portretu. 8 maja 1950 roku kilku misjonarzy maronitów zrobiło sobie grupowe zdjęcie przed grobem świętego pustelnika. Po wywołaniu fotografii, okazało się, że jest na niej jeszcze jedna postać – tajemniczy mnich. Starsi maroniccy zakonnicy rozpoznali w tej postaci o. Szarbela. Na podstawie tej fotografii malowane są portrety świętego pustelnika.

W miejscowości Ananya znajduje się sanktuarium św. Szarbela a w nim jest obfita dokumentacja zawierająca opisy ponad sześciu tysięcy cudownych uzdrowień za przyczyną świętego z Libanu. Wśród nich znajdują się nie tylko maronici czy katolicy ale są również muzułmanie jak i Żydzi. Libanka, Malake Michel-Malek urodziła się w 1950 roku ze zniekształconymi nogami. Poruszała się tylko za pomocą kul i specjalistycznego aparatu ortopedycznego. Leczenie oraz wielokrotne operację nie przyniosły żadnego skutku. Latem 2004 roku spędziła trzy dni w klasztorze Annayi przy grobie świętego, poszcząc i modląc się. Po powrocie do domu została całkowicie uleczone – nogi jej stały się normalne i mogła swobodnie chodzić. Natychmiast wyruszyła do grobu zakonnika by podziękować za cudowne uzdrowienie.

Nouhad Al.-Chami, sparaliżowana Libanka, której jedynie skomplikowana operacja tętnicy szyjnej mogła pomóc, została cudownie uleczona przez świętego Szarbela. Ślady po tym wydarzeni pozostały na jej szyi i są bardzo widoczne każdego 22 dnia miesiąca, kiedy to ma zlecone dawanie świadectwa o swoim uleczeniu.

Ten maronicki święty do końca XX wieku był bardzo mało znany. Obecnie, Polacy stanowią drugą co do liczebności grupę pątników odwiedzających grób jego w Annaya.

Wspomnienie świętego Szarbela Machlufa obchodzimy 28 lipca.

http://oczamiduszy.pl/jesli-umrzesz-zanim-umrzesz-to-nie-umrzesz-kiedy-umrzesz/

Posted in Religia, Święci obok nas | Leave a Comment »

PYTANIA DO PANA JEZUSA WRAZ Z ODPOWIEDZIAMI – Święta Brygida Szwedzka

Posted by tadeo w dniu 23 lipca 2020

PYTANIA DO PANA JEZUSA WRAZ Z ODPOWIEDZIAMI – Brygida Szwedzka Święta Europejka.
Fragment z książki
„Brygida Szwedzka Święta Europejka” Paola Giovetti,
gdzie podczas jednej z wizji
główna bohaterka widzi drabinę sięgającą do nieba
a u jej szczytu Chrystusa zasiadającego na tronie jako Sędziego.
Wokół Pana Jezusa znajdowali się aniołowie i święci zaś u jego stóp Dziewica Maryja.
Na drabinie znajdował się pewien mnich, który był św. Brygidzie znany,
lecz nie wymieniła jego imienia.
Był to człowiek posiadający ogromną wiedzą i następujące pytania
skierował do Zbawiciela:

*******************************************************************
O Sędzio, stawiam Ci pytanie.
Ty dałeś mi usta:
czy nie powinienem mówić o rzeczach, które sprawiają mi przyjemność?
Ty dałeś mi oczy:
czy nie powinienem patrzeć na rzeczy, które bardzo lubię?
Ty dałeś mi uszy:
dlaczego nie miałbym słuchać dźwięków oraz melodii, które mi się podobają?
Ty dałeś mi ręce:
dlaczego nie miałbym nimi czynić tego, co mi się podoba?
Ty dałeś mi nogi:
dlaczego nie miałbym iść tam, gdzie prowadzą mnie moje pragnienia?

Jezus Chrystus odpowiada:
Ja ci dałem usta w tym celu, ażebyś mówił rozsądnie o rzeczach
użytecznych dla duszy i dla ciała oraz o rzeczach, które są na moją cześć.

Ja ci dałem oczy w tym celu, ażebyś dostrzegał zło i unikał go oraz żebyś widział dobro, i ażeby ono było dla ciebie natchnieniem.

Ja ci dałem uszy, ażebyś słyszał prawdę i żebyś słyszał to, co sprawiedliwe.
Ja ci dałem ręce, ażebyś dzięki nim czynił to, co jest konieczne dla ciała i nie jest szkodliwe dla duszy.

Ja ci dałem nogi, ażebyś oddalił się od miłowania tego świata i żebyś przybliżył się do odpoczynku wiecznego, do miłości twojej duszy oraz do Mnie, twojego Stworzyciela.

Jednak mnich okazuje się jeszcze bardziej dociekliwy i z naciskiem podejmuje te same zagadnienia.
O Sędzio, pytam Cię, dlaczego dałeś mi zmysły cielesne, jeśli w naszym życiu nie powinniśmy żyć jedynie według nich?
Dlaczego dałeś mi ciało i inne pomoce cielesne, jeśli nie chcesz,
ażeby uch używać, żyjąc według nieuporządkowanych pragnień ciała?
Dlaczego dałeś nam wolną wolę, jeżeli nie możemy postępować według naszej woli?

Mnich na te pytania otrzymuje następującą odpowiedź:
Mój przyjacielu,
dałem człowiekowi zmysły i rozum, ażeby człowiek szedł drogą życia i uciekła z drogi śmierci.

Dałem ciało oraz pokarmy niezbędne dla życia cielesnego, ażeby korzystać z nich z umiarem oraz ażeby dusza zdobyła więcej cnoty, nie narażając się na osłabienie i na ucisk z powodu ich zbyt dużej ilości.
Dałem człowiekowi wolną wolę, ażeby zrezygnował ze swojej woli
ze względu na miłość do Mnie, który jestem jego Bogiem,
ażeby w ten sposób miał coraz więcej zasług.

Cały czas, znajdując się w połowie drabiny, mnich stawia Panu coraz to inne pytania, które także dotyczą sytuacji człowieka:

O sędzio, dlaczego poszukiwać Bożej mądrości,
skoro posiadam już mądrość tego świata?
Dlaczego mam płakać, skoro mam w obfitości chwałę i radość tego świata?
Powiedz mi, dlaczego i jak powinienem się radość z cierpień cielesnych.
Dlaczego mam się lękać, skoro mam bardzo dużo siły?
Dlaczego miałbym okazywać posłuszeństwo innym,
skoro posiadam wolę i korzystam z niej dowolnie?

A oto odpowiedzi:
Przyjacielu mój, ten, kto jest sędzią w oczach tego świata,
przede Mną jest ślepy i szalony.
Dlatego, ażeby otrzymać moją mądrość,
koniecznie należy jej szukać w sposób bardzo staranny i z pokorą.

Ten, kto posiada zaszczyty i radość tego świata,
bardzo często doświadcza zdenerwowania i podniecenia z powodu
wielu trosk i popada w rozgoryczenie, które prowadzi do piekła.

Dlatego też, ażeby uniknąć niebezpieczeństwa polegającego na tym,
że możesz oddalić się od spoglądania ku niebu
i że możesz zboczyć ze swej drogi,
jest rzeczą konieczną, ażebyś modlił się i płakał.

Jest rzeczą pożyteczną radować się w cierpieniach i przeciwnościach
a także słabościach cielesnych, ponieważ moje boskie miłosierdzie
jest blisko tych, którzy znoszą takie cierpienia,
skracające drogę do życia wiecznego.

Ci wszyscy, którzy są mocni, są mocni dzięki mojej sile,
ponieważ Ja jestem mocniejszy od nich.
Dlatego też zawsze powinni się lękać, że ich siły zostaną im odebrane.

Ten, kto korzysta z wolnej woli, ma okazywać bojaźń
i zrozumieć, że

nic nie prowadzi łatwiej do potępienia wiecznego,
jak właśnie własna wola, której brak przewodnika.

Ten, kto rezygnuje z własnej woli i składa ją w moje ręce,
który jestem jego Bogiem, bardzo łatwo osiągnie niebo.

Wreszcie mnich stawia bardzo ludzie pytania:
Dlaczego zezwalasz, ażeby ciało cierpiało?

Na to pytanie mnich otrzymuje następującą odpowiedź:
Słabość daje się we znaki ciału w tym celu,
ażeby człowiek był bardzo uważny na zachowanie w sobie samym,
właśnie poprzez cierpienie i panowanie nad ciałem,
umiaru duchowego i cierpliwości,
która często narażona jest na niebezpieczeństwo
z powodu wady, jaką jest niestałość,
oraz z powodu przywiązania do rzeczy zbędnych.

Zło, cierpienie, śmierć należą do tych tematów,
które bardzo często powracają i zajmują bardzo dużo miejsca w pytaniach,
które stawia mnich.
Zresztą chodzi tutaj o największe i najbardziej odczuwane przez wszystkich ludzi tajemnice ludzkiej egzystencji.
W tym kontekście warto zauważyć, że mnich w widzeniu św. Brygidy stawia też bardzo szczegółowe pytania:

Dlaczego dokuczająca ciału dżuma, głód i inne nieszczęścia?
Dlaczego śmierć przybywa wtedy,
kiedy człowiek najmniej się jej spodziewa?
Dlaczego przychodzi ona tak szybko, że tylko niekiedy udaje się ją przewidzieć?

Nie zwlekając, Sędzia udzielił odpowiedzi, robiąc to z cierpliwością, a nawet z pobłażliwością dla mnicha:

W prawie zostało napisane, że ten, kto ukradnie,
będzie musiał oddać więcej, aniżeli ukradł.

Wciąż jeszcze ludzie niewdzięczni otrzymują moje dary
oraz nadużywają ich, rzeczywiście nie oddają Mi czci,
tak jak należy to robić.

Z tego powodu dopuszczam cierpienia cielesne,
ażeby dusza się zbawiła w odpowiedni sposób.

Niekiedy karzę danego człowieka w tych rzeczach, które tenże człowiek
najbardziej miłuje, tak, ażeby ten, kto nie chciał uznać Mnie w radości,
uznał Mnie w swoim smutku.

Pytasz mnie dlaczego śmierć przychodzi niespodziewanie.

Jeśli człowiek wiedziałbym, którego dnia umrze,
to człowiek służyłyby Mi powodowany strachem
lub też popadłby w rozpacz.

Ażeby człowiek służy Mi powodowany duchem miłości,
ażeby zawsze troszczył się należycie o siebie samego
i ażeby miał pewność we Mnie,
oto dlaczego godzina śmierci jest niepewna.

Tak jest słusznie, ponieważ człowiek porzucił to,
co jest prawdziwe i to, co jest pewne;
stało się więc rzeczą konieczną i słuszną, ażeby człowiek doznawał utrapień z powodu tego, co nie jest pewne.

Mnich ma jeszcze dużo pytań, które chciałby postawić Panu.
Oto dla przykładu:
Dlaczego nie okażesz swojej chwały ludziom na tym świecie, tak,
ażeby już teraz, kiedy żyją, pragnęli Ciebie z większą gorliwością?

Dlaczego aniołowie i święci, którzy są szlachetniejsi i bardziej
wzniośli niż stworzenia śmiertelne, nie mogą być widziani
przez ludzi w życiu doczesnym?

Skoro kary piekielne są straszliwe i z niczym nieporównywalne,
to dlaczego nie ukazujesz ich ludziom na ziemi, tak, ażeby mogli ich uniknąć?

A oto odpowiedzi:

Nie da się powiedzieć wszystkiego o mojej chwale,
z niczym nieporównywalnej.
Gdyby więc moja chwała była widziana taką, jaka ona jest,
to ciała ludzi, które przecież podlegają zepsuciu,
rozpadłyby się;
To samo by się stało ze zmysłami tych, którzy by widzieli
moją chwałę na górze.

Ich chciała by się rozpadły także z powodu zbyt wielkiej radości,
jaka stałaby się doświadczeniem ich duszy
i nie mogliby już więcej posługiwać się swoimi ciałami.

Tak więc, ponieważ nie można wejść do nieba,
jeśli się nie pełni uczynków miłości,
moja chwała pozostaje dla ludzi ukryta przez pewien czas,
ażeby poprzez pragnienie i poprzez wiarę mogli następnie widzieć ją
w sposób tak obfity i z takim szczęściem, jak nigdy nie było przedtem.

Dlaczego nie widzi się świętych na tym miejscu, gdzie oni się znajdują?
Gdyby się moich świętych dostrzegało w sposób oczywisty,
gdyby oni mówili w sposób oczywisty,
to otrzymaliby tu należną cześć.

Wiara jednak straciłaby swoje zasługi, a słabość ciała nie byłaby w stanie znieść ich wspaniałości. Zresztą, moja sprawiedliwość nie chce, ażeby tak wielka światłość była dostrzegana przez tak wielką kruchość.

Zadajesz jeszcze pytanie, dlaczego kar piekielnych nie widzi się teraz.

Gdyby kary piekielne widziało się teraz takimi,
jakimi rzeczywiście są, człowiek przestraszyłby się
i szukałby w takiej sytuacji nieba
nie z powodu ducha miłości, lecz ze strachu
.

A ponieważ nikt nie powinien pragnąć chwały niebieskiej
ze strachu przed karami,

ale powinien to czynić ze względu na miłość Bożą,
dlatego też ukrywam przed ludźmi kary, jakie spadają na potępionych.

Podobnie jak dobrzy i święci nie mogą smakować tej niewypowiedzianej
radości, zanim przyjdzie oddzielenie duszy od ciała,
tak też i źli nie mogą poznać straszliwych kar przed swoją śmiercią;
jednak kiedy ich dusza oddzieli się od ciała, doświadczą oni cierpień poprzez odczucia, których nie chcieli zrozumieć w swoim duchu wtedy, kiedy mogli to zrobić dzięki mojej łasce.

Mnich, będąc cały czas na drabinie, porusza następnie zagadnienia o charakterze jak najbardziej duchowym, zagadnienia dotyczące Maryi Panny i aniołów.

Stawia też bardzo trudne pytania, jakie powstają na gruncie porównania
sytuacji aniołów i sytuacji ludzi:

O Sędzio,
dlaczego w taki różny sposób rozdzielasz swoje dary i swoje łaski,
a szczególnie umiłowałeś i wybrałeś świętą Maryję Pannę,
wynosząc Ją ponad wszelkie stworzenia,
wywyższając Ją ponad wszystkich aniołów?

Dlaczego dałeś aniołom ducha, ale nie dałeś ciała
i dlaczego przeznaczyłeś ich do chwały niebieskiej?

Dlaczego dałeś człowiekowi gliniane naczynie i dałeś mu ducha,
zobowiązałeś go do życia w trudzie i w cierpieniach,
a także do tego, ażeby wśród bólu umarł?

Na te pytania Pan odpowiada w sposób bardzo uroczysty:

Przyjacielu, Ja w swojej boskości od całej wieczności znam rzeczy przyszłe,
te, które się już zdarzyły, jak i te, które dopiero mają mieć miejsce;
dlatego też tak jak przewidziałem upadek człowieka,
tak też moja sprawiedliwość zezwoliła na ten upadek,
jednak ten upadek nie był chciany przez Boga(…).

Podobnie też moje miłosierdzie od całej wieczności przewidziało konieczność uratowania człowieka.

Ty pytasz, dlaczego tak wyróżniłem i wyniosłem ponad wszystko Matkę Bożą
i dlaczego umiłowałem Ją ponad wszystkie inne stworzenia.

Stało się tak, ponieważ w Niej znalazłem znak prawdziwej cnoty.
Rzeczywiście, tak, jak ogień zapala się szybko wtedy,
kiedy drewno jest odpowiednie,
tak też ogień mojej miłości najbardziej rozpalił się w mojej Matce,
ponieważ Ona była najbardziej na to gotowa.

Ponieważ, kiedy miłość Boża, która z siebie samej jest wieczna
i niezmienna, zaczęła się objawiać i płonąć,
kiedy Ja się stałem człowiekiem, będąc Bogiem,

nie istniało żadne inne stworzenie bardziej odpowiednie i bardziej zdolne przyjąć płomień mojej miłości niż Najświętsza Panna.
Nikt nie miał w sobie tyle miłości, co Ona.

I chociaż Jej miłość objawiła się przy końcu czasów,
to jednak bynajmniej nie była Mi ona mniej znana od całej wieczności,
przed początkiem wszystkich czasów.
I w konsekwencji od całej wieczności była Ona przewidziana na sposób Boski.

Rzeczywiście, podobnie jak nikt Jej nie dorównuje w miłości,
tak też Ona nie ma sobie równych,
jeśli chodzi o łaskę i o błogosławieństwo.

Następnie mnich kieruje inne pytanie bezpośrednio dotyczące Jezusa:

Skoro zostałeś poczęty bez grzechu i skoro urodziłeś się nieobciążony jakimkolwiek grzechem, to dlaczego chciałeś zostać ochrzczony?

Pan odpowiedział mnichowi:
Jest rzeczą konieczną, ażeby ten, kto chce otworzyć nową drogę,
sam ją zapoczątkował.

Niegdyś została dana ludowi droga cielesna, obrzezanie, na znak posłuszeństwa
i na znak oczyszczenia.
Ta droga w rzeczywistości miała swoje źródło w przyszłej łasce
oraz w obietnicy danej wiernym, którzy zachowywali prawo,
zanim przyszła obiecana prawda, to znaczy Jezus Chrystus.

Kiedy jednak przyszła prawda i skoro prawo było jedynie cieniem, zgodnie z postanowieniem powziętym od samej wieczności, stara droga została wycofana(…).

Ażeby więc prawda się ukazała, ażeby cień się usunął,
ażeby się objawiła skuteczniejsza droga dostępu do nieba,
z tego powodu Ja, który jestem Bogiem i jednocześnie człowiekiem,

chciałem przyjąć chrzest z pokory,
ażeby dać przykład dla wielu i ażeby otworzyć niebo wierzącym i wiernym.

Dla ukazania tego po moim chrzcie otworzyło się niebo,
usłyszano głos Ojca,
a Duch Święty ukazał się pod postacią gołębicy.

Ja, który jestem Synem Bożym, ukazałem, że jestem prawdziwym Bogiem
i prawdziwym człowiekiem,
ażeby to wiedziano i w to wierzono, że Ojciec niebieski
otwiera niebo ochrzczonym i wiernym.

To Duch Święty jest tym, który udziela chrztu. (…)
Ja, który jestem prawdą, rozproszyłem ciemności.

Skorupa starego prawa została zdjęta, ukazało się jądro,
obrzezanie zostało zniesione,
a chrzest został potwierdzony we Mnie,
ażeby niebo było otwarte dla wielkich oraz dla maluczkich
i ażeby synowie gniewu stali się synami łaski i życia wiecznego.

Mnich nalega i stawia pytanie,
które ludzie zadają sobie od dwóch tysięcy lat:

O Sędzio, pytam Cię, ponieważ jesteś Bogiem i człowiekiem,
dlaczego nie objawiłeś swojej boskości tak,
jak objawiłeś swoją naturę ludzką, ażeby wszyscy uwierzyli w Ciebie?

Sędzie tak odpowiedział mnichowi na to pytanie:

O mój przyjacielu, odpowiem ci, żeby wszyscy poznali przewrotność twoich myśli. (…)

Skoro Bóg na cokolwiek zezwala, to ma jakiś powód;
dam ci więc odpowiedź nie na sposób ludzki,
ponieważ rozmawiamy o rzeczach natury duchowej,
opowiem ci za pomocą porównań, tak, ażeby moja odpowiedź była zrozumiała.

Stawiasz Mi zatem pytanie, dlaczego nie objawiłem mojej boskości tak,
jak objawiłem moją naturę ludzką.
Ja odpowiadam:

Moja natura boska ma charakter duchowy,
natomiast moja natura ludzka ma charakter cielesny.
Jednak moja natura boska i moja natura ludzka są od siebie nieodłączne.

Moja natura boska jest niestworzona
i wszystko, co w niej jest, jest dobrem i doskonałością.

Jeśli więc tak wielkie dobro i tak wielka doskonałość objawiłyby się
niedoskonałemu oku człowieka, to kto byłby w stanie je znieść;

Przecież oko ludzkie nie jest w stanie znieść nawet blasku słońca materialnego? (…)

Są dwa powody, dla których moja natura boska nie objawiła się w sposób zupełnie wyraźny.

Po pierwsze, ze względu na niedoskonałość,
jaka jest właściwa ludziom, którzy nie byliby w stanie znieść jej,

ponieważ oczy ludzkie są z substancji ziemskiej:
jeśli oko cielesne zobaczyłoby to, co boskie, to stopiłoby się tak,
jak topi się wosk przed ogniem;
jeżeli udziałem duszy stałoby się widzenie tego, co boskie,
to ciało rozpłynęłoby się i uległo unicestwieniu jak popiół.

Po drugie,
nie doszło do takiego objawienia także ze względu na moją dobroć i nieustanność tej dobroci.

W samej rzeczy, gdybym ukazał oczom śmiertelnych moją boskość,
która olśniewa w sposób nieporównywalnie większy,
niż to robią słońce i ogień, to działałbym wbrew samemu sobie i temu,
co Ja sam powiedziałem:
człowiek, który Mnie zobaczy, nie może pozostać przy życiu.
Nawet prorocy Mnie nie widzieli;

oni, którzy widzieli górę ognistą na pustyni, mówili:
niech do nas mówi Mojżesz, a my będziemy go słuchali.
Z tego powodu Ja, który jestem miłosierny, ukazałem się człowiekowi
w takiej postaci, ażeby człowiek Mnie lepiej zrozumiał i ażeby się nie przestraszył,
ażeby człowiek był w stanie zobaczyć i usłyszeć, to znaczy w mojej naturze ludzkiej,
która zawiera – jakby przysłoniętą – moją naturę boską.

Ja, który jestem Bogiem i który jako taki nie jestem cielesny,
chciałem, ażeby Mnie usłyszano oraz widziano,
ażeby dzięki mojej naturze ludzkiej stało się to możliwe dla ludzi.(…)

****************************************************************************

Polecane:

♥ O SZTUCE MILCZENIA I MÓWIENIA – Św. Brygida Szwedzka ♥
♥ O SZTUCE MILCZENIA I MÓWIENIA – Św. Brygida Szwedzka ♥

♥ ŚWIETA BRYGIDA – 23 LIPCA ♥
♥ ŚWIETA BRYGIDA – 23 LIPCA ♥

♥ NABOŻEŃSTWO PIĘTNASTU MODLITW ŚW. BRYGIDY ♥
(Tajemnica Szczęścia)

♥ NABOŻEŃSTWO PIĘTNASTU MODLITW ŚW. BRYGIDY czyli Tajemnica Szczęścia
 ♥ Modlitwa 7 Ojcze Nasz i 7 Zdrowaś Maryjo ♥

Posted in Religia, Święci obok nas | Leave a Comment »

Ks. Dominik Chmielewski: KARD. STEFAN WYSZYŃSKI – WOJOWNIK MARYI: SZACUNEK, ODWAGA, DYSCYPLINA ŻYCIA.

Posted by tadeo w dniu 19 czerwca 2020

Posted in POLECAM, Święci obok nas | Otagowane: | Leave a Comment »

Przygotowanie do śmierci.

Posted by tadeo w dniu 19 czerwca 2020

Rozmyślania o śmierci Św. Alfonsa Marii de Liguori.

Św. Alfons Maria de Liguori (1696-1787)

Po przyjęciu w 1726 roku święceń kapłańskich, pracował w Neapolu i okolicach wśród ludzi ubogich i prostych, do których inni kapłani nie docierali.

Z myślą o nich założył Zgromadzenie Najświętszego Odkupiciela (redemptoryści), któremu powierzył misję głoszenia Ewangelii najbardziej opuszczonym. W 1762 roku został biskupem diecezji Sant’Agata dei Goti. Kierowany duszpasterskim pragnieniem dopomożenia bliźnim w osiągnięciu zbawienia, z pasją przekonywał, że człowiek nawet w ostatniej chwili może się jeszcze nawrócić, choć nie jest to łatwe i wymaga spełnienia określonych warunków.

Papież Pius IX ogłosił go doktorem Kościoła, a papież Pius XII patronem spowiedników i moralistów.

Cześć I:  https://gloria.tv/post/AGZimTDQTUyX2buARJy2nQLvc

Cześć II: https://gloria.tv/post/oeXT4JrgxJ9R2dmpr3Hvn9LiH

Zobacz także:

https://www.sanctamissa.pl/lektura/przygotowanie-do-smierci-sw-alfonsa-marii-de-liguori/

Posted in Religia, Święci obok nas | Leave a Comment »

Od letniej wiary, przez depresję, po radykalizm i świętość. Brat Albert, jakiego nie znamy [fragmenty listów]

Posted by tadeo w dniu 17 czerwca 2020

ŚW. ALBERT CHMIELOWSKI

MONKPRESS/East News

„Dlatego ci piszę i radzę, jak twój szczery brat i kolega, żebyś się ratował i po prostu, po chłopsku, do spowiedzi poszedł, jak możesz najprędzej” – Adam Chmielowski, przyszły brat Albert, do malarza Józefa Brandta (z klasztoru jezuitów).

Kliknij tutaj, by przejrzeć galerię

Brat naszego Boga

Brat Albert Chmielowski jest jedną z najciekawszych postaci, jakie wydał polski Kościół. Był uwielbiany i niezwykle ceniony m.in. przez Jana Pawła II, który kilka dekad przed tym zanim go kanonizował, napisał o nim dramat „Brat naszego Boga”.

Nowej, szczególnej aktualności nadał charyzmatowi i posłudze św. Brata Alberta obecny pontyfikat papieża Franciszka, w którego centrum stoją ubodzy – serce Kościoła. To w nich uobecnia się Chrystus! Od pierwszych chwil właśnie z nimi, z wolnego wyboru, dzielił doświadczenia życia człowieka – bezdomności, ubóstwa, odrzucenia, wyobcowania i samotności – w stajni dla zwierząt w Betlejem.

Brat Albert był osobą świecką. Nigdy nie wyraził zgody na przyjęcie święceń kapłańskich. Nie złożył też ślubów zakonnych. Założył zgromadzenie albertynów (ma gałąź męską i żeńską), które jednak zatwierdzono już po jego śmierci.

On i współbracia byli świeckimi tercjarzami (III zakon św. Franciszka), tworząc wspólnotę opartą na oryginalnej duchowości. Ma ona trzy korzenie, co podkreśla kolejny admirator brata Alberta, abp Grzegorz Ryś. Są to duchowości: św. Franciszka z Asyżu (on też nie był kapłanem), św. Jana od Krzyża i św. Wincentego a Paulo.

W regule zakonu istnieje przepis, że jeśli już brat przyjmie święcenia, nie może być bratem starszym, przełożonym wspólnoty, generałem zakonu. To słowo z terminologii wojskowej. Św. Brat Albert nie zamierzał toczyć wojny o dobro, o miłość czy zbawienie. Wartością była dla niego chrześcijańska równość rozumiana jako… radykalne braterstwo!

 

Radykalna decyzja

Choćby z tych kilku powodów warto poznać brata Alberta, który nie jest tak popularny, jak św. Antoni, pomagający znaleźć rzeczy zgubione, św. Jadwiga, św. Paweł czy cudotwórcy. W epoce, gdy trudno o niepodważalne autorytety, on pozostaje jasnym światłem na drodze do Boga.

Tym bardziej, że była to droga kręta i nie usłana różami. Jego życiorys nie kojarzy się z kwiatem. Był dramatyczny, pełen zwrotów akcji i daje nadzieję, że dla Boga naprawdę nie ma nic niemożliwego.

Bo Adam Chmielowski, przyszły brat Albert, nie miał wielkich zadatków na świętego… On uparcie i wytrwale szukał odpowiedzi na pytania egzystencjalne – o sens życia, o miłość, o to, czemu warto się poświęcić. O talent, bo był cenionym artystą malarzem.

Tylko ciągle czegoś mu brakowało. Marzył o „więcej”. Był z siebie niezadowolony, wiele własnych obrazów niszczył. Męczył siebie i innych perfekcjonizmem. Był surowy w sądach, a miał taki dar przekonywania, że stał się autorytetem dla wybitnych kolegów.

Krytykował (dość bezczelnie) nawet mistrza Jana Matejkę. Nie podobał mu się jego styl, historyczne ilustracje podnoszące Polaków na duchu. Sam był kolorystą. Wrażeniowcem. Estetą. Studiował 5 lat malarstwo w Monachium, był członkiem bohemy. Tworzył piękno.

Doświadczył też: cierpienia; śmierci rodziców w dzieciństwie, a potem przyjaciela Maksymiliana Gierymskiego; kalectwa (mając 18 lat w powstaniu styczniowym stracił nogę); ubóstwa; poniżenia. To jednak wciąż nie tłumaczy, czemu zostawił – realne – perspektywy na sukcesy i sławę, całe życie oddając absolutnie radykalnie obcym nędzarzom bez domu.

 

Smutny wizerunek brata Alberta

Warto brata Alberta poznać. Szkoda, że jego wizerunek w Polsce wydaje się smutny, zgrzebny i lekko banalny. Kojarzy się z hasłem „być dobrym jak chleb”. Jaki chleb? Pszenny czy razowy? A może… Chleb Eucharystyczny?

Podobnie jest z wyglądem. Najbardziej znane jego wizerunki bazują na portretach Leona Wyczółkowskiego. Namalował je jednak po śmierci brata Alberta, dla potrzeb beatyfikacji i kultu. Święty ma na nich ok. 70 lat, nadwagę. Nosi zgrzebny habit koloru buro-ziemistego. Taki był. Ale nie był przecież tylko taki! To moment z długiego życia. Nie zachęca do szukania tego, co było wcześniej. Nie oddaje siły jego charakteru.

Na szczęście zachowały się listy brata Alberta. No i obrazy, z których najbardziej znany to mistyczne arcydzieło Ecce Homo – Oto Człowiek. Listy zostały starannie opracowane i wydane pt. „Pisma Adama Chmielowskiego, św. Brata Alberta”. Poniżej w galerii znajdziecie kilkanaście cytatów z tej korespondencji, prowadzonej na przestrzeni kilkudziesięciu lat.

ECCE HOMO

Z archiwum ss. albertynek

 

Szpital i miłość miłosierna

Jako student w Monachium pisywał do Lucjana Siemieńskiego, swojego „mecenasa”. Widać tu jego dylematy, ale i letnią wiarę członka bohemy. Potem zszokował otoczenie, nagle wstępując do zakonu jezuitów. W listach pisanych z klasztoru po swojemu „mądrzył się”, wysyłając kolegów do spowiedzi.

Miał plan połączenia pasji zawodowej z samouświęceniem… Zamiast doskonałości po dwóch miesiącach wpadł w głęboką depresję, trafił do szpitala psychiatrycznego. Gdy wyszedł, mieszkał u swego brata, w milczeniu.

Aż spotkał księdza, który mu powiedział o darmowym Bożym miłosierdziu, na które nie musi zasłużyć perfekcją! I usłyszał o III zakonie św. Franciszka. To wywróciło mu świat do góry nogami, co widać trochę w tonie listów. Wcześniej malował hrabiów, bywał na salonach. Kiedy przyjął imię „brat Albert”, dostrzegał już nieestetycznych ubogich. Pokochał ich tak ogromną miłością, jaką wyzwolić może tylko Chrystus miłosierny.

Dojrzał też do trudnego ojcostwa, duchowego. Jego listy do s. Bernardyny Jabłońskiej, zwanej pieszczotliwie Dynką, mają w sobie morze czułości. Męczyła się, miała skrupuły, czuła się grzeszna i niegodna. Przytulał ją mocno słowami, ale i trzymał w ryzach. Była bardzo młoda, mogła być jego córką. Stała się nią. Okazała się świetną Siostrą Starszą, a dziś jest błogosławioną.

Skąd się natomiast wzięło określenie „dobry jak chleb”? Tak mawiał. Bynajmniej nie w świątobliwym kontekście. Sprawdźcie sami w poniższych cytatach z listów brata Alberta:

Posted in Święci obok nas | Leave a Comment »

Wyszyński – historia

Posted by tadeo w dniu 3 Maj 2020

We wsi Zuzela, która leży na pograniczu Mazowsza i Podlasia, 3 sierpnia 1901 roku przyszedł na świat Stefan Wyszyński, późniejszy prymas Polski.

Wszystkie odcinki ➡️ https://www.youtube.com/playlist?list…

 

 

 

Posted in Filmy dokumentalne, Filmy religijne, Religia, Święci obok nas | Otagowane: | Leave a Comment »

Mój przyjaciel Dolindo

Posted by tadeo w dniu 18 lutego 2020

 

– Miłosierdzie ma być kroplówką dla pokolenia zniszczonego przez ludzkie zło – mówi ks. prof. Robert Skrzypczak

fot. Monika Odrobińska/Idziemy
Z ks. prof. Robertem Skrzypczakiem rozmawia Monika Odrobińska

 

Będąc w Neapolu, zapukał Ksiądz do grobu ks. Dolinda Ruotola?

„Kiedy przyjdziesz do mojego grobu, zapukaj, ja nawet zza grobu odpowiem ci: ufaj Bogu” – napisał ks. Dolindo w swoim duchowym testamencie. I rzeczywiście, do jego grobu puka sporo osób. Ja fascynuję się ks. Dolindem od wielu lat, do jego grobu dotarłem dwa lata temu. Odprawiłem tam Mszę Święta, a zwiedzając kościół św. Józefa i Madonny z Lourdes w Neapolu, natknąłem się na posługującą w nim zakonnicę, która przestrzegła mnie: „Trzeba uważać, bo kto się zajmuje sprawą ks. Dolinda, zapłaci cierpieniem”.

Po powrocie do kraju czekały na mnie niekorzystne wieści: zaczęła się diagnostyka, przygotowanie do operacji i planowanie dalszej terapii. Inna zakonnica, także fanka ks. Dolinda, gdy dowiedziała się o moich kłopotach, odwróciła jego zdjęcie do ściany i powiedziała: „Pozostaniesz tam tak długo, aż się poprawisz”. Uśmiałem się, a jednocześnie modliłem się tak, jak uczył ks. Dolindo: „Jezu, Ty się tym zajmij”. Ostatnio od chirurga usłyszałem, że muszę mieć chody u góry i że jak tak dalej pójdzie, to on się przeniesie na emeryturę.

 

Jak Ksiądz trafił na ks. Dolinda?

Przypadkowo – kiedy przeczytałem u o. Pio, jak reprymendował przybywające do niego rzesze wiernych z Neapolu słowami: „Czemu przychodzicie do mnie, skoro u siebie macie świętego!”. Zacząłem tego świętego szukać.

Dolindo Ruotolo wzrastał w rodzinie dysfunkcyjnej. Ojciec, adwokat, handlował nieruchomościami, a żonę i jedenaścioro dzieci ulokował w podmokłej suterenie. Dzieci głodził, wychowywał je w sposób sadystyczny – Dolinda wyzywał od matołów, bił, kopał, wykręcał poranione po operacji ręce. To on zresztą nadał mu to imię, które po włosku znaczy „cierpienie”.

W takich warunkach rodziło się powołanie chłopca, który, uwięziony za karę w ciemnej komórce bez jedzenia, pobity i poniżony, modlił się za swojego ojca. W seminarium mu nie szło – fizyczne maltretowanie odbiło się na jego kondycji umysłowej. Raz, modląc się z innymi klerykami w kaplicy, powiedział Maryi: „Jeśli chcesz, bym został dobrym kapłanem, pomóż mi, bo jestem kretynem”, po czym przysnął. Obudził go wiatr, który swoim podmuchem przykleił mu do czoła obrazek Maryi, przed którym się modlił. Ksiądz Dolindo stał się geniuszem teologii, zaczął komponować muzykę, grać na organach i śpiewać. Dostał dar tylko w tych dziedzinach, które były mu potrzebne do sławienia Boga. Napisał 33 tomy komentarzy do Pisma Świętego – każdy po 700-800 stron; marzył, by Biblia znalazła się w każdym domu. Nauczył się hebrajskiego – ten „kretyn”! Wygłaszał nawet osiem katechez dziennie. Stworzył zręby duszpasterstwa akademickiego. To zresztą stało się powodem pomówień, bo próbowano go wplątać w intrygę z oskarżaną o heretyckie wizje kobietą z Sycylii.

 

Nie rozstawał się też z różańcem, co widać na każdym zdjęciu. Nakładem wydawnictwa Esprit ukazała się książeczka „Różaniec zawierzenia z ks. Dolindo” – w sam raz na miesiąc różańcowy. Czym dla niego była ta modlitwa?

Siostra Łucja, wizjonerka z Fatimy, napisała kiedyś: „Bóg postanowił pozostawić światu dwa środki zaradcze przeciwko złu: Różaniec i nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi”. Ksiądz Dolindo po mistrzowsku wprowadza nas w modlitwę różańcową. Można powiedzieć, że – urodzony w wigilię uroczystości Matki Bożej Różańcowej – był jej wybrańcem.

Różaniec odmawiał cały dzień. Nazywał go „perełkami duszy”. Modlitwa różańcowa, przekonywał, nie jest ani trudna, ani bezużyteczna – trzeba tylko pokonać wewnętrzne odrętwienie. Może przynieść ulgę duszom czyśćcowym. Jest też najlepszym „programem antywirusowym” w czasach zamętu. Matka Boża Różańcowa ciągle wzywa nas do powrotu do swojego Syna. Siostra Łucja lubiła powtarzać, że nie ma takiego problemu materialnego czy duchowego, narodowego czy międzynarodowego, którego nie dałoby się rozwiązać za pomocą Różańca i wyrzeczeń – a w tym ks. Dolindo także był mistrzem.

 

Miałam zapytać, dlaczego Bóg najmocniej doświadcza tych, których sobie wybrał, ale tym ostatnim słowem „wyrzeczenia” Ksiądz chyba udzielił odpowiedzi…

Już dwa lata po święceniach kapłańskich ks. Dolindo został poddany najcięższej próbie: oskarżony przed Świętym Oficjum, został osadzony w więzieniu Macao dla heretyków i odsunięty od głoszenia słowa i sprawowania sakramentów, także Mszy Świętej. Nie ma dla księdza gorszej kary.

Tkwił wtedy godzinami przed Najświętszym Sakramentem z wyciągniętymi ramionami i pytał: „Dlaczego?”. Nigdy nie skarżył się na Kościół, nie krytykował go, autentycznie go kochał, choć ta trudna lekcja trwała prawie 20 lat! Rodzina uznała go za psychicznie chorego, matka kazała odprawiać nad nim egzorcyzmy, najbliżsi odsunęli się od niego. Wyszedł z tej próby z umiejętnością prorokowania, czytania w sercach, elokucji – przepływał przez niego głos Boga i Maryi. Ich słowa pisał wiernym na obrazkach zatytułowanych „Jezus/Maryja do duszy”. Zachowało się ich 220 tys. Ludzie byli pod wrażeniem ich trafności – a każdy dostawał osobisty zapisek.

Siedział w Macao po to, by kilka lat potem mogło być ono zlikwidowane. Po to, by Msze mogły być sprawowane w językach narodowych, by Komunię można było przyjmować także w Wielki Piątek, by kapłani mogli sprawować więcej niż jedną Mszę dziennie, upominał się o apostolat kobiet. I to wszystko 50 lat przed Soborem Watykańskim II!

 

Co to znaczy: „Jezu, Ty się tym zajmij”? Jak odmawiać tę modlitwę?

To skrócona wersja modlitwy, którą ks. Dolindowi polecił Jezus. W pełnej wersji brzmi tak: „Kochaj Boga nade wszystko na świecie i zawierzaj się Mu – zatrać się w Bogu, opuść siebie, by się w Nim zanurzyć”. Do takiej modlitwy należy spełnić kilka warunków: dusza musi zamknąć oczy i odpocząć, nie kombinować po ludzku. „Otrzymujesz niewiele łask, kiedy się zamartwiasz” – mówił ks. Dolindo. Nie można oczekiwać, by Jezus dopasował się do naszych potrzeb i zamysłów.

Jesu, pensa ci tu – po włosku ta modlitwa brzmi niezwykle wdzięcznie. Jeśli ogarniają cię mroki zwątpienia, serce spowija lęk, problemy jakby cię miażdżyły, nie zniechęcaj się, ale zamknij oczy i powtórz: „Jezu, Ty się tym zajmij”. Na skuteczność tej modlitwy i duchowości dostaję od wiernych wiele dowodów.

Czyli bezgraniczne zawierzenie Bogu, nawet jeśli oznaczać by miało krzyż?

Ksiądz Dolindo pokazał to swoim życiem. Dziś tak się zatraciliśmy w samowystarczalności, że nikt już nie pamięta, co to znaczy przyjąć chwalebny krzyż. Wszyscy od niego uciekają. A on jest fundamentem. Szatan, kusząc Jezusa, mówił: „Zejdź z krzyża, a w Ciebie uwierzę”. My mówimy do różnych guru: „Rozwiąż mój problem, a będę ci wierny”. Dla demona krzyż jest klęską Boga. Idąc tym tropem wielu sądzi, ze cierpienie to pomyłka. A ono ma sens o tyle, o ile wiąże nas z Bogiem. Po to Jezus wstąpił na krzyż, by ludzkie cierpienie wiązało człowieka z Bożą miłością.

Ksiądz Dolindo spotkał na swojej drodze wielu judaszów. Jaką postawę wobec nich uczy nas przyjmować?
Przed tymi, którzy go zdradzili, klękał i prosił o przebaczenie. Wierzył, że tylko tak możliwy jest pokój w sercach: jego i winowajców. Przebaczenie to antybiotyk Boga. Święty Piotr apeluje: „Gniewajcie się, ale nie grzeszcie. Niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce”.

Myślimy, że akt przebaczenia jest wspaniałomyślny i stawia nas wyżej od osoby, której przebaczamy. A autentyczne przebaczanie jest proszeniem o nie. To zasada do zastosowania w małżeństwie i innych wspólnotach. Jeśli ktoś ci zawini, to może dałeś mu powód: idź i poproś go o rozmowę.

O swoich prześladowcach ks. Dolindo mówił, że oddali mu przysługę, bo dzięki nim mógł zbliżyć się do Boga.

 

W liście do jednej z córek duchowych, która cierpiała, radzi jej słowa modlitwy: „Nie chcę się niepokoić, mój Boże; ufam Tobie” – brzmi jak z „Dzienniczka” s. Faustyny!

Tak, Bóg powierzył mu przesłanie podobne do tego, w którym udział miała św. Faustyna. Miłosierdzie ma być kroplówką dla pokolenia zniszczonego przez ludzkie zło. Duchowość zaufania w przeciwnościach, utrapieniach uczy wytrwałości w cierpieniu.

Miłosierdzie ma być kroplówką
dla pokolenia zniszczonego
przez ludzkie zło

Dolindo Ruotolo ma dużo do powiedzenia postnowoczesnemu społeczeństwu, biorącemu udział w korporacyjnym wyścigu szczurów, poddanemu egoizmowi. Prowadził uliczną ewangelizację poprzez grupę Gołębice Eucharystyczne. Jednego mężczyznę niemal siłą wywlokły one z autobusu, do którego wsiadał, i przyprowadziły do kościoła. Potem ów człowiek powiedział: „Jechałem, by dokonać vendetty, bo byłem członkiem camorry. Czy bym to przeżył, czy nie, i tak byłbym stracony. Ksiądz Dolindo mnie uratował”.

 

Czemu jeszcze nie jest beatyfikowany?

Ci, którzy znali ks. Ruotola, mówią o nim „z nieba wyjęty” – bo wiecznie był pochłonięty myślami o wieczności. W jednej ręce zawsze nosił różaniec, a w drugiej torbę. Niektórzy twierdzą, że z jedzeniem – sam potrzebował zjeść raz dziennie, a gdy ktoś go poczęstował, brał, a potem oddawał „swoim biednym”; inni twierdzą, że z kamieniami – to były grzechy jego penitentów. Jako dwulatek czuł na ustach mamy smak Jezusa i Jego zapach na jej płaszczu, kiedy wracała z Mszy Świętej. Jako chłopiec wystrugał krzyż i całował go z miłości do Jezusa. Ma na koncie wiele nawróceń i cudów. Jego siostrzenica – żyjąca jeszcze Grazia Ruotolo – twierdzi, że on już urodził się święty.

Ja uważam, że ks. Dolindo to perła. Tylko – jak w Jezusowej przypowieści – jest ona głęboko ukryta i trzeba mocy modlitwy, by ją wydobyć. Jan Paweł II uczył, że nie partie i nie rewolucje uratują świat, ale święci. Módlmy się więc, by ks. Dolindo zasilił ich szeregi i by mógł dalej działać.

 


Ks. Robert Skrzypczak (1964) – teolog, psycholog, duszpasterz akademicki, wykłada teologię dogmatyczną na Papieskim Wydziale Teologicznym i w seminarium duchownym w Warszawie.

Przeczytaj także:

Kim był Ojciec Dolindo Ruotolo? Życiorys, Zdjęcia, Cytaty

Zobacz także:

O modlitwie doskonałej wg ks. Dolindo – ks. Sławomir Kostrzewa

Posted in Religia, Wywiady, Święci obok nas | Leave a Comment »

Opowieści o Św. Charbelu!

Posted by tadeo w dniu 3 lutego 2020

Miejsce urodzin Św. Charbela wioska Bekaa Kafra. Opowiada miejscowy zakonnik….

Posted in Filmy dokumentalne, Filmy religijne, Religia, Święci obok nas | Leave a Comment »

NIEZWYCIĘŻONY ZAPAŚNIK CHRYSTUSA

Posted by tadeo w dniu 3 lutego 2020

https://ad2016.wordpress.com/2014/08/19/niezwyciezony-zapasnik-chrystusa/

 

Deus, qui in confessione verae fidei beatum Andream, multiplicti suppliciorum genere excruciatum, illustri martyrio coronasti: praesta, quaesumus; ut nos in eadem fide stabiles, adversa potius omnia, quam animae detrimentum patiamur.

Boże, który świętego Andrzeja udręczonego rozlicznymi katuszami za wyznawanie prawdziwej wiary uwieńczyłeś świetnym męczeństwem; spraw, prosimy Cię, abyśmy trwając w tej samej wierze gotowi byli ponieść raczej wszystkie przeciwności niż szkodę na duszy (Kolekta z Mszy o św. Andrzeju Boboli)

*

Invictus athletae Christi – taki tytuł został nadany Andrzejowi Boboli przez papieża Piusa XII w rozpoczynającej się od tych właśnie słów encyklice, wydanej na 300-lecie męczeńskiej śmierci świętego, w roku 1957. “Jest naszym gorącym pragnieniem” – pisał papież – “żeby wszyscy po całym świecie noszący zaszczytne miano katolików, a zwłaszcza ci synowie ukochanej przez nas polskiej ziemi, których niezwyciężony bohater Chrystusa Andrzej Bobola jest chlubą i dla których jest wspaniałym wzorem chrześcijańskiego męstwa, w trzechsetną rocznicę jego śmierci pobożnym sercem i umysłem rozważyli jego męczeństwo i jego świętość”.

Ziemski żywot Andrzeja Boboli rozpoczął się w szlacheckiej rodzinie, herbu Leliwa. Przyszedł na świat przypuszczalnie w roku 1591, według tradycji – w dzień św. Andrzeja. Miejsce jego urodzenia nie jest pewne, choć w Internecie znajdziemy informację że jest nim Strachocina koło Sanoka, gdzie przed ćwierćwieczem powstało sanktuarium. Ks. Józef Niżnik w artykule “Św. Andrzej Bobola w Strachocinie”, Niedziela – edycja przemyska 18/2002, wskazuje, że “pierwszym człowiekiem, który zwrócił uwagę na pochodzenie św. Andrzeja Boboli ze Strachociny k. Sanoka jest ks. Jan Popłatek, jezuita. W książce: “Błogosławiony Andrzej Bobola Towarzystwa Jezusowego. Życie, męczeństwo i kult”, wydanej w 1936 r., wyraża opinię, że Andrzej Bobola urodził się w Strachocinie”. I dalej podnosi, za ks. Mirosławem Paciuszkiewiczem (który był proboszczem sanktuarium św. Andrzeja Boboli w Warszawie) “po ukazaniu się dzieła ks. Jana Popłatka już chyba nie powtarzano twierdzenia, że Andrzej Bobola urodził się w Pińsku czy Pułtusku. Zaczęła się utrwalać opinia, że miejscem urodzenia jest Strachocina”. Tyle, że we wspomnianej pozycji ks. Popłatka (s. 28-30) znajdziemy następujące twierdzenie “nie ulega zatem wątpliwości, że Andrzej pochodził z Małopolski i to Małopolski właściwej, która obejmowała woj. krakowskie (…), woj. sandomierskie i woj. lubelskie. W jednem z tych województw musiało leżeć miejsce jego urodzenia, którego jednak ściśle określić niepodobna, ze względu na to, iż nieznamy posiadłości Mikołaja (tj. ojca Andrzeja Boboli) (…) Nie pozostaje zatem na razie nic innego, jak tylko zadowolić się jedynie pewną i udowodnioną wiadomością, że bł. Andrzej pochodził z terenu historycznej właściwej Małopolski”. Ks. Popłatek przyjmuje jako wysoce prawdopodobną tezę, iż bł. Andrzej Bobola był synem Mikołaja Boboli i wskazuje (op. cit., s. 305), że Strachocina była w l. 1582-1604 własnością Jana Boboli, wnuka Hieronima Boboli – brata dziadka Andrzeja  Boboli Krzysztofa, a zatem innej gałęzi rodu Bobolów.

Jak pisze ks. Popłatek (op. cit. s. 334) “o posiadłościach i stanowisku Mikołaja Boboli nic nie wiadomo, nieznane jest również imię jego małżonki”. W wydanej z okazji kanonizacji Andrzeja Boboli dwa lata później książeczce “Św. Andrzej Bobola TJ” księża Henryk Szuman i Jan Cyrankowski wskazują (s. 5) “Andrzej Bobola, syn Mikołaja urodził się (…) w nieznanej nam bliżej miejscowości, w województwie zapewne sandomierskim, gdzie szlachecka rodzina Bobolów posiadała swe siedziby”. Należy przy tym zaznaczyć, że Strachocina wypłynęła jako domniemane miejsce urodzenia świętego kilkanaście lat temu (tak też w: J. Łukawy: 75. rocznica kanonizacji św. Andrzeja Boboli, Nasza Służba, rok 2013, nr 10 (467), s. 3), jak warto dodać, w związku z rzekomymi objawieniami Andrzeja Boboli miejscowym księżom (w tym ks. Niżnikowi) w latach 80-tych XX wieku, opisanymi zresztą w wyżej wymienionym artykule z “Niedzieli”. Przebieg tych “objawień” jest co najmniej zastanawiający i przypomina zjawiska spirytystyczne – tak też zresztą pierwotnie je kwalifikowano. Sam ks. Józef Niżnik, we wspomnianym artykule, zajmuje w kwestii miejsca narodzin Andrzeja Boboli pozycję asekuracyjną: “i jeszcze jedno: ja nie nigdy nie twierdzę, że św. Andrzej Bobola urodził się w Strachocinie, ale tylko to, że powiedział: zacznijcie mnie czcić w Strachocinie”.

**

Wróćmy jednak do postaci św. Andrzeja Boboli, co do którego nie mamy pewności gdzie i kiedy dokładnie się urodził, jak i co do osób rodziców. Jeżeli przyjmiemy tezę ks. Popłatka, że ojcem jego był Mikołaj Bobola, to jego stryjem był imiennik świętego – podkomorzy Andrzej Bobola. Był to dobrodziej Towarzystwa Jezusowego, który przyczynił się do powstania kościoła jezuickiego w Warszawie, kolegium jezuickiego w Krośnie i odbudowy kolegium w Wilnie po pożarze roku 1610. Jak pisze ks. Popłatek, był również przyjacielem ks. Piotra Skargi. Młody Andrzej Bobola, przyszły święty, uczył się od roku 1606 nauk humanistycznych i retoryki w kolegium jezuickim. Jak wskazuje ks. Popłatek, można wysunąć przypuszczenie, że było to kolegium w Wilnie, gdzie kształcili się bliscy krewniacy Boboli – Jan i Krzysztof, a zatem dość daleko od rodzinnej Małopolski. Po koniec lipca roku 1611, być może, pod namową krewnego, Andrzej wstąpił do jezuickiego nowicjatu w Wilnie.

Tydzień wcześniej stolica Wielkiego Księstwa była świadkiem wielkiej uroczystości – do miasta wjechał król Zygmunt III Waza, opromieniony sławą zwycięskiego wodza, który odzyskał Smoleńsk dla Rzeczypospolitej. 31 lipca roku 1613 Andrzej przyjął śluby zakonne i rozpoczął studia filozoficzne. 21 grudnia 1613 przyjął niższe święcenia, w roku 1616 ukończył studia filozoficzne i przez następny rok odbywał praktykę nauczycielską na Warmii i w Pułtusku. W roku 1618 zaczął studia teologiczne. Teologiem jednak nie został, nie zdając egzaminu kończącego siedmioletnie w sumie studia. Cytowana na wstępie encyklika Piusa XII “Invictus athletae Christi” przypomina twardy, wręcz krnąbrny charakter zakonnika: “ponieważ z natury miał pewną skłonność do wyniosłości i niecierpliwości oraz odrobinę uporu, wydał samemu sobie nieubłaganą walkę (…) Nosił bowiem w sercu to przemądre zdanie świętego Bernarda, że obudowa duchowna nie może dźwigać się inaczej, jak na mocnym fundamencie pokory”. Gniewliwy i gwałtowny z natury nauczył się jednak panować nad cholerycznym usposobieniem i ciętym językiem, zaś gorączkę uczuć przekuł w żarliwość. Ks. Popłatek przytacza opinię rektora kolegium z Nieświeża z czasów probacji Andrzeja Boboli, iż pozytywnie wyróżniał się wśród kolegów jako dbający o pobożność, duchowość i zachowanie reguł. Święcenia kapłańskie Andrzej Bobola przyjął 12 marca roku 1622. Był to dla Kościoła powszechnego szczególny dzień – papież Grzegorz XV kanonizował wówczas Ignacego Loyolę, Franciszka Ksawerego, Filipa Neri, Teresę z Avilli i Izydora Oracza. W roku 1623 Andrzej przebywał na probacji w Nieświeżu. Tam też pozostał po jej zakończeniu jako kaznodzieja i spowiednik. Poznał wówczas kanclerza wielkiego litewskiego Albrechta Stanisława Radziwiłła.

Obaj starali się rozpowszechniać treść objawień ojca jezuity Gulio Mancinellego, którego Albrecht Radziwiłł spotkał osobiście. Jezuita ów w sierpniu roku 1568 był w Rzymie świadkiem śmierci św. Stanisława Kostki, 40 lat później, w wigilię święta Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, w sierpniu roku 1608 miał on w Neapolu wizję. Zobaczył wtedy Maryję, przed którą klęczał Stanisław Kostka. Maryja poprosiła by nazywał ją Królową Polski, albowiem owo królestwo wielce umiłowała i wielkie rzeczy dlań zamierza, gdyż osobliwą miłością pałają do niej jego synowie. Mimo, iż ojciec Giulio miał ponad 70 lat, postanowił odwiedzić kraj Stanisława Kostki, umiłowany przez Matkę Boską. W maju roku 1610 dotarł do Krakowa, gdzie miał w katedrze wawelskiej kolejne widzenie, w którym ponownie Maryja objawiła się jako królowa Polski i matka polskiego narodu. Następne otrzymał w dzień Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny roku 1617, na rok przed swoją śmiercią. Objawienia “królowej Polski Wniebowziętej” ojcu Mancinellemu, także dzięki Andrzejowi Boboli właśnie, szybko znalazły w Polsce spory rozgłos. W roku 1628, 10 lat po śmierci ojca Giulio na wieży kościoła Mariackiego w Krakowie umieszczono koronę, w roku 1635 Albrecht Stanisław Radziwiłł wydał dziełko “Dyskurs nabożny z kilku słów wzięty o wysławianiu Najświętszej Panny Bogurodzicy Maryi” opisujące wizje ojca Mancinellego, zaś 1 kwietnia 1656 roku doszło do słynnych ślubów lwowskich Jana Kazimierza. Wtedy to, podczas potopu szwedzkiego, chmielnickiego i moskiewskiego, król w obecności stanów ogłosił uroczyście Maryję Królową Korony Polskiej. W tym samym roku miał się pojawić pierwszy plan rozbioru Polski – niesławny traktat w Radnot. Polska jednak podźwignęła się wówczas i do roku 1660 zażegnała niebezpieczeństwo szwedzkie i siedmiogrodzkie, bijąc Kozaków i Moskali daleko na wschodzie.

***

Po tym wybiegnięciu wprzód, cofnijmy się do lat 20-tych XVII stulecia, kiedy to Andrzej Bobola wyróżniał się  w Nieświeżu i w roku 1624 został kaznodzieją przy barokowym kościele św. Kazimierza w Wilnie. Rok później miasto nawiedziła zaraza, w roku 1629 i 1630 ponownie. Andrzej Bobola pozostał wówczas w Wilnie, niosąc pociechę chorym. W roku 1630 Andrzej Bobola złożył profesję czterech ślubów, co oznaczało skierowanie go, mimo wspomnianego braku pozytywnego egzaminu, do działalności misyjnej i nauczania. Trafił następnie do Bobrujska, gdzie objął funkcję przełożonego domu zakonnego jezuitów. Na jesieni roku 1632 dom ów wypełnił się klerykami i księżmi ze Smoleńska, gdzie podeszły wojska moskiewskie – car chciał skorzystać z zamętu bezkrólewia po śmierci Zygmunta III. Sławetna odsiecz smoleńska udaremniła te zamiary. W roku 1633 Andrzej Bobola został skierowany do Płocka, w roku 1636 został kaznodzieją w Warszawie, wreszcie – w roku 1638 przełożonym szkoły jezuickiej w Łomży, co zbiegło się z nadaniem miejscowego starostwa przez króla Władysława IV niesławnemu później Hieronimowi Radziejowskiemu.

W roku 1642 Andrzej Bobola wrócił na terytorium Wielkiego Księstwa Litewskiego, podejmując ewangelizację ziemi pińskiej. Musiał ją w roku 1646 przerwać z powodu złego stanu zdrowia i kolejne lata spędził w Wilnie. W roku 1652 powrócił jednak do Pińska. Miasteczko powoli podnosiło się wówczas po rzezi dokonanej we wrześniu roku 1648 przez kozaków zaporoskich atamana Antona Nebaby. Przy wsparciu “piątej kolumny” z wnętrza miasta zajęli oni Pińsk. Miejscowość została następnie odbita przez wojska litewskie, które w odwecie bezlitośnie rozprawiły się z buntownikami, dorównując im zaciętością. Okolica była spustoszona i dzika, dla pracy duchowej – prawdziwy ugór. Żarliwość w głoszeniu Ewangelii na tych ziemiach zyskała Andrzejowi Boboli wśród miejscowej ludności miano “duszochwata” – “łowcy dusz”. Andrzej Bobola nie zważał na niespokojne czasy połowy XVII stulecia, kiedy to najpierw rebelia Chmielnickiego, potem najazd rosyjski, wreszcie szwedzki zalały niemal cały kraj.

Apogeum dramatu Rzeczypospolitej był rok 1656 – do Polski wkroczyli Szwedzi, a na Litwie w sierpniu doszło do rzezi Wilna przez moskiewskie wojska Zołtareńki. Według ks. Popłatka Bobola był w lecie tegoż roku w Wilnie, ale opuścił je przed zdobyciem przez Moskali, udając się ponownie do Pińska. Idąc za ciosem, na początku października 1655 roku oddziały wojewody Dymitra Wołkońskiego, wsparte przez zaporoskich kozaków zdobyły i splądrowały Pińsk, paląc miasto i zabijając jego mieszkańców, co spowodowało kolejny odwet polski podczas, którego spalono prawosławny monastyr. W tym czasie Bobola przebywał cały czas w Pińsku lub okolicach. Kolejne półtora roku było względnie spokojne – jeszcze jesienią zaniepokojony sukcesami Szwedów w Rzeczypospolitej car Aleksy wstrzymał postępy swoich wojsk, na wiosnę roku 1656 rozpoczęto negocjacje z Moskwą, a działania wojenne na tym froncie ustały, co potwierdzono zawarciem w listopadzie tegoż roku rozejmu w Niemieży, który obowiązywał przez około dwa lata. Pod koniec roku 1656 nowy gracz – sojusznik Szwedów i Kozaków miał jednak wkroczyć na ziemie Rzeczypospolitej, daleko na północ od swojej dziedziny. Książę siedmiogrodzki Rakoczy.

W kwietniu 1657 wojska Rakoczego wspierane przez oddziały kozackie, splądrowawszy uprzednio Małopolskę i wzmocniwszy garnizon szwedzki w Krakowie, skierowały się na północny-wschód. 12 kwietnia połączyły się z armią Karola Gustawa i 7 maja obie armie stanęły pod Brześciem litewskim. 13 maja litewski garnizon bez walki skapitulował. W międzyczasie wspierający Szwedów i Węgrów kozacy rozlali się po okolicach – oddziały atamana Antona Żdanowycza ruszyły na Polesie. Jeden z nich pod wodzą watażki Lichego wkroczył do nieszczęsnego Pińska, oddalonego od Brześcia o ok. 180 kilometrów. I tym razem doszło do rzezi. Andrzej Bobola wcześniej opuścił miasto, ale sotnie kozackie buszowały po okolicy. 15 maja w rejonie Horodca kozacy dopadli i zamordowali jezuitę x. Szymona Maffrona – przybito go gwoździami do stołu, duszono, spalono boki i zdarto skórę. W środę, 16 maja doszło do rzezi katolików i żydów w Janowie Poleskim. W tym samym dniu koło Peredyla został pojmany sam Bobola – zaciągnięto go, okładając biczami i czekanami, tnąc szablą do Janowa Poleskiego. Tam nakłaniano do zaparcia się wiary katolickiej. Bezskutecznie. Rozpoczęto zatem tortury – wyłupano mu prawe oko, przypalano ciało, zdarto skórę z tułowia i głowy, wbijano mu drzazgi w palce i część obcięto, wyrwano język przez… otwór wycięty w szyi, wreszcie przywiązano za nogi do belki. Około godziny trzeciej po południu widząc nieugiętość męczennika dobito go ciosem szablą. Tego samego dnia na wieść o polskim podjeździe kozacy opuścili Janów, zaś miejscowy proboszcz, który się przed nimi ukrywał polecił przenieść ciało na plebanię i okryć całunem. 18 maja przybrano je w sutannę i przewieziono do Pińska.

Cytowana przez ks. Popłatka wzmianka z kroniki pińskiego kolegium jezuickiego z roku 1657 wskazuje, iż sporządzający ją przypisywał sprawstwo męczeństwa ojca Boboli Kozakom oraz Wołochom i Węgrom (op. cit., s. 147). Takiej możliwości nie należy wykluczać. Jak należy podkreślić, trzy pułki Antona Żdanowycza (Zdanowicza), liczące łącznie ok. 10 tys. ludzi, z polecenia Chmielnickiego wspomagały w roku 1657 Jerzego II Rakoczego. Wywołało to niezadowolenie Moskwy, która obawiając się zbyt silnego wzrostu potęgi szwedzkiej, zawarła z Rzeczpospolitą w listopadzie 1656 roku rozejm w Niemieży. Zarówno poparcie Chmielnickiego dla traktatu rozbiorowego w Radnot, inspirowanego głównie przez koła protestanckie, jak i interwencja Żdanowycza po stronie Rakoczego nie były zatem przez cara mile widziane. Na początku czerwca 1657 roku pojawili się nawet u kozaków posłowie z Moskwy z żądaniem wyjaśnień. Chmielnicki miał odpowiedzieć, że Żdanowycz działa samowolnie i rozkazał mu powrót na Ukrainę. W lipcu 1657 oddziały Żdanowycza brały udział w klęsce pod Magierowem. Jak podaje historyk ukraiński W. Lipiński (W. Lipiński: Z dziejów Ukrainy, Kraków 1912s. 565 i nast.) łącznikiem między Rakoczym a Chmielnickim, a później Żdanowyczem w kampanii 1657 roku był Jerzy Niemirycz – podkomorzy kijowski, absolwent akademii ariańskiej w Rakowie oraz twórca i protektor ośrodków ariańskich na Wołyniu i Ukrainie. Jak pisze W. Lipiński: „za aryanizm toczył zaciętą walkę z całą katolicką Rzptą, za aryanizm zmuszony był w r. 1646 emigrować na parę lat zagranicę”. Niemirycz znalazł się wkrótce w grupie protestanckiej skupionej wokół Janusza Radziwiłła protegującej Jerzego II Rakoczego na tron polski. W listopadzie 1655 został wysłany przez Karola Gustawa z listem przypowiednim na Ukrainę na zaciągi, na początku 1657 wobec traktatu w Radnot przybył ponownie do Chmielnickiego. Jak pisze Lipiński wraz z Niemiryczem projekt Radnot wspierali też inni arianie. Postać Niemirycza podsumowuje cytowany przez Lipińskiego diariusz przysięgania na sejmie unii hadziackiej (maj 1659): „Jerzy Niemirycz podkomorzy kijowski ex quo wiarę aryańską wyznawał, za nastąpieniem do Polski Szwedów – przy Szwedzie, potem gdy wtargnął Rakocy – przy Rakocym, tandem po zniesieniu Rakocego i ustąpieniu z Polski króla szwedzkiego udał się pod protekcyę do kozaków i tam ochrzcił się na wiarę ruską”.

Jednakże, mimo, iż kozacy na Pińszczyźnie na wiosnę roku 1657 znaleźli się jako wsparcie rozbiorowej układanki z Rakoczym w roli głównej, nie należy odrzucać religijnego z perspektywy oprawców, tła męczeństwa Boboli. Tło antagonizmów istniejących w maju 1657 r. na ziemi pińskiej widać w deputacji części szlachciców tego rejonu, pod wodzą Łukasza Jelskiego, która w maju przyjęła protekcję Zdaniewicza. Deputację ową przedstawiono 20 czerwca 1657  w Czehryniu samemu Chmielnickiemu. Głosiła ona m.in.: „Unią i insze obce wiary, obojgu nas nieprzyjazne i przeciwne, wykorzeniać powinniśmy, jednostajnie ze wszystką Bracią [nie] żądając w powiecie naszym takowym Dusz Chrześciańskich zarazom miejsca i przynęty. Jeśliby jednak który z osób duchownych, przyszedszy ku deprecatiey należnego Metropolity kijowskiego, miał od niego o dosyćuczynienie za odstempstwo świadectwo, ma mieć Pańskie, za gorącym duchowieństwa proszeniem, JM. Pan Hetman baczenie” (op. cit., s. 515). Ziemia pińska pozostała terenem zmagań z kozakami. Po zakończeniu rozejmu w Niemieży, na nowo rozgorzała wojna polsko-moskiewska. W roku 1660 doszło do kolejnego zniszczenia Pińska i morderstwa księdza Eustachego Pilińskiego, ale i wielkich zwycięstw polskich nad Rosjanami pod Połonką i Cudnowem oraz zawarcia pokoju ze Szwedami. Ciało Andrzeja Boboli, jednego z prawie 50 ówczesnych męczenników jezuickich z obszaru Rzeczypospolitej  w tych niespokojnych czasach zostało pogrzebane w Pińsku i zapomniane.

****

17 kwietnia roku 1702 przełożony pińskich jezuitów ksiądz Marcin Godebski, który rozważał kwestię patrona, który objąłby opiekę nad pińskim kolegium jezuitów miał wizję, w której ukazał mu się Andrzej Bobola i polecił odnaleźć swoje ciało. Po znalezieniu spisu osób pochowanych w miejscowym kościele dotarto do trumny męczennika i znaleziono doskonale zachowane jego ciało ze śladami okrutnych tortur. Postanowiono udać się do Janowa i dotrzeć do świadków zbrodni sprzed lat. Znalezione ciało bez oznak rozkładu spowodowało również powstanie miejscowego kultu. Wstawiennictwu Andrzeja Boboli przypisywano m.in. ocalenie Pińska podczas nowej wojny północnej. Cześć męczennika sie szerzyła i rozpoczęto starania o jego beatyfikację.  W roku 1755 wydano dekret o heroiczności i cnotach Andrzeja Boboli, co otwierało drogę do procesu beatyfikacyjnego. Nastepny okres to jednak lata rozbiorów i rewolucji oraz czarnej legendy jezuitów, która doprowadziła nawet do rozwiązania zakonu przez papieża pod naciskiem “oświeconych” monarchów. W roku 1808 Moskale, po przejęciu klasztoru jezuitów w Pińsku postanowili pozbyć się męczennika za wiarę katolicką, jezuitom udało się jednak wywieźć ciało do Połocka. Od roku 1820 opiekowali się nim dominikanie. W roku 1819, 7 lat po upadku płonnych nadziei wiązanych z Francuzami, wileński dominikanin o. Alojzy Korzeniewski modlił się o niepodległość Polski, powierzając tę kwestię Andrzejowi Boboli. Ukazał się mu Andrzej Bobola, zapowiadając, że po wielkiej wojnie królestwo Polskie zostanie przywrócone. Zauważmy na marginesie odmienność przebiegu tej wizji oraz poprzedniej wizji z roku 1702 ks. Marcina Godebskiego, którzy prosili o pomoc z niebios, a zdarzenie miało charakter jednostkowy od przebiegu zjawisk w Strachocinie to jest wieloletniego, samoistnego “przychodzenia z zaświatów nieznanego kapłana” (za: Czy znów uratuje Ojczyznę?, Niedziela 19/2012)

W roku 1853 bł. Pius IX beatyfikował Andrzeja Bobolę. W roku 1918 Polska ponownie pojawiła się na mapie Europy. W roku 1920, w obliczu nadchodzącej bolszewickiej nawały biskupi polscy ponownie ogłosili Maryję królową Polski. Odmawiano również, od 6 sierpnia nowennę do bł. Andrzeja Boboli. W uroczystej procesji z Najświętszym Sakramentem i relikwiami Andrzeja Boboli w dniu 8 sierpnia brało udział około 100 000 wiernych oraz późniejszy papież Pius XI, ówczesny nuncjusz w Warszawie. W ostatnim dniu nowenny doszło do tzw. cudu nad Wisłą. Nie było to ostatni moment pośmiertnego związku męczennika z Maryją królową Polski, której oddał znaczną część życia – 16 maja 1956 roku, w rocznicę śmierci Andrzeja Boboli internowany w bieszczadzkiej Komańczy kardynał Stefan Wyszyński napisał odnowienie ślubów lwowskich. Ciało męczennika pozostało jednak w Połocku, poza granicami traktatu ryskiego. Z powodu doskonałego stanu zachowania było otaczane czcią przez miejscową ludność, głównie prawosławną. I tak jak kiedyś sprawiało to kłopot prawosławnym władzom carskim, tak obecnie luminarzom nowej, lepszej religii. Religii bez Boga. Bolszewicy próbowali najpierw zniszczyć mit, udowadniając, że rzekomy doskonały stan ciała Andrzeja Boboli jest bajką ludową. W tym celu, w czerwcu 1922 r. specjalna komisja wkroczyła do kościoła – trumną w pozycji pionowej uderzono o posadzkę kościoła w Połocku, ale szczątki się nie rozpadły. Rozebrano następnie ciało i dokładnie obejrzano. Uznano je za osobliwość i w lipcu 1922 r. wywieziono z Połocka do Moskwy, gdzie umieszczono nagie w muzeum na pokaz. Odwiedzający nie wyzbyli się jednak “ciemnych” skojarzeń ze świętością i okazywali niezwykłym szczątkom religijną część. Schowano zatem kłopotliwe ciało do magazynu i w roku 1923 wysłano potajemnie przez Morze Czarne oraz Stambuł do Rzymu – oficjalnie w zamian za pomoc humanitarną głodującym Rosjanom, z zastrzeżeniem by nigdy nie trafiło do Polski. Ciało Andrzeja Boboli spoczęło w słynnym kościele jezuitów Il Gesu. Wraz z niepodległością Polski, po cudzie warszawskim sierpnia roku 1920 ruszył proces kanonizacyjny zakończony ogłoszeniem męczennika świętym przez Piusa XI 17 kwietnia 1938 roku. Doczesne szczątki jezuity sprowadzono z wielkimi honorami do Polski, gdzie spoczęły w kościele ojców jezuitów przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

Jak napisał papież Pius XII w cytowanej na wstępie encyklice “dokądkolwiek bowiem oczy obróci i dążyć zaczyna ludzka społeczność, jeżeli od Boga odchodzi, nie tylko nie osiąga upragnionego spokoju i zgody, ale wpada w taką rozterkę i niepokój, jak człowiek trawiony gorączką, oddając się pogoni za bogactwem, za wygodnym i przyjemnym życiem, które wyłącznie sobie ceni, chce pochwycić coś, co przed nią ciągle ucieka i buduje na tym, co się zapada. Albowiem bez uznania Najwyższego Boga i Jego świętego prawa nie może istnieć wśród ludzi żaden ład, ani żadne prawdziwe szczęście. Brakuje bowiem podstawy zarówno do prywatnego, jak i do należycie prowadzonego społecznego życia (…) Im zuchwalej ludzie nienawidzący Boga i nauki chrześcijańskiej występują przeciw Chrystusowi i założonemu przezeń Kościołowi, tym gorliwiej powinni nie tylko kapłani, ale wszyscy katolicy i żywym słowem i przez pisma rozpowszechnić wśród ludu, a najbardziej przez świetlany przykład życia swego się im przeciwstawić, zachowując zawsze poszanowanie dla osób, ale mężnie stając w obronie prawdy (…) Niechże, więc, wszyscy jako we wzór wpatrują się w męstwo Świętego Męczennika Andrzeja Boboli. Niech nieugiętą jego wiarę i sami zachowują i na wszelki sposób bronią. Niech tak naśladują jego apostolską godność, żeby starali się najusilniej, stosownie do swego stanu, Królestwo Chrystusowe na ziemi umacniać i we wszystkich kierunkach rozszerzać.” A, wzywając Polaków do zachowania w trudnych czasach wiary katolickiej i jedności, dodał “tak postępując i to osiągniecie, żeby wszyscy święci, osobliwie ci, co z waszego rodu wyszli, z tego wiekuistego szczęścia, jakim obecnie się cieszą, wraz z Królową Polski, Bożą Rodzicielką Maryją, na was i na ukochaną Ojczyznę waszą łaskawie spoglądali, by opiekować się nią i jej bronić”.

*****

Warto dodać, że miejsce kaźni Andrzeja Boboli – Janów Poleski, dziś w granicach Białorusi, nie raz spłynęło krwią polskich kapłanów. W dniu 22 stycznia 1943 r. został tu rozstrzelany wraz z grupą 37 zakładników wziętych przez Niemców jako odwet za uwolnienie przez oddział AK Jana Piwnika – “Ponurego” cztery dni wcześniej więźniów z więzienia w Pińsku, wikariusz generalny diecezji pińskiej ksiądz prałat Witold Iwicki. Egzekucja nastąpiła w okolicznościach przypominających męczeństwo św. Maksymiliana Marii Kolbego. Gdy okazało się, że zakładników jest o jeden więcej niż obejmował rozkaz egzekucji, Niemcy zaproponowali księdzu Iwickiemu uwolnienie. Ten jednak nie przystał na to i zamiast niego został uwolniony pracownik stacji kolejowej w Pińsku, który miał żonę i dzieci.

 

Wybrana bibliografia:
Słowo biskupa diecezji pińskiej Antoniego Dziemianki z okazji 70 rocznicy męczeńskiej śmierci ks. Witolda Iwickiego rozstrzelanego wraz z zakładnikami z Pińska w Janowie Poleskim przez hitlerowców z 10.01.2013 r.
ks. R. Dzwonkowski: Ksiądz Witold Iwicki, na: echapolesia.pl

W. Lipiński: Z dziejów Ukrainy, Kraków 1912
ks. J. Niżnik: Św. Andrzej Bobola w Strachocinie, Niedziela – edycja przemyska 18/2002
ks. I. Skubiś, J. Niżnik: Czy znów uratuje ojczyznę? Niedziela 19/2012, za: opoka.org.pl
ks. J. S. Pietrzak: Niepokalana królowa Polski, Kraków 1926
ks. J. Popłatek: Błogosławiony Andrzej Bobola Towarzystwa Jezusowego. Życie – męczeństwo – kult. Kraków 1936
ks. H. Szuman / ks. J. Cyrankowski: Św. Andrzej Bobola TJ, Starogard 1938
J. Łukawy: 75. rocznica kanonizacji św. Andrzeja Boboli, Nasza Służba, rok 2013, nr 10 (467)

Posted in Religia, Święci obok nas | Leave a Comment »

JOZAFAT KUNCEWICZ – MĘCZENNIK BRZESKIEJ UNII

Posted by tadeo w dniu 3 lutego 2020

J. Simmler: Męczeństwo Jozafata Kuncewicza (1861)

 

Nihil proficiet inimicus in eo, et filius iniquitatis non nocebit ei.

Nic nie zyska w nim nieprzyjaciel, a duch nieprawości mu nie zaszkodzi (Ps 88,23; z Introitu Mszy o św. Jozafacie Kuncewiczu)

Dnia 6 lipca roku 1439 rozradowały się niebiosa. Papież Eugeniusz IV po długich negocjacjach z delegacją pozostającego od roku 1054 w schizmie Kościoła wschodniego z cesarzem bizantyńskim Janem VIII Paleologiem i patriarchą Konstantynopola Józefem II na czele, ogłosił podczas trwającego soboru, w kościele Santa Maria del Fiore we Florencji unię kończącą schizmę Kościoła wschodniego. Jej tłem było zarówno podniesienie się Kościoła katolickiego z wielkiej schizmy zachodniej, w którym główną rolę pełnił Sobór w Konstancji, jak i zwiększające się zagrożenie tureckie dla stolicy wschodniego cesarstwa. Rozmowy z Grekami trwały od roku 1431 kiedy to papież Marcin V zwołał sobór w Bazylei. Ostatecznie delegacja z Konstantynopola uznała prymat papieża i doktrynę o czyśćcu, ustalono rozumienie formuły Filioque w Credo, natomiast Kościół wschodni zachowywał ryt liturgiczny, w tym prawo używania do Komunii św. zakwaszonego chleba. Unia została jednak odrzucona zarówno przez duchownych z terenów zajętych już przez Turków, jak Moskwy, gdzie unii energicznie sprzeciwiał się książę Wasyl II. Unię popierał natomiast uczestnik soboru florenckiego – metropolita kijowski Izydor, którego podczas podróży do Moskwy w celu ogłoszenia unii Wasyl w roku 1442 uwięził. Izydorowi udało się jednak zbiec na Litwę, a potem do Rzymu. W roku 1448 Wasyl skłonił biskupów księstwa do wyboru nowego, nie uznanego przez Konstantynopol i sprzeciwiającego się unii metropolity Jonasza, co doprowadziło do powstania autokefalicznej metropolii moskiewskiej. Upadek Konstantynopola w roku 1453 i uczynienie z siedziby patriarchy carogrodzkiego stolicy imperium Osmanów przypieczętowały niepowodzenie powyższego dzieła. Mehmed II wybrał zresztą na nowego marionetkowego patriarchę Jerzego Scholariusza, który mimo, iż pierwotnie był stronnikiem cesarskim i uczestnikiem pamiętnego soboru od roku 1443 zdecydowanie i otwarcie sprzeciwiał się unii florenckiej. Unię utrzymywano natomiast w Kijowie – nowym metropolitą został tam Grzegorz Bułgarin, zaś także w roku 1500 ówczesny metropolita Józef II przesłał papieżowi Aleksandrowi VI katolickie wyznanie wiary i akt kanonicznego uznania. Unia upadła i na Litwie dzięki schizmatyckiej małżonce Aleksandra Jagiellończyka Helenie oraz Zygmuntowi Staremu, który mianował metropolitą kijowskim Józefa Sołtana, a w roku 1511 potwierdził przywileje pozostających w schizmie „Greków”.

Pod koniec XVI stulecia sytuacja zmieniła się o tyle, że w roku 1589 dzięki staraniom Borysa Godunowa patriarcha carogrodzki Jeremiasz II ogłosił nadanie metropolicie moskiewskiemu Hiobowi godności patriarchy. Sztandar kościoła greckiego umacniał się w mieście nazywanym przez jego przepełnionych pychą władców Trzecim Rzymem, jeszcze bardziej wrogim Rzeczypospolitej jak otomański Stambuł. Z drugiej strony wpływ Carogrodu na Litwie i ziemiach włączonych przed unią lubelską roku 1569 do Korony malał. Rzym tymczasem borykał się z XVI-wieczną ekspansją protestancką, rozlewającą się szczególnie szeroko w ziemiach Rzeczypospolitej, której ostatni władcy z dynastii Jagiellonów wyraźnie sprzyjali. Przygotowywanie odnowy Kościoła, której apogeum był Sobór trydencki spowodowało, że inne kwestie, w tym kwestia schizmy wschodniej, musiały ustąpić na plan dalszy. Dbano jednocześnie by nie dochodziło do mieszania rytów podczas katolickich nabożeństw, czego dowodem była bulla św. Piusa V. Koniec XVI wieku przyniósł umocnienie rzymskiego Kościoła i ponowne spojrzenie nie tylko na misyjne terytoria pogańskie, ale również trwających w schizmie wschodniej braci. W roku 1573 papież Grzegorz XIII (m.in. reformator kalendarza) utworzył Kongregację Grecką, która miała dbać o propagowanie w krajach wiary greckiej katechizmu rzymskiego i postanowień Soboru w Trydencie. W roku 1575 papież powołał kolegium greckie, które miało podejmować działalność ekumeniczną. W roku 1582 placówka kolegium powstała na Litwie w Wilnie.

Asumptem do podjęcia bardziej aktywnych działań na rzecz unii były wspomniane wypadki z roku 1589 kiedy to Jeremiasz II powołał patriarchat moskiewski. Przybył on na Ruś celem zebrania daniny dla sułtana. W drodze powrotnej odbył synod w Brześciu i ustanowił egzarchę – własnego namiestnika w obrębie Rzeczypospolitej. O unii mimo zgłaszanych propozycji nie chciał słyszeć. Działania patriarchy nie spotkały się z poparciem miejscowych hierarchów Kościoła wschodniego, w tym ze Lwowa, Łucka i Włodzimierza, a także samego metropolity kijowskiego. Ze strony Kościoła za unią opowiadał się m.in. kaznodzieja ks. Piotr Skarga, jak również król Zygmunt III Waza wraz z kanclerzem wielkim koronnym Janem Zamoyskim. W czerwcu roku 1590 mianowany przez Jeremiasza II egzarcha Cyryl Terlecki oraz trzej biskupi obrządku wschodniego – lwowski, piński i chełmski na zjeździe w Bełzie postanowili odwołać się do unii florenckiej i przyrzec posłuszeństwo papieżowi, w zamian za prawo zachowania wschodniego obrządku liturgicznego. Wystąpienie powyższe zostało poparte przez uczestników synodu w Brześciu 24 czerwca tegoż roku. Dopiero jednak w marcu 1592 hierarchowie opowiadający się za unią uzyskali przychylną odpowiedź króla Zygmunta III Wazy i zapowiedź zrównania praw biskupów unickich z duchowieństwem łacińskim. Rokowania dotyczące szczegółów unii trwały do roku 1595, zaś król wyraził zgodę na żądania biskupów poza zwiększeniem liczby miejsc w senacie. Na synodzie prowincjonalnym w Brześciu w czerwcu roku 1595 postanowiono wysłać dwa oficjalne dokumenty – jeden do papieża Klemensa VIII, drugi do króla Zygmunta III Wazy. Na finiszu tych przygotowań zdanie zmienił jednak metropolita kijowski Michał Rahoza, próbując wyprzeć się swojego podpisu pod postanowieniami synodu. W tym celu sprzymierzył się z księciem Konstantym Wasylem Ostrogskim. Książę zgłosił oczekiwanie zwołania nowego synodu i uzyskał w tej kwestii poparcie biskupa lwowskiego Gedeona Bałabana oraz biskupa przemyskiego Michała Kopysteńskiego. Ten ostatni wysłał swojego posła na… synod protestancki w Toruniu z propozycją współpracy. Ostrogski podjął również próbę interwencji u patriarchy Jeremiasza by odwołał sprzyjających unii biskupów, najął również zbrojnych by ruszyli za wybierającymi się do Rzymu egzarchą Cyrylem Terleckim oraz biskupem Hipacym Pociejem by zatrzymali ich żywych lub martwych. Posunął się również do wspierania kozackiego powstania Semena Nalewajki. W tej sytuacji Zygmunt III Waza postanowił działać niezwłocznie i 22 września roku 1595 ogłosił uniwersał do Rusinów zawierający informacje o misji Pocieja i Terleckiego do Rzymu oraz planach unii. Wykorzystano również śmierć patriarchy Jeremiasza II. W listopadzie Pociej i Terlecki dotarli do Rzymu – papież Klemens VIII zgodził się m.in. na zachowanie liturgii wschodniej i kalendarza juliańskiego. 23 grudnia 1595 Hipacy Pociej i Cyryl Terlecki odczytali list od biskupów schizmatyckich Rzeczypospolitej oraz złożyli przed papieżem po łacinie i rusku nicejskie wyznanie wiary oraz przysięgę. Papież wyraził radość z powodu powrotu Rusi na łono Kościoła, błogosławiąc obecnych i cały naród ruski. Wydał również uroczystą bullę Magnus Dominus et laudabilis nimis.

Na wiosnę roku 1596 Ostrogski zorganizował akcję protestów przeciw unii na sejmikach ziemskich i majowym sejmie. Wśród obywateli Rzeczypospolitej obrządku wschodniego rozpowszechniano nieprawdziwe wyobrażenie unii. Pojawiał się upór kolejnych duchownych, a patriarcha aleksandryjski Melecy Pigas przysłał list potępiający unię. Na początku października roku 1596 odbył się zwołany przez metropolitę kijowskiego synod brzeski. Wśród zwolenników unii znaleźli się metropolita Michał Rahoza, biskup włodzimierski Hipacy Pociej, biskup łucki – egzarcha Cyryl Terlecki, arcybiskup połocki Herman Zahorski, biskup piński Jonasz Gogol i biskup chełmski Dionizy Zbirujski. Biskupi łacińscy – arcybiskup lwowski Jan Solikowski, biskup łucki Bernard Maciejowski i biskup chełmski Stanisław uczestniczyli w synodzie jako delegaci papiescy. Jednym z ich asystentów był ks. Piotr Skarga. Ostatecznie synod unię zatwierdził, choć przeciwnicy unii skupieni wokół Ostrogskiego, Bałabana i Kopysteńskiego zwołali tzw. sobór prawosławny, który potępił unię i ogłosił depozycję jej zwolenników. Moskwa, która umiejętnie rozgrywała przeciwników unii wchodziła właśnie w okres wielkiej smuty. Dopiero po rozejmie dywilińskim, wykorzystując sytuację Kozaków po zakończeniu wojny moskiewskiej doszło do nielegalnego powołania na nowo struktur pariarchatu carogrodzkiego w Rzeczypospolitej, niemniej po wojnach moskiewskich i kozackich oraz rozejmie w Andruszowie na terytorium Rzeczypospolitej utrzymała się i powiększyła przewaga grekokatolików.

Tło powyższe, przedstawione w sposób skrócony musiało zostać przypomniane przed rozpoczęciem opisu żywota św. Jozafata Kuncewicza. Urodził się on około roku 1580 we Włodzimierzu Wołyńskim w mieszczańskiej rodzinie kupieckiej Hawryły i Maryny Kunczyców. Na chrzcie w cerkwi św. Paraskiewy nadano mu imię Jan. Ukończył szkołę przy soborze Zaśnięcia Matki Bożej w rodzinnym mieście i wyjechał do Wilna, gdzie zdobywał doświadczenie zawodowe u znajomego ojca – kupca Jacentego Popowicza. Wilno, jak wyżej wskazano, było wówczas ośrodkiem ruchu ekumenicznego, który w Rzeczypospolitej zaowocował unią brzeską. W Wilnie Jan uczył się najpierw w szkole brackiej, ale w związku z atmosferą unii korzystał także ze wsparcia wileńskich jezuitów i za ich namową wstąpił w roku 1604 do klasztoru bazylianów pod wezwaniem Trójcy Świętej. Przyjął imię zakonne Jozafat i złożył śluby zakonne. Studiował w klasztornej szkole, a potem na jezuickiej akademii wileńskiej. Brat Jozafat wyróżniał się żarliwością, pobożnością i postem. Od roku 1607 u św. Trójcy przebywał Józef Welamin Rutski, który bywał aż w Rzymie u papieża Klemensa VIII, który nakazał mu przyjąć obrządek grecki by wesprzeć unię. Był to okres rokoszu Zebrzydowskiego i dymitriad, kiedy ujawniały się sprzeciwy wobec unii – w Wilnie działało schizmatyckie bractwo cerkiewne. znane są usiłowania przeciągnięcia Jozafata na stronę schizmatyków, także z udziałem ówczesnego archimandryty bazyliańskiego Sieńczyły. Jednym wsparciem był mu Rutski – obaj postanowili zawiadomić o sytuacji w Wilnie metropolitę Hipacego Pocieja, który wyznaczył Rutskiego swoim plenipotentem. W odpowiedzi pojawiły się oskarżenia przeciw Rutskiemu, że chce wprowadzić obrządek łaciński, a klasztor bazylianów oddać jezuitom. Wzmagały one niechęć zwykłych mieszkańców Wilna obrządku greckiego. Na jesieni roku 1608 doszło do sytuacji, w której archimandryta Sieńczyło opuścił w Mszy modlitwę za arcybiskupa Pocieja. Sprzyjający schizmie postanowili przejąć klasztor siłą, zaś Jozafata ponownie namawiano błaganiami i groźbami do przystąpienia do nich. O próbie tej powiedział: „wracam z piekła i słyszałem głos szatana, wzywającego mnie do odstępstwa od wiary”. Jeden z mieszczan przestrzegł Rutskiego o możliwej próbie napadu na klasztor, o sprawie dowiedział się także wielki zwolennik unii – wojewoda wileński Mikołaj Krzysztof Radziwiłł zwany Sierotką (znany już wówczas jako autor pamiętników z podróży do Ziemi Świętej. Wojewoda obiecał pomoc bazylianom i przestrzegł Sieńczyłę, że jakikolwiek objaw buntu zostanie srogo ukarany. Uwięził też mieszczan, którzy kierowali groźby pod adresem Jozafata. Sieńczyło na nabożeństwie w wileńskim soborze otwarcie wyrzekł się unii i złożył oświadczenie, że nie uznaje papieża ani metropolity Pocieja, tylko patriarchę z Konstantynopola. W odpowiedzi Pociej obłożył Sieńczyłę ekskomuniką, a ten udał się na sejm roku 1609 agitować przeciw unii. Sejm styczniowy roku 1609 nie był dobrym momentem dla unii – król Zygmunt postanowił otwarcie wystąpić przeciw Moskwie, gdzie trwała wojna między drugim Dymitrem Samozwańcem a Wasylem Szujskim. Przekonanie do tego posłów wiązało się z ustępstwami, do których należała amnestia dla uczestników rokoszu Zebrzydowskiego, jak również wezwanie zwolenników unii i schizmy do powstrzymywania się od wrogich aktów z zachowaniem status quo jeśli chodzi o posiadane świątynie, przy czym jeśli w ostatnich dwóch latach doszło do zagrabienia takowej, strona pokrzywdzona mogła złożyć skargę.

Konflikt w Wilnie tymczasem trwał – metropolita Pociej uzyskał u Zygmunta zatwierdzenie objęcia przez Józefa Rutskiego funkcji archimandryty bazylianów. Nie zamierzał rezygnować i Sieńczyło, który uzyskał poparcie części mieszczan wileńskich, zarówno tych sprzyjających schizmie, jak i protestanckich. 9 marca 1609 roku w święto czterdziestu męczenników z Sebasty Sieńczyło zgromadził uzbrojony tłum, który wyszedł naprzeciw Rutskiemu, Jozafatowi i innym zakonnikom. Nie doszło jednak do napadu, co przypisywano ukazaniu się św. Bazylego i męczenników, zaś Sieńczyło złożył skargę do sądu świeckiego. Ten złożony w przeważającej mierze z miejscowych protestantów przychylił się do skargi, wkraczając nawet w kompetencje metropolity Pocieja. Pociej odwołał się do króla, który wyznaczył do rozpoznania sporu kanclerza litewskiego Lwa Sapiehę. Ten zatwierdził Rutskiego jako archimandrytę, skazał schizmatyków na grzywnę, zaś Sieńczyłę i głównych inicjatorów akcji na wygnanie z miasta. W odpowiedzi 21 sierpnia roku 1609 w Wilnie doszło do zamachu na metropolitę Pocieja – gdy ten wracał od nuncjusza papieskiego z kilkoma księżmi napadł na niego zwolennik schizmy z obnażoną szablą. Metropolicie udało osłonić się laską, odcięto mu jednak trzy palce u ręki, szabla przecięła też łańcuch biskupi i odzież. Zamachowca Jana Tupekę ujęto i, mimo prośby metropolity o łaskę, skazano na śmierć. Jozafat odwiedzał go w więzieniu i wyspowiadał.

Na wiosnę tego samego roku 1609 Jozafat przyjął bowiem święcenia kapłańskie i stał się najbliższym współpracownikiem i pomocnikiem archimandryty Rutskiego przy odnowie podupadłego klasztoru. Napisał też szereg traktatów przeciw schizmie z wykorzystaniem ksiąg cerkiewnych, co przyczyniło się do pozyskania zwolenników unii, jak również wzrostu liczby powołań u bazylianów. Z uwagi na żarliwość kaznodziejską nazywany był przez zwolenników schizmy „duszochwatem”. Pojawił się nawet propagandowy obrazek z takim podpisem, na którym Jozafat w postaci szatana z hakiem ciągnął do siebie ludzkie dusze. W klasztorze bazylianów znalazł się w roku 1612 mianowany przez Dymitra Samozwańca I patriarcha moskiewski Ignacy, uwięziony w roku 1606 przez Wasyla Szujskiego w monasterze czudowskim, który odzyskał wolność w wyniku układów bojarów z Żółkiewskim i w kwietniu roku 1611 wrócił do Moskwy, skąd uciekł wobec wzbierających zamieszek w grudniu tego roku. Spod Smoleńska, gdzie stały wojska Zygmunta III Wazy skierowano go do Wilna, do klasztoru bazylianów. Tu pod wpływem Rutskiego i Jozafata przyjął unię, ogłaszając tę decyzję publicznie. Żył w klasztorze do śmierci, według niektórych źródeł pełniąc po Jozafacie funkcję jego archimandryty.

W roku 1614, po tym jak Rutski został metropolitą unickim po śmierci Hipacego Pocieja, Jozafat otrzymał godność archimandryty wileńskich bazylianów, wprowadzając dalsze reformy w klasztorze. Wprowadził m.in. zwyczaj częstej spowiedzi, za którą wbrew praktyce większości popów nie pobierał opłat. Utworzył także nowicjat unicki w klasztorze w Byteniu ufundowanym przez marszałka Słonimskiego Grzegorza Tryznę, klasztor bazylianek w Krasnymborze i sprowadził unickich zakonników do klasztoru w Żyrowicach na Grodzieńszczyźnie, w dobrach kasztelana Jana Meleszki. Klasztor ów z cudownym wizerunkiem Matki Boskiej stał się wkrótce ważnym sanktuarium na Litwie, a bazylianie przebywali tam aż do likwidacji klasztorów unickich przez władze carskie w 1839. Jozafat skłonił również kanclerza wielkiego litewskiego Lwa Sapiehę do sfinansowania budowy okazałych świątyń w Byteniu i Żyrowicach. W roku 1615 towarzyszył metropolicie kijowskiemu w podróży do Kijowa, gdzie głosił jedność z Kościołem mnichom sławnej Ławry Peczerskiej.

W roku 1617 Jozafat uzyskał od metropolity kijowskiego godność koadiutora archidiecezji połockiej oraz biskupa witebskiego i mścisławskiego. Sakrę biskupią otrzymał w Wilnie 12 listopada roku 1617, po czym udał się na początku stycznia roku 1618 do Połocka na ingres. Wschodnie rubieże Rzeczypospolitej były terenem, gdzie utrzymywali się przeciwnicy unii. Jozefat zabrał się energicznie do działania, przeprowadzając wizytacje parafii, działalność kaznodziejską i odnowę życia liturgicznego. W tym samym roku 1618, po śmierci Gedeona Brolnickiego, sygnatariusza unii brzeskiej, Jozafat Kuncewicz został arcybiskupem połockim. Mimo wysokiej godności zachował skromność i pokorę – większość pałacu arcybiskupiego udostępnił jako przytułek dla ubogich. Datki przeznaczał również na wzbogacanie wyposażenia świątyń. Umartwiając się i prowadząc życie ascetyczne korzystał ze wzorów Nila Sorskiego. Na prowincji swojej diecezji napotykał miejscami opór – gdy w roku 1619 udał się do Mohylewa z królewskim nakazem przejęcia cerkwi, zamknięto przed nim bramy. Uznano to za obrazę majestatu królewskiego, zaś kanclerz litewski Lew Sapieha ogłosił wyrok śmierci na buntowników – nie doszło jednak do jego wykonania.

W roku 1620 doszło do wspomnianego wyżej nielegalnego wyświęcenia biskupów obrządku greckiego oraz metropolity Hioba Boreckiego dla Rzeczypospolitej przez patriarchę jerozolimskiego Teofanesa, który zatrzymał się na Rusi kijowskiej wracając z Moskwy i wezwał kozaków do wierności wierze ruskiej. Był to jednocześnie akt buntu przeciw władzy królewskiej Zygmunta III Wazy, za którego zgodą mianowano biskupów. Wyświęcony przez Teofanesa w porozumieniu z cerkwią moskiewską dla Połocka Melecjusz Smotrycki zaczął organizować opór przeciw biskupowi Kuncewiczowi, którego przedstawiał jako zdrajcę ruskiej wiary. Smotrycki już wcześniej występował przeciw unii, pisząc m.in. dziełko „Lament cerkwi ruskiej”. Smotrycki przebywał w Wilnie w klasztorze św. Ducha, który pozostał w rękach zwolenników schizmy, skąd rozsyłał listy podsycające opór w innych miastach Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Podczas pobytu Jozafata na sejmie w roku 1621, gdzie ponownie do głosu doszli przeciwnicy unii, w różnych miastach, wybuchły bunty i przejęto unickie cerkwie. Jozafat postarał się o królewskie listy stwierdzające brak legalnego powołania biskupów przez Teofanesa i jeździł z nimi po swej diecezji. Po ich odczytaniu w Połocku wybuchły zamieszki, których przywódcą był Jan Terlikowski, w Witebsku przywódcami zwolenników schizmy byli mnich Sylwester i pop Kamieniec. W Połocku dzięki spokojowi Jozafatowi i towarzyszącym mu urzędnikom królewskim, wśród których był wojewoda Michał Sokoliński, udało się wyjść z ratusza, napadnięto natomiast na sprzyjającego unii ławnika Dziahilewicza, któremu udało się jednak uciec. W Witebsku zaszła podobna sytuacja – po odczytaniu w radzie miejskiej listów królewskich stronnicy schizmy napadli na główną cerkiew miasta, pobili kapłanów, zajmując świątynię siłą. Po interwencji królewskiej po miesiącu zwrócili cerkwie unitom, lecz zrabowane z ozdób i kosztowności. Król Zygmunt, który w roku 1621 borykał się z wyprawą turecką Osmana II pod Chocim, przy niepewnej pomocy Kozaków zaporoskich, nie mógł sobie pozwolić na mocniejsze wystąpienie przeciw wrogom unii. W Kijowie doszło do napadu na sobór katedralny św. Zofii, którym opiekowali się bazylianie – Kozacy pochwycili ich i wtrącili do więzienia. Później doszło nawet tam do morderstwa kijowskiego burmistrza i dwóch kapłanów unickich.

Kanclerz litewski Lew Sapieha prosił Jozafata o wstrzemięźliwość w sprawie unii i zgodę na wydanie schizmatykom cerkwi w Mohylewie. Gdy Jozafat zaoponował, otrzymał drugi, ostrzejszy w tonie list obwiniający go o narażenie Rzeczypospolitej na zwrócenie się Kozaków przeciw niej. Na zarzut naruszania pokoju w państwie biskup Jozafat odpisał Sapiesze: „prawda, że dobry jest pokój publiczny, ale ten który zostawił nam Chrystus, nie zaś ów pokój, o którym powiedział: nie przyszedłem puszczać pokój, ale miecz (Mt X,34). Co za społeczność może być światłości z ciemnościami? Jaka zgoda między Chrystusem a Beljalem? między katolikami a synami schizmy i herezji? między kościołami katolickimi a bluźnierstwami schizmatyków? Co za pokój będzie, gdy z obrazą Bożą uczyniony?” Trafnie również zauważył biskup, że większe zło wyniknie dla ojczyzny, gdy schizmatyckim Kozakom da się wszelką wolność, bo będą znosić się z patriarchatem carogrodzkim pozostającym w służbie Turków i tego wroga na ojczyznę sprowadzą, a nie można dla przywilejów kozackich poświęcać sprawę unii. Jak wskazywał: „Jeśliby wszystkiego tego nie uważano, a kozacką posługę nad Unję świętą przedłożono i woli ich zadośćuczyniono pomimo woli Bożej, trzeba będzie obawiać się, aby tenże Bóg sprawiedliwym sądem swoim nie ukarał tej Ojczyzny miłej, a to przez tychże kozaków, jak niegdyś ukarał lud swój przez Filistynów, za to że zbyt był dla nich pobłażliwym”. 25 lat po napisaniu tych słów przez abp Jozafata Kuncewicza wybuchło w sojuszu z Tatarami kozackie powstanie Chmielnickiego, które w kilkuletniej perspektywie doprowadziło do pierwszego projektu rozbioru Rzeczypospolitej, a i poddania się Kozaków carowi moskiewskiemu.

Sejm roku 1623 przyniósł kolejne wystąpienia przeciwników unii. Równolegle występował prąd polonizacji szlachty ruskiej, która, także z uwagi na brak chęci na wchodzenie w ciągłe spory ze zwolennikami schizmy przyjmowała katolicki obrządek łaciński, osłabiając tym samym społeczność wiernych unickich. Wzmacniało to równocześnie argumenty propagandowe przeciwników unii o tym, że jest ona drogą do zniszczenia wiary greckiej przez „łacinników.” W arcybiskupim Połocku dochodziło do powtarzających się ataków na abp Jozafata. Wizytował on również inne miasta, w tym najbardziej sprzyjający schizmie Witebsk. Jeszcze w roku 1622 podczas prowadzonej przez biskupa ulicami miasta uroczystej procesji na Zielone Świątki, na moście na Dźwinie zagrodził jej drogę oficer nazwiskiem Wasilewski wraz żołnierzami, grożąc wrzuceniem Jozafata do rzeki. W święto Przemienienia Pańskiego tegoż roku doszło do wtargnięcia napastników do świątyni podczas odprawianej przez biskupa liturgii – wierni obecni w cerkwi obronili go jednak. Obiektem ataków stawali się także inni kapłani i zakonnicy uniccy, a także ich służba.

W październiku 1623 roku mimo ostrzeżeń i powtarzających się napaści abp Jozafat Kuncewicz ponownie udał się do Witebska. Podjął tam pracę duszpasterską, odprawiając liturgię świętą, głosząc kazania, spowiadając. Rankiem 12 listopada po Mszy świętej napadł na pałac, w którym przebywał tłum zwolenników schizmy. Za pretekst służyło pochwycenie przez służących arcybiskupa lżącego go w drodze na jutrznię wędrownego kaznodzieję – popa Eliasza i zamknięcia go w kuchni biskupiego pałacu. Mimo wypuszczenia tego ostatniego na polecenie Jozafata, tłum ruszył do szturmu na pałac biskupi. Biskup rozkazał swoim nie używać broni przeciw tłumowi, jedynie strzelać na postrach. Dodało to jedynie napastnikom zuchwałości. Jozafat zachował spokój i prosił by oszczędzono jego sługi. Porwano się jednak na niego, uderzano go kijami i cięto toporem, wreszcie wywleczono na dziedziniec i dobito strzałem z rusznicy w głowę. Towarzyszący mu archidiakon Doroteusz, Emmanuel Kantakuzen i sługa Grzegorz Uszacki, który próbowali biskupa zasłonić własnym ciałem, odnieśli ciężkie rany. Pałac i sobór splądrowano, a zwłoki Jozafata bezczeszczono po to by, obciążone kamieniami, wrzucić w końcu do Dźwiny.

Dopiero, gdy zamieszki ustały na miejsce zdarzenia odważyli się wyjść w asyście żołnierzy urzędnicy z zamku królewskiego. Również mieszczańskie władze Witebska przeraziły się dokonanej zbrodni. Po poszukiwaniach, podczas których wyznaczono nagrodę za znalezienie ciała arcybiskupa, wyłowiono je z rzeki i złożono w zamkowym kościele św. Michała. Następnie przetransportowano je Dźwiną do Połocka i uroczyście złożono w miejscowej katedrze. Tam zostały wystawione na katafalku przez szereg miesięcy, podczas których doświadczano cudów i nawróceń. Przywoływana jest relacja Jana Chodygi rajcy miejskiego z Połocka, który należał do przeciwników biskupa za życia. Po tym jak przybył do Połocka na wieść o śmierci Jozafata Kuncewicza, oświadczył „w chwili gdym patrzał na nie (tj. na zwłoki), wyrzekłem się w duchu swego odszczepieństwa. Po powrocie do Połocka wyspowiadałem się i przyjąłem św. Komunię w katedrze św. Zofii i teraz gotów jestem oddać życie za Kościół katolicki. Nawróciła mnie niewinna krew Jozafata.” Uroczysty pogrzeb szczątków męczennika odbył się 25 stycznia roku 1625 w obecności dawnego towarzysza od wileńskich bazylianów, metropolity Rutskiego.

Król Zygmunt nakazał osądzić morderców z Witebska. Trybunałowi, który zebrał się w Witebsku w grudniu roku 1623 przewodniczył kanclerz litewski Lew Sapieha. Przesłuchania rozpoczęto w połowie stycznia roku 1624. Uczestnicy rozruchów winę składali na karb podburzania ich przez Smotryckiego i schizmatyckich duchownych. 23 stycznia 1624 roku został wydany wyrok skazujący na śmierć 19 uczestników zabójstwa. Cofnięto też miastu wszystkie przywileje, co obejmowało nakaz zburzenia ratusza pozbawionego władz magistrackich miasta, którym miał odtąd rządzić królewski wojewoda. Dokonano szeregu konfiskat mienia, zaś dzwony w cerkwiach zwołujące tłum do ataku na pałac biskupi kazano przetopić i ulać z nich jeden wielki dzwon dla unickiego soboru ku czci męczennika. Skazani na śmierć, oprócz jednego – radnego połockiego Piotra Wasilewicza, okazali skruchę i pojednali się z Kościołem.

Męczeństwo Jozafata przyczyniło się do wzrostu poparcia dla unii brzeskiej na Białej Rusi. Największy owoc przyniosło jednak w najmniej spodziewanym miejscu – sprawca zamieszek na Witebszczyźnie Melecjusz Smotrycki, który znalazł się poza granicami Rzeczypospolitej i podróżował do Carogrodu, Antiochii i Aleksandrii ostatecznie sam przyjął unię, podporządkowując się papieżowi Urbanowi VIII. Wyznał również, że jego wcześniejsze propagandowe pisma zawierały błędy i oszczerstwa. Unia przetrwała na ziemiach Rzeczypospolitej, choć po śmierci Zygmunta III Wazy jego następca Władysław IV Waza w marcu roku 1633, chcąc zapewnić sobie pomoc Kozaków w odsieczy oblężonego od października 1632 roku Smoleńska uznał przywrócenie hierarchii pozostającego w schizmie Kościoła wschodniego na ziemiach Rzeczypospolitej. Jak potwierdza opisany wyżej żywot Jozafata Kuncewicza przeciw unii występowali również obawiający się Kościoła katolickiego heretycy protestanccy.

Już w roku 1624 rozpoczął się proces beatyfikacyjny biskupa Kuncewicza, zakończony ogłoszeniem go w roku 1643 przez Urbana VIII błogosławionym. W roku 1867 kanonizował go bł. Pius IX, ogłaszając patronem Rusi. W roku 1653 wobec zagrożenia wojną z Moskwą ciało bł. biskupa Kuncewicza wywieziono na zachód. Wróciło do Połocka uroczyście w roku 1666, niedługo przed zawarciem rozejmu andruszowskiego. W roku 1705 miasto zajął car Piotr I – doszło do mordów na miejscowych bazylianach i próby profanacji relikwii, nieudanej jednak, gdyż przewieziono je potajemnie do Białej Podlaskiej, gdzie znalazła się w zamku Radziwiłłów, a potem miejscowym klasztorze bazylianów, który stał się sanktuarium. W roku 1864 władze carskie zlikwidowały klasztor, a trumna została na polecenie gubernatora rosyjskiego Stiepana Gromyki zniesiona do podziemi, przysypana rupieciami i zamurowana. Odnaleziono ją dopiero w roku 1916 po jednej z niemieckich ofensyw i przewieziono uroczyście do Wiednia, a następnie w roku 1949 do bazyliki św. Piotra w Rzymie, gdzie spoczywa do dziś. Relikwia lewej ręki św. Jozafata wraz z pierścieniem biskupim znajduje się w bazylice Serca Jezusowego na Pradze w Warszawie.

————————

Wybrana literatura:

Ks. F. Błotnicki: Św. Jozafat Kuncewicz. Męczennik unii. W pięćdziesiątą rocznicę kanonizacyi, Lwów 1917

Ks. J. Urban: Św. Józafat Kuncewicz. Biskup i męczennik, Kraków 1921

https://ad2016.wordpress.com/2014/10/28/jozafat-kuncewicz-meczennik-brzeskiej-unii/

Posted in Religia, Święci obok nas | Leave a Comment »

DULCISSIMA NA RANY

Posted by tadeo w dniu 3 stycznia 2020

 „Wszystko jest łaską, również to, że jestem głupia. Dla świata można być głupim, ważne jest to, że u Boga jest się dzieckiem” 

Znalezione obrazy dla zapytania Dulcissima

S. M. Dulcissima to imię zakonne. Naprawdę nazywała się Helena Hoffmann. Urodziła się 7 lutego 1910 r. w Zgodzie, dzielnicy Świętochłowic. Ceglany, śląski familok, w którym mieszkała, stoi do dziś. Była zwyczajną dziewczynką. „Nie było dnia, żebym czegoś nie zbroiła” — napisała wspominając dzieciństwo. Miała charakter. Kiedy ksiądz głoszący w jej parafii rekolekcje tłukł pięścią w ambonę, Helenka oburzona takim zachowaniem podłożyła mu pod obrus pinezki. Kiedy wykryto sprawcę, dziewczynka odpowiedziała śmiało: „Ja to zrobiłam, bo nie wolno tak tłuc pięścią w domu, gdzie mieszka Pan Jezus. Nasi księża tak nie robią”. Kiedyś, pracując na polu, wykopała medalion z wizerunkiem św. Teresy z Lisieux. Wydarzenie znamienne, bo kanonizowana w tym właśnie czasie Teresa miała stać się jej duchową przewodniczką, nawiedzając ją wielokrotnie w snach i widzeniach. W 1927 r. Helena wstąpiła do zgromadzenia Sióstr Maryi Niepokalanej. Po dwóch latach pojawiły się pierwsze objawy ciężkiej choroby. Zaczęły się silne bóle głowy, połączone z okresową utratą przytomności. Trudności w chodzeniu, bezsenność, paraliże, depresje, wreszcie utrata wzroku — to wszystko było dla s. Dulcissimy okazją do ofiarowania się Bogu. W 1933 r. znalazła się w klasztorze w Brzeziu koło Raciborza. Tu spędziła swoje ostatnie lata. Mieszkańcy wsi szybko zorientowali się, że ta przygnieciona cierpieniem zakonnica jest kimś niezwykłym. Od dnia jej śmierci 18 maja 1936 r. do klasztoru wciąż napływają świadectwa łask, przypisywanych wstawiennictwu s. Dulcissimy.

Dwa lata temu rozpoczął się jej proces beatyfikacyjny.

Jest taka miejscowość, której najważniejszą obywatelką jest zakonnica, dwudziestosześcioletnia dziewczyna o łagodnych oczach i uśmiechu dziecka. Taką ją zapamiętano i choć od jej śmierci mija właśnie 65 lat, kochają ją tu wszyscy.

Nieświeckie słowo

— Miałam ciążę pozamaciczną. Nie wiedziałam, co to jest — opowiada Marta Pokracka z Brzezia. — Normalnie pracowałam na polu, aż nagle zasłabłam — kiwa głową, wspominając wydarzenia sprzed prawie czterdziestu lat. W ciężkim stanie trafiła do szpitala i od razu na stół operacyjny. Czuła, że jest źle, ale wydawało jej się, że nie może teraz umierać. Martwiła się o męża i sześciomiesięczną córkę. — Dulcissimo, trzymaj Ty te noże — zdążyła powiedzieć przed zapadnięciem w narkozę. Była trzecia w nocy, kiedy poczuła, że ktoś poklepuje ją w policzki. Nad nią stała zakonnica-pielęgniarka, która asystowała przy operacji. — Niech się pani obudzi, proszę się obudzić! — wołała natarczywie. — Co to takiego powiedziała pani przed operacją? To nie było świeckie słowo — zapytała, gdy pacjentka otwarła oczy. Chora wymamrotała, że Dulcissima to imię zmarłej w 1936 roku siostry zakonnej z Brzezia, którą wszyscy mieszkańcy proszą o wstawiennictwo, wierząc, że to święta. Zakonnica spojrzała wymownie na leżącą. — To był cud, że pani przeżyła — powiedziała krótko. Kiedy Marta Pokracka opuszczała szpital, chciała podziękować lekarzowi. — Niech mi pani nie dziękuje. To było coś nadprzyrodzonego — usłyszała w odpowiedzi.

Wszyscy na grób

Masywna wieża z czerwonej cegły góruje nad Brzeziem, dawniej nadodrzańską wsią, dziś dzielnicą Raciborza. Naprzeciw wejścia do kościoła stoi okazały sarkofag z kamienia. Na granitowej płycie napis: „Oblubienica Krzyża, sługa Boża S. M. Dulcissima”. Przy grobie wciąż płoną znicze. Jakaś kobieta w średnim wieku stoi zadumana, wpatrując się w sarkofag. Mężczyzna, który z nią przyszedł, mocuje się z wazonem, do którego próbuje wepchnąć przyniesiony bukiet kwiatów. Widzę łzy w oczach mężczyzny. Po chwili przychodzi dziewczynka z pobliskiej podstawówki i stoi z rękami złożonymi jak do Pierwszej Komunii. Dołączają do niej kolejne dzieci z torbami na plecach. Nieruchomieją przez chwilę, robią znak krzyża i odchodzą. Po trzech minutach przed grobem staje pochylona staruszka. Zatrzymuje się obok niej młoda kobieta. Modlą się.

— Tu prawie bez przerwy ktoś się modli. Coraz częściej przyjeżdżają z daleka, pojedynczo albo grupami, czasem autobusami, czasem na rowerach — mówi proboszcz Antoni Pieczka. — Dzięki siostrze Dulcissimie ludzie tu są wyczuleni na modlitwę. — wtóruje mu kapelan sióstr, ks. Józef Cop.

Daj im dużo, dużo

Wszystko zaczęło się wtedy, kiedy po ludzku powinno było się skończyć — 18 maja 1936 roku. Rankiem, kiedy rozdzwoniły się kościelne dzwony, siostra Dulcissima wydała ostatnie tchnienie. Choć zaledwie dwudziestosześcioletnia, dojrzała do nieba jak mało kto. W ciągu dziewięciu lat zakonnego życia przecierpiała morze męki, ale nie było w tym cierpieniu rezygnacji. Była przekonana, że Jezus prosi ją o przyjęcie pokuty za innych. Utwierdzały ją w tym przekonaniu częste wizje świętej Teresy z Lisieux, która od dzieciństwa była jej przewodniczką. W „tereskowy” sposób widziała rzeczywistość. „Wszystko jest łaską, również to, że jestem głupia. Dla świata można być głupim, ważne jest to, że u Boga jest się dzieckiem” — napisała w jednym z listów. Była dzieckiem, a dziecku Bóg niczego nie odmawia.

Wręcz zachłannie pragnęła wynagradzać za ludzkie grzechy. — Daj mi dusze, dusze, dusze! Są takie drogie, kosztują tak wiele! — dyszała nękana atakami drążącej ją choroby. — Za kapłanów, za Zgromadzenie… — powtarzała. W ostatnich tygodniach przed śmiercią wołała do siebie ludzi świeckich. — To są dusze… Muszę je też zawołać. Wszystkie powinny przyjść — tłumaczyła opiekunce, siostrze Lazarii. Krótko przed śmiercią modliła się: — Jezu, daj księdzu proboszczowi i parafii dużo… daj im dużo, Jezu, daj im dużo.

Ludzie wiedzieli, że ta młoda, zgięta od bólu, ale mimo to prawie zawsze uśmiechnięta kobieta modli się za nich. Nic dziwnego, że pogrzeb zgromadził dosłownie wszystkich mieszkańców Brzezia. Do dziś świadkowie tamtego wydarzenia wspominają, że wyglądało to raczej na wesele niż uroczystość żałobną. — Ona była przecież dzieckiem. Wtedy nie nosi się żałoby. — tłumaczył brzeski proboszcz.

Będę się opiekować

Grób siostry Dulcissimy stał się od samego początku miejscem zupełnie spontanicznego kultu. — My tam tylko ziemię dosypywałyśmy — śmieją się siostry ze zgromadzenia Maryi Niepokalanej. Trzeba było dosypywać, bo ludzie brali tę ziemię w przekonaniu o jej szczególnych właściwościach. — Jak w trzydziestym dziewiątym chłopcy szli na wojnę, to im matki robiły takie woreczki i zaszywały do nich ziemię. Wszyscy wrócili. Ale wtedy ten grób był do połowy wybrany! — opowiada Gertruda Twardowska. Ona też była świadkiem szczególnego wydarzenia, kiedy krótko po wojnie odwiedziła klasztor. Siostra Lazaria, przyjaciółka i opiekunka Dulcissimy, nie miała nic do jedzenia, a musiała nakarmić kilkanaście dziewcząt z nowicjatu. Poszła do kaplicy i zawołała w desperacji: „Dulcissimo, przecież obiecałaś, że będziesz się nami opiekować, a ja tu nie mam tym dzieciom co dać jeść!” — W tym momencie ktoś zadzwonił do drzwi. Ja otwieram, a tam elegancki pan z ogromnymi bochnami chleba — opowiada pani Gertruda. — „Miałem to tu oddać”, powiedział. Wzięłam te chleby i pobiegłam po siostrę. Wychodzimy na ganek, rozglądamy się — nikogo. Jakby się w ziemię zapadł.

Sposób na czeki

Przekonanie o sile wstawiennictwa Sługi Bożej (ten tytuł przysługuje s. Dulcissimie od czasu otwarcia przed dwoma laty procesu beatyfikacyjnego) jest powszechne.

Kunegunda Grycman pamięta siostrę Dulcissimę. Jej wstawiennictwo przez całe życie traktuje jako rzecz naturalną. — Jak ja ją za dziecka znałam, czemu by mi i dzisiaj nie pomogła? — mówi z pewnością w głosie. Podobne przekonanie podzielają przedstawiciele młodszych pokoleń. Anna Krzykała z Raciborza zachwyciła się siostrą Dulcissimą. — Mam poczucie wielkiej więzi z nią — zapewnia. Kilka lat temu, przed świętami Bożego Narodzenia, zaginęła jej książeczka czekowa. „Znalazca” mógł wyczyścić jej konto, a na każdym czeku zrobić tysiąc złotych debetu. Razem byłoby tego ponad 20 tysięcy. — Przerażona, od razu z tą sprawą zwróciłam się do siostry Dulcissimy. Modliłam się gorąco, dałam na Mszę — wspomina. — Zablokowałam konto, ale święta i tak miałam zepsute. Po świętach poszłam do banku. Tam od razu mnie wołają. „No tak, mam debet”, myślę sobie. A oni zwracają mi czeki i mówią, że przyniósł je jakiś elegancki pan z prośbą o oddanie ich właścicielce. Nie przedstawił się, nie chciał też powiedzieć, gdzie je zalazł — śmieje się pani Anna.

Dużo cię czeka

Na klasztornej werandzie siedzi wiekowa zakonnica. Z trudem unosząc głowę, spogląda na mnie łagodnymi oczyma. — To siostra Dulcissima — przedstawia mi ją jedna z sióstr. — Otrzymała to imię po śmierci Sługi Bożej — wyjaśnia, widząc moją zdziwioną minę. Przysiadam się i pytam, jak się to stało, że akurat jej przypadło to imię. — Och, ja bardzo chciałam mieć to imię — mówi z uśmiechem. — Siostrę Dulcissimę widziałam kilka razy, jeszcze przed pójściem do klasztoru. Ale kiedy tu przyszłam, ona już nie żyła, a wszyscy opowiadali, że to była taka święta zakonnica. Więc tak modliłam się, żebym dostała jej imię, że aż przełożona pytała: „Co ty tak siedzisz w tej kaplicy?”. Ale nie powiedziałam, o co się modlę. Przed obłóczynami przyjechała matka generalna. „Jakie imię chcesz przyjąć?”, zapytała. Ja jej mówię, żeby ona sama wybrała je dla mnie, to będę wiedziała, że to wola Boża. Więc ona mi mówi: „Dulcissima”. Dla mnie to był cud. Kiedy dowiedziała się o tym siostra Lazaria, wzięła mnie na bok i powiedziała: „Wiesz, że ciebie dużo czeka”.

— I stało się tak? — pytam. — Stało się tak — potwierdza siostra, ale nie wdaje się w szczegóły. — Ale jak jest ciężko, to ja zawsze mówię: „Dulcissimo, czemu zapominasz o mnie?” I ona pomaga — mówi wzruszona.

https://opoka.org.pl/biblioteka/T/TH/THO/s_dulcissima.html

www.kki.net.pl/~dulcissima/

Posted in SYLWETKI, Wspomnienia, Święci obok nas | Leave a Comment »

Kościół WNMP w Wielogłowach- miejsce sakramentu Chrztu św. o Andrasza

Posted by tadeo w dniu 16 października 2019

16.X.1891 – Urodziny Ojca Andrasza 

APC - 2019.10.16 14.03 - 001.3d

https://wieloglowy-wiz.diecezja.tarnow.pl/#start

Józef Andrasz urodził się w Wielopolu koło Nowego Sącza 16.X.1891 roku.

W Parafii WNMP w Wielogłowach, Diecezja Tarnowska. Jako poddany monarchii austro- węgierskiej.

W rodzinie Piotra i Katarzyny z domu Bednarek.

Miał sześciu braci: Alojzego, Kazimierza; zginął w Legionach, Leona, Ignacego; zginął pod Lwowem w 1918 roku, Alfonsa, oraz trzy siostry: Helenę, Marię i Józefę.

Wychowywał się w rodzinie głęboko patriotycznej i religijnej. Mimo powszechnej biedy Józef  jak i jego rodzeństwo otrzymało dobre wykształcenie.

W 1912 roku, w wieku 52 lat zmarł mu ojciec, już wtedy mieszkali w Nowym Sączu między Rynkiem a rzeką Kamienica, przy ul. Krakowskiej 18. Dzisiaj układ miejski w tym miejscu wyglada zupełnie inaczej. 

Znamienna jest data urodzin 16.X. Jest to dzień wyboru ks.kard. Karola Wojtyłę na Papieża jak również koronacji na Króla Polski św. Jadwigi Andegaweńskiej.

Po ojcu, rodzina ojca Andrasza pochodziła z Węgier.

Dało się zauważyć że ,,święci  węgierscy,, wspomagają rozwój kultu ojca Andrasza .

Św. Jadwiga – kult ojca Andrasza wyszedł z Miejscowości Królowa Polska i Królowa Górna ( kiedyś Królowa Ruska) lokację tych miejscowości przypisuje się św. Królowej Jadwidze Andegaweńskiej. 

Św. Kinga – W Starym Sączu, kilka lat temu, przed odpustem w klasztorze klarysek przez 8 dni trwała nowenna prowadzona przez kapłana ( mającego korzenie węgierskie ) z diecezji tarnowskiej. W każdy dzień przybliżał wiernym postać ojca Andrasza rozpowszechniając modlitwę o świętość kapłanów i chwałę Bożego Miłosierdzia przez wstawiennictwo ojca Andrasza. Rozeszła się ona w około 20.000 egzemplarzy.

Św Stefan i św. Elżbieta węgierska- we wspomnienie św. Stefana w kaplicy św Elżbiety w Krynicy u sióstr Elżbietanek gdzie na przełomie II wojny światowej o. Andrasz przebywał, wystawiono na stałe obraz o. Andrasza i wznoszona jest codziennie przed Mszą św. modlitwa o jego beatyfikację.

Dzisiaj o godz. 18:00 w sercu Sądecczyzny- Bazylice św. Małgorzaty, podczas Mszy św w intencji beatyfikacji, poświęcony zostanie obraz o. Andrasza.

Będzie on na mobilnym stojaku wystawiony w bocznej kaplicy gdzie codziennie wierni trwają na modlitwie adoracyjnej  IHS w ciszy.

Posted in Miłosierdzie Boże, Św. Faustyna, Święci obok nas | Leave a Comment »

Kardynał Stefan Wyszyński będzie beatyfikowany. Jego szkalowanie jednak nie ustępuje.

Posted by tadeo w dniu 7 października 2019

Uważam sobie za łaskę, że mogłem dać świadectwo prawdzie

 jako więzień polityczny przez trzyletnie więzienie

 i że uchroniłem się przed nienawiścią do moich rodaków

 sprawujących władzę w państwie.

Świadom wyrządzonych mi krzywd,

przebaczam im z serca wszystkie oszczerstwa, którymi mnie zaszczycili.

(z testamentu ks. kard. Stefana Wyszyńskiego

W 1989 r. rozpoczął się proces beatyfikacyjny ks. kard. Stefana Wyszyńskiego, którego Jan Paweł II nazwał Prymasem Tysiąclecia. 6 lutego 2001 zakończył się etap diecezjalny procesu beatyfikacyjne-go, po czym akta zostały wysłane do Watykanu. W tym czasie odbyło się 289 sesji, w ramach których przesłuchano 59 świadków. Akta zebrane w toku procesu – w sumie 37 tomów – wraz załącznikami (książkami, artykułami autorstwa kandydata na ołtarze) zostały przekazane do watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Postulatorem generalnym procesu był o. Zbigniew Suchecki OFM Conv. a relatorem w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych o. Zdzisław Kijas OFM Conv.

28 maja 2013 r. podczas uroczystości w bazylice św. Jana Chrzciciela w Szczecinie zamknięto diece-zjalny proces o domniemanym uzdrowieniu młodej osoby za przyczyną Sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego. Dokumentacja trafiła do Watykanu.

19 grudnia 2017 r. papież Franciszek podpisał dekret o heroiczności cnót Sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego. Dekret o heroiczności cnót jest orzeczeniem Kościoła, że Sługa Boży cieszy się sławą świętości i heroiczności cnót. W dekrecie jest zawarty przebieg życia, a na końcu zawarte jest stwierdzenie, że Sługa Boży praktykował cnoty heroiczne – wiarę, nadzieję, miłość oraz cnoty moralne – roztropność, sprawiedliwość, umiarkowanie w stopniu nadzwyczajnym.

3 pażdziernika 2019 r. Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej poinformowało, że Ojciec Święty Franciszek przyjął wczoraj na audiencji prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, kard. Angelo Becciu i upoważnił tę dykasterię do opublikowania ośmiu dekretów, z których jeden dotyczy cudu za wstawiennictwem Sługi Bozego kard. Stefana Wyszyńskiego. Tym samym spełniony został ostatni wymóg niezbędny do beatyfikacji. Wkrótce można spodziewać się komunikatu Stolicy Apostolskiej, w którym zostanie podana data beatyfikacji oraz jej miejsce.

Podczas przygotowań do procesu beatyfikacyjnego, w zbiorach archiwalnych dawnego MBP odnaleziono dokumenty pokazujące metody stosowane przez władze komunistyczne w celu kompromitowania ks. Stefana Wyszyńskiego.

W 1948 roku funkcjonariusze MBP aresztowali Tadeusza Wyszyńskiego, przyrodniego brata ks. Stefana Wyszyńskiego, mianowanego w 1946 r. przez papieża Piusa XII biskupem ordynariuszem lubelskim, a następnie 22 października 1948 r. arcybiskupem Gniezna i Warszawy oraz Prymasem Polski. Gdy Stefan Wyszyński w maju 1946 r. obejmował biskupstwo lubelskie, stał się jednocześnie kanclerzem jedynej katolickiej uczelni w tej części Europy i świata – Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, a także członkiem Rady Głównej Episkopatu Polski. Z tego względu w MBP podjęto decyzję o rozpoczęciu jego stałej inwigilacji. W aktach IPN zachowały się donosy na bp Wyszyńskiego. Z ustaleń historyków wynika, że w okresie lubelskim na Wyszyńskiego donosiło 16 informatorów, m.in. kryptonimach „Zemsta”, „Wir”, „Michał”, „Aleksy”, „Zamoyski”, „doksa”. Inwigilacja bp Wyszyńskiego trwała nieprzerwanie od maja 1946 r. do dnia jego pogrzebu, 31 maja 1981 r.

Ppor. Tadeusz Wyszyński ps. „Grey” w czasie wojny był żołnierzem Narodowych Sił Zbrojnych, dowódcą plutonu w Samodzielnym Batalionie im. Bryg.Mączyńskiego (kompania leśna im.”Szarego”, Lasy Chojnowskie). W 1948 roku został aresztowany i oskarżony o współudział w morderstwie działacza komunistycznego. W listopadzie 1948 roku w MBP zapadła decyzja aby urządzić Tadeuszowi Wyszyńskiemu proces publiczny, a w jego trakcie kolportować informacje o pokrewieństwie oskarżonego z ordynariuszem lubelskim bp Stefanem Wyszyńskim.

„Naczelnik V Wydziału.

W sprawie Wyszyńskiego należy:

1. Przeprowadzić w Bydgoszczy proces publiczny, w którym w ramach normalnego przewodu sądowego położyć nacisk na pokrewieństwo z biskupem lubelskim Wyszyńskim Stefanem. W tym celu znajdujące się w aktach sprawy listy biskupa odczytać przy drzwiach zamkniętych (ze względu na wysoką godność etc.). Fakt dokonywanych przez „Greya” morderstw, trudny do udowodnienia, podkreślić zeznaniami matki zabitego. Fakt posiadania do dziś broni maszynowej uwypuklić.

2. Dopilnować szerokiego wykorzystania tej sprawy w prasie krajowej, nie tylko centralnej. Główny kierunek – hasło dla prasy: „Brat biskupa mordercą. Brat biskupa gromadzi broń do dalszych mordów”. W tej sprawie z góry omówić wszystko z Żorską. Nie zapomnieć o prasie lubelskiej i radio.

3. Szczegóły omówić i uzgodnić z pułk. Różańskim i pułk. Lityńskim. Obaj są uprzedzeni o spra-wie.

4. Osobiście dopilnować przebiegu rozprawy w Sądzie Wojsk, w Bydgoszczy i wykorzystania w prasie.

25 XI 48 r.

Pancewicz – baptysta” [i dwa podpisy nieczytelne]. (Archiwum MBP V I4-4 C-2, k. 4/3/4)

Zachował się również protokół z przesłuchania podejrzanego Tadeusza Wyszyńskiego, pseudonim „Grey”, które miało miejsce w Bydgoszczy w dniu 8 stycznia 1949 roku. Najpierw padło pytanie: „Opowiedzcie szczegółowo o swojej rodzinie”, a potem kolejne: „Opowiedzcie szczegółowo o bracie swoim Stefanie Wyszyńskim”. Odpowiedzi pytanego zawierały ogólnie znane informacje z życia rodziny Wyszyńskich. Znalazło się wśród nich zdanie: „Brat twierdził zdecydowanie, że Niemcy wojnę przegrają po pokonaniu ich przez wojska alianckie, a wówczas Polska odzyska niepodległość. W czasie jednej z rozmów oznajmiłem memu bratu Wyszyńskiemu St., że pracuję konspiracyjnie w NSZ, lecz w jakiej formie opowiadałem mu, nie pamiętam obecnie, jak również nie pamiętam, co na to odpowiedział brat. Jednak twierdzę, że brat mój do pracy mojej konspiracyjnej ustosunkowany był pozytywnie”. (Archiwum MBP V I4-4 C-2, k. 4/3/10 i 4/3/11)

Z braku dowodów zbrodni do procesu nie doszło, jednak Tadeusz Wyszyński był przetrzymywany w więzieniu bez wyroku do 1952 r. Po kilku miesiącach UB ponownie go aresztowało; po dwóch tygo-dniach został zwolniony z wyjaśnieniem: „pomyłka”.

„Zapiskach więziennych” Prymas wspomina o aresztowanym bracie: „mój brat Tadeusz odsiedział obozy i więzienia: sowieckie, niemieckie i polskie” (zapis z 25 września 1953 r.).

Pod datą 25 lutego 1955 roku Prymas zanotował rozmowę z komendantem więzienia, w trakcie której: „w rodzinie naszej już był taki wypadek: brat mój siedział w więzieniu dwa i pół roku, jak się później okazało, niesłusznie, gdyż go zwolniono bez podania przyczyn. Ale to zabiło jego matkę […]; brat nie był na pogrzebie. Ten fakt pozostał w rodzinie jako poczucie wyrządzonej nam krzywdy”.

W liście do swojego ojca pisanym ze Stoczka Warmińskiego w dniu 31 października 1953 r.: „Niepokoję się o brata, który zapomina, że musi oględnie używać swych sił, zniszczonych w obozach i więzieniach – proszę mu to powiedzieć”. W liście do siostry, Stanisławy Jaroszowej z 2 lutego 1955 r.: „Nie wiem dla-czego, ale ciągle lękam się o jego [Tadeusza] zdrowie, o którym on tak zwięźle pisze”.

Kard. Stefan Wyszyński spędził w izolacji trzy lata: od 25 września 1953 r. do 28 października 1956 r. W tym okresie prymas był poddany nieustannej inwigilacji. Bezpośredni nadzór nad nim sprawowali funkcjonariusze UB, którzy dyżurowali dzień i noc. Ponadto towarzyszyło mu dwóch więźniów politycznych: ks. Stanisław Skorodecki i s. Maria Leonia Graczyk, którzy spełniali rolę tzw.agentów celnych. Prymas poznał ich po przyjeździe do Stoczka warmińskiego, wieczorem 12 października 1953 r.

Ksiądz Skorodecki był młodym kapłanem (34 lata) z diecezji tarnowskiej, z miejscowości Ropczyce na Podkarpaciu. UB aresztowało go w 1951 roku pod zarzutem przynależności do podziemnej organizacji wojskowej. W śledztwie był maltretowany w straszny sposób: „Pusta duża cela w piwnicy, betonowa, goła prycza, nago przez kilkanaście godzin, od wieczornego apelu godz. 17. 00 do rannej pobudki, godz. 5. Albo – bardzo mała cela, loch, do którego wchodziło się nago do pasa, a tam wlewano zawartość kibli, tj. nieczystości, fekaliów i trzeba było w tym godzinami stać, a potem  kąpiel z użyciem gumowego gumowego węża pod ciśnieniem kilku atmosfer. To były straszne tortury” – tak opisywał śledztwo.

Oskarżony o „próbę obalenia ustroju Polski Ludowej” ks. Skorodecki został skazany na 10 lat więzienia i osadzony w więzieniu w Rawiczu, gdzie przesiedział dwa lata. Prawdopodobnie wtedy został zwerbowany do współpracy z UB.

Trzydziestoczteroletnia siostra Leonia Graczyk ze Zgromadzenia sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi była zakonnicą od 14 lat, z czego dwa lata spędziła w więzieniu w Grudziądzu. Wcześniej pracowała w sierocińcu w Ostrołęce. Wiosną 1950 roku wysłała do Radia Madryt list z informacjami o szykanach jakim z powodu religii poddawane są w szkole wychowanki sierocińca. Została skazana na 7 lat więzienia. Na mocy amnestii wyrok został skrócony o dwa lata i cztery miesiące. UB zwerbowało ją do współpracy w więzieniu w Grudziądzu w lipcu 1953 r. Siostra Graczyk podpisywała swoje meldunki początkowo jako „Ptaszyńska”, a później jako „Ostrowska”.

Prymas miał poważne podejrzenia co do funkcji jaką pełnili ci współwięźniowie i zachowywał wielką wstrzemięźliwość w wypowiedziach i nie dawał się wciągnąć do rozmów na tematy polityczne. O podwójnej roli kapelana Skorodeckiego i siostry Leonii dowiedział się w październiku 1955 r. po przyjeździe do Komańczy, do klasztoru Nazaretanek, który był ostatnim i najłagodniejszym miejscem jego izolacji. Rok wcześniej, w grudniu 1954 r. RWE przekazało informację pochodzącą od ppłka Józefa Światło, że ks. Skorodecki i s. Graczyk są współpracownikami UB. Dzień po przyjeździe do Komańczy Prymas zapisał w swoim dzienniku:

„Czy ksiądz i siostra byli „dobrani” przez Urząd Bezpieczeństwa? Bardzo w to wątpię. Jestem przekonany, że Urząd Bezpieczeństwa – gdyby nawet liczył na moich towarzyszów – to bardzo się na tym zwiódł. Podkreślam to i dlatego, żeby ochronić moich towarzyszów przed podejrzliwością społeczeństwa, które może się gubić w domysłach, dlaczego własnie tych dwoje dostało się do mojego towarzystwa. Miałem możność poznać oboje na tyle, ze jestem pełen przekonania o moralnej uczciwości obojga, Przy czym, trzeba i to podkreślić, że poziom moralny księdza było o wiele wyższy od wysokiego. Był to człowiek gorącej wiary, niemal uczuciowej modlitwy, kochający Kościół święty, oddany mu całym życiem.”

Prymas wystawił więc obojgu, ks. Skorodeckiemu i s. Graczyk świadectwo moralności. Mimo ze wiedział o ich podwójnej roli nie zerwał z nimi kontaktów. Po raz pierwszy spotkał się z nimi 2 listopada 1956 roku na jasnej Górze. Zaprosił ich tam aby wspólnie podziękować Matce Boskiej za uwolnienie. W czerwcu 1958 r. w drodze do Komańczy odwiedził matkę ks. Skorodeckiego „kobietę schorowaną, która doczekała powrotu syna z więzienia” (zapisek w „Pro memoria”). Na prośbę s. Graczyk zwolnił ja ze ślubów zakonnych w czerwcu 1957 roku, zapewniając przy tym, ze zawsze i w każdej sytuacji może liczyć na jego pomoc.

Zachowało się dziesięć tomów meldunków ks. Skorodeckiego i trzy tomy meldunków s. Graczyk. Obecnie są przechowywane w Archiwum IPN. Oboje, mimo zachowanych meldunków tłumaczyli, że nie współpracowali z UB.

W 2001 roku historyk prof. Wiesław Jan Wysocki w książce „Osaczanie prymasa” na podstawie odtajnionych materiałów archiwalnych Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego ujawnił, że ks. Skorodecki w okresie izolacji prymasa był „agentem celnym” ps. „Krystyna”. W dokumentach przekazanych do IPN przez archiwum MSW znajdują się informacje, że ks. Skorodecki po wyjściu z więzienia w 1956 r. nie zerwał współpracy z UB; otrzymał nowy pseudonim „Wanda”. Jednym z jego zadań w latach 70. była inwigilacja ruchu oazowego w diecezji lubaczowskiej. Ewa Czaczkowska odnalazła także w archiwum IPN spisane przez mjra Kuligowskiego (oficera prowadzącego) sprawozdanie TW „Wanda” z rozmowy z prymasem Wyszyńskim oraz z rozmowy z Marią Okońską (współpracowniczką Prymasa, założycielką grupy apostolskiej tzw. ósemek).

Ks. Skorodecki kilkakrotnie zaprzeczał, że był źródłem lub informatorem UB. Mówił, że wobec księdza prymasa ma czyste sumienie.

Zdaniem prof. Jana Żaryna: Trzeba pamiętać, że ks. Skorodecki był więźniem i miał bardzo małe możliwości manewru. Mógł najprawdopodobniej odmówić, co wiązałoby się z dodatkowymi represjami, a nawet możliwością utraty życia. Z dokumentów wynika, że próbował zminimalizować szkody swojej działalności. Komendant bardzo często był niezadowolony z jego usług.

Ksiądz Stanisław zyskał olbrzymie zaufanie księdza prymasa, co tym bardziej czyni smutnym całe wydarzenie. Prymas wiedział, że siostra Maria może prowadzić niepotrzebne rozmowy ze strażnikami, do ks. Stanisława miał natomiast pełne zaufanie. Oni razem szukali podsłuchu, razem decydowali się, by przejść na włoski i łacinę, co pozbawiało komendanturę szans na zrozumienie tego, o czym rozmawiają. Zapewne przed komendantem tłumaczył się, że przecież nie może odmówić prymasowi wspólnego uczenia się włoskiego, bo byłby zdekonspirowany. Miał więc argumenty, by grać z komendantem obozu. Jako człowiek uwięziony był bezbronny, ale z drugiej strony prowadził grę w ramach zła, na które się zdecydował.

Ks. Skorodecki kilkakrotnie zaprzeczał, że był źródłem lub informatorem UB. Mówił, że wobec księdza prymasa ma czyste sumienie. Jest to dramat człowieka, który pozostawił historyków z wieloma niewyjaśnionymi kwestiami. Istnieje obawa, że nigdy już nie da się odczytać wszystkiego do końca, a każde przesunięcie akcentu w interpretacji może być dla niego krzywdzące.  

18 sierpnia 2002 r. „Tygodnik Powszechny” (nr 33) w „Kronice religijnej” poinformował czytelników: Blisko stu księży celebrowało pod przewodnictwem abp. Zygmunta Kamińskiego Mszę św. pogrzebową w intencji zmarłego ks. Stanisława Skorodeckiego, współwięźnia kard. Wyszyńskiego. Uroczystości pogrzebowe w szczecińskim kościele św. Ottona, przy którym ks. Skorodecki mieszkał w ostatnich latach jako emeryt, zgromadziły 6 sierpnia ponad tysiąc wiernych. Zgodnie z wolą zmarłego, jego ciało zostało pochowane na cmentarzu w Ropczycach k. Dębicy – w parafii, do której przyszedł po święceniach kapłańskich i skąd w 1951 roku został zabrany przez UB i osadzony w więzieniu. […]Ciało ks. Skorodeckiego znaleziono 31 lipca w wodzie przy plaży w Rewalu. W miejscowości tej ostatnio przebywał na wakacyjnym urlopie. Przyczyna śmierci nie jest jeszcze znana. Kilka dni przed tragedią brukowy tygodnik „Nie” zarzucił ks. Skorodeckiemu pedofilię. Wierni, którzy znali kapłana, m.in. jego byli ministranci, stanowczo sprzeciwili się temu pomówieniu.

W 2002 r. emerytowany 83-letni ks. Skorodecki spędzał wakacje w pensjonacie „Perła” w Rewalu. 31 lipca zamierzał opuścić pensjonat i wrócić do Szczecina, do parafii św. Ottona, w której mieszkał od trzech lat. Był lubianym przez wiernych spowiednikiem, organizował duszpasterstwo dla emerytów i rencistów. 2 sierpnia 2002 r. dziennik Rzeczpospolita w artykule „Tajemnicza śmierć księdza”, (autorzy: Michał Majewski, Józef Matusz i Michał Stankiewicz) poinformował:

Z planu dnia, zostawionego na biurku w pensjonacie, wynika, że ks. Skorodecki wstał o szóstej rano, planował przechadzkę i kąpiel w morzu, potem miał się pojawić na śniadaniu i porannej mszy świętej. Następnie wikary miał go zawieść do Szczecina. Jednak ks. Skorodecki nie przyszedł na śniadanie. Wtedy rozpoczęto poszukiwania – opowiada „Rzeczpospolitej” biskup Marian Kruszyłowicz z archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej. Kwadrans po ósmej jeden z pracowników ośrodka znalazł na plaży ubranie duchownego. Chwilę później zobaczył w morzu ciało księdza.

– Przybyły na miejsce lekarz stwierdził utonięcie bez udziału osób trzecich. Na ciele nie było obrażeń – powiedział nam podinspektor Ireneusz Ścisłowski z policji w Gryficach.  

– Początkowo podano wiadomość, że utonął. Był jednak ubrany w krótkie spodnie i koszulkę. Więcej będziemy wiedzieć po sekcji zwłok, którą zaplanowano na piątek – powiedział biskup Kruszyłowicz. 

Dwa dni wcześniej osławiony tygodnik „Nie” zamieścił na pierwszej stronie duży artykuł o ks. Skoro-deckim, napisany wulgarnym językiem, typowym dla tego brukowca. W artykule oskarżono ks. Sko-rodeckiego, ze w latach osiemdziesiątych uprawiał seks z młodocianymi ministrantami w Lubaczowie.

[…] Sami się zastanawiamy, czy jest związek między śmiercią ks. Skorodeckiego i tym brutalnym atakiem tygodnika „Nie”. Tego nie wiemy. Swoją drogą tylko Urban może sobie pozwolić na taki styl, na taki knajacki język – powiedział biskup Marian Kruszyłowicz z archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej. Ostatnie trzy lata emerytowany ksiądz Skorodecki spędzał w szczecińskiej parafii św. Ottona. – Był lubianym przez wiernych spowiednikiem, organizował duszpasterstwo dla emerytów i rencistów. Ksiądz Skorodecki przez ostatni miesiąc był na urlopie. Nie kontaktowaliśmy się. Nie wiem, czy w ogóle wiedział o tekście, który na jego temat napisało „Nie” – powiedział nam ks. Jan Zapartek, proboszcz parafii św. Ottona.

Komentując tragiczną śmierć ks. Skorodeckiego, Jacek Żakowski, autor książki o prymasie Wyszyńskim pt. „Mroczne wnętrza”, powiedział:

Ksiądz Skorodecki był postacią tragiczną i dla mnie niejednoznaczną. Ale uwięzienie wraz z prymasem Wyszyńskim wplątało go w sytuację, której sprostać (o tym jest moja książka) było chyba nie sposób. Myślę, że ta próba wyznaczyła całe jego życie aż do samego końca. Tuż przed śmiercią mógł przecież przeczytać w „Nie” niespotykanie ohydny artykuł na swój temat. A gdyby nie lata spędzone przez Skorodeckiego w więzieniu z Wyszyńskim, taki poniżający i upokarzający artykuł zapewne by się nie ukazał. Bo – bez względu na to, jakie ktoś ma czy mógłby mieć grzechy na sumieniu i jaka jest obiektywna prawda – tak pisać o ludziach nie wolno.

W maju 2018 r. na Uniwersytecie kard. Stefana Wyszyńskiego odbyła się ogólnopolska konferencja naukowa „Prymas Wyszyński a Niepodległa. Naród – patriotyzm – prawda”, zorganizowana przez uczelnię i Instytut Pamięci Narodowej. W dyskusji, która wywiązała się po wygłoszeniu przez Romana Graczyka referatu „Spór kard. Wyszyńskiego ze środowiskiem Tygodnika Powszechnego o polską tradycję narodową„, ks. prof. Waldemar Chrostowski powiedział:

„Sprzeciw wobec kard. Wyszyńskiego, bardzo często niewidoczny na zewnątrz, ukryty w postaci intryg, oszczerstw, donosów, trwa do dziś. To jeden z powodów, dla których proces beatyfikacyjny prymasa Polski się wlecze. Bo gdy dochodzi już do jakiegoś ‘światła w tunelu’, to poprzez rozmaite kanały – rządowe, kościelne – robi się wszystko, by do beatyfikacji Wyszyńskiego nie doszło.

Apeluję, by pracownicy IPN i UKSW w tych sprawach nie mówili półsłówkami, tylko ukazywali prawdę taką, jaka ona jest. By Prymas Tysiąclecia nie był ofiarą uwikłań, uwarunkowań, które po prostu są niemoralne”.

Poproszony przez KAI o rozwinięcie wypowiedzi, ks. Chrostowski powiedział:

“Ksiądz prymas nie miał samych zwolenników za swojego życia, nie miał ich bezpośrednio po swojej śmierci, zawsze byli ci, którzy mu się przeciwstawiali. Właściwie przeciwstawiali się nie tylko jego wizji Kościoła, teraźniejszości i przyszłości, ale mieli swoją własną politykę, wizję miejsca Kościoła we współczesnym świecie i stawiali bardziej na tzw. demokrację, cokolwiek miałoby to dla nich oznaczać, niż na twórczą rolę Kościoła. To się nie skończyło, to trwało bardzo długo i trwa nadal. Rozmaite odpryski tej postawy czasami bardzo dotkliwie docierają do różnych środowisk, docierają również do Rzymu, nie ułatwiając starań drogi do beatyfikacji kard. Wyszyńskiego. Jeżeli chodzi o wskazanie tych ludzi, myślę że byłoby dobrze, gdyby się sami ujawniali, to będzie i dla nich zdrowsze, bo będzie okazją do rachunku sumienia”.

W 2019 r. księża katoliccy w Polsce są traktowani jako przeciwnicy polityczni. Stosowany jest wobec nich ten sam modus operandi,  jakim w czasach PRL-u posługiwali się komuniści. Zmieniły się jedynie sposoby kolportowania oszczerstw i insynuacji, ze względu na pojawienie się internetu.

W tzw. mediach społecznościowych przedstawiciele trzeciego pokolenia UB nazywają ks. prymasa Stefana Wyszyńskiego „protektorem pedofilów”, wskazując na ks. Skorodeckiego, określanego zawsze jako „spowiednik prymasa”. Sugeruje się, że prymas utrzymywał z ks. Skorodeckim zażyłe kontakty, niemal przyjaźń, składał mu wizyty na plebanii w Lubaczowie etc.

Na FB można np. przeczytać: „STANISŁAW SKORODECKI Ks. kanonik – spowiednik kleryków i Stefana Wyszyńskiego, przyjaciel papieża JPII. Robił orgie seksualne z ministrantami. Zarzuty o molestowanie potwierdził również na bazie własnych osobistych doświadczeń z księdzem prof. Stanisław Obirek.”

Decyzja papieża Franciszka, który zatwierdził dekret uznający cud za wstawiennictwem kard. Stefana Wyszyńskiego, to wielka radość dla Kościoła w Polsce. Nie miejmy jednak złudzeń – wrogowie Kościoła nie ustaną w szkalowaniu Prymasa Tysiąclecia.

Znalezione obrazy dla zapytania Jan Paweł II i Prymas Stefan Kardynał Wyszyński (2008)

***

Przy pisaniu notki autorka korzystała z publikacji:

1. https://episkopat.pl/prymas-wyszynski-bedzie-beatyfikowany/

2. Abp Bolesław Pylak, Sługa Boży Stefan Wyszyński – wyznawca czy męczennik? Drogi prowadzące do beatyfikacji, http://dlibra.kul.pl/Content/29638/33053__Pylak–Boleslaw—-S_0000.pdf

3. Ewa K. Czaczkowska, Kardynał Wyszyński. Biografia, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013,

4. Stefan Wyszyński, Zapiski więzienne, Wydawnictwo Soli Deo, Warszawa 1995

5. http://archiwum.rp.pl/artykul/396241_Tajemnicza_smierc_ksiedza.html

6. https://ekai.pl/ks-prof-chrostowski-poprzez-kanaly-rzadowe-i-koscielne-uniemozliwia-sie-beatyfikacje-kard-wyszynskiego/

7. https://d.facebook.com/story.php?story_fbid=975652255935575&id=935375749963226&__tn__=%2AW-R

https://www.salon24.pl/u/nanofiber/990817,szkalowanie-ks-prymasa-stefana-wyszynskiego,4

Posted in Świadectwa, Święci obok nas | Otagowane: | Leave a Comment »

Wspomnienie  błogosławionej Anieli Salawy, penitentki ojca Andrasza

Posted by tadeo w dniu 9 września 2019

09 września w zakonach franciszkańskich i Archidiecezji krakowskiej wspominana jest błogosławiona Aniela Salawa.

Znalezione obrazy dla zapytania błogosławiona Aniela Salawa

Mistyczka, krakowska służąca. Paradoks, o jej wstawiennictwo proszą studenci, pracownicy naukowi.

Aniela podobnie jak św. Faustyna, sł. Boża Rozalia Celakówna , s. Kaliksta Piekarczyk ZMBM  znała los czekający Polskę. Mimo bardzo zaawansowanych chorób ( rak żołądka, stwardnienie rozsiane) odbyła pielgrzymkę w intencji Ojczyzny na Jasną Górę.

Za Polskę, grzeszników ofiarowała swoje cierpienia i modlitwy.
Opatrzność Boża rok po święceniach kapłańskich (1920)  o. Andrasza  zetknęła go z powoli umierającą Anielą Salawą. Do końca życia jej towarzyszył, był przy jej śmierci.
Z zachowanych akt procesu beatyfikacyjnego Anieli Salawy zachowały się słowa o. Andrasza.
,, Schludnie tam było ale ubogo i mroczno. Umilały piwniczkę obrazy święte i kwiaty oraz ołtarzyk, na którym kapłan składał Najświętszy Sakrament. Zazwyczaj po krótkim powitaniu nakładaniem stułę i zaczynała się spowiedź, połączona ze sprawozdaniem duchowym z jej strony, a z mej z udzieleniem jej stosownych wskazówek.
Po absolucji- krótkie pożegnanie. Traktowałem ją jako jedną z dusz rzetelnie pobożnej.
Miała wśród naszych ojców, którzy ją spowiadali i zanosili Komunię św. opinię osoby świątobliwej, wdzięcznej, której warto pomagać. Nigdy nie doszły mnie jakieś słowa traktujące ją jako dewotkę w kiepskim słowa znaczeniu, pretensjonalną itp. Bardzo mnie zbudowała niezwykłą cierpliwością w znoszeniu długoletnich, a bardzo dokuczliwych cierpień. Rozrzewniająca była jej tęsknota za Najświętszym Sakramentem.,,
Zmarła w suterenie przy ul. Radziwiłłowskiej  w Krakowie 12.03.1922. Beatyfikowana na krakowskim Rynku przez papieża Jana Pawła II 13 sierpnia 1991 roku.
Więcej można przeczytać w dostępnej w formie audio book książce: ,, Ojciec Andrasz spowiednik świętych”  autorstwa p. Stanisławy Bogdańskiej 
Grób bł. Anieli Salawy znajduje się  w kościele oo. franciszkanów w Krakowie

Przeczytaj także:

Wspomnienie Anieli Salawy 9 września

Zobacz:

Posted in Miłosierdzie Boże, Religia, Św. Faustyna, Święci obok nas | Leave a Comment »