WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Historia’ Category

Kronika Polska – Wincenty Kadłubek

Posted by tadeo w dniu 11 czerwca 2020

kadłubekAPC - 2020.06.11 17.06 - 001.3d

Click to access kad%E5%82ubek%20wincenty%20-%20kronika%20polska.pdf

Posted in Historia, Książki (e-book) | Leave a Comment »

Zagłada Korościatyna – Ksiądz greckokatolicki poprowadził rzeź: Rano wsi już nie było.

Posted by tadeo w dniu 5 Maj 2020

W nocy z 28 na 29 lutego 1944 roku sotnie OUN-UPA kierowane przez księdza greckokatolickiego Pałubickiego z córką przeprowadziły rzeź polskich mieszkańców Korościatyna. (aktualnie ukr. Криниця (Krynycia) ; do 1978 roku Korościatyn) Bezbronnych cywili w tym kobiety i dzieci bestialsko zamordowano przy użyciu toporów, siekier i pił. Przed śmiercią wiele ofiar było torturowanych w nieludzki sposób.

Przeczytaj także:

Zagłada Korościatyna przez ukraińskich nacjonalistów z UPA

Zbrodnia w Parośli – początek rzezi wołyńskiej

Posted in Historia, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Krzyczew

Posted by tadeo w dniu 17 kwietnia 2020

Filmik ukazujący fragmenty z życia dworskiego oraz jak wyglądał od 1907 roku do lat 60 XX wieku dwór w Krzyczewie 🥰
Przypomnijmy sobie jak było kiedyś ale i porównajmy jak jest dzisiaj.

Przeczytaj także:

Dwór w Krzyczewie

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna | Leave a Comment »

POLSKI CHŁOP O ŻYDACH

Posted by tadeo w dniu 8 marca 2020

„Toteż gdyby żydzi chcieli na gruncie siedzieć i pracować, to dziś wszystka ziemia w Galicji do nich należałaby, byliby zupełnymi panami kraju, a chłopi, jak szlachta, byliby u nich w służbie i pracowaliby za parobków. Zaraz po pańszczyźnie byłaby nastała gorsza jeszcze dla całej ludności chrześcijańskiej żydowszczyzna. W Dzikowie na przykład nie ma tego kawałka chłopskiego gruntu, żeby nie był w rękach żydowskich, żeby nie był drogo wykupiony, a w innych wsiach było zupełnie to samo. Ale żydzi nie chcieli trudnić się gospodarstwem i ciężko pracować i woleli wielkie zyski, jakie im dawał handel gruntami przepłacanymi przez chłopów.”

 

Zchłopskiej perspektywy

„Pamiętniki włościanina od pańszczyzny do dnia dzisiejszego” urodzonego w 1842 roku Jana Słomki, są fascynującym świadectwem czasów w których przyszło żyć ich autorowi, czyli drugiej połowy XIX w. i pierwszych trzech dekad wieku XX. Co w nich takiego ciekawego? Przede wszystkim to, że spisał je polski chłop. Co za tym idzie poznajemy świat z chłopskiej perspektywy. To rzecz bardzo rzadka i późno pojawiająca się w polskiej literaturze.

Słomka, przez kilka dekad wójt sąsiadującej z Tarnobrzegiem wsi Dzików, był bystrym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości. A że pamięć mu na starość służyła, to przekazał nam mnóstwo szczegółów świata, który już dziś nie istnieje. Nie tylko dlatego, że czasy się zmieniły. Nie istnieje również dlatego, że zmieniły się stosunki narodowościowe w Tarnobrzegu i jego okolicy. W wyniku eksterminacji Żydów dokonanej przez Niemców w czasie II wojny światowej, tereny te zamieszkują dziś w przytłaczającej większości Polacy. Tak też było przez większość historii tych ziem, licząc od powstania Polski, aż do połowy XIX wieku. Między rokiem 1853 a 1910 nastąpiła jednak gwałtowna ekspansja żywiołu żydowskiego. I to tak jeśli chodzi o samą liczbę ludności, jak i jej znaczenie ekonomiczne. W samym Tarnobrzegu w 1853 roku były ledwie 23 domy żydowskie na 116 ogółem. W 1910 roku domów tych było 359 na ogólną liczbę 496. W tym samym czasie liczba katolickich domów wzrosła z 93 do ledwie 137.

Jak żyło się ludziom w tak gwałtownie zmieniającym się świecie? Co czuli ci, którzy obserwowali zmiany własnościowe w swojej okolicy? Obserwowali utratę pozycji katolików ze wszystkich warstw społecznych: chłopów, mieszczan, szlachty. W końcu, w jaki sposób to się odbyło? Na te i wiele innych pytań znajdujemy odpowiedzi w pamiętnikach Słomki.

Fragmenty pamiętników Jana Słomki

Tematyka żydowska przewija się właściwie przez całe to dzieło, dlatego niezbędna stała się selekcja materiału. Wybrałem z niego najciekawszy i najobfitszy w szczegóły rozdział piąty z wydania II, które miało miejsce w 1929 roku. Cytuję go poniżej niemal w całości.

„Handel tak na wsi, jak w mieście był prawic wyłącznie w rękach żydów. Po karczmach wsiowych siedzieli tylko żydzi i prócz wódki mieli na przekąskę obwarzanki i bułki, które sami piekli, nadto gomółki z sera i śledzie. Przytem sprzedawali ubocznie sól, tytoń do fajek, zapałki, igły, tasiemki, krajki do opasywania się, — ale towaru tego mieli zawsze bardzo niewiele, zazwyczaj mieścił się wszystek w małej paczce, schowanej za szynkwasem.

Wsiowi ludzie jednak kupowali towar taki najczęściej od żydów i żydówek, domokrążców, obnoszących w opałce igły, tasiemki, krajki, zapałki, trochę pieczywa, przyczem też nigdy nie brakło wódki. Każdą wieś obchodziło stale kilku takich handlarzy czy handlarek ,dochodzących z miasta, więc prawie codzień do każdego domu które z nich zaszło. Znali bardzo dobrze swoje wsie i ludzi, byli też w każdym domu witani zawsze, jak dobrzy znajomi.

Za towar tak w karczmie jak domokrążcom rzadko kiedy płacili pieniędzmi, najczęściej dawały gospodynie jajka, kasze, kości i szczecinę ze świń, trochę jakiegoś zboża lub coś z drobiu, był to więc handel wymienny bardzo dla żydów popłatny. Toteż domokrążcy, choć byli nędznie odziani, obdarci i narzekali na biedę, mieli, jak się nieraz pokazywało, ładną gotówkę. Najwięcej zarabiali zawsze od tych, co wódkę lubili. Jeżeli gospodarz i gospodyni nie pili oboje, tylko jedno z nich, n. p. gospodyni, to dostawała wódkę skrycie przed gospodarzem i w skrytości też płaciła różnemi produktami domowemi.


W mieście trudnili się handlem prawie wyłącznie żydzi. Był on zresztą bardzo nędzny, skoro koło r. 1860 nie było w Tarnobrzegu nawet dziesięciu lichutkich sklepików, mieszczących się w domach drewnianych.

W paru sklepikach — prócz tego, co można było kupić u domokrążców wsiowych, — były płótna kolorowe, chusteczki, wstążki, płótna domowe, czapki, fajki, w których się wtedy chłopi bardzo kochali, grzebienie, cyganki, świeczki łojowe. Wszystko to prócz płótna białego, nabywanego od chłopów, sprowadzane było wozami z Tarnowa, dokąd pewnie przychodziło z przemysłowych krajów austrjackich. U paru innych żydów było zboże, które sprzedawali najwięcej w dni targowe, wystawiając w workach na rynek. Wreszcie na parę lat przed r. 1860 nastał pierwszy sklep z żelazem, gdzie było żelazo w kawałkach dla kowali, nadto rynki, żeleźniaki, kociołki, wewnątrz niewybielane. Zapasy towarowe we wszystkich tych sklepach były bardzo skromne, wartość ich nie dochodziła pewnie do 100 złr [złotych reńskich].

Najwięcej było karczem, czyli »szynków« z wódką, z których główny mieścił się u Joska w ratuszu, prócz tego był drugi na przeciwnym końcu ratusza i kilka innych, rozrzuconych po mieście, a więcej znacznie było nadto pokątnych, w których chłopi upijali się również dobrze, jak w pierwszych.

Pieczywo sprzedawali żydzi na podcieniach, które były naokoło rynku, a stanowił je wypust mniej więcej 2 metry przed każdym domem. Na rynku sprzedawali garnki, miski, łyżki drewniane, jak również cebrzyki, konewki, niecki, sita, przetaki, rzeszota, czyli »rajtaki«, sprowadzane z pod Majdanu kolbuszowskiego. […]


Chłopi handlem zupełnie się nie zajmowali, uważali go za zajęcie żydowskie, na którem — jak mówili — tylko żyd wyjść może. Handlu się wstydzili i wyśmialiby chłopa, który by chciał handlować. Przywozili tylko i przynosili na targ do miasta: zboże, ziemniaki, kaszę, jarzyny, drób, jaja, nabiał, wyroby przemysłu domowego i wszystko sprzedawali przeważnie żydom, którzy tem dalej handlowali i zyski z tego ciągnęli. Często chłopi kupowali drogo od żydów na wiosnę zboże, które w jesieni za psie pieniądze żydom sprzedali. Zresztą nie było dawniej szkół i chłop do handlu nie był zdatny, poprostu nie umiał liczyć. […]

Dopiero po powstaniu Towarzystwa Kółek Rolniczych w r. 1882 zaczęły się mnożyć po wsiach sklepiki Kółek Rolniczych i prywatne sklepiki chrześcijańskie. Obecnie w każdej wsi jest już taki sklepik, a w większych wsiach bywa ich nawet parę, wobec których żydowskie nie mogą się często utrzymać i znikają ze wsi. Również po miasteczkach powstały porządne sklepy chrześcijańskie.


Co do kredytu za pańszczyzny [do 1848 roku] — jak słyszałem od dziadków i innych, bardzo mało kto u kogo pożyczał, a jeżeli już kogoś przycisnęła potrzeba, że musiał pożyczyć na podatek lub jaki inwentarz, to mógł najczęściej coś wskórać kum u kuma albo sąsiad u sąsiada i to bez żadnego procentu, do żydów nie zwracali się jeszcze chłopi o pożyczki, bo nawet żaden żyd nie pożyczyłby wówczas chłopu.

Ale jak ja zapamiętałem, to pożyczkami trudnili się jedynie żydzi na podpisy u rejenta, czyli skrypta rejentalne i na weksle. Nie było jeszcze kas żydowskich opartych na statutach, zatwierdzonych przez władzę, tylko każdy pożyczał prywatnie. Brali wielkie procenta, bo 50 procent i więcej, jak się kto zgodził płacić jakiś procent, wolno było brać. Więc procent płaciło się według umowy, a jeżeli w terminie dług nie był spłacony, to osobno za grzeczność, za poczekanie wybierali żydzi od dłużników jajka, kury, cielęta, ziarno itp.

Jeżeli zaś kto na takiej grzeczności nie chciał się znać lub nie miał na to i upadał majątkowo, to przystępowali do egzekucji, za mniejsze długi zajmując ruchomości, za większe zaś opisując całą realność, po czym następowała licytacja. Do licytacji stawali tylko żydzi, chłopi się na tym początkowo nie rozumieli i licytacji unikali. Żydzi zaś gdy zmiarkowali, że na tym bardzo dobry interes, badali naprzód w sądzie, gdzie będzie licytacja, jechali na miejsce i licytowali w porozumieniu z sobą.

Brali też od dłużników za bezcen grunta, domy i co się dało wyciągnąć, strasząc, że jak dobrowolnie nie pogodzą, to wszystko na licytacji będą mieli sprzedane. W Tarnobrzegu zasłynęli z takiej lichwy żydzi: Szpirn, Szajnok, Tafel, Dawid i inni mniejsi spólnicy i naganiacze tych wielkich lichwiarzy. Ostatni z nich, Dawid, odznaczający się silną budową ciała, chełpił się przytem zawsze, że się nikogo nie boi, bo ma szerokie plecy.


Przez taką lichwę zrujnowali żydzi prawie połowę gospodarzy, bo w każdej gminie znalazło się dużo lekkomyślnych, którzy brali pożyczki i nic za to nie nabywali, ale po większej części na pijatykę obracali. I tacy nawet prędzej mogli dostać pożyczkę niż porządniejsi, bo godzili się łatwo płacić taki procent, jaki żydzi chcieli. Oni zaś wiedzieli między sobą, ile kto był gdzie winien, jaką wartość przedstawia jego majątek i pożyczali dotąd, dopóki majątek wystarczał na pokrycie kapitału, procentu i kosztów egzekucji.

W samym Dzikowie wydziedziczyli prawie ze wszystkim trzech gospodarzy osiemnastomorgowych, a mianowicie: Józefa Słomkę, Wojciecha Łuczaka i Michała Sadrakułę, zamieszkałych w przysiółku Podłęże; czterech gospodarzy sześciomorgowych, a to: Józefa Gronka, Pawła Krzyżka, Józefa Wójcikowskiego i Michała Grycha; z większej zaś lub mniejszej części majątku wydziedziczyli: Michała Ozycha, Jana Wiącka, Józefa Zmarzłego, Stanisława Antończyka, Michała Grębowca i wielu innych.

Jakim sposobem podówczas żydzi brali chłopów do łapki, nawet za drobne długi, niech posłuży za przykład to, jak robili z Michałem Grębowcem, moim sąsiadem. Miał on sześć morgów dobrego gruntu i porządne zabudowania gospodarskie. Był chłop robotny, nie pijak, bo jeżeli wypił czasem kieliszek wódki, to przy robocie lub jakiejś okazji; długu zaciągać nie miał potrzeby, bo zadowalał się najzupełniej tym, co z gruntu zebrał, więc nikomu nie był winien ani grosza. Jedną miał tylko wadę, że z żoną był czasem w niezgodzie i nieraz się dobrze pobił, ale to przechodziło jak burza i znowu sobie sprzyjali. W kłótni żona zawsze mu wypominała, chcąc mu dokuczyć, że cały majątek jej, bo ona wprowadziła na gospodarstwo inwentarz jako wiano.

Z tej niezgody małżeńskiej skorzystali żydzi. Ściągali Grębowca do siebie, częstowali wódką, mówiąc przytem: »Ny, Michale, co wam żona mówi, że majątek nie wasz, my się was nie boimy, choć tak żona gada, jak wam pieniędzy trzeba, to wam pożyczymy, niech się żona przekona, że wasz jest majątek, a lepiej was będzie szanować«. Tak wmówili w chłopa, że pożyczał po 5 do 10 złr., a za każdym razem prowadzili go do notariusza, czyli rejenta, zawierali tam akt dłużny, biorąc zawsze za świadków policjantów z Tarnobrzega, znanych wówczas pijaków. W ciągu paru miesięcy zmieniali ciągle u rejenta skrypta dłużne, dopisywali nowe pożyczki i wysokie procenta, w końcu zrobili z Grębowcem akt na pożyczkę wynoszącą 600 złr. I miał płacić na rok 60 złr. od sta.

Wtenczas dopiero wyprowadzili sądową komisję na opisanie realności Grębowca i zabezpieczenie na niej wspomnianej kwoty. Żona narobiła gwałtu, gdzie, kiedy i na co tyle pożyczał, on też zmiarkowawszy, że mu grozi ruina majątkowa, zaczął płakać, za włosy się targać, krzycząc:« Olaboga, co ony ze mną zrobiły!« Po odejściu komisji zacząłem go wypytywać, jak tyle długu narobił, pokazało się, że na te 600 złr. wybrał gotówką około 50 złr. I to u tych samych żydów przepił, do tego nie umiał zupełnie rachować, nie wiedział, co znaczy 600 złr.

Poszedłem z nim i z żoną do rejenta, rozpowiedziałem tam, ile Grębowiec wybrał tytułem pożyczki, że za grosz z tych pieniędzy nic nie kupił, na to rejent powiada, że swego czasu zwracał mu uwagę i kazał żonę zawołać, ale Grębowiec wtedy odrzekł: »Diabli żonie do tego, to jest mój grunt po moim ojcu«; bo tak go żydzi nauczyli gadać. Mówił dalej rejent, że teraz wszystko przepadło, bo aktu notarialnego nikt nie może obalić, doradził tylko, żeby Grębowiec sprzedał zaraz część gruntu i zaraz dług zaspokoił, bo inaczej narosną koszta i procenta i nie zostanie ani przy zagonie: żydzi wszystko sprzedadzą i z domu go wygonią. Grębowiec usłuchał i to była najlepsza rada, sprzedał zaraz dwie morgi najlepszego gruntu, nadającego się pod ogrody, i zapłacił cały dług, bo żydzi nie chcieli nic opuścić, i w ten sposób uratował resztę gospodarstwa.

To wywłaszczenie chłopów z majątków trwało tak długo, aż wyszła ustawa przeciw lichwie, zabraniająca brania wielkich procentów. Wtedy sąd zaczął prześladować i karać lichwiarzy i nastała jakby pomsta Boża nad nimi, bo zaczęli upadać, a niektórzy nawet w biedzie wymarli, inni też niekoniecznie w dostatku dożyli, a pozostałe po nich rodziny są dzisiaj zupełnie biedne. Przyszła też kreska na wspomnianego Dawida, który się chełpił szerokimi plecami. Przyłapany został na oszustwie, mianowicie, że dopisał na wekslu jakiejś kobiecie z Żupawy dużo większą sumę, niż należało. Sąd w Tarnobrzegu wytoczył mu śledztwo i przymknął w areszcie razem ze wspólnikami, co w mieście wywołało wielki harmider, bo prawie oni pierwsi dostali się do aresztu. Dopiero od tego czasu żydzi-lichwiarze zmiękli i bali się, a sąd coraz lepiej brał się do nich i poskramiał ich.


Jednakże w owym czasie nie tylko chłopi tracili majątki, i wiele rodzin włościańskich poszło w ruinę i ślad po nich zaginął, ale tak samo, a nawet gorzej działo się z mieszczaństwem i szlachtą.

Jak zapamiętałem, to jeszcze koło roku 1870 w Tarnobrzegu wielka część miasta zasiedlona była przez mieszczan-katolików, którzy siedzieli tu widocznie z dziada pradziada i byli dość zamożni. Trudnili się różnymi rzemiosłami, a najwięcej szewstwem, stolarstwem, krawiectwem i masarstwem, prócz tego zaś i gospodarstwem rolnym, bo mało było takich, żeby nie mieli gruntu własnego od 1 do 3 mórg. Chowali wieprze, krowy, a niektórzy mieli i woły, których używali do roboty. Mieli też swoje własne domy i to przy głównym rynku, a żydowskie były na tyłach miasta.

A obecnie zabrali, obsiedli to wszystko żydzi i miasto zżydziało zupełnie, tak że zaledwie cząstka dawnych mieszczan się zachowała i to na krańcach miasta, a w rynku żaden z tych dawniejszych mieszczan nie ma realności.

Dziś śladu nie ma po dawnych najpierwszych obywatelach tarnobrzeskich, po Zderskim, Jajkiewiczu, Rutynie, po Łubowiczu, Pomykalskim, Dutkiewiczu, po Gwizdalskim, Lachiewiczu, mających dawniej domy przeważnie w rynku, i innych pomniejszych, których nie wyliczam. Wprawdzie niektóre z wymienionych nazwisk jeszcze się w Tarnobrzegu znajdują, ale nie wywodzą się w prostej linii od wyliczonych wyżej obywateli.

Dopiero w ostatnich czasach mieszczaństwo tarnobrzeskie zaczyna się na nowo dźwigać, a to głównie dzięki napływowi do miasta ludzi nowych i rzutkich, a widać także, że i potomkowie dawniejszych mieszczan w młodszym pokoleniu zaczynają lepiej garnąć się do życia, podnoszą się, pozbywają dawnych wad, szczególnie pijaństwa, i nabywają realności, i w ten sposób znaczenie mieszczaństwa znowu się powoli podnosi. W ostatnich dwudziestu latach przeszło nawet na powrót w ręce chrześcijańskie kilka domów w rynku.


Również długa jest litania obszarów dworskich, które potracili dawni panowie; za mojej bowiem pamięci przeszły w żydowskie ręce następujące dwory w powiecie tarnobrzeskim: Chwałowice, Orzechów, Witkowice, Skowierzyn, Wrzawy z przyległościami, Żabno, Pniów, Dąbrówka, Antoniów, Motycze poduchowne, Gorzyce, Zalesie gorzyckie, Zarzekowice, Koćmierzów, Kajmów, Machów, Nagnajów. I nawet słuch wśród ludu zaginął zupełnie po możnych niegdyś panach, właścicielach tych dworów: po baronach Horochach, po Trojackim, Bilskim, Wiktorze, Cetnarskim, Zaklice i innych. Dwory od nich wykupili żydzi i albo dotąd na tych majątkach siedzą, albo rozparcelowali je z wielkim zyskiem między chłopów.

Nic to nie pomogło, że właściciele dworów posiadali rozległe obszary ziemi najlepszej gleby i ładne lasy, że mieli spłatę za pańszczyznę; a później za propinację, że płacili względniejszy podatek gruntowy, że byli wolni od podatków gminnych, że posiadali znaczne przywileje polityczne i pierwszeństwo wszędzie!

Szczególniej głośnym było zmarnotrawienie rozległych dóbr baranowskich przez hr. Krasicką, która tak nie umiała godzić dochodów z rozchodami, że wkrótce długi przeniosły wartość jej ogromnego majątku i wierzyciele, którzy już nie mogli odebrać swych należności, spowodowali — jak wieść niosła — jej przyaresztowanie. Kręcili się koło niej ustawicznie żydzi i wyjeżdżali za nią nawet za granicę, narzucając się z gotowymi pieniędzmi na różne wybryki, które następnie z dużym procentem ściągali i dobrze się stąd bogacili. Wybrali od niej za bezcen lasy na morgi do wycięcia drzewa; jeździłem do tych lasów, to widziałem, jak co kilkadziesiąt morgów stał kupiec żyd z młotem do odbijania drzewa i wołał : »Hop, hop, jedźcie do mojej morgi« ! Co mogła, wyprzedawała, tak że z pałacu baranowskiego nawet posadzki marmurowe żydzi zabrali. Szczęściem, że dobra po niej wraz z starożytnym zamkiem baranowskim kupił na licytacji Polak Dolański.

Niemniej głośną była później sprzedaż dóbr wrzawskich, a krakowska gazeta »Diabeł«, wyśmiewająca i karcąca błędy ludzkie, zwracając się wtedy przeciw sprzedawczykowi hr. Horochowi pisała między innymi: »Narobiłeś dużo wrzawy, zaprzedając żydom Wrzawy«. Były to bowiem dobra mające najlepszą glebę, wyborne łąki i sporo bogatego sosnowego lasu, a nadto w skład dóbr tych wchodziły bujne kępy, tj. wikliny nadrzeczne po prawym brzegu Wisły i obu brzegach Sanu; więc gdy się wieść rozeszła, że Wrzawy żydom sprzedane, niejeden nie mógł sobie tego w głowie wytłumaczyć, jak można było takie dobra utracić.

Bliżej znany mi jest przebieg sprzedaży Kotowej Woli przez Franciszka Popiela.

Był on rządcą u starego Dolańskiego w Sokolnikach, następnie kupił na własność Kotową Wolę. Znany był w powiecie jako wzorowy gospodarz.

Poznałem go w czasie klasowania gruntów w Kotowej Woli i sąsiednich wsiach, gdy komisja klasyfikacyjna przez kilka dni korzystała z gościny w jego dworze. Był bardzo gościnny, prowadził najchętniej rozmowę o gospodarstwie. Rozwijał u siebie wszystkie gałęzie gospodarstwa: uprawę roli, hodowlę bydła, ogrodnictwo, pszczelnictwo.

Ale gospodarowanie już mu ciążyło, chciał więc sprzedać majątek i przenieść się do Krakowa na spoczynek. Ogłosił więc sprzedaż, ale zaznaczał, że sprzeda tylko katolikowi, nie żydowi. Do kupna zgłaszali się chłopi, ale nie byli w stanie przystąpić do kupna całego majątku, na który składały się pola orne, łąki. las, budynki, inwentarz, wszystko razem wartości 230 000 złr.

Chciał to jednak nabyć Lejzor Wahl, najbogatszy wówczas kupiec w Tarnobrzegu, a ponieważ Popiel z żydami traktować nie chciał, Lejzor zwrócił się do mnie i prosił, żebym zgodził i zadatkował te dobra i jemu je następnie odstąpił. Na zadatek wręczył mi 15 000 złr. I obiecywał dobre wynagrodzenie, a robił to wszystko w cztery oczy ze mną, tak żeby nawet żona moja o tym nic nie wiedziała, ażeby sekret nie wydał się.

Ale gdy zastanowiłem się nad tym, widziałem, że byłoby to kupno podstępne, którym splamiłbym swój honor. Oświadczyłem więc Lejzorowi, że się tej sprawy nie podejmuję i oddałem owe 15 000 złr. Później zawsze mi to wymawiał, że przeze mnie nie doszedł do kupna Kotowej Woli.

W jakiś czas potem rozeszła się wiadomość, że Popiel Kotową Wolę sprzedał, więc gdy wracałem razem z komisarzem Swobodą z komisji reklamacyjnej gruntów z Rozwadowa, wstąpiliśmy do niego na pożegnanie.

Popiel opowiadał wtedy, że dobra swoje sprzedał i uwolnił się od ciężaru gospodarowania, tylko jedno — jak mówił — gryzie go i gryźć będzie jak mól do grobowej deski: że dobra sprzedał żydowi.

Starał się usprawiedliwić, co go skłoniło do tego kroku. Mówił, że jacyś złodzieje wdarli mu się w nocy do ogrodu i zniszczyli pasiekę, którą bardzo lubił, wyłupali plastry, a pszczoły rozłaziły się po całym ogrodzie. Wpadł wtedy w złość, a że z natury był prędki, jedną bryczkę posłał po rejenta do Rozwadowa, a drugą po Rachmiela Kanarka, który także chciał kupić Kotową Wolę.

Gdy to opowiadał, wyjawiłem mu, jak mnie Lejzor namawiał na to kupno i już miałem w rękach 15 000 złr. na zadatek, na to on zerwał się od stołu, chwycił mnie za ramiona i zawołał: »Przyjacielu, czemuś tego nie zrobił, byłbyś mnie wybawił od tego, co mnie gryzie i gryźć będzie, byłbym przynajmniej uczynił zadość postanowieniu, że dobra sprzedam katolikowi«. Rozpłakał się przytem jak dziecko. […]

Popiel przeniósł się następnie do Krakowa, gdzie umarł i majątek swój w znacznej części zapisał na cele narodowe i dobroczynne.

Z czasem dwory w powiecie tak poznikały, że większa własność nie mogła nawet wybrać dwunastu członków ze swojej kurii do Rady Powiatowej w Tarnobrzegu i wybierała ich spoza swego grona. Z żydów zaś, będących właścicielami obszarów dworskich, jedynie Rachmiel Kanarek brał udział w działalności i ofiarności obywatelskiej polskiej, za co miał uznanie w powiecie; inni zaś, jak cały ogół żydowski, trzymali się wobec spraw polskich oddzielnie, jako osobne społeczeństwo.

Naturalnie tak chłopi i mieszczanie, jak i szlachta sami przede wszystkim ściągali na siebie los, jakiemu ulegli. Chłopów i mieszczan — obok lichwy — gubiło i rujnowało straszne pijaństwo, gnuśność i ciemnota; a panowie, choć mieli naukę, to rachować nie umieli czy nie chcieli i rozchody na zbytki były u nich większe niż dochody.

Nie smakował im żaden wytwór domowy, krajowy, choćby nawet był lepszy od zagranicznego, sami też wojażowali po zagraniczu, trzymali różnych oficjalistów na wysokich pensjach. Uważali to za ujmę dla szlachcica, gdyby był inaczej żył, tj. rozumnie, według dochodów. Była w tym pycha, za którą przyszła kara Boża.

Za wszystkich: za chłopów, mieszczan i szlachtę myśleli żydzi — jak się to i teraz często trafia — oni wszystkim stanom faktorowali i za to majątki garnęli dla siebie.


Zbliżenie między żydami i katolikami było dawniej większe niż obecnie, ale dlatego, że katolicy więcej u żydów przesiadywali, gościli się i popijali, a żydzi mogli więcej z katolików żyć i wyzyskiwać ich.

Szczególnie wielkie zbliżenie było między żydami wsiowymi a chłopami i często dzieci takich żydów, wychowując się wśród dzieci chłopskich, chrzciły się w końcu. Najczęściej młode żydówki przyjmowały w ten sposób chrzest i wychodziły za parobków i synów gospodarskich. I to trafiało się prawie w każdej wsi. Ale ogół żydów występował przeciw temu zawsze bardzo wrogo i chrzest musiał się odbywać potajemnie, a »przechrzta« musiał się przed nimi z początku ukrywać.

Wnosząc z tego, co starsi opowiadali, to już za pańszczyzny głównie w karczmach żydowskich skupiało się życie chłopskie. Jak swego już nie było, to kradli, co się dało, na pańskim, i skradzione nieśli nocą do żyda, którego pan we wsi osadził i trzymał, i za to pili.

Za mojej pamięci był zwyczaj, że jak kto dał na mszę świętą za zmarłych, na dobry urodzaj albo na inną intencję, to na tę mszę zapraszał dziś na jutro sąsiadów, kumów, przyjaciół, wysyłając w tym celu po wsi swoje dzieci, a po mszy św. zapraszał wszystkich na podziękowanie za to, że się zeszli i modlili na jego intencję, do domu albo do karczmy i częstował, wódką i przekąską. Niektórzy na taką ucztę, jeżeli miała się odbyć w domu, zapraszali także księdza.

Każdy gospodarz zamawiał dwie lub trzy msze święte do roku i po każdym nabożeństwie było poczęsne, które niejeden przedłużył sobie do wieczora i dobrze sobie podpił.

A byłem już kilkanaście lat gospodarzem [mowa o latach 70. XIX w.], gdy w Dzikowie i innych wsiach był jeszcze zwyczaj, że karczmarze jeździli po kolędzie, każdy wstępował do »swoich gospodarzy«, którzy u niego byli stałymi gośćmi, to jest pili.

Po Dzikowie jeździł najwięcej Salomon Szrajber z Tarnobrzega.

Wszedłszy do izby zaczynał od życzenia: »Daj Boże szczęście, żeby się tu powodziło, iżby wszyscy byli zdrowi, pieniądze mieli i żeby tu niczego nie brakowało — przychodzę tu z kolędą«. I od razu nalewał do kieliszka wódkę, którą miał z sobą, a więcej było na wozie, i częstował po kolei wszystkich obecnych, poczynając od gospodarza i gospodyni, dawał po kieliszku dzieciom pomijając tylko najmniejsze, sługom, a nieobecnych kazał przywoływać, dogadując przytem: »Jak szanuję stół, to i stołowe nogi, ja tu wszystkich chcę potraktować, bo ten dom szanuję, niech go pamiętają wszyscy, żem tu był po kolędzie«. Gospodarzowi i gospodyni nalewał jeszcze po drugim i trzecim kieliszku i zachęcał: »Pijcie, pijcie, niech wam będzie na zdrowie, ja wam nie żałuję«, a gdzie spodziewał się lepszej kolędy, zostawiał jeszcze mniejszą lub większą flaszkę wódki.

Za to gospodarz dawał mu znowu od siebie kolędę, zazwyczaj ćwierć lub pół korca jakiegoś ziarna: żyta, jęczmienia, pszenicy, owsa, czego miał więcej, a znowu gospodyni dawała od siebie jaja, kaszę jaglaną, kurę, słowem, coś ze swego kobiecego gospodarstwa. Wsypywali to zaraz do worka, który żyd trzymał gotowy pod pachą, i ładowali na wóz, czekający przed domem. Gdy tak całą wieś objechał, to wszyscy mniej lub więcej byli wódką zamroczeni, tylko on był trzeźwy i wywoził ze wsi dobry wóz ziarna.

Dawanie tej kolędy było uważane jakby za powinność i kto by dał mało ziarna, to mu Szrajber przed drugimi wypominał; a kto był szczodry, takiego chwalił, żeby i drugich do hojności zachęcić. Taka objażdżka odbywała się dwa razy do roku: raz po Godnich świętach, »po kolędzie«, drugi raz po świętach Wielkanocnych, »po święconym«.

Wesela odbywały się także głównie w karczmach. Wprost od ślubu zajeżdżali wszyscy z całą paradą weselną do karczmy żydowskiej, bo w całej okolicy nie było nigdzie wtedy innego domu do zabaw. Na innych wsiach zajeżdżali do swoich karczem wsiowych, dzikowskie zaś wesela, ponieważ we wsi karczmy nie było, jak i dotąd nie ma, zajeżdżały do karczem w Tarnobrzegu, będących zresztą w bliskości, bo miasto ze wsią domami się styka. Z Dzikowa zajeżdżali najwięcej do Salomona Szrajbra, którego dom do dziś dnia jeszcze stoi, ale tak się już obniżył, że wnet okna dostaną do ziemi.

Kto miał sprawić wesele, to już zawczasu, na tydzień mniej więcej, zamawiał miejsce w karczmie. Zresztą karczmarze, mając z tego ładny zysk, sami przychodzili do gospodarza i ofiarowywali miejsce u siebie, wypytując się przytem, kto jest zaproszony i doradzając, żeby jeszcze tego lub owego zaprosić, o kim wiedzieli, że lubi się zabawić i można od niego dobrze utargować: »Przecie go nie można pominąć, to porządny gospodarz: on ma syna, córkę, on was znowu zaprosi, to trza z ludźmi żyć«.

Był też zwyczaj, że gdy wesele zajechało przed karczmę, starosta zarządzał, żeby nikt z wozów nie schodził, aż żyd wyszedł z flaszką i pobłogosławił najprzód państwo młodych, życząc im szczęścia, a potem dał wszystkim na dworze po kieliszku, wtedy dopiero weselnicy z wozów złazili, a grajkowie grali na dworze, aż wszyscy goście weszli do karczmy.


Wódką raczyli żydzi tylko chrześcijan, sami jej nie pili i jest to wielką rzadkością widzieć żyda pijanego.

Jeżeli jakiś wyszynk lub sklepik żydowski miał odbiorców tylko z kilku domów, to już się potrafił utrzymać, już mu to wystarczało, żeby mógł istnieć. Jeden szynkarz tarnobrzeski, który miał dziesięciu gospodarzy pijących u niego, mówił, że woli, żeby jemu wszystko się spaliło i przepadło niż tym gospodarzom, bo oni są jego żywicielami i trzymają go na nogach.

Żyli przytem bardzo oszczędnie i gdyby katolicy chcieli ich naśladować, to wszystkie majątki byłyby w ich rękach. Mówią, że biedniejsi żydzi nie jedzą z rana, aż coś zarobią, tj. coś sprzedadzą z zarobkiem.

Ci żydzi, którzy majątki od szlachty wykupywali, początkowo przeważnie biedni, żyli skromnie nawet i wtedy, gdy stali się już dziedzicami, i na przykład nigdy nie widziałem ani słyszałem, by który z nich wyprawiał bale, które we dworach szlacheckich były częste, nie trzymali też takiej drogiej administracji, która cały dochód zabiera, ale gospodarowali czasem może aż z przesadną oszczędnością.

Na przykład o Hauserze, który tak się dorobił, że kupił Kajmów i Machów, opowiadali, że trzymał jednego żydka, któremu w pieniądzach dawał podobno tylko 3 złr. na tydzień, a ten w jednej osobie był rządcą, ekonomem, karbownikiem, a nawet polowym, i każdy, kto miał jakiś interes do dworu, musiał do tego żydka się udawać, bo sam Hauser dojeżdżał tam tylko na kontrolę z Tarnobrzega.

Opowiadali dalej, że żona tego ekonoma chcąc się swemu dziedzicowi przypochlebić, zładowała mu przez parę razy barszcz, który mu tak posmakował, że po powrocie do Tarnobrzega nie czuł się głodnym i nie jadł tego, co mu własna żona podała. Ta dopytywała się męża, dlaczego nie chce jeść, a gdy się dowiedziała, że w Machowie jada barszczyk z »jajkiem i ze śmietankiem«, oburzyła się strasznie, że żona ekonoma lepszy barszcz sobie gotuje i lepiej żyje niż ona dziedziczka i ekonoma tego, wraz z żoną i dziećmi, ze dworu wygnała. Jest w tym nauka, jak się żydzi oszczędnością rządzą, że tylko tu wydają grosz, gdzie tego niezbędna potrzeba wymaga.


Jak tylko zapamiętałem, katolicy zawsze na żydów narzekali i narzekają, a przytem nieraz wyśmiewali się i wyśmiewają z ich różnych wad, żartując i robiąc im nawet różne figle, ale cóż z tego wszystkiego: żyd był i jest na wszystko cierpliwy, a katolicy szli i idą zawsze do żydów i dają się im wyzyskiwać na różne sposoby, i ci się bogacą, choć ciężko nie pracują.

Żyd dotąd ulega katolikowi i pozwala naśmiewać się z siebie i płatać sobie najnieprzyjemniejsze figle, dopóki widzi u katolika pieniądze w kieszeni i majątek, ale jak już wszystko wyssie i wyzyska, to się lepiej z katolika wyśmieje i za drzwi go wyrzuci.

Na to można by przytoczyć niejeden przykład. Był w Dzikowie gospodarz jeden dosyć zamożny, który lubiał drwić z żydów, ale zachodził zawsze do żydowskich szynków i żydzi korzystali z niego przy każdej sposobności. Raz uderzył szynkarza w twarz za to, że nie chciał dać mu piwa, żądając naprzód zapłaty. Żyd się z tego rozchorował, wniósł skargę do sądu, ale potem skargę cofnął, gdy chłop obiecał przepić za to w szynku 5 złr.

I przepił tyle zaraz w towarzystwie z drugimi, a gdy chciał dalej pić i szynkarz żądał znowu zapłaty z góry, palnął go znowu w twarz i powiada: »Przedtem zwaliłem cię w jedną stronę, a dziś w drugą, bobyś głowę krzywo nosił, a tak to ci się naprostuje«. Zrobił się straszny gwałt i krzyk, ale na tym się skończyło, bo żyd znowu się przeprosił, gdy chłop dalej do niego na pijatykę zachodził.

I dopóki się chłop lepiej miał, żyd przyjmował go w szynku, usługiwał mu i znosił wszelkie przezwiska, jakie chłopu ślina do gęby przyniosła i dopiero jak majątek od niego wyzyskał, wyrzucał go za drzwi. Skończyło się na tym, że ten zamożny gospodarz umarł w wielkiej biedzie i poniewierce, a żyd ma obecnie jedną z największych kamienic w Tarnobrzegu i dobrze mu się powodzi.


Handel prowadzili żydzi najczęściej w sposób oszukańczy, nierzetelnie. Kupujący zawsze musiał się obawiać, że żyd mu nie doważy, nie domierzy, że da gorszy towar, za drogo policzy, oszuka przy wydawaniu reszty itp. Z łatwością dawali towar na kredyt i przyuczali niejednego do borgów [kredytów]. Żyd zachęcając do kupna, z góry zaznaczał, że da towar bez pieniędzy, że się o pieniądze nie pyta, skoro jednak należności na czas nie otrzymał, wnosił bezwzględnie skargę do sądu i ściągał sobie dług z kosztami, a jeżeli liczył na krótką pamięć odbiorcy, to mu do długu coś przypisał i większej kwoty domagał się.

W handlu zawsze też prawie chodziło żydom głównie o to, ażeby wziąć pieniądze bez względu na to, czy towar dobry, nie zepsuty, czy wyjdzie kupującemu na pożytek.

Za mojej pamięci zaszło w Tarnobrzegu parę głośniejszych wypadków, które świadczyły, jaka to bywała obsługa żydowska w handlu. Jeden szczególnie narobił dużo wrzawy.

Raz stróż miejski, pełniący wartę nocną w zimie, zajrzał do piekarni żydowskiej przez okno niedostatecznie zasłonięte. Widział wtedy, jak żyd, piekarz, rozebrał się i mył się szczotką w ciepłej wodzie, a następnie czeladnik wodę tę wlał do dzieży do ciasta. I z takiego to ciasta jedli potem chleb kupujący. Stróż doniósł o tym do sądu, sprawa toczyła się w Rzeszowie. Pokazało się, że żyd, który się mył w tej ciepłej wodzie, miał parchy. Został on wtedy zasądzony, a piekarnia jego zamknięta.


Oświata u żydów była początkowo bardzo niska, byli na ogół głupsi od katolików.

W mieście wielu było takich, co polskiego języka nie znali i nie można się było z nimi zmówić, albo inni byli tacy, co język polski łamali i kaleczyli gorzej, niż to jest obecnie, i narażali się z tego powodu na śmiechy i drwiny.

Dzieci żydowskie uczyły się tylko na Talmudzie, a nauka ta odbywała się po domach grupami i była prowadzona przez żydków, którzy już sami coś umieli. Starali się o to, ażeby każde dziecko przykazania Mojżeszowe znało.

Do oświaty polskiej byli bardzo niechętni i gdy nastawały szkoły i przymus szkolny, zachowywali się względem szkoły z większym oporem niż najciemniejsi chłopi i woleli płacić kary, niż posyłać dzieci swoje do szkoły. Bo mówili, że dzieci ich muszą się uczyć przykazań Mojżeszowych, a jak się będą uczyć po polsku, to tamtego się nie nauczą. Mówili też, że co im potrzebne, to umią, bo jak potrafią porachować, to wystarczy.

W tarnobrzeskiej szkole były ciągle nakładane kary na zaniedbujących posyłanie dzieci na naukę i z kar tych pokrywały się wydatki na urządzenia szkolne. Kary te żydzi płacili, a dzieci do szkoły nie posyłali.

Dopiero potem zrozumieli korzyści z oświaty i dzisiaj już zapełniają szkoły powszechne w Tarnobrzegu i cisną się do szkół średnich i wyższych, a następnie zajmują zyskowne stanowiska.

W pierwszych latach po ustaniu pańszczyzny [czyli po 1848 roku], gdy lud był ciemny, bez oświaty, żyd tak niejednego potrafił przyciągnąć do siebie i ugłaskać swoim sprytem, pożyczką, borgiem, wódką, że na razie zdawało się chłopu, że to jest jego najlepszy przyjaciel, ale nim się mógł przerachować, to już jego gospodarstwo za rok, dwa poszło na licytację i stało się własnością żyda.

Jednak to dla żydów było za mało, bo jak mówi przysłowie: »Dziad dziada panem nie zrobi«. Dopiero panowie, dziedzice wielkich obszarów dworskich, dali żydom szerokie pole do zdobycia pieniędzy i wielkich majątków. Panowie wprowadzali żydów do każdej wioski, obsadzali po karczmach, dali im do rąk propinację [prawo do produkcji i sprzedaży alkoholu], a ci mając sposobność zalewać ciemnemu ludowi mózgi, rozpoczęli gospodarkę rabunkową i stopniowo wciskali się do dworów na faktorów, dostawców, kupców lasów, bydła, łąk, gruntów itd., a w niedługim czasie cały dwór dostawał się żydom.

Toteż gdyby żydzi chcieli na gruncie siedzieć i pracować, to dziś wszystka ziemia w Galicji do nich należałaby, byliby zupełnymi panami kraju, a chłopi, jak szlachta, byliby u nich w służbie i pracowaliby za parobków. Zaraz po pańszczyźnie byłaby nastała gorsza jeszcze dla całej ludności chrześcijańskiej żydowszczyzna. W Dzikowie na przykład nie ma tego kawałka chłopskiego gruntu, żeby nie był w rękach żydowskich, żeby nie był drogo wykupiony, a w innych wsiach było zupełnie to samo.

Ale żydzi nie chcieli trudnić się gospodarstwem i ciężko pracować i woleli wielkie zyski, jakie im dawał handel gruntami przepłacanymi przez chłopów. Osiadali na stałe tylko w miastach i miasteczkach, wykupując realności od mieszczan polskich, więc w paru dziesiątkach lat ludność miastowa zupełnie się zmieniła — jak po wielkiej wojnie [pierwszej wojnie światowej].


Za mojej pamięci przyszli da największych majątków w Tarnobrzegu: Lejzor Wahl, Dawid Engelberg i Mosiek Hauser. Lejzor Wahl, jak zapamiętałem, był z początku biednym, miał skromny szynk z wódką w tym miejscu, gdzie obecnie dom Chruściela. Chodził wtedy po Dzikowie i wybierał za wódkę jaja, drób, zboże itp., a z Podłęża ćwierciami nieraz dźwigał zboże na plecach. Tym, co chcieli pić, a nie mieli pieniędzy, odpowiadał, że on się o pieniądze nie pyta i daje na kredyt. Oddacie mi — mówił — jak będziecie mieli, albo oddacie zbożem z nowego«. I zapijało się u niego wielu takich, co nie byli nałogowymi pijakami; ale mieli głównie tę wadę, że lubili towarzystwo, zabawę, a przytem nie cenili czasu i zaniedbywali gospodarkę. Wahl miał znajomości po wszystkich wsiach okolicznych, o każdym gospodarzu wiedział na co go stać, jaki będzie miał zbiór i na konto tego dawał mu pić. Brał za to z nowego zboża ćwierciami i korcami; z dalszych wsi przywozili mu je na furach.

Nosili mu też zboże ukradkiem, w nocy, a on zawsze szynkował, jeżeli tylko był interes. Opowiadał mi jeden gospodarz z Dzikowa, który lubiał sobie głowę wódką zaprószyć, że jeżeli chciał Lejzora w nocy wyciągnąć z łóżka, to pukał do drzwi i mówił z przyciskiem, jakby coś dźwigał: »Otwórz; bo mi ciężko!« Lejzor wtedy uchylił drzwi, a on się wsuwał do szynku i pił, choć czasem nic nie przynosił. I tym się chwalił, że żyda oszukał, ale sam na tym tak wyszedł, że stracił cały majątek, złożony z sześciu morgów dobrego gruntu, i był w końcu tylko wyrobnikiem, nędzne życie prowadził.

Ze zboża w ten sposób zebranego miał Lejzor cały magazyn. Mieściło się ono w stancjach przy szynku i na strychu, bo pijak nie tylko zboże przyniósł, ale i na strych wydźwigał, gdy mu szynkarz kazał. Na wiosnę zaś, na przednówku, który u pijaków był corocznie, kupowali je u niego ci sami, którzy mu je znosili, a że pieniędzy nie mieli, więc najczęściej oddawali dopiero z nowego, za korzec, dwa itp. A ponieważ Lejzor dawał też chętnie pożyczki pieniężne i wódkę na kredyt, więc mówili o nim, że to żyd wygodny i dobry«.

Z chłopów przyszedł w ten sposób do znacznego majątku, a gdy następnie wziął się do dzierżawienia propinacji u hrabiego i do handlu drzewem, kupując lasy dworskie na morgi i wyprawiając budulec Wisłą do Gdańska, dorobił się takiego majątku, że liczną swoją rodzinę, synów i córki, wyposażył grubymi wianami, po kilkadziesiąt tysięcy reńskich, i potem jeszcze wspierał w interesach, gdy które stało licho, a gdy umarł, zostało po nim jeszcze 300000złr. po większej części na długach u chłopów i panów, które potem wdowa po nim ściągała, nie przepuszczając nikomu, i rozdzielała dalej między dzieci i wnuki.

Dawid Engelberg miał sklep korzenny i lepsze trunki, a przytem także zwyczajny szynk dla chłopów. Trzymał też pocztę prywatną, jeszcze wtedy, gdy posłaniec chodził z Tarnobrzega do Rzeszowa, a potem do Majdanu. Mosiek Hauser zaś miał pierwszy handel żelazny w Tarnobrzegu i handlował głównie z dworami. Następnie do spółki z Wahlem i Engelbergiem dzierżawił propinację i prowadził handel drzewem. Tak Engelberg, jak Hauser zgromadzili nie mniejsze majątki niż Wahl. Hauser kupił dwie wsie nadwiślańskie: Kajmów i Machów. Dzieci i wnuki swoje hojnie wywianowali.

Ci bogacze stanowili też za życia kasę dla żydów uboższych, bo innych kas podówczas nie było. Pożyczali biedniejszym żydkom na różne interesa i handle, ale na tym nie wychodzili już tak dobrze, bo ci ich najczęściej zarywali.

Wszyscy trzej a szczególnie Engelberg mieli opinię żydów porządnych; dbali o powagę, w interesach nie zarywali i dłużników nie wodzili po sądach. Zbogacili się — można powiedzieć — dlatego, że byli zapobiegliwi, a ludzie byli głupi, kwitło pijaństwo i nie było handlów chrześcijańskich.

O ile mi wiadomo, to te wielkie majątki po nich rozpłynęły się. Dzieci i wnuki prowadziły dalej interesa i handle, jak oni, ale kiepsko, i traciły na tym. O ile są w Tarnobrzegu i znam ich, to są nie bogaci, ale owszem niezamożni, zrównali się z chudobniejszymi i w znacznej części wymarli. Jeden tylko Lam, zięć Hausera, posiadał gruby majątek, a to dzięki temu, że dzierżawił propinację i rafinerię u hrabiego.

W ogóle teraz [w latach 20. XX w.] trudniej żydom tak się bogacić. Mogą się w handlu mieć lepiej i żyć lepiej niż np. chłop na roli lub niższy urzędnik, ale w tak krótkim czasie tak ogromnych majątków nie zbierają, a zaczęło się to od tego czasu, gdy szkoły nastały i ludzie zmądrzeli, gdy zaczęło upadać pijaństwo i ludzie mniej się bawili i gdy zaczęły powstawać kółka rolnicze i sklepy chrześcijańskie.

Obecnie do najbogatszych, prócz Lama, należą jeszcze Salomon Korn, który początkowo miał tylko sklepik i był niebogatym, dopiero, gdy się wziął do handlu ziemią, do kupna gruntów chłopskich i parcelacji folwarków i dworów, doszedł do wielkiego majątku. Mniej bogatym od niego jest Beniamin Federbusch, którego ojciec robił sukmany chłopom i który początkowo był zwyczajnym żydkiem, z którym nikt się nie liczył, ale gdy zaczął handlować gruntami, kupować, sprzedawać, wymieniać, przyczem bywał na śledztwie sądowym, doszedł do takiego majątku, że go stać było na dziesiątki tysięcy koron i ma kamienicę w rynku.”

Dr Radosław Sikora

Tematy pokrewne:

„O przyczynach nienawiści ludu ruskiego do Żydów”

„Polski inteligent o Żydach”

„Brudny jak polski Żyd – czyli niemiecki Żyd o polskich”

„Czy Polska powinna domagać się odszkodowań od Izraela?”

„Kolaboracja Żydów ze Szwedami w Krakowie”

„Żydzi w okresie szwedzkiego „potopu” – zdrajcy, szpiedzy i wierni poddani”

„Terytorium Polski pod względem wojskowym – żydzi”

„Postęp czy regres, czyli czego możemy zazdrościć pańszczyźnianym chłopom”

„Sieroty po Rzeczpospolitej”

„Dlaczego lewica powinna uwielbiać polską szlachtę, choć jej nienawidzi”

„Polski chłop o dziedzicu”

„Za jednego bitego dam siedmiu niebitych, czyli o roli chłosty w armii rosyjskiej XVIII i XIX w.”

„Najomszczyki”

„Dobre umieranie”

https://kresy.pl/kresopedia/oczami-polskiego-zyda/

Posted in Historia | Leave a Comment »

ŻYDZI WOBEC POWSTANIA STYCZNIOWEGO NA PODLASIU. Z PAMIĘTNIKA POLSKIEGO SZLACHCICA.

Posted by tadeo w dniu 8 marca 2020

„Żydzi widząc, że powstanie zamiast rozwijać się i potęgować, upada, chwycili się procederu szpiegostwa w nadziei robienia dobrych interesow.”

Postawa ludności żydowskiej wobec Powstania Styczniowego jest niezmiernie ciekawa, ale niestety mało znana. Pamiętnik Juliana Borzyma (Julian Borzym, Pamiętnik podlaskiego szlachcica, Łomża 2018) oświetla to zagadnienie. W tym czasie gospodarzył on w majątku ojca we wsi Wierzbowizna, około 55 km na południowy zachód od Białegostoku. Ojciec przed laty brał udział w Powstaniu Listopadowym, więc tradycje powstańcze nie były Borzymom obce. W 1863 r. do walki stanął jeden z braci (młodszy, mający wówczas 21 lat, Antoni), a drugi (starszy, dwudziestotrzyletni Julian) zajął się ojcem i gospodarką. Najstarszy, Edward, zmarł bowiem już w 1862 r. Z pamiętników Juliana wyłania się obraz początkowego zaufania do Żydów, które wkrótce przerodziło się w wielkie rozczarowanie.

 

Zanim wybuchło Powstanie Styczniowe, dochodziło do wielkich manifestacji na tle religijnym. Wówczas to księża wygłaszali patriotyczne kazania i co ciekawe [ortografia i pisownia oryginalna]:

„Do kościołów, szczególniej na kazania, bardzo licznie przychodzili i Żydzi, którzy okazywali wielki patryjotyzm i łączyli się z narodem. Kaznodzieja spostrzegłszy ich między słuchaczami, zręcznie wtrącał fakta ze Starego testamęntu, ubarwiając dosadnie improwizowanemi przez siebie porównaniami, chwaląc łączenie się ich w celu wywalczenia swobody.” (s.109)

22 stycznia 1863 roku wybuchło Powstanie. I tak:

„Lud od razu wezbrał nie do opisania. Zbrojono się w co kto mógł i miał, wywlekano dubeltówki, pojedynki, pistolety, stare pałasze i obsadzano kosy, bezbronni liczyli na uzbrojenie się po rozbrojeniu moskali. Sprowadzonej broni nie było.” (s. 122)

 

Wówczas to Żydzi stanęli po stronie Polaków:

„Żydzi z całym zapałem szyli umundurowanie, buty i czapki dostawiali do kawaleryi i.t.p. Posługiwano się nimi z całym zaufaniem.” (s. 123)

Niedługo trwał ów „romans” Żydów z polskością. Już w marcu-kwietniu tego samego roku:

„Moskale ośmieleni słabszym działaniem [powstańców], a odkrywszy manewr rozwięzywania partyi [oddziałów wojsk powstańczych], zaczęli działać odważniej i energiczniej. Wzięli głównie za zadanie nie dopuszczać ponownego zebrania się partyi i w tym celu zaczeli wyławiać maruderów i w ogule młodych ludzi bez określonego zajęcia. Dopomagali im w tym Żydzi. Żydzi widząc, że powstanie zamiast rozwijać się i potęgować, upada, chwycili się procederu szpiegostwa w nadziei robienia dobrych interesow. Wojsko ruskie [czyli rosyjskie] zostało podzielone na małe oddziały, czyli jak oni nazywali otrady. Każdy taki oddział został oddany pod dowództwo wyszukanego oficera o iście zwierzęcych instynktach, prócz tego przy każdym oddziale, był jeden lub dwóch Żydów spiegów, którzy informowali dowódcę, najczęściej improwizując i komponując oskarżenia, a że Żydzi pod czas manifestacyi [religijnych, które miały miejsce przed wybuchem Powstania] okazywali wielki patryjotyzm, więc w zaufaniu niestrzezono się ich, ale owszem byli dopuszczeni do wspułudziału w ruchu całego narodu. Kiedy odwrócili chorągiewkę, więc skorzystali z posiadanych wiadomości. Naprowadzali otrady i wskazywali winnych, którzy byle czem wspierali powstanie, a kiedy zabrakło im takich wiadomości, komponowali obwinienia na zamożniejszych mieszkańców, uprzedzając pierwej przez swych agientów i żądając okupu, brali pieniądze, zboże i różne fanty. Napadali nawet nieznanych sobie. Wyglądało to jak by żyd był dowódcą oddziału nie oficer. Taki oficer najczęściej pijany, jak zwierz wściekły wpadał do wsi i kazał batożyć bez miłosierdzia: gospodarza, jego żonę, synów, lub córki i służbę, niby do przyznania <gdie miateżniki skaży> [mów, gdzie buntownicy]” (s. 131)

 

O mały włos i sam autor pamiętnika nie podzieliłby tego losu, gdyby na wieść o nadchodzącym wojsku, nie uciekł przez pola do innej wsi. Do jego zaś wsi (Wierzbowizny) przybył oddział rosyjski z towarzyszącym im Żydem:

„Jakosz po mym zniknięciu, moskale zajęli gumno. Oficer ze spiegiem na pierwszy ząb trafił na roztropnego parobka Piszczatowskiego, którego zapytał <Gdie wasz pomieszczyk> [gdzie wasz dziedzic]. Piszczatowski odpowiedział <pan tylko co tu był u nas i wyszedł za stodołę>. Na to spieg żyd krawiec znajomy [zawołał]. <Aj waj wielmożny naczelniku, on łże, trzeba jemu dać nahajkiem, to on prawde powie>. <Albo co>, Piszczatowski odparł, <co ci nasz pan winien, on do niczego [do żadnych działań powstańczych] nie należy, siedzi doma i pilnuje gospodarstwa>. Żyd, <aj waj, on wszystko łże, jego pan, to największy miaternik [buntownik], on w partyi nie buł, ale to Komitet [członek Komitetu, czyli władz powstańczych] do niego tylko Komitety przyjeżdżali po radę i dyspozycyję. Temu chłopu trzeba dać nahajką on wszystko powie>. Piszczatowski na to [do rosyjskiego dowódcy] <Wielmożny naczelniku ja prawdę mówię, niech Wielmożny naczelnik się tu wszystkich spyta, a ten żyd że tak bresze [brednie gada, łże, szkaluje] na naszego pana, bo ma złość [na niego], pare tygodni szył naszemu panu kamizelkę i ukradł srebrną łyżeczkę, pan go wyprał po mordzie i łyżeczką odebrał, za to on się teraz mści i trudzi wielmożnego naczelnika i wojsko>. Żyd zaczoł się kręcić, drzeć za głowę, ręce łamać i wołać <Aj gwałt z nahajkiem jemu, z nahajkiem>.

[Na co dowódca oddziału]

<- I ty niedowiarku rozkazujesz Wielmożnemu naczelnikowi, niby to Wiel. Naczelnik twój podwładny, tobi zbić mordy za fałszywy donos, ale szkoda ręki Wiel. naczelnika na tego złodzieja!>” (s. 133)

 

Tym razem skończyło się szczęśliwie, gdyż w tym momencie wpadł żołnierz z listem do oficera. Po jego przeczytaniu rosyjski dowódca nakazał opuścić Wierzbowiznę i ruszyć do Krasowa.

Innym razem szczęście dopisało ojcu i siostrze autora wspomnień, którą Żyd przed oficerem rosyjskim fałszywie oskarżył, że jest kochanką jednego z wyższych dowódców Powstania. O mało nie doszło do jej obicia rózgami, ale nowy rozkaz i tym razem odwołał cały oddział do Krasowa.

Po jakimś czasie rosyjscy oficerowie zaczęli się orientować, że Żydzi oskarżają nie tylko prawdziwych powstańców, czy osoby z nimi związane. Wówczas:

„Spiegi żydzi już nie mieli takiego głosu i [nie tak jak poprzednio dawano im] wiary. Poznano się na nich, że dla własnej korzyści obwiniając, przysparzają tylko niepotrzebnej roboty i pisaniny komissyjom, więc po części przestano ich słuchać.” (s. 139)

 

Gdy Powstanie wygasało, część powstańców zaczęła się ukrywać. Robili to często wśród drobnej szlachty podlaskiej, „która nie zmieniła usposobienia” (s. 178). Gdzieniegdzie operował oddział powstańców, który poskramiał masy przed powszechną kolaboracją z Rosjanami. Jak pisał Borzym:

„W naszej okolicy Górski ze swoją kawaleryją trzymał się jeszcze. Za Bugiem Ks. Brzóska był najgłośniejszy. Od czasu do czasu, dało się słyszeć, że takiego to żyda, śpiega, albo mieszkańca zdrajcę powieszono, co nabawiało strachu innych.” (s. 191)

A że i sami Rosjanie przestali bezkrytycznie ufać Żydom, skala donosicielstwa spadła:

„Komisyje wojenne przekonawszy się że wielu na donosy żydowskie było wziętych zupełnie niewinnie, poleciły naczelnikom otradów niezawsze słuchać żydów, ale dopiero po przeprowadzeniu ślestwa, winnego areśtować, albo areśtować tylko na rozkaz Naczelnika komisyi, wskazane indywiduum, które okazało się winne ze ślestwa innych osób lub jest potrzebne do zeznania. A co najbardziej wstrzymywało denuncjacyję, to to, że jeżeli szpieg fałszywy zrobił donos, był areśtowany, albo obity porządnie po mordzie.” (s. 191-192)

 

Dzięki temu, kolejna próba oskarżenia autora pamiętnika, skończyła się fatalnie dla donosiciela:

„Zaledwie Baniewicz [dowódca oddziału rosyjskiego kwaterującego w Krasowie] rozkwaterował się, zjawił się u niego żyd śpieg z denuncjacyją na mnie, ofiarując swe usługi.

Baniewicz słuchał cierpliwie żyda, który opowiadał o mnie straszne rzeczy, że ja jestem jednym z Komitetu warszawskiego, że jestem wielki mieteżnik, że za mnie Baniewicz dostanie medal, a jemu Wielki Jenerał podziękuje i.t.d.

Baniewicz spytał żyda spokojnie, jak daleko mieszkam. Żyd zapewniał, że Wierzbowizna od Krassowa nie dalej jak 2 wiorsty [ok. 2 km], że jeszcze dziś można by mnie wziąść. Wówczas podszedł do żyda, wziął go za brodę, szarpnoł i znaczną część wyrwawszy, zaczoł okropnie żyda bić, mówiąc: <wot tiebie Borzym sukin syn, skaży im nagrada>. Zbił żyda, skopał nogami i wyrzucił za drzwi, na ziemię obalając. Żyd wyjechał jak na sankach na dwór z sieni po progu i kamieniach pod progiem, tłukąc głową. W tym nadszedł feldfebel z raportem do rotnego [Baniewicza], a zobaczywszy żyda wyjeżdżającego z rozrzuconemi nogami pod progiem zapytał:

– Czto ty jewrej?

– Aj waj naczelnik mnie zbił panie żołnierz, zabił na śmierć.

Feldfebel dowiedziawszy się od żyda, że to Rotny tak go uczęstował, więc kopnoł butem w łep wołając, <ty chrystopodawiec uchodi, a to ubiju w smiert, maszennik>.

Zdarzenie to, tak wielki miało wpływa na korzyść moją, że mogłem śmiało uważa się za nietykalnego i spokojnego ze strony śpiegów.” (s. 192-193)

 

Nie miał tyle szczęścia brat autora, Antoni. Ale to już zupełnie inna historia i nie wiąże się bezpośrednio z tematem tego artykułu. Kończąc, warto wspomnieć i o tych Żydach, którzy z bronią w ręku stanęli po stronie powstańców. Nie było ich jednak wielu. W trakcie Powstania Styczniowego przez szeregi wojska polskiego przeszło ok. 150 tys. ludzi, z czego zidentyfikowano zaledwie 174 Żydów (co stanowi 0,116% ze 150 tys.). W tym czasie populacja Królestwa Polskiego  wynosiła ok. 5 mln ludzi, z czego Żydzi w Królestwie stanowili około 13% ludności. Więc choć co ósmy mieszkaniec Królestwa był Żydem, to w powstańczym wojsku jeden Żyd przypadał na około 860 żołnierzy.

Dr Radosław Sikora

 

Tematy pokrewne:

„Kolaboracja Żydów ze Szwedami w Krakowie”

„Żydzi w okresie szwedzkiego potopu – zdrajcy, szpiedzy i wierni poddani”

„Czy Polska powinna domagać się odszkodowań od Izraela?”

„O przyczynach nienawiści ludu ruskiego do Żydów w XVII – XVIII w.”

„Oczami polskiego Żyda”

„Dola i niedola żydowskiego dzierżawcy”

„Brudny jak polski Żyd – czyli niemiecki Żyd o polskich”

„Polski chłop o Żydach”

„Polski inteligent o Żydach”

„Terytorium Polski pod względem wojskowym – żydzi”

https://kresy.pl/kresopedia/zydzi-wobec-powstania-styczniowego-na-podlasiu-z-pamietnika-polskiego-szlachcica/?utm_source=notification&utm_medium=browser&fbclid=IwAR3DU-A4wnw1dVzRUbGLGNcjP6PFFoDcXyrfEzXnOo-9bFd2YQ8jorDXJwo

Posted in Historia | Leave a Comment »

Wschód : Mosty na kresy

Posted by tadeo w dniu 28 stycznia 2020

Posted in Filmy dokumentalne, Historia | Leave a Comment »

„Kresy” – film dokumentalny

Posted by tadeo w dniu 27 stycznia 2020

„Kresy” są drugim fabularyzowanym filmem dokumentalnym, który wyprodukowała „Gazeta Lubuska”. Rok temu odbyła się premiera dokumentu „Wydarzenia Zielonogórskie 1960. Bitwa o Dom Katolicki”.

Film ten jest pięknym dopełnieniem cyklu kresowych artykułów, które od lat ukazują się na łamach „Gazety Lubuskiej”. Obraz jest naprawdę dziełem naszych Czytelników. To oni występują w tym dokumencie, ale przede wszystkim to ich opowieści złożyły się na jego scenariusz. „KRESY” to film, który upamiętnia tragedię ludzi oddzielonych od korzeni, upokorzonych i zmuszonych do opuszczenia swoich domów. Ten film jest hołdem dla nich i ich bliskich, którzy stracili życie w tym strasznym czasie i na zawsze pozostali na Kresach Wschodnich. Autorami scenariusza są Dariusz Chajewski i Witold Głowacki, reżyserem Rafał Bryll.

 

Przeczytaj także:

Kresy. Ostatni świadkowie.

Posted in Filmy dokumentalne, Historia, Polskie Kresy | Leave a Comment »

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: MAGDALENA DZIERŻAK

Posted by tadeo w dniu 26 stycznia 2020

 

W rubryce «Ocaleni od zapomnienia» niejednokrotnie opisywaliśmy sytuację, w której znaleźli się miejscowi Polacy po ustanowieniu władzy radzieckiej na Wołyniu w 1939 r. Bardzo trudne położenie mieli wówczas «służący kultów religijnych», jak nazywali ich przedstawiciele nowej władzy, w tym zakonnicy. Większość mnichów z katolickich klasztorów na Wołyniu pochodziła z centralnych regionów Polski oraz z Galicji. Poprzez swoją działalność wzmacniali Kościół katolicki na Kresach Wschodnich, co było jednym z ważnych kierunków polityki polskiego rządu w tym regionie. Po przyjściu ateistycznych władz radzieckich ich obecność w zachodnich obwodach USRR była niepożądana, ponieważ traktowano ją jako agitację antyradziecką.

Władze radzieckie niszczyły nie tylko katolickie klasztory i kościoły. Kirchy i synagogi zamieniały na gospodarcze i administracyjne budynki wpisując je w ewidencjach jako porzucone. Do takich zaliczono też Klasztor Sióstr Dominikanek w Annowoli w powiecie kostopolskim. Z powodu braku środków na funkcjonowanie klasztoru zakonnice próbowały powrócić do swoich rodzin, niejednokrotnie nielegalnie przekraczając granicę radziecko-niemiecką. Nie mogły uczynić tego legalnie, gdyż władze radzieckie nie dawały na to pozwolenia.

Zakonnica Magdalena Dzierżak, która próbowała wrócić do rodziny mieszkającej na terenie okupowanym przez Niemcy, została aresztowana właśnie podczas nielegalnego przekroczenia granicy.

Magdalena Dzierżak urodziła się w 1899 r. we wsi Chmielnik (obecnie województwo podkarpackie) w rodzinie miejscowych chłopów. Jej ojciec Wojciech posiadał 5 ha ziemi. Zmarł w 1927 r. Matka Magdaleny zmarła w 1930 r. W aktach archiwalnych nie zachowały się o niej inne informacje. Bracia Paweł (ur. w 1890 r.) i Stefan (ur. w 1897 r.) mieszkali w Chmielniku.

W 1914 r. Magdalena ukończyła siedem klas szkoły powszechnej. W 1916 r. zapisała się na kurs krawiecki. Już po dwóch miesiącach samodzielnie zaczęła pracować w swoim zawodzie. W 1921 r., jak wynika z akt śledztwa, postanowiła poświęcić się służbie Bogu i przybyła do Klasztoru Dominikanek w Wielowsi w powiecie tarnobrzeskim (Wielowieś to obecnie osiedle w Tarnobrzegu w województwie podkarpackim), gdzie przebywała do 1939 r. Według innych danych do 1929 r. Magdalena przebywała w klasztorze w Mielżynie (obecnie województwo wielkopolskie).

W czerwcu 1939 r. skierowano ją do Klasztoru Sióstr Dominikanek w Annowoli w powiecie kostopolskim na Wołyniu. Tu zastała ją II wojna światowa i sowiecka aneksja wschodnich województw RP.

Na początku lutego 1940 r. władze radzieckie postanowiły urządzić w budynku klasztornym w Annowoli radę wiejską i szkołę. Pozostawszy bez dachu nad głową Magdalena postanowiła wrócić do swojej rodziny, która wówczas mieszkała na terenie Generalnego Gubernatorstwa.

Została aresztowana 25 czerwca 1940 r. Oskarżono ją o to, że próbując opuścić tereny ZSRR miała na celu przekazanie wywiadowi niemieckiemu ważnych informacji szpiegowskich. Zarzuty były absurdalne: Magdalenę Dzierżak oskarżano o to, że jadąc na Wołyń w czerwcu 1939 r. jakoby nielegalnie przekroczyła granicę między Niemcami a ZSRR. Według śledczych pracowała dla wywiadu niemieckiego. Zakonnica nie przyznała się do winy i próbowała wyjaśnić funkcjonariuszom NKWD, że w czerwcu 1939 r. nie przekraczała żadnej granicy, ponieważ powiat kostopolski, do którego przybyła, znajdował się na terenie należącym do II Rzeczypospolitej. Czyli poruszała się po terenie jednego państwa.

Dzierzak 1

Przypuszczamy, że o losie Magdaleny Dzierżak zadecydowało jednak przede wszystkim to, że była katolicką zakonnicą. Decyzją Kolegium Specjalnego NKWD ZSRR z dnia 27 września 1940 r. Magdalena Dzierżak została uznana za «element społecznie niebezpieczny» i skazana z art. 80 КК USRR (nielegalne przekroczenie granicy) na pięć lat obozów pracy licząc od 25 czerwca 1940 r. Według dokumentów przechowywanych w archiwum karę odbywała w obozie «Sybłag».

Dzierzak 2

Dzierzak 3

Szukając dodatkowych informacji o Magdalenie Dzierżak trafiliśmy na artykuł Wojciecha Grzelaka «Płomień pośród lodu» opublikowany na stronie «Kuriera Galicyjskiego». Według autora siostra Brygida, a właśnie takie imię zakonne wybrała Magdalena Dzierżak, trafiła na Sybir w czerwcu 1940 r. (przypominamy, że decyzja Kolegium Specjalnego NKWD ZSRR o skazaniu Magdaleny Dzierżak zapadła 27 września 1940 r.). Wojciech Grzelak informuje, że siostra Brygida przebywała na zesłaniu w syberyjskim mieście Ojrot Tura (obecnie Gornoałtajsk). Ze względu na słaby stan zdrowia pracowała w szwalni, a nie przy spławie drewna, jak inne wywiezione na Sybir zakonnice. W domu, w którym zamieszkała, zesłańcy gromadzili się na modlitwę. W 1946 r. władze podjęły decyzję o repatriacji polskich zesłańców z Ojrot Tura. W czerwcu tego roku ciężko chora Magdalena Dzierżak razem z innymi zesłańcami wyruszyła pociągiem z Bijska do Polski. Miesiąc później pociąg z repatriantami przybył do Rawy Ruskiej, gdzie w czasie zmiany wagonów siostra Brygida zmarła. Została pochowana w Zamościu.

Według postanowienia Prokuratury Obwodu Rówieńskiego z dnia 31 sierpnia 1989 r. Magdalena Dzierżak została zrehabilitowana.

Dzierzak 4

Tetiana SAMSONIUK

P. S.: Materiały rubryki «Ocaleni od zapomnienia» zostały opracowane przez Tetianę Samsoniuk na podstawie akt radzieckich organów ścigania, przechowywanych w Państwowym Archiwum Obwodu Rówieńskiego, w zbiorach Zarządu KGB Ukraińskiej SRR w Obwodzie Rówieńskim (1919–1957) oraz w Archiwum Zarządu Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Będziemy wdzięczni, jeżeli odezwą się Czytelnicy, krewni lub bliscy bohaterów naszej rubryki, którzy posiadają o nich dodatkowe informacje.

CZYTAJ TAKŻE:

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: STANISŁAW OSTROWSKI

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: JAN KRÓL

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: ALFRED AUSOBSKI

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: FELIKS SĘCZKOWSKI

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: JULIAN KRÓL

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: MICHAŁ MICKIEWICZ

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: STANISŁAW CAŁA

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: JAN JUCZEWSKI

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: JEWLAMPIJ HRYHORJEW

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: WALERIAN ŚLIWIŃSKI

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: NINA OSSOWSKA

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: OLIMPIUSZ MAZUR

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: MECHEL GLASS

http://www.monitor-press.com/pl/2-pol/artyku-y/8125-24919.html

Posted in Historia, Polskie Kresy, Wspomnienia, Świadectwa | Leave a Comment »

Reportaż. Zbrodnia UPA w Mucznem

Posted by tadeo w dniu 25 stycznia 2020

15 sierpnia 1944 roku w Mucznem, w Bieszczadach, na terenie leśniczówki Brenzberg bandy UPA okrutnie wymordowały 74 Polaków. Byli to mieszkańcy okolicznych wiosek m.in.: leśnicy, księża oraz dzieci, którzy ukrywali się przed ukraińskimi nacjonalistami. Polacy umierali w męczarniach, nigdy nie zostali pochowani, a ich ciała wchłonął las.

 

Posted in Filmy dokumentalne, Historia, Reportaż | Leave a Comment »

Największa banderowska zbrodnia w Bieszczadach

Posted by tadeo w dniu 25 stycznia 2020

 MAŁO KTO O TYM SŁYSZAŁ, MY MUSIMY O TYM PAMIĘTAĆ!

fot: Roman Szuchewycz / źródło: WIkipedia Commons fot: Roman Szuchewycz / źródło: WIkipedia Commons

 

O tej zbrodni nie ma wzmianki nawet w monografii Szczepana Siekierki, Henryka Komańskiego i Krzysztofa Bulzackiego „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie lwowskim 1939–1947” wydanej we Wrocławiu w 2006 roku.

 

Pierwszy napisał o niej znany dziennikarz rzeszowski Andrzej Potocki, autor kilkunastu książek i reportaży telewizyjnych emitowanych przez TVP Rzeszów. Jak do tego doszło, wyjaśnił mi dopiero list nadesłany do mnie mailem 23 października 2010 roku przez leśnika, pana Antoniego Derwicha. Pan Derwich pisał m.in.:

Jestem Polakiem (co w dzisiejszych czasach trzeba jasno powiedzieć), a także leśnikiem, ratownikiem górskim i przewodnikiem beskidzkim. Ponieważ ostatnie 26 lat przeżyłem w Dolinie Górnego Sanu – ta ziemia stała się dla mnie małą ojczyzną. Tutaj napotykałem różnych ludzi, którzy na „bieszczadzianizmie” znali się jak każdy na medycynie i polityce… M.in. pana Alojzego Wiluszyńskiego i Szulima Brajera. Obaj pochodzą z Tarnawy (z Niżnej – p. Brajer, z Tarnawy Wyżnej – p. Alojzy). Są mniej więcej równolatkami (obecnie po ok. 86 lat). Losy ich potoczyły się zupełnie różnie z powodu ustalenia na rzeczce San granicy pomiędzy naszymi zaborcami w październiku 1939 r. Szulim żył pod okupacją sowiecką, Wiluszyński – pod niemiecką. Sowieci wprowadzili natychmiast porządek bolszewicki i strefę przygraniczną wysiedlili, niszcząc jednocześnie wszystkie zabudowania w strefie 600–800 m. Po ucieczkach z obozów, epizodzie jakiejś partyzantki, przeróżnych perypetiach p. Brajer osiadł w Izraelu. Był raz tutaj w Tarnawie, z trudem poznając teren i miejsce po rodzinnym domu… Pan Alojzy Wiluszyński po kilku próbach dotarł na Muczne w roku 1988 i następnie w 1989. Byliśmy na miejscu jego rodzinnego domu, na szczycie Jeleniowatego, na cmentarzu w Dźwiniaczu Górnym. Pan Alojzy złożył mi relację z tamtych wojennych czasów, a zwłaszcza z lata 1944 r. Prosił mnie wtedy, abym jeszcze tego nie upubliczniał, więc trochę zaskoczył mnie tekst p. A. Potockiego, któremu przekazywałem tę wiedzę na zasadzie przewodnickich ciekawostek. Każdy szanujący się przewodnik ma zbiór takich osobistych perełek i z lubością opowiada je klientom, ale ich nie publikuje. Od kilku miesięcy mam przyzwolenie p. Alojzego na upublicznienie wspomnień. W roku ubiegłym, z okazji 65. rocznicy Rzezi Wołyńskiej i tragicznych losów ludzi żyjących w 1944 r. nad górnym Sanem, postanowiłem uczcić pamięć o pomordowanych wówczas Polakach przez ustawienie krzyża i skromnej informacji na górze Jeleniowaty, gdzie 15 sierpnia 1944 (w dzień Wniebowzięcia Matki Boskiej) upowcy w sobie właściwy bestialski sposób wymordowali 74 bezbronne osoby – Polaków, tak tutejszych jak i uciekinierów przed frontem i Ukraińcami. Ze swoim zamiarem podzieliłem się z miejscowym nadleśniczym, p. Janem Mazurem i dzięki jego zaangażowaniu ustawiono na tym miejscu kilkutonowy kamień z tablicą pamiątkową, wyniosły dębowy krzyż, które z rocznym opóźnieniem (procedury) uroczyście poświęcono i odsłonięto (16 września 2010). Wcześniejsze przygotowanie uczczenia tego miejsca wstrzymywał brak innych dowodów, potwierdzających relację p. Wiluszyńskiego. Jednocześnie trwają przygotowania do wmurowania w nowo wybudowanym kościółku w Tarnawie Niżnej tablicy upamiętniającej śmierć wszystkich Polaków z wiosek górnego Nadsania. Tekst tej tablicy przewiduje zamieszczenie nazwisk rodzin pomordowanych. Do chwili obecnej udało się (chodzi o mieszkańców wsi: Żurawin, Połoninne, Dydiowa, Łokieć, Dźwiniacz Górny, Tarnawa Niżna i Wyżna, Bukowiec, Beniowa i Sokoliki) ustalić nazwiska: Czarnków, Gabcychów, Gdowskich, Hryniaków, Kochańców, Królów, Wiluszyńskich. Byłbym niezmiernie wdzięczny za ewentualne uzupełnienie tej skromnej listy.

 

Pomimo iż od połowy lat 70. rokrocznie wędrowałem przez Bieszczady, także przez miejsc, do których obecnie wstęp jest wzbroniony i toczyłem tam wiele rozmów z ich mieszkańcami, nikt o tej zbrodni nie wspomniał, nie mogłem więc pomóc panu Antoniemu Derwichowi w ustaleniu nazwisk ofiar. Nie wiem też, czy coś pomogło opublikowanie tego apelu w drugim wydaniu mojej książki „UPA w Bieszczadach” w 2010 roku.
W przesłanej mi relacji Alojzego Wiluszyńskiego napisał:

„Urodziłem się w Tarnawie Wyżnej w rodzinie polskiej szlachectwa zagrodowo-ziemskiego. Ojciec mój, Michał, był oficerem Legionów Piłsudskiego. Gospodarstwo nasze rozciągało się pasem od Sanu, przez torfowiska w kierunku południowym, między potokami i miało powierzchnię ok. 50 ha. Do szkoły powszechnej chodziłem do Tarnawy Niżnej, a gimnazjum ukończyłem we Lwowie. Wybuchła wojna. W drugim tygodniu napaści hitlerowskiej w 1939 roku wkroczyły wojskowe oddziały hitlerowskie, uroczyście witane przez ludność ukraińską. Kiedy po 17 września ustalono granicę na Sanie, rozpoczęła się wzmożona wywózka ludności do sowieckich łagrów i hitlerowskich obozów zagłady. Skutkowało to ucieczkami za linię graniczną Sanu przez góry Rozsypaniec, Halicz, pod Tarnicą, do wsi Łubna i Bystre na stronie węgierskiej. Osobiście przeprowadziłem od października 1939 do czerwca 1941 roku ok. 180 osób, w tym polskich oficerów. Rozpoczęła również działalność OUN. Komitet OUN mieścił się u nas w Tarnawie Wyżnej, na wzgórzu, w gęsto zabudowanej części wsi zwanej Cehła (Syhła). Jednym z głównych działaczy tego komitetu był Wasyl Kość – Kostiw, którego dwaj synowie byli elewami szkoły oficerskiej UPA. Posterunek policji (ukraińskiej) był w Tarnawie Niżnej, gdzie stacjonowała także placówka gestapo. Z wioski tej pochodził Iwan Szwed – jeden z późniejszych kurennych. Jak wiemy, 14 października 1942 roku powstała UPA. Powstała na Polesiu, Wołyniu, ale i u nas stosunkowo szybko poczuli ludzie represje, zwłaszcza pogróżki i pobicia Lachów stawały się coraz częstsze. Upowcy zapowiedzieli rzeź wszystkich Lachów. Początkiem tej akcji miał być sygnał widoczny z daleka – płonący stos na Pikuju. Od maja 1944 r. zaczęli Polacy dostawać wyroki śmierci. Były to krótkie kartki papieru ze stałą treścią wypisaną na maszynie, gdzie po słowach: „…skazuje się na karę śmierci” dopisywano ołówkiem kopiowym nazwisko skazanego lub całej rodziny. Taki też wyrok otrzymała i moja cała rodzina. Kartki przylepione na studni i na oknie. Wyrok podpisany był przez OUN i UPA z Sambora. Mimo obecności działającej dość intensywnie partyzantki wyroki takie były wykonywane. Tak zginął m.in. stryj pana Ludwika Gdowskiego z Tarnawy Niżnej, legionista i uczestnik wojny polsko–sowieckiej. Rozrąbano go toporem na progu swojego domu. Zapanował terror i permanentny strach, gdyż strzał mógł paść do każdego i w każdej chwili.

 

W marcu 1944 r. z karpackim rajdem zawędrował na Muczne duży oddział partyzantki radzieckiej Kowpaka. „Dziadek” prowadził ożywioną działalność. Na wspominanej Koniarce działało partyzanckie zrzutowisko i lądowisko „kukuruźników”. Jednym z dowódców u Kowpaka był Polak o ps. „Orlik” – działający najczęściej w rejonie Sianki–Borynia. (…)

 

Przyszedł dzień 15 sierpnia 1944 r. We dworze w Tarnawie Wyżnej kwaterował sztab UPA, a we wsi pancerna jednostka niemiecka. Kowpak w tym dniu odszedł z całym oddziałem na południe. W Mucznem, w budynku, który nazywaliśmy „nadleśnictwo”, zatrzymały się 74 osoby narodowości polskiej, które uchodziły przed zalewem represji i linią frontu. UPA, czując się bezkarnie, otoczyła budynek i wszyscy zostali zabici. Było tam dużo kobiet i dzieci. Pastwiono się nad ofiarami. Wszyscy chyba mieli odrąbane głowy. Na koniec upowcy zapowiedzieli, że przez tydzień zwłoki mają leżeć niepochowane – dla ostrzeżenia innych Lachów. W następną noc nad ranem (czyli już 17 sierpnia 1944) po kryjomu wróciłem do domu. Musiałem zachowywać jak największa ostrożność, gdyż ludzie wiedzieli o mojej działalności, no i byłem Polakiem. Widok, jaki zastałem, budził grozę. Po całej mojej rodzinie pozostały tylko plamy krwi, a dom splądrowano i obrabowano. Ciał najbliższych, wywiezionych do pobliskich wąwozów, nigdy już nie odnalazłem. Z mojej rodziny zginęli rodzice Michał i Emilia, siostra Ewa, siostra Stefania i jej mąż, Jan Kochaniec. Tego bestialskiego mordu dokonała bojówka pod dowództwem Iwana Szweda (nadterminowy kapral Wojska Polskiego narodowości ukraińskiej, zam. Tarnawa Niżna), Współwinny zbrodni był pop grekokatolicki Iwan Iwanio, parafia Tarnawa Wyżna. Pop gwarantował mojej rodzinie bezpieczeństwo (jego syn Josef, absolwent Politechniki Lwowskiej, był w kierownictwie sztabu UPA). Pop w ten sposób uśpił naszą czujność i wystawił moją rodzinę na śmierć. Nadmieniam, że Iwan Szwed przy pomocy policji ukraińskiej dokonał likwidacji ludności żydowskiej w potoku w wąwozie Roztoki-Borsuczyny. (Alojzy Wiluszyński, Warszawa 2009. Ostatni opisywany fakt A.W. przekazuje dopiero w 2009, pozostały tekst jest pisany przy mnie jeszcze w roku 1991 – A.D.).
Pan Derwich pisze dalej: „Po 46 latach od tego zdarzenia los zetknął mnie z mieszkańcem Tarnawy Wyżnej, Alojzym Wiluszyńskim. Jego relacja nie mogła być wtedy opublikowana, ponieważ p. Alojzy nie wyraził na to zgody. Obecnie można już pokrótce przedstawić tamte tragiczne chwile. A. Wiluszyński, niespełna dwudziestolatek, należał do kilkunastoosobowego oddziału samoobrony, dowodzonego przez podporucznika Armii Krajowej z Turki. Wobec przytłaczającej ilości przeciwników, grupka samoobrony mogła tylko lawirować w ciągłej ucieczce, starając się ocalić życie: Rankiem (18 sierpnia) przemykaliśmy się pomiędzy bukami grzbietem Jeleniowatego. Dowódca miał jakąś informację do sprawdzenia u leśnika na Brenzbergu. Do zabudowań podchodziliśmy bardzo ostrożnie. Dokoła panowała cisza mącona intensywnym brzękiem much. Napotkaliśmy ciało zabitego człowieka i naraz okazało się, że wśród traw i opłotków wciąż znajdywano następne. Były kobiety, mężczyźni, dzieci. Nikt nie był zabity z broni palnej. Z trudem udawało się rozpoznać kogoś znajomego, wielu z nich to musieli być bieżeńcy z dalszych stron. Widać było sutannę duchownego i mundury leśników. Ciała nosiły ślady okrutnych tortur i bestialskiej śmierci. Musiało mieć to miejsce jakieś 2–3 dni temu. Ktoś zaczął liczyć ofiary, ktoś zaczął szukać łopat. Dowódca małym aparatem fotograficznym robił pospiesznie zdjęcia, przynaglając jednoczenie do jak najszybszego opuszczenia miejsca zbrodni obawiając się, że zostaną prowokacyjnie oskarżeni. Naliczyliśmy 74 osoby. Ktoś nieśmiało zaoponował – jemu udało się doliczyć 75 ofiar. Nie liczono ponownie. Zmówiliśmy modlitwę za zmarłych. Lasami, w poprzek doliny Roztok, doszliśmy do Koniarki pod Haliczem. Tam dowódca rozwiązał oddział. Każdy miał przetrwać na własną rękę. (…)

Leśnicy z Nadleśnictwa Stuposiany i członkowie Stowarzyszenia Górnego Sanu odczuli potrzebę upamiętnienia tamtego okrutnego czasu i wystąpili z inicjatywą ustawienia krzyża i tablicy na Brenzbergu. Po przeprowadzeniu stosownej procedury i uzyskaniu pozwoleń administracyjnych kilkutonowy głaz piaskowca z tablicą oraz piękny dębowy krzyż zajęły miejsce na polanie. Uporządkowano także najbliższe otoczenie, ustawiono tablicę informacyjną, poprawiono stan ścieżki i 16 września 2010 roku ksiądz proboszcz miejscowej parafii w asyście dwóch kapłanów odprawił nabożeństwo oraz poświęcił miejsce pamięci, a liczna gromada leśników – w tym uczestnicy 110 Zjazdu Polskiego Towarzystwa Leśnego, mieszkańcy okolicznych osad, harcerze – oddali hołd Ofiarom (Antoni Derwich, Muczne, 18 września 2010 r.).

 

Głównie dzięki inicjatywie Antoniego Derwicha obelisk i krzyż stanęły na Jeleniowatym – grzbiecie górskim w okolicy Mucznego koło Stuposian. Na pomniku wyryty został napis: „Pamięci 74 Polaków bestialsko pomordowanych przez ukraińskich nacjonalistów”. W rozmowie z Antonim Derwichem dziennikarz pyta:

— Czy postawienie krzyża i obelisku może dziś zakłócić stosunki z Ukraińcami, którzy inaczej patrzą na UPA?
— To zależy od odbiorców. Naszym obowiązkiem jest zachować pamięć o rodakach, w dodatku krajanach. Obłudnym byłoby twierdzić, że zmarli z nieznanych przyczyn, kiedy sprawcy zbrodni są znani. Wskazanie ich jest obowiązkiem moralnym.
— Ustawienie pomnika nie jest nawoływaniem do jakichkolwiek rozliczeń?
— Absolutnie nie! Nie nawołujemy do ukarania winnych, nie potępiamy nikogo. Po prostu czcimy pamięć osób cywilnych i bezbronnych, którym nie dano szans na przetrwanie. Mamy do tego prawo. To jest nasz obowiązek. Potwierdzeniem tego jest fakt naszej opieki nad zniszczonymi cmentarzami wiejskimi w Dźwiniaczu Górnym, Bukowcu, Beniowej i w Siankach. Na cmentarzach spoczywają dawni mieszkańcy tych wiosek: Rusini (jeszcze nie byli wtedy Ukraińcami) i Polacy. Uważam, że tak należy postępować, nie wdając się politykę i zaszłości historyczne
.

 

Na forum dyskusyjnym skomentował to internauta „starek bieszczadzki”: „Proszę zwrócić uwagę, jak probanderowska agresywna ofensywa wpędziła nas Polaków w mroczny zaułek. Dziennikarz nie pyta pana Derwicha o bestialsko pomordowaną grupę 74 Polaków, w większości kobiet i dzieci, ale o to, czy broń Boże postawienie im pomnika nie urazi uczuć Ukraińców! Każdy uczciwy Ukrainiec przyjdzie pod ten pomnik zmówić modlitwę i złożyć kwiaty. Tylko wyzbyty człowieczeństwa poplecznik zbrodniarzy może »obrazić się«. O co? Czy chodzi tutaj o działaczy ZUwP? Jeden z dyżurujących na portalach internetowych już odezwał się, udając Polaka. Za chwilę zapewne dołączy »w drugiej osobie«, aby wyciągnąć jakąś »dyżurną« miejscowość, w której zginęli Ukraińcy, »równoważyć konflikt«, wracać do Rusi (ale nie do Gotów, jak robili to historycy III Rzeszy). Dlatego proponuję, aby nie wdawać się w jałowe dyskusje z doktrynerami Doncowa. Nie tylko na Ukrainie, ale także w Polsce już każdy faszysta z OUN i zbrodniarz z UPA ma swój pomnik. Nie mają go tysiące polskich cywilnych ofiar, bo najczęściej wyrżnięte i wyrąbane zostały całe rodziny i nie ma kto tego zrobić. A przecież jesteśmy narodem chrześcijańskim i w imię tych wartości zadbajmy o pamięć naszych rodaków, którzy umierali w trudnych do wyobrażenia męczarniach, a ich pamięć i mogiły są bezczeszczone. Pan Derwich i leśnicy bieszczadzcy dali przykład”.

 

Alfred Steinhardt, który ukrywał się w tym czasie m.in. na stacji kolejowej w Sokolikach opowiadał, że był świadkiem, jak ogarnięci trwogą ludzie uciekali do lasów, mając nadzieję że w leśniczówce znajdą względny spokój. Uciekali pieszo i furmankami. Byli to głównie starcy, kobiety i dzieci… Po kilku dniach w Sokolikach pojawił się chłopiec, syn jednego z leśników. Chłopak powiedział, że na leśniczówkę był napad. Ukraińcy wymordowali wszystkich ukrywających się Polaków. On ocalał, bo był wcześnie rano w lesie, a kiedy wracał do leśniczówki usłyszał okrzyki. Ukryty za drzewami widział morderców i ofiary, słyszał ich krzyki i płacz. Chłopak przeczekał kilka dni w Sokolikach, aż wreszcie nie wytrzymał dręczącej go niepewności i poszedł do lasu zobaczyć, jaki los spotkał jego rodzinę. I znowuż minęło kolejnych kilka dni. Miejscowy chłop przyszedł do Sokolik z ostrzeżeniem przed kolejnymi napadami, jak też z wiadomością, że właśnie ten chłopak „od leśnika” został przez upowców pochwycony, poddany torturom, a potem zamordowany.

 

Nasuwa się pytanie: dlaczego IPN, zajmujący się nawet pojedynczymi zabójstwami osób narodowości ukraińskiej, nie zainteresował się zbrodnią w Brenzbergu-Mucznem? Grzegorz Motyka, pisząc książkę „Tak było w Bieszczadach”, jako pracownik IPN o niej nie wspomniał. Umierają ostatni, a i tak nieliczni ocaleli polscy świadkowie zbrodni dokonanych przez ukraińskich nacjonalistów. Dla potomnych pozostaną spreparowane wspomnienia zbrodniarzy, także tych, którzy nigdy nie byli sądzeni i nie ponieśli żadnej kary, którzy teraz przyjeżdżają do Polski i stawiają nielegalnie panteony chwały poległym w walce z polską samoobroną lub WOP swoim „towarzyszom broni”. Powstają opracowania „historyczne” naukowców ukraińskiego pochodzenia, głównie na polskich uczelniach i wydawane kosztem polskich podatników. Praktycznie bez wyjątku pisane z opcji probanderowskiej, relatywizujących zbrodnię ludobójstwa ukraińskich faszystów dokonaną, zgodnie z podstawowym założeniem doktrynalnym OUN, na bezbronnej cywilnej ludności polskiej. Co prawda „depolonizacja”, czyli fizyczne i duchowe wyniszczenie Polaków i wszelkich śladów ich cywilizacji na Kresach przyniosło jednocześnie zniszczenie kultury i humanizmu na tym terenie, ale było to także zgodne z doktryną Doncowa, która nakazuje, że lud ma być ciemny i całkowicie posłuszny „elicie” przywódczej. Na Wołyniu tę „ciemnotę” ukraińskiego ludu „elita” przywódcza OUN-UPA skutecznie wykorzystała przeciwko ludności polskiej i to w sposób niezwykle barbarzyński.

 

Banderowska manipulacja o „rozdrapywaniu ran” miała miejsce w Bieszczadach już rok wcześniej, gdy 3 października 2009 roku na cmentarzu komunalnym w Ustrzykach Dolnych odsłonięty został pomnik upamiętniający pomordowanych przez OUN-UPA na Kresach Wschodnich i w Bieszczadach. Mszę poprzedzającą jego odsłonięcie odprawił ks. Tadeusz Pater, cudem ocalały podczas rzezi w Rumnie. Ustrzycki obelisk jest – jak mówił prezes Stowarzyszenia Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów Szczepan Siekierka – 30 pomnikiem na ziemiach polskich upamiętniającym ofiary OUB-UPA.

 

— Są głosy sprzeciwiające się takim uroczystościom. Mówi się, że niepotrzebne rozdrapywanie ran, że należy żyć przyszłością – mówił prezes „HT – 1951”Wiesław Cybruch. – Żadna przyszłość nie będzie dobra, jeśli nie będzie oparta na pamięci, na szacunku dla zmarłych i żywych. Pokazywanie zbrodni to nie rozdrapywanie ran, ale obnażanie zła. Czy ofiary mordów zostały przeklęte, a zbrodniarze odnieśli zwycięstwo? Nasze milczenie, bierność świadczyłaby, że tak się stało. Ale jest inaczej. Pamiętamy! (…)

— Czy istnieje potrzeba odsłaniania kolejnej tablicy, stawiania kolejnego pomnika? Odpowiedź jest prosta: istnieje. Ten pomnik to symbol prawdy – powiedział ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja. – Dobrze byłoby, by narody, które kiedyś żyły razem, były dobrymi sąsiadami, współpracowały ze sobą, aby nigdy nie doszło do takich tragedii.

— To jest pomnik w hołdzie pomordowanym i ku przestrodze żywym – mówi Bolesław Ćwiarowicz, który mieszkał w Zabużu i – jak sam mówi – cudem ocalał w czasie pacyfikacji przez UPA jego rodzinnej miejscowości. (Tadeusz Szewczyk: Whołdzie pomordowanym, ku przestrodze żywym; w: „Gazeta Bieszczadzka” z 16 października 2009).

 

Polacy, stawiając pomnik ofiarom, gęsto tłumaczą się, że nie jest to rozdrapywanie ran, jakaś demonstracja polityczna, ale normalne, wynikające z głębokich wartości humanistycznych, wartości chrześcijańskich uczczenie pamięci ofiar, często swoich najbliższych. Boją się posądzenia ich o jakieś złe intencje. Pomników ofiar w Polsce stoi trzydzieści. Nielegalnie postawionych pomników katom jest w Polsce ponad 150 i neofaszyści ukraińscy nie mają żadnych obiekcji moralnych. Kto stworzył taki klimat w naszej ojczyźnie? Mija 10 lat od odsłonięcia pomnika w Ustrzykach Dolnych i to „nierozdrapywanie ran” skończyło się kilkuletnim już zakazem ekshumacji polskich ofiar ukraińskiego ludobójstwa na terenie obecnej Ukrainy, i nic nie wskazuje na zmianę tego barbarzyństwa.

 

W tym roku 15 sierpnia minie 75.rocznica największej zbrodni popełnionej przez UPA na bezbronnych polskich uciekinierach usiłujących ukryć się i ocalić życie w bieszczadzkich ostępach. Do 2010 roku nad tą zbrodnią panowała cisza i gdyby jej nie przerwali bieszczadzcy leśnicy, z panem Antonim Derwichem na czele, trwałaby nadal.

Napisane przez Stanisław Żurek

https://polskaniepodlegla.pl/magazyn-patriotyczny/item/20599-malo-kto-o-tym-slyszal-my-musim?fbclid=IwAR2qs8_Kr5FojGLHi_kt4PeEwNa58AEQ4rbdkev2M91ykVfV3GT65BIp2Jw

Zobacz także:

Reportaż. Zbrodnia UPA w Mucznem

Posted in Historia | Leave a Comment »

„BIAŁA ARMIA” GENERAŁA PLECHAVICIUSA 

Posted by tadeo w dniu 24 stycznia 2020

 

„Wilk” zbliżył się do licznych jeńców i w krótkich słowach tłumaczonych na język litewski wyraził im uczucie pogardy społeczeństwa polskiego, walczącego o swoją wolność, dla niemieckich służalców, którymi okazali się żołnierze gen. Plechaviciusa. Wskazując na trupy litewskie, powiedział na zakończenie: „To jest naprawdę nagroda dla tych, którzy służą wrogom wolności niosącym jarzmo niewoli dla Polaków i Litwinów”.

Na przełomie 1943 i 1944 r. na Wileńszczyźnie zaczęła tworzyć się bardzo dynamicznie polska konspiracja. Oddziały Armii Krajowej przejęły kontrolę nad całym terenem. W rękach okupantów pozostały tylko szlaki komunikacyjne bronione przez umocnione punkty oporu. Niemcy, nie mając sił do walki z Polakami, postanowili posłużyć się Litwinami. Ci pod zwierzchnictwem niemieckim utworzyli tzw. Formacje Miejscowe, na czele których stanął generał Povilas Plechavicius. 24 listopada 1943 r. Niemcy zebrali 45 działaczy, którzy uchwalili , że formacje wojskowe są potrzebne „do walki z bandytyzmem” (czytaj z AK), litewscy działacze postawili jednak warunek, że na czele nowych formacji powinni stanąć litewscy oficerowie. Niemcy początkowo odrzucili ten warunek, ale ostatecznie się zgodzili. Na czele litewskich sił stanął gen. Povilas Plechavicius, urodzony w 1890 r. , który 17 grudnia 1926 r. w stopniu majora stanął na czele zamachu stanu, za co w 1927 r. został nagrodzony funkcją szefa sztabu generalnego. To on prowadził z Niemcami negocjacje w sprawie litewskich Formacji Miejscowych, które działać miały tylko na obszarze Litwy. Do formacji zgłosiło się 30 tys. ochotników, co przewyższało potrzeby. Niemcy zaplanowali bowiem zorganizowanie 20 litewskich batalionów.

Miały zwalczać bandy

Na temat sił litewskich w Meldunku Delegatury Rządu RP na Kraj do Rządu Polskiego w Londynie z maja 1944 r. czytamy m.in.: „Litwini, szczególnie odłam nacjonalistyczny, pokładali duże nadzieje w organizowanych przez Plechaviciusa w porozumieniu z Niemcami, litewskich oddziałach ochotniczych, traktując je jako zaczątek armii narodowej. „Wojsko” to w założeniu swoim miało służyć obronie samego terytorium Litwy przez zwalczanie wszelkiego rodzaju band oraz partyzantki polskiej. Stosunek jednak Niemców do tych oddziałów jest nieufny. Wydano dotąd broń tylko dla 7 tys. żołnierzy, a każdy otrzymał tylko po 7 naboi. Wobec tego wśród Litwinów nastąpiło już rozczarowanie, co do znaczenia tych oddziałów, przekonali się bowiem, że Niemcy dopuszczą do ich rozwoju tylko w ramach własnych potrzeb i w tym zakresie będą je wykorzystywać …”.

Kilka batalionów Formacji Miejscowych skierowano na Wileńszczyznę do walki z Armią Krajową. Podzielono je na kilka grup i polecono im jednocześnie uderzyć na kilka zgrupowań AK, by opanować teren.

Krwawy terror

Jak wspomina mjr Edmund Banasikowski, marsz Litwinów był słabo ubezpieczony, ale towarzyszył „mu krwawy terror”, marsz ten: „znaczony był zgliszczami palonych wsi i trupami ich mieszkańców mordowanych na miejscu za współpracę z naszą partyzantką”. Do pierwszego starcia między AK a oddziałami Plechaviciusa doszło pod Graużyszkami i Taboryszkami. 10 batalion korpusu Plechaviciusa skręcił do wsi Sieńkowszczyzna z traktu Oszmiana-Graużyszki i zaczął bez powodu mordować cywilnych mieszkańców i palić zabudowania. Pluton por. Żagla z 8 Brygady, idąc na pomoc mordowanej wsi z furią uderzył na Litwinów. Zanim ruszyły inne plutony. „Jarema rzucił do walki jeszcze 9, 12 i 13 Brygadę. Litwini zostali otoczeni i wzięci do niewoli. Rozbrojono ich i rozebrano z mundurów. Przeprowadzono dochodzenie i ustalono winnych zamordowania 8 polskich chłopów. Osoby te zostały rozstrzelane. Rannych żołnierzy litewskich odtransportowano Do szpitala w Oszmianie. Litwini stracili łącznie 36 żołnierzy, 12 ciężko i 26 lekko rannych. Straty polskie wyniosły 3 zabitych i 20 rannych.

Z oficerami litewskimi spotkał się komendant Okręgu „Wilk” gen. Aleksander Krzyżanowski. Z jego rozkazu mjr Banasikowski zredagował ostrzeżenie, które każdy z litewskich oficerów musiał podpisać. Do ostrzeżenia dołączona została ich lista. Ostrzeżenie zaś brzmiało następująco: „Jeśli raz jeszcze wymienieni oficerowie korpusu Plechaviciusa wpadną w polskie ręce w walkach przeciwko oddziałom Armii Krajowej, będą traktowani jako niemieccy kolaboranci i zbrodniarze wojenni i jako tacy zostaną oddani pod polski wojskowy sąd polowy”.

Twarda decyzja „Wilka”

„Wilk” w następstwie pierwszej bitwy z Litwinami podjął decyzję o rozbiciu pozostałych jednostek Plechaviciusa, które wkroczyły na Wileńszczyznę. Opracowany został plan uderzenia  nas bataliony litewskie, skoncentrowane w Murowanej Oszmiance i Tołminowie. Zadanie to miała wykonać pięciobrygadowa grupa uderzeniowa pod dowództwem mjr „Jaremy” czyli mjr dr Czesława Dębickiego Inspektora Inspektoratu F.

Zobacz także: Tajny pakt Hitler-Smetona?

Atak na Murowaną Oszmiankę nastąpił 12 maja o 23.00. Rozpoczęła go 8 Brygada „Tura”. Bez większego oporu zajęła jedną trzecią miasteczka i wzięła do niewoli 80 jeńców. Pozostałe brygady spóźniły się jednak z atakiem i natarcie żołnierzy „Tura” ugrzęzło. Nie atakowany z innych kierunków przeciwnik skierował większość sił przeciwko nim. Sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy do akcji wkroczyły z marszu pozostałe brygady. Litwini stawiali jednak twardy opór. Mieli dobrze przygotowane stanowiska ogniowe. Brygada „Szczerbca”, atakująca z zachodu, poniosła duże straty. Sam „Szczerbiec” został ranny w rękę. Większość sił litewskich zdołała się z miasteczka wycofać w kierunku północno-zachodnim. W czasie ataku wzięto 70 jeńców, ale sukces był częściowy. Całkowitym sukcesem zakończyła się natomiast akcja w Tołminowie. 13 Brygada „Nietoperza” znakomicie wykorzystała element zaskoczenia i przeciwnik nie zdążył zorganizować skutecznej obrony. Oficerowie nie zdążyli wydać rozkazów, bo zostali wzięci do niewoli. W środku wsi Litwini próbowali stawić opór, ale nie zdołali go zorganizować. Oprócz jeńców Polacy zdobyli duże ilości broni i amunicji, żywności i mundurów.

 

Walka w obu miejscowościach zakończyła się o godz. 2 w nocy 13 maja. Wszyscy jeńcy litewscy zostali zgromadzeni na rynku w Murowanej Oszmiance i ustawieni w podkowę. Jak wspomina mjr Edmund Banasikowski: „W blasku dopalających się domów widać było leżące gęsto na ulicach ciała zabitych nieprzyjaciół”.

„biała armia”

„Wilk” zbliżył się do licznych jeńców i w krótkich słowach tłumaczonych na język litewski wyraził im uczucie pogardy społeczeństwa polskiego, walczącego o swoją wolność, dla niemieckich służalców, którymi okazali się żołnierze gen. Plechaviciusa. Wskazując na trupy litewskie, powiedział na zakończenie: „To jest naprawdę nagroda dla tych, którzy służą wrogom wolności niosącym jarzmo niewoli dla Polaków i Litwinów”.

„Jarema” kazał następnie rozmundurować Litwinów. W bieliźnie i boso wracali do domów. Z tego powodu w pamięci mieszkańców Wileńszczyzny oddziały Plechaviciusa zapisały się jako „biała armia”. Utracili oni 70 zabitych i 130 rannych. W kolumnie jeńców maszerowało ich 150. Polacy utracili 12 zabitych. Mieli też 20 rannych. Niemcy postawą Litwinów byli rozwścieczeni. Urządzili w Oszmianie defiladę rozmundurowanych żołnierzy. Na czele tej defilady szli oficerowie, którym Niemcy, by jeszcze bardziej ich upokorzyć, kazali nieść w rękach miotły do zamiatania. 

 

Był to początek końca formacji Plechaviciusa. 15 maja Niemcy aresztowali generała razem ze sztabem. Jego podwładni zostali rozbrojeni. Niektórzy stawili opór. 84 z nich zginęło w starciach z Niemcami. 52 oficerów i ponad tysiąc szeregowców zesłano do obozów koncentracyjnych. Około trzech tysięcy wcielono do niemieckich formacji obrony przeciwlotniczych. Reszta rozproszyła się.

Marek A. Koprowski

https://kresy.pl/kresopedia/biala-armia-generala-generala-plechaviciusa/

Posted in Historia, Uncategorized | Leave a Comment »

ŻYDZI WOBEC POWSTANIA STYCZNIOWEGO NA PODLASIU. Z PAMIĘTNIKA POLSKIEGO SZLACHCICA.

Posted by tadeo w dniu 24 stycznia 2020

 

„Żydzi widząc, że powstanie zamiast rozwijać się i potęgować, upada, chwycili się procederu szpiegostwa w nadziei robienia dobrych interesów.”

Postawa ludności żydowskiej wobec Powstania Styczniowego jest niezmiernie ciekawa, ale niestety mało znana. Pamiętnik Juliana Borzyma (Julian Borzym, Pamiętnik podlaskiego szlachcica, Łomża 2018) oświetla to zagadnienie. W tym czasie gospodarzył on w majątku ojca we wsi Wierzbowizna, około 55 km na południowy zachód od Białegostoku. Ojciec przed laty brał udział w Powstaniu Listopadowym, więc tradycje powstańcze nie były Borzymom obce. W 1863 r. do walki stanął jeden z braci (młodszy, mający wówczas 21 lat, Antoni), a drugi (starszy, dwudziestotrzyletni Julian) zajął się ojcem i gospodarką. Najstarszy, Edward, zmarł bowiem już w 1862 r. Z pamiętników Juliana wyłania się obraz początkowego zaufania do Żydów, które wkrótce przerodziło się w wielkie rozczarowanie.

Zanim wybuchło Powstanie Styczniowe, dochodziło do wielkich manifestacji na tle religijnym. Wówczas to księża wygłaszali patriotyczne kazania i co ciekawe [ortografia i pisownia oryginalna]:

„Do kościołów, szczególniej na kazania, bardzo licznie przychodzili i Żydzi, którzy okazywali wielki patryjotyzm i łączyli się z narodem. Kaznodzieja spostrzegłszy ich między słuchaczami, zręcznie wtrącał fakta ze Starego testamęntu, ubarwiając dosadnie improwizowanemi przez siebie porównaniami, chwaląc łączenie się ich w celu wywalczenia swobody.” (s.109)

22 stycznia 1863 roku wybuchło Powstanie. I tak:

„Lud od razu wezbrał nie do opisania. Zbrojono się w co kto mógł i miał, wywlekano dubeltówki, pojedynki, pistolety, stare pałasze i obsadzano kosy, bezbronni liczyli na uzbrojenie się po rozbrojeniu moskali. Sprowadzonej broni nie było.” (s. 122)

 

Wówczas to Żydzi stanęli po stronie Polaków:

„Żydzi z całym zapałem szyli umundurowanie, buty i czapki dostawiali do kawaleryi i.t.p. Posługiwano się nimi z całym zaufaniem.” (s. 123)

Niedługo trwał ów „romans” Żydów z polskością. Już w marcu-kwietniu tego samego roku:

„Moskale ośmieleni słabszym działaniem [powstańców], a odkrywszy manewr rozwięzywania partyi [oddziałów wojsk powstańczych], zaczęli działać odważniej i energiczniej. Wzięli głównie za zadanie nie dopuszczać ponownego zebrania się partyi i w tym celu zaczeli wyławiać maruderów i w ogule młodych ludzi bez określonego zajęcia. Dopomagali im w tym Żydzi. Żydzi widząc, że powstanie zamiast rozwijać się i potęgować, upada, chwycili się procederu szpiegostwa w nadziei robienia dobrych interesow. Wojsko ruskie [czyli rosyjskie] zostało podzielone na małe oddziały, czyli jak oni nazywali otrady. Każdy taki oddział został oddany pod dowództwo wyszukanego oficera o iście zwierzęcych instynktach, prócz tego przy każdym oddziale, był jeden lub dwóch Żydów spiegów, którzy informowali dowódcę, najczęściej improwizując i komponując oskarżenia, a że Żydzi pod czas manifestacyi [religijnych, które miały miejsce przed wybuchem Powstania] okazywali wielki patryjotyzm, więc w zaufaniu niestrzezono się ich, ale owszem byli dopuszczeni do wspułudziału w ruchu całego narodu. Kiedy odwrócili chorągiewkę, więc skorzystali z posiadanych wiadomości. Naprowadzali otrady i wskazywali winnych, którzy byle czem wspierali powstanie, a kiedy zabrakło im takich wiadomości, komponowali obwinienia na zamożniejszych mieszkańców, uprzedzając pierwej przez swych agientów i żądając okupu, brali pieniądze, zboże i różne fanty. Napadali nawet nieznanych sobie. Wyglądało to jak by żyd był dowódcą oddziału nie oficer. Taki oficer najczęściej pijany, jak zwierz wściekły wpadał do wsi i kazał batożyć bez miłosierdzia: gospodarza, jego żonę, synów, lub córki i służbę, niby do przyznania <gdie miateżniki skaży> [mów, gdzie buntownicy]” (s. 131)

 

O mały włos i sam autor pamiętnika nie podzieliłby tego losu, gdyby na wieść o nadchodzącym wojsku, nie uciekł przez pola do innej wsi. Do jego zaś wsi (Wierzbowizny) przybył oddział rosyjski z towarzyszącym im Żydem:

„Jakosz po mym zniknięciu, moskale zajęli gumno. Oficer ze spiegiem na pierwszy ząb trafił na roztropnego parobka Piszczatowskiego, którego zapytał <Gdie wasz pomieszczyk> [gdzie wasz dziedzic]. Piszczatowski odpowiedział <pan tylko co tu był u nas i wyszedł za stodołę>. Na to spieg żyd krawiec znajomy [zawołał]. <Aj waj wielmożny naczelniku, on łże, trzeba jemu dać nahajkiem, to on prawde powie>. <Albo co>, Piszczatowski odparł, <co ci nasz pan winien, on do niczego [do żadnych działań powstańczych] nie należy, siedzi doma i pilnuje gospodarstwa>. Żyd, <aj waj, on wszystko łże, jego pan, to największy miaternik [buntownik], on w partyi nie buł, ale to Komitet [członek Komitetu, czyli władz powstańczych] do niego tylko Komitety przyjeżdżali po radę i dyspozycyję. Temu chłopu trzeba dać nahajką on wszystko powie>. Piszczatowski na to [do rosyjskiego dowódcy] <Wielmożny naczelniku ja prawdę mówię, niech Wielmożny naczelnik się tu wszystkich spyta, a ten żyd że tak bresze [brednie gada, łże, szkaluje] na naszego pana, bo ma złość [na niego], pare tygodni szył naszemu panu kamizelkę i ukradł srebrną łyżeczkę, pan go wyprał po mordzie i łyżeczką odebrał, za to on się teraz mści i trudzi wielmożnego naczelnika i wojsko>. Żyd zaczoł się kręcić, drzeć za głowę, ręce łamać i wołać <Aj gwałt z nahajkiem jemu, z nahajkiem>.

[Na co dowódca oddziału]

<- I ty niedowiarku rozkazujesz Wielmożnemu naczelnikowi, niby to Wiel. Naczelnik twój podwładny, tobi zbić mordy za fałszywy donos, ale szkoda ręki Wiel. naczelnika na tego złodzieja!>” (s. 133)

 

Tym razem skończyło się szczęśliwie, gdyż w tym momencie wpadł żołnierz z listem do oficera. Po jego przeczytaniu rosyjski dowódca nakazał opuścić Wierzbowiznę i ruszyć do Krasowa.

Innym razem szczęście dopisało ojcu i siostrze autora wspomnień, którą Żyd przed oficerem rosyjskim fałszywie oskarżył, że jest kochanką jednego z wyższych dowódców Powstania. O mało nie doszło do jej obicia rózgami, ale nowy rozkaz i tym razem odwołał cały oddział do Krasowa.

Po jakimś czasie rosyjscy oficerowie zaczęli się orientować, że Żydzi oskarżają nie tylko prawdziwych powstańców, czy osoby z nimi związane. Wówczas:

„Spiegi żydzi już nie mieli takiego głosu i [nie tak jak poprzednio dawano im] wiary. Poznano się na nich, że dla własnej korzyści obwiniając, przysparzają tylko niepotrzebnej roboty i pisaniny komissyjom, więc po części przestano ich słuchać.” (s. 139)

 

Gdy Powstanie wygasało, część powstańców zaczęła się ukrywać. Robili to często wśród drobnej szlachty podlaskiej, „która nie zmieniła usposobienia” (s. 178). Gdzieniegdzie operował oddział powstańców, który poskramiał masy przed powszechną kolaboracją z Rosjanami. Jak pisał Borzym:

„W naszej okolicy Górski ze swoją kawaleryją trzymał się jeszcze. Za Bugiem Ks. Brzóska był najgłośniejszy. Od czasu do czasu, dało się słyszeć, że takiego to żyda, śpiega, albo mieszkańca zdrajcę powieszono, co nabawiało strachu innych.” (s. 191)

A że i sami Rosjanie przestali bezkrytycznie ufać Żydom, skala donosicielstwa spadła:

„Komisyje wojenne przekonawszy się że wielu na donosy żydowskie było wziętych zupełnie niewinnie, poleciły naczelnikom otradów niezawsze słuchać żydów, ale dopiero po przeprowadzeniu ślestwa, winnego areśtować, albo areśtować tylko na rozkaz Naczelnika komisyi, wskazane indywiduum, które okazało się winne ze ślestwa innych osób lub jest potrzebne do zeznania. A co najbardziej wstrzymywało denuncjacyję, to to, że jeżeli szpieg fałszywy zrobił donos, był areśtowany, albo obity porządnie po mordzie.” (s. 191-192)

 

Dzięki temu, kolejna próba oskarżenia autora pamiętnika, skończyła się fatalnie dla donosiciela:

„Zaledwie Baniewicz [dowódca oddziału rosyjskiego kwaterującego w Krasowie] rozkwaterował się, zjawił się u niego żyd śpieg z denuncjacyją na mnie, ofiarując swe usługi.

Baniewicz słuchał cierpliwie żyda, który opowiadał o mnie straszne rzeczy, że ja jestem jednym z Komitetu warszawskiego, że jestem wielki mieteżnik, że za mnie Baniewicz dostanie medal, a jemu Wielki Jenerał podziękuje i.t.d.

Baniewicz spytał żyda spokojnie, jak daleko mieszkam. Żyd zapewniał, że Wierzbowizna od Krassowa nie dalej jak 2 wiorsty [ok. 2 km], że jeszcze dziś można by mnie wziąść. Wówczas podszedł do żyda, wziął go za brodę, szarpnoł i znaczną część wyrwawszy, zaczoł okropnie żyda bić, mówiąc: <wot tiebie Borzym sukin syn, skaży im nagrada>. Zbił żyda, skopał nogami i wyrzucił za drzwi, na ziemię obalając. Żyd wyjechał jak na sankach na dwór z sieni po progu i kamieniach pod progiem, tłukąc głową. W tym nadszedł feldfebel z raportem do rotnego [Baniewicza], a zobaczywszy żyda wyjeżdżającego z rozrzuconemi nogami pod progiem zapytał:

– Czto ty jewrej?

– Aj waj naczelnik mnie zbił panie żołnierz, zabił na śmierć.

Feldfebel dowiedziawszy się od żyda, że to Rotny tak go uczęstował, więc kopnoł butem w łep wołając, <ty chrystopodawiec uchodi, a to ubiju w smiert, maszennik>.

Zdarzenie to, tak wielki miało wpływa na korzyść moją, że mogłem śmiało uważa się za nietykalnego i spokojnego ze strony śpiegów.” (s. 192-193)

 

Nie miał tyle szczęścia brat autora, Antoni. Ale to już zupełnie inna historia i nie wiąże się bezpośrednio z tematem tego artykułu. Kończąc, warto wspomnieć i o tych Żydach, którzy z bronią w ręku stanęli po stronie powstańców. Nie było ich jednak wielu. W trakcie Powstania Styczniowego przez szeregi wojska polskiego przeszło ok. 150 tys. ludzi, z czego zidentyfikowano zaledwie 174 Żydów (co stanowi 0,116% ze 150 tys.). W tym czasie populacja Królestwa Polskiego  wynosiła ok. 5 mln ludzi, z czego Żydzi w Królestwie stanowili około 13% ludności. Więc choć co ósmy mieszkaniec Królestwa był Żydem, to w powstańczym wojsku jeden Żyd przypadał na około 860 żołnierzy.

Dr Radosław Sikora

 

Tematy pokrewne:

„Kolaboracja Żydów ze Szwedami w Krakowie”

„Żydzi w okresie szwedzkiego potopu – zdrajcy, szpiedzy i wierni poddani”

„Czy Polska powinna domagać się odszkodowań od Izraela?”

„O przyczynach nienawiści ludu ruskiego do Żydów w XVII – XVIII w.”

„Oczami polskiego Żyda”

„Dola i niedola żydowskiego dzierżawcy”

„Brudny jak polski Żyd – czyli niemiecki Żyd o polskich”

„Polski chłop o Żydach”

„Polski inteligent o Żydach”

„Terytorium Polski pod względem wojskowym – żydzi”

https://kresy.pl/kresopedia/zydzi-wobec-powstania-styczniowego-na-podlasiu-z-pamietnika-polskiego-szlachcica/?fbclid=IwAR2hV7AqEFj2GnPz6-ZgoDJ20NzUrGEgu5pTs3d2RlRQUOwjUd1jf-p8F8o

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Uncategorized | Leave a Comment »

Monografia wsi Tuczna – Jan Lipka

Posted by tadeo w dniu 4 grudnia 2019

Tuczna nazwę wzięła od otaczającej ją dzikiej litewskiej puszczy, słynącej z nieprzebranej ilości zwierzyny i obfitujących w ryby potoków. W XVI wieku osiedlono tu drobną szlachtę z ziemi drohickiej i tak powstał zaścianek szlachecki. W okresie przedwojennym władze państwowe dążyły do tego, by zamienić go w dominującą na całą okolicę miejscowość, która w przyszłości mogłaby przekształcić się w miasteczko. Dlatego do zaścianku zaczęto ściągać takich rzemieślników, jak kuśnierzy i młynarzy oraz wydano zgodę na utworzenie w Tucznej targowiska i uruchomiono połączenie autobusowe z Białą Podlaską i leżącymi nad Bugiem Sławatyczami. Ponadto rozpoczęto tu budowę cegielni, której jednak zaniechano z powodu niskiej jakości miejscowego surowca, czyli gliny. Zakładano we wsi nowe sady, mające stanowić zaplecze surowcowe dla przyszłych zakładów przetwórstwa owocowo-warzywnego, drzewa jednak w znacznym stopniu wymarzły w czasie ostrej zimy w 1940 roku. Podobny los spotkała idea zlokalizowania w tym dawnym zaścianku szlacheckim zakładów przetwórstwa mleczarskiego. W 1939 roku rozpoczęto produkcję masła i serów, która zakończyła się w 1943 roku wraz ze zniszczeniem maszyn i urządzeń przez komunistyczną bandę. W 1939 roku rozpoczął w Tucznej działalność sąd grodzki, a w czasie okupacji uruchomiony został szpital. W okresie przedwojennym rozwijała się też w Tucznej najlepsza w całym powiecie bialskopodlaskim spółdzielcza instytucja finansowa, jaką była Kasa Stefczyka. 

 

APC - 2019.12.04 17.05 - 001.3d

http://bbc.mbp.org.pl/dlibra/docmetadata?id=8734&from=publication

Przeczytaj także:

Tuczna jako ostoja polskości

ZAŚCIANEK SZLACHECKI TUCZNA. XVI-XX WIEK – Jan Kukawski

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna | Leave a Comment »

Syberia – największe więzienie świata

Posted by tadeo w dniu 29 listopada 2019

Syberia od początku rosyjskiej obecności na tej ziemi stanowiła miejsce kary i wygnania. Ogromny obszar, rozciągający się od Uralu do Oceanu Spokojnego i obejmujący 8 stref czasowych, surowe warunki klimatyczne oraz słabe zaludnienie czyniły Syberię naturalnym więzieniem. Proceder zsyłek rozwinął się już w XVI wieku, przede wszystkim dlatego, że Rosja nie posiadała systemu więziennictwa.

Dymiące kominy elektrowni (TEC-1). Obóz w Workucie, 1955-1957
Dymiące kominy elektrowni (TEC-1). Obóz w Workucie, 1955-1957Foto: Bernard Grzywacz/zbiory Ośrodka Karta

Wysypisko caratu

Bandyci, recydywiści, mordercy, ale też drobni złodzieje, dezerterzy, unikający pracy chłopi, czy członkowie sekt religijnych – na Sybir trafiali wszyscy, którzy w jakiś sposób narazili się caratowi. W XIX wieku skute lodem pustkowia stały się domem dla coraz liczniejszej rzeszy więźniów politycznych. Wśród nich do najbardziej znanych należeli dekabryści, szlacheccy rewolucjoniści, którzy podjęli walkę z caratem w imieniu haseł wolności i równości, a także członkowie Koła Pietraszewskiego, tajnej grupy radykalnych intelektualistów, do której należał chociażby Fiodor Dostojewski.

W połowie XIX wieku na zesłanie trafił anarchista Michał Bakunin, a pod koniec wieku jego los podzielili socjaliści i marksiści.
Wśród tysięcy ludzi zesłanych na Sybir szczególną grupę stanowili Polacy. Jak zapisał jeden z podróżników, który odwiedził Syberię pod koniec XVIII wieku: „Polacy i wygnańcy tworzą liczną rzeszę. Polaków zesłano tu po pierwszym rozbiorze (…) chwalono ich uczciwość w tym kraju. Są najbardziej zaradni i najlepiej znają się na gospodarstwie”.

Buntownicy, nie żołnierze

Na Syberię regularnie trafiali jeńcy wojenni. Jednak, o ile żołnierze innych narodowości po zakończeniu konfliktów wracali do swoich krajów, o tyle Polaków caryca Katarzyna II traktowała jak buntowników, sprzeciwiających się rosyjskiej władzy nad Polską. Gdy w 1791 roku Polacy uchwalili postępową konstytucję 3 maja, wybuchła wojna polsko-rosyjska. Po zajęciu warszawskiej Pragi i rzezi tysięcy mieszkańców miasta aresztowanych wysłano na Syberię. Ten sam los czekał tych, którzy walczyli w wielonarodowej armii Napoleona. W 1812 roku Wielka Armia zaatakowała Rosję, a jej klęska oznaczała zesłanie dla tysięcy polskich żołnierzy.

Dalszy napływ zesłańców miał miejsce po dwóch wielkich zrywach niepodległościowych w  XIX wieku. Szacuje się, że po klęsce powstania listopadowego na Sybir trafiło 20 tysięcy zesłańców, choć niektóre źródła podają nawet liczbę 50 tysięcy osób. Kolejna fala zsyłki miała miejsce po powstaniu styczniowym. Objęła ona 16-20 tysięcy Polaków, z czego połowę skazano na przymusowe osiedlenie na wsi, a pozostałych skierowano do ciężkich robót przymusowych, zamknięto w więzieniach lub siłą wcielono do rosyjskiego wojska.

Nowy Świat

Ich losy układały się bardzo różnie. Niektórzy mieli szczęście i szybko wrócili do kraju. Inni musieli pozostać na miejscu zesłania lub przeniesiono ich w bardziej odległe regiony Syberii. Część do kraju nie wróciła nigdy. Frederick Baedeker, który podjął pracę misyjną w Rosji, tak pisał o mieście Tiumeni w ostatniej dekadzie XIX wieku: „Na każdym kroku spotyka się tu potomków Polaków skazanych na zsyłkę, jest też wielu takich, którzy sami są zesłańcami”.

Pomimo straszliwych warunków, jakie panowały w drodze na Sybir, po przybyciu na miejsce Polacy angażowali się w przedsięwzięcia handlowe i przemysłowe. Jeden z nich prowadził nawet fabrykę czekolady w Tomsku. Zesłańcom zawdzięczamy też wiedzę naukową i etnograficzną, jak również informacje o niezwykłej florze i faunie Syberii oraz o jej bogactwach mineralnych.

Szacuje się, że w sumie w przededniu wybuchu I wojny światowej na Syberii znajdowało się około 150 tysięcy Polaków, zarówno wolnych osadników, jak i zesłańców.

Masowe deportacje i zasada zbiorowej odpowiedzialności

O ile w XIX wieku na Sybir skazywano konkretne osoby za konkretne czyny, to w wieku XX terror komunistyczny przyjął zasadę zbiorowej odpowiedzialności. Deportacje nabrały charakteru masowego i objęły nie tylko rodziny, ale też całe grupy społeczne, narodowe lub religijne. Nowym narzędziem opresji w Rosji sowieckiej, a następnie ZSRR, stał się Gułag, system niewolniczych obozów pracy. Wiele z nich znajdowało się na bezkresnych syberyjskich pustkowiach.

Ocenia się, że w latach 1930-1950 w Związku Sowieckim w 130 operacjach deportacyjnych przymusowo przesiedlono około 6 milionów ludzi różnych narodowości. Pierwsze wielkie akcje wysiedleńcze, których ofiarą padli Polacy przeprowadzono już w latach 30. Dotknęły one ludność zamieszkałą na tzw. Kresach Dalszych (dawnych ziemiach I RP), po 1921 roku włączonych w granice Białorusi i Ukrainy Sowieckiej. W ramach Operacji polskiej NKWD przeprowadzonej w latach 1937-1938 doszło do masowych aresztowań Polaków. Większość, ponad 100 tys., zamordowano, niemal 30 tys. zamknięto w Gułagu. Aresztowania wiązały się z masowymi deportacjami.

Po wybuchu II wojny światowej w okresie okupacji sowieckiej w latach 1939-1941 miały miejsce cztery wielkie akcje deportacyjne z ziem polskich. W pierwszej kolejności wywieziono tzw. osadników (tj. wszystkie osoby, które nabyły ziemię w parcelacji na obszarze ziem wschodnich II RP) oraz tzw. leśników, czyli osoby zatrudnione przy ochronie lasów prywatnych i państwowych. Na mocy podjętej przez Stalina i najwyższe kierownictwo sowieckie decyzji, w nocy z 9 na 10 lutego 1940 w 140 transportach na wschód i północ Związku Sowieckiego deportowano około 140 tysięcy mieszkańców wsi i kolonii na Kresach.

W dniach 12-13 kwietnia 1940 dopełniono dzieła lutowej wywózki. Deportowano rodziny osób wcześniej represjonowanych, w tym jeńców mordowanych w tym samym czasie w Katyniu. Wywiezionych rozsiedlono w Kazachstanie. 36 tysięcy z nich skierowano do pracy w kołchozach, 18 tysięcy w sowchozach, a 8 tysięcy umieszczono w osiedlach robotniczych i przy budowie linii kolejowych. Wśród osób dotkniętych kwietniową deportacją liczebnie dominowali Polacy, ale w tym czasie wysiedlono też Żydów, Ukraińców i Białorusinów.

Następna kategoria i następna duża deportacja to koniec czerwca 1940 roku. Usunięto w ten sposób tzw. bieżeńców, uchodźców z Polski centralnej i zachodniej, którzy uciekli na wschód w obawie przed niemieckimi prześladowaniami. Nie istnieją dane pozwalające dokładnie określić wielkość tej grupy.

Wreszcie ostatnia masowa deportacja miała miejsce rok później, tuż przed wybuchem wojny sowiecko-niemieckiej. Wysiedlanie członków organizacji uznanych za kontrrewolucyjne i ich rodzin trwało od końca maja do 18 czerwca, choć ostatnie transporty ruszały jeszcze 22 czerwca, czyli w dniu rozpoczęcia „Operacji Barbarossa”. Szacuje się, że w tym czasie na Syberię wywieziono około 85 tysięcy osób, choć są to wyliczenia bardzo nieprecyzyjne.

Historycy na podstawie sowieckich archiwów wyliczyli, że w sumie w czasie II wojny światowej deportowano z ziem polskich w głąb Związku Sowieckiego około 320 tysięcy osób. Należy zaznaczyć, że według Związku Sybiraków szacunki te są znacznie zaniżone, zaś faktyczna liczba osób deportowanych w następstwie okupacji sowieckiej może wynosić nawet milion Polaków.

Po II wojnie światowej

Po zakończeniu II wojny światowej dramat osób więzionych i deportowanych na obszarach Związku Radzieckiego przez wiele lat pozostawał w cieniu zbrodni popełnionych przez Niemcy. Ich trauma pozostawać mogła jedynie doświadczeniem prywatnym, świadectwem, którego głosić nie było wolno. O dramatycznych przeżyciach mówiono tylko najbliższym, zaufanym, często tak samo dotkniętym przez los jak oni.

Jeszcze w latach 50. byli oni jedną z grup szczególnego ryzyka, „rozpracowywanych” przez organa kontrwywiadu wojskowego (Informacji Wojskowej). O losach zesłańców otwarcie można było pisać jedynie na emigracji, ale tam ich przeżycia nie budziły szerszego zainteresowania poza polskim, wąskim liczebnie, środowiskiem. Dopiero w latach 80. ich doświadczenia zaczęły budzić szersze zainteresowanie w kraju. Ogromną rolę w zbieraniu i zapisywaniu relacji odegrało Archiwum Wschodnie Ośrodka Karta.

mjm/bm

https://www.polskieradio.pl/302/5948/Artykul/1757585,Syberia-najwieksze-wiezienie-swiata?fbclid=IwAR3SD-6g-0qmODl59t3MlpB1owNwavIca8k_vxZ9qCY9akWMCamnjRqf-lU

Posted in Historia | Leave a Comment »

Stan włościański. Czyli jaki był los chłopów w dawnej Polsce

Posted by tadeo w dniu 16 października 2019

zzz

Jednym z najbardziej przekoloryzowanych (a właściwie to malowanym w ciemnych barwach) obrazów w popularnej historii jest obraz wielowiekowej niewoli chłopskiej – w naszym kraju bardzo żywy. Jest on tak wbity w głowy Polaków, że do okresu funkcjonowania tu gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej bardzo często używamy wielu odniesień nawet w naszych codziennych rozmowach (pracujesz jak chłop pańszczyźniany, ktoś robi sobie z pracy prywatny folwark, szlachta nie pracuje itp.) Skąd w ogóle się ten obraz wziął, ile ma wspólnego z prawdą i dlaczego mamy do czynienia z jego eksplozją właśnie w Polsce?

Tendencje historiograficzne

Generalnie mit ciemiężonego chłopa jest wytworem propagandy oświeceniowych twórców (wzorujących się na niektórych twórcach renesansowych), podlanym pozytywistycznym pogardliwym stosunkiem do tegoż, a to wszystko wymieszane machiną historiografii marksistowskiej szukającej sobie grupy poszkodowanej przez historię próbując naginać fakty historyczne pod teorię walki klas. Potem, już w XX wieku, nałożyła się na to teoria ekonomiczna o podziale Europy w XVI wieku na dwie strefy, które oddzielać miała rzeka Łaba. Na zachodzie w rolnictwie panować miały stosunki wczesno-kapitalistyczne a na wschodzie zaistnieć miało wtórne poddaństwo wykorzystujące przymusową pracę chłopa. Odpowiadając sobie na pytanie jaki reżim panował w naszym kraju od 1945 roku i jaka tendencja historiograficzna święciła tu największe triumfy, odpowiadamy sobie na nasze główne pytanie. Jednak lata realnego socjalizmu minęły, historiografia z mroków marksizmu podnosiła się już w latach 80, a mamy przecież rok 2017, więc naturalnym jest, że pojawia się coraz więcej badań, niespaczonych tą metodologią, mimo, że koncept walki klas ciągle gdzieś tam siedzi historykom z tyłu głowy. W tym tekście postaram się przedstawić trochę bardziej pasujący do realiów obraz funkcjonowania stanu włościańskiego w nowożytnej Rzeczypospolitej opierając się na najnowszych opracowaniach i syntezach badań nad zagadnieniem.

Poddaństwo – etymologia, konotacje i praktyka

Skarga poddanych na panów - chłopi w czasie wędrówki po sprawiedliwość. Rysunek z XVI wieku.

Skarga poddanych na panów - chłopi w czasie wędrówki po sprawiedliwość. Rysunek z XVI wieku.
Skarga poddanych na panów – chłopi w czasie wędrówki po sprawiedliwość. Rysunek z XVI wieku.

Na początku zajmijmy się terminologią. Czym jest owo poddaństwo? W różnych kulturach konotacje językowe wywołują różne skojarzenia. W nowszej historiografii angielskiej zastępuje się słowo „serfdom” słowem „subjection” a tego pierwszego używa się tylko w skrajnych przypadkach odnoszących się do wąskich połaci terenu i wąskich ram czasowych. „Subjection” natomiast sugeruje nam pewien rodzaj zależności. Zależności wasalnej. W średniowieczu, rozpoczynając już od czasów karolińskich, włościanie dzierżyli ziemię z nadań jej właścicieli na różnych prawach. Czasem te nadania nazywane były wprost beneficjami chłopskimi. Ich status prawny oczywiście różnił się od beneficjów nadawanych urzędnikom, możnym i wojownikom, tym niemniej podkreślało to pewien rodzaj zależności i obowiązków wynikających z jego dzierżenia. W XII wieku, gdy do Francji zaczęły przenikać z Italii koncepty prawa lennego, ziemie włościan często określanie były lennem. Znowuż, dzierżone było ono na innych zasadach niż lenno rycerskie, ale tutaj nie dość że wynikały z niego obowiązki wobec seniora, senior miał też pewne obowiązki wobec swojego poddanego. Dodatkowo zanikała wtedy większość obciążeń na rzecz władzy centralnej. W języku polskim słowo „poddany” posiada raczej negatywne konotacje. Szczególnie w sytuacji gdy słyszymy zbitkę pojęciową „poddany chłop”. Wyobrażamy sobie wtedy człowieka pozbawionego praw, zdanego na łaskę swojego pana. Tymczasem gdy już użyjemy słowa „poddany” w kontekście szlachty – poddanych króla, nie brzmi to tak negatywnie. Polityczna decentralizacja i prawo ziemskie w XVI-wiecznie Koronie przenosiło po prostu ciężar jurysdykcji z króla i jego urzędników na właściciela ziemskiego. Włościanie więc (nie licząc królewszczyzn i tzw. wolnych kmieci) byli poddanymi nie króla, lecz pana dominialnego w rejonie jego włości. Mamy więc, specyficzną oczywiście dla polskich realiów, zależność kmiecia od właściciela ziemskiego z tytułu dzierżenia od niego ziemi.

Czym się owo poddaństwo charakteryzowało? Omówię tutaj trzy główne cechy tego statusu: zależność sądową od pana dominialnego, ograniczenie prawa wyjścia ze wsi oraz obowiązek pańszczyźniany. Rzucę też światło na to jak to wszystko funkcjonowało w praktyce, bo jak wiadomo prawo prawem a ludność, szczególnie przy słabości aparatu państwowego, będzie pewne zasady skutecznie obchodzić.

Zależność sądowa od pana dominialnego wynikała z nadanego szlachcie w średniowieczu immunitetu i prawa rycerskiego. Immunitet ten utrzymał się w mocy w nowożytnej Rzeczypospolitej po wejściu w życie prawa ziemskiego oraz przekształceniu majątków zależnych w majątki alodialne. Co on oznaczał? Tak jak pisałem wyżej dawał on prawo wyłącznej jurysdykcji właścicielowi ziemskiemu na terenie jego włości. Nie ograniczało się to jednak tylko do ludności wiejskiej. Koncentrujący w swoich rękach duże połacie ziem możnowładcy, a potem magnaci, korzystali z tego prawa będąc zwierzchnikami przedstawicieli każdego stanu społecznego. Trzeba też pamiętać o tym, że pan dominialny nie rozpatrywał wszystkich spraw sądowych swoich poddanych. W Rzeczypospolitej, aż do końca jej istnienia utrzymały się bardzo silne organy samorządowe – komuny miejskie, gromady wiejskie i samorządowe organy szlachty. Pan dominialny był więc w teorii jedną z instancji odwoławczych. Chłopa sądziły natomiast sądy wiejskie ze specjalnie powołanym do tym organem – ławą przysięgłych, zrzeszająca najbardziej zasłużonych i zaufanych członków lokalnej społeczności, na czele której stał wójt. Bardzo często bywało tak, że ławnicy nie oglądali się na zalecenia pana i wydawali wyroki autonomicznie a ten musiał je, chcąc nie chcąc, zaakceptować. Była to realizacja koncepcji średniowiecznej zasady, która mówiła, że człowiek powinien być sądzony przez ludzi równych stanem. Sądy dominialne, szczególnie w ogromnych posiadłościach magnackich, posiadały oczywiście swoja rozbudowaną strukturę odwoławczą: od sądów dworskich sądzących sprawy dotyczące jednej wsi, przez sądy kluczowe, które obejmowały swoim zasięgiem kilka folwarków po sądy centralne obejmujące wszystkie klucze dóbr, złożone z przedstawicieli niższych sądów dominialnych pod przewodnictwem zarządu generalnego. Trzeba także zaznaczyć tutaj, że pan, wbrew ukutym mitom, nie mógł skazywać swoich poddanych na śmierć. Wyrok śmierci wykonywać mógł tylko kat, a ten żeby to zrobić musiał mieć upoważnienie wydane przez sąd państwowy. Od wyroków sądów dominialnych istniała też możliwość odwołania się do sądów publicznych – grodzkich i ziemskich w wypadku dóbr szlacheckich, kościelnych w wypadku dóbr duchownych i referendarskich w odniesieniu do dóbr królewskich. Występowało to szczególnie często w przypadkach procesów międzystanowych. Osławione w literaturze historycznej oddalenie przez Zygmunta Starego sprawy chłopskiej z sądu królewskiego nie miało w praktyce żadnego znaczenia. Świadczą o tym liczne akta spraw składanych przez chłopów do sądów publicznych już po 1518 roku. Musimy jeszcze wziąć pod uwagę fakt, że pan dominialny nie był oderwanym od swoich włości duchem, pojawiającym się tam raz na 10 lat. Ziemianie żyli na co dzień wśród społeczności wiejskiej, znali jej problemy, lokalne obyczaje i musieli liczyć się z jej opinią, rozwiązując spory na zasadzie konsensusu i przede wszystkim być sprawiedliwymi sędziami by uniknąć buntu poddanych. Problemy spotykamy najczęściej w tych kluczach dóbr, gdzie pan, z różnych powodów, nie zarządzał swoimi majątkami sam, a wyznaczał do tego innych ludzi (zwykle spoza wspólnoty). Działo się tak przede wszystkim na terenach ukrainnych, gdzie panowie dominialni bardzo często wyznaczali na stanowiska administracyjne Żydów, do których ludność wiejska podchodziła z nieukrywaną niechęcią, co tworzyło wewnętrzne konflikty i zaostrzało działania administratorów.

Prawo do opuszczenia wsi było ograniczane już od średniowiecza. Pierwsza kodyfikacja tych zwyczajów (bo pamiętajmy, że w tamtych czasach prawo pisane powstawało na bazie prawa zwyczajowego) wydana została za czasów Kazimierza Wielkiego. Były to jak na owe czasy bardzo racjonalne zasady regulujące stosunki na wsi. Kmieć chcąc odejść musiał najpierw poinformować o tym z wyprzedzeniem pana dominialnego, poczekać do końca czasu trwania umowy feudalnej (tradycyjnie był to dzień Świętego Marcina), pozostawić gospodarstwo w nienaruszonym stanie a w niektórych regionach też znaleźć na swoje miejsce następcę. Wykształciło się wtedy pojęcie zbiega – chłopa, który opuścił wieś bez wypełnienia zobowiązań wynikających z kontraktu. W kontekście tych ograniczeń zawsze przywołuje się Przywilej Piotrkowski z 1496 roku ograniczający prawo wychodu ze wsi do jednego gospodarza oraz jednego syna chłopskiego na rok (ruch włościan nieposiadających ziemi nie był regulowany). Jego powszechna interpretacja jest jednak bardzo często chybiona. Po pierwsze, przy ówczesnej strukturze zaludnienia (od kilku do kilkunastu kmieci we wsi) prawo to nie było w praktyce w ogóle uciążliwe. Po drugie, przywilej ten działał także w drugą stronę. Pan dominialny nie miał prawa wyrugować więcej niż jednego chłopa z ziemi bez obopólnej zgody. Kmieć dostawał więc w praktyce wieczystą dzierżawę ziemi. Po trzecie wreszcie i ta zasada była zasadą martwą, gdyż ruch i zbiegostwo chłopów było zjawiskiem powszechnym o czym świadczą zapisy ksiąg miejskich rejestrujące imigrację warstw wiejskich do miast oraz konstytucję wydawane po 1496 roku mające na celu ukrócić ten proceder. Trzeba też wspomnieć o tym, że konstytucje te nie przewidywały karania zbiegłego kmiecia a szlachcica, który go przyjął (można tu przywołać chociażby Statuty Nieszawskie). Sytuacja synów chłopskich przedstawiała się podobnie. Mnóstwo młodych, nieodpowiedzialnych, opuszczało gospodarstwo swoich rodziców (mimo że groziło to odebraniem mu prawa dziedziczenia) a i tak po latach wracali i dostawali swoją ziemię z powrotem.

Pańszczyzna – ewolucja, apogeum i reformy w gospodarce dworskiej XVIII wieku

Rozmowa trzech chłopów  ok 1606 rok
Rozmowa trzech chłopów
ok 1606 rok

Przejdźmy więc do tej demonizowanej z każdej strony pańszczyzny. Wyjaśnijmy najpierw czym była. Była to opłata w robociźnie za dzierżawę ziemi. Tylko tyle i aż tyle. Nie była ona ani gorsza, ani lepsza niż opłata w pieniądzu bądź w naturze. Czasem pojawiała się jako jedyna opłata, czasem w towarzystwie dwóch innych. Wzrost jej znaczenia to druga połowa XV wieku kiedy to doszło do krótkotrwałego załamania gospodarczego i środowisko wiejskie samo forsowało zamienianie czynszów na rentę obróbkową, gdyż nie była ona uzależniona od czynników zewnętrznych takich jak koniunktura na rynkach czy ilość zbiorów. Zbiegało się to też ze zmianami w strukturze gospodarki wiejskiej, koncentracją własności ziemskiej w ręku bogatej szlachty i tworzeniem przez nią folwarków. Na terenach, gdzie pańszczyzna pojawiła się najszybciej widzimy też najszybszy zanik czynszów pieniężnych. Pierwsze na dużą skalę wprowadziły ją dobra kościelne. Na początku była ona niemal niezauważalna – zaledwie kilka dni w roku, mająca zresztą bardzo często charakter honorowy. W XVI wieku najbardziej popularna stawała się już pańszczyzna tygodniowa, dochodząca nawet do 3 dni z łanu kmiecego. Największe jednak obciążenia pańszczyźniane zaobserwować możemy w czasie odbudowy gospodarki po wojnach połowy XVII wieku, kiedy szlachcie w folwarkach zaczęło brakować rąk do pracy. Potrafiły one dojść nawet do 6 dni w tygodniu z ½ łanu (co w przeliczeniu daje nam 12 dni z łanu). Te mityczne 12 dni w tygodniu jest często wspominane w dyskusjach o staropolskim systemie gospodarczym, jednak nawet w tym przypadku trzeba sobie parę spraw wyjaśnić.

Po pierwsze, jest to skrajny przypadek jednego klucza dóbr w województwie mazowieckim (klucz dóbr Brok), w którego strukturze przeważały gospodarstwa wielopokoleniowe. Dlaczego jest to ważne? Pańszczyzna w Rzeczypospolitej naliczana była od gospodarstwa, nie jak w Rosji od głowy mieszkańca wsi. Gdy gospodarstwo posiadało siłę roboczą w wysokości 4-5 głów (gospodarz, synowie i parobek), obciążenia te nie wydawały się aż takie duże jak na pierwszy rzut oka można by przypuszczać. Po drugie, w przypadku tych dóbr, były to obciążenia wprowadzone tylko na pewien czas, czas odbudowy, który zbiegł się dodatkowo w czasie z ponownym załamaniem gospodarczym (koniec lat 90-tych XVII wieku). Nie było to oczywiście zbyt rozsądne myślenie ze strony właścicieli dóbr, szczególnie pod względem ekonomicznym, ale tak jak pisałem wcześniej był to przypadek jednostkowy, bo w tym okresie, następowała akurat tendencja do powrotu do niższych obciążeń pańszczyźnianych na modłę tych sprzed 1650 roku.

Potem przyszła Wielka Wojna Północna, która dokonała spustoszenia większego niż Potop Szwedzki i sytuacja się powtórzyła. Często jednak zapomina się o tym, że od lat 30-tych XVIII wieku Rzeczpospolita wkracza w okres gospodarczego prosperity i w okres wielkich reform w gospodarce dworskiej i relacjach kmieć-pan dominialny. Szlachta zaczynała widzieć nieefektywność systemu folwarczno-pańszczyźnianego. Chłopi dzięki dobrej koniunkturze zaczęli znów dysponować pieniądzem. Pojawił się pomysł czynszowania gospodarstw kmiecych i odchodzenia od pańszczyzny. Na początku lat 70-tych XVIII wieku oczynszowana była już większość Wielkopolski i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Czynszować zaczęli też magnaci w swoich latyfundiach i ordynacjach. Spotykało się to z… oporem warstwy włościan, dla których pańszczyzna była, jak już wspominałem, wygodniejsza i przede wszystkim bezpieczniejsza niż stały czynsz w pieniądzu. Środowisko wiejskie stawiało tak duży opór, że niektórzy panowie dominialni musieli bardzo szybko do renty obróbkowej wrócić. Proces zmian w gospodarce dworskiej przerwał pierwszy rozbiór Rzeczypospolitej.

Przesadne uogólnienia

To, czego trzeba się wystrzegać w dyskusji o kondycji stanu chłopskiego to nadmierne uogólnienia. Zarówno uogólnienia relacji międzystanowych włościan ze szlachtą (pomijając jednocześnie zróżnicowanie wewnątrzstanowe i relacje w środowisku wiejskim) jak i uogólnienia sytuacji kmieci próbując tworzyć narracje dla całej Rzeczypospolitej nie bacząc na zróżnicowania regionalne. Czy istnieli panowie dominialni, którzy traktowali poddanych bardzo źle? Oczywiście. Historycy jednak są zgodni, że takie przypadki były rzadkością i zawsze wzbudzały reakcję miejscowej społeczności. Z drugiej strony, czy istnieli chłopi, którzy migali się od obowiązków, okradali swoich panów a potem uciekali z częścią ich majątku? Odpowiedź rysuje się taka sama. Często zapomina się jednak o relacjach wewnątrzstanowych. Stosunku bogatych włościan do swoich biedniejszych sąsiadów, oddawaniem ziemi w dzierżawę chłopom bezrolnym, o sołtysach nadużywających swoich uprawnień, o policyjnej roli całej społeczności wiejskiej, o działaniach samorządu w sprawach lokalnych, negocjacjach między gromadą a panem. Na szczęście nowe badania zaczęły się na tych skomplikowanych zaszłościach skupiać i przedstawiać sytuację z perspektywy szerszej niż tylko wyimaginowany konflikt klasowy.

1426539_698217183529639_384819447_nCo się tyczy zaś zróżnicowania regionalnego. W Rzeczypospolitej istniały tak naprawdę 4 strefy gospodarcze. Główne ziemie Korony (dorzecze Wisły), Prusy Królewskie, Wielkie Księstwo Litewskie i tereny ukrainne włączone do Korony w 1569 roku. A to i tak jest skala makro! Bywały miejsca, gdzie każda wioska lokowana była na nieco innych warunkach. O ile w Koronie i w Wielkim Księstwie system wyglądał dosyć podobnie(na Litwie refeudalizacja nastąpiła z opóźnieniem) to sytuacja w Prusach Królewskich i na Rusi rysowała się inaczej. Prusy Królewskie to w większości kraina tzw. wolnych chłopów (nazwanych tam gburami), dzierżących ziemię z nadania królewskiego (przez fakt dość rozległej domeny monarszej na tych terenach) oraz Olędrów – grupy etniczno-prawnej lokującej swoje wioski na prawie olęderskim, zbliżonym do prawa chełmińskiego. Była to gospodarka w większości oparta na czynszu pieniężnym, chociaż folwarki szlacheckie powstawały i tam (ziemie folwarczne stanowiły ok. 26% wszystkich ziem – najmniej w Rzeczypospolitej). Na Rusi natomiast ze względu na bardzo niski stopień urbanizacji i koncentrację wielkich połaci ziemi w rękach magnatów, wytworzyły się tzw. folwarki latyfundialne. Co ciekawe, pańszczyzna na terenach ukrainnych była najniższa w kraju, liczona dodatkowo nie od gospodarstwa a od zagrody. Dominowały tam natomiast daniny w naturze oraz obowiązek pracy przy podwodach i fortyfikacjach.

Raju dla chłopa w Europie nie stwierdzono

Na sytuację polskiego kmiecia warto też spojrzeć przez pryzmat sytuacji warstwy włościańskiej w innych krajach. Wiek XVII, wiek wielkiego kryzysu, odbił się negatywnie nie tylko na mieszkańcach terenów Rzeczypospolitej. Jest to okres pogorszenia się warunków życia chłopstwa w całej Europie. Jest jednak zasadnicza różnica w przyczynach tego stanu rzeczy. O zwiększeniu się obciążeń pańszczyźnianych w Rzeczypospolitej pisałem wyżej. Głównym jednak powodem pauperyzacji polskiego włościaństwa były wyniszczające wojny, które doprowadziły poważne rzesze tego stanu na skraj nędzy. Kraj, który do początków XVII wieku posiadał najszerszą warstwę bogatego chłopstwa w Europie, obciążonego najmniejszymi ciężarami fiskalnymi jak i senioralnymi stał się krajem w którym duża część społeczności wiejskiej wegetowała. Sytuacja ta była oczywiście chwilowa, ale ten właśnie fakt jest wyolbrzymiany i rozciągany na całą historię warstwy chłopskiej w Polsce. Sytuacja jednak nie była taka zła, lata odbudowy zapewniły kmieciom względnie dobre i przede wszystkim spokojne warunki życia, panowie dominialni wspierali swoich poddanych (kierując się oczywiście własnymi interesami), wspomagali ich w chwilach najgorszych nieurodzajów a bunty chłopskie, ku konsternacji zwolenników teorii walki klas, były w Rzeczypospolitej rzadkością i były, w przytłaczającej większości, spowodowane czynnikami ekonomicznymi.

W innych krajach Europy widzimy za to postępującą tendencję centralizacji władzy i rozwoju absolutyzmu. A monarchia absolutna kosztuje. Drenaż trzeciego stanu we Francji rozpoczął się już w późnym średniowieczu, natomiast wiek XVII i XVIII jest apogeum tego procesu. Bezpośredni, wysoki, podatek gruntowy, pośrednie podatki od dóbr konsumpcyjnych, potem do tego dochodzi też stały podatek pogłówny. Dodatkowo włościanin francuski zobowiązany był do wykonywania przymusowych robót publicznych, za które rząd płacił bardzo marnie, a także mógł zostać pod przymusem zwerbowany do lokalnego oddziału milicji, bądź, w najgorszej sytuacji, do armii. Nie działo się to tak często jak w Prusach, ale było to na porządku dziennym. Właśnie, Prusy. Podatki centralne jeszcze wyższe niż we Francji, masowe branki do wojska, poziom pańszczyzny i obciążenia senioralne podobne do tych na terenie Korony. Państwo-koszary jakoś trzeba utrzymać. Anglia? Bezprawne, masowe grodzenia odbierające ziemię pomniejszych dzierżawców, zmuszające chłopów do emigracji do miast. Rosja to oczywiście wspominana już pańszczyzna liczona od duszy, nie od gospodarstwa, realne (w przeciwieństwie do Rzeczypospolitej) przywiązanie do ziemi, wysokie podatki na rzecz caratu i obowiązek służby wojskowej. O Austrii krąży potwierdzona źródłowo historia, jakoby po pierwszym rozbiorze chłopi polscy zaczęli masowo uciekać z Galicji (gdzie przypomnijmy, jak w całym dominium Habsburgów, poddaństwo było już zniesione) do istniejącej jeszcze Rzeczypospolitej. Cesarz podobno musiał aż obstawić granicę kordonami wojskowymi, żeby zatrzymać tę masową emigrację. Kmiecie, jak widzimy, przekładali bezpieczeństwo nad względną wolność. Woleli partycypować w swego rodzaju prototypie państwa opiekuńczego tworzonym przez szlachcica będąc jego poddanymi, niż sami borykać się z problemami życia codziennego. Pamiętajmy, że pod koniec XVIII wieku natura nadal jawiła się jako siła niemalże wszechmocna i uzależnienie od niej było ogromne. Bodźce (a tak po prawdzie, tylko niektóre z bodźców), które w średniowieczu skłaniały wolnych dzierżawców do przyjmowania zwierzchnictwa rycerza wciąż były obecne. Dodatkowo w Rzeczypospolitej obciążenia na poczet państwa były śmiesznie małe. Jedynym stałym podatkiem było niewielkie podymne (wcześniej łanowe) a w czasie wojen niekiedy uchwalany był podatek pogłówny. Jedynym podatkiem pośrednim (płaconym teoretycznie przez producentów, ale łatwo przerzucanym na chłopów) było czopowe, pobierane jednak nie przez władze centralne a przez sejmiki ziemskie. Chłop sprzedając towar w mieście królewskim bądź duchownym oraz wsiach targowych musiał też liczyć się z niewielką akcyzą nałożoną na towary. Były to podatki w wydaniu średniowiecznym, kilkukrotnie (lub nawet kilkunastokrotnie) niższe niż w państwach absolutystycznych z rozbudowaną biurokracją i armią. Nie zapominajmy też o tym, że włościanie na zachodzie, oprócz podatków centralnych (pomijając pańszczyznę w niektórych rejonach) płacili też swoim bezpośrednim seniorom czynsz w pieniądzu i daninę w naturze (wysoką i bardzo odczuwalną we Francji).

ubior chlopskiCzy Rzeczpospolita była rajem dla stanu włościańskiego? Nie. Ale też, patrząc w kontekście historycznym, raju dla chłopa próżno szukać, a Polska była dla niego jednym z najlepszych miejsc w Europie (świadczyć mogą o tym kierunki migracji, zwykle do niej a nie z niej). Czy system folwarczno-pańszczyźniany był sprawiedliwy? Nie. Chłop jako główny wytwórca bogactwa zachować dla siebie mógł stosunkowo niewiele a owoce jego pracy zostawały w ręku człowieka, który stał na uprzywilejowanej pozycji ze względu na archaiczne i nieprzystające do epoki prawo stworzone w zupełnie innym kontekście dziejowym. Jednak niesprawiedliwość nie równa się jeszcze uciskowi i niewolnictwu. Obraz chłopa traktowanego jak zwierzę przez wszechmocnego szlachcica trudno będzie ze świadomości zbiorowej wyplenić. Na szczęście już od prawie 20-tu lat syntezy akademickie idą w tę stronę. Miejmy nadzieję, że w końcu choć trochę podejścia naukowego przedostanie się też i do kultury popularnej.

Na koniec, chciałbym przytoczyć kapitalne podsumowanie rewolucyjnego jak na swoje czasy (rok 1986) artykułu o stanie chłopskim w epoce odrodzenia autorstwa Andrzeja Wyczańskiego: „Powyższy obraz dziejów chłopa polskiego nie zgadza się z jego dotychczasowym przedstawieniem, niezależnie od tego, czy zostało ono podane w ujęciu podręcznikowym lub monograficznym, czy wreszcie w syntezie historyczno-społecznej. Co więcej: można mu zarzucić lekceważenie krzywdy, niedocenianie ciężarów obarczających chłopa, łagodzenie niesprawiedliwości jaka go spotkała, na końcu – umniejszenie waloru postępowych wypowiedzi obrońców ówczesnego wieśniaka. Tymczasem według naszej opinii, sytuacja jest raczej przeciwna. Litowanie się nad losem chłopa to czynienie zeń ofiary, przedmiotu działań innych ludzi, a nie dostrzeganie człowieka o własnej postawie, jemu tylko właściwym stosunku do pracy, o indywidualnych dążeniach i osiągnięciach. Z tą tendencją do litości wobec chłopa, do potępiania jego krzywdy, wyzysku, niesprawiedliwości łączy się bowiem niedostrzeganie jego roli jako aktywnego podmiotu działań, wynikające zewsząd stąd, że jedyna forma tej aktywności dopuszczana w literaturze historycznej, to znaczy bunt przeciwko uciskowi i krzywdzie, należała do niezwykle rzadkich zjawisk w Polsce. Jeżeli natomiast zaczniemy widzieć w chłopie świadomie działającą jednostkę, w gromadzie chłopskiej zorganizowaną, aktywną zbiorowość, wówczas krzywda chłopska wprawdzie zblednie, ale osiągnięcia chłopskie zostaną uwidocznione. Przede wszystkim w przedstawionym tutaj obrazie mieści się umiejętne, względnie racjonalne, a niekiedy ekspansywne (dodatkowe dzierżawy, usługi transportowe, handel) gospodarowanie chłopskie, w konsekwencji zaś osiąganie przyzwoitego poziomu życia i znaczniejszego dochodu. W tym obrazie uwidacznia się też samorządna rola gromady wiejskiej i urzędu wiejskiego, działających bez dyrektyw czy dyktatu pana, a czasem i wbrew jego woli. Z tym obrazem wreszcie będą się wiązały aspiracje chłopów, szczególnie młodych, do większych zarobków, czy samodzielności gospodarczej, do uczenia się, nawet do wyjścia ze wsi, do uwolnienia się z poddaństwa, porzucenia stanu chłopskiego. Przedstawiony przez nas obraz nie jest sprzeczny z obroną chłopów ani w literaturze, ani w umowach dzierżawnych, gdyż ochrona chłopa przed krzywdą i niesprawiedliwością wynikała tak z humanitarnych, jak też racjonalnych postaw. Obraz ten oddaje sprawiedliwość chłopskiej pracy, chłopskiej zaradności i chłopskim osiągnięciom, pokazuje nam całą chłopską osobowość, tak jak na to zasługuje.”

Marcin Legumina – absolwent filologii angielskiej, miłośnik średniowiecza i historii nowożytnej. Swoje zainteresowanie skupia szczególnie na strukturach politycznych i ekonomicznych, relacjach rządzących z rządzonymi i wpływie ich działań na kondycję społeczeństwa.

Bibliografia:

Markus Cerman – Villagers and Lords in Eastern Europe (1300-1800), New York 2012

Piotr Guzowski – Chłopi i pieniądze na przełomie średniowiecza i czasów nowożytnych, Kraków 2008

Jerzy Topolski – Przełom gospodarczy w Polsce XVI wieku i jego następstwa, Poznań 2000

Andrzej Wyczański – Społeczeństwo [w: Polska w epoce odrodzenia: państwo, społeczeństwo, kultura (wyd. 2)], Warszawa 1986

Mariusz Markiewicz – Chłopi [w: Historia Polski 1492-1795], Kraków 2002

Urszula Augustyniak – Stan chłopski? [w: Historia Polski 1572-1795], Warszawa 2008

Andrzej F. Grabski – Dzieje historiografii, Poznań 2011

Andrzej F. Grabski – Zarys historii historiografii polskiej, Poznań 2010

Susan Reynolds – Lenna i wasale: reinterpretacja średniowiecznych źródeł, Kęty 2011

Mariusz Kowalski – Księstwa Rzeczpospolitej: państwo magnackie jako region polityczny, Warszawa 2013

Jan Baszkiewicz – Historia Francji, Warszawa 2004

Stanisław Salmonowicz- Prusy: Dzieje państwa i społeczeństwa, Warszawa 2004

https://historykon.pl/nowe/stan-wloscianski-czyli-jaki-byl-los-chlopow-w-dawnej-polsce?fbclid=IwAR0Ia-Iq-5S0wljZP-tTiZ7t807CJ5c0cJ73XUUfOoFNNzPki6fdeHH5oo4

Posted in Historia | Leave a Comment »