WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • Tylko przestańmy mówić: ten kraj, w tym kraju, tutaj, ci ludzie. Zacznijmy mówić tak, jak Pan Bóg przykazał, jak o matce: Ojczyzno ma, moja, kochana, poraniona, więc tym bardziej kochana. Moja, to znaczy taka, którą się kocha, którą się po rękach całuje, przed którą się klęka, której się służy, której się z czcią opowiada, której się nie okrada, dla której się pracuje, dla której się cierpi i umiera, jak trzeba. To nie inni mają tak zrobić, to nie oni, tam na górze, ale my. Inaczej na nic wszystko. Na nic ta rana i na nic te ofiary. Nasza Ojczyzna mocno krwawi i ból nie ustaje w naszych sercach, ale zapewniamy pachołków Moskwy i Berlina, i tych, co służą „mamonie” – jeszcze nie zginęła, póki my żyjemy. Póki pracujemy dla dobra naszej Ojczyzny. Póki kochamy i pamiętamy.

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Historia’ Category

Paweł – Kierbel – Olszewski

Posted by tadeo w dniu 31 grudnia 2016

Posted by Marucha w dniu 2012-04-12 (czwartek)

Paweł Bartosz Olszewski (ur. 11 grudnia 1979 w Bydgoszczy) – polityk, działacz samorządowy, poseł na Sejm V, VI i VII kadencji. Absolwent Szkoły Podstawowej nr 32 w Bydgoszczy oraz I Liceum Ogólnokształcącego w Bydgoszczy. Następnie studiował na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu na kierunku zarządzanie i marketing (specjalizacja – ekonomia i polityka gospodarcza).

Po skończeniu studiów podjął pracę menedżera ds. eksportu w Bydgoskiej Fabryce Mebli. W 2004 został dyrektorem finansowym oraz prokurentem w Zakładzie Mechanicznym Skraw-Mech Sp. z o.o. (należącej do holdingu Pojazdy Szynowe PESA Bydgoszcz S.A.). Zawodowo pracował do czasu objęcia mandatu poselskiego.
Jest synem Wiesława Olszewskiego, wojewody bydgoskiego (w latach 90.) i byłego radnego z ramienia SLD.

Wiesław Cezary Olszewski (ur. 21 maja 1948) – polski działacz polityczny związany z Bydgoszczą, wojewoda bydgoski (1994–1997). W latach 1994–1997 sprawował urząd wojewody bydgoskiego z ramienia SLD. Objął później stanowisko dyrektora Nordea Bank Polska S.A. w Bydgoszczy.
Źródło: wikipedia

Rady Nadzorcze:
– Przedsiębiorstwo Zieleń Miejska W Bydgoszczy – Spółka Z Ograniczoną Odpowiedzialnością
– Pojazdy Szynowe Pesa Bydgoszcz Spółka Akcyjna Holding
– Europlast – Spółka Akcyjna

Źródło: http://manager.money.pl/krs/wieslaw-cezary-olszewski/

Bydgoska Ośmiornica

Kiedy uczęszczał do Technikum Elektryczno-Mechanicznego nazywał się jeszcze Wiesław Kierbel, ale przed maturą, w roku 1967, zdecydował się wraz z kolegą klasowym – Adamem Kwoką , na zmianę nazwiska. Ukończył więc bydgoską Akademię Techniczno-Rolniczą już jako Wiesław Olszewski. Podczas studiów zaangażował się politycznie po stronie nazywanej dziś reżimową. Działał w Zrzeszeniu Studentów Polskich. Nawiązał wtedy odpowiednie kontakty, co zaowocowało otwarciem się przed nim nowych możliwości. Zaczął kierować studencką spółdzielnią pracy Inventus. Żeby wzmocnić zaufanie do swojej osoby, wstąpił do PZPR, której członkiem pozostał do końca.

Spółdzielnia Inventus dawała średnio zatrudnienie 1500 studentom z WSP i ATR rocznie. Jej kierownictwo rozdzielało zlecenia. Witold Gadomski z “GW” zbadał, jakie obowiązywały w spółdzielniach zasady działania :

“W spółdzielniach istniała ścisła hierarchia. Ci na samym dole musieli wstawać przed świtem i czekać w kolejce na byle jaką fuchę – mycie okien czy sprzątanie hal fabrycznych. Ci w środku pracowali na kilka książeczek, dostawali lukratywne zlecenia, a czasem odpalali dolę tym na samej górze. Tam można było robić prawdziwy biznes. Tam też zaczynała się droga na salony wielkiej polityki.
Spółdzielnie były zapleczem finansowym organizacji młodzieżowych. A organizacje były zapleczem władzy. Tu rosły kadry, które miały rządzić PZPR i Polską.”
(…)
Po pięcioletniej pracy w Inventusie, Olszewski wrócił do macierzystej uczelni, ale nie dla pracy naukowej. Zastąpił na stanowisku dyrektora administracyjnego ATR Zdzisława Zachwieję, który przeszedł do odpowiedzialnej pracy w wydziale ekonomicznym KW PZPR.
(…)
W tym czasie dynamicznie rozwijała się też kariera partyjna Janusza Zemke. Pojawia się w tym miejscu pierwszy trop powiązań personalnych: Olszewski – Zachwieja – Zemke.
Zachwieja nie pracował długo w komitecie, wkrótce zaangażował się w przedsięwzięcie pod nazwą Drewbud. Pomysłodawcą Korporacji Budowlanej Drewbud był Piotr Bykowski z Poznania. Powstała ona w 1988 roku jako spółka kapitałowa, w której 90% udziałów posiadali minister przemysłu poprzez Fundusz Zmian Strukturalnych w Przemyśle i minister postępu naukowo-technicznego poprzez Fundusz Postępu Naukowo-Technicznego. -W naszej organizacji gospodarczej w ogóle nie ma żadnej osoby fizycznej- wyjaśniał Zdzisław Zachwieja dziennikarzowi. – Jesteśmy typowym przedsiębiorstwem państwowym, a jedynym naszym wyróżnikiem jest to, że nie powstaliśmy, jak to dotąd bywało, w drodze powołania administracyjnego przez ministra. Nie obciążyliśmy również swoim zaistnieniem budżetu państwa. Zgromadziliśmy jedynie poprzez alokację, kapitał państwowy dotąd nie najlepiej wykorzystywany, by stworzyć nowe przedsiębiorstwo dla nowego przedsięwzięcia. Na pytanie, z czego wynika fakt, że spółki nomenklaturowe działają na ludzi jak czerwona płachta, odpowiedział: – Z niezrozumienia, iż jest to najlepsza forma gromadzenia kapitału państwowego i prywatnego…

Najlepsza dla kogo? – wypadałoby zapytać. Oczywiście, dla osób, które miały dojście do kapitału państwowego, a w roku 1988 nie mieli go zwyczajni obywatele, w odróżnieniu od pracowników aparatu partyjnego i nomenklatury. Jak niewinnie brzmi informacja, że prywatna inicjatywa została zrealizowana bez obciążania budżetu państwa, a jedynie poprzez “alokację” kapitału państwowego. Cóż to jest alokacja? Po prostu, inne ulokowanie, przesunięcie kapitału. Kowalscy nie mieli żadnych szans na realizację swoich, nawet najwspanialszych, pomysłów poprzez “alokację” kapitału państwowego. Wybranym osobom, na przykład Bykowskiemu, takie rzeczy się udawały.

Poznańską Korporację nazwać można firmą-matką, która posiadała w całym kraju potomstwo. W naszym mieście, za przyczyną związków osobistych – jak się wyraził Zachwieja – powstało Przedsiębiorstwo Budowy Domów DREWBUD – BYDGOSZCZ spółka z o.o. j.g.u. Udziałowcami spółki były firmy państwowe z Bydgoszczy i okolic, a głównym – Korporacja Drewbud z Poznania. Dyrektorem naczelnym został Zdzisław Zachwieja, który z najlepszego w PRL miejsca widokowego dla przyszłego biznesmena, czyli z okien wydziału ekonomicznego KW PZPR, przez dwa lata wypatrywał zakłady państwowe, z którymi warto będzie nawiązać współpracę.
(…)
Jednym z banków holdingu Bykowskiego był Invest Bank z siedzibą w Poznaniu. Dyrektorem bydgoskiego oddziału tego banku został Wiesław Olszewski. Jakaś droga prowadzi więc przez ATR, KW PZPR i Drewbud do Invest Banku. Dopowiedzmy, że przewodniczącym rady poznańskiego Invest Banku jest Włodzimierz Majewski, były komendant wojewódzki MO w Bydgoszczy, członek egzekutywy KW PZPR, zaangażowany później również w działalność Drewbudu. Dr Majewski jest zapewne dobrym towarzyszem dr. Janusza Zemke, który, przypadkiem, kierował radą innego poznańskiego banku.

I teraz pytanie za 10 punktów. Kto niespodziewanie, po wyborach w 1993 roku, kiedy bydgoska SdRP uzyskała możliwość obsadzenia stanowiska wojewody, zgłosił kandydaturę dyrektora oddziału Invest Banku, tzw. bezpartyjnego fachowca, Wiesława Olszewskiego? Media podały, że była to propozycja posła Zemke. Jak by nie było, studiująca w Poznaniu, w czasie gdy ojciec był wojewodą bydgoskim, córka Olszewskiego, nie musiała wynajmować kwatery prywatnej. Bykowski nieodpłatnie przekazał do jej wyłącznej dyspozycji jedną ze swoich willi przy ul. Za Cytadelą. Żeby córka wojewody nie czuła się osamotniona, wspaniałomyślny biznesmen pozwolił, by zamieszkała w jego willi razem z koleżanką z roku.
(…)
Kandydat na wojewodę szczycił się tytułem naukowym doktora. Olszewskiego można nazwać swoistym fenomenem. Nikt go nigdy nie widział ślęczącego nad książką, za to widywany jest na większości organizowanych w mieście imprez, a jednak udało mu się zrobić doktorat, a teraz zapowiada, że zabiera się do habilitacji. Naprawdę fenomen. Na dodatek, Olszewski ukończył wydział telekomunikacji na ATR w Bydgoszczy, a doktorat zrobił z ekonomii w odległym Szczecinie. W związku z tym nikogo nie zaskoczy fakt, iż napisze pracę habilitacyjną np. w Rzeszowie, z dziedziny np. muzykologii albo konserwacji zabytków, bo przecież wiadomo, że kompetentny naukowo jest w wielu dziedzinach.

Mimo posiadanego tytułu naukowego, nie został Olszewski pozytywnie zaopiniowany przez sejmik samorządowy, ale nie jest to ocena wiążąca dla premiera . 12 kwietnia 1994 roku odebrał z rąk Waldemara Pawlaka nominację i rozpoczął urzędowanie.
(…)
Swoim asystentem, a więc osobą pozostającą z pryncypałem w najściślejszym kontakcie, uczynił wojewoda Jana Szopińskiego. To typowy produkt minionej epoki. Szopiński ukończył partyjną Akademię Nauk Społecznych w Warszawie, był przewodniczącym młodzieżowej przybudówki partii, przez wiele lat kierował biurem posłów PZPR, a później PZPR bis. Partia zarekomendowała go na stanowisko szefa bydgoskiego ośrodka telewizyjnego i choć Szopiński ma zerowe kwalifikacje do tego typu pracy, zdominowany przez SLD zarząd TVP SA długo uznawał go za jednego z najpoważniejszych kandydatów do sprawowania tej funkcji.

Najważniejszą po wojewodach osobą w Urzędzie Wojewódzkim został Jan Graczkowski, który woli być dzisiaj kojarzony z harcerstwem, a nie z PZPR. W latach 1974-79 pełnił funkcję zastępcy komendanta, a od 1979 do 1985 – komendanta bydgoskiej chorągwi im. M.Kopernika. Harcerze pamiętają jednak, że kiedy był ubrany “po cywilnemu”, czyli w garnitur, a nie w mundur, do klapy marynarki wpinał zawsze znaczek PZPR. Doszło do tego, że pracownicy chorągwi sprezentowali mu któregoś dnia krzyż harcerski, żeby mu wskazać do jakiej organizacji powinien się przyznawać.
(…)
Wojewoda wyznacza swoich przedstawicieli do rad nadzorczych tych przedsiębiorstw państwowych, które przekształciły się w jednoosobowe spółki skarbu państwa. Członkowie rad zbierają się przeciętnie raz w miesiącu i otrzymują za ten wysiłek średnią krajową, czyli obecnie brutto około 2 tys. złotych miesięcznie. Jak rozdzielił konfitury Wiesław Olszewski? Coś należało się koalicjantowi, więc miejsca w radach nadzorczych otrzymały Ewa Niedbalska z PSL i Irena Szperka, protegowana Kłopotka. Należało następnie zadowolić SLD. Do rad nadzorczych spółek skarbu państwa dostali się wypróbowani towarzysze: Bronisław Baranowski, Jan Graczkowski, Antoni Baszyński i Krzysztof Kęskrawiec. Kolejne decyzje Olszewskiego można nazwać niekonwencjonalnymi. Reprezentantką wojewody w radzie nadzorczej Stomilu została jego była żona, Jolanta Olszewska, a w radzie Przedsiębiorstwa Przemysłu Drzewnego w Śliwicach – Jadwiga Nowak, ta sama, z którą Olszewski pojawia się najczęściej na imprezach. Dyrektorem wydziału Urzędu Wojewódzkiego sprawującego nadzór nad przedsiębiorstwami państwowymi był wówczas Janusz Wiśniewski. Nie można było pominąć go w rozdziale konfitur, więc dostał się również do rady nadzorczej, a ponieważ Olszewski ceni więzi rodzinne, powołał do jednej z rad także żonę Wiśniewskiego.
(…)
Spokojne urzędowanie zakłóciła wojewodzie publikacja w regionalnej “Gazecie Wyborczej”. 3 listopada 1995 roku ukazał się tekst pt. “Obywatel Olszewski poręczył, wojewoda Olszewski nie płaci.” Bydgoszczanie zostali poinformowani o przeszłych poczynaniach wojewody. Jako pracownik ATR poręczył kredyt dla spółki Dam-Tex Stramowskiego i Borysiaka w wysokości 2,5 mld zł, a należący do Skarbu Państwa Pomorski Bank Kredytowy w Szczecinie nigdy nie odzyskał tych pieniędzy.
(…)
Rok 1996 nie zaczął się dla Olszewskiego zbyt pomyślnie. Prokuratura wszczęła śledztwo o przestępstwo z artykułu 205 kodeksu karnego, który mówi: “kto w celu osiągnięcia korzyści majątkowej doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzania własnym mieniem za pomocą wprowadzenia w błąd (…) podlega karze od sześciu miesięcy do pięciu lat więzienia.”

W listopadzie poprzedniego roku Radio PIK nadało reportaż autorstwa Joanny Taczkowskiej i Andrzeja Walkowiaka, który ujawniał sposób przejęcia przez wojewodę lokalu od 92-letniej kobiety. Siostra staruszki zarzuciła Olszewskiemu, że: “skłonił niedołężną Helenę, aby podarowała mu swoje mieszkanie.” Sprawą zajął się także fiskus. Pierwszy Urząd Skarbowy poinformował, iż “wszczyna postępowanie w sprawie wymiaru podatku od spadków i darowizn od dokonanej przez panią Helenę Fijałkowską na rzecz Wiesława Olszewskiego aktem notarialnym z dnia 11 maja 1995 roku sporządzonym przez Iwonę Woroszyło-Kłopotek darowizny lokalu mieszkalnego”. Fiskus wezwał Olszewskiego do “podwyższenia wartości lokalu mieszkalnego przy ul. Sułkowskiego 62/46″. W akcie notarialnym wartość darowizny oszacowano na 6 tys. zł. Tymczasem tabele skarbowe w tamtym czasie wskazywały, iż metr kwadratowy kosztuje na rynku od 550 do 800 zł, co oznaczało, że ponad 30-metrowe mieszkanie przy ul. Sułkowskiego było warte kilka razy więcej niż sześć tysięcy, od której to kwoty zapłacił Olszewski podatek.

Źródło:
http://ewastarosta.wordpress.com/moje-ksiazki/%E2%80%9Ebydgoska-osmiornica-2%E2%80%9D/%E2%80%9Ebydgoska-osmiornica-2%E2%80%9D-%E2%80%93-olszewski/

“A dlaczego Pan Kierbel zmienił nazwisko?”

Odpowiem dowcipem
Pewnego razu do urzędu przybył pan Goldberg.
– Chciałbym zmienić nazwisko
– na jakie?
– na Złotoś
– dobrze

Minęły dwa lata
Do urzędu przybył pan Złotoś
– Chciałbym zmienić nazwisko
– na jakie?
– na Srebroś
– ale dlaczego chce pan zmienić ponownie nazwisko?
– bo w kwestionariuszu zawsze jest rubryka “poprzednie nazwisko
(jeśli zmienione)”

http://czerwonykiel.blogspot.se/

https://marucha.wordpress.com/2012/04/12/pawel-kierbel-olszewski/

Posted in Gospodarka i Ekonomia, Historia | Leave a Comment »

Po coś tu jestem

Posted by tadeo w dniu 14 grudnia 2016

jacek dziedzina

Przecież nie będą do nas strzelać. Mają już nauczkę z Gdańska, z Poznania i z wcześniejszych lat.

Jeden z Dziewięciu – Józef Krzysztof Giza, podobnie jak ośmiu innych górników, zginął na „Wujku” 16 grudnia 1981 r. O bracie, cichym pogrzebie, latach rewizji i krzyżu żyjącym do dziś opowiada rodzeństwo: Małgorzata Cierkos i Adam Giza.

I.

Adam Giza: – To była moja ostatnia rozmowa z Krzyśkiem. Jakieś trzy tygodnie przed śmiercią. I tak mi właśnie powiedział, że nawet jak będzie stan wyjątkowy (o wojennym nikt nie mówił), to tym razem władza nikogo nie zabije.

Małgorzata Cierkos: – Urodził się 13 marca 1957 roku, 13 marca miał wydany dowód osobisty, na 13 ustawił sobie egzamin na prawo jazdy, 13 też otrzymał dowód rejestracyjny auta. Wierzył w trzynastkę i wszystko starał się ustawiać właśnie na trzynastego. Tyle że stan wojenny też wprowadzono 13…

A.G.: – Mieszkaliśmy w Tarnogrodzie. Ojciec był pierwszym naczelnikiem poczty, a mama kierownikiem w domu pomocy społecznej. Krzysiek po pracy w piekarni grywał na perkusji w lokalnym zespole. Później grał też na gitarze, na fortepianie, na skrzypcach – a we wszystkim samouk, żadnych szkół muzycznych nie kończył.
W 1978 roku Krzysiek przyjechał do Katowic, do pracy w kopalni „Wujek”. Nie chciał iść do wojska, więc uznał, że lepiej, jak sobie odrobi to w kopalni i potem będzie miał spokój.

II.

M.C.: – Mieszkałam już wtedy w Rybniku. Jeszcze 16 grudnia [1981 r.] nie wiedzieliśmy, co się stało w Katowicach. Dopiero następnego dnia mój mąż przynosi gazetę i mówi: „Słuchaj, Gośka, tam na kopalni coś się dzieje, zginęli ludzie”. Trzeba było szybko załatwiać zezwolenie, żeby dotrzeć do Katowic, bo przecież w stanie wojennym nie można było przejechać swobodnie z miasta do miasta. Tego samego dnia, wieczorem, przyjechaliśmy pod kopalnię. Niestety, nazwisko Krzyśka znajdowało się na tabliczce na drewnianym krzyżu.

A.G.: – Ja byłem wtedy w wojsku. O tym, że zginęli górnicy, dowiedziałem się już 16 grudnia, bo jako żołnierze mieliśmy obowiązek oglądać dziennik telewizyjny. Zacząłem się martwić o Krzyśka, ale pomyślałem sobie, że przecież w kopalni pracuje
5 czy 6 tys. ludzi, więc dlaczego akurat jego miałoby to spotkać. Mijały dni i nikt mnie o niczym nie powiadamiał, więc uznałem, że z Krzyśkiem wszystko w porządku. Na Wigilię Bożego Narodzenia przyszedł do nas „polityczny”. Nigdy nie miałem z nim poufałych relacji, a wtedy podchodził do mnie i chyba aż trzy razy łamał się ze mną opłatkiem. I wtedy coś mnie tknęło.

M.C.: – Kopalnia załatwiła nam pokój w hotelu. Mama koniecznie chciała zawieźć ciało do Tarnogrodu i tam je pochować. Cały czas przychodzili jacyś mundurowi i powtarzali: proszę czekać spokojnie, nigdzie się nie ruszać. Dopiero następnego dnia o godzinie 23.45 pukają do drzwi i mówią mamie: „albo zabiera pani ciało syna teraz, albo jutro jest pogrzeb zbiorowy w Katowicach”. Mama, niewiele myśląc, odpowiedziała: „Zabieramy teraz”. Na zewnątrz było 20 stopni mrozu. Podjechał tak malutki samochodzik, że trumna się nie mieściła i trzeba było ją ustawić w poprzek. Mama w cienkim płaszczyku usiadła obok trumny i jechała tak przez 5 godzin. Jeden z wojskowych dał mamie koc. I zaznaczył: „Mamy taki rozkaz, że ciało nie może być zawiezione do domu, tylko bezpośrednio do kościoła, trumna nie może być wożona nie wiadomo gdzie, ksiądz od razu ma wprowadzić ciało do kościoła. I później zorganizujcie sobie szybciutko cichy pogrzeb”.

III.

M.C.:  – Mamę przywieźli do Tarnogrodu ok. 5 nad ranem. I nawet nie poczekali, aż ksiądz otworzy plebanię. Zrzucili jej tylko trumnę koło dzwonnicy i powiedzieli: „Do widzenia! I żadnych kawałów, pani Gizowa, proszę nie brać ciała do domu, tylko iść do księdza dzwonić, żeby trumnę wziął…”. Mama całkowicie zmarznięta, żywej duszy na dworze, bo to przecież jeszcze godzina milicyjna była. Zadzwoniła do księdza. „Pani Gizowa – mówi – poczekamy do 6, jak się ktoś już ruszy, bo przecież sami nie damy rady wnieść tego ciała”. I rzeczywiście, przypadkowi przechodnie pojawili się po 6 i pomogli wnieść trumnę do kaplicy.

Kiedy my dojechaliśmy z Katowic, wszystko było już zorganizowane. Ludzie też o wszystkim wiedzieli. Mieliśmy zakaz otwierania trumny. Mama mówiła, że przyszedł do niej jakiś mężczyzna i powiedział, że ma być cichy pogrzeb, bez żadnej orkiestry. A przecież Krzysztof grał w orkiestrze w domu kultury, więc wszyscy koledzy chcieli go ładnie pożegnać. Ale nie pozwolili. I ksiądz w zasadzie zgodził się na te warunki. Byłam z mamą, gdy mówił do niej: „Pani Gizowa, żadnych orkiestr, żadnych flag, bo inaczej żaden z nas nie pójdzie na cmentarz”. Mnie to wtedy strasznie zabolało. Ja nie oczekiwałam od księdza, żeby zachęcał nas do złamania zakazu. Ale mógł powiedzieć przynajmniej tyle: mnie to nie interesuje, ja się w to nie mieszam, jestem księdzem, zrobię swoje, a wy róbcie, co chcecie. Ale w sumie rozumiem go, że się zwyczajnie bał. Znajomi jednak przyszli na pogrzeb z instrumentami. Wtedy mama poprosiła ich, żeby nie grali, bo ksiądz może mieć kłopoty.

A.G.: – Krzysiek dla władz nie był bohaterem narodowym, tylko draniem, który nawet do Katowic pojechał, żeby narozrabiać – tak mówili. Dlatego nie mogli dopuścić do tego, żeby pogrzeb „chuligana” był uroczysty i by na jego trumnie kładziono flagę narodową.

M.C.: – Ale za to otworzyliśmy trumnę tuż przed złożeniem do grobu. Jak już ksiądz poszedł i wszystko było skończone. Wtedy pomodliliśmy się, już we własnym gronie. Po pogrzebie przeprowadziłam się do Tarnogrodu, do mamy. I dopiero wtedy zaczęła się gehenna.

IV.

A.G.: – Mama z Małgosią przyjechały do mnie do jednostki dopiero 25 grudnia o 5 rano. Gdy zobaczyłem czarny szalik na szyi mamy, już wiedziałem, o co chodzi. Miałem urlop załatwiony do 2 stycznia. No i pojechałem pod kopalnię. Stanąłem pod krzyżem i zacząłem się modlić. Ja oczywiście w mundurze byłem. Klęczałem, a ludzie, przechodząc, pluli na ziemię. Słyszałem, jak mówili z pogardą: „Wojsko!”. A jakaś starsza kobieta w moją stronę: „Co, skurwysynu – sumienie cię ruszyło?”. Nic jej nie odpowiedziałem. Nie chciałem tłumaczyć, kim jestem i dlaczego mam mundur na sobie.

M.C.: – Mama strasznie się bała o Adama. Mówiła do mnie: „Małgosiu, nie będziemy go powiadamiać o pogrzebie, żeby on tam jakichś głupot nie narobił, bo przecież ma broń przy sobie”. Adam i Krzysiek to były papużki nierozłączki. Wszędzie razem. No więc mama bała się, jak zniesie wiadomość o śmierci i pogrzebie. A potem to ona zaczęła się starać o zwolnienie Adama z wojska. Ale on o tym nie wiedział.

A.G.: – Do jednostki wróciłem 2 stycznia, ale nie dostałem już broni do ręki. Kazali mi napisać wniosek o przeniesienie do rezerwy. Wniosek przeszedł. Podpisany przez gen. Jaruzelskiego jako szefa sztabu generalnego. Ostatni miesiąc w wojsku to był dla mnie koszmar: żadnego zajęcia, nigdzie mnie nie zabierali, mogłem tylko iść na stołówkę i z powrotem.

M.C.: – W Tarnogrodzie zaczął się horror. Nieustanne wizyty w domu i rewizje. Szukali – nie wiem czego – nawet w książkach. Mówili mamie: „Pani Gizowa, pani przemyca jakieś gazetki, ulotki i my tu mamy obowiązek sprawdzić wszystko”. Mama na to: „Sprawdzajcie, ja tu nie mam żadnych gazetek, róbcie, co chcecie. Zabiliście mi syna, to możecie wszystko pozabierać”. I za każdym razem w ten sam sposób. No więc szukali.

A.G.: – Jakimś dziwnym trafem nagle nasze dwa psy zdechły. Najpierw jeden, potem następny. Tego drugiego Małgosia zaniosła do znajomego weterynarza, a on stwierdził, że pies został otruty! Nie było żadnego ogrodzenia wokół domu, psy biegały sobie swobodnie, nasze i sąsiadów też, ale nikomu nie przeszkadzały. I tylko nasze zdechły.

M.C.: – Z grobu Krzyśka „nieznani sprawcy” zabierali tabliczkę. Napisane na niej było mniej więcej tak: „Zamordowany przez oddziały ZOMO na kopalni »Wujek«”. Jak oni w nocy ją zrywali, to my dokładnie taką samą przygotowywaliśmy, lakierem na blasze pisaliśmy od nowa te same słowa. Wieczorem zbierali się znajomi Krzysia i Adama po to, żeby pilnować tabliczki. I w końcu mama poradziła: „Dajcie spokój, napiszcie coś innego. To, co chcieliście powiedzieć, już wszyscy wiedzą”. No więc powiesiliśmy tabliczkę tylko z napisem: „Śp. Józef Krzysztof Giza”.

Kiedyś przyszło dwóch panów z milicji, byli po cywilu. „Pani Gizowa – mówią – jest donos na panią, że u was pędzi się bimber. Sprawdzimy na strychu”. Mama mówi: „Sprawdzajcie, wchodźcie na strych, szukajcie bimbru!”. I to się powtarzało co jakiś czas. Mama wpadła w depresję, była ciągle na lekach. W pewnym momencie musiała leczyć się w szpitalu. Wykończyli ją. I siedem lat po śmierci brata zmarła. Nie wytrzymała tej presji.

V.

A.G.: – Moje ostatnie spotkanie z Krzyśkiem było bardzo zwyczajne. Jakieś trzy, cztery tygodnie wcześniej był u mnie w jednostce. Porozmawialiśmy z godzinę i to wszystko. W wojsku były takie głosy: to jest niemożliwe, co ta „Solidarność” wyrabia. I powiedziałem o tym bratu. A Krzysiek na to: „Nawet jeśli, to przecież nie będą do nas strzelać, mają już nauczkę z Gdańska, z Poznania i z wcześniejszych lat, więc teraz to już na pewno nie będą strzelać do robotników…”. To była ostatnia rozmowa z nim.

M.C.: – W naszym domu zawsze panowała antykomunistyczna atmosfera i jestem pewna, że to dlatego Krzysio został na kopalni w czasie strajku. Wieczorami nasz ojciec siadał i mówił: „Chodźcie, opowiem wam, jak tam było w partyzantce”. Słuchali z mamą Radia Wolna Europa. My już kładliśmy się spać, a mama szeptała: „Cichutko, cichutko – Wolna Europa”. I potem opowiadała nam, co się dzieje na świecie. Antykomunizm wynieśliśmy z domu.

A.G.: – Po śmierci Krzyśka esbecy dawali nam do zrozumienia: pamiętamy, że wasz ojciec był akowcem. Gdy przychodzili na rewizję, zawsze to podkreślali. W 1983 roku założyłem swoją rodzinę i wyprowadziłem się od mamy. Zamieszkałem z żoną, urodziło się jedno dziecko, potem drugie. I nawet do mnie przychodzili na rewizje, do ’86 roku to trwało. Ja wychodziłem przed siódmą rano do pracy, a dziesięć po siódmej oni już przychodzili do domu. Żona w koszuli, dzieci malutkie. Kiedyś traf chciał, że wróciłem się, bo czegoś zapomniałem. Wchodzę, a oni już są. Wśród nich taki jeden, Pułapa, który później w wolnej Polsce nadal służył w policji. A wtedy, jak przyszedł do nas na rewizję, to mojego małego synka wziął z łóżeczka, podniósł za nogi do góry i szukał. Ulotek, gazetek, bimbru… Nawet jeden z towarzyszących mu esbeków upomniał go: „Co ty robisz? Zostaw dziecko!”.

Ja myślę, że oni nachodzili nas nie w jakimś konkretnym celu, tylko po to, by nas zastraszyć, żebyśmy nie zapomnieli, że oni istnieją. Gazetki, ulotki i bimber to był tylko pretekst. Do ’86 roku wytrzymałem. W końcu wyjechałem z Tarnogrodu do Sosnowca. Znalazłem pracę na kolei. Ale pewnego dnia przychodzi do mnie milicja. Znaleźli mnie nawet tam. Mam się zgłosić w Dąbrowie Górniczej do SB. Czyli dalej to samo. Przesłuchali mnie i powiedzieli: „Będziemy pana odwiedzać”. Ale tak grzecznie, ładnie. Nie tak jak ci wcześniej, którzy zawsze wyzywali i poniżali. A tu grzecznie. Socjalizm z ludzką twarzą (śmiech). I w rzeczywistości to mnie nigdy nie odwiedzili. Czyli faktycznie w ’86 roku skończyła się gehenna. Mogłem odsapnąć.

M.C.: – U nas w Tarnogrodzie trwało to 2 lata dłużej, do śmierci mamy w grudniu ’88 roku. Za każdym razem, jak zbliżała się rocznica „Wujka”, mama już miała straszliwą depresję. Nawet pamiątki Krzysia chciała spalić. mówiła: „Małgosiu, żebyście nie mieli kłopotu, bo jak oni to znajdą, to będzie znów problem. Gdy mama zmarła, to oni dali już spokój z tymi rewizjami.

VI.

M.C.: – Zomowiec strzelił Krzyśkowi prosto w gardło, kulą, która spowodowała siedmiocentymetrową wyrwę w krtani. To znaczy, że to był morderca, który chciał zabić. I to były strzały, które miały zabić. Każdy z górników był postrzelony w czaszkę albo w piersi. Tłumaczenie, że zomowcy stracili głowę w obronie własnej, jest nonsensem. Górnicy ich napadli z łańcuchami, a oni w obronie własnej zastrzelili ich?

Mama pytała często: „I po co oni zginęli?” Nie doczekała ’89 roku. Gdyby pożyła jeszcze rok, toby przynajmniej wiedziała, że jednak coś się zmieniło, że po coś to było. Że jakiś sens tego wszystkiego jednak był.

A.G.: – W tej ostatniej rozmowie ze mną Krzysiek mówił: „Zobaczysz, doprowadzimy do wolnych wyborów, a później już wszystko będzie OK”.

M.C.: – A z Wiktorem chyba rozmawiał przed samą śmiercią, tam, pod bramą kopalni, bo Wiktor chodził go odwiedzać. Może trzy dni przed śmiercią mówił mu: „No co ty, Wiktor, kto będzie strzelał do górników, czego wy się boicie?”.

Ostatni, bardzo ładny gest Krzysia, 16 grudnia rano. Portierka z tego hotelu, w którym mieszkał, była pod bramą i mówi: „Krzysiu, co ci potrzeba? Może jakiś chleb, może jakiś koc albo pled, bo jednak zimno jest”. A on wtedy spojrzał na nią i powiedział: „Jeżeli, coś się stanie, to tylko proszę ucałować mamę” – i pocałował ją w policzek. „Proszę przekazać to mamie” – dodał. I ta pani przez te wszystkie lata była z nami, przychodziła do nas i zawsze na początku całowała mamę od Krzyśka.

A.G.: – Te ciągnące się procesy zomowców bez wyroków skazujących były dla nas za każdym razem policzkiem. Ktoś mnie kiedyś spytał, czy ja jako katolik przebaczam. A ja na to: „A czy ja wiem, komu właściwie mam przebaczyć, skoro nie ma winnych? Żeby przebaczyć, trzeba wiedzieć komu”.

M.C.: – Nigdy nie chodziło mi o zemstę ani o to, żeby oni siedzieli ileś tam lat w więzieniu. Krzysia i tak nie ma. Ale żeby ktoś z nich podszedł i powiedział przynajmniej tyle: „Zastrzeliłem twojego brata, bo byłem do tego
zmuszony.

A.G.: – Albo żeby powiedzieli: „Zabiliśmy go dlatego, że nam przeszkadzał, bo dbał o wolność, której myśmy nie chcieli wam dać.

M.C.: – Oni zdecydowali się uczestniczyć w tym strajku świadomie, chcieli tam być, nikt ich nie zmusił. Brat Wiktor mówił jeszcze do niego pod bramą: „Krzysiek, chodź do domu, co będziesz tutaj marznął!”. A on na to: „Dlaczego ja mam iść do domu? Ja tu po coś jestem”.

Ja zawsze proszę Krzysia o pomoc. Zawsze, jak jest coś poważnego, trudnego, to mówię: „Krzysiu, ty byłeś taki operatywny, spróbuj tam to załatwić”.

Pełna wersja tekstu ukaże się w grudniowym numerze „Biuletynu IPN”. Historia rodziny Gizów jest częścią powstającej książki ks. dr. Henryka Bolczyka i Jacka Dziedziny, opartej  na rozmowach z bliskimi zamordowanych górników z „Wujka”.

http://gosc.pl/doc/1024839.Po-cos-tu-jestem/4

Posted in Historia, Wywiady | Leave a Comment »

IZRAELSKA GAZETA DONOSI, JAK ŻYDZI MORDOWALI POLAKÓW

Posted by tadeo w dniu 6 listopada 2016

Dziennik Izraela „Maariv” ogłosił światu imiona sowieckich oficerów NKWD uczestniczących w mordzie katyńskim

Polski Żyd Abraham Vidro (Wydra), który mieszka teraz w Tel Awiwie, 21 lipca 1971 r. poprosił pismo o wywiad, bo chciałby, zanim umrze, wyjawić sekret o Katyniu. On opisał spotkanie z trzema Żydami, oficerami NKWD, w wojskowym obozie wypoczynkowym Rosji. Oni powiedzieli mu, jak uczestniczyli w mordzie Polaków w Katyniu.

Byli to: sowiecki mjr Joshua Sorokin, por. Aleksander Susłow, por. Samyun Tichonow. Susłow zażądał od Vidro zapewnienia, że nie wyjawi tego sekretu do 30 lat po jego śmierci, ale Vidro obawiając się, że tak długo nie pożyje, zdecydował się wyjawić go wcześniej. Mjr Sorokin, ufając Vidro, powiedział: „świat nie uwierzy czego ja byłem świadkiem”.

Vidro mówił dziennikowi „Maariv”: Żydowski mjr w sowieckiej tajnej służbie (NKWD) i dwóch innych oficerów bezpieczeństwa przyznali mi się, jak okrutnie mordowali tysiące polskich oficerów w lesie katyńskim. Susłow mówi do Vidro:

„Chcę ci opowiedzieć o moim życiu. Tylko tobie, ponieważ jesteś Żydem, czy możemy mówić o wszystkim? To nie robi żadnej różnicy dla nas… Mordowałem polaczków własnymi rękami! I do nich sam strzelałem.”

Bardzo ważną informację podał pan Aleksander Barkaszow w roku 1994, lider partii o nazwie Rosyjska Jedność Narodowa. W wypowiedzi dla „Życia Warszawy” z 4 października 1994 r. stwierdził:

„Wiem jaką tragedią jest dla was sprawa katyńska, ale oświadczam: polskich oficerów nie rozstrzelali Rosjanie. Sprawdzaliśmy przynależność przynależność etniczną enkawudzistów – wykonawców wyroku. Wszyscy byli Żydami i wypełniali rozkazy sobie podobnych, stojących wyżej w ówczesnej hierarchii. Rosjanie są z natury przyjaźnie nastawieni do Polski”.

Rzeź 15.000 niewinnych ludzi jest makabrycznym zadaniem nawet dla najbardziej zatwardziałego oprawcy. Stalin (prawdziwe nazwisko w jęz. pol.: Józef Dawid Dżugaszwili) zwrócił się do głowy tajnej policji sowieckiej, Żyda Ławrentija Berii. Obaj przedyskutowali masowe morderstwo i zdecydowali, że powinno to być wyłącznie zadaniem Żydów, którzy zajmowali czołowe stanowiska w tajnym aparacie. Ich odwieczna nienawiść do katolickich Polaków była powszechnie znana.

gloria.tv

Posted in Historia | Leave a Comment »

LIST DO OJCA

Posted by tadeo w dniu 29 października 2016

apc-2016-10-29-12-58-001-3d

Autor: Aleksander Dmitryjuk

„Cały czas prosiłeś mnie ojcze, żeby opisać twoją historię. Gdzie mieszkałeś, gdzie się urodziłeś, i dlaczego znalazłeś się na niemieckiej ziemi. Czym zawiniłeś dla kraju, w którym się urodziłeś, którego broniłeś i który kochałeś. Jak mówiłeś, był to twój kraj i twoja ojczyzna. Innego kraju nie znałeś i innego nie miałeś. Miejscowość, w której urodziłeś się, wyrosłeś i założyłeś rodzinę nazywała się Okczyn. Mieszkańcy nazywali ją po swojemu Ukczyn. Nie była to wielka miejscowość, mieszkało w niej około dwustu rodzin. Wyłącznie byli to małorolni rolnicy. Był jeden nauczyciel, dwóch kowali ze swojska zwanych duwydy. Jeden był pochodzenia żydowskiego, jego pobratymiec prowadził sklep, w którym było wszystko. Miejscowość twoja była położona nad Bugiem w powiecie bialskim.

Niedaleko twojej miejscowości było prywatne miasteczko zwane Kodeń. Kiedyś jego właścicielem byli Sapiehowie. Prawa miejskie Kodeń utracił za udział w powstaniu styczniowym. Taka sama była miejscowość Piszczac. Też utraciła prawa miejskie za to samo co Kodeń. Odbywały się w tej miejscowości jarmarki. Zabierałeś mnie tam ze sobą. Wokół twej miejscowości były wsie zwane Dokudów, Łomazy, Rososz, Lipinki, Dąbrowica Mała, Dąbrowica Wielka, Wyczółki, Olszanki zwane też Olszawinka, Sławatyczne, Kuzawka zwana Korżawynką, Kopytów, Kostomłoty, Połoski, Zabłocie, Maciaszówka, Jabłeczna zwany też Jabłoczyn, Hanna, Dołhobrody, Choroszczynka, Międzyleś, Krzywa Wólka zwana przez miejscowych Krywowólka, Dobryń, Małaszewicze, Leniuszki, Bołotków. O tych miejscowościach najczęściej opowiadałeś. Znałeś je i lubiłeś.

Wychowywał ciebie twój starszy brat Jan z matką. Ojciec twój zmarł, kiedy byłeś małym chłopcem i nie pamiętałeś go. Jak opowiadałeś brat miał ciężką rękę, ale do czasu. Obydwaj bardzo lubiliście się. Przekonywałeś, że nazwiska i imiona w tych stronach ojczyzny nie miały żadnego znaczenia. Wszyscy byliście obywatelami państwa, w którym mieszkały wasze rodziny. Nigdy też nie było żadnej dyskusji na tematy religijne w twojej miejscowości. Wyznanie każdego mieszkańca było jego sprawą i każdy to potrafił uszanować i szanował. Bardzo lubiłeś czytać Biblię. Oczywiście, że czytałeś tylko po polsku. Innej szkoły nie kończyłeś. W twojej wsi mieszkali obywatele różnych wyznań. Byli wyznania katolickiego, prawosławnego, byli też judaiści, ewangelicy, baptyści oraz jehowi. Chociaż ja mało pamiętam, a ty ojcze o tym nigdy nie mówiłeś, żeby z tego powodu były jakieś dyskusje.

W miejscowości rodzinnej, mieszkałeś do 1947 roku. Wtedy w Akcji Wisła z całą rodziną wysiedlili ciebie na Ziemie Odzyskane, jednak wszyscy mówili, że zostali wywiezieni do Germanii, a dosłownie: na nymećku zemlu. W twojej miejscowości, w której się urodziłeś, było Ci najlepiej. Wieś była położona na zakolu Bugu. Miałeś tam gospodarstwo rolne. Jak na tamte warunki wcale nie takie małe. Siedem hektarów. Oprócz tego byłeś rybakiem amatorem, dzierżawiłeś wody Bugu! Twojej ukochanej rzeki. Mogłeś o niej Opowiadać bez przerwy. Dzierżawiłeś odcinek od Kodnia do jedynego kościoła unickiego w Polsce, a miejscowość nazywała się Kostomłoty. Razem miałeś w dzierżawie około dwudziestu kilometrów rzeki. O swojej rzece wiedziałeś wszystko. Pięknie opowiadałeś gdzie mają tarło szczupaki i jak je można złapać. Łowiłeś siecią drgawką. Byłeś też świetnym wędkarzem. Ja nigdy nie potrafię tej sztuki posiąść. Opowiadałeś, gdzie mają swoje miejsca okonie, jazie, cyrty, sumy, bolenie i wiele innych ryb, których nazw już nie pamiętam. Zabierałeś mnie na łowienie małych ryb przybrzeżnych, zwanych pospolicie kiełbiami. Łowiło się je uderzeniem szlahą. Po ledwie przymarzniętym lodzie przy brzegu. Ryby były ogłuszane i zbierało się je do wiadra. Podobnie łowiono większe ryby gdy Bug był zamarznięty. Uderzało się wielki młotem, który zrobiony był z mocnego drewna. Zimą łowiło się też ryby ościeniem, ale nie było to powszechne. Rozpoczynaliście łowienie od załadowania swoich łodzi zwanych czownami na wóz konny i wieźliście te łodzie w górę rzeki. Po spuszczeniu swoich kryp na wodę, wkładaliście do nich wiosła i sieci.

Ryby przeważnie łowiłeś nocą, z kolegą, który miał na imię Wasyl. Wiem, że mieszkał bezpośrednio nad Bugiem. Jednak podstawowym twoim zajęciem była uprawa ziemi. Uprawiałeś ją koniem, który był u ciebie zawsze duży i zdrowy. Lubiłeś mieć piękne konie. Opowiadałeś, że kiedy mieszkałeś jeszcze ze swoją mamą i bratem, gdy już dorastałeś, to kupiłeś, sobie parcelę w środku wsi. Przyrzekłeś, że jak się ożenisz to się pobudujesz. Słowa dotrzymałeś. Ożeniłeś się szóstego marca 1932 roku. Żoną twoją została Zofia. Razem przeżyliście 66 lat. Nikt o tym nie pamiętał oprócz twoich dzieci. W swoim kochanym Okczynie po ślubie zacząłeś się budować. Zaczęły się rodzić dzieci. Pierwszych dwoję zmarło, ja byłem twoim trzecim synem. Potem urodził się jeszcze brat i siostra. Jak pamiętam odbywałeś służbę wojskową w Białej Podlaskiej. Odwiedziłem ciebie z mamą, byłem z tobą na stołówce. Więcej nie pamiętam, byłem za mały. Potem byłeś jeszcze wiele razy powoływany na ćwiczenia.

W 1939 roku wojowanie skończyłeś pod Fordonem, dużo twoich kolegów nie przeżyło. Zginęli ód karabinów niemieckich. Ty miałeś szczęście. Wróciłeś do domu. Pracy miałeś co niemiara. Kończyłeś budowę domu. Wprowadziliśmy się do niego w 1941 roku. W styczniu 1942 urodziła się naszą siostra Wiera. Otrzymała imię Wiary, którą zawsze miałeś. Nigdy w nic się nie angażowałeś, interesowałeś się tylko wiadomościami. Ostrzegałeś Wszystkich swoich znajomych, żeby do niczego się nie mieszali. Wielu nie posłuchało. W naszej wsi pojawili się Niemcy. Można było z nimi porozumieć się po polsku, bo byli to Ślązacy. Granica została wyznaczona na Bugu. Obrabiałeś swoją ziemię i wróciłeś do łowienia ryb. Oczywiście połowem musiałeś dzielić się z Niemcami. Granica, jak każda, była miejscem do nielegalnego przekraczania. Bardzo szybko wszyscy dowiedzieli się, że pomóc mogą tylko rybacy. Jak słyszałem z podsłuchiwanych rozmów, zaczęliście przewozić ludzi przez granicę, za Bug. Woziliście Żydów i wszystkich tych, co bali się Niemców. W drodze powrotnej zabieraliście tych, którzy bali się komunistów. Przewóz nie był łatwy i bezpieczny, szpicli było pełno po obu stronach granicy. Zaczęli odwiedzać nasz dom Niemcy z wachy, która była pobudowana na krzyżówce dróg Kodeń – Terespol i Kostomłoty – Kopytów. Jednak z wachmistrzami łatwo było poradzić, ale trzeba było stale mieć przygotowane szpek i masło.

Miałeś przyrzeczenie od ludzi, których przewoziłeś, że po zakończeniu wojny odezwą się do ciebie. Jednak nigdy to nie miało miejsca. Przynajmniej ja nic o tym nie wiem. Przewożenie i przeprowadzanie lub wskazanie drogi na drugą stronę granicy zawsze odbywało się między Okczynem i Kodniem. Od strony Polski pilnowali granicy Niemcy, a po drugiej stronie Bugu bolszewicy. Wtedy mówiono też Ruskie. Opowiadałeś, że pewnego razu stałeś na czatach, a twój kolega Wasyl przewoził Żydów za Bug, i stało się nieszczęście. Po wysadzeniu uciekinierów na drugim brzegu dopadli ich Ruskie. Wasyl zdążył odbić od brzegu, ale wtedy zaczęli do niego strzelać. Został trafiony. Miał na tyle sprytu, że po postrzeleniu położył się od razu na dno czowna i to go uratowało. Strażnicy przestali strzelać i zaczęli krzyczeć: pierewozczik ubit. Ranny zaczął dryfować z biegiem rzeki. Wtedy złapałeś łódź i przyciągnąłeś ją do brzegu. Pobiegłeś do jego domu po pomoc. Wziąłeś konia z furmanką i razem z żoną Wasyla pojechaliście po rannego. Był potrzebny lekarz. Pojechałeś po niego do Kodnia. Odbywało się to w całkowitej tajemnicy. Leczenie trwało dwa miesiące. Wasyl zaczął uczyć się chodzić, ponieważ miał przestrzelone płuca i uszkodzoną wątrobę. Zawiesiliście wszelką pomoc w przewożeniu ludzi łodziami.

Miałeś więcej czasu na prowadzenie swojej gospodarki. Uprawiałeś żyto, owies, jęczmień, czasem grykę, siałeś też len i konopie. Wykorzystywane do szycia worków, prześcieradeł, chodników i innych rzeczy. Uprawiałeś też ziemniaki. Było to w tym czasie podstawowe wyżywienie nasze i wszystkich mieszkańców Okczyna i okolic. Okres wojny u nas liczył się od 1 września 1939 roku do lipca 1944 roku. Po wkroczeniu Niemców od razu zostały wyznaczone kontyngenty od każdego gospodarstwa. Należało oddać wyznaczoną ilość zboża, mięsa I wełny. Od każdej krowy był limit mleka do zlewni. Posiadała ona centryfugę, przez którą przepuszczało się mleko. Okupant zabierał śmietanę, a chude mleko, zwane odciągiem, zabierało się do domu. Za mleko dostarczone w ramach kontyngentu żadnej zapłaty się nie otrzymywało. W naszej wsi było kilku gospodarzy bogatszych, jednak większość gospodarstw była biedna.

Szczególnie było biednie na przednówku, ale ludzie jakoś dawali sobie radę. Niemcy rozpoczęli wydawanie dowodów osobistych, zwane kenkartami. Każdy musiał podać z jakim symbolem chciał mieć kenkartę. Z literą „P”, znaczyło że przyznawał się do pochodzenia polskiego, z „U” do pochodzenia ukraińskiego. Były też wydawane kenkarty bez żadnej litery. Właśnie my taką otrzymaliśmy. Kenkarty nie znaczyły wcale, że ktoś należy do danej narodowości. Ludzie zaczęli kombinować, jaka może przynieść więcej korzyści. Jednak kenkarty nie można było wymienić. Warunki do życia były bardzo trudne… Niemcy zaczęli poszukiwać ludzi młodych do pracy na kolei… Wtedy zgłosiło się też wielu młodych ludzi na stacjach Terespol, Chotyłów i Biała Podlaska. Na kolei pracowali jako szczpszcziki, inaczej manewrowi. Do pracy byli w ogóle nie przygotowani. Niektórzy widzieli kolej pierwszy raz, toteż w niedługim czasie zaczęły się śmiertelne wypadki tych przypadkowych „kolejarzy”.

Jednak w domach tych, którzy pracowali zaczęło się poprawiać życie codzienne. Młodzi pracownicy zaczęli przynosić pieniądze oraz cukier, sól, herbatę, a później i inne towary, które nawet sprzedawali. Opowiadali, że była to zapłata w naturze za wykonywaną pracę. Ale gdy po jakimś czasie przywieźli I do domu jednego z przestrzeloną głową. Wtedy wydało się, że przynoszony towar nie zawsze był zapłatą za wykonaną pracę. Pracownicy ci po prostu podkradali wszelkie przewożone  towary. Wypadki postrzeleń zaczęły się powtarzać i minęła chęć pracy na kolei. Ponadto Niemcy sprowadzili swoich kolejarzy. Zaczęli przygotowywać się do wojny z Rosją. Niemieckich wojsk coraz więcej zaczęło się zbierać w naszej wsi. Pewnego dnia Niemcy ruszyli od drogi Terespol – Kodeń. W Okczynie przekroczyli rzekę. Rozpoczęła się wojna ze Związkiem Radzieckim.

Nie wszystko jednak szło Niemcom dobrze. Ciągle było słychać strzały z armat, okazało się, że broni się Brześć, od którego nasza wieś była położona około dwunastu kilometrów. Na przekroczenie Bugu wojska niemieckie zbudowały poza naszą wsią, w kierunku Kostomłot, most pontonowy. Po przekroczeniu rzeki Niemcy rozebrali go. Załadowali na samochody i powieźli za sobą. Na Bugu dalej obowiązywała granica, me wolno jej było przekraczać. Kiedy twój kolega Wasyl wyzdrowiał, zaczęliście znów łowić ryby, ale trzeba było dzielić się z Niemcami. Trochę sprzedawaliście i sobie trochę zostawało, ale było coraz trudniej dogadywać się z Niemcami. Ostatecznie zaprzestaliście łowienia ryb. Ponownie zaczęli zgłaszać się uciekinierzy z dwóch stron granicy, żeby ich przewozie Każda taka wyprawa była bardzo niebezpieczna. W razie wpadki była tylko jedna kara, kara śmierci przez rozstrzelanie. W nowych warunkach ludzie musieli dawać sobie radę.

Niemcy potrzebowali ludzi do pracy. Oczywiście praca była bezpłatna, ale zawsze można było dostać trochę jedzenia. Ludzie utrzymywali się przede wszystkim z uprawy ziemi i hodowli małych ilości zwierząt. Można było hodować jedną i krowę i jałówkę, jak mówili miejscowi jałoszkę. Gdy bydle urosło trzeba było oddać okupantowi, do uboju. W roku 1942 miałem siedem lat Poszedłem do szkoły w Okczynie, do pierwszej klasy. Uczyła nas pani z Kostomłot. Była córką popa. Nauka rozpoczęła się w języku polskim. Podczas roku szkolnego wprowadzono język niemiecki. Tłumaczono, że tak trzeba. Nasza nauczycielka przestała uczyć. Zaczął nas uczyć jej ojciec, który umiał język niemiecki. Nazywaliśmy go batiuszka. Język polski też znał i uczył nas w tym języku.

Drugą klasę też rozpocząłem w Okczynie, ale wtedy nauka odbywała się w języku ukraińskim. Potem aż do roku 1944 nauki już nie było. Wydawało się, że życie mieszkańców odbywa się normalnie, ale ludzie jakby na coś czekali. Pewnego dnia Niemcy opuścili naszą wieś, a wachę w Kostomłotach podpalili. Potem przez Okczyn zaczęli przejeżdżać różni bardzo bogaci ludzie. Byli to mieszkańcy ZSRR, którzy uciekali przed wojskiem rosyjskim. Ponieważ nasz dom był nowy, duży i ładny, większość uciekających wybierała go sobie na kwaterę. Oczywiście nikt nie pytał się czy można, był czas wojny i lepiej było nie sprzeciwiać w niczym. Przez naszą wieś i nasz dom przewinęło się bardzo dużo obcych ludzi różnych narodowości. Podam tylko te, które zapamiętałem lub była o nich mowa. Uciekali Ingusze, Osetyńcy, Ormianie, Kazachowie, Kabardyńcy. Pamiętam, że Kabardyńcy byli bardzo bogaci, mieli piękne czarne konie, ubrani w szerokie szuby noszone na ramionach zapinane na jeden guzik pod szyją. Mieli ze sobą służbę.

Nie rozmawiali w ogóle z naszymi, odpowiadała tylko służba. Twierdzili, że muszą uciekać przed czerwonoarmiejcami, bo czeka ich śmierć. Jak się można było domyśleć z rozmowy z nimi, współpracowali z Niemcami. Po jakimś czasie wkroczyli do naszej wsi żołnierze sowieccy, zwani przez nas Rosjanami. Było to w lipcu 1944 roku. Ludzie mówili, że pierwsza linia frontu składa się z więźniów i każde naruszenie regulaminu przez tych żołnierzy było mocno karane Na następny dzień poszli dalej w kierunku Kopytowa, oddalonego od naszej miejscowości około trzech kilometrów. Po przejściu pierwszej linii frontu wojsk rosyjskich, do naszej wsi zaczęły przybywać tak zwane tyły. Wieźli, jak mówili miejscowi, „furaż” dla armii. Po wjechaniu do naszej miejscowości wielu samochodów towarowych, w nocy przyszła bardzo duża ulewa. Wiejska droga zamieniła się w maź błotną, żadne transporty nie mogły wyjechać na bity trakt Kodeń – Terespol. Sprowadzono do pomocy duże traktory, zwane stalińcami, ale nie na wiele to się zdało. Wtedy przyprowadzono do naszej wsi bardzo wielkie woły. Nigdy takich nie widziałem. Do każdego samochodu zakładano po dwa woły i wyciągano na drogę bitą do Terespola Woły miały jarzma założone na szyję, a do jarzma był przymocowany drąg dębowy z hakiem, który mocowano do samochodów. My jako dzieci to wszystko mogliśmy oglądać z oddali.

Po niecałym tygodniu zaczęły wracać do nas rosyjskie wojska. Okazało się, że są to ranni żołnierze. Wieziono ich na furmankach wyściełanych słomą. Wśród rannych byli też żołnierze niemieccy. Rannych przewożono za Bug, bardzo dużymi krypami. Znawcy nazywali je amfibiami. Gdy front oddalał się dalej na zachód przez naszą miejscowość rannych już więcej nie przewozili. W naszej wsi w czasie wojny zginął tylko jeden młody chłopak… Zginął od kuli snajpera, trafiony w nos tuż poniżej czoła. Żył jeszcze całą dobę, wszyscy go oglądali. Pomóc nie mógł nikt. Front oddalał się coraz dalej. Zycie powoli zaczęło wracać do normy. Zaczęto orać, siać i przygotowywać się do przetrwania zimy. Po odejściu wojsk na zachód wszyscy cieszyli się, że wojna już się skończyła. Naprawdę skończyła się dopiero w 1945 roku, ale dla nas wtedy, jak nie było żadnego wojska. Do naszej wsi zaczęli przyjeżdżać emisariusze i namawiać ludzi do wyjazdu do Rosji. Niewielu dało się namówić.

Wyjechała jednak twoja siostra z rodziną. Wyjechała też siostra mamy. Wyjechali w grudniu 1944 roku. Co tam przeszli można wiele opowiadać. Najciekawsze było to, że emisariusze już wtedy mówili, że kto nie wyjedzie do Rosji, to będzie wywieziony na ziemie poniemieckie. Oczywiście, że nikt im nie wierzył. Jednak życie potwierdziło ich przepowiednie. Swoją ziemię kochałeś najbardziej, i ojczyznę Polskę też kochałeś, innej nie miałeś i nie znałeś. Mieszkałeś ty i twoi rodzice od zawsze na tej ziemi i w tej ojczyźnie. Opowiadałeś, że służyłeś w wojsku. Było to w Białej Podlaskiej, chyba w 34. pułku piechoty, dokładnie nie pamiętam. Brałeś też udział w defiladzie na Kresach w Łucku. Uczestniczyłeś jako żołnierz w obstawie pogrzebu Marszałka Piłsudskiego w Warszawie. Jako porządkowy przy pilnowaniu ładu.

Opowiadałeś, że tyki ludzi, ile było na tym pogrzebie, nie widziałeś nigdy. Byłeś też zmobilizowany w roku 1939 i brałeś udział w wojnie obronnej twego kraju. Otrzymałeś za udział w tej wojnie uprawnienia kombatanckie. Miałeś też wiele innych odznaczeń polskich. Skończyła się wojna, którą Niemcy przegrali sromotnie. Na twojej ziemi nikomu nie trzeba było tłumaczyć, kto tę wojnę wygrał. Rozumieli to wszyscy, że Związek Radziecki. Nazywano ich Rosjanami, nigdy nie było obraźliwych przezwisk „Sowieci”. Rosyjscy żołnierze to byli bardzo młodzi chłopcy. Widzieliście, jak uciekali przed Niemcami i jak gnali Niemców na zachód. Przede wszystkim widzieliście, jak wieźli ich rannych i zabitych przez naszą wieś do Rosji. Jeszcze żywym pomagaliście w miarę swych możliwości i umiejętności. Ci żołnierze bardzo się z tego cieszyli.

Bodajże zimą odbywały się wybory, z których pamiętam hasła: 3 razy tak i 5 razy nie. Prawie wszyscy mieszkańcy brali udział w tych wyborach, które odbywały się w Kodniu. Byłem razem z tobą na wyborach. Przed wyborami były ciągle dyskusje. Zdecydowanie wszyscy byli za głosowaniem „trzy razy tak”. Tak przynajmniej ja to odebrałem, słuchając dyskusji między tobą i sąsiadami. Przed wejściem do budynku stało kilka osób. Byli wszyscy ubrani odświętnie i mieli buty oficerki oraz spodnie galife – jak je nazywano. Rozdawali jakieś kartki, a ty powiedziałeś: „jest napisane, żeby nie głosować trzy razy tak”. Ludzie mówili różne rzeczy na temat wyborów, ale wiedzieli, że wygra „trzy razy tak”. Nikt nie chciał trzeciej wojny, a była o tym mowa. Opowiadałeś, że drogę Terespol – Kodeń i dalej, aż do Włodawy i do Chełma pobudowano za cara Piotra I Wielkiego, który jechał przez twoją wieś. Opowiadałeś, że mówił tobie o tym teść, który służył w wojsku carskim, jako kapral. Czy jest to prawda nie wiem, ale spotkałem się z takimi opracowaniami w wydaniach książkowych.

Opowiadałeś też, że bardzo dawno temu przez naszą wieś przechodziło wojsko Bolesława Chrobrego w pogoni za jakimiś napastnikami, którzy przekraczali Bug, brali po tej stronie łupy i uciekali z powrotem. Zabierali też jeńców, których później sprzedawali turczynom, jak mówili ludzie, w jasyr. Opowieści przekazywane przez ludzi z pokolenia na pokolenie głosiły, że był to wódz wojów zwany w miejscowym języku Hrabry. Wiele razy pytałem później dziadka, jak to było z tym Hrabrym. Wtedy dziadek opowiedział, że kiedy służył w wojsku carskim, to słyszał opowiadanie o wodzu Polan, który nazywał się po ichniemu Chrobry i że przyszedł ze swoim wojskiem do naszej wsi bronić mieszkańców tej ziemi przed napadami Połowców i Tatarów. Mieszkańcy zaprowadzili Chrobrego nad Bug i pokazali miejsce, którędy rabusie przeprawiali się. Po drugiej stronie rzeki stało pełno gapiów, którzy najpierw się tylko przyglądali, a gdy zorientowali się, kto to jest, zaczęli wznosić wrogie okrzyki pod adresem władcy i jego drużyny.

Szczególnie naigrywali się ze wzrostu i tuszy władcy. Przyrzekali, że jak go dopadną, to utoczą z niego sadła. Chrobry bardzo się zdenerwował i rzucił się wpław przez rzekę na psubratów, a za nim cała jego drużyna. Tamci jednak nie czekali, tylko uciekli. Pogonił ich Bolesław aż do Brześcia i go zdobył. Ustanowił w Brześciu swój gród obronny. Po osiemnastu latach w roku 1038, wskutek podboju ziemia, twoja razem z Brześciem przechodzi pod panowanie Jarosława Wielkiego, księcia kijowskiego. Ten zabrał stąd gromady niewolników spośród miejscowej ludności, których osadził aż pod Kijowem. Na terenach zdobytych osiedlił sprowadzonych z Rusi. Chyba twoich protoplastów. Jest to historyczne wytłumaczenie rozmieszczenia ludności ruskiej wzdłuż rzeki Bug, a więc jesteście napływową ludnością na te ziemie.

Pokój tej ziemi trwał krótko, bo w roku 1071 Bolesław II Śmiały zdobywa ziemię Brzeską i twoją dla Polski. Trwało to niedługo i ziemia znów trafia pod panowanie książąt ruskich, z linii pińsko – turowskiej. Czy tak było naprawdę, nie wiem, ale wiele razy słyszałem to opowiadanie. Znałeś swoją rzekę Bug, lubiłeś opowiadać o niej. Wiedziałeś o niej wszystko, gdzie jest każde zakole, gdzie jakie rosną trawy, jakie krzaki, gdzie były kępy, a gdzie nie było żadnego porostu. W twych opowiadaniach każdy odcinek miał swoją nazwę. Wymienię tylko te, które zapamiętałem: „Wodokaczka”, „Załuhom”, „Za jasnyskamy”, „Za Mychalom”, „Za Pyczoruju”. Opowiadałeś też o Brześciu i Terespolu, gdzie odbywały się targi, na które jeździłeś z różnym towarem na sprzedaż. Do Brześcia było czternaście, a do Terespola dwanaście kilometrów. Twoje życie trwało na tej ziemi do 1947 roku, kiedy rozpoczęła się Akcja Wisła. Nie jestem pisarzem, mogę napisać tylko to, co ty mnie ojcze opowiedziałeś i to, co już sam widziałem. Należy się tym ludziom deportowanym na niemieckie ziemie, później nazwane jako Ziemie Odzyskane.

Akcja Wisła to było wysiedlenie obywateli polskich nazywanych Ukraińcami. Zawsze podkreślałeś, ze lojalnych obywateli polskich. Byliście przed wygnaniem ze swoich domostw podzieleni na trzy kategorie. Kategoria A – można było osiedlać jedną rodzinę w jednym powiecie. Kategoria B – można było osiedlać jedną rodzinę na gminę. Kategoria C – można było osiedlić do trzech rodzin w nakazanym miejscu. Ty ojcze, jak mówiłeś, otrzymałeś kategorię G. Z twojej ziemi zostało deportowanych na ziemie niemieckie siedemdziesiąt osiem rodzin. Wszyscy zostawili w swojej wsi zabudowania i ziemię… Odebrano od nich 498,27 ha. Podczas trwania Akcji Wisła zastosowano do nich najbardziej zbrodnicze prawo sprawiedliwości. Odpowiedzialność zbiorową. Na terenie miejscowości Okczyn, skąd ich wygnano, nigdy nie było żadnej bandy, nigdy ci obywatele lojalni wobec Polski nie występowali przeciw państwu polskiemu.

Nienawiść do was na waszej ziemi trwa do dzisiaj. Nie możecie liczyć na żadną pomóc, gdy stała się wam krzywda w czasie Akcji Wisła. Największym waszym osiągnięciem z tej akcji jest to, że żyjecie. Zginęło was dużo w obozie śmierci w Jaworznie. Wysyłano tam was z Akcji Wisła za byłe co, bez żadnego sądu i wyroku. Wysyłano profilaktycznie, żeby się wykazać. Jako niewinni ludzie, ponoć byliście niezdyscyplinowani i krnąbrni, nieposłuszni. Była wśród was największa umieralność, też z waszej winy, bo jedliście surowe, brudne ziemniaki, które przebieraliście dla „panów”. To, że robiliście to z głodu, oprawcom nie trafiało do przekonania. Ci, którzy mieli więcej szczęścia i zostali dostarczeni do nowego miejsca zakwaterowania, które im wskazano, nie mieli żadnego wyboru, zostali zrzuceni na środek podwórza i zostawieni. Tak wegetowaliście po dwa tygodnie lub dłużej, bo albo budynki były bez drzwi i okien, albo były tak zniszczone, że strach było do nich wejść. Do każdego zabudowania lub budynku musiało się wprowadzać do dziesięciu osób do jednego pokoju.

Tak było w Parysie koło Korsz. Chyba wszyscy stamtąd już uciekli. W innych miejscach nakazanych do osiedlenia, na przykład w powiecie nidzickim, trzem waszym rodzinom nakazano osiedlić się w miejscowości Sadek, gdzie budynki były całkowicie zdewastowane. W każdym pomieszczeniu był kał po szabrownikach, którzy rabowali dzień i noc wszystko, co było pod ręką. Nie można było się bronić, jedynie prosić, to była szansa na przeżycie. Po dwóch latach Sadek włączono do poligonu wojskowego. Wygnano was stamtąd i nakazano przenieść się do autochtonów, których miano wysiedlić do Niemiec. Autochtonów nie wysiedlono, wam nakazano opuścić ich gospodarstwa. Jako Ukraińcy z Akcji Wisła, nie mieliście żadnych praw do dochodzenia naprawienia wyrządzonych krzywd ani wtedy, ani teraz. Ludzka natura jest taka, żeby zawsze gnębić i zabijać słabszego. Słabszemu wmawia się, że był bandytą, rabusiem, udzielał pomocy UPA i OUN, że był winien morderstwa Polaków na Wołyniu w latach 1942 i 1943. Chociaż to nieprawda, to jednak nikomu to nie przeszkadza, ta opinia trwa do dziś i nikt nie chce tego zmienić.

Spotkałem takiego historyka Prusa, twierdził że społeczeństwo, którego jesteście obywatelami, od zawsze potępia was i nienawidzi. Boże! Jak on nienawidzi Ukraińców tylko za to, że was tak nazywają. Jest też czarna owca wśród was, a nazywa się Poliszczuk, któremu za szkalowanie własnej nacji nadano tytuł doktora. Pisarze ci oskarżają was za mordowanie Polaków, za powstanie OUN i UPA, za współprace z bolszewikami i hitlerowcami, za ochranianie Żydów, za to wszystko, co spotkało Polaków od Austriaków i Węgrów, Czechów i Słowaków, Niemców i komunistów. A przede wszystkim za wyimaginowane krzywdy doznane od Ukraińców. Przez sześćset lat należeliście do Polski razem z ziemią, na której mieszkaliście od zawsze. Przez wieki byliście traktowani jak niewolnicy, zwracano się do was pańskim tytułem „ty chamie”. Innej nazwy nie używano, nie mieliście żadnych praw, każdy szaraczek i gołota, ekonom, zarządca mógł was zabić, nie ponosząc za to żadnej kary. Korzystali z tego często i bezkarnie. Nikt o tym nie napisał, dopiero zaczynają to opisywać cudzoziemcy. Wprowadzili też „pany” sobie prawo do nocy poślubnej. Tak na tych ziemiach było.

Gdy ciemiężenie było nie do wytrzymania, ludzie zaczęli się bronić. Wtedy najeźdźcy zaczęli do pomocy szkolić hajdamaków. Ponieważ hajdamacy byli z miejscowych, to wkrótce wystąpili przeciw tyranom. Utrzymanie tych ziem i niewolników w ryzach zaczęło przerastać możliwości najeźdźców i kolonistów. Właściciele ziemscy i latyfundyści wymyślili, żeby dostać pomoc od carskich wojsk. Oczywiście, że carat na to przystał. Jedynym pocieszeniem dla tych niewolników było to, że rosyjscy wyrobnicy pod caratem mieli jeszcze gorzej. Carat żądał potwierdzenia prawnego pobytu na tych ziemiach. Wtedy Sejm Rzeczypospolitej uchwalił pierwszy rozbiór Polski. Jeszcze przed rozbiorem tubylcom odebrali religię. Wszelką inteligencję nawrócono na katolicyzm.

Dla plebsu nadano Unię Brzeską, pobudowano 13 kościołów, a prawosławnych pozbawiono praw obywatelskich i ludzkich. Razem z kozakami carskimi gnębiono miejscowych niemiłosiernie. Do ich duchowego  gnębienia sprowadzono jezuitów. Do stałego grabienia tych ludzi sprowadzono żydowskich handlarzy i sklepikarzy, a tubylec mógł kupować tylko w ich sklepach. Z biedy ludzie zaczęli się zadłużać, pijaństwo było powszechne. Wszyscy niezależni pisarze twierdzą, że lata 1942-1943 musiały na tej ziemi nastąpić. Była to ziemia Polska, mieszkali na niej obywatele Polski. Stała się wielka tragedia, rozpętała się i barbarzyńska wojna domowa. Była to wojna sąsiedzka, bez żadnego szacunku dla swych pobratymców. Nastał amok mordowania bez szacunku dla sąsiada, kolegi, brata, a nawet matki czy ojca, wreszcie własnych dzieci.

Oczywiście, że najlepiej znaleźć winowajcę wojny domowej. Znaleziono Ukraińców. Na tych ziemiach takowych nie było, bo nie było państwa ukraińskiego nigdy przedtem, mieszkali tylko obywatele polscy. Bardzo trudno jest przypisać morderstwo Polakowi, katolikowi, lepiej brzmi – mordowali Ukraińcy. Oczywiście, że pisarze przez małe „p” twierdzą, że istnieją wojny sprawiedliwe. Wojen sprawiedliwych nie ma, każda wojna jest wojną barbarzyńską, nie istnieją żadne normy etyczne i moralne. Gorzej, wojna zawsze polega na tym, że mocniejszy bije słabszego i są pomocnicy. Tak było i jest do dzisiaj. Po drugiej wojnie światowej Polska została przesunięta na zachód, straciła swoje trzy czwarte terytorium, od nowej granicy na Bugu. Winni wszystkiemu byli oczywiście Ukraińcy, należało się z nimi rozprawić ostatecznie.

Po drugiej stronie granicy totalną wojnę z Ukraińcami prowadził Stalin, zginęło ich, jak podają historycy, około osiem milionów. Więc pomocnik do bicia słabszych postanowił rozprawić się z milionem ocalałych po tej stronie granicy. Przeniesiono metody walki z Ukraińcami z Wołynia na tereny Bieszczad, województwa lubelskiego, rzeszowskiego i krakowskiego. Dla zmniejszenia potworności zmieniono nazwę na Akcja Wisła. Metody pozostawiono te same – grabież, mord i gwałty. Na koniec zafundowano wam wywózkę na byłe ziemie niemieckie, uprzednio całkowicie ograbione. Po II wojnie światowej, jak podają statystyki, w Polsce pozostało od miliona do miliona dwustu tysięcy Ukraińców. Około sześćset pięćdziesiąt tysięcy wywieziono pod przymusem do Związku Radzieckiego, około sto czterdzieści tysięcy pognano na byłe ziemie niemieckie. Gdzie jest reszta? Ziemie wschodniej Polski, skąd deportowano jej mieszkańców, całkowicie zdziczały, stały się buszem. Podam tylko jeden przykład, kto tego dokonał. Spotkałem taką opinię o mieszkańcach tej ziemi: „do kościoła wchodzili unici, a wychodzili Polakami, serce się radowało”. To, że przez takich „twórców Polaków” Polska straciła trzy czwarte swego terytorium, świadczy że dla tego „twórcy” myślenie było całkowicie obce. Ta „twórcza” myśl pokutuje w większości narodu do dziś.”

Autor jest synem żołnierza Wojska Podlaskiego, odznaczonego za wojnę obronną 1939 roku. Urodził się w Okczynie. Wysiedlony razem z rodzicami w ramach Akcji Wisła. Absolwent Technikum Kolejowego w Olsztynie. Studiował na kierunku związanym z transportem kolejowym. Przez 40 lat pracownik Śląskiej Dyrekcji Okręgowej PKP. Obecnie na emeryturze.

Źródło: Tygodnik „Słowo Podlasia” 2007 r.

List do ojca

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna | Leave a Comment »

Wojciech Sumliński: Opowiem wam, jak zginął

Posted by tadeo w dniu 18 października 2016

Wojciech Sumliński: Opowiem wam, jak zginął

Chciałbym Państwu opowiedzieć o drodze dziennikarza śledczego. To bardzo osobista opowieść o mojej osobistej drodze zmierzającej do odkrycia prawdy i wielu tajemnic dotyczących najgłośniejszej i zarazem najbardziej tajemniczej zbrodni w powojennej Polsce. Zbrodni, która nie jest historią, lecz czymś, co wciąż trwa. Być może niektórzy a priori nazwą mnie kłamcą, ale to właśnie kłamcy zawłaszczyli najnowsze fragmenty historii Polski, a wcześniej niejednokrotnie mordowali tych, którzy podążali za prawdą.

Moja pierwsza styczność z błogosławionym księdzem Jerzym Popiełuszką miała miejsce wiele lat temu, gdy byłem młodym człowiekiem i miałem ten przywilej, że mogłem systematycznie uczestniczyć w odprawianych przez niego mszach świętych. Jako 15-letni młodzieniec, uczęszczałem na te msze nieomal codziennie, rankiem, przed nauką w żoliborskim liceum. Na te króciutkie msze, podczas których ksiądz Jerzy zawsze mówił coś od siebie, co zawsze mocno zapadało w serce. Zapamiętałem błogosławionego kapelana Solidarności jako człowieka, który był głosem tych, którym wtedy odmawiano prawa głosu, i był tym, który Polaków jednoczył. Bo świątynia żoliborska to było to miejsce, do którego przybywali ludzie bardzo różni – prości robotnicy i rolnicy, ale też ludzie nauki, artyści czy lekarze, wierzący, ale też dopiero szukający Boga. Gdybym najkrócej miał powiedzieć, jaki obraz księdza Jerzego zachowałem z tamtych czasów w oparciu o wspomnienia własne i relacje innych ludzi, którzy mieli z nim kontakt bliższy niż ja, powiedziałbym, że ksiądz Jerzy był człowiekiem, który zawsze miał czas.

 

Jako człowiek, który przegrywa walkę z czasem, nie potrafię tego wyjaśnić, ale tak właśnie było – ksiądz Jerzy Popiełuszko zawsze znajdywał czas dla drugiego człowieka i nigdy się nie spieszył. A jeżeli tego czasu akurat w danym momencie naprawdę nie miał, bo np. szedł na mszę świętą, prosił, by rozmowa mogła się odbyć bezpośrednio po mszy – ale nigdy nikogo nie zbył stwierdzeniem: „Nie mam czasu”. Takim go zapamiętamy. To, że tu jestem, uważam za zaszczyt. Odbieram to zaproszenie jako potwierdzenie, że nie jest tak, jak mówią ateiści, iż nadzieja umiera ostatnia, a jest raczej tak, jak powiedzą ludzie wiary: że nadzieja z Panem Bogiem nie umiera nigdy. Dla mnie dzisiejsza obecność tutaj u państwa jest potwierdzeniem tych słów, którym zawierzyłem. Prawdopodobnie nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie postać Andrzeja Witkowskiego, którego postać chciałbym państwu przybliżyć. W moim przekonaniu to postać kluczowa dla zrozumienia i wyjaśnienia sprawy, o której tu dziś mówimy. Kiedy myślę o prokuratorze Witkowskim, przed oczyma mam człowieka wielkiej wiary, który każde swoje działanie odnosił do Pana Boga i zawsze wierzył, że prawo ma chronić – nie niszczyć. Pamiętam, jak mówił, że gdyby miał oskarżyć jednego człowieka i ten okazałby się później niewinnym, to on, prokurator, nie znalazłby sobie miejsca na tej ziemi. „Żeby pójść z aktem oskarżenia do sądu, muszę mieć sto procent pewności, że oskarżany przeze mnie człowiek jest winny.

 

Jeżeli mam choć gram wątpliwości, nigdy nie sporządzę aktu oskarżenia. Bo wolę ‚odpuścić’ dziewięćdziesięciu dziewięciu winnym, aniżeli oskarżyć jednego niewinnego”. Podejście jakże inne od większości prokuratorów, zwłaszcza tych, których często miałem wątpliwą przyjemność poznać, a którzy oskarżają ludzi na prawo i lewo, nie patrząc na ludzkie cierpienie. Nie patrząc, że proces karny to olbrzymi stres dla oskarżonego i dla wszystkich jego bliskich. Większość prokuratorów postępuje w myśl zasady: jeśli dowody nie są jednoznaczne, bo coś wskazuje na winę, a coś na jego niewinność, niech rozstrzygnie sąd. Witkowski tak nie działał nigdy – jako oskarżyciel musiał być przekonany o winie na sto procent. I dopiero wtedy miał odwagę przekonywać o tym sąd. Tak było zresztą w każdej dziedzinie, bo to człowiek, który na serio traktował słowa: „Bądźcie zimni albo gorący, nigdy letni”. Mając takie podejście, uczciwe i profesjonalne, a zarazem po prostu ludzkie, mógł osiągnąć sukces, polegający na tym, że nigdy w życiu nie przegrał żadnej sprawy w sądzie. Prokurator Witkowski oskarżał w ponad trzystu procesach. Przeważnie były to sprawy o zbrodnie, bardzo trudne śledztwa, i nigdy nie przegrał żadnej z nich. Prawdopodobnie to najskuteczniejszy prokurator w Polsce. I jest tylko jedna sprawa, której nie pozwolono mu dokończyć: sprawa wyjaśnienia wszystkich okoliczności śmierci księdza Jerzego Popiełuszki. Andrzej Witkowski już na samym początku tego śledztwa odkrył rzecz, która powinna zmienić jego bieg i jego historię. Odkrył mianowicie, że na miejscu uprowadzenia księdza Jerzego, feralnego wieczora 19 października 1984 roku, było sześciu oficerów Wojskowej Służby Wewnętrznej, czyli wojskowych służb specjalnych PRL. Już tylko ten fakt powinien zmienić wszystko, co wiemy dziś o tej zbrodni. Pewnego rodzaju paradoksem jest, że tzw. „wersja toruńska”, w której prawdziwość nie wierzy dziś nikt – bo wszyscy wiedzą, że był to pierwszy w Polsce reality show – jest wersją dotąd obowiązującą. Jedyną wersją alternatywną dla niej jest ta ustalona przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego.

 

 

Początki jego wersji powstały w 1991 roku, gdy Witkowski odkrył, że na miejscu zbrodni byli oficerowie WSW. Jakim sposobem ci ludzie znaleźli się tego wieczora w miejscu, z którego ksiądz Jerzy został uprowadzony? Przecież nie zbierali grzybów! Konkluzja była oczywista: ktoś musiał ich tam wysłać. Jedyną osobą, która mogła wydać taki rozkaz, był generał Czesław Kiszczak. Andrzej Witkowski dotarł do tych oficerów WSW – byli już wtedy w WSI – i poddał ich przesłuchaniu. Tu dygresja: gdy mówię o Witkowskim, w rzeczywistości mam na myśli cały zespół śledczy, którym prokurator kierował. W jego skład weszło kilku innych prokuratorów, policjantów i biegłych, którzy zajmowali się kwerendą dokumentów. To nie był zespół, któremu przyświecał jakikolwiek cel polityczny, a po prostu specjaliści, których interesowało wyjaśnienie wszystkich aspektów zbrodni jako takiej i wyjaśniali ją krok po kroku. Wracając do sprawy – troje z przesłuchanych oficerów WSI (troje, bo wśród nich była jedna kobieta) zadeklarowało, że opowiedzą prawdę o tej zbrodni, ale proszą o jedno: by państwo polskie zagwarantowało bezpieczeństwo im oraz ich bliskim. Andrzej Witkowski pojechał do swojego przełożonego, ministra Wiesława Chrzanowskiego oraz jego zastępcy, Stanisława Iwanickiego, prosząc o wsparcie. Jakimże szokiem musiało być dla tego prawego człowieka, gdy dowiedział się, że zamiast otrzymania wsparcia, utraci prowadzone śledztwo? Trudno to pojąć. Odebrane śledztwo pocięto następnie na drobne kawałki. To tak, jakbyście mieli państwo przed oczami całą układankę złożoną z puzzli, po czym rozrzucili poszczególne elementy po całym pokoju. To zrobiono z tym śledztwem. Zamącono je, by nic nie można było zobaczyć. Gdy powstał Instytut Pamięci Narodowej, opinia publiczna domagała się przywrócenia Witkowskiego do śledztwa. Przywrócono więc prokuratora do najważniejszej sprawy jego życia. Od nowa zmontował zespół śledczy, ale nauczony doświadczeniem wiedział już, że to sprawa inna niż wszystkie. Wiedział, że są w niej ciemne i niewidzialne siły, których początkowo nie brał pod uwagę. Po trzech latach prowadzonego przez siebie śledztwa był bliski finału, ale wtenczas zaczęto mu rzucać kłody pod nogi, na niebywałą skalę. Najpierw odebrano mu wszystkich współpracowników, przeniesiono ich do innych spraw, o których zdecydowano, że „są ważniejsze”.

 

Następnie odebrano prokuratorowi kierowcę, by został sam, i na niebywałą skalę zaczęto niszczyć mu reputację. Ale on, pomimo wszystko, wciąż szedł do przodu. Nie zatrzymano go nawet wtedy, gdy obciążono go dodatkowymi sprawami mówiąc: „Śledztwo dotyczące okoliczności śmierci księdza Jerzego nie jest jedynym”. Zajmował się nowymi sprawami, ani na moment nie zwalniając prowadzonego przez siebie śledztwa w sprawie wyjaśnienia okoliczności śmierci księdza Popiełuszki. I cały czas szedł do przodu. Pracował po 20 godzin na dobę, prawie nie spał. Wreszcie jesienią 2004 roku, niemal w dwudziestą rocznicę zbrodni, był już prawie gotów, by iść do sądu i w związku ze zbrodnią na księdzu Jerzym oskarżyć ponad dwadzieścia osób. Wiedział, że za chwilę mu to śledztwo odbiorą, bo do tego przecież wszystko zmierzało. Liczył jednak, że po wywołaniu reakcji łańcuchowej opinia publiczna ochroni go – bo ludzie chcą znać prawdę. Pozostawał tylko jeden problem: został zobligowany do przedstawienia listy potencjalnych oskarżonych swoim przełożonym, profesorowi Leonowi Kieresowi, prezesowi IPN, i profesorowi Witoldowi Kuleszy, szefowi pionu śledczego IPN. Nie miał wyjścia i musiał przełożonym przedstawić dokumenty. Gdy przełożeni zobaczyli skład przyszłej ławy oskarżonych, na której mieli się znaleźć generałowie Wojciech Jaruzelski i Czesław Kiszczak, a u ich boku autorytety III RP, Witkowski został wezwany z Lublina do Warszawy i, podobnie jak 13 lat wcześniej, pozbawiony śledztwa. Dokumenty przekazano do Torunia, a później do Warszawy. Potem krążyły od jednego prokuratora do drugiego, aż utknęły na lata zapomniane, w zapomnianej szafie, w zapomnianym archiwum nierozwiązanych spraw. Do dziś śledztwo to nie zostało zamknięte.

 

Prawdopodobnie jest to najdłużej trwające śledztwo w Polsce. W tym roku mija 31 lat od zbrodni, a śledztwo wciąż trwa – oczywiście tylko w sposób formalny, bo od lat nic się w tej sprawie nie dzieje. Po prostu każdy, kto zapoznał się z aktami, wie, jak olbrzymi potencjał w nich drzemie i dlatego nikt nie chce wziąć na siebie umorzenia. Z drugiej strony, dla tych samych powodów i oczywiście wskutek działania niewidzialnych mocy, nikt nie ma odwagi, by spuentować śledztwo aktem oskarżenia. Więc tak sobie trwa, zamrożone, zapomniane, nikomu niepotrzebne. Czy aby jednak na pewno nikomu? Prokurator Andrzej Witkowski jest jedyną osobą, która może tę sprawę wyjaśnić i zamknąć. Bo nawet wtedy, gdy formalnie się nią nie zajmował, był zwornikiem wiedzy. To do niego spływały informacje, w sposób formalny i nieformalny. Jego uczciwość, krystaliczność i profesjonalizm były i są gwarantem, że ta sprawa może zostać wyjaśniona. Jaka jest stawka? Chodzi nie „tylko” o wyjaśnienie wszystkich okoliczności śmierci księdza Jerzego Popiełuszki, lecz o coś znacznie więcej – o przywrócenie nam w prawdzie wielkich zakłamanych obszarów najnowszej historii Polski. Na kanwie tej historii zbudowano bowiem wiele faktów i mitów, a wielkie autorytety III RP zawarły pakty i układy z tymi, którzy wydali rozkaz zamordowania księdza Jerzego. Na kanwie tej zbrodni zamordowano świadków, łącznie 17 osób. Byli to ludzie, którzy mieli odwagę podważać w zeznaniach wersje procesu toruńskiego i nie doczekali wyjaśnienia prawdy. To wszystko, o czym tu mówię, działo się już w III RP.

Służby specjalne maja długie ręce…
Pamiętam swoją rozmowę z policjantem z zespołu śledczego prokuratora Andrzeja Witkowskiego – z Janem Samborskim. Pamiętam, jak ten twardy policjant z przerażeniem mówił, że nic nie powie w sądzie, bo ma jedyną córkę, której zagrożono śmiercią. A on wie, że ludzie, którzy to mówili, nie blefowali. Wiedząc to i owo o służbach specjalnych uwierzyłem, że mówi prawdę. O wielu rzeczach nie mogę tu państwu opowiedzieć. Bo to nie jest historia, lecz coś, co wciąż trwa. I w zasadzie każdy, kto się tą sprawą zajmował, prędzej niż później odczuł to na własnej skórze. Chciałbym, abyście państwo wiedzieli, że męczeństwo księdza Jerzego było wielokrotnie większe, niż nam się wydaje. W zeznaniach odbieranych przez prokuratora Witkowskiego widać, jak wielkie było to męczeństwo. Widać to w zeznaniach setek osób. Nie chodziło tylko o sam akt męczeństwa. Chodziło o to, co z księdzem Jerzym służby specjalne robiły już wcześniej. Może znacie państwo film mojego kolegi Rafała Wieczyńskiego pt. „Popiełuszko, wolność jest w nas”. Występuje tam ksiądz prymas Józef Glemp, który rozmawia z księdzem Jerzym w ciepły, ojcowski sposób: „Ksiądz zawsze może do mnie przyjść, zawsze znajdę dla księdza czas”. Niestety, nie tak te rozmowy wyglądały. To były bardzo trudne, bardzo smutne rozmowy. Gdy ksiądz Jerzy wracał z Pałacu Mostowskich, z Komendy Stołecznej Milicji, wracał z podniesioną głową: „Możecie ze mnie szydzić, ale mam Pana Boga i nic mi nie możecie zrobić. Bo któż, jak nie Bóg!”.

 

Gdy jednak wracał od księdza prymasa, zachodził do mieszkania państwa Janiszewskich – serdecznych przyjaciół, lekarzy mieszkających przy ulicy generała Zajączka w Warszawie, opodal kościoła św. Stanisława Kostki – siadał na krześle i jak zeznali w śledztwie ci ludzie, a których relacje potwierdziło wiele innych osób, m.in. sędzina Jadwiga Sokół, siadał na krześle i na podłogę leciały mu łzy wielkości grochu. Pytał: czemu mój ojciec mi to robi ? A co robił ów „ojciec”? Krzyczał, że ksiądz jest karierowiczem, który zostanie wysłany na wieś bez prawa głoszenia kazań, bo wykorzystuje robotników, bo zawłaszcza dary z Zachodu, bo minął się z powołaniem i nie powinien być kapłanem. Każde z tych oskarżeń było jak cięcie mieczem. Ale nie oceniajcie państwo księdza prymasa zbyt pochopnie i zbyt surowo, bo to nie jego tu oskarżam. Do księdza prymasa przychodziło wiele osób, którym ksiądz prymas ufał. I ci ludzie, w rzeczywistości agenci służb specjalnych, przedstawiali przed prymasem spójny, a zarazem kłamliwy i straszny wizerunek księdza Jerzego. Wyobraź- my sobie, że do kogoś z państwa podchodzi 10 osób, którym ufacie. I wszystkie mówią coś o innej osobie – w zasadzie mówią to samo. Czy nie uwierzylibyście im, gdyby ci często nieznający się nawzajem ludzie, mówiący pozornie spójnie i logicznie, przedstawili wam w fałszywym świetle odmalowany obraz innej osoby? Sądzę, że każdy z nas by uwierzył. Bo skąd niby mielibyśmy wiedzieć, iż w rzeczywistości ludzie ci są agenturą służb specjalnych? To właśnie robiono z księdzem Jerzym. Zanim go zamordowali, w oczach wielu zniszczyli jego wizerunek, zamordowali go za życia. Dziś wielu chciałoby zapomnieć o tym, że uwierzyli w kłamstwo. Ale fakty nie wymagają interpretacji, bo są, jakie są. I jest faktem, że ksiądz Jerzy straszliwie cierpiał z tego powodu – to widać w relacjach jego przyjaciół.

 

Dlaczego opowiadam o tym wszystkim? By pokazać te straszne siły i metody służb specjalnych, które były i są! W efekcie działania tych sił ksiądz Jerzy poszedł na śmierć w samotności, otoczony zewsząd zdrajcami, zdradzony nawet przez najbliższego przyjaciela. Andrzej Witkowski chciał to wszystko udowodnić i pokazać w sądzie. Także to, że ksiądz Jerzy odchodził w poczuciu osamotnienia i niezrozumienia ze strony swoich przełożonych. Bo ksiądz Jerzy nie wiedział, że służby specjalne PRL wykonują aż tak straszną „pracę” i tak bardzo niszczą jego wizerunek w oczach przełożonych. Nie wiedział tego – mógł się tylko pewnych rzeczy domyślać, ale nie miał świadomości, jak potężna była skala tych działań. Zamknijcie więc oczy i wyobraźcie sobie państwo męczeństwo księdza Jerzego. Czy widzicie je? Mam wrażenie, że dopiero po latach jego pełnię zobaczył ksiądz prymas, z którym ongiś miałem bardzo długą rozmowę, prowadzoną zresztą wespół z Andrzejem Witkowskim. Było to w roku 2005. Po tym, co ksiądz prymas od nas usłyszał, powiedział: „Teraz dopiero rozumiem, jak wielkie było męczeństwo księdza Jerzego, nie tylko zresztą fizyczne”. W jakiejś mierze to, co robiono z księdzem Jerzym, później robiono z ludźmi, którzy próbowali wyjaśnić tę zbrodnię. Jakie szykany spadały na mojego przyjaciela, księdza Stanisława Małkowskiego, który także miał zginąć! Nie zdążono go zamordować, ale były takie plany. Pamiętam, że kiedy w roku 2005 dotarłem do mojego kolegi, Sławomira Jóźwika, dyrektora Agencji Filmowej Telewizji Polskiej, a także do Andrzeja Urbańskiego, prezesa TVP, przekonywałem ich: – Teraz jest moment, teraz jest czas, by pokazać Polakom prawdę o tej zbrodni.

 

Bo książkę przeczyta kilkadziesiąt, może sto tysięcy ludzi, ale film obejrzą miliony. Zróbmy więc film, pokażmy całą prawdę, pokażmy nie tylko okoliczności śmierci księdza Jerzego, ale to wszystko, co zrobiono z tą zbrodnią później. Ile kłamstw, mitów, fałszywych autorytetów. Zapamiętałem pierwsze zdanie Sławka Jóźwika: – Ale chyba nie jest to oparte o śledztwo szaleńca Witkowskiego? Zapytałem: – Dlaczego szaleńca? – Bo na mieście się tak mówi… Proszę państwa, co to znaczy, że „na mieście się tak mówi?” Co znaczy plotka? Jest jak rozpruta poduszka na wietrze, z której każde pióro leci w inną stronę. Są nie do wyłapania. To właśnie zrobiono z Andrzejem Witkowskim – w jakiejś mierze to samo, co wcześniej zrobiono z księdzem Jerzym i wieloma innymi. Robiono to setki razy. Podważano wiarygodność, podważano zaufanie. Pamiętam, że gdy pojechałem do Jarosława Kaczyńskiego w roku 2005, w tym samym roku, w którym odbyłem spotkanie z księdzem prymasem Józefem Glempem, i poprosiłem, by pomógł w przywróceniu śledztwa prokuratorowi Witkowskiemu, Jarosław Kaczyński odpowiedział, że szanuje prokuratora Witkowskiego, ale ludzie, którym ufa twierdzą, że ciąży na nim „rys mitomani”. Zapytałem, czy ci, którzy tak twierdzą, to aby na pewno ludzie godni zaufania? Jarosław Kaczyński obiecał mi, że jeszcze raz podda weryfikacji wszystko, co mówili. Minęły dwa lata. Spotykamy się przy ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie, w siedzibie PiS, i w mojej obecności Jarosław Kaczyński zwraca się do Andrzeja Witkowskiego: – Panie prokuratorze, strasznie mnie na pana temat okłamano. To byli ludzie, którym ufałem, a którzy okazali się niegodni zaufania. Oczernili pana straszliwie i dziś wiem, że jest pan jedynym człowiekiem, który może wyjaśnić tę zbrodnię.

 

Dlatego obiecuję panu, że w tym roku wróci pan do swojego śledztwa. Niestety, nie dane było spełnić premierowi tej obietnicy, bo jesienią 2007 roku zmieniła się w Polsce władza i zaczęły się rządy Platformy Obywatelskiej. Ale być może teraz nadchodzi czas, by tę sprawę dokończyć. Głęboko w to wierzę. Będziemy prosić o wsparcie pana Jarosława Kaczyńskiego, pana ministra Zbigniewa Ziobrę, będziemy kierować petycję do prezydenta Andrzeja Dudy. Jeżeli państwo uznacie, że warto ją poprzeć, bardzo o to proszę! Bo jeżeli nie teraz, to kiedy? Jeżeli nie ksiądz Jerzy zasługuje na prawdę – to kto? O co dziś prosi prokurator Andrzej Witkowski i o co proszę ja w jego imieniu? O sześć miesięcy zaufania, tylko tyle! Andrzej Witkowski powiedział publicznie: „Przywróćcie mi śledztwo na sześć miesięcy, a ja pokażę całą prawdę o tej zbrodni i wszystkich jej następstwach, albo zamilknę na zawsze”. Czy nie warto zaufać prokuratorowi, który prosi o tak niewiele? Czy nie warto zaryzykować – choć to żadne ryzyko! – by przywrócić nam wszystkim najnowszą historię Polski, ukazaną w prawdzie? Nie chodzi tu przecież „tylko” o wyjaśnienie wszystkich okoliczności śmierci księdza Jerzego – chodzi o znacznie więcej, o przywrócenie najnowszej historii Polski w prawdzie. Pamiętam, jak Krzysztof Wyszkowski zeznawał przed prokuratorem Witkowskim takimi mniej więcej słowy: – Gdy jeszcze ufałem Lechowi Wałęsie, prezydentowi Polski, poszedłem do niego i powiedziałem: „Lechu docierają do mnie informacje, że z tą zbrodnią wszystko było inaczej, niż nam się to przedstawia.

 

Ty masz narzędzia, żeby coś z tym zrobić”. I jak relacjonował Wyszkowski, Lech Wałęsa miał mu odpowiedzieć: – Nie dotknę się tego, bo gdybym zajął się tą sprawą, Polska rozpadłaby się na kawałki. Krzysztof Wyszkowski w swoich zeznaniach, które są w IPN, puentuje: – Jaka to sprawa, której prezydent Polski bał się dotknąć i był przerażony, jak małe dziecko? Apeluję do państwa w tym miejscu: nie bójmy się prawdy! Pamiętam, jak kiedyś, jako dziennikarz TVP, pojechałem do przyjaciela księdza Jerzego Popiełuszki, dyrektora muzeum archidiecezji warszawskiej, księdza Andrzeja Przekazińskiego. W pierwszym zdaniu mówi do mnie: – Jeżeli mamy rozmawiać, niech pan wyłączy kamerę. W następnym zdaniu dodaje: – Nie grzebcie się w tej sprawie. Zostawcie ją, bo zablokujecie beatyfikację Jurka. Odpowiedziałem, że nawet Jan Paweł II prosił i apelował, by wyjaśnić sprawę śmierci księdza Jerzego, bo prawda o niej nie została dotąd wyjaśniona. To jest testament Ojca Świętego Jana Pawła II. Czy prawda może czemukolwiek szkodzić? – Czemu ksiądz tak mówi? – pytałem. Ale ksiądz Andrzej Przekaziński nie słuchał i powtarzał tylko, jak mantrę: – Zostawcie tę sprawę! Zostałem przy swoim zdaniu, ksiądz Andrzej przy swoim. Minęły dwa lata. IPN publikuje dokumenty, z których wynika, że ksiądz Andrzej Przekaziński donosił na swojego przyjaciela i był współpracownikiem służb specjalnych PRL. Nie chodziło mu zatem o to, że dociekając prawdy można niechcący zablokować proces beatyfikacyjny czy kanonizacyjny. Chodziło o to, że przy okazji badania sprawy można dowiedzieć się wielu niewygodnych faktów o wielu wpływowych osobach, które wciąż trzymają rękę na pulsie. Nie bójmy się prawdy!

 
Dawno temu, w 1987 roku, jako młody chłopak, byłem na mszy świętej na Westerplatte odprawianej przez Ojca Świętego. Pojechaliśmy z Warszawy z grupą przyjaciół. Zapamiętałem słowa Jana Pawła II, który mówił: „Każdy z nas powinien mieć takie swoje Westerplatte, którego będzie bronić bez względu na koszty”. Myślę, że to jest takie Westerplatte. Pytam zatem: jak długo jeszcze będziemy traktowani jak dzieci, przed którymi ukrywa się prawdę? W imię jakich racji? Bo jest zbyt szokująca? Czy dlatego pytania mają przechodzić z pokolenia na pokolenie, z ojca na syna, bez końca? Proszę państwa, abyście poparli tę sprawę. Jeżeli Andrzej Witkowski nie poprowadzi tego śledztwa, prawda ujrzy światło dzienne może dopiero za wiele lat, kiedy nas już nie będzie na świecie. My wszyscy, jak tu jesteśmy, już jej nie poznamy i może dopiero gdzieś, kiedyś w przyszłości historycy sięgną do zapomnianych, okrytych kurzem akt, dla następnych pokoleń…

 
By na koniec unaocznić państwu, jak bardzo ta sprawa nie jest historyczną, lecz jest historią, która trwa, opowiem o jednym wydarzeniu. Miało miejsce podczas mojej sądowej potyczki z Waldemarem Chrostowskim, która poprzez sąd okręgowy i apelacyjny trafiła do Sądu Najwyższego, a ten stwierdził w swojej sentencji: „Nie jesteśmy w stanie ocenić, czy Waldemar Chrostowski był agentem SB, czy nie, ponieważ nie udostępniono nam do wglądu najważniejszych dokumentów, które skierowano do zbioru zastrzeżonego”. Co ostatecznie Sąd Najwyższy zapisał w sentencji wyroku tej sprawy? Że prawdę o niej pokaże historia! Pytałem potem wielu prawników, czy znają inną sprawę, w której Sąd Najwyższy odesłałby nas do historii. Odpowiadali zgodnie, że nie ma takiej drugiej sprawy i takiego drugiego wyroku, w których Sąd Najwyższy powiedziałby: „My nie wiemy, niech to oceni historia”. Ja nie chciałbym, żebyście państwo, żeby Polacy zostali odesłani do historii. Mamy niepowtarzalną szansę pokazania tej sprawy i przywrócenia nam najnowszej historii Polski w prawdzie. Zróbmy to więc – zróbmy to razem!

Wojciech Sumliński

(Zapis wystąpienia autora w PE w Brukseli, stanowiący fragment książki pt. „Pogorzelisko”)

sumlinski.pl

18.10.2016, 13:25

Posted in Historia | Otagowane: | Leave a Comment »

„Tajne spec. znaczenia” – cała prawda o „Wałesie. Człowieku z teczki”

Posted by tadeo w dniu 7 października 2016

Esbecy wspominają złamanie Wałęsy: „przysięgał na krzyżyk, że nigdy nie zdradzi, że będzie współpracował”. Internauci przypominają film… TVN-u

 

W internecie nic nie ginie. W tle debaty, jaką wywołała sprawa „szafy Kiszczaka”, internauci przypominają ciekawy film, „Tajne specjalnego znaczenia”. Film powstały na zlecenie TVN-u zawiera m.in. wspomnienia i rozmowy z esbekami, którzy prowadzili działania wymierzone w Wałęsę.

Wśród rozmówców autorów filmu znajduje się m.in. oficer Wydziału III SB w Gdańsku.

Na drugim piętrze gabinet zastępcy naczelnika – tam była prowadzona rozmowa z Lechem Wałęsą. Do prowadzenia tej rozmowy zostali wytypowani koledzy, którzy przyjechali w ramach pomocy z Olsztyna, kpt. Rapczyński i kpt. Graczyk. W pewnym momencie wchodzi Rapczyński, zaciera ręce mówi: „mamy go”. Wałęsa przysięgał na krzyżyk, że nigdy nie zdradzi, że będzie współpracował, że będzie realizował to, co od niego chcemy. A w kontaktach ze Służbą występował będzie jako Bolek

— wspomina były esbek.

Wskazuje, że „Wałęsa został wytypowany do próby pozyskania”.

Raz, że wchodził w skład komitetu, dwa, że był człowiekiem, który miał jakiś posłuch u stoczniowców. Apelował do stoczniowców, żeby wracali do stoczni

— mówi esbek.

Inny z funkcjonariuszy wspomina, że w Olsztynie powszechnie wiadomo było wśród esbeków, że Graczyk zwerbował Wałęsę.

To, że Graczyk zwerbował Wałęsę, było wiedzą powszechnie znaną, kiedy on coś zaczął znaczyć. Wszyscy o tym mówili, każdy o tym wiedział. Graczyk o tym paplał. (…) To pijaczyna był, on powinien za to siedzieć, bo zdradził tajemnicę państwową

— mówi esbek.

Na filmie słychać i opinie różnych historyków m.in. Andrzeja Paczkowskiego, czy Antoniego Dudka. Prof. Dudek odnosząc się do historii współpracy Wałęsy zaznacza:

To historia człowieka, który został zastraszony, sterroryzowany. Wydaje mu się, że będzie prowadził jakąś grę z bezpieką. Mówił, że prowadził negocjacje z SB. W moim przekonaniu ktoś taki, jak Wałęsa, nie mógł w latach 70. prowadzić z SB  żadnych negocjacji.

Okazuje się, że obraz autorstwa Moniki Góralewskiej, Piotra Pizło i Krzysztofa Brożyka ma historię równie ciekawą jak i  treść.

Telewizja TVN blokuje emisję w internecie filmu o Lechu Wałęsie, który powstał w tej stacji

— pisała „Gazeta Wyborcza” w 2010 roku.

Chodzi o film, który pod tytułem „Tajne spec. znaczenia” znalazł się we wtorek na kilku portalach internetowych z dopiskiem, że TVN nie chce go wyemitować, bo potwierdza, że pierwszy przywódca „Solidarności” współpracował z SB

— zaznaczała „GW”.

Film powstały na zlecenie TVN-u można obejrzeć w internecie/

http://wpolityce.pl/polityka/282468-esbecy-wspominaja-zlamanie-walesy-przysiegal-na-krzyzyk-ze-nigdy-nie-zdradzi-ze-bedzie-wspolpracowal-internauci-przypominaja-film-tvn-u

Posted in Historia | Leave a Comment »

Jedyna parafia w Polsce do której podczas II wojny światowej nie dotarli Niemcy

Posted by tadeo w dniu 6 października 2016

 

fot: pixabay.comfot: pixabay.com

W czasie II wojny światowej na naszej ziemi, gdzie pojawili się Niemcy, tam wraz z nimi śmierć, aresztowania i zniszczenia. Trudno w to uwierzyć, ale na terenie jednej z mazowieckich parafii przez 6 lat hitlerowskiej okupacji nie pojawili się niemieccy żołnierze, a na dodatek nikt z mieszkańców tej parafii nie zginął podczas wojny. Wszystko to zasługa wielkiej wiary i modlitwy przez różaniec ludzi zamieszkujących parafię Garnek.

Garnek to obecnie wieś położona w województwie mazowieckim, w powiecie sokołowskim, w gminie Ceranów. Miejscowość jest położona ok. 70 kilometrów od Warszawy. W 1939 parafię Garnek zamieszkiwało blisko 7 tysięcy osób. W dniu niemieckiej agresji na Polskę proboszcz tej parafii powiedział wiernym, że jedynym ratunkiem dla Ojczyzny i dla mieszkańców okolicznych wiosek jest modlitwa.1 września przypadał pierwszy piątek miesiąca i sporo wiernych było w kościele. To do nich proboszcz skierował swoje przesłanie: „Dziś Niemcy pod wodzą Hitlera zaatakowały Polskę. Hitler to człowiek opętany przez szatana. Hitler wyrządzi straszliwe zło Polsce i całej Europie. Zginą miliony ludzi, Europa ulegnie wielkiemu zniszczeniu. Czy jest jakiś ratunek? Czy możemy uniknąć śmierci, uratować nasze domy, gospodarstwa, zakłady pracy ? Tak, jest ratunek ! Tym ratunkiem jest różaniec przed wystawionym w monstrancji Najświętszym Sakramentem ! Od dzisiaj, aż do końca wojny, (nie wiemy ile będzie trwać ta wojna), każdego dnia w naszym kościele będzie odmawiany Różaniec przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. Zapraszam wszystkich każdego dnia na to nabożeństwo”.

Wojna trwała 6 lat i dokładnie tyle lat był w tym kościele codziennie odmawiany przez wiernych różaniec. Na nabożeństwa zaczęło przychodzić coraz więcej ludzi. Odmawiali cząstkę Różańca (5 tajemnic). Po modlitwie różańcowej proboszcz udzielał błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem.

Mieszkańcy widząc, że do ich parafii nie zawitali jeszcze hitlerowcy, a z tych,którzy poszli na front nikt nie zginął, to tym chętniej i liczniej przychodzili do kościoła, który codziennie pękał w szwach.

Z parafii Garnek zostało zmobilizowanych wielu młodych mężczyzn do wojska jeszcze przed wrześniem 1939 roku. Jedni walczyli z Niemcami, a inni z Rosjanami. Nikt z nich nie zginął na froncie – część z nich wróciła do domów po ustaniu walk, część dostała się do niewoli. Jedni byli w obozach niemieckich, inni w rosyjskich, w tym na dalekiej Syberii. I wszyscy powrócili do swoich rodzinnych domów.

Może się to wydawać nieprawdopodobne, ale o tym cudzie wiary płynącej z różańca mówił biskup Zbigniew Kraszewski.

W październiku, czyli miesiącu szczególnym jeśli chodzi o różaniec warto pamiętać, że można, a nawet trzeba modlić się nie tylko o sprawy osobiste, ale również takie jak Ojczyzna czy pokój. Przykład parafii Garnek pokazuje jak wiele można osiągnąć tą drogą.

http://pompejanska.rosemaria.pl/2014/02/polski-cud-rozancowy/

http://polskaniepodlegla.pl/magazyn-patriotyczny/item/8769-jedyna-parafia-w-polsce-do-ktorej-podczas-ii-wojny-swiatowej-nie-dotarli-niemcy

Posted in Historia, Religia | Leave a Comment »

27 września 1605: jedno z największych zwycięstw ze względu na stosunek sił w historii świata. „Tak pełnych zwycięstw mało zna historia, ani jednego zaś odniesionego przeciw takiej przewadze”

Posted by tadeo w dniu 28 września 2016

Pomnik bitwy pod Kircholmem w Salaspils k. Rygi z napisami łotewskim i polskim oraz herbami Litwy, Polski i Kurlandii

Konflikt polsko-szwedzki miał szerokie tło polityczne. Po utracie korony szwedzkiej przez Zygmunta III władzę z Sztokholmie przejął jego stryj Karol Sudermański, który dążył do wojny z Rzeczpospolitą w sojuszu z Moskwą.

Borys Godunow wyrażał zainteresowanie tymi propozycjami, szukając możliwości stworzenia koalicji przeciwko państwu polsko-litewskiemu. Położenie Rzeczypospolitej komplikowało także jej zbrojne zaangażowanie w księstwach naddunajskich. Zygmunt III, chcąc zapobiec tworzonemu sojuszowi moskiewsko-szwedzkiemu, poparł pretensje Dymitra Samozwańca do tronu carów.

Wojska szwedzkie już od drugiej połowy 1599 roku były przerzucane do Estonii i przygotowywane do uderzenia na północne posiadłości państwa polsko-litewskiego, co nastąpiło na początku kolejnego roku. W Rzeczypospolitej dostrzegano niebezpieczeństwo szwedzkie. Spodziewając się wojny, chcąc zmobilizować izbę poselską do większej ofiarności na rzecz obronności państwa, Zygmunt III wydał podczas sejmu 1600 roku akt inkorporacji szwedzkiej części Estonii w granice Rzeczypospolitej, wypełniając tym samym pacta conventa. Sejm został jednak wskutek działań opozycji zerwany. Na wieść o tym, że stany rozeszły się bez podjęcia środków zabezpieczających granice, Karol Sudermański zdecydował się na szybkie rozpoczęcie działań wojennych.

kScena polityczna Rzeczypospolitej była wówczas areną starć między stronnictwem regalistycznym a opozycją kierowaną przez kanclerza Jana Zamoyskiego oraz wojewodę krakowskiego Mikołaja Zebrzydowskiego. Rywalizacja ta niekorzystnie wpływała na funkcjonowanie najważniejszych instytucji ustrojowych państwa. Z czterech sejmów obradujących w latach 1600–1605 aż trzy zerwano. Chociaż senatorowie oraz posłowie wielokrotnie dyskutowali nad problemem wojny w Inflantach, sejmy – targane wewnętrznymi sporami w atmosferze przedrokoszowej – nie były w stanie zdobyć się na trwałe rozwiązania w kwestii finansowania działań wojennych.

Kampanie inflanckie z lat 1601–1604 były na ogół szczęśliwe dla strony polsko-litewskiej i doprowadziły do opanowania szeregu twierdz, nie rozstrzygnęły jednak jednoznacznie konfliktu. Pomimo błyskotliwego zwycięstwa odniesionego we wrześniu 1604 roku przez hetmana polnego litewskiego Jana Karola Chodkiewicza pod Białym Kamieniem, Karol Sudermański zaplanował nową kampanię, której celem był klucz do zdobycia Inflant: Ryga.

Siły walczących stron

Husaria przed bitwą pędzla Józefa Brandta
HUSARIA PRZED BITWĄ PĘDZLA JÓZEFA BRANDTA

W połowie 1605 roku Riksdag szwedzki uchwalił duże podatki na zaciąg żołnierzy. Szwecja uzyskała także niemałe wsparcie finansowe od cara Borysa Godunowa. Dzięki temu już w lipcu szwedzka armia polowa była gotowa do działań wojennych. Podzielono ją na trzy części, a następnie przerzucono do Inflant. Z 14 tys. armii, która znalazła się ostatecznie pod Rygą, większość pomaszerowała później pod Kircholm, by stawić czoła wojskom prowadzonym przez Chodkiewicza. Według Juliusa Mankella w jednostkach walczących w bitwie znalazło się etatowo 2 700 jazdy i 9 200 piechoty. Z kolei Bertil Barkman szacował faktyczny stan armii szwedzkiej pod Kircholmem na około 2 500 jazdy, 8 700 piechoty oraz 11 falkonetów jednofuntowych, co wydaje się najbliższe prawdzie. Stosunek jazdy do piechoty wynosił zatem w przypadku Szwedów 22% do 78%. Wyraźna przewaga elementu pikiniersko-muszkieterskiego miała zapewnić możliwość prowadzenia długotrwałego oblężenia Rygi. W przypadku armii Karola IX – odwrotnie niż w wojsku Chodkiewicza – jazda miała stanowić jedynie wsparcie dla regimentów piechoty.

Po bitwie pod Kircholmem pędzla Januarego Suchodolskiego
PO BITWIE POD KIRCHOLMEM PĘDZLA JANUAREGO SUCHODOLSKIEGO

W latach 1600–1603 wydatki skarbu litewskiego wyniosły 531 tys. zł. Skarb koronny wyasygnował w tym czasie na wojnę w Inflantach 705 tys. zł, co daje w sumie 1,2 mln zł. Na sejmie 1603 roku Litwini nie uchwalili łanowego. Sejmiki deputackie z września również odmówiły wniesienia do skarbu tego podatku, finansowanie wojny stało się więc problematyczne. Chociaż wypłacono wojsku żołd za sześć ćwierci (kwartałów), zabrakło środków na bieżące potrzeby wojenne. Nieopłacone wojsko litewskie zawiązało w grudniu 1604 roku konfederację wojskową pod przewodnictwem Aleksandra Lisowskiego. W związku z tym, że dochody skarbu litewskiego były niewielkie, postanowiono sięgnąć do skarbu koronnego. Pieniądze z Korony w latach 1603–1605 praktycznie finansowały wojnę w Inflantach, z nich również uregulowano zaległości wobec konfederatów, które wyniosły 0,5 mln zł.

 

Jan Karol Chodkiewicz
JAN KAROL CHODKIEWICZ

Zdając sobie sprawę, że wojna w Inflantach nadal wymaga kontynuowania, Zygmunt III zwrócił się do szlachty na sejmie 1605 roku o uchwalenie nowych podatków. Sejm został jednak zerwany wskutek działań opozycji. W tej sytuacji król odwołał się bezpośrednio do konwokacji wileńskiej, która uchwaliła w Wielkim Księstwie Litewskim cło, czopowe oraz pogłówne żydowskie na rok. Niektóre sejmiki litewskie zgodziły się ponadto na łanowe (1 złoty z łanu). O postawie szlachty i senatorów na konwokacji w znacznym stopniu zadecydowała działalność świeżo mianowanego hetmana wielkiego litewskiego Jana Karola Chodkiewicza oraz kanclerza wielkiego litewskiego Lwa Sapiehy. Dzięki podjęciu tych decyzji oraz udzieleniu wsparcia kwartą ze skarbu koronnego, wojsko w Inflantach zdołano utrzymać z problemami do marca 1606 roku, przeznaczając na nie 350 tys. zł.

Niedostatki w skarbie uniemożliwiały utworzenie odpowiednio liczebnej armii, jednak w połowie 1605 roku udało się wesprzeć wojsko litewskie nowymi oddziałami. Zaciągnięto dodatkowo 400 piechurów na dwie ćwierci oraz 300 husarzy do pocztu hetmańskiego. Henryk Wisner na podstawie rachunków sejmowych wyliczył, że w przeddzień bitwy armia Rzeczypospolitej liczyła: 15 chorągwi husarskich (1650 ludzi), 4 tatarskie (350), 3 kozackie (400), 4 petyhorskie (400), jedną arkebuzerską (210), 5 rot piechoty (1040) oraz 4–7 dział. Przed samą bitwą chorągwie Chodkiewicza zostały wsparte przez 300 rajtarów bądź kirasjerów z Kurlandii księcia Fryderyka Kettlera, którzy przeprawili się przez bród na Dźwinie. W sumie armia ta składała się, zgodnie z ustaleniami H. Wisnera, z 3310 jazdy oraz 1040 piechoty. Chorągwie jazdy stanowiły zatem 76% wojska. Faktyczna liczebność wojsk polsko-litewskich z pewnością była jednak niższa, wiadomo bowiem, że z powodu chorób, ran i dezercji do walki stawało mniej żołnierzy. Nadto rachunek sejmowy zawiera jedynie porcje żołdu, a nie faktyczną liczbę żołnierzy (ok. 10% stanowiły tak zwane ślepe porcje, czyli puste etaty, z których finansowano żołd oficerski).

Jan Karol Chodkiewicz w czasie bitwy pod Kircholmem
JAN KAROL CHODKIEWICZ W CZASIE BITWY POD KIRCHOLMEM

Leszek Podhorodecki, Jan Wimmer i Stanisław Herbst twierdzili, że liczebność jazdy Rzeczypospolitej pod Kircholmem wyniosła nie więcej niż 3000 koni. Piechota natomiast, jak twierdził Konstanty Górski, składała się głównie z wybrańców z Mazowsza i Wielkopolski w sile 790 ludzi. Dotychczas nie ustalono dokładnego składu wojska, w szczególności zaś nazwisk oficerów niższego szczebla. W 1606 roku z polecania Chodkiewicza wielu żołnierzom przyznano nagrody w postaci posiadłości ziemskich. Dokładne prześledzenie wpisów do Metryki Koronnej oraz Litewskiej z pewnością pozwoliłoby ustalić, przynajmniej częściowo, z których prowincji Rzeczypospolitej pochodzili.

Podsumowując, naprzeciwko siebie stanęły dwie armie różne liczebnie oraz zupełnie inaczej zorganizowane. Bez względu na niepełne stany etatowe obydwu stron, stosunek sił wynosił około 1 do 3 na niekorzyść wojsk litewskich.

Początek kampanii

W początkach sierpnia 1605 roku flota Karol IX mająca na pokładzie około 14 000 żołnierzy opuściła brzegi Szwecji. Pod koniec miesiąca wysadzono koło Dźwinoujścia desant liczący 4000 ludzi pod dowództwem Fryderyka Joachima Mansfelda. Statki szwedzkie zablokowały ujście rzeki. Dźwinoujście było niewielką fortecą bastionową liczącą 150 hajduków załogi. Mansfeld nie chciał jednak tracić czasu na jej oblężenie i przesunął armię pod Rygę.

W tym czasie Chodkiewicz stał obozem pod Dorpatem. Niezadowolenie wśród żołnierzy udało się zażegnać za pomocą 100 000 zł przywiezionych na wypłatę zaległego żołdu. Hetman pozostawił małe załogi w Dorpacie i Białym Kamieniu i podjął decyzję o marszu na Rygę. Jego plany uległy zmianie, kiedy dowiedział się w Wolmierzu, że nieopodal Rewla wylądował pięciotysięczny korpus dowodzony przez Andersa Lennartssona. Hetman postanowił ruszyć armię w stronę Fellina, licząc, że rozbije wojska Lennartssona, zanim te połączą się z resztą wojsk szwedzkich. Do spotkania doszło pod Fikelmojzą. Pomimo udanych harców (według niektórych źródeł Szwedzi mieli w nich stracić 200 ludzi, co wydaje się mocno przesadzone) „Pan hetman nie mogąc z onego miejsca Lennartssona wyciągnąć do bitwy […] powrócił pod Fellin”.

Jan Gniewosz na czele chorągwi husarskiej, dzieło Juliusza Kossaka
JAN GNIEWOSZ NA CZELE CHORĄGWI HUSARSKIEJ, DZIEŁO JULIUSZA KOSSAKA

W połowie września pod Parnawą wylądował Karol IX z armią liczącą 5000 ludzi. Lennartsson zwinął obóz i połączył się z królem. Szwedzi maszerowali teraz nadmorskim traktem na Rygę. Chodkiewicz przeprawił się przez Gawię i posuwał się równolegle do Szwedów aż do Kiesi. Tam okopał swoją armię, zatrzymując ją w obozie na tydzień. Jak informują „Nowiny z Inflant”, Karol IX początkowo zamierzał wydać hetmanowi bitwę. Zmienił jednak zamiary i poszedł na Rygę.

23 września połączone wojska szwedzkie stanęły pod miastem. Mieszkańcy pomimo apelów nie mieli zamiaru się poddać, wierząc w odsiecz hetmana. Ryga była wówczas drugim co do wielkości miastem nad Bałtykiem, bogatym i bardzo istotnym dla dalszego prowadzenia wojny o Inflanty. Jej utrata równałaby się de facto z przegraną Rzeczypospolitej w tej wojnie. Posiadała ona załogę złożoną z milicji miejskiej (2000–3000 ludzi), setki piechoty litewskiej oraz wystarczającą ilość silnej artylerii. Pomimo tego zapasy żywności zgromadzone w mieście były skromne. Szwedzi mieli już przygotowane szańce, drabiny i podziemne korytarze, dzięki którym mieli wysadzić miejskie mury minami. Czas działał na niekorzyść obleganych.

24 września, po dotarciu taboru z Dorpatu, Chodkiewicz ruszył armię spod Kiesi pod Kircholm (dzisiejsze Salaspis), leżący 20 kilometrów na południowy-wschód od Rygi, skąd miał zamiar prowadzić działania przeciw Szwedom. Nie wiemy, dlaczego hetman litewski podjął właśnie taką decyzję. Litwini dotarli na miejsce w niespełna dwa dni, pokonując w tym czasie 80 kilometrów mimo obciążenia tysiącem wozów. Chodkiewicz założył obóz otoczony trzyrzędowym taborem na brzegu rzeki, w pobliżu brodu. Dzięki przesłuchaniu towarzysza chorągwi husarskiej, Pawła Krajewskiego, Karol IX dowiedział się o ruchach Litwinów jeszcze tego samego dnia. Znając pozycję oraz małą liczebność polsko-litewskich chorągwi, Szwedzi zdecydowali podążyć prawie całą armią pod Kircholm. Zostawili pod Rygą około 1600 żołnierzy oraz służbę obozową, zabierając 11 000 żołnierzy na pole bitwy. Wyruszyli z obozu późnym wieczorem, maszerując całą noc. Dotarli do celu nad ranem, zmęczeni i mokrzy.

Hetmana litewskiego nie udało się zaskoczyć. Chodkiewicz nie spieszył się, zaalarmowany przybiciem nieprzyjaciela kazał obudzić żołnierzy i odprawić mszę.

Bitwa

Ustawienie walczących wojsk względem Dźwiny budzi żywe zainteresowanie historyków. Jak zauważył Henryk Wisner, w źródłach nie znajduje potwierdzenia fakt, że Chodkiewicz ustawił wojsko do rzeki równolegle. Musiało ono stać do niej prostopadle, pytaniem pozostaje, dlaczego hetman w mowie wygłoszonej do żołnierzy powiedział, że stoją do Dźwiny tyłem? Możliwe, że wojsko polsko-litewskie ustawiono względem rzeki na skos. Tłumaczyłoby to boczny wiatr od strony morza, który ułatwił szarżę husarii oraz Dźwinę płynącą z boku i z tyłu armii Chodkiewicza. Wszyscy badacze zgodnie podkreślają, że pod wzgórzem, na którym stali żołnierze Rzeczypospolitej, rozciągała się równina idealna do przeprowadzenia szarży kawaleryjskiej.

Karol IX uszykował wojsko w tzw. szachownicę. W pierwszym i trzecim rzucie stanęła piechota, w drugim i czwartym jazda. Armaty ustawiono przed armią. Trudno jednoznacznie wskazać, w jakim szyku walczyła armia szwedzka, w historiografii istnieją bowiem rozbieżności w tej kwestii. Najczęściej wskazuje się na szkołę holenderską ze szwedzkimi modyfikacjami lub szyk hiszpańsko-niemiecki.

Z kolei wojska Rzeczypospolitej – w zależności od relacji – miały stanąć w następującym szyku: lewe skrzydło złożone z 900 lub 1250 jazdy pod Tomaszem Dąbrową, centrum 1000 jazdy i cała piechota lub 800 jazdy i cała piechota pod Wincentym Wojną oraz prawe skrzydło z 1050 lub 650 jazdy pod Janem Sapiehą. Tatarzy wraz z artylerią zajęli stanowisko przy obozie. Rajtarzy kurlandzcy w centrum. Piechota o czysto strzelczym przeznaczeniu miała w zamyśle hetmana pełnić jedynie funkcję pomocniczą wobec jazdy. Szyk wojsk polsko-litewskich był maksymalnie ściśnięty, tak „żeby nieprzyjaciela gardzącego drobną garstką naszych tym bardziej ubezpieczyć w zuchwalstwie”. Chorągwie jazdy uszykowano płytko, w dwie linie.

Po rozmieszczeniu obydwu armii rozpoczęły się harce. Około południa Hetman litewski postanowił wycofać harcowników, „próbując nieprzyjaciela w równe pole z fortelów wyciągnąć”. Obawiając się, że manewr ten może zostać odczytany przez jego żołnierzy jako sygnał do odwrotu, Chodkiewicz uprzedził o swoim planie rotmistrzów. Trudno przypuszczać, aby Karol IX uwierzył, że hetman porzuca obóz. Być może pewny siebie król szwedzki dał sygnał do marszu ze zniecierpliwienia; wiemy skądinąd, że dowódcy szwedzcy kłócili się z monarchą, aby ten wstrzymał się z atakiem. Niemniej Szwedzi rozpoczęli marsz naprzeciw stanowiskom chorągwi hetmana. Do natarcia ruszył pierwszy rzut, na który złożyło się ponad 5500 piechoty i 9 dział. Rajtaria drugiego rzutu Henryka Brandta w sile 1200 koni weszła na lewe skrzydło, a konnica Mansfelda licząca 1000 koni przeszła na prawą flankę z zamiarem wejścia na tyłu armii Chodkiewicza.

Hetman litewski przewidział, że bitwa rozstrzygnie się na jego lewym skrzydle, Szwedzi bowiem nie mogli okrążyć armii polsko-litewskiej na jej prawym skrzydle ze względu na bagna. „Wydano zatem znak do walnej bitwy z obu stron we wszystkie trąby, kotły i bębny”. Na Szwedów ruszyły z centrum chorągwie husarskie Wojny oraz jazda księcia Fryderyka (600 koni), wiążąc zaciętą walką piechotę wroga. W ślad za nimi z lewego skrzydła ruszyły chorągwie Dąbrowy, wsparte ogniem z dział. Zataczając łuk, wzniosły tumany kurzu i z impetem wbiły się w skrzydło Mansfelda, które załamało się pod szarżą husarską i wpadło w ucieczce na 3000 piechoty Fryderyka księcia lüneburskiego ustawionej w trzecim rzucie.

Za uciekającymi rajtarami Mansfelda Chodkiewicz pchnął chorągwie tatarskie, natomiast husaria Dąbrowy rzuciła się do ataku na piechotę lüneburczyka. Tymczasem na szwedzkim lewym skrzydle sygnał do atak dał Brandt. Czujny Sapieha ruszył chorągwie husarskie i petyhorskie, aby powstrzymać natarcie rajtarów. Karol IX zdecydował się wspomóc swoje lewe skrzydło, rzucając mu do pomocy kilkuset rajtarów czwartego rzutu. Aby nie dopuścić do rozbicia Sapiehy, do boju włączono dwie chorągwie husarskie Teodora Lackiego, które skutecznie odrzuciły rajtarów.

Był to decydujący moment bitwy. Hetman litewski zdecydował o użyciu piechoty, która miała definitywnie rozbić pierwszy rzut piechoty wroga. Następnie pozostałe chorągwie jazdy uderzyły na stawiający jeszcze opór trzeci rzut Szwedów. Wszystko rozegrało się błyskawicznie. Próby przegrupowanie wojsk Szwedzkich nie powiodły się wobec bezładnej ucieczki. Jak pisał później Karol IX „nasi uciekali jak gromada kurcząt, choć było ich czterech alb pięciu przeciw jednemu”. Król szwedzki sam zresztą otarł się o śmierć lub niewolę i tylko dzięki poświęceniu Henryka Wrede, który podał mu nowego konia, zdołał zbiec. Rozzłoszczony po klęsce, po powrocie na statek Sudermańczyk zabił Pawła Krajewskiego, owego nieszczęsnego husarza wziętego do niewoli.

Straty walczących stron

Mankell na podstawie rolli popisowych doliczył się w trzydziestu szwedzkich jednostkach 3854 poległych. Historyk ten nie był jednak w stanie wskazać zabitych w przypadku pozostałych trzydziestu czterech oddziałów. Prawdopodobnie ich straty były nie mniej dotkliwe. Barkman był zdania, że liczbę ocalałych z pogromu należy szacować na 3000 do 3500 ludzi. Oznacza to, że z 11 000 armii Szwedzi zostawili na polu bitwy około 73% żołnierzy. Z dowódców szwedzkich zginął Lennartsson, któremu Chodkiewicz wyprawił uroczysty pogrzeb, książę lüneburski, pułkownicy Forbes i Stigel. W ręce żołnierzy Chodkiewicza wpadło 60 sztandarów oraz wszystkie armaty, wzięto również setki (jedna z niemieckojęzycznych gazet ulotnych twierdziła nawet, że 1500) jeńców. Do niewoli dostał się m.in. Brandt, który po przewiezieniu do Krakowa został stracony za zdradę Zygmunta III.

Litwini i Polacy stracili prawdopodobnie 100 żołnierzy, mieli także 200–400 rannych. Zginęło wiele koni. Relatywnie niewielkie straty strony litewskiej znajdują potwierdzenie w licznych relacjach oraz dokumentach, nie ma więc powodu, aby w nie wątpić. Ta ogromna dysproporcja poległych wynikła z dwóch czynników: po pierwsze, właściwa część bitwy (czyli bez harców i pogoni) trwała dwadzieścia, może trzydzieści minut, po drugie zdecydowana większość Szwedów straciła życie podczas ucieczki. Część potopiła się w Dźwinie, inni zginęli pod szablami ścigającej ich jazdy.

Zakończenie

Kircholm ze względu na stosunek sił zwyciężonych do zwycięzców był jednym z największych zwycięstw taktycznych w historii świata. Chodkiewicz dopasował taktykę swojej armii do warunków terenowych. Wódź litewski wykorzystał lewe skrzydło do rozstrzygnięcia bitwy, wchodząc na tyły wroga po przełamaniu jego prawej flanki. Płytkie uszykowanie litewskich chorągwi pozwoliło wprowadzić do bitwy więcej szabel. Szwedzkie oddziały ustawione w cztery szeregi – chociaż liczniejsze – pozwoliły się otoczyć i rozbić. Karol IX popełnił wiele błędów. Przede wszystkim był zadziwiająco pewny siebie, mimo iż w ostatnich latach wojska szwedzkie ponosiły w polu same klęski. Dzieląc piechotę na dwa rzuty, Sudermańczyk umożliwił Chodkiewiczowi zniwelowanie znacznej przewagi liczebnej strony szwedzkiej.

Bitwa pod Kircholmem pokazała wyższość w polu staropolskiej sztuki wojennej nad Szwedzką, wzorowaną na holenderskiej szkole wojskowej Maurycego Orańskiego, która faworyzowała regimenty pikiniersko-muszkieterskie kosztem jazdy. Jak słusznie zauważył po latach Jakub Sobieski, „przyszłe pokolenia bardziej się dziwować, niźli wierzyć będą” w wynik tej bitwy.

Chociaż wiktoria kircholmska sparaliżowała działania szwedzkie w Inflantach na kilkanaście miesięcy, strona polsko-litewska nie zdołała tego wykorzystać. Zygmunt III już na sejmie 1605 roku proponował konkretne projekty reform, jak np. głosowanie większościowe w sprawach skarbowo-wojskowych oraz powołanie niezależnego od uchwał sejmowych, stałego i jednolitego skarbu wojskowego. Część obywateli szlacheckich, ulegając demagogicznym hasłom głównych opozycjonistów, dała się jednak przekonać, że król dążył do absolutyzmu.

Istnieją podstawy źródłowe do wysunięcia tezy, że Jan Zamoyski już od 1603 roku planował zbrojne wystąpienie szlachty. W tej sytuacji trudno było znaleźć porozumienie. Rozpoczęty w 1606 roku rokosz siłą rzeczy zepchnął sprawy inflanckie na dalszy plan. Warto jednak napisać w tym miejscu, że rokoszanie upominali się o zaległe nagrody pieniężne dla żołnierzy spod Kircholmu, zapominając, że to oni swoją działalnością paraliżowali funkcjonowanie państwa.

Wskutek nieszczęśliwego splotu wydarzeń potencjał wygranej bitwy kircholmskiej został zmarnowany. Zdobyć bowiem Inflanty oraz utrzymać je przy Rzeczypospolitej mogła armia, której struktura była odmienna od dotychczasowej. Należało bowiem zmienić jej skład, wprowadzając do niej jednostki piechoty z silną artylerią i pododdziałami specjalistycznymi. Z drugiej strony nawet porządne opatrzenie Inflant nie zniechęciłby Szwedów to zaniechania wojny. Mogli oni przecież ciągle odnawiać swoje siły w samej Szwecji. Z tego powodu Rzeczpospolita musiała także stworzyć silną flotę osłaniającą wybrzeże (ten aspekt również wykorzystywała opozycja to swoich rozgrywek, zrzucając winę za brak floty na króla) i ewentualnie pokusić się o wyprawę na samą Szwecję, by zmusić nieprzyjaciół do podpisania pokoju. Aby jednak osiągnąć te cele, należało przeprowadzić w kraju reformy skarbowo- wojskowe.

Kircholm został do pewnego stopnia wykorzystany jedynie na polu polityki zagranicznej. Opis bitwy rozprzestrzenił się bowiem po całej Europie, docierając także do egzotycznej Persji. Wzmocnił on tym samym przekonanie o dużej wartości polsko-litewskiego żołnierza, skłaniając monarchów europejskich do poparcia pretensji Zygmunta III do korony szwedzkiej.

Maciej Adam Pieńkowski, źródło: Histmag.org

27 września 1605: jedno z największych zwycięstw ze względu na stosunek sił w historii świata. „Tak pełnych zwycięstw mało zna historia, ani jednego zaś odniesionego przeciw takiej przewadze”

Posted in Historia | Leave a Comment »

Masakra w Koniuchach

Posted by tadeo w dniu 21 września 2016

 

D

 

Do czerwca 1941 roku Kresy były łupem Związku Sowieckiego. Tam też, po bardzo szybkim przejściu frontu, pozostały całe jednostki Armii Czerwonej, które szczególnie na Kresach Północno-Wschodnich znalazły schronienie w olbrzymich kompleksach leśnych. Bardzo szybko zostały one „zagospodarowane” przez lokalne struktury partii bolszewickiej, które odbudowały się w konspiracji i które poddano kontroli NKWD. Z „okrużeńców” i rozbitków organizowano sowieckie brygady partyzanckie, liczne i bardzo dobrze uzbrojone. Ich działalność antyniemiecka nie nabrała nigdy rozmiarów adekwatnych do ich liczebności i siły ognia, oddziały były jednak widomym znakiem sowieckiego panowania i miały trzymać miejscową ludność w ryzach. Miejscowi działalność sowieckich „otriadów” zwali drugą okupacją – albowiem były one nie mniej, a czasem nawet bardziej uciążliwe od karnych ekspedycji niemieckich.

Młot na „biało-Polaków”

Sowiecka partyzantka łupiła niemiłosiernie ludność cywilną, zabierając żywność, ubrania, sprzęty domowego użytku, słowem wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Kobiety, nawet małe dziewczynki, były okrutnie gwałcone. Symptomatyczne są powojenne wspomnienia i relacje tychże partyzantów. Jeden z nich napisał wprost, że nigdy przedtem i później nie jadł tak dobrze jak podczas okupacji! W opanowanych przez Sowietów puszczach istniały nie tylko ich rozbudowane siedziby, ale także lotniska. Samoloty przywoziły sprzęt, bibułę propagandową (tego przecież nie mogło zabraknąć) oraz kadrę instruktorską i polityczną. W drogę powrotną zabierały tony zdobytej żywności…

Na tych samych terenach działała również polska konspiracja, polityczna (struktury Delegatury Rządu na Kraj) oraz wojskowa, czyli Armia Krajowa. Była ona dość liczna, ale w żaden sposób nie mogła konkurować z Sowietami, którzy mieli znakomite wyposażenie i doborową kadrę oficerską. Polska ludność, ogołocona eksterminacją i wywózkami, pozbawiona była w znacznym stopniu miejscowych elit, zaś oficer, który przetrwał pierwszą, czyli sowiecką okupację, był niezwykłą rzadkością.

Do kwietnia 1943 roku, czyli do ujawnienia sprawy Katynia, obie strony – polską i sowiecką – obowiązywała względna neutralność, choć była ona iluzoryczna. Sowieci nie ukrywali bowiem, że ziemie te, już zdobyte przez nich we wrześniu 1939 roku, nie będą Polsce oddane. Strona polska liczyła jednak nie tylko na korzystne rozstrzygnięcie wojny (zwycięstwo aliantów zachodnich), ale też na umowy międzynarodowe, które pozwolą przywrócić suwerenność II RP. Po zerwaniu stosunków dyplomatycznych strona sowiecka przestała się już czymkolwiek krępować, idąc na otwartą wojnę z „biało-Polakami”.

W lasach i puszczach przebywały ponadto liczne zgrupowania ukrywającej się ludności żydowskiej, stale zasilane zbiegami z gett. Tworzyły one tzw. obozy siemiejnyje (rodzinne), szybko objęte sowieckim nadzorem. Z mężczyzn formowano grupy bojowe (przeznaczone przede wszystkim do rajdów zaopatrzeniowych po bliższej i dalszej okolicy), kobiety i dzieci pozostawały w leśnych obozach, które cieszyły się dość dużą autonomią religijną i narodowościową.

Dowódca żydowskich oddziałów w Puszczy Rudnickiej Abba Kovner uważany jest za jednego z największych bohaterów żydowskiego ruchu oporu. Jego żona, Vitka Kempner, wprost stwierdziła, że Żydzi, którzy walczyli w Puszczy Rudnickiej, uważali się za partyzantów żydowskich, nie sowieckich: „Jestem dumna z tego, że dane mi było walczyć jako Żydówce, członkini żydowskiego oddziału bojowego, pod rozkazami żydowskich dowódców, w którym mówiło się i wydawało rozkazy w jidysz” („Newsletter. United States Holocaust Memorial Museum”, luty/marzec 2001 roku).

Rajdy zaopatrzeniowe, wykonywane były przez oddziały sowieckie i żydowskie z Puszczy Rudnickiej na ogół bardzo brutalnie, dochodziło bowiem do gwałtów, wymuszeń i zabójstw „opornych” chłopów. Budziło to sprzeciw miejscowej ludności, jednakże opór nie miał żadnego sensu. Sowieckie „otriady” liczyły kilkaset osób, Żydów (wraz z kobietami) było około tysiąca, przeważnie zbiegłych z gett wileńskiego i kowieńskiego. Miejscowe grupy polskiej samoobrony, pozbawione dobrego uzbrojenia, niewspomagane przez nieliczne oddziały AK (których było za mało do tego typu działań), traktowane były przez napastników bardzo surowo, jako kolaboranci władzy niemieckiej. Coraz częściej dochodziło więc do krwawych konfliktów i pacyfikacji polskich wsi.

Półnadzy chłopi wyskakiwali przez okna…

Jedna z takich akcji sowieckich, przeprowadzona 29 stycznia 1944 roku jako karna represja na ludności cywilnej we wsi Koniuchy, ze względu na wyjątkową brutalność i skalę ofiar doczekała się licznych opisów w literaturze naukowej i publicystyce. Mamy do czynienia z dwojakim podejściem: z wersją sowiecką, która każdy opór miejscowej ludności traktuje jako przejaw kolaboracji z Niemcami, a represje wobec niej jako przejaw wojennej sprawiedliwości, oraz z wersją polską, która wykazuje złożoność stosunków na Kresach i pacyfikacje ludności polskiej ukazuje jako zbrodnie wojenne, popełniane na cywilach.

Historiografia żydowska praktycznie w całości skłania się ku wersji sowieckiej, a z uwagi na fakt, że pacyfikację w Koniuchach przeprowadzili głównie Żydzi z oddziałów żydowskich i mieszanych, ukazuje ją nawet jako przykład chwalebnych – bodajże największych – czynów bojowych, wieś zaś opisywana jest jako… niemiecka fortyfikacja.

Zachowały się na ten temat na tyle liczne i obfite źródła (w tym opisy sporządzone przez napastników), że możemy dość wiernie odtworzyć przebieg wydarzeń i listę ofiar.

Przykładowo Isaac Kowalski twierdził, że „komandir naszej bazy dał rozkaz, aby wszyscy zdolni do noszenia broni mężczyźni przygotowali się do wyruszenia na akcję w ciągu godziny. […] Gdy zbliżyliśmy się do naszego celu, zauważyłem, że partyzanci nadciągają ze wszystkich stron z rozmaitych oddziałów. […] Nasz oddział otrzymał rozkaz, aby zniszczyć wszystko, co się rusza, i zamienić wieś w popioły. Dokładnie o ustalonej godzinie i minucie wszyscy partyzanci z czterech stron wsi otworzyli ogień z karabinów ręcznych i maszynowych, strzelając kulami zapalającymi w zabudowania wioski. Tym sposobem dachy gospodarstw zaczęły się palić. Wieśniacy i mały garnizonowy oddział niemiecki odpowiedział ciężkim ogniem, ale po dwóch godzinach wioska wraz z pozycjami ufortyfikowanymi została zniszczona”(Isaac Kowalski, „A Secret Press in Nazi Europe. The Story of a Jewish United Partisan Organization”, Nowy Jork 1969, s. 333–334).

Inny partyzant żydowski Chaim Lazar rozbudował swą opowieść następująco: „Sztab Brygady zdecydował zrównać Koniuchy z ziemią, aby dać przykład innym. Pewnego wieczoru 120 najlepszych partyzantów ze wszystkich obozów, uzbrojonych w najlepszą broń, wyruszyło w stronę tej wsi. Między nimi było około 50 Żydów, którymi dowodził Jaakow (Jakub) Prenner. O północy dotarli w okolicę wioski i zajęli pozycje wyjściowe. Mieli rozkaz, aby nie darować nikomu życia. Nawet bydło i nierogacizna miały być wybite […]. Przygotowanymi zawczasu pochodniami partyzanci palili domy, stajnie, magazyny, gęsto ostrzeliwując siedliska ludzkie. […] Półnadzy chłopi wyskakiwali przez okna i usiłowali uciekać. Ale zewsząd czekały ich śmiertelne pociski. Wielu z nich wskoczyło do rzeki, aby przepłynąć na drugą stronę, ale tam też spotkał ich taki sam los. Zadanie wykonano w krótkim czasie. Sześćdziesiąt gospodarstw chłopskich, w których mieszkało około 300 osób, zniszczono. Nie uratował się nikt” (Chaim Lazar, „Destruction and Resistance”, Nowy Jork 1985, s. 174–175).

W wielu innych relacjach i wspomnieniach żydowskich także rozpowszechniane były fałszywe informacje o niemieckim garnizonie (w niewielkiej wsi!) i doskonałych fortyfikacjach. Żadne źródła historyczne nie potwierdzają jednak tej fantastycznej wersji. W dodatku napastnicy nie ponieśli żadnych strat, nikt nie został nawet draśnięty. Udział partyzantów żydowskich w tej zbrodni podkreśla „Dziennik operacyjny partyzantów żydowskich z Puszczy Rudnickiej” [„Operations Diary of a Jewish Partisan Unit in Rudniki Forest, 1943–1944″, w: Yitzhak Arad, Yisrael Gutman i Abraham Margoliot (red.), „Documents of the Holocaust. Selected Sources on the Destruction of the Jews of Germany and Austria, Poland, and the Soviet Union”, Jerozolima 1981, s. 463–471].

Nie przepuścili nikomu…

W 2001 roku Kongres Polonii Kanadyjskiej (KPK) przekazał dostępne materiały historyczne do IPN, którego pion śledczy wszczął w tej sprawie śledztwo. Po nagłośnieniu sprawy w prasie polskiej (oraz polonijnej, także w Wilnie) zaczęły ukazywać się liczne relacje naocznych świadków zbrodni, zawierające istotne szczegóły: „O świcie 29 stycznia [mieszkańcy] usłyszeli strzały ze wszystkich stron i zobaczyli ogień palących się zabudowań. Wyskoczyli z domu, zobaczyli partyzantów sowieckich mordujących ich sąsiadów, podpalających domy wraz z pozostającymi tam rannymi i dziećmi. Udało im się uciec lub schować i pozostać przy życiu, jak mówią, dzięki Opatrzności Bożej. Zginęło na miejscu 45 osób, 12 zostało rannych, z których część zmarła w szpitalu w Bieniakoniach. Wśród zamordowanych byli dorośli i dzieci z rodzin: Parwickich, Tubinów, Marcinkiewiczów, Woronisów, Bobinów, Wojsznisów, Bandalewiczów, Łaszakiewiczów, Pilżysów, Wojtkiewiczów, Molisów, Jankowskich. Spłonęła prawie cała wieś z dobytkiem wielu pokoleń. Zostały z 85 tylko 4 domy rodzin: Aleksandrowiczów, Bandalewiczów, Radzikowskich, Łaszkiewiczów” [Czesław Malewski, „Masakra w Koniuchach”, „Nasza Gazeta” (Wilno), 8–14 marca 2001 roku]. Następnie ustalono imienną – lecz niepełną – listę 38 ofiar, w tym kobiet i małych dzieci.

Wszystkie dostępne źródła: polskie, żydowskie, sowieckie, litewskie i niemieckie potwierdzają, że w Koniuchach doszło do masakry bezbronnej polskiej ludności cywilnej. W jej trakcie napastnicy wykazali się niezwykłym okrucieństwem i bestialstwem, co utrwaliło się w pamięci dzieci, które to wówczas przeżyły.

Na przykład Edward Tubin, wówczas 13-letni mieszkaniec wsi, tak to zapamiętał: „Nie było różnicy, kogo złapali, to wszystkich bili. Nawet kobietę jedną, uciekała tam w las ku cmentarzu, to nie strzelali, ale kamieniem zabili, kamieniem w głowę. Jak mamę zabili, to może z 8 kul po piersiach puścili […]. Wojtkiewicza żona była w ciąży i chłopak był, nie miał nawet 2 latka. Zabili ją, a chłopak został żywy. Przynieśli słomę, na nią rzucili, zapalili. Temu chłopaczkowi nogi poopalało – paluszki jemu odpadły. Przeżył pod tą matką. Jak zapalili, to tylko nogi mu się spaliły. Było strasznie, było strasznie, nie przepuścili nikomu” [„Nie przepuścili nikomu. Z naocznym świadkiem pacyfikacji wsi Koniuchy rozmawia Andrzej Kumor”, „Gazeta” (Toronto), 4–6 maja 2001 roku]. Nie ma tu mowy o koloryzowaniu zbrodni, albowiem potwierdzili to także byli partyzanci, m.in. Abraham Zeleznikow (członek tzw. Brygady Litewskiej): „Wszystkich mieliśmy wybić. Zabroniono nam zabierać czegokolwiek z wioski. Partyzanci okrążyli wioskę, wszystko podpalono, każde zwierzę, każdego człowieka zabito. A jeden z moich kolegów, znajomych, partyzant, wziął kobietę, położył jej głowę na kamień, i zabił ją kamieniem”. Tak samo napisał Paul Bagriansky: „Gdy dotarłem do swego oddziału, zobaczyłem, jak jeden z naszych ludzi trzymał głowę kobiety w średnim wieku na dużym kamieniu i uderzał ją innym kamieniem”.

Śmiech w dzikim szaleństwie

Dzięki staraniom i badaniom KPK ustalono listę około 40 uczestników masakry w Koniuchach, byłych partyzantów żydowskich ze zgrupowań w Puszczy Rudnickiej, wymienianych imiennie w publikacjach i dokumentach, którą przekazano IPN.

Wszystkich mieliśmy wybić. Partyzanci okrążyli wioskę, wszystko podpalono, każde zwierzę, każdego człowieka zabito. Jeden z moich kolegów wziął kobietę, położył jej głowę na kamień i zabił ją kamieniem

Sprawą tej masakry zajęło się również litewskie Centrum Ludobójstwa i Oporu (Lietuvos gyventojų genocido ir rezistencijos tyrimo centras) w Wilnie, które w czasopiśmie „Genocidas ir rezistencija” [nr 1 (11) 2002] opublikowało bardzo obszerny i bogato udokumentowany raport historyka Rimantasa Zizasa, poziomem i objętością przewyższający wszystko, co w tej sprawie ustalił polski IPN.

Jeden z sowieckich oddziałów partyzanckich

Sowieccy i Żydowscy partyzanci wymordowali polską wieś. W przeciwieństwie do Jedwabnego zbrodnia nie wywołuje zainteresowania mediów

Mimo skali popełnionej zbrodni i niezwykłego okrucieństwa, z jakim ją popełniono, ta sprawa nie stała się jednak przedmiotem takich roztrząsań naukowych, publicystycznych i moralnych, jak inne zbrodnie, nawet nieudokumentowane do końca. Jej sprawcy nie zostali objęci ściganiem, co więcej, cały czas są pod ochroną tych uczonych i publicystów, którzy wiernie trzymają się oficjalnej wersji sowieckiej, jakoby masakra była uzasadnionym aktem odwetu na kolaborantach.

A przecież naoczny świadek i uczestnik masakry Paul Bagriansky zapamiętał: „Gdy dotarłem do oddziału, aby przekazać nowe rozkazy, zobaczyłem straszny, przerażający obraz. […] Na małej polance w lesie leżały półkolem ciała sześciu kobiet w różnym wieku i dwóch mężczyzn. Ciała były rozebrane i położone na plecach. Padało na nie światło księżyca. Jeden po drugim partyzanci strzelali trupom między nogi. Gdy kule dosięgały nerwów, trupy reagowały jak żywe. Drgały i wykrzywiały się przez kilka sekund. Trupy kobiet reagowały w bardziej gwałtowny sposób niż mężczyzn. Wszyscy partyzanci z tego oddziału brali udział w tej okrutnej zabawie, śmiejąc się w dzikim szaleństwie. Najpierw przestraszyłem się tym przedstawieniem, ale potem zaczęło mnie ono w chory sposób interesować. […] Im się nie spieszyło i dopiero jak trupy przestały reagować na kule, przemieścili się na nową pozycję”.

Dzięki relacji Bagriansky’ego wiemy, że jednak różne były reakcje uczestników pacyfikacji po popełnionym mordzie. Obok niczym nieskrywanej radości pojawiały się nieliczne wyrzuty sumienia i poczucie winy: „Wioska Koniuchy stała się tylko wspomnieniem pełnym popiołów i trupów. Dostała nauczkę. Dowódca zebrał wszystkie oddziały, podziękował im za ich dobrze spełnione zadanie oraz rozkazał przygotować się do powrotu do bazy. Ludzie byli zmęczeni, ale z ich twarzy wyzierała satysfakcja i szczęście z wykonanego zadania. Tylko niewielu zdawało sobie sprawę, że popełniono straszliwy mord w ciągu godziny. Ci nieliczni wyglądali ponuro, smutno i mieli poczucie winy. […] Dotarliśmy do bazy późno w nocy. Byłem zmęczony i zmordowany, a więc zasnąłem od razu, tak jak większość z naszego oddziału. Jak się dowiedzieliśmy następnego dnia, pozostałe oddziały zostały przywitane jak bohaterowie za zniszczenie Koniuchów. Pili, jedli i śpiewali całą noc. Sprawiło im przyjemność zabijanie i niszczenie, a najbardziej picie. Trzy tygodnie później otrzymaliśmy wiadomość od Sztabu Partyzanckiego w Moskwie z reprymendą dla ludzi, którzy zainicjowali i kierowali zniszczeniem wsi Koniuchy” [Paul Bagriansky, „Koniuchi”, „Pirsumim. Publications of the Museum of the Combatants and Partisans, Tel Awiw”, nr 65–66 (grudzień 1988 roku), s. 120–124].

Virtuti dla mordercy

Dziś już nie bardzo jest kogo ścigać, zresztą przez ponad dekadę nie zdołano nawet przesłuchać żadnego ze sprawców. Genrikas Zimanas (Henoch Ziman), wówczas I sekretarz Południowego Obwodowego Komitetu KP Litwy, a jednocześnie dowódca tzw. Południowej Brygady Partyzanckiej (zmarły w 1985 roku), otrzymał od władz PRL Krzyż Wojenny Orderu Virtuti Militari. Także za tę zbrodnię… Wielu uczestników masakry, byłych partyzantów, zajmowało się nią po wojnie jako historycy i zasłużeni kombatanci, pokazując ją jako ważną akcję bojową, którą można i należy się publicznie chwalić.

Dziś na miejscu zbrodni stoi tylko krzyż, reszta zaciera się w ludzkiej pamięci. Koniuchy nie stały się przedmiotem publicznego, poważnego dyskursu, bogactwo jednoznacznych źródeł historycznych nie ma w tym przypadku, jak widać, żadnego znaczenia.

Autorka jest przewodniczącą Komitetu Obrony i Propagowania Dobrego Imienia Polaka i Polski przy Kongresie Polonii Kanadyjskiej.

http://www.historia.uwazamrze.pl/artykul/972315

Przeczytaj także:

70. rocznica pacyfikacji wsi Koniuchy

Koniuchy – Hollywood wie lepiej. Realia drugowojenne na Nowogródczyźnie wg Zwicka.

Koniuchy 29 stycznia 1944 – nie tylko Rzeź Wołyńska

Koniuchy

 

Posted in Historia | Leave a Comment »

Bitwa Warszawska 1920 – Cud nad Wisłą

Posted by tadeo w dniu 15 sierpnia 2016

Posted in Filmy dokumentalne, Historia | Leave a Comment »

Bitwa Warszawska 1920 – Cud nad Wisłą

Posted by tadeo w dniu 15 sierpnia 2016

Posted in Filmy dokumentalne, Historia | Leave a Comment »

Morderstwo, aby zatrzeć ślady TW Bolka? Sensacyjne dokumenty ujawnia Cenckiewicz

Posted by tadeo w dniu 9 sierpnia 2016

Wybuch-gazu-w-gdansku-1995

foto: arch.
„Upozorowali wybuch gazu żeby wyprowadzić później wszystkich mieszkańców i wejść do mieszkania płk. Adama Hodysza, którego ekipa prezydenta Lecha Wałęsy z delegatury UOP w Gdańsku podejrzewała o przetrzymywanie kopii dokumentów agenturalnych Wałęsy/”Bolka”. Przesadzili, budynek się zawalił i zginęli ludzie. Ale do mieszkania i tak weszli”. Wskazywał ( pewien funkcjonariusz b. SB, – red) na ekipę wałęsiarzy z UOP w Gdańsku opisaną w książce „SB a Lech Wałęsa”… Prezydent Wałęsa i jego ludzie czyścili wówczas archiwa ze wszystkich komprmateriałów” – napisał na Facebooku Sławomir Cenckiewicz.

Lech Wałęsa był na miejscu wybuchu w Gdańsku w 1995 roku. WIDEO

Cały wpis Sławomira Cenckiewicza:

„Czy pamiętają Państwo gdańską tragedię z 17 kwietnia 1995 r. -https://pl.wikipedia.org/…/Wybuch_gazu_w_Gda%C5%84sku_(1995)?
W święta Wielkiej Nocy w wysokim bloku przy ulicy Wojska Polskiego 39 w Gdańsku-Wrzeszczu wybuchł gaz, w efekcie czego budynek się częściowo zawalił, a później – ze względu na dalsze osunięcia – został wyburzony za pomocą ładunków wybuchowych. W tej tragedii zginęło 21 osób, a prokuratura uznała, że sprawcą tej katastrofy był mieszkaniec z parteru, który również zginął w wybuchu gazu.

Minęło ponad 10 lat, kiedy pracując kilka lat nad sprawą Wałęsy i przygotowując książkę „SB a Lech Wałęsa” spotkałem się z kilkoma osobami – urzędnikami miejskimi, pracownikami tajnych służb, strażakami, a nawet byłym wiceministrem spraw wewnętrznych, którzy niezależnie od siebie mówili tak: „wybuch gazu w Gdańsku był operacją UOP, zaś ofiary niezamierzonym wypadkiem przy pracy”.

Dopytywałem: jak to możliwe?! Pewien funkcjonariusz b. SB, ale świetnie ustosunkowany w środowisku UOP/ABW, tłumaczył mi, że w zawalonym bloku mieszkał płk. Adam Hodysz, którego ekipa prezydenta Lecha Wałęsy z delegatury UOP w Gdańsku, podejrzewała o przetrzymywanie kopii dokumentów agenturalnych Wałęsy/”Bolka”. „Upozorowali wybuch gazu – mówił – żeby wyprowadzić później wszystkich mieszkańców i wejść do mieszkania Hodysza. Przesadzili, budynek się zawalił i zginęli ludzie. Ale do mieszkania i tak weszli”. Wskazywał na ekipę wałęsiarzy z UOP w Gdańsku opisaną w książce „SB a Lech Wałęsa”… Prezydent Wałęsa i jego ludzie czyścili wówczas archiwa ze wszystkich komprmateriałów.

Opowiadałem tę historię ś.p. Januszowi Kurtyce i współautorowi książki „SB a Lech Wałęsa”, ale – co zrozumiałe – żaden z nich nie dawał mi wiary. Dowodów nie było, a Adam Hodysz nie chciał o tym mówić. Powtarzał tylko do mnie te słowa: „nie chcę mówić o Wałęsie, bo przez niego ledwie życia nie straciłem”. To było intrygujące, ale wciąż słabe dowodowo.

Zdradzę przy okazji pewien fakt: w pierwotnej wersji książki „SB a Lech Wałęsa” był nawet fragment dotyczący wybuchu gazu w Gdańsku (opierałem się na wstępnym raporcie straży pożarnej w którym była hipoteza zamachu), ale decyzją Prezesa i współautora wyleciał. Ryzyko było wówczas zbyt duże, a dowodów – powtarzam – mało.

Piszę o tym wszystkim, bo po blisko roku walki doszło do odtajnienia akt prokuratorskich dotyczących sprawy Zbigniewa Grzegorowskiego – zaufanego SB-eka Wałęsy, później UOP-owca, a teraz funkcjonariusza ABW (o zgrozo), o którym zresztą pisałem w tym roku w „Do Rzeczy”. Grzegorowski był zamieszany w proces wyparowywania akt obciążających Wałęsę w gdańskim UOP. Został po 16 latach oczyszczony z zarzutów, choć sąd uznał, że do kradzieży akt doszło. Zabrakło dodatkowych twardych dowodów (sprawę opiszę wkrótce).

Jednak w aktach sprawy Grzegorowskiego znalazłem niesamowity dokument: wniosek dowodowy Grzegorowskiego z 28 września 2005 r., w którym pisze on o znalezisku w mieszkaniu Hodysza właśnie w czasie tragedii bloku przy ulicy Wojska Polskiego. I dodaje, że UOP miał te informacje od swojego agenta! Szok!
Może więc wstrząsające opowieści moich źródeł informacji polegały na prawdzie?

Tyle razy mówiłem, że sprawa Wałęsy na wiele pięter i wymiarów, i że nie da się tego przykryć i zakończyć nawet „teczkami Kiszczaka”.
Zamieszczam fragment dokumentu, w którym jest zresztą też inny wątek, ale to przy innej okazji. Zresztą czytajcie…

http://niezalezna.pl/84463-morderstwo-aby-zatrzec-slady-tw-bolka-sensacyjne-dokumenty-ujawnia-cenckiewicz

Posted in Historia, Polityka i aktualności | Leave a Comment »

60 tysięcy zabitych w jednym mieście w 3 dni. Nie było w dziejach świata ludobójstwa o takiej koncentracji i skali

Posted by tadeo w dniu 5 sierpnia 2016

Bundesarchiv, Bild 101I-695-0412-15 / Gutjahr / CC-BY-SA 3.0

Dziś rocznica rzezi Woli. Historycy szacują, że w ciągu 3 dni Niemcy zamordowali około 60 tysięcy ludzi.

Nie było w dziejach świata aż tak skoncentrowanego ludobójstwa. Czy to rzeź Kartaginy, czy Konstantynopola, czy masakra Ormian, japońskie zbrodnie w Chinach, czy wreszcie Holocaust – nikt nie zabił aż tylu ludzi w 3 dni w jednym mieście, ba, w jednej dzielnicy.

Zagłada getta warszawskiego zabrała niemieckim okupantom parę miesięcy, dziennie po kilka tysięcy zabitych. W 1944 roku machina ludobójstwa zrobiła postęp.

O ile ludobójstwo na Polakach z Wołynia nie miało sobie równych w okrucieństwie, to ludobójstwo na Woli przebijało wszelkie inne koncentracją i skalą.

Świat o tym mało wie, a i Polska już zapominała, dobrze że akcja Prezydenta Lecha Kaczyńskiego z Muzeum i powstańczymi obchodami odświeżyła nam pamięć, mam nadzieję, że trwale.

I mało kto poza Polską wie, że herszt tego ludobójstwa, generał SS Heinz Reinefarth był po wojnie burmistrzem w Niemczech i posłem do landtagu, a umarł w 1979 roku jako szanowany obywatel. Tam gdzie umarł, martwią się teraz, żeby w Polsce nie odrodził się faszyzm…

Posted in Historia | Leave a Comment »

Obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. To również kolejna rocznica zamordowania dowództwa WiN

Posted by tadeo w dniu 1 marca 2016

Fot. arch (IPN)
Fot. arch (IPN)

Przed 65 laty, 1 marca 1951 r., w więzieniu MBP na warszawskim Mokotowie, po pokazowym procesie, zostało rozstrzelanych siedmiu członków niepodległościowego IV Zarządu Głównego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”. 1 marca obchodzony jest od 2011 r. jako Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych.

Egzekucja rozpoczęła się o godz. 20. Skazani byli kolejno podprowadzani na miejsce kaźni, a kat strzelał im w tył głowy. Ciał zamordowanych nie wydano rodzinom. Pogrzebano je w nieznanym do dziś miejscu. Śmierć ponieśli: Łukasz Ciepliński, Adam Lazarowicz, Mieczysław Kawalec, Józef Rzepka, Franciszek Błażej, Józef Batory i Karol Chmiel.

Ruch Oporu bez Wojny i Dywersji „Wolność i Niezawisłość” (tak brzmiała pełna nazwa WiN) w swym szczytowym okresie działania (lata 1945 – 1946) skupiał od 20 do 25 tys. członków. Powstał 2 września 1945 r. I choć miał akowskie korzenie, to jego zadaniem nie była walka zbrojna, lecz tajna działalność polityczna.

Musimy przygotować się i przystąpić do walki w odmiennej, nowej formie, o niezmienne, podstawowe cele, o pełną suwerenność, rzeczywistą demokrację w duchu zachodnioeuropejskim

— napisali twórcy WiN w dokumencie programowym.

Dokładniej swe cele sformułowali w dokumencie „O wolność obywatela i niezawisłość państwa”. Mówił on m.in. o konieczności zagwarantowania w Polsce: wolności słowa, przekonań politycznych i zrzeszania się. Domagał się zaprzestania represji wobec opozycji oraz żołnierzy podziemia.

Zrzeszenie stało się pierwszorzędnym celem dla komunistycznych służb bezpieczeństwa. Zaledwie w kilka miesięcy po jego założeniu, bezpieka aresztowała kierownictwo organizacji z jej pierwszym prezesem płk. Janem Rzepeckim (listopad 1945 r.). Do 1948 r. rozbite zostały kolejne zarządy: II z płk. Franciszkiem Niepokólczyckim na czele (październik 1946 r.), III – działający pod kierownictwem ppłk. Wincentego Kwiecińskiego (styczeń 1947) i IV – z prezesem mjr. Łukaszem Cieplińskim.

Ciepliński wpadł w ręce bezpieki 27 listopada 1947 r. w Zabrzu. W grudniu 1947 r. przewieziono go do Warszawy i osadzono w centralnym więzieniu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego na Mokotowie. Prezes IV zarządu początkowo uwierzył w „dobrą wolę” funkcjonariuszy MBP i za obietnicę rezygnacji z represji wobec członków WiN ujawnił część informacji związanych z działalnością Zrzeszenia.

Gdy jednak zorientował się, że został oszukany, a prześladowania dotknęły członków organizacji, odmówił współpracy. Wówczas zaczęły się okrutne tortury. Jeden z więźniów wspominał po latach:

Wielokrotnie Łukasza Cieplińskiego na przesłuchania wynoszono na kocu, gdyż miał połamane kości rąk i nóg, a później przynoszono do celi nieprzytomnego.

Nieludzko traktowano również innych WiN-owców. Wiceprezesowi IV zarządu, mjr. Adamowi Lazarowiczowi wybito zęby, kpt. Franciszek Błażej szef Działu Propagandy miał ciągle ropiejące rany na nogach, kpt. Józef Rzepka, szef Działu Politycznego został doprowadzony do obłędu.

Proces IV Zarządu, który rozpoczął się 5 października 1950 r. był – jak podkreśla Elżbieta Jakimek-Zapart z IPN („Nie mogłem inaczej żyć… Grypsy Łukasza Cieplińskiego z celi śmierci”) – „publicznym pokazem siły ze strony rządzącego reżimu komunistycznego wobec zmęczonego wcześniejszą walką o niepodległość społeczeństwa”.

Na ławie oskarżonych zasiedli: Łukasz Ciepliński, Adam Lazarowicz, Mieczysław Kawalec, Ludwik Kubik, Józef Rzepka, Franciszek Błażej, Józef Batory, Karol Chmiel, Joanna Czarnecka i Zofia Michałowska. Zarzucano im m.in. współpracę hitlerowcami podczas okupacji i działania przeciw władzy.

Ich los był przesądzony jeszcze przed rozpoczęciem rozprawy. Oskarżonym przerywano wypowiedzi, stosowano przemoc psychiczną. Na nic zdały się wyjaśnienia Cieplińskiego, że zarzuty mają fałszywy charakter, że nie zna treści protokołów przesłuchań, że podpisywał je pod przemocą, że nie pamięta co mówił, ponieważ często był nieprzytomny.
W czasie śledztwa leżałem skatowany w kałuży własnej krwi. Mój stan psychiczny był w tych warunkach taki, że nie mogłem sobie zdawać sprawy z tego, co pisał oficer śledczy
— przekonywał prezes WiN.
Rozprawie towarzyszyła propagandowa kampania medialna. Fragmenty procesu transmitowano przez radio i tzw. szczekaczki (głośniki na ulicach). „Trybuna Ludu” pisząc o procesie określała oskarżonych mianem „zwykłej szajki szpiegów i morderców” działających na zlecenie „imperialistów i podżegaczy wojennych”.
14 października 1950 r. sąd wydał wyrok. Prezes IV Zarządu Łukasz Ciepliński został pięciokrotnie skazany na śmierć. Najwyższy wymiar orzeczono także wobec sześciu jego najbliższych współpracowników. Kubik dostał dożywocie, a Czarnecka i Michałowska wieloletnie więzienie.
Kochana Wisiu ! Jeszcze żyję, chociaż są to prawdopodobnie ostatnie dni. Siedzę z oficerem gestapo. Oni otrzymują listy, a ja nie. A tak bardzo chciałbym otrzymać chociaż parę słów Twoją ręką napisanych (…) Ten ból składam u stóp Boga i Polski(…) Bogu dziękuje za to, że mogę umierać za jego wiarę święta, za moją Ojczyznę i za to, że dał mi tak dobrą żonę i wielkie szczęście rodzinne
— pisał Ciepliński w grypsie do żony miesiąc przed egzekucją.
W uzasadnieniu wyroku płk Warecki napisał m.in. „Wyrok ten, przeto powinien stanowić przestrogę dla każdego, kto ośmieliłby się podnieść rękę na Władzę Ludową w Polsce i zdobycze mas pracujących”.
Obrońcy wnieśli apelację, ale Najwyższy Sąd Wojskowy w Warszawie 16 grudnia 1950 r. podtrzymał wyroki. 20 lutego 1951 r. prezydent Bolesław Bierut odmówił skazanym prawa łaski.
Dopiero 17 września 1992 r. Sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego unieważnił wyrok Sądu Rejonowego w Warszawie.
3 maja 2007 r. Order Orła Białego nadał pośmiertnie Cieplińskiemu w uznaniu znamienitych zasług dla Rzeczpospolitej Polskiej prezydent Lech Kaczyński.
gah/PAP

http://wpolityce.pl/historia/283509-obchodzimy-narodowy-dzien-pamieci-zolnierzy-wykletych-to-rowniez-kolejna-rocznica-zamordowania-dowodztwa-win?strona=2

Posted in Historia | Leave a Comment »

Wałęsa i niepokój

Posted by tadeo w dniu 19 lutego 2016

Uśmiechnięty Jarosław Kaczyński podnosi do góry dłoń z wystawionym go góry kciukiem.

Jazgot jest zupełnie niebywały, a ja się do niego dołączam i jeszcze dolewam oliwy do ognia w tym moim małym, lokalnym zakresie. Moja opinia o Wałęsie nie zmieniła się nagle teraz – ona ewoluowała od głębokiego uwielbienia w 1980 roku do smutnego rozczarowania na początku lat 2000 gdy Wałęsie kompletnie odbiło, gdy zrozumiał, że już prezydentem nie będzie nigdy.

W listopadzie 1980 udało nam się (organizacji NZS Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych, której byłem przewodniczącym) zorganizować na naszym wydziale spotkanie z Lechem Wałęsą, który przez moment był w Warszawie. Do możliwości zorganizowania tego spotkania bardzo przyczynił się Gregory Popielarz, który pochodził z Gdańska i miał tam swoje wejścia i kontakty. Przybycie Wałęsy do Sali im. Czarneckiego na WDINP na Krakowskim Przedmieściu było wydarzeniem niezwykłym, niebywałym i na tyle niespodziewanym i załatwionym w ostatnim momencie, że sala nawet nie była pełna. Wałęsa się urwał na dwie godziny z jakichś spotkań i przyszedł do nas, studentów, by nam opowiedzieć o Solidarności i o tym, co się dzieje w Gdańsku.

Siadł przy biurku wykładowcy, na podeście, ja siadłem obok niego, i zaczął opowiadać, a ja zbierałem pytania, które ludzie pisali na kartkach, i je segregowałem. Za mną siedział ochroniarz Wałęsy, nie pamiętam jak się nazywał.

Gdy Wałęsa skończył opowiadanie zacząłem mu podawać kartki z pytaniami, a on zaczął odpowiadać. Ale nie odpowiadał na każde pytanie. Widziałem – ale byłem jedynym, który to widział, bo siedziałem obok niego – że Wałęsa niektóre pytania odrzuca. Zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie. Nabrałem do niego wówczas nadzwyczajnego, ogromnego szacunku, bo wywnioskowałem z tego, że Wałęsa jest rzadkim okazem człowieka, który rozumie, że nie wie wszystkiego, więc nie próbuje gadać bez sensu, tylko stara się odpowiadać na pytania takie, na które zna odpowiedź.

A potem Wałęsa sobie poszedł. Następnego dnia w gazecie pisali, że podczas rozmów z rządem Wałęsa nagle zniknął nie wiadomo gdzie na dwie godziny, po czym wrócił w studenckiej czapce na głowie… Ja pozostałem z moim poczuciem najwyższego uznania, wręcz uwielbienia dla przywódcy Solidarności. Poczucie to nie opuszczało mnie przez dobrych parę lat, aż do początku lat 90. Nie byłem jedynym – Wałęsa i Jan Paweł II byli wówczas odbierani przez wszystkich jako dwie najważniejsze w Polsce osoby, i odbierani byli jako tacy NA RÓWNI!

Lata 80 i 90 spędziłem we Francji. Nie miałem wielu kontaktów z bieżącymi sprawami w Polsce, ale pamiętam, że głosowałem na Wałęsę w konsulacie w Strasbourgu.

Zobaczyłem go w jakimś wydaniu Wiadomości w telewizji, gdy przyjechałem do Polski na wakacje, jak przyjmował jakiegoś gościa w Belwederze. I pamiętam, że doznałem wówczas pierwszego szoku. To nie był ten sam człowiek, którego pamiętałem sprzed lat. W tej krótkiej migawce zachował się tak, że przyszło mi do głowy wtedy porównanie, które opowiadałem ludziom wokół siebie w Polsce i we Francji:

Różnica między prezydentem Francji, Francois Mitterandem, a prezydentem Polski Lechem Wałęsą jest taka, że jak się patrzy na Mitteranda, to się widzi prezydenta i męża stanu, nawet jak się nie jest jego zwolennikiem, a jak się patrzy na Lecha Wałęsę, to się widzi elektryka, nawet jakby się chciało zobaczyć prezydenta…

To było dla mnie strasznie przykre, bo był to trudny do przetrawienia dysonans.
A potem była wizyta mojego Taty u Wałęsy, w Belwederze na śniadaniu. Tata był prezesem PKO BP. Było to akurat w momencie, gdy byłem w Warszawie, na urlopie. Poszedł i po paru godzinach wrócił zdruzgotany. Po długiej rozmowie na temat finansów państwa, do której pan prezydent się najwyraźniej przygotował, nastąpił kubeł zimnej wody. Otóż mój Ojciec tłumaczył, że pomysł stu milionów dla każdego nie jest dobry, że może to zachwiać finansami państwa, a pan Prezydent pytał mądrze o różne rzeczy, najwyraźniej słuchał, po czym, na koniec, zapytał mojego Ojca:

– Panie prezesie, a może mi pan powiedzieć gdzie pan drukował te wasze bony oszczędnościowe, bo one są takie ładne, a ja chciałbym te sto milionów wydać też na takim ładnym papierze…

Potem były przegrane wybory. Wszyscy pamiętają „podawanie nogi”, ale pewnie wiele osób nie wie skąd ta noga się wzięła. Ja wiem od osoby bliskiej Wałęsie, której nazwiska oczywiście nie podam, ale która tam z nim wtedy była na miejscu. Otóż podobno Wałęsa był absolutnie i doskonale przygotowany do debaty z Kwaśniewskim i właściwie nie było szans, by poległ. Ale poza przygotowaniem merytorycznym były jeszcze sprawy pozamerytoryczne. Oba sztaby dograły wszystkie detale spotkania w najdrobniejszych szczegółach. Wszystko było zapięte na ostatni guzik. Między innymi było ustalone bardzo wyraźnie i jednoznacznie, że obaj panowie NIE BĘDĄ sobie ręki podawali. To była podobno baza wszystkiego, coś, co do czego oba sztaby zgodziły się bez wahania. No i któryś z doradców Kwaśniewskiego miał naprawdę doskonały pomysł, by zdestabilizować Wałęsę tą próbą podania ręki – jak widać doskonale to zadziałało!

Myślę, że ta historia nosi znamiona prawdy. Doskonały chwyt psychologiczny, jak się nieco zastanowić, to taka debata jest źródłem tak niesamowitego stresu dla kandydata, że każdy, najdrobniejszy nawet element może być źródłem katastrofy. Jednak prawdziwy mąż stanu potrafiłby się odnaleźć w takiej sytuacji… nawet więcej powiem – każdy naprawdę KULTURALNY człowiek potrafiłby się odnaleźć…

A potem już było coraz gorzej i gorzej. Nie głosowałem w tych kolejnych wyborach – nie chciało mi się jeździć do konsulatu dla Wałęsy (bo przecież na komucha-kłamczucha bym nie głosował).

Nie miałem nigdy poczucia wstydu, że TAKI KTOŚ jest naszym prezydentem. To, kto jest prezydentem nie ma żadnego związku z jakimś charakterem narodowym czy innymi cechami, nieprawdą jest nawet, że mamy takiego prezydenta, na jakiego sobie zasłużyliśmy. Mamy takich przedstawicieli, na jakich głosowaliśmy, a głosowaliśmy na nich, bo tak kazały nam media. Kazały wprost lub nie wprost, kazały, bo na przykład plakat z kandydatem był ładniejszy od plakatu z kontrkandydatem. W przypadku „podawania nogi” też zapewne media mogły uratować sytuację, gdyby chciały, wyjaśniając całą sytuację…

Obraz odpowiedzialnego Wałęsy z 1980 roku znikł już z mojej pamięci. Jest teraz ten żałosny obraz, który widzimy wszyscy dziś, który trwa od wielu, wielu lat. Smutne to. Dla mnie jest to przestroga, by nie ufać żadnemu politykowi.

Teraz już tylko mi szkoda. Przydałby się nam wszystkim człowiek, który by nas mógł zjednoczyć, jak jednoczył nas Jan Paweł II. Wałęsa MÓGŁ kimś takim być.

Jednak nie o tym miałem napisać, tylko o tym, o co w tym całym jazgocie chodzi. Bo wrzask się podniósł niesamowity, i mamy dziś nawet zatwardziałych wyborców SLD, którzy bronić chcą „honoru Wałęsy” co jest już wyjątkowo kuriozalne.

Warto mieć świadomość, że tu wcale nie chodzi o Wałęsę. Dla środowisk okrągłostołowych, czyli dla tzw. „salonu” Wałęsa jest tylko narzędziem. Przypomnijcie sobie, jak Wyborcza i Michnik pluli na niego gdy była taka potrzeba.

Cała ta afera, ten wrzask, ten jazgot jest spowodowany najgorszym niebezpieczeństwem jakie może sobie salon wyobrazić, to znaczy koniecznością przyznania racji środowiskom przeciwnym układowi, a konkretnie Kaczyńskiemu. To jest dla salonu wizja Apokalipsy, końca ich świata. Ostateczne udowodnienie tego kim i jaki był Wałęsa nie tyle burzy jakąś michnikową konstrukcję, co przyznaje rację Kaczyńskiemu i PiSowi, a na to salon pozwolić nie chce. I dlatego mamy ten jazgot, te idiotyczne memy, to pójście w zaparte. I dlatego przyłącza się do tego również elektorat SLD, który powinien teoretycznie zachować jak najdalej idący dystans.

Niezwykły jest ten nagły, błyskawiczny i totalny sukces Kaczyńskiego. Jeśli jeszcze dodatkowo okaże się, że nagle uda się wyjaśnić katastrofę smoleńską, to zacznę się niepokoić…

http://pietrasiewicz.salon24.pl/697388,walesa-i-niepokoj

Posted in Felietony, Historia, POLECAM | 1 Comment »