WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Religia’ Category

Co to znaczy, że dusza ludzka jest nieśmiertelna?

Posted by tadeo w dniu 10 sierpnia 2019

Nauka wiary

Jest wokół nas materia nieożywiona i ożywiona. Życie roślin to wzrost; życie zwierząt to wzrost, ruch i działanie. W obu wypadkach następuje rozkład organizmu po śmierci. To samo – wzrost, działanie i śmierć – z dodatkiem jednak świadomości, mowy i pracy, obserwujemy u człowieka. Bóg powiedział nam jednak, że dał człowiekowi nie tylko życie cielesne: obdarował go bowiem duchową nieśmiertelnością. Od aniołów odróżnia nas życie cielesne; od zwierząt życie duchowe i przeznaczenie do ostatecznej nieśmiertelności. W tej nieśmiertelności ma mieć udział cały człowiek, dusza i ciało; ciało bowiem bez duszy rozpada się, a dusza bez ciała żyje wprawdzie, ale to już nie jest cały człowiek. Stąd chwilowość śmierci i konieczność zmartwychwstania.

Śmierć jest więc chwilowym tylko rozdzieleniem duszy od ciała. Nasze „ja” pozostaje w formie duszy i idzie na sąd Boży; nasze ciało rozkłada się, rozpada w pył, ale z niego odtworzy się z powrotem. Bezpośrednio po śmierci czeka nas:

a) Sąd Boży. Zależnie od tego, jak żyliśmy i co kochaliśmy, zabieramy na tamten świat albo miłość, albo nienawiść. Stajemy przed Bogiem albo jako Jego dzieci (kochające, skruszone, tęskniące) albo jako Jego wrogowie. Przyjmujemy Jego zbawienie – albo nie jesteśmy już w stanie go przyjąć.

b) W tym ostatnim wypadku należymy do piekła i tam też trafiamy. Odrzuciliśmy Boga, więc nie jesteśmy Go warci. Potępieni cierpią, ale mimo to trwają w uporze. Nie mogą i nie chcą się nawrócić. Analogią ziemską takiej postawy może być długotrwała obraza; tylko że dopóki jesteśmy w czasie, to dzisiejsza obraza może jutro ustać, a tam już czasu nie ma – ani możliwości zmiany.

c) Jeżeli jednak stajemy przed Bogiem z miłością do Niego, jaką wyrobiliśmy sobie w życiu przez współpracę z łaską, to mogą być dwie możliwości:

1. albo już na ziemi oczyściliśmy się z naszych win, odpokutowaliśmy za nie, a nasza miłość osiągnęła szczyty – wtedy idziemy prosto do nieba,

2. albo nasze chęci są dobre, ale miłość jeszcze słaba, pokuta żadna – wtedy musimy przejść przez oczyszczenie, tzw. czyściec. Taka dusza jest już „zakwalifikowana” do zbawienia, na pewno nie będzie potępiona, ale jeszcze nie jest dość czysta i kochająca. Uczy się tego przez cierpienie, jak np. święci przez doświadczenia nocy mistycznych. Ktoś powiedział pięknie: „W czyśćcu wszyscy są mistykami” .

d) I wreszcie czeka nas Sąd Ostateczny, koniec takiego świata, jaki znamy, powszechne zmartwychwstanie. Nowe niebo i nowa ziemia, wieczne szczęście zbawionych.

W sumie, nasze życie na ziemi jest właściwie okresem próby.

Nauka moralna

Dlatego nie trzeba go przeceniać – ani jego szczegółów. Dlatego powiedziano: nie kradnij, nie pożądaj – bo nie tylko utrudniasz przez to życie bliźniemu, ale i własną duszę wikłasz w sprawy tego świata.

Życie monastyczne

I właśnie my mamy dawać świadectwo, że ważniejsze jest niebo od ziemi. Przez nieprzywiązywanie się do ziemi, przez nieurządzanie się na niej, jakby miała być naszym rajem na wieki. Inaczej lepiej w ogóle nie zaczynać życia zakonnego, albo jak najszybciej wracać do domu. Zakonnica, która żyje dla ziemskich drobiazgów, a nie dla Boga, robi więcej szkody niż dziesięciu bezbożników, bo ludzie mówią: No, jeżeli nawet ona, która zna Boga z bliska… która spróbowała… itd. Jeśli ktoś stara się w życiu zakonnym uwić sobie ciepłe gniazdko, zapewnić sobie pozycję, urządzić wygodne układy międzyludzkie; jeśli pyta przede wszystkim, „czy mnie tu będzie dobrze” – to powinien uświadomić sobie, czego naprawdę szuka: bo nie Królestwa Bożego.

O hierarchii wartości

Towar w każdym sklepie zawiera rzeczy tańsze i droższe. Tanie są mało warte, drogie wartościowe. Każda mapa pokazuje drogi lepsze i gorsze; proste i okrężne. Żyjemy na co dzień różnymi skalami wartościowania i stosujemy je odruchowo jako rzec oczywistą; ale najtrudniej jest człowiekowi zastosować taką skalę do swoich życiowych priorytetów.

Nauka wiary

Gdyby dusza ludzka nie była nieśmiertelna, gdyby istniało tylko to życie, to sens miałoby hasło: jedzmy i pijmy, użyjmy, ile się da; co złapiemy, to nasze itd. Ale skoro istnieje nieśmiertelność, a to życie rozstrzyga o naszej przyszłej wieczności – to w takim razie skala się odwraca: ziemskie bogactwo okazuje się pyłem, a nabiera wartości przyjęte od Boga ubóstwo. Ziemska potęga okazuje się szkodą, nie chwałą: a chwałę zyskuje pokora i posłuszeństwo. A zdumiewająca wartość tego świata bierze się nie stąd, że w nim można zdobyć wiele jego dóbr, ale stąd, że on jest przedsionkiem wieczności i że nasze zachowanie w tym przedsionku ma zdecydować o tym, w które drzwi wieczności nas wpuszczą.

Różnica między duszą pogańską a chrześcijańską polega na tym, że ta żyje i gromadzi dla tego świata, tamta dla przyszłego.Czyli wszystkie priorytety i oczywistości działają całkiem odwrotnie. Próba pogodzenia tych dwu postaw jest niemożliwa: jak ogień z wodą, tylko zamieszanie rośnie. Bo nawet świecki chrześcijanin, szczerze pracujący nad wprowadzeniem Bożego ładu na ziemi, powinien wiedzieć, że to jest tylko tymczasowe i dla wieczności.

I tylko wiara tak pozwala żyć. Nie może żyć dla wieczności, kto w wieczność nie wierzy. W oczach poganina chrześcijanin jest głupi: wyzbywa się wielu dóbr i „nic za to nie ma”. Ale my wiemy, że tak nas prowadzi nie ludzka, ograniczona mądrość, ale mądrość Boża. Mądrość Krzyża to niby utrata i zguba, a w rzeczywistości zwycięstwo.

Trzeba umieć odróżnić ważne od nieważnego; wiedzieć, co ziarno, a co plewy. Szukajcie najpierw Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a wszystko inne będzie wam dodane (Mt 6,33). Przypowieści o perle i o ukrytym skarbie (por. Mt 13,44–46) mówią nam wyraźnie, co jest skarbem cenniejszym niż wszystko inne: czego zdobycie mimo utraty całego majątku okazuje się zyskiem.

Tu jednak zachodzi pewna trudność: tak się mianowicie składa, że plewy widzimy, ziarna nie widzimy. O ziarnie mówi nam objawienie Boże, a może nam zabraknąć wiary. Stąd płynie stała pokusa: zachować sobie przynajmniej plewy. Bo kto wie, jak to tam będzie z tym ziarnem? Więc zachomikować sobie tu na ziemi jakieś dobra, jakieś ludzkie zabezpieczenie. Tylko że to wszystko jest nietrwałe: rdza i mól to niszczy i złodzieje kradną (Mt 6,19). Bo co jest ziemskie, przemija z ziemią; a co należy do jednego człowieka, może zawsze skusić drugiego. Stąd potem męka, kłótnie, nieszczęścia: bo nam się rozpada to, w czym ufaliśmy i cośmy z takim mozołem zbierali, i próbujemy tego bronić, wikłając się w to coraz bardziej. Lekarstwem na takie pokusy jest duchowe ubóstwo, które nam Chrystus Pan zalecił: umieć wypuścić z rąk to, co z nami na tamten świat nie przejdzie, jak bł. Salomea na witrażu Wyspiańskiego wypuszcza z rąk koronę.

Nauka moralna

Pierwsze przykazanie Boże jest prawem hierarchii wartości: Nie będziesz miał bogów cudzych obok Mnie (Wj 20,3). Nikogo i niczego nie postawisz na równi z Bogiem, a tym bardziej powyżej Niego; na każdą rzecz masz starać się patrzyć według Jego nauki. Wszystkie następne przykazania są tylko szczegółowym zastosowaniem tej ogólnej zasady do głównych dziedzin życia, i tak je należy pojmować. Owszem, mają one także sens czysto świecki, uczą etyki i kultury; gwarantują spokój i bezpieczeństwo, pod warunkiem oczywiście, że zostaną powszechnie przyjęte: nie zabijaj, nie kradnij, nie kłam, nie cudzołóż. Ale ta ziemska wartość rozsądnych przepisów to jeszcze bardzo mało w porównaniu z ich wartością nadziemską. Zresztą taka motywacja nie wystarcza, bo niejeden poganin mówi sobie: „Przecież to nierealne, żeby nie było na świecie niebezpieczeństw. A skoro są, to co zyskam na tym, że sam nie zabijam? Tym prędzej inni mnie zabiją, bo się nie będą mnie bali. Więc po co?” I nie wie, że warto nawet dać się zabić dla wieczności.

Życie monastyczne

Ewangeliczny kupiec, który wszystko sprzedał, żeby nabyć jedną perłę, jest świetnym obrazem prawdziwego mnicha. Wszyscy coś kupujemy: czasem za cenę właściwą, czasem za zniżoną; w tym drugim wypadku albo dlatego, że taką wytargowaliśmy, albo po prostu dlatego, że nie mamy więcej. Otóż wielu ludzi usiłuje wytargować niebo po zniżonej cenie. My płacimy wszystkim, co mamy (chociaż oczywiście nie jest to jeszcze żadna równowartość – to niemożliwe!) i mimo to uważamy, jak ten kupiec, żeśmy zyskali, że warto, że byłoby ujmą dla naszego Pana oddać mniej niż wszystko. Może z tego kupca śmiali się koledzy, ale on wiedział, co robi.


Małgorzata Borkowska OSB Sześć prawd wiary oraz ich skutki Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Co to znaczy, że dusza ludzka jest nieśmiertelna? Siostra Małgorzata Borkowska wyjaśnia…

Reklamy

Posted in Religia | Leave a Comment »

WYZNANIA DUSZY POTĘPIONEJ. LIST ZZA ŚWIATA

Posted by tadeo w dniu 10 sierpnia 2019

APC - 2019.08.10 14.01 - 001.3dhttp://www.duchprawdy.com/WYZNANIA_DUSZY_POTEPIONEJ.pdf

Następujące notatki znaleziono miedzy rzeczami młodej dziewczyny o imieniu
Klara po jej śmierci w klasztorze.
Miałam przyjaciółkę: pracowałyśmy razem w sklepie. Później gdy
Anna wyszła za mąż, nie widziałam jej nigdy więcej. Nasze stosunki były
raczej koleżeńskie, nie była to przyjaźń w ścisłym tego słowa znaczeniu.
To też niezbyt odczułam jej brak, gdy po ślubie przeniosła się do
podmiejskiego miasteczka, dość odległego od mego miejsca zamieszkania.
Na jesieni 1937 roku, gdy spędzałam wakacje nad jeziorem Garda,
otrzymałam od mojej matki, przy końcu drugiego tygodnia miesiąca
września, następującą wiadomość: Pomyśl! Anna N. nie żyje. Została
zabita w wypadku samochodowym. Pochowano ją na cmentarzu w
Waldkiedhof. Wieść ta poruszyła mną. Wiedziałam że Anna nie była zbyt
religijna. Czy była przygotowana, gdy Bóg wezwał ją nagle z tego świata.
Następnego dnia rano wysłuchałam Mszy Świętej, za jej duszę odprawianą
w kaplicy pensjonatu sióstr, gdzie przebywałam, modląc się za spoczynek
jej duszy. Ofiarowałam też za nią Komunię Świętą, lecz cały dzień czułam
jakiś wewnętrzny niepokój, który wzrósł wieczorem.
Zapadłam w niespokojny sen, z którego przebudziłam się jakby na skutek
głośnego pukania. Zapaliłam światło. Zegarek wskazywał 10 minut po
północy, lecz nie dostrzegłam nic specjalnego. Jedynie fale jeziora Garda
uderzały miarowo w wał otaczający ogród. Noc była bezwietrzna.
Jednakże, gdy się obudziłam, oprócz stukania doszedł do mych uszu
dźwięk podobny do tego, jaki czynił mój prawodawca będąc w złym
humorze, gdy ciskał z wściekłością nieprzyjemny list na swoje biurko.
Zastanawiałam się przez chwilę, czy nie wstać, ale ostatecznie
powiedziałam sobie: „Nonsens”, to tylko skutek podnieconej tragiczną
śmiercią wyobraźni. Zgasiłam światło, zmówiłam parę razy „Ojcze Nasz”,
za biedne dusze w czyśćcu cierpiące i usnęłam znowu. Wtedy to przeżyłam
następujący sen: Wstałam około godziny szóstej rano. Gdy otwierano
drzwi, do domowej kaplicy, nastąpiłam nogą na plik luźnych kartek.
Podniosłam je i poznawszy charakter pisma Anny krzyknęłam ze
zdziwienia. Cała drżąca trzymałam te kartki w moich rękach. Miałam
wrażenie, że się duszę i uczułam potrzebę natychmiastowego odetchnięcia
świeżym powietrzem.
3
Szybko poprawiłam włosy, włożyłam kartki do kieszeni i opuściłam dom.
Poszłam ścieżką wiodącą wzdłuż dobrze znanej mi drogi Gardesana,
wijącej się pomiędzy drzewami oliwnymi, ogrodami i krzakami wawrzynu.
Wstawał jasny piękny poranek. Innym razem zatrzymałabym się
niewątpliwie, by wchłaniać w siebie z rozkosz cudownego widoku na
jezioro i wyspę Garda; na tę prawdziwą krainę cudów. Przysłowiowy błękit
wód zawsze zachwycał mnie niewymownie. I tak jak małe dziecko
spogląda na swego dziadka, tak i ja zwykle spoglądam z pewną czcią i
lękiem na szary szczyt Monte Baldo, który wznosił się na przeciwległym
brzegu do wysokości 2200 metrów nad poziom jeziora. W tej chwili nie
miałam żadnego odczucia dla tych cudów natury.
Uszedłszy ścieżką około 15 minut, machinalnie usiadłam na ławce
pomiędzy dwoma cyprysami, gdzie wcześniej czytałam z wielką
przyjemnością Federea „Panna Teresa”. Po raz pierwszy byłam czuła na
fakt, że drzewa cyprysowe uważane są za symbol śmierci, jakkolwiek na
południu rosną one w takiej obfitości, że nigdy dotąd nie przyszło mi to na
myśl.
Wyciągnęłam kartki z kieszeni. Nie było żadnego podpisu, ale nie miałam
żadnej wątpliwości, że charakter pisma należy do Anny. Nawet ozdobny
zakrętas przy literze „s” i francuski wygląd litery „t” były te same, które
tak złościły w biurze pana Gr…. Styl jednak nie był jej, a w każdym razie
nie wyrażała się tu w swój zwykły sposób. Wyrażała się bowiem zawsze z
pełną elegancją, podczas gdy jej niebieskie oczy tryskały wesołością.
Jedynie kiedyśmy dyskutowały na tematy religijne, ton jej stawał się
cierpki przyjmujący tę samą ostrość z jaką pisany był ten list. Podaję tutaj
słowo po słowie całą treść listu, jak czytałam go w czasie snu:
„Klaro! Nie módl się za mnie. Jestem potępiona! Jeśli piszę do ciebie i to
tak obszernie, nie wypływa to z jakiegokolwiek uczucia przyjaźni. Tu w
piekle nie kocha się już nikogo. Czynię to z przymusu, jako cząstka tej
mocy, która chociaż pragnie zła, musi działać też coś dobrego.
„Żeby powiedzieć prawdę, chciałabym widzieć cię także umieszczoną w
tym miejscu, gdzie zarzuciłam kotwicę na długie lata a może i wieczność,
gdyż mamy jakiś przebłysk nadziei, że może kiedyś…”
Niech cię to nie dziwi. Tu wszyscy czujemy to samo. Nasza wola jest
utwierdzona w stanie, który wy zwiecie ZŁEM. Nawet jeśli czynimy
cośkolwiek dobrego, jak to czynię w tej chwili, otwierając twe oczy na
rzeczywistość piekła, nie czynię tego w dobrej intencji.
Jak to sobie przypominasz poznałyśmy się w M… cztery lata temu. Miałaś
wtedy 23 lata; rozpoczęłaś pracę w biurze na pół roku przede mną i często
służyłaś mi pomocą w moich trudnościach, dając mi dużo z siebie, gdy
byłam początkującą pracownicą. Lecz cóż to znaczy dobro! W owym czasie
chwaliłam twoją „siostrzaną miłość”. Warte śmiechu! Twoja pełna
4
gotowość pomocy była próżną ostentacją, jak sobie wyobrażałam nawet
wtedy. Tutaj nie uznajemy żadnego dobra w kimkolwiek. Miałaś okazję
zapoznać się z historią mojej młodości. Tu tylko w krótkim zarysie podam
ci szczegóły, których nie znasz.
Według planu mych rodziców, nie powinnam była się urodzić. Byłam
poczęta nie z miłości serca, lecz z pociągu ciała. Moje dwie siostry miały
już po 14 i 15 lat, kiedy po raz pierwszy ujrzałam światło dzienne. Obym
się nie urodziła rzeczywiście nigdy! Obym mogła się teraz unicestwić i ujść
tym torturom! Nic nie da się porównać z gwałtownym pragnieniem jakie
posiadam, rozerwania na strzępy mojego istnienia. Ach, porwać je jak
zbutwiały gałgan, zetrzeć na proch, na popiół aż do nicości. Ale muszę
istnieć, muszę być taka, jaką sama siebie uczyniłam; ze zwichniętym
celem mego bytu.
Kiedy mój ojciec i matka, jeszcze wolni, opuścili wieś i przenieśli się do
miasta, oboje stracili uczucie do Kościoła. I lepiej, że tak się stało, weszli
w zepsute środowisko społeczne i w sześć miesięcy po spotkaniu się na
tańcach, musieli się pobrać. Po ich ślubie tyle tylko zostało z ich
religijności, że matka moja kilka razy bywała na niedzielnej Mszy Świętej.
Nigdy nie nauczyła mnie modlić się porządnie, lecz całą swą uwagę
poświeciła sprawom doczesnym, jakkolwiek nasze warunki materialne były
zupełnie znośne.
„Takie słowa jak modlitwa, Msza Święta, woda święcona, Kościół; piszę z
nieopisanym wstrętem. Brzydzę się nimi, tak jak brzydzę się wszystkimi
chodzącymi do kościoła i w ogóle wszystkimi ludźmi i wszystkimi rzeczami.
Wszystko bowiem powiększa naszą torturę. Cała wiedza jaką zdobyliśmy
w chwili naszego zgonu, wszelka pamięć o tym cośmy doświadczyli i
poznali w życiu jest dla nas przeszywającym; wiedz jak to nas męczy.
My w piekle nie jemy, nie śpimy, nie chodzimy. Skuci łańcuchami
wpatrujemy się w nasze zmarnowane życie z „płaczem i zgrzytaniem
zębów”, pełni nienawiści i straszliwie umęczeni.
Czy słyszysz? Pijemy tutaj w piekle nienawiść jak wodę. Także jedni ku
drugim. Ale Boga nienawidzimy ponad wszystko. Pragnę ci wytłumaczyć.
Błogosławieni w Niebie kochają Go, ponieważ wpatrują się w niczym nie
osłonięty blask Jego piękności, która daje im odczucie niewymownego
szczęścia. My to wiemy i ta wiedza napełnia nas wściekłością. Ludzie
żyjący na ziemi, znają Boga z Jego dzieł i Objawienia, mogą Go kochać,
ale nie są do tego zmuszeni.
Człowiek wierzący – Piszę to ze zgrzytem zębów, który całym sercem
kontempluje Chrystusa rozpiętego na krzyżu, pokocha Go. Ale ten, do
którego Bóg zbliża się jako sędzia karzący, jako Mściciel, jako
Sprawiedliwy, odepchnięty kiedyś i przybywający na kształt strasznej
burzy, ten nienawidzi Go z całą furią złej woli. Nienawidzi Go na wieki, na
5
mocy swej wolnej decyzji odwrócenia się od Boga, w której utwierdził swą
duszę w chwili śmierci. Tej decyzji i teraz nie chce cofnąć i nie cofnie nigdy
– jest to nam wpajane. Czy rozumiesz teraz – dlaczego piekło trwa na
wieki? Ponieważ nasza zatwardziałość w złem nigdy nie ustaje.
Jestem jednak zmuszona dodać, że Bóg jest miłosierny nawet względem
nas. Powiedziałam „zmuszona”, gdyż nawet jeślibym ten list pisała z
własnej woli, nie wolno byłoby mi kłamać, jakbym tego pragnęła. Wiele
rzeczy przelewam na papier wbrew mej woli, muszę połykać tę lawinę
przekleństw, którą chciałabym miotać. Bóg był miłosierny względem nas,
nie pozwalając na dalszy upadek w głębinę zła, do czego byliśmy
przygotowywani a co by zwiększyło naszą winę i karę, tortury i krąg
cierpień. Pozwolił nam umrzeć przedwcześnie, jak to się stało ze mną, czy
też w inny korzystniejszy sposób powiązał okoliczności.
Teraz zaś okazuje nam miłosierdzie wstrzymując nas w tym odległym od
Siebie miejscu i nie każąc się zbliżać nam do Siebie. Każdy krok bliżej
Boga sprawiłby mi większy ból, niż mogłabym doświadczyć, zbliżając się
do rozpalonego stosu.
„Pewnego dnia gdyśmy rozmawiały ze sobą, byłaś poruszona, kiedy ci
powiedziałam, ze mój ojciec na kilka dni przed moją pierwszą Komunią
Świętą zrobił następującą uwagę: „Patrz Anusiu, jaką masz piękną
sukienkę. Wszystko reszta, to bujda i oszustwo”. Twoje poruszenie niemal
mnie wtedy zawstydziło, teraz pobudza mnie do śmiechu. Jedynie
rozsądną rzeczą, którą uczynili w związku z tą „bujdą”, było że nas nie
dopuścili do Komunii Świętej , wcześniej niż w wieku 12 lat. Byłam już
wtedy dostateczni przesiąknięta duchem światowym, by sobie religię
traktować bardzo lekko; Komunia Świętą niewiele dla mnie znaczyła.
„Fakt, że obecnie dzieci chodzą do Komunii Świętej już w wieku lat
siedmiu, napełnia nas furią. Ze wszystkich sił staramy się przekonać ludzi,
że dziecko w tym wieku, nie jest jeszcze w stanie zrozumieć sensu tego
Sakramentu. Musi ono przed tym popełnić grzech śmiertelny!
Wtedy jasny Bóg, nie może ich tak uszczęśliwić jak wtedy gdy: Wiara,
Nadzieja i Miłość (przekleństwo im) zostały w ich dziecięcych sercach
zachowane od chwili chrztu. Czy pamiętasz, że popierałam ten punkt
widzenia już na ziemi?
„Kilkakrotnie jak spotykałam mego ojca, często kłócił się z moją matką.
Mówiłam ci o tym rzadko, gdyż wstydziłam się tego (śmieszna rzecz –
wstyd! Tutaj w piekle wszystko posiada dla nas jednakową wartość).
Rodzice nie mieszkali już w jednym pokoju. Odtąd sypiałam z moją
matką; ojciec sypiał w sąsiednim pokoju z osobnym wejściem, tak że mógł
wracać w nocy, kiedy mu się podobało. Pił za dużo, wyczerpując w ten
sposób nasze zasoby materialne. Moje obie siostry pracowały zatrzymując
pieniądze na własne potrzeby. Matka też musiała zarabiać.
6
„W ostatnim roku mego życia, ojciec mój często bił moją matkę, gdy ta
odmawiała mu czegoś. W stosunku do mnie zawsze był dobry. Któregoś
dnia zgorszyłaś się, że jestem tak zepsutym dzieckiem. (Czy było
cokolwiek we mnie, co cię gorszyło?). Gdy ci opowiedziałam, jak dwa razy
tego samego dnia chodziliśmy wymienić parę butów, ponieważ wydawały
mi się nie dość eleganckie.
„Nocy, której mój ojciec zmarł na skutek apopleksji, zdarzyło się coś o
czym ci nigdy nie wspomniałam, bojąc się twej interpretacji. A fakt ten
zasługuje na uwagę, gdyż od tego czasu zaczęłam doświadczać tego
poczucia winy które teraz tak mnie męczy Jak powiedziałam wyżej spałam
w tym samym pokoju co mama. Usłyszałam swoje imię i jakiś nieznany
głos rzekł:„Cóż gdyby twój ojciec umarł!?.
Nie kochałam już swego ojca za to, że tak brutalnie traktował moją
matkę, w rzeczy samej w tym czasie nie kochałam nikogo, ale czułam
pewne przywiązanie do tych, którzy byli dla mnie dobrzy. Miłość bez
egoistycznych przesłanek krzewi się tylko w duszach, które są w stanie
łaski. Nie należałam do nich. Odpowiedziałam więc tajemniczemu głosowi
nie zastanawiając się skąd pochodził: „O nie, on nie umrze!”. Po chwili
znowu wyraźnie usłyszałam powtórzone to samo pytanie. „Cóż gdyby twój
ojciec umarł?” – odpowiedziałam znowu niecierpliwie. „O nie, on nie
umrze!”. Lecz po raz trzeci zapytano mnie: „Cóż, gdyby twój ojciec
umarł?”. W tej chwili przedstawiłam sobie, jak często wracał pijany do
domu, czynił zamieszanie, krzywdził matkę i psuł nam opinię wobec ludzi.
Wykrzyknęłam opryskliwie: „To i dobrze!”.
Potem wszystko umilkło. Następnego ranka, kiedy matka poszła zrobić
porządek w pokoju ojca, znalazła drzwi zamknięte. Gdy koło południa
zdołaliśmy, dostać się do wnętrza, ujrzeliśmy naszego ojca leżącego w
pokoju – był martwy…
(Może Bóg gotów był dać mu jeszcze sposobność i czas do poprawy życia i
uzależnił to od woli dziecka, któremu człowiek ten okazywał pewną
dobroć).
Ty i Marta K. skłoniłyście mnie do należenia do „Stowarzyszenia
Pobożnego Młodych Niewiast”. Nie czyniłam z tego tajemnicy, że
rozporządzenia wydawane przez obie przewodniczące wydawały mi się
zbyt pobożne…
Zebrania były jednak przyjemne. W niedługim czasie po wstąpieniu
dostała mi się kierownicza rola, to mi odpowiadało.
Podobały mi się także wycieczki. Parokrotnie zdobyłam się nawet na
pójście do spowiedzi. Ale czułam, że w gruncie rzeczy, nie miałam nic do
wyznania spowiednikowi. Z jednej bowiem strony nie byłam
przyzwyczajona do zwracania uwagi na swe słowa i myśli, z drugiej zaś nie
7
zabrnęłam jeszcze tak daleko, żeby popełnić jakieś naprawdę ciężkie
grzechy.
Pewnego razu upomniałaś mnie: „Anno, jeśli nie będziesz się modlić –
zgubisz swoją duszę!, – zły duch ją opanuje! To prawda modliłam się
bardzo mało, a i to niechętnie. Miałaś naprawdę rację. Wszyscy, którzy
cierpią płomienie piekielne, nie modlili się, lub modlili się o wiele za mało.
Modlitwa jest pierwszym krokiem ku Bogu, krokiem decydującym, a
szczególnie modlitwa do tej, która jest Matką Chrystusa, której imienia nie
ośmielamy się wymówić. Nabożeństwo do Niej pozbawia szatana
niezliczonej ilości dusz, których grzechy niewątpliwie oddałyby ich w jego
wstrętne i ohydne ręce.
To co mam jeszcze napisać, napełnia mnie wściekłością, ale muszę:
Modlitwa jest najłatwiejszą rzeczą, jaką człowiek ma do wykonania na
ziemi. I właśnie do tego najłatwiejszego aktu Bóg przywiązał zbawienie.
Temu, który modli się wytrwale, daje on stopniowo coraz więcej światła i
mocy i to w takiej obfitości, że nawet dusza najgłębiej zanurzona w
grzechu może się ostatecznie uratować, tkwiąc aż po szyję w błocie może
jeszcze wydobyć się z topieli.
Szczególnie w ostatnich latach mego życia nie modliłam się, jak powinnam
i w ten sposób sama ograbiałam się z tych łask bez których nikt nie może
być zbawiony. Tu w piekle, my potępieni już żadnej laski nie
otrzymujemy. A nawet gdyby nam ją dano, odrzucilibyśmy ją precz z
szyderskim śmiechem. Wszelkie falowanie ziemskiego życia ustaje w
wieczności. Człowiek żyjący na ziemi może przechodzić ze stanu grzechu
w stan łaski i może w każdej chwili ze stanu łaski wypaść zanurzając się w
grzech, czy to przez słabość czy to przez złość. Od chwili śmierci wszystkie
te wahania kończą się: W jakim stanie się umiera w takim się pozostaje
na zawsze. Prawdą jest, że do chwili śmierci każdy może zwrócić się do
Boga lub pokazać mu plecy. Lecz w czasie konania, zamierające drgania
woli to tylko siła przyzwyczajenia życiowego, która podejmuje ostatnią
decyzję. Dla człowieka jego dobre lub złe przyzwyczajenia stają się jego
drugą naturą, wloką się za nim nieodłącznie. Tak było ze mną. Lata całe
żyłam w oddaleniu od Boga, gdy więc ostatnie wezwanie laski nadeszło,
zdecydowałam przeciwko Bogu.
I nie moje częste grzechy, nie brak dobrej woli by z nich powstać,
zadecydowały o moim losie. Wiele razy zachęcałaś mnie do słuchania
kazań i czytania dobrych książek. Mówiłam wówczas, że nie mam czasu na
takie rzeczy. Więc muszę otwarcie powiedzieć: gdy zaszłam już tak
daleko, jak to miało miejsce na krótko przed opuszczeniem
stowarzyszenia, było dla mnie niezmiernie trudno wejść na inną drogę.
Czułam się bardzo nieszczęśliwa i niespokojna, lecz wysoki mur wznosił się
między mną a nawróceniem. Trudno ci to było zrozumieć. Wyobrażałaś
8
sobie bardzo prosto tę sprawę, jak raz to powiedziałaś: „Odbędę dobrą
spowiedź, Aniu i wszystko będzie na nowo”. Przypuszczałam, że masz
rację, ale świat, zły duch i ciało zakuły mnie już w zbyt mocno w swoje
kajdany.
Nigdy nie wierzyłam we wpływ złego ducha, lecz teraz mogę świadczyć, że
wywiera on potężny wpływ na osoby pogrążone w grzechu. Jedynie więcej
modlitw z mej strony i innych osób wraz z ofiarami i cierpieniami mogłyby
mnie wyzwolić od szatana, a i to tylko stopniowo. Niewiele osób jest
widzialnie opętanych przez złego ducha, lecz mnóstwo znajduje się
niewidzialnie w jego mocy. Szatan co prawda nie może ograbić z wolnej
woli nawet tych, którzy się sami oddają pod jego wpływ, ale gdy
opuszczają Boga i jego zasady, Bóg za karę pozwala szatanowi na ścisłe
związanie się z takim człowiekiem. Tak zagrabia on tych, którzy bezwolnie
oddali mu się na służbę.
Nienawidzę i szatana, lecz znajduję w nim o tyle pewne upodobanie, że
stara się doprowadzić was do ruiny, on i jego współtowarzysze – duchy
demoniczne, które upadły wraz z nim na początku czasów, są ich miliardy.
Błąkają się po ziemi na kształt gęstych roi komarów, a wy zaledwie się
domyślacie ich obecności. My w duszach potępionych, mało bierzemy
udziału w kuszeniu ludzi, jest to zadaniem upadłych aniołów. Zwiększają
oni własne tortury wraz z każdą duszę wciągniętą do piekła, a czegóż nie
czyni nienawiść”
Mimo tego, że oddalałam się stale od Boga. On wciąż szedł za mną. Sama
też torowałam drogę łasce, przez dobre uczynki, które nie rzadko
spełniam z naturalnego popędu. Niekiedy Bóg ściągnął mnie do kościoła i
odczuwałam tam coś w rodzaju tęsknoty za domem. W czasie gdy po
całym dniu spędzonym w pracy biurowej opiekowałam się moją chorą
matką i rzeczywiście poświęcałam się dla niej w pewnej mierze, wówczas
owe natchnienia Boże działały na mnie silnie. W kaplicy szpitalnej, do
której pewnego popołudnia mnie zaciągnęłaś, byłam tak przyciśnięta
działaniem Bożym, że tylko jednego kroku brakowało do mego
nawrócenia. Płakałam, lecz przywiązanie do świata znów podniosło głowę i
wyrzuciło precz laskę, ziarno padło między ciernie. Przez przyjęcie zadania
„Religia jest po prostu rzeczą uczucia”, jak mnie zawsze przekonywano w
biurze, zmarnowałam tę chwilę łaski, tak jak to zrobiłam z wielu innymi
rodzajami łask wcześniej.
Zgromiłaś mnie pewnego razu za niedbałe dygnięcie, zamiast pełnego czci
przyklęknięcia przed ołtarzem w kościele. Nazwałaś to lenistwem. Nie
wydawałaś się podejrzewać że już wtedy w ogóle nie wierzyłam w
Prawdziwą Obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Wierzę w
nią obecnie, ale po prostu na drodze naturalnej, tak jak się wierzy w
przyjście burzy z piorunami ten człowiek, który doznał w sobie jej
skutków.
9
W międzyczasie dostosowałam religię do mych własnych upodobań.
Przyjęłam punkt widzenia obiegający moich kolegów biurowych, że po
śmierci dusza przechodzi w inną istotę żyjącą, wędrując w ten sposób bez
końca (tak zwane Metempsychosis). Rozwiązywało to przejmującą mnie
kwestię, napełnioną lękiem, kwestię tamtego świata i neutralizowało jej
wpływ na mnie.
Dlaczego nie przypomniałaś mi przypowieści z Biblii o „Bogaczu i Łazarzu”,
o których wasz Chrystus mówi, że natychmiast po śmierci jeden poszedł
do piekła, a drugi do nieba” Lecz na cóż by się to przydało Wyśmiałabym
to, jak inne twoje faryzejskie pogawędki ze mną.
Stopniowo sama sobie tworzyłam „boga”, odpowiadającego mojej
wyobraźni; wyposażonego dostatecznie, by go nazwać „bogiem”, a
wystarczająco odległego, żeby być zwolnioną od wszystkich obowiązków
wobec niego. Ten „bóg” nie obiecywał mi żadnego nieba, ale też nie mógł
ukarać piekłem. Zostawiłam go samemu sobie.
Z łatwością przyjmujemy to w co lubimy wierzyć. Z biegiem czasu czułam
się przekonaną co do prawdziwości wymyślonej przez siebie religii, tak
łatwo się z nią żyło.
Jedna tylko rzecz mogła wyrwać mnie z tego stanu: ciężkie i długotrwałe
cierpienie, lecz to cierpienie nie nadeszło. Zrozumiesz może teraz lepiej
znaczenie powiedzenia: „Kogo Bóg kocha, tego chłoszcze”.
Był to niedzielny lipcowy dzień, kiedy nasze stowarzyszenie urządziło
wycieczkę do A…., gdzie znajdował się cudowny obraz Matki Bożej lecz w
tym czasie inny obraz zaczął zajmować miejsce na ołtarzu mego serca. W
tym dniu, w trakcie naszej wycieczki, mój kolega z pracy zaprosił mnie na
intymny spacer ze sobą, choć zwykle chodził z inną dziewczyną. Podobał
mi się, ale nie myślałam jeszcze wtedy o małżeństwie z nim, raziło mnie,
że jest zbyt serdeczny dla każdej napotkanej dziewczyny; ja zaś marzyłam
zawsze o kimś, kto by należał do mnie niepodzielnie.
Następnego ranka w biurze gniewałaś się na mnie za opuszczenie
wycieczki w waszym towarzystwie. Odpowiedziałam ci, jak miło spędziłam
czas. Twoim pierwszym pytaniem było: „Czy byliście na Mszy Świętej” O
głupiutka! Przypominasz sobie, jak ci odpowiedziałam: „Dobry Bóg nie ma
tak ciasnego umysłu jak wasi księża”. Dziś muszę ci wyznać: w całej swej
nieskończonej dobroci Bóg patrzy na rzeczy dokładniej niż oni.
Od tego dnia coraz więcej rzeczy odciągało mnie od waszego
stowarzyszenia: kino, tańce, wycieczki samochodem; następowały jedne
za drugimi. Z Maxem kłóciliśmy się często, a potrafiłam go coraz więcej
przywiązać do siebie.
10
Moja rywalka robiła awantury jemu i mnie, ale mój wypolerowany spokój
robił głębokie wrażenie na Maxie. Słówko po słówku niby obiektywnie i
obojętnie cedziłam truciznę, odstręczając powoli jego serce od niej. To
moje zachowanie było szatańskim w całym tego skowa znaczeniu.
Po co ci to wszystko piszę, żeby pokazać jak ostatecznie zerwałam z
Bogiem. Nie to było przyczyną, że nasze wzajemne obcowanie, dalekie
było od moralności, chociaż nie pozwalałam mu na wszystko z
wyrachowania, że przez tą rezerwę wzmocnię w nim szacunek dla siebie.
Przyczyna mojej apostazji (herezji) leżała w tym, że ze stworzenia
uczyniłam sobie bóstwo. Stopniowo wzrastała miłość do człowieka, dla
którego również nic poza sprawami tej ziemi nie istniało, pragnienie
zdobycia go oderwało mnie radykalnie od Boga. Uwielbienie, jakie żywiłam
do Maxa, stało się praktycznie moją religią.
Przed ślubem jeszcze raz poszłam do spowiedzi i Komunii Świętej, jak
żądały przepisy. Mój mąż i ja zgadzaliśmy się w tym punkcie; dlaczego nie
dopuścić do tych formalności. Załatwialiśmy je, jak wszystkie inne. Wy na
ziemi uważacie to za niegodne a jednak po tej „niegodnej” Komunii
Świętej, uczułam wielki spokój serca… ostatni raz.
Nasze pożycie małżeńskie było harmonijne. Mieliśmy prawie ten sam
sposób patrzenia na wszystkie sprawy. Zgadzaliśmy się także, że nie
będziemy obciążać się dziećmi. Głęboko w swym sercu, mój mąż żywił
pragnienie posiadania jednego dziecka – naturalnie nie więcej. Ale
ostatecznie udało mi się wybić mu to z głowy.
Suknie, eleganckie meble, wieczorki, wycieczki samochodami i inne tego
rodzaju rozrywki odpowiadały mi bardziej. Ten rok między naszym
ślubem, a moją tragiczną śmiercią – była to jedna wielka ziemska uciecha.
Spędzaliśmy każdą niedzielę na przejażdżkach i na odwiedzaniu krewnych
i znajomych mego męża, którzy prowadzili taki sam płytki żywot jak my
oboje.
W oddaleniu duszy jednakże nigdy nie czułam się szczęśliwą, choćbym się
nawet na pozór najszczerzej śmiała na zewnątrz. Coś nieokreślonego
gnębiło mnie nieustannie.
Jest to prawda, że Bóg tu na ziemi daje nam nagrodę za wszystko, co
uczyniło się dobrego, jeśli nie może jej dać w wieczności. Zupełnie
niespodziewanie otrzymałam spadek (po cioci Luci). Mój mąż też posiadał
niezłe zarobki, tak że mogliśmy wspólnie pięknie urządzić nasz dom.
Z rzeczami i sprawami przypominającymi religię spotykałam się tylko
przypadkowo; kawiarnie, hotele w mieście nie pomagały nam zbliżyć się
do Boga. Wszyscy uczęszczający do tych miejsc żyli tak samo
powierzchownie jak my.
11
Zwiedzając sławne katedry w czasie naszych wycieczek całą uwagę
skupialiśmy na podziwianiu wartości artystycznych. Umiałam
neutralizować duchowe ciepło, promieniujące specjalnie z zabytków
średniowiecza, przez sztuczne wywołane oburzenia na takie szczegóły jak
np. nie dość czysty, czy niezgrabny brat zakonny, który nas oprowadzał,
„zgorszenie”, że mnisi chcący uchodzić za pobożnych, sprzedają likier, itp.
W ten sposób odrzucałam zawsze łaskę, ilekroć zastukała do drzwi mego
serca.
Do szczególnej irytacji doprowadzał mnie widok malowideł
przedstawiających piekło z szatanem męczącym dusze potępionych na
rozpalonych do białości rusztach. Klaro, piekło można skarykaturować, ale
nigdy przesądzić w swej ocenie.
OGIEŃ PIEKIELNY! Te słowa napawały mnie lękiem. Pamiętasz jak
pewnego razu dyskutując o piekle podsunęłam ci zapaloną zapałkę pod
nos, ze złośliwym pytaniem: „Czy tak samo pachnie?” Szybko
zdmuchnęłaś płomień Tu nikt nie jest w stanie zgasić ognia Mówię teraz
tobie, że ogień piekielny jak go wymienia Pismo Święte nie gaśnie nigdy.
Słowa Chrystusa skierowane do odrzuconych są jednoznaczne: „Idźcie
precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego
aniołom”. Dosłownie tak brzmią!…
Chcesz wiedzieć, jak duch może odczuwać ogień materialny? Tak jak
cierpi twoja dusza, kiedy jeszcze w czasie życia na ziemi wsadzisz palec do
ognia! Dusza twoja nie płonie, lecz co za ból przeszywa całą twoją istotę!
W podobny sposób jesteśmy tutaj fizycznie związani z ogniem, dotyczy to
tak naszej istoty jak i władz zmysłowych. Nasze dusze tracą swą naturalną
swobodę, nie możemy myśleć o czym chcemy i jak chcemy.
Nie patrz tak głupio na powyższe słowa; stan ten, którego nie możesz
pojąć, pali mnie nie niszcząc jednak mego istnienia. Naszą największą
torturę stanowi zdawanie sobie sprawy z tego, że nigdy nie będziemy
oglądać Boga. Jakżeż to męczy! A przecież jeszcze na ziemi można było
być tak bardzo obojętnym wobec tego.
Jak długo nóż leży na stole, widzi się jego ostrze, ale się go nie czuje. Ale
wbij ten nóż w swe ciało, a będziesz wyć z bólu. My teraz CZUJEMY ten
brak Boga, przedtem „wiedzieliśmy” o Nim tylko. Nie wszystkie dusze
ponoszą odpowiednie cierpienia. Im bardziej podła wola, im większa
przewrotność w grzechu, tym dotkliwsze uczucie utraty Boga.
Potępieni katolicy cierpią więcej niż należący do innych wyznań, gdyż
otrzymali i odrzucili więcej łaski i światła. Ten, który więcej wiedział o
religii, cierpi bardziej niż ten, który miał słabsze jej poznanie. Ten, który
grzeszył przewrotnie, odczuwa silniej przeszywający ból, niż ten, który
upadł z ludzkiej słabości. Lecz żaden nie cierpi więcej, niż na to sobie
12
zasłużył. O gdybyż było inaczej, miałabym wtedy jakiś rozsądny powód do
nienawiści!
Powiedziałaś mi raz, że nikt nie idzie do piekła, kto nie zdał sobie sprawy z
tego, iż tam podąża. Podobno jakiś święty to objawił. Śmiałam się z tego,
ale powiedziałam do siebie: „Wobec tego w potrzebie będzie jeszcze dość
czasu, by zawrócić z drogi”. Rzeczywiście przed swą tragiczną śmiercią,
nie wiedziałam czy piekło jest naprawdę. Żaden śmiertelnik tego nie wie.
Ale zrozumiałam ostatecznie, że jeśli umrę w stanie w którym się
znajduję, przejdę do wieczności z wolą zwróconą zdecydowanie przeciw
Bogu i poniosę wszelkie tego konsekwencje. Nie zawróciłam z tej złej
drogi, ale niesiona siłą przyzwyczajenia szlam ku wiecznemu zatraceniu z
tym większą silą, im byłam starsza.
I tak spotkałam śmierć tydzień temu, – licząc według waszej miary, bo
licząc miarą bólu, przebywam tu już chyba lat dziesięć.
W zeszłą niedzielę mój mąż i ja udaliśmy się na wycieczkę, dla mnie
ostatnią. Słońce zachodziło w całej swej wspaniałości. Czułam się świetnie
jak rzadko kiedy. Tajemnicze odczucie szczęścia, przeniknęło całą mą
istotę. W pobliżu domu, mąż mój nagle oślepiony przez jadący naprzeciw z
wielką szybkością samochód, stracił panowanie nad wozem. „Jezus”
przebiegło mi przez myśl. Nie jako modlitwa, lecz jako okrzyk, targnął
mną straszny ból, straciłam przytomność.
Dziwna rzecz. Tego ranka przyszła mi skądś myśl: „Mogła byś pójść na
Mszę Świętą jak dawniej. Czułam się jak na rozprawie sądowej. Lecz jasne
i zdecydowanie „NIE!”, przecięło to ostatnie wołanie laski. „Nie chcę tego
więcej”, powiedziałam sama do siebie i gotowa jestem ponieść wszelkie
konsekwencje. O tak! Ponoszę je TERAZ.
Pewnie wiesz co zaszło po mojej śmierci. Dzięki naturalnemu poznaniu,
które tu mamy, znam los mego męża, mej matki, wszystko co się stało z
mym ciałem, przebieg mego pogrzebu, aż do najdrobniejszych
szczegółów. Inne rzeczy, które dzieją się na świecie, znamy tylko w
mglisty sposób. W ten sposób wiem o twym obecnym miejscu pobytu.
Ocknęłam się z ciemności w tej samej chwili, w której skonałam.
Widziałam siebie jakby przenikniętą przez jaskrawe światło. Stało się to na
tym samym miejscu, gdzie leżało moje ciało. Jak w teatrze, gdy nagle
wszystkie światła gasną na widowni, a podniesiona kurtyna odsłania
przeraźliwą scenę – tak i ja ujrzałam prawdziwą scenę mego życia, jakby
w zwierciadle dusza zobaczyła samą siebie: łaski odtrącane od wczesnej
młodości aż do ostatniego NIE!”
Czułam się jak morderca w chwili konfrontacji z Bogiem, którego
odrzuciłam. Jedyna rzecz jaka mi pozostała to ucieczka. Jak Kain uciekł od
Abla, tak samo moja dusza wyrwała się w trwodze z tego widowiska
13
potworności. Był to sąd szczegółowy. Niewidzialny sędzia rzekł do mnie:–
„Idź precz”. I tak oparach żółtej siarki moja dusza zstąpiła na miejsce
wiecznej męki i kaźni w piekle.
Tak skończył się list Anny pisany z piekła. Ostatnie słowa były prawie
nieczytelne. Sam list rozsypał się w proch w moich rękach… Nagle co to?
Gdy patrzyłam na rozsypujące się w proch kartki, uszu moich dobiegł
srebrny głos dzwonu; przebudziłam się na łóżku, w swoim pokoju.
Świetliste promienie poranka wciskały się przez okno. Dzwoniono na Anioł
Pański. Czyż to wszystko było snem ??…?
Nigdy przedtem nie odczułam tak żywo pociechy i pokoju spływającego z
niebiańskich dźwięków „Pozdrowienia Anielskiego”. Wolno odmówiłam trzy
Zdrowaś Maryjo. Mocne postanowienie przeniknęło mój umysł i wolę.
Powiedziałam do siebie w duchu; musisz przytulić się do Najświętszego
Serca Niepokalanej Matki Boga i rozwijać w sobie dziecięce do Niej
nabożeństwo, jeśli nie chcesz ponieść losów opisanych przez tę
nieszczęsną duszę, która nigdy chyba już nie ujrzy Boga.
Drżąc cała ubrałam się szybko i wybiegłam do kaplicy. Czułam
przyśpieszone bicie swego serca. Nieliczni obecni, spojrzeli na mnie ze
zdziwieniem sądząc o mym podnieceniu z szybkości, z jaką zbiegłam ze
schodów.
Tego wieczoru starsza pani z Budapesztu, cierpiąca z powodu choroby,
słaba jak dziecko, lecz zawsze gorliwa w służbie Bożej i zaawansowana w
sprawach ducha, rzekła do mnie z uśmiechem: „Mademoiselle, Zbawiciel
nie chce, by Mu służono niby pociąg pospieszny”. Ale zaraz zauważywszy,
że coś poważnego musiało wpłynąć na mnie i wciąż jeszcze tkwi w mej
duszy, dodała w uspokajającym tonie:„Niech cię nic nie niepokoi, niech cię
nic nie przeraża: Wszystko przemija: Bóg się nigdy nie zmienia. Cierpliwa
wytrwałość, wszystko pokona; Kto posiadł Boga, niczego nie pragnie – Bóg
sam wystarcza”. Gdy łagodnie wypowiedziała te słowa, wydawało mi się,
że czyta w mej duszy – „Bóg sam wystarcza”.
Tak On mi wystarczy na dziś i na nieskończone jutro. Muszę Go posiąść,
za wszelką cenę, choćby mnie to wiele miało kosztować. Nie chcę iść do
piekła!!!…Piekło w swej rzeczywistej naturze jest straszne i prawdziwe!!!..

Źródło: Przedruk z tekstu miesięcznika „Róże Maryi”, kwiecień 1950r. Wydawnictwo:
Ojcowie Marianie, Stockbridge, Massachusetts, U.S.A.

http://www.duchprawdy.com/WYZNANIA_DUSZY_POTEPIONEJ.pdf

Posted in Religia | 1 Comment »

Św. Charbel – mnich cudotwórca

Posted by tadeo w dniu 9 sierpnia 2019

WSzarbel

Jestem o. Charbel, przyszedłem, aby cię zoperować. W pewnym momencie Nouhad Al-Chami  poczuła na swej szyi ręce zakonnika i wielki ból,  ale nie mogła ani krzyczeć, ani się opierać.  Święci Charbel i Maron nie mieli narzędzi chirurgicznych. Kiedy zakończyli tę niezwykłą operację, Charbel powiedział: – Jesteś już zdrowa, możesz jeść i pić, chodzić i pracować. Potem obaj zakonnicy zniknęli w jasnym świetle…

Pan Bóg często wybiera pewnych ludzi, by stali się szczególnymi świadkami miłości oraz nieskończonego miłosierdzia płynącego od Jezusa Chrystusa. Taką postacią jest św. Charbel Makhlouf, jeden z najbardziej znanych świętych na Bliskim Wschodzie. Budzi on zachwyt przede wszystkim z powodu nadzwyczajnych cudów i znaków, jakie czyni.

Urodził się 8 maja 1828 r., jako piąte dziecko ubogich rolników, w miejscowości Bqaakafra, 140 km od Bejrutu. Nadano mu imię Józef. Mały Józef był ministrantem; prosił często księdza o odrobinę kadzidła, które zanosił do groty mieszczącej się blisko jego domu. Tam, przed małym obrazkiem Matki Bożej, modlił się i zapalał kadzidło. Inne dzieci szły się bawić, a Józef biegał do groty, więc przezywały go świętym, a o „jego” grocie mówiły: „grota świętego”.

Tak jak polski święty Stanisław Kostka, który poczuł powołanie do życia zakonnego, mając 14 lat, tak i Józef Makhlouf w tym wieku poczuł wezwanie do kapłaństwa i życia zakonnego. Wstąpił do zakonu maronitów i pierwsze śluby złożył 1 listopada 1853 r.,
przyjmując imię zakonne Charbel. W roku 1859 otrzymał święcenia kapłańskie. Niespełna rok po nich był świadkiem wielkiej masakry, dokonanej na chrześcijanach. Z rąk muzułmanów i druzów poniosło wówczas śmierć męczeńską 20 tys. ludzi. Mordowano całe rodziny, plądrowano kościoły. Ojciec Charbel, który przebywał w klasztorze w Annaya, pomagał uciekinierom, całym sercem modlił się, pościł w ich intencji.

Na pustelni

W pewnym momencie odkrył w sobie powołanie do życia pustelniczego, ale przez wiele lat nie otrzymał od swych przełożonych zgody na taką formę życia. Uzyskał ją dopiero po 17 latach. Stało się to po niezwykłym wydarzeniu, jakie miało miejsce w klasztorze. Dwaj współbracia dla żartu zamiast oliwy wlali mu do lampy wodę i poprosili go, by zapalił lampę. Ku ich ogromnemu zdziwieniu, woda w lampie… zapłonęła. Zakonnicy poinformowali o sprawie przełożonego. Po tym zdarzeniu Charbel uzyskał zgodę na zamieszkanie w eremie położonym 1350 m n.p.m.

Ojciec Charbel wiedział, że najskuteczniejszym sposobem zmiany świata na lepsze jest najpierw zmiana samego siebie, czyli własne uświęcenie przez zjednoczenie z Bogiem.
W eremie przebywał przez 23 lata; mieszkał w pomieszczeniu mającym 6 m kwadratowych. Pod habitem nosił zawsze włosiennicę, spał tylko 5 godzin, nieustannie pościł, nie jadł mięsa ani owoców, żywił się resztkami, pił tylko wodę. Długo modlił się przed rozpoczęciem Eucharystii, a także długo trwał w dziękczynieniu po jej zakończeniu. Najbardziej ulubioną jego modlitwą była adoracja Najświętszego Sakramentu. Do o. Charbela przychodziło wielu ludzi z prośbami i wielu łaski otrzymywało. Pewnego razu przyprowadzono do niego osobę opętaną. Ojciec Charbel położył tylko rękę na jej głowie i natychmiast została uwolniona.

Światło i olej

Umarł, mając 70 lat, po ośmiu dniach agonii, w Wigilię Bożego Narodzenia 1898. Zakonnicy znaleźli jego ciało na posadzce w kaplicy. Kiedy tam weszli, zobaczyli przedziwne jasne światło, wydobywające się z Tabernakulum i otaczające ciało zmarłego mnicha. Gdy go pochowano przy klasztorze, od pierwszego dnia grób oświetlało jasne światło niewiadomego pochodzenia. Wiele osób, widząc to, zaczęło przychodzić do grobu. Światło nie gasło przez 45 kolejnych nocy. Ze względu na bezpieczeństwo, patriarcha kazał przenieść ciało o. Charbela do klasztoru. Kiedy w obecności lekarza i urzędowych świadków otwarto trumnę zakonnika, stwierdzono, że jego ciało nie nosi cech rozkładu, jest elastyczne, jakby zmarły spał. W trumnie znajdowała się też siedmiocentymetrowa warstwa oleju, który wydobył się z ciała. Ojcowie zaczęli go rozdawać, a wierni przykładać w chore miejsca. Tak rozpoczęła się fala uzdrowień. Do kanonizacji, której dokonał Ojciec Święty Paweł VI w roku 1977, otwierano trumnę kilkakrotnie i za każdym razem zbierano wydobywający się olej. Święty Charbel umarł, ważąc zaledwie 52 kg, a oleju z jego ciała wydobyło się ponad 100 litrów.

Uzdrowienie Nouhad

Do dzisiaj udokumentowanych jest ponad 23 tys. cudów, które dokonały się za wstawiennictwem Świętego. Do jego grobu przybywa każdego roku ponad 4 mln pielgrzymów, by prosić o łaski i za nie dziękować. Jednym z najbardziej znanych cudów jest uzdrowienie Nouhad Al-Chami, 59-letniej Libanki, matki 12 dzieci. Po wylewie dostała lewostronnego paraliżu ciała. Dodatkową komplikacją była niedrożność arterii szyjnej – nie mogła mówić ani jeść. Dzieci i mąż jedyną nadzieję pokładali w Bogu. Najstarszy syn Saad wybrał się do grobu św. Charbela, aby tam modlić się o uzdrowienie matki. Było to 22 stycznia 1993 roku. Po powrocie do domu namaścił olejem z grobu o. Charbela szyję chorej. Późnym wieczorem w trakcie modlitwy kobieta zasnęła. Śniła, że przy jej łóżku zjawił się św. Charbel wraz z innym zakonnikiem. Powiedział: Jestem o. Charbel, przyszedłem, aby cię zoperować. Osobiście miałem możność rozmawiać z tą kobietą; mówiła, że bardzo się bała – zakonnicy nie mieli ani narzędzi chirurgicznych, ani środków znieczulających, nic też nie wiedziała o potrzebie operacji. W pewnym momencie poczuła na swej szyi ręce zakonnika i wielki ból, ale nie mogła ani krzyczeć, ani się opierać. Kiedy zakończyli tę niezwykłą operację, posadzili ją na łóżku. Święty Charbel powiedział: Jesteś już  zdrowa, możesz jeść i pić, chodzić i pracować. Potem obaj zniknęli w jasnym świetle.

Kiedy Nouhad się obudziła, zobaczyła, że jest w takiej pozycji, jak we śnie. Mogła wstać z łóżka i chodzić po pokoju. Mąż patrzył na to i pytał: – Co ty robisz? – Zostałam uzdrowiona dzięki św. o. Charbelowi… W lustrze zobaczyła, że po obu stronach szyi, która była cała we krwi, ma zszyte rany długości 14 centymetrów. Kiedy później zbadano tę krew, okazało się, że nie ma ona żadnej grupy. Kolejnej nocy ukazał się Libance św. Charbel, mówiąc: Zoperowałem cię, aby ludzie się  nawracali widząc, że zostałaścudownie uzdrowiona. Proszę cię, abyś uczestniczyła w Mszy św. w Annaya 22 każdego miesiąca. Twoje rany będą krwawić.

Wiele jest udokumentowanych uzdrowień. W 2004 r. 54-letnia Francuzka Bernadette Marie Hélène Vernarrat, mieszkająca w Orange, wybrała się z pielgrzymką do grobu św. Charbela. Chorowała na raka piersi i żołądka. Po spowiedzi i Komunii św. w Annaya modliła się przy grobie świętego zakonnika, odmawiając różaniec. Gdy tylko wróciła do Francji, zrobiła badania, które wykazały jej całkowite uzdrowienie. Niedawno podczas mojej modlitwy w Padwie nad opętaną kobietą, kiedy wzywałem wstawiennictwa św. o. Charbela, Szatan przez tę kobietę zaczął krzyczeć: – Charbel, opiekun rodzin – nieee!!!

W Roku Wiary pielgrzymuję po Europie i Polsce, w wielu parafiach przedstawiam sylwetkę św. o. Charbela, modląc się o uzdrowienia i uwolnienia za jego wstawiennictwem. Już dzisiaj mogę powiedzieć, że wiele tysięcy osób rozpoczęło modlitwę za jego wstawiennictwem, obrało go za patrona swojego życia. Jest też wiele nawróceń.

ks. Jarosław Cielecki

U pewnej rodziny w Polsce jest obrazek św. Charbela, który „poci się” olejem. Są w posiadaniu tego obrazka już wiele lat. Pomimo tego że papier jest wilgotny nie jest zniszczony ani nie wydaje zapachu „starego” oleju.
Na zdjęciu na górze: ciemniejsza część obrazka jest przez cały czas wilgotna.

Ksiądz Jarosław Cielecki został poinformowany o tym niecodziennym wydarzeniu.
LITANIA DO ŚW. CHARBELA (Szarbela)
Więcej o Katolikach obrządku maronickiego 

SZKAPLERZ ŚWIĘTEGO CHARBELA

APC - 2019.08.09 12.52 - 001.3d

 

http://adam-czlowiek.blogspot.com/2013/07/koscio-obchodzi-wspomnienie-sw-charbela.html

Przeczytaj także:

Święty pustelnik z Libanu

Posted in Religia, Święci obok nas | 1 Comment »

Święty pustelnik z Libanu

Posted by tadeo w dniu 9 sierpnia 2019

Św. Charbel: Orędzia z Nieba – Zawsze pamiętaj, że nie będziesz w stanie zmierzyć się z diabłem, jeśli nie uklękniesz przed Bogiem.

APC - 2019.08.09 12.42 - 001.3d

http://www.siemirek.dzi.vectranet.pl/sw_charbel.pdf

Przeczytaj także:

Św. Charbel – mnich cudotwórca

Posted in Religia, Święci obok nas | 1 Comment »

“Odejdę z teatru, pójdę za Chrystusem”. Pogrzeb ks. Orzechowskiego

Posted by tadeo w dniu 8 sierpnia 2019

 

Przyjaciele, kapłani i artyści pożegnali dziś ks. Kazimierza Orzechowskiego, kapłana i aktora, duszpasterza artystów, który zmarł 4 sierpnia. Jego uroczystość pogrzebowa odbyła się w kościele sióstr wizytek na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie – tym samym, w którym dokładnie 60 lat wcześniej usłyszał wezwanie Chrystusa, by iść za Nim.

 

Uroczystej Mszy św., rozpoczętej w samo południe u sióstr wizytek przewodniczył kard. Kazimierz Nycz, metropolita warszawski. Homilię głosił o. Wiesław Dawidowski, którego zmarły kapłan był przez 20 lat kierownikiem duchowym i spowiednikiem. Swój list kondolencyjny przesłał również bp Józef Zawitkowski, wspominając Zmarłego jako swojego seminaryjnego profesora od dykcji.

Urodziłeś się nie tylko do tego, by jako aktor często zmieniać kostiumy i role oraz stać na scenie. Urodziłeś się po to, by przyjąć Ewangelię jak dziecko, szukać zagubionych, leczyć poranionych. Urodziłeś się, aby być wewnętrznie wolnym, żyć dla Boga i dla ludzi

– mówił w homilii, kierowanej bezpośrednio do zmarłego księdza-aktora o. Dawidowski.

Przypomniał najważniejsze wydarzenie w życiu ks. Orzechowskiego – 21 czerwca 1959 r., dzień gwałtownego nawrócenia tego wziętego warszawskiego aktora.

– Przypadkiem trafiłeś do kościoła wizytek na Krakowskim Przedmieściu. Na ambonie w kształcie łodzi stał wówczas ks. Bozowski, wieloletni duszpasterz huliganów. Mówił o św. Alojzym Gonzadze. Kierując palec w – jak się zdawało – centralnie w stronę stojącego pod filarem młodego aktora krzyknął: Ty też pójdziesz za Chrystusem. To, niczym strzała Bożego Słowa, przeszyło serce młodego aktora pełnią miłości. Do kościoła przyszedł aktor, wyszedł – nawrócony. Wkrótce postanowił: odejdę z teatru, pójdę za Chrystusem

– mówił dziś o. Dawidowski.

 

Dalej wspominał jego dochodzenie do kapłaństwa, zgodę kardynała Wyszyńskiego na to, by tego znanego aktora przyjąć do seminarium i potem wyświęcić na księdza. Z powodu swoistego “skandalu” jakim było w Warszawie nawrócenie bywalca salonów Kazimierza Orzechowskiego i jego pragnienie zostania księdzem, Prymas Tysiąclecia wysłał go na formację klerycką do Gniezna. W 1968 r. ten sam Prymas wyświęcił Orzechowskiego na kapłana. O. Dawidowski wspominał jego posługę jako duszpasterza środowisk twórczych i wykładowcę dykcji w warszawskim Seminarium Duchownym.

Wierzyłeś, że Pan Bóg nie potrzebuje wzniosłości i wyniosłości, ale jest blisko tych, którzy Go szukają.

 

Wspominał jego role filmowe już z czasów kapłańskich, gdy grywał… głównie księży; jego poszukiwanie własnego miejsca w Kościele po śmierci kard. Stefana Wyszyńskiego, wreszcie roczny nowicjat u augustianów, na który się zgłosił w 1995 r., zapomniawszy poprosić o zgodę swojego biskupa. –  Uznał, że skoro miał zgodę samego papieża, to biskupa już nie musi pytać. A Jan Paweł II, spytany, czy ks. Orzechowski może iść do augustianów odparł z uśmiechem: niech idzie, może się jeszcze czegoś nauczy – mówił o. Dawidowski. Przytoczył też powiedzenie zmarłego kapłana-aktora:

“W Kościele czasem łatwiej uzyskać przebaczenie, niż pozwolenie”.

To właśnie w zakonie augustianów drogi jego oraz ks. Orzechowskiego się spotkały. I chociaż ostatecznie zmarły kapłan zakonnikiem nie został – przez długie lata się przyjaźnili, a ks. Orzechowski był spowiednikiem dzisiejszego prowincjała augustianów w Polsce.

Dawidowski wspomniał na koniec najważniejszą posługę, z jaką zmarły kapłan był kojarzony: posługę kapelana Domu Aktora w Skolimowie.

– Tam znalazł dom, rodzinę i spokój serca, za czym tęsknił. Tam dostał słynną rolę księdza w serialu “Złotopolscy”, tam zaczął opowiadać swoje słynne kazania o Ziemi Świętej, tam był wsparciem dla aktorów, z którzy nieraz dzięki niemu wracali do Pana Boga. Tam zmarł, w niedzielę 4 sierpnia o świcie, we wspomnienie św. Jana Vianneya, otoczony modlitwą sióstr Obliczanek

– wspominał o. Dawidowski.

“Przyszedł po Ciebie Zmartwychwstały Pan, który sam był autorem scenariusza Twojego życia. Wziął cię za rękę i o poranku Zmartwychwstania powiódł cię na spotkanie z twoimi ukochanymi, czekającymi na spotkanie z Tobą: twoją mamą, tatą, bratem; Édith Piaf, św. Tereską z Lisieux”

– zakończył homilię kapłan.

APC - 2019.08.08 21.45 - 001.3d

 

Uroczystość zgromadziła wielu przedstawicieli środowiska aktorów i artystów scen polskich. W mowach pogrzebowych wspominali zmarłego m.in reżyser Radosław Piwowarski, aktorka Joanna Kurowska oraz Ewa Ziętek. Ta ostatnia we wzruszającym świadectwie wyznała, że to właśnie u księdza Orzechowskiego odbyła swoją spowiedź życia.

Wypowiadając się na zakończenie uroczystości kard. Kazimierz Nycz zauważył, że Ks. Orzechowski umiał połączyć w swojej jednej osobie dwie drogi, dwa powołania: aktorskie i kapłańskie.

 

Po Mszy św. pogrzebowej ciało Zmarłego zostało przewiezione i pochowane na cmentarzu w Skolimowie, gdzie spoczywa już matka ks. Kazimierza Orzechowskiego.

 

ad/Stacja7

“Odejdę z teatru, pójdę za Chrystusem”. Pogrzeb ks. Orzechowskiego

Przeczytaj także:

Monodram ks.Kazimierza Orzechowskiego o Edith Piaf

Ks. Orzechowski. Miałem dwie miłości: Edith Piaf i św. Tereskę

Doświadczenie miłości – Dziennik z podróży ks. Kazimierza Orzechowskiego (1977)

Ks. Stanisław Orzechowski o Ks. Jerzym Popiełuszce

EDITH PIAF – ks. Kazimierz Orzechowski

„Bo Ty jesteś ze mną” – reportaż o ks. Kazimierzu Orzechowskim

Kapłan i aktor – ks. Kazimierz Orzechowski

Proboszcz ze Złotopolic

Posted in Religia, SYLWETKI | Leave a Comment »

Te grzechy surowo potępiał o. Pio

Posted by tadeo w dniu 21 lipca 2019

 

W ciągu dnia spowiedź była głównym zajęciem Ojca Pio. Okłamywanie Ojca Pio podczas spowiedzi było niemożliwe. Zaglądał on w ludzkie serca. Często, kiedy grzesznicy byli nieśmiali, Ojciec Pio sam wymieniał ich grzechy podczas spowiedzi. Ale potrafił też surowo zgromić kogoś, kto nie chciał wyznać któregoś ze swoich grzechów.

Ojciec Pio zapraszał wszystkich wierzących do spowiedzi przynajmniej raz na tydzień. Mówił: „Nawet, jeśli pokój był zamknięty, po pływie tygodnia konieczne jest jego odkurzenie”.

KŁAMSTWA

Pewnego dnia, mężczyzna wyznał Ojcu Pio. „Ojcze, mówiłem kłamstwa, kiedy byłem w towarzystwie moich przyjaciół. Zrobiłem to, aby wszystkich rozbawić”. Ojciec Pio powiedział: „Ach tak! Czy ty chcesz iść do piekła z powodu żartów?”

PLOTKARSTWO

Pewnego dnia Ojciec Pio powiedział do penitenta: „Jeśli plotkujesz na temat innego człowieka to znaczy, że usuwasz tą osobę ze swojego serca. Lecz uświadom sobie, że gdy usuwasz tą osobę ze swego serca, razem z tą osobą z twojego serca usuwany jest również Jezus.”

MAGIA

Pewna kobieta powiedziała: „Spowiadałam się u Ojciec Pio w listopadzie 1948. Wśród wielu innych spraw powiedziałam, że jesteśmy zaniepokojeni ciotką, która czyta czasopisma dotyczące magii w naszej rodzinie. Ojciec Pio nakazującym tonem powiedział: „Natychmiast wyrzuć te materiały.”

ROZWÓD

Młoda kobieta, kończyła wyznawanie grzechów. Otrzymała rozgrzeszenie od Ojciec Pio, który powiedział: „Musisz pogrążyć się w ciszy modlitwy w ten sposób zachowasz swoje małżeństwo.”

Kobieta była zdziwiona, ponieważ ona nie miała żadnych problemów w małżeństwie. Jednak po długim czasie duże problemy pojawiły się w jej małżeństwie. Jednakże była przygotowana by stawić czoła tym problemom. Przezwyciężyła trudny okres i uniknęła zniszczenia małżeństwa postępując zgodnie z sugestią, którą otrzymała od Ojca Pio.

ABORCJA

Pewnego dnia, Ojciec Pellegrino spytał Ojca Pio: „Ojcze, dziś rano odmówiłeś rozgrzeszenia kobiecie, która dopuściła się aborcji. Dlaczego jesteś taki rygorystyczny w przypadku tego złego, godnego pożałowania postępku?”.

Ojciec Pio odpowiedział: „Dzień, w którym ludzie, zatroskani o ekonomiczny rozwój, z powodu cielesnych defektów lub z powodu poświęcenia się dobrom materialnym, zagubią się w horrorze aborcji, będzie najstraszniejszym dniem ludzkości. Aborcja jest nie tylko zabójstwem, lecz również samobójstwem. Czy tym ludziom, których my widzimy na krawędzi popełnienia dwóch zbrodni chcemy pokazać naszą wiarę? Czy chcemy ich bronić?”

Zobacz też:
7 niezastąpionych rad ojca Pio na temat spowiedzi

Irlandzki ekspert ds. egzorcyzmów bije na alarm

https://misyjne.pl/przerwa-artykul/te-grzechy-surowo-potepial-o-pio/?fbclid=IwAR1fpDMdvUvtNfwZrPUAIBo090f52vjeNTe7sVi4AWN1ZDXnSgh2y77ZrJ4

Posted in Ojciec Pio, Religia | Leave a Comment »

Kapliczki przydrożne – polska tradycja z ciekawą historią

Posted by tadeo w dniu 12 czerwca 2019

Mijając kapliczki przydrożne w Polsce pewnie nie zastanawiacie się nad tym, że jest to element krajobrazu dość charakterystyczny dla naszego kraju. Są bardzo liczne: niektóre katolickie, niektóre prawosławne. Oto kilka ciekawostek, jakie kryją polskie kapliczki.

 

Nie tylko kapliczka, ale i drogowskaz

 

Kapliczka przydrożna w Tatrach. Fot. Pixabay

 

 

Kapliczki były nie tylko miejscem modlitw. Stawiano je z przeróżnych przyczyn, czasami na przykład jako wotum dziękczynne w podzięce za łaski, z fundacji kogoś, kto te łaski otrzymał.Niektóre ręcznie wykonywali lokalni rzemieślnicy (np. z drewna), jako podziękowanie Najświętszej Panience. Jeszcze inne, często murowane, stawiano na skrzyżowaniach z wielorakich powodów: strudzony wędrowiec mógł na chwilę spocząć przy drodze, by odpocząć i się pomodlić. Przy okazji kapliczki pełniły też rolę swoistych drogowskazów.

Miejsca spotkań przy modlitwie

 

Kapliczka na Podlasiu. Fot. Pixabay

 

 

Do dziś w wielu polskich wsiach kapliczki przydrożne lub krzyże stojące przy szosie nadal pełnią swoje funkcje. Jedną z nich jest po prostu niedzielna msza, która jest tam odprawiana przez księdza, jeśli nie ma akurat w pobliżu kościoła.

To jednak zdarza się dziś coraz rzadziej. Dawniej łatwiej było, by to ksiądz, na przykład na wozie, czy na rowerze, przyjechał w dane miejsce odprawić mszę. Dziś przy powszechności samochodów, do kościoła można szybko dotrzeć nawet z oddalonych miejscowości, dlatego to parafianie muszą się przemieszczać.

Nadal jednak spotyka się inne tradycje. Przy krzyżach lub kapliczkach na niektórych wsiach święcone są wielkanocne potrawy. Czasami wierni, zwłaszcza starsze osoby, spotykają się tam podczas modlitwy, na przykład różańca odmawianego za zmarłych. Jest to więc miejsce spotkań wiernych.

Cenny zabytek

 

Kapliczka w górach. Koskowa Góra, Beskidy. Fot. Pixabay

 

 

Mieszkańcy polskich wsi zazwyczaj bardzo dbają o swoje kapliczki, a ponieważ tradycja ich stawiania jest już wiekowa, stanowią one cenne zabytki. Podobno pierwsze kapliczki na ziemiach polskich mogły pojawić się już około tysiąca lat temu u zarania chrześcijaństwa.

Najstarsze do dziś zachowane kapliczki w Polsce pochodzą z XVI i XVII w. Starsze często wykonywane były z drewna, najczęściej niezabezpieczonego w żaden sposób przed warunkami pogodowymi, więc nie przetrwały do naszych czasów.

Odkupienie za grzechy

 

Kapliczka na Warmii. Fot. Pixabay

 

 

Powiedzieliśmy już o funkcjach kapliczek, ale być może pominęliśmy najciekawszą. Często fundatorzy chcieli odkupić swoje winy lub uprosić szczególne łaski. Stawiano więc kapliczki z wyszczególnioną intencją: na przykład o zdrowie dziecka albo o obfite plony. Budowano je też w podziękowaniu za wyleczenie, z żalem za popełnione grzechy lub dla ochrony przed zarazą lub pożarem.

Co bogatsi zamawiali figury umieszczane w kapliczkach u uzdolnionych artystów. Niektórzy specjalizowali się w tworzeniu kapliczek. Można wtedy znaleźć w jednym regionie wiele kapliczek w podobnym stylu.

 

Wybór świętego miał znaczenie

Kapliczka Matki Boskiej Śnieżnej, Kacwin. Fot. Shutterstock

Najczęściej w kapliczkach stawiano figurę Maryi, która była niejako „uniwersalną” adresatką modlitw, bo spełniać miała najróżniejsze prośby. Czasami jednak rzeźbiono figury świętych, zwłaszcza wtedy, gdy intencje były bardzo konkretne.

I tak na przykład:

  • święty Florian, którego znamy jako patrona strażaków, chronił wieś lub kościół przed pożogą
  • św. Józef, opiekun Jezusa, strzegł dobra i bezpieczeństwa rodziny
  • św. Jacek miał chronić przed złodziejami
  • św. Jan Nepomucen – szczególnie skuteczny w ochronie przed wodą, miał zapobiegać powodziom, ale też strzec rolników przed suszą
  • przed chorobami zakaźnymi strzegli św. Rozalia i św. Roch
  • św. Ambroży był szczególnie przychylny dla pszczelarzy
  • św. Benon, patron rybaków, był adresatem modlitw o obfite połowy
  • św. Wawrzyniec był zaś patronem ubogim i miał zapewniać dostatek.

Kapliczki przydrożne – polska tradycja z ciekawą historią

Posted in Historia, Religia | Leave a Comment »

Ks. Piotr Pawlukiewicz – Jeśli nie zaczniesz oddychać Duchem Świętym, udusisz się samym sobą

Posted by tadeo w dniu 9 czerwca 2019

Posted in Ks. Piotr Pawlukiewicz, Religia | Leave a Comment »

Trzy dni ciemności. Koniec świata wg Maryi

Posted by tadeo w dniu 5 czerwca 2019

 

W objawieniach Maryjnych pojawiają się jak refren dziwne słowa o dniach ciemności – łącznie trzech.

Według Księgi Apokalipsy trzy dni ciemności stanowią zawartość jednej z siedmiu czasz, którą na ziemię wyleją aniołowie:

„A piąty wylał swą czaszę na tron Bestii i w jej królestwie nastały ciemności” (Ap 16, 10).

 

Trzy dni ciemności są najbardziej spektakularnym wydarzeniem apokaliptycznym, które dotknie całą ziemię.

Jego nadejście zwiastowało wielu mistyków i świętych: św. Hildegarda z Bingen (+1179), Sługa Boża Marie Martel (+1673), słynny jezuita o. Charles-Auguste Nectou (+1777), bł. Elizabeth Canori-Mora (+1825), bł. Marie Taigi (+1837), Palma d’0ria (+1863), bł. Marie Baourdi (+1878), mistyk Pere Lamy (+1931), bretońska stygmatyczka Julie Jahenny (+1941), św. Ojciec Pio (+1968).

Gdy identyczne proroctwo dochodzi do nas z ust ludzi żyjących w różnym czasie i gdy łączy się ono z innymi zapowiedziami, które już się wypełniły, a dodatkowo świętość owych proroków została uznana przez Kościół, trudno przejść obok tych słów ze wzruszeniem ramion.

Przywołajmy kilka zapowiedzi Czasu Mroku.

Znane jest nam już proroctwo zmarłej w 1837 r. Marie Taigi o karze, „która zostanie zesłana z Nieba”. Ta wyniesiona na ołtarze wizjonerka jako pierwsza w historii zapowiedziała nadejście trzech dni ciemności:

 

Na całą ziemię zstąpią nieprzeniknione ciemności, które będą trwały trzy dni i trzy noce. Nic nie będzie widać, a powietrze będzie przepełnione zarazą, która dotknie przede wszystkim, ale nie tylko, wrogów religii. W czasie tej ciemności nie będzie możliwe użyć jakiegokolwiek oświetlenia wymyślonego przez człowieka, tylko poświęcone świece. Kto z ciekawości otworzy okno i wyjrzy lub opuści dom, padnie martwy na miejscu. W czasie tych trzech dni ludzie winni pozostać w swych domach, odmawiać Różaniec i błagać Boga o miłosierdzie.

Wszyscy wrogowie Kościoła, znani czy nieznani, zginą podczas tej powszechnej ciemności. Wyjątkiem będzie garstka, którą Bóg wkrótce nawróci. Powietrze będzie pełne demonów, które ukażą się pod różnorodną ohydną postacią.

 

A potem Maria Taigi przybliża nam wizję po części symboliczną:

 

Po trzech dniach ciemności święci Piotr i Paweł zstąpią z Niebios, będą nauczać cały świat i wskażą nowego papieża. Wielkie światło wyjdzie z ich ciał i spocznie na kardynale, który ma zostać nowym papieżem. Wówczas chrześcijaństwo ogarnie całą ziemię. On będzie Świętym Pasterzem, wybranym przez Boga, by stawić czoła burzom. Na koniec otrzyma dar czynienia cudów, a jego imię będzie wielbione na całym świecie. Rosja, Anglia i Chiny powrócą do Kościoła.

Zdumiewające, ale podobną wizję miała kilka lat wcześniej bł. Elizabeth Canori-Mora (+1825):

Niebo będzie zasnute chmurami, tak gęstymi i ponurymi, że nie sposób będzie patrzeć na nie bez przerażenia. (…) Mściwe ramię Boga uderzy w złych ludzi, a Jego wielka moc ukarze ich pychę i zarozumiałość. Do wytępienia tych bezbożników i heretyków pragnących obalić Kościół i zburzyć jego fundamenty Bóg zatrudni potęgę piekła. (…) Niezliczone legiony demonów będą przebiegać ziemię i wykonywać rozkazy Boskiej Sprawiedliwości. (…) Nic na ziemi nie zostanie oszczędzone.

Po przerażającej karze ujrzałam niebo otwarte i św. Piotra zstępującego na ziemie; był odziany w szaty pontyfikalne i otoczony wielką liczbą aniołów, które śpiewały hymny na jego cześć i ogłaszały jego panowanie na ziemi.

Ujrzałam też św. Pawła zstępującego na ziemię. Z rozkazu Boga przemierzył ziemię i związał demony i przyprowadził przed św. Piotra, który nakazał im powrócić do piekła, skąd przybyli.

Potem zmarła w Palestynie 1878 r. siostra Maria od Jezusa Ukrzyżowanego twierdziła, że Maryja mówi jej o

„trzech dniach ciemności i unicestwieniu trzech czwartych całej ludzkości”.

 

Z kolei XIX-wieczna mistyczka Julia Jahenny z La Fraudais ogłosiła, że podczas trzech dni ciemności piekielne moce przejmą władzę nad światem.

„Kryzys pojawi się niespodziewanie. Kara dotknie wszystkich; jedna będzie następować po drugiej” – mówiła 4 stycznia 1884 roku.

 

Co ciekawe, Jahenny podaje nawet, w jakich dniach tygodnia spadnie na ziemię kara ciemności:

„Trzy dni ciemności będą w czwartek, piątek i sobotę. To dni Najświętszego Sakramentu, Krzyża i Matki Najświętszej”. Dodaje jeszcze: „To będą trzy dni bez jednej nocy”.

 

Julia Jahenny cytuje słowa Jezusa:

 

Ziemia zostanie okryta ciemnością, wtedy całe piekło wyjdzie na ziemię. Grzmoty i błyskawice sprawią, że ci, którzy nie wierzą w Boga i nie ufają mojej potędze, umrą ze strachu.

 

Widząca przekazuje konkretne wskazówki, jak ludzie wierzący winni się zachować podczas tych trzech dni. Jak zaraz się okaże, jej głos mówi dokładnie to samo, co wielu innych świętych mistyków.

W czasie trzech dni przerażających ciemności nie wolno otworzyć żadnego okna, nikt bowiem nie może zobaczyć ziemi i straszliwego koloru, jaki będzie ona miała w dniach kary. Jeśli zrobi to, natychmiast umrze. Niebo będzie płonąć, ziemia będzie pękać. W czasie trzech dni ciemności niech wszędzie płoną poświęcone świece, a żadne inne światło nie będzie zapalone. W tych przerażających ciemnościach tylko świece uczynione z pobłogosławionego wosku będą dawać światło. Jedna świeca wystarczy na czas trwania tej piekielnej nocy. W domach ludzi złych i bluźnierców te świece nie dadzą światła.

Matka Boża dodała:

 

Wszystko będzie się trząść z wyjątkiem mebli, na których będą płonąć pobłogosławione świece. Te nie będą drżeć. Zgromadźcie się wokół nich z krzyżem i świętym wizerunkiem. To oddali od was terror.

 

I znowu słowa Jezusa:

 

Nikt, kto znajdzie się poza schronieniem, nie przeżyje. Ziemia będzie się trząść, bo sąd i strach będą ogromne. Tak, będziemy wysłuchiwać modlitw twoich przyjaciół;nikt z nich nie zginie. Będą potrzebni, by rozsławiać chwałę Krzyża.

Chmury czerwone jak krew będą pędzić po niebie. Huk grzmotu będzie wstrząsał ziemią, a ponure błyskawice ogołocą niebo z pór roku. Ziemia będzie drżeć aż po fundamenty. Morze podniesie się, a ryczące fale zaleją kontynent.

 

W 1934 r. Jezus skierował do św. Faustyny Kowalskiej przesłanie o dniach ciemności. Czytamy pod nr. 85 jej Dzienniczka:

 

Napisz to: Nim przyjdę jako Sędzia sprawiedliwy, przychodzę wpierw jako Król miłosierdzia. Nim nadejdzie dzień sprawiedliwy, będzie dany ludziom znak na niebie taki. Zgaśnie wszelkie światło na niebie i będzie wielka ciemność po całej ziemi. Wtenczas ukaże się znak krzyża na niebie, a z otworów, gdzie były ręce i nogi przebite Zbawiciela, [będą] wychodziły wielkie światła, które przez jakiś czas będą oświecać ziemię. Będzie to na krótki czas przed dniem ostatecznym.

 

Czyżby dni ciemności zakończyły się przyjściem światła wychodzącego z otworów w belkach krzyża, który ukaże się na spowitym mrokiem niebie? To zupełnie nowy element Boskiego scenariusza na czas oczyszczenia.

Na początku 1950 r. Ojciec Pio napisał dwa listy mówiące o zbliżającej się karze trzech dni ciemności. Przywołują one te same tematy, co wizje i lokucje (przekazy słowne) Julii Jahenny.

 

Dobrze pozamykajcie i uszczelnijcie okna. Nie wyglądajcie na zewnątrz. Zapalcie święconą świecę, która wystarczy na wiele dni. Módlcie się na Różańcu. Czytajcie duchowe książki. Czyńcie akty przyjęcia Duchowej Komunii, a także uczynki miłości, które są nam tak potrzebne. Módlcie się z wyciągniętymi rękami lub padając na twarz, aby uratować wiele dusz. Nie wolno wam wychodzić na zewnątrz. Zaopatrzcie się w wystarczającą ilość pożywienia. Moce natury zostaną wstrząśnięte i deszcz ognia napełni ludzi przerażeniem. Miejcie odwagę! Jestem pośród was. Otoczcie opieką swoje zwierzęta podczas tych dni. Ja Jestem Stworzycielem i Opiekunem dla wszystkiego stworzenia, tak samo jak dla człowieka. Dam wam wcześniej znaki, kiedy powinniście pozostawić większą ilość jedzenia dla swoich zwierząt. Ochronie dobytek wybranych, w tym także zwierzęta, które będą później w potrzebie pożywienia. Niech nikt nie próbuje wychodzić na zewnątrz, nawet aby nakarmić swoje zwierzęta – kto będzie nieposłuszny temu słowu, zginie! Dokładnie zakryjcie okna. Moi wybrani nie powinni widzieć Mojego gniewu. Miejcie ufność we Mnie, a Ja będę waszą obroną. Wasza wiara zobowiązuje Mnie do przybycia wam z pomocą.

Godzina Mego powrotu jest bliska! Jednak okażę Miłosierdzie. Najstraszliwszą karę będzie cierpieć świadek czasów. Moi aniołowie, którzy będą egzekutorami tej pracy, stoją już w gotowości z ostrymi mieczami! Szczególnie zadbają o zniszczenie tych, którzy Mnie przedrzeźniali i nie wierzyli w Moje objawienia.

Nawałnica ognia wyleje się z chmur i rozciągnie na całą ziemię! Sztormy, grzmoty, straszliwa pogoda i trzęsienia ziemi pokryją świat na kilka dni. Nastanie nieprzerwany deszcz ognia! Wszystko rozpocznie się w bardzo zimną noc. Te wydarzenia mają udowodnić, że Bóg jest Panem wszelkiego Stworzenia. Ci, którzy pokładają we Mnie nadzieję i wierzą w Moje słowa, nie mają się czego obawiać. Nie zaprę się tych, którzy rozpowszechniają Moje przesłanie. Żadna krzywda nie spotka dusz w łasce uświęcającej i tych, które szukają obrony u Mojej Matki.

Dam wam następujące znaki i instrukcje, w ten sposób możecie być przygotowani na nadchodzące wydarzenia:

Noc będzie bardzo zimna, a wiatr zacznie przeraźliwie huczeć i wyć. Po krótkim czasie usłyszycie grzmoty. Zamknijcie wszystkie drzwi i okna i z nikim nie rozmawiajcie z zewnątrz. Padnijcie przed krzyżem, żałujcie za grzechy i błagajcie o opiekę Mojej Matki. Nie patrzcie przez okno podczas trzęsienia ziemi, ponieważ gniew Boży jest święty! (Jezus nie chce, abyśmy ujrzeli gniew Boga, gdyż musi być rozważany w strachu i trwodze. Ci, którzy nie potraktują poważnie tego polecenia, zginą na miejscu). Wiatr przyniesie ze sobą trujące gazy, które rozniosą się po całej ziemi. Każdy, kto będzie cierpiał i umrze niewinnie, stanie się męczennikiem i będzie przebywał ze Mną w Moim Królestwie.

Szatan zatriumfuje! Jednak po trzech nocach ogień i trzęsienie ziemi ustaną. Następnego dnia słońce znów wzejdzie i oświeci ziemię. Aniołowie przybędą z Nieba i przykryją ziemię duchem pokoju. Uczucie niezmierzonej wdzięczności ogarnie tych, którzy przeżyją okropne doświadczenia – bliską karę – którymi Bóg nawiedza ziemię od jej stworzenia.

Wybrałem dusze także w innych krajach, jak: Belgia, Szwajcaria czy Hiszpania, i otrzymały one to samo objawienie, aby te kraje również mogły się przygotować. Módlcie się dużo w czasie tego Świętego Roku 1950. Ta katastrofa przyjdzie na ludzkość jak przebłysk światła, w chwili, gdy wschód poranku zostanie zastąpiony ciemnościami! Od tego momentu nikomu nie wolno opuścić domu lub wyjrzeć przez okno. Ja sam przybędę pośród grzmotów i piorunów. Słabsi powinni zawierzyć się Mojemu Najświętszemu Sercu. Nastanie wielki chaos z powodu całkowitych ciemności, które okryją ziemie, i wielu, wielu zginie od przerażenia i rozpaczy.

Ci, którzy będą „walczyć” dla Mojej sprawy, otrzymają łaski z Mojego Najświętszego Serca, a pokorny płacz skruchy: „KTÓŻ JEST JAK BÓG”, będzie ratunkiem dla wielu. Jednakże niezliczona ilość spłonie na otwartych polach jak wyschnięta trawa! Bezbożni zostaną unicestwieni, aby później sprawiedliwość narodziła się na nowo. Jak tylko nadejdą całkowite ciemności, nikt nie powinien opuszczać swojego domu lub wyglądać przez okno. Ciemności będą trwały dzień i noc, kolejny dzień i kolejną noc i jeszcze jeden dzień, lecz następnej nocy gwiazdy znów wzejdą na niebie, a przy nadchodzącym dniu ponownie ujrzycie brzask słońca i będzie to CZAS WIOSNY!

W ciągu dni ciemności Moi wybrani nie powinni spać, jak uczniowie w Ogrodzie Oliwnym. Muszą się modlić nieprzerwanie, a nie zawiodę ich. Zbiorę Moich wybranych! Piekło uwierzy, że włada całą ziemią, ale Ja ją odzyskam! Czy być może myślicie, że pozwoliłbym Ojcu na zesłanie takiej kary na cały świat, jeśli ludzie odwróciliby się od swoich zbrodni dla sprawiedliwości? Ale to z powodu Mojej wielkiej miłości te cierpienia za Moim dozwoleniem zostaną zesłane na was. Wielu Mnie przeklnie, a mimo to tysiące dusz ocali się przez nie. Żadne ludzkie rozumowanie nie jest w stanie pojąć głębin Mojej Miłości!

Módlcie się! Módlcie się! Pragnę waszych modlitw.

Moja Najdroższa Matka Maryja, św. Józef, św. Elżbieta, św. Konrad, św. Michał, św. Piotr, Mała Tereska, wasi Aniołowie Stróżowie niech będą waszymi rzecznikami. Błagajcie o ich pomoc! Bądźcie dzielnymi żołnierzami Chrystusa! Gdy powróci Światłość, niech wszyscy złożą dziękczynienie Świętej Trójcy za opiekę! Zniszczenia będą ogromne! Ale Ja, wasz Bóg, oczyszczę ziemię.

Jestem z wami. Miejcie ufność!

 

Belgia, Szwajcaria, Hiszpania. Dobrze byłoby poznać również tamte apokaliptyczne głosy…

Błogosławiona Elena Aiello (+1961) słyszała 22 sierpnia 1960 r., w święto Niepokalanego Serca Maryi:

Módlcie się. Nie traćcie czasu, bo będzie za późno. Gęsta ciemność otacza bowiem ziemię, a nieprzyjaciel staje u drzwi!”.

 

W objawieniach rozpoczętych 18 czerwca 1981 r. w San Lorenzo del Escorial w Hiszpanii wizjonerka Luz Amparo Cuevas (1931-), otrzymała od Matki Bożej Bolesnej przekaz dotyczący trzech dni ciemności:

 

Bóg Ojciec ześle dwie bardzo wielkie kary. Jedna z nich to wojny, rewolucje. Inne nadejdą z Raju. Będą wielkie trzęsienia ziemi w niektórych krajach, cała Ziemia będzie pokryta ciemnością przez trzy dni, niczego nie będzie można zobaczyć, powietrzem nie będzie można oddychać, a w czasie tych dni ciemności jedyne światło dostarczać będą święte świece. Wierni muszą zostać w swoich domach, odmawiać Różaniec Święty i prosić Boga o Miłosierdzie. Kara spowoduje, że dwie trzecie ludzi zginie. Nic się nie stanie tym, którzy są z Bogiem i z Maryją Najświętszą.

 

26 grudnia 1988 r. Maryja powiedziała do Patricii Talbot:

„Jeśli ludzkość się nie nawróci, nadejdą dni ciemności zapowiedziane w Apokalipsie i przez wielu wizjonerów”. Ale Matka Boża od razu dodała pewien szczegół: „Ziemia zostanie wyrzucona z orbity na trzy dni”.

Mówi też o jakichś chemikaliach w atmosferze służących jako katalizator przy wybuchu ognia.

23 lipca 1996 r. mieszkający na przedmieściach Rochester John Larry miał wizję Jezusa ostrzegającego przed czasem trzech dni ciemności:

 

Otrzymałem cztery wizje na ten temat. Ujrzałem ogromną kometę z ognistym ogonem, która okrążając ziemię, zbliżała się coraz bardziej. I nagle ujrzałem, jak uderza w Ocean Atlantycki. Widziałem nawet to niesamowite wejście pod wodę i samo uderzenie pomarańczowego ognia w dno oceanu, co spowodowało powstanie przeogromnych fal, wyższych od najwyższych drapaczy w Nowym Jorku, jak mi to zostało pokazane w innej wizji. Zalana została cała wschodnia część USA i całe wybrzeże atlantyckie w Europie. Wstrząs spowodował przebudzenie się wielu wulkanów i wyrzucenia ławy i pary, które zmieszały się z gazami komety. Utworzony w ten sposób dym zaćmi słońce na trzy dni. Przytoczę wam teraz przekaz z 23 lipca 1996 roku. Po przyjęciu Komunii Świętej ujrzałem ogromny wulkan, z którego buchał czarny dym zasłaniający słońce. Jezus powiedział:

 

„Mój synu, w tej wizji oglądasz wybuch masywnego wulkanu, z którego wydobywa się czarny dym. Wprawdzie ujrzycie wzrost wybuchów wulkanicznych, lecz ten wybuch nastąpi dopiero, gdy kometa uderzy w Ziemię. Nastąpi ogromne zniekształcenie skorupy ziemskiej, co będzie przyczyną przebudzenia się wielu wulkanów. Złączenie się gazów i lawy wulkanicznej z gazami komety spowoduje trzy dni ciemności. Nastąpi zmiana biegunów magnetycznych i krótkotrwała zmiana orbity ziemskiej na większą. Przyciąganie słoneczne skoryguje zmianę orbity, lecz zanim to nastąpi, na Ziemi będzie zimniej. Podczas trzech dni ciemności podziemia lub jaskinie będą najlepszym schronieniem przed zimnem i unoszącą się siarką, która wypełniając powietrze, wychwytywać będzie z niego tlen. Módl się, mój ludu, i słuchaj moich pouczeń, a Ja skieruję cię, gdzie powinieneś iść, i obdarzę cię moim Chlebem Niebiańskim”.

 

Co to będzie? Czy Niebo ostrzega o skutkach wybuchu jądrowego? A może mówi o upadku jakiegoś kosmicznego bolidu, który wzbije w atmosferę tyle pyłu, że na kilka dni zapanuje na świecie nieprzenikniony mrok? Może, zgodnie z tym, o czym mówi Patricia Talbot, czas mroku rzeczywiście wiąże się z katastrofą kosmiczną?

„Jeśli ludzkość się nie nawróci – mówi wizjonerka – nadejdą dni ciemności zapowiedziane w Apokalipsie i przez wielu wizjonerów. Ziemia wypadnie z orbity na trzy dni”.

 

Dlatego Maryja każe ludziom przeczekać ten czas w swych domach, więcej – poleca zamknąć drzwi, pozasłaniać wszystkie okna i nie wyglądać na zewnątrz.

Może rację mają ci, którzy uważają, że hasło „trzy dni ciemności” brzmi jak symboliczny okres zła? Trudno się z nim zgodzić, skoro ten przerażający wątek towarzyszy wielu nadprzyrodzonym interwencjom z Nieba.

Ich kres nastąpi po interwencji Najświętszej Maryi Panny. W jednym z objawień w 1993 r- Maryja mówiła:

„Jestem świeżym powiewem w nowym dniu. Jestem światłem, posłanym, by rozproszyć ciemność”.

Tekst pochodzi z książki: Wincenty Łaszewski, „Koniec świata według Maryi”, Fundacja „Nasza Przyszłość”, 2010.

http://www.fronda.pl/a/trzy-dni-ciemnosci-koniec-swiata-wg-maryi-3,127950.html?fbclid=IwAR1_Sf0WxF62oV-ksZPA3AwqvLITD5yTyHeB2XYzb39zu2X81YZpGKJFHFU

Posted in Matka Boża, POLECAM, Religia | Leave a Comment »

Życie po życiu, wyszła z ciała i zobaczyła Jezusa, aniołów i Maryję. Śmierć kliniczna. Bóg jest żywy

Posted by tadeo w dniu 4 czerwca 2019

Jedno z najpiękniejszych świadectw jakie miałam okazję obejrzeć. Bóg zapłać.

Irmina przeżyła wypadek czołowy, po kilku dniach lekarze powiedzieli rodzinie, że będzie już umierać. Wtedy wyszła z ciała i zobaczyła ciemną krainę czyściec i drogi do piekieł. Następnie przyszedł Jezus i zabrał ją do pięknej krainy światła. Irmina dokładnie opisuje co widziała. Widziała też wydarzenia na ziemi, których nie mogła widzieć z łóżka w którym leżało jej ciało. Spotkała zmarłych rodziców chłopaka, którzy ją poprosili by wróciła na ziemię. Widziała jak lekarz z pielęgniarkami zrobili sobie imprezę na intensywnej trapi.

 

Posted in Religia, Świadectwa | Leave a Comment »

Czy zmarli przychodzą do nas w snach?

Posted by tadeo w dniu 4 czerwca 2019

Sny są zjawiskiem naturalnym. Mówią dużo, ale o nas samych. To nie jest narządzie poznania świata zewnętrznego, ale wewnętrznego. Co zatem oznacza, gdy we śnie pojawia się ktoś z naszych bliskich, naszych przodków? Ks. Sławomir Sosnowski, były egzorcysta, podkreśla, że Bóg może posłużyć się snami. I w tej perspektywie ludzie wierzący powinni analizować takie spotkania we śnie.

 

Posted in Religia | Leave a Comment »

,,Zobaczyłam piekło otwarte”. Wstrząsające wizje Rozalii Celakówny

Posted by tadeo w dniu 23 Maj 2019

„Najwięcej było potępionych za grzechy przeciw szóstemu i dziewiątemu przykazaniu, następnie za zbrodnie i nienawiść. Te trzy rodzaje grzechów w szczególny sposób były widoczne. Mąk tej kaźni nikt nie potrafi opisać. Sam widok może człowieka o śmierć przyprawić, gdyby nie był wspomagany łaską Bożą”.

,,Zobaczyłam piekło otwarte''. Wstrząsające wizje Rozalii Celakówny

„Jezu mój, niczego innego nie pragnę, tylko miłości. Chcę Cię kochać tak bardzo, jak tylko stworzenie może ukochać Boga, Ty, mój Jezu, więcej nikt! […] O nic Cię tak gorąco nie proszę, jak o to, bym Cię nigdy ani cieniem grzechu dobrowolnego nie obraziła”.

Służebnica Boża Rozalia Celakówna, której proces beatyfikacyjny rozpoczął się w 1996 r., urodziła się 19 września 1901 r. we wsi Jachówka. Była najstarszym z ośmiorga dzieci Joanny i Tomasza Celaków.

UCZYŁA SIĘ MIŁOŚCI BOGA

 

Rodzice Rozalii byli gorliwymi katolikami. Chociaż ciężko pracowali na roli, to jednak dużo czasu poświęcali na religijne wychowywanie swoich dzieci. Modlili się wspólnie rano, w południe i wieczorem. Odmawiali różaniec i inne modlitwy.

Stałą ich praktyką była lektura Pisma św., żywotów świętych oraz książek i czasopism religijnych. Celakowie spowiadali się co miesiąc, a w każdą niedzielę i czasami także w tygodniu uczestniczyli we Mszy św.

Rozalia tak pisała o swoich rodzicach:

„Od najmłodszych lat mego życia wpajali w duszę mą głębokie zasady wiary świętej, miłości Boga i bliźniego. Czuwali nad mą duszą, by chronić ją od zepsucia. W domu nigdy nie widziałam złego przykładu”.

Rodzice przekazywali swoim dzieciom największy skarb, jakim jest katolicka wiara. Mała Rózia była bardzo szczęśliwa, gdy mogła przychodzić do Jezusa obecnego w tabernakulum. Mówiła Mu:

„Jezu, chcę być Twoją na zawsze, na wieki”.

W notatkach Rozalii czytamy:

„Pierwszą nauczycielką, która mię uczyła kochać Pana Jezusa, była moja Droga Matka. Ona mnie pouczała, co Pan Jezus dla nas uczynił, za co mamy Go kochać, jaką muszę być, by się Jemu podobać, itd. […]

Pobożność moich Rodziców objawiała się przede wszystkim w zachowaniu przykazań Bożych, nie była to pobożność dziwaczna, wykoślawiona, ale zdrowo i rozumnie pojmowana”.

Od swoich rodziców Rozalia uczyła się kształtować swój charakter: przezwyciężać egoizm, nabywać pokory, łagodności, zyskiwać zdolność przebaczania, bycia uprzejmą, grzeczną, gotową do służenia osobom starszym i potrzebującym pomocy, a przede wszystkim wzrastania w miłości do Boga.

1 września 1908 r. Celakówna rozpoczęła naukę w szkole podstawowej. Miała dobrą pamięć, bardzo lubiła się uczyć i była wzorem dla innych dzieci. W wieku 10 lat Rozalia przyjęła po raz pierwszy Komunię św. Jak sama stwierdziła, było to jedno z najważniejszych wydarzeń w jej życiu. Wyznała wtedy Jezusowi swoją miłość:

„Jezu mój, niczego innego nie pragnę, tylko miłości. Chcę Cię kochać tak bardzo, jak tylko stworzenie może ukochać Boga, Ty, mój Jezu, więcej nikt! […] O nic Cię tak gorąco nie proszę, jak o to, bym Cię nigdy ani cieniem grzechu dobrowolnego nie obraziła”.

Rozalia przeżyła wtedy swoje pierwsze mistyczne spotkanie z Jezusem. Pan prosił ją:

„Oddaj mi się cała, zupełnie bez zastrzeżeń, na wyłączną służbę, a będziesz bardzo szczęśliwą. Świat nigdy ci szczęścia dać nie może, lecz Ja, twój Bóg, uszczęśliwię cię. Kochaj Mnie za cały świat! Ja rozszerzę twoje serce i napełnię miłością, byś Mi mogła płacić miłością za miłość”.

Rozalia ukończyła szkołę podstawową w 1914 r. Pragnęła dalej się kształcić, ale z powodu wybuchu I wojny światowej nie było to możliwe. Pomagała więc rodzicom w pracy na roli i opiekowała się młodszym rodzeństwem.

W 1917 r. przyjęła sakrament bierzmowania. W tym czasie coraz częściej miała mistyczne przeżycia. W 1918 r. w swoim kościele parafialnym złożyła prywatny ślub czystości.

CIEMNA NOC DUCHA

 

W 1919 r. Pan Jezus wprowadził Rozalię w bolesny okres duchowego oczyszczenia – w tzw. ciemną noc ducha, która trwała sześć lat. Był to dla niej czas wielkiego duchowego cierpienia, koniecznego na drodze dojrzewania do miłości.

Rozalia doświadczała wówczas gwałtownych pokus przeciwko wierze, czystości i pokorze. Wydawało jej się, że została odrzucona przez Boga. Nawiedzały ją wszystkie możliwe pokusy, przerażające ciemności ducha, poczucie beznadziei i rozpaczy.

Kiedy atak sił zła osiągał swoje apogeum, Rozalia padała na kolana i błagała Boga o miłosierdzie. W tym niezwykle trudnym okresie nigdy nie zaniedbywała modlitwy ani pełnienia swoich obowiązków.

W 1922 r. udała się pieszo na Jasną Górę, aby wyprosić łaskę rozeznania swojej drogi życiowej. Po powrocie była pewna, że Bóg ją wzywa, aby opuściła dom rodzinny i zamieszkała w Krakowie.

W sierpniu 1924 r. Rozalia przeprowadziła się do Krakowa. Był to dla niej bardzo trudny okres. Wielokrotnie doznawała wtedy bolesnych napaści ze strony złych duchów, jak również braku zrozumienia jej duchowego stanu przez spowiedników.

Szczytem duchowych cierpień Rozalii była wizja piekła.

„Zdawało mi się – pisze – że z każdą godziną staczam się w przepaść piekielną […]. Przed mą duszą stanęły potworne grzechy i zbrodnie, które zdawały się być przeze mnie popełnione […].

Słyszałam głos: »potępiona jesteś i nic ci już nie pomoże« […]. Odczuwałam ogień piekielny na sobie, który zdawał się palić me ciało. Ryk i wycie szatanów było tak przejmujące, że żaden rozum ludzki tego nie pojmie. Gdy Bóg w ten sposób duszę krzyżuje i zostawia w ciemności – wówczas człowiek nic nie może pomóc.

Dusza ma była zawieszona między niebem, ziemią i piekłem […] zobaczyłam piekło otwarte, którego grozy nie potrafię opisać. Olbrzymia ilość szatanów masami wtrącała dusze do tej otchłani z iście szatańską radością. Jeden drugiemu jakby robił konkurencję, wprowadzając coraz więcej dusz. Męczarnie zadawali im podług grzechów.

Najwięcej było potępionych za grzechy przeciw szóstemu i dziewiątemu przykazaniu, następnie za zbrodnie i nienawiść. Te trzy rodzaje grzechów w szczególny sposób były widoczne. Mąk tej kaźni nikt nie potrafi opisać. Sam widok może człowieka o śmierć przyprawić, gdyby nie był wspomagany łaską Bożą”.

Zaraz po tym przerażającym doświadczeniu piekła dusza Rozalii została przeniesiona do nieba. Takiego uczucia miłości i szczęścia nigdy wcześniej nie doznała. Usłyszała wewnętrzny głos:

„Świętość to miłość. Ta dusza dojdzie do najwyższej doskonałości, która najgoręcej Boga ukocha”.

PRACA W SZPITALU

 

W kwietniu 1925 r. Rozalia podjęła pracę w szpitalu św. Łazarza, na oddziale chorób skórno-wenerycznych. Kiła i inne choroby weneryczne świadczą o upadku moralnym. Łamanie VI przykazania przynosi ze sobą straszne konsekwencje.

Już przed II wojną światową kardynał prymas August Hlond mówił, że w XX w. upadek moralny ludzkości stał się gorszy niż w Sodomie i Gomorze.

Grzechy nieczystości niszczą miłość, pogłębiają egoizm i dlatego zadają wielkie cierpienie Jezusowi. Dlatego Pan Jezus mówił Rozalii:

„Trzeba ofiary za Polskę, za grzeszny świat. Strasznie ranią Moje Najświętsze Serce grzechy nieczyste. Żądam ekspiacji”.

Rozalia zrozumiała, że Pan Jezus powołał ją, aby niosła Jego miłość i miłosierdzie ludziom moralnie upadłym, dotkniętym chorobami wenerycznymi.

Coraz mocniej zjednoczona z Jezusem, Celakówna z wielkim poświęceniem opiekowała się chorymi wenerycznie, zapomnianymi przez najbliższych. Chorzy ci zachowywali się ordynarnie; ich wyuzdane zachowanie i najgorsze przekleństwa były dla Rozalii niezwykle bolesnym doświadczeniem.

Pozostała tam jednak, bo wiedziała, że Pan Jezus ją do tej pracy powołał. Z wielkim poświęceniem służyła chorym. Czyniła to z miłości do Pana Jezusa obecnego w każdym cierpiącym i potrzebującym pomocy człowieku.

Podczas mistycznych spotkań Pan Jezus zapewniał Celakównę:

„Jestem zawsze z tobą i wspieram cię Moją łaską, i nadal przy tobie pozostanę; a chociaż Mnie nie widzisz jak teraz, masz Mnie widzieć oczyma duszy i w to wierzyć, bo gdybym nie był przy tobie, sama nigdy byś nie mogła się ostać w tych warunkach”.

15 grudnia 1927 r. Rozalia wstąpiła do zakonu klarysek. Szybko się jednak przekonała, że to nie jest jej powołanie. Mury klasztorne opuściła 1 marca 1928 r. Podjęła pracę w klinice okulistycznej. Była to dobrze opłacana i prestiżowa posada. Jednak sumienie nie dawało Celakównie spokoju.

Pan Jezus dał jej wyraźny znak, że ma na nowo podjąć pracę na oddziale dermatologicznym. Podczas modlitwy Rozalia w mistycznej wizji zobaczyła Pana Jezusa okrutnie biczowanego przez chore wenerycznie pacjentki.

Biły Go one bez litości po twarzy i całym ciele. Wtedy tak przemówił Pan Jezus do Rozalii:

„Moje drogie dziecko, popatrz, jak straszną boleść zadają mi grzechy nieczyste. Tu, dziecko moje, chcę cię mieć, byś Mi wynagradzała za te straszne grzechy, które tak bardzo ranią moje Serce […].

Ty, dziecko moje, będziesz bardzo cierpieć w swym życiu, by Mię pocieszać, byś się stała do Mnie podobną, i ratować masz dusze […].

Ja ci dziś odkrywam i daję poznać tajemnicę i wartość cierpienia. Cierpienie jest tak wielką łaską, że to jest trudno pojąć. Jest to większa łaska niż dar czynienia cudów. Dam ci miłość cierpienia, byś umiała cierpieć podobnie jak Ja”.

W mistycznej wizji Pan Jezus zaprowadził Rozalię „nad ogromną przepaść, pełną zgnilizny i obrzydliwości”.

„Dał mi zrozumienie – pisała dalej Celakówna – że to jest serce ludzkie skalane grzechem nieczystym. Kazał mi Pan Jezus pracować w tym miejscu w intencji tych upadłych dusz, nad ich nawróceniem, i kazał mi zapamiętać na całe życie, że moja praca i żywot w tym miejscu będą zakończone”.

Pracując na oddziale chorób wenerycznych, Rozalia musiała zmieniać chorym opatrunki, oczyszczać ich gnijące i cuchnące rany, pełnić nocne dyżury, towarzyszyć umierającym.

Mówiła, że gdyby nie nadprzyrodzona miłość bliźniego oraz świadomość, że wypełnia wolę Bożą, to za żadne pieniądze nie podjęłaby się tak wyczerpującej, okropnej pracy.

 

TROSKA O NAWRÓCENIE CHORYCH

 

Rozalia w heroiczny sposób przezwyciężała pojawiającą się w niej odrazę na widok i sposób zachowania wenerycznie chorych i z miłością, dobrocią, anielską cierpliwością pełniła swoją posługę wśród nich.

Dla chorych była bardzo delikatna i skromna, a równocześnie stanowcza. Starała się dobrocią i życzliwością zachęcić ich do porzucenia drogi grzechu i otwarcia się na Boże miłosierdzie.

Często klękała przy łóżkach pacjentów, modląc się o ich nawrócenie. Do końca towarzyszyła umierającym, modląc się, aby przez spowiedź pojednali się z Bogiem.

Mając dyżur nocny – wspomina jej znajoma – Rozalia miała trudność w nakłonieniu pewnego człowieka w średnim wieku do spowiedzi i Komunii św. przed jego zgonem.

Wtedy uklękła przy jego łóżku i zaczęła odmawiać różaniec. Po paru minutach chory zapytał:

»Co pani robi?«.

»Modlę się« – odrzekła.

»Za kogo?«.

»Za pana«.

»Za mnie? Ja wcale o to nie proszę« – zasnął.

Obudziwszy się, ponownie ujrzał ją modlącą się i zapytał:

»Czy nadal pani za mnie się modli?«.

»Tak!«.

Wtedy on się oburzył i powiedział:

»Lecz ja sobie tego nie życzę« – i ponownie zapadł w sen.

Kiedy po raz trzeci się obudził, znów ujrzał Rozalię klęczącą i zapytał:

»Czy dalej pani modli się za mnie, mimo moich przykrych słów?«.

Ona na to:

»Tak! Bo dobroć Boża jest tak wielka, że ogarnia również pana, choć pan tą dobrocią pogardza.«

Wtedy ten człowiek poprosił, by zawołała kapłana; wyspowiadał się i przyjął wiatyk św., namaszczenie olejem św. i po 2-3 godzinach zmarł nad ranem”.

Rozalia wszystko czyniła z miłości ku Jezusowi i Maryi. Pomimo tego, że miała bardzo ciężką pracę w szpitalu, to kontynuowała naukę, aby lepiej służyć chorym. Uczyła się wieczorami i nocą. Ostatni egzamin pielęgniarski zdała w 1933 r.

Już jako dyplomowana pielęgniarka z wielką charyzmą i doświadczeniem Rozalia otrzymywała dużo różnych ofert bardzo dobrej pracy. Jednak pozostała wierną swemu powołaniu posługi wśród wenerycznie chorych.

 

WEZWANIE DO INTRONIZACJI

 

Od maja 1937 r. kierownikiem duchowym Rozalii został paulin o. Zygmunt Dobrzycki. To był dla niej wyjątkowy czas mistycznych spotkań z Chrystusem oraz ściślejszego zjednoczenia się z Nim. Rozalia tak pisała o obecności Jezusa w jej życiu:

„Pan Jezus, choć w sposób niewidoczny, jest obecny w duszy. Jego obecność odczuwałam w ten sposób, jakby dwie osoby zjednoczyły się w jedną.

To zetknięcie się Jezusa z duszą jest o wiele wyższe aniżeli widzenie. Choćbym chciała opisać, to nie potrafię, bo to przechodzi mój umysł tak bardzo ograniczony i wszelkie moje pojęcie”.

Podczas rekolekcji we wrześniu 1937 r. Rozalia na nowo odkryła, jak wielkim darem jest współuczestniczenie w cierpieniu Chrystusa na krzyżu.

Przyjmując krzyż cierpienia w zjednoczeniu z Chrystusem, pragnęła uczyć się tak Go kochać, jak żaden człowiek Go nie kochał. Wtedy także poprzez mistyczkę Pan Jezus skierował wezwanie do Polski i wszystkich narodów, aby przyjęły Go za jedynego Pana i podporządkowały wszystkie dziedziny życia wymaganiom, jakie stawia Jego miłość. W imieniu całego narodu aktu tego miały dokonać wspólnie władze duchowne i świeckie.

W jednej ze swoich wizji Rozalia usłyszała:

„Jeżeli chcecie ratować świat, trzeba przeprowadzić intronizację Najświętszego Serca Jezusowego we wszystkich państwach i narodach na całym świecie. Tu i jedynie tu jest ratunek.

Które państwa i narody jej nie przyjmą i nie poddadzą się pod panowanie słodkiej miłości Jezusowej, zginą bezpowrotnie z powierzchni ziemi i już nigdy nie powstaną […]. Pamiętaj, dziecko, by sprawa tak bardzo ważna nie była przeoczona i nie poszła w zapomnienie”.

Odtąd doprowadzenie do intronizacji stało się dla Rozalii niezwykle ważnym zadaniem. Wiedziała, że do tego wzywa ją Chrystus. W tej intencji modliła się i ofiarowywała wszystkie swe trudy i cierpienia.

Kierownikiem duchowym o. Zygmunta Dobrzyckiego był generał paulinów, o. Pius Przeździecki. To właśnie on kilkakrotnie rozmawiał w sprawie intronizacji z prymasem Polski kard. Hlondem.

Kardynał chciał się jednak wpierw upewnić, czy Rozalia jest osobą wiarygodną, i dlatego nakazał, aby przeszła badania lekarskie oraz przedstawiła ich wyniki władzom kościelnym.

Mistyczka poddała się badaniom neurologicznym, które przeprowadził dr J. Horodeński. Potwierdziły one, że jest w pełni psychicznie zdrowa.

Na długo przed wybuchem II wojny światowej Celakówna przekazywała wezwania Jezusa i Maryi do nawrócenia, gdyż jego brak doprowadzi do wybuchu strasznej wojny.

Główną przyczyną wojny są bowiem grzechy rozpusty, morderstwa i nienawiść. Przed katastrofą wojny może uchronić świat tylko akt intronizacji Chrystusa.

Wypełnienie posłannictwa (1939-1944)

Rozalia otrzymywała coraz mocniejsze przynaglenia, aby dokonano aktu intronizacji. Dla tej sprawy pragnęła wszystko wycierpieć i była gotowa – jak napisała –

„umrzeć w największym opuszczeniu tak, jak nasz Jezus na krzyżu”.

Jej największym pragnieniem było, aby w Polsce dokonała się intronizacja i za tym przykładem poszły inne narody.

W strasznym czasie okupacji Polski, kiedy to w każdej chwili groziło aresztowanie, wywiezienie do obozu koncentracyjnego i śmierć, Rozalia pisała:

„mimo wszystko jestem bardzo spokojna […]. Gdybyśmy wiedzieli, jak nas Pan Jezus kocha, ani na moment nie dopuszczalibyśmy do naszych dusz trwogi i bojaźni”.

Rozalia troszczyła się przede wszystkim o to, by jak najwięcej ludzi uratować od wiecznego potępienia.

Na początku wojny zatrudniono ją w ambulatorium, gdzie pracowali niemieccy lekarze. Przytłoczona nadmiernymi obowiązkami, Celakówna była zmuszona uczyć się języka niemieckiego.

Bardzo cierpiała, że mimo szalejącej wojny ludzie się nie nawracali i dalej obrażali Boga ciężkimi grzechami. Często płakała nad losem i grzechami swojego narodu. Jej czyste serce oraz wnikliwość jej obserwacji pozwalały widzieć ogrom moralnej deprawacji społeczeństwa. W październiku 1939 r. pisała:

„Takiego upodlenia i tylu grzechów nigdy nie było w narodzie polskim, jak ostatnimi czasy”.

W swoich modlitwach Rozalia nieustannie błagała Boga o miłosierdzie dla grzeszników.

W duchu ekspiacji za ich grzechy z miłością przyjmowała wszystkie cierpienia i upokorzenia. Pan Jezus w odpowiedzi zalewał jej duszę nieopisaną radością swojej bliskości i miłości.

Na początku 1941 r. bardzo pogorszył się stan zdrowia Celakówny, ale nie rezygnowała z pracy w szpitalu. Do końca spalała się w służbie Bogu i bliźnim. Pisała:

„Dyżur nocny ma dla mnie coś niezwykle ważnego… Pan Jezus, chorzy i ja […]. Wtedy Pan Jezus w sposób szczególny zniża się do mej duszy”.

Przez swoją pracę, modlitwę i cierpienie Rozalia czyniła wszystko, by jak najszybciej nadszedł dzień intronizacji, oddania narodów pod panowanie Chrystusa Króla. Wypełniała tym samym prośbę Jezusa:

„Ja chcę niepodzielnie panować w sercach ludzkich, proś o przyspieszenie mego panowania w duszach przez intronizację”.

Cztery lata przed śmiercią Rozalia pisała do swojego spowiednika:

„Moje życie chyli się ku wieczorowi. Tak bardzo lubię zachód słońca: wtedy moja dusza więcej zatapia się w Bogu, w tym Słońcu Sprawiedliwości, i myślę o Panu, jak mam Go kochać i jak się Jemu podobać, by kiedyś moje życie kończyło się tak, jak dzień się kończy, ale dzień jasny i pogodny”.

Na początku września 1944 r. czuła się bardzo słabo. Znajoma Rozalii, która była chora na grypę, poprosiła ją o postawienie baniek. W czasie tej wizyty Celakówna mocno się przeziębiła i musiała położyć się do łóżka.

Stan jej zdrowia pogarszał się z dnia na dzień i dlatego 11 września przewieziono ją do szpitala. Chora cały czas modliła się na różańcu. Przyjęła wiatyk i sakrament namaszczenia chorych.

Rozalia Celakówna zmarła podczas snu w nocy z 12 na 13 września 1944 r.

Pochowano ją na cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Pomimo wojny w pogrzebie uczestniczyło liczne grono kapłanów, sióstr zakonnych, krewnych i znajomych. Po śmierci jej prostota, dobroć serca i bezinteresowna miłość poruszyły sumienia i serca wielu osób, które ją znały.

Szybko rozeszła się wieść, że przez jej wstawiennictwo Pan Bóg udziela ludziom nadzwyczajnych łask, o które proszą. Jej proces beatyfikacyjny trwa.

Rozalia mówiła, że świętość to miłość. Poprośmy Jezusa jej słowami o ten największy dar:

„Panie Jezu, daj mi miłość, miłość, która potrafi kochać Ciebie za cały świat, kochać do szaleństwa, tak jak jeszcze na tej ziemi nie byłeś nigdy kochany. Bo ty, Jezu, potrafisz rozszerzyć moje małe serce do nieskończoności. Jesteś wszechmocny, więc uczynisz ten cud”.

Ks. Mieczysław Piotrowski

Posted in POLECAM, Religia, Święci obok nas | Leave a Comment »

7 miejsc w Polsce, w których objawiła się Maryja

Posted by tadeo w dniu 5 Maj 2019

Sanktuarium Matki Boskiej Jaworzyńskiej, Wiktorówki fot. Bartosz Makowski/REPORTER

W Polsce mamy przynajmniej siedem miejsc, w których ukazała się Maryja. Nie wszystkie objawienia są oficjalnie potwierdzone przez Watykan, ale we wszystkich kult zyskał aprobatę biskupów.

Kliknij tutaj, by przejrzeć galerię

Znaczenie Matki Bożej w życiu duchowym Polaków jest tak oczywiste, że wręcz przysłowiowe. Od Bałtyku po Tatry niemal co krok spotykamy mniejsze lub większe sanktuaria maryjne, w których od wieków ludzie doznają szczególnych łask, modląc się przed cudownym obrazem lub figurą Najświętszej Panny. Warto jednak wiedzieć, że historia niektórych z tych miejsc zaczęła się nie od wizerunku, który zyskał popularność wśród wiernych, ale od ukazania się samej Maryi.W Polsce jest takich miejsc przynajmniej siedem. I choć nie wszystkie objawienia zostały oficjalnie potwierdzone przez Stolicę Apostolską, to jednak rozwijający się tam kult za każdym razem zyskiwał aprobatę miejscowego biskupa. Aprobata taka oznacza, że jeśli nawet fakt objawienia się Matki Bożej nie jest w danym wypadku pewny, to przynajmniej prawdopodobny, a towarzyszące mu wydarzenia wyraźnie wskazują na Bożą interwencję w historię konkretnych ludzi.

Zobacz miejsca objawień Maryi:

 

Objawienia w Janowie Lubelskim (koło Kraśnika)

Na początku listopada 1645 roku Wojciech Boski, bednarz ze wsi Ruda, szedł na jutrznię do kościoła w Białej. Po drodze ukazała mu się Maryja trzymająca w rękach dwie płonące świece. Towarzyszyli jej dwaj aniołowie. Prosiła, by na tym miejscu uwielbiano Boga przez Jej wstawiennictwo. Widzenie powtórzyło się jeszcze 8 grudnia. Miejscowy proboszcz początkowo potraktował relacje Wojciecha Boskiego z rezerwą. W tym samym czasie mieszkańcy Janowa postawili w miejscu objawień kapliczkę i zaczęli gromadzić się tam na modlitwę. W następnym roku dwaj rybacy łowiący nocą ryby w stawie nieopodal Rudy zobaczyli na miejscu uprzednich objawień procesję aniołów.

W tej sytuacji proboszcz zawiadomił biskupa, biskup przysłał specjalną komisję, komisja zbadała sprawę i uznała Boże działanie zalecając postawić w tym miejscu krzyż. Krzyż postawiono, a mieszkańcy Janowa mogli podziwiać bijącą od niego nadzwyczajną jasność. Niedługo potem państwo Zamoyscy ufundowali kościół i klasztor i przekazali je dominikanom. W kościele umieścili obraz Matki Bożej, który do dziś można tam podziwiać. Po kasacie zakonu w ramach represji po upadku powstania styczniowego kościołem zajęli się księża diecezjalni i tak jest do dziś.

 

Objawienia w Płonce Kościelnej (koło Białegostoku)

W Płonce najpierw był obraz. Zwróciła nań uwagę sama Maryja, która dwukrotnie prosiła, by czczono ją w tym wizerunku. Swoją prośbę przekazała córce biednej wdowy, osiemnastoletniej Katarzynie, która była służącą u miejscowej szlachty. Ukazała jej się dwa razy w roku 1673 trzymając w dłoniach krzyż i Pismo Święte. Również Katarzynie z początku nie bardzo chciano wierzyć, ale już niebawem mieszkańcy Płonki dostrzegli jasność otaczającą nocami obraz w ich parafialnym kościele.

Ponadto z ołtarza miała wydobywać się piękna woń i słychać było bicie dzwonów, choć te na kościelnej wieży trwały w bezruchu. Przy obrazie zaczęło dochodzić do uzdrowień. Wystarczyło pięć lat, by ich prawdziwość została potwierdzona dekretem biskupim, który jednocześnie zezwolił na publiczny kult tutejszego wizerunku Maryi Wniebowziętej. Podobnie jak w Janowie Maryja nie składała tu żadnych szczególnych obietnic. Prosiła tylko o modlitwę. Cuda zaczęły dziać się niejako przy okazji.

 

Objawienia w Matemblewie (Gdańsk)

Dziś Matemblewo to obrzeża Trójmiasta, a dokładniej gdańskiej dzielnicy Brętowo. W drugiej połowie XVIII wieku był to jednak środek lasu, przez który prowadziła do miasta droga z odległej o dziesięć kilometrów wioski o nazwie Matarnia. Pewnej zimowej nocy, podczas zamieci stolarz z Matarni wyruszył pieszo do Gdańska, by sprowadzić lekarza do swojej oczekującej rozwiązania żony, której stan zdrowie nagle bardzo się pogorszył. Mróz i zamieć nie pozwoliły mu dotrzeć do celu. W pewnym momencie wycieńczony wędrówką w okropnych warunkach upadł na ziemię i zamarzając ostatkiem sił modlił się o ocalenie dla żony i siebie.

Wtedy miała ukazać mu się brzemienna Pani niezwykłej urody, która powiedziała, że żona stolarza szczęśliwie urodziła już dziecko, a jemu samemu poleciła wracać do domu. Dotarł tam ostatkiem sił, przekonując się, że brzemienna Pani miała rację. Cystersi z pobliskiej Oliwy okazali się ludźmi nieco większej wiary niż proboszczowie z Janowa i Płonki i niedługo po tym, jak poznali historię stolarza ustawili w matemblewskim lesie figurę Matki Bożej. Do dziś mieszkanki Trójmiasta i okolic skutecznie upraszają tam dar poczęcia i szczęśliwego rozwiązania.

 

Objawienia w Licheniu

Najpierw Maryja ukazała się w 1813 roku rannemu w bitwie pod Lipskiem żołnierzowi Tomaszowi Kłosowskiemu. Obiecała mu wówczas ocalenie życia i powrót w rodzinne strony oraz poleciła odnaleźć swój wizerunek, jaki ujrzał podczas widzenia. Tomasz ocalał, powrócił i prośbę Matki Bożej wykonał umieszczając obraz w kapliczce na drzewie. Przy tym właśnie drzewie niecałe czterdzieści lat później Maryja ukazała się biednemu pasterzowi Mikołajowi Sikatce. Prosiła o przeniesienie wizerunku w godniejsze miejsce i wzywała do modlitwy i nawrócenia.

Mikołajowi oczywiście nie uwierzono, póki nie nadeszła zapowiedziana przez Maryję epidemia cholery. Dopiero wówczas okoliczni mieszkańcy przekonali się, że – zgodnie ze słowami Maryi przekazanymi przez Sikatkę – modlitwa przy jej cudownym wizerunku przynosi uzdrowienie i ratunek. Z powodu licznych uzdrowień biskup kaliski zdecydował o przeniesieniu obrazu do kościoła świętej Doroty w Licheniu. Dziś stoi tu największy kościół w Polsce, a sanktuarium odwiedzają rzesze pielgrzymów.

 

Objawienia na Wiktorówkach (Zakopane)

W Tatrach Maryja objawiła się Marysi Murzańskiej w 1860 roku. Kilkunastoletnia pasterka, która wypasała swoje stado na Rusinowej Polanie w poszukiwaniu zagubionych owiec zeszła do lasu należącego do Wiktorówek. Tam spotkała Piękną Panią, która obiecała jej odnalezienie owiec i prosiła o przekazanie dorosłym zachęty do nawrócenia i pokuty.

Jeden z pasterzy, któremu Marysia opowiedziała o spotkaniu z Panią przybił tu na świerku obrazek Matki Bożej. Niedługo potem wybudowano w miejscu objawienia niewielką kapliczkę. Przez pół wieku modlili się w niej jedynie drwale i pasterze. Z czasem zaczęli przybywać do Królowej Tatr również pielgrzymi. W rozbudowanej z czasem kaplicy od 1958 roku dominikanie prowadzą duszpasterstwo turystyczne.

 

Objawienia w Gietrzwałdzie Warmińskim

Już w XVI wieku w miejscowym kościele czczono obraz Matki Bożej Królowej Niebios i Pani Aniołów. Jednak prawdziwego znaczenia Gietrzwałd nabrał w 1877 roku, gdy Maryja objawiła się tutaj trzynastoletniej Justynie Szafrańskiej i dwunastoletniej Basi Samulowskiej. Najświętsza Maryja Panna Niepokalanie Poczęta – jak sama się przedstawiła – ukazywała się w Gietrzwałdzie sto sześćdziesiąt razy w ciągu trzech miesięcy. Polecała codzienną modlitwę różańcową i prosiła o wystawienie kapliczki z jej figurą oraz murowanego krzyża. Przypominała jednocześnie, że najważniejsza jest msza święta.

Istotne jest też to, że na terenie zaboru, gdzie miejscową ludność poddawano przymusowej germanizacji, Maryja rozmawiała z dziewczynkami po polsku. To prawdopodobnie zachęciło miejscowego proboszcza, by małe wizjonerki prosiły o zadawanie Maryi pytań o przyszłość ojczyzny i Kościoła. W odpowiedzi Matka Boża wskazywała na zależność między losami Polski a nawróceniem jej mieszkańców i wzywała do powierzania jej wszystkich spraw przez różaniec.

 

Objawienia na Siekierkach (Warszawa)

W maju 1943 roku na warszawskich Siekierkach Maryja miała po raz pierwszy ukazać się siedmioletniej wówczas Władzi. Objawienia trwały do roku 1945, również w czasie powstania warszawskiego, a potem powtórzyły się jeszcze dwukrotnie w 1949 roku. Maryja nie tylko wzywała tu do modlitwy, ale i sama jej uczyła. Podała małej wizjonerce tekst koronki i litanii, a nawet uczyła ją śpiewać pieśń ku swojej czci.

W szeregu powtarzających się objawień pozwoliła się poznać jako czuła Matka zatroskana o każde ze swoich dzieci, współczująca z ludzkimi nieszczęściami i obawami wśród wojennej zawieruchy. Szczególnie mocno wzywała do ufności Bogu i zawierzenia się Jej matczynej opiece. Tu także powracało wołanie o nawrócenie ludzkich serc.

7 miejsc w Polsce, w których objawiła się Maryja

Czytaj także:

Matka Boska Siekierkowska

Lourdes po polsku – Gietrzwałd

 Matka Boska Gietrzwałdzka

Posted in Matka Boża, Religia | Leave a Comment »

Tragedia templariuszy. Odkłamana historia obrońców chrześcijaństwa

Posted by tadeo w dniu 22 kwietnia 2019

Obraz przedstawiający oblężenie Akki w 1291. Autor: Dominique Papety (ok. 1840 r.)
Obraz przedstawiający oblężenie Akki w 1291. Autor: Dominique Papety (ok. 1840 r.) / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 64 4 13 14473
W 2001 r. odkryto w tajnych archiwach watykańskich tzw. pergamin z Chinon, który jest dowodem na to, że papież na sam koniec oczyścił templariuszy. Powinni więc oni zostać zrehabilitowani w oczach świata – mówi Michael Haag, badacz dziejów krzyżowców, autor książki „Tragedia templariuszy. Powstanie i upadek państw krzyżowców”.

PIOTR WŁOCZYK: Jak wyglądała Wielkanoc 1119 r. w Ziemi Świętej?

MICHAEL HAAG: To był bardzo smutny czas dla tamtejszych chrześcijan. Królestwem Jerozolimskim wstrząsnął wówczas potworny mord. Grupa 700 pielgrzymów – mężczyzn i kobiet – wyruszyła z Jerozolimy w kierunku rzeki Jordan. Ludzie ci byli kompletnie bezbronni. Niemiecki kronikarz Albert z Akwizgranu podał, że podróżowali oni „w radości i z dobrym sercem”, gdy natknęli się na wojska Fatymidów z Askalonu…

Muzułmanie nie znali litości?

Nie. Trzystu pielgrzymów zostało zamordowanych, wielu wzięto do niewoli. Ten mord przelał czarę goryczy. Król Baldwin II postanowił stworzyć „żandarmerię”, która ochraniałaby pielgrzymów.

Dlaczego nawet po odbiciu Ziemi Świętej z rąk muzułmanów te ziemie wciąż nie były bezpiecznym miejscem dla pielgrzymów?

W większości były to górzyste tereny, a siły krzyżowców były jednak stosunkowo szczupłe w stosunku do potrzeb. Najważniejsze miasta były w rękach chrześcijan, ale na prowincji mogło się zdarzyć dosłownie wszystko. Te realia dobrze opisał Saewulf z Canterbury, który w 1102 r. przybył do Ziemi Świętej. Po dotarciu do portu w Jafie (dziś część Tel Awiwu) pielgrzymi mogli się dostać do Jerozolimy tylko jednym szlakiem, wiodącym przez góry. Jak czytamy w jego relacji: „Każdy, kto wybrał ten szlak, ujrzał wiele ludzkich ciał leżących na drodze i przy niej, a niezliczone trupy były rozszarpywane przez dziką zwierzynę. Można się zastanawiać, dlaczego tak wielu chrześcijańskim zwłokom pozwalano leżeć bez pochówku, ale nie ma w tym nic zaskakującego. […] kto byłby takim głupcem, by opuścić braci i samemu kopać grób? Każdy, kto by tak postąpił, nie kopałby grobu dla bliźniego, lecz dla siebie”.

W ten sposób w Boże Narodzenie 1119 r. Hugon de Payns, francuski krzyżowiec, który brał udział w I krucjacie, wraz z ośmioma z towarzyszami złożył w bazylice Grobu Świętego śluby.

Doszło do tego na podstawie porozumienia króla Jerozolimy Baldwina II oraz tamtejszego patriarchy łacińskiego Warmunda. Zakon oficjalnie nazywał się Pauperes Commilitones Christi Templique Salomonis (Ubodzy Rycerze Chrystusa i Świątyni Salomona), ale do historii jego członkowie przeszli pod krótszą nazwą: templariusze. Ich siedziba główna mieściła się w Jerozolimie na Wzgórzu Świątynnym, które zostało przez Seldżuków zamienione w fortecę z koszarami. Stąd w nazwie zakonu znalazła się „Świątynia Salomona”.

Co wiadomo o ich początkach?

Niestety, bardzo niewiele. Kronikarze nie opisali nawet ślubowania w bazylice Grobu Świętego. Zresztą nawet nie wiadomo do końca, czy faktycznie było ich dziewięciu, czy był to tylko symbol – tę liczbę uważano bowiem za ideał. Najpewniej było ich więcej. Pierwsze lata działalności templariuszy są bardzo mgliste. Archiwa zakonu przepadły, dlatego jego historię możemy próbować odtworzyć ze źródeł pośrednich. Wiadomo, że początkowo braci nie było zbyt wielu, a ich rola ograniczała się tylko do pełnienia funkcji żandarmerii. Co ciekawe, pierwsi templariusze chcieli poświęcić się Jezusowi jako zakonnicy. Wcale nie rwali się do wojowania – to Baldwin II oraz Warmund wyznaczyli im tę misję, którą oni następnie z pokorą przyjęli.

Obraz "Zdobycie Jerozolimy przez Krzyżowców, 15 lipca 1099" Émile'a Signola
Obraz „Zdobycie Jerozolimy przez Krzyżowców, 15 lipca 1099” Émile’a Signola / Źródło: Wikimedia Commons

Templariusze chronili pielgrzymów na szlakach wiodących z portów do Jerozolimy i stamtąd m.in. nad Jordan i do Betlejem. Służyli również pielgrzymom jako przewodnicy, ponieważ doskonale znali historię tych terenów. Po drodze mieli do dyspozycji swoje ufortyfikowane posterunki, gdzie można było bezpiecznie odpocząć.

Jednak to nie dzięki roli żandarmów przeszli do historii.

Templariusze w niedługim czasie stali się obrońcami Ziemi Świętej. Pełnili tę funkcję wespół ze szpitalnikami, którzy równocześnie dbali o zdrowie pielgrzymów. Paradoksalnie im słabsze były państwa krzyżowców, tym mocniejsi stawali się templariusze. Władcy chrześcijańscy w Ziemi Świętej przekazywali templariuszom swoje zamki, powierzając im zadanie obrony granic chrześcijaństwa. Jak wiadomo, utrzymanie fortecy jest bardzo kosztowne, a kto jak kto, ale akurat templariusze mieli na to środki.

Nie mieli problemu z rekrutacją?

Absolutnie nie. Misja templariuszy była podwójnie atrakcyjna dla wielu młodych ludzi: dołączając do tego zakonu, można było zostać mnichem i rycerzem za jednym zamachem. Pamiętajmy jednak, że samych rycerzy nie było wśród templariuszy zbyt wielu: ich liczba nigdy nie przekraczała tysiąca. Myślę, że templariusza spokojnie można porównać do… pilota supernowoczesnego myśliwca. Wokół pilota, dysponującego śmiertelnie niebezpieczną maszynerią, pracuje wielu innych ludzi. To samo tyczyło się templariusza – ciężkozbrojnego rycerza, który stanowił wraz ze swoim potężnym koniem siłę trudną do powstrzymania. Średnio przypadało na niego dziewięciu ludzi. Oczywiście nie tylko rycerze walczyli w tym zakonie – na polu bitwy i na murach ich twierdz walczyło jeszcze wielu braci, którzy nie byli rycerzami.

Jak się sprawdzali na polu bitwy? Legendy o ich męstwie znajdują potwierdzenie w źródłach historycznych?

Nie ma wątpliwości, że jako wojownicy cieszyli się wielkim respektem. Przede wszystkim ze strony wrogów. Templariusze na polu bitwy pędzili jak czołgi, mieląc szeregi przeciwników, sprawiając, że wszystko szło w rozsypkę. Byli niezwykle karni – nie wolno im było zejść z pola walki dopóty, dopóki ich sztandar powiewał. Z opisów bitew wynika, że zazwyczaj stawało w nich 100–200 templariuszy, ale nawet to wystarczyło, żeby przechylić szalę zwycięstwa na rzecz chrześcijan. Muzułmanie mieli olbrzymią przewagę w ludziach i zapasach, ale nie mieli niczego tak potężnego jak templariusz na koniu.Utrzymanie zakonu musiało kosztować krocie, ale to przecież nie było problemem dla templariuszy – ich bogactwo do dziś rozpala wyobraźnię hollywoodzkich twórców.

Wyposażenie i utrzymanie jednego tylko rycerza we Francji w XII w. wymagało posiadania minimum 750 akrów ziemi (303 ha). Tymczasem utrzymanie templariusza było dużo droższe z uwagi na konieczność sprowadzania towarów z Europy – konie przywożone były właśnie stamtąd, tak samo jak duża część jedzenia.

Wspieranie templariuszy było bardzo popularne na zachodzie Europy. Dużo braciom dał patronat wpływowego Bernarda z Clairvaux, który stwierdził, że Ziemia Święta potrzebuje „zbrojnych rycerzy, a nie śpiewających i zawodzących mnichów”. W 1128 r. Hugon de Payns, pierwszy wielki mistrz zakonu, przybył z misją do Francji. Uzyskał tam od możnych duże nadania ziemskie i kosztowności. Następnie wielki mistrz wybrał się do Anglii. Tam z kolei Henryk IV obdarował templariuszy złotem i srebrem. Wtedy też powstał dom zakonny w Londynie. Nawiasem mówiąc, templariusze stali się w końcu największym dostawcą wełny w Anglii. Co ważne – zakon nie musiał się z nikim dzielić łupami wojennymi, a tych było bardzo dużo.

Można mówić bardzo wiele o ich bogactwie. Dość powiedzieć, że twierdza templariuszy w Paryżu, gdzie mieścił się główny skarbiec banku templariuszy, służyła również jako de facto skarbiec królów Francji. Z biegiem czasu templariusze stali się wręcz międzynarodową instytucją bankową.

Proszę się nie obrazić, ale to brzmi trochę jak legenda. Templariusze jako międzynarodowi bankierzy?

A jednak to prawda. Przykładowo bogaty pan feudalny, jadąc na pielgrzymkę czy krucjatę do Ziemi Świętej, nie musiał brać ze sobą złota w niebezpieczną podróż. Wystarczy, że część majątku zdeponował u templariuszy w Europie, a następnie mógł go wypłacić po przybyciu do Królestwa Jerozolimskiego. Templariusze opracowali wiarygodny system księgowy, który pozwalał na takie operacje.

Zakon był potężny i bogaty, ale sami bracia byli ubodzy. Początkowo ubierali się w odzież pochodzącą z darowizn, dlatego wyglądali jak „cały świat”. Dopiero później pojawił się ich „mundur”, czyli emblematyczna biała tunika z czerwonym krzyżem.

Wymagano od nich, aby zawsze byli przygotowani na śmierć i aby nigdy nie okazywali strachu w walce. Templariusze nie mogli używać plugawych słów, nie wolno im było przywiązywać się do rzeczy doczesnych ani spisywać testamentów.

Piękne ideały, ale praktyka często bywa zupełnie inna.

Myślę jednak, że co do zasady ci mnisi faktycznie podążali za ideałami. Wstawali o godz. 4, modlili się, zajmowali się końmi, potem jedli, ćwiczyli się we władaniu bronią, modlili się, jedli i szli spać późną nocą. Ich życie sprowadzało się do modlitwy i obrony wiary. To nie był zepsuty zakon. Co ciekawe, wszystko, co tylko mogło się kojarzyć z kobiecością, było przez zakon odrzucane. Dlatego mowy nie było o noszeniu szpiczastych butów, sznurówek, a także długich włosów. Bracia nosili za to długie brody.

Skąd się wzięła ta dziwna pieczęć zakonu: dwaj rycerze jadący na jednym koniu?

Różnie jest to tłumaczone, nie brakuje tu sensacyjnie brzmiących pomysłów, ale najpewniej było to podkreślenie tej prostoty życia.

Kto był ich największym wrogiem?

Poza muzułmanami? Najwięcej wrogów templariusze mieli w samym Kościele. Wynikało to z ich unikalnego umocowania – jedynie papież stał nad nimi. To się nie podobało wielu hierarchom, wliczając w to patriarchę Jerozolimy, który konkurował z wielkim mistrzem templariuszy o dostęp do ucha władcy Królestwa Jerozolimskiego. Templariusze byli zwolnieni z płacenia wszystkich podatków, a reszta Kościoła musiała na nich łożyć. Oczywiście nie wszystkim podobał się taki układ…

Po tym, gdy Saladyn zdobył Jerozolimę w 1187 r., stolicą chrześcijańskiego królestwa stała się Akka. Jednak 100 lat później muzułmanie zajęli również Akkę, wypierając chrześcijańskie wojska z Ziemi Świętej. Co to oznaczało dla templariuszy, poza klęską militarną?

Templariusze bronili się bohatersko w swojej fortecy nad morzem jeszcze tydzień po zdobyciu miasta przez mameluków. Ostatecznie wszyscy bracia zginęli pod gruzami twierdzy, której fundamenty podkopali muzułmanie. Upadek Ziemi Świętej oznaczał dla zakonu koniec. O ile bowiem istnienie szpitalników wciąż miało sens – mogli przecież leczyć ludzi wszędzie na świecie – o tyle upadek Ziemi Świętej był też upadkiem samych templariuszy, którzy nie zdołali spełnić swojej najważniejszej misji. Liczyli oni wprawdzie na zorganizowanie kolejnej krucjaty, ale było to nierealne. Templariusze wrócili do Europy, głównie do Francji. Szpitalnicy osiedlili się na Rodos, a następnie przenieśli na Maltę, gdzie działali aż do czasów Napoleona. Z templariuszami było jednak inaczej. Po upadku Akki ludzie zaczęli się zastanawiać: Po co właściwie potrzebni nam są teraz ci zakonnicy?

Bitwa pod Hittin na  XV-wiecznej miniaturze
Bitwa pod Hittin na XV-wiecznej miniaturze / Źródło: Wikimedia Commons

I wykorzystał to Filip IV Piękny.

Król Francji był bardzo zadłużony z powodu wojen. Jego sposobem na wychodzenie z długów było… pozbywanie się dłużników. Przed zaatakowaniem templariuszy Filip wyrzucił z Francji żydowskich i włoskich bankierów, którym był winien pieniądze.

Jednak pieniądze to tak naprawdę tylko tło upadku templariuszy. Filip tworzył wówczas Francję jako państwo narodowe i templariusze, a szerzej Kościół, byli jego ideologicznymi przeciwnikami. Był to konflikt dwóch wizji: uniwersalistycznego Kościoła, który twierdził, że stoi nad władcami, i Filipa, który widział to dokładnie odwrotnie. Templariusze wyglądali w jego oczach jak ręka papieża we Francji. Filip chciał ją odciąć, pokazując w ten sposób, kto naprawdę rządzi. 13 października 1307 r. król rozkazał aresztować każdego templariusza – nie tylko rycerzy – na terenie Francji. To były tysiące ludzi, ale nikt nie stawiał oporu. Filip następnie przejął majątek zakonu, niejako nacjonalizując templariuszy.

Król oskarżył ich m.in. o czczenie bożków, kotów i oddawanie się praktykom homoseksualnym. Zrobił z nich najgorszych heretyków. Miał jakiekolwiek podstawy, by rzucić takie oskarżenia?

Ta sprawa zszokowała cały chrześcijański świat, ponieważ templariusze mieli generalnie bardzo dobrą opinię. To prawda, że templariusze, tak jak każda elitarna formacja, mieli swoje dziwaczne obrzędy inicjacyjne. Ponoć młodzi byli zmuszani do całowania starszych w „koniec kręgosłupa”, żeby okazać im posłuszeństwo. Czy tak było? Ciężko to stwierdzić. Nawet dziś jednak słyszymy o dziwnych rytuałach inicjacyjnych np. w wojsku. Niedawno nasza prasa opisywała szokujące praktyki, do których dochodzi w brytyjskich siłach specjalnych: młodzi żołnierze muszą się rozebrać, a następnie się biją. Tak już bywa w zamkniętych społecznościach, w których wszystko opiera się na posłuszeństwie wobec starszych.

Wiadomo jednak, że coś było na rzeczy, ponieważ nawet Jacques de Molay, ostatni wielki mistrz zakonu, który potem został spalony na stosie, sam był zakłopotany dziwnymi praktykami wśród braci i nawet napisał o tym w liście do króla Francji!

Dając mu tym samym amunicję do ataku na własny zakon…

Stało się tak wbrew jego intencjom. Z pewnością dochodziło wśród templariuszy do dziwnych sytuacji, które nie kojarzyły się z ortodoksją chrześcijańską, ale trudno sobie wyobrazić, żeby faktycznie byli oni heretykami. Nie można dawać wiary zeznaniom niektórych braci, w których przyznawali się oni do wszystkiego. Torturowano ich bowiem potwornie – są relacje mówiące o opiekaniu im stóp w ogniu…

Papież Klemens V walczył zawzięcie o swoich rycerzy?

Jego sytuacja była bardzo trudna. Sam był Francuzem, jednak bał się, że król Francji wypowie mu wojnę. Klemens V chciał bronić Kościoła i templariuszy, ale Filip był potężny. Papież stał na straconej pozycji.

Jacques de Molay przyznał się do wszystkiego i miał zostać oszczędzony, ale tak się nie stało. De Molay na koniec stwierdził bowiem, że wycofuje się z zeznań, ponieważ nie mógłby żyć z takim ciężarem. Dlatego został spalony na stosie. Jednak losy templariuszy poza Francją, gdzie wielu z nich zginęło, nie potoczyły się tak źle. Przykładowo w Anglii ich majątek trafił do szpitalników, a samych zakonników nie spotkała krzywda. W Hiszpanii i Portugalii sytuacja wyglądała podobnie.

Wydawałoby się, że to koniec tej opowieści, ale przecież ta historia kompletnie niespodziewanie powróciła po 700 latach wraz z odnalezieniem pewnego dokumentu…

Przez cały ten czas wierzono, że Kościół kompletnie opuścił templariuszy. Dopiero w 2001 r. odkryto w tajnych archiwach watykańskich tzw. pergamin z Chinon, który jest dowodem na to, że papież nie wierzył w winę swoich rycerzy-zakonników i na sam koniec oczyścił templariuszy. Głowa Kościoła stwierdziła, że nie popełnili oni grzechu i nie byli winni zarzucanych im czynów. Było to jednak utrzymywane w sekrecie ze strachu przed odwetem króla Francji. Templariusze powinni więc zostać zrehabilitowani w oczach świata.

To by jednak oznaczało, że należałoby również zrehabilitować krzyżowców. Według powszechnej opinii byli oni przecież krwiożerczymi fanatykami, którzy napadli na Bogu ducha winnych muzułmanów.

Po pierwsze, większość mieszkańców tamtych ziem stanowili wówczas chrześcijanie, choć ciężko w to uwierzyć z dzisiejszej perspektywy. Krucjaty były więc przeprowadzone w obronie chrześcijaństwa. Po odbiciu z rąk muzułmanów Ziemi Świętej udało się krzyżowcom stworzyć społeczeństwo – jak na tamte czasy – dosyć otwarte. Muzułmanie generalnie mogli żyć w spokoju obok chrześcijan.

Obawiam się, że nie jest to zbyt popularny pogląd wśród dzisiejszych zachodnich intelektualistów.

To prawda. Pamiętajmy, że tragedia templariuszy to część dużo większej tragedii: upadku państw krzyżowców. Wiem, że dziś krucjaty mają fatalną prasę, ale uważam, że upadek państw krzyżowców był prawdziwą tragedią.

Chyba właśnie przekroczyliśmy granice poprawności politycznej.

Ilustracja z księgi Histoire d'Outremer Wilhelma z Tyru (XII w.), przedstawiająca scenę z życia w Outremer
Ilustracja z księgi Histoire d’Outremer Wilhelma z Tyru (XII w.), przedstawiająca scenę z życia w Outremer / Źródło: Wikimedia Commons

 

Fakty są jednak takie, że Frankowie rozwijali tamte tereny i pod ich rządami sytuacja w Outremer (na Zamorzu, jak nazywano wówczas tereny odbite przez krzyżowców) dosyć szybko uległa stabilizacji. Pielgrzymi i rolnicy byli w Królestwie Jerozolimskim niemal tak samo bezpieczni jak w Europie. Frankowie zapewnili Palestynie pokój i rozkwit przez większość XII w. Był to olbrzymi kontrast w porównaniu z poprzednim stuleciem, gdy terenami tymi rządzili muzułmanie.

Pod koniec istnienia Outremer, w miarę jak Turcy zdobywali kolejne miasta, ludność frankijska poddawana była potwornym cierpieniom. Turcy najczęściej zabijali mężczyzn, a pozostałych członków ich rodzin brali w niewolę. Kobiety, dziewczęta i chłopcy byli potem tysiącami sprzedawani na targach niewolników w Aleppo i Damaszku. Po upadku Akki muzułmanie przeorali Outremer, niszcząc chrześcijaństwo, żeby Zachód już nigdy tam nie wrócił.

Michael Haag jest angielskim historykiem i pisarzem. Specjalizuje się w historii Ziemi Świętej. W Polsce dostępna jest jego książka pt. „Tragedia templariuszy. Powstanie i upadek państw krzyżowców”.

https://superhistoria.pl/sredniowiecze/89501/2/Tragedia-templariuszy-Odklamana-historia-obroncow-chrzescijanstwa.html

Przeczytaj także:

Templariusze

Templariusze. Miłość i krew

Zakon Templariuszy – The Knights Templar Lektor PL

Przekleństwo templariuszy

Posted in Historia, Religia | Leave a Comment »

Tajemnica Trzech dni

Posted by tadeo w dniu 18 kwietnia 2019

 Oprac. Jolanta Marszałek
 Niedziela Ogólnopolska 15/2019, str. 18-19

Czy wiemy, kiedy tak naprawdę obchodzimy Triduum Paschalne? Co oznaczają gesty i symbole wykonywane w tym czasie w liturgii? Wyjaśniamy tajemnicę tych dni

Święta Paschalne rozpoczynają się Mszą Wieczerzy Pańskiej w Wielki Czwartek (tak naprawdę ta Msza należy już do piątku), a kończą drugimi Nieszporami w Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego. Triduum to piątek, sobota i niedziela (a nie czwartek, piątek i sobota). Święto, choć składa się z trzech dni, a każdy z nich ma inny charakter i świętujemy go w odmienny sposób, to jednak mamy do czynienia z jedną uroczystością – jedną tajemnicą: męką, śmiercią i zmartwychwstaniem naszego Pana.

Rozpoczynająca Święte Triduum Paschalne Msza Wieczerzy Pańskiej, która jest sprawowana w czwartek wieczorem (według tradycji żydowskiej, a także kościelnej, mówiącej o tym, że dzień zaczyna się po zachodzie słońca), należy już tak naprawdę do Wielkiego Piątku.

Po Mszy Wieczerzy nie ma błogosławieństwa, nie kończymy liturgii, bo ona jest kontynuowana w Liturgii Wielkiego Piątku (zwróćmy uwagę, że liturgii w Wielki Piątek nie zaczyna się znakiem krzyża).

Podczas Liturgii Wielkiego Piątku spożywamy przeistoczone Ciało Chrystusa. Przeistoczone kiedy? Właśnie podczas Mszy Wieczerzy. Podczas obydwu liturgii czyta się tę samą Ewangelię wg św. Jana. To tak naprawdę ta sama Eucharystia.

Mandatum, czyli umycie nóg

Obrzęd charakterystyczny dla Mszy Wieczerzy Pańskiej w Wielki Czwartek jest nawiązaniem do gestu Pana Jezusa, opisanego przez św. Jana Ewangelistę: „I zaczął obmywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany” (13, 5). Obrzęd ten przypomina wszystkim sprawującym jakąkolwiek władzę w Kościele, w jaki sposób winni sprawować swój urząd – służąc i miażdżąc nieustannie swoją pychę.

Obnażenie ołtarza

Na koniec Mszy Wieczerzy Pańskiej, gdy Najświętszy Sakrament przenosi się do kaplicy przechowania, ołtarz zostaje obnażony. Nie ma obrusów, nie ma świeczników. Ten znak jest czyniony na pamiątkę obnażenia Jezusa z szat. Odbywa się on w milczeniu. Dawniej recytowano podczas tej czynności słowa psalmu: „Moje szaty dzielą między siebie i losy rzucają o moją suknię” (Ps 22,19).

Prostracja

To symboliczny gest padnięcia na twarz, rozpoczynający Liturgię Męki Pańskiej w Wielki Piątek. Biskup (lub przewodniczący liturgii) pada na twarz – jest to bardzo przejmujący znak, który odnosi nas również do momentu święceń prezbiteratu. Liturgia przypomina kapłanom, że kapłaństwo to tajemnica krzyża.

Adoracja Krzyża

Jest to kulminacyjny moment wielkopiątkowej liturgii.

Krzyż jest przysłonięty fioletową zasłoną. Adoracja Krzyża jest poprzedzona trzykrotnym wezwaniem: „Oto drzewo krzyża”, któremu towarzyszy stopniowe odsłanianie belek krzyża.

Zgodnie z tradycją Kościoła podchodzący do adoracji biskup w geście pokory ściąga ornat i buty.

Czuwanie na cześć Pana

Wszystkie obrzędy Wigilii Paschalnej odbywają się w nocy, nie wolno ich rozpocząć, zanim nie zapadnie zmrok, a należy je zakończyć przed świtem niedzieli. Charakter czuwania nawiązuje do istotnych wydarzeń w historii zbawienia, jak również jest wyrazem czujności chrześcijanina – oznacza gotowość na przyjście Pana.

Ogień

Na rozpoczęcie Liturgii Wigilii Paschalnej poza kościołem w odpowiednim miejscu przygotowuje się ognisko w celu pobłogosławienia nowego ognia. Jego płomień powinien być taki, aby rozproszyć ciemności i rozjaśnić noc. Duże znaczenie w tym obrzędzie ma zestawienie ciemności i światła, aby doświadczyć, z czego wyprowadził nas Chrystus. Światło Chrystusa wkracza w życie, aby rozproszyć ciemności. W historii zbawienia światło towarzyszy ukazywaniu się Boga (krzak gorejący, słup ognia, który prowadził Izraelitów).

Paschał

Od ogniska zapalamy świecę paschalną. To duża, bogato zdobiona woskowa świeca przygotowana na początku Wigilii Paschalnej. Wnoszona do nieoświetlonego kościoła staje się pierwszą zwiastunką Zmartwychwstania. Po wezwaniu: „światło Chrystusa” jej płomień zostaje przekazany wiernym i po chwili cała świątynia zostaje opromieniona blaskiem świec.

Na świecy umieszczone są symbole: cyfry bieżącego roku oraz pierwsza i ostatnia litera greckiego alfabetu – odnoszą się one do Chrystusa Zmartwychwstałego, który jest Panem czasu. Natomiast przez pięć „gwoździ” wspomina się zbawczy wymiar Męki Jezusa i poniesionych przez Niego ran.

Liturgia chrzcielna

Wielka Noc Zmartwychwstania jest najbardziej odpowiednim czasem do udzielania chrztu. Woda staje się symbolem obmycia z grzechu pierworodnego, co dokonuje się w chrzcie. Chrzest lub odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych stają się centrum Paschy. Po chrzcie następuje wyrzeczenie się zła i wyznanie wiary. Jest ono złączone z tajemnicą chrztu i stanowi jego integralną część. Co raz dokonało się w chrzcie, Bóg będzie powtarzał przez różne wydarzenia w całym naszym życiu.

Procesja rezurekcyjna

To uroczyste ogłoszenie zmartwychwstania Chrystusa i wezwanie całego stworzenia do udziału w Jego triumfie. Procesja może się odbyć na zakończenie Wigilii Paschalnej, w nocy z soboty na niedzielę lub o świcie w wielkanocny poranek przed tradycyjną Rezurekcją. Na czele procesji niesie się krzyż przyozdobiony czerwoną stułą lub figurę Zmartwychwstałego – oba znaki symbolizują zwycięstwo Chrystusa nad śmiercią, piekłem i szatanem.

Wykorzystano treści katechez Wspólnoty Miłości Ukrzyżowanej

http://www.niedziela.pl/artykul/142289/nd/?fbclid=IwAR2rVRRxJLCbz_fLoQMlyqiSUQDu7cKjkdpmk62cxx8KVn8sFaur6xaqKSc

Najpopularniejsze

Mężczyzna z kanistrami benzyny zatrzymany w katedrze

Kard. P. Poupard: we Francji coś się dzieje, Bóg powraca…

Katedra Notre Dame: wielkie organy cudem uniknęły…

Co z postem w Wielką Sobotę?

Czym jest Triduum Paschalne?

 2019-04-17 14:11

 salve.net

– Triduum Paschalne to punkt kulminacyjny całego roku liturgicznego. Kościół liczy w tych dniach na dojrzałość wiernych – tłumaczy ks. dr Paweł Cieślik.

Posted in Religia | Leave a Comment »