WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Książki (e-book)’ Category

Moje Telechany – Bogdan Mielnik

Posted by tadeo w dniu 17 października 2014

APC - 2014.10.17 14.41 - 001.3d

http://polesie.org/wp-content/uploads/2014/03/Mielnik_Moje_Telechany_komp.pdf

Przeczytaj także:

„Pamiętanie” Ludmiły Jakobson z Telechan

Reklamy

Posted in Książki (e-book), Polskie Kresy | 1 Comment »

Władysław St. Reymont – Z ziemi chełmskiej

Posted by tadeo w dniu 23 września 2014

http://poetica.freehost.pl/zziemichelmskie.pdf

Posted in Książki (e-book) | Leave a Comment »

Przedsoborowe książki religijne -Biblia, Pismo Św., Katechizmy, Modlitewniki

Posted by tadeo w dniu 9 lipca 2014

APC - 2014.07.09 20.43 - 001.3d

https://drive.google.com/folderview?id=0B_7YmVRssSeXVDVZV0I3OHp2Nnc&usp=sharing

Posted in Książki (e-book), Religia | Leave a Comment »

Rzeczpospolita Obojga Narodów – Paweł Jasienica – e-book

Posted by tadeo w dniu 16 czerwca 2014

APC - 2014.06.16 20.27 - 001.3d

Paweł Jasienica. Rzeczpospolita Obojga Narodów. Audiobook Pl. Całość. Cz. 1

Posted in Historia, Książki (e-book) | Leave a Comment »

Siostra Faustyna. Biografia świętej. Moje refleksje po przeczytaniu książki E. Czaczkowskiej.

Posted by tadeo w dniu 17 kwietnia 2014

https://tadeuszczernik.files.wordpress.com/2014/04/siostra-faustyna-biografia-c4bac5a1wic3a4e284a2tej.pdf

Właśnie jestem pod koniec lektury biografii jednej z najpopularniejszych obecnie świętych Kościoła Katolickiego- siostry Faustyny Kowalskiej. Muszę przyznać, że książka napisana jest w interesujący sposób. Pisząc ją, autorka opierała sięna „Dzienniczku” św. Faustyny, jak też na relacjach osób, które ją znały. Mnogość różnych szczegółów nie męczy, ale wspaniale komponuje się ze sobą pomagając naświetlić kontekst historyczno-społeczny, w którym żyła ta sławna zakonnica. Jaki jednak obraz Faustyny Kowalskiej wyłania się z książki , mającej w założeniu być „biografią świętej?”

PRZYTŁACZAJĄCE CIERPIENIE

Gdybym miała krótko podsumować życie św. Faustyny przedstawione w książce Czaczkowskiej zrobiłabym to za pomocą trzech słów: „cierpienie”, „ofiara”,„upokorzenia”

Cierpienie, cierpienie i jeszcze raz cierpienie odmieniane przez wszystkie przypadki. I to już od początku życia. Helena Kowalska przyszła naświat i wychowywała się w ubogiej rodzinie. Bieda była tam tak wielka, że troje dzieci dzieliło jedną sukienkę, w której na zmianę chodziły do kościoła. Z tego powodu mała Helenka nie mogła w każdą niedzielę uczestniczyć we Mszy św. Rodzice św. Faustyny najwyraźniej nie wiedzieli co to jest odpowiedzialne planowanie rodziny. No cóż, był to dopiero początek XX wieku. Dlaczego jednak Helenka nie mogła pójść do kościoła w ubraniu, które nosiła na co dzień po domu? Czy Bóg ocenia wygląd zewnętrzny, czy serce człowieka? Czy odrzuca człowieka, który staje przed Nim w łachmanach, bo nic lepszego nie ma? A może jej rodzice po prostu wstydzili sięprzed ludźmi? Bali się plotek i obmowy? Ojciec i matka Helenki nie potrafili również obdarzyć swoich dzieci bezwarunkową miłością. Kochali je niejednakowo i w zamian za posłuszeństwo. Helenka doradziła swojemu rodzeństwu, które dokuczało jej z tego powodu, że ma„łaskę u tatusia i mamusi”, żeby były posłuszne, jeśli chcą, żeby je ojciec tak samo kochał. Ciekawe jest słowo „łaska”użyte w kontekście miłości rodziców. W dalszej części biografii będzie jeszcze dużo o łaskach. Tym razem o „szczególnych Bożych łaskach”, które otrzymała Faustyna, a których nie otrzymali inni. Zazdrosne o rodzicielskie „łaski” rodzeństwo będzie miało paralelę w zazdrosnych o Boże łaski siostrach również dokuczających Faustynie z tego powodu. „Pewna siostra ustawicznie mnie prześladuje jedynie z tego powodu, że Bóg ze mną tak ściśle obcuje”- napisała w „Dzienniczku”

WYBRANIE

Marianna Kowalska- matka św. Faustyny powie o niej, że była „wybrana i najlepsza z dzieci”. „Wybranie”,„doskonalsze życie”, „szczególne łaski” – cała książka jest pełna takich elitarystycznych określeń. Życie zakonne nazwane jest kilkakrotnie „życiem doskonalszym”. Nie wiem czy to określenie pochodzi od św. Faustyny, czy E. Czaczkowskiej, niemniej jednak bez wątpienia istniało i nadal istnieje w świadomości wielu katolików. Nie było jednak łatwo w ówczesnych czasach, a przynajmniej niektórym nie było łatwo uzyskać wstęp do tego „życia doskonalszego”. Faustynie odmawiano przyjęcia w wielu klasztorach z powodu ubóstwa i braku wykształcenia. Dla przełożonych zakonu Matki Bożej Miłosierdzia, do którego przyszła święta ostatecznie trafiła, najważniejszy zdawał się być wygląd zewnętrzny i pierwsze wrażenie jakie robiła kandydatka. To przypomina mi współczesne poszukiwanie pracy przez młodych ludzi i rozmowy kwalifikacyjne. Niestety, były też i takie bariery, których nie dało siępokonać. Siostry Matki Bożej Miłosierdzia zajmowały się pomocą upadłym moralnie dziewczętom. Przebywały one w prowadzonych przez zakonnice zakładach przez kilka lat, a niektóre nawet przez całe życie. Nie mogły jednak same wstąpić do zakonu i dotyczyło to nie tylko dziewcząt z „grzeszną przeszłością” ale również sierot czy pochodzących z niepełnych rodzin. Bez względu na to, czy zmieniły swoje niewłaściwe zachowanie, skaza na ich przeszłości na zawsze zamykała im możliwość prowadzenia „doskonalszegożycia” i zostania „oblubienicami Chrystusa”. Ot, nie były do tego wystarczająco czyste rytualnie.

A propos czystości rytualnej i nie tylko rytualnej, E. Czaczkowska przytacza pewną wypowiedź zakonnicy-Faustyny zapisaną w dzienniczku w związku z jej przyjazdem do rodzinnego Głogowca: „Wiele mnie jeszcze kosztowało to, że musiałam całować dzieci. Znajome przychodziły z dziećmi i prosiły, żebym je brała choć na jedną chwilę na rękę i pocałowała. Mieli to za wielką łaskę, a dla mnie była sposobność do ćwiczenia się w cnocie, bo niejedno było dosyć brudne, ale żeby sięprzełamać i nie okazać wstrętu, to takie brudne dziecko pocałowałam dwa razy (…) miałam wiele sposobności do ćwiczenia się w cnocie.” Smutno mi, kiedy czytam te słowa. Jak mogła tak pisać osoba, która sama doświadczyła tyle niesprawiedliwości, odrzucenia i wzgardy? Zastanawiam się, co czuły te dzieci, kiedy po latach byćmoże przeczytały „Dzienniczek” i te słowa? Czy tak ma wyglądać miłosierdzie, o którym tyle mówi Faustyna? Czy na tym polega miłosierdzie Boże? Czy Jezus także tak strasznie walczył ze sobą i przełamywał się, zanim umył nogi uczniom lub zasiadł do stołu z celnikami i grzesznikami? Jeśli wierzyć słowom Pisma św., chyba nie. „Bo On nie wzgardził ani się nie brzydził nędząbiedaka” woła Psalmista. (Ps. 22) A księga Mądrości zapewnia, że Bóg miłuje wszystkie stworzenia i nie brzydzi się niczym co uczynił. (Mdr. 11; 24)

OBRAZ BOGA WG ŚW. FAUSTYNY

Pozostańmy jeszcze przy obrazie Boga jaki niesie przesłanie siostry Faustyny przybliżone w książce E. Czaczkowskiej. Niestety, przynajmniej dla mnie, nie jest to obraz zbyt zachęcający. Bóg św. Faustyny bezustannie żąda, rozkazuje, zsyła przeciwności uniemożliwiające wykonanie Jego żądań a potem ma pretensje, że się tych żądań nie wykonało i grozi strasznymi konsekwencjami. („opuszczę cię..”, „będziesz odpowiedzialna za dusze”). Nie jest zbyt skory do pocieszania. Kiedy Faustyna płacze i skarży się przed Jezusem z powodu jakiejś doznanej niesprawiedliwości, ten odpowiada: „Córko moja, czemuż płaczesz, przecież sama ofiarowałaś się na to cierpienie” Nie mogę uwierzyć, żeby Ten, który doświadczył wszystkiego na nasze podobieństwo i współczuje nam w naszych słabościach (por Hbr. 4; 15) mógł w ten sposób odpowiedzieć cierpiącemu człowiekowi. Przecież On sam, jak czytamy w liście do Hebrajczyków: „głośnym wołaniem i płaczem za dni ciała swego zanosił gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci” Co Bóg Ojciec odpowiedział na te wołania Jezusa? Czy także powiedział Mu: „Synu mój, czemuż płaczesz, przecież sam ofiarowałeś się na to cierpienie”? Odpowiedzi proponuję poszukać w Łk. 22; 43. Na początku swojej drogi w zakonie św. Faustyna pragnęła z niego wystąpić, ponieważ nie spełniał on jej oczekiwań. Pragnęła ona znaleźć się w klasztorze bardziej kontemplacyjnym, gdzie miałaby więcej czasu na modlitwę. Nie wystąpiła jednak, ponieważ ukazała jej się poraniona twarz Jezusa , który powiedział, że odejście Faustyny z zakonu sprawi mu wielkie cierpienie. Jak dla mnie, jest to zwykły szantaż emocjonalny. Bóg św. Faustyny żąda natychmiastowego, absolutnego posłuszeństwa i gniewa się jeśli mu takowe nie jest okazywane. Tymczasem Bóg Biblii pozwala z Sobą dyskutować, wyrazić wątpliwości. Mojżesz długo z Nim dyskutował zanim zgodził się wypełnić swoją misję, prorok Jonasz w ogóle zrobił coś przeciwnego niż Pan mu polecił, a potem zdecydowanie wyraził wobec Niego swój gniew z powodu Jego miłosierdzia okazanego mieszkańcom Niniwy. Żadnego z nich Bóg nie przestał kochać. Nie groził im karami, nie szantażował emocjonalnie, ale cierpliwie tłumaczył i przekonywał. Ale pewnie dla tego, że to byli „Żydzi wiarołomni”, nie to co super doskonali, święci, prawdziwie wybrani chrześcijanie doskonale posłuszni, z niezachwianym spokojem i opanowaniem stający wobec wszelkich cierpień, doskonale wierzący i nie pozwalający sobie na żadne wątpliwości. Oczywiście, doskonałe wypełnianie Bożej woli i bezgraniczne zaufanie wobec Pana powinno być największym pragnieniem i największą ambicją każdego Jego dziecka. Niemniej jednak, On raczej przynęca człowieka i mówi do jego serca niż żąda i rozkazuje. Nie mówi: „Rób tak jak każę i nie dyskutuj”, chociaż ma do tego pełne prawo. Słucha, kiedy wyrażamy wobec Niego nasze wątpliwości i obawy, a nawet bunt i niezadowolenie. W tym właśnie wyraża się wielkość Jego miłosierdzia. NA CZYM POLEGA WIELKOŚĆ ŚW. FAUSTYNY
Siostra Faustyna pisała niejednokrotnie w Dzienniczku, że będzie świętą na ołtarzach, niedługo przed śmiercią powiedziała jednej z sióstr, że Bóg chce ją wywyższyć i uczynić świętą. Nie wiem dlaczego tak pisała i mówiła. Mogło być tak, że polecił jej to robić objawiający się jej Jezus lub kierownik duchowy. Tego E. Czaczkowska w swojej książce nie wyjaśnia. Niemniej jednak, św. Piotrowi Apostołowi, Jezus również powiedział, że chce go wywyższyć. Powiedział,mu, że jest skałą, na której On zbuduje swój Kościół. Obiecał, że razem z pozostałymi Apostołami zasiądzie na tronie i będzie sądzić plemiona Izraela. Do kanonu Pisma Św. weszły 2 listy św. Piotra. Nie przypominam sobie, że żeby w którymś z nich czynił jakąś aluzję do tych obietnic. Św. Faustyna znana jest najbardziej ze swoich objawień.Wielu ludzi postrzega objawienia jako dowód szczególnego wybrania przez Boga i szczególnej z Nim więzi. Wyjątkowośćtej więzi podkreśla hermetyczny język jakim posługuje się autorka opisując „przeżycia mistyczne” słynnej zakonnicy. Jest on pełen takich tajemniczo brzmiących zwrotów jak „kontemplacja wlana” czy „oczyszczenie zmysłów”. Sama jednak Faustyna ich nie używa. Swoje przeżycia opisuje prosto. Jednym z nich była wizja Jezusa, jaką miała nad jeziorem Kiekrz. W tej wizji Jezus stanął obok niej (a nie na przeciwko) co również miało być, jak sugeruje Czaczkowska,znakiem wysokiego stopnia zażyłości z Bogiem. Jednak, w rzeczywistości, On tak samo stoi obok każdego człowieka. Nie tylko „stoi obok”, ale „ogarnia nas zewsząd i kładzie na nas swą rękę”(por Ps.139), jest „w nas” a my „w Nim”. A że Go nie widzimy? „Błogosławieni, którzy nie widzielia uwierzyli”. Czaczkowska opisuje również, że Faustyna rozmawiała z Bogiem jak dziecko z Ojcem, jak z przyjacielem.Jednak taką relację z Panem może i powinien mieć każdy wierzący. Po to właśnie Jezus umarł za nas i zasłona przybytku rozdarła się, abyśmy my, grzeszni ludzie mogli zbliżyć się do Boga. Ostatecznie, jednak o świętości człowieka nie decydują objawienia i przeżycia mistyczne, ale heroiczność cnót.Czaczkowska uwypukla przede wszystkim dwie z nich: heroiczne milczenie i posłuszeństwo.Niewątpliwie powściągliwość w mowie i ważenie słów jest dobrą cechą, ale nie można doprowadzać jej do ekstremum. W książce opisana jest taka scena, że kiedy w czasie rekolekcji pewna siostra chciała porozmawiać ze św. Faustyną, ta dawała jej znaki, że nie przerwie milczenia. Wtedy owa siostra nazwała ją „dziwadłem”. Czy jednak ta siostra nie miała trochę racji? Wyobrażam sobie jak musiała się czuć, kiedy Faustyna nie odezwała się do niej. A przecież zamiast się nie odzywać mogła tak pokierować rozmową, żeby zeszła na tematy duchowe. Wtedy zbudowały by się obie. Również, kiedy czytam o tym jak św. Faustyna traktowała posłuszeństwo zakonne naprawdę nie wiem czy mnie to bardziej śmieszy czy szokuje. Np. pewnego razu zapytała dwie konwersujące ze sobą zakonnice, czy mają pozwolenie na rozmowę. Oczywiście, rozumiem, że chciała jak najlepiej wypełnić regułę zakonną, ale moim zdaniem jest to podejście zbyt legalistyczne. To oczywiste, że każdy zakon ma swoją regułę, która go wyróżnia, jednak czy po to „umarliśmy dla prawa” (Rz.7; 4) żeby poddawać się nowym prawom w postaci reguł zakonnych?

Proszę nie myśleć, że moje krytyczne spojrzenie na życie siostry Faustyny ma na celu negację jej świętości. Skoro Kościół ogłosił ją świętą, to niewątpliwie niąjest. Jednakże, Helena Kowalska żyła w określonej epoce, w której w określony sposób pojmowano ideał świętości. Przedstawienie współczesnemu czytelnikowi takiego ideału zamiast go zainspirować może tylko zniechęcić i doprowadzić do wniosku, że świętość jest nieosiągalna dla przeciętnych ludzi. Osobiście, podziwiam w św. Faustynie wiele rzeczy, których pani Czaczkowska raczej nie uwypukliła. Pierwsza rzecz to zaradność. Helena Kowalska już jako nastolatka opuściła rodzinną wieś, by pracować w większym Aleksandrowie, a potem w jeszcze większej Łodzi. Następnie, czując powołanie dożycia zakonnego, wbrew sprzeciwom rodziców, pojechała do Warszawy. Pomimo młodego wieku, braku konkretnych kwalifikacji i tego, że mogła liczyć tylko na siebie,świetnie radziła sobie w dużych miastach. Sama szukała pracy i pracowała sumiennie. Oczywiście oprócz zaradności widać w tym wielkie zaufanie do Boga. Jak już wspomniałam, św. Faustyna była osobą bardzo pracowitą i sumienną. W zakonie powierzano jej wiele różnych zajęć. Faustyna podejmowała nowe wyzwania i starała się przezwyciężać trudności. W końcu stała się bardzo dobrą i cenionąkucharką, czyli: nie zakopała swoich talentów. Podoba mi się również to, że św. Faustyna miała odwagę by upominać niewłaściwie zachowujące się siostry, nawet jeśli w zakonie zajmowały wyższą pozycję niż ona. Kiedy pod koniec swojegożycia myślała o założeniu nowego zakonu planowała, że w nim: „pomiędzy sobą (siostry) nie będą dzielić się na żadne chóry ani na żadne matki i mateczki, ani na wielebne, ani przewielebne, wszystkie będą sobie równe, chociażby je różniło pochodzenie bardzo wielkie” Jest to piękna i głęboko ewangeliczna myśl. Dostrzegam w niej pewien rodzaj „buntu” i świętego „nieposłuszeństwa” wobec uświęconego tradycją ówczesnego pojmowania życia zakonnego. Szkoda, że Faustyna nie poszła dalej i nie zasugerowała, żeby ten zakon przyjmowałtakże kobiety „z grzeszną przeszłością”

MIŁOSIERDZIE BOŻE

Na koniec pragnę odnieść się do przesłania miłosierdzia Bożego propagowanego przez św. Faustynę. Czaczkowska z jednej strony pisze, że nauka o Bożym miłosierdziu zawsze była obecna w Kościele, z drugiej strony wydaje sięprzedstawiać św. Faustynę, jako kogoś, kto dokonał przełomowego odkrycia w tej kwestii. Niewątpliwie, Faustyna ma rację, że powinniśmy ufać miłosierdziu Zbawiciela i sami czynić miłosierdzie wobec innych. Jednak do zaproponowanych przez nią form kultu miłosierdzia Bożego odnoszę się z rezerwą. Szczególnie niepokoi mnie przekonanie, że jeśli będzie się odmawiać określoną modlitwę(koronkę) o określonej godzinie, otrzyma się szczególne łaski i dostąpi wysłuchania próśb. To wszystko można równie dobrze mieć bez koronki do miłosierdzia Bożego. W Ewangelii Jezus wielokrotnie daje obietnicę, że jeśli modlimy się o coś w Jego imieniu, zostaniemy wysłuchani, nieważne o której i nie ważne jakich słów użyjemy. Poza tym, jak już starałam się przedstawić to powyżej, obraz Boga przedstawiony w „Dzienniczku” niezbyt przekonuje mnie co do Jego miłosierdzia. Na czym miałoby polegać to miłosierdzie? Na ocaleniu człowieka przed ogniem piekielnym? Bóg, którego znam z kart Pisma Świętego jest o wiele większy. Nie okazuje swoim dzieciom miłości w zamian za posłuszeństwo. To nie syn marnotrawny zazdrościł starszemu bratu, że „ma więcejłaski” u Ojca, ale na odwrót. Bóg bierze sobie za oblubienicę i małżonkę (tzn. powołuje do bliskiej więzi z Sobą) nie czystą dziewicę, ale nierządnicę i nie przestaje jej kochać pomimo zdrady i niewierności (por. ks. Ozeasza). Szkoda,że w zakonie do którego należała św. Faustyna nie przykładano zbyt wielkiej wagi do lektury Pisma Św. Pozostaje jednak mieć nadzieję, że jej objawienia, w których przypomniała ona prawdę o Bożym miłosierdziu zachęcą wiernych do jej zgłębiania u źródła, czyli w samym Słowie Bożym.

Wszystkie cytaty za: Ewa K. Czaczkowska „Siostra Faustyna. Biografia świętej.”Znak, 2012

Siostra Faustyna. Biografia świętej. Moje refleksje po przeczytaniu książki E. Czaczkowskiej.

http://pytaniaabigail.blogspot.com/2014/04/siostra-faustyna-biografia-swietej-moje_2.html

Posted in Książki (e-book), Miłosierdzie Boże, Św. Faustyna | Leave a Comment »

KORZENIE – ks. Jerzy Lech Kontkowski

Posted by tadeo w dniu 18 marca 2014

APC - 2014.03.18 18.50 - 001.3d

http://www.mtg-malopolska.org.pl/images/skany/kontkowski/J_L_kontkowski_Korzenie.pdf

Posted in Książki (e-book), Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Wspomnienia | Leave a Comment »

SKRADZIONA TOŻSAMOŚĆ – EUGENIUSZ KOŚCIESZA

Posted by tadeo w dniu 11 stycznia 2014

Państwo Polskie jest wspólnym dobrem wszystkich obywateli.
Wskrzeszone walką i ofiarą najlepszych swoich synów ma być przekazywane w spadku dziejowym z pokolenia na pokolenie.
Każde pokolenie obowiązane jest wysiłkiem własnym wzmóc siłę i powagę Państwa.
Za spełnienie tego obowiązku odpowiada przed potomnością swoim honorem i swoim imieniem

From: kosciesza_e@poczta.onet.pl

To: afery@poczta.fm

Sent: Friday, March 14, 2008 3:22 PM

Subject: O prawdę

Szanowni Państwo,

Będąc pełen podziwu dla treści waszej strony internetowej ,chciałbym połączyć się w tych wysiłkach na rzecz uświadomienia i podłączyć się o ile możliwe do jej zawartości . Pragnę tu zwrócić uwagę na moje opracowanie ,, Ojczyźnie ?skradziona tożsamość?? , dotyczące kluczowych w najnowszej historii Polski ,a zarazem nieobecnych w polskojęzycznej propagandzie jak i edukacji zagadnień. Mam nadzieję ,że po zapoznaniu się z treścią tego opracowania uznacie, że warto odnieść internetowy link do niego na waszej stronie?http://republika.pl/skradziona_tozsamosc_edycjaii

Umożliwiło by to sporej części Polaków zapoznanie się z zakazanymi nadal na wzór PRL zagadnieniami . Dałoby to m.in. zrozumienie dlaczego Polacy , zmuszeni do bycia poza krajem nie posiadają należnych obywatelowi polskiemu praw.

Podjęte w niniejszym opracowaniu tematy zebrane razem jednoznacznie obnażają antypolski charakter państwowości występującej pod szyldem ,,III RP??. Owej państwowości, która ubierając się w polską symbolikę ? godło , hymn, barwy narodowe polskiej przedwojennej państwowości- instytucjonalnie , personalnie , ustawowo pozostaje w swej ciągłości PRL-em.

 To akurat , że po 50 latach armia sowiecka wycofała się z terenów Polski jałtańskiej (tak jak wycofała się z trenów Litwy , tzw. Białorusi czy Ukrainy ) nie zmienia faktu ,że sowieckie służby specjalne nadal mają nieformalną władzę w tych wszystkich krajach.

 W przypadku Polski wywodząca się z PRL samozwańcza ,,elita?? z swoim wykastrowanym do 1989r oficjalnym rodowodem kryje swoje bolszewickie pochodzenie za parawanem ,,Ustawy o ochronie danych osobowych??. Nie przypadkiem też ma głęboką amnezję w poruszonych w opracowaniu zagadnieniach , przede wszystkim w temacie prawomocnej Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z 23 kwietnia 1935r!

 Tylko przywrócenie jej funkcjonowania (do czego odnosi się niniejsze opracowanie) spowoduje ,że wszyscy Polacy mieszkający w Kraju , za granicą i pozostający nadal na sowieckim zesłaniu staną się wreszcie pełnoprawnymi obywatelami tego wreszcie prawdziwego Państwa Polskiego. Tym samym samozwańczą bolszewicko ?mafijną nomenklaturę PRL /,,III RP?? czekać będzie należne tej szumowinie rozliczenie na podstawie polskiego Kodeksu Karnego z 1932 r , i nie będzie to się działo wobec post komunistycznych sądów ,, III RP??. Funkcjonariuszy tychże ostatnich ,także po przywróceniu prawdziwej państwowości polskiej będzie czekało rozliczenie za kolaborację z okupantem , kagiebowską mafią w okresie PRL/ ,,III RP?? oraz targowicką politykę wcielania Polski do Eurorzeszy.

 Licząc na Państwa wsparcie w temacie przywrócenia dla świadomości ogółowi Polaków tych kluczowych dla prawdziwie niepodległej Polski zagadnień

Pozdrawiam i życzę dalszych sukcesów na rzecz ujawniania Prawdy niezależnie od decyzji w tymtemacie

Eugeniusz Kościesza

plik pdf do pobrania

…tak więc przedstawiamy –

OJCZYŹNIE SKRADZIONA TOŻSAMOŚĆ EUGENIUSZ KOŚCIESZA

SPIS TREŚCI

CZ I. ,, BIAŁE PLAMY NAJNOWSZYCH DZIEJÓW POLSKI.

Wstęp

A. ODRODZENIE PAŃSTWA POLSKIEGO

1. Sprawa polska na tle sytuacji międzynarodowej na początku XX w.

2. Polskie inicjatywy na rzecz odzyskania własnej państwowości do 1918r.

3.Wojna wyzwoleńcza i odzyskanie własnej państwowości 1918-21r .
– Ogłoszenie niepodległości Polski

– Walki wyzwoleńcze w zaborze austriackim

– Sprawa Śląska Cieszyńskiego (Zaolzia)

-Zrzucenie jarzma niemieckiej niewoli

4. Wojna z Rosją Sowiecką 1919-1920r.

B. NIEPODLEGŁOŚĆ

5.Rozwój ustroju państwowego Rzeczypospolitej Polskiej
6 Dwie ,,lewice? w Polsce

7.Polityka zagraniczna Rzeczypospolitej Polskiej.

8. Polska w przededniu wojny o zachowanie niepodległości

C. II WOJNA ŚWIATOWA – NAJAZD, IV ROZBIÓR POLSKI – kontra LEGALNE WŁADZE R.P. i FORMACJE W.P.

9. Działania wojenne Polski i Niemiec 1-17 IX 1939r.
10. Napaść ZSRS na Polskę- IV rozbiór Polski.
11. Polska pod sowiecką okupacją 1939-1941r.
12. Władze Rzeczypospolitej Polskiej na obczyźnie 1939 -1945.
13. Polskie Siły Zbrojne poza krajem.
– I Korpus Polski
– Polskie Siły Powietrzne i Polska Marynarka Wojenna
-II Korpus Polski
14. Polskie Państwo Podziemne 1939-45r.
15.Polskie siły zbrojne w okupowanym kraju: Armia Krajowa.

D. POWSTANIE LIPCOWE
– Samotna walka zdradzonej Polski 1944-1963r.

16.Zmowy w Moskwie, Teheranie i Jałcie-piąty rozbiór Polski.

17. Operacja,, Burza.

18. ,E cui facit, qui prodest! – Powstanie w Warszawie i unicestwienie stolicy Polski.

19. Wcielenie Polski Wschodniej do Związku Sowieckiego.

20. Aparat utrwalania sowieckiej okupacji w Polsce Zachodniej.
– Polskojęzyczne formacje Armii Czerwonej: ,,Ludowe Wojsko Polskie”

– Polskojęzyczne formacje NKWD: PPR,AL.,MBP,.KBW ,MO

Ludobójstwo pod przykrywką ,,prawa – aparat sądowo -prokuratorski PRL

21 . Naród w samoobronie -wojna partyzancka z sowieckim okupantem 1944-1963r.

E. POD SOWIECKĄ OKUPACJĄ 1944-1992r

22. Eksterminacja ludności polskiej na obszarach zagrabionych przez ZSRS do 1991r.

23. Rodowód polityczny PRL: sukcesor paktu Ribbentrop- Mołotow.

24. Krypto- rasizm jako istota systemu politycznego PRL.

-Eksterminacje polskiej lewicy w PRL.

Likwidacja Polskiej Partii Socjalistycznej przez sowiecki aparat PRL

-Pucz wojskowy na robotniczym ruchu związkowym w grudniu 1881r.

26. Rasizm religijny
– Zwalczanie polskiego Kościoła i religii chrześcijańskiej przez bolszewicki reżym PRL.

27. Polityka wywłaszczenia polskiej wsi przez system PRL/ ,,III R.P.”

28. Rasizm ekonomiczny- ,,POLITYKA GOSPODARCZA” – sowieckiej kasty rządzącej PRLem

F .,,Władzy raz wziętej nie oddamy nigdy” – Ciąg dalszy PRL pod szyldem ,,III RP”

29. Geneza tzw. ,,transformacji ustrojowej 1989r.

30. Władze Rzeczypospolitej Polskiej 1945- 1992r.

31. Kanty ,,okrągłego stołu”

32. L. Wałęsa, A. Kwaśniewski: Prezydenci R.P. czy PRL?

33.Wykastrowana demokracja systemem politycznym ,,III RP”.

34. Mafijno – lichwiarski ustrój gospodarczy ,,III RP”.

35. Sądowo-prokuratorski parawan bolszewickiej ośmiornicy.

36. ,,Władzy raz wziętej nie oddamy nigdy” -,,III RP” państwem policyjnym! .

37.Unia Europejska zagrożeniem podstaw materialnych egzystencji Polaków.

38.Rzesza europejska zagrożeniem dla dalszego bytu Polski.

Cz.II ZŁODZIEJE POLSKIEJ TOŻSAMOŚCI

39.Metodyka ograbiania Polaków z narodowej tożsamości 1939-2007

40.Raz jeszcze o rodowodzie sprawców kradzieży

41. ,, ICH” droga do Europy zawsze wiodła po ,,trupie Polski”

Cz. III PODSUMOWANIE :JEŻELI NIE DO UNII TO?

42. System władzy w Polsce w świetle prawomocnej Konstytucji R.P. z 1935r i ciśgłości reguł prawa międzynarodowego.

43. ,,Bez ostatniego rozdziału…

Cz. V. ZAŁĄCZNIKI Z TREŚCI KLUCZOWYCH DOKUMENTÓW HISTORII NAJNOWSZEJ

Program P.P.S. F.R.

Istota demokracji na podstawie wyjątków z ,,Objaśnień programu PPS”.

Wyjątki z kodeksu karnego Niepodległej Polski z 1932r.

Wyjątki ordynacji wyborczej do Sejmu z 1935r

– Treść układu Ribbentrop – Mołotow z przebiegiem linii rozdziału stref wpływów.

Prawdziwy przebieg tzw. ,,linii Curzona”

układ polsko-brytyjski o wzajemnej pomocy z 25 sierpnia 1939

treść Karty Atlantyckiej

,,Umowa repatriacyjna” z 2 VII 1945- wyjątki .

,,Ustawa o ochronie danych osobowych” – wyjątki.


BIBLIOGRAFIA

– Bibliografia wg tytułów dozwolonych do wydawania na obszarze kraju.

-Bibliografia wg. tytułów ustawowo błąd – nieoficjalnie zakazanych do wydawania i kolportażu w kraju

Eugeniusz Kościesza

http://www.angelfire.com/empire2/kosciesza/SKRADZIONA_TOZSAMOSC.htm

Posted in Historia, Książki (e-book), POLECAM | Leave a Comment »

Życie w czasach dyktatury

Posted by tadeo w dniu 22 grudnia 2013

Na po­czą­tek tro­chę sta­ty­sty­ki. Bia­ło­ruś jest 87. kra­jem świa­ta pod wzglę­dem licz­by miesz­kań­ców. We­dług Na­ro­do­we­go Ko­mi­te­tu Sta­ty­stycz­ne­go RB 1 stycz­nia 2013 r. Bia­ło­ru­si­nów było 9 mln 464 tys. . Co cie­ka­we, więk­szość to ko­bie­ty: na 1000 męż­czyzn na Bia­ło­ru­si przy­pa­da­ją 1152 ko­bie­ty. Inna spra­wa, że licz­ba lud­no­ści na Bia­ło­ru­si cią­gle spada. W 1994 r., kiedy Alak­sandr Łu­ka­szen­ka zo­stał wy­bra­ny na pre­zy­den­ta, Bia­ło­ruś li­czy­ła 10 mln 243 tys. miesz­kań­ców, w ciągu pra­wie 20 lat ta licz­ba spa­dła nie­mal o mi­lion.

Alaksandr Łukaszenka, fot. AFPAlaksandr Łukaszenka, fot. AFPFoto: AFP

Od 1996 r. bia­ło­ru­ska go­spo­dar­ka no­tu­je stały wzrost pro­duk­tu kra­jo­we­go brut­to. Naj­więk­szy wzrost od­no­to­wa­no w 1997 r. — 11,9%, a naj­mniej­szy w 2009 r. — 0,2%. Sy­tu­acja jest do tego stop­nia zdu­mie­wa­ją­ca i nie­po­dob­na do resz­ty świa­to­wych go­spo­da­rek, że mówi się o fe­no­me­nie bia­ło­ru­skie­go wzro­stu go­spo­dar­cze­go. Tak, bia­ło­ru­ska go­spo­dar­ka kwi­tła nawet w cza­sach kry­zy­su go­spo­dar­cze­go w 2011 r., kiedy to w kan­to­rach nie było do­la­rów, a skle­py świe­ci­ły pust­ka­mi. Takie re­we­la­cje są jed­nym z po­wo­dów, dla któ­rych Mię­dzy­na­ro­do­wy Fun­dusz Wa­lu­to­wy po­dej­rze­wa Bia­ło­ruś o fał­szo­wa­nie sta­ty­styk do­ty­czą­cych wzro­stu go­spo­dar­cze­go.

Bia­ło­ru­si­ni są naj­więk­szy­mi w świe­cie ama­to­ra­mi ziem­nia­ków. Ziem­nia­ki są w tym kraju na­zy­wa­ne „dru­gim chle­bem”, co sym­bo­li­zu­je ich zna­cze­nie w bia­ło­ru­skiej kuch­ni. Sta­ty­stycz­ny Bia­ło­ru­sin rocz­nie zjada ok. 850 kg ziem­nia­ków, co daje temu na­ro­do­wi pierw­sze miej­sce na świe­cie pod wzglę­dem spo­ży­cia tych wa­rzyw . W Miń­sku ziem­niak ma nawet swój po­mnik.

Bia­ło­ruś zaj­mu­je pierw­sze miej­sce na świe­cie, je­że­li cho­dzi o licz­bę wizyt u le­ka­rza, jaka przy­pa­da rocz­nie na jed­ne­go miesz­kań­ca kraju. W ciągu roku sta­ty­stycz­ny Bia­ło­ru­sin od­wie­dza le­ka­rza co naj­mniej 11,6 raza .

W ciągu ostat­nich pię­ciu lat we­dług da­nych Świa­to­wej Or­ga­ni­za­cji Zdro­wia (ang. World He­alth Or­ga­ni­za­tion, skrót: WHO) Bia­ło­ruś znaj­do­wa­ła się w ści­słej czo­łów­ce kra­jów ba­da­nych pod kątem licz­by sa­mo­bójstw na 100 tys. miesz­kań­ców. We­dług ofi­cjal­nych sta­ty­styk w 2012 r. 1949 Bia­ło­ru­si­nów do­bro­wol­nie po­że­gna­ło się z ży­ciem. Dla po­rów­na­nia: w tym samym cza­sie w wy­pad­kach dro­go­wych zgi­nę­ło 1312 osób .

Bia­ło­ruś jest kra­jem ludzi pi­ją­cych. We­dług WHO w 2012 r. sta­ty­stycz­ny Bia­ło­ru­sin wypił ponad 12 l czy­ste­go spi­ry­tu­su. Pro­ble­my z nad­uży­wa­niem al­ko­ho­lu ma co dzie­sią­ty miesz­ka­niec Bia­ło­ru­si, w tym ponad 193 tys. Bia­ło­ru­si­nów jest uzna­wa­nych za al­ko­ho­li­ków . Sy­tu­acja wciąż się po­gar­sza — w ciągu ostat­nich pię­ciu lat sprze­daż al­ko­ho­lu na Bia­ło­ru­si wzro­sła o ponad 40%.

Dział ONZ ds. nar­ko­ty­ków i prze­stęp­czo­ści (ang. Uni­ted Na­tions Of­fi­ce on Drugs and Crime) oce­nił, że Mińsk jest dru­gim pod wzglę­dem braku bez­pie­czeń­stwa eu­ro­pej­skim mia­stem. Na 100 tys. miesz­kań­ców w 2012 r. przy­pa­da­ło tu 5,7 mor­derstw .

Bia­ło­ruś to je­dy­ne pań­stwo w Eu­ro­pie, gdzie nadal jest sto­so­wa­na kara śmier­ci. Bia­ło­ru­ski Ko­deks karny uwzględ­nia 14 ro­dza­jów prze­stępstw, za które prze­wi­dzia­na jest naj­wyż­sza kara; są to m.​in.: mor­der­stwo z pre­me­dy­ta­cją, lu­do­bój­stwo, zdra­da pań­stwa po­wią­za­na z do­ko­na­niem mor­der­stwa, ter­ro­ryzm. Kara śmier­ci wy­ko­ny­wa­na jest po­przez roz­strze­la­nie. Ska­za­niec do­sta­je strzał w tył głowy. Sta­ty­sty­ki do­ty­czą­ce wy­ko­ny­wa­nia kar śmier­ci przez wiele lat po­zo­sta­wa­ły ta­jem­ni­cą pań­stwo­wą. Tylko w 2012 r. bia­ło­ru­skie Mi­ni­ster­stwo Spra­wie­dli­wo­ści ujaw­ni­ło, że w la­tach 1990 – 2011 orze­czo­no 326 wy­ro­ków kary śmier­ci , które się upra­wo­moc­ni­ły. Alak­sandr Łu­ka­szen­ka tylko raz sko­rzy­stał z prawa łaski, resz­tę wy­ro­ków wy­ko­na­no.

We­dług mię­dzy­na­ro­do­wej or­ga­ni­za­cji ICPS (ang. In­ter­na­tio­nal Cen­tre for Pri­son Stu­dies) w 2007 r. Bia­ło­ruś była dru­gim kra­jem na świe­cie, je­że­li cho­dzi o licz­bę więź­niów przy­pa­da­ją­cych na 100 tys. oby­wa­te­li. Ta licz­ba wy­no­si­ła 456 i w ciągu na­stęp­nych pię­ciu lat stale ma­la­ła. Obec­nie Bia­ło­ruś zaj­mu­je 17. miej­sce na świe­cie, z 438 więź­nia­mi na 100 tys. oby­wa­te­li. We­dług upu­blicz­nio­nych przez bia­ło­ru­skie MSW da­nych na sty­czeń 2013 r. karę po­zba­wie­nia wol­no­ści w bia­ło­ru­skich wię­zie­niach od­sia­dy­wa­ło ok. 38 tys. ludzi. Jed­nak obroń­cy praw czło­wie­ka kwe­stio­nu­ją te dane, twier­dząc, że są za­ni­ża­ne przez bia­ło­ru­skie wła­dze, i uwa­ża­ją, że na 100 tys. oby­wa­te­li przy­pa­da na Bia­ło­ru­si ok. 600 więź­niów.

W 2007 r. Bia­ło­ru­si­ni po­peł­ni­li 2,7 mln wy­kro­czeń . Ozna­cza to, że nie­mal co trze­ci Bia­ło­ru­sin zo­stał po­cią­gnię­ty do od­po­wie­dzial­no­ści ad­mi­ni­stra­cyj­nej. Nie tyle świad­czy to o skłon­no­ści Bia­ło­ru­si­nów do na­ru­sza­nia prze­pi­sów, ile o nad­zwy­czaj­nej ak­tyw­no­ści or­ga­nów kon­tro­lu­ją­cych oraz su­ro­wo­ści bia­ło­ru­skie­go prawa.

W 2012 r. na Bia­ło­ru­si uro­dzi­ło się 114 999 dzie­ci, w tym samym okre­sie wy­ko­na­no ok. 27 tys. abor­cji . W ciągu ostat­nich 20 lat w tym kraju do­szło do ponad 2,5 mln abor­cji . Po­ło­wa Bia­ło­ru­si­nek de­kla­ru­je, że co naj­mniej raz w swoim życiu zde­cy­do­wa­ła się usu­nąć ciążę.

Z in­ter­ne­tu ko­rzy­sta 6,3 mln Bia­ło­ru­si­nów . Na 100 ro­dzin­nych go­spo­darstw przy­pa­da: 59 kom­pu­te­rów, 154 ko­lo­ro­we te­le­wi­zo­ry i 134 lo­dów­ki .

Bia­ło­ruś tra­dy­cyj­nie na­le­ży do świa­to­wej czo­łów­ki kra­jów han­dlu­ją­cych bro­nią. We­dług ra­por­tu Sztok­holm­skie­go In­sty­tu­tu Badań nad Pro­ble­ma­mi Po­ko­ju (ang. Stoc­kholm In­ter­na­tio­nal Peace Re­se­ach In­sti­tu­te, skrót: SIPRI) w 2012 r. kraj ten zaj­mo­wał 20. miej­sce na świe­cie pod wzglę­dem ilo­ści eks­por­to­wa­nej broni, wy­prze­dza­jąc takie pań­stwa, jak np.: Au­stria, Tur­cja, Au­stra­lia czyPol­ska .

Część tych da­nych nie jest kwe­stio­no­wa­na przez wła­dze (np. in­for­ma­cje do­ty­czą­ce licz­by sa­mo­bójstw czy nad­uży­wa­nia al­ko­ho­lu), inne budzą sprze­ciw apa­ra­tu pań­stwo­we­go (np. licz­ba za­bójstw — co cie­ka­we, w tym przy­pad­ku ONZ pod­kre­śla, że skła­da­jąc swój ra­port o bez­pie­czeń­stwie na świe­cie, ko­rzy­sta­ła z ofi­cjal­nych sta­ty­styk bia­ło­ru­skie­go MSW), jesz­cze inne są przed­mio­tem dumy władz (wzrost PKB). Jed­nak te licz­by, jak w przy­pad­ku każ­dej sta­ty­sty­ki, nie od­zwier­cie­dla­ją tego, czym jest życie co­dzien­ne na Bia­ło­ru­si.

Or­ga­ni­za­cja New Eco­no­mics Fo­un­da­tion, która wy­li­cza tzw. świa­to­wy in­deks szczę­ścia, w 2012 r. umie­ści­ła Bia­ło­ruś na 103. miej­scu wśród 151 kra­jów. Jak więc widać, szczę­ścia Bia­ło­ru­si­ni nie mają w nad­mia­rze. In­deks ob­li­cza­ny przez NEF nie do­ty­czy tylko sy­tu­acji go­spo­dar­czej — zgod­nie z ran­kin­giem np. miesz­kań­cy Ko­sta­ry­ki są bar­dziej szczę­śli­wi od oby­wa­te­li USA.

Jak więc wy­glą­da życie co­dzien­ne na Bia­ło­ru­si? Co myślą o swoim kraju sami Bia­ło­ru­si­ni? Czy są szczę­śli­wi? Jak to czę­sto bywa, na te py­ta­nia nie ma uni­wer­sal­nych od­po­wie­dzi, a każdy Bia­ło­ru­sin ma wła­sną.

Na­uczy­ciel: trzy razy gło­so­wa­łem na Łu­ka­szen­kę

— Mnie się na Bia­ło­ru­si po­do­ba. Ni­g­dzie nie chcę wy­jeż­dżać — An­drej pa­trzy mi pro­sto w oczy, jakby cze­ka­jąc na re­ak­cję. — Dyk­ta­tu­ra, dyk­ta­tu­ra… Sam trzy razy gło­so­wa­łem na Łu­ka­szen­kę, więc o wła­dzy mówię „moja wła­dza” — oznaj­mia dum­nie.

Ma 34 lata i pra­cu­je jako na­uczy­ciel wy­cho­wa­nia fi­zycz­ne­go w jed­nej z gro­dzień­skich szkół. Za­ra­bia 3,5 mln bia­ło­ru­skich rubli, co sta­no­wi rów­no­war­tość 400 do­la­rów. Jego żona jest in­ży­nie­rem w pań­stwo­wej te­le­wi­zji, do­sta­je 4 mln, czyli ok. 460 do­la­rów. Razem mają 7,5 mln. Nie­zbyt dużo. Z tego co mie­siąc muszą za­pła­cić ok. 200 tys. za miesz­ka­nie (ogrze­wa­nie, woda, prąd itd.). Na­stęp­ne 100 tys. to ra­chun­ki za te­le­fo­ny, w tym dwa ko­mór­ko­we. Zo­sta­je więc 7 mln. — Na życie nam star­cza, cza­sem coś jesz­cze za­osz­czę­dzi­my — mówi An­drej.

Razem z ro­dzi­ną miesz­ka w dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu, które mie­ści się na dzie­wią­tym pię­trze bloku po­ło­żo­ne­go na obrze­żach Grod­na. Ze swo­jej pen­sji oczy­wi­ście nie dałby rady go kupić, na szczę­ście po­mo­gli mu ro­dzi­ce. Miesz­ka­nie jest skrom­ne, ale za­dba­ne. Mają te­le­wi­zor, kom­pu­ter… Sa­mo­cho­du nie mają i na razie nie pla­nu­ją go ku­po­wać. An­drej oce­nia, że jest śred­nio za­moż­ny. — Chcia­ło­by się wię­cej za­ra­biać, bo pie­nię­dzy za­wsze bra­ku­je, ale naj­waż­niej­sze jest, by nie było go­rzej — mówi krót­ko.

W 1994 r., kiedy Alak­sandr Łu­ka­szen­ka zo­stał pre­zy­den­tem Bia­ło­ru­si, An­drej miał 15 lat, więc nie mógł jesz­cze gło­so­wać. — Ale za to wtedy na Łu­ka­szen­kę gło­so­wa­ła moja matka. Pa­mię­tam, że sza­le­nie jej im­po­no­wał — opo­wia­da.

Matka An­dre­ja sa­mot­nie wy­cho­wy­wa­ła syna, a dziś jest już na eme­ry­tu­rze. W 1994 r. pra­co­wa­ła jako in­spek­tor po­dat­ko­wy. Do dzi­siaj jest pełna uwiel­bie­nia dla Alak­san­dra Łu­ka­szen­ki. — Myślę, że za­szcze­pi­ła swoje po­glą­dy mnie. Mam ta­kie­go ko­le­gę, który miesz­kał nie­da­le­ko od mo­je­go ro­dzin­ne­go domu. Uczy­li­śmy się w tej samej kla­sie. Jego też wy­cho­wy­wa­ła tylko matka. Przy­jaź­ni­li­śmy się. Do­ra­sta­li­śmy razem, ale on zu­peł­nie ina­czej oce­nia sy­tu­ację w kraju. Dla niego Za­chód to ab­so­lut­ne dobro, a Łu­ka­szen­ka to ab­so­lut­ne zło. Cie­ka­we, że tak samo myśli jego matka. Tak więc być może wszyst­ko da się spro­wa­dzić do wy­cho­wa­nia? — za­sta­na­wia się An­drej.

Szef nie­za­leż­ne­go ośrod­ka so­cjo­lo­gicz­ne­go NI­SE­PI, dr Aleh Ma­na­jeu, tak opi­su­je tra­dy­cyj­ny elek­to­rat Łu­ka­szen­ki: — Od po­cząt­ku rzą­dów Łu­ka­szen­ki zde­cy­do­wa­nie po­pie­ra­ły go niż­sze war­stwy spo­łe­czeń­stwa, o słab­szej edu­ka­cji, miesz­kań­cy wsi, eme­ry­ci o ni­skich do­cho­dach… A mło­dzi, z bia­ły­mi zę­ba­mi i dłu­gi­mi no­ga­mi, ma­ją­cy wyż­sze do­cho­dy, zna­ją­cy ję­zy­ki obce, na­le­że­li do jego prze­ciw­ni­ków. Tak rze­czy­wi­ście było, ale to się zmie­nia. Teraz już nie ma tak wy­raź­ne­go po­dzia­łu. Da się za­uwa­żyć za­leż­ność mię­dzy wy­kształ­ce­niem a po­li­tycz­ny­mi pre­fe­ren­cja­mi: le­piej wy­kształ­ce­ni nie po­pie­ra­ją Łu­ka­szen­ki. Ale wśród zwo­len­ni­ków Łu­ka­szen­ki po­ja­wi­ła się także spora grupa urzęd­ni­ków, przed­się­bior­ców, tych, któ­rzy się do­ro­bi­li i za­wdzię­cza­ją swoje po­ło­że­nie ma­te­rial­ne obec­nej sy­tu­acji po­li­tycz­nej. To są lu­dzie z do­brym wy­kształ­ce­niem, o wy­so­kich do­cho­dach.

An­drej nie jest więc ty­po­wym przed­sta­wi­cie­lem twar­de­go elek­to­ra­tu Alak­san­dra Łu­ka­szen­ki. Nie na­le­ży do post­so­wiec­kie­go „ciem­no­gro­du” tę­sk­nią­ce­go za cza­sa­mi ko­mu­ni­zmu, nie miesz­ka na wsi. Ma wyż­sze wy­kształ­ce­nie, zwie­dził świat, zna ję­zy­ki obce — fran­cu­ski i pol­ski. Ale jed­no­cze­śnie nie jest urzęd­ni­kiem pań­stwo­wym, nie otrzy­mu­je ja­kichś szcze­gól­nych pro­fi­tów od re­żi­mu. Wie­lo­krot­nie był za gra­ni­cą, wi­dział więc, co od­róż­nia Bia­ło­ruś od Pol­ski czy Fran­cji. Ko­rzy­sta z in­ter­ne­tu, oglą­da pol­ską te­le­wi­zję, a mimo to gło­su­je na Łu­ka­szen­kę i po­do­ba­ją mu się bia­ło­ru­skie po­rząd­ki.

Co go prze­ko­nu­je do Łu­ka­szen­ki? — Za­zwy­czaj po­rów­nu­je się Bia­ło­ruś do Pol­ski czy Litwy. No wiesz, tu, w Grod­nie, nie­mal każdy był w Bia­łym­sto­ku… Wy­glą­da to tak: jadą do su­per­mar­ke­tu i są za­chwy­ce­ni. Cała ta ich „Eu­ro­pa” spro­wa­dza się do Bia­łe­go­sto­ku albo nawet do su­per­mar­ke­tu Tesco. Ja byłem we Fran­cji, w Niem­czech, ale też w Rosji i na Ukra­inie. I to daje mi per­spek­ty­wę. Można stra­cić to, co się ma. Spójrz­cie na Rosję. Drogi roz­wa­lo­ne, ko­rup­cja, bez­ro­bo­cie… A u nas? Po­rzą­dek, mia­sta czy­ste, drogi ładne… Czyja to za­słu­ga? Oczy­wi­ście Łu­ka­szen­ki. Nie po­zwo­lił kra­jo­wi sto­czyć się w bagno. Za­pro­wa­dził po­rzą­dek. Bez krwi… Tak, u nas nie jest tak do­brze jak na Za­cho­dzie. Nie je­ste­śmy tacy za­moż­ni. Wi­dzia­łem na wła­sne oczy, jak jest na Za­cho­dzie. Ale skąd pew­ność, że nie może się nagle stać tak źle jak na Ukra­inie? Mor­do­bi­cie w par­la­men­cie — czy tak ma wy­glą­dać de­mo­kra­cja? Dla­te­go uwa­żam, że naj­więk­sze osią­gnię­cie Łu­ka­szen­ki to sta­bi­li­za­cja — mówi An­drej.

Sta­bi­li­za­cja — oto jedno z ulu­bio­nych haseł bia­ło­ru­skiej pro­pa­gan­dy. Sta­bi­li­za­cja we­dług bia­ło­ru­skich służb ide­olo­gicz­nych to naj­więk­sza za­słu­ga pre­zy­den­ta Łu­ka­szen­ki. To po­rzą­dek, pew­ność jutra, spo­kój spo­łecz­ny. Bez re­wo­lu­cji, bez pro­te­stów ulicz­nych… Sta­bi­li­za­cja jest wtedy, kiedy z wia­do­mo­ści te­le­wi­zyj­nych czło­wiek do­wia­du­je się o sa­mych suk­ce­sach wła­dzy, o mą­drych de­cy­zjach pre­zy­den­ta. Pro­ble­my? Te mają są­sie­dzi. W Pol­sce ga­lo­pu­je bez­ro­bo­cie, we Fran­cji wy­bu­cha­ją walki ulicz­ne i palą się sa­mo­cho­dy, gdzieś są ulewy, trzę­sie­nia ziemi i hu­ra­ga­ny… Na Bia­ło­ru­si zaś jest sta­bi­li­za­cja — czyli spo­kój i pew­ność lep­sze­go jutra.

Bia­ło­ru­ska sta­bi­li­za­cja ma jed­nak ze­wnętrz­nych i we­wnętrz­nych wro­gów. Tych, któ­rym — jak twier­dzą bia­ło­ru­scy pro­pa­gan­dy­ści — nie po­do­ba się bia­ło­ru­ski spo­kój. Wro­giem ze­wnętrz­nym numer jeden od lat jest Za­chód. Wróg we­wnętrz­ny to opo­zy­cja, prze­ciw­ni­cy re­żi­mu, któ­rzy przez KGB są na­zy­wa­ni „ele­men­ta­mi de­sta­bi­li­zu­ją­cy­mi”. An­dre­ja to cał­kiem prze­ko­nu­je: — Weźmy 19 grud­nia . Prze­cież to nie było w po­rząd­ku, że opo­zy­cja nisz­czy­ła bu­dy­nek rządu. Rzu­ca­li ka­mie­nia­mi, wy­bi­ja­li szyby… Gdyby to się zda­rzy­ło w War­sza­wie, są­dzisz, że po­li­cja by nie re­ago­wa­ła? — pyta.

— My­ślisz, że w War­sza­wie opo­zy­cyj­ni kan­dy­da­ci też by po­szli do wię­zie­nia? — od­po­wia­dam py­ta­niem.

— No tak, areszt kan­dy­da­tów opo­zy­cji to prze­sa­da. Ale prze­cież nie jest tak, że przy­pad­ko­wy czło­wiek tra­fia za kraty. Oni wal­czy­li o wła­dzę. Po­win­ni być przy­go­to­wa­ni na kon­se­kwen­cje. Bar­dziej współ­czu­ję temu, kto przez przy­pa­dek tra­fił za kraty, niż temu, kto wal­czył o wła­dzę i prze­grał — de­kla­ru­je.

An­drej nie ukry­wa, że bia­ło­ru­ska opo­zy­cja mu się nie po­do­ba. — Oni wszy­scy są utrzy­my­wa­ni przez Za­chód. Nie chcę, by moim pań­stwem kie­ro­wał czło­wiek za­leż­ny od ko­go­kol­wiek z ze­wnątrz — mówi.

Mimo ta­kie­go po­dej­ścia An­drej wcale nie jest bez­kry­tycz­nie na­sta­wio­ny do bia­ło­ru­skiej rze­czy­wi­sto­ści. Do­strze­ga jej wady. — Dużo się robi na pokaz. Na przy­kład u nas w szko­le. Wszy­scy drżą przed ku­ra­to­rium. Robią wszyst­ko, by za­do­wo­lić prze­ło­żo­nych. Waż­niej­sze od nauki staje się za­mia­ta­nie ulicy, ja­kieś pa­pier­ko­wo-biu­ro­kra­tycz­ne spra­wy. Po­rzą­dek ma też swoją ciem­ną stro­nę — wszech­wła­dzę urzęd­ni­ka. Nigdy nie zda­rzy­ło mi się jesz­cze zo­stać ofia­rą tego sys­te­mu, ale do­sko­na­le zdaję sobie spra­wę, że jak każdy je­stem bez­bron­ny wobec wła­dzy. Nie­daw­no wy­rzu­co­no z uni­wer­sy­te­tu pro­fe­so­ra tylko za to, że wydał książ­kę w Pol­sce. To jest chore — skar­ży się.

Widzi, że na Bia­ło­ru­si jest za dużo „po­rząd­ku”, że wła­dza zbyt mocno kon­tro­lu­je spo­łe­czeń­stwo. — W la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych to było po­trzeb­ne, ale teraz to już jest zby­tecz­ne. Teraz le­piej by było nie przy­krę­cać cały czas śruby, ale dać lu­do­wi tro­chę wię­cej wol­no­ści, by było mniej stra­chu — mówi.

Jed­nak An­drej uważa, że dziś Łu­ka­szen­ka, po­dob­nie jak w la­tach 90., ma za sobą więk­szość bia­ło­ru­skie­go spo­łe­czeń­stwa, że lu­dzie go nadal lubią i sza­nu­ją. We­dług An­dre­ja Łu­ka­szen­ka już się przy­zwy­cza­ił do swego wi­ze­run­ku Baćki i rze­czy­wi­ście dba o in­te­re­sy pro­stych Bia­ło­ru­si­nów. Dla­te­go dzi­siej­szej Bia­ło­ru­si nie można na­zy­wać dyk­ta­tu­rą. — Jak jest w dyk­ta­tu­rze? Dyk­ta­tor kie­ru­je się wła­snym in­te­re­sem i nie dba o ludzi. A Łu­ka­szen­ka taki nie jest. Robi dużo dla zwy­kłych oby­wa­te­li — mówi.

We­dług niego w ciągu wszyst­kich lat swo­ich rzą­dów Łu­ka­szen­ka, po­dej­mu­jąc de­cy­zje, za­wsze zwra­cał uwagę na na­stro­je ludzi. — Na przy­kład ja lubię jeź­dzić na ryby i przez ostat­nie lata wszę­dzie po­wsta­ją tak zwane płat­ne je­zio­ra — żeby móc na nich łowić ryby, trze­ba za­pła­cić. Oczy­wi­ście ludzi to obu­rza, w końcu jesz­cze nie­daw­no nie trze­ba było nic pła­cić. I wiesz, nie tak dawno Łu­ka­szen­ka opo­wie­dział się za ogra­ni­cze­niem licz­by płat­nych je­zior. Tym samym za­re­ago­wał na ludz­kie nie­za­do­wo­le­nie — uważa An­drej.

Mój roz­mów­ca nie miał nigdy żad­nych pro­ble­mów z mi­li­cją czy ze służ­ba­mi spe­cjal­ny­mi. Dla­te­go jest pe­wien, że każdy uczci­wy Bia­ło­ru­sin, który nie an­ga­żu­je się w po­li­ty­kę i nie draż­ni wła­dzy, może spać spo­koj­nie. Przy­zna­je, że Bia­ło­ruś nie jest de­mo­kra­cją w za­chod­nim ro­zu­mie­niu tego słowa, a re­la­cje na linii oby­wa­tel – wła­dza bar­dzo się róż­nią od tego, co wi­dział na Za­cho­dzie. — Ale ta wła­dza od­po­wia­da na­szej men­tal­no­ści. Weźmy taki przy­kład: idę na biwak z ucznia­mi. I je­że­li bym im dał wolną rękę, byłby al­ko­hol, by­ły­by za­ba­wy do rana i nie wia­do­mo, czym by się to wszyst­ko skoń­czy­ło. Dla­te­go muszę trzy­mać ich w ry­zach. I mimo że wpro­wa­dzam dys­cy­pli­nę, która im się nie po­do­ba, to za­wsze chęt­nie cho­dzą ze mną. Tak samo jest z Łu­ka­szen­ką. On po­tra­fi utrzy­mać po­rzą­dek. Ale je­że­li dać spo­łe­czeń­stwu wol­ność, to za chwi­lę będą pro­ble­my. Więc lu­dzie ro­zu­mie­ją, że po­trzeb­ne jest ogra­ni­cze­nie wol­no­ści — mówi An­drej.

Takie po­dej­ście do rze­czy­wi­sto­ści An­drej na­zy­wa „re­ali­zmem”. Przy­zna­je zresz­tą, że mógł­by za­gło­so­wać na kogoś in­ne­go niż Łu­ka­szen­ka: — Cho­dzi o to, że po­rząd­ku już mamy pod do­stat­kiem. Wszyst­ko jest za­pię­te na ostat­ni guzik. Przy­da­ło­by się dać lu­dziom wię­cej wol­no­ści. Na pewno jed­nak nie będę gło­so­wał na opo­zy­cję, bo oni wszyst­ko widzą w czar­nych ko­lo­rach. Wszyst­ko jest źle, wszyst­ko jest złe, wszyst­ko trze­ba znisz­czyć… Na kogo mógł­bym za­gło­so­wać? Na przy­kład na Si­dor­skie­go . Spodo­bał mi się. Albo na kogoś in­ne­go z ekipy Łu­ka­szen­ki — wy­zna­je.

(…)

Eme­ryt­ka: żyję dzię­ki ogro­do­wi

Pię­cio­pię­tro­wy dom przy ulicy Kar­by­sze­wa w Grod­nie znaj­du­je się tuż na­prze­ciw­ko szta­bu armii i jest na­zy­wa­ny woj­sko­wym. Ale to nie są­siedz­two prze­są­dzi­ło o ta­kiej na­zwie bu­dyn­ku. Pod ko­niec lat 70. XX w., kiedy zo­stał wy­bu­do­wa­ny, miesz­ka­nia do­sta­wa­ły tu wła­śnie ro­dzi­ny ofi­ce­rów. Czter­dzie­ści lat póź­niej sporą część miesz­kań­ców sta­no­wią eme­ry­to­wa­ni ofi­ce­ro­wie, więc okre­śle­nie „woj­sko­wy” nadal jest ak­tu­al­ne.

Pani Iryna miesz­ka na trze­cim pię­trze w skrom­nym dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu. Ma 66 lat i jest eme­ryt­ką. W cza­sach ZSRR pra­co­wa­ła jako ma­szy­nist­ka w szta­bie armii, a jej mąż był ofi­ce­rem, dla­te­go miesz­ka wła­śnie w woj­sko­wym domu. — Wtedy ży­li­śmy, jak nam się wy­da­wa­ło, nor­mal­nie. O ni­czym prze­cież nie wie­dzie­li­śmy. Ani o de­mo­kra­cji, ani o nie­pod­le­gło­ści, ani o do­bro­by­cie — wspo­mi­na swoje życie w Związ­ku Ra­dziec­kim.

Z mężem pani Iryna dawno się ro­ze­szła, po roz­pa­dzie ZSRR nad­szedł też ko­niec jej woj­sko­wej ka­rie­ry.

— Kiedy pra­co­wa­łam w woj­sku, dużo za­ra­bia­łam. Do­sta­wa­łam tyle samo co moje ko­le­żan­ki, które miały wyż­sze wy­kształ­ce­nie i pra­co­wa­ły w cy­wi­lu. I wtedy nie po­szłam na stu­dia. Póź­niej tego ża­ło­wa­łam, ale co zro­bić, czas minął — mówi.

Po woj­sku, po­dob­nie jak ty­sią­ce by­łych ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy, mu­sia­ła na nowo szu­kać sobie miej­sca w życiu. Pra­co­wa­ła na róż­nych sta­no­wi­skach: była ma­szy­nist­ką, se­kre­tar­ką, na­uczy­ła się ob­słu­gi­wać kom­pu­ter… I w ten spo­sób do­trwa­ła do eme­ry­tu­ry.

Jed­nak życie bia­ło­ru­skie­go eme­ry­ta wcale nie jest łatwe. — Moja eme­ry­tu­ra to pół­to­ra mi­lio­na rubli. Z tego około trzy­sta ty­się­cy co mie­siąc idzie na opła­tę miesz­ka­nia oraz na te­le­fon — opo­wia­da pani Iryna.

Pół­to­ra mi­lio­na bia­ło­ru­skich rubli to mniej niż 200 do­la­rów. Po wnie­sie­niu opłat za miesz­ka­nie i te­le­fon po­zo­sta­je 1,2 mln. Wszyst­ko idzie na je­dze­nie i leki. — Żyć jest cięż­ko. Bar­dzo cięż­ko. Za takie pie­nią­dze nie da się nor­mal­nie żyć — skar­ży się pani Iryna.

Ko­bie­ta jest zmu­szo­na oszczę­dzać. Ku­pu­je tylko naj­tań­sze pro­duk­ty.

— Pa­mię­tam, jak w cza­sach ZSRR w skle­pach ni­cze­go nie było. Stały tylko ki­szo­ne ogór­ki i naj­tań­sza ryba — kilka. Wtedy przed świę­ta­mi przy­wo­żo­no kieł­ba­sę i sta­li­śmy w ko­lej­kach. Kieł­ba­sa sa­la­mi to był strasz­nie de­fi­cy­to­wy towar, więc można było kupić je­dy­nie po dwie­ście gra­mów na osobę. Teraz jest ina­czej. W skle­pach można kupić wszyst­ko, ale nie mam na to pie­nię­dzy — mówi.

Kieł­ba­sę, je­że­li w ogóle ku­pu­je, to naj­tań­szą. O sa­la­mi może je­dy­nie po­ma­rzyć. Jak wiąże ko­niec z koń­cem? Po­zwa­la jej na to upra­wa ogro­du, który leży w pod­gro­dzień­skiej wsi Ży­tom­la, gdzie się uro­dzi­ła. — Ziem­nia­ki, ogór­ki, po­mi­do­ry, ka­pu­sta… To wszyst­ko sama ho­du­ję — mówi dum­nie. I do­da­je: — Oprócz tego syn mi po­ma­ga.

Syn pani Iryny od kilku lat miesz­ka w Pol­sce. Pra­cu­je i re­gu­lar­nie przy­sy­ła jej pie­nią­dze i dro­gie leki. — Mło­dzież wy­jeż­dża z Bia­ło­ru­si. Weźmy nasz dom: na każ­dej klat­ce są ro­dzi­ny, z któ­rych dzie­ci wy­je­cha­ły za gra­ni­cę: do Ame­ry­ki, Fran­cji, Rosji albo Pol­ski. I wszy­scy muszą po­ma­gać ro­dzi­com, któ­rzy tu po­zo­sta­li. Dzię­ki temu jakoś ży­je­my — opo­wia­da.

Jej słowa po­twier­dza­ją ofi­cjal­ne sta­ty­sty­ki. We­dług Na­ro­do­we­go Banku Re­pu­bli­ki Bia­ło­ru­si Bia­ło­ru­si­ni, któ­rzy wy­je­cha­li za gra­ni­cę w ce­lach za­rob­ko­wych, tylko w 2012 r. wy­sła­li do kraju 913,1 mln do­la­rów. Dla po­rów­na­nia w przed­kry­zy­so­wym 2010 r. wy­sła­no ok. 500 mln do­la­rów. Zda­niem ana­li­ty­ków z NBRB gwał­tow­ny wzrost sum wy­sy­ła­nych na Bia­ło­ruś od­zwier­cie­dla zma­so­wa­ne wy­jaz­dy Bia­ło­ru­si­nów do pracy za gra­ni­cę. Ten pro­ces roz­po­czął się w 2011 r. i był spo­wo­do­wa­ny kry­zy­sem .

Jak każdy star­szy czło­wiek, pani Iryna cho­ru­je i czę­sto od­wie­dza le­ka­rza. Skarg na służ­bę zdro­wia ma więc bar­dzo dużo. — Mówią, że u nas le­cze­nie jest bez­płat­ne. A gdzie tam! Prze­cież kiedy idziesz do szpi­ta­la, to leki czy za­strzy­ki mu­sisz sobie sam ku­po­wać. A skąd ja będę miała na nie pie­nią­dze, skoro wszyst­ko jest cho­ler­nie dro­gie?! Ostat­nio bo­la­ło mnie gar­dło, po­szłam do przy­chod­ni, jeden raz opa­trzy­li, a potem le­karz mi oznaj­mia: „Wię­cej leków nie mam, musi pani pójść do ap­te­ki, sama kupić i z le­kiem przyjść na za­bieg”. Po­szłam do ap­te­ki i oka­za­ło się, że ten lek kosz­tu­je 51 ty­się­cy rubli. Więc oczy­wi­ście go nie ku­pi­łam… I jak tu się le­czyć? — obu­rza się pani Iryna.

Bia­ło­ruś się sta­rze­je. We­dług bia­ło­ru­skie­go Mi­ni­ster­stwa Pracy i Opie­ki So­cjal­nej 1 stycz­nia 2013 r. na Bia­ło­ru­si było 2,5 mln eme­ry­tów, czyli ponad 27% ogól­nej licz­by lud­no­ści . Eme­ry­ci od dawna są po­strze­ga­ni jako po­tęż­na siła po­li­tycz­na. Kie­dyś star­sze osoby tę­sk­nią­ce za cza­sa­mi ZSRR były w więk­szo­ści za Alak­san­drem Łu­ka­szen­ką. Dzi­siaj jest już róż­nie.

Pani Iryna chęt­nie roz­ma­wia o po­li­ty­ce: — Czy­tam charter97.​org, prze­glą­dam rów­nież wi­try­ny in­ter­ne­to­we bia­ło­ru­skiej i ro­syj­skiej sta­cji Radio Swa­bo­da. Dzię­ki temu wiem, co się na­praw­dę dzie­je w kraju. Prze­cież w te­le­wi­zji opo­wia­da­ją tylko bajki, a je­że­li chcesz się cze­goś praw­dzi­we­go do­wie­dzieć, to jest in­ter­net — mówi pani Iryna, która co­dzien­nie ko­rzy­sta z kom­pu­te­ra (zo­sta­wił go jej syn).

Pani Iryna nigdy nie gło­so­wa­ła na Alak­san­dra Łu­ka­szen­kę i tym się różni od są­sia­dów z woj­sko­we­go domu. — W 1994 roku w trak­cie kam­pa­nii wy­bor­czej więk­szość miesz­kań­ców na­sze­go domu była za Łu­ka­szen­ką. Nie­któ­rzy nawet byli człon­ka­mi jego szta­bu wy­bor­cze­go, zbie­ra­li na niego pod­pi­sy — wspo­mi­na pani Iryna.

Łu­ka­szen­ka, od­wo­łu­ją­cy się do so­wiec­kich tra­dy­cji, z wy­raź­ną an­ty­za­chod­nią re­to­ry­ką, obie­cu­ją­cy, że od­bu­du­je so­wiec­kie im­pe­rium — taki kan­dy­dat był w śro­do­wi­sku woj­sko­wych i by­łych woj­sko­wych nad­zwy­czaj po­pu­lar­ny. Ale 19 lat póź­niej już nie można mówić ani o mi­ło­ści, ani nawet o ja­kimś szcze­gól­nym sza­cun­ku. — Mój są­siad, eme­ry­to­wa­ny major, był wręcz fa­na­tycz­nym zwo­len­ni­kiem Łu­ka­szen­ki. A teraz co? Tra­fił do szpi­ta­la, za leki pła­cić trze­ba, wszyst­kie ceny idą w górę… Więc już wy­zy­wa Łu­ka­szen­kę od dyk­ta­to­rów, mówi, że do­pro­wa­dził kraj do ruiny. Nagle przej­rzał na oczy — śmie­je się pani Iryna.

Jed­nak mimo wy­czu­wal­nej zmia­ny na­stro­jów spo­łecz­nych moja roz­mów­czy­ni wcale nie jest opty­mist­ką, je­że­li cho­dzi o szyb­kie zmia­ny na Bia­ło­ru­si. Jej zda­niem Alak­sandr Łu­ka­szen­ka jesz­cze długo bę­dzie rzą­dził.

— Bia­ło­ru­si­ni są strasz­nie po­dzie­le­ni. Nie ma so­li­dar­no­ści, każdy trosz­czy się tylko o sie­bie i pil­nu­je tylko wła­snych in­te­re­sów, a po­dzie­lo­nym na­ro­dem łatwo rzą­dzić. Li­twi­ni czy nawet Ukra­iń­cy mają po­czu­cie wspól­no­ty na­ro­do­wej, mają swój język, a my za­wsze chcie­li­śmy być Ro­sja­na­mi. Teraz niby już nie chce­my nimi być, ale nie wiemy, co to zna­czy być Bia­ło­ru­si­na­mi. Bia­ło­ru­si­ni nie znają swo­jej hi­sto­rii, nie znają swego ję­zy­ka… Nie ma wspól­nej idei, która by łą­czy­ła spo­łe­czeń­stwo. Dla­te­go po­ja­wił się Łu­ka­szen­ka i dla­te­go tak długo rzą­dzi — tłu­ma­czy pani Iryna.

Mówi też o stra­chu, który zmu­sza ludzi, by sie­dzie­li cicho i nie wy­chy­la­li się. Jej pro­gno­za dla Bia­ło­ru­si to Alak­sandr Łu­ka­szen­ka jesz­cze przez co naj­mniej na­ście lat.

— Szczę­ście? Jak jest ro­dzi­na, jak w niej wszyst­ko do­brze, to jest szczę­ście. Ja miesz­kam sa­mot­nie, cięż­ko jest. Je­dy­ne moje szczę­ście to syn, to, że u niego wszyst­ko jest w po­rząd­ku, że mi po­ma­ga, że jest do­brym czło­wie­kiem — mówi na po­że­gna­nie.

Opo­zy­cjo­ni­sta: jest jak w Ma­trik­sie

Był nie­zli­czo­ną ilość razy za­trzy­my­wa­ny przez bia­ło­ru­skie służ­by spe­cjal­ne, czte­ry razy sie­dział w aresz­cie, miał kilka re­wi­zji w domu, wsz­czę­tą spra­wę karną, wie­lo­krot­nie sły­szał po­gróż­ki… Mak­sim jest ak­ty­wi­stą opo­zy­cyj­nej par­tii BNF. O ta­kich jak on mówi się „par­tyj­na pie­cho­ta”. Wiel­kich sta­no­wisk nigdy nie zaj­mo­wał, trze­ci, czwar­ty sze­reg. Ale to wła­śnie tacy jak on roz­rzu­ca­ją ulot­ki, pi­kie­tu­ją, są nie­za­leż­ny­mi ob­ser­wa­to­ra­mi w cza­sie wy­bo­rów. Są siłą każ­dej or­ga­ni­za­cji. Mak­sim — przy­ja­cie­le mówią do niego „Maks” — ma 29 lat. Ukoń­czył hi­sto­rię na gro­dzień­skim uni­wer­sy­te­cie. Od lat nie ma sta­łej pracy i na życie za­ra­bia do­ryw­czo, po­dej­mu­jąc się róż­nych zajęć. Raz robi re­mon­ty w miesz­ka­niach, innym razem pra­cu­je na bu­do­wie, jesz­cze innym razem jest jed­nym z me­ne­dże­rów w fir­mie re­kla­mo­wej… Jed­nak na stałą po­rząd­ną pracę nie ma szans. Jest opo­zy­cjo­ni­stą. Na Bia­ło­ru­si to nie­mal wyrok.

— Znacz­na część ludzi nawet nie zdaje sobie spra­wy z tego, jakie zwy­cza­je obo­wią­zu­ją w pań­stwie, w któ­rym żyją. To jest jak w Ma­trik­sie, kiedy Mor­fe­usz pro­po­nu­je Neo: mo­żesz wziąć nie­bie­ską pi­guł­kę i wszyst­ko, o czym roz­ma­wia­my, po­zo­sta­nie tylko snem, albo wy­brać czer­wo­ną pi­guł­kę i zo­ba­czyć, jak na­praw­dę wy­glą­da życie. U nas żad­nych pi­gu­łek przyj­mo­wać nie trze­ba, wy­star­czy za­an­ga­żo­wać się w dzia­łal­ność opo­zy­cyj­ną i na­tych­miast zo­ba­czysz, w ja­kiej rze­czy­wi­sto­ści ży­jesz i jak na­praw­dę wy­glą­da twoje pań­stwo — mówi Maks.

Dla Maksa wszyst­ko się za­czę­ło w 2001 r. Był na pierw­szym roku stu­diów. Po szko­le po­szedł na hi­sto­rię. W kraju zbli­ża­ły się wy­bo­ry pre­zy­denc­kie. Alak­sandr Łu­ka­szen­ka wal­czył o re­elek­cję. Opo­zy­cja była za­in­spi­ro­wa­na przy­kła­dem Ser­bii, gdzie Slo­bo­dan Miloš ević, nie­zmien­nie rzą­dzą­cy kra­jem przez 11 lat, wła­śnie zo­stał zmie­cio­ny w wy­ni­ku po­ko­jo­wej re­wo­lu­cji. Maks był jed­nym z tych, któ­rzy wie­rzy­li, że już wkrót­ce tak samo sta­nie się na Bia­ło­ru­si.

— Wtedy było dużo roz­po­li­ty­ko­wa­nej mło­dzie­ży. W mojej gru­pie na uni­wer­sy­te­cie na 30 osób aż 25 za­pi­sa­ło się, by pra­co­wać przy wy­bo­rach jako nie­za­leż­ni ob­ser­wa­to­rzy. Wy­da­wa­ło się, że jesz­cze trosz­kę i zrzu­ci­my Łukę . Takie były wśród nas na­stro­je i mój ko­le­ga, który wcze­śniej miał kon­tak­ty z BNF-em, za­pro­po­no­wał, bym się zgło­sił do Mło­de­go Fron­tu — wspo­mi­na.

Młody Front to była mło­dzie­żów­ka naj­więk­szej wtedy opo­zy­cyj­nej par­tii — BNF-u. Jej pro­gram można by spro­wa­dzić do po­pu­lar­ne­go wśród stu­denc­kiej mło­dzie­ży hasła: Bie­ła­ruś w Ew­ro­pu, Łu­ka­szen­ka w żopu (z biał. Bia­ło­ruś do Eu­ro­py, Łu­ka­szen­ka do dupy). Wła­śnie wtedy Maks za­czął mówić po bia­ło­ru­sku, za­czął być świa­do­my tego, że jest Bia­ło­ru­si­nem.

— Kie­dyś jak grała Rosja, to my­śla­łem, że to nasi. A potem za­czę­ło się to zmie­niać. Czy­ta­łem ga­ze­tę „Pa­ho­nia” . Obraz rze­czy­wi­sto­ści, jaki się stam­tąd wy­ła­niał, był dla mnie cał­kiem prze­ko­nu­ją­cy. Do tego do­szła moja fa­scy­na­cja hi­sto­rią. Tak przy­sze­dłem do bia­ło­ru­sko­ści — wspo­mi­na.

W tym cza­sie Bia­ło­ruś rzą­dzo­na twar­dą ręką Alak­san­dra Łu­ka­szen­ki coraz bar­dziej od­da­la­ła się od Eu­ro­py, dła­wio­no wol­ność, tę­pio­no język bia­ło­ru­ski.

— Do­sze­dłem do wnio­sku, że trze­ba wal­czyć o to, żeby Bia­ło­ruś w końcu stała się nor­mal­nym eu­ro­pej­skim pań­stwem — mówi Maks.

Ro­dzi­na nie po­dzie­la­ła jego po­glą­dów. Matka pra­co­wa­ła na kie­row­ni­czym sta­no­wi­sku w wiel­kiej fa­bry­ce pań­stwo­wej, oj­ciec miał wła­sny nie­wiel­ki biz­nes. Oni byli za Łu­ka­szen­ką. Opo­zy­cja im się nie po­do­ba­ła, a dzia­łal­ność po­li­tycz­na syna przy­pra­wia­ła ich o ból głowy. Była też głów­nym po­wo­dem nie­koń­czą­cych się awan­tur. Ale Maksa już nie dało się za­trzy­mać. Rzu­cił się w wir dzia­łal­no­ści po­li­tycz­nej. Spo­tka­nia, roz­rzu­ca­nie ulo­tek, pi­kie­ty, na­lep­ki, agi­ta­cja… — Była ad­re­na­li­na. Był też strach, zwłasz­cza na po­cząt­ku, pierw­sze za­trzy­ma­nia, pierw­sze ze­tknię­cie się z mi­li­cją… Ale było w tym dużo za­ba­wy. Mia­łem takie dziw­ne wra­że­nie, że wszyst­ko to tylko gra — wspo­mi­na.

Wia­do­mo było, że na wie­czór wy­bor­czy 9 wrze­śnia 2001 r. opo­zy­cja przy­go­to­wu­je wiel­ką akcję pro­te­sta­cyj­ną w Miń­sku. Miało być tak samo jak w Ser­bii. Maks był jed­nym z tych, któ­rzy mieli za­miar je­chać do Miń­ska, by oba­lić Łu­ka­szen­kę. — Ro­dzi­ce spa­ni­ko­wa­li. Oj­ciec pro­po­no­wał, że mi da sto do­la­rów, je­że­li nie po­ja­dę do Miń­ska. Wtedy to była po­tęż­na kasa, wię­cej niż mie­sięcz­na wy­pła­ta, ale od­mó­wi­łem. Po­wie­dzia­łem, że po­ja­dę — mówi Maks.

Jed­nak do Miń­ska i tak nie tra­fił.

W cza­sie wy­bo­rów pre­zy­denc­kich w 2001 r. kon­ku­ren­tem Łu­ka­szen­ki był wspól­ny kan­dy­dat opo­zy­cji Uła­dzi­mir Han­cza­ryk, lider naj­więk­szej cen­tra­li związ­ko­wej Fe­de­ra­cja Związ­ków Za­wo­do­wych Bia­ło­ru­si. Maks był nie­za­leż­nym ob­ser­wa­to­rem wy­bo­rów wy­zna­czo­nym przez opo­zy­cję i pra­co­wał w jed­nym z wiej­skich punk­tów wy­bor­czych, cały dzień spę­dził więc we wsi Mu­ro­wa­na. Wi­dział, jak zdy­scy­pli­no­wa­ny wiej­ski elek­to­rat szedł do urny, by oddać swój głos na Baćkę.

— Kiedy póź­nym wie­czo­rem ko­or­dy­na­tor ob­ser­wa­to­rów za­bie­rał mnie sa­mo­cho­dem, już było wia­do­mo, że w Miń­sku nie udało się ze­brać tłu­mów, że jest po­raż­ka, że nadal bę­dzie rzą­dził Łu­ka­szen­ka — opo­wia­da.

Opo­zy­cja zo­sta­ła zno­kau­to­wa­na. „To było ele­ganc­kie, nie­sa­mo­wi­te i pięk­ne zwy­cię­stwo” — chwa­lił się wtedy Alak­sandr Łu­ka­szen­ka . We­dług ofi­cjal­nych wy­ni­ków wy­bo­rów do­stał ponad 75% gło­sów, a lider opo­zy­cji Uła­dzi­mir Han­cza­ryk 15,6%. Jed­nak nie te licz­by ogło­szo­ne przez prze­wod­ni­czą­cą Cen­tral­nej Ko­mi­sji Wy­bor­czej Bia­ło­ru­si Li­dzi­ję Jar­mo­szy­nę były przy­czy­ną de­mo­ra­li­za­cji. Nikt w opo­zy­cji prze­cież się nie spo­dzie­wał, że wy­bo­ry będą uczci­we. Prze­ciw­ni­cy Łu­ka­szen­ki sta­wia­li na po­wy­bor­czy pro­test. Akcja pro­te­sta­cyj­na w Miń­sku miała się stać za­ląż­kiem oporu, miała po­cią­gnąć za sobą cały kraj i zmieść Łu­ka­szen­kę. Jed­nak za­miast setek ty­się­cy na cen­tral­ny plac sto­li­cy wy­szło nie­wie­le ponad 5 tys. Bia­ło­ru­si­nów. Była to to­tal­na po­raż­ka i upo­ko­rze­nie.

— Dzie­sią­ty wrze­śnia to był po­nie­dzia­łek. Więc po­sze­dłem na za­ję­cia. Wcho­dzę na salę, sie­dzi tam cały nasz rok. Idę wzdłuż rzę­dów, a wszy­scy się na mnie gapią. Byłem już znany jako zwo­len­nik opo­zy­cji. „No i co, Maks, jak tam re­wo­lu­cja?” — py­ta­li mnie drwią­co. Śmia­li się. Ci, któ­rzy byli za Łu­ka­szen­ką, mó­wi­li do mnie: „Chodź dziś na piwo! Wy­pi­je­my za Baćkę!”. Ci, któ­rzy gło­so­wa­li na opo­zy­cję, mil­cze­li. Wtedy było mi bar­dzo trud­no — wspo­mi­na Maks.

Opty­mi­stycz­ny na­strój, który sprzy­jał opo­zy­cji w trak­cie kam­pa­nii, po wy­bo­rach ulot­nił się. Na­de­szła szara co­dzien­ność. W opo­zy­cji to­czy­ły się walki per­so­nal­ne. Li­de­rzy ob­rzu­ca­li się wy­zwi­ska­mi, oskar­ża­jąc się wza­jem­nie o nie­udol­ność i spo­wo­do­wa­nie prze­gra­nej… Na do­da­tek Łu­ka­szen­ka za­czął przy­ci­skać opo­zy­cję. W Grod­nie za­mknię­to ga­ze­tę „Pa­ho­nia” i wy­to­czo­no pro­ces karny jej dzien­ni­ka­rzom. Roz­po­czę­ła się też pre­sja na stu­den­tów. W Miń­sku ak­ty­wi­stów mło­dzie­żo­wych or­ga­ni­za­cji, w tym Mło­de­go Fron­tu, wy­rzu­ca­no ze stu­diów, par­tyj­ni ak­ty­wi­ści tra­ci­li pracę.

— Dużo z tych, z któ­ry­mi przy­sze­dłem do opo­zy­cji, po­sta­no­wi­ło odejść, usu­nąć się. Bo tak było bez­piecz­niej, bo nie wy­gra­li­śmy. Ja się za­cho­wa­łem ina­czej. Po­sze­dłem na ca­łość — mówi Maks.

We­dług niego jest tak, że każdy czło­wiek może coś do­bre­go zro­bić dla spo­łe­czeń­stwa. Ktoś bu­du­je domy, ktoś leczy ludzi, ktoś inny pisze książ­ki, a on uznał, że jego po­wo­ła­niem jest walka. — Chcę zmie­nić kraj, chcę, by Bia­ło­ruś w końcu stała się nor­mal­nym eu­ro­pej­skim kra­jem. Uwa­żam, że to jest to dobro, które mogę przy­nieść spo­łe­czeń­stwu — mówi.

Ro­dzi­ce, któ­rzy mieli cichą na­dzie­ję, że po wy­bo­rach syn się ustat­ku­je i uspo­koi, teraz czuli się coraz bar­dziej roz­cza­ro­wa­ni. Ko­le­dzy Maksa chcie­li robić ka­rie­rę, za­ra­biać pie­nią­dze czy w końcu wy­je­chać za gra­ni­cę, a ich syn miał w gło­wie tylko walkę o de­mo­kra­cję. — Nie wie­dzie­li, jak mnie po­wstrzy­mać. Awan­tu­ry były cały czas. To przez to swoje życie uło­ży­łem tak: rano wy­cho­dzi­łem z domu, gdy oni jesz­cze spali, a wra­ca­łem bar­dzo późno, gdy już spali. Nie­mal nie spo­ty­ka­li­śmy się — wspo­mi­na Maks.

Cały wolny czas spę­dzał w biu­rze BNF-u. Ta or­ga­ni­za­cja stała się jego ży­ciem. Krąg jego przy­ja­ciół skur­czył się do ludzi z opo­zy­cji. — Żyłem w opo­zy­cyj­nym get­cie. Przez cały czas roz­ma­wia­łem po bia­ło­ru­sku i tak się do tego przy­zwy­cza­iłem, że cza­sem, kiedy je­cha­łem tro­lej­bu­sem czy w innym miej­scu pu­blicz­nym, dzi­wi­łem się, że lu­dzie do­oko­ła roz­ma­wia­ją po ro­syj­sku — mówi.

W tym cza­sie matka Maksa zo­sta­ła wi­ce­dy­rek­tor­ką Gro­dzień­skiej Fa­bry­ki Czę­ści Sa­mo­cho­do­wych. Zaj­mo­wa­ła się m.​in. pracą ide­olo­gicz­ną. Miała wy­cho­wy­wać w duchu po­słu­szeń­stwa wobec wła­dzy i re­spek­tu dla Alak­san­dra Łu­ka­szen­ki ty­sią­ce pra­cow­ni­ków, a nie po­tra­fi­ła wy­cho­wać wła­sne­go syna. Sy­tu­acja sta­wa­ła się nie­zręcz­na. — Zbie­rał się apa­rat ide­olo­gicz­ny na na­ra­dy z udzia­łem gu­ber­na­to­ra, a w tym samym cza­sie na ja­kiejś akcji pro­te­sta­cyj­nej ko­lej­ny raz za­trzy­my­wa­ła mnie mi­li­cja. Matce było głu­pio. Ale ja z kolei byłem bez­li­to­sny. Uwa­ża­łem, że nie ma co robić ka­rie­ry. No bo co to zna­czy ka­rie­ra w dyk­ta­tu­rze? Osta­tecz­nie to i tak spro­wa­dza się do ukła­da­nia listy tych, któ­rych trze­ba aresz­to­wać. Nie chcia­łem, by moja matka miała z tym coś wspól­ne­go. No i rze­czy­wi­ście, w końcu stra­ci­ła to sta­no­wi­sko. Myślę, że moja dzia­łal­ność opo­zy­cyj­na była jedną z przy­czyn, dla któ­rych tak się stało — mówi Maks.

Maks po­dob­nie jak cała opo­zy­cja cze­kał na ko­lej­ne wy­bo­ry pre­zy­denc­kie, które miały do­pro­wa­dzić do zmia­ny wła­dzy. Jed­nak eu­fo­rii 2001 r. już nie dało się po­wtó­rzyć. Była na­dzie­ja i chęć, by zro­bić wszyst­ko jak na­le­ży. A dalej już — bę­dzie, jak Pan Bóg za­de­cy­du­je! BNF i Młody Front po­pie­ra­li w trak­cie wy­bo­rów 2006 r. Alak­san­dra Mi­lin­kie­wi­cza. Dla Maksa to był szcze­gól­ny kan­dy­dat, gdyż Mi­lin­kie­wicz po­cho­dził z Grod­na. Dla­te­go ak­tyw­nie włą­czył się w kam­pa­nię wy­bor­czą. Zbie­rał pod­pi­sy po­trzeb­ne, by za­re­je­stro­wać Mi­lin­kie­wi­cza jako kan­dy­da­ta na pre­zy­den­ta, stał w pi­kie­tach, roz­rzu­cał ulot­ki… Tuż przed wy­bo­ra­mi pre­zy­denc­ki­mi po raz pierw­szy tra­fił do wię­zie­nia.

— Wpro­wa­dzo­no już w życie tak zwane pre­wen­cyj­ne za­trzy­ma­nia. To zna­czy KGB uło­ży­ło listę osób, które miały zo­stać wtrą­co­ne do aresz­tu przed dniem gło­so­wa­nia. Byłem na tej li­ście — opo­wia­da.

Pew­ne­go wie­czo­ru matka po­pro­si­ła Maksa, by sko­czył po coś do skle­pu. Wy­szedł i tego dnia już nie wró­cił do domu. Po­dob­nie jak setki in­nych opo­zy­cjo­ni­stów zo­stał za­trzy­ma­ny przez mi­li­cję i oskar­żo­ny o prze­kli­na­nie w miej­scu pu­blicz­nym. Wyrok: sie­dem dni po­zba­wie­nia wol­no­ści. Na Bia­ło­ru­si toczy się kam­pa­nia wy­bor­cza, opo­zy­cja przy­go­to­wu­je się do pro­te­stów, jest pełna mo­bi­li­za­cja… A Maks sie­dzi w wię­zie­niu. — Sie­dzia­łem nie­mal przez cały czas w po­je­dyn­czej celi. Mia­łem więc oka­zję, by się po­waż­nie za­sta­no­wić nad swoim ży­ciem, nad sen­sem walki, nad sy­tu­acją, w któ­rej się zna­la­złem. Prze­pro­wa­dzić bi­lans — opo­wia­da.

Nie były to we­so­łe myśli. Po stu­diach, bez szans na stałą pracę… Ro­dzi­ce coraz star­si, prze­cież za jakiś czas trze­ba bę­dzie im po­ma­gać. Ko­le­dzy, z któ­ry­mi za­czy­nał opo­zy­cyj­ną dzia­łal­ność, już się ustat­ko­wa­li, po­rzu­ci­li po­li­ty­kę. Jeden pra­co­wał jako na­uczy­ciel, inny miał wła­sny biz­nes. Jeden z przy­ja­ciół, z któ­rym w 2001 r. mieli robić re­wo­lu­cję, teraz był w MSW i bro­nił wła­dzy Alak­san­dra Łu­ka­szen­ki. A co z nim? Nadal wal­czy. I wciąż prze­gry­wa.

Wy­bo­ry pre­zy­denc­kie 2006 r. znowu prze­gra­ła opo­zy­cja. Li­dzi­ja Jar­mo­szy­na ko­lej­ny raz ogło­si­ła zwy­cię­stwo Łu­ka­szen­ki. Jed­nak tym razem na cen­tral­ny plac Miń­ska na apel Alak­san­dra Mi­lin­kie­wi­cza wy­szło ty­sią­ce ludzi. Było mia­stecz­ko na­mio­to­we, za­lą­żek oporu, które po trzech dniach zo­sta­ło bru­tal­nie roz­pę­dzo­ne przez spec­naz. Po wy­bo­rach znów wró­ci­ła szara co­dzien­ność. A do tego Ma­trix Łu­ka­szen­ki — in­wi­gi­la­cja, cią­głe za­trzy­ma­nia, nie­moż­li­wość pro­wa­dze­nia nor­mal­nej dzia­łal­no­ści po­li­tycz­nej, dys­kre­dy­ta­cja i oplu­wa­nie opo­zy­cji w re­żi­mo­wych me­diach.

— Chcia­łem wy­je­chać, nawet wy­je­cha­łem. Do­sta­łem sty­pen­dium w Pol­sce. Mo­głem zo­stać, ale tę­sk­no­ta za oj­czy­zną wzię­ła górę. Więc wró­ci­łem — mówi.

Ostat­nio zaj­mo­wał się re­kla­mą w in­ter­ne­cie: — To było cie­ka­we do­świad­cze­nie. Firma roz­pra­co­wu­je stra­te­gię re­kla­mo­wą ja­kie­goś pro­duk­tu i jej pra­cow­ni­cy na dwie zmia­ny piszą ko­men­ta­rze wy­chwa­la­ją­ce ten pro­dukt na róż­nych fo­rach in­ter­ne­to­wych i w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych — opo­wia­da Maks.

Przed wy­bo­ra­mi par­la­men­tar­ny­mi do firmy przy­szła mi­li­cja i skon­fi­sko­wa­ła wszyst­kie kom­pu­te­ry. Za­pew­ne uzna­li, że kil­ka­na­ście osób, które za­wo­do­wo pro­wa­dzą re­kla­mę w in­ter­ne­cie, może być za­gro­że­niem dla za­pla­no­wa­ne­go przez wła­dze prze­bie­gu kam­pa­nii wy­bor­czej, zwłasz­cza że wśród nich jest Maks, do­brze już znany bia­ło­ru­skim służ­bom spe­cjal­nym.

Mimo lat po­nie­wier­ki, cią­głych prze­gra­nych i wy­raź­ne­go kry­zy­su w opo­zy­cji Maks wcale nie stra­cił na­dziei. — Dziś zna­leźć zwo­len­ni­ka Łu­ka­szen­ki wcale nie jest łatwo. W trak­cie wszyst­kich tych lat pracy na bu­do­wach, ro­bie­nia re­mon­tów i tak dalej wy­sze­dłem z opo­zy­cyj­ne­go getta. Mia­łem kon­takt z tak zwa­ny­mi zwy­kły­mi ludź­mi. Oni wcale nie prze­pa­da­ją za Łu­ka­szen­ką. Nie lubią go, są nim zmę­cze­ni. Pro­blem w tym, że my, czyli opo­zy­cja, nie zdo­ła­li­śmy stwo­rzyć ja­kiejś po­zy­tyw­nej pro­po­zy­cji dla nich i prze­bić się do spo­łe­czeń­stwa — uważa Maks.

Ma na to kilka przy­kła­dów. Kie­dyś po wyj­ściu z domu, w przeded­niu jed­nej z ulicz­nych akcji or­ga­ni­zo­wa­nych przez opo­zy­cję, zo­stał po­tur­bo­wa­ny przez tzw. nie­zna­nych spraw­ców. — Gro­zi­li mi, że jeśli pójdę na akcję, to obe­rwę. Byli ubra­ni po cy­wil­ne­mu, ale nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, kto to jest. No i po paru la­tach spo­tka­łem jed­ne­go z nich na meczu ho­ke­jo­wym. Wcze­śniej słu­żył w woj­skach we­wnętrz­nych, póź­niej się zwol­nił i za­czął za­ra­biać na życie, ro­biąc re­mon­ty miesz­kań. Po­wie­dział mi: „Wiesz, wtedy to ty mia­łeś rację” — opo­wia­da Maks.

By ro­dzi­ce Maksa przej­rze­li na oczy, po­trzeb­ny był kry­zys go­spo­dar­czy. Wio­sną 2011 r. go­spo­dar­ka gwał­tow­nie się za­ła­ma­ła. Wła­dze mu­sia­ły zde­wa­lu­ować bia­ło­ru­skie­go rubla — w re­zul­ta­cie kurs do­la­ra wzrósł o 187%, a in­fla­cja w ciągu roku się­gnę­ła ponad 100%. Dla bia­ło­ru­skie­go spo­łe­czeń­stwa to było szo­kiem.

— Mó­wi­łem ro­dzi­com, że to wkrót­ce runie, że przed wy­bo­ra­mi pre­zy­denc­ki­mi wła­dze w ce­lach po­li­tycz­nych zwięk­sza­ły pen­sje, do­dru­ko­wy­wa­ły pie­nią­dze. I fak­tycz­nie, to była fi­nan­so­wa pi­ra­mi­da. Kiedy moja pro­gno­za się spraw­dzi­ła, zro­bi­ło to na nich wra­że­nie. Dziś jak więk­szość spo­łe­czeń­stwa są zmę­cze­ni tym, że ceny rosną, a po­ziom życia spada — mówi.

A Maks? Maks nadal co wto­rek cho­dzi na par­tyj­ne ze­bra­nia, nadal jest wier­nym „żoł­nie­rzem par­tii”. Czy jest szczę­śli­wy? — Ja mało do szczę­ścia po­trze­bu­ję. Jest sło­necz­ny dzień, wczo­raj nasi wy­gra­li w ho­ke­ja z Łotwą. Więc je­stem szczę­śli­wy. Łukę albo zrzu­ci­my, albo wcze­śniej czy póź­niej sam wy­kor­ku­je. Wszyst­ko bę­dzie do­brze! — mówi.

(…)

DJ: trze­ba się do­sto­so­wać

Z Saszą spo­ty­ka­my się w nie­wiel­kim klu­bie Kuba, który mie­ści się przy jed­nej z wą­skich uli­czek sta­rej czę­ści Grod­na. Mimo ide­olo­gicz­nej nazwy wła­ści­cie­le klubu ra­czej z przy­mru­że­niem oka trak­tu­ją ku­bań­ską re­wo­lu­cję. Ścia­ny lo­ka­lu zdobi m.​in. sty­li­zo­wa­na na Che Gu­eva­rę Mysz­ka Miki. Są tu ser­wet­ki z czer­wo­ną gwiaz­dą, a to­a­le­ta jest ob­le­pio­na ta­pe­ta­mi z hisz­pań­sko­ję­zycz­nych gazet, gdzie m.​in. widać zdję­cie dum­ne­go Fi­de­la. Jest więc re­wo­lu­cyj­nie, ale to nie jest re­wo­lu­cja na serio.

Kiedy razem wcho­dzi­my do klubu, Sasza po kolei wita się nie­mal z wszyst­ki­mi klien­ta­mi, któ­rzy w to go­rą­ce po­po­łu­dnie sączą w Kubie chłod­ne piwo. Sasza to po­pu­lar­ny DJ, więc dla by­wal­ców gro­dzień­skich klu­bów jest je­że­li nie gwiaz­dą, to przy­naj­mniej kimś zna­nym.

Ma 24 lata, ka­rie­rę mu­zycz­ną roz­po­czął, mając 17 lat. — Odkąd pa­mię­tam, in­te­re­so­wa­ła mnie mu­zy­ka. Cho­dzi­łem do klu­bów, słu­cha­łem. Po­zna­łem kilku DJ-ów. Po­my­śla­łem, że też chcę to robić co oni. Więc sprze­da­łem sys­tem aku­stycz­ny, na który wcze­śniej zbie­ra­łem, ko­mór­kę, po­mo­gli mi ro­dzi­ce i ku­pi­łem sprzęt po­trzeb­ny do mik­so­wa­nia mu­zy­ki — przy­wieź­li mi go z Pol­ski. Kosz­to­wał około 700 do­la­rów. To kupa pie­nię­dzy dla sie­dem­na­sto­lat­ka. Ale bar­dzo tego chcia­łem. No i za­czą­łem za­ba­wę — wspo­mi­na.

Ta de­cy­zja prze­są­dzi­ła o jego dal­szych lo­sach. Na po­cząt­ku ca­ły­mi dnia­mi grał w domu, mik­so­wał mu­zy­kę, łą­czył rytmy… Po roku jako DJ pra­co­wał już w swoim pierw­szym klu­bie. Po sze­ściu la­tach jest zna­nym w Grod­nie DJ-em i żyje z mu­zy­ki. Gra co wie­czór w noc­nym klu­bie Al­fa­cen­tau­ra. Jego dzień (a wła­ści­wie noc) pracy za­czy­na się o 22 i trwa cza­sem do szó­stej nad ranem. Je­że­li klien­tów jest mało, klub można za­mknąć wcze­śniej.

Al­fa­cen­tau­ra to de­mo­kra­tycz­ny klub. Okre­śle­nie „de­mo­kra­tycz­ny” nie ma nic wspól­ne­go z po­li­ty­ką, zna­czy tyle, że ceny w klu­bie są nie­wy­so­kie. Klien­ci lo­ka­lu to prze­waż­nie mło­dzież. — Od 18 do 28 lat. Zda­rza się, że przy­cho­dzi ktoś star­szy, ale prze­waż­nie bawi się u nas sama mło­dzież — mówi Sasza.

Dla­te­go ceny w po­rów­na­niu z in­ny­mi miej­sca­mi są niż­sze. Jed­nak cho­dze­nie do klu­bów nie na­le­ży do ta­nich roz­ry­wek. Wej­ściów­ka, dwa kok­taj­le, no i po­wrót do domu tak­sów­ką (w nocy nie kur­su­ją środ­ki miej­skie­go trans­por­tu) — tym samym noc spę­dzo­na w Al­fa­cen­tau­rze kosz­tu­je ok. 150 tys. – 200 tys. bia­ło­ru­skich rubli (to ja­kieś 20 do­la­rów). Dla mło­de­go czło­wie­ka jest to spory wy­da­tek.

— Skąd biorą pie­nią­dze? Wia­do­mo, od ro­dzi­ców. Jed­nak teraz jest kru­cho. Po 2011 roku lu­dzie za­czę­li mniej za­ra­biać. Jest kry­zys, więc oszczę­dza­ją. Pierw­sze, z czego re­zy­gnu­ją, to roz­ryw­ka — opo­wia­da Sasza.

Dużo spo­śród tych, któ­rzy wcze­śniej byli sta­ły­mi klu­bo­wi­cza­mi, teraz znik­nę­ło. Nie­któ­rzy cho­dzą do klubu raz na mie­siąc, jesz­cze inni wcze­śniej pili whi­skey, a teraz prze­szli na wódkę. Klub mniej za­ra­bia, Sasza też od­po­wied­nio mniej do­sta­je. Cóż, po­dob­ny­mi re­gu­ła­mi rzą­dzi się każdy biz­nes. Jed­nak o ile na Za­cho­dzie jest duża kon­ku­ren­cja w dzie­dzi­nie roz­ryw­ki, nocne kluby za­cie­kle wal­czą o pu­blicz­ność i prze­ści­ga­ją się w po­my­słach, które mają przy­cią­gnąć klien­tów, o tyle na Bia­ło­ru­si, ow­szem, kon­ku­ren­cja też bywa, jed­nak to wcale nie ona jest głów­ną przy­czy­ną bólu głowy bia­ło­ru­skiej bran­ży roz­ryw­ko­wej.

— W Grod­nie jest czte­ry, pięć klu­bów, które za­pra­sza­ją DJ-ów. DJ-ów jest dużo. Mówi się tak: na każ­dej klat­ce jest facet, który się uważa za DJ-a. Ale za­wo­do­wo zaj­mu­je się tym, po­wiedz­my, ze dwa­dzie­ścia osób — opo­wia­da Sasza.

Dla­te­go kon­ku­ren­cja wcale nie jest naj­więk­szym pro­ble­mem bia­ło­ru­skie­go świa­ta roz­ryw­ki. Tu się wal­czy z in­ny­mi de­mo­na­mi. Naj­bar­dziej nie­przy­jem­ny jest stały kon­takt z biu­ro­kra­cją. — To jest u nas po­rą­ba­ne. Na przy­kład po gra­niu ja­kieś pa­pier­ki mu­sisz po­wy­peł­niać. Na Za­cho­dzie czy w Rosji jest tak: za­gra­łeś, do­sta­łeś za­ro­bio­ną kasę i po spra­wie. U nas zda­rza się, że mu­sisz sie­dzieć jesz­cze jakiś czas w klu­bie, gdyż je­steś pra­cow­ni­kiem, mu­sisz spę­dzić tu okre­ślo­ny czas pracy. Są też inne dziw­ne rze­czy. Na przy­kład kie­dyś wła­dza wpro­wa­dzi­ła obo­wią­zek, że 75 pro­cent mu­zy­ki gra­nej w klu­bie musi sta­no­wić twór­czość bia­ło­ru­skich wy­ko­naw­ców. A to prze­cież ob­ciach. Ja to za­wsze igno­ro­wa­łem. Nigdy tego nie spraw­dzo­no, ale gdyby przy­szli z kon­tro­lą, to byłby pro­blem — mówi Sasza.

Albo jesz­cze jeden ko­mu­ni­stycz­ny wy­mysł. Pro­gram, który bę­dziesz grał, trze­ba wcze­śniej za­twier­dzić w miej­sco­wym dzia­le ide­olo­gii. To urzęd­ni­cy mają za­de­cy­do­wać, czy roz­po­wszech­nia­ne przez ar­ty­stów tre­ści na­da­ją się do pu­blicz­ne­go od­twa­rza­nia, czy nie są one szko­dli­we dla bia­ło­ru­skie­go spo­łe­czeń­stwa. A prze­cież DJ w dużej mie­rze im­pro­wi­zu­je, mie­sza­jąc różne pio­sen­ki, style i rytmy, więc nawet tego sa­me­go utwo­ru Sasza nigdy nie zagra dwa razy tak samo. Jak więc ma uzgad­niać treść pro­gra­mu z urzęd­ni­ka­mi?

— Coś tam im pi­sa­łem, po pro­stu po to, by się od­cze­pi­li, a gra­łem dalej jak dotąd, czyli pełna im­pro­wi­za­cja. Jakoś nikt z nich nigdy się tym nie za­in­te­re­so­wał, wi­docz­nie też trak­to­wa­li to jako for­mal­ność — wy­zna­je.

Od po­li­ty­ki Sasza trzy­ma się da­le­ko. Na Bia­ło­ru­si każdy wie, że po­li­ty­ka ozna­cza pro­ble­my. A Sasza woli uni­kać pro­ble­mów. — Są ze­spo­ły, któ­rych utwo­rów nie warto wy­ko­rzy­sty­wać. Na przy­kład Lapis Tru­biec­koj. Dużo jest róż­nych ogra­ni­czeń. Jed­nak po­dział nie jest wy­raź­ny. Jest duża szara stre­fa, która mie­ści się po­mię­dzy „można” i „nie można”. Wła­śnie w tej sza­rej stre­fie jest też to, co się dzie­je w noc­nym klu­bie — tłu­ma­czy.

Nocny klub to prze­cież nie tylko mu­zy­ka, to także al­ko­hol, no i seks. Al­fa­cen­tau­ra nie jest wy­jąt­kiem. Dziew­czy­ny w krót­kich spód­nicz­kach, mło­dzi lu­dzie otę­pie­ni al­ko­ho­lem, gło­śna mu­zy­ka. Czę­sto at­mos­fe­ra jest jesz­cze bar­dziej pod­grze­wa­na przez spe­cjal­nie wy­na­ję­te przez klub strip­ti­zer­ki. Cza­sem aż trud­no uwie­rzyć, że to wszyst­ko od­by­wa się na Bia­ło­ru­si, gdzie rzą­dzi au­to­ry­tar­ny reżim, który ma kon­ser­wa­tyw­ne po­dej­ście do spraw oby­cza­jo­wych.

— Wstęp do klubu jest tylko dla osób peł­no­let­nich. Więc wszy­scy są do­ro­śli. Na Za­cho­dzie czy w Rosji już ni­ko­go nie zdzi­wi za­pro­sze­nie strip­ti­zer­ki. U nas też się to robi. Cza­sem. Ale wiemy, że to się może źle skoń­czyć dla klubu — mówi Sasza.

W in­ter­ne­cie można zna­leźć dzie­siąt­ki zdjęć z gro­dzień­skich klu­bów z za­wo­do­wy­mi bądź ama­tor­ski­mi strip­ti­zer­ka­mi. Ro­ze­bra­ne, po­le­wa­ją­ce się pianą, wcią­ga­ją­ce w tę za­ba­wę roz­luź­nio­ną al­ko­ho­lem pu­blicz­ność…

— Rze­czy­wi­ście tak jest. Pro­blem po­ja­wia się tylko wtedy, kiedy ktoś z urzęd­ni­ków zwró­ci na to uwagę. Jed­nak do­pó­ki ich to nie ob­cho­dzi, wszyst­ko jest OK — twier­dzi Sasza.

Jako przy­kład opo­wia­da hi­sto­rię wy­stę­pu w Miń­sku gwiaz­dy porno — przy­je­cha­ła Katya Sam­bu­ca. Dwu­dzie­sto­dwu­let­nia kró­lo­wa ro­syj­skie­go porno miała w 2011 r. wy­stęp w Miń­sku, w klu­bie Broad­way. Katya po­ka­za­ła Bia­ło­ru­si­nom wszyst­ko, czego się można spo­dzie­wać po ak­tor­ce porno. Wy­stę­po­wa­ła solo i z ko­le­żan­ką, dziew­czy­ny miały wi­bra­to­ry… I cho­ciaż cały Mińsk był ob­le­pio­ny re­kla­ma­mi „kon­cer­tu” Sam­bu­ki, nikt z bia­ło­ru­skich urzęd­ni­ków w żaden spo­sób na to nie za­re­ago­wał i nie za­bro­nił tego wy­stę­pu. W końcu wszyst­ko od­by­wa­ło się w noc­nym klu­bie…

— Katya Sam­bu­ca wy­stą­pi­ła, dużo było potem o tym w pra­sie, no i do­pie­ro wtedy za­uwa­ży­li to urzęd­ni­cy… A je­że­li oni coś za­uwa­ża­ją, to wia­do­mo, że nic do­bre­go z tego nie wy­nik­nie. Klub za­mknię­to. To był ko­niec tego biz­ne­su — mówi Sasza.

Ta hi­sto­ria we­dług niego do­brze po­ka­zu­je sto­su­nek wła­dzy do tego, co się dzie­je w noc­nych klu­bach. Nie zwra­ca się na to uwagi do czasu, aż in­for­ma­cja po­ja­wi się gdzieś w pra­sie. No i wtedy do­pie­ro na­stę­pu­je re­ak­cja.

— To jest ja­kieś koł­tuń­stwo. Dwu­li­co­wość. Pa­mię­tam przy­pa­dek, że na jed­nym z afi­szy re­kla­mu­ją­cych kon­cert DJ-ów w na­szym klu­bie zna­la­zła się mo­del­ka w stro­ju ką­pie­lo­wym. Kiedy mie­li­śmy wy­wie­sić te nie­win­ne w sumie afi­sze, w mie­ście wy­bu­chła strasz­na awan­tu­ra. Sta­nę­ło na tym, że miej­skie wła­dze za­bro­ni­ły roz­wie­szać ten pla­kat, jako de­pra­wu­ją­cy bia­ło­ru­ską mło­dzież — opo­wia­da Sasza.

Wła­dza chce więc de­cy­do­wać, gdzie masz cho­dzić, ja­kiej mu­zy­ki słu­chać, co oglą­dać… Takie za­cho­wa­nie de­ner­wu­je Saszę, ale jego sto­su­nek do władz można po­rów­nać do sto­sun­ku, jaki się ma do złej po­go­dy. Nie po­do­ba się, ow­szem, ale zmie­nić tego nie można, zo­sta­je tylko prze­cze­kać.

— Każdy ma wybór. Do­sto­so­wać się, wal­czyć albo wy­je­chać. Wal­czyć chce nie­wie­lu. Bo za to może cię spo­tkać wię­zie­nie. Co to jest wię­zie­nie, każdy ro­zu­mie i nikt tam nie chce iść. Więc wy­je­chać? Tak, nie­któ­rzy się na to de­cy­du­ją. Ale weźmy mnie. Mógł­bym wy­je­chać na Za­chód, ale kim bym tam był? Za­mia­tał­bym ulice w Ho­lan­dii. Ow­szem, za­ra­biał­bym wię­cej niż tu, ale prze­cież ja nie chcę za­mia­tać ulic, chcę być DJ-em! Dla­te­go zo­sta­ję, ale przez to muszę się do­sto­so­wać do tego, co tu się od­by­wa — tłu­ma­czy.

Sasza nie wie­rzy w moż­li­wość szyb­kich zmian na Bia­ło­ru­si: — Rzą­dzą nami men­tal­ni So­wie­ci, ale kie­dyś to się zmie­ni. Prze­cież oni wszy­scy po pro­stu po­umie­ra­ją, a mło­dzież jest już inna… Ale nie­ste­ty nie bę­dzie to za mo­je­go życia — smut­nie stwier­dza. I do­da­je: — Jesz­cze kiedy uczy­łem się w szko­le, za­pi­sa­no mnie do BRSM-u . Niby było to do­bro­wol­ne, ale każdy wie­dział, że jeśli się nie za­pi­sze, to bę­dzie miał same pro­ble­my. Więc byłem w BRSM-ie. Ga­nia­no nas na różne wiece, da­wa­no flagi czer­wo­no-zie­lo­ne, ka­za­no gło­sić hasła „Za Bia­ło­ruś”. Mam do dzi­siaj na to wszyst­ko aler­gię.

Czy jest szczę­śli­wy? — Tak, mimo wszyst­ko tak. Zaj­mu­ję się tym, co lubię, przy tym do­brze się bawię, a gdy­bym chciał zro­bić show moich ma­rzeń, to mogę zor­ga­ni­zo­wać za­mknię­tą im­pre­zę, tylko dla swo­ich, gdzie wszyst­ko bę­dzie tak, jak ja chcę — od­po­wia­da.

Okładka książkiOkładka książkiFoto: Materiały prasowe
  • Nakładem wydawnictwa Helion, w marce Editio ukazała się długo oczekiwana książka „System Białoruś” Andrzeja Poczobuta – dziennikarza, publicysty i blogera, a także działacza mniejszości polskiej na Białorusi. Powyższy fragment publikujemy dzięki uprzejmości wydawnictwa.
Autor:

Andrzej Poczobut

Posted in Historia, Książki (e-book) | Leave a Comment »

Pamiętniki weterana – Wandalin Czernik (Wilno 1914)

Posted by tadeo w dniu 13 grudnia 2013

APC - 2013.12.13 22.33 - 001.3d

http://pbc.biaman.pl/dlibra/doccontent?id=5417&from=FBC

Posted in Historia, Książki (e-book) | Leave a Comment »

Żydowscy żołnierze Hitlera – Marek Jan Chodakiewicz

Posted by tadeo w dniu 3 grudnia 2013

Ponad 150,000 osób pochodzenia żydowskiego walczyło w szeregach wojsk III Rzeszy. Co więcej, odbywało się to za osobistym pozwoleniem Hitlera. Nie zawiódł się na nich. Do takiego wniosku doszedł młody historyk amerykański na podstawie setek wywiadów z niemieckimi kombatantami żydowskiego pochodzenia oraz tysięcy dokumentów wydobytych z niemieckich archiwów.

Swoje rewelacje Bryan Mark Rigg opublikował w pracy Żydowscy żołnierze Hitlera: Nieznana historia nazistowskich praw rasowych oraz mężczyzn pochodzenia żydowskiego w wojsku niemieckim.[1] Już sam tytuł brzmi jak oksymoron. Co? Żydzi służący u Hitlera? Jest to dla większości zupełnie szokującym absurdem. Dla niektórych zapewne zabrzmi to jako jakieś antysemickie pomówienie, spisek.[2]

APC - 2013.12.03 21.05 - 001.3d

Jeden z wojennych losów: Alex Kurzem – mały Żyd z Białorusi trafił do Łotewskiego Waffen-SS, gdzie został maskotką pułku. Jego zadaniem było m.inn. wabienie czekoladą i cukierkami żydowskie dzieci broniące się przed wejścim do wagonów mających zawieźć je na śmierć.  Alex  żyje do dziś i mieszka od 1949 r. w Australii. Dziś wstyd mu za to, co robił jako dziecko. Zdjęcia dorosłych Żydów służących w armii Hitlera nie są publikowane.

         

Ale przecież tak nie jest. Większość z nas, a już napewno prawie każdy przeciętny człowiek, stara się zrozumieć świat w oparciu o rozmaite stereotypy. W pewnym sensie pomagają one nam funkcjonować, szczególnie na wstępnym etapie życia, który u człowieka inteligentnego i ciekawego nie trwa zbyt długo. Wraz z nabieraniem doświadczenia życiowego, w miarę upływu czasu, przestajemy się dziwić gdy napotykamy kolejnego szczodrego Szkota, nasz znajomy Anglik jest cholerykiem, a przyjaciel Amerykanin ani nie żuje gumy ani nie trzyma nóg na stole przy jedzeniu. Jednym słowem zaczynamy dostrzegać całą gamę ludzkich postaw, złożoność zachowań, czy uwarunkowań czynów. Konserwatysta dostrzega, że jądro istoty rzeczy pozostaje jasne, chociaż do pewnego stopnia zacierają się kontury zjawisk. Rozumiemy więc, że subtelnie skonstruowane paradygmaty to nie prostackie stereotypy, nawet jeśli mają ze sobą wspólne pewne podstawowe rzeczy. Na przykład, stereotyp „niekulturalnego Amerykanina” odzwierciedla do dużego stopnia brak kultury osobistej u młodego pokolenia, ludu szczególnie, ale oczywiście nie starej elity USA.         Właśnie takim procesem budowania paradygmatu Niemców żydowskiego pochodzenia zajął się Bryan Mark Rigg. Autorowi chodziło o wzbogacenie naszej wiedzy o antysemityźmie, o eksterminacji Żydów – wbrew prostackim stereotypom. Jest to podejście naukowe bardzo nam bliskie.  

Badania własne

          

        A było tak. Chyba dekadę przed wydaniem książki na korytarzach uniwersytetów Ligi Bluszczowej (Ivy League) słyszeliśmy o badaniach Rigga. Nasza uczelnia, Columbia University, miała umowę z Yale. Każdy kto chciał od nas mógł jeździć tam; i odwrotnie. Jeden z gości wspomniał,  że powstaje tam słabo udokumentowane magisterium o żydowskich żołnierzach Hitlera. Inspiracją tej pracy był film Agnieszki Holland „Europa, Europa.” Autor oparł się rzekomo jedynie na kilku wspomnieniach. Nic szczególnego. Ale mimo oporu swych profesorów Rigg zdecydował pisać na ten temat doktorat. Uparł się. Został sam.        

       W 1994 /1995 byłem w Cambridge University w Anglii.  Poszedłem posłuchać wykładu profesora Jonathana Steinberga. Specjalizuje się on we włoskim aspekcie eksterminacji Żydów podczas II wojny. Jako jeden z niewielu docenia rolę Papieża i Kościoła w akcji ratowania ludności żydowskiej. Wspomniał wtedy dwie interesujące rzeczy. Po pierwsze, w Australii brał udział w procesie Ukraińca z SS-Wachmannschaftenoskarżonego o mordowanie Żydów w Winnicy. Ale ten wywinął się prokuraturze twierdząc, że go wtedy w mieście nie było. Pokazał też autentyczne dokumenty. Sędzia zwolnił oskarżonego, podatnik australijski zapłacił ponad 1 mln. dolarów kosztów tego procesu. Australijski wymiar sprawiedliwości nie zrozumiał, że daty były wedle kalendarza prawosławnego. SS-man  jak najbardziej był obecny w rzeczonym czasie w Winnicy podczas mordów.        

       Po drugie profesor Steinberg wspomniał krótko, że opiekuje się studentem, który pisze o żydowskich żołnierzach Wehrmachtu. Zrozumiałem, że chodzi o chrześcijan z żydowskimi przodkami, którymi zajmował się Rigg. W tym czasie już sam co nieco poszperałem, aby zorientować się, że Hitler w rozmaity sposób traktował różne osoby o żydowskich korzeniach. Zestawiłem też informacje z rozmaitych źródeł na ten temat.Wyśmienity sowietolog, profesor Robert Conquest opowiadał mi kiedyś, że na Krymie nie mordowano Karaimów, bowiem nazistowscy eksperci rasowi uznali, że są to Tatarzy wyznania quasi-mojżeszowego, a nie „prawdziwi” Żydzi. W tym wypadku religia miała Niemców nie obchodzić. Zgodnie z tą logiką w 1944 r. z Karaimów pragmatycznie utworzono przynajmiej jeden batalion w ramach Waffen-SS. Himmler wydał nawet specjalne pozwolenie aby Karaimscy SS-mani mogli odprawiać judaistyczne modły.[3] (Z innego źródła dowiedziałem się, że niemieccy Cyganie służyli w jednym na najbardziej krwawych oddziałów SS).[4]Przypomniałem też sobie, że o „rasowym” dylemacie Narodowych Socjalistów pisał Erich Maria Remarque. Według niego, parafrazując, zabicie niemieckiego pół-Żyda byłoby zabiciem pół-Niemca. Rozmawiałem na ten temat też z koleżanką ze studiów, Patricią von Papen. Opowiedziała mi o tym, że w Berlinie odbyła się demonstracja „aryjskich” rodzin „nie-Arian” i pod jej wpływem Gestapo zawiesiło deportacje części Niemców pochodzenia żydowskiego do obozów śmierci. Patricia później była konsultantką pracy Rigga.[5] Inna koleżanka z uczelni, Cäecilie Rohwedder, wspominała, że jej babcia, która była pochodzenia żydowskiego, przeżyła wojnę wcale nie ukrywając się. Zgadłem, że chroniła ją prominentna pozycja jej rodziny.[6] 

         No i jak zwykle mamy też własne historie rodzinne. Podczas jednej z wizyt u moich powinowatych w Niemczech zwróciłem uwagę na zdjęcie przystojnego officera Luftwaffe: Leutnant Friedrich Heinrich Justinus Falcon Cajus Graf Praschma Freiherr von Bilkau zginął na polu bitwy 28 lipca 1944 r. pod Demsi na Łotwie. Jego babka po stronie matki była ochrzczoną angielską Żydówką. Teoretycznie, według standartów Hitlera, Friedrich kwalifikował się do gazu. W praktyce o pochodzeniu jego matki nikt niepożądany nie wiedział; jej dokumenty były niedostępne nazistowskim tropicielom czystości rasowej w III Rzeszy. Znajdowały się bowiem w Anglii i w Chinach.[7] Ale – jak mi powiedziała moja niemiecka rodzina – osoby żydowskiego pochodzenia mogły otrzymać specjalne zaświadczenie od Hitlera, uznające ich tzw. „aryjskość.” Na przykład, w taki sposób uniknęła obozu śmierci Melitta Gräfin Schenk von Stauffenberg.[8]

            Wiedziałem więc, że sprawy te są dużo bardziej skomplikowane niż powszechnie się wydawało. Nie miałem jednak zielonego pojęcia ani o rozmiarach ani innych szczegółach tego zjawiska. Na szczęście Bryan Mark Rigg w dużym stopniu uporządkował cały ten galimatias.

  

Metodologia i definicje

       

               Zabrał się do tego bardzo metodycznie. Na początku rozważył kwestię „kto jest Żydem.” Potem przedstawił problem asymilacji w Niemczech i Austrii, ze szczególnym naciskiem na służbę wojskową jako odzwierciedlenie najwyższego stadium asymilacji. W końcu Rigg opisał ewolucję polityki Hitlera w stosunku do tzw. „mieszańców” (Mischlinge), bogato ilustrując swoją opowieść historiami poszczególnych osób. Jego dzieło czyta się momentami trudno. Autor w logiczny i zimny sposób tłumaczy pseudonaukowe zasady „higieny rasowej” oraz inne narodowo-socjalistyczne meandry pseudo-intelektualne urągające nie tylko nauce, ale przede wszystkim naszej moralności zbudowanej na chrześcjaństwie. Rigg zdecydował się stosować nazistowską nomenklaturę: „Aryjczyk”, „35 –procentowy Żyd” czy „75-procentowy Żyd.” Oprócz tego historyk ten zbyt pewnie czuje się w biurokratycznym gąszczu III Rzeszy, konfudując czasami czytelnika. Na przykład używa terminologii dotyczącej rozmaitych typów zaświadczeń o „aryjskości”, której znaczenie tłumaczy dopiero pod koniec swego dzieła. W końcu Rigg opowiada o straszliwie podłych wyborach moralnych, wymuszonych przez system. Niesmaku takich informacji nie niwelują opowieści o bohaterstwie czy szlachetności poszczególnych osób.Zastanawiając się „kto jest Żydem?” Rigg odrzuca dwa „ekstremalne poglądy.” Po pierwsze, historyk nie zgadza się z założeniem, że „osoba z jakimikolwiek przodkami żydowskimi jest Żydem.” [9] Po drugie, autor zaprzecza opinii głównie ultra-religijnych wyznawców judaizmu, że „żadna osoba pochodzenia żydowskiego, która służyła w Wehrmachcie w ogóle nie mogła być Żydem.”  Rigg słusznie podkreśla, że „Żydzi to nie ‘rasa’.”[10] 

             Mimo, że ortodoksyjni rabini oraz władze Izraela uznają za Żyda tylko osoby zrodzone z żydowskiej matki, badacz przychyla się do szerszej interpretacji. Według niego rozwiązanie tej kwestii do dużego stopnia powinno opierać się na samookreśleniu. Czyli Rigg preferuje liberalne prawo wyboru. Jednocześnie jednak przynaje istnienie takich, którzy według prawaHalacha są Żydami, ale świadomie odrzucają swoje korzenie i zaprzeczają im z rozmaitych powodów (od samonienawiści do asymilacji).Większość tzw. „mieszańców” (Mischlinge) odrzucało identyfikację z Żydostwem. Uważali się za Niemców. Wielu popierało narodowy socjalizm. Wielu miało podobne uprzedzenia jak „aryjska” reszta ich rodaków. Bardzo często antysemityzmu Hitlera i NSDAP nie odnosili do siebie ale do tzw. „Wschodnich Żydów” (Ostjuden). W 1935 r. jeden z przywódców skrajnie prawicowej organizacji Narodowych Żydów Niemieckich zapewnił Hitlera, że „on i jego towarzysze walczyli aby nie wpuścić Ostjuden do Niemiec.”  Kontynuował: „Te hordy wpół-azjatyckich Żydów” to „niebezpieczni goście.” Dlatego trzeba ich „bezwzględnie wyrzucić” z Niemiec.[11] A co na to Hitler? „Według doktryny nazistowskiej, podobnie jak w Halacha, żydowskość jest dziedziczna.” W III Rzeszy Żydów obwołano „rasą”.[12]

        Co więcej, wielu „czysto aryjskich” chrześcijanin, którzy przeszeszli na judaizm uznano za Żydów w sensie „rasowym” (Geltungsjuden). „Pół oraz ćwierć-Żydów,” którzy mieli „pełnych Żydów” za małżonków traktowano jako „pełnych Żydów.” Sprawy takie regulował najpierw paragraf aryjski (Arierparagraph), a potem ustawy norymberskie i rozmaite dekrety państwowe i rozkazy Hitlera. Dlatego, Rigg stwierdził, że 

W dyskusji na temat tej historii musimy stosować nazistowskie definicje o żydowskości bowiem w końcu liczyło się tylko to w co wierzyli Naziści. Większość osób wymienianych w niniejszej pracy nie określiłaby siebie jako  Żydów czy częściowo Żydów. Ale tak definiowały ich teorie rasowe i polityka Hitlera. Tak więc omawiając tutaj kwestię żydowskości czynimy to wedle rasistowskiego prawa narodowo-socjalistycznego, a nie według definicji Halachy.[13]

  

III Rzesza operowała według zaiste orwellowskich zasad. Korzenie członków partii sprawdzano do 1800 r. Oficerów SS do 1750 r. W szczególnym przypadku jednemu partyjniakowi, który miał „semicki wygląd,” dowiedziono, że jakiś jego przodek poślubił Żydówkę w 1616 roku i wyrzucono go z funkcji państwowych. Jednocześnie – dla niektórych wybranych – Hitler oraz jego zaufani biurokraci wydawali certyfikaty „aryjskości.”

           Tzw. Genehmigungen były przeznaczone dla żołnierzy. Składało się to jako trzy osobne podania – prośbę o pozwolenie na kontynuację służby; prośbę o pozwolenie na kontunuację służby z możliwością awansu, oraz właściwy certyfikat „aryjskości,” czyli Deutschblütigkeitserklärung. Jego posiadacz mógł siebie określać jako Niemiec pełnej krwi – deutschblütig. Certyfikaty pierwszego i drugiego rodzaju zawierały zastrzeżenie, że Hitler zdecyduje po wojnie o ostatecznym losie danej osoby.

Uzyskanie certyfikatu aryjskości nawet trzeciego typu nie oznaczało, że osoba taka stała się pełnoprawnym obywatelem III Rzeszy. Po pierwsze, częstokroć członkowie jego rodziny nie byli przecież automatycznie zaliczani w poczet „Aryjczyków.” Zdarzało się nawet, że brat dostawał certyfikat, a siostra nie. Po drugie, nowo kreowany „Aryjczyk” miał zakaz wstępowania do NSDAP oraz nie mógł zostać rolnikiem. O ile chciał awansować w wojsku ponad stopień pułkownika musiał ubiegać się o osobne pozwolenie.[1]  Aby wdrażać w życie nowe ustawy oraz kontrolować ich wykonanie, a przede wszystkiem aby wyszukiwać w archiwach potrzebne dokumenty, stworzono urząd rasowy (Rassenamt) oraz rozmaite inne biura. W ciągu roku (1933-34) liczba biurokratów od „rasy” wzrosła z 27 do 126 osób. Można szacować, że po 1938 było ich conajmniej dziesięć razy więcej. Podatnik niemiecki miał zapłacić 80 milionów marek za badania genealogiczne każdego obywatela.[2]Biurokraci częstokroć byli dosłownie zawaleni robotą. W związku z tymczasami zwracali się do pomoc do Jakuba Jacobsona, dyrektora Centralnych Archiwów Żydów Niemieckich. Ten – mimo swego żydowskiego pochodzenia i wyznania – wypełniał swoje obowiązki raczej niechętnie, choć zgodnie z obowiązującym prawem.[3]  Polityka nazistowska wobecMischlinge (mieszańców) w siłach zbrojnych ulegała stałej modyfikacji. Jej różne aspekty były pełne sprzeczności. Z jednej strony polityka zaostrzała się zgodnie z sukcesją wpowadzanych antyżydowskich praw. Z drugiej – po wrześniu 1939 r. – pragmatyczne wymogi wojny powodowały pewne jej cykliczne łagodzenie. Zwycięstwa niemieckie przynosiły ponowne natężenie dyskryminacji. Ale klęski też, a już szczególnie nieudany zamach na Hitlera w lipcu 1944 r. Wtedy stało się jasne, że Hitler chciałby eksterminować „mieszańców.” Wcześniej, jeszcze w 1942 r. wydawało się, że nazistów może zadowolić „tylko” ich sterlizacja.

Tzw. „mieszańcy” – Mischlinge

         Dlaczego służyli Hitlerowi? Wydaje się, że obecność osób pochodzenia żydowskiego w wojsku III Rzeszy była logiczną kontynuacją długofalowego trendu asymilacyjnego. Przecież patrioci niemieccy żydowskiego pochodzenia (i religii) brali udział w walkach przeciw Napoleonowi. Potem nastąpił szalenie szybki proces asymilacji, konwersji, ożenków, oraz niemczenia się wśród ludności żydowskiej. Germanizacja szła w parze ze wzrostem patriotyzmu, zrozumienia obowiązku w stosunku do narodu. Niemcy żydowskiego pochodzenia walczyli w wojnach z Danią, Austrią, Francją, a szczególnie w I wojnie światowej (zginęło wtedy za Niemcy więcej osób pochodzenia żydowskiego niż padło za Izrael we wszystkich wojnach z Arabami). Automatycznie też – mimo dyskryminacji przez NSDAP – wielu z nich stanęło do szeregu aby walczyć w czasie II wojny. Przecież czyny Hitlera w ciągu swych pierwszych lat u władzy, do 1939 r., nie mogły doprowadzić do gwałtownej zmiany mentalności większości, do de-asymilacji. Takowa, o ile miała miejsce, nastąpiła po wojnie, po Zagładzie. Do wojny Niemcy żydowskiego pochodzenia byli po prostu Niemcami.  Przeciętny Mischlingczuł, pracował i myślał jak przeciętny „aryjski” Niemiec w tamtym czasie. Hans Gerlach napisał: „Rodzice wychowali mnie jako prawdziwego Niemca w miłości do Führera oraz Ojczyzny.”[4] Jego kolega, Dieter Bergmann myślał podobnie: „Zwyciężamy!… Muszę wierzyć w to zwycięstwo ponieważ poświęciłem dla niego tak wiele. Także wierzę w nie bowiem goreje we mnie miłość do Ojczyzny.” A kto był wrogiem? Jüdische Kapitalistenschweine.[5]Tak pisała wtedy osoba, która nie tylko była Żydem, ale również homoseksualistą. Co więcej, zdawał on sobię sprawę z tego, że „nie mogę być całkowicie optymistycznie nastawiony co do finału wojny. Naziści chcą się mnie pozbyć.” [6] Mimo takich sprzeczności, nie przestał być Niemcem. 

         Rigg odkrył, że „były niemiecki kanclerz, Helmut Schmidt, porucznik Luftwaffe w czasie II wojny… przyznał, że gdyby nie miał żydowskiego dziadka, zostałby nazistą.”[7]        Hans Herder wpadł w głęboką depresję, gdy dowiedział się, że ma żydowskiego dziadka. „Mówię ci uczciwie, że nie lubię Żydów,” powiedział Riggowi w 1996 r.[8] Jego koledzy winią Ostjudenalbo Ortodoksów za anty-semityzm.[9] Jednak żołnierz Wehrmachtu, z jednym żydowskim rodzicem, stwierdził: „generalnie rzecz biorąc Mischlingesą bardzo anty-semiccy.”[10] Inny wojskowy o żydowskich korzeniach dodał: „większość Mischlinge czuli się bardziej Niemcami niż  Żydami…. Niektórzy z nich chętnie wstąpiliby do SS gdyby nie byli skalani żydowską krwią.”[11]  Powiedzmy, że taka postawa odzwierciedlała skrajność wśród Niemców żydowskiego pochodzenia. Inną skrajnością byli tacy jak „pół-Żyd” Herbert Lefévre. Z pozoru zachowywał się jak wielu innych. Wstąpił doSturmabteilung (SA) i był wiernym członkiem partii narodowo-socjalistycznej. Lefévre otrzymał certyfikat „aryjskości” od Hitlera. W czasie wojny służył jako podoficer w Kriegsmarine.  Był kucharzem. Nielegalnie dokarmiał tych członków załogi, którzy pozytywnie odpowiadali na jego homoseksualne zaloty. Przyłapano go i powieszono, a jego żydowskie pochodzenie – mimo uprzedniego błogosławieństwa Hitlera – posłużyło jako dodatkowy dowód oskarżenia. W innym wypadku mężczyzna, którego wykluczono z wojska, ale który miał warunkowy certyfikat „aryjskości” został zesłany do Auschwitz gdzie zginął. Jego „zbrodnia”? Przespał się z pełną „Aryjką”.  Czyli osoby pochodzenia żydowskiego, które miały „certyfikaty” znajdowały się stale pod lupą. Karano takich znacznie surowiej niż przeciętnych „Aryjczyków.” W wielu wypadkach rewelacje o żydowskich przodkach były wielkim szokiem dla Mischlinge. W prawie wszystkich wypadkach rodziny uciekały się do rozmaitych forteli aby przez protekcję możnych III Rzeszy uzyskać certyfikat „aryjskości”. Udało się to Feldmarszałkowi Erhardtowi Milchowi, który pełnił funkcje Sekretarza Stanu do spraw Lotnictwa. Po prostu w 1933 r. jego matka poszła na policję i zeznała, że jej sześcioro dzieci pochodzi z kazirodczego stosunku z jej aryjskim wujkiem, a nie z jej żydowskim mężem. Milch do końca wojny sprawował jedną z najwyższych funkcji w hierarchii III Rzeszy. Za jego plecami dalej szeptano jednak, że jego matka, z domu Rosenau, też jest Żydówką.

 

Feldmarszałek Erhardt Milch, Sekretarz Stanu do spraw Lotnictwa(z lewej z gen.Wolframem von Richthofen. Hitler uznal Milcha Aryjczykiem. Odznaczony Ritterkreuz (Krzyżem Rycerskim) za zasługi w czasie kampani w Norwegii w 1940 r.

W innym wypadku wydano certyfikat „aryjskości” dzieciom żydowskiego ojca i „Aryjki” po tym jak „mój własny brat [Heinz Löwen] poszedł na Gestapo i stwierdził, że nasza matka to dziwka, która pracowała jako prostytutka.”[12] Heinz zginął w szeregach Waffen-SS, a jego brat przeżył wojnę jako podoficer wojsk pancernych. Generał Helmut Wilberg uważał, że żydowscy „mieszańcy” to dzieci ze związku murzyńsko-hiszpańskiego. Wilberg przeżył szok w III Rzeszy, gdy prawo norymberskie przypomniało mu o jego żydowskiej matce. Chciał dalej służyć Niemcom. Był zupełnie zagubiony. 

      

Historia Mischlinge to studium sprzeczności i kontrastów. Prawa norymberskie i poszukiwanie oraz odkrywanie żydowskich korzeni wśród Niemców, a następnie nakręcająca się spirala eksterminacji, doprowadziły do samonienawiści, samobójstw, gorzkich rozwodów, degrengolady moralnej, ale również do aktów bohaterstwa oraz wzorowej lojalności. Większość najpewniej usiłowała oszukać system. Częstokroć  przeprowadzali fikcyjny rozwód, ale kontynuowali pożycie małżeńskie. Zwykle tacy przeżywali. Mniej szczęścia mieli ci, których powoływano do służby w karnych kompaniach (Frontbewährungseinheiten, albo żartobliwie Himmelfahrtskommandos-komando Wniebowstąpienia), szczególnie na froncie wschodnim. Większość z nich zginęła. Lecz wielu walczących w normalnych oddziałach zwolniono do 1943 r. zgodnie z dekretami z 8 i 20 kwietnia 1940 r. Niektórzy zwolnieni z Wehrmachtu „mieszańcy” powrócili do Rzeszy do „normalnego życia.” Uczyli się, pracowali, bawili, oraz uprawiali seks z samotnymi dziewczynami i żonami „aryjskich” żołnierzy frontowych.[13] Ale dochodziło też do takich tragedii, że synowie walczyli na froncie, a ich krewnych z Rzeszy wysyłano do gazu w Generalnym Gubernatorstwie. Bywało też jednak tak, że jeśli syn-„mieszaniec” bohatersko zginął na froncie, to według dekretu Hitlera z marca 1941 r. jego rodzice z mieszanego małżeństwa nie podlegali represjom.[14]

       Oto garść przykładów, ilustrujących pełną sprzeczności rzeczywistość totalitarną III Rzeszy:       

Podczas kłótni rodzinnej „aryjski” ojciec nawrzeszczał na swego Mischling- syna: „Won mi stąd parszywy Żydzie!”[15] „Aryjska” ciotka powiedziała swemu „mieszanemu” siostrzeńcowi: „Mój drogi, uważam, że takich jak ty należy eksterminować aby nasza ojczyzna zachowała swą czystość i zwyciężyła nad spiskiem marksistowsko-żydowskim. Przykro mi, mój drogi. Sam wiesz, że cię kocham.”[16]

     Z drugiej strony, rozżaleni antysemityzmem żydowscy dziadkowie odbijali sobie na swych „mieszanych” wnukach, nawet tych o żydowskich matkach. „Helmut Kopp pamiętał jak jego żydowski dziadek zdzielił go batem i nazwał gojem.”[17] Według Rigga do tego dochodził aspekt żydowskiej odrębności religijnej.  „Nie należy się dziwić, że niektórzy ortodoksyjni Żydzi pozytywnie ustosunkowali się do praw norymberskich ponieważ one zapobiegały ożenkom z niewiernymi.”[18]

     Porucznik Walter Lebram popełnił samobójstwo na wieść o tym, że według paragrafu aryjskiego (Arierparagraph) nie może służyć w armii. Generał Karl Zukertort wystąpił o certyfikat „aryjskości” w 1939 ale odszedł z wojska w 1941 r. dowiedziawszy się, że sprawa jego zostanie załatwiona dopiero po wojnie. W końcu Hitler przyznał mu certyfikat w 1942 r. Zukertort zdecydował jednak nie wracać na służbę. Tymczasem jego brat, generał Johannes Zukertor pozostał w wojsku jako jeden z wyższych oficerów artylerii.

      Zaszczute jadowitą kampanią nienawiści „w pełni żydowska” żona i teściowa „ćwierć-Żyda” admirała Bernharda Rogge popełniły samobójstwo. W 1939 r. Rogge uzyskał „aryizację” i wiernie służył Hitlerowi. Pod naciskiem przełożonych gen. Bernhard Kühl rozwiódł się ze swoją żydowską żoną, która wyemigrowała do USA. Kapitan Kriegsmarine Arnold Techl odmówił wypełnienia takiego rozkazu i został zdymisjowany. Mąż „pół-Żydówki” gen. Gotthard Heinrici nigdy się nie rozwiódł. Zarówno jego żona jak i dzieci nagrodzono patentami „aryjskości”. Potem, wiosną 1945 r., gen. Heinrici desperacko bronił linii Odry i samego Berlina przed Sowietami. Podczas gdy Horst Reinhard udawał „ćwierć-Żyda” służąc w Wehrmachcie, jego ojciec dostał przydział jako sierżant sztabowy armii do oddziału wartowniczego SS w obozie koncentracyjnym Flossenburg.  „W pełni żydowska” matka Horsta zamieszkała w barakach załogi wraz ze swoim mężem. Cała rodzina przeżyła wojnę.[19]

     Częstokroć Mischlinge czuli się odrzuceni zarówno przez Żydów jak i „Aryjczyków.” Na przykład, w 1938 r. Hannah Klewansky poszła na Gestapo w poszukiwaniu ojca. Gestapowcy wysłali ją do gminy żydowskiej. Pracownicy gminy pokazali jej drzwi, bo ojciec jej był konwertytą. Klewansky powróciła ze swą prośbą na Gestapo, gdzie wściekli policjanci pobili ją i zgwałcili.

     Z drugiej strony „mieszańcy” stale używali uzyskane od Hitlera certyfikaty „aryjskości” aby pomagać członkom swojej rodziny. Porucznik Jürgen Krackow trzykrotnie ocalił swego „pół-Żyda” ojca od deportacji, dosłownie wyciągając go ze szpon Gestapo. Porucznik H. Ruge wyciągnął brata z obozu. W 1943 r. porucznik broni pancernej Joachim Cohen odwiedził swego ojca w Sachsenhausen. Zwrócił się też do zdumionego komendanta o protekcję dla ojca.[20]

    Ze swoich badań nad Mischlinge Rigg wywiódł, że  

Wśród pół-Żydów o żydowskich ojcach istniało dużo większe prawdopodobieństwo przywiązania do judaizmu niż u tych, którzy mieli żydowskie matki, a którzy według Halachy byli Żydami. Fakt ten pokazuje, że Halacha pod wieloma względami była opóźniona w stosunku do społecznej rzeczywistości. Wierzenia religijne ojca wpływały na wychowanie dziecka bardziej niż wierzenia matki. Być może tak było z powodu ogólnie patriarchalnego charakteru niemieckich ognisk domowych. To potwierdza fakt, że większość mężczyzn, którzy byli obrzezani, a których zbadaliśmy w niniejszej pracy, mieli żydowskich ojców.[21]

 

Bohaterowie III Rzeszy

           Rigg twierdzi, że większość zbadanych przez niego żołnierzy chciało się wykazać, udowodnić, że są godni miana – „Niemiec”, że ich żydowskość nie istnieje. Bo według stereotypu Żyd to przecież tchórz. A więc walczyli z niezwykłą zażartością, narażając się często dużo bardziej niż „Aryjczycy.”  Spośród dwóch lub trzech milionów tzw.Mischlinge w III Rzeszy, przynajmniej 150 tys. osób pochodzenia żydowskiego (a w tym – jak obliczono, conajmniej 6019 „pełnych Żydów” lecz na fałszywych, „aryjskich” papierach) walczyło w armii Hitlera.[1] 

Rigg zbadał dokładnie aż 1671 przypadków żołnierzy-Żydów i Mischlinge (a w tym 26 członków NSDAP). 163 z nich zginęło. 279 odznaczono za odwagę, z czego aż 15 Krzyżem Rycerskim. „Pół-Żyd” ppłk. Walter Hollaender na czele swego pułku ocalił korpus armijnyWehrmachtu od totalnej klęski pod Kurskiem w lipcu 1943 r. „Ćwierć-Żyd” admirał Bernhard Rogge był chyba jednym z najbardziej słynnych piratów III Rzeszy, chlubą Kriegsmarine. Pod koniec wojny pomógł on ocalić miliony niemieckich uciekinierów i uchodźców z państw bałtyckich, Prus i Pomorza. „Pół-Żyd” i kawaler Krzyża Rycerskiego generał Günther Sachs dowodził 12 dywizją artylerii przeciwlotniczej. „Ćwierć-Żyd” generał Hans-Heinrich Sixt von Armin dowodził 113 dywizją piechoty pod Stalingradem i również zasłużył sobie na Krzyż Rycerski.  „Pół-Żyd” generał Helmut Wilberg odznaczył się już podczas swojej służby jako szef operacji w sztabie Legionu Kondor w Hiszpanii (1936-1937). Tak jak wspomniany już „pół-Żyd” feldmarszałek Milch, gen. Wilberg położył wielkie zasługi w rozwój sił powietrznychLuftwaffe. Odwrotnie niż Milch, który „był fanatycznym i entuzjastycznym nazistą bezwzględnie ufającym Hitlerowi,” gen. Wilberg był przeciwnikiem systemu.[2]      

Wśród niższych stopniem „mieszańców” na przykład Hauptmann Siegfried Simsch  mający na koncie 95 strąceń,  był asem Luftwaffe. We wrześniu 1939 r. kanonier Dietmar Brücher odznaczył się pod Tomaszowem wyciągając rannych kolegów spod ostrzału. W sierpniu 1941 r. pod Humaniem, mjr. Robert Borchard na czele swej kompanii czołgów w beznadziejnej sytuacji powstrzymał sowiecki kontratak. Wyróżniono go Krzyżem Rycerskim. „Pół-Żyd” kpt. Karl Henle dosłużył się Żelaznego Krzyża za odwagę, zginął na polu bitwy. Henle to ciekawy przypadek. Był porucznikiem, gdy wprowadzono paragraf aryjski w wojsku. Dano mu możliwość pozostania w armii w stopniu szeregowego. Odmówił. W 1939 r. powołano go do wojska ponownie w stopniu oficerskim. W 1941 r. Hitler dał mu certyfikat „aryjskości.” Henle służył wiernie, bo wierzył, że ochrania swego ojca od deportacji. Inny oficer, kapitan Erich Rose był nie tylko patriotą niemieckim, ale również ostrym antykomunistą. Walczył przeciw czerwonym podczas rewolucji i wojny w Hiszpanii (1936-39). Służył potem jako łącznik między Wehrmachtem a frankistowską Błękitną Dywizją na froncie wschodnim. Hitler odmówił wydania certyfikatu „arianizacji” jako „75% Żydowi.” Rodziców kpt. Rose zagazowano w Auschwitz. Niedługo potem on sam zginął w walce z Sowietami. „Jestem świnią,” powiedział o sobie frontowym przyjaciołom, szarpany dylematem moralnym swego wkładu do walki za Hitlera.[3]              

Często więc byli to bohaterowie wbrew sobie. Służąc w wojsku, chcieli pomóc swoim żydowskim rodzinom. Jednocześnie, jak twierdzi autor pracy, wielu takich żołnierzy „czuło, że zdradza tych właśnie ludzi, których chcieli ochronić.”[4] Walczyli przecież o zwycięstwo Hitlera. Wydaje się jednak, że takie uczucia przyszły dopiero stopniowo, wraz ze wzrostem świadomości o prześladowaniu Żydów, o holokauście, o okropieństwach wojny, o celach Hitlera. Z drugiej strony, aby skomplikować sprawę, wspólna walka spowodowała, że większość Mischlinge czuła potężne więzy koleżeństwa frontowego łączące ich z „Aryjczykami”. Co więcej, honor żołnierski powodował, że walczący czuli się związani przysięgą: „Składam przed Bogiem to święte przyrzeczenie, że będę bezwzględnie posłuszny Adolfowi Hitlerowi, Wodzowi Rzeszy Niemieckiej i Ludu, Naczelnemu Wodzowi Sił Zbrojnych, oraz, że jestem gotowy, jako dzielny żołnierz, stale ryzykować swe życie dla mej przysięgi.”[5]               

Chociaż Rigg skoncentrował się na wojsku, lotnictwie i marynarce wojennej, od czasu do czasu wspomina o niemieckich Żydach i Mischlinge w formacjach partyjnych SA, SS i policji. Generalnie, „pół-Żydów nie usunięto z rezerwowych oddziałów policji aż do października 1942 r.”[6]  Wbrew rozkazowi o czystce nieznana liczba Mischlinge pozostawała w szeregach SA do końca wojny. Niektórzy z nich zajmowali prominentne stanowiska, jak choćby Felix Bürkner w samej berlińskiej centrali organizacji.[7]        Najbardziej kontrowersyjny jest udział osób pochodzenia żydowskiego w SS. Wspomniałem już Heinza Löwen, który skłamał, że jego matka była prostytutką, aby móc jako “Aryjczyk” służyć w Waffen-SS. Na lepszy pomysł wpadł “czysty Żyd” Karl-Heinz Löwy. Ten zmienił nazwisko na Werner Grenacher, udawał “Aryjczyka”. Został z poboru wcielony do 6 dywizji górskiej SS. Z wyboru i z aprobatą przełożonych w tej formacji znalazł się “ćwierć-Żyd” SS-Obersturmbannführer Peter Sommer, wcześniej oficer Wehrmachtu. Chyba najbardziej szokujący przykład Żyda, który ukrył się w SS to Elke Sirewiz, który jako SS-Obersturmführer Fritz Scherwitz został komendantem obozu koncentracyjnego na Łotwie.              

Rigg zbadał też plotki oraz oskarżenia o żydowskie pochodzenie kilku prominentnych polityków i wojskowych III Rzeszy. Historyk krytycznie rozważył dostępne dowody na temat rzekomo żydowskiego pochodzenia takich nazistowskich notabli jak generał SS Reinhard Heydrich, czy sam Hitler. Rigg doszedł do wniosku, że – o ile nie wydobędziemy na światło dzienne nowych dokumentów – to nic nowego do debaty nie może on wnieść. Jednym słowem, nie możemy wykluczyć, że mieli oni żydowskich przodków, ale nie możemy też tego udowodnić. Jednak bez względu na stan faktyczny „Hitler obawiał się, że plotki o jego żydowskiej przeszłości mogły być prawdą… Być może, że ten kryzys samookreślenia spowodował, że Der Führer wydał tak wiele certyfikatów, które chroniły przed nazistowskimi prawami rasowymi.”[8]     

Według speców rasowych z SS, feldmarszałek Erich von Meinstein miał na nazwisko von Lewinski i został zaadoptowany przez rodzinę Meinsteinów. Adiutant Meinsteina, Alexander Stahlberg, który sam jest pochodzenia żydowskiego, twierdził w 1994 r., że nazwisko feldmarszałka wywodzi się od hebrajskiego słowa „Levy” – lew. Nie jest to wcale pewne, bowiem jego teczka w kartotece SS została częściowo opróżniona, a inne papiery zniknęły. W każdym razie Meinstein był jednym z niewielu, którzy od początku aktywnie starali się pomagaćMischlinge.[9] 

                                              Pomoc i awanse                  

Według Rigga, „zwykle przyjaźń odgrywała największą rolę w udzielaniu pomocy mieszańcowi przez [nazistowskiego] notabla.”[10] Oprócz v. Meinsteina, niektórzy inni zawodowi wojskowi – jeszcze przed wojną – pomagali swym kolegom i podwładnym pochodzenia żydowskiego. W większości byli to konserwatyści, jak gen. Seegers, gen. Erwin von Witzleben, czy gen. Werner von Fritsch. Ten ostatni był antysemitą, lecz „nie lubił Hitlera i jego ‘kumpli’.”[11] Czasami pomoc wynikała z szacunku czy też litości do petenta. W taki sposób sam SS-Obersturmbannführer Adolf Eichmann zlitował się nad ciężko rannym porucznikiem Ernstem Pragerem i – widząc jego liczne odznaczenia bojowe – pomógł jego wujkowi w obozie koncentracyjnym.[12] Bardzo często za aktem pomocy stały więzy rodzinne. Na przykład, generał SS Curt von Gottberg wstawił się za swym bratankiem Wilhelmem. “Pomógł on nie tylko jemu, ale też i jego bratu oraz sześciu kuzynom uzyskać Deutschblütigkeitserklärung(certyfikat o czystej rasowo krwi) wiosną 1940 r.”[13] Gen. Curt von Gottberg wkrótce wsławi się masowymi mordami na Żydach.  W biurokracji partyjno-rządowej sabotaż ustawy norymberskiej uprawiał Bernhardt Lösener, wysoki urzędnik w Rassenamt. Przestrzegał o “katastrofalnych reperkusjach społecznych”, jakie wywołają prześladowania Niemców pochodzenia żydowskiego, którzy bohatersko walczyli na frontach I wojny światowej, oraz tych, którzy ofiarnie wspomagali NSDAP przed zdobyciem władzy przez Hitlera.[14]       Tacy wysoko postawieni naziści jak admirał Erich Raeder czy Luftmarschall Hermann Göring bezkarnie pozwalali sobie od czasu do czasu na protekcję swych faworytów. Ba! Szef SS i policji Heinrich Himmler zwolnił z obozu koncentracyjnego Żyda, profesora Fritza Pringsheima, do którego czuł sympatię, a potem pomógł mu wyemigrować. Wiele certyfikatów “aryjskości” przyznał sam Hitler. Szczególnie dotyczyło to rannych i wyróżnionych żołnierzy, oraz takich, którzy byli fizycznie najbliżsi “aryjskiemu ideałowi.” Ale zdarzyło się, że Der Führer uwolnił w pełni żydowską babkę trzech udekorowanych za waleczność żołnierzy-“mieszańców.” Kobieta ta była już w drodze do obozu śmierci w Generalnej Guberni. Hitler wydawał certyfikaty “aryjskości” również cywilom, o ile zasłużyli się dla III Rzeszy, na przykład chemikowi Arthurowi Imhausenowi, „ojcu” niemieckiej margaryny (uznany z rodziną jako „pełny aryjczyk – Vollarier).                   

             Wódz NSDAP wydał wiele certyfikatów dzięki bezinteresownym interwencjom i prośbom swego wojskowego adiutanta, Gerharda Engela. Hitler osobiście przejrzał kilka tysięcy podań o uznanie “aryjskości” i zaaprobował pewną część z nich. Rigg udokumentował 306 takich przypadków, w większości oficerów. Szacunkowo od 11,000 do 16,000 “mieszańców” służyło w Wehrmachcie dzięki takim certyfikatom.[15]                 

              Na niższym poziomie drabiny społecznej III Rzeszy pomocy udzielano Mischlingeraczej wyjątkowo. Polowanie na Żydów uruchomiło naturalne mechanizmy zła i oportunizmu już w 1933 r. Wielu wojskowych “Aryjczyków”, dwoiło się i troiło aby zyskać kosztem swoich “nie-aryjskich” kolegów. Po Anschlussie  Austrii oficerowie tamtejszej armii ucieszyli się niezmiernie z paragrafu aryjskiego. [16] Podobnie postępowali również rozmaici cywilni urzędnicy rządowi. Ci ostatni kierowali się chęcią utrwalenia swej pozycji, zemstą, czy też po prostu złośliwością. Władze zalała lawina denuncjacji. “W 1937 r. [sekretarz stanu Hans Heinrich] Lammers zaapelował do urzędników państwowych aby wstrzymali się z denuncjacjami bowiem został wprost zasypany takimi raportami.”[17]                 

               Sytuacja zmieniła się po wybuchu wojny – nie w Rzeszy, ale na liniach frontu. Po prostu solidarność żołnierska powodowała, że w wielu przypadkach na najniższym poziomie ignorowano nazistowskie ustawy. Poza tym, “kilku pół-Żydów pozostało bowiem ich dowódcy chcieli mieć doświadczonych żołnierzy w oddziałach.” [18] Ogólnie, niżsi oficerowie frontowi ochraniali “swoich” “mieszańców.” Było to normą też przynajmniej u jednego wyższego dowódcy. Badania Rigga pokazują, że “pół-Żydzi” mieli się całkiem dobrze w Afrika Korpsfeldmarszałka Erwina Rommela. Niewątpliwie miały na to wpływ specyficzne warunki w jakich operował ten dowódca. [19]       

                 Ale i daleko za liniami frontu znalazł się przynajmniej jeden sprawiedliwy, który pomagał “mieszańcom”. Był nim komendant garnizonu Poczdam, gen. Erich hrabia von Brockdorff-Ahlefeldt.  Generalnie trzeba przyznać, że Wehrmacht źle koordynował współpracę z Gestapo i NSDAP w sprawie tropienia Mischlinge w szeregach wojska. Po części wypływało to z biurokratycznej niewydolności, a po części z wojskowej niechęci do partyjnych aparatczyków i policjantów. Do wyjątków należeli bezwzględni  służbiści, którzy sumiennie egzekwowali prawa przeciw “mieszańcom.” Do takich służbistów zaliczał się przede wszystkim “ćwierć-Żyd” Admirał Martin Baltzer z Kriegsmarine.[20] Swą nadgorliwością chciał zakamuflować swoje pochodzenie i udowodnić, że zasłużył na swój certyfikat “aryjskości,” którym wyróżnił go Hitler. 

                                         Polonica i Zagłada

Jest też kilka poloników, większość z nich w kontekście holocaustu. Ale nie wszystkie. Rigg podaje informacje o Mischlinge walczących w Polsce. Na przykład trzech braci von Mettenheim biło się w kampanii wrześniowej. Poległ też wtedy kpt. Klaus von Schmeling-Diringhofen. Na jego certyfikacie „aryjskości” nie wyschł jeszcze atrament.   Jak reagowali na najazd Hitlera na Polskę? W dzienniku kanoniera Dietmara Brüchera znajdujemy następującą notkę pod datą 1 września 1939 r.: „Dawną niesprawiedliwość Wersalu należy usunąć.”[21]Zdobycie Warszawy Hans-Christian Lankes skomentował w swym dzienniku w następujący sposób: „Najwspanialszy raport w dniu dzieisejszym – niemieccy żołnierze w Warszawie.”[22]Inny „mieszaniec” wyraził swoje niezadowolenie, że niedostatecznie szybko został uznany za „Aryjczyka,” bowiem nie zdążył na wojnę z Polską. Przełożeni „pół-Żyda” Martina Biera uważali, że swą dzielną postawą na polu bitwy w Polsce zasłużył sobie na certyfikat „aryjskości.” [23]

Dietmar Brücher wspomina, że w czasie kampanii wrześniowej jego koledzy popełnili wiele okrucieństw na Polakach. W bitwie pod Tomaszowem Brücher został ranny w nogę. Polacy poszli do kontrataku. Z przerażeniem oczekiwał przyjścia Wojska  Polskiego, bowiem “słyszał plotki, co Polacy robili z rannymi Niemcami. Tymczasem Polacy dostrzegli Brüchera, ale zostawili go w spokoju. Jeden z nich wręcz zatrzymał się i pomógł mu opatrzyć ranę. Potem uścisnęli sobie ręce, a Brücher stwierdził… Krieg ist Scheisse.” [24] Jego kolega wpadł w polską zasadzkę, został ranny od pchnięcia bagnetem, ale uciekł. Otrzymał odznaczenie za swój wyczyn.[25]

Dowiadujemy się też, że w 1944 r. zginął w walce w Polsce „mieszaniec” Karl Adolf Zukertort, ale autor nie podaje żadnych okoliczności śmierci. Rigg nie opisuje też zachowania się Mischlinge w stosunku do polskiej ludności chrześciańskiej podczas okupacji. Nadmienia tylko, że polsko-żydowscy “mieszańcy” byli zgromadzeni w gettach, a w późniejszym okresie poddani bezwzględnej eksterminacji. Odwrotnie niż ich niemieccy kuzyni, nie mieli oni żadnych przywilejów ani żadnych szans na łaskę.[26]

Rigg poświęca wiele miejsca kwestii tego,  co Niemcy żydowskiego pochodzenia wiedzieli o Holokauście.  Według niego, „Niestety większość Mischlinge nie zrobiła nic,  aby pomóc polskim Żydom źle traktowanym przez ich kolegów-żołnierzy…. Większość żołnierzy mieszańców cieszyła się z niemieckich zwycięstw ze swymi współtowarzyszami mając nadzieję, że ich służba wpłynie na zniesienie dyskryminacji w domu. Niewiele się martwili o prześladowaniu polsko-żydowskich cywili przez swych rodaków.”[27]  Ponadto, “Mischlingeczęsto odczuwali takie same emocje antysemickie jakie wyrażali nie-Żydzi…. Obergefreiter Heinz-Günther Angress, który był pół-Żydem, opisywał w czasie gdy jego oddział maszerował w głąb Polski poczuł, że ekstremalnie antysemickie pismo Der Sturmer nie przesadzało.  Żydzi w Polsce ‘wyglądali po prostu strasznie.’”[28]  Inny “mieszaniec” tak opisał swoje wrażenia o polskich Żydach w Ropczycach: „Spaceruję przez getto. To straszne, jakich okropnych ludzi tam widzę…. Patrząc na Żydów odnosi się bardzo dekadenckie wrażenie prawdopodobnie z tego względu, że od stuleci rozmnażają się oni w obrębie tej samej grupy.”[29] Podobnie zaszokowani byli inni Niemcy pochodzenia żydowskiego. Co więcej, wspominali o obcinaniu polskim Żydom bród, biciu, upokorzaniu, czy przymuszaniu ich do pracy. Wiedzieli o deportacjach. Rigg twierdzi jednak, że większość z nich nie wiedziała o Holokauście, ani o rzeczywistości obozów koncentracyjnych czy obozów śmierci.[30] Każdy ze zbadanych przez tego historyka żydowskich żołnierzy Wehrmachtu stracił w Zagładzie przeciętnie około ośmiu krewnych.[31]

Niektórzy żołnierze pochodzenia żydowskiego lekceważyli zawarte w listach ostrzeżenia o tragicznej sytuacji swych krewnych w gettach i obozach. Na przykład, Ida Klein została wywieziona z Rzeszy do Głuska na południowej Lubelszczyźnie. Pisała do wnuka o tragicznej sytuacji w tamtejszym getto, informując m.in. o zastrzeleniu Żyda za brak opaski. Wnuk, Hans-Geert Falkenberg, po prostu nie wierzył. Uznał, że staruszka „halucynuje.”  Latem 1942 r. listy od babki ustały. Falkenberg odwiedził Głusk we wrześniu 1943 r. Dowiedział się tylko, że wszystkich Żydów wywieziono. Dopiero po wojnie uwierzył, że jego niemieccy współrodacy zamordowali mu babkę.[32]

Generał Werner Maltzahn walczył za Führera w Związku Sowieckim. Nigdy nie interweniował, aby pomóc swojej rodzinie. Deportowano i zamordowano jego siostrzenice, siostrę, oraz matkę. Dowiedział się o tym po wojnie. Podobnie SS-man Günther Löwy, który stracił prawie całą rodzinę w getto w Mińsku. Twierdzi, że słyszał o gazowaniu w Auschwitz, ale żaden z jego kolegów z oddziału nic nigdy nie mówił o holokauście.[33]  „Pół-Żyd” Alfred Posselt służył przy lotnisku polowym w Rzeszowie. Zakochał się w polskiej Żydówce, Halinie Goldner. Nawet pomagał jej rodzinie, przynosząc żywność do getta. „Był świadkiem egzekucji Żydów, oraz słyszał o deportacjach do Bełżca.” Halina zniknęła, zagazowano ją. Potem deportowano z Niemiec i zamordowano rodzinę Posselta. „Uznał, że nic nie można zrobić. Kontynuował służbę. Przekonany był, że zło, którego był świadkiem jest wyjątkiem od reguły.”[34]

Pora na najstraszniejsze.

Rigg napisał: „Wbrew oczekiwaniom, moje badania wykazały, że niektóre osoby pochodzenia żydowskiego brały bezpośredni udział w Holokauście jako sprawcy, głównie ze względu na swoją rangę i obowiązki z nią związane.”[35] Najbardziej winny był feldmarszałek Milch, którego nie tylko informowano o mordach oraz pracy niewolniczej, ale nawet o pseudo-medycznych eksperymentach na więźniach. „Pół-Żyd” Milch uznał je za „interesujące.” Dlatego też należy uznać go za „żydowsko-niemieckiego zbrodniarza wojennego.”[36] Podobnie rzecz ma się z „ćwierć-Żydem” Dr. Leo Killy z Kancelarii Rzeszy, oraz z „ćwierć- bądź pół Żydem” Dr. Hansem Eppignerem, odpowiedzialnym za pseudonaukowe eksperymenty medyczne w Dachau. Zbrodniarzami byli też „pełna Żydówka” Stella Goldschlag, agentka Gestapo, która denuncjowała ukrywających się w Berlinie Żydów, czy „pełny Żyd” Günther Abrahamsohn, który jej pomagał wraz z około 15 innymi żydowskimi „łapaczami” (Greifer) w stolicy III Rzeszy. Jednym z najbardziej szokujących był przypadek „pełnego Żyda” Elke Sirewiz. Załatwił on sobie fałszywe papiery na nazwisko Fritz Scherwitz. Został członkiem NSDAP. Służył w SS jako Obersturmführer. Był komendantem obozu koncentracyjnego w Lenta pod Rygą na Łotwie. Według Rigga, Elke Sirewiz był odpowiedzialny za wysyłanie Żydów na śmierć.  Świadkowie twierdzą, że osobiście wziął udział w zabijaniu 200 Żydów w Rydze 31 października 1942 r. Zgwałcił też kilka kobiet. Po wojnie pracował w instytucji w Monachium, która pomagała Żydom odzyskiwać ich własność. Ktoś go rozpoznał i doniósł władzom. Scherwitza oddano pod sąd jako zbrodniarza wojennego.[37]

Po wojnie

A jakie były losy innych po wojnie? Prawie wszyscy siedzieli cicho. Dopiero gdy młody amerykański historyk Rigg dotarł do nich i zaczął odgrzebywać przeszłość, zaczęli mówić. Opowiadali o wszystkim.       Karl-Heinz Löwy z SS skarżył się, że wyrzekli się go krewni. Innego weterana Wehrmachtu wyrzucono z synagogi, za to że służył Hitlerowi.[38] “Po zwolnieniu z wojska, wracając do domu, Żyd Günther Kallauch spotkał na drodze grupę uwolnionych żydowskich więźniów obozu koncentracyjnego (KZ-Häftlinge). Kallauch starał się im wytłumaczyć jak przeżył oraz to, że jest Żydem, ale ludzie ci, nie wierząc, że Żyd może nosić mundur Wehrmachtu, pobili go.”[39]

W podobny sposób Rigga potraktowali niektórzy historycy oraz wielu komentatorów prasowych. Nie pomogło mu nawet to, że Rigg – odkrywszy w Niemczech, że ma żydowskich przodków – przeszedł na judaizm i służył w armii izraelskiej.[40]

      W zasadzie jednak nie powinniśmy się dziwić obecności osób żydowskiego pochodzenia w wojskach Hitlera. W końcu w armiach Skonfederowanych Stanów Ameryki walczyło 40,000 czarnych żołnierzy – wolnych i niewolników. Takie są paradoksy historii. I wielką zasługą Rigga jest to, że nam je ukazał. Komunizm upadł. Nie ma tematów tabu. 

  

Bryan Mark Rigg, Hitler’s Jewish Soldiers: The Untold Story of Nazi Racial Laws and Men of Jewish Descent in the German Military (Lawrence, Kansas: University Press of Kansas, 2002).

W Polsce książka ukazała się w r.2005 w wyd. ARKADIUSZ WINGERT


 http://chodakiewicz.salon24.pl/80974,zydowscy-zolnierze-hitlera

http://chodakiewicz.salon24.pl/80975,zydowscy-zolnierze-hitlera-cz-ii

http://chodakiewicz.salon24.pl/80976,zydowscy-zolnierze-hitlera-cz-iii

Posted in Historia, Książki (e-book) | Leave a Comment »

„Napastnik. Opowieść o Viktorze Orbánie” – Igor Janke

Posted by tadeo w dniu 28 listopada 2013

APC - 2013.11.28 22.08 - 001.3d

http://s.salon24.pl/var/Napastnik_Igor_Janke.pdf

Posted in Książki (e-book) | Leave a Comment »

MOJE PRZEŻYCIA Z DUSZAMI CZYŚĆCOWYMI – MARIA SIMMA

Posted by tadeo w dniu 3 listopada 2013

APC - 2013.01.05 12.19 - 001.3d

http://www.mocmodlitwy.info.pl/files/MARIA_SIMMA-MOJE_PRZEZYCIA_Z_DUSZAMI_CZYSCCOWYMI.pdf

Niektórzy ludzie pytają dlaczego Bóg dopuszcza, by zmarli ukazywali się żyjącym? Z pewnością nie dla zaspokojenia ciekawości! Jest to zawsze szczególny przejaw miłosierdzia Bożego i część Jego zbawczego planu. Nam powinno to przynieść duchową korzyść; dla zmarłych zaś jest wielką pociechą w oczekiwaniu na zjednoczenie z Bogiem. To powinno skłonić nas do modlitw i ofiar za dusze w czyśćcu cierpiące. Maria Simma (1915-2004) mieszkanka alpejskiej wioski Sonntag w Austrii, otrzymała od Boga szczególny charyzmat, który pozwolił jej, by dusze czyśćcowe zwracały się do niej o pomoc. Niestrudzenie modliła się i pokutowała, służąc im dniem i nocą. Dzięki swojej książce, odczytom i kasetom stała się znana również poza granicami Austrii.

Moje przeżycia z duszami czyśćcowymi

MARIA SIMMA MOJE PRZEŻYCIA Z DUSZAMI CZYŚĆCOWYMI. PDFhttp://www.mocmodlitwy.info.pl/files/MARIA_SIMMA-MOJE_PRZEZYCIA_Z_DUSZAMI_CZYSCCOWYMI.pdf

Posted in Książki (e-book), SYLWETKI, Święci obok nas | 1 Comment »

Wezwanie do miłości

Posted by tadeo w dniu 1 listopada 2013

Wezwanie Do Miłości – Orędzie Boskiego Serca Jezusowego Do Świata Przekazane s.Józefie Menendez.

APC - 2013.11.01 22.14 - 001.3d

http://www.siostry-sc.pl/faq/172

Wezwanie do miłośći. Zapiski objawień Pana Jezusa

Wezwanie do miłości pdf

Przeczytaj także: 

ORĘDZIE BOSKIEGO SERCA JEZUSOWEGO DLA ŚWIATA – s.Józefa Menendez

DROGA KRZYŻOWA wg wizji siostry Józefy Menendez

Sługa Boża Józefa Menendez – Wizja piekła

S. Józefa Menendez

S. JÓZEFA MENENDEZ

Posted in Książki (e-book), Miłosierdzie Boże, POLECAM | Leave a Comment »

Nie bójcie się, to jestem ja, ojciec Pio

Posted by tadeo w dniu 23 września 2013

Przewodnik KatolickiMagdalena Guziak-Nowak / Przewodnik Katolicki

Według o. Pio, święty jest grzesznikiem, który nie zgadza się na to, żeby nim pozostać. Każdego dnia mówi: „pomyliłem się i nie będę więcej popełniał tego błędu”. Powtarza to do końca swojego życia – z o. Marciano Morra OFMCap, kapucynem i świadkiem życia św. o. Pio oraz z Leandro Cascavilla – lekarzem w Domu Ulgi w Cierpieniu w San Giovanni Rotondo i wicedyrektorem generalnym Grup Modlitwy Ojca Pio

Magdalena Guziak-Nowak: To dla mnie zaszczyt siedzieć z Ojcem przy jednym stole. Nie co dzień zdarza się spotykać świadka życia świętego człowieka.

O. Marciano Morra: – Dziękuję, ale prawdziwy zaszczyt to mnie spotkał. I ja, i św. o. Pio przebyliśmy tę samą drogę. On był kapucynem i ja jestem kapucynem. Przeżywaliśmy ten sam charyzmat, byliśmy braćmi w tej samej wspólnocie w San Giovanni Rotondo. Mieszkałem razem z nim i tak jak my teraz siedzimy – jadłem przy tym samym stole.

Miał ulubioną potrawę?

Jadał bardzo mało. Brał zawsze troszkę makaronu, warzyw, mięsa, a potem ten talerz przekazywał bratu, który siedział obok. Często podczas posiłków byłem jego sąsiadem, więc padało na mnie. O. Pio mówił: „Weź i jedz, bo musisz jeszcze urosnąć”. Ale jak widać niewiele to dało (śmiech).

Jak o. Pio był postrzegany przez swoich współbraci za życia? Czy już wtedy był otoczony aureolą świętości?

To zależy, komu zadałaby pani to pytanie. Bo ocena człowieka zawsze zależy od stanu ducha tego, który ją wystawia. Już tłumaczę, o co chodzi.

O.  Pio był normalny i bardzo ludzki, ale czasami wybuchał i nie szczędził innym napomnień. Patrząc z boku ktoś mógłby zapytać, co to za święty, który na wszystkich krzyczy? Jednak mimo swojej impulsywności, przebywanie w towarzystwie o. Pio było wielką przyjemnością. Potrafił podtrzymywać rozmowę. Był kontaktowy, miły.

Bardziej towarzyski czy samotnik?

Taki i taki. Kiedy musiał się modlić, robił to intensywnie. Ale kiedy miał być z braćmi, nie stronił od ludzi. Nie lubił zamykać się w pokoju i przebywać sam ze sobą. Chętnie uczestniczył w tzw. rekreacji. To czas, kiedy bracia przebywają wspólnie, mogą zjeść ciasteczko i owoce, wypić coca-colę. W naszej prowincji był zwyczaj, że bardziej uroczyste rekreacje mieliśmy dziesięć dni przed Wielkim Postem. W takiej sytuacji o. Pio nigdy nie mówił, że musi iść do kościoła. Przeciwnie – lubił zabawę i żarty.

W tamtych czasach bardzo popularna we Włoszech była gra w kulki. Rzucało się małymi kulkami tak, aby upadły jak najbliżej największej z nich. O. Pio, gdy patrzył na grających braci, zawsze komuś kibicował. Albo mówił do któregoś kapucyna: Posuń się, kiepsko ci idzie”. Brał od niego kulki i sam rzucał.

Opowiem jeszcze jedną historyjkę. Widziałem to na własne oczy. Na tarasie naszego klasztoru odbywało się święto – imieniny jednego z lekarzy. Jubilat częstował gości różnymi smakołykami. Po poczęstunku jeden z nich zapytał, gdzie postawić puste butelki po piwie. „W kącie na ziemi” – ktoś odpowiedział. „Ale zaraz przyjdzie gwardian, powie, że popiliśmy i zostawiliśmy tylko puste butelki”. „No to weźmy butelki i zrzućmy je z tarasu na ziemię” – dorzucił kolejny. „A jeśli jakiś brat dostanie w głowę, to dobrze, będzie jednego mniej”.

Wszystko to było małą prowokacją. Często w obecności o. Pio żartowano i czekano na jego reakcję. Święty przysłuchiwał się tej wymianie zdań. Potem podniósł się i podszedł do balustrady tarasu. Zobaczył przechadzającego się o. Rafała, postawnego przełożonego klasztoru. Odwrócił się do gości i krzyknął: „Idzie właśnie o. Rafał. Jeśli teraz rzucicie butelką i traficie go w głowę – biedna ta butelka”.

Nie spodziewałam się. Myśląc o o. Pio miałam w głowie obraz człowieka, który nigdy nie odpoczywał, tylko ciągle klęczał.

To wizja świętości, którą można określić „święty-nadęty”. Czy może pani coś zanotować?

Oczywiście.

Podam pani definicję świętego według o. Pio. Święty jest grzesznikiem, który nie zgadza się na to, żeby nim pozostać. Każdego dnia mówi: „pomyliłem się i nie będę więcej popełniał tego błędu”. Powtarza to do końca swojego życia.

To bardzo ważne, bo zwykle nie zdajemy sobie sprawy, że święty jest zwyczajnym człowiekiem, ze swoim trudnym charakterem i wadami. Nie jest aniołem. Popełniamy ten błąd, gdy patrzymy na ludzi wyniesionych na ołtarze, ale i na ludzi Kościoła np. kapłanów. Wymagamy, żeby byli idealni, a to po prostu niemożliwe.

„Nie zabiegał o sławę, a jednak popularności mogą mu pozazdrościć największe gwiazdy rocka. Doczekał się gazety, którą kupuje 150 tys. Włochów, a nawet własnej telewizji. Jego grób szturmuje 8 mln osób rocznie” – to z kapucyńskiej strony www. Dlaczego, jak to możliwe?

To jest tajemnica o. Pio. On wcale nie chciał rumoru i huku wokół swojej skromnej osoby.

Miał tylko jedną myśl – ratować dusze. Wszystko inne go denerwowało i mu przeszkadzało. Nie lubił zbiegowisk. Ale gdy gromadził się wokół niego tłum, ze sławami, prezydentami i innymi „ważnymi” na czele, nie uciekał. Czuł natomiast, że spoczywa na nim ogromna odpowiedzialność.

Pewnego dnia wraz z grupą braci znajdował się na pierwszym piętrze przy okienku, które wychodziło na plac pełen ludzi. Było oczywiste, że wszyscy przyszli po to, by zobaczyć się z o. Pio. Brat Ambroży powiedział do świętego: „Zobacz, ojcze, jak wielki tłum do ciebie przyszedł”, ale w jego słowach była ironia i sugestia, że kapucyn dba o próżne oklaski. Wtedy o. Pio, nie spoglądając na tłum, pokazał mu swoje dłonie, a na nich stygmaty zasłonięte półrękawiczkami. Powiedział tylko: „Zobacz tutaj, jak wielką odpowiedzialność mam przed Bogiem”.

Matka Teresa z Kalkuty została ogłoszona świętą wcześniej niż o. Pio, a Jan Paweł II został beatyfikowany już po 7 latach. Dlaczego proces beatyfikacyjny o. Pio nie rozpoczął się od razu po jego śmierci?

Wielu naukowców i dostojników kościelnych było przeciwnych rozpoczynaniu procesu beatyfikacyjnego. Zablokował go papież Paweł VI, mimo że prywatnie był przyjacielem o. Pio. Pamiętajmy, że święty wywoływał wiele kontrowersji już za życia. Pytano, jak to możliwe, żeby ogłosić świętym kogoś, kto był nerwusem i krzyczał na swoich współbraci. Zapomniano o tym, o czym mówił sam o. Pio – że święty jest grzesznikiem, który nie zgadza się na to, żeby nim pozostać.

Pan opiekuje się Grupami Modlitwy Ojca Pio. Jedną z ich najważniejszych intencji jest modlitwa za Kościół i o nawrócenie grzeszników. Dlaczego?

Leandro Cascavilla: To dziedzictwo o. Pio. Święty chciał, żeby grupy wspierały go swoją modlitwą. To z modlitwy miały wyrastać inne dzieła jak np. Dom Ulgi w Cierpieniu w San Giovanni Rotondo.

Dlaczego o. Pio chciał założyć właśnie szpital?

To dzieło zrodziło się w jego kapłańskim i franciszkańskim sercu. Bo kiedy mówi się o. Pio trzeba pójść do źródła, czyli do św. Franciszka. Pierwszy szpital dedykowany świętemu z Asyżu udało mu się otworzyć w latach 20. Chciał pomagać chorym i ubogim. To była fundamentalna, podstawowa inspiracja. Kierował się prostą intuicją – powtarzał, że w chorej osobie jest Chrystus, który cierpi, w ubogiej – Chrystus, który potrzebuje pomocy. Natomiast w chorym i ubogim Chrystus mieszka „podwójnie”.

Gdy zaczynał budowę, nie miał nic. Ale nagle zaczęły spływać ofiary od ludzi z całego świata. W 1956 r. zainaugurowano działalność Domu Ulgi w Cierpieniu, w którym mam zaszczyt pracować. Szpital miał być jak świątynia wiedzy i wiary. Bo jeśli w chorym jest Chrystus, to dom dla chorych ma być świątynią.

O. Marciano Morra: – A czy ja mogę jeszcze coś dodać?

Proszę.

Bo wizerunek o. Pio jest dość posępny, a nie chciałbym, by jego czciciele myśleli, że był on mrukowaty. Pewnego dnia przechodził korytarzem, w którym czekało na niego wielu ludzi, m.in. malarz, który wykonał jego portret. Obraz nie za bardzo mu się udał – twarz o. Pio przypominała rozbójnika. Kapucyn, wiedząc dobrze, że to jego podobizna, zapytał artystę: „Co to za brat, którego namalowałeś?”. „To jest ojciec. Chciałbym prosić o dedykację i podpis na tym obrazie” – odpowiedział malarz. „Dajcie mi pióro” – rzekł święty. I napisał: „Nie bójcie się, to jestem ja, o. Pio”.

RENZO ALLEGRI – CUDA OJCA PIO.pdf

Pierwsza publikacja spośród wszystkich dotyczących Ojca Pio, która próbuje wyjść poza opis wstrząsających perypetii życiowych słynnego Kapucyna, by przeanalizować nadprzyrodzony wymiar jego życia. Autor przedstawia cuda, jakimi było wypełnione życie Ojca Pio, przytaczając dziesiątki opowieści i relacji naocznych świadków. Stygmaty i jednoczesne zjawiania się w różnych miejscach, przepowiadanie przyszłości, zdolność odczytywania myśli i grzechów, rozmowy ze zmarłymi i wreszcie niezliczone uzdrowienia – to zjawiska, których nauka nie potrafiła i nie potrafi do dziś wyjaśnić, a które składają się na fascynującą, tajemniczą postać „Świętego z Pietrelciny”.

>>Chcę przeczytać tę książkę<<

http://www.deon.pl/religia/swiety-patron-dnia/art,256,nie-bojcie-sie-to-jestem-ja-ojciec-pio.html

Posted in Książki (e-book), Ojciec Pio, Religia | Leave a Comment »

Patologia transformacji, czyli IV rozbiór Polski – Witold Kieżun

Posted by tadeo w dniu 18 września 2013

Wydawnictwo Poltex wydało interesującą książkę Witolda Kieżuna – Patologia transformacji.

czyli proces polskiej transformacji od gospodarki ‚centralnie sterowanej aka socjalistycznej do kapitalizmu po 1989 roku. Profesor wystawia ocene elitom transofrmacji i jest ona niedosteczna – od Walesy przez Geremka, Kuronia, Michnika po Balcerowicza. Takze twierdzi ze nie bylo zadnego planu Balcerowicza (ktorego nazywa ignorantem w kwestii zarzadzania przedsiebiorstwami czy gospodarka w ogole ) tylko byl plan Sachsa (daje calos planu w swej ksiazce) – opisany zreszta w ksiazce Sachsa Sachs, Jeffrey (1994)

Patologia-transformacji

https://tadeuszczernik.files.wordpress.com/2014/06/kiec5bcun-w-patologia-transformacji.pdf

Jest to kolejna pozycja wydawnicza – po wydanej rok temuwww.polskatransformacja.pl Tadeusza Kowalika – opisującą wydarzenia lat 80. i 90. w Polsce, acz z nieco innej perspektywy i obejmująca nieco inny zakres tematyki.

Jej autor, prof. Witold Kieżun, jest bowiem specjalistą od organizacji i zarządzania, stąd w książce opisuje wydarzenia zmiany ustroju nie tylko od strony polityki, ale i organizacji państwa. Pokazuje także fatalne skutki w obszarze zarządzania państwem, jakie przyniosła zmiana ustrojowa.

Jak sam podaje we wstępie – książka jest poświęcona idei pokazania negatywnej, patologicznej strony procesu renesansu kapitalizmu w Polsce na tle światowej, agresywnej gry międzynarodowego kapitału ery neoliberalizmu.

Część pierwsza to teoretyczne rozważania nad istotą patologii organizacji w świetle naukowej literatury.

Część druga jest relacją kolejnych form procesu kształtowania się postaw społeczeństwa polskiego w, bez mała 45-letnim, okresie rządów komunistycznych i światowej sławy fenomenu etosu Solidarności.

Część trzecia obejmuje opis procesu światowej dekolonizacji i – na jej tle – antypolskiej polityki prezydenta Franklina Delano Roosevelta w czasie II wojny światowej, a następnie okrutnej rekolonizacji na terenie Afryki Centralnej.

Kolejna część obejmuje analizę kapitalistycznej neokolonizacji transformującej się Polski ze zbiorem krytycznych ocen tzw. Wielkiego Przełomu./…/

Dalsza część poświęcona jest udowodnieniu, że reformy administracyjne postkomunistycznej Polski miały charakter patologiczny.

Zakończenie stanowi skromny zarys radykalnych usprawnień zarządzania publicznego w Polsce.
Autor, opisując typowe patologie zarządzania publicznego posługuje się metaforycznie Czterema Jeźdźcami Apokalipsy, nadając im nazwy najbardziej dolegliwych dla społeczeństwa zjawisk: gigantomanii, luksusomanii, korupcji oraz arogancji władzy. Opisując je szczegółowo, podaje dane (oficjalne, GUS-owskie), które na co dzień umykają uwadze obywateli, jak np. niekontrolowany rozrost biurokracji (zatrudnienie w administracji publicznej, które ze 156, 6 tys. w roku 1990 zwiększyło się do 440,5 tys. w roku 2010), czy ciągle rosnące zadłużenie (w 2004 roku dług publiczny wynosił 505 mld zł, w 2011 – już 850,8 mld zł).
Wielce interesujące są też przypisy i aneksy – zwłaszcza listy otwarte. W jednym z nich, do wicepremiera Balcerowicza, autor wskazuje mankamenty reformy administracyjnej kraju i proponuje inne rozwiązania – nie mając nadziei, iż jego list będzie kiedykolwiek przez wicepremiera przeczytany (o czym w jego zakończeniu pisze wprost).

W sumie – książka porażająca, pokazująca też bezsilność przedstawicieli środowiska naukowego wobec procesów, jakie toczą się w Polsce od 1989 roku. (lb)

Zobacz także: Prof. Witold Kieżun

Więcej: https://tadeuszczernik.wordpress.com/tag/prof-kiezun/

Posted in Gospodarka i Ekonomia, Książki (e-book), SYLWETKI | Otagowane: | 1 Comment »