WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

CZARNY BÓR NA SKRZYŻOWANIU LUDZKICH LOSÓW

Posted by tadeo w dniu 8 kwietnia 2011


Na biograficzno-geograficznym szlaku Józefa Mackiewicza

Kiedyś, na wieczną pamiątkę dyrektora „Poleskich Żelieznych Dorog”, Reislera, nazwano, z jego inicjatywy budowaną, bodajże pierwszą pod Wilnem kolonię letniskową, miasto-ogród, w Czarnym Borze – Reislerowo. Po dobie odzyskanej niepodległości przywrócono nazwę starą: „Czarny Bór”. Tak się też nazywa późną jesienią, do dziś dnia, zimą i wczesną wiosną, gdy sosnowe laski na podwileńskich piaseczkach zaroją się od ssaków, ptaków, gadów, płazów i owadów. Natomiast w letnie miesiące, miesiące panowania „daczników”, najbardziej popularną nazwą tej miejscowości jest: „A Szwarce-Bor”. Wtedy to świergot ptaków ustępuje szwargotaniu. Przyjeżdżają z Wilna letnicy, ci oczywiście, których stać na wypoczynkowy okres wakacyjny wśród słońca i sosen. Sami Żydzi. Sami to zn. 97 proc.” – pisał Józef Mackiewicz na łamach wileńskiego „Słowa” w roku 1936.

1.

Ze zbiorów prywatnych Jaxy-Bąkowskiej

Dziś Czarny Bór w języku urzędowym brzmi z litewska: Juodsziliai. Natomiast w powszednim, tym lokalnym „międzynarodowym” brzmi z polska: Czarny Bór.

„Tam, w Czarnym Borze, wiele posesji, ogrodów i pól objął w posiadanie Klasztor Urszulanek. Zdawałoby się, dominuje i nadawać winien piętno. Gdzie tam! Het, od czasu tylko mignie habit zakonnicy i wnet znika wśród fali Żydów. Z rzadka gdzieś postać Aryjczyka wypłynie, jakieś urywane padnie słówko, ktoś zaklnie „po chrześcijańsku” i już go nie ma… A Szwarce Bor!”.

Dziś hasło „urszulanki” wydaje się tu dominować i nadawać temu osiedlu swoiste piętno. Imieniem urszulanek została nazwana czarnoborska polska szkoła, takoż jedna z główniejszych uliczek, a cmentarz, na którym spoczęły siostry zakonne „z tamtych lat” (bezimienne skromne krzyże) jest pielęgnowany ze szczególnym pietyzmem.

W międzywojniu urszulanki założyły w Czarnym Borze posesję. Zbudowano ładne parterowe domki z drewna, kaplicę i dom pod plebanię. Wyrosło kilka domów piętrowych, jeden spośród nich, najokazalszy, nazwano „Gwiazdą Zaranną”. Zakonnice organizowały i prowadziły różne kółka dla młodzieży: chór, kółko dramatyczne, kroju i szycia, dla chłopców – kółko strzelców, pracowały w szkole w charakterze nauczycielek. Mnóstwo czasu pochłaniały im sprawy gospodarcze: uprawiały ogromne ogrody warzywne, zajmowały się hodowlą bydła. Czynna była szkółka gospodarstwa domowego, piekarnia, w której wypiekały pieczywo. Założono Ognisko Pracowniczek Internatowych.

„Ślady” po nich przetrwały pod postacią zdjęć zachowanych do dziś w olsztyńskim domu byłego wilnianina Witolda Salmonowicza. Przetrwały dzięki jego matce, Helenie Salmonowicz (de domo Jaxa-Bąkowska herbu Gryf).

W 1927 roku po ukończeniu siódmej klasy ss. nazaretanek w Wilnie przez następny rok uczyła się w szkole dla dziewcząt, prowadzonej przez ss. urszulanki w Czarnym Borze. Tam też pomagała w prowadzonej przez siostry ochronce. Potem podjęła studia w Instytucie Nauk Handlowo-Gospodarczych w Wilnie, który ukończyła w 1931 roku. Ze względu na skomplikowaną sytuację rodzinną (chory ojciec, niepracująca matka, brat – naonczas dopiero uczeń) zatrudniła się jako sekretarka-maszynistka u Władysława Studnickiego, gdzie starała się utrzymywać względny porządek w jego papierach i przepisywała albo pisała a vista na maszynie wszystkie jego prace, w tym i artykuły do wileńskiego „Słowa”. Trwało to do 1935 roku, gdy po śmierci ojca rozpoczęła pracę w Wileńskim Banku Ziemskim.

Niewątpliwie, musiała dobrze znać Józefa Mackiewicza, naonczas już słynnego autora gorących reportaży o tematyce społecznej. Nie tylko jako czytelniczka, ale i jako świadek wszystkich jego perypetii, tak zawodowych, od strony redakcyjnej „kuchni” (niezbyt braterskie układy z bratem Stanisławem (Catem), redaktorem naczelnym i wydawcą „Słowa”, jak też powikłań rodzinnych i pozarodzinnych, miłosnych (trzy kobiety: żona – Antonina z domu Kopańska (z zawodu nauczycielka), Wanda Żyłowska (linotypistka „Słowa”), Barbara Toporska (dziennikarka „Słowa”).

Czy odwiedzała później Czarny Bór, gdy Józef Mackiewicz zamieszkał w nim razem z Barbarą Toporską? Może… Tak czy inaczej – ważne są te zdjęcia, które zachowała w swoim archiwum.

… Ta uboga czarnoborska dziatwa z ochronki w 1928… Dorastała, dojrzewała do kolejnych okupacji, wojen… Niejeden z nich i niejedna musieli się zetknąć z Józefem Mackiewiczem. Najprawdopodobniej nie znali go z nazwiska. Ale jako „tego pana”, który miał konia o wdzięcznie brzmiącym dla ucha imieniu – Jacek – ktoś z nich przecież znać go musiał…

To i owo utkwiło w pamięci

… Próżno dziś szukać w Czarnym Borze śladów tamtych ludzi, ich dzieci, wnuków. Starzy powymierali, młodzi wyemigrowali. Obeszłam zagrody najstarszych „tutejszych”. Nikt z nich nie potrafił wskazać domu, w którym mieszkał Józef Mackiewicz. Pisarzem był? I drwalem, i woźnicą? Grzebali w pamięci, starali się pomóc. „Nie, nie pamiętamy, nie znamy…”.

… A przecież dom ten w Czarnym Borze się zachował…

Na letnie wakacje zjeżdżało tu mnóstwo Żydów. Przyjeżdżały także (acz mniej liczne) zamożne polskie rodziny z Wilna. Czarny Bór zamieszkiwali głównie Polacy i nieliczne rodziny rosyjskiej inteligencji, przeważnie lekarze – to pamiętają.

„Organizowano zabawy, rozrywki. Czarny Bór z dnia na dzień stawał się coraz piękniejszym osiedlem. Obok niemal wszystkich uliczek, dróżek, ścieżek kwitły róże. Ludzie zamożni budowali własne dacze. Wybuch wojny, a potem sowiecka okupacja rzekłbyś zmiotły ten rajski ogród z powierzchni ziemi. Sześć sióstr zakonnych wywieziono do Rosji. W ciągu jednej nocy rozebrano kaplicę. Gwałtownej zmianie uległ skład narodowościowy. Tych, którzy nie zdążyli salwować się ucieczką na Zachód, wywieziono na Wschód. Przed wybuchem wojny rozpoczęto budowę kościoła. Sowieci jednak budynek ten przerobili na lekarską przychodnię i szpital. Założono rosyjską szkołę. W okolicznych miejscowościach organizowano kołchozy. Czarny Bór zaroił się od młodych chłopo-robotników różnych narodowości, dominował język rosyjski. Co pracowitsi albo obrotniejsi zaczęli budować własne domy. Pierwsza rodzina Litwinów (Varnasów) osiadła w Czarnym Borze w 1956 roku” (z informacji nauczycielki Krystyny Subotkiewicz).

Obecnie w Czarnym Borze mieszka około 2 tysięcy osób. W przeważającej większości – Polacy (z innych: Litwini, Rosjanie, Białorusini, Tatarzy, Cyganie…). Są trzy szkoły: polska, litewska i rosyjska. Jak w każdym takiego typu osiedli: apteka, poczta, sklepy spożywcze, kioski, stołówka…

Przed paroma laty stanął pod dachem nowy kościół. W Czarnym Borze dominuje język polski, w którym bez większych trudności można się porozumieć z mieszkańcami innych narodowości.

W czasach sowieckich długie dziesiątki lat do Czarnego Boru zjeżdżało mnóstwo osób z Wilna (i nie tylko z Wilna) – po zdrowie do osławionej zielarki Eleonory Laskowskiej de domo Żebrowskiej. Absolwentka USB – ukończyła ziołolecznictwo, studiowała u słynnego prof. Muszyńskiego. Leczyła z fantastycznym skutkiem. Wnuczka powstańca 1863, zesłańca na Sybir. Była żoną oficera Wojska Polskiego Izydora Laskowskiego. Pobrali się z wielkiej miłości w 1939. Po dwóch tygodniach wybuchła wojna. Więcej się ze sobą nie zobaczyli. Izydor Laskowski zginął w Katyniu. Eleonora Laskowska zmarła w Czarnym Borze w wieku 93 lat. (Katyń… Czy znał ją Józef Mackiewicz?).

Dom Józefa Mackiewicza

Na skraju Puszczy Rudnickiej, blisko torów kolejowych, stoi okolony drzewami dom, w którym mieszkał Józef Mackiewicz z towarzyszką swego życia, Barbarą Toporską. Dom ten, jego wnętrze zapadły głęboko w pamięć córki Józefa Mackiewicza, Idalii Żyłowskiej. W dzieciństwie spędzała w nim wakacje, po wojnie – przez długie lata nie była w stanie „rozstać się z tym domem”. Idalia Żyłowska, po ukończeniu studiów w Wileńskim Uniwersytecie długie dziesiątki lat wykładała chemię w czarnoborskich szkołach: polskiej, litewskiej i rosyjskiej. Mieszkała w Wilnie, skąd dojeżdżała do pracy, częściowo (według słów jej byłych uczniów) przemieszkiwała w Czarnym Borze. W jej wspomnieniach dom ten w czasach, gdy mieszkał w nim Józef Mackiewicz, wyglądał nieco inaczej:

Domek w Czarnym Borze był bardzo ładny, tylko okiennice miał chyba zielone albo brązowe, nie świeciły tak jak dzisiaj. Okna z lewej od ganku należały do gabinetu Józefa. Stała tam skórzana kanapa, biurko i były półki z książkami. Boczne okna w lewej ścianie – to do buduaru Barbary (tak się nazywał) i sypialni. W buduarze stała kozetka, były też miękkie stołeczki i toaletka z pachnidłami. Barbara jednak prawie nigdy tam nie przebywała. W sypialni stało duże łoże i komoda, do której w czasie wojny składano nieprasowaną bieliznę, oraz parawan, za którym były ukryte przyrządy do mycia oraz nocniki. Okno z prawej – to od stołowego pokoju, stał w nim duży kredens, a pośrodku pokoju stół. Ściany zdobiły jakieś ceramiczne talerze, które wydawały mi się brzydkie i nie na miejscu. Pamiętam, że Barbara też miała coś przeciwko tym talerzom.

Ganek nie był oszklony, była to zwykła werandka, na której piło się mleko z keksem (gdy ktoś przyjeżdżał z Wilna), lub z czarnym chlebem kupionym gdzieś za domami, w chatach. W deszcz ławeczka i stolik były przesiąknięte, a w zimie stały na nich czapy śniegowe, podłużne i krzywe. Na tej ławeczce rezydował w swych latach szczenięcych biały jak śnieg owczarek Miś, któremu wszyscy bez końca wyławiali pchły na różowym brzuszku.

Przed gankiem był kwiatowy ogródek dość starannie uprawiony, ale kwitło tu mało. Drzewo z lewej było o ileż młodsze i cieńsze, bogate w szpakówki, o które wróble wiodły zacięty bój z prawowitymi mieszkańcami. Stał tu ładny drewniany płocik z małą furteczką, przez którą wychodziło się od razu do lasu gęsto usypanego szyszkami, porośniętego szorstkim wrzosem, który ukrywał, czasem nawet tuż za płotem, żółciutkie kurki.

Z lewej strony od ganku, za krzewami była brama wjazdowa na placyk-podwórko. Rosły tu dwie samotne sosny ochraniające budy wilczurów Karasa i Tajki [Wojny i Pokoju – w tłum. na polski]. Stamtąd też przez kuchnię wchodziło się do domu. Wzdłuż prawej ściany domu zewnętrzne schodki prowadziły na salkę: dwa prawie nieumeblowane pokoiki. Ten od werandy był większy i słoneczny, miał niemalowaną podłogę. Z prawej strony rósł nieduży, ale bogaty sad, pachnący, brzęczący i zawsze zakazany”.

Doskonale, jak pisała w dalszych partiach wspomnień Idalia Żyłowska, pamiętała „jak kto stąpał, jakie padały tu i tam słowa, jaka była pogoda w duszach i na niebie”. Pisała o tym, iż ściska ją żal, że wszystko przeminęło, „ale gdyby nie przeminęło, nie byłoby żalu, nie byłoby uroku”.

Przyjeżdżały, gościły, ale z sobą się nie znały…

Idalia Żyłowska już nie żyje. Była córką z luźnego związku Wandy Żyłowskiej i Józefa Mackiewicza. Urodziła się w Wilnie w 1931.

„To dziwne, że Idalia w opisie wnętrza domu naszego ojca ani słowem nie wspomniała o kominku. A przecież tam był, pamiętam to doskonale. Przed tym kominkiem leżała skóra wilka. I dlaczego napisała, że „sad był zakazany”? Mnie ojciec wstępu do sadu nie zakazywał” – mówi dziś Halina Mackiewicz, córka Antoniny i Józefa Mackiewiczów (z prawego łoża). Halina urodziła się w Wilnie w 1925.

… Rodzinne dramaty… I jedna, i druga odwiedzały ojca w Czarnym Borze. W różnych odstępach czasu. Nie znały się ze sobą. „O istnieniu mojej przyrodniej siostry – Idalii dowiedziałam się dopiero w 1966 roku. Zaprosiłam ją wtedy do siebie, do Warszawy” – opowiada Halina Mackiewicz.

Halina Mackiewicz mieszka w Polsce już od 1945 roku. Z wykształcenia jest archeologiem. Te dwie kobiety-siostry – to temat rzeka. Osobny temat, osobny rozdział, do którego nawiążę w innym czasie. Na razie interesuje mnie wyłącznie Czarny Bór. A przede wszystkim, kto z przyjaciół, znajomych odwiedzał Józefa Mackiewicza w Czarnym Borze. Tych nazwisk w szufladkach pamięci Haliny Mackiewicz zachowało się niewiele: Karol Zbyszewski, Konstanty Syrewicz… Z pewnością tych odwiedzających było więcej. Nie o każdym mogła wiedzieć, bo przeważnie przyjeżdżała do ojca, do Czarnego Boru na soboty i niedziele. Mieszkała z matką w Wilnie. Wcześniej mieszkali w Wilnie wszyscy razem: ona, ojciec, matka. Rodzice rozstali się w 1935. Oficjalnie się nie rozwiedli, po prostu – rozstali.

Nazywał się Wacław Rodziewicz

Z ludzi miejscowych, okolicznych, naturalnie ktoś musiał go odwiedzać w jakichś tam zwykłych, jak to po sąsiedzku, sprawach. Ktoś inny, uwikłany w sieci enkagebistów, musiał go szpiegować. Ojciec opisał to w „Drodze donikąd”.

A za okupacji niemieckiej? Wacław Rodziewicz. Czy nic jej to nazwisko nie mówi, nie przypomina. Rodziewicz? Owszem, pojawiał się u ojca w Czarnym Borze. Szpakowaty, z zarostem, inteligentny… O czym mogli ze sobą rozmawiać – tego nie wie… Ten Rodziewicz to był ksiądz Michał Sopoćko? Pierwszy raz o tym słyszy! Ojciec znał przed wojną księdza Sopoćkę. Ale żeby to on był „tym Rodziewiczem”?

… Przed wojną… Osiem par pociągów w ciągu dnia i nocy przybywało do Czarnego Boru i przystawało koło piaszczystej rampy.

Osiem razy po dwa w ciągu tej doby, rampa, bariery z szyn, maleńka budka, sosny, niewyrośnięte klony i zeschła w upale trawa, pokrywa się wszystkim, co jest żydowskie. Handlarki z koszami, Żydzi w pyjamach, w koszulach, w kąpielówkach, w spodniach tylko, z szelkami, czy paskami, w szlafrokach i marynarkach, brudni i czyści, młodzi i starzy, zupełnie dzieci, wstrętne żydówy, brzuchate jak krowy, ładne w oczach Racheli, pretensjonalne z ulicy Niemieckiej, wysportowani młodzieńcy. Żydzi, Żydzi i Żydzi. Krzyczą, witają się, machają, zdobywają szturmem schodki torpeda, tłoczą się bezprawnie do pierwszej klasy pociągów parowych, robią hałas, wytwarzają nastrój, nadają styl, genre, charakter. – „A gute Jor”, „A Szwarce-Bor”. […]

Dobrobyt z tego płynie. Chłopi przywożą na sprzedaż kartofle, ogórki, jarzyny wszelakie, mleko, jaja, masło, i wszystko, co jest do zamiany na grosze. Leżą sami na wozach, a w upał to i pod wozem, rozwaleni, milczący, sarkastyczni. Traktują klienta jakby mu łaskę robili: Żydom sprzedają. Z góry, ponuro.

Mój znajomy Jan Koł wynajął wszystkie zakamarki swej chaty Żydom. Sam się gnieździ byle jak. Ale z tego żyje, ma zarobek i przez to nie pracuje. Ani drzewa nie chce rąbać, ani w ogrodzie cudzym na dniówkę pracować. Po co mu to! Wychodzi do pociągu, pływa w żydowskim tłumie i lekką ręką zarabia na pośrednictwie. Prowadzi do niewynajętych jeszcze mieszkań, szuka dla każdego Żyda odpowiedniej, według jego miejskich geszeftów, kwatery. Dostarcza im co potrzeba i informuje. Żydzi to jego chleb powszedni z masłem, to jego utrzymanie, to jego roczny niemal budżet.

Jan Koł stoi obok mnie, na przystanku, małymi oczkami przebiera ciżbę żydowską, jakby palcami różaniec w dzień świąteczny i mówi głośno, raz w raz ramieniem odpychając cisnących się Żydów:

– Isz ich Żydów, jak muraszek wszystko równo. Dziś pan łaskawy, tak niama krześcijanam życia […]. Ależ to, mówia, jak czerci lazo i zrob choć im co! Przepraszam… – Oderwał się od ziemi, mocno szurgnął w tłum i wypłynął koło jednego, w czekoladowej pyjamie, z marsem kupieckim na czole, w nocnych pantoflach i z parasolem. (Parny dzień, może być deszcz). Znam go: „Papier i materiały piśmienne”. Poważny jak Mussolini. Wedle tego stawu usuwają się mniejsze gromadki handełasów, gdy idzie do pociągu – spotykać. Bo przecież stu Żydów przyjeżdża z Wilna, a trzystu ich w Szwarcem-Borze spotyka na peronie. – Jan Koł rozmawia i gestykuluje rękami. Coś tłumaczy, czegoś się zaklina. Wreszcie widzę, że dostał monetę, schował w kieszeni zimowego palta (chodzi w nim i latem) i przepychając się, wraca do mnie.

– U mnie, pan łaskawy, tak Żydów nalazłszy pełna chata. […] – Znów zerknął w tłum, bo mu się wydało, że ktoś nań kiwa, ale nie. Zapomniał o czym opowiadał, więc zakończył sentencjonalnie, głośno, nie żenując się swych zarobkodawców: – A żeby oni wszystkie w piekle spaliliby się!

Jan Koł jest niepoprawny.

(Józef Mackiewicz „A Szwarce-Bor”)

Aj-aj-jajaj! Jaki tu był ruch, jaki barwny krajobraz, kolorowe figury, jaki handel! Ale potem przyszli Niemcy… Rozwłóczyli się Żydzi kto gdzie, kto tylko mógł, kto zdążył, kogo nie zgarnęli do getta. Kto – pod polski dach, czy do stodoły, kto do sowieckiej partyzantki nawiał. A najwięcej szczęścia mieli tacy, jak Wulfka – tego proboszcz kościoła Wszystkich Świętych w Wilnie w podziemiach przybytku Bożego ukrył…

Na księży jeszcze liczyć można było – ukrywali, chrzcili, załatwiali lewe papiery… Ale niebawem i księży w Wilnie zabrakło… A ten i ów życiem za ratowanie Żydów przypłacił… A jeden z tych najgorliwszych ratowników, profesor, doktor habilitowany, ksiądz Michał Sopoćko, ulotnił się z Wilna jak kamfora, rozpłynął jak we mgle…

Ratował ochrzczonych i nieochrzczonych

Kiedy Niemcy rozpoczęli eksterminację narodu żydowskiego, ksiądz Sopoćko włączył się w akcję ratowania Żydów. Zaangażowanie to miało też jednocześnie wydźwięk ewangelizacyjny. Ludność żydowska, zamykana w gettach i docelowo skazana na masową zagładę, mogła liczyć jedynie na pomoc w zewnątrz. Ksiądz Sopoćko już wcześniej, bo i w czasie swego pobytu w Warszawie w początkach lat 20., i w Wilnie uczestniczył w praktyce katechizowania proszących o chrzest Żydów. Tuż przed wojną i na jej początku zgłosiło się do niego z taką prośbą sporo osób wywodzących się z kręgu inteligencji żydowskiej. Proszono o to także innych księży. Powstały więc grupy katechumenów, które przygotowywane były do chrztu, najczęściej w domach prywatnych. Ksiądz Sopoćko zaangażował się w tę katechizację. Gdy chętnych było więcej, w posługę tę włączył zamieszkującego u niego Bolesława Szostałę [byłego kleryka, słabego zdrowia, którego w ciężkich czasach okupacji sowieckiej ks. Sopoćko przyjął na współlokatora do swego w Wilnie mieszkania – uw. A. A. B.]. A także przyjął inne osoby z grona uczęszczających do niego [ks. Sopoćki] na spotkania religijne. Po przygotowaniu egzaminował kandydatów do chrztu i upewniwszy się o szczerości ich intencji, zazwyczaj kierował ich do księży proboszczów kościołów św. Jana i św. Franciszka, którzy udzielali im chrztu. Sam też chrzcił, ale zawsze z uszanowaniem wolności wyboru katechumena i wielką troską o autentyzm przyjmowania wiary chrześcijańskiej. Liczba uczestników katechez zorganizowanych przez ks. Sopoćkę sięgała kilkudziesięciu. Wielu z nich przyjęło chrzest”. (Ks. dr Henryk Ciereszko)

Poza prowadzeniem katechumenatu ks. Sopoćko włączył się czynnie w organizowanie pomocy materialnej, a zwłaszcza w akcję ratowania i ukrywania Żydów. Wykrycie tej działalności groziło utratą życia. Mimo to ks. Sopoćko pośredniczył w wyprowadzaniu rodzin żydowskich z getta, wynajdując miejsca schronienia u znajomych pod Wilnem. Aktywnie współpracowały z nim w „tej sferze” siostry urszulanki. Uciekinierzy z getta skierowywani byli często do Czarnego Boru, skąd siostry urszulanki wyprawiały ich na Białoruś, gdzie początkowo było mniejsze przez Niemców prześladowanie. W takich krytycznych sytuacjach ks. Sopoćko ochrzczonym i nieochrzczonym dostarczał metryki chrztu, pomagał w uzyskaniu dowodów tożsamości.

Niejednokrotnie wpadał w sytuacje, które mogły zakończyć się ciężkimi dla niego konsekwencjami. Pewnego razu, gdy w jego mieszkaniu w Wilnie znajdowała się grupka Żydów, nagle do drzwi zastukali gestapowcy poszukujący księdza. Uwierzyli gospodyni, że nie ma go w domu i zostawili tylko nakaz zgłoszenia się w ich komendzie. Okazało się, że był donos na ks. Sopoćkę o przechowywanie żydowskiego dziecka. Ostatecznie nie aresztowano go, bo denuncjator swój donos wycofał, niemniej na księdzu Sopoćce stale spoczywało oko gestapowców. W każdej chwili mogli go ująć. Ale na to było jeszcze za wcześnie.

Watykan między rozgrywkami na niemieckim szczycie

To „za wcześnie” autor książki biograficznej o ks. Michale Sopoćce, cytowany wyżej ks. dr Henryk Ciereszko komentuje następująco:

„Duszpasterstwo pod okupacją niemiecką początkowo nie napotykało specjalnych przeszkód. Objęcie okupacją niemiecką terenów Białorusi stworzyło nawet możliwość wznowienia kapłańskiej posługi wobec zamieszkujących tam katolików, co pod rządami władzy radzieckiej było zabronione. Arcybiskup Jałbrzykowski zezwolił kilkunastu księżom wyjechać w tym celu na Białoruś. Ksiądz Sopoćko nosił się również z takim zamiarem. Tymczasem przyszły tragiczne wieści o aresztowaniach i egzekucjach księży tam misjonujących, wskutek czego arcybiskup cofnął zezwolenia na wyjazd”.

Ks. dr Henryk Ciereszko pisze to w oparciu o „Wspomnienia” ks. Michała Sopoćki. Tak tę dramatyczną sytuację ks. Sopoćko naonczas „od zewnątrz” postrzegał. Z przywołanej wyżej cytaty odnosi się wrażenie, że arcybiskup Romuald Jałbrzykowski postąpił nader nierozważnie wysyłając kilkunastu księży na Białoruś, że lekkomyślnie zaufał Niemcom, którzy rozmyślnie (tak by się mogło wydawać) na tych duszpasterzy zastawili pułapkę. Tymczasem rzecz cała miała się inaczej. Będzie już później, już na obczyźnie, badał z wrodzoną mu dociekliwością, czujny wobec hasła „Wilno” Józef Mackiewicz. Opisze ją w swej książce „Nie trzeba głośno mówić”.

Inicjatywa z wysłaniem duszpasterzy katolickich na zajętą przez Niemców Białoruś wyszła z Watykanu. Oczywiście, należało w tej sprawie porozumieć się z Niemcami.. I… już-już się wydawało, że ziarno trafiło na podatny grunt.

Pisze Józef Mackiewicz:

Pierwszym, który poparł akcję Watykanu, był ambasador niemiecki w Ankarze, były wicekanclerz Franz von Papen. Przesłał on na ręce von Ribbentropa memoriał, uzasadniający konieczność oficjalnego zezwolenia Kościołowi katolickiemu na prowadzenie akcji misyjnej w Rosji, na terenach okupowanych przez wojska niemieckie, jak tego chciał Watykan. Ribbentrop, który nie znosił von Papena, pośpieszył z przesłaniem tego memoriału Hitlerowi, spodziewając się, że usposobi go jak najgorzej. Po kilku dniach zgłosił się po odpowiedź.

– Führer – oświadczył Bormann – odrzuca z pogardą projekt Papena. Nie może być żadnej, tak powiedział, obcej, ponadlokalnej organizacji na ziemiach okupowanych! W naszym interesie leży raczej dopuścić tyle zlokalizowanych i różnorodnych chrześcijańskich wyznań ile wlezie Aby klechy swoimi krucyfiksami porozłupywały sobie wzajemnie czaszki! W przeciwnym wypadku stworzymy nową wylęgarnię oporu…

Tymczasem Watykan polecił wszystkim biskupom, których diecezje graniczyły z państwem bezbożnego bolszewizmu, aby zgodnie z posłannictwem Chrystusowym podjęli misję głoszenia Słowa Bożego na ziemiach, gdzie było ono przez 24 lata prześladowane; odbudowywali i przywracali zniszczone kościoły, i obejmowali w posiadanie dawne parafie, gdziekolwiek dotarły wojska niemieckie. Zalecało się jednak podjąć akcję bez rozgłosu, nie tylko ze względu na brak zezwolenia ze strony rządu niemieckiego, ale też dla uniknięcia wrażenia i zarzutów ze strony mocarstw zachodnich, że Watykan włączył się w „krucjatę antybolszewicką” pod przewodnictwem Hitlera… W każdym razie rzecz delikatna, i głośno o niej mówić nie należy.

Arcybiskup Jałbrzykowski, metropolita wileński, wysłał zaraz grupę księży katolickich na wschód. W praktyce, podążali oni za wojskami niemieckimi na ziemie wschodniej Białorusi. Rzecz przeniknęła do wiadomości władz niemieckich. Rosenberg, szczególny wróg katolicyzmu, domagał się, aby Ribbentrop złożył formalny protest w Watykanie. Ribbentrop, który nie znosił Rosenberga, nie kwapił się z tym. Generałowie, nawet Goebbels, nawet poszczególni dygnitarze partyjni, wzruszali ramionami: „Co to, w gruncie, komu może szkodzić?! Przeciwnie, to wspiera naszą propagandę na wschodzie”. Inaczej Rosenberg. Poza osobistą, głęboką niechęcią do katolicyzmu, miał na względzie jeszcze co innego. Oto znając antyklerykalne, a w gruncie antyreligijne nastawienie Hitlera, obawiał się, że ten w jakimś wybuchu gwałtownej reakcji, jak zawsze u niego nieobliczalnej, może zakazać wszelkiej działalności religijnej, a w tej liczbie i autokefalnych Cerkwi antyrosyjskich, z takim trudem montowanych przez Rosenberga. W końcu sierpnia prosił więc o audiencję u Hitlera.

Audiencja przebiegła po myśli Rosenberga. Hitler pochwalił go, co się ostatnio rzadko zdarzało, za jego czujność wobec zakusów katolickich […]

Rosenberg zaraz po tej audiencji porozumiał się z Heydrichem, szefem państwowego urzędu bezpieczeństwa SS, prosząc go o natychmiastowe przecięcie misyjnej akcji katolickiej na terenie Ostlandu, zwłaszcza na Białorusi. Wszystkim księżom, którzy już wyjechali w teren, kazano przerwać działalność, i natychmiast wrócić

Ale nie wszyscy wrócili. Wielu prowadziło swą pracę duszpasterską tajnie. Pięknie odbudowany został kościół w Kojdanowie… Proboszcz z Iwieńca rozwinął szczególnie energiczną akcję poza starą granicą Traktatu Ryskiego… Ten i ów potajemnie, lub za cichą aprobatą miejscowych władz wojskowych… Część tych księży z nakazu niemieckich władz bezpieczeństwa została aresztowana, wywieziona do kacetów.

Arcybiskup Jałbrzykowski wypełniał dalej zlecenia kurii rzymskiej. Na miejsce aresztowanych wysłana została tajnie nowa grupa księży misjonarzy. Niektórzy z nich, mówiono, zostali rozstrzelani pod różnymi pretekstami. Oskarżano ich o tajne chrzczenie Żydów, kontakty z tajną organizacją, lub poprostu o pobyt niedozwolony.

W taki to sposób zginął jeden z najodważniejszych księży, nieustraszony też za czasów bolszewickich, o którym ludzie opowiadali w tamtą okupację legendy [ks. Henryk Hlebowicz – uw. A. A. B.]. Delegowany teraz na wschód do pracy misyjnej, już nie powrócił…

Tyle Józef Mackiewicz o tragicznych losach księży wysłanych z Wilna na Białoruś.

Natomiast w samym Wilnie…

Polowanie na ks. Sopoćkę

Według wspomnień księdza Michała Sopoćki, w początkach stycznia 1942 aresztowany został ksiądz Świrkowski, proboszcz parafii Ducha Świętego, takoż zaangażowany w pomoc Żydom. Udało mu się przekazać z więzienia gryps, że podejrzanym u Niemców jest także ksiądz Sopoćko. Sopoćko wyjechał na paręnaście dni do Czarnego Boru, do sióstr urszulanek, u których był spowiednikiem. O kolejnych aresztowaniach księży jakoś na razie nie było słychać. Sopoćko wrócił do Wilna.

W pierwszych dniach marca Niemcy podjęli ostrą akcję wymierzoną przeciwko katolickiemu duchowieństwu. 3 marca, przed południem, policja niemiecka wtargnęła do gmachu Seminarium Duchownego, aresztując znajdujących się na wykładach księży profesorów i alumnów. Księdza Sopoćki jeszcze w budynku nie było, tego dnia miał wykłady w godzinach późniejszych. Niemcy wysłali patrol do jego mieszkania przy ul. św. Anny, ale tam go nie zastali. Sopoćko w tym czasie znajdował się w kościele św. Franciszka. Po odprawieniu Mszy świętej pomagał jeszcze księżom z parafii w spowiedzi (kościół w przededniu uroczystości św. Kazimierza był wypełniony po brzegi). Około godziny dziesiątej ks. Sopoćko ruszył ku wyjściu. Zamierzał jeszcze na krótko wpaść do mieszkania, poczem udać się na wykłady do Seminarium. W drzwiach kościoła zatrzymała go znajoma kobieta, z prośbą, by pomodlił się przed obrazem św. Antoniego w intencji jej chorego męża. Zawrócił więc. Po kilku minutach, gdy modlił się przed obrazem, usłyszał szept pochylającej się nad nim gospodyni. Ostrzegła go, że w mieszkaniu czekają na niego Niemcy, a dwaj z nich są już w kościele i usiłują go wytropić.

Niezauważony przez Niemców, Sopoćko przez zakrystię wymknął się z kościoła. Kluczył znajomymi ulicami w ten sposób, by nie natknąć się na poszukujących go Niemców. Dotarł do Kurii przy ul. Zamkowej, by powiadomić abpa Jałbrzykowskiego o grożącym mu aresztowaniu i że zamierza uciec z Wilna, ukryć się.

Dalej akcja toczyła się „jak w filmie”.

Na schodach Sopoćko natknął się na inny patrol, akurat w tym czasie wyprowadzający notariusza Kurii. Ale akurat w tym samym momencie do budynku Kurii wchodził inny ksiądz i Niemcy zatrzymali się, aby go wylegitymować. Ks. Sopoćko zachował zimną krew. Nie cofnął się, niczym cień przemknął obok nich, niezauważony i wszedł do pomieszczeń Kurii. Arcybiskup z początku nie popierał jego decyzji ukrywania się, jednak ostatecznie wyraził zgodę i pobłogosławił na rozstanie.

Sopoćko postanowił jeszcze poinformować o swej sytuacji i decyzji rektora Seminarium Duchownego (nie wiedząc o tym, że i tam już urządzono obławę). Zmierzał więc w kierunku Seminarium. Przechodząc przez Plac Katedralny, znowu o mały włos nie natknął się na Niemców – na tych samych żołnierzy, którzy polowali na niego w kościele św. Franciszka. Teraz szli razem z gospodynią ks. Sopoćki, której kazali, by zaprowadziła ich do Seminarium, gdzie spodziewali się zastać księdza. I tu znowu ksiądz Sopoćko przeszedł obok nich niezauważony. Gdy wszedł na ulicę Mostową i był już blisko gmachu Seminarium, spotkał dozorcę jednego z sąsiednich domów, który go przestrzegł o obławie w Seminarium. Sopoćko zawrócił więc pośpiesznie i udał się na zaułek Skopówka do gmachu, w którym mieścił się zakon Urszuli Ledóchowskiej. Tutaj spotkał znajomą oraz znajomą sióstr urszulanek – Wąsowską z Czarnego Boru. Akurat tego dnia przyjechała do Wilna. Przed paroma godzinami była w mieszkaniu ks. Sopoćki przy św. Anny, chciała u niego zamówić Mszę świętą. Zastała tam Niemców, którzy ją zatrzymali i przetrzymywali długo, czekając wciąż na księdza. W końcu ją wypuścili. Udała się na Skopówkę, do sióstr urszulanek, by się czegoś o księdzu dowiedzieć. I tu nagle – takie nadspodziewane spotkanie!

Wąsowska, kobieta o nieprzeciętnej inteligencji, przedsiębiorcza, odważna, z mety podjęła twardą decyzję: ksiądz Sopoćko przebrany w strój kobiecy pojedzie z nią furmanką do Czarnego Boru. Spodziewała się, że Niemcy mogą ją śledzić, więc ułożyła następujący plan. Ksiądz pojedzie przez miasto z woźnicą, zaś ona przejdzie pieszo i później do nich dołączy. I rzeczywiście – stało się tak, jak to przewidywała. W pewnej odległości za toczącą się po bruku furmanką zauważyła, że idzie za nią Niemiec – ten sam, który był wcześniej w mieszkaniu ks. Sopoćki. Miała szczęście, bo akurat w tym czasie powstało zamieszanie z powodu gęsto przejeżdżających tą drogą pojazdów. Szybko więc skręciła w boczną uliczkę; zdezorientowany Niemiec zgubił jej ślad. Całą tę scenę obserwował z furmanki ks. Sopoćko. Kazał woźnicy przyśpieszyć, a potem zaczekać o parę ulic dalej. Czekali dość długo, ale Wąsowska nie pojawiła się. A więc jednak wpadła? Ks. Sopoćko po dłuższych wahaniach postanowił jechać z woźnicą do odległego o 12 km od Wilna Czarnego Boru, pod znajome ochronne skrzydła sióstr urszulanek. Ku swojemu zdumieniu zastał tam Wąsowską. Dotarła tu wcześniej – pieszo. Była przekonana, że ks. Sopoćkę aresztowali Niemcy. Tą wiadomością zdążyła już się podzielić w Czarnym Borze z siostrami urszulankami. W chwili, gdy pojawił się ks. Sopoćko, siostry akurat modliły się odmawiając Koronkę do Miłosierdzia Bożego. W odczuciu ks. Sopoćki ocaliło go Boże Miłosierdzie…

Siostra przełożona ukryła ks. Sopoćkę w spiżarni. Po zapadnięciu zmroku przeprowadziła go, przebranego za zakonnicę do odległego o ponad kilometr domu.

Tym razem w Czarnym Borze pozostał na długo – jako Wacław Rodziewicz…

2.

Zegar na gmachu dworca kolejowego, odwrócony twarzą do miasta, wskazywał dziesięć minut po godzinie szóstej wieczorem, gdy mnie zatrzymał pan… nie chcąc wymieniać jego prawdziwego nazwiska, nazwę go po prostu: Izaak Rozencwejg.

– Co się słychać z panem?

Pytanie było przyjemne, bo stereotypowe, przedwojenne, nieomal kontrrewolucyjne. […]

Więc zagadnięty w ten sposób przez Izaaka Rozencwejga, ściągnąłem lejce, powiedziałem do konia „prrr!”, a później z wysokości deski leżącej w poprzek wozu, ponieważ byłem w tym czasie woźnicą ciężarowym, wskazując batem zegar, zapytałem, czy pewien jest, że godzina prawidłowa, gdyż muszę się spieszyć po jedną jeszcze partię cegieł.

– Zdążysz pan z temi cegły – odparł Rozencwejg, opierając łokcie na bokówkach wozu, a dojrzawszy jakichś przechodniów, którzy się zatrzymali opodal, dodał głośno i na wszelki wypadek: zdążysz towarzysz, zdążysz obywatel.

Przeleżał w piwnicy kościoła Wszystkich Świętych

Józef Mackiewicz zamieszkał w swym niedużym wiejskim domu, w odległym od Wilna o 12 km Czarnym Borze jeszcze przed wojną. Za pierwszej sowieckiej okupacji, a potem niemieckiej i znowu sowieckiej, mieszkał tam dalej. Do miasta przychodził piechotą. Za Sowietów, nie chcąc współpracować z bolszewickim pismem, zmienił swój zawód dziennikarza i literata na bardziej „odpowiadający warunkom”. Został drwalem w lesie, furmanem wozu ciężarowego.

Znajomość Józefa Mackiewicza z – jak go nazywa – Rozencwejgiem datowała się od dawna, ale była raczej powierzchowna.

Jego maleńkie biuro ogłoszeń prosperowało przed wojną źle. Stąd wynikała nieregularność, z jaką wypłacał był pieniądze do kasy administracji gazety, w której pracowałem [wileńskie „Słowo” – uw. A. A. B.]. W rezultacie wydawnictwo postanowiło zerwać stosunki handlowe z firmą „Rozencwejg i syn”. Przychodził więc w godzinach wieczornych do redakcji i z ostrożnym pominięciem administratora wtykał swe marne, petitowe ogłoszonka, szmuglując je w ten sposób wprost do drukarni.

– Kto przyjął znowuż ogłoszenie od Rozencwejga? – pienił się nazajutrz czerwony na twarzy administrator.

Nikt się nie przyznawał, a po kilku dniach, właśnie o takiej jak teraz porze, mniej więcej po szóstej wieczorem, zjawiał się znowu Rozencwejg, zawsze jednako grzeczny, z nowym ogłoszeniem. Stąd powstała luźna przyjaźń, sięgająca niekiedy aż do dyskusji na tematy polityczne.

Później przyszły czasy Fołksfrontu w całej Europie i wielkiej moralnej ofensywy Sowietów, a ja napisałem artykuł [„A Szwarce–Bor” – uw. A. A. B.], który się bardzo Żydom nie podobał i nazwano mnie „antysemitnikiem”. Po trochu mieli rację. Dyskusja nie należy do tego tematu. Kolega z żydowskiego „Togu” przyszedł zrobić ze mną wywiad jako z „antysemitą”.

Rozencwejg, który znowu przemycił jakieś ogłoszenie za moim pośrednictwem, powiedział mi wieczorem:

– Ja pana nie rozumiem.

Niech.

Później stało się to wszystko w r. 1939, co już wiadomo. Gdy przyszła jesień tego fatalnego roku i bolszewicy wkroczyli do miasta, nawet zecerzy mi radzili:

– Oj, niech pan ucieka. Żydki to na pana cięte. Wydadzą.

Nieprawda. W okresie najcięższych czasów okazali mi Żydzi raczej pomoc i przychylność. […] (Józef Mackiewicz „Getto wileńskie”).

A potem przyszli Niemcy. Rozencwejg przepadł jak kamień w wodę. Zamknęli go w getcie? Powieźli do Ponar? Parę lat później Józef Mackiewicz spotka go… we Włoszech.

W dwa lata później, w Rzymie, w najelegantszej dzielnicy, pomiędzy pałacem królowej matki i Porta Pinciana, na via Vittorio Veneto, przy kiosku gazetowym, gdzie można kupić gazety europejskie, patrzę i… oczom nie wierzę! Stoi Rozencwejg ze szwajcarską „Weltwoche” pod pachą.

Człowiek ten osiem miesięcy przeleżał (przeleżał!) w piwnicy kościoła Wszystkich Świętych, ukrywany przez proboszcza, a gdy przyszli bolszewicy, wyszedł, mrugając od niezwykłego światła i – uciekł! Uciekł aż do Rzymu. Ściska mi rękę i z radości słowa nie może wydobyć. Ja myślę! Takie spotkanie!

Od czasu do czasu pojawiał się w domu Mackiewicza w Czarnym Borze Żyd Szapiro. Przynosił coś na sprzedaż oraz wieści „ze świata”, którym to było wileńskie getto.

[…] W tej chwili właśnie ktoś otworzył furtkę od strony lasu i na dziedziniec wszedł Szapiro. […] On nie stękał i nie narzekał na „ciężkie czasy”. Dziś nikt nie śmie narzekać na ciężkie czasy, bo to kiedyś się narzekało. O, wtedy był raj.

– Ja panu cości powiem: w getcie nie można już wytrzymać.

– Dlaczego?

– To piekło.

Dałem mu gorących kartofli, zjadł, podziękował i poszedł w las. W domu bał się nocować. Po trzech dniach zjawił się znowu i zaproponował ćwiartkę prawdziwej herbaty na sprzedaż.

– To od Kapłana. Pan jego zna? Miał sklep na Stefańskiej, za apteką. Teraz on policjantem żydowskim.

– Porządny człowiek? – zapytałem od niechcenia, ważąc w ręku herbatę.

– Czy to policjant może być porządny?

– Ale ja nie mam tyle pieniędzy, żeby zapłacić.

– Weź pan na raty, jaka różnica.

Po czwartą, ostatnią ratę już nie przyszedł. On to opowiadał mi najwięcej o życiu getta. Nie było już tam, jego zdaniem, ani organizacji, ani porozumienia, ani zdrowego sensu, ani ładu, uczciwości czy solidarności. – A co tam jest? – pytałem. W odpowiedzi stuknął się palcem w czoło.

„Litwo, ojczyzno moja”…

…Anno Domini 2008. Rozmawiam w Warszawie z córką Józefa Mackiewicza Haliną. Opowiada o swym dzieciństwie, młodości. Czarny Bór? To ich rodzinne życie w Wilnie, gdy jeszcze wszyscy byli razem – ona, matka i paput, później niejako się wsączyło w czarnoborską atmosferę. Przez wspólnych znajomych, przyjaciół, przez jej – Haliny – bliskie koleżanki. Przyjeżdżali tu, gościli.

W tej rozmowie Józef Mackiewicz, jej ojciec, stale figuruje jako paput. Tak go nazywała od dziecka i tak już na długie lata pozostało.

Żeby ktoś z Żydów do Czarnego Boru zaglądał, tego nie wie. Pojawiał się tam stary kompan paputa Kazimierz Puczetta, przyjeżdżał Karol Zbyszewski, bywał Konstanty Syrewicz – przyjaciel z dzieciństwa, młodości, razem z paputem pracowali w wileńskim „Słowie”. W czasie okupacji niemieckiej ukrywał się tu z rodziną Leszek Bortkiewicz. Właśnie się zastanawiam, czy to nie on jest tym Karolem w „Drodze donikąd”. A może i nie on. Może ten… jak mu tam było? Konstanty Szychowski. Takoż dziennikarz, wcześniej przyjaciel paputa. Razem pracowali w założonej przez Józefa Mackiewicza „Gazecie codziennej”. Bortkiewicz był sowieckim kolaborantem. Paput o tym wiedział. Niemniej, nie odmówił Bortkiewiczowi, gdy ten poprosił go o schronienie.

O tej „gościnie” w Czarnym Borze będzie później wspominała Barbara Toporska: „Można to też przeczytać jako „surrealistyczny żart” […] Józef mówi: „Słuchaj, Leszek, Białorusini mi mówili, żeś ty zadenuncjował ich kurierską drogę do NKWD”. A on odpowiada: „Musiałem kogoś zadenuncjować. Wolałem ich niż ciebie”. „Toś ty pracował dla NKWD?” „Ach, nie! Oni tylko wzywali.” „Jak często?” „Raz na tydzień”. I po tej rozmowie przesiedzieli (Bortkiewicz z żoną i synem) tak przyjaźnie, naturalnie, pięć tygodni. I nie tylko dlatego, że myśmy musieli ich ukrywać, bo należy pomagać każdemu zagrożonemu, ale dlatego także (sprawia to wrażenie „surrealistycznego żartu”), że to należało jakby do normalności”.

W tym właśnie czasie Józef Mackiewicz pisał pierwsze szkice do swej słynnej powieści „Droga donikąd”. Więc kto? – Konstanty Szychowski, Konstanty Syrewicz czy Leszek Bortkiewicz stali się prototypami literackiego bohatera, Karola?

Wydaje się jednak, że powieściowy Karol to Konstanty Syrewicz, na co wskazuje szkic Mackiewicza pt. „Żywica i nafta”, opublikowany (1949) w londyńskich „Wiadomościach”, którego bohaterem jest Kostuś. Akcja toczy się podczas okupacji sowieckiej.

Czasem przychodzi ni stąd ni zowąd jakiś patetyczny wierszyk do głowy. Na przykład: „Litwo, ojczyzno moja! Ty…”

– To nie jest żadne zdrowie, psia ich mać, taka praca na świeżym lufcie. To jest katorga i już – mówił kolega mój, Kostuś.

Znalazłem na wierzchu dłoni tyle akurat wolnego jeszcze miejsca od żywicy i nafty, by wytrzeć pot z czoła, i spojrzałem ku niemu. […] Usiłował ruszyć z miejsca ciężki „komel” sosny i targając wbitym weń toporem przygadywał dalej przez zęby:

– To „krrrwawy Smetona”… taka jego…

Dumny był z autorstwa tych śmiesznych nazw. Tego lipca 1940 bolszewicy, zaraz po wkroczeniu do Litwy, ogłosili listę „wrogów ludu”, którym udało się zwiać. Na pierwszym miejscu znajdował się „krwawy Smetona”, były prezydent. Następnie szły nazwiska coraz to mniejszych zbrodniarzy. Kostuś zachował skrupulatnie tę kolejność: najcięższy do odpiłowania komel, zaraz u nasady, przezwał „krwawym Smetoną”; drugi nazywał się Chodakauskas (szwagier prezydenta), jakiś tam bogacz czy bankier; trzeci z kolei był prałat Wajłokajtis, też niezły kapitalista, dalsze nazwiska zatarły mi się w pamięci. Ale tę chwilę pamiętam, gdy pomyślałem nagle: „Litwo, ojczyzno moja…”.

Gdy się podjęli tej pracy, ruble nie były jeszcze wprowadzone i płacono w litach. 2 lity 40 centów za 1 metr drzewa postawiony w lesie. Zachęcano ich, że mogą nieźle zarobić, że we dwóch do ośmiu metrów dziennie można postawić. Pierwszego dnia pracowali dziesięć godzin i postawili… zaledwie 1 metr… Ale się uparli. Trzeba było za coś żyć. Następnego dnia przyszli znowu.

Leśniczy wyznaczył im był odcinek wzdłuż drogi. Tam właśnie leżały sosny wywalone z korzeniami. Do ich pracy należało: odrąbać gałęzie, odpiłować „wierzchowinę” i złożyć to wszystko razem na kupę mniej więcej metrowej wielkości. Potem popiłować pnie drzew na metrowej długości „komle”, rozłupać je wzdłuż na tzw. szczapy i poustawiać w metry po cenie 2 lity 40 centów za metr.

„Dawaj krwawego Smetonę!”. „Dawaj Chodakauskasa!”. „Dawaj prałata Wajłokajtisa!”.

„Dawaj” i „dawaj” (akcent po sowiecku na drugie „a”).

Denerwują się, robią „miotłę”, siekając pień, a „krwawy” nie puszcza, „trzyma wciąż, wytrzymuje wszystkie wyzwiska, które spadają nań z błyskiem stali”. Wytrzymuje i Chodakauskas, brat Zośki, żony prezydenta Smetony (de domo była Chodakowska). Wytrzymuje i ufny w Niebo prałat Wajłokajtis…

– Coaż wy tu stawiacie za metr! To nia metr – mówi leśniczy.

– A jak trzeba, panie leśniczy?

– Jak! Wiadomo jak. Sześć centymetrów trzeba dorzucić w góra. Drzewa osiada.

Wysoce niesympatycznym typem był nasz leśniczy. Na szczęście, rzadko przychodził do lasu. Nastał tu za czasów tzw. „smetonowskich”, jeszcze w grudniu roku 1939. Litwin spod pruskiej granicy, typowy, kwadratowy, ponury blondyn. Młody, powolny i gburowaty. Gdy mówi źle po polsku (a inaczej nie umie), samogłoski „o” i „e” wymawia z tendencją na „a”.

W jaki sposób utrzymuje się on jeszcze na stanowisku leśniczego, nie mam pojęcia. Posiada na Żmudzi, on czy jego ojciec, ponad 20 ha gruntu i młyn. Straszną, zaciętą, kułacką nienawiścią nienawidzi bolszewików. Utrzymuje się jednak nadal, choć gdy zmieniono walutę, drwalom, którzy się targują przy wypłacie w kancelarii, miał zwyczaj powiadać:

– Ja wam tego gówna nie żałuja!

I miął gruboskórymi palcami portrety Lenina na banknotach sowieckich czerwońców.

Jeszcze raz, bywa, spojrzy spod lnianej czupryny na ustawiony przez nas sztabel, dotknie go końcem buta, ponuro zamilczy i pójdzie w las bez pożegnania.

Kostuś, który jest trochę endekowaty, obracając się, powiedział kiedyś za nim:

– Mickiewicz też miał dobrego bzika na punkcie tych Litwinów.

To fragment Mackiewiczowskiej „Żywicy i nafty”.

Leśniczy nazywał się Pożełas. A dokładniej – Pożeła, jeden „z tych” Pożełów osiadłych z dziada pradziada na Żmudzi. „Z tych”, z których wywodził się Karolis Pożeła, głośny litewski działacz komunistyczny (drugi mąż kuzynki Józefa Mackiewicza, Katre Matułajtisówny), syn zapiekłego antybolszewika „starego Pożeły”.

Kostuś jako Karol i Pożeła jako leśniczy figurują w autobiograficznej powieści Józefa Mackiewicza „Droga donikąd”. Mackiewicz jest tu prototypem literackiego bohatera Pawła, jego żona Marta prototypem Barbary Toporskiej.

Dom Józefa Mackiewicza (Pawła w „Drodze donikąd”) stał na skraju Puszczy Rudnickiej, niedaleko przystanku kolejowego. Od czasu, gdy razem z przyjacielem (Konstantym Syrewiczem?) – Karolem w „Drodze donikąd” podjęli się roboty jako drwale, „pilszczyki”, Karol zamieszkał w domu Pawła.

…I dzisiaj dom ten stoi… A od strony wewnętrznego dziedzińca stoi ta sama studnia, jeszcze z tamtych czasów. Naonczas obrastały ją krzewy wiśniowe. Obecnie niedaleko studni rosną drzewa jabłoni i gruszy.

Zawsze wychodzili o świcie pod studnię, żeby się umyć. Sprawiało im przyjemność prosto ze snu skoczyć obydwiema nogami w świeżość dnia jak w orzeźwiającą rzekę.

– Wiem, wiem… – powtarzał Karol niemal wesoło, przecierając ręcznikiem po mokrym torsie. – Bolszewizm nie od radości „nieba” chce oderwać człowieka, a właśnie przeciwnie, od radości „ziemi”. On nie jest wrogiem, jak to powiada pierwszy z brzegu klecha, życia pozagrobowego, a właśnie życia doczesnego. On niczego nie „rozpętał”, jak to utrzymywali nasi ojcowie w okresie rewolucji 1917–18 r., a na wszystko, absolutnie na wszystko nałożył pęta! […]

Paweł lubił Karola zawsze, a teraz może więcej niż kiedyś […]. Po prostu nadawał się on do tego, by go lubić w rześkiej atmosferze budzącego się dnia; pasował do niej ze swym zdrowym ciałem i pogodnym usposobieniem. Miał on kiedyś duży ziemski majątek nad rzeką Dźwiną, który mu teraz przepadł. Wychowywał się u jezuitów, ale trochę ciasne poglądy szkolne przełamał następnie na dwóch fakultetach uniwersyteckich, które ukończył z odznaczeniem. Co go najbardziej charakteryzowało, to skłonność nie tyle do filozofii, ile do filozofowania, skłonność, która u niego objawiała się zarówno w darze obserwacji, jak i poddawaniu wszystkiego, co widzi, krytyce. […]

„Biały czort”

Karol nie lubił leśniczego. „Biały czort” – tak go powszechnie tu nazywano dla jego jasnej czupryny. Leśniczy do lasu zachodził rzadko. Nigdy nie miał zwyczaju ani się witać, ani żegnać z ludźmi.

Któregoś ranka wyszli nieco później do roboty. Przekroczyli tor kolejowy, minęli pierwszy zakręt i nagle uderzyło w nich spojrzenie szklanych oczu samochodu, który stał na drodze obok miejsca ich pracy. Mimo woli zwolnili kroku, ale żaden nie przemówił słowa. Przy samochodzie kręciła się grupka ludzi. Widać było i leśniczego, jak – rozkraczony swoim zwyczajem – stał w poprzek rowu przydrożnego. Jeden z obecnych, który wzrokiem mierzył zbliżających się z daleka, przeskoczył ten rów, stanął pośrodku drogi, wyraźnie oczekując aż podejdą bliżej. Karol szedł sztywno jakoś, miarowo i nagle syknął przez zęby:

– Przepadłem, jeżeli zaczną badać dokumenty.

Ludzie przy samochodzie byli w cywilu, prócz jednego wojskowego w czapce o czerwono–granatowym otoku NKWD. Prysł ranny nastrój; nogi zrobiły się ciężkie, uczucie przykrości krążyło nieuchwytnie koło żołądka. Paweł zauważył, że ułożone wczoraj metry były porozrzucane. Czegoś w nich widocznie szukali. Tknięty złym przeczuciem, pomyślał, iż mogliby powiedzieć, że wcale tu nie pracują, a w zupełnie innej partii lasu, gdyby nie leśniczy…

Człowiek stojący pośrodku drogi wskazał na nich palcem i zapytał leśniczego:

– Ci tu pracują?

Leśniczy spojrzał spode łba i spokojnym, surowym głosem odpowiedział bez mrugnięcia powiek:

– Nie, to nie ci.

W tej chwili Karol przystanął bezradnie. Człowiek w skórzanym płaszczu już miał zadać mu jakieś pytanie, gdy nagle leśniczy wyprzedził go i krzyknął:

– Nu, co stoicie gęby rozwarłszy! O której do roboty?! A później narzekacie, że małe zarobki! Do Wysokiej Górki kilometr drogi jeszcze, a oni stoją! Już! Poszli pracować!

Ruszyli, wyminąwszy enkawudzistę, nie oglądając się za siebie. Z tyłu doszedł ich jego głos, gdy mówił do leśniczego:

– A wy, grażdanin leśniczy, co tak, jak za dawnych czasów? Po staremu ciągle na robotników pokrzykujecie, a? Niedooobrze. U nas tak do robotników się nie zwracają. Pora już przywyknąć do nowego…

Szli spokojnie, równo, prawie noga w nogę. Topory na ramieniu, na toporzyskach torby z posiłkiem przewieszone, piła w ręku. Ominęli kałużę, zakręt, leszczynę. Paweł odetchnął ciężko.

– Wyratował – mruknął Karol.

– Uhum.

Minęli parów i mostek na ruczaju.

– Gdzie to jest ta Wysoka Górka?

– Tu zaraz będzie. Dróżką w prawo. […]

Dlaczegoś nie rozmawiali ze sobą więcej. Po przyjściu na miejsce zabrali się zaraz do roboty. […] Ale robota im nie szła. Na trzeciej kłodzie piła zaczęła nagle zaciskać. […]

Po dłuższej chwili z olchowego młodniaka wychylił się leśniczy. Gdy podszedł blisko, spojrzał na wetkniętą w poprzek kłody piłę i mruknął:

– Co, kiepsko chodzi?

– Zaciska. Naftę zostawiliśmy…

– Ech wy, pilszczyki! Wracajcie na stare miejsce.

– A co to było, panie leśniczy? Czego oni tam szukali?

– Co było… – przeciągnął. – Ktoś pewnie coś chował po lesie, ktoś inny doniósł… – I nagle rzucił ze złością: Co tam pytać, co było? Cholera ich wie, co było! Zostaliścia żywi – zdrowi? Zostaliścia na swobodzie? Nu i dziękujcia… Panu Bogu. – Zawrócił i odszedł, jak zwykle bez pożegnania.

Po tym zajściu, Karol jeszcze tego wieczora, zaczął filozofować już jakby… troszeczkę z innej perspektywy:

„Widzi pani – mówił do Marty – to jest tak: do życia w nowych warunkach fizycznych zawsze można się przyzwyczaić. Ale do psychicznych warunków może być trudniej. Hm… życie w wiecznym niepokoju, a głównie bez nadziei na uzyskanie tego spokoju w przyszłości, hm, to jakby przyzwyczaić się do życia bez jutra. Nie sądzi pani, że to jest istotnie trochę, tego…”

Pewnego dnia Karol wyjechał z Czarnego Boru do miasta i więcej nie wrócił. Zatrudnił się w oświacie ludowej, objął katedrę „zasad leninizmu i stalinizmu”. Ten i ów opowiadał, że Karol znalazł sobie bardzo wpływowego protektora, że… rzekomo został agentem NKWD. Później w czasie spotkania w kawiarni Paweł ostro rzuci mu w twarz: kanalia! A jeszcze później, podczas przypadkowego spotkania z Martą w Wilnie, Karol jej powie: „ […] Mąż pani, to znaczy Paweł, zachował się wobec mnie… Zresztą, nie będziemy o tym mówić. Nie chcę się z nim wdawać w żadne dyskusje polityczne. Zostawmy to na później. Ja się nie obrażam. Chwała Bogu, wszelkie kodeksy honorowe i temu podobne śmiesznostki nie funkcjonują już. Natomiast ja… chciałem tylko to powiedzieć pani, i mam nadzieję, że w zupełnym zaufaniu, że… Otóż dotychczas robiłem wszystko i użyłem wszystkich moich wpływów, aby was zostawili w spokoju i nie ruszali. Jakkolwiek pani sama chyba rozumie, że… Nie chcę tu używać żadnych górnolotnych słów. Nie chodzi mi też o żadne objawy wdzięczności. Po prostu tak jest i koniec. To tylko chciałem powiedzieć”.

Powieściowy Karol jest zlepkiem sklejonym z biogramów Konstantego Syrewicza, Konstantego Szychowskiego i Leszka Bortkiewicza, modelem ugodowca, chorągiewki, farbowanego lisa.

Józef Mackiewicz w słowie wstępnym do „Drogi donikąd” pisał, że poza powieściowymi osobami wszystko jest autentyczne w tej relacji. Ludzie, zdarzenia, zwierzęta, przedmioty, tajne dokumenty, daty; nazwy wsi, świt i zachód słońca, linia przebiegająca rojstami, która dzieliła litewską i białoruską republikę sowiecką… Autentyczne są nazwiska oficerów ludowego komisariatu bezpieczeństwa państwowego NKGB.

Zabytkowa szabla-upiór w oblężonym strachem „miłym mieście”

Jakie rzeczy, przedmioty w czarnoborskim domu paputa szczególnie wryły się w pamięć Haliny Mackiewicz? Chwilę się zastanawia… No, najważniejsza to chyba ta legendarna szabla. Ją, Halusię (tak ją zawsze pieszczotliwie, zdrobniale w rodzinie nazywano – i tak już po dziś dzień pozostało…), a więc ją paput nawet z tą szablą sfotografował. W Czarnym Borze. Zna jego przygody z tą karabelą – niezwykle barwnie, sugestywnie opisane w „Drodze donikąd”. Gdy paput z Barbarą Toporską wysprzedali z domu już niemal wszystko, pozostała jeszcze ta szabla. A było już tak, że żyli niemal o głodzie. I wtedy zdesperowany paput postanowił ją sprzedać. Odwiózł szablę do muzeum w Wilnie, ale tam jej nie przyjęli. Powędrował więc z nią do znajomego adwokata, który w tym czasie miał „jakieś rozległe ni to możliwości, ni to stosunki”. Ten adwokat już naonczas nie był adwokatem, wykładał fizykę. Po długiej tyradzie politycznej, usiłując przekonać paputa do „nowego systemu”, ów były adwokat (powieściowy Konrad) okazał się straszliwym tchórzem. Nie on jeden zresztą.

Konrad, nie przestając bawić się okularami lewą ręką, prawą przerzucił przez poręcz, rozsiadł się wygodniej, powiódł roztargnionym wzrokiem i zapytał: – Co to jest? Co ty masz w tym opakowaniu? Parasol?

– Nie, nie parasol. To jest szabla.

– Co takiego?!! – zerwał się z krzesła na równe nogi. – Szabla?! Coś ty, zwariował, z szablą chodzić po mieście?!! Przecież…

Paweł przerwał mu i zaczął tłumaczyć, iż jest to zabytek muzealny, stara karabela wysadzana srebrem, ale Konrad nie dał mu dokończyć.

– Srebrem, czy nie srebrem! Co to ma do rzeczy! Kto dziś będzie o to pytał, kiedy ona została zrobiona: sto lat temu czy cztery! Ja nie rozumiem ludzi takiego pokroju, jak ty. Wszystko sobie lekceważą, wszelkie przepisy, rozporządzenia. Przecież wyraźnie ogłoszono we wszystkich językach krajowych: zdać całą broń palną i sieczną. I sieczną, i sieczną! – powtarzał. – Bo inaczej grozi surowa kara. Aha, nawet w rubryce siecznej wymieniono specjalnie: szable. Więc jak ty możesz narażać siebie, no i ostatecznie innych… Przychodzić tu, do mnie, w biały dzień… A gdyby tak nagle rewizja! Nie!!! – i aż zakręcił się z oburzenia na miejscu.

Zbliżał się wieczór. Na ulicy było chłodno. Paweł nie miał pieniędzy. Postanowił pożyczyć u kogoś ze znajomych i wracać do Czarnego Boru, zaś szablę zostawić u któregoś z tych znajomych i próbować jutro szczęścia od nowa.

Zaszedł do najbliżej mieszkających znajomych, ale ci odmówili stanowczo: „Nie możemy się narażać!” […] Zaszedł do znajomej wdowy po oficerze, zamieszkałej w sąsiedztwie.

– Ani na jedną godzinę nawet! – odpowiedziała. – Nie może pan chyba wymagać, abym narażała swoje dzieci!

[…] Chodził od jednego do drugiego ze swoich znajomych w swoim rodzinnym mieście, upraszając jak o łaskę, by który z nich zechciał pozwolić na pozostawienie u niego na przeciąg jednej nocy starej, historycznej szabli, którą przodkowie tego kraju nosili u boku jako klejnot i oznakę szlachectwa, którą dziedziczyli z ojca na syna i którą bronili ojczyzny przed najazdem wrogów. […] Głodny i zziębnięty nie mógł opanować zdenerwowania. […] Chwilami przygnębienie przeradzało się po prostu w uczucie wewnętrznej paniki. Miał teraz twarz zmęczoną, mokrą od deszczu, nos czerwony z zimna, i ten jego wygląd tym bardziej wzbudzał podejrzenie, że chodzi mu o jakąś sprawę niezupełnie czystą. Z drugiej strony owładnął nim zacięty upór, ażeby nie wracać w tym stanie do domu, bez uprzedniego załatwienia czegokolwiek w mieście.

[…] W pewnej chwili uświadomił sobie całą śmieszność swej sytuacji: bieganina z szablą pod pachą wieczorem w deszcz po mieście… […]

Zachciało mu się palić. Oparł szablę o róg bramy, wyjął papierosy i zapałki. W tej chwili z hałaśliwym szczekaniem wypadł na niego pies. Paweł porwał więc szablę i upuścił zapałki; palce miał trochę skostniałe; pochylił się nad zapałkami i wtedy spod pachy wypadła mu szabla z brzękiem na chodnik. Wyszedł dozorca domu i przyjrzał mu się podejrzliwie. Paweł podniósł szablę i ruszył, aby czym prędzej zniknąć za rogiem.

– Hej! Ty! Co tu chciał pod bramą! – okrzyknął go dozorca.

Paweł przyśpieszył kroku. Ale pies, ośmielony widocznie głosem swego pana, rzucił się za oddalającym się z głośnym szczekaniem i dopadł jego nogi. Paweł chciał go odruchowo kopnąć, pies uskoczył i zaczął ujadać jeszcze głośniej. Dozorca podszedł aż do rogu i znowu krzyknął, tym razem z groźbą w głosie:

– Ej! Ty tam! Co tam niesiesz pod pachą?! – Paweł przycisnął szablę mocniej łokciem i szedł tak prędko, że prawie biegł. Jakiś przechodzień zatrzymał się na przeciwległym chodniku i obejrzał się za nim. Pies wciąż ujadał z tyłu. Z sąsiedniej, ciemnej bramy wychyliła się baba i zapytała przechodnia: – Złodziej jakiś? – Wtedy Paweł zauważył, że inny przechodzień ruszył w skos przez jezdnię jakby mu chciał przeciąć drogę, i nie zdając sobie sprawy z tego, co czyni, pobiegł tak szybko, jak mógł. – Trzymać!! – krzyczał dozorca. – Złodziej! – wrzasnęła baba. […] „Złoodziej!” – usłyszał jeszcze raz wyraźniej i wpadł w bramę przechodnią; to mu przywróciło świadomość, że zna przecie dobrze rodzinne miasto i winien wiedzieć, którędy uciekać. Wybiegł na drugą ulicę nie zauważony. […] W tej chwili olśniła go myśl, że w kamienicy, którą miał przed sobą, z najbliższej klatki schodowej jest wejście do mieszkania Leona. […]

Leon sam otworzył mu drzwi. Szablę obejrzał z ciekawością. Wydobył nawet z pochwy i złożył się nią jak do fechtunku, później wsadził z powrotem i rzuciwszy na kanapę chętnie zgodził się ją przechować. Pożyczył też Pawłowi trochę pieniędzy.

Tajemniczy drwal z lasu

„Ten Rodziewicz” był tu, w Czarnym Borze, znany jako drwal i cieśla. Nie powszechnie, nie w każdej chacie znany, tylko dla „swoich”. Józefa Mackiewicza uznał był widocznie „za swojego”. Było to za niemieckiej okupacji.

Ksiądz Michał Sopoćko zamieszkał w domu na krańcu Puszczy Rudnickiej. (Tak jak Mackiewicz – drwal i kraniec Puszczy Rudnickiej…). Dom stał na ustroniu, półtora kilometra od osiedla. Był tu niewielki skrawek ziemi uprawnej oraz łąki, przez które przepływał strumyk. Dokładniej – dom stał na północnym krańcu Puszczy Rudnickiej. Były w nim cztery pokoje i kuchnia. Właścicielką domu była Felicja Węsławowicz; miała naonczas 65 lat. Mieszkała w jednym z tych czterech pokoi. Do przyjazdu księdza Sopoćki, trzy pozostałe pokoje zajmowały siostry urszulanki. Opiekowały się właścicielką, zgodnie z umową miały w przyszłości odziedziczyć dom wraz z przyległą ziemią. Z chwilą pojawienia się księdza Sopoćki, zaszły w tym domu pewne zmiany. Udostępniono mu jeden pokój, drugi przeznaczono na kaplicę, w trzecim zamieszkały dwie siostry urszulanki, ukrywające się przed Niemcami, aby uniknąć wywózki na roboty do Niemiec (nie zgłosiły się do urzędu pracy). W czwartym – mieszkała gospodyni domu.

„Opatrzność” – tak nazwały ten dom siostry urszulanki. Od tej pory opiekowały się nie tylko Felicją Węsławowicz, ale i księdzem, czuwały nad jego bezpieczeństwem. Modliły się do miłosiernej Opatrzności Bożej i razem z księdzem „robiły teatr”. Czyli mistyfikację. Ksiądz Sopoćko, rzecz oczywista, nie mógł traktować „Opatrzności” jako więzienia, wychodził z domu… przebrany w strój zakonnicy. Tak było z początku. Potem zaczął zapuszczać brodę. Gdy zarost był już „jak trzeba”, sprowadzono wtajemniczonego „w sprawę” fotografa, który zrobił mu zdjęcie do dowodu tożsamości. Drugi wtajemniczony wyrobił mu dowód na nazwisko Wacław Rodziewicz, z którym ksiądz Sopoćko zgłosił się na posterunek policji litewskiej. Od tej pory „Wacław Rodziewicz” uchodził oficjalnie za krewnego właścicielki domu, przybyłego do niej z Podbrodzia.

Niemcy,wraz z litewską policją poszukiwali go na Litwie, a nawet na Białorusi. Bezskutecznie. Dom „Opatrzność” był bezpiecznym schroniskiem. No i ta broda, i ten perfekt wykonany dowód tożsamości…

W godzinach przedpołudniowych „Wacław Rodziewicz”, po odprawieniu Mszy świętej, udawał się przebrany za drwala do lasu, potem kilka godzin poświęcał pracy naukowej. Wtajemniczone osoby za pośrednictwem sióstr dostarczały mu potrzebne książki i teksty do tych zajęć. Wieczorem „Rodziewicz” był, dla odmiany, cieślą i stolarzem. Wykonywał dla sióstr i na zamówienie tutejszych mieszkańców różne sprzęty z drewna – grabie, łopaty, stołki, gonty do dachu i in. Dużo się modlił, każdego dnia sprawował Eucharystię. Regularnie przystępował do sakramentu pokuty. Nie zaniedbywał takoż spowiedzi. W tym celu udawał się co parę tygodni do kaplicy sióstr w Czarnym Borze. Pewnego razu do spowiedzi wybrał się nawet do kościoła parafialnego w Białej Wace.

Krócej – ukrywający się, ale i w Czarnym Borze znany. Znany i nierozpoznany… Odwiedzali go, przyjeżdżali z Wilna zaufani ludzie. Że łatwo było o wpadkę? „Wacław Rodziewicz” miał mocne papiery…

„Dziad” – ulubiony typ konspiratorów

Kto mu w Czarnym Borze wykonał zdjęcie? Kto wyrobił dowód tożsamości? Fotografować go musiał jeden z dwóch członków komórki Legalizacji AK – albo ks. Stefan Dzierżek, albo Stanisław Turski. Dowód wyrobił mu najpracowitszy, najbardziej sprawie oddany pracownik Legalizacji Romuald Warakomski („Hilary”), absolwent Wydziału Sztuk Pięknych w Wilnie. Był najświetniejszą postacią polskiego podziemia. Po wojnie, zmuszony do ucieczki przed Sowietami, wyjedzie do Polski, gdzie ścigany przez ubeków, w 1947 wstąpi do zakonu karmelitów w Czernej pod Krakowem jako Roman Wojnicz (imię zakonne – Marian od Najświętszego Serca Jezusa). Tam to pod koniec życia Romuald Warakomski spisze swoje nieocenione wspomnienia, w których m. in. znajdą się następujące opisy:

„Bardzo intensywnie pracowała komórka Legalizacji, dzięki której zaopatrywano w fałszywe dokumenty nie tylko członków podziemia, ale także najbardziej zagrożoną ludność cywilną, w tym chroniących się przed zagładą Żydów. Dokumenty te służyły także do wykonywania działań konspiracyjnych. Dzięki nim bez większych problemów działał wywiad, docierając głęboko na tereny Związku Sowieckiego. Kontrwywiad wileński z kolei dość dobrze rozpracował zarówno wileńską Abwehrę, jak i Gestapo, i działającą w jego ramach litewską policję bezpieczeństwa – Saugumę. Umieszczeni w tych strukturach agenci przekazywali polskiemu podziemiu bezcenne informacje jednocześnie dezorganizując pracę tych służb. Dzięki dokumentom Legalizacji wreszcie utrzymywano regularną łączność kurierską z Komendą Główną AK w Warszawie. Sam komendant Okręgu, ppłk Aleksander Krzyżanowski „Wilk” wielokrotnie udawał się osobiście do Warszawy, niejednokrotnie jako członek organizacji Todta (niemiecka, pomocnicza organizacja wojskowa zajmująca się budową umocnień wojskowych), z odpowiednio spreparowanymi dokumentami. Z efektów pracy Legalizacji korzystały także inne komórki. M. in. komórka „Przerzut”, zajmująca się transportem w Okręgu, korzystała przede wszystkim z fałszywych papierów. M. in. kilkakrotnie przerzucano większe ilości sprzętu z Warszawy do Wilna (w tym stacje nadawcze, materiał wybuchowy czy maszynę drukarską), posługując się niemieckim transportem kolejowym czy samochodowym!!!”.

Autorem pomysłu przebrania ks. Sopoćki za „dziada-drwala” był najprawdopodobniej Romuald Warakomski. Miał już sprawdzony „wzór”. „Dziad” – to ulubiony typ ppłk. Aleksandra Krzyżanowskiego „Wilka”. W czasach, gdy Romuald Warakomski wyrabiał mu fałszywe dokumenty, „Wilk” był „Andrzejem”. O tym epizodzie Warakomski będzie wspominał tak:

„Andrzej nie dawał znaku życia, widocznie czekał w ukryciu, aż mu broda wyrośnie, ponieważ w sytuacjach dramatycznych zwykł był uciekać się do roli dziada. Jakoż faktycznie w końcu kwietnia przez skrzynkę „Gospody”, której rolę w tamtym czasie spełniało Kolegium Jezuitów, czyli „Szymon”, otrzymałem zamówienie na metrykę urodzenia i Svetimšalio Liudijimas. Spojrzałem na załączoną fotografię – to był przecież „Andrzej”, choć twarz zarośnięta niedbałym chłopskim zarostem i oczywiście bez binokli, których zawsze używał. Wziąłem do serca to zamówienie i długo starannie preparowałem dokumenty, aby odpowiadały twarzy na fotografii. Spotkanie odbiorcze było naznaczone o godz. 8 rano przy ul. Zawalnej na tyłach kościoła Wszystkich Świętych, obok kiosku tytoniowego. „Andrzej” miał przyjść w przebraniu chłopskim, z bańkami na mleko. W słoneczny wiosenny poranek poszedłem na miejsce spotkania i bez trudu rozpoznałem go; nieznacznie oddałem dokumenty, zamieniliśmy kilka ciepłych zdań i pożegnaliśmy się”.

Na wprawne oko, wojskowość wyłaziła ppłk. Krzyżanowskiemu spod dziadowskiego ubrania jak szydło z worka, ale starał się grać tę rolę znakomicie, w czym „pomocne” mu były binokle, które w takich sytuacjach zdejmował, a że był krótkowidzem, miał autentyczne odruchy człowieka starego. Potocznie wśród ludzi podziemia tak go też nazywano – „Stary”…

Na wprawne oko, duchowność musiała była wyłazić ks. Sopoćce spod „stroju” drwala czy cieśli, ale kto w Czarnym Borze mógł mieć takie oko? Jedyny najpewniej człowiek – „drwal, woźnica” Józef Mackiewicz. Jego córka Halusia określi „gościa” jedynym krótkim słówkiem „inteligentny”.

O czym mogli ze sobą rozmawiać? O pogodzie? O Miłosierdziu Bożym? (Pisał przed wojną na ten temat ks. Sopoćko do wileńskiego „Słowa”). O dramatycznej sytuacji Żydów? Czy może… o wyroku wydanym na pisarza–woźnicę.

Na księdza Michała Sopoćkę polowały gestapo i Sauguma, na pisarza Józefa Mackiewicza komunistyczne wtyczki w Armii Krajowej.

„Litwo, Ojczyzno moja…”.

3.

Bywał także w domu Józefa Mackiewicza w Czarnym Borze Kazimierz Puczetta, dawny kompan, jeszcze z czasów wczesnej młodości. Może w tym domu albo gdzieś w pobliżu, na leśnej ścieżce, natknął się był na tajemniczego drwala, „starego dziada Wacława Rodziewicza”, może rozpoznał w nim swego dawnego wojskowego kapelana…

Ile to już lat minęło od tamtego czasu?

Kazimierza Puczettę Józef Mackiewicz poznał na Kowieńszczyźnie, w Burbiszkach. Józef był naonczas w wieku czternastu lat. Ile mógł mieć Puczetta? Chyba tyle samo…

A było tak.

W Burbiszkach, Bejnarowie, w Wilnie i Pietkowie…

Z chwilą wybuchu wojny, tej pierwszej rusko-niemieckiej, matka Józefa, Maria Mackiewiczowa, naonczas już wdowa, popadła w poważne tarapaty finansowe. Mieszkali w Wilnie przy Witebskiej. Mackiewiczowa dwa pokoje w tym domu odnajęła lokatorom. Ratowało to sytuację, ale nie na długo.

Wkrótce dotarła do niej wiadomość, że na Kowieńszczyźnie właściciel majątku Burbiszki założył coś w rodzaju schroniska, pensjonatu dla rodzin pozbawionych przez wojnę środków do życia. Mackiewiczowa ostatnie pieniądze oddała najstarszemu synowi Stanisławowi (miał on pozostać w Wilnie, bowiem przygotowywał się do matury) i z resztą dzieci, Seweryną i Józefem wyjechała na Litwę.

Po przybyciu do Burbiszek okazało się, że dom wcale nie jest pensjonatem, zaś jego właściciel ewidentnym kandydatem na wariata. Przyjął ich wprawdzie pod dach, ale nie mogło tam być normalnego życia. Wracać do Wilna nie mieli za co. Wtedy właśnie Józio poznał w Burbiszkach Kazimierza Puczettę „panicza na małym folwarku”, skrzypka z Bożej łaski. Zaprzyjaźnili się. (Potem, w przyszłości z tą przyjaźnią będzie różnie, jak to często w życiu bywa, ale to już dygresja…).

Pewnej niedzieli Mackiewiczowa z Józiem i Seweryną wybrała się na mszę do kościoła w pobliskich Śmigłach, gdzie wśród modlących się dostrzegła Wiktorię Malińską, właścicielkę majątku Bejnarowo, której krewni byli znajomymi Mackiewiczowej. Malińska z mety zaofiarowała jej wikt i opierunek w swojej majętności.

Czuli się tam „jak rodzina”. Rychło nawiązali kontakty towarzyskie z okoliczną szlachtą. Przyjeżdżał tu do Józia także Kazimierz Puczetta z Burbiszek.

W majątku Wiktorii Malińskiej zamieszkali latem 1916. Na dłużej niż zamierzali. Bo oto nagle zmienił się świat. W Rosji wybuchła rewolucja. Na Litwie zaroiło się od wszelakiej maści dezerterów, maruderów. Niemcy się cofali, okoliczni chłopi grabili, podpalali dwory.

Józio w pewnych odstępach czasu jeździł do Wilna, by składać tam szkolne egzaminy eksternistyczne. W 1917 roku jeździł legalnie, ale gdy już utworzyła się Litwa Kowieńska, przedostawał się do Wilna przez zieloną granicę.

W końcu 1918 przedarł się do Wilna razem z Kazimierzem Puczettą. Z Wilna, wraz z Kazimierzem Puczettą i kolegą szkolnym Włodzimierzem Popławskim, Mackiewicz przedostał się do Białegostoku, a stamtąd do Pietkowa, gdzie wszyscy trzej wstąpili ochotniczo do formowanego tam 10 Pułku Ułanów Litewsko-Białoruskiej Dywizji Wojska Polskiego. Józef Mackiewicz miał naonczas niespełna siedemnaście lat. (Potem, razem z Puczettą będzie służył w 13 Pułku Ułanów Wileńskich).

Dawne to były czasy…

W nadmiarze zaufania do „samych swoich”

…No a obecnie trwa druga światowa. W Czarnym Borze pojawia się Pawłowski. Przyszedł z prośbą o pomoc. Pawłowski przed wojną był kolporterem wileńskiego „Słowa”. Obecnie rywalizujący z nim o prawo kolportażu gazet niemieckich Zygmunt Dziarmaga-Działyński szantażuje Pawłowskiego, grozi mu, że doniesie na niego do gestapo, ujawniając jego żydowskie pochodzenie.

Mackiewicz pojechał do Wilna, odnalazł Dziarmagę i metodą szantaż za szantaż zagroził mu, że jeżeli Dziarmaga doniesie na Pawłowskiego – on – Mackiewicz zadenuncjuje Dziarmagę jako agenta NKWD. Szantaż poskutkował.

Z powieści napisanej w Czarnym Borze w 1942

Mackiewicz znał Dziarmagę jeszcze przed wybuchem wojny, nawet zamierzał z nim współpracować. Jesienią 1939, gdy Sowieci przekazali Litwinom Wilno, Mackiewicz z myślą o wydawaniu „Gazety Codziennej” poszukiwał odpowiednich ludzi. I może byłby ich znalazł, gdyby miał nieco mniej zaufania do „samych swoich”. O nich to później w 1942, w Czarnym Borze Mackiewicz napisze w swojej opowieści-pamflecie pt. „Prawda w oczy nie kole”.

Na rogu ulicy Wileńskiej i zaułku Dobroczynnego w Wilnie leżał mały i solidnie brudny bar, noszący pretensjonalną nazwę „Louvre”. Firanki w oknach popstrzone latem przez muchy, zimą rzadko tylko prane. Przy stolikach siadają tam ludzie z rzędu drobnych, ale czasem zaglądają specjaliści od spożywania większej ilości alkoholi. Z kuchni dochodzi swąd, obok w małych pokoikach mieszczą się tzw. „gabinety”. […]

W takim to lokalu, w grudniu 1939, zasiadło nas trzech przy wódce i kiełbasie z kapustą, ze szczerym zamiarem wpłynięcia na losy wschodniej Europy. […]

„Nas trzech” to znaczy Bortkiewicz, ziemianin z Brasławszczyzny, trzydziestoletni i jak mi się zdawało, pełen zapału ideowiec, trochę literat, trochę filozof, oraz niejaki Dziarmaga, były warszawski działacz oraz konspirator ONR, dawny pracownik administracyjny „Słowa” na terenie Warszawy.

Plan, który wyłożyłem, był następujący: poza jawną działalnością „Gazety Codziennej”, zamierzam rozwinąć konspiracyjną, zmierzającą do zjednoczenia wszelkich sił krajowych do walki z bolszewizmem. […]. Bortkiewicz miał nawiązać kontakt z Białorusinami i utrzymywać łączność. Dziarmaga zaś, który dowodził, że stoi już na czele pewnej organizacji, miał nawiązać kontakt z tajnymi polskimi organizacjami i nakłonić je do współdziałania. Zamierzaliśmy działać za pośrednictwem tajnych radiostacji, drukowania ulotek, organizowania wspólnie z Białorusinami powstania antybolszewickiego za obecną granicą litewską. Gdyby społeczeństwo litewskie nie dało się w żaden sposób wciągnąć do akcji i tą drogą uzyskać cichą aprobatę władz, mieliśmy działać na przekór tym władzom, metodą prowokacji dążąc do konfliktu sowiecko-litewskiego.

Ażeby wspólnikom mym zapewnić środki utrzymania, Bortkiewicz miał zostać moim sekretarzem w „Gazecie Codziennej”, zaś Dziarmaga objąć kolportaż tej gazety.

Skończyło się niefortunnie, jakkolwiek skończyć mogło gorzej. […]. Bortkiewicz okazał się człowiekiem ulegającym każdorazowym wpływom po kolei i skończył tym, że przeistoczył się w komunistę i został inspektorem Ludowego Uniwersytetu Komunistycznego, na którym wykładał „zasady leninizmu i stalinizmu”. (On, szlachcic, ziemianin, oficer rezerwy, literat!). Przy tym, jak mi doniesiono ze sfer białoruskich, omal nie wydał tych Białorusinów w ręce NKWD. Bortkiewicz! Wysoki, mocny, o jasnej zdrowej cerze. Blondyn, szlachetny typ Słowianina! […] Dziarmaga, Polak z Warszawy, zwodził mnie długo tajemnicą swych poczynań, w międzyczasie obrastał w pierze przy kolportażu […], a później żył sobie dalej z kolportażu gazet sowieckich w Wilnie.

„A sztob ty na harie stojau, da sonca nie baczyu”

Czy pojawiał się w Czarnym Borze jeszcze jeden „dziad”, może nawet kubek w kubek podobny do „Wacława Rodziewicza”, głośny działacz białoruski, Franciszek Olechnowicz? Raczej nie. Dawał tylko Józefowi Mackiewiczowi „znać o sobie”, że jest w Wilnie, że chciałby się z nim spotkać. Pisał Józef Mackiewicz o jednym z takich spotkań, na które jechał do Olechnowicza z Czarnego Boru. Spotkali się w Wilnie, w hotelu.

Paput – wspomina córka Józefa Mackiewicza, Halina rozsmakowywał się w białoruskim ludzie, często cytował ich powiedzonka, sentencje, przekleństwa, mające jakże wymowny sens. Chociażby i to: „A sztob ty na harie stojau, da sonca nie baczyu!”. Istotnie. Bo jeżeli nawet ze szczytu góry słońca nie zobaczysz, co, zdawałoby się, może ciebie gorszego spotkać?

Jak się skończył flirt z Białorusinami?

Rozsmakowywał się Mackiewicz w białoruskim ludzie, ale kompletnie się zniesmaczył jego prowodyrami, wierchuszką, i to tak zwaną „białą”, „prawicową”. Bo i jak się skończył ten flirt z Białorusinami? Opisał to w 1942 roku w „Białoruskich kontaktach i konszachtach” (rozdział „Prawda w oczy nie kole”):

W Wilnie za czasów polskich grupował się znaczny ruch białoruski, reprezentowany przez tych, którzy z bolszewikami pracować nie chcieli i marzyli o odzyskaniu niezależnej, narodowej Białorusi. Podczas inwazji bolszewickiej we wrześniu 39 rozbiegli się naturalnie ci działacze, pochowali, uciekli razem z nami na Litwę. […]

Znany literat, dramaturg i aktor białoruski, Franciszek Olechnowicz, który swojego czasu wyjechał był do Mińska i tam aresztowany, siedem lat odsiedział w Sołowkach, a potem drogą wymiany powrócił do kraju – uciekał oczywiście pierwszy. Ten mógł się słusznie obawiać, napisał bowiem książkę pt. „Siedem lat w szponach GPU”, przetłumaczoną zresztą na liczne języki. – Na granicy litewskiej oberwał sobie rondo kapelusza, aby w ciemności wyglądał jak hełm żołnierza polskiego i aby go straż litewska przepuściła, która nie puszczała pierwotnie ludności cywilnej. W Kownie wyrobiłem mu paszport poselski, bo takowego nie posiadał, a chciał uciekać dalej i korzystać z zapomóg rządu polskiego. Wszystko to wydawało mi się normalne i godziwe, bo oczywiście wspólnota interesów wydawała mi się równie normalną.

Jednakże po oddaniu Wilna Litwie, utworzył się tu Komitet Białoruski na czele z księdzem Adamem Stankiewiczem, który zaczął wydawać swój organ pt. „Krynica”. Że organ ten podkreślał od razu swoją lojalność wobec rządu Republiki Litewskiej, było rzeczą spodziewaną, że jednak lojalność tę posunął do płaszczenia się i panegiryzmu, było objawem przykrym, zważywszy, że polityka językowa litewska wielkimi krokami dążyć chciała do wynarodowienia całej wsi wileńskiej, w większości swojej białoruskiej. Że organ ten, dalej, wspominał gorzko rządy polskie pod wojewodą Bociańskim, również by się mu dziwić nie można. Że opisywał dzieje straszliwej Berezy, do której klika rządząca polska wsadziła przez głupotę Białorusinów-narodowców, wrogów bolszewizmu – to rozumiem. Natomiast zaskoczony byłem faktem, że ten oficjalny organ Komitetu Białoruskiego poszedł po linii najmniejszego oporu i rozpętał właśnie akcję antypolską wtedy, gdy wewnątrz kraju zagrażał mu nacjonalizm litewski, z zewnątrz imperializm bolszewicki, a tylko Polacy nie zagrażali wcale.

Ale zgoła już obrzydliwe było stanowisko „Krynicy” wobec Sowietów. Stała się bowiem pismem wyraźnie prosowieckim. „Krynica”… na czele której stał ksiądz katolicki… wystąpiła z artykułem programowym, w którym opowiadała się za uregulowaniem stosunku Litwy do Sowietów, analogicznie do stosunku, jaki łączy Mongolską Republikę Ludową z SSSR. […] A więc jak na pismo klerykalne, program „Krynicy” wyróżniał się cokolwiek zbytkiem filosowietyzmu. […]

Na szczęście oficjalny Komitet i jego „Krynica” reprezentował mniejszość działaczy białoruskich. Leaderem drugiej grupy, na razie niemej, ale silniejszej, był również ksiądz, Godlewski, oraz adwokat Szkielonek, człowiek zdolny i inteligentny. Reprezentowali oni kierunek nieprzejednanie antybolszewicki, ale w wyłącznym oparciu o Niemcy. (…)

Jest dla mnie rzeczą zupełnie jasną, że Białorusini czynią tu absolutnie ten sam błąd, co Litwini. Błąd zbyt jaskrawy, aby zasługiwał na pobłażliwy kompromis z naszej strony. Rzucają się mianowicie jak ślepi, pomiędzy Rosją a Niemcami, nie chcąc dostrzec, że jedyne i wyłącznie oparcie znaleźć mogą tylko w niepodległej Polsce, z którą łączą ich interesy identyczne. […]

Nagłe wkroczenie bolszewików rozdarło nasz kontakt. Janka Stankiewicz, Godlewski, Szkielonek uciekli do Niemiec przez zieloną granicę.

* * *

Był to pogodny dzień jesienny 1940. Tłusty kurz miejski unosił się w powietrzu. Słońce skłaniało się powoli i wieże św. Jakuba na Placu Łukiskim rzucały normalnie długie cienie. Przed gmachem NKWD bezmyślnie krążył wartownik. Ulica, która od czasów carskich, poprzez imię św. Jerzego, Adama Mickiewicza, Gedymina, doszła dziś do nazwy prospektu Lenina, leżała pusta. […] Nad miastem wraz z kurzem wisiała nuda.

I oto w tym momencie, z tej nudy i tego kurzu wyłoniła się ku mnie twarz żebraka, a zatem i cała jego postać w sznurkami wiązanych trzewikach, w podartym ubraniu. Brodę miał dawno nie goloną, na nosie okulary. Koszula bez kołnierzyka, brudna i rozchełstana na piersi. Na plecach worek, w ręku kij. To był Franciszek Olechnowicz, literat i dramaturg białoruski, autor książki przetłumaczonej nawet na hiszpański i portugalski. Trochę się niemile zdziwił, że go tak od razu poznałem, sądził widocznie, że się lepiej ucharakteryzował.

Czasy były bolszewickie. Stałem przed nim w całej swej okazałości robotnika leśnego. Zacząłem bowiem pracę jako drwal. Poszliśmy razem w jednym kierunku. […]

* * *

Był to pogodny dzień grudniowy roku 1941. Plac Katedralny w Wilnie leżał w głębokim śniegu. Przed kościołem frajter niemiecki lepił ze śniegu i lodu rzeźbę. Przyglądała się temu grupka przechodniów. Kilku Żydów, z żółtymi gwiazdami na piersiach i plecach, podawało mu wiadra wody rękami, które były sine i drżały.

Mróz był silny, starałem się iść prędko, podniósłszy kołnierz na uszy. Nad byłym gmachem wojewódzkim powiewał sztandar ze swastyką. I oto właśnie obok tablicy kierunkowej z nadpisem „Nach Minsk” spotkałem pana w bogatym futrze i takiejż czapce. Był to Franciszek Olechnowicz. Przywitał mnie grzecznie. Powraca z Białorusi, gdzie bawił kilka tygodni. Opowiadał, jak tam jest. Wszystko dobrze, wszystko dobrze, urzędy funkcjonują w języku białoruskim…

– Tylko Polacy… tak, oni tam, w Oszmianie i Smorgoniach, powiadają, że nie będą się uczyć tego „chamskiego języka”… He, he, he, ale będą musieli, będą musieli… tak, tak – zakończył sentencjonalnie, ściskając mnie dłoń.

Po kilku miesiącach Niemcy usunęli definitywnie zarząd białoruski z Oszmiany i oddali go Litwinom, bo im tak było wygodniej…

Potem Olechnowicz zginie z rąk sowieckiego agenta. Zostanie zastrzelony w swym własnym domu w Wilnie, przy ul. Jasińskiego.

„Nie było to dziełem przypadku”

„Uniknięcie aresztowania nie było dziełem przypadku, lecz wyraźną opieką Najmiłosierniejszego Zbawiciela” – napisze ks. Sopoćko w swoich „Wspomnieniach”. W jego przekonaniu, ten Czarny Bór pod ochronnymi skrzydłami sióstr zakonnych i ten domek „Opatrzność”, w którym zamieszkał – takoż nie były dziełem przypadku, lecz wyraźnym sygnałem, znakiem posłanym z Nieba: będzie tu pozostawał, pod opieką Miłosierdzia Bożego, by dalej szerzyć jego kult, umacniać zawiązane już w Wilnie Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia Bożego.

Według meldunków Ereignismeldung w dniu 3 marca 1942 roku, w tym samym, gdy gestapowcy i litewska policja polowały na ks. Sopoćkę, aresztowano 15 osób spośród grona księży profesorów Seminarium Duchownego, wraz z rektorem i 80-osobową grupą alumnów. Tegoż samego dnia uwięziono 6 członków kapituły i 9 księży profesorów Uniwersytetu Stefana Batorego (pośród nich dziekana Wydziału Teologicznego). Aresztowano rektora Kolegium Jezuickiego i kapelana chrześcijańskich związków zawodowych oraz kapelanów związków młodzieży. Aresztowano proboszczów i wikariuszy wielu wileńskich parafii.

Ogółem w więzieniu na Łukiszkach osadzono tego dnia 30 księży. Aresztowani zostali: dziekan Wydziału Teologii USB Michał Klepacz, kanonik Katedry Wileńskiej i profesor Seminarium Duchownego Jan Ellert, profesor tegoż Seminarium Leonard Pukaniec i prokurator tegoż Seminarium Jan Krasowski. Aresztowani zostali również: kapelan chrześcijańskich związków zawodowych Aleksander Mościcki, redaktor dziennika katolickiego w Wilnie i kapelan związków młodzieży chrześcijańskiej Józef Grasewicz, wikariusz parafii św. Jakuba Stanisław Bielawski, rektor Kolegium Jezuickiego Władysław Wantuchowski, kanonik katedralny, kustosz Katedry Wileńskiej i profesor USB Antoni Cichoński oraz: profesorowie USB Antoni Pawłowski, Antoni Korcik, Józef Marcinkowski, Leon Puciata, Czesław Falkowski, Paweł Nowicki. A także: wikariusz parafii Ostra Brama Hieronim Olszewski, prałat Katedry Wileńskiej i rektor Seminarium Duchownego Jan Uszyłło, kanonik tejże Katedry, inspektor Seminarium Duchownego i kapelan stowarzyszenia pracowników USB Władysław Suszyński, profesor Seminarium Duchownego i asystent USB Walenty Urmenowicz, rektor kościoła św. Trójcy Jan Żywicki.

Na prowincji zostali aresztowani: proboszcz parafii Sużany Władysław Nowicki, wikariusz parafii Podbrzezie Roman Panocha, wikariusz z Landwarowa Mieczysław Lapiński i wikariusz Nowej Wilejki Mieczysław Małachowski

Zginęło z rąk oprawców 5 księży polskich: proboszcz parafii Ducha Świętego, uczestnik akcji ratowania Żydów – ks. Romuald Świrkowski (ten sam, który będąc osadzonym w więzieniu na Łukiszkach zdążył jeszcze uprzedzić ks. Sopoćkę, że jest on przez gestapo poszukiwany; ks. Świrkowski został rozstrzelany w Ponarach), Bolesław Bazewicz, Jan Naumowicz, Stanisław Sowa i Leon Puciata.

W dniu 12 marca aresztowano arcybiskupa metropolitę wileńskiego Romualda Jałbrzykowskiego i kanclerza kurii ks. Adama Sawickiego. Internowano ich w Mariampolu.

W dniach 26 i 27 marca zamknięto w Wilnie wszystkie męskie i żeńskie klasztory (łącznie 16). Zakonników i zakonnice w liczbie 253 osób osadzono na Łukiszkach.

Nastąpiły także aresztowania pośród działaczy polskiego podziemia, związanych z akcją legalizacyjną, fałszowaniem paszportów i produkcją kartek żywnościowych. W dniu 14 marca aresztowano kierującego całym przedsięwzięciem proboszcza kościoła św. Piotra i Pawła ks. Tadeusza Zawadzkiego. Rozstrzelano go (wraz z ks. Romualdem Świrkowskim) w Ponarach.

Tego samego dnia – 14 marca – aresztowano kierownika drukarni, wykonującej kartki zaopatrzeniowe, oraz 18 jej pracowników. Aresztowano 22 osoby związane z produkcją fałszywych dokumentów.

Łącznie od 16 do 21 marca 1942 aresztowano w Wilnie 192 Polaków, spośród których 34 osoby (w tym także kobiety) stracono.

Ogółem śmierć poniosło 105 księży. Wielu musiało przejść przez więzienia i obozy.

Ks. Sopoćko był wciąż intensywnie poszukiwany…

„Drwal”, „cieśla”, „dziad”, „krewniak z Podbrodzia” właścicielki domu w Czarnym Borze Felicji Węsławowicz, nie bacząc na niebezpieczeństwo, często wyruszał ze swej „Opatrzności” na zewnątrz. Udawał się do sióstr w Czarnym Borze, nie obawiając się ryzyka zdemaskowania go. Wygłaszał tam konferencje, spowiadał. Przyjął też raz w ich kaplicy śluby zakonne.

Pracował fizycznie i umysłowo, modlił się, ubogacał duchowo, kontemplował. Myślami wybiegał w przeszłość. Jak to się stało, że przed laty okazał się w Wilnie a nie w Warszawie? Jak to się stało, że właśnie w Wilnie (a nie w Warszawie) musiał się spotkać z siostrą Faustyną Kowalską? Jak to się stało, że jego ukochany brat Piotr, po różnych dramatycznych przejściach, ostatecznie osiadł z rodziną w Nowej Wilejce pod Wilnem.

Chodził do Piotra, do Nowej Wilejki pieszo, przemarsz ten traktował jako relaks po wytężonej pracy duszpasterskiej. Żywo interesował się brata rodziną, dziećmi. Wspierał ich słowem i czynem, pomagał im w ich trudnej sytuacji.

Brat Piotr… Zmarł 1 listopada 1939 – w Dniu Wszystkich Świętych, w dniu jego – Michała – urodzin.

Rodzice… Rodzeństwo… Dzieciństwo – raczej stale wypełnione troskami aniżeli radością. W wieku trzech lat Michał zapadł na poważną chorobę, zagrażającą nawet jego życiu, ale widać Pan na Niebiosach miał inne wobec niego plany…

Gniazdo rodzinne, szczęśliwe i utracone

Michał Sopoćko urodził się 1 listopada 1888 roku w Juszewszczyźnie, folwarku położonym w okolicach Wołożyna w powiecie oszmiańskim.

Przyszedł na świat w rodzinie szlacheckiej, naonczas już zubożałej. Ojciec Michała, Wincenty podejmował samodzielne posady, najmując się do pracy w majątkach („uprawitiel choziajstwa” – jak stoi w dokumentach). W 1868 Wincenty poślubił Emilię Krejczman z Sokołowskich, szlachciankę. Z tego związku urodził się syn Ignacy. Po kilku latach małżeństwa Emilia zmarła. Jeszcze za jej życia Wincenty wziął w dzierżawę folwark Juszewszczyznę, należący do dóbr Tyszkiewiczów. (Folwark ten zwano też Nowosadami).

W 1881 Wincenty poślubił Emilię Pawłowicz, szlachciankę, córkę Antoniego i Antoniny z Terleckich. Było to małżeństwo szczęśliwe. Urodziła im się trójka dzieci: Piotr, Zofia i to najmłodsze – Michał. Pod ich opieką pozostawał także Ignacy, syn Wincentego z pierwszego związku małżeńskiego.

Rodzice Michała byli ludźmi religijnymi, odpornymi na wszelkie przeciwności losu. Niestety, z powodu skomplikowanej sytuacji materialnej nie mogli zapewnić dzieciom nauki w gimnazjum. Dzierżawiony przez nich folwark był w złym stanie, nie przynosił zysku.

Ale jakoś trwali, mieli dach nad głową, dochody z owocowego sadu. Aż przyszedł fatalny rok 1902, gdy wygasł termin kolejnej umowy dzierżawnej. Hrabia Tyszkiewicz odmówił jej prolongaty. Majątek został sprzedany Rosjanom. Rodzina Sopoćków była zmuszona opuścić folwark. Po latach ks. Sopoćko napisze w swych „Wspomnieniach”: „Był to cios bardzo bolesny dla wszystkich. Jeszcze dziś na wspomnienie serce się ściska”.

Sopoćkowie utracili wszystko. Dom, budynki gospodarcze, sad, zasadzony i pielęgnowany rękami całej rodziny. Utracili gniazdo rodzinne. Może najmniej boleśnie utrata ta dotknęła siostrę Michała Zofię oraz przyrodniego brata Ignacego. Zofia przed rozstaniem się z Juszewszczyzną poślubiła Michała Grzybowskiego i przeniosła się do posiadłości męża, zaś Ignacy podjął posadę w innym majątku.

Wincenty Sopoćko wziął w dzierżawę mniejszy już folwark w Starzynkach w gminie Raków, ale i tam mu się nie wiodło. Po paru latach przeniósł się do Kukieli w gminie Gródek, gdzie ostatecznie zbankrutował.

„Buntowszczyk”

Pragnienie zostania kapłanem obudziło się w Michale już od wczesnego dzieciństwa. Aby je ziścić, musiał zdobyć odpowiednie wykształcenie. Ani wędrowna szkoła wiejska czy szkoła cerkiewna w Wołożynie, ani też szkoła ludowa w Zabrzeziu, do których uczęszczał, takowego wykształcenia dać mu nie mogły. Mogła je dać Szkoła Miejska w Oszmianie. Ale na naukę w tej szkole rodzice nie mieli pieniędzy. A gdyby nawet byli w stanie „wygrzebać te ostatnie”, oznaczałoby to skrzywdzić pozostałe dzieci, skazane na ciężką harówkę na roli. Michał uczył się dobrze, modlił się dużo i często, regularnie uczęszczał na Msze święte w odległym o osiemnaście kilometrów kościółku parafialnym, zawsze brał udział w domowych nabożeństwach, a nawet im przewodził, budował domowe ołtarzyki. Miał wyraźne powołanie. Bogobojny ojciec długo się wahał. W końcu podjął decyzję. Miejska Szkoła w Oszmianie była sześcioklasowa. O ile Michał zda tam egzaminy do trzeciej klasy i będzie przyjęty – pozwoli mu na naukę. O ile nie – więcej niechaj nawet nie próbuje. Ku szczeremu zdumieniu ojca Michał je zdał pomyślnie i został przyjęty.

Do szkoły w Oszmianie uczęszczało 180 uczniów. Zdecydowanie przeważali w tym gronie Polacy wyznania rzymskokatolickiego. Dość liczny odsetek stanowili Żydzi, wyznawcy judaizmu. Natomiast uczniów wyznania prawosławnego było zaledwie kilkoro. Opcja szkoły była prorosyjska i proprawosławna, czyli „państwowosławna”. Modlitwy przed lekcjami wszyscy uczniowi winni byli odmawiać po rosyjsku oraz śpiewać pieśń prawosławną. Z nakazu administracji szkoły musieli brać udział w chórze cerkiewnym. A więc w chórze tym śpiewali głównie Polacy i Żydzi. Religię Rosjanom wykładał duchowny prawosławny, natomiast Polakom katolikom – prawosławny inspektor szkoły Paweł Mordwiłko. Wykładał oczywiście po rosyjsku, robiąc jednocześnie uszczypliwe „wycieczki” pod adresem wiary katolickiej.

Sopoćko uczył się pilnie, był w szkole prymusem („pierwszym uczniem”, jak odnotuje w swym „Dzienniku”). Ale nie był przez swych nauczycieli uczniem lubianym, a w szczególności przez inspektora Mordwiłkę. Michał był bowiem zdeklarowanym „buntowszczykiem”. W próbach chóru cerkiewnego uczestniczył, ale śpiewać do cerkwi nie chodził. Nadto, zażądał od inspektora, by modlitwy odbywały się po polsku i żeby został zawieszony wcześniej tu istniejący obraz Matki Boskiej Częstochowskiej.

Było to już na przełomie 1905-1906 roku, po wojnie rusko-japońskiej, gdy car zmuszony był wydać ukaz tolerancyjny i gdy Rosją zaczęły wstrząsać strajki i ruchawki rewolucyjne. Na tej fali młodzi „oszmiańczuki” polskiego pochodzenia, a wraz z nimi i żydowskiego, skrzyknęli się do wspólnej wielkiej akcji. W listopadzie 1905 w Oszmianie wybuchł uczniowski strajk. Współorganizatorem strajku był Michał Sopoćko, naonczas uczeń ostatniej, szóstej klasy. Polacy zażądali nauczania religii katolickiej przez księdza i żeby ją wykładano po polsku, natomiast Żydzi – ażeby ich nie zmuszano do prac pisemnych w soboty. Inspektorowi Mordwiłce postawiono szereg zarzutów: niesprawiedliwe traktowanie Polaków, wypaczanie historii Polski, a ponadto – niesumienność, nieuczciwość, łapownictwo.

Młodzi buntownicy odnieśli sukces. Inspektor Mordwiłko podał się do dymisji, żądaniom uczniów uczyniono zadość. Michał Sopoćko – „pierwszy uczeń szkoły” został „pierwszym bohaterem narodowym”.

Szkołę ukończył z wyróżnieniem. Miał tylko jeden problem: sprawa z jego językiem polskim, ojczystym wyraźnie (jak napisze) „kulała”. Drogę do Seminarium Duchownego miał teraz wolną, ale znów zaistniał z tym problem: za co? Brak środków materialnych w rodzinie Sopoćków coraz bardziej dawał się we znaki…

Do Wilna z przystankiem w Kownie

Pragnął podjąć studia w seminarium w Wilnie. W dzieciństwie miasto to wywarło na nim ogromne wrażenie. Szczególnym przeżyciem była ceremonia bierzmowania w Katedrze Wileńskiej, a potem zwiedzanie kaplicy z relikwiami św. Kazimierza, spotkanie ze słynnym obrazem Matki Bożej Miłosierdzia w Ostrej Bramie. „Tych przeżyć chyba nigdy nie zapomnę” – zapisał w „Dzienniku”.

W 1908 przebywał u swych krewnych w Kotłowie, majątku pod Rakowem. Poznał tam przybyłe z Kowna małżeństwo Hryniewskich. Helena Hryniewska, dawna przyjaciółka jego matki, po bliższym rozeznaniu się w sytuacji Michała, zaproponowała mu, by wraz z nią i jej mężem pojechał do Kowna albo do Wilna celem kontynuowania nauki. O wikt i opierunek nie powinien się martwić – zapewniała Michała. Tam, na Litwie niewątpliwie znajdą się dobrzy ludzie, którzy mu pomogą. Propozycja była kusząca; razem z Hryniewskimi Michał wyjechał do Kowna, mając przy sobie zaledwie 20 „sieriebrianikow”.

W Kownie spotkał go zawód. W swym „Dzienniku” zapisze: „W Kownie nie otrzymałem żadnej pomocy oprócz kilkunastu listów polecających do rozmaitych osób rzekomo wpływowych w Wilnie”. Wyruszył więc do Wilna.

W Wilnie chodził z listami polecającymi od domu do domu, docierając do osób, wskazanych przez Hryniewską, ale wszędzie opędzano się od niego jak od natrętnej muchy.

Coraz częściej skierowywał swe kroki ku Ostrej Bramie, upraszając Pannę Miłosierną o pomoc. W swoich „Wspomnieniach” napisze o tym tak: „Gdy z 20 rs [rubli srebrnych – uw. A. A. B.] zostało mi tylko 5 rs, za które mogłem wrócić do domu, postanowiłem Wilno opuścić. Złamany udałem się jeszcze raz do kaplicy M. B. Ostrobramskiej, gdzie w czasie modlitwy poczułem napływającą energię i wstąpiła we mnie jasność. Wróciłem do miasta i udałem się na Basztę do p. Zmitrowicza, który się zajmował wychowaniem młodzieży. Tu spotkałem p. Jadwigę Waltz, która – widząc moje zakłopotanie – zaproponowała mi utrzymanie i naukę łaciny za kilka godzin lekcji rosyjskiego dla jej uczniów”.

W internacie przy ul. Bakszta prowadzonym przez Jadwigę Waltz Michał Sopoćko miał nie tylko utrzymanie, ale także możliwość uczenia się języka łacińskiego i niemieckiego. Internat ten miał jeszcze dwie filie na Antokolu i przy ul. Witebskiej (tam, gdzie mieszkał Józef Mackiewicz). Wychowawcami w tych placówkach byli znakomici pedagodzy: Józef Zmitrowicz, Władysław Janowicz i Stanisław Moksiewicz.

Po pewnym czasie Sopoćko pojechał do Petersburga, aby złożyć tam brakujące egzaminy. Zdał je pomyślnie.

Z egzaminem wstępnym do Seminarium Duchownego w Wilnie poszło mu gładko, ale się okazało, że wymagana jest jeszcze znajomość litewskiego. Nie znał tego języka. Za protekcją swego wychowawcy, Józefa Zmitrowicza, Sopoćko pojechał na Żmudź, do Płungian, majątku księżnej Ogińskiej, by tam w praktyce poznać litewski. Nic z tej nauki nie wyszło, bowiem we dworze prowadzono konwersację wyłącznie po polsku, zaś ludność okoliczna rozmawiała po żmudzku.

Do Płungian Sopoćko jeszcze powróci, będzie tam w roku następnym spędzał wakacje. Mile widać był tam widziany i odpowiednio ceniony, skoro księżna Ogińska zaproponowała mu studia zagraniczne na jej koszt, ale pod warunkiem: po ich ukończeniu Sopoćko będzie pracował na Litwie Kowieńskiej. Podziękował, ale propozycji nie przyjął.

Po powrocie z Płungian na jego drodze do rozpoczęcia studiów w seminarium spiętrzyło się mnóstwo różnego rodzaju trudności, na domiar Sopoćko podupadł na zdrowiu.

Studia w Seminarium Duchownym w Wilnie rozpoczął w dniu 16 sierpnia 1910 roku. I tym razem znowu zaistniał problem środków materialnych. I znowu, jak wcześniej, przyszli mu z pomocą Jadwiga Waltz i Józef Zmitrowicz. Jadwiga Waltz ofiarowała mu pieniądze, za które sprawił sobie sutannę i nabył inne potrzebne rzeczy. Dzięki Zmitrowiczowi, jego wstawiennictwu u rektora, Sopoćko został zwolniony z obowiązującej opłaty alumnów, a nawet zaczął otrzymywać zapomogę.

29 września 1910 odbył się obrzęd obłóczyn; był to dzień, w którym Sopoćko włożył suknię duchowną.

W seminarium miał życzliwych, przyjaznych mu kolegów. Często „łatali dziury” w jego budżecie. Starszy diakon K. Czybiras ofiarował mu swoją pelerynę, w której Sopoćko chadzał przez parę lat. A znów inny pożyczył mu buty, w których Michał przystąpił do święceń diakonatu. Któryś z nich kupił mu brewiarz…

Przez cały czas nauki w seminarium stan zdrowia Michała Sopoćki ulegał coraz gwałtowniejszemu pogorszeniu. Cierpiał na bóle głowy, na szum w uszach, nękały go częste zamroczenia. Boleśnie przeżył w tym czasie śmierć ukochanej matki. W dniu jej zgonu (26 października 1911), zanim nadeszły wieści o jej krytycznym stanie, doznał wielkiego wewnętrznego wstrząsu. Gdy modlił się w Ostrej Bramie, miał atak – „odczułem konanie mamy” – napisze w swych „Wspomnieniach”.

Mimo złego stanu zdrowia, uczył się wytrwale, zdobywał wiedzę. Najwięcej jednak uwagi i czasu poświęcał na formację duchową. „Najciekawsze były konferencje Ojca Duchownego o życiu wewnętrznym oraz rozmowy z kierownikiem sumienia, którego każdy alumn mógł sobie wybierać spośród profesorów i przychodzących z miasta kapłanów” – odnotuje w „Dzienniczku”.

Głos Wewnętrzny: „Nie idź!” Głos Chrystusa: „Pójdź za Mną!”

Nauka w seminarium wileńskim trwała cztery lata. Pod koniec III roku studiów udzielano seminarzystom święceń subdiakonatu i diakonatu. W przypadku Michała Sopoćki jednakże było inaczej. Otrzymał on oba święcenia już pod koniec II roku studiów. O motywach, które skłoniły przełożonych do wcześniejszego udzielenia Michałowi Sopoćce święceń pisze jego biograf ks. Henryk Ciereszko:

„To było z obawy przed ewentualnym wcieleniem Michała do carskiego wojska. Władze wojskowe odmówiły mu bowiem przedłużenia odroczenia służby wojskowej. Od służby zwalniani natomiast byli duchowni. Udzielenie święceń wyższych automatycznie chroniło przed tą służbą. Inną racją była chęć polepszenia sytuacji materialnej Michała. Jako diakon mógłby on bowiem otrzymywać, zwłaszcza w czasie wakacyjnych wyjazdów do parafii, pewne wynagrodzenie od proboszczów za pomoc w duszpasterskich posługach. Motywom tym musiało niewątpliwie towarzyszyć wewnętrzne przekonanie przełożonych co do postawy duchowej Michała, predysponującej go do wcześniejszego przystąpienia do święceń, oraz duże zaufanie, że nagłe i jakby na wyrost wyróżnienie nie osłabi jego mobilizacji w pracy duchowej. Michał był tą decyzją wyraźnie zaskoczony i w jego odczuciu jeszcze nieprzygotowany do przyjęcia święceń. […] Przedstawił swe obawy rektorowi, ten zaś dla uspokojenia go pokrótce go przeegzaminował, stwierdzając, że może przystępować do święceń. Nie przekonało to jednak Michała i nadal nurtowały go wątpliwości. Posłuszny jednak rektorowi, dołączył do odprawiających rekolekcje. Podczas ich trwania udał się jeszcze ze swymi wątpliwościami do swego spowiednika, ks. Michniewicza, a ten nie tylko zezwolił mu na przyjęcie święceń, ale nawet poniekąd nakazał”.

I właśnie w tym czasie nastąpił wstrząsający moment. W chwili, gdy Sopoćko modlił się przed Najświętszym Sakramentem, nagle usłyszał wewnętrzny głos, nakazujący mu, aby nie przystępował do święceń. O tym niezwykle dramatycznym dla niego momencie Sopoćko napisze w swoim „Dzienniku”:

„Spowiednik mi zezwolił przyjąć święcenia, ale potem w kościele usłyszałem głos: „Jeszcze teraz nie idź!”. Długo się wahałem”. W innym miejscu napisze: „Byłem zdecydowany do święceń nie przystępować. Ale spowiednik (ks. Michniewicz) nie tylko mi pozwolił, ale poniekąd nakazał. Po spowiedzi ukląkłem przed Sanctissimum i jak gdybym usłyszał głos wewnętrzny: „Nie idź”. Odtąd walczyłem ze sobą”.

Jako że stolica biskupia w Wilnie naonczas już od kilku lat nie była obsadzona (władze carskie w 1907 r. nakazały bp. E. Roppowi opuścić Wilno), święcenia miały być udzielone w Kownie przez tamtejszego biskupa. Michał Sopoćko, wciąż targany wewnętrznymi sprzecznościami, udał się jednak, wraz z innymi kandydatami, do święceń do Kowna. Było to w czasie uroczystości Zielonych Świąt. Tam, nazajutrz, w dniu 14 maja 1912, bp Kasper Felicjan Cyrtowt wyświęcił go na subdiakona. Przed samymi święceniami, już w Katedrze, Sopoćko doznał przeżycia, które zdefiniuje później jako widzenie Zbawiciela. Opisze je w „Formacji kapłańskiej”:

Było to na uroczystość Zielonych Świąt. Po obiedzie wybraliśmy się do Kowna, bo w Wilnie nie było biskupa. Nocowaliśmy w hotelu. Rano ks. Lubianiec odprawił nam rozmyślanie Et tu puer Altissimi. Poszliśmy do Katedry. Przed święceniami ujrzałem Zbawiciela ubiczowanego, który patrzał na mnie i powiedział: „Kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, weźmie krzyż swój i idzie za Mną”. To mi wlało trochę otuchy i ze drżeniem stanąłem w szeregu przystępujących do święceń, których udzielił Bp. Cyrtowt”.

Nieco inną wersję tego przeżycia ks. Sopoćko odnotuje w swoim „Dzienniku”:

„Wreszcie udałem się do Kowna (w Wilnie nie było biskupa) i wciąż się wahałem. Przed samymi święceniami ujrzałem w ołtarzu ubiczowanego Chrystusa, który mi rzekł: „Weź krzyż mój i idź za Mną!”. Poszedłem tedy i rzeczywiście wciąż dźwigam krzyż”.

W 22 lata od tamtego zdarzenia ks. Michał Sopoćko spotka w Wilnie s. Faustynę Kowalską. Z początku nie uwierzy o jej widzeniu Chrystusa, jak i w to, że to on ma być jej kierownikiem duchowym… Wolą Siły Wyższej musieli z sobą się spotkać…

…Jest rok 1942. Józef Mackiewicz pisze w Czarnym Borze swą drugą (po „Drodze donikąd”) powieść. Ks. Michał Sopoćko ma tu jedyną do tej pory możliwość, czas na snucie wspomnień.

4.

Tegoż to wieczoru wszedł na dziedziniec mojej posiadłości Wincenty Woronko, sołtys, i powiada:

– Panu iść na pięć dni szosa lidzka ze śniegu czyścić.

– Dlaczego mnie?

– A to komuż! – rzucił ze złością. – Naszej gromadzie koleja wypadła w gminie. I wszystkim iść trzeba. Bez różnicy.

Samogonem z ust na mrozie niosło od Woronki na dobre pięć metrów. Pojono go od rana do rana, bo od niego zależało i wyznaczenie na roboty, i na roboty do Niemiec i furmanki do obozów pomocniczych na front, i dziesiątki innych plag, od których każdy absolutnie chciał się wykręcić. Sołtys pił, ale nie mógł sprostać interwencjom, boby musiał chyba zwolnić wszystkich, ukryć wszystkich, nie zapisać ani jednej kury we wsi i samemu dostać kulę w łeb. Zachrypł więc tylko i schamiał jeszcze bardziej, ani ze swej woli, ani winy. Powiedział i trzasnął furtką.

– Panie Woronko!

– Dać mnie święty pokój! – machnął ręką odchodząc.

(Józef Mackiewicz „Spotkania”)

Zimą też było tam pięknie – wspomina córka Mackiewicza, Halina – w dzień jeździło się na nartach, wieczory były dłuższe, można więc było dłużej z ojcem poobcować; przeważnie w soboty i niedziele, bo wtedy właśnie przyjeżdżała z Wilna do Czarnego Boru. No a latem chodziło się na grzyby, jagody, grywało w krokieta.

W niedzielę Barbara Toporska szła na nabożeństwo do kaplicy urszulanek. Józef Mackiewicz nie chodził, acz był człowiekiem religijnym. Małe osiedle, wszyscy się tu znali, wścibskie miejscowe baby, złośliwe języki. Często nawet zza płotu podglądały, co na dziedzińcu domu Mackiewicza się dzieje; Halina starała się więc unikać tego otoczenia. O wiele lepiej się czuła, gdy z matką wyjeżdżała na wakacje do podwileńskiej Puszkarni u Romanowiczów. Tam kilka lat mieli letnisko – u Ireny Romanowicz, Rosjanki. (Jej pierwszym mężem był Andrejew).

„Tutejsi” i – sytuacje ekstremalne: wojna, okupacja sowiecka, niemiecka… Wszystko to Józef Mackiewicz opisał w swoich utworach.

Adwokat Sopoćko

Barbara Toporska na nabożeństwa uczęszczała, ale kontaktu z siostrami urszulankami raczej nie miała. Józef Mackiewicz – też nie. No a z księdzem Sopoćką? Nigdzie o tym nie wspomniał, nie napisał. Natomiast opisał spotkanie z innym Sopoćką, wileńskim adwokatem – w kontekście dramatycznych wypadków, jakie rozegrały się w Wilnie w czasie niemieckiej okupacji. Tego Sopoćkę Mackiewicz znał dobrze, ona – Halina – znała jego córkę Tulę…

Znany jest fakt rozstrzelania w Wilnie na przełomie lat 43-44 dziesięciu „najwybitniejszych Polaków”, jak to stało w oficjalnym komunikacie Gestapo. Nie będę więc sprawdzał dokładnych dat, ani pełnej listy nazwisk, z których nie wszystkie pamiętam. Chciałbym dorzucić tylko garść wspomnień osobistych o wypadkach, które powinny posiadać szczegółową monografię. Nie pamiętam nawet nazwiska tego fatalnego agenta litewskiej sekcji Gestapo, który został zastrzelony gdzieś w okolicach, zdaje się, między św. Jakubem i Mostem Zielonym, a który stał się pretekstem do straszliwego odwetu. Nazwisko to było wówczas głośne. [Marijonas Padaba – uw. A. A. B.]. Ponieważ był Litwinem, więc w nastroju pasji politycznych, porachunków, terroru, gwałtu i rozpasanej nienawiści, rozpętał namiętną dyskusję, w której niektórzy twierdzili, że odpowiedzialność za mord dziesięciu spada wyłącznie na Niemców, a inni, że dokonany został za poduszczeniem „Litwinów”.

Oczywiście ta druga wersja nie miała żadnego uzasadnienia, prócz litewskiej narodowości agenta. „Litwini” jako tacy nie ponosili zań większej odpowiedzialności, niż „Polacy” na przykład za rzekomą agentkę Gestapo Wyleżyńską, też zresztą zastrzeloną na ulicy. Poza wszystkim jednak przeczył temu fakt, że na pierwszym miejscu owych dziesięciu rozstrzelanych w odwet widniało nazwisko Mieczysława Engla. Mieczysław Engel należał do rzędu tych bezkompromisowych Polaków i najszczerszej wody patriotów, którzy cieszyli się jednocześnie szacunkiem wszystkich narodowości Wilna. Litwini odnosili się doń przyjaźnie. Powiadano, iż dlatego, że bronił w okresie wojewodowania Bociańskiego oskarżonych przed sądem Litwinów, ale w rzeczywistości tylko on i adwokat Sopoćko odpowiadali zawiłym litewskim przepisom, które dawały prawo na występowanie w sądach i takie też prawo przyznano im z miejsca po wkroczeniu Litwinów jeszcze w roku 1939.

* * *

Zaraz po zabójstwie agenta, szef Gestapo (nie pamiętam tego nazwiska) wściekł się. Tytułem represji kazał aresztować w nocy owych „dziesięciu najwybitniejszych” i natychmiast, ale to natychmiast, rozstrzelać na podwórzu Łukiszek, nie wywożąc ich nawet na Ponary, które były normalnym miejscem kaźni. Z piekielnego pośpiechu wynika pewna charakterystyka ilustracji: Fama głosiła, że pospieszył w ten sposób, aby mu wyższe władze nie przeszkodziły w wykonaniu wyroku. Zdaje się, że tak było w istocie. A zatem szef Gestapo posiadał tak dalece nieograniczoną władzę, ażeby bez konsultacji jakiejkolwiek, miejscowej czy centralnej, pozwolić sobie na czyn podobnie krwawej rozprawy, nie tak jednak wielką, by się nie obawiał, że decyzja jego może być zakwestionowana. Zwłaszcza osoba prof. Pelczara nasuwać mu mogła pewne obawy pod tym względem. Prof. Pelczar był sławą naukową na miarę europejską. Studiował w Wiedniu i w Berlinie, miał tam dużo znajomych i przyjaciół. Niemcy, po wkroczeniu w r. 1941, okazali mu dużo respektu. Chcieli z nim nawet rozmawiać, co oczywiście, w tych warunkach, w jakich obracała się polityka niemiecka, nie miało żadnego sensu.

Córka mec. Engla pracowała w tym czasie jako maszynistka w „Gebietskommissariat Wilna-Stadt”. Pobiegła też natychmiast do komisarza Hingsta. Drogą przerozmaitych protekcji zaalarmowano władze wyższe w Kownie i sprawę udało się przeforsować do Berlina, gdy już… dawno było za późno. Sprzątnięto trupy, koniec.

Jednocześnie Gestapo zarządziło aresztowanie trzystu Polaków w mieście, których wsadzono i – wywieziono. Dokąd?

Opowiadał mi później, aresztowany między innymi, wspomniany wyżej adwokat Sopoćko. Droga szła przez ulicę Legionową na… Ponary. Sopoćko opowiadał mi to przy kieliszku wódki, swoim zwyczajem zwężając usta, gdy chciał powiedzieć jakiś dowcip: – Sam rozumiesz… No cóż. W aucie wstał ksiądz, gdyśmy jechali serpentyną w górę i błogosławił wszystkich na śmierć. Sam rozumiesz.

Ale szosa na Ponary prowadzi też do Koszedar, a do Prowieniszek jechało się przez Koszedary. Wszystkich trzystu zawieziono do Prowieniszek. Jednakże wspomniane interwencje i ponoć niezadowolenie władz wyższych z rozstrzelania Pelczara itd. wpłynęły na cofnięcie zarządzenia Gestapo. Zdaje się, że już po miesiącu wszystkich zwolniono i wrócili do Wilna.

– Bardzo tam było strasznie? – pytałem Sopoćkę.

– Nieee. Za łapówki można było jeszcze wytrzymać. Nieprzyjemnie tylko. Ciągniesz na przykład jakieś kłody po pas w torfianej łące, a tu na ciebie jakiś cham wrzeszczy. Można było wytrzymać, tylko że w każdej chwili, za najmniejsze coś – nie – tak, mogli zastrzelić. Nieprzyjemnie. Sam rozumiesz.

(Józef Mackiewicz „Prowieniszki”)

„Opatrzność” pod okiem Opatrzności

Czyżby tego domu, acz i usytuowanego na ustroniu, okolonego lasem, nigdy nie odwiedził sołtys Woronko? Teoretycznie – musiał tu kiedyś zajrzeć. Czy „tego krewniaka” właścicielki domu, „Wacława Rodziewicza” uznał był „za starego” na ciężkie – społem – roboty? Chyba tak właśnie było, skoro nawet Niemcy machnęli na „Rodziewicza” ręką. Zawędrowali tu kiedyś, przeszukując okoliczne lasy. Chcieli „Rodziewicza” zabrać do robót na lotnisko w wileńskim Porubanku, ale uratował go jego siwy zarost, „za stary” – stwierdzili.

Z tymi „drugimi” Niemcami nie było żartów. Za tamtych, w 1-ej światowej było inaczej, jakoś tam można było z nimi się dogadać. Właśnie wtedy ks. Michał Sopoćko rozpoczął duszpasterstwo w Taboryszkach. Został mianowany wikariuszem tamtejszej parafii. Przyjechał tam w pierwszych dniach września 1914, tuż po wybuchu wojny. Taboryszki… Najgorsze to tam były układy z księdzem proboszczem…

Autor „przewrotu” w parafii

„Oto przypominam, jakem po raz pierwszy przyjechał do Taboryszek. Nie chciało mi się wierzyć, że tutaj zostanę; przyzwyczaiłem się był w seminarium do pracy czynnej, a tu nie ma co robić” – pisał w „Dzienniku”. Nieco później w tymże „Dzienniku” napisze: „We wrześniu przybyłem do Taboryszek jako wikariusz, gdzie przebyłem cztery lata wojny. Na razie czułem się b. źle: brak było pracy, gdyż ks. Proboszcz na każde poczynanie patrzał z uprzedzeniem”.

Proboszczem parafii był ks. Andrzej Lacki, człowiek w starszym już wieku, zapiekły tradycjonalista. Duszpasterstwo sprowadzał głównie do sprawowania Mszy świętych, posługi sakramentalnej oraz głoszenia niedzielnych i świątecznych kazań. Zakres obowiązków wyznaczył ks. Sopoćce taki, jaki miał być w jego – proboszcza – zrozumieniu: sprawowanie nabożeństw oraz głoszenie kazań w niedziele i święta, natomiast w dnie powszednie wyjazdy z posługą sakramentalną do chorych, o ile będą tego rodzaju wezwania. Tymczasem młody, pałający gorliwością apostolską neoprezbiter pojmował je całkiem inaczej.

Parafia liczyła ponad 6 tysięcy wiernych. Sopoćko skupił uwagę przede wszystkim na młodzieży. Zajął się jej katechizacją. Nie w smak to było proboszczowi, ale w końcu zgodził się na nauczanie młodzieży katechizmu w niedziele przed główną Mszą świętą. Na wynik nie trzeba było długo czekać. Kazania katechizmowe młodego kapłana cieszyły się dużą frekwencją. Niedługo ks. Sopoćko założył bibliotekę parafialną. Skwapliwie gromadził, powiększał księgozbiór (najprawdopodobniej kosztem własnych środków), aż z biegiem czasu urósł on do 300 pozycji. Zaczął uczyć młodzież śpiewu na nabożeństwach; do młodych dołączyli starsi. I tym razem znów ku niezadowoleniu proboszcza („nauka śpiewu do wikariusza nie należy”). Po dłuższych oporach proboszcz zgodził się jednak na osobne próby śpiewu w domu kościelnym. Śpiew na nabożeństwach w kościele znacznie się poprawił. Z tej śpiewającej gromady zrodził się chór parafialny – tym razem ku zadowoleniu ks. proboszcza.

Mało widać Sopoćce tego jeszcze było, bo podjął się także „korekty” spraw sakramentu pokuty. Przekonał się, że wierni nieprawidłowo się spowiadali; poprowadził więc katechezę przygotowującą do tej praktyki. Przysporzył tym sobie więcej pracy, bowiem od tej pory liczba spowiadających się rosła niczym grzyby po deszczu. Poza katechizacją Sopoćko prowadził okresowe, zazwyczaj w maju-czerwcu, przygotowanie dzieci do spowiedzi i Pierwszej Komunii Świętej. W pierwszym roku pracy zgromadził około kilkuset dzieci w wieku 7-16 lat. Nauka trwała przez parę tygodni po kilka godzin dziennie.

Coroczne kolędowanie, odwiedziny wiernych w domach przynosiły mu więcej zmartwień aniżeli radości, co odnotuje w „Dzienniku”: „W czasie kolędy ileż się przeżyło wrażeń rozmaitych, ileż się widziało łez i nędzy nie tylko materialnej, ale głównie moralnej […] Robiłem co mogłem, ale nie tyle, ile by się należało”.

Robił właściwie nawet ponad swe możliwości, bo kosztem nadwątlonego zdrowia, permanentnego zmęczenia.

W lecie 1915 przez Taboryszki przeszedł front niemiecko-rosyjski. Rabunki, pożary stały się niejako „normalką”. Kto tylko mógł uciekał „gdzie oczy poniosą”. Uciekł i ksiądz proboszcz Lacki. Wyjechał z Taboryszek, schronił się przed frontem. Prawda, nie zrobił tego po kryjomu, o swej decyzji uprzedził wikariusza, zachęcał go do ucieczki. Sopoćko pozostał na miejscu. Odprawiał nawet nabożeństwa, ale dla kogo? „Wierni, czy to z powodu opuszczenia miejscowości, czy to ze strachu przed ostrzeliwaniem, w nich nie uczestniczyli” – odnotuje w „Dzienniku”. Był też przygotowany do niesienia ewentualnej ostatniej posługi. Obchodził Taboryszki, wyszukiwał rannych bądź zabitych. Ofiar wśród cywilnej ludności z terenu parafii nie było.

Po powrocie ks. proboszcza Lackiego, Sopoćko niezmordowanie objeżdżał całą parafię, poszukując i pocieszając skrzywdzonych i poszkodowanych.

W tym samym czasie, w lipcu 1915, w momencie odwrotu wojsk rosyjskich, Sopoćkę odwiedził w Taboryszkach jego ojciec. Samotny, znękany wojną, nie miał pracy… Chciał go Sopoćko zatrzymać przy sobie, ale ksiądz proboszcz mu na to nie zezwolił. Sopoćko miał nadzieję na wynajęcie ojcu mieszkania we wsi, niestety, nikt z parafian na to się nie zgodził. Musiał więc z wielkim bólem pożegnać się z ojcem. Było to ich ostatnie spotkanie. Wincenty Sopoćko po kilku latach zmarł w biedzie i opuszczeniu.

Martwił Sopoćkę ponadto los siostry, Zofii Grzybowskiej. Jej mąż chorował, gospodarstwo dotknął pożar. Troska o męża i małe dzieci spadła na jej barki. Sopoćko nie mógł do niej dojechać z powodu odległości, a przede wszystkim ze względu na strefę przyfrontową. Zofia zdobywała się na kilkudziesięciokilometrowe piesze wędrówki do Taboryszek, do brata. Dzielił się z nią żywnością i pieniędzmi.

Po Rosjanach przyszli Niemcy. Wprowadzili swoje porządki. Dokonali nowego podziału terenu. Obszar parafii taboryskiej znalazł się w granicach trzech odrębnych jednostek administracyjnych: powiatu wileńskiego, komendantury w Miednikach i komendantury w Bołtupiu. Aby poruszać się między nimi, należało mieć specjalną przepustkę. Nie był to nakaz „na wiatr”. W niedziele i święta przed kościołem czuwały patrole żandarmów, wierni spoza Taboryszek winni byli okazać przepustki. Tych, którzy przepustek nie mieli, żandarmi nie tylko nie wpuszczali do kościoła, ale też bili. W obronie parafian stanął nie ksiądz proboszcz, ale młody wikariusz Sopoćko. Interweniował u komendantów poszczególnych okręgów, a gdy nie znalazł tam zrozumienia, zwrócił się do władz wyższych. Odniosło to pewien skutek, ale nie na długo.

W 1917 roku stosunki z władzami znacznie się pogorszyły. Działania żandarmów stawały się coraz drastyczniejsze. Sopoćko ponownie wystąpił do władz w obronie prześladowanych parafian, wnosząc kolejną skargę na żandarmów. Tym razem w Taboryszkach wszczęto śledztwo. Pod pretekstem rzekomej epidemii, Taboryszki odizolowano od reszty parafii, wydając zakaz wjazdu i wyjazdu. Uniemożliwiło to księżom sprawowanie posługi duszpasterskiej poza Taboryszkami. Sopoćko ostro przeciwstawił się takiej decyzji władz i wniósł skargę aż do samego dowódcy frontu. Groziło to aresztowaniem, ale skończyło się tym, że ks. Michał Sopoćko dostał zezwolenie na opuszczenie Taboryszek. Zamieszkał o parę kilometrów od wsi, w domku zbiegłego do Rosji diakona. Mszę świętą i nabożeństwa sprawował w kaplicy cmentarnej. Objeżdżał też parafię z duszpasterską posługą.

W międzyczasie odbył się sąd polowy nad żandarmami. W przededniu posiedzenia sądu Sopoćko miał „gości”. To byli oskarżani żandarmi. Upraszali go, by się nad nimi ulitował. Na sądzie, występując w charakterze świadka, ks. Michał Sopoćko nie cofnął swoich zeznań odnośnie brutalnego zachowania się żandarmów, ale niedwuznacznie wyraził zdziwienie, że sądzeni są jedynie żołnierze, którzy byli tylko wykonawcami rozkazów, narzędziem w rękach tych, którzy takowe rozkazy wydali. Poprosił też sędziów o możliwie łagodny wyrok. W wyniku oskarżeni otrzymali tylko po 10 dni aresztu. Niejednokrotnie okazywali później ks. Sopoćce wyrazy wdzięczności. Od tej pory zaszła takoż radykalna zmiana w ich zachowaniu się wobec parafian.

„Miednickim targiem”

Nie zawsze i nie wszyscy tamci „pierwsi” Niemcy zachowywali się niewłaściwie. Zdarzało się, że od czasu do czasu przysyłali paczki żywnościowe. W ich rozdzielaniu brał udział ks. Sopoćko. Starał się też prowadzić akcje charytatywne. Organizował wśród parafian zbiórki płodów rolnych dla Seminarium Duchownego w Wilnie. Udzielał takoż czynnej pomocy księdzu Lubiańcowi, prowadzącemu ochronkę dla dzieci w Wilnie.

Z tamtymi „pierwszymi” Niemcami potrafił także dojść do porozumienia w sprawie budowania kaplic. Parafia w Taboryszkach była bardzo rozległa.

Wiele wchodzących w jej skład miejscowości było odległych od kościoła o paręnaście kilometrów. Miedniki Królewskie, odległe o 15 km od Taboryszek znalazły się, wraz z okolicznymi wsiami, w innym okręgu administracyjnym niż Taboryszki. Oznaczało to zupełne wyłączenie tej części parafii spod opieki duszpasterskiej, powstał zatem problem z uczęszczaniem do kościoła parafialnego. W tej sytuacji Sopoćko postanowił zbudować w Miednikach kaplicę. Intensywnie szukał okazji, sposobów na przekonanie do tej sprawy władzy, przełamanie jej oporów. Problem rozwiązał się sam przez się, bo oto spadł mu jak z nieba Niemiec, poszukujący u Sopoćki pomocy. W Miednikach skoszarowane były oddziały wojsk niemieckich. Opiekę duszpasterską nad nimi zaczął sprawować kapelan wojskowy, dojeżdżający z Wilna. On to zwrócił się do księdza Michała z prośbą o pomoc w przygotowaniu miejsca i odpowiednich paramentów liturgicznych do odprawiania Mszy świętej. Sopoćko się zgodził, ale pod warunkiem: w uczestnictwo w nabożeństwach dla żołnierzy niemieckich zostaną włączeni także miejscowi wierni. Takim to „miednickim targiem” jakoś się ze sobą dogadali. Pozostało tylko zorganizować kaplicę i rozpocząć w niej regularne nabożeństwa.

W Miednikach Sopoćko dostrzegał możliwość ewentualnego usamodzielnienia się w przyszłości nowej placówki parafialnej. Tą sugestią podzielił się z dziekanem, księdzem Szepeckim, proboszczem z Turgiel. Powiadomił o tym kurię wileńską i – naturalnie – swego bezpośredniego przełożonego księdza proboszcza taboryskiej parafii, Lackiego. Lacki, jak zwykle, nie zaaprobował tego rodzaju posunięć, zgodził się jednak, aby przystosowano jedną z miednickich stodół do odprawiania w niej Mszy świętej.

27 lutego 1916 poświęcono prowizoryczną kaplicę w Miednikach. Poświęcenia dokonał kapelan wojsk niemieckich, on też odprawił pierwszą Mszę świętą. Tuż po nim ks. Sopoćko celebrował Mszę świętą czytaną, po której zwrócił się do wiernych z prośbą o modlitwę, by w przyszłości stanął w tym miejscu kościół.

Kapelan niemiecki wyraził życzenie, aby sprawowanie Mszy świętych przekazane zostało ks. Michałowi Sopoćce.

Od tej pory jeszcze większy ogrom pracy spadł na młodego, wątłego zdrowia kapłana. Obrazowo opisuje to jego biograf ks. Henryk Ciereszko: „Zaczął więc systematycznie raz w tygodniu przyjeżdżać do Miednik z duszpasterską posługą. Przybywał tu już w sobotę, ażeby spowiadać wiernych. Był to akurat czas Wielkiego Postu, więc wielu parafian z Miednik i okolicznych miejscowości, także z sąsiednich parafii, przystępowało do spowiedzi. Spowiedź przeciągała się niejednokrotnie do późna w nocy. W niedzielę rano ks. Michał ponownie zasiadał w konfesjonale, a o godzinie ósmej sprawował Mszę świętą. Śpieszył po niej do Taboryszek, aby tam na sumie wygłosić kazanie, a nieraz i celebrować Mszę, gdyż ksiądz proboszcz często niedomagał. I choć czerpał ze swej posługi w Miednikach wiele satysfakcji, kosztowało go ono dużo wysiłku i zdrowia. Cotygodniowy daleki wyjazd, długie spowiedzi, brak odpowiedniego miejsca na wypoczynek – dopiero po kilku miesiącach urządzono mu na stałe u jednego z gospodarzy pokoik do zatrzymywania się – a nadto okazywane każdorazowo, gdy wracał z Miednik, niezadowolenie proboszcza, przynosiły razem duże utrudzenie”.

Proboszcz ksiądz Lacki zażądał od ks. Sopoćki, aby ten zrezygnował z wyjazdu do Miednik. Sopoćko, w duchu posłuszeństwa, został zmuszony do podporządkowania się decyzji swego przełożonego. Ogłosił w Miednikach zawieszenie nabożeństw – ku niezadowoleniu (czego się należało spodziewać) wiernych. Nie podał powodów, nie chcąc zadrażniać i tak już napiętych stosunków z proboszczem. Nie uzyskawszy od niego żadnych wyjaśnień, delegacja wiernych z Miednik wyruszyła do Wilna, do administracji diecezji, ks. Michalkiewicza. Z Wilna „sprawa” powędrowała do księdza dziekana w Turgielach. Administrator apostolski ks. Michalkiewicz sugerował mu, aby ten zarządził dojeżdżanie do Miednik w następujący sposób: albo ks. dziekan wyśle tam swego, turgielskiego wikariusza, albo wikariusza z Taboryszek – czyli ks. Sopoćkę. Pod naciskiem dziekana ks. proboszcz Lacki wyraził ostatecznie zgodę, aby do Miednik wyjeżdżał ks. Sopoćko. Ten nie zasypiał gruszek w popiele, z mety zajął się sprawą zbudowania w Miednikach kaplicy. Po uzyskaniu zezwolenia od niemieckich władz wojskowych rozpoczęto przebudowę tymczasowej kaplicy. Powstał komitet budowy dla zbierania składek. Sopoćko osobiście nadzorował prace. Zamożniejsi mieszkańcy ofiarowali część sprzętów liturgicznych, pozostałe kupiono ze składek. Ksiądz dziekan Szepecki przekazał dzwon. Administrator apostolski, ks. Michalkiewicz ofiarował obraz św. Kazimierza Królewicza i zezwolił na poświęcenie kaplicy, nadając jej tytuł tegoż świętego.

Uroczyste poświęcenie kaplicy odbyło się 27 sierpnia 1916 r. Był to już grunt dla tworzenia nowej parafii.

Z pomocą wiernym Onżadowa

Sopoćko w każdą niedzielę dojeżdżał do Miednik, ale miał już na oku Onżadowo, gdzie takoż nie było kaplicy. Zanim zabrać się do jej zbudowania, należało w jakiś dyplomatyczny sposób uwolnić się od Miednik. Sopoćko wpadł na pomysł zaproszenia do Miednik ks. Jana Siemaszkiewicza, proboszcza z Żodziszek. Kościół w Żodziszkach z powodu działań wojennych uległ poważnemu zniszczeniu i ks. Siemaszkiewicz był zmuszony opuścić parafię. Obecnie tymczasowo przebywał w Wilnie. Sopoćko udał się do Wilna i zaprosił ks. Siemaszkiewicza do posług w Miednikach na okres Świąt Bożego Narodzenia. Za wiedzą kurii i po uzyskaniu zgody od władz niemieckich ks. Siemaszkiewicz pojechał do Miednik, gdzie został przychylnie przyjęty przez tamtejszych wiernych. Wkrótce osiadł tu na stałe i zajął się organizowaniem parafii – ku niezadowoleniu ks. proboszcza Lackiego.

Teraz Sopoćko z niewygasającą energią zabrał się do Onżadowa.

Onżadowo leżało na przeciwległym krańcu parafii, odległym od Taboryszek o około 17 km. Mieszkańcy tej miejscowości oraz pobliskich okolic już wcześniej zabiegali u władz o budowę tu kościoła, ale przeszkodził temu wybuch wojny. Podobną próbę podjęli jeszcze raz – w 1916 roku, ale tym razem budowie przybytku Bożego sprzeciwił się ks. proboszcz Lacki. Wobec tego udali się do Wilna, do administratora apostolskiego ks. Michalkiewicza, ale i u niego nie znaleźli zrozumienia. Ks. Sopoćko duszą i sercem był po stronie mieszkańców Onżadowa, ale na razie nie chciał się wtrącać, by nie zaszkodzić sprawie budowy kaplicy w Miednikach. Doczekał początku roku 1917 i osobiście złożył podanie na ręce ks. Michalkiewicza. Odnotuje to w swoim „Dzienniku”: „Dopiero w r. 1917 na Trzy Króle złożyłem podanie, na które po 3 miesiącach nadeszła odpowiedź przychylna i 3 maja rozpocząłem dojeżdżać [do Onżadowa]”.

Do celów kultu przeznaczono z początku nieużyteczny spichrz gminny. Nie nadawał się on naturalnie do stałego używania go jako kaplicy. Należało go gruntownie przebudować. Prace trwały do jesieni. 28 października 1917 ks. Sopoćko dokonał poświęcenia kaplicy. Rozpoczęto starania o utworzenie odrębnej parafii, co też w niedługim czasie zostało zrealizowane.

Dziesiątki szkół polskich zorganizowanych własnym kosztem

Ciągły głód pracy, czynu pchnął Sopoćkę na jeszcze inny odcinek działań. W międzyczasie zajął się oświatą. Pisze o tym jego biograf ks. dr Henryk Ciereszko: „Na terenie rozległej i liczącej 6 tysięcy wiernych parafii taboryskiej pod koniec panowania władzy carskiej znajdowały się tylko dwie szkoły. Po wejściu Niemców zaistniały warunki do utworzenia polskich szkół. Ks. Sopoćko dostrzegał wielką potrzebę zaniedbywanego od lat nauczania, zwłaszcza języka polskiego, w czym utwierdzały go osobiste doświadczenia z lat młodzieńczych. Podjął się więc zorganizowania szkół na terenie swej parafii. Przedsięwzięcie to nie było łatwe. Trzeba było bowiem zatroszczyć się i o pomieszczenia do nauki, i o kadrę nauczycielską. Po odejściu Rosjan w 1915 roku, do dyspozycji pozostały jedynie dwa budynki szkolne: w Gierdziejewcach po szkole ludowej i w Dajnówce po szkole cerkiewnej. Nauczycieli natomiast w ogóle nie było”.

Na początek Sopoćko postanowił zorganizować szkołę w samych Taboryszkach oraz znaleźć nauczycieli do szkół w Gierdziejewcach i Dajnówce. W Taboryszkach za zebrane składki wynajął lokal w prywatnym mieszkaniu i sam zajął się nauczaniem. Do Gierdziejewic i Dajnówki udało mu się ściągnąć dwie nauczycielki z Wilna. W Taboryszkach zebrało się około 100 uczniów. Nie sposób było ich pomieścić w jednej klasie, przeto Sopoćko zorganizował drugi lokal w sąsiedniej wsi, dzieląc uczniów na dwie grupy. Niedługo się przekonał, że jego misja nauczycielska zaczyna poważnie kolidować z duszpasterstwem. Po porozumieniu się z ks. proboszczem, Sopoćko zaprosił do Taboryszek przebywającego w Turgielach alumna seminarium duchownego, któremu powierzył czasowe nauczanie w szkole.

Liczba chętnych do nauki stale się powiększała. Należało więc organizować nowe szkoły w innych miejscowościach. Sprawa lokali nie stanowiła większego problemu. Gorzej było z kadrą nauczycielską. Sopoćko w tym celu udał się do Wilna. Liczył przede wszystkim na pomoc nowo tam powstałego Towarzystwa Katolickiego Polskiej Szkoły Ludowej, które przygotowywało kadry nauczycielskie oraz podręczniki do nauczania. Nawiązał również kontakt z Towarzystwem Szkoły Ludowej. W obu placówkach uzyskał obietnice pomocy. Pod koniec 1915 roku Sopoćko zorganizował 10 szkół, zaś w początkach 1916 – drugie tyle. Łącznie uczyło się w nich około 800 dzieci. W roku szkolnym 1916-1917 zorganizował dodatkowo jeszcze 16 szkół. Według jego „Dziennika”, szkoły te znajdowały się w następujących miejscowościach: Taboryszki, Gierdziejewce, Dajnówka, Ilino, Duksy, Kurmielany, Żołtuny, Marcinowo, Mikuliszki, Muszyny, Sajluki, Strzały, Małyniszki, Grabowo, Kiwańce, Kurhany, Haniewo, Gawerbudziszki, Skorowidziszki, Miedniki, Gierwiszki, Dzidrowszczyzna.

Według dokumentu Zarządu Wileńskiego Polskiej Macierzy Szkolnej, wystawionego w Wilnie dnia 22 grudnia 1933 przez sekretarza Uniwersytetu Stefana Batorego, ks. Michał Sopoćko w czasie okupacji niemieckiej pracował w szkolnictwie w powiecie wileńskim jako organizator polskich szkół powszechnych, wykładowca metodyki na kursach nauczycielskich oraz nauczyciel religii. W roku szkolnym 1915/16 zorganizował 10 szkół powszechnych, utrzymując je własnym kosztem i ucząc w nich religii, zaś w roku szkolnym 1916/17 zorganizował jeszcze 11 szkół, które również sam utrzymywał i uczył w nich religii. Ponadto był współorganizatorem Seminarium Nauczycielskiego w lecie 1916 roku w Białym Dworze, w którym wykładał metodykę nauczania. Gdy natomiast w roku szkolnym 1917/18 niemieckie władze okupacyjne wprowadziły do szkół język białoruski, ks. Sopoćko niektóre szkoły zamknął, a w innych miejscowościach założył 10 nowych szkół polskich, które utrzymywał i nauczał w nich religii.

W każdej z takich szkół pracował jeden nauczyciel bądź nauczycielka. Wszyscy oni mieli jedynie ukończonych kilka klas gimnazjum. Zgadzali się na skromne warunki zamieszkania i utrzymania, ale brak ich fachowego przygotowania był ewidentny. Byli to młodzi ludzie, w przeważającej części gimnazjaliści, mający tymczasową przerwę w nauce, bowiem szkoły średnie naonczas nie funkcjonowały. Sopoćko, z pomocą niemieckiego inspektora do spraw nauczania, zorganizował w Białym Dworze kurs metodyczny dla nauczycieli. Zgromadziło się na nim 45 nauczycieli z powiatu wileńskiego. Zajęcia prowadził sam Sopoćko oraz dwaj żołnierze pochodzący ze Śląska, mający przygotowanie pedagogiczne. Sopoćko nauczał religii oraz metodyki tego przedmiotu.

…I w tym właśnie punkcie władze niemieckie, na zasadzie „coś za coś”, wysunęły swoje postulaty. Owszem, zgodziły się na zorganizowanie i trwanie kursu, ale po jego zakończeniu zażądały jednakże od nauczycieli całkowitego podporządkowania się ich zarządzeniom. Większość nauczycieli nie wyraziła na to zgody, przeto nie uzyskali oni zatrudnienia w powiecie wileńskim. Ci natomiast, którzy się zgodzili i dostali posady, zostali zmuszeni do nauczania w językach białoruskim i litewskim (których oczywiście nie znali). W tej sytuacji Sopoćko zrobił zręczny unik. Korzystając z tego, że część parafii taboryskiej znajdowała się poza obrębem powiatu wileńskiego, gdzie władze nie ingerowały w sprawy szkolnictwa, zorganizował tam nowe polskie szkoły, w których zatrudnił pozbawionych stanowisk nauczycieli.

„Dobrzy” Niemcy i „sprawa polska” postawiona na ostrzu noża

Niemieckie władze okupacyjne początkowo tolerowały zakładanie szkół polskich przez księdza Sopoćkę, a nawet sprzyjały tej akcji, przydzielając np. drzewo na opał czy udzielając opieki sanitarnej. Jednakże po paru latach, a zwłaszcza od końca 1917 roku, w związku z gwałtownie następującymi zmianami geopolitycznymi (rewolucja w Rosji, dążenie Polski do odzyskania niepodległości), Niemcy kardynalnie zmienili swe stanowisko. Zaczęli wyraźnie popierać ruchy nacjonalistyczne Białorusinów i Litwinów. Przed Sopoćką władze zaczęły stosować akcje zaczepne, prowadzące już do otwartego konfliktu. Przypomniano mu jego sprzeciw „w sprawie żandarmów” pod taboryskim kościołem (który wszak był wypadł na jego korzyść), natomiast obecnie – postawiono zarzut w związku z jego uchyleniem się od nauczania języków białoruskiego i litewskiego w szkołach polskich (które sam Sopoćko założył). „Czynniki białoruskie i litewskie, chcąc pozbyć się niewygodnej im postaci, zaczęły oskarżać ks. Sopoćkę o polonizację miejscowej ludności. Gdy ten przedłożył kontrargumenty, wykazujące, iż sama ludność chce nauczania po polsku, a ponadto brakuje innych podręczników, zwłaszcza katechizmu, niż w języku polskim, zażądano rozliczeń z funduszy szkolnych, sugerując rzekome nadużycia finansowe. Cała ta akcja, wymierzona przeciwko osobie ks. Sopoćki, zrodziła w nim coraz poważniejsze zamiary opuszczenia Taboryszek, tym bardziej, że zaczął być śledzony przez żandarmów, co więcej – powstało zagrożenie internowania go. I faktycznie było to bardzo realne, gdyż Niemcy wywieźli w tym czasie z Wilna samego administratora apostolskiego, ks. K. Michalkiewicza oraz kilku innych księży”. (ks. Henryk Ciereszko)

Niechęć wśród ludzi

Wydaje się, iż nie tylko fakt zagrożenia z zewnątrz przyśpieszył decyzję ks. Sopoćki o wyjeździe z Taboryszek, ale też – co musiało go dotknąć szczególnie boleśnie – niechęć wśród ludzi. Czego świadectwem są jego wspomnienia z tamtych lat, w szczególności z okresu zakładania szkół: „Ile poniosłem trudów, przykrości, kosztu, prześladowań – Bogu tylko niech będzie wiadome. Nie śmiem się do św. Pawła przyrównywać, ale i przeciwko mnie również zdaje się wszystko się sprzysięgło, by sprawie zbożnej przeszkadzać. Niechęć wśród ludzi, niedobór sił nauczycielskich, trudność z przejazdem, brak koni, przeszkody ze strony władz niemieckich, wreszcie ustawiczne niepogody, bezdroża, złożyły się na wieniec cierniowy, który wciąż ranił mi serce.. Ale Bogu dzięki zwyciężyłem to wszystko […]”.

Nie miał żalu do otoczenia, jedynie do siebie – że nie potrafi sprostać zadaniu, że za słaby jest, bezwolny. Wstrząsająca jest treść jego tekstu w „Dzienniku” z dnia 10 czerwca 1915. Młody kapłan odwołuje się do Boga Ojca i Jezusa Chrystusa, szuka w Nich siły. Chwilami się wydaje, że ma Sopoćko ponowne widzenie Jezusa – jak i wtedy, jak wcześniej – w kowieńskiej katedrze: „O Boże mój, jakże ciężko! Ani uczyć się, ani myśleć nie mogę. Plany moje rozbijają się o słabą wolę, brak wytrwałości. Tyle zamiarów, tyle myśli i porywów dobrych ginie wobec słabości charakteru. Wprawdzie czuję słabość i kłucie we wszystkich członkach; czuję, że ciało mdłe, ale i duch nie mocny. „Domine, ad adivandum me festina”. Czuję żal do swoich przełożonych, że mię tu trzymają, a czyż mógłbym gdzie indziej być lepszym. Fiat voluntas Tua. Jakże się wstydzić trzeba tych myśli. Dzięki Ci, Panie, za światło. „Nie jest uczeń nad mistrza”. „Synu, spójrz na mnie klęczącego w Ogrójcu, to, co teraz cierpisz, ja stokroć więcej przecierpiałem. Choroby się nie obawiaj, gdyż nie samym chlebem żyje człowiek. Wymagam zupełnej ofiary, byś nic sobie nie zostawił, nawet wyrzekaj się woli swojej, nie szczędź siebie w niczym, oddaj się Mnie całkowicie”. O Panie, czuję jeszcze, że mnie nie opuściłeś, dzięki Ci za to. Zdaje mi się nic już sobie nie zostawiłem. „A twoje Ja?! Skąd pochodzą smutki, skąd to przygnębienie i niesmak. Toć to żałujesz, że nie jesteś wymarzonym w dzieciństwie lalką-kapłanem. Toć to się niepokoisz najmniejszym niepowodzeniem w świecie, toć to myślisz nieraz jakie wrażenie sprawisz swym wystąpieniem, co o tobie mówią, co myślą; mieszasz pszenicę z kąkolem i narzekasz na gorzkość chleba. Nieraz nawet siebie we Mnie szukasz”. – Intende, Christi, in adiutorium meum”.

Tak pisał (rozmawiał z Bogiem Ojcem i Jego Synem oraz z samym sobą) w roku 1915.

Niespodzianka zgotowana przez gderliwego proboszcza

Od tamtego czasu upłynie trochę lat (a przecież w jego przypadku wiele…), jak dotrą do niego wieści, iż w Warszawie tworzy się Uniwersytet, wraz z Wydziałem Teologicznym. Ta wiadomość wznieciła w nim iskrę nadziei. Nocą z 29 na 30 września 1918 po kryjomu opuścił Taboryszki, aby ujść śledzącym go w ciągu dnia patrolom niemieckim. Przed wyjazdem pożegnał się jedynie z ks. proboszczem parafii taboryskiej Andrzejem Lackim.

…Było to pożegnanie szczególne. Ksiądz Lacki podarował mu „na tę drogę” swoje jedyne futro.

Ksiądz Andrzej Lacki – tradycjonalista, stary i gderliwy, ciągle niezadowolony z działań i „rewolucyjnych” akcji podejmowanych przez swego wikariusza – był (jak się okaże później) szczerze do niego przywiązany. Ks. dr Henryk Ciereszko, autor książki pt. „Życie i działalność księdza Michała Sopoćki (1888-1975)” – przedstawia w tym temacie interesujący dokument. Jest to opis duchowej postawy ks. Michała Sopoćki sporządzony własnoręcznie przez ks. proboszcza Andrzeja Lackiego. W jakim celu i dla kogo ks. Lacki to pisał – trudno dzisiaj ustalić. Dokument ten spisany w Taboryszkach, opatrzony datą 19 września 1914 r. i potwierdzony podpisem ks. Andrzeja Lackiego, zatytułowany został: „Cechy charakterystyczno-mistyczne posiadający wielebny Ks. Michał Sopoćko”.

Komentarz ks. dr. Henryka Ciereszki:

„Ksiądz proboszcz bardzo pozytywnie wyrażał się o swym wikariuszu. Z jego relacji można wnioskować, iż ks. Sopoćko był osobą posiadającą pozytywne cechy charakteru. Rozważnie pracował nad kształtowaniem niższych uczuć, związanych z właściwym sobie temperamentem. Był raczej żywego usposobienia, ale kontrolował swe popędy. Nie poddawał się zapamiętaniu w gniewie wobec osób mu nieprzychylnych, lecz odnosił się do nich z cierpliwością i rozwagą. Brak w nim było zuchwałości i pretensjonalności, spotykanych często u młodych ludzi. Odznaczał się pilnością i czuwał nad wypełnieniem swych obowiązków. Posiadał aspiracje do pogłębiania wiedzy naukowej, stosownej do zajmowanego stanowiska. Wobec innych kierował się współczuciem, a obca mu była obojętność. Gdy zaś idzie o sferę duchową, zauważało się u niego zamiłowanie do samotności, którą wyraźnie przedkładał nad zgiełk światowego życia. Od strony religijno-moralnej nie można było mu przypisać żadnego zarzutu. Ksiądz proboszcz [Andrzej Lacki] dostrzegał bowiem szczególne wyczulenie swego wikariusza pod tym względem.

W przekonaniu ks. Lackiego zalety charakteru i ducha oraz postawa moralna ks. Sopoćki, rokowały mu – jak się wyraził – „pocieszającą przyszłość”.

W AD 2009 parafia taboryska będzie obchodziła swój wielki jubileusz 200-lecia. Żywić należy nadzieję, że sługa Boży, ks. Michał Sopoćko (którego proces beatyfikacyjny dobiega już końca) zostanie z tej okazji wyjątkowo godnie w Taboryszkach uczczony.

* * *

…A w Czarnym Borze? Kto wie, kto wiedzieć może, gdzie stał domek „Opatrzność”, w którym mieszkał „drwal”, „stolarz”, „stary Wacław Rodziewicz”?

Wiedzieć mogły siostry urszulanki ze Zgromadzenia SJK, które w latach 1942-1944 dokończyły tu żywota. Te m. in., które żyły najdłużej: Klara – Emilia Łukasiewicz (zmarła w wieku 72 lat), Hieronima – Stefania Jusis (zm. w wieku 50 lat), Cecylia – Barbara Smolarek (zm. w wieku 44 lat). Niestety tajemnicę tę zaniosły z sobą do grobu. Chyba że… któraś z nich mogła prowadzić dzienniczek, spisywać wspomnienia… Ale czy miały na to czas? Ich życie skutecznie skracała ciężka tu praca, nadwątlone zdrowie.

Z inskrypcji na nagrobku sióstr urszulanek SJK pochowanych na miejscowym cmentarzyku: Józefa Ludewicz żyła 25 lat. Bronisława Adamuk żyła 30 lat. Salomea Alkśnin żyła 30 lat. Małgorzata Skibniewska żyła 32 lata…

5.

Stało się tak, że w czerwcu 1941 armia niemiecka rozbija w puch armie czerwone i Wilno, o które Hindenburg walczył półtora roku w 1915, zajmuje w półtora dnia.

Żydzi zachowują się jak dzieci.

Antysemici twierdzili przed wojną, że Wilno jest „zażydzone”. Istotnie miało 30 procent ludności żydowskiej. Stanowiło to przeszło 60 tysięcy Żydów. I cóż oni robią, ci Żydzi, w obliczu wkraczających pancernych wojsk niemieckich? Czekają. Po prostu czekają, co będzie dalej. Zebrali się na chodnikach, pozamykali witryny sklepów, stoją zbitą ciżbą, kapelusz przy kapeluszu, jakby dzień był sobotni, a chodnik jakowąś synagogą. Co oni, nie czytali gazet, nie wiedzą, co im grozi? – Ja nie jestem Żydem, więc mnie nic do tego. Jako furman zajeżdżam do znajomego sklepiku Ałtera Jakuba przy ulicy Raduńskiej i mówię: „Panie Ałter, sprzedaj mnie pan trochę owsa dla konia”. – „Nie mam” – odpowiada. A wiem, że ma, tylko zamknął skład, bo nie wie, jakie ceny teraz będą. – „Sprzedaj pan” – powtarzam – „przecież Niemcy i tak wszystko wam odbiorą”. – „Niech odbierają!” – odpowiada hardo. Wtedy zrozumiałem:

Oni nie wierzą.

Minęły trzy dni, w ciągu których wzięto stu Żydów na zakładników i rozstrzelano. Były to jeszcze dni spokojne. Komendantem miasta został Niemiec o zabawnym nazwisku Zehnpfennig. Za jego to podpisem ukazało się obwieszczenie, iż Żydzi zdać mają wszelki majątek ruchomy (nieruchomy już odebrali byli bolszewicy) w ręce władz wojskowych. Żydzi oddali złoto, brylanty, kosztowności. Oczywiście nie wszystkie, kto by tam oddawał ostatnie. Ale na oko zebrało się tego sporo. (…)

Nazajutrz nowy nakaz: Żydzi, oddać wszystkie radioodbiorniki! – Szli posłusznie do komisariatów policji i ustawiali je tam na podłodze, aż robił się stos.

(…)

Nazajutrz ukazało się kolejne rozporządzenie Zehnpfenniga:

„Żydzi mogą ukazywać się na mieście nie inaczej, tylko z przepisowo umieszczoną na piersiach i plecach gwiazdą, koloru żółtego. Chodzić tylko po jezdni wzdłuż chodnika, gęsiego. Nie wolno im pozdrawiać nikogo na chodniku i nie wolno nikomu pozdrawiać Żydów, podawać im ręki, rozmawiać z nimi”.

Jeszcze ludzie gromadzący się przed obwieszczeniami kręcili głowami: jakże to tak będzie wyglądać! Kilkudziesięciotysięczne rzesze mieszkańców miasta mają się w ten dziki, niesłychany sposób zachowywać? Po prostu trudno sobie wyobrazić. Dlatego niektórzy się śmieli:

– Przedstaw sobie naszego eleganckiego Frydmana jak idzie z żoną…

Mojżesz mu było na imię, a może Ezechiel Frydman, trzy kamienice w mieście, czwarty z rzędu najbogatszy sklep futer (po znajomości kupowało się na dogodne raty). Idzie istotnie z żoną. Kapelusz „Habig” niedbale trzymany w ręku, palto przerzucone przez ramię, w nieskazitelnie skrojonym (u „Kunina”) jasnopopielatym letnim garniturze. Poniżej klapy, na piersiach, wielka żółta gwiazda. Nogi go widocznie rozbolały z nieprzyzwyczajenia do maszerowania po niewygodnych kamieniach jezdni, więc stąpa sztywno jak na szczudłach, z wybrednym uśmiechem na twarzy. Za nim kroczy żona. Pierwsza elegantka wśród Żydówek miasta, włosy tlenione, suknia w kwiaty, wpatrzona w gwiazdę na plecach męża, i tak po kocich łbach, tuż koło chodnika, wzdłuż rynsztoku, który wycieka z byłej fabryki Zygmunta (Zuseła) Kaca.

To nie było wcale śmieszne. Chodnik w tym miejscu miał wysokie podmurowanie. Z jego wysokości czułem się bardziej zawstydzony, niż gdybym siedział w rynsztoku. Podając rękę trzeba się było schylić w pas. Właściwie sytuacja naprawdę głupia: „Zejść na jezdnię, czy jak, u diabła?!” – myślę (…)

Poszedłem wprost do ich mieszkania i mówię:

– Panie Frydman, słyszałem, że można brać Żydów na roboty. Może ja pana u siebie w domu (mieszkałem pod miastem) zarejestruję, jako ogrodnika na przykład. Mam tam taką izbę wolną.

Ale Frydman, wytrawny kupiec, zachowuje się jak dziecko.

– Ja panu bardzo dziękuję… Tylko widzi pan: żona, dwoje dzieci, matka stara, służąca…

– Służąca?..

– To jest właściwie taka niańka. I czy my tam się pomieścimy?.. Tam nie ma wygód? Może ja pojadę do pana zobaczyć?

Rozmowa odbywała się o godzinie wpół do siódmej wieczorem. A nazajutrz rozpoczął się marsz do piekła. Zehnpfennig zarządził przeniesienie wszystkich Żydów do getta, udzielając im na to dwóch godzin czasu. (Józef Mackiewicz „Getto wileńskie”).

Żenia Petrov i inni…

… Nie zdążył znany kupiec wileński Frydman pojechać do domu Józefa Mackiewicza do Czarnego Boru, by się rozejrzeć, jak tam jest…

Innym Żydom zdążyć jakoś się udawało – ukrywały ich w Czarnym Borze siostry urszulanki.

O czym przy spotkaniu (o ile takowe się odbyło) mogli rozmawiać z sobą Józef Mackiewicz i „Wacław Rodziewicz”?

A było o czym… Wojna niosła z sobą zawrotnie straszliwą liczbę ofiar.

… Przed wojną dom w Czarnym Borze emanował inną atmosferą. Córka Józefa Mackiewicza, Halina, przyjeżdżała tu czasem ze swoimi koleżankami i kolegami. To były dzieci… coś w rodzaju „spadku” po związku małżeńskim jej rodziców, który potem się rozpadł. Bo ojciec z matką dobierali jej do towarzystwa dzieci nie tylko z rodzin polskich, ale i różnych narodowości zamieszkałych pod wileńskim niebem. W ten sposób uczyli ją szacunku i przyjaźni z każdą nacją. Matka Haliny, Antonina z Kopańskich, pochodziła z Warszawy. Swego przyszłego męża, Józefa Mackiewicza poznała na Uniwersytecie. Była od niego o dwa lata starsza.

Halina urodziła się w Wilnie, w klinice przy Alei Róż. I tam właśnie w tym samym czasie urodziła się Żenia Petrov – córka tzw. „białej” Rosjanki, z którą matka Haliny wtedy w szpitalu się zaprzyjaźniła.

Żenia Petrov była jej, Halusi, bardzo serdeczną przyjaciółką. Przyjeżdżały potem razem do Czarnego Boru, gdy Józef Mackiewicz był już związany z Barbarą Toporską. Przyjeżdżał tu także kolega Halusi Dima Kozłowskij – takoż „biały” Rosjanin, oraz Marianka Zajączkowska – Karaimka. Z Polaków oczywiście też: na przykład Ziutka Golmontówna, koleżanka ze szkoły benedyktynek, późniejsza Józefa Hennelowa…

No, a potem wybuchła wojna… Okupacje… Sowiecka, niemiecka i znowu sowiecka…

12 czy 15 kilometrów? (albo: życie „od wewnątrz”)

Józef Mackiewicz to życie „od wewnątrz” w Czarnym Borze opisał w nader oszczędnych słowach. Bardziej obrazowy opis dała Barbara Toporska:

„Jedno muszę w tych wspomnieniach (Józefa Mackiewicza) sprostować. Mieszkaliśmy nie dwanaście kilometrów od Wilna, jak uporczywie powtarza autor (Józef Mackiewicz), ale piętnaście! Nie takie ważne? Owszem, ważne. Dwanaście to było drukowane na przedwojennych biletach kolejowych, czyli od dworca wileńskiego do stacji Czarny Bór. Nie w tym rzecz, że mieszkaliśmy już w lesie, na skraju osiedla. W tym, że począwszy od drugiej okupacji sowieckiej w czerwcu 1940 roku musieliśmy do miasta chodzić piechotą. Za czasów sowieckich można było jeszcze ryzykować przejazd bez biletu, wyskakując na semaforach przed dworcem w Wilnie. Bilet bowiem na jednorazowy przejazd do Wilna można było kupić na naszej stacyjce tylko za okazaniem zezwolenia z gminy, odległej o osiem km. Czyli trzeba by było zrobić szesnaście dla przejechania owych dwunastu! Podczas okupacji niemieckiej zatrzymywały się w Czarnym Borze („Juodšiliai” od jesieni 1939 r.) tylko dwa razy dziennie „Dienstzugi”. Jeden wczesnym ranem w kierunku Bieniakoń, i ten sam powrotny już pod wieczór. Korzystałam z nich czasem, jeżdżąc „na handel” do puszczy. Ale do Wilna trzeba było chodzić piechotą. Tam i nazad, to trzydzieści kilometrów, a nie dwadzieścia cztery. Tu każdy kilometr ważny. A do tego poza granicami miasta nie wolno było się poruszać po zachodzie słońca. Czyli zimą na ten „spacer” po śniegu (narty zabronione) miało się czas od mniej więcej ósmej rano do trzeciej po południu. Dom wprawdzie można było zostawić zamknięty na kłódkę, w owym czasie obecność czy nieobecność gospodarzy nie chroniła od nieproszonych gości, i wracać nazajutrz, gdyby nie zwierzęta, które należało karmić. I w tym miejscu do sprostowania dołącza się moja pretensja: że w tych tekstach (Józefa Mackiewicza) tak mało, „półgębkiem”, o mnie – to ostatecznie można podciągnąć pod fakt psychologiczny; ale że brak w nich „dobrego słowa” o naszych stworach, wiernych, pociesznych, a i użytecznych, jak te hodowane przeze mnie na „normach duńskich” świnki na rozpłodowe maciorki, z czego dochód, bo chyba i przy największym głodzie nie przełknęlibyśmy kawałka mięsa z Veli i Laveli, dwóch podwórzowych indywidualistek, a jednakowo darzących nas przywiązaniem i zaufaniem („chodzą za panią jak pieski”, dziwowały się sąsiadki, spotykając mnie z nimi na spacerze) – o to mam żal. Wytłumaczenie przecież łatwo się znajdzie. (…) Inspiracji do wspomnień dostarczała towarzysząca pisaniu teraźniejszość. (…) Miszka, Karas, Kajtek, Jacek i inne czworonogi, a także dwunogi mały Ryś, który długimi okresami z nimi kolegował w naszym gospodarstwie, wszystko to, do czego się człowiek kiedyś budził i z czym zasypiał, całe to „z dnia na dzień” straciło nagle swoją ówczesną wartość”.

Miszka – to pies, owczarek podhalański, sprowadzony z Krakowa. Dokładniej to był Miś, ale okoliczni mieszkańcy „przechrzcili” go na Miszkę, tak i pozostało. Karas – to pies wilczur. I była jeszcze wilczyca Ezra. Każdy z psów miał swoją osobną budę… I był także wieprz – Maurycy. I kot Czort. To był kot Barbary ciotki. I był jeszcze czarny oswojony kruk Krakaś. A ten dwunogi mały „Ryś” to Ryszard Rzepecki, synek Basi, córki Cata-Mackiewicza, starszego brata Józefa. Basia naonczas została aresztowana i mały Ryś przebywał w Czarnym Borze pod opieką Barbary Toporskiej i Józefa Mackiewicza. Toporska bardzo go kochała. Lnianowłose, niebieskookie, piękne dziecko… Po latach, będąc już na obczyźnie, przywoła go w swym wierszu pt. „Lewe skrzydło”:

Wojenne dzieci nie grymasiły nad

łyżką.

Ryś – wychowanek brudził śliniak nie

z kaprysów.

„Jedz porządniej” strofowałam, by jadł

wolniej.

Miał duże uszy, i sprawdziłam, że się

nie trzęsą.

Jadł szybko, bo był głodny. A gdy się

parzył, dmuchał: puu!

Budziłam go filiżanką gorącego mleka.

Prychał pianą niebiesko zapatrzony

we mnie

i między gulgnięciami gospodarsko pytał:

„Chruchru niamniam? Niamniam kulikuli?”

(To królik.) A że parzyłam się często przy

rozpalaniu ognia

jeszcze pytał, czy „Kulka” (to ja) „pu?”

(…)

Między brzozą a sosną, zimowo spóźnione

świeciło słońce, jak co dzień, olbrzymie, bo

nisko,

Ryś po raz pierwszy je spostrzegł, a ja

rozczulona

po raz pierwszy wyrzekłam słowo

skradzione: Synku…

Ryszard Rzepecki to dziś znany w Polsce artysta fotografik. W powieści Barbary Toporskiej (częściowo autobiograficznej) pt. „Siostry” Ryś figuruje jako Krzyś.

Kot Czort był czarny jak smoła, stary i leniwy. Kruk był młody, ale kaleki, wypadł był z gniazda, łamiąc sobie nogę. Józef Mackiewicz odkupił go za 50 groszy od syna stróża w Wilnie.

Kruk Krakaś i kot Czort żyły z sobą w idealnej zgodzie. W zbiorach rodzinnych Haliny Mackiewicz zachowało się nawet zdjęcie: na ławce przed domem w Czarnym Borze siedzą Czort i Krakaś, a przy nich – Haliny koleżanka, Żenia Petrov.

Dom w Czarnym Borze i kota Czorta opisała Barbara Toporska („Siostry”):

„Dom stał na leśnej polanie, poszerzanej przez wiele chyba lat na małe osiedle: trzy chałupy wiejskie z małymi zagrodami, i ten dom. Przed werandą klomby, później płot, pod nim bardzo wysokie słoneczniki, a za płotem sosny. Za domem sadzik na piasku, ogród warzywny na niezliczonych ilościach zwożonego nawozu, i zaraz za ostatnimi grzędami czarne chmury, śpieszyły gdzieś ukosem nad las białe obłoki. Dom stał. Kot zaś leciał samolotem z Warszawy właśnie do tego domu.

Był to bardzo stary, czarny kot. Przezwano go z rosyjska wulgarnie „Czort”, z inicjatywy pierwszej kucharki, za czasów służby której on się urodził”.

O kruku i jego układach z kotem:

„Czarny kruk z apetytem pożerał surowe mięso, siedział spokojnie w sztucznym gnieździe w skrzyni, i z dnia na dzień rósł – podrastał, aż któregoś dnia po raz pierwszy wyleciał spróbować skrzydeł. Udało się. Tylko noga pozostała sztywna, kaleka.

Od tej chwili zaczął królować w obejściu. Przede wszystkim w domu i na werandzie, bo bardziej od otaczającej przyrody pociągały go sprawy ludzkie, ich ruch, rwetes, rozmowy, plusk wody w umywalce. Najchętniej siadywał przy Anisi, lub na ramieniu Anisi. Gdy nie miał z kim siedzieć, siedział koło Czorta. Oczywiście, odległość wymierzona była na ptasie oko, mniej więcej na metr. Kruk miał dziób potężny, mógł nim wybić oko nawet drugiemu krukowi. Z drugiej strony Czort, gdyby chciał koniecznie, mógłby zadusić kruka, na pewno. Ale żaden z nich nie chciał. Miały w sobie coś, co ich zbliżało. Wspólne cechy charakteru: indywidualizm silniejszy od nawyków dziedziczonych, oraz idealny egoizm. Robiły tylko to, co chciały, a chciały tylko tego, co mogło stanowić o niejakiej korzyści osobistej. Wzajemna walka nie wróżyła żadnej korzyści”.

O czarnym kruku w Czarnym Borze, niejako członku rodziny, pisał Józef Mackiewicz („Krakaś”):

„Urodzony z jajka, spadł z gniazda, łamiąc sobie lewą nogę. Złapał go syn stróża w Wilnie. Zapłaciłem mu 50 groszy i zabrałem do swego domu. Karmiłem chlebem powszednim w wodzie, surowym mięsem, poiłem łyżeczką od herbaty. Tak się zawsze zaczyna. Nazwałem Krakaś i pielęgnowali go wszyscy z wielką pieczołowitością(…)

Wyrósł. Noga złamana została już na zawsze podkurczona. Używał jej dla podpierania tylko przy chodzeniu albo skakał na jednej. Bo kruk umie chodzić, skakać i latać, podczas gdy człowiek tylko chodzić. (…)

Mieszkał w wielkiej skrzyni powieszonej na ścianie domu, wysłanej mchem. Na zupełnej wolności, w ogrodzie, wśród otaczającego dom lasu. Wstawał jak ptaki, krakał, dostawał jeść, kąpał się, skakał, cały dzień Boży wypełniając czynnością swego dzioba, którym czynił wszystko. (…)

Gdy wracałem do domu, wołając „Krakaś!”, leciał na spotkanie i siadał na ramię. Cieszył się. Cieszył się jak pies, ale cieszył się celowo. Wiedział, że będzie razem, że coś mu ten powrót daje pozytywnego, bo lubi towarzystwo. Dlaczego cieszy się pies na łańcuchu? Człowiek przejdzie i minie go, a on śpi dalej, w budzie… – Wołam: „Krakaś”, a kruk odzywa się gdzieś z grzędy, z drzewa czy dachu. Bo chce jeść.

Wołam: „Krakaś!” – Milczenie. Nie odpowiada wcale. Nie wiem nawet, czy jest w domu. A chciałem się właśnie pochwalić przed gośćmi… Głupio pochwalić. Krakaś siedzi na dachu i myśli. Sam jeden. Nie chce mu się jeść, ani przestawać w towarzystwie. Trochę tylko przechyla główkę i czarnymi oczyma spogląda w dół. Dziwnie spokojnie i przekonywająco. Po co ma odpowiadać? Po co ma się wydzierać? Niby w jakim celu? To pies tylko biegnie na każde zawołanie bez własnego zastanowienia. (…)

Powiada służąca, co w lipcowy ranek jeszcze po rosie niesie wodę ze studni, że Krakaś spotyka się, un tam, za katucham, z innymi krukami. Bardzo wcześnie. Nie znam ich mowy, ale wiem, że w dzień nigdy nie odpowiada na żadne krakanie z lasu. Widocznie go nie interesują.

Nie rzuca się na kota dla zasady. Po co? Czarny stary kot i czarny młody kruk siedzą na schodkach werandy i grzeją na słońcu. Jest rzeczą tak oczywistą, że krukowi nie przeszkadza w tej chwili kot. Później skacze w cień. Chora noga zawadziła o coś, Krakaś się potknął. Podskoczył ze złości i buch kota, swym wielkim dziobem, w łeb. – Fe, jak brzydko! Ale ludzie się śmieją, bo im się podoba, to tak po ludzku: rozbić kolano o kant i ze złości kopnąć niewinny stołek…”

To wszystko obrazki wyjęte z życia niemal sielankowego „na daczy”. Goście, gra w szachy, krokieta, herbata, psy, kot, kruk… I – służąca. Rzeczowa, gderliwa… W „Siostrach” Barbary Toporskiej ma ona na imię Weronika. Czy nie z przekory czasem? (Aluzja do Weroniki z „Drogi donikąd” Józefa Mackiewicza, kochanki Pawła?).

Wspominki snute w czarnoborskim domu „Opatrzność”

„Ksiądz Sopoćko interesował się bardzo serdecznie losem Żydów, podlegających już wówczas represjom i wielu udzielał pomocy. Część tych osób przyjęła Chrzest św., do którego ksiądz Profesor nas przygotował (…) Z początkiem września utworzono w Wilnie getto i wtedy dzięki pomocy ks. Sopoćki, który załatwił nam fikcyjne dokumenty i skierował do Wornian pod opiekę ks. dziekana, udało się nam przetrwać do wiosny 1942 roku, a później już dawaliśmy sobie radę sami. (…) Ksiądz Sopoćko cieszył się w Wilnie wielkim szacunkiem, wielu ludziom pomógł z narażeniem własnego bezpieczeństwa. Ocalenie nasze i przetrwanie tych lat zawdzięczamy pomocy wielu osób, ale na początku tego łańcuszka stał ksiądz Profesor”. (Z listu żydowskiego małżeństwa uratowanego przez ks. Sopoćkę).

Wiosną 1942 już nikomu na zewnątrz pomóc nie mógł, bowiem sam naonczas ukrywał się przed Niemcami w Czarnym Borze. Ale w tymże Czarnym Borze, w domu, w którym mieszkał, udało mu się uratować siostrę urszulankę. Dom ten pewnego dnia odwiedzili Niemcy (zresztą nie po raz już pierwszy…) Akurat w tym czasie jedna z sióstr urszulanek przyniosła księdzu posiłek. Niemcy poszukiwali osób zdolnych do pracy. „Wacława Rodziewicza”, czyli księdza Sopoćkę, jako „starego” uznali za nie nadającego się do robót, za to zdecydowali zabrać siostrę. Po usilnych perswazjach ks. Sopoćki, że jest ona osobą słabą, chorą na płuca i nie będzie z niej żadnego pożytku, Niemcy ustąpili.

Kapitan WP

Odkąd siebie pamięta, zawsze „coś” stawało mu na przeszkodzie, przekreślało jego marzenia, niweczyło plany…

Po przybyciu do Warszawy, w październiku 1918, zapisał się do Uniwersytetu Warszawskiego, na Wydział Teologiczny, o czym już od dawna tak bardzo marzył. Dodatkowo zgłosił się na wykłady z prawa i filozofii. Więc nareszcie! Nowe otoczenie, nowi interesujący ludzie. I nagle dopadł go tyfus brzuszny. Wylądował w szpitalu. Akurat w tym samym czasie proklamowano niepodległość Polski. Szpital opuścił w grudniu, ale jego studia spaliły na panewce. Z powodu wybuchu konfliktu z Rosją Sowiecką zajęcia na Uniwersytecie zostały zawieszone. Uczył się więc samodzielnie, studiował filozofię, uczęszczał na prywatne lekcje języka francuskiego, w kościele św. Barbary odprawiał codziennie Msze święte. Tam to pewnego dnia natknął się na ks. Jerzego Sienkiewicza z Wilna. Okazało się, że jest on obecnie kapelanem wojskowym i dziekanem Białoruskiej Dywizji Strzelców. Właśnie przyjechał z frontu do Kurii Polowej, by prosić nowych kapelanów do formujących się na wschodzie oddziałów Wojska Polskiego. Sopoćko bez dłuższego namysłu zgłosił się do Kurii Polowej, gdzie z mety został przyjęty. Wyznaczono mu funkcję kapelana organizującego się w tym czasie w Warszawie Szpitala Polowego nr 12. Wraz z tą funkcją otrzymał równocześnie stopień kapitana WP.

Organizacja szpitala wciąż się przeciągała. Chłonny, jak zwykle, działań, czynów, Sopoćko ponownie zgłosił się do Kurii Polowej. Tym razem prosił o skierowanie go do oddziałów na froncie. Biskup polowy uczynił zadość tej prośbie, mianował go kapelanem Wileńskiego Pułku Strzelców w Litewsko-Białoruskiej Dywizji.

„Słaby i twardy” kapelan

Sopoćko wyruszył do Wołkowyska, gdzie stacjonowało dowództwo frontu, skąd skierowano go do Różanej, do dowództwa pułku. Wyznaczono mu zakres obowiązków: sprawowanie Mszy świętych, odprawianie nabożeństw, posługa rannym w szpitalach polowych, sprawowanie sakramentu pokuty (żołnierze w niebezpieczeństwie śmierci tłumnie garnęli się do spowiedzi). Warunki frontowe były okropne, zwłaszcza dla rannych żołnierzy. Nie było ani szpitala polowego, ani sanitariuszy, był tylko jeden lekarz. Sopoćko, po nabożeństwie, zaapelował do miejscowych wiernych o pomoc. Jeszcze tego samego dnia zebrano kilkadziesiąt poduszek, prześcieradeł, kołder, jeden z domów oddano na użytek rannych, przeszkolono okoliczne dziewczyny, które się podjęły roli sanitariuszek.

Niebawem Sopoćko wyruszył do Kosowa i Żyrowic. W czasie jednego z przemarszów poczuł się źle; w Słonimie lekarz wojskowy stwierdził początki tyfusu plamistego. Choroba coraz bardziej się wzmagała, osiągając stan krytyczny. Ze Słonimia przewieziono go do szpitala w Wołkowysku, gdzie po paru tygodniach nieco wydobrzał. Odwiedzał inne szpitale polowe, posługiwał wśród chorych. Pewnego dnia zasłabł na ulicy. Zobaczył to przejeżdżający w tym czasie proboszcz pobliskich Szydłowic. Zabrał on Sopoćkę do siebie na plebanię, gdzie go otoczył troskliwą opieką. Już po tygodniu, na Święta Wielkanocne Sopoćko wygłosił w Szydłowicach kazanie i niedługo potem wrócił do Wołkowyska, gdzie ponownie podjął się posług w tamtejszych szpitalach, nie zważając na słaby jeszcze stan zdrowia. Doprowadziło to do kompletnego wyczerpania sił. W tym czasie przyjechał był do Wołkowyska biskup polowy Stanisław Gall. Fama o „twardym” kapelanie musiała już dotrzeć do jego uszu, bo żywo tą sprawą się zainteresował. Z jego to decyzji Sopoćko został wysłany na trzymiesięczny urlop zdrowotny do Zakopanego.

Po zakończeniu kuracji w Zakopanem, Sopoćko przybył do Warszawy. Był przekonany, że zostanie odesłany z powrotem na front. Ale biskup Gall zatrzymał go w Warszawie i skierował do posług w Kościuszkowskim Obozie Szkoleniowym Saperów na Powązkach. W zakres nowych obowiązków Sopoćki weszły: cotygodniowe pogadanki na tematy religijno-moralne dla oficerów i podoficerów z różnych formacji, obsługa szpitala wojskowego przy ul. Dzikiej 65, Urzędu Gospodarczego i I Pułku Saperów na Powązkach.

Oprócz tych obowiązków Sopoćko zajął się urządzeniem kaplic. Pozostałym po Rosjanach pomieszczeniom, przeznaczonym do sprawowania kultu w obrządku wschodnim oraz kościołom zamienionym na prawosławne, przywracał ich dawną funkcję, adaptował z powrotem do obrządku łacińskiego. Czynnie podejmował się tych kaplic remontu. W niedziele i święta sprawował w nich Msze święte i nabożeństwa dla wojska oraz dodatkowo na cmentarzu dla miejscowej ludności cywilnej. Zajął się takoż pracą społeczną i charytatywną. Zorganizował Bratnią Pomoc Żołnierską, współdziałał w założeniu gospody żołnierskiej, zorganizował szkołę dla dzieci z rodzin wojskowych, utworzył dwa chóry mieszane.

W tym czasie zawarł znajomość z Józefem Piłsudskim. Piłsudski kilka razy do roku odwiedzał koszary. Kapelanów darzył sympatią i szacunkiem. Według „Wspomnień” Sopoćki, marszałek zawsze witał się najpierw z nim, interesował się jego posługą, a gdy zachodziła potrzeba, udzielał poparcia i pomocy.

W Wilnie – na krótko i długo

W lipcu 1920 Sopoćko w ramach kilkudniowego urlopu wybrał się do Wilna, by odwiedzić zamieszkałe pod Wilnem rodzeństwo. Trafił akurat na moment pospiesznego odwrotu polskich oddziałów. Bezpośrednim świadkiem i uczestnikiem tego odwrotu był naonczas żołnierz XIII Pułku Ułanów Wileńskich Józef Mackiewicz (opisze to później w swych esejach).

Po powrocie do Warszawy, gdzie zarządzono ewakuację pozostających pod jego pieczą oddziałów, Sopoćko nie wyjechał, ale włączył się aktywnie do obrony miasta. Razem z ks. Truszyńskim, marianinem z Bielan, organizował wiece, werbował ochotników do walki, zbierał fundusze na obronę, współdziałał na rzecz zorganizowania straży obywatelskiej, która miała nie dopuszczać do gromadzenia się komunistów na terenie cmentarza powązkowskiego. Te akcje omal nie przypłacił życiem. Pewnego razu, gdy wracał ze szpitala przy ul. Dzikiej, dokonano na niego napadu. Uratowali go będący w pobliżu żołnierze, których napastnicy nie zauważyli. Jednego z nich udało się ująć, był to prowodyr komunistów.

Funkcje kapelana w obozie na Powązkach Sopoćko pełnił do 1924 roku, równocześnie studiował na Uniwersytecie. Wiosną tegoż roku wystąpił do władz wojskowych z inicjatywą rozbudowy kaplicy w koszarach na Marymoncie. Był to moment odpowiedni, bowiem w tym samym czasie restaurowano koszary. Prace nad przebudową kaplicy trwały do jesieni, 16 listopada 1924 doszło do uroczystego jej poświęcenia.

„Dziwnym przypadkiem” ten Marymont zadecyduje o jego dalszym losie. Pełniąc tam posługę duszpasterską Sopoćko współpracował i zaprzyjaźnił się z księżmi marianami, którzy przejęli klasztor pokamedulski na Bielanach. Chętnie pomagali Sopoćce w jego pracy duszpasterskiej. W ich to gronie poznał przebywającego naonczas w Warszawie biskupa Jurgisa Matulaitisa (m. in. spokrewnionego – przez koligacje – z Józefem Mackiewiczem), marianina, będącego od 1918 roku ordynariuszem diecezji wileńskiej. Znajomość ta została zawarta na prośbę samego bp. Matulaitisa. Przy spotkaniu się z Sopoćką wyraził on życzenie, by ten powrócił do diecezji wileńskiej. Po dłuższych wahaniach Sopoćko się zgodził. Zgłosił się do Kurii Polowej z prośbą o zwolnienie go z funkcji kapelana. Ale kuria dała mu odpowiedź odmowną. Dopiero w wyniku prośby bp. Matulaitisa ustalono, że ks. Sopoćko ma awansować na stanowisko Kierownika Rejonu Duszpasterskiego, obejmującego Garnizon Wileński oraz garnizony w Nowej Wilejce, Podbrodziu i Berezweczu. W Wilnie miałby się podjąć jednocześnie organizowania w diecezji stowarzyszeń młodzieży pozaszkolnej. (Biskup Matulaitis zamierzał uczynić go odpowiedzialnym za stworzenie sieci katolickich stowarzyszeń młodzieży).

Studia na Uniwersytecie Warszawskim w zakresie teologii moralnej zakończył Sopoćko w 1923 uzyskaniem tytułu magistra teologii. Ponadto miał już za sobą dwuletnie studium z pedagogiki w Państwowym Instytucie Pedagogicznym w Warszawie.

Dużo w sferze duchowej życia Sopoćki w tamtych latach dały mu kontakty z matką Urszulą Ledóchowską, założycielką Zgromadzenia Sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego. Dwukrotnie zapraszała ona Sopoćkę w okresie wakacyjnym w 1922 i 1923 do Pniew, do domu sióstr na zastępstwo w posłudze kapelana.

„Przebywając w Pniewach, ks. Sopoćko budował się postawą matki Urszuli, jej prostotą, pogodą ducha udzielającą się otoczeniu, a przede wszystkim żywą wiarą i ufnością, którą pokładała w Bogu. W tym czasie ważyły się jeszcze losy zakładanego przez nią zgromadzenia, piętrzyły się związane z tym trudności. Założycielka dzieliła się z ks. Sopoćką swoimi projektami i po części kłopotami. Była zawsze dobrej myśli, wspominając liczne przykłady Bożej Opatrzności, której doznała w swym życiu. Przebywanie z matką Urszulą – jak będzie później wspominał – wzmacniało duchowo, a zachowane w pamięci: jej świetlana i radosna postać, jej mężne przezwyciężanie trudności, pomagały mu w pokonywaniu podobnych doświadczeń w jego osobistym życiu”. (Ks. Henryk Ciereszko).

Jechał do Wilna nie tyle z własnych chęci, ile pod sugestią biskupa Matulaitisa. Warszawę opuszczał z żalem, o czym napisze w swych „Wspomnieniach”:

„Sześć lat z przerwami przepędziłem w stolicy, przyzwyczaiłem się do okolic i ludzi i z pewnym żalem rozstawałem się z nimi. Jadąc na wschód zdawało mi się, że zjeżdżam z góry, a raczej zsuwam się do coraz niższych i groźnych terenów”.

Do Wilna przybył 8 grudnia 1924. Opiece duszpasterskiej podlegało tu 12 samodzielnych jednostek wojskowych, co stanowiło łącznie ponad 10 tysięcy żołnierzy. Do ich obsługi wyznaczonych było tylko 3 kapelanów. Najważniejszym problemem duszpasterstwa okazał się brak kościoła garnizonowego. Wcześniej nabożeństwa dla wojska odprawiane były w kościele św. Kazimierza, należącego do księży jezuitów, którzy już od dawna wyrażali z tego powodu niezadowolenie. Każdorazowy udział ogromnej liczby żołnierzy w nabożeństwach doprowadzał do poważnego zanieczyszczenia kościoła i placu przykościelnego. W końcu księża jezuici kategorycznie odmówili udostępnienia kościoła dla wojska. Wobec takiej sytuacji, Sopoćko zwrócił się z prośbą do biskupa Matulaitisa o wyznaczenie innego kościoła. Biskup skierował go do proboszcza kościoła św. Jana, tzw. kościoła akademickiego. Ten z wyraźną niechęcią, ale pod naciskiem biskupa – zezwolił. W nabożeństwach uczestniczył cały garnizon wileński, czyli kilka tysięcy żołnierzy. Po każdym nabożeństwie kościół i dziedziniec P. Skargi przedstawiały sobą coś w rodzaju „krajobrazu po bitwie”. Po miesiącu ks. proboszcz i władze uniwersyteckie złożyły ostry protest.

Odbudowa kościoła omal nie życiem płacona

O przytułek dla wojska w innych wileńskich kościołach ks. Sopoćko nie podejmował już żadnych starań, ale „sprawę” postawił na ostrzu noża: wojsko musi mieć kościół garnizonowy! Zwrócił się z prośbą do dowódcy Obszaru Warownego i Komendanta Garnizonu Wilno o zwołanie forum odpowiedzialnych czynników wojskowych, kościelnych i miejskich celem podjęcia w tej kwestii wspólnych działań. W marcu 1925 odbyło się spotkanie „na szczycie”, w którym udział wzięli: biskup ordynariusz ze swym sufraganem, reprezentanci władz wojewódzkich z wojewodą na czele, władze miejskie z prezydentem miasta, przedstawiciele różnych licznych organizacji – świeckich i kościelnych, oraz gospodarze zebrania: dowódca Obszaru Warownego Wilno, wraz z dowódcami pułków i samodzielnych jednostek wojskowych.

Sopoćko, jako główny promotor sprawy, szeroko i przekonująco przedstawił problem, proponując zbudowanie kościoła dla wojska. Forum nie wyraziło na to zgody. Wtedy Sopoćko zaproponował odbudowę dawnego kościoła jezuitów – św. Ignacego. Tym razem projekt został przyjęty. Powołano Komitet Odbudowy Kościoła, na którego czele stanął wojewoda. Utworzono Wydział Wykonawczy Komitetu w składzie 12-osobowym, któremu miał przewodniczyć dowódca Obszaru Warownego. Natomiast księdzu Sopoćce powierzono rolę najmniej wdzięczną – skarbnika.

Kościół św. Ignacego w czasie zaboru rosyjskiego został przemieniony na kasyno oficerskie. Nic przeto dziwnego, że uległ on poważnej dewastacji. „Do zachowania i wykorzystania przy budowie nadawały się właściwie tylko mury budowli. Na ich bazie należało zbudować kościół według całkiem nowego projektu. Przed inicjatorami odbudowy stanęło tym samym niełatwe zadanie. Obiecujący początek, w postaci zgody i zadeklarowanego poparcia kompetentnych władz, przerodził się w długi, żmudny i kosztowny, zwłaszcza dla ks. Sopoćki, trud odbudowy”. (Ks. Henryk Ciereszko).

Prace wstępne zlecono, jak się później okazało, nieuczciwemu przedsiębiorcy. Sopoćko dwoił się i troił, kwestował w kościołach, na ulicach, organizował loterie i inne imprezy, z których dochód szedł na odbudowę. Była to jednakże kropla w morzu. W tym też czasie podjął działania w związku z organizacją stowarzyszeń młodzieży katolickiej. Piętrzące się problemy, zmęczenie osłabiły organizm. Sopoćko zapadł na płuca. Skierowano go na kurację do Zakopanego. Po powrocie do Wilna spotkała go tu nowa przykrość. Powstał konflikt na tle finansowym z inżynierem prowadzącym prace przy odgruzowaniu murów. Z powodu braku środków nie dało się zaangażować większej liczby robotników, do pracy włączono żołnierzy. Ciągle brakowało pieniędzy. Dobrowolne ofiary, składki społeczeństwa nie ratowały sytuacji. Takoż niewielki procent stanowiły dotacje Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

W tym czasie w Wilnie przebywał Józef Piłsudski. Sopoćko miał odwagę zwrócić się do niego bezpośrednio z prośbą o pieniądze. I marszałek je dał. Po pewnym czasie Sopoćko ponownie zwrócił się do niego z tą samą prośbą. I tym razem Piłsudski nie odmówił.

Budowa kościoła pochłaniała coraz większe środki. Ostatecznie Sopoćko włożył w nią całe swe dochody. Na domiar, niewiele brakowało, by ta „zabawa” skończyła się dla niego wędrówką w zaświaty. Przy sprawdzaniu rusztowań załamała się pod nim deska wraz z poręczą i Sopoćko spadł z wysokości 8 metrów głową w dół. Ocalał jakimś cudem, ale doznał bardzo ciężkich potłuczeń.

Budowa się przeciągała, Sopoćko tracił resztki sił. Od sierpnia 1927 w Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Wilnie pełnił funkcje ojca duchownego. Zgrać z sobą obowiązki w seminarium, w wojsku i nadzorować budowie kościoła – wszystko to przerastało jego możliwości. Ale się nie poddawał. Dzień pracy rozpoczynał około godziny 5. rano. Najpierw udawał się na budowę, następnie szedł do seminarium, w godzinach przedpołudniowych pełnił obowiązki w wojsku. W południe powracał do seminarium. Po obiedzie, w czasie rekolekcji, przebywał w gronie alumnów. W godzinach popołudniowych wyjeżdżał do oddziałów wojskowych z pogadankami dla żołnierzy.

„Towarzyszące budowie trudności spiętrzyły się zwłaszcza w końcowej jej fazie. Były to kontrowersje i związane z nimi przykrości, które dotknęły członków Wydziału Wykonawczego w związku z wystrojem wnętrza świątyni oraz osiągające swe apogeum problemy finansowe. Wbrew słusznym wymogom ks. Sopoćki co do charakteru polichromii, artysta malarz wykonał ją według własnej wizji, popartej niestety przez komisję artystyczną, co spowodowało ostrą krytykę pod adresem kapelana. Katastrofalna była sytuacja finansowa – po zakończeniu prac pozostało do spłacenia kilkadziesiąt tysięcy złotych długu. Ksiądz Sopoćko, który czuwał nad finansową stroną odbudowy, został posądzony o niesumienność, która miała się wyrażać w niezgodności sumy wypłacanej żołnierzom z zapisem na liście płac. Potrzeba było specjalnej interwencji Komisji Rewizyjnej, która wyjaśniła sprawę i uwolniła księdza kapelana od fałszywych oskarżeń”. (Ks. Henryk Ciereszko).

Nie załamał się pod ciężarem tych oskarżeń, złośliwych języków nieprzyjaznych mu osób. Poza osobistym duchowym zaangażowaniem, dodała mu mocy i zapału matka Urszula Ledóchowska. Spotkał się z nią w maju 1925. Przebywała tu w związku z planami rozwoju jej zgromadzenia na tych terenach (Czarny Bór).

„Rozmowa z matką Urszulą – zapisze Sopoćko – zawstydziła mię, odegnała zniechęcenie, napełniła energią, zapałem i pewnego rodzaju uporem, by nie odstępować od powziętych zamiarów i plany doprowadzić do skutecznych wyników”.

26 września 1929 odbyło się poświęcenie kościoła i przekazanie go garnizonowi wileńskiemu. W uroczystościach uczestniczył prezydent Rzeczypospolitej, wzięły także w nich udział władze cywilne i wojskowe oraz licznie zgromadzeni wilnianie. A jako że była to już późna pora, przewodniczący obrzędowi bp K. Michalkiewicz ograniczył się jedynie do krótkiej modlitwy upraszającej błogosławieństwo Boże nad świątynią. Toteż następnego dnia, z rana, przy zamkniętych jeszcze drzwiach, ks. Sopoćko dokonał pełnego obrzędu poświęcenia kościoła, poczem odprawił pierwszą Mszę świętą. Była to jego jedyna Msza święta tam odprawiona. W tym czasie ks. Sopoćko przebywał już na urlopie wojskowym. W lipcu 1929, będąc od roku wykładowcą na Uniwersytecie Stefana Batorego i chcąc się poświęcić pracy naukowej, złożył on prośbę biskupowi polowemu o zwolnienie z wojska. W odpowiedzi biskup Gall udzielił mu jedynie trzyletniego urlopu. Po trzech latach Sopoćko złożył ponowną prośbę o definitywne zwolnienie go z posługi w wojsku, aby mógł oddać się pracy wychowawczej w Seminarium Duchownym i działalności naukowo-dydaktycznej na Uniwersytecie. Nowy biskup J. Gawlina przychylił się do jego prośby. Sopoćko po 13-letniej służbie kapelana wojskowego został przeniesiony do rezerwy.

Pracę doktorską przygotowywał pod kierunkiem prof. Franciszka Jehliczki w katedrze teologii moralnej Uniwersytetu Warszawskiego. Obronił ją jeszcze w 1926, uzyskując stopień doktora.

„Prawie wszyscy przyjaciele przeciwko mnie stanęli”…

Funkcję ojca duchownego w seminarium Sopoćko pełnił przez pięć lat. Ponaglany przez Wydział Teologiczny, by jak najszybciej przeprowadził habilitację, zmuszony był z tej funkcji zrezygnować. Złożył więc podanie u abp. Romualda Jałbrzykowskiego o zwolnienie go z tego stanowiska. Ale abp Jałbrzykowski nie chciał przyjąć podania, tłumacząc, że nie ma kim Sopoćkę zamienić. Zaproponował mu na razie wakacyjny odpoczynek, z czego Sopoćko skorzystał. Po powrocie z urlopu ponowił jednak swą prośbę u arcybiskupa, który ostatecznie zgodził się zwolnić go z posługi ojca duchownego.

Sopoćko zamieszkał przy klasztorze sióstr wizytek w Wilnie. Nie miał wobec nich żadnych zobowiązań duszpasterskich, korzystał jedynie z wynajętego mu mieszkania. Miał nareszcie większe możliwości skupienia się na pracy naukowej. Prowadził wykłady na USB, gdzie był zastępcą profesora w Katedrze Teologii Pastoralnej Wydziału Teologicznego. Za temat rozprawy habilitacyjnej obrał problematykę wychowania duchowego u Mikołaja Łęczyckiego (1574 – 1653), polskiego jezuity, teologa i wychowawcy. Pracę tę pisał dwa lata, w ostatecznym wyniku uzyskał za nią tytuł docenta teologii pastoralnej. W ocenie profesorów za tę rozprawę faktycznie można było przyznać Sopoćce tytuł profesora nadzwyczajnego. Na prośbę o zopiniowanie kandydatury ks. Sopoćki na stanowisko profesora w Katedrze Teologii Pastoralnej, rozesłaną przez dziekanat Wydziału Teologicznego do profesorów teologii pastoralnej i moralnej na wydziałach teologicznych polskich uniwersytetów, nadeszło osiem odpowiedzi. W sześciu wskazano na ks. Sopoćkę jako jedynego kandydata zasługującego na nominację. Dało to podstawę księdzu profesorowi Ignacemu Świrskiemu, dziekanowi Wydziału Teologicznego do formalnego zwrócenia się do Rady Wydziału o zatwierdzenie kandydatury ks. Sopoćki na kierownika Katedry Teologii Pastoralnej w charakterze profesora nadzwyczajnego. Najbardziej kompetentne środowisko naukowe wyraziło powszechną akceptację, aliści do Sopoćki promocji na profesora nadzwyczajnego niestety nie doszło. Tłumaczono to względami finansowymi. Sprawa ciągnęła się podejrzanie długo, bo cztery lata, aż się przeciągnęła do wybuchu wojny1939, gdy już nie mogło być mowy o budżecie uczelni.

Czy w przypadku ks. Sopoćki chodziło jedynie o finanse? Badający skrupulatnie tę sprawę ks. Henryk Ciereszko pisze: „Zastanawiające jednak jest, że w tym samym okresie, kiedy były trudności z nominacją ks. Sopoćki na stanowisko profesora ze względów finansowych, dwaj inni, to jest ks. A. Pawłowski i ks. M. Klepacz zostali mianowani w 1936 roku profesorami nadzwyczajnymi na Wydziale Teologicznym”.

Niezatwierdzenie ks. Sopoćki na stanowisko kierownika Katedry Teologii Pastoralnej i profesora nadzwyczajnego miało inne podłoże. Była to krecia robota sióstr bernardynek (paszkwile, donosy itp.).

„Było nim – pisze ks. Ciereszko – nieprzychylne akurat w tym czasie, stanowisko niektórych osób mających wpływy w środowisku kościelnym i uniwersyteckim Wilna. Ksiądz Sopoćko od 1934 roku był kapelanem u sióstr bernardynek w klasztorze przy kościele św. Michała. Jego zdecydowana postawa wobec pewnych nadużyć i nieprawidłowości zachodzących przy tym klasztorze zrodziła wobec niego nieprzyjazne odniesienia wspomnianych osób. Skutkiem tego wyczuwał on z ich strony ukryte działanie, utrudniające mu między innymi awanse w karierze naukowej”.

Natomiast sam Sopoćko w swych wspomnieniach napisze: „Takie i tym podobne przykrości doświadczałem prawie ustawicznie zarówno od strony klasztoru, jak i ze strony wszystkich jego zwolenników, którzy w taki sposób usiłowali mi dokuczyć, bym się sam wycofał z Wydziału i rektoratu. Postanowiłem trwać w cierpliwości i wytrwałości. Prawie wszyscy przyjaciele przeciwko mnie stanęli, nie poznawali na ulicy, a gdy się kłaniałem, odwracali się w stronę przeciwną. Ci zaś, którzy mnie sprzyjali w skrytości, wobec innych starali się okazać pogardę albo przynajmniej obojętność. Wystarczyło zabrać głos w jakiejś sprawie lub stanąć na sesji w czyjejś obronie, by spowodować zwalczanie, jeżeli nie całkowite tej sprawy pogrzebanie”.

W 1938 roku Uniwersytet dał mu na pociechę Brązowy Medal „za długoletnią służbę”, ale o tytule profesora nadzwyczajnego za głęboką, gruntowną wiedzę – uczelnia „jakoś tak dziwnie” zapomniała…

6.

Paweł wracał do domu wieczornym pociągiem podmiejskim. Ale na pierwszym za miastem przystanku oświadczono pasażerom, że pociąg nie pójdzie dalej. Ściemniało się. Po niebie płynął między chmurami wczesny księżyc i brał przymrozek. Od domu dzieliło go jeszcze osiem kilometrów. Iść było niewygodnie i ślisko. Czarne sylwetki ludzi rozpływały się i nikły w mroku, podążając każda swoją drogą. Paweł wybrał najkrótszą koło nieczynnej cegielni i przez las. Gdy się oddalił od stacji, zauważył, że idzie za nim tylko jeden człowiek, opierający się na lasce, w czapce nasuniętej na oczy. Kroczył z widocznym trudem, ale, jak się zdawało, przyśpieszał, jak umiał, aby dogonić Pawła. Ten zwolnił kroku i obejrzał się jeszcze raz […]

– Archimandryta… Serafim?!..

– Tsss… – syknął tamten. Proszę do mnie mówić per pan, per obywatel, towarzysz… jak się panu podoba, tylko zapomnieć na razie o moim stanie duchownym.

– Więc… pan ukrywa się? W przebraniu? Co się stało? Przecież na razie nikogo z duchowieństwa prawie nie ruszają. Ani katolickiego, ani prawosławnego – dodał.

– No, widzi pan, mnie ruszyli. Tylko zdążyłem im uciec […] Zresztą, to nie to samo…

– Co nie to samo? – spytał Paweł.

– Pan powiedział: katolickie i prawosławne. To duża różnica.

– Dlaczego?

– Widzi pan, cerkiew prawosławna już dwadzieścia lat temu przeszła to, co kościół katolicki dopiero zaczyna przechodzić. Od kościoła oni wymagają jeszcze tylko lojalności, małych kompromisów… Uhum. A od nas już ślepego posłuszeństwa. Dwadzieścia lat temu certowali się i z cerkwią, to znów na przemian prześladowali ją, różne stosowali chwyty. Teraz mają dostateczne doświadczenie w tej dziedzinie: powoli, etapami… Nie strasząc. Dziś u nas i patriarcha w Moskwie słucha NKWD. A zaczęło się, jeżeli pan zna historię Tichona, też od kompromisów. Uhum… […] Proszę nie wziąć za wymówkę, ani za złe słowo, ja to nie do pana mówię, a tak, w ogóle… Ale nie rozumiano nas, Rosjan, w naszym nieszczęściu. A teraz przyszła i na innych kolej. […] Nikomu złego nie życzę, ale gdy przekonają się, żeby nie było za późno, za późno…

– To znaczy, kiedy przekonają się?

Nie odpowiedział zrazu.

– Ja wiem. Wśród Rosjan też są tacy optymiści – co to mówią: „Naród został rosyjski, jakim był, tylko po wierzchu pociągnięty pleśnią bolszewicką”. Owszem, że zostało jeszcze trochę, nie przeczę, ale to, co jest na wierzchu, co rządzi, co działa, to nie pleśń, to już zupełnie nowa substancja, to bryła sowiecka. Uhum, ludzie, widzi pan, sądzą, że jak Pan Bóg spuści karę, to ją zaraz musi cofnąć. Jakby to tylko krótkoterminowe kary Pan Bóg uznawał; dlatego wielu jest takich nawet wśród wierzących: w niebo wierzą, a w piekło nie wierzą. A Pan Bóg, On mierzy wiekami. To wielkie złudzenie myśleć, że jak wydarzy się coś złego, to zaraz, jutro, już musi być naprawione, ku lepszemu pójść. Niestety, często tak bywa, że od jutra zaczyna się dopiero jeszcze gorsze. Ludzie muszą wycierpieć swoje. […]

– A co, zdaniem pana, krótko mówiąc, stanowi główną cechę, różniącą naród rosyjski od sowieckiego, jak go pan nazywa? – zapytał Paweł.

– Krótko mówiąc… Krótko nie można powiedzieć. A jeżeli pan chce krótko, to: wszystko! Wszystko różni. Bo co zostało wspólnego? Język, powie pan, i co jeszcze? Bagnet czterograniasty i bury szynel?.. Ja panu powiem, że nie ma w Europie dziś dwóch narodów tak do siebie niepodobnych, jak naród rosyjski i naród… sowiecki. Naród – to nie język, naród – to nie dusza, to jego tęsknoty, jego pieśni, jego literatura. Naród kształtuje się pod wpływem wychowania. Naród rosyjski, który dziś znamy, ukształtował się ostatecznie dopiero w XIX wieku. Pan zna literaturę rosyjską, prawda? A wie pan, kiedy Gogol pisał swego rewizora? Za czyjego panowania? Za panowania cara Mikołaja I. „Żandarmem Europy” nazywano tego cara. I oto ten „żandarm” pozwalał, żeby wystawiać sztukę, w której wszyscy: i urzędnicy, i cały system łącznie z żandarmami wykpiony był do nitki… Klasyczna literatura rosyjska – to tenże Gogol, Tołstoj, Dostojewski, Turgieniew, Czechow, Szczedrin… wszystko duch sprzeciwu, niezadowolenia, szukania prawdy, rozcinania włosa, duch wątpliwości ludzkiej. Chyba tylko jedna na sto książek literackich wydawanych w Rosji nie stawała po stronie uciśnionych i prześladowanych, nie krytykowała stanu istniejącego. A dziś nie ma takiej, która by nie deptała właśnie uciśnionych i nie wychwalała uprzywilejowanych, nie kłaniała się stanowi panującemu… […] Kiedyś zebrały się, bywało, trzy osoby przy wódce czy samowarze i pierwsza ich rozmowa, to była łajać władzę. Dziś zbierze się dwóch i zaraz piją zdrowie Stalina. Naród rosyjski kochał stepy i lasy, a sowiecki – kominy fabryczne. Naród rosyjski ciągle buntował się przeciw kajdanom, a sowiecki – nie tylko się nie buntuje, on je liże! Tak zwana „dusza rosyjska” – to była dusza buntu; dusza sowiecka – to dusza psiej uległości. Naród rosyjski, niech jemu to Pan Bóg zapomni, to był naród spiskowców, sowiecki – szpiclów i prowokatorów, i donosicieli! (…)

Chmury poszły sobie, i księżyc już więcej nie płynął, a stał w miejscu i mroził. A dobrze jest w lesie – powiedział. – Cicho, bezpiecznie. Pogrzebał kijem u nóg w zamarzłych liściach borówek i podjął już spokojniejszym tonem. – Pan nie pamięta, bo jeszcze był za młody, w roku 1912 w tym samym mieście, za panowania cesarza Mikołaja II, wieczna mu pamięć… W jakimś piśmie wydrukowano taki ustęp: „Gdy powstanie gniew narodu i spadnie w postaci pięści, z rządu carskiego mokrego miejsca nie zostanie!” Coś w tym guście. A jakże, był o to proces i wie pan, na co skazano redaktora?

– No?

– Na dwa tygodnie twierdzy. Na dwa tygodnie. Może pan sobie wyobrazić, co by się stało z takim, który by napisał: „Z rządu stalinowskiego nie zostanie mokrego miejsca”? […]

Droga prowadziła przez jar leśny. Staruszek szedł bez słowa, całą uwagę skupiając na swych krokach, które stawiał drobno i ostrożnie. Opierał się na lasce, to znów chwytał Pawła za ramię, żeby się nie pośliznąć. Zapadała noc. Paweł zaczynał się niecierpliwić, gdyż stary znacznie opóźniał tempo marszu, często się zatrzymując i odpoczywając na stojąco.

– Gdzie pan myśli nocować? – zapytał go.

– A u jednego z pańskich sąsiadów. Proszę mi wybaczyć, że nie powiem, u którego. Człowiek bojący, uhum […] (Józef Mackiewicz „Droga donikąd”)

A więc i archimandryta Serafim takoż ukrywał się „przed ruskimi” w Czarnym Borze. Ale nie tymi „swoimi”. Ukrywał się przed prześladującymi go Sowietami…

…Okupacje… Sowiecka, niemiecka, a potem znów sowiecka…

„Upokorzenie nie było wstrętne…”

„Tu spędziłem najprzyjemniejsze i najowocniejsze dla duszy chwile z całego okresu mojego życia. Nie tylko zrozumiałem, ale i doświadczyłem, co to znaczy samotność na łonie natury, w ciszy, naruszonej tylko śpiewem ptasząt i wyciem wiatru” – pisał ks. Sopoćko w swym „Dzienniku”, wspominając swój pobyt (dokładniej – ukrywanie się) w Czarnym Borze.

Natura, śpiew ptasząt, a nawet wycie wiatru wyciszały w nim burzliwe stany, udręki, skrzętnie przed światem zewnętrznym skrywane, które do jeszcze nie tak dawna szarpały mu duszę, zmuszały do stałego dokonywania obrachunku z sobą. Wszystko to powierzał „Dziennikowi”. Te zapiski komentuje jego biograf, ks. Henryk Ciereszko:

„Ważne miejsce w refleksji ks. Sopoćki nad sobą zajmuje problem pomiędzy pokorą i pychą, co może być przypuszczalnie oznaką wewnętrznej walki rozgrywającej się w jego życiu w owym czasie. To, co uderza najpierw w zapiskach, to pokora, z jaką autor surowo ocenia samego siebie. Dokonuje tego przy okazji refleksji nad wymogami, które stawiane są kapłanom: nieskazitelności obyczajów, wykształcenia, uprzejmości i ogłady oraz ogólnie doskonałości, przejawiającej się w pełnieniu woli Bożej i obojętności wobec rzeczy stworzonych. Szczególnie odnośnie do ostatniego przyznaje się, że należy do kapłanów, którzy w teorii pojmują potrzebę wolności wobec stworzeń, a w praktyce są ludźmi natury. Wyznaje, że za mało walczył z trzema źródłami grzechu (pożądliwością ciała, pożądliwością oczu i pychą żywota). Dlatego też oskarża się o brak zaufania do władzy, nawet – jak określa – o wątpliwą swą reputację oraz o brak wierności łaskom, świadomość czego niepokoi jego sumienie, wewnętrznie je nęka i zatruwa. Miotają nim raz uczucia gniewu i niechęci, poryw do wielkości i odznaczenia się czynami pełnymi poświęcenia i żarliwości o chwałę Bożą, to znów zbytnia czułość wobec siebie. Przyznaje, że ma trudności z wypracowaniem owej obojętności, stąd odwołuje się do ufności w Miłosierdzie Boga, a tym samym sugeruje, poprzez kontekst tegoż wyznania, iż na sobie polegać nie może. Z kolei na tle rozważań o okolicznościach zaparcia się św. Piotra i jego nawrócenia, jako obrazie postaw wielu spośród kapłanów, głęboko wnika w subtelności pychy, która staje się i przyczyną upadków, i źródłem wewnętrznych rozczarowań, albo – wbrew jej obietnicom – spłacana jest doznawaniem wzgardy od innych”.

Analizując własne życie, na tle św. Piotra, Sopoćko pisał: „Na paluszkach wzdętej pychy wznieść się pragnąłem ponad innych jeszcze na ławie szkolnej, wznosiłem się ponad Ciebie, obrażając Cię grzechami. Upokorzenie mi było wstrętne, uciekałem od niego. Lubiłem, gdy mnie chwalono. Za to teraz jestem słusznie wzgardzony i podeptany przez wszystkich. Jeszcze przychodzą marzenia pyszne, dogadzające miłości własnej, wyobraźnia roi w przyszłości rozmaite obrazy, które zatrzymuję i delektuję się, czasami mimo woli, dość często nieświadomie, ale wszystko to wskazuje na główny „fomes peccati”.

Pycha aż tak go nie dotykała – skomentuje te wyznania ks. Henryk Ciereszko – skoro odważał się na podobne zwierzenia, które należy raczej potraktować jako wyraz zwiększonej krytyczności wobec siebie: „Wskazane tu zwierzenia ks. Sopoćki o samym sobie, dotyczące problemu pychy w jego życiu, ukazują bardzo dojrzałe odniesienie do tego zagadnienia, rzeczową wiedzę duchową w tym względzie i – jak należy przypuszczać – o wiele większą wolność od podszeptów pychy, aniżeli sugeruje krytyczny zapis, jeśliby go dosłownie odczytać. Zwierzenia te świadczą przede wszystkim o wielkiej pokorze piszącego”.

Podobnie z pokorą. Wyznaje, że jest w nim jeszcze dużo buntu i chęci urządzenia wszystkiego według własnej woli. Wyrzuca sobie marnotrawienie czasu na zbędne rozważania tego, co minęło, czy zaprzątanie uwagi próżnymi myślami o przyszłości, gdy tymczasem ważna jest jedynie chwila obecna.

Siostry urszulanki – zawsze z sercem, pomocą

Refleksje te snuł w swym „Dzienniku” z okresu lat 1938-1939 podczas kuracji w Busku, a potem rekolekcji kapłańskich w Kalwarii podwileńskiej.

Aliści też przeszłości wiązanej z teraźniejszością nie da się wykreślić ani z myśli, ani z uczuć. Czas spędzany w czarnoborskim domku pod opieką troskliwych sióstr urszulanek znowu przenosi go w przeszłość. Tu, w Czarnym Borze, jeszcze wcześniej, w grudniu 1939 w okresie Bożego Narodzenia głosił siostrom rekolekcje w szczególnych okolicznościach, bo niejako w dowód wdzięczności za okazaną mu pomoc.

Grudzień 1939 przyniósł mu wiele niepowodzeń. 28 września 1939 kuria arcybiskupia mianowała go rektorem kościoła garnizonowego św. Ignacego, gdyż pracujący przy tym kościele kapelani wojskowi udali się razem z oddziałami na front. Bardzo się z tego cieszył. Posługiwał w kościele, który z takim trudem odbudowywał, a w którym wcześniej nie dane mu było tego czynić. Niestety, krótkie to było duszpasterzowanie. 1 grudnia tegoż roku abp Jałbrzykowski mianował rektorem w jego miejsce kapelana wojska litewskiego, ks. Józefa Panawę.15 grudnia1939 litewska administracja zamknęła Uniwersytet Stefana Batorego. Jak i wszyscy wykładowcy, ks. Sopoćko pozbawiony został państwowej pensji. Sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej, gdy wkrótce nastały bardzo silne mrozy, a z opałem miał poważne kłopoty. I wówczas na szczęście przyszły mu z pomocą siostry urszulanki i siostry Matki Bożej Miłosierdzia; zaopatrywały go, w miarę możności, w węgiel i drzewo do ogrzewania mieszkania.

Obraz Jezusa Miłosiernego, pierwsze konflikty…

Wszystko do tej pory w jego życiu i działaniach mocą jakichś „dziwnych przypadków” gdzieś u pomyślnych początków – nagle się urywało i cały jego trud szedł na manowce. Chociażby i „ta sprawa” z obrazem Jezusa Miłosiernego; przykrości, konflikty…

Mieszkał naonczas na ul. św. Anny 11/13 przy kościele św. Michała, gdzie wcześniej był rektorem. Odprawiał tam Msze święte, spowiadał, pomagał w innych posługach duszpasterskich. Rektorem kościoła i kapelanem sióstr był w tym czasie ojciec Salwator, bernardyn. Od 1937 roku w kościele św. Michała, na ścianie obok głównego ołtarza zawieszony był obraz Jezusa Miłosiernego autorstwa Eugeniusza Kazimirowskiego. Obraz był zawieszony z pozwolenia abp. Jałbrzykowskiego. W czasie większych uroczystości zapalano przy obrazie świece. Od czerwca 1940 roku, na prośbę wiernych, świece paliły się codziennie podczas Mszy świętej o godzinie 9. W uroczystość św. Michała złożono na ofiarę dużo świec, wyrażając życzenie, aby paliły się one przed obrazem przez całe dnie. Ojciec Salwator posądził księdza Sopoćkę o zainspirowanie tego „novum”. Udał się w tej sprawie do abp. Jałbrzykowskiego.Ten nakazał nie tylko nie palić świec, ale i sam obraz przenieść z głównego ołtarza na boczną ścianę. Ponadto, nakazał również usunąć umieszczone przy nim liczne wota. 28 grudnia 1940 roku siostry bernardynki przeniosły obraz (został on przy tym poważnie uszkodzony). Ojciec Salwator był w tym czasie nieobecny. Po przeniesieniu obrazu wierni zgłosili swe niezadowolenie ojcu Salwatorowi. Ten z kolei zaczął robić przykrości ks. Sopoćce. Doszło do tego, że o. Salwator zabronił ks. Sopoćce udziału w rezurekcyjnej procesji wielkanocnej. Stało się to wobec zgromadzonych wiernych. Gdy ksiądz Sopoćko podjął próbę włączenia się w procesję, usłyszał skierowane do siebie słowa o. Salwatora: „Jeżeli ksiądz nie opuści procesji, ja zrzucam kapę i nie będę celebrować”. Ks. Sopoćko usunął się do stalli, gdzie pozostał do końca nabożeństwa. Gdy następnego dnia chciał przywitać się z o. Salwatorem, ten odpalił mu ostro, aby go nie denerwował. Dopiero po pewnym czasie ks. Sopoćko dowiedział się, że kapelan dostał upomnienie od swego prowincjała, i że posądza on ks. Sopoćkę o oskarżenie go przed prowincjałem. Tymczasem ks. Sopoćko żadnych posunięć w tym kierunku nie robił. Po tych incydentach abp Jałbrzykowski skierował do ks. Sopoćki w dniu 24 maja 1941 roku pismo nakazujące zaprzestania odprawiania przez niego Mszy świętych w kościele św. Michała. Od tego czasu ks. Sopoćko zaczął sprawować Msze święte w pobernardyńskim kościele św. Franciszka. Decyzję abp. Jałbrzykowskiego przyjął nawet z uczuciem ulgi. Zbyt wiele bolesnych doświadczeń miał „z tym kościołem” jeszcze w latach wcześniejszych. A było tak.

Intrygi, nieuczciwość sióstr bernardynek

8 czerwca 1934 abp Jałbrzykowski mianował ks. Sopoćkę rektorem kościoła św. Michała, przy którym znajdował się klasztor sióstr bernardynek. Do nominacji tej przyczyniły się same siostry, u których ks. Sopoćko był spowiednikiem. Uwielbiały go, nazywały „świętym księdzem”, niejednokrotnie upraszały, by został ich kapelanem. On natomiast całkiem nie palił się do tej misji. Przyjął tę nominację z rąk arcybiskupa w duchu posłuszeństwa, acz i z dużymi wewnętrznymi oporami. Przy kościele św. Michała zamieszkał dopiero od 1 listopada 1934. „Jego ociąganie się i niechętne przyjmowanie tej funkcji wynikało z przeczucia i najprawdopodobniej z pewnego już doświadczenia, wskazującego na niedogodność, a nawet pewną niestosowność pełnienia jednocześnie roli spowiednika i kapelana w tymże samym domu zakonnym […] Jego przewidywania rzeczywiście się spełnily. Jako rektor kościoła i kapelan sióstr doświadczył wielu trudności w swej posłudze” (ks. Henryk Ciereszko).

Jako rektor kościoła zabrał się od razu do wyremontowania kościoła i klasztoru, do czego przyczynił się także materialnie. W ramach tych prac cennym dziełem było odnowienie cudownego obrazu Matki Bożej (tzw. sapieżyńskiej). Ale siostry bernardynki, które tak bardzo pragnęły, by został ich kapelanem – obecnie już od początku jego posługi przy tym kościele – okazały całkowitą obojętność w odniesieniu do jego osoby. Nie udostępniły należnego mu mieszkania, ale wyznaczyły mu pomieszczenia w nowicjacie. Wymagały one gruntownego remontu i odpowiednich zabiegów, by je dostosować do warunków mieszkaniowych. Siostry oświadczyły, że nie są w stanie ponieść kosztów remontu, więc ks. Sopoćko został zmuszony dokonać tego z własnych środków. Siostry poprosiły go o przeprowadzenie remontu również kościoła i klasztoru. Sytuacja się powtórzyła: siostry oświadczyły, że nie mają na to środków. Obiecały jedynie, że jeśli ks. Sopoćko wniesie własne koszty, to w zamian będzie on mógł dla swych celów wydzierżawić nieodpłatnie jedno skrzydło klasztoru, aż do odzyskania swego wkładu. Propozycję takiego rozwiązania zatwierdził ustnie abp Jałbrzykowski, zlecając jednocześnie, by siostry formalnie zawarły umowę z ks. Sopoćką wobec diecezjalnej komisji administracyjnej. Ale siostrom z zawarciem tej umowy wcale się nie śpieszyło. Ksiądz Sopoćko, przypisując to na karb ich niezaradności, naglony potrzebą jak najszybszego ratowania niszczejących zabytkowych budowli, zabrał się do remontu, mając pewność, że umowa zostanie niebawem zawarta. Ale siostry formalnie jej nie zawarły. Po zakończeniu remontu zdobyły się jedynie na podziękowanie ks. Sopoćce, natomiast o wcześniejszych obietnicach nie wspomniały ani słowem. W tej sytuacji ks. Sopoćko odwołał się do komisji administracyjnej. Komisja zażądała aktu umowy potwierdzonej przez arcybiskupa, a takowy akt, niestety, nie istniał. (Później się okazało, że za niekorzystnymi dla ks. Sopoćki decyzjami komisji administracyjnej kryły się pewne ciche układy personalne, w które uwikłane były także niektóre z sióstr bernardynek).

Ks. Sopoćko wniósł prośbę do abp. Jałbrzykowskiego o zwolnienie go z funkcji kapelana. Ale arcybiskup uważał, że nie ma on podstaw do odwołania ks. Sopoćki z tej funkcji, tłumacząc, iż mianował go rektorem kościoła, a nie kapelanem. Domyślając się jednak co w tej trawie piszczy, abp Jałbrzykowski wysłał swego przedstawiciela dla zbadania sytuacji w klasztorze. Wysłannik wyraźnie chciał zatuszować sprawę. W jego opinii przyczyn konfliktu trzeba doszukiwać się w osobowości ks. Sopoćki. Po pewnym czasie wyszło jednak na jaw, że i wcześniej, przed objęciem posługi kapelana przez ks. Sopoćkę, istniały pewne zastrzeżenia wobec sióstr.

Nie wydano niestety jasnego osądu potwierdzającego słuszność postawy ks. Sopoćki, co odpowiednio odbiło się na opinii o nim. Odbiło się to takoż na sprawie przyznania mu tytułu profesora na Wydziale Teologicznym USB. Podobnie zachowała się komisja administracyjna, odżegnując się od wydania rozstrzygającej decyzji odnośnie odzyskania przez ks. Sopoćkę kosztów wniesionych w remont kościoła i klasztoru. Siostry natomiast wycofały wszelkie swe zobowiązania wobec ks. Sopoćki, przysługujące mu z racji obsługi kościoła i funkcji kapelana. Nadto – usilnie prosiły abp. Jałbrzykowskiego o odwołanie ks. Sopoćki ze stanowiska rektora kościoła św. Michała. Arcybiskup jednakże nie przychylił się do tej prośby. Zaproponował on, żeby ks. Sopoćko sam poprosił o przeniesienie lub zmianę. Ks. Sopoćko jednak uznał, że takie rozwiązanie oznaczałoby jego wycofanie się z krzywdzącej go sytuacji, czyli bezpodstawną kapitulację. Toteż decyzję pozostawił abp. Jałbrzykowskiemu. Na ewentualne odejście ks. Sopoćko godził się pod warunkiem, że kuria ureguluje długi związane z remontem kościoła i klasztoru, bowiem pieniądze włożone w remont były przeznaczone głównie na budowę planowanego kościoła Miłosierdzia Bożego (dlatego Sopoćce tak bardzo zależało na ich odzyskaniu).

Kierowanie Bractwem św. Michała Archanioła: przeżycia, przykrości…

Ostatecznie nie zapadły żadne rozstrzygające decyzje i ks. Sopoćko zmuszony był pozostawać przez kilka lat w wielce skomplikowanej dla siebie roli, znosząc różne przykrości od sióstr bernardynek.

Podobnie było z prowadzeniem przez ks. Sopoćkę Bractwa św. Michała Archanioła. Bractwo to istniało przy kościele św. Michała już od końca XVII wieku, aż do zamknięcia kościoła. W dniu 13 lutego 1934 abp Romuald Jałbrzykowski na powrót je reaktywował. Ks. Sopoćko, jako rektor kościoła, został jednocześnie promotorem tegoż bractwa. Było ono naonczas zaledwie w stanie zalążkowym, toteż ks. Sopoćce przypadł praktycznie trudny obowiązek wskrzeszania jego działalności, a potem kierowania nim przez kolejne lata. Włożył w to dzieło (jak sam pisze w swym „Dzienniku”) ogrom wysiłku, poświęcił mnóstwo czasu, doznając przy tym także mnóstwa przykrości. Pod datą 8 września 1937 ks. Sopoćko zapisał w swym „Dzienniku”: „Przypominam trudne do przeżycia chwile, dni, miesiące w ostatnich 3 latach i dziękuję Bogu, że się w nich nie załamałem dzięki opiece NMP. Obecnie również trudności te są bardzo wielkie, ale się już do nich przyzwyczaiłem, z nimi zżyłem, a nawet je ukochałem i nie chciałbym z nimi się rozstać. Teraz rozumiem i odczuwam, co powiedziała św. Teresa: „Albo cierpieć, albo umrzeć”. Jakkolwiek w naturze budzi się mimowolnie niechęć do sprawców tych trudności, to rozumowo czuję im wdzięczność; są bowiem narzędziem w ręku Ojca Niebieskiego. Na tę wdzięczność można zdobyć się tylko przy pomocy Tego, który powiedział na krzyżu: „Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią”.

Świadkiem trudnych doświadczeń życiowych ks. Sopoćki w tamtym okresie był ks. Józef Grasewicz. Był on wikariuszem w kościele Serca Jezusowego w Wilnie, a potem, gdy został redaktorem pisma „Tygodnik Katolicki – Nasz Przyjaciel”, zamieszkał na pół roku u ks. Sopoćki. W swoich „Wspomnieniach” ks. Józef Grasewicz napisze: „Miał on [ks. Sopoćko] w tym czasie ciężkie przeżycie, słyszałem przez drzwi pokoju, jak często wzdychał półgłosem „Boże mój”, „Jezu mój”.

O tamtych nabrzmiałych w przykre wydarzenia latach posługi przy kościele św. Michała ks. Sopoćko napisze potem we wspomnieniach o matce Urszuli Ledóchowskiej: „W kilkanaście lat później znalazłem się jeszcze w trudniejszych warunkach (1935-1938), dla ogółu nieznanych, z których przed nikim prawie się nie zwierzałem”. Oględnie, w półsłówkach pisał o nich w listach do siostry Faustyny. Ale największą jego powierniczką była matka Urszula, która w tamtym czasie odwiedzała swe siostry w Wilnie. Znał ją jeszcze ze spotkań w Pniewach w latach 20. Jej to w osobistej rozmowie zwierzył się ze swojej sytuacji, znajdując zrozumienie i cenną poradę.

Położona sprawa budowy kościoła pw. Miłosierdzia Bożego

…A z tą budową kościoła pw. Miłosierdzia Bożego w Wilnie – jak było? Niby dobry początek i… jakże niepomyślny finał.

Sprawa budowy świątyni wyszła z inicjatywy ks. Sopoćki. Zwrócił się on z tym do abp. Jałbrzykowskiego. W 1937 roku arcybiskup wyraził zgodę na podjęcie zabiegów u władz miasta o uzyskanie placu pod budowę. Ks. Sopoćko proponował zbudowanie świątyni w dzielnicy Śnipiszki, pomiędzy ulicami Kalwaryjską i Werkowską. Mieszkańców tej dzielnicy poprosił o petycję. Zebrano ponad tysiąc podpisów. Prośba została przyjęta, ale z odpowiedzią długi czas było cicho. Ks. Sopoćko, nie zwlekając, zorganizował komitet budowy kościoła. W kwietniu 1938 został on zatwierdzony przez abp. Jałbrzykowskiego, w maju tegoż roku przez wojewodę wileńskiego – jako Komitet Budowy Kościoła Miłosierdzia Bożego w Wilnie. Przyjęto jego statut, zaś ks. Sopoćkę wyznaczono delegatem arcybiskupa metropolity do tego komitetu. Ks. Sopoćko, dysponujący takimi uprawnieniami, zaczął bardziej zdecydowanie alarmować władze w tej sprawie. Okazało się, że długo trwały ustalenia komisji urbanizacyjnej. Poszukiwano odpowiedniej lokalizacji kościoła.

Chodziło o to, by znalazł się on w najbardziej eksponowanym miejscu, widocznym z perspektywy skierowanych ku niemu ulic. Ostatecznie komisja doszła do wniosku, że najbardziej nadaje się ku temu plac przy ul. Kalwaryjskiej. Ten sam plac, proponowany wcześniej przez ks. Sopoćkę. Ale komisja musiała długo to „ustalać, wyciągać wnioski” et cetera.

Na decyzję o oddanie tego terenu pod budowę czekano do końca 1938 roku. Wreszcie miasto przekazało go nieodpłatnie na zbożny cel. Na początku 1939 roku ogłoszono konkurs na projekt inżyniera F. Polkowskiego, profesora Politechniki Warszawskiej, z klauzulą o konieczności niektórych dopracowań w porozumieniu z inwestorem. Odtąd rozpoczęły się konsultacje ks. Sopoćki z Polkowskim. Trwały one do lipca. Wreszcie można już było przekazać plany inżynierowi, wykonawcy robót. W tym czasie komitet zabiegał o uzyskanie środków na zakup materiałów i na prace budowlanych. Z zebranych wcześniej funduszy komitet zakupił 160 tys. sztuk cegły. W jesieni zamierzano rozpocząć prace przy wykopach i zakładaniu fundamentów. Tymczasem 17 września do Wilna wkroczyły wojska sowieckie. O oficjalnej budowie już nie mogło być mowy. W tej sytuacji ks. Sopoćko podjął decyzję przekwalifikowania budowy z kościoła na Dom Miłosierdzia, z nadzieją, że taki projekt sowiecka władza zaaprobuje. I owszem, zaakceptowała, ale wkrótce się rozmyśliła; wniosła zastrzeżenia i zalecenia, aby wykonać nowy projekt.

W marcu 1940 zmieniony projekt ponownie przedstawiono władzom miejskim. Tym razem litewskim. Te jednakże go nie zatwierdziły i odmówiły pozwolenia na budowę Domu Miłosierdzia. Zakazały również działalności Komitetowi Budowy. Wobec niewyrażenia zgody władz świeckich, również ze strony Kościoła przyszło rozporządzenie nakazujące powstrzymać się z budową. Zakupioną przez Komitet Budowy cegłę Sowieci zarekwirowali na budowę schronów, resztę rozkradła ludność cywilna. Sprawa budowy kościoła upadła.

Uratowana przed łapanką czarnoborska młodzież

Pod ciężarem przeżyć moralnych ks. Sopoćko omal się nie załamał. Natomiast w sytuacjach na zewnątrz, ekstremalnych, zawsze potrafił zachować zimną krew, odwagę. Tak było podczas łapanki w Czarnym Borze. Zdarzyło się to jeszcze przed okresem jego ukrywania się, w uroczystość św. Apostołów Piotra i Pawła, 29 czerwca 1941 roku. Odprawiał wtedy Mszę świętą w kaplicy sióstr. W jej trakcie powiadomiono go, że Niemcy zabierają młodzież, by wywieźć ją na przymusowe roboty. Kazał wtedy siostrom wyprowadzić młodych ludzi i ukryć, zaś sam, zachowując spokój, w kazaniu dodawał otuchy zgromadzonym w kaplicy wiernym. Odwaga, opanowanie i zawierzenia Bogu w postawie i słowach ks. Sopoćki, podtrzymały na duchu zagrożonych łapanką. Ukryta młodzież została uratowana. Niemcy wylegitymowali tylko niektóre starsze osoby i nikogo nie zabrali.

W takich i podobnych sytuacjach nie zauważało się u niego oznak załamania, przygnębienia czy zniechęcenia.

Siostry ukrywające się razem z nim w Czarnym Borze, w swych późniejszych wspomnieniach pisały o tym, że ks. Sopoćko bardzo żałował księży profesorów, skazanych na ciężkie prace w obozie na Litwie. Odnosiły wrażenie, że rad byłby znaleźć się pośród internowanych kolegów i razem z nimi dzielić ich trudy.

Krewni, rodzina: radości i problemy

Stąd też, z Czarnego Boru troskliwą myślą wybiegał do swych krewnych. „Ksiądz Sopoćko pozostawał zawsze, o ile tylko pozwalały na to zewnętrzne okoliczności, w kontakcie ze swym rodzeństwem i ich rodzinami. W duchu kapłańskim interesował się ich religijnością, starał się wpływać na ich postępowanie, wspierał duchowo i materialnie” – pisze jego biograf ks. Henryk Ciereszko. Gdy w 1924 roku ks. Sopoćko znalazł się w Wilnie, kontakt z krewnymi stał się łatwiejszy. Częściej można było ich odwiedzać, a i oni mogli przyjeżdżać do Wilna. Bracia, mimo jego pomocy, w dalszym ciągu przeżywali trudności materialne, wynikające z własnej niezaradności. Niejednokrotnie też przysparzali zmartwień i przykrości z powodu swych postaw. Jeszcze trudniejsza była sytuacja siostry Zofii. Po śmierci męża sama musiała wychowywać dzieci. Umieszczone wcześniej przez ks. Sopoćkę w ochronkach, a starsze w szkołach, nadal kontynuowały swe kształcenie dzięki jego pomocy i tylko dzięki niemu mogły ukończyć szkoły i zdobyć zawody. Jeden z siostrzeńców, Stefan Grzybowski, po zdobyciu matury dostał się na studia w Poznaniu, ale niestety niebawem zmarł z gruźlicy. Drugi siostrzeniec, Józef, ukończył Państwową Średnią Szkołę Ogrodniczą w Wilnie i podjął pracę. Podobnie Mieczysław i najmłodszy – Wacław z pomocą swego wuja zdobyli wykształcenie, a Wacław ponadto, jego staraniem, po ukończeniu Średniej Szkoły Rolniczej w Żyrowicach, uzyskał pierwszą posadę w majątku Glinciszki pod Wilnem. Ksiądz Sopoćko roztaczał swą opiekę także nad trójką dzieci przyrodniego brata – Ignacego i czterema córkami brata Piotra.

„W pamięci krewnych pozostały spotkania z wujem w ich rodzinnych domach czy też podczas odwiedzin u niego w Wilnie. Były one zawsze okazją do podzielenia się radościami i troskami codziennego życia. Ksiądz Michał potrafił cierpliwie wsłuchiwać się w przedstawiane mu kłopoty, a potem szczerze radzić, jak je pokonać. Pytał, czy mają co jeść, czy mają w co się ubrać, jak układa się współżycie z sąsiadami. Podtrzymywał na duchu w trudnościach, uczył zaufania Bogu, wspierał swą modlitwą. Jeśli były jakieś potrzeby ze strony rodziny, a zwrócono się do niego o pomoc, nigdy nie odmawiał. Gdy zachodziło zaś coś niestosownego w życiu rodziny, życzliwie napominał. W tym względzie był bardzo stanowczy, co niejednokrotnie było dla niego źródłem osobistych przykrości. Mimo to nie zaprzestawał pomocy, a jeszcze bardziej otwierał się na potrzeby rodziny. Jego stanowczość, a zarazem cierpliwość w wysiłkach nad doprowadzeniem do odmiany postępowania przynosiły owoce. Tak było w wypadku niektórych siostrzeńców, którzy w młodzieńczym wieku nie zawsze zachowywali odpowiednie moralne postawy” (ks. Henryk Ciereszko).

We wspomnieniach krewnych o ks. Sopoćce w tamtym okresie ukazuje się on jako człowiek prostolinijny, serdeczny, skromny. Zauważało się u niego zamiłowanie do przyrody. Lubił odpoczywać na łonie natury. Nieraz pomagał w pracach gospodarskich. Był oszczędny, nie wymagający. Wiedzieli również, że poza troską o nich, jako jego krewnych, wspierał takoż innych potrzebujących, zwłaszcza uczniów i studentów.

Zaangażowanie ks. Sopoćki w sprawy rodzeństwa i ich rodzin, choć wymagało dodatkowego trudu, nawet nie zawsze docenionego i przynoszącego oczekiwane wyniki, miało jednak bardzo istotne znaczenie dla ich przyszłych dróg życiowych. Z wdzięcznością wspominali później swego wuja, dzięki któremu mogli właściwie ułożyć swoje życie.

Najmłodszy z tych siostrzeńców, Wacław Grzybowski (ten, który przed wojną pracował w podwileńskim majątku Glinciszki), napisze: „Krzewił [ks. Sopoćko] w rodzinie religijność i antyalkoholizm. Zalecał częste przystępowanie do Komunii św. i wspólne modlitwy. W większości wypadków przyjęły się te zwyczaje w rodzinach i kontynuowane są obecnie. Jedyną pociechą w swojej pracy apostolskiej w rodzinie było wstąpienie dwu bratanic, córek Piotra, do zakonu. Na ile miałem możność poznać swego ks. wujka w przeciągu 50 lat dorywczego z nim obcowania, wywierał na mnie duże wrażenie, że jest kapłanem w całym tego słowa znaczeniu. Mogę się nawet poszczycić, że byłem częściowo jego wychowankiem i skutki tego pozostawiły wpływ na całe moje życie”.

…Wiosną 2008 jedna z tych dwu bratanic ks. Sopoćki, siostra Bernadeta, wraz z grupą zakonnic z Białegostoku odwiedziła kościoły Wilna, w których jej wuj pełnił posługi kapłańskie, uczestniczyła we Mszy św. w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego (byłym kościele pw. św. Trójcy, w którym ks. Sopoćko głosił kazania), odwiedziła takoż Czarny Bór. Niestety, nie ma tam już domu, „Opatrzności”, w którym ks. Sopoćko jako „Wacław Rodziewicz” się ukrywał…

7.

Ola, po wyjściu męża stała jeszcze jakiś czas w otwartych drzwiach jak skamieniała. Potem rzuciła się w głąb izby, porwała bez słowa swą dużą, siedmioletnią córeczkę na ręce; była za ciężka, więc postawiła ją z powrotem i ciągnąc za sobą pobiegła do sąsiedniej chaty swej zamężnej siostry.

– Mania! Mego zabrali! – krzyknęła od progu. Mała Krysia, ledwo mogąc nadążyć za matką, rozpłakała się.

– Jak?! Kiedy?! – zawołała siostra od pieca, pchając szuflę z ciastem chlebowym w rozpalony otwór. Jej córeczka, rówieśniczka Krysi, też zaczęła płakać. – Cicho, dzieci!

– Poprowadzili!… Już nie zobaczę!… Bożków chłopak przyszedł i wezwał. Boże mój, Boże!… – Zawodziła po babsku, rozdzierająco i zgrzytliwie.

Mania, spotniała przy piecu, odgarnęła włosy z czoła, wytarła ręce w fartuch i zaczęła rozpytywać, z emocji zapominając o zasunięciu blachą otworu paleniska. Przeszła długa chwila zanim mogła coś wyrozumieć z oderwanych okrzyków i zawodzeń siostry.

– Co robić?! Manieczka?! Przyszedł i wezwał!… Zasuń blachą piec, Mania. Co robić?

– Ach, Boże, zapomniałam z tego strachu. A ty jemu dała choć czego na… – urwała. Chciała powiedzieć „na drogę”.

– Nic nie dała! Mania! Co robić?! Boże mój, Boże! U mnie ręce trzęsą się! Żeby ich, tych!…

– Cicho, nie krzycz. Dzieci, precz z izby! Idźcie bawić się.

W tej chwili kura rozgdakała się w sionkach po zniesieniu jajka. Ola zaczęła szlochać wielkim głosem, a łzy spływały jej po twarzy, nie wycierane, tworząc na policzkach mokre smugi. Później obydwie kobiety zaczęły mówić jedna przez drugą, niby to radzić, ale wszystkie rady były właściwie bezradne. Mania powróciła do wypowiedzianego w pierwszym odruchu zdania i nie widziała innego wyjścia niż żeby spakować najpotrzebniejsze rzeczy i trochę jedzenia, lecieć do sielsowietu, póki nie za późno, i doręczyć Antoniemu zanim go powiozą do więzienia.

Za oknem słychać było śmiechy dziewczynek. Ola machinalnie podeszła do okna i nagle urwała w pół szlochu… Sekundę stała jak wryta, a później krzyknęła: „Wraca!!!”

Mania doskoczyła do okna, wyglądając ponad jej ramię.

Istotnie, między sosnami, na wrzosach, rysowała się sylwetka Antoniego, który szedł szybkim, z daleka mogło się zdawać, wesołym krokiem.

– Wraca! Matko Przenajświętsza! – Ola skoczyła do drzwi, gdy z nagłą decyzją zawróciła, poszukała oczami po ścianie i padła na kolana przed popularną litografią Chrystusa o płonącym sercu, która wisiała w rogu izby. – W imię Ojca i Syna, i Ducha…

– Mama! Tatuś wraca!… – wpadła do izby Krysia i zatrzymała się, przenosząc wzrok matki na święty obraz tak jej dobrze znany, na którym Chrystus z kamiennie łagodnym wyrazem wskazywał na promieniste serce, podobne do zabawki choinkowej. Ciotka ujęła ją delikatnie za łokcie z tyłu i szepnęła: A ty by też uklękła i podziękowała Panu Jezusu…

* * *

Rymaszewski zbył kilku słowami pytania kobiet, oświadczył, że wszystko w porządku, spojrzał na swą chatę radosnymi oczyma, jakby mu ją kto podarował na nowo. Pod wieczór przyniósł samogonu i zaprosił Andrzeja Bożka.

Gdy podpili już sobie dobrze, Antoniego opanowała rzewna czułość. W tej chwili chciałby naprawdę coś bezinteresownego zrobić dla Bożka, wygodzić mu, okazać przyjaźń, sam zresztą nie wiedział, jak by nawet po trzeźwemu sformułować podobne uczucie względem bliźniego, gdy się chce komuś koniecznie oddać choćby jakąkolwiek usługę. „Co mu takiego powiedzieć w zaufaniu najszczerszym?”… Próbował zebrać myśli, ale one leciały szumiącym w głowie strumieniem alkoholu i wszystkie wydały się błahe, splątane… Naturalnie, że Czemodanow miał słuszność, on, Antoni, istotnie dużo wiedział… Wiedział na przykład, że szwagier, mąż Mani, handluje potajemnie świniami i sprzedaje mięso po cenach spekulacyjnych na czarnym rynku… Że starego kłusownika Sosnowskiego z zaścianka Borowiki, podejrzewają, że ukrył dubeltówkę, którą posiadał kiedyś… Że Stankiewicz, nie nie Jan, ale Adam Stankiewicz z Nowosiołek był kiedyś wachmistrzem w żandarmerii, a zameldował, że był kapralem w ułanach… Że… I nagle, jak to bywa po pijanemu, niespodziewanie dla siebie samego, przechylił się przez stół, i głośnym szeptem, którego nie mógł opanować, zaczął zwierzać Bożkowi, że Paweł i Weronika… Weronika, żona Rojkiewicza…

Ola, która usługiwała przy stole, odezwała się z udaną naganą w głosie:

– Ot, też, mężczyźni! Babskimi plotkami zajmują się… – w rzeczywistości jednak rada była, że mąż nie porusza poważniejszych tematów. (Józef Mackiewicz „Droga donikąd”).

To – jeden z czarnoborskich obrazków z czasów sowieckiej okupacji, utrwalony w słynnej powieści Józefa Mackiewicza, w której wszystko jest autentyczne – ludzie, zdarzenia, rzeczy, nazwy okolicznych wsi. Antoni Rymaszewski, który w trymiga zgodził się być konfidentem NKGB. Jego rodzina – żona Ola i córeczka Krysia. Siostra żony Mania i jej mąż, którego Rymaszewski – ze szczęścia, że po „wizycie” w sielsowiecie jednak wrócił do domu – gotów był w każdej chwili „sprzedać”… Andrzej Bożek – bliski sąsiad Rymaszewskiego. Bożek był synem kułaka, co nie stało na przeszkodzie, by został sekretarzem sielsowietu. Władze sowieckie uwzględniły jego zdolności organizatorskie. Jeszcze do niedawna Bożek był wiceprzewodniczącym wiejskiego koła Związku Młodzieży Katolickiej. Z chwilą wkroczenia bolszewików z zapałem przerzucił się do działalności społeczno-politycznej nowego obozu.

…W domach – święte obrazy, a na domach – czerwone flagi wywieszane z okazji świąt sowieckich…

W cytowanym wyżej fragmencie powieści Józefa Mackiewicza, zwraca uwagę popularna litografia Chrystusa o płonącym sercu, zawieszona w rogu izby Mani. Podobne – wisiały niemal w każdej wiejskiej izbie. Mackiewicz nigdzie nie wspomina o litografii Chrystusa Miłosiernego z wizji s. Faustyny Kowalskiej. Obraz pędzla Kazimirowskiego, okryty pierwotnie tajemnicą nawet w samym Wilnie, zawędruje do tych tu domów w Puszczy Rudnickiej nieco później. Nieco później, czyli „za Niemców”, gdy będzie się tu ukrywał „Wacław Rodziewicz” – czyli ks. Michał Sopoćko.

Niebezpieczne wizyty w domku „Wacława Rodziewicza”

W Puszczy Rudnickiej działały polskie oddziały partyzanckie, usadowili się tu takoż sowieccy spadochroniarze. Zdarzało się, iż czasami ci „ludzie z lasu” pojawiali się w domu, w którym mieszkał „Wacław Rodziewicz”. Każde takie najście z zewnątrz groziło niebezpieczeństwem dekonspiracji księdza Sopoćki. Najniebezpieczniejsze były „odwiedziny” domu przez Niemców i litewską policję, ale i od „ruskich w puszczy” nie można było się spodziewać kurtuazyjnej wizyty. Świeże mu jeszcze były w pamięci prześladowania księży przez rządy sowieckie. On sam również został zagrożony represjami z powodu aktywnego duszpasterskiego zaangażowania, rozgłaszania prawdy o Miłosierdziu Bożym. Każdy jego krok był bacznie śledzony. Na temat Miłosierdzia Bożego niejednokrotnie przemawiał w Wilnie, często wyjeżdżał w teren: do Ławaryszek, Trok, Mejszagoły, Niemenczyna, Podborza, Ejszyszek, Połukni, Merecza, Oran, Koleśnik, Olity. Niebawem dosięgły go wieści, iż jest pilnie poszukiwany przez sowieckie służby bezpieczeństwa. Był więc zmuszony wyjechać w głąb Litwy, gdzie znów głosił prawdę o Miłosierdziu Bożym: w Olicie, Żyżmorach, Mereczu i in.

Za Sowietów, za szerzenie „tej prawdy” mógł być wywieziony w głąb Rosji. Obecnie, za Niemców, za pomoc udzieloną Żydom mógł podzielić los swych podopiecznych – w Ponarach…

…I odwiedziny osób sercu miłych

Ale zdarzały się w tym czarnoborskim domu także wizyty osób niezwykle jego sercu miłych. Przyjeżdżały siostry ze świeżo zawiązanego Zgromadzenia Służebnic Miłosierdzia Bożego, które był pozostawił w Wilnie pod opieką ks. Żebrowskiego. Przyjeżdżały potajemnie, narażając się na poważne niebezpieczeństwo. Osińska, Komorowska, Naborowska…

Zofia Komorowska – to „przypadek szczególny”. Mieszkała w Kownie. Na wiadomość o szerzeniu w Wilnie kultu Miłosierdzia Bożego, przyjechała do Wilna i zaczęła uczęszczać na konferencje wygłaszane przez ks. Sopoćkę. Jeszcze w Kownie Komorowska udzielała wydatnej pomocy Polakom, ukrywającym się na Litwie przed Sowietami. W Wilnie działała w Komitecie Pomocy miejscowym Polakom wspieranym przez Anglików. Aresztowana przez enkagebistów jesienią 1940, jako „szpionka” na rzecz Anglii, została skazana na 15 lat łagru. Wywożono ją do Rosji akurat w momencie napaści Niemiec na Sowiety. To ją uratowało, bo znajdowała się w tym zestawie pociągu, który pozostawili uciekający w popłochu Sowieci. To ocalenie w jej odczuciu, było wyrazem opieki Miłosierdzia Bożego, wyproszonej za wstawiennictwem ks. Sopoćki. Później w swych wspomnieniach Komorowska opisze spotkanie z ks. Sopoćką po jej szczęśliwym ocaleniu:

„Muszę powiedzieć, że byłam wstrząśnięta tym, jak mnie przywitał. Widziałam wtedy jego niesłychaną litość, niesłychane przejęcie tym, co kazał mi szczegółowo opowiedzieć. Pamiętam do dziś jego oczy patrzące bez izolacji tym razem, z głębi jego serca w danej chwili zupełnie otwartego”.

„Osobiście – zamknięty, na potrzeby innych – otwarty”

„Oczy patrzące bez izolacji tym razem…” Wspomnienia Zofii Komorowskiej są interesującym świadectwem wewnętrznego wizerunku ks. Sopoćki. Był człowiekiem dalekim od otaczającego go świata zewnętrznego, z trudem nawiązywał bezpośredni kontakt z ludźmi. Stwarzał wrażenie „człowieka skupionego, pokornego, rozmodlonego, ale jakby zupełnie izolowanego od innych osób”. A w innym miejscu Komorowska napisze:

„Był otaczany wielką czcią, miłością i autorytet jego był ogromny, trudno go było jednak lubić, bo był tak osobiście zamknięty, choć na potrzeby innych otwarty i bardzo serdeczny. Podchodził do innych zawsze z wielką litością, do każdego, choć sam był zawsze hermetycznie zamknięty. Wzruszające było to jego oddanie się idei Miłosierdzia Bożego, człowiek ten tą ideą żył! […] Myśmy wszyscy mieli bardzo wielką atencję, niesłychany szacunek dla niego, ale nigdy nie czuliśmy się z nim swobodnie, byliśmy zawsze wobec niego onieśmieleni. Nikt z nas nie umiał podchodzić do niego inaczej jak z pewnym dystansem, z obawą, żeby nie wdzierać się do jego „ja”, naruszając może przez to jego spokój. Może inni czuli to inaczej, ale moje wrażenie było, że to jest człowiek szalenie samotny, zamknięty bardzo mocno w swoim wnętrzu, a otwarty w stosunku do innych ogromnie na ich potrzeby, troski, problemy i cierpienia […] Miałam też wrażenie kogoś, kto dużo cierpi i przekonałam się później, że tak było. W stosunku do innych jego cechą było, że nigdy nikogo indywidualnie nie potępiał […], robił wrażenie, że chciałby każdemu pomóc, dźwignąć z tego co mogło być bólem czy grzechem”.

Jadwiga Osińska – pierwsza z sióstr nowego Zgromadzenia

Szczególnie musiały mu być miłe odwiedziny w Czarnym Borze Jadwigi Osińskiej. Była pierwszą osobą, która dała początek tworzącemu się w Wilnie Zgromadzeniu Sióstr Służebnic Miłosierdzia Bożego. Zainteresowały ją konferencje głoszone przez ks. Sopoćkę w różnych grupach i stowarzyszeniach katolickich. Prowadził je jeszcze przed wojną, z chwilą jej wybuchu przez pewien czas udawało mu się utrzymywać zebrania Związku Inteligencji Katolickiej i Sodalicji Mariańskiej Akademiczek. Odbywały się one raz w tygodniu w jego prywatnym mieszkaniu przy ul. św. Anny. Od 1939 roku zaczęła na nie uczęszczać Jadwiga Osińska, absolwentka filologii klasycznej USB. Aktywna, chętna do pomocy, inteligentna, posiadająca rozległą wiedzę. Ks. Sopoćko zaangażował ją w prace związane z planowaną budową kościoła pw. Miłosierdzia Bożego w Wilnie przy ul. Kalwaryjskiej. Nadto, Osińska, jako znawczyni języków klasycznych, okazała ks. Sopoćce dużo pomocy w przygotowywaniu rozprawy o Miłosierdziu Bożym. Pewnego razu zwierzyła się ks. Sopoćce o swoim zamierzeniu wstąpienia do zakonu. Podobną chęć wyraziły jej koleżanki, ale do tej pory nie odnalazły takiego zakonu, który by im odpowiadał.

15 października, w dniu swoich imienin, 1941 roku w kaplicy sióstr urszulanek na Skopówce, Osińska złożyła ślubowanie, przyjmując imię Faustyna. Drugą osobą, która wstąpiła do zakonu była Izabela Naborowska. W styczniu 1942 zgłosiły się do projektowanego zgromadzenia jeszcze dwie kandydatki – Ludmiła Roszko i Zofia Komorowska. W pierwszym dniu marca tegoż roku grono to powiększyło się o dwie następne – Jadwigę Malkiewicz i Adelę Alibekow. A już 3 marca ks. Sopoćko zagrożony aresztowaniem salwował się ucieczką do Czarnego Boru.

Od tej pory pisywał do nich, do Wilna obszerne listy-konferencje, czekał na ich odwiedziny. Z radością przyjął wiadomość, że ta „pierwsza szóstka” 11 kwietnia 1942, w sobotę, przed Niedzielą Przewodnią złożyła na ręce ks. Żebrowskiego pierwsze śluby prywatne w kaplicy Sióstr Karmelitanek Bosych w Wilnie. (Osińska, która takie śluby złożyła wcześniej, powtórzyła je obecnie razem z resztą współtowarzyszek).

Spełniły się zatem oczekiwania ks. Sopoćki i s. Faustyny Kowalskiej, której nie dane było tego zgromadzenia założyć.

Teraz myślami wybiegał do dnia jej śmierci, 5 października 1938. Z powodu zajęć seminaryjnych w Wilnie nie mógł pojechać do Łagiewnik, by uczestniczyć w jej pogrzebie. Przed jej odejściem z tego świata zdążył ją dwukrotnie odwiedzić. Przed pożegnaniem powiedziała mu trzy ważne rzeczy. Sopoćko odnotuje je w swoim „Dzienniku”:

„Mam nie ustawać w szerzeniu kultu Miłosierdzia Bożego, a w szczególności w dążeniu do ustanowienia święta w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Nigdy nie mogę powiedzieć, że uczyniłem dosyć. Choćby się spiętrzyły największe trudności, choćby się zdawało, że sam Bóg tego nie chce, nie można ustawać. Głębia bowiem Miłosierdzia Bożego jest niewyczerpana i nie wystarczy życia naszego na jego wysławianie […]

Następnie mówiła, że w sprawie zgromadzenia, ks. Sopoćko ma być raczej obojętny, że zacznie się ono od „małych rzeczy” i inicjatywa wyjdzie od innych. Na koniec wskazała, że ma on „mieć czystą intencję w całej tej sprawie i działalności. Nie szukać siebie, a tylko chwały Bożej i zbawienia bliźnich”. Ma być przygotowanym na trudności, opuszczenie, zawody, niewdzięczności, prześladowania, niepowodzenia, gorycz i smutek. Może się nawet zdarzyć, że w tych doświadczeniach, także na modlitwie, trudno mu będzie znaleźć pociechę, ale nie można ustawać!

To zgromadzenie miała założyć s. Faustyna Kowalska. Przed śmiercią godziła się z tym, że ma ono powstać bez jej bezpośredniego udziału. Że tak właśnie się stanie, ks. Sopoćko przeczuwał już za pierwszym razem odwiedzając ją na przełomie sierpnia i września 1938 w Krakowie, w szpitalu na Prądniku.

A potem, po miesiącu, 25 września udało mu się odwiedzić ją w domu zakonnym, w Łagiewnikach pod Krakowem. Tym razem nie była już w stanie prowadzić z nim dłuższej rozmowy. Powiedziała, że za dziesięć dni umrze (dokładniej – przepowiedziała, bo tak właśnie się stało). Dopiero wtedy (jak napisze ks. Sopoćko w swych wspomnieniach) „całkowicie skłonił się ku propagowanym przez nią ideom”. Uwierzył również w zjawisko nadprzyrodzone – o udzielenie jej w szpitalu Komunii św. przez Anioła.

„Nie było jeszcze sprawy Bożej, której nie zwalczałyby duchy ciemności”

…Anioł Jasny… I – Anioł Ciemny. Przysporzy on ks. Sopoćce mnóstwo cierpień, sprowadzi czarne chmury na ideę jego życia – szerzenie kultu Miłosierdzia Bożego. Tak zresztą okazało się już od samego początku. „Nie było jeszcze sprawy Bożej, której nie zwalczałyby duchy ciemności” – powie.

…Gdy się spotkał z nią pierwszy raz, tamtego pamiętnego lata 1933, doznał uczucia zażenowania. Wspominając to spotkanie zapisze w swoim „Dzienniku”: „Poznałem s. Faustynę w r. 1933, która od razu powiedziała, że zna mię od dawna i że mam być jej kierownikiem oraz ogłosić światu o Miłosierdziu Bożym”. Bliski znajomy ks. Sopoćki, Bolesław Szostało, z którym w czasie wojny ks. Sopoćko dzielił swoje mieszkanie, napisze o tym tak:

„Pytałem ks. Sopoćkę, jak się zetknął po raz pierwszy z Siostrą Faustyną. Mówił, że w kościele. Gdy spowiadał, weszły do kościoła zakonnice i jedna z nich spojrzawszy na niego zaczęła okazywać radość i uśmiechać się. Upomniana przez ks. Sopoćkę, powiedziała o swoich widzeniach, o braku zrozumienia u dotychczasowych spowiedników, o skardze swojej na to Panu Jezusowi i o prośbie o dobrego spowiednika. W odpowiedzi miał jej Pan Jezus wskazać na widzeniu ks. Sopoćkę i stąd ta radość na jego widok”.

„Nadszedł tydzień spowiedzi i ku mojej radości ujrzałam tego kapłana, którego już znałam wpierw, nim przyjechałam do Wilna. Znałam go w widzeniu. Wtem usłyszałam w duszy te słowa: „Oto wierny sługa mój, on ci dopomoże spełnić wolę moją tu na ziemi” – odnotuje s. Faustyna w swoich zapiskach. Czy już w czasie tej pierwszej spowiedzi całkowicie ujawniła przed ks. Sopoćką swe widzenia o jego przyszłej roli, jaką miał spełnić? Czy opowiedziała mu o wszystkich swych wstrząsających przeżyciach? Z zapisków w jej „Dzienniczku” wynika, że jednak nie od razu dała się poznać swemu spowiednikowi. „Przez pewien czas na spowiedziach nie odsłaniała do końca przed nim swej duszy, a nawet zamierzała nie spowiadać się u niego. To postępowanie wprowadziło w jej wnętrze wielki niepokój, zostało też zganione przez Boga, wskutek czego odsłoniła przed spowiednikiem całą swą duszę […] Podobnie ks. Sopoćko wspomina, że siostra dopiero po tygodniu zwierzyła się ze swych wewnętrznych przeżyć, które on początkowo zlekceważył, siostrę zaś poddał próbie. Z pewnym dystansem odniósł się także do jej oświadczeń, zgodnie z którymi miała ona od dawna znać go z widzenia, on zaś miał być jej kierownikiem duchowym i urzeczywistnić plany Boże, które mają być przez nią podane. Próba, której poddał s. Faustynę – ks. Sopoćko nie przekazał, na czym ona polegała – sprawiła, że siostra, za wiedzą przełożonej, zaczęła szukać innego spowiednika. Po pewnym czasie powróciła jednakże do ks. Sopoćki i oświadczyła, że zniesie wszystko, ale nie zrezygnuje z jego posługi”. (ks. Henryk Ciereszko)

Po przezwyciężeniu oporów związanych „z tą próbą”, s. Faustyna podczas spowiedzi u ks. Sopoćki zaczęła szeroko otwierać przed nim swe przeżycia, związane z widzeniami i nakazami Jezusa. Wciąż odnosił się do nich z dystansem, ale już tym razem ich nie lekceważył. Spowiedzi te przeciągały się, co wzbudzało zaciekawienie innych sióstr oczekujących na swoją kolej. Ks. Sopoćko nie zawsze też miał czas na wysłuchiwanie jej długich zwierzeń. Nakazał więc jej, by swe przeżycia spisywała i w takiej formie podawała mu je do przejrzenia. Siostra Faustyna, mimo wewnętrznych oporów, ten nakaz przyjęła. Nie miała odpowiedniego wykształcenia, pisanie szło jej z trudem, ponadto nie miała też ku temu warunków, bowiem pisała to w ukryciu przed współsiostrami, przed którymi nie ujawniała swych przeżyć.

Niejednokrotnie będzie potem zastanawiał się nad tym, jak potoczyłyby się losy odnośnie idei Miłosierdzia Bożego, gdyby nie nakazał jej naonczas prowadzenia „Dzienniczka”. A i potem, gdyby nie kazał jej go odtworzyć?

Gdy wiosną 1934 wyjechał z pielgrzymką do Ziemi Świętej, spaliła pod jego nieobecność zapisywane od kilku miesięcy kartki. Miała widzenie w postaci Anioła, który nakazał jej tak uczynić – tłumaczyła swój czyn – a gdy to wykonała, „Anioł znikł z szyderczym uśmiechem”. Ks. Sopoćko nakazał jej wtedy odtworzyć zniszczony tekst. W duchu posłuszeństwa, acz niechętnie, podjęła tę pracę – zbyt dla niej trudną, bowiem na bieżąco doznawała wciąż nowych przeżyć. Jej relacje się plątały, nakładały nawzajem, przez co zagubiona została chronologia. („Strzeżcie się Aniołów, są niebezpieczne” – Rilke).

Ks. Sopoćko, dopóki s. Faustyna była w Wilnie, miał stały wgląd w jej zapiski, nigdy jednak ich nie poprawiał (o czym później oświadczy urzędowo w obecności Kanclerza Kurii Arcybiskupiej w Białymstoku).

„Kolejne spowiedzi s. Faustyny w Białymstoku u ks. Sopoćki ujawniły jej bogate życie wewnętrzne, ale też rozterki co do autentyczności doświadczanych od kilku lat wizji, wewnętrznych natchnień i głosów. Siostra szukała pomocy w rozeznaniu swych stanów wewnętrznych, tym bardziej, że czuła się też przynaglana [przez Jezusa] żądaniem namalowania obrazu oraz ustanowienia święta ku czci Bożego Miłosierdzia. Ksiądz Sopoćko, chcąc wykluczyć ewentualność chorobliwego podłoża niezwykłych zjawisk w życiu siostry, postanowił zasięgnąć informacji co do jej osoby u przełożonej domu wileńskiego s. Ireny Krzyżanowskiej. Siostra przełożona była wtajemniczona w przeżycia s. Faustyny, gdyż ta sama jej się zwierzała i znajdowała u niej zrozumienie i oparcie. Wydała ona pozytywne świadectwo zarówno o postawie s. Faustyny, jak i o jej współżyciu we wspólnocie zakonnej oraz o ogólnym zachowaniu, które – jej zdaniem – nie zdradzało najmniejszych zaburzeń psychopatologicznych. Na prośbę ks. Sopoćki i za zgodą s. Ireny Krzyżanowskiej, która sama zajęła się tą sprawą, s. Faustyna poddana została też badaniu lekarskiemu, które potwierdziło dobry stan jej zdrowia psychicznego”. (ks. Henryk Ciereszko)

Niemniej, nawet po wyniku badań, ks. Sopoćko do całej „tej sprawy” wciąż podchodził z dużą rezerwą. Orzeczenie lekarskie wystawione przez dr Maciejewską niczego właściwie nowego nie wniosło. Obserwując s. Faustynę, sam już wcześniej doszedł do przekonania, że ma ona zdrowe, naturalne usposobienie, normalnie rozwijającą się uczuciowość. Cechowały ją roztropność i zdrowy osąd rzeczywistości. Zewnętrznie niczym się nie wyróżniała. Prosta dziewczyna, o ciężkich, spracowanych chłopskich rękach, rudowłosa, piegowata. Naturalna w relacjach z innymi osobami, daleka od udawania, fantazjowania, stwarzania aktorskich póz. Szczera, prawdomówna. Nigdy nie dawała nikomu odczuć, że doświadcza niezwykłych przeżyć. Wierzył jej, ufał, ale wciąż trapiły go obawy – czy aby nie są to tylko jej złudzenia. Sam natomiast stanął wobec wyjątkowego zadania. Jej nieprzeciętne życie duchowe, przeżycia, wizje, ponaglanie przez Jezusa i Jego żądania, w których już sama się gubiła i zadręczała, obarczały go – jako jej spowiednika i kierownika duchowego – odpowiedzialnością. Musiał jej pomóc i skierować ją na właściwe tory. Przede wszystkim skupił się na pracy nad jej duchowym rozwojem.

…A może w kontekście tej całej historii sięgnął do szuflady własnej pamięci, własnych wewnętrznych przeżyć, których doświadczył przed laty – wtedy w kowieńskiej katedrze: „Nie idź!” (powiedział mu Głos Wewnętrzny) – „Pójdź za mną!” (powiedział mu Jezus). Czy miał naonczas kogoś, przed kim mógł otworzyć swą duszę, zapytać o niejedną tajemnicę i jak sobie „z tymi głosami, widzeniami” poradzić?

Pomoc księdza Sopoćki siostrze Faustynie jako jej kierownika duchowego była nieoceniona. Później w swoim „Dzienniczku” s. Faustyna zapisze: „Lęk mnie teraz przejmuje, kiedy nieraz da się słyszeć, jak która dusza mówi, że nie ma spowiednika, czyli kierownika. Ponieważ wiem, jak wielkie szkody sama ponosiłam, kiedy nie miałam tej pomocy. Bez kierownika można zejść na manowce”. W innym miejscu o ks. Sopoćce napisała: „Kapłan ten jest kierowany przez Ducha Bożego, przeniknął tajemnice duszy mojej i najskrytsze tajemnice, które były pomiędzy mną a Bogiem”.

Obraz malowany z ciekawości

…A z tym obrazem – jak naprawdę było? Już w pierwszych spotkaniach z ks. Sopoćką s. Faustyna wyjawiła Jezusowe żądanie namalowania Jego wizerunku i ustanowienia święta. Wspominała często, prosiła, nalegała… A on? Wciąż nie był pewny, wciąż nie miał podstaw, by uwierzyć w autentyczność jej doznań. Żądania Pana Jezusa nazwał „rzekomymi”. Nie wierzył, ale w końcu uległ jej prośbom. Wyraźnie napisze o tym w swych „Wspomnieniach”: „…chodziło o urzeczywistnienie rzekomych stanowczych żądań Pana Jezusa, by namalować obraz, jaki siostra Faustyna widuje, oraz ustanowić święto Miłosierdzia Bożego w I niedzielę po Wielkanocy. Wreszcie wiedziony raczej ciekawością, jaki to będzie obraz, niż wiarą w prawdziwość widzeń s. Faustyny, postanowiłem przystąpić do malowania obrazu”.

O wykonanie obrazu poprosił sąsiada, malarza Eugeniusza Marcina Kazimirowskiego, mieszkającego obok niego przy ul. Rossa. Nie odkrył przed nim wszakże prawdziwego pochodzenia idei tego obrazu. A jako że obraz miał być malowany według osobistych wskazań przekazywanych przez s. Faustynę, wytłumaczył malarzowi, że siostra jest urodzoną artystką, ale bez fachowego wykształcenia i sama nie potrafi namalować noszonej w sobie wizji Chrystusa.

Od 2 stycznia 1934 s. Faustyna, za zgodą przełożonej, w towarzystwie jednej ze współsióstr, zaczęła przychodzić do malarza. Kazimirowski starał się malować obraz ściśle według wskazówek. Malowanie szło mu jak z kamienia. Przedstawiane na obrazie wyobrażenie Jezusa nie zadowalało oczekiwań siostry. Kazimirowski kilkakrotnie poprawiał obraz, aż w końcu poprosił ks. Sopoćkę, by ten zechciał pozować do obrazu, ubrany w białą albę, przyjmując postawę zgodnie ze wskazówkami siostry. Pisze ks. Henryk Ciereszko (na podstawie wspomnienia ks. Michała Sopoćki):

Malarzowi, zgodnie ze wskazówkami s. Faustyny, chodziło głównie o przedstawienie Jezusa w postaci idącej, ale jakby w momencie zatrzymywania się na powitanie kogoś. Stąd lewa noga miała być wysunięta do przodu, a prawa nieco zgięta w kolanie. Na stopach i dłoniach Jezusa miały być ukazane blizny. Cała postać miała być przedstawiona na ciemnym tle, w białej szacie, długiej i nieco u dołu sfałdowanej, przepasanej pasem. Prawą rękę Jezus miał mieć podniesioną do wysokości ramienia w geście błogosławieństwa. Dłoń winna być otwarta, a jej palce wyprostowane i swobodnie przylegające do siebie. Lewa ręka natomiast miała, przy pomocy dwóch palców dłoni – wielkiego i wskazującego – uchylać nieco szatę w okolicach serca, skąd wychodzić miały promienie w różnych kierunkach, ale głównie na patrzącego na obraz. Na prawo od patrzącego – promień blady, na lewo zaś – czerwony. Promienie powinny, jakby na kształt przerywanych smug, kierować się na widza i lekko na strony. Winny być przeźroczyste, tak by przez nie były widoczne pas i szata. Nasycenie promieni czerwienią i białością winno być największe u źródła, w okolicy serca, a następnie powoli się zmniejszać i rozpływać u ich końców. Wzrok Jezusa miał być skierowany nieco ku dołowi, jak to bywa wtedy, gdy stojąc patrzy się na punkt na ziemi, oddalony o kilka kroków. Wyraz zaś twarzy Jezusa łaskawy i miłosierny. Do obrazu miał być dołączony u dołu napis „Jezu, ufam Tobie”, zgodnie z żądaniem Jezusa z wizji siostry. Gdy zaś chodzi o nazwę obrazu, siostra zapytana o to przez ks. Sopoćkę, szukała odpowiedzi na modlitwie, w czasie której Jezus miał jej oznajmić, że pragnie On być nazwany w tym wizerunku Królem Miłosierdzia.

Istotnym dla treści obrazu i czymś dotychczas niespotykanym powszechnie w przedstawianiu postaci Jezusa było umieszczenie na obrazie dwóch promieni o konkretnych barwach, bladej i czerwonej, wychodzących spod uchylonej szaty na Jego piersi. Siostra, na zapytanie ks. Sopoćki, co oznaczają te promienie, nie potrafiła początkowo odpowiedzieć. Po jakimś czasie, najprawdopodobniej jeszcze w trakcie malowania obrazu, powiedziała, że otrzymała w czasie modlitwy wyjaśnienie od Jezusa. Promienie na obrazie oznaczają krew i wodę. Blady oznacza wodę, która usprawiedliwia duszę, a czerwony – krew, która jest życiem duszy. Promienie te wyszły z Jezusowego Serca, które zostało przebite na krzyżu. Osłaniają one duszę przed zagniewaniem Ojca Niebieskiego. Tego, kto będzie żył w ich cieniu, nie dosięgnie sprawiedliwa ręka Boga, a dusza, która będzie czcić ten obraz, nie zginie.

Dlaczego właśnie ks. Sopoćko pozował do obrazu?

S. Faustyna (jak będzie później wspominał ks. Sopoćko) szczególnie wielką wagę przywiązywała do poprawności obrazu. Tymczasem malarz przez kilka miesięcy nie potrafił spełnić jej oczekiwań. Dopiero pozowanie ks. Sopoćki ułatwiło mu pracę.

Ks. Henryk Ciereszko, wnikliwy biograf ks. Sopoćki stawia w tym miejscu uzasadnione pytanie: dlaczego Kazimirowski poprosił nie kogo innego, ale właśnie ks. Sopoćkę o pozowanie do obrazu, a ten wyraził na to zgodę? I daje na to odpowiedź: wydaje się, że dlatego, iż obraz malowany był w pewnej tajemnicy i trudno było jeszcze wprowadzać w tę sprawę inne osoby. Malarzowi chodziło przede wszystkim o uchwycenie postawy Jezusa. Z całą pewnością nie można doszukiwać się w tym jakichkolwiek zamiarów oddania na obrazie także podobieństwa postaci ks. Sopoćki.

„Nie w piękności farby ani pędzla jest wielkość tego obrazu…”

Siostrę Faustynę ten obraz zasmucił. W jej odbiorze Jezus na tym obrazie nie był tak piękny, jak Go widziała w wizjach. Ostatecznie pogodziła się z tym faktem, gdy potem Jezus miał jej przekazać przekonujące słowa: „Nie w piękności farby jest wielkość tego obrazu, ale w łasce mojej”. (Rzeczywiście – ani pięknością farby, ani pędzla obraz ten się nie odznacza, jest miernej wartości artystycznej, ale – jak przekonują znawcy ludzkich dusz – obraz ten emanuje szczególnie silną energią i ma w sobie głęboko ukrytą tajemnicę).

„Łaska uświęcająca jest większa od łaski widzeń” – powie wcześniej ks. Sopoćko.

Kazimirowski ukończył malowanie obrazu w czerwcu. Sopoćko zabrał go do klasztoru sióstr bernardynek przy kościele pw. św. Michała. Był to obraz o nowej treści, niezatwierdzonej przez władze kościelne, przeto nie mógł Sopoćko publicznie go ukazywać, a tym bardziej przeznaczać do kultu. Ponadto, nie miał jeszcze naonczas do niego przekonania, obraz powstał jedynie „z ciekawości”. Interesująca jest w tym temacie wzmianka Bolesława Szostały. W swych wspomnieniach o ks. Sopoćce pisze on, że Sopoćko opowiadał mu, jak to opierał się początkowo naleganiom siostry co do malowania obrazu i starań o ustalenie święta Miłosierdzia Bożego. Wtedy siostra miała mu powiedzieć, że Pan Jezus nie jest z niego zadowolony i dopuści na niego za karę pewne trudności. I faktycznie w krótkim czasie słowa te się spełniły.

Obraz ustawiony na posadzce, odwrócony do ściany

Tak tedy obraz nie był dostępny publicznie, gdyż znajdował się na terenie klasztoru, gdzie takoż nikt nie zwracał na niego uwagi, bo, jak pisał o tym sam Sopoćko „nie był on nawet tam zawieszony, ale stał na posadzce, i to odwrócony do ściany”. Poza wąskim gronem osób wtajemniczonych w sprawę malowania obrazu, nikt więcej nie wiedział ani o jego pochodzeniu, ani o jego treści, dotyczącej Jezusa, Króla Miłosierdzia. Ks. Henryk Ciereszko powołując się na wspomnienia ks. Sopoćki pisze, że Sopoćko wiedział z przekazów s. Faustyny oraz jej zapisków, że obraz ten powinien być przeznaczony do publicznej czci, ale na razie nie podejmował w tym kierunku konkretnych działań. Był dopiero w trakcie rozeznawania objawień siostry i wciąż nie był do nich przekonany. Dlatego nie wyjawił wówczas sprawy obrazu abp. Romualdowi Jałbrzykowskiemu i nie prosił go o jego zatwierdzenie ani o pozwolenie umieszczenia go w kościele. Tymczasem s. Faustyna, sama przynaglana w wewnętrznych natchnieniach i objawieniach, zaczęła coraz częściej nagabywać ks. Sopoćkę w kwestii ujawnienia obrazu. On jednak nie spieszył się ze spełnieniem jej próśb. Sytuacja ta przeciągała się przez kolejne miesiące, aż do nasilenia się nalegań wiosną 1935 roku, kiedy to siostra w Wielkim Tygodniu oświadczyła, że Pan Jezus stanowczo pragnie, aby obraz został zawieszony w Ostrej Bramie na trzy dni w Tygodniu Wielkanocnym, kiedy odbywać się będzie triduum na zakończenie Jubileuszu Odkupienia. Zaskakująca jest w tym relacja samego ks. Sopoćki, z której wynika, że i on także miał widzenie Jezusa. Pisze o tym w swym „Dzienniku”: „[…] opierałem się, bo i obraz o treści nowej i nie bardzo wiedziałem, gdzie go umieścić. Ale gdy Pan Jezus mnie ostro upomniał i zagroził, to się przestraszyłem i zacząłem myśleć, gdzie ten obraz umieścić. W tej właśnie chwili zadzwonił telefon. To proboszcz Parafii Ostrobramskiej prosił o wygłoszenie nauk w czasie triduum obchodów Jubileuszu Odkupienia. Powiedziałem, że zgadzam się, ale pod warunkiem, że zostanie tam powieszony pewien obraz i określiłem, jak on wygląda. I ksiądz Zawadzki się zgodził”.

Arcybiskup Romuald Jałbrzykowski nie był naonczas obecny w Wilnie. Siłą tego faktu umieszczenie obrazu w Ostrej Bramie odbyło się bez jego wiedzy i zgody. W opinii ks. Sopoćki fakt ten zaważy później na nieżyczliwym stosunku arcybiskupa do osoby ks. Sopoćki i podejmowanych przez niego działań na rzecz szerzenia nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego. Abp Jałbrzykowski już od samego początku, gdy dotarły do niego wieści o objawieniach s. Faustyny, miał do nich zdecydowanie krytyczny stosunek.

Teraz, w Czarnym Borze ks. Sopoćko starał się na wszelkie sposoby odpędzić od siebie przykre myśli, wiązane z niezbyt odległą przeszłością i osobą arcybiskupa, aktualnie internowanego wraz z księżmi profesorami w Mariampolu. Sam zresztą nie był pewny swego losu. Z Wilna docierały do niego wiadomości, iż Niemcy poszukują go nie tylko na Litwie, ale i Białorusi.

Mimo zagrażającej sytuacji, to odosobnienie w sprzyjającym klimacie naturalnego środowiska stwarzało mu możliwości na dłuższą modlitwę, pisanie, pracę duchową i fizyczną. Przygotował drewniane słupy, co umożliwiło doprowadzenie do domku „Opatrzność” prądu elektrycznego. Uradowało to bardzo gospodynię domu, siostry urszulanki, a i sam ks. Sopoćko miał obecnie lepsze warunki do pracy naukowej, nie musiał jak dotąd oświetlać pokoju palącym się łuczywem.

8.

Weronika nabrała zwyczaju przychodzenia pod różnymi pretekstami gospodarskiej natury, których w sąsiedztwie wiejskim nigdy nie mogło brakować. Jej oczy trzepotały zawsze trochę niepewnie pod rzęsami, gdy rozmawiała z Martą, ale zdawało się jej, że zachowuje pozory dostatecznie ukrywając własną przebiegłość. Dopiero przesadna, jak jej się zdawało, obojętność, a czasem ledwo dostrzegalna ironia w obejściu Marty wprawiły ją w zakłopotanie. […] Drażniło Weronikę i to, że sama nie potrafi się znaleźć tak, jakby chciała czy układała w duchu, ani też zachować równie idealnej obojętności w ruchach i słowach. Miała wrażenie, że sytuacja się czemuś rozłazi, jak ten przetarty materiał pod palcami.

Nie Marta, a przeciwnie, Weronika stawała się coraz bardziej zazdrosna.

Któregoś dnia, gdy szła z Pawłem ścieżką przez las, nie wytrzymała:

– Co ona taka… Odstępuje ciebie dla mnie czy co? Taka dumna czy jak? – w zielonkawych oczach zamigotała złość.

Paweł nie umiał, a, po prawdzie, to i nie chciało mu się odpowiadać […] Szedł w milczeniu i dopiero po dłuższej chwili mruknął:

– Nie wiem, czego ty chcesz. Wolałabyś, żeby co?

– Ja nie chcę żadnego podarunku.

Paweł uśmiechnął się szczerze.

– A po drugie… – podjęła i urwała nagle. U wylotu ścieżki widniały już białe ramiona krzyża, postawionego tam przed kilku laty na pamiątkę jakiegoś człowieka, który zmarł w drodze.

– Co „po drugie”? – spytał z roztargnieniem. […]

– Nic… Tak tylko sobie pomyślałam – odpowiedziała, łagodniejąc nagle. A później szepnęła:

Co będzie dalej?

Ba, żeby to on wiedział, co będzie dalej. Żeby to on mógł wiedzieć, co będzie dalej. […]

(Józef Mackiewicz „Droga donikąd”)

Weronika, krzyż, studnia…

Rozmawiam w Warszawie z córką Józefa Mackiewicza Haliną. Doskonale pamięta „ten krzyż”. A „tę” Weronikę? Owszem, kojarzy… Jej mąż, powieściowy Wincenty Rojkiewicz, miał przed wojną sklep w Czarnym Borze; mieszkali blisko stacji kolejowej…

…Obecny krzyż w Czarnym Borze, ustawiony blisko drogi, jest wymownym znakiem tamtych wspominków.

…No a te osławione studnie? Ile ich w Czarnym Borze zostało?

Przy końcu obiadu Marta prosiła, żeby narąbał drzewa i naniósł więcej wody ze studni, bo chce robić pranie. […]

Wbił z rozmachem siekierę w pień. Poszedł do studni, zaczepił wiadro o łańcuch i odkręcając walec patrzył, jak niknie w czarnej czeluści. Studnia była głęboka.

W tej chwili usłyszał z tyłu od płotu czyjś szept. Odwrócił się raptownie jak przyłapany na głośnym mówieniu do samego siebie. Za płotem, wsparta bokiem o pień brzozy, który zasłaniał ją od strony domu, stała Weronika. Wówczas oderwał rękę od walca i opuścił ją bezwładnie. Zwolniony łańcuch rozkręcał się coraz szybciej, szybciej, walec zaczął furkotać z rozpędu, aż het, w głębi plusnęło wiadro z całej mocy. Ciężkim krokiem podszedł do płotu. Nie starał się nawet uśmiechnąć.

– Gdzie byłeś przez te kilka dni? – spytała Weronika.

– W mieście byłem.

– No, i co tam… – spojrzała na niego uważnie, później trochę w bok. – Chciałam tylko zapytać… Czy my nie spotkamy się jutro może? – zielonkawe oczy zwęziły się i dodała szeptem. – Mąż wyjeżdża.

– Nie – powiedział – jutro znowu muszę do miasta.

– Co ty tam robisz ciągle, w mieście?

– Jak to co, pracy szukam.

– Będziesz tak jeździł, aż ciebie aresztują.

– Za co mnie mają aresztować?

– A za co wszystkich?

– Wszystkich nie aresztują. – Podniósł wzrok i zobaczył, jaka jest ładna w tej chwili. Może ładniejsza jeszcze niż zazwyczaj. Położył rękę na jej plecach opartych o płot. Wysunęła ku niemu twarz, jakby go chciała pocałować, ale szepnęła tylko niespodziewanie:

– Wiesz… a może…może…my by z tobą wyjechali?

– Dokąd?! – zdumiał się szczerze i aż głowę cofnął do tyłu.

– Ty nie wiesz, co mówią, że Bożek mówił… – zaczęła bezładnie zdyszanym nagle szeptem, gdy od domu zawołała właśnie Marta:

– Wody! – A nie widząc go przy studni:

– Gdzie jesteś?! Paweł!

– Ach – syknęła Weronika, wyrywając palce spod jego ręki, i poszła szybko wzdłuż płotu nie oglądając się. Zauważył tylko jej szorstki ruch, jakim poprawiła chustkę na ramieniu.

– Zaraz! – odkrzyknął. Powrócił do studni i zaczął nakręcać wałek. Ale łańcuch szedł pusty do góry. Zaklął.

– Co się stało? Co tam majstrujesz? – pytała Marta, zbliżając się wolno.

– Puściłem wał i wiadro z rozpędu zeskoczyło z haku. Diabli nadali. Trzeba go będzie teraz „wilkiem” łapać.

– No, widzisz, jaki jesteś nieostrożny – odpowiedziała łagodnie. Pochylając się zaglądali razem w czarny otwór. Studnia była głęboka, i woda na jej dnie nie odbijała niczyjej twarzy.

…Ta studnia przy domu Józefa Mackiewicza w Czarnym Borze, niejednokrotnie wzmiankowana w „Drodze donikąd”, przetrwała do dnia dzisiejszego.

Jakie były dalsze losy powieściowej Weroniki? Za zorganizowanie Pawłowi i jego żonie Marcie ucieczki przed aresztowaniem przez sowieckie służby bezpieczeństwa, ona i jej rodzice zostali skazani na zesłanie.

Z rozmowy z Haliną Mackiewicz:

– Ojciec i Barbara Toporska opuścili Czarny Bór wiosną 1944. Wtedy też, na pożegnanie, ojciec wyraził życzenie, żebyśmy razem zrobili portretowe zdjęcia – on i ja. Na pożegnanie. Zdjęcia robiliśmy w zakładzie fotograficznym Zdanowskich w Wilnie. Ojciec z Barbarą Toporską znaleźli się z początku w Warszawie, potem w Krakowie, a jeszcze później w niezwykle dramatycznych okolicznościach przedostali się na Zachód… Ja z mamą wyjechałyśmy do pojałtańskiej Polski 13 lipca 1945…

Czy zdążył Józef Mackiewicz pożegnać się z tajemniczym drwalem „Wacławem Rodziewiczem”? Może…

„Wacław Rodziewicz” pożegna się z Czarnym Borem w sierpniu tegoż samego – 1944 roku…

Z żalem opuszczał Czarny Bór

W lipcu 1944 Niemcy ustąpili z Wilna. Ks. Sopoćko, ciągle jeszcze jako „Wacław Rodziewicz”, w przebraniu za drwala, z obfitym zarostem, wybrał się z Czarnego Boru do miasta, żeby się zorientować w sytuacji. Jego mieszkanie w Wilnie zostało zajęte przez litewską rodzinę. Książki i inne sprzęty ocalały dzięki przyjaznym księdzu osobom. Zdążono je wynieść przed wprowadzeniem się nowych lokatorów.

Po powrocie do Czarnego Boru, na początku sierpnia dotarły do niego wiadomości, że do Wilna powrócił z internowania w Mariampolu arcybiskup Romuald Jałbrzykowski, powrócili takoż zwolnieni z obozów księża profesorowie. Ks. Sopoćko ponownie wybrał się do Wilna, aby się z nimi spotkać.

Ostatecznie powrócił do Wilna 14 sierpnia 1944. W Czarnym Borze ukrywał się – jak odnotuje w „Dzienniku” – 30 miesięcy. Z żalem opuszczał tam dom – „Opatrzność”, gdzie, jak pisał, spędził „najprzyjemniejsze i najowocniejsze dla duszy chwile z całego okresu życia”. Co było treścią tych najowocniejszych chwil? Z kim z okolicznych mieszkańców się spotykał, o czym z nimi rozmawiał? „Nie sposób jest opisać wszystkich wrażeń i przeżyć – pisał w „Dzienniku” – gdyż już się nie pamięta wszystkiego, a od razu zapisywać było niebezpiecznie. Zaznaczam tylko, że z żalem opuszczałem „Opatrzność”, gdy się dowiedziałem (po powrocie Arcypasterza z Mariampola), że mam powracać do Wilna”.

W ostatnich latach przed wybuchem wojny relacje z arcybiskupem Romualdem Jałbrzykowskim układały się fatalnie.

A wszystko się zaczęło od wystawienia obrazu w Ostrej Bramie.

Obraz w Ostrej Bramie, widzenia s. Faustyny

Obraz Króla Miłosierdzia wystawiony był w oknie galerii Kaplicy Ostrobramskiej w dniach 26-28 kwietnia 1935 roku (czyli zgodnie z terminem, którego życzyła sobie s. Faustyna: w piątek, sobotę i Niedzielę Przewodnią). S. Faustyna, na prośbę ks. Sopoćki i za wiedzą przełożonej wydelegowana została do udekorowania obrazu. Obraz (według wspomnień ks. Sopoćki) „wyglądał imponująco i zwracał uwagę wszystkich modlących się i wtedy przechodzących”. W tych trzech dniach ks. Sopoćko wygłaszał kazania, w których mówił o Miłosierdziu Bożym, ale przezornie nie poruszał w nich tematu eksponowanego obrazu.

Już w pierwszym dniu, w piątek 26 kwietnia, podczas kazania wygłaszanego przez ks. Sopoćkę, s. Faustyna zobaczyła w widzeniu, że postać Jezusa na obrazie stała się żywa, „a promienie wychodzące od Niego przenikały do serc zgromadzonych ludzi” (jak odnotuje to w „Dzienniczku”). Podobnie zdarzyło się w Niedzielę Przewodnią, w dniu oczekiwanego święta Miłosierdzia Bożego. W momencie błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem, miała ona wizję Jezusa w takiej samej postaci jak na obrazie Kazimirowskiego: Jezus udzielał błogosławieństwa, a wychodzące od Niego promienie rozchodziły się na cały świat. W swym wnętrzu s. Faustyna usłyszała głos: „Święto to wyszło z wnętrzności miłosierdzia mojego i jest zatwierdzone w głębokościach zmiłowań moich. Wszelka dusza wierząca i ufająca miłosierdziu mojemu dostąpi go”.

Na podstawie „Wspomnień” ks. Sopoćki i „Dzienniczka” s. Faustyny pisze ks. Henryk Ciereszko:

„Publiczne ukazanie się obrazu nie oznaczało oczywiście ujawnienia jego pochodzenia ani też treści, jaką w sobie zawierał. Ksiądz Sopoćko mówił w swych kazaniach o Bożym Miłosierdziu w oparciu o naukę objawioną, nie wyjaśniał także, co za obraz umieszczono w oknie galerii przy kaplicy. Po zakończonych uroczystościach obraz zabrany został do klasztoru sióstr bernardynek i umieszczony na dawnym miejscu. Tymczasem s. Faustyna, opowiadając ks. Sopoćce o swoich przeżyciach w związku z ukazaniem się obrazu i obchodami triduum, ponowiła prośbę, aby obraz nie pozostawał w ukryciu, ale zawieszony był w kościele. Ksiądz Sopoćko nie mógł oczywiście spełnić wtedy tego żądania, ale niebawem użył obrazu jako dekoracji, tym razem w jednym z ołtarzy na procesji w święto Bożego Ciała przy kościele pobernardyńskim. Siostra musiała jednakże nadal przypominać ks. Sopoćce żądanie Jezusa, aby obraz doznawał publicznej czci. Pod datą 15 grudnia 1935 roku odnotowała w swych zapiskach słowa przekazane jej przez Jezusa: „Powiedz spowiednikowi, aby obraz ten był w kościele wystawiony, a nie za klauzurą w klasztorze tym”.

W marcu 1936 s. Faustyna miała już opuścić Wilno. W obliczu tego faktu ks. Sopoćko uległ jednak jej prośbom i zawiesił obraz w kościele św. Michała na ścianie po prawej stronie od wejścia. Uczynił to w Niedzielę Przewodnią. Obraz pozostawał w kościele aż do uroczystości Bożego Ciała, kiedy to po raz drugi ks. Sopoćko umieścił go w ołtarzu procesji. Ale po procesji nie wrócił on już do kościoła, tylko pozostał w zakrystii. Ks. Sopoćko nie mógł zatrzymać go w kościele, bo nie zwracał się jeszcze do arcybiskupa o jego zatwierdzenie i zezwolenie na publiczną cześć.

Tymczasem s. Faustyna, będąc już poza Wilnem, w dalszym ciągu była przynaglana wewnętrznie, aby obraz takiej czci doznawał. W czasie rekolekcji w październiku 1936 zapisała w „Dzienniczku” słowa Jezusa do niej skierowane: „Tak, pierwsza niedziela po Wielkanocy jest świętem Miłosierdzia, ale musi być i czyn; i żądam czci dla mojego miłosierdzia przez obchodzenie uroczystości tego święta i przez cześć tego obrazu, który jest namalowany. Przez obraz ten udzielę wiele łask duszom, on ma przypominać żądania mojego miłosierdzia, bo nawet wiara najsilniejsza nic nie pomoże bez uczynków”.

Teraz kontakt z ks. Sopoćką utrzymywała w formie korespondencji. W swym liście z dnia 28 grudnia 1936 informowała go, że odprawia nowennę do Miłosierdzia Bożego w intencji abp. Jałbrzykowskiego i ks. Sopoćki, prosząc, by Bóg natchnął arcybiskupa, żeby ten zatwierdził koronkę i obraz. Jeszcze będąc w Wilnie przekonała się o negatywnym stosunku abp. Jałbrzykowskiego do „sprawy tej”. Niedługo potem arcybiskup zachorował. „Bóg doświadczył pewnego arcykapłana, że miał niechęć i nie dowierzał sprawie tej” – napisze w swym „Dzienniczku”.

Lepiej jest nic nie robić, aniżeli coś robić źle”

Ale i sam ks. Sopoćko ze swej strony, wciąż jeszcze nie mając wyrobionego zdania w tej kwestii, nie miał śmiałości przedstawiać arcybiskupowi sprawę s. Faustyny, jej objawień, wreszcie – obrazu. W swych „Wspomnieniach” ks. Sopoćko napisze: „Wręcz wstydziłem się prosić o to Arcybiskupa, a tym bardziej opowiadać mu o pochodzeniu obrazu”. W końcu jednak – odważył się.

Dopiero 1 kwietnia 1937 ks. Sopoćko zdecydował się poprosić abp. Jałbrzykowskiego o zatwierdzenie obrazu do kultu i zawieszenie go w kościele. Arcybiskup, nie chcąc zaostrzać sytuacji, zrobił zręczny unik. Nie podjął samodzielnej decyzji, ale zlecił ks. A. Sawickiemu, kanclerzowi Kurii Metropolitalnej Wileńskiej, powołanie komisji, która miałaby ocenić, czy obraz nadaje się do zawieszenia w kościele. Już w dniu następnym, 2 kwietnia, komisja obejrzała obraz. Ks. Sopoćko z powodu zajęć w seminarium nie był przy tym obecny. Następnego dnia, 3 kwietnia, arcybiskup powiadomił ks. Sopoćkę, że uzyskał dokładne informacje o obrazie oraz, że zezwala na poświęcenie go i zawieszenie w kościele, ale z zastrzeżeniem: nie umieszczać obrazu w ołtarzu i nie mówić nikomu o jego pochodzeniu!

Tak tedy w dniu 4 kwietnia 1937, w Niedzielę Przewodnią, obraz został poświęcony i zawieszony w kościele św. Michała po lewej stronie obok wielkiego ołtarza. Nie na długo… Ten TAJEMNICZY OBRAZ, już od samego początku będzie skazany na nieustającą wędrówkę…

Wbrew obiegowym mniemaniom – nie szedł ks. Sopoćko na pasku objawień s. Faustyny. Działał roztropnie, bez pośpiechu. „Pośpiech nie jest działaniem Bożym – powtarzał – lepiej jest nic nie robić, aniżeli coś zrobić źle”.

Dopiero po wyjeździe s. Faustyny z Wilna, zajął się bliżej sprawą zgłębienia biblijnej i teologicznej nauki o Miłosierdziu Bożym. Śledząc nauczanie Ojców Kościoła, znalazł w nim potwierdzenie prawdy płynącej z objawień, wizji danych przez Jezusa s. Faustynie, a będącej wymownym świadectwem tego, że Miłosierdzie Boże stanowi najwyższy przymiot Boga Stwórcy i Odkupienia.

Nie tylko zresztą jedynie s. Faustynie dane były tego rodzaju przeżycia.

Temat ten rozwija niejednokrotnie tu przywoływany ks. Henryk Ciereszko.

Objawienia innych sióstr zakonnych wskazujące na tenże kult

Nauka o Miłosierdziu Bożym zawarta w Objawieniu i przekazywana w myśli teologicznej jakkolwiek była do pewnego stopnia i głoszona, to jednakże aż po wiek XX nie była wystarczająco uwydatniona. Również jej zakorzenienie w życiu i pobożności wiernych nie osiągało właściwej głębi. W religijności dominowało raczej postrzeganie Boga jako wszechmocnego i sprawiedliwego, które osłabiało ufność w Jego miłosierne zwrócenie się ku człowiekowi. Najwyraźniej chyba idea miłosierdzia znajdywała swe odzwierciedlenie w charytatywnej działalności Kościoła, ale pobudki tej działalności nie zawsze były zgodne z ewangelicznym rozumieniem miłosierdzia. Pomoc materialna bowiem często nie szła w parze ze współczesną miłością i duchowym wsparciem, wprowadzającym obdarowywanych w relacje równości z dobroczyńcami. Sytuacja ta niejako sama z siebie niosła więc postulat ponownego zainteresowania się tajemnicą miłosierdzia i zwrócenia się ku miłosiernemu Ojcu. Ponadto sam Bóg poprzez objawienia prywatne wprost dopomniał się o uczczenie Go w tajemnicy Jego Boskiego Miłosierdzia.

Objawienia prywatne niejednokrotnie już miały miejsce w szczególniejszych okresach życia Kościoła i pozostawały w pewnym związku z ożywieniem konkretnych form religijności. Kościół, aprobując te formy, nie uzasadniał ich wprawdzie objawieniami prywatnymi, ale nauką płynącą z Objawienia publicznego. Niemniej należy w nich dostrzegać pewien impuls skłaniający do ponownego zainteresowania się mniej postrzeganą w danym okresie prawdą wiary czy formą pobożności. Przykładem mogą być objawienia dane Marii Małgorzacie Alacoque, w które wprawdzie nie ma obowiązku wierzyć, a sugerowane w nich nabożeństwo do Serca Bożego zaaprobowane zostało na podstawie nauki objawień, niemniej jednak nie można ich zupełnie pominąć, analizując historię wprowadzenia tegoż kultu.

Także w przypadku prawdy o Bożym Miłosierdziu, wraz z potrzebą ożywienia wiary i kultu tegoż Miłosierdzia, która zdawała się być nagląca od początku XX wieku, pojawiły się objawienia wskazujące na tenże kult. Objawienia takie otrzymała najpierw Włoszka, siostra z zakonu wizytek, Benigna Konsolata Ferrero (1885-1916), nazwana w nich sekretarką Miłosierdzia. Wezwana była ona do ogłaszania światu, że Bóg jest Miłością i Miłosierdziem, że oczekuje wiary i zaufania Jego dobroci i pragnie przebaczać grzesznikom, jeśli tylko z żalem i skruchą, bez lęku będą się do Niego zwracać. Siostra Benigna Konsolata pozostawiła „Dzienniczek” zawierający treść orędzia Miłosierdzia Bożego, jednak ono – prawdopodobnie wskutek zawieruchy I wojny światowej – nie zostało szerzej rozpowszechnione.

Niemalże równocześnie podobne objawienia otrzymała Hiszpanka, siostra ze Zgromadzenia Sióstr Najświętszego Serca Jezusa, Józefa Menendez (1890-1923). Ona również została wezwana, aby być posłanką orędzia Miłości i Miłosierdzia do świata, aby przypominać nieskończoną Miłość Serca Bożego do ludzi, przez które wyświadczane jest nieustannie Miłosierdzie Boże. Miała też ogłaszać, że Bóg pragnie, by ludzie wierzyli w Jego Miłosierdzie, oczekiwali wszystkiego od Jego dobroci i nigdy nie wątpili w Boże przebaczenie. W ujawnionym jej orędziu znalazło się także napomnienie mówiące o tym, że miłosierna Miłość Boża jest niedoceniana, zapominana, a nawet wzgardzona, oraz znalazło się tam wezwanie do docenienia i odwzajemnienia tej miłości. Chrystus zapewniając o swym miłosierdziu względem grzeszników wzywał do ekspiacji za grzechy świata. Osoby, które zechcą odpowiedzieć na orędzie miłosiernej miłości, zachęcane były do realizowania w swym życiu potrójnej postawy: wynagrodzenia, miłości i ufności. […]

Siostra Józefa wiernie wypełniła swą misję przekazując światu objawione jej orędzie, a jeszcze bardziej spełniła jego wezwanie ofiarowując się całkowicie Bogu w duchu ekspiacji. Zmarła w wieku 33 lat i jest dzisiaj kandydatką na ołtarze.

Orędzie przekazane s. Józefie Menendez zostało opublikowane w 1938 roku, jednakże i ono nie stało się poszechnie znane w Kościele. Obydwa wspomniane orędzia mogą być odczytywane jako znak szczególnego wezwania, skierowanego do ludzkości XX wieku i przypominającego współczesnemu światu o tajemnicy Boga miłosiernego. Nie sposób ich pominąć, ukazując problematykę Miłosierdzia Bożego w nauce i życiu Kościoła na początku XX stulecia.

Najmocniej jednak upomniał się Bóg o uczczenie Go w tajemnicy swego Miłosierdzia przez objawienia dane św. Faustynie Kowalskiej. One i przyczyniły się do powstania nowych form kultu tegoż Miłosierdzia. Uczczenie Boga w tajemnicy Jego Miłosierdzia, zgłębianie tej tajemnicy w wierze Kościoła i wprowadzenie jej w życie codzienne, które dziś zauważa się w Kościele, nie może być odłączone od tychże objawień. Nie można też zapomnieć o trudnej historii rodzenia się i upowszechniania nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego, w której niepowtarzalną rolę spełniły wybrane przez Boga osoby, św. Faustyna Kowalska, a za nią jej spowiednik i kontynuator zleconej jej w objawieniach misji – błogosławiony Michał Sopoćko.

„Wielkie i Boże dzieła zawsze napotykają na przeszkody

Dzieło prowadzone przez siostrę Faustynę i księdza Sopoćkę od początku napotykało na liczne trudności. Piszą o nich w swych wspomnieniach, dowodzi też tego ich wzajemna korespondencja. Zgodnie jednak uznawali, że „wielkie i Boże dzieła zawsze napotykają na przeszkody i wymagają równie wielkich poświęceń i cierpień”. W jednym ze swych listów do ks. Sopoćki s. Faustyna pisała: „Serca wielkie i szlachetne zawsze napawane są goryczą”.

Upór łączony z pokorą w ustanowieniu święta

Ksiądz Sopoćko roztropnie i rozważnie, z pokorą, ale i z właściwym mu uporem zmierzał do sprawy ustanowienia święta Miłosierdzia Bożego. Otwarty był na objawienia i zadania pochodzące od s. Faustyny, ale zdawał sobie też sprawę z tego, że ustanowienie święta może być zrealizowane jedynie na drodze jego teologicznego umotywowania oraz wykazania jego autentycznej potrzeby duszpasterskiej, popartej prośbą biskupów. „Wiedział też doskonale, że jakkolwiek znane były w Kościele fakty ustanowienia świąt pod wpływem objawień prywatnych, to zatwierdzenie ich nie dokonywało się wprost na ich podstawie, ale po stwierdzeniu zgodności treści tychże objawień z Objawieniem publicznym i przekonaniu się, że wprowadzane święta odpowiadają potrzebom czasu. To zaś wymagało już dużego wkładu pracy badawczej, a potem uzyskania zgody władzy kościelnej. Ksiądz Sopoćko motywowany powyższymi racjami, podjął się tego niełatwego zadania, polegającego na przygotowywaniu warunków wymaganych do ustanowienia święta, czyli na wypracowaniu teologicznych i liturgicznych podstaw dla kultu Miłosierdzia Bożego oraz wykazania potrzeby święta, a następnie przełożeniu próśb o święto władzom kościelnym”. (ks. Henryk Ciereszko)

Wyniki swych poszukiwań opublikował najpierw w „Wiadomościach Archidiecezjalnych Wileńskich” w 1936 roku w artykule pt. „Miłosierdzie Boże”, oraz w oddzielnej broszurce pod tym samym tytułem. W broszurce tej, na okładce, wydrukowany został po raz pierwszy wizerunek Jezusa z obrazu namalowanego przez Eugeniusza Marcina Kazimirowskiego. Nie było tam wzmianki o jego pochodzeniu, o wizjach s. Faustyny. Podane było natomiast, wraz z nauką o prawdzie Miłosierdzia Bożego, wysnutą z nauczania Biblii, Ojców i Doktorów Kościoła – uzasadnienie oraz potrzeba ustanowienia święta Miłosierdzia Bożego w Niedzielę Przewodnią. W tym samym, 1936 roku ks. Sopoćko wysłał broszurki o Miłosierdziu Bożym do biskupów polskich, uczestników konferencji w Częstochowie. Niestety, nie okazano tam tej sprawie specjalnego zainteresowania.

W 1937 roku ks. Sopoćko opublikował w „Misterium Christi” nowy artykuł o święcie ku czci Miłosierdzia Bożego. Z kręgów duchownych zainteresowanie tą publikacją okazał jedynie ks. H. Weryński z Krakowa. W tymże 1937 roku ks. Sopoćko opublikował jeszcze kilka artykułów podobnej treści w wileńskich czasopismach i dziennikach. Opublikował je także w roku następnym.

Po ukazaniu się pierwszych prac o Miłosierdziu Bożym w 1936 roku, ks. Sopoćko zamierzał też wydrukować obrazki z wizerunkiem Jezusa Miłosiernego. (Miały to być modlitwy, jakich s. Faustynę nauczył sam Jezus, m. in. nowenna i koronka). Prosił więc abp. Jałbrzykowskiego o pozwolenie na ich druk. Ale arcybiskup odmówił.

Pokorny i uparty ks. Sopoćko swe zamierzenia zrealizował w następnym, 1937 roku. Tym razem już nie w Wilnie, na co nie miał nadziei, ale w Krakowie. Zebrawszy teksty modlitw, zgłosił się w Krakowie do J. Cybulskiego, właściciela sklepu z dewocjonaliami, z prośbą o ich wydanie, wraz z reprodukcją wizerunku Jezusa według namalowanego w Wilnie obrazu. Za pozwoleniem Kurii Metropolitalnej w Krakowie na druk, broszurka ta, wraz z obrazkiem i modlitwami, ukazała się w październiku 1937 pt. „Chrystus, Król Miłosierdzia”. Ale i ta broszurka wydrukowana w Krakowie, podobnie jak wcześniejsze publikacje ks. Sopoćki, nie miała spodziewanego rezonansu. Większą część nakładu musiał on wykupić i zabrać do Wilna.

Niechęć arcybiskupa do ks. Sopoćki i do sprawy Miłosierdzia Bożego

15 czerwca 1938 ks. Sopoćko przekazał arcybiskupowi Romualdowi Jałbrzykowskiemu, gdy ten udawał się do Rzymu na kanonizację św. Andrzeja Boboli, kopię obrazu Króla Miłosiernego, prosząc go jednocześnie o podjęcie starań w sprawie ustanowienia święta Miłosierdzia Bożego. Następnie 8 września tegoż roku złożył podanie do arcybiskupa, prosząc o poruszenie tej kwestii na Konferencji Episkopatu Polski. Ale arcybiskup nie przyjął podania.

Pisze ks. Henryk Ciereszko:

„Nieznane są w pełni motywy tego posunięcia. Możliwe, że była w tym pewna ostrożność, gdyż arcybiskup mógł sugerować się znanym mu faktem związków ks. Sopoćki z inspiracjami płynącymi od s. Faustyny, a wtedy najprawdopodobniej nie miał jeszcze wystarczająco wyrobionego zdania na temat objawień siostry, tym bardziej że od początku był do nich krytycznie ustosunkowany. Na ten motyw wydaje się wskazywać sam ks. Sopoćko. W liście do siostry Ireny Krzyżanowskiej pisał on bowiem, że abp Jałbrzykowski, któremu powiedział o s. Faustynie jako inicjatorce zabiegów o święto Miłosierdzia Bożego, prawdopodobnie z tego powodu powstrzymywał się od popierania starań o to święto. Niewykluczone, że na decyzję arcybiskupa miało wpływ również jego ogólne odniesienie do ks. Sopoćki. Tenże bowiem, wspominając po latach swe relacje z arcybiskupem, zaznaczył wyraźnie, że nie zawsze cieszył się życzliwością swego przełożonego. Tę postawę arcybiskupa tłumaczył tym, że – w jego odczuciu – kierował się on „raczej sercem, nastrojem i opinią otoczenia, które miało na niego wielki wpływ, nie zawsze pozytywny”. […] Najbardziej zaś, zdaniem ks. Sopoćki, zaważył na tym odniesieniu zatarg z siostrami bernardynkami, w związku z którym bezpodstawnie wytworzono nieprzychylny klimat wokół osoby ks. Sopoćki. Ponadto na tym odniesieniu arcybiskupa do ks. Sopoćki, o czym on sam również wspominał, zaważyć mógł fakt, że pierwsze publiczne ukazanie obrazu w Ostrej Bramie dokonało się pod nieobecność arcybiskupa, a jedynie za zgodą proboszcza parafii ostrobramskiej. Wszystko to według ks. Sopoćki wpływało na nie zawsze przychylne w stosunku do niego stanowisko przełożonego, a w konsekwencji i dużą rezerwę do sprawy Miłosierdzia Bożego”.

Działania ks. Sopoćki na własną rękę

Pokorny i uparty ks. Sopoćko jednakże nie rezygnował. Sam wprost zwrócił się z tym do biskupów. Przygotował do nich indywidualne listy, z niektórymi zebranymi na konferencji w Częstochowie rozmawiał w tej sprawie osobiście. U żadnego z nich nie znalazł sprzeciwu, ale też i nie uzyskał konkretnego poparcia. Ale jedna oficjalna odpowiedź przecież była: biskup S. Łukomski, sekretarz episkopatu, zachęcał go, by nie ustawał w swych staraniach.

Toteż nie ustawał. Wyjechał w tej sprawie do Stolicy Apostolskiej. Do Rzymu przybył w kwietniu 1939. Nie w odpowiednim czasie, bo w dniach Wielkiego Tygodnia, toteż nie udało mu się dostać na audiencję u papieża Piusa XII. W Wielką Sobotę udał się do Sekretariatu Stanu, stamtąd odesłano go do Kongregacji św. Obrzędów, ale urząd był już zamknięty. Poinformowano go jedynie, że nie ma w Kościele zwyczaju ustanowienia odrębnych świąt ku uczczeniu poszczególnych przymiotów Bożych i że przy wnoszeniu tego rodzaju petycji konieczne jest poparcie biskupa ordynariusza, a najlepiej kilku biskupów czy wprost episkopatu krajowego.

Na uzyskanie poparcia biskupa ordynariusza nie miał nadziei. Po powrocie do Polski udał się niezwłocznie do prymasa, kardynała Augusta Hlonda. Ten powtórzył już znane ks. Sopoćce zdanie Kongregacji, iż nie ma w Kościele zwyczaju ustanawiania świąt ku uczczeniu poszczególnych przymiotów Bożych. Ale okazał stanowisko życzliwe, doradził ks. Sopoćce, aby opracował naukową rozprawę teologiczną, uzasadniającą potrzeby takiego święta oraz zbijającą zarzuty przeciwko temu projektowi.

To zagrzało ks. Sopoćkę do bardziej energicznych działań. Tymczasem we wrześniu 1939 wybuchła wojna.

Powrót do litewsko-sowieckiego Wilna

Teraz, po 30 miesiącach ukrywania się w Czarnym Borze, wrócił do Wilna. Do litewsko-sowieckiego miasta, w którym pozbawiono go mieszkania. Tymczasowo przyjął go do siebie prof. Staszewski. Mieszkał więc przez miesiąc u niego, przy ul. Literackiej. Po miesiącu przeniósł się do rodziny Komorowskich przy Mostowej, a stąd w końcu października na plebanię kościoła św. Jana.

Seminarium Duchowne Niemcy zamknęli w 1942. Obecnie abp Jałbrzykowski postanowił je reaktywować. W październiku 1944 rozpoczęły się zajęcia. W dniu 20 lutego 1945 na teren seminarium wkroczyła milicja, z nakazem natychmiastowego zamknięcia seminarium. W tej sytuacji abp Jałbrzykowski został zmuszony przenieść się do seminarium do Białegostoku, pozostającego w granicach „nowej” Polski. Ksiądz Sopoćko postanowił jednakże, że pozostanie w Wilnie. Arcybiskup zaakceptował jego decyzję. Ks. Henryk Ciereszko komentuje to tak:

„Arcybiskup liczył się z możliwością zorganizowania Seminarium Litewskiego, a wtedy potrzebna byłaby opieka nad ewentualnymi kandydatami polskiego pochodzenia, którzy zgłaszaliby się do tegoż seminarium. Ksiądz Sopoćko mógłby pełnić tę rolę. Ponadto arcybiskupowi zależało także na tym, ażeby, o ile to możliwe, zachować jak najwięcej księży w Wilnie”.

Ks. Sopoćko w swoim „Dzienniku” zapisze: „Ja z wielu względów wolałem zostać w Wilnie”.

Abp Jałbrzykowski wyznaczył mu rolę pomocnika w duszpasterstwie przy kościele św. Jana. Do posług tych należała przede wszystkim katechizacja młodzieży. Władze sowieckie nie zezwalały na nauczanie religii w szkołach, ale nie zabraniały (przynajmniej początkowo) czynić tego przy kościołach. Ksiądz Sopoćko rozpoczął katechizację w kościele Wszystkich Świętych. Gdy zaczęto mu tam stwarzać różne utrudnienia, przeniósł się do kościoła św. Jerzego. Tu władze jęły się nowych sposobów: zaczęto przeszkadzać młodzieży w uczęszczaniu na religię, z początku kontrolując, a niedługo wprost zakazując wchodzić do kościoła. Niebawem dowiedziano się o zamiarze władz całkowitego zakazu katechizowania dzieci i młodzieży do lat 18. Wobec tego ks. Sopoćko zajął się przygotowaniem osób świeckich do prywatnej katechizacji w rodzinach. Zgłosiło się parę dziesiątków osób. Zajęcia odbywały się codziennie, w godzinach popołudniowych w zakrystii kościoła św. Jana. Spotkania zachowywano w tajemnicy. Na ewentualny „ostry wypadek” miano się tłumaczyć, że celem tych spotkań jest modlitwa, a tej w kościele nie zabraniano.

W Wilnie w miejsce wywiezionych do Rosji bądź repatriowanych do lubelskiej Polski Polaków, osadzono Litwinów i Rosjan. Przybywali też Polacy z innych republik sowieckich, mający trudności z posługiwaniem się w języku ojczystym. Na ich prośbę, a także Litwinów, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji, ks. Sopoćko, za zgodą arcybiskupa Mieczysława Reinysa zorganizował od marca 1946 nabożeństwa w języku rosyjskim. Odbywały się one w kościele Św. Trójcy przy ul. Dominikańskiej (obecnie Sanktuarium Miłosierdzia Bożego). „Nabożeństwa te miały określony porządek. Najpierw była Msza św. czytana, podczas której chór, zorganizowany przez jedną z sióstr ze Zgromadzenia Misjonarek św. Rodziny, śpiewał pieśni w języku rosyjskim. Potem kazanie po rosyjsku. Następnie wystawienie Najświętszego Sakramentu, w które ponownie włączone były śpiewy w języku rosyjskim. Frekwencja na tych nabożeństwach była dość wysoka. Przychodzili na nie także Rosjanie. Wprowadzenie języka rosyjskiego do nabożeństw nie wszystkim się podobało. Bardziej fanatyczni Polacy czy Litwini próbowali nawet porównywać ks. Sopoćkę z niechlubnymi postaciami księży, którzy wcześniej wprowadzali język rosyjski na rozkaz caratu. Ksiądz Sopoćko, mimo przykrości z tego powodu, pozostał jednak wierny swej idei. Chodziło mu bowiem przede wszystkim o dobro wiernych mających trudności z językiem ojczystym, a także o misyjne oddziaływanie na przybywających do Wilna Rosjan, którzy od lat pozostawali pod wpływem ateistycznej propagandy. Wytrwałość ks. Sopoćki w tej posłudze zaczęła przynosić efekty nie tylko w postaci zainteresowania się Rosjan religią, ale także w nawróceniach na wiarę chrześcijańską. Niektórzy spośród nich przyjęli chrzest i podjęli życie według zasad wiary chrześcijańskiej. A było też kilka osób, które pragnąc głębszego zaangażowania religijnego, uczęszczały dodatkowo do ks. Sopoćki na spotkania formacyjne w zakresie życia duchowego. W gronie tym znaleźli się i ci, którzy wyrażali ewentualną chęć obrania życia duchowego w zakonie czy kapłaństwie”. (ks. Henryk Ciereszko)

Pewną możliwość ewangelizowania Rosjan stwarzała też posługa ks. Sopoćki w szpitalu zakaźnym przy ul. Bakszta. Znajdowało się tam wielu sowieckich żołnierzy. Zdarzało się, że przychodzili oni na organizowane w szpitalu nabożeństwa dla chorych. Interesowały ich zwłaszcza kazania. Niektórzy spośród nich po przygotowaniu katechizacyjnym, które prowadziły dla nich pracujące tam siostry misjonarki, przystępowali do sakramentów świętych i wiernie praktykowali.

Tego rodzaju działalność ks. Sopoćki musiała wzbudzić czujność władz sowieckich. Jego nawracanie Rosjan, a w szczególności potajemne prowadzenie kursu katechetycznego (o którym jednak służby bezpieczeństwa miały informacje) – wszystko to podlegało pod sankcje karne. To, że został wezwany na milicję celem złożenia wyjaśnień, oznaczało jednoznacznie, że znalazł się w realnym niebezpieczeństwie, groziła mu wywózka do obozów pracy w głąb Rosji. Wahał się z podjęciem decyzji: pozostać w Wilnie czy uciekać? W międzyczasie dostał z Białegostoku, od abp. Jałbrzykowskiego depeszę z nakazem, by przyjechał do Białegostoku, gdzie czekał go ogrom pracy.

Ks. Sopoćko nie miał już nigdy do Wilna powrócić…

9.

Wieczór był cichy, raczej ciepły, choć od puszczy ciągnęło zwyczajną, przejmującą wilgocią. Z południa, krzykliwie kierując się na jezioro w lesie, machały skrzydłami dzikie gęsi i zniżały lot. Chłopi niby to popatrując w górę, kręcąc samosiejny tytoń, pokaszlując i spluwając przysiedli kto na zwalonych klocach drzewa, kto na kupie kamieni, podsuwając pod siebie poły kożuchów. Z wolna przychodzili do środka wsi dalej mieszkający i, od słowa do słowa, rozmowa zeszła na ranne kazanie księdza. Nie można powiedzieć, iżby je krytykowali, raczej wspominali poszczególne zdania. Między jednym a drugim pociągnięciem dymu każdy czekał, jaką inny wyciągnie ocenę. Wreszcie któryś zwrócił uwagę, że ksiądz do sekciarzy jakby to ich przyrównywał…

Nastało dłuższe milczenie.

– A cóż to sekciarze złego robią? – zapytał Żółtko głosem na pozór spokojnym. – Że samogonu nie piją? Że machorki nie kurzą?!

Olszewski wydmuchał cybuszek i przydeptał butem niedopałek. – Do kościoła nie chodzą – powiedział.

– A po co ja mam iść do kościoła?! – podchwycił tym razem już z wyraźnym podnieceniem Żółtko. – Owszem, bywało kiedyś… choćby na przykład u nas. Jeden prawosławny, jeden katolik, każdy Pana Boga chwali, i dobrze, zdawało się, czego więcej chcieć. A fest w cerkwi, jadą do cerkwi i prawosławne, i katoliki, zgodnie. Fest w kościele, także samo jadą wszyscy do kościoła, w zgodzie chrześcijańskiej. To nie! Nie spodobało się, zaczęli mówić: nie wolno! A dlaczego nie wolno?… Pójdziesz do księdza do spowiedzi, a on ciebie pierwsza rzecz pyta: „Czy czasem do cerkwi nie chodzisz?”. Pójdziesz do popa: „Czy czasem do kościoła nie chodzisz?”. Niech on zapyta, czy wódki nie pijesz, czy nie palisz, czy nie kradniesz?… A cóż to za grzech cerkiew czy kościół? Nu, w końcu, jeżeli grzech, to w takim wypadku nie chodzić ani do jednego, ani do drugiego. Po mojemu, to tak i wychodzi – zakończył.

Zaczęła się dyskusja, utrzymana w tonie powściągliwym […] Mówili spokojnie, jeden tylko Bazyli zapalał się w atakowaniu kleru. W pewnym momencie aż zerwał się z belki, na której siedział, i zaczął ręką wymachiwać:

– Dobrze jemu dziś z ambony sekciarzy wyklinać! A czemu on z ambony sowietów nie wyklina! A? Nieboś, lęka się, nie ośmieli się, choć oni nie tylko przeciw kościołowi, ale i Bogu!…

Milczenie, które nastało, przerwał raptownie Antoni, przewodniczący sielsowietu; wstał i zawołał:

– No, dość będzie bałakać! Pogadali, starczy!

Zresztą, i bez tego napomnienia ludzie już zaczęli podnosić się z miejsc. Prawda, że późna pora… I rozchodzili się milcząc.

Z dwóch cieni, które wracały człapiąc po błocie pociemniałej uliczki aż na sam skraj wsi, jeden splunął w bok.

– Isz, kudy zahnuł.

Olszewski nie odpowiedział. Bo żeby zebrać się z myślami, to prawie nie ma jak i odpowiedzieć: księdza w tym wypadku bronić, że owszem, on w gruncie bolszewików nie przyznaje, to jakby na niego donos głosić. A odwrotnie, Bazylemu temu rację przyznać, to jakby przed całą gromadą na samego siebie donos składać…

– Jutro musić orać wyjdziesz na podeschnięte? – spytał, żeby tylko przerwać milczenie.

– Nie wiem jeszcze… Pług trzeba do kowala – odparł tamten niechętnie i dodał: Co z tego, że i zaorasz…

Olszewski kiwnął na pożegnanie głową i rozeszli się do swoich chat.

(Józef Mackiewicz „Droga donikąd”)

Nauczanie rosyjskiego z inicjatywy ks. profesora

Pierwsze szkice do wzmiankowanej powieści Józef Mackiewicz opracowywał w Czarnym Borze. Do końca życia utrwalą mu się w pamięci tamte czasy, ludzie, zdarzenia, nazwy wsi, świt i zachód o czasie moskiewskim, linia przebiegająca rojstami, która dzieliła litewską i białoruską republiki sowieckie, kierunek każdej drogi… niepowtarzalny pejzaż – wszystko, do czego już nie miał powrotu…

Z innymi myślami i odczuciami opuszczał Czarny Bór i Wilno ks. Michał Sopoćko. Żył nadzieją, że jeszcze tu wróci.

W sierpniu 1947 dotarł do Białegostoku. Został tu profesorem w seminarium. Prowadził wykłady i ćwiczenia z pedagogiki, katechetyki i homiletyki oraz seminarium naukowe obejmujące te dziedziny, a także okresowo wykłady z psychologii i historii filozofii. Później doszły jeszcze wykłady z teologii pastoralnej, teologii życia wewnętrznego i teologii wschodniej. Ponadto uczył języka łacińskiego i rosyjskiego.

Nauczanie rosyjskiego w seminarium w Białymstoku było osobistą inicjatywą ks. Sopoćki. Był przekonany o przydatności tego języka w działalności apostolskiej.

„Sam ksiądz profesor doświadczył osobiście dobrodziejstw znajomości tegoż języka, gdy stykał się z Rosjanami w czasie wojny, a potem gdy duszpasterzował pośród nich i Polaków mówiących po rosyjsku w powojennym Wilnie. Nauczanie rosyjskiego nawiązywało też do istniejącej od wielu lat w seminarium wileńskim praktyki w tym względzie. Nauka trwała jednakże bardzo krótko, bo tylko przez jeden rok i po jednej godzinie tygodniowo w grupie stworzonej z dwóch pierwszych roczników. Nie mogła więc kończyć się wystarczającą znajomością języka. Niemniej dawała podstawową orientację w nim, umiejętność czytania i pisania w odmiennym od łacińskiego alfabecie.

Ksiądz Sopoćko potrafił zachęcić alumnów do lekcji rosyjskiego motywacją duszpasterską i przykładami ze swego życia. Biorąc pod uwagę ewentualne przyszłe duszpasterstwo w tym języku, starał się zapoznać swych uczniów ze słownictwem dotyczącym podstawowych prawd wiary, nauczyć na pamięć przynajmniej wyznania wiary i pacierza. Bardziej zainteresowanych zachęcał też do indywidualnego studium, sugerując np. czytanie klasyków literatury rosyjskiej, zwłaszcza uwzględniających w swych utworach treści religijne”. (ks. Henryk Ciereszko)

Wiele czasu i trudu włożył ks. Sopoćko w opracowanie katechizmu i zbioru kazań w języku rosyjskim. Zostały one sporządzone w maszynopisie i nie doczekały się, niestety, wydania drukiem, acz miały aprobatę kościelną, której udzielił biskup siedlecki I. Świrski, dawny dziekan Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Katechizm zawierał podstawowe modlitwy i skrót głównych prawd katechizmowych oraz szczegółowe wyjaśnienia prawd zawartych w symbolu wiary, przykazań Bożych i kościelnych, grzechu, ośmiu błogosławieństw, tajemnicy łaski, sakramentów świętych, doskonałości chrześcijańskiej realizującej się w cnotach i modlitwach, sakramentalii i obrzędów.

Nie został on jednak praktycznie wykorzystany na szerszą skalę. Posługiwał się nim jedynie sam ksiądz Sopoćko, gdy pod koniec swego życia nauczał prawd wiary grupkę osób wyznania prawosławnego, które przychodziły do jego mieszkania. Zależało mu bardzo na wydaniu drukiem swego katechizmu („Katiechiz wilenskoj Cerkwi”), który mógłby być pomocny w ewangelizowaniu na wschodzie. Niestety „Katiechiz…” pozostał w maszynopisie. Prosił więc zaufane osoby, aby przepisywały jego fragmenty i wysyłały pod wskazane przez niego adresy na Białorusi i Wileńszczyźnie.

Podobne losy spotkał zbiór kazań „Bożeje Słowo”. Opracowanie to pozostało w maszynopisie, nie mogło więc być szerzej wykorzystane.

Zaszczytne nominacje i zaprzepaszczona sprawa zbudowania kościoła Miłosierdzia Bożego

Księża, wykładający w seminarium, posiadający specjalistyczne przygotowanie w różnych dziedzinach wiedzy, wyznaczani byli ponadto do pełnienia niektórych funkcji w archidiecezji. Nominacje te uwzględniały takoż osobiste przymioty tych, których dotyczyły.

Już w tym samym roku, w którym ks. Sopoćko pojawił się w Białymstoku, kuria arcybiskupia mianowała go dyrektorem Bractwa Trzeźwości, członkiem Zespołu Misjonarzy Diecezjalnych, obrońcą węzła małżeńskiego w Sądzie Arcybiskupim. Paręnaście lat później ks. Michał Sopoćko mianowany zostanie egzaminatorem prosynodalnym i cenzorem ksiąg religijnych, oraz promotorem sprawiedliwości. Równocześnie, z własnej inicjatywy, podjął starania o rozbudowę kaplicy sióstr misjonarek św. Rodziny, co po długich perypetiach, przetargach z władzami „ludowymi” udało mu się zrealizować, a dokładniej – zbudować nową kaplicę na 500 miejsc.

Jego zatroskanie o dobro duchowe wiernych i teraz, podobnie jak kiedyś w Taboryszkach, Onżadowie, Miednikach, Warszawie, Wilnie zagrzewało go do czynu. Schorowany, sterany życiem, wiekiem (miał naonczas 70 lat) na nic nie zważał. Ożyły w nim starania, nie zrealizowane w Wilnie, zbudowania w Białymstoku kościoła Miłosierdzia Bożego. Niestety, sprawa ta upadła, i tym razem nie tylko z winy władz „ludowych”, ale kościelnych.

Historię tę ks. Sopoćko opisze w swych „Wspomnieniach” i w „Dzienniku”.

W styczniu 1957 mieszkańcy białostockiej dzielnicy Nowe Miasto złożyli w prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej prośbę o zezwolenie na budowę kościoła przy ul. Wiejskiej. Do akcji tej włączył się ks. Michał Sopoćko. Jednakże władze dały odpowiedź odmowną. W maju 1958 mieszkańcy ponowili prośbę. Tym razem, chociaż ponownie nie udzielono zezwolenia, tłumacząc się brakiem materiałów budowlanych oraz siły roboczej do wykonania prac, zaproponowano i zezwolono na nabycie placu pod kościół oraz przygotowanie projektu. W poczynaniach tych, oczywiście nieoficjalnie, aktywnie uczestniczył ks. Sopoćko. Sam upatrzył w tej dzielnicy dwa miejsca na kościół oraz przyczynił się w kurii arcybiskupiej do wyznaczenia komisji celem wybrania jednego z nich.

W sprawie nabycia placu ks. Sopoćko odegrał ważną rolę. Udzielono mu bowiem upoważnienia ze strony kurii do przeprowadzenia zakupu placu. Nieco później dokonano transakcji, w której wyniku ks. Sopoćko nabył posesję przy ul. Wiejskiej 41 wraz z domem mieszkalnym i budynkiem gospodarczym. Zakupu zamierzał początkowo dokonać z własnych oszczędności, ale wobec przeznaczonej pewnej części na trwającą akurat w tym samym czasie budowę kaplicy przy ul. Celowniczej, pokrył jego koszta w około 40 proc., a resztę zapłaciła z polecenia wikariusza kapitulnego parafia farna, na której terenie znajdowała się nabywana posesja.

W związku z zakupem pojawiła się kwestia budynku znajdującego się na posesji, który zamieszkiwało czterech lokatorów. Wikariusz kapitulny był przeciwny jego zakupowi. Obawiał się trudności w jego administrowaniu. Ksiądz Sopoćko uważał jednak, że mimo to należy budynek kupić, gdyż poważniejszą przeszkodą może być ewentualne zakwestionowanie prawa do własności samego placu z powodu braku własności budynku. Dlatego też uznał, że wkładając koszta w całość zakupu, może potraktować kupno budynku jako jego własny akt. Wikariusz kapitulny wyraził na to ustną zgodę, co upewniło ks. Sopoćkę w tym zamiarze i z takim też przekonaniem dokonał transakcji. Miał przy tym ponadto dalsze plany co do budynku: chciał wykorzystać go na mieszkanie dla księdza i urządzenie w nim tymczasowej kaplicy, zanim udzielone zostałoby pozwolenie na budowę kościoła.

Po zakupie, ks. Sopoćko udał się z tym projektem do wikariusza kapitulnego, aby pozwolił mu na administrowanie budynkiem. Tymczasem kuria upoważniła do administracji budynkiem proboszcza parafii farnej. Ten natomiast nie podjął działań planowanych przez ks. Sopoćkę, zmierzających do urządzenia kaplicy i mieszkania dla księdza. Zakwestionował ponadto przydatność placu pod budowę, motywując to nieodpowiednim ukształtowaniem terenu oraz niewystarczającą szerokością placu. W odpowiedzi ks. Sopoćko zamówił wstępny projekt kościoła i plebanii, z którego wynikało, że istniejące warunki terenowe nie mogą stanowić przeszkody dla planowanej budowy.

Projektowanej świątyni ks. Sopoćko chciał nadać tytuł Miłosierdzia Bożego. Niestety, nie udało mu się tego planu zrealizować. Przekazanie zakupionego placu i budynku pod zarząd parafii farnej pozbawiło go możliwości dalszego bezpośredniego działania. Odpowiedzialni zaś za plac nie podjęli dalszych starań o zezwolenie na budowę i cała sprawa upadła.

Przychylne stanowisko prymasa kard. A. Hlonda

Ksiądz Sopoćko przyjeżdżając do Białegostoku i tworzonego pod naciskiem władzy „nowego” państwa polskiego, zastał w jego granicach szerzące się już od wojny nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego. Znano je w Białymstoku, gdyż miasto związane było z Wilnem poprzez diecezję. W Krakowie nabożeństwo szerzone było przez siostry ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia. W Warszawie, tragicznie doświadczonej kataklizmami wojny, również modlono się do Miłosierdzia Bożego. Polska ludność przesiedlona z Wileńszczyzny na tereny zachodniej Polski „zabrała” ze sobą nabożeństwo, którego uczyła się w czasie wojny w Wilnie.

To, co rozwijało się w ramach prywatnej, oddolnej i spontanicznej pobożności wiernych, nie miało naturalnie jeszcze kościelnego potwierdzenia. Prymas, kardynał August Hlond, znał sprawę rodzącego się nabożeństwa i motywy wprowadzenia święta Miłosierdzia Bożego, gdyż ks. Sopoćko zwracał się z tym do niego jeszcze przed wojną. Zachęcał też od początku ks. Sopoćkę do opracowania traktatu teologicznego. Tenże traktat, opracowany przez ks. Sopoćkę w czasie jego ukrywania się w Czarnym Borze, rozesłany w czasie wojny z Wilna, dotarł też do kardynała A. Hlonda. W 1946 kardynał Hlond przesłał go do Rzymu, do Kongregacji św. Obrzędów. Następnie wydał go drukiem w Warszawie, w 1947.

Prymas już od początku był przychylnie nastawiony do całej tej sprawy. Toteż już niebawem po przyjeździe do Białegostoku ks. Sopoćko pojechał do Warszawy, by się z nim spotkać. Spotkanie odbyło się w sierpniu 1947. Prymas poinformował ks. Sopoćkę o przedstawieniu w imieniu Episkopatu Polski sprawy kultu Miłosierdzia Bożego w Kongregacji św. Obrzędów, która autorytatywnie zadecyduje o kulcie. Wręczył mu ponadto świeżo wydany przez siebie traktat autorstwa ks. Sopoćki „De Misericordia Dei deque eiusdem festo istituendo” z dedykacją: Czcigodnemu Autorowi, życzliwy Wydawca – 23 sierpnia 1947 r., oraz poprosił o napisanie sprawozdania z pobytu w czasie wojny na Wileńszczyźnie.

Rozczarowanie broszurką o. J. Andrasza i obrazem Hyły

W tym samym czasie ks. Sopoćko dotarł także do domu sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy ul. Żytniej w Warszawie. Tam przełożona domu pokazała mu nowo wydaną broszurkę autorstwa o. J. Andrasza (kierownika duchowego s. Faustyny Kowalskiej w Krakowie) pt. „Miłosierdzie Boże, ufamy Tobie”. Pojawienie się tej pozycji ucieszyło początkowo ks. Sopoćkę, ale po jej przejrzeniu zrodziły się w nim zastrzeżenia co do przedstawionych w niej niektórych interpretacji.

Przede wszystkim nie mógł się zgodzić z wyjaśnieniem treści obrazu Najmiłosierniejszego Zbawiciela. Zauważył również brak uwzględnienia pokuty jako warunku otrzymania miłosierdzia. Uznał ponadto, iż zbędne było ujawnienie jego – Sopoćki – nazwiska w tekście broszurki. Wtedy też zapewne rozmawiał z siostrami na temat obrazu Jezusa Miłosiernego w krakowskim klasztorze, namalowanego w czasie wojny przez Adolfa Hyłę oraz o szerzonym przy nim nabożeństwie.

Na podstawie „Wspomnień” i „Dziennika” ks. Sopoćki pisze ks. Henryk Ciereszko:

„Jeszcze przed rozpoczęciem październikowych wykładów w seminarium udał się [ks. Sopoćko] z odwiedzinami do Osińskiej i Naborowskiej, o których wiedział, że po opuszczeniu Wilna dotarły aż do Wrocławia. Podróż swą odbył przez Kraków. Zależało mu najprawdopodobniej na odwiedzeniu klasztoru sióstr w Łagiewnikach i nawiedzeniu znajdującego się tam, na zakonnym cmentarzu, grobu s. Faustyny. Wtedy też po raz pierwszy zobaczył obraz Jezusa Miłosiernego, znajdujący się w przyklasztornym kościele. Tak jak zakwestionował interpretację treści obrazu przedstawioną przez o. Andrasza, tak teraz krytycznie odniósł się do samego wizerunku postaci Jezusa ukazanej na obrazie. Hyła bowiem namalował obraz jedynie na podstawie opisu „Dzienniczka” s. Faustyny, do którego dodał swą artystyczną interpretację, a ta nie była zgodna ze wskazaniami pochodzącymi od siostry, znanymi ks. Sopoćce z jej osobistego przekazu. Ksiądz Sopoćko udał się więc do malarza i starał się nakłonić go do wprowadzenia korekt w namalowanych przez niego obrazach, ten bowiem po wykonaniu obrazu do kościoła klasztornego w Łagiewnikach namalował jeszcze inne, podobne do pierwowzoru. Artysta jednak nie przyjął kierowanych do niego uwag”.

Nieprzyjazny klimat wokół kultu i obrazu

Od początku lat 50. dało się zauważyć coraz powszechniejsze umieszczanie obrazów Miłosierdzia Bożego w kościołach. Czyniono to zawsze za zgodą miejscowych biskupów ordynariuszy. Byli jednakże i tacy, którzy zachowywali rezerwę, a nawet nie zezwalali na szerzenie kultu czci obrazu. Ksiądz Sopoćko pisał w tej sprawie do prymasa Stefana Wyszyńskiego, prosząc o podjęcie jej na forum episkopatu celem wyjaśnienia zastrzeżeń i wątpliwości oraz usunięcia przeszkód w szerzeniu kultu. Zarzuty skupiały się wokół stwierdzeń, że kult i obraz wywodzą się z niepotwierdzonych objawień. Jakoś nie chciano zauważyć, że ks. Sopoćko w swych publikacjach od początku podawał niezależnie od objawień s. Faustyny, biblijne, teologiczne i pastoralne motywy przemawiające za kultem.

Ogólnie klimat wokół sprawy kultu stawał się coraz bardziej nieprzyjazny. Podobnie odnoszono się do obrazu, łącząc go wyłącznie z objawieniami siostry Faustyny. W 1953 roku Episkopat Polski podjął decyzję, aby obrazy jako pochodzące z niepotwierdzonych objawień, usuwać powoli z kościołów, a zwłaszcza z ołtarzy. Niektórzy ordynariusze zaczęli faktycznie wydawać zarządzenia nakazujące usuwanie obrazów ze świątyń.

W tej sytuacji ks. Sopoćko napisał 13 września 1953 list do prymasa S. Wyszyńskiego, w którym starał się przekonywać go o potrzebie wprowadzania obrazów do świątyń, aniżeli ich usuwanie. W maju 1954 podobne pismo wystosował do przewodniczącego Episkopatu Polski, ordynariusza łódzkiego M. Klepacza oraz do ordynariuszy diecezji. Upraszał też biskupów o zaopiekowanie się obrazami i czuwanie nad ich poprawnością, gdyż dotychczasowe zaniedbania w tej kwestii doprowadziły do wielkiej dowolności w malowaniu obrazów. Na poparcie swej prośby dołączył do pisma obrazki reprodukowane z obrazów istniejących za granicą, posiadających „Imprimatur” tamtejszych biskupów. Ponadto, załączył także adresatom odpis „Dzienniczka” s. Faustyny, prosząc przewodniczącego Episkopatu Polski o urzędowe zbadanie jego treści, natomiast biskupów – o ocenę tejże.

Konkurs na nowy obraz

Te wszystkie petycje nie przyniosły większego odzewu. Ks. Sopoćko podjął jeszcze jedne, bardziej konkretne działania odnośnie obrazu. Zwrócił się mianowicie do biskupa przemyskiego Franciszka Bardy, który na forum Episkopatu przeprowadził krytykę dotychczasowych obrazów z punktu widzenia ich liturgicznej i artystycznej wartości, po której to krytyce zapadła decyzja o usuwaniu ich z kościołów. Zyskując zrozumienie biskupa Bardy dla swych interpretacji o możliwości niezależnego od objawień s. Faustyny traktowania obrazu, ks. Sopoćko zdecydował się za jego poradą doprowadzić do namalowania nowej wersji obrazu.

W maju 1954 za wiedzą i przyzwoleniem biskupa Bardy ks. Sopoćko postarał się o zorganizowanie konkursu na nowy obraz. U artystów malarzy zamówił obrazy i powołał komisję do ich oceny. Kilku z nich nie przyjęło zamówień, w tym i Adolf Hyła. Pozytywnie zaś odpowiedzieli Tadeusz Okoń, Antoni Michalak i Ludomir Sleńdziński. 29 czerwca 1954 zwołane zostało w Krakowie posiedzenie komisji, w skład której weszli historycy sztuki oraz teologowie. Przedstawiono tylko dwa projekty obrazów: Antoniego Michalaka i Tadeusza Okonia, gdyż Ludomir Sleńdziński nie zdążył przygotować swego projektu.

Komisja pozytywnie przyjęła projekt Michalaka, czyniąc jednakże pewne uwagi, które miałyby być uwzględnione przy malowaniu. Natomiast projekt Okonia uznała za zbyt przypominający obrazy Hyły, od których, jak zanotowano w protokole, „należy odstąpić, gdyż nie odpowiadają wymaganiom sztuki kościelnej i nie harmonizują z liturgią Niedzieli Przewodniej”. Teolog, ks. Ignacy Różycki dodał jeszcze następujące zastrzeżenie: „Uznając projekt p. prof. Michalaka jako jedynie godny realizacji, należy jednak dążyć do tego, by związek z objawieniami s. Faustyny został jeszcze bardziej w realizacji osłabiony”.

2 września 1954 doszło w Krakowie do oceny spóźnionego obrazu autorstwa Ludomira Sleńdzińskiego. Nowa komisja wydała bardzo pochlebną ocenę obrazu. Uznano, że obraz – z racji wiernego oddania sceny zjawienia się Jezusa Apostołom oraz z uwagi na promienie oznaczające krew i wodę, symbolizujące rodzące się z boku Chrystusa Kościół z sakramentami oczyszczającymi duszę (chrzest i pokuta) i życiodajnymi (Sakrament Ołtarza i inne) – można uznać za poglądowy komentarz liturgii Niedzieli Przewodniej. Od strony artystycznej oceniono obraz wysoko i stwierdzono, że nie budzi on żadnych zastrzeżeń. Pod względem dogmatycznym zaś uznano go za zgodny z nauką z przepisami Kościoła. W opinii komisji odpowiadał on też wymaganiom liturgicznym i nawiązywał do liturgii Niedzieli Przewodniej. Zaznaczono też dodatkowo, że w przeciwieństwie do dotychczasowych obrazów tego typu – ten nie budzi wątpliwości.

Obraz Sleńdzińskiego przedstawiono ponadto Komisji Głównej Episkopatu Polski; wydała ona orzeczenie, w którym zaaprobowała obraz, jednakże uznając, że może być on „dopuszczony (ale nie w ołtarzach) przez biskupów, o ile na to się zgodzą”. To ośmieliło ks. Sopoćkę do bezpośredniego zwrócenia się do biskupów ordynariuszy, by udzielili pozwolenia na zawieszanie w kościołach obrazów malowanych według ujęcia Sleńdzińskiego. Większość z nich ustosunkowała się pozytywnie do jego petycji.

Dekret z 1958 i Notyfikacja Kongregacji Świętego Oficjum z 1959 o objawieniach s. Faustyny i wywodzącym się z nich nabożeństwie

Po wizycie prymasa S. Wyszyńskiego w Rzymie w 1957 roku i po zasięgnięciu u niego informacji w sprawie starań o aprobatę kultu Miłosierdzia Bożego, ks. Sopoćko żył nadzieją, że przygotowywany dekret zezwoli na kult Miłosierdzia Bożego, ale bez związku (przynajmniej na razie) z objawieniami s. Faustyny, względnie zabroni szerzenia wiadomości o tych objawieniach. Stało się inaczej. Zwieńczenie badań Kongregacji Świętego Oficjum w formie postanowienia zawartego w dekrecie tejże Kongregacji nastąpiło na jej posiedzeniu plenarnym w dniu 19 listopada 1958. Dekret ten został zachowany w aktach Kongregacji. Zawarte w nim ustalenia przekazane zostały natomiast do wiadomości, jeśli chodzi o Polskę, prymasowi S. Wyszyńskiemu z zaleceniem, by przedstawił je biskupom ordynariuszom.

Pismo adresowane do prymasa Wyszyńskiego, datowane dniem 28 listopada 1958, zawierało następujące informacje i wskazania: 1. Nie należy obstawać przy nadprzyrodzoności objawień s. Faustyny; 2. Nie powinno się ustanawiać jakiegokolwiek święta Miłosierdzia Bożego; 3. Zabrania się rozpowszechniania obrazka i pism, przy pomocy których propaguje się nabożeństwo w formie zaproponowanej przez s. Faustynę; 4. Pozostawia się do roztropności biskupów stopniowe usuwanie, przy zachowaniu ostrożności, obrazów namalowanych według wizji s. Faustyny, umieszczonych na ołtarzach, ewentualnie zamieniając je innymi, które w sposób poprawny przybliżają koncepcję Bożego Miłosierdzia; 5. Należy udzielić bardzo poważnego napomnienia (gravissimum monitum) ks. Michałowi Sopoćce, nakazując mu, aby zaprzestał obrony i propagowania tych objawień i nabożeństwa, o którym wyżej mówiono.

Oficjalna wypowiedź Stolicy Apostolskiej, przekazana do powszechnej wiadomości, opublikowana została w formie Notyfikacji Kongregacji Świętego Oficjum w „Acta Apostolicae Sedis” pod datą 6 marca 1959. Ukazała się też informacja w „L‘ Osservatore Romano” z 7 marca 1959, powtarzająca tekst Notyfikacji.

Notyfikacja była w pewnym sensie złagodzoną formą orzeczenia dekretu Kongregacji. Obwieszczone w niej było, że Kongregacja Świętego Oficjum zbadała widzenia i objawienia s. Faustyny Kowalskiej ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia, zmarłej w Krakowie w 1938 roku i postanowiła, że: 1. Należy powstrzymać się od rozpowszechniania obrazów i pism, które przedstawiają nabożeństwo do Boskiego Miłosierdzia w formach przedłożonych przez siostrę Faustynę; 2. Pozostawia się roztropności biskupów polecenie usuwania wspomnianych obrazów, które zostały już wystawione do kultu.

Ksiądz Sopoćko przyjął to orzeczenie ze spokojem. Zdarzenie to wskazywało na spełnienie się przepowiedni s. Faustyny o trudnościach, a nawet jakby załamania się zleconego jej dzieła. W liście do s. Benigny Naborowskiej z 2 stycznia 1959 pisał: „W zasadzie nic się nie zmieniło, albowiem już od r. 1953 ja kult Miłosierdzia Bożego oparłem na Piśmie św., liturgii i nauce Kościoła, nie wspominając nic o siostrze Faustynie. […] Teraz już o siostrze Faustynie i jej objawieniach mówić nie wolno”. W następnym liście do tejże adresatki (z dnia 12 marca 1959) pisał: „Musimy podporządkować się decyzji św. Oficjum i całkowicie zastosować się do zarządzania władz”.

Obraz (obrazy) nie pod wpływem objawień s. Faustyny

W 1966 roku ks. Sopoćko zwrócił się z prośbą do Ludomira Sleńdzińskiego o namalowanie dwóch obrazów według wersji, jaką artysta przyjął w swym pierwszym obrazie zatwierdzonym przez Komisję Główną Episkopatu w 1954 roku. Miały to być obrazy mniejszego formatu, ukazujące, jak ich pierwowzór, scenę zjawienia się Jezusa Apostołom po swym zmartwychwstaniu w Wieczerniku. Ks. Sopoćko zamierzał przedstawić je władzom kościelnym do zatwierdzenia jako modele wzorcowe, według których należało promować ideę Miłosierdzia Bożego.

Realizację swego planu ks. Sopoćko rozpoczął od szukania poparcia u arcybiskupa krakowskiego Karola Wojtyły, który w 1965 wszczął proces informacyjny s. Faustyny. Najpierw, przesyłając życzenia wielkanocne ks. Sopoćko prosił abp. Wojtyłę, aby swym autorytetem wpłynął na aprobatę obrazu, gdyż – jak motywował – do kultu obrazu, czyli uciekania się do Miłosierdzia Bożego wzywają między innymi zaistniałe trudności i przeciwności w realizacji obchodów 1000–lecia chrześcijaństwa w Polsce.

Następnie w maju przesłał abp. Wojtyle opis historii obrazu i własnych starań o jego aprobatę, z wyjaśnieniem swego odniesienia do sprawy objawień s. Faustyny, które pozwala traktować propagowany obraz jako niezależny. Jednocześnie prosił abp. Wojtyłę o zaopiekowanie się dwoma przygotowanymi obrazami, wiernymi kopiami prototypu Sleńdzińskiego oraz o przedłożenie ich do zatwierdzenia przez Stolicę Apostolską. Jeden z nich miałby pozostać w Rzymie, natomiast drugi, przywieziony do Polski, byłby wzorem do malowania obrazów Miłosierdzia Bożego w kraju.

Jaka była odpowiedź abp. Karola Wojtyły?

Pisze ks. Henryk Ciereszko:

W odpowiedzi Arcybiskup już na początku czerwca poprosił listownie ks. Sopoćkę o dodatkowe wyjaśnienie co do jego zaangażowania w szerzenie nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego oraz historii obrazu, między innymi z powodu przekazanej mu przez Postulatora w procesie informacyjnym s. Faustyny relacji, która była odmienna od stanowiska ks. Sopoćki. Postulator sugerował bowiem jakoby ks. Sopoćko szerzył kult Miłosierdzia Bożego pod wpływem objawień s. Faustyny, choć ten zaznaczał, że tego nie czynił. Starał się też [Postulator] przekonywać do obrazu wykonanego przez A. Hyłę, a krytykowanego przez ks. Sopoćkę. Swe stanowisko argumentował [Postulator] rozwijającym się kultem tegoż obrazu i jego rozpowszechnieniem się w Polsce i w świecie. Zastrzeżenia zaś do obrazu wniesione przez biskupów wynikły, jego zdaniem, z błędnej interpretacji kolorów promieni na obrazie (które miałyby przypominać polskie barwy narodowe), wyrosłych z odczuć wiernych czczących obraz w czasie wojny, dostrzegających w nim i modlitwach do Miłosierdzia Bożego nadzieje na odzyskanie wolności. Cześć dla obrazu pędzla A. Hyły nie zmniejszyła się mimo zakazu Stolicy Apostolskiej, a jego krytyka ze strony ks. Sopoćki zmierzająca – zdaniem Postulatora – ubocznie do zastąpienia go przez obraz Sleńdzińskiego, może doprowadzić do zaniku kultu Jezusa Miłosiernego. Stąd ostatecznie sugerował on [Postulator] Arcybiskupowi, aby odmownie odpowiedział na prośbę ks. Sopoćki co do aprobaty i rozpowszechniania obrazów Sleńdzińskiego.

Szczególne zainteresowanie abp. Karola Wojtyły obrazami trzech autorów

Na zapytanie abp. Wojtyły, do którego dołączony był odpis pisma Postulatora, ks. Sopoćko odpowiedział dopiero na początku października, jako że w czerwcu był nieobecny w Białymstoku, a list odnalazł dopiero po wakacjach, w seminarium duchownym. W międzyczasie, w lipcu tegoż roku, przywiózł do Warszawy obrazy namalowane przez Sleńdzińskiego i przekazał je biskupowi B. Dąbrowskiemu z prośbą o przedstawienie ich na Konferencji Episkopatu.

Ten zasugerował mu, ażeby przygotował podanie do biskupów, objaśniające treść obrazu oraz wskazujące ich przeznaczenie. Idąc za tą radą ks. Sopoćko wystosował pod datą 1 sierpnia 1966 prośbę do Konferencji Episkopatu i złożył ją na ręce prymasa Stefana Wyszyńskiego. W dniu 31 września tegoż roku ks. Sopoćko odnotuje w swym „Dzienniku”: Konferencja Episkopatu. Sprawa przyjęcia obrazu jest wątpliwa, ale polecam wszystko Miłosierdziu Boga, którego wola jest miłosierdziem. A w dniu 2 września zapisze: Dowiedziałem się, że na Konferencji Episkopatu sprawa obrazu Najmiłosierniejszego Zbawiciela wcale nie była poruszana. Wola Boża.

Pokorny i uparty ks. Sopoćko zgadzał się z wolą Bożą, ale i nie czuł się bynajmniej zwolniony od dalszych zabiegów u władz kościelnych. W odpowiedzi abp. Wojtyle, a pisał ją 6 października – już po niespełnionych oczekiwaniach przyjęcia obrazu przez Episkopat na Konferencji – ponownie prosił abp. Wojtyłę o poparcie swej prośby w Episkopacie.

Na temat pisma Postulatora przedstawionego Arcybiskupowi wyjaśniał jeszcze gruntowniej, niż w pierwszej prośbie z maja 1966, w czym wyraża się w obrazie Sleńdzińskiego owo rozdzielenie kultu Najmiłosierniejszego Zbawiciela od objawień s. Faustyny. Na podstawie konkretnych danych wskazywał nieprecyzyjność posiadanych przez Postulatora informacji na temat historii kultu i obrazu. Jeszcze raz stanowczo podkreślił, że swej działalności na rzecz szerzenia nabożeństwa i obrazu nie opierał na przeżyciach s. Faustyny, lecz stały się one jedynie okazją do wgłębienia się w studium o prawdzie Miłosierdzia Bożego.

Gdy zaś chodzi o zarzut rzekomego dążenia do usuwania obrazów Hyły i innych artystów ze świątyń, pisał, że zależy mu, aby zostały one poprawione zgodnie ze wskazówkami s. Faustyny, których on, ks. Sopoćko, jest jedynym świadkiem. Brak reakcji (pisał dalej) na niewłaściwe interpretacje wyraźnie widoczne w tych obrazach, byłby z jego, ks. Sopoćki strony sprzeniewierzeniem się prawdzie i zadaniu, które do niego należy.

Konferencja Episkopatu odbyła się 21 listopada 1966. W międzyczasie abp Wojtyła, po otrzymaniu wyjaśnień od ks. Sopoćki, zainteresował się sprawą obrazu i zażądał od ks. Sopoćki przedłożenia ocen rzeczoznawców co do trzech obrazów: Kazimirowskiego, Sleńdzińskiego i Hyły.

W końcu listopada 1966 ks. Sopoćko przesłał abp. Wojtyle odpisy protokołów komisji oceniającej obrazy Kazimirowskiego oraz Michalaka i Okonia (protokół z oceny obrazu Sleńdzińskiego wysłał był Arcybiskupowi już wcześniej – w maju). Obraz Hyły nie był oceniany odrębnie, a tylko pośrednio przy ocenie obrazu Okonia. Komisja zaznaczyła jedynie: „Obraz p. Okonia zbyt przypomina obrazy p. Hyły, od których należy w myśl założenia odstąpić”. Dlatego w obecnej odpowiedzi Arcybiskupowi, ks. Sopoćko już od siebie dodał, że powodem tego orzeczenia komisji co do obrazu Hyły, był nielicujący z obrazem przeznaczony do kultu feminizm oraz brak zharmonizowania z liturgią Niedzieli Przewodniej. Dopowiedział również, że wielokrotnie prosił Hyłę o wzorowanie się na prototypie Kazimirowskiego. Hyła jednakże nie zastosował się do jego próśb.

Biskupi nie powzięli żadnej decyzji...

W tym samym czasie, w końcu listopada 1966, ks. Sopoćko poprosił prymasa Stefana Wyszyńskiego o spotkanie. Sprawa przyjęcia obrazów, wniesiona jeszcze w sierpniu tegoż roku, do tej pory nie doczekała się rozwiązania, więc ks. Sopoćko liczył, że może w bezpośrednim spotkaniu z Prymasem uzyska oczekiwane rozstrzygnięcie.

Spotkanie odbyło się 9 grudnia 1966. Pod tą datą ks. Sopoćko w swym „Dzienniku” zapisze: Dziś byłem na audiencji u J. Em. Prymasa w sprawie obrazów Najmiłosierniejszego Zbawiciela. Biskupi na Konferencji 21 listopada nie powzięli żadnej decyzji.

Pisze ks. Henryk Ciereszko:

„Zamiary ks. Sopoćki nie zostały ostatecznie zrealizowane. Obrazy nie były wykorzystane do propagowania wizerunków Jezusa przybliżających ideę Miłosierdzia Bożego. W 1967 roku ks. Sopoćko przesyłając abp. Wojtyle gratulacje z okazji mianowania go kardynałem, jeszcze raz zwrócił się do niego z prośbą o posłuchanie w sprawie obrazów. Do spotkania doszło w czerwcu, w Warszawie podczas trwającej tam Konferencji Episkopatu. Kardynał jednakże nie przyjął prośby ks. Sopoćki o zaopiekowanie się obrazem”.

Wielki wysiłek i trud ks. Sopoćki włożony w sprawę promocji obrazu Najmiłosierniejszego Zbawiciela autorstwa Ludomira Sleńdzińskiego, dzieła spełniającego przecież teologiczne i artystyczne wymogi stawiane kultowym obrazom, ostatecznie więc nie powiodły się. Obraz Sleńdzińskiego, zatwierdzony przez Komisję Główną Episkopatu w 1954 roku, nie upowszechnił się jako wzorcowy dla wyrażenia idei Miłosierdzia Bożego. Spowodowały to okoliczności związane z zakazem Stolicy Apostolskiej z 1959 roku, który wpłynął na brak zainteresowania biskupów przedstawianymi im kopiami tegoż wizerunku.

Najbardziej rozpowszechnianym, najpopularniejszym pozostawał (i wciąż pozostaje) feministyczny obraz pędzla Adolfa Hyły (w ostatecznej wersji Hyła usunął namalowane na nim kwiaty).

…A jednak, a mimo to – obrazy Sleńdzińskiego znalazły w końcu swe miejsce w kościołach. Zanim to się stało, długo, bardzo długo wędrowały po Polsce. Z miasta do miasta, z kościoła do kościoła, z rąk do rąk; wracały takoż do ks. Sopoćki.

Wędrujący „Jezus Najmiłosierniejszy Zbawiciel” Ludomira Sleńdzińskiego i wędrujący „Jezus – Król Miłosierdzia” Eugeniusza Marcina Kazimirowskiego – to historia z rzędu nieodgadnionej tajemnicy…

10.

Andrzej Bożek nigdy nie miał usposobienia wesołego. To mu z ojca poszło. Ale w ostatnich czasach widywano go wyjątkowo zachmurzonym. Nie dlatego, że matka jego umarła tej zimy. Ludzie umierają o każdej porze, tym bardziej starzy. Później był pogrzeb z księdzem i do kościoła trzeba było iść, do którego już dawno przestał chodzić, naturalnie nieprzyjemne to było. Nie dlatego, że na księdza donosy pisał. To już, ma się rozumieć, inna sprawa: życie prywatne jedna rzecz, a polityka druga rzecz, wyższa. Rozumiał to i rozróżniał. Donosy należały do czynności, jak się kiedyś wyraził uroczyście Czemodanow, „rozgromienia kontrrewolucji”. Bożkowi podobał się ten wyraz „rozgromienie”! Mimo woli zaciśniesz pięść wymawiając. Ale, ot, z ojcem zaczęły się swary.

Stary Feliks Bożek, który z początku pochwalał i nawet dopingował swego jedynego syna w karierze, zaczął po śmierci żony, jak to się młody wyraził: nosem kręcić. W rzeczywistości jednak nie było to żadne kręcenie nosem, a wyraz zgorzknienia. Wcale też nie – jak sądził syn – od daty śmierci matki, a z innego przypadku, na pozór tak błahego, że nikt by się nawet domyśleć nie mógł.

W sąsiedztwie mieszkała niejaka Sowińska z trojgiem dzieci, żona byłego woźnego sądu okręgowego w Grodnie. Gdy bolszewicy przyszli, mąż jej został aresztowany i wywieziony do łagrów, nie wiadomo, czy pod Archangielsk, czy na, jak inni mówili, Kołymę. Ona sama wywędrowała i po długiej tułaczce zamieszkała kątem z dziećmi w tej osadzie, zostawszy nędzną wyrobnicą. W najbliższym sąsiedztwie Bożków. Naturalnie stary gospodarz rozumiał jej położenie: z trojgiem nieletnich dzieci, bez męża, wśród obcych… Kilka razy pożyczył, to znaczy dał po prostu, mleka, innym razem chleba, jeszcze tam dwa–trzy razy wspomógł rozmaicie z własnej woli, gdy jeszcze nieboszczka żona, wieczny pokój, żyła. Ale wkrótce Sowińska sama zaczęła prosić i tym prośbom końca nie było. Ciągle przychodzi, bywało, pożycz jej to a tamto; najpierw tylko z jedzenia, a później to gałęzi suchych, to wiadro, to donicę, to nieckę tam jaką, to znowu mąki razowej. Stary dawał albo nie dawał, zależnie od humoru. Wreszcie niedawno zjawiła się: daj jej trochę kaszy gryczanej. I jeszcze powiada: „Gryka w zeszłym roku obrodziła pięknie”. Stary był właśnie rozdrażniony, bo mu szyna na kole pękła, a żelaza nigdzie nie było dostać. Stał nachylony przy wozie, obrócił się i zapytał ze złością:

– Ty ją siała?! Ty siała ją?! Grykę, a ?!

Wtedy Sowińska niespodziewanie rozwarła gębę: – Ty, taki owaki, stary chrzan! Kułak ty przeklęty! Ty co, myślisz, swoje bogactwo do grobu zabierzesz?! Znajdą się i na ciebie Sołowki! Nieboś, zabiorą i tobie, sukin syn ty, żeby ciebie z trumną zakopali! Czy ty jeden na ośmiu hektarach ostaniesz?! Taaak? Myślisz syn wyratuje? Taaak?!

– Ot, jak ja ciebie wraz z biczem po tej gębie…! – żachnął się Feliks.

– Spróbuj, spróbuj tylko biczem! Isz, pan jaki! Biedną kobietę biczem będzie straszył! Spróbuj, zaraza! Myślisz, że ja tego gówniarza, twego syna, polękam się?! Pojedzie i on z tobą na Kazakstan! Teraz biednym ludziom nie ma czego lękać się kułaka!… – wymachując pięściami wrzeszczała, aż załamywał się jej cienki, okropnie przenikliwy dyszkant. – Moje dzieci z głodu umierają! – chustka spadła jej na ramiona, wiatr targał przedwcześnie siwiejącymi włosami.

Stary Bożek nie przestraszył się naturalnie, bo co jemu tam takie babskie krzyki: spływają jak woda po gęsi, ale w nagłym olśnieniu pojął coś, czego zdawało się dotychczas nie rozumiał: „Życie teraz na tym tylko zasadza się, że każdy nie sobie dobrego, a innym złego życzy”. Gdy odeszła, myślał: „Prawda to, co mówiła, że jej lękać się nie ma czego. Co ona ma do stracenia? Nic, zupełnie nic. A on: wszystko”.

Chodził posępny przez cały dzień, zaciskał szczęki, aż skóra grała na nie ogolonych policzkach. Synowi nic nie powiedział o zajściu, bo szkoda nawet słów na takie głupstwo tracić, za to postanowił z nim porozmawiać o innym. Bo prawdę też powiedziała Sowińska o tych ośmiu hektarach, że ich nie zostawią. Co ślepego udawać! Syn wyratował jakoś, wykręcił z nadmiernego podatku, ale czy na długo? Toteż pewnego dnia ojciec odezwał się:

– Wziąłby ty jutro choć zabronować ta działeczka pod lasem.

– Nie mam jutro czasu – odparł szorstko Andrzej.

– A na co masz czas? Bronować, ale językiem w gębie? Samogon spijać, twój czas.

– To papka nie wie, że ja sekretarzem sielsowietu jestem?! Urzędnikiem jestem?! A jak trzeba było podatków umniejszyć, to pamiętał!

Stary przekroczył próg, stuknął drzwiami i na tym się na razie skończyła zamierzona rozmowa. W złe uroki nie wierzył nigdy. Jemu, bywało, czarny kot czy zając choć tysiąc razy drogę przebiegnie, nawet uwagi nie zwróci. Ale mimo woli powierzysz, jak od czasu tego przekleństwa rzuconego przez Sowińską coś w nim jakby zapadło wewnętrznie, załamało się.

W takich to okolicznościach zaszedł drugi wypadek, pozornie, jeszcze błahszy od pierwszego: pewnego przedwieczoru, gdy syna nie było w chacie, Feliks wyszedł na ujadanie psa i zobaczył przed bramą nieznajomego. To znaczy nieznajomego z imienia, ale z wyglądu poznać go było od razu: kurtka miejskiego kroju, wytarta i połatana, a na tyle ciasna, iż widać, że nie na niego szyta; czapka cywilna z daszkiem; pod nią twarz spalona słońcem i wiatrem, poorana zmarszczkami niedoli; zarost na brodzie nie golony; spodnie sowieckie, watowane, koloru ochronnego, choć strasznie wypłowiałe i podarte: buty pod warstwą kurzu, ale również rozpoznasz: krótka miękka cholewa wojennego kroju rosyjskiego; w ręku patyk jak u włóczęgi. Jednym słowem niewprawne nawet oko oceni: zbieg albo dezerter. Prosi wody popić albo i kawałek chleba zjeść. Stary Bożek wpuścił niechętnie do chaty, ale później odjął blachę z otworu pieca, wyjął stamtąd miskę wystygłego barszczu, położył obok łyżkę i odchyliwszy leżący na stole, zawinięty w ręcznik bochen razowca, powiedział:

– Jedz, kiedy głodny.

Przybysz jadł milcząc, łapczywie.

– Ty kto będziesz?– zapytał po dłuższej chwili gospodarz.

– Ja to? Ja, tak sobie. Pielgrzymuje.

– Ty by choć spodnie inne włożył, a to na wiorstę poznać.

– A skąd ich wziąć, spodni to innych?

Pomilczeli znowu i gospodarz widząc, że gość krępuje się samemu częstować chlebem, wziął nóż, odkroił kawał razowca i podsunął mu.

– Dziękuję – powiedział tamten.

– Z daleka sam?

– Z wołogodzkiej guberni będę.

– Z miasta czy ze wsi?

– Z kołchozu. Na wojennej służbie był.

– Nu, jak tam – zapytał westchnąwszy czemuś gospodarz – życie u was?

– Jakie tam może być życie…

Stary Bożek nie pytał dalej. Wiedział przecie – co tu pytać. Jakie może być życie […] Obydwaj spojrzeli w tej chwili w okno, w którym mignął cień przechodzącego człowieka. – Syn mój – objaśnił gospodarz.

Przybysz zamilkł.

Andrzej wszedł, na widok nieznajomego stanął w progu, później odkiwnął mu bez słowa głową, obrzucił uważnym spojrzeniem i siadł w rogu izby skręcając papierosa. Wszyscy trzej milczeli. Ojciec nie patrzył na syna. Trwało w ten sposób może pięć, może dziesięć minut, po czym Andrzej wstał i znów bez słowa wyszedł z izby. Teraz ojciec podniósł głowę i patrzył przez szybkę chaty. Syn szedł drogą w kierunku osady. […] Andrzej chodził tą drogą czasem po kilka razy dziennie. Poszedł i teraz. Ale stary w tej chwili pomyślał: „To nie jest tak, że godność ludzka nie ma żadnego znaczenia. To nieprawda. Owszem godność ona jest. Sumienie, a jakże”. Wstał.

– No, bracie – zwrócił się do gościa – u mnie nocować, to nie będzie gdzie.

Tamten, czy to zrozumiał od razu, czy wiedział z doświadczenia, czy się domyślał, dość, że uniósł się z ławy bez zdziwienia, bez urazy, ruchem naturalnym zabrał czapkę, kij i torbę, pożegnał się grzecznie, podziękował i dopiero na ganku spojrzał pytająco na gospodarza.

Stary wskazał palcem:

– W ten lasek i prosto, prosto. Aż do rzeki. Ale na drogę nie wychodź później. Wolej pomęczyć się rojstami.

Po niedługim czasie Andrzej wrócił. Sam wrócił. Rzucił czapkę na łóżko, rozejrzał się po izbie, nic nie powiedział.

I oto stary ucieszył się nagle wewnętrznie i wzruszył. Niedużo brakowało, a miałby łzy w oczach. Czegoś podobnego z nim nigdy nie bywało! I o co? Że syn wrócił sam?… Z niespodziewanym dla samego siebie rozrzewnieniem powiedział:

– Ty by, synku, jednak uważał. Nie zaprzedawał się tak za wszystkiem, z sumieniem swoim.

– Co to papka zaczął teraz… Nie ma czego nosem kręcić. Ja wiem, co robię.

– Kolację jeść będziesz? – zapytał miękko ojciec.

– Niegłodny. – I niby sobie przypominając: – A ten człowiek, poszedł dokąd?

– Poszedł. – Stary mimo odmowy syna, zaczął odgrzewać barszcz. […] – Poszedł. Mówił, że do miasta idzie. A zresztą, Bóg święty jego wie.

* * *

W kilka dni później idąc drogą spotkał Sowińską, która śpieszyła dokądś z pustym dzbanem. Już miała go wyminąć, naciągnąwszy chustkę na czoło, gdy stary zatrzymał się i patrząc w inną stronę pogrzebał patykiem w piasku.

– Przychodzić – powiedział w trzeciej osobie – po mleko dla dzieci. I może podejmie się roboty w domu? Przy gospodarstwie?

Sowińska nic nie odpowiedziała, przeszła mimo z zaciśniętymi ustami. Nazajutrz jednak o świcie zjawiła się u Bożków: „Podoić krowy?” – zapytała.

– No, tak, trzeba – odparł gospodarz.

(Józef Mackiewicz „Droga donikąd”)

„Zgubiony” (a przecież istniejący) dom, w którym się ukrywał ks. Michał Sopoćko

Chata powieściowych Bożków leżała na uboczu w odległości jednego kilometra od osady. Nikt z obecnych mieszkańców Czarnego Boru o niej nie słyszał, nie potrafi jej zlokalizować. Dzisiaj starych tu domów jak przysłowiowych rodzynków w cieście. Z uporem penetruję to „ubocze” współcześnie rozbudowanego osiedla. W wyniku odnajduję „zgubiony” dom, w którym ukrywał się przed Niemcami ks. Michał Sopoćko (jako „Wacław Rodziewicz”). Dom będący w czasie wojny własnością naonczas 65-letniej Felicji Węsławowicz. Dom nazwany „Opatrznością”, gdyż autentycznie nadawał się na znakomite schronienie. W swoich „Wspomnieniach…” ks. Sopoćko dokładnie go opisał. Dom na ustroniu, z dala od miejscowości. W pobliżu nie przebiegały żadne drogi. Dom przycupnięty na północnym krańcu Puszczy Rudnickiej, zewsząd otoczony lasem. Obok był niewielki skrawek ziemi uprawnej i łąki, przez które przepływał strumyk. Ten dom ks. Sopoćko będzie wspominał także w swoim „Dzienniku”. Odnotuje, że sama miłosierna Opatrzność Boża przyprowadziła go tu i czuwała nad nim.

…Tego domu szukałam od… ponad roku…

Dom drewniany, w tamtych czasach nie był oszalowany i miał ganeczek wsparty na dwóch kolumnach – opowiada mieszkanka Czarnego Boru, Janina Raczko. Przed domem rosła duża brzoza. Nie ma już jej obecnie. Ale dąb obok – przetrwał. Strumyk – był, ale już wysechł. Staw – dziś zieloną rzęsą pokryty.

W domu tym mieszka córka Janiny Raczko, razem z rodziną. Dom mają w spadku po Felicji Węsławowicz. Zapisała go w testamencie rodzinie Raczków, którzy aż do śmierci nią się opiekowali.

…Od domu Felicji Węsławowicz przysłowiowy rzut beretem do domu Józefa Mackiewicza.

Janina Raczko przedstawia metrykę zgonu Felicji Węsławowicz (była córką Zygmunta), zmarła we wrześniu 1962, pochowana na cmentarzu w Solenikach.

Felicja Węsławowicz przyjaźniła się z teściową Janiny, Felicją Raczko. I to jej właśnie, ich rodzinie zwierzała się ze wspomnień z czasów wojny, opowiadała o ukrywającym się w jej domu księdzu Michale Sopoćce.

…Ileż księży, pielgrzymek, sióstr zakonnych (z Wilna, Poznania, Białegostoku i in., a wśród nich także bratanica ks. Sopoćki s. Bernadeta), przetrząsało w ostatnich latach Czarny Bór, by wytropić dom, w którym mieszkał ks. Sopoćko. W roku ubiegłym „szturmowałam” na ten temat czarnoborskie starostwo. Sam starosta we własnej osobie długo wydzwaniał, wyszukiwał osoby tu najstarsze wiekiem, które coś „o tej Felicji” mogłyby wiedzieć, a dokładniej – o jej domu.

Rok 2009 przyniósł więcej szczęścia… Nie wątpię, że dom ten w najbliższym czasie zostanie odpowiednio upamiętniony.

…A chata powieściowych Bożków? Kto wie, może i ona przez jakiś przypadek, skojarzenie nie dziś to jutro (czy za rok) – takoż się odnajdzie?

Czy mógł w czasie ukrywania się w Czarnym Borze znać chatę Bożków ks. Michał Sopoćko? Raczej… musiał był ją omijać… Ale wiedział przecież, czuł, że niemal pod każdym dachem, gdzie działo się wiele złego, powinien był także przebywać jakiś dobry duch, który tym tu zastraszonym ludziom co jakiś czas przypominał o godności i sumieniu, i o tym, że Bóg może okazać swe miłosierdzie nawet największemu z grzesznych.

Ograniczenie działalności na terenie własnej archidiecezji

Po wojnie, na terenie archidiecezji białostockiej, jak i wcześniej w Wilnie i Czarnym Borze, ks. Sopoćko z dużym zaangażowaniem włączył się w rozpowszechnianie nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego. I – jakkolwiek angażował się w szerzenie kultu niemal w całej Polsce oraz za granicą – ograniczony był w tej działalności na terenie własnej – białostockiej – archidiecezji. Ostrożne i powściągliwe stanowisko abp. Romualda Jałbrzykowskiego wobec kultu Miłosierdzia Bożego, zwłaszcza jego prywatnych form pochodzących z objawień s. Faustyny, okazywanych jeszcze w Wilnie, nadal było podtrzymywane. Już w 1949 roku kuria metropolitalna w Białymstoku wydała zarządzenie, skierowane do księży proboszczów, zakazujące rozpowszechniania na terenie archidiecezji broszurek, druków czy innych opracowań o Miłosierdziu Bożym, pisanych przez ks. Sopoćkę w związku z objawieniami s. Faustyny. Zakazowi temu miały podlegać nawet te opracowania, które posiadały Imprimatur innych diecezji. Podstawą do takiego orzeczenia według tegoż dokumentu był fakt braku autorytatywnej kościelnej wypowiedzi, przyznającej objawieniom s. Faustyny rangę objawień prywatnych. Zaznaczone było również, choć bez uzasadnienia, że cytowane w opracowaniach ks. Sopoćki fragmenty z objawień s. Faustyny, a także same te opracowania „zawierają wiele rzeczy, które budzą poważne zastrzeżenia”. I dlatego zarządzenie to zostało wydane w celu zapobieżenia „niewłaściwemu i błędnemu ujęciu prawd naszej św. wiary i praktyki kościelnej”.

Zarządzenie to zostało wydane 21 grudnia 1949. Od tamtego czasu ks. Sopoćko działał już tylko poza własną archidiecezją na polu apostolstwa Miłosierdzia Bożego. Negatywne stanowisko kurii metropolitalnej było konsekwencją krytycznego stosunku abp. Jałbrzykowskiego do objawień s. Faustyny oraz jego uprzedzeń do ks. Sopoćki.

„Gorliwy, pracowity, łatwowierny, uparty” (W opinii abp. Jałbrzykowskiego)

Pisze ks. Henryk Ciereszko:

„Ważnym źródłem ukazującym i wyjaśniającym stanowisko abp. Jałbrzykowskiego wobec szerzonego przez ks. Sopoćkę kultu Miłosierdzia Bożego oraz objawień s. Faustyny jest jego osobiste oświadczenie na ten temat, spisane w 1951 roku. Była to odpowiedź na skierowane do niego zapytanie ze strony Komisji Głównej Episkopatu, dotyczące objawień s. Faustyny i kultu Miłosierdzia Bożego. Arcybiskup zaznaczył w nim, że uwielbia Miłosierdzie Boże, o nie też Boga prosi, ale na nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego, propagowane na tle objawień siostry, ma negatywne zapatrywanie. W celu umotywowania swego stanowiska zrelacjonował historię szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego oraz podał ocenę postawy ks. Sopoćki. Według tej relacji, ks. Sopoćko na kilka lat przed wojną radził się go, jak ma postępować wobec objawień s. Faustyny. Wtedy arcybiskup zalecił mu zachować ostrożność, aby nie uległ złudzeniu oraz polecił, by nikomu o nich nie mówił. Po upływie kilku lat, czyli w czasie wojny, dowiedział się, że ks. Sopoćko propaguje nowe nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego. Zażądał wtedy od niego wyjaśnienia, dlaczego nie zastosował się do jego zalecenia i rozgłaszał wieści o objawieniach oraz nabożeństwie. Ksiądz Sopoćko usprawiedliwiał się tłumacząc, że czyni to prywatnie, poza kościołami i dlatego uważał, że wolno mu było to czynić, oraz że otrzymał ku temu zachętę kardynała Hlonda. Natomiast na modlitwy do Miłosierdzia Bożego, które rozprowadzał, miał aprobatę kurii krakowskiej. Wspomniał też, że w samych objawieniach zawarty był nakaz szerzenia nabożeństwa i gdyby ociągał się z wypełnieniem go, mogłaby go spotkać kara Boża. Arcybiskup po wysłuchaniu tych wyjaśnień, jak dalej sam relacjonował, zabronił wtedy ks. Sopoćce szerzenia nabożeństwa według form wywodzących się z objawień s. Faustyny oraz rozgłaszania o tych objawieniach. Decyzję tę umotywował wskazaniem na przepisy Kodeksu prawa kanonicznego (kanony 1259 i 1279) i dekret: De novis cultus seu devotionis formis non introducendis Kongregacji Świętego Oficjum z 26 maja 1936 roku oraz odwołaniem się do opinii teologów, którzy jego zdaniem przeciwni byli wynoszeniu jednego z przymiotów Bożych ponad inne, jako że w Bogu wszystkie przymioty są nieskończenie doskonałe. Powoływanie się zaś ks. Sopoćki na autorytet św. Tomasza uznał za niesłuszne i bezpodstawne. Negatywnie odniósł się też do samych objawień s. Faustyny, gdyż nie były jeszcze do tego czasu zbadane przez władze kościelne. Stąd, jego zdaniem, nie można było powoływać się na nie przy propagowaniu nowego nabożeństwa, co według niego czynił ks. Sopoćko. Tłumaczenia ks. Sopoćki, że szerzy nabożeństwo nie odwołując się do objawień siostry, nie przekonały hierarchy […], co więcej – w odbiorze abp. Jałbrzykowskiego niektóre przepowiednie s. Faustyny nie potwierdziły się (uchronienie Wilna przed zniszczeniami wojennymi), a zdarzenia, których rzekomo doświadczyła (jak np. skatowanie przez szatana po wysłuchaniu Mszy św., z którego wybronił ją Archanioł Gabriel czy przyjmowania Komunii św. od Anioła podczas pobytu w szpitalu, w którym posługiwał kapelan) wydawały się niewiarygodne. Z tych powodów Arcybiskup uznał, że musi zająć negatywne stanowisko wobec objawień oraz dzieła miłosierdzia wywodzącego się od siostry. Miał też zastrzeżenia co do szczególniejszego uczczenia Miłosierdzia Bożego w Niedzielę Przewodnią. Uważał, że naruszałoby ono szczególne miejsce, jakie w liturgii Kościoła zajmuje Triduum Paschalne i Święta Wielkanocne. Arcybiskup miał także zastrzeżenia co do sposobu propagowania nabożeństwa. Jak słyszał, w Krakowie zaaprobowano je w oparciu o rzekome zezwolenie na nie z Wilna, a w Wilnie miano przy aprobacie powołać się na zezwolenie Kurii Krakowskiej. Z tego powodu uznał on, że skoro źródło nabożeństwa jest niejasne, to i ono nie może być klarowne. Zabiegi zaś ks. Sopoćki o szerzenie nabożeństwa i jego aprobatę określił jako gorliwe, prawie fanatyczne działania, wynikające z osobistego przejęcia się widzeniami św. Marii Małgorzaty Alacoque. Przypisał też ks. Sopoćce, przy wielu jego zaletach – takich jak gorliwość, pracowitość, wolność od zarzutów pod względem moralnej postawy – zbytnią łatwowierność, czasami brak krytyczności i niekiedy uparte zachowanie. Na uwagę, której udzielił ks. Sopoćce jeszcze w czasie wojny, że szerzy nabożeństwo w oparciu o niepotwierdzone objawienia, tenże miał odpowiedzieć, iż zaprzestał już propagowania kultu w łączności z tymi objawieniami. Tymczasem według Arcybiskupa była to niekonsekwencja, gdyż potrzeba nabożeństwa była właśnie oparta na tych objawieniach. Arcybiskup wytykał też fanatyczną postawę niektórych zwolenników nabożeństwa, których działalność nosiła jego zdaniem posmak sekciarski”.

Wszystkie te opinie (pisze dalej ks. Ciereszko), o ile dotarły za pośrednictwem Episkopatu Polski do Kongregacji Świętego Oficjum, mogły faktycznie zrodzić krytyczny stosunek do kultu szerzonego w takiej formie i w taki sposób, jak przedstawił to abp. Jałbrzykowski. Także relacja o postawie ks. Sopoćki mogła zaważyć na decyzji Kongregacji o jego – Sopoćki – upomnieniu.

Arcybiskup Romuald Jałbrzykowski aż do śmierci nie zmienił w tym temacie swych przekonań. Zmarł w 1955 roku.

Podobnego charakteru, co oświadczenie abp. Jałbrzykowskiego, zarówno w swym negatywnym tonie, jak i w treści – jeśli chodzi o historię zaangażowania ks. Sopoćki w szerzenie nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego, była odpowiedź Wikariusza Kapitulnego Archidiecezji w Białymstoku, ks. Adama Sawickiego, udzielona na zapytanie prymasa Stefana Wyszyńskiego w 1957 roku. Powtórzył on w zasadzie relację abp. Romualda Jałbrzykowskiego, znaną już z jego oświadczenia. Relacja Wikariusza Kapitulnego mogła mieć (podobnie jak przekaz abp. Jałbrzykowskiego) wpływ na decyzję Kongregacji Świętego Oficjum, a zwłaszcza na postanowienie o upomnieniu ks. Sopoćki.

„Gotów jestem znieść jeszcze większe „monitum”

Ksiądz Sopoćko, w duchu posłuszeństwa, dostosował się do orzeczenia Kongregacji, przyjął też informację o udzielonym mu upomnieniu (gravissinum monitum). Wyznał jednakże: „Gotów jestem znieść jeszcze większe „monitum”, choćby niesłusznie, byle tylko udostępnić odwieczną naukę Kościoła o nieskończonym Miłosierdziu Bożym w tych ciężkich czasach dla ludzi zrozpaczonych, stojących nad brzegiem przepaści, obudzając u nich żądaną przez Zbawiciela ufność”. Nie podejmował też specjalnych działań w celu usprawiedliwienia siebie, wyjaśnienia ewentualnych przyczyn zakazu Kongregacji czy udzielenia mu upomnienia. O całej tej sprawie pisał jedynie w listach do zaufanych osób. Podobnie zapisał w swoim „Dzienniku” i „Wspomnieniach z przeszłości”.

Wędrujący obraz Najmiłosierniejszego Zbawiciela autorstwa Ludomira Sleńdzińskiego

O los namalowanego w Wilnie przez Eugeniusza Marcina Kazimirowskiego w obecności s. Faustyny pierwszego wizerunku Jezusa Króla Miłosierdzia (ta właśnie nazwa została przekazana siostrze) ks. Sopoćko troszczył się do końca życia. Zamierzał nawet zorganizować potajemne przewiezienie go do Polski, jednakże plan ten się nie udał. Wizerunek ten został skazany na wędrówkę po kościołach w Wilnie i w Nowej Rudzie na Białorusi – długą, burzliwą…

Podobnie rzecz się miała z obrazem Najmiłosierniejszego Zbawiciela autorstwa Ludomira Sleńdzińskiego. (Jedynie te dwa obrazy – Kazimirowskiego i Sleńdzińskiego – ks. Sopoćko uważał za poprawne, właściwie oddające ideę Miłosierdzia Bożego).

Pierwszy obraz Sleńdzińskiego z 1954 roku ks. Sopoćko starał się umieścić zaraz po jego zatwierdzeniu w jednym z kościołów w Warszawie, miał nawet nadzieję na umieszczenie go w katedrze warszawskiej. Dopiero jednak w 1960 roku zainteresowanie obrazem okazał ks. Zbigniew Kraszewski – wicerektor, a później rektor Seminarium Duchownego w Warszawie – i zezwolił na zawieszenie go w warszawskim kościele św. Józefa przy seminarium.

Na prośbę ks. Sopoćki Sleńdziński namalował w 1955 roku drugi obraz. Staraniem ks. Sopoćki został on umieszczony najpierw w kaplicy Miłosierdzia Bożego w kościele ojców reformatów w Krakowie, a potem w ich klasztorze. W 1966 roku ks. Sopoćko oddał go do odnowienia Sleńdzińskiemu i następnie przekazał ojcom franciszkanom w Krakowie, którzy zawiesili go w swoim kościele w kaplicy Męki Pańskiej. Dwa mniejsze obrazy, po nieudanej próbie przekazania ich biskupom, ks. Sopoćko zabrał do siebie. (Jeden z nich przekazany został do kościoła parafialnego w Sokółce w Archidiecezji Białostockiej, drugi natomiast znajduje się w Kurii Metropolitalnej w Białymstoku).

Losami tych obrazów, podobnie jak wileńskim, ks. Sopoćko interesował się do końca swego życia.

W 1970 roku ks. Kraszewski, pod opieką którego pozostawał pierwszy obraz, został biskupem pomocniczym w Warszawie i przestał być rektorem seminarium. Zamieszkał na plebanii pw. Bożego Ciała w Warszawie na Kamionku i tam zabrał ze sobą obraz, ponieważ nowe władze seminaryjne nie chciały sprawować nad nim opieki. Ksiądz Sopoćko często wyrażał wobec ks. Kraszewskiego życzenie, aby obraz z powrotem mógł być umieszczony w kościele.

Niestety, za życia ks. Sopoćki nie udało się tego uczynić. Obraz pozostawał na plebanii jeszcze przez długie lata – aż do 1993 roku, w którym został przekazany przez biskupa Kraszewskiego do kościoła księży jezuitów w Kaliszu, gdzie jest publicznie czczony.

Drugi obraz, pozostający od 1966 roku w kościele ojców franciszkanów w Krakowie uległ z czasem pewnemu uszkodzeniu na skutek odprysków wosku ze świec, które za blisko niego ustawiono. A ponadto – w 1972 roku został usunięty z kaplicy Męki Pańskiej. Ksiądz Sopoćko interweniował u ojców franciszkanów w tej sprawie i w wyniku obraz został mu odesłany do Białegostoku w kwietniu 1973 roku. Tu poddany został konserwacji. Ksiądz Sopoćko uzyskał niebawem zezwolenie Administratora Apostolskiego w Białymstoku biskupa Henryka Gulbinowicza na umieszczenie obrazu w prokatedrze. 3 września 1973 bp Gulbinowicz poświęcił uroczyście obraz, który zawieszono w bocznej ścianie obok ołtarza św. Antoniego. Od razu został otoczony czcią wiernych. Odtąd co tydzień odprawiano przed nim prywatne modlitwy po zakończeniu wieczornego nabożeństwa w kościele.

Doprowadzenie do umieszczenia obrazu w prokatedrze było ostatnią zewnętrzną inicjatywą ks. Sopoćki. Stało się to nareszcie w jego rodzimej archidiecezji, w której przez długie lata nie było sprzyjającego klimatu dla Miłosierdzia Bożego.

Dziś obraz umieszczony jest w niewielkiej, ale osobnej kaplicy, w ołtarzu specjalnie dla niego przeznaczonym.

A jednak… najpopularniejszy obraz Adolfa Hyły

Kopie obrazu Sleńdzińskiego, wraz z prośbą o malowanie obrazów Miłosierdzia Bożego według tegoż wzoru, ks. Sopoćko przesłał ponadto do ośrodków szerzenia kultu poza granicami Polski. Wtedy też zaznaczył, iż podstawą dla tego wizerunku jest ewangeliczna scena zjawienia się Chrystusa zmartwychwstałego uczniom, że ma on więc biblijne źródło, a stąd może być propagowany niezależnie od prywatnych objawień s. Faustyny. Jego oczekiwania jednakże (jak sam to zaznaczył w „Dzienniku”) nie spełniły się. Nadal bardziej rozpowszechniony był wizerunek w interpretacji Adolfa Hyły, krytykowany przez ks. Sopoćkę.

Dlaczego jednak ksiądz Sopoćko oddawał prym obrazowi Sleńdzińskiego, a nie pierwszemu, wileńskiemu pędzla Eugeniusza Marcina Kazimirowskiego (do którego zdawałoby się był bardziej emocjonalnie przywiązany)?

Pisze ks. Henryk Ciereszko:

„Poza obrazem Hyły w latach 40. powstały również inne wizerunki Jezusa, malowane w kraju i poza jego granicami. Ksiądz Sopoćko także i do nich miał pewne zastrzeżenia. Oczekiwał, że twórcy będą się wzorowali na reprodukcjach obrazu Kazimirowskiego oraz jego własnym opisie na ulotce „Jezu, ufam Tobie”. Obraz wileński, choć cenny z racji bezpośredniego udziału s. Faustyny w jego powstaniu, nie był według niego udany pod względem artystycznym. Postać Jezusa była bowiem za mało subtelna, niedokładnie też oddano postawę idącą. Jakkolwiek obraz nie zadowalał go w tym względzie, to jednak uznawał go – zwłaszcza od strony ideowej – za pierwowzór, którym winni kierować się inni malarze. Dlatego też pod koniec lat 40. próbował zamawiać u malarzy obrazy, które właściwie oddawałyby ideę Miłosierdzia Bożego, będąc zarazem wierne wskazówkom s. Faustyny”.

Z obrazem Adolfa Hyły czczonym w klasztorze sióstr Zgromadzenia Matki Bożej w Krakowie-Łagiewnikach ks. Sopoćko zetknął się w 1947 roku. Od razu wniósł wobec niego zastrzeżenia. Według niego obraz nie oddawał we właściwy sposób wizji s. Faustyny, a takie było założenie. Adolf Hyła malował jedynie na podstawie opisu z „Dzienniczka” siostry i prawdopodobnie reprodukcji nie najlepszej jakości kopii obrazu, wykonanej przez Łucję Bałzukiewicz i umieszczonej na okładce modlitw wydanych w 1937 roku oraz według wskazówek kierownika duchowego s. Faustyny w Krakowie o. Andrasza i sióstr. Nikt z nich zatem nie mógł znać wskazówek s. Faustyny, przekazywanych podczas malowania pierwszego obrazu w Wilnie. To zaś, jak trudno było wiernie oddać wyobrażenie Jezusa według wskazań siostry, uwidoczniło się już podczas malowania obrazu przy jej obecności w Wilnie.

Ksiądz Sopoćko, będąc jedynym świadkiem tego zdarzenia, znając też wymogi siostry odnośnie do obrazu, musiał więc zareagować na niezgodności w stosunku do wileńskiego pierwowzoru. Według niego, nieodpowiednie było przede wszystkim tło obrazu, czyli krajobraz z kwiatami, gdyż pierwsza wizja Jezusa miała miejsce w celi, a i w następnych wizjach podobny krajobraz nigdy nie był tłem. To ujęcie (Hyły) miało swe źródło, zdaniem ks. Sopoćki, w interpretacji o. Andrasza. Ojciec Andrasz uważał, że Jezus na obrazie nie powinien być wyobrażony jak Pan i Sędzia unoszący się na obłokach, ale jako idący po ziemi – „biednej ziemi naszej, której mieszkańcom chce świadczyć Miłosierdzie swoje”.

Następnie ks. Sopoćko skrytykował ustawienie postaci Jezusa. Była ona nieco pretensjonalnie wychylona i ujawniała pewien feminizm. Ponadto prawa ręka, za wysoko podniesiona, wyrażała akcję, a nie spokój. Promienie z kolei były zbyt wyraziste, za bardzo zdradzające materialność, a wzrok Jezusa nazbyt świdrował patrzącego na obraz. Zaś ks. Sopoćko, powołując się na wskazania s. Faustyny, uważał, że obraz powinien posiadać ciemne tło. Postać Jezusa w białej szacie powinna być prosta, uchwycona niejako w momencie zatrzymywania się – z lewą nogą wysuniętą nieco do przodu. Ręka nie mogła być uniesiona za wysoko. Wzrok zaś powinien być nieco opuszczony, wyrażający miłosierdzie. Natomiast promienie wychodzące spod uchylonej w okolicy serca szaty, miały być jakby przeźroczyste, ale oświetlające odpowiednio postać Jezusa oraz przestrzeń przed Nim, skierowane na patrzącego, a nie opadające ku ziemi.

Uwagi i zastrzeżenia ks. Sopoćki wobec obrazu Hyły poczynione w Krakowie w 1947 roku nie zostały przyjęte przez artystę. Dopiero po paru latach Hyła zmienił częściowo tło, zamalowując kwiaty, a w miejsce ziemi pod stopami Jezusa namalował posadzkę.

Obrazy Kazimirowskiego i Sleńdzińskiego, wędrujące po świątyniach, stały się znane tylko wąskiemu gronu wiernych, nawiedzających te kościoły. Natomiast popularność obrazu Hyły wzrastała z dnia na dzień (dziś jest to najbardziej znany obraz na świecie). Także i w tym wypadku, podobnie jak i w kwestii ustanowienia święta Miłosierdzia Bożego, ks. Michał Sopoćko musiał pogodzić się z faktem niezrealizowania się jego pragnień i oczekiwań.

11.

– Ot, ty mnie powiedz, Oluk, czy Bóg, w końcu, jest, jak ksiądz prawi na ambonie, czy nie?

– Dlaczego: nie? – A dlatego, że widzisz, choćby teraz… – nie dokończył.

Furmanka podskoczyła na kamieniu leżącym w koleinie i mówiący zamilkł, raptownie wstrząśnięty. Oluk przytrzymał konia. Od kościoła ludzie liczyli z osiem kilometrów wyboistej drogi. Lata całe jeździli nią tam i nazad, zawsze podskakując na tych samych kamieniach, ale nie było wypadku, żeby który zlazł z wozu, odrzucił kamień na bok. Pewnie, że żelazo na obręczy drogie, szkoda gadać, o kamienie się ściera, ale – wszyscy jadą. Na samotnym świerczku przydrożnym siadła siwowronka, kolorowa, rajski ptaszek północnych lasów. Oluk zapatrzył się na nią i rzekł sennie:

– Ksiądz – to, wiadomo, człowiek… A Bóg jest.

– To i bolszewiki ludzie.

– Ludzie, tylko nie wiedzą, po co żyją.

Wracali właśnie ze wsi kościelnej do domu, do Popiszek. Oluk Smolski, liczący lat osiemnaście, i jego przyjaciel Franek, starszy odeń lat kilka. […] Franek spojrzał na siwowronkę, która przyleciała w tej chwili do byłego dworskiego brzeźniaka. Pomyślał i odpowiedział:

– Bolszewiki! Bolszewiki chcą niby to dla drugich żyć.

– A ty czemu dla drugich nie żyjesz?

– Dlaczego, czemu?… – I Franek szukał słów repliki, z lekka otwarłszy usta.

Wtedy Olkowi przyszła myśl do głowy: – Nu, na przykład, kamień leży na koleinie. Ty nie potrudzisz się, żeby z wozu zleźć i na bok odrzucić. Dla siebie nawet, a co tu i mówić o innych.

– A dawaj, stań! Ot zlaza i wyrzuca. Prrr! – zawołał nie czekając i przerzucił nogi poza drabinkę. Oluk odwrócił się za Frankiem, patrząc, jak poszedł, nachylił się, wydobył kamień i rzucił nim w pole. Z miejsca, gdzie padł, zerwał się skowronek, nisko, milczkiem przeleciał i zapadł opodal. Franek wrócił. „Nooo!” – mruknął Oluk. Koń zakołysał duhą, skrzypnął hołoblami i pociągnął. Przyjaciele milczeli.

Coś jakby się poruszyło wewnątrz Smolskiego. „Dla drugich” – myślał. „Chrystus dla kogo umarł na krzyżu świętym!” Podskoczyli na następnym kamieniu, ale już nikt nie złaził, by go usunąć. Żeby tak każdy kamień z drogi, do wieczora nie wróciliby do chaty.

Rzecz naturalnie nie w kamieniach. Począł nagle mówić, a jego ospały zazwyczaj głos nabrał ognia, jakby to on sam kazał z ambony:

– Ani żadnego sowieta jeszcze nie było, kiedy Chrystus mówił, że dla drugich trzeba żyć. Kochaj, mówił, bliźniego, jak siebie… Ot, jak mówił.

Franek nie odpowiedział, bo i prawda, że tak było.

– Cudy tworzył!..

– A czemu to teraz cudów nie spotyka się?

Tego Oluk nie wiedział, czemu. Ale wyraźnie odczuwał, że gdyby do tego doszło, wszystko na świecie by się odmieniło. Z kolei on nie znalazł na poczekaniu odpowiedzi, znów się zamyślił i dopiero podjeżdżając do pierwszych sosenek lasu, z wypiekami na policzkach, które mu wystąpiły podczas rozmowy, powiedział głośno, ale na wpół do siebie:

– I cudy będą, nie bój się.

– Chyba, że obaczę.

– A ot, obaczysz! – i targnął lejcami.

(Józef Mackiewicz „Droga donikąd”)

Powieściowy Oluk Smolski z Popiszek – to postać autentyczna (nazywał się Aleksander Iwaszko). Głośny w czasach wojny i po jej zakończeniu prorok, cudotwórca, uzdrowiciel. Józef Mackiewicz, wiedziony zawodową ciekawością musiał był go odwiedzać niejednokrotnie. Wieści o proroku z Popiszek docierały nie tylko do Czarnego Boru i Wilna, bo także do Kowna, Olity i innych miast, miasteczek, wsi, a nawet na Łotwę. Kazań, proroctw Oluczka, który Boga widział, przyjeżdżali słuchać nie tylko zwykli śmiertelnicy różnych wyznań, ale i katoliccy księża.

Na 17 czerwca 1941 Aleksander Iwaszko (Oluczek Smolski w „Drodze donikąd”) zapowiedział we wsi cud: „Odwali się kamień… Z niego woda tryśnie… Powstanie kobieta od siedmiu wieków pod nim pogrzebana… Cud… W czerwcu…”. Tysiące ludzi uwierzyło w tę zapowiedź. Świadkiem tego wydarzenia był Józef Mackiewicz.

Któż mógłby stwierdzić z całą pewnością, co pchało tysiące ludzi leśnymi drogami do biednej wsi. Wiara czy rozczarowanie do wiary? Nadzieja czy beznadziejność? Ciekawość czy apatia? Zapewne rozmaite pobudki, być może wzajem sobie nawet sprzeczne. Jedno jest tylko pewne, że nie wymyślono dotychczas słowa bardziej magicznego ponad: cud! Zapowiada ono wytłumaczenie wszystkiego, co jest na ziemi i niebie; potwierdza wiarę, rozprasza wątpliwości, tłumaczy przeszłość, wyjaśnia przyszłość. W zasadzie każda siła materialna traci wobec cudu swe znaczenie jak licha bariera kopnięta nogą przechodnia. Ale z drugiej strony, nie może być takiej siły duchowej, autorytetu kościelnego, takiej nauki, takiego kapłana, który by potrafił przeciwstawić cudowi coś bardziej atrakcyjnego. Najbardziej ważkie i przekonywujące argumenty przeistaczają się w puste słowa. Wobec naocznego cudu bowiem nikłe wydają się tysiącletnie wierzenia na słowo, niepotrzebne wszelkie przekonywania, piaskiem w oczy kazania z ambony. Gdy Pan schodzi do ludzi osobiście, czy może mieć znaczenie, co mówią jego urzędnicy, jego słudzy, pośrednicy wszystkich rodzajów? Któż zechce wtedy słuchać ich wykładni, ich interpretacji, kogo interesować mogą ich poglądy? Dość, dość! Wieki płynęły za wiekami, a ludzie wciąż słuchali, słuchali… Teraz raz wreszcie chcą zobaczyć! Pewnie, że rzeczy takiej jeszcze nie bywało, ale czy nie może być dlatego? I czy raczej w czasie wielkiej niedoli niż kiedy indziej?

Powiedział raz Pan Bóg Adamu: masz tobie wolna wola! Znaczy i patrzaj swego interesu”

„Oj, żeby nie wyszło nam całą wsią odpowiadać, jeżeli nie daj Bóg sowieci naskoczą” – powiedział jeden z tutejszych gospodarzy, Olszewski. Naskoczyli. Cud o zapowiedzianej godzinie (12) jednak się nie stawał; enkagebiści i milicja rozpędzili wielotysięczny tłum, zaś proroka Oluczka i jego matkę aresztowali.

Chłop z Łotwy nie zdziwił się, gdy Paweł po dłuższym milczeniu na wpół do siebie, a na wpół do niego, skierował uwagę:

– Ale żeby choć ktokolwiek palcem ruszył. Taki tłum! A tych [enkagebistów] garstka. – Wiadomo, przegrani – odpowiedział.

– Jak to przegrani?

– Chyba pan w karty grałeś kiedykolwiek?.. No, to i będzie to samo, jak w kartach. Postawił na złą kartę i przegrał. A kiedy przegrał, to czy pan, czy drugi, pójdziesz wyrywać swoje pieniądze siłą? Nie pójdziesz. I pomyślenia nawet takiego u pana nie będzie, ani nawet żeby śmiałości takiej. Podobnie choćby i teraz: ludziom cudu zechciało się. Na cud znaczy postawili. A cudu: nie ma! Znaczy przegrali. Bo to: jak pan chcesz, siłą jego wyrwać, cud ten? Nie wyrwiesz siłą. Na to nie ma ludzkiej siły, a wola Boża. […]

Ot, ja stał koło drzewka takiego przysłoniwszy się do pnia, bo mnie w lewej nodze skurcz bywa, na ziemi klękać trudno… No to stał ja i patrzał na ludzi: chtóren modli się, chtóren śpiewa, krzyczą wszystkie, a ja stoję sobie i myślę: za co to im Pan Bóg ma ten cud zrobić? Za jakie to zasługi? Panżesz widziałeś sam. Ponazbierało się tego barachła ludzkiego, tu i katoliki, tu i ruskie prawosławne, i nie wiedząc jakie sektanty, i żydki także samo, i tatarów widziałem, i burłaki starowiercy, nu, jednym słowem, ćma! A wiele między nimi sprawiedliwych, powiedz pan sam? Dziesiątek, dwa… Nasz gospodarz, słyszę, kury zagania do chlewu… I prawda, że tylko kury im kraść. To dla kogo? Dla nich było cud robić? Owszem, mówią prorok ten, chłopczyk młody, obiecał. Może i prawda chciał. Ale widać żadnego on posłuchania nie ma. […]

No, to widzisz pan, ja tak i mówiłem: jeżeli się nie uda jemu cudu stworzyć, to będzie bardzo źle. A pan dziwisz się, że jego ludzie nie bronili. Kiedy sami oni od Pana Boga ochrony czekają. A tymczasem Pan Bóg za wszystkiem tymi sprawami nie zajmuje się i wtrącać nawet nie chce. Pan Bóg do ludzkich spraw nie miesza się. Powiedział raz Adamu: masz tobie wolna wola! Znaczy, i patrzaj swego interesu. Pan Bóg, On, widzisz z szatanem wojuje, ale nie z ludźmi. Garsteczka… Ja sam widzę, że garsteczka. Żeby to byli diabły jakie z ogonami, na kopytach krowich i z widłami od gnoju, jak ich malują, to może w ta pora Pan Bóg i zesłałby jaki zastęp aniołów z mieczami. Ale sowieci… takie same ludzie, jak i my, i Pan Bóg w taka małość ani nawet wdawać się nie będzie. Nie wiem, może ja czasem i niesprawiedliwie mówię, ale po mojemu, to tak: na szatańska siła jest boska odpowiedź, a na ludzka siła tylko ludzką można dać odpór. To nie ma czego Panu Bogu głowa durzyć i cudu domagać się, a trzeba za wszystkiem inaczej, zaaa wszystkiem inaaaaczej!..

Inaczej… W tym samym, 1941 roku w wileńskim kościele św. Michała, gdzie znajdował się obraz Jezusa Miłosiernego, było ponad 130 wotów, które świadczyły o otrzymanych tam łaskach. Kult się rozwijał oddolnie, jednakże święto Miłosierdzia Bożego, o które księdzu Michałowi Sopoćce wypadnie potem zabiegać przez całe życie, nie zostało ustanowione – jakby na dowód Opatrzności, iż doraźnych cudów nie bywa.

Odwołanie Notyfikacji z 1959 przez Jana Pawła II aktem ogromnej odwagi

Kult Bożego Miłosierdzia został ograniczony przez Notyfikację Stolicy Apostolskiej w 1959 roku, która zabraniała rozszerzania nabożeństwa w formach przekazanych przez s. Faustynę i zaleciła usunięcie obrazów Jezusa Miłosiernego. Dopiero w 1978 (zaledwie parę lat po śmierci ks. Sopoćki) Notyfikację odwołał papież Jan Paweł II. W dziejach Kościoła było to aktem ogromnej odwagi. Dlaczego? Na miejscu tu będzie przytoczyć dłuższy fragment rozmowy Zbigniewa Podgórca z najznakomitszym malarzem końca XX w., twórcą ikon, wnikliwym znawcą teologii – Jerzym Nowosielskim. (Rozmowa odbyła się przed 20 laty).

Jerzy Nowosielski:

Chrystus przyjmuje człowieka takim, jakim jest. Przyjmuje człowieka-grzesznika. Człowiek najpełniej przejawia się przecież w swojej grzeszności, w upadku. W upadku człowieka przejawia się jego wielkość. I takiego człowieka właśnie bez żadnych zastrzeżeń przyjmuje Chrystus. Jak sam powiedział, zdrowi nie potrzebują lekarza. Chrystus do porządnych ludzi nie przyszedł. Przyszedł zbawić grzeszników, z których pierwszym jestem ja.

Zbigniew Podgórzec:

– Czy to nie jest ludzka nieskromność, by nie rzec: pycha?

– Przecież grzesznik nie ma nic więcej Bogu do ofiarowania, jak tylko swoją nieskromność.

– A rozpacz?

– Rozpacz tkwi w człowieku immanentnie, dopóki istnieje. Grzesznik więc ma Bogu do ofiarowania jedynie swoją nieskromność.

– Czy to jednak nie jest grzech przeciwko Duchowi Świętemu?

– Pojęcie tego grzechu jest tak niejednoznaczne i tak wielokrotnie bywa nadużywane…

– Myślę o rozmyślnym grzeszeniu z nadzieją na przebaczenie, że będzie się zbawionym.

– Rosjanie powiadają: Nie sogrieszysz, nie pokajaszsja. W klasycznym ujęciu średniowiecznym to jest grzech przeciwko Duchowi Świętemu. Nadmierna ufność w Miłosierdzie Boże. W XX wieku nastąpiła korektura tego pojęcia, a mianowicie była taka zakonnica, s. Faustyna, która prowadziła dziennik. Zapisywała w nim objawienia i słowa Chrystusa. I z tego dziennika najważniejsze karty zostały usunięte. Właśnie te, gdzie dotyka Miłosierdzia Bożego. Co tam było napisane? W każdym razie Faustyna zostanie świętą, kult jej ustali się w Kościele, a to, co Pan Jezus naprawdę jej powiedział, przepadło. Taka jest już natura Kościoła, że likwiduje wszystkie najważniejsze rzeczy, jakie Chrystus ma do przekazania człowiekowi. Tam, gdzie Chrystus zbliża się do sedna rzeczy, tekst się urywa. Stronice zostały wyrwane.

– I nie chce Pan wiedzieć, co było napisane na tych stronicach, które zostały wydarte z dziennika s. Faustyny?

– Nie. To bowiem największa z tajemnic. To tajemnica, której Kościół musi jak najstaranniej strzec. Nie może ogłosić prawdy o Miłosierdziu Bożym, gdyż zatraciłaby się jego funkcja wychowawcza. Kościół, który chce egzystować w rzeczywistości empirycznej, chce współżyć z ludzkością, musi wychowywać. Musi być pelagiański. Bo pelagianizm to nie jest nic innego jak odwoływanie się do wrodzonej naturze ludzkiej skłonności do cnoty. I cnota jest fundamentem tradycyjnych Kościołów chrześcijańskich. Bóg według tradycyjnych Kościołów chrześcijańskich musi być Bogiem dobrym. A więc takim Bogiem, w którym można pokładać nadzieję. Przecież nikt nie będzie szukać ratunku u Boga, o którym nie wie, czy jest dobry, czy zły. To jedynie mistycy potrafią kochać takiego Boga. Ludzie szukają dobrego Boga, bo chcą pociechy, asekuracji. Inaczej człowiek nie może funkcjonować na tym świecie. Kościoły muszą więc rozpościerać zasłonę tajemnicy. Z chwilą, gdy Chrystus umiera na krzyżu, zasłona się rozdziera na dwoje i tajemnicę obnaża. Natomiast świątynia musi mieć zasłonę. Kościół jest w jakimś sensie wielkim inkwizytorem. Musi być cenzorem. Bo prawda o Miłosierdziu Chrystusa jest zbyt straszliwa dla świadomości ludzkiej. To nie jest jakaś „ugłaskana” prawda. Dotknięcie tej prawdy to koniec, to śmierć. Trzeba umrzeć, by ją poznać. Nie przypadkiem objawienie o Miłosierdziu Bożym zostało powierzone takiej osobie jak s. Faustyna. Osobie bardzo rygorystycznie uformowanej duchowo. O Miłosierdziu Bożym za dużo mówić nie wolno. Nie dziwię się nawet Kościołowi, że z taką ostrożnością odnosi się do tego objawienia. Charakterystyczne dla mnie natomiast jest jedno, a mianowicie to, że objawienia chrystologiczne głoszą o Miłosierdziu, zaś objawienia mariologiczne o sprawiedliwości, sądzie i karze. Jest w tym jakaś prawidłowość, że objawienia z La Saletty, Fatimy, Lourdes mówią o karze, natomiast wszystkie objawienia chrystologiczne głoszą o bezgranicznym Miłosierdziu Bożym, które zlikwiduje wszelkie przeszkody między Bogiem a człowiekiem.

Miłosierdzie Boże jest dla mnie czymś tak niepojętym, obejmującym wszystkie aspekty wszelkiego możliwego dobra i zła, że jest ono przerażające. Ale jest też niewiarygodne. Gdybym, tak naprawdę, wedle Formuły Jezu, ufam Tobie – uwierzył w Miłosierdzie Chrystusa, to byłbym zbawiony. A rzeczą nieprawdopodobną dla człowieka jest uwierzyć we własne zbawienie. Mogę jedynie powtarzać: Chryste, wspomóż moją niewiarę. Mogę niejako dojść do rzeczywistości mego zbawienia na drodze rozumowej, bo mam skłonności do filozofowania. Tok mojego myślenia w tym przypadku byłby następujący: przecież jako ludzie nic znów takiego strasznego czy złego nie czynimy, bo przecież sama natura jest jednym wielkim złem. Dlaczego więc mamy być dobrzy? Chrystus zbawi nas takimi, jakimi jesteśmy. Wierzę w to, co Chrystus powiedział s. Faustynie, a mianowicie, że każdy człowiek ma prawo do zbawienia. Prawem nawet największego grzesznika jest zbawienie. S. Faustyna była ostatnią osobą, która mogła to wymyślić. Jednak Kościół jako pedagog nie może go zaakceptować. Niekiedy czyni to pod przymusem. Chrześcijanie obrządku wschodniego znają kazanie św. Jana Złotoustego, wygłaszane na Wielkanoc. Jest w nim mowa dokładnie o tym samym. I księża muszą wkładać wiele wysiłku w to, by wytłumaczyć ludziom, że tylko św. Jan Złotousty tak napisał i Bogu wcale nie jest obojętne, kto przyjdzie pierwszy, a kto ostatni. Wielki Inkwizytor działa więc nie tylko w Kościele rzymskim, ale również prawosławnym. Kościół nie może się przyznać do tego, że zna prawdę, musi więc chować ją do szkatuły. Kościół nie może przyjąć objawienia o Miłosierdziu Bożym, bo jest ono antypedagogiczne. A jest to objawienie, podkreślam, absolutnie autentyczne, bo odebrała je osoba, która nie miała żadnych predyspozycji do tego, by coś takiego wymyślić. Objawienie o Miłosierdziu Bożym to jest skraj przepaści. Człowieka trzeba pouczać, wychowywać. To jest legenda o Wielkim Inkwizytorze.

– Czy Kościół musi być nieomylny?

– Jako mistyczne ciało Chrystusa Kościół rzeczywiście jest nieomylny i mówi prawdę. Natomiast jako instytucja musi tę prawdę ukrywać za zasłoną.

* * *

Papież Jan Paweł II „tej prawdy” nie ukrył…

W Polsce nie ma dziś diecezji, która by nie miała parafii pod wezwaniem Miłosierdzia Bożego.

Niezwykle prężnym ośrodkiem duszpasterskim i wydawniczym jest kanadyjska wspólnota Verdun, której członkowie troszczą się o ludzi zagubionych moralnie. Pallotyni prowadzą apostolat we Francji, Słowacji, Brazylii (organizują kongresy i spotkania modlitewne, drukują ulotki, obrazki i „Dzienniczek” s. Faustyny). W Niemczech działa na tym polu prowadzony przez osoby świeckie Schwester Faustine Sekretariat, przy którym funkcjonuje zrzeszające parę tysięcy osób Koło Czcicieli Jezusa Miłosiernego.

Od beatyfikacji s. Faustyny w 1993 roku w Rzymie działa przy kościele Ducha Świętego włoskie Centrum Duchowości Miłosierdzia Bożego.

„Dzienniczek” kanonizowanej w 2000 roku s. Faustyny został przetłumaczony na kilkanaście języków.

Święto Miłosierdzia Bożego wprowadził Jan Paweł II. Dzisiaj na całym świecie są już miliony czcicieli Miłosierdzia Bożego. Już tylko w samych Stanach Zjednoczonych jest ich około 800 tysięcy. Kult jest szczególnie rozpowszechniony w Ameryce Południowej, a także na Filipinach, w Korei i Nowej Zelandii.

Koronki do Miłosierdzia Bożego tłumaczone są na coraz to nowe języki, w tym –narzecza afrykańskie.

Pewien ksiądz na Antylach Holenderskich spotkał kobiety, które przeszły całą wyspę z obrazem Jezusa Miłosiernego i z książeczkami do nabożeństwa, żeby nauczyć ludzi, jak mają się modlić do miłosiernego Boga.

Słowiański Jezus Miłosierny na Filipinach

W tym temacie interesujące zjawisko na Filipinach opisał ks. Piotr Sadurski:

„Turysta z Europy odwiedzający Filipiny może być zaskoczony, kiedy w sklepie zauważy zegarki ozdobione podobizną Jezusa Miłosiernego o wyraźnie słowiańskich rysach. Takie zegarki są fabrycznie ustawione na dzwonienie o godz. 15, kiedy odprawia się bardzo popularną na Filipinach Godzinę Miłosierdzia. W tym kraju od kilkunastu lat rośnie kult Miłosierdzia Bożego, coraz popularniejsze są modlitwy przekazane przez Zbawiciela, a Filipińczycy należą do obcokrajowców najczęściej odwiedzających sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikch, gdzie znajduje się łaskami słynący obraz Jezusa Miłosiernego i relikwie św. Faustyny”.

Jest to obraz pędzla Adolfa Hyły – w swoim czasie krytykowany przez ks. Sopoćkę – dziś na całym świecie najbardziej znany, popularny. Hyła namalował go do kościoła klasztornego w Łagiewnikach w 1943 r. Namalował nie na zamówienie, ale jako wotum za ocalenie rodziny. W zorganizowanym przez ks. Sopoćkę konkursie na nowy obraz, w 1954 roku, Adolf Hyła nie uczestniczył, bowiem zamówienia nie przyjął. (Hyła namalował jeszcze inne obrazy Jezusa Miłosiernego podobne do pierwowzoru).

Temat Miłosierdzia Bożego opracowywany przez ks. Sopoćkę w czarnoborskim domu

Czarny Bór… Gdzieś, w którymś tu z dawnych domów mieszkała pani Wąsowska, dzięki której pamiętnego 3 marca 1942 ks. Sopoćko, salwując się w Wilnie ucieczką przed prześladującymi go Niemcami, ukrył się w Czarnym Borze pod opieką sióstr urszulanek. Tu, na północnym krańcu Puszczy Rudnickiej zachował się w dobrym stanie szczęśliwie „odnaleziony” ostatnio dom „Opatrzność”, którego właścicielką była Felicja Węsławowicz, a w którym zamieszkał ks. Sopoćko, wraz z dwiema siostrami urszulankami, także ukrywającymi się przed Niemcami. W domu, oprócz kuchni znajdowały się cztery pokoje. W jednym z nich mieszkała Felicja Węsławowicz, trzy pozostałe wynajmowały siostry urszulanki. Księdzu Sopoćce udostępniono jeden pokój, następny przeznaczony został na kaplicę, a w ostatnim zamieszkały dwie siostry urszulanki.

Ks. Sopoćko pracował tu nie tylko fizycznie (jako „drwal”, „stolarz”, „cieśla”), ale przede wszystkim umysłowo. Podstawową tematyką, którą się wtedy zajmował, był temat Miłosierdzia Bożego. Nieoczekiwane dla niego samego wykluczenie go z czynnego życia i działalności w Wilnie, sprzyjało obecnie oddaniu się tej pracy. To tu przygotowywał siebie, ufając, że wojna musi się skończyć, do pracy apostolskiej na rzecz szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego. Dużo i często mówił o tej prawdzie siostrom, które się z nim ukrywały. Dużo mówił o niej gospodyni domu Felicji Węsławowicz.

Dom ten, na mocy testamentu spisanego przed śmiercią przez Felicję Węsławowicz, jest obecnie własnością polskiej rodziny Raczków.

12.

Brama była otwarta na oścież. Drzwi do domu uchylone. Pusto. Do stajni nawet nie zaglądali: jej czarniejszy od zmroku otwór upewniał, że żaden tam w tej chwili koń nie żuje owsa. Nie było wątpliwości: uciekli. Ani Drużko, ani Franciszek spod lasu nie śmieli wypowiedzieć na ten temat swego zdania. Wrażenie tego domu przytłaczało ich wyobraźnię: oto człowiek otworzył bramę w ciemną noc i zostawił tyle dobra za nic; powiedział: bierzcie! A przecież każda rzecz ma swoją cenę, każda prawie przyda się w gospodarstwie; chociażby ta łyżka, na którą nastąpił Franciszek, schylił się, podniósł i cicho położył na stole […] W ciemnościach cykał zegarek. Obok widniała jasna plama kalendarza ściennego. W pokojach czuć było jeszcze zapach żywych ludzi, którzy kilka chwil temu tu mieszkali. Inni dotychczas, do ostatniej chwili trzymali się kurczowo swego dobytku.

Ten uciekł. […]

Raczenko zwrócił się do Drużki:

– A tamtego… co uciekł, dom, rzeczy, inwentarz zabezpieczony?

Drużko otworzył trochę usta, nie wiadomo, czy bardziej z zaskoczenia, czy niepokoju. – Nie było rozporządzenia… – zaczął.

– Po co rozporządzenia! Kto ma rozporządzać? Kto tu gospodarz? Ech, wy! I jeszcze przewodniczący sielsowietu się nazywa! Ile jeszcze czasu przejdzie, zanim zrozumiecie najprostsze rzeczy? Drużko? A? To znaczy: drzwi otworem, a zwierzęta może nie karmione, nie pojone; pies, kury, świnie, krowa…

– Krowy u niego nie było.

– Świń też nie było?

– Owszem, miał dwa parsiuki, ale niewielkie.

– No więc co, że niewielkie? To znaczy – mają zdychać? Żywe przecież stworzenia. Gdzież u was poczucie gospodarskie? A wy wiecie, co to jest przewodniczący sielsowietu? To jest gospodarz całej wsi, gromady. Przewodniczący gospodarzy. Bo wy teraz wszyscy gospodarze jesteście, na swoim własnym, ludowym. To wasze dobro, wspólne, ale wasze. Nie rozumiecie tego jeszcze, co? Każda rzecz do was należy, nie do obcych, nie do wrogów ludu, a do was. I tamte parsiuki, co mówicie, że niewielkie, i kury, i wszystko. Nawet kwiaty w doniczkach, i te trzeba podlać, bo wasze. Wasze własne, Drużko! Rozumiecie? Ziemia, lasy.

– Rozumiem – odparł chwiejnym głosem.

– To-to! „rozumiem” – przedrzeźnił go łagodnie. – To trzeba naprawdę, szczerze raz wreszcie pojąć, a nie tylko formalnie. Skostnieliście pod tym pańskim jarzmem, a tu trzeba inicjatywy, ruchu. Przecież wolni jesteście teraz ludzie.

– Naturalnie, wolni – powtórzył Drużko.

(Józef Mackiewicz „Droga donikąd”)

Powieściowy Paweł uciekał ze swego domu w Czarnym Borze przed sowiecką wywózką. Uciekł razem z żoną Martą i kochanką Weroniką, która podjęła próbę ich ratowania, ukrycia w odległej wsi, u jej rodziców.

Dom Józefa Mackiewicza w Czarnym Borze, odkąd opuścił go w 1944 roku, zachował się jeszcze we względnie niezłym stanie, jest własnością prywatną.

W tym samym, 1944 roku dom w Czarnym Borze opuścił ukrywający się w nim ks. Michał Sopoćko. Ten dom takoż zachował się w dobrym stanie. Domy, ludzie zmieniają się wolniej aniżeli czasy…

Po latach Czarny Bór oraz te domy zostały utrwalone w powieści Józefa Mackiewicza „Droga donikąd” i we „Wspomnieniach” ks. Michała Sopoćki.

Ks. prof. Michał Sopoćko jeszcze przez parę lat będzie działał w Wilnie na rzecz szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego. Rozprzestrzenianiu się nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego sprzyjało rozproszenie ludności, będące skutkiem działań wojennych. Modlitwy i obrazki Jezusa Miłosiernego zabierane były ze sobą przez uciekinierów wojennych, przez wywożonych na zsyłki w głąb Rosji, przez jeńców wojennych i zsyłanych do obozów koncentracyjnych lub wywożonych na przymusowe roboty do Niemiec. Uwolnieni z obozów oraz żołnierze polscy, którzy ze Związku Sowieckiego i przez Bliski Wschód dotarli na zachód, i inni emigranci rozpowszechnili to nabożeństwo po różnych państwach i krajach.

Księdzu Sopoćce bardzo zależało, by cześć dla Miłosierdzia Bożego obejmowała jak najszersze kręgi, by nabożeństwo rozprzestrzeniało się na całej ziemi. Taki zamysł przyświecał mu, gdy rozsyłał swój łaciński traktat do biskupów w świecie, gdy zachęcał opuszczających Wilno, aby tam, gdzie dotrą, starali się szerzyć nabożeństwo. Tą drogą za pośrednictwem ks. Józefa Jarzębowskiego, marianina, udało się przeszczepić nabożeństwo aż do Ameryki.

Ks. Józef Jarzębowski – „kurier” szczególny

Wraz z wybuchem wojny w 1939, wobec zbliżania się wojsk niemieckich do Warszawy, na wezwanie władz cywilnych, grupa księży i kleryków mariańskich opuściła 6 września warszawskie Bielany, dążąc na wschód do klasztoru mariańskiego w Raśnie, a następnie na północ do Drui nad Dźwiną. Ostatecznie znaleźli się na Litwie, uchodząc przed krasnoarmiejcami. Ks. Jarzębowski, który znajdował się w tej grupie, został opiekunem duchowym internowanych polskich żołnierzy w Wiłkomierzu. W tym obozie ks. Jarzębowski zetknął się po raz pierwszy z nabożeństwem do Miłosierdzia Bożego.

W końcu 1940 roku pojechał w pielgrzymce do Wilna. Odprawił Mszę świętą u Matki Boskiej w Ostrej Bramie i w kościele św. Michała, gdzie naonczas znajdował się obraz Jezusa Miłosiernego. Tam się przekonał, że nabożeństwo to jest szeroko znane. Spotkał się też z ks. Michałem Sopoćką, który mu wręczył obrazki i modlitwy do Miłosierdzia Bożego. Ks. Jarzębowski powrócił na Litwę. W Kownie zaczął się starać o wyjazd. Zamiar – raczej beznadziejny, bo zależało to od decyzji NKWD. Podjął jednak ryzyko. Udał się do kowieńskiego NKWD z przedawnioną wizą amerykańską i… z obrazkiem Jezusa Miłosiernego. Później opisze tę wizytę tak:

Przez trzy dni stałem w kolejce od godz. 6 do 12. Ostatniego dnia czułem, że coś będzie […] Byłem w sutannie. Na sercu obrazek Pana Jezusa Miłosiernego […] Ryzykuję. Kładę rękę na obrazek i mówię: „Jezu, ufam Tobie!”. Po wstępnych zdaniach urzędnik pyta:

– To wy kto?

– Ksiądz…

– Biografię macie?

– Tak.

Przeczytał, ale to było dla niego za krótkie.

– Nu, a czto wy diełali w etoj Warszawie?

– To co każdy ksiądz – nabożeństwa.

Enkawudzista zatrzymał wizę i obiecał, że przygotuje pozwolenie na wyjazd. Nazajutrz ksiądz znalazł swoje nazwisko umieszczone na liście wyjeżdżających. To już było wiele. Nie miał jednak ani wizy tranzytowej, ani pieniędzy na podróż. Napisał do ojców franciszkanów w Nagasaki z prośbą, by mu załatwili wizę tranzytową, zaś do ks. prowincjała Łuniewskiego w Ameryce o pieniądze na podróż. Odmawiał ciągle nowenny do Miłosierdzia Bożego. Kiedy już kończył się termin ważności przepustki, ks. Jarzębowski otrzymał pieniądze na podróż i promesę wizy tranzytowej japońskiej. Przedstawił to w NKWD i pojechał znów do Wilna, gdzie modlił się przed obrazem Jezusa Miłosiernego i w Ostrej Bramie. Ks. Sopoćko wręczył ks. Jarzębowskiemu swój traktat teologiczny o Miłosierdziu Bożym, obrazki i modlitwy i prosił go, by to wszystko przewiózł do Ameryki i wydał drukiem.

Stał się więc ks. Jarzębowski „kurierem” Miłosierdzia Bożego i jego apostołem.

Po przybyciu do Władywostoku, miał jeszcze problemy z dotarciem do japońskiego konsulatu i z odprawą celną. Jednakże torby z traktatem, obrazkami i modlitwami do Miłosierdzia Bożego celnik kontrolować nie miał ochoty.

Później znalazł się ks. Jarzębowski w japońskim porcie Jokohama. Przebywał tam przez dwa miesiące. Po uzyskaniu wizy, przybył do Seattle i udał się do mariańskiego klasztoru w Waszyngtonie. Od dnia przybycia zlecano mu zajęcia duszpasterskie w polskich parafiach.

Ks. Jarzębowski ślubował na Litwie, że przez całe życie będzie szerzyć nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego. Niestety, marianie polscy w Ameryce nie mieli naonczas środków na drukowanie książek. Pierwszą broszurkę o Miłosierdziu Bożym, autorstwa ks. Józefa Jarzębowskiego, w nakładzie 2 tys. wydały drukiem siostry felicjanki w Enfield w stanie Connecticut, dla których ks. Józef prowadził rekolekcje.

Pierwszy obraz Miłosiernego Zbawiciela namalowała siostra Fabia, felicjanka z Livonia, Michigan. Nieco później, kiedy ks. Jarzębowski został redaktorem pisma „Sodalis” w seminarium polskim w Orchard Lake, z funduszy ks. Waleriana Jasińskiego wydano drukiem dzieło ks. Sopoćki „O Miłosierdziu Bożym i o wprowadzeniu jego święta”. Według informacji ks. Jana Bukowicza, dzieło to, rozesłane biskupom i seminariom duchownym w Ameryce nie wzbudziło większego zainteresowania. Inaczej zareagowali przeciętni czytelnicy. Nakład broszurki szybko się rozszedł i trzeba było drukować następne, co przejęli już księża marianie.

Ludzie informowali o uzyskaniu łask, zaczęli przesyłać ofiary na szerzenie tego nabożeństwa. Do odpowiadania na listy zaangażowano świeżo wyświęconego księdza Władysława Pełczyńskiego. Stało się to zaczątkiem specjalnego biura, nazwanego potem „Apostolat Miłosierdzia Bożego”, który szerzył to nabożeństwo na szeroką skalę i w różnych językach.

W tym samym czasie ks. Jarzębowski w swym pismie „Sodalis” opublikował artykuł pt. „Jezu, ufam Tobie”, w którym szerzył to nabożeństwo z wielkim zaangażowaniem.

Potem ks. Józef Jarzębowski wyjechał do Meksyku, gdzie w Santa Rosa objął duchową opiekę nad grupą 1 600 Polaków, przeważnie kobiet i dzieci, uratowanych z Syberii. I tutaj nie ustawał w szerzeniu nabożeństwa. A gdy po siedmiu latach opuszczał Meksyk (ponieważ obozy polskie uległy likwidacji), napisał: „Jeden promienny ślad pozostawią po sobie w Meksyku wygnańcy polscy: będzie to kult Miłosierdzia Bożego, który z nami przywędrował z Wilna poprzez śniegi Sybiru, Iran, Indie, Pacyfik. Coraz bardziej zyskuje na sile i zdobywa dusze katolickiego Meksyku tym krótkim wezwaniem: „Jesus in ti confito” – Jezu, ufam Tobie. Oby tak było.

Nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego ks. Jarzębowski wnosił wszędzie, gdzie sam przebywał. Tak też było, kiedy w 1950 przybył do Anglii. Otwierane tam zakłady wychowawcze dla chłopców – w Hereford i w Fawley Court poświęcił Miłosierdziu Bożemu. Wprowadzona przez niego „Wieczysta Nowenna” do Miłosierdzia Bożego trwa tam do dziś.

Julian Chróściechowski, doktor prawa – aktywny propagator kultu w Anglii

Po przeniesieniu się z Wilna do Białegostoku, już w jesieni 1947 roku, ks. Sopoćko wszedł w listowny kontakt z przebywającym w Londynie Julianem Chróściechowskim, doktorem prawa, związanym od czasu wojny z rozwijanym przez zgromadzenie marianów w Anglii apostolstwem na rzecz szerzenia nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego. Chróściechowski napisał do ks. Sopoćki o swym zainteresowaniu sprawą kultu. Prosił o przesłanie wydawnictw i informacji o szerzeniu się kultu w Polsce, zamierzał wydać broszurkę o kulcie Miłosierdzia Bożego, a także prosił o ewentualne artykuły na ten temat, które mógłby drukować za granicą. Ks. Sopoćko chętnie przystał na tę propozycję i przesłał Chróściechowskiemu odpowiednie materiały i informacje.

W marcu 1948 ks. Sopoćko otrzymał od Chróściechowskiego do przejrzenia i poprawienia projekt planowanej broszurki pt. „Miłosierdzie Boże… ucieczka ludzkości przed katastrofą”. Jak pisze ks. Henryk Ciereszko, nadesłany tekst Chróściechowskiego zawierał pewne nieścisłości, a nawet miejscami rozmijał się z prawdą. „Chróściechowski nie posiadał teologicznego przygotowania ani wystarczająco pogłębionego rozumienia nabożeństwa, nie potrafił ponadto właściwie przedstawić zagadnienia. Sam zresztą był tego świadomy i dlatego wprost prosił ks. Sopoćkę o ostateczny kształt redakcji broszurki, chcąc, by sprawa Miłosierdzia Bożego i jego kultu była ukazana jak najlepiej”.

Ksiądz Sopoćko, mając to wszystko na uwadze, rzeczywiście gruntownie przeredagował, a nawet więcej – od nowa opracował zagadnienie, ustalił nowy tytuł i przesłał tekst Chróściechowskiemu. Potem jeszcze przez kilka miesięcy korespondencyjnie, otrzymując kolejne poprawione wersje broszurki, wnosił nowe szczegóły i poprawki. Pojawiła się też kwestia umieszczenia w broszurce modlitw do Miłosierdzia Bożego, oraz potrzeba korekt także w tym względzie. Chodziło także o modlitwę o beatyfikację s. Faustyny. W dziesiątą rocznicę jej śmierci, w październiku 1948 ks. Sopoćko wraz z przełożoną generalną Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia złożył podanie do kardynała A. Sapiehy o mianowanie postulatora do wstępnego zbadania cnót s. Faustyny. Wydany też został wówczas obrazek z modlitwą o jej beatyfikację.

Księdzu Sopoćce bardzo zależało na umieszczeniu w broszurce reprodukcji wileńskiego obrazu Najmiłosierniejszego Zbawiciela – jako najwierniejszej wizji s. Faustyny. Pisze ks. Henryk Ciereszko:

„Te wszystkie zabiegi przy opracowaniu broszurki wynikały niewątpliwie z jego wielkiej troski o właściwe, nie budzące zastrzeżeń przedstawienie sprawy Miłosierdzia Bożego i nabożeństwa do niego. Były również wyrazem jego odpowiedzialności za promocję kultu i to, by faktycznie mógł on się prawidłowo rozwijać i zasługiwać na akceptację władz kościelnych. Dodać należy również, że ks. Sopoćko nie chciał ujawnienia swej osoby w związku z postacią s. Faustyny, zażądał więc, by jego nazwisko zastępować w tekście słowem „spowiednik”.

Także w przypadku autorstwa broszurki sugerował, by raczej nie podawać jego nazwiska, chyba że byłoby to pożyteczne dla całej sprawy. Ewentualnie proponował dodać swe inicjały do nazwiska Chróściechowskiego jako autora. Ostateczną decyzję w tej sprawie pozostawiał wydawcy. Nie zastrzegał też sobie praw autorskich – w specjalnym oświadczeniu odstępował je Chróściechowskiemu”.

Przygotowywanie ostatecznej wersji broszurki trwało cały rok. Jej pierwsze wydanie pt. „Miłosierdzie Boże jedyną nadzieją ludzkości” ukazało się w Londynie na początku 1949 roku. Jako autor wymieniony został tylko ks. Michał Sopoćko. W kilka miesięcy później wznowiono je jako wydanie drugie, uzupełnione. W nim także umieszczono nazwisko ks. Sopoćki jako autora.

Ks. Sopoćko odnalazł w Chróściechowskim zapalonego propagatora idei kultu Miłosierdzia Bożego poza granicami Polski. W 1949 roku Chróściechowski wstąpił do Zgromadzenia Księży Marianów. Ks. Sopoćko przesyłał mu własne materiały o Miłosierdziu Bożym, w celu tłumaczenia ich na obce języki i wydawania w różnych krajach. Chróściechowski, korzystając z możliwości swego zakonu i za jego aprobatą, wydawał je. Pojawiły się też różnojęzyczne publikacje powstałe poza kręgiem tego zgromadzenia. (Najwcześniejsze obcojęzyczne publikacje ukazały się na początku lat 50.).

Współpraca ks. Sopoćki z Julianem Chróściechowskim trwała długie lata. Od roku 1968 prace przedstawiające tajemnicę Miłosierdzia Bożego ukazywały się pod ich wspólnym nazwiskiem. Na język angielski zostało przetłumaczone czterotomowe dzieło autorstwa ks. Sopoćki pt. „Miłosierdzie Boga w dziełach Jego”.

Dorobek piśmienniczy ks. Sopoćki, obok innych form apostolstwa, odegrał niewątpliwie istotną rolę w przygotowaniu klimatu dla ostatecznej aprobaty kultu Miłosierdzia Bożego. Nie był w tej działalności osamotniony. Charyzmatyk. Jakimś „dziwnym trafem” znajdywał współwyznawców swej idei, czego dowodem – dwa wymienione wyżej przykłady.

Rzecz o zgryzocie i ołowianej wodzie

W „Drodze donikąd” do uciekającego przed wywózką Pawła, mówi przypadkowo napotkany w Puszczy Rudnickiej chłop:

– Ot, wiesz, nieochota pod sowiecką władzą żyć. Straszno.

– Straszno?

– Straszno. […] To znaczy, jakby to powiedzieć… Przykładem siedzimy teraz w puszczy, a naokoło las czarny, noc, tylko sowy krzyczon. Strach z tego nieduży, ale choćby mały, a zawsze strach. Ale to nie ten strach… Nie tego gatunku. Bo jest taki, że człowiek nie umierać się boi, a żyć. Bywa tak w życiu. Zdaje się jednego dnia nic takiego i nie stało się, i jeść masz co, i spać gdzie, i tych pieniędzy kilka groszy, i żywioły w chlewie nakarmione, a wyjdziesz z chaty, spojrzysz w pole czyli w niebo, i jakby jakaś nudność człowieka za gardło chwyta. Bywa tak, nie?

– Bywa – odparł Paweł.

– No, właśnie. Podobnie choroba. Różne są i nawet niektóre bolesne. […] Ale bywa taka choroba, zdaje się, bol-nie-boli, a nawet jeżeli boli, to nie od bólu, ale taka straszna nudność nachodzi i gryzie, i człowiek sechnie nie wiedzieć od czego. A doktor, uczony człowiek, a tego nie rozumie… Może czasem znachor jaki, ale też rzadko, żeby wykrył samą tę główną przyczynę. Dlatego każdy teraz przy sowietach chodzi wszystko równo jak kwaśne jabłko zjadłszy, różnych przyczyn dopatruje się, a głównej zrozumieć nie może. A ta przyczyna, to i jest: zgryzota.

[…] Na przykład mój teść, wieczny jemu pokój, umarł jak raz w tamta wojna, ale przy życiu miał gospodarka i jeziorko dzierżawił. Niewielczeńkie takie jeziorko. No, ale jednym słowem gospodarz i rybak. To pamiętam jeszcze, młodym będąc, wyjdziesz o świtaniu, spojrzysz w woda, a ona jakaści sina, jak przymierzając u człowieka palce zmarźnięte; a później robi się różowa… a później taka jasna, jasna; w słońcu w południe jak monstrancja świeci… no tak. A gdzie w cieniu, tam zielona jak liść, a pod wieczór znowu inna… jednym słowem, co ja tu będę opowiadał, różna. Pod deszczem znowu robi się jak ten ołów i ciężka zda się, nieprzenikniona, woda, rozumie pan? No, a teraz weź zrobić z tego jeziora, żeby ono było i rankiem ołowiane, i o zachodzie, i o wschodzie, i na deszczu, zawsze tylko pod ten sam ołów, i będziesz wiedział, że już nigdy a nigdy nie zmieni się. To, powiedzieć prawda, ja bym przy takim jeziorze mieszkać nie chciał, niechby w nim ryby, choć rękami czerp!

Paweł (alter ego Józefa Mackiewicza) i ks. Michał Sopoćko uciekali przed aresztowaniem, wywózką. Byli na to skazani. Pierwszy za to, że dusiła go „ta zgryzota” i że nie mógł żyć „widokiem tego ołowianego jeziora”. Drugi – że pouczał ludzi jak tę zgryzotę, rozpacz mają w sobie zwalczać, jak zaufać Bogu…

Promieniował wewnętrzną czystością

„Wielką próbą wiary i duchowej dojrzałości ks. Sopoćki był czas wojny i okupacji. Wyszedł z niej bardziej zahartowany w wierze i ufności Bogu, ugruntowany w wartościach, które wyznawał i którymi żył. Wojenne doświadczenia, z charakterystycznymi dla nich wyzwaniami co do wierności Bogu i ewangelicznym zasadom życia, jeszcze bardziej uszlachetniły jego osobę”. (ks. Henryk Ciereszko)

Przez osoby stykające się z nim w tym czasie uważany był za „człowieka Bożego”, „świątobliwego” i „cnotliwego”, za uduchowionego kapłana, cieszącego się bardzo pozytywnymi opiniami zarówno u duchownych, jak i świeckich. Zauważało się, że górował nad innymi swą postawą chrześcijańską. Promieniował na otoczenie pokorą, wewnętrzną czystością. Siostry zakonne i osoby, które miały możliwość spotykania się z ks. Sopoćką podczas jego ukrywania się w Czarnym Borze zostawiły piękne świadectwo o jego życiu religijnym i tym zwyczajnym, powszednim – jako „stolarza”, „cieśli”, „Wacława Rodziewicza”.

Dlaczego nie ulice im. Józefa Mackiewicza i błogosławionego Michała Sopoćki?

W Czarnym Borze niewiele zostało z tamtych czasów domów. Może w którymś z nich mieszkali powieściowi Rojkiewiczowie, Rymaszewscy, Drużko, Franciszek spod lasu i in. Zachował się stary budynek, w którym mieści się szkoła. To w niej pracowała nauczycielka Idalia Żyłowska, którą ten i ów (ta i owa) z jej dawnych uczniów jeszcze pamięta. Wiedzą, że była młodszą córką pisarza Józefa Mackiewicza. O nim samym, jego powieściach mają wiedzę szczątkową. Nie docierały tu za sowieckich czasów, a i obecnie. Chyba, że z Anglii, albo z Polski ktoś przywiezie, bądź pocztą prześle. (Ostatnio „Droga donikąd” ukazała się w przekładzie na litewski). O tym, że ks. Michał Sopoćko ukrywał się w obecnym domu Raczków – dowiedzieli się obecnie, w Anno Domini 2009. („Nawet stare, z tamtych czasów cztery lichtarze półmetrowej wysokości się zachowały” – mówi Janina Raczko).

Józef Mackiewicz i ks. prof. błogosławiony Michał Sopoćko. Dwie wybitne postaci. Nazwiska, z których Czarny Bór może być szczególnie dumny. Ale do tej pory nieupamiętnione. Nie ma na tych domach żadnych tablic memoratywnych. (Naturalnie, zależy to od dobrej woli ich obecnych właścicieli). W latach ostatnich w Czarnym Borze wprowadzono nazwy ulic, których wcześniej w ogóle nie było. Dom, w którym ukrywał się ks. Michał Sopoćko znalazł się w ten sposób przy spreparowanej ulicy Sadowej (Sodu gatve). Dlaczego nie nazwać ją ulicą błogosławionego Michała Sopoćki? Odpowiednio – dlaczego nie zaistniała w Czarnym Borze ulica im. Józefa Mackiewicza?

…Listopad 2009. Opadają z drzew liście, pada deszcz, wieją ostre wiatry… Co nowego nawieją, jakie wniosą tu zmiany?

Pięknie pisał o listopadzie Józef Mackiewicz.

Okres, w którym liście opadają w tym kraju z drzew, łączy się zazwyczaj z okresem wiatrów. Gdy idzie się z wiatrem, liście biegną z tyłu; gdy się wychodzi, odchodzi z domu, są one jak wierne pieski, które toczą się po ziemi, odprowadzając kawałek drogi na ostatnie pożegnanie, czy też jak oswojone ptaszki, pisklęta rude, żółte, brązowe, śmieszne i niezgrabnie podskakujące wydłużanym stadem i czepiające się cholew albo nogawic spodni. Wiatr zadmie i w swym dziecinnym ferworze liście jesienne robią minę, jakby nigdy nie miały zamiaru opuścić podróżnego, a owszem toczyć się za nim aż na kraj świata, a nawet zawadiacko wyprzedzają go na ścieżce. Zwłaszcza liście klonowe na swych pogiętych nóżkach okręcają się młynkiem i wyczyniają tyle szmeru, że ścieżka wydaje się być żywą. Wierzyć im jednak nie można. Cała hałastra zatrzyma się nagle i układa w błocie na płask.

Ale raptowny, jesienny wiatr przeskakuje na lewo. Paweł, nastawiając od tej strony kołnierz palta, nie mógł się oprzeć wewnętrznemu uśmiechowi, gdy widział, że liście, które go zoczyły z tamtej strony drogi, zrywają się i pędzą w ukos poprzez koleiny, doganiając go wyciągniętą kolumną, zawsze z jakimś większym liściem jak oficerem na przodzie, tylko po to, by powiedzieć: do widzenia.

Wszystko to są jednak czułości na niby. Ileż to razy w życiu podnosił Paweł jakiś wyjątkowo piękny liść, w pierwszym odruchu postanawiając przechować go na pamiątkę, a nigdy do tego nie doszło. Po prostu pokręcił go za łodyżkę i rzucił. A ktoś, kto szedł z tyłu nadeptał albo i kołem przejechał. Bo to się tylko mówi o wzajemnej miłości między człowiekiem i krajobrazem, a w gruncie bujda to wszystko. I cóż to może być za miłość pomiędzy na przykład Pawłem i liściem? Fiuu! Wiatr jesienny i tyle; chmury nad drzewami i drzewa, które można mieć w słusznym podejrzeniu, że szumią tak samo wrogowi jak swemu. […]

[…] I znowu liście biegną z tyłu.

– Do widzenia. Przyjedzie pani jeszcze kiedyś do Czarnego Boru? – zapytują mnie miejscowi ludzie. – Napisze pani o córce Józefa Mackiewicza, Idalii Żyłowskiej, mamy tyle do opowiadań – zapytują jej koleżanki oraz rodzina, osoby, które były bliżej z nią zaznajomione.

Może kiedyś przyjadę. Gdy inne wiatry powieją… Może…

Alwida Bajor – http://www.magwil.lt/

CZARNY BÓR NA SKRZYŻOWANIU LUDZKICH LOSÓW. doc

Przeczytaj także:

110. rocznica urodzin Józefa Mackiewicza

Reklamy

Komentarze 2 to “CZARNY BÓR NA SKRZYŻOWANIU LUDZKICH LOSÓW”

  1. […] CZARNY BÓR NA SKRZYŻOWANIU LUDZKICH LOSÓW […]

  2. Hey there, You have done an excellent job. I’ll definitely digg it and personally suggest to my friends. I am sure they’ll be benefited from this site.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: