WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘POLECAM’ Category

Ks. Dominik Chmielewski: KARD. STEFAN WYSZYŃSKI – WOJOWNIK MARYI: SZACUNEK, ODWAGA, DYSCYPLINA ŻYCIA.

Posted by tadeo w dniu 19 czerwca 2020

Posted in POLECAM, Święci obok nas | Otagowane: | Leave a Comment »

Nie módl się za mnie! Jestem potępiona! List z zaświatów

Posted by tadeo w dniu 19 czerwca 2020

Trudno nam uwierzyć, że „dobrzy” ludzie też mogą pójść do piekła. A w rzeczywistości – ci, którzy pozornie na takich wyglądają, bo nikogo nie zabili, nie okradli, spełniają jakieś dobre uczynki i wstępują nawet niekiedy do kościoła. Może i czasem skrytykują Kościół lub księży, ale w gruncie rzeczy to „dobrzy ludzie”, przyjaźnimy się z nimi i dobrze im życzymy. Ale prawdziwy stan ich duszy jest przed nami zakryty, i często też przed nimi samymi, gdy są ślepi duchowo. Pewnie znamy takie osoby; mijamy je w domu lub w pracy. A może nawet sami – oby nie! – do nich się zaliczamy?

Bóg daje nam w ciągu całego naszego życia mnóstwo łask i ostrzeżeń, mających prowadzić nas do zmiany życia (osobiste nawrócenie lub głębsze nawrócenie) lub do dostrzeżenia niebezpieczeństwa, jakie może grozić naszym bliskim i znajomym, o których nawet nie podejrzewamy, że są na prostej drodze do potępienia (modlitwa za nich). Takie ostrzeżenie otrzymał w wizji ks. Jan Bosko dla swoich wychowanków, i był przerażany rozpoznając twarze swoich chłopców, którzy, jeden po drugim, wpadali w otchłań piekielną. Takim ostrzeżeniem jest też poniższy list tragicznie zmarłej, młodej i cieszącej się życiem dziewczyny, która „nie wydawała się taka zła”. Nie odrzucajmy go tylko dlatego, że został objawiony we śnie (Bóg może komunikować się z nami także w taki sposób) lub dlatego, że został „napisany” przez duszę potępioną, o której naturze wiadomo, że pragnie ona nas tylko okłamać. Pan Bóg dopuszcza i taki sposób pouczenia nas (zmuszając wówczas duszę do świadczenia prawdy) na wzór przypowieści o bogaczu i biednym Łazarzu i na wzór wizji piekła ukazanego pastuszkom z Fatimy, abyśmy – przejęci losem potępionych – obudzili w sobie tym większe staranie o Niebo dla siebie i dla naszych braci.

Nauki płynące z tych treści są zgodne z nauką Kościoła katolickiego, a publikacja otrzymała imprimatur dla języka niemieckiego w roku 1952.

List od Anni

Wśród dokumentów pewnej zakonnicy, zmarłej w młodym wieku w klasztorze, znaleziono następujące zapiski:

Miałam przyjaciółkę. To znaczy, pracowałyśmy razem w jednej firmie handlowej w Monachium, gdzie siedziałyśmy naprzeciwko siebie. Później, kiedy Anni wyszła za mąż, nigdy więcej jej nie widziałam. W zasadzie, bardziej łączyła nas wspólna życzliwość niż przyjaźń. Tak więc mało odczułam jej brak, kiedy po ślubie przeprowadziła się do dzielnicy willowej Monachium, daleko od mojego domu.

Jesienią 1937 roku, kiedy spędzałam wakacje nad jeziorem Garda, moja matka napisała do mnie w połowie września: „Wyobraź sobie, że Anni N. nie żyje. Zginęła w wypadku samochodowym. Wczoraj została pochowana na Cmentarzu Leśnym” (niem. Waldfriedhof – cmentarz w Monachium – przyp. tłum.). Wiadomość bardzo mnie zaskoczyła. Wiedziałam, że Anni nie była zbyt religijna. Czy była przygotowana, gdy Bóg nagle ją wezwał?

Następnego ranka uczestniczyłam we mszy odprawianej za nią w kaplicy pensjonatu, w którym mieszkałam, modląc się żarliwie o spokój jej duszy. W tej intencji ofiarowałam także komunię świętą. Jednak cały dzień czułam jakiś dyskomfort, a uczucie to wzmogło się jeszcze wieczorem.

W nocy spałam niespokojnie. W pewnym momencie obudziło mnie jakiś gwałtowne stukanie. Zapaliłam światło. Zegar obok łóżka wskazywał 10 minut po północy. Ale nic nie było widać. Tylko fale jeziora Garda uderzały monotonnie o wał przyległy do ogrodu. Wiatr nie wydawał żadnego dźwięku. A jednak, kiedy się obudziłam, wydawało mi się, że oprócz stukania słyszę dźwięk przypominający wiatr, podobny do tego, gdy mój szef, będąc w złym humorze, rzucał irytujący list na biurko.

Przez chwilę zastanawiałam się, czy powinnam wstać, ale powiedziałam sobie stanowczo: „To tylko twoja wyobraźnia, pobudzona na skutek wiadomości o jej śmierci”. Odwróciłam się, odmówiłam kilka „Ojcze nasz” za biedne dusze i znów zasnęłam. Przyśnił mi się następujący sen:

Wstałam około 6 rano i chciałam pójść do kaplicy. Kiedy otworzyłam drzwi pokoju, nadepnęłam na stosik luźnych arkuszy papieru listowego. Zebrałam je i rozpoznawszy pismo Anni, w pierwszej chwili krzyknęłam. Drżałam, trzymając kartki w dłoniach. Uświadomiłam sobie, że w tym stanie nie potrafię nawet odmówić „Ojcze nasz”. Miałam też wrażenie, że się duszę.

Nie mogłam więc zrobić nic lepszego, jak wyjść na zewnątrz. Poprawiłam trochę włosy, włożyłam list do kieszeni i wyszłam z domu. Wspięłam się ścieżką wijącą się pod górę za szosą – słynną drogą „Gardesana” – między drzewami oliwnymi, ogrodami i krzewami wawrzynu.

Był piękny i jasny poranek. W normalnej sytuacji, zachwycałabym się co kilka kroków tym cudownym widokiem jeziora i bajkowej Wyspy Garda. Błękit wody zawsze był dla mnie kojący. I tak jak dziecko spogląda na swego dziadka, tak i ja patrzyłam zawsze zdumiona na szary masyw górski Monte Baldo, który wznosił się na przeciwległym brzegu począwszy od 64 metrów nad poziomem morza aż do ponad 2200 metrów.

Teraz nie miałam do tego serca. Po kwadransie marszu mechanicznie usiadłam na ławce opartej o dwa cyprysy, gdzie dzień wcześniej czytałam „Pannę Teresę” Federera. Po raz pierwszy uzmysłowiłam sobie, że cyprysy są symbolem śmierci, o czym nigdy nie myślałam będąc na południu, gdzie występują one tak pospolicie.

Sięgnęłam po list. Nie było podpisu, ale było to bez wątpienia pismo Anni. Nie zabrakło nawet tego szeroko zakrojonego „S” i francuskiego „T”, które tak zawsze irytowały w biurze pana Gr. Styl jednak nie był jej, a przynajmniej nie wyrażała się tu w swój zwyczajny sposób. Ona zawsze wiedziała, jak miło rozmawiać z tymi swoimi roześmianymi niebieskimi oczyma i uroczym nosem. Dopiero gdy zaczynałyśmy dyskutować o kwestiach religijnych, ton jej stawał się zjadliwy i ostry, jak ten, w którym napisany był ten list.

Spisuję tutaj słowo po słowie, list z zaświatów, jaki czytałam we śnie. Brzmi on następująco:

Nie módl się za mnie! Jestem potępiona!

Klaro! Nie módl się za mnie. Jestem potępiona! Jeśli piszę do ciebie i to tak obszernie, nie myśl, że czynię to z przyjaźni. Tutaj nikogo już nie kochamy. Czynię to z przymusu, jako „część tej siły, która zawsze chce zła, a która zawsze czyni dobro”.

Prawdę mówiąc, chciałabym i ciebie zobaczyć jak kończysz w tym miejscu, w którym ja pozostanę na zawsze. Nie dziw się temu pragnieniu. Wszyscy tutaj myślimy tak samo. Nasza wola jest skamieniała w tym, co nazywacie „złem”. Nawet jeśli czynimy „dobro”, tak jak teraz, otwierając ci oczy na rzeczywistość piekła, nie robimy tego w dobrej intencji.

Jak pamiętasz, poznałyśmy się cztery lata temu w Monachium. Miałaś 23 lata i od pół roku pracowałaś w biurze, kiedy ja tam przyszłam. Często pomagałaś mi jako początkującej pracownicy, dając dobre rady. Ale cóż to znaczy „dobro”? W tamtym czasie chwaliłam sobie twoją „dobroczynność”. To śmieszne! Twoja pomoc wypływała z czystej ostentacji, jak nawet wtedy podejrzewałam. Tutaj nie uznajemy żadnego dobra w kimkolwiek.

Rodzice

Znasz moją młodość. Wypełnię tutaj kilka niedopowiedzianych luk.

Według planu mych rodziców, nie powinnam była się urodzić, ale „tak po prostu wyszło”. Moje dwie siostry miały już 14 i 15 lat, kiedy przyszłam na świat. Chciałabym nigdy się nie narodzić! Gdyby to ode mnie zależało, unicestwiłabym się, aby uciec od tej męki! Byłoby to nieporównywalnie większą przyjemnością, gdybym mogła przestać istnieć, tak jak ubranie spalone na popiół przestaje istnieć. Ale muszę istnieć. Muszę istnieć taka, jaką sama siebie uczyniłam, z chybionym celem swojego życia.

Kiedy mój ojciec i matka, jeszcze wolni, przeprowadzili się ze wsi do miasta, utracili kontakt z Kościołem. Tak było lepiej. Obracali się w kręgach ludzi, którzy również nie byli wierzący. Poznali się na tańcach i sześć miesięcy później „musieli się pobrać”.

Podczas ceremonii ślubnej padło na nich trochę wody święconej, co wystarczyło tylko na to, aby przyciągnąć matkę do kościoła kilka razy w roku na niedzielną mszę. Nigdy nie nauczyła mnie dobrze się modlić. Dała się pochłonąć troskom dnia codziennego, chociaż nasza sytuacja materialna nie była wcale zła.

Boga nienawidzimy najbardziej

Takie słowa jak modlitwa, msza, woda święcona, kościół – piszę jedynie z niebywałym wstrętem! Brzydzę się tymi, którzy chodzą do kościoła, jak i wszystkimi ludźmi w ogóle i wszystkimi rzeczami związanymi z Kościołem. Wszystko to wzmaga naszą udrękę. Każde zrozumienie jakie zdobywamy z chwilą śmierci, wszelka pamięć o tym, czego doświadczyliśmy i poznaliśmy w życiu jest dla nas palącą pochodnią. Wszystkie wspomnienia zwracają się przeciwko nam – wspomnienia o łasce, którą odrzuciliśmy. Jak to nas torturuje! Nie jemy, nie śpimy, nie chodzimy. Duchowo przykuci, patrzymy na nasze zmarnowane życie z „wyciem i zgrzytaniem zębów”. Dręczeni i nienawidzący. Czy słyszysz! Pijemy tutaj nienawiść jak wodę. Również przeciwko sobie.

Boga nienawidzimy najbardziej. Pozwól, że ci to wyjaśnię. Błogosławieni w niebie kochają Go, ponieważ patrzą na Jego niczym nie przesłonięte piękno. To uszczęśliwia ich nie do opisania. My wiemy o tym i ta świadomość nas rozwściecza.

Ludzie żyjący na ziemi, którzy poznają Boga poprzez Jego stworzenia oraz dzięki Objawieniu, mogą Go kochać, ale nie są do tego zmuszeni. Wierzący – piszę to z wściekłością – który kontempluje Chrystusa na Krzyżu, pokocha Go. Lecz ten, do którego Bóg zbliża się jako sędzia karzący i sprawiedliwy, odepchnięty kiedyś i przybywający na kształt strasznej burzy, ten nienawidzi Go całą siłą swej złej woli. Na zawsze. Mocą dobrowolnie podjętej decyzji odwrócenia się od Boga, w ostatnim tchnieniu naszej umierającej duszy. Decyzji tej nie cofamy i nigdy nie będziemy chcieli cofnąć.

Czy rozumiesz teraz, dlaczego piekło jest wieczne? Ponieważ nasza zatwardziałość nigdy nie ustanie.

Boże miłosierdzie dla potępionych

Jestem zmuszona dodać, że Bóg jest miłosierny również dla nas. Piszę „zmuszona” ponieważ nawet gdybym pisała ten list z własnej woli, nie wolno byłoby mi kłamać, jak bym tego pragnęła. Zapisuję tu wiele rzeczy wbrew mej woli. Muszę również zdławić w sobie potok przekleństw, które chciałabym z siebie wyrzucić.

Bóg był dla nas miłosierny, nie pozwalając dłużej trwać w naszej złej woli na ziemi, jak byśmy tego chcieli. To zwiększyłoby naszą winę i karę. Pozwolił nam umrzeć przedwcześnie, jak było w moim przypadku, lub pozwolił zaistnieć innym łagodzącym okolicznościom. Teraz okazuje nam miłosierdzie nie zmuszając nas, abyśmy zbliżali się do Niego, ale byli w tym odległym piekle, co zmniejsza nasz ból. Każdy krok bliżej Boga sprawiłby mi większy ból niż krok w stronę płonącego stosu.

Pierwsza Komunia Święta

Byłaś przerażona, kiedy pewnego dnia opowiedziałam ci na spacerze, jaką uwagę zrobił mój ojciec na kilka dni przed moją Pierwszą Komunią Świętą: „Ciesz się tym, Anulko, że masz ładną sukienkę; cała reszta to bujda”. Niemal zawstydziłam się z powodu twojego zgorszenia. Teraz się z tego śmieję.

Jedyną rozsądną rzeczą, którą uczynili w związku z tą „bujdą”, było to, że mogliśmy iść do Komunii dopiero w wieku 12 lat. Do tego czasu zdążyłam już na tyle przesiąknąć rozrywkami światowymi, aby sprawy religii traktować bardzo lekko i by Komunia Święta niewiele dla mnie znaczyła. Napełnia nas wściekłością fakt, że niektóre dzieci przystępują do Komunii już w wieku siedmiu lat. Robimy wszystko, co możemy, aby ludzie uwierzyli, że w tym wieku dzieci jeszcze nie mają zrozumienia. Najpierw muszą popełnić kilka grzechów śmiertelnych! Wówczas „Biały Pan” nie „zaszkodzi” im już tak, jak wówczas, gdy wiara, nadzieja i miłość – pluję na to wszystko – wciąż są żywe w sercu dziecka od chrztu świętego. Czy pamiętasz, że już na ziemi miałam taki sam pogląd na to?

Ojciec

Wspomniałam o moim ojcu. Często kłócił się z matką. Rzadko ci o tym mówiłam, ponieważ wstydziłam się tego. Wstyd – śmieszna rzecz! Tutaj nie ma to zupełnie znaczenia. Rodzice nie spali już w jednej sypialni; ja spałam z matką, a ojciec w pokoju obok, gdzie mógł wracać o dowolnej porze nocy. Dużo pił, przepijając wszystkie nasze dochody. Obie siostry pracowały, ale twierdziły, że potrzebują pieniędzy na swoje potrzeby, więc matka była zmuszona, aby również pójść do pracy.

W ostatnim roku ojciec często bił matkę, kiedy nie chciała dawać mu pieniędzy. Dla mnie był zawsze miły. Pewnego dnia – opowiadałam ci o tym i byłaś zgorszona tym, jak byłam rozpieszczana – przywiózł mi nowe buty, które wymieniałam dwukrotnie, ponieważ ich kształt i obcasy nie były dla mnie wystarczająco nowoczesne.

Tej nocy, kiedy udar mózgu śmiertelnie ugodził mojego ojca, wydarzyło się coś, o czym nigdy ci nie mówiłam z obawy przed twoją reakcją. Ale teraz powinnaś o tym wiedzieć. Jest to pamiętny fakt, ponieważ wtedy po raz pierwszy poczułam tę duchową udrękę, którą teraz czuję stale.

Spałam w pokoju mojej matki. Jej regularny oddech zdradzał głęboki sen. Nagle usłyszałam, jak ktoś woła mnie po imieniu. Nieznany głos powiedział: „Co będzie, jeśli ojciec umrze!” Nie kochałam już ojca, odkąd zaczął traktować matkę tak brutalnie; w zasadzie w tym czasie nie kochałam już nikogo, czułam jedynie pewne przywiązanie do tych, którzy byli dla mnie dobrzy. Bezinteresowna miłość rodzi się tylko w duszach będących w stanie łaski. Nie należałam do nich. Odpowiedziałam więc tajemniczemu głosowi, który nie miał swojego źródła: „On nie umiera!”

Po krótkiej przerwie usłyszałam znów to samo wyraźne pytanie, nie zastanawiając się skąd ono pochodzi. „On nie umiera!” – odpowiedziałam ze złością. Po raz trzeci zapytano mnie: „A jeśli ojciec umrze?”. Pamiętałam jak ojciec często wracał do domu pijany, jak hałasował, jak bił matkę i narażał nas na wstyd przed ludźmi. Krzyknęłam więc wyzywająco: „No i dobrze!”. Potem wszystko ucichło.

Następnego ranka, kiedy matka chciała posprzątać w pokoju ojca, zastała drzwi zamknięte. Około południa otwarto je siłą. Ojciec leżał na wpół ubrany – był martwy.

Katolicka Liga Dziewcząt

Marta K. i ty namówiłyście mnie, abym wstąpiła do Katolickiej Ligii Dziewcząt. Nigdy jednak nie ukrywałam, że rozporządzenia wydawane przez obie przewodniczące wydawały mi się zbyt świętoszkowate…

Gry były zabawne. Wkrótce, jak wiesz, zajęłam wysoką pozycję w tym stowarzyszeniu i to mi odpowiadało. Podobały mi się również wycieczki.

Parę razy pozwoliłam sobie na to, aby pójść do spowiedzi i komunii świętej, ale właściwie nie miałam nic do wyznania. Nie robiłam nigdy rozrachunku z tego, co mówię i myślę, a z drugiej strony, nie zabrnęłam jeszcze tak daleko, aby popełnić jakieś naprawdę ciężkie grzechy. Kiedyś mnie ostrzegłaś: „Anni, jeśli nie będziesz się modlić, zgubisz swoją duszę!” To prawda, niewiele się modliłam, a i to niechętnie. Miałaś naprawdę rację. Wszyscy, którzy płoną w piekle, nie modlili się lub modlili się niewystarczająco. Modlitwa jest pierwszym krokiem ku Bogu. Jest decydująca. Zwłaszcza modlitwa do Tej, która jest Matką Chrystusa, której imienia nie wymawiamy. Oddanie się Jej wyrywa diabłu wiele dusz, których ​​grzech bez wątpienia wydałby ich w jego ręce.

Modlitwa jest najprostszą drogą do Boga

Piszę to z wściekłością, ponieważ jestem do tego zmuszona :modlitwa jest najprostszą rzeczą, jaką człowiek może zrobić na ziemi. I od tej najlżejszej rzeczy Bóg uzależnił zbawienie. Ci, którzy trwają w modlitwie, stopniowo dostają tyle światła umacniającego ich do tego stopnia, że ​​nawet najgorszy grzesznik, będący po szyję w błocie, może w końcu powstać. W ostatnich latach życia, właściwie w ogóle się nie modliłam i tym samym pozbawiłam się łask, bez których nikt nie może być zbawiony.

Tutaj nie otrzymujemy już łask. Ale nawet gdybyśmy otrzymali, odrzucilibyśmy je z szyderstwem. Wszelkie ziemskie zawahania ustały w wieczności. W życiu ziemskim człowiek może przechodzić ze stanu grzechu do stanu łaski. Następnie ze stanu łaski może popaść w stan grzechu. Często z powodu słabości; czasami ze złej woli. Wraz ze śmiercią, ten taniec niedoskonałego człowieka – raz w górę, raz w dół – dobiega końca. Zostaje osiągnięty ostateczny stan.

Z wiekiem te wahania stają się coraz słabsze. Prawdą jest, że aż do śmierci można się nawrócić do Boga albo Go odrzucić. Jednak jest prawie pewne, że w ostatnich poruszeniach woli człowiek zdecyduje tak, jak był do tego przyzwyczajony przez całe życie. Dobre lub złe nawyki stają się drugą naturą i to go ostatecznie ciągnie za sobą.

Tak było ze mną. Od lat żyłam z dala od Boga. Więc podczas ostatniego wezwania ze strony łaski, opowiedziałam się przeciwko Bogu. Nie z powodu moich grzechów, ale dlatego, że nie chciałam się już z nich poprawić. Wiele razy zachęcałaś mnie do słuchania kazań i czytania pobożnych książek. Odpowiadałam zawsze tak samo – że nie mam na to czasu.

Nawiasem mówiąc, muszę powiedzieć, że kiedy zaszłam już tak daleko, jak tuż przed opuszczeniem Katolickiej Ligii Dziewcząt, niezwykle trudno byłoby mi już obrać inną drogę. Czułam się zagubiona i nieszczęśliwa. Nie wiedziałaś, że na drodze do mojego nawrócenia stał już ogromny mur, który wzniosłam. Ty wyobrażałaś sobie, że to takie proste, skoro pewnego razu powiedziałaś: „Dobrze się wyspowiadaj Anni, a wszystko będzie dobrze!”. Wyczuwałam, że jest to prawda, ale świat, diabeł i ciało trzymały mnie już zbyt mocno.

Nigdy nie wierzyłam w działanie szatana

Nigdy nie wierzyłam w działanie szatana. Teraz zaświadczam, że ma on ogromny wpływ na takie osoby jak ja wtedy. Tylko wiele modlitw innych ludzi oraz moich własnych, w połączeniu z ofiarą i cierpieniem, mogłoby mnie uwolnić, i to jedynie stopniowo. Nawet jeśli niewielu ludzi jest opętanych dosłownie przez złego ducha, to całe mnóstwo jest zniewolonych wewnętrznie. Demon nie może posiąść wolnej woli tych, którzy poddają się jego wpływowi. Jednak w konsekwencji ich prawie całkowitego odrzucenia Boga, Bóg dozwala, by zło „zagnieździło” się w takim człowieku.

Diabła też nienawidzę. Lubię go jednak na swój sposób, ponieważ próbuje was zgubić; on i jego pomocnicy, duchy, które upadły wraz z nim na początku czasów. Są ich miliony. Wędrują po ziemi jak chmary komarów, a wy nawet tego nie podejrzewacie. My, potępieni ludzie, nie możemy was kusić, to należy do upadłych aniołów. Ich cierpienie wzrasta za każdym razem, kiedy gubią jakąś duszę ludzką w piekle. Ale czegóż nie zrobią z nienawiści!

Odrzucałam wszystkie łaski

Chociaż odeszłam od Boga, On wciąż za mną podążał. Utorowałam drogę łasce przez dobre uczynki, które często spełniałam dzięki naturalnym skłonnościom natury.

Czasami więc Bóg zwabiał mnie do kościoła. Odczuwałam tam coś jakby tęsknotę za domem. Kiedy opiekowałam się moją chorą matką, pomimo tego, że w ciągu dnia pracowałam w biurze, i kiedy rzeczywiście poświęcałam się dla niej w pewnej mierze, to przyciąganie ze strony Boga było ogromne. Pewnego razu w kaplicy szpitalnej, gdzie zabrałaś mnie podczas przerwy obiadowej, doznałam takiego poruszenia, że byłam o włos od nawrócenia. Rozpłakałam się. Ale potem przyjemności światowe znowu zagasiły łaskę – ziarno padło między ciernie. Tłumacząc sobie, że religia to sentymentalizm, jak zawsze mawiano w firmie, również i tę nową łaskę schowałam do szuflady.

Pewnego razu upomniałaś mnie, ponieważ zamiast uklęknąć, zrobiłam niedbały skłon głową. Myślałaś, że to z lenistwa. Nie podejrzewałaś, że już wtedy nie wierzyłam w realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Teraz w to wierzę, ale oczywiście tylko w taki sposób, w jaki ty wierzysz w burzę, mogąc dostrzec jej oznaki.

Stworzyłam swoją własną religię

W międzyczasie stworzyłam sobie swoją własną religię. Uczepiłam się idei, która była powszechna w naszej firmie; mianowicie, że dusza po śmierci odradza się w innym ciele i to powtarza się bez końca (reinkarnacja). Dzięki temu, niepokojące pytania o tamten świat zostały przeze mnie oswojone i więcej mnie nie dręczyły.

Dlaczego nie przypomniałaś mi przypowieści o bogaczu i biednym Łazarzu, której narrator – Chrystus, mówi, że zaraz po śmierci jedni idą do piekła, a inni do nieba? (por. Łk 16,19). Ale co byś tym osiągnęła? Nic więcej niż przez inne twoje świętoszkowate przemowy.

Krok po kroku, stworzyłam sobie swojego boga; wystarczająco obdarzonego przymiotami, aby nazywać go „bogiem”, dostatecznie oddalonego ode mnie, aby nie musieć mieć z nim żadnej relacji, odpowiednio nieokreślonego aby stał się dla mnie – wedle potrzeby – panteistycznym „bogiem światem” lub bogiem deistycznym.

Ten „bóg” nie miał nieba, które mógłby mi dać, ani piekła, aby mnie straszyć. Dałam mu spokój. Na tym polegała moja cześć dla niego. „Kochasz wierzyć w to, co kochasz”. Przez całe lata byłam bardzo przekonana do swojej religii. Można tak żyć. Jedna tylko rzecz mogłaby położyć temu kres: ciężkie i długie cierpienie. Ale to cierpienie nie nadeszło! Czy rozumiesz teraz, co znaczy: „Kogo Bóg kocha, tego karci?”

Przebojowy Maks

Był piękny lipcowy dzień, kiedy „Liga Dziewcząt” zorganizowała wycieczkę do A. Podróż by mi pasowała, ale nie ta głupia pobożnościowa gadka! Zupełnie inny obraz niż Matki Bożej Miłosierdzia pojawił się wtedy na „ołtarzu” mojego serca: przebojowy Maks N. z domu handlowego obok. Już wcześniej kilka razy trochę flirtowaliśmy. Tamtej niedzieli zaprosił mnie na przejażdżkę. Ta, z którą chodził, była akurat w szpitalu.

Musiał zauważyć, że mam na niego oko, ale w tamtym czasie nie myślałam jeszcze, aby go poślubić. Owszem, miał pieniądze, ale był zbyt „miły” dla każdej napotkanej dziewczyny. Do tej pory, zawsze pragnęłam dla siebie mężczyzny, do którego mogłabym należeć nie tylko jako kobieta, ale jako jedyna kobieta. Zachowywałam więc pewien dystans.

Podczas wspomnianej przejażdżki Maks niesamowicie mi nadskakiwał. A rozmawiało się z nim zupełnie inaczej niż z tobą…

Następnego dnia w pracy wyrzuciłaś mi, że nie pojechałam z wami do A. Wtedy opowiedziałam ci o mojej cudownej niedzieli z Maksem. Twoje pierwsze pytanie brzmiało: „Czy byłaś na mszy?”. Głupia! Jak mogłam być na mszy, skoro wyjazd był zaplanowany na 6 rano! Czy pamiętasz, jak zirytowana dodałam: „Bóg nie jest tak małostkowy jak wasze klechy!”. Teraz jestem zmuszona wyznać: Bóg z całą swą nieskończoną dobrocią traktuje wszystko znacznie poważniej niż oni wszyscy.

Po tym pierwszym wyjeździe z Maksem wróciłam znowu do Ligii. Było to w Święta Bożego Narodzenia. Pewne rzeczy przyciągały mnie tam, ale wewnętrznie byłam już od was daleko. Kino, tańce, wycieczki; następowały jedne po drugich. Kilka razy, ja i Maks pokłóciliśmy się, ale zawsze wiedziałam, jak go przy sobie zatrzymać.

Moja rywalka po wyjściu ze szpitala wpadła w szał i była bardzo denerwująca… W rzeczywistości – wygrałam na tym, ponieważ mój wyważony spokój zrobił wrażenie na Maksie i ostatecznie wybrał mnie. Wiedziałam jak jej zaszkodzić; na zewnątrz mówiąc chłodno, a wewnętrznie sącząc jad. Takie uczucia i takie działanie doskonale torują drogę do piekła. Są diabelskie, w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Dlaczego o tym mówię? Aby pokazać, jak ostatecznie oddaliłam się od Boga. I nie było nawet potrzebne do tego to, aby doszło między mną a Maksem do ostatecznego spoufalenia. Zrozumiałam, że straciłabym wiele w jego oczach, gdybym mu uległa przed czasem. Z tego powodu wycofałam się z tego.

Uczyniłam stworzenie swoim bogiem

Jeśli natomiast uważałam, że z czegoś będę miała korzyść, byłam gotowa na wszystko, a zależało mi na tym, aby zdobyć Maksa. Cena nie grała roli. Stopniowo coraz bardziej rozkochiwaliśmy się w sobie, ponieważ oboje mieliśmy zalety, które wzajemnie w sobie ceniliśmy. Byłam bardzo zręczną partnerką, także ostatecznie usidliłam Maksa i posiadłam go tylko dla siebie, przynajmniej na kilka miesięcy przed ślubem.

Oto na czym polegało moje odstępstwo od Boga – uczyniłam stworzenie swoim bogiem. W żadnej innej relacji nie wydarza się to tak kompleksowo, jak w przypadku miłości do osoby odmiennej płci, jeśli ta miłość zakorzeniona jest tylko w doczesności. Ma ona swój urok, ale i żądło i truciznę zarazem.

„Kult” jaki oddawałam Maksowi stał się moją prawdziwą religią. To był czas, kiedy zostałam zarażona w firmie „gadaniem na Kościół”; na temat chodzenia do kościoła w ogóle, na temat księży, na temat odpustów, na temat klepania różańca i tym podobnych. Próbowałaś, mniej lub bardziej mądrze, bronić tych spraw, nie wiedząc najwyraźniej, że mnie to już nie ruszało, ale że raczej szukałam – wbrew swemu sumieniu – racjonalnego usprawiedliwienia mojego odstępstwa.

W głębi duszy byłam zbuntowana przeciwko Bogu. Ty tego nie dostrzegałaś. Nadal myślałaś, że jestem katoliczką. Ja również chciałam, aby tak mnie nazywano i płaciłam nawet podatek kościelny. Pomyślałam sobie, że takie małe „plecy” nie zaszkodzą. Choć twoje słowa wydawały się być niekiedy przekonujące, spływało to po mnie, ponieważ mówiłam sobie, że nie możesz mieć racji!

Biorąc pod uwagę naszą naderwaną więź, ból naszego rozstania był niewielki, kiedy moje małżeństwo nas rozdzieliło.

Ostateczne odejście od Boga

Przed ślubem wyspowiadałam się jeszcze i przyjęłam komunię świętą, ponieważ taki był wymóg. Ja i mój mąż byliśmy zgodni – czemużby nie dopełnić tej zwykłej formalności? Wypełniliśmy ją jak każdą inną formalność. Nazywasz to niegodnym. A jednak po tej „niegodnej” Komunii poczułam wewnętrzny spokój. Nawiasem mówiąc, była to moja ostatnia komunia.

Nasze życie małżeńskie było na ogół dość harmonijne. Mieliśmy to samo zdanie na prawie każdy temat. Także na ten, że nie chcieliśmy obciążać się ciężarem dzieci. W zasadzie, mój mąż chciałby mieć może jedno – oczywiście nie więcej. W końcu, udało mi się wybić mu ten pomysł z głowy. Stroje, eleganckie meble, kawiarnie, wycieczki samochodowe i podobne rozrywki – bardziej mi odpowiadały. To był szczęśliwy rok przyziemnych radości między ślubem a moją nagłą śmiercią.

W każdą niedzielę gdzieś wyjeżdżaliśmy lub odwiedzaliśmy rodzinę męża. (Wstydziłam się teraz mojej matki). Pływali oni na powierzchni egzystencji tak samo jak my.

Oczywiście w środku nigdy nie czułam się szczęśliwa, bez względu na to, jak bardzo się śmiałam na zewnątrz. Zawsze gryzło mnie nieokreślone „coś”. Chciałam, żeby ze śmiercią, która niewątpliwie miała nadejść za długi czas, wszystko się skończyło.

Ale było tak, jak słyszałam kiedyś jako dziecko w kazaniu; że jeśli Bóg nie może wynagrodzić w wieczności dobrych uczynków, które człowieka spełnia – robi to na ziemi.

Tak więc nieoczekiwanie dostałam spadek (od ciotki Lotte), a mój mąż zaczął więcej zarabiać. Udało mi się elegancko umeblować nasze nowe mieszkanie. Tymczasem moja religijność coraz bardziej dogorywała. Kawiarnie w mieście, hotele, w których się zatrzymywaliśmy, nie zbliżyły nas do Boga. Wszyscy, których tam spotykaliśmy, żyli tak jak my, skierowani na zewnątrz, a nie ku swojemu wnętrzu.

Kiedy odwiedzaliśmy jakąś słynną katedrę podczas wakacyjnych wycieczek, zachwycaliśmy się jedynie wartością artystyczną dzieł sztuki. Udawało mi się zneutralizować ten religijny powiew, który z nich emanował – zwłaszcza z zabytków średniowiecza – narzekając na jakieś nieistotne aspekty naszej podróży. Tak więc krytykowałam nie dość schludnie ubranego, niezdarnego zakonnika, który nas oprowadzał, krytykowałam to, że mnisi chcący uchodzić za pobożnych, sprzedają alkohol oraz wieczne bicie dzwonów wzywające wszystkich do kościoła, gdzie tylko mówiło się o pieniądzach.

Piekło…?

Doznawałam więc łask, ale za każdym razem kiedy łaska pukała, ja odrzucałam ją znowu i znowu. Szczególnie mocno dawałam ujście mojej dezaprobacie wobec starych przedstawień piekła – na cmentarzach lub w innych miejscach – gdzie widać było diabła smażącego dusze w czerwono-białym ogniu, i jego towarzyszy z długimi ogonami przynoszącymi mu nowe ofiary.

Klaro, piekło może być przedstawione źle, ale nigdy z przesadą!

Często myślałam o ogniu piekielnym. Pamiętasz, jak kiedyś podstawiłam ci pod nos zapaloną zapałkę i szydząc, spytałam: „Tak to pachnie?”. Szybko zdmuchnęłaś płomień. Tutaj nikt tego ognia nie gasi! Zaświadczam ci: ogień, o którym mówi Pismo Święte, nie oznacza udręk sumienia. Ogień oznacza „ogień”. Należy rozumieć dosłownie to, co On powiedział: „Idźcie precz ode mnie przeklęci w ogień wieczny”. Dosłownie!

Jak dusza może odczuwać ogień materialny – spyta ktoś. A jak dusza może cierpieć na ziemi, kiedy trzymasz palec w płomieniu? Dusza nie płonie, ale jakie cierpienie odczuwa cała istota!

Tak samo tutaj jesteśmy duchowo złączeni z ogniem, przez naszą istotę i przez nasze władze.

Nasze dusze zostały pozbawione swojej naturalnej lotności, nie możemy myśleć o czym chcemy, ani jak chcemy.

Nie patrz głupio na te wersy; stan ten, którego nie możesz pojąć, pali mnie, nie niszcząc jednak mego istnienia. Naszą największą męką jest to, że nigdy już nie zobaczymy Boga. Jak może być tak bolesnym coś, wobec czego było się na ziemi obojętnym? Na tej samej zasadzie jak nóż, który, dopóki leży na stole, jest obojętny. Możesz widzieć ostrze, ale go nie czujesz. Ale wbij je w ciało, a krzykniesz z bólu. Teraz odczuwamy utratę Boga, wcześniej Go tylko „widzieliśmy”.

Nie wszystkie dusze cierpią tak samo. Im bardziej złośliwa wola, im większa przewrotność w grzechu, tym dotkliwsze uczucie utraty Boga. Potępieni katolicy cierpią bardziej niż wyznawcy innych religii, ponieważ w większości otrzymali i odrzucili więcej światła i więcej łask. Ci, którzy mieli większą wiedzę, cierpią więcej niż ci, którzy mieli mniejsze poznanie. Ci, którzy grzeszyli ze złej woli, cierpią więcej niż ci, którzy upadali przez słabość. Ale nikt nie cierpi bardziej niż na to zasługuje. Och! Jak bym chciała, żeby to nie była prawda, wtedy miałabym rzeczywiście powód do nienawiści!

Powiedziałaś mi kiedyś, że nikt nie idzie do piekła, nie wiedząc o tym. To było objawione pewnemu świętemu. Śmiałam się z tego, ale potem schowałam się za tym stwierdzeniem, mówić sobie, że w takim razie będzie jeszcze wystarczająco dużo czasu na moje nawrócenie.

To powiedzenie jest prawdziwe. Przed moją tragiczną śmiercią nie wiedziałam, jakie piekło jest naprawdę. Żaden człowiek na ziemi tego nie wie. Ale doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że kiedy umrę i przejdę na tamten świat z wolą zwróconą przeciwko Bogu, poniosę wszystkie tego konsekwencje. Jak powiedziałam, nigdy nie odwróciłam się od moich przyzwyczajeń. Podążałam za nimi dalej z tą niewzruszoną stałością, z jaką niekiedy ludzie postępują, zwłaszcza gdy się starzeją.

Moja śmierć

Moja śmierć wyglądała następująco: Tydzień temu – mówię według waszego czasu, ponieważ licząc miarą mojego bólu, mogłabym już płonąć w piekle od dziesięciu lat – więc tydzień temu w niedzielę wybraliśmy się z mężem na naszą ostatnią wycieczkę. Dzień rozpoczął się bardzo pięknie. Czułam się wyjątkowo dobrze. Przenikało mnie dziwne uczucie szczęścia. Nagle, w powrotnej drodze, mój mąż został oślepiony przez nadjeżdżający z naprzeciwka samochód i stracił panowanie nad kierownicą.

„Jezu!” – przebiegło mi przez myśl. Nie jako modlitwa, ale jako okrzyk. Targnął mną straszliwy ból – w porównaniu z obecnym, to bagatelka. Potem straciłam przytomność.

Dziwna rzecz, tamtego ranka zrodziła mi się niewytłumaczalna myśl, że mogłabym znów pójść na mszę. Brzmiało to jak prośba. Moje „nie” przecięło tę nić myśli bardzo zdecydowanie. „Muszę z tym ostatecznie skończyć. Biorę na siebie wszystkie tego konsekwencje”. I teraz właśnie je ponoszę.

Wiesz co stało się po mojej śmierci. Los mojego męża, matki, to, co stało się z moim ciałem i przebieg mojego pogrzebu są mi szczegółowo znane, dzięki naturalnej wiedzy, którą tu mamy.

Inne rzeczy, które dzieją się na świecie, znamy tylko w mglisty sposób. Znamy jednak dobrze to, co nas bezpośrednio dotyczy. W ten sposób wiem o twoim obecnym miejscu pobytu.

W chwili śmierci nagle zbudziłam się z tej ciemności. Widziałam siebie jakby zalaną jasnym światłem. Było to w tym samym miejscu, w którym leżało moje ciało. Działo się to podobnie jak na scenie w teatrze, gdy nagle gaśnie światło; kurtyna rozsuwa się i ukazuje się przerażająca scena. Scena mojego życia. Moja dusza ukazała mi się jak w lustrze, wszystkie odrzucone łaski, począwszy od młodości aż do mojego ostatniego „Nie” wobec Boga.

Czułam się jak morderca postawiony przed sądem naprzeciw swoich martwych ofiar. Czy żałowałam? Czy się wstydziłam? Nigdy!

Ale nie mogłam tego znieść, patrząc na to tak, jak widzi to Bóg, którego odrzuciłam. Pozostawało więc tylko jedno – ucieczka. Podobnie jak Kain uciekł od ciała Abla, tak moja dusza rzuciła się daleko od tego straszliwego widoku. Był to sąd szczegółowy. Niewidzialny Sędzia powiedział do mnie: „Idź precz”.

Potem moja dusza spłynęła niczym siarkowożółty cień na miejsce wiecznych udręk

Czy to był tylko sen?

Tak kończy się list Anni. Ostatnie słowa były prawie nieczytelne. Nagle, co to..? W twardym akcencie linijek, które myślałam, że czytałam, zabrzmiał łagodnie dzwonek.

Przebudziłam się. Nadal byłam w swoim pokoju. Pierwsze złote promienie słońca wdzierały się przez okno. Z kościoła parafialnego dobiegały dźwięki pieśni.

A więc wszystko było tylko snem?

Nigdy nie odczuwałam w Pozdrowieniu Anielskim tak wiele pociechy, jak po tym śnie. Powoli odmówiłam trzy „Zdrowaś Maryjo”. Wtedy stało się dla mnie jasne: musimy się Jej trzymać, błogosławionej Matki Pana, czcić Maryję jak dzieci, jeśli nie chcemy aby spotkał nas ten sam los – nawet jeżeli to było tylko we śnie – o którym mówiła dusza, która nigdy nie zobaczy Boga.

Nadal drżąc po tej nocnej wizji, wstałam, ubrałam się i pospiesznie zbiegłam po schodach do kaplicy. Serce waliło mi jak młotem i podchodziło do gardła. Kilka osób klęczących w kaplicy spojrzało na mnie, ale pomyśleli pewnie, że jestem taka „rozgrzana” bo zbiegałam po schodach.

Dobra, starsza pani z Budapesztu, bardzo cierpiąca, wątła jak dziecko, krótkowzroczna, ale gorliwa w służbie Bogu i dalekowzroczna w sprawach duchowych, powiedziała mi po południu w ogrodzie, uśmiechając się : „Panienko, Zbawiciel nie chce, by Mu służono jak pociąg ekspresowy”. Ale potem, zauważywszy, że coś mnie poruszyło i nadal porusza, dodała kojąco: „Nic nie powinno napawać cię lękiem. Znasz radę świętej Teresy?: Niech nic cię nie smuci, niech nic cię nie przeraża. Wszystko mija, lecz Bóg jest niezmienny. Cierpliwością osiągniesz wszystko, a temu, kto posiadł Boga, niczego nie braknie. Bóg sam wystarczy”.

Kiedy to mówiła, bez pouczającego tonu, poczułam się tak, jakby czytała w mojej duszy. „Bóg sam wystarczy!”. Tak, On mi wystarczy tutaj i na tamtym świecie. Chcę ostatecznie Go posiąść, bez względu na to, ile ofiar będę musiała ponieść. Chcę przejść wszystkie próby na tej ziemi i trwać w miłości do Boga, aby zawsze mieć Tego, który jest tylko pokojem, radością i szczęściem, podczas gdy wszystkie ziemskie radości przemijają.

Na podstawie broszury: „Brief aus dem Jenseits” („List z zaświatów”).

Imprimatur: E Vicariatu Urbis, 9 kwietnia1952 r.

+ Aloysius Traglia, Archiepiscopus Caesariensis

Vicegerens.

Tłumaczenie z języka niemieckiego oraz wstęp: Dorota Porzucek

Śródtytuły dodane przez autorkę tłumaczenia.

Fot. Unsplash

https://www.vicona.pl/post/nie-modl-sie-za-mnie-jestem-potepiona-list-z-zaswiatow?fbclid=IwAR0QlvPjB8c3Sk2dCnYV9k1baOmhDzbBEdpNIh7hl1vGwmBeD7xEVzkaESw

Posted in POLECAM, Religia | Leave a Comment »

„Prorocze” słowa Sołżenicyna o zmierzchu cywilizacji zachodniej

Posted by tadeo w dniu 12 czerwca 2020

„Prorocze” słowa Sołżenicyna o zmierzchu cywilizacji zachodniej

Świat zachodni znajduje się obecnie w rozsypce, a w społeczeństwach budzi się gniew wobec ograniczeń narzucanych przez rządy – zauważa „New Catholic” na portalu Rorate Caeli. To dobry moment na przypomnienie słynnego przemówienia Aleksandra Sołżenicyna.

 

Sowiecki dysydent przybył ze swego miejsca schronienia w amerykańskim Vermont do najstarszej uczelni na terenie USA. Jego wygłoszona 8 czerwca 1978 roku mowa należy do najsłynniejszych spośród kiedykolwiek wygłoszonych. Ponadto, według portalu Rorate Caeli, stanowi ona również proroctwo dla naszych czasów.

 

Sołżenicyn skrytykował między innymi zachodni konsumpcjonizm wyrażający się w idei państwa dostatku. W teorii każdy obywatel otrzymał prawo do dóbr w ilości i jakości zapewniającej szczęście. Jednak w rzeczywistości okazało się, że pogoń za słodyczami tego świata wpędza ludzkość w zmartwienie i depresję.

 

„Niezależność jednostki od wielu rodzajów państwowej opresji została zagwarantowana, większość ludzi otrzymała dobrobyt, o jakim ich ojcowie i dziadowie nawet nie śnili, możliwe stało się wychowywanie młodych ludzi według ich ideałów, prowadzące do fizycznego splendoru, szczęścia, posiadania dóbr materialnych i czasu wolnego, do niemal nielimitowanej wolności do odczuwania przyjemności” – mówił Sołżenicyn.

 

Dysydent stwierdził, że w takich okolicznościach niezwykle trudne staje się wyrzeczenie ziemskich dóbr w imię obrony powszechnych pryncypiów. Sołżenicyn zauważył również, że skrajne bezpieczeństwo i skrajny dobrobyt szkodzą żywym organizmom, co pokazuje nawet biologia.

 

Pisarz skrytykował także nadmierną swobodę popełniania zła w zachodniej cywilizacji: „obronę praw jednostki doprowadzono do skrajności, a społeczeństwo jako takie stało się bezbronne wobec niektórych osób. Nadszedł czas, by zachód bronił bardziej obowiązków niż praw” – wzywał. Napiętnował również pornografię i przestępczość rozpowszechnione w krajach takich jak Stany Zjednoczone.

 

W ogniu krytyki Sołżenicyna znalazły się też media. Zdaniem dawnego opozycjonisty, dziennikarze, mimo braku jakiegokolwiek uprawomocnienia, stali się potężnymi władcami, pozbawionymi jednak odpowiedzialności prawnej za swoje działania. W mediach króluje plotka i dezinformacja. Wszystko to następuje pod pozorem prawa czytelnika do zdobycia wiedzy.

 

Kolejnym problemem zachodu staje się odseparowanie modnych myśli i idei od tych niemodnych. W efekcie, choć w teorii wszystko pozostaje dozwolone, to poglądy „nie na czasie raczej „nie dotrą do czasopism, książek ani college’ów. Pod względem prawnym badacze są wolni, lecz wiążą ich chwilowe mody”.

 

Uwagi aktualne i dziś

Według Sołżenicyna, degeneracja zachodu rozpoczęła się wraz z narodzinami renesansowego humanizmu. W centrum stanął wtedy człowiek i jego, głównie materialne potrzeby . Zapomniano o niedoskonałości ludzkiej natury oraz o tym, że wolność nie tylko nie rozwiązuje wszystkich problemów życia ludzkiego, lecz wręcz stwarza nowe.

 

Jednak Sołżenicyn wskazuje na istotne rozróżnienie. Początkowo, u zarania amerykańskiej republiki prawa człowieka przypisywano powszechnie z racji uznania nas za stworzenia Boże. Wolność jednostki wiązała się więc z jej odpowiedzialnością. Następnie jednak Zachód odrzucił swe chrześcijańskie dziedzictwo wraz z jego „wielkimi pokładami miłosierdzia i ofiarności”. W efekcie systemy społeczno-polityczne stały się czysto materialistyczne, a postęp technologiczny szedł w parze z moralnym regresem.

 

Aleksander Sołżenicyn skrytykował także rozpowszechnione podejście, jakoby nie należało przykładać do polityki kryteriów moralnych. Zwrócił także uwagę, że socjalizm nie stanowi żadnego remedium na trapiące zachód problemy.

 

Godne podkreślenia i wciąż aktualne są także filozoficzne uwagi Sołżenicyna. Rosyjski pisarz zauważa, iż skoro ciało człowieka skazane jest na śmierć, to ostateczny cel życia musi mieć charakter duchowy. Celu tego nie stanowi ani „nieograniczone czerpanie z codziennego życia”, ani „poszukiwanie najlepszych sposobów zdobycia dóbr materialnych a następnie radosne korzystanie z nich”, lecz stanie się moralnie lepszym człowiekiem.

 

Słowa te pozostają dziś aktualne w nie mniejszym stopniu niż 42 lata temu.

 

 

Źródła: solzhenitsyncenter.org / rorate-caeli.blogspot.com / PCh24.pl

mjend

 

 

 


DATA: 2020-06-10 07:23
Podziel się:
DOBRY TEKST
27
Skomentuj artykuł
Nick *:
Twoja opinia *:
wyślij opinie
Regulamin forum portalu PCh24.pl.
Kliknij aby przeczytać

Komentarze

Sołżenicyn był prawosławnym heretykiem. Po co o nim pisać? Na pewno Bóg przez niego nie przemawiał, ponieważ Bóg nie może przemawiać przez heretyka. Członkiem kościoła można być, albo nie być. Wszyscy, którzy nie są na łonie kościoła katolickiego są poza nim, a poprzez ten fakt oddali się na służbę szatanowi. Proponuję to przemyśleć, zanim cokolwiek się napisze o jakimkolwiek prawosławnym Rosjaninie. Z Panem Bogiem.
11 godzin temu / ananiasz
Dziś człowiek zachodu zajmuje się rewolucjami ale wiadomo jaki jest człowiek zachodu. Od newsa do newsa. Jest hasło, akcja potem kurz opada i zmiana zainteresowania. Zapala się i gaśnie. Rewolucje pod hasłami,,pieprzyc wszystko ”itd.
1 dzień temu / bl
Wybitnie mądry Rosjanin i zarazem Chrześcijanin. Podsumował ich a możliwe, że liczyli na wazeliniarskie umizgi w stylu „jacy wy jesteście świetni i światli”.
1 dzień temu / Andrzej
Świat zachodni widzimy to dzisiaj idzie w coraz gorszym kierunku. Powiedziałbym w orwellowskim kierunku folwarku zwierzęcego z rządami wiadomo kogo. Kiedyś królem dżungli był lew.
1 dzień temu / noce i dnie
Niby tak, ale piękno, jest poniekąd „zbytkiem”. Przesadny minimalizm odbiera ludziom zajęcie. Tworzenie pięknych rzeczy, budowli itd. pomaga wykorzystywać talenty, choć nie służy jedynie przeżyciu. Wszystko z umiarem – i tyle.
1 dzień temu / Samanta
Takie to błędy rozpowszechnia Rosja.

Read more: https://www.pch24.pl/prorocze-slowa-solzenicyna-o-zmierzchu-cywilizacji-zachodniej,76514,i.html#ixzz6P8QSx4e4

Posted in POLECAM, Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Ostatnie wezwanie – film o św. Siostrze Faustynie

Posted by tadeo w dniu 22 kwietnia 2020

Posted in Filmy dokumentalne, Filmy religijne, Miłosierdzie Boże, POLECAM, Św. Faustyna | Leave a Comment »

Ks. bp Józef Zawitkowski: Czy Bóg stworzył koronawirusa?

Posted by tadeo w dniu 18 marca 2020

(…) Nie wystarczą poprawne paciorki, litanie i koronki. Tu trzeba żebrać, tu trzeba krzyczeć i  kołatać, żebrać, krzyczeć i kołatać, ale z wiarą ewangelicznej Syrofenicjanki i Kananejki. Jezu, a jeśli mnie nie wysłuchasz to się poskarżę Twojej Matce. Tu trzeba nam ludziom epidemii uklęknąć, nawrócić się, nie udawać niewierzących.
(…) Dziś bezbożni przejęli rządy nad światem. Usiłują decydować o życiu, o śmierci, o dobrem i złem.
(…) Mądre są zalecenia Episkopatu: możemy korzystać ze Mszy radiowych, telewizyjnych, księża zwiększą ilość Mszy Świętych, aby były mniejsze zgromadzenia wiernych, znak pokoju przez skłonienie głowy. Komunia Święta na rękę, a to już rodzi pytanie: Czy to Pan Jezus jest nosicielem wirusa?

Była Środa Popielcowa
w Roku Pańskim 2020.
Ksiądz w kościele
posypał mi głowę popiołem
i powiedział: Pamiętaj biskup,
że jesteś prochem
i w proch się obrócisz.

Powinienem się obrazić,
bo mam swoja godność,
i nikt mnie nie będzie obrażał
i nazywał – prochem.

Nie!
Jak to dobrze, że jest
taki dzień w roku,
że ktoś mi powie prawdę,
bez kadzideł, wierszyków,
kwiatów i laurek.
Prochem jestem, ale wiem,
że w tym glinianym naczyniu
swojego ciała, noszę tchnienie Boga,
a to tchnienie nie umiera.
Non omnis moriar, (Wergiliusz)
a Mickiewicz powie mi inaczej:
Czymże ja jestem przed Twoim obliczem,
prochem i niczem,
ale gdybym Tobie moję
nicość wyspowiadał,
ja proch, będę z Panem gadał.

Ja wiem o tym,
że z Boga i w Bogu
jest moja wielkość:
Czymże jest człowiek,
że o nim pamiętasz,
albo Syn Człowieczy,
że o nim masz pieczę. (Ps 8,15)
Oczywiście mnie niewiele mniejszym
od aniołów.
Czym się Panu odpłacę,
a wszystko co mi wyświadczył?
Dziękuje Ci, Boże,
żeś mnie tak cudownie stworzył
i w swoje dzieło tyle cudów włożył.

Człowieku,
gdybyś wiedział
jaka Twoja władza,
że o każdą myśl Twoją
walczą szatan i anioły…
Czy Ty w piekło uderzysz,
czy w niebo zaświecisz? (A. Mickiewicz)

Jestem dla siebie
wielką tajemnicą
i niespokojne jest moje serce,
dokąd nie spocznie w Panu. (Augustyn)
Wirus – to jakiś dla nas znak!

***

A w tę właśnie środę
dochodziły z daleka
i nie śmiało głosy,
że gdzieś daleko
jest śmiertelna choroba,
którą przynosi jakiś koronawirus.

Przychodzą więc człowiekowi
do głowy różne myśli:
To dlaczego Pan Bóg stworzył
takie śmiercionośne stworzonko?
Szukam odpowiedzi.
Czytam więc Księgę Rodzaju
i przy każdym dniu stworzenia
jak refren powtarza się wers:
I zobaczył Bóg, że było dobre.
I zobaczył Bóg,
że wszystko, co stworzył,
było bardzo dobre. (zob. Rdz 1,1-31)

A człowieka uczynił Bóg
z mułu ziemi,
ale na Swój obraz
i Swoje podobieństwo. (Rdz 1,27)

Stał się grzech.
Przez grzech przyszła śmierć
i wszystko, co do niej prowadzi.
Z ziemi jestem wzięty
i do ziemi wrócę,
ale nie wszystek umrę,
bo noszę w sobie
tchnienie Boga,
a to jest wieczne.

***

Mówię to wszystko dlatego,
że mówienie o śmiercionośnym
koronawirusie stało się rzeczywistością.
Piszę to w dniu 12 marca br.
w Polsce są zarażone 44 osoby,
jedna zmarła.
Wszystko stało się groźne,
wszyscy musimy być roztropni
i nawzajem za siebie odpowiedzialni.

Ogłoszono już pandemię,
bo epidemia objęła cały świat.
Najbardziej cierpią Włosi.
Ponoć zlekceważyli zakaz
zgromadzeń, a studenci
i szkolniaki zamknięcie szkół
potraktowali jako ferie.
Roznieśli więc zarazę.
Wirus dotarł i do Watykanu.
Zamknięto kościoły, nawet Papież
schronił się za telebimem.
I co na to Pan Bóg?
Widzi i milczy?

To jeszcze za wcześnie
na odpowiedź.
Co nam mówi o tym Pismo Święte?
W Księdze Liczb jest opisane
takie wydarzenie:
Żydzi szemrali przeciw Bogu
i przeciw Mojżeszowi:
Po coście nas wyprowadzili
z Egiptu? Żebyśmy wyginęli
tu na pustyni?
Totalna opozycja.
I zesłał Bóg na nich
węże jadowite… zginęło
bardzo dużo Izraelitów.
Prosili więc Mojżesza:
Wstaw się za nami,
żeby Bóg oddalił od nas karanie,
bo szemraliśmy przeciw Bogu.

Mojżesz zawsze wstawiał się
za wybranym narodem.
Ocal nas.
Przecież nie wyprowadziłeś nas
z domu niewoli po to,
aby nas wytracić?
Jesteśmy przecież Twoim narodem.
Nie wydaj na zatracenie
swojego dziedzictwa.

Wtedy Bóg rzekł do Mojżesza:
Sporządź węża
i zawieś go na palu.
Każdy kto spojrzy na węża
będzie ocalony. (Lb 5,15)
I tak było.

Jest Wielki Post
i czytam w Ewangelii Janowej:
Jak Mojżesz wywyższył
węża na pustyni
tak trzeba, aby i Syn Człowieczy
był wywyższony, a każdy
kto spojrzy na Niego z wiarą
będzie miał życie wieczne. (por. J 3,14-17)
Coś mi to mówi.

***

Bardzo wiele starań
ponieśli: prezydent,
premier, minister zdrowia,
minister obrony, oświaty, kultury,
administracji, cała służba zdrowia,
straż graniczna i inni.
Bóg Wam zapłać.
Zmęczeni jesteście.
Modlimy się za Was.
Bóg wasz los
odmieni ku dobremu.
Chyba wszyscy Polacy
poczuli się odpowiedzialni
za siebie i innych.
Odwołano wszystkie zgromadzenia,
imprezy, szkoły, kina, teatry.
Ludzie wykupili żywność.
Dobrze!
Niech im starczy na długo,
niech będą spokojni.
Ale totalna opozycja
choć podpisała ustawę sejmową
ma za złe rządowi, że
za późno, że za mało
i wszystko źle.
Kiedy ty zmądrzejesz,
głupia panno?

I co będzie dalej?
Ktoś ze znających sprawę
mówi, że to dopiero się zaczęło.

A co na to Kościół?
Podziwiałem mądrość Rządu
że na początku żaden z ministrów
nie wydał zakazu odnośnie
zgromadzeń w kościołach.
Premier prosił o modlitwę
i czekał na decyzję biskupów.
Mądre są zalecenia
Episkopatu: możemy korzystać
ze Mszy radiowych, telewizyjnych,
księża zwiększą ilość Mszy Świętych,
aby były mniejsze zgromadzenia wiernych,
znak pokoju przez skłonienie głowy.
Komunia Święta na rękę,
a to już rodzi pytanie:
Czy to Pan Jezus jest nosicielem wirusa?
Dziękujemy Przewodniczącemu Episkopatu
za mądre orędzie.
Tak mówią prorocy i kapłani Boga.

***

Jestem starcem, schorowanym,
wybudzonym ze śpiączki,
mogę więc spokojnie myśleć,
słuchać, dziwić się i obawiać.
Mogę modlić się z tymi,
co się modlą,
patrzeć na przerażenie bezbożnych,
modlić się za tych, co służą
tak ofiarnie, a z nadzieją.
Wołam więc samotnie:
Święty Boże…
Od powietrza, głodu, ognia i wojny
wybaw nas, Panie!

Spostrzegam jak inne jest
myślenie ludzi współczesnych
od myślenia ludzi,
co żyli przed nami.

Stoi w Łowiczu krzyż,
który przypomina epidemię cholery.
Jest w Żychlinie – cmentarz choleryczny,
znana była epidemia dżumy,
tyfusów i innych zakaźnych chorób.
Ludzie współcześni
mają zaplecze całej służby zdrowia.
Słuchają zaleceń znawców zagadnienia.
Byłem zbudowany troską
radia i telewizji
i modlitwą wiernych.
Tylko trzecia osoba w państwie
potrafi ominąć wszystkie zalecenia
i być ponad prawem.
A to więcej niż grzech,
to wstyd.

Ojcowie nasi mieli większą wiarę
i większe w Bogu zaufanie niż my.
Opozycja mi powie:
bo byli ciemni i głupi.
Nie, byli od nas lepsi!
Dziś bezbożni przejęli rządy
nad światem.
Usiłują decydować
o życiu, o śmierci,
o dobrem i złem.
A ostrzegał Bóg:
Nie dotykajcie drzewa życia,
bo umrzecie! (por. Rdz 2,17)
Grzechy Sodomy chcą uczynić prawe.
Procesje bezbożne,
profanacje krzyżów, ołtarzy,
obrazu Matki Bożej
i bluźnierstwa przeciw Bogu
i Jego Świętym.
Może wystarczy.
Straszne zło ogarnęło ziemię.
Czyżby Bóg jeszcze raz
żałował, że stworzył człowieka? (por. Rdz. 6,7)
To musiało się kiedyś
tragicznie skończyć,
bo aniołowie zła są po to,
aby zniszczyć każde dzieło Boga
i to największe – człowieka.
Grzech człowieka jest źródłem
wszelkiego zła.
A grzech nasz
stał się ogromny!

A ja mam mądrość
Świętej Żydóweczki Edyty Stein:
Człowiek bezbożny,
to osobowe, intelektualne
nieszczęście.
To przecież widać,
słychać i czuć
przez szkło telewizora.
Bezbożni powiedzą:
To Wasza Święta.
Nauka mówi inaczej.
To mam bezbożnego
który mówi tak o człowieku:
Wychowajmy najpierw człowieka,
bo gdy zaczniemy od polityki,
to wychowamy politycznie
uświadomioną bestię. (Igor Newerly)

A ja takich
politycznie uświadomionych bestii
bardzo się boję.
Przez nich tyle zła na świecie.
Człowiek człowiekowi
zgotował ten los.

Jeśli Bóg nie stworzył
koronawirusa to kto?
Nie wiem.
Politycy wiedzą,
nawet o tym jawnie mówią.
Ja tylko wiem dlaczego była
ptasia grypa.
Spalono wtedy tysiące polskich
farm drobiu.
Była też świńska grypa,
aby do dołów poszły tuczniki
wielu naszych hodowli.

Więc skąd koronawirus?
Może ktoś świadomie,
albo z głupoty otworzył
puszkę Pandory,
aby rzucić na kolana
światową gospodarkę
i światu pokazać,
że i w Grenadzie też zaraza.
Będą wiedzieć
ci co przeżyją.
I już wiadomo.

A ja dalej pytam,
co Kościół na to?
Wolę patrzeć na tych z przeszłości,
co wiarę mieli większą
niż dżuma i cholera.
Mądry jest Kościół
Matka moja,
a co z wiarą?

Święty Kardynał Boromeusz
biskup Mediolanu w czasie zarazy
nie zamykał Katedry, ale w procesji
z Najświętszym Sakramentem
obchodził miasto z modlitwą.
Przebacz, Panie przebacz,
ludowi Twojemu,
a nie bądź zagniewany
na nas na wieki.
I Bóg wysłuchał.
W czasie chorób zbiorowych
kościoły stawały się szpitalami,
a święte siostry, święci bracia
narażali życie, aby chorzy
mogli umierać jak ludzie.
Siostro! Ja bym tego
za milion dolarów nie robił.
Bo pan jest bezbożny,
a ja wierzę w Boga.
O mój Święty Rochu,
święty Szymonie z Lipnicy,
Ojcze Damianie,
Ojcze Bejzymie,
Święta Tereso z Kalkuty,
Siostry Szarytki.
Rzućcie jeszcze raz z samolotu
tysiące cudownych medalików,
aby ocalony był Paryż.
Matko Boska Łaskawa,
Święty Andrzeju Bobolo,
błogosławiony Władysławie z Gielniowa!
Pod kolumną Zygmunta,
na Placu Zamkowym
uklękła wtedy Warszawa wierzących
i śpiewała z wiarą:
Święty Boże, Święty Mocny,
Święty a Nieśmiertelny…
Od powietrza, głodu
ognia i wojny – wybaw nas .
Krzyża Nowego Sącza,
Was to Bóg wysłucha.

Zlękli się zarazy
i ludzi Kościoła.
Słusznie,
ale trzeba spytać:
Gdzie się podziała
nasza modlitwa,
co czyniła cuda?
Przestaliśmy się modlić.
Za mało się modlimy,
źle się modlimy!
Pominęliśmy Boga,
staliśmy się podobni do bezbożnych.
A gdybyśmy się
nawrócili jak Niniwici,
czyż Miłosierny
nie zlitowałby się nad nami?
Na pewno tak!
Tu trzeba naprawdę uwierzyć,
że Bóg może nas ocalić.
Jesteśmy sanitarnie, administracyjnie
liturgicznie w miarę poprawni,
ale to dziś nie wystarczy.
Zachowanie liturgicznej ostrożności,
to za mało.
To nie Pan Jezus
roznosi wirusa.
Trzeba mieć czyste serce
i czyste ręce.
I nie bójcie się! (Mt 14,27)
Nie wystarczą poprawne paciorki,
litanie i koronki.
Tu trzeba żebrać,
tu trzeba krzyczeć i kołatać,
żebrać, krzyczeć i kołatać,
ale z wiarą ewangelicznej
Syrofenicjanki i Kananejki.
Jezu, a jeśli mnie nie wysłuchasz
to się poskarżę Twojej Matce.
Tu trzeba nam ludziom epidemii
uklęknąć, nawrócić się,
nie udawać niewierzących.
Trzeba się wyspowiadać
przed Bogiem i przed ludźmi.
Moja bardzo wielka wina!
Czy Bóg wysłucha?
Wysłucha.
Kto z Was się Mnie dotknął? (Mk 5,30)
Wiara Twoja Cię uzdrowiła. (Mk 10,52)
Pozwól szczeniętom
zebrać okruchy spod
stołu ich panów.
Ja takiej wiary wśród Was
nie widziałem. (Mt 8,10)
Taka wiara
góry przenosi.
Taką wiarą
wzruszy się Bóg.

Polacy posłuchali nakazu.
Na Mszach Świętych było mniej
niż 50 osób.
A mnie przychodzi do głowy
Abrahamowe targowanie się z Bogiem:
A jeśli będzie 10-ciu sprawiedliwych
ocalisz to miasto?
Tak!
Nie było dziesięciu.

I to pomoże?
Pomoże, bo ludzie staną się lepsi,
a może przestaną
plwać na siebie
i żreć jedni drugich, (por. A Mickiewicz)
a może przypomną sobie,
że jednego mamy Ojca w niebie,
a matką jest nam ziemia miła,
co nas zbożem swoich pól
jak mlekiem wykarmiła. (M. Konopnicka)
a może przypomną sobie,
że tu królową jest sama
Matka Boża
i wyproszą, aby i teraz był
Cud nad Wisłą.
a Ona niech okazała, że jest Matką.

***

Z potrzeby serca
dzielę się z Wami
wiarą, modlitwą i nadzieją.
Bracia Czcigodni!
Jest Wielki Post.
Spójrzcie na krzyż z wiarą,
a będziemy ocaleni.
Umrze wirus,
a zmartwychwstanie Chrystus,
Zwycięzca zła i śmierci.
I będzie Wielkanoc,
a w czerwcu stanie
w aureoli świętości
Wielki Prymas Tysiąclecia
i powie bezbożnym:
Non possumus!
a nam, którzy ocaleli powie:
Kocham Was więcej
niż własne serce!
bo Nic nad Boga (W. Poll)
i Któż jak Bóg?
Zatęsknią ludzie za Komunią Świętą.
To są znaki czasu,
trzeba nam je rozpoznać.
A Duch Boży
odnowi oblicze ziemi.
Patrzcie jak się zmienia! (por. C.K. Norwid)
i będzie nowa ziemia
i nowe niebo,
bo dawne rzeczy
przeminęły.
Ucałuje się
sprawiedliwość i pokój
i wierność z ziemi wyrośnie. (por. Ps 85)
Niech no tylko
zakwitną ogrody.
Amen.

Ostańcie z Bogiem – Ludzie Kochani!
Łowicz, 12.03.2020r.

https://wobroniewiaryitradycji.wordpress.com/2020/03/17/ks-bp-jozef-zawitkowski-czy-bog-stworzyl-koronawirusa/?fbclid=IwAR0RL36A5h0KdFFk7qVPUnwELfMSDMbDHO2rJWr6SUkzGETkFnjxognyzUI

Posted in Ks.Tymoteusz, POLECAM, Religia | Leave a Comment »

Quis ut Deus („Któż jak Bóg”)

Posted by tadeo w dniu 22 lutego 2020

Mówi się, że największym zwycięstwem szatana dzisiaj jest przekonanie ludzi, że on nie istnieje. Tymczasem w Polsce i na całym świecie biskupi powołują coraz więcej egzorcystów. Strzeżmy się fałszywych proroków, dla których Kościół jest tylko kolejną instytucją charytatywną. Strzeżmy się tych wszystkich, którzy mówią nam że nie ma Boga, nie ma świętych i aniołów, a nasza przyszłość zapisana jest w gwiazdach.

Rzeczywistość duchowa istnieje i jest tak bogata, że przez całą wieczność będziemy ją poznawać w niebie. Niech naszym przewodnikiem przez to życie będzie święty Michał Archanioł, któremu poświęcone jest to opracowanie. 

Quis Ut Deus! św. Michał Archanioł

ebook_michal_archaniol

Posted in Książki (e-book), POLECAM, Religia | Leave a Comment »

Ks. Dominik Chmielewski – Dlaczego nam tak ciężko w życiu.

Posted by tadeo w dniu 3 grudnia 2019

Posted in POLECAM, Religia | Leave a Comment »

Kazanie ks. Dominika Chmielewskiego SDB z dn. 20.11.2019 – ostatni dzień rekolekcji w Bazylice Mniejszej Imienia NMP w Inowrocławiu

Posted by tadeo w dniu 21 listopada 2019

APC - 2019.11.21 20.09 - 001.3d

https://gloria.tv/post/QtPHP8T8pXN64ePyY9UBFL24N

Posted in POLECAM, Religia | Leave a Comment »

Rekolekcje ks. Dominik Chmielewski

Posted by tadeo w dniu 21 listopada 2019

Tyle ludzi, tyle wzruszeń, tyle radości, tyle łez, tyle przemyśleń, tyle słów – właśnie dobiegły końca jedne z piękniejszych rekolekcji. Teraz już po zakończeniu rekolekcji, zachęcamy do posłuchania nauk.

Rekolekcje wygłosił salezjanin i duszpasterz akademicki, ks. Dominik Chmielewski. Przyjechał do nas z Warszawy. To, że będą to wyjątkowe rekolekcje, wiadome było nawet przed rozpoczęciem rekolekcji. Otóż ks. Dominik, jadąc do nas, miał poważny wypadek na autostradzie. Samochód poszedł do kasacji, jednak rekolekcjoniście nic się nie stało. Dość powiedzieć, że wypadek wydarzył się… w godzinę Miłosierdzia Bożego. Czyżby szatan nie chciał doprowadzić do naszych rekolekcji? Na szczęście Bóg czuwał nad ks. Chmielewskim.

Pierwszego dnia rekolekcji, ks. Dominik nakreślił problemy, jakimi zajmowaliśmy się na rekolekcjach.

– Musimy wyprostować to, co w naszym życiu jest zakręcone! A często najbardziej zafiksowany jest nasz umysł. Na nas działają dwie siły: błogosławieństwa i przekleństwa. W czasie tych rekolekcji, chcemy zatrzymać się nad naszym życiem i zadać trzy pytania: czy nad naszym życiem nie ciąży jakaś forma przekleństwa? Jeśli w moim życiu jest irracjonalny lęk i strach – co zatem zrobić, żeby złamać przekleństwo? W jaki sposób wejść w piękną przestrzeń Bożego błogosławieństwa – mówił na początku rekolekcjonista.

Trzeci dzień to chęć odpowiedzenia na pytanie: jeśli coś jest w naszym życiu nie tak, to jak złamać w naszym życiu zło?

– Musimy poszukać przyczyn pojawienia się przekleństwa w naszym życiu! Nie możemy liczyć tylko na siebie, żyć według własnego widzi-mi-się – mówił ks. Chmielewski.

kliknij w obrazek lub w link:
Grzechy okultyzmu – rekolekcje ks. Dominik Chmielewski

3 konfTego dnia po mszy odbyło się piękne nabożeństwo przebłagania za grzechy. Jak przebłagać Boga za swoje grzechy, mówił ks. Dominik na początku nabożeństwa…

… później przed Najświętszym Sakramentem klęcząc lub leżąc krzyżem wierni przepraszali Boga za najgorsze grzechy swojego życia:

kliknij w obrazek lub w link:
Nabożeństwo przebłagania za grzechy – rekolekcje ks. Dominik Chmielewski

5 konf

Ostatniego dnia ks. Dominik podsumował naukę uwalniania się od przekleństwa i otwierania się na Boże błogosławieństwo

kliknij w obrazek lub w link:
Pozorujemy się na tych, kim nie jesteśmy! Dlaczego chcemy …

6konfPo mszy ks. Dominik egzorcyzmował sól, oliwę i wodę…

7konf… a później odbyło się nabożeństwo uzdrowienia, na którym nie brakowało modlitwy, skupienia, ale także i łez.

kliknij w obrazek lub w link:
Nabożeństwo uzdrowienia na zakończenie rekolekcji

8 konfAutorem wpisu jest: Tomasz Borysewicz
Za stroną: http://swietarodzina.pila.pl

*******************
Od rekolekcjonisty: modlitwy o uwolnienie

Tym, którzy chcą pogłębić nauki rekolekcyjne polecamy materiały udostępnione przez naszego rekolekcjonistę, ks. Dominika Chmielewskiego. Przecież nie wystarczy tylko słuchać rekolekcji. Trzeba Słowo Boże wprowadzać w życie.
Poniższe modlitwy są przeznaczone do realizacji procesu uwalniania od przekleństwa i otwierania się na Boże błogosławieństwo.

Kliknij i pobierz:
1) Modlitwa do codziennego odmawiania o ochronę rodziny przez Krew Jezusa
2) Modlitwa ochrony przed złem – do codziennego odmawiania
3) Modlitwa uwolnienia do indywidualnego odmawiania (przynajmniej raz w tygodniu)
4) Modlitwa uwolnienia od przekleństwa do odmówienia po spowiedzi świętej generalnej
5) Modlitwa uwolnienia rodziny (może ją odmawiać tylko kapłan nad rodziną)
6) Nowenna do Maryi rozwiązującej węzły przekleństwa
7) Rachunek sumienia przygotowujący do spowiedzi generalnej
8) Słowa Jezusa do nieustannej medytacji

„Jezu, Ty się tym zajmij! Jezus mówi do każdego z nas: Dlaczego zamartwiacie się i niepokoicie? Zostawcie mnie troskę o wasze sprawy, a wszystko się uspokoi.”

O ks. Dominiku Chmielewskim pisaliśmy już tutaj: Od medytacji zen do Różańca św. i do kapłaństwa – dzięki Królowej Pokoju. Świadectwo ks. D. Chmielewskiego


Linki do wpisów z komentarzami
1) Rekolekcje zerwania ze złem – posłuchaj i pomódl się modlitwami o uwolnienie razem z nami i z ks. Dominikiem Chmielewskim
2) Nabożeństwo uzdrowienia i uwolnienia z Wojownikiem Maryi – ks. Dominikiem Chmielewskim
3) Kolejna niespodzianka: błogosławieństwo dla nas i dla wszystkich Czytelników od księdza Dominika Chmielewskiego SDB – Wojownika Maryi

https://wobroniewiaryitradycji.wordpress.com/rekolekcje/rekolekcje-zerwania-ze-zlem-ks-dominik-chmielewski/

via Rekolekcje ks. Dominik Chmielewski

Posted in POLECAM, Religia, SYLWETKI | Leave a Comment »

Nie wolno o niej zapomnieć! Powieści Marii Rodziewiczówny tętnią polskością i powinny wrócić do kanonu lektur.

Posted by tadeo w dniu 8 listopada 2019

Posted in POLECAM, Polskie Kresy, SYLWETKI, Wspomnienia | Leave a Comment »

Trzy dni ciemności. Koniec świata wg Maryi

Posted by tadeo w dniu 5 czerwca 2019

 

W objawieniach Maryjnych pojawiają się jak refren dziwne słowa o dniach ciemności – łącznie trzech.

Według Księgi Apokalipsy trzy dni ciemności stanowią zawartość jednej z siedmiu czasz, którą na ziemię wyleją aniołowie:

„A piąty wylał swą czaszę na tron Bestii i w jej królestwie nastały ciemności” (Ap 16, 10).

 

Trzy dni ciemności są najbardziej spektakularnym wydarzeniem apokaliptycznym, które dotknie całą ziemię.

Jego nadejście zwiastowało wielu mistyków i świętych: św. Hildegarda z Bingen (+1179), Sługa Boża Marie Martel (+1673), słynny jezuita o. Charles-Auguste Nectou (+1777), bł. Elizabeth Canori-Mora (+1825), bł. Marie Taigi (+1837), Palma d’0ria (+1863), bł. Marie Baourdi (+1878), mistyk Pere Lamy (+1931), bretońska stygmatyczka Julie Jahenny (+1941), św. Ojciec Pio (+1968).

Gdy identyczne proroctwo dochodzi do nas z ust ludzi żyjących w różnym czasie i gdy łączy się ono z innymi zapowiedziami, które już się wypełniły, a dodatkowo świętość owych proroków została uznana przez Kościół, trudno przejść obok tych słów ze wzruszeniem ramion.

Przywołajmy kilka zapowiedzi Czasu Mroku.

Znane jest nam już proroctwo zmarłej w 1837 r. Marie Taigi o karze, „która zostanie zesłana z Nieba”. Ta wyniesiona na ołtarze wizjonerka jako pierwsza w historii zapowiedziała nadejście trzech dni ciemności:

 

Na całą ziemię zstąpią nieprzeniknione ciemności, które będą trwały trzy dni i trzy noce. Nic nie będzie widać, a powietrze będzie przepełnione zarazą, która dotknie przede wszystkim, ale nie tylko, wrogów religii. W czasie tej ciemności nie będzie możliwe użyć jakiegokolwiek oświetlenia wymyślonego przez człowieka, tylko poświęcone świece. Kto z ciekawości otworzy okno i wyjrzy lub opuści dom, padnie martwy na miejscu. W czasie tych trzech dni ludzie winni pozostać w swych domach, odmawiać Różaniec i błagać Boga o miłosierdzie.

Wszyscy wrogowie Kościoła, znani czy nieznani, zginą podczas tej powszechnej ciemności. Wyjątkiem będzie garstka, którą Bóg wkrótce nawróci. Powietrze będzie pełne demonów, które ukażą się pod różnorodną ohydną postacią.

 

A potem Maria Taigi przybliża nam wizję po części symboliczną:

 

Po trzech dniach ciemności święci Piotr i Paweł zstąpią z Niebios, będą nauczać cały świat i wskażą nowego papieża. Wielkie światło wyjdzie z ich ciał i spocznie na kardynale, który ma zostać nowym papieżem. Wówczas chrześcijaństwo ogarnie całą ziemię. On będzie Świętym Pasterzem, wybranym przez Boga, by stawić czoła burzom. Na koniec otrzyma dar czynienia cudów, a jego imię będzie wielbione na całym świecie. Rosja, Anglia i Chiny powrócą do Kościoła.

Zdumiewające, ale podobną wizję miała kilka lat wcześniej bł. Elizabeth Canori-Mora (+1825):

Niebo będzie zasnute chmurami, tak gęstymi i ponurymi, że nie sposób będzie patrzeć na nie bez przerażenia. (…) Mściwe ramię Boga uderzy w złych ludzi, a Jego wielka moc ukarze ich pychę i zarozumiałość. Do wytępienia tych bezbożników i heretyków pragnących obalić Kościół i zburzyć jego fundamenty Bóg zatrudni potęgę piekła. (…) Niezliczone legiony demonów będą przebiegać ziemię i wykonywać rozkazy Boskiej Sprawiedliwości. (…) Nic na ziemi nie zostanie oszczędzone.

Po przerażającej karze ujrzałam niebo otwarte i św. Piotra zstępującego na ziemie; był odziany w szaty pontyfikalne i otoczony wielką liczbą aniołów, które śpiewały hymny na jego cześć i ogłaszały jego panowanie na ziemi.

Ujrzałam też św. Pawła zstępującego na ziemię. Z rozkazu Boga przemierzył ziemię i związał demony i przyprowadził przed św. Piotra, który nakazał im powrócić do piekła, skąd przybyli.

Potem zmarła w Palestynie 1878 r. siostra Maria od Jezusa Ukrzyżowanego twierdziła, że Maryja mówi jej o

„trzech dniach ciemności i unicestwieniu trzech czwartych całej ludzkości”.

 

Z kolei XIX-wieczna mistyczka Julia Jahenny z La Fraudais ogłosiła, że podczas trzech dni ciemności piekielne moce przejmą władzę nad światem.

„Kryzys pojawi się niespodziewanie. Kara dotknie wszystkich; jedna będzie następować po drugiej” – mówiła 4 stycznia 1884 roku.

 

Co ciekawe, Jahenny podaje nawet, w jakich dniach tygodnia spadnie na ziemię kara ciemności:

„Trzy dni ciemności będą w czwartek, piątek i sobotę. To dni Najświętszego Sakramentu, Krzyża i Matki Najświętszej”. Dodaje jeszcze: „To będą trzy dni bez jednej nocy”.

 

Julia Jahenny cytuje słowa Jezusa:

 

Ziemia zostanie okryta ciemnością, wtedy całe piekło wyjdzie na ziemię. Grzmoty i błyskawice sprawią, że ci, którzy nie wierzą w Boga i nie ufają mojej potędze, umrą ze strachu.

 

Widząca przekazuje konkretne wskazówki, jak ludzie wierzący winni się zachować podczas tych trzech dni. Jak zaraz się okaże, jej głos mówi dokładnie to samo, co wielu innych świętych mistyków.

W czasie trzech dni przerażających ciemności nie wolno otworzyć żadnego okna, nikt bowiem nie może zobaczyć ziemi i straszliwego koloru, jaki będzie ona miała w dniach kary. Jeśli zrobi to, natychmiast umrze. Niebo będzie płonąć, ziemia będzie pękać. W czasie trzech dni ciemności niech wszędzie płoną poświęcone świece, a żadne inne światło nie będzie zapalone. W tych przerażających ciemnościach tylko świece uczynione z pobłogosławionego wosku będą dawać światło. Jedna świeca wystarczy na czas trwania tej piekielnej nocy. W domach ludzi złych i bluźnierców te świece nie dadzą światła.

Matka Boża dodała:

 

Wszystko będzie się trząść z wyjątkiem mebli, na których będą płonąć pobłogosławione świece. Te nie będą drżeć. Zgromadźcie się wokół nich z krzyżem i świętym wizerunkiem. To oddali od was terror.

 

I znowu słowa Jezusa:

 

Nikt, kto znajdzie się poza schronieniem, nie przeżyje. Ziemia będzie się trząść, bo sąd i strach będą ogromne. Tak, będziemy wysłuchiwać modlitw twoich przyjaciół;nikt z nich nie zginie. Będą potrzebni, by rozsławiać chwałę Krzyża.

Chmury czerwone jak krew będą pędzić po niebie. Huk grzmotu będzie wstrząsał ziemią, a ponure błyskawice ogołocą niebo z pór roku. Ziemia będzie drżeć aż po fundamenty. Morze podniesie się, a ryczące fale zaleją kontynent.

 

W 1934 r. Jezus skierował do św. Faustyny Kowalskiej przesłanie o dniach ciemności. Czytamy pod nr. 85 jej Dzienniczka:

 

Napisz to: Nim przyjdę jako Sędzia sprawiedliwy, przychodzę wpierw jako Król miłosierdzia. Nim nadejdzie dzień sprawiedliwy, będzie dany ludziom znak na niebie taki. Zgaśnie wszelkie światło na niebie i będzie wielka ciemność po całej ziemi. Wtenczas ukaże się znak krzyża na niebie, a z otworów, gdzie były ręce i nogi przebite Zbawiciela, [będą] wychodziły wielkie światła, które przez jakiś czas będą oświecać ziemię. Będzie to na krótki czas przed dniem ostatecznym.

 

Czyżby dni ciemności zakończyły się przyjściem światła wychodzącego z otworów w belkach krzyża, który ukaże się na spowitym mrokiem niebie? To zupełnie nowy element Boskiego scenariusza na czas oczyszczenia.

Na początku 1950 r. Ojciec Pio napisał dwa listy mówiące o zbliżającej się karze trzech dni ciemności. Przywołują one te same tematy, co wizje i lokucje (przekazy słowne) Julii Jahenny.

 

Dobrze pozamykajcie i uszczelnijcie okna. Nie wyglądajcie na zewnątrz. Zapalcie święconą świecę, która wystarczy na wiele dni. Módlcie się na Różańcu. Czytajcie duchowe książki. Czyńcie akty przyjęcia Duchowej Komunii, a także uczynki miłości, które są nam tak potrzebne. Módlcie się z wyciągniętymi rękami lub padając na twarz, aby uratować wiele dusz. Nie wolno wam wychodzić na zewnątrz. Zaopatrzcie się w wystarczającą ilość pożywienia. Moce natury zostaną wstrząśnięte i deszcz ognia napełni ludzi przerażeniem. Miejcie odwagę! Jestem pośród was. Otoczcie opieką swoje zwierzęta podczas tych dni. Ja Jestem Stworzycielem i Opiekunem dla wszystkiego stworzenia, tak samo jak dla człowieka. Dam wam wcześniej znaki, kiedy powinniście pozostawić większą ilość jedzenia dla swoich zwierząt. Ochronie dobytek wybranych, w tym także zwierzęta, które będą później w potrzebie pożywienia. Niech nikt nie próbuje wychodzić na zewnątrz, nawet aby nakarmić swoje zwierzęta – kto będzie nieposłuszny temu słowu, zginie! Dokładnie zakryjcie okna. Moi wybrani nie powinni widzieć Mojego gniewu. Miejcie ufność we Mnie, a Ja będę waszą obroną. Wasza wiara zobowiązuje Mnie do przybycia wam z pomocą.

Godzina Mego powrotu jest bliska! Jednak okażę Miłosierdzie. Najstraszliwszą karę będzie cierpieć świadek czasów. Moi aniołowie, którzy będą egzekutorami tej pracy, stoją już w gotowości z ostrymi mieczami! Szczególnie zadbają o zniszczenie tych, którzy Mnie przedrzeźniali i nie wierzyli w Moje objawienia.

Nawałnica ognia wyleje się z chmur i rozciągnie na całą ziemię! Sztormy, grzmoty, straszliwa pogoda i trzęsienia ziemi pokryją świat na kilka dni. Nastanie nieprzerwany deszcz ognia! Wszystko rozpocznie się w bardzo zimną noc. Te wydarzenia mają udowodnić, że Bóg jest Panem wszelkiego Stworzenia. Ci, którzy pokładają we Mnie nadzieję i wierzą w Moje słowa, nie mają się czego obawiać. Nie zaprę się tych, którzy rozpowszechniają Moje przesłanie. Żadna krzywda nie spotka dusz w łasce uświęcającej i tych, które szukają obrony u Mojej Matki.

Dam wam następujące znaki i instrukcje, w ten sposób możecie być przygotowani na nadchodzące wydarzenia:

Noc będzie bardzo zimna, a wiatr zacznie przeraźliwie huczeć i wyć. Po krótkim czasie usłyszycie grzmoty. Zamknijcie wszystkie drzwi i okna i z nikim nie rozmawiajcie z zewnątrz. Padnijcie przed krzyżem, żałujcie za grzechy i błagajcie o opiekę Mojej Matki. Nie patrzcie przez okno podczas trzęsienia ziemi, ponieważ gniew Boży jest święty! (Jezus nie chce, abyśmy ujrzeli gniew Boga, gdyż musi być rozważany w strachu i trwodze. Ci, którzy nie potraktują poważnie tego polecenia, zginą na miejscu). Wiatr przyniesie ze sobą trujące gazy, które rozniosą się po całej ziemi. Każdy, kto będzie cierpiał i umrze niewinnie, stanie się męczennikiem i będzie przebywał ze Mną w Moim Królestwie.

Szatan zatriumfuje! Jednak po trzech nocach ogień i trzęsienie ziemi ustaną. Następnego dnia słońce znów wzejdzie i oświeci ziemię. Aniołowie przybędą z Nieba i przykryją ziemię duchem pokoju. Uczucie niezmierzonej wdzięczności ogarnie tych, którzy przeżyją okropne doświadczenia – bliską karę – którymi Bóg nawiedza ziemię od jej stworzenia.

Wybrałem dusze także w innych krajach, jak: Belgia, Szwajcaria czy Hiszpania, i otrzymały one to samo objawienie, aby te kraje również mogły się przygotować. Módlcie się dużo w czasie tego Świętego Roku 1950. Ta katastrofa przyjdzie na ludzkość jak przebłysk światła, w chwili, gdy wschód poranku zostanie zastąpiony ciemnościami! Od tego momentu nikomu nie wolno opuścić domu lub wyjrzeć przez okno. Ja sam przybędę pośród grzmotów i piorunów. Słabsi powinni zawierzyć się Mojemu Najświętszemu Sercu. Nastanie wielki chaos z powodu całkowitych ciemności, które okryją ziemie, i wielu, wielu zginie od przerażenia i rozpaczy.

Ci, którzy będą „walczyć” dla Mojej sprawy, otrzymają łaski z Mojego Najświętszego Serca, a pokorny płacz skruchy: „KTÓŻ JEST JAK BÓG”, będzie ratunkiem dla wielu. Jednakże niezliczona ilość spłonie na otwartych polach jak wyschnięta trawa! Bezbożni zostaną unicestwieni, aby później sprawiedliwość narodziła się na nowo. Jak tylko nadejdą całkowite ciemności, nikt nie powinien opuszczać swojego domu lub wyglądać przez okno. Ciemności będą trwały dzień i noc, kolejny dzień i kolejną noc i jeszcze jeden dzień, lecz następnej nocy gwiazdy znów wzejdą na niebie, a przy nadchodzącym dniu ponownie ujrzycie brzask słońca i będzie to CZAS WIOSNY!

W ciągu dni ciemności Moi wybrani nie powinni spać, jak uczniowie w Ogrodzie Oliwnym. Muszą się modlić nieprzerwanie, a nie zawiodę ich. Zbiorę Moich wybranych! Piekło uwierzy, że włada całą ziemią, ale Ja ją odzyskam! Czy być może myślicie, że pozwoliłbym Ojcu na zesłanie takiej kary na cały świat, jeśli ludzie odwróciliby się od swoich zbrodni dla sprawiedliwości? Ale to z powodu Mojej wielkiej miłości te cierpienia za Moim dozwoleniem zostaną zesłane na was. Wielu Mnie przeklnie, a mimo to tysiące dusz ocali się przez nie. Żadne ludzkie rozumowanie nie jest w stanie pojąć głębin Mojej Miłości!

Módlcie się! Módlcie się! Pragnę waszych modlitw.

Moja Najdroższa Matka Maryja, św. Józef, św. Elżbieta, św. Konrad, św. Michał, św. Piotr, Mała Tereska, wasi Aniołowie Stróżowie niech będą waszymi rzecznikami. Błagajcie o ich pomoc! Bądźcie dzielnymi żołnierzami Chrystusa! Gdy powróci Światłość, niech wszyscy złożą dziękczynienie Świętej Trójcy za opiekę! Zniszczenia będą ogromne! Ale Ja, wasz Bóg, oczyszczę ziemię.

Jestem z wami. Miejcie ufność!

 

Belgia, Szwajcaria, Hiszpania. Dobrze byłoby poznać również tamte apokaliptyczne głosy…

Błogosławiona Elena Aiello (+1961) słyszała 22 sierpnia 1960 r., w święto Niepokalanego Serca Maryi:

Módlcie się. Nie traćcie czasu, bo będzie za późno. Gęsta ciemność otacza bowiem ziemię, a nieprzyjaciel staje u drzwi!”.

 

W objawieniach rozpoczętych 18 czerwca 1981 r. w San Lorenzo del Escorial w Hiszpanii wizjonerka Luz Amparo Cuevas (1931-), otrzymała od Matki Bożej Bolesnej przekaz dotyczący trzech dni ciemności:

 

Bóg Ojciec ześle dwie bardzo wielkie kary. Jedna z nich to wojny, rewolucje. Inne nadejdą z Raju. Będą wielkie trzęsienia ziemi w niektórych krajach, cała Ziemia będzie pokryta ciemnością przez trzy dni, niczego nie będzie można zobaczyć, powietrzem nie będzie można oddychać, a w czasie tych dni ciemności jedyne światło dostarczać będą święte świece. Wierni muszą zostać w swoich domach, odmawiać Różaniec Święty i prosić Boga o Miłosierdzie. Kara spowoduje, że dwie trzecie ludzi zginie. Nic się nie stanie tym, którzy są z Bogiem i z Maryją Najświętszą.

 

26 grudnia 1988 r. Maryja powiedziała do Patricii Talbot:

„Jeśli ludzkość się nie nawróci, nadejdą dni ciemności zapowiedziane w Apokalipsie i przez wielu wizjonerów”. Ale Matka Boża od razu dodała pewien szczegół: „Ziemia zostanie wyrzucona z orbity na trzy dni”.

Mówi też o jakichś chemikaliach w atmosferze służących jako katalizator przy wybuchu ognia.

23 lipca 1996 r. mieszkający na przedmieściach Rochester John Larry miał wizję Jezusa ostrzegającego przed czasem trzech dni ciemności:

 

Otrzymałem cztery wizje na ten temat. Ujrzałem ogromną kometę z ognistym ogonem, która okrążając ziemię, zbliżała się coraz bardziej. I nagle ujrzałem, jak uderza w Ocean Atlantycki. Widziałem nawet to niesamowite wejście pod wodę i samo uderzenie pomarańczowego ognia w dno oceanu, co spowodowało powstanie przeogromnych fal, wyższych od najwyższych drapaczy w Nowym Jorku, jak mi to zostało pokazane w innej wizji. Zalana została cała wschodnia część USA i całe wybrzeże atlantyckie w Europie. Wstrząs spowodował przebudzenie się wielu wulkanów i wyrzucenia ławy i pary, które zmieszały się z gazami komety. Utworzony w ten sposób dym zaćmi słońce na trzy dni. Przytoczę wam teraz przekaz z 23 lipca 1996 roku. Po przyjęciu Komunii Świętej ujrzałem ogromny wulkan, z którego buchał czarny dym zasłaniający słońce. Jezus powiedział:

 

„Mój synu, w tej wizji oglądasz wybuch masywnego wulkanu, z którego wydobywa się czarny dym. Wprawdzie ujrzycie wzrost wybuchów wulkanicznych, lecz ten wybuch nastąpi dopiero, gdy kometa uderzy w Ziemię. Nastąpi ogromne zniekształcenie skorupy ziemskiej, co będzie przyczyną przebudzenia się wielu wulkanów. Złączenie się gazów i lawy wulkanicznej z gazami komety spowoduje trzy dni ciemności. Nastąpi zmiana biegunów magnetycznych i krótkotrwała zmiana orbity ziemskiej na większą. Przyciąganie słoneczne skoryguje zmianę orbity, lecz zanim to nastąpi, na Ziemi będzie zimniej. Podczas trzech dni ciemności podziemia lub jaskinie będą najlepszym schronieniem przed zimnem i unoszącą się siarką, która wypełniając powietrze, wychwytywać będzie z niego tlen. Módl się, mój ludu, i słuchaj moich pouczeń, a Ja skieruję cię, gdzie powinieneś iść, i obdarzę cię moim Chlebem Niebiańskim”.

 

Co to będzie? Czy Niebo ostrzega o skutkach wybuchu jądrowego? A może mówi o upadku jakiegoś kosmicznego bolidu, który wzbije w atmosferę tyle pyłu, że na kilka dni zapanuje na świecie nieprzenikniony mrok? Może, zgodnie z tym, o czym mówi Patricia Talbot, czas mroku rzeczywiście wiąże się z katastrofą kosmiczną?

„Jeśli ludzkość się nie nawróci – mówi wizjonerka – nadejdą dni ciemności zapowiedziane w Apokalipsie i przez wielu wizjonerów. Ziemia wypadnie z orbity na trzy dni”.

 

Dlatego Maryja każe ludziom przeczekać ten czas w swych domach, więcej – poleca zamknąć drzwi, pozasłaniać wszystkie okna i nie wyglądać na zewnątrz.

Może rację mają ci, którzy uważają, że hasło „trzy dni ciemności” brzmi jak symboliczny okres zła? Trudno się z nim zgodzić, skoro ten przerażający wątek towarzyszy wielu nadprzyrodzonym interwencjom z Nieba.

Ich kres nastąpi po interwencji Najświętszej Maryi Panny. W jednym z objawień w 1993 r- Maryja mówiła:

„Jestem świeżym powiewem w nowym dniu. Jestem światłem, posłanym, by rozproszyć ciemność”.

Tekst pochodzi z książki: Wincenty Łaszewski, „Koniec świata według Maryi”, Fundacja „Nasza Przyszłość”, 2010.

http://www.fronda.pl/a/trzy-dni-ciemnosci-koniec-swiata-wg-maryi-3,127950.html?fbclid=IwAR1_Sf0WxF62oV-ksZPA3AwqvLITD5yTyHeB2XYzb39zu2X81YZpGKJFHFU

Posted in Matka Boża, POLECAM, Religia | Leave a Comment »

,,Zobaczyłam piekło otwarte”. Wstrząsające wizje Rozalii Celakówny

Posted by tadeo w dniu 23 Maj 2019

„Najwięcej było potępionych za grzechy przeciw szóstemu i dziewiątemu przykazaniu, następnie za zbrodnie i nienawiść. Te trzy rodzaje grzechów w szczególny sposób były widoczne. Mąk tej kaźni nikt nie potrafi opisać. Sam widok może człowieka o śmierć przyprawić, gdyby nie był wspomagany łaską Bożą”.

,,Zobaczyłam piekło otwarte''. Wstrząsające wizje Rozalii Celakówny

„Jezu mój, niczego innego nie pragnę, tylko miłości. Chcę Cię kochać tak bardzo, jak tylko stworzenie może ukochać Boga, Ty, mój Jezu, więcej nikt! […] O nic Cię tak gorąco nie proszę, jak o to, bym Cię nigdy ani cieniem grzechu dobrowolnego nie obraziła”.

Służebnica Boża Rozalia Celakówna, której proces beatyfikacyjny rozpoczął się w 1996 r., urodziła się 19 września 1901 r. we wsi Jachówka. Była najstarszym z ośmiorga dzieci Joanny i Tomasza Celaków.

UCZYŁA SIĘ MIŁOŚCI BOGA

 

Rodzice Rozalii byli gorliwymi katolikami. Chociaż ciężko pracowali na roli, to jednak dużo czasu poświęcali na religijne wychowywanie swoich dzieci. Modlili się wspólnie rano, w południe i wieczorem. Odmawiali różaniec i inne modlitwy.

Stałą ich praktyką była lektura Pisma św., żywotów świętych oraz książek i czasopism religijnych. Celakowie spowiadali się co miesiąc, a w każdą niedzielę i czasami także w tygodniu uczestniczyli we Mszy św.

Rozalia tak pisała o swoich rodzicach:

„Od najmłodszych lat mego życia wpajali w duszę mą głębokie zasady wiary świętej, miłości Boga i bliźniego. Czuwali nad mą duszą, by chronić ją od zepsucia. W domu nigdy nie widziałam złego przykładu”.

Rodzice przekazywali swoim dzieciom największy skarb, jakim jest katolicka wiara. Mała Rózia była bardzo szczęśliwa, gdy mogła przychodzić do Jezusa obecnego w tabernakulum. Mówiła Mu:

„Jezu, chcę być Twoją na zawsze, na wieki”.

W notatkach Rozalii czytamy:

„Pierwszą nauczycielką, która mię uczyła kochać Pana Jezusa, była moja Droga Matka. Ona mnie pouczała, co Pan Jezus dla nas uczynił, za co mamy Go kochać, jaką muszę być, by się Jemu podobać, itd. […]

Pobożność moich Rodziców objawiała się przede wszystkim w zachowaniu przykazań Bożych, nie była to pobożność dziwaczna, wykoślawiona, ale zdrowo i rozumnie pojmowana”.

Od swoich rodziców Rozalia uczyła się kształtować swój charakter: przezwyciężać egoizm, nabywać pokory, łagodności, zyskiwać zdolność przebaczania, bycia uprzejmą, grzeczną, gotową do służenia osobom starszym i potrzebującym pomocy, a przede wszystkim wzrastania w miłości do Boga.

1 września 1908 r. Celakówna rozpoczęła naukę w szkole podstawowej. Miała dobrą pamięć, bardzo lubiła się uczyć i była wzorem dla innych dzieci. W wieku 10 lat Rozalia przyjęła po raz pierwszy Komunię św. Jak sama stwierdziła, było to jedno z najważniejszych wydarzeń w jej życiu. Wyznała wtedy Jezusowi swoją miłość:

„Jezu mój, niczego innego nie pragnę, tylko miłości. Chcę Cię kochać tak bardzo, jak tylko stworzenie może ukochać Boga, Ty, mój Jezu, więcej nikt! […] O nic Cię tak gorąco nie proszę, jak o to, bym Cię nigdy ani cieniem grzechu dobrowolnego nie obraziła”.

Rozalia przeżyła wtedy swoje pierwsze mistyczne spotkanie z Jezusem. Pan prosił ją:

„Oddaj mi się cała, zupełnie bez zastrzeżeń, na wyłączną służbę, a będziesz bardzo szczęśliwą. Świat nigdy ci szczęścia dać nie może, lecz Ja, twój Bóg, uszczęśliwię cię. Kochaj Mnie za cały świat! Ja rozszerzę twoje serce i napełnię miłością, byś Mi mogła płacić miłością za miłość”.

Rozalia ukończyła szkołę podstawową w 1914 r. Pragnęła dalej się kształcić, ale z powodu wybuchu I wojny światowej nie było to możliwe. Pomagała więc rodzicom w pracy na roli i opiekowała się młodszym rodzeństwem.

W 1917 r. przyjęła sakrament bierzmowania. W tym czasie coraz częściej miała mistyczne przeżycia. W 1918 r. w swoim kościele parafialnym złożyła prywatny ślub czystości.

CIEMNA NOC DUCHA

 

W 1919 r. Pan Jezus wprowadził Rozalię w bolesny okres duchowego oczyszczenia – w tzw. ciemną noc ducha, która trwała sześć lat. Był to dla niej czas wielkiego duchowego cierpienia, koniecznego na drodze dojrzewania do miłości.

Rozalia doświadczała wówczas gwałtownych pokus przeciwko wierze, czystości i pokorze. Wydawało jej się, że została odrzucona przez Boga. Nawiedzały ją wszystkie możliwe pokusy, przerażające ciemności ducha, poczucie beznadziei i rozpaczy.

Kiedy atak sił zła osiągał swoje apogeum, Rozalia padała na kolana i błagała Boga o miłosierdzie. W tym niezwykle trudnym okresie nigdy nie zaniedbywała modlitwy ani pełnienia swoich obowiązków.

W 1922 r. udała się pieszo na Jasną Górę, aby wyprosić łaskę rozeznania swojej drogi życiowej. Po powrocie była pewna, że Bóg ją wzywa, aby opuściła dom rodzinny i zamieszkała w Krakowie.

W sierpniu 1924 r. Rozalia przeprowadziła się do Krakowa. Był to dla niej bardzo trudny okres. Wielokrotnie doznawała wtedy bolesnych napaści ze strony złych duchów, jak również braku zrozumienia jej duchowego stanu przez spowiedników.

Szczytem duchowych cierpień Rozalii była wizja piekła.

„Zdawało mi się – pisze – że z każdą godziną staczam się w przepaść piekielną […]. Przed mą duszą stanęły potworne grzechy i zbrodnie, które zdawały się być przeze mnie popełnione […].

Słyszałam głos: »potępiona jesteś i nic ci już nie pomoże« […]. Odczuwałam ogień piekielny na sobie, który zdawał się palić me ciało. Ryk i wycie szatanów było tak przejmujące, że żaden rozum ludzki tego nie pojmie. Gdy Bóg w ten sposób duszę krzyżuje i zostawia w ciemności – wówczas człowiek nic nie może pomóc.

Dusza ma była zawieszona między niebem, ziemią i piekłem […] zobaczyłam piekło otwarte, którego grozy nie potrafię opisać. Olbrzymia ilość szatanów masami wtrącała dusze do tej otchłani z iście szatańską radością. Jeden drugiemu jakby robił konkurencję, wprowadzając coraz więcej dusz. Męczarnie zadawali im podług grzechów.

Najwięcej było potępionych za grzechy przeciw szóstemu i dziewiątemu przykazaniu, następnie za zbrodnie i nienawiść. Te trzy rodzaje grzechów w szczególny sposób były widoczne. Mąk tej kaźni nikt nie potrafi opisać. Sam widok może człowieka o śmierć przyprawić, gdyby nie był wspomagany łaską Bożą”.

Zaraz po tym przerażającym doświadczeniu piekła dusza Rozalii została przeniesiona do nieba. Takiego uczucia miłości i szczęścia nigdy wcześniej nie doznała. Usłyszała wewnętrzny głos:

„Świętość to miłość. Ta dusza dojdzie do najwyższej doskonałości, która najgoręcej Boga ukocha”.

PRACA W SZPITALU

 

W kwietniu 1925 r. Rozalia podjęła pracę w szpitalu św. Łazarza, na oddziale chorób skórno-wenerycznych. Kiła i inne choroby weneryczne świadczą o upadku moralnym. Łamanie VI przykazania przynosi ze sobą straszne konsekwencje.

Już przed II wojną światową kardynał prymas August Hlond mówił, że w XX w. upadek moralny ludzkości stał się gorszy niż w Sodomie i Gomorze.

Grzechy nieczystości niszczą miłość, pogłębiają egoizm i dlatego zadają wielkie cierpienie Jezusowi. Dlatego Pan Jezus mówił Rozalii:

„Trzeba ofiary za Polskę, za grzeszny świat. Strasznie ranią Moje Najświętsze Serce grzechy nieczyste. Żądam ekspiacji”.

Rozalia zrozumiała, że Pan Jezus powołał ją, aby niosła Jego miłość i miłosierdzie ludziom moralnie upadłym, dotkniętym chorobami wenerycznymi.

Coraz mocniej zjednoczona z Jezusem, Celakówna z wielkim poświęceniem opiekowała się chorymi wenerycznie, zapomnianymi przez najbliższych. Chorzy ci zachowywali się ordynarnie; ich wyuzdane zachowanie i najgorsze przekleństwa były dla Rozalii niezwykle bolesnym doświadczeniem.

Pozostała tam jednak, bo wiedziała, że Pan Jezus ją do tej pracy powołał. Z wielkim poświęceniem służyła chorym. Czyniła to z miłości do Pana Jezusa obecnego w każdym cierpiącym i potrzebującym pomocy człowieku.

Podczas mistycznych spotkań Pan Jezus zapewniał Celakównę:

„Jestem zawsze z tobą i wspieram cię Moją łaską, i nadal przy tobie pozostanę; a chociaż Mnie nie widzisz jak teraz, masz Mnie widzieć oczyma duszy i w to wierzyć, bo gdybym nie był przy tobie, sama nigdy byś nie mogła się ostać w tych warunkach”.

15 grudnia 1927 r. Rozalia wstąpiła do zakonu klarysek. Szybko się jednak przekonała, że to nie jest jej powołanie. Mury klasztorne opuściła 1 marca 1928 r. Podjęła pracę w klinice okulistycznej. Była to dobrze opłacana i prestiżowa posada. Jednak sumienie nie dawało Celakównie spokoju.

Pan Jezus dał jej wyraźny znak, że ma na nowo podjąć pracę na oddziale dermatologicznym. Podczas modlitwy Rozalia w mistycznej wizji zobaczyła Pana Jezusa okrutnie biczowanego przez chore wenerycznie pacjentki.

Biły Go one bez litości po twarzy i całym ciele. Wtedy tak przemówił Pan Jezus do Rozalii:

„Moje drogie dziecko, popatrz, jak straszną boleść zadają mi grzechy nieczyste. Tu, dziecko moje, chcę cię mieć, byś Mi wynagradzała za te straszne grzechy, które tak bardzo ranią moje Serce […].

Ty, dziecko moje, będziesz bardzo cierpieć w swym życiu, by Mię pocieszać, byś się stała do Mnie podobną, i ratować masz dusze […].

Ja ci dziś odkrywam i daję poznać tajemnicę i wartość cierpienia. Cierpienie jest tak wielką łaską, że to jest trudno pojąć. Jest to większa łaska niż dar czynienia cudów. Dam ci miłość cierpienia, byś umiała cierpieć podobnie jak Ja”.

W mistycznej wizji Pan Jezus zaprowadził Rozalię „nad ogromną przepaść, pełną zgnilizny i obrzydliwości”.

„Dał mi zrozumienie – pisała dalej Celakówna – że to jest serce ludzkie skalane grzechem nieczystym. Kazał mi Pan Jezus pracować w tym miejscu w intencji tych upadłych dusz, nad ich nawróceniem, i kazał mi zapamiętać na całe życie, że moja praca i żywot w tym miejscu będą zakończone”.

Pracując na oddziale chorób wenerycznych, Rozalia musiała zmieniać chorym opatrunki, oczyszczać ich gnijące i cuchnące rany, pełnić nocne dyżury, towarzyszyć umierającym.

Mówiła, że gdyby nie nadprzyrodzona miłość bliźniego oraz świadomość, że wypełnia wolę Bożą, to za żadne pieniądze nie podjęłaby się tak wyczerpującej, okropnej pracy.

 

TROSKA O NAWRÓCENIE CHORYCH

 

Rozalia w heroiczny sposób przezwyciężała pojawiającą się w niej odrazę na widok i sposób zachowania wenerycznie chorych i z miłością, dobrocią, anielską cierpliwością pełniła swoją posługę wśród nich.

Dla chorych była bardzo delikatna i skromna, a równocześnie stanowcza. Starała się dobrocią i życzliwością zachęcić ich do porzucenia drogi grzechu i otwarcia się na Boże miłosierdzie.

Często klękała przy łóżkach pacjentów, modląc się o ich nawrócenie. Do końca towarzyszyła umierającym, modląc się, aby przez spowiedź pojednali się z Bogiem.

Mając dyżur nocny – wspomina jej znajoma – Rozalia miała trudność w nakłonieniu pewnego człowieka w średnim wieku do spowiedzi i Komunii św. przed jego zgonem.

Wtedy uklękła przy jego łóżku i zaczęła odmawiać różaniec. Po paru minutach chory zapytał:

»Co pani robi?«.

»Modlę się« – odrzekła.

»Za kogo?«.

»Za pana«.

»Za mnie? Ja wcale o to nie proszę« – zasnął.

Obudziwszy się, ponownie ujrzał ją modlącą się i zapytał:

»Czy nadal pani za mnie się modli?«.

»Tak!«.

Wtedy on się oburzył i powiedział:

»Lecz ja sobie tego nie życzę« – i ponownie zapadł w sen.

Kiedy po raz trzeci się obudził, znów ujrzał Rozalię klęczącą i zapytał:

»Czy dalej pani modli się za mnie, mimo moich przykrych słów?«.

Ona na to:

»Tak! Bo dobroć Boża jest tak wielka, że ogarnia również pana, choć pan tą dobrocią pogardza.«

Wtedy ten człowiek poprosił, by zawołała kapłana; wyspowiadał się i przyjął wiatyk św., namaszczenie olejem św. i po 2-3 godzinach zmarł nad ranem”.

Rozalia wszystko czyniła z miłości ku Jezusowi i Maryi. Pomimo tego, że miała bardzo ciężką pracę w szpitalu, to kontynuowała naukę, aby lepiej służyć chorym. Uczyła się wieczorami i nocą. Ostatni egzamin pielęgniarski zdała w 1933 r.

Już jako dyplomowana pielęgniarka z wielką charyzmą i doświadczeniem Rozalia otrzymywała dużo różnych ofert bardzo dobrej pracy. Jednak pozostała wierną swemu powołaniu posługi wśród wenerycznie chorych.

 

WEZWANIE DO INTRONIZACJI

 

Od maja 1937 r. kierownikiem duchowym Rozalii został paulin o. Zygmunt Dobrzycki. To był dla niej wyjątkowy czas mistycznych spotkań z Chrystusem oraz ściślejszego zjednoczenia się z Nim. Rozalia tak pisała o obecności Jezusa w jej życiu:

„Pan Jezus, choć w sposób niewidoczny, jest obecny w duszy. Jego obecność odczuwałam w ten sposób, jakby dwie osoby zjednoczyły się w jedną.

To zetknięcie się Jezusa z duszą jest o wiele wyższe aniżeli widzenie. Choćbym chciała opisać, to nie potrafię, bo to przechodzi mój umysł tak bardzo ograniczony i wszelkie moje pojęcie”.

Podczas rekolekcji we wrześniu 1937 r. Rozalia na nowo odkryła, jak wielkim darem jest współuczestniczenie w cierpieniu Chrystusa na krzyżu.

Przyjmując krzyż cierpienia w zjednoczeniu z Chrystusem, pragnęła uczyć się tak Go kochać, jak żaden człowiek Go nie kochał. Wtedy także poprzez mistyczkę Pan Jezus skierował wezwanie do Polski i wszystkich narodów, aby przyjęły Go za jedynego Pana i podporządkowały wszystkie dziedziny życia wymaganiom, jakie stawia Jego miłość. W imieniu całego narodu aktu tego miały dokonać wspólnie władze duchowne i świeckie.

W jednej ze swoich wizji Rozalia usłyszała:

„Jeżeli chcecie ratować świat, trzeba przeprowadzić intronizację Najświętszego Serca Jezusowego we wszystkich państwach i narodach na całym świecie. Tu i jedynie tu jest ratunek.

Które państwa i narody jej nie przyjmą i nie poddadzą się pod panowanie słodkiej miłości Jezusowej, zginą bezpowrotnie z powierzchni ziemi i już nigdy nie powstaną […]. Pamiętaj, dziecko, by sprawa tak bardzo ważna nie była przeoczona i nie poszła w zapomnienie”.

Odtąd doprowadzenie do intronizacji stało się dla Rozalii niezwykle ważnym zadaniem. Wiedziała, że do tego wzywa ją Chrystus. W tej intencji modliła się i ofiarowywała wszystkie swe trudy i cierpienia.

Kierownikiem duchowym o. Zygmunta Dobrzyckiego był generał paulinów, o. Pius Przeździecki. To właśnie on kilkakrotnie rozmawiał w sprawie intronizacji z prymasem Polski kard. Hlondem.

Kardynał chciał się jednak wpierw upewnić, czy Rozalia jest osobą wiarygodną, i dlatego nakazał, aby przeszła badania lekarskie oraz przedstawiła ich wyniki władzom kościelnym.

Mistyczka poddała się badaniom neurologicznym, które przeprowadził dr J. Horodeński. Potwierdziły one, że jest w pełni psychicznie zdrowa.

Na długo przed wybuchem II wojny światowej Celakówna przekazywała wezwania Jezusa i Maryi do nawrócenia, gdyż jego brak doprowadzi do wybuchu strasznej wojny.

Główną przyczyną wojny są bowiem grzechy rozpusty, morderstwa i nienawiść. Przed katastrofą wojny może uchronić świat tylko akt intronizacji Chrystusa.

Wypełnienie posłannictwa (1939-1944)

Rozalia otrzymywała coraz mocniejsze przynaglenia, aby dokonano aktu intronizacji. Dla tej sprawy pragnęła wszystko wycierpieć i była gotowa – jak napisała –

„umrzeć w największym opuszczeniu tak, jak nasz Jezus na krzyżu”.

Jej największym pragnieniem było, aby w Polsce dokonała się intronizacja i za tym przykładem poszły inne narody.

W strasznym czasie okupacji Polski, kiedy to w każdej chwili groziło aresztowanie, wywiezienie do obozu koncentracyjnego i śmierć, Rozalia pisała:

„mimo wszystko jestem bardzo spokojna […]. Gdybyśmy wiedzieli, jak nas Pan Jezus kocha, ani na moment nie dopuszczalibyśmy do naszych dusz trwogi i bojaźni”.

Rozalia troszczyła się przede wszystkim o to, by jak najwięcej ludzi uratować od wiecznego potępienia.

Na początku wojny zatrudniono ją w ambulatorium, gdzie pracowali niemieccy lekarze. Przytłoczona nadmiernymi obowiązkami, Celakówna była zmuszona uczyć się języka niemieckiego.

Bardzo cierpiała, że mimo szalejącej wojny ludzie się nie nawracali i dalej obrażali Boga ciężkimi grzechami. Często płakała nad losem i grzechami swojego narodu. Jej czyste serce oraz wnikliwość jej obserwacji pozwalały widzieć ogrom moralnej deprawacji społeczeństwa. W październiku 1939 r. pisała:

„Takiego upodlenia i tylu grzechów nigdy nie było w narodzie polskim, jak ostatnimi czasy”.

W swoich modlitwach Rozalia nieustannie błagała Boga o miłosierdzie dla grzeszników.

W duchu ekspiacji za ich grzechy z miłością przyjmowała wszystkie cierpienia i upokorzenia. Pan Jezus w odpowiedzi zalewał jej duszę nieopisaną radością swojej bliskości i miłości.

Na początku 1941 r. bardzo pogorszył się stan zdrowia Celakówny, ale nie rezygnowała z pracy w szpitalu. Do końca spalała się w służbie Bogu i bliźnim. Pisała:

„Dyżur nocny ma dla mnie coś niezwykle ważnego… Pan Jezus, chorzy i ja […]. Wtedy Pan Jezus w sposób szczególny zniża się do mej duszy”.

Przez swoją pracę, modlitwę i cierpienie Rozalia czyniła wszystko, by jak najszybciej nadszedł dzień intronizacji, oddania narodów pod panowanie Chrystusa Króla. Wypełniała tym samym prośbę Jezusa:

„Ja chcę niepodzielnie panować w sercach ludzkich, proś o przyspieszenie mego panowania w duszach przez intronizację”.

Cztery lata przed śmiercią Rozalia pisała do swojego spowiednika:

„Moje życie chyli się ku wieczorowi. Tak bardzo lubię zachód słońca: wtedy moja dusza więcej zatapia się w Bogu, w tym Słońcu Sprawiedliwości, i myślę o Panu, jak mam Go kochać i jak się Jemu podobać, by kiedyś moje życie kończyło się tak, jak dzień się kończy, ale dzień jasny i pogodny”.

Na początku września 1944 r. czuła się bardzo słabo. Znajoma Rozalii, która była chora na grypę, poprosiła ją o postawienie baniek. W czasie tej wizyty Celakówna mocno się przeziębiła i musiała położyć się do łóżka.

Stan jej zdrowia pogarszał się z dnia na dzień i dlatego 11 września przewieziono ją do szpitala. Chora cały czas modliła się na różańcu. Przyjęła wiatyk i sakrament namaszczenia chorych.

Rozalia Celakówna zmarła podczas snu w nocy z 12 na 13 września 1944 r.

Pochowano ją na cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Pomimo wojny w pogrzebie uczestniczyło liczne grono kapłanów, sióstr zakonnych, krewnych i znajomych. Po śmierci jej prostota, dobroć serca i bezinteresowna miłość poruszyły sumienia i serca wielu osób, które ją znały.

Szybko rozeszła się wieść, że przez jej wstawiennictwo Pan Bóg udziela ludziom nadzwyczajnych łask, o które proszą. Jej proces beatyfikacyjny trwa.

Rozalia mówiła, że świętość to miłość. Poprośmy Jezusa jej słowami o ten największy dar:

„Panie Jezu, daj mi miłość, miłość, która potrafi kochać Ciebie za cały świat, kochać do szaleństwa, tak jak jeszcze na tej ziemi nie byłeś nigdy kochany. Bo ty, Jezu, potrafisz rozszerzyć moje małe serce do nieskończoności. Jesteś wszechmocny, więc uczynisz ten cud”.

Ks. Mieczysław Piotrowski

Posted in POLECAM, Religia, Święci obok nas | Leave a Comment »

Przez czerwoną granicę

Posted by tadeo w dniu 21 grudnia 2018

Film „Przez czerwoną granicę” powstał w 2012 r., a jego współproducentami byli – Fundacja Joachima Lelewela i Towarzystwo Miłośników Historii Wojskowości Kalina Krasnaja. Opowiada o deportacjach Polaków z Ukrainy do Kazachstanu w 1936 r. Osnuty jest na motywach powieści Piotra Kościńskiego „Przez czerwony step”. Powstał społecznie, niemal bez sponsorów.

 

Posted in Filmy - Polecam, Filmy dokumentalne, Filmy i slajdy, POLECAM, Polskie Kresy, Reportaż | 1 Comment »

Kiedy katolików „wyłączą z synagogi”? Poruszające słowa ojca Pelanowskiego

Posted by tadeo w dniu 16 grudnia 2017

 – Nie można odróżnić zła od dobra, modlitwy od okrzyku, a konfesjonały stają się eksponatami, katolika nie odróżnisz od kogokolwiek innego, bo modli się razem z muzułmanami – mówił ojciec Pelanowski OSPPE podczas jednej z homilii. Homilia została nagrana i umieszczona na YouTube.


Kiedy katolików „wyłączą z synagogi”? Poruszające słowa ojca Pelanowskiego

źródło: youtube.com / aksorz

 

 

Ojciec Pelanowski, wygłosił homilię w kontekście mowy pożegnalnej Chrystusa, który po Zmartwychwstaniu żegna się z Apostołami, zapewniając, iż ześle im Pocieszyciela. Zapowiada też wyłączenie Apostołów z synagogi. – Chrystus mówi, że wierni zostaną wyłączeni z synagogi. Szukamy potwierdzenie tych słów także współcześnie. I przykłady tego mnożą się.

 

Ojciec Augustyn przypomniał przypadek księdza z Sardynii, któremu biskup zabronił publicznie nauczać po tym, jak przypomniał podczas jednego z kazań, iż legalizacja małżeństw homoseksualnych we Włoszech stanowi atak na rodzinę. Przywołał również skandaliczny przypadek wyrzucenia z katedry w Brukseli katolików, którzy odmawiali różaniec. Uznano bowiem, iż nie powinni oni tego robić, gdy w kościele odbywają się uroczystości „świętowania” 500-lecia reformacji. – Spacyfikowano odmawiających katolicki różaniec, by móc w katolickiej świątyni wychwalać Marcina Lutra – zaznaczył ojciec Pelanowski, pytając, kto w tych przypadkach naprawdę został wyłączony z Kościoła.

 

– Teraz możemy się zastanawiać co to za znaki: wyłączenia? – zapytał kapłan. Pelanowski w swojej homilii rozważa czy Ci, którzy opuścili „świątynię”, Kościół i założyli własne wspólnoty naprawdę mieli Ducha Świętego? – Nie każdy kto mówi „Panie, Panie” wejdzie do Królestwa Bożego – przypomniał Ewangelię duchowny. Ojciec Pelanowski, czerpiąc z ewangelisty św. Jana, zaznacza, iż Ci, którzy odeszli z Kościoła, „nigdy nie mieli Ducha Świętego”. – Jezus przez Ewangelistę św. Jana mówi, że nadeszła ostatnia godzina i antychryst nadchodzi – zaznacza duchowny. I dodaje, że natchniony apostoł pisze, iż antychryst wyjdzie spośród nas – czyli z ludzi związanych z Kościołem.

 

W tym kontekście ojciec Pelanowski przypomina, iż współcześnie wyrzuca się z kościołów „prawych katolików”, a dopuszcza się nominalnych chrześcijan, by „praktykowali dziwne, zdeprawowane liturgie”. Kaznodzieja opisuje te praktyki, zaznaczając, iż skupienie zamieniane jest na hałas, modlitwa staje się koncertem, zaś homilia to forma couchingu. Te zjawiska, jak twierdzi kapłan, to przykłady zamiany Eucharystii na „udziwnione ceremonie”. – Nie można odróżnić zła od dobra, modlitwy od okrzyku, a konfesjonały stają się eksponatami, katolika nie odróżnisz od kogokolwiek innego, bo modli się razem z muzułmanami – mówił ojciec Pelanowski.

 

Kapłan krytykuje także mówienie o chrześcijanach innych denominacji per „bracia odłączeni”. – Jak odłączeni to nie bracia, jak bracia to nie odłączeni – przypomniał z naciskiem ojciec Augustyn. – W najnowszym kodeksie prawa kanonicznego podpisanego przez Ojca Świętego Jan Pawła II jest napisane heretyk a nie brat. Coś tu się dzisiaj pomieszało – zwrócił uwagę ojciec Pelanowski.

 

– Ostatnia godzina, o której Jezus mówi w Ewangelii jest wtedy, gdy Jezus, Maryja, Józef zostaje wyrzucona i odegnania. To jest proroctwo. Taki mamy świat. Sakrament małżeństwa jest kwestionowany, przed dziećmi zamyka się drzwi antykoncepcji i aborcji, dla małżeństwa propozycją są zdrady czy rozwody nawet związki homoseksualne niektórzy proponują, by dopuścić do Komunii – zaznacza duchowny.

 

Gdzie ja pójdę do spowiedzi?

 

Augustyn Pelanowski przywołał także słowa św. Pawła o gniewie Bożym. Zaznacza, że jedynym ratunkiem człowieka, przed Bożą sprawiedliwością jest spowiedź. Podkreślił jednak wyraźnie, że niedługo trudno będzie o jakikolwiek sakrament pokuty.

 

– Gdzie ja pójdę do spowiedzi, skoro jest ona kwestionowana – pytał kaznodzieja. – To jedno jedyne miejsce, gdzie zadaje się śmierć grzechowi. Tylko co będzie jeśli ten sakrament zostanie nam zabrany? – zapytał ojciec Pelanowski nawiązując do wymienionych wcześniej przykładów.

 

Kaznodzieja podkreślił wagę sakramentu pojednania mówiąc, że „tam gdzie jest spowiedź, jest nawrócenie, ale tam gdzie nie ma spowiedzi, jest zwodzenie samego siebie”.

 

– Tam gdzie zniknie sakrament spowiedzi i nie będzie kogo przekonywać o Bożej sprawiedliwości, pozostaje już czas Sądu – zaznaczył Pelanowski. Kaznodzieja podał przykład Kościoła w Niemczech, gdzie, przypomniał, niemal zniknął związek między sakramentem spowiedzi a Eucharystią. – Podobnie jest we Francji. Wszyscy biegną do Komunii, ale nikt się nie spowiada – powiedział.

 

Powołując się na słowa Jezusa z Ewangelii, kapłan przypomniał, iż Duch Święty najpierw przychodzi, by przekonać do grzechu, potem tych, którzy dali się przekonać do grzechu przekonuje On do sprawiedliwości, a kolejnym krokiem jest sąd. – Jeśli człowiek nie uzna w sobie grzechu, jeśli nie uzna, że to go zabija, to cały Kościół jest niepotrzebny. Chrystus niepotrzebnie umarł – przypomniał ojciec Pelanowski. – Dopóki Maryja i Józef chodzili po ulicach Betlejem, miasto było bezpieczne, ale gdy odegnano Świętą Rodzinę, odrzucono Prawdę, przyszedł sąd, w postaci siepaczy Heroda – zaznaczył kapłan.

 

Kościół bez Ducha?

 

Ojciec Pelanowski, powołując się na Pismo Święte, podjął tez rozważania o chwili, gdy nadejdzie Sąd Ostateczny. Tym momentem ma być usunięcie ze środka Kościoła Ducha Świętego, co przepowiada Święty Paweł. – Duch Święty działa we wnętrzu Kościoła i świata, ale może przestać działać, bo nie będzie miał jak – powiedział kaznodzieja.

 

Ojciec Pelanowski, przywołując słowa Chrystusa, mówi, że jeśli Duch Święty nie będzie miał kogo przekonywać już o grzechu i sprawiedliwości, nadejdzie wówczas Sąd Ostateczny. – Pan Bóg okaże swój gniew, gdy Duch Święty zostanie wygnany, jak Józef i Maryja z Betlejem – powiedział.

Read more: http://www.pch24.pl/kiedy-katolikow-wylacza-z-synagogi–poruszajace-slowa-ojca-pelanowskiego,56893,i.html#ixzz51Rkr5A9v

Posted in Filmy religijne, POLECAM, Religia | Leave a Comment »

SYRIA RWIE SIĘ DO ŻYCIA

Posted by tadeo w dniu 9 grudnia 2017

Agent Watykanu w podróży po kraju zbombardowanym przez dżihadystów

Z ADAMEM BUJAKIEM
rozmawia Jolanta Sosnowska

 

APC - 2017.12.09 08.39 - 001.3d

Jolanta Sosnowska: Miesiąc temu wróciłeś z Syrii, można powiedzieć z wojny syryjskiej, gdyż od 2011 r. nieprzerwanie toczą się w tym kraju zacięte walki na różnych obszarach; trudno już zewnętrznemu obserwatorowi rozeznać się, kto z kim się bije, faktem natomiast jest, że szczególnie zawzięcie mordowani są tam chrześcijanie. Byłeś również w Aleppo, będącym niejako symbolem tej wojny, które leży ok. 50 km na południe od granicy z Turcją. To drugie co do wielkości miasto tego kraju po Damaszku, a jego historia liczy 4 tysiące lat. Twoja podróż w te rejony obarczona była wielkim ryzykiem, ale chyba nie przypuszczałeś, że już sam wjazd do Syrii będzie dla Ciebie nie lada trudnością?

Adam Bujak: Absolutnie nie zdawałem sobie sprawy z tego, że figuruję na liście tamtejszych służb specjalnych jako… agent Watykanu, a więc osoba bardzo niebezpieczna. Byłem razem z ekipą Papieskiego Stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie i wszyscy pozostali członkowie delegacji na czele z ks. prof. Waldemarem Cisłą przeszli kontrolę graniczną bez problemów, tylko ja podpadłem. Gdyby nie interwencja lokalnego biskupa, nie zostałbym przepuszczony.

Dodajmy, że były to siły rządowe, a prezydent Baszszar al-Asad raczej sprzyja chrześcijanom.

Jechaliśmy z Bejrutu do syryjskiej granicy w kolumnie aut, byłem w trzecim aucie z biskupem. Na granicy miejscowy duchowny pertraktował z naczelnikiem służby granicznej, który zwracał się do mnie per Foto Adam Budżak. Zażądał w końcu napisania przeze mnie oświadczenia. Ale jak ja mam napisać oświadczenie po arabsku? Zrobił to w moim imieniu miejscowy ksiądz i potem odczytał publicznie, że w trakcie mego pobytu w Syrii nie będę kontaktował się z żadnym syryjskim dziennikarzem ani nie udzielę żadnych wywiadów. Zapisy na moje nazwisko w syryjskiej bezpiece odnoszą się prawdopodobnie do czasów, kiedy podróżowałem tam wraz z Ojcem Świętym Janem Pawłem II. Powiedział mi o tym później maronicki biskup Antoine Chbeir z Tartus. Nie wiem, co dokładnie przeciwko mnie napisali jeszcze w 2001 r., kiedy w maju trwała papieska pielgrzymka, ale chyba zaznaczyli, że mam dożywotni zakaz fotografowania. Sprawdzanie mnie jako agenta – telefonowanie z Damaszkiem itp. – trwało w niesamowitym upale półtorej godziny. Potem byłem cały czas obserwowany, fotografowany i podobno chroniony.

Ale mimo to jednak fotografowałeś, przywiozłeś przecież kilka tysięcy zdjęć z tej niebezpiecznej podróży.

No a jakże inaczej, po to tam przecież pojechałem. Ale nie afiszowałem się z aparatem tam, gdzie było szczególnie niebezpiecznie. Również na granicy syryjsko-libańskiej miałem aparat schowany głęboko. Po przekroczeniu granicy jadąc przez pustynię, szybko natknęliśmy się na patrol rządowych wojsk; wąsaty Arab zapytał mnie, otworzywszy gwałtownie drzwi samochodu: You liked Syria? Odpowiedziałem natychmiast: very liked. Podobnie odpowiedziałem na pytanie o prezydenta Asada – i drzwi auta się zatrzasnęły. Gdybym tego nie zrobił, przekopaliby bagaże i zabraliby wszystkie materiały.

A jak było z przemieszczaniem się po Syrii?

Drogi prowadzą tam głównie przez pustynię; jechaliśmy kilkaset kilometrów i mniej więcej co 10 km zatrzymywały nas kontrole. Żołnierze z karabinami wyłazili z zapyziałych blaszanych bud, w których musiał panować potworny gorąc (na zewnątrz było prawie 40°C) . Żeby jechać dalej, trzeba było dawać „prezenty”. Nigdzie się bez tego nie przemieścisz. Poza tym, gdyby nie wieźli nas tamtejsi księża albo biskupi, nie byłoby żadnych szans na przemieszczanie się. Chciałem sfotografować tych żołnierzy, ale powiedziano mi, abym nawet się nie ważył, bo zaczną do nas strzelać.

Gdzie w Syrii nocowaliście?

W klasztorach, i to w bardzo przyzwoitych warunkach. Tam Kościół naprawdę żyje, mimo wojny nikt z księży ani sióstr czy braci zakonnych stamtąd nie uciekł. Myślałem, że zobaczę w świątyniach kilka staruszek i to wszystko, tymczasem – nic podobnego. Kościół w Syrii jest prężny, odważny, wspaniały.

Jak widać, wcale nie tęsknią tam za zachodnioeuropejskim rajem obiecywanym uchodźcom, za tułaczką do Niemiec…

Wszędzie słyszałem – my kochamy Syrię, chcemy żyć w Syrii. Nie potrzeba nam nigdzie wyjeżdżać, chcemy tylko mieć tu pokój. Nic więcej.

Jakie chrześcijaństwo i jakich chrześcijan spotkałeś w Syrii po szesnastu latach od ostatniej Twej tam bytności?

Istniejące tam niemal od dwóch tysięcy lat chrześcijaństwo jest nadzwyczajne, a chrześcijanie silni w swej wierze, piękni i niezłomni. Np. maronicka katedra w Aleppo, dziś otoczona ruinami, była podczas Mszy św. pełna ludzi, w tym także młodzieży i dzieci. Byli oni radośni i pełni ufności, mimo tragedii, która spotkała ich miasto i ich ojczyznę. Tam jest imponujący, żyjący Kościół – dzięki ludziom, których przepełnia gorąca wiara. Byłem zachwycony tym, co zobaczyłem w Aleppo i w maronickiej katedrze, i w katolickim kościele ojców Franciszkanów, i gdzie indziej. Na każdym kroku widać ślady działalności wyznawców Jezusa, nawet wśród ruin, co starałem się ukazać na zdjęciach. Biskup Antoine Chbeir wspomniał wiernym podczas Mszy św., że jestem fotografem z Polski i że miałem problemy na granicy. Po Eucharystii ludzie podchodzili do mnie i kreślili mi na czole znak krzyża, ściskali i dziękowali, że do nich przyjechałem z dalekiej Polski, która chce im pomagać, a nie porywać stamtąd młodych ludzi. Niebywałe zupełnie przeżycia. Wiele razy podczas pobytu w Syrii po prostu uroniłem łzę. Niech Europa, nie tylko Zachodnia, uczy się wiary od Syrii. Niezbitym tego dowodem są zdjęcia, które tam zrobiłem.

Jak dziś wygląda Aleppo, to nabrzmiałe historią miasto, którego początki sięgają co najmniej 1800 r. p.n.e.? Miasto, w którym na fortecznym wzgórzu odpoczywał Abraham podczas swej wędrówki z Ur do Kanaanu. Miasto o starożytnych zabytkach wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, z których większość została w 2014 r. przez islamistów całkowicie zniszczona lub poważnie uszkodzona.

To prawda, Aleppo – jedno z najstarszych miast w tamtym regionie i w ogóle na świecie, ma strategiczne położenie między Morzem Śródziemnym a Eufratem i w 2006 r. zostało nazwane „Stolicą kultury islamskiej”. Chrześcijanie stanowili tam ostatnio ok. 20% mieszkańców. Od lata 2012 do grudnia 2016 r. miasto znajdowało się w ogniu strasznych walk, do których używano samolotów bojowych i helikopterów, wyrzutni rakietowych i pojazdów opancerzonych. Aleppo było systematycznie niszczone, a ludność mordowana, dlatego tak wielu mieszkańców podjęło ucieczkę, przeważnie gdzieś do krewnych w głąb kraju, nie do Europy. Dopiero od 22 grudnia 2016 r. Aleppo jest kontrolowane przez syryjskie oddziały rządowe i powoli zaczyna wracać tu normalność, której warunkiem wszakże jest stały pokój. Teraz w atmosferze ogromnej nadziei trwa mozolne odgruzowywanie i odbudowywanie.

Warto w tym miejscu dodać pewną polską ciekawostkę. Otóż w 1849 r. w Aleppo, które wówczas należało do Turcji, był internowany gen. Józef Bem, który schronił się tu po upadku powstania na Węgrzech. Później sfinansował i uruchomił w mieście fabrykę saletry; dostarczał ją rządowi tureckiemu. W uznaniu zasług został mianowany generałem tureckiej armii. W listopadzie 1850 r. Bem zachorował na malarię azjatycką, na którą zmarł w Aleppo w nocy 10 grudnia.

Chętnie bym sprawdził, czy są jeszcze, czy ocalały w Aleppo ślady bytności bohaterskiego polskiego generała, jednak nie mogłem nigdzie samodzielnie się poruszać, bo po pierwsze cały czas mieliśmy przy sobie rządowych „aniołów stróżów”, a po drugie, 80 proc. dzielnic zostało zamienionych w ruinę.

W jaki zatem sposób mogłeś się w miarę swobodnie przemieszczać z miejsca na miejsce? Przecież tam wszyscy żyją nadal w stałym zagrożeniu życia…

Bez tamtejszego Kościoła nic byśmy nie zrobili, niczego nie mógłbym zobaczyć ani udokumentować. Z Kościołem władze rządowe, w przeciwieństwie do islamistów, się liczą. Z polskiej strony nad całością wyprawy czuwał nieoceniony i niestrudzony ks. prof. Waldemar Cisło, szef polskiej sekcji Pomocy Kościołowi w Potrzebie, dla którego był to któryś z rzędu wyjazd z konkretną pomocą. Widać, jak bardzo jest tam kochany i jak bardzo wyczekiwany.
Jedno mogę powiedzieć – Syria rwie się do życia. Ludzie, gdzie tylko mogą, uprzątają ruiny i próbują w dawnych swych domach egzystować – nawet jeśli na razie w bardzo prymitywnych warunkach. Uchodźcy, których wojna pozbawiła dorobku życia, też powoli wracają. Śpią w zrujnowanych domach na jakichś siennikach, barłogach, wygospodarowują sobie maleńką przestrzeń do życia i próbują dźwigać się na nowo. Całymi rodzinami. Sprzyja im na szczęście ciepły, słoneczny klimat. Dostrzegałem ogromne kontrasty – na jednym skrawku enklawa, gdzie wydaje się, że ludzie żyją normalnie, a już 50 m dalej ruiny, kamienna pustynia, straszny obraz przebytej tragedii.

Trasa, którą przebyłeś w Syrii, wiodła do Aleppo przez miasta Tartus, Homs i Jabrud. Homs to trzecie co do wielkości miasto w Syrii. Znajdują się tu m.in. ruiny słynnej średniowiecznej twierdzy z czasu wojen krzyżowych, kościół św. Eliasza, ruiny cytadeli oraz syryjsko-ortodoksyjna katedra Najświętszej Marii Panny, wzniesiona na fundamentach świątyni z 50 r. po narodzinach Chrystusa; przechowywana jest tu niezwykła relikwia: pas, który należał do Matki Bożej. W 2012 r. świątynia została podczas walk zbombardowana. Warto może dodać, że podczas II wojny światowej w Homs była formowana i stacjonowała Samodzielna Brygada Strzelców Karpackich.

W Homs niesamowite wprost wrażenie zrobił na mnie pewien ocalały dom pośrodku morza kamiennych ruin. W siedzibie tamtejszego biskupa, w której nocowaliśmy, wisiał zaś wstrząsający do głębi krucyfiks – Chrystus na krzyżu z przestrzelonym korpusem i odstrzelonymi, wiszącymi oddzielnie rękoma. Obok jezuickiego kompleksu stała katedra maronicka, w którą walnął pocisk. Bomba wpadła przez kopułę, zabijając biskupa. Gdy przyjechaliśmy, katedra była już w środku uprzątnięta z gruzu i można już było odprawić Mszę św. Jeszcze niedawno to miejsce okupowały wojska ISIS. Strzelali do wszelkich wizerunków Chrystusa lub Matki Bożej, najpierw w oczy, a potem w resztę twarzy, żeby ją zmasakrować. Sfotografowałem np. figurę Matki Bożej, która ma tylko szyję i korpus. Dżihadyści z upodobaniem strzelali do twarzy świętych na ikonach oraz ścinali głowy figurom świętych.

Byłeś też krótko w Tartus, którego biskup Antoine Chbeir przebywał w czerwcu w Polsce, organizując pomoc dla swoich syryjskich podopiecznych.

Biskup Antoine Chbeir starał się ze wszystkich sił odwdzięczyć Polakom za otrzymywaną od nich pomoc. W mieście portowym Tartus, w północno-zachodniej Syrii, także fotografowałem ślady chrześcijaństwa sprzed wielu wieków. Np. dawny warowny kościół Naszej Pani z Tortosy zbudowany na początku XIII w. przez krzyżowców, gdzie romańszczyzna pięknie łączy się z gotykiem – ocalał przed bombardowaniami. Był częścią twierdzy, która od XII w. stanowiła główną warownię templariuszy w Ziemi Świętej, a dziś jest tam muzeum.

W Jabrud, gdzie przez jakiś czas w 2014 r. panowało ISIS, tydzień przez wyparciem z miasta dżihadystów widziano świetlistą postać Matki Bożej, która unosiła się nad kościołem pod Jej wezwaniem. Wyglądała dokładnie tak, jak przedstawiała Ją figura Matki Bożej Pokoju zniszczona przez barbarzyńców z ISIS. Na pamiątkę tego cudownego wydarzenia postawiono przed tą świątynią wielką kopię zbombardowanej figury.

Tak, widziałem tę ogromną statuę Maryi, chyba dziesięciometrową, która stanowi swoisty symbol niezłomnej wiary mieszkańców tego miasta. Ludzie w Jabrud opowiadają o wielu innych cudach, np. o tym, że przez 12 godzin po opanowaniu miasta przez ISIS z figury Maryi płynęły łzy. W tym mieście, leżącym ok. 80 km na południowy wschód od Damaszku, zafascynowała mnie też prastara odbudowana katedra, przekształcona ok. 40 r. po narodzinach Chrystusa z pogańskiej świątyni Jowisza. Katedra bardzo ucierpiała na przełomie września i października 2013 r. podczas ostrzeliwania i bombardowania dzielnicy chrześcijańskiej przez dżihadystów. W Jabrud jest też niezwykle cenny, należący do grekokatolików kościół Konstantyna i św. Heleny z ikonostasem z III w. i starorzymskimi kolumnami. Tam islamiści strzelali do fresku przedstawiającego stojących pod krzyżem patronów świątyni. W ostatni dzień bezpieka puściła nas także do Starego Miasta. Bardzo chciałem sfotografować słynną twierdzę, przynajmniej z zewnątrz, ale się nie udało, nie pozwolili. Z fortecznej góry rozpościerał się widok na wstrząsające ruiny – wszystko totalnie rozwalone… Tam, gdzie wcześniej była piękna dzielnica obsadzona palmami, dziś sterczą makabryczne kikuty rozerwanych na strzępy budynków i drzew.

 

Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika “WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić tutaj.

Posted in Felietony, POLECAM | Leave a Comment »