WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – bł. Jan Paweł II

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • Słowo Boże na dziś

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • Tylko przestańmy mówić: ten kraj, w tym kraju, tutaj, ci ludzie. Zacznijmy mówić tak, jak Pan Bóg przykazał, jak o matce: Ojczyzno ma, moja, kochana, poraniona, więc tym bardziej kochana. Moja, to znaczy taka, którą się kocha, którą się po rękach całuje, przed którą się klęka, której się służy, której się z czcią opowiada, której się nie okrada, dla której się pracuje, dla której się cierpi i umiera, jak trzeba. To nie inni mają tak zrobić, to nie oni, tam na górze, ale my. Inaczej na nic wszystko. Na nic ta rana i na nic te ofiary. Nasza Ojczyzna mocno krwawi i ból nie ustaje w naszych sercach, ale zapewniamy pachołków Moskwy i Berlina, i tych, co służą „mamonie” – jeszcze nie zginęła, póki my żyjemy. Póki pracujemy dla dobra naszej Ojczyzny. Póki kochamy i pamiętamy.

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Posted by tadeo w dniu 21 Kwiecień 2011

PRAWDA JEST JEDNA I MOŻNA SIĘ KU NIEJ PRZYBLIŻAĆ, CHOCIAŻ TUTAJ NA ZIEMI NIGDY NIE POZNAMY JEJ DO KOŃCA.

ALE KIEDYŚ POZNAMY, BO OSTATECZNIE JEST NIĄ SAM BÓG.

JEDNA, JEDYNA KOMUNIA ŚWIĘTA MA WIĘKSZĄ WARTOŚĆ NIŻ WSZYSTKIE BOGACTWA ŚWIATA.

Kiedy wybije nasza ostatnia godzina, ustanie bicie naszego serca, wszystko się dla nas skończy, a więc i czas naszego zasługiwania i niezasługiwania. Takich jakimi jesteśmy, spotka nas śmierć i tacy staniemy przed Chrystusem, Sędzią. Nasze błagalne wołania, nasze łzy, nasze akty żalu, które jeszcze na ziemi zdobyłyby serce Boga, mogłyby z nas, grzeszników, uczynić – przy pomocy sakramentów – ludzi świętych; ale w owym momencie nie będą miały żadnej wartości; czas miłosierdzia minie i rozpocznie się czas sprawiedliwości – ojciec Pio.

bogciebie11

Opublikowany w Kontakt, Miłosierdzie Boże, Religia, Św. Faustyna | Komentarzy: 4 »

Instrukcja obsługi TV Philips 32PW9767/58

Posted by tadeo w dniu 17 Kwiecień 2014

https://tadeuszczernik.files.wordpress.com/2014/04/philips-32pw9767-user-guide.pdf

https://tadeuszczernik.files.wordpress.com/2014/04/philips-32pw9767-user-guide.doc

Opublikowany w Porady różne | Zostaw Komentarz »

Siostra Faustyna. Biografia świętej. Moje refleksje po przeczytaniu książki E. Czaczkowskiej.

Posted by tadeo w dniu 17 Kwiecień 2014

https://tadeuszczernik.files.wordpress.com/2014/04/siostra-faustyna-biografia-c4bac5a1wic3a4e284a2tej.pdf

Właśnie jestem pod koniec lektury biografii jednej z najpopularniejszych obecnie świętych Kościoła Katolickiego- siostry Faustyny Kowalskiej. Muszę przyznać, że książka napisana jest w interesujący sposób. Pisząc ją, autorka opierała sięna „Dzienniczku” św. Faustyny, jak też na relacjach osób, które ją znały. Mnogość różnych szczegółów nie męczy, ale wspaniale komponuje się ze sobą pomagając naświetlić kontekst historyczno-społeczny, w którym żyła ta sławna zakonnica. Jaki jednak obraz Faustyny Kowalskiej wyłania się z książki , mającej w założeniu być „biografią świętej?”

PRZYTŁACZAJĄCE CIERPIENIE

Gdybym miała krótko podsumować życie św. Faustyny przedstawione w książce Czaczkowskiej zrobiłabym to za pomocą trzech słów: „cierpienie”, „ofiara”,„upokorzenia”

Cierpienie, cierpienie i jeszcze raz cierpienie odmieniane przez wszystkie przypadki. I to już od początku życia. Helena Kowalska przyszła naświat i wychowywała się w ubogiej rodzinie. Bieda była tam tak wielka, że troje dzieci dzieliło jedną sukienkę, w której na zmianę chodziły do kościoła. Z tego powodu mała Helenka nie mogła w każdą niedzielę uczestniczyć we Mszy św. Rodzice św. Faustyny najwyraźniej nie wiedzieli co to jest odpowiedzialne planowanie rodziny. No cóż, był to dopiero początek XX wieku. Dlaczego jednak Helenka nie mogła pójść do kościoła w ubraniu, które nosiła na co dzień po domu? Czy Bóg ocenia wygląd zewnętrzny, czy serce człowieka? Czy odrzuca człowieka, który staje przed Nim w łachmanach, bo nic lepszego nie ma? A może jej rodzice po prostu wstydzili sięprzed ludźmi? Bali się plotek i obmowy? Ojciec i matka Helenki nie potrafili również obdarzyć swoich dzieci bezwarunkową miłością. Kochali je niejednakowo i w zamian za posłuszeństwo. Helenka doradziła swojemu rodzeństwu, które dokuczało jej z tego powodu, że ma„łaskę u tatusia i mamusi”, żeby były posłuszne, jeśli chcą, żeby je ojciec tak samo kochał. Ciekawe jest słowo „łaska”użyte w kontekście miłości rodziców. W dalszej części biografii będzie jeszcze dużo o łaskach. Tym razem o „szczególnych Bożych łaskach”, które otrzymała Faustyna, a których nie otrzymali inni. Zazdrosne o rodzicielskie „łaski” rodzeństwo będzie miało paralelę w zazdrosnych o Boże łaski siostrach również dokuczających Faustynie z tego powodu. „Pewna siostra ustawicznie mnie prześladuje jedynie z tego powodu, że Bóg ze mną tak ściśle obcuje”- napisała w „Dzienniczku”

WYBRANIE

Marianna Kowalska- matka św. Faustyny powie o niej, że była „wybrana i najlepsza z dzieci”. „Wybranie”,„doskonalsze życie”, „szczególne łaski” – cała książka jest pełna takich elitarystycznych określeń. Życie zakonne nazwane jest kilkakrotnie „życiem doskonalszym”. Nie wiem czy to określenie pochodzi od św. Faustyny, czy E. Czaczkowskiej, niemniej jednak bez wątpienia istniało i nadal istnieje w świadomości wielu katolików. Nie było jednak łatwo w ówczesnych czasach, a przynajmniej niektórym nie było łatwo uzyskać wstęp do tego „życia doskonalszego”. Faustynie odmawiano przyjęcia w wielu klasztorach z powodu ubóstwa i braku wykształcenia. Dla przełożonych zakonu Matki Bożej Miłosierdzia, do którego przyszła święta ostatecznie trafiła, najważniejszy zdawał się być wygląd zewnętrzny i pierwsze wrażenie jakie robiła kandydatka. To przypomina mi współczesne poszukiwanie pracy przez młodych ludzi i rozmowy kwalifikacyjne. Niestety, były też i takie bariery, których nie dało siępokonać. Siostry Matki Bożej Miłosierdzia zajmowały się pomocą upadłym moralnie dziewczętom. Przebywały one w prowadzonych przez zakonnice zakładach przez kilka lat, a niektóre nawet przez całe życie. Nie mogły jednak same wstąpić do zakonu i dotyczyło to nie tylko dziewcząt z „grzeszną przeszłością” ale również sierot czy pochodzących z niepełnych rodzin. Bez względu na to, czy zmieniły swoje niewłaściwe zachowanie, skaza na ich przeszłości na zawsze zamykała im możliwość prowadzenia „doskonalszegożycia” i zostania „oblubienicami Chrystusa”. Ot, nie były do tego wystarczająco czyste rytualnie.

A propos czystości rytualnej i nie tylko rytualnej, E. Czaczkowska przytacza pewną wypowiedź zakonnicy-Faustyny zapisaną w dzienniczku w związku z jej przyjazdem do rodzinnego Głogowca: „Wiele mnie jeszcze kosztowało to, że musiałam całować dzieci. Znajome przychodziły z dziećmi i prosiły, żebym je brała choć na jedną chwilę na rękę i pocałowała. Mieli to za wielką łaskę, a dla mnie była sposobność do ćwiczenia się w cnocie, bo niejedno było dosyć brudne, ale żeby sięprzełamać i nie okazać wstrętu, to takie brudne dziecko pocałowałam dwa razy (…) miałam wiele sposobności do ćwiczenia się w cnocie.” Smutno mi, kiedy czytam te słowa. Jak mogła tak pisać osoba, która sama doświadczyła tyle niesprawiedliwości, odrzucenia i wzgardy? Zastanawiam się, co czuły te dzieci, kiedy po latach byćmoże przeczytały „Dzienniczek” i te słowa? Czy tak ma wyglądać miłosierdzie, o którym tyle mówi Faustyna? Czy na tym polega miłosierdzie Boże? Czy Jezus także tak strasznie walczył ze sobą i przełamywał się, zanim umył nogi uczniom lub zasiadł do stołu z celnikami i grzesznikami? Jeśli wierzyć słowom Pisma św., chyba nie. „Bo On nie wzgardził ani się nie brzydził nędząbiedaka” woła Psalmista. (Ps. 22) A księga Mądrości zapewnia, że Bóg miłuje wszystkie stworzenia i nie brzydzi się niczym co uczynił. (Mdr. 11; 24)

OBRAZ BOGA WG ŚW. FAUSTYNY

Pozostańmy jeszcze przy obrazie Boga jaki niesie przesłanie siostry Faustyny przybliżone w książce E. Czaczkowskiej. Niestety, przynajmniej dla mnie, nie jest to obraz zbyt zachęcający. Bóg św. Faustyny bezustannie żąda, rozkazuje, zsyła przeciwności uniemożliwiające wykonanie Jego żądań a potem ma pretensje, że się tych żądań nie wykonało i grozi strasznymi konsekwencjami. („opuszczę cię..”, „będziesz odpowiedzialna za dusze”). Nie jest zbyt skory do pocieszania. Kiedy Faustyna płacze i skarży się przed Jezusem z powodu jakiejś doznanej niesprawiedliwości, ten odpowiada: “Córko moja, czemuż płaczesz, przecież sama ofiarowałaś się na to cierpienie” Nie mogę uwierzyć, żeby Ten, który doświadczył wszystkiego na nasze podobieństwo i współczuje nam w naszych słabościach (por Hbr. 4; 15) mógł w ten sposób odpowiedzieć cierpiącemu człowiekowi. Przecież On sam, jak czytamy w liście do Hebrajczyków: „głośnym wołaniem i płaczem za dni ciała swego zanosił gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci” Co Bóg Ojciec odpowiedział na te wołania Jezusa? Czy także powiedział Mu: „Synu mój, czemuż płaczesz, przecież sam ofiarowałeś się na to cierpienie”? Odpowiedzi proponuję poszukać w Łk. 22; 43. Na początku swojej drogi w zakonie św. Faustyna pragnęła z niego wystąpić, ponieważ nie spełniał on jej oczekiwań. Pragnęła ona znaleźć się w klasztorze bardziej kontemplacyjnym, gdzie miałaby więcej czasu na modlitwę. Nie wystąpiła jednak, ponieważ ukazała jej się poraniona twarz Jezusa , który powiedział, że odejście Faustyny z zakonu sprawi mu wielkie cierpienie. Jak dla mnie, jest to zwykły szantaż emocjonalny. Bóg św. Faustyny żąda natychmiastowego, absolutnego posłuszeństwa i gniewa się jeśli mu takowe nie jest okazywane. Tymczasem Bóg Biblii pozwala z Sobą dyskutować, wyrazić wątpliwości. Mojżesz długo z Nim dyskutował zanim zgodził się wypełnić swoją misję, prorok Jonasz w ogóle zrobił coś przeciwnego niż Pan mu polecił, a potem zdecydowanie wyraził wobec Niego swój gniew z powodu Jego miłosierdzia okazanego mieszkańcom Niniwy. Żadnego z nich Bóg nie przestał kochać. Nie groził im karami, nie szantażował emocjonalnie, ale cierpliwie tłumaczył i przekonywał. Ale pewnie dla tego, że to byli „Żydzi wiarołomni”, nie to co super doskonali, święci, prawdziwie wybrani chrześcijanie doskonale posłuszni, z niezachwianym spokojem i opanowaniem stający wobec wszelkich cierpień, doskonale wierzący i nie pozwalający sobie na żadne wątpliwości. Oczywiście, doskonałe wypełnianie Bożej woli i bezgraniczne zaufanie wobec Pana powinno być największym pragnieniem i największą ambicją każdego Jego dziecka. Niemniej jednak, On raczej przynęca człowieka i mówi do jego serca niż żąda i rozkazuje. Nie mówi: „Rób tak jak każę i nie dyskutuj”, chociaż ma do tego pełne prawo. Słucha, kiedy wyrażamy wobec Niego nasze wątpliwości i obawy, a nawet bunt i niezadowolenie. W tym właśnie wyraża się wielkość Jego miłosierdzia. NA CZYM POLEGA WIELKOŚĆ ŚW. FAUSTYNY
Siostra Faustyna pisała niejednokrotnie w Dzienniczku, że będzie świętą na ołtarzach, niedługo przed śmiercią powiedziała jednej z sióstr, że Bóg chce ją wywyższyć i uczynić świętą. Nie wiem dlaczego tak pisała i mówiła. Mogło być tak, że polecił jej to robić objawiający się jej Jezus lub kierownik duchowy. Tego E. Czaczkowska w swojej książce nie wyjaśnia. Niemniej jednak, św. Piotrowi Apostołowi, Jezus również powiedział, że chce go wywyższyć. Powiedział,mu, że jest skałą, na której On zbuduje swój Kościół. Obiecał, że razem z pozostałymi Apostołami zasiądzie na tronie i będzie sądzić plemiona Izraela. Do kanonu Pisma Św. weszły 2 listy św. Piotra. Nie przypominam sobie, że żeby w którymś z nich czynił jakąś aluzję do tych obietnic. Św. Faustyna znana jest najbardziej ze swoich objawień.Wielu ludzi postrzega objawienia jako dowód szczególnego wybrania przez Boga i szczególnej z Nim więzi. Wyjątkowośćtej więzi podkreśla hermetyczny język jakim posługuje się autorka opisując „przeżycia mistyczne” słynnej zakonnicy. Jest on pełen takich tajemniczo brzmiących zwrotów jak „kontemplacja wlana” czy „oczyszczenie zmysłów”. Sama jednak Faustyna ich nie używa. Swoje przeżycia opisuje prosto. Jednym z nich była wizja Jezusa, jaką miała nad jeziorem Kiekrz. W tej wizji Jezus stanął obok niej (a nie na przeciwko) co również miało być, jak sugeruje Czaczkowska,znakiem wysokiego stopnia zażyłości z Bogiem. Jednak, w rzeczywistości, On tak samo stoi obok każdego człowieka. Nie tylko „stoi obok”, ale „ogarnia nas zewsząd i kładzie na nas swą rękę”(por Ps.139), jest „w nas” a my „w Nim”. A że Go nie widzimy? „Błogosławieni, którzy nie widzielia uwierzyli”. Czaczkowska opisuje również, że Faustyna rozmawiała z Bogiem jak dziecko z Ojcem, jak z przyjacielem.Jednak taką relację z Panem może i powinien mieć każdy wierzący. Po to właśnie Jezus umarł za nas i zasłona przybytku rozdarła się, abyśmy my, grzeszni ludzie mogli zbliżyć się do Boga. Ostatecznie, jednak o świętości człowieka nie decydują objawienia i przeżycia mistyczne, ale heroiczność cnót.Czaczkowska uwypukla przede wszystkim dwie z nich: heroiczne milczenie i posłuszeństwo.Niewątpliwie powściągliwość w mowie i ważenie słów jest dobrą cechą, ale nie można doprowadzać jej do ekstremum. W książce opisana jest taka scena, że kiedy w czasie rekolekcji pewna siostra chciała porozmawiać ze św. Faustyną, ta dawała jej znaki, że nie przerwie milczenia. Wtedy owa siostra nazwała ją „dziwadłem”. Czy jednak ta siostra nie miała trochę racji? Wyobrażam sobie jak musiała się czuć, kiedy Faustyna nie odezwała się do niej. A przecież zamiast się nie odzywać mogła tak pokierować rozmową, żeby zeszła na tematy duchowe. Wtedy zbudowały by się obie. Również, kiedy czytam o tym jak św. Faustyna traktowała posłuszeństwo zakonne naprawdę nie wiem czy mnie to bardziej śmieszy czy szokuje. Np. pewnego razu zapytała dwie konwersujące ze sobą zakonnice, czy mają pozwolenie na rozmowę. Oczywiście, rozumiem, że chciała jak najlepiej wypełnić regułę zakonną, ale moim zdaniem jest to podejście zbyt legalistyczne. To oczywiste, że każdy zakon ma swoją regułę, która go wyróżnia, jednak czy po to „umarliśmy dla prawa” (Rz.7; 4) żeby poddawać się nowym prawom w postaci reguł zakonnych?

Proszę nie myśleć, że moje krytyczne spojrzenie na życie siostry Faustyny ma na celu negację jej świętości. Skoro Kościół ogłosił ją świętą, to niewątpliwie niąjest. Jednakże, Helena Kowalska żyła w określonej epoce, w której w określony sposób pojmowano ideał świętości. Przedstawienie współczesnemu czytelnikowi takiego ideału zamiast go zainspirować może tylko zniechęcić i doprowadzić do wniosku, że świętość jest nieosiągalna dla przeciętnych ludzi. Osobiście, podziwiam w św. Faustynie wiele rzeczy, których pani Czaczkowska raczej nie uwypukliła. Pierwsza rzecz to zaradność. Helena Kowalska już jako nastolatka opuściła rodzinną wieś, by pracować w większym Aleksandrowie, a potem w jeszcze większej Łodzi. Następnie, czując powołanie dożycia zakonnego, wbrew sprzeciwom rodziców, pojechała do Warszawy. Pomimo młodego wieku, braku konkretnych kwalifikacji i tego, że mogła liczyć tylko na siebie,świetnie radziła sobie w dużych miastach. Sama szukała pracy i pracowała sumiennie. Oczywiście oprócz zaradności widać w tym wielkie zaufanie do Boga. Jak już wspomniałam, św. Faustyna była osobą bardzo pracowitą i sumienną. W zakonie powierzano jej wiele różnych zajęć. Faustyna podejmowała nowe wyzwania i starała się przezwyciężać trudności. W końcu stała się bardzo dobrą i cenionąkucharką, czyli: nie zakopała swoich talentów. Podoba mi się również to, że św. Faustyna miała odwagę by upominać niewłaściwie zachowujące się siostry, nawet jeśli w zakonie zajmowały wyższą pozycję niż ona. Kiedy pod koniec swojegożycia myślała o założeniu nowego zakonu planowała, że w nim: „pomiędzy sobą (siostry) nie będą dzielić się na żadne chóry ani na żadne matki i mateczki, ani na wielebne, ani przewielebne, wszystkie będą sobie równe, chociażby je różniło pochodzenie bardzo wielkie” Jest to piękna i głęboko ewangeliczna myśl. Dostrzegam w niej pewien rodzaj „buntu” i świętego „nieposłuszeństwa” wobec uświęconego tradycją ówczesnego pojmowania życia zakonnego. Szkoda, że Faustyna nie poszła dalej i nie zasugerowała, żeby ten zakon przyjmowałtakże kobiety „z grzeszną przeszłością”

MIŁOSIERDZIE BOŻE

Na koniec pragnę odnieść się do przesłania miłosierdzia Bożego propagowanego przez św. Faustynę. Czaczkowska z jednej strony pisze, że nauka o Bożym miłosierdziu zawsze była obecna w Kościele, z drugiej strony wydaje sięprzedstawiać św. Faustynę, jako kogoś, kto dokonał przełomowego odkrycia w tej kwestii. Niewątpliwie, Faustyna ma rację, że powinniśmy ufać miłosierdziu Zbawiciela i sami czynić miłosierdzie wobec innych. Jednak do zaproponowanych przez nią form kultu miłosierdzia Bożego odnoszę się z rezerwą. Szczególnie niepokoi mnie przekonanie, że jeśli będzie się odmawiać określoną modlitwę(koronkę) o określonej godzinie, otrzyma się szczególne łaski i dostąpi wysłuchania próśb. To wszystko można równie dobrze mieć bez koronki do miłosierdzia Bożego. W Ewangelii Jezus wielokrotnie daje obietnicę, że jeśli modlimy się o coś w Jego imieniu, zostaniemy wysłuchani, nieważne o której i nie ważne jakich słów użyjemy. Poza tym, jak już starałam się przedstawić to powyżej, obraz Boga przedstawiony w „Dzienniczku” niezbyt przekonuje mnie co do Jego miłosierdzia. Na czym miałoby polegać to miłosierdzie? Na ocaleniu człowieka przed ogniem piekielnym? Bóg, którego znam z kart Pisma Świętego jest o wiele większy. Nie okazuje swoim dzieciom miłości w zamian za posłuszeństwo. To nie syn marnotrawny zazdrościł starszemu bratu, że „ma więcejłaski” u Ojca, ale na odwrót. Bóg bierze sobie za oblubienicę i małżonkę (tzn. powołuje do bliskiej więzi z Sobą) nie czystą dziewicę, ale nierządnicę i nie przestaje jej kochać pomimo zdrady i niewierności (por. ks. Ozeasza). Szkoda,że w zakonie do którego należała św. Faustyna nie przykładano zbyt wielkiej wagi do lektury Pisma Św. Pozostaje jednak mieć nadzieję, że jej objawienia, w których przypomniała ona prawdę o Bożym miłosierdziu zachęcą wiernych do jej zgłębiania u źródła, czyli w samym Słowie Bożym.

Wszystkie cytaty za: Ewa K. Czaczkowska „Siostra Faustyna. Biografia świętej.”Znak, 2012

Siostra Faustyna. Biografia świętej. Moje refleksje po przeczytaniu książki E. Czaczkowskiej.

http://pytaniaabigail.blogspot.com/2014/04/siostra-faustyna-biografia-swietej-moje_2.html

Opublikowany w Książki (e-book), Miłosierdzie Boże, Św. Faustyna | Zostaw Komentarz »

Historia nadawania imion i nazwisk na ziemiach polskich

Posted by tadeo w dniu 16 Kwiecień 2014

 

Kiedy imiona przestały wystarczać do identyfikacji różnych członków danej społeczności i konieczne stało się wprowadzenie nazwy osobowej, która dopełniałaby imię, określała właściciela imienia. Funkcję tę zaczęły pełnić właśnie nazwiska.

Najstarsze imiona, które występują w języku polskim, to tak zwane słowiańskie imiona dwuczłonowe. Zostały odziedziczone przez języki słowiańskie z języka praindoeuropejskiego. Te imiona ukształtowały się z wcześniejszych jeszcze imion zdaniowych, z których większość była nacechowana pozytywnie i wyrażała życzenie rodziców względem dziecka. Dzisiaj tylko niewielka część tych dwuczłonowych imion jest w powszechnym użyciu. Przykładem mogą tu być imiona: Bogdan (dany od Boga), Bolesław (ten, który ma ściągnąć większą sławę), Bożydar (dar od Boga), Bronisław (ten, który ma bronić sławy), Czcibor (ten, który czci walkę), Czesław (ten, który czci sławę), Dobiesław (sławny z dzielności), Jarosław (sławny z surowości), Wojciech (dający pociechę wojownik), Zbigniew (wyzbyty gniewu). Do grupy najstarszych imion staropolskich należą także imiona jednoczłonowe równe lub utworzone od nazw pospolitych, np. Broda, Żyła, Brzuchaty, Wałkuń, Rak, Kopyto, Jawor, Łyko, Grot, Krupa, Tusza. Z czasem utraciły one swoją pierwotną funkcje imienia i przekształciły się w nazwiska, które są w powszechnym użyciu do dzisiaj.

Wraz z przyjęciem chrześcijaństwa w 966 roku zaczynają pojawiać się w Polsce imiona chrześcijańskie, pochodzące z różnych kręgów kulturowych i z różnych jeżyków. Najpierw zostały wiec przez polszczyznę przyswojone hebrajskie imiona starotestamentowe (np. Adam, Ewa, Michał, Rafał, Zuzanna), a także imiona wywodzące się z Nowego Testamentu i wywodzące się z języków: hebrajskiego (np. Anna, Elżbieta, Jakub, Jan, Maciej, Mateusz, Szymon), aramejskiego (np. Magdalena, Marta, Bartłomiej, Tadeusz, Tomasz), greckiego (Andrzej, Piotr, Filip, Tymoteusz), łacińskiego (Marek, Paweł), następnie imiona świętych z okresu starochrześcijańskiego (Sebastian, Feliks, Sylwester, Wiktor, Marcin, Krzysztof, Jerzy), a dalej także imiona świętych, pochodzących ze średniowiecza europejskiego (np. Klara, Benedykt, Dominik, Franciszek). Nie bez znaczenia dla życia imion były również kontakty Polski (kulturalne, handlowe, religijne, polityczne) z innymi krajami. Związkom tym zawdzięczamy istnienie w polskim kalendarzu między innymi imion pochodzenia germańskiego, np. Oskar, Edward, Henryk, Konrad, Robert, Jadwiga, Gertruda czy też litewskiego, np. Aldona, Danuta, Olgierd, Witold.

Od XVI do XX wieku do Polski napłynęło szereg imion pochodzenia greckiego, łacińskiego, germańskiego, francuskiego, włoskiego, angielskiego, a nawet arabskiego lub perskiego. Trudno jest dzisiaj umotywować ich pojawienie się w języku polskim, najczęściej był to wynik określonej mody. Źródłem, które również w sposób znaczny wzbogaciło zasób występujących w Polsce imion, jest literatura. To za jej pośrednictwem zostało spopularyzowanych szereg imion obcego pochodzenia (np. Alfred, Ludwik, Artur, Ewelina, Aniela), zostały przypomniane dawne imiona słowiańskie (np. Jaromir, Władysław, Zdzisław), a także stworzone imiona nowe, tzw. literackie (np. Balladyna, Fantazy, Grażyna).

Znacznie krótsza jest historia polskich nazwisk. Pierwsze nazwiska pojawiły się w Polsce stosunkowo wcześnie, bo już w XII wieku. Przyjmowali je najpierw mieszkańcy dużych, leżących na szlakach handlowych miast: Krakowa, Wrocławia, Gdańska; potem także mieszkańcy innych ośrodków miejskich. Do wieku XIV nazwiska były w Polsce powszechnie używane tylko przez mieszczan. Sporadycznie, np. w Wielkopolsce, nazwiska nosili już w XIII wieku przedstawiciele szlachty. Proces przyjmowania nazwisk przez polską szlachtę rozpoczął się tak naprawdę dopiero w XIV wieku i trwał przez wiek XV aż do wieku XVI. Pod względem formalnym nazwiska szlacheckie były przymiotnikami u-tworzonymi od nazw miejscowości, których dani szlachcice byli właścicielami. Były to więc nazwiska zakończone na -ski, -cki. Pierwotnie, do końca wieku XVI, były to nazwiska tylko szlacheckie. Służyły one identyfikacji osoby, określały jej pozycję w hierarchii społecznej, wskazywały na jej szlacheckie pochodzenie. Jednak już w wieku XVII nastała moda na tego typu nazwiska. Zaczęli przybierać je ludzie z innych stanów dla dodania sobie powagi, zyskania prestiżu; cudzoziemcy, chcący podkreślić w ten sposób swoją polonizację, a także, często w wyniku nobilitacji, pisarze. Wszystko to sprawiło, że nazwiska zakończone na -ski, -cki utraciły swoją szlacheckość. Najpóźniej, bo od końca wieku XVII aż do wieku XIX, nazwiska przyjmowali chłopi. Czynili to pod wpływem nakazów administracyjnych, później zmuszani przez władze państw zaborczych.

Pochodzenie polskich nazwisk jest różne. Można wśród nich wyodrębnić nazwiska pochodzące od nazw cech (np.: Wrona, Chmiel, Szydło, Zgaga, Mały, Szczodry, Mąka, Kropidlak, Lipowiec, Chrypla, Wąsowicz, Cichoń), od nazw godności i zawodów (np.: Starosta, Król, Krawiec, Kościelny, Kowalczyk, Starościak), od imion (np.: Wiktor, Sławek, Domorad, Lenart, Klemensiewicz, Markowiak), od nazw etnicznych (Polak, Szwed, Mazur, Szwedkowiak, Morawiec), od nazw miejscowych (np.: Dąbrowa, Zalesiak, Górecka), nazwiska odojcowskie, czyli patronimiczne (np.: Janik – syn Jana, Lenartowicz – syn Lenarta), a także nazwiska obce (np.: Faber, Sznajder, Grigoriew, Szajnocha, Ożys, Bachleda).

Dzisiaj bardzo trudno jest niekiedy określić pochodzenie, jak również znaczenie danego nazwiska. Wiąże się to między innymi z tym, że nasz język jest żywy, ciągle rozwija się (procesy i zmiany słowotwórcze, fonetyczne). Również zmianom ulega rzeczywistość wokół nas. Pewne przedmioty i ich funkcje przestają istnieć, w zapomnienie idą ich nazwy. Jednak, dawne wyrazy są zastępowane innymi, nowszymi. Nie bez znaczenia jest również wpływ na język ogólnopolski gwary i języków obcych.

Współcześnie imię połączone z nazwiskiem jest określeniem człowieka, służy do jego identyfikacji. Jednak nieco inna jest obecnie rola imienia i nazwiska. Imię zachowuje bowiem pewien charakter osobisty, rodzinny, prywatny. Posługujemy się tylko imieniem w rodzinie i najbliższym środowisku, a więc w takich zbiorowościach, w których wszyscy się znają bądź bezpośrednio, bądź ze słyszenia, w których poszczególne osoby nie są anonimowe. Nazwisko natomiast pełni funkcję społeczną, nacechowane jest oficjalnością. Stanowi, w przeciwieństwie do imienia, które nadawane jest każdorazowo, dziedziczne określenie człowieka, które przechodzi z ojca na dziecko, z męża na żonę. W sytuacjach mniej oficjalnych możemy posługiwać się: przedstawiać się, podpisywać tylko imieniem, w sytuacjach oficjalnych, służbowych – imieniem i nazwiskiem. Nazwisko może poprzedzać imię tylko w urzędowych spisach, listach ze względu na konieczność zachowania układu alfabetycznego, porządku. W każdym innym przypadku młodsze nazwisko powinno ustępować miejsca znacznie starszemu od niego imieniu.

Danuta Krzyżyk

Historia nadawania imion i nazwisk na ziemiach polskich

http://www.humanfamilies.com/Powiernik/94/nr0994.htm

Opublikowany w Porady różne | Zostaw Komentarz »

WIELKI TYDZIEŃ

Posted by tadeo w dniu 16 Kwiecień 2014

imagesCAM5LC43

Kiedy urodziła się Iza, Krystyna po tygodniu wiedziała już, że jej córeczka będzie dzieckiem wymagającym stałej opieki, że nigdy nie zrozumie i nie pojmie wielu rzeczy z otaczającego ją świata, a ona w jakimś tam stopniu wraz z dzieckiem będzie skazana na swoistego rodzaju samotność, której wcale nie pragnęła. Ale kiedy lekarz zaproponował umieszczenie dziecka w zakładzie, powiedziała: nie! Z niepokojem i chyba trochę wstydem wyczekiwała na decyzję męża. Zgodził się z nią. Wspólnie podjęli trud wychowawczy ich córki. A potem zaczęła się ta bardzo trudna i pełna wyrzeczeń codzienność. Przyszły dni zmagań ze sobą, zdziwienie rodziny i znajomych, że nie skorzystała z rady lekarza. I wreszcie to powolne oddalanie się przyjaciół od jej domu. Krystyna rzeczywiście nie miała czasu. Praca i opieka nad Izą wypełniały jej noce i dni. Nocą często cicho płakała w poduszkę. Jak każda matka pragnęła ze swojego dziecka być dumną. Jej pragnienie rozpadło się jak bańka mydlana. Iza rosła i fizycznie rozwijała się nad podziw dobrze. Tylko świat widziała zupełnie inaczej niż wszystkie dzieci z tak zwaną normą, na przykład zauważyła, że kwiaty bzu mają takie duże oczy lub wierzyła, iż gołębie siadające na parapecie okna nauczą ją latać. Marzyła, żeby mieć skrzydła i ulecieć wysoko, wysoko do nieba. Miała kłopoty z mówieniem i Krystyna długo mozoliła się, by nauczyć ją wymawiać różne słowa. I jeszcze jedną cechę posiadała Iza, była dzieckiem ogromnie żywym, absorbującym. Krystyna mieszkała w mieście liczącym dwieście pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców i wierzyła, że w tym olbrzymim zbiorowisku ludzkim znajdą się też tacy, którzy od czasu do czasu pobędą razem z nią i z jej chorym nieuleczalnie dzieckiem. Wiedziała, że Izie bardzo a bardzo potrzebny jest kontakt z innymi dziećmi, z innymi ludźmi.

Pobyt wśród rówieśników pomógłby jej w zrozumieniu wielu zjawisk. Jej córka lubiła rozmawiać. Oczywiście Krystyna nie zaniechała leczenia, chciała dla swojego dziecka uczynić wszystko, co tylko leżało w jej mocy, wszystko. Z pielgrzymek po przychodniach wracała jednak niezmiennie z tą samą odpowiedzią: Nic się nie da zrobić. Od czasu do czasu proponowano jej tylko umieszczenie Izy w zamkniętym zakładzie. Umieszczenie jej natomiast w jakiejkolwiek grupie też okazywało się niemożliwe. W tym wypadku odpowiadano: – To bardzo trudne dziecko, zbyt żywe, wymaga specjalnej opieki. I tak mijał rok po roku. Krystyna dobrze pamięta taki nieistotny w zasadzie epizod w jednej przychodni, gdy sześcioletnią Izą zainteresował się jakiś mężczyzna i zaczął z nią rozmawiać. Pomyślała wtedy, że już nic piękniejszego ją w życiu nie spotka. Jesteś pajacykiem? zapytał małą. Ona z początku patrzyła na niego nieufnie, ale po chwili podjęła grę. Nie, mrówką odpowiedziała. Krystyna nie miała pojęcia, skąd Iza znała to słowo i czy kiedykolwiek widziała mrówkę, nie miała ochoty nawet się nad tym zastanawiać. Ważne było, że po raz pierwszy od paru lat jej dziecko ktoś traktował zwyczajnie i ośmielał się z nią rozmawiać, tylko to się liczyło. Ja jestem słoniem Izie rozbłysły oczy, uśmiechnęła się. Przymierze zostało zawarte. Musimy kupić duży dom odpowiedziało rezolutnie dziecko. W domu Iza wielokrotnie powtarzała, iż chce się spotkać ze słoniem. Okazja już się nie nadarzyła, a w Krystynie narastał ból z powodu samotności córki. Wtedy, tam w poczekalni, miała ochotę z wdzięczności całować stopy nieznajomego mężczyzny.

Po nieudanej próbie umieszczenia Izy w szkole życia ogarnęła ją rozpacz. Zdawało się jej, że świat składa się tylko z ponurych nocy i przepełnionych morderczą pracą dni. Od urodzenia Izy jej życie stało się niczym innym, tylko Wielkim Tygodniem. Co prawda każdy chyba musi przejść Wielki Tydzień i ona o tym wie, ale teraz ciężar przerasta jej siły. Pozbierała więc skrupulatnie każdą chwilę swojego Wielkiego Tygodnia i poszła na zasadniczą rozmowę z Nim. W pewnym momencie od czerwieni wiecznej lampki poczęły ją boleć oczy. Otaczający chłód ciemności nie tylko otaczał ją zewsząd, ale wdzierał się do serca. Czego właściwie szukała w kościele o tak późnej porze?. Chciała się z Nim kłócić i naraz zabrakło odwagi. W rozmowie z kapłanem była tak stanowcza, że pozwolił jej zostać. Rozmowa miała być długa, Krystyna zaplanowała ją i wiedziała, że potrwa do świtu. Rana w sercu została głęboko tak wyryta, że Krystyna nie mogła już nawet płakać. Od pewnego czasu jej ból stał się jak pancerz. To właśnie on sprawił, że postanowiła przeprowadzić z Nim ważną i ostateczną rozmowę. Przedtem nie szukała odpowiedzi na dręczące ją pytania, teraz chciałaby wiedzieć cokolwiek. Ułożyła pytania starannie, jedno po drugim z każdej chwili swojego Wielkiego Tygodnia; – Dlaczego tak okrutnie się na niej zemścił? – Dlaczego to się przytrafiło właśnie jej dziecku? – Czym ona zawiniła, czym się naraziła? – Dlaczego teraz nie znajduje u nikogo słów pociechy?

– Dlaczego jej dziecko zostało skazane na wieczną samotność? Z nimi wchodziła do kościoła, a teraz o nich zapomniała. Tak, zadała je wszystkie księdzu, kiedy upierała się, że chce zostać w kościele, by załatwić swoje ważne sprawy. Czerwień wiecznej lampki bardzo męczy jej oczy. Przymyka je i siedzi milcząco. Około północy szepce tylko: – Panie, ja nie wierzę, czy Ty mnie rozumiesz? Spraw, żebym chociaż mogła zapłakać, tak jak dawniej… Kiedy zadzwonił telefon, Krystyna podnosi szybko słuchawkę. Kiedy mąż wyjeżdża na delegację, zawsze zgłasza się, gdy dotrze do miejsca przeznaczenia. -Słucham? – jakaś nie znana jej kobieta o miłej barwie głosu pyta; – Jeśli pani tylko zechce, proszę przyjechać z Izą do naszego ośrodka w K… Iza będzie u nas mogła zostać, kiedy tylko pani zechce. Prowadzimy rehabilitację dzieci z różnego rodzaju upośledzeniami. I jeszcze jedno. Raz w miesiącu spotykamy się z nimi i rodzicami najpierw na mszy świętej, a potem przy herbacie. Czy pani zechce do nas dołączyć? – Krystynie drżą ręce, nie może mówić, łzy płyną obficie po jej twarzy.

Barbara Pytlos

http://www.humanfamilies.com/Powiernik/94/nr0394.htm

Opublikowany w Świadectwa | Zostaw Komentarz »

MOJA DROGA DO UZALEŻNIENIA

Posted by tadeo w dniu 16 Kwiecień 2014

 

Znoszone ubrania po starszym bracie, paczki z UNRRY, zapomogi z Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej, pijany ojciec bijący matkę, drwiny kolegów w szkole i ironiczne uwagi pod moim adresem – oto całe moje dzieciństwo. Tak się właśnie zaczęło.

Coraz trudniej mi było rozmawiać z kimkolwiek, coraz bardziej byłem sam. Życie było nie do przyjęcia. Zresztą nie tylko dla mnie. To znaczy było do przyjęcia, ale nie na trzeźwo.

Wokół mnie wszyscy pili. Spróbowałem i ja. I pomogło. Skrajna nędza, w której żyła moja rodzina, już mnie tak nie przerażała, naigrywania się z moich znoszonych spodni nie były takie bolesne. Zresztą bardzo szybko pojawiło się towarzystwo, w którym znalazłem swoje miejsce. Pomostem między mną a nimi było wspólne picie najtańszego wina. Wreszcie mogłem być sobą na równi z innymi, mogłem być kimś. Tak mi się wtedy wydawało. Zostawał za mną świat znienawidzonego dzieciństwa; świat winny za wszelkie upokorzenia, które musiałem wycierpieć. Niemen był wtedy najlepszy. Wszystkie imprezy, wieczorki – tak to się wtedy nazywało – nie mogły się obyć bez niego i bez wódki. Był jeszcze Krajewski – nostalgia, tęsknota, melancholia. Cały ja – ten prawdziwy.

Skończyłem szkołę. Miałem już pracę, miałem pieniądze, miałem za co pić i dlatego też nie narzekałem na brak towarzystwa. Nie zauważałem, jak zmienia się moja osobowość, myślenie, postępowanie. Zaczęły się pierwsze bumele, ale w środowisku kwitowano to z uśmieszkiem i pojednawczym stwierdzeniem: To chwilowa niedyspozycja?!

Coraz częściej “urywał mi się film”, miałem luki pamięciowe, nie kontrolowałem się. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, co to jest uzależnienie; a chwilowe niedyspozycje to chwilowe niedyspozycje i koniec. Tak było w wojsku, tak było później. Zaczęły się dwu, trzydniowe maratony i z podziwem mówiono wtedy o mnie mocna głowa. Coraz więcej piłem, coraz mniej pracowałem. Podświadomie wyczuwałem jednak, że coś tu jest nie tak.

W 1974 r. wyjechałem na Śląsk. Całe moje życie wypełniały ciągłe libacje lub przerwy między nimi wypełnione opowiadaniem o zawrotnych liczbach opróżnionych butelek. Miałem dosyć siebie i wszystkich wokoło. Dlatego właśnie wyjechałem.

Nowi ludzie, nowa praca, możliwość sprawdzenia się. Dostałem mieszkanie, zacząłem się uczyć w technikum wieczorowym, poznałem przyszłą żonę. Wszystko działo się tak szybko, że nie było czasu na myślenie o tym, co było kiedyś. Ożeniłem się, urodziło się dwoje dzieci. Kiedy to wszystko przebrzmiało i ucichło, nie wiem nawet sam dlaczego, zacząłem – jak to się lapidarnie określa – zaglądać do kieliszka. To wszystko, co do tej pory osiągnąłem, przestawało mnie interesować.

Coraz bardziej odpychałem od siebie żonę i dzieci. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nic mnie nie obchodzili. Oni byli dla mnie po prostu wyrzutem sumienia. Nie potrafiłem patrzeć, jak cierpią i wstydzą się za mnie. Aby zagłuszyć to nieznośne poczucie winy, zacząłem rozpamiętywać swoje krzywdy. Zawinili wszyscy: pijany ojciec, zapracowana matka, koledzy w szkole, przełożeni w pracy; w końcu uwierzyłem nawet w to, że winni za moje picie są żona i dzieci. Wysiadł żołądek, zaczęła boleć trzustka, śledziona; w końcu wysiadła głowa. Zaczęły się omamy, zwidy, psychozy, delirium tremens.

Jak to wygląda? Przysłowiowe białe myszki to najprzyjemniejsze zwierzęta w całej tej menażerii. Widzi się różne koszmarne zjawy, zwierzęta i olbrzymie owady. Robactwo chodzące po ciele, wychodzące z ciała lub wgryzające się w ciało. Ja bardzo często widziałem przyssane do mojego czoła obrzydliwe pijawki. Równie często śnił mi się tabun koni wpadający na mnie. Zimny pot, paraliżujący strach, krzyk, odrętwienie i chwila ulgi przed następną wizją. Najgorzej było po zapadnięciu zmroku. Piłem dwa, trzy dni. Później tydzień, dwa, trzy bez przerwy.

Ludzie wiedzieli, że lubię sobie wypić, czasami przesadzam, ale nikt nawet mnie nie podejrzewał, że nie potrafię sobie poradzić z samym sobą. Była to moja przerażająca tajemnica. Byłem sam na sam ze swoim dramatem i wstydem. Szarpałem się tak kilka lat. Coraz częściej jedynym rozwiązaniem i uwolnieniem się od tego znienawidzonego balastu wydawało mi się odebranie sobie życia.

Kiedy byłem już skrajnie wyczerpany psychicznie, z pomocą przyszła mi żona. Za jej namową poszedłem do poradni odwykowej. Pierwsze rozmowy z psychologiem, okresy napięcia, anticol, i w efekcie rok abstynencji. Po tych 365 dniach względnego spokoju wyjechałem na kontrakt do Niemiec. Zabrakło wsparcia rodziny, kontaktu z psychologiem, no i nastąpiło to, co musiało nastąpić. Wraz z powrotem do tego całego rynsztoka wróciły omamy, delirium, wstyd, upokorzenie, samotność, myśli samobójcze.

Ma to każdy alkoholik, nikt się jednak do tego nie przyznaje. Moje maratony trwały teraz tydzień, dwa; nigdy nie przekroczyłem trzech tygodni. Od dawna już nie panowałem nad sobą. Pamiętam, jak kiedyś malując wózek dziecięcy usłyszałem od żony drobną sugestię, którą odebrałem jak ostrą krytykę. Momentalnie poderwałem się, otworzyłem drzwi balkonowe i wyrzuciłem wózek przez balkon. Coraz trudniej było ze mną wytrzymać. Wiem coś o tym, bo sam już ze sobą nie wytrzymywałem. Wszystko gotowało się we mnie. Po euforii, w ciągu kilku minut wpadałem w skrajną rozpacz, aby za chwilę ze złości miotać się po mieszkaniu. Kiedyś wyszedłem na balkon po to, aby odebrać sobie życie. Nie wiem, co mnie wtedy powstrzymało, może jakiś zwykły odruch lęku o życie? Może był to znak? Przeznaczenie? Że mam jeszcze coś do zrobienia?

To (przeżycie) zadecydowało o tym, że poszedłem drugi raz do poradni. Wiedziałem, że jeśli nie teraz, to mogę już nie zdążyć. Od tamtego dnia minęło ponad 6 lat, przeszło dwa tysiące dwieście dni bez kropli alkoholu. Dzisiaj dziękuję Bogu za to, że tak się stało i mogę być normalnym człowiekiem w społeczeństwie, mieć normalną rodzinę i cieszyć się życiem, choć nie zawsze jest łatwo.

(Mam nadzieję, że ten pijany życiorys będzie pomocny w przyszłej pracy duszpasterskiej słuchaczy WSD Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej oraz członków Krucjaty Wyzwolenia Człowieka jako materiał świadczący o możliwości wyjścia z nałogu w każdej jego fazie czy stadium, jeżeli się bardzo chce, pragnie i wierzy, tak ludziom jak i Bogu. Szczęść Boże!)

Mieczysław Świszczorowski

http://www.humanfamilies.com/Powiernik/dane/mapa.htm

Opublikowany w Świadectwa | Zostaw Komentarz »

Wielkanocny pacierz – ks. Jan Twardowski

Posted by tadeo w dniu 16 Kwiecień 2014

imagesCARNE6R6

Wielkanocny pacierz

ks. Jan Twardowski 

Nie umiem być srebrnym aniołem –
ni gorejącym krzakiem –
tyle Zmartwychwstań już przeszło –
a serce mam byle jakie.

Tyle procesji z dzwonami –
tyle już Alleluja –
a moja świętość dziurawa
na ćwiartce włoska się buja.

Wiatr gra mi na kościach mych psalmy
jak na koślawej fujarce -
żeby choć papież spojrzał
na mnie – przez białe swe palce.

Żeby choć Matka Boska
przez chmur zabite wciąż deski –
uśmiech mi Swój zesłała
jak ptaszka we mgle niebieskiej.

I wiem, gdy łzę swoją trzymam
jak złoty kamyk z procy –
zrozumie mnie mały Baranek
z najcichszej Wielkiej Nocy.

Pyszczek położy na ręku
sumienia wywróci podszewkę –
serca mojego ocali
czerwoną chorągiewkę.

Okres wielkanocny w szczególny sposób sprzyja refleksji nad naszym życiem, które, gdyby Chrystus nie Zmartwychwstał, nie miałoby sensu.

Wielu z nas, katolików, przeżyło kolejne rekolekcje wielkopostne, odbyło dobrą spowiedź wielkanocną i żyje z silnym postanowieniem zmiany swojego życia, jego poprawy. Jak trudno zmienić nasze życie, nasze przyzwyczajenia i słabości, uświadamiamy sobie na każdym kroku, szczególnie zaś w momencie spotkania z drugim człowiekiem, kiedy to do głosu dochodzą nasza pycha, egoizm, zazdrość.

Na podstawie literatury, czy z obserwacji codzienności wiemy, że widoczna zmiana w życiu człowieka może nastąpić pod wpływem sytuacji traumatycznych, takich jak poważna choroba lub śmierć kogoś bliskiego. W obliczu nieszczęścia człowiek zastanawia się nad swoim dotychczasowym życiem, co może prowadzić, a najczęściej prowadzi do jego przewartościowania i widocznej zmiany w zachowaniu.

Nie czekając jednak na sytuacje traumatyczne w naszym życiu, spróbujmy zmieniać je na lepsze od dziś. Punktem wyjścia dla tej zmiany niech będzie rachunek sumienia i postanowienie poprawy złożone przy ostatniej spowiedzi. Nie wszystko od razu uda nam się zmienić w naszym życiu, dlatego trzeba zacząć od rzeczy drobnych, od wad uciążliwych dla naszych bliskich jak i dla nas samych.

Niech Zmartwychwstały Pan wspomaga nas w stawaniu się dojrzałymi chrześcijanami.

Z okazji zbliżających się Świąt Wielkanocnych  najserdeczniejsze życzenia dużo zdrowia, radości, od zmartwychwstałego i zawsze miłosiernego Jezusa, życzą Basia i Tadek Czernikowie.

 

Opublikowany w Religia, Wiersze | Zostaw Komentarz »

Wirtualnemedia.pl

Posted by tadeo w dniu 16 Kwiecień 2014

474041_10150596732661099_139736759_o

https://www.facebook.com/#!/Wirtualnemedia

Opublikowany w Polityka i aktualności | Zostaw Komentarz »

Józef Bujnowski. Obraz międzywojennej literatury wileńskiej

Posted by tadeo w dniu 16 Kwiecień 2014

Ferment zaczyna się w Warszawie, już po uzyskaniu niepodległości i nie ma bynajmniej cech buntu. Wychodzący od 1916 roku studencki miesięcznik „Pro arte et studio”, przekształca się kolejno w „Pro arte”, po czym w 1920 roku w „Skamandra”, wreszcie w „Wiadomości Literackie” (1924) i przez niemal cały okres niepodległości „rządzi” literaturą polską, przenosząc te rządy aż na powojenną emigrację.(1) Zbuntował się ten młodopolski „Skamander”(2) tylko przeciw dawnej tematyce: nie musieli już poeci być narodowymi , ;wieszczami”, skoro rząd dusz objął prawowity Rząd Polski; woleli nie Polskę, lecz wiosnę opiewać.(3) Temu zdrowemu odruchowi nie towarzyszyły wyraźne przemiany strukturalne; było to rzeczywiście tylko „odświeżanie tematów i środków poetyckich”.(4).
Podobnie przedstawiała się sytuacja w powieści. Wybijający się na czoło młodej powieści Juliusz Kaden-Bandrowski, niezależnie od podjęcia nowego motywu: bohaterskiego eposu Legionów, utrzymanego w duchu jak najbardziej romantycznym – kontynuuje sprawę doktora Judyma i Cezarego Baryki w „Czarnych Skrzydłach” (1928-1929), przejmując początkowo nawet pewne „klisze” stylu Żeromskiego, nadającego się zresztą szczególnie do bohaterskiego eposu. Przemiana w strukturze jego powieści dokona się dopiero później i pójdzie w kierunku „zgęszczenia” i uproszczenia stylu.(5) Temu procesowi podda się cała powieść tych czasów. Będzie bardzo widoczna u Marii Dąbrowskiej, a szczyt osiągnie u Ferdynanda Goetla w powieści „Z dnia na dzień”. Będzie też próbowała nowej techniki przedstawiania wydarzeń historycznych Zofia Kossak-Szczucka(6), wszakże żadna z tych tendencji nie złamie struktury powieści tradycyjnej, jak zapoczątkują to Stanisław Ignacy Witkiewicz, Bruno Schulz, Witold Gombrowicz i poniekąd Choromański. Tutaj również będzie jeszcze rządziło prawo kontynuacji.
Podobnie z tradycyjnego tła neoromantycznego wyrastają misteria Rostworowskiego, utwory dramatyczne Szaniawskiego i komedia Morstina. Prób scenicznych Witkiewicza pozbywano się wzruszeniem ramion.
A jednak były już znaki zapowiadającego się przełomu na całym froncie literatury: w poezji, powieści i dramacie. Wraz z odzyskaniem niepodległości i obok kontynuatorskich tendencji skamandryckich wybuchnie „czerwona raca” futuryzmu; w powieść i dramat równocześnie uderzy „formista” Witkiewicz. Zacznie się długotrwała nierówna walka między nowatorstwem- a uzbrojoną w prosperujące wydawnictwa – tradycją. Do istotnego przełomu nie dojdzie przed drugą wojną. Ośrodkami fer¬mentu staną się głównie: Warszawa i Kraków.

Pierwsze lata niepodległości w Wilnie
Wilno przez dłuższy okres czasu będzie jak najbardziej i pod każdym względem zachowawcze. Po ciężkich latach zaboru rosyjskiego zachłyśnie się najpierw niepodległością i tradycją. Działało teraz prawo osmozy: niektóre jednostki z tego terenu przyciągała stolica. Laureatka nagrody poetyckiej miasta Wilna z 1930 roku, Kazimiera Iłłakowiczówna, urodzona w Wilnie, studia wyższe odbywała w Krakowie i stale przebywała w Warszawie. Nikt dziś nie pamięta, że późniejszy założyciel warszawskiej grupy futurystów, autor wydanego w 1920 roku tomu pt. „Tram wpopszek ulicy” w Warszawie, Jerzy Jankowski (1887 – 1941) urodził się i kształcił początkowo w Wilnie. Wydalony z (rosyjskiego) gimnazjum, szkołę średnią ukończył w Kronsztacie; studiował prawo na uniwersytecie w Petersburgu, w Paryżu, Lipsku i Dorpacie. Przebywając w Rosji (1914-1918) niewątpliwie uległ wpływowi futuryzmu rosyjskiego. Po długotrwałej chorobie zmarł i został pochowany pod Wilnem. Debiutował w „Gazecie Wileńskiej” felietonami ogłaszanymi w 1906 roku pod pseudonimem Jerzy Szum. Cała jego działalność literacka futurystyczna związana była jednak ze stolicą. Mało też kto wie dzisiaj, że drugi wybitny futurysta, Anatol Stern, wprawdzie uro¬dzony w Warszawie, studia polonistyczne rozpoczął na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie i tutaj, już jako autor „Futuryzji” wydanych w Warszawie w 1919 roku, miał swój głośny wieczór autorski (1920),po którym został oskarżony o bluźnierstwo, aresztowany i skazany na rok twierdzy; zwolniony wreszcie po pół roku na skutek protestu pisarzy. Nie bardzo tu można było, jak stąd wynika, „wadzić się z Bogiem”. Pobyt jego w Wilnie był krótki. Wpada w nurt życia literackiego stolicy; już w latach 1921-1922 redaguje z Jarosławem Iwaszkiewiczem, czasopismo „Nowa Sztuka”, a wraz z nim ginie i pamięć o futuryzmie, tak niegościnnie przyjętym na gruncie wileńskim. Fu¬turyzm nie pasował do klimatu wileńskiego. Tutaj, w łagodniejszym wydaniu, ferment zacznie się dopiero za kilka lat, wraz z przybyciem Witolda Hulewicza, członka komitetu redakcyjnego „Zdroju”, pisma tzw. „ekspresjonistów” poznańskich. Utopi się, zresztą, w tym klimacie Hulewicz bez reszty.
Głównym centrum życia naukowego i kulturalnego Wilna i Wileńszczyzny był niewątpliwie Uniwersytet. Humanistyka będzie szczyciła się tu takimi profesorami jak Marian Zdziechow¬ski, Stanisław Pigoń, Konrad Górski, Jan Otrębski, Erwin Koschmieder, Jan Safarewicz, a nade wszystko od roku 1932 Man¬fred Kridl, twórca polskiego „strukturalizmu” w badaniach iterackich. Akt Wskrzeszenia Uniwersytetu z dn. 11 października 1919 roku głosił, że działo się to roku „setnego od tej pamiętnej chwili, kiedy Wieszcz Narodu Polskiego, Adam Mickiewicz, w tej samej Auli otrzymał dyplom ukończenia nauk”. Późniejszy profesor tego uniwersytetu, wówczas jeszcze słuchacz, Stanisław Swianiewicz, w jednodniówce akademickiej z 1922 roku „Alma Mater Vilnensis” pisał, że „Uniwersytet Wileński jest naturalnym centrem naukowym dla rozległych terenów, pomiędzy Prypecią, Dnieprem, Dźwiną a północnymi granicami obecnego Państwa Litewskiego”… „Położony w centrum Litwy historycznej, posiadający świetne tradycje, które są prawie równie drogie dla Litwina, Białorusina i Polaka, może on stać się terenem zgodnego współdziałania przedstawicieli wszystkich narodowości, nasz kraj zamieszkujących”. Inny wychowanek i późniejszy pisarz, Kazimierz Leczycki, zakreśla w tejże jednodniówce jeszcze dalsze
perspektywy: „Wszak jesteś – pisze – wyrazicielką stającej się przyszłości. Duchem niespokojnym, budzącym wśród świata spokojnych przeczucie dalekich zmian”. – Na tym obszarze, wyciętym z dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego; dominował wciąż romantyczny idealizm trzech wieszczów, a przede wszystkim, rzecz zrozumiała, kult Mickiewicza. Wychodząca ze straszliwego potopu ziemia, budząca się samorzutnie do życia po 1905 roku, oglądała się jeszcze ku kresom, gdzie Kmicic, chorąży orszański, podchodził Chowańskiego, czy ginął od strzał tatarskich „boćwinia” Podbipięta. W celi Klasztoru Bazyliańskiego odbywało się jeszcze ciągłe misterium Wielkiej Improwizacji: tam później przecież odbywały się „środy literackie”. Ulicami przechadzali się tu, po odzyskaniu niepodległości, w granatowym stroju oficerskim powstańcy z 1863 roku, których sławę, wbrew pozytywizmowi głosiła córka tej ziemi, Eliza Orzeszkowa, w „Gloria Victis”. Z tej ziemi wyszedłszy; dumał o owym powstaniu i knuł nowe, Józef Piłsudski, który niebawem miał stać się Naczelnikiem Rzeczypospolitej, wskrzesicielem Uniwersytetu Stefana Batorego, choć w międzyczasie trzeba było niemal przywdziewać płaszcz krzyżacki Konrada Wallenroda. Właściwie pozytywizm tej ziemi nie dotknął, dał miejsce od razu neoromantyzmowi, wszakże bez przybyszewszczyzny: był to bezpośredni skok z romantyzmu Mickiewicza w romantyzm Mickiewicza, którego sławo teraz z katedry Wszechnicy Batorowej głosił profesor Pigoń. W tym świetle nawet „Skamander” mógł uchodzić za wydarzenie rewolucyjne.
Ziemię tę zamieszkiwały ludy różnych wiar i języków. Jej stolica, Wilno, przez którą wiodła „najkrótsza droga znad Dniepru do Bałtyku”, gdzie handel na tej wielkiej drodze od Dniepru do ujścia Niemna nigdy nie zamierał, „tak podczas epoki kamiennej, jak brązowej, i od czasów rzymskich trwał nieprzerwanie”(7), nanosząc tu kultury różnych ludów i różne ludy – nad ziemią tą krzyżowały się różne prądy, aż związała je na pewien czas idea jagiellońska w jedną całość. Odrodzony Uniwersytet z miejsca ją podjął, usiłując nic z tego nie zmarnować. Siedząc w jego salach wykładowych, czy głównej Auli, mogło się wydawać, że ledwie temu parę chwil wyszli stąd Filomaci, pozostawiając jeszcze niedomknięte, uchylone, chwiejące się drzwi…
Ściągała tu młodzież z najdalszych rubieży okrojonej Ziemi, gdzieś aż znad Dźwiny (Dzisna, Druja, Głębokie). Rozpalał się coraz żywszy ruch kulturalny, tkwiący głęboko w miejscowej tradycji. Daleka była droga dadaizmowi, czy surrealizmowi do Wilna tonącego w jeziorach i lasach.(8) Futuryzm tu był świętokradztwem (Stern). Bardzo późno doszedł „zgrzyt” krakowskiej „Zwrotnicy”.(9) Jeszcze w najlepszym razie mogły się tu „odświeżać tematy i środki poetyckie na wzór „Skamandra”.

Kształtowanie się wileńskiego środowiska literackiego
Kiedy zajechał do Wilna, stolicy tej ziemi, w 1925 roku ekspresjonista Witold Hulewicz (pseudonim: Olwid), współzałożyciel, współpracownik, współwydawca i współredaktor „Zdroju” (od 1918 r.) i osiadł jako pracownik Polskiego Radia, zastał tu już siedzącego od 1923 roku Tadeusza Łopalewskiego, który w 1920 roku debiutował w „Gospodzie Poetów”, a w rok potem wydał już w Wilnie „Gwiazdy tańczące”, z podtytułem: „poetyki”. Publikował właśnie w „Słowie” opowiadania, później (w 1930) wydane jako „Żołnierze i kobieta”. Urodzona w Wilnie, ale przebywająca do 1921 roku poza Wilnem, Wanda Dobaczewska-Niedziałkowska, miała już za sobą publikację wierszy pt. „Wilno” (1922), oraz obrazek sceniczny „Święty Mikołaj”, wystawiony w teatrze wileńskim w 1924 roku – nie licząc wcześniej opublikowanych poezji w Poznaniu „Na chwałę słońca” (1920). Ogółowi akademickiemu i szerszej publiczności kulturalnej znany już był w tym czasie Kazimierz Leczycki, który szkołę średnią ukończył gdzieś w Mińsku i tam ogłosił dawno temu (1918) swoje „Pierwsze utwory”; studia uniwersyteckie od¬bywał w Wilnie, współredagował (z Wirskim) pismo akademickie „Hipogryf” (1920), był członkiem redakcji i autorem artykułów „Alma Mater Vilnensis” (1922 -1924) i „Dnia Akademika”. Właśnie rok temu wyjechał do Francji jako nauczyciel, by wrócić w 1927 znowu do Wilna. W tymże (1925) roku ukończył polonistykę Jerzy Wyszomirski, drukujący poprzednio utwory w „Gospodzie poetów” (1921), w „Ponowie” (1922), a w Wilnie miał już za sobą „Całopalenie” (wiersze, 1923) i „Chwilę niepokoju” (także poezje, 1924). Od roku 1922 znany tu był już także Walerian Charkiewicz, jeszcze nie eseista historyczny, ale już autor m.in. trioletów zamieszczonych w „Alma Mater Vilnensis” w 1922 roku.
Były to pierwsze kroki kształtowania się nowego środowiska literackiego w powojennym Wilnie. Od 1922 roku istniało tu założone i prowadzone przez Kazimierza Leczyckiego „Koło Nowości Literackich”. Założycielem Związku Literatów w Wilnie (1925), oraz pierwszym sekretarzem, a później prezesem, był Witold Hulewicz. Zorganizowano rychło „Środy Literackie”, jako wieczory poświęcone literaturze, odbywające się w murach Ba¬zyliańskich, tuż obok „celi Konrada” – oraz tak nazwano kwartalnik literacki. W roku 1926 pod hasłem „Wilno-Żeromskiemu” (wydawnictwo) pulsował już żywy ruch literacki. W 1927 roku wychodzi pismo „Źródła Mocy”, w którym do 1931 roku ukazują się liczne utwory wspomnianych tu (i nie wspomnianych) pisarzy. Wydział Sztuk Pięknych U.S.B. wydaje doskonały graficznie i redakcyjnie własny periodyk („Południe”). Były to początki.
W niedługim czasie można będzie dodać do wymienionych, nazwisko Eugenii Kobylińskiej-Maciejowskiej. Władysław Arci¬mowicz, poeta i norwidolog, który później miał odegrać nie małą rolę w organizowaniu młodego ruchu poetyckiego, założyciel Sekcji Twórczości Oryginalnej przy Kole Polonistów Stu¬dentów USB (1928), w tym czasie jeszcze redagował i wydawał w Święcianach pisemko „Hejnał”. Wybiją się i inni pisarze i krytycy: Józef Mackiewicz, Helena Romer-Ochenkowska, W. Piotrowicz, z najstarszej gwardii będzie pisywał jeszcze Czesław Jankowski. A chociaż powiało tu trochę duchem ekspresjonizmu poznańskiego, błyskotliwych wydarzeń literackich na modę warszawską, czy krakowską, jeszcze nie było. Przyjść miały znacznie później i to na miarę własną.
Poważną rolę w kształtowaniu się ruchu literackiego odgry¬wała prasa. Były tu trzy podstawowe pisma codzienne: „Słowo”, „Kurier Wileński” i „Dziennik Wileński”. Redaktorem „Sława”, organu konserwatystów miejscowych, był Stanisław Mackiewicz, związany z Wilnem od czasów gimnazjalnych. Rozpoczęte studia na Uniwersytecie Warszawskim zakończył w Wilnie. W roku 1922 założył swój dziennik „Słowo” na gruzach dotychczasowej „Gazety Krajowej”. Parał się także literaturą: w roku 1916 wydał w Wilnie studium literackie „Henryk Sienkiewicz”. Miał też do literatury sentyment; na łamach tego pisma ukazywały się różne odcinki literackie. Później staną się głośne artykuły Waleriana Charkiewicza, Jerzego Wyszomirskiego i innych. Sam redaktor imał się różnych tematów, ujmując rewolucyjnie monarchistyczno-konserwatywne koncepcje polityczne, na miarę i z zacięciem Stanisława Orzechawskiego, autora warcholskich pism politycznych złotego wieku. Barwna psychicznie i okazała w rozmiarach fizycznie postać „Cata” (tak podpisywał swe artykuły) niewątpliwie urozmaicała krajobraz wileński polityczny i kulturalny. Przez ufundowanie „Żagarów” stanie się później katalizatorem przemian literackich w środowisku wileńskim.
„Kuurier Wileński” został założony w roku 1923 przez dwóch posłów do Sejmu z Wileńszczyzny: Ludwika Chomińskiego i Mariana Kościałkowskiego, demokratów miejscowych. Dziennik ten był niejako kontynuacją programową dziennika „Nasz Kraj”, założonego zaraz po wypędzeniu bolszewików przez wojska polskie w kwietniu 1919 i redagowanego kolejno przez Piotra Gó¬reckiego, Ludwika Chomińskiego i Ludwika Abramowicza. Ten ostatni objął pismo w chwili ewakuacji Wilna przez wojska polskie w lipcu 1920 i, po krótkiej przerwie, zaczął go wydawać już pod administracją litewską, a potem podczas „Litwy Środkowej” pod tytułem „Gazeta Krajowa”. Wychodziła w Wilnie do lata 1922 pod redakcją kolejno: Ludwika Abramowicza, Ludwika Chomińskiego i Kazimierza Okulicza. Trudności finansowe zmusiły do zamknięcia pisma. Odrodziło się ono po rocznej przerwie pod zmienionym tytułem „Kurier Wileński” pod redakcją najpierw Józefa Batorowicza, potem Kazimierza Okulicza. „Ku¬rier Wileński” istniał aż do czerwca 1940, z krótką przerwą pierwszej okupacji sowieckiej we wrześniu i październiku 1939.
Redaktorem naczelnym był z półtoraroczną przerwą, 1926 – 1928, Kazimierz Okulicz, a po jego wyjeździe do Warszawy w 1937, Witold Staniewicz, zaś jego zastępcą Józef Święcicki. Kres istnieniu pisma położyła druga okupacja sowiecka i sowietyzacja Litwy latem 1940 r.
Kurier Wileński reprezentował poglądy miejscowych kół demokratycznych, głównie tzw. „Krajowców”. Społeczny program pisma kładł nacisk na równouprawnienie wszystkich grup naro¬dowych na ziemiach wschodnich, na odrzucenie wszelkich haseł nacjonalistycznych i antysemickich, na priorytet praw do ziemi ludności miejscowej i jej potrzeb kulturalno-narodowych.
W dziedzinie literackiej „Kurier Wileński”, jako dziennik, nie prowadził żadnej określonej linii. W szczupłym z natury rzeczy dziale literackim drukował wszystko co było na należytym po¬ziomie, nie krępując autorów ani formalnie, ani merytorycznie, respektując jedynie uczucia miejscowego społeczeństwa.
Kierownikami działu literackiego, włączając w to teatr, kino, krytykę literacką itp., byli kolejno: Helena Romer-Ochenkow¬ska, Józef Maśliński, Antoni Gołubiew, a stałymi współpracownikami m.in. Tadeusz Łopalewski, Eugenia Kobylińska, Stanisław Lorentz, Wiktor Piotrowicz, Witold Hulewicz, Leon Wołłejko, „ciótka Albinowa” (Aleksandrawiczowa), Józef Bujnowski, Teodor Bujnicki, Anatol Mikułko, Wanda Pełczvńska, Jerzy Zagórski, Stanisław Stomma i inni.
„Kurier Wileński” wydawał przez jakiś czas, jako dodatki literackie, kolejno: „Żagary”, „Piony” i „Smugę”, nie krępując redaktorów w doborze materiału.
„Dziennik Wileński` redagował współtwórca jeszcze przedwo¬jennego „Ateneum Wileńskiego”, Jan Obst, a następnie Aleksan¬der Zwierzyński, jeden z przywódców narodowej demokracji w Wilnie, wicemarszałek Sejmu. Pismo to nie odegrało większej roli w kształtowaniu się powojennego życia literackiego, chociaż i tu ukazywały się artykuły o niemałej wartości, jak np. Stanisława Cywińskiego, docenta USB o Norwidzie. Odegrał natomiast ten dziennik dość dużą rolę w uprawianiu nacjonalistycz¬nych nastrojów, przyczyniając się pośrednio do antysemickich rozruchów. Był to bastion wojującej endecji.
Jakiekolwiek były zasługi, czy grzechy tych pism, nie ulega wątpliwości, że przyczyniły się one wyraźnie do urobienia „atmosfery”, w której mógł zachodzić proces literackich przeobrażeń. Nie tolerowały one żadnej krańcowości: utrzymywały każde na swój sposób „establishment” literacki. Wszystko co nowe powstanie na marginesie ich działalności – lub w opozycji. A ostrze nowości będzie także stępione przez ich zachowawczość.
Na atmosferę literacką wpłynął też niewątpliwie teatr. Od lata 1925 roku teatr Osterwy „Reduta”, osiadł na dobre w Wilnie, chociaż od 1926 roku stał też drugą nogą w Grodnie, a w ogóle od 1924 roku objeżdżał ziemie wschodnie Rzeczypospolitej z bogatym repertuarem. Wystawiano: „Wyzwolenie”, „Wesele”, „Sędziów”, „Cyda”, „~luby Panieńskie”, „Zemstę”, „Dożywocie”, „Sułkowskiego”, „Przepióreczkę”, „Ptaka”, „Żeglarza”, „Adwokata i róże”. Pamiętny był nie mały wyczyn wystawienia pod gołym niebem „Księcia Niezłomnego”. „Reduta” działała do 1929 roku. Po jej wyjeździe z ramienia Związku Artystów Scen Polskich kolejno byli dyrektorami: Aleksander Zelwerowicz, Mieczysław Szpakiewicz i Leopold Pobóg-Kielanowski.
Zespół tych elementów: uniwersytet, szkoły, prasa, teatr a następnie stacjonujące tu wojsko – oddziaływał pobudzająco na kształtowanie się środowiska literackiego, którego początki, zarysowane już chyba od „Hipogryfu”, doprowadzą przez różne koleje do „Śród Literackich”, które w pewnym sensie będą dominowały aż do wybuchu drugiej wojny światowej. Tendencje przełomowe wystąpią dopiero w latach trzydziestych.

Pod znakiem „Śród Literackich”
Wito1d Hulewicz (1895-1941) przed przybyciem do Wilna miał już za sobą tom poezji („Płomień w garści”, Poznań, 1921), a już po przybyciu opublikował dwa dalsze w Warszawie („Sonety instrumentalne”, 1928, i „Lament królewski”, 1929). Zupełnie już będzie ogarnięty atmosferą wileńską w tomie wydanym w 1931 roku w Wilnie, „Miasto pod chmurami”. Pisywał w „Alma Mater Vilnensi” (1927), w „Kurierze Wileńskim” (1927 -1929, 1933), w „Słowie” (1924-25, 1929-32, 1934), w ,.Środach Literackich” (1925). Redagował przez pewien czas w duchu regionalnym „Tygodnik Wileński” (1925-1926), pisywał w „Źródłach Mocy”, a w roku 1927 za całokształt twórczości otrzymał nagrodę literacką miasta Wilna. Ten niecodzienny przybysz na zawsze został związany z Wilnem. Rozstrzelany w Palmirach pod Warszawą w 1941 roku, pozostał w pamięci Wilnian jako człowiek oddany sztuce i głęboko zrośnięty z młodopolską tradycją pisarską, choć z racji udziału w jej bocznej linii, w ekspresjonizmie, przynależał już do pewnego rodzaju literackiego fermentu, który na gruncie wileńskim nie znalazł warunków do przerostu.
Od poezji też zaczynał Tadeusz Łopalewski, urodzony w 1900 roku, („Majowce”, 1921; wspomniane już „Gwiazdy tańczące” 1921, „Piękna podróż” 1928). Twórczość jego jest wielokierunkowa. Pisze liczne opowiadania, wydane w tomie w 1929 roku jako „Rozmowa w drodze”, zawierającym szereg opowiadań po¬przednio drukowanch w „Kurierze Wileńskim”, oraz w tomie „Żołnierze i kobieta”, w którym umieszcza kilka opowiadań po¬przednio drukowanych w „Słowie” i „Kurierze Warszawskim” (1927-1929). Powieści wydaje już to w Warszawie („Podwójny cień” 1927, „Prowincjusze” 1933), już to w Poznaniu („Prawo przyjaźni”, 1937), już to w Wilnie („Nierozsądny kochanek”, 1930) – jest to już raczej sprawa polityki wydawniczej, gdyż siedzi w Wilnie i coraz bardziej zrasta się z jego życiem. W roku 1927 wystawia w Wilnie „Betleem Ostrobramskie” (wydane tamże w 1928 r.). W roku następnym idzie na scenę „Rycerz z La Manczy” (wydany w 1929), w roku 1931. komedia „Aurelciu nie r6b tego!”, następnie sztuka „Czerwona limuzyna” (wystawiona w Wilnie 1933 r.), choć trzy odsłony sceniczne pt. „Strzelec Zawada” będą 1939 roku wystawione w Warszawie. Pisze różne szkice („Czarownice Literackie”, Warszawa 1933; „Batory na ziemiach dawnego W. Księstwa Litewskiego”, Wil¬no 1934; „Między Niemnem a Dźwiną. Ziemia Wileńska i Nowvogrodzka”, 1938). W roku 1936 wraca raz jeszcze do poezji („Kabała”). Redagował „Środy Literackie” (1935 -1937), był członkiem Komitetu Redakcyjnego „Źródeł Mocy” (1927-1928), doradcą teatralnym (1933), od 1929 członkiem Zarządu Oddziału Wileńskiego Związku Zawodowego Literatów. Zajmował się krytyką literacką (m.in. „Uwagi nad współczesnym stanem literatury polskiej”, „Kurier Wileński”, 1926, nr 198; recenzje poezji: „STO – Sekcja Twórczości Oryginalnej przy Kole Polonistów USB” w tymże Kurierze nr 83, 1928). Przekłada „Dawne wiersze ruskie” (Wilno, 1933; wydane później jako „Byliny”). Współredaguje „Wilno i Ziemię Wileńską” (1930). W roku 1936 został przyozdobiony Srebrnym Wawrzynem Akademii Literatury. W roku 1940 pracował w Komitecie Pomocy Uchodźcom w Wilnie. Po wojnie pisze dalej, głównie powieści („Obok zagłady”, 1948, „Kroniki Polskie”, cykl powieściowy 1952-1956: „Czasy dobre i złe”, 1966, „Serca i broń” i inne), a także nawraca do twórczości dramatycznej („Romans z ojczyzną”, sceny dramatyczne, wystawione w Warszawie w 1948 roku).
Kazimierz Leczycki (1894-1941) był duchem dość niespokojnym, łączącym publicystykę, dziennikarstwo z literaturą i podróżnictwem, jeżeli do podróżnictwa zaliczyć jego dwuletni pobyt we Francji (1924-1927), czy podróż do Argentyny i krajów innych Ameryki Południowej (1935-1936), z której nadsyłał korespondencje do prasy („Gazeta Polska”). Był stałym współpracownikiem „Słowa” (1922 -1932), współredaktorem „Hipogryfu” i „Alma Mater Vilnensis” (1922 -1924), redaktorem „Włóczęgi” (1932-1936). Poza esejami o charakterze społecz¬nym („Armia twórcza”, Wilno 1920, „Nowa idea wieku”: za¬gadnienie armii pracy, Wilno 1921; „Trzecia Polska”, Wilno, 1924), pisze nowele („Brat z tamtej strony”, Wilno 1923; „No¬wele”, Wilno, 1939), powieści („Państewko”, Warszawa 1928; „Dwudziesty”, publikowana w „Słowie”, 1931), oraz utwory dramatyczne („Sztuba”, wystawiona w Wilnie w 1931 roku; „Pan Poseł i Julia”, ze współudziałem Józefa Mackiewicza, wystawiony w Wilnie, także w 1931 roku; „Manekin zazdrości”, wystawiony w Warszawie w 1933 r. i „Dzieje wolności” w 1936 r. w Wilnie). Pierwsze jego utwory dały obrazy z okresu pobytu autora w Mińsku („Państewko”) oraz sprawy tragedii wynikających z linii granicznej traktatu ryskiego („Brat z tamtej strony”). „Sztuba” – grana w całej Polsce – podnosiła zagadnienie młodzieży i nauczycieli w szkole średniej. Cała właściwie jego twórczość miała wyraźne zabarwienie społeczne. Zmarł w Kazachstanie, na zesłaniu, w 1941 roku.
Wiceprezes Związku Literatów Polskich w Wilnie, laureatka nagrody im. Filomatów (1935), Wanda Dobaczewska-Niedziałkowska, urodzona 1892 r. w Wilnie, również pisała poezje („Na chwałę słońca” 1920, „Wilno Tryptyk”, 1926; „Nasza dola”, Wilno, 1932), powieści („Kamienica za Ostrą Bramą”, Wilno, 1928; „Zwycięstwo Józefa Żołędzia”, Wilno, 1934 i 1938; „Tam gdzie się serca palą”, Warszawa, 1938), obrazki sceniczne („Święty Mikołaj”, wystawiony w Wilnie, 1924; „Kupała. Noc Świętojańska”, Wilno, 1935; „Kot w butach”, bajka z oprawą muzyczną) i nowele („Miniatura i inne nowele”, Wilno, 1928).
Wiele było w jej twórczości materiału poświęconego Ziemi Wileńskiej. Mówi o tym szereg szkiców („Wilno i Wileńszczyzna w latach 1914-1920″, 1934; „Dzieje kultury wileńskiej pomiędzy dwoma powstaniami”, Wilno, 1937; „Wileńszczyzna i Nowogródczyzna w latach 1920-1937″). Dominowały motywy patriotyczne i społeczne („Co to jest ojczyzna?”, 1920, „Rycerki polskie”, 1920; „Emma Jeleńska-Dmochowska, strażniczka kresowa”, wespół z L. Życką, Wilno, 1932). W latach 1940-1945 była więziona w obozie koncentracyjnym w Ravensbruck. Po wyjściu z obozu napisała reportaż pt. „.Kobiety z Ravensbriick” (1946), później zajęła się pisaniem szeregu utworów scenicznych dla teatru lalek („Święty Mikołaj w Toruniu”, „Lis Rudzielec”, „Zimowa bajka”, „Osiem lalek i jeden Miś” itp.).
Eugenia Kobylińska -Maciejowska (ur. 1894) łączyła długoletnią pracę nauczycielską z pracą literacką. W 1939 roku została odznaczona Srebrnym Wawrzynem Polskiej Akademii Literatury. Poza wspomnianym już „erotykiem nadmorskim” („Utopiona lalka”, Wilno, 1929), wydaje kilka zbiorów poezji („Druskieniki”, 1930; „Błękitne piłki”, 1931, „Opowieści świerkowe” ( wspomnienia z Jaszun) Wilno, 1936; „Moja matka”, poezje, Wilno 1937; „Stare kamienie śpiewają”, Wilno, 1939), opowieść w ośmiu rozdziałach („Kłopoty pani Niuśki”, Wilno, 1932), pamiętniki („Świat w szkole”, Wilno, 1933; „Pamiętnik nauczycielki”, Wilno, 1936), powieści („Złote schody”, publikowane w „Kurierze Wileńskim” 1933, osobno w 1934; „Niespodzianki małżeństwa”, zamieszczone w „Słowie” 1934, osobno w 1937; „Wielki Tydzień”, powieść współczesna, wydana w Poznaniu, 1939), oraz powieści dla młodzieży („Rysiek z Belmontu, Poznań, 1939). Wokół „Wielkiego Tygodnia” było nieco sensacji: powieść ta została nagrodzona na konkursie jubileuszowym Księgarni św. Wojciecha w Wilnie, następnie skonfiskowana, po czym znów konfiskatę uchylono. Po wojnie zamieszkała w Gdańsku i była nawet radną Wojewódzkiej Rady Narodowej. Pracowała czynnie społecznie w różnych instytucjach. Napisała jeszcze jedną powieść dla młodzieży („Jak lb odkryła Nowy Ląd”, 1948). W okresie swej wileńskiej twórczości miała pochlebne recenzje (St. Cywiński, T. Łopalewski, H. Romer-Ochenkowska, L. Piwiński a nawet J. Kaden-Bandrowski), choć Jerzy Wyszomirski ostrzegał przed „Niebezpieczeństwem adoracji” („Słowo”, 1936), a niejaki S. J. w „Echu Tygodnia” (1930, nr 14) pisał o „odpustowych rymach”.
Jerzy Wyszomirski już w 1919 roku otrzymał nagrodę za wiersze na konkursie Ministerstwa Kultury i Sztuki. Najpierw współpracował z „Gospodą Poetów” (1921) i „Ponową” (1922). Po ukończeniu polonistyki na USB (1925) był nauczycielem w wileńskich szkołach średnich i stale współpracował ze „Słowem” jako felietonista, jak również z „Wiadomościami Literackimi”, „Sygnałami”, „Kurierem Powszechnym”. W „Słowie” przez pewien czas redagował odcinek literacki „W niszy”. Podczas okupacji był w Warszawie lektorem języka rosyjskiego na tajnym uniwersytecie (gimnazjum ukończył w Mohilowie) i współpraco¬wał z konspiracyjnym czasopismem „Demakrata” (1943-1944). Po wojnie zamieszkał w Łodzi. Zmarł w 1955 roku. – Pierwsze jego utwory poetyckie („Całopalenie”, Wilno, 1923; „Chwile nie¬pokoju”, Wilno, 1924; „Niewczesne”, Wilno, 1930), choć zabarwione nieco samoironią, wyrastały wyraźnie z tła neoromantycznego. Wyszomirski rozumiał pewną niewspółczesność swojej poezji, przerzucał się do powieści („Trud prawdy”, „Słowo”, 1936), a nawet sztuki scenicznej („Eureka”, 1939), o której tylko wiemy z informacji autora. Głównie jednak wybijał się jako felietonista i krytyk literacki. Prace jego są rozproszone po różnych czasopismach. Jako redaktor „W niszy” dobierał materiał oryginalny i zachęcał do współpracy pisarzy zupełnie przeciwnej orientacji politycznej, jeśli widział w ich utworach literacką wartość.
O Walerianie Charkiewiczu, (ur. 1890 r. w Wilnie) redaktorze miesięcznika „Źródła Mocy”, nie ma nawet wzmianki w „Słowniku Pisarzy Polskich”(10), choć wymienia się kilkadziesiąt jego artykułów zamieszczonych głównie w „Słowie”, gdzie pisywał felietony i recenzje, m.in. w kolumnie „Ex libris”. Była tu już mowa o jego studenckich trioletach (w „Alma Mater” 1922). W roku 1924 opublikował zbiorek poezji pt. „Kwiaty na łące”. (Wilno). Cykl jego artykułów historycznych z lat 1933-1934 w związku z odkopaniem w Katedrze Wileńskiej zwłok Aleksandra Jagiellończyka, który zmarł w Lidzie – i Barbary Radziwiłłówny – był wielkim wydarzeniem, przypominającym niemal pogrzeb Kazimierza Wielkiego(11). Oddał się głównie szkicom historycznym i recenzjom. Rozmiłowany w Wilnie i jego przeszłości rozpoczął od pracy poświęconej Placydowi Jankowskiemu („Życie i twórczość”, 1928), zajął się unią kościołów („Zmierzch unii kościelnej na Litwie i Białorusi”, „U grobu unii kościelnej”, 1929), oraz innymi wydarzeniami historycznymi („Scypion ruski, Konstanty Iwanawicz Książę Ostrogski” (1929), „Żyrowice – łask krynice” (1929), „Studia o Mistrzu Andrzeju i Matce Mokrynie”, (1935) i in. Wraz z Józefem Mackiewiczem i Jerzym Wyszomirskim napisał także powieść kryminalną pod pseudonimem Felicji Romanowskiej, (1933). Był długoletnim członkiem Zarządu Związku Literatów w Wilnie. Barwne obrazy z przeszłości wileńskiej przewiózł na obczyznę, wywieziony do Rosji, później przebywający na Środkowym Wschodzie, gdzie zamieścił kilka artykułów w „Sitwie”, wydawnictwie 5 Wileń¬skiej Brygady Żubrów, oraz w „Wileńszczyźnie”, wydanej na środkowym Wschodzie, pod redakcją Eugeniusza Królikowskiego. Zmarł w Londynie w 1950 roku i został pochowany na Acton Cemetery.
Brat Stanisława, Józef Mackiewicz, stawiał przed wojną właściwie pierwsze kroki pisarskie i był znany głównie z artykułów i powieści – reportażu pt. „Bunt rojstów”, Wilno, 1938. Był poza tym współautorem wspomnianej wyżej powieści kryminalnej. Jego aktywność dziennikarska w latach 1939/40 w Wil¬nie, nawiązująca do historycznej koncepcji Wielkiego Księstwa Litewskiego, budziła ostrą reakcję, zrozumiałą w czasach klęski i niewoli. Zarówno swoją linią ideologiczną, jak i o wiele bogatszą twórczość przeniósł na emigrację („Droga do nikąd”, 1955, „Karierowicz”, 1956, „Kontra” 1957, „Lewa wolna”; 1965, jak również dokumentarna książka o Katyniu). Są to już sprawy o wiele późniejsze. W omawianym okresie rozwijał swój talent raczej w cieniu i przy pomocy publikacyjnej swego głośnego brata.
W kręgu tego środowiska pozostawała Zofia z Czaplickich Bohdanowiczowa, ur. w 1898 r. w Warszawie. Pierwsze jej utwory były drukowane w „Wieku Nowym” we Lwowie. Poprzez studia na Wydziale Humanistycznym USB (1919-1920) i małżeństwo zrosła się z Wilnem, czego dowodem była jej powieść „Droga do Daugiel”, nagrodzona w 1938 roku na konkursie jubileuszowym Drukarni i Księgarni św. Wojciecha w Wilnie. Drugim jej utworem była opowieść wileńska, pt. „Wschodni Wiatr” (1938). Po wybuchu wojny przebywała w Rumunii i Algierze, od 1943 roku w Anglii. Na emigracji napisała „Szopkę penrhoską (1950), „Historię o Maciusiu i lokomotywie” (1952), „Podróż Maciusia” (1952), opowiadania dla dzieci, oraz wiersze wybrane pt. „Ziemia miłości” (Londyn, 1954). Zmarła w 1965 roku w Toronto.
Pisywał tu jeszcze (w „Kurierze Wileńskim” i w „Słowie” ) znany przed wojną, były redaktar „Kuriera Litewskiego” (1905), liryk, eseista, autor kilku prac krajoznawczo – historycznych (m.in. „Powiat Oszmiański”), Czesław Jankowski, zmarły w 1929 roku. Z tegoż pokolenia Helena Romer-Ochenkowska pisywała recenzje literackie nie pozbawione wigoru, oraz nowele wykorzystujące gwarę wileńską pt. „Nasi ludzie”, publikowane w „Kurierze Wileńskim”. Pisywał tam również bajkopisarz, Benedykt Hertz, a „Pogaduszki oszmiańskie” Wołłejki były nie lada ozdobą tego pisma. W „Dzienniku Wileńskim” zamieszczała recenzje (głównie teatralne) Wanda Stanisławska (pod pseudonimem A. Pilawa). W tymże piśmie uprawiała krytykę literacką Ludwika Życka. Zarówno w „Kurierze Wileńskim” jak i w „Słowie” pisywał recenzje Wiktor Piotrowicz. No i trwała wciąż tu pamięć o „Dewajtisie” Marii Rodziewiczówny, urodzonej w 1863, zmarłej w 1944. A oderwanej fizycznie od Wilna, a z nim duchowo zrośniętej, Kazimierze Iłłakowiczównie w 1930 roku miasto ufundowało nagrodę literacką.
Ale już zbliżał się rok najostrzejszego fermentu – jeśli nie przełomu – rok ukazania się „Żagarów” i „Smugi”.

Intermezzo wileńskie
Redaktor święciańskiego „Hejnału”, Władysław Arcimowicz, (ur. 1900 r.) studiujący polonistykę na Uniwersytecie Wileńskim, zakłada w 1928 roku Sekcję Twórczości Oryginalnej przy Kole Polonistów Studentów USB, tak zwane później STO. W tymże roku pod auspicjami STO ukazują się wiersze Władysława Arcimowicza, Kazimierza Hałaburdy i Teodora Bujnickiego. W roku 1929 STO wydaje następny zbiór wierszy. Są to poezje Teodora Bujnickiego, Kazimierza Hałaburdy, Anny Kompiel¬skiej i W. Korabiewicza. Były to pierwsze kroki, prowadzące ku daleko idącym przemianom w literackim świecie wileńskim, choć jest to jeszcze twórczość jak najbardziej układna i wyraźnie tradycyjna. Promotor młodego ruchu, Arcimowicz, zajmował się Adamem Marcinkowskim (jako krytykiem literackim), „Assuntą” Norwida (1933, praca doktorska), konfliktem Norwida z krytyką (1935). Pisał także o „Wielkim Księstwie Litewskim” za czasów Stanisława Augusta (1938). Pisywał w „Dzienniku Wileńskim” (1928-31, 1933) i w „Słowie” (1924, 1930-1931), a także w „Środach Literackich” (1935). Był redaktorem naczelnym katolickiego pisma „Pax” (1934). Zajmował się krytyką litera¬cką. Nadawał się – mimo powiązań z młodszą grupą pisarzy początkujących – do wciągnięcia w środowisko pokolenia „Śród Literackich” i posiedzeń w celi Konrada. Był fenomenem przejściowym.
W tym czasie echa fermentów i przemian literackich ogólnopolskich kołatały już do bram Wilna, a przede wszystkim do Wszechnicy Batorowej, serca ówczesnego Wilna.

Fermenty i rewolucje literackie
W procesach zachodzących w ówczesnej literaturze polskiej należy odróżnić fermenty kontynuatorskie i przemiany prawdzi¬wie rewolucyjne, przy czym nie należy identyfikować tendencji rewolucyjnych strukturalnych z tendencjami rewolucyjnymi społecznymi, choć niekiedy szły one w parze oddziałując na siebie wzajemnie. Prawdziwie rewolucyjna poezja Władysława Bro¬niewskiego trzymała się jak najbardziej klasycznej struktury. Nie odchylił się od niej w gruncie rzeczy później Józaf Łobodowski. Wyłamał się częściowo Marian Czuchnowski, by później do niej wrócić. Najmniej radykalny Julian Przyboś poszedł najdalej w teorii i praktyce poetyckiej. Ale nie wyprzedzajmy wypadków.
Do niewątpliwie kontynuatorskich fermentów należała grupa „Zdroju”, (1917-1922) teoretycznie wyznająca ekspresjonizm jako przekroczenie progu symbolizmu(12), w rzeczywistości jak najbardziej legalna odnoga neoromantyzmu, praktycznie najzupełniej młodopolska. Interesuje nas głównie dlatego, że z niej właśnie wyszedł Witold Hulewicz, działający później na gruncie wileńskim. Rzeczywistym redaktorem „Zdroju” do lata 1918 roku był przecież Stanisław Przybyszewski, (były redaktor „Życia”), autor słynnego „Confiteor”(13). Obok dominujących młodych (bracia Hulewiczawie, Stanisław Kubicki, Adam Bederski) pisywali tu jeszcze Wacław Berent, Jan Kasprowicz, Edward Porębowicz, Jan Lorentowicz. Najdalej w przeobrażeniu strukturalnym sięgnął w tej grupie Adam Bederski.
Podobnież było z grupą „Skafandra”. Główni pisarze później¬szego „Skamandra” i „Wiadomości Literackich” (Julian Tuwim, Kazimierz Wierzyński, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz) publikowali początkowo swoje utwory w „Zdroju”.
Inna znów grupa, „Czartak”, (1922-1929) była w gruncie rzeczy zespołem regionalnym, związanym z Beskidem. Różnice wynikały z terenu: program ich był antyurbanistyczny, idealizował przyrodę, a na jej tle przeżycia mistyczno-religijne. W koncepcjach swych poeci tej grupy (Emil Zegadłowicz, Janina Brzosto¬wska i inni) byli tak samo ekspresjonistami, jak pisarze „Zdroju”, czy „Skamandra”; chcieli głosić „nową formę poetycką swojskiego wyrazu przez pieśń wszechludzką i kosmiczną”. W praktyce odskoczyli nieco od neoromantyków oryginalnością języka i metaforyki.
O swym „elektryzmie” wyraźnie mówiła grupa poetów „Reflektora” (1924-1925), którzy – jak Skamandryci – pisali: „nie reprezentujemy jakiegoś określonego stanowiska – jesteśmy świadomymi eklektykami”. W gruncie rzeczy stanowisko jakieś zajęli; za punkt wyjścia chcieli brać „psychikę współczesnego człowieka, żyjącego w mieście, pośród nowoczesnej techniki i w nowym układzie społeczno-politycznym”. Nie miało to jednak większego wpływu na strukturę ich utworów.
Program postępowo-rewolucyjny społecznie głosiły wyraźnie dwa ośrodki: warszawska „Kwadryga” (1926-1931) wołała o sztukę „dla mas” i „wierne odbicie rzeczywistości”, oraz grupa powieściopisarzy, „Przedmieścia”, głosząca „nowe metody obser¬wacji artystycznej”, ale „przez skupienie uwagi na elementach życia proletariackiego w Polsce”.
Wszystkie te grupy w gruncie rzeczy nie odrywały się od tradycyjnych metod pisarskich, kładły tylko nacisk na takie czy inne elementy tematyczne. Na środowisko wileńskie oddziaływały w pewnym stopniu ekspresjonistyczne spokrewnienia Witolda Hulewicza – niemniej też skamandrycki „witalizm”. Takie są jeszcze pierwsze tony poezji wydanej pod firmą STO.
Rewolucję tematyczną i strukturalną ogłosił dopiero futuryzm, który wespół z poetyckim i malarskim formizmem, dał początek długotrwałemu ruchowi poetyckiemu, przekształconemu później w Awangardę. Bój toczył się poza murami Wilna, jeśli nie liczyć futurystycznego epizodu Sterna z 1920 roku, rychło zapomnia¬nego. W 1922 roku wychodzi dopiero pierwszy numer „Alma Mater Vilnensis”, a od „Żagarów” dzieli jeszcze dobrych 9 lat. Tymczasem już od 1917 roku działa futuryzm krakowski (Bruno Jasieński, Tytus Czyżewski, Stanisław Młodożeniec), a od 1918 warszawski (Anatol Stern, Aleksander Wat), a także od 1917 roku krakowski formizm (Leon Chwistek, Tytus Czyżewski, Konrad Winkler, Stanisław Ignacy Witkiewicz). Intensywność ich działania osłabnie dopiero gdzieś około 1924 roku, gdy odbierze im przywództwo Awangarda. W międzyczasie jednak nastąpi atak nie tylko na metafizykę, symbolizm, ekspresjonizm, cały neoromantyzm, ale także na logikę i gramatykę, w imię „dowolności form gramatycznych, ortografii i przestankowania”(14). Zaczynała się trząść w posadach budowa tradycyjnego wiersza i języka. Formizm głosił prymat formy, niezależność artysty od rzeczywistości zewnętrznej (zerwanie z naturalizmem) i deformację. Jeżeli tego rodzaju burzycielskie hasła docierały do murów USB, to musiały szybko zawracać, wyświęcone słowem pro¬fesora Pigonia, głoszącego pięknie piękno poezji wieszczów.
Rosła tymczasem „Awangarda” krakowska zgrupowana wokół „Zwrotnicy” (1922-1927) i „Linii” (1931-1933). Zgrupowani tu poeci (Tadeusz Peiper, Julian Przyboś, Adam Ważyk, Jan Brzękowski, Jalu Kurek) wystąpili przeciw sztuce Młodej Polski i grupie poetów „Skafandra”. Głosili „pseudonimowanie uczuć”, nową metaforę, łączącą elementy bardzo odległe, nowy język poetycki, odrywany od semantycznego podłoża, racjonalistyczną konstrukcję sztuki. Związany z tym był urbanizm („miasto, masa, maszyna”) i w niektórych wypadkach radykalizm społecz¬ny, jako materiał tematyczny.

Przemiany w środowisku wileńskim
W czasie, kiedy „Zwrotnica” kończy swój okres burzy i naporu – czyli swój żywot – a właściwie jeszcze w rok potem ukazują się w Wilnie poezje „Pod Arkadami”, jako wydawnictwoo STO (1928) wspomnianych wyżej autorów(15). Filozoficzna zaduma wierszy Arcimowicza, trochę piszącego „pod Norwida”, witalizm Kazimierza Hałaburdy (był więziony jaka działacz narodowy i zmarł w Rosji), pełne łagodnej śpiewności, rytmicznego i rymowego porządku i o zupełnie przykładnym języku wiersze Teodora Bujnickiego, nie zapowiadały żadnej rewolucji – tak samo jak i tom wydany w rok później (1929). W roku 1931 ukazuje się krakowska „Linia”, jako kontynuacja „Zwrotnicy” – i w tym samym roku pojawiają się „Żagary” pod mecenatem Stanisława Mackiewicza, przy „Słowie”. Niosły one swój literacki program, in statu nascendi (Józef Maśliński, Jerzy Zagórski, Stefan Jędrychowski), ale program był programem, a twórczość szła ciągle starym torem, z którego wyłamywał się nieco Zagórski, a w którym prym wiódł Teodor Bujnicki, zawsze nieco trubadur spod „Arkad”. Rozgłosu nabrały „Żagary” nie dzięki programowi poetyckiemu, ani dzięki poetyckiej innowacji; wyniósł je skandal. Pod skrzydłami najbardziej konserwatywnego pisma wylęgła się komunistyczna kukułka; tak przynajmniej rozumiał przerażony pobożny ogół. Niemal o to oskarżył je w swym artykule później sam mecenas.
Był to czas niespokojny nawet w Wilnie. W akademickim Bratniaku toczy się walka o władzę, z jednej strony dobrze już tam obwarowana endecja – z drugiej żywioły postępowe i radykalne. Przywódcą młodzieży postępowej staje się Henryk Dembiński, oscylujący między katolickim „Odrodzeniem” (od¬bywały się tam „agapy”), Kołami Naukowymi, Legionem Młodych i lewicą akademicką, zgrupowaną w Związku Polskiej Młodzieży Demokratycznej, Związku Polskiej Młodzieży Socjalistycznej i zakonspirowanymi działaczami komunistycznymi(16).
Obok zapalonego trybuna, doskonałego oratora, Henryka Dembińskiego, działał posługując się młotkową, logiczną i zimną argumentacją, Stefan Jędrychowski. Obaj nie literaci, obaj obdarze¬ni oratorskim talentem, podporządkowali sobie jedną z grup literackich, wywodzącą się z STO (Teodor Bujnicki, Jerzy Zagórski, Czesław Miłosz – później Józef Maśliński, Jerzy Putrament), z czego właśnie powstały „Żagary”. Zagadnienia polityczno-społeczne z miejsca wybiły się na czoło (artykuł: „Defilada umarłych bogów” i inne). Ale są już powiązania i z „Linią”; zamieszczają tam swoje utwory i artykuły Teodor Bujnicki, Józef Maśliński, Czesław Miłosz, Jerzy Zagórski, Powoli zaczyna oddziaływać swym teoretycznym ładunkiem stara (już) „Zwrotnica”. „Zaczynaliśmy wtedy (1931) – pisze Miłosz – ulegać wpływom grupy krakowskiej, najmniej Bujnicki, najwięcej nowy nabytek pisma, Józef Maśliński, z Lidy. W Krakowie interesował nas nie tyle Peiper, co Brzękowski, Czuchnowski, Przyboś”.(17) Był to już niemały skok w nowość. Jednakże ¬jak dalej wyznaje Miłosz – „nasza mafia w Sekcji (STO) tj. zwolenników nowej poezji ceniła tylko Bujnickiego, względy mając dla poetki Haneczki Kompielskiej (później żona Robespierra), a przy innych nazwiskach wydymając pogardliwie wargi”. Kto zaś był mistrzem Bujnickiego? Miłosz wskazuje na… Wierzyńskiego, Słonimskiego, Tuwima: poetów „Skamandra”.
To pogardliwe wydymanie warg niektórych członków STO, jednokierunkowość literacka, podejrzana pobożność (ks. Walerian Meysztowicz okrzyknął Dembińskiego „kapelanem Komsomołu”), odrodzeniowa, żeniona z marksizmem, spowodowała secesję innej grupy z Sekcji Twórczości Oryginalnej, grupy mniej głośnej, która obwarowawszy się zasadą, że zajmować się będzie wyłącznie sztuką, odizolowała się na pewien czas w „Klubie Błękitnych” od walk studenckich, zajmując się pośpiesznie francuskim nadrealizmem, którego rzecznikiem był poeta i romanista Mikołaj Pansiewicz (w czasie studiów popełnił samobójstwo). Organem prasowym Klubu stała się „Smuga”, wydawana początkowo przy „Kurierze Wileńskim”. Redaktorem był Anatol Mikułko, najbardziej awangardowe wiersze pisywał prawnik, Wacław Dawidowicz (losy jego późniejsze nie są znane), oryginalne próby prezentował Mieczysław Kotlicki. Zespół liczył kilku „anasewiczów” (Panasewicz, Apanasewicz, Pansiewicz), miał jednego Kochanowskiego (i to Jana), jednego poetę białoruskiego (Bolesław Klepacki). Jeden z „anasewiczów` ` zamęczał zespól oktawami pisanymi pod Słowackiego, Kochanowski nosił w zanadrzu zbiór sonetów o Wilnie (jaka szkoda, jeśli zaginęły; były robione dobrze, pod Mickiewicza). W tym barwnym i rozwichrzonym zespole nie brakowało i kibiców, takich jak prawnik, biegły w prawie rzymskim, Antoni Snarski, czy doskonały recytator, polonista, późniejszy prezes Koła Polonistów Studentów USB, Aleksander Kuczyński. Dalsze losy Klubu i „Smugi” przesądziło wejście w zespół Władysława Głuchowskiego (rozstrzelany przez Gestapo), który świeżo ukończył historię na uniwersytecie poznańskim i dostał wykłady w którymś z gimnazjów wileńskich. Doskonały mówca, niezłe pióro, acz nie literackie, długoletni działacz Związku Młodzieży Demokratycznej (ZPMD) w Poznaniu, wykorzystał dominowanie nastrojów poli¬tyczno-społecznych w zespole. W niedługim czasie Klub niemal w całości wszedł w skład wileńskiego ZPMD, a „Smuga” stała się prawie organem Związku, jako już pismo społeczno-literackie. Stosunkowo nieliczny Klub Błękitnych przemienił się w silny zespół o lewicowym, syndykalistycznym nastawieniu polityczno-społecznym, zaprzyjaźniony ze Związkiem Polskiej Młodzieży Socjalistycznej, a głównie z Leszkiem Raabe, który studiował prawo. Prócz drukowanej „Smugi”, co miesiąc i częściej odbywały się wieczory społeczno-literackie pod nazwą „Żywa Smuga” w cukierni Rudnickiego. Dotychczasowy prezes Klubu Błękitnych i jego organizator(18) schodził w cień, by później zupełnie oderwać się od ruchu politycznego i poświęcić się wyłącznie literaturze. A nawet zamieszczał przez pewien czas utwory poetyckie „W niszy”, odcinku literackim „Słowa”, redagowanym przez Jerzego Wyszomirskiego. Obok Głuchowskiego wybijali się w nowym zespole Nimek Sergialis (zmarł), Stanisław Klukowski (zamordowany w Katyniu), Wojciech Pogorzelski (student medycyny), Piotr Piotrowski („pan Piotr Piotrowski przystojny prawnik, Pińsk, Piłsudskiego 55″). Prezesem Związku był przez dłuższy czas Mieczysław Kotlicki (po wojnie przebywa w Nowej Zelandii).
W większości publikacji tyczących się ruchu awangardowego w Wilnie majoryzowano grupę głośną z procesów, z uwagi na komunistyczne powiązania. W roku 1966 ukazał się pierwszy artykuł, precyzujący dokładniej nie tyle historię grup literackich, ile wspomnianych wyżej wydawnictw. Autor tego artykułu wyróżnia trzy „fazy rozwojowe” Żagarów: pierwsza od jesieni 1931 roku do maja 1932; jest to okres, w którym wydano 8 numerów przy „Słowie” (Teodor Bujnicki, Henryk Dembiński, Antoni Gołubiew, Stefan Jędrychowski. Czesław Miłosz, Jerzy Zagórski). Drugą fazą było wydawanie „Pionów” przy „Kurierze Wileńskim”, już w szerszym zespole, od maja 1932 r. do listopada 1933 r. „Faza ostatnia – pisze autor tego artykułu była fuzją dwu zespołów, dawnej grupy „Żagarów” – z drugim niejako garniturem tej grupy – który równolegle do „Pionów” wydawał miesięcznik „Smugę”. Po połączeniu obu pism i zespołów zachowano nazwę „Żagarów”, ale w numeracji pisma uwzględniono 8 numerów „Smugi` `, czyli ostatni jaki się ukazał numer „Żagarów ” nosił liczbę 24/25 (podwójny) (19). Informacja ta jest dość ścisła, z tym, że redakcję nowych „Żagarów” objął dotychczasowy redaktor „Smugi”, Anatol Mikułko. Afiliacja tego rodzaju była możliwa głownie ze względu na zbliżoną postawę społeczną. W programach literackich różnic zbyt wielkich nie było; ciążenie „Żagarów” ku krakowskiej „Linii” (Maśliński) zbiegło się ze stanowiskiem „Klubu Błękitnych”, że każde dzieło sztuki winno mieć odrębną i tylko sobie właściwą formę(20). Pad tym względem było to w obu wypadkach przeciwstawienie się poezji tradycyjnej.
Dorobek literacki tzw. (słusznie, czy niesłusznie) „Awangardy Wileńskiej” w sumie był dość znaczny. Teodor Bujnicki wydał „Po omacku” (1933) i „W połowie drogi” (1937), nie licząc utworów publikowanych w czasopismach. Podobnież dwa tomy wydał Czesław Miłosz: „Poemat o czasie zastygłym” (1933) i „Trzy zimy” (1936). Jerzy Zagórski opublikował trzy zbiory, „Ostrze mostu” (1933), „Przyjście wroga” (1934) i „Wyprawy” (1937), w czym najbardziej „awangardowe” było „Ostrze mo¬stu”. Jerzy Putrament, dynamiczny młodzieniec, robiący poli¬tyczną woltę z laską w pogromach żydowskich, z mieczykiem obwiepolskim na zielonej wstążeczce w klapie marynarki i z deklem korporanckim na głowie, aż po kontakty z partią komu¬nistyczną, też pisał wówczas poezje, wydane w dwóch tomach: „Wczoraj powrót” (1935) i „Droga leśna” (1938). Nie zapowiadał się wówczas jako powieściopisarz, znany dzisiaj, chociaż jego rozprawka o noweli była dość interesująca(21). Z artykułów w „Żagarach” nie było jeszcze widać powieściopisarskiego pióra Antoniego Gołubiewa. Anatol Mikułko wydał „Wiosła pogubione” (1939), Aleksander Rymkiewicz poemat pt. „Tropiciel” (1936). Piszący te słowa opublikował dwa zbiory wierszy: „Pęk¬nięty tor” (1937) i „Pięścią w twarz – Kwiatami pod nogi” (1939).
Problemy literackie młodego Wilna zostały właściwie zagłuszone głośną sprawą politycznego procesu. Zagadnienia polityczne dochodziły w tym czasie niewątpliwie nie tylko do głosu, ale i do punktu wrzenia. Rozruchy antysemickie zmieniały ciche miasto o starych jagiellońskich tradycjach, tak pięknie podnie¬sionych przez Uniwersytet, w twierdzę nacjonalistycznej regresji. Nic tedy dziwnego, że jako kontrakcja wystąpił społeczny radykalizm. Wybuch wojny był zarówno kresem tych wstrząsów, jak i kamieniem probierczym. Różni działacze i pisarze znaleźli się po różnych stronach barykady. Tragiczna i niesławna śmierć spotkała Teodora Bujnickiego. Zagadkowa decyzja Dembińskiego nie skorzystania z możliwości ucieczki do Rosji, jak to uczynili z własnym pożytkiem inni (Putrament, Jędrychowski) oddała go w ręce Gestapo. Niektórzy piastują wysokie godności w Polsce Ludowej. Niektórzy pozostali na emigracji.

Krytyczna Szkoła Wileńska
Niedostrzegalna w rozgwarze literacko-społecznym, choć podskórnie z nim związana, toczyła się w salach wykładowych i w seminarium polonistycznym, walka o nową metodę badań literackich. Po odejściu z USB prof. Pigonia, dotychczasowego „Króla Ducha” polonistyki wileńskiej, nie rozlegało się już dźwięczne, w miarę kwieciste i duchem romantycznym owiane słowo o literaturze, jeśli nie liczyć efektownych w akcentowaniu i pełnych gestykulacji wykładów docenta Stanisława Cywińskiego o Norwidzie. Profesor Konrad Górski w swych wykładach o literaturze staropolskiej i seminariach zachowywał umiar analitycznego filologa, a jego teoretyczne rozważania, zebrane później w pracy „Poezja jako wyraz” (Toruń, 1946) były inte¬resujące, ale nie światoburcze. Zupełnie inaczej wyglądało wystąpienie prof. Manfreda Kridla, który w 1932 roku objął katedrę historii literatury polskiej na Uniwersytecie Wileńskim. Budował on, podjęty po Kazimierzu Wóycickim, system badań literackich, który dzisiaj można by nazwać „strukturalizmem”, a który tradycjonaliści nazywali formalizmem, gdyż położenie nacisku na analizę elementów artystycznych i kompozycję literacką dzieła identyfikowano z zajmowaniem się tzw. „formą”. Tego właśnie podziału, na treść i formę, Kridl nie uznawał. Szereg jego prac, dociekania seminaryjne, publikacje uczniów i zwolenników nowej metody, pozwalają mówić o tym ruchu jako o „Wileńskiej Szkole Krytycznej”(22). Prof. Kridl zmarł po wojnie w Stanach Zjednoczonych, zmuszony u schyłku życia na zamówienie społeczne „wykonać” podręcznik literatury polskiej, wbrew swej metodzie(23). W owym jednak czasie wywołał nie tylko w Wilnie, lecz w całej Polsce, szeroką polemikę literacką, w rezultacie której psychologiczno-ideologiczna interpretacja dzieła literackiego została poważnie podkopana. Taka postawa badawcza była wyrównaniem linii frontowej, jaka przebiegała między estetyczną i ideologiczną interpretacją dzieła sztuki. Wilno w tym wypadku wyprzedziło inne ośrodki uniwersyteckie.

Uwagi końcowe
Wybuch wojny zastał Wilno w sytuacji miasta, nad którym przeszła burza niepokojów i walk ideologicznych ikulturalnych. Generacja „awangardy” opuściła Uniwersytet, albo wracała tam już w innym charakterze.
Niedawna przeszłość świadczyła o dynamizmie tego ośrodka, promieniującego nie tylko na Ziemię Wileńską, ale wywierającego wpływ na kształtowanie się nauki (zwłaszcza w literaturze) i literatury ogólnopolskiej, gdyż niezwykle bacznie przyglądano się temu, co się w środowisku wileńskim działo. Literatura niewątpliwie dała się wyprzedzić Awangardzie Krakowskiej, niemniej poczyniła znaczny krok naprzód. Późniejszy udział poetów i pisarzy, wywodzących się ze środowiska wileńskiego, w twórczości krajowej i emigracyjnej zaznaczył się bardzo wyraźnie.
Po 1939 roku przewalały się nad Wilnem wojska sowieckie, rządy i nierządy szaulisów litewskich, znów na przemian sowiecka i niemiecka okupacja, wreszcie wgniecenie całej Litwy wraz z Wilnem w Związek Republik Sowieckich położyło kres wszelkim fermentom i przemianom. Ale i w tych dziejach Wilno odegrało jeszcze niemałą rolę przez zorganizowaną akcję podziemną i walki AK o wyzwolenie miasta i Ziemi Wileńskiej. Znów ukazywały się tu pisma, teraz podziemne, a na ich łamach nawet poezja „awangardowa”, służąca teraz innej walce (24). Nim to się stało, jeszcze u schyłku poprzedniej „epoki”, debiutował tu Jan Huszcza z Dzisny, doczepiony niejako do „Żagarów”, tomem „Ballada o podróżnych” (Wilno, 1938). Stąd wyszedł debiutujący już w 1941 roku (w „Prawdzie Wileńskiej”) Tymoteusz Karpowicz, urodzony w powiecie wileńskim. Tutaj ukończył gimnazjum (1938) i stawiał pierwsze kroki w prasie wileńskiej („Przechadzki po Wilnie”) i w radio wileńskim po¬wieściopisarz Eugeniusz Paukszta. Tutaj zmarł w czasie okupacji (1 maja 1940 r.) poeta Światopełk – Karpiński, a jego ostatni wiersz był zamieszczony w kończącym swój żywot „Kurierze Wileńskim”. Do końca wojny przebywał w Wilnie Leon Lech Beynar (Paweł Jasienica), który ukończył w 1932 r. historię na USB i był nauczycielem historii w Grodnie, a od 1937 r. speakerem radiowym w Wilnie, gdzie potem jako członek ZWZ i AK redagował tajne pismo „Pobudkę”. Historia niewątpliwie do tych spraw będzie jeszcze nieraz nawracać. A i w historii literatury polskiej pozostanie na zawsze pamięć tych czasów i twórczości obu generacji literackich, spod znaku „Śród Literackich” i „Żagarów”.

Przypisy:
1) Wznowione w marcu 1940 r. w Paryżu jako „Wiadomości Polskie”, przeniesione do Anglii, zlikwidowane w 1944, od 1946 wychodzą jako „Wiadomości”, ciągle pod redakcją M. Grydzewskiego, który zmarł w 1970 r. Od 1989 redaguje Michał Chmielawiec.
2) Por. St. Wyspiański w „Akropolis”, „Skamander połyska, wiślaną świetląc się falą”.
3) Jan Lechoń: „A wiosną niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę”. „Herostnates”, ze zbioru „Karmazynowy poemat”, Warszawa 1920 r.
4) M. A. Mazanawski. „Obraz literatury polskiej”, uzupełniony przez Stefana Papee, Warszawa, 1947. Str. 687..
5) W powieści „Jedwabny węzeł”. Por. „Juliusz Kaden-Bandrowski, ostatnie lata życia i twórczości na podstawie listów i relacji”, „Wiadomościi” Londyn, 1965, nr 37/38. – Autor tego szkicu.
8) Charakterystyczne ukazywanie tych samych wydarzeń w dwóch różnych układach: racjonalistycznym i irracjonalnym. Tak jest w ,,Krzy¬żowcach”.
7) Mieczysław Limanowski, „Najstarsze Wilno”, w pracy zbiorowej „Wilno i Ziemia Wileńska”, t. I. 1930 r.
8) W „Klubie Błękitnych” był w 1930 roku referat Mikołaja Pansiewicza o surrealizmie francuskim i dadaizmie.
9) Kontakty były nawiązane dopiero w 1931 roku z „Linią”.
10) „Słownik Współczesnych Pisarzy Polskich”, Instytut Badań Literackich, Warszawa, 1983.
11) Stanisława Wyspiańskiego rapsod „Kazimierz Wielki” związany z odnalezieniem szczątków króla i ponownym pogrzebem.
12) Mówi o tym Jerzy Hulewicz w „Brzasku Epoki”, tom I, Poznań, 1920 r. str. 5.
13) „Zycie”, 1899 r.
14) Por. „Przemiany we współczesnej poezji polskiej”, Zeszyty naukowe Wydz. Humanis. Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie. 1968.
Autor tego szkicu.
15) STO – „Sekcja Twórczości Oryginalnej Koła Polonistów Studentów Uniwersy6etu Stefana Batorego w Wilnie”.
16) Mówi o tym m.in. Jerzy Putrament w „Pół wieku”, Warszawa, 1962.
17) „Kultura”, nr. 9. (83). „Robespierrem” nazywano Jędrychowskiego.
18) Autor tego szkicu.
19) „Znak”, nr. 1,39/140, 1966.
20) Na tym założeniu była oparta racja bytu „Kiubu Błękitnych”.Było to załażenie niemal statutowe. Dopiero w 1934 roku powie tak
sam Przyboś [w recenzji, „O poezji integralnej": „Wyznaję determinizm formy. Wierzę, że każde przeżycie, każdy temat domaga się koniecznie jednej niepowtarzalnej i dla siebie tylko właściwej budowy"]. Było to jedna z najistotniejszych powiązań z „Awangardą” krakowską.
21) „Struktura nowel Prusa” Wilno, 1938, w wydaw. „Z zagadnień poetyki”, nr. 2.
22) Ważniejsze: „Krytyka i krytycy”, Warszawa, 1923; „Przełom w metodyce badań literackich”, „Przegląd Współczesny”, 1933, t. 45, str.
145-162; „Podstawy nauki o literaturze”, 1935 w wyd. zb. „Zjazd Nauk. im. I. Kraszewskiego we Lwowie…”, Księga referatów, z. 2.; „Wstęp do badań nad dziełem literackim”, Wilno, 1936, w wyd. zb. „Z zagadnień poetyki”, nr. 1.
23) „Literatura polska na Ue rozwoju kultury”, Nowy York, 1945, W liście do autora tego szkicu pisał: „…byłem zmuszony pisać bez materiałów i wbrew własnej metodzie…”
24) W czasopiśmie podziemnym, „Polska w Walce” publikował swoje utwory autor tego szkicu. M.in. wiersz „Szuje”.

Dr Józef Bujnowski, profesor literatury polskiej na Polskim I Uniwersytecie w Londynie (PUNO). Obecnie jako „visiting professor” wykłada na Wydziale Slawistyki Uniwersytetu w Amsterdamie. Urodzony w 1910 roku na Wileńszczyźnie, gimnazjum w Dziśnie, studia uniwersyteckie w Wilnie. Jako uczeń prof. Manfreda Kridla jest jedynym przedstawicielem tzw. „Wileńskiej Szkoły Krytycznej”. Autor prac o kompozycji dzieł dramatycznych Wyspiańskiego, „Wyspiański spętany” w wyd. zbiorowym „Wyspiański żywy”, Londyn, 1957; O krytyce literackiej i artystycznej na obczyźnie w „Literatura Polska na obczyźnie” tom I, 1964. Z badań o najnowszej poezji polskiej – fragment w „Die Welt der Slaven”, większa całość – jako Zeszyt Naukowy PUNO. Autor kilkunastu zbiorów poezji.

Na podstawie: Pamiętnik Wileński. Polska Fundacja Kulturalna. Londyn, 1972.

http://www.pogon.lt/biblioteka-wilenska/311-jozef-bujnowski-obraz-miedzywojennej-literatury-wilenskiej.html

Opublikowany w Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna | Zostaw Komentarz »

“Prawdy nie można zabić” – serce Polski znów biło na Krakowskim.

Posted by tadeo w dniu 11 Kwiecień 2014

0e20ad2360d4d1876c6f6fec727503fa[1]

Byłem wczoraj na Mszy Świętej w intencji ofiar katastrofy w Bazylice Archikatedralnej pw. Męczeństwa św. Jana Chrzciciela w Warszawie. Póżniej po mszy spod Archikatedry na Starym Mieście ruszył marsz w kierunku Pałacu Prezydenckiego. Każdy kto był to potwierdzi – morze ludzi. Otwieram dzisiaj główne media w internecie - w onecie zupełna, całkowita cisza. Jeszcze rok temu coś tam wspomnieli przekłamując liczbę uczestników manifestacji o conajmniej 10 razy. Jest trochę informacji na WP.  

Przez te cztery lata nic się nie zmieniło w kwestii wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej. Można powiedzieć nawet, że stopień zakłamania jest jeszcze większy, niż wcześniej.

– Wydaje mi się, że oni się bardzo boją poznania tej prawdy. Albo ją znają i też się boją – mówiła w wywiadzie śp. Jadwiga Kaczyńska. – Zginęli ludzie, którzy byli na czele państwa, i państwo się o nich nie upomina. To znaczy, że tego państwa właściwie nie ma, to znaczy nie ma rządu.

TO JEDYNA KATASTROFA NA ŚWIECIE W CAŁYCH DZIEJACH LOTNICTWA, KTÓRĄ POWOŁANA KOMISJA RZĄDOWA BADA NA ODLEGŁOŚĆ, BEZ SKRZYNEK, BEZ WRAKU, BEZ ZBIERANIA WSZYSTKICH SZCZĄTKÓW. WYNIKA Z TEGO ŻE KAŻDA KATASTROFA W LOTNICTWIE CYWILNYM JEST WAŻNIEJSZA NIŻ KATASTROFA RZĄDOWEGO SAMOLOTU Z GŁOWĄ PAŃSTWA I CAŁYM SZTABEM GENERALNYM I DOWÓDCAMI WSZYSTKICH WOJSK TEGO KRAJU !

Jak by nie patrzyć zginął prezydent Polski z małżonką i elita polskiej władzy …. To musi zostać w pamięci narodowej i ja przekaże to moim dzieciom a one swoim … A że to był zamach to oczywiste dla każdego trochę myślącego; nawet dziecka w przedszkolu! Śledztwo w sprawie przyczyn śmierci Prezydenta Rzeczpospolitej stało się absurdem, kpiną i żałosną farsą. Komisja Millera pracowała “na oko”, nic nie rekonstruowała, nie modelowała, tylko przyjęła, że skoro samolot rozbity, a brzoza złamana, to pewnie o nią się rozbił. To zupełnie otwarcie powiedział w “Gazecie Wyborczej” członek tej komisji, profesor Żylicz. “To nie Macierewicz jest szalony, szaleni są ci inni, którzy fanatycznie, idąc w zaparte nie są w stanie uznać rzeczy ewidentnych”.

Zabili ich i chcą aby jak najszybciej o tym wszyscy zapomnieli. “Liczono, że Polska zapomni. Pamięci – mimo usilnych starań nawet w rocznicę - nie udało się zgasić. Pamięć ludzka jest potężniejsza !!!

Jakie to przykre że Smoleńsk dzieli Polaków i prowadzi do takiej nienawiści… a w tym wszystkim zapomina się że 96 rodzin straciło kogoś bliskiego.

NIE LĘKAJCIE SIĘ. PRAWDA ZAWSZE ZWYCIĘŻA!!!

Opublikowany w Katastrofa smoleńska | Zostaw Komentarz »

Koń by się uśmiał

Posted by tadeo w dniu 10 Kwiecień 2014

Przychodzi dwóch facetów obok Sejmu i słyszą jak wszyscy krzyczą:

- Sto lat! Sto lat!

Jeden do drugiego:

- Ktoś tam ma chyba urodziny.

- Nie. Wiek emerytalny ustalają.

 

Wybory w latach 50-tych. Na ścianie wisi portret Stalina. Przyciąga uwagę starszej, niedowidzącej babci:

- O! Piłsudski.

- Nie Piłsudski, towarzyszko, tylko Josif Wisarionowicz Stalin.

- A co on takiego zrobił ten Stalin?

- On wygnał Niemców z Polski.

- Dałby Bóg, pogoniłby i Ruskich.

 

- Jakie są polskie drogi do kapitalizmu?- pyta dziennikarz na konferencji prasowej wicepremiera.

- Drogi węgiel, drogi  gaz, drogi prąd…

 

Rząd ma nowy pomysł na zdecydowana walkę z bezrobociem.

Nowe tanie połączenia lotnicze z Anglią.

 

Jaka jest różnica między policjantem a księdzem?

Ksiądz mówi: Pan z wami.

Policjant: pan z nami.

 

Dziadek parkuje starego rozgruchotanego maluszka pod Sejmem.

Nagle wyskakuje ochroniarz:

- Panie, uciekaj pan stąd! To jest

Sejm, tu się kręcą posłowie i senatorowie!

Dziadek na to:

- Ja się nie boję, mam alarm!

 

 

 

Opublikowany w Kabarety i rozrywka | Zostaw Komentarz »

O rządzeniu

Posted by tadeo w dniu 10 Kwiecień 2014

O rządzeniu

Tam jest zawsze nędza, zbrodnia i tragedia
gdzie rządzący kłamią a bronią ich media.

 

O niewidzialnych władcach


Potęga świata na tym się zasadza, że władza to pieniądz, a pieniądz to władza.
Są tacy co prawo to dawno odkryli i niejeden już naród bez boju podbili.

 

Polacy!


Gdyby nawet was wszystko dzieliło i choroba zawiści rozbiła,

to ta Matka – znad Wisły – was złączy która wszystkich Polaków zrodziła.
Nie musicie uwielbiać Rodaka, lecz gdy pragnie los Polski odmienić,
to należy go wspierać jak brata i tak bardzo jak klejnot go cenić.
A gdy sobie już ręce podacie z przebaczeniem i w duchu jedności,

to o jednym musicie pamiętać, że dla zdrajców nie ma litości.

Zdzisław Tołczyk

Opublikowany w Uncategorized | Zostaw Komentarz »

Dawny Żytomierz

Posted by tadeo w dniu 10 Kwiecień 2014

Historia i Wspomnienia

Wnet po zgonie cesarzowej Katarzyny, syn jej, cesarz Paweł I, regulując stosunki w kraju świeżo wcielonym do Rosyi, polecił, aby ustalono w jednem z miast stolicę dla wytworzonego nowego zarządu prowincyi, do składu której wchodził Wołyń i część województwa kijowskiego z Żytomierzem i Owruczem. Prowincya odtąd miała się nazywać gubernią wołyńską. Trzy miasta wskazywano jako najbardziej nadające się na stolicę zamierzonej gubernii: Zasław, Zwiahel i Żytomierz. Każda kandydatura na miasto gubernialne miała swych zwolenników, obrońców i popierana była w stolicy.

Za dni cesarzowej Katarzyny II (w latach 1795 i 1796) kandydatury Żytomierza nie brano w rachubę, dwa tylko inne miasta były przedmiotem rozważań — nawet ochrzczono je na swój sposób, dodając Zasławowi głoskę „I” na początku, a Zwiahel zdobył nazwę Nowogrodu Wołyńskiego, lubo na skraiskach wschodnich Wołynia leżał. Dopiero podczas rządów Pawła I zaczęto mówić o Żytomierzu, iż byłby najwłaściwszym na stolicę gubernii nowej. Pierwsza myśl powstała w umyśle szambelana, późniejszego senatora, Józefa Augusta łlińskiego, który w swoim czasie miał możność zrobić przysługę temu monarsze, gdy ten był jeszcze następcą tronu, i pozyskał jego zaufanie i szczególne względy.

Legenda mówi, iż urzędnik wyższy, wysłany z Petersburga dla orzeczenia na miejscu, które z trzech miast tu wymienionych najbardziej nadaje się na stolicę nowej prowincyi, odbywał tę podróż w jesieni; brnął ze znużeniem wielkiem przez Polesie litewskie i ukrainne, przez Rohaczów, Żłobin, Mozyrz, Owrucz; wydawało mu się, iż zapada w coraz to większe bagna, obawiał się, że za Żytomierzem będzie droga jeszcze gorsza, błota bardziej grzązkie, kraj dzikszy. Nie pojechał więc dalej, lecz wysłał sprawodzanie z Żytomierza nad Newę, że zwiedził trzy miasta i przekonał się, że wszystkim warunkom najlepiej odpowiada Żytomierz. To rozstrzygnęło losy miasta, wówczas małego, o znaczeniu żadnem, acz już przeszło od stu lat odgrywającego rolę wojewódzkiego.

Poza ową legendą o urzędniku obawiającym się utonięcia w trzęsawiskach wołyńskich jest zapewne rzeczywistość inna: wpływy Józefa Augusta Ilińskiego, cieszącego się względami cesarza Pawła, mianowanego podówczas radcą tajnym, senatorem, obdarzonego dziedzictwem starostwa ułanowskiego na Podolu, zaważyć tu musiały stanowczo.

Dla senatora Józefa Augusta Ilińskiego wspomnienie Żytomierza łączyło się ze wspomnieniami osobistemi lat dziecięcych, gdyż jego ojciec, Jan Kajetan Iliński był tam starostą grodowym i fundatorem Bernardynów, a on w tem miasteczku wojewódzkiem, ale o postaci wówczas ubogiej i wiejskiej, za dni pacholęcych często przebywał. Senator Józef August Iliński korzystał ze swych wpływów ówczesnych, zaopiekował się więc przyszłością Żytomierza, zrobił go stolicą prowincyi.

W chwili gdy Żytomierz kreowano na miasto gubernialne, w 1797 r. był on miasteczkiem o przestrzeni małej, ludności nielicznej, z przedmieściami stosunkowo obszernemi, tonącemi wśród ogrodów, łąk i pustkowi, mało uprawnych, porosłych po części krzakami.

Dawny Żytomierz wcale nie dotykał rzeki Teterewa, był od niej prawie o ćwierć mili odległy; zabudował się obok zamku wznoszącego się na stromem urwisku, na lewem wybrzeżu rzeczki małej, o dnie płytkiem, kamienistem, nazwiskiem Kamionka. Zameczek, który, zdaje się, liczył więcej na swą miejscowość obronną, od strony Kamionki, niż na umocowania sztuczne, był zawsze otoczony jedynie ziemnem obwarowaniem i palisadami, tudzież fosą głęboką od strony przeciwległej, a nie posiadał żadnych murów i baszt obronnych, z kamienia lub cegły wzniesionych.

Kiedy go pierwotnie wznoszono i kto wznosił? Śladów kronikarskich brak. Legendy przesuwające założenie zameczku i zarazem całej osady w głąb średniowiecza, nie posiadają uzasadnień. Wśród tych legend długo trwała tradycya o wojowniku, czy też mężu świątobliwym, o człowieku dobroczyńcy osady pierwotnej, o jakimś „Żytomierzu”, który miał być założycielem zameczka i skupionej przy nim osady. Legenda nie weszła do kronik, ale miała trwać długo w pamięci pokoleń.

Niektórzy, pragnąc widzieć w niej odblask faktu dziejowego, przytaczają na usprawiedliwienie twierdzeń swych, że do końca XVIII w. lub nawet do początku wieku XIX, wśród chat mieszczan tamecznych istniał obyczaj świętowania w dniu 19 listopada (starego stylu), kiedy w spisie imion słowiańskich przypada „Żytomira”. Zapytywani o powód obchodzenia uroczystości, nie umieli się wytłomaczyć, powoływali się tylko na starą tradycyę. Żadna wszakże tradycya, ani też notatka starych kronik, które mówią o różnych gródkach wołyńskich — dziś już nieznanych, zapomnianych, przechodzących z rąk do rąk książątek waregskich, jak Peremyl, Peresopnica, o Żytomierzu nie wspominają.

Dopiero pamiętna wyprawa Gedymina na Kijów, gdy ciągnął on przez Brześć, Wołyń i zajął po długich szturmach gródek żytomierski, po raz pierwszy na kartę dziejową wprowadza Żytomierz. Stryjkowski twierdzi, że zdobycie Żytomierza, „bronionego przez wiele szlachty kijowskiej”, miało miejsce na wiosnę roku 1320, inni o rok później podają ów fakt. Gedymin zmusił załogę zamku Żytomierskiego do poddania się i uprowadził jako jeńców na Litwę, warownię zaś osadził swymi bojownikami. Najdawniejsza to wiadomość historyczna o Żytomierzu.

Połączenie Litwy z Polską wpłynęło w sposób nader zbawienny na życie umysłowe i ekonomiczne ziem litewskich i wogóle całej spuścizny Gedyminowej. Już pierwsze akta zespoleń dwóch państw, tak bardzo różnych pod względem swych praw i kultury, wprowadzają promień wolności, który skutecznie walczy z ciemnotą i niewolą, istniejącemi niepodzielnie wśród ziem owej spuścizny wielkich książąt litewskich.

Osady małe, około zameczków grupujące się, zamieniają się na miasteczka i miasta zdobywające szybko prawa tak zwane magdeburskie. W połowie XV w. już widzimy Żytomierz w liczbie 14 miast litewskich rządzących się prawem magdeburskiem, t j. mających swój samorząd. Stoi więc pod względem prawnym w jednym szeregu z przedniejszemi miastami Wielkiego Księstwa Litewskiego, jak Kijów, Kowno, Grodno, Wilno, Witebsk.

Pozycya geograficzna i zewnętrzne stosunki nie sprzyjają jednak rozwojowi Żytomierza. Zagony tatarskie wielokrotnie niszczą jego okolice, dobiegają do obronnego zameczku, za którego palisadami szuka ludność ocalenia. Zameczek, z wałów ziemnych i częstokołów drewnianych złożony, z trudnością daje to ocalenie, niemniej chronią się poza jego umocowania i zamożniejsze warstwy ze swem mieniem, i lud wiejski z ubogim dobytkiem. Pierwsze lata XVI w. dotkliwie odczuło miasto: najazdy tatarskie, nie sięgając wszakże zamku, pustoszą kraj dokoła. W owym czasie bunt Glińskiego owładnąć pragnął zamkiem, szturmy przypuszczał kilkakrotnie, zdobyć jednak nie zdołał…

W dalszym przebiegu życia historycznego widzimy, iż ponad poziom sielski miasto niewiele urasta. Po unii lubelskiej, kiedy tworzono województwo kijowskie, jednem z jego trzech powiatowych miast został Żytomierz, odtąd starostwo grodowe, i takiem pozostał do następnego stulecia, przepełnionego klęskami ogólnemi Rzeczypospolitej. Po odpadnięciu Zadnieprza i czasowej stracie — jak brzmiała umowa — grodu wojewódzkiego, przeniesiono do szczupłego i niezamożnego Żytomierza sądy ziemskie i grodzkie z Kijowa (w roku 1667) i temsamem uczyniono zeń stolicę województwa kijowskiego.

Tymczasowość po traktacie grzymułtowskim (w roku 1686) zamieniła się na stan trwały, gdyż Rzeczpospolita zrzekła się Kijowa. Odtąd Żytomierz jest miejscem sejmików, które tylko z początku, chwilowo odbywały się we Włodzimierzu i miejscem „okazywania” całego rycerstwa województwa. Tak trwało do drugiego rozbioru, który w roku 1793 wciela całe województwo kijowskie, a więc i Żytomierz, ze wschodnią częścią Wołynia, do państwa rosyjskiego.

W chwili, gdy przechodził Żytomierz pod berło obce, zajmował — jak mówiliśmy — przestrzeń szczupłą i miał wygląd małomiasteczkowy. Granice właściwego miasta biegły z kierunkiem dróg, prowadzących do sąsiednich miasteczek, Cudnowa i Wilska, które to trakty stały się z czasem ulicami— Cudnowską i Wilską. Długość obu ulic nie była znaczną. Pierwsza kończyła się na spadzistości góry, druga mierzyła znacznie mniej, niż połowę dzisiejszej długości. Obie ulice tworzyły dwa ramiona trójkąta, wśród którego legło właściwe miasto, trzecia linia to bieg Kamionki, nad którą, ponad stromą spadzistością, zawisł zameczek, oddzielony od miasta głęboką fosą.

Zamek z kończynami miasta — jak widzimy nader małego — łączyła ulica Zamkowa, dziś nazywająca się Katedralną. Ulica Zamkowa u swego początku przy zamkowej fosie tworzyła „rynek”, a drugim wylotem opierała się o łąkę (dzisiejszy plac przed Bernardynami); na środku tej łąki tracono i grzebano różnych złoczyńców. Między ulicą Zamkową a Cudnowską był labirynt przecznic wąziutkich, nieregularnie zabudowanych; lecz ta gmatwanina uliczek w XVIII w. wcale nie była drugorzędną dzielnicą, posiadała bowiem kościół Jezuitów i mury ich kollegium, mieszczące w sobie szkoły.

Katolicyzm wszedł na wybrzeża Teterowa i Kamionki znacznie wcześniej, niż Żytomierz wystąpił na widownię dziejową. Kroniki czeskie mówią, że chrześcijaństwo z Zachodu już w X wieku oparło się o wybrzeża Styru i patrzało na założenie Łucka. Źródła polskie wielokrotnie podają, iż pierwsze szeregi Dominikanów polskich, ze św. Jackiem na czele, docierały do Kijowa już około roku 1225 i mieszkańcy tameczni budowali wówczas — na przedmieściu nazywającem się Padół — pierwszy kościół katolicki pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny, przy którym stanął klasztorek Dominikanów.

W tejże samej epoce, lub w latach najbliższych owej chwili, a więc około roku 1230, kilku Dominikanów wytworzyło pierwszą misyę chrześcijańską w Żytomierzu: założono kościół, stanął klasztorek. Czasy to tak dawne, iż nawet dziejopis zakonu kaznodziejskiego w XVII stuleciu, Okolski, nie umie już odpowiedzieć na pytanie, w którym roku miała miejsce erekcya Dominikanów w Żytomierzu. Trudno wymagać od archiwów, by coś przechowały, jako wskazówkę dla poszukiwaczy. W kraju otwartym dla najazdów nieustannych, gdzie miecz i pożoga nieprzyjacielska wciąż srożyły się, o zachowaniu śladów piśmiennych działalności religijnej nie może być mowy.

Kiedy zaczęli pracować — nie wiemy; to tylko jest pewne, że w XIII w. stanęli na owym straconym posterunku, że dawali życie swe w ofierze, stwierdzając niejednokrotnie krwią, u progów świątyni przelaną, swą wiarę i gorliwość apostolską. Roczniki zakonu kaznodziejskiego wymieniają czterech męczenników Dominikanów, zamordowanych przez Tatarów w klasztorku dominikańskim, żytomierskim: rzecz się działa jeszcze w epoce jagiellońskiej.

Klasztor z kościołem spalone, podczas jednej z późniejszych inkursyj nieprzyjacielskich, przestały być siedzibą zakonu kaznodziejskiego. Opustoszałe mury w XVII w. nie mogły być podniesione — czasy były zbyt ciężkie: czambuły Chmielnickiego w przymierzu z Tatarzynem, lub bez sprzymierzeńca, w morzu krwi topiły dorobek cywilizacyjny wielowiekowy. W wieku XVIII chwilowo byli tam Bazylianie, ale i ci, dla nieznanych nam powodów, ustępują.

Mury podupadłej i zrujnowanej świątyni — zdaje się najpierwszej, jaka tam stanęła — do połowy XIX w. ruiną były. Rząd postanowił zużytkować resztki murów, by z nich wytworzyć katedrę prawosławną; domurowano do starych ścian podłużnych nowy wyniosły front. Robota szła pomyślnie, spodziewano się rychłego ukończenia, gdy niespodzianie, w nocy z 12 na 13 czerwca 1853 r. (starego stylu) straszny huk obudził znaczną część miasta. Nazajutrz smutny widok ukazał się oczom żytomierzan, cała część murów nowych runęła, pozostały tylko stare, poszczerbione ściany, świadkowie dawnych lat i innego życia. Rumowiska nowe pozostawały długie lata nietknięte, nie usuwano ich i świątyni nie wznoszono.

Wojny Chmielnickiego zniszczyły najzupełniej na znacznej przestrzeni siejbę życia duchowego. Świątynie wszelkich wyznań, wraz z wsiami i miasteczkami, zamieniono na zgliszcza, z których z trudem wielkim i bardzo powoli kraj podnosił się. Po stracie Kijowa, dyecezya kijowska długo była bez katedry, bez stolicy biskupiej. Tułano się. Była myśl tron biskupi kijowski wznieść w Białej-Cerkwi. Zaniechano jednak wprędce zamiaru; miejscowość pod względem bezpieczeństwa nie dawała rękojmi trwałości. Osada była wprawdzie obronną, zbyt wszakże wysuniętą w głąb pól rozwartych i zbliżoną do kończyn chrześcijaństwa i wszelkiej kultury, a więc wysoce zagrożoną. Myśl wytworzenia w Białej-Cerkwi stolicy biskupiej powstała w umyśle Jędrzeja Chryzostoma Załuskiego około roku 1690, wprędce jednak została zaniechaną.

Szybko zmieniają się biskupi, pastorał kijowski z rąk do rąk przechodzi; brak bezpieczeństwa, brak kapłanów, brak funduszów, które poginęły, nie dają możności ustalić się. Chociaż w XVII w. na tronie biskupów kijowskich, a szczególniej po Traktacie Grzymułtowskim, szybko rządcy dyecezyi zmieniają się, niemniej niejeden zostawia po sobie ślady trwale. Posterunek był niebezpieczny, praca na nim ciężka, lecz nie zabrakło pracowników wielce zasłużonych.

W czasach najcięższych, gdy hordy tłumów zdziczałych, prowadzone przez Chmielnickiego, wytwarzały ową ruinę, która pochłonęła owoce wiekowej pracy cywilizacyjnej, widzimy w Żytomierzu pastorał biskupów kijowskich, w roku 1656, po Wespazyanie Lanckorońskim, w dłoni pracowitej i dobroczynnej Tomasza Ujejskiego, Sandomierzanina, męża cnót wielkich i religijnej gorliwości. O nim dyssydenci mówili: „niech wszyscy księża i biskupi Kościoła Rzymskiego będą Ujejscy, a nas wszystkich do jedności łatwo z sobą zachęcą”. Współczesne świadectwa o nim twierdzą, iż powszechnie nazywany był „ojcem ubogich”. I słusznie. W żywocie jego opisanym przez X. Brictiusa T. J. na początku XVIII w. czytamy o takim fakcie: „widząc bez obuwia żebraka, senatorskie obnażył nogi, a ubogie pokrył”.

Zapał apostolski biskupa Ujejskiego spowodował, iż zrzekł się w roku 1677 godności swej i przywdział suknię zakonu Jezuitów, mniemając, że skuteczniej pracować będzie w szeregach pełnych karności tego zgromadzenia. Ostatnie dwanaście lat życia spędził w Kollegiach jezuitów, umarł w roku 1689 w Wilnie, miany za świętego. Czynione były później starania o jego beatyfikacyę.

Ciało „błogosławionego” Tomasza Ujejskiego w roku 1821, przy całym szeregu uroczystości religijnych, przewieziono z Wilna do Żytomierza, gdzie, złożone w katedrze, przypomnieniem stało się naszej pracy cywilizacyjnej w tych krajach zabużańskich, nieustannie wystawionych na wrogie podmuchy, usuwające dorobek kultury chrześciańskiej, zachodnio-europejskiej…

Nie brakowało i przed Ujejskim i po nim ludzi wyższej miary wśród biskupów kijowskich. Jak w epoce przed „ruiną”, wyróżniał się, za dni Władysława IV, Andrzej Szołdrski, budzący tam wciąż stygnące życie religijne, tak później Samuel Ożga, dwaj Załuscy, wspomniany Andrzej Chryzostom i uczony Józef Andrzej, Kajetan Sołtyk, zostawiali po sobie pamiętne ślady pracy lub zbożnej myśli, której nieraz trudno było urzeczywistnić się.

Pierwsza ćwierć XVIII w. była epoką najsmutniejszą dla dyecezyi kijowskiej, jej stolica stanowczo już wysunęła się z rąk Rzeczypospolitej. Zatrważający stan kraju, pod wielu względami, odbija się i na polu życia religijnego. Obalone za dni „ruiny” świątynie i dawne fundacye długo podnieść się nie mogły. Był wciąż brak świątyń i kapłanów. Długo wahano się gdzie ustalić stolicę dyecezyi mocno zniszczonej.

Wreszcie Jan Samuel Ożga, od roku 1722 biskup kijowski, postanawia zarząd dyecezyi tam wytworzyć, gdzie była nowa stolica województwa uszczuplonego i zniszczonego. Znalazł przytułek przy kościele parafialnym w Żytomierzu, wówczas jeszcze drewnianym. W pierwszej połowie XVIII w. Ożga rozszerza mały, ubogi kościołek przy ul. Zamkowej w Żytomierzu, zamienia go na katedrę biskupią, murowaną. Nim przerabianie uskuteczniono, nim można było odemknąć podwoje tej nader skromnej katedry, Ożga odprawiał pod namiotami nabożeństwo. Mieszkania dla biskupa i kapituły stanęły znacznie później, za pasterstwa Kajetana Sołtyka, które trwało nader krótko. Od biskupa Ożgi (od 1724 r.) Żytomierz staje się stolicą dyecezyi kijowskiej.

Już w połowie epoki saskiej widzimy pewne, maluczkie wprawdzie, niemniej ukazujące się wciąż, odblaski uspokojenia stosunków wewnętrznych, po wstrząśnieniach XVII w., po wojnie Karola XII, po ciągłych przesuwaniach się po ziemiach Rzplitej wojsk Piotra I. I dla Żytomierza w owej epoce nastąpiły dni pewnego uspokojenia: stają instytucye, mające cele umoralniania i rozszerzania światła.

Kazimierz Stecki, pierwszy z tej rodziny, wzniósłszy się do krzesła senatorskiego, kasztelanii kijowskiej, upamiętnia się fundacyą misyi Jezuickiej; buduje dla niej gmach duży, murowany z kościołem, pod warunkiem, iż Jezuici będą utrzymywali szkołę trzyklasową. Rzucono w ten sposób, w roku 1724, pierwsze podwaliny szkoły średniej w Żytomierzu. Fundacya Steckiego, potwierdzona na sejmie roku 1768, rozszerzona została przez męża wielkiej nauki, Józefa Andrzeja Załuskiego, biskupa kijowskiego, który do owych trzech klas dodał czwartą.

Po rozwiązaniu zakonu i wytworzeniu Komisyi Edukacyjnej, zarząd i plany nauki przechodzą do rąk rzeczonej Komisyi, która z dotychczasowej szkoły duchownej wytwarza świecką, „wydziałową”, dla województw kijowskiego i bracławskiego, szybko rozwijającą się i zapełniającą się tłumnie uczniami. Liczba uczących się po dziesięcioletniem istnieniu tej szkoły „wydziałowej” — odpowiadającej dzisiejszym gimnazyom, a składającej się z 6 klas — w 1784 roku 600 uczniów wynosiła. Ilość to znacznie większa, niż była liczba uczących się po siedemdziesięciu latach w gimnazyum żytomierskiem, w połowie wieku XIX.

Szkoły Żytomierskie w epoce po przekształceniu ich, po roku 1831, wydały kilkunastu ludzi, którzy w życiu naszego społeczeństwa odznaczali się duchem obywatelskim. Takimi wśród innych byli: Apollo Korzeniowski, Zygmunt Sierakowski (stracony w roku 1863), Leonard Sowiński, Władysław Kozłowski, Wład. Kamieński, dr med. August Kwaśnicki, dr Jan Kwaśnicki, dr Wacław Lasocki, Adolf Kruczkowski, dr Adolf Trachtenberg. Ścisłość każe zastrzedz, że duch obywatelski, czy też wiedza szersza, lub rozwój uzdolnień owych uczni gimnazyum żytomierskiego rozwinęły się przeważnie nie pod wpływem rzeczonej szkoły; lecz gniazda rodzinne tych ludzi, tradycye narodowe, wówczas jeszcze — w połowie XIX w. — niemilknące, główną tu rolę odegrały, nie zaś szkoła, już wtedy obca.

Mury pojezuickie, gdzie stanęła „szkoła wydziałowa” i tam istniała dość długo, przeszły z czasem do XX. Misyonarzy. Jeszcze za dni rządów biskupa Sołtyka, w roku 1757, chciano mieć księży Misyonarzy w Żytomierzu dla kierowania seminaryum duchownem, które założył Sołtyk, wchodząc w układy z Misyonarzami w Płockiem; myśl tę oczywiście bardzo popierał Józef Andrzej Załuski, mąż również uczony, jak i gorliwy pasterz, ale jego wywiezienie do Kaługi, gdzie półszosta roku strawił, opóźniło ich przybycie do dyecezyi kijowskiej. Dopiero w roku 1783 przybywają Misyonarze do Żytomierza, obejmują mury pojezuickie i zarząd seminaryum, w niem uczą i niem kierują, aż do roku 1842. Byli oni tam pospolicie nieliczni; zaledwie 4 bywało: trzech uczyło, czwarty kapelanował w zgromadzeniu Szarytek, o których później powiemy.

Niektórzy z Misyonarzy żytomierskich zostawili po sobie pamięć chlubną pracy zbożnej, bądź życia bardzo świątobliwego. Takim przedewszystkiem widzimy Józefa Stańczyka (ur. 1787, śluby zakonne składał w roku 1807). Całe życie pełne pracy i umartwień przebył w Żytomierzu i tam umarł in odore sanctitatis, w roku 1838. Mąż ten nauki a życia wielce ascetycznego piastował godność profesora szkoły alumnów, to kapelana Szarytek, cieszył się niezmierną wziętością i czcią w mieście.

Z kaznodziejskiej wymowy słynął X. Reddyk. Ostatnim superiorem XX Misyonarzy w Żytomierzu widzimy X. Wincentego Brazewicza, wizytatora klasztorów, którego urząd skończył się wraz z supresyą zgromadzenia, w roku 1842. Ostatnim zaś członkiem zgromadzenia był X. Ignacy Boratyński, później długoletni katecheta gimnazyum żytomierskiego. Doczekał się on na swem stanowisku wielce smutnej chwili, kiedy mu kazano religię wykładać w języku obcym dla uczniów. Chwilę tę bolesną, która w pamięci młodzieży pozostała, odtworzyło w rzewnym a pięknym obrazku fejletonowym pióro wysoce cenionego pisarza, Adama Krechowieckiego, ówczesnego gimnazisty i uczestnika owych wrażeń ostatniej lekcyi religii w języku ojczystym, gdy profesor płakał i uczniowie płakali…

Założenie instytucyi religijno-filantropijnej, jaką był klasztor SS. Miłosierdzia, zwanych Szarytkami, zawdzięczał Żytomierz troskliwej myśli i ofiarności biskupa J. A. Załuskiego. Po powrocie z wygnania w Kałudze (w roku 1773) złożył on w depozycie u bankiera Teppera 30.000 złotych polskich na założenie klasztoru Sióstr Miłosierdzia, w dyecezyi kijowskiej. Śmierć niespodziana (w roku 1774) nie pozwoliła mu oglądać urzeczywistnienia swej myśli filantropijnej; niemniej jednak zabiegi rozpoczęte wydały owoce. W roku jego zgonu, sprowadzane przez niego Szarytki przybyły z Pułtuska i w jednym z małych drewnianych domów miasteczka zostały umieszczone.

Wkrótce dom ten spłonął. Kupiony inny przy katedrze był za szczupły na szpital i szkołę dla sierot. Już w XIX w., chcąc rozwinąć swą działalność opieki nad chorymi i dziećmi, wyniosły się one o półtora kilometra poza miasto. Nad brzegiem Teterowa, u krawędzi obszernego gaju, w miejscowości wyniosłej, suchej, zdrowej, oddzielonej od miasta przestrzenią pustego pola, które zaczęło nosić nazwę „Plac panieński”, wytworzyły z fundacyi biskupa J. A. Załuskiego nową siedzibę dla swych chorych i sierot.

Cesarz Aleksander I, za wstawieniem się gubernatora Bartłomieja Giżyckiego, powiększył ich uposażenie, nadał im Wilsk; mogły odtąd znacznie rozszerzyć swą działalność humanitarną. Zawsze w ich klasztorze było 14 sióstr, opiekujących się 50 chorymi, wychowujących i uczących sieroty — 160 dziewcząt i 60 chłopców. Prace te wszakże zostały sparaliżowane: w roku 1842 odebrano im uposażenie, jakie posiadały w ziemi. Pozbawione środków materyalnych mniej mogły robić dobrego, pracowały jednak na polu swego powołania aż do chwili, gdy po roku 1863 wypędzono je, a gmachom dano inne przeznaczenie.

Przetrwały więc Szarytki znacznie dłużej, niż Misyonarze. Gmachy tych ostatnich, spuścizna po Jezuitach, uległy profanacyi zupełnej. Kościół rozebrano, budynki klasztorne zamieniono na więzienie. Kościół Jezuitów w Żytomierzu był wyjątkowo pięknym gmachem, nie tylko w tem mieście, ale w całej wschodniej połaci dawnej Rzeczypospolitej. Koniec XIX w. tak wyzbył się u nas z wszelkich tradycyi, nawet niezbyt odległej epoki, iż mury „pojezuickie”, „pomisyonarskie” dziś nazywają „pofranciszkańskimi”, wcale nie wiedząc, iż Franciszkanie nigdy nie byli w Żytomierzu. Widok kościoła pojezuickiego na jakimciś rysunku, współczesnym istnieniu świątyni, spotykano niegdyś w zakrystyi katedry żytomierskiej, prawdopodobnie dotąd tam istnieje.

Więzienne mury, które w odległej epoce patrzyły na pierwsze szkoły żytomierskie, gdzie witano wizytatorów przybywających z ramienia Komisyi Edukacyjnej, już podczas doby znacznie późniejszej, w ciężkich czasach drugiej połowy XIX w., niejedno cenne wspomnienie zdobyły; przywarły one do tych starych głazów, cegły o nich mówią — może i w pamięci dzisiejszych pokoleń co pozostało. Z murów tych szedł na śmierć Piotr Choynowski; w obszernej izbie na piętrze, noszącej numer 15, mieszkali liczni ziemianie i nieziemianie bliższych okolic, jak sędziwy długoletni emigrant po roku 1831 Ezechiel Głębocki, jak Michał Gruszecki, jak lekarze Józef Łagowski i Wacław Lasocki, znani szeroko: pierwszy – zbieracz flory kaukaskiej i nadbajkalskiej, drugi — zasłużony działacz społeczny, założyciel Muzeum Ziemi Lubelskiej i innych pożytecznych instytucyj, oświecających i podnoszących ekonomicznie lud tameczny.

Wypadki polityczne z końca XVIII lub z XIX w. niewiele obijały się o węgły cichej mieściny, niemniej zostawiły swe ślady. Przede wszystkiem prace przygotowawcze walki Kościuszkowskiej zawadzały o okolice Żytomierskie, Owruckie, Berdyczowskie. Pierwotne plany tych robót tajemnych skupiały się w Mozyrskiem, w dłoni oboźnego wielkiego litewskiego Karola Prozora, lecz sędzia grodu żytomierskiego, Dubrawski, odegrywał w nich rolę niemałą, co pociągnęło za sobą udział i następstwa tego udziału dla wielu Żytomierzan.

W roku 1812 twarda dłoń generała Ertela zaciążyła nad miastem. Doszukiwał się on śladów sympatyi dla kampanii Napoleońskiej. Wówczas odbyło się parę krwawych egzekucyj z rozkazu tego generała i omal nie został stracony w Żytomierzu, podejrzywany o sympatye dla Francuzów, Wojciech Prószyński, ziemianin z Owruckiego. Już był do słupa przywiązany i skierowano karabiny do jego piersi; goniec urzędowy, od wyższych władz z Kijowa przybyły, wstrzymał w ostatniej chwili egzekucyę. Pruszyńskiego do Kijowa odwieziono.

Listopadowa epoka wstrząsnęła bliskiemi okolicami miasta, lecz nie miastem. Dochodził szczęk oręża z pod Mołoczek, z Owruckiego; echo śmiałego pochodu Karola Różyckiego rozbrzmiewało szeroce, ale miasto nie ucierpiało, życie skupiało się jeszcze wtedy prawie wyłącznie na wsi. Dwory ziemian, zaścianki szlacheckie przenikały prądy zapału i nadziei, dreszcze obaw. Gdy jednak wprędce opadły liście „co wyrosły wolne” i nadszedł drugi listopad owej epoki, Żytomierz patrzał na ciągnące szeregi jeńców. Umieszczano ich w budynkach przylegających do kościoła Bernardynów.

Wówczas na widowni życia mieściny ukazuje się postać pełna poświęcenia młodej dziewczyny, opiekunki jeńców — nazwisko jej Joanna Boczkowska. Powszechnie jednak znaną była pod imieniem Joasi. Młoda, niezamożna dziewczyna skupiała w sobie całą troskliwość o jeńców i dobroczynność miasta. Ona czuwała nad chorymi, odziewała i żywiła przeciągających przez miasto, lub czas dłuższy tam więzionych i sądzonych. Umiała zdobywać dla swego miłosierdzia środki pieniężne od ludzi zamożnych, umiała omylać czujność straży, przenikać do cel więziennych, nieść słowo pociechy i otuchy, a nawet przyczyniła się do ucieczki paru skazańców. Kasztelan Narcyz Olizar, na którego ferowano wyrok śmierci, już po zapadłym wyroku uciekł z murów Bernardyńskich dzięki pomocy i poświęceniu Joasi i poczęści jej brata Antoniego Boczkowskiego.

Działalność ofiarna Joasi, niesienia pomocy nieszczęściu, trwała lat parę, t j. tak długo, jak długo toczyły się sprawy wynikłe z powodu walki listopadowej. Gdy fale wypadków doszły do pewnej równowagi, Joasia zaślubiła p. Kwiatkowskiego, który był jednym ze skazańców i dzięki jej zabiegom wrócił z wygnania; niemniej jednak i w tych nowych warunkach życia prowadziła dalej swą patryotyczną, ofiarną działalność redempcyjną.

Pole do tych prac nie było zamknięte, trwały i później skazywania na podróż niepowrotną, nieszczęść nie brakowało. Do smutnych, zgnębionych szła ze spokojem i pogodą prawdziwego anioła pocieszyciela, dla tego też słusznie ją nazywano Cichym Aniołem. „Widywałem Joasię w różnych wypadkach — mówi L. Siemieński — w wypadkach często tak trudnych, że zwyczajna kobieta byłaby sto razy straciła głowę, widywałem zawsze czynną, wszędzie obecną, gdzie ratunek był potrzebny, ucierającą się z władzami, kołatającą do serc bogaczy”. Zdawało się, że los ją chroni od prześladowań. Stało się inaczej.

W roku 1836 jakaś nieostrożna korespondencya z zagranicy, jakieś dawne podejrzenia spowodowały jej uwięzienie. Przypomniano ucieczkę kasztelana Olizara, przypomniano niedawne zniknięcie jakiegoś więźnia, przez Austryę wydanego, widziano w tych redempcyach rękę dobroczynną Joasi, przypisywano nawet jej zabiegom wykradzenie z więzienia marszałka Stępowskiego, acz ona w tem udziału nie brała — i osnuto z tych zarzutów sprawę.

Kilka miesięcy trzymana w więzieniu, surowo indagowana, smagana rózgami, znieważana w swej godności niewieściej, zapadła mocno na zdrowiu; gdy była bliską zgonu wypuszczono ją na porękę. Po paru dniach tej niby wolności umarła. Zgon jej, zwłaszcza w tak niezwykłych warunkach, sprawił w mieście wrażenie olbrzymie, a pogrzeb stał się manifestacyą oddającą hołd poświęceniu i patryotyzmowi. Tłumy, jakich nigdy przedtem razem zebranych w Żytomierzu nie widziano, odprowadziły jej zwłoki do katedry, nazajutrz zaś jeszcze większa ciżba w poważnem milczeniu towarzyszyła trumnie na cmentarz.

Cztery mowy, ziemian i obywateli miasta — Feliksa Iwanowskiego, Frankowskiego, Konstantego Millera, Zenona Mogilnickiego — wypowiedziane z niemałym zapałem w kościele, na ulicach miasta i na cmentarzu, głosiły o uczuciach tych tłumów. Dziedziniec kościelny, ulicę Wilską, i dalej drogę aż do cmentarza, kwiatami usłano. Nastrój niezwykle podniosły miasto ożywiał. Nie przeszkadzano uroczystości, ale wnet po pogrzebie odebrano manuskrypta przemówień od mówców i po przeprowadzonych dochodzeniach śledczych zapadł wyrok wywiezienia w głąb Rosyi czterech młodych oratorów za to, iż „ośmielili się mieć zuchwałe i nierozsądne mowy”. Feliks Iwanowski został internowany w Permie, inni również w miejscowościach ościennych Uralowi. Ta banicya, trwająca wszakże nie dłużej jak rok, uwieczniła jeszcze bardziej w tradycyach miasta pamięć Joasi.

W szeregach emigracyi, we Francyi, długie lata wspominano młode, szlachetne dziewczę z Żytomierza. W dziennikach emigracyjnych, jak w „Trzecim Maja” wydawanym w Paryżu, w „Dzienniku Domowym” wydawanym w Poznaniu, w kilkanaście lat po zgonie Joasi pisano o niej szeroce, wskazując jej poświęcenie, charakter niezłomny, siłę ducha łamiącą kraty i zapory, by nieść pomoc ziomkom.

Z wązkich, ciasnych, brudnych labiryntów uliczek, otaczających mury pojezuickie, wychodząc na plac, ongi zamiejski, który był, jak powiedzieliśmy, łąką tracenia złoczyńców, a obecnie jest środkową dzielnicą miasta, spotykamy kościół „pobernardyński”, niekiedy nazywany „seminaryjnym”. Stanął on na zgliszczach fundacyi Bernardynów Jana Kajetana Ilińskiego, starosty żytomierskiego. W roku 1761 wzniósł on drewniany kościołek i szczupły, również drewniany, klasztor dla Bernardynów.

Zakonnicy ci, osadzeni w zamiejskiej dzielnicy, utrzymywali szkółkę elementarną dla ubogiej dziatwy przedmieść, co trwało do ich usunięcia i zniesienia klasztoru w roku 1832. Przed kasatą swego klasztoru zaczęli Bernardyni zamiast drewnianego murować dla siebie kościół, lecz ich niespodziane wypędzenie nie pozwoliło im dokończyć budowy. Po nich objęło mury i całą ich posiadłość duchowieństwo świeckie; później zaś w budynkach, co stanęły na posadzie klasztoru bernardyńskiego, umieszczono seminaryum dyecezyalne; dlatego więc stosunkowo nowy ten kościół (liczy 76 lat istnienia) nosi nazwisko pobernardyńskiego lub seminaryjnego, przypominające i dawne i nowsze dzieje owego terytoryum. W murach jeszcze niewykończonych tego kościoła w roku 1838 odbywały się wybory ziemian wołyńskich.

XVIII wiek, który przynosił Żytomierzowi różne, nieznane uprzednio instytucye, był świadkiem stawania seminaryum dla alumnów unickich. X. Michał Prymowicz, oficyał unicki kijowski, bardzo znaczną sumę, jak na lata owoczesne, ofiarował na tę instytucyę w roku 1776. Miała ona posiąść gmach oddzielny, blizko zamku, przy cerkwi unickiej Przemienienia Pańskiego. Ofiara X. Prymowicza składała się z 200.000 złotych polskich, a Rzeczpospolita w uchwale sejmowej zatwierdzającej tę fundacyę rozszerzała terytoryum, dodając place.

Zmiany i wstrząśnienia krajowe nie pozwoliły fundacyi dokończyć, a stan rzeczy po rozbiorach zupełnie ją uniemożebniał. Były to czasy, gdy wśród licznych reform rozpoczynanych, lub zamierzanych, niemało troszczono się w sferach kierujących w Rzeczypospolitej o podniesienie wykształcenia młodzieży duchownej unickiej. To sejmowe powiększenie uposażenia na seminaryum unickie zakładane przez X. Prymowicza jest jednym z dowodów.

Jeden z najwyższych umysłów sejmu czteroletniego, Hugo Kołłątaj, pragnął, by alumni obu obrządków razem kształcili się, by rozdzieleni rodzajem obrządku i językiem liturgii, nie rozdzielali się jeszcze bardziej rożnem wychowaniem, ale — jak pisał — „wspólnie mieszkając i teżsame nauki pobierając, mogliby jednakowo ukształcić się”. Na urzeczywistnienie tej myśli i innych reform zbawiennych zabrakło już czasu — dzień upadku Rzplitej nadchodził.

Unia w dawnym Żytomierzu, z końca XVIII w., posiadała dwie cerkwie unickie, z tych jedna w rynku, blizko zamku, druga na krańcach miasta, przy zjeździe ku Kamionce. W tamtej dzielnicy, już przedmieściowej, istniał nader starożytny (pod wezwaniem św. Mikołaja) kościołek cmentarny zamkniętego od dawna najstarszego cmentarza. W połowie zeszłego wieku już był ruiną. Jego fundacya zapewne sięga czasów zbliżonych do osiedlenia się pierwszych Dominikanów w Żytomierzu.

Oprócz tu wymienionych kościołów katolickich obu obrządków, istniała jeszcze jedna świątynia, której pamięć najsłabiej zapewne zarysowuje się w umysłach żytomierzan dzisiejszych. Była to świątynia „staroobrzędowców” — tak zwanych niegdyś u nas „Piliponów”. Istnienie tej świątyńki drewnianej, ubogiej, z grubych balów zaledwo ociosanych zbudowanej, istnienie przez nikogo nie niepokojone, w ciągu półtorasta lat, pod opiekuńczemi skrzydłami Rzplitej, jest świadectwem chlubnem naszej wobec wszystkich wyznań tolerancyi.

Rozmaici sekciarze rosyjscy, przy końcu wieku XVII i później, uciekając ze swej ojczyzny, do Polski przenosili się, szukając pod naszem niebem tolerancyjnem spokojnego wyznawania swych wierzeń religijnych. W różnych okolicach Rzplitej zakładali swe osady, przychodząc, jak się wyrażano „na pień i na kłodę”, to jest na trzebieżach sadowili się pospolicie, zamieniając karczowiska na pola uprawne, budując tam słobody a w nich swe świątynie. Liczne ich osady były na tak zwanym „Trakcie Zapuszczańskim” (dzisiejsze Suwalskie), na Inflantach, Białejrusi i pod Żytomierzem.

Przybycie do Żytomierza przypada zapewne na początek XVIII w., może wcześniej, gdy terytoryum późniejsze Bernardyńskie zamiejskiem było. Poza tem bowiem terytoryum posiadali oni małą osadę — może z kilku zaledwie domów złożoną — a wśród niej swoją świątynię. Kiedy Żytomierz wszedł do składu państwa rosyjskiego i miastem gubernialnem został, po uregulowaniu ulic, osada Piliponów stała się przecznicą łączącą ulicę Kijowską z Berdyczowską i otrzymała nazwę ulicy Pilipońskiej. Cerkiewka posiadała front zwrócony ku ulicy, ale była prawie niewidzialną, otaczał ją ogród.

Tak trwała lat dziesiątki, omal nie dwa wieki. Nikt nie zakłócał spokoju tego oratoryum, ani spokoju jego gospodarzy. Daremnemi były nawoływania dochodzące z dawnej ojczyzny do sekciarzy by wracali, daremnemi i manifesty cesarzowej Elżbiety nawołujące do powrotu — nie wracali. Rozbiory Polski wcieliły ich do Rosyi. Wywołało to dla nich klęskę.

Staroobrzędowcy z Białejrusi, z Mohylowszczyzny, zostali z rozkazu Katarzyny II zabrani z rodzinami i dobytkiem i przeniesieni na łono dawnej ojczyzny. Wyprowadzono ich aż za Bajkał i przymusowo kolonizowano. Wytworzyli tam dwie gminy wśród pustyń buryackich, nazywające się Muchur-szibir i Tarbagataj. Zachowali swe wierzenia religijne i pamięć o Polsce, która była ich matką przybraną, lecz snać dobrą, gdyż jedynie siła oderwała od niej. Już drugie stulecie upływa, jak z nad górnego Dniepru przerzucono ich za Bajkał, a jeszcze dotąd ludność syberyjska nazywa owych staroobrzędowców Polakami. Ta nazwa świadczy o starej a życzliwej tradycyi.

Żytomierskim staroobrzędowcom wiodło się lepiej, niż ich współwyznawcom w Mohylowszczyźnie. Wszedłszy dość późno pod berło rosyjskie, w roku 1793, nie byli zabierani; wprędce zaś rozpoczęte rządy cesarza Pawła I, znanego ze szlachetnych usposobień tolerancyjnych, utrwaliły nadzieję spokoju. Dopiero około roku 1853 generał Sinielnikow, przeniesiony z gubernatorstwa woroneskiego na wołyńskie, zburzył ich świątynię. Rzecz przeprowadził dyplomatycznie, acz dyplomatą nie był.

Pan ten, wychowany wśród otoczenia głośnego Arakczejewa, dużo skorzystał z poglądów mistrza: lubił jednostajność, wrogiem był rozmaitości. Przybywszy do Żytomierza, zdziwiony, że w niczem nie przypomina ani Woroneża, ani innych miast wschodnich, zaczął go przebudowywać bardzo gorliwie. Prostował dawne ulice, wytykał nowe, zapełniając je, zamiast domami, parkanami, nadawał im nazwy, które nic nie miały wspólnego z istniejącymi stosunkami i z trudnością pozostawały w pamięci mieszkańców. W zapale reformatorskim przekształcania zewnętrznej postaci miasta, postanowił przeprowadzić ulicę przez ową cerkiewkę staroobrzędowców: rozkaz wykonano; świątynia niespodzianie znalazła się na środku ulicy. Dla symetryi zniszczyć ją należało — i zniszczono.

Prawosławnych świątyń Żytomierz przy końcu XVIII wieku wcale nie posiadał, nie miał bowiem wyznawców kościoła prawosławnego. Urzędnicy, którzy zaczęli przybywać jednocześnie z utworzeniem gubernii, stali się pierwszym zawiązkiem gminy religijnej tego wyznania. Pierwotnie wynajęto dom na cerkiew przy ul. Wilskiej, później, po zniesieniu unii, przybyły dwie przedtem unickie cerkwie; wreszcie zużytkowano, jak wskazaliśmy, mury dawne podominikańskie, ale szło to opornie. To co wzniesiono, runęło. Przekształcający wówczas postać miasta gubernator Sinielnikow zbudował tymczasową malutką, dość kształtną, drewnianą cerkiew na katedrę prawosławną i jednocześnie skłonił jednego z kupców rosyjskich do hojnej ofiary na cerkiew większą, pierwszą murowaną, która stanęła niedaleko zburzonej świątyńki staroobrzędowców. Tak więc Żytomierz dopiero w epoce wojny krymskiej zaczął zapełniać się cerkwiami.

W pierwotnym Żytomierzu żydów wcale nie było. Mieszczanie w skardze swej na żydów, w połowie XVIII w. piszą, iż żydom wcale nie było wolno mieszkać w obrębie miasta, że dopiero starostowie zaczęli lekceważyć dawne przywileje i pozwalać żydom rozpościerać się w mieście, których zuchwalstwo dochodzi do szczytu, budować bowiem zaczynają synagogę w rynku. Skarga ta dobitnie wskazuje, iż pierwsze osiedlenie się żydów w Żytomierzu przypada na początek XVIII w. i trwa pod osłoną protekcyi starostów. Wciskanie się żydów do miasta, które od nich obwarowane było przywilejami, szybko posuwało się, gdyż już w roku 1765 liczono domów żydowskich sto kilkadziesiąt. Wszystkie protesty mieszczan pozostają bez następstw.

Zamek żytomierski — najdawniejszy punkt pierwotnej osady legendarnego „Żytomira” — od dawna zniknął nie tylko z powierzchni ziemi, ale nawet z pamięci mieszkańców; najmniejszych jego szczątków nie pozostało; sama nazwa poszła w zapomnienie. Obcą, niezrozumiałą nazwą od wielu lat mianują terytoryum, na którem stało zamczysko, puklerz okolicy, stawiający czoło różnym najazdom, od Gedyminowego oblegania do obrony Konfederatów Barskich, zamykających się w nim chwilowo. Nazywają miejsce zamczyska dawnego „Zwiahincówka”. Resztki dawnego zamczyska zgorzały w roku 1802, dnia 31 października (starego stylu).

Jeden z licznych gubernatorów, rządzących Wołyniem od końca wieku XVIII, upamiętnił swe krótkie rządy zakładaniem ogrodu na zgliszczach zniszczonego zamczyska. Myśl była dobra, ale wykonanie nie odpowiedziało zamiarom. Zaczęto od dania imienia miejscowości i ogrodowi, który tam miał stanąć, drzew wszakże nie zasadzono. Pozostał tytuł — dzieło nie zostało wytworzone. Zabrakło zapewne czasu; pana Zwiahincewa przeniesiono do innej prowincyi — rzecz upadła.

Już w połowie XIX w. mówiono jako o wydarzeniu dawnem, iż gubernator Zwiahincew zakładał ogród, urządzał miejsce zabaw dla miasta na zgliszczach zamczyska, przedsięwzięcia wszakże nie dokonał: pamiątką po przedsięwzięciu upadłem i inicyatorze pozostała nazwa „Zwiahincówka”, która najzupełniej zatarła odwieczne dziejowe wspomnienia o zamku.

To rzekome miejsce zabaw przed kilkudziesięciu laty było już pustkowiem, śmietniskiem, o paru małych, więdnących drzewkach; lecz z tego pustkowia roztaczał się piękny widok na wąwóz u podnoża góry, na dnie którego płynęła po kamieniach rzeczka Kamionka, poza nią, na wzgórzach przeciwległych, chaty przedmieść i wreszcie las. Las ten był przed wiekami pobojowiskiem, polem mocowań się bojowników nieznanych, w epoce również nieznanej, gdyż większa część jego drzew urosła na mogilnikach licznych, zajmujących przestrzeń znaczną. Strzała wypuszczona z góry zamkowej mogła dosięgnąć owego mogilnika prastarych czasów. Przypuszczać można, iż to pobojowisko walk Gedyminowych o posiadanie zamczyska, lub też ślady życia i bojów jeszcze dawniejszych.

Zamek oddzielała od miasta fosa głęboka, później zasypana i wał wyniosły. Wszystko to zniknęło. Jak również zniknęły palisady uzupełniające obronę i brama z wieżą bardzo wysoką, i budynek duży. Lustracya z roku 1765 widziała jeszcze ten gmach wewnętrzny, obszerny i zapisała, że wszystko było z drzewa: i brama, i wieża, i domostwo. Prawie do końca istnienia Rzeczpospolitej trzymano tam załogę. Zdaje się, iż załoga była więcej dla honoru domu, niż dla obrony; ilość bowiem żołnierza była szczupła, uzbrojenie z wielkimi brakami.

Postać zamku wskazujemy według lustracyi ostatniej, przed dobą rozbiorową, ale dawniejsza była inna, znacznie wspanialsza. Pożary, owa plaga ziem naszych, obracająca nader często w popiół całe dzielnice stolicy, nie tylko miasta prowincyonalne, nawiedzały i zamek żytomierski. Przy końcu panowania Zygmunta Starego spłonął doszczętnie zamek, a z nim przywileje poprzednich królów, dane mieszczanom. Wszakże odbudować się zdołał wspaniale, gdyż lustracye z roku 1621 mówią o budynkach, których już nie widziano w wieku następnym. Podają one, że zamek pięć wież posiadał, że miał trzy bramy i kilka budynków. Zniszczyły to najzupełniej krwawe, niszczące wszystko na szlakach swego przejścia zagony Chmielnickiego. Zamek i otaczające go miasteczko od owych dni pożogi już w ciągu stulecia podnieść się nie zdołały.

Ostatnią walką, jaka toczyła się u palisad i wałów żytomierskiego zameczku, była obrona tego posterunku przez Konfederatów Barskich. Zachodnia i północna część Kijowszczyzny to teren walk konfederackich. Liczna, zamożna szlachta tameczna, osobiście, pojedyńczo, lub na czele pocztów swych, stawała pod sztandarem Bogarodzicy, idąc, jak wyrażano się, „na azard”.

Te „azardy” konfederacyi znalazły w Kijowszczyźnie swego historyografa – wierszopisa, który w mowie wiązanej opowiadał konfederackie dzieje Polesia ukrainnego. Poetą-historykiem Barszczan polesko – ukrainnych był imć pan Serwacy Suchorzewski, komornik kijowski. Opiewał on w swym bojowym poemacie różnych ziemian, jak Proskurów, Rościszewskiego, prowadzącego swój poczt nadworny, Ostrowskiego, który dowodził szlachtą radomyską oraz „kozactwo sławne i wyborne”, kozaków „kornińskich” przede wszystkiem, pochodzących z gniazda Proskurów, z Kornina. Zapewne w tych rymach bojowych nie zapomniał wierszopis i o ówczesnej obronie zameczku żytomierskiego przez konfederatów, ale ustępy tyczące się walki u ostrokołów zamkowych snać zaginęły, dotąd ich bowiem nie odszukano.

Wiemy jedynie z tradycyi, która bardzo długo, lat przeszło ośmdziesiąt, tułała się pod słomianemi strzechy przedmieszczan, za Kamionką, głosząc, iż garstka barskich konfederatów, nie mogąc oprzeć się przeważnej sile oblegających, skorzystała z podkopu starożytnego, łączącego tajemnymi, podziemnymi kurytarzami zamczysko z rzeką i tą drogą wydostała się z posterunku, którego nie mogła już obronić.

Tradycya mówiła, że wycieczka tajemna z zamku wychodziła na wybrzeże Kamionki, nadzwyczaj daleko, wśród skał i złomów Kamionki, u wylotu dalszego ulicy Cudnowskiej. Skoro załoga wydostała się drogą podziemną do rzeki, ludzie umówieni mieli ogromnemi głazy zamknąć otwór przejść podziemnych, tak iż podziemne kurytarze na zawsze pozostały dla nieprzyjaciela tajemnicą. Kilku tylko ciurów obozowych pozostało w zamku bezbronnym, którzy twierdzili wobec nieprzyjaciela, iż wcale nie wiedzą, w jaki sposób zniknęła załoga. Od owej chwili zaczyna się zupełny upadek zamku.

Żytomierz w charakterze miasta wojewódzkiego Kijowszczyzny, od traktatu grzymułtowskiego, t j. od roku 1686 i jeszcze wcześniej, był miastem małem, z pewną cechą sielskości, którą mu nadawała znaczna ilość ogrodów otaczających miasto, wciskających się w jego obręb.

Ten wygląd nawpół wiejski miast wojewódzkich, to właściwość ogólna w Rzplitej, żyjącej pospolicie życiem bardziej wiejskiem, niż inne państwa. U nas wieś odegrywała zawsze rolę wybitniejszą od miast. Wieś, gdzie były rezydencye magnatów, stawała się ogniskiem światła, zawiązkiem przedsięwzięć politycznych i wydarzenia dziejowe u nas kolebkę swą miały pospolicie na wsi. Nawet Konfederacya Barska, której szczęk oręża obijał się o wały zamku żytomierskiego, acz od miasteczka nazwę swą brała, zawiązała się na wsi, w Michałówce, blisko Baru.

I Żytomierz, podobnie jak inne grody wojewódzkie — z małymi wyjątkami — wygląd wiejski miał i długo go zachował. Podniesienie do godności gubernialnego miasta, przy nowym porządku rzeczy, mało go zmienia, lub nie na korzyść zmienia: domy, obejścia tracą swój charakter, obcy język wchodzi na ulice, które nie znały go uprzednio, ale w ciągu połowy XIX w. niezbyt się rozszerza. Przybywają gmachy nowe, nie nader wielkie wszakże, o wyglądzie banalnym, dość szczupłe, często niezdolne zadość uczynić potrzebie.

Wśród gmachów — raczej budynków, trudno je bowiem nazwać gmachami — które przy nowym porządku rzeczy powstały — zwracał uwagę teatr. Teatr stał przy ulicy Berdyczowskiej, wprost wylotu Pilipońskiej. Była to parterowa, duża sala, budynek drewniany, tynkowany, front patrzący wgłąb ulicy Pilipońskiej, naśladował niezbyt może szczęśliwie portyk grecki, wspierał się na kilku kolumnach.

Budynek teatralny gościł pod swym dachem trupę polską, często stale przebywającą, niekiedy chwilowo goszczącą. W skromnej sali, o ścianach białych, przy blasku świec łojowych, w blaszanych lichtarzach, zawieszonych u ścian, niejednokrotnie podziwiano grę tych, co byli uczniami i towarzyszami prac scenicznych niezapomnianego Wojciecha Bogusławskiego, ojca teatru polskiego. Miał ten budynek i swoją chwilę historyczną, gdy zamieniony na salę balową przyjmował cesarza Aleksandra I. Sala obszerna nie mogła zmieścić tłumów ziemiaństwa wołyńskiego i ościennej prowincyi, podejmujących monarchę.

Chwilowem mieszkaniem monarchy był dom gubernatorski, przy ulicy Kijowskiej, wówczas szczupły, o piętrze, ale bez skrzydeł, które znacznie później dobudował gubernator Sinelnikow. Na ów bal cesarz Aleksander I jechał przez ulicę Pilipońską, która cała gorzała od świateł iluminacyi wspaniałej. Bal rozpoczął monarcha, prowadząc poloneza, później brał udział w tańcach wirowych. Tańczył walca z odpoczynkami kilkakrotnie.

O tym balu pisał dość obszernie Pawsza w swym pamiętniku. Chwila to była najwyższego napięcia złudzeń. Kongres wiedeński od roku już został zamknięty; jego dzieło – Królestwo „Kongresowe”, z mocno obciętego Księstwa Warszawskiego powstałe, zaczęto organizować. Wówczas to cesarz Aleksander I przybył na parę dni do Żytomierza, we wrześniu 1816 r. Mniemano, że z wyżyn tronu padną słowa, stwierdzające uprzednio już wyrzeczone obietnice połączenia ziem dawniej odpadłych z nowopowstającym organizmem małego państewka Kongresowego.

I chwila, i miejsce zdawały się do wynurzeń politycznych nader stosownemi. Żytomierz był stolicą obszernej prowincyi zabużańskiej; zbiegły się tam przedniejsze rody szlachty miejscowej, urządzono dla monarchy przyjęcie nader wspaniale, na jedną ucztę, na parę godzin tańców i wieczerzę wysypano sto kilkadziesiąt tysięcy złotych polskich — w ówczesnych czasach summę bardzo znaczną — oprócz słów uprzejmych i grzeczności niezmiernej dla dam, nie otrzymano żadnych wskazówek politycznych. Pomimo tego, zdaje się, nie odczuto rozczarowań, bawiono się wyśmienicie, a w epoce tak rozbawionej, jak lata bezpośrednio idące po kongresie wiedeńskim, główna uwaga pochłonięta była zabawą i jej najdrobniejszemi szczegółami. Pamiętnikarz, po wielu latach, nie zatracił wrażeń z tego balu wyniesionych: wie on nawet kto z kim tańczył.

Z hali teatru, napozór niezbyt obszernego, usunąwszy loże, wytworzono salę rozległą, którą suknem wysłano. Na tem suknie tańczono, utrzymując, że wybornie zastępuje posadzkę woskowaną. Bal miał cechę wyłącznie uczty obywatelskiej; chociaż więc pani gubernatorowa Giżycka honory domu robiła, występowała wszakże w tej roli z tytułu blizkiego pokrewieństwa z marszałkiem gubernialnym Mińskim, a nie jako gubernatorowa.

Monarcha, wprowadzony przez nią i gubernialnego marszałka, powitany był dźwiękami poloneza. Dziesięć pań zaszczycił cesarz, prowadząc z niemi polskiego. Rozpoczęwszy korowód z panią Giżycką Bartłomiejową, wiódł dalej poloneza z panią Beningsenową, generałową, z panią Wittową, z panią hetmanową Sewerynową Rzewuską, z panią prezesową Emilią Pruszyńską, z drugą prezesową Dąbrowską, z panią Czacką, z panią Jarosławową Potocką, z panią Michałową Orłowską i wreszcie – z panną Elizą Giżycką, bratanicą gubernatora Giżyckiego. Podczas tańców wirowych monarcha walcował z panią Maksymilianową z książąt Lubomirskich Jabłonowską.

Zostawiwszy całą swą świtę w sali balowej, monarcha wcześnie odjechał, nie przyjął wieczerzy, co zmartwiło gospodarzy balu. Głównymi gospodarzami tych przyjęć byli, wraz z marszałkiem gubernialnym Mińskim, powiatowi, a mianowicie: łucki – Stanisław Lipski, włodzimierski – Krzysztof Miaskowski, kowelski – Ksawery Miączyński, owrucki – Józef Pawsza, starokonstantynowski – Aleksander Kochanowski, krzemieniecki – Wincenty hrabia Tarnowski, ostrogski – Józef Małyński, zasławski – Jan Bejzym, rówieński – Gracyan Lenkiewicz, zwiahelski – Wojciech Woronicz, dubieński – Jan Mołodecki i żytomierski – Seweryn Zaleski.

Iluminacya, która trwała do świtu dnia następnego, głównie odznaczała się świetnością na ul. Pilipońskiej, łączącej dom gubernatora, gdzie była urządzona chwilowa rezydencya cesarska, z salą balową. Nazwiska mistrzów w urządzeniu iluminacyi i rozmaitych przezroczy ze znakami symbolicznymi i cyframi monarchy nie zaginęły w odmęcie czasu, byli nimi: pp. Mikuszewski i Chuchrowski.

Dzień owej uczty dla cesarza Aleksandra I (działo się to dnia 14 (26) września 1816 r.) długo we wspomnieniach żytomierzan nie wygasał, acz w owej epoce nie brakowało zabaw odznaczających się i wspaniałością urządzeń, na jakie miasto prowincyonalne zdobyć się mogło, a również tłumem gości.

Do najliczniejszych towarzyskich zebrań, spotykanych tam przed rokiem 1830 zaliczyć potrzeba bale i mniejsze przyjęcia za czasów marszałkostwa gubernialnego Piotra Moszyńskiego. Młody bardzo, nader sympatyczny marszałek, prezentujący się w pierwszych miesiącach swego urzędowania w stroju polskim — czego wkrótce musiał zaniechać — inaugurował wybór swój (w roku 1823) na marszałka gubernialnego wspaniałym obiadem dla wszystkich wotujących i ich rodzin. Wybory ówczesne były nader tłumne; potrzeba było ucztę urządzić na tysiąc osób. Miasto nie posiadało sali tak obszernej. Klasztor SS. Miłosierdzia, za miastem, nad rzeką, udzielił swych izb obszernych, świeżo wyrestaurowanych, jeszcze nie zajętych na użytek chorych i przytułek sierot. Tam więc urządzono ów obiad, który zajął całe piętro murów klasztornych i z niemałą trudnością usadowił ową ciżbę ucztujących.

Takich tłumów ucztujących nie widziano w Żytomierzu ani przedtem, ani też potem. Wprawdzie w epoce sejmu wielkiego kohorty szaraczków, z zaścianków owruckich, z puszcz zwiahelskich, z ponad dolnej Słuczy, tłumnie ściągały się do Żytomierza na sejmiki, zapełniały ulice i podwórza mieściny, ale je karmiono na placach i rynku, pod otwartem niebem; takie otoczenie pierwotne najzupełniej im wystarczało. Poprzestawała ta zaściankowa „bracia szlachta” na łyżce prostej strawy i na legowisku na trawie lewady; a w pustkowia i lewady Żytomierz z końca XVIII w. obfitował.

Strawy umysłowej, obfitszej, dość długo Żytomierz nie potrzebował, poprzestając jeszcze około połowy XIX w. na jednej, dość szczupłej księgarni i kilku straganach żydowskich, na których rozkładano towar księgarski niewybredny, ale i w tem śmieciu druków niekiedy można było się spotkać z białem krukiem lub jego resztkami.

Księgarnia jedyna była w ręku pana Kozłowskiego. Umieszczona w centrum miasta, w murach kościoła pobernardyńskiego, widocznie nie cieszyła się, acz jedyna, zbyt liczną klijentelą, potrzeba bowiem było mieć inny towar obok książek, by sklep utrzymać. Przeto sprzedawano tam wyroby fabryki Frageta, na które podobno większy miano odbyt, niż na książki. Dopiero w czasach gdy Kraszewski zamieszkał w Żytomierzu, gdy miasto zaczęło budzić się z uśpienia, przybyła druga księgarnia, pana Budkiewicza, po niej trzecia – Spółki Obywatelskiej, lecz większe objawy życia umysłowego nie trwały długo, jak to wkrótce wskażemy w innym szkicu, uzupełniającym niejako niniejszą opowieść o dawnym Żytomierzu.

Dziwną było rzeczą, iż miasto, acz od dawna wojewódzkie, a od lat kilkudziesięciu, wśród innych stosunków, podniesione do godności stolicy prowincyi, nie posiadało żadnych budynków monumentalnych, żadnych dotykalnych śladów dziejowej przeszłości. Nawet kościoły, tak co do liczby, jak również co do struktury, bardzo skromnie przedstawiały się. Do połowy XIX wieku nie widziano tam wcale hoteli i większych zajazdów, z jedynym może wyjątkiem domu dra Kocha przy ulicy Cudnowskiej, w którym mieścił się porządniejszy zajazd.

Zajazdy żydowskie były to karczmy, bądź murowane, bądź drewniane, typowe nasze karczmy, niczem się nie różniące od tych setek, które spotykano w małych miasteczkach lub na większych gościńcach. Hotel Minelego dopiero w epoce wojny Krymskiej stanął i wobec oberży i zajazdów ówczesnych wydawał się szczytem komfortu. Stopa życia była znacznie niższą, wymagania skromniejsze, zajazdy więc dawne zaspokajały najzupełniej potrzeby ówczesne.

Zajazdy spotykane na ulicy Cudnowskiej do najdawniejszych i do celniejszych zaliczano. Tradycya mówiła, iż u bramy jednego z nich padł rażony apopleksyą i ducha wyzionął Ignacy Działyński, który pewną dziejową rolę odegrał w przygotowaniach do walki w roku 1794, co go zaprowadziło na północne kończyny Syberyi. Wstąpienie na tron cesarza Pawła odemknęło Działyńskiemu, podobnie jak innym wygnańcom z epoki Katarzyny II, powrót do kraju. Wrócił, lecz wkrótce niespodzianą śmierć znalazł na bruku ulicy Cudnowskiej.

Naprzeciw domu gubernatorskiego widziano długie lata obszerną posiadłość, niby dwór wiejski w głębi dziedzińca, z oficynami, z ogrodem poza domem. Posiadłość ta, zawsze nosząca nazwę Domu Lewandowskiego, w XVIII w. należała do prezydenta miasta Lewandowskiego, który za dni sejmu czteroletniego, jako delegat miasta Żytomierza, na wezwanie Dekerta, znakomitego prezydenta Warszawy, jeździł do stolicy na tak zwaną wówczas „koalicyę miast” i brał udział w pamiętnej demonstracyi przedstawicieli miast, domagających się od stanów sejmowych Rzplitej równouprawnienia mieszczan. Dekert nie dożył do tryumfu swej mądrej obywatelskiej działalności. Lewandowski był szczęśliwszy; nie dość, że patrzał na uchwałę równouprawnienia stanu mieszczańskiego, ale za dni odradzania się ojczyzny, w epoce „Ustawy Majowej” został prezydentem rodzinnego miasta. Pamięć jego długo trwała w Żytomierzu.

W czasach wojny krymskiej — jak tu wspominaliśmy — gubernator Sinelnikow, wznoszący cerkwie, przebudowujący wiele domów, wytykający nowe ulice, nadając im nazwy obce, zmienił znacznie postać miasta; ale tych zmian zewnętrznych nie odczuwano zbytecznie, gdyż samo życie płynęło wartkim, dawnym prądem: życie to pogłębia się nawet.

Zamieszkanie w Żytomierzu wielu wybitnych ludzi, między rokiem 1852 a 1860, przyczynia się znacznie do podniesienia życia umysłowego, do zdjęcia z miasta znamion zakątka dalekiej prowincyi. Zamieszkali wówczas J. I. Kraszewski, Antoni Pietkiewicz (Adam Pług), Aleksander Groza, Apollo Korzeniowski, Karol Kaczkowski, Jan Prusinowski, Fortunat Nowicki i inni, na różnych polach znani, cenieni pracownicy.

Trwało to jednak lat kilka zaledwie. Instytucye przez nich wytwarzane — jak spółka wydawnicza, drukarnia — zostały przez władze sparaliżowane, unicestwione; zamiary ich — Towarzystwo Kredytowe, „gazeta” — urzeczywistnić się nie zdołały. Losy ludzi rozproszyły…

Nadeszły dla miasta chwile ciężkie: dawny Żytomierz dni swe w siódmym dziesiątku lat wieku XIX zakończył — rozpoczęła pomału rozwijać się doba najzupełniej inna. Pamięć czasów ubiegłych stopniowo zagasać zaczęła. Nici łączące pokolenia późniejsze z dawnemi rozluźniły się.

Marian Dubiecki

„Na Kresach i za Kresami – wspomnienia i szkice” (Kijów 1914)

http://kresy24.pl/25269/dawny-zytomierz/

 

Opublikowany w Historia, Polskie Kresy | Zostaw Komentarz »

KIM JESTEM – Ks Piotr Pawlukiewicz

Posted by tadeo w dniu 8 Kwiecień 2014

Opublikowany w Ks. Piotr Pawlukiewicz | Zostaw Komentarz »

Rak a grupa krwi

Posted by tadeo w dniu 8 Kwiecień 2014

Dzieje ludzkości to jak wiadomo długa ścieżka ewolucji, która miała służyć opracowaniu najskuteczniejszego sposobu przetrwania. Od lat w naukowym świecie funkcjonuje teoria, potwierdzana przez kolejne badania, że nasza podatność na różne choroby, siła układu odpornościowego, a nawet predyspozycje metaboliczne są zależne od grupy krwi.

Grupę krwi określa się na podstawie antygenów, występujących na powierzchni krwinek czerwonych. Wyróżniamy dwa rodzaje antygenów – A oraz B. W zależności od posiadanych antygenów, wyróżniamy cztery grupy krwi.

0 – ewolucyjnie najstarsza, nie posiada żadnego antygenu. W tym czasie ludzie żywili się głównie tym, co upolowali i w większości pełnili rolę myśliwych, mięsożerców.

A – ta grupa, jak nietrudno się domyśleć, posiada na powierzchni krwinek czerwonych antygen A, a jej wytworzenie się ma związek z zamianą myśliwego w zbieracza, co oznacza, że powstawała w okresie, kiedy myśliwy zaczął prowadzić bardziej osiadły tryb życia i uprawiać rolę, a co za tym idzie – jeść więcej roślin.

B – grupa, którą cechuje obecność antygenu B. Powstała na skutek migracji ras. Pożywienie koczowników było mieszane, a więc konieczne było wykształcenie takich predyspozycji metabolicznych, które pozwoliły przystosować się do nowego trybu życia.

AB – najmłodsza, bo zaledwie 1500- letnia grupa krwi, która cechuje się połączeniem kodów genetycznych grup A oraz B.

Grupa 0

Cechuje się dość silnym układem odpornościowym, co jednak sprawia, że częściej dotykają ją choroby z kategorii tak zwanej „autoagresji”. Osoby z tą grupą krwi mają tendencję do stanów zapalnych jelita grubego, a także astmy i kataru siennego, artretyzmu, wrzodów żołądka i dwunastnicy, niedoczynności tarczycy, zaburzeń krzepliwości krwi. Są także bardziej podatne na przemęczenie, stąd to właśnie osoby z tą grupą krwi częściej dotyka tzw. syndrom chronicznego zmęczenia. Osoby z grupą 0 powinny też uważać na swoją dietę, gdyż mają skłonności do otyłości. Podatność na choroby nowotworowe pośród osób z ta grupą krwi jest niska, a ich silny układ odpornościowy pozwala im łatwiej zwalczyć chorobę.

Grupa A

Osoby z tą grupą krwi znoszą stres gorzej niż inni, co sprawia, że są też bardziej podatni na występowanie wszelkich chorób cywilizacyjnych. Poważnym problemem osób z tą grupą krwi są też kłopoty z pozbywaniem się toksyn z organizmu – co sprawia, że ich układ odpornościowy jest obciążony bardziej niż układy osób z pozostałymi antygenami. Zaburzona praca wątroby sprawia, że większość osób z tą grupą krwi ma kłopoty z trawieniem białek. Jest to tez grupa osób szczególnie narażona na rozwój chorób nowotworowych, szczególnie nowotworów układu pokarmowego oraz nowotworów piersi i prostaty.

Grupa B

Osoby z tą grupą krwi mają dość dużą podatność na różnego rodzaju alergie oraz infekcje wirusowe. Choć generalnie są to osoby z raczej silnym układem odpornościowym, więc chorują stosunkowo rzadko. Ze względu na swoje szczególne predyspozycje mają też zwykle świetnie działający metabolizm. Ich słabą stroną jest wydzielanie dużych ilości kortyzolu (hormonu stresu) w sytuacjach stresogennych, co sprawia, że czasami ich układ odpornościowy się załamuje. Osoby z tą grupą krwi mają niewielką podatność na choroby nowotworowe, a jeśli już chorują, to radzą sobie z nowotworem lepiej niż pozostałe grupy krwi.

Grupa AB

Choroby rzadko imają się osób z tą grupą krwi, ale kiedy chorują to zwykle dopada och kilka schorzeń jednocześnie. W zależności od przewagi antygenów grupy A lub B, wykazują skłonności zgodne z grupą krwi, której antygeny przeważają. Cechują się dość wysoką podatnością na choroby wirusowe. Łączenie antygenów grupy A oraz B powoduje, że osoby z grupą AB mają dość wysoką podatność na choroby nowotworowe (jak to ma miejsce u osób z grupą A) oraz skłonności do wysokiego poziomu hormonu stresu – kortyzolu (cecha wspólna z grupą B).

Zdaniem naukowców na powstanie komórek rakowych w organizmie bardziej podatne są osoby o grupie krwi A. To, że ktoś ma grupę A nie znaczy, że zachoruje na raka, tylko, że jest na niego bardziej podatny, czyli jak są ku rozwojowi raka odpowiednie warunki,  czyli np. palenie, złe odżywianie czy inne rzeczy + np. stres, to organizm  gorzej sobie radzi i jest większa szansa, ze nie uda mu się tego raka pokonać.

Nowotwory złośliwe są potocznie nazywane rakami. Guzy te powstają z tkanki nabłonkowej. Najczęściej wywołuje je uszkodzenie mechanizmów kontrolujących rozrost komórek. Nowotwory te można podzielić ze względu na rodzaj nabłonka, z którego powstają, na:
- gruczolaki (najczęściej występują w przewodzie pokarmowym, trzustce, wątrobie, trzonie macicy, jajnikach, płucach, gruczole krokowym, śliniankach, sutku, nerkach),
- raki płaskonabłonkowe (powstają w jamie ustnej, przełyku, oskrzelach, skórze, gardle, tarczy szyjki macicy, czasem również w innych narządach),
- raki urotelialne (można je znaleźć w drogach moczowych).

Rak rozwija się w środowisku kwaśnym a zakwaszenie organizmu jest powodowane przez cukier – czyli wszystkie słodycze, napoje cola, pepsi sam cukier do tego dochodzi kawa największy zbrodniciel bo obniża Ph obojętnie czy z cukrem czy bez :) cukry proste nie są nam potrzebne w diecie tylko szkodzą. Rak zaczyna się rozwijać kiedy organizm jest już bardzo zakwaszony i nasz układ odpornościowy nie daje już rady i zaczyna szwankować najczęściej pogarszają sprawę częste antybiotykoterapie – nasi lekarze często je przypisują nawet przy przeziębieniu w dodatku bez żadnej osłony w postaci probiotyku Jedynym sposobem na raka jest odkwaszenie organizmu, podnosimy Ph i rak zaczyna się zmniejszac a po kilku tygodniach nie ma po nim śladu – brzmi mało prawdopodobnie ale to prawda, żaden lekarz nawet o tym nie pomyśli, lepiej przypisać pacjentowi chemie która składa się z samych trucizn i posiada skuteczność 7 % podczas gdy u nie leczonych pacjentów samoistne wyleczenie z raka wynosi 14 % ale kogo to obchodzi ważniejsze są pieniądze które można zarobić na leczeniu choroby okrzykniętej oficjalnie za nie uleczalną podczas gdy od końca lat 60 znane jest lekarstwo na raka, niestety ta tajemnica jest pilnie strzeżona przez koncerny farmaceutyczne. Leczenie chorób nowotworowych to dzisiaj kopalnia złota a farmaceutyka to potężny biznes. Lekarstwo na raka jest bardzo tanie, cała kuracja kosztuje mniej niż 50 zł wystarczy podnieść Ph organizmu a w tym pomoże picie zwykłej sody oczyszczonej tak SODY – odkwasza podnosząc Ph a rak takiego środowiska nie lubi. Łyżeczka sody na pół szklanki wody najlepiej zalać wrzątkiem wtedy się ładnie rozpuści jak trochę ostygnie można wypić ale tylko przed jedzeniem i tak najlepiej 30 min. Nigdy po jedzeniu – zmniejsza działanie soków żołądkowych przez co zaburza trawienie. I tak trzy razy na dobę przez max tydzień potem najlepiej zrobić tydzień przerwy i można powtórzyć. Zaraz pewnie ktoś po mnie pojedzie albo wyśmieję, powie że soda najlepsza na wszystko ale co tam mam nadzieje że komuś tym pomogę, dzisiejsza medycyna niestety kieruję się chęcią zysku a nie dobrem pacjentów.

http://kobieta.wp.pl/kat,26377,title,Twoje-zdrowie-zalezy-od-grupy-krwi,wid,13193908,wiadomosc.html

Opublikowany w Zdrowie i kondyncja | Zostaw Komentarz »

Posted by tadeo w dniu 7 Kwiecień 2014

tadeuszczernik.yoyo.pl

Opublikowany w Uncategorized | Zostaw Komentarz »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 370 other followers