WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Posted by tadeo w dniu 3 listopada 2015

KTO POSZUKUJE PRAWDY, POSZUKUJE BOGA.

PRAWDA JEST JEDNA I MOŻNA SIĘ KU NIEJ PRZYBLIŻAĆ, CHOCIAŻ TUTAJ NA ZIEMI NIGDY NIE POZNAMY JEJ DO KOŃCA.

ALE KIEDYŚ POZNAMY, BO OSTATECZNIE JEST NIĄ SAM BÓG.

JEDNA, JEDYNA KOMUNIA ŚWIĘTA MA WIĘKSZĄ WARTOŚĆ NIŻ WSZYSTKIE BOGACTWA ŚWIATA.

Kiedy wybije nasza ostatnia godzina, ustanie bicie naszego serca, wszystko się dla nas skończy, a więc i czas naszego zasługiwania i niezasługiwania. Takich jakimi jesteśmy, spotka nas śmierć i tacy staniemy przed Chrystusem, Sędzią. Nasze błagalne wołania, nasze łzy, nasze akty żalu, które jeszcze na ziemi zdobyłyby serce Boga, mogłyby z nas, grzeszników, uczynić – przy pomocy sakramentów – ludzi świętych; ale w owym momencie nie będą miały żadnej wartości; czas miłosierdzia minie i rozpocznie się czas sprawiedliwości – ojciec Pio.

bogciebie11

Posted in Kontakt, Miłosierdzie Boże, Religia, Św. Faustyna | 5 Komentarzy »

Jeszcze POLSKA nie zginęła…

Posted by tadeo w dniu 26 października 2015

Wielokroć upokorzony czekałem na tą chwilę wiele lat. Osobiście bardzo się wzruszyłem… Tyle lat czekania, tyle momentów bezsilności i nieraz zniechęcenia. Warto było czekać!!!!!  Dzisiaj obudziłem się w innym – lepszym państwie.

Zwyciężyła POLSKA – ojczyzna moich marzeń.

Polska znów jest polska, Polska jest wolna, odzyskaliśmy suwerenność i wolność.  Wreszcie czuję się jak we własnym domu. 

Posted in POLECAM | 2 Komentarze »

Ks. Dominik Chmielewski – EUCHARYSTIA I MARYJA kontra koronawirus

Posted by tadeo w dniu 31 marca 2020

„…Dla nas Polaków zdrówko jest najważniejsze.

I dlatego tak bardzo boimy się tego koronawirusa.

I dlatego siedzimy i trzęsiemy się.

Bo koronawirus. Bo zdrówko jest najważniejsze.

Nie katoliku, chrześcijaninie.  Zdrówko nie jest najważniejsze.

Najważniejsze jest kochanie Boga całym sercem, ze wszystkich sił, z całej duszy i z całej swojej mocy.

A bliźniego swego ja siebie samego.

To jest najważniejsze.

Po to żyjemy. Jesteśmy dziećmi wieczności…

NAJWAŻNIEJSZE JEST ŻYCIE WIECZNE”

Posted in Religia | Leave a Comment »

Ks.dr Grzegorz Bliźniak – Świadek Trevignano.

Posted by tadeo w dniu 29 marca 2020

Ks. dr Grzegorz Bliźniak wielokrotny uczestnik objawień Matki Bożej w Trevignano Romano , zaprzyjaźniony z widzącą Giselą Cardia oraz jej mężem Giannim opowiada o objawianiach i widzącej Giseli w cyklu konferencji pt. Świadek Trevigano Romano.
Maryja z Trevignano Romano mówi nam, że czas, w którym żyjemy, jest już czasem Apokalipsy. Mówi o znakach, jakie mają bezpośrednio poprzedzać nadejście Jej Syna. „Mój Syn przyspieszył Swój powrót, jest bardzo zmęczony zachowaniem ludzi, żyjecie jak w Sodomie i Gomorze” (22 listopada 2016); „Jesteście tak przyzwyczajeni do zła, że nie widzicie otaczających was demonów, nie jesteście w stanie dostrzec Antychrysta, który znajduje się wśród was” (22 kwietnia 2017); „Nadeszły dni Ostrzeżenia, wkrótce zobaczycie mojego Syna przychodzącego z nieba na obłoku, a potężny huk sprawi, że ziemia zadrży. Wielkim znakiem tego zdarzenia będzie krzyż widoczny na całym świecie” (22 września 2016).

Zobacz także:

RÓŻANIEC na ŻYWO/KORONKA do MIŁOSIERDZIA BOŻEGO/rozmowa z ks. dr. GRZEGORZEM BLIŹNIAKIEM

Przeczytaj także:

OBJAWIENIA W TREVIGNANO ROMANO

Ps.  O prawdziwości Objawień orzeka Stolica Apostolska. Jak to było w przypadku Objawień Matki Bożej w Fatimie i innych… Są One objawieniami prywatnymi…

Widząca ma stygmaty, asystują już przy niej lekarze, czyli co kto ją tak pokaleczył sama?

W mojej ocenie za wcześnie radykalnie ogłaszać – jak to robią niektórzy księdza – że objawienia Matki Bożej z Trevignano Romano są nieprawdziwe,  ponieważ po owocach, a nie po analizie literatury poznamy. A na to jeszcze zdecydowanie jest za wcześnie.

 

Posted in Religia | 1 Comment »

OBJAWIENIA W TREVIGNANO ROMANO

Posted by tadeo w dniu 29 marca 2020

OBJAWIENIA W TREVIGNANO ROMANO
do moich braci w kapłaństwie i moich dzieci

APC - 2020.03.29 10.41 - 001.3d

Włoskie małżeństwo: Gianni i Gizela Carda, mieszka w Trevignano Romano. Objawienia są trwającymi od 21 kwietnia 2016 r. przekazami od Matki Bożej, ale także od Jezusa, dla małżeństwa Giselli i Gianniego Carda. Towarzyszą temu krwawe łzy spływające po twarzy małej figurki Matki Bożej Królowej Pokoju, którą małżeństwo Carda przywiozło z pielgrzymki do Medjugore w sierpniu 2014 r. Łzy pojawiają się też na obrazie Jezusa Miłosiernego, który wisi w ich mieszkaniu. Badania laboratoryjne stwierdziły, że jest to ludzka krew. Na ścianie w sypialni ukazały się napisy w języku hebrajskim: „Ja jestem Trójcą” i aramejskim: „To jest Moja Krew, Krew wylana za wielu”.
W pierwszych dniach objawień Gisella Carda usłyszała, modląc się przed ołtarzykiem domowym, głos Matki Bożej, która oznajmiła jej, że wybrała małżeństwo Carda, gdyż „przepełnia was miłość i nadzieja, a to one stanowią fundament życia”. Wkrótce ich dom stał się miejscem spotkań modlitewnych, a Gisella doświadczała kolejnych spotkań z Maryją. Miejscowy biskup Romano Rossi dowiedziawszy się o wszystkim, udostępnił modlącym się kaplicę, by tam mogli wspólnie medytować i odmawiać różaniec. Matka Boża poprosiła też Gisellę, by każdego trzeciego dnia miesiąca udawała się na wzgórze Tre Vigne, gdzie w obecności zazwyczaj ok. tysiąca pielgrzymów odmawiających różaniec, objawia się publicznie, aby przekazać orędzie.
3 listopada 2016 roku wyjątkowo modlitwa różańcowa odbyła się nad brzegiem włoskiego jeziora Bracciano. Zebrało się wówczas bardzo dużo ludzi. Podczas modlitwy różańcowej Matka Boża objawiła się Gizeli i powiedziała:
„Będzie wielkie trzęsienie ziemi i ołtarz ojczyzny będzie pierwszy, który ulegnie zniszczeniu. Zjednoczcie się w modlitwie za Kościół, gdyż jest atakowany przez demona. Nie lękajcie się, jestem z wami z całą swoją matczyną miłością.
Proszę, otwórzcie wasze serca i módlcie się. Bo tylko wtedy otrzymacie łaski, których potrzebujecie. Ukochane dzieci, karmcie się ciałem mojego Syna. Korzystajcie z sakramentu pokuty. Nawracajcie się, bo czasu jest mało”.
Na koniec modlitwy różańcowej zebrani zobaczyli niesamowite zjawisko cudu słońca podobne do tego, jakie miało miejsce w Tre Fontane i w Fatimie.
W orędziach Maryja mówi, że jej serce krwawi dlatego, że wielu ludzi w Kościele przestaje się modlić i traci wiarę, pogrążając się w wielkich ciemnościach grzechów. Przypomina, że tylko przez nawrócenie, zerwanie z grzechem oraz wytrwałą modlitwę, sakrament pokuty i Eucharystię osiąga się niebo. Ponadto w swoich orędziach Maryja bardzo prosi, aby odmawiać różaniec, który jest potężną i wyjątkowo skuteczną bronią w walce z siłami zła, i obiecuje, że każdy kto będzie innych uczył tej modlitwy, „otrzyma koronę z pereł miłosierdzia i chwały w nagrodę za to, że pomógł innym ludziom osiągnąć zbawienie”.
Maryja z Trevignano Romano mówi nam, że czas, w którym żyjemy, jest już czasem Apokalipsy. Mówi o znakach, jakie mają bezpośrednio poprzedzać nadejście Jej Syna: „Nadchodzą dni Ostrzeżenia, wkrótce zobaczycie mojego Syna przychodzącego z nieba na obłoku, a potężny huk sprawi, że ziemia zadrży. Wielkim znakiem tego zdarzenia będzie krzyż widoczny na całym świecie” (22 września 2016).
„Mój Syn przyspieszył Swój powrót, jest bardzo zmęczony zachowaniem ludzi, żyjecie jak w Sodomie i Gomorze” (22 listopada 2016); „Jesteście tak przyzwyczajeni do zła, że nie widzicie otaczających was demonów, nie jesteście w stanie dostrzec Antychrysta, który znajduje się wśród was” (22 kwietnia 2017); oraz że z powodu ogromu ludzkich grzechów nadchodzą trzy dni ciemności. Nie powinni się ich obawiać tylko ci, którzy się modlą i są w stanie łaski uświęcającej.
Maryja wielokrotnie podkreślała, że jest bardzo mało czasu i dlatego Jej wezwania do nawrócenia nie można lekceważyć. Zapowiedziała, że jeżeli nie będzie opamiętania, to nastąpi wielki kataklizm we Francji oraz trzęsienie ziemi we Włoszech.
Matka Boża mówiła też, że w Rzymie działają sekty masońskie, które uprawiają okultyzm, i że jeśli ludzie nie odwrócą się od grzechów i nie pojednają się z Bogiem, to „na Rzym przyjdzie plaga różnych epidemii, wielkich nieszczęść, które przyniosą śmierć, zniszczenie i rozpacz”.

 

Przepowiednie z Trevignano Romano są bardzo konkretne i często spełniają się wkrótce po ich ogłoszeniu. Np. 3 września, 2017 r. Matka Boża wzywała do modlitwy przede wszystkim za Hiszpanię i niedługo potem doszło do zamachu w Madrycie oraz rebelii w Katalonii. Z kolei 9 września 2017 roku Maryja prosiła o modlitwę w intencji Stanów Zjednoczonych, gdyż „wielu doświadczy tam cierpienia”. Kilka dni później podczas wielkich powodzi na terenie USA, wiele zamieszkałych terenów znalazło się pod wodą powodując mnóstwo osobistych tragedii. W dn. 28 września 2019 r. Maryja ostrzegła: „Módlcie się za Chiny, ponieważ stamtąd nadejdą nowe choroby, wszystko już gotowe, aby zarazić powietrze nieznanymi bakteriami” zaś parę miesięcy później, w dn. 29 lutego 2020 r. powiedziała: „Dzieci moje, dlaczego czekacie aż stanie się coś strasznego, żeby zbliżyć się do Boga, a kiedy wszystko jest dobrze nie znacie swojego Zbawiciela? Dzieci moje, to nie będzie ostatni wirus, który przyjdzie z ziemi, ale spodziewajcie się innych rzeczy, trzęsienia ziemi i zarazy, świat jest tego pełny, a wielu, mimo tego wszystkiego, już oddało duszę diabłu. Dzieci, to jest czas nawrócenia, módlcie się i wierzcie w Ewangelię, ja obiecuję wam ochronę.”
Wiarygodność nadzwyczajnych znaków z Trevignano Romano zostawmy osądowi Kościoła, ale wezwanie do nawrócenia jest ewangelicznym wezwaniem Chrystusa oraz Jego Matki Maryi i ono zawsze wszystkich obowiązuje. Powinniśmy je przyjąć i podporządkować mu wszystkie dziedziny swojego życia.
Najważniejsze postanowienie to troska o to, aby zawsze być w stanie łaski uświęcającej, gdyż największym nieszczęściem dla każdego człowieka jest trwanie w śmiertelnych grzechach. Trzeba więc radykalnie zerwać z wszelkim grzechem i z okazjami do grzechu.
Jeżeli zdarzy się ciężki upadek, to trzeba natychmiast iść do spowiedzi. Nigdy nie należy się zniechęcać i tak powinno się ułożyć sobie program dnia, aby najważniejszą czynnością była w nim codzienna modlitwa.
Trzeba wytrwale modlić się modlitwą różańcową, Koronką do miłosierdzia Bożego oraz czytać Pismo Święte. Jeżeli to jest możliwe, codziennie uczestniczyć w Eucharystii i znaleźć czas na trwanie w obecności Jezusa obecnego w Najświętszym Sakramencie. Tylko w ten sposób będziemy pozwalali Jezusowi, aby leczył wszystkie rany naszego serca, uwalniał nas od wszelkich zniewoleń i uczył nas bezinteresownie kochać. Mając Boga w sercu, nie będziemy się bać niczego i z radością będziemy dzielić się skarbem wiary z innymi.

Trevignano Romano 3 marca 2020 r.
Drogie dzieci, dziękuję wam za odpowiedź na moje wezwanie w waszych sercach. Kochani, w jak wielkim smutku jest pogrążone wasze życie! Dzieci moje, w tym okresie WIELKIEGO POSTU, ofiarujcie cały swój smutek Sercu Jezusa, Które bardzo cierpi z wami: za Kościół, za osoby konsekrowane i za dzieci nie wierne Ewangelii i nie słuchające Słowa Bożego. Zły zabiera ze sobą tak wiele dusz, korzystając z tej chwili zamętu, ale ja, jako Współodkupicielka ludzkości, sprowadziłam was do stóp Krzyża i proszę o pomoc: pomóżcie mi sprowadzić jak najwięcej dusz do Boga, byście i wy byli współodpowiedzialni ze mną i ostatecznie wraz ze mną odnieśli zwycięstwo. Moje maleństwa, nie lękajcie się prawdy! Pamiętajcie, że to Jezus jest Życiem, Prawdą i Drogą. Dziś, wiele łask zstępuje na was. Daję wam teraz moje matczyne błogosławieństwo, w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego. Amen.

Trevignano Romano 6 marca 2020 r.
Orędzie od Maryi – Najświętszej Matki Współodkupicielki w zbawieniu ludzkości:
Drogie dzieci, dziękuję wam za to, że jesteście tu na modlitwie, w tym domowym kościele. Moim pragnieniem jest, byście wspólnie modlili się w pokoju, z sercem zwróconym do Jezusa. Dzieci, bądźcie pokorni i proszę was, byście postępowali do świętości najwęższą drogą, a nie tą wygodną, która prowadzi do zguby; myślcie o swojej duszy. Módlcie się za Niemcy. Nie osądzajcie kapłanów, bo wielu będzie ciężko osądzonych przez Boga. Jestem tu z wami, aby was pocieszać i błogosławię wam w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego, Amen.
Krótki przekaz od Jezusa:
Oto, moja siostro, nadeszła chwila, w której oddzielę światło od ciemności.

Trevignano Romano 7 marca 2020 r.
Dzieci moje, dziękuję wam za to, że jesteście tu na modlitwie. Proszę was o przystępowanie do spowiedzi i oczyszczanie z grzechów waszych dusz, idźcie w prawdzie przez ten czas WIELKIEGO POSTU – czas Oczyszczenia. Teraz błogosławię wam w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego, Amen.

Trevignano Romano 8 marca 2020 r.
Przesłanie Jezusa
Moi drodzy bracia w kaplaństwie i Moje dzieci, dziękuję wam za wysłuchanie Mojego wołania w waszych sercach. Dziękuję za waszą miłość: Ja, wasz Król, wkrótce będę z wami, aby odebrać to, co należy do Boga. Moje dzieci, co oni ze Mną robią?! Płacze Moje Serce i Serce Mojej Najświętszej Matki. Tak jak już wam mówiłem: „Wkrótce nie będzie mnie już w Mym domu (Kościele), nadszedł czas na Moje ukrzyżowanie. Ten kolejny raz jest gorszy, niż poprzedni, nigdy dotąd tak nie cierpiałem, a wszystko to za sprawa ludzkich decyzji… Jaka głupia jest ta ludzkość! Już nie pamiętają, że dla nich umarłem”.

Trevignano Romano 10 marca 2020 r.
„Moje dzieci, dziękuję wam za to, że jesteście tu na modlitwie. Nie bójcie się tak wirusów, jak tego, że zostajecie bez Chleba Życia Wiecznego. Moi ukochani, bądźcie razem, bądźcie światłem dla świata i nigdy nie pozwólcie go zgasić. Moje dzieci, każdy sposób na wspólną modlitwę jest dobry, módlcie się za Rzym, bo on wypije kielich goryczy. Módlcie się za Rosję. Och! Ukochani synowie, gdybyście mnie słuchali! Teraz zostawiam was w pokoju i błogosławię wam w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego, Amen”.

Trevignano Romano 11 marca 2020 r.
Przesłanie Jezusa
Moi ukochani, Serce Me krwawi gdy widzę waszą bezradność, że zamiast modlić się do Mego Ojca, zamykacie się w domach. Jaka straszna jest wasza ślepota! Bo Mnie nie kochacie choć Ja jestem blisko was! Moja Matka, pogrążona w bólu, mówi wam, co macie robić, a wy Jej nie słuchacie. Gdy tylko modlitwa może was uratować, wy silicie się, aby coś zrozumieć, choć póki nie uwierzycie – duch tego, który podąża ku zbawieniu, nie może być oświecony. Mała trzódko, możesz tak wiele zrobić modląc się do Mego Ojca z szeroko otwartymi sercami, odkrywając na nowo pokłady waszej wiary, miłości bliźniego i budując pokój między wami. Moi kochani, jaki ból sprawia Mi widok was bezradnych i poranionych! Módlcie się z Moją Matką, Ona będzie z wami trwać w modlitwie, zanosząc wasze wołania do Mojego Ojca, Który choć tak bardzo was kocha, nie może dłużej patrzeć na swe ukochane dziatki idące na zatratę, nie mające nawet odwagi, aby nieść Świętą Eucharystię tym, którzy cierpią. To jest ciężka próba i pragnę, aby każdy z was przyjmował swój krzyż z miłością. Błogosławię wam w imię Ojca, w imię Moje i Ducha Świętego, Amen”.

Trevignano Romano 14 marca 2020 r.
Moje drogie dzieci, dziękuję wam za modlitwy, pamiętajcie, by nie odchodzić od Krzyża, wciąż zwracajcie swe oczy ku Niebu, nie bójcie się, bo mój Jezus jest blisko was, wraz z Aniołami i Archaniołami; miejcie pokój i radość w swych sercach. Dzieci, kochajcie mego Syna Jezusa i trzymajcie się mych rąk, a nigdy nie zabraknie wam niczego; Opatrzność nie opuści tych, którzy są silni w wierze. Teraz błogosławię wam w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego, Amen.

Trevignano Romano 17 marca 2020 r.
Moje dzieci, dziękuję wam za to, że jesteście tu na modlitwie. Dzieci moje, wiem jak wiele cierpienia spadło dziś na ludzkość, ale ja będę z wami i proszę w tych ciężkich chwilach, zastanówcie się i pomyślcie, że nikt, tylko Bóg może być waszą pomocą i pocieszeniem. Trwa czas walki dobra ze złem. Nie ustawajcie w modlitwie, tylko w ten sposób możecie pokonać zło, które was ogarnia. Przygotujcie się, dzieci, bo przyjdą ciężkie czasy z powodu nowych pandemii, trzęsień ziemi i wichrów wojny. Mimo to, wielu z was odczuje pokój w swych sercach, wiedzcie, że to jest łaska z Nieba. Nie lękajcie się, bo ja będę z wami. Teraz błogosławię was w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego, Amen.

Trevignano Romano 21 marca 2020 r.
Moje kochane dzieci, dziękuję wam za to, że jesteście tu na modlitwie. Moje ukochane dzieci, jakże przerażeni jesteście tym wszystkim, co się teraz dzieje, lecz ja zstąpiłam na ziemię, by was ostrzegać i przygotować na wszystko, co się wydarzy. Jednak tak wielu z was, mimo mych nieustannych apeli, mnie nie słucha. Umiłowane dzieci, podajcie mi swoje ręce, a ja was ochronię i poprowadzę was przez wszystko to, co się wydarzy. Bądźcie blisko mnie i mojego Jezusa, a nic wam się nie stanie. Teraz błogosławię was w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego, Amen.

Trevignano Romano 24 marca 2020 r.
Przesłanie Jezusa
Moi bracia, zebraliście się wszyscy w tej wielkiej rodzinie, sprawiając Memu Sercu wielką radość! Wszyscy na modlitwie, jak kiedyś bywało. Ukochane dzieci, wy, którzy staliście się teraz częścią Mojego małego stadka, podążajcie krok za krokiem za Moją Matką, będę wam towarzyszył pośród lwów i żmij, nikt was nie będzie mógł dotknąć ani nikt was nie skrzywdzi. Drodzy bracia, jak wielka jest Moja miłość do was, bądźcie zjednoczeni, bo teraz jest czas, gdy każdy potrzebuje drugiego; nie zostawiajcie swoich braci samych, ale zmiłujcie się, zmiłujcie się nad nimi, jak Ja będę miał dla was zmiłowanie i niczego wam nie zabraknie. Moc Boża jest tak wielka, że Mój płaszcz jest taki sam, jak Mojej Matki: przykryje was i uczyni niewidzialnymi dla zła. Moi bracia, światowa elita chce z was uczynić swoich poddanych, jesteście jak niewolnicy, ale Ja przyjdę i uwolnię was od całego tego zła. Bracia Moi, będę iść obok was, będę was przytulał i błogosławił jako Brat, jako Przyjaciel, jako Ojciec. W imię Ojca, w imię Moje i Ducha Świętego, Amen.
Moja córko, nie bój się, trzymaj swoją rękę w Mojej, a będę przy tobie, już cię nie opuszczę, ta misja będzie trwać, bądź spokojna.

Zobacz także:

Ks.dr Grzegorz Bliźniak – Świadek Trevignano.

Posted in Religia | 1 Comment »

Kim był kapłan, którym zachwycił się ks. Pawlukiewicz?

Posted by tadeo w dniu 28 marca 2020

„Nie raz coś tam szepnę księdzu Aleksandrowi jak coś nie wychodzi, czy z czymś już nie daję rady. To jest cichy przewodnik po tych skomplikowanych i tajemniczych drogach cierpienia” – mówił na miesiąc przed śmiercią ks. Pawlukiewicz.

 

Ks. Piotr Pawlukiewicz poświęcił swój doktorat postaci księdza Aleksandra Fedorowicza. Jak sam przyznawał – zachwycił się postacią tego skromnego kapłana. „Ks. Aleksander należał do tych, którzy Ewangelię brali dosłownie. Nie przepuszczali przez filtr swoich zawiłych analiz, ale zmagali się ze Słowem Bożym. Bo jeśli ktoś przyjmie Ewangelię dosłownie, to musi się nastawić na niezłą orkę. To jest Słowo Boże, które rozrywa w sensie pozytywnym serce i człowieczeństwo każdego chrześcijanina. Te dwie rzeczy gruntownie zainteresowały mnie w ks. Aleksandrze.” – wspominał ks. Pawlukiewicz w wywiadzie udzielonym Fundacji im. Ks. Aleksandra Fedorowicza na miesiąc przed swoją śmiercią.

 

Może to nie jest przypadek?

Ks. Aleksander Fedorowicz był pierwszym proboszczem parafii św. Franciszka z Asyżu w Izabelinie. Prosty, skromny, uśmiechnięty. Wpatrzony w Eucharystię i dostrzegający Pana Jezusa w każdym człowieku. Tam mieszkał, żył z ludźmi, których kochał. Swoją postawą pokazywał jak prawdziwie żyć duchem Ewangelii. Uczył jak dostrzegać Boga w zwykłej codzienności. Tam umarł – w maleńkim pokoiku nad zakrystią, który dzisiaj mogą odwiedzać wierni. Był pierwszym Księdzem, który w 1954 r. otrzymał zgodę Prymasa Polski kard. Wyszyńskiego na sprawowanie liturgii w języku polskim, odprawianie Mszy twarzą do wiernych oraz czytanie tekstów przez świeckich razem z kapłanem.

W Roku Miłosierdzia powołana została do życia Fundacja im. ks. Aleksandra Fedorowicza „Przyjaciele Alego”, która kontynuuje rozpoczęte przez swojego Patrona jeszcze za Jego życia dzieła miłosierdzia – Zależało nam, aby nagrać choć krótką rozmowę z ks. Piotrem Pawlukiewiczem. Spotkaliśmy się w Parafii Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny miesiąc przed śmiercią. To spotkanie wywarło na mnie bardzo duże wrażenie i zapisało się w moim sercu – wspomina Magdalena Kamińska, autorka wywiadu z ks. Pawlukiewiczem. – Ks. Piotr mówił o Ks. Alim jako o przewodniku, który towarzyszy mu także w chorobie. Obaj zmagali się z cierpieniem. Ks. Ali chorował niemal przez całe życie na gruźlicę, zmarł w wieku 51 lat na nowotwór węzłów chłonnych. Ks. Piotr zmagał się z chorobą Parkinsona. Spotkanie z Ks. Piotrem poza mądrymi słowami o tym co piękne i wartościowe, było poruszającą lekcją jak przyjmować chorobę oraz cierpienie z pokojem i pełną zgodą na Wolę Bożą. Taki obraz Kapłana, wybitnego Kaznodziei, a przy tym bezpośredniego i życzliwego Człowieka zachowam w swoim sercu. W naszym życiu nie ma przypadków. Myślę sobie, że skoro śp. ks. Piotrowi zależało na popularyzacji osoby ks. Alego, to może nie jest też przypadkiem, że tę ostatnią rozmowę przed Jego niespodziewanym odejściem poświęciliśmy właśnie na wspomnienie tejże Postaci?

 

I kiedy zacząłem czytać artykuły, broszurki o nim, powiedziałem: „To jest to! To jest to, tego potrzeba!”. Ta postać mnie zachwyciła.

„To jest to!”

W rozmowie z Magdaleną Kamińską ks. Pawlukiewicz wspominał, że postać ks. Aleksandra Fedorowicza poznał dzięki ks. Januszowi Tarnowskiemu –Byłem w okresie swoich studiów lubelskich na etapie zbierania materiału na pracę doktorską. I wtedy ks. Janusz powiedział mi: „słuchaj, zajmij się ks. Aleksandrem, on ciągle jest jeszcze postacią niedocenioną przez diecezję, przez Kościół”. Słyszałem o tej postaci wiele, ale to były takie wyrywkowe informacje. I kiedy zacząłem czytać artykuły, broszurki o nim, powiedziałem: „To jest to! To jest to, tego potrzeba!”. Ta postać mnie zachwyciła. I nie musiałem się zmuszać do tego doktoratu, bo wiedziałem że jak do niego usiądę, to znajdę jakąś perełkę i będzie o czym myśleć, będzie się czym dzielić ze znajomymi. Więc to nie było tak, że o nim czytałem i się nim zachwyciłem, tylko ja się nim zachwyciłem i dopiero potem czytałem…

 

Przeczytałem zdanie, które mną wstrząsnęło: „Nie ma dla księdza większego niebezpieczeństwa w życiu duchowym, niż podwójne życie”. I nie chodzi tylko o podwójne życie, że ktoś jest alkoholikiem czy seksoholikiem, ale nawet wtedy, jeśli ma jeden zestaw tematów dla ludzi przy stole, a drugi zestaw tematów dla ludzi przy ołtarzu

Boży realista

Jak przyznał ks. Pawlukiewicz, w księdzu Fedorowiczu zachwycił go jego realizm – Zapytali go kiedyś: „I jak tam akcja anty-alkoholowa?” Odpowiedział: „Jak pili, tak piją”. Nie chodził w obłokach, że wszyscy się „wynawracają”, był realistą, że z tej zorganizowanej akcji niewiele wyszło. Kwestia ofiary, wyrzeczenia się. To są tematy, które są ponadczasowe, zawsze będzie problem, żeby Panu Bogu poświęcić czas. Pierwsi chrześcijanie też mieli pokusę, żeby może sobie pójść na ryby a nie słuchać Jezusa, ale on ich angażował do pracy poprzez ustawianie w szeregu po rozważanie najgłębszych tajemnic Ewangelii.

Dla księdza Pawlukiewicza była to postać, którą powinni inspirować się księża – W jednej z gazet, tygodniku katolickim, przeczytałem zdanie, które mną wstrząsnęło: „Nie ma dla księdza większego niebezpieczeństwa w życiu duchowym, niż podwójne życie”. I nie chodzi tylko o podwójne życie, że ktoś jest alkoholikiem czy seksoholikiem, ale nawet wtedy, jeśli ma jeden zestaw tematów dla ludzi przy stole, a drugi zestaw tematów dla ludzi przy ołtarzu, to coś jest nie tak. U księdza Aleksandra między ołtarzem a światem była taka ciągłość.

 

Przewodnik po drogach cierpienia

W chorobie pełnej cierpienia i bólu, ks. Pawlukiewicz widział w księdzu Aleksandrze „przewodnika po drogach cierpienia” – On zaskakiwał swoim podejściem do choroby. Po przejściu bardzo trudnego zabiegu medycznego, powiedział do lekarza prowadzącego zabieg „dziękuję bardzo” co ich wprawiło w zdumienie bo myśleli że zapyta, ile będzie trwał ból, czy to będzie bolało, po ilu dniach zdejmie szwy. A on podziękował za przeprowadzenie operacji, trudnej i skomplikowanej. Także nie raz coś tam szepnę księdzu Aleksandrowi jak coś nie wychodzi, czy z czymś już nie daję rady, że łóżko się wpija w plecy w nocy, to jest cichy przewodnik po tych skomplikowanych i tajemniczych drogach cierpienia.

 

Patron „niezrzeszonych”

Styl życia, zaangażowanie i podejście do każdego człowieka nie pozostawiały księdzu Pawlukiewiczowi wątpliwości, czyim patronem może być ksiądz Fedorowicz – Niezrzeszonych. Nieraz księża są zrzeszeni i tak się oddają pracy Kościołowi poprzez pracę w jakiejś organizacji, wspólnot, odnowy charyzmatycznej, modlitewne, a jest wielu księży, wielu ludzi, którzy nie mogą odnaleźć swojej jednej wspólnoty czy grupy a są bardzo pobożni. Jest patronem dla tych pogubionych. Nie zostawił po sobie żadnej organizacji, struktur. Prowadził duszpasterstwo indywidualne – wspominał ks. Pawlukiewicz.

 


Całość wywiadu oraz informacje o postaci ks. Aleksandra Fedorowicza można znaleźć na stronie internetowej Fundacji im. Księdza Aleksandra Fedorowicza „Przyjaciele Alego” TUTAJ>>>

Kim był kapłan, którym zachwycił się ks. Pawlukiewicz?

Odszedł do Pana Ks. Piotr Pawlukiewicz

Przeczytaj także:

Odszedł do Pana Ks. Piotr Pawlukiewicz

Ks. Aleksander Fedorowicz

Posted in Ks. Piotr Pawlukiewicz, Religia, SYLWETKI | 1 Comment »

Ks. Aleksander Fedorowicz

Posted by tadeo w dniu 28 marca 2020

Ks. Aleksander Fedorowicz – pierwszy proboszcz parafii św. Franciszka z Asyżu w Izabelinie Prosty, skromny, uśmiechnięty. Wpatrzony w Eucharystię i dostrzegający Pana Jezusa w każdym człowieku. Tu mieszkał, żył z ludźmi, których kochał. Swoją postawą pokazywał jak prawdziwie żyć duchem Ewangelii. Uczył jak dostrzegać Boga w zwykłej codzienności. Tu umarł. W maleńkim pokoiku nad zakrystią, który dzisiaj mogą odwiedzać wierni.

Rodzinny dom i lata młodzieńcze

– Bogu dziękuję, że w tej rodzinie przyszedłem na świat, i że Tato i Mama dali mi życie i wychowanie. Byłem i jestem szczęśliwy. Zawdzięczam to Rodzicom… – tak po latach ks. Aleksander Fedorowicz wspominał swój rodzinny dom w Klebanówce na Podolu (Kresy Wschodnie). Urodził się tam 16 czerwca 1914 r. jako przedostatnie z dziewięciorga dzieci Aleksandra i Zofii z Krasińskich. Wśród wielu czynników jakie wpływały od dzieciństwa na małego chłopca – przyszłego kapłana – znaczenie miała piękna, otaczająca go przyroda, która była naturalnym środowiskiem zabaw, spacerów i wypoczynku. Bardziej jednak niż przyroda każdego człowieka kształtują kontakty z innymi ludźmi. W życiu Fedorowiczów rodzinna miłość nie była jedynie familijnym ciepłem czy serdecznością, ale zawierała w sobie jasny i egzystencjonalny przekaz mądrości dotyczący przede wszystkim Pana Boga, ale także świata, sensu życia i ludzi.

Aleksander początkowo uczył się w domu. Następnie skończył IV Gimnazjum im. Jana Długosza we Lwowie. W czasie nauki w gimnazjum po raz pierwszy w jego życiu pojawiła się możliwość codziennego uczestnictwa w Mszy Świętej. – Eucharystia to powinien być wasz specjalny sakrament. Bo Eucharystia stanowi o jedności. Obojętne, gdzie się będzie na Mszy św. i u Komunii św. – jednoczy nas wszystkich Chrystus – napisał w późniejszych rozważaniach.

W 1933 r. rozpoczął studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jana Kazimierza. Dwa lata później wstąpił do seminarium duchownego we Lwowie, gdzie podjął naukę na Wydziale Teologicznym. Formacja duchowa w seminarium oparta była przede wszystkim na modlitwie, konferencjach i kierownictwie duchowym. Seminaryjni koledzy, określając duchowy rys Aleksandra, mówią, iż był to „mąż modlitwy”. Jego wzrost duchowy oparty był przede wszystkim na niezwykle gorliwej modlitwie. Niestety, kilkakrotne nawroty chorób płuc i pobyty w sanatoriach były przyczyną przerwania studiów w 1938 r. Po wybuchu II wojny światowej, przebywając u rodziny, kontynuował studia prywatnie pod kierunkiem ks. Kazimierza Kowalskiego, późniejszego biskupa pelplińskiego, przedwojennego rektora seminarium w Poznaniu.

Święcenia kapłańskie, Laski, Izabelin…

15 listopada 1942 r. otrzymał święcenia kapłańskie z rąk ks. adp. Bolesława Twardowskiego. Mszę św. prymicyjną odprawił we Lwowie w kościele św. Łazarza. Po święceniach pomagał w pracy duszpasterskiej w Lipnikach pod Gorlicami, a od 1943 r. przez blisko dwa lata prowadził duszpasterstwo we wsi Tywonia, w kaplicy należącej do parafii w Jarosławiu. Tam też rozpoczął pisanie swojej pracy magisterskiej, którą ukończył w 1950 r.

W 1945 r. na zaproszenie ks. Władysława Korniłowicza, kierownika duchowego Dzieła Niewidomych w Laskach i Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, przeniósł się na stałe do Lasek pod Warszawą. Pomagał w pracy choremu już wówczas ks. Korniłowiczowi aż do jego śmierci w 1946 r. Był to czas znacznego pogorszenia zdrowia ks. Aleksandra. Kilka miesięcy musiał spędzić w sanatorium w Otwocku i w Zakopanem. W Tatrach w grudniu 1947 r. przeszedł operację torakoplastyki – uważaną wówczas za jedną z najbardziej poważnych operacji płucnych. Po rekonwalescencji powrócił wiosną 1948 r. do Lasek. Jako kapelan i nauczyciel pracował w Szkole dla Niewidomych do 1952 r.

W dniu 28 czerwca 1951 r. otrzymał nominację na proboszcza erygowanej wkrótce potem (5 lipca 1951 r.) parafii Izabelin – Laski. Wszystko rozpoczęło się od wizyty u ówczesnego Prymasa Polski – ks. kardynała Stefana Wyszyńskiego, który zaprosił do siebie kilku księży – w tym braci księży: Aleksandra i Tadeusza Fedorowiczów. Zakomunikował, że chce utworzyć nową parafię na skraju puszczy, gdyż tamtejsi mieszkańcy mają daleko do najbliższych kościołów. Prymas Wyszyński pytał, kto zgodziłby się zostać proboszczem nowej parafii. – Chyba ja, ojcze – odezwał się ks. Aleksander Fedorowicz. Podobnie zareagował w dzieciństwie. Wtedy na pytanie matki – czy któryś z synów zostanie księdzem, wysunął się przed starszych braci i stwierdził: – Chyba ja, mamo…

Praca w Izabelinie była trudna. Parafianie odwiedzali najbliższy Kościół w Laskach głównie przy okazji świąt. Pomimo to ks. Ali chwalił polską pobożność. Chciał rozbudzić w ludziach duchowość. Pomóc im nawiązać bliską relację z Panem Jezusem i pomóc zrozumieć czym jest Msza Święta. Organizował życie religijne, społeczne, był inicjatorem ruchu trzeźwości. Z troską tłumaczył wiernym czym jest liturgia i ofiara Chrystusa. – Kiedy idziecie na Mszę Św. to zawsze pamiętajcie, że idziecie stanąć przed Bogiem (…). Msza św. to nie jest jeszcze jedna forma pobożności, ale to nasze włączenie się w to, co się dzieje między Chrystusem a Bogiem, włączenie w Kościół…

W 1954 roku otrzymał zgodę kardynała Stefana Wyszyńskiego na sprawowanie liturgii w języku polskim, odprawianie Mszy twarzą do wiernych oraz czytanie tekstów przez świeckich razem z kapłanem. Parafia w Izabelinie była jednym z pierwszych miejsc w Polsce, gdzie w ten sposób odprawiana była Msza Święta. Niewielka podwarszawska miejscowość stała się centrum życia liturgicznego, do którego przyjeżdżali księża i ludzie świeccy nieraz z bardzo daleka. Sam proboszcz bardzo niechętnie opuszczał parafię. Zwykle czynił to tylko dla innych obowiązków duszpasterskich, jak spowiedź, rekolekcje czy chorzy, z którymi kontakt utrzymywał prywatnie i poprzez Apostolstwo Chorych, od czasów pierwszych swych pobytów w szpitalach jako ich współtowarzysz w cierpieniu.

Choroba, ostatnie lata życia

W listopadzie 1959 r. rozpoczęła się nowa – tym razem już ostatnia choroba – nowotwór węzłów chłonnych. Pomimo kolejnych pobytów w szpitalach gorliwy kapłan nie przerwał swojej pracy. Z kilkumiesięcznego okresu poprzedzającego odejście ks. Aleksandra, który spędził w szpitalu, pochodzą najpiękniejsze listy do chorych i do parafian. – Cierpienie i ofiara tu na ziemi jest koniecznym dopełnieniem i zarazem świadectwem miłości. Gdyby Pan Jezus nie przypieczętował swojej nauki ofiarą i krwią, Ewangelia pozostałaby teorią, a tak stała się, i jest nieustannie życiem – Jego życiem i naszym życiem; jedynym życiem w Kościele – pisał w jednym z nich. Ksiądz Aleksander swoje ostatnie kazanie wygłosił w czasie sumy niedzielnej 2 maja 1965 r. Dziesięć dni później odprawił swoją ostatnią Mszę św. w Instytucie Onkologii w Warszawie. Szpital opuścił 26 czerwca powracając do swojego ukochanego Izabelina, gdzie zmarł w opinii świętości 15 lipca 1965 r. w swoim małym, ubogim pokoiku nad zakrystią, żegnany przez tłumnie odwiedzających go parafian i przyjaciół.

Ostatnich sakramentów udzielił mu ks. Bronisław Piasecki. Pożegnanie odbyło się 17 lipca 1965 r. Uroczystościom przewodniczył ks. bp Bronisław Dąbrowski.

– Bóg jest Miłością. Mamy się z Bogiem spotykać, ale każde spotkanie wymaga wyjścia naprzeciw. Nie możemy być zamknięci w sobie, w swoim egoizmie, w swoich sprawach, w swoich troskach. Musimy się z nich wyswobadzać, wyrywać, tak jak skowronek ulatuje gdzieś tam wysoko w przestworzach, by śpiewać na chwałę Bożą. Musimy miłować Boga, miłować go ponad wszystko. Bóg jest Miłością i tak, jak promień słońca odbija się w każdej wodzie i w kropli rosy, i w najbrudniejszej kałuży, tak Bóg odbija się w każdym człowieku stworzonym na obraz i podobieństwo Boże. Bóg jest Miłością i tą miłością ogarnia człowieka, ogarnia go tak bardzo, że Słowo Przedwieczne wciela się w Ciało, że Syn Boży staje się człowiekiem, by nam Boga objawić, by nas ku Bogu podźwignąć – Syn Boży, Jezus Chrystus, ten sam Bóg jedyny i wszechmocny jak Bóg Ojciec i Duch Święty. Ten Bóg wciela się w ludzką naturę, przyjmuje ludzkie ciało. To On leży w żłobie jako Dziecko i to On umiera za nas na krzyżu. Jezus Chrystus, jedyna Osoba, w której są dwie natury – boska i ludzka. I gdy obcujemy z nim w Ewangelii, to Go widzimy, gdy śpi zmęczony w łodzi Piotra i gdy siedzi przy studni prosząc Samarytankę, by dała mu pić. To jest człowiek z ludzkim ciałem i ciała tego zmęczeniem. Z ludzką miłością, z ludzką mądrością, jakąś największą, ale ludzką. Widzimy go jednak na kartach tej samej Ewangelii i jako Boga, który mówi o sobie i o Ojcu, że są jednym i „zanim Abraham stał się, Jam jest” (J 8,58). Jezus Chrystus jest Bogiem i patrząc na krzyż, na umęczone, poranione, ludzkie ciało, nie możemy zapominać, że to Bóg za nas życie swoje oddał. Przychodzimy pod ten krzyż zbroczony krwią Chrystusową. Przychodzimy do Chrystusa, jak przychodzili do Niego różni ludzie, jak Magdalena i Maria, jak Nikodem, bo on jest nadal z nami, jest tak samo rzeczywiście, jak był wśród tamtych ludzi, chociaż ukryty jest teraz w Hostii. Poza Ewangelią, poza sakramentem, jest jeszcze jedna platforma naszych spotkań z Chrystusem – drugi człowiek, nasz bliźni… – mówił ks. Aleksander w Kościele św. Anny w Warszawie w trakcie rekolekcji dla pielęgniarek w marcu 1961 r. „Bóg jest Miłością” – cytat z Pisma Świętego z Listu św. Jana i credo życia Ks. Aleksandra wyryty jest na kamiennej płycie grobu ks. Aleksandra Fedorowicza. Tak żył, tak pracował i tak posługiwał w Izabelinie.

Na podstawie książek: Ks. Aleksander Fedorowicz „Rozważania i myśli” oraz „Jest nas tysiące…” ; Ks. Piotr Pawlukiewicz „Ksiądz Aleksander Fedorowicz – Po prostu Ksiądz” opracowała Magdalena Kamińska

Przeczytaj także:

Kim był kapłan, którym zachwycił się ks. Pawlukiewicz?

Posted in Religia, SYLWETKI | 1 Comment »

Saint Rita of Cascia – Święta Rita

Posted by tadeo w dniu 25 marca 2020

Film o życiu Ryty Lotti bardziej znanej jako św. Ryta z Cascia (zm. 22 maja 1457). W swoim życiu była wzorową córką, ukochaną żoną, dobrą matką, a także pobożną zakonnicą. Miała odwagę przebaczać i wzywać do przebaczenia w czasie, gdy rywalizacje miedzy rodami i regionami szczególnie dotkliwie odbijały się na życiu mieszkańców średniowiecznej Italii.
Film jest opowieścią o losach niezwykłej XIV–wiecznej Świętej. Rita Lotti była wspaniałą żoną, matką i pobożną zakonnicą. Jako młoda dziewczyna wychodzi za mąż za rycerza- Paola. Niebawem urodzi bliźnięta. Początkowe szczęście nie trwa jednak długo. Okazuje się, że mąż Rity jest mordercą. Pod wpływem dobroci żony Paolo zmienia swoje dotychczasowe życie. Wie, że pokój i przebaczenie są największymi darami Boga.obrazek

https://gloria.tv/post/YdW3S2sAfYWC1rQLAHhHKZJmz

https://zaq2.pl/video/zqzti

Posted in Filmy - Polecam, Filmy religijne | Leave a Comment »

Święta Barbara (org. Santa Barbara)

Posted by tadeo w dniu 25 marca 2020

APC - 2020.03.25 16.45 - 001.3d

ttps://gloria.tv/post/UjfrYsAXDWw339vewHR44Ahj6

https://www.cda.pl/video/248241286

Posted in Filmy - Polecam, Filmy religijne | Leave a Comment »

Ks. D. Chmielewski: Ojcowie pustyni „rozpracowywali” sposób działania demona na człowieka

Posted by tadeo w dniu 23 marca 2020

MĘŻCZYZNA

chester wade/Unsplash | CC0

Czym nas zwodzi szatan i dlaczego to robi? Jakie sposoby obrony przed negatywnymi skutkami ataku demonów proponowali ojcowie pustyni?

Katarzyna Matusz-Braniecka: Czym nas zwodzi szatan i dlaczego to robi?Ks. Dominik Chmielewski*: Zwodzi nas przede wszystkim pokusami, które mają nas odciągnąć od Ewangelii, Jezusa Chrystusa, w konsekwencji od zbawienia. Życie jest czasem, w którym mamy podjąć decyzję czy chcemy żyć na wieczność z Bogiem, czy z szatanem. Gra strategiczna demona polega na tym, żeby zwieść nas do tego stopnia, żebyśmy odrzucili ostatecznie Boga.

Demony, według Ewagriusza, nie znają tajników naszego serca, bo ono należy do Boga. Co jednak wiedzą?

Ojcowie pustyni mówili, że demony mają niezwykły zmysł obserwacji, są świetnymi psychologami. Studiują człowieka od początku jego istnienia, więc znają się świetnie na jego psychice, mechanizmach.

Ojcowie „rozpracowywali” sposób działania demona na człowieka i mówią o ośmiu zafałszowanych sposobach myślenia w walce duchowej. I są to: łakomstwo, nieczystość, chciwość, smutek, gniew, próżność, pycha i acedia, które potem Kościół zakwalifikował jako siedem grzechów głównych.

Skąd wiedzieć jakie jest pochodzenie danej myśli?  

To właśnie ojcowie pustyni uczynili sztuką rozeznawania. Mamy trzy źródła: niebiańskie, pochodzące od Boga; demoniczne, pochodzące od szatana i ludzkie, pochodzące ze skażonej przez grzech pierworodny natury człowieka. One nie są neutralne, są skoncentrowane na naszym egocentryzmie.

Jeśli chcę dobrze rozeznawać to, co do mnie przychodzi, muszę znać Boże myślenie. A gdzie jest ono zawarte? W Bożym Słowie. Ojcowie pustyni nieustanie studiowali, uczyli się Pisma Świętego na pamięć, tak, aby przyswoić całym sercem sposób Bożego myślenia.

Wszystko to, co nie jest Bożym myśleniem, możemy zakwalifikować jako demoniczne lub ludzkie. Poznajemy je po owocach, jeśli myślenie nie jest zgodne z Pismem Świętym, to jego owocami są grzechy. Jest ludzkie, gdy jest skoncentrowane na naszym egocentryzmie i w dalszym procesie prowadzi nas do odrzucenia Bożego myślenia.

Czytam w księdza książce, że czasami demony podsuwają takie myśli, żeby mimo choroby i osłabienia być wstrzemięźliwym i męczyć się śpiewaniem psalmów na stojąco. Jak to zobaczyć?

Musimy pamiętać, że pisali to „komandosi” życia duchowego, mężczyźni, którzy żyli samotnie, postawili wszystko na jedną kartę i uczynili dla Boga ofiarę ze swojego życia. Przekładanie ich sposobu życia na ojca rodziny, który musi ciężko pracować na utrzymanie rodziny, czy na matkę, która musi opiekować się dziećmi, jest nierozsądne.

To może być pewna podpowiedź, że wtedy, gdy czujemy się gorzej, jesteśmy osłabieni, to mimo wszystko nie rezygnujmy z podstawowej ascezy naszego życia, jakiegoś umartwienia. Możemy ofiarować to, że przeżywamy jakiś dyskomfort w intencji zbawienia grzeszników, czy jako pokutę za swoje własne grzechy.

Pisze ksiądz o pięciu stopniach przenikania zła do serca, który jest najbardziej niebezpieczny?

Ten, która całkowicie przyjmuje pokusę. Zło rozwija się jako propozycja, która potem jest analizowana, a w trzecim etapie jest zgoda na to, żeby rozwinęła się w moim sercu. Wtedy, gdy człowiek powiedział „tak” grzechowi, pokusa zaczyna się rozwijać, aż staje się namiętnością, nałogiem i czyni zatwardziałym serce człowieka.

Jakie sposoby obrony przed negatywnymi skutkami ataku demonów proponowali ojcowie pustyni?

Dzisiaj mamy mentalność nieustannego dogadzania sobie, jesteśmy uzależniani od przyjemności. Można powiedzieć, że w każdej chwili naszego życia szukamy doznań zmysłowych. Chcemy, żeby było nam dobrze, przyjemnie, miło i sympatycznie.

Ojcowie pustyni uczą nas, że ciało należy mieć w nieustannym umartwieniu i nie chodzi tu o katowanie swojego ciała. Chodzi o to, by żyć w podstawowej ascezie. Nie muszę sobie ciągle dogadzać, zaspakajać swoich zmysłów. Kiedy jestem głodny, nie muszę od razu zatrzymać samochodu i kupować sobie hamburgera.

Dlaczego dziś tak wiele osób nie jest w stanie wytrwać w związku małżeńskim, w budowaniu trwałych relacji? Dlatego, że są uzależnieni od przyjemności. Kiedy robi się nieprzyjemnie, rozchodzimy się. Nie potrafimy przetrwać różnego typu prób i ataków na naszą miłość. Możemy doświadczyć acedii, ducha południa, jak nazywali go ojcowie pustyni.

Co wtedy możemy robić?

Ojcowie pustyni mówią, aby uczyć się żyć w stałym, ascetycznym stylu. Na dobrym, zdrowym, wyważonym poziomie. Uczyć się mieć wysokie standardy życia, chociażby w relacji z drugim człowiekiem, kiedy jest nieprzyjemnie, dyskomfortowo, kiedy nam nie wychodzi, kiedy jest trudno. Nie zaniżać standardów relacji, tylko dlatego, że jest nieprzyjemnie i nie rezygnować.

W relacji małżeńskiej wrócić do pierwszej miłości. Najpiękniejsze wspomnienia pokazują nam, że umiemy dać się sobie nawzajem. Umiemy być romantyczni, pełni poświęcenia. Odrzućmy zbyt częste siedzenie przed telewizorem, Internetem, zbyt intensywne zaangażowanie w pasje i poświęćmy sobie czas na nowo.

W życiu duchowym też doświadczamy nieprzyjemnych sytuacji.

W momencie, w którym przechodzimy czas oczyszczenia, nie mamy pociech od Boga, nie rezygnujmy z pewnej równowagi w życiu duchowym. Jeśli do tej pory odmawiałem trzy części różańca i dawało mi to owoce, a teraz mam problem, żeby w ogóle mówić różaniec, to nie rezygnuję z niego całkowicie, ale szukam złotego środka. Jedna dziesiątka to byłby poziom minimum, wybieram pięć dziesiątek i robię to konsekwentnie.

I tak w każdej dziedzinie życia. Wszelkie zniechęcenie do pracy nad sobą, nad swoją duchowością jest czasowe i nie będzie problemem do końca życia, trzeba przetrwać.

* Ks. Dominik Chmielewski, rekolekcjonista, salezjanin, należy do Salezjańskiej Wspólnoty Zakonnej w Lądzie nad Wartą. Zanim został kapłanem, był mistrzem wschodnich sztuk walki. Jest opiekunem duchowym wspólnoty Wojownicy Maryi. W wydawnictwie SUMUS ukazała się niedawno jego kolejna książka: „Walka duchowa u ojców pustyni. Jak skutecznie radzić sobie z pokusami”.

Posted in Religia | Leave a Comment »

DŻUMA, czyli lektura obowiązkowa na czasy… koronawirusa

Posted by tadeo w dniu 21 marca 2020

 

   Dżuma – Camus Albert pdf

Posted in Książki (e-book) | Leave a Comment »

Nawet jeśli jest trudno, ostatnie słowo należy do Boga

Posted by tadeo w dniu 21 marca 2020


Ksiądz Piotr Glas dla PCh24: Nawet jeśli jest trudno, ostatnie słowo należy do Boga

PCh24 TV

Czy Pan Bóg robi czy dopuszcza to wszystko aby nas pognębić? Nie. Robi to, aby nas nawrócić i zbawić, żeby ten świat w końcu zatrzymał się wokół Jego Majestatu; żeby ludzie w końcu zrozumieli, iż nie tędy droga. W tym szczególnym Wielkim Poście nie ma już przegadanych rekolekcji. Jest tylko krzyk Boga: „Obudźcie się i otwórzcie oczy!” – mówi ksiądz Piotr Glas w rozmowie z PCh24.pl.

 

Razem z epidemią koronawirusa obserwujemy wysyp przeróżnych magicznych mikstur, amuletów i zabobonów, które mają rzekomo uchronić ludzkość przed chorobą. Dlaczego „postępowy” świat, który drwi z katolików za to, że wierzą w Boga, nie ma nic przeciwko lansowaniu tego typu praktyk?

Nieżyjący już ojciec Gabriel Amorth, jeden z najsłynniejszych egzorcystów, niejednokrotnie podkreślał, że wszystkie magiczne przedmioty, wróżby etc. powinny być zabronione. Niestety, na szeroko pojmowanym Zachodzie są one postrzegane jako znak mądrości i postępu, a niejednokrotnie coś nieodzownego. Ludziom wmówiono, że bez nich nie da się przetrwać i normalnie egzystować, bo tylko one zapewnią im pokój, szczęście i bezpieczeństwo.

 

Wysyp magii, o który Pan pyta, to najbardziej dobitny dowód na to, że zamiast Boga człowiek XXI wieku woli czcić i wierzyć w jakieś magiczne moce.

 

Widać, że na świecie jest ogromna przestrzeń duchowa do zagospodarowania, a Kościół katolicki, przede wszystkim na Zachodzie, nie potrafi stanąć na wysokości zadania, aby skierować ludzi na wąską drogę prowadzącą do zbawienia. Przykro mi, ale muszę to powiedzieć: Kościół Katolicki na Zachodzie i nie tylko, jest niczym duchowy bankrut, który jakoś radzi sobie kiedy wszystko jest dobrze. Gdy jednak przychodzi czas próby, staje się zagubiony niczym dzieci we mgle, a strach o nasze własne życie tu, na ziemi, przeraża nas.

 

Właśnie dlatego tę pustkę duchową, która powinna być wypełniona przez wiarę w Boga w Trójcy Jedynego, jak to miało miejsce przez wieki, obecnie zajmują inne, magiczne i mroczne siły. Co gorsza, nasila się to w momencie kryzysu – kiedy Pan Bóg wzywa nas do pokuty oraz tego abyśmy nawracali się i wierzyli w Ewangelię Chrystusa, jedyną drogę do zbawienia.

 

Moim zdaniem, to jest właśnie sedno obecnego kryzysu! Ludzie muszą powrócić do Boga, muszą uznać Jego wyższość i Jego królowanie! Od wielu lat ludzkość nie dość, że tego nie robi, to jeszcze zaczyna wchodzić w rzeczywistość, która jest obrzydliwością w oczach Pana, czyli uprawiać magię i czary, i wierzyć w jakieś kosmiczne siły, które nie pochodzą od Boga, ale z najgłębszych otchłani piekła.

 

Od wielu lat, a szczególnie w ostatnich czasach, ludzie coraz bardziej obrażali Boży Majestat poprzez odsuwanie Go z przestrzeni publicznej, Stwórca stał się niemile widziany w życiu wielu z nas. W momencie globalnego kryzysu świat Zachodu zamiast paść na kolana i prosić Boga o wybaczenie, zamiast pokutować, woli jeszcze bardziej odwrócić się od Pana i jeszcze bardziej bluźnić przeciwko Niemu, oddając się ohydzie magii, różnym typom amuletów i rzekomo uzdrawiających kryształków.

 

Kolejną tragedią dla nas, wierzących są informacje, że po raz pierwszy od stuleci, a może i po raz pierwszy w historii nie odbędą się publiczne celebracje Triduum Paschalnego, szczególnie tam na Watykanie, w sercu chrześcijaństwa, gdzie tak niedawno królowała Pachamama, bożek Ziemi. Teraz ta sama Bazylika Świętego Piotra zieje pustką. Czy to nie jest dla nas wymowny znak?

 

Może więc Pan Bóg w końcu powiedział: „Dość!”?

 

Mówi Ksiądz o sytuacji na Zachodzie, ale w Polsce, niestety, też obserwujemy ogromne zainteresowanie magicznymi przedmiotami, amuletami etc…

To prawda, ale przecież nie jest to nic nowego, ponieważ ta sytuacja trwa co najmniej od 1989 roku, kiedy to „magiczne amulety” tak jak na Zachodzie, również i w Polsce zyskały wśród wielu status przedmiotów dających szczęście i chroniących przed nieszczęściem. Obecnie obserwujemy tylko nasilenie tego zjawiska, a może nawet nie tyle nasilenie, co jego niespotykaną reklamę.

 

Magia przez ostatnie lata została wśród Polaków dobrze ugruntowana i nie dziwmy się, że ludzie są zdesperowani i nieustannie straszeni, przez co czują, że tracą grunt pod nogami. Zamiast do Boga wolą iść do magicznego kamienia, słonika z podniesioną trąbą czy innej podkowy. Jeszcze trochę i usłyszymy od różnych hochsztaplerów, że aby uniknąć koronawirusa wystarczy zaopatrzyć się w jakiś „cudowny krzyżyk”, wisiorek, kryształ, które w magiczny sposób ochronią nas przed zarazą…

 

W Księdze Wyjścia opisana jest sytuacja, kiedy lud Boży odwrócił się od Stwórcy i oddał pokłon złotemu cielcowi, innym bożkom i diabelskim siłom, które ponoć są skrywane przez amulety czy kamienie. Zamiast do Boga, wiele osób do nich właśnie woli się zwracać z prośbą o pomoc. Powiem szczerze, że nie wiem, co musi się wydarzyć, aby ludzie zrozumieli, że nie tędy droga, że czas dany od Boga niemiłosiernie nam ucieka…

 

Dzisiaj musimy paść na kolana i wykonać to, do czego wzywał nas Anioł z Fatimy słowami: „Pokuta, pokuta, pokuta!”. W związku z tym pytam: Gdzie są nabożeństwa pokutne? Dlaczego nasi najwyżsi duchowi przywódcy nie wzywają nas do globalnej modlitwy i pokuty? Nie dają nam wzoru jako Pasterze Kościoła, jak mamy pokutować? Dlaczego zamiast tego słyszymy, że mamy się okopać, wycofywać, dezynfekować i nie wychylać nosa za drzwi?

 

W tym miejscu trzeba również zapytać: gdzie są ci wszyscy stadionowi uzdrowiciele, ci wszyscy uwodziciele, którzy roszczą sobie specjalne moce od Boga? Jeszcze kilka miesięcy temu trwała batalia o to, że są ośmieszani i próbuje się ograniczyć ich działania ewangelizacyjne. Gdzie oni teraz są ze wszystkimi swoimi rzekomymi mocami Ducha Świętego? Gdzie się pochowali? Dlaczego teraz nie uzdrawiają? Dlaczego dzisiaj nie przekazują ludziom na chusteczkach swojego „uzdrowicielskiego oddechu”? Wycofali się? Boją się? Przecież tym bardziej powinni stanąć na linii frontu i powiedzieć: „przyjdźcie do nas, my was wyleczymy, my zatrzymamy tę zarazę”. Aktualna sytuacja zweryfikowała, kim oni są i jakim mocom służą.

 

Chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt trwającej sytuacji. Religia katolicka dla wielu również jest czymś magicznym, a Pan Bóg to jedynie ktoś, kto ma za zadanie wyłącznie spełniać ludzkie zachcianki. Mało tego, wiele osób wychodzi z przekonania, że „odklepie sobie paciorek”, bo jeśli „dobra Bozia” naprawdę jest, to na pewno ich natychmiast wysłucha, a jeśli nie, to znaczy, że nie istnieje.

Jest dokładnie tak jak Pan mówi, co niemal codziennie widzę, pełniąc posługę kapłańską. W efekcie takiego podejścia obecnie trwa dysputa, czy epidemia koronawirusa jest wolą Bożą, karą Bożą czy czymś innym. Wszyscy liberałowie i „katolicy otwarci” głoszą, że przecież Pan Bóg nie może nas karać, bo jest miłosierny. Ich zdaniem, to z czym mamy do czynienia, jest co najwyżej racjonalnym stanem rzeczy, a Pan Bóg widząc sytuację płacze razem z nami. Inni idą jeszcze dalej i mówią, że to nasza wina bo nie dbaliśmy o środowisko i ekologię, a teraz natura nam oddaje, jakby była jakimś osobowym bytem.

 

Prawda jest taka, że przez wieki plagi, zarazy, klęski żywiołowe i inne kataklizmy były, są i będą. Jednak przez wieki w takich sytuacjach ludzie się modlili, bili w pierś i przepraszali Boga za swoją podłość i niegodziwość. Dzisiaj większość duchownych – ekspertów od życia duchowego – potrafi jedyne powiedzieć, że Pan Bóg płacze razem z nami i tak naprawdę On nie chce, żeby tak się działo. Współczuje nam i też walczy u naszego boku z zarazą. Czyli co? Pan Bóg nie jest wszechmocny? Przyjdzie do nas jakaś choroba z kosmosu i Pan Bóg jedynie uroni łzę?

 

Czy w związku z tym Pan Bóg robi czy dopuszcza to, aby nas pognębić? Nie. Robi to, aby nas nawrócić i zbawić, żeby ten świat w końcu zatrzymał się wokół Jego majestatu. Żeby ludzie w końcu zrozumieli, że nie tędy droga. W tym szczególnym Wielkim Poście nie ma już przegadanych rekolekcji. Jest tylko krzyk Boga: „Obudźcie się i otwórzcie oczy!”.

 

Rozmawiałem niedawno z moim kolegą – polskim kapłanem z Włoch – który pokazał mi transparent wywieszony przy jednej z plebanii: „Zostańcie w domu, imbecyle”. Proszę sobie wyobrazić, takie coś na plebanii! Powiedział mi, że to efekt tego, jak bardzo jesteśmy znienawidzeni i skompromitowani jako duchowni w oczach ludzi. Opowiedział mi również, że do proboszcza przyszły dwie osoby, żeby załatwić jakieś sprawy. Ktoś z „życzliwych” parafian lub sąsiadów doniósł o tym służbom i momentalnie pojawili się na miejscu Carabinieri, którzy oskarżyli proboszcza o łamanie prawa. Pytam więc, czy to jest normalne?

 

Wiem, że Kościół przetrwa ten szatański atak, ale czy będzie taki sam, jakim go znamy? Jak na to wszystko zareagują wierni, którzy przez wiele dni nie będą mogli chodzić do kościoła? Ilu z nich zrozumie, że jedyną nadzieją jest Chrystus Ukrzyżowany, że jest tylko jedna droga, a ilu ostatecznie zwątpi i porzuci wiarę?

 

Co z ludźmi, którzy odwrócili się od Boga, wyrzekli się Go, nie mają wiary; dla których ważniejsza od życia z Bogiem jest rolka papieru toaletowego, o który toczą boje w sklepach? To droga prowadząca do chaosu i rozpaczy. Tylko ludzie z mocną wiarą zrozumieją, że nawet, jeśli jest trudno, to ostatnie słowo należy do Boga.

 

Można więc powiedzieć, że łatwo być katolikiem, kiedy wszystko jest w porządku. W związku z tym chciałbym zapytać: jak radzić sobie duchowo z sytuacją, której doświadczamy?

Pierwsza i podstawowa rzecz: musimy żyć w łasce uświęcającej.

 

Druga i również podstawowa sprawa: Musimy spełnić wszystkie warunki dobrej spowiedzi i wyrzec się szatana, który jest głównym sprawcą grzechu! Musimy zawierzyć swoje życie Chrystusowi poprzez całkowite oddanie Matce Bożej.

 

Trzecia sprawa: sięgnijmy po różaniec i módlmy się z wiarą jak nigdy dotąd!

 

Te trzy warunki muszą zostać przez nas spełnione w obliczu nadchodzącego widma zakazu Mszy Świętych, a co za tym idzie – braku Eucharystii. W minioną niedzielę powiedziałem wiernym w mojej parafii, że może to być ostatnia niedziela, w której zasiądą przy Stole Pana. Wiele osób płakało, bo nie mogły przyjąć do wiadomości, że nie otrzymają Chleba Życia, a przecież to było takie proste i powszechne.

 

Powtórzę: żyjmy w łasce uświęcającej, wyspowiadajmy się, zawierzmy swoje życie Chrystusowi przez Maryję, nie wypuszczajmy różańca z dłoni i módlmy się!

 

Jest jeszcze jedna bardzo ważna rzecz: aktualnie trwa w Polsce narodowa nowenna do świętego Andrzeja Boboli. To naprawdę niesamowita modlitwa na czas, w jakim przyszło nam żyć. Prośmy patrona Polski, aby za jego wstawiennictwem dobry Bóg ochronił nas w czasie epidemii.

 

Właśnie teraz przyszedł dla nas czas wyboru. Teraz nic już nie będzie i nie może być takie samo. Nadchodzą wielkie zmiany. Pytanie, co wybierzemy? Pozostaniemy wierni Ewangelii i Chrystusowi, czy wybierzemy to, co oferuje nam „władca tego świata”? Nie bójmy się iść ścieżką wyznaczoną przez Chrystusa, który jest Drogą, Prawdą i Życiem! Porzućmy kurs oparty na rozpuście, obłudzie, kłamstwu i magii!

 

Na koniec pozwolę sobie przypomnieć słowa Psalmu 23: „Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”.

 

Bracia i Siostry, Czytelnicy portalu PCh24.pl: Nie lękajcie się! Nie bójcie się niepewności! Rzućcie się w ręce Bożej Opatrzności! Tylko tak w momencie próby nie będziecie uciekać, przecierać oczu ze zdziwienia i powtarzać, że wszystko jest snem i na pewno nie dzieje się naprawdę.

 

Nie lękajcie się! Nie bój się, mała trzódko, bo Chrystus jest z tobą! Ci, którzy są z Królem, zwyciężają zawsze i wszędzie! „Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony”(Mt 24, 13) – powiedział Pan.

 

Bóg zapłać za rozmowę

Tomasz D. Kolanek

Read more: http://www.pch24.pl/ksiadz-piotr-glas–nawet-jesli-jest-trudno–ostatnie-slowo-nalezy-do-boga-bpgnp,74740,i.html?utm_source=facebook&utm_medium=social&utm_campaign=post&utm_term=bpgnp&fbclid=IwAR0z1IVn8guTIwQqBff-JUCYIPJUgfqIuqKZEb2_QSm_poNLfOZy4XKDAn0#ixzz6HLBLnQOU

https://www.pch24.pl/ksiadz-piotr-glas–nawet-jesli-jest-trudno–ostatnie-slowo-nalezy-do-boga-bpgnp,74740,i.html?utm_source=facebook&utm_medium=social&utm_campaign=post&utm_term=bpgnp&fbclid=IwAR0z1IVn8guTIwQqBff-JUCYIPJUgfqIuqKZEb2_QSm_poNLfOZy4XKDAn0

Posted in Religia | 1 Comment »

Nie żyje ks. Piotr Pawlukiewicz

Posted by tadeo w dniu 21 marca 2020

Dla wielu był początkiem wielkiej przygody z wiarą. „Głoszę dobrą nowinę o Bogu, który jest miłością. Biada mi, gdybym tego nie robił” – mówił o sobie.

Ksiądz Pawlukiewicz urodził się 10 kwietnia 1960 r. w Warszawie. Był doktorem teologii pastoralnej, ale przede wszystkim cenionym rekolekcjonistą, autorem książek i audiobooków o tematyce religijnej. Od 1992 r. mieszkał w parafii Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny na Nowym Mieście.

Nie żyje ks. Piotr Pawlukiewicz

Studiował na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, homiletykę w Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie i retorykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 1985 r. ukończył Wyższe Metropolitalne Seminarium Duchowne w Warszawie. Święcenia kapłańskie przyjął 2 czerwca 1985 roku. Przez dwa lata pracował jako wikariusz w parafii pw. św. Wincentego à Paulo w Otwocku. W latach 1996-1998 był redaktorem naczelnym Radia Józef w Warszawie.

Dla wielu był początkiem wielkiej przygody z wiarą. „Głoszę dobrą nowinę o Bogu, który jest miłością. Biada mi, gdybym tego nie robił” – mówił o sobie.

„Być świętym to postawić na Pana Boga. Na Jego program, chociaż on się niekiedy wydaje absurdalny i szalony. Zaufać, że On zawsze mnie przyjmie z powrotem i nigdy nie powie: »No to klops, tak narozrabiałeś, że ja już nie wiem, co zrobić«. On zawsze ma dla nas pomysł, drogę wyjścia, oderwania się od zła” – odpowiadał na pytanie Szymona Babuchowskiego w wywiadzie udzielonym półtora roku temu „Gościowi Niedzielnemu”.

„To jak nastawić wewnętrzny kompas na niebo?” – dopytywał dziennikarz.

„Tu właśnie jest nasz moment wyboru. U aniołów dokonał się on w ułamku sekundy, oni wybrali natychmiast, w innej rzeczywistości – pozaczasowej. My natomiast mamy te siedemdziesiąt, osiemdziesiąt, czasem dziewięćdziesiąt lat, żeby wybrać. Niestety, nieraz tylko kreujemy się na wierzących, a w głębi serca mamy coś zupełnie innego. Chodzi więc o zmianę głębi serca. Nawet przyjemnie jest pochlipać przed telewizorkiem przy serialu. Ale Piotr zapłakał gorzko. Tu chodzi o dokopanie się do takiego smrodu w nas, że jak się go wypuści, to czuć w okolicy, że ktoś doznaje oczyszczenia, uzdrowienia. Zdejmuje się te opatrunki, szmaty, które zastępują bandaż, i razem z krwią wychodzi wszystko, co w człowieku niezdrowe. Trzeba dokopać się do kłamstwa, które często w sobie nosimy. Ksiądz Marek Dziewiecki powiedział kiedyś, że jedna jest istota na świecie, która się sama oszukuje – człowiek. Im ktoś jest bardziej inteligentny, tym inteligentniej się okłamuje. Dobrać się w tamto miejsce – to dopiero jest problem. A Pan Jezus dał nam wolność, sam wytyczył sobie linię – jak sędzia na murawie, przez którą nie może przejść. Patrzy, jak idziemy w złą stronę, ale nie zostawia nas samych. Wymyśla w naszym życiu niesamowite historie, żeby nas z tej drogi zawrócić” – odpowiadał rozchwytywany rekolekcjonista.

Dla wielu był początkiem wielkiej przygody z wiarą. „Głoszę dobrą nowinę o Bogu, który jest miłością. Biada mi, gdybym tego nie robił” – mówił o sobie.

Głosił homilie w kościele Świętego Krzyża w Warszawie podczas transmitowanej przez radio Mszy św. o godz. 9 rano. Współpracował z Radiem Plus Warszawa, gdzie prowadził audycję „Katechizm poręczny”, poświęconą przede wszystkim odpowiedziom na pytania słuchaczy o praktyczne aspekty wiary. Głosił także kazania dla studentów w warszawskim kościele św. Anny. Prowadził wykłady z homiletyki dla alumnów Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Warszawie. Był także kapelanem kaplicy w Sejmie RP i duszpasterzem parlamentarzystów.

Prowadził liczne rekolekcje zarówno w parafiach i kościołach, jak i stacjonarne dla grup uczestników – w wielu miastach Polski oraz dla środowisk polonijnych. Przez wiele lat zmagał się z chorobą Parkinsona. Ks. Pawlukiewicz przyznał, że o chorobie dowiedział się w 2007 roku.

„Że w tym życiu to nam życia ciągle mało” – ks. Piotr Pawlukiewicz

W grudniu 2019 r. kilka tysięcy internautów zgłosiło chęć podjęcia postu w intencji ks. Piotra Pawlukiewicza. Na facebookowych profilach „Dopóki walczysz – Konferencje ks. Piotra Pawlukiewicza” i „Kazania inne niż wszystkie” powstała inicjatywa podjęcia postu i modlitwy w intencji kapłana. „Ks. Piotr zmaga się z chorobą w ogromnej pokorze. Przez wiele lat robił to po cichu – nic o niej nie mówiąc, nie czekając na współczucie. W tej chwili wszyscy wiemy, że choroba jest nieustępliwa, powoduje coraz większe cierpienie. Potrzebne jest leczenie, operacje. Ksiądz też coraz więcej o niej mówi” – można było przeczytać na stronie wydarzenia.

Dla wielu był początkiem wielkiej przygody z wiarą. „Głoszę dobrą nowinę o Bogu, który jest miłością. Biada mi, gdybym tego nie robił” – mówił o sobie.

Ks. Pawlukiewicz był autorem kilkunastu książek. Jego homilie i nauki rekolekcyjne publikowane na YouTube notowały rekordowe liczby odsłon. Ubarwiając swoje wystąpienia licznymi anegdotami i przykładami z życia. Wiele razy powtarzał, że Polsce bardzo dużo ludzi pochopnie osądza i oskarża innych.

– Najwięcej w Polsce mamy sędziów. Ludzie siedzą przed telewizorami i mówią: ten pajac, ten winny, ten niewinny, sześć lat karceru, zamknąć go. Mówimy: mój mąż jest niedobry, dyrektor niedobry, znam go, tyle lat z nim pracuję. Prokuratorów mamy dużo – mówił podkreślając, że Jezus kategorycznie zabronił ludziom sądzić innych.- Lubimy być lepsi, nawet jak jesteśmy bardzo nie lepsi. Nie wolno nam osądzać drugiego człowieka, bo go nie znamy. My stwarzamy rzeczywistość i widzimy to, co chcemy. Tylko Jezus ma prawo nas sądzić, bo tylko On jeden nas zna. Porównuj się do Pana Boga, do świętych – zalecał.

Książka ks. Piotra Pawlukiewicza „Wstań. Albo będziesz święty, albo będziesz nikim” (Społeczny Instytut Wydawniczy Znak / Wydawnictwo RTCK) otrzymała w ubiegłym roku nagrodę XXV Targów Wydawców Katolickich. „To wyjątkowy poradnik dochodzenia do osobistej świętości. Zestaw pouczających wskazówek, jak radzić sobie z wewnętrznymi i zewnętrznymi kryzysami, jak nie poddawać się duchowej słabości, jak skutecznie zmierzać do obranego celu. Prawdziwe źródło mądrości, które warto wprowadzać w swoim codziennym postępowaniu, bo jak wytrwale przekonuje autor, świętość jest bez dwóch zdań ekstra i powinna kręcić każdego z nas. To lektura idealna zwłaszcza dla nastoletnich czytelników, bo świętość to po prostu odwaga, której młodym ludziom przecież nie brakuje” – brzmiało uzasadnienie.

„Katolik BMW” | ks. Piotr Pawlukiewicz

 

– Jego homilie przyciągały do kościołów tłumy – wspomina ks. Przemysław Śliwiński, rzecznik archidiecezji warszawskiej. – Pogrzeb odbędzie się 25 marca o 11.00 w kościele Nawiedzenia NMP w Warszawie na Nowym Mieście. Planujemy transmisję online – zapowiedział ks. Śliwiński.

https://warszawa.gosc.pl/doc/6224478.Nie-zyje-ks-Piotr-Pawlukiewicz?fbclid=IwAR3UEa8eH7CMD5XP21QT5PfYZ2fyL-lgSXKsrobmRIuLERGg2_sJW4e–6c

https://wpolityce.pl/kosciol/492260-nie-zyje-ks-pawlukiewicz-jego-homilie-przyciagaly-tlumy

Zobacz także:

Prawdopodobnie ostatni telewizyjny wywiad z księdzem Pawlukiewiczem.

Posted in Ks. Piotr Pawlukiewicz, SYLWETKI | Leave a Comment »

Ks. bp Józef Zawitkowski: Czy Bóg stworzył koronawirusa?

Posted by tadeo w dniu 18 marca 2020

(…) Nie wystarczą poprawne paciorki, litanie i koronki. Tu trzeba żebrać, tu trzeba krzyczeć i  kołatać, żebrać, krzyczeć i kołatać, ale z wiarą ewangelicznej Syrofenicjanki i Kananejki. Jezu, a jeśli mnie nie wysłuchasz to się poskarżę Twojej Matce. Tu trzeba nam ludziom epidemii uklęknąć, nawrócić się, nie udawać niewierzących.
(…) Dziś bezbożni przejęli rządy nad światem. Usiłują decydować o życiu, o śmierci, o dobrem i złem.
(…) Mądre są zalecenia Episkopatu: możemy korzystać ze Mszy radiowych, telewizyjnych, księża zwiększą ilość Mszy Świętych, aby były mniejsze zgromadzenia wiernych, znak pokoju przez skłonienie głowy. Komunia Święta na rękę, a to już rodzi pytanie: Czy to Pan Jezus jest nosicielem wirusa?

Była Środa Popielcowa
w Roku Pańskim 2020.
Ksiądz w kościele
posypał mi głowę popiołem
i powiedział: Pamiętaj biskup,
że jesteś prochem
i w proch się obrócisz.

Powinienem się obrazić,
bo mam swoja godność,
i nikt mnie nie będzie obrażał
i nazywał – prochem.

Nie!
Jak to dobrze, że jest
taki dzień w roku,
że ktoś mi powie prawdę,
bez kadzideł, wierszyków,
kwiatów i laurek.
Prochem jestem, ale wiem,
że w tym glinianym naczyniu
swojego ciała, noszę tchnienie Boga,
a to tchnienie nie umiera.
Non omnis moriar, (Wergiliusz)
a Mickiewicz powie mi inaczej:
Czymże ja jestem przed Twoim obliczem,
prochem i niczem,
ale gdybym Tobie moję
nicość wyspowiadał,
ja proch, będę z Panem gadał.

Ja wiem o tym,
że z Boga i w Bogu
jest moja wielkość:
Czymże jest człowiek,
że o nim pamiętasz,
albo Syn Człowieczy,
że o nim masz pieczę. (Ps 8,15)
Oczywiście mnie niewiele mniejszym
od aniołów.
Czym się Panu odpłacę,
a wszystko co mi wyświadczył?
Dziękuje Ci, Boże,
żeś mnie tak cudownie stworzył
i w swoje dzieło tyle cudów włożył.

Człowieku,
gdybyś wiedział
jaka Twoja władza,
że o każdą myśl Twoją
walczą szatan i anioły…
Czy Ty w piekło uderzysz,
czy w niebo zaświecisz? (A. Mickiewicz)

Jestem dla siebie
wielką tajemnicą
i niespokojne jest moje serce,
dokąd nie spocznie w Panu. (Augustyn)
Wirus – to jakiś dla nas znak!

***

A w tę właśnie środę
dochodziły z daleka
i nie śmiało głosy,
że gdzieś daleko
jest śmiertelna choroba,
którą przynosi jakiś koronawirus.

Przychodzą więc człowiekowi
do głowy różne myśli:
To dlaczego Pan Bóg stworzył
takie śmiercionośne stworzonko?
Szukam odpowiedzi.
Czytam więc Księgę Rodzaju
i przy każdym dniu stworzenia
jak refren powtarza się wers:
I zobaczył Bóg, że było dobre.
I zobaczył Bóg,
że wszystko, co stworzył,
było bardzo dobre. (zob. Rdz 1,1-31)

A człowieka uczynił Bóg
z mułu ziemi,
ale na Swój obraz
i Swoje podobieństwo. (Rdz 1,27)

Stał się grzech.
Przez grzech przyszła śmierć
i wszystko, co do niej prowadzi.
Z ziemi jestem wzięty
i do ziemi wrócę,
ale nie wszystek umrę,
bo noszę w sobie
tchnienie Boga,
a to jest wieczne.

***

Mówię to wszystko dlatego,
że mówienie o śmiercionośnym
koronawirusie stało się rzeczywistością.
Piszę to w dniu 12 marca br.
w Polsce są zarażone 44 osoby,
jedna zmarła.
Wszystko stało się groźne,
wszyscy musimy być roztropni
i nawzajem za siebie odpowiedzialni.

Ogłoszono już pandemię,
bo epidemia objęła cały świat.
Najbardziej cierpią Włosi.
Ponoć zlekceważyli zakaz
zgromadzeń, a studenci
i szkolniaki zamknięcie szkół
potraktowali jako ferie.
Roznieśli więc zarazę.
Wirus dotarł i do Watykanu.
Zamknięto kościoły, nawet Papież
schronił się za telebimem.
I co na to Pan Bóg?
Widzi i milczy?

To jeszcze za wcześnie
na odpowiedź.
Co nam mówi o tym Pismo Święte?
W Księdze Liczb jest opisane
takie wydarzenie:
Żydzi szemrali przeciw Bogu
i przeciw Mojżeszowi:
Po coście nas wyprowadzili
z Egiptu? Żebyśmy wyginęli
tu na pustyni?
Totalna opozycja.
I zesłał Bóg na nich
węże jadowite… zginęło
bardzo dużo Izraelitów.
Prosili więc Mojżesza:
Wstaw się za nami,
żeby Bóg oddalił od nas karanie,
bo szemraliśmy przeciw Bogu.

Mojżesz zawsze wstawiał się
za wybranym narodem.
Ocal nas.
Przecież nie wyprowadziłeś nas
z domu niewoli po to,
aby nas wytracić?
Jesteśmy przecież Twoim narodem.
Nie wydaj na zatracenie
swojego dziedzictwa.

Wtedy Bóg rzekł do Mojżesza:
Sporządź węża
i zawieś go na palu.
Każdy kto spojrzy na węża
będzie ocalony. (Lb 5,15)
I tak było.

Jest Wielki Post
i czytam w Ewangelii Janowej:
Jak Mojżesz wywyższył
węża na pustyni
tak trzeba, aby i Syn Człowieczy
był wywyższony, a każdy
kto spojrzy na Niego z wiarą
będzie miał życie wieczne. (por. J 3,14-17)
Coś mi to mówi.

***

Bardzo wiele starań
ponieśli: prezydent,
premier, minister zdrowia,
minister obrony, oświaty, kultury,
administracji, cała służba zdrowia,
straż graniczna i inni.
Bóg Wam zapłać.
Zmęczeni jesteście.
Modlimy się za Was.
Bóg wasz los
odmieni ku dobremu.
Chyba wszyscy Polacy
poczuli się odpowiedzialni
za siebie i innych.
Odwołano wszystkie zgromadzenia,
imprezy, szkoły, kina, teatry.
Ludzie wykupili żywność.
Dobrze!
Niech im starczy na długo,
niech będą spokojni.
Ale totalna opozycja
choć podpisała ustawę sejmową
ma za złe rządowi, że
za późno, że za mało
i wszystko źle.
Kiedy ty zmądrzejesz,
głupia panno?

I co będzie dalej?
Ktoś ze znających sprawę
mówi, że to dopiero się zaczęło.

A co na to Kościół?
Podziwiałem mądrość Rządu
że na początku żaden z ministrów
nie wydał zakazu odnośnie
zgromadzeń w kościołach.
Premier prosił o modlitwę
i czekał na decyzję biskupów.
Mądre są zalecenia
Episkopatu: możemy korzystać
ze Mszy radiowych, telewizyjnych,
księża zwiększą ilość Mszy Świętych,
aby były mniejsze zgromadzenia wiernych,
znak pokoju przez skłonienie głowy.
Komunia Święta na rękę,
a to już rodzi pytanie:
Czy to Pan Jezus jest nosicielem wirusa?
Dziękujemy Przewodniczącemu Episkopatu
za mądre orędzie.
Tak mówią prorocy i kapłani Boga.

***

Jestem starcem, schorowanym,
wybudzonym ze śpiączki,
mogę więc spokojnie myśleć,
słuchać, dziwić się i obawiać.
Mogę modlić się z tymi,
co się modlą,
patrzeć na przerażenie bezbożnych,
modlić się za tych, co służą
tak ofiarnie, a z nadzieją.
Wołam więc samotnie:
Święty Boże…
Od powietrza, głodu, ognia i wojny
wybaw nas, Panie!

Spostrzegam jak inne jest
myślenie ludzi współczesnych
od myślenia ludzi,
co żyli przed nami.

Stoi w Łowiczu krzyż,
który przypomina epidemię cholery.
Jest w Żychlinie – cmentarz choleryczny,
znana była epidemia dżumy,
tyfusów i innych zakaźnych chorób.
Ludzie współcześni
mają zaplecze całej służby zdrowia.
Słuchają zaleceń znawców zagadnienia.
Byłem zbudowany troską
radia i telewizji
i modlitwą wiernych.
Tylko trzecia osoba w państwie
potrafi ominąć wszystkie zalecenia
i być ponad prawem.
A to więcej niż grzech,
to wstyd.

Ojcowie nasi mieli większą wiarę
i większe w Bogu zaufanie niż my.
Opozycja mi powie:
bo byli ciemni i głupi.
Nie, byli od nas lepsi!
Dziś bezbożni przejęli rządy
nad światem.
Usiłują decydować
o życiu, o śmierci,
o dobrem i złem.
A ostrzegał Bóg:
Nie dotykajcie drzewa życia,
bo umrzecie! (por. Rdz 2,17)
Grzechy Sodomy chcą uczynić prawe.
Procesje bezbożne,
profanacje krzyżów, ołtarzy,
obrazu Matki Bożej
i bluźnierstwa przeciw Bogu
i Jego Świętym.
Może wystarczy.
Straszne zło ogarnęło ziemię.
Czyżby Bóg jeszcze raz
żałował, że stworzył człowieka? (por. Rdz. 6,7)
To musiało się kiedyś
tragicznie skończyć,
bo aniołowie zła są po to,
aby zniszczyć każde dzieło Boga
i to największe – człowieka.
Grzech człowieka jest źródłem
wszelkiego zła.
A grzech nasz
stał się ogromny!

A ja mam mądrość
Świętej Żydóweczki Edyty Stein:
Człowiek bezbożny,
to osobowe, intelektualne
nieszczęście.
To przecież widać,
słychać i czuć
przez szkło telewizora.
Bezbożni powiedzą:
To Wasza Święta.
Nauka mówi inaczej.
To mam bezbożnego
który mówi tak o człowieku:
Wychowajmy najpierw człowieka,
bo gdy zaczniemy od polityki,
to wychowamy politycznie
uświadomioną bestię. (Igor Newerly)

A ja takich
politycznie uświadomionych bestii
bardzo się boję.
Przez nich tyle zła na świecie.
Człowiek człowiekowi
zgotował ten los.

Jeśli Bóg nie stworzył
koronawirusa to kto?
Nie wiem.
Politycy wiedzą,
nawet o tym jawnie mówią.
Ja tylko wiem dlaczego była
ptasia grypa.
Spalono wtedy tysiące polskich
farm drobiu.
Była też świńska grypa,
aby do dołów poszły tuczniki
wielu naszych hodowli.

Więc skąd koronawirus?
Może ktoś świadomie,
albo z głupoty otworzył
puszkę Pandory,
aby rzucić na kolana
światową gospodarkę
i światu pokazać,
że i w Grenadzie też zaraza.
Będą wiedzieć
ci co przeżyją.
I już wiadomo.

A ja dalej pytam,
co Kościół na to?
Wolę patrzeć na tych z przeszłości,
co wiarę mieli większą
niż dżuma i cholera.
Mądry jest Kościół
Matka moja,
a co z wiarą?

Święty Kardynał Boromeusz
biskup Mediolanu w czasie zarazy
nie zamykał Katedry, ale w procesji
z Najświętszym Sakramentem
obchodził miasto z modlitwą.
Przebacz, Panie przebacz,
ludowi Twojemu,
a nie bądź zagniewany
na nas na wieki.
I Bóg wysłuchał.
W czasie chorób zbiorowych
kościoły stawały się szpitalami,
a święte siostry, święci bracia
narażali życie, aby chorzy
mogli umierać jak ludzie.
Siostro! Ja bym tego
za milion dolarów nie robił.
Bo pan jest bezbożny,
a ja wierzę w Boga.
O mój Święty Rochu,
święty Szymonie z Lipnicy,
Ojcze Damianie,
Ojcze Bejzymie,
Święta Tereso z Kalkuty,
Siostry Szarytki.
Rzućcie jeszcze raz z samolotu
tysiące cudownych medalików,
aby ocalony był Paryż.
Matko Boska Łaskawa,
Święty Andrzeju Bobolo,
błogosławiony Władysławie z Gielniowa!
Pod kolumną Zygmunta,
na Placu Zamkowym
uklękła wtedy Warszawa wierzących
i śpiewała z wiarą:
Święty Boże, Święty Mocny,
Święty a Nieśmiertelny…
Od powietrza, głodu
ognia i wojny – wybaw nas .
Krzyża Nowego Sącza,
Was to Bóg wysłucha.

Zlękli się zarazy
i ludzi Kościoła.
Słusznie,
ale trzeba spytać:
Gdzie się podziała
nasza modlitwa,
co czyniła cuda?
Przestaliśmy się modlić.
Za mało się modlimy,
źle się modlimy!
Pominęliśmy Boga,
staliśmy się podobni do bezbożnych.
A gdybyśmy się
nawrócili jak Niniwici,
czyż Miłosierny
nie zlitowałby się nad nami?
Na pewno tak!
Tu trzeba naprawdę uwierzyć,
że Bóg może nas ocalić.
Jesteśmy sanitarnie, administracyjnie
liturgicznie w miarę poprawni,
ale to dziś nie wystarczy.
Zachowanie liturgicznej ostrożności,
to za mało.
To nie Pan Jezus
roznosi wirusa.
Trzeba mieć czyste serce
i czyste ręce.
I nie bójcie się! (Mt 14,27)
Nie wystarczą poprawne paciorki,
litanie i koronki.
Tu trzeba żebrać,
tu trzeba krzyczeć i kołatać,
żebrać, krzyczeć i kołatać,
ale z wiarą ewangelicznej
Syrofenicjanki i Kananejki.
Jezu, a jeśli mnie nie wysłuchasz
to się poskarżę Twojej Matce.
Tu trzeba nam ludziom epidemii
uklęknąć, nawrócić się,
nie udawać niewierzących.
Trzeba się wyspowiadać
przed Bogiem i przed ludźmi.
Moja bardzo wielka wina!
Czy Bóg wysłucha?
Wysłucha.
Kto z Was się Mnie dotknął? (Mk 5,30)
Wiara Twoja Cię uzdrowiła. (Mk 10,52)
Pozwól szczeniętom
zebrać okruchy spod
stołu ich panów.
Ja takiej wiary wśród Was
nie widziałem. (Mt 8,10)
Taka wiara
góry przenosi.
Taką wiarą
wzruszy się Bóg.

Polacy posłuchali nakazu.
Na Mszach Świętych było mniej
niż 50 osób.
A mnie przychodzi do głowy
Abrahamowe targowanie się z Bogiem:
A jeśli będzie 10-ciu sprawiedliwych
ocalisz to miasto?
Tak!
Nie było dziesięciu.

I to pomoże?
Pomoże, bo ludzie staną się lepsi,
a może przestaną
plwać na siebie
i żreć jedni drugich, (por. A Mickiewicz)
a może przypomną sobie,
że jednego mamy Ojca w niebie,
a matką jest nam ziemia miła,
co nas zbożem swoich pól
jak mlekiem wykarmiła. (M. Konopnicka)
a może przypomną sobie,
że tu królową jest sama
Matka Boża
i wyproszą, aby i teraz był
Cud nad Wisłą.
a Ona niech okazała, że jest Matką.

***

Z potrzeby serca
dzielę się z Wami
wiarą, modlitwą i nadzieją.
Bracia Czcigodni!
Jest Wielki Post.
Spójrzcie na krzyż z wiarą,
a będziemy ocaleni.
Umrze wirus,
a zmartwychwstanie Chrystus,
Zwycięzca zła i śmierci.
I będzie Wielkanoc,
a w czerwcu stanie
w aureoli świętości
Wielki Prymas Tysiąclecia
i powie bezbożnym:
Non possumus!
a nam, którzy ocaleli powie:
Kocham Was więcej
niż własne serce!
bo Nic nad Boga (W. Poll)
i Któż jak Bóg?
Zatęsknią ludzie za Komunią Świętą.
To są znaki czasu,
trzeba nam je rozpoznać.
A Duch Boży
odnowi oblicze ziemi.
Patrzcie jak się zmienia! (por. C.K. Norwid)
i będzie nowa ziemia
i nowe niebo,
bo dawne rzeczy
przeminęły.
Ucałuje się
sprawiedliwość i pokój
i wierność z ziemi wyrośnie. (por. Ps 85)
Niech no tylko
zakwitną ogrody.
Amen.

Ostańcie z Bogiem – Ludzie Kochani!
Łowicz, 12.03.2020r.

https://wobroniewiaryitradycji.wordpress.com/2020/03/17/ks-bp-jozef-zawitkowski-czy-bog-stworzyl-koronawirusa/?fbclid=IwAR0RL36A5h0KdFFk7qVPUnwELfMSDMbDHO2rJWr6SUkzGETkFnjxognyzUI

Posted in POLECAM, Religia | Leave a Comment »

SKLEP KRÓLESTWA BOŻEGO

Posted by tadeo w dniu 18 marca 2020

SKLEP KRÓLESTWA BOŻEGO
Spacerkiem przez miasto wąziutką ulicą,
idę, gdzie światełka w noc się jeszcze świecą.
Widzę szyld na sklepie „Królestwa Bożego”
– małe drzwi otwarte są tu dla każdego.
Wchodzę więc do środka, zobaczyć co mają,
i za jaką cenę towar tam sprzedają.

Widząc mnie przy wejściu, Anioł wręcza siatkę,
ogromną, z jedwabiu, ozdobioną w kratkę.
„Mamy tutaj wszystko, co w życiu potrzeba!
Skarby te przybyły wprost z samego nieba.
Nie przeocz niczego, co znajdziesz w tym sklepie,
im więcej nabierzesz, tym lepiej dla Ciebie”.

Biorę wpierw „CIERPLIWOŚĆ” – chcę ją mieć w zapasie,
skoro mi przypadło żyć w tym trudnym czasie.
Na drugim regale są stosy „MIŁOŚCI”.
Tego mi potrzeba na moje słabości –
w oczach czasem siedzi choroba zazdrości
i nienawiść także dręczy moje kości.

„MIŁOŚĆ” jest pomocna , ciepła i łagodna
i w codziennym życiu nigdy niezawodna.
Obok buteleczka niebiańskiej „MĄDROŚCI”
– ona mi pomoże rozwiązać trudności.
W życiu już spotkałem góry naiwności,
niewiele widziałem prawdziwej mądrości.

W sklepie nie ma wagi, nie widzę też miary!
Obiema rękami biorę z kosza „WIARY”.
Ona jest konieczna w duchowej słabości,
pomaga pokonać wszystkie wątpliwości.
Moja siatka pełna, lśni jak pierścień złoty,
serce się otwiera widząc te klejnoty!

Chcę teraz zapłacić, proszę o rachunek.
A Anioł rzecze: „Idź w drogę, to jest podarunek!”
Tuż przed wyjściem widzę świetlaną „NADZIEJĘ”,
obok „POKÓJ”, „RADOŚĆ „- dusza mi się śmieje.
Wkładam te klejnoty do swojej kieszeni –
teraz moje życie na lepsze się zmieni!

„Może coś zapłacę, oddam Panu memu?”
„Chrystus już zapłacił dawno, dawno temu.”
Dziękuję Ci Boże z głębi serca mego
za cudowny sklep ten – Królestwa Bożego.
O srebrze, o złocie już teraz nie marzę.
Nawet życie wieczne można dostać w darze!

Autor anonimowy

http://serafin.over-blog.fr/2018/01/sklep-krolestwa-bozego.html

Posted in Wiersze | Leave a Comment »

POLSKI CHŁOP O ŻYDACH

Posted by tadeo w dniu 8 marca 2020

„Toteż gdyby żydzi chcieli na gruncie siedzieć i pracować, to dziś wszystka ziemia w Galicji do nich należałaby, byliby zupełnymi panami kraju, a chłopi, jak szlachta, byliby u nich w służbie i pracowaliby za parobków. Zaraz po pańszczyźnie byłaby nastała gorsza jeszcze dla całej ludności chrześcijańskiej żydowszczyzna. W Dzikowie na przykład nie ma tego kawałka chłopskiego gruntu, żeby nie był w rękach żydowskich, żeby nie był drogo wykupiony, a w innych wsiach było zupełnie to samo. Ale żydzi nie chcieli trudnić się gospodarstwem i ciężko pracować i woleli wielkie zyski, jakie im dawał handel gruntami przepłacanymi przez chłopów.”

 

Zchłopskiej perspektywy

„Pamiętniki włościanina od pańszczyzny do dnia dzisiejszego” urodzonego w 1842 roku Jana Słomki, są fascynującym świadectwem czasów w których przyszło żyć ich autorowi, czyli drugiej połowy XIX w. i pierwszych trzech dekad wieku XX. Co w nich takiego ciekawego? Przede wszystkim to, że spisał je polski chłop. Co za tym idzie poznajemy świat z chłopskiej perspektywy. To rzecz bardzo rzadka i późno pojawiająca się w polskiej literaturze.

Słomka, przez kilka dekad wójt sąsiadującej z Tarnobrzegiem wsi Dzików, był bystrym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości. A że pamięć mu na starość służyła, to przekazał nam mnóstwo szczegółów świata, który już dziś nie istnieje. Nie tylko dlatego, że czasy się zmieniły. Nie istnieje również dlatego, że zmieniły się stosunki narodowościowe w Tarnobrzegu i jego okolicy. W wyniku eksterminacji Żydów dokonanej przez Niemców w czasie II wojny światowej, tereny te zamieszkują dziś w przytłaczającej większości Polacy. Tak też było przez większość historii tych ziem, licząc od powstania Polski, aż do połowy XIX wieku. Między rokiem 1853 a 1910 nastąpiła jednak gwałtowna ekspansja żywiołu żydowskiego. I to tak jeśli chodzi o samą liczbę ludności, jak i jej znaczenie ekonomiczne. W samym Tarnobrzegu w 1853 roku były ledwie 23 domy żydowskie na 116 ogółem. W 1910 roku domów tych było 359 na ogólną liczbę 496. W tym samym czasie liczba katolickich domów wzrosła z 93 do ledwie 137.

Jak żyło się ludziom w tak gwałtownie zmieniającym się świecie? Co czuli ci, którzy obserwowali zmiany własnościowe w swojej okolicy? Obserwowali utratę pozycji katolików ze wszystkich warstw społecznych: chłopów, mieszczan, szlachty. W końcu, w jaki sposób to się odbyło? Na te i wiele innych pytań znajdujemy odpowiedzi w pamiętnikach Słomki.

Fragmenty pamiętników Jana Słomki

Tematyka żydowska przewija się właściwie przez całe to dzieło, dlatego niezbędna stała się selekcja materiału. Wybrałem z niego najciekawszy i najobfitszy w szczegóły rozdział piąty z wydania II, które miało miejsce w 1929 roku. Cytuję go poniżej niemal w całości.

„Handel tak na wsi, jak w mieście był prawic wyłącznie w rękach żydów. Po karczmach wsiowych siedzieli tylko żydzi i prócz wódki mieli na przekąskę obwarzanki i bułki, które sami piekli, nadto gomółki z sera i śledzie. Przytem sprzedawali ubocznie sól, tytoń do fajek, zapałki, igły, tasiemki, krajki do opasywania się, — ale towaru tego mieli zawsze bardzo niewiele, zazwyczaj mieścił się wszystek w małej paczce, schowanej za szynkwasem.

Wsiowi ludzie jednak kupowali towar taki najczęściej od żydów i żydówek, domokrążców, obnoszących w opałce igły, tasiemki, krajki, zapałki, trochę pieczywa, przyczem też nigdy nie brakło wódki. Każdą wieś obchodziło stale kilku takich handlarzy czy handlarek ,dochodzących z miasta, więc prawie codzień do każdego domu które z nich zaszło. Znali bardzo dobrze swoje wsie i ludzi, byli też w każdym domu witani zawsze, jak dobrzy znajomi.

Za towar tak w karczmie jak domokrążcom rzadko kiedy płacili pieniędzmi, najczęściej dawały gospodynie jajka, kasze, kości i szczecinę ze świń, trochę jakiegoś zboża lub coś z drobiu, był to więc handel wymienny bardzo dla żydów popłatny. Toteż domokrążcy, choć byli nędznie odziani, obdarci i narzekali na biedę, mieli, jak się nieraz pokazywało, ładną gotówkę. Najwięcej zarabiali zawsze od tych, co wódkę lubili. Jeżeli gospodarz i gospodyni nie pili oboje, tylko jedno z nich, n. p. gospodyni, to dostawała wódkę skrycie przed gospodarzem i w skrytości też płaciła różnemi produktami domowemi.


W mieście trudnili się handlem prawie wyłącznie żydzi. Był on zresztą bardzo nędzny, skoro koło r. 1860 nie było w Tarnobrzegu nawet dziesięciu lichutkich sklepików, mieszczących się w domach drewnianych.

W paru sklepikach — prócz tego, co można było kupić u domokrążców wsiowych, — były płótna kolorowe, chusteczki, wstążki, płótna domowe, czapki, fajki, w których się wtedy chłopi bardzo kochali, grzebienie, cyganki, świeczki łojowe. Wszystko to prócz płótna białego, nabywanego od chłopów, sprowadzane było wozami z Tarnowa, dokąd pewnie przychodziło z przemysłowych krajów austrjackich. U paru innych żydów było zboże, które sprzedawali najwięcej w dni targowe, wystawiając w workach na rynek. Wreszcie na parę lat przed r. 1860 nastał pierwszy sklep z żelazem, gdzie było żelazo w kawałkach dla kowali, nadto rynki, żeleźniaki, kociołki, wewnątrz niewybielane. Zapasy towarowe we wszystkich tych sklepach były bardzo skromne, wartość ich nie dochodziła pewnie do 100 złr [złotych reńskich].

Najwięcej było karczem, czyli »szynków« z wódką, z których główny mieścił się u Joska w ratuszu, prócz tego był drugi na przeciwnym końcu ratusza i kilka innych, rozrzuconych po mieście, a więcej znacznie było nadto pokątnych, w których chłopi upijali się również dobrze, jak w pierwszych.

Pieczywo sprzedawali żydzi na podcieniach, które były naokoło rynku, a stanowił je wypust mniej więcej 2 metry przed każdym domem. Na rynku sprzedawali garnki, miski, łyżki drewniane, jak również cebrzyki, konewki, niecki, sita, przetaki, rzeszota, czyli »rajtaki«, sprowadzane z pod Majdanu kolbuszowskiego. […]


Chłopi handlem zupełnie się nie zajmowali, uważali go za zajęcie żydowskie, na którem — jak mówili — tylko żyd wyjść może. Handlu się wstydzili i wyśmialiby chłopa, który by chciał handlować. Przywozili tylko i przynosili na targ do miasta: zboże, ziemniaki, kaszę, jarzyny, drób, jaja, nabiał, wyroby przemysłu domowego i wszystko sprzedawali przeważnie żydom, którzy tem dalej handlowali i zyski z tego ciągnęli. Często chłopi kupowali drogo od żydów na wiosnę zboże, które w jesieni za psie pieniądze żydom sprzedali. Zresztą nie było dawniej szkół i chłop do handlu nie był zdatny, poprostu nie umiał liczyć. […]

Dopiero po powstaniu Towarzystwa Kółek Rolniczych w r. 1882 zaczęły się mnożyć po wsiach sklepiki Kółek Rolniczych i prywatne sklepiki chrześcijańskie. Obecnie w każdej wsi jest już taki sklepik, a w większych wsiach bywa ich nawet parę, wobec których żydowskie nie mogą się często utrzymać i znikają ze wsi. Również po miasteczkach powstały porządne sklepy chrześcijańskie.


Co do kredytu za pańszczyzny [do 1848 roku] — jak słyszałem od dziadków i innych, bardzo mało kto u kogo pożyczał, a jeżeli już kogoś przycisnęła potrzeba, że musiał pożyczyć na podatek lub jaki inwentarz, to mógł najczęściej coś wskórać kum u kuma albo sąsiad u sąsiada i to bez żadnego procentu, do żydów nie zwracali się jeszcze chłopi o pożyczki, bo nawet żaden żyd nie pożyczyłby wówczas chłopu.

Ale jak ja zapamiętałem, to pożyczkami trudnili się jedynie żydzi na podpisy u rejenta, czyli skrypta rejentalne i na weksle. Nie było jeszcze kas żydowskich opartych na statutach, zatwierdzonych przez władzę, tylko każdy pożyczał prywatnie. Brali wielkie procenta, bo 50 procent i więcej, jak się kto zgodził płacić jakiś procent, wolno było brać. Więc procent płaciło się według umowy, a jeżeli w terminie dług nie był spłacony, to osobno za grzeczność, za poczekanie wybierali żydzi od dłużników jajka, kury, cielęta, ziarno itp.

Jeżeli zaś kto na takiej grzeczności nie chciał się znać lub nie miał na to i upadał majątkowo, to przystępowali do egzekucji, za mniejsze długi zajmując ruchomości, za większe zaś opisując całą realność, po czym następowała licytacja. Do licytacji stawali tylko żydzi, chłopi się na tym początkowo nie rozumieli i licytacji unikali. Żydzi zaś gdy zmiarkowali, że na tym bardzo dobry interes, badali naprzód w sądzie, gdzie będzie licytacja, jechali na miejsce i licytowali w porozumieniu z sobą.

Brali też od dłużników za bezcen grunta, domy i co się dało wyciągnąć, strasząc, że jak dobrowolnie nie pogodzą, to wszystko na licytacji będą mieli sprzedane. W Tarnobrzegu zasłynęli z takiej lichwy żydzi: Szpirn, Szajnok, Tafel, Dawid i inni mniejsi spólnicy i naganiacze tych wielkich lichwiarzy. Ostatni z nich, Dawid, odznaczający się silną budową ciała, chełpił się przytem zawsze, że się nikogo nie boi, bo ma szerokie plecy.


Przez taką lichwę zrujnowali żydzi prawie połowę gospodarzy, bo w każdej gminie znalazło się dużo lekkomyślnych, którzy brali pożyczki i nic za to nie nabywali, ale po większej części na pijatykę obracali. I tacy nawet prędzej mogli dostać pożyczkę niż porządniejsi, bo godzili się łatwo płacić taki procent, jaki żydzi chcieli. Oni zaś wiedzieli między sobą, ile kto był gdzie winien, jaką wartość przedstawia jego majątek i pożyczali dotąd, dopóki majątek wystarczał na pokrycie kapitału, procentu i kosztów egzekucji.

W samym Dzikowie wydziedziczyli prawie ze wszystkim trzech gospodarzy osiemnastomorgowych, a mianowicie: Józefa Słomkę, Wojciecha Łuczaka i Michała Sadrakułę, zamieszkałych w przysiółku Podłęże; czterech gospodarzy sześciomorgowych, a to: Józefa Gronka, Pawła Krzyżka, Józefa Wójcikowskiego i Michała Grycha; z większej zaś lub mniejszej części majątku wydziedziczyli: Michała Ozycha, Jana Wiącka, Józefa Zmarzłego, Stanisława Antończyka, Michała Grębowca i wielu innych.

Jakim sposobem podówczas żydzi brali chłopów do łapki, nawet za drobne długi, niech posłuży za przykład to, jak robili z Michałem Grębowcem, moim sąsiadem. Miał on sześć morgów dobrego gruntu i porządne zabudowania gospodarskie. Był chłop robotny, nie pijak, bo jeżeli wypił czasem kieliszek wódki, to przy robocie lub jakiejś okazji; długu zaciągać nie miał potrzeby, bo zadowalał się najzupełniej tym, co z gruntu zebrał, więc nikomu nie był winien ani grosza. Jedną miał tylko wadę, że z żoną był czasem w niezgodzie i nieraz się dobrze pobił, ale to przechodziło jak burza i znowu sobie sprzyjali. W kłótni żona zawsze mu wypominała, chcąc mu dokuczyć, że cały majątek jej, bo ona wprowadziła na gospodarstwo inwentarz jako wiano.

Z tej niezgody małżeńskiej skorzystali żydzi. Ściągali Grębowca do siebie, częstowali wódką, mówiąc przytem: »Ny, Michale, co wam żona mówi, że majątek nie wasz, my się was nie boimy, choć tak żona gada, jak wam pieniędzy trzeba, to wam pożyczymy, niech się żona przekona, że wasz jest majątek, a lepiej was będzie szanować«. Tak wmówili w chłopa, że pożyczał po 5 do 10 złr., a za każdym razem prowadzili go do notariusza, czyli rejenta, zawierali tam akt dłużny, biorąc zawsze za świadków policjantów z Tarnobrzega, znanych wówczas pijaków. W ciągu paru miesięcy zmieniali ciągle u rejenta skrypta dłużne, dopisywali nowe pożyczki i wysokie procenta, w końcu zrobili z Grębowcem akt na pożyczkę wynoszącą 600 złr. I miał płacić na rok 60 złr. od sta.

Wtenczas dopiero wyprowadzili sądową komisję na opisanie realności Grębowca i zabezpieczenie na niej wspomnianej kwoty. Żona narobiła gwałtu, gdzie, kiedy i na co tyle pożyczał, on też zmiarkowawszy, że mu grozi ruina majątkowa, zaczął płakać, za włosy się targać, krzycząc:« Olaboga, co ony ze mną zrobiły!« Po odejściu komisji zacząłem go wypytywać, jak tyle długu narobił, pokazało się, że na te 600 złr. wybrał gotówką około 50 złr. I to u tych samych żydów przepił, do tego nie umiał zupełnie rachować, nie wiedział, co znaczy 600 złr.

Poszedłem z nim i z żoną do rejenta, rozpowiedziałem tam, ile Grębowiec wybrał tytułem pożyczki, że za grosz z tych pieniędzy nic nie kupił, na to rejent powiada, że swego czasu zwracał mu uwagę i kazał żonę zawołać, ale Grębowiec wtedy odrzekł: »Diabli żonie do tego, to jest mój grunt po moim ojcu«; bo tak go żydzi nauczyli gadać. Mówił dalej rejent, że teraz wszystko przepadło, bo aktu notarialnego nikt nie może obalić, doradził tylko, żeby Grębowiec sprzedał zaraz część gruntu i zaraz dług zaspokoił, bo inaczej narosną koszta i procenta i nie zostanie ani przy zagonie: żydzi wszystko sprzedadzą i z domu go wygonią. Grębowiec usłuchał i to była najlepsza rada, sprzedał zaraz dwie morgi najlepszego gruntu, nadającego się pod ogrody, i zapłacił cały dług, bo żydzi nie chcieli nic opuścić, i w ten sposób uratował resztę gospodarstwa.

To wywłaszczenie chłopów z majątków trwało tak długo, aż wyszła ustawa przeciw lichwie, zabraniająca brania wielkich procentów. Wtedy sąd zaczął prześladować i karać lichwiarzy i nastała jakby pomsta Boża nad nimi, bo zaczęli upadać, a niektórzy nawet w biedzie wymarli, inni też niekoniecznie w dostatku dożyli, a pozostałe po nich rodziny są dzisiaj zupełnie biedne. Przyszła też kreska na wspomnianego Dawida, który się chełpił szerokimi plecami. Przyłapany został na oszustwie, mianowicie, że dopisał na wekslu jakiejś kobiecie z Żupawy dużo większą sumę, niż należało. Sąd w Tarnobrzegu wytoczył mu śledztwo i przymknął w areszcie razem ze wspólnikami, co w mieście wywołało wielki harmider, bo prawie oni pierwsi dostali się do aresztu. Dopiero od tego czasu żydzi-lichwiarze zmiękli i bali się, a sąd coraz lepiej brał się do nich i poskramiał ich.


Jednakże w owym czasie nie tylko chłopi tracili majątki, i wiele rodzin włościańskich poszło w ruinę i ślad po nich zaginął, ale tak samo, a nawet gorzej działo się z mieszczaństwem i szlachtą.

Jak zapamiętałem, to jeszcze koło roku 1870 w Tarnobrzegu wielka część miasta zasiedlona była przez mieszczan-katolików, którzy siedzieli tu widocznie z dziada pradziada i byli dość zamożni. Trudnili się różnymi rzemiosłami, a najwięcej szewstwem, stolarstwem, krawiectwem i masarstwem, prócz tego zaś i gospodarstwem rolnym, bo mało było takich, żeby nie mieli gruntu własnego od 1 do 3 mórg. Chowali wieprze, krowy, a niektórzy mieli i woły, których używali do roboty. Mieli też swoje własne domy i to przy głównym rynku, a żydowskie były na tyłach miasta.

A obecnie zabrali, obsiedli to wszystko żydzi i miasto zżydziało zupełnie, tak że zaledwie cząstka dawnych mieszczan się zachowała i to na krańcach miasta, a w rynku żaden z tych dawniejszych mieszczan nie ma realności.

Dziś śladu nie ma po dawnych najpierwszych obywatelach tarnobrzeskich, po Zderskim, Jajkiewiczu, Rutynie, po Łubowiczu, Pomykalskim, Dutkiewiczu, po Gwizdalskim, Lachiewiczu, mających dawniej domy przeważnie w rynku, i innych pomniejszych, których nie wyliczam. Wprawdzie niektóre z wymienionych nazwisk jeszcze się w Tarnobrzegu znajdują, ale nie wywodzą się w prostej linii od wyliczonych wyżej obywateli.

Dopiero w ostatnich czasach mieszczaństwo tarnobrzeskie zaczyna się na nowo dźwigać, a to głównie dzięki napływowi do miasta ludzi nowych i rzutkich, a widać także, że i potomkowie dawniejszych mieszczan w młodszym pokoleniu zaczynają lepiej garnąć się do życia, podnoszą się, pozbywają dawnych wad, szczególnie pijaństwa, i nabywają realności, i w ten sposób znaczenie mieszczaństwa znowu się powoli podnosi. W ostatnich dwudziestu latach przeszło nawet na powrót w ręce chrześcijańskie kilka domów w rynku.


Również długa jest litania obszarów dworskich, które potracili dawni panowie; za mojej bowiem pamięci przeszły w żydowskie ręce następujące dwory w powiecie tarnobrzeskim: Chwałowice, Orzechów, Witkowice, Skowierzyn, Wrzawy z przyległościami, Żabno, Pniów, Dąbrówka, Antoniów, Motycze poduchowne, Gorzyce, Zalesie gorzyckie, Zarzekowice, Koćmierzów, Kajmów, Machów, Nagnajów. I nawet słuch wśród ludu zaginął zupełnie po możnych niegdyś panach, właścicielach tych dworów: po baronach Horochach, po Trojackim, Bilskim, Wiktorze, Cetnarskim, Zaklice i innych. Dwory od nich wykupili żydzi i albo dotąd na tych majątkach siedzą, albo rozparcelowali je z wielkim zyskiem między chłopów.

Nic to nie pomogło, że właściciele dworów posiadali rozległe obszary ziemi najlepszej gleby i ładne lasy, że mieli spłatę za pańszczyznę; a później za propinację, że płacili względniejszy podatek gruntowy, że byli wolni od podatków gminnych, że posiadali znaczne przywileje polityczne i pierwszeństwo wszędzie!

Szczególniej głośnym było zmarnotrawienie rozległych dóbr baranowskich przez hr. Krasicką, która tak nie umiała godzić dochodów z rozchodami, że wkrótce długi przeniosły wartość jej ogromnego majątku i wierzyciele, którzy już nie mogli odebrać swych należności, spowodowali — jak wieść niosła — jej przyaresztowanie. Kręcili się koło niej ustawicznie żydzi i wyjeżdżali za nią nawet za granicę, narzucając się z gotowymi pieniędzmi na różne wybryki, które następnie z dużym procentem ściągali i dobrze się stąd bogacili. Wybrali od niej za bezcen lasy na morgi do wycięcia drzewa; jeździłem do tych lasów, to widziałem, jak co kilkadziesiąt morgów stał kupiec żyd z młotem do odbijania drzewa i wołał : »Hop, hop, jedźcie do mojej morgi« ! Co mogła, wyprzedawała, tak że z pałacu baranowskiego nawet posadzki marmurowe żydzi zabrali. Szczęściem, że dobra po niej wraz z starożytnym zamkiem baranowskim kupił na licytacji Polak Dolański.

Niemniej głośną była później sprzedaż dóbr wrzawskich, a krakowska gazeta »Diabeł«, wyśmiewająca i karcąca błędy ludzkie, zwracając się wtedy przeciw sprzedawczykowi hr. Horochowi pisała między innymi: »Narobiłeś dużo wrzawy, zaprzedając żydom Wrzawy«. Były to bowiem dobra mające najlepszą glebę, wyborne łąki i sporo bogatego sosnowego lasu, a nadto w skład dóbr tych wchodziły bujne kępy, tj. wikliny nadrzeczne po prawym brzegu Wisły i obu brzegach Sanu; więc gdy się wieść rozeszła, że Wrzawy żydom sprzedane, niejeden nie mógł sobie tego w głowie wytłumaczyć, jak można było takie dobra utracić.

Bliżej znany mi jest przebieg sprzedaży Kotowej Woli przez Franciszka Popiela.

Był on rządcą u starego Dolańskiego w Sokolnikach, następnie kupił na własność Kotową Wolę. Znany był w powiecie jako wzorowy gospodarz.

Poznałem go w czasie klasowania gruntów w Kotowej Woli i sąsiednich wsiach, gdy komisja klasyfikacyjna przez kilka dni korzystała z gościny w jego dworze. Był bardzo gościnny, prowadził najchętniej rozmowę o gospodarstwie. Rozwijał u siebie wszystkie gałęzie gospodarstwa: uprawę roli, hodowlę bydła, ogrodnictwo, pszczelnictwo.

Ale gospodarowanie już mu ciążyło, chciał więc sprzedać majątek i przenieść się do Krakowa na spoczynek. Ogłosił więc sprzedaż, ale zaznaczał, że sprzeda tylko katolikowi, nie żydowi. Do kupna zgłaszali się chłopi, ale nie byli w stanie przystąpić do kupna całego majątku, na który składały się pola orne, łąki. las, budynki, inwentarz, wszystko razem wartości 230 000 złr.

Chciał to jednak nabyć Lejzor Wahl, najbogatszy wówczas kupiec w Tarnobrzegu, a ponieważ Popiel z żydami traktować nie chciał, Lejzor zwrócił się do mnie i prosił, żebym zgodził i zadatkował te dobra i jemu je następnie odstąpił. Na zadatek wręczył mi 15 000 złr. I obiecywał dobre wynagrodzenie, a robił to wszystko w cztery oczy ze mną, tak żeby nawet żona moja o tym nic nie wiedziała, ażeby sekret nie wydał się.

Ale gdy zastanowiłem się nad tym, widziałem, że byłoby to kupno podstępne, którym splamiłbym swój honor. Oświadczyłem więc Lejzorowi, że się tej sprawy nie podejmuję i oddałem owe 15 000 złr. Później zawsze mi to wymawiał, że przeze mnie nie doszedł do kupna Kotowej Woli.

W jakiś czas potem rozeszła się wiadomość, że Popiel Kotową Wolę sprzedał, więc gdy wracałem razem z komisarzem Swobodą z komisji reklamacyjnej gruntów z Rozwadowa, wstąpiliśmy do niego na pożegnanie.

Popiel opowiadał wtedy, że dobra swoje sprzedał i uwolnił się od ciężaru gospodarowania, tylko jedno — jak mówił — gryzie go i gryźć będzie jak mól do grobowej deski: że dobra sprzedał żydowi.

Starał się usprawiedliwić, co go skłoniło do tego kroku. Mówił, że jacyś złodzieje wdarli mu się w nocy do ogrodu i zniszczyli pasiekę, którą bardzo lubił, wyłupali plastry, a pszczoły rozłaziły się po całym ogrodzie. Wpadł wtedy w złość, a że z natury był prędki, jedną bryczkę posłał po rejenta do Rozwadowa, a drugą po Rachmiela Kanarka, który także chciał kupić Kotową Wolę.

Gdy to opowiadał, wyjawiłem mu, jak mnie Lejzor namawiał na to kupno i już miałem w rękach 15 000 złr. na zadatek, na to on zerwał się od stołu, chwycił mnie za ramiona i zawołał: »Przyjacielu, czemuś tego nie zrobił, byłbyś mnie wybawił od tego, co mnie gryzie i gryźć będzie, byłbym przynajmniej uczynił zadość postanowieniu, że dobra sprzedam katolikowi«. Rozpłakał się przytem jak dziecko. […]

Popiel przeniósł się następnie do Krakowa, gdzie umarł i majątek swój w znacznej części zapisał na cele narodowe i dobroczynne.

Z czasem dwory w powiecie tak poznikały, że większa własność nie mogła nawet wybrać dwunastu członków ze swojej kurii do Rady Powiatowej w Tarnobrzegu i wybierała ich spoza swego grona. Z żydów zaś, będących właścicielami obszarów dworskich, jedynie Rachmiel Kanarek brał udział w działalności i ofiarności obywatelskiej polskiej, za co miał uznanie w powiecie; inni zaś, jak cały ogół żydowski, trzymali się wobec spraw polskich oddzielnie, jako osobne społeczeństwo.

Naturalnie tak chłopi i mieszczanie, jak i szlachta sami przede wszystkim ściągali na siebie los, jakiemu ulegli. Chłopów i mieszczan — obok lichwy — gubiło i rujnowało straszne pijaństwo, gnuśność i ciemnota; a panowie, choć mieli naukę, to rachować nie umieli czy nie chcieli i rozchody na zbytki były u nich większe niż dochody.

Nie smakował im żaden wytwór domowy, krajowy, choćby nawet był lepszy od zagranicznego, sami też wojażowali po zagraniczu, trzymali różnych oficjalistów na wysokich pensjach. Uważali to za ujmę dla szlachcica, gdyby był inaczej żył, tj. rozumnie, według dochodów. Była w tym pycha, za którą przyszła kara Boża.

Za wszystkich: za chłopów, mieszczan i szlachtę myśleli żydzi — jak się to i teraz często trafia — oni wszystkim stanom faktorowali i za to majątki garnęli dla siebie.


Zbliżenie między żydami i katolikami było dawniej większe niż obecnie, ale dlatego, że katolicy więcej u żydów przesiadywali, gościli się i popijali, a żydzi mogli więcej z katolików żyć i wyzyskiwać ich.

Szczególnie wielkie zbliżenie było między żydami wsiowymi a chłopami i często dzieci takich żydów, wychowując się wśród dzieci chłopskich, chrzciły się w końcu. Najczęściej młode żydówki przyjmowały w ten sposób chrzest i wychodziły za parobków i synów gospodarskich. I to trafiało się prawie w każdej wsi. Ale ogół żydów występował przeciw temu zawsze bardzo wrogo i chrzest musiał się odbywać potajemnie, a »przechrzta« musiał się przed nimi z początku ukrywać.

Wnosząc z tego, co starsi opowiadali, to już za pańszczyzny głównie w karczmach żydowskich skupiało się życie chłopskie. Jak swego już nie było, to kradli, co się dało, na pańskim, i skradzione nieśli nocą do żyda, którego pan we wsi osadził i trzymał, i za to pili.

Za mojej pamięci był zwyczaj, że jak kto dał na mszę świętą za zmarłych, na dobry urodzaj albo na inną intencję, to na tę mszę zapraszał dziś na jutro sąsiadów, kumów, przyjaciół, wysyłając w tym celu po wsi swoje dzieci, a po mszy św. zapraszał wszystkich na podziękowanie za to, że się zeszli i modlili na jego intencję, do domu albo do karczmy i częstował, wódką i przekąską. Niektórzy na taką ucztę, jeżeli miała się odbyć w domu, zapraszali także księdza.

Każdy gospodarz zamawiał dwie lub trzy msze święte do roku i po każdym nabożeństwie było poczęsne, które niejeden przedłużył sobie do wieczora i dobrze sobie podpił.

A byłem już kilkanaście lat gospodarzem [mowa o latach 70. XIX w.], gdy w Dzikowie i innych wsiach był jeszcze zwyczaj, że karczmarze jeździli po kolędzie, każdy wstępował do »swoich gospodarzy«, którzy u niego byli stałymi gośćmi, to jest pili.

Po Dzikowie jeździł najwięcej Salomon Szrajber z Tarnobrzega.

Wszedłszy do izby zaczynał od życzenia: »Daj Boże szczęście, żeby się tu powodziło, iżby wszyscy byli zdrowi, pieniądze mieli i żeby tu niczego nie brakowało — przychodzę tu z kolędą«. I od razu nalewał do kieliszka wódkę, którą miał z sobą, a więcej było na wozie, i częstował po kolei wszystkich obecnych, poczynając od gospodarza i gospodyni, dawał po kieliszku dzieciom pomijając tylko najmniejsze, sługom, a nieobecnych kazał przywoływać, dogadując przytem: »Jak szanuję stół, to i stołowe nogi, ja tu wszystkich chcę potraktować, bo ten dom szanuję, niech go pamiętają wszyscy, żem tu był po kolędzie«. Gospodarzowi i gospodyni nalewał jeszcze po drugim i trzecim kieliszku i zachęcał: »Pijcie, pijcie, niech wam będzie na zdrowie, ja wam nie żałuję«, a gdzie spodziewał się lepszej kolędy, zostawiał jeszcze mniejszą lub większą flaszkę wódki.

Za to gospodarz dawał mu znowu od siebie kolędę, zazwyczaj ćwierć lub pół korca jakiegoś ziarna: żyta, jęczmienia, pszenicy, owsa, czego miał więcej, a znowu gospodyni dawała od siebie jaja, kaszę jaglaną, kurę, słowem, coś ze swego kobiecego gospodarstwa. Wsypywali to zaraz do worka, który żyd trzymał gotowy pod pachą, i ładowali na wóz, czekający przed domem. Gdy tak całą wieś objechał, to wszyscy mniej lub więcej byli wódką zamroczeni, tylko on był trzeźwy i wywoził ze wsi dobry wóz ziarna.

Dawanie tej kolędy było uważane jakby za powinność i kto by dał mało ziarna, to mu Szrajber przed drugimi wypominał; a kto był szczodry, takiego chwalił, żeby i drugich do hojności zachęcić. Taka objażdżka odbywała się dwa razy do roku: raz po Godnich świętach, »po kolędzie«, drugi raz po świętach Wielkanocnych, »po święconym«.

Wesela odbywały się także głównie w karczmach. Wprost od ślubu zajeżdżali wszyscy z całą paradą weselną do karczmy żydowskiej, bo w całej okolicy nie było nigdzie wtedy innego domu do zabaw. Na innych wsiach zajeżdżali do swoich karczem wsiowych, dzikowskie zaś wesela, ponieważ we wsi karczmy nie było, jak i dotąd nie ma, zajeżdżały do karczem w Tarnobrzegu, będących zresztą w bliskości, bo miasto ze wsią domami się styka. Z Dzikowa zajeżdżali najwięcej do Salomona Szrajbra, którego dom do dziś dnia jeszcze stoi, ale tak się już obniżył, że wnet okna dostaną do ziemi.

Kto miał sprawić wesele, to już zawczasu, na tydzień mniej więcej, zamawiał miejsce w karczmie. Zresztą karczmarze, mając z tego ładny zysk, sami przychodzili do gospodarza i ofiarowywali miejsce u siebie, wypytując się przytem, kto jest zaproszony i doradzając, żeby jeszcze tego lub owego zaprosić, o kim wiedzieli, że lubi się zabawić i można od niego dobrze utargować: »Przecie go nie można pominąć, to porządny gospodarz: on ma syna, córkę, on was znowu zaprosi, to trza z ludźmi żyć«.

Był też zwyczaj, że gdy wesele zajechało przed karczmę, starosta zarządzał, żeby nikt z wozów nie schodził, aż żyd wyszedł z flaszką i pobłogosławił najprzód państwo młodych, życząc im szczęścia, a potem dał wszystkim na dworze po kieliszku, wtedy dopiero weselnicy z wozów złazili, a grajkowie grali na dworze, aż wszyscy goście weszli do karczmy.


Wódką raczyli żydzi tylko chrześcijan, sami jej nie pili i jest to wielką rzadkością widzieć żyda pijanego.

Jeżeli jakiś wyszynk lub sklepik żydowski miał odbiorców tylko z kilku domów, to już się potrafił utrzymać, już mu to wystarczało, żeby mógł istnieć. Jeden szynkarz tarnobrzeski, który miał dziesięciu gospodarzy pijących u niego, mówił, że woli, żeby jemu wszystko się spaliło i przepadło niż tym gospodarzom, bo oni są jego żywicielami i trzymają go na nogach.

Żyli przytem bardzo oszczędnie i gdyby katolicy chcieli ich naśladować, to wszystkie majątki byłyby w ich rękach. Mówią, że biedniejsi żydzi nie jedzą z rana, aż coś zarobią, tj. coś sprzedadzą z zarobkiem.

Ci żydzi, którzy majątki od szlachty wykupywali, początkowo przeważnie biedni, żyli skromnie nawet i wtedy, gdy stali się już dziedzicami, i na przykład nigdy nie widziałem ani słyszałem, by który z nich wyprawiał bale, które we dworach szlacheckich były częste, nie trzymali też takiej drogiej administracji, która cały dochód zabiera, ale gospodarowali czasem może aż z przesadną oszczędnością.

Na przykład o Hauserze, który tak się dorobił, że kupił Kajmów i Machów, opowiadali, że trzymał jednego żydka, któremu w pieniądzach dawał podobno tylko 3 złr. na tydzień, a ten w jednej osobie był rządcą, ekonomem, karbownikiem, a nawet polowym, i każdy, kto miał jakiś interes do dworu, musiał do tego żydka się udawać, bo sam Hauser dojeżdżał tam tylko na kontrolę z Tarnobrzega.

Opowiadali dalej, że żona tego ekonoma chcąc się swemu dziedzicowi przypochlebić, zładowała mu przez parę razy barszcz, który mu tak posmakował, że po powrocie do Tarnobrzega nie czuł się głodnym i nie jadł tego, co mu własna żona podała. Ta dopytywała się męża, dlaczego nie chce jeść, a gdy się dowiedziała, że w Machowie jada barszczyk z »jajkiem i ze śmietankiem«, oburzyła się strasznie, że żona ekonoma lepszy barszcz sobie gotuje i lepiej żyje niż ona dziedziczka i ekonoma tego, wraz z żoną i dziećmi, ze dworu wygnała. Jest w tym nauka, jak się żydzi oszczędnością rządzą, że tylko tu wydają grosz, gdzie tego niezbędna potrzeba wymaga.


Jak tylko zapamiętałem, katolicy zawsze na żydów narzekali i narzekają, a przytem nieraz wyśmiewali się i wyśmiewają z ich różnych wad, żartując i robiąc im nawet różne figle, ale cóż z tego wszystkiego: żyd był i jest na wszystko cierpliwy, a katolicy szli i idą zawsze do żydów i dają się im wyzyskiwać na różne sposoby, i ci się bogacą, choć ciężko nie pracują.

Żyd dotąd ulega katolikowi i pozwala naśmiewać się z siebie i płatać sobie najnieprzyjemniejsze figle, dopóki widzi u katolika pieniądze w kieszeni i majątek, ale jak już wszystko wyssie i wyzyska, to się lepiej z katolika wyśmieje i za drzwi go wyrzuci.

Na to można by przytoczyć niejeden przykład. Był w Dzikowie gospodarz jeden dosyć zamożny, który lubiał drwić z żydów, ale zachodził zawsze do żydowskich szynków i żydzi korzystali z niego przy każdej sposobności. Raz uderzył szynkarza w twarz za to, że nie chciał dać mu piwa, żądając naprzód zapłaty. Żyd się z tego rozchorował, wniósł skargę do sądu, ale potem skargę cofnął, gdy chłop obiecał przepić za to w szynku 5 złr.

I przepił tyle zaraz w towarzystwie z drugimi, a gdy chciał dalej pić i szynkarz żądał znowu zapłaty z góry, palnął go znowu w twarz i powiada: »Przedtem zwaliłem cię w jedną stronę, a dziś w drugą, bobyś głowę krzywo nosił, a tak to ci się naprostuje«. Zrobił się straszny gwałt i krzyk, ale na tym się skończyło, bo żyd znowu się przeprosił, gdy chłop dalej do niego na pijatykę zachodził.

I dopóki się chłop lepiej miał, żyd przyjmował go w szynku, usługiwał mu i znosił wszelkie przezwiska, jakie chłopu ślina do gęby przyniosła i dopiero jak majątek od niego wyzyskał, wyrzucał go za drzwi. Skończyło się na tym, że ten zamożny gospodarz umarł w wielkiej biedzie i poniewierce, a żyd ma obecnie jedną z największych kamienic w Tarnobrzegu i dobrze mu się powodzi.


Handel prowadzili żydzi najczęściej w sposób oszukańczy, nierzetelnie. Kupujący zawsze musiał się obawiać, że żyd mu nie doważy, nie domierzy, że da gorszy towar, za drogo policzy, oszuka przy wydawaniu reszty itp. Z łatwością dawali towar na kredyt i przyuczali niejednego do borgów [kredytów]. Żyd zachęcając do kupna, z góry zaznaczał, że da towar bez pieniędzy, że się o pieniądze nie pyta, skoro jednak należności na czas nie otrzymał, wnosił bezwzględnie skargę do sądu i ściągał sobie dług z kosztami, a jeżeli liczył na krótką pamięć odbiorcy, to mu do długu coś przypisał i większej kwoty domagał się.

W handlu zawsze też prawie chodziło żydom głównie o to, ażeby wziąć pieniądze bez względu na to, czy towar dobry, nie zepsuty, czy wyjdzie kupującemu na pożytek.

Za mojej pamięci zaszło w Tarnobrzegu parę głośniejszych wypadków, które świadczyły, jaka to bywała obsługa żydowska w handlu. Jeden szczególnie narobił dużo wrzawy.

Raz stróż miejski, pełniący wartę nocną w zimie, zajrzał do piekarni żydowskiej przez okno niedostatecznie zasłonięte. Widział wtedy, jak żyd, piekarz, rozebrał się i mył się szczotką w ciepłej wodzie, a następnie czeladnik wodę tę wlał do dzieży do ciasta. I z takiego to ciasta jedli potem chleb kupujący. Stróż doniósł o tym do sądu, sprawa toczyła się w Rzeszowie. Pokazało się, że żyd, który się mył w tej ciepłej wodzie, miał parchy. Został on wtedy zasądzony, a piekarnia jego zamknięta.


Oświata u żydów była początkowo bardzo niska, byli na ogół głupsi od katolików.

W mieście wielu było takich, co polskiego języka nie znali i nie można się było z nimi zmówić, albo inni byli tacy, co język polski łamali i kaleczyli gorzej, niż to jest obecnie, i narażali się z tego powodu na śmiechy i drwiny.

Dzieci żydowskie uczyły się tylko na Talmudzie, a nauka ta odbywała się po domach grupami i była prowadzona przez żydków, którzy już sami coś umieli. Starali się o to, ażeby każde dziecko przykazania Mojżeszowe znało.

Do oświaty polskiej byli bardzo niechętni i gdy nastawały szkoły i przymus szkolny, zachowywali się względem szkoły z większym oporem niż najciemniejsi chłopi i woleli płacić kary, niż posyłać dzieci swoje do szkoły. Bo mówili, że dzieci ich muszą się uczyć przykazań Mojżeszowych, a jak się będą uczyć po polsku, to tamtego się nie nauczą. Mówili też, że co im potrzebne, to umią, bo jak potrafią porachować, to wystarczy.

W tarnobrzeskiej szkole były ciągle nakładane kary na zaniedbujących posyłanie dzieci na naukę i z kar tych pokrywały się wydatki na urządzenia szkolne. Kary te żydzi płacili, a dzieci do szkoły nie posyłali.

Dopiero potem zrozumieli korzyści z oświaty i dzisiaj już zapełniają szkoły powszechne w Tarnobrzegu i cisną się do szkół średnich i wyższych, a następnie zajmują zyskowne stanowiska.

W pierwszych latach po ustaniu pańszczyzny [czyli po 1848 roku], gdy lud był ciemny, bez oświaty, żyd tak niejednego potrafił przyciągnąć do siebie i ugłaskać swoim sprytem, pożyczką, borgiem, wódką, że na razie zdawało się chłopu, że to jest jego najlepszy przyjaciel, ale nim się mógł przerachować, to już jego gospodarstwo za rok, dwa poszło na licytację i stało się własnością żyda.

Jednak to dla żydów było za mało, bo jak mówi przysłowie: »Dziad dziada panem nie zrobi«. Dopiero panowie, dziedzice wielkich obszarów dworskich, dali żydom szerokie pole do zdobycia pieniędzy i wielkich majątków. Panowie wprowadzali żydów do każdej wioski, obsadzali po karczmach, dali im do rąk propinację [prawo do produkcji i sprzedaży alkoholu], a ci mając sposobność zalewać ciemnemu ludowi mózgi, rozpoczęli gospodarkę rabunkową i stopniowo wciskali się do dworów na faktorów, dostawców, kupców lasów, bydła, łąk, gruntów itd., a w niedługim czasie cały dwór dostawał się żydom.

Toteż gdyby żydzi chcieli na gruncie siedzieć i pracować, to dziś wszystka ziemia w Galicji do nich należałaby, byliby zupełnymi panami kraju, a chłopi, jak szlachta, byliby u nich w służbie i pracowaliby za parobków. Zaraz po pańszczyźnie byłaby nastała gorsza jeszcze dla całej ludności chrześcijańskiej żydowszczyzna. W Dzikowie na przykład nie ma tego kawałka chłopskiego gruntu, żeby nie był w rękach żydowskich, żeby nie był drogo wykupiony, a w innych wsiach było zupełnie to samo.

Ale żydzi nie chcieli trudnić się gospodarstwem i ciężko pracować i woleli wielkie zyski, jakie im dawał handel gruntami przepłacanymi przez chłopów. Osiadali na stałe tylko w miastach i miasteczkach, wykupując realności od mieszczan polskich, więc w paru dziesiątkach lat ludność miastowa zupełnie się zmieniła — jak po wielkiej wojnie [pierwszej wojnie światowej].


Za mojej pamięci przyszli da największych majątków w Tarnobrzegu: Lejzor Wahl, Dawid Engelberg i Mosiek Hauser. Lejzor Wahl, jak zapamiętałem, był z początku biednym, miał skromny szynk z wódką w tym miejscu, gdzie obecnie dom Chruściela. Chodził wtedy po Dzikowie i wybierał za wódkę jaja, drób, zboże itp., a z Podłęża ćwierciami nieraz dźwigał zboże na plecach. Tym, co chcieli pić, a nie mieli pieniędzy, odpowiadał, że on się o pieniądze nie pyta i daje na kredyt. Oddacie mi — mówił — jak będziecie mieli, albo oddacie zbożem z nowego«. I zapijało się u niego wielu takich, co nie byli nałogowymi pijakami; ale mieli głównie tę wadę, że lubili towarzystwo, zabawę, a przytem nie cenili czasu i zaniedbywali gospodarkę. Wahl miał znajomości po wszystkich wsiach okolicznych, o każdym gospodarzu wiedział na co go stać, jaki będzie miał zbiór i na konto tego dawał mu pić. Brał za to z nowego zboża ćwierciami i korcami; z dalszych wsi przywozili mu je na furach.

Nosili mu też zboże ukradkiem, w nocy, a on zawsze szynkował, jeżeli tylko był interes. Opowiadał mi jeden gospodarz z Dzikowa, który lubiał sobie głowę wódką zaprószyć, że jeżeli chciał Lejzora w nocy wyciągnąć z łóżka, to pukał do drzwi i mówił z przyciskiem, jakby coś dźwigał: »Otwórz; bo mi ciężko!« Lejzor wtedy uchylił drzwi, a on się wsuwał do szynku i pił, choć czasem nic nie przynosił. I tym się chwalił, że żyda oszukał, ale sam na tym tak wyszedł, że stracił cały majątek, złożony z sześciu morgów dobrego gruntu, i był w końcu tylko wyrobnikiem, nędzne życie prowadził.

Ze zboża w ten sposób zebranego miał Lejzor cały magazyn. Mieściło się ono w stancjach przy szynku i na strychu, bo pijak nie tylko zboże przyniósł, ale i na strych wydźwigał, gdy mu szynkarz kazał. Na wiosnę zaś, na przednówku, który u pijaków był corocznie, kupowali je u niego ci sami, którzy mu je znosili, a że pieniędzy nie mieli, więc najczęściej oddawali dopiero z nowego, za korzec, dwa itp. A ponieważ Lejzor dawał też chętnie pożyczki pieniężne i wódkę na kredyt, więc mówili o nim, że to żyd wygodny i dobry«.

Z chłopów przyszedł w ten sposób do znacznego majątku, a gdy następnie wziął się do dzierżawienia propinacji u hrabiego i do handlu drzewem, kupując lasy dworskie na morgi i wyprawiając budulec Wisłą do Gdańska, dorobił się takiego majątku, że liczną swoją rodzinę, synów i córki, wyposażył grubymi wianami, po kilkadziesiąt tysięcy reńskich, i potem jeszcze wspierał w interesach, gdy które stało licho, a gdy umarł, zostało po nim jeszcze 300000złr. po większej części na długach u chłopów i panów, które potem wdowa po nim ściągała, nie przepuszczając nikomu, i rozdzielała dalej między dzieci i wnuki.

Dawid Engelberg miał sklep korzenny i lepsze trunki, a przytem także zwyczajny szynk dla chłopów. Trzymał też pocztę prywatną, jeszcze wtedy, gdy posłaniec chodził z Tarnobrzega do Rzeszowa, a potem do Majdanu. Mosiek Hauser zaś miał pierwszy handel żelazny w Tarnobrzegu i handlował głównie z dworami. Następnie do spółki z Wahlem i Engelbergiem dzierżawił propinację i prowadził handel drzewem. Tak Engelberg, jak Hauser zgromadzili nie mniejsze majątki niż Wahl. Hauser kupił dwie wsie nadwiślańskie: Kajmów i Machów. Dzieci i wnuki swoje hojnie wywianowali.

Ci bogacze stanowili też za życia kasę dla żydów uboższych, bo innych kas podówczas nie było. Pożyczali biedniejszym żydkom na różne interesa i handle, ale na tym nie wychodzili już tak dobrze, bo ci ich najczęściej zarywali.

Wszyscy trzej a szczególnie Engelberg mieli opinię żydów porządnych; dbali o powagę, w interesach nie zarywali i dłużników nie wodzili po sądach. Zbogacili się — można powiedzieć — dlatego, że byli zapobiegliwi, a ludzie byli głupi, kwitło pijaństwo i nie było handlów chrześcijańskich.

O ile mi wiadomo, to te wielkie majątki po nich rozpłynęły się. Dzieci i wnuki prowadziły dalej interesa i handle, jak oni, ale kiepsko, i traciły na tym. O ile są w Tarnobrzegu i znam ich, to są nie bogaci, ale owszem niezamożni, zrównali się z chudobniejszymi i w znacznej części wymarli. Jeden tylko Lam, zięć Hausera, posiadał gruby majątek, a to dzięki temu, że dzierżawił propinację i rafinerię u hrabiego.

W ogóle teraz [w latach 20. XX w.] trudniej żydom tak się bogacić. Mogą się w handlu mieć lepiej i żyć lepiej niż np. chłop na roli lub niższy urzędnik, ale w tak krótkim czasie tak ogromnych majątków nie zbierają, a zaczęło się to od tego czasu, gdy szkoły nastały i ludzie zmądrzeli, gdy zaczęło upadać pijaństwo i ludzie mniej się bawili i gdy zaczęły powstawać kółka rolnicze i sklepy chrześcijańskie.

Obecnie do najbogatszych, prócz Lama, należą jeszcze Salomon Korn, który początkowo miał tylko sklepik i był niebogatym, dopiero, gdy się wziął do handlu ziemią, do kupna gruntów chłopskich i parcelacji folwarków i dworów, doszedł do wielkiego majątku. Mniej bogatym od niego jest Beniamin Federbusch, którego ojciec robił sukmany chłopom i który początkowo był zwyczajnym żydkiem, z którym nikt się nie liczył, ale gdy zaczął handlować gruntami, kupować, sprzedawać, wymieniać, przyczem bywał na śledztwie sądowym, doszedł do takiego majątku, że go stać było na dziesiątki tysięcy koron i ma kamienicę w rynku.”

Dr Radosław Sikora

Tematy pokrewne:

„O przyczynach nienawiści ludu ruskiego do Żydów”

„Polski inteligent o Żydach”

„Brudny jak polski Żyd – czyli niemiecki Żyd o polskich”

„Czy Polska powinna domagać się odszkodowań od Izraela?”

„Kolaboracja Żydów ze Szwedami w Krakowie”

„Żydzi w okresie szwedzkiego „potopu” – zdrajcy, szpiedzy i wierni poddani”

„Terytorium Polski pod względem wojskowym – żydzi”

„Postęp czy regres, czyli czego możemy zazdrościć pańszczyźnianym chłopom”

„Sieroty po Rzeczpospolitej”

„Dlaczego lewica powinna uwielbiać polską szlachtę, choć jej nienawidzi”

„Polski chłop o dziedzicu”

„Za jednego bitego dam siedmiu niebitych, czyli o roli chłosty w armii rosyjskiej XVIII i XIX w.”

„Najomszczyki”

„Dobre umieranie”

https://kresy.pl/kresopedia/oczami-polskiego-zyda/

Posted in Historia | Leave a Comment »

ŻYDZI WOBEC POWSTANIA STYCZNIOWEGO NA PODLASIU. Z PAMIĘTNIKA POLSKIEGO SZLACHCICA.

Posted by tadeo w dniu 8 marca 2020

„Żydzi widząc, że powstanie zamiast rozwijać się i potęgować, upada, chwycili się procederu szpiegostwa w nadziei robienia dobrych interesow.”

Postawa ludności żydowskiej wobec Powstania Styczniowego jest niezmiernie ciekawa, ale niestety mało znana. Pamiętnik Juliana Borzyma (Julian Borzym, Pamiętnik podlaskiego szlachcica, Łomża 2018) oświetla to zagadnienie. W tym czasie gospodarzył on w majątku ojca we wsi Wierzbowizna, około 55 km na południowy zachód od Białegostoku. Ojciec przed laty brał udział w Powstaniu Listopadowym, więc tradycje powstańcze nie były Borzymom obce. W 1863 r. do walki stanął jeden z braci (młodszy, mający wówczas 21 lat, Antoni), a drugi (starszy, dwudziestotrzyletni Julian) zajął się ojcem i gospodarką. Najstarszy, Edward, zmarł bowiem już w 1862 r. Z pamiętników Juliana wyłania się obraz początkowego zaufania do Żydów, które wkrótce przerodziło się w wielkie rozczarowanie.

 

Zanim wybuchło Powstanie Styczniowe, dochodziło do wielkich manifestacji na tle religijnym. Wówczas to księża wygłaszali patriotyczne kazania i co ciekawe [ortografia i pisownia oryginalna]:

„Do kościołów, szczególniej na kazania, bardzo licznie przychodzili i Żydzi, którzy okazywali wielki patryjotyzm i łączyli się z narodem. Kaznodzieja spostrzegłszy ich między słuchaczami, zręcznie wtrącał fakta ze Starego testamęntu, ubarwiając dosadnie improwizowanemi przez siebie porównaniami, chwaląc łączenie się ich w celu wywalczenia swobody.” (s.109)

22 stycznia 1863 roku wybuchło Powstanie. I tak:

„Lud od razu wezbrał nie do opisania. Zbrojono się w co kto mógł i miał, wywlekano dubeltówki, pojedynki, pistolety, stare pałasze i obsadzano kosy, bezbronni liczyli na uzbrojenie się po rozbrojeniu moskali. Sprowadzonej broni nie było.” (s. 122)

 

Wówczas to Żydzi stanęli po stronie Polaków:

„Żydzi z całym zapałem szyli umundurowanie, buty i czapki dostawiali do kawaleryi i.t.p. Posługiwano się nimi z całym zaufaniem.” (s. 123)

Niedługo trwał ów „romans” Żydów z polskością. Już w marcu-kwietniu tego samego roku:

„Moskale ośmieleni słabszym działaniem [powstańców], a odkrywszy manewr rozwięzywania partyi [oddziałów wojsk powstańczych], zaczęli działać odważniej i energiczniej. Wzięli głównie za zadanie nie dopuszczać ponownego zebrania się partyi i w tym celu zaczeli wyławiać maruderów i w ogule młodych ludzi bez określonego zajęcia. Dopomagali im w tym Żydzi. Żydzi widząc, że powstanie zamiast rozwijać się i potęgować, upada, chwycili się procederu szpiegostwa w nadziei robienia dobrych interesow. Wojsko ruskie [czyli rosyjskie] zostało podzielone na małe oddziały, czyli jak oni nazywali otrady. Każdy taki oddział został oddany pod dowództwo wyszukanego oficera o iście zwierzęcych instynktach, prócz tego przy każdym oddziale, był jeden lub dwóch Żydów spiegów, którzy informowali dowódcę, najczęściej improwizując i komponując oskarżenia, a że Żydzi pod czas manifestacyi [religijnych, które miały miejsce przed wybuchem Powstania] okazywali wielki patryjotyzm, więc w zaufaniu niestrzezono się ich, ale owszem byli dopuszczeni do wspułudziału w ruchu całego narodu. Kiedy odwrócili chorągiewkę, więc skorzystali z posiadanych wiadomości. Naprowadzali otrady i wskazywali winnych, którzy byle czem wspierali powstanie, a kiedy zabrakło im takich wiadomości, komponowali obwinienia na zamożniejszych mieszkańców, uprzedzając pierwej przez swych agientów i żądając okupu, brali pieniądze, zboże i różne fanty. Napadali nawet nieznanych sobie. Wyglądało to jak by żyd był dowódcą oddziału nie oficer. Taki oficer najczęściej pijany, jak zwierz wściekły wpadał do wsi i kazał batożyć bez miłosierdzia: gospodarza, jego żonę, synów, lub córki i służbę, niby do przyznania <gdie miateżniki skaży> [mów, gdzie buntownicy]” (s. 131)

 

O mały włos i sam autor pamiętnika nie podzieliłby tego losu, gdyby na wieść o nadchodzącym wojsku, nie uciekł przez pola do innej wsi. Do jego zaś wsi (Wierzbowizny) przybył oddział rosyjski z towarzyszącym im Żydem:

„Jakosz po mym zniknięciu, moskale zajęli gumno. Oficer ze spiegiem na pierwszy ząb trafił na roztropnego parobka Piszczatowskiego, którego zapytał <Gdie wasz pomieszczyk> [gdzie wasz dziedzic]. Piszczatowski odpowiedział <pan tylko co tu był u nas i wyszedł za stodołę>. Na to spieg żyd krawiec znajomy [zawołał]. <Aj waj wielmożny naczelniku, on łże, trzeba jemu dać nahajkiem, to on prawde powie>. <Albo co>, Piszczatowski odparł, <co ci nasz pan winien, on do niczego [do żadnych działań powstańczych] nie należy, siedzi doma i pilnuje gospodarstwa>. Żyd, <aj waj, on wszystko łże, jego pan, to największy miaternik [buntownik], on w partyi nie buł, ale to Komitet [członek Komitetu, czyli władz powstańczych] do niego tylko Komitety przyjeżdżali po radę i dyspozycyję. Temu chłopu trzeba dać nahajką on wszystko powie>. Piszczatowski na to [do rosyjskiego dowódcy] <Wielmożny naczelniku ja prawdę mówię, niech Wielmożny naczelnik się tu wszystkich spyta, a ten żyd że tak bresze [brednie gada, łże, szkaluje] na naszego pana, bo ma złość [na niego], pare tygodni szył naszemu panu kamizelkę i ukradł srebrną łyżeczkę, pan go wyprał po mordzie i łyżeczką odebrał, za to on się teraz mści i trudzi wielmożnego naczelnika i wojsko>. Żyd zaczoł się kręcić, drzeć za głowę, ręce łamać i wołać <Aj gwałt z nahajkiem jemu, z nahajkiem>.

[Na co dowódca oddziału]

<- I ty niedowiarku rozkazujesz Wielmożnemu naczelnikowi, niby to Wiel. Naczelnik twój podwładny, tobi zbić mordy za fałszywy donos, ale szkoda ręki Wiel. naczelnika na tego złodzieja!>” (s. 133)

 

Tym razem skończyło się szczęśliwie, gdyż w tym momencie wpadł żołnierz z listem do oficera. Po jego przeczytaniu rosyjski dowódca nakazał opuścić Wierzbowiznę i ruszyć do Krasowa.

Innym razem szczęście dopisało ojcu i siostrze autora wspomnień, którą Żyd przed oficerem rosyjskim fałszywie oskarżył, że jest kochanką jednego z wyższych dowódców Powstania. O mało nie doszło do jej obicia rózgami, ale nowy rozkaz i tym razem odwołał cały oddział do Krasowa.

Po jakimś czasie rosyjscy oficerowie zaczęli się orientować, że Żydzi oskarżają nie tylko prawdziwych powstańców, czy osoby z nimi związane. Wówczas:

„Spiegi żydzi już nie mieli takiego głosu i [nie tak jak poprzednio dawano im] wiary. Poznano się na nich, że dla własnej korzyści obwiniając, przysparzają tylko niepotrzebnej roboty i pisaniny komissyjom, więc po części przestano ich słuchać.” (s. 139)

 

Gdy Powstanie wygasało, część powstańców zaczęła się ukrywać. Robili to często wśród drobnej szlachty podlaskiej, „która nie zmieniła usposobienia” (s. 178). Gdzieniegdzie operował oddział powstańców, który poskramiał masy przed powszechną kolaboracją z Rosjanami. Jak pisał Borzym:

„W naszej okolicy Górski ze swoją kawaleryją trzymał się jeszcze. Za Bugiem Ks. Brzóska był najgłośniejszy. Od czasu do czasu, dało się słyszeć, że takiego to żyda, śpiega, albo mieszkańca zdrajcę powieszono, co nabawiało strachu innych.” (s. 191)

A że i sami Rosjanie przestali bezkrytycznie ufać Żydom, skala donosicielstwa spadła:

„Komisyje wojenne przekonawszy się że wielu na donosy żydowskie było wziętych zupełnie niewinnie, poleciły naczelnikom otradów niezawsze słuchać żydów, ale dopiero po przeprowadzeniu ślestwa, winnego areśtować, albo areśtować tylko na rozkaz Naczelnika komisyi, wskazane indywiduum, które okazało się winne ze ślestwa innych osób lub jest potrzebne do zeznania. A co najbardziej wstrzymywało denuncjacyję, to to, że jeżeli szpieg fałszywy zrobił donos, był areśtowany, albo obity porządnie po mordzie.” (s. 191-192)

 

Dzięki temu, kolejna próba oskarżenia autora pamiętnika, skończyła się fatalnie dla donosiciela:

„Zaledwie Baniewicz [dowódca oddziału rosyjskiego kwaterującego w Krasowie] rozkwaterował się, zjawił się u niego żyd śpieg z denuncjacyją na mnie, ofiarując swe usługi.

Baniewicz słuchał cierpliwie żyda, który opowiadał o mnie straszne rzeczy, że ja jestem jednym z Komitetu warszawskiego, że jestem wielki mieteżnik, że za mnie Baniewicz dostanie medal, a jemu Wielki Jenerał podziękuje i.t.d.

Baniewicz spytał żyda spokojnie, jak daleko mieszkam. Żyd zapewniał, że Wierzbowizna od Krassowa nie dalej jak 2 wiorsty [ok. 2 km], że jeszcze dziś można by mnie wziąść. Wówczas podszedł do żyda, wziął go za brodę, szarpnoł i znaczną część wyrwawszy, zaczoł okropnie żyda bić, mówiąc: <wot tiebie Borzym sukin syn, skaży im nagrada>. Zbił żyda, skopał nogami i wyrzucił za drzwi, na ziemię obalając. Żyd wyjechał jak na sankach na dwór z sieni po progu i kamieniach pod progiem, tłukąc głową. W tym nadszedł feldfebel z raportem do rotnego [Baniewicza], a zobaczywszy żyda wyjeżdżającego z rozrzuconemi nogami pod progiem zapytał:

– Czto ty jewrej?

– Aj waj naczelnik mnie zbił panie żołnierz, zabił na śmierć.

Feldfebel dowiedziawszy się od żyda, że to Rotny tak go uczęstował, więc kopnoł butem w łep wołając, <ty chrystopodawiec uchodi, a to ubiju w smiert, maszennik>.

Zdarzenie to, tak wielki miało wpływa na korzyść moją, że mogłem śmiało uważa się za nietykalnego i spokojnego ze strony śpiegów.” (s. 192-193)

 

Nie miał tyle szczęścia brat autora, Antoni. Ale to już zupełnie inna historia i nie wiąże się bezpośrednio z tematem tego artykułu. Kończąc, warto wspomnieć i o tych Żydach, którzy z bronią w ręku stanęli po stronie powstańców. Nie było ich jednak wielu. W trakcie Powstania Styczniowego przez szeregi wojska polskiego przeszło ok. 150 tys. ludzi, z czego zidentyfikowano zaledwie 174 Żydów (co stanowi 0,116% ze 150 tys.). W tym czasie populacja Królestwa Polskiego  wynosiła ok. 5 mln ludzi, z czego Żydzi w Królestwie stanowili około 13% ludności. Więc choć co ósmy mieszkaniec Królestwa był Żydem, to w powstańczym wojsku jeden Żyd przypadał na około 860 żołnierzy.

Dr Radosław Sikora

 

Tematy pokrewne:

„Kolaboracja Żydów ze Szwedami w Krakowie”

„Żydzi w okresie szwedzkiego potopu – zdrajcy, szpiedzy i wierni poddani”

„Czy Polska powinna domagać się odszkodowań od Izraela?”

„O przyczynach nienawiści ludu ruskiego do Żydów w XVII – XVIII w.”

„Oczami polskiego Żyda”

„Dola i niedola żydowskiego dzierżawcy”

„Brudny jak polski Żyd – czyli niemiecki Żyd o polskich”

„Polski chłop o Żydach”

„Polski inteligent o Żydach”

„Terytorium Polski pod względem wojskowym – żydzi”

https://kresy.pl/kresopedia/zydzi-wobec-powstania-styczniowego-na-podlasiu-z-pamietnika-polskiego-szlachcica/?utm_source=notification&utm_medium=browser&fbclid=IwAR3DU-A4wnw1dVzRUbGLGNcjP6PFFoDcXyrfEzXnOo-9bFd2YQ8jorDXJwo

Posted in Historia | Leave a Comment »