WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Posted by tadeo w dniu 3 listopada 2015

KTO POSZUKUJE PRAWDY, POSZUKUJE BOGA.

PRAWDA JEST JEDNA I MOŻNA SIĘ KU NIEJ PRZYBLIŻAĆ, CHOCIAŻ TUTAJ NA ZIEMI NIGDY NIE POZNAMY JEJ DO KOŃCA.

ALE KIEDYŚ POZNAMY, BO OSTATECZNIE JEST NIĄ SAM BÓG.

JEDNA, JEDYNA KOMUNIA ŚWIĘTA MA WIĘKSZĄ WARTOŚĆ NIŻ WSZYSTKIE BOGACTWA ŚWIATA.

Kiedy wybije nasza ostatnia godzina, ustanie bicie naszego serca, wszystko się dla nas skończy, a więc i czas naszego zasługiwania i niezasługiwania. Takich jakimi jesteśmy, spotka nas śmierć i tacy staniemy przed Chrystusem, Sędzią. Nasze błagalne wołania, nasze łzy, nasze akty żalu, które jeszcze na ziemi zdobyłyby serce Boga, mogłyby z nas, grzeszników, uczynić – przy pomocy sakramentów – ludzi świętych; ale w owym momencie nie będą miały żadnej wartości; czas miłosierdzia minie i rozpocznie się czas sprawiedliwości – ojciec Pio.

bogciebie11

Reklamy

Posted in Kontakt, Miłosierdzie Boże, Religia, Św. Faustyna | 5 Komentarzy »

Jeszcze POLSKA nie zginęła…

Posted by tadeo w dniu 26 października 2015

Wielokroć upokorzony czekałem na tą chwilę wiele lat. Osobiście bardzo się wzruszyłem… Tyle lat czekania, tyle momentów bezsilności i nieraz zniechęcenia. Warto było czekać!!!!!  Dzisiaj obudziłem się w innym – lepszym państwie.

Zwyciężyła POLSKA – ojczyzna moich marzeń.

Polska znów jest polska, Polska jest wolna, odzyskaliśmy suwerenność i wolność.  Wreszcie czuję się jak we własnym domu. 

Posted in POLECAM | 2 Komentarze »

Wędrówka Pielgrzyma – John Bunyan

Posted by tadeo w dniu 10 października 2019

Książka Johna Bunyana „Wędrówka Pielgrzyma”, uznana za klasyczne działo literatury chrześcijańskiej, jest opowieścią o duchowych przeżyciach człowieka, który w pewnym momencie swojego życia pod wpływem Słowa Bożego doznaje przebudzenia własnego sumienia. Postanawia wyruszyć w niełatwą podróż w poszukiwaniu ratunku i wiecznego zbawienia. Przez Ciasną Bramę wkracza na niełatwą ścieżkę życia, na której walczy z wieloma przeciwnościami losu, ale wytrwale je pokonuje, by ostatecznie dotrzeć do bram Nowego Jeruzalem.

Z tego względu XVII-wieczne dzieło stało się swego czasu najpoczytniejszą powieścią chrześcijańską w Anglii, a następnie zdobyła wielką popularność na całym świecie. Ciągle nie tracąc na aktualności, ukazała się w ponad stu językach i często jest wznawiana.

Nagrania audio mp3 – Wędrówka pielgrzyma John Bunyan

PDF cz. 1 – http://tab.org.pl/wp-content/uploads/2015/04/John-Bunyan-Wedrowka-pielgrzyma_cz.1.pdf

PDF cz.2 – http://tab.org.pl/wp-content/uploads/2015/04/John-Bunyan-Wedrowka-pielgrzyma_cz.2.pdf

Posted in Filmy - Polecam, Filmy i slajdy, Filmy religijne, Książki (e-book), Religia | Leave a Comment »

Kardynał Stefan Wyszyński będzie beatyfikowany. Jego szkalowanie jednak nie ustępuje.

Posted by tadeo w dniu 7 października 2019

Uważam sobie za łaskę, że mogłem dać świadectwo prawdzie

 jako więzień polityczny przez trzyletnie więzienie

 i że uchroniłem się przed nienawiścią do moich rodaków

 sprawujących władzę w państwie.

Świadom wyrządzonych mi krzywd,

przebaczam im z serca wszystkie oszczerstwa, którymi mnie zaszczycili.

(z testamentu ks. kard. Stefana Wyszyńskiego

W 1989 r. rozpoczął się proces beatyfikacyjny ks. kard. Stefana Wyszyńskiego, którego Jan Paweł II nazwał Prymasem Tysiąclecia. 6 lutego 2001 zakończył się etap diecezjalny procesu beatyfikacyjne-go, po czym akta zostały wysłane do Watykanu. W tym czasie odbyło się 289 sesji, w ramach których przesłuchano 59 świadków. Akta zebrane w toku procesu – w sumie 37 tomów – wraz załącznikami (książkami, artykułami autorstwa kandydata na ołtarze) zostały przekazane do watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Postulatorem generalnym procesu był o. Zbigniew Suchecki OFM Conv. a relatorem w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych o. Zdzisław Kijas OFM Conv.

28 maja 2013 r. podczas uroczystości w bazylice św. Jana Chrzciciela w Szczecinie zamknięto diece-zjalny proces o domniemanym uzdrowieniu młodej osoby za przyczyną Sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego. Dokumentacja trafiła do Watykanu.

19 grudnia 2017 r. papież Franciszek podpisał dekret o heroiczności cnót Sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego. Dekret o heroiczności cnót jest orzeczeniem Kościoła, że Sługa Boży cieszy się sławą świętości i heroiczności cnót. W dekrecie jest zawarty przebieg życia, a na końcu zawarte jest stwierdzenie, że Sługa Boży praktykował cnoty heroiczne – wiarę, nadzieję, miłość oraz cnoty moralne – roztropność, sprawiedliwość, umiarkowanie w stopniu nadzwyczajnym.

3 pażdziernika 2019 r. Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej poinformowało, że Ojciec Święty Franciszek przyjął wczoraj na audiencji prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, kard. Angelo Becciu i upoważnił tę dykasterię do opublikowania ośmiu dekretów, z których jeden dotyczy cudu za wstawiennictwem Sługi Bozego kard. Stefana Wyszyńskiego. Tym samym spełniony został ostatni wymóg niezbędny do beatyfikacji. Wkrótce można spodziewać się komunikatu Stolicy Apostolskiej, w którym zostanie podana data beatyfikacji oraz jej miejsce.

Podczas przygotowań do procesu beatyfikacyjnego, w zbiorach archiwalnych dawnego MBP odnaleziono dokumenty pokazujące metody stosowane przez władze komunistyczne w celu kompromitowania ks. Stefana Wyszyńskiego.

W 1948 roku funkcjonariusze MBP aresztowali Tadeusza Wyszyńskiego, przyrodniego brata ks. Stefana Wyszyńskiego, mianowanego w 1946 r. przez papieża Piusa XII biskupem ordynariuszem lubelskim, a następnie 22 października 1948 r. arcybiskupem Gniezna i Warszawy oraz Prymasem Polski. Gdy Stefan Wyszyński w maju 1946 r. obejmował biskupstwo lubelskie, stał się jednocześnie kanclerzem jedynej katolickiej uczelni w tej części Europy i świata – Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, a także członkiem Rady Głównej Episkopatu Polski. Z tego względu w MBP podjęto decyzję o rozpoczęciu jego stałej inwigilacji. W aktach IPN zachowały się donosy na bp Wyszyńskiego. Z ustaleń historyków wynika, że w okresie lubelskim na Wyszyńskiego donosiło 16 informatorów, m.in. kryptonimach „Zemsta”, „Wir”, „Michał”, „Aleksy”, „Zamoyski”, „doksa”. Inwigilacja bp Wyszyńskiego trwała nieprzerwanie od maja 1946 r. do dnia jego pogrzebu, 31 maja 1981 r.

Ppor. Tadeusz Wyszyński ps. „Grey” w czasie wojny był żołnierzem Narodowych Sił Zbrojnych, dowódcą plutonu w Samodzielnym Batalionie im. Bryg.Mączyńskiego (kompania leśna im.”Szarego”, Lasy Chojnowskie). W 1948 roku został aresztowany i oskarżony o współudział w morderstwie działacza komunistycznego. W listopadzie 1948 roku w MBP zapadła decyzja aby urządzić Tadeuszowi Wyszyńskiemu proces publiczny, a w jego trakcie kolportować informacje o pokrewieństwie oskarżonego z ordynariuszem lubelskim bp Stefanem Wyszyńskim.

„Naczelnik V Wydziału.

W sprawie Wyszyńskiego należy:

1. Przeprowadzić w Bydgoszczy proces publiczny, w którym w ramach normalnego przewodu sądowego położyć nacisk na pokrewieństwo z biskupem lubelskim Wyszyńskim Stefanem. W tym celu znajdujące się w aktach sprawy listy biskupa odczytać przy drzwiach zamkniętych (ze względu na wysoką godność etc.). Fakt dokonywanych przez „Greya” morderstw, trudny do udowodnienia, podkreślić zeznaniami matki zabitego. Fakt posiadania do dziś broni maszynowej uwypuklić.

2. Dopilnować szerokiego wykorzystania tej sprawy w prasie krajowej, nie tylko centralnej. Główny kierunek – hasło dla prasy: „Brat biskupa mordercą. Brat biskupa gromadzi broń do dalszych mordów”. W tej sprawie z góry omówić wszystko z Żorską. Nie zapomnieć o prasie lubelskiej i radio.

3. Szczegóły omówić i uzgodnić z pułk. Różańskim i pułk. Lityńskim. Obaj są uprzedzeni o spra-wie.

4. Osobiście dopilnować przebiegu rozprawy w Sądzie Wojsk, w Bydgoszczy i wykorzystania w prasie.

25 XI 48 r.

Pancewicz – baptysta” [i dwa podpisy nieczytelne]. (Archiwum MBP V I4-4 C-2, k. 4/3/4)

Zachował się również protokół z przesłuchania podejrzanego Tadeusza Wyszyńskiego, pseudonim „Grey”, które miało miejsce w Bydgoszczy w dniu 8 stycznia 1949 roku. Najpierw padło pytanie: „Opowiedzcie szczegółowo o swojej rodzinie”, a potem kolejne: „Opowiedzcie szczegółowo o bracie swoim Stefanie Wyszyńskim”. Odpowiedzi pytanego zawierały ogólnie znane informacje z życia rodziny Wyszyńskich. Znalazło się wśród nich zdanie: „Brat twierdził zdecydowanie, że Niemcy wojnę przegrają po pokonaniu ich przez wojska alianckie, a wówczas Polska odzyska niepodległość. W czasie jednej z rozmów oznajmiłem memu bratu Wyszyńskiemu St., że pracuję konspiracyjnie w NSZ, lecz w jakiej formie opowiadałem mu, nie pamiętam obecnie, jak również nie pamiętam, co na to odpowiedział brat. Jednak twierdzę, że brat mój do pracy mojej konspiracyjnej ustosunkowany był pozytywnie”. (Archiwum MBP V I4-4 C-2, k. 4/3/10 i 4/3/11)

Z braku dowodów zbrodni do procesu nie doszło, jednak Tadeusz Wyszyński był przetrzymywany w więzieniu bez wyroku do 1952 r. Po kilku miesiącach UB ponownie go aresztowało; po dwóch tygo-dniach został zwolniony z wyjaśnieniem: „pomyłka”.

„Zapiskach więziennych” Prymas wspomina o aresztowanym bracie: „mój brat Tadeusz odsiedział obozy i więzienia: sowieckie, niemieckie i polskie” (zapis z 25 września 1953 r.).

Pod datą 25 lutego 1955 roku Prymas zanotował rozmowę z komendantem więzienia, w trakcie której: „w rodzinie naszej już był taki wypadek: brat mój siedział w więzieniu dwa i pół roku, jak się później okazało, niesłusznie, gdyż go zwolniono bez podania przyczyn. Ale to zabiło jego matkę […]; brat nie był na pogrzebie. Ten fakt pozostał w rodzinie jako poczucie wyrządzonej nam krzywdy”.

W liście do swojego ojca pisanym ze Stoczka Warmińskiego w dniu 31 października 1953 r.: „Niepokoję się o brata, który zapomina, że musi oględnie używać swych sił, zniszczonych w obozach i więzieniach – proszę mu to powiedzieć”. W liście do siostry, Stanisławy Jaroszowej z 2 lutego 1955 r.: „Nie wiem dla-czego, ale ciągle lękam się o jego [Tadeusza] zdrowie, o którym on tak zwięźle pisze”.

Kard. Stefan Wyszyński spędził w izolacji trzy lata: od 25 września 1953 r. do 28 października 1956 r. W tym okresie prymas był poddany nieustannej inwigilacji. Bezpośredni nadzór nad nim sprawowali funkcjonariusze UB, którzy dyżurowali dzień i noc. Ponadto towarzyszyło mu dwóch więźniów politycznych: ks. Stanisław Skorodecki i s. Maria Leonia Graczyk, którzy spełniali rolę tzw.agentów celnych. Prymas poznał ich po przyjeździe do Stoczka warmińskiego, wieczorem 12 października 1953 r.

Ksiądz Skorodecki był młodym kapłanem (34 lata) z diecezji tarnowskiej, z miejscowości Ropczyce na Podkarpaciu. UB aresztowało go w 1951 roku pod zarzutem przynależności do podziemnej organizacji wojskowej. W śledztwie był maltretowany w straszny sposób: „Pusta duża cela w piwnicy, betonowa, goła prycza, nago przez kilkanaście godzin, od wieczornego apelu godz. 17. 00 do rannej pobudki, godz. 5. Albo – bardzo mała cela, loch, do którego wchodziło się nago do pasa, a tam wlewano zawartość kibli, tj. nieczystości, fekaliów i trzeba było w tym godzinami stać, a potem  kąpiel z użyciem gumowego gumowego węża pod ciśnieniem kilku atmosfer. To były straszne tortury” – tak opisywał śledztwo.

Oskarżony o „próbę obalenia ustroju Polski Ludowej” ks. Skorodecki został skazany na 10 lat więzienia i osadzony w więzieniu w Rawiczu, gdzie przesiedział dwa lata. Prawdopodobnie wtedy został zwerbowany do współpracy z UB.

Trzydziestoczteroletnia siostra Leonia Graczyk ze Zgromadzenia sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi była zakonnicą od 14 lat, z czego dwa lata spędziła w więzieniu w Grudziądzu. Wcześniej pracowała w sierocińcu w Ostrołęce. Wiosną 1950 roku wysłała do Radia Madryt list z informacjami o szykanach jakim z powodu religii poddawane są w szkole wychowanki sierocińca. Została skazana na 7 lat więzienia. Na mocy amnestii wyrok został skrócony o dwa lata i cztery miesiące. UB zwerbowało ją do współpracy w więzieniu w Grudziądzu w lipcu 1953 r. Siostra Graczyk podpisywała swoje meldunki początkowo jako „Ptaszyńska”, a później jako „Ostrowska”.

Prymas miał poważne podejrzenia co do funkcji jaką pełnili ci współwięźniowie i zachowywał wielką wstrzemięźliwość w wypowiedziach i nie dawał się wciągnąć do rozmów na tematy polityczne. O podwójnej roli kapelana Skorodeckiego i siostry Leonii dowiedział się w październiku 1955 r. po przyjeździe do Komańczy, do klasztoru Nazaretanek, który był ostatnim i najłagodniejszym miejscem jego izolacji. Rok wcześniej, w grudniu 1954 r. RWE przekazało informację pochodzącą od ppłka Józefa Światło, że ks. Skorodecki i s. Graczyk są współpracownikami UB. Dzień po przyjeździe do Komańczy Prymas zapisał w swoim dzienniku:

„Czy ksiądz i siostra byli „dobrani” przez Urząd Bezpieczeństwa? Bardzo w to wątpię. Jestem przekonany, że Urząd Bezpieczeństwa – gdyby nawet liczył na moich towarzyszów – to bardzo się na tym zwiódł. Podkreślam to i dlatego, żeby ochronić moich towarzyszów przed podejrzliwością społeczeństwa, które może się gubić w domysłach, dlaczego własnie tych dwoje dostało się do mojego towarzystwa. Miałem możność poznać oboje na tyle, ze jestem pełen przekonania o moralnej uczciwości obojga, Przy czym, trzeba i to podkreślić, że poziom moralny księdza było o wiele wyższy od wysokiego. Był to człowiek gorącej wiary, niemal uczuciowej modlitwy, kochający Kościół święty, oddany mu całym życiem.”

Prymas wystawił więc obojgu, ks. Skorodeckiemu i s. Graczyk świadectwo moralności. Mimo ze wiedział o ich podwójnej roli nie zerwał z nimi kontaktów. Po raz pierwszy spotkał się z nimi 2 listopada 1956 roku na jasnej Górze. Zaprosił ich tam aby wspólnie podziękować Matce Boskiej za uwolnienie. W czerwcu 1958 r. w drodze do Komańczy odwiedził matkę ks. Skorodeckiego „kobietę schorowaną, która doczekała powrotu syna z więzienia” (zapisek w „Pro memoria”). Na prośbę s. Graczyk zwolnił ja ze ślubów zakonnych w czerwcu 1957 roku, zapewniając przy tym, ze zawsze i w każdej sytuacji może liczyć na jego pomoc.

Zachowało się dziesięć tomów meldunków ks. Skorodeckiego i trzy tomy meldunków s. Graczyk. Obecnie są przechowywane w Archiwum IPN. Oboje, mimo zachowanych meldunków tłumaczyli, że nie współpracowali z UB.

W 2001 roku historyk prof. Wiesław Jan Wysocki w książce „Osaczanie prymasa” na podstawie odtajnionych materiałów archiwalnych Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego ujawnił, że ks. Skorodecki w okresie izolacji prymasa był „agentem celnym” ps. „Krystyna”. W dokumentach przekazanych do IPN przez archiwum MSW znajdują się informacje, że ks. Skorodecki po wyjściu z więzienia w 1956 r. nie zerwał współpracy z UB; otrzymał nowy pseudonim „Wanda”. Jednym z jego zadań w latach 70. była inwigilacja ruchu oazowego w diecezji lubaczowskiej. Ewa Czaczkowska odnalazła także w archiwum IPN spisane przez mjra Kuligowskiego (oficera prowadzącego) sprawozdanie TW „Wanda” z rozmowy z prymasem Wyszyńskim oraz z rozmowy z Marią Okońską (współpracowniczką Prymasa, założycielką grupy apostolskiej tzw. ósemek).

Ks. Skorodecki kilkakrotnie zaprzeczał, że był źródłem lub informatorem UB. Mówił, że wobec księdza prymasa ma czyste sumienie.

Zdaniem prof. Jana Żaryna: Trzeba pamiętać, że ks. Skorodecki był więźniem i miał bardzo małe możliwości manewru. Mógł najprawdopodobniej odmówić, co wiązałoby się z dodatkowymi represjami, a nawet możliwością utraty życia. Z dokumentów wynika, że próbował zminimalizować szkody swojej działalności. Komendant bardzo często był niezadowolony z jego usług.

Ksiądz Stanisław zyskał olbrzymie zaufanie księdza prymasa, co tym bardziej czyni smutnym całe wydarzenie. Prymas wiedział, że siostra Maria może prowadzić niepotrzebne rozmowy ze strażnikami, do ks. Stanisława miał natomiast pełne zaufanie. Oni razem szukali podsłuchu, razem decydowali się, by przejść na włoski i łacinę, co pozbawiało komendanturę szans na zrozumienie tego, o czym rozmawiają. Zapewne przed komendantem tłumaczył się, że przecież nie może odmówić prymasowi wspólnego uczenia się włoskiego, bo byłby zdekonspirowany. Miał więc argumenty, by grać z komendantem obozu. Jako człowiek uwięziony był bezbronny, ale z drugiej strony prowadził grę w ramach zła, na które się zdecydował.

Ks. Skorodecki kilkakrotnie zaprzeczał, że był źródłem lub informatorem UB. Mówił, że wobec księdza prymasa ma czyste sumienie. Jest to dramat człowieka, który pozostawił historyków z wieloma niewyjaśnionymi kwestiami. Istnieje obawa, że nigdy już nie da się odczytać wszystkiego do końca, a każde przesunięcie akcentu w interpretacji może być dla niego krzywdzące.  

18 sierpnia 2002 r. „Tygodnik Powszechny” (nr 33) w „Kronice religijnej” poinformował czytelników: Blisko stu księży celebrowało pod przewodnictwem abp. Zygmunta Kamińskiego Mszę św. pogrzebową w intencji zmarłego ks. Stanisława Skorodeckiego, współwięźnia kard. Wyszyńskiego. Uroczystości pogrzebowe w szczecińskim kościele św. Ottona, przy którym ks. Skorodecki mieszkał w ostatnich latach jako emeryt, zgromadziły 6 sierpnia ponad tysiąc wiernych. Zgodnie z wolą zmarłego, jego ciało zostało pochowane na cmentarzu w Ropczycach k. Dębicy – w parafii, do której przyszedł po święceniach kapłańskich i skąd w 1951 roku został zabrany przez UB i osadzony w więzieniu. […]Ciało ks. Skorodeckiego znaleziono 31 lipca w wodzie przy plaży w Rewalu. W miejscowości tej ostatnio przebywał na wakacyjnym urlopie. Przyczyna śmierci nie jest jeszcze znana. Kilka dni przed tragedią brukowy tygodnik „Nie” zarzucił ks. Skorodeckiemu pedofilię. Wierni, którzy znali kapłana, m.in. jego byli ministranci, stanowczo sprzeciwili się temu pomówieniu.

W 2002 r. emerytowany 83-letni ks. Skorodecki spędzał wakacje w pensjonacie „Perła” w Rewalu. 31 lipca zamierzał opuścić pensjonat i wrócić do Szczecina, do parafii św. Ottona, w której mieszkał od trzech lat. Był lubianym przez wiernych spowiednikiem, organizował duszpasterstwo dla emerytów i rencistów. 2 sierpnia 2002 r. dziennik Rzeczpospolita w artykule „Tajemnicza śmierć księdza”, (autorzy: Michał Majewski, Józef Matusz i Michał Stankiewicz) poinformował:

Z planu dnia, zostawionego na biurku w pensjonacie, wynika, że ks. Skorodecki wstał o szóstej rano, planował przechadzkę i kąpiel w morzu, potem miał się pojawić na śniadaniu i porannej mszy świętej. Następnie wikary miał go zawieść do Szczecina. Jednak ks. Skorodecki nie przyszedł na śniadanie. Wtedy rozpoczęto poszukiwania – opowiada „Rzeczpospolitej” biskup Marian Kruszyłowicz z archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej. Kwadrans po ósmej jeden z pracowników ośrodka znalazł na plaży ubranie duchownego. Chwilę później zobaczył w morzu ciało księdza.

– Przybyły na miejsce lekarz stwierdził utonięcie bez udziału osób trzecich. Na ciele nie było obrażeń – powiedział nam podinspektor Ireneusz Ścisłowski z policji w Gryficach.  

– Początkowo podano wiadomość, że utonął. Był jednak ubrany w krótkie spodnie i koszulkę. Więcej będziemy wiedzieć po sekcji zwłok, którą zaplanowano na piątek – powiedział biskup Kruszyłowicz. 

Dwa dni wcześniej osławiony tygodnik „Nie” zamieścił na pierwszej stronie duży artykuł o ks. Skoro-deckim, napisany wulgarnym językiem, typowym dla tego brukowca. W artykule oskarżono ks. Sko-rodeckiego, ze w latach osiemdziesiątych uprawiał seks z młodocianymi ministrantami w Lubaczowie.

[…] Sami się zastanawiamy, czy jest związek między śmiercią ks. Skorodeckiego i tym brutalnym atakiem tygodnika „Nie”. Tego nie wiemy. Swoją drogą tylko Urban może sobie pozwolić na taki styl, na taki knajacki język – powiedział biskup Marian Kruszyłowicz z archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej. Ostatnie trzy lata emerytowany ksiądz Skorodecki spędzał w szczecińskiej parafii św. Ottona. – Był lubianym przez wiernych spowiednikiem, organizował duszpasterstwo dla emerytów i rencistów. Ksiądz Skorodecki przez ostatni miesiąc był na urlopie. Nie kontaktowaliśmy się. Nie wiem, czy w ogóle wiedział o tekście, który na jego temat napisało „Nie” – powiedział nam ks. Jan Zapartek, proboszcz parafii św. Ottona.

Komentując tragiczną śmierć ks. Skorodeckiego, Jacek Żakowski, autor książki o prymasie Wyszyńskim pt. „Mroczne wnętrza”, powiedział:

Ksiądz Skorodecki był postacią tragiczną i dla mnie niejednoznaczną. Ale uwięzienie wraz z prymasem Wyszyńskim wplątało go w sytuację, której sprostać (o tym jest moja książka) było chyba nie sposób. Myślę, że ta próba wyznaczyła całe jego życie aż do samego końca. Tuż przed śmiercią mógł przecież przeczytać w „Nie” niespotykanie ohydny artykuł na swój temat. A gdyby nie lata spędzone przez Skorodeckiego w więzieniu z Wyszyńskim, taki poniżający i upokarzający artykuł zapewne by się nie ukazał. Bo – bez względu na to, jakie ktoś ma czy mógłby mieć grzechy na sumieniu i jaka jest obiektywna prawda – tak pisać o ludziach nie wolno.

W maju 2018 r. na Uniwersytecie kard. Stefana Wyszyńskiego odbyła się ogólnopolska konferencja naukowa „Prymas Wyszyński a Niepodległa. Naród – patriotyzm – prawda”, zorganizowana przez uczelnię i Instytut Pamięci Narodowej. W dyskusji, która wywiązała się po wygłoszeniu przez Romana Graczyka referatu „Spór kard. Wyszyńskiego ze środowiskiem Tygodnika Powszechnego o polską tradycję narodową„, ks. prof. Waldemar Chrostowski powiedział:

„Sprzeciw wobec kard. Wyszyńskiego, bardzo często niewidoczny na zewnątrz, ukryty w postaci intryg, oszczerstw, donosów, trwa do dziś. To jeden z powodów, dla których proces beatyfikacyjny prymasa Polski się wlecze. Bo gdy dochodzi już do jakiegoś ‘światła w tunelu’, to poprzez rozmaite kanały – rządowe, kościelne – robi się wszystko, by do beatyfikacji Wyszyńskiego nie doszło.

Apeluję, by pracownicy IPN i UKSW w tych sprawach nie mówili półsłówkami, tylko ukazywali prawdę taką, jaka ona jest. By Prymas Tysiąclecia nie był ofiarą uwikłań, uwarunkowań, które po prostu są niemoralne”.

Poproszony przez KAI o rozwinięcie wypowiedzi, ks. Chrostowski powiedział:

“Ksiądz prymas nie miał samych zwolenników za swojego życia, nie miał ich bezpośrednio po swojej śmierci, zawsze byli ci, którzy mu się przeciwstawiali. Właściwie przeciwstawiali się nie tylko jego wizji Kościoła, teraźniejszości i przyszłości, ale mieli swoją własną politykę, wizję miejsca Kościoła we współczesnym świecie i stawiali bardziej na tzw. demokrację, cokolwiek miałoby to dla nich oznaczać, niż na twórczą rolę Kościoła. To się nie skończyło, to trwało bardzo długo i trwa nadal. Rozmaite odpryski tej postawy czasami bardzo dotkliwie docierają do różnych środowisk, docierają również do Rzymu, nie ułatwiając starań drogi do beatyfikacji kard. Wyszyńskiego. Jeżeli chodzi o wskazanie tych ludzi, myślę że byłoby dobrze, gdyby się sami ujawniali, to będzie i dla nich zdrowsze, bo będzie okazją do rachunku sumienia”.

W 2019 r. księża katoliccy w Polsce są traktowani jako przeciwnicy polityczni. Stosowany jest wobec nich ten sam modus operandi,  jakim w czasach PRL-u posługiwali się komuniści. Zmieniły się jedynie sposoby kolportowania oszczerstw i insynuacji, ze względu na pojawienie się internetu.

W tzw. mediach społecznościowych przedstawiciele trzeciego pokolenia UB nazywają ks. prymasa Stefana Wyszyńskiego „protektorem pedofilów”, wskazując na ks. Skorodeckiego, określanego zawsze jako „spowiednik prymasa”. Sugeruje się, że prymas utrzymywał z ks. Skorodeckim zażyłe kontakty, niemal przyjaźń, składał mu wizyty na plebanii w Lubaczowie etc.

Na FB można np. przeczytać: „STANISŁAW SKORODECKI Ks. kanonik – spowiednik kleryków i Stefana Wyszyńskiego, przyjaciel papieża JPII. Robił orgie seksualne z ministrantami. Zarzuty o molestowanie potwierdził również na bazie własnych osobistych doświadczeń z księdzem prof. Stanisław Obirek.”

Decyzja papieża Franciszka, który zatwierdził dekret uznający cud za wstawiennictwem kard. Stefana Wyszyńskiego, to wielka radość dla Kościoła w Polsce. Nie miejmy jednak złudzeń – wrogowie Kościoła nie ustaną w szkalowaniu Prymasa Tysiąclecia.

Znalezione obrazy dla zapytania Jan Paweł II i Prymas Stefan Kardynał Wyszyński (2008)

***

Przy pisaniu notki autorka korzystała z publikacji:

1. https://episkopat.pl/prymas-wyszynski-bedzie-beatyfikowany/

2. Abp Bolesław Pylak, Sługa Boży Stefan Wyszyński – wyznawca czy męczennik? Drogi prowadzące do beatyfikacji, http://dlibra.kul.pl/Content/29638/33053__Pylak–Boleslaw—-S_0000.pdf

3. Ewa K. Czaczkowska, Kardynał Wyszyński. Biografia, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013,

4. Stefan Wyszyński, Zapiski więzienne, Wydawnictwo Soli Deo, Warszawa 1995

5. http://archiwum.rp.pl/artykul/396241_Tajemnicza_smierc_ksiedza.html

6. https://ekai.pl/ks-prof-chrostowski-poprzez-kanaly-rzadowe-i-koscielne-uniemozliwia-sie-beatyfikacje-kard-wyszynskiego/

7. https://d.facebook.com/story.php?story_fbid=975652255935575&id=935375749963226&__tn__=%2AW-R

https://www.salon24.pl/u/nanofiber/990817,szkalowanie-ks-prymasa-stefana-wyszynskiego,4

Posted in Świadectwa, Święci obok nas | Otagowane: | Leave a Comment »

Wspomnienie narodzin dla Nieba św. Faustyny- penitentki ojca Andrasza

Posted by tadeo w dniu 5 października 2019

faustyna1

5 października 1938 roku – w ostatnim dniu swego życia – siostra Faustyna powiedziała z promienną twarzą: „Dziś mnie Pan Jezus zabierze!”. Doznając wielkich boleści, poprosiła o zastrzyk uśmierzający, ale po chwili zastanowienia zrezygnowała z niego, uważając, iż Chrystus domaga się od niej tej ofiary. Po raz ostatni wyspowiadała się o godz.16:00 u ks. Andrasza i cichutko oczekiwała na śmierć.
Dzień narodzin dla Nieba Apostołki Bożego Miłosierdzia tak wspominała śp. s. Eufemia Traczyńska: 5 października w czasie kolacji był dzwonek. Wiadomo było, że Siostra Faustyna umiera. Wszystko zostawiłyśmy i, ile nas było, poszłyśmy do niej. W infirmerii był już Ksiądz Kapelan i parę sióstr. Wspólnie się pomodliliśmy. Modliliśmy się bardzo długo: odmawialiśmy modlitwy za konających, litanie i inne modlitwy. Modliliśmy się tak długo, że nawet nabożeństwo wieczorne trochę później zostało odprawione. W pewnym momencie Siostra Faustyna dała jakiś znak, że Matka Przełożona nachyliła się do niej, a ona powiedziała, że jeszcze teraz nie umrze, a jak będzie umierać, to da znać. Siostry rozeszły się. (…) Kiedy wracałam do celi, wstąpiłam do kaplicy i pomodliłam się do dusz czyśćcowych, żeby mnie obudziły jak będzie umierać Siostra Faustyna, bo bardzo chciałam być przy jej śmierci. Bałam się wprost prosić o to Matkę Przełożoną, bo nam, młodym profeskom, nie wolno było tam chodzić, by się nie zarazić gruźlicą. Siostrze Amelii pozwolono, bo już była chora na gruźlicę. Spać poszłam o zwykłej porze i zaraz zasnęłam. Naraz, ktoś mnie budzi: – „Jak Siostra chce być przy śmierci Siostry Faustyny, to niech Siostra wstaje”. Ja od razu zrozumiałam, że to pomyłka. Siostra, która przyszła obudzić s. Amelię, pomyliła cele i przyszła do mnie. Zaraz obudziłam s. Amelię, ubrałam chałat i czepek, i szybko pobiegłam do infirmerii. Po mnie przyszła s. Amelia. To było jakoś koło jedenastej w nocy. Gdy przyszłyśmy tam, Siostra Faustyna jakby lekko otworzyła oczy i trochę się uśmiechnęła, a potem skłoniła głowę i już… Siostra Amelia mówi, że już chyba nie żyje, umarła. Spojrzałam na s. Amelię, ale nic nie mówiłam, modliłyśmy się dalej. Gromnica cały czas się paliła.
Pogrzeb Siostry Faustyny odbył się w pierwszy piątek miesiąca i uroczystość Matki Bożej Różańcowej. Ojcowie Jezuici odprawili Msze św.- Władysław Wojtoń SJ odprawił Mszę św. przy głównym ołtarzu, a o. Tadeusz Chabrowski SJ przy ołtarzu Serca Jezusowego. Na pogrzebie nie był nikt z rodziny, ponieważ Siostra Faustyna nie chciała narażać ich na koszty podróży. Siostra Faustyna została pochowana w grobowcu na cmentarzu zakonnym w ogrodzie Zgromadzenia.

Posted in Miłosierdzie Boże, Św. Faustyna | Leave a Comment »

Gen. Stanisław Sosabowski

Posted by tadeo w dniu 19 września 2019

Obraz może zawierać: 1 osoba, uśmiecha się, zbliżenie i tekst

 

25 września 1967 roku w Hillingdon pod Londynem zmarł gen. Stanisław Sosabowski (ur. 8 maja 1892 w Stanisławowie) – działacz niepodległościowy, członek ruchu strzeleckiego i skautingu, uczestnik I wojny światowej w szeregach armii austro-węgierskiej, pułkownik dyplomowany piechoty Wojska Polskiego, 15 czerwca 1944 roku mianowany generałem brygady, organizator i dowódca 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej, z którą walczył w bitwie o Arnhem.

Urodził się i wychował w Stanisławowie, jako najstarszy z trojga rodzeństwa. Syn Władysława i Franciszki z domu Garbarskiej. Ojciec był kolejarzem. W wieku jedenastu lat stracił ojca. Brat Julian Andrzej, późniejszy podpułkownik WP, miał wówczas siedem lat, a siostra Janina – cztery. W latach 1903–1910 uczył się w siedmioklasowej cesarskiej i królewskiej Wyższej Szkole Realnej w Stanisławowie przy ulicy Sapieżyńskiej. Pomagał matce w utrzymaniu rodziny udzielając korepetycji. Jak sam pisał w swych wspomnieniach:

„nasze skromne bytowanie na granicy głodu polepszyło się nieco od chwili, gdy zarabiałem lekcjami”.

W gimnazjum brał udział w tajnych kółkach samokształceniowych. Będąc uczniem klasy piątej został przewodniczącym wszystkich kółek samokształceniowych funkcjonujących w szkole oraz członkiem tzw. „piątki” grupującej przedstawicieli pięciu stanisławowskich szkół średnich. 30 czerwca 1910 złożył maturę z odznaczeniem.

Od 1909 był członkiem Organizacji Młodzieży Niepodległościowej „Zarzewie” i Armii Polskiej. W 1910 r. kontynuował naukę w Akademii Handlowej w Krakowie, która prowadziła kursy o profilu ekonomicznym dla absolwentów szkół średnich ogólnokształcących. Na początku 1912 przerwał naukę i wrócił do Stanisławowa. W styczniu tego roku, po przemianowaniu Armii Polskiej w Polskie Drużyny Strzeleckie, został mianowany dowódcą 24. Polskiej Drużyny Strzeleckiej w Stanisławowie i awansowany na podchorążego. Był to najwyższy stopień w organizacji, w czasie pokoju. W dowodzonej przez niego drużynie służył między innymi Stanisław Lityński (we wrześniu 1939 r. szef sztabu Armii Poznań w bitwie nad Bzura). Równolegle, od 11 listopada 1911 organizował skauting. Do 1913 pełnił funkcję komendanta hufca w rodzinnym mieście. Z komendy hufca zrezygnował w następstwie konfliktu z miejscowymi władzami „Sokoła”, pod auspicjami którego organizowano skauting.

W 1913 roku został powołany do odbycia obowiązkowej służby w armii austro-węgierskiej. W sierpniu 1914, w czasie mobilizacji był kapralem w austriackim 58. pułku piechoty w Stanisławowie. Pułk w czasie pokoju wchodził w skład 30. Dywizji Piechoty XI Korpusu, a po przeprowadzeniu mobilizacji został włączony do XXII Brygady 11. Dywizji Piechoty. Na początku października, w rejonie Twierdzy Przemyśl przeszedł swój chrzest bojowy. W listopadzie jego pułk od Podgórza do rejonu Zakliczyna toczył walki odwrotowe. W styczniu 1915 pomaszerował na Górne Węgry (obecnie Słowację), gdzie w ataku na bagnety zdobył Czarną Górę. Od wiosny tego roku, w ofensywie zapoczątkowanej bitwą pod Gorlicami, maszerował wzdłuż Sanu, następnie przez Lubelszczyznę w rejon Brześcia, gdzie przeprawił się przez Bug.
15 czerwca 1915 nad rzeką Leśną został ranny w kolano z porażeniem nerwu.
„Unieruchomiło to moją prawą nogę na szereg lat, zanim odzyskałem pełną władzę”. W czasie walk na froncie awansował do stopnia starszego sierżanta. „Pierś moją pokryły wszystkie dostępne podoficerom medale za waleczność łącznie z dodatkami do żołdu (…) Z moich 250 współtowarzyszy broni, którzy wyruszyli razem ze mną w pole, …zaledwie trzech”.
Ewakuowany do szpitala w Ołomuńcu. W trakcie leczenia zawarł związek małżeński z Marią Tokarską oraz został awansowany do stopnia podporucznika. Po rehabilitacji w zakładach ortopedycznych na Morawach otrzymał przydział do Urzędu Cenzury w Złoczowie. W 1916 został przydzielony do Dowództwa XI Korpusu stacjonującego w Morawskiej Ostrawie. Tam ukończył kurs wyszkolenia archiwalnego. W styczniu 1917 urodził mu się syn Stanisław. W lutym tego roku został przeniesiony do Bozen w Dolomitach. Na początku 1918, na własną prośbę, przeniesiony został do Lublina i przydzielony do Generalnego Gubernatorstwa. W tym okresie awansował do stopnia porucznika i nawiązał kontakt z komendantem lubelskiego okręgu Polskiej Organizacji Wojskowej, Stanisławem Burhardt-Bukackim.

1 listopada 1918 r. został kierownikiem Komisji Likwidacyjnej byłego austriackiego Generalnego Gubernatorstwa w Lublinie. 15 listopada awansował do stopnia kapitana. 1 stycznia 1919 przeniesiony do Warszawy i przydzielony do Głównego Urzędu Likwidacyjnego w Ministerstwie Spraw Wojskowych. Z powodu kontuzji kolana nie brał bezpośredniego udziału w wojnie polsko-bolszewickiej i wojnie polsko-ukraińskiej. Od 1 marca 1920 do 15 marca 1921 pełnił służbę w Oddziale IV Zaopatrzenia i Komunikacji Sztabu Ministerstwa Spraw Wojskowych.

3 maja 1922 roku został zweryfikowany w stopniu majora ze starszeństwem z 1 czerwca 1919 roku i 21. lokatą w korpusie oficerów intendentów. Później został przeniesiony do korpusu oficerów piechoty. W latach 1922–1923 był słuchaczem Kursu Doszkolenia Wyższej Szkoły Wojennej w Warszawie. Z dniem 15 października 1923, po ukończeniu kursu i uzyskaniu dyplomu naukowego oficera Sztabu Generalnego, przydzielony został do Oddziału IV Sztabu Generalnego WP. 12 kwietnia 1927 awansował na podpułkownika ze starszeństwem z dniem 1 stycznia 1927 i 37. lokatą w korpusie oficerów piechoty. 23 maja 1927 został przeniesiony do 75. pułku piechoty w Królewskiej Hucie na stanowisko dowódcy II batalionu. 31 października 1927 został przesunięty na stanowisko dowódcy I batalionu 75. pp w Rybniku. 26 kwietnia 1928 został wyznaczony na stanowisko zastępcy dowódcy 3. pułku strzelców podhalańskich w Bielsku.
W grudniu 1929 został przeniesiony do Wyższej Szkoły Wojennej w Warszawie. Początkowo zajmował stanowisko wykładowcy, a od roku szkolnego 1930/1931 kierownika Katedry Operacyjnej Służby Sztabów. W 1937 objął dowództwo 9. pułku piechoty Legionów w Zamościu. Pod jego dowództwem 9. pułk piechoty Legionów zdobył nagrodę dywizyjną w strzelaniu oraz w okresie zimowym w jeździe na nartach.

Latem 1938 starszy syn pułkownika, Stanisław Janusz, wówczas podchorąży III rocznika Szkoły Podchorążych Sanitarnych uległ poważnemu wypadkowi. 8 października 1938 drugi syn, szesnastoletni Jacek Sosabowski postrzelił się śmiertelnie z pistoletu ojca. Tragedia rodzinna wstrząsnęła pułkownikiem. Został zwolniony z dowodzenia pułkiem, urlopowany i skierowany na leczenie w Sanatorium Wojskowym w Zakopanem.

21 lutego 1939 został wyznaczony na stanowisko dowódcy 21. pułku piechoty „Dzieci Warszawy” w Cytadeli Warszawskiej, a 19 marca 1939 awansował na pułkownika.

21. pułk piechoty „Dzieci Warszawy” wchodził w skład 8. Dywizji Piechoty, której dowództwo mieściło się w twierdzy Modlin. Dywizją dowodził młodszy o rok, były legionista, płk dypl. Teodor Furgalski. 23 marca 1939 marszałek Edward Śmigły-Rydz podporządkował 8. DP, pod względem operacyjnym, gen. bryg. Emilowi Przedrzymirskiemu-Krukowiczowi wyznaczonemu na dowódcę Armii „Modlin”. Zgodnie z opracowanym planem obrony 8. DP stanowić miała odwód armii.

24 sierpnia 1939 o godz. 6.00 zarządzona została mobilizacja alarmowa. Zgodnie z planem mobilizacyjnym „W” dowódca pułku był zobowiązany zakończyć mobilizację w ciągu 36 godzin. W nocy z 26 na 27 sierpnia pułk wykonał 40 kilometrowy marsz z Warszawy do Pomiechówka. Dwoma kolejnymi marszami (w nocy z 29 na 30 oraz z 30 na 31 sierpnia) pułk przemieścił się do miejscowości Ościsłowo, 14 kilometrów na południowy zachód od Ciechanowa.

2 września wraz z całą dywizją pułk został skierowany przez dowódcę Armii „Modlin” do wsparcia wojsk walczących w rejonie Mławy. Dywizja dotarła w rejon ześrodkowania o świcie 3 września. Tam 21. pp otrzymał rozkaz uderzenia na Przasnysz w celu odciążenia Mazowieckiej Brygady Kawalerii. Na skutek często zmienianych rozkazów, braku kontaktu z oddziałami dywizji, a także działań dywersantów na tyłach, 8. Dywizja Piechoty poszła w rozsypkę. Jedynie 21. pp zachował pełną zwartość. Brak kontaktu z dowództwem oraz wycofanie się pozostałych sił polskich zmusiły płk. Sosabowskiego do wydania rozkazu o odwrocie podległych mu sił w kierunku operacyjnym na Warszawę.

W nocy z 7 na 8 września pułk dotarł w rejon Modlina, gdzie wszedł w kontakt z resztkami swej dywizji. Dowódca obrony twierdzy wydał rozkaz o odtworzeniu dywizji, jednak 21. pp został przydzielony do Grupy Operacyjnej Zulaufa. Początkowo obsadzał pozycje obronne w rejonie twierdzy, jednak już po kilku dniach, wraz z całą GO, rozpoczął marsz w kierunku Warszawy.

15 września o świcie pułk dotarł wraz z Grupą Operacyjną do Warszawy i z marszu obsadził odcinek obronny wzdłuż Alei Waszyngtona na Grochowie na przedmościu praskim. Elementy pułku początkowo brały udział w odpieraniu ataków niemieckiej 10. Dywizji Piechoty Wehrmachtu. 16 września, podczas generalnego szturmu Pragi, elementy 21. pp doszczętnie rozbiły wielokrotnie silniejszy 23. pułk piechoty Wehrmachtu. Po tym sukcesie powierzono Sosabowskiemu dowództwo nad wszystkimi polskimi oddziałami w rejonie „Pododcinka Grochów”. W następnych dniach, dzięki umiejętnemu dowodzeniu, udało mu się utrzymać pozycje obronne przy stosunkowo niewielkich stratach własnych. 27 września otrzymał rozkaz przerwania ognia i zaprzestania wszelkich działań.

29 września dowódca Armii „Warszawa”, generał dywizji Juliusz Rómmel wydał „Rozkaz pożegnalny do 8. Dywizji Piechoty”, w którym stwierdził: „ze szczególnym uznaniem muszę podkreślić bohaterstwo, upór i ofiarność żołnierzy 21. pp pod dowództwem wyśmienitego dowódcy pułku płk dypl. Stanisława Sosabowskiego, który w najcięższych chwilach kryzysu bitwy w dniach 2.IX. do 6.IX. utrzymał swój pułk w ręku i razem z dyonem artylerii 8. pal osłonił odwrót całej dywizji, odchodząc krok za krokiem; skutecznie zatrzymał nieprzyjaciela i tym dał możność innym oddziałom swojej dywizji zebrania się i zajęcia stanowisk wyjściowych do dalszej walki. Działanie to razem z akcją płk Sosabowskiego na wschodnim brzegu Wisły oraz udział chlubny w obronie Warszawy jeszcze raz stwierdza, że 21. pp zwany pułkiem «Dzieci Warszawy», nie zawiódł i jest godzien tej zaszczytnej nazwy”. Tym samym rozkazem generał Rómmel nadał pułkownikowi dyplomowanemu Stanisławowi Sosabowskiemu Krzyż Srebrny Orderu Virtuti Militari „w uznaniu zasług i wykazane męstwo i ofiarność w czasie walk z Niemcami”.

Zgodnie z postanowieniami aktu kapitulacyjnego 30 września 1939, razem z synem, wyjechał samochodem z Warszawy do Żyrardowa, pierwszego etapu niewoli. W Żyrardowie, symulując chorobę, zbiegł z niewoli. W pierwszej dekadzie października 1939 powrócił do Warszawy i wstąpił do Służby Zwycięstwu Polski.

Tam otrzymał zadanie przedarcia się przez Węgry do Francji, by przekazać meldunki o sytuacji w kraju rządowi na wychodźstwie. 21 grudnia 1939, pod przybranym nazwiskiem „Emil Hełm”, przybył do Paryża. Po przyjeździe do stolicy Francji spotkał się z Naczelnym Wodzem, generałem dywizji Władysławem Sikorskim, który przydzielił go do dyspozycji generała broni Kazimierza Sosnkowskiego. W lutym 1940 został wyznaczony na stanowisko dowódcy piechoty dywizyjnej 1. Dywizji Piechoty, która 3 maja 1940 została przemianowana na 1. Dywizję Grenadierów. Następnie był słuchaczem dwumiesięcznego kursu taktyki artylerii w Mailly-le-Camp. W kwietniu 1940 został wyznaczony na stanowisko dowódcy piechoty dywizyjnej 4. Dywizji Piechoty.

W kwietniu 1940 dywizja przeniosła się do obozu w Parthenay. Tam zastał ją początek działań na froncie zachodnim. Mimo nalegań dowódców jednostki i polskiego rządu, Francja zwlekała z dostarczeniem niezbędnego zaopatrzenia. Gdy w końcu sprzęt dotarł, nie było już czasu na wyszkolenie rekrutów. Do wybuchu działań wojennych jedynie ok. 3150 żołnierzy (spośród 11 000) otrzymało broń. Wobec tego dowódca dywizji gen. bryg. Rudolf Dreszer podjął 16 czerwca decyzję o przebijaniu się jednostki w kierunku portów atlantyckich. 19 czerwca Sosabowskiemu udało się dotrzeć do portu w La Pallice, skąd wraz z 6000 żołnierzy dywizji został ewakuowany do Wielkiej Brytanii.

Natychmiast po dotarciu do Wielkiej Brytanii Sosabowski zgłosił się do polskiego sztabu, gdzie otrzymał przydział na dowódcę formującej się właśnie 4. Brygady Kadrowej Strzelców. Początkowo planowano jej przeniesienie na jakiś czas do Kanady, gdzie miała zostać uzupełniona ochotnikami spośród tamtejszej Polonii. Jednak wkrótce okazało się, że wyjazd skadrowanej brygady za ocean jest nie tylko trudny z powodów logistycznych i transportowych, ale też bezcelowy: nie było tam wystarczającej liczby Polaków.

Sosabowski postanowił ze swej brygady utworzyć pierwszą w historii Wojska Polskiego jednostkę spadochronową. Powstał ośrodek szkoleniowy w Largo House zwany „małpim gajem”, w którym prowadzono szkolenia, natomiast skoki spadochronowe odbywały się na lotnisku Ringway:

„Gdy przyjdzie chwila, jak orły zwycięskie spadniecie na wroga – mówił na ćwiczeniach w Szkocji 23 września 1941 gen. Sikorski – i przyczynicie się pierwsi do wyzwolenia naszej Ojczyzny. Jesteście odtąd Pierwszą Brygadą Spadochronową…”. Tym samym gen. Sikorski nadał brygadzie oficjalną nazwę i pozostawił ją do swej wyłącznej dyspozycji.

Hasłem brygady było „Najkrótszą drogą!”, co znaczy, że jako pierwsi powrócą do Polski tą właśnie drogą – na spadochronach. Wszyscy w brygadzie wierzyli w to głęboko, od dowódcy do najmłodszego żołnierza. Dowódcę zaś – jako znakomitego fachowca – wysoko cenili także Brytyjczycy, zwykle niechętni obcokrajowcom. We wrześniu 1943 gen. Frederick Browning, wysoki oficer brytyjskich wojsk powietrznodesantowych, złożył płk. Sosabowskiemu wręcz niezwykłą propozycję: zaproponował mu objęcie dowództwa brytyjsko-polskiej(!) dywizji spadochronowej. Brygada liczyła wówczas ok. tysiąca żołnierzy. Resztę – 11 tysięcy – mieli stanowić Brytyjczycy, a płk Sosabowski miał otrzymać automatycznie awans na generała. Sosabowski odmówił. 15 czerwca 1944 płk Sosabowski awansował do stopnia generała brygady.

W pierwszych dniach sierpnia przyszła wiadomość o wybuchu powstania w Warszawie. W brygadzie wszyscy byli gotowi do lotu nad Warszawę, jednak rozkazu do startu ze strony Brytyjczyków nie było, zarówno z przyczyn politycznych, wojskowych, jak i technicznych. Wraz z upływającymi kolejnymi dniami powstania narastała w Brygadzie atmosfera buntu, którego zarzewie w kilku kompaniach generał musiał gasić swoim autorytetem. Nie wiedział, że jego syn Stanisław Janusz Sosabowski – lekarz, porucznik AK i dowódca plutonu „Stasinek” utracił w powstańczych walkach wzrok. Brytyjczycy zagrozili rozbrojeniem brygady. Nowy Wódz Naczelny gen. Sosnkowski pod naciskiem aliantów podjął decyzję o przekazaniu 1.SBS do dyspozycji naczelnego dowództwa sprzymierzonych.

Ostatecznie Brygada wzięła udział w największej w II wojnie światowej operacji powietrznodesantowej sprzymierzonych, którą źle zaplanował i przygotował marszałek Bernard Law Montgomery, „Market Garden”. Polacy skakali pod Driel naprzeciw Arnhem, na przeciwległym, południowym brzegu Renu. Tak przewidywały rozkazy, które nakazywały też natychmiastową przeprawę, aby pójść z pomocą okrążonym Brytyjczykom. Z powodu błędnego wywiadowczego rozeznania nie zastano spodziewanego tam promu i z konieczności zdobycia innych środków przeprawowych desant odbył się dopiero z dwudniowym opóźnieniem co udaremniło efekt zaskoczenia Niemców. W istniejącej już sytuacji posłanie w bój 1. SBS nie miało właściwie sensu. Ponad półtora tysiąca polskich spadochroniarzy nie mogło już przechylić szali ani odwrócić nieuchronnej klęski.

19 września skakała pod Driel jedynie część brygady z gen. Sosabowskim, bo reszta nadleciała dopiero za trzy dni i lądowała w dość odległym Grave. Polscy spadochroniarze zdani byli tylko na broń osobistą, gdyż artyleria przeciwpancerna brygady odleciała w pierwszym dniu operacji rzutem szybowców wraz z Brytyjczykami i walczyła pod Arnhem u ich boku do końca, ponosząc ogromne straty, haubice zaś miały nadejść morzem.
Okrążeni pod Driel, odpierali niemieckie ataki i jedynie talentom dowódczym generała i wielkiej bitności żołnierzy zawdzięczać można, iż polskie kompanie jeszcze dwukrotnie forsowały Ren na zaimprowizowanych łódkach, bo istniejący tam prom został zerwany i spłynął w dół rzeki.
W ostatniej fazie bitwy – nocą z 25 na 26 września – Polacy osłaniali odwrót niedobitków brytyjskich spadochroniarzy z 1. DPD – do końca. Straty 1. SBS sięgnęły blisko 40% stanów osobowych tych oddziałów, które walczyły pod Arnhem i Driel.

Jednak „sąd” nad generałem odbył się już wcześniej, bo 24 września w Valburgu, podczas odprawy z wyższymi dowódcami brytyjskimi. gen. Sosabowski przekonywał ich, że bitwę można jeszcze wygrać, jeśli forsowanie rzeki podejmą większe siły 30. Korpusu wraz z 1. SBS, ale Brytyjczycy nie chcieli już walczyć. Uznali bitwę za przegraną i chcieli jedynie wycofać się z „twarzą”. Potrzebny był też kozioł ofiarny, którego można by obarczyć winą za niepowodzenie. Wybrali generała Sosabowskiego. Sprawa wyglądała na ukartowaną z góry. Znali jego wybuchowe usposobienie i starali się go sprowokować – co też się udało. Oburzenie polskiego generała uznano za niedopuszczalną krytykę brytyjskiego marszałka i generałów. Po powrocie brygady do Anglii gen. Sosabowski został 2 grudnia 1944 wezwany do szefa Sztabu Generalnego, gen. Stanisława Kopańskiego. Ten zakomunikował mu, że Brytyjczycy życzą sobie, aby oddał dowództwo brygady, tłumacząc to trudnościami dalszej współpracy z generałem, a nawet sugerowali osobę następcy. Pisemne odwołanie się gen. Sosabowskiego do prezydenta RP również nie odniosło skutku. Rozkazem z 27 grudnia 1944 1. SBS została odebrana jej twórcy i dowódcy, a gen. Sosabowskiego mianowano inspektorem Jednostek Etapowych i Wartowniczych. Za bitwę pod Arnhem został odznaczony jedynie Krzyżem Walecznych. Wśród swoich żołnierzy nosił przydomek „Sosab”.

W lipcu 1948 roku gen. Stanisław Sosabowski został zdemobilizowany. Miał już wtedy przy sobie ociemniałego syna wraz z żoną, których udało się ściągnąć z Polski. Pozostał na emigracji w Wielkiej Brytanii i pracował jako robotnik magazynowy w fabryce silników elektrycznych, później telewizorów. Jak sam napisał:
„przez 17 lat pracowałem w fabryce jako oficjalnie nie znany, prowadząc żywot podwójny: zwykłego robotnika przez 5 dni w tygodniu, „jako szeregowiec fabryczny” – „Stan”, oraz dostojny żywot polskiego generała, poniekąd „ojca” polskich spadochroniarzy, znanego wśród swoich i Brytyjczyków, Amerykanów i Holendrów”. Przystąpił do Koła Lwowian w Londynie.

Wraz z żołnierzami swojej Brygady był zrzeszony w Związku Polskich Spadochroniarzy i odbywał z nimi coroczne spotkania, organizowane w Instytucie im. gen. Sikorskiego w Londynie w rocznicę sformowania jednostki przy jej sztandarze. Z uwagi na chorobę serca nie przybył na spotkanie stowarzyszenia w dniu 24 września 1967. Nazajutrz zmarł na zawał serca 25 września 1967 w szpitalu w Hillingdon w wieku 75 lat. Pogrzeb odbył się 30 września 1967 w kościele św. Andrzeja Boboli w Londynie.

W roku 1969 wciąż wierni swemu dowódcy spadochroniarze generała przywieźli jego prochy do Polski, gdzie spoczęły – zgodnie z jego wolą – na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie (kwatera A19). W tym miejscu zostali pochowani także jego żona Maria (zm. 1958) i syn Stanisław Janusz (zm. 2000).

Wieczna Chwała Polskiemu Bohaterowi!

Posted in Historia, SYLWETKI, Wspomnienia, Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Wspomnienie  błogosławionej Anieli Salawy, penitentki ojca Andrasza

Posted by tadeo w dniu 9 września 2019

09 września w zakonach franciszkańskich i Archidiecezji krakowskiej wspominana jest błogosławiona Aniela Salawa.

Znalezione obrazy dla zapytania błogosławiona Aniela Salawa

Mistyczka, krakowska służąca. Paradoks, o jej wstawiennictwo proszą studenci, pracownicy naukowi.

Aniela podobnie jak św. Faustyna, sł. Boża Rozalia Celakówna , s. Kaliksta Piekarczyk ZMBM  znała los czekający Polskę. Mimo bardzo zaawansowanych chorób ( rak żołądka, stwardnienie rozsiane) odbyła pielgrzymkę w intencji Ojczyzny na Jasną Górę.

Za Polskę, grzeszników ofiarowała swoje cierpienia i modlitwy.
Opatrzność Boża rok po święceniach kapłańskich (1920)  o. Andrasza  zetknęła go z powoli umierającą Anielą Salawą. Do końca życia jej towarzyszył, był przy jej śmierci.
Z zachowanych akt procesu beatyfikacyjnego Anieli Salawy zachowały się słowa o. Andrasza.
,, Schludnie tam było ale ubogo i mroczno. Umilały piwniczkę obrazy święte i kwiaty oraz ołtarzyk, na którym kapłan składał Najświętszy Sakrament. Zazwyczaj po krótkim powitaniu nakładaniem stułę i zaczynała się spowiedź, połączona ze sprawozdaniem duchowym z jej strony, a z mej z udzieleniem jej stosownych wskazówek.
Po absolucji- krótkie pożegnanie. Traktowałem ją jako jedną z dusz rzetelnie pobożnej.
Miała wśród naszych ojców, którzy ją spowiadali i zanosili Komunię św. opinię osoby świątobliwej, wdzięcznej, której warto pomagać. Nigdy nie doszły mnie jakieś słowa traktujące ją jako dewotkę w kiepskim słowa znaczeniu, pretensjonalną itp. Bardzo mnie zbudowała niezwykłą cierpliwością w znoszeniu długoletnich, a bardzo dokuczliwych cierpień. Rozrzewniająca była jej tęsknota za Najświętszym Sakramentem.,,
Zmarła w suterenie przy ul. Radziwiłłowskiej  w Krakowie 12.03.1922. Beatyfikowana na krakowskim Rynku przez papieża Jana Pawła II 13 sierpnia 1991 roku.
Więcej można przeczytać w dostępnej w formie audio book książce: ,, Ojciec Andrasz spowiednik świętych”  autorstwa p. Stanisławy Bogdańskiej 
Grób bł. Anieli Salawy znajduje się  w kościele oo. franciszkanów w Krakowie

Przeczytaj także:

Wspomnienie Anieli Salawy 9 września

Zobacz:

Posted in Miłosierdzie Boże, Religia, Św. Faustyna, Święci obok nas | Leave a Comment »

Pięcioro polskich świętych, którzy zmienili świat

Posted by tadeo w dniu 3 września 2019

Brat Albert, s. Faustyna, o. Maksymilian Kolbe, ks. Popiełuszko i Jan Paweł II byli prawdziwymi iskrami miłosierdzia.

Polscy katolicy są kształtowani przez głęboko chrześcijańską kulturę, nabożeństwo do Najświętszego Serca Jezusowego, są oddani swojej Królowej, Matce Boskiej Częstochowskiej.Święta Faustyna Kowalska proroczo napisała w swoim „Dzienniczku”: „Gdy się modliłam za Polskę, usłyszałam te słowa: Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje” („Dzienniczek”, punkt 1732).

 

Często przyjmuje się, że powyższe słowa dotyczą św. Jana Pawła II, jednak można je zinterpretować o wiele szerzej. Polska – wyrosła na łonie Kościoła katolickiego, oczyszczona w tyglu cierpienia – wydała przynajmniej pięciu świętych, którzy naprawdę zmienili świat.

 

1. Brat Albert Chmielowski

Mało kto wie, że br. Albert wywarł największy wpływ na kapłańskie powołanie św. Jana Pawła II. Chmielowski był dosyć znanym artystą, studiował z kilkoma z największych malarzy swojej epoki. To jednak nie dawało mu satysfakcji. Zapragnął służyć ubogim. Został członkiem III Zakonu św. Franciszka i poświęcił się opiece nad ubogimi i bezdomnymi Krakowa. Sprzedał swoje obrazy, aby zebrać pieniądze na schronisko dla bezdomnych.

Przyjął imię brat Albert, a wreszcie założył zgromadzenia ojców albertynów i sióstr albertynek. Stworzył też domy dla ubogich w całej Polsce. Jan Paweł II napisał o nim dramat pt. „Brat naszego Boga”. „Dla mnie jego postać miała znaczenie decydujące, ponieważ w okresie mojego własnego odchodzenia od sztuki, od literatury i od teatru znalazłem w nim szczególne duchowe oparcie i wzór radykalnego wyboru drogi powołania” – napisał papież w „Darze i Tajemnicy”.

2. Święta Faustyna Kowalska

Helena Kowalska od najmłodszych lat chciała poświęcić się Bogu. Co ciekawe, pierwsza próba wstąpienia do zakonu nie powiodła się, bo dziewczyna była zbyt uboga. Po kilku latach pracy jako gospodyni domowa wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Warszawie.

Wkrótce (w latach 30. XX wieku) Kowalska zaczęła doświadczać licznych prywatnych objawień Jezusa. On polecił jej, by spisywała wszystko w „Dzienniczku”. Ostatecznie Faustyna zapisała 600 stron! To dzięki „Dzienniczkowi” przesłanie o Bożym miłosierdziu zaczęło się rozszerzać. Dziś na całym świecie obchodzimy Niedzielę Bożego Miłosierdzia, a papież Franciszek zainaugurował Jubileuszowy Rok Miłosierdzia.

 

3. Święty Maksymilian Kolbe

Jako dziecko Maksymilian miał wizję Maryi. „Tamtej nocy pytałem Matkę Bożą, co ze mnie wyrośnie. Wówczas przyszła do mnie, trzymając w dłoniach dwie korony, jedną białą, a drugą czerwoną. Zapytała, czy chcę przyjąć jedną z nich. Powiedziałem, że chcę obie” – wspominał.

Swoje życie Kolbe poświęcił Maryi Niepokalanej. Założył franciszkański klasztor, który poprzez drukowanie publikacji szerzył nabożeństwo do Matki Bożej. Podczas okupacji hitlerowskiej Kolbe udzielił schronienia 2 tys. Żydów. Został aresztowany i wysłany do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Tam zgłosił się na ochotnika, by oddać życie za innego mężczyznę. Jego przykład bezinteresownej miłości ciągle inspiruje świat.

4. Błogosławiony ksiądz Jerzy Popiełuszko

Popiełuszko był prostym kapłanem, który niezłomnie przeciwstawiał się reżimowi komunistycznemu w latach 80. Jednocześnie był jedną z najbardziej wpływowych postaci Solidarności. Swoimi kazaniami i comiesięcznymi Mszami za Ojczyznę przeciwstawiał się niesprawiedliwościom komunizmu. Jego słowa były tak cenione przez Polaków, że nadawało je Radio Wolna Europa.

Tysiące ludzi przychodziły na odprawiane przez niego nabożeństwa. Jego pokojowy opór wobec komunizmu podtrzymywał tych, którzy walczyli o zmiany. Postawa ks. Popiełuszki nie uszła uwadze władz. Kapłan został zamordowany przez Służbę Bezpieczeństwa. Wywołało to wielkie poruszenie w całym kraju. Przykład Popiełuszki ożywiał nadzieję Polaków na wolność, która przyszła kilka lat po jego śmierci.

5. Święty Jan Paweł II

Zwany przez wielu „Janem Pawłem Wielkim” papież Polak miał wkład w obalenie komunizmu. Zmienił postrzeganie katolicyzmu przykładem swojej miłości i młodzieńczego zapału. Przejdzie do historii jako jeden z największych świętych wszech czasów.

Opisani powyżej święci doprawdy dali o wiele więcej niż „iskrę”, która zmieniła świat i przygotowuje nas na powtórne przyjście naszego Pana.

 

Tekst pochodzi z angielskiej edycji portalu Aleteia

Pięcioro polskich świętych, którzy zmienili świat

Posted in Jan Paweł II, Religia, Św. Faustyna, Święci obok nas | Leave a Comment »

Jak Zofia Kossak przemycała na Pawiak hostie w puderniczce

Posted by tadeo w dniu 19 sierpnia 2019

ZOFIA KOSSAK SZCZUCKA

„Mama była bardzo zajęta. Wieczorami pisała artykuły do prasy podziemnej, w dzień biegała po Warszawie, organizując pomoc dla najbardziej potrzebujących, ludzi wysiedlonych ze swoich mieszkań, a przede wszystkim dla ukrywających się Żydów” – wspomina córka Zofii Kossak.

O tym, że za kilka godzin wybuchnie II wojna światowa, Zofia Kossak dowiedziała się od męża, majora Zygmunta Szatkowskiego. Ale choć podjęła próbę wyjazdu poza Warszawę, szybko wróciła i aktywnie włączyła się w działalność konspiracyjną. Już wtedy była pisarką rozpoznawalną nie tylko w Polsce, ale i za granicami. Tomy „Krzyżowców”, „Pożogi” czy „Króla trędowatego” przechodziły z rąk do rąk.W październiku 1939 roku zamieszkała w kamienicy na rogu Idźkowskiego i Zagórnej jako pani Śliwińska. Jej mieszkanie było na tyle duże, że przez najbliższe miesiące przewijali się przez nie krewni (jak kuzynka Nina Unrug, wdowa po Witkacym) czy zaufani znajomi. Przez pół roku mieszkał tu np. Aleksander Kamiński, autor „Kamieni na szaniec”.

Na okres wojny Kossak zrezygnowała z działalności pisarskiej. Konspiracja stała się dla niej najważniejsza. To ona weryfikowała przecież, ile człowieka jest jeszcze w człowieku… W. Bartoszewski pisał: „Zofia Kossak ubolewała chyba nad brakiem czasu dla pracy literackiej i odczuwała jej potrzebę, ale uważała, że w warunkach okupacyjnych nie może sobie na to pozwolić”.

 

Zofia Kossak w konspiracji

Kossak od razu rozpoczęła współpracę z pismami konspiracyjnymi – „Polska żyje”, „Orlęta” (dla młodzieży), „Biuletyn Informacyjny”, „Prawda”, „Rzeczpospolita” czy „Znak”. Sporo tego! I nie trzeba chyba przypominać, jakie groziły jej za to konsekwencje. Ona miała je jednak za nic. Jan Karski przytaczał słowa pisarki: „Jeśli Bóg chce, żebym została aresztowana, żaden pseudonim ani ukrycie mi nie pomogą”.

W nocy z 16 na 17 stycznia 1941 r. Kossak cudem uniknęła aresztowania. Gestapo przyszło po Zofię Szczucką, a zastało… Śliwińską.  O tym, że to ta sama osoba, zorientowało się następnego dnia. Ale pisarka zdołała się już ukryć. Od tej pory zaczęła się jej wędrówka po mieszkaniach znajomych. Co kilka dni musiała zmieniać adres.

Wojenna aktywność Zofii Kossak to jednak nie tylko słowne wspieranie czytelników konspiracyjnej prasy, ale głównie bezpośrednia pomoc drugiemu człowiekowi. Jej córka Anna Szatkowska wspominała:

Mama była bardzo zajęta, jak zawsze. Wieczorami pisała artykuły do prasy podziemnej, w dzień biegała po Warszawie, organizując pomoc dla najbardziej potrzebujących, ludzi wysiedlonych ze swoich mieszkań, a przede wszystkim dla ukrywających się Żydów.

Zofia Kossak była w stanie załatwić wszystko – pieniądze, odzież, opał, fałszywe dokumenty, schronienie.

 

Komunia święta w puderniczce na Pawiaku

A wszystko wciąż sama się ukrywając. Na dłużej została dopiero w domu opieki dla staruszek, prowadzonym przez Zgromadzenie Księży Misjonarzy. Jej maleńki pokój odwiedzali dziennikarze, wojskowi, literaci. Wtedy też najbardziej aktywnie działała na rzecz więźniów Pawiaka.

Zorganizowała siatkę łączniczek, dzięki którym możliwe było dostarczanie na Pawiak i do Serbii (więzienie dla kobiet) komunikantów. Zgodę na przekazanie Hostii wyraził biskup pniński ks. Czesław Bukraba – pisze Beata Gdak. – Komunia święta z kościoła Świętego Krzyża była przekazywana przez Marię Tomaszewską „Urszulę” i pisarkę Marię Kann „Halinę”, którą Zofia Kossak znała już wcześniej, ze zlotu skautów na Węgrzech, do następnych łączniczek lub bezpośrednio do strażniczek Pawiaka. Przenoszono ją w korporale lub w srebrnej puderniczce, której wykonanie Zofia Kossak zleciła specjalnie do tego celu – puderniczka miała bowiem podwójne dno i pozwalała na w miarę swobodne przenoszenie Komunii Świętej przez łączniczki po prostu w torebce.

Córka Zofii Kossak Anna Szatkowska, dopowiada: „Za specjalnym zezwoleniem grupa osób świeckich, mężczyzn i kobiet, została upoważniona do przenoszenia konsekrowanych hostii, co było jeszcze wtedy nie do pomyślenia. Raz w tygodniu dwie osoby (zawsze dwie) przychodziły o szóstej rano do kościoła Świętego Krzyża, gdzie w bocznej kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej oczekiwał ich ksiądz Edmund Krauze. Wręczał im puderniczkę z podwójnym dnem, specjalnie wykonaną na prośbę Mamy przez jubilera, członka konspiracji.Kapłan wkładał kilka hostii między podwójne dno”.

„Trzema etapami, za pośrednictwem trzech różnych osób, puderniczka trafiała do Myszki, która ją swobodnie przenosiła w torebce jako własną. Był to przedmiot używany przez większość pań. Na Pawiaku Myszka [Lilka Uzar-Krysiakowa] dyskretnie przekazywała puderniczkę Wandzie [Wilczańskiej ] (tej, którą gestapo aresztowało u nas w styczniu 1941 roku zamiast Mamy), a ta z kolei rozdawała maleńkie części hostii tym kobietom, które miały być rozstrzelane w najbliższych dniach. Często odbywało się to w toalecie. Z czasem udało się również donieść komunię do męskiego oddziału Pawiaka”.

W konspirację zaangażowały się także jej dzieci, co Kossak bardzo przeżywała: „Nigdy nie zapomnę tego okropnego uczucia lęku, tego poczucia, że własne najukochańsze dzieci narażam na śmierć prawie pewną. A z drugiej strony to przeświadczenie, że to przecież obowiązek”.

 

Zofia Kossak i Wydział Zdychulców

Po 1941 roku Zofia Kossak działała we Froncie Odrodzenia Polski oraz Radzie Pomocy Żydom Żegota, które współzałożyła. Maria Kann, łączniczka, wspominała:

Na „Weronikę” [pseudonim Z.K.] zawsze można było liczyć, jeśli trzeba było zdobyć dla kogoś pieniądze czy też ubrania. Kierowała bowiem konspiracyjną komórką, zwaną popularnie Ochronką Ciotki albo Wydziałem Zdychulców, czyli ludzi wynędzniałych, głodnych, potrzebujących natychmiastowego ratunku. Do niej też biegałam, kiedy potrzebna była pomoc żydowskim dzieciom.

We wrześniu 1943 roku Zofia Kossak została aresztowana i po pobycie na Pawiaku przetransportowana do Auschwitz. W kwietniu 1944 r. znów trafiła do warszawskiego więzienia, gdzie skazano ją na śmierć. W lipcu jednak udało się ją zwolnić. Ważyła 38 kg, ledwo wygrała walkę z tyfusem, ale i tak zaangażowała się w Powstanie Warszawskie.

Po wojnie przebywała w Częstochowie, następnie w Kornwalii (12 lat), a od 1957 roku na stałe w Polsce. Zmarła w 1968 roku w Bielsku-Białej. I mimo że przeszła do historii głównie jako pisarka powieści historycznych, sama podkreślała:

„Według mojego osobistego mniemania osiągnięcia mam następujące: praca w konspiracji i przebycie Oświęcimia. Z tego ostatniego wyszłam w najgorszej formie fizycznej, ale najlepszej duchowej”.

Korzystałam m.in. z: Anna Szatkowska „Był dom”, Beata Gdak „Okupacyjna twórczość literacka i dziennikarska Zofii Kossak” (rozprawa doktorska), Marzena Sagolewska „Ciotka Zofia w konspiracji” (Uważam Rze)

Jak Zofia Kossak przemycała na Pawiak hostie w puderniczce

Posted in Zofia Kossak-Szczucka | Leave a Comment »

O. Augustyn Pelanowski: Pan powiedział mi, że dojdzie do oczyszczenia – ogniem i wodą

Posted by tadeo w dniu 14 sierpnia 2019

via O. Augustyn Pelanowski: Pan powiedział mi, że dojdzie do oczyszczenia – ogniem i wodą

Posted in Uncategorized | Leave a Comment »

Co to znaczy, że dusza ludzka jest nieśmiertelna?

Posted by tadeo w dniu 10 sierpnia 2019

Nauka wiary

Jest wokół nas materia nieożywiona i ożywiona. Życie roślin to wzrost; życie zwierząt to wzrost, ruch i działanie. W obu wypadkach następuje rozkład organizmu po śmierci. To samo – wzrost, działanie i śmierć – z dodatkiem jednak świadomości, mowy i pracy, obserwujemy u człowieka. Bóg powiedział nam jednak, że dał człowiekowi nie tylko życie cielesne: obdarował go bowiem duchową nieśmiertelnością. Od aniołów odróżnia nas życie cielesne; od zwierząt życie duchowe i przeznaczenie do ostatecznej nieśmiertelności. W tej nieśmiertelności ma mieć udział cały człowiek, dusza i ciało; ciało bowiem bez duszy rozpada się, a dusza bez ciała żyje wprawdzie, ale to już nie jest cały człowiek. Stąd chwilowość śmierci i konieczność zmartwychwstania.

Śmierć jest więc chwilowym tylko rozdzieleniem duszy od ciała. Nasze „ja” pozostaje w formie duszy i idzie na sąd Boży; nasze ciało rozkłada się, rozpada w pył, ale z niego odtworzy się z powrotem. Bezpośrednio po śmierci czeka nas:

a) Sąd Boży. Zależnie od tego, jak żyliśmy i co kochaliśmy, zabieramy na tamten świat albo miłość, albo nienawiść. Stajemy przed Bogiem albo jako Jego dzieci (kochające, skruszone, tęskniące) albo jako Jego wrogowie. Przyjmujemy Jego zbawienie – albo nie jesteśmy już w stanie go przyjąć.

b) W tym ostatnim wypadku należymy do piekła i tam też trafiamy. Odrzuciliśmy Boga, więc nie jesteśmy Go warci. Potępieni cierpią, ale mimo to trwają w uporze. Nie mogą i nie chcą się nawrócić. Analogią ziemską takiej postawy może być długotrwała obraza; tylko że dopóki jesteśmy w czasie, to dzisiejsza obraza może jutro ustać, a tam już czasu nie ma – ani możliwości zmiany.

c) Jeżeli jednak stajemy przed Bogiem z miłością do Niego, jaką wyrobiliśmy sobie w życiu przez współpracę z łaską, to mogą być dwie możliwości:

1. albo już na ziemi oczyściliśmy się z naszych win, odpokutowaliśmy za nie, a nasza miłość osiągnęła szczyty – wtedy idziemy prosto do nieba,

2. albo nasze chęci są dobre, ale miłość jeszcze słaba, pokuta żadna – wtedy musimy przejść przez oczyszczenie, tzw. czyściec. Taka dusza jest już „zakwalifikowana” do zbawienia, na pewno nie będzie potępiona, ale jeszcze nie jest dość czysta i kochająca. Uczy się tego przez cierpienie, jak np. święci przez doświadczenia nocy mistycznych. Ktoś powiedział pięknie: „W czyśćcu wszyscy są mistykami” .

d) I wreszcie czeka nas Sąd Ostateczny, koniec takiego świata, jaki znamy, powszechne zmartwychwstanie. Nowe niebo i nowa ziemia, wieczne szczęście zbawionych.

W sumie, nasze życie na ziemi jest właściwie okresem próby.

Nauka moralna

Dlatego nie trzeba go przeceniać – ani jego szczegółów. Dlatego powiedziano: nie kradnij, nie pożądaj – bo nie tylko utrudniasz przez to życie bliźniemu, ale i własną duszę wikłasz w sprawy tego świata.

Życie monastyczne

I właśnie my mamy dawać świadectwo, że ważniejsze jest niebo od ziemi. Przez nieprzywiązywanie się do ziemi, przez nieurządzanie się na niej, jakby miała być naszym rajem na wieki. Inaczej lepiej w ogóle nie zaczynać życia zakonnego, albo jak najszybciej wracać do domu. Zakonnica, która żyje dla ziemskich drobiazgów, a nie dla Boga, robi więcej szkody niż dziesięciu bezbożników, bo ludzie mówią: No, jeżeli nawet ona, która zna Boga z bliska… która spróbowała… itd. Jeśli ktoś stara się w życiu zakonnym uwić sobie ciepłe gniazdko, zapewnić sobie pozycję, urządzić wygodne układy międzyludzkie; jeśli pyta przede wszystkim, „czy mnie tu będzie dobrze” – to powinien uświadomić sobie, czego naprawdę szuka: bo nie Królestwa Bożego.

O hierarchii wartości

Towar w każdym sklepie zawiera rzeczy tańsze i droższe. Tanie są mało warte, drogie wartościowe. Każda mapa pokazuje drogi lepsze i gorsze; proste i okrężne. Żyjemy na co dzień różnymi skalami wartościowania i stosujemy je odruchowo jako rzec oczywistą; ale najtrudniej jest człowiekowi zastosować taką skalę do swoich życiowych priorytetów.

Nauka wiary

Gdyby dusza ludzka nie była nieśmiertelna, gdyby istniało tylko to życie, to sens miałoby hasło: jedzmy i pijmy, użyjmy, ile się da; co złapiemy, to nasze itd. Ale skoro istnieje nieśmiertelność, a to życie rozstrzyga o naszej przyszłej wieczności – to w takim razie skala się odwraca: ziemskie bogactwo okazuje się pyłem, a nabiera wartości przyjęte od Boga ubóstwo. Ziemska potęga okazuje się szkodą, nie chwałą: a chwałę zyskuje pokora i posłuszeństwo. A zdumiewająca wartość tego świata bierze się nie stąd, że w nim można zdobyć wiele jego dóbr, ale stąd, że on jest przedsionkiem wieczności i że nasze zachowanie w tym przedsionku ma zdecydować o tym, w które drzwi wieczności nas wpuszczą.

Różnica między duszą pogańską a chrześcijańską polega na tym, że ta żyje i gromadzi dla tego świata, tamta dla przyszłego.Czyli wszystkie priorytety i oczywistości działają całkiem odwrotnie. Próba pogodzenia tych dwu postaw jest niemożliwa: jak ogień z wodą, tylko zamieszanie rośnie. Bo nawet świecki chrześcijanin, szczerze pracujący nad wprowadzeniem Bożego ładu na ziemi, powinien wiedzieć, że to jest tylko tymczasowe i dla wieczności.

I tylko wiara tak pozwala żyć. Nie może żyć dla wieczności, kto w wieczność nie wierzy. W oczach poganina chrześcijanin jest głupi: wyzbywa się wielu dóbr i „nic za to nie ma”. Ale my wiemy, że tak nas prowadzi nie ludzka, ograniczona mądrość, ale mądrość Boża. Mądrość Krzyża to niby utrata i zguba, a w rzeczywistości zwycięstwo.

Trzeba umieć odróżnić ważne od nieważnego; wiedzieć, co ziarno, a co plewy. Szukajcie najpierw Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a wszystko inne będzie wam dodane (Mt 6,33). Przypowieści o perle i o ukrytym skarbie (por. Mt 13,44–46) mówią nam wyraźnie, co jest skarbem cenniejszym niż wszystko inne: czego zdobycie mimo utraty całego majątku okazuje się zyskiem.

Tu jednak zachodzi pewna trudność: tak się mianowicie składa, że plewy widzimy, ziarna nie widzimy. O ziarnie mówi nam objawienie Boże, a może nam zabraknąć wiary. Stąd płynie stała pokusa: zachować sobie przynajmniej plewy. Bo kto wie, jak to tam będzie z tym ziarnem? Więc zachomikować sobie tu na ziemi jakieś dobra, jakieś ludzkie zabezpieczenie. Tylko że to wszystko jest nietrwałe: rdza i mól to niszczy i złodzieje kradną (Mt 6,19). Bo co jest ziemskie, przemija z ziemią; a co należy do jednego człowieka, może zawsze skusić drugiego. Stąd potem męka, kłótnie, nieszczęścia: bo nam się rozpada to, w czym ufaliśmy i cośmy z takim mozołem zbierali, i próbujemy tego bronić, wikłając się w to coraz bardziej. Lekarstwem na takie pokusy jest duchowe ubóstwo, które nam Chrystus Pan zalecił: umieć wypuścić z rąk to, co z nami na tamten świat nie przejdzie, jak bł. Salomea na witrażu Wyspiańskiego wypuszcza z rąk koronę.

Nauka moralna

Pierwsze przykazanie Boże jest prawem hierarchii wartości: Nie będziesz miał bogów cudzych obok Mnie (Wj 20,3). Nikogo i niczego nie postawisz na równi z Bogiem, a tym bardziej powyżej Niego; na każdą rzecz masz starać się patrzyć według Jego nauki. Wszystkie następne przykazania są tylko szczegółowym zastosowaniem tej ogólnej zasady do głównych dziedzin życia, i tak je należy pojmować. Owszem, mają one także sens czysto świecki, uczą etyki i kultury; gwarantują spokój i bezpieczeństwo, pod warunkiem oczywiście, że zostaną powszechnie przyjęte: nie zabijaj, nie kradnij, nie kłam, nie cudzołóż. Ale ta ziemska wartość rozsądnych przepisów to jeszcze bardzo mało w porównaniu z ich wartością nadziemską. Zresztą taka motywacja nie wystarcza, bo niejeden poganin mówi sobie: „Przecież to nierealne, żeby nie było na świecie niebezpieczeństw. A skoro są, to co zyskam na tym, że sam nie zabijam? Tym prędzej inni mnie zabiją, bo się nie będą mnie bali. Więc po co?” I nie wie, że warto nawet dać się zabić dla wieczności.

Życie monastyczne

Ewangeliczny kupiec, który wszystko sprzedał, żeby nabyć jedną perłę, jest świetnym obrazem prawdziwego mnicha. Wszyscy coś kupujemy: czasem za cenę właściwą, czasem za zniżoną; w tym drugim wypadku albo dlatego, że taką wytargowaliśmy, albo po prostu dlatego, że nie mamy więcej. Otóż wielu ludzi usiłuje wytargować niebo po zniżonej cenie. My płacimy wszystkim, co mamy (chociaż oczywiście nie jest to jeszcze żadna równowartość – to niemożliwe!) i mimo to uważamy, jak ten kupiec, żeśmy zyskali, że warto, że byłoby ujmą dla naszego Pana oddać mniej niż wszystko. Może z tego kupca śmiali się koledzy, ale on wiedział, co robi.


Małgorzata Borkowska OSB Sześć prawd wiary oraz ich skutki Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Co to znaczy, że dusza ludzka jest nieśmiertelna? Siostra Małgorzata Borkowska wyjaśnia…

Posted in Religia | Leave a Comment »

WYZNANIA DUSZY POTĘPIONEJ. LIST ZZA ŚWIATA

Posted by tadeo w dniu 10 sierpnia 2019

APC - 2019.08.10 14.01 - 001.3dhttp://www.duchprawdy.com/WYZNANIA_DUSZY_POTEPIONEJ.pdf

Następujące notatki znaleziono miedzy rzeczami młodej dziewczyny o imieniu
Klara po jej śmierci w klasztorze.
Miałam przyjaciółkę: pracowałyśmy razem w sklepie. Później gdy
Anna wyszła za mąż, nie widziałam jej nigdy więcej. Nasze stosunki były
raczej koleżeńskie, nie była to przyjaźń w ścisłym tego słowa znaczeniu.
To też niezbyt odczułam jej brak, gdy po ślubie przeniosła się do
podmiejskiego miasteczka, dość odległego od mego miejsca zamieszkania.
Na jesieni 1937 roku, gdy spędzałam wakacje nad jeziorem Garda,
otrzymałam od mojej matki, przy końcu drugiego tygodnia miesiąca
września, następującą wiadomość: Pomyśl! Anna N. nie żyje. Została
zabita w wypadku samochodowym. Pochowano ją na cmentarzu w
Waldkiedhof. Wieść ta poruszyła mną. Wiedziałam że Anna nie była zbyt
religijna. Czy była przygotowana, gdy Bóg wezwał ją nagle z tego świata.
Następnego dnia rano wysłuchałam Mszy Świętej, za jej duszę odprawianą
w kaplicy pensjonatu sióstr, gdzie przebywałam, modląc się za spoczynek
jej duszy. Ofiarowałam też za nią Komunię Świętą, lecz cały dzień czułam
jakiś wewnętrzny niepokój, który wzrósł wieczorem.
Zapadłam w niespokojny sen, z którego przebudziłam się jakby na skutek
głośnego pukania. Zapaliłam światło. Zegarek wskazywał 10 minut po
północy, lecz nie dostrzegłam nic specjalnego. Jedynie fale jeziora Garda
uderzały miarowo w wał otaczający ogród. Noc była bezwietrzna.
Jednakże, gdy się obudziłam, oprócz stukania doszedł do mych uszu
dźwięk podobny do tego, jaki czynił mój prawodawca będąc w złym
humorze, gdy ciskał z wściekłością nieprzyjemny list na swoje biurko.
Zastanawiałam się przez chwilę, czy nie wstać, ale ostatecznie
powiedziałam sobie: „Nonsens”, to tylko skutek podnieconej tragiczną
śmiercią wyobraźni. Zgasiłam światło, zmówiłam parę razy „Ojcze Nasz”,
za biedne dusze w czyśćcu cierpiące i usnęłam znowu. Wtedy to przeżyłam
następujący sen: Wstałam około godziny szóstej rano. Gdy otwierano
drzwi, do domowej kaplicy, nastąpiłam nogą na plik luźnych kartek.
Podniosłam je i poznawszy charakter pisma Anny krzyknęłam ze
zdziwienia. Cała drżąca trzymałam te kartki w moich rękach. Miałam
wrażenie, że się duszę i uczułam potrzebę natychmiastowego odetchnięcia
świeżym powietrzem.
3
Szybko poprawiłam włosy, włożyłam kartki do kieszeni i opuściłam dom.
Poszłam ścieżką wiodącą wzdłuż dobrze znanej mi drogi Gardesana,
wijącej się pomiędzy drzewami oliwnymi, ogrodami i krzakami wawrzynu.
Wstawał jasny piękny poranek. Innym razem zatrzymałabym się
niewątpliwie, by wchłaniać w siebie z rozkosz cudownego widoku na
jezioro i wyspę Garda; na tę prawdziwą krainę cudów. Przysłowiowy błękit
wód zawsze zachwycał mnie niewymownie. I tak jak małe dziecko
spogląda na swego dziadka, tak i ja zwykle spoglądam z pewną czcią i
lękiem na szary szczyt Monte Baldo, który wznosił się na przeciwległym
brzegu do wysokości 2200 metrów nad poziom jeziora. W tej chwili nie
miałam żadnego odczucia dla tych cudów natury.
Uszedłszy ścieżką około 15 minut, machinalnie usiadłam na ławce
pomiędzy dwoma cyprysami, gdzie wcześniej czytałam z wielką
przyjemnością Federea „Panna Teresa”. Po raz pierwszy byłam czuła na
fakt, że drzewa cyprysowe uważane są za symbol śmierci, jakkolwiek na
południu rosną one w takiej obfitości, że nigdy dotąd nie przyszło mi to na
myśl.
Wyciągnęłam kartki z kieszeni. Nie było żadnego podpisu, ale nie miałam
żadnej wątpliwości, że charakter pisma należy do Anny. Nawet ozdobny
zakrętas przy literze „s” i francuski wygląd litery „t” były te same, które
tak złościły w biurze pana Gr…. Styl jednak nie był jej, a w każdym razie
nie wyrażała się tu w swój zwykły sposób. Wyrażała się bowiem zawsze z
pełną elegancją, podczas gdy jej niebieskie oczy tryskały wesołością.
Jedynie kiedyśmy dyskutowały na tematy religijne, ton jej stawał się
cierpki przyjmujący tę samą ostrość z jaką pisany był ten list. Podaję tutaj
słowo po słowie całą treść listu, jak czytałam go w czasie snu:
„Klaro! Nie módl się za mnie. Jestem potępiona! Jeśli piszę do ciebie i to
tak obszernie, nie wypływa to z jakiegokolwiek uczucia przyjaźni. Tu w
piekle nie kocha się już nikogo. Czynię to z przymusu, jako cząstka tej
mocy, która chociaż pragnie zła, musi działać też coś dobrego.
„Żeby powiedzieć prawdę, chciałabym widzieć cię także umieszczoną w
tym miejscu, gdzie zarzuciłam kotwicę na długie lata a może i wieczność,
gdyż mamy jakiś przebłysk nadziei, że może kiedyś…”
Niech cię to nie dziwi. Tu wszyscy czujemy to samo. Nasza wola jest
utwierdzona w stanie, który wy zwiecie ZŁEM. Nawet jeśli czynimy
cośkolwiek dobrego, jak to czynię w tej chwili, otwierając twe oczy na
rzeczywistość piekła, nie czynię tego w dobrej intencji.
Jak to sobie przypominasz poznałyśmy się w M… cztery lata temu. Miałaś
wtedy 23 lata; rozpoczęłaś pracę w biurze na pół roku przede mną i często
służyłaś mi pomocą w moich trudnościach, dając mi dużo z siebie, gdy
byłam początkującą pracownicą. Lecz cóż to znaczy dobro! W owym czasie
chwaliłam twoją „siostrzaną miłość”. Warte śmiechu! Twoja pełna
4
gotowość pomocy była próżną ostentacją, jak sobie wyobrażałam nawet
wtedy. Tutaj nie uznajemy żadnego dobra w kimkolwiek. Miałaś okazję
zapoznać się z historią mojej młodości. Tu tylko w krótkim zarysie podam
ci szczegóły, których nie znasz.
Według planu mych rodziców, nie powinnam była się urodzić. Byłam
poczęta nie z miłości serca, lecz z pociągu ciała. Moje dwie siostry miały
już po 14 i 15 lat, kiedy po raz pierwszy ujrzałam światło dzienne. Obym
się nie urodziła rzeczywiście nigdy! Obym mogła się teraz unicestwić i ujść
tym torturom! Nic nie da się porównać z gwałtownym pragnieniem jakie
posiadam, rozerwania na strzępy mojego istnienia. Ach, porwać je jak
zbutwiały gałgan, zetrzeć na proch, na popiół aż do nicości. Ale muszę
istnieć, muszę być taka, jaką sama siebie uczyniłam; ze zwichniętym
celem mego bytu.
Kiedy mój ojciec i matka, jeszcze wolni, opuścili wieś i przenieśli się do
miasta, oboje stracili uczucie do Kościoła. I lepiej, że tak się stało, weszli
w zepsute środowisko społeczne i w sześć miesięcy po spotkaniu się na
tańcach, musieli się pobrać. Po ich ślubie tyle tylko zostało z ich
religijności, że matka moja kilka razy bywała na niedzielnej Mszy Świętej.
Nigdy nie nauczyła mnie modlić się porządnie, lecz całą swą uwagę
poświeciła sprawom doczesnym, jakkolwiek nasze warunki materialne były
zupełnie znośne.
„Takie słowa jak modlitwa, Msza Święta, woda święcona, Kościół; piszę z
nieopisanym wstrętem. Brzydzę się nimi, tak jak brzydzę się wszystkimi
chodzącymi do kościoła i w ogóle wszystkimi ludźmi i wszystkimi rzeczami.
Wszystko bowiem powiększa naszą torturę. Cała wiedza jaką zdobyliśmy
w chwili naszego zgonu, wszelka pamięć o tym cośmy doświadczyli i
poznali w życiu jest dla nas przeszywającym; wiedz jak to nas męczy.
My w piekle nie jemy, nie śpimy, nie chodzimy. Skuci łańcuchami
wpatrujemy się w nasze zmarnowane życie z „płaczem i zgrzytaniem
zębów”, pełni nienawiści i straszliwie umęczeni.
Czy słyszysz? Pijemy tutaj w piekle nienawiść jak wodę. Także jedni ku
drugim. Ale Boga nienawidzimy ponad wszystko. Pragnę ci wytłumaczyć.
Błogosławieni w Niebie kochają Go, ponieważ wpatrują się w niczym nie
osłonięty blask Jego piękności, która daje im odczucie niewymownego
szczęścia. My to wiemy i ta wiedza napełnia nas wściekłością. Ludzie
żyjący na ziemi, znają Boga z Jego dzieł i Objawienia, mogą Go kochać,
ale nie są do tego zmuszeni.
Człowiek wierzący – Piszę to ze zgrzytem zębów, który całym sercem
kontempluje Chrystusa rozpiętego na krzyżu, pokocha Go. Ale ten, do
którego Bóg zbliża się jako sędzia karzący, jako Mściciel, jako
Sprawiedliwy, odepchnięty kiedyś i przybywający na kształt strasznej
burzy, ten nienawidzi Go z całą furią złej woli. Nienawidzi Go na wieki, na
5
mocy swej wolnej decyzji odwrócenia się od Boga, w której utwierdził swą
duszę w chwili śmierci. Tej decyzji i teraz nie chce cofnąć i nie cofnie nigdy
– jest to nam wpajane. Czy rozumiesz teraz – dlaczego piekło trwa na
wieki? Ponieważ nasza zatwardziałość w złem nigdy nie ustaje.
Jestem jednak zmuszona dodać, że Bóg jest miłosierny nawet względem
nas. Powiedziałam „zmuszona”, gdyż nawet jeślibym ten list pisała z
własnej woli, nie wolno byłoby mi kłamać, jakbym tego pragnęła. Wiele
rzeczy przelewam na papier wbrew mej woli, muszę połykać tę lawinę
przekleństw, którą chciałabym miotać. Bóg był miłosierny względem nas,
nie pozwalając na dalszy upadek w głębinę zła, do czego byliśmy
przygotowywani a co by zwiększyło naszą winę i karę, tortury i krąg
cierpień. Pozwolił nam umrzeć przedwcześnie, jak to się stało ze mną, czy
też w inny korzystniejszy sposób powiązał okoliczności.
Teraz zaś okazuje nam miłosierdzie wstrzymując nas w tym odległym od
Siebie miejscu i nie każąc się zbliżać nam do Siebie. Każdy krok bliżej
Boga sprawiłby mi większy ból, niż mogłabym doświadczyć, zbliżając się
do rozpalonego stosu.
„Pewnego dnia gdyśmy rozmawiały ze sobą, byłaś poruszona, kiedy ci
powiedziałam, ze mój ojciec na kilka dni przed moją pierwszą Komunią
Świętą zrobił następującą uwagę: „Patrz Anusiu, jaką masz piękną
sukienkę. Wszystko reszta, to bujda i oszustwo”. Twoje poruszenie niemal
mnie wtedy zawstydziło, teraz pobudza mnie do śmiechu. Jedynie
rozsądną rzeczą, którą uczynili w związku z tą „bujdą”, było że nas nie
dopuścili do Komunii Świętej , wcześniej niż w wieku 12 lat. Byłam już
wtedy dostateczni przesiąknięta duchem światowym, by sobie religię
traktować bardzo lekko; Komunia Świętą niewiele dla mnie znaczyła.
„Fakt, że obecnie dzieci chodzą do Komunii Świętej już w wieku lat
siedmiu, napełnia nas furią. Ze wszystkich sił staramy się przekonać ludzi,
że dziecko w tym wieku, nie jest jeszcze w stanie zrozumieć sensu tego
Sakramentu. Musi ono przed tym popełnić grzech śmiertelny!
Wtedy jasny Bóg, nie może ich tak uszczęśliwić jak wtedy gdy: Wiara,
Nadzieja i Miłość (przekleństwo im) zostały w ich dziecięcych sercach
zachowane od chwili chrztu. Czy pamiętasz, że popierałam ten punkt
widzenia już na ziemi?
„Kilkakrotnie jak spotykałam mego ojca, często kłócił się z moją matką.
Mówiłam ci o tym rzadko, gdyż wstydziłam się tego (śmieszna rzecz –
wstyd! Tutaj w piekle wszystko posiada dla nas jednakową wartość).
Rodzice nie mieszkali już w jednym pokoju. Odtąd sypiałam z moją
matką; ojciec sypiał w sąsiednim pokoju z osobnym wejściem, tak że mógł
wracać w nocy, kiedy mu się podobało. Pił za dużo, wyczerpując w ten
sposób nasze zasoby materialne. Moje obie siostry pracowały zatrzymując
pieniądze na własne potrzeby. Matka też musiała zarabiać.
6
„W ostatnim roku mego życia, ojciec mój często bił moją matkę, gdy ta
odmawiała mu czegoś. W stosunku do mnie zawsze był dobry. Któregoś
dnia zgorszyłaś się, że jestem tak zepsutym dzieckiem. (Czy było
cokolwiek we mnie, co cię gorszyło?). Gdy ci opowiedziałam, jak dwa razy
tego samego dnia chodziliśmy wymienić parę butów, ponieważ wydawały
mi się nie dość eleganckie.
„Nocy, której mój ojciec zmarł na skutek apopleksji, zdarzyło się coś o
czym ci nigdy nie wspomniałam, bojąc się twej interpretacji. A fakt ten
zasługuje na uwagę, gdyż od tego czasu zaczęłam doświadczać tego
poczucia winy które teraz tak mnie męczy Jak powiedziałam wyżej spałam
w tym samym pokoju co mama. Usłyszałam swoje imię i jakiś nieznany
głos rzekł:„Cóż gdyby twój ojciec umarł!?.
Nie kochałam już swego ojca za to, że tak brutalnie traktował moją
matkę, w rzeczy samej w tym czasie nie kochałam nikogo, ale czułam
pewne przywiązanie do tych, którzy byli dla mnie dobrzy. Miłość bez
egoistycznych przesłanek krzewi się tylko w duszach, które są w stanie
łaski. Nie należałam do nich. Odpowiedziałam więc tajemniczemu głosowi
nie zastanawiając się skąd pochodził: „O nie, on nie umrze!”. Po chwili
znowu wyraźnie usłyszałam powtórzone to samo pytanie. „Cóż gdyby twój
ojciec umarł?” – odpowiedziałam znowu niecierpliwie. „O nie, on nie
umrze!”. Lecz po raz trzeci zapytano mnie: „Cóż, gdyby twój ojciec
umarł?”. W tej chwili przedstawiłam sobie, jak często wracał pijany do
domu, czynił zamieszanie, krzywdził matkę i psuł nam opinię wobec ludzi.
Wykrzyknęłam opryskliwie: „To i dobrze!”.
Potem wszystko umilkło. Następnego ranka, kiedy matka poszła zrobić
porządek w pokoju ojca, znalazła drzwi zamknięte. Gdy koło południa
zdołaliśmy, dostać się do wnętrza, ujrzeliśmy naszego ojca leżącego w
pokoju – był martwy…
(Może Bóg gotów był dać mu jeszcze sposobność i czas do poprawy życia i
uzależnił to od woli dziecka, któremu człowiek ten okazywał pewną
dobroć).
Ty i Marta K. skłoniłyście mnie do należenia do „Stowarzyszenia
Pobożnego Młodych Niewiast”. Nie czyniłam z tego tajemnicy, że
rozporządzenia wydawane przez obie przewodniczące wydawały mi się
zbyt pobożne…
Zebrania były jednak przyjemne. W niedługim czasie po wstąpieniu
dostała mi się kierownicza rola, to mi odpowiadało.
Podobały mi się także wycieczki. Parokrotnie zdobyłam się nawet na
pójście do spowiedzi. Ale czułam, że w gruncie rzeczy, nie miałam nic do
wyznania spowiednikowi. Z jednej bowiem strony nie byłam
przyzwyczajona do zwracania uwagi na swe słowa i myśli, z drugiej zaś nie
7
zabrnęłam jeszcze tak daleko, żeby popełnić jakieś naprawdę ciężkie
grzechy.
Pewnego razu upomniałaś mnie: „Anno, jeśli nie będziesz się modlić –
zgubisz swoją duszę!, – zły duch ją opanuje! To prawda modliłam się
bardzo mało, a i to niechętnie. Miałaś naprawdę rację. Wszyscy, którzy
cierpią płomienie piekielne, nie modlili się, lub modlili się o wiele za mało.
Modlitwa jest pierwszym krokiem ku Bogu, krokiem decydującym, a
szczególnie modlitwa do tej, która jest Matką Chrystusa, której imienia nie
ośmielamy się wymówić. Nabożeństwo do Niej pozbawia szatana
niezliczonej ilości dusz, których grzechy niewątpliwie oddałyby ich w jego
wstrętne i ohydne ręce.
To co mam jeszcze napisać, napełnia mnie wściekłością, ale muszę:
Modlitwa jest najłatwiejszą rzeczą, jaką człowiek ma do wykonania na
ziemi. I właśnie do tego najłatwiejszego aktu Bóg przywiązał zbawienie.
Temu, który modli się wytrwale, daje on stopniowo coraz więcej światła i
mocy i to w takiej obfitości, że nawet dusza najgłębiej zanurzona w
grzechu może się ostatecznie uratować, tkwiąc aż po szyję w błocie może
jeszcze wydobyć się z topieli.
Szczególnie w ostatnich latach mego życia nie modliłam się, jak powinnam
i w ten sposób sama ograbiałam się z tych łask bez których nikt nie może
być zbawiony. Tu w piekle, my potępieni już żadnej laski nie
otrzymujemy. A nawet gdyby nam ją dano, odrzucilibyśmy ją precz z
szyderskim śmiechem. Wszelkie falowanie ziemskiego życia ustaje w
wieczności. Człowiek żyjący na ziemi może przechodzić ze stanu grzechu
w stan łaski i może w każdej chwili ze stanu łaski wypaść zanurzając się w
grzech, czy to przez słabość czy to przez złość. Od chwili śmierci wszystkie
te wahania kończą się: W jakim stanie się umiera w takim się pozostaje
na zawsze. Prawdą jest, że do chwili śmierci każdy może zwrócić się do
Boga lub pokazać mu plecy. Lecz w czasie konania, zamierające drgania
woli to tylko siła przyzwyczajenia życiowego, która podejmuje ostatnią
decyzję. Dla człowieka jego dobre lub złe przyzwyczajenia stają się jego
drugą naturą, wloką się za nim nieodłącznie. Tak było ze mną. Lata całe
żyłam w oddaleniu od Boga, gdy więc ostatnie wezwanie laski nadeszło,
zdecydowałam przeciwko Bogu.
I nie moje częste grzechy, nie brak dobrej woli by z nich powstać,
zadecydowały o moim losie. Wiele razy zachęcałaś mnie do słuchania
kazań i czytania dobrych książek. Mówiłam wówczas, że nie mam czasu na
takie rzeczy. Więc muszę otwarcie powiedzieć: gdy zaszłam już tak
daleko, jak to miało miejsce na krótko przed opuszczeniem
stowarzyszenia, było dla mnie niezmiernie trudno wejść na inną drogę.
Czułam się bardzo nieszczęśliwa i niespokojna, lecz wysoki mur wznosił się
między mną a nawróceniem. Trudno ci to było zrozumieć. Wyobrażałaś
8
sobie bardzo prosto tę sprawę, jak raz to powiedziałaś: „Odbędę dobrą
spowiedź, Aniu i wszystko będzie na nowo”. Przypuszczałam, że masz
rację, ale świat, zły duch i ciało zakuły mnie już w zbyt mocno w swoje
kajdany.
Nigdy nie wierzyłam we wpływ złego ducha, lecz teraz mogę świadczyć, że
wywiera on potężny wpływ na osoby pogrążone w grzechu. Jedynie więcej
modlitw z mej strony i innych osób wraz z ofiarami i cierpieniami mogłyby
mnie wyzwolić od szatana, a i to tylko stopniowo. Niewiele osób jest
widzialnie opętanych przez złego ducha, lecz mnóstwo znajduje się
niewidzialnie w jego mocy. Szatan co prawda nie może ograbić z wolnej
woli nawet tych, którzy się sami oddają pod jego wpływ, ale gdy
opuszczają Boga i jego zasady, Bóg za karę pozwala szatanowi na ścisłe
związanie się z takim człowiekiem. Tak zagrabia on tych, którzy bezwolnie
oddali mu się na służbę.
Nienawidzę i szatana, lecz znajduję w nim o tyle pewne upodobanie, że
stara się doprowadzić was do ruiny, on i jego współtowarzysze – duchy
demoniczne, które upadły wraz z nim na początku czasów, są ich miliardy.
Błąkają się po ziemi na kształt gęstych roi komarów, a wy zaledwie się
domyślacie ich obecności. My w duszach potępionych, mało bierzemy
udziału w kuszeniu ludzi, jest to zadaniem upadłych aniołów. Zwiększają
oni własne tortury wraz z każdą duszę wciągniętą do piekła, a czegóż nie
czyni nienawiść”
Mimo tego, że oddalałam się stale od Boga. On wciąż szedł za mną. Sama
też torowałam drogę łasce, przez dobre uczynki, które nie rzadko
spełniam z naturalnego popędu. Niekiedy Bóg ściągnął mnie do kościoła i
odczuwałam tam coś w rodzaju tęsknoty za domem. W czasie gdy po
całym dniu spędzonym w pracy biurowej opiekowałam się moją chorą
matką i rzeczywiście poświęcałam się dla niej w pewnej mierze, wówczas
owe natchnienia Boże działały na mnie silnie. W kaplicy szpitalnej, do
której pewnego popołudnia mnie zaciągnęłaś, byłam tak przyciśnięta
działaniem Bożym, że tylko jednego kroku brakowało do mego
nawrócenia. Płakałam, lecz przywiązanie do świata znów podniosło głowę i
wyrzuciło precz laskę, ziarno padło między ciernie. Przez przyjęcie zadania
„Religia jest po prostu rzeczą uczucia”, jak mnie zawsze przekonywano w
biurze, zmarnowałam tę chwilę łaski, tak jak to zrobiłam z wielu innymi
rodzajami łask wcześniej.
Zgromiłaś mnie pewnego razu za niedbałe dygnięcie, zamiast pełnego czci
przyklęknięcia przed ołtarzem w kościele. Nazwałaś to lenistwem. Nie
wydawałaś się podejrzewać że już wtedy w ogóle nie wierzyłam w
Prawdziwą Obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Wierzę w
nią obecnie, ale po prostu na drodze naturalnej, tak jak się wierzy w
przyjście burzy z piorunami ten człowiek, który doznał w sobie jej
skutków.
9
W międzyczasie dostosowałam religię do mych własnych upodobań.
Przyjęłam punkt widzenia obiegający moich kolegów biurowych, że po
śmierci dusza przechodzi w inną istotę żyjącą, wędrując w ten sposób bez
końca (tak zwane Metempsychosis). Rozwiązywało to przejmującą mnie
kwestię, napełnioną lękiem, kwestię tamtego świata i neutralizowało jej
wpływ na mnie.
Dlaczego nie przypomniałaś mi przypowieści z Biblii o „Bogaczu i Łazarzu”,
o których wasz Chrystus mówi, że natychmiast po śmierci jeden poszedł
do piekła, a drugi do nieba” Lecz na cóż by się to przydało Wyśmiałabym
to, jak inne twoje faryzejskie pogawędki ze mną.
Stopniowo sama sobie tworzyłam „boga”, odpowiadającego mojej
wyobraźni; wyposażonego dostatecznie, by go nazwać „bogiem”, a
wystarczająco odległego, żeby być zwolnioną od wszystkich obowiązków
wobec niego. Ten „bóg” nie obiecywał mi żadnego nieba, ale też nie mógł
ukarać piekłem. Zostawiłam go samemu sobie.
Z łatwością przyjmujemy to w co lubimy wierzyć. Z biegiem czasu czułam
się przekonaną co do prawdziwości wymyślonej przez siebie religii, tak
łatwo się z nią żyło.
Jedna tylko rzecz mogła wyrwać mnie z tego stanu: ciężkie i długotrwałe
cierpienie, lecz to cierpienie nie nadeszło. Zrozumiesz może teraz lepiej
znaczenie powiedzenia: „Kogo Bóg kocha, tego chłoszcze”.
Był to niedzielny lipcowy dzień, kiedy nasze stowarzyszenie urządziło
wycieczkę do A…., gdzie znajdował się cudowny obraz Matki Bożej lecz w
tym czasie inny obraz zaczął zajmować miejsce na ołtarzu mego serca. W
tym dniu, w trakcie naszej wycieczki, mój kolega z pracy zaprosił mnie na
intymny spacer ze sobą, choć zwykle chodził z inną dziewczyną. Podobał
mi się, ale nie myślałam jeszcze wtedy o małżeństwie z nim, raziło mnie,
że jest zbyt serdeczny dla każdej napotkanej dziewczyny; ja zaś marzyłam
zawsze o kimś, kto by należał do mnie niepodzielnie.
Następnego ranka w biurze gniewałaś się na mnie za opuszczenie
wycieczki w waszym towarzystwie. Odpowiedziałam ci, jak miło spędziłam
czas. Twoim pierwszym pytaniem było: „Czy byliście na Mszy Świętej” O
głupiutka! Przypominasz sobie, jak ci odpowiedziałam: „Dobry Bóg nie ma
tak ciasnego umysłu jak wasi księża”. Dziś muszę ci wyznać: w całej swej
nieskończonej dobroci Bóg patrzy na rzeczy dokładniej niż oni.
Od tego dnia coraz więcej rzeczy odciągało mnie od waszego
stowarzyszenia: kino, tańce, wycieczki samochodem; następowały jedne
za drugimi. Z Maxem kłóciliśmy się często, a potrafiłam go coraz więcej
przywiązać do siebie.
10
Moja rywalka robiła awantury jemu i mnie, ale mój wypolerowany spokój
robił głębokie wrażenie na Maxie. Słówko po słówku niby obiektywnie i
obojętnie cedziłam truciznę, odstręczając powoli jego serce od niej. To
moje zachowanie było szatańskim w całym tego skowa znaczeniu.
Po co ci to wszystko piszę, żeby pokazać jak ostatecznie zerwałam z
Bogiem. Nie to było przyczyną, że nasze wzajemne obcowanie, dalekie
było od moralności, chociaż nie pozwalałam mu na wszystko z
wyrachowania, że przez tą rezerwę wzmocnię w nim szacunek dla siebie.
Przyczyna mojej apostazji (herezji) leżała w tym, że ze stworzenia
uczyniłam sobie bóstwo. Stopniowo wzrastała miłość do człowieka, dla
którego również nic poza sprawami tej ziemi nie istniało, pragnienie
zdobycia go oderwało mnie radykalnie od Boga. Uwielbienie, jakie żywiłam
do Maxa, stało się praktycznie moją religią.
Przed ślubem jeszcze raz poszłam do spowiedzi i Komunii Świętej, jak
żądały przepisy. Mój mąż i ja zgadzaliśmy się w tym punkcie; dlaczego nie
dopuścić do tych formalności. Załatwialiśmy je, jak wszystkie inne. Wy na
ziemi uważacie to za niegodne a jednak po tej „niegodnej” Komunii
Świętej, uczułam wielki spokój serca… ostatni raz.
Nasze pożycie małżeńskie było harmonijne. Mieliśmy prawie ten sam
sposób patrzenia na wszystkie sprawy. Zgadzaliśmy się także, że nie
będziemy obciążać się dziećmi. Głęboko w swym sercu, mój mąż żywił
pragnienie posiadania jednego dziecka – naturalnie nie więcej. Ale
ostatecznie udało mi się wybić mu to z głowy.
Suknie, eleganckie meble, wieczorki, wycieczki samochodami i inne tego
rodzaju rozrywki odpowiadały mi bardziej. Ten rok między naszym
ślubem, a moją tragiczną śmiercią – była to jedna wielka ziemska uciecha.
Spędzaliśmy każdą niedzielę na przejażdżkach i na odwiedzaniu krewnych
i znajomych mego męża, którzy prowadzili taki sam płytki żywot jak my
oboje.
W oddaleniu duszy jednakże nigdy nie czułam się szczęśliwą, choćbym się
nawet na pozór najszczerzej śmiała na zewnątrz. Coś nieokreślonego
gnębiło mnie nieustannie.
Jest to prawda, że Bóg tu na ziemi daje nam nagrodę za wszystko, co
uczyniło się dobrego, jeśli nie może jej dać w wieczności. Zupełnie
niespodziewanie otrzymałam spadek (po cioci Luci). Mój mąż też posiadał
niezłe zarobki, tak że mogliśmy wspólnie pięknie urządzić nasz dom.
Z rzeczami i sprawami przypominającymi religię spotykałam się tylko
przypadkowo; kawiarnie, hotele w mieście nie pomagały nam zbliżyć się
do Boga. Wszyscy uczęszczający do tych miejsc żyli tak samo
powierzchownie jak my.
11
Zwiedzając sławne katedry w czasie naszych wycieczek całą uwagę
skupialiśmy na podziwianiu wartości artystycznych. Umiałam
neutralizować duchowe ciepło, promieniujące specjalnie z zabytków
średniowiecza, przez sztuczne wywołane oburzenia na takie szczegóły jak
np. nie dość czysty, czy niezgrabny brat zakonny, który nas oprowadzał,
„zgorszenie”, że mnisi chcący uchodzić za pobożnych, sprzedają likier, itp.
W ten sposób odrzucałam zawsze łaskę, ilekroć zastukała do drzwi mego
serca.
Do szczególnej irytacji doprowadzał mnie widok malowideł
przedstawiających piekło z szatanem męczącym dusze potępionych na
rozpalonych do białości rusztach. Klaro, piekło można skarykaturować, ale
nigdy przesądzić w swej ocenie.
OGIEŃ PIEKIELNY! Te słowa napawały mnie lękiem. Pamiętasz jak
pewnego razu dyskutując o piekle podsunęłam ci zapaloną zapałkę pod
nos, ze złośliwym pytaniem: „Czy tak samo pachnie?” Szybko
zdmuchnęłaś płomień Tu nikt nie jest w stanie zgasić ognia Mówię teraz
tobie, że ogień piekielny jak go wymienia Pismo Święte nie gaśnie nigdy.
Słowa Chrystusa skierowane do odrzuconych są jednoznaczne: „Idźcie
precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego
aniołom”. Dosłownie tak brzmią!…
Chcesz wiedzieć, jak duch może odczuwać ogień materialny? Tak jak
cierpi twoja dusza, kiedy jeszcze w czasie życia na ziemi wsadzisz palec do
ognia! Dusza twoja nie płonie, lecz co za ból przeszywa całą twoją istotę!
W podobny sposób jesteśmy tutaj fizycznie związani z ogniem, dotyczy to
tak naszej istoty jak i władz zmysłowych. Nasze dusze tracą swą naturalną
swobodę, nie możemy myśleć o czym chcemy i jak chcemy.
Nie patrz tak głupio na powyższe słowa; stan ten, którego nie możesz
pojąć, pali mnie nie niszcząc jednak mego istnienia. Naszą największą
torturę stanowi zdawanie sobie sprawy z tego, że nigdy nie będziemy
oglądać Boga. Jakżeż to męczy! A przecież jeszcze na ziemi można było
być tak bardzo obojętnym wobec tego.
Jak długo nóż leży na stole, widzi się jego ostrze, ale się go nie czuje. Ale
wbij ten nóż w swe ciało, a będziesz wyć z bólu. My teraz CZUJEMY ten
brak Boga, przedtem „wiedzieliśmy” o Nim tylko. Nie wszystkie dusze
ponoszą odpowiednie cierpienia. Im bardziej podła wola, im większa
przewrotność w grzechu, tym dotkliwsze uczucie utraty Boga.
Potępieni katolicy cierpią więcej niż należący do innych wyznań, gdyż
otrzymali i odrzucili więcej łaski i światła. Ten, który więcej wiedział o
religii, cierpi bardziej niż ten, który miał słabsze jej poznanie. Ten, który
grzeszył przewrotnie, odczuwa silniej przeszywający ból, niż ten, który
upadł z ludzkiej słabości. Lecz żaden nie cierpi więcej, niż na to sobie
12
zasłużył. O gdybyż było inaczej, miałabym wtedy jakiś rozsądny powód do
nienawiści!
Powiedziałaś mi raz, że nikt nie idzie do piekła, kto nie zdał sobie sprawy z
tego, iż tam podąża. Podobno jakiś święty to objawił. Śmiałam się z tego,
ale powiedziałam do siebie: „Wobec tego w potrzebie będzie jeszcze dość
czasu, by zawrócić z drogi”. Rzeczywiście przed swą tragiczną śmiercią,
nie wiedziałam czy piekło jest naprawdę. Żaden śmiertelnik tego nie wie.
Ale zrozumiałam ostatecznie, że jeśli umrę w stanie w którym się
znajduję, przejdę do wieczności z wolą zwróconą zdecydowanie przeciw
Bogu i poniosę wszelkie tego konsekwencje. Nie zawróciłam z tej złej
drogi, ale niesiona siłą przyzwyczajenia szlam ku wiecznemu zatraceniu z
tym większą silą, im byłam starsza.
I tak spotkałam śmierć tydzień temu, – licząc według waszej miary, bo
licząc miarą bólu, przebywam tu już chyba lat dziesięć.
W zeszłą niedzielę mój mąż i ja udaliśmy się na wycieczkę, dla mnie
ostatnią. Słońce zachodziło w całej swej wspaniałości. Czułam się świetnie
jak rzadko kiedy. Tajemnicze odczucie szczęścia, przeniknęło całą mą
istotę. W pobliżu domu, mąż mój nagle oślepiony przez jadący naprzeciw z
wielką szybkością samochód, stracił panowanie nad wozem. „Jezus”
przebiegło mi przez myśl. Nie jako modlitwa, lecz jako okrzyk, targnął
mną straszny ból, straciłam przytomność.
Dziwna rzecz. Tego ranka przyszła mi skądś myśl: „Mogła byś pójść na
Mszę Świętą jak dawniej. Czułam się jak na rozprawie sądowej. Lecz jasne
i zdecydowanie „NIE!”, przecięło to ostatnie wołanie laski. „Nie chcę tego
więcej”, powiedziałam sama do siebie i gotowa jestem ponieść wszelkie
konsekwencje. O tak! Ponoszę je TERAZ.
Pewnie wiesz co zaszło po mojej śmierci. Dzięki naturalnemu poznaniu,
które tu mamy, znam los mego męża, mej matki, wszystko co się stało z
mym ciałem, przebieg mego pogrzebu, aż do najdrobniejszych
szczegółów. Inne rzeczy, które dzieją się na świecie, znamy tylko w
mglisty sposób. W ten sposób wiem o twym obecnym miejscu pobytu.
Ocknęłam się z ciemności w tej samej chwili, w której skonałam.
Widziałam siebie jakby przenikniętą przez jaskrawe światło. Stało się to na
tym samym miejscu, gdzie leżało moje ciało. Jak w teatrze, gdy nagle
wszystkie światła gasną na widowni, a podniesiona kurtyna odsłania
przeraźliwą scenę – tak i ja ujrzałam prawdziwą scenę mego życia, jakby
w zwierciadle dusza zobaczyła samą siebie: łaski odtrącane od wczesnej
młodości aż do ostatniego NIE!”
Czułam się jak morderca w chwili konfrontacji z Bogiem, którego
odrzuciłam. Jedyna rzecz jaka mi pozostała to ucieczka. Jak Kain uciekł od
Abla, tak samo moja dusza wyrwała się w trwodze z tego widowiska
13
potworności. Był to sąd szczegółowy. Niewidzialny sędzia rzekł do mnie:–
„Idź precz”. I tak oparach żółtej siarki moja dusza zstąpiła na miejsce
wiecznej męki i kaźni w piekle.
Tak skończył się list Anny pisany z piekła. Ostatnie słowa były prawie
nieczytelne. Sam list rozsypał się w proch w moich rękach… Nagle co to?
Gdy patrzyłam na rozsypujące się w proch kartki, uszu moich dobiegł
srebrny głos dzwonu; przebudziłam się na łóżku, w swoim pokoju.
Świetliste promienie poranka wciskały się przez okno. Dzwoniono na Anioł
Pański. Czyż to wszystko było snem ??…?
Nigdy przedtem nie odczułam tak żywo pociechy i pokoju spływającego z
niebiańskich dźwięków „Pozdrowienia Anielskiego”. Wolno odmówiłam trzy
Zdrowaś Maryjo. Mocne postanowienie przeniknęło mój umysł i wolę.
Powiedziałam do siebie w duchu; musisz przytulić się do Najświętszego
Serca Niepokalanej Matki Boga i rozwijać w sobie dziecięce do Niej
nabożeństwo, jeśli nie chcesz ponieść losów opisanych przez tę
nieszczęsną duszę, która nigdy chyba już nie ujrzy Boga.
Drżąc cała ubrałam się szybko i wybiegłam do kaplicy. Czułam
przyśpieszone bicie swego serca. Nieliczni obecni, spojrzeli na mnie ze
zdziwieniem sądząc o mym podnieceniu z szybkości, z jaką zbiegłam ze
schodów.
Tego wieczoru starsza pani z Budapesztu, cierpiąca z powodu choroby,
słaba jak dziecko, lecz zawsze gorliwa w służbie Bożej i zaawansowana w
sprawach ducha, rzekła do mnie z uśmiechem: „Mademoiselle, Zbawiciel
nie chce, by Mu służono niby pociąg pospieszny”. Ale zaraz zauważywszy,
że coś poważnego musiało wpłynąć na mnie i wciąż jeszcze tkwi w mej
duszy, dodała w uspokajającym tonie:„Niech cię nic nie niepokoi, niech cię
nic nie przeraża: Wszystko przemija: Bóg się nigdy nie zmienia. Cierpliwa
wytrwałość, wszystko pokona; Kto posiadł Boga, niczego nie pragnie – Bóg
sam wystarcza”. Gdy łagodnie wypowiedziała te słowa, wydawało mi się,
że czyta w mej duszy – „Bóg sam wystarcza”.
Tak On mi wystarczy na dziś i na nieskończone jutro. Muszę Go posiąść,
za wszelką cenę, choćby mnie to wiele miało kosztować. Nie chcę iść do
piekła!!!…Piekło w swej rzeczywistej naturze jest straszne i prawdziwe!!!..

Źródło: Przedruk z tekstu miesięcznika „Róże Maryi”, kwiecień 1950r. Wydawnictwo:
Ojcowie Marianie, Stockbridge, Massachusetts, U.S.A.

http://www.duchprawdy.com/WYZNANIA_DUSZY_POTEPIONEJ.pdf

Posted in Religia | 1 Comment »

Tak dziewczynka przeżyła Wołyń – wstrząsające wspomnienia po latach.

Posted by tadeo w dniu 9 sierpnia 2019

Tak dziewczynka przeżyła Wołyń – wstrząsające wspomnienia po latach. ,,Upadłam. Jeden z banderowców chwycił mnie za skórę na plecach, tak jak się łapie kota…”

Napisano już wiele słów na ten temat i ja, jako żywy świadek, chcę się podzielić z wszystkimi zainteresowanymi swoją tragedią.

Urodziłam się 16 grudnia 1936 roku w miejscowości Hurby, gmina Buderarz, powiat Zdołbunów, województwo Wołyń. Z domu nazywam się Ostaszewska, córka Jana i Marii (z domu Zielińskiej).

Byłam zbyt mała, aby się bronić i zbyt duża, żeby zapomnieć tragiczny dzień 2 czerwca 1943 roku. Wieczorem tego krytycznego dnia, mama całą piątkę dzieci przygotowywała do snu. Byliśmy w samych koszulkach (dla porządku podaję imiona i wiek mojego rodzeństwa: najstarszy brat, Marcel – 12 lat, siostra Lodzia – 10 lat, Irena – 6,5 roku, siostra Stasia – 4 lata, brat Tadzio – 1,5 roku).

Mieszkaliśmy dość daleko od innych gospodarstw i tego dnia ktoś nas powiadomił, że wiele domów pali się i że banderowcy napadli na Hurby. Wtedy ojciec zdecydował, aby mama z dziećmi uciekła do pobliskiego lasu. Tak też się stało. Marcel wziął na plecy Stasię, Mama najmłodsze z dzieci na ręce, ja zaś trzymając się sukienki Mamy i Lodzia – uciekałyśmy. Dołączyło do nas wielu sąsiadów, wszyscy biegli w kierunku lasu. Ojciec został w domu, aby wynieść cenniejsze rzeczy i trochę żywności.

Rozpoczęła się rzeź. Banderowcy uderzali na oślep siekierami i nożami kogo dopadli. Kilku z nich nadjechało na koniach i tratując w poszukiwaniu ofiar zboże – mordowali znalezionych. Kilku banderowców podbiegło do mojej mamy i jeden z nich uderzył ją w głowę siekierą. Mama upadła i wypuściła z rąk brata Tadzia, a ja z przerażenia krzyczałam. Na całym polu był ogromny wrzask i lament, ludzie błagali swoich oprawców o darowanie życia, no bo przecież ich znali. Oprawcy byli jednak bezwzględni. Mama czołgając się, przygarnęła do siebie płaczącego Tadzia i zakrwawionemu dała pierś.

Po niedługiej chwili banderowcy ponownie dobiegli do mojej Mamy i podcięli jej gardło. Jeszcze żyła kiedy zdarli z niej szaty i poodcinali piersi. Ja leżałam przytulona do ziemi, chyba ze strachu nawet nie oddychałam. Mama i Tadzio strasznie się męczyli, Mama powyrywała sobie długie włosy z głowy, była strasznie zmieniona, bałam się jej, prosiła o wodę. Jak trochę się uspokoiło pobiegłam na nasz ogród i na listku kapusty przyniosłam trochę wody, ale nie podałam bo już nie jęczała i bałam się jej. W pewnym momencie zobaczyłam straszny ogień i wycie zwierząt, to paliły się nasze zabudowania, bydło i konie chodziły po ogrodzie, a trzoda i drób paliły się razem z budynkami.

Przerażona przesiedziałam do rana przy zwłokach Mamy i brata. Zobaczyłam też inne trupy, bardzo się bałam, było mi zimno, byłam tylko w koszulce. Rano postanowiłam pójść do swojej cioci – Marii Terlickiej – myśląc w swej naiwności, że to tylko nas spotkało takie nieszczęście. Jej budynek, nowy, murowany, kryty blachą stał niezniszczony. Na podwórku było dużo koni, ale kiedy usłyszałam głośne rozmowy po ukraińsku uciekłam stamtąd do mojej koleżanki, Stasi Materkowskiej. Jej budynek, nowy, też nie był spalony, a na podwórku także zobaczyłam dużo koni. Weszłam na ganek i chciałam wejść do mieszkania, gdy nagle usłyszałam pijackie krzyki, a jeden z Ukraińców krzyknął: mała Laszka! Strylaj! Wybiegłam do dobrze znanego mi ogródka i weszłam w krzak jaśminu. Siedziałam cichutko i obserwowałam, jak pijani banderowcy wybiegli na podwórko. Nie szukali mnie, powsiadali na konie i ze śpiewem odjechali.

Długo siedziałam w tym krzaku, płakałam i bawiłam się lalką, gałgankową, którą zabrałam ze sobą. Było bardzo gorące południe co zmusiło mnie, by wyjść szukać wody i ludzi. Bałam się wracać do domu, którego już nie było. Wyszłam na drogę i w pewnym momencie zauważyła mnie moja ciocia, Helena Ostaszewska, która zaopiekowała się płaczącym dzieckiem. Opowiedziałam jej, co przeżyłam przez ostatnią noc.

Powoli ze zboża i innych kryjówek zaczęli wychodzić mieszkańcy Hurbów. Znalazła się moja siostra Lodzia, która też została przygarnięta przez ciocię. Stojąc w grupie zauważyliśmy, że z lasu biegnie jakiś mężczyzna. Zaczęliśmy się chować – każdy myślał, że to banderowiec – a to był mój Ojciec. Opowiedział, jak całą noc uciekał przed banderowcami. Uciekł z płonącego domu przez okno i ukrył się pod jakimś mostkiem w lesie. Bardzo rozpaczał na miejscu kaźni Mamy i brata, niedaleko leżał nieżywy brat Marcel i ciężko ranna siostra Stasia. Miała ona dwie dziury w głowie oraz dwie, kłute nożem, dziury w brzuchu. Było widać jelita, jęczała i wołała Mamusię. Pozostali mieszkańcy Hurbów zaczęli grzebać zwłoki najbliższych w miejscu ich śmierci. Ojciec pogrzebał Mamę, dwóch braci i sąsiada w naszym ogrodzie. Mężczyźni połapali swoje konie, było tez kilka wozów i bryczek, które się nie spaliły i zaczęliśmy się szykować do ucieczki, do Mizocza. Na naszym dużym wozie jechał Ojciec, Lodzia, opatulona ranna Stasia, oraz sąsiadka Wasylkowska z dziećmi. Wyjechało kilka furmanek w godzinach wczesnego popołudnia. Ojciec ciągle nas uspokajał, abyśmy nie płakały bo w lesie mogą być banderowcy.

Po przebyciu przez nas kilku kilometrów, leśną drogę zastąpili banderowcy krzycząc: „Siuda jidut Lachy”. Padły strzały, Tatuś krzyknął abyśmy uciekały, lecz sam nie mógł zejść z wozu, był chyba ranny. Wszyscy rozbiegli się po lesie, ja też usiłowałam biec za siostrą Lodzią i innymi ludźmi, ciągle płacząc i potykając się o gałęzie, które były zbyt duże (a może ja byłam zbyt mała), aby podołać w przerażeniu walce o ocalenie. Zgubiłam uciekających ale w zasięgu moich oczu były wozy z końmi, do których zbiegli się banderowcy, i ja pobiegłam do Tatusia i widziałam, jak go strasznie bili, a ja stałam przy krzaku i niemiłosiernie krzyczałam.

Widziałam jak naszej sąsiadce Wasylkowskiej odrąbywali na pieńku głowę. Mój krzyk był tak przerażający, że jeden z banderowców podbiegł do mnie i z rozmachem wbił mi nóż troszeczkę poniżej gardła, a ja dalej krzyczałam i ze strachu nie mogłam się ruszyć z miejsca.

Banderowcy byli zajęci mężczyznami i dobytkiem, krzyczeli po imieniu do Ojca, Ojciec też po imieniu błagał Iwana, aby darował mu życie. Ja też znałam tego Iwana, bo ciągle przychodził do naszego Tatusia jako przyjaciel. Ojca bili po głowie i twarzy, zdarli z niego ubranie, a kiedy mnie po raz drugi ujrzeli, postanowili skończyć ze mną raniąc prawą dłoń nożem i przebijając ją na wylot, a lewą rękę raniąc przed łokciem dwa razy.

Upadłam. Jeden z banderowców chwycił mnie za skórę na plecach, tak jak się łapie kota, i tyle ile miał w garści odciął nożem, potem jeszcze dwa razy ugodził mnie nożem w łopatki i wrzucił w ogromny kopiec mrówek. Chyba straciłam przytomność, jak się ocknęłam był dzień, bardzo byłam obolała, a mrówki tak mnie pogryzły, że byłam bardzo opuchnięta a mrówki były w buzi, w nosie i w tych okropnych ranach. Wyczołgałam się z tego mrowiska, chciało mi się pić. Czołgając się zrywałam zielone jeszcze jagody i tak doczołgałam się do drogi i z przerażeniem zobaczyłam obdartego ze skóry, przywiązanego do drzewa człowieka, a to był mój Ojciec. Odrąbana, i leżąca obok głowa sąsiadki Wasylkowskiej pokryta była mrówkami. Po jakimś czasie usłyszałam nadjeżdżające furmanki, bałam się, ale nie miałam siły aby się ukryć. Leżałam przy drodze. Pamiętam jak podniósł mnie żołnierz (niemiecki) a ja prosiłam, żeby mnie nie zabijał. Coś mówił, ale nie rozumiałam. Po chwili zobaczyłam przy mnie mojego wujka Aleksandra Warnawskiego, który tłumaczył Niemcom, że mnie zna, bo wcześniej poznali na drzewie mojego Ojca. Niemcy zaopiekowali się mną układając na wozie i pojąc bardzo słodką kawą, której smak będę pamiętać zawsze. Opowiadano mi, że mieszkańcy którzy się uratowali, uciekli do Mizocza i po trzech dniach wraz z wojskiem niemieckim, postanowili pojechać do Hurby aby zobaczyć co tam się stało.

Tak więc się okazało, że przeleżałam w lesie trzy doby. Na miejscu w Hurbach odnalazła się moja siostra Lodzia, której udało się uciec z lasu. Muszę dodać, że nikt nie zabierał pomordowanych, nie było jak i nie było czasu. Niemcy wyznaczyli bardzo mało czasu na pobyt w naszej wiosce w obawie przed banderowcami. Zwłoki wielu mieszkańców Hurbów były przez Ukrainców ponownie wygrzebane i porozrzucane po polach i ogrodach. Wujek Aleksander Warnawski był mężem siostry mojego Ojca. Mnie i siostrę Lodzię wzięli na wychowanie, ja trafiłam do niemieckiego szpitala w Mizoczu. Długo się leczyłam, rany bardzo ropiały. Mam siedem blizn na ciele, które z biegiem lat przestały mi przeszkadzać, jednak okaleczona psychika daje mi znać o sobie przez całe życie. Po wyjściu za mąż zamieszkałam na Dolnym Śląsku i mieszkam tu od 1958 roku.

Pisząc te trudne dla mnie słowa chcę, aby dotarły do wszystkich. Nie chcę aby zapomniano o tym, co wyrabiali pozbawieni sumienia rizuni ukraińscy, którzy w niewyobrażalnym bestialstwie przewyższyli stokroć GESTAPO i NKWD. Tamci to były organizacje państwowe powołane do niszczenia przeciwników, a banderowcy, którzy dziś mówią, że walczyli z Niemcami i Sowietami, w tchórzowski sposób „wojowali” z Bogu ducha winną ludnością cywilną, to jest ze mną – żywym świadkiem, 6,5-letnią dziewczynką, którą znali i znali jej ojca i całą rodzinę. Tylko bandyci i tchórze walczą z dziećmi i kobietami! Tylko zboczeńcy rozpruwają brzuchy i obcinają piersi, a oni w swoich szkołach w Polsce uczą dzieci ukraińskie, że to byli bohaterowie.

Być może, gdyby tak nie kłamali, to byłyby inne stosunki z Ukraińcami, a tak to nie wiem, czy usłyszę proste, ale okazuje się za trudne dla nich słowo: Przepraszam!

Irena Gajowczyk / źródło: ,,Głos Kresowian” – nr 11, maj-czerwiec 2003.

https://niezlomni.com/dziewczynka-przezyla-wolyn-wstrzasajace-wspomnienia-latach-upadlam-jeden-banderowcow-chwycil-skore-plecach-sie-lapie-kota/?fbclid=IwAR0mnR0_fRGYoqAAkGZvaHdZdvnA_piENfKjWcZt4lCoAYx-lGhO6-m3Blc

Posted in Historia, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Św. Charbel – mnich cudotwórca

Posted by tadeo w dniu 9 sierpnia 2019

WSzarbel

Jestem o. Charbel, przyszedłem, aby cię zoperować. W pewnym momencie Nouhad Al-Chami  poczuła na swej szyi ręce zakonnika i wielki ból,  ale nie mogła ani krzyczeć, ani się opierać.  Święci Charbel i Maron nie mieli narzędzi chirurgicznych. Kiedy zakończyli tę niezwykłą operację, Charbel powiedział: – Jesteś już zdrowa, możesz jeść i pić, chodzić i pracować. Potem obaj zakonnicy zniknęli w jasnym świetle…

Pan Bóg często wybiera pewnych ludzi, by stali się szczególnymi świadkami miłości oraz nieskończonego miłosierdzia płynącego od Jezusa Chrystusa. Taką postacią jest św. Charbel Makhlouf, jeden z najbardziej znanych świętych na Bliskim Wschodzie. Budzi on zachwyt przede wszystkim z powodu nadzwyczajnych cudów i znaków, jakie czyni.

Urodził się 8 maja 1828 r., jako piąte dziecko ubogich rolników, w miejscowości Bqaakafra, 140 km od Bejrutu. Nadano mu imię Józef. Mały Józef był ministrantem; prosił często księdza o odrobinę kadzidła, które zanosił do groty mieszczącej się blisko jego domu. Tam, przed małym obrazkiem Matki Bożej, modlił się i zapalał kadzidło. Inne dzieci szły się bawić, a Józef biegał do groty, więc przezywały go świętym, a o „jego” grocie mówiły: „grota świętego”.

Tak jak polski święty Stanisław Kostka, który poczuł powołanie do życia zakonnego, mając 14 lat, tak i Józef Makhlouf w tym wieku poczuł wezwanie do kapłaństwa i życia zakonnego. Wstąpił do zakonu maronitów i pierwsze śluby złożył 1 listopada 1853 r.,
przyjmując imię zakonne Charbel. W roku 1859 otrzymał święcenia kapłańskie. Niespełna rok po nich był świadkiem wielkiej masakry, dokonanej na chrześcijanach. Z rąk muzułmanów i druzów poniosło wówczas śmierć męczeńską 20 tys. ludzi. Mordowano całe rodziny, plądrowano kościoły. Ojciec Charbel, który przebywał w klasztorze w Annaya, pomagał uciekinierom, całym sercem modlił się, pościł w ich intencji.

Na pustelni

W pewnym momencie odkrył w sobie powołanie do życia pustelniczego, ale przez wiele lat nie otrzymał od swych przełożonych zgody na taką formę życia. Uzyskał ją dopiero po 17 latach. Stało się to po niezwykłym wydarzeniu, jakie miało miejsce w klasztorze. Dwaj współbracia dla żartu zamiast oliwy wlali mu do lampy wodę i poprosili go, by zapalił lampę. Ku ich ogromnemu zdziwieniu, woda w lampie… zapłonęła. Zakonnicy poinformowali o sprawie przełożonego. Po tym zdarzeniu Charbel uzyskał zgodę na zamieszkanie w eremie położonym 1350 m n.p.m.

Ojciec Charbel wiedział, że najskuteczniejszym sposobem zmiany świata na lepsze jest najpierw zmiana samego siebie, czyli własne uświęcenie przez zjednoczenie z Bogiem.
W eremie przebywał przez 23 lata; mieszkał w pomieszczeniu mającym 6 m kwadratowych. Pod habitem nosił zawsze włosiennicę, spał tylko 5 godzin, nieustannie pościł, nie jadł mięsa ani owoców, żywił się resztkami, pił tylko wodę. Długo modlił się przed rozpoczęciem Eucharystii, a także długo trwał w dziękczynieniu po jej zakończeniu. Najbardziej ulubioną jego modlitwą była adoracja Najświętszego Sakramentu. Do o. Charbela przychodziło wielu ludzi z prośbami i wielu łaski otrzymywało. Pewnego razu przyprowadzono do niego osobę opętaną. Ojciec Charbel położył tylko rękę na jej głowie i natychmiast została uwolniona.

Światło i olej

Umarł, mając 70 lat, po ośmiu dniach agonii, w Wigilię Bożego Narodzenia 1898. Zakonnicy znaleźli jego ciało na posadzce w kaplicy. Kiedy tam weszli, zobaczyli przedziwne jasne światło, wydobywające się z Tabernakulum i otaczające ciało zmarłego mnicha. Gdy go pochowano przy klasztorze, od pierwszego dnia grób oświetlało jasne światło niewiadomego pochodzenia. Wiele osób, widząc to, zaczęło przychodzić do grobu. Światło nie gasło przez 45 kolejnych nocy. Ze względu na bezpieczeństwo, patriarcha kazał przenieść ciało o. Charbela do klasztoru. Kiedy w obecności lekarza i urzędowych świadków otwarto trumnę zakonnika, stwierdzono, że jego ciało nie nosi cech rozkładu, jest elastyczne, jakby zmarły spał. W trumnie znajdowała się też siedmiocentymetrowa warstwa oleju, który wydobył się z ciała. Ojcowie zaczęli go rozdawać, a wierni przykładać w chore miejsca. Tak rozpoczęła się fala uzdrowień. Do kanonizacji, której dokonał Ojciec Święty Paweł VI w roku 1977, otwierano trumnę kilkakrotnie i za każdym razem zbierano wydobywający się olej. Święty Charbel umarł, ważąc zaledwie 52 kg, a oleju z jego ciała wydobyło się ponad 100 litrów.

Uzdrowienie Nouhad

Do dzisiaj udokumentowanych jest ponad 23 tys. cudów, które dokonały się za wstawiennictwem Świętego. Do jego grobu przybywa każdego roku ponad 4 mln pielgrzymów, by prosić o łaski i za nie dziękować. Jednym z najbardziej znanych cudów jest uzdrowienie Nouhad Al-Chami, 59-letniej Libanki, matki 12 dzieci. Po wylewie dostała lewostronnego paraliżu ciała. Dodatkową komplikacją była niedrożność arterii szyjnej – nie mogła mówić ani jeść. Dzieci i mąż jedyną nadzieję pokładali w Bogu. Najstarszy syn Saad wybrał się do grobu św. Charbela, aby tam modlić się o uzdrowienie matki. Było to 22 stycznia 1993 roku. Po powrocie do domu namaścił olejem z grobu o. Charbela szyję chorej. Późnym wieczorem w trakcie modlitwy kobieta zasnęła. Śniła, że przy jej łóżku zjawił się św. Charbel wraz z innym zakonnikiem. Powiedział: Jestem o. Charbel, przyszedłem, aby cię zoperować. Osobiście miałem możność rozmawiać z tą kobietą; mówiła, że bardzo się bała – zakonnicy nie mieli ani narzędzi chirurgicznych, ani środków znieczulających, nic też nie wiedziała o potrzebie operacji. W pewnym momencie poczuła na swej szyi ręce zakonnika i wielki ból, ale nie mogła ani krzyczeć, ani się opierać. Kiedy zakończyli tę niezwykłą operację, posadzili ją na łóżku. Święty Charbel powiedział: Jesteś już  zdrowa, możesz jeść i pić, chodzić i pracować. Potem obaj zniknęli w jasnym świetle.

Kiedy Nouhad się obudziła, zobaczyła, że jest w takiej pozycji, jak we śnie. Mogła wstać z łóżka i chodzić po pokoju. Mąż patrzył na to i pytał: – Co ty robisz? – Zostałam uzdrowiona dzięki św. o. Charbelowi… W lustrze zobaczyła, że po obu stronach szyi, która była cała we krwi, ma zszyte rany długości 14 centymetrów. Kiedy później zbadano tę krew, okazało się, że nie ma ona żadnej grupy. Kolejnej nocy ukazał się Libance św. Charbel, mówiąc: Zoperowałem cię, aby ludzie się  nawracali widząc, że zostałaścudownie uzdrowiona. Proszę cię, abyś uczestniczyła w Mszy św. w Annaya 22 każdego miesiąca. Twoje rany będą krwawić.

Wiele jest udokumentowanych uzdrowień. W 2004 r. 54-letnia Francuzka Bernadette Marie Hélène Vernarrat, mieszkająca w Orange, wybrała się z pielgrzymką do grobu św. Charbela. Chorowała na raka piersi i żołądka. Po spowiedzi i Komunii św. w Annaya modliła się przy grobie świętego zakonnika, odmawiając różaniec. Gdy tylko wróciła do Francji, zrobiła badania, które wykazały jej całkowite uzdrowienie. Niedawno podczas mojej modlitwy w Padwie nad opętaną kobietą, kiedy wzywałem wstawiennictwa św. o. Charbela, Szatan przez tę kobietę zaczął krzyczeć: – Charbel, opiekun rodzin – nieee!!!

W Roku Wiary pielgrzymuję po Europie i Polsce, w wielu parafiach przedstawiam sylwetkę św. o. Charbela, modląc się o uzdrowienia i uwolnienia za jego wstawiennictwem. Już dzisiaj mogę powiedzieć, że wiele tysięcy osób rozpoczęło modlitwę za jego wstawiennictwem, obrało go za patrona swojego życia. Jest też wiele nawróceń.

ks. Jarosław Cielecki

U pewnej rodziny w Polsce jest obrazek św. Charbela, który „poci się” olejem. Są w posiadaniu tego obrazka już wiele lat. Pomimo tego że papier jest wilgotny nie jest zniszczony ani nie wydaje zapachu „starego” oleju.
Na zdjęciu na górze: ciemniejsza część obrazka jest przez cały czas wilgotna.

Ksiądz Jarosław Cielecki został poinformowany o tym niecodziennym wydarzeniu.
LITANIA DO ŚW. CHARBELA (Szarbela)
Więcej o Katolikach obrządku maronickiego 

SZKAPLERZ ŚWIĘTEGO CHARBELA

APC - 2019.08.09 12.52 - 001.3d

 

http://adam-czlowiek.blogspot.com/2013/07/koscio-obchodzi-wspomnienie-sw-charbela.html

Przeczytaj także:

Święty pustelnik z Libanu

Posted in Religia, Święci obok nas | 1 Comment »

Święty pustelnik z Libanu

Posted by tadeo w dniu 9 sierpnia 2019

Św. Charbel: Orędzia z Nieba – Zawsze pamiętaj, że nie będziesz w stanie zmierzyć się z diabłem, jeśli nie uklękniesz przed Bogiem.

APC - 2019.08.09 12.42 - 001.3d

http://www.siemirek.dzi.vectranet.pl/sw_charbel.pdf

Przeczytaj także:

Św. Charbel – mnich cudotwórca

Posted in Religia, Święci obok nas | 1 Comment »

“Odejdę z teatru, pójdę za Chrystusem”. Pogrzeb ks. Orzechowskiego

Posted by tadeo w dniu 8 sierpnia 2019

 

Przyjaciele, kapłani i artyści pożegnali dziś ks. Kazimierza Orzechowskiego, kapłana i aktora, duszpasterza artystów, który zmarł 4 sierpnia. Jego uroczystość pogrzebowa odbyła się w kościele sióstr wizytek na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie – tym samym, w którym dokładnie 60 lat wcześniej usłyszał wezwanie Chrystusa, by iść za Nim.

 

Uroczystej Mszy św., rozpoczętej w samo południe u sióstr wizytek przewodniczył kard. Kazimierz Nycz, metropolita warszawski. Homilię głosił o. Wiesław Dawidowski, którego zmarły kapłan był przez 20 lat kierownikiem duchowym i spowiednikiem. Swój list kondolencyjny przesłał również bp Józef Zawitkowski, wspominając Zmarłego jako swojego seminaryjnego profesora od dykcji.

Urodziłeś się nie tylko do tego, by jako aktor często zmieniać kostiumy i role oraz stać na scenie. Urodziłeś się po to, by przyjąć Ewangelię jak dziecko, szukać zagubionych, leczyć poranionych. Urodziłeś się, aby być wewnętrznie wolnym, żyć dla Boga i dla ludzi

– mówił w homilii, kierowanej bezpośrednio do zmarłego księdza-aktora o. Dawidowski.

Przypomniał najważniejsze wydarzenie w życiu ks. Orzechowskiego – 21 czerwca 1959 r., dzień gwałtownego nawrócenia tego wziętego warszawskiego aktora.

– Przypadkiem trafiłeś do kościoła wizytek na Krakowskim Przedmieściu. Na ambonie w kształcie łodzi stał wówczas ks. Bozowski, wieloletni duszpasterz huliganów. Mówił o św. Alojzym Gonzadze. Kierując palec w – jak się zdawało – centralnie w stronę stojącego pod filarem młodego aktora krzyknął: Ty też pójdziesz za Chrystusem. To, niczym strzała Bożego Słowa, przeszyło serce młodego aktora pełnią miłości. Do kościoła przyszedł aktor, wyszedł – nawrócony. Wkrótce postanowił: odejdę z teatru, pójdę za Chrystusem

– mówił dziś o. Dawidowski.

 

Dalej wspominał jego dochodzenie do kapłaństwa, zgodę kardynała Wyszyńskiego na to, by tego znanego aktora przyjąć do seminarium i potem wyświęcić na księdza. Z powodu swoistego “skandalu” jakim było w Warszawie nawrócenie bywalca salonów Kazimierza Orzechowskiego i jego pragnienie zostania księdzem, Prymas Tysiąclecia wysłał go na formację klerycką do Gniezna. W 1968 r. ten sam Prymas wyświęcił Orzechowskiego na kapłana. O. Dawidowski wspominał jego posługę jako duszpasterza środowisk twórczych i wykładowcę dykcji w warszawskim Seminarium Duchownym.

Wierzyłeś, że Pan Bóg nie potrzebuje wzniosłości i wyniosłości, ale jest blisko tych, którzy Go szukają.

 

Wspominał jego role filmowe już z czasów kapłańskich, gdy grywał… głównie księży; jego poszukiwanie własnego miejsca w Kościele po śmierci kard. Stefana Wyszyńskiego, wreszcie roczny nowicjat u augustianów, na który się zgłosił w 1995 r., zapomniawszy poprosić o zgodę swojego biskupa. –  Uznał, że skoro miał zgodę samego papieża, to biskupa już nie musi pytać. A Jan Paweł II, spytany, czy ks. Orzechowski może iść do augustianów odparł z uśmiechem: niech idzie, może się jeszcze czegoś nauczy – mówił o. Dawidowski. Przytoczył też powiedzenie zmarłego kapłana-aktora:

“W Kościele czasem łatwiej uzyskać przebaczenie, niż pozwolenie”.

To właśnie w zakonie augustianów drogi jego oraz ks. Orzechowskiego się spotkały. I chociaż ostatecznie zmarły kapłan zakonnikiem nie został – przez długie lata się przyjaźnili, a ks. Orzechowski był spowiednikiem dzisiejszego prowincjała augustianów w Polsce.

Dawidowski wspomniał na koniec najważniejszą posługę, z jaką zmarły kapłan był kojarzony: posługę kapelana Domu Aktora w Skolimowie.

– Tam znalazł dom, rodzinę i spokój serca, za czym tęsknił. Tam dostał słynną rolę księdza w serialu “Złotopolscy”, tam zaczął opowiadać swoje słynne kazania o Ziemi Świętej, tam był wsparciem dla aktorów, z którzy nieraz dzięki niemu wracali do Pana Boga. Tam zmarł, w niedzielę 4 sierpnia o świcie, we wspomnienie św. Jana Vianneya, otoczony modlitwą sióstr Obliczanek

– wspominał o. Dawidowski.

“Przyszedł po Ciebie Zmartwychwstały Pan, który sam był autorem scenariusza Twojego życia. Wziął cię za rękę i o poranku Zmartwychwstania powiódł cię na spotkanie z twoimi ukochanymi, czekającymi na spotkanie z Tobą: twoją mamą, tatą, bratem; Édith Piaf, św. Tereską z Lisieux”

– zakończył homilię kapłan.

APC - 2019.08.08 21.45 - 001.3d

 

Uroczystość zgromadziła wielu przedstawicieli środowiska aktorów i artystów scen polskich. W mowach pogrzebowych wspominali zmarłego m.in reżyser Radosław Piwowarski, aktorka Joanna Kurowska oraz Ewa Ziętek. Ta ostatnia we wzruszającym świadectwie wyznała, że to właśnie u księdza Orzechowskiego odbyła swoją spowiedź życia.

Wypowiadając się na zakończenie uroczystości kard. Kazimierz Nycz zauważył, że Ks. Orzechowski umiał połączyć w swojej jednej osobie dwie drogi, dwa powołania: aktorskie i kapłańskie.

 

Po Mszy św. pogrzebowej ciało Zmarłego zostało przewiezione i pochowane na cmentarzu w Skolimowie, gdzie spoczywa już matka ks. Kazimierza Orzechowskiego.

 

ad/Stacja7

“Odejdę z teatru, pójdę za Chrystusem”. Pogrzeb ks. Orzechowskiego

Przeczytaj także:

Monodram ks.Kazimierza Orzechowskiego o Edith Piaf

Ks. Orzechowski. Miałem dwie miłości: Edith Piaf i św. Tereskę

Doświadczenie miłości – Dziennik z podróży ks. Kazimierza Orzechowskiego (1977)

Ks. Stanisław Orzechowski o Ks. Jerzym Popiełuszce

EDITH PIAF – ks. Kazimierz Orzechowski

„Bo Ty jesteś ze mną” – reportaż o ks. Kazimierzu Orzechowskim

Kapłan i aktor – ks. Kazimierz Orzechowski

Proboszcz ze Złotopolic

Posted in Religia, SYLWETKI | Leave a Comment »

Wzruszające słowa i przesłanie 93 letniej Polki z Kresów – Głos pokolenia które odchodzi…

Posted by tadeo w dniu 28 lipca 2019

W Jampolu spotkaliśmy 93 letnią Bronisławę Radziejewską, która wzruszającymi słowami opowiedziała o losach Polaków w dalekich Kresach (Operacja Polska), tym samym przekazała ważne przesłanie dla Polaków w ojczyźnie.  Niebawem nie będzie z nami  tego najwspanialszego pokolenia Polaków, słowa naszej Rodaczki koniecznie trzeba wysłuchać.

 

Zobacz także:

Wschód: Polacy na Kamczatce – Zobacz jak żyją Polacy w Rosji

Posted in Polskie Kresy | Leave a Comment »