WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Posted by tadeo w dniu 3 listopada 2015

KTO POSZUKUJE PRAWDY, POSZUKUJE BOGA.

PRAWDA JEST JEDNA I MOŻNA SIĘ KU NIEJ PRZYBLIŻAĆ, CHOCIAŻ TUTAJ NA ZIEMI NIGDY NIE POZNAMY JEJ DO KOŃCA.

ALE KIEDYŚ POZNAMY, BO OSTATECZNIE JEST NIĄ SAM BÓG.

JEDNA, JEDYNA KOMUNIA ŚWIĘTA MA WIĘKSZĄ WARTOŚĆ NIŻ WSZYSTKIE BOGACTWA ŚWIATA.

Kiedy wybije nasza ostatnia godzina, ustanie bicie naszego serca, wszystko się dla nas skończy, a więc i czas naszego zasługiwania i niezasługiwania. Takich jakimi jesteśmy, spotka nas śmierć i tacy staniemy przed Chrystusem, Sędzią. Nasze błagalne wołania, nasze łzy, nasze akty żalu, które jeszcze na ziemi zdobyłyby serce Boga, mogłyby z nas, grzeszników, uczynić – przy pomocy sakramentów – ludzi świętych; ale w owym momencie nie będą miały żadnej wartości; czas miłosierdzia minie i rozpocznie się czas sprawiedliwości – ojciec Pio.

bogciebie11

Posted in Kontakt, Miłosierdzie Boże, Religia, Św. Faustyna | 5 Komentarzy »

Jeszcze POLSKA nie zginęła…

Posted by tadeo w dniu 26 października 2015

Wielokroć upokorzony czekałem na tą chwilę wiele lat. Osobiście bardzo się wzruszyłem… Tyle lat czekania, tyle momentów bezsilności i nieraz zniechęcenia. Warto było czekać!!!!!  Dzisiaj obudziłem się w innym – lepszym państwie.

Zwyciężyła POLSKA – ojczyzna moich marzeń.

Polska znów jest polska, Polska jest wolna, odzyskaliśmy suwerenność i wolność.  Wreszcie czuję się jak we własnym domu. 

Posted in POLECAM | 2 Komentarze »

Święty Charbel – orędzia z nieba.

Posted by tadeo w dniu 28 lipca 2020

W lipcu 1995 roku, podczas wspomnienia świętego Szarbela, Raymond Nader (inżynier- elektronik i dyrektor libańskiej telewizji katolickiej Télé-Lumière) przeżył nadzwyczajne doświadczenie. Na końcu procesji do klasztoru Annaya zobaczył starego księdza, którego nie znał. Podszedł do niego… Wtedy w głowie Raymonda zabrzmiał głos księdza, przekazującego mu ważny komunikat… Było to pierwsze z serii orędzi przekazanych przez świętego Szarbela. Raymond Nader przedstawił orędzia hierarchom Kościoła i za ich zgodą rozpowszechnia je po całym świecie. Są one ostrzeżeniem przed zagładą oraz wezwaniem do modlitwy, pokuty i miłości bliźniego, w celu budowania cywilizacji miłości.

Na początku była Miłość. Wszystko zaistniało przez miłość i bez niej nic nie mogło, nie może i nie będzie mogło istnieć. Podstawą wszechświata – jego praw i reguł – jest miłość. Kiedy wszystko się kończy, tylko miłość pozostaje, wszystko, co nią nie jest – przemija.
Bóg jest miłością. Bóg jest prawdą. Bóg jest prawdziwą miłością. Świat Boga jest światem miłości i prawdy, nie ma prawdy poza miłością. Człowiek nie jest spełniony bez miłości i nie doświadczy prawdy, będąc daleko od Boga. Człowiek należy do Boga, jest dzieckiem Miłości, a jego prawdziwym domem jest świat Boga. Jedyną prowadzącą tam drogą jest Jezus Chrystus. Chrystus jest prawdą miłości wcielonej. Jest ukazaniem prawdy o życiu, jest drogą do Boga. Każdy człowiek w swojej podróży ku innemu światu wezwany jest, aby podążać Jego drogą. Tak jak w każdej podróży, człowiek musi wyposażyć się w odpowiedni prowiant i ekwipunek na drogę. Jedynym pokarmem i jedyną bronią jest tu miłość. Miłość ta obejmuje wszystkich ludzi świata, nie oczekuje niczego w zamian, jest nieograniczona i bezwarunkowa. Tak kocha was Bóg, więc miłujcie się wzajemnie Jego miłością.
Nikt nie posiada tej miłości sam z siebie, może ją otrzymać jedynie od Boga przez Jezusa Chrystusa i napełnić się nią w Duchu. Dzieje się to w modlitwie. Tylko przez modlitwę można otrzymać miłość od Boga Ojca Źródła Miłości, przez syna Bożego Jezusa Chrystusa – Miłość Wcieloną, a miłość ta jest Duchem Bożym w człowieku. Módl się o tę miłość, abyś kochał wszystkich ludzi bezinteresownie, bez ograniczeń i bezwarunkowo, tak jak kocha Bóg, wtedy staniesz się Jego Dzieckiem. Człowiek pochodzi z serca Boga i tam też powróci.

Zwyciężaj zło miłością, ale nie używaj miłości jako wymówki przed konfrontacją ze złem.

Świętość jest twoim celem, a doskonałość w miłości ostatecznym szczytem do zdobycia. Nie zatrzymuj się na środkach prowadzących do uświęcenia. Niech środki nie zamienią się w cel, a cel w środek. Modlitwa ma uświęcać ciebie – nie uświęcaj modlitwy. Post jest po to, aby cię wzmocnić – nie czyń z niego swojego bożka. Umartwienie ma cię oczyścić – nie adoruj samego umartwienia. Hymny mają uwielbiać Boga – nie uwielbiaj hymnów. Nie zastępuj Chrystusa mówieniem o Nim, bo zaczniesz uwielbiać własne słowa, nie zastępuj prawdy skupianiem się na sposobie jej wyrażania, bo twoje jej formułowanie samo zamieni się w „prawdę”. Słowo nigdy nie jest ważniejsze od idei, którą opisuje, idea nigdy nie jest ważniejsza od prawdy, którą niesie. Zabezpieczenie nigdy nie jest ważniejsze od skarbu, który chroni, a kielich nigdy nie jest cenniejszy od wina. Tabernakulum nigdy nie jest ważniejsze od Eucharystycznego Chleba, a monstrancja nigdy nie przyćmi Hostii.

Pamiętaj, że masz zmysły po to, aby nimi kochać, a nie po to, aby je kochać. Kiedy kochasz swój wzrok, zaczynasz uwielbiać istoty, które widzisz i zapominasz o Stworzycielu, który jest poza granicami twojego wzroku. Kiedy kochasz swój słuch, zanurzasz się w melodiach i dźwiękach świata, zapominając o tym, by wsłuchać się w głos Boga w ciszy, która nie dosięga twoich uszu. Kiedy kochasz swój węch, zaczynasz rozkoszować się zapachami tego świata i zapominasz o dzikich kwiatach, które stworzył dla człowieka Pan Swoją Miłością. Kiedy kochasz swój smak, stajesz się niewolnikiem jedzenia i picia i zapominasz o tym, co naprawdę cię nakarmi. Kiedy kochasz swój zmysł dotyku, jesteś zniewolony przez to, co zewnętrzne, zapominając o skarbie wnętrza.

Przekraczaj swoje zmysły, a nie zanurzaj się w nich, sięgaj przez nie po prawdę, tak jak promień światła przechodzi przez kryształ.

Jeśli wzmocnisz swoje zmysły, staną się twardsze, a promienie odbiją się od nich jak od lustra i pokażą ci zaledwie odbicie obrazów tego świata. Nie zatapiaj się w zmysłach, gdyż zaczną cię zwodzić. Prawdziwa radość nie pochodzi z doznań zmysłowych, ale przekracza zmysły i trafia prosto do źródła światła, tam, gdzie zanurzysz się w samym sercu Boga, ujrzysz Jego światło i zagłębisz w Jego miłości. Przekraczaj swoje zmysły i przekraczaj samego siebie, idź aż na samą krawędź światła. Za każdym razem, gdy chcesz popatrzeć na zewnątrz, zamknij oczy i spójrz wewnątrz – wtedy zobaczysz jeszcze wyraźniej to, co cię otacza. Gdy chcesz słyszeć, zatkaj swoje uszy i wsłuchaj się w wewnętrzny głos, a zaczniesz słyszeć lepiej. Prowadź swoje zmysły w kierunku uwielbienia Boga i nie pozwól, aby kierowały cię do uwielbienia Jego stworzeń.

Nie zaciemniaj swoim pismem jasnych stron zapisanych przez twoich świętych ojców. Prawda jest zawsze taka sama. Aby mówić o Bogu, musisz być w Jego sercu. Nie możesz mówić o Bogu, będąc poza Nim. A Słowo, które stało się ciałem, to nie dźwięk unoszący się w powietrzu. Wyryj w swoim umyśle każde słowo, które chcesz wypowiedzieć, wyrzeźb je w swojej duszy i oszlifuj w swoim sercu. Niech wypływa z twych ust tak, jakbyś układał kolejną cegłę powstającej budowli. Milcz, jeśli to, co robisz, nie buduje. Mów tylko wtedy, gdy twoje słowa są głębsze i mądrzejsze niż twoje milczenie.

Człowiek zdobywa coraz więcej wiedzy i coraz mniej mądrości. Teorie w ludzkich umysłach stały się jak mgła otulająca szczyty gór i przykrywająca doliny. Nie pozwalają one zobaczyć niczego takim, jakim jest naprawdę. Ich własne teorie zaciemniają im wzrok. Wznoszą najwyższe budynki, a ich moralność upada coraz niżej. Coraz więcej mówią, a coraz mniej się modlą. Rozwijają głębokie zainteresowania i płytkie relacje. Mają piękne widoki za oknem, a w środku hodują pustkę. Poszerzają swoje drogi, ale ich zdolność widzenia jest coraz węższa. Tworzą coraz więcej połączeń, które jednak nie prowadzą ich do siebie nawzajem. Mają liczne sposoby komunikacji, lecz i te w ogóle ich nie zbliżają. Mają wielkie, potężne i wygodne łóżka, ale ich rodziny są coraz mniejsze, rozbite i zmęczone. Potrafią się spieszyć, ale nie potrafią czekać. Biegają, żeby zapewnić sobie byt, a zapominają o tym, by zapewnić sobie życie. Pędząc na zewnątrz, odrzucają to, co w środku.

Ludzie poszukują cudów, aby uwierzyć i zobaczyć na własne oczy, chcą orędzi, aby usłyszeć i wiedzieć, pragną konkretnych dróg, aby nimi kroczyć i osiągnąć zbawienie i szczęście. Przecież cud to Eucharystia, znak to Krzyż, orędziem jest Ewangelia, a zbawienie jest w Kościele.

Najważniejszym, największym i najświętszym znakiem jest znak Krzyża. To znak Bożej miłości do ciebie: niech stanie się również znakiem twojej miłości do Niego. To znak miłości, a nie znak walki. Światło tego znaku rozleje się na cały świat.

Zbawienie ludzkości realizuje się w Kościele, przez Kościół, to on kontynuuje plan zbawienia rozpoczęty przez Chrystusa dwa tysiące lat temu i nie przestanie aż po kres czasów. Wszystkie fale zła rozbiją się o skały Kościoła. Oddaj się całkowicie Kościołowi i jego nauce i nie podchodź do niej wybiórczo.

Najważniejszym i najwspanialszym przesłaniem jest Dobra Nowina, która przekazuje nauczanie Chrystusa i ani jedna jota Jego słów nie przeminie przed końcem czasów. Kto nie zna Ewangelii, pozostaje w ciemności i morzu ignorancji, choćby posiadł całą wiedzę tego świata. Kto nie żyje Ewangelią, nie żyje w ogóle. Nie interpretuj jej i nie podporządkowuj jej własnemu życiu, aby się usprawiedliwić. Prawda Ewangelii jest zawsze taka sama.

Najważniejszym i największym cudem jest Eucharystia, ciało Chrystusa, Baranek Paschalny, który gładzi grzechy świata, Bóg Żywy, który powstał z martwych.

Na próżno szukasz znaków ważniejszych od znaku Krzyża. Nie pytaj o przesłania, które, jak twierdzisz, są ważniejsze niż słowa Ewangelii. Nie szukaj zbawienia poza Kościołem Chrystusa. Nie trudź się, biegając za cudami większymi niż cud Eucharystii. Trzymaj się z daleka od złudnej magii, która doprowadzi cię do pustki.

Unikaj znaków, które nie prowadzą do znaku Krzyża. Ignoruj przesłania, które nie opierają się na Ewangelii. Nie wierz w cuda, które nie prowadzą do Eucharystii, rozeznasz je tylko w Kościele. Tylko przez Krzyż, Kościół, Ewangelię i Eucharystię możesz stać się święty.

Bóg stworzył cię, abyś był święty i abyś żył.

Świętość to nie przypadek, świętość to wybór. Nie czekaj, aż przyjdzie do ciebie z zewnątrz, żyj i zdobywaj ją od środka. Królestwo Boże mieszka w twoim sercu.

Świętość jest łaską i wolą: łaska pochodzi od Boga, a wola od ciebie. Jesteś potencjalnym świętym – zrób wszystko, aby nim być naprawdę.

Miłość nie jest przywiązaniem, ponieważ miłość jest wolnością, a przywiązanie to niewola. Bóg jest wolnością. Miłość nie jest ludzkim uczuciem, jest boską siłą stwarzania i niebiańską mocą zmartwychwstania. Miłość nie jest instynktem wypływającym z twoich zmysłów cielesnych, jest życiową siłą płynącą z ducha. Miłość nie jest martwym przyzwyczajeniem, które nas wiąże i łączy, jej siła jest nieustannym odnawianiem – odnawia nas i wyzwala. Miłość nie jest uczuciem zwróconym w jednym kierunku, jest światłem, które świeci na wszystkie strony.

Bóg nie jest uczuciem. Bóg nie jest wrażeniem, nie jest przyzwyczajeniem czy emocją, nie jest ideą. Bóg jest prawdą, Bóg jest życiem, jest Stwórcą i Dawcą życia.

Miłość nie pyta o cenę czy zapłatę za to, że się oddaje. Na końcu pozostaje tylko miłość.

Miłość, która wypływa z człowieka, ma na celu powrócić do tego, z kogo płynie. Kiedy człowiek kocha od siebie, kocha siebie, niezależnie od tego, jaka jest siła i rodzaj tej miłości.

Miłość, która pochodzi od Boga, którą człowiek od Niego otrzymuje, obiera za swój obiekt drugiego człowieka.

Jeśli twoja miłość pochodzi od Boga, obdarzasz nią twojego brata. Jeśli miłość wypływa od ciebie, chodzi w niej tylko o ciebie. Człowiek, którego miłość pochodzi od niego samego, kocha siebie samego w innych, choć myśli, że to ich kocha. Nigdy nie myl miłości z pożądaniem, z uczuciem, z przyzwyczajeniem i z przywiązaniem.

Kiedy Chrystus powstał z martwych i zwyciężył, diabeł upadł i został pokonany. Ci, którzy się jemu oddadzą i wejdą na jego drogę, szybko upadną. Nie trzymaj się szatana. Jego zamiarem jest zafałszowanie obrazu Boga w umyśle i sercu, zafałszowanie również twojego obrazu w twoich oczach. On chce, żebyś błędnie pojmował Boga i mylił się co do samego siebie. Zakłamuje, zniekształca i zwodzi: tam gdzie powinieneś się uniżyć, próbuje cię wywyższyć, a poniża cię, gdy zasługujesz na docenienie. Próbuje cię powstrzymać, kiedy powinieneś iść i popycha cię do przodu, kiedy powinieneś stać, przez niego mówisz wtedy, kiedy powinieneś zamilknąć i milczysz, gdy twoim zadaniem jest wypowiedzieć się. Próbuje przekonać cię do pośpiechu, gdy należy zwolnić i spowalnia cię, kiedy trzeba, abyś przyspieszył. W każdym przypadku chce cię zwieść. Diabeł jest największym oszustem i fałszerzem, podstępnym kłamcą; nasz Pan i Nauczyciel nazwał go ojcem kłamstwa.

Diabeł nigdy nie przychodzi pod swoją prawdziwą postacią ani nie kusi nas jako brzydka istota, dobrze wie, co nam się podoba i co nas przyciąga. Szepcze ci do ucha to, co lubisz słyszeć, pokazuje to, na co lubisz patrzeć, daje rzeczy, które lubisz dotykać i karmi cię tym, co najbardziej ci smakuje.

Gdy oszust fałszuje złoto, zamienia je na coś bardzo podobnego, lśniącego i żółtego. Tak też robi diabeł z obrazem Boga – który jest Miłością – bierze to, co ludzie nazywają miłością i miesza z Bogiem, który nią jest. Instynktowne uczucia, namiętności, więzi uczuciowe, zniewalające przyzwyczajenia służą diabłu do zwodzenia człowieka, gdy szuka on Bożej prawdy, życiodajnej miłości.

Na początku diabeł sprawia, że człowiek się śmieje, aby na końcu wtrącić go w rozpacz. To właśnie wtedy, kiedy jeszcze się śmieje, zabiera go do piekła, a tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Człowiek, który teraz weseli się z diabłem, z pewnością będzie później płakał.

Bóg może doprowadzić cię do łez na początku, lecz na końcu zawsze będzie radość. Twój płacz wywołany przez Boga ma cię zdyscyplinować, podczas gdy diabeł przychodzi cię rozweselić i sprawić, abyś się odwrócił od Pana. Kiedy natomiast Bóg daje ci radość, diabeł przychodzi i daje ci powody do płaczu; nie daj mu się oszukać.

Pierwszą i główną bronią przeciwko szatanowi jest prawdomówność: każde słowo prawdy, jakie wypowiadasz, jest strzałą wycelowaną w serce Złego, a każde szczere wyznanie grzechu jest włócznią, którą przeszywasz jego serce.

Kolejną podstawową bronią jest pokora. Szczerość i pokora to dobra spowiedź. Wyznaj swoje grzechy, a zabijesz zło, które jest w tobie.

Diabłu zależy tylko na tym, aby odłączyć cię od Boga. Uważaj! Próbuje cię oddzielić od Niego nawet wtedy, gdy jesteś przy Nim. Odsuwa cię od pojmowania znaczenia słów, którymi się modlisz i zwraca twą uwagę na same słowa. Gdy uwielbiasz Pana, oddala cię od Niego i sprawia, że skupiasz się na melodii hymnu uwielbienia.

Oddala cię od Boga nawet podczas modlitwy, przez którą się do Niego zwracasz.
Zawsze pamiętaj, że nie będziesz w stanie zmierzyć się z diabłem, jeśli nie uklękniesz przed Bogiem. Diabeł nie wejdzie przez zamknięte okna i zakneblowane drzwi. Diabeł wchodzi przez drzwi, które są otwarte.

Módl się, aby usłyszeć, zrozumieć, aby żyć wiarą; dawać świadectwo. Módl się, abyś stał się światłem. Niech całe twoje życie będzie modlitwą i służbą: jeśli modlisz się, a nie służysz, zamieniasz Krzyż Chrystusa w kawałek drewna, a jeśli służysz nie modląc się, cała twoja służba skupiona jest tylko na tobie. Módl się w twojej sypialni. Módl się z twoją rodziną i w twojej wspólnocie Kościoła. Wzywaj Pana w intymności twojego posłania, w ten sposób ustrzeżesz swoją duszę i otworzysz umysł na tajemnicę Boga. Módl się z rodziną – w ten sposób ochronisz ją i umieścisz w samym sercu Najświętszej Trójcy. Módl się we wspólnocie, dla ocalenia twojego Kościoła i przybliżenia Królestwa. Twoja osobista modlitwa przed Panem złoży cię w Jego sercu, modlitwa na łonie rodziny zaniesie cię na łono Trójcy, a twoja wspólnotowa modlitwa w sercu Kościoła utwierdzi cię w Ciele Chrystusa. Módl się: ten kto się modli, w pełni przeżywa tajemnicę egzystencji, ten kto tego nie robi, jest na skraju życia i śmierci.

Rodzina ludzka na ziemi jest obrazem Świętej Rodziny w Niebie. Rodzina przekazuje plan Boga, Jego miłość i słowo z pokolenia na pokolenie. Upadek rodziny oznacza upadek Boskiego planu dotyczącego ludzkości. Oznacza odrzucenie przesłania zbawienia i świętości. Każda rodzina jest świętą rodziną, ponieważ jest obrazem Jedynego Boga w Trójcy. Zniszczenie rodziny jest niszczeniem obrazu Boga. Rodzina niesie płonącą lampę i przekazuje ją kolejnemu pokoleniu, aby świat mógł być oświetlony światłem Pana. (…)

Rodzina jest podstawą Bożego planu, więc wszystkie siły zła skupiają się na zniszczeniu rodziny, ponieważ wiedzą, iż niszcząc ją spowodują, że cały Boży plac zadrży w posadach. Wojna Złego przeciwko Bogu jest wojną przeciwko rodzinie, a wojna Złego przeciwko rodzinie ma na celu zniszczenie obrazu Boga. Ponieważ od początku stworzenia świata rodzina jest obrazem Boga, Zły skupia się na tym, aby ją unicestwić.

Zatrzymaj się choćby na krótką chwilę przy każdym z twoich braci, wskaż mu kierunek, pokaż mu światło: jeśli zechce iść razem z tobą, pozwól mu iść krok przed sobą, jeśli poprosi, abyś trzymał go za rękę, chwyć go za obydwie ręce, jeśli będzie chciał cię odepchnąć, zostaw go, gdyż droga jest długa, a pracy bardzo wiele. Twoim zadaniem jest zasiewać ziemię ziarnem modlitwy i wonią kadzidła. Siej z miłością. Siej na skale, ponieważ nawet tam, jeśli znajdzie się choć grudka ziemi, wyrosną plony. Skrusz skałę, która wymaga skruszenia. Uderzaj w nią i nie trać ducha, może nie pęknie za pierwszym czy drugim razem, ale za setnym się rozpadnie. Nie poddawaj się i nie odchodź. Kiedy zostawisz swoją pracę, ktoś inny ją skruszy, przeorze, zasieje. Jeden sieje, drugi zbiera.

Krusz skałę i nie bój się, bo choć ramię jest twoje, to ani ziemia, ani młot nie należą do ciebie. Nie marudź i nie wykręcaj się: źdźbła pszenicy muszą poddać się ciężarowi maszyn w młockarni, nie skarżą się na potrzebny proces przygotowywania chleba i sycącego pokarmu. Winogrona nie wykręcają się i nie wiercą, kiedy mają być zmiażdżone i wyciskane, ponieważ staną się winem i radością. Bez bólu nie będzie ani chleba, ani wina. Kto chce stać się chlebem i winem, musi nieść krzyż. Musi go dźwigać i iść w kierunku światła. Na tym świecie człowiek przemieszcza się z brzegu ciemności i nieistnienia na drugi brzeg – wiecznej światłości.

Niech nie rozprasza cię to, co wokół ciebie, przed tobą i za tobą. To wszystko jest mniej warte niż to, co masz w środku. Prawda zawsze wznosi się ku górze, podczas gdy cały świat się wali. Świat nigdy ci niczego nie da, lecz zawsze będzie chciał cię zadłużyć. Tylko Bóg obdarowuje. Nie możesz podnieść innych ludzi, możesz samemu się wspiąć i wciągnąć ich do siebie; gdy wejdziesz wyżej, zawsze pociągaj za sobą swoich braci. Chrystus podnosi cię, gdy pociąga cię za sobą; wznoś w górę swoich braci, gdyż sam zostałeś wywyższony mocą Chrystusa. Gdy przylgniesz do Chrystusa, wkrótce zaczną do ciebie lgnąć inni ludzie.

Kochasz twoje wyobrażenie o człowieku, a nie samego człowieka i tak samo nienawidzisz twój obraz człowieka, a nie jego samego. Uważaj, nie potępiaj, nie twórz sobie przedwczesnych opinii i sądów o kimkolwiek. Uprzedzenia są kolorowymi soczewkami, które nakładasz na swoje oczy, widzisz przez nie osobę w kolorze soczewki, a nie w jej prawdziwej barwie. Przyozdób twą głowę w mądrość natury, twoje serce w jej piękno, a twoją duszę w jej siłę do nieustannego odnawiania się.

Kiedy popełnisz błąd, przyznaj się do niego, wyznaj grzech i napraw go, jeśli tylko jest to możliwe. Uznanie błędu i naprawienie go uczyni cię wielkim i nigdy cię nie zepsuje. Popraw to, co możesz, a gdy wyznasz to Bogu, resztę naprawi już On sam, wyrówna to, czego nie potrafiłeś naprawić… Nie usprawiedliwiaj swojego błędu dobrymi intencjami: to nie one zaprowadzą cię do Nieba, twoje czyny mają być dobre, tak jak intencje. To, co się liczy, to owoce twojej pracy i konsekwencje twoich słów, a nie dobre chęci. Dobra intencja to argument właściwy ignorantom, a ignorancja jest jak sen – nie wiesz, że śpisz, dopóki się nie obudzisz. Obudź tych, którzy śpią. Kiedy wstaną, zrozumieją, że spali. Nie rozmawiaj z tym, kto śpi, gdyż i tak cię nie usłyszy. Raczej obudź go i dopiero wtedy mów do niego.

Im większa jest świętość w człowieku, tym słabiej ją w sobie rozpoznaje, a kiedy zauważy swoją świętość, ona natychmiast znika. Skup się na słowie w twojej głowie, jak młociarz kręcący kulą na stalowej linie: nie wypuści jej, dopóki nie będzie pewny, że trafi do celu. Słowo w twoich ustach jest jak ta kula. Kiedy ją wyrzucisz, nie będziesz mógł jej złapać i zawrócić. Jeśli twoje słowo nie trafi do celu, nie wypowiadaj go, ponieważ może kogoś zranić, nieodpowiednie słowo z pewnością uczyni szkodę. Staraj się nie wypowiadać słów, które mają wiele znaczeń, wyrażaj się jasno i jednoznacznie. Dawaj dobry przykład zamiast dobrych rad. Gdy zauważysz błąd, napraw go w milczeniu, zamiast krytykować.

Zawsze odróżniaj między twoimi pragnieniami i twoimi potrzebami. Człowiek pragnie wielu rzeczy, których nie potrzebuje i potrzebuje wielu, których nie pragnie. Twoje bogactwo jest mierzone brakiem twoich potrzeb, a nie ceną tego, co już posiadasz. Wszystko, co wydajesz się posiadać na tym świecie, w rzeczywistości posiada ciebie. Wszystko, co według ciebie jest ci poddane, w rzeczywistości panuje nad tobą. Wszystko to, co kontrolujesz i czym sterujesz, czyni cię partnerem diabła. Żyjesz po to, aby dawać i służyć, a nie posiadać i rządzić. Istnieje wielka różnica miedzy zaangażowaniem a oddaniem: bądź oddany Kościołowi, a nie jedynie zaangażowany we wspólnotę. Kierunek, który obierasz jest ważniejszy niż prędkość, z jaką się poruszasz Jaki jest pożytek z prędkości i przyspieszenia, kiedy kierunek jest błędny? Nie zaczynaj niczego na ziemi, jeśli nie będzie to miało końca w Niebie, nie wybieraj takiej drogi na ziemi, która nie doprowadzi cię do Nieba.

Ten, kto spędza całe życie dzwoniąc w dzwony kościelne, niekoniecznie wejdzie do Nieba i zbawi swoją duszę. Byłoby lepiej, gdyby słuchał dzwonu swojego sumienia, które alarmuje o grzechu. Wielu bije w dzwony kościelne, aby tylko nie usłyszeć głosu dzwonu swojego sumienia.

Nie jedz aby się nasycić, jedz, aby powstrzymać głód, człowiek wie bowiem, kiedy nie jest już głodny, nie wie zaś, kiedy jest zaspokojony. Człowiek nigdy nie jest zaspokojony. Smak czystości jest bardziej rozkoszny niż smak seksualnej przyjemności. To nie wino czyni człowieka pijanym, lecz sam człowiek, który się upija.

Bóg stworzył nas, abyśmy osiągnęli cel naszej egzystencji. Przyjrzyj się stworzeniom tego świata, każde wypełnia swój obowiązek z największą starannością i spokojem. Nawet najbardziej udręczony człowiek na ziemi jest szczęśliwszy od grzesznika. W dniu sądu grzesznik nie tak bardzo będzie bał się surowego sądu Boga, jak bardzo będzie żałował, że nie odpowiedział na Jego nieskończoną Miłość. Ta ogromna miłość stworzyła świat i obdarza życiem. Miłość jest jedynym skarbem, jaki możemy gromadzić na tym świecie i zabrać ze sobą na tamten świat.

Weź Krzyż Chrystusa i idź Jego śladem, a Maryja będzie ci towarzyszyć, tak jak swojemu Synowi. Z każdą bolesną raną, powiedz sobie: „W ranach Chrystusa!” Za każdym razem, gdy odczujesz ból, zawołaj: „W Twojej męce, o Chryste!” Zawsze, gdy będziesz oskarżany, prześladowany i obrażany, mów: „Na Twoją chwalę, o Panie!”

Twoja słabość jest po to, abyś ją pokonał, a nie po to, żebyś miał kolejną wymówkę. Kiedy weźmiesz na ramiona Krzyż Chrystusa, nie ugniesz się pod ciężarem bólu czy zmęczenia, będziesz kroczył z pewnością, cierpliwością, w milczeniu. Po dotarciu do Bramy, radość z przejścia przez jej próg przewyższy ból i zmęczenie wędrówki. Szczęśliwy z dotarcia do celu, zapomnisz o cierpieniu.

Módl się, aby zatwardziałe serca zmiękły, zaciemnione umysły otwarły się, a katastrofy i tragedie ustały. Nie bój się, gdyż na końcu powstanie światłość Chrystusa, zajaśnieje znak Krzyża i Kościół będzie promieniował światłem. Wytrwaj w wierze w Chrystusa i nie trwóż się, złóż swoją ufność w Bogu Zmartwychwstania i Życia. Nadchodzi Jego chwała.

Źródło: Św. Charbel. Orędzia z Nieba, wyd. AA, Kraków 2013

Posted in Religia, Święci obok nas | Leave a Comment »

Loretto pod Wyszkowem

Posted by tadeo w dniu 28 lipca 2020

To było dawno temu. Dokładnie w 1928 r. Ówczesny proboszcz parafii MB Loretańskiej przy kościele św. Floriana w Warszawie ks. Ignacy Kłopotowski, dziś już błogosławiony, odkupił od Antoniego Ziatkowskiego jego majątek. Obszar obejmował pola, łąki, troszkę lasu. Poza kapłanem prawdopodobnie mało kto spodziewał się, że miejsce to w ciągu kilku lat miejsce w środku Puszczy Kamienieckiej stanie się żywo pulsującym ośrodkiem duszpasterskim. Dynamiczny rozwój przerwał wybuch II wojny światowej. Mowa o polskim Loretto. Miejscu, gdzie bohaterskie siostry loretanki, pomimo przeciwności, były i nadal są na posterunku. Usłyszymy m.in. o dzieciach przybywających do Loretto na letnie kolonie. O wojennych rannych. O pomocy, na jaką mogli tu liczyć żołnierze Armii Krajowej. O żywności dla harcerzy działających w pobliskich lasach. A także o tym, jakie Loretto jest dzisiaj. W najbliższej odsłonie programu Stefan Czerniecki odwiedzi podwyszkowskie Loretto próbując uchwycić fenomen tego miejsca.

Przeczytaj także:

Pielgrzymka rowerowa do Loretto i Prostyni

Polskie Loretto

Posted in Filmy dokumentalne, Filmy religijne, Religia | Leave a Comment »

Diabeł mieszał, dzieło powstało

Posted by tadeo w dniu 28 lipca 2020

Wszystko zaczęło się w kwietniu 1936 r. w Walendowie. A właściwie jeszcze wcześniej – od pierwszego objawienia się Pana Jezusa s. Faustynie, co wpisało ją w Dzieło Bożego Miłosierdzia.

Niedziela Ogólnopolska 28/2011, str. 34-35

 Margita Kotas

Moment zatwierdzenia Stowarzyszenia Misjonarzy Jezusa Miłosiernego przez bp. Marcjana Trofimiaka, ordynariusza diecezji łuckiej na Ukrainie, 8 maja 2009 r. Od prawej strony: ks. dr Grzegorz Bliźniak – założyciel SMJM, bp Marcjan Trofimiak, ks. kan.

Pan Jezus stopniowo przekazywał s. Faustynie i egzekwował swoje polecenia. Wśród nich były te dotyczące obrazu, święta i powołania zgromadzenia żeńskiego, o czym można odnaleźć informacje w „Dzienniczku” s. Faustyny – opowiada ks. dr Grzegorz Bliźniak, założyciel Stowarzyszenia Misjonarzy Jezusa Miłosiernego. – Zawsze mnie interesowało, dlaczego Pan Jezus nic nie mówił na temat zgromadzenia męskiego.
Temat ten zajmował go do tego stopnia, że kiedy w 1992 r. został już księdzem, zaczął szukać odpowiedzi na to pytanie. Znalazł ją u Sióstr Jezusa Miłosiernego w Myśliborzu, w zgromadzeniu założonym przez bł. ks. Sopoćkę w odpowiedzi na żądanie skierowane do s. Faustyny. Matka Generalna pokazała mu list św. s. Faustyny do ks. Michała Sopoćki z kwietnia 1936 r., w którym s. Faustyna napisała, że Pan Jezus pragnie, aby było również męskie zgromadzenie. Potem były kolejne listy z uporczywymi prośbami, by się tym zajął.

Sztafeta założycielska z przeszkodami

Ks. Sopoćko podjął to wyzwanie po śmierci s. Faustyny. Mimo starań, każda z prób założenia zgromadzenia kończyła się fiaskiem, nawet wówczas, kiedy zgłosili się już kandydaci. Przyczyna niepowodzeń tkwiła najprawdopodobniej w fakcie, że nabożeństwo do Bożego Miłosierdzia było wówczas „prześladowane”, jako sprawa w tamtych czasach niepewna. Gdy ks. Sopoćko był już chory, na początku lat 70. XX wieku zaczął szukać kogoś, komu mógłby tę sprawę przekazać. Niemal na łożu śmierci znalazł następcę – ks. prał. Zygmunta Chodosowskiego, swego ucznia z seminarium białostockiego. Ten kilka lat po śmierci ks. Sopoćki podjął dzieło. Były lata 80. Ks. Chodosowski zaczął szukać możliwości. Zgłosiło się do niego kilku księży, zaczęli się spotykać, modlić, odprawiać Godzinę Miłosierdzia. Sytuacja jednak się powtórzyła – nie udało się zatwierdzić zgromadzenia. Kiedy przyszły lata 90., po przejściu na emeryturę ks. Zygmunt wyjechał na Białoruś i tam w Witebsku i Mińsku głosił Boże Miłosierdzie, jednak ciągle myślał o założeniu zgromadzenia. Myśl ta towarzyszyła także ks. Grzegorzowi Bliźniakowi i wkrótce drogi obu kapłanów opatrznościowo skrzyżowały się. – Kiedy ja, po wielu latach pracy w Rosji i we Włoszech, wróciłem w 2004 r. do Polski – opowiada ks. Bliźniak – ta myśl tak mnie „prześladowała”, że nie mogłem sobie poradzić. To właśnie wówczas ks. Grzegorz znalazł wspomniane już potwierdzenie u sióstr Jezusa Miłosiernego. Wkrótce zadzwonił do niego ks. Zygmunt Chodosowski i doszło do spotkania obu kapłanów. Ks. Zygmunt był już wówczas ciężko chory na raka. Starania o założenie zgromadzenia podjął ks. Grzegorz. Rozpoczęło się poszukiwanie biskupa, który mógłby zatwierdzić nowe zgromadzenie. Sprawa nie była jednak prosta. Czas płynął i wkrótce okazało się, że stanie się tak, jak to przewidział przed śmiercią ks. Chodosowski: „Jeśli zgromadzenie to powstanie, to nie w Polsce”. W Polsce bowiem diabeł przeszkadzał. Niezwykle otwarty na sprawę był abp Stanisław Nowak z Częstochowy. – Kiedy spotkaliśmy się, powiedział, że zgromadzenie trzeba założyć, bo to Boża sprawa. Niestety, nie miał dla nas żadnej siedziby – dzieli się ks. Bliźniak.

Mocne przesłanie Papieża Miłosierdzia

Kiedy ks. Grzegorz, wraz ze swoim przyjacielem – ks. Mirosławem Kęską, zaczął zakładać zgromadzenie, napisał list do papieża Jana Pawła II, na ręce ówczesnego abp. Dziwisza, z pytaniem, czy Kościół potrzebuje takiej wspólnoty. Był rok 2005, Papież leżał ciężko chory w poliklinice Gemelli. Odpowiedź nie przychodziła.
Ks. Grzegorz wraz z ks. Mirosławem wybrali się zatem do Rzymu. Był luty. Chodzili codziennie do polikliniki Gemelli, by w szpitalnej kaplicy odmawiać Koronkę o godz. 15, modlić się za Papieża i o jakiś znak. Nic znaczącego jednak nie wydarzyło się, księża wrócili więc do Polski. – I Papież umiera po pierwszych Nieszporach Niedzieli Bożego Miłosierdzia. I to jest znak, na który czekaliśmy – wspomina ks. Grzegorz. – Śmierć Papieża w wigilię Niedzieli Bożego Miłosierdzia była duchowym „powerem”, którego dostaliśmy. Przypomniało nam się wtedy, co Papież powiedział podczas ostatniej pielgrzymki do Ojczyzny, na Błoniach Krakowskich: „Zostawiam Wam swój duchowy testament: Bądźcie apostołami Bożego Miłosierdzia”.

Z Toskanii na Wołyń – z orędziem Miłosierdzia

W 2008 r. organizowany był we Włoszech I Światowy Kongres Bożego Miłosierdzia. Ks. Grzegorz wybrał się na Kongres. Tam poznał biskupa z Toskanii – Eugenio Bininiego z Massa-Carrara, który, zapoznawszy się z ideą, zaprosił powstające dzieło do siebie. Okazało się, że w parafii, do której zaprosił księży, za przyczyną nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia zdarzył się cud. Biskup uznał, że to miejsce będzie doskonałe dla nowej wspólnoty. Do Włoch wyjechali dwaj księża i kleryk. – Kiedy jednak dotarliśmy do wyznaczonej włoskiej parafii, biskup rozchorował się bardzo poważnie. Diabeł wciąż nam przeszkadzał – dzieli się z „Niedzielą” ks. Bliźniak. – Przez rok mieszkaliśmy w walącym się domu, kiedy padał deszcz, lało się nam na głowę. Dzieło się nie rozwijało, nie miało perspektyw. Księża zaczęli odprawiać nowenny do Bożego Miłosierdzia, jedną po drugiej. Przy którejś ks. Grzegorz usłyszał głos wewnętrzny: „Jedź do Łucka na Ukrainie”. – Zadzwoniłem do bp. Marcjana Trofimiaka z Łucka i usłyszałem: „Ja na was czekam” – wspomina ks. Grzegorz. – Kiedy przybyłem na Ukrainę w maju 2009 r., Ksiądz Biskup od razu podpisał nasze konstytucje i powiedział, że nie można czekać z zatwierdzeniem tego dzieła, bo diabeł znowu będzie przeszkadzać. 8 maja 2009 r. w Łucku na Wołyniu zgromadzenie zostało ostatecznie kanonicznie zatwierdzone przez Biskupa Diecezji Łuckiej pod nazwą Stowarzyszenie Misjonarzy Jezusa Miłosiernego. Ksiądz Biskup dał jako siedzibę Stowarzyszeniu położony w Kiwercach, 14 km od Łucka, kościół, a przy nim niewielki, przedwojenny drewniany domek, obłożony cegłą. Bp Marcjan Trofimiak stał się dla Misjonarzy Jezusa Miłosiernego narzędziem Bożej Opatrzności oraz – jak mówi ks. Grzegorz – największym przyjacielem popierającym nowe dzieło w każdej sprawie.

Wy macie się nazywać „misericordianie”

Kiedy zgromadzenie zostało zatwierdzone, zaczęli się zgłaszać kandydaci. – Wiedzieliśmy, że mając dom tylko na Ukrainie, będziemy się słabo rozwijać jako zgromadzenie – dzieli się ks. Grzegorz. – Potrzebne są powołania, a te, jeśli będą, to najszybciej z Polski, a potem seminarzystów trzeba gdzieś kształcić, na Ukrainie byłoby to bardzo trudne, tym bardziej że wszyscy kandydaci byli z Polski. Ksiądz Założyciel przyjechał pomodlić się na Jasną Górę i zastanowić się, co dalej robić, gdzie i za co kształcić tych seminarzystów. Nie było pieniędzy – ledwie starczały na życie i remont domu. Z tą troską ks. Grzegorz udał się do abp. Stanisława Nowaka. I Ksiądz Arcybiskup odpowiedział sercem – przyjął kleryków do seminarium częstochowskiego. Wypowiedział wówczas słowa, które brzmiały jak życzenie: „Wy macie się nazywać «misericordianie»”.

Dom w miejscu przekreślonego miłosierdzia

Po założeniu domu na Ukrainie Księża Misjonarze zaczęli szukać możliwości, by założyć dom w Polsce. I tu z pomocą przyszedł biskup bielsko-żywiecki Tadeusz Rakoczy, który przyjął nowe zgromadzenie z otwartymi ramionami i ofiarował dom w Oświęcimiu, który obecnie jest remontowany. – To symboliczne miejsce. Właśnie tu, w Oświęcimiu, niedaleko obozu, w miejscu, gdzie jakby miłosierdzie zostało przekreślone, będziemy mieli swój dom. Z założenia będzie to dom nowicjacki, ale także dom modlitwy i pokuty, wynagradzania Panu Bogu za straszne grzechy, jakie zostały popełnione w obozie, i błagania o miłosierdzie dla świata.

Misjonarskie zadanie do końca świata

Zadaniem Stowarzyszenia Misjonarzy Jezusa Miłosiernego jest nie tylko rozszerzanie nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia, ale przede wszystkim głoszenie światu orędzia Bożego Miłosierdzia – mówi ks. Grzegorz. – Miarą Bożego Miłosierdzia, ujmując to najprościej, jest nasze serce. Naszym wielkim zadaniem jest mówić ludziom o tym, otwierać ich na tę tajemnicę, by żyli tajemnicą Bożego Miłosierdzia, okazywali sobie nawzajem miłosierdzie. Miłosierdzie okazane przez nas innym będzie miarą miłosierdzia, jakie okaże nam Bóg.
Orędzie Bożego Miłosierdzia ma budzić w sercach ludzkich ufność w nieskończoną dobroć i miłość Boga do każdego człowieka. – To jest najważniejsze, chociaż i rozszerzanie samego nabożeństwa jest bardzo ważne, bo wielu ludzi nie wie jeszcze, jak odmawiać Koronkę i nie zna innych form nabożeństwa objawionego przecież przez samego Pana Jezusa. Często ludzie stawiają to nabożeństwo na równi z innymi, a to jest, jak powiedział Pan Jezus do s. Faustyny: „ostatnia deska ratunku dla świata” (Dz.998), a więc nabożeństwo wyjątkowe i jedyne – podkreśla ks. Grzegorz. – Głoszenie orędzia Bożego Miłosierdzia to jest zadanie do końca świata.
Znamienne jest to, że ksiądz zapalony do Bożego Miłosierdzia, potrafi pociągnąć za sobą parafię, sprawić, że ludzie się zmieniają, bowiem Boże Miłosierdzie otwiera ludzi, leczy ich rany. Nabożeństwo do Bożego Miłosierdzia jest także wielką szansą dla osobistej duchowości kapłańskiej, sprawia, że kapłan staje się mocniejszy duchowo, jego kapłaństwo staje się bardziej wyraziste, gorliwe. To niezwykle ważne w czasach ataków na Kościół i kapłanów.

Ile, kiedy i gdzie potrzeba

Do najważniejszych zadań zapisanych w konstytucjach Stowarzyszenia Misjonarzy Jezusa Miłosiernego należą spowiednictwo i kierownictwo duchowe. – W czasach, gdy księżom często brak czasu i cierpliwości, a ludziom potrzeba spowiednika, który cierpliwie by ich wysłuchał, naszym charyzmatem jest spowiadać: ile potrzeba, kiedy potrzeba i gdzie potrzeba – podkreśla wagę jednego z zadań ks. Grzegorz. Konfesjonał to trybunał Bożego Miłosierdzia – jak mówiła s. Faustyna. Księża głoszą także rekolekcje i misje o Bożym Miłosierdziu, rozpowszechniając duchowość Bożego Miłosierdzia. Ich owocem są spowiedzi z całego życia, nawrócenia i powstające w parafiach grupy modlitewne.
Bardzo ważnym elementem w życiu Stowarzyszenia jest modlitwa. Codziennie o godz. 15 odprawiana jest Droga Krzyżowa, a po niej Koronka do Bożego Miłosierdzia. – Rozważamy Mękę i Śmierć Chrystusa, pocieszamy Boskie Serce Jezusa w Najświętszym Sakramencie, rozważamy smutek i opuszczenie Chrystusa w chwili konania, tak jak Jezus prosił o to s. Faustynę. – Często ludzie traktują Koronkę w sposób magiczny, co mnie przeraża – mówi ks. Grzegorz. – Dlatego staramy się tę pełną Godzinę Miłosierdzia przeżywać w sposób duchowy.

Boże Miłosierdzie jest dla takich

Jednym z marzeń ks. Grzegorza Bliźniaka jest założenie domu rekolekcyjnego, gdzie można by zapraszać ludzi chorych duchowo, ludzi, którzy popadli w rozpacz, utracili ufność w Boże Miłosierdzie, którzy cierpią duchowo. – Pan Jezus w tajemnicy swojego Miłosierdzia szuka właśnie takich ludzi, niekiedy bardzo połamanych i zagubionych. „Im większa nędza, tym ma większe prawo do mojego Miłosierdzia” (Dz.1182) – mówił do s. Faustyny. Dlatego marzy mi się taki dom, gdzie ci ludzie mogliby przyjechać i pobyć. Nieraz ci całkiem zbuntowani, pokiereszowani duchowo, cierpiący z samotności, skłóceni z Panem Bogiem, a może z księdzem jednym czy drugim. Boże Miłosierdzie jest dla takich – podkreśla ks. Grzegorz. – Dla nich byłby ten dom – dom ulgi w duchowym cierpieniu.

Dla Boga nie ma nic niemożliwego

Obecnie w Stowarzyszeniu Misjonarzy Jezusa Miłosiernego jest 3 kapłanów i 2 diakonów. Trzej seminarzyści Stowarzyszenia studiują w WSD w Częstochowie. Do nowicjatu w tym roku zgłosiło się kilku kandydatów. Dwa lata temu, tuż po zatwierdzeniu wspólnoty, w katedrze w Łucku został wyświęcony pierwszy ksiądz dla zgromadzenia – ks. Jakub Małysa (seminarium ukończył we Włoszech w Massa-Carrara). Dwóch kolejnych diakonów zostało wyświęconych 14 maja br. w kaplicy Sióstr Karmelitanek Bosych w Oświęcimiu przez bp. Marcjana Trofimiaka z Łucka.
Ksiądz Założyciel wspomina wypowiedziane przed śmiercią do ks. Zygmunta Chodosowskiego słowa ks. Michała Sopoćki: „Misjonarze Bożego Miłosierdzia pójdą na cały świat”. – Kiedy rozważam te słowa, myślę sobie, jak i kiedy to będzie, jest nas przecież na razie tak niewielu. Ja już pewnie tego nie dożyję, chociaż dla Boga nie ma nic niemożliwego, i często sam do siebie mówię: UFAJ, człowieku małej wiary.

https://www.niedziela.pl/artykul/95369/nd/Diabel-mieszal-dzielo-powstalo

Posted in Miłosierdzie Boże, Św. Faustyna | Leave a Comment »

Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz

Posted by tadeo w dniu 24 lipca 2020

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Szarbel.jpg

Józef Antoni Machluf urodził się 8 maja 1828 we wsi Bika Kafra położonej w górach północnego Libanu. Wychowany został razem ze swoim starszym rodzeństwem, dwiema siostrami i dwoma braćmi w katolickiej rodzinie obrządku maronickiego. W wieku trzech lat umiera ojciec; matka ponownie wychodzi za mąż za człowieka uczciwego i pobożnego, który był diakonem w Kościele maronickim.

Kościół obrządku maronickiego jest jednym z Kościołów Wschodnich i pozostaje cały czas w unii z Rzymem. Początki tego Kościoła sięgają IV wieku i wiążą się ze świętym Maronem, pustelnikiem żyjącym w górach Taurus. Jego ascetyczne życie zaowocowało tym, że wokół niego zgromadziło się wielu naśladowców oraz wiernych. Broniąc się przed najazdem muzułmanów uciekli oni w góry Libanu gdzie ukrywali się w trudno dostępnych dolinach. Ukrycie było na tyle skuteczne, że reszta Kościoła była przekonana, iż zostali całkowicie wyniszczeni. Dopiero pierwsza wyprawa krzyżówa w roku 1099 odkryła Kościół maronicki dla świata zewnętrznego. W celu zaprzeczenia poglądom, że wyznają herezje monoteletyzmu (pogląd, że Chrystus w swej boskiej i ludzkiej naturze kierował się jedną wolą) składają przysięgę katolickiemu patriarsze Antiochii – Aimerowi z Limogenes.

Józef Antoni w wieku lat 14 odczuwa powołanie do życia zakonnego. W wieku 23 lat zgłasza się do klasztoru w Maifug. Odbywa postulat i pierwszy rok nowicjatu, po którym dostaje przeniesienie do klasztoru w miejscowości Annaya. W klasztorze przybiera imię Szarbel – na pamiątkę męczennika z 107 roku. W 1859 roku kończy studia w klasztorze w Kafifan i otrzymuje święcenia kapłańskie. Przez następne 16 lat przebywa w swoim klasztorze w Annaya. W roku 1875, za pozwoleniem swoich przełożonych udaje się do górskiej samotni, gdzie spędza 23 lata życia, wypełnione pracą, umartwieniami ciała, milczeniem oraz kontemplacją Najświętszego Sakramentu. Cela, w której mieszkał miała 6 metrów kwadratowych, o. Szarbel nosił zawsze włosiennicę, spał pięć godzin na dobę, jadł raz dziennie bardzo skromne potrawy bezmięsne. Łóżkiem jego był tylko siennik wypełniony dębowymi liśćmi pokryty kozią skórą, za „poduszkę” służył mu kawałek drewna owinięty postrzępioną sutanną. Często kładł się na gołej ziemi. Samotnia, w której przebywał św. Szarbel była położona w górach na wysokości 1300 m npm.

16 grudnia 1898 roku dostaje udaru mózgu w trakcie odprawiania Mszy świętej. Umiera w wigilię Bożego Narodzenia tego samego roku.

Jego współbracia zakonni już za jego życia uważali go za świętego. Jego modlitwa miała bardzo dużą skuteczność. W 1885 roku uprawy okolicznych rolników niszczyła plaga szarańczy, modlitwa zakonnika, i pokropienie święconą wodą, sprawiło, że owady odleciały a plony zostały ocalone.

Oznaki wybraństwa nastąpiły zaraz po jego śmierci. Następnego dnia po pogrzebie, grób jego był, przez 45 dni otoczony tajemniczym światłem widocznym w najbliższej okolicy. Kiedy po paru miesiącach otwarto grób, okazało się, że jego ciało nie uległo najmniejszemu rozkładowi, zachowując plastyczność żywego człowieka. Oprócz tego ciało wydzielało swoistą, tajemniczą ciecz. Substancja ta nazywana jest „olejem św. Szarbela” i wraz z modlitwą i żywą wiarą uzdrawia z nieuleczalnych chorób i przypadłości. W 1927 roku ciało jego zostało poddane drobiazgowemu badaniu przez komisję kościelną, na czele której stało dwóch lekarzy z Francuskiego Instytutu Medycyny. Następnie ciało zostało umieszczone w nowej metolowej trumnie i zamurowane w grobowcu w niszy kaplicy. W 1950 roku stwierdzono, że tajemnicza ciecz wydobywa się z kamiennego grobowca. Po otwarciu grobowca stwierdzono, że ciało nadal zachowuje elastyczność i temperaturę ciała osoby żyjącej.

Dnia 5 grudnia 1965 roku, ojciec święty Paweł VI beatyfikował ojca Szarbela Machlufa, a 9 października 1977 roku został on kanonizowany. Od tego czasu ustało wydzielanie się tajemniczej cieczy, a ciało świętego zaczęło ulegać rozkładowi. Szacowane jest, że z ciała maronickiego zakonnika uwolniło się ok. 100 litrów tajemniczej cieczy.

Nikt nie sfotografował o. Szarbela, i nie namalował jego portretu. 8 maja 1950 roku kilku misjonarzy maronitów zrobiło sobie grupowe zdjęcie przed grobem świętego pustelnika. Po wywołaniu fotografii, okazało się, że jest na niej jeszcze jedna postać – tajemniczy mnich. Starsi maroniccy zakonnicy rozpoznali w tej postaci o. Szarbela. Na podstawie tej fotografii malowane są portrety świętego pustelnika.

W miejscowości Ananya znajduje się sanktuarium św. Szarbela a w nim jest obfita dokumentacja zawierająca opisy ponad sześciu tysięcy cudownych uzdrowień za przyczyną świętego z Libanu. Wśród nich znajdują się nie tylko maronici czy katolicy ale są również muzułmanie jak i Żydzi. Libanka, Malake Michel-Malek urodziła się w 1950 roku ze zniekształconymi nogami. Poruszała się tylko za pomocą kul i specjalistycznego aparatu ortopedycznego. Leczenie oraz wielokrotne operację nie przyniosły żadnego skutku. Latem 2004 roku spędziła trzy dni w klasztorze Annayi przy grobie świętego, poszcząc i modląc się. Po powrocie do domu została całkowicie uleczone – nogi jej stały się normalne i mogła swobodnie chodzić. Natychmiast wyruszyła do grobu zakonnika by podziękować za cudowne uzdrowienie.

Nouhad Al.-Chami, sparaliżowana Libanka, której jedynie skomplikowana operacja tętnicy szyjnej mogła pomóc, została cudownie uleczona przez świętego Szarbela. Ślady po tym wydarzeni pozostały na jej szyi i są bardzo widoczne każdego 22 dnia miesiąca, kiedy to ma zlecone dawanie świadectwa o swoim uleczeniu.

Ten maronicki święty do końca XX wieku był bardzo mało znany. Obecnie, Polacy stanowią drugą co do liczebności grupę pątników odwiedzających grób jego w Annaya.

Wspomnienie świętego Szarbela Machlufa obchodzimy 28 lipca.

http://oczamiduszy.pl/jesli-umrzesz-zanim-umrzesz-to-nie-umrzesz-kiedy-umrzesz/

Posted in Religia, Święci obok nas | Leave a Comment »

Pieśń o domu.

Posted by tadeo w dniu 23 lipca 2020

Kochasz ty dom, rodzinny dom,

Co w letnią noc, skróś srebrnej mgły,

Szumem swych lip wtórzy twym snom,

A ciszą swą koi twe łzy?

Kochasz ty dom, ten stary dach,

Co prawi baśń o dawnych dniach,

Omszałych wrót rodzinny próg,

Co wita cię z cierniowych dróg?

Kochasz ty dom, rzeźwiącą woń

Skoszonych traw i płowych zbóż,

Wilgotnych olch i dzikich róż,

Co głogom kwiat wplatają w skroń?

Kochasz ty dom, ten ciemny bór,

Co szumów swych potężny śpiew

I duchów jęk, i wichrów chór

Przelewa w twą kipiącą krew?

Posted in Wiersze | Leave a Comment »

PYTANIA DO PANA JEZUSA WRAZ Z ODPOWIEDZIAMI – Święta Brygida Szwedzka

Posted by tadeo w dniu 23 lipca 2020

PYTANIA DO PANA JEZUSA WRAZ Z ODPOWIEDZIAMI – Brygida Szwedzka Święta Europejka.
Fragment z książki
„Brygida Szwedzka Święta Europejka” Paola Giovetti,
gdzie podczas jednej z wizji
główna bohaterka widzi drabinę sięgającą do nieba
a u jej szczytu Chrystusa zasiadającego na tronie jako Sędziego.
Wokół Pana Jezusa znajdowali się aniołowie i święci zaś u jego stóp Dziewica Maryja.
Na drabinie znajdował się pewien mnich, który był św. Brygidzie znany,
lecz nie wymieniła jego imienia.
Był to człowiek posiadający ogromną wiedzą i następujące pytania
skierował do Zbawiciela:

*******************************************************************
O Sędzio, stawiam Ci pytanie.
Ty dałeś mi usta:
czy nie powinienem mówić o rzeczach, które sprawiają mi przyjemność?
Ty dałeś mi oczy:
czy nie powinienem patrzeć na rzeczy, które bardzo lubię?
Ty dałeś mi uszy:
dlaczego nie miałbym słuchać dźwięków oraz melodii, które mi się podobają?
Ty dałeś mi ręce:
dlaczego nie miałbym nimi czynić tego, co mi się podoba?
Ty dałeś mi nogi:
dlaczego nie miałbym iść tam, gdzie prowadzą mnie moje pragnienia?

Jezus Chrystus odpowiada:
Ja ci dałem usta w tym celu, ażebyś mówił rozsądnie o rzeczach
użytecznych dla duszy i dla ciała oraz o rzeczach, które są na moją cześć.

Ja ci dałem oczy w tym celu, ażebyś dostrzegał zło i unikał go oraz żebyś widział dobro, i ażeby ono było dla ciebie natchnieniem.

Ja ci dałem uszy, ażebyś słyszał prawdę i żebyś słyszał to, co sprawiedliwe.
Ja ci dałem ręce, ażebyś dzięki nim czynił to, co jest konieczne dla ciała i nie jest szkodliwe dla duszy.

Ja ci dałem nogi, ażebyś oddalił się od miłowania tego świata i żebyś przybliżył się do odpoczynku wiecznego, do miłości twojej duszy oraz do Mnie, twojego Stworzyciela.

Jednak mnich okazuje się jeszcze bardziej dociekliwy i z naciskiem podejmuje te same zagadnienia.
O Sędzio, pytam Cię, dlaczego dałeś mi zmysły cielesne, jeśli w naszym życiu nie powinniśmy żyć jedynie według nich?
Dlaczego dałeś mi ciało i inne pomoce cielesne, jeśli nie chcesz,
ażeby uch używać, żyjąc według nieuporządkowanych pragnień ciała?
Dlaczego dałeś nam wolną wolę, jeżeli nie możemy postępować według naszej woli?

Mnich na te pytania otrzymuje następującą odpowiedź:
Mój przyjacielu,
dałem człowiekowi zmysły i rozum, ażeby człowiek szedł drogą życia i uciekła z drogi śmierci.

Dałem ciało oraz pokarmy niezbędne dla życia cielesnego, ażeby korzystać z nich z umiarem oraz ażeby dusza zdobyła więcej cnoty, nie narażając się na osłabienie i na ucisk z powodu ich zbyt dużej ilości.
Dałem człowiekowi wolną wolę, ażeby zrezygnował ze swojej woli
ze względu na miłość do Mnie, który jestem jego Bogiem,
ażeby w ten sposób miał coraz więcej zasług.

Cały czas, znajdując się w połowie drabiny, mnich stawia Panu coraz to inne pytania, które także dotyczą sytuacji człowieka:

O sędzio, dlaczego poszukiwać Bożej mądrości,
skoro posiadam już mądrość tego świata?
Dlaczego mam płakać, skoro mam w obfitości chwałę i radość tego świata?
Powiedz mi, dlaczego i jak powinienem się radość z cierpień cielesnych.
Dlaczego mam się lękać, skoro mam bardzo dużo siły?
Dlaczego miałbym okazywać posłuszeństwo innym,
skoro posiadam wolę i korzystam z niej dowolnie?

A oto odpowiedzi:
Przyjacielu mój, ten, kto jest sędzią w oczach tego świata,
przede Mną jest ślepy i szalony.
Dlatego, ażeby otrzymać moją mądrość,
koniecznie należy jej szukać w sposób bardzo staranny i z pokorą.

Ten, kto posiada zaszczyty i radość tego świata,
bardzo często doświadcza zdenerwowania i podniecenia z powodu
wielu trosk i popada w rozgoryczenie, które prowadzi do piekła.

Dlatego też, ażeby uniknąć niebezpieczeństwa polegającego na tym,
że możesz oddalić się od spoglądania ku niebu
i że możesz zboczyć ze swej drogi,
jest rzeczą konieczną, ażebyś modlił się i płakał.

Jest rzeczą pożyteczną radować się w cierpieniach i przeciwnościach
a także słabościach cielesnych, ponieważ moje boskie miłosierdzie
jest blisko tych, którzy znoszą takie cierpienia,
skracające drogę do życia wiecznego.

Ci wszyscy, którzy są mocni, są mocni dzięki mojej sile,
ponieważ Ja jestem mocniejszy od nich.
Dlatego też zawsze powinni się lękać, że ich siły zostaną im odebrane.

Ten, kto korzysta z wolnej woli, ma okazywać bojaźń
i zrozumieć, że

nic nie prowadzi łatwiej do potępienia wiecznego,
jak właśnie własna wola, której brak przewodnika.

Ten, kto rezygnuje z własnej woli i składa ją w moje ręce,
który jestem jego Bogiem, bardzo łatwo osiągnie niebo.

Wreszcie mnich stawia bardzo ludzie pytania:
Dlaczego zezwalasz, ażeby ciało cierpiało?

Na to pytanie mnich otrzymuje następującą odpowiedź:
Słabość daje się we znaki ciału w tym celu,
ażeby człowiek był bardzo uważny na zachowanie w sobie samym,
właśnie poprzez cierpienie i panowanie nad ciałem,
umiaru duchowego i cierpliwości,
która często narażona jest na niebezpieczeństwo
z powodu wady, jaką jest niestałość,
oraz z powodu przywiązania do rzeczy zbędnych.

Zło, cierpienie, śmierć należą do tych tematów,
które bardzo często powracają i zajmują bardzo dużo miejsca w pytaniach,
które stawia mnich.
Zresztą chodzi tutaj o największe i najbardziej odczuwane przez wszystkich ludzi tajemnice ludzkiej egzystencji.
W tym kontekście warto zauważyć, że mnich w widzeniu św. Brygidy stawia też bardzo szczegółowe pytania:

Dlaczego dokuczająca ciału dżuma, głód i inne nieszczęścia?
Dlaczego śmierć przybywa wtedy,
kiedy człowiek najmniej się jej spodziewa?
Dlaczego przychodzi ona tak szybko, że tylko niekiedy udaje się ją przewidzieć?

Nie zwlekając, Sędzia udzielił odpowiedzi, robiąc to z cierpliwością, a nawet z pobłażliwością dla mnicha:

W prawie zostało napisane, że ten, kto ukradnie,
będzie musiał oddać więcej, aniżeli ukradł.

Wciąż jeszcze ludzie niewdzięczni otrzymują moje dary
oraz nadużywają ich, rzeczywiście nie oddają Mi czci,
tak jak należy to robić.

Z tego powodu dopuszczam cierpienia cielesne,
ażeby dusza się zbawiła w odpowiedni sposób.

Niekiedy karzę danego człowieka w tych rzeczach, które tenże człowiek
najbardziej miłuje, tak, ażeby ten, kto nie chciał uznać Mnie w radości,
uznał Mnie w swoim smutku.

Pytasz mnie dlaczego śmierć przychodzi niespodziewanie.

Jeśli człowiek wiedziałbym, którego dnia umrze,
to człowiek służyłyby Mi powodowany strachem
lub też popadłby w rozpacz.

Ażeby człowiek służy Mi powodowany duchem miłości,
ażeby zawsze troszczył się należycie o siebie samego
i ażeby miał pewność we Mnie,
oto dlaczego godzina śmierci jest niepewna.

Tak jest słusznie, ponieważ człowiek porzucił to,
co jest prawdziwe i to, co jest pewne;
stało się więc rzeczą konieczną i słuszną, ażeby człowiek doznawał utrapień z powodu tego, co nie jest pewne.

Mnich ma jeszcze dużo pytań, które chciałby postawić Panu.
Oto dla przykładu:
Dlaczego nie okażesz swojej chwały ludziom na tym świecie, tak,
ażeby już teraz, kiedy żyją, pragnęli Ciebie z większą gorliwością?

Dlaczego aniołowie i święci, którzy są szlachetniejsi i bardziej
wzniośli niż stworzenia śmiertelne, nie mogą być widziani
przez ludzi w życiu doczesnym?

Skoro kary piekielne są straszliwe i z niczym nieporównywalne,
to dlaczego nie ukazujesz ich ludziom na ziemi, tak, ażeby mogli ich uniknąć?

A oto odpowiedzi:

Nie da się powiedzieć wszystkiego o mojej chwale,
z niczym nieporównywalnej.
Gdyby więc moja chwała była widziana taką, jaka ona jest,
to ciała ludzi, które przecież podlegają zepsuciu,
rozpadłyby się;
To samo by się stało ze zmysłami tych, którzy by widzieli
moją chwałę na górze.

Ich chciała by się rozpadły także z powodu zbyt wielkiej radości,
jaka stałaby się doświadczeniem ich duszy
i nie mogliby już więcej posługiwać się swoimi ciałami.

Tak więc, ponieważ nie można wejść do nieba,
jeśli się nie pełni uczynków miłości,
moja chwała pozostaje dla ludzi ukryta przez pewien czas,
ażeby poprzez pragnienie i poprzez wiarę mogli następnie widzieć ją
w sposób tak obfity i z takim szczęściem, jak nigdy nie było przedtem.

Dlaczego nie widzi się świętych na tym miejscu, gdzie oni się znajdują?
Gdyby się moich świętych dostrzegało w sposób oczywisty,
gdyby oni mówili w sposób oczywisty,
to otrzymaliby tu należną cześć.

Wiara jednak straciłaby swoje zasługi, a słabość ciała nie byłaby w stanie znieść ich wspaniałości. Zresztą, moja sprawiedliwość nie chce, ażeby tak wielka światłość była dostrzegana przez tak wielką kruchość.

Zadajesz jeszcze pytanie, dlaczego kar piekielnych nie widzi się teraz.

Gdyby kary piekielne widziało się teraz takimi,
jakimi rzeczywiście są, człowiek przestraszyłby się
i szukałby w takiej sytuacji nieba
nie z powodu ducha miłości, lecz ze strachu
.

A ponieważ nikt nie powinien pragnąć chwały niebieskiej
ze strachu przed karami,

ale powinien to czynić ze względu na miłość Bożą,
dlatego też ukrywam przed ludźmi kary, jakie spadają na potępionych.

Podobnie jak dobrzy i święci nie mogą smakować tej niewypowiedzianej
radości, zanim przyjdzie oddzielenie duszy od ciała,
tak też i źli nie mogą poznać straszliwych kar przed swoją śmiercią;
jednak kiedy ich dusza oddzieli się od ciała, doświadczą oni cierpień poprzez odczucia, których nie chcieli zrozumieć w swoim duchu wtedy, kiedy mogli to zrobić dzięki mojej łasce.

Mnich, będąc cały czas na drabinie, porusza następnie zagadnienia o charakterze jak najbardziej duchowym, zagadnienia dotyczące Maryi Panny i aniołów.

Stawia też bardzo trudne pytania, jakie powstają na gruncie porównania
sytuacji aniołów i sytuacji ludzi:

O Sędzio,
dlaczego w taki różny sposób rozdzielasz swoje dary i swoje łaski,
a szczególnie umiłowałeś i wybrałeś świętą Maryję Pannę,
wynosząc Ją ponad wszelkie stworzenia,
wywyższając Ją ponad wszystkich aniołów?

Dlaczego dałeś aniołom ducha, ale nie dałeś ciała
i dlaczego przeznaczyłeś ich do chwały niebieskiej?

Dlaczego dałeś człowiekowi gliniane naczynie i dałeś mu ducha,
zobowiązałeś go do życia w trudzie i w cierpieniach,
a także do tego, ażeby wśród bólu umarł?

Na te pytania Pan odpowiada w sposób bardzo uroczysty:

Przyjacielu, Ja w swojej boskości od całej wieczności znam rzeczy przyszłe,
te, które się już zdarzyły, jak i te, które dopiero mają mieć miejsce;
dlatego też tak jak przewidziałem upadek człowieka,
tak też moja sprawiedliwość zezwoliła na ten upadek,
jednak ten upadek nie był chciany przez Boga(…).

Podobnie też moje miłosierdzie od całej wieczności przewidziało konieczność uratowania człowieka.

Ty pytasz, dlaczego tak wyróżniłem i wyniosłem ponad wszystko Matkę Bożą
i dlaczego umiłowałem Ją ponad wszystkie inne stworzenia.

Stało się tak, ponieważ w Niej znalazłem znak prawdziwej cnoty.
Rzeczywiście, tak, jak ogień zapala się szybko wtedy,
kiedy drewno jest odpowiednie,
tak też ogień mojej miłości najbardziej rozpalił się w mojej Matce,
ponieważ Ona była najbardziej na to gotowa.

Ponieważ, kiedy miłość Boża, która z siebie samej jest wieczna
i niezmienna, zaczęła się objawiać i płonąć,
kiedy Ja się stałem człowiekiem, będąc Bogiem,

nie istniało żadne inne stworzenie bardziej odpowiednie i bardziej zdolne przyjąć płomień mojej miłości niż Najświętsza Panna.
Nikt nie miał w sobie tyle miłości, co Ona.

I chociaż Jej miłość objawiła się przy końcu czasów,
to jednak bynajmniej nie była Mi ona mniej znana od całej wieczności,
przed początkiem wszystkich czasów.
I w konsekwencji od całej wieczności była Ona przewidziana na sposób Boski.

Rzeczywiście, podobnie jak nikt Jej nie dorównuje w miłości,
tak też Ona nie ma sobie równych,
jeśli chodzi o łaskę i o błogosławieństwo.

Następnie mnich kieruje inne pytanie bezpośrednio dotyczące Jezusa:

Skoro zostałeś poczęty bez grzechu i skoro urodziłeś się nieobciążony jakimkolwiek grzechem, to dlaczego chciałeś zostać ochrzczony?

Pan odpowiedział mnichowi:
Jest rzeczą konieczną, ażeby ten, kto chce otworzyć nową drogę,
sam ją zapoczątkował.

Niegdyś została dana ludowi droga cielesna, obrzezanie, na znak posłuszeństwa
i na znak oczyszczenia.
Ta droga w rzeczywistości miała swoje źródło w przyszłej łasce
oraz w obietnicy danej wiernym, którzy zachowywali prawo,
zanim przyszła obiecana prawda, to znaczy Jezus Chrystus.

Kiedy jednak przyszła prawda i skoro prawo było jedynie cieniem, zgodnie z postanowieniem powziętym od samej wieczności, stara droga została wycofana(…).

Ażeby więc prawda się ukazała, ażeby cień się usunął,
ażeby się objawiła skuteczniejsza droga dostępu do nieba,
z tego powodu Ja, który jestem Bogiem i jednocześnie człowiekiem,

chciałem przyjąć chrzest z pokory,
ażeby dać przykład dla wielu i ażeby otworzyć niebo wierzącym i wiernym.

Dla ukazania tego po moim chrzcie otworzyło się niebo,
usłyszano głos Ojca,
a Duch Święty ukazał się pod postacią gołębicy.

Ja, który jestem Synem Bożym, ukazałem, że jestem prawdziwym Bogiem
i prawdziwym człowiekiem,
ażeby to wiedziano i w to wierzono, że Ojciec niebieski
otwiera niebo ochrzczonym i wiernym.

To Duch Święty jest tym, który udziela chrztu. (…)
Ja, który jestem prawdą, rozproszyłem ciemności.

Skorupa starego prawa została zdjęta, ukazało się jądro,
obrzezanie zostało zniesione,
a chrzest został potwierdzony we Mnie,
ażeby niebo było otwarte dla wielkich oraz dla maluczkich
i ażeby synowie gniewu stali się synami łaski i życia wiecznego.

Mnich nalega i stawia pytanie,
które ludzie zadają sobie od dwóch tysięcy lat:

O Sędzio, pytam Cię, ponieważ jesteś Bogiem i człowiekiem,
dlaczego nie objawiłeś swojej boskości tak,
jak objawiłeś swoją naturę ludzką, ażeby wszyscy uwierzyli w Ciebie?

Sędzie tak odpowiedział mnichowi na to pytanie:

O mój przyjacielu, odpowiem ci, żeby wszyscy poznali przewrotność twoich myśli. (…)

Skoro Bóg na cokolwiek zezwala, to ma jakiś powód;
dam ci więc odpowiedź nie na sposób ludzki,
ponieważ rozmawiamy o rzeczach natury duchowej,
opowiem ci za pomocą porównań, tak, ażeby moja odpowiedź była zrozumiała.

Stawiasz Mi zatem pytanie, dlaczego nie objawiłem mojej boskości tak,
jak objawiłem moją naturę ludzką.
Ja odpowiadam:

Moja natura boska ma charakter duchowy,
natomiast moja natura ludzka ma charakter cielesny.
Jednak moja natura boska i moja natura ludzka są od siebie nieodłączne.

Moja natura boska jest niestworzona
i wszystko, co w niej jest, jest dobrem i doskonałością.

Jeśli więc tak wielkie dobro i tak wielka doskonałość objawiłyby się
niedoskonałemu oku człowieka, to kto byłby w stanie je znieść;

Przecież oko ludzkie nie jest w stanie znieść nawet blasku słońca materialnego? (…)

Są dwa powody, dla których moja natura boska nie objawiła się w sposób zupełnie wyraźny.

Po pierwsze, ze względu na niedoskonałość,
jaka jest właściwa ludziom, którzy nie byliby w stanie znieść jej,

ponieważ oczy ludzkie są z substancji ziemskiej:
jeśli oko cielesne zobaczyłoby to, co boskie, to stopiłoby się tak,
jak topi się wosk przed ogniem;
jeżeli udziałem duszy stałoby się widzenie tego, co boskie,
to ciało rozpłynęłoby się i uległo unicestwieniu jak popiół.

Po drugie,
nie doszło do takiego objawienia także ze względu na moją dobroć i nieustanność tej dobroci.

W samej rzeczy, gdybym ukazał oczom śmiertelnych moją boskość,
która olśniewa w sposób nieporównywalnie większy,
niż to robią słońce i ogień, to działałbym wbrew samemu sobie i temu,
co Ja sam powiedziałem:
człowiek, który Mnie zobaczy, nie może pozostać przy życiu.
Nawet prorocy Mnie nie widzieli;

oni, którzy widzieli górę ognistą na pustyni, mówili:
niech do nas mówi Mojżesz, a my będziemy go słuchali.
Z tego powodu Ja, który jestem miłosierny, ukazałem się człowiekowi
w takiej postaci, ażeby człowiek Mnie lepiej zrozumiał i ażeby się nie przestraszył,
ażeby człowiek był w stanie zobaczyć i usłyszeć, to znaczy w mojej naturze ludzkiej,
która zawiera – jakby przysłoniętą – moją naturę boską.

Ja, który jestem Bogiem i który jako taki nie jestem cielesny,
chciałem, ażeby Mnie usłyszano oraz widziano,
ażeby dzięki mojej naturze ludzkiej stało się to możliwe dla ludzi.(…)

****************************************************************************

Polecane:

♥ O SZTUCE MILCZENIA I MÓWIENIA – Św. Brygida Szwedzka ♥
♥ O SZTUCE MILCZENIA I MÓWIENIA – Św. Brygida Szwedzka ♥

♥ ŚWIETA BRYGIDA – 23 LIPCA ♥
♥ ŚWIETA BRYGIDA – 23 LIPCA ♥

♥ NABOŻEŃSTWO PIĘTNASTU MODLITW ŚW. BRYGIDY ♥
(Tajemnica Szczęścia)

♥ NABOŻEŃSTWO PIĘTNASTU MODLITW ŚW. BRYGIDY czyli Tajemnica Szczęścia
 ♥ Modlitwa 7 Ojcze Nasz i 7 Zdrowaś Maryjo ♥

Posted in Religia, Święci obok nas | Leave a Comment »

Obraz Matki Bożej Kodeńskiej: ukradziony papieżowi, a dziś słynący łaskami

Posted by tadeo w dniu 2 lipca 2020

MATKA BOŻA KODEŃSKAWikipedia | Domena publicznaUdostępnij2kŁukasz Kobeszko | 02/07/2018

2 lipca liturgia Kościoła wspomina Najświętszą Maryję Pannę Kodeńską. Historia tego wizerunku jest niezwykła. Było w niej i uzdrowienie polskiego magnata, i ekskomunika…

Kliknij tutaj, by przejrzeć galerię

Historia wizerunku NMP Kodeńskiej

Historycy nie są pewni, kiedy dokładnie powstał wizerunek maryjny, otaczany dzisiaj w Kodniu czcią nie tylko przez wiernych Kościoła rzymskokatolickiego, ale również grekokatolików i prawosławnych. Najprawdopodobniej jego korzenie tkwią jeszcze w I tysiącleciu chrześcijaństwa.

Według rozpowszechnionej hipotezy ten wizerunek Maryi pochodzi od rzeźby znajdującej się pierwotnie w Konstantynopolu. Przedstawiała ona Bogurodzicę w szatach królewskich, z Dzieciątkiem Jezus na lewej ręce i berłem w prawej dłoni. Ujrzał ją mnich benedyktyński, późniejszy papież Grzegorz Wielki (znany m.in. jako twórca liturgii rzymskiej), pełniący wówczas funkcję posła na dworze cesarskim.

Czytaj także:„Rozmawiałam z Matką Bożą. Była to piękna Pani”. Nasz wywiad z widzącą, której objawiła się w Kibeho Maryja

Gdy został papieżem, postanowił sprowadzić figurę do Rzymu, gdzie zaczęto nazywać ją Matką Bożą Gregoriańską. Niedługo potem papież podarował ją jednemu z biskupów. Figura trafiła do opactwa benedyktyńskiego na Półwyspie Iberyjskim, skąd wywodzi się jej drugi tytuł – Matka Boża z Guadalupe (nie należy go mylić z wizerunkiem Matki Bożej z Meksyku, pochodzącym z XVI w.).

Przed wyjazdem figury do Hiszpanii miał na jej podstawie powstać obraz, namalowany przez mnicha Augustyna, późniejszego arcybiskupa Canterbury. Do XVII wieku znajdował się w prywatnej kaplicy papieskiej na Watykanie, chociaż nie ma stuprocentowej pewności, czy nie była to wierna kopia wizerunku stworzonego przez Augustyna pod koniec VI w.

Ale to jeszcze nie koniec naszej historii. Jak bowiem obraz znalazł się w Polsce?

Galeria zdjęć

Watykański skok księcia Sapiehy

W 1631 roku Wieczne Miasto odwiedził właściciel podlaskiego miasta Kodeń, książę Mikołaj Sapieha. Intencją pielgrzymki była wyleczenie z ciężkiej choroby – postępującego paraliżu.

Papież Urban VIII zaprosił magnata na mszę do swojej kaplicy. Już w trakcie Eucharystii Sapieha został uzdrowiony. Tego samego wieczoru zapragnął przywieźć obraz na rodzinne Podlasie do budowanego w Kodniu kościoła, jednak papież odmówił przekazania wizerunku.

Książę miał nie dać za wygraną. Dużą sumą pieniędzy przekupił papieskiego zakrystiana i w nocy, wraz ze swoim orszakiem dokonał zwyczajnej kradzieży obrazu. I rzucił się do ucieczki.

Oburzony papież, który rankiem zobaczył w ołtarzu puste ramy po obrazie, zarządził pościg za złodziejami. Sapieha okazał się szybszy. W Polsce, z powodu wciąż trwającej budowy świątyni w Kodniu, obraz trafił najpierw na zamek magnata.

Urban VIII ogłosił ekskomunikę polskiego księcia za zuchwałe świętokradztwo. Po kilku latach Sapieha udał się jednak z pielgrzymką pokutną do Rzymu (podobno, aby zyskać względy papieża, na Sejmie sprzeciwił się planowanemu małżeństwu króla Władysława IV Wazy z anglikańską księżną Elżbietą, siostrzenicą Karola I Stuarta).

Papież zdjął karę kościelną z magnata i co więcej… zgodził się na pozostawienie obrazu w Kodniu. Jako wotum dziękczynne za uzdrowienie i powrót do jedności z Kościołem Sapieha wraz z małżonką Anną ufundował wizerunkowi złotą koronę, berło oraz imitację słońca, księżyca i gwiazd.

Gdy wreszcie kodeński kościół pod wezwaniem świętej Anny został wybudowany, magnat umieścił w nim również przywiezione z Rzymu już w „normalnym” trybie relikwie – m.in. fragmenty czaszki św. Feliksa, papieża i męczennika z II w. Przez wieki przy obrazie i relikwiach miały miejsce liczne uzdrowienia i nawrócenia.Czytaj także:Nie tylko Medjugorje! 6 mniej znanych sanktuariów na Bałkanach, które warto odwiedzić

Matka, która jednoczy

Po koronacji obrazu w XVIII wieku kult Matki Bożej Kodeńskiej rozwijał się dynamicznie na wschodnich obszarach Rzeczpospolitej, niewolnych od sporów religijnych. Do wizerunku Bogurodzicy, mimo różnic i konfliktów pielgrzymowali wszyscy: Polacy, Litwini oraz Rusini, wierni rzymskokatoliccy, grekokatolicy i prawosławni.

Tego wspólnego szacunku nie zniszczyły nawet ciężkie okoliczności po powstaniu styczniowym, kiedy władze carskie zadecydowały o przewiezieniu obrazu na Jasną Górę i przejściowym zamienieniu kościoła św. Anny na cerkiew prawosławną.

Obraz powrócił do Kodnia już w czasach Polski międzywojennej, w 1927 roku. W latach siedemdziesiątych XX wieku Paweł VI nadał kościołowi z wizerunkiem tytuł bazyliki mniejszej. Jan Paweł II zatwierdził z kolei tytuł Matki Bożej Kodeńskiej jako Matki Jedności.

Burzliwe losy obrazu Matki Bożej Kodeńskiej ilustrują, jak kręte i skomplikowane drogi prowadzić mogą do pojednania ludzi z Bogiem i pomiędzy sobą.

Przeczytaj także:

Kodeń – Królowa Podlasia

O Naszej Pani Kodeńskiej

Kodeń Sapiehów: jego kościoły i starożytny obraz Matki Boskiej Gwadalupeńskiej (de Guadalupe)

Obraz Matki Bożej Kodeńskiej: ukradziony papieżowi, a dziś słynący łaskami

BŁOGOSŁAWIONA WINA – ZOFIA KOSSAK

Niezwykła historia winy i odkupienia. Film „Błogosławiona wina” w TVP w niedzielę

Zobacz Także:

https://gloria.tv/post/mVz4eydWAbWZ2rrGQCgBXMVfK

Posted in Matka Boża | Leave a Comment »

NEPLE – pozostały tylko wspomnienia

Posted by tadeo w dniu 1 lipca 2020

Dominik Stecki zaprasza na kolejny film z cyklu Patrz na Wschód. O Neplach opowiadała: Anna Gałowska (Haneczka), z domu Kierasińska z rodziny Baumów. Historia Nepli, młyna Baumów, kościoła i domu, po którym dziś nie ma ani śladu a po którym pozostały tylko wspomnienia… Zapraszam

ZOBACZ TAKŻE:

Posted in Moja mała Ojczyzna | Leave a Comment »

Na niebie ukazywał się im zakonnik i wtedy samoloty natychmiast same zmieniały kurs”. Co mówią świadkowie?

Posted by tadeo w dniu 24 czerwca 2020

ojciec pio 06

Piloci wojsk alianckich stacjonujących w okolicach Bari od września 1943 r. byli podczas lotów świadkami nadzwyczajnych spotkań. Za każdym razem, kiedy odbywali loty bojowe i zbliżali się w okolice San Giovanni Rotondo, widzieli pojawiającego się na niebie zakonnika, który nie dopuszczał do zrzucenia bomb i zawracał samoloty. Wszystkie miejscowości w okolicy były mocno bombardowane, natomiast na San Giovanni Rotondo nie spadła ani jedna bomba. „Kiedy piloci wracali po wykonaniu lotu – wspomina generał Rossini – opowiadali, że w pewnym momencie na niebie ukazywał się im zakonnik i wtedy samoloty natychmiast same zmieniały kurs”.

oj samolot

Początkowo wielu nie dowierzało tym nieprawdopodobnym historiom. Jednak kiedy coraz więcej pilotów dzieliło się podobnymi doświadczeniami (a byli wśród nich Amerykanie, Anglicy, Polacy, Żydzi, katolicy, protestanci, niewierzący), naczelny dowódca, którym był amerykański generał, postanowił osobiście sprawdzić wiarygodność tych opowieści.

Poprowadził eskadrę bombowców, która miała zniszczyć niemiecki magazyn amunicji, znajdujący się w pobliżu San Giovanni Rotondo. Była to któraś z kolei misja, wszystkie poprzednie nie powiodły się, z powodu tajemniczej zjawy pojawiającej się na niebie.
Wszyscy w napięciu czekali, jak tym razem powiedzie się lot bombowe; Kiedy eskadra wróciła do bazy, amerykański generał był w prawdziwym szoku. Opowiedział, że kiedy byli już blisko celu bombardowania, nagle zauważyli na wysokości lecących samolotów, postać zakonnika ze wzniesionymi rękami. W pewnym momencie we wszystkich samolotach bomby samoczynnie się odczepiły spadając na okoliczne lasy. Natomiast samoloty, same, bez ingerencji pilotów wróciły w kierunku bazy. Wydarzenie to stało się głównym tematem rozmów w całej jednostce. W czasie dyskusji ktoś zasugerował, że tym zakonnikiem może być stygmatyzowany  o. Pio, przebywający w klasztorze w San Giovanni Rotondo. Generał stwierdził, że jak tylko przesunie się linia frontu, to osobiście pojedzie do klasztoru, aby to sprawdzić.

ojciec pio 07

Kiedy Niemcy wycofali się Generał wybrał się z kilkoma pilotami do San Giovanni Rotondo. Przy wejściu do zakrystii natychmiast zauważył, że w grupie zakonników jest ten, który zawracał samoloty. Ojciec Pio podszedł do generała, położył mu rękę na ramieniu i powiedział: „To ty chciałeś nas wszystkich wysadzić w powietrze!”. Słysząc te słowa i widząc o. Pio generał przeżył duchowy wstrząs. Później długo jeszcze rozmawiali ze sobą, doskonale się rozumieli, chociaż generał mówił po angielsku, a o. Pio w swoim rodzinnym dialekcie z Benewentu.

Po tym spotkaniu, generał, protestant przeszedł na katolicyzm.

Posted in Religia | Leave a Comment »

Ks. Dominik Chmielewski: KARD. STEFAN WYSZYŃSKI – WOJOWNIK MARYI: SZACUNEK, ODWAGA, DYSCYPLINA ŻYCIA.

Posted by tadeo w dniu 19 czerwca 2020

Posted in POLECAM, Święci obok nas | Otagowane: | Leave a Comment »

Przygotowanie do śmierci.

Posted by tadeo w dniu 19 czerwca 2020

Rozmyślania o śmierci Św. Alfonsa Marii de Liguori.

Św. Alfons Maria de Liguori (1696-1787)

Po przyjęciu w 1726 roku święceń kapłańskich, pracował w Neapolu i okolicach wśród ludzi ubogich i prostych, do których inni kapłani nie docierali.

Z myślą o nich założył Zgromadzenie Najświętszego Odkupiciela (redemptoryści), któremu powierzył misję głoszenia Ewangelii najbardziej opuszczonym. W 1762 roku został biskupem diecezji Sant’Agata dei Goti. Kierowany duszpasterskim pragnieniem dopomożenia bliźnim w osiągnięciu zbawienia, z pasją przekonywał, że człowiek nawet w ostatniej chwili może się jeszcze nawrócić, choć nie jest to łatwe i wymaga spełnienia określonych warunków.

Papież Pius IX ogłosił go doktorem Kościoła, a papież Pius XII patronem spowiedników i moralistów.

Cześć I:  https://gloria.tv/post/AGZimTDQTUyX2buARJy2nQLvc

Cześć II: https://gloria.tv/post/oeXT4JrgxJ9R2dmpr3Hvn9LiH

Zobacz także:

https://www.sanctamissa.pl/lektura/przygotowanie-do-smierci-sw-alfonsa-marii-de-liguori/

Posted in Religia, Święci obok nas | Leave a Comment »

Nie módl się za mnie! Jestem potępiona! List z zaświatów

Posted by tadeo w dniu 19 czerwca 2020

Trudno nam uwierzyć, że „dobrzy” ludzie też mogą pójść do piekła. A w rzeczywistości – ci, którzy pozornie na takich wyglądają, bo nikogo nie zabili, nie okradli, spełniają jakieś dobre uczynki i wstępują nawet niekiedy do kościoła. Może i czasem skrytykują Kościół lub księży, ale w gruncie rzeczy to „dobrzy ludzie”, przyjaźnimy się z nimi i dobrze im życzymy. Ale prawdziwy stan ich duszy jest przed nami zakryty, i często też przed nimi samymi, gdy są ślepi duchowo. Pewnie znamy takie osoby; mijamy je w domu lub w pracy. A może nawet sami – oby nie! – do nich się zaliczamy?

Bóg daje nam w ciągu całego naszego życia mnóstwo łask i ostrzeżeń, mających prowadzić nas do zmiany życia (osobiste nawrócenie lub głębsze nawrócenie) lub do dostrzeżenia niebezpieczeństwa, jakie może grozić naszym bliskim i znajomym, o których nawet nie podejrzewamy, że są na prostej drodze do potępienia (modlitwa za nich). Takie ostrzeżenie otrzymał w wizji ks. Jan Bosko dla swoich wychowanków, i był przerażany rozpoznając twarze swoich chłopców, którzy, jeden po drugim, wpadali w otchłań piekielną. Takim ostrzeżeniem jest też poniższy list tragicznie zmarłej, młodej i cieszącej się życiem dziewczyny, która „nie wydawała się taka zła”. Nie odrzucajmy go tylko dlatego, że został objawiony we śnie (Bóg może komunikować się z nami także w taki sposób) lub dlatego, że został „napisany” przez duszę potępioną, o której naturze wiadomo, że pragnie ona nas tylko okłamać. Pan Bóg dopuszcza i taki sposób pouczenia nas (zmuszając wówczas duszę do świadczenia prawdy) na wzór przypowieści o bogaczu i biednym Łazarzu i na wzór wizji piekła ukazanego pastuszkom z Fatimy, abyśmy – przejęci losem potępionych – obudzili w sobie tym większe staranie o Niebo dla siebie i dla naszych braci.

Nauki płynące z tych treści są zgodne z nauką Kościoła katolickiego, a publikacja otrzymała imprimatur dla języka niemieckiego w roku 1952.

List od Anni

Wśród dokumentów pewnej zakonnicy, zmarłej w młodym wieku w klasztorze, znaleziono następujące zapiski:

Miałam przyjaciółkę. To znaczy, pracowałyśmy razem w jednej firmie handlowej w Monachium, gdzie siedziałyśmy naprzeciwko siebie. Później, kiedy Anni wyszła za mąż, nigdy więcej jej nie widziałam. W zasadzie, bardziej łączyła nas wspólna życzliwość niż przyjaźń. Tak więc mało odczułam jej brak, kiedy po ślubie przeprowadziła się do dzielnicy willowej Monachium, daleko od mojego domu.

Jesienią 1937 roku, kiedy spędzałam wakacje nad jeziorem Garda, moja matka napisała do mnie w połowie września: „Wyobraź sobie, że Anni N. nie żyje. Zginęła w wypadku samochodowym. Wczoraj została pochowana na Cmentarzu Leśnym” (niem. Waldfriedhof – cmentarz w Monachium – przyp. tłum.). Wiadomość bardzo mnie zaskoczyła. Wiedziałam, że Anni nie była zbyt religijna. Czy była przygotowana, gdy Bóg nagle ją wezwał?

Następnego ranka uczestniczyłam we mszy odprawianej za nią w kaplicy pensjonatu, w którym mieszkałam, modląc się żarliwie o spokój jej duszy. W tej intencji ofiarowałam także komunię świętą. Jednak cały dzień czułam jakiś dyskomfort, a uczucie to wzmogło się jeszcze wieczorem.

W nocy spałam niespokojnie. W pewnym momencie obudziło mnie jakiś gwałtowne stukanie. Zapaliłam światło. Zegar obok łóżka wskazywał 10 minut po północy. Ale nic nie było widać. Tylko fale jeziora Garda uderzały monotonnie o wał przyległy do ogrodu. Wiatr nie wydawał żadnego dźwięku. A jednak, kiedy się obudziłam, wydawało mi się, że oprócz stukania słyszę dźwięk przypominający wiatr, podobny do tego, gdy mój szef, będąc w złym humorze, rzucał irytujący list na biurko.

Przez chwilę zastanawiałam się, czy powinnam wstać, ale powiedziałam sobie stanowczo: „To tylko twoja wyobraźnia, pobudzona na skutek wiadomości o jej śmierci”. Odwróciłam się, odmówiłam kilka „Ojcze nasz” za biedne dusze i znów zasnęłam. Przyśnił mi się następujący sen:

Wstałam około 6 rano i chciałam pójść do kaplicy. Kiedy otworzyłam drzwi pokoju, nadepnęłam na stosik luźnych arkuszy papieru listowego. Zebrałam je i rozpoznawszy pismo Anni, w pierwszej chwili krzyknęłam. Drżałam, trzymając kartki w dłoniach. Uświadomiłam sobie, że w tym stanie nie potrafię nawet odmówić „Ojcze nasz”. Miałam też wrażenie, że się duszę.

Nie mogłam więc zrobić nic lepszego, jak wyjść na zewnątrz. Poprawiłam trochę włosy, włożyłam list do kieszeni i wyszłam z domu. Wspięłam się ścieżką wijącą się pod górę za szosą – słynną drogą „Gardesana” – między drzewami oliwnymi, ogrodami i krzewami wawrzynu.

Był piękny i jasny poranek. W normalnej sytuacji, zachwycałabym się co kilka kroków tym cudownym widokiem jeziora i bajkowej Wyspy Garda. Błękit wody zawsze był dla mnie kojący. I tak jak dziecko spogląda na swego dziadka, tak i ja patrzyłam zawsze zdumiona na szary masyw górski Monte Baldo, który wznosił się na przeciwległym brzegu począwszy od 64 metrów nad poziomem morza aż do ponad 2200 metrów.

Teraz nie miałam do tego serca. Po kwadransie marszu mechanicznie usiadłam na ławce opartej o dwa cyprysy, gdzie dzień wcześniej czytałam „Pannę Teresę” Federera. Po raz pierwszy uzmysłowiłam sobie, że cyprysy są symbolem śmierci, o czym nigdy nie myślałam będąc na południu, gdzie występują one tak pospolicie.

Sięgnęłam po list. Nie było podpisu, ale było to bez wątpienia pismo Anni. Nie zabrakło nawet tego szeroko zakrojonego „S” i francuskiego „T”, które tak zawsze irytowały w biurze pana Gr. Styl jednak nie był jej, a przynajmniej nie wyrażała się tu w swój zwyczajny sposób. Ona zawsze wiedziała, jak miło rozmawiać z tymi swoimi roześmianymi niebieskimi oczyma i uroczym nosem. Dopiero gdy zaczynałyśmy dyskutować o kwestiach religijnych, ton jej stawał się zjadliwy i ostry, jak ten, w którym napisany był ten list.

Spisuję tutaj słowo po słowie, list z zaświatów, jaki czytałam we śnie. Brzmi on następująco:

Nie módl się za mnie! Jestem potępiona!

Klaro! Nie módl się za mnie. Jestem potępiona! Jeśli piszę do ciebie i to tak obszernie, nie myśl, że czynię to z przyjaźni. Tutaj nikogo już nie kochamy. Czynię to z przymusu, jako „część tej siły, która zawsze chce zła, a która zawsze czyni dobro”.

Prawdę mówiąc, chciałabym i ciebie zobaczyć jak kończysz w tym miejscu, w którym ja pozostanę na zawsze. Nie dziw się temu pragnieniu. Wszyscy tutaj myślimy tak samo. Nasza wola jest skamieniała w tym, co nazywacie „złem”. Nawet jeśli czynimy „dobro”, tak jak teraz, otwierając ci oczy na rzeczywistość piekła, nie robimy tego w dobrej intencji.

Jak pamiętasz, poznałyśmy się cztery lata temu w Monachium. Miałaś 23 lata i od pół roku pracowałaś w biurze, kiedy ja tam przyszłam. Często pomagałaś mi jako początkującej pracownicy, dając dobre rady. Ale cóż to znaczy „dobro”? W tamtym czasie chwaliłam sobie twoją „dobroczynność”. To śmieszne! Twoja pomoc wypływała z czystej ostentacji, jak nawet wtedy podejrzewałam. Tutaj nie uznajemy żadnego dobra w kimkolwiek.

Rodzice

Znasz moją młodość. Wypełnię tutaj kilka niedopowiedzianych luk.

Według planu mych rodziców, nie powinnam była się urodzić, ale „tak po prostu wyszło”. Moje dwie siostry miały już 14 i 15 lat, kiedy przyszłam na świat. Chciałabym nigdy się nie narodzić! Gdyby to ode mnie zależało, unicestwiłabym się, aby uciec od tej męki! Byłoby to nieporównywalnie większą przyjemnością, gdybym mogła przestać istnieć, tak jak ubranie spalone na popiół przestaje istnieć. Ale muszę istnieć. Muszę istnieć taka, jaką sama siebie uczyniłam, z chybionym celem swojego życia.

Kiedy mój ojciec i matka, jeszcze wolni, przeprowadzili się ze wsi do miasta, utracili kontakt z Kościołem. Tak było lepiej. Obracali się w kręgach ludzi, którzy również nie byli wierzący. Poznali się na tańcach i sześć miesięcy później „musieli się pobrać”.

Podczas ceremonii ślubnej padło na nich trochę wody święconej, co wystarczyło tylko na to, aby przyciągnąć matkę do kościoła kilka razy w roku na niedzielną mszę. Nigdy nie nauczyła mnie dobrze się modlić. Dała się pochłonąć troskom dnia codziennego, chociaż nasza sytuacja materialna nie była wcale zła.

Boga nienawidzimy najbardziej

Takie słowa jak modlitwa, msza, woda święcona, kościół – piszę jedynie z niebywałym wstrętem! Brzydzę się tymi, którzy chodzą do kościoła, jak i wszystkimi ludźmi w ogóle i wszystkimi rzeczami związanymi z Kościołem. Wszystko to wzmaga naszą udrękę. Każde zrozumienie jakie zdobywamy z chwilą śmierci, wszelka pamięć o tym, czego doświadczyliśmy i poznaliśmy w życiu jest dla nas palącą pochodnią. Wszystkie wspomnienia zwracają się przeciwko nam – wspomnienia o łasce, którą odrzuciliśmy. Jak to nas torturuje! Nie jemy, nie śpimy, nie chodzimy. Duchowo przykuci, patrzymy na nasze zmarnowane życie z „wyciem i zgrzytaniem zębów”. Dręczeni i nienawidzący. Czy słyszysz! Pijemy tutaj nienawiść jak wodę. Również przeciwko sobie.

Boga nienawidzimy najbardziej. Pozwól, że ci to wyjaśnię. Błogosławieni w niebie kochają Go, ponieważ patrzą na Jego niczym nie przesłonięte piękno. To uszczęśliwia ich nie do opisania. My wiemy o tym i ta świadomość nas rozwściecza.

Ludzie żyjący na ziemi, którzy poznają Boga poprzez Jego stworzenia oraz dzięki Objawieniu, mogą Go kochać, ale nie są do tego zmuszeni. Wierzący – piszę to z wściekłością – który kontempluje Chrystusa na Krzyżu, pokocha Go. Lecz ten, do którego Bóg zbliża się jako sędzia karzący i sprawiedliwy, odepchnięty kiedyś i przybywający na kształt strasznej burzy, ten nienawidzi Go całą siłą swej złej woli. Na zawsze. Mocą dobrowolnie podjętej decyzji odwrócenia się od Boga, w ostatnim tchnieniu naszej umierającej duszy. Decyzji tej nie cofamy i nigdy nie będziemy chcieli cofnąć.

Czy rozumiesz teraz, dlaczego piekło jest wieczne? Ponieważ nasza zatwardziałość nigdy nie ustanie.

Boże miłosierdzie dla potępionych

Jestem zmuszona dodać, że Bóg jest miłosierny również dla nas. Piszę „zmuszona” ponieważ nawet gdybym pisała ten list z własnej woli, nie wolno byłoby mi kłamać, jak bym tego pragnęła. Zapisuję tu wiele rzeczy wbrew mej woli. Muszę również zdławić w sobie potok przekleństw, które chciałabym z siebie wyrzucić.

Bóg był dla nas miłosierny, nie pozwalając dłużej trwać w naszej złej woli na ziemi, jak byśmy tego chcieli. To zwiększyłoby naszą winę i karę. Pozwolił nam umrzeć przedwcześnie, jak było w moim przypadku, lub pozwolił zaistnieć innym łagodzącym okolicznościom. Teraz okazuje nam miłosierdzie nie zmuszając nas, abyśmy zbliżali się do Niego, ale byli w tym odległym piekle, co zmniejsza nasz ból. Każdy krok bliżej Boga sprawiłby mi większy ból niż krok w stronę płonącego stosu.

Pierwsza Komunia Święta

Byłaś przerażona, kiedy pewnego dnia opowiedziałam ci na spacerze, jaką uwagę zrobił mój ojciec na kilka dni przed moją Pierwszą Komunią Świętą: „Ciesz się tym, Anulko, że masz ładną sukienkę; cała reszta to bujda”. Niemal zawstydziłam się z powodu twojego zgorszenia. Teraz się z tego śmieję.

Jedyną rozsądną rzeczą, którą uczynili w związku z tą „bujdą”, było to, że mogliśmy iść do Komunii dopiero w wieku 12 lat. Do tego czasu zdążyłam już na tyle przesiąknąć rozrywkami światowymi, aby sprawy religii traktować bardzo lekko i by Komunia Święta niewiele dla mnie znaczyła. Napełnia nas wściekłością fakt, że niektóre dzieci przystępują do Komunii już w wieku siedmiu lat. Robimy wszystko, co możemy, aby ludzie uwierzyli, że w tym wieku dzieci jeszcze nie mają zrozumienia. Najpierw muszą popełnić kilka grzechów śmiertelnych! Wówczas „Biały Pan” nie „zaszkodzi” im już tak, jak wówczas, gdy wiara, nadzieja i miłość – pluję na to wszystko – wciąż są żywe w sercu dziecka od chrztu świętego. Czy pamiętasz, że już na ziemi miałam taki sam pogląd na to?

Ojciec

Wspomniałam o moim ojcu. Często kłócił się z matką. Rzadko ci o tym mówiłam, ponieważ wstydziłam się tego. Wstyd – śmieszna rzecz! Tutaj nie ma to zupełnie znaczenia. Rodzice nie spali już w jednej sypialni; ja spałam z matką, a ojciec w pokoju obok, gdzie mógł wracać o dowolnej porze nocy. Dużo pił, przepijając wszystkie nasze dochody. Obie siostry pracowały, ale twierdziły, że potrzebują pieniędzy na swoje potrzeby, więc matka była zmuszona, aby również pójść do pracy.

W ostatnim roku ojciec często bił matkę, kiedy nie chciała dawać mu pieniędzy. Dla mnie był zawsze miły. Pewnego dnia – opowiadałam ci o tym i byłaś zgorszona tym, jak byłam rozpieszczana – przywiózł mi nowe buty, które wymieniałam dwukrotnie, ponieważ ich kształt i obcasy nie były dla mnie wystarczająco nowoczesne.

Tej nocy, kiedy udar mózgu śmiertelnie ugodził mojego ojca, wydarzyło się coś, o czym nigdy ci nie mówiłam z obawy przed twoją reakcją. Ale teraz powinnaś o tym wiedzieć. Jest to pamiętny fakt, ponieważ wtedy po raz pierwszy poczułam tę duchową udrękę, którą teraz czuję stale.

Spałam w pokoju mojej matki. Jej regularny oddech zdradzał głęboki sen. Nagle usłyszałam, jak ktoś woła mnie po imieniu. Nieznany głos powiedział: „Co będzie, jeśli ojciec umrze!” Nie kochałam już ojca, odkąd zaczął traktować matkę tak brutalnie; w zasadzie w tym czasie nie kochałam już nikogo, czułam jedynie pewne przywiązanie do tych, którzy byli dla mnie dobrzy. Bezinteresowna miłość rodzi się tylko w duszach będących w stanie łaski. Nie należałam do nich. Odpowiedziałam więc tajemniczemu głosowi, który nie miał swojego źródła: „On nie umiera!”

Po krótkiej przerwie usłyszałam znów to samo wyraźne pytanie, nie zastanawiając się skąd ono pochodzi. „On nie umiera!” – odpowiedziałam ze złością. Po raz trzeci zapytano mnie: „A jeśli ojciec umrze?”. Pamiętałam jak ojciec często wracał do domu pijany, jak hałasował, jak bił matkę i narażał nas na wstyd przed ludźmi. Krzyknęłam więc wyzywająco: „No i dobrze!”. Potem wszystko ucichło.

Następnego ranka, kiedy matka chciała posprzątać w pokoju ojca, zastała drzwi zamknięte. Około południa otwarto je siłą. Ojciec leżał na wpół ubrany – był martwy.

Katolicka Liga Dziewcząt

Marta K. i ty namówiłyście mnie, abym wstąpiła do Katolickiej Ligii Dziewcząt. Nigdy jednak nie ukrywałam, że rozporządzenia wydawane przez obie przewodniczące wydawały mi się zbyt świętoszkowate…

Gry były zabawne. Wkrótce, jak wiesz, zajęłam wysoką pozycję w tym stowarzyszeniu i to mi odpowiadało. Podobały mi się również wycieczki.

Parę razy pozwoliłam sobie na to, aby pójść do spowiedzi i komunii świętej, ale właściwie nie miałam nic do wyznania. Nie robiłam nigdy rozrachunku z tego, co mówię i myślę, a z drugiej strony, nie zabrnęłam jeszcze tak daleko, aby popełnić jakieś naprawdę ciężkie grzechy. Kiedyś mnie ostrzegłaś: „Anni, jeśli nie będziesz się modlić, zgubisz swoją duszę!” To prawda, niewiele się modliłam, a i to niechętnie. Miałaś naprawdę rację. Wszyscy, którzy płoną w piekle, nie modlili się lub modlili się niewystarczająco. Modlitwa jest pierwszym krokiem ku Bogu. Jest decydująca. Zwłaszcza modlitwa do Tej, która jest Matką Chrystusa, której imienia nie wymawiamy. Oddanie się Jej wyrywa diabłu wiele dusz, których ​​grzech bez wątpienia wydałby ich w jego ręce.

Modlitwa jest najprostszą drogą do Boga

Piszę to z wściekłością, ponieważ jestem do tego zmuszona :modlitwa jest najprostszą rzeczą, jaką człowiek może zrobić na ziemi. I od tej najlżejszej rzeczy Bóg uzależnił zbawienie. Ci, którzy trwają w modlitwie, stopniowo dostają tyle światła umacniającego ich do tego stopnia, że ​​nawet najgorszy grzesznik, będący po szyję w błocie, może w końcu powstać. W ostatnich latach życia, właściwie w ogóle się nie modliłam i tym samym pozbawiłam się łask, bez których nikt nie może być zbawiony.

Tutaj nie otrzymujemy już łask. Ale nawet gdybyśmy otrzymali, odrzucilibyśmy je z szyderstwem. Wszelkie ziemskie zawahania ustały w wieczności. W życiu ziemskim człowiek może przechodzić ze stanu grzechu do stanu łaski. Następnie ze stanu łaski może popaść w stan grzechu. Często z powodu słabości; czasami ze złej woli. Wraz ze śmiercią, ten taniec niedoskonałego człowieka – raz w górę, raz w dół – dobiega końca. Zostaje osiągnięty ostateczny stan.

Z wiekiem te wahania stają się coraz słabsze. Prawdą jest, że aż do śmierci można się nawrócić do Boga albo Go odrzucić. Jednak jest prawie pewne, że w ostatnich poruszeniach woli człowiek zdecyduje tak, jak był do tego przyzwyczajony przez całe życie. Dobre lub złe nawyki stają się drugą naturą i to go ostatecznie ciągnie za sobą.

Tak było ze mną. Od lat żyłam z dala od Boga. Więc podczas ostatniego wezwania ze strony łaski, opowiedziałam się przeciwko Bogu. Nie z powodu moich grzechów, ale dlatego, że nie chciałam się już z nich poprawić. Wiele razy zachęcałaś mnie do słuchania kazań i czytania pobożnych książek. Odpowiadałam zawsze tak samo – że nie mam na to czasu.

Nawiasem mówiąc, muszę powiedzieć, że kiedy zaszłam już tak daleko, jak tuż przed opuszczeniem Katolickiej Ligii Dziewcząt, niezwykle trudno byłoby mi już obrać inną drogę. Czułam się zagubiona i nieszczęśliwa. Nie wiedziałaś, że na drodze do mojego nawrócenia stał już ogromny mur, który wzniosłam. Ty wyobrażałaś sobie, że to takie proste, skoro pewnego razu powiedziałaś: „Dobrze się wyspowiadaj Anni, a wszystko będzie dobrze!”. Wyczuwałam, że jest to prawda, ale świat, diabeł i ciało trzymały mnie już zbyt mocno.

Nigdy nie wierzyłam w działanie szatana

Nigdy nie wierzyłam w działanie szatana. Teraz zaświadczam, że ma on ogromny wpływ na takie osoby jak ja wtedy. Tylko wiele modlitw innych ludzi oraz moich własnych, w połączeniu z ofiarą i cierpieniem, mogłoby mnie uwolnić, i to jedynie stopniowo. Nawet jeśli niewielu ludzi jest opętanych dosłownie przez złego ducha, to całe mnóstwo jest zniewolonych wewnętrznie. Demon nie może posiąść wolnej woli tych, którzy poddają się jego wpływowi. Jednak w konsekwencji ich prawie całkowitego odrzucenia Boga, Bóg dozwala, by zło „zagnieździło” się w takim człowieku.

Diabła też nienawidzę. Lubię go jednak na swój sposób, ponieważ próbuje was zgubić; on i jego pomocnicy, duchy, które upadły wraz z nim na początku czasów. Są ich miliony. Wędrują po ziemi jak chmary komarów, a wy nawet tego nie podejrzewacie. My, potępieni ludzie, nie możemy was kusić, to należy do upadłych aniołów. Ich cierpienie wzrasta za każdym razem, kiedy gubią jakąś duszę ludzką w piekle. Ale czegóż nie zrobią z nienawiści!

Odrzucałam wszystkie łaski

Chociaż odeszłam od Boga, On wciąż za mną podążał. Utorowałam drogę łasce przez dobre uczynki, które często spełniałam dzięki naturalnym skłonnościom natury.

Czasami więc Bóg zwabiał mnie do kościoła. Odczuwałam tam coś jakby tęsknotę za domem. Kiedy opiekowałam się moją chorą matką, pomimo tego, że w ciągu dnia pracowałam w biurze, i kiedy rzeczywiście poświęcałam się dla niej w pewnej mierze, to przyciąganie ze strony Boga było ogromne. Pewnego razu w kaplicy szpitalnej, gdzie zabrałaś mnie podczas przerwy obiadowej, doznałam takiego poruszenia, że byłam o włos od nawrócenia. Rozpłakałam się. Ale potem przyjemności światowe znowu zagasiły łaskę – ziarno padło między ciernie. Tłumacząc sobie, że religia to sentymentalizm, jak zawsze mawiano w firmie, również i tę nową łaskę schowałam do szuflady.

Pewnego razu upomniałaś mnie, ponieważ zamiast uklęknąć, zrobiłam niedbały skłon głową. Myślałaś, że to z lenistwa. Nie podejrzewałaś, że już wtedy nie wierzyłam w realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Teraz w to wierzę, ale oczywiście tylko w taki sposób, w jaki ty wierzysz w burzę, mogąc dostrzec jej oznaki.

Stworzyłam swoją własną religię

W międzyczasie stworzyłam sobie swoją własną religię. Uczepiłam się idei, która była powszechna w naszej firmie; mianowicie, że dusza po śmierci odradza się w innym ciele i to powtarza się bez końca (reinkarnacja). Dzięki temu, niepokojące pytania o tamten świat zostały przeze mnie oswojone i więcej mnie nie dręczyły.

Dlaczego nie przypomniałaś mi przypowieści o bogaczu i biednym Łazarzu, której narrator – Chrystus, mówi, że zaraz po śmierci jedni idą do piekła, a inni do nieba? (por. Łk 16,19). Ale co byś tym osiągnęła? Nic więcej niż przez inne twoje świętoszkowate przemowy.

Krok po kroku, stworzyłam sobie swojego boga; wystarczająco obdarzonego przymiotami, aby nazywać go „bogiem”, dostatecznie oddalonego ode mnie, aby nie musieć mieć z nim żadnej relacji, odpowiednio nieokreślonego aby stał się dla mnie – wedle potrzeby – panteistycznym „bogiem światem” lub bogiem deistycznym.

Ten „bóg” nie miał nieba, które mógłby mi dać, ani piekła, aby mnie straszyć. Dałam mu spokój. Na tym polegała moja cześć dla niego. „Kochasz wierzyć w to, co kochasz”. Przez całe lata byłam bardzo przekonana do swojej religii. Można tak żyć. Jedna tylko rzecz mogłaby położyć temu kres: ciężkie i długie cierpienie. Ale to cierpienie nie nadeszło! Czy rozumiesz teraz, co znaczy: „Kogo Bóg kocha, tego karci?”

Przebojowy Maks

Był piękny lipcowy dzień, kiedy „Liga Dziewcząt” zorganizowała wycieczkę do A. Podróż by mi pasowała, ale nie ta głupia pobożnościowa gadka! Zupełnie inny obraz niż Matki Bożej Miłosierdzia pojawił się wtedy na „ołtarzu” mojego serca: przebojowy Maks N. z domu handlowego obok. Już wcześniej kilka razy trochę flirtowaliśmy. Tamtej niedzieli zaprosił mnie na przejażdżkę. Ta, z którą chodził, była akurat w szpitalu.

Musiał zauważyć, że mam na niego oko, ale w tamtym czasie nie myślałam jeszcze, aby go poślubić. Owszem, miał pieniądze, ale był zbyt „miły” dla każdej napotkanej dziewczyny. Do tej pory, zawsze pragnęłam dla siebie mężczyzny, do którego mogłabym należeć nie tylko jako kobieta, ale jako jedyna kobieta. Zachowywałam więc pewien dystans.

Podczas wspomnianej przejażdżki Maks niesamowicie mi nadskakiwał. A rozmawiało się z nim zupełnie inaczej niż z tobą…

Następnego dnia w pracy wyrzuciłaś mi, że nie pojechałam z wami do A. Wtedy opowiedziałam ci o mojej cudownej niedzieli z Maksem. Twoje pierwsze pytanie brzmiało: „Czy byłaś na mszy?”. Głupia! Jak mogłam być na mszy, skoro wyjazd był zaplanowany na 6 rano! Czy pamiętasz, jak zirytowana dodałam: „Bóg nie jest tak małostkowy jak wasze klechy!”. Teraz jestem zmuszona wyznać: Bóg z całą swą nieskończoną dobrocią traktuje wszystko znacznie poważniej niż oni wszyscy.

Po tym pierwszym wyjeździe z Maksem wróciłam znowu do Ligii. Było to w Święta Bożego Narodzenia. Pewne rzeczy przyciągały mnie tam, ale wewnętrznie byłam już od was daleko. Kino, tańce, wycieczki; następowały jedne po drugich. Kilka razy, ja i Maks pokłóciliśmy się, ale zawsze wiedziałam, jak go przy sobie zatrzymać.

Moja rywalka po wyjściu ze szpitala wpadła w szał i była bardzo denerwująca… W rzeczywistości – wygrałam na tym, ponieważ mój wyważony spokój zrobił wrażenie na Maksie i ostatecznie wybrał mnie. Wiedziałam jak jej zaszkodzić; na zewnątrz mówiąc chłodno, a wewnętrznie sącząc jad. Takie uczucia i takie działanie doskonale torują drogę do piekła. Są diabelskie, w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Dlaczego o tym mówię? Aby pokazać, jak ostatecznie oddaliłam się od Boga. I nie było nawet potrzebne do tego to, aby doszło między mną a Maksem do ostatecznego spoufalenia. Zrozumiałam, że straciłabym wiele w jego oczach, gdybym mu uległa przed czasem. Z tego powodu wycofałam się z tego.

Uczyniłam stworzenie swoim bogiem

Jeśli natomiast uważałam, że z czegoś będę miała korzyść, byłam gotowa na wszystko, a zależało mi na tym, aby zdobyć Maksa. Cena nie grała roli. Stopniowo coraz bardziej rozkochiwaliśmy się w sobie, ponieważ oboje mieliśmy zalety, które wzajemnie w sobie ceniliśmy. Byłam bardzo zręczną partnerką, także ostatecznie usidliłam Maksa i posiadłam go tylko dla siebie, przynajmniej na kilka miesięcy przed ślubem.

Oto na czym polegało moje odstępstwo od Boga – uczyniłam stworzenie swoim bogiem. W żadnej innej relacji nie wydarza się to tak kompleksowo, jak w przypadku miłości do osoby odmiennej płci, jeśli ta miłość zakorzeniona jest tylko w doczesności. Ma ona swój urok, ale i żądło i truciznę zarazem.

„Kult” jaki oddawałam Maksowi stał się moją prawdziwą religią. To był czas, kiedy zostałam zarażona w firmie „gadaniem na Kościół”; na temat chodzenia do kościoła w ogóle, na temat księży, na temat odpustów, na temat klepania różańca i tym podobnych. Próbowałaś, mniej lub bardziej mądrze, bronić tych spraw, nie wiedząc najwyraźniej, że mnie to już nie ruszało, ale że raczej szukałam – wbrew swemu sumieniu – racjonalnego usprawiedliwienia mojego odstępstwa.

W głębi duszy byłam zbuntowana przeciwko Bogu. Ty tego nie dostrzegałaś. Nadal myślałaś, że jestem katoliczką. Ja również chciałam, aby tak mnie nazywano i płaciłam nawet podatek kościelny. Pomyślałam sobie, że takie małe „plecy” nie zaszkodzą. Choć twoje słowa wydawały się być niekiedy przekonujące, spływało to po mnie, ponieważ mówiłam sobie, że nie możesz mieć racji!

Biorąc pod uwagę naszą naderwaną więź, ból naszego rozstania był niewielki, kiedy moje małżeństwo nas rozdzieliło.

Ostateczne odejście od Boga

Przed ślubem wyspowiadałam się jeszcze i przyjęłam komunię świętą, ponieważ taki był wymóg. Ja i mój mąż byliśmy zgodni – czemużby nie dopełnić tej zwykłej formalności? Wypełniliśmy ją jak każdą inną formalność. Nazywasz to niegodnym. A jednak po tej „niegodnej” Komunii poczułam wewnętrzny spokój. Nawiasem mówiąc, była to moja ostatnia komunia.

Nasze życie małżeńskie było na ogół dość harmonijne. Mieliśmy to samo zdanie na prawie każdy temat. Także na ten, że nie chcieliśmy obciążać się ciężarem dzieci. W zasadzie, mój mąż chciałby mieć może jedno – oczywiście nie więcej. W końcu, udało mi się wybić mu ten pomysł z głowy. Stroje, eleganckie meble, kawiarnie, wycieczki samochodowe i podobne rozrywki – bardziej mi odpowiadały. To był szczęśliwy rok przyziemnych radości między ślubem a moją nagłą śmiercią.

W każdą niedzielę gdzieś wyjeżdżaliśmy lub odwiedzaliśmy rodzinę męża. (Wstydziłam się teraz mojej matki). Pływali oni na powierzchni egzystencji tak samo jak my.

Oczywiście w środku nigdy nie czułam się szczęśliwa, bez względu na to, jak bardzo się śmiałam na zewnątrz. Zawsze gryzło mnie nieokreślone „coś”. Chciałam, żeby ze śmiercią, która niewątpliwie miała nadejść za długi czas, wszystko się skończyło.

Ale było tak, jak słyszałam kiedyś jako dziecko w kazaniu; że jeśli Bóg nie może wynagrodzić w wieczności dobrych uczynków, które człowieka spełnia – robi to na ziemi.

Tak więc nieoczekiwanie dostałam spadek (od ciotki Lotte), a mój mąż zaczął więcej zarabiać. Udało mi się elegancko umeblować nasze nowe mieszkanie. Tymczasem moja religijność coraz bardziej dogorywała. Kawiarnie w mieście, hotele, w których się zatrzymywaliśmy, nie zbliżyły nas do Boga. Wszyscy, których tam spotykaliśmy, żyli tak jak my, skierowani na zewnątrz, a nie ku swojemu wnętrzu.

Kiedy odwiedzaliśmy jakąś słynną katedrę podczas wakacyjnych wycieczek, zachwycaliśmy się jedynie wartością artystyczną dzieł sztuki. Udawało mi się zneutralizować ten religijny powiew, który z nich emanował – zwłaszcza z zabytków średniowiecza – narzekając na jakieś nieistotne aspekty naszej podróży. Tak więc krytykowałam nie dość schludnie ubranego, niezdarnego zakonnika, który nas oprowadzał, krytykowałam to, że mnisi chcący uchodzić za pobożnych, sprzedają alkohol oraz wieczne bicie dzwonów wzywające wszystkich do kościoła, gdzie tylko mówiło się o pieniądzach.

Piekło…?

Doznawałam więc łask, ale za każdym razem kiedy łaska pukała, ja odrzucałam ją znowu i znowu. Szczególnie mocno dawałam ujście mojej dezaprobacie wobec starych przedstawień piekła – na cmentarzach lub w innych miejscach – gdzie widać było diabła smażącego dusze w czerwono-białym ogniu, i jego towarzyszy z długimi ogonami przynoszącymi mu nowe ofiary.

Klaro, piekło może być przedstawione źle, ale nigdy z przesadą!

Często myślałam o ogniu piekielnym. Pamiętasz, jak kiedyś podstawiłam ci pod nos zapaloną zapałkę i szydząc, spytałam: „Tak to pachnie?”. Szybko zdmuchnęłaś płomień. Tutaj nikt tego ognia nie gasi! Zaświadczam ci: ogień, o którym mówi Pismo Święte, nie oznacza udręk sumienia. Ogień oznacza „ogień”. Należy rozumieć dosłownie to, co On powiedział: „Idźcie precz ode mnie przeklęci w ogień wieczny”. Dosłownie!

Jak dusza może odczuwać ogień materialny – spyta ktoś. A jak dusza może cierpieć na ziemi, kiedy trzymasz palec w płomieniu? Dusza nie płonie, ale jakie cierpienie odczuwa cała istota!

Tak samo tutaj jesteśmy duchowo złączeni z ogniem, przez naszą istotę i przez nasze władze.

Nasze dusze zostały pozbawione swojej naturalnej lotności, nie możemy myśleć o czym chcemy, ani jak chcemy.

Nie patrz głupio na te wersy; stan ten, którego nie możesz pojąć, pali mnie, nie niszcząc jednak mego istnienia. Naszą największą męką jest to, że nigdy już nie zobaczymy Boga. Jak może być tak bolesnym coś, wobec czego było się na ziemi obojętnym? Na tej samej zasadzie jak nóż, który, dopóki leży na stole, jest obojętny. Możesz widzieć ostrze, ale go nie czujesz. Ale wbij je w ciało, a krzykniesz z bólu. Teraz odczuwamy utratę Boga, wcześniej Go tylko „widzieliśmy”.

Nie wszystkie dusze cierpią tak samo. Im bardziej złośliwa wola, im większa przewrotność w grzechu, tym dotkliwsze uczucie utraty Boga. Potępieni katolicy cierpią bardziej niż wyznawcy innych religii, ponieważ w większości otrzymali i odrzucili więcej światła i więcej łask. Ci, którzy mieli większą wiedzę, cierpią więcej niż ci, którzy mieli mniejsze poznanie. Ci, którzy grzeszyli ze złej woli, cierpią więcej niż ci, którzy upadali przez słabość. Ale nikt nie cierpi bardziej niż na to zasługuje. Och! Jak bym chciała, żeby to nie była prawda, wtedy miałabym rzeczywiście powód do nienawiści!

Powiedziałaś mi kiedyś, że nikt nie idzie do piekła, nie wiedząc o tym. To było objawione pewnemu świętemu. Śmiałam się z tego, ale potem schowałam się za tym stwierdzeniem, mówić sobie, że w takim razie będzie jeszcze wystarczająco dużo czasu na moje nawrócenie.

To powiedzenie jest prawdziwe. Przed moją tragiczną śmiercią nie wiedziałam, jakie piekło jest naprawdę. Żaden człowiek na ziemi tego nie wie. Ale doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że kiedy umrę i przejdę na tamten świat z wolą zwróconą przeciwko Bogu, poniosę wszystkie tego konsekwencje. Jak powiedziałam, nigdy nie odwróciłam się od moich przyzwyczajeń. Podążałam za nimi dalej z tą niewzruszoną stałością, z jaką niekiedy ludzie postępują, zwłaszcza gdy się starzeją.

Moja śmierć

Moja śmierć wyglądała następująco: Tydzień temu – mówię według waszego czasu, ponieważ licząc miarą mojego bólu, mogłabym już płonąć w piekle od dziesięciu lat – więc tydzień temu w niedzielę wybraliśmy się z mężem na naszą ostatnią wycieczkę. Dzień rozpoczął się bardzo pięknie. Czułam się wyjątkowo dobrze. Przenikało mnie dziwne uczucie szczęścia. Nagle, w powrotnej drodze, mój mąż został oślepiony przez nadjeżdżający z naprzeciwka samochód i stracił panowanie nad kierownicą.

„Jezu!” – przebiegło mi przez myśl. Nie jako modlitwa, ale jako okrzyk. Targnął mną straszliwy ból – w porównaniu z obecnym, to bagatelka. Potem straciłam przytomność.

Dziwna rzecz, tamtego ranka zrodziła mi się niewytłumaczalna myśl, że mogłabym znów pójść na mszę. Brzmiało to jak prośba. Moje „nie” przecięło tę nić myśli bardzo zdecydowanie. „Muszę z tym ostatecznie skończyć. Biorę na siebie wszystkie tego konsekwencje”. I teraz właśnie je ponoszę.

Wiesz co stało się po mojej śmierci. Los mojego męża, matki, to, co stało się z moim ciałem i przebieg mojego pogrzebu są mi szczegółowo znane, dzięki naturalnej wiedzy, którą tu mamy.

Inne rzeczy, które dzieją się na świecie, znamy tylko w mglisty sposób. Znamy jednak dobrze to, co nas bezpośrednio dotyczy. W ten sposób wiem o twoim obecnym miejscu pobytu.

W chwili śmierci nagle zbudziłam się z tej ciemności. Widziałam siebie jakby zalaną jasnym światłem. Było to w tym samym miejscu, w którym leżało moje ciało. Działo się to podobnie jak na scenie w teatrze, gdy nagle gaśnie światło; kurtyna rozsuwa się i ukazuje się przerażająca scena. Scena mojego życia. Moja dusza ukazała mi się jak w lustrze, wszystkie odrzucone łaski, począwszy od młodości aż do mojego ostatniego „Nie” wobec Boga.

Czułam się jak morderca postawiony przed sądem naprzeciw swoich martwych ofiar. Czy żałowałam? Czy się wstydziłam? Nigdy!

Ale nie mogłam tego znieść, patrząc na to tak, jak widzi to Bóg, którego odrzuciłam. Pozostawało więc tylko jedno – ucieczka. Podobnie jak Kain uciekł od ciała Abla, tak moja dusza rzuciła się daleko od tego straszliwego widoku. Był to sąd szczegółowy. Niewidzialny Sędzia powiedział do mnie: „Idź precz”.

Potem moja dusza spłynęła niczym siarkowożółty cień na miejsce wiecznych udręk

Czy to był tylko sen?

Tak kończy się list Anni. Ostatnie słowa były prawie nieczytelne. Nagle, co to..? W twardym akcencie linijek, które myślałam, że czytałam, zabrzmiał łagodnie dzwonek.

Przebudziłam się. Nadal byłam w swoim pokoju. Pierwsze złote promienie słońca wdzierały się przez okno. Z kościoła parafialnego dobiegały dźwięki pieśni.

A więc wszystko było tylko snem?

Nigdy nie odczuwałam w Pozdrowieniu Anielskim tak wiele pociechy, jak po tym śnie. Powoli odmówiłam trzy „Zdrowaś Maryjo”. Wtedy stało się dla mnie jasne: musimy się Jej trzymać, błogosławionej Matki Pana, czcić Maryję jak dzieci, jeśli nie chcemy aby spotkał nas ten sam los – nawet jeżeli to było tylko we śnie – o którym mówiła dusza, która nigdy nie zobaczy Boga.

Nadal drżąc po tej nocnej wizji, wstałam, ubrałam się i pospiesznie zbiegłam po schodach do kaplicy. Serce waliło mi jak młotem i podchodziło do gardła. Kilka osób klęczących w kaplicy spojrzało na mnie, ale pomyśleli pewnie, że jestem taka „rozgrzana” bo zbiegałam po schodach.

Dobra, starsza pani z Budapesztu, bardzo cierpiąca, wątła jak dziecko, krótkowzroczna, ale gorliwa w służbie Bogu i dalekowzroczna w sprawach duchowych, powiedziała mi po południu w ogrodzie, uśmiechając się : „Panienko, Zbawiciel nie chce, by Mu służono jak pociąg ekspresowy”. Ale potem, zauważywszy, że coś mnie poruszyło i nadal porusza, dodała kojąco: „Nic nie powinno napawać cię lękiem. Znasz radę świętej Teresy?: Niech nic cię nie smuci, niech nic cię nie przeraża. Wszystko mija, lecz Bóg jest niezmienny. Cierpliwością osiągniesz wszystko, a temu, kto posiadł Boga, niczego nie braknie. Bóg sam wystarczy”.

Kiedy to mówiła, bez pouczającego tonu, poczułam się tak, jakby czytała w mojej duszy. „Bóg sam wystarczy!”. Tak, On mi wystarczy tutaj i na tamtym świecie. Chcę ostatecznie Go posiąść, bez względu na to, ile ofiar będę musiała ponieść. Chcę przejść wszystkie próby na tej ziemi i trwać w miłości do Boga, aby zawsze mieć Tego, który jest tylko pokojem, radością i szczęściem, podczas gdy wszystkie ziemskie radości przemijają.

Na podstawie broszury: „Brief aus dem Jenseits” („List z zaświatów”).

Imprimatur: E Vicariatu Urbis, 9 kwietnia1952 r.

+ Aloysius Traglia, Archiepiscopus Caesariensis

Vicegerens.

Tłumaczenie z języka niemieckiego oraz wstęp: Dorota Porzucek

Śródtytuły dodane przez autorkę tłumaczenia.

Fot. Unsplash

https://www.vicona.pl/post/nie-modl-sie-za-mnie-jestem-potepiona-list-z-zaswiatow?fbclid=IwAR0QlvPjB8c3Sk2dCnYV9k1baOmhDzbBEdpNIh7hl1vGwmBeD7xEVzkaESw

Posted in POLECAM, Religia | Leave a Comment »

Od letniej wiary, przez depresję, po radykalizm i świętość. Brat Albert, jakiego nie znamy [fragmenty listów]

Posted by tadeo w dniu 17 czerwca 2020

ŚW. ALBERT CHMIELOWSKI

MONKPRESS/East News

„Dlatego ci piszę i radzę, jak twój szczery brat i kolega, żebyś się ratował i po prostu, po chłopsku, do spowiedzi poszedł, jak możesz najprędzej” – Adam Chmielowski, przyszły brat Albert, do malarza Józefa Brandta (z klasztoru jezuitów).

Kliknij tutaj, by przejrzeć galerię

Brat naszego Boga

Brat Albert Chmielowski jest jedną z najciekawszych postaci, jakie wydał polski Kościół. Był uwielbiany i niezwykle ceniony m.in. przez Jana Pawła II, który kilka dekad przed tym zanim go kanonizował, napisał o nim dramat „Brat naszego Boga”.

Nowej, szczególnej aktualności nadał charyzmatowi i posłudze św. Brata Alberta obecny pontyfikat papieża Franciszka, w którego centrum stoją ubodzy – serce Kościoła. To w nich uobecnia się Chrystus! Od pierwszych chwil właśnie z nimi, z wolnego wyboru, dzielił doświadczenia życia człowieka – bezdomności, ubóstwa, odrzucenia, wyobcowania i samotności – w stajni dla zwierząt w Betlejem.

Brat Albert był osobą świecką. Nigdy nie wyraził zgody na przyjęcie święceń kapłańskich. Nie złożył też ślubów zakonnych. Założył zgromadzenie albertynów (ma gałąź męską i żeńską), które jednak zatwierdzono już po jego śmierci.

On i współbracia byli świeckimi tercjarzami (III zakon św. Franciszka), tworząc wspólnotę opartą na oryginalnej duchowości. Ma ona trzy korzenie, co podkreśla kolejny admirator brata Alberta, abp Grzegorz Ryś. Są to duchowości: św. Franciszka z Asyżu (on też nie był kapłanem), św. Jana od Krzyża i św. Wincentego a Paulo.

W regule zakonu istnieje przepis, że jeśli już brat przyjmie święcenia, nie może być bratem starszym, przełożonym wspólnoty, generałem zakonu. To słowo z terminologii wojskowej. Św. Brat Albert nie zamierzał toczyć wojny o dobro, o miłość czy zbawienie. Wartością była dla niego chrześcijańska równość rozumiana jako… radykalne braterstwo!

 

Radykalna decyzja

Choćby z tych kilku powodów warto poznać brata Alberta, który nie jest tak popularny, jak św. Antoni, pomagający znaleźć rzeczy zgubione, św. Jadwiga, św. Paweł czy cudotwórcy. W epoce, gdy trudno o niepodważalne autorytety, on pozostaje jasnym światłem na drodze do Boga.

Tym bardziej, że była to droga kręta i nie usłana różami. Jego życiorys nie kojarzy się z kwiatem. Był dramatyczny, pełen zwrotów akcji i daje nadzieję, że dla Boga naprawdę nie ma nic niemożliwego.

Bo Adam Chmielowski, przyszły brat Albert, nie miał wielkich zadatków na świętego… On uparcie i wytrwale szukał odpowiedzi na pytania egzystencjalne – o sens życia, o miłość, o to, czemu warto się poświęcić. O talent, bo był cenionym artystą malarzem.

Tylko ciągle czegoś mu brakowało. Marzył o „więcej”. Był z siebie niezadowolony, wiele własnych obrazów niszczył. Męczył siebie i innych perfekcjonizmem. Był surowy w sądach, a miał taki dar przekonywania, że stał się autorytetem dla wybitnych kolegów.

Krytykował (dość bezczelnie) nawet mistrza Jana Matejkę. Nie podobał mu się jego styl, historyczne ilustracje podnoszące Polaków na duchu. Sam był kolorystą. Wrażeniowcem. Estetą. Studiował 5 lat malarstwo w Monachium, był członkiem bohemy. Tworzył piękno.

Doświadczył też: cierpienia; śmierci rodziców w dzieciństwie, a potem przyjaciela Maksymiliana Gierymskiego; kalectwa (mając 18 lat w powstaniu styczniowym stracił nogę); ubóstwa; poniżenia. To jednak wciąż nie tłumaczy, czemu zostawił – realne – perspektywy na sukcesy i sławę, całe życie oddając absolutnie radykalnie obcym nędzarzom bez domu.

 

Smutny wizerunek brata Alberta

Warto brata Alberta poznać. Szkoda, że jego wizerunek w Polsce wydaje się smutny, zgrzebny i lekko banalny. Kojarzy się z hasłem „być dobrym jak chleb”. Jaki chleb? Pszenny czy razowy? A może… Chleb Eucharystyczny?

Podobnie jest z wyglądem. Najbardziej znane jego wizerunki bazują na portretach Leona Wyczółkowskiego. Namalował je jednak po śmierci brata Alberta, dla potrzeb beatyfikacji i kultu. Święty ma na nich ok. 70 lat, nadwagę. Nosi zgrzebny habit koloru buro-ziemistego. Taki był. Ale nie był przecież tylko taki! To moment z długiego życia. Nie zachęca do szukania tego, co było wcześniej. Nie oddaje siły jego charakteru.

Na szczęście zachowały się listy brata Alberta. No i obrazy, z których najbardziej znany to mistyczne arcydzieło Ecce Homo – Oto Człowiek. Listy zostały starannie opracowane i wydane pt. „Pisma Adama Chmielowskiego, św. Brata Alberta”. Poniżej w galerii znajdziecie kilkanaście cytatów z tej korespondencji, prowadzonej na przestrzeni kilkudziesięciu lat.

ECCE HOMO

Z archiwum ss. albertynek

 

Szpital i miłość miłosierna

Jako student w Monachium pisywał do Lucjana Siemieńskiego, swojego „mecenasa”. Widać tu jego dylematy, ale i letnią wiarę członka bohemy. Potem zszokował otoczenie, nagle wstępując do zakonu jezuitów. W listach pisanych z klasztoru po swojemu „mądrzył się”, wysyłając kolegów do spowiedzi.

Miał plan połączenia pasji zawodowej z samouświęceniem… Zamiast doskonałości po dwóch miesiącach wpadł w głęboką depresję, trafił do szpitala psychiatrycznego. Gdy wyszedł, mieszkał u swego brata, w milczeniu.

Aż spotkał księdza, który mu powiedział o darmowym Bożym miłosierdziu, na które nie musi zasłużyć perfekcją! I usłyszał o III zakonie św. Franciszka. To wywróciło mu świat do góry nogami, co widać trochę w tonie listów. Wcześniej malował hrabiów, bywał na salonach. Kiedy przyjął imię „brat Albert”, dostrzegał już nieestetycznych ubogich. Pokochał ich tak ogromną miłością, jaką wyzwolić może tylko Chrystus miłosierny.

Dojrzał też do trudnego ojcostwa, duchowego. Jego listy do s. Bernardyny Jabłońskiej, zwanej pieszczotliwie Dynką, mają w sobie morze czułości. Męczyła się, miała skrupuły, czuła się grzeszna i niegodna. Przytulał ją mocno słowami, ale i trzymał w ryzach. Była bardzo młoda, mogła być jego córką. Stała się nią. Okazała się świetną Siostrą Starszą, a dziś jest błogosławioną.

Skąd się natomiast wzięło określenie „dobry jak chleb”? Tak mawiał. Bynajmniej nie w świątobliwym kontekście. Sprawdźcie sami w poniższych cytatach z listów brata Alberta:

Posted in Święci obok nas | Leave a Comment »

„Prorocze” słowa Sołżenicyna o zmierzchu cywilizacji zachodniej

Posted by tadeo w dniu 12 czerwca 2020

„Prorocze” słowa Sołżenicyna o zmierzchu cywilizacji zachodniej

Świat zachodni znajduje się obecnie w rozsypce, a w społeczeństwach budzi się gniew wobec ograniczeń narzucanych przez rządy – zauważa „New Catholic” na portalu Rorate Caeli. To dobry moment na przypomnienie słynnego przemówienia Aleksandra Sołżenicyna.

 

Sowiecki dysydent przybył ze swego miejsca schronienia w amerykańskim Vermont do najstarszej uczelni na terenie USA. Jego wygłoszona 8 czerwca 1978 roku mowa należy do najsłynniejszych spośród kiedykolwiek wygłoszonych. Ponadto, według portalu Rorate Caeli, stanowi ona również proroctwo dla naszych czasów.

 

Sołżenicyn skrytykował między innymi zachodni konsumpcjonizm wyrażający się w idei państwa dostatku. W teorii każdy obywatel otrzymał prawo do dóbr w ilości i jakości zapewniającej szczęście. Jednak w rzeczywistości okazało się, że pogoń za słodyczami tego świata wpędza ludzkość w zmartwienie i depresję.

 

„Niezależność jednostki od wielu rodzajów państwowej opresji została zagwarantowana, większość ludzi otrzymała dobrobyt, o jakim ich ojcowie i dziadowie nawet nie śnili, możliwe stało się wychowywanie młodych ludzi według ich ideałów, prowadzące do fizycznego splendoru, szczęścia, posiadania dóbr materialnych i czasu wolnego, do niemal nielimitowanej wolności do odczuwania przyjemności” – mówił Sołżenicyn.

 

Dysydent stwierdził, że w takich okolicznościach niezwykle trudne staje się wyrzeczenie ziemskich dóbr w imię obrony powszechnych pryncypiów. Sołżenicyn zauważył również, że skrajne bezpieczeństwo i skrajny dobrobyt szkodzą żywym organizmom, co pokazuje nawet biologia.

 

Pisarz skrytykował także nadmierną swobodę popełniania zła w zachodniej cywilizacji: „obronę praw jednostki doprowadzono do skrajności, a społeczeństwo jako takie stało się bezbronne wobec niektórych osób. Nadszedł czas, by zachód bronił bardziej obowiązków niż praw” – wzywał. Napiętnował również pornografię i przestępczość rozpowszechnione w krajach takich jak Stany Zjednoczone.

 

W ogniu krytyki Sołżenicyna znalazły się też media. Zdaniem dawnego opozycjonisty, dziennikarze, mimo braku jakiegokolwiek uprawomocnienia, stali się potężnymi władcami, pozbawionymi jednak odpowiedzialności prawnej za swoje działania. W mediach króluje plotka i dezinformacja. Wszystko to następuje pod pozorem prawa czytelnika do zdobycia wiedzy.

 

Kolejnym problemem zachodu staje się odseparowanie modnych myśli i idei od tych niemodnych. W efekcie, choć w teorii wszystko pozostaje dozwolone, to poglądy „nie na czasie raczej „nie dotrą do czasopism, książek ani college’ów. Pod względem prawnym badacze są wolni, lecz wiążą ich chwilowe mody”.

 

Uwagi aktualne i dziś

Według Sołżenicyna, degeneracja zachodu rozpoczęła się wraz z narodzinami renesansowego humanizmu. W centrum stanął wtedy człowiek i jego, głównie materialne potrzeby . Zapomniano o niedoskonałości ludzkiej natury oraz o tym, że wolność nie tylko nie rozwiązuje wszystkich problemów życia ludzkiego, lecz wręcz stwarza nowe.

 

Jednak Sołżenicyn wskazuje na istotne rozróżnienie. Początkowo, u zarania amerykańskiej republiki prawa człowieka przypisywano powszechnie z racji uznania nas za stworzenia Boże. Wolność jednostki wiązała się więc z jej odpowiedzialnością. Następnie jednak Zachód odrzucił swe chrześcijańskie dziedzictwo wraz z jego „wielkimi pokładami miłosierdzia i ofiarności”. W efekcie systemy społeczno-polityczne stały się czysto materialistyczne, a postęp technologiczny szedł w parze z moralnym regresem.

 

Aleksander Sołżenicyn skrytykował także rozpowszechnione podejście, jakoby nie należało przykładać do polityki kryteriów moralnych. Zwrócił także uwagę, że socjalizm nie stanowi żadnego remedium na trapiące zachód problemy.

 

Godne podkreślenia i wciąż aktualne są także filozoficzne uwagi Sołżenicyna. Rosyjski pisarz zauważa, iż skoro ciało człowieka skazane jest na śmierć, to ostateczny cel życia musi mieć charakter duchowy. Celu tego nie stanowi ani „nieograniczone czerpanie z codziennego życia”, ani „poszukiwanie najlepszych sposobów zdobycia dóbr materialnych a następnie radosne korzystanie z nich”, lecz stanie się moralnie lepszym człowiekiem.

 

Słowa te pozostają dziś aktualne w nie mniejszym stopniu niż 42 lata temu.

 

 

Źródła: solzhenitsyncenter.org / rorate-caeli.blogspot.com / PCh24.pl

mjend

 

 

 


DATA: 2020-06-10 07:23
Podziel się:
DOBRY TEKST
27
Skomentuj artykuł
Nick *:
Twoja opinia *:
wyślij opinie
Regulamin forum portalu PCh24.pl.
Kliknij aby przeczytać

Komentarze

Sołżenicyn był prawosławnym heretykiem. Po co o nim pisać? Na pewno Bóg przez niego nie przemawiał, ponieważ Bóg nie może przemawiać przez heretyka. Członkiem kościoła można być, albo nie być. Wszyscy, którzy nie są na łonie kościoła katolickiego są poza nim, a poprzez ten fakt oddali się na służbę szatanowi. Proponuję to przemyśleć, zanim cokolwiek się napisze o jakimkolwiek prawosławnym Rosjaninie. Z Panem Bogiem.
11 godzin temu / ananiasz
Dziś człowiek zachodu zajmuje się rewolucjami ale wiadomo jaki jest człowiek zachodu. Od newsa do newsa. Jest hasło, akcja potem kurz opada i zmiana zainteresowania. Zapala się i gaśnie. Rewolucje pod hasłami,,pieprzyc wszystko ”itd.
1 dzień temu / bl
Wybitnie mądry Rosjanin i zarazem Chrześcijanin. Podsumował ich a możliwe, że liczyli na wazeliniarskie umizgi w stylu „jacy wy jesteście świetni i światli”.
1 dzień temu / Andrzej
Świat zachodni widzimy to dzisiaj idzie w coraz gorszym kierunku. Powiedziałbym w orwellowskim kierunku folwarku zwierzęcego z rządami wiadomo kogo. Kiedyś królem dżungli był lew.
1 dzień temu / noce i dnie
Niby tak, ale piękno, jest poniekąd „zbytkiem”. Przesadny minimalizm odbiera ludziom zajęcie. Tworzenie pięknych rzeczy, budowli itd. pomaga wykorzystywać talenty, choć nie służy jedynie przeżyciu. Wszystko z umiarem – i tyle.
1 dzień temu / Samanta
Takie to błędy rozpowszechnia Rosja.

Read more: https://www.pch24.pl/prorocze-slowa-solzenicyna-o-zmierzchu-cywilizacji-zachodniej,76514,i.html#ixzz6P8QSx4e4

Posted in POLECAM, Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Kronika Polska – Wincenty Kadłubek

Posted by tadeo w dniu 11 czerwca 2020

kadłubekAPC - 2020.06.11 17.06 - 001.3d

Click to access kad%E5%82ubek%20wincenty%20-%20kronika%20polska.pdf

Posted in Historia, Książki (e-book) | Leave a Comment »