WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Posted by tadeo w dniu 3 listopada 2015

KTO POSZUKUJE PRAWDY, POSZUKUJE BOGA.

PRAWDA JEST JEDNA I MOŻNA SIĘ KU NIEJ PRZYBLIŻAĆ, CHOCIAŻ TUTAJ NA ZIEMI NIGDY NIE POZNAMY JEJ DO KOŃCA.

ALE KIEDYŚ POZNAMY, BO OSTATECZNIE JEST NIĄ SAM BÓG.

JEDNA, JEDYNA KOMUNIA ŚWIĘTA MA WIĘKSZĄ WARTOŚĆ NIŻ WSZYSTKIE BOGACTWA ŚWIATA.

Kiedy wybije nasza ostatnia godzina, ustanie bicie naszego serca, wszystko się dla nas skończy, a więc i czas naszego zasługiwania i niezasługiwania. Takich jakimi jesteśmy, spotka nas śmierć i tacy staniemy przed Chrystusem, Sędzią. Nasze błagalne wołania, nasze łzy, nasze akty żalu, które jeszcze na ziemi zdobyłyby serce Boga, mogłyby z nas, grzeszników, uczynić – przy pomocy sakramentów – ludzi świętych; ale w owym momencie nie będą miały żadnej wartości; czas miłosierdzia minie i rozpocznie się czas sprawiedliwości – ojciec Pio.

bogciebie11

Posted in Kontakt, Miłosierdzie Boże, Religia, Św. Faustyna | 5 Komentarzy »

Jeszcze POLSKA nie zginęła…

Posted by tadeo w dniu 26 października 2015

Wielokroć upokorzony czekałem na tą chwilę wiele lat. Osobiście bardzo się wzruszyłem… Tyle lat czekania, tyle momentów bezsilności i nieraz zniechęcenia. Warto było czekać!!!!!  Dzisiaj obudziłem się w innym – lepszym państwie.

Zwyciężyła POLSKA – ojczyzna moich marzeń.

Polska znów jest polska, Polska jest wolna, odzyskaliśmy suwerenność i wolność.  Wreszcie czuję się jak we własnym domu. 

Posted in POLECAM | 2 Komentarze »

Mój przyjaciel Dolindo

Posted by tadeo w dniu 18 lutego 2020

 

– Miłosierdzie ma być kroplówką dla pokolenia zniszczonego przez ludzkie zło – mówi ks. prof. Robert Skrzypczak

fot. Monika Odrobińska/Idziemy
Z ks. prof. Robertem Skrzypczakiem rozmawia Monika Odrobińska

 

Będąc w Neapolu, zapukał Ksiądz do grobu ks. Dolinda Ruotola?

„Kiedy przyjdziesz do mojego grobu, zapukaj, ja nawet zza grobu odpowiem ci: ufaj Bogu” – napisał ks. Dolindo w swoim duchowym testamencie. I rzeczywiście, do jego grobu puka sporo osób. Ja fascynuję się ks. Dolindem od wielu lat, do jego grobu dotarłem dwa lata temu. Odprawiłem tam Mszę Święta, a zwiedzając kościół św. Józefa i Madonny z Lourdes w Neapolu, natknąłem się na posługującą w nim zakonnicę, która przestrzegła mnie: „Trzeba uważać, bo kto się zajmuje sprawą ks. Dolinda, zapłaci cierpieniem”.

Po powrocie do kraju czekały na mnie niekorzystne wieści: zaczęła się diagnostyka, przygotowanie do operacji i planowanie dalszej terapii. Inna zakonnica, także fanka ks. Dolinda, gdy dowiedziała się o moich kłopotach, odwróciła jego zdjęcie do ściany i powiedziała: „Pozostaniesz tam tak długo, aż się poprawisz”. Uśmiałem się, a jednocześnie modliłem się tak, jak uczył ks. Dolindo: „Jezu, Ty się tym zajmij”. Ostatnio od chirurga usłyszałem, że muszę mieć chody u góry i że jak tak dalej pójdzie, to on się przeniesie na emeryturę.

 

Jak Ksiądz trafił na ks. Dolinda?

Przypadkowo – kiedy przeczytałem u o. Pio, jak reprymendował przybywające do niego rzesze wiernych z Neapolu słowami: „Czemu przychodzicie do mnie, skoro u siebie macie świętego!”. Zacząłem tego świętego szukać.

Dolindo Ruotolo wzrastał w rodzinie dysfunkcyjnej. Ojciec, adwokat, handlował nieruchomościami, a żonę i jedenaścioro dzieci ulokował w podmokłej suterenie. Dzieci głodził, wychowywał je w sposób sadystyczny – Dolinda wyzywał od matołów, bił, kopał, wykręcał poranione po operacji ręce. To on zresztą nadał mu to imię, które po włosku znaczy „cierpienie”.

W takich warunkach rodziło się powołanie chłopca, który, uwięziony za karę w ciemnej komórce bez jedzenia, pobity i poniżony, modlił się za swojego ojca. W seminarium mu nie szło – fizyczne maltretowanie odbiło się na jego kondycji umysłowej. Raz, modląc się z innymi klerykami w kaplicy, powiedział Maryi: „Jeśli chcesz, bym został dobrym kapłanem, pomóż mi, bo jestem kretynem”, po czym przysnął. Obudził go wiatr, który swoim podmuchem przykleił mu do czoła obrazek Maryi, przed którym się modlił. Ksiądz Dolindo stał się geniuszem teologii, zaczął komponować muzykę, grać na organach i śpiewać. Dostał dar tylko w tych dziedzinach, które były mu potrzebne do sławienia Boga. Napisał 33 tomy komentarzy do Pisma Świętego – każdy po 700-800 stron; marzył, by Biblia znalazła się w każdym domu. Nauczył się hebrajskiego – ten „kretyn”! Wygłaszał nawet osiem katechez dziennie. Stworzył zręby duszpasterstwa akademickiego. To zresztą stało się powodem pomówień, bo próbowano go wplątać w intrygę z oskarżaną o heretyckie wizje kobietą z Sycylii.

 

Nie rozstawał się też z różańcem, co widać na każdym zdjęciu. Nakładem wydawnictwa Esprit ukazała się książeczka „Różaniec zawierzenia z ks. Dolindo” – w sam raz na miesiąc różańcowy. Czym dla niego była ta modlitwa?

Siostra Łucja, wizjonerka z Fatimy, napisała kiedyś: „Bóg postanowił pozostawić światu dwa środki zaradcze przeciwko złu: Różaniec i nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi”. Ksiądz Dolindo po mistrzowsku wprowadza nas w modlitwę różańcową. Można powiedzieć, że – urodzony w wigilię uroczystości Matki Bożej Różańcowej – był jej wybrańcem.

Różaniec odmawiał cały dzień. Nazywał go „perełkami duszy”. Modlitwa różańcowa, przekonywał, nie jest ani trudna, ani bezużyteczna – trzeba tylko pokonać wewnętrzne odrętwienie. Może przynieść ulgę duszom czyśćcowym. Jest też najlepszym „programem antywirusowym” w czasach zamętu. Matka Boża Różańcowa ciągle wzywa nas do powrotu do swojego Syna. Siostra Łucja lubiła powtarzać, że nie ma takiego problemu materialnego czy duchowego, narodowego czy międzynarodowego, którego nie dałoby się rozwiązać za pomocą Różańca i wyrzeczeń – a w tym ks. Dolindo także był mistrzem.

 

Miałam zapytać, dlaczego Bóg najmocniej doświadcza tych, których sobie wybrał, ale tym ostatnim słowem „wyrzeczenia” Ksiądz chyba udzielił odpowiedzi…

Już dwa lata po święceniach kapłańskich ks. Dolindo został poddany najcięższej próbie: oskarżony przed Świętym Oficjum, został osadzony w więzieniu Macao dla heretyków i odsunięty od głoszenia słowa i sprawowania sakramentów, także Mszy Świętej. Nie ma dla księdza gorszej kary.

Tkwił wtedy godzinami przed Najświętszym Sakramentem z wyciągniętymi ramionami i pytał: „Dlaczego?”. Nigdy nie skarżył się na Kościół, nie krytykował go, autentycznie go kochał, choć ta trudna lekcja trwała prawie 20 lat! Rodzina uznała go za psychicznie chorego, matka kazała odprawiać nad nim egzorcyzmy, najbliżsi odsunęli się od niego. Wyszedł z tej próby z umiejętnością prorokowania, czytania w sercach, elokucji – przepływał przez niego głos Boga i Maryi. Ich słowa pisał wiernym na obrazkach zatytułowanych „Jezus/Maryja do duszy”. Zachowało się ich 220 tys. Ludzie byli pod wrażeniem ich trafności – a każdy dostawał osobisty zapisek.

Siedział w Macao po to, by kilka lat potem mogło być ono zlikwidowane. Po to, by Msze mogły być sprawowane w językach narodowych, by Komunię można było przyjmować także w Wielki Piątek, by kapłani mogli sprawować więcej niż jedną Mszę dziennie, upominał się o apostolat kobiet. I to wszystko 50 lat przed Soborem Watykańskim II!

 

Co to znaczy: „Jezu, Ty się tym zajmij”? Jak odmawiać tę modlitwę?

To skrócona wersja modlitwy, którą ks. Dolindowi polecił Jezus. W pełnej wersji brzmi tak: „Kochaj Boga nade wszystko na świecie i zawierzaj się Mu – zatrać się w Bogu, opuść siebie, by się w Nim zanurzyć”. Do takiej modlitwy należy spełnić kilka warunków: dusza musi zamknąć oczy i odpocząć, nie kombinować po ludzku. „Otrzymujesz niewiele łask, kiedy się zamartwiasz” – mówił ks. Dolindo. Nie można oczekiwać, by Jezus dopasował się do naszych potrzeb i zamysłów.

Jesu, pensa ci tu – po włosku ta modlitwa brzmi niezwykle wdzięcznie. Jeśli ogarniają cię mroki zwątpienia, serce spowija lęk, problemy jakby cię miażdżyły, nie zniechęcaj się, ale zamknij oczy i powtórz: „Jezu, Ty się tym zajmij”. Na skuteczność tej modlitwy i duchowości dostaję od wiernych wiele dowodów.

Czyli bezgraniczne zawierzenie Bogu, nawet jeśli oznaczać by miało krzyż?

Ksiądz Dolindo pokazał to swoim życiem. Dziś tak się zatraciliśmy w samowystarczalności, że nikt już nie pamięta, co to znaczy przyjąć chwalebny krzyż. Wszyscy od niego uciekają. A on jest fundamentem. Szatan, kusząc Jezusa, mówił: „Zejdź z krzyża, a w Ciebie uwierzę”. My mówimy do różnych guru: „Rozwiąż mój problem, a będę ci wierny”. Dla demona krzyż jest klęską Boga. Idąc tym tropem wielu sądzi, ze cierpienie to pomyłka. A ono ma sens o tyle, o ile wiąże nas z Bogiem. Po to Jezus wstąpił na krzyż, by ludzkie cierpienie wiązało człowieka z Bożą miłością.

Ksiądz Dolindo spotkał na swojej drodze wielu judaszów. Jaką postawę wobec nich uczy nas przyjmować?
Przed tymi, którzy go zdradzili, klękał i prosił o przebaczenie. Wierzył, że tylko tak możliwy jest pokój w sercach: jego i winowajców. Przebaczenie to antybiotyk Boga. Święty Piotr apeluje: „Gniewajcie się, ale nie grzeszcie. Niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce”.

Myślimy, że akt przebaczenia jest wspaniałomyślny i stawia nas wyżej od osoby, której przebaczamy. A autentyczne przebaczanie jest proszeniem o nie. To zasada do zastosowania w małżeństwie i innych wspólnotach. Jeśli ktoś ci zawini, to może dałeś mu powód: idź i poproś go o rozmowę.

O swoich prześladowcach ks. Dolindo mówił, że oddali mu przysługę, bo dzięki nim mógł zbliżyć się do Boga.

 

W liście do jednej z córek duchowych, która cierpiała, radzi jej słowa modlitwy: „Nie chcę się niepokoić, mój Boże; ufam Tobie” – brzmi jak z „Dzienniczka” s. Faustyny!

Tak, Bóg powierzył mu przesłanie podobne do tego, w którym udział miała św. Faustyna. Miłosierdzie ma być kroplówką dla pokolenia zniszczonego przez ludzkie zło. Duchowość zaufania w przeciwnościach, utrapieniach uczy wytrwałości w cierpieniu.

Miłosierdzie ma być kroplówką
dla pokolenia zniszczonego
przez ludzkie zło

Dolindo Ruotolo ma dużo do powiedzenia postnowoczesnemu społeczeństwu, biorącemu udział w korporacyjnym wyścigu szczurów, poddanemu egoizmowi. Prowadził uliczną ewangelizację poprzez grupę Gołębice Eucharystyczne. Jednego mężczyznę niemal siłą wywlokły one z autobusu, do którego wsiadał, i przyprowadziły do kościoła. Potem ów człowiek powiedział: „Jechałem, by dokonać vendetty, bo byłem członkiem camorry. Czy bym to przeżył, czy nie, i tak byłbym stracony. Ksiądz Dolindo mnie uratował”.

 

Czemu jeszcze nie jest beatyfikowany?

Ci, którzy znali ks. Ruotola, mówią o nim „z nieba wyjęty” – bo wiecznie był pochłonięty myślami o wieczności. W jednej ręce zawsze nosił różaniec, a w drugiej torbę. Niektórzy twierdzą, że z jedzeniem – sam potrzebował zjeść raz dziennie, a gdy ktoś go poczęstował, brał, a potem oddawał „swoim biednym”; inni twierdzą, że z kamieniami – to były grzechy jego penitentów. Jako dwulatek czuł na ustach mamy smak Jezusa i Jego zapach na jej płaszczu, kiedy wracała z Mszy Świętej. Jako chłopiec wystrugał krzyż i całował go z miłości do Jezusa. Ma na koncie wiele nawróceń i cudów. Jego siostrzenica – żyjąca jeszcze Grazia Ruotolo – twierdzi, że on już urodził się święty.

Ja uważam, że ks. Dolindo to perła. Tylko – jak w Jezusowej przypowieści – jest ona głęboko ukryta i trzeba mocy modlitwy, by ją wydobyć. Jan Paweł II uczył, że nie partie i nie rewolucje uratują świat, ale święci. Módlmy się więc, by ks. Dolindo zasilił ich szeregi i by mógł dalej działać.

 


Ks. Robert Skrzypczak (1964) – teolog, psycholog, duszpasterz akademicki, wykłada teologię dogmatyczną na Papieskim Wydziale Teologicznym i w seminarium duchownym w Warszawie.

Przeczytaj także:

Kim był Ojciec Dolindo Ruotolo? Życiorys, Zdjęcia, Cytaty

Zobacz także:

O modlitwie doskonałej wg ks. Dolindo – ks. Sławomir Kostrzewa

Posted in Religia, Wywiady, Święci obok nas | Leave a Comment »

Okrucieństwo wobec zwierząt jest bardziej nagłaśniane niż chrześcijanie z odciętymi głowami

Posted by tadeo w dniu 18 lutego 2020

Posted in Religia | Leave a Comment »

Abortowany papież! Wstrząsająca spowiedź kobiety u świętego Ojca Pio!

Posted by tadeo w dniu 17 lutego 2020

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„[Po San Giovani Rotondo] oprowadzał nas Polak, ojciec kapucyn, który zwrócił uwagę na coś, nad czym się wcześniej nie zastanawiałam. Opowiadał on wiele historii z życia ojca Pio, o których wcześniej słyszałam, ale o jednej z nich – nie.

Przychodzi kobieta do spowiedzi do ojca Pio i spowiada się z grzechu aborcji. O. Pio pyta się:

– ‘Coś zobaczyłaś, tak?’

– ‘Tak’ – odpowiada kobieta.

– ‘Papieża, tak?’

– ‘Tak’ – odpowiada znowu kobieta – ‘zobaczyłam papieża’.

– ‘A popatrzyłaś w twarz tego papieża?’

– ‘Tak, był bardzo podobny do mnie’.

– ‘Tak, w planach Bożych ten twój syn, którego zabiłaś, miał być papieżem’.

Byłam zaskoczona, bo w swojej naiwności, za którą od razu przeprosiłam Pana Boga, wyobrażałam sobie, że Pan Bóg ma plany [tylko] w stosunku do tych ludzi, którzy się urodzili. Nic podobnego! Pan Bóg miał plany w stosunku do każdego człowieka, także w stosunku do tych ludzi, których my, jako ludzkość, zabiliśmy”. (prof. Maria Ryś, UKSW)

******************************************************

W ciągu dnia spowiedź była głównym zajęciem Ojca Pio. Okłamywanie Ojca Pio podczas spowiedzi było niemożliwe. Zaglądał on w ludzkie serca. Często, kiedy grzesznicy byli nieśmiali, Ojciec Pio sam wymieniał ich grzechy podczas spowiedzi. Ale potrafił też surowo zgromić kogoś, kto nie chciał wyznać któregoś ze swoich grzechów.

Ojciec Pio zapraszał wszystkich wierzących do spowiedzi przynajmniej raz na tydzień. Mówił: „Nawet, jeśli pokój był zamknięty, po pływie tygodnia konieczne jest jego odkurzenie”.

KŁAMSTWA

Pewnego dnia, mężczyzna wyznał Ojcu Pio. „Ojcze, mówiłem kłamstwa, kiedy byłem w towarzystwie moich przyjaciół. Zrobiłem to, aby wszystkich rozbawić”. Ojciec Pio powiedział: „Ach tak! Czy ty chcesz iść do piekła z powodu żartów?”

PLOTKARSTWO

Pewnego dnia Ojciec Pio powiedział do penitenta: „Jeśli plotkujesz na temat innego człowieka to znaczy, że usuwasz tą osobę ze swojego serca. Lecz uświadom sobie, że gdy usuwasz tą osobę ze swego serca, razem z tą osobą z twojego serca usuwany jest również Jezus.”

MAGIA

Pewna kobieta powiedziała: „Spowiadałam się u Ojciec Pio w listopadzie 1948. Wśród wielu innych spraw powiedziałam, że jesteśmy zaniepokojeni ciotką, która czyta czasopisma dotyczące magii w naszej rodzinie. Ojciec Pio nakazującym tonem powiedział: „Natychmiast wyrzuć te materiały.”

ROZWÓD

Młoda kobieta, kończyła wyznawanie grzechów. Otrzymała rozgrzeszenie od Ojciec Pio, który powiedział: „Musisz pogrążyć się w ciszy modlitwy w ten sposób zachowasz swoje małżeństwo.”

Kobieta była zdziwiona, ponieważ ona nie miała żadnych problemów w małżeństwie. Jednak po długim czasie duże problemy pojawiły się w jej małżeństwie. Jednakże była przygotowana by stawić czoła tym problemom. Przezwyciężyła trudny okres i uniknęła zniszczenia małżeństwa postępując zgodnie z sugestią, którą otrzymała od Ojca Pio.

ABORCJA

Pewnego dnia, Ojciec Pellegrino spytał Ojca Pio: „Ojcze, dziś rano odmówiłeś rozgrzeszenia kobiecie, która dopuściła się aborcji. Dlaczego jesteś taki rygorystyczny w przypadku tego złego, godnego pożałowania postępku?”.

Ojciec Pio odpowiedział: „Dzień, w którym ludzie, zatroskani o ekonomiczny rozwój, z powodu cielesnych defektów lub z powodu poświęcenia się dobrom materialnym, zagubią się w horrorze aborcji, będzie najstraszniejszym dniem ludzkości. Aborcja jest nie tylko zabójstwem, lecz również samobójstwem. Czy tym ludziom, których my widzimy na krawędzi popełnienia dwóch zbrodni chcemy pokazać naszą wiarę? Czy chcemy ich bronić?”

************************************************************

– Co robi Ojciec Pio?
– Wasza Świątobliwość, odpuszcza grzechy świata -ta niezwykła wymiana zdań pomiędzy papieżem Piusem XII a biskupem Manfredonii, monsignore Andrea Cesarano podczas wizyty ad limina w kwietniu 1947 roku, najdoskonalej wyraża to, co było zasadniczym apostolatem Ojca PiO.

Konfesjonał największego spowiednika naszych czasów był nie tylko miejscem rozgrzeszania, ale przede wszystkim miejscem nawróceń. Był też świadkiem prawdziwych bitew między szatanem a Bogiem. Niektóre z tych starć były tak ciężkie i wyczerpujące, że powodowały osłabienie Ojca Pio oraz krwawienie ze stygmatów. Święty kapucyn bezustannie powtarzał, że Bóg jest miłością, która zbawia i pragnie przemienić życie każdego człowieka. Wystarczy, że człowiek w swoim życiu będzie zawsze wierny Dekalogowi. Jak wspominają córki i synowie duchowi świętego stygmatyka, przy „Ojcu Pio propozycja życia Dekalogiem stawała się jasna i pociągająca (…) i sprawiała, że potrafiliśmy zrozumieć Chrystusa i boskie prawdy oraz cieszyć się Nim, Panem i Mistrzem naszego życia”.

Nikt nie jest w stanie obliczyć tych wszystkich ludzkich serc, które pod wpływem Ojca Pio powróciły do Pana. Można tylko sobie wyobrazić, ile ich było, skoro ze świętym kapucynem w San Giovanni Rotondo spotkało się prawie dwa miliony wiernych. Największym sekretem świętego kapucyna z Pietrelciny był sposób, w jaki potrafił „zawładnąć” penitentem, za którym podążał, często nawet wręcz „prześladował” i szukał go w przepaści jego duchowego pogubienia, aż do ofiary dźwignięcia go na swoje ramiona.

Ja jestem Pan, Bóg twój

Ojciec Pio bardzo kochał grzesznika, ale wobec grzechu zawsze był bezwzględny. Ileż to razy zastanawiano się, co jest tajemnicą Ojca Pio, która ożywiała całe jego życie. Niewątpliwie była nią modlitwa, nieustanny dialog z Jezusem, Najświętszą Matką, św. Franciszkiem oraz Aniołem Stróżem. Święty kapucyn z Pietrelciny był niedościgłym mistrzem modlitwy, która jego zdaniem była kluczem otwierającym Serce Boga. Dlatego szczególny nacisk kładł na odmawianie porannej i wieczornej modlitwy. Uważał: że „kiedy zaczyna się dobrze dzień modlitwą, również dobrze się go kończy”. Niejednokrotnie jako pokutę zadawał do codziennego odmawiania i to przez wiele miesięcy kilkunastu Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo i Chwalą Ojcu! Może się to wydawać, szczególnie dziś, za skrajnie trudną pokutę. Jednak jak mówią liczne świadectwa, wielu tych, którzy otrzymali ten „pokutny modlitewny maraton”, pomimo że już nie musiało, to do końca swoich dni go odmawiało.

Postawa Ojca Pio wobec tych, którzy szukali ścieżek prowadzących do świata satanizmu była wyjątkowo nieustępliwa i wymagająca. Wynikała ona ze szczególnego doświadczenia działania szatana. Do konfesjonału Ojca Pio przybywało bardzo wielu „spirytystycznych” grzeszników, którzy zanim otrzymali upragnione rozgrzeszenie, powracali do niego kilkakrotnie.

Szczególne miejsce w życiu świętego zajmował też komunizm. Ojciec Pio uważał, że usunięcie Boga z życia, tak jak czynili to marksiści, oznacza zniszczenie zarówno człowieka, jak i społeczeństwa. Do komunistów mówił bez ogródek: „zdradziłeś Pana, twojego Boga, i wszedłeś między Jego nieprzyjaciół”. Jak wspominają dzieci duchowe Ojca Pio, niejednokrotnie można było zobaczyć „czerwone” legitymacje partyjne w dłoniach Ojca Pio, które były specyficznymi „dowodami” nawróceń.

Nie używaj imienia Pana Boga nadaremno

Do bluźnierców Ojciec Pio kierował straszne słowa: „bluźnierstwo to diabeł na twych ustach”, „przyciągasz piekło do swojej duszy”, „diabeł nie bluźni tak jak ty… idź precz”. Ta swoista szokowa terapia słowna kapucyna odnosiła niezwykle szybki skutek i upragnioną przez niego radykalną odmianę życia.

Pamiętaj, abyś dzień święty święcił

Zakonnik absolutnie nie tolerował beztroski, z jaką najczęściej uzasadniano swoją nieobecność na niedzielnej Eucharystii. Wyjątkowo wiele osób z tego powodu odchodziło od konfesjonału bez rozgrzeszenia. Każdy z nas, ludzi wierzących, według Ojca Pio musi uczynić Boga Panem swojego życia i Panem niedzieli. Jego dzieci duchowe bardzo często słyszały, jak napominał: „pierwszy obowiązek w niedzielę to Msza Św.”.

Czcij ojca i matkę

W zakresie tego przykazania Ojciec Pio uczył matki i ojców wierności Bogu i wzajemnej wierności, które jego zdaniem były najistotniejszymi elementami wychowania dzieci. Jego katecheza skierowana do kobiet i matek była nauczaniem Świętej Rodziny z Nazaretu oraz opierała się na słowach św. Mateusza: „Bo kto pełni wolę Ojca mego, który jest w niebie, ten jest Mi bratem, siostrą i matką” (Mt 12,50). Zarówno matki, jak i ojców szczególnie uwrażliwiał na istotę posłannictwa rodziny chrześcijańskiej, jakim jest przekazywanie życia, wychowywanie dzieci w miłości dla Boga i prowadzenie ich do nieba poprzez własny przykład życia. Uczulał też, że każdy osobisty grzech ojca czy matki jest pierwszym wrogiem w wychowywaniu dzieci.

Nie zabijaj

Święty kapucyn z Pietrelciny niezwykle kochał życie, szczególnie zaś kochał życie swoich bliźnich, do tego stopnia, że prosił Chrystusa: „polecam Ci tę duszę, musisz nawrócić ją, zbawić; jeśli chodzi o ukaranie ludzi, ukarz mnie, cieszę się; ofiaruję Ci za nich siebie”. Wobec aborcji, którą nazywał „odrażającą zbrodnią” oraz „dzieciobójstwem”, był bezkompromisowy. Kiedyś powiedział: „gdyby przynajmniej przez jeden dzień nie popełniano grzechów przeciwko rodzącemu się życiu, w zamian Bóg dałby światu pokój i ustanie wszelkich wojen”. W odniesieniu do tego przykazania Ojciec Pio był również nieugięty wobec nienawiści, zemsty i urazy. Nie tylko wzywał do pojednania, ale także do modlitwy za tych, którzy wyrządzają nam krzywdę.

Nie cudzołóż

Przez całe życie Ojciec Pio bardzo energicznie angażował się w odkupienie zdemoralizowanej rodziny. Zależało mu na przywracaniu jej godności i uczeniu najważniejszych wartości. Przypominał małżonkom o korzeniach ich sakramentu. Jego duszpasterstwo małżeństw opierało się na trzech najistotniejszych filarach tego sakramentu: jedności, płodności i świętości. Wszystkim parom, którymi się opiekował, nieustannie przypominał, że powołanie małżeńskie, które najczęściej jest nieustanną Kalwarią, realizuje się tylko wówczas, gdy rodzina staje się „małym Kościołem”.

Nie kradnij i nie pożądaj żadnej rzeczy bliźniego swego

Penitentów, którzy łamali siódme i dziesiąte przykazanie, Ojciec Pio traktował niezwykle surowo, ale jak zwykle bywało – ze zbawiennym dla nich skutkiem. Jak wspomina jeden z duchowych synów Ojca Pio: „znam osobiście przypadki osób, które wyjechały [z San Giovanni Rotondo] ze złością na Ojca Pio, że nie otrzymały rozgrzeszenia i zdecydowane na to, że nigdy tam ich noga nie stanie. Ale wcześniej czy później okazywało się, że czuły jakieś nieodparte pragnienie powrotu”. Pewnie dlatego, że wewnętrznie czuli, że Ojciec Pio odmawiał im „rozgrzeszenia nie dlatego, by posłać ich do piekła, ale do nieba”.

Nie mów fałszywego świadectwa

Ojciec Pio odczuwał wyjątkowy wstręt do grzechów przeciwko temu przykazaniu i bardzo rygorystycznie tępił kłamstwo. Podkreślał, że nawet „jeśli kłamstwo nie przynosi szkody innym, przynosi szkodę duszy, ponieważ jest przeciwne prawdzie, a Bóg jest prawdą”. Kapucyn z Pietrelciny byt genialnym przewodnikiem prowadzącym do Boga Ojca. Prowadził wszystkie napotkane przez siebie dusze w wielkim szacunku dla prawdy, zgodnie ze słowami Jezusa: „Niech wasza mowa będzie: tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi” (Mt5,37).

Nie pożądaj żony bliźniego swego

Zakonnik tym, którzy spowiadali się z wykroczenia przeciwko dziewiątemu przykazaniu, zawsze zadawał to samo pytanie: „odrzuciłeś je, spełniłeś je?”. Jeśli odpowiedź penitenta była negatywna i się powtarzała, Ojciec Pio tak długo go odsyłał, póki nie usłyszał pozytywnej odpowiedzi. Swoją nieprzejednaną postawę tłumaczył krótko: „piekło narodziło się z jednego tylko grzechu myśli”.

Przy pisaniu artykułu korzystałam ze strony internetowej o. B. Piechuty OFMCap

www.salon24.pl/…/745314,abortowa…

misyjne.pl/…/te-grzechy-suro…

opoka.org.pl/…/przykazania_opi…

Posted in Ojciec Pio, Religia | Leave a Comment »

Dlaczego księża tak mało mówią o diable?

Posted by tadeo w dniu 4 lutego 2020

Pytania o wiarę, które rodzą się w naszych sercach często pozostawiamy samym sobie. A może nareszcie czas stawić im czoła i wspólnie na nie odpowiedzieć? Prezentujemy drugi artykuł z cyklu „Pytania o wiarę”, w którym przestawimy odpowiedzi biskupa Andrzeja Przybylskiego na niekiedy niełatwe pytania stawiane przez młodych ludzi.

 2020-02-03 12:44

 

 

Ola: Ostatnio bardzo dużo myślę o działaniu diabła w życiu człowieka. Oglądałam ostatnio film o egzorcyzmach i bardzo się boję, żeby nie dopuścić do siebie złych mocy. Zaczęłam też czytać w Ewangelii wszystkie fragmenty, w których Jezus wyrzuca złe duchy. Zastanowiło mnie, dlaczego Jezus każe milczeć diabłu? Czy chodzi o to, aby diabeł nie mówił przez człowieka brzydkich rzeczy? Przecież w jednym fragmencie diabeł wyznał Bóstwo Chrystusa, dlaczego więc Jezus go ucisza? Zadaję sobie też pytanie, dlaczego księża na ambonie tak mało mówią o diable, czy to ma jakiś związek z rozkazem Jezusa, aby zły duch milczał?

Rzeczywiście, po ludzku wydaje się, że scena z opętanym człowiekiem, byłaby dobrą okazją do katechezy o istnieniu diabła. Być może bezpośrednim powodem, dla którego Jezus karze milczeć złemu duchowi, jest fakt, że często diabeł w opętanym człowieku wypowiada bluźniercze słowa pod adresem Boga, Kościoła i świętych.

Myślę jednak, że ten rozkaz milczenia może mieć i inne znaczenie. Chrystus nie chce, abyśmy przesadnie interesowali się sprawami związanymi ze złym duchem, nie chce, aby diabeł rozpowiadał wszystkim o sobie i tym samym skupiał uwagę ludzi na sobie.

Znany francuski pisarz Andre Frossard stwierdził kiedyś, że diabeł lubi bardzo dwie rzeczy: kiedy ludzie w niego w ogóle nie wierzą i kiedy wierzą w niego tak mocno, że we wszystkim widzą złe moce, do tego stopnia, że zapominają nawet o absolutnej przewadze Boga we wszechświecie.

Znam człowieka, który w obawie przed opętaniem odmawia modlitwy, w których jest pełno wezwań dotyczących mocy piekielnych, walki ze złymi duchami, a brakuje w nich uwielbienia i dziękczynienia wobec Pana Boga.

Taka modlitwa nie przynosi mu pokoju, bo paradoksalnie, kiedy się modli, więcej uwagi poświęca działaniu złych mocy niż miłości i dobroci Boga. Szatan najbardziej boi się miłości, a najwięcej korzyści czerpie z naszego lęku, nawet jeśli jest to lęk przed nim samym.

Diabeł ma milczeć również dlatego, abyśmy nie zaczęli interesować się tym, co jemu jest bardzo bliskie, a więc wszelkimi praktykami magicznymi i wróżbiarstwem, tajemną wiedzą i przedziwnymi energiami. Bóg nie chce aby człowiek wchodził w te wszystkie rzeczy, bo człowiek nie jest w stanie kierować nimi.

Wierzę, że to wezwanie do milczenia wypowiedziane przez Jezusa ma nas nauczyć mądrej postawy wobec świata złych duchów: pamiętaj, że one realnie istnieją, ale nie wchodź w ich świat, nie próbuj poznawać tego świata, bo on cię przekracza i może cię w końcu zniewolić.

Dziś często słyszę krytyczne uwagi pod adresem naszym, kapłanów, dotyczące tego, że za mało w swoich kazaniach mówimy o diable, piekle i opętaniach. Może to racja, że czasem powinniśmy podjąć ten temat, ale uważam, że nie możemy o nim mówić zbyt często, bo najlepszą bronią przeciwko złym duchom jest nie tyle wiedza o nich, ile nasza konkretna miłość i służba Bogu i ludziom.

Tych dwóch spraw diabeł boi się najbardziej, bo wiedzę i wiarę ma w stopniu doskonalszym niż my, ale czymś, co czyni go przeciwnikiem Boga, jest miłość i służba.

Diabeł nie kocha i nie chce służyć. Wolę więc, jako duszpasterz, więcej uwagi poświęcać głoszeniu Dobrej Nowiny i miłości Bożej niż działaniu diabła, bo ten jak lew krąży i czeka, abym zainteresował nim jak najwięcej ludzi.

https://www.niedziela.pl/artykul/49121/Dlaczego-ksieza-tak-malo-mowia-o-diable?fbclid=IwAR1MgtxKcOiuZ18f6z55NQMPik1talxtlf1Ik2Q_I2eG7EIzU9r_Xq0T1ks

Posted in Religia | Leave a Comment »

Opowieści o Św. Charbelu!

Posted by tadeo w dniu 3 lutego 2020

Miejsce urodzin Św. Charbela wioska Bekaa Kafra. Opowiada miejscowy zakonnik….

Posted in Filmy dokumentalne, Filmy religijne, Religia, Święci obok nas | Leave a Comment »

NIEZWYCIĘŻONY ZAPAŚNIK CHRYSTUSA

Posted by tadeo w dniu 3 lutego 2020

https://ad2016.wordpress.com/2014/08/19/niezwyciezony-zapasnik-chrystusa/

 

Deus, qui in confessione verae fidei beatum Andream, multiplicti suppliciorum genere excruciatum, illustri martyrio coronasti: praesta, quaesumus; ut nos in eadem fide stabiles, adversa potius omnia, quam animae detrimentum patiamur.

Boże, który świętego Andrzeja udręczonego rozlicznymi katuszami za wyznawanie prawdziwej wiary uwieńczyłeś świetnym męczeństwem; spraw, prosimy Cię, abyśmy trwając w tej samej wierze gotowi byli ponieść raczej wszystkie przeciwności niż szkodę na duszy (Kolekta z Mszy o św. Andrzeju Boboli)

*

Invictus athletae Christi – taki tytuł został nadany Andrzejowi Boboli przez papieża Piusa XII w rozpoczynającej się od tych właśnie słów encyklice, wydanej na 300-lecie męczeńskiej śmierci świętego, w roku 1957. “Jest naszym gorącym pragnieniem” – pisał papież – “żeby wszyscy po całym świecie noszący zaszczytne miano katolików, a zwłaszcza ci synowie ukochanej przez nas polskiej ziemi, których niezwyciężony bohater Chrystusa Andrzej Bobola jest chlubą i dla których jest wspaniałym wzorem chrześcijańskiego męstwa, w trzechsetną rocznicę jego śmierci pobożnym sercem i umysłem rozważyli jego męczeństwo i jego świętość”.

Ziemski żywot Andrzeja Boboli rozpoczął się w szlacheckiej rodzinie, herbu Leliwa. Przyszedł na świat przypuszczalnie w roku 1591, według tradycji – w dzień św. Andrzeja. Miejsce jego urodzenia nie jest pewne, choć w Internecie znajdziemy informację że jest nim Strachocina koło Sanoka, gdzie przed ćwierćwieczem powstało sanktuarium. Ks. Józef Niżnik w artykule “Św. Andrzej Bobola w Strachocinie”, Niedziela – edycja przemyska 18/2002, wskazuje, że “pierwszym człowiekiem, który zwrócił uwagę na pochodzenie św. Andrzeja Boboli ze Strachociny k. Sanoka jest ks. Jan Popłatek, jezuita. W książce: “Błogosławiony Andrzej Bobola Towarzystwa Jezusowego. Życie, męczeństwo i kult”, wydanej w 1936 r., wyraża opinię, że Andrzej Bobola urodził się w Strachocinie”. I dalej podnosi, za ks. Mirosławem Paciuszkiewiczem (który był proboszczem sanktuarium św. Andrzeja Boboli w Warszawie) “po ukazaniu się dzieła ks. Jana Popłatka już chyba nie powtarzano twierdzenia, że Andrzej Bobola urodził się w Pińsku czy Pułtusku. Zaczęła się utrwalać opinia, że miejscem urodzenia jest Strachocina”. Tyle, że we wspomnianej pozycji ks. Popłatka (s. 28-30) znajdziemy następujące twierdzenie “nie ulega zatem wątpliwości, że Andrzej pochodził z Małopolski i to Małopolski właściwej, która obejmowała woj. krakowskie (…), woj. sandomierskie i woj. lubelskie. W jednem z tych województw musiało leżeć miejsce jego urodzenia, którego jednak ściśle określić niepodobna, ze względu na to, iż nieznamy posiadłości Mikołaja (tj. ojca Andrzeja Boboli) (…) Nie pozostaje zatem na razie nic innego, jak tylko zadowolić się jedynie pewną i udowodnioną wiadomością, że bł. Andrzej pochodził z terenu historycznej właściwej Małopolski”. Ks. Popłatek przyjmuje jako wysoce prawdopodobną tezę, iż bł. Andrzej Bobola był synem Mikołaja Boboli i wskazuje (op. cit., s. 305), że Strachocina była w l. 1582-1604 własnością Jana Boboli, wnuka Hieronima Boboli – brata dziadka Andrzeja  Boboli Krzysztofa, a zatem innej gałęzi rodu Bobolów.

Jak pisze ks. Popłatek (op. cit. s. 334) “o posiadłościach i stanowisku Mikołaja Boboli nic nie wiadomo, nieznane jest również imię jego małżonki”. W wydanej z okazji kanonizacji Andrzeja Boboli dwa lata później książeczce “Św. Andrzej Bobola TJ” księża Henryk Szuman i Jan Cyrankowski wskazują (s. 5) “Andrzej Bobola, syn Mikołaja urodził się (…) w nieznanej nam bliżej miejscowości, w województwie zapewne sandomierskim, gdzie szlachecka rodzina Bobolów posiadała swe siedziby”. Należy przy tym zaznaczyć, że Strachocina wypłynęła jako domniemane miejsce urodzenia świętego kilkanaście lat temu (tak też w: J. Łukawy: 75. rocznica kanonizacji św. Andrzeja Boboli, Nasza Służba, rok 2013, nr 10 (467), s. 3), jak warto dodać, w związku z rzekomymi objawieniami Andrzeja Boboli miejscowym księżom (w tym ks. Niżnikowi) w latach 80-tych XX wieku, opisanymi zresztą w wyżej wymienionym artykule z “Niedzieli”. Przebieg tych “objawień” jest co najmniej zastanawiający i przypomina zjawiska spirytystyczne – tak też zresztą pierwotnie je kwalifikowano. Sam ks. Józef Niżnik, we wspomnianym artykule, zajmuje w kwestii miejsca narodzin Andrzeja Boboli pozycję asekuracyjną: “i jeszcze jedno: ja nie nigdy nie twierdzę, że św. Andrzej Bobola urodził się w Strachocinie, ale tylko to, że powiedział: zacznijcie mnie czcić w Strachocinie”.

**

Wróćmy jednak do postaci św. Andrzeja Boboli, co do którego nie mamy pewności gdzie i kiedy dokładnie się urodził, jak i co do osób rodziców. Jeżeli przyjmiemy tezę ks. Popłatka, że ojcem jego był Mikołaj Bobola, to jego stryjem był imiennik świętego – podkomorzy Andrzej Bobola. Był to dobrodziej Towarzystwa Jezusowego, który przyczynił się do powstania kościoła jezuickiego w Warszawie, kolegium jezuickiego w Krośnie i odbudowy kolegium w Wilnie po pożarze roku 1610. Jak pisze ks. Popłatek, był również przyjacielem ks. Piotra Skargi. Młody Andrzej Bobola, przyszły święty, uczył się od roku 1606 nauk humanistycznych i retoryki w kolegium jezuickim. Jak wskazuje ks. Popłatek, można wysunąć przypuszczenie, że było to kolegium w Wilnie, gdzie kształcili się bliscy krewniacy Boboli – Jan i Krzysztof, a zatem dość daleko od rodzinnej Małopolski. Po koniec lipca roku 1611, być może, pod namową krewnego, Andrzej wstąpił do jezuickiego nowicjatu w Wilnie.

Tydzień wcześniej stolica Wielkiego Księstwa była świadkiem wielkiej uroczystości – do miasta wjechał król Zygmunt III Waza, opromieniony sławą zwycięskiego wodza, który odzyskał Smoleńsk dla Rzeczypospolitej. 31 lipca roku 1613 Andrzej przyjął śluby zakonne i rozpoczął studia filozoficzne. 21 grudnia 1613 przyjął niższe święcenia, w roku 1616 ukończył studia filozoficzne i przez następny rok odbywał praktykę nauczycielską na Warmii i w Pułtusku. W roku 1618 zaczął studia teologiczne. Teologiem jednak nie został, nie zdając egzaminu kończącego siedmioletnie w sumie studia. Cytowana na wstępie encyklika Piusa XII “Invictus athletae Christi” przypomina twardy, wręcz krnąbrny charakter zakonnika: “ponieważ z natury miał pewną skłonność do wyniosłości i niecierpliwości oraz odrobinę uporu, wydał samemu sobie nieubłaganą walkę (…) Nosił bowiem w sercu to przemądre zdanie świętego Bernarda, że obudowa duchowna nie może dźwigać się inaczej, jak na mocnym fundamencie pokory”. Gniewliwy i gwałtowny z natury nauczył się jednak panować nad cholerycznym usposobieniem i ciętym językiem, zaś gorączkę uczuć przekuł w żarliwość. Ks. Popłatek przytacza opinię rektora kolegium z Nieświeża z czasów probacji Andrzeja Boboli, iż pozytywnie wyróżniał się wśród kolegów jako dbający o pobożność, duchowość i zachowanie reguł. Święcenia kapłańskie Andrzej Bobola przyjął 12 marca roku 1622. Był to dla Kościoła powszechnego szczególny dzień – papież Grzegorz XV kanonizował wówczas Ignacego Loyolę, Franciszka Ksawerego, Filipa Neri, Teresę z Avilli i Izydora Oracza. W roku 1623 Andrzej przebywał na probacji w Nieświeżu. Tam też pozostał po jej zakończeniu jako kaznodzieja i spowiednik. Poznał wówczas kanclerza wielkiego litewskiego Albrechta Stanisława Radziwiłła.

Obaj starali się rozpowszechniać treść objawień ojca jezuity Gulio Mancinellego, którego Albrecht Radziwiłł spotkał osobiście. Jezuita ów w sierpniu roku 1568 był w Rzymie świadkiem śmierci św. Stanisława Kostki, 40 lat później, w wigilię święta Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, w sierpniu roku 1608 miał on w Neapolu wizję. Zobaczył wtedy Maryję, przed którą klęczał Stanisław Kostka. Maryja poprosiła by nazywał ją Królową Polski, albowiem owo królestwo wielce umiłowała i wielkie rzeczy dlań zamierza, gdyż osobliwą miłością pałają do niej jego synowie. Mimo, iż ojciec Giulio miał ponad 70 lat, postanowił odwiedzić kraj Stanisława Kostki, umiłowany przez Matkę Boską. W maju roku 1610 dotarł do Krakowa, gdzie miał w katedrze wawelskiej kolejne widzenie, w którym ponownie Maryja objawiła się jako królowa Polski i matka polskiego narodu. Następne otrzymał w dzień Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny roku 1617, na rok przed swoją śmiercią. Objawienia “królowej Polski Wniebowziętej” ojcu Mancinellemu, także dzięki Andrzejowi Boboli właśnie, szybko znalazły w Polsce spory rozgłos. W roku 1628, 10 lat po śmierci ojca Giulio na wieży kościoła Mariackiego w Krakowie umieszczono koronę, w roku 1635 Albrecht Stanisław Radziwiłł wydał dziełko “Dyskurs nabożny z kilku słów wzięty o wysławianiu Najświętszej Panny Bogurodzicy Maryi” opisujące wizje ojca Mancinellego, zaś 1 kwietnia 1656 roku doszło do słynnych ślubów lwowskich Jana Kazimierza. Wtedy to, podczas potopu szwedzkiego, chmielnickiego i moskiewskiego, król w obecności stanów ogłosił uroczyście Maryję Królową Korony Polskiej. W tym samym roku miał się pojawić pierwszy plan rozbioru Polski – niesławny traktat w Radnot. Polska jednak podźwignęła się wówczas i do roku 1660 zażegnała niebezpieczeństwo szwedzkie i siedmiogrodzkie, bijąc Kozaków i Moskali daleko na wschodzie.

***

Po tym wybiegnięciu wprzód, cofnijmy się do lat 20-tych XVII stulecia, kiedy to Andrzej Bobola wyróżniał się  w Nieświeżu i w roku 1624 został kaznodzieją przy barokowym kościele św. Kazimierza w Wilnie. Rok później miasto nawiedziła zaraza, w roku 1629 i 1630 ponownie. Andrzej Bobola pozostał wówczas w Wilnie, niosąc pociechę chorym. W roku 1630 Andrzej Bobola złożył profesję czterech ślubów, co oznaczało skierowanie go, mimo wspomnianego braku pozytywnego egzaminu, do działalności misyjnej i nauczania. Trafił następnie do Bobrujska, gdzie objął funkcję przełożonego domu zakonnego jezuitów. Na jesieni roku 1632 dom ów wypełnił się klerykami i księżmi ze Smoleńska, gdzie podeszły wojska moskiewskie – car chciał skorzystać z zamętu bezkrólewia po śmierci Zygmunta III. Sławetna odsiecz smoleńska udaremniła te zamiary. W roku 1633 Andrzej Bobola został skierowany do Płocka, w roku 1636 został kaznodzieją w Warszawie, wreszcie – w roku 1638 przełożonym szkoły jezuickiej w Łomży, co zbiegło się z nadaniem miejscowego starostwa przez króla Władysława IV niesławnemu później Hieronimowi Radziejowskiemu.

W roku 1642 Andrzej Bobola wrócił na terytorium Wielkiego Księstwa Litewskiego, podejmując ewangelizację ziemi pińskiej. Musiał ją w roku 1646 przerwać z powodu złego stanu zdrowia i kolejne lata spędził w Wilnie. W roku 1652 powrócił jednak do Pińska. Miasteczko powoli podnosiło się wówczas po rzezi dokonanej we wrześniu roku 1648 przez kozaków zaporoskich atamana Antona Nebaby. Przy wsparciu “piątej kolumny” z wnętrza miasta zajęli oni Pińsk. Miejscowość została następnie odbita przez wojska litewskie, które w odwecie bezlitośnie rozprawiły się z buntownikami, dorównując im zaciętością. Okolica była spustoszona i dzika, dla pracy duchowej – prawdziwy ugór. Żarliwość w głoszeniu Ewangelii na tych ziemiach zyskała Andrzejowi Boboli wśród miejscowej ludności miano “duszochwata” – “łowcy dusz”. Andrzej Bobola nie zważał na niespokojne czasy połowy XVII stulecia, kiedy to najpierw rebelia Chmielnickiego, potem najazd rosyjski, wreszcie szwedzki zalały niemal cały kraj.

Apogeum dramatu Rzeczypospolitej był rok 1656 – do Polski wkroczyli Szwedzi, a na Litwie w sierpniu doszło do rzezi Wilna przez moskiewskie wojska Zołtareńki. Według ks. Popłatka Bobola był w lecie tegoż roku w Wilnie, ale opuścił je przed zdobyciem przez Moskali, udając się ponownie do Pińska. Idąc za ciosem, na początku października 1655 roku oddziały wojewody Dymitra Wołkońskiego, wsparte przez zaporoskich kozaków zdobyły i splądrowały Pińsk, paląc miasto i zabijając jego mieszkańców, co spowodowało kolejny odwet polski podczas, którego spalono prawosławny monastyr. W tym czasie Bobola przebywał cały czas w Pińsku lub okolicach. Kolejne półtora roku było względnie spokojne – jeszcze jesienią zaniepokojony sukcesami Szwedów w Rzeczypospolitej car Aleksy wstrzymał postępy swoich wojsk, na wiosnę roku 1656 rozpoczęto negocjacje z Moskwą, a działania wojenne na tym froncie ustały, co potwierdzono zawarciem w listopadzie tegoż roku rozejmu w Niemieży, który obowiązywał przez około dwa lata. Pod koniec roku 1656 nowy gracz – sojusznik Szwedów i Kozaków miał jednak wkroczyć na ziemie Rzeczypospolitej, daleko na północ od swojej dziedziny. Książę siedmiogrodzki Rakoczy.

W kwietniu 1657 wojska Rakoczego wspierane przez oddziały kozackie, splądrowawszy uprzednio Małopolskę i wzmocniwszy garnizon szwedzki w Krakowie, skierowały się na północny-wschód. 12 kwietnia połączyły się z armią Karola Gustawa i 7 maja obie armie stanęły pod Brześciem litewskim. 13 maja litewski garnizon bez walki skapitulował. W międzyczasie wspierający Szwedów i Węgrów kozacy rozlali się po okolicach – oddziały atamana Antona Żdanowycza ruszyły na Polesie. Jeden z nich pod wodzą watażki Lichego wkroczył do nieszczęsnego Pińska, oddalonego od Brześcia o ok. 180 kilometrów. I tym razem doszło do rzezi. Andrzej Bobola wcześniej opuścił miasto, ale sotnie kozackie buszowały po okolicy. 15 maja w rejonie Horodca kozacy dopadli i zamordowali jezuitę x. Szymona Maffrona – przybito go gwoździami do stołu, duszono, spalono boki i zdarto skórę. W środę, 16 maja doszło do rzezi katolików i żydów w Janowie Poleskim. W tym samym dniu koło Peredyla został pojmany sam Bobola – zaciągnięto go, okładając biczami i czekanami, tnąc szablą do Janowa Poleskiego. Tam nakłaniano do zaparcia się wiary katolickiej. Bezskutecznie. Rozpoczęto zatem tortury – wyłupano mu prawe oko, przypalano ciało, zdarto skórę z tułowia i głowy, wbijano mu drzazgi w palce i część obcięto, wyrwano język przez… otwór wycięty w szyi, wreszcie przywiązano za nogi do belki. Około godziny trzeciej po południu widząc nieugiętość męczennika dobito go ciosem szablą. Tego samego dnia na wieść o polskim podjeździe kozacy opuścili Janów, zaś miejscowy proboszcz, który się przed nimi ukrywał polecił przenieść ciało na plebanię i okryć całunem. 18 maja przybrano je w sutannę i przewieziono do Pińska.

Cytowana przez ks. Popłatka wzmianka z kroniki pińskiego kolegium jezuickiego z roku 1657 wskazuje, iż sporządzający ją przypisywał sprawstwo męczeństwa ojca Boboli Kozakom oraz Wołochom i Węgrom (op. cit., s. 147). Takiej możliwości nie należy wykluczać. Jak należy podkreślić, trzy pułki Antona Żdanowycza (Zdanowicza), liczące łącznie ok. 10 tys. ludzi, z polecenia Chmielnickiego wspomagały w roku 1657 Jerzego II Rakoczego. Wywołało to niezadowolenie Moskwy, która obawiając się zbyt silnego wzrostu potęgi szwedzkiej, zawarła z Rzeczpospolitą w listopadzie 1656 roku rozejm w Niemieży. Zarówno poparcie Chmielnickiego dla traktatu rozbiorowego w Radnot, inspirowanego głównie przez koła protestanckie, jak i interwencja Żdanowycza po stronie Rakoczego nie były zatem przez cara mile widziane. Na początku czerwca 1657 roku pojawili się nawet u kozaków posłowie z Moskwy z żądaniem wyjaśnień. Chmielnicki miał odpowiedzieć, że Żdanowycz działa samowolnie i rozkazał mu powrót na Ukrainę. W lipcu 1657 oddziały Żdanowycza brały udział w klęsce pod Magierowem. Jak podaje historyk ukraiński W. Lipiński (W. Lipiński: Z dziejów Ukrainy, Kraków 1912s. 565 i nast.) łącznikiem między Rakoczym a Chmielnickim, a później Żdanowyczem w kampanii 1657 roku był Jerzy Niemirycz – podkomorzy kijowski, absolwent akademii ariańskiej w Rakowie oraz twórca i protektor ośrodków ariańskich na Wołyniu i Ukrainie. Jak pisze W. Lipiński: „za aryanizm toczył zaciętą walkę z całą katolicką Rzptą, za aryanizm zmuszony był w r. 1646 emigrować na parę lat zagranicę”. Niemirycz znalazł się wkrótce w grupie protestanckiej skupionej wokół Janusza Radziwiłła protegującej Jerzego II Rakoczego na tron polski. W listopadzie 1655 został wysłany przez Karola Gustawa z listem przypowiednim na Ukrainę na zaciągi, na początku 1657 wobec traktatu w Radnot przybył ponownie do Chmielnickiego. Jak pisze Lipiński wraz z Niemiryczem projekt Radnot wspierali też inni arianie. Postać Niemirycza podsumowuje cytowany przez Lipińskiego diariusz przysięgania na sejmie unii hadziackiej (maj 1659): „Jerzy Niemirycz podkomorzy kijowski ex quo wiarę aryańską wyznawał, za nastąpieniem do Polski Szwedów – przy Szwedzie, potem gdy wtargnął Rakocy – przy Rakocym, tandem po zniesieniu Rakocego i ustąpieniu z Polski króla szwedzkiego udał się pod protekcyę do kozaków i tam ochrzcił się na wiarę ruską”.

Jednakże, mimo, iż kozacy na Pińszczyźnie na wiosnę roku 1657 znaleźli się jako wsparcie rozbiorowej układanki z Rakoczym w roli głównej, nie należy odrzucać religijnego z perspektywy oprawców, tła męczeństwa Boboli. Tło antagonizmów istniejących w maju 1657 r. na ziemi pińskiej widać w deputacji części szlachciców tego rejonu, pod wodzą Łukasza Jelskiego, która w maju przyjęła protekcję Zdaniewicza. Deputację ową przedstawiono 20 czerwca 1657  w Czehryniu samemu Chmielnickiemu. Głosiła ona m.in.: „Unią i insze obce wiary, obojgu nas nieprzyjazne i przeciwne, wykorzeniać powinniśmy, jednostajnie ze wszystką Bracią [nie] żądając w powiecie naszym takowym Dusz Chrześciańskich zarazom miejsca i przynęty. Jeśliby jednak który z osób duchownych, przyszedszy ku deprecatiey należnego Metropolity kijowskiego, miał od niego o dosyćuczynienie za odstempstwo świadectwo, ma mieć Pańskie, za gorącym duchowieństwa proszeniem, JM. Pan Hetman baczenie” (op. cit., s. 515). Ziemia pińska pozostała terenem zmagań z kozakami. Po zakończeniu rozejmu w Niemieży, na nowo rozgorzała wojna polsko-moskiewska. W roku 1660 doszło do kolejnego zniszczenia Pińska i morderstwa księdza Eustachego Pilińskiego, ale i wielkich zwycięstw polskich nad Rosjanami pod Połonką i Cudnowem oraz zawarcia pokoju ze Szwedami. Ciało Andrzeja Boboli, jednego z prawie 50 ówczesnych męczenników jezuickich z obszaru Rzeczypospolitej  w tych niespokojnych czasach zostało pogrzebane w Pińsku i zapomniane.

****

17 kwietnia roku 1702 przełożony pińskich jezuitów ksiądz Marcin Godebski, który rozważał kwestię patrona, który objąłby opiekę nad pińskim kolegium jezuitów miał wizję, w której ukazał mu się Andrzej Bobola i polecił odnaleźć swoje ciało. Po znalezieniu spisu osób pochowanych w miejscowym kościele dotarto do trumny męczennika i znaleziono doskonale zachowane jego ciało ze śladami okrutnych tortur. Postanowiono udać się do Janowa i dotrzeć do świadków zbrodni sprzed lat. Znalezione ciało bez oznak rozkładu spowodowało również powstanie miejscowego kultu. Wstawiennictwu Andrzeja Boboli przypisywano m.in. ocalenie Pińska podczas nowej wojny północnej. Cześć męczennika sie szerzyła i rozpoczęto starania o jego beatyfikację.  W roku 1755 wydano dekret o heroiczności i cnotach Andrzeja Boboli, co otwierało drogę do procesu beatyfikacyjnego. Nastepny okres to jednak lata rozbiorów i rewolucji oraz czarnej legendy jezuitów, która doprowadziła nawet do rozwiązania zakonu przez papieża pod naciskiem “oświeconych” monarchów. W roku 1808 Moskale, po przejęciu klasztoru jezuitów w Pińsku postanowili pozbyć się męczennika za wiarę katolicką, jezuitom udało się jednak wywieźć ciało do Połocka. Od roku 1820 opiekowali się nim dominikanie. W roku 1819, 7 lat po upadku płonnych nadziei wiązanych z Francuzami, wileński dominikanin o. Alojzy Korzeniewski modlił się o niepodległość Polski, powierzając tę kwestię Andrzejowi Boboli. Ukazał się mu Andrzej Bobola, zapowiadając, że po wielkiej wojnie królestwo Polskie zostanie przywrócone. Zauważmy na marginesie odmienność przebiegu tej wizji oraz poprzedniej wizji z roku 1702 ks. Marcina Godebskiego, którzy prosili o pomoc z niebios, a zdarzenie miało charakter jednostkowy od przebiegu zjawisk w Strachocinie to jest wieloletniego, samoistnego “przychodzenia z zaświatów nieznanego kapłana” (za: Czy znów uratuje Ojczyznę?, Niedziela 19/2012)

W roku 1853 bł. Pius IX beatyfikował Andrzeja Bobolę. W roku 1918 Polska ponownie pojawiła się na mapie Europy. W roku 1920, w obliczu nadchodzącej bolszewickiej nawały biskupi polscy ponownie ogłosili Maryję królową Polski. Odmawiano również, od 6 sierpnia nowennę do bł. Andrzeja Boboli. W uroczystej procesji z Najświętszym Sakramentem i relikwiami Andrzeja Boboli w dniu 8 sierpnia brało udział około 100 000 wiernych oraz późniejszy papież Pius XI, ówczesny nuncjusz w Warszawie. W ostatnim dniu nowenny doszło do tzw. cudu nad Wisłą. Nie było to ostatni moment pośmiertnego związku męczennika z Maryją królową Polski, której oddał znaczną część życia – 16 maja 1956 roku, w rocznicę śmierci Andrzeja Boboli internowany w bieszczadzkiej Komańczy kardynał Stefan Wyszyński napisał odnowienie ślubów lwowskich. Ciało męczennika pozostało jednak w Połocku, poza granicami traktatu ryskiego. Z powodu doskonałego stanu zachowania było otaczane czcią przez miejscową ludność, głównie prawosławną. I tak jak kiedyś sprawiało to kłopot prawosławnym władzom carskim, tak obecnie luminarzom nowej, lepszej religii. Religii bez Boga. Bolszewicy próbowali najpierw zniszczyć mit, udowadniając, że rzekomy doskonały stan ciała Andrzeja Boboli jest bajką ludową. W tym celu, w czerwcu 1922 r. specjalna komisja wkroczyła do kościoła – trumną w pozycji pionowej uderzono o posadzkę kościoła w Połocku, ale szczątki się nie rozpadły. Rozebrano następnie ciało i dokładnie obejrzano. Uznano je za osobliwość i w lipcu 1922 r. wywieziono z Połocka do Moskwy, gdzie umieszczono nagie w muzeum na pokaz. Odwiedzający nie wyzbyli się jednak “ciemnych” skojarzeń ze świętością i okazywali niezwykłym szczątkom religijną część. Schowano zatem kłopotliwe ciało do magazynu i w roku 1923 wysłano potajemnie przez Morze Czarne oraz Stambuł do Rzymu – oficjalnie w zamian za pomoc humanitarną głodującym Rosjanom, z zastrzeżeniem by nigdy nie trafiło do Polski. Ciało Andrzeja Boboli spoczęło w słynnym kościele jezuitów Il Gesu. Wraz z niepodległością Polski, po cudzie warszawskim sierpnia roku 1920 ruszył proces kanonizacyjny zakończony ogłoszeniem męczennika świętym przez Piusa XI 17 kwietnia 1938 roku. Doczesne szczątki jezuity sprowadzono z wielkimi honorami do Polski, gdzie spoczęły w kościele ojców jezuitów przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

Jak napisał papież Pius XII w cytowanej na wstępie encyklice “dokądkolwiek bowiem oczy obróci i dążyć zaczyna ludzka społeczność, jeżeli od Boga odchodzi, nie tylko nie osiąga upragnionego spokoju i zgody, ale wpada w taką rozterkę i niepokój, jak człowiek trawiony gorączką, oddając się pogoni za bogactwem, za wygodnym i przyjemnym życiem, które wyłącznie sobie ceni, chce pochwycić coś, co przed nią ciągle ucieka i buduje na tym, co się zapada. Albowiem bez uznania Najwyższego Boga i Jego świętego prawa nie może istnieć wśród ludzi żaden ład, ani żadne prawdziwe szczęście. Brakuje bowiem podstawy zarówno do prywatnego, jak i do należycie prowadzonego społecznego życia (…) Im zuchwalej ludzie nienawidzący Boga i nauki chrześcijańskiej występują przeciw Chrystusowi i założonemu przezeń Kościołowi, tym gorliwiej powinni nie tylko kapłani, ale wszyscy katolicy i żywym słowem i przez pisma rozpowszechnić wśród ludu, a najbardziej przez świetlany przykład życia swego się im przeciwstawić, zachowując zawsze poszanowanie dla osób, ale mężnie stając w obronie prawdy (…) Niechże, więc, wszyscy jako we wzór wpatrują się w męstwo Świętego Męczennika Andrzeja Boboli. Niech nieugiętą jego wiarę i sami zachowują i na wszelki sposób bronią. Niech tak naśladują jego apostolską godność, żeby starali się najusilniej, stosownie do swego stanu, Królestwo Chrystusowe na ziemi umacniać i we wszystkich kierunkach rozszerzać.” A, wzywając Polaków do zachowania w trudnych czasach wiary katolickiej i jedności, dodał “tak postępując i to osiągniecie, żeby wszyscy święci, osobliwie ci, co z waszego rodu wyszli, z tego wiekuistego szczęścia, jakim obecnie się cieszą, wraz z Królową Polski, Bożą Rodzicielką Maryją, na was i na ukochaną Ojczyznę waszą łaskawie spoglądali, by opiekować się nią i jej bronić”.

*****

Warto dodać, że miejsce kaźni Andrzeja Boboli – Janów Poleski, dziś w granicach Białorusi, nie raz spłynęło krwią polskich kapłanów. W dniu 22 stycznia 1943 r. został tu rozstrzelany wraz z grupą 37 zakładników wziętych przez Niemców jako odwet za uwolnienie przez oddział AK Jana Piwnika – “Ponurego” cztery dni wcześniej więźniów z więzienia w Pińsku, wikariusz generalny diecezji pińskiej ksiądz prałat Witold Iwicki. Egzekucja nastąpiła w okolicznościach przypominających męczeństwo św. Maksymiliana Marii Kolbego. Gdy okazało się, że zakładników jest o jeden więcej niż obejmował rozkaz egzekucji, Niemcy zaproponowali księdzu Iwickiemu uwolnienie. Ten jednak nie przystał na to i zamiast niego został uwolniony pracownik stacji kolejowej w Pińsku, który miał żonę i dzieci.

 

Wybrana bibliografia:
Słowo biskupa diecezji pińskiej Antoniego Dziemianki z okazji 70 rocznicy męczeńskiej śmierci ks. Witolda Iwickiego rozstrzelanego wraz z zakładnikami z Pińska w Janowie Poleskim przez hitlerowców z 10.01.2013 r.
ks. R. Dzwonkowski: Ksiądz Witold Iwicki, na: echapolesia.pl

W. Lipiński: Z dziejów Ukrainy, Kraków 1912
ks. J. Niżnik: Św. Andrzej Bobola w Strachocinie, Niedziela – edycja przemyska 18/2002
ks. I. Skubiś, J. Niżnik: Czy znów uratuje ojczyznę? Niedziela 19/2012, za: opoka.org.pl
ks. J. S. Pietrzak: Niepokalana królowa Polski, Kraków 1926
ks. J. Popłatek: Błogosławiony Andrzej Bobola Towarzystwa Jezusowego. Życie – męczeństwo – kult. Kraków 1936
ks. H. Szuman / ks. J. Cyrankowski: Św. Andrzej Bobola TJ, Starogard 1938
J. Łukawy: 75. rocznica kanonizacji św. Andrzeja Boboli, Nasza Służba, rok 2013, nr 10 (467)

Posted in Religia, Święci obok nas | Leave a Comment »

JOZAFAT KUNCEWICZ – MĘCZENNIK BRZESKIEJ UNII

Posted by tadeo w dniu 3 lutego 2020

J. Simmler: Męczeństwo Jozafata Kuncewicza (1861)

 

Nihil proficiet inimicus in eo, et filius iniquitatis non nocebit ei.

Nic nie zyska w nim nieprzyjaciel, a duch nieprawości mu nie zaszkodzi (Ps 88,23; z Introitu Mszy o św. Jozafacie Kuncewiczu)

Dnia 6 lipca roku 1439 rozradowały się niebiosa. Papież Eugeniusz IV po długich negocjacjach z delegacją pozostającego od roku 1054 w schizmie Kościoła wschodniego z cesarzem bizantyńskim Janem VIII Paleologiem i patriarchą Konstantynopola Józefem II na czele, ogłosił podczas trwającego soboru, w kościele Santa Maria del Fiore we Florencji unię kończącą schizmę Kościoła wschodniego. Jej tłem było zarówno podniesienie się Kościoła katolickiego z wielkiej schizmy zachodniej, w którym główną rolę pełnił Sobór w Konstancji, jak i zwiększające się zagrożenie tureckie dla stolicy wschodniego cesarstwa. Rozmowy z Grekami trwały od roku 1431 kiedy to papież Marcin V zwołał sobór w Bazylei. Ostatecznie delegacja z Konstantynopola uznała prymat papieża i doktrynę o czyśćcu, ustalono rozumienie formuły Filioque w Credo, natomiast Kościół wschodni zachowywał ryt liturgiczny, w tym prawo używania do Komunii św. zakwaszonego chleba. Unia została jednak odrzucona zarówno przez duchownych z terenów zajętych już przez Turków, jak Moskwy, gdzie unii energicznie sprzeciwiał się książę Wasyl II. Unię popierał natomiast uczestnik soboru florenckiego – metropolita kijowski Izydor, którego podczas podróży do Moskwy w celu ogłoszenia unii Wasyl w roku 1442 uwięził. Izydorowi udało się jednak zbiec na Litwę, a potem do Rzymu. W roku 1448 Wasyl skłonił biskupów księstwa do wyboru nowego, nie uznanego przez Konstantynopol i sprzeciwiającego się unii metropolity Jonasza, co doprowadziło do powstania autokefalicznej metropolii moskiewskiej. Upadek Konstantynopola w roku 1453 i uczynienie z siedziby patriarchy carogrodzkiego stolicy imperium Osmanów przypieczętowały niepowodzenie powyższego dzieła. Mehmed II wybrał zresztą na nowego marionetkowego patriarchę Jerzego Scholariusza, który mimo, iż pierwotnie był stronnikiem cesarskim i uczestnikiem pamiętnego soboru od roku 1443 zdecydowanie i otwarcie sprzeciwiał się unii florenckiej. Unię utrzymywano natomiast w Kijowie – nowym metropolitą został tam Grzegorz Bułgarin, zaś także w roku 1500 ówczesny metropolita Józef II przesłał papieżowi Aleksandrowi VI katolickie wyznanie wiary i akt kanonicznego uznania. Unia upadła i na Litwie dzięki schizmatyckiej małżonce Aleksandra Jagiellończyka Helenie oraz Zygmuntowi Staremu, który mianował metropolitą kijowskim Józefa Sołtana, a w roku 1511 potwierdził przywileje pozostających w schizmie „Greków”.

Pod koniec XVI stulecia sytuacja zmieniła się o tyle, że w roku 1589 dzięki staraniom Borysa Godunowa patriarcha carogrodzki Jeremiasz II ogłosił nadanie metropolicie moskiewskiemu Hiobowi godności patriarchy. Sztandar kościoła greckiego umacniał się w mieście nazywanym przez jego przepełnionych pychą władców Trzecim Rzymem, jeszcze bardziej wrogim Rzeczypospolitej jak otomański Stambuł. Z drugiej strony wpływ Carogrodu na Litwie i ziemiach włączonych przed unią lubelską roku 1569 do Korony malał. Rzym tymczasem borykał się z XVI-wieczną ekspansją protestancką, rozlewającą się szczególnie szeroko w ziemiach Rzeczypospolitej, której ostatni władcy z dynastii Jagiellonów wyraźnie sprzyjali. Przygotowywanie odnowy Kościoła, której apogeum był Sobór trydencki spowodowało, że inne kwestie, w tym kwestia schizmy wschodniej, musiały ustąpić na plan dalszy. Dbano jednocześnie by nie dochodziło do mieszania rytów podczas katolickich nabożeństw, czego dowodem była bulla św. Piusa V. Koniec XVI wieku przyniósł umocnienie rzymskiego Kościoła i ponowne spojrzenie nie tylko na misyjne terytoria pogańskie, ale również trwających w schizmie wschodniej braci. W roku 1573 papież Grzegorz XIII (m.in. reformator kalendarza) utworzył Kongregację Grecką, która miała dbać o propagowanie w krajach wiary greckiej katechizmu rzymskiego i postanowień Soboru w Trydencie. W roku 1575 papież powołał kolegium greckie, które miało podejmować działalność ekumeniczną. W roku 1582 placówka kolegium powstała na Litwie w Wilnie.

Asumptem do podjęcia bardziej aktywnych działań na rzecz unii były wspomniane wypadki z roku 1589 kiedy to Jeremiasz II powołał patriarchat moskiewski. Przybył on na Ruś celem zebrania daniny dla sułtana. W drodze powrotnej odbył synod w Brześciu i ustanowił egzarchę – własnego namiestnika w obrębie Rzeczypospolitej. O unii mimo zgłaszanych propozycji nie chciał słyszeć. Działania patriarchy nie spotkały się z poparciem miejscowych hierarchów Kościoła wschodniego, w tym ze Lwowa, Łucka i Włodzimierza, a także samego metropolity kijowskiego. Ze strony Kościoła za unią opowiadał się m.in. kaznodzieja ks. Piotr Skarga, jak również król Zygmunt III Waza wraz z kanclerzem wielkim koronnym Janem Zamoyskim. W czerwcu roku 1590 mianowany przez Jeremiasza II egzarcha Cyryl Terlecki oraz trzej biskupi obrządku wschodniego – lwowski, piński i chełmski na zjeździe w Bełzie postanowili odwołać się do unii florenckiej i przyrzec posłuszeństwo papieżowi, w zamian za prawo zachowania wschodniego obrządku liturgicznego. Wystąpienie powyższe zostało poparte przez uczestników synodu w Brześciu 24 czerwca tegoż roku. Dopiero jednak w marcu 1592 hierarchowie opowiadający się za unią uzyskali przychylną odpowiedź króla Zygmunta III Wazy i zapowiedź zrównania praw biskupów unickich z duchowieństwem łacińskim. Rokowania dotyczące szczegółów unii trwały do roku 1595, zaś król wyraził zgodę na żądania biskupów poza zwiększeniem liczby miejsc w senacie. Na synodzie prowincjonalnym w Brześciu w czerwcu roku 1595 postanowiono wysłać dwa oficjalne dokumenty – jeden do papieża Klemensa VIII, drugi do króla Zygmunta III Wazy. Na finiszu tych przygotowań zdanie zmienił jednak metropolita kijowski Michał Rahoza, próbując wyprzeć się swojego podpisu pod postanowieniami synodu. W tym celu sprzymierzył się z księciem Konstantym Wasylem Ostrogskim. Książę zgłosił oczekiwanie zwołania nowego synodu i uzyskał w tej kwestii poparcie biskupa lwowskiego Gedeona Bałabana oraz biskupa przemyskiego Michała Kopysteńskiego. Ten ostatni wysłał swojego posła na… synod protestancki w Toruniu z propozycją współpracy. Ostrogski podjął również próbę interwencji u patriarchy Jeremiasza by odwołał sprzyjających unii biskupów, najął również zbrojnych by ruszyli za wybierającymi się do Rzymu egzarchą Cyrylem Terleckim oraz biskupem Hipacym Pociejem by zatrzymali ich żywych lub martwych. Posunął się również do wspierania kozackiego powstania Semena Nalewajki. W tej sytuacji Zygmunt III Waza postanowił działać niezwłocznie i 22 września roku 1595 ogłosił uniwersał do Rusinów zawierający informacje o misji Pocieja i Terleckiego do Rzymu oraz planach unii. Wykorzystano również śmierć patriarchy Jeremiasza II. W listopadzie Pociej i Terlecki dotarli do Rzymu – papież Klemens VIII zgodził się m.in. na zachowanie liturgii wschodniej i kalendarza juliańskiego. 23 grudnia 1595 Hipacy Pociej i Cyryl Terlecki odczytali list od biskupów schizmatyckich Rzeczypospolitej oraz złożyli przed papieżem po łacinie i rusku nicejskie wyznanie wiary oraz przysięgę. Papież wyraził radość z powodu powrotu Rusi na łono Kościoła, błogosławiąc obecnych i cały naród ruski. Wydał również uroczystą bullę Magnus Dominus et laudabilis nimis.

Na wiosnę roku 1596 Ostrogski zorganizował akcję protestów przeciw unii na sejmikach ziemskich i majowym sejmie. Wśród obywateli Rzeczypospolitej obrządku wschodniego rozpowszechniano nieprawdziwe wyobrażenie unii. Pojawiał się upór kolejnych duchownych, a patriarcha aleksandryjski Melecy Pigas przysłał list potępiający unię. Na początku października roku 1596 odbył się zwołany przez metropolitę kijowskiego synod brzeski. Wśród zwolenników unii znaleźli się metropolita Michał Rahoza, biskup włodzimierski Hipacy Pociej, biskup łucki – egzarcha Cyryl Terlecki, arcybiskup połocki Herman Zahorski, biskup piński Jonasz Gogol i biskup chełmski Dionizy Zbirujski. Biskupi łacińscy – arcybiskup lwowski Jan Solikowski, biskup łucki Bernard Maciejowski i biskup chełmski Stanisław uczestniczyli w synodzie jako delegaci papiescy. Jednym z ich asystentów był ks. Piotr Skarga. Ostatecznie synod unię zatwierdził, choć przeciwnicy unii skupieni wokół Ostrogskiego, Bałabana i Kopysteńskiego zwołali tzw. sobór prawosławny, który potępił unię i ogłosił depozycję jej zwolenników. Moskwa, która umiejętnie rozgrywała przeciwników unii wchodziła właśnie w okres wielkiej smuty. Dopiero po rozejmie dywilińskim, wykorzystując sytuację Kozaków po zakończeniu wojny moskiewskiej doszło do nielegalnego powołania na nowo struktur pariarchatu carogrodzkiego w Rzeczypospolitej, niemniej po wojnach moskiewskich i kozackich oraz rozejmie w Andruszowie na terytorium Rzeczypospolitej utrzymała się i powiększyła przewaga grekokatolików.

Tło powyższe, przedstawione w sposób skrócony musiało zostać przypomniane przed rozpoczęciem opisu żywota św. Jozafata Kuncewicza. Urodził się on około roku 1580 we Włodzimierzu Wołyńskim w mieszczańskiej rodzinie kupieckiej Hawryły i Maryny Kunczyców. Na chrzcie w cerkwi św. Paraskiewy nadano mu imię Jan. Ukończył szkołę przy soborze Zaśnięcia Matki Bożej w rodzinnym mieście i wyjechał do Wilna, gdzie zdobywał doświadczenie zawodowe u znajomego ojca – kupca Jacentego Popowicza. Wilno, jak wyżej wskazano, było wówczas ośrodkiem ruchu ekumenicznego, który w Rzeczypospolitej zaowocował unią brzeską. W Wilnie Jan uczył się najpierw w szkole brackiej, ale w związku z atmosferą unii korzystał także ze wsparcia wileńskich jezuitów i za ich namową wstąpił w roku 1604 do klasztoru bazylianów pod wezwaniem Trójcy Świętej. Przyjął imię zakonne Jozafat i złożył śluby zakonne. Studiował w klasztornej szkole, a potem na jezuickiej akademii wileńskiej. Brat Jozafat wyróżniał się żarliwością, pobożnością i postem. Od roku 1607 u św. Trójcy przebywał Józef Welamin Rutski, który bywał aż w Rzymie u papieża Klemensa VIII, który nakazał mu przyjąć obrządek grecki by wesprzeć unię. Był to okres rokoszu Zebrzydowskiego i dymitriad, kiedy ujawniały się sprzeciwy wobec unii – w Wilnie działało schizmatyckie bractwo cerkiewne. znane są usiłowania przeciągnięcia Jozafata na stronę schizmatyków, także z udziałem ówczesnego archimandryty bazyliańskiego Sieńczyły. Jednym wsparciem był mu Rutski – obaj postanowili zawiadomić o sytuacji w Wilnie metropolitę Hipacego Pocieja, który wyznaczył Rutskiego swoim plenipotentem. W odpowiedzi pojawiły się oskarżenia przeciw Rutskiemu, że chce wprowadzić obrządek łaciński, a klasztor bazylianów oddać jezuitom. Wzmagały one niechęć zwykłych mieszkańców Wilna obrządku greckiego. Na jesieni roku 1608 doszło do sytuacji, w której archimandryta Sieńczyło opuścił w Mszy modlitwę za arcybiskupa Pocieja. Sprzyjający schizmie postanowili przejąć klasztor siłą, zaś Jozafata ponownie namawiano błaganiami i groźbami do przystąpienia do nich. O próbie tej powiedział: „wracam z piekła i słyszałem głos szatana, wzywającego mnie do odstępstwa od wiary”. Jeden z mieszczan przestrzegł Rutskiego o możliwej próbie napadu na klasztor, o sprawie dowiedział się także wielki zwolennik unii – wojewoda wileński Mikołaj Krzysztof Radziwiłł zwany Sierotką (znany już wówczas jako autor pamiętników z podróży do Ziemi Świętej. Wojewoda obiecał pomoc bazylianom i przestrzegł Sieńczyłę, że jakikolwiek objaw buntu zostanie srogo ukarany. Uwięził też mieszczan, którzy kierowali groźby pod adresem Jozafata. Sieńczyło na nabożeństwie w wileńskim soborze otwarcie wyrzekł się unii i złożył oświadczenie, że nie uznaje papieża ani metropolity Pocieja, tylko patriarchę z Konstantynopola. W odpowiedzi Pociej obłożył Sieńczyłę ekskomuniką, a ten udał się na sejm roku 1609 agitować przeciw unii. Sejm styczniowy roku 1609 nie był dobrym momentem dla unii – król Zygmunt postanowił otwarcie wystąpić przeciw Moskwie, gdzie trwała wojna między drugim Dymitrem Samozwańcem a Wasylem Szujskim. Przekonanie do tego posłów wiązało się z ustępstwami, do których należała amnestia dla uczestników rokoszu Zebrzydowskiego, jak również wezwanie zwolenników unii i schizmy do powstrzymywania się od wrogich aktów z zachowaniem status quo jeśli chodzi o posiadane świątynie, przy czym jeśli w ostatnich dwóch latach doszło do zagrabienia takowej, strona pokrzywdzona mogła złożyć skargę.

Konflikt w Wilnie tymczasem trwał – metropolita Pociej uzyskał u Zygmunta zatwierdzenie objęcia przez Józefa Rutskiego funkcji archimandryty bazylianów. Nie zamierzał rezygnować i Sieńczyło, który uzyskał poparcie części mieszczan wileńskich, zarówno tych sprzyjających schizmie, jak i protestanckich. 9 marca 1609 roku w święto czterdziestu męczenników z Sebasty Sieńczyło zgromadził uzbrojony tłum, który wyszedł naprzeciw Rutskiemu, Jozafatowi i innym zakonnikom. Nie doszło jednak do napadu, co przypisywano ukazaniu się św. Bazylego i męczenników, zaś Sieńczyło złożył skargę do sądu świeckiego. Ten złożony w przeważającej mierze z miejscowych protestantów przychylił się do skargi, wkraczając nawet w kompetencje metropolity Pocieja. Pociej odwołał się do króla, który wyznaczył do rozpoznania sporu kanclerza litewskiego Lwa Sapiehę. Ten zatwierdził Rutskiego jako archimandrytę, skazał schizmatyków na grzywnę, zaś Sieńczyłę i głównych inicjatorów akcji na wygnanie z miasta. W odpowiedzi 21 sierpnia roku 1609 w Wilnie doszło do zamachu na metropolitę Pocieja – gdy ten wracał od nuncjusza papieskiego z kilkoma księżmi napadł na niego zwolennik schizmy z obnażoną szablą. Metropolicie udało osłonić się laską, odcięto mu jednak trzy palce u ręki, szabla przecięła też łańcuch biskupi i odzież. Zamachowca Jana Tupekę ujęto i, mimo prośby metropolity o łaskę, skazano na śmierć. Jozafat odwiedzał go w więzieniu i wyspowiadał.

Na wiosnę tego samego roku 1609 Jozafat przyjął bowiem święcenia kapłańskie i stał się najbliższym współpracownikiem i pomocnikiem archimandryty Rutskiego przy odnowie podupadłego klasztoru. Napisał też szereg traktatów przeciw schizmie z wykorzystaniem ksiąg cerkiewnych, co przyczyniło się do pozyskania zwolenników unii, jak również wzrostu liczby powołań u bazylianów. Z uwagi na żarliwość kaznodziejską nazywany był przez zwolenników schizmy „duszochwatem”. Pojawił się nawet propagandowy obrazek z takim podpisem, na którym Jozafat w postaci szatana z hakiem ciągnął do siebie ludzkie dusze. W klasztorze bazylianów znalazł się w roku 1612 mianowany przez Dymitra Samozwańca I patriarcha moskiewski Ignacy, uwięziony w roku 1606 przez Wasyla Szujskiego w monasterze czudowskim, który odzyskał wolność w wyniku układów bojarów z Żółkiewskim i w kwietniu roku 1611 wrócił do Moskwy, skąd uciekł wobec wzbierających zamieszek w grudniu tego roku. Spod Smoleńska, gdzie stały wojska Zygmunta III Wazy skierowano go do Wilna, do klasztoru bazylianów. Tu pod wpływem Rutskiego i Jozafata przyjął unię, ogłaszając tę decyzję publicznie. Żył w klasztorze do śmierci, według niektórych źródeł pełniąc po Jozafacie funkcję jego archimandryty.

W roku 1614, po tym jak Rutski został metropolitą unickim po śmierci Hipacego Pocieja, Jozafat otrzymał godność archimandryty wileńskich bazylianów, wprowadzając dalsze reformy w klasztorze. Wprowadził m.in. zwyczaj częstej spowiedzi, za którą wbrew praktyce większości popów nie pobierał opłat. Utworzył także nowicjat unicki w klasztorze w Byteniu ufundowanym przez marszałka Słonimskiego Grzegorza Tryznę, klasztor bazylianek w Krasnymborze i sprowadził unickich zakonników do klasztoru w Żyrowicach na Grodzieńszczyźnie, w dobrach kasztelana Jana Meleszki. Klasztor ów z cudownym wizerunkiem Matki Boskiej stał się wkrótce ważnym sanktuarium na Litwie, a bazylianie przebywali tam aż do likwidacji klasztorów unickich przez władze carskie w 1839. Jozafat skłonił również kanclerza wielkiego litewskiego Lwa Sapiehę do sfinansowania budowy okazałych świątyń w Byteniu i Żyrowicach. W roku 1615 towarzyszył metropolicie kijowskiemu w podróży do Kijowa, gdzie głosił jedność z Kościołem mnichom sławnej Ławry Peczerskiej.

W roku 1617 Jozafat uzyskał od metropolity kijowskiego godność koadiutora archidiecezji połockiej oraz biskupa witebskiego i mścisławskiego. Sakrę biskupią otrzymał w Wilnie 12 listopada roku 1617, po czym udał się na początku stycznia roku 1618 do Połocka na ingres. Wschodnie rubieże Rzeczypospolitej były terenem, gdzie utrzymywali się przeciwnicy unii. Jozefat zabrał się energicznie do działania, przeprowadzając wizytacje parafii, działalność kaznodziejską i odnowę życia liturgicznego. W tym samym roku 1618, po śmierci Gedeona Brolnickiego, sygnatariusza unii brzeskiej, Jozafat Kuncewicz został arcybiskupem połockim. Mimo wysokiej godności zachował skromność i pokorę – większość pałacu arcybiskupiego udostępnił jako przytułek dla ubogich. Datki przeznaczał również na wzbogacanie wyposażenia świątyń. Umartwiając się i prowadząc życie ascetyczne korzystał ze wzorów Nila Sorskiego. Na prowincji swojej diecezji napotykał miejscami opór – gdy w roku 1619 udał się do Mohylewa z królewskim nakazem przejęcia cerkwi, zamknięto przed nim bramy. Uznano to za obrazę majestatu królewskiego, zaś kanclerz litewski Lew Sapieha ogłosił wyrok śmierci na buntowników – nie doszło jednak do jego wykonania.

W roku 1620 doszło do wspomnianego wyżej nielegalnego wyświęcenia biskupów obrządku greckiego oraz metropolity Hioba Boreckiego dla Rzeczypospolitej przez patriarchę jerozolimskiego Teofanesa, który zatrzymał się na Rusi kijowskiej wracając z Moskwy i wezwał kozaków do wierności wierze ruskiej. Był to jednocześnie akt buntu przeciw władzy królewskiej Zygmunta III Wazy, za którego zgodą mianowano biskupów. Wyświęcony przez Teofanesa w porozumieniu z cerkwią moskiewską dla Połocka Melecjusz Smotrycki zaczął organizować opór przeciw biskupowi Kuncewiczowi, którego przedstawiał jako zdrajcę ruskiej wiary. Smotrycki już wcześniej występował przeciw unii, pisząc m.in. dziełko „Lament cerkwi ruskiej”. Smotrycki przebywał w Wilnie w klasztorze św. Ducha, który pozostał w rękach zwolenników schizmy, skąd rozsyłał listy podsycające opór w innych miastach Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Podczas pobytu Jozafata na sejmie w roku 1621, gdzie ponownie do głosu doszli przeciwnicy unii, w różnych miastach, wybuchły bunty i przejęto unickie cerkwie. Jozafat postarał się o królewskie listy stwierdzające brak legalnego powołania biskupów przez Teofanesa i jeździł z nimi po swej diecezji. Po ich odczytaniu w Połocku wybuchły zamieszki, których przywódcą był Jan Terlikowski, w Witebsku przywódcami zwolenników schizmy byli mnich Sylwester i pop Kamieniec. W Połocku dzięki spokojowi Jozafatowi i towarzyszącym mu urzędnikom królewskim, wśród których był wojewoda Michał Sokoliński, udało się wyjść z ratusza, napadnięto natomiast na sprzyjającego unii ławnika Dziahilewicza, któremu udało się jednak uciec. W Witebsku zaszła podobna sytuacja – po odczytaniu w radzie miejskiej listów królewskich stronnicy schizmy napadli na główną cerkiew miasta, pobili kapłanów, zajmując świątynię siłą. Po interwencji królewskiej po miesiącu zwrócili cerkwie unitom, lecz zrabowane z ozdób i kosztowności. Król Zygmunt, który w roku 1621 borykał się z wyprawą turecką Osmana II pod Chocim, przy niepewnej pomocy Kozaków zaporoskich, nie mógł sobie pozwolić na mocniejsze wystąpienie przeciw wrogom unii. W Kijowie doszło do napadu na sobór katedralny św. Zofii, którym opiekowali się bazylianie – Kozacy pochwycili ich i wtrącili do więzienia. Później doszło nawet tam do morderstwa kijowskiego burmistrza i dwóch kapłanów unickich.

Kanclerz litewski Lew Sapieha prosił Jozafata o wstrzemięźliwość w sprawie unii i zgodę na wydanie schizmatykom cerkwi w Mohylewie. Gdy Jozafat zaoponował, otrzymał drugi, ostrzejszy w tonie list obwiniający go o narażenie Rzeczypospolitej na zwrócenie się Kozaków przeciw niej. Na zarzut naruszania pokoju w państwie biskup Jozafat odpisał Sapiesze: „prawda, że dobry jest pokój publiczny, ale ten który zostawił nam Chrystus, nie zaś ów pokój, o którym powiedział: nie przyszedłem puszczać pokój, ale miecz (Mt X,34). Co za społeczność może być światłości z ciemnościami? Jaka zgoda między Chrystusem a Beljalem? między katolikami a synami schizmy i herezji? między kościołami katolickimi a bluźnierstwami schizmatyków? Co za pokój będzie, gdy z obrazą Bożą uczyniony?” Trafnie również zauważył biskup, że większe zło wyniknie dla ojczyzny, gdy schizmatyckim Kozakom da się wszelką wolność, bo będą znosić się z patriarchatem carogrodzkim pozostającym w służbie Turków i tego wroga na ojczyznę sprowadzą, a nie można dla przywilejów kozackich poświęcać sprawę unii. Jak wskazywał: „Jeśliby wszystkiego tego nie uważano, a kozacką posługę nad Unję świętą przedłożono i woli ich zadośćuczyniono pomimo woli Bożej, trzeba będzie obawiać się, aby tenże Bóg sprawiedliwym sądem swoim nie ukarał tej Ojczyzny miłej, a to przez tychże kozaków, jak niegdyś ukarał lud swój przez Filistynów, za to że zbyt był dla nich pobłażliwym”. 25 lat po napisaniu tych słów przez abp Jozafata Kuncewicza wybuchło w sojuszu z Tatarami kozackie powstanie Chmielnickiego, które w kilkuletniej perspektywie doprowadziło do pierwszego projektu rozbioru Rzeczypospolitej, a i poddania się Kozaków carowi moskiewskiemu.

Sejm roku 1623 przyniósł kolejne wystąpienia przeciwników unii. Równolegle występował prąd polonizacji szlachty ruskiej, która, także z uwagi na brak chęci na wchodzenie w ciągłe spory ze zwolennikami schizmy przyjmowała katolicki obrządek łaciński, osłabiając tym samym społeczność wiernych unickich. Wzmacniało to równocześnie argumenty propagandowe przeciwników unii o tym, że jest ona drogą do zniszczenia wiary greckiej przez „łacinników.” W arcybiskupim Połocku dochodziło do powtarzających się ataków na abp Jozafata. Wizytował on również inne miasta, w tym najbardziej sprzyjający schizmie Witebsk. Jeszcze w roku 1622 podczas prowadzonej przez biskupa ulicami miasta uroczystej procesji na Zielone Świątki, na moście na Dźwinie zagrodził jej drogę oficer nazwiskiem Wasilewski wraz żołnierzami, grożąc wrzuceniem Jozafata do rzeki. W święto Przemienienia Pańskiego tegoż roku doszło do wtargnięcia napastników do świątyni podczas odprawianej przez biskupa liturgii – wierni obecni w cerkwi obronili go jednak. Obiektem ataków stawali się także inni kapłani i zakonnicy uniccy, a także ich służba.

W październiku 1623 roku mimo ostrzeżeń i powtarzających się napaści abp Jozafat Kuncewicz ponownie udał się do Witebska. Podjął tam pracę duszpasterską, odprawiając liturgię świętą, głosząc kazania, spowiadając. Rankiem 12 listopada po Mszy świętej napadł na pałac, w którym przebywał tłum zwolenników schizmy. Za pretekst służyło pochwycenie przez służących arcybiskupa lżącego go w drodze na jutrznię wędrownego kaznodzieję – popa Eliasza i zamknięcia go w kuchni biskupiego pałacu. Mimo wypuszczenia tego ostatniego na polecenie Jozafata, tłum ruszył do szturmu na pałac biskupi. Biskup rozkazał swoim nie używać broni przeciw tłumowi, jedynie strzelać na postrach. Dodało to jedynie napastnikom zuchwałości. Jozafat zachował spokój i prosił by oszczędzono jego sługi. Porwano się jednak na niego, uderzano go kijami i cięto toporem, wreszcie wywleczono na dziedziniec i dobito strzałem z rusznicy w głowę. Towarzyszący mu archidiakon Doroteusz, Emmanuel Kantakuzen i sługa Grzegorz Uszacki, który próbowali biskupa zasłonić własnym ciałem, odnieśli ciężkie rany. Pałac i sobór splądrowano, a zwłoki Jozafata bezczeszczono po to by, obciążone kamieniami, wrzucić w końcu do Dźwiny.

Dopiero, gdy zamieszki ustały na miejsce zdarzenia odważyli się wyjść w asyście żołnierzy urzędnicy z zamku królewskiego. Również mieszczańskie władze Witebska przeraziły się dokonanej zbrodni. Po poszukiwaniach, podczas których wyznaczono nagrodę za znalezienie ciała arcybiskupa, wyłowiono je z rzeki i złożono w zamkowym kościele św. Michała. Następnie przetransportowano je Dźwiną do Połocka i uroczyście złożono w miejscowej katedrze. Tam zostały wystawione na katafalku przez szereg miesięcy, podczas których doświadczano cudów i nawróceń. Przywoływana jest relacja Jana Chodygi rajcy miejskiego z Połocka, który należał do przeciwników biskupa za życia. Po tym jak przybył do Połocka na wieść o śmierci Jozafata Kuncewicza, oświadczył „w chwili gdym patrzał na nie (tj. na zwłoki), wyrzekłem się w duchu swego odszczepieństwa. Po powrocie do Połocka wyspowiadałem się i przyjąłem św. Komunię w katedrze św. Zofii i teraz gotów jestem oddać życie za Kościół katolicki. Nawróciła mnie niewinna krew Jozafata.” Uroczysty pogrzeb szczątków męczennika odbył się 25 stycznia roku 1625 w obecności dawnego towarzysza od wileńskich bazylianów, metropolity Rutskiego.

Król Zygmunt nakazał osądzić morderców z Witebska. Trybunałowi, który zebrał się w Witebsku w grudniu roku 1623 przewodniczył kanclerz litewski Lew Sapieha. Przesłuchania rozpoczęto w połowie stycznia roku 1624. Uczestnicy rozruchów winę składali na karb podburzania ich przez Smotryckiego i schizmatyckich duchownych. 23 stycznia 1624 roku został wydany wyrok skazujący na śmierć 19 uczestników zabójstwa. Cofnięto też miastu wszystkie przywileje, co obejmowało nakaz zburzenia ratusza pozbawionego władz magistrackich miasta, którym miał odtąd rządzić królewski wojewoda. Dokonano szeregu konfiskat mienia, zaś dzwony w cerkwiach zwołujące tłum do ataku na pałac biskupi kazano przetopić i ulać z nich jeden wielki dzwon dla unickiego soboru ku czci męczennika. Skazani na śmierć, oprócz jednego – radnego połockiego Piotra Wasilewicza, okazali skruchę i pojednali się z Kościołem.

Męczeństwo Jozafata przyczyniło się do wzrostu poparcia dla unii brzeskiej na Białej Rusi. Największy owoc przyniosło jednak w najmniej spodziewanym miejscu – sprawca zamieszek na Witebszczyźnie Melecjusz Smotrycki, który znalazł się poza granicami Rzeczypospolitej i podróżował do Carogrodu, Antiochii i Aleksandrii ostatecznie sam przyjął unię, podporządkowując się papieżowi Urbanowi VIII. Wyznał również, że jego wcześniejsze propagandowe pisma zawierały błędy i oszczerstwa. Unia przetrwała na ziemiach Rzeczypospolitej, choć po śmierci Zygmunta III Wazy jego następca Władysław IV Waza w marcu roku 1633, chcąc zapewnić sobie pomoc Kozaków w odsieczy oblężonego od października 1632 roku Smoleńska uznał przywrócenie hierarchii pozostającego w schizmie Kościoła wschodniego na ziemiach Rzeczypospolitej. Jak potwierdza opisany wyżej żywot Jozafata Kuncewicza przeciw unii występowali również obawiający się Kościoła katolickiego heretycy protestanccy.

Już w roku 1624 rozpoczął się proces beatyfikacyjny biskupa Kuncewicza, zakończony ogłoszeniem go w roku 1643 przez Urbana VIII błogosławionym. W roku 1867 kanonizował go bł. Pius IX, ogłaszając patronem Rusi. W roku 1653 wobec zagrożenia wojną z Moskwą ciało bł. biskupa Kuncewicza wywieziono na zachód. Wróciło do Połocka uroczyście w roku 1666, niedługo przed zawarciem rozejmu andruszowskiego. W roku 1705 miasto zajął car Piotr I – doszło do mordów na miejscowych bazylianach i próby profanacji relikwii, nieudanej jednak, gdyż przewieziono je potajemnie do Białej Podlaskiej, gdzie znalazła się w zamku Radziwiłłów, a potem miejscowym klasztorze bazylianów, który stał się sanktuarium. W roku 1864 władze carskie zlikwidowały klasztor, a trumna została na polecenie gubernatora rosyjskiego Stiepana Gromyki zniesiona do podziemi, przysypana rupieciami i zamurowana. Odnaleziono ją dopiero w roku 1916 po jednej z niemieckich ofensyw i przewieziono uroczyście do Wiednia, a następnie w roku 1949 do bazyliki św. Piotra w Rzymie, gdzie spoczywa do dziś. Relikwia lewej ręki św. Jozafata wraz z pierścieniem biskupim znajduje się w bazylice Serca Jezusowego na Pradze w Warszawie.

————————

Wybrana literatura:

Ks. F. Błotnicki: Św. Jozafat Kuncewicz. Męczennik unii. W pięćdziesiątą rocznicę kanonizacyi, Lwów 1917

Ks. J. Urban: Św. Józafat Kuncewicz. Biskup i męczennik, Kraków 1921

https://ad2016.wordpress.com/2014/10/28/jozafat-kuncewicz-meczennik-brzeskiej-unii/

Posted in Religia, Święci obok nas | Leave a Comment »

Tam Gdzie Bóg Płacze Ukraina

Posted by tadeo w dniu 2 lutego 2020

Ukraina Kościół GreckoKatolicki

 Lata totalitaryzmu przyniosły na Ukrainie biedę duchową, a Kościół Grekokatolicki został zdelegalizowany. Upadek ZSRR umożliwił wiele zmian.

 

Posted in Filmy - Polecam, Filmy dokumentalne, Filmy religijne | Leave a Comment »

Wschód : Mosty na kresy

Posted by tadeo w dniu 28 stycznia 2020

Posted in Filmy dokumentalne, Historia | Leave a Comment »

Ukraina Nasze kresy

Posted by tadeo w dniu 27 stycznia 2020

Posted in Filmy dokumentalne | Leave a Comment »

„Kresy” – film dokumentalny

Posted by tadeo w dniu 27 stycznia 2020

„Kresy” są drugim fabularyzowanym filmem dokumentalnym, który wyprodukowała „Gazeta Lubuska”. Rok temu odbyła się premiera dokumentu „Wydarzenia Zielonogórskie 1960. Bitwa o Dom Katolicki”.

Film ten jest pięknym dopełnieniem cyklu kresowych artykułów, które od lat ukazują się na łamach „Gazety Lubuskiej”. Obraz jest naprawdę dziełem naszych Czytelników. To oni występują w tym dokumencie, ale przede wszystkim to ich opowieści złożyły się na jego scenariusz. „KRESY” to film, który upamiętnia tragedię ludzi oddzielonych od korzeni, upokorzonych i zmuszonych do opuszczenia swoich domów. Ten film jest hołdem dla nich i ich bliskich, którzy stracili życie w tym strasznym czasie i na zawsze pozostali na Kresach Wschodnich. Autorami scenariusza są Dariusz Chajewski i Witold Głowacki, reżyserem Rafał Bryll.

 

Przeczytaj także:

Kresy. Ostatni świadkowie.

Posted in Filmy dokumentalne, Historia, Polskie Kresy | Leave a Comment »

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: MAGDALENA DZIERŻAK

Posted by tadeo w dniu 26 stycznia 2020

 

W rubryce «Ocaleni od zapomnienia» niejednokrotnie opisywaliśmy sytuację, w której znaleźli się miejscowi Polacy po ustanowieniu władzy radzieckiej na Wołyniu w 1939 r. Bardzo trudne położenie mieli wówczas «służący kultów religijnych», jak nazywali ich przedstawiciele nowej władzy, w tym zakonnicy. Większość mnichów z katolickich klasztorów na Wołyniu pochodziła z centralnych regionów Polski oraz z Galicji. Poprzez swoją działalność wzmacniali Kościół katolicki na Kresach Wschodnich, co było jednym z ważnych kierunków polityki polskiego rządu w tym regionie. Po przyjściu ateistycznych władz radzieckich ich obecność w zachodnich obwodach USRR była niepożądana, ponieważ traktowano ją jako agitację antyradziecką.

Władze radzieckie niszczyły nie tylko katolickie klasztory i kościoły. Kirchy i synagogi zamieniały na gospodarcze i administracyjne budynki wpisując je w ewidencjach jako porzucone. Do takich zaliczono też Klasztor Sióstr Dominikanek w Annowoli w powiecie kostopolskim. Z powodu braku środków na funkcjonowanie klasztoru zakonnice próbowały powrócić do swoich rodzin, niejednokrotnie nielegalnie przekraczając granicę radziecko-niemiecką. Nie mogły uczynić tego legalnie, gdyż władze radzieckie nie dawały na to pozwolenia.

Zakonnica Magdalena Dzierżak, która próbowała wrócić do rodziny mieszkającej na terenie okupowanym przez Niemcy, została aresztowana właśnie podczas nielegalnego przekroczenia granicy.

Magdalena Dzierżak urodziła się w 1899 r. we wsi Chmielnik (obecnie województwo podkarpackie) w rodzinie miejscowych chłopów. Jej ojciec Wojciech posiadał 5 ha ziemi. Zmarł w 1927 r. Matka Magdaleny zmarła w 1930 r. W aktach archiwalnych nie zachowały się o niej inne informacje. Bracia Paweł (ur. w 1890 r.) i Stefan (ur. w 1897 r.) mieszkali w Chmielniku.

W 1914 r. Magdalena ukończyła siedem klas szkoły powszechnej. W 1916 r. zapisała się na kurs krawiecki. Już po dwóch miesiącach samodzielnie zaczęła pracować w swoim zawodzie. W 1921 r., jak wynika z akt śledztwa, postanowiła poświęcić się służbie Bogu i przybyła do Klasztoru Dominikanek w Wielowsi w powiecie tarnobrzeskim (Wielowieś to obecnie osiedle w Tarnobrzegu w województwie podkarpackim), gdzie przebywała do 1939 r. Według innych danych do 1929 r. Magdalena przebywała w klasztorze w Mielżynie (obecnie województwo wielkopolskie).

W czerwcu 1939 r. skierowano ją do Klasztoru Sióstr Dominikanek w Annowoli w powiecie kostopolskim na Wołyniu. Tu zastała ją II wojna światowa i sowiecka aneksja wschodnich województw RP.

Na początku lutego 1940 r. władze radzieckie postanowiły urządzić w budynku klasztornym w Annowoli radę wiejską i szkołę. Pozostawszy bez dachu nad głową Magdalena postanowiła wrócić do swojej rodziny, która wówczas mieszkała na terenie Generalnego Gubernatorstwa.

Została aresztowana 25 czerwca 1940 r. Oskarżono ją o to, że próbując opuścić tereny ZSRR miała na celu przekazanie wywiadowi niemieckiemu ważnych informacji szpiegowskich. Zarzuty były absurdalne: Magdalenę Dzierżak oskarżano o to, że jadąc na Wołyń w czerwcu 1939 r. jakoby nielegalnie przekroczyła granicę między Niemcami a ZSRR. Według śledczych pracowała dla wywiadu niemieckiego. Zakonnica nie przyznała się do winy i próbowała wyjaśnić funkcjonariuszom NKWD, że w czerwcu 1939 r. nie przekraczała żadnej granicy, ponieważ powiat kostopolski, do którego przybyła, znajdował się na terenie należącym do II Rzeczypospolitej. Czyli poruszała się po terenie jednego państwa.

Dzierzak 1

Przypuszczamy, że o losie Magdaleny Dzierżak zadecydowało jednak przede wszystkim to, że była katolicką zakonnicą. Decyzją Kolegium Specjalnego NKWD ZSRR z dnia 27 września 1940 r. Magdalena Dzierżak została uznana za «element społecznie niebezpieczny» i skazana z art. 80 КК USRR (nielegalne przekroczenie granicy) na pięć lat obozów pracy licząc od 25 czerwca 1940 r. Według dokumentów przechowywanych w archiwum karę odbywała w obozie «Sybłag».

Dzierzak 2

Dzierzak 3

Szukając dodatkowych informacji o Magdalenie Dzierżak trafiliśmy na artykuł Wojciecha Grzelaka «Płomień pośród lodu» opublikowany na stronie «Kuriera Galicyjskiego». Według autora siostra Brygida, a właśnie takie imię zakonne wybrała Magdalena Dzierżak, trafiła na Sybir w czerwcu 1940 r. (przypominamy, że decyzja Kolegium Specjalnego NKWD ZSRR o skazaniu Magdaleny Dzierżak zapadła 27 września 1940 r.). Wojciech Grzelak informuje, że siostra Brygida przebywała na zesłaniu w syberyjskim mieście Ojrot Tura (obecnie Gornoałtajsk). Ze względu na słaby stan zdrowia pracowała w szwalni, a nie przy spławie drewna, jak inne wywiezione na Sybir zakonnice. W domu, w którym zamieszkała, zesłańcy gromadzili się na modlitwę. W 1946 r. władze podjęły decyzję o repatriacji polskich zesłańców z Ojrot Tura. W czerwcu tego roku ciężko chora Magdalena Dzierżak razem z innymi zesłańcami wyruszyła pociągiem z Bijska do Polski. Miesiąc później pociąg z repatriantami przybył do Rawy Ruskiej, gdzie w czasie zmiany wagonów siostra Brygida zmarła. Została pochowana w Zamościu.

Według postanowienia Prokuratury Obwodu Rówieńskiego z dnia 31 sierpnia 1989 r. Magdalena Dzierżak została zrehabilitowana.

Dzierzak 4

Tetiana SAMSONIUK

P. S.: Materiały rubryki «Ocaleni od zapomnienia» zostały opracowane przez Tetianę Samsoniuk na podstawie akt radzieckich organów ścigania, przechowywanych w Państwowym Archiwum Obwodu Rówieńskiego, w zbiorach Zarządu KGB Ukraińskiej SRR w Obwodzie Rówieńskim (1919–1957) oraz w Archiwum Zarządu Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Będziemy wdzięczni, jeżeli odezwą się Czytelnicy, krewni lub bliscy bohaterów naszej rubryki, którzy posiadają o nich dodatkowe informacje.

CZYTAJ TAKŻE:

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: STANISŁAW OSTROWSKI

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: JAN KRÓL

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: ALFRED AUSOBSKI

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: FELIKS SĘCZKOWSKI

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: JULIAN KRÓL

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: MICHAŁ MICKIEWICZ

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: STANISŁAW CAŁA

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: JAN JUCZEWSKI

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: JEWLAMPIJ HRYHORJEW

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: WALERIAN ŚLIWIŃSKI

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: NINA OSSOWSKA

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: OLIMPIUSZ MAZUR

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: MECHEL GLASS

http://www.monitor-press.com/pl/2-pol/artyku-y/8125-24919.html

Posted in Historia, Polskie Kresy, Wspomnienia, Świadectwa | Leave a Comment »

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: Przednówek i wołyńska bieda

Posted by tadeo w dniu 26 stycznia 2020

Jeden z bliskich mojemu sercu świaszczenników opowiadał mi
ciekawą historię, która wydarzyła się naprawdę.

A było to tak.

Huta 20 04

Tu kiedyś była wieś Seidlisko. Fot. Janusz Horoszkiewicz.

Po wymianie kilku listów przyjechał do niego Polak z Kanady, kiedyś mieszkający blisko Huty Stepańskiej. Chciał przed śmiercią zobaczyć miejsca ze swojego dzieciństwa. W drodze opowiadał, jak wyglądała jego ojczysta chata.
Stara, wisząca furtka, studnia, a przy niej koryto, w chacie wielki piec, a przy nim ławka, na której zawsze siedział dziadek. Jechali i jechali, aż dojechali. Przedwojenne doły na drodze gruntowej zamienione zostały na «wilcze doły» w asfalcie.
Lasy takie same, łąki i pola również. Wszystko dokładnie poznawał, każdy zakręt. Mówił, gdzie skręcić i gdzie się zatrzymać. O dziwo dom stoi, niespalony, a za nim stodoła ta sama. Stara furtka jakby też identyczna. Weszli na podwórko, zobaczyli studnię i koryto. Ruszyli do chaty, a w niej wielki piec i dziadek siedzący na ławce. Kiedy wracali, przybysz powiedział: «Panie Boże, dzięki Ci, żeś mnie stąd zabrał, bo bym na tej ławce do
śmierci przesiedział».
Kiedy świaszczennik skończył, wtedy ja opowiedziałem mu swoją historię. Jak to napisał do mnie wnuk gospodarza z Wyrki. W liście było o wielkim i bogatym gospodarstwie dziadka, nowych budynkach, pięknych koniach i bryczce.
Zaciekawiony opowieścią, zapytałem śp. Władysławę Onuchowską, ur. w 1925 r.: «Jakie to było gospodarstwo, słyszałem, że bardzo bogate?»
«Tam koza słomę z dachu na wiosnę jadła, bo nie mieli jej co dać» – odpowiedziała.
Nieurodzajna ziemia, zacofane rolnictwo, wielkie odległości od miast powodowały powszechną biedę. Ziemia na północnym Wołyniu wydawała nędzny plon. Nieurodzajna «popielica» to słowo często używane przy opisach pól, na niej nic nie rosło. Jedynie hodowla oparta na wypasach dawała jakikolwiek przychód, ale i łąk brakowało. Jak ktoś wyhodował świnie czy miał nadmiar mleka, to nie było tego komu sprzedać.
Żyd zanim kupił cielę, siedem razy przychodził go oglądać, aż gospodarz zmuszony potrzebami obniżał cenę. Kraj podnosił się z zacofania zaborów, ale mógł liczyć jedynie na własne siły.
Zanim otwarto kamieniołom w Janowej Dolinie, uruchomiono młyny, tartaki, wiejskie mleczarnie, sanatorium «Słone Błoto», pocztę, szkołę, sklepy itp., życie nie oferowało nic, tylko samą biedę.
W okolicach Bożego Narodzenia czuć już było objawy niedostatku. Biedni, wcześniej pracujący u zamożniejszych gospodarzy, zjadali zapłatę.
Skoro świt w okresie «kolędy» dzieci wyruszały po domach, aby śpiewaniem zarobić kilka groszy.

Huta 20 03

Chutor na Wołyniu. Fot. S. Mataszewski.

 

Wiele z nich musiało szybko wracać do domu, by mama uzbierane przez nich grosiki mogła dać dla innych przychodzących kolędników.

Naród Wołyński żyjący w wielkiej pobożności przyjmował też z należnym szacunkiem kolędującego księdza. Była to cała ceremonia, wtedy już było widać, u kogo jest bogactwo, a u kogo nędza. Pod dom zajeżdżały sanie: na jednych ksiądz z ministrantami, a na następnych kościelny zbierający o arę. Zwyczajowo dawano żyto, kościelny licząc garnce (3,3 l.) zapisywał o ary. Tak jak w sklepie, żeby ukryć niedostatek pieniędzy
zwracano się do sprzedawcy słowami «proszę ćwierć funta cukru» (brzmiało to lepiej niż 10 dekagramów), tak o arowane zboże liczono na pół czetwiertyka (4 garnce) lub pół ośmina (16 garncy). Niejednokrotnie ksiądz wydawał polecenie, aby odwiedzanemu gospodarzowi zostawić czetwiertyk zboża. Nie wróżyło to niczego dobrego, a zima jeszcze długo miała trwać.

Nadchodząca po kilku miesiącach wiosna niosła nadzieję, roztopy studziły jednak radość. Nie można było nigdzie się ruszyć, na huciańskich równinach rozpościerało się morze wody, która nie mogła wsiąknąć w zmrożoną ziemię. Trwało to tygodniami.
Jak zgodnie oceniają świadkowie, przynajmniej co piąte gospodarstwo cierpiało biedę.
W maju z reguły zaczynało im brakować zboża na chleb. Dla krów też nie starczało pokarmu, łamano w lesie gałęzie grabowe i karmiono młodymi liśćmi głodne zwierzęta. Dochodziło do kradzieży zboża z komór, w okolicy praktykowano podkopy pod podwaliną. Psy spod bud zamykano jako wartowników w komorach.

Rozpoczynała się wędrówka głodnych za jedzeniem. Najpierw nie wiadomo skąd przychodzili żebracy, otrzymywali po kawałku chleba, kubku mleka albo wyjątkowo cienki pasek słoniny. To było wszystko, na co mogli liczyć. Odpoczywali i szli dalej. Torba na kiju, przewieszona przez plecy, nigdy nie była napełniona, podarte przez psy portki dopełniały obrazu biedy. Potem po prośbie, z grupy cierpiących niedostatek, wyruszały miejscowe wdowy. Ich majątkiem była gromada dzieci, dług u Żyda i sekwestrator na
karku. Brakowało wdowom wszystkiego, ale prosiły co najwyżej o zboże na odrobek. Gospodarze nie odmawiali, wiedzieli, że będą mieli tanią siłę roboczą na ten rok i następny. Doraźne pożyczki sąsiedzkie były na porządku dziennym, z tym że kobiety pożyczały chleb i produkty potrzebne do obiadu, a mężczyźni resztę. Nigdy też kobieta nie pożyczała pieniędzy, nawet nie przyszłoby im to do głowy, tak jak i konia do pracy czy piły do lasu.
Całkiem biednemu jednak nie chciano pożyczać, bo z czego odda. Biedak ratował się ja mógł: dla ścielenia pod zwierzętami ściągano słomę z budynków, zaczynając rozbiórkę dachu od przybudówek. Dzieci wysyłane były po żar z pieca, aby rozpalić pod kuchnią.
Do Dawidowiczów z Tchorów przychodził «po prośbie» syn sąsiadki Jadwigi Cybulskiej, Franek.Mówił: «Ciotko, mama prosiła rosołu z ogórków». Dawidowiczowa dokładała ogórka, a nawet dwa.
Jutro pójdzie do drugiej «ciotki», a pojutrze przyjdzie po kapustę: «Jak Wam, ciotko, zbywa, to mama kapusty prosi, i jak macie, to łyżkę masła jeszcze dajcie do zasmażki i troszkę mąki». Kiedy przychodził czas, to szli całą rodziną pomagać w pole, odrabiać «rosół» i kapustę.
Jadwiga była wdową po Brusile. Na wspólnym wiejskim wygonie, gdzie pasiono krowy,
wybudowali sobie budkę, nie chatkę. Miała braci Zygmunta i Andrzeja, ale oni też byli biedni, nie mogli nic pomóc. Kiedy szła po ludziach pomagać w wykopkach, ci przyjmowali ją do pomocy z litości. Jako zapłatę otrzymywała ziemniaki, których nie miała gdzie trzymać, układała je więc pod łóżkiem. Po śmierci męża wyszła za Cybulskiego, a może i nie mieli ślubu, na pewno jednak mieli córkę Rozalię. Przy ich budce nie było nawet kozy.

Huta 20 02

Dzieci z Wołynia.

 

Na Tchorach jeszcze w latach dwudziestych XX wieku znajdowała się ostatnia zamieszkała kurna chata. Należała do wdowy Franciszki Kownackiej i ośmiorga jej dzieci. Ognisko w środku chaty palone w palenisku zastępowało kuchnię do gotowania i piec do grzania. Wszędzie pełno było czarnej sadzy, a wnętrze miało zapach wędzarni. Syn Karola Dawidowicza Dionizy czuł sympatię do córki wdowy, Feliksy, spotykali się w sekrecie. Jego matka Petronela ani myślała z takiej biednej rodziny brać synową. Wydawało jej się, że wybiła Dionizemu romans z głowy.
Ten jednak mamy nie słuchał i polazł z panną na gonty pełne sadzy, pod strzechą. Jednego niedzielnego poranka wszystkich obudził krzyk matki: «Duchu przenajświętszy, Boże, gdzieś ty chodził?!» Domownicy poderwani z łóżek zobaczyli czarnego czorta w białych poduszkach.
Dionizy nocą po randce cicho wsunął się do łóżka czarny od sadzy. Miłość skończyła się nagle i bez dyskusji. Kownaccy wybudowali w końcu piec z kominem, ale chata nie zmieniła kształtu, a życie niewiele różniło się od wcześniejszego.
Kiedy przyszli sowieci, brat Feliksy, Władysław, doniósł na Dionizego, że naśmiewa się z władzy radzieckiej, za co ten został skazany na osiem lat zesłania.

Ludność wszelkimi sposobami dążyła do poprawy swej egzystencji i bytu. Powoli najczarniejsza bieda odchodziła. Pojawiły się pierwsze domy kryte gontami i blachą, coraz częściej gospodarze na niedzielne msze przyjeżdżali «wasążkami», a nawet bryczkami, ubrani w garnitury, a ich żony w modne sukienki. Jadący wyprzedzali idących na mszę boso, którzy u Konstantego Skrzybalskiego przy studni płukali nogi i zakładali buty, przed wejściem do kościoła.
Wspomniany na wstępie wnuk rozmawiał ze swoim dziadkiem. Ja też zapytałem mojego Taty Szczepana, jak wyglądał kościół w Hucie Stepańskiej, a On mi odpowiedział: «Nie pamiętam, byłem tylko jeden raz, bo nie miałem butów do kościoła». Dziadek nie należał do biednych gospodarzy, to jak żyli biedacy?

Huta 20 01Wiosna na polach. Zdjęcie udostępnione autorowi przez śp. Feliksa Trusiewicza

Tekst i zdjęcia: Janusz HOROSZKIEWICZ
Na zdjęciach:

1. Tu kiedyś była wieś Seidlisko. Fot. Janusz Horoszkiewicz.

2. Chutor na Wołyniu. Fot. S. Mataszewski.

3. Dzieci z Wołynia.

Przedwojenne zdjęcia

http://www.monitor-press.com/pl/2-pol/artyku-y/8125-24919.html/

Czytaj także:

CZYTAJ TAKŻE:

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: GAJOWY I KOCHANKA

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: CYGANIE I WIELKA UCZTA W HUCIE STEPAŃSKIEJ

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: HRABIA WORCELL – WŁAŚCICIEL STEPANIA

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: ŻYDZI – NASI ODWIECZNI SĄSIEDZI

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: WOJNA Z BOLSZEWIKAMI

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: KOŚCIÓŁ W KAZIMIERCE

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: WYJAZDY ZA WIELKĄ WODĘ

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: KOLONIE W OKOLICY HUTY STEPAŃSKIEJ

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: CARSCY DEZERTERZY

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: PIOSENKA O PIĘKNEJ HELENIE

Zobacz także:

Posted in Polskie Kresy | Leave a Comment »

Polskie miejscowości na Ukrainie i w Mołdawii.

Posted by tadeo w dniu 26 stycznia 2020

1. Mieszkańcy mówiący w 90% w języku polskim: Strzelczyska i Łanowice koło Sambora. Niedaleko Mościska.

2. Aleksandrówka nieopodal Kamieńca Podolskiego,

3. Biłka Szlachecka – wieś polska, koło Lwowa,

4. Biełka – osada, powiat nowogradwołyński, gmina kurneńska

5. Adamówka, Adamowska Huta (Józefówka) – powiat               nowogradwołyński, gmina Kurne

6. Ziatyniec: wieś, powiat nowogradwołyński, gmina Rochaczów – https://kuriergalicyjski.com/rozmaitosci/2500-kres-kresw-wyludniaj-si-polskie-wsie-na-woyniu

7. Styrcza, najbardziej polska wieś w Mołdawii – https://podrozujacarodzina.pl/styrcza-polska-wies-w-moldawii/

8. Perełką wśród polskich śladów w północnej Mołdawii jest Tîrnova [rum. wym. Tarnowa także Bielce

9. Wieś Słoboda Raszkowo (dawne Księdzowo)

10. Wsie Obwodu Lwowskiego: Sielec, Biłka Krolewska, Podhorce, Kłodno Wielkie, Czernica, Kukizow, Rychcice, Matkow, Stulsko, Sasow, Laszki Murowane (Polish)

<Proszę o dalsze uzupełnianie listy tych miejscowości>

Posted in Polskie Kresy | Leave a Comment »

Reportaż. Zbrodnia UPA w Mucznem

Posted by tadeo w dniu 25 stycznia 2020

15 sierpnia 1944 roku w Mucznem, w Bieszczadach, na terenie leśniczówki Brenzberg bandy UPA okrutnie wymordowały 74 Polaków. Byli to mieszkańcy okolicznych wiosek m.in.: leśnicy, księża oraz dzieci, którzy ukrywali się przed ukraińskimi nacjonalistami. Polacy umierali w męczarniach, nigdy nie zostali pochowani, a ich ciała wchłonął las.

 

Posted in Filmy dokumentalne, Historia, Reportaż | Leave a Comment »