Violetta Villas (+73 l.) w mogła zrobić światową karierę na miarę Poli Negri. Dlaczego nie potrafiła wykorzystać swojej szansy?

Chciała podbić Amerykę i była krok od celu. Uwielbiano ją w Las Vegas, choć wyśmiewano w Warszawie. Chodziła w futrach z norek i kochała bezpańskie psy.

Na scenie epatowała seksem, a w garderobie odmawiała różaniec. Miała poprawiony biust, nos i włosy, a co było prawdziwe, nie wiedziała nawet ona sama.

Chociaż to spora przesada. Prawdziwy był jej głos. Fascynujący, niepowtarzalny, o ogromnej skali. Nie każda gwiazda opery dostała taki prezent od Boga.

Droga Violetty Villas do USA wiodła przez Paryż. W 1965 r. Pagart wysłał ją do Casino de Paris. Jej wykonanie „Ave Maria” wprawiło jurorów w ekstazę, a kryształy nad ich głowami w wibracje.

„Patrzyli to na mnie, to na żyrandol” – mówiła.

Gdy rok później amerykański reżyser Frederick Apcar miał przenieść formułę Casino do Las Vegas, ktoś wspomniał o jej czterooktawowym głosie.

Zostawiła w Polsce 10-letniego syna z nianią i w 1966 r. wylądowała w Las Vegas. Z lotniska zabrała ją limuzyna, w hotelu Dunes dostała pokój na 21. piętrze.

Z okna obserwowała miasto aż po pustynię, a przede wszystkim neon ze swoim nazwiskiem. Ruszyły przygotowania do show. Musiała się nauczyć, jak w rytmie schodzić ze stuosobowym baletem po wielkich schodach i lekko poruszać się w ciężkiej sukni z brylantami i boa.

Sztab specjalistów zmieniał zahukaną dziewczynę w gwiazdę. Ktoś jej też pokazał, jak znaleźć siłę na występy 2-3 razy dziennie i jak się po nich wyciszyć.

W listach pisała o środkach nasennych, ale było coś jeszcze.

„Przerobili ją” – mówił pozostawiony w kraju jej ukochany Janusz Ekiert.

Szybko nauczyła się roli księżniczki. Doklejała coraz dłuższe rzęsy, loki sięgały jej niemal do kolan. Zoperowała sobie piersi. Miała być tłem dla francuskiej artystki Line Renaud, ale stała się gwiazdą spektaklu. Śpiewała „O sole mio”, arię z „Traviaty”, „Strangers in the Night”.

Owacje, kwiaty, zachwyty. Na scenę wjeżdżała żółtym jaguarem z odkrytym dachem. Jej pensja wzrosła do tysiąca dolarów na tydzień.

Niebotyczna suma dla dziewczyny z PRL, niewielka dla gwiazdy rewii: mniej znani wykonawcy zarabiali 25 razy więcej. Ją jednak i taki sukces przytłoczył.

Według dziennikarza i znawcy rynku muzycznego Bogusława Kaczyńskiego była jedyną Polką poza Polą Negri, która miała szansę na wielką międzynarodową karierę.

„Niestety, Czesława Gospodarek, bo tak się naprawdę nazywała, nie udźwignęła sławy Violetty Villas” – stwierdził.

Unikała ludzi, po występach wracała do apartamentu, gdzie czekały na nią dwa pudle. Tylko do nich mogła mówić po polsku. Czuła się bardzo samotna. Nie prowadziła życia towarzyskiego.

Kosztownych prezentów nie uznawała, ponoć nie przyjęła luksusowego auta jaguara od jednego z adoratorów.

Dni w Las Vegas były jednakowe: pobudka w południe, makijaż, fryzura, suknia, show. Miała zmienne humory, napady wściekłości. Ujście im dawała w listach do Ekierta. Oskarżała go, że ją opuścił.

Nie przyznał, że się ożenił, a i bez tego miała złamane serce. Z samotności wpadła w bigoterię. Poznała polonijnego księdza, który utrwalał w niej ludową pobożność.

Ona zmienia ją w religijność sceniczną: były świecące ołtarzyki, łańcuszek z krzyżykiem w dekolcie. Występy były jak modlitwa, w garderobie ustawiała kaplicę, leżała krzyżem, po występach klęczała na gwoździach.

Po roku odwiedził ją syn Krzyś. Przyleciał sam, z kartką na plecach: „Nie znam angielskiego”.

Gdy ujrzał Violettę na sali prób, krzyknął: „Mamusiu kochana, przywiozłem ci chleb i kiełbasę!”.

Włóczył się sam po Las Vegas. Matka pracowała, czasem zabierała go do sklepu. A po wylocie Krzysia znów została sama.

Nie słuchała żadnych rad

Kariera szła świetnie, ale Villas sobie nie radziła. Często prosiła o radę polski konsulat w Chicago. Pytała, czy może udzielić wywiadu Wolnej Europie, choć odpowiedź była oczywista.

Według pracownika IPN zachowywała się jak działaczka partyjna. Polska była jej miłością. W kraju nosiła kowbojski kapelusz i mówiła z akcentem, za granicą poprawiała konferansjerów, gdy zapowiadali ją jako gwiazdę z Paryża.

PRL to była jej ojczyzna, innej Polski nie znała. Nic dziwnego, że zainteresowały się nią służby. Sama weszła im w łapy.

W 1968 r. załatwiła papiery, by święta spędzić w Polsce, bo jej matka była umierająca. Konsul, współpracownik polskiego wywiadu, zaprosił ją na kolację.

Violetcie zależało na paszporcie z prawem wielokrotnego przekraczania granicy. Konsul polecił jej warszawskiego kolegę. Ten ujrzał w niej świetną wtyczkę, a Villas zgodziła się na współpracę jako „Gabriella”.

Hasło brzmiało: „Czy lubi pani Brahmsa?”, odzew: „Tak, ale wolę Chopina”. Oficerowie szybko jednak zorientowali się, że nie będzie Matą Hari.

Załatwiała sprawy osobiste i unikała telefonów. Udawała własną gosposię, mówiąc: „Pani nie ma w domu”.

Cierpliwość agentów się skończyła, gdy doniosła na nich milicji: „Jacyś panowie mnie nękają!”.

Potem mówiła, że SB złamała jej karierę. Dużo zmyślała. Pewnie wierzyła w hollywoodzką karierę, odrzuconą z braku czasu. Twierdziła, że Wajda sfilmuje jej biografię.

„Była ofiarą własnej wyobraźni i rozbijała sobie głowę o rzeczywistość” – mówił Ekiert.

Między Polską a USA krążyła do 1971 r., potem wróciła na dłużej. Według Jerzego Gruzy świetnie wyglądała. Dla jednych: symbol zachodniego sukcesu, dla większości – ofiara własnej kreacji.

Ale sale zapełniała po brzegi. Pisała sobie piosenki, dobierała muzykę, projektowała fryzurysuknie.

W USA luka po niej się zapełniła i wkrótce śpiewać mogła tylko dla Polonii, choć ponoć o jej występ w latach 80. prosił George Bush. Z Teatrem Syrena wróciła do USA, śpiewała m.in. w Carnegie Hall, na Broadwayu.

Dobiegała pięćdziesiątki i znów była na szczycie. W dodatku zakochana. Teda Kowalczyka, polonijnego biznesmena, poznała w restauracji.

Przysłał kosz róż i zaproszenie na kolację. Ślub wzięli w Trzech Króli 1988 r. Miał kosztować 300 tys. dolarów. Kasetę wideo można było kupić za 80 dolarów, wysyłka pocztą. To był pierwszy i chyba najlepszy interes, jaki Ted ubił na ożenku.

Drugą część ślubu planowano w Polsce. Welon Villas po placu Zamkowym miało nieść 400 dzieci. Krewny gwiazdy przestrzegał pana młodego, że to związek najwyżej na kilka miesięcy. Violetta ujrzała w Tedzie protektora, impresaria. Miał lokale, miliony (głównie w kredytach).

Miała występować na scenie w jego restauracji Orbit w odpowiedniej oprawie. On chciał, by śpiewała do kotleta albo… sprzedawała pierogi. Zaczęły się wzajemne oskarżenia, także w prasie. Miarka się przebrała, gdy Ted kazał rzekomo zabić szopy, które ona dokarmiała. W innej wersji zabił je sam. Albo ukręcił łeb białemu kocięciu.

„Gdzieżby ja, panie, zamordował szopa!” – żalił się Ted.

Dość, że Villas wróciła do Polski. Nie do ludzi. Otoczyła się zwierzętami. I z nimi spędziła resztę życia.

***