WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • Tylko przestańmy mówić: ten kraj, w tym kraju, tutaj, ci ludzie. Zacznijmy mówić tak, jak Pan Bóg przykazał, jak o matce: Ojczyzno ma, moja, kochana, poraniona, więc tym bardziej kochana. Moja, to znaczy taka, którą się kocha, którą się po rękach całuje, przed którą się klęka, której się służy, której się z czcią opowiada, której się nie okrada, dla której się pracuje, dla której się cierpi i umiera, jak trzeba. To nie inni mają tak zrobić, to nie oni, tam na górze, ale my. Inaczej na nic wszystko. Na nic ta rana i na nic te ofiary. Nasza Ojczyzna mocno krwawi i ból nie ustaje w naszych sercach, ale zapewniamy pachołków Moskwy i Berlina, i tych, co służą „mamonie” – jeszcze nie zginęła, póki my żyjemy. Póki pracujemy dla dobra naszej Ojczyzny. Póki kochamy i pamiętamy.

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Unici’ Category

MĘCZENNICY PODLASCY

Posted by tadeo w dniu 16 stycznia 2014

APC - 2014.01.16 21.43 - 001.3d

http://gloria.tv/?media=556659

Drelów, 17 stycznia 1874 r.
Według ustnych przekazów przed świątynią zebrało się około tysiąca wiernych. Mężczyźni mieli ze sobą kije, kamienie i łopaty, a kobiety piasek, by sypać go kozakom w oczy. Unici byli zdecydowani bronić miejsca, które było dla nich święte. Kotow zażądał oddania kluczy do cerkwi, aby wprowadzić do niej narzuconego przez władzę prawosławnego popa (proboszcz unicki został wcześniej aresztowany i wtrącony do więzienia). Dalszy przebieg wydarzeń znamy z relacji naocznych świadków, które spisał ks. Józef Pruszkowski (kapłan obrządku łacińskiego): „Lud odrzekł, że nie może oddać kluczy do swojej cerkwi i nie odstąpi od swojej świątyni w obronie przed jej widocznym sprofanowaniem. (…). Naczelnik zakomenderował nahajki, a kozactwo piesze i konne wpadło na cmentarz cerkiewny i poczęło rozbijać głowy ludu i jego twarze, raniąc grubymi batogami. Katowanie wywołało ogólny opłacz pomiędzy ludem. (…). Piechota z kozakami uszykowała się za parkanem cmentarza i o godzinie 12 w południe otworzyła ogień do bezbronnych wiernych. (…). To morderstwo osiągnęło skutek wprost przeciwny temu, jaki chciano wywołać. Religijny śpiew «Święty Boże», „Kto się w opiekę” rozlegał się żałośnie, a lud, padając na kolana, otwierał wojsku swoją pierś do strzału, jakby zazdroszcząc szczęścia męczeństwa poległym sąsiadom i braciom”.

Wszyscy unici pozostali na miejscu. Przez całą noc pilnowało ich wojsko. Następnego dnia naczelnik rozkazał siłą wywlec sprzed świątyni zmarzniętych i pobitych unitów, i dokończyć krwawą akcję. „Po wywleczeniu biednego ludu za cmentarz, przywieziono dwie fury rózeg i zaczęto kłaść na ziemi i smagać wszystkich bez wyjątku. Kobiety i dzieci dostawały od 25 do 100 uderzeń, mężczyźni od 100 do 200 razów. (…). Gdy żołnierze trzymali lud z dala od cerkwi, naczelnik sprowadził popa i posprzątał zabitych. Rannych na furmankach odwieziono do domów, potem kazał Kotow rozpędzić nahajkami kobiety i dzieci po wsiach. Mężczyzn kazał powiązać, młodszych z nich odesłał do więzienia jako buntowników, starszych rozpędził do domów”. Przed świątynią w Drelowie śmierć męczeńską poniosło 13 unitów. Rannych zostało prawie 200 osób. Pomordowanych pochowano na miejscowym cmentarzu, który przez następne 30 lat pozostawał pod nadzorem carskiej policji i prawosławnego duchownego. Miejsc pochówku męczenników nie wolno było nawiedzać. W ten sposób zatarto po nich materialny ślad.

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Unici | 1 Comment »

Historia rodziny Telechoń

Posted by tadeo w dniu 22 lutego 2013

   IMG043

Mój pradziadek nazywał się Jan Telehuj urodził się około 1837 roku, był podlaskim Unitą, mieszkał we wsi Żminne gmina Suchowola pow. Radzyń Podlaski. Za odmowę przyjęcia wiary prawosławnej około 1875 roku został aresztowany i osadzony w siedleckim więzieniu skąd wraz z innymi opornymi został wywieziony do chersońskiej guberni w Rosji gdzie przebywał pod nazwiskiem Jan Teleguj. W 1887 roku aresztowano jego całą rodzinę tj. żonę Helenę z Mirończuków,  jego sześciu synów: Ignacego, Teodora, Andrzeja, Grzegorza, Sylwestra, Mikołaja oraz córkę Katarzynę. Wszystkich wywieziono do orenburskiej guberni do wsi Buterska w gminie Iwankowa powiat Czelabińsk.  Pozostawioną  w Polsce ziemię, budynki gospodarcze z wyposażeniem, oraz cały inwentarz przekazano prawosławnemu ławnikowi Klimowi Romaniukowi w nagrodę za prześladowanie Unitów. 

Z biegiem lat synowie jak i córka zakładają swoje rodziny: Ignacy żeni się z Heleną Zaniewicz i zamieszkuje w mieście Czelabińsk  w którym Ignacy pracuje na kolei, Mój dziadek Teodor żeni się z Apolonią Osikowską wnuczką Unity Antoniego Morgunowicza wywiezionego w 1874 roku z miasteczka Łomazy i zamieszkują w miasteczku Złotoust, Katarzyna wychodzi za mąż za Ludwika Zaniewicza wywiezionego ze wsi Łubenka w parafii Łomazy jest on synem Stefana, Andrzej żeni się z Józefą Rudewicz, Sylwester żeni się  z Teklą Bartoszuk córką Unity Józefa Bartoszuka  wywieziono ich ze wsi Krzewica parafii Międzyrzec powiat Radzyń Podlaski,  zamieszkują po ślubie w mieście Czelabińsk, Mikołaj żeni się z Marianną Marczuk córką Unity ze wsi Horodyszcze gmina Wisznice, zaś syn Grzegorz zaginął w Syberii. Rodzina Teleonów (Teleguj) przebywała na wygnaniu trzydzieści siedem lat,.

Powrotu do kraju nie doczekali się gdyż zmarli na wygnaniu: Jan z żoną Heleną ich syn Teodor z żoną Apolonią, syn Grzegorz który zginął, nowo narodzone dzieci: Jan Teleguj syn Ignacego i Heleny z Zaniewiczów, Konstantyn Teleguj syn Sylwestra i Tekli  z Bartoszuków, Julian Teleguj syn Mikołaja i Marianny z Marczuków. Na stałe  w Rosji pozostała najstarsza córka Sylwestra i Tekli, Maria która wyszła za mąż za Jurija Gach. Mój Tata Edward Teleon syn Teodora i Apoloni do kraju wrócił w 1922 jako sierota mając 12lat. Do kraju wróciło takgże jego czterech stryjów i stryjenka Katarzyna z rodzinami.

Informuję, że obecnie z kuzynem opracowujemy bardziej szczegółową historię rodziny Teleonów. Podczas kompletowania materiałów do opisu losów naszej rodziny, szczególnie podkreślony jest  wątek ” męczeństwa unitów na Podlasiu”. Posiadamy dokumenty, zdjęcia i przedmioty świadczące o pobycie naszych przodków na zesłaniu za wiarę w Czelabińsku w Rosji. Prosimy osoby, którym ten temat jest bliski, lub potomków zesłańców za wiarę unicką a których dziadkowie lub rodzice powrócili do Polski o kontakt celem wymiany informacji.  Może ktoś jest zainteresowany historią Listów Unickich z Guberni Orenburskiej, pisanych do ks. Chodkowskiego, które w roku 1893 w części opublikował w swoich książkach. Wiem gdzie znajdują rękopisy Jest ponad 1000 stron listów, które uważam, że mogą dużo wnieść do historii Męczeństwa Podlaskich Unitów.

Osoby zainteresowane proszę o kontakt e-mail:  teleon.andrzej@gazeta.pl

Serdecznie pozdrawiam
Andrzej Teleon

Przeczytaj także: 

Dzieje Parafii Greckokatolickiej w Parczewie – Andrzej Teleon

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Unici, Wspomnienia | 3 komentarze »

Unici w poezji polskiej – Szczepan Kalinowski

Posted by tadeo w dniu 24 stycznia 2013

APC - 2013.01.24 21.31 - 001.3d

http://bbc.mbp.org.pl/dlibra/doccontent?id=823&dirids=1

W 1595 r. w Rzymie została zawarta unia kościelna, potwierdzona w roku następnym przez synod biskupów prawosławnych w Brześciu Litewskim. Nad utrwaleniem Unii Brzeskiej na wschodnich kresach Rzeczpospolitej działali między innymi Piotr Skarga, Hipacy Pociej i Jozafat Kuncewicz. Ten ostatni jako unicki biskup zamordowany w Witebsku został w 1867 roku ogłoszony pierwszym świętym Kościoła unickiego.

Przed rozbiorami było już ponad 4,5 mln wiernych, 9000 parafii i 8 biskupstw unickich obsadzonych przez bazylianów – z nich się wywodziła spolonizowana elita intelektualna tego Kościoła. W języku polskim głoszone były kazania oraz odprawiane nabożeństwa i modlitwy przejęte z obrządku łacińskiego. Głównymi wyznacznikami odrębności był język starocerkiewno -słowiański używany w liturgii, komunia pod dwiema postaciami, kalendarz juliański i fakt, że księży nie obowiązywał celibat. Znacznie więcej było podobieństw, przyspieszenie latynizacji obrządku nastąpiło po Synodzie w Zamościu w 1720 r.

Rozbiory przyniosły istotne zmiany w sytuacji Kościoła unickiego na ziemiach Rzeczpospolitej. W zaborze austriackim Kościół grekokatolicki został zrównany w prawach z Kościołem rzymskokatolickim. Jego hierarchię stanowili przede wszystkim Ukraińcy.

Unici z zaboru rosyjskiego od początku znaleźli się w wielkim niebezpieczeństwie. Carowie traktowali ich jako element chwiejny, łatwo mogący ulec zarówno latynizacji i polonizacji, jak i rusyfikacji, w dodatku „oderwany” przed wiekami od prawosławia. W „akcji nawracania” brali udział nie tylko misjonarze prawosławni, ale i władze państwowe, często nie respektując głoszonej oficjalnie zasady dobrowolności. Nie obyło się bez oporu ze strony unitów. Przejściu na prawosławie uporczywie przeciwstawiały się bazylianki mińskie.

Z tego pogromu, zakończonego w 1839 roku, ocalała wówczas tylko unicka diecezja chełmska z około 220 tys. wiernych na Podlasiu i Lubelszczyźnie.

Upadek powstania styczniowego był sygnałem ataku caratu na Kościół za poparcie duchowieństwa w walce o niepodległość. Kasowano zakony, konfiskowano majątki kościelne, najbardziej opornych księży zsyłano na Sybir. Pod groźbą wysokich kar grzywny, więzienia i zesłania zakazano duchowieństwu katolickiemu pomagania unitom.

Wierni byli jednak zdecydowani trwać przy Unii. Taka zdecydowana postawa doprowadziła w styczniu 1874 r. do tragicznych wypadków w dwóch wsiach Podlasia: Drelowie i Pratulinie. Wojsko zaczęło tam strzelać do wiernych otaczających kościoły. Zabito 26 osób, wielu było rannych.

Po tych wypadkach władze zakazały strzelania ze względu na pewien rozgłos, jaki te wydarzenia uzyskały na Zachodzie. Nie zaprzestano jednak bicia, więzienia, nakładania kar pieniężnych. Około 1000 opornych rodzin wywieziono w głąb Rosji. W efekcie okrutnych prześladowań złamano opór części unitów, którzy zgodzili się przyjąć prawosławie.

Bierny opór większości unitów, szczególnie na Podlasiu, trwał jednak nieprzerwanie. Korzystano z pomocy potajemnie i niestety rzadko przybywających misjonarzy z Galicji. Chrzcili oni dzieci, udzielali ślubów, spowiadali – wszystko w wielkiej tajemnicy, jak to opisywał Żeromski, Reymont, Konopnicka i wielu innych twórców. A. Asnyk i J. Kasprowicz angażowali się w działalność organizacji mających na celu pomoc unitom.

Tylko w ciągu roku po ukazaniu edyktu tolerancyjnego w 1905 roku na katolicyzm przeszło 100 tys. byłych unitów z Podlasia.

Po odzyskaniu niepodległości na Podlasiu nie zapomniano o swych męczennikach. Proces beatyfikacyjny rozpoczęty w 1938 roku zakończył się uroczystym wyniesieniem męczenników pratulińskich na ołtarze dokonanym w Rzymie przez papieża Jana Pawła II, 6 października 1996 r.

Mam nadzieję, że ten krótki rys historyczny ułatwi lekturę utworów poetyckich inspirowanych martyrologią Ul1itów. Problemowi unitów w poezji polskiej poświęcono kilka artykułów, lecz nie obejmowały one całego okresu od połowy XIX w. do współczesności:

W. Kołbuk, „Martyrologiunl unitów podlaskich i chełmskich w prozie i poezji końca XIX i początku XX wieku”, [w:] „Chrześcijanin w świecie”, 1988, nr 8-9.

F. Ziejka, „Czytania podlaskie. Unia i unici w piśmiennictwie polskim na przełomie XIX-XX wieku”

Z. Przybyła, „Unicka chusta Weroniki w poezji 1\1. Konopnickiej”, oba artykuły [w:] „Unia brzeska – geneza. dzieje: konsekwencje w kulturze narodó\v słowiańskich” – praca zbiorowa pod red. R. �?użnego, F. Ziejki i A. Kępińskiego, ICraków 1994.

K. Stępnik, „Unici w propagandzie Legionów”, art. w „l\lartyrologia Unitów Podlaskich w świetle najnowszych badań naukowych”, Siedlce 1996.

Posted in Unici, Wiersze | 2 komentarze »

„Maryrologium czyli męczeństwo Unii na Podlasiu” – ks. Józef Pruszkowski

Posted by tadeo w dniu 24 stycznia 2013

Dokument „Maryrologium czyli męczeństwo Unii na Podlasiu” wydał w 1905 roku, naoczny świadek cierpień unitów podlaskich ks. Józef Pruszkowski, profesor seminarium łacińskiego w Janowie Podlaskim, następnie długoletni proboszcz na „męczeńskim Podlasiu”, a wreszcie profesor honorowy Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

Martyrologium czyli Męczeństwo Unii na Podlasiu : z wiarygodnych i autentycznych źródeł zebrał i napisał P. J. K. Podlasiak [pseud.]

APC - 2013.01.24 19.41 - 001.3d

http://pbc.biaman.pl/dlibra/doccontent?id=1281&dirids=1

Posted in Książki (e-book), Unici | Leave a Comment »

„Przez głębinę” – Maria Konopnicka

Posted by tadeo w dniu 24 stycznia 2013

Poemat Marii Konopnickiej opowiada o wielkiej manifestacji patriotycznej przedstawicieli wszystkich Ziem Polskich. Manifestacja odbyła się w Horodle, w roku 1861, w 448 rocznicę podpisania Unii Horodelskiej. Poemat znajduje się w zasobach Cyfrowej Biblioteki Narodowej. Tekst wyborny. Polecam.

APC - 2013.01.24 19.35 - 001.3d

http://www.polona.pl/dlibra/doccontent2?id=26653

Posted in Książki (e-book), Unici, Wiersze | Leave a Comment »

Z ziemi chełmskiej – Władysław Reymont

Posted by tadeo w dniu 24 stycznia 2013

APC - 2013.01.24 18.45 - 001.3d

Reymont Władysław – Z ziemi chełmskiej.pdf

Posted in Książki (e-book), Unici | 1 Comment »

Do swego Boga – Stefan Żeromski

Posted by tadeo w dniu 24 stycznia 2013

Wąska drożyna przeciska się przez las zwarty, podszyty młodą sośniną, tworząc między szczytami drzew przedział nieznaczny. Gałęzie świerków, na których leżą grube, soplami obwieszone kiście śniegu, zginają się pod ciężarem nad tym leśnym przesmykiem, zaledwie oznaczonym dwiema skibami śniegu, które sanie chłopskie odwróciły.

Dzień był marcowy — jasny a mroźny.

Teraz, gdy się na zachodzie rozpościerać zaczyna pół zmierzch błękitny, nawet zaspy, pozataczane dokoła pniów, stają się sypkimi jak mąka. Na przedziwnie czystej przestrzeni niebieskiej, jaka płonie już zorzą wieczorną — las stoi nieruchomo, niby wielki ejkonosfas świątyni greckiej; nieznaczne podmuchy strącają z wierzchołków drzew drobniutkie pyły śniegowe i płyną między gałęziami, po tle purpurowym, jakby poplątane smugi nikłego dymu wzbijające się z niewidzialnych kadzielnic…

Cisza tam głucha, nieskończona, śmiertelna…

Drożyną ową idzie stary, zgrzybiały, siwy jak gołąb chłopowina Pelek z wnuczką Teofilką — poły lichego kożucha za pas zatknął, kij daleko przed się stawia, szeroko rozkracza nogi, sapie i kaszle, lecz nie ustaje, choć mu zaczerwienione oczy łzami zachodzą, choć pot się sączy zmarszczkami zwiędłej, przez wiatr wychłostanej twarzy. Teofilką staje swymi wielkimi butami w śladach dziadowskich, co chwila chuścinę na piersiach zawiązuje mocniej i pomimo że upada ze znużenia, dotrzymuje staremu kroku. Z trwogą spoglądają na zorzę rozniecającą się nad szczytami i spieszą coraz bardziej. Od czterech dni idą tak, krótko odpoczywając przy stogach siana i pustych szopach, nocując po chatach z daleka za wsiami stojących, przebywają pustkowia bezludne, lasy czarne i głuche, brną po zaspach głębokich, po lodach rzek i stawów śniegiem przyprószonych, pod nogami dzwoniących — idą leśnymi, dalekimi a zapadłymi drogami spod samego Drohiczyna aż za Warszawę-miasto… spowiedź utopić.

Co roku tak chodzą we dwoje — odkąd na wiarę cudzą zapisani. Grzesznicy oni wielcy oboje, zdrajcy oboje…

Stary Felek jeszcze przed „zbrodniami” synowi swe pięć morgów odpisał, wnuczki się doczekał, synowę pochował i pacierze, pod piecem siedząc, odmawiał już tylko, gdy mu się nagle a niespodziewanie na russkiego podpisać kazano. Synowi też, wnuczce też — całej wsi… Sam arcypop coś do nich gadał, gdy ich wszystkich do gminy zapędzono. Wieś się oparła.

Pewnej nocy zimowej wojsko naszło, ludzi wypędziło z chat na szczere pole, w mróz trzaskający. Trzy dni kozaki po chatach obozem stały, bydło rżnąc i niszcząc mienie, trzy dni ludzie stali z odkrytymi głowami na polu, na śniegu, do Boga się modląc. Wreszcie naczelnik wojskowy wielkim się gniewem zapalił — dawaj bić. Do naga rozbierali mężczyzn i kobiety, bijąc po kolei, a srogo — aż się naród całej wsi zawściekł i jął się rozbierać sam, pod baty kłaść sam, pokotem; — aż się Fełków syn z pięściami podsunął do naczelnika, do Gołowińskiego… Dopiero nastał sądny dzień!

Bili tego Leona nahajkami na śmierć, w sześciu, szmaty z niego zwlekli, naczelnik ostrogami grzbiet obnażonemu, na śniegu, we krwi leżącemu szarpał, wrzeszcząc w zapamiętałości: podpiszyśl

Na nic!

— Ni, ni, ni… — szeptał tamten.

To go umierającego dźwigać kazał, twarzą do siebie obracać i pytał:

— Ty russki?

— Ni — Polak, na polskiej ziemi się urodził…

Tak i u świerk ł szepcąc do siebie: ni — ni!…

Gdy wzięli wnuczkę Teofilkę bić — Felek nie wytrzymał: podpisał duszę swoją i wnuczki na złą wiarę. Stare u niego było serce, dziadowskie… Jak liść dygotał, u nóg Moskalowi się wlókł, przyszwy butów całował — aż podpisał.

Odtąd rokrocznie przed Wielkanocą idą Bogu się kajać za zdradę. Dziad taką drogę zna, gdzie nie tylko żandarma, ale człowieka żywego nie spotkasz.

Jest daleko, za Warszawą-miastem, kościółek maleńki, sta ry; ksiądz tam jest młody, świątobliwy a miłosierny. Oczy u tego księdza we łzach, słowo ciche, a takie mądre, a takie słodkie!…

Przyjdą w nocy, zastukają, dziad przez szybkę poszepce — wnet on ich boczną furtką do kościoła prowadzi, spowiedzi słucha, a sam płacze, serdeczny, siczami gorzkimi. Potem wszyscy krzyżem leżą aż do rannego świtania. Gdy odchodzą, naucza ich ten sługa boży zawsze jednakowo: „Miłujcie nieprzyjacioły wasze, miłujcie nieprzyjacioły wasze…”

Nim słońce wejdzie, nim się ludzie pobudzą, już oni od miejsca tego daleko… Teraz oto, gdy dzień się szybko nachyla, spieszą już co tchu, aby na wiadomy dziadowi nocleg trafić. Las rzednie, otwiera się pole czyste, śniegiem równo zasłane, bezludne, dalekie, bezmierne.

Na skraju lasu Fełek przystanął, oczy dłonią od blasku nakrył, z nogi na nogę przestępuje, wargi mu drżą. Pola tego on nie zna, chałup tu kilkoro powinno stać pod lasem.

— Obce pole… — szepce do siebie w trwodze.

Na środku pustkowia wiatr wzdyma sypkie bryłki śniegu, to je rozmiata, to wieje, jak zboże szuflą, to cały obszar przestworza ciągnie za sobą, jak obrus, to go daleko, daleko lejkiem w górę podrywa, to jakby w falach dymu od końca do końca leci.

— Zbłądził ja, stary głupiec, hej! — mówi cicho, w tył zasuwając czapkę.

— Za tym torem chodźmy, dziadku…

— Za torem…

Ruszają znowu i brną po kolana. Śnieg na polu głębią leży, wiatr luty, burza idzie. Bylinki zeszłoletnie, suche, cieniutkie gdzieniegdzie nad śniegiem stoją, kiwają się w wichrze żałośnie, jakby nad tą dziewczyną zawodziły, jakby za nią świstały: ej, ej… Tarnina, od lodu i sopli błyszcząca, badyle głogu czepiają się jej spódnicy, jak ręce miłosierne, co chcą zatrzymać…

Buty obojgu przemokły do cna, nogi kostnieją, tchu brak.

— Isz ty, wnuczko, jak nas ten wiatr, moskiewski sługa, od Boga odpędza — miamle półzrozumiale dziadowina.

Nagle coś dudni i wre głucho za nimi. To wicher w las uderzył. I zakołysał się las, zastękał… Teraz burza w nich bije, szmaty rozmiata, w oczy garściami śniegu, ostrego jak tłuczone szkło, ciska. Chwilami jak żywy siłacz brzemiona śniegu z miejsca na miejsce przerzuca, zdziera go aż do gruntu nagiego i fryga wysoko — nad las.

Kamień tam był wielki na polu, do niego się dowlekli, usiedli odpocząć…

Noc zeszła nagle ciemna. Burza w niej wre — długo, długo… Czasem znienacka ucichnie, wówczas z wysokości niebieskiej pada na oblicze pustkowia blade, zimne, znikome półświatło miesiąca, dotyka lodowatymi promieniami przytulonych do siebie, skrzepłych, śniegiem przysypanych głów, zimnych oczu otwartych i łez na rzęsach wiszących, co się w sople lodu ścięły…

Gdy wstaje i płonie zorza poranna, znowu na równinie cicho, tylko z wierzchołków drzew niewidzialne podmuchy strącają pył lekki śniegowy i płynie niby biały dym znikomy, wzbijający się z niewidzialnych kadzielnic…

Posted in Książki (e-book), Unici | 1 Comment »

„Męczeńskie Podlasie” w wybranych utworach literatury polskiej na przełomie XIX i XX wieku

Posted by tadeo w dniu 24 stycznia 2013

APC - 2013.01.24 16.51 - 001.3d

„Męczeńskie Podlasie” w wybranych utworach literatury polskiej na przełomie XIX i XX wieku.pdf

Przeczytaj także: 

Z ziemi chełmskiej – Władysław Reymont

Do swego Boga – Stefan Żeromski

Unia Brzeska i Unici w Krolestwie Polskim – Dylagowa.pdf

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Unici | 2 komentarze »

Krwawe łzy unitów polskich – Teodor Jeske-Choiński (1919)

Posted by tadeo w dniu 18 października 2012

Plik:Krwawe łzy unitów polskich 005.jpg

http://pl.wikisource.org/wiki/Krwawe_%C5%82zy_unit%C3%B3w_polskich

Księgarnia Krajowa K. Prószyńskiego
w Warszawie,

ulica Warecka, liczba domu 12.


1919.

I.
W tysiąc lat po narodzeniu Pana Jezusa patrjarchowie greccy, mieszkający w Konstantynopolu, doprowadzili do rozbicia jedności Kościoła chrześćjańskiego. Przestali oni uważać papieża za swego zwierzchnika i pociągnęli za sobą większą część podległych sobie chrześćjan. W ten sposób jedyny przedtém Kościół chrześćjański rozpadł się na dwa Kościoły: Zachodni czyli Rzymski, którego zwierzchnikiem jest papież, i Wschodni czyli Grecki, któremu przewodzi patrjarcha mieszkający w Konstantynopolu. Takie rozbicie jedności Kościoła CHrystusowego bolało wszystkich zacnych chrześćjan, więc też od dawna szukali oni sposobu na to, aby znów jedność nastała. Jakoż w roku 1439, na zjeździe biskupów w mieście Florencji we Włoszech, część greckich katolików połączyła się z Kościołem rzymsko-katolickim. Takie same połączenie, nazwane z łacińska uńją nastąpiło w Polsce w roku 1596, na zjeździe w Brześciu-Litewskim.
Odtąd też katolicy rusińscy żyli już w zgodzie z katolikami polskimi i uważali się wszyscy za jedną rodzinę. Gdy naprzykład zabrakło w jakiéj wsi księdza polskiego, wyręczał go ksiądz unicki, słuchał spowiedzi, chrzcił dzieci, dawał śluby małżeńskie i grzebał umarłych. To samo działo się w cerkwiach unickich. Księdza unickiego zastępował tam nieraz ksiądz polski. Nie było więc różnicy między „łacinnikami“ a „unitami“. Unita chodził za procesjami łacińskiemi, nosił chorągwie, odmawiał po polsku modlitwy i słuchał polskich kazań. Nikt też w Polsce nie prześladował unitów, bo też i nie miał za co.
Aliści Polska utraciła wolność i znaczna jéj część wraz z całą Litwą i Rusią zabrali pod swe panowanie Rossjanie. Wnet też zaczęli oni prześladować unitów, a najpierw na Litwie i Rusi. Długo Rossjanie pastwili się tam nad unitami, aż wkońcu doprowadzili do zniesienia uńji i wszystkich unitów na Litwie i Rusi przyłączyli przemocą lub podstępem do cerkwi prawosławnéj. Nie ruszali jednak jeszcze wtedy tych unitów, którzy mieszkali na Podlasiu i w ziemi Chełmskié. Tam unici żyli sobie spokojnie i szczęśliwie aż do roku 1865.
Aż nagle i na nich spadł niespodziewany, okrutny grom, usiłujący ich rozbić na strzępy. Za co, na co? Niczém nie zgrzeszyli, byli bogobojnymi katolikami i uczciwymi, pracowitymi ludźmi. Komuż to przyszło do głowy kopać, bić, obdzierać z mienia, wysyłać na Sybir, zabijać wkońcu niewinnych, szlachetnych ludzi? Przecież nie Polakom; Rossjanie-to zaczęli znęcać się nad nimi, bo chcieli ich zmusić do zrzucenia z siebie, ze swojego sumienia, wiary przodków i do przejścia na prawosłaẃje.
To nierozumne i nieuczciwe odrywanie unitów od wiary ich przodków, od Kościoła katolickiego, od Ojca Świętego czyli papieża, wymyślił rossyjski książę Czerkaski, z pochodzenia Tatar. Będąc władcą nad wszystkiemi sprawami duchownemi w mocarstwie rossyjskiém miał możność wykonać swe niecne zamiary. Nie o dusze unitów szło mu, jéno o zdobycie gorliwością na urzędzie łaski cesarza, który obsypywał chętnie wierne swoje sługi orderami, godnościami i pieniędzmi, albo majątkami ziemskimi, zwanemi „majoratami“.
W nieuczciwej robocie Czerkaskiemu służyła gromada podrzędnych urzędników, chudopachołków, którzy po powstaniu w roku 1863 rzucili się łapczywie na Polskę i Litwę, aby się u nas dobrze obłowić. Gromadzie téj zdawało się, że unici pójdą za jéj rozkazami bez oporu, że poddadzą się jéj rozporządzeniom z pokorą, jak stado wystraszonych owiec.
Omylili się… Unici podlascy, szczerzy katolicy i Polacy, stanęli murem i bronili po bohatersku, jak dawni męczennicy chrześćjańscy z czasów cesarstwa Rzymskiego, swojéj wiary i narodowości. Czerkaski, zmiarkowawszy, że przecenił swe siły, że go unici polscy nie słuchają, że robią to, co uważają za swój obowiązek, postanowił nastraszyć ich prześladowaniem biskupów. Arcybiskupa warszawskiego księdza Felińskiego, jednego z najlepszych najszlachetniejszych kapłanów polskich, pozbawił władzy nad owczarnią katolicką i kazał go wywieźć na wygnanie do Jarosławia w Rossji. To samo stało się z jego następcą, biskupem Rzewuskim; wysłano go do Astrachania.
Księdzu Szymańskiemu, biskupowi djecezji Podlaskiéj, zabronił Czerkaski odwiedzać parafję unicką, bo unici witali biskupów łacińskich z taką samą radością, z jaką witali swego biskupa unickiego mieszkającego w Chełmie. Uważali się za takich samych katolików, jak katolicy łacińscy.
Ale nie dość było Czerkaskiemu prześladowania biskupów. Obawiając się działalnoności[1] kapłanów naszych, pozamykał klasztory męzkie i żeńskie i zagarnął dobra, majątki, należące do klasztorów i seminarjum duchownych; przerabiał kościoły katolickie na cerkwie prawosławne i osadzał przy nich prawosławnych popów; zniósł w roku 1867 katedrę biskupią w Janowie podlaskim i nakazał biskupowi Szymańskiemu mieszkać w Łomży. Poniewierki téj nie mógł znieść sędziwy książę Kościoła. Podłość Czerkaskiego zabiła go; umarł rozżalony.
Pozbywszy się biskupów i zakonników, wziął się Czerkaski do proboszczów świeckich. Zakazał im chrzcić dzieci unickie, słuchać ich ojców i matek spowiedzi, zaślubiać pary małżeńskie, chować umarłych unitów na cmentarzach katolickich. Księży odważnych, którzy nie chcieli słuchać jego rozkazów i zakazów, karał pieniężnie, więzieniem, albo nawet wygnaniem na Syberję.
Ostro bez litości obchodził się Czerkaski z duchowieństwem łacińskim, a do unickiego zbliżał się z obłudnę grzecznością szczwanego lisa. Wmawiał w księży unickich, że, jako Rusini, są braćmi Rossjan, że powinni być ich przyjaciółmi i pozbyć się swej wiary i połączenia z katolikami. I wmawiał w nich, że kięża polscy szkodzą im, bo odrywają ich od braci prawosławnych, a zlewają z Polakami.
Nie udawała mu się jednak sztuka dopóty, dopóki biskup unicki ksiądz Kaliński, bogobojny, prawy, wielkoduszny starzec czuwał nad swą owczarnią. Deremnie[2] kusił Czerkaski biskupa pieniędzmi, podsuwając mu 10 tysięcy rubli. Biskup Kaliński nie dał się otumanić pozostał katolikiem unitą i Polakiem, choć za tę odwagę zapłacił gorzko. Czerkaski kazał go wywieźć dnia 21 września 1866 roku, aż do Wiatki za Wołgę. Tam biskup Kaliński zastał już drugiego męczennika, wileńskiego biskupa, księdza Adama Krasińskiego. Jak nikczemne wysłanie zabiło biskupa Szymańskiego, tak zabiło także biskupa Kalińskiego. Obaj byli męczennikami za wiarę katolicką.
Usunąwszy z placu boją głównych obrońców wiary katolickich, Czerkaski uczynił biskupem unickim w Chełmskiém Wójcickiego, człowieka znanego z podłości, i sprowadził z Galicji, z pod panowania Austrji, gromadę księży unickich chciwych na pieniądze i sprzedawczyków, wrogich Polakom i Polsce. Czerkaski rozdał im najlepsze probostwa na Podlasiu i w ziemi Chełmskiéj, aby mu służyli z pokorą. Rozkazał im przerabiać kościoły katolicko-unickie na cerkwie prawosławne, usuwać z nich wszystkie sprzęty kościelne katolickie (ołtarze, organy, chorągwie, obrazy, dzwonki, komże, konfesjonały), które nie są używane w cerkwiach prawosławnych. Uczciwi księża uniccy nie poddali się rozporządzeniom Czerkaskiego, stawili mu opór. Tych opornych kapłanów: Adama Artychowicza, Feliksa Bańkowskiego, Jana Budziłowicza, Djakowskiego Porfira, Eustachiewicza Jana, Filewicza Porfira, Futasewicza Nikanora, Antoniego Grabowicza, Hanytkiewiczów Cyprjana i Faustyna, Horoszewicza Andrzeja, Kalińskich Henryka, Ludwika i Walerego, Kalinowskiego Mikołaja, Karpowicza Grzegorza, Koncewicza Jerzego, Kurkiewicza Franciszka, Kozłowskiego Józefata, Ładę Justyna, Żukowskiego Michała, Pocieja Antoniego, Pyszczyńskiego Ignacego, Sieniewicza Ignacego, Sierocińskiego Jana, Śmigielskiego Jana, Starkiewicza Emiljana, Szelemetkę Jana, Szokalskiego Leona, Szymańskiego Pawła, Terlikiewicza Leona, Ulanickiego Longina, Wachowicza Stefana, Wasilewskiego Klemensa, Zatkalika Aleksandra, Zarembę Konstantego, Zradzińskiego Demetra, Żypowskich Andrzeja, Jakóba i Tomasza — wypędzono z kraju i osadzano w więzieniach, aby nie przeszkadzali robocie prawosławnych Rossjan.
Oprócz wypędzonych albo uwięzionych księży unickich, mających wstręt do prawosławia, cierpiało mnóstwo innych jeszcze opornych kapłanów. Około 214-tu starszych księży unickich umarło z powodu prześladowań. Zabił ich strach przed dzikością rozjuszonych Rossjan.
Daremnie jednak straszyła ta dzikość lud unicki prześladowaniem księży. Prześladowanie rozmyślne księży zepsuło robotę Czerkaskiego, bo oburzyło na niego całe włościaństwo podlaskie i chełmskie. Zamiast poddać się zachciankom rządu rossyjskiego, oświadczyli włościanie, że nie będą nigdy prawosławnymi, bo są i będą zawsze katolikami i Polakami i nie sprzeniewierzą się swojéj wierze choćby mieli przypłacić życiem.
I wielu z nich przypłaciło życiem przywiązanie swoje do wiary ojców. Rząd rossyjski, rozwścieczony na włościan unickich, rzucił się na nich, jak podrażnione dzikie zwierzę, jął szarpać ich jakby kłami i toczyć ich krew.
Od roku 1867 zaczęło się na Podlasiu okrutne prześladowanie unitów polskich.

II Do jednéj wsi podlaskiéj przyszło wojsko rossyjskie i zażądało od unitów kluczy od ich świątyni. Unici domyślili się odrazu, po co ci zbrojni ludzie przyszli do nich, bo wiedzieli, że rząd rossyjski postanowił przerobić ich kościół katolicki na cerkiew prawosławną, wyrzucić z niego ołtarze, monstrancje, organy, konfesjonały i chorągwie.
Przywiązani duszą i sercem do swéj świątyni katolickiéj, nie chcieli unici wpuścić do niéj burzycieli prawosławnych. Cała wieś: mężczyźni, kobiéty i dzieci, starzy i młodzi, — otoczyła swój kościół, zasłoniła go swojém ciałem.
— Czego chcecie od nas? — przemówił do żołnierzy najstarszy, sędziwy unita. — Jesteśmy tak samo, jak wy, wyznawcami CHrystusa Pana i modlimy się tak samo, jak wy, do Niego.
— Stul pysk! — krzyknął na niego jeden z oficerów kozackich, — bo ci go zamknę na zawsze! Słuchać nas pokornie jest waszym obowiązkiem, tak samo, jak naszym — słuchać rozkazów naszych dowódców! Rozkazano nam otworzyć wasze katolickie kościoły i zabrać z nich katolickie sprzęty. Więc dawajcie klucze czémprędzéj, jeżeli nie chcecie zapoznać się z naszemi kolbami i nahajkami!
— Wstydźcie się znieważać świątynię chrześćjańską, dotykać brudnemi rękami sprzętów poświęconych, dotykanych tylko przez kapłanów! Czy nie bojicie się piekła i szatanów? — rzekł sędziwy unita
— Nie damy kluczy! nie damy! — rozległo się w gromadzie unickiéj. — Kościół jest naszą własnością, nie pozwolimy go zbezcześcić!
Jak podrażniony wilk rzucił się oficer na starca i uderzył tak mocno pięścią, że zwalił go z nóg.
— Podły! Kat! — zawołali unici. — Wstydź się znęcać się nad słabym starcem! Pan Bóg cię ukarze!
Oficer pienił się.
— Zabierzcie się do tych krnąbrych, opornych sług rzymskiego papieża! — zawołał do swoich żołnierzy. — Pokażcie im, kto mocniejszy, — oni, czy my!
Jak stado głodnych wilków rzucili się żołnierze rossyjscy na unitów i bili ich kolbami karabinów, nie oszczędzając kobiét, ani dzieci. Padali na ziemię starcy, dorośli włościanie, chłopcy: padały kobiéty zamężne, dziewczęta i dzieci. Nie płakały niewiasty, kwiliły tylko dzieci.
Bijąc kolbami unitów i unitki, wrzeszczeli żołdacy:
— Poddajcie się, bądźcie posłuszni najjaśniejszemu carowi, róbcie to, co wam każemy, bośmy mocniejsi od was!
Moc żołnierska nie przeraziła bezbronnych unitów. Znosili bez jęku okrucieństwa. Milczeli.
Ich milczenie podrażniło jeszcze bardziéj oficera.
— Nahajki, nahajki! — zawołał.
Jakiś łotr, Klimienko, podjął się téj dzikiéj, nikczemnéj roboty, bił nahajką unitów, póki nie pomdleli. Sto, dwieście, trzysta, nawet czterysta uderzeń spadało na grzbiety prześladowanych unitów. Zemdlonych, pozbawionych przytomności cucił okrutny kat zimną wodą, a gdy ocucił, bił daléj. Niejeden z tych poniewieranych, Bogu ducha winnych nieszczęśników, zasnął na zawsze, skonał pod nahajkami.
Siłą, toporami zdruzgotali, wyłamali żołnierze rossyjscy drzwi kościoła i zniszczyli święte sprzęty katolickie.
To samo działo się w wielu innych wsiach.
Aby zmusić unitów do przejścia na prawosłaẃje, rozstawiono wojsko po wszyststkich[3] parafjach unickich, wszystkich wsiach i miasteczkach, i nakazano dostarczać mu darmo żywność. Nie pytając się, czy im wolno albo niewolno kraść i rabować cudze mienie, zabierali żołnierze wszystko, co im wpadło w ręce. Zabierali unitom krowy, cielęta, owce, wieprze, drób’, zboże, wydzierali wszystko chciwie, drwiąc z bezsilnych włościan.
Działo się to we wszystkich parafjach podlaskich. Wszystkie parafje jęczały pod obuchem dzikich okrutników.
Ale nie zrzekły się wiary przodków.


III. Wielkiemi gromadami przybywało do parafij unickich wojsko rossyjskie, zalewając sobą wszystkie wioski i miasteczka. W każdéj chałupie mieszkało po kilku żołdaków.
Wchodząc do wioski albo do miasteczka, oświadczali ludzie zbrojni, że przychodzą jako przyjaciele, jako życzliwi współwiercy, bo przecież unici są rusinami, a rusini są krewniakami Rossjan, więc powinni być prawosławnymi, jak byli dawniéj, przed uńją, czyli przed połączeniem się z Kościołem rzymsko-katolickim i z Polską. Tak gadać nauczył ich Czerkaski.
Zdawałoby się, że tacy „przyjaciele“ i „krewniacy“ będą się obchodzili z unitami grzecznie, po ludzku, po przyjacielsku. Stało się jednak inaczéj…
Razem z wojskiem przybywało do parafij unickich mnóstwo urzędników, polujących na sute łapówki.
Wpada oto do parafji naczelnik Klimienko z kozakami, zwołuje wszystkich włościan w jedno miejsce i pyta, czy chcą przejść na prawosłaẃje.
— Unitami jesteśmy od trzystu już lat. Głową naszą jest Ojciec Święty mieszkający w Rzymie, po polsku mówimy, a nie po rossyjsku, więc jesteśmy katolikami i Polakami i takimi pozostaniemy, — odpowiedzieli gromadnie włościanie.
„Życzliwy“ niby swoim „krewniakom“ Klimienko zaczerwienił się jak podrażniony indyk i krzyknął na kozaków:
— Pokażcie tym buntownikom, jak trzeba być posłusznym rządowi, jak trzeba poddać się władzy. Wypędźcie z nich batogami głupotę rzymską i zarozumiałość polską!
Zaledwie wybuchnął z jego chrapliwego gardła dziki rozkaz, leżeli już unici na ziemi. Dwóch kozaków usiadło na ich karkach i nogach, a trzeci bił nahajką.
Tryskała krew z ciał, rzuconych na ziemię, ciche, tłumione jęki wydobywały się z piersi, ale usta milczały. Po każdéj setce okrutnych uderzeń, ryczał Klimienko:
— A co!? Czy chceciep rzejść[4] na prawosłaẃje!? Śpieszcie się z rozumną odpowiedzią, bo nahajka wisi jeszcze nad wami!
Ale wiszące nad nimi nahajki nie złamały oporności unitów. Stękając pod razami okrutnego bata, modlili się, zamiast poddać się Moskalom.
— Boże, Boże, zmiłuj się nad nami! Tobie służymy, a nie urzędnikom cara.
Klimienko pienił się, jak opętany.
— Nie dosyć wam batów!? — wrzeszczał. — Poczekajcie, obmyślę dla was skuteczniejsze nahajki!
Obmyślił rzeczywiście nowe męczeństwo, jeszcze straszniejsze.
Przyszła zima… Śnieżną pierzyną okryła ziemię wypoczywającą po wiosennéj, letniéj i jesiennéj pracy. Od czasu do czasu huczała wichura i łamała drzewa.
Z téj chwili skorzystał Klimienko, aby zdruzgotać opór unitów.
Przybywszy z kozakami do jakiejś parafji, wypędził na pole całą ludność, mężczyzn, kobiéty i dzieci, i rozkazał im stać w śniegu z twarzą zwróconą do wiatru.
— No, teraz będzie wam ciepło w białym puchu! — urągał ten łotr bez serca. — Może się wam zechce śpiewać w tym ślicznym puchu katolickie pieśni!..
Przez całe trzy tygodnie trzymał nieszczęśliwych katolików na mrozie, pytając ich ciągle, czy chcą przejść na prawosłaẃje. A gdy milczeli, kazał ich bić i zabijać nahajkami. Starsi, słabsi, nie mogąc znieść kąpieli śnieżnéj, wichrów i batów, żegnali się z ziemią. Umierali, odchodzili na skrzydłach męczenników chrześćjańskich przed tron Pana Boga, gdzie skarżyli się na okrucieństwo prześladowców. Marły także dzieci, których delikatne ciało odrywała nahajka od kości.
Na taki potworny pomysł mógł się zdobyć tylko człowiek obłąkany, albo szatan.
Szatanem był ten ohydny Klimienko. Tysiące ludzi niewinnych zakatował, albo wysłał na Sybir, gdzie w krótkim czasie umierali z nędzy i głodu.
Jego djabelski pomysł nie poskutkował. Bici, kopani, poniewierani unici nie porzucili wiary katolickiéj. Woleli umierać!..
Tu i ówdzie przeszedł na prawosłaẃje jakiś tchórzliwy albo chciwy łask rządu rossyjskiego, ale takich tchórzów lub chciwców było niewielu.


IV. Nie mogąc sobie dać rady z unitami, wzięli się Rossjanie do ich dzieci niemowlęcych. Postanowili chrzcić dzieci choćby przemocą w cerkwiach prawosławnych i wychowywać je w swych szkołach, bo myśleli, że w ten sposób wydrą z rąk katolickich nowe pokolenie, które będzie im służyło. Siłą, gwałtem chwytali dzieci unickie i wlekli je do cerkwi prawosławnych. Kozacy i szpiegi przetrząsali wszystkie domy unickie, szukając w nich niemowląt, które nie umiały, nie mogły bronić się w kołysce.
Ale i ten nowy pomysł urzędników i szpiegów rossyjskich trafił, jak kosa na kamień. Matki unickie, zmiarkowawszy, do czego dążą nieproszeni popi, ukrywały dzieci w stodołach, piwnicach, albo w lasach. Kozacy i strażnicy bili nieraz kobiéty bez litości, ale one wolały umrzeć, aniżeli chrzcić dzieci swoje w cerkwi prawosławnéj.
— Będziemy płacili składki na prawosławne szkoły, jeżeli rząd rossyjski tak nakazuje, ale dzieci naszych nie chcemy wychowywać w tych szkołach, — mówiły unitki, kiedy je zmuszano do przerabiania swoich dzieci na wrogów wiary katolickiéj.
Rossyjscy urzędnicy używali najrozmaitszych sposobów, aby zniszczyć wiarę katolicką na Podlasiu. Przekonawszy się, że nahajki nie skutkują, próbowali zjednać sobie ubogich unitów pieniędzmi i tak oto ich kusili:
— Jeżeli wrócicie do naszéj prawosławnéj wiary, to damy wam dużą pomoc od rządu, abyście nie byli głodni i żyli w dostatku.
Wabik ten jednak był daremny, bo nawet najubożsi nie chcieli sprzedać wiary swojéj za podłe srebrniki.
Więc wrócili znów urzędnicy do nahajki. Naczelnik ich tak się rozwścieklił, że pochwycił sam za gardło jedną z opornych kobiét, Anastazję Stefaniukową, rzucił ją na ziemię i kazał bić.
— Wyrzecz się wiary katolickiéj, stań się prawosławną niewiastą, a przestanę cię męczyć! — tak napominał nieszczęśliwą unitkę.
Ona, oblana cała krwią, rzucając się na ziemi, jak ryba wydobyta z wody, odpowiadała:
— Gdybyście mnie tak nawet codzień bić mieli, dopóki by mi życia i tchu starczyło, zawsze wam to samo odpowiem, że prawosłaẃja waszego nie przyjmę, do waszego popa nie pójdę i dzieci biednych do waszego chrztu nie zaniosę! Amen…
„Amen“ było jéj ostatniém słowem. Konała powoli pod okrutnym batem kozackim i wyzionęła szlachetnego ducha.
Takich bohaterek katolickich, takich męczenniczek, godnych pamięci i czci na setki lat, było dużo, dużo na Podlasiu.
Znalazł się czasem pomiędzy kozakami jakiś żołnierz lepszego serca, który bijąc na rozkaz naczelnika nieszczęsną ofiarę spuszczał nahajkę lekko, ostróżnie, aby nią nie ranić. Dobroć taką niejeden z tych ludzi sam przypłacił bólem. Naczelnik, spostrzegłszy jego litość, kazał i jemu wsypać sto batów.
Czterech naczelników, raczéj zbirów (Klimienko, Kutanin, Walawskaj i Gaławinskaj) znęcało się nad unitami, spodziewając się od rządu petersburskiego za tę djabelską robotę nagrody w pieniądzach i orderach. Wynagrodzi ich za tę robotę — piekło…
Okrucieństwo urzędników doprowadziło wielu unitów do rozpaczy, a kilku aż do obłędu. Obłęd pochwycił pomiędzy innymi Józefa Koniuszewskiego, mieszkającego we wsi Kłodzie w powiecie bialskim. Człowiek ten, znany w całéj okolicy z pracowitości, uczciwości i bogobojności, posiadał tylko dwa morgi gruntu. Miał żonę, tak samo jak on pracowitą, uczciwą i żarliwą katoliczkę, oraz dwoje dzieci. Jedno ochrzcił sam z wody, bo nie chciał go zanieść do cerkwi, którą po wywiezieniu prawego proboszcza, księdza Emiljana Starkiewicza, obsługiwał jakiś odszczepieniec.
Czynownicy rossyjscy rozkazali wójtowi zmusić Koniuszewskiego do ochrzczenia dziecka w cerkwi prawosławnéj karami pieniężnemi, gdyby się opierał. Bogobojny unita, wierny kościołowi katolickiemu, nie chciał się poddać temu rozkazowi i bronił się przed nim. Za ten opór zapłacił pierwszego dnia jako karę 2 złote polskie, drugiego dnia 5 złotych, trzeciego 10 złotych. Czwartego dnia miał zapłacić 20 złotych, których już nie miał, bo był ubogim rolnikiem. Więc zdarto z niego sukmanę. Piątego dnia drażniono go nową karą, a gdy znów nie mógł jéj zapłacić, aresztowano go, bito i wygrażano.
Biedny człowiek, wiedząc, co go czeka, bo patrzył własnemi oczyma na śmierć wielu już swych spółwyznawców, stracił odwagę i męztwo i postanowił zejść z tego świata razem z całą rodziną. Wolał umrzeć szybko, choćby w płomieniach ognia, aniżeli wolno pod nahajką. Aby mu władza nie przeszkadzała w jego zamiarach udał, że poddaje się rozkazom prawosławja i prosił o kilka dni swobody, aby się mógł przygotować do chrztu swego dziecka.
Wywiódł Rossjan w pole…
Bo oto wieczorem jednego z tych dni ujrzano we wsi pożar. Stodoła Koniuszewskiego stała w płomieniach… Zdumieni sąsiedzi pobiegli na pomoc szanowanemu sąsiadowi. Zdumieli się jeszcze bardziéj, gdy z ognistego słupa tryskały dwa głosy, męzki i żeński, śpiewające pobożne pieśni. Głosy te, coraz słabsze, gasły, aż wkońcu zamilkły.
Daremnie usiłowali sąsiedzi ratować stodołę biedaka. Zostały wkrótce tylko zgliszcza. A pod temi zgliszczami znaleziono zwłoki Koniuszewskiego, jego żony i dzieci…
Straszna śmierć ubogich, pobożnych unitów… Tylko obłęd lub rozpacz mogły wywołać tak niezwykłe samobójstwo.
Śmierć ta spadnie na sumienie działaczy rossyjskich, którzy pastwili się nad unitami.
Pastwili się oni nietylko nad tymi, którzy nie chcieli przejść do prawosławnéj wiary, albo nie zgodzili się na chrzest dzieci swoich w cerkwiach prawosławnych, ale pastwili się nawet nad nieboszczykami. Nocą chwytali zastygłe ciała umarłych i grzebali je na cmentarzach prawosławnych, czego unici nie chcieli. I unici posługiwać się też potém musieli ciemnością nocy, aby odkopywać zwłoki unitów pogrzebanych przez popów i pochować je na cmentarzu katolickim.
Ciemności nocy służyły im jeszcze do wykonania tajemnego oporu, pozwalały im modlić się w ich kościołach.
Działacze rossyjscy, zamknąwszy, opieczętowawszy cerkwie grecko-katolickie i wypędziwszy z nich księży katolickich, byli przekonani, że złamali zawziętość „opornych“ i zmusili ich do modlenia się w cerkwiach prawosławnych, bo tylko te świątynie stały otworem dla upartych „buntowników“. Omylili się jeszcze raz.
Ciemne noce patrzyły spokojnie na niezwykłe widowisko. Oto około północy, kiedy już strażnicy rossyjscy, zwykle pijani, chrapali w łóżkach, wysuwało się z chat unickich mnóstwo mężczyzn, starszych i młodych, i zbliżali się ostróżnie do swojego kościoła, zamkniętego i opieczętowanego. Drzwiami wejść do niego nie mogli „oporni“, zdradziłoby ich bowiem złamanie pieczęci. Cichą stopą skradali się starzy i młodzi niosąc z sobą rydle i młoty. Doszedłszy do kościoła rozstawiali dokoła niego czujnych stróżów, aby ich ostrzegali, gdyby się który strażnik obudził i przerwał im pracę.
Zamiast drzwiami, trzeba się było dostawać do świątyni przez groby kościelne. Do tych grobów można było dojść dopiero po zrobieniu podkopu pod murami.
Aż do świtu pracowali „oporni“ bez przerwy, ryli się powoli jak krety w ziemi. O świcie zacierali ślady swéj roboty i wracali do domu. Po kilku tygodniach takiéj nocnéj pracy dotarli nareszcie podkopem do wnętrza kościoła, nie spostrzeżeni przez strażników i szpiegów. Brakło im tylko kapłanów, aby się mogli modlić po swojemu. Nie wszyscy księża tak samo oporni, jak oni, chcieli się narażać rządowi rossyjskiemu, co można im przebaczyć, bo nie wszyscy ludzie rodzą się z duszą odważną, bohaterską. Znalazło się jednak kilku kapłanów katolickich, którzy woleli umrzeć na Syberji albo w więzieniach, aniżeli zjednać sobie łaskę prawosławnych działaczy uległością, posłuszeństwem.
Na pomoc księżom odważnym przybyło na Podlasie kilku zakonników katolickich z Galicji. Aby nie zwrócić na siebie uwagi szpiegów, ubierali się w suknie handlarzy i szli od wsi do wsi, niby jako wędrowni kupcy. Nosili na plecach skrzynki z różnemi towarami, potrzebnemi włościanom, a pod temi towarami ukrywali sprzęty kościelne, potrzebne im w nabożeństwie. Aby zaś nie wpaść w mściwe ręce popów prawosławnych, nieufających obcym przybyszom, odwiedzali ich także jako handlarze i nabywali od nich wieprze i bydło.
Ci księża zakonni spełniali gorliwie obowiązki kapłańskie, narażając się bez trwogi na zemstę Rossjan. Oni to głównie odprawiali dla odważnych „opornych“ nabożeństwa nocne w kościołach zamkniętych i opieczętowanych. Ściszonym głosem modlili się wraz z unitami, błagając o pomoc w téj okrutnéj wojnie prawosłaẃja z wiarą katolicką.


V. W pierwszych dniach kwietnia, przed Wielkanocą, wlokło się w nocy ku lasom Kolembrodzkim w powiecie radzyńskim tysiące wózków włościańskich. Wlokły się pomału różnemi drogami, przystając często, bo drogi były jeszcze zalane wodami, a tu i ówdzie zasypane resztkami mokrych śniegów zamierającéj zimy. Liche, jako-tako sklecone mostki trzeszczały pod wózkami, a znużone koniska zapadały nieraz w błoto i kałuże, których niebrak czasu odwilży na Podlasiu.
Na wózkach włościańskich, gdy jadą na jarmark do miasta, bywa zwykle wesoło i ludzie na nich są gadatliwi; te liczne zaś wózki, które zdążały w noc ciemną do lasów Kolembrodzkich, milczały, jakby szły na pogrzeb. Od czasu do czasu odezwał się ktoś, zaczął coś opowiadać, ale zamykał mu zaraz gębę głos ostry:
— A cicho tam! milczeć! Czy nie wiecie, co by nas czekało, gdyby nas szpiegi moskiewskie podsłuchały? Wiecie przecież, że te psy węszą wszędzie, że śledzą nas nawet w nocy!
Tak napominał gromadę wędrowców sędziwy włościanin, jadący na przedzie. Głos jego był ostry, surowy, ale ściszony, a słowa szły szybko od wózka do wózka, podawane z ust do ust.
Czasami zatrzymywał się na drodze cały łańcuch wózków i ludzie nasłuchiwali uważnie. Gdy pochwycono zdaleka turkot jakiego wozu lub tętent galopujących koni, wózki zjeżdżały pośpiesznie z drogi i ukrywały się w szerokich, głębokich rowach, zarośniętych gęstemi krzakami. Milczeli ludzie jakby umarli, milczały także konie, jakby rozumiały, co przestraszyło ich gospodarzy. Dopiero gdy obcy wóz lub galopujący jezdcy minęli ukryte wózki i odbieżeli daleko, wyrajała się znów cała czereda na drogę i jechała daléj ku lasom.
— Pan Bóg czuwał nad nami, bo oślepił tych, cośmy ich widzieli, — odezwał się na nowo głos sędziwego starca. — To byli żandarmi, szukający, kogoby pożreć. Dziękujmy za tę łaskę Panu Bogu.
I znów przechodziły stłumione słowa sędziwego starca z wózka do wózka, powtarzane półgłosem, podawane z ust do ust. Wszystkie usta poruszały się i dziękowano Panu Bogu cichą modlitwą za Jego opiekę.
Któż to byli ci ludzie, jadący gromadą ku wielkim borom Kolembrodzkim? Czego w nich szukali? Nie na łowy przecież jechali…
Byli to unici podlascy. Jechali na odpust. Jechały ich tysiące z całéj okolicy do świątyni, któréj murami były leśne drzewa, a stropem nocne niebo gwiazdami pokryte. Do téj to ukrytéj od oka nieprzyjaciół świątyni nieśli unici swoje troski, swoje rozpacze, swoje bóle i nędze. Tam, w tym ogromnym, czarnym borze będą ich pocieszali kapłani katoliccy, przybyli w przebraniu wędrownych handlarzy, dodadzą im otuchy w ich strasznéj niedoli, modlić się będą za nich…
Wjechali i weszli nareszcie w bór i odetchnęli spokojniéj, czując się już bezpieczni w morzu niebotycznych drzew. Posuwali się ostróżnie, krok po kroku, aby nie zabłądzić, bo ciemności nocy zasłaniały im drogę i ścieżki. Prowadzili ich leśnicy, obyci z lasami, znający tu każdą ścieżkę. Idąc w milczeniu, robili wrażenie gromady duchów.
Dokuczało im zimno nocne. Więc uradowali się, gdy ujrzeli buchający płomień Pośpieszyli, aby się ogrzać. Niedługo jednak cieszyli się ogniem.
— Któż to rozniecił ten ogień bez pozwolenia przewodnika? — zawołał jeden z leśników. — Widać go tak daleko, że mogą dostrzedz Moskale i otoczyć nas wojskiem. Gasić ogień, gasić natychmiast i daléj w głąb’ lasu, gdzie będziemy bezpieczni!
Zgaszono szybko buchający płomień i poszli „oporni“ unici tam, dokąd im wskazano.
Przyszli nareszcie do miejsca, gdzie się miało odbyć tajemne nabożeństwo katolickie. Powitało ich tam na wzgórzu mnóstwo ognisk i łoskot młotów i siekier. Kilkunastu ludzi budowało ołtarz dla oczekiwanych księży.
Szerokiém kołem rzuciła się znaczna większość pobożnych wędrowców na ziemię w pobliżu ogni, aby wypocząć po dalekiéj drodze i wzmocnić się snem. Czuwali nad nimi starsi, czujni, ostróżni, badający okolicę.
— Czy droga, którą nadejdą księża, bezpieczna? — zapytał jeden z nich drugiego.
A drugi odbowiedział:[5]
— Niéma obawy. Przyjdą do nas przez mokradła, prowadzi ich Lewczuk, który zna najlepiéj wszystkie drogi bezpieczne i niebezpieczne.
— A czy zamknęliście Moskalom drogę?
— Nie dotrą do nas, bo zburzyliśmy mosty, przez które musieliby przejść.
— Chwałaż Ci, Panie!…
Po jakimś czasie zawołał pierwszy przewodnik z radością:
— Jadą! jadą już!..
— Któż jedzie? — zapytał drugi.
— Ktoby inny, jeżeli nie księża!
— Nie widzę ich.
— I ja nie widzę, ale słyszę!
— Słyszysz? Gdzie?
— Nadstaw ucha, a będziesz słyszał.
— Słyszę tylko krzyk dzikich kaczek, które uciekają z jakiegoś mokradła.
— Uciekają, bo ich księża spłoszyli. Któżby inny, jak nie oni, brodził w bagnach przed wschodem słońca?
— Prawda, prawda! — cieszył się także drugi opiekun swych współwierców. — Trzeba budzić naszych.
Świt zaczął rozpraszać ciemności nocy i rozwiewać szare mgły, unoszące się nad bagnami i jeziorami.
— Wstawać! wstawać! — rozkazywali przewodnicy. — Nabożeństwo zacznie się wkrótce!
Przebudzeni pielgrzymi przecierali oczy i zrywali się szybko z ziemi.
Wszystkie oczy zwróciły się w stronę namiotu, w którym znajdował się ołtarz. Szerokiém kołem otoczyły namiot kobiéty z dziećmi. Za niemi stanęli mężczyźni poszeptując zcicha.
Nagle zamilkło koło męzkie i żeńskie i padli wszyscy na kolana. Bo oto z namiotu zsunęły się zakrywające go kilimy i odsłoniły ołtarz i kapłana, który piął się wolno na wzniesienie po drewnianych schodach.
Kapłan, dotarłszy do stołu ołtarza, zwrócił się twarzą do unitów i błogosławił ich ze łzami w oczach.
Płakali unici i unitki, jéno nie z bólu, lecz z radości. Bowiem już od dawna nie oglądali nieszczęśni swoich ołtarzy i swoich kapłanów.
— Jezu Chryste, Jezu, zmiłuj się nad nami! Panie, przywróć nam nasze kościoły, nasze cmentarze i naszych kapłanów! — modliły się kobiéty.
— Wybaw nas z pęt okrutnéj niewoli, wybaw od władców, co nie znają litości, co chcą odmienić nam dusze nasze, zatruwają serca, a mienie nasze nam odbierają! Panie, powróć nam wolność, zabierz tych, co znęcają się nad nami, okaż sprawiedliwość swoją! Z Polską chcemy być zawsze połączeni i na zawsze być Polakami! — tak modlili się mężczyźni.
Kapłan odprawił nabożeństwo, a zakończywszy je, błogosławił lud wierny monstrancją i pocieszał życzliwemi słowy kochającego ojca.
— Nie obawiajcie się, nie płaczcie, nie rozpaczajcie, albowiem CHrystus Pan nie opuści wiernego ludu i powróci wam wszystko, czego słusznie pragniecie. Ci których z pomiędzy was wysłała nienawiść prawosławnych na drugi, inny, lepszy świat, mieszkają już w raju i patrzą na was z góry okiem braci i proszą Boga o szczęście dla was. Być nie może, aby Pan Bóg nie zwracał uwagi na barbarzyństwo naszych ciemięzców. Oto powiadam wam, że przyjdzie czas sądu i kary dla nich, a dla was pociechy i szczęścia! Nadejdzie czas, że powrócicie do kościołów swoich, nasza ojczyzna, Polska nasza, przytuli was znowu do swego łona, a miłować was będzie więcéj nad inne dzieci swoje, boście męczennicy za świętą wiarę naszą i za nieszczęsną naszą ziemię! Nie płaczcie! Pan Bóg otrze wasze łzy gorzkie.
Pokrzepieni pociechą kapłana, z nową nadzieją w sercu podnieśli się unici z kolan i śpiewali pieśni nabożne.
Kilka dni pracowali księża w lasach, narażając się na pomstę prawosławnych działaczów.
Odprawiali nabożeństwa, chrzcili gromadami dzieci chrztu świętego spragnione, łączyli małżeńskim ślubem pary młodych unitów i unitek.
Pocieszeni, pokrzepieni, biedni „oporni“ unici wracali znów pod osłoną nocy, cichaczem, do domów swoich i walczyli daléj z przemocą, ufając, że nadejdzie czas tryumfu.
I nadszedł…
Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy…


VI. Nie mogąc złamać oporu unitów i zjednać ich dla siebie, rząd rossyjski użył na nich nowego sposobu. Oto w roku 1874 zniósł uńję na ziemiach, które miał w swéj mocy, i wszystkich unitów oraz ich dzieci i wnuki rozkazał przyłączyć gwałtem, czy chcą, czy nie chcą, do cerkwi prawosławnéj.
Po dłuższéj przerwie zawrzało znowu na ziemi unickiéj. Wójtowie latali po wsiach od domu do domu i rozkazywali ojcom i matkom chrzcić natychmiast dzieci w cerkwiach prawosławnych. A trzeba wiedzieć, że w gminach unickich wójtem mógł być tylko prawosławny i wierny sługa rządu carskiego, albo człek ciemny zupełnie, którym naczelnik powiatu mógł kręcić we wszystkie strony, jak mu się podobało. Ojcowie na rozkaz wójtów odpowiadali milczeniem i tylko matki bladły trzęsąc się ze strachu, jak w febrze, bo już wiedziały, że nowe zacznie się prześladowanie. Odważniejsze jéno kobiéty odzywały się tu i ówdzie i zaklinały:
— Nie damy wam naszych dzieci, nie damy!
— Nie dacie!? — ryczeli wójtowie, — zobaczymy, kto będzie mocniejszy: czy my, czy wy!
Tę nową walkę prawosłaẃja z unitami polskimi opisał barwnie i doskonale sławny pisarz polski Władysław Rejmon-[6] w książce wydanéj pod nagłówkiem „Z zietmi[7] chełmskiéj“. Wybrał on wieś Hrudy i opowiedział dokładnie wszystko, co o niéj słyszał z ludzkich opowiadań.
Wójtowie widząc, że ich rozkazy nie skutkują, chcieli wtargnąć ze swymi pachołkami do chat, aby wydrzeć z rąk matek dzieci. Daremnie jednak stukali do drzwi.
— Otwierać! otwierać! — wrzeszczeli, bijąc pięściami i butami we drzwi.
Drzwi ani drgnęły, głos ludzki nie odezwał się ze środka, ujadały tylko psy, miauczały koty.
— Gdzież się te przeklęte baby podziały? — krzyczeli pieniąc się ze złości wójtowie. — Trzeba dostać się do chaty, do piwnicy, bo tam się pewnie ze swemi bachorami ukryły!
Pachołkowie zaczęli walić młotami we drzwi i okna, zastawione skrzyniami i szafami. Ledwie jednak zaczęli tę dziką robotę, odskakiwali od drzwi i okien, jak oparzeni. Byli rzeczywiście oparzeni. Bowiem z okien i otwieranych drzwi lał się na nich, na ich głowy i gęby wrzący ukrop.
— A niech je jasny piorun zatrzaśnie, te zuchwałe baby! — mruczeli pachołkowie. — Ślepie nam zniszczą, kłaki ze łba wydrą, drągiem wybiją nam zęby z pyska, gnaty połamią! Niéma rady, trzeba im dać spokój i zmykać.
— Pewnie, że trzeba dać pokój téj warjackiéj bitwie z babami, — powiedział wójt, równie jak jego sługi dbały o swe zdrowie. — Trzeba sprowadzić wojsko. Niech się ono bije z temi jędzami.
Kobiéty hrudzkie, dowiedziawszy się, że do ich parafji przybędą wkrótce kozacy, aby wydrzeć z ich rąk dzieci i zawlec do chrztu w cerkwi prawosławnéj, przygotowały się do nowéj, niezwykłej walki.
Wojsko zbliżało się do Hrud, trąbiąc i wyśpiewując dzikie pieśni kozackie, a kobiéty unickie wybierały się tymczasem ukradkiem w drogę, a płakały pocichu, ocierając łzy pokryjomu, i szeptały do mężów:
— Pamiętajcie o nas, dostarczajcie nam i dzieciom pożywienia. Bór ukryje nas od tych zbójów.
Wojsko przybyło do wsi i dowódca rozkazał unitkom przyjść natychmiast ze wszystkiemi dziećmi do cerkwi prawosławnéj po chrzest popi.
Zdziwiło się wojsko, zdziwił się dowódca. Ani jedna kobiéta nie stawiła się w cerkwi. Więc rzucili się kozacy na domy hrudzkie, aby pokazać unitkom, jacy to oni mocni, potężni. Zdziwili się jeszcze bardziéj. Bowiem chaty były puste, jakby w nich wszyscy powymierali. Nie znaleźli pod żadnym dachem ani jednéj matki, ani jednego dziecka…
— Gdzie wasze baby, gdzie wasze warchlaki!? — huknął pułkownik na mężów i ojców.
Włościanie milczeli. Jeden tylko z nich, odważny, odezwał się:
— A szukajcie ich sobie. Jesteście przecież od nas mędrsi i mocniejsi, jak się wam zdaje.
Kozacy zaczęli szukać po wsi, w piwnicach, w rowach i na polach, ale napróżno. Kobiéty i dzieci ze wsi wpadły jak kamień w wodę. Wściekali się kozacy, że nie mogą odkryć ich schroniska.
A kobiéty zaszyły się w gąszcze ogromnego lasu. Morze niebotycznych drzew zasłoniło je od dzikości kozaków. Nocą skradali się mężowie do czarnego boru, zanosząc pożywienie żonom i dzieciom.
Jakiś szpieg wywąchał nareszcie kryjówkę kobiét.
Zamiast przeszukać gąszcze lasu, wojsko odcięło oporne unitki od wsi i od mężów. Rozstawili się żołnierze długim sznurem wzdłuż lasu, aby nie dopuścić do ukrytych kobiét żywności.
— Głód będzie mędrszy i mocniejszy od nas, — uczył pułkownik żołnierzy. — Gdy babom dokuczy zanadto pusty żołądek, wygramolą się same z leśnych kryjówek i będą żebrały, aby ich warchlaki ochrzcić czémprędzéj w naszéj cerkwi.
Czekało wojsko tydzień, dwa tygodnie, trzy tygodnie i dłużéj na skrajach lasu, ale nie wywabiło głodem ani jednéj unitki.
— Chyba pozdychały już z głodu! — mruczał pułkownik pod wąsem. — Niech je djabli porwą! Niéma co czekać…
Znużone długiém a próżném strażowaniem wojsko zwinęło swój długi sznur strażniczy i opuściło Hrudy ze wstydem. Uciekali jak zmyci. Kobiéty pobiły ich bez walki…
Gdy wojsko opuściło wieś, wracały unitki z dziećmi do domów. Głód nie złamał ich woli, nie wysłał ich na drugi świat. Odcięte od mężów i od żywności, ratowały życie swoje i dzieci od głodowéj śmierci leśnemi korzonkami i żołędziami. Nędzna była ta strawa, wyczerpały się siły matek i dzieci, ale nikt od niéj nie umarł.
Ze łzami w oczach, z bólem w sercu witali włościanie hrudzcy żony i dzieci. Bowiem były one wraz z dziećmi tak wygłodzone i osłabione, iż wyglądały jak widma, gdy wracały wieczorem do domu.
— Nie smućcie się, nie płaczcie, bo widzicie przecież, że żyjemy i z nami dzieci, — pocieszały mężów bohaterskie kobiéty, podobne do męczenniczek z pierwszych wieków chrześćjaństwa.
— Nie martwcie się, — mówiły jeszcze, — nasza wiara nie zginie, nie przejdzie na prawosłaẃje. Pan Bóg ukarze wkońcu tych, którzy się nad nami pastwią i usiłują nas oderwać od wiary katolickiéj i Polski. Którzy z nas nie umrą pod nahajkami i w więzieniach, zostaną tém, czém jesteśmy.


VII. Kara Boska spadła w istocie na Rossję…
Mała Japońja uderzyła żelazną pięścią w ogromne, pyszne mocarstwo z taką siłą, iż ten olbrzym carski zachwiał się ciężko raniony. Czego się niewielu spodziewało, stało się rzeczywistością. Dawid japoński pobił, pokonał rossyjskiego Goljata. A klęska wojenna wstrząsnęła narodem rossyjskim. Wszystko, co tliło tam na dnie sumień ludzkich, wszystkie żale do niesprawiedliwego rządu i niecnych urzędników buchnęły nagle, jak wielki płomień. I zachwiał się tron carski. Przerażony cesarz wraz ze swymi ministrami musiał zgodzić się na przebudowę państwa i nadanie wolności narodowi.
Było to w roku 1905. W kwietniu ogłoszono nagle ukaz cesarski o wolności wiary. Stało się nareszcie to, czego spodziewali się, na co czekali prześladowani unici. Działacze prawosławni, katy i szpiegi musieli usunąć się z wiosek i miasteczek podlaskich, unici zaś odetchnęli swobodnie i mogli już żyć po swojemu. Radość niewymowna zapanowała we wszystkich parafjach unickich i lud gromadnie, całemi tysiącami jął garnąć się jawnie pod skrzydła Kościoła świętego.
Dla prześladowców była to niespodzianka. Myśleli, że katolicy na Podlasiu prawie zupełnie już są wytępieni, nie spodziewali się tak męzkiego oporu, takiéj nadludzkiéj wytrwałości. Ale lud podlaski pokazał, że umie się bronić i nie pozwoli się połknąć nawet takim olbrzymom, jakim była Rossja. To też nie zginie ten lud i teraz, gdy się wyciągają po niego chciwe szpony prawosławnéj Ukrajiny. Nie zginie i pozostanie zawsze polskim i katolickim.

KONIEC.

http://pl.wikisource.org/wiki/Krwawe_%C5%82zy_unit%C3%B3w_polskich

Przeczytaj także:

UNICI

Unici podlascy w latach 1875 -1905

Prześladowania unitów na terenie dzisiejszej gminy Łomazy

Towarzystwo Opieki nad Unitami (TOnU)

Bohaterstwo unickiej rodziny Koniuszewskich

Posted in Historia, Książki (e-book), Moja mała Ojczyzna, Unici | 5 komentarzy »

Towarzystwo Opieki nad Unitami (TOnU)

Posted by tadeo w dniu 18 października 2012

W XIX wieku przed likwidacją obrządku unickiego przez rosyjskiego zaborcę zdecydowana większość mieszkańców wsi Dąbrowica Wielka i w jej okolicach (oprócz Tucznej, która była w 100% katolicka) należała do kościoła unickiego (parafia miała siedzibę w Choroszczynce). Likwidacja unii na Podlasiu nastąpiła po upadku powstania styczniowego (1864r.). Unici nie mieli innego wyboru niż przyjąć religię prawosławną, ponieważ zgodnie z obowiązującym prawem zabroniono unitom przechodzenia do kościoła katolickiego. A ponieważ unici nie chcieli dobrowolnie przechodzić na prawosławie, rosyjski zaborca „nawracał opornych siłą”.  Szczególnie Pratulin, Drelów, Łomazy, Hrud i Kłoda doznały niesłychanej przemocy od strony zaborcy. W okresie największego ucisku na Podlasiu, w latach 1874-76 w ramach „nawracania” na prawosławie zabito ponad 80 unitów, wywieziono na Sybir ponad 580 osób, nakładano kontrybucję, dokonywano gwałtów, zabijano bydło.

W tej sytuacji narodził się ruch obrony przed nasilającymi się represjami. Na przełomie XIX i XX wieku działalność na rzecz unitów przyjęła zorganizowane formy. Szkolnictwo odegrało tu znaczącą rolę. W 1896 roku w Warszawie, z inicjatywy Ligi Narodowej powołano wśród duchowieństwa rzymskokatolickiego tajną organizację – Collegium Secretum.  W jego skład weszli przedstawiciele diecezji z Królestwa Polskiego.  Collegium Secretum zajęło się przede wszystkim organizacją życia religijnego unitów. Z  inicjatywy członków tej organizacji było wydawane czasopismo „Wiara i Ojczyzna”, a także opublikowano broszurę: „Rady dla Unitów”. Szczególnie ta ostatnia cieszyła się sporą popularnością wśród „opornych”.  Zawierała bowiem szereg wskazówek dotyczących praktyk religijnych, np chrztów, pogrzebów, nauki religii itp.  W 1899 roku powstało Towarzystwo Oświaty Narodowej.

Natomiast koordynatorem działań religijnych i narodowych na rzecz obrony unitów było powstałe w 1903 roku Towarzystwo Opieki nad Unitami (TOnU). Zastąpiło ono dotychczasowe Towarzystwo Oświaty Narodowej. Do czołowych działaczy TOnU na obszarze guberni siedleckiej należeli Zenobiusz Borkowski z Brześcia, Wiktor Walewski z Białej Podlaskiej, Władysław Rytel z Siedlec oraz Andrzej i Józefa Błyskoszowie – unici z powiatu włodawskiego.

Głównymi celami działalności TOnU były powstrzymywanie wiary katolickiej, nauka pisania i czytania po polsku oraz szerzenie mowy polskiej. W celu umożliwienia unitom udziału w nabożeństwach katolickich, TOnU organizowało w lasach nielegalne zgromadzenia z udziałem księży katolickich i działaczy narodowych.  Czynny udział w pracach Towarzystwa brali udział księża, unici, ziemianie, a także członkowie Ligi Narodowej. Towarzystwo informowało o panującej sytuacji na Podlasiu, a także o prześladowaniach. TOnU prowadziło dystrybucję tajnych druków, ulotek podtrzymujących opór i wzywających do bojkotu prawosławia.

Na jednej z ulotek zostały zapisane znamienne, a zarazem pokrzepiające słowa: „My, unici jedyni wśród ludów chrześcijańskich pozbawieni jesteśmy wolności religii i wypędzani przez bezbożnego Moskala z własnych naszych świątyń. Nie wolno nam słuchać nauk księży katolickich z kazalnic, konfesjonały przed nami zamknięte, zamknięte dobroczynne źródła sakramentów jako to chrztu, spowiedzi, małżeństwa. Nieludzki Moskal odpędza katolickiego kapłana, nawet od śmiertelnego łoża unity. […] A jednak, mimo tych okropnych prześladowań, które spadły na nas unitów razem z niewolą moskiewską stoimy twardo przy wierze rzymskokatolickiej. Idąc śladem apostołów męczenników i wyznawców, którzy raczej woleli śmierć niż splamić swą duszę odstępstwem i my bracia unici spełniamy przykazania Kościoła katolickiego skrycie, ale rzetelnie. Nie złamały nas krwawe lata rządów cara Aleksandra II, tego fałszywego oswobodziciela, co nasłał na ukochane Podlasie, na piękną Ziemię Lubelską tysiące łotrów i pierwszy poważył się strachem, batem i ogniem karabinów wyrwać nam skarb najdroższy człowieka – wiarę świętą”

W wyniku działań TOnU sprawa unicka nabrała rozgłosu w Europie. W 1904 roku do Rzymu udała się delegacja „opornych”, która złożyła na ręce papieża Piusa X petycję podpisaną przez 56 500 osób. Podpisy były deklaracją przynależności do Kościoła rzymsko-katolickiego.  W przededniu ogłoszenia ukazu tolerancyjnego  liczba „opornych” – według danych szacunkowych kręgów cerkiewnych – sięgała około 100 000. Należy przyjąć, iż co najmniej taka grupa ludności nie zaakceptowała istniejącego od trzydziestu lat prawnego przypisania ich do prawosławia.  „Oporni”, pozostając pod wpływem wspomnianych wyżej polskich organizacji kościelnych i świeckich, identyfikowali się z nimi.

Po ogłoszeniu ukazu tolerancyjnego, na mocy którego ludność unicka, której przed 30 latu narzucono prawosławie, mogła decydować sama o swojej przynależności wyznaniowej.  Nastąpiło wówczas masowe i spontaniczne przechodzenie “opornych” z prawosławia na katolicyzm.

Nastąpiło też wówczas nasilenie działalności  Towarzystwo Opieki nad Unitami.  TOnU w odezwie z maja 1905 roku, licznie rozkolportowanej wśród „opornych” wyjaśniało przyczyny wydania przez cara ukazu tolerancyjnego. Wśród nich na pierwszym miejscu stawiano klęskę Rosji w wojnie z Japonią oraz zacięty opór unitów.  Po wybuchu wojny rosyjsko-japońskiej Towarzystwo Opieki nad Unitami zapowiada szybkie przywrócenie wolności religijnej, wzywa do porzucania cerkwi prawosławnych i przejścia na katolicyzm oraz bojkotu szkół rządowych i cerkiewnych.  W innej odezwie, zatytułowanej „Do braci Unitów”, TOnU wskazywało, że ukaz tolerancyjny nie jest wynikiem łaskawości cara, lecz z uporem wywalczoną zdobyczą samych unitów, okupioną krwią męczeńską mieszkańców Podlasia.

Wśród czołowych działaczy w Towarzystwie Opieki nad Unitami znane są mi. następujące osoby występujące w moim drzewie genealogicznymJózef Czernik (działający na terenie Mokran Starych i Derło k/Pratulina pochodzący z Bokinki Królewskiej), Eliasz Niedźwiedź z Bokinki Królewskiej oraz Jan Marczuk z Piszczaca.  Na bazie TOnU  powstała na Podlasiu Polska Macierz Szkolna.

Zmiany przynależności wyznaniowej miały też doniosłe znaczenie dla kształtowania się świadomości narodowej dawnych unitów.  Prawosławie porzucała niekiedy ludność całych wsi i parafii i tym samym przeradzały się one w wielkie manifestacje polskości. Wybierając katolicyzm identyfikowali się oni również z polskością i poczuli się Polakami, pomimo że na co dzień wielu z nich posługiwało się dialektem ruskim.

Przeczytaj także:

UNICI

Unici podlascy w latach 1875 -1905

Prześladowania unitów na terenie dzisiejszej gminy Łomazy

Krwawe łzy unitów polskich – Teodor Jeske-Choiński (1919)

Bohaterstwo unickiej rodziny Koniuszewskich

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Unici | 4 komentarze »

Bohaterstwo unickiej rodziny Koniuszewskich

Posted by tadeo w dniu 28 maja 2011

Pomnik rodziny Koniuszewskich.

Pomnik z 1925 roku we wsi Kłoda Mała (niedaleko Zalesia, pow. Biała Podlaska) rodziny Koniuszewskich pochodzących z Dąbrowicy Małej, która zginęła w płomieniach, oddając swoje życie w obronie wiary. 

Napis na pomniku:

Wrogom naszym ziemi
Polskiej nigdy nie oddamy

Pomnik ten stawiają
Rodacy Rodzinie
Ś+P
Koniuszewskich
spalonej za rządów
Moskali na tem miejscu
Za wiarę katolicką
i Polskę
w roku 1874
Poświęcono 8/5 1925r

 

Po koniec lata 1874 roku przypędzono wszystkich parafian (unitów) pod cerkiewkę w Horbowie, by ich przepisać na prawosławie. Jedni nie mogąc znieść bestialstwa nawracających, poddawali się. Inni z sobie tylko znaną siłą wewnętrzną przeciwstawiali się i nie chcieli zmienić obrządku. Na ich plecy spadały razy rosyjskich nahajek. Na opornych gospodarzy nakładano kontrybucję.

Wśród broniących się unitów ogromną dzielność wykazał Józef Koniuszewski. Pochodził z rodziny unickiej zamieszkałej w Dąbrowicy Małej, ożenił się z Anastazją Lesiuk z Połosek. Tam urodziła się ich córeczka Ewa. Wkrótce osiedlili się w Ukażnej na terenie parafii Horbów. Kiedy zaczęło się nawracanie na prawosławie nie zgodził się na zmianę wiary. Dla podkreślenia swojej tożsamości powtarzał: „Ja Polak i katolik”. Taka postawa wzmogła jeszcze bardziej złość i nienawiść kozackich żołnierzy. Pobity, poraniony powoli wracał do zdrowia, jak wielu jemu podobnych. Dodatkowo jego los skomplikował się kiedy odkryto, że ma się im urodzić dziecko. Uznano, że noworodka będzie musiał ochrzcić w cerkwi i to jak najszybciej po urodzeniu. Śledzono brzemienną Anastazję. Dziecko przyszło na świat 7 października 1894 roku. Kiedy Koniuszewski odmówił ochrzczenia dziecka w cerkwi, osadzono go w bialskim więzieniu. Powrócił z niego zmaltretowany, ale nieugięty. Zaczęto go nękać karami pieniężnymi.

Była późna jesień, kiedy Koniuszewskim zabrakło pieniędzy. Wówczas zabrano im pościel i ciepłe ubrania. Została tylko świnia i krowa, a i te wkrótce zarekwirowano. Koniuszewski był zrozpaczony. Zbliżała się zima, a jego rodzinę pozbawiono wszystkiego. Pozostały im tylko dom i niewielkie budynki gospodarcze, pracy też nie mógł znaleźć, bo w okolicznych dworach obawiano się zatrudnić człowieka pozostającego pod nadzorem. Życzliwi ludzie radzili mu, by udał się do hrabiny Łubieńskiej do Kolana. Słynęła ona z pomocy unitom, ale umęczony Koniuszewki nie miał ani siły, ani ubrania na taką podróż zwłaszcza, że jesienne dni były coraz zimniejsze, a droga do Kolana daleka.
Przyszedł grudzień. Ktoś mu doniósł, że dziecko mają zabrać, zanieść do cerkwi i tam ochrzcić. To było ponad siły tego umęczonego fizycznie i upokorzonego człowieka. Pewnego dnia podjął decyzję. Koniuszewska upiekła z resztek mąki chleb. Potem oboje odwiedzali sąsiadów, przepraszali i powiadamiali, że wybierają się w drogę. Dokąd się wybierają – nie powiedzieli.

Jak wspominali mieszkańcy, tamten grudniowy wieczór był zimny, padał śnieg, wiał lodowaty wiatr. Zbliżała się godzina 22 . Ktoś zauważył pożar, ludzie wybiegali z domów. W sąsiedniej wsi rozległ się dzwon na trwogę. Płonęła stodoła Koniuszewskich.

Zdezorientowani sąsiedzi wbiegli do ich domu. W maleńkiej izbie zobaczyli stół zastawiony do wieczerzy, tylko gospodarzy przy nim nie było. Pierwsza myśl, jaka nasunęła się ludziom to ta, że Koniuszewscy już wyszli, są gdzieś w drodze i nawet nie wiedzą, że ich zagroda się pali. Ogień przybierał na sile i nagle wśród trzasku płomieni do zebranych ludzi dotarły słowa pieśni-modlitwy. Struchleli wszyscy, gdyż pojęli, w jaką drogę wyruszyli znękani, umęczeni Koniuszewscy. Zgromadzonym zabrakło sił, ogień rozprzestrzeniał się coraz bardziej, było za późno na ratunek.

Dnia 10 grudnia 1874 roku, późnym wieczorem rodzina Koniuszewskich zginęła w płomieniach, oddając swoje życie w obronie wiary.

Nazajutrz w zgliszczach stodoły znaleziono ciała Józefa, Anastazji, trzyletniej Ewy i trzymiesięcznej Łucji – takie imię dali rodzice swojej nowonarodzonej córeczce, chrzcząc ją „z wody”.

Władze zezwoliły na pogrzeb. W dwóch trumnach, w jednej mogile złożono ich ciała.

Wiadomość o męczeńskiej śmierci szybko rozeszła się po świecie. Dyplomaci państw europejskich pracujący w Warszawie i Petersburgu informowali swoje władze o tym tragicznym wydarzeniu. Jednak państwa Europy milczały. Ukazem carskim z dnia 18.02.1875 roku został zlikwidowany Kościół greckokatolicki w Królestwie Polskim. Została zniesiona unicka parafia Horbów. Dalej trwały lata niewoli, prześladowań, bólu i łez.

W 1918 roku przyszła wolność. Polska ponownie wróciła na mapę Europy. Ze spisu miejscowości usunięto nazwę Ukaźna, a wieś nazwano Kłoda Mała.

http://www.ciekawepodlasie.pl/opis/1045,Zabytkowa+cerkiew+prawos%C5%82awna,+ob.+ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82+rzym.-kat.+par.+p.w.+Przemienienia+Pa%C5%84skiego.htm

 

Czytaj także:

Józef Koniuszewski : wspomnienie z czasów prześladowania Unitów na Podlasiu.

Prześladowanie kościoła unickiego przez władze carskie i bohaterstwo jego obrońców

Z ziemi chełmskiej/III

Akta stanu cywilnego Parafii Greckokatolickiej w Horbowie z 1874 roku (poz.22,23,24,25)

UNICI

Prześladowania unitów na terenie dzisiejszej gminy Łomazy

Historia wsi Dąbrowicy Małej

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Unici | 7 komentarzy »

UNICI

Posted by tadeo w dniu 19 maja 2011

Parafia unicka pw. św. Nikity w Kostomłotach

Jedyna na świecie neounicka  parafia. Wybudowana w 1631 r. jako unicka. Po likwidacji unii w 1875 roku przemianowana na prawosławną, a w 1927 roku erygowana jako świątynia katolicka obrządku bizantyjsko-słowiańskiego, czyli neounickiego. Jest to budowla drewniana, jednonawowa, konstrukcji zrębowej, oszalowana z dachem dwuspadowym z wieżyczką, kryty blachą. Zwiedzając cerkiew warto zwrócić uwagę na ikonę patrona św. Nikity, która powstała w roku budowy świątyni. Równie cenna jest ikona Bogurodzicy z Dzieciątkiem i ikona Chrystusa Pantokratora. Latem 1998 roku do Kostomłot przywieziono część relikwii błogosławionych Męczenników unickich z Pratulina. Tym samym cerkiew stała się Sanktuarium Unitów Podlaskich odwiedzany przez liczne pielgrzymki wiernych. Mieści się przy nim Centrum Ekumeniczne.

Unitami lub zwyczajowo uniatami na Podlasiu nazywano tak tych, którzy należeli do Kościoła greckokatolickiego, powstałego na wschodnich terenach Rzeczypospolitej w wyniku unii między Kościołem rzymskokatolickim a Kościołem prawosławnym w 1596 r. (Nazwa unici używana jest głównie w odniesieniu do ziem, które po rozbiorach znalazły się pod panowaniem rosyjskim. Bardziej rozpowszechniona jest nazwa grekokatolicy, wprowadzona w 1774 roku przez Marię Teresę na ziemiach włączonych do zaboru austriackiego.) Unici uznawali dogmaty katolickie oraz zwierzchnictwo papieża, lecz utrzymywali zwyczaje i formy liturgiczne obrządku wschodniego. W związku z tym, że w wieku XVI duża część szlachty ruskiej w Rzeczypospolitej bardzo szybko się spolonizowała i przeszła do Kościoła rzymskokatolickiego, unitami byli przede wszystkim chłopi.

Unici w liturgii używali języka starocerkiewnosłowiańskiego, przyjmowali komunię pod dwiema postaciami. Posługiwali się kalendarzem juliańskim. Duchownych unickich nie obowiązywał celibat. Unia Brzeska z roku 1596 od samego początku budziła zarówno obawy, jak i nadzieje. Dla biskupów prawosławnych ze wschodnich ziem Rzeczypospolitej stwarzała szansę odrodzenia moralnego zarówno wiernych, jak i duchowieństwa. Dla Rzymu była oznaką, że jedność w Kościele jest możliwa, dla rządzących stwarzała możliwość większego związania z Koroną i polonizację wschodnich rejonów państwa. Przeciwnikiem Unii był Prawosławny Patriarchat Moskiewski i carowie rosyjscy. Po podziale chrześcijaństwa w XI w. na Kościół wschodni i zachodni to właśnie Unia Brzeska, obok wzorowanej na niej unii z Ungwar na Węgrzech, okazała się najtrwalszą próbą ponownego zjednoczenia chrześcijan.

Rozkwit Kościoła unickiego nastąpił pod koniec wieku XVII. W połowie XVIII w. na terenie Rzeczypospolitej znajdowało się już 8 biskupstw unickich i ponad 4,5 mln wiernych. (Prawosławnych w tym czasie było 0,5 mln) . W okresie tym Kościół unicki podlegał przeobrażeniom, które zbliżyły go i bardziej związały z Kościołem rzymskokatolickim. Dużą rolę odegrał w tym procesie greckokatolicki zakon bazylianów. W cerkwiach unickich pojawiły się organy i ołtarze Wprowadzono różaniec, koronki, godzinki i drogi krzyżowe. Tak jak w kościołach rzymskokatolickich zaczęto używać monstrancji, chorągwi, sztandarów, feretronów i dzwonków. W ciągu XVIII w. nastąpiło niemal całkowite wyparcie (w sprawach urzędowych) języka ruskiego przez język polski. W języku polskim głoszone były kazania oraz odprawiane modlitwy przejęte z obrządku łacińskiego.

Po rozbiorach w zaborze rosyjskim znalazło się ok. 2,5 mln unitów. Tutaj władze od razu przystąpiły do likwidacji Kościoła unickiego. Najszybciej zlikwidowały go na Ukrainie. Dokonało się to już w roku 1794 w wyniku popartej represjami misji prawosławnej. Ostateczna rozprawa z unią na terenach wcielonych do Rosji nastąpiła za panowania cara Mikołaja I. W 1839 r. spisany został tzw. Soborowy akt, w którym biskupi uniccy prosili cara o przyłączenie do Cerkwi prawosławnej. Likwidacji Kościoła unickiego na ziemiach litewsko-ruskich dokonało zatem wyższe duchowieństwo unickie, które było uległe władzom i przez nie wspomagane. Nie obyło się bez oporu wiernych. Jednak był on niewspółmiernie mały z tym, na jaki władze rosyjskie miały napotkać w ostatniej diecezji unickiej, która utrzymała się po 1839 roku. Była nim licząca 223 tysiące wiernych diecezja chełmska obejmująca Podlasie, Lubelszczyznę i Augustowskie. Z największą, wręcz heroiczną determinacją przed przejściem na prawosławie bronili się unici na Podlasiu. W roku 1863 było ich 103 tysiące.

Likwidacja unii na Podlasiu nastąpiła po upadku powstania styczniowego i wiązała się z równoczesnym ostrym atakiem władz carskich na Kościół rzymskokatolicki uważany przez władze za ostoję polskości. Działania te były zarazem częścią szerokiej akcji rusyfikacji ziem polskich. Duchowieństwo rzymskokatolickie naraziło się rosyjskiemu zaborcy czynnym poparciem, jakiego udzieliło styczniowemu zrywowi niepodległościowemu. Represje wobec Kościoła rzymskokatolickiego miały na celu ograniczenie jego wpływów na społeczeństwo polskie oraz osłabienie wsparcia udzielanego unitom. W 1864 r. skasowano klasztory zakonne, w tym podlaski ośrodek życia religijnego i narodowego klasztor oo. Paulinów w Leśnej Podlaskiej. W rok później skonfiskowano dobra kościelne likwidując tym samym niezależność ekonomiczną Kościoła rzymskokatolickiego i podcinając jego działalność charytatywną i oświatową. Szczególne represje dotknęły rzymskokatolicką diecezję podlaską, obejmującą tereny zamieszkane przez unitów. W 1867 roku została ona skasowana i przyłączona do diecezji lubelskiej. Zamknięto konsystorz i seminarium. Biskupa wywieziono. Rzymskokatolickiemu duchowieństwu parafialnemu, sterroryzowanemu już i tak represjami popowstaniowymi, pod groźbą wysokich kar grzywny, więzienia i zesłania zakazano: grzebania zmarłych unitów, nauczania religii dzieci unickie, przyjmowania unitów jako służbę kościelną, udzielania wszelkich posług religijnych unitom, spowiadania nieznajomych osób, udzielania komunii i nauk poza budynkiem kościoła , oddalania się poza teren parafii, zjazdów duchowieństwa, stawiania i reperowania krzyży przydrożnych, śpiewu w Litanii do NMP „Królowo Korony Polskiej –módl się za nami”.

Nakazano też księżom prowadzenie ksiąg, w których musieli notować intencje mszalne i wszelkie posługi religijne wraz z dokładnymi danymi osób zamawiających te posługi. Wszystkie te zarządzenia egzekwowane były skwapliwie przez carską policję, wojsko i urzędników cywilnych, z którymi współpracowało duchowieństwo prawosławne.

Równolegle z szykanami wobec Kościoła rzymskokatolickiego podejmowano działania wymierzone bezpośrednio w Kościół unicki. Naciskom poddawano najpierw kolejnych biskupów unickiej diecezji chełmskiej. Początkowo różnymi metodami, od przekupstwa poczynając, a na prześladowaniach i zesłaniach kończąc, starano się wymóc na nich zgodę na usunięcie z cerkwi naleciałości łacińskich: ołtarzy, organów, dzwonków chorągwi i feretronów oraz wprowadzenie prawosławnych carskich wrót i ikonostasu. Żądano wprowadzenia języka rosyjskiego oraz zastąpienia nabożeństw majowych, godzinek i różańca pieśniami i modlitwami z liturgii prawosławnej. W 1866 r. opierającego się tym żądaniom biskupa unickiego Jan Kalińskiego aresztowano i zesłano na Syberię, gdzie zmarł po 3 tygodniach od aresztowania. Na jego miejsce władze carskie bez zgody papieża ustanowiły administratorem unickiej diecezji chełmskiej uległego wobec żądań ks. Józefa Wójcickiego. następnym biskupem został przywódca świętojurców (ruskiego ruchu nacjonalistycznego) ks. Michał Kuziemski. Nieoczekiwanie dla władz rosyjskich działalność uległych wobec nich zwierzchników diecezji chełmskiej napotkała na Podlasiu twardy opór samych wiernych.

W 1871 r. car Aleksander II mianował zatem kolejnego, bardziej gorliwego administratora diecezji chełmskiej. Został nim ks. Marceli Popiel. Właśnie za jego rządów (1871-1876) rozegrały się najbardziej tragiczne wypadki w historii Unii na Podlasiu. Przygotowaniem do ostatecznej likwidacji unii było sprowadzenie znacznej liczby wrogo usposobionych do ludności polskiej księży greckokatolickich z Galicji oraz wymuszanie pod groźbami więzienia i wywózki od lokalnych księży unickich pisemnych deklaracji o przejściu na prawosławie. Zlikwidowano seminarium duchowne. Zniesiono przejęte od katolików rzymskich święta wprowadzając święta według kalendarza prawosławnego. W 1873 roku po uzyskaniu pozwolenia od cara wydał Popiel cyrkularz w sprawie wprowadzenia w swojej diecezji unickiej obrządku prawosławnego. Od 1 stycznia 1874 r. rozpoczęto ścisłe egzekwowanie postanowień wspomnianego cyrkularza. Użyto najostrzejszych środków. Księży unickich, którzy nie chcieli się na to zgodzić, aresztowano. Zaczął się bezwzględny terror wobec pozbawionych swych duszpasterzy unickich wiernych. Zimą dnia 17 stycznia 1874 roku w Drelowie wojsko rosyjskie zastrzeliło 13 unitów i ciężko raniło około 200 osób. Najwięcej świadectw zachowało się na temat męczeństwa unitów w Pratulinie, gdzie  26 stycznia 1874 roku zginęło 13 osób, a ok. 180 raniono. Rannych wyciągano z domów i zsyłano na Syberię.

W latach 1873-75   na Podlasiu w wyniku akcji wojskowych rosyjskiego zaborcy zginęło ok. 80 unitów, kilkuset raniono, w głąb Rosji na Syberię wywieziono ponad 580 osób.

W dniu 13 maja 1874 r. papież Pius IX wydał encyklikę, w której potępił próbę likwidacji unii i pochwalił bohaterstwo ludu unickiego. Nie zmieniło to jednak postawy władz carskich ani zwierzchników Kościoła prawosławnego. 2 lutego 1875 r. w Białej Podlaskiej, w odebranym unickiemu zakonowi bazylianów kościele, zamienionym na prawosławną cerkiew, Marceli Popiel w imieniu swoim i wiernych przyjął prawosławie. Była to urzędowa inscenizacja połączona z bankietem, na którą sołtysi zobowiązani byli przywieźć ustalony z góry kontyngent unitów. 23 maja 1875 r. ukaz cara Aleksandra II skasował Kościół unicki w cesarstwie rosyjskim.

Nastąpiła wówczas szybka przebudowa unickich cerkwi na prawosławne. Likwidowano nawet niektóre parafie katolickie. Kapłanów unickich, którzy nie chcieli przejść na prawosławie, więziono lub zsyłano na Syberię. Uznani odgórnie za prawosławnych unici bojkotowali prawosławne cerkwie i nie korzystali z posług religijnych popów. Na tym tle doszło do kolejnych brutalnych aktów przemocy wobec unitów. Duchowni prawosławni przy pomocy wojska zmuszali unitów do prawosławnych praktyk religijnych: chrztów, ślubów i pogrzebów. Religia prawosławna była w Cesarstwie Rosyjskim wyznaniem państwowym. Prawo zabraniało przejścia z prawosławia na inne wyznania. Stąd chrzest dzieci unickich w cerkwi prawosławnej stanowił dla władz rosyjskich sprawę szczególnej wagi. Dochodziło do prawdziwych bitew o dzieci. W wielu miejscowościach młode matki wraz z noworodkami barykadowały się w domach. Wojsko lub policja używały toporów i bali, by rozbijać drzwi i okna. Po wtargnięciu do domów, pobiciu i obezwładnieniu mężczyzn broniących żon i dzieci musiano jeszcze wydobywać je z najgłębszych zakamarków chłopskich izb. Były to najczęściej piece i kominy. Unitki broniły się w nich czasem przez kilka dni. Wkurzano je ogniem i wyciągano bosakami. Były przypadki jeszcze bardziej krańcowej determinacji unitów. We wsiach Hrud i Horoszki matki wyparły się swych przemocą ochrzczonych w cerkwi prawosławnej dzieci. (Wypadki te opisał Władysław Reymont, za co skazany został na karę więzienia) .We wsi Kłoda unita Józef Koniuszewski za nieochrzczenie dziecka w cerkwi prawosławnej ukarany został karą pieniężną, która rosła za każdy dzień zwłoki. Koniuszewski nie był w stanie kary tej spłacić. Konfiskowano mu wówczas zbiory, dobytek, meble, ubranie. Gdy nie było już co konfiskować, osadzony został w więzieniu z Białej Podlaskiej, gdzie poddawany był dalszym szykanom i biciu. Zwolniono go z więzienia po obietnicy ochrzczenia dziecka. Do prawosławnego chrztu jednak nie doszło. W nocy z 10 na 11 grudnia 1874 r. rodzina Koniuszewskich dokonała samospalenia. Młode matki wraz z noworodkami z niektórych miejscowości unickich zmuszane były nawet zimą przez wiele tygodni ukrywać się w okolicznych lasach. Równie brutalnie postępowano w przypadku pogrzebów. Żandarmeria oraz współpracujący z nią duchowni prawosławni dokładali starań, by nie dopuścić do grzebania zmarłych według obrządku rzymskokatolickiego. Świadek ówczesnych wydarzeń zanotował: „Jak tylko strażnicy dowiedzą się we wsi o zgonie unity, pilnie strzegą cmentarza w nocy. Unici wtedy nie chowają zmarłego nocną porą, lecz wkładają go na wóz ze słomą, kryją u swoich sąsiadów i w biały dzień wiozą nieboszczyka na cmentarz bocznymi ścieżkami i najswobodniej ich chowają, gdy strażnicy śpią po swoim całonocnym czuwaniu. Jeżeli czasami zdarzy się, że strażnicy odbiją taką kontrabandę ze zmarłym, wtedy unici składają trumnę z nieboszczykiem na drodze, klękają i modlą się za jego duszę, następnie rzuciwszy garść ziemi na trumnę współbrata, wracają do domów i żadnymi karami nie dają się zmusić, aby wziąć nieboszczyka do cerkwi i asystować w prawosławnym pogrzebie.

Siłowe metody grzebania zmarłych unitów według obrządku prawosławnego nie przynosiły pożądanych skutków. Naczelnicy powiatów ogłosili w związku z tym ukaz, na mocy którego policja wykopywać miała ciała unitów pochowanych bez popa, które po odprawieniu nabożeństwa prawosławnego chowane miały być ponownie na cmentarzach. W tej sytuacji zmarli unici grzebani byli potajemnie nie na cmentarzach, ale na własnych polach. Praktykę tę stosowano pomimo obowiązku nałożonego na sołtysów, aby meldowali urzędom gminnym śmierć unity w trzy godziny po jego zgonie oraz przydzielania zmarłemu urzędowej straży do czasu sprowadzenia go do cerkwi prawosławnej. Na tym tle dochodziło do kolejnych starć z przedstawicielami władzy carskiej.

Unickie życie religijne nie zamarło. Toczyło się jednak w głębokiej konspiracji. Unici nie bacząc na represje ze strony władz zbierali się po domach, by odmawiać wspólne polskie modlitwy, sami chrzcili „z wody” swoje dzieci, nielegalnie uczęszczali na msze św. do kościołów rzymskokatolickich, gdzie potajemnie spowiadali się, udawali się na pielgrzymki do Częstochowy. Organizowali tajne spotkania z misjonarzami rzymskokatolickimi. Najczęściej odbywały się one w lasach bardzo wczesnym świtem. Niesłychanie rozbudowana na Podlasiu tajna policja polityczna, stosująca najbardziej wyrafinowane i brutalne metody, nie była w stanie rozbić solidarności unitów. Odważniejsi spośród nich, szukając spełnienia swych potrzeb religijnych, udawali się nawet do zaboru austriackiego. W krótkim czasie unici stworzyli sprawnie działającą sieć przerzutową obejmującą swym zasięgiem tereny całego Podlasia. Spowiadali się, chrzcili dzieci i zawierali związki małżeńskie w katolickich kościołach w Krakowie. Po powrocie na Podlasie młode pary nie miały jednak spokoju. Sypały się na nich kary pieniężne za nielegalne przekroczenie granicy. Panny młode trafiały do aresztów, gdzie bywały wykorzystywane seksualnie. Aby oszukać policję, młode mężatki mieszkały w domach teściów podając się za służbę. Zapobiegało to deportowaniu ich przez policję do miejscowości rodzinnych.

Z pomocą unitom przyszło duchowieństwo rzymskokatolickie. Mimo czujności władz rosyjskich i grożących represji księża rzymskokatoliccy z zaboru rosyjskiego starali się potajemnie zapewnić unitom posługi religijne oraz, co było równie niebezpieczne, dokumentować stosowane wobec nich represje. Od czasu doi czasu przyjeżdżali na Podlasie misjonarze zaboru austriackiego. Przyzwolili ze sobą dewocjonalia i gotowe już akty ślubów i metryki chrztów wystawiane przez parafię św. Piotra i Pawła w Krakowie. Śluby zawierano wtedy w domu panny młodej. Dużym powodzeniem wśród unitów cieszyła się broszura „Parafia bez pasterza” oraz relikwiarze św. Jozafata Kuncewicza, arcybiskupa unickiego zamordowanego w 1623 r. przez przeciwników Unii Brzeskiej. Jego relikwie znajdujące się w Białej Podlaskiej w dużym stopniu oddziaływały na postawę unitów. Jezuici z Galicji rozpoczęli misje wśród unitów już w 1872 r.

Nie przystosowani do warunków konspiracyjnych byli oni często aresztowani i deportowani do Austrii. O wiele gorzej władze obchodziły się z duchownymi rzymskokatolickimi — obywatelami państwa rosyjskiego. Do 1894 r. w katolickiej diecezji podlasko-lubelskiej za pomoc unitom ukarano 162 księży karami pieniężnymi, 126 przeniesiono do innych parafii, 10 do innej diecezji, 10 innych wydalono z terenu Królestwa, z których kilku zesłano na Sybir, 3 osadzono w klasztorach, 38 zakazano spełniać posługi kapłańskie. W 1895 r. brakowało już księży nie karanych, którzy mogliby pracować w swoich rzymskokatolickich parafiach położonych w strefie unickiej.

Sprawę oporu unitów poruszali w swoich utworach Stefan Żeromski, Władysław Reymont i Józef Weysenhoff. Adam Asnyk i Jan Kasprowicz angażowali się w działalność organizacji niosących pomoc unitom. Inne grupy społeczne także wspierały opór unitów. Pomagali unitom ziemianie, z których największą pomoc niosła hrabina Jadwiga Łubieńska z Kolana w powiecie radzyńskich. Poruszyła ona sprawę unitów w Rzymie, przemycała metryki i akty ślubne oraz wydawnictwa religijne i dewocjonalia. Łubieńska opublikowała także zbiór wierszy unickich, który kolportowany był nielegalnie w Królestwie. Unici ukrywani byli przed prześladowaniami w zabudowaniach dworskich, a ziemianie interweniowali w ich imieniu u władz. Na terenach folwarcznych odbywały się nabożeństwa dla unitów i posługi religijne udzielana przez misjonarzy z Galicji. Zdarzały się również wypadki wspomagania materialnego przez ziemian zrujnowanych przez postoje wojsk unitów.

W 1895 r. uniccy chłopi utworzyli Komitet Obrony byłych Unitów. Zadaniem tej organizacji było rozwijanie oświaty, organizowanie przerzutów prasy i książek z zagranicy. Z polskich organizacji politycznych największe zainteresowanie sprawami prześladowanych unitów wykazywała Narodowa Demokracja.

Opór unitów wobec prawosławia wiązał się przecież jednocześnie z obroną języka polskiego i innych wpływów polskich, jakim ulegali przez wieki podlascy Rusini. W nielegalnej prasie narodowej ujawniano opinii publicznej akty represji wobec unitów. Dużą poczytnością wśród unitów cieszył się wydawany i nielegalnie kolportowany przez Narodową Demokrację „Polak”.

Wśród unitów działało także powstałe w 1899 r. z inicjatywy Narodowej Demokracji Towarzystwo Oświaty Narodowej. Celem tej organizacji była obrona religii katolickiej, upowszechnianie oświaty ludowej, walka z rusyfikacją, walka o prawa w instytucjach życia publicznego, jak szkoły, sądy i urzędy. Środkiem do tego były akcje odczytowe, tajne kursy oświatowe, szkolnictwo i biblioteki, wydawanie i rozpowszechnianie broszur, gazet i ulotek poza zasięgiem cenzury, przemycanie bibuły z cieszącej się autonomią Galicji oraz rozwój organizacji rolniczych. Na Podlasiu w roku 1904 na bazie TON Narodowa Demokracja powołała do życia Towarzystwo Opieki nad Unitami (z jednym z tych działaczy był Józef Czernik z Derła k.Pratulina). Sądząc po ilości zachowanych w aktach Siedleckiego Gubernialnego Zarządu Żandarmerii wydawnictw sygnowanych przez TOU, działalność Towarzystwa musiała być prężna.

Pomoc niesiona unitom przez Polaków, zarówno przez osoby świeckie, jak i duchownych katolickich, odegrała istotną rolę w podtrzymywaniu antyrosyjskiego i antyprawosławnego oporu chłopskiej ludności Podlasia. Roli tej nie można jednak przeceniać, najważniejszy bowiem był stosunek do swojej wiary samych unitów. Postawa rdzennych Polaków sprzyjała polonizacji unitów podlaskich. Przynależność unitów do narodu polskiego właśnie wtedy została ostatecznie potwierdzona. Kilkudziesięcioletnie represje wobec unitów przyniosły nikłe rezultaty. Świadczą o tym wydarzenia z początku naszego wieku. W 1904 r. udała się do Rzymu ponad 50-osobowa delegacja unitów, która złożyła papieżowi Piusowi X petycję protestacyjną, opatrzoną w 65 tys. podpisów. Rosjanie nie byli w stanie akcji tej zapobiec. Pielgrzymka ta wywołała duże zainteresowanie na Zachodzie i spowodowała interwencję dyplomatyczną Watykanu w Petersburgu. O prawa narodowe i religijne upomnieli się unici organizując wiosną 1905 r. wielką manifestację w lasach między wsiami Kozły a Rossosz. Nie licząc mieszkańców okolicznych wsi zebrało się wtedy ponad 5 tysięcy delegatów z poszczególnych podlaskich powiatów. Po odprawionej przy ołtarzu polowym mszy św., księża ochrzcili ponad 300 dzieci i udzielili 50 ślubów.

W trakcie uroczystości głos zabrali liderzy Narodowej Demokracji min.: Aleksander Zawadzki i Stanisław Kozicki. Przemawiali także działacze lokalni. Zebranych wzywano do nieustępliwej walki o wiarę i polskość, przedstawiano im aktualną sytuację międzynarodową, rozdawano ulotki. 30 kwietnia 1905 r. wydany został przez cara ukaz tolerancyjny. Na jego mocy w ciągu jednego tylko roku ok. 120 tys. byłych unitów z Podlasia przeszło do Kościoła rzymskokatolickiego. Terror zastosowany wobec przywiązanych do swojej wiary podlaskich chłopów przyniósł odwrotne rezultaty. Właśnie opierając się na unickich organizacjach konspiracyjnych rozwinął się na Podlasiu polski ruch narodowo-niepodległościowy, który przyczynił się do odzyskania przez Polskę niepodległości w roku 1918. Hart ducha unitów okazał się silniejszy niż, wspierana przez Cerkiew, państwowa machina rosyjskiego imperium.
Spadkobiercami Unii Brzeskiej w Polsce aktualnie są: Ukraiński Kościół Greckokatolicki oraz neounicka parafia w Kostomłotach.

Czytaj także:

Prześladowania unitów na terenie dzisiejszej gminy Łomazy

Unici podlascy w latach 1875 -1905

Krwawe łzy unitów polskich – Teodor Jeske-Choiński (1919)

Towarzystwo Opieki nad Unitami (TOnU)

Bohaterstwo unickiej rodziny Koniuszewskich

Unici w poezji polskiej – Szczepan Kalinowski

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Unici | 9 komentarzy »

Unici podlascy w latach 1875 -1905

Posted by tadeo w dniu 19 maja 2011

W drugiej połowie XIX wieku w okresie największych represji ze strony rosyjskiego zaborcy, likwidacji wyznania greckokatolickiego i „dobrowolnego” – (czytaj więcej jak ta „dobrowolność: wyglądała w praktyce) przyłączenie jej do cerkwi prawosławnej przez władze rosyjskie, życie religijne unitów, bojkotujących prawosławie, pozostawało w ścisłym związku z Kościołem rzymskokatolickim.

Tam, gdzie to było możliwe, grekokatolicy tajnie korzystali z posług księży katolickich (chrzest, ślub, spowiedź, komunia). W celu odbycia spowiedzi unici musieli potajemnie szukać takich możliwości w parafiach, gdzie nie byli znani lub w lasach, w miejscach niedostępnych, znanych tylko specjalnym przewodnikom. Na umówiony dzień przyjeżdżał misjonarz, którego wieziono do lasu i tam gromadziły się liczne rzesze wiernych, słuchając kazań, uczestnicząc we Mszy św., chrzcząc dzieci i zawierając małżeństwa.

Rozpowszechniły się zwłaszcza wyjazdy do odległych miejscowości Królestwa Polskiego (Częstochowa, Lublin, Warszawa) oraz do Galicji w celu zawarcia ślubu kościelnego. Małżeństwa takie były nazywane „krakowskimi” z uwagi na to, iż ich ewidencję prowadziła parafia św. Piotra i Pawła w Krakowie. W powiecie bialskim w latach 1875 -1884 liczba ślubów „krakowskich” wyniosła 829. Wśród tych osób również i w moim drzewku znajdują się małżonkowie, którzy wzięli tzw. ślub „krakowski”. I tak 9 października 1881 roku we wsi Leżajsk (Galicja austriacka) w obecności świadków: Jana Zabłockiego z Dąbrowicy Dużej (lat 45) i Stefana Dawidziuka z Połosek (lat 30) zawarli związek małżeński według obrządku katolickiego –  Prokop Moniuszko (24 lat) ze wsi Połoski z Barbarą Czernik – panną lat 20 ur. w Dąbrowicy Dużej – córką Marianny z domu Lewczuk i Dawida Czerników (mego prapradziadka). Ślubu udzielił misjonarz. Narzeczeni razem z świadkami szli pieszo 2 tygodnie do Leżajska i 2 tygodnie z powrotem, aby tam otrzymać od katolickiego misjonarza sakrament małżeństwa. Podobnie w dniu 10 lipca 1882 roku zawarli katolicki związek małżeński Maciej Niedźwiedź z Marianną Czernik córką Szymona Czernika z Bokinki Królewskiej, czy też w dniu 10 stycznia 1885 roku Krzysztof Jaroszuk z siostrą Marianny – Agatą Czernik córką Szymona Czernika z Bokinki Królewskiej.

Rosyjskie władze państwowe traktowały śluby „krakowskie” jako związki nieformalne. Udowodnienie ich pociągało za sobą represje w stosunku do małżonków, m.in. kary za nielegalne przekroczenie granicy. Pyzatym dzieci z rodzin „krakowskich” uważane były przez administrację za nieślubne, miały trudności w dziedziczeniu majątku po rodzicach. Podobny status prawny miały osoby, które nie zostały ochrzczone w cerkwi prawosławnej.

Trudna sytuacja była z pogrzebem. Niełatwo przecież ukryć fakt choroby czy śmierci. Pilnowali tego strażnicy, a także prawosławni duchowni. Kapłan łaciński nie mógł pochować, nawet nie mógł wydać zgody na pochówek na cmentarzu katolickim, dlatego unici chowali zmarłych w tajemnicy, niejednokrotnie w szczerym polu, często w nocy.  Przebieg nielegalnego pogrzebu opisała w swoich wspomnieniach unitka, Helena Filipczuk („Opowiadanie Unitki Heleny Filipczuk” – Poznań 1895): ”Nie mogąc i nie chcąc iść do Makowskiego (miejscowy ksiądz unicki, który przyjął prawosławie), bo w całej parafii unikano z nim styczności, więc ludzie grzebali sami, prześpiewywali cały Psałterz – przyjaciele nieśli zmarłego z krzyżem na cmentarz i najstarszy wiekiem przeżegnywał trumnę. Z początku chowano zmarłych w dzień, potem trzeba już było nocą robić bo coraz więcej pilnowali i nakładali kontrybucje (kary pieniężne)”. 

Ten sposób grzebania zmarłych utrwalił się do tego stopnia, że już po wydaniu ukazu tolerancyjnego w 1905 roku dochodziło do pojedynczych wypadków grzebania zmarłych bez duchownego. I tak np. w 1908 roku w ten sposób pochowano 90-letniego dawnego unitę – Ludwika Tarasiuka, gdyż ksiądz łaciński zbyt wiele zażądał za posługę – (źródło „Kościół na terenie województwa Bialskopodlaskiego od połowy XIX wieku” – Franciszek Stopniak – str. 393).

Przeczytaj także:

UNICI

Towarzystwo Opieki nad Unitami (TOnU)

Prześladowania unitów na terenie dzisiejszej gminy Łomazy

Krwawe łzy unitów polskich – Teodor Jeske-Choiński (1919)

Bohaterstwo unickiej rodziny Koniuszewskich

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Unici | 8 komentarzy »

Działacze świecy w obronie wiary unickiej

Posted by tadeo w dniu 16 maja 2011

Przed likwidacją siłą obrządku unickiego przez carskiego zaborcę  zdecydowana większość mieszkańców wsi Dąbrowica Wielka i w jej okolicach (oprócz Tucznej) należała do tego kościoła (parafia miała siedzibę w Choroszczynce). Unici nie mieli innego wyboru niż przyjąć religię prawosławną, ponieważ zgodnie z obowiązującym prawem zabroniono unitom przechodzenia na obrządek łaciński (katolicki). Ponieważ unici nie chcieli dobrowolnie przechodzić na prawosławie, całe Podlasie zostało zbroczone ich krwią. Szczególnie Pratulin, Drelów, Łomazy, Hrud i Kłoda doznały niesłychanego ucisku od strony zaborcy. W okresie największego ucisku na Podlasiu, w latach 1874-76 w ramach „nawracania” na prawosławie zabito ponad 80 unitów, wywieziono na Sybir ponad 580 osób, nakładano kontrybucję, dokonywano gwałtów, zabijano bydło.

W tej sytuacji narodził się ruch obrony przed nasilającymi się represjami. Szkolnictwo odegrało tu znaczącą rolę. W 1890 roku powstało Towarzystwo Oświaty Narodowej, później zastąpione przez Towarzystwo Opieki nad Unitami (TOnU). Głównymi celami działalności TOnU były powstrzymywanie wiary katolickiej, nauka pisania i czytania po polsku oraz szerzenie mowy polskiej. W celu umożliwienia unitom udziału w nabożeństwach katolickich, TOnU organizowało w lasach nielegalne zgromadzenia z udziałem księży katolickich i działaczy narodowych. W wyniku działań TOnU sprawa unicka nabrała rozgłosu w Europie. W 1904 roku do Rzymu udała się delegacja „opornych”, która złożyła na ręce papieża Piusa X petycję podpisaną przez 56 500 osób. Podpisy były deklaracją przynależności do kościoła rzymskokatolickiego. Po 30 kwietnia 1905 roku czyli po ogłoszeniu ukazu tolerancyjnego cara, na mocy którego ludność unicka, której przed 30 latu narzucono prawosławie, mogła decydować sama o swojej przynależności wyznaniowej.  Nastąpiło wówczas masowe i spontaniczne przechodzenie „opornych” z prawosławia na katolicyzm. Zmiana przynależności wyznaniowej miały doniosłe znaczenie dla kształtowania się świadomości narodowej dawnych unitów. Wybierając katolicyzm identyfikowali się również z polskością. Prawosławie porzucała niekiedy ludność całych wsi i parafii i tym samym przeradzały się one w wielkie manifestacje polskości.

  Na bazie TOnU  powstała na Podlasiu Polska Macierz Szkolna. Wśród czołowych działaczy w Towarzystwie Opieki nad Unitami znane są mi. następujące nazwiska występujące w moim drzewie genealogicznym: Eliasz Niedźwiedź z Bokinki Królewskiej oraz Józef Czernik z Mokran.

Tadeusz Czernik – czernik@op.pl

Posted in Moja mała Ojczyzna, Unici | Leave a Comment »

Prześladowania unitów na terenie dzisiejszej gminy Łomazy

Posted by tadeo w dniu 6 maja 2011

…..Ziemio podlaska, drogo krwią polską nabyta,

Polskim ludem obsiana, jak ziarnem żyta,

…………………………………………………………………

Na terenie dzisiejszej gminy Łomazy, podobnie jak na całym Podlasiu  i pograniczu wschodnim mamy do czynienia z  występowaniem ludności rożnych nacji, różnych religii. Byli tu w przeszłości katolicy, prawosławni, mahometanie i wyznawcy religii mojżeszowej. Zawarcie unii religijnej katolików z prawosławiem prowadziło na tych terenach do zacieśniania stosunków, unifikowania kulturowego, współpracy. Wierni obu obrządków (rzymscy i greccy katolicy) zawierali ze sobą mieszane związki małżeńskie, dzieci z tych małżeństw chrzczono w jednym lub drugim kościele w zależności od woli rodziców nie widząc różnic w obrzędach. To samo dotyczyło spowiedzi. Istniała współpraca wśród duchownych obu obrządków tak, że np. unicki ksiądz z Koszoł gm. Łomazy Znikomar Pierocki chrzcił dzieci katolickie w Huszczy w czasie nieobecności w tej parafii księdza Brodzickiego. Z biegiem czasu i lat następuje pełna identyfikacja narodowościowa; katolik i unita to Polacy – równoprawni i tożsami kulturowo. Dopiero zabór rosyjski Podlasia prowadzi do prześladowań religijnych. Unici zostali przez władzę carską uznani za prawosławnych, a to utożsamiano  nie tylko z wyrzeczeniem swojego Kościoła, ale również z przyjęciem obywatelstwa Rosji (po roku 1875 wszystkich unitów oficjalnie uznano za Rosjan). Istotę problemu obrazuje fakt, że na 75.948 mieszkańców powiatu bialskiego w 1858 roku było: katolików 22.666, greko-unitów 42.755, Żydów 10.383, mahometan 101, ewangelików 30 i prawosławnych 13 osób.

                     Prześladowania prowadzono kilkoma drogami. Ukazem carskim z 28 listopada 1864 roku skasowano w Królestwie Polskim wszystkie klasztory, zakonników i zakonnice wydalono za granicę, majątek skonfiskowano. Duchownym obrządku rzymsko-katolickiego nakazano, aby nie wtrącali się do spraw kościoła unickiego, nie uczęszczali na nabożeństwa unickie, nie wykonywali żadnych posług religijnych unitom: nie udzielali komunii św., nie chrzcili dzieci, nie chowali zmarłych. Od 1.01.1868 akta stanu cywilnego sporządzano tylko w j. rosyjskim. W 1875r. zabroniono duchownym katolickim, organistom i zakrystianom roznosić opłatki przed świętami Bożego Narodzenia do domów rodzin unickich i mieszanych. Zabroniono najmować unitów do prac w czasie prawosławnych świąt. Zabroniono używać w modlitwie słów „Królowo Korony Polskiej – módl się za nami”. Nie wolno było bez uprzedniego zezwolenia stawiać krzyży katolickich przy drogach lub w miejscach publicznych. Wszystkie dzieci małżeństw mieszanych uznano urzędowo za prawosławne. Zabroniono chować zmarłych na cmentarzach bez udziału popa. Nakazano unitom zawieranie związków małżeńskich tylko w cerkwi prawosławnej. Za prawosławne uznawano nawet te rodziny, kiedy jedynie podejrzewano, że ktoś kiedyś mógł być w tej rodzinie wyznania prawosławnego. Z pracy zwalniano urzędników – wyznawców unii.

Wśród innych form „nawracania” na prawosławie unitów wskazać należy na organizowanie zbiorowego przechodzenia na inną wiarę, zamianę cerkwi unickich na prawosławne, niszczenie kościołów, kary cielesne, kary pieniężne indywidualne i zbiorowe, kwaterowanie wojsk carskich w opornych wioskach, zabójstwa, morderstwa, kary więzienia i wydalanie z kraju, wywożenie w głąb Rosji. Stanowcze nasilenie prześladowań unitów nastąpiło po Powstaniu Styczniowym w 1867 r. Najpierw zażądano od proboszczów unickich pisemnych potwierdzeń przejścia na prawosławie. Opornych karano poprzez wstrzymanie wypłat rządowych wynagrodzeń, usuwanie z parafii, więzienie, wydalanie za granicę. Proboszcz unicki z Dokudowa ksiądz Walery Kaliński był kilkakrotnie więziony, następnie wydalony z kraju – zmarł na wygnaniu. Podobny los spotkał księdza Tomasza Żypowskiego – proboszcza z Kolembród. Proboszcz Parafii Unickiej w Łomazach Aleksander Starkiewicz (prefekt bialskich szkół) był kilkakrotnie więziony w Siedlcach; wydalony z kraju zmarł w Galicji. Podobny los spotkał dziekana dekanatu bialskiego ks. Mikołaja Kalinowskiego, proboszcza łomaskiego, który zmarł na wygnaniu w Kielcach około 1887 r. Innego z proboszczów łomaskich ks. Ignacego Pyszczyńskiego internowano a następnie zesłano do guberni augustowskiej, podobnie Jana Mazanowskiego administratora parafii w Korczówce – proboszcza parafii unickiej Witoroż. Tak samo traktowano księży katolickich. Za sprzyjanie unitom, udzielanie im posług religijnych i inną działalność dla dobra kościoła katolickiego np. ks. Kazimierz Dmochowski – proboszcz katolicki z Rossosza został wywieziony na Syberię.

                     Najstraszniejsze były jednak akcje represyjne skierowane przeciw zwykłym obywatelom. W 1867 roku zaczęto w łomaskiej cerkwi unickiej wprowadzać zmiany i reformy prawosławne. Mieszkańcy miasta sprzeciwili się, zamknęli cerkiew i nie pozwolili księdzu na wprowadzenie nowości. Nie pomogły różne carskie komisje śledcze chcące wykryć i schwytać przywódców oporu. Parafianie  łomascy szli tłumnie do śledztwa i zeznawali, że wszyscy są jednakowo winni, że wszyscy są jednakowo gotowi odpowiadać i jednakowo ponosić karę. Wtedy na pomoc wezwano wojsko – część mieszkańców aresztowano, innych karano batożeniem od 400 do 600 nahajek na plecy. Wszyscy jednakże nawet po otrzymaniu kary odpowiadali, że do kościoła unickiego chodzić będą; że na Sąd Boży prędzej staną zabici, niż pójdą do sprofanowanej cerkwi. Śledztwo i batożenie trwały przez dwa tygodnie, a miasto Łomazy oprócz wołów i innej żywności dla wojska, podwód i furmanek musiało jeszcze zapłacić 20.000 ówczesnych złotych polskich kary ściągniętej poprzez przymusową licytację dobytku.

Kiedy jednak do kościoła w Łomazach przysłano promoskiewskiego księdza, który zaczął wprowadzać prawosławne zmiany mieszkańcy ściągnęli go z ambony krzycząc: „ Tyś ksiądz rządowy, a nie nasz! Powiedz, ile ci Moskale zapłacili, my ci damy dziesięć razy więcej, byłeś tylko był naszym księdzem”. Na rozpoczęcie śledztwa przed naczelnikiem żandarmerii carskiej stawiło się trzystu ludzi krzycząc, że nie zmienią wiary.  Gdy rozpoczęto aresztowania, tłum rzucił się na strażników policyjnych. Słudze kościelnemu, który stanął do śledztwa spalono dom, nie dopuszczono do uratowania czegokolwiek. W tymże 1874 roku karnie zakwaterowano w Łomazach wojsko carskie.  „Wojsko nie czekało kiedy mu włościanie jeść dadzą, lecz brało woły, krowy, barany rżnęło, gotowało, piekło i jadło; czego nie zdołało zjeść, wyrzucało, nie dając nawet resztek ludowi i znowu rżnęło nowe sztuki bydła. Oficerowie posyłali całe ćwierci mięsa z tych wołów dla swoich żon i dzieci, część sprzedawali. Gdy uprzykrzyło im się mięso wołowe i baranina rżnęli wieprze, a gdy i to się przejadło, łapali drób i sporządzali sobie wedle gustu. Innych legumin, jak mąki, kaszy , soli, chleba, masła, mleka itp., musiały także gromady dostarczać, ile zarządano”. Jeszcze inny sposób to wymuszanie zbiorowego przejścia na prawosławie. Jednego razu (także w 1784 r.) naczelnik powiatu bialskiego Aleszko i naczelnik straży ziemskiej Gubaniew przyprowadzili do Łomaz trzy roty wojska i 300 kozaków z nakazem zmuszenia mieszkańców przejścia na prawosławie. Wobec odmowy zastosowano zbiorowe bicie ludności od 16 do 80 roku życia. Jednorazowo można było otrzymać od 300 do 400 nahajek. Mieszkańców zganiano na plac i przez kilka dni trzymano na mrozie bez pożywienia i wody, bez odpowiedniego ubrania. Trwało tak przez 10 zimowych tygodni – zjedzono wszystko bydło, trzodę chlewną, owce, drób i zboże a domowe sprzęty, konie, wozy i odzież zostały zabrane na opłacenie kontrybucji. Unici jednak twardo stali przy swojej wierze.  Sołtysa łomaskiego po odmowie podpisania dokumentu „O dobrowolnym przejściu na prawosławie” bito, rozebrano, zdzierano paskami z niego skórę i rany posypywano solą. Mimo tych męczarni nie poddał się i jednak przeżył.

Wymiar potworny „nawracania” w Łomazach polegał na jeszcze innym sposobie. Pewnego razu carscy oprawcy zgonili na plac wszystkich mężczyzn i kobiety. Kobiety zamknięto na maneżu końskim pytając jednocześnie mężczyzn, czy podpiszą przejście na prawosławie. Wobec odmowy wydano kozakom rozkaz, by z zamkniętymi kobietami zrobili „co im się tylko podoba”. Zgromadzeni na placu mężczyźni nie mogąc obronić swoich matek, żon i córek – słysząc ich krzyki – zrozpaczeni natychmiast podpisali wskazane dokumenty o dobrowolnym przejściu na prawosławie. Podobne represje spotkały też inne wsie unickiej parafii łomaskiej: Lubenkę (Lubienkę),Kozły, Kopytnik. Kościoły unickie w Łomazach, Korczówce i Koszołach mimo oporu wiernych zamieniono na prawosławne cerkwie, podobny los spotkał kościoły rzymsko-katolickie, przeprowadzono kasatę wielu parafii. Wtedy pojawiły się tajne punkty, gdzie przyjeżdżający potajemnie duchowni udzielali wiernym sakramentów i innych posług religijnych. Szerzej znanym był taki punkt w lesie Sumierz na pograniczu wsi Kozły i Kolembrody. Inny leżący blisko Łomaz to karczma miedzy lasami Grabowszczyzna i Ziajkowizna przy drodze Huszcza – Wólka Kościniewicka (na skrzyżowaniu z drogą do Koszoł).

Władze carskie robiły wszystko, aby jedynym miejscem modlitwy mogła być tylko prawosławna cerkiew. Najbardziej opornych wywożono na zesłania w głąb Rosji głównie do guberni orenburskiej, potem do chersońskiej, jekaterynosławskiej i saratowskiej. Z Łomaz wywieziono około 100 osób, przeważnie całymi rodzinami, a z całej parafii unickiej Łomazy ponad 120.Pozwolono im na powrót do Łomaz dopiero po przejsciu na prawosławie . Nikt jednak nie pozostał dobrowolnie – wielu zmarło w czasie internowania – na wojnie lub w drodze. Część z nich powróciła dopiero po I wojnie światowej. Stan taki trwał w zasadzie do tzw. ukazu tolerancyjnego 1905 roku, który zezwalał na swobodę wyznawania wiary unitom i katolikom. Wszyscy unici łomascy przeszli do kościoła rzymskokatolickiego.

 

 

Maria Konopnicka: 

...Pratulinie! Drelowie! Włodawo! Łomazy!

Stoicie wy mi w oczach jako męczeństw obrazy,

Wy, których jęk ostatni słyszan był aż w Rzymie ….

Z czcią i z boleścią wasze kładę tutaj imię.

…Tak pątnik, na którego czeka długa droga,

Klęka u chaty swojej lipowego proga,

Schyla głowę i duchem przywołuje ciszy

Imiona drogie ojców, braci, towarzyszy,

I zawiesza na piersiach święcone szkaplerze,

            I krzyż kładzie na czole i kij pątny bierze.

Czytaj także:

UNICI

Krwawe łzy unitów polskich – Teodor Jeske-Choiński (1919)

Towarzystwo Opieki nad Unitami (TOnU)

Bohaterstwo unickiej rodziny Koniuszewskich

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Religia, Unici | 6 komentarzy »