WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘SYLWETKI’ Category

DULCISSIMA NA RANY

Posted by tadeo w dniu 3 stycznia 2020

 „Wszystko jest łaską, również to, że jestem głupia. Dla świata można być głupim, ważne jest to, że u Boga jest się dzieckiem” 

Znalezione obrazy dla zapytania Dulcissima

S. M. Dulcissima to imię zakonne. Naprawdę nazywała się Helena Hoffmann. Urodziła się 7 lutego 1910 r. w Zgodzie, dzielnicy Świętochłowic. Ceglany, śląski familok, w którym mieszkała, stoi do dziś. Była zwyczajną dziewczynką. „Nie było dnia, żebym czegoś nie zbroiła” — napisała wspominając dzieciństwo. Miała charakter. Kiedy ksiądz głoszący w jej parafii rekolekcje tłukł pięścią w ambonę, Helenka oburzona takim zachowaniem podłożyła mu pod obrus pinezki. Kiedy wykryto sprawcę, dziewczynka odpowiedziała śmiało: „Ja to zrobiłam, bo nie wolno tak tłuc pięścią w domu, gdzie mieszka Pan Jezus. Nasi księża tak nie robią”. Kiedyś, pracując na polu, wykopała medalion z wizerunkiem św. Teresy z Lisieux. Wydarzenie znamienne, bo kanonizowana w tym właśnie czasie Teresa miała stać się jej duchową przewodniczką, nawiedzając ją wielokrotnie w snach i widzeniach. W 1927 r. Helena wstąpiła do zgromadzenia Sióstr Maryi Niepokalanej. Po dwóch latach pojawiły się pierwsze objawy ciężkiej choroby. Zaczęły się silne bóle głowy, połączone z okresową utratą przytomności. Trudności w chodzeniu, bezsenność, paraliże, depresje, wreszcie utrata wzroku — to wszystko było dla s. Dulcissimy okazją do ofiarowania się Bogu. W 1933 r. znalazła się w klasztorze w Brzeziu koło Raciborza. Tu spędziła swoje ostatnie lata. Mieszkańcy wsi szybko zorientowali się, że ta przygnieciona cierpieniem zakonnica jest kimś niezwykłym. Od dnia jej śmierci 18 maja 1936 r. do klasztoru wciąż napływają świadectwa łask, przypisywanych wstawiennictwu s. Dulcissimy.

Dwa lata temu rozpoczął się jej proces beatyfikacyjny.

Jest taka miejscowość, której najważniejszą obywatelką jest zakonnica, dwudziestosześcioletnia dziewczyna o łagodnych oczach i uśmiechu dziecka. Taką ją zapamiętano i choć od jej śmierci mija właśnie 65 lat, kochają ją tu wszyscy.

Nieświeckie słowo

— Miałam ciążę pozamaciczną. Nie wiedziałam, co to jest — opowiada Marta Pokracka z Brzezia. — Normalnie pracowałam na polu, aż nagle zasłabłam — kiwa głową, wspominając wydarzenia sprzed prawie czterdziestu lat. W ciężkim stanie trafiła do szpitala i od razu na stół operacyjny. Czuła, że jest źle, ale wydawało jej się, że nie może teraz umierać. Martwiła się o męża i sześciomiesięczną córkę. — Dulcissimo, trzymaj Ty te noże — zdążyła powiedzieć przed zapadnięciem w narkozę. Była trzecia w nocy, kiedy poczuła, że ktoś poklepuje ją w policzki. Nad nią stała zakonnica-pielęgniarka, która asystowała przy operacji. — Niech się pani obudzi, proszę się obudzić! — wołała natarczywie. — Co to takiego powiedziała pani przed operacją? To nie było świeckie słowo — zapytała, gdy pacjentka otwarła oczy. Chora wymamrotała, że Dulcissima to imię zmarłej w 1936 roku siostry zakonnej z Brzezia, którą wszyscy mieszkańcy proszą o wstawiennictwo, wierząc, że to święta. Zakonnica spojrzała wymownie na leżącą. — To był cud, że pani przeżyła — powiedziała krótko. Kiedy Marta Pokracka opuszczała szpital, chciała podziękować lekarzowi. — Niech mi pani nie dziękuje. To było coś nadprzyrodzonego — usłyszała w odpowiedzi.

Wszyscy na grób

Masywna wieża z czerwonej cegły góruje nad Brzeziem, dawniej nadodrzańską wsią, dziś dzielnicą Raciborza. Naprzeciw wejścia do kościoła stoi okazały sarkofag z kamienia. Na granitowej płycie napis: „Oblubienica Krzyża, sługa Boża S. M. Dulcissima”. Przy grobie wciąż płoną znicze. Jakaś kobieta w średnim wieku stoi zadumana, wpatrując się w sarkofag. Mężczyzna, który z nią przyszedł, mocuje się z wazonem, do którego próbuje wepchnąć przyniesiony bukiet kwiatów. Widzę łzy w oczach mężczyzny. Po chwili przychodzi dziewczynka z pobliskiej podstawówki i stoi z rękami złożonymi jak do Pierwszej Komunii. Dołączają do niej kolejne dzieci z torbami na plecach. Nieruchomieją przez chwilę, robią znak krzyża i odchodzą. Po trzech minutach przed grobem staje pochylona staruszka. Zatrzymuje się obok niej młoda kobieta. Modlą się.

— Tu prawie bez przerwy ktoś się modli. Coraz częściej przyjeżdżają z daleka, pojedynczo albo grupami, czasem autobusami, czasem na rowerach — mówi proboszcz Antoni Pieczka. — Dzięki siostrze Dulcissimie ludzie tu są wyczuleni na modlitwę. — wtóruje mu kapelan sióstr, ks. Józef Cop.

Daj im dużo, dużo

Wszystko zaczęło się wtedy, kiedy po ludzku powinno było się skończyć — 18 maja 1936 roku. Rankiem, kiedy rozdzwoniły się kościelne dzwony, siostra Dulcissima wydała ostatnie tchnienie. Choć zaledwie dwudziestosześcioletnia, dojrzała do nieba jak mało kto. W ciągu dziewięciu lat zakonnego życia przecierpiała morze męki, ale nie było w tym cierpieniu rezygnacji. Była przekonana, że Jezus prosi ją o przyjęcie pokuty za innych. Utwierdzały ją w tym przekonaniu częste wizje świętej Teresy z Lisieux, która od dzieciństwa była jej przewodniczką. W „tereskowy” sposób widziała rzeczywistość. „Wszystko jest łaską, również to, że jestem głupia. Dla świata można być głupim, ważne jest to, że u Boga jest się dzieckiem” — napisała w jednym z listów. Była dzieckiem, a dziecku Bóg niczego nie odmawia.

Wręcz zachłannie pragnęła wynagradzać za ludzkie grzechy. — Daj mi dusze, dusze, dusze! Są takie drogie, kosztują tak wiele! — dyszała nękana atakami drążącej ją choroby. — Za kapłanów, za Zgromadzenie… — powtarzała. W ostatnich tygodniach przed śmiercią wołała do siebie ludzi świeckich. — To są dusze… Muszę je też zawołać. Wszystkie powinny przyjść — tłumaczyła opiekunce, siostrze Lazarii. Krótko przed śmiercią modliła się: — Jezu, daj księdzu proboszczowi i parafii dużo… daj im dużo, Jezu, daj im dużo.

Ludzie wiedzieli, że ta młoda, zgięta od bólu, ale mimo to prawie zawsze uśmiechnięta kobieta modli się za nich. Nic dziwnego, że pogrzeb zgromadził dosłownie wszystkich mieszkańców Brzezia. Do dziś świadkowie tamtego wydarzenia wspominają, że wyglądało to raczej na wesele niż uroczystość żałobną. — Ona była przecież dzieckiem. Wtedy nie nosi się żałoby. — tłumaczył brzeski proboszcz.

Będę się opiekować

Grób siostry Dulcissimy stał się od samego początku miejscem zupełnie spontanicznego kultu. — My tam tylko ziemię dosypywałyśmy — śmieją się siostry ze zgromadzenia Maryi Niepokalanej. Trzeba było dosypywać, bo ludzie brali tę ziemię w przekonaniu o jej szczególnych właściwościach. — Jak w trzydziestym dziewiątym chłopcy szli na wojnę, to im matki robiły takie woreczki i zaszywały do nich ziemię. Wszyscy wrócili. Ale wtedy ten grób był do połowy wybrany! — opowiada Gertruda Twardowska. Ona też była świadkiem szczególnego wydarzenia, kiedy krótko po wojnie odwiedziła klasztor. Siostra Lazaria, przyjaciółka i opiekunka Dulcissimy, nie miała nic do jedzenia, a musiała nakarmić kilkanaście dziewcząt z nowicjatu. Poszła do kaplicy i zawołała w desperacji: „Dulcissimo, przecież obiecałaś, że będziesz się nami opiekować, a ja tu nie mam tym dzieciom co dać jeść!” — W tym momencie ktoś zadzwonił do drzwi. Ja otwieram, a tam elegancki pan z ogromnymi bochnami chleba — opowiada pani Gertruda. — „Miałem to tu oddać”, powiedział. Wzięłam te chleby i pobiegłam po siostrę. Wychodzimy na ganek, rozglądamy się — nikogo. Jakby się w ziemię zapadł.

Sposób na czeki

Przekonanie o sile wstawiennictwa Sługi Bożej (ten tytuł przysługuje s. Dulcissimie od czasu otwarcia przed dwoma laty procesu beatyfikacyjnego) jest powszechne.

Kunegunda Grycman pamięta siostrę Dulcissimę. Jej wstawiennictwo przez całe życie traktuje jako rzecz naturalną. — Jak ja ją za dziecka znałam, czemu by mi i dzisiaj nie pomogła? — mówi z pewnością w głosie. Podobne przekonanie podzielają przedstawiciele młodszych pokoleń. Anna Krzykała z Raciborza zachwyciła się siostrą Dulcissimą. — Mam poczucie wielkiej więzi z nią — zapewnia. Kilka lat temu, przed świętami Bożego Narodzenia, zaginęła jej książeczka czekowa. „Znalazca” mógł wyczyścić jej konto, a na każdym czeku zrobić tysiąc złotych debetu. Razem byłoby tego ponad 20 tysięcy. — Przerażona, od razu z tą sprawą zwróciłam się do siostry Dulcissimy. Modliłam się gorąco, dałam na Mszę — wspomina. — Zablokowałam konto, ale święta i tak miałam zepsute. Po świętach poszłam do banku. Tam od razu mnie wołają. „No tak, mam debet”, myślę sobie. A oni zwracają mi czeki i mówią, że przyniósł je jakiś elegancki pan z prośbą o oddanie ich właścicielce. Nie przedstawił się, nie chciał też powiedzieć, gdzie je zalazł — śmieje się pani Anna.

Dużo cię czeka

Na klasztornej werandzie siedzi wiekowa zakonnica. Z trudem unosząc głowę, spogląda na mnie łagodnymi oczyma. — To siostra Dulcissima — przedstawia mi ją jedna z sióstr. — Otrzymała to imię po śmierci Sługi Bożej — wyjaśnia, widząc moją zdziwioną minę. Przysiadam się i pytam, jak się to stało, że akurat jej przypadło to imię. — Och, ja bardzo chciałam mieć to imię — mówi z uśmiechem. — Siostrę Dulcissimę widziałam kilka razy, jeszcze przed pójściem do klasztoru. Ale kiedy tu przyszłam, ona już nie żyła, a wszyscy opowiadali, że to była taka święta zakonnica. Więc tak modliłam się, żebym dostała jej imię, że aż przełożona pytała: „Co ty tak siedzisz w tej kaplicy?”. Ale nie powiedziałam, o co się modlę. Przed obłóczynami przyjechała matka generalna. „Jakie imię chcesz przyjąć?”, zapytała. Ja jej mówię, żeby ona sama wybrała je dla mnie, to będę wiedziała, że to wola Boża. Więc ona mi mówi: „Dulcissima”. Dla mnie to był cud. Kiedy dowiedziała się o tym siostra Lazaria, wzięła mnie na bok i powiedziała: „Wiesz, że ciebie dużo czeka”.

— I stało się tak? — pytam. — Stało się tak — potwierdza siostra, ale nie wdaje się w szczegóły. — Ale jak jest ciężko, to ja zawsze mówię: „Dulcissimo, czemu zapominasz o mnie?” I ona pomaga — mówi wzruszona.

https://opoka.org.pl/biblioteka/T/TH/THO/s_dulcissima.html

www.kki.net.pl/~dulcissima/

Posted in SYLWETKI, Wspomnienia, Święci obok nas | Leave a Comment »

Świadectwo prezydenta Siemianowic Śląskich p. Rafał Piech – Wojownicy Maryi 16.11.2019

Posted by tadeo w dniu 25 listopada 2019

„Mieszkańcy pytają się mnie, skąd biorę na to pieniądze, że tyle rzeczy udało się zrobić i to w ciągu czterech lat. Myślę, że to wszystko to działanie Matki Bożej i Jezusa”.
Człowiek który postawił Pana Boga na I miejscu. Prezydent Siemianowic Śląskich w 2015 roku zawierzył miasto Niepokalanemu Sercu Maryi. Na tym jednak się nie skończyło. Oto świadectwo prezydenta Siemianowic Śląskich Rafała Piecha w trakcie Ogólnopolskiego Spotkania Wojowników Maryi – Łódź 16.11.2019

Posted in SYLWETKI, Świadectwa | Leave a Comment »

Rekolekcje ks. Dominik Chmielewski

Posted by tadeo w dniu 21 listopada 2019

Tyle ludzi, tyle wzruszeń, tyle radości, tyle łez, tyle przemyśleń, tyle słów – właśnie dobiegły końca jedne z piękniejszych rekolekcji. Teraz już po zakończeniu rekolekcji, zachęcamy do posłuchania nauk.

Rekolekcje wygłosił salezjanin i duszpasterz akademicki, ks. Dominik Chmielewski. Przyjechał do nas z Warszawy. To, że będą to wyjątkowe rekolekcje, wiadome było nawet przed rozpoczęciem rekolekcji. Otóż ks. Dominik, jadąc do nas, miał poważny wypadek na autostradzie. Samochód poszedł do kasacji, jednak rekolekcjoniście nic się nie stało. Dość powiedzieć, że wypadek wydarzył się… w godzinę Miłosierdzia Bożego. Czyżby szatan nie chciał doprowadzić do naszych rekolekcji? Na szczęście Bóg czuwał nad ks. Chmielewskim.

Pierwszego dnia rekolekcji, ks. Dominik nakreślił problemy, jakimi zajmowaliśmy się na rekolekcjach.

– Musimy wyprostować to, co w naszym życiu jest zakręcone! A często najbardziej zafiksowany jest nasz umysł. Na nas działają dwie siły: błogosławieństwa i przekleństwa. W czasie tych rekolekcji, chcemy zatrzymać się nad naszym życiem i zadać trzy pytania: czy nad naszym życiem nie ciąży jakaś forma przekleństwa? Jeśli w moim życiu jest irracjonalny lęk i strach – co zatem zrobić, żeby złamać przekleństwo? W jaki sposób wejść w piękną przestrzeń Bożego błogosławieństwa – mówił na początku rekolekcjonista.

Trzeci dzień to chęć odpowiedzenia na pytanie: jeśli coś jest w naszym życiu nie tak, to jak złamać w naszym życiu zło?

– Musimy poszukać przyczyn pojawienia się przekleństwa w naszym życiu! Nie możemy liczyć tylko na siebie, żyć według własnego widzi-mi-się – mówił ks. Chmielewski.

kliknij w obrazek lub w link:
Grzechy okultyzmu – rekolekcje ks. Dominik Chmielewski

3 konfTego dnia po mszy odbyło się piękne nabożeństwo przebłagania za grzechy. Jak przebłagać Boga za swoje grzechy, mówił ks. Dominik na początku nabożeństwa…

… później przed Najświętszym Sakramentem klęcząc lub leżąc krzyżem wierni przepraszali Boga za najgorsze grzechy swojego życia:

kliknij w obrazek lub w link:
Nabożeństwo przebłagania za grzechy – rekolekcje ks. Dominik Chmielewski

5 konf

Ostatniego dnia ks. Dominik podsumował naukę uwalniania się od przekleństwa i otwierania się na Boże błogosławieństwo

kliknij w obrazek lub w link:
Pozorujemy się na tych, kim nie jesteśmy! Dlaczego chcemy …

6konfPo mszy ks. Dominik egzorcyzmował sól, oliwę i wodę…

7konf… a później odbyło się nabożeństwo uzdrowienia, na którym nie brakowało modlitwy, skupienia, ale także i łez.

kliknij w obrazek lub w link:
Nabożeństwo uzdrowienia na zakończenie rekolekcji

8 konfAutorem wpisu jest: Tomasz Borysewicz
Za stroną: http://swietarodzina.pila.pl

*******************
Od rekolekcjonisty: modlitwy o uwolnienie

Tym, którzy chcą pogłębić nauki rekolekcyjne polecamy materiały udostępnione przez naszego rekolekcjonistę, ks. Dominika Chmielewskiego. Przecież nie wystarczy tylko słuchać rekolekcji. Trzeba Słowo Boże wprowadzać w życie.
Poniższe modlitwy są przeznaczone do realizacji procesu uwalniania od przekleństwa i otwierania się na Boże błogosławieństwo.

Kliknij i pobierz:
1) Modlitwa do codziennego odmawiania o ochronę rodziny przez Krew Jezusa
2) Modlitwa ochrony przed złem – do codziennego odmawiania
3) Modlitwa uwolnienia do indywidualnego odmawiania (przynajmniej raz w tygodniu)
4) Modlitwa uwolnienia od przekleństwa do odmówienia po spowiedzi świętej generalnej
5) Modlitwa uwolnienia rodziny (może ją odmawiać tylko kapłan nad rodziną)
6) Nowenna do Maryi rozwiązującej węzły przekleństwa
7) Rachunek sumienia przygotowujący do spowiedzi generalnej
8) Słowa Jezusa do nieustannej medytacji

„Jezu, Ty się tym zajmij! Jezus mówi do każdego z nas: Dlaczego zamartwiacie się i niepokoicie? Zostawcie mnie troskę o wasze sprawy, a wszystko się uspokoi.”

O ks. Dominiku Chmielewskim pisaliśmy już tutaj: Od medytacji zen do Różańca św. i do kapłaństwa – dzięki Królowej Pokoju. Świadectwo ks. D. Chmielewskiego


Linki do wpisów z komentarzami
1) Rekolekcje zerwania ze złem – posłuchaj i pomódl się modlitwami o uwolnienie razem z nami i z ks. Dominikiem Chmielewskim
2) Nabożeństwo uzdrowienia i uwolnienia z Wojownikiem Maryi – ks. Dominikiem Chmielewskim
3) Kolejna niespodzianka: błogosławieństwo dla nas i dla wszystkich Czytelników od księdza Dominika Chmielewskiego SDB – Wojownika Maryi

https://wobroniewiaryitradycji.wordpress.com/rekolekcje/rekolekcje-zerwania-ze-zlem-ks-dominik-chmielewski/

via Rekolekcje ks. Dominik Chmielewski

Posted in POLECAM, Religia, SYLWETKI | Leave a Comment »

Nie wolno o niej zapomnieć! Powieści Marii Rodziewiczówny tętnią polskością i powinny wrócić do kanonu lektur.

Posted by tadeo w dniu 8 listopada 2019

Posted in POLECAM, Polskie Kresy, SYLWETKI, Wspomnienia | Leave a Comment »

Gen. Stanisław Sosabowski

Posted by tadeo w dniu 19 września 2019

Obraz może zawierać: 1 osoba, uśmiecha się, zbliżenie i tekst

 

25 września 1967 roku w Hillingdon pod Londynem zmarł gen. Stanisław Sosabowski (ur. 8 maja 1892 w Stanisławowie) – działacz niepodległościowy, członek ruchu strzeleckiego i skautingu, uczestnik I wojny światowej w szeregach armii austro-węgierskiej, pułkownik dyplomowany piechoty Wojska Polskiego, 15 czerwca 1944 roku mianowany generałem brygady, organizator i dowódca 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej, z którą walczył w bitwie o Arnhem.

Urodził się i wychował w Stanisławowie, jako najstarszy z trojga rodzeństwa. Syn Władysława i Franciszki z domu Garbarskiej. Ojciec był kolejarzem. W wieku jedenastu lat stracił ojca. Brat Julian Andrzej, późniejszy podpułkownik WP, miał wówczas siedem lat, a siostra Janina – cztery. W latach 1903–1910 uczył się w siedmioklasowej cesarskiej i królewskiej Wyższej Szkole Realnej w Stanisławowie przy ulicy Sapieżyńskiej. Pomagał matce w utrzymaniu rodziny udzielając korepetycji. Jak sam pisał w swych wspomnieniach:

„nasze skromne bytowanie na granicy głodu polepszyło się nieco od chwili, gdy zarabiałem lekcjami”.

W gimnazjum brał udział w tajnych kółkach samokształceniowych. Będąc uczniem klasy piątej został przewodniczącym wszystkich kółek samokształceniowych funkcjonujących w szkole oraz członkiem tzw. „piątki” grupującej przedstawicieli pięciu stanisławowskich szkół średnich. 30 czerwca 1910 złożył maturę z odznaczeniem.

Od 1909 był członkiem Organizacji Młodzieży Niepodległościowej „Zarzewie” i Armii Polskiej. W 1910 r. kontynuował naukę w Akademii Handlowej w Krakowie, która prowadziła kursy o profilu ekonomicznym dla absolwentów szkół średnich ogólnokształcących. Na początku 1912 przerwał naukę i wrócił do Stanisławowa. W styczniu tego roku, po przemianowaniu Armii Polskiej w Polskie Drużyny Strzeleckie, został mianowany dowódcą 24. Polskiej Drużyny Strzeleckiej w Stanisławowie i awansowany na podchorążego. Był to najwyższy stopień w organizacji, w czasie pokoju. W dowodzonej przez niego drużynie służył między innymi Stanisław Lityński (we wrześniu 1939 r. szef sztabu Armii Poznań w bitwie nad Bzura). Równolegle, od 11 listopada 1911 organizował skauting. Do 1913 pełnił funkcję komendanta hufca w rodzinnym mieście. Z komendy hufca zrezygnował w następstwie konfliktu z miejscowymi władzami „Sokoła”, pod auspicjami którego organizowano skauting.

W 1913 roku został powołany do odbycia obowiązkowej służby w armii austro-węgierskiej. W sierpniu 1914, w czasie mobilizacji był kapralem w austriackim 58. pułku piechoty w Stanisławowie. Pułk w czasie pokoju wchodził w skład 30. Dywizji Piechoty XI Korpusu, a po przeprowadzeniu mobilizacji został włączony do XXII Brygady 11. Dywizji Piechoty. Na początku października, w rejonie Twierdzy Przemyśl przeszedł swój chrzest bojowy. W listopadzie jego pułk od Podgórza do rejonu Zakliczyna toczył walki odwrotowe. W styczniu 1915 pomaszerował na Górne Węgry (obecnie Słowację), gdzie w ataku na bagnety zdobył Czarną Górę. Od wiosny tego roku, w ofensywie zapoczątkowanej bitwą pod Gorlicami, maszerował wzdłuż Sanu, następnie przez Lubelszczyznę w rejon Brześcia, gdzie przeprawił się przez Bug.
15 czerwca 1915 nad rzeką Leśną został ranny w kolano z porażeniem nerwu.
„Unieruchomiło to moją prawą nogę na szereg lat, zanim odzyskałem pełną władzę”. W czasie walk na froncie awansował do stopnia starszego sierżanta. „Pierś moją pokryły wszystkie dostępne podoficerom medale za waleczność łącznie z dodatkami do żołdu (…) Z moich 250 współtowarzyszy broni, którzy wyruszyli razem ze mną w pole, …zaledwie trzech”.
Ewakuowany do szpitala w Ołomuńcu. W trakcie leczenia zawarł związek małżeński z Marią Tokarską oraz został awansowany do stopnia podporucznika. Po rehabilitacji w zakładach ortopedycznych na Morawach otrzymał przydział do Urzędu Cenzury w Złoczowie. W 1916 został przydzielony do Dowództwa XI Korpusu stacjonującego w Morawskiej Ostrawie. Tam ukończył kurs wyszkolenia archiwalnego. W styczniu 1917 urodził mu się syn Stanisław. W lutym tego roku został przeniesiony do Bozen w Dolomitach. Na początku 1918, na własną prośbę, przeniesiony został do Lublina i przydzielony do Generalnego Gubernatorstwa. W tym okresie awansował do stopnia porucznika i nawiązał kontakt z komendantem lubelskiego okręgu Polskiej Organizacji Wojskowej, Stanisławem Burhardt-Bukackim.

1 listopada 1918 r. został kierownikiem Komisji Likwidacyjnej byłego austriackiego Generalnego Gubernatorstwa w Lublinie. 15 listopada awansował do stopnia kapitana. 1 stycznia 1919 przeniesiony do Warszawy i przydzielony do Głównego Urzędu Likwidacyjnego w Ministerstwie Spraw Wojskowych. Z powodu kontuzji kolana nie brał bezpośredniego udziału w wojnie polsko-bolszewickiej i wojnie polsko-ukraińskiej. Od 1 marca 1920 do 15 marca 1921 pełnił służbę w Oddziale IV Zaopatrzenia i Komunikacji Sztabu Ministerstwa Spraw Wojskowych.

3 maja 1922 roku został zweryfikowany w stopniu majora ze starszeństwem z 1 czerwca 1919 roku i 21. lokatą w korpusie oficerów intendentów. Później został przeniesiony do korpusu oficerów piechoty. W latach 1922–1923 był słuchaczem Kursu Doszkolenia Wyższej Szkoły Wojennej w Warszawie. Z dniem 15 października 1923, po ukończeniu kursu i uzyskaniu dyplomu naukowego oficera Sztabu Generalnego, przydzielony został do Oddziału IV Sztabu Generalnego WP. 12 kwietnia 1927 awansował na podpułkownika ze starszeństwem z dniem 1 stycznia 1927 i 37. lokatą w korpusie oficerów piechoty. 23 maja 1927 został przeniesiony do 75. pułku piechoty w Królewskiej Hucie na stanowisko dowódcy II batalionu. 31 października 1927 został przesunięty na stanowisko dowódcy I batalionu 75. pp w Rybniku. 26 kwietnia 1928 został wyznaczony na stanowisko zastępcy dowódcy 3. pułku strzelców podhalańskich w Bielsku.
W grudniu 1929 został przeniesiony do Wyższej Szkoły Wojennej w Warszawie. Początkowo zajmował stanowisko wykładowcy, a od roku szkolnego 1930/1931 kierownika Katedry Operacyjnej Służby Sztabów. W 1937 objął dowództwo 9. pułku piechoty Legionów w Zamościu. Pod jego dowództwem 9. pułk piechoty Legionów zdobył nagrodę dywizyjną w strzelaniu oraz w okresie zimowym w jeździe na nartach.

Latem 1938 starszy syn pułkownika, Stanisław Janusz, wówczas podchorąży III rocznika Szkoły Podchorążych Sanitarnych uległ poważnemu wypadkowi. 8 października 1938 drugi syn, szesnastoletni Jacek Sosabowski postrzelił się śmiertelnie z pistoletu ojca. Tragedia rodzinna wstrząsnęła pułkownikiem. Został zwolniony z dowodzenia pułkiem, urlopowany i skierowany na leczenie w Sanatorium Wojskowym w Zakopanem.

21 lutego 1939 został wyznaczony na stanowisko dowódcy 21. pułku piechoty „Dzieci Warszawy” w Cytadeli Warszawskiej, a 19 marca 1939 awansował na pułkownika.

21. pułk piechoty „Dzieci Warszawy” wchodził w skład 8. Dywizji Piechoty, której dowództwo mieściło się w twierdzy Modlin. Dywizją dowodził młodszy o rok, były legionista, płk dypl. Teodor Furgalski. 23 marca 1939 marszałek Edward Śmigły-Rydz podporządkował 8. DP, pod względem operacyjnym, gen. bryg. Emilowi Przedrzymirskiemu-Krukowiczowi wyznaczonemu na dowódcę Armii „Modlin”. Zgodnie z opracowanym planem obrony 8. DP stanowić miała odwód armii.

24 sierpnia 1939 o godz. 6.00 zarządzona została mobilizacja alarmowa. Zgodnie z planem mobilizacyjnym „W” dowódca pułku był zobowiązany zakończyć mobilizację w ciągu 36 godzin. W nocy z 26 na 27 sierpnia pułk wykonał 40 kilometrowy marsz z Warszawy do Pomiechówka. Dwoma kolejnymi marszami (w nocy z 29 na 30 oraz z 30 na 31 sierpnia) pułk przemieścił się do miejscowości Ościsłowo, 14 kilometrów na południowy zachód od Ciechanowa.

2 września wraz z całą dywizją pułk został skierowany przez dowódcę Armii „Modlin” do wsparcia wojsk walczących w rejonie Mławy. Dywizja dotarła w rejon ześrodkowania o świcie 3 września. Tam 21. pp otrzymał rozkaz uderzenia na Przasnysz w celu odciążenia Mazowieckiej Brygady Kawalerii. Na skutek często zmienianych rozkazów, braku kontaktu z oddziałami dywizji, a także działań dywersantów na tyłach, 8. Dywizja Piechoty poszła w rozsypkę. Jedynie 21. pp zachował pełną zwartość. Brak kontaktu z dowództwem oraz wycofanie się pozostałych sił polskich zmusiły płk. Sosabowskiego do wydania rozkazu o odwrocie podległych mu sił w kierunku operacyjnym na Warszawę.

W nocy z 7 na 8 września pułk dotarł w rejon Modlina, gdzie wszedł w kontakt z resztkami swej dywizji. Dowódca obrony twierdzy wydał rozkaz o odtworzeniu dywizji, jednak 21. pp został przydzielony do Grupy Operacyjnej Zulaufa. Początkowo obsadzał pozycje obronne w rejonie twierdzy, jednak już po kilku dniach, wraz z całą GO, rozpoczął marsz w kierunku Warszawy.

15 września o świcie pułk dotarł wraz z Grupą Operacyjną do Warszawy i z marszu obsadził odcinek obronny wzdłuż Alei Waszyngtona na Grochowie na przedmościu praskim. Elementy pułku początkowo brały udział w odpieraniu ataków niemieckiej 10. Dywizji Piechoty Wehrmachtu. 16 września, podczas generalnego szturmu Pragi, elementy 21. pp doszczętnie rozbiły wielokrotnie silniejszy 23. pułk piechoty Wehrmachtu. Po tym sukcesie powierzono Sosabowskiemu dowództwo nad wszystkimi polskimi oddziałami w rejonie „Pododcinka Grochów”. W następnych dniach, dzięki umiejętnemu dowodzeniu, udało mu się utrzymać pozycje obronne przy stosunkowo niewielkich stratach własnych. 27 września otrzymał rozkaz przerwania ognia i zaprzestania wszelkich działań.

29 września dowódca Armii „Warszawa”, generał dywizji Juliusz Rómmel wydał „Rozkaz pożegnalny do 8. Dywizji Piechoty”, w którym stwierdził: „ze szczególnym uznaniem muszę podkreślić bohaterstwo, upór i ofiarność żołnierzy 21. pp pod dowództwem wyśmienitego dowódcy pułku płk dypl. Stanisława Sosabowskiego, który w najcięższych chwilach kryzysu bitwy w dniach 2.IX. do 6.IX. utrzymał swój pułk w ręku i razem z dyonem artylerii 8. pal osłonił odwrót całej dywizji, odchodząc krok za krokiem; skutecznie zatrzymał nieprzyjaciela i tym dał możność innym oddziałom swojej dywizji zebrania się i zajęcia stanowisk wyjściowych do dalszej walki. Działanie to razem z akcją płk Sosabowskiego na wschodnim brzegu Wisły oraz udział chlubny w obronie Warszawy jeszcze raz stwierdza, że 21. pp zwany pułkiem «Dzieci Warszawy», nie zawiódł i jest godzien tej zaszczytnej nazwy”. Tym samym rozkazem generał Rómmel nadał pułkownikowi dyplomowanemu Stanisławowi Sosabowskiemu Krzyż Srebrny Orderu Virtuti Militari „w uznaniu zasług i wykazane męstwo i ofiarność w czasie walk z Niemcami”.

Zgodnie z postanowieniami aktu kapitulacyjnego 30 września 1939, razem z synem, wyjechał samochodem z Warszawy do Żyrardowa, pierwszego etapu niewoli. W Żyrardowie, symulując chorobę, zbiegł z niewoli. W pierwszej dekadzie października 1939 powrócił do Warszawy i wstąpił do Służby Zwycięstwu Polski.

Tam otrzymał zadanie przedarcia się przez Węgry do Francji, by przekazać meldunki o sytuacji w kraju rządowi na wychodźstwie. 21 grudnia 1939, pod przybranym nazwiskiem „Emil Hełm”, przybył do Paryża. Po przyjeździe do stolicy Francji spotkał się z Naczelnym Wodzem, generałem dywizji Władysławem Sikorskim, który przydzielił go do dyspozycji generała broni Kazimierza Sosnkowskiego. W lutym 1940 został wyznaczony na stanowisko dowódcy piechoty dywizyjnej 1. Dywizji Piechoty, która 3 maja 1940 została przemianowana na 1. Dywizję Grenadierów. Następnie był słuchaczem dwumiesięcznego kursu taktyki artylerii w Mailly-le-Camp. W kwietniu 1940 został wyznaczony na stanowisko dowódcy piechoty dywizyjnej 4. Dywizji Piechoty.

W kwietniu 1940 dywizja przeniosła się do obozu w Parthenay. Tam zastał ją początek działań na froncie zachodnim. Mimo nalegań dowódców jednostki i polskiego rządu, Francja zwlekała z dostarczeniem niezbędnego zaopatrzenia. Gdy w końcu sprzęt dotarł, nie było już czasu na wyszkolenie rekrutów. Do wybuchu działań wojennych jedynie ok. 3150 żołnierzy (spośród 11 000) otrzymało broń. Wobec tego dowódca dywizji gen. bryg. Rudolf Dreszer podjął 16 czerwca decyzję o przebijaniu się jednostki w kierunku portów atlantyckich. 19 czerwca Sosabowskiemu udało się dotrzeć do portu w La Pallice, skąd wraz z 6000 żołnierzy dywizji został ewakuowany do Wielkiej Brytanii.

Natychmiast po dotarciu do Wielkiej Brytanii Sosabowski zgłosił się do polskiego sztabu, gdzie otrzymał przydział na dowódcę formującej się właśnie 4. Brygady Kadrowej Strzelców. Początkowo planowano jej przeniesienie na jakiś czas do Kanady, gdzie miała zostać uzupełniona ochotnikami spośród tamtejszej Polonii. Jednak wkrótce okazało się, że wyjazd skadrowanej brygady za ocean jest nie tylko trudny z powodów logistycznych i transportowych, ale też bezcelowy: nie było tam wystarczającej liczby Polaków.

Sosabowski postanowił ze swej brygady utworzyć pierwszą w historii Wojska Polskiego jednostkę spadochronową. Powstał ośrodek szkoleniowy w Largo House zwany „małpim gajem”, w którym prowadzono szkolenia, natomiast skoki spadochronowe odbywały się na lotnisku Ringway:

„Gdy przyjdzie chwila, jak orły zwycięskie spadniecie na wroga – mówił na ćwiczeniach w Szkocji 23 września 1941 gen. Sikorski – i przyczynicie się pierwsi do wyzwolenia naszej Ojczyzny. Jesteście odtąd Pierwszą Brygadą Spadochronową…”. Tym samym gen. Sikorski nadał brygadzie oficjalną nazwę i pozostawił ją do swej wyłącznej dyspozycji.

Hasłem brygady było „Najkrótszą drogą!”, co znaczy, że jako pierwsi powrócą do Polski tą właśnie drogą – na spadochronach. Wszyscy w brygadzie wierzyli w to głęboko, od dowódcy do najmłodszego żołnierza. Dowódcę zaś – jako znakomitego fachowca – wysoko cenili także Brytyjczycy, zwykle niechętni obcokrajowcom. We wrześniu 1943 gen. Frederick Browning, wysoki oficer brytyjskich wojsk powietrznodesantowych, złożył płk. Sosabowskiemu wręcz niezwykłą propozycję: zaproponował mu objęcie dowództwa brytyjsko-polskiej(!) dywizji spadochronowej. Brygada liczyła wówczas ok. tysiąca żołnierzy. Resztę – 11 tysięcy – mieli stanowić Brytyjczycy, a płk Sosabowski miał otrzymać automatycznie awans na generała. Sosabowski odmówił. 15 czerwca 1944 płk Sosabowski awansował do stopnia generała brygady.

W pierwszych dniach sierpnia przyszła wiadomość o wybuchu powstania w Warszawie. W brygadzie wszyscy byli gotowi do lotu nad Warszawę, jednak rozkazu do startu ze strony Brytyjczyków nie było, zarówno z przyczyn politycznych, wojskowych, jak i technicznych. Wraz z upływającymi kolejnymi dniami powstania narastała w Brygadzie atmosfera buntu, którego zarzewie w kilku kompaniach generał musiał gasić swoim autorytetem. Nie wiedział, że jego syn Stanisław Janusz Sosabowski – lekarz, porucznik AK i dowódca plutonu „Stasinek” utracił w powstańczych walkach wzrok. Brytyjczycy zagrozili rozbrojeniem brygady. Nowy Wódz Naczelny gen. Sosnkowski pod naciskiem aliantów podjął decyzję o przekazaniu 1.SBS do dyspozycji naczelnego dowództwa sprzymierzonych.

Ostatecznie Brygada wzięła udział w największej w II wojnie światowej operacji powietrznodesantowej sprzymierzonych, którą źle zaplanował i przygotował marszałek Bernard Law Montgomery, „Market Garden”. Polacy skakali pod Driel naprzeciw Arnhem, na przeciwległym, południowym brzegu Renu. Tak przewidywały rozkazy, które nakazywały też natychmiastową przeprawę, aby pójść z pomocą okrążonym Brytyjczykom. Z powodu błędnego wywiadowczego rozeznania nie zastano spodziewanego tam promu i z konieczności zdobycia innych środków przeprawowych desant odbył się dopiero z dwudniowym opóźnieniem co udaremniło efekt zaskoczenia Niemców. W istniejącej już sytuacji posłanie w bój 1. SBS nie miało właściwie sensu. Ponad półtora tysiąca polskich spadochroniarzy nie mogło już przechylić szali ani odwrócić nieuchronnej klęski.

19 września skakała pod Driel jedynie część brygady z gen. Sosabowskim, bo reszta nadleciała dopiero za trzy dni i lądowała w dość odległym Grave. Polscy spadochroniarze zdani byli tylko na broń osobistą, gdyż artyleria przeciwpancerna brygady odleciała w pierwszym dniu operacji rzutem szybowców wraz z Brytyjczykami i walczyła pod Arnhem u ich boku do końca, ponosząc ogromne straty, haubice zaś miały nadejść morzem.
Okrążeni pod Driel, odpierali niemieckie ataki i jedynie talentom dowódczym generała i wielkiej bitności żołnierzy zawdzięczać można, iż polskie kompanie jeszcze dwukrotnie forsowały Ren na zaimprowizowanych łódkach, bo istniejący tam prom został zerwany i spłynął w dół rzeki.
W ostatniej fazie bitwy – nocą z 25 na 26 września – Polacy osłaniali odwrót niedobitków brytyjskich spadochroniarzy z 1. DPD – do końca. Straty 1. SBS sięgnęły blisko 40% stanów osobowych tych oddziałów, które walczyły pod Arnhem i Driel.

Jednak „sąd” nad generałem odbył się już wcześniej, bo 24 września w Valburgu, podczas odprawy z wyższymi dowódcami brytyjskimi. gen. Sosabowski przekonywał ich, że bitwę można jeszcze wygrać, jeśli forsowanie rzeki podejmą większe siły 30. Korpusu wraz z 1. SBS, ale Brytyjczycy nie chcieli już walczyć. Uznali bitwę za przegraną i chcieli jedynie wycofać się z „twarzą”. Potrzebny był też kozioł ofiarny, którego można by obarczyć winą za niepowodzenie. Wybrali generała Sosabowskiego. Sprawa wyglądała na ukartowaną z góry. Znali jego wybuchowe usposobienie i starali się go sprowokować – co też się udało. Oburzenie polskiego generała uznano za niedopuszczalną krytykę brytyjskiego marszałka i generałów. Po powrocie brygady do Anglii gen. Sosabowski został 2 grudnia 1944 wezwany do szefa Sztabu Generalnego, gen. Stanisława Kopańskiego. Ten zakomunikował mu, że Brytyjczycy życzą sobie, aby oddał dowództwo brygady, tłumacząc to trudnościami dalszej współpracy z generałem, a nawet sugerowali osobę następcy. Pisemne odwołanie się gen. Sosabowskiego do prezydenta RP również nie odniosło skutku. Rozkazem z 27 grudnia 1944 1. SBS została odebrana jej twórcy i dowódcy, a gen. Sosabowskiego mianowano inspektorem Jednostek Etapowych i Wartowniczych. Za bitwę pod Arnhem został odznaczony jedynie Krzyżem Walecznych. Wśród swoich żołnierzy nosił przydomek „Sosab”.

W lipcu 1948 roku gen. Stanisław Sosabowski został zdemobilizowany. Miał już wtedy przy sobie ociemniałego syna wraz z żoną, których udało się ściągnąć z Polski. Pozostał na emigracji w Wielkiej Brytanii i pracował jako robotnik magazynowy w fabryce silników elektrycznych, później telewizorów. Jak sam napisał:
„przez 17 lat pracowałem w fabryce jako oficjalnie nie znany, prowadząc żywot podwójny: zwykłego robotnika przez 5 dni w tygodniu, „jako szeregowiec fabryczny” – „Stan”, oraz dostojny żywot polskiego generała, poniekąd „ojca” polskich spadochroniarzy, znanego wśród swoich i Brytyjczyków, Amerykanów i Holendrów”. Przystąpił do Koła Lwowian w Londynie.

Wraz z żołnierzami swojej Brygady był zrzeszony w Związku Polskich Spadochroniarzy i odbywał z nimi coroczne spotkania, organizowane w Instytucie im. gen. Sikorskiego w Londynie w rocznicę sformowania jednostki przy jej sztandarze. Z uwagi na chorobę serca nie przybył na spotkanie stowarzyszenia w dniu 24 września 1967. Nazajutrz zmarł na zawał serca 25 września 1967 w szpitalu w Hillingdon w wieku 75 lat. Pogrzeb odbył się 30 września 1967 w kościele św. Andrzeja Boboli w Londynie.

W roku 1969 wciąż wierni swemu dowódcy spadochroniarze generała przywieźli jego prochy do Polski, gdzie spoczęły – zgodnie z jego wolą – na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie (kwatera A19). W tym miejscu zostali pochowani także jego żona Maria (zm. 1958) i syn Stanisław Janusz (zm. 2000).

Wieczna Chwała Polskiemu Bohaterowi!

Posted in Historia, SYLWETKI, Wspomnienia, Znalezione w sieci | Leave a Comment »

“Odejdę z teatru, pójdę za Chrystusem”. Pogrzeb ks. Orzechowskiego

Posted by tadeo w dniu 8 sierpnia 2019

 

Przyjaciele, kapłani i artyści pożegnali dziś ks. Kazimierza Orzechowskiego, kapłana i aktora, duszpasterza artystów, który zmarł 4 sierpnia. Jego uroczystość pogrzebowa odbyła się w kościele sióstr wizytek na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie – tym samym, w którym dokładnie 60 lat wcześniej usłyszał wezwanie Chrystusa, by iść za Nim.

 

Uroczystej Mszy św., rozpoczętej w samo południe u sióstr wizytek przewodniczył kard. Kazimierz Nycz, metropolita warszawski. Homilię głosił o. Wiesław Dawidowski, którego zmarły kapłan był przez 20 lat kierownikiem duchowym i spowiednikiem. Swój list kondolencyjny przesłał również bp Józef Zawitkowski, wspominając Zmarłego jako swojego seminaryjnego profesora od dykcji.

Urodziłeś się nie tylko do tego, by jako aktor często zmieniać kostiumy i role oraz stać na scenie. Urodziłeś się po to, by przyjąć Ewangelię jak dziecko, szukać zagubionych, leczyć poranionych. Urodziłeś się, aby być wewnętrznie wolnym, żyć dla Boga i dla ludzi

– mówił w homilii, kierowanej bezpośrednio do zmarłego księdza-aktora o. Dawidowski.

Przypomniał najważniejsze wydarzenie w życiu ks. Orzechowskiego – 21 czerwca 1959 r., dzień gwałtownego nawrócenia tego wziętego warszawskiego aktora.

– Przypadkiem trafiłeś do kościoła wizytek na Krakowskim Przedmieściu. Na ambonie w kształcie łodzi stał wówczas ks. Bozowski, wieloletni duszpasterz huliganów. Mówił o św. Alojzym Gonzadze. Kierując palec w – jak się zdawało – centralnie w stronę stojącego pod filarem młodego aktora krzyknął: Ty też pójdziesz za Chrystusem. To, niczym strzała Bożego Słowa, przeszyło serce młodego aktora pełnią miłości. Do kościoła przyszedł aktor, wyszedł – nawrócony. Wkrótce postanowił: odejdę z teatru, pójdę za Chrystusem

– mówił dziś o. Dawidowski.

 

Dalej wspominał jego dochodzenie do kapłaństwa, zgodę kardynała Wyszyńskiego na to, by tego znanego aktora przyjąć do seminarium i potem wyświęcić na księdza. Z powodu swoistego “skandalu” jakim było w Warszawie nawrócenie bywalca salonów Kazimierza Orzechowskiego i jego pragnienie zostania księdzem, Prymas Tysiąclecia wysłał go na formację klerycką do Gniezna. W 1968 r. ten sam Prymas wyświęcił Orzechowskiego na kapłana. O. Dawidowski wspominał jego posługę jako duszpasterza środowisk twórczych i wykładowcę dykcji w warszawskim Seminarium Duchownym.

Wierzyłeś, że Pan Bóg nie potrzebuje wzniosłości i wyniosłości, ale jest blisko tych, którzy Go szukają.

 

Wspominał jego role filmowe już z czasów kapłańskich, gdy grywał… głównie księży; jego poszukiwanie własnego miejsca w Kościele po śmierci kard. Stefana Wyszyńskiego, wreszcie roczny nowicjat u augustianów, na który się zgłosił w 1995 r., zapomniawszy poprosić o zgodę swojego biskupa. –  Uznał, że skoro miał zgodę samego papieża, to biskupa już nie musi pytać. A Jan Paweł II, spytany, czy ks. Orzechowski może iść do augustianów odparł z uśmiechem: niech idzie, może się jeszcze czegoś nauczy – mówił o. Dawidowski. Przytoczył też powiedzenie zmarłego kapłana-aktora:

“W Kościele czasem łatwiej uzyskać przebaczenie, niż pozwolenie”.

To właśnie w zakonie augustianów drogi jego oraz ks. Orzechowskiego się spotkały. I chociaż ostatecznie zmarły kapłan zakonnikiem nie został – przez długie lata się przyjaźnili, a ks. Orzechowski był spowiednikiem dzisiejszego prowincjała augustianów w Polsce.

Dawidowski wspomniał na koniec najważniejszą posługę, z jaką zmarły kapłan był kojarzony: posługę kapelana Domu Aktora w Skolimowie.

– Tam znalazł dom, rodzinę i spokój serca, za czym tęsknił. Tam dostał słynną rolę księdza w serialu “Złotopolscy”, tam zaczął opowiadać swoje słynne kazania o Ziemi Świętej, tam był wsparciem dla aktorów, z którzy nieraz dzięki niemu wracali do Pana Boga. Tam zmarł, w niedzielę 4 sierpnia o świcie, we wspomnienie św. Jana Vianneya, otoczony modlitwą sióstr Obliczanek

– wspominał o. Dawidowski.

“Przyszedł po Ciebie Zmartwychwstały Pan, który sam był autorem scenariusza Twojego życia. Wziął cię za rękę i o poranku Zmartwychwstania powiódł cię na spotkanie z twoimi ukochanymi, czekającymi na spotkanie z Tobą: twoją mamą, tatą, bratem; Édith Piaf, św. Tereską z Lisieux”

– zakończył homilię kapłan.

APC - 2019.08.08 21.45 - 001.3d

 

Uroczystość zgromadziła wielu przedstawicieli środowiska aktorów i artystów scen polskich. W mowach pogrzebowych wspominali zmarłego m.in reżyser Radosław Piwowarski, aktorka Joanna Kurowska oraz Ewa Ziętek. Ta ostatnia we wzruszającym świadectwie wyznała, że to właśnie u księdza Orzechowskiego odbyła swoją spowiedź życia.

Wypowiadając się na zakończenie uroczystości kard. Kazimierz Nycz zauważył, że Ks. Orzechowski umiał połączyć w swojej jednej osobie dwie drogi, dwa powołania: aktorskie i kapłańskie.

 

Po Mszy św. pogrzebowej ciało Zmarłego zostało przewiezione i pochowane na cmentarzu w Skolimowie, gdzie spoczywa już matka ks. Kazimierza Orzechowskiego.

 

ad/Stacja7

“Odejdę z teatru, pójdę za Chrystusem”. Pogrzeb ks. Orzechowskiego

Przeczytaj także:

Monodram ks.Kazimierza Orzechowskiego o Edith Piaf

Ks. Orzechowski. Miałem dwie miłości: Edith Piaf i św. Tereskę

Doświadczenie miłości – Dziennik z podróży ks. Kazimierza Orzechowskiego (1977)

Ks. Stanisław Orzechowski o Ks. Jerzym Popiełuszce

EDITH PIAF – ks. Kazimierz Orzechowski

„Bo Ty jesteś ze mną” – reportaż o ks. Kazimierzu Orzechowskim

Kapłan i aktor – ks. Kazimierz Orzechowski

Proboszcz ze Złotopolic

Posted in Religia, SYLWETKI | Leave a Comment »

Agni Pilchowa– historia warta przypomnienia, choć w „Przyjacielu“ nie mieliśmy odwagi…

Posted by tadeo w dniu 15 Maj 2019

201104091725_agni1 []
„Agni – dziwny przybysz z zaświatów, więcej zadomowiony w świecie ducha, niż w świecie ziemskiej materii” – to jedna z opinii na temat Agnieszki Pilchowej, której historię życia i działalności opisuje historyk mgr Władysława Magiera. Poniższy materiał stanowi jeden z rozdziałów przygotowywanego drugiego tomu „Cieszyńskiego szlaku kobiet“. Niektóre historie z życia kobiet publikowaliśmy na łamach „Przyjaciela“. Ze względu na „delikatną materię“, poniższego tekstu zdecydowaliśmy się jednak nie umieszczać w naszym miesięczniku kościelnym. Z tym większą satysfakcją przedstawiam tekst poniżej – ku zbudowaniu wszystkim, co nie boją się „odsłonić klapek” z lewa i z prawa…

„… Jest to osoba o niezwykłych zdolnościach jasnowidzenia. Dziwna ta istota żyje równocześnie podwójnym życiem – na ziemi i w zaświecie. Co więcej, w świecie Ducha porusza się z wielką lekkością i swobodą… Swych zdolności jasnowidzenia nie zużytkowuje dla celów materialnych, nie lubi też patrzeć wzrokiem ducha na sprawy materialne, np. poszukiwać i znajdywać zagubione przedmioty…”. Jak widać z powyższego opisu Agnieszka Pilchowa miała swoją filozofię życiową i zasady, których trzymała się konsekwentnie. Miała wielkie serce i to potwierdzają wszyscy. Była osobą głęboko wierzącą, głoszącą chwałę miłości do Stwórcy jako lek na wszystkie nieszczęścia i zło tego świata, szanowała ludzi i nie zważając na siebie zawsze spieszyła z pomocą. Miała wielkie niebieskie oczy, sprawiające wrażenie ciągle zdziwionych. Pachniała ziołami. Bardzo lubiła śpiewać. Śpiewała wieczorami przy otwartych oknach pieśni religijne. Prowadziła przecież „normalne” życie żony i matki. Było nieraz pełne trosk związanych z wychowaniem czworga dzieci, z troską o dom, a przede wszystkim o rodzinę tak wielką – rodzinę duchową. Nie było dnia by ktoś listownie nie zwracał się do niej z prośbą o udzielenie rady w różnych cierpieniach, zarówno fizycznych jak i duchowych… Codziennie odpowiadała na wiele listów, przyjmowała chorych i potrzebujących, nie odrywając się od zajęć domowych.

Wiele można o niej napisać, ale na pewno nie to, że była zwyczajna lub przeciętna. Jasnowidz, zielarka, uzdrowicielka. Leczyła ziołami i odpowiednią dietą, ale często zdarzało się, że korzystając z daru jasnowidzenia wnikała w przeszłe wydarzenia z życia pacjenta, a nawet – jak sama twierdziła – w prawdziwe przyczyny jego chorób. Leczyła chorych fizycznie i niosła pomoc chorym na duchu. Agni P., bo taki miała pseudonim, używała swego daru, aby pomagać ludziom. Biorąc pod uwagę, że nie skończyła uczelni medycznej, jedynie szkołę podstawową, trafność jej diagnoz lekarskich była imponująca. W swych pamiętnikach pisała, że diagnozując chorego odczuwa jego fizyczne dolegliwości we własnym ciele.

Agnieszka Pilchowa z domu Wysocka urodziła się 16 grudnia 1888 r. w Zarubku, miejscowości stanowiącej dziś część Ostrawy. W jej domu rodzinnym mówiono po czesku, a dzieci chodziły do czeskiej szkoły. Jako dziecko, wskutek wstrząsu, zapadła w śpiączkę trwającą dwie doby. Jej rodzeństwo było przerażone. To co działo się z nią w tym czasie wywarło na niej ogromne wrażenie, więc zapamiętała wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. Przeżycia te były przygotowaniem do dalszej pracy. Opisuje to wydarzenie w swoich pamiętnikach: „Straciłam na chwilę świadomość. W niespełna 5 minut ocknęłam się, lecz jakież było moje zdumienie, gdy zauważyłam w mieszkaniu popłoch, bieganie i cucenie zimną wodą jakiejś dziewczyny, leżącej na łóżku; ku memu zdumieniu rozpoznałam w niej siebie samą. Widziałam wyraźnie to leżące z zamkniętymi powiekami moje ciało, a równocześnie dobrze zdawałam sobie sprawę z tego, że nie śnię, lecz stoję w pewnym oddaleniu od łóżka, stopami wcale nie dotykając podłogi… Płynęliśmy w górę. Świat ten powoli znikał mi całkiem z oczu, a tymczasem ten dobry Duch zaczął mi mówić o wiecznem życiu, o miłości Boga, o Jego nieskończonej dobroci. W związku z przyczyną, która wywołała moje omdlenie, pocieszał mię, iż Bóg jest wszędzie i że mogę się do Niego modlić na każdem miejscu… Powiedział także, że mnie nie opuści nigdy. I istotnie, minęło od tego czasu już przeszło 20 lat, a ja zawsze mogłam i mogę rozmawiać z nim kiedy tylko tego zapragnę; zawsze też pociesza mię i udziela mi potrzebnych wskazówek i rad, które w ciągu już przeszło 20 lat nie zawiodły“. Było to jedno z jej pierwszych paranormalnych doświadczeń, podczas którego, wraz ze swym Opiekunem Duchowym, którego by można też nazwać Aniołem Stróżem, odbyła podróż astralną. Opiekun przekazywał informacje przy pomocy „automatycznego pisma”. Kiedy jej ręka zaczynała drżeć, brała ołówek lub pióro i przykładała go do papieru. „… W tej chwili ręka moja zaczęła pisać. Myśli snuły się tak szybko, że pióro z trudem chwytało je na papier. Wiedziałam zawsze naprzód jakie są dwie, trzy pierwsze myśli, które mają być napisane; lecz kiedy zostały już napisane a płynęły nowe, zatracałam zupełnie pamięć poprzednich. Pisałam tak długo, aż pióro samo zostało odłożone, nieomal wypadło z ręki”. Przenosząc się do Polski słabo znała nie tylko język, ale i polską literaturę, historię. Nawet w latach późniejszych niewiele czytała, choć w domu była spora biblioteka, by „wchodząc w cudze pole myśli (…) nie zatracać bezstronności”. Jej język polski był ponoć dziwny – tak przynajmniej twierdziły osoby spoza Śląska. Z pewnością były w nim czechizmy, być może była to po prostu gwara śląsko-cieszyńska, bo trudno sobie wyobrazić, by osoba z pogranicza Śląska Cieszyńskiego i Moraw nie mówiła na co dzień „po naszymu”.

201104091725_agni2 []

Zdarzało się, że nagle zapadała w dziwny stan, była inna. Odbiegała swoim zachowaniem od reszty rodzeństwa i rówieśników zamyślając się często tak głęboko, że traciła kontakt z rzeczywistością i dosłownie stawała się nieobecna duchem. Nie reagowała wtedy na polecenia matki i odgłosy otoczenia. Zwierzała się swemu rodzeństwu z tego co widziała – wyśmiewano ją nazywając głupią. Nie pozostało jej więc nic innego jak zamknąć się w sobie i nikomu o tym nie wspominać. Wszystkie widzenia z lat dziecięcych uważała za coś w rodzaju snu, sądziła, że to samo przeżywają inni, tylko nie opowiadają o tym, podobnie jak i ona nie opowiadała nikomu o swoich wizjach. Rodzeństwo coraz bardziej odsuwało się od niej. Miała też zapewne niewielkie grono koleżanek, z których jedną zaprosiła później na druhnę podczas swojego wesela. Pisała o sobie tak: „ Ze zdolnościami jasnowidzenia jakie posiadam przyszłam już na ten świat. Gdy mam spojrzeć w świat ducha, nie potrzebuję zapadać w trans ni też używać jakichś środków pomocniczych. Z początku przymykałam oczy (…) potem już i przymykanie oczu zaczęło być zbyteczne”.

Odizolowana przez swoje „dziwactwo” od świata, nie potrafiła jednak ukryć odmiennych stanów świadomości, w których często przebywała, i być może depresji będącej skutkiem odrzucenia. Około osiemnastego roku życia trafiła w kręgi Towarzystwa Spirytystów. Wzięła udział w kilku seansach, były wtedy bardzo modne. Jako obdarzona zdolnościami jasnowidzenia widziała więcej niż inni. Na jednym ze spotkań zabrała głos, lecz nie spodobało się to innym. Uczestnicy wymusili na niej zerwanie kontaktów. Bardzo to przeżywała i postanowiła nigdy więcej nie brać udziału w seansach spirytystycznych.

Ogromny wpływ na jej dalsze losy miała wizyta u jednego z żonatych braci. Poznała tam przyszłego męża, który w pewnym sensie wymusił na niej ślub. Wspomina, że nie potrafiła się sama ubrać w białą suknię do ślubu, ale jednocześnie nie potrafiła się temu przeciwstawić: „Jeszcze w dniu ślubu drżałam z rozpaczy i mdlałam z przerażenia. Jakże iść z tym człowiekiem przez życie, kiedy taki dziwny strach miałam przed nim…“. Tak sama wspomina ten moment, ale odczucia kobiet w dniu ślubu bywają przecież różne. Została mężatką mając 21 lat.

Po ślubie często bywała w świecie ducha, tym bardziej, że wędrówka w zaświaty była dla niej od wczesnego dzieciństwa ucieczką od codzienności. Jej wizje miały często charakter symboliczny i z takich obrazów odczytywała przyszłe fakty. Zapytana pewnego dnia, w roku 1915, jak długo potrwa wojna, odpowiedziała, że do 1918 roku – nie uwierzono jej wtedy. Pisała: „Straszne jest to, co piszę. Może ktoś powie, że to wytwór bujnej fantazji. Ach, gdybym miała pisać wszystko, co podczas wojny się przesunęło przed mym wzrokiem ducha, a co potem i tak jaskrawo przejawiło się i na ziemi, to musiałabym napisać wiele grubych tomów… Bolałam bardzo na myśl o przelewie krwi i tych wszystkich strasznych cierpieniach, które ludzkość sobie nawzajem niepotrzebnie zadaje. Pytałam Opiekuna: Jak mogę pomóc ludziom?” Wtedy pojawił się z duchem wybitnego lekarza i przez trzy miesiące pobierała nauki z anatomii i medycyny. Jak sama opisuje, przed jej oczami „pojawiał się organizm ludzki, jak na ekranie w kinie. W ciągu jednego wieczoru zapełniał się ekran obrazami tylko jednej części ciała w jego różnych stanach chorobowych, przyczem przy danej części zjawiał się raz po raz cały organizm ludzki, bym dobrze mogła obserwować, w jaki sposób np. zakażenie krwi w ręce rozszerza się na cały organizm i atakuje serce. Duch zalecił: Byś jednak nie zapomniała mych wskazówek, weź ołówek do ręki i skreślij sobie moje myśli na papierze… A na końcu zapytał: Czy chcesz pomagać bliźnim? Czy nie ugniesz się pod ciężarem pracy? Czy nie ulękniesz się, gdy wydadzą na ciebie wyrok?

Zaczęła leczyć już w trzecim roku pierwszego małżeństwa. Pierwszymi pacjentami były dzieci mieszkające nieopodal, które miały wysoką temperaturę, a najmłodsze było umierające. Zaczęła robić głaski magnetyczne nad ich ciałami. Zebrało jej się na wymioty, ale po podaniu chłopcu mleka z solą to on zaczął wymiotować i reagować na otoczenie. Pozostałym dzieciom podała zmagnetyzowaną wodę (były to prawdopodobnie działania bioenergoterapeutyczne). Następnego dnia cała okolica wiedziała o uzdrowieniu. Innym razem przyjechała do niej kobieta, której lekarz chciał amputować rękę, chciała popełnić samobójstwo. W ostatniej chwili, w skrajnej rozpaczy, zdecydowała się na wizytę u niej. Agnieszka wzięła maść borową i zaczęła robić magnetyczne pociągnięcia. Maść wprawdzie nie była potrzebna, ale nie chciała by opowiadano, że czaruje. Całą siłą woli skupiła myśli na ręce i na jednym punkcie, którym powinna „wyjść nieczysta krew”. Czwartego dnia tylko pomarszczona skóra świadczyła, że było bardzo źle. Zaleciła gotowanie rumianku z jałowcem i moczenie ręki, a podczas kolejnej wizyty, po czterech dniach, zastąpienie jałowca cytryną. Przy wyjściu wręczyła jeszcze kobiecie pieniądze na zakup ziół i cytryny. To powtarzało się później często, pomagała jak mogła, dawała pieniądze na niezbędne leki. Biedna materialnie, lecz bogata duchem, nigdy nie odmówiła pomocy nikomu.

Po czterech latach małżeństwa odeszła od męża i przeniosła się wraz dwójką dzieci do matki, jednak formalne unieważnienie związku przez najwyższe władze sądowe uzyskała dopiero w roku 1917.

Kiedy było już pewne, że posiada medialne, większe niż przeciętne uzdolnienia, zaproponowano jej badania. Rozmowy przerwało wysiedlenie do Polski. Zamieszkała w Wiśle w starej szkole. Tam poznała przyszłego męża, który pochodził z Wisły. W roku 1919 wróciła na kilka miesięcy do Pragi, gdzie eksperymenty naukowców uniwersyteckich potwierdziły autentyczność jej medialnych uzdolnień. Poznała córkę prezydenta, dr Alicję Masaryk, która zachęcała ją, by napisała podanie, że pragnie zostać w Czechosłowacji. Nie zrobiła tego i wróciła na Śląsk Cieszyński. Również następnym razem odmówiła prezydentowi Masarykowi przyjęcia posady na Hradczanach, mimo że gwarantowano jej tam spokój.

201104091726_agni3 []

W Wiśle ponownie wyszła za mąż za nauczyciela Jana Pilcha. Był kierownikiem szkoły w Pszczynie i tam początkowo mieszkali. Z ich małżeństwa urodziły się dwie córki: Janka i Agnieszka. Cały czas wychowywali razem dzieci z pierwszego małżeństwa Agni: Stacha Kurletto oraz córkę Anitę. W 1931 roku małżonkowie wybudowali nową, murowaną willę, którą nazwali „Sfinks”. Piętrowa willa, posadowiona wysoko na stoku góry, posiadała kilkanaście pokoi i olbrzymią kuchnię z piecem węglowym, w której trzy razy dziennie spotykali się wszyscy mieszkańcy domu na posiłkach. Otoczona była sporym ogrodem z ławeczkami i drewutnią z czasem przerobioną na letni domek. Agnieszka mieszkała wśród ludzi, którzy z dużą życzliwością, ale zarazem z rezerwą odnosili się do jej rewelacji. Podobno była przez niektórych miejscowych uważana za czarownicę.

Jej sława przyciągnęła do Wisły wielu, m.in. w roku 1929 przeniósł się tam zajmujący się ezoteryką Jan Hadyna, zaczął wydawać „Hejnał” – Miesięcznik Wiedzy Duchowej. Później zamieszkał w „Sfinksie“ i razem z Janem i Agnieszką prowadzili wydawnictwo. Pod koniec 1933 r. przekazał „Hejnał” pod kierownictwo Agni i wyprowadził się do Krakowa. Oficjalnie administratorem pozostał jednak jej mąż. W wydawnictwie publikowano artykuły poświęcone zjawiskom paranormalnym. Tam Agnieszka opisywała swoje wizje, ukazywały się jej wspomnienia i porady lekarskie. Jako bardzo wierząca, pisała o ewangelicznych metodach leczenia. Wyjaśniała, jak bardzo zanieczyszczona jest aura ludzi palących tytoń. Zalecała regenerację organizmu poprzez sen i przebywanie na łonie przyrody. Udzielała porad czytelnikom. Bardzo dużo pisała. „W cichym kąciku swego pokoiku, zadumana, kreśliła pośpiesznie… Oczy jej otwierały się szeroko, a twarz rozpalała przedziwnym blaskiem, to znów gasły, opadały powieki, ustawało pióro w ręku i głęboko wzdychała“ – pisał jej mąż. Zużywała na to wiele sił i czasu. Jej organizm szybko się jednak regenerował. Oprócz artykułów prasowych drukiem ukazały się książki: „Życie na ziemi i w zaświecie, czyli Wędrówka dusz” – pozycja, za którą otrzymała podziękowanie od marszałka Józefa Piłsudskiego; „Spojrzenie w przyszłość” – książka nawołująca do bratania narodów słowiańskich, za którą dostała gorące podziękowania od prezydenta Czechosłowacji, T. G. Masaryka. Za dwutomową powieść osnutą na prawdziwych przeżyciach „Zmora” i „Umarli mówią” otrzymała podziękowanie od prezydenta Ignacego Mościckiego. Ukazały się też „Pamiętniki Jasnowidzącej” i „Jasnowidzenie”.

„Sfinks” był domem otwartym, miejscem do którego ludzie przychodzili po porady. Agni bowiem wykorzystując swoje zdolności magnetyczne oraz znajomość leczniczych właściwości ziół, pomogła wielu osobom. Leczenia podejmowała się bezinteresownie, a do „Sfinksa“ ciągnęły pielgrzymki. Porad regularnie udzielała nie tylko w Wiśle, ale i w Cieszynie, często wzywano ją do szpitala, do ciężkich przypadków. Przyjeżdżali do niej ludzie z całej Polski, chociaż wtedy nie było łatwo dostać się do Wisły. Pisali listy, w których błagali o pomoc. Wolała jednak, jeśli chory przyjeżdżał do niej osobiście, ale nie było to konieczne. Wystarczyło, że wzięła do ręki przedmiot tej osoby, list lub fotografię i łącząc się z tą osobą mentalnie mogła pomóc na odległość. Jeden z licznych przypadków leczenia nawet na odległość cytuje Anna Szatkowska. Opisała przypadek błyskawicznego uzdrowienia swojego brata: „Witold miał jechać do Warszawy na egzamin wstępny. W przeddzień wyjazdu pojawiła mu się na twarzy okropna egzema, z której lała się żółta ciecz i nic na to nie pomagało. Babcia, bezradna, skontaktowała się z Pilchową, która obiecała coś poradzić na odległość. Prosiła, by po południu Witold siedział spokojnie na kanapie przez dwie godziny. Wieczorem egzema przyschła, a nazajutrz nie było po niej śladu!“

Właśnie na początek lat 30-tych przypada najlepszy okres działalności Agni. Majątku jednak nigdy się nie dorobiła, pomagała przecież ludziom bezinteresownie. Zawsze miała wielkie serce. „Leczyła nie tylko bezinteresownie, ale pomagała żywnościowo i materialnie potrzebującym, nie znosiła reklamy, szumu, pieniędzy”.

Jej pacjentami byli nie tylko prości ludzie, ale też znani, np. wicewojewoda śląski dr Saloni, któremu skutecznie pomogła czy sam marszałek Piłsudski. Była kilkakrotnie zapraszana do Belwederu. Wspomina o tym zarówno wnuczka, Krystyna Frank, jak i Zofia Iłłakowiczówna. W jakim celu tam jeździła – nie wiadomo. Mogły to być problemy zdrowia Marszałka i poszukiwanie niekonwencjonalnych metod leczenia albo chęć uzyskania informacji, których nie mógł dostarczyć wywiad. Znając zamiłowanie Marszałka do ezoteryki, można przypuszczać, że wizyty te miały raczej charakter informacyjny. Pewne jest, że jeździła do Marszałka w czasie jego ostatniej choroby, prawdopodobnie uśmierzała ból wywołany dolegliwościami nowotworowymi. Mówiła, że trzymała go za rękę i może to właśnie przynosiło ulgę. Wraz z pojawieniem się jej osoby w mediach, zaczęła być sławna. Szczególny rozgłos zyskała dzięki audycjom radiowym Zofii Kossak-Szczuckiej, częstemu gościowi w „Sfinksie“. Jej sława, jak się uważa, sięgała daleko poza Wisłę, a nawet Polskę. Z Hitlerem nie spotkała się jednak nigdy, chociaż i takie były przypuszczenia.

Najbardziej znaną zapisaną wizją jest „ Przepowiednia z Tęgoborzy”, która ukazała się drukiem w dniu 27 marca 1939 r. w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym”. Jej autorstwo nie jest udowodnione, niecodzienna treść powodowała, że chciano zachować anonimowość autora. Późniejsze wypowiedzi wskazują jednak, że to właśnie Agni była jej autorką. Pewne jest tylko to, że spisana wierszem została przez literatkę Marię Szpyrkównę, jej znajomą. Ułożyła ona wierszem to, co opowiadała Agni podczas zwykłych codziennych zajęć. Podobnie powstanie „Przepowiedni…“opisuje Stanisław Hadyna, który wspomina, że w obecności Jana Hadyny i literatki Marii Szpyrkównej przedstawiła wizję w pierwszej połowie 1939 r. Przepowiednia dotyczy dziejów Polski. Jej tekst wzbudził ogromną sensację. Przekazywano ją z ust do ust, śpiewano, powielano w „podziemnych” gazetkach. O tym, jak bardzo była popularna i znana, świadczy fakt, że reżyser L. Buczkowski umieścił jej fragment w „Zakazanych piosenkach”, filmie z roku 1946. „Zdumienie ogarnia, kiedy się pomyśli, że teraz ta przepowiednia albo jest zupełnie zapomniana, albo nadal krąży potajemnie, przekazywana z rąk do rąk” – pisał Czesław Miłosz. Oto fragmenty, które można różnie interpretować:

„Gdy czarny orzeł znak krzyża splugawi,
Skrzydła rozłoży złowieszcze –
Dwa padną kraje, których nikt nie zbawi,
Siła przed prawem jest jeszcze.
Lecz czarny orzeł wejdzie na rozstaje,
Gdy oczy na wschód obróci,
Krzyżackie szerząc swoje obyczaje,
Z złamanym skrzydłem powróci.
Zaborcom nic nie zostanie.
Mazurska ziemia Polsce znów przypadnie,
A w Gdańsku port nasz powstanie.
Złamana siła mącicieli świata
Tym razem będzie na wieki.
Rękę wyciągnie brat do swego brata,
Wróg w kraj odejdzie daleki.
Trzy rzeki świata dadzą trzy korony
Pomazańcowi z Krakowa,
Cztery na krańcach sojusznicze strony
Przysięgi złożą mu słowa“.
O ile najbardziej znana przepowiednia, w której cztery ostatnie wersy mówią podobno o wyborze na papieża Polaka może być traktowana różnie, o tyle wszystkie pozostałe opisy dotyczące wojny były aż za bardzo prawdziwe. Agni cierpiała bardzo opisując to, co widziała. S. Hadyna, cytując zapiski swojego stryja Jana Hadyny, który notował jasnowidzenia Agni w roku 1934, takie oto słowa przepowiedni odnotował:

pobrane

„Widzę zadrutowane ogromne kraje, pełne nienawiści i palących się trupów. Dymy piekielnych palenisk zasłaniają niebo. Losy ludzkości się ważą. (…) Widzę swastykę toczącą się na wschód, która chce zmiażdżyć w mściwej satysfakcji niewolnicze państwo pentagramu (pentagram – gwiazda pięcioramienna). Dwaj zbrodniarze ludzkości chwycą się za bary – hordami swych niewolników i masą swej broni, a ziemia zadrży pod ich stopami“.

W roku 1934, w Wiśle, nikt jeszcze nie podejrzewał, że za kilka lat Niemcy rzeczywiście zaatakują Związek Radziecki.

Zimą 1940 roku tak opowiadała Janowi Hadynie:

„Pytałem, co będzie? Zakryła ręką oczy. Zaczęła płakać. Nie mówiła nic. Drżała. Po chwili jednak powiedziała cicho: To wszystko jest okropne. Palą ludzi w piecach. Całe pociągi. Tysiące. Dymy zakrywają niebo. Pędzą ich tysiącami przez śniegi, lasy, za druty obozów. Strzelają. Doły pełne trupów. (…) Jedni mają błyskawice na mundurach, inni czerwone gwiazdy, ale znaki są bez znaczenia. Jedni i drudzy są emanacją zła.
– Jaki będzie wynik tej wojny?
– Zło wraca złem, musi się wzajemnie pożreć.
– Wojna niemiecko-sowiecka, to nonsens. Coś się pani przywidziało! (rok 1940)
– Mówię, co widzę – powiedziała z cichym uporem. Spojrzała na mnie bezradnie swymi ogromnymi niebieskimi oczyma i powiedziała:
– Ja sama tego nie rozumiem, ale klisze astralne mówią o strasznej wojnie właśnie między tymi dwoma państwami, spod znaku swastyki i czerwonej gwiazdy. Będą miliony ofiar.
Na stole leżał „Völkischer Beobachter” z fotografią Bramy Brandenburskiej na pierwszej stronie. Wpatrywała się w tę stronę intensywnie, dotknęła jej palcem, potem przysłoniła oczy i zmienionym głosem znów zaczęła mówić:
– Widzę żołnierzy z czerwonymi gwiazdami na czapkach, którzy wieszają na szczycie kolumnowej bramy czerwony sztandar… Wszędzie gruzy, zniszczenie, dym, białe prześcieradła zwisają z okien, żołnierze sowieccy wbiegają na schody jakiegoś gmachu, piszą coś po rosyjsku na ścianach…
– A Polska? – zapytałem.
– Widzę polską flagę na wysokiej kolumnie za tą bramą… Nie wiem jak się ta kolumna nazywa. Stoi na tej samej alei co brama, ale dalej…
– I to koniec wojny?
Pokręciła głową.
– Nie. Widzę wielką mapę sztabową, widzę wbite szpilkami chorągiewki… Tak, oni… To jest wojna… Amerykańskie i japońskie. Tak… – powtórzyła i jakby chciała coś bliżej dojrzeć, z zamkniętymi oczyma pochyliła się nad stołem, jakby tam właśnie leżała ta mapa sztabowa. Ale na stole prócz obrusa nic nie było.
– Nie rozumiem co to jest? Coś okropnego… Jakiś straszliwy grzyb zrodzony z chmur oślepiających, rośnie pod niebo. Gdzie to jest? Co to jest?… O, Boże… – jęknęła i nagle otwarła szeroko oczy, jakby uciekając od tego widoku“.
Jak widać z powyższego dialogu, Agni przewidziała nie tylko zdobycie Berlina, ale i zrzucenie bomb atomowych. Z perspektywy czasu wiemy, że wizje te były bardzo trafne, jednak dla współczesnych bywały kontrowersyjne. Wtedy nawet niektórzy ludzie zaczęli twierdzić, że jej zdolności zaczęły słabnąć.

Z wizji dotyczących przyszłości, w negatywnym świetle stawiała rozwój wielkich aglomeracji miejskich, gdzie wraz ze wzrostem liczby ludności widziała wzrastającą agresję, ludzi społecznie złych, gdzie gloryfikowany był gwałt i przemoc. Mówiła, że ludzkość gorączkowo rzuci się do pracy w celu podniesienia swego dobrobytu. Będzie budować olbrzymie mosty, kanały, drogi komunikacyjne, zakładać wielkie osady, ogrody warzywne, osuszać bagniska, nawadniać pustynie i w niedalekim czasie sztucznie wywoływać chmury w atmosferze i deszcz, a także je rozpraszać. Przeróżne wynalazki praktyczne umożliwią gospodyniom łatwiejsze prowadzenie gospodarstwa domowego. Dzieci będą badane pod kątem swoich zdolności i w tym kierunku będą kształcone. Nie będzie zadymionych miast, zatruwających swych mieszkańców, ponieważ będą istniały urządzenia odświeżające powietrze w lokalach publicznych i mieszkaniach prywatnych. Na szeroką skalę zakrojone również będą prace nad wykorzystaniem energii słonecznej za pomocą zwierciadeł wklęsłych. Agni twierdziła, że wizje te zaczną stopniowo spełniać się jeszcze przed rokiem 2000. „Zanim jednak nastanie w pełni złoty wiek ludzkości, przeżyje ziemia nasza niejeden kataklizm… Zaburzenia atmosferyczne i wstrząsy wulkaniczne zrobią nam jeszcze niejedną niespodziankę, podobnież i zaburzenia polityczne w różnych państwach”.

W czasie wojny wszelka działalność literacka została oczywiście przerwana. Część książek udało się ukryć, uważano bowiem w domu Pilchów, że jest to najcenniejsza rzecz, jaką posiadają. Z domu furmankami wywieziono jednak sporą część wyposażenia. Oto fragment listu córki Janki do siostry Agnieszki:

„To była częsta scena w czasie drugiej wojny światowej: moja matka nagle przerywała to, co robiła, zamykała oczy i mówiła: Iksiński tu jest. Właśnie zmarł. Napisz do jego rodziny. I dalej następowały szczegóły dotyczące okoliczności śmierci i miejsca, w którym znajdowało się ciało. Większość tych ludzi była czytelnikami naszego pisma, znanymi lub nieznanymi, którzy widzieli w nim pośrednika miedzy tymi dwoma światami. Kiedy umierali z dala od swojego domu, zawsze zjawiali się u mojej matki, aby przekazać ostatnią wiadomość. Dom wydawał się ich pełen. W salonie – gdzie za życia zwykle radzili się mojej mamy – nie można już było usiąść w fotelu, nie czując przy tym czyjejś obecności. Ciągnęli mnie za warkocze, powietrze zdawało się być pełne szeptów, więc przyzwyczaiłam się zawsze mówić: „Dzień dobry“ i „Dobry wieczór“ pustemu salonowi. Na ich prośbę napisałam wiele listów”.

Ostatni „rozdział“ życia rodziny Pilchów opisuje mąż Agnieszki, Jan Pilch:

„Przybrany syn Stanisław Kurletto, działacz AK na Śląsku, zorganizował przerzut przez granicę Generalnej Guberni. W ustalonym dniu, 27 listopada 1943 r. wcześnie rano pojechali do Frydku na Zaolzie, aby u brata zdeponować trochę swego dorobku. Kiedy wrócili do Wisły o godz. 16:00 na dworcu czekało na nich gestapo. Zostali aresztowani i wywiezieni do Cieszyna, a w dniu 24 grudnia 1943 roku przewiezieni do Mysłowic. Stamtąd w kwietniu 1944 r. żonę wywieziono do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, mnie do obozu Sachsenhausen. Kilka tygodni później aresztowano ukrywającą się córkę Jankę. Trzymano nas miesiąc w Cieszynie. Czy Agni, jako jasnowidząca, wiedziała co ją spotka? Już kilka tygodni przed śmiercią zapowiedziała wobec innych więźniarek swoje „wyzwolenie” na dzień 4 stycznia 1945 r. Wtedy, w ostatniej obozowej egzekucji, została rozstrzelana“.

Dlaczego została aresztowana? Oskarżono ją o przemycanie broni partyzantom. Przekazywała im jednak tylko albo aż kartki żywnościowe, zostawiała je w umówionym miejscu pod kamieniem. Wśród walczących był przecież jej syn Stanisław. Mąż po przesłuchaniu mógł zostać zwolniony, ale nie opuścił żony, poszedł z nią do więzienia. Uważał, że jest z żoną na dobre i na złe, zgodnie z małżeńską przysięgą, i nie może jej zostawić w tragicznej chwili. Przeżył wojnę, dzieci również. Jeszcze długo po zakończeniu działań wojennych jej szukał.

Syn Stach wyjechał zaraz po wojnie do Anglii, a stamtąd do Brazylii, gdzie założył rodzinę. Był bardzo uzdolniony plastycznie, malował. Janka po powrocie z obozu pracowała w Katowicach jako dziennikarka. Później wjechała do Brazylii i tam wyszła za mąż. Zawsze pisała wiersze i opowiadania, już jako młoda osoba współpracowała z „Hejnałem”, była bardzo uzdolniona. Najstarsza córka Anna, którą nazywano często Anita, wyszła za mąż za pastora Franka i przeniosła się do domu parafialnego w centrum Wisły. Przy niej do końca mieszkał mąż Agni. Najmłodsza córka, Agnieszka, wyszła za mąż i zamieszkała w Warszawie. Willę „Sfinks” sprzedano w 1985 r. jednemu z mikołowskich zakładów pracy jako pensjonat.

Paranormalne właściwości Agnieszki Pilchowej i jej dokonania są może nie całkiem zrozumiałe dla „przeciętnego śmiertelnika”, ale są potwierdzone przez wielu naocznych świadków oraz opisane w literaturze. Można jeszcze dodać, że wszyscy pamiętali jej „ogromne jasnoniebieskie oczy, które w momencie wizji stawały się jeszcze bardziej niebieskie”, Anna Szatkowska zaś tak ją wspomina: „Była to osoba bezpośrednia, energiczna, raczej okrągła”.

Na pewno była wyjątkowa, choć nigdy nie zabiegała o popularność, a zyskiwała ją dzięki pracy wykonywanej z wielkim entuzjazmem i zaangażowaniem.

http://www.sucha.cz/rservice.php?akce=tisk&cisloclanku=2011040005

Przeczytaj także:

Pamiętniki jasnowidzące z wędrówki życiowej poprzez wieki

Niepokalane Poczęcie

A_Pilchowa_Zycie_na_ziemi_i_w_zaswiecie_cz1.pdf

 

 

Posted in SYLWETKI, Znalezione w sieci, Świadectwa | Leave a Comment »

Ksiądz Józef Aszkiełowicz

Posted by tadeo w dniu 19 marca 2019

Posted in Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, SYLWETKI | Leave a Comment »

Muzeum ks. prałata Józefa Obrembskiego.

Posted by tadeo w dniu 19 marca 2019

 

Dzień Patrona czyli interaktywna wycieczka na żywo po Muzeum ks. prałata Józefa Obrembskiego.

Posted in Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Religia, SYLWETKI, ZASŁUŻENI WILNIANIE | Leave a Comment »

Świat wołający o nasze i Boże miłosierdzie

Posted by tadeo w dniu 25 października 2018

Konflikt na wschodniej Ukrainie trwa już dłużej niż działania wojenne II wojny światowej na tych terenach. Dwaj biznesmeni z Sądecczyzny pojechali do Zaporoża, prawie milionowego miasta. – Kiedyś jego prawobrzeżna część nad rzeką Dniepr była najdalej na wschód wysuniętą częścią Rzeczypospolitej. Niedaleko znajdują się szczątki twierdzy Kudak, wzniesionej przez hetmana Stanisława Koniecpolskiego w 1635 r. – opowiada pan Franciszek.

W historię i rozwój tego miasta do dnia dzisiejszego wpisanych jest wielu Polaków, nową kartę otworzył tu ks. bp Jan Sobiło. Przybył do Zaporoża jako zwykły kapłan w 1993 r., i zamieszkał kątem w mieszkaniu na ósmym piętrze, u jednej z rodzin. Zjednał sobie przychylność miejscowych ludzi i władz. Dzięki nim uzyskał od miasta działkę, na której wybudował konkatedrę pw. Boga Ojca Miłosiernego. Jest to druga na świecie (po Rzymie) świątynia pod wezwaniem Boga Ojca. Znajduje się ona na ternie przyfrontowym. Dlatego papież Franciszek pozostawił tam Bramę Miłosierdzia, aby żołnierze i inni przekraczali próg Bożego miłosierdzia.

Grób nieznanego z imienia i nazwiska żołnierza

Miłosierdzia Bożego bardzo potrzeba temu miastu i Ukrainie. Na przedmieściach znajduje się cmentarz, na którym pochowani są bezimienni żołnierze. Ich DNA zdeponowane jest w miejskim obiekcie. Od czterech lat próbki leżą i czekają, aż ktoś z rodziny odważy się przyjechać i poddać identyfikacji. Wielu krewnych woli wierzyć, że wydarzy się cud i syn, brat, ojciec, wrócą cali i zdrowi.

Chrześcijańska Służba Ratunkowa działa od trzech lat na linii frontu. Andrij Ćmilenko organizuje w ramach tej służby wolontariuszy działających na terenach frontowych, na których mieszka około 30 tys. ludzi w 30 wsiach. Po raz drugi dzięki biskupowi Janowi Sobile udało się zorganizować grupę hiszpańskich chirurgów, którzy od rana do prawie północy operowali żołnierzy i osoby z terenu frontowego.

 

 

Chybotliwy stół operacyjny i nagłe zaniki energii elektrycznej podczas operacji to tylko niektóre problemy podczas ich pracy. Pośród madryckich lekarzy znalazła się pani doktor Hanna Chrzanowska. Urodzona w Australii, od 25 lat pracuje w Madrycie. Na pytanie o zbieżność nazwisk z krakowską błogosławioną mówi: „Czuję ciągle jej pomoc, pracujemy razem podczas operacji w tym szpitalu”. Kiedy lekarze pracują na bloku operacyjnym, inny Hiszpan, Pablo Escriva de Romani, kapłan diecezji Madryt, na zapleczu szpitala wspiera ich modlitwą. Na salach szpitalnych celebruje Mszę św. dla chorych.

Dr Santi z pacjentką

Na terenie objętym wojną znalazł się z potrzeby serca. Za zgodą swojego biskupa przyjechał tutaj, głosząc rekolekcje dla kapłanów i świeckich oraz celebrując Msze św. w wojennym szpitalu. Na pewno towarzyszą mu w misji na Ukrainie św. Ignacy Loyola i św. Elżbieta Aragońska, z którymi jest spokrewniony.

Zaporoski szpital z kompletnej ruiny podniosła kobieta, dr. Olga Michajłowna, naczelnik szpitala. Pamięta czasy komunizmu, ikonę wiszącą u babci. Trochę się jej bała, bo podczas psot babcia napominała, że Bóg wszystko widzi. Podczas studiów medycznych widziała, jak przed operacją chirurdzy się modlili. Widać, że Bóg Rusi i ludzie Boga na Rusi, mimo komunizmu, nigdy nie opuścili.

W gabinecie pani doktor Olgi wisi ikona św. Mikołaja Cudotwórcy, z którym, jak mówi, ma bardzo dobre relacje. Potwierdzają to fotografie totalnie zdewastowanego szpitala, jaki zastała przy objęciu stanowiska naczelnika. Jak nam opowiedziała, szczególnie ujęła ją postać Matki Bożej z Medjugorie. Zdjęcie pani naczelnik z figurką Maryi obiegło kiedyś wszystkie media na Ukrainie. – Bardzo mi się spodobała, poczułam w niej taką prawdziwą matkę – mówi. Pani Olga jest osobą prawosławną, otwartą na wszystkich ludzi. Widać to po poszczególnych odnowionych salach szpitalnych. Jedną z nich wyremontowały osoby z Kościoła pentakostalnego. Inne sprzęty, remonty pochodzą od Kościołów innych wyznań. Karetkę zafundował Swiatosław Bakarczuk, ukraińska gwiazda muzyczna. Wielkie serca widać u zwykłych ludzi, którzy zamiast swojego mieszkania, wyremontowali części szpitala.

Dr Michajłowna opowiada o szpitalu

W sobotę i niedzielę w konkatedrze Boga Ojca Miłosiernego wierni trwali na modlitwie. Przywoływali wstawiennictwa ojca Józefa Andrasza, urodzonego i wychowanego w naszej diecezji. Apelowano, aby wierni jak apostołowie szli do swoich prawosławnych sąsiadów, przyjaciół, prosząc ich o modlitwę za swoich kapłanów. Aby towarzyszył im dobry Boży Duch, aby uchronił ich od wszechukraińskiego nowego konfliktu. Cerkiew Prawosławna na tych terenach jest prawie cała pod patriarchatem moskiewskim.

Biskup Jan Sobiło wpisał prywatny kult ojca Andrasza w charakter i duchowość konkatedry Boga Ojca Miłosiernego. Ojciec Andrasz, pracując przed wojną w kościele jezuickim św. Piotra i Pawła we Lwowie, prowadził Sodalicję Mariańską dla chłopców. Z tej formacji korzystał i wyrósł Henryk Mossing, wybitny epidemiolog, legendarny, potajemny lekarz czasów komunizmu. Po zmianie granic w 1945 r., mimo że był Polakiem, pozostał we Lwowie, służąc jako lekarz, a potem jako ksiądz ludowi ukraińskiemu.

Ks. biskup Sobiło znał ks. Mossinga, popularnie nazywanego „atiec Pawieł”. Inni kapłani opowiadali ks. biskupowi o tym, że komuniści wiedzieli o potajemnej służbie kapłańskiej dr. prof. Mossinga. Nic mu jednak nie zrobili, bo wielu komunistów i ich rodziny wyleczył.

Zaporoże w dalszym ciągu potrzebuje naszych aktów Bożego miłosierdzia – czynem, słowem, modlitwą. Najprościej ofiary pieniężne przekazać przez polskiego księdza. Trafią tam, gdzie ich najbardziej potrzeba. Ks.Tomasz Nadbereżny jest kapłanem diecezji charkowsko-zaporoskiej, posługuje jako proboszcz w Melitopolu, 100 km na południe od Zaporoża. Pochodzi ze Stalowej Woli. Dane udostępnione zostały za jego zgodą.

nr konta PLN: 93 1140 2017 0000 4302 0889 2566 Tomasz Nadbereżny; 37-450 Stalowa Wola

https://tarnow.gosc.pl/doc/5102787.Swiat-wolajacy-o-nasze-i-Boze-milosierdzie

Posted in Miłosierdzie Boże, SYLWETKI | Leave a Comment »

Epitafium

Posted by tadeo w dniu 15 października 2018

Rodzina kardynała Stefana  Wyszyńskiego ma swe korzenie na Podlasiu. Samo nazwisko pochodzi od miejscowości Wyszki k. Bielska Podlaskiego. Przodkowie Prymasa Tysiąclecia, należą do najstarszej generacji szlachty podlaskiej zamieszkującej te ziemie już od 1444 r. Dlatego też od XV w. Wyszyńscy, figurują w Księgach ziemskich i grodzkich podlaskich. Nazwisko to pojawia się również w XVI wiecznych dokumentach Konsystorza diecezji Łuckiej . W drugiej połowie XIX w. dziadek Prymasa Tysiąclecia – Piotr, za swoją działalność w obronie unitów, musiał opuścić Podlasie. Nabył wtedy posiadłość rolną nad Liwcem na terenie parafii Kamieńczyk i osiadł tu, nie mając prawa powrotu do stron rodzinnych.

kard_Wyszynski032

 

Znalezione obrazy dla zapytania grob dziadków Prymasa Tysiąclecia

 

e588ac0aca52fe5f13728f6237e2b793,750,0,0,0

Takie epitafium znajduje na grobie dziadków Prymasa Tysiąclecia sługi Bożego Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Kamieńczyku nad Bugiem.

Posted in SYLWETKI, Znalezione w sieci | Otagowane: | Leave a Comment »

VIOLETTA VILLAS: OTO CAŁA PRAWDA O JEJ ŻYCIU W STANACH!

Posted by tadeo w dniu 17 czerwca 2018

Violetta Villas (+73 l.) w mogła zrobić światową karierę na miarę Poli Negri. Dlaczego nie potrafiła wykorzystać swojej szansy?

Chciała podbić Amerykę i była krok od celu. Uwielbiano ją w Las Vegas, choć wyśmiewano w Warszawie. Chodziła w futrach z norek i kochała bezpańskie psy.

Na scenie epatowała seksem, a w garderobie odmawiała różaniec. Miała poprawiony biust, nos i włosy, a co było prawdziwe, nie wiedziała nawet ona sama.

Chociaż to spora przesada. Prawdziwy był jej głos. Fascynujący, niepowtarzalny, o ogromnej skali. Nie każda gwiazda opery dostała taki prezent od Boga.

Droga Violetty Villas do USA wiodła przez Paryż. W 1965 r. Pagart wysłał ją do Casino de Paris. Jej wykonanie „Ave Maria” wprawiło jurorów w ekstazę, a kryształy nad ich głowami w wibracje.

„Patrzyli to na mnie, to na żyrandol” – mówiła.

Gdy rok później amerykański reżyser Frederick Apcar miał przenieść formułę Casino do Las Vegas, ktoś wspomniał o jej czterooktawowym głosie.

Zostawiła w Polsce 10-letniego syna z nianią i w 1966 r. wylądowała w Las Vegas. Z lotniska zabrała ją limuzyna, w hotelu Dunes dostała pokój na 21. piętrze.

Z okna obserwowała miasto aż po pustynię, a przede wszystkim neon ze swoim nazwiskiem. Ruszyły przygotowania do show. Musiała się nauczyć, jak w rytmie schodzić ze stuosobowym baletem po wielkich schodach i lekko poruszać się w ciężkiej sukni z brylantami i boa.

Sztab specjalistów zmieniał zahukaną dziewczynę w gwiazdę. Ktoś jej też pokazał, jak znaleźć siłę na występy 2-3 razy dziennie i jak się po nich wyciszyć.

W listach pisała o środkach nasennych, ale było coś jeszcze.

„Przerobili ją” – mówił pozostawiony w kraju jej ukochany Janusz Ekiert.

Szybko nauczyła się roli księżniczki. Doklejała coraz dłuższe rzęsy, loki sięgały jej niemal do kolan. Zoperowała sobie piersi. Miała być tłem dla francuskiej artystki Line Renaud, ale stała się gwiazdą spektaklu. Śpiewała „O sole mio”, arię z „Traviaty”, „Strangers in the Night”.

Owacje, kwiaty, zachwyty. Na scenę wjeżdżała żółtym jaguarem z odkrytym dachem. Jej pensja wzrosła do tysiąca dolarów na tydzień.

Niebotyczna suma dla dziewczyny z PRL, niewielka dla gwiazdy rewii: mniej znani wykonawcy zarabiali 25 razy więcej. Ją jednak i taki sukces przytłoczył.

Według dziennikarza i znawcy rynku muzycznego Bogusława Kaczyńskiego była jedyną Polką poza Polą Negri, która miała szansę na wielką międzynarodową karierę.

„Niestety, Czesława Gospodarek, bo tak się naprawdę nazywała, nie udźwignęła sławy Violetty Villas” – stwierdził.

Unikała ludzi, po występach wracała do apartamentu, gdzie czekały na nią dwa pudle. Tylko do nich mogła mówić po polsku. Czuła się bardzo samotna. Nie prowadziła życia towarzyskiego.

Kosztownych prezentów nie uznawała, ponoć nie przyjęła luksusowego auta jaguara od jednego z adoratorów.

Dni w Las Vegas były jednakowe: pobudka w południe, makijaż, fryzura, suknia, show. Miała zmienne humory, napady wściekłości. Ujście im dawała w listach do Ekierta. Oskarżała go, że ją opuścił.

Nie przyznał, że się ożenił, a i bez tego miała złamane serce. Z samotności wpadła w bigoterię. Poznała polonijnego księdza, który utrwalał w niej ludową pobożność.

Ona zmienia ją w religijność sceniczną: były świecące ołtarzyki, łańcuszek z krzyżykiem w dekolcie. Występy były jak modlitwa, w garderobie ustawiała kaplicę, leżała krzyżem, po występach klęczała na gwoździach.

Po roku odwiedził ją syn Krzyś. Przyleciał sam, z kartką na plecach: „Nie znam angielskiego”.

Gdy ujrzał Violettę na sali prób, krzyknął: „Mamusiu kochana, przywiozłem ci chleb i kiełbasę!”.

Włóczył się sam po Las Vegas. Matka pracowała, czasem zabierała go do sklepu. A po wylocie Krzysia znów została sama.

Nie słuchała żadnych rad

Kariera szła świetnie, ale Villas sobie nie radziła. Często prosiła o radę polski konsulat w Chicago. Pytała, czy może udzielić wywiadu Wolnej Europie, choć odpowiedź była oczywista.

Według pracownika IPN zachowywała się jak działaczka partyjna. Polska była jej miłością. W kraju nosiła kowbojski kapelusz i mówiła z akcentem, za granicą poprawiała konferansjerów, gdy zapowiadali ją jako gwiazdę z Paryża.

PRL to była jej ojczyzna, innej Polski nie znała. Nic dziwnego, że zainteresowały się nią służby. Sama weszła im w łapy.

W 1968 r. załatwiła papiery, by święta spędzić w Polsce, bo jej matka była umierająca. Konsul, współpracownik polskiego wywiadu, zaprosił ją na kolację.

Violetcie zależało na paszporcie z prawem wielokrotnego przekraczania granicy. Konsul polecił jej warszawskiego kolegę. Ten ujrzał w niej świetną wtyczkę, a Villas zgodziła się na współpracę jako „Gabriella”.

Hasło brzmiało: „Czy lubi pani Brahmsa?”, odzew: „Tak, ale wolę Chopina”. Oficerowie szybko jednak zorientowali się, że nie będzie Matą Hari.

Załatwiała sprawy osobiste i unikała telefonów. Udawała własną gosposię, mówiąc: „Pani nie ma w domu”.

Cierpliwość agentów się skończyła, gdy doniosła na nich milicji: „Jacyś panowie mnie nękają!”.

Potem mówiła, że SB złamała jej karierę. Dużo zmyślała. Pewnie wierzyła w hollywoodzką karierę, odrzuconą z braku czasu. Twierdziła, że Wajda sfilmuje jej biografię.

„Była ofiarą własnej wyobraźni i rozbijała sobie głowę o rzeczywistość” – mówił Ekiert.

Między Polską a USA krążyła do 1971 r., potem wróciła na dłużej. Według Jerzego Gruzy świetnie wyglądała. Dla jednych: symbol zachodniego sukcesu, dla większości – ofiara własnej kreacji.

Ale sale zapełniała po brzegi. Pisała sobie piosenki, dobierała muzykę, projektowała fryzurysuknie.

W USA luka po niej się zapełniła i wkrótce śpiewać mogła tylko dla Polonii, choć ponoć o jej występ w latach 80. prosił George Bush. Z Teatrem Syrena wróciła do USA, śpiewała m.in. w Carnegie Hall, na Broadwayu.

Dobiegała pięćdziesiątki i znów była na szczycie. W dodatku zakochana. Teda Kowalczyka, polonijnego biznesmena, poznała w restauracji.

Przysłał kosz róż i zaproszenie na kolację. Ślub wzięli w Trzech Króli 1988 r. Miał kosztować 300 tys. dolarów. Kasetę wideo można było kupić za 80 dolarów, wysyłka pocztą. To był pierwszy i chyba najlepszy interes, jaki Ted ubił na ożenku.

Drugą część ślubu planowano w Polsce. Welon Villas po placu Zamkowym miało nieść 400 dzieci. Krewny gwiazdy przestrzegał pana młodego, że to związek najwyżej na kilka miesięcy. Violetta ujrzała w Tedzie protektora, impresaria. Miał lokale, miliony (głównie w kredytach).

Miała występować na scenie w jego restauracji Orbit w odpowiedniej oprawie. On chciał, by śpiewała do kotleta albo… sprzedawała pierogi. Zaczęły się wzajemne oskarżenia, także w prasie. Miarka się przebrała, gdy Ted kazał rzekomo zabić szopy, które ona dokarmiała. W innej wersji zabił je sam. Albo ukręcił łeb białemu kocięciu.

„Gdzieżby ja, panie, zamordował szopa!” – żalił się Ted.

Dość, że Villas wróciła do Polski. Nie do ludzi. Otoczyła się zwierzętami. I z nimi spędziła resztę życia.

***

Czytaj więcej na https://www.pomponik.pl/plotki/news-violetta-villas-oto-cala-prawda-o-jej-zyciu-w-stanach,nId,2593363#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome

Posted in SYLWETKI | Leave a Comment »

Nadworna malarka Ostrobramskiej

Posted by tadeo w dniu 24 lutego 2018

Znalezione obrazy dla zapytania krepsztul anna

.

Malarka ludowa, którą nazywano „malarką nadworną Pani Ostrobramskiej” odeszła na zawsze 2007 roku. O sobie pisała: „Zapuściłam korzenie w sławnym narodzie, w posiadłości Pana i jego dziedzictwie”. Te korzenie potrafiły ukierunkować jej twórczość na służbę Bogu i temu, co ją otaczało: najbliższym osobom, przyrodzie ojczystej, pięknu, które było obok i które starała się widzieć w ludziach i świecie. Dzięki swojej twórczości i mocy ducha jest znana nie tylko na Wileńszczyźnie, w Wilnie, ale też w Polsce i szerokim świecie.

Anna Krepsztul pochodzi z rodziny nauczycielskiej. Dużo czytała, marzyła o studiach. Niestety, wszystkie plany zostały przekreślone przez ciężką chorobę. Została poddana niezwykłej próbie: doznała ponad 70 złamań kości. Po śmierci rodziców, usamodzielnieniu się rodzeństwa potrafiła dawać sobie radę z codziennym życiem dzięki umiejętnie wykonanym przez brata urządzeniom, sile ducha i opiece młodszej siostry, nauczycielki Danuty Mołoczko.

Uwięziona w wózku inwalidzkim nie oddzieliła się ścianą od świata – odwiedzało ją mnóstwo ludzi, których, pomimo swojej choroby, potrafiła podtrzymywać na duchu. Od dzieciństwa lubiła rysować i to właśnie pędzel i farby stały się jej ratunkiem przed chorobą, pasją, której się oddawała nie bacząc na cierpienie. Już jako szesnastoletnia dziewczynka wystawiała swoje obrazy. W roku 1985 przyznano jej tytuł twórczyni ludowej, a jej prace wędrują w świat: do wileńskich szkół, kościołów, do Polski, Kanady, Stanów Zjednoczonych dzięki zaangażowaniu i pomocy życzliwych ludzi, wśród których byli księża Józef Aszkiełowicz i Dariusz Stańczyk. Namalowany przez Annę Krepsztul obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej wraz z pielgrzymami z Wileńszczyzny trafił do naszego Wielkiego Rodaka Jana Pawła II. Otrzymała od Ojca Świętego własnoręcznie napisane podziękowanie wraz z błogosławieństwem. Zaś wyhaftowany przez nią obraz Matki Boskiej Bolesnej został wręczony Ojcu Świętemu podczas jego pobytu w Wilnie. Malarka, niestety, nie mogła być obecna na spotkaniu z papieżem w kościele pw. Ducha Świętego w Wilnie z powodu złamania kręgosłupa.
Dzięki sile charakteru i ducha, głębokiej wierze potrafiła wytrwać w najcięższych chwilach życia i tworzyć – zostawiła po sobie kilka tysięcy prac. O swoim malowaniu tak pisała: „Chcę zostawić po sobie dużo obrazów, niech to będzie moim pomnikiem. Pan Bóg mnie prowadził przez te nieszczęścia do malowania, żebym tę iskrę duszy przekazała ludziom”.

http://zpl.lt/2015/02/pamieci-nadwornej-malarki-pani-ostrobramskiej/

Przeczytaj także: 

Dźwig Pani Ani

Zobacz:

Posted in Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, SYLWETKI, ZASŁUŻENI WILNIANIE | 1 Comment »

Aktorka Katarzyna Łaniewska zdradza straszną prawdę o swojej rodzinie podczas wojny.

Posted by tadeo w dniu 16 lutego 2018

Znana aktorka zdradza straszną prawdę o swojej rodzinie podczas wojny. Jej słowa mówią wszystko o obecnym zakłamaniu historii. ,,Największą pretensję mam do Bronisława Komorowskiego”

Aktorka Katarzyna Łaniewska przyznała, że doskonale pamięta wojnę, z którą wiążą się liczne traumy. Jej ojciec został zamordowany w Auschwitz. Ona sama wspomina piekło wojny, powstanie warszawskie i obóz w Pruszkowie. Dlatego stanowczo protestuje przeciwko historycznym nadużyciom związanym z użyciem terminu ,,polskie obozy śmierci”.

Nigdy nie słyszałam słowa naziści. Słyszałam szkopy, hitlerowcy, Niemcy. Pamiętam Niemców z powstania, jak staliśmy pod czołgiem, jak nas pędzono do Pruszkowa. Mam w pamięci mnóstwo obrazów, ale o nazistach nigdy nie słyszałam

– podkreśla i przypomina, że jej rodzina była zaangażowana w pomoc Żydom.

W czasie wojny przybiegała do nas, na Mokotów, dziewczyna z getta. Była wtedy w moim wieku. Moja babcia ją dokarmiała. Na początku nie pozwalała mi z nią rozmawiać, do niej wychodzić. Może bała się, że komuś o tym powiem. Później zaprzyjaźniłyśmy się i dostałam od niej niebieska wstążkę. Ta dziewczyna miała taką kamizelę, w którą wkładała kromki chleba. Podziwiałam ja i podziwiam. Zastanawiam się skąd to dziecko w wieku 6, 7 lat miało tyle sił by biec z Getta na Mokotów, to kawał drogi

– opowiada i przypomina, że aby uratować jednego Żyda, potrzeba było zaangażowania co najmniej klkunastu Polaków. Później ci, którzy przeżyli trafili do Izraela.

Cały pierwszy rząd im urządziliśmy, Izraelem rządzili ludzie uratowani przez Polaków z Holokaustu. Również te osoby, które weszły ostatnio na teren polskiej ambasady w Izraelu, to są przecież osoby uratowane przez Polaków

Tymczasem zakłamywanie historii, o co aktorka ma pretensje m.in. do Bronisława Komorowskiego.

Największą pretensję mam do byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego. W 70. rocznicę wyzwolenia obozu w Oświęcimiu, gdy było tam 50 delegacji za całego świata, nic nie wspomniał o rotmistrzu Pileckim, nie zaprosił jego córki. Wtedy trzeba było mówić o tym, że nie było „polskich obozów śmierci”, tylko niemieckie na ziemi, która nazwali Reichem. Niemcy chcieli zlikwidować nas tak samo jak Żydów, tylko w drugiej kolejności

Posted in SYLWETKI, Wywiady | Leave a Comment »

Prof. Witold Kieżun

Posted by tadeo w dniu 6 lutego 2018

 

Dzisiaj 96. urodziny świętuje prof. Witold Kieżun – powstaniec warszawski 🇵🇱, żołnierz do zadań specjalnych, kawaler Orderu Virtuti Militari, więzień NKWD i sowieckich łagrów.

APC - 2018.02.06 16.17 - 001.3d

Posted in SYLWETKI | Otagowane: | Leave a Comment »