WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘SYLWETKI’ Category

Eleni: nic nie jest w stanie pokonać miłości. Nawet śmierć

Posted by tadeo w dniu 6 listopada 2017

Eleni mówi, że wybaczyła zabójcy córki. – Ludzie często zastanawiają się, jak mogłam to zrobić. Myślę, że przebaczenie pozwala nam uwolnić się od złych emocji, które gdzieś w nas mogą siedzieć i drążyć nas od wewnątrz. Tak naprawdę nie jesteśmy w stanie nic zrobić, a przebaczenie jest największą miłością wobec drugiego człowieka. Przebaczyć to nie znaczy zapomnieć, ale odzyskałam spokój w sercu. Nie da się żyć bez przebaczenia – podkreśla artystka.

eleniAPC - 2017.11.06 11.07 - 001.3d

W 1994 roku 17-letnia córka Eleni, Afrodyta, zginęła z rąk byłego chłopaka. Artystka wpadła w depresję. Cały jej świat rozpadł się w jednej chwili. – To był bardzo trudny czas nie tylko dla nas, naszej rodziny, ale też dla naszych przyjaciół, którzy także bardzo to przeżywali – mówi piosenkarka.

– Trudno słowami przekazać to, co człowiek czuje w sercu. Dlatego w 1995 roku powstała piosenka „Nic miłości nie pokona”, bo naprawdę nic nie jest w stanie pokonać miłości. Nawet śmierć – podkreśla rozmówczyni Rafała Porzezińskiego.

 

https://www.polskieradio.pl/7/5111/Artykul/1904870,Stracila-ukochana-corke-Skad-wziela-sile-by-zyc-dalej

Reklamy

Posted in SYLWETKI | Leave a Comment »

Anna Walentynowicz na niedzielę

Posted by tadeo w dniu 3 września 2017

 

Znalezione obrazy dla zapytania Anna Walentynowicz

Poznałem panią Anie Walentynowicz na przełomie 1980/ 81r.  w Gdańsku. Jako student łódzkiej filmówki, razem z kolegą, postanowiliśmy nakręcić film o pani Ani.  Już nie pamiętam, dlaczego miałby to być film o niej, a nie powiedzmy o Wałęsie. Tym bardziej,  że  Wałęsa był już  wtedy postacią heroiczna.  Pomnikową,  ale  mimo wszystko , pani Ania była jakoś tak bardziej ludzka. A także dostępna, prywatnie dostępna, a to ważne, gdy chce się zrobić dokument,  nie tyle polityczny co osobisty.  Pani Ania i Wałęsa byli prostymi robotnikami,  i właśnie to było w tej sytuacji niesamowite.  Tak naprawdę, był to pierwszy wielki bunt antysystemowy, kierowy przez konkretnych robotników. Znanych z  imienia i nazwiska.  Co prawda w roku 1956, autorytet  wśród robotnik zyskał Gożdzik z Żerania, ale mimo wszystko nie miało to takiej wagi, jak w latach 80-tych. Tak mi się przynajmniej wydaje. W tamtych czasach,  gdzie klasą przewodnią  była klasa robotnicza, fakt, że na  Polskę Ludową podnieśli rękę robotnicy, był elementem znaczącym.  Może nawet rozstrzygającym. Nie KOR, nie inteligencja warszawska, ale właśnie bunt robotnika był punktem zwrotnym tamtych czasów.

Napisałem, że pani Ania była prostym robotnikiem, ale to nie prawda,      pani Ania była suwnicową.  W wielkiej hali stoczni, i jeżeli ktoś myśli,  że obsługiwanie takiej suwnicy to kaszka z mlekiem, to jest w błędzie.  Pani Ania rozpoczęła prace w latach pięćdziesiątych, w Stoczni Gdańskiej, na stanowisku spawacza.  Nie była to praca łatwa, a wręcz piekielnie trudna, szczególnie dla kobiety.  Trzeba była zimą, a latem, w upale, przez kilka godzin leżeć miedzy poszyciami statku i tam spawać.  O pani Ani pisały wtedy gazety, jako o przodowniku pracy.  Jej zdjęcie wisiało w zakładowej gablotce.  Nie była może tak rozpoznawalna, jak powiedzmy – Pstrowski, ale swoją normę 270% wyrabiała,  ku chwale Ludowej ojczyzny. Należała także do ZMP.  Czyli takiego polskiego Komsomołu. Wysłano ją w nagrodę na zlot do Berlina, ostrzegając, że będą do niej podchodzili imperialiści.  Więc  powinna chodzić  w  grupie,  nigdy sama.  Pani  Ania starała się w chodzić w grupie i jak najmniej rozmawiać z imperialistami, ale mimo  wszystko z panią Anią były same problemy. Miał także  problemy dyrektor Stoczni  i  musiał panie  Anie wyrzucić  ze stoczni. Miał Wałęsa, więc szkodził jej jak tylko mógł. Nawet po śmierci, nie leżała spokojniutko w grobie, w jakim powinna leżeć.  Bo ktoś  w Moskwie pomylił trumny.               A w   jej ciele znaleziono nity Tu-154,  co prowokuje do kolejnych pytań.   Ale tak to już  jest z pewnymi ludźmi.  Za życia i po śmierci. Same problemy.

Pani Ania miała małe mieszkanko. Może nie na Mariensztacie, tak                jak o tym śpiewali w piosence, ale na ulicy Grunwaldzkiej.  W Gdańsku – Wrzeszcz.  Miała malutki pokój z kuchnią. Może 50 m2, nie więcej. Pamiętam, że na ścianie wisiało coś w rodzaju tableau, w fornirowanej gablocie z szybą.  Miała tam zgromadzone pamiątkowe zdjęcia, jakieś przedmioty, sentymentalne bibeloty. Były tam także zdjęcia zmarłego męża.  Chciałem coś więcej dowiedzieć się o jej mężu – Kaziu., ale pani  Ania nie była zbyt wylewna w tej sprawie.  Nie chciała opowiadać o swoim prywatnym życiu, o bardzo trudnym dzieciństwie na Wołyniu, to  zbyt ją  bolało, a ja nie naciskałem. Zresztą,  to były  wtedy takie czasy, że nie liczyły się sprawy prywatne a  Solidarność.  I  to, że kobieta ma dziecko z jednym mężczyzną, a  wychodzi  za mąż  za innego, to naprawdę sprawa drugorzędna.  A może nie,  właśnie pierwszorzędna, ale ja  nie dopytałem, Może  to i  lepiej. Pewne sprawy lepiej  zostawić  ledwie co zarysowane.

 

W kuchni jak to w kuchni, jakaś malutka lodóweczka, stolik nakryty ceratą, tandetną, ale wtedy ludzie tak mieli. Taką ceratę naciągano na stół, podwijano pod blat stołu i wciskano pineski. Tylko tyle.  Z tym, że na tym       „ stoliczku nakryj się” leżały dwa worki z listami. Bo już wtedy było tak, że pani Ania dostawała listy z całego świata.  Prosiła nas abyśmy jej tłumaczyli te listy, nam to kiepsko wychodziło, bo kartki i listy były dosłownie z całego świata. Wiec tylko wymienialiśmy kraje adresatów – Belgia. Francja.  Argentyna.  Australia, a pani Ania kiwała głową jakby była nauczycielką geografii, a my jej uczniakami.  Już wtedy pani Ania była znana na całym świecie, na równi z Wałęsą. Tylko potem, jakoś tak się porobiło, że o pani Ani świat zapomniał, a o Wałęsie nie.  Co prawa  pani Ania była wykształconą suwnicową, a Wałęsa  tylko zwykłym ładowaczem akumulatorów, a jednak to on, stał się przywódcą Solidarności, a nie pani Ania.  Co prawda przez jakiś czas mówiono o niej – matka Solidarności – ale nie minęło kilka lat, i o matce zapomniano.

W łazience pani Ani leżała maszynka do golenia. Zdziwiłem się, ponieważ pani Ania mieszkała sama, ale co się okazało? Tą maszynkę zostawił Kuroń, kiedy przyjeżdżał do stoczni, i u pani Ani może waletował, a może tylko tu się golił. W każdym razie, zapytałem się, czy mogę ogolić się tą maszynką Kuronia.  Ponieważ chciałbym otrzeć się o historie.  Pani Ania zgodziła się z pobłażliwym uśmieszkiem, a ja  goląc się zaciąłem policzek.  Do krwi.  Do jednej  kropli krwi. Ale może tak mi się teraz wydaje. Nad interpretuje. Dodaje. Moją krew do innej krwi. Nawet w ten dziecinny sposób. Ta maszynka jednak  jest ważna, nie jako gadżet.  ale dowód na grę polityczną, jaka wtedy się toczyła, lecz ja – wtedy – absolutnie nie zdawałem sobie z tego sprawy.. Chciałem mieć wypowiedzi pani Ani, tak zwane setki, naturalne, i najlepiej gdyby pani Ania, przed kamerą, miała łzy w oczach. Patrzyłem się na świat bardziej emocjonalnie, powierzchownie, nie rozumiałem wielkiej polityki.  Lecz co tu dużo mówić, nawet dziś, mało co z tego świata rozumiem.

Chociaż dziś  już raczej wiadomo, że za kulisami strajków w Stoczni Gdańskiej stały jakieś siły, które nawet dziś trudno zdefiniować.  Prawdopodobnie komuś zależało na strajku w okresie letnim. Tylko socjalnym. Kiełbasianym.  Sterowalnym.   Ale niestety, historia ma swoja własną dynamikę.  Często wybuchową.  I ogień i dym nie leci tam, gdzie sobie wyobrażają  podpalacze historii.  Panią Anie najpierw wyrzucono z pracy, potem przywrócono, a potem jeszcze raz wyrzucono, jakby chciano, aby w jej obronie zastrajkowali robotnicy. Członkowie WZZ, czyli Wolnych Związków Zawodowych, do których należał Gwiazda i jego żona, a także pani Ania, wstrzymywali się przed strajkiem. Borusewicz, natomiast parł do strajku.  I to w jak najszybszym terminie.  I tak oto zaczyna się 14 sierpnia 1980 rok.  Miało być więcej kiełbasy, tylko kiełbasy, a okazało się, że wprosiliśmy się na  wystawny solidarnościowy  obiad. Pytanie tylko czy dla każdego?

Wracając do pani Ani. Mojej ukochanej  Proletariuszki.  Schlondorff robiąc między innymi o niej  film pt. „ Strajk” ‘ ukazał ją, jako  analfabetkę, w rzeczywistości  ukończyła  4 klasy, a w papierach miała ukończoną podstawówkę,  bo inaczej nie zapisałaby się na kurs spawacza.  A może mimo wszystko, na ten kurs by ją przyjęli, sam nie wiem. Może pani Ania nieco „ podrasowałą” swoje wykształcenie, bo przecież lepiej ukończyć         7 klas niż 4 klasy. To oczywiste, ale to, co pani Ania miała, czego nie można nauczyć się w najmądrzejszej szkole świata, to dziwna, a raczej trudna osobowość . Która – przyznaje – nieco mnie drażniła. Dziś byśmy uczenie powiedzieli o niej – była nonkonformistką.  To fajnie tak się pisze. Czy opisuje ten typ osobowości w podręcznikach  dla  psychologów, ale w rzeczywistości, taka osoba drażni, wkurza, bo, gdy my chcemy osiąść na laurach,  a przynajmniej posłuchać przeboju „ słodkiego miłego życia” to taka osoba wciąż marudzi, narzeka, czegoś w życiu chce.  A taką osobą była pani Ania. Gdy ludzie na wybrzeżu powoli zapominali o robotnikach poległych na wybrzeżu, w latach -70.   Pani Ania suwnicowa o wykształceniu pod podstawowym, a raczej  ponad  podstawowym, konstruowała własne znicze  i woziła na groby zabitych stoczniowców.          I robiła to sama z siebie. Z potrzeby jakiej jej  podpowiadało serce. Napisałem „ konstruowała’  a to dlatego, że te znicze robiła sposobem domowym, może nawet na tej tandetnej ceratce. Topiła parafinę, wlewała do pojemniczków. Tylko nie wiem, dlatego?  Pewnie te znicze były zbyt drogie?  Nie pamiętam … w każdym razie, kiedy SB- ecja złapała panią Anie z kilkoma metrami knota, to zaraz odwieziono ją na komendę.  Za tego knota.  Za te kilka metrów, a raczej metr czy dwa, bo ile potrzeba knota,     aby „ skonstruować” 100 zniczy.  Dziś, gdy słyszę wypowiedzi „ obrońców demokracji” a na dodatek tych starych, zasłużonych dla PRLu „ obrońców demokracji”, że dzisiejsza władza, to faszystowska władza, a także tych młodych ludzi krzyczących, „ precz z dyktaturą” ,  to natychmiast przypomina mi się ten knot.  Te metr czy dwa.  Ta suka ubecka i pani Ania   w celi za knota.

Knot, ciekawe słowo, ma też swoje synonimy.  Knot, to też brzdąc, gówniarz, dzieciak. Dzieciak – knot.  Takim knotem, wtedy ja byłem. Pierwsze kroki w życiu politycznym.  Coś z tego rozumiałem, a jeszcze więcej nie rozumiałem.  Otarłem się, a może tylko skaleczyłem…

Ta jedna kropla krwi. I  światełko z tego znicza. Coś  oświetla, w półmroku snują się jakieś cienie, ale zaraz także ich nie będzie.

https://www.salon24.pl/u/24-24/806233,anna-walentynowicz-na-niedziele,2

Posted in SYLWETKI, Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Zofia Kossak-Szczucka: Antysemitka, która ratowała Żydów

Posted by tadeo w dniu 27 kwietnia 2017

Zofia Kossak-Szczucka podczas wojny uratowała setki Żydów, a po jej zakończeniu nie chciała przyjąć ze strony komunistycznych władz uznania za swe literackie osiągnięcia. „Jestem pisarką katolicką” – mówiła o sobie z dumą.

Świat patrzy na tę zbrodnię, straszliwszą niż wszystko, co widziały dzieje, i – milczy” – pisała Zofia Kossak-Szczucka w apelu do społeczeństw Zachodu, podczas zagłady Żydów z warszawskiego getta w sierpniu 1942 roku. „Rzeź milionów bezbronnych ludzi dokonywa się wśród powszechnego złowrogiego milczenia… Tego milczenia dłużej tolerować nie można… Kto milczy w obliczu mordu – staje się wspólnikiem mordercy. Kto nie potępia – przyzwala”.

Powieściopisarka, której książki tłumaczono na wiele języków, nie chciała milczeć. Nie potrafiła w czasie wojny zajmować się tylko twórczością czy przetrwaniem własnym i swoich najbliższych. Stanęła na czele Frontu Odrodzenia Polski, tajnej organizacji katolickiej. Wkrótce zainicjowała powołanie organizacji, której celem było ratowanie i pomoc Żydom (Żegota), w której z narażeniem życia działała. Została uwięziona w Auschwitz. Siedziała na Pawiaku z wyrokiem śmierci. Po uwolnieniu walczyła w powstaniu warszawskim. Kiedy w 1957 wróciła z emigracji w Anglii do Polski, także nie była w stanie milczeć, choć intensywnie ją do tego namawiano. Kossak-Szczucka zachowywała się jednak tak, jakby nie wiedziała o co chodzi. Jakby nie znała reguł tej gry.

Towarzysze potrzebują artystów

Komunistyczne władze starały się skłonić pisarkę do tworzenia wedle narzucanych przez nie reguł. Robiono wiele, by znana ze swej religijności i bezkompromisowości pisarka przestała zawracać sobie głowę rolą sumienia katolickiego narodu. By uznała, że jej miejsce jest wśród tłumu literatów klaszczących na plenach, siedzących w pierwszych rzędach podczas akademii. Jeżeli nawet nie gorliwie wychwalających partię – jak przyszli nobliści Czesław Miłosz i Wisława Szymborska – a później z komunizmem polemizujących (jak Miłosz w „Zniewolonym umyśle”), to przynajmniej „walczących z polskim klerykalizmem”. W tej dziedzinie zasługi położyła Wisława Szymborska. „Pierwsza dama polskiej poezji” była w lutym 1953 roku sygnatariuszką (wraz m.in. ze Sławomirem Mrożkiem i Janem Błońskim) manifestu kilkudziesięciu krakowskich twórców, którego celem było zachęcenie komunistycznych władz do przyspieszenia wykonania wyroku śmierci na uwięzionych księżach kurii krakowskiej, oskarżonych o „szpiegostwo i dywersję za amerykańskie pieniądze”. Zofia Kossak-Szczucka, wywodząca się z ziemiańsko-malarskiej rodziny Kossaków, nie była w stanie zaangażować się w tego typu manifestację poddaństwa. „Wiadomo, że honor kosztuje, ale skoro się go ma, trzeba płacić”, pisała w liście do przyjaciół w roku 1963, wkrótce po awanturze, którą urządziła, gdy w prasowym sprawozdaniu jednego z posiedzeń literatów w Warszawie przypisano jej kłamliwie nie tylko obecność na nim, ale i udzielenie poparcia partii. W roku następnym podpisała protest przeciw cenzurze („List 34″ z 1964 roku).

Komuniści cały czas prowadzili wobec niej subtelną grę. Zmuszono ją do emigracji w 1945 roku, dając do wyboru: więzienie albo wyjazd. Zdecydowała się na ciężką pracę fizyczną na angielskiej farmie. Zrobiła to dla męża, Tadeusza Szatkowskiego. Ten przedwojenny oficer Wojska Polskiego po wyjściu z oflagu cierpiał na depresję. Małżonkowie z dwójką dzieci żyli na marginesie rozpolitykowanych kręgów emigracji, dzierżawiąc małe gospodarstwo i hodując owce w Kornwalii. Ktoś obdarzony talentem tej miary byłby jednak dla partii na wagę złota, jego spolegliwość byłaby uwiarygodnieniem – zawyrokowano po śmierci Stalina. Decyzja Jakuba Bermana o wypędzeniu pisarki z Polski została więc cofnięta.

Na Zachodzie jej powieści trafiały na listy bestsellerów. „Bez oręża” znalazło się na czele Book of the Month w Stanach Zjednoczonych, podczas gdy w Polsce wszystkie jej utwory objęte były cenzurą, wycofywano je z bibliotek i czytelni. Entuzjazm Polaków towarzyszący jej powrotowi do kraju był ogromny. „Przyjechała Pani w samą porę. Witają Panią ludzie, wita ziemia, wiosna w powietrzu, skowronki już przyleciały. A tu trzeba zakasać rękawy, budować na każdym kroku, taki chaos w głowach, w życiu…” – pisał w liście czytelnik Kossak-Szczuckiej z Krakowa. Listów powitalnych otrzymywała setki. A ona sama odczuwała ulgę i radość z powrotu „Zawsze byliśmy tutaj niczym Twardowski na Księżycu”, pisała w jednym z listów wysłanych jeszcze z Anglii. „Rozczarowanie nam nie grozi. Dobry czy zły – mój kraj. Bardzo dręczyła mnie świadomość, że nasze bytowanie na Trossell nie jest w niczym służbą Polsce. Teraz będziemy służyć”. „Wiadomościom” londyńskim ucinała krótko przestrogi dawane w rozmowie redakcyjnej: „Wszystko jest dobre, co jest Polską”.

Nie mogę przyjąć tej nagrody

Pisarka osiadła w podbeskidzkich Górkach Wielkich, gdzie mieszkała z rodziną przed wojną. Pochłonęły ją przyziemne sprawy. Z dworu Kossaków została tylko ruina, spalono go w 1945 roku. „Drzewa porosły jak wieże”, pisała w jednym z listów, krótko po przyjeździe. „Chciałam ucałować próg, ale gąszcz tarniny zarósł wejście”. Małżonkowie Zofia i Zygmunt zamieszkali w „domku ogrodnika” dawnego rodzinnego majątku i co rok musieli dopominać się u władz o skromny przydział węgla, który pozwalałby przetrwać zimę.

Kossak-Szczucka usiłowała walczyć z cenzurą, która ingerowała nawet w jej opowiadania dla dzieci. Nie zgodziła się na cięcia w tomie „Topsy i Lupus”. W korespondencji do przyjaciół o pierwszych wrażeniach z Polski pisała: „jesteśmy ciągle jeszcze jak pijani, przy tym zagubieni w wirze powitań. Pomyśl: dwoje starych dzikusów, którzy miesiącami nikogo nie widywali, nagle przeniesionych w kulturalne warunki i okadzanych. Można zwariować”. Nie zwariowała.

Nie przyjęła Nagrody Państwowej I stopnia przyznanej w czerwcu 1966 roku przez władzę ludową „za wybitne osiągnięcia w dziedzinie powieści historycznej”. Nagroda była nie tylko honorowym wyróżnieniem, ale wiązała się również z niemałą premią pieniężną, która pozwoliłaby bez trudu odbudować rodzinny dworek. Poza tym fakt jej przyznania czynił z niej z miejsca osobistość fetowaną na peerelowskich salonach. Po tym, co nastąpiło, musiała jednak pogodzić się z myślą, że jej twórczość pozostanie przemilczana. W odpowiedzi na pismo informujące o przyznaniu prestiżowego wyróżnienia pisała: „Nie mogę przyjąć nagrody od władz państwowych […] odnoszących się wrogo do spraw dla mnie świętych”. Nagrodę przyznano „przypadkiem” w trakcie „aresztowania” peregrynującego po Polsce w ramach Wielkiej Nowenny obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Obchody milenijne zostały zakłócone wydarzeniami „znieważającymi kult Matki Boskiej, raniąc boleśnie serca wierzących Polaków”, zaznaczyła Kossak-Szczucka. „Jestem pisarką katolicką, żywiącą cześć dla Królowej Polski”. Próbę wręczenia jej nagrody uznała za nieporozumienie. A jej książki, raz już przez władze stalinowskie wycofywane z księgarń i bibliotek, ponownie trafiły na indeks.

„Oby taką postawę wykazali się również inni katolicy, których kusi się nagrodami czy orderami” – komentował wzruszony biskup katowicki Herbert Bednorz. List Zofii Kossak do władz czytano w kościołach w całej Polsce. Gdy prymas Wyszyński odczytał list na posiedzeniu Episkopatu, sala zagrzmiała oklaskami; w gablotach przy wejściu do kościołów proboszczowie rozlepiali jego kopie.

APC - 2017.04.27 16.55 - 001.3d

„…toby Bóg tego nie żądał”

Inicjatorka Żegoty w latach okupacji wykazywała niebywałą energię i pomysłowość w organizowaniu pomocy Żydom: ukrywała ich w swoim mieszkaniu, wyszukiwała bezpieczne schronienia, przerzucała do klasztorów, wyrabiała fałszywe papiery, zapewniała wyżywienie, a nawet ubierała. Wciągała w te działania setki ludzi. Nie otrzymała jednak za życia tytułu Sprawiedliwy wśród Narodów Świata (przyznano go jej dopiero pośmiertnie w 1982 roku). Za granicą rozpowszechniano informację, że Żegota była dziełem socjalistów i demokratów.

Aresztowano ją we wrześniu 1943 roku na ulicach Warszawy, jako „frau Zofię Śliwińską”, w jej torbie znajdowały się konspiracyjne druki, ale jej prawdziwej tożsamości Niemcy nie zdołali ustalić. Trafiła na Pawiak, potem do Auschwitz-Birkenau, gdzie zachorowała na tyfus. Gdy była jeszcze zdrowa, inicjowała wspólne modlitwy, prowadziła pogadanki literackie. Zdobywała żywność i leki dla najbardziej potrzebujących. Z Oświęcimia przewieziono ją znowu na Pawiak, by poddać kolejnemu śledztwu, bo wyszła w końcu na jaw jej prawdziwa tożsamość i związki z AK. Została stamtąd wyciągnięta za ogromną sumę zebraną przez przyjaciół z podziemia. Pobyt w Oświęcimiu opisała w książce „Z otchłani”. Obrazy kaźni przeplatają się tu z rozważaniami nad siłą płynącą z wiary, nadprzyrodzoną opieką w skrajnych warunkach, mocą modlitwy bliskich, rolą Aniołów i odczuwalną tu wyraźnie obecnością szatana. Nad swoją pryczą w baraku napisała ołówkiem: „W każdej chwili mojego życia wierzę, ufam, miłuję”.

Zobaczyła to, co uchodziło uwadze takich kronikarzy obozowego życia jak Tadeusz Borowski, autor „Pożegnania z Marią”, co nie mogło zainteresować również Zofii Nałkowskiej, odwiedzającej niemiecki obóz krótko po wojnie i opisującej go w „Medalionach”, pisarzy skupionych na naturalistycznych opisach sadyzmu niemieckich oprawców i analizie upadku człowieczeństwa w warunkach zaplanowanego z matematyczną precyzją upodlenia człowieka. A ona, Polka z dworu „z niewyparzoną gębą”, nie potrafiła milczeć na temat działania Opatrzności także tutaj. Pisała: „Gdyby przeżycie lagru było ponad siły, toby Bóg tego nie żądał, bo On wie, na ile nas stać. A skoro żąda, to znaczy, że wytrzymać można… Wierzę, o Boże mój, że nic mnie nie spotka, czego byś mi od wieków nie przeznaczył, nie zasądził i do moich sił nie dostosował (…). W lagrze bardziej niż gdziekolwiek winno być tak-tak, nie-nie. Bo my musimy nie tylko to zło przyjąć i znieść, ale je zwalczyć” .

Nie zdobyła się tylko w swoich wspomnieniach na literalne przytoczenie rynsztokowego słownictwa. Nie odważyła się cytować określenia, jakim strażniczki zwracały się do kobiet. Tak po staroświecku pojmowała swoją misję „służebniczki słowa”.

Po opublikowaniu wspomnień z Auschwitz zaatakował ją Tadeusz Borowski, zarzucając pisarce grafomanię, mitomanię i lekceważenie faktów. „Z otchłani” nie mogło podobać się pisarzowi, dla którego Oświęcim był głównym argumentem na rzecz niewiary. „Fantazjuje w każdym niemal zdaniu”, pisał w recenzji „Z otchłani” – „za to jednak usilnie stara się zaopatrzyć swą relację w obfite naddatki literackie, sprawiając swą pretensjonalnością makabryczne wrażenie na przygodnym czytelniku, który przygodnie również był w obozie Auschwitz. Pomyłki autorki rozciągają się od warstwy słownej i poprzez dowolne interpretowanie faktów sięga do absurdalnych pomysłów historiozoficznych. (…) Wracając do pani Kossak, chciałbym sklasyfikować »Z otchłani« lapidarnie jako książkę złą i fałszywą, a przede wszystkim – beznadziejnie słabą literacko”.

Poznać, zrozumieć

Na emigracji Zofia Kossak napisała książkę „Oblicze matki”, przedstawiającą w skrócie historię Polski, w której pisała: „Poznać – zrozumieć oto dwa prawdziwie ludzkie i prawdziwie chrześcijańskie słowa. Wszystkie zbrodnie pochodzą od nienawiści. Nienawiść jest karmiona i utrzymywana przez wyobrażenia i uproszczone wyrazy o domniemanych właściwościach obcej wspólnoty. Poznanie burzy te wyobrażenia i pokazuje drugiego takiego, jakim jest naprawdę”. W ten sposób uzasadniała swój brak jakichkolwiek uczuć niechęci czy żalu wobec Niemców, Żydów, Ukraińców. Krótko przed śmiercią Zofia Kossak mówiła, że praca w konspiracji i pobyt w niemieckim obozie zagłady, który przetrwała dzięki modlitwie, miłości i współczuciu wobec ludzi, były darem i jej największym życiowym zwycięstwem. Tak jak kiedyś o. Maksymilian Kolbe – po wyjściu z szeregu wynędzniałych postaci w pasiakach i oświadczeniu, że chce umrzeć za współwięźnia – mógł powiedzieć z godnością zdumionym Niemcom: „Jestem księdzem katolickim!” – tak ona mogła publicznie wyznać wobec komunistów: „Jestem pisarką katolicką”.

W kilkadziesiąt lat po jej śmierci znów pojawiły się oskarżenia o antysemityzm. Padają one ze strony środowisk czyniących z pamięci o Holokauście nowy rodzaj ideologii czy wręcz religii. „Ta książka to arcydzieło nacjonalizmu”, mówiła parę lat temu o „Z otchłani” prof. Carla Tonini, historyk z Bolonii, zajmująca się historią naszego kraju i dziejami stosunków polsko-żydowskich, w jednym z wywiadów. „Charaktery więźniarek zależą od ich narodowości. Wszystkie Polki są więc bohaterkami. Dzielne, bogobojne, koleżeńskie i nigdy nietracące nadziei kobiety. Ukrainki, Niemki i Żydówki to czarne charaktery. Osobowości słabe, skłonne do niegodnych zachowań”. Tonini podkreśla w swoich publikacjach zdecydowanie, że Zofia Kossak była „antysemitką”, choć „dziwną”, jak dorzucała – bo ratującą Żydów. „Sprzeczność leży bowiem w naturze ludzkiej. Wielu biografów Kossak przedstawiało ją jako osobę perfekcyjną, niemalże świętą. Taka Kossak jest jednak płaska i nudna. Tymczasem to była osoba fascynująca. Człowiek z krwi i kości” – dodawała protekcjonalnie pani profesor. Jeśli ktoś już zostanie opieczętowany najgorszym z możliwych epitetów, można go trochę pogłaskać.

Ktoś, kto wypowiadał krytyczne słowa na temat Żydów – a Zofia Kossak czyniła to nawet w swoim Proteście, w którym walczyła o pomoc dla narodu izraelskiego w imię cywilizacji i kultury chrześcijańskiej, miłości bliźniego, w imię człowieczeństwa – z definicji nie mógł być kimś dobrym. Jego natura posiada wstydliwy sekret, ohydną plamę, które czynią go zepsutym; nie jest taki, jakim być powinien. Tak jak nie mógł być kimś „ludzkim”, zdaniem Tadeusza Borowskiego, ktoś, kto znalazł się w piekle Oświęcimia. On stawał się od razu „gorszym” człowiekiem. Jeśli udawał, że tak nie było, kłamał.

„Porządek miłości” jest odmienny i wyższy od każdego innego. Istota świętości nie zawiera się w dziedzinie politycznej, społecznej czy ekonomicznej, jak przypomina Vittorio Messori. „Jednakże działalność świętych choć wykracza poza czas i zmierza do wieczności – ma swoje skutki także w historii”.

„Spotkaliśmy się podczas powstania całkiem przypadkowo” – wspominał Zofię Kossak Władysław Bartoszewski, który był jej sekretarzem w latach 1942–1943. „Uścisnęliśmy się. Zapytałem, gdzie Witold i Anna (dzieci Zofii). Powiedziała, że na Starówce. Zrobiło mi się głupio, bo tam już była bardzo ciężka sytuacja. »A masz może jakieś wiadomości od nich?« – zapytałem. Ona odpowiedziała: »Nie, ale są pod dobrą opieką«. Głupio zapytałem: »Jak to, pod czyją?«. Odpowiedziała: »Bożą«”.

Podczas pisania artykułu korzystałam z następujących książek:

Anna Szatkowska, „Był dom… Wspomnienia”, Kraków 2002

Mirosława Pałaszewska – Zofia Kossak w latach II wojny światowej, „Niepodległość i Pamięć”, R. II, nr 3(4), 1995

Joanna Jurgała-Jureczka, Zofia Kossak, „Opowieść biograficzna”, Warszawa 2014

Zofia Kossak, „Z otchłani”, Warszawa 1958

Vittorio Messori, „Przemyśleć historię”, Kraków 2002

Władysław Bartoszewski, „Wywiad rzeka”, Warszawa, 2006

Autorka jest publicystką. Publikuje m.in. w „Arcanach”, „Powściągliwości i Pracy”, „Niedzieli”, „Źródle” i „Christianitas”. Przeprowadziła wywiad rzekę z premierem Janem Olszewskim „Prosto w oczy”. Opublikowała także książki „Patrząc na kobiety” i „Rycerze wielkiej sprawy”.

http://www.rp.pl/Plus-Minus/303239911-Zofia-Kossak-Szczucka-Antysemitka-ktora-ratowala-Zydow.html#ap-1

Posted in SYLWETKI, Zofia Kossak-Szczucka | Leave a Comment »

„Najważniejsze, aby na Twoim pogrzebie ludzie nie musieli kłamać”

Posted by tadeo w dniu 20 lutego 2017

  0c51ea7016036e7f2daaab102da27177750000
Przed rozpoczęciem uroczystości

Wróciłem właśnie z pogrzeby Heleny Kmieć i chciałem przelać na „elektroniczny papier” swoje przemyśleniami z dnia dzisiejszego.

Przez jakiś czas śpiewaliśmy razem w Akademickim Zespole Muzycznym Politechniki Ślaskiej, z tym, że widząc jej twarz na zdjęciu w końcu stycznia tego roku, nie potrafiłem sobie jej skojarzyć. Jednak niektórzy moi koledzy i koleżanki mięli szansę poznali ją, działając razem w Duszpasterstwie Akademickim czy w scholi przy kościele Św. Michała w Gliwicach. I może to jest najważniejsze w tym momencie, bo gdyby jej oni nie poznali, to być może bym nie śpiewał na jej pogrzebie.

Co się działo dzisiaj, można było zobaczyć, czy to w Telewizji Trwam, czy w TVP 1. Była też ekipa z TVN24, ale o niej za chwilę. Przyjechaliśmy na do Libiąża ok. godziny 13, aby prześpiewać utwory na oprawą mszy pogrzebowej. O 14:30 rozpoczął się Różaniec, a o 15 rozpoczęła się Msza św, która trwała do około 17. Obrzędy pogrzebowe na cmentarzu trwały do około 17:45.

Z punktu widzenia, z którego robiłem zdjęcia nie było widać, ilu ludzi było uczestnikami obrzędów pogrzebowych, ilu ludzi chciało pożegnać się z Heleną. W drodze na cmentarz wydawało mi się, że było ich kilkuset. Więcej niż tysiąc? Nie wiem.

Równolegle sporo pytań rodziło mi się w głowie. Zahaczały o wiele spraw, np. o to, z jakiej strony człowiek najbardziej pozostaje w ludzkiej pamięci. Jak na to wszystko wpływa to, co robimy, mówimy, pomagamy innym, modlimy się i zwyczajnie myślimy o sobie i o innych (co czasami widać na twarzy)? Jak wiele pozostaje po człowieku, gdy kończy się jego żywot? Może dlatego, że jadąc wczoraj na wjeździe do Rybnika widziałem bilbord z napisem (mniej więcej takim): „Najważniejsze, aby na Twoim pogrzebie ludzie nie musieli kłamać”

Inne szły ku temu, jak bardzo dobro pozostaje niewidoczne i niedocenione za życia i wybija się ono na pierwszy plan, gdy ktoś tak tragicznie ginie. Tragicznie ginie, gdy kocha to, co robi, gdy kocha tych, którym pomaga?

Ze swoich doświadczeń z tego bloga wynika, że ludzie będący różnorakimi wolontariuszami, w większości traktują swoje zajęcie jak coś zwykłego i normalnego, ale przy tym tak bliskiemu sercu, że trudno ich było namawiać do tego, żeby odpowiedzieli na kilka (wydawałoby się prostych) pytań. Tak chyba też było z Heleną, bo ze słów czy to wypowiedzianych w czasie dzisiejszej Mszy, czy świadectw innych ludzi o niej (w tym moich znajomych). Wydawała się być zwykłym człowiekiem, pełnym pasji do śpiewania i pomagania innym i przez to ewangelizująca swoje środowisko. Takim jakich wielu jeździ na misje. Z resztą ten wyjazd na misję miał być chyba jednym z kolejnych…

Miało być o ekipie z TVN 24. Spodziewałem się po nich niezbyt dobrych odruchów, ale zachowywali się w właściwie, przynajmniej na chórze. Co ciekawe pani z tego duetu (być może było ich więcej, ale wiedziałem tylko ta dwójkę) nagrywała wypowiedzi tylko kapłanów i siostry zakonnej o Helenie. Nie nagrywała audio, kiedy przemawiała dyrekcja szkoły, do której chodziła Helena.

Jako pointe dam myśl, która gdzieś chodziła mi po głowie od wczorajszego dnia: Heleno, I ty zostaniesz błogosławioną… jeśli Bóg tego będzie pragnąć i patronką wolontariatu misyjnego. Chciałbym tutaj napisać o Tobie po beatyfikacji, jeśli będzie mi to dane. I najważniejsze: chciałbym Cię spotkać w Niebie:)

http://ksiegahonoru.salon24.pl/757874,i-ty-zostaniesz-blogoslawiona

Przeczytaj także:

Iskra Helenki

Posted in Reportaż, SYLWETKI | 1 Comment »

Iskra Helenki

Posted by tadeo w dniu 20 lutego 2017

Helena Kmieć miała wiele talentów. Rozpoczęła studia na kierunku Inżynieria chemiczna w języku angielskim. Ukończyła szkołę muzyczną. Była również stewardesą. Angażowała się w wiele duszpasterstw młodzieżowych. Każdy mógł na niej polegać. Na początku 2017 roku została zamordowana w Boliwii podczas wyjazdu w ramach wolontariatu misyjnego.

 

http://www.radiomaryja.pl/multimedia/iskra-helenki/

Przeczytaj także:

„Najważniejsze, aby na Twoim pogrzebie ludzie nie musieli kłamać”

Posted in Reportaż, SYLWETKI | 1 Comment »

Ja Panią skądś znam!

Posted by tadeo w dniu 19 lutego 2017

Znalezione obrazy dla zapytania szaflarska

Danuta Szaflarska jest fenomenem na skalę światową. Najpierw osiągnęła niebywałą popularność, grając w filmach „Zakazane piosenki” i „Skarb”. Potem reżyserzy przestali ją obsadzać w głównych rolach. A po dziewięćdziesiątce znów błyszczy na ekranie jak czystej wody brylant

Mimo 94 lat Danuta Szaflarska nie jest żadną staruszką i nikomu nawet nie przyszłoby do głowy tak ją nazwać, chociaż opowiada, że pamięta początki kina i pierwsze filmy braci Lumiere. 155 cm wzrostu, wciąż młode oczy, ujmujący uśmiech, a chód tak zamaszysty, że czasem trudno za nią nadążyć. Tylko z pozoru wydaje się, że jest delikatna i krucha. Po tacie z rodu górali spod Nowego Sącza, przez pierwsze 10 lat mieszkająca we wsi Kosarzyska (dziś część Piwnicznej-Zdroju), ma w sobie twardość i odporność ludzi z tamtych stron.

Kiedy mimo zawrotnej kariery, którą właśnie robiła, film odwrócił się do niej plecami, nie opuściła rąk, tylko jak zwykle grała w teatrze. Namiętnie i dużo. Bo teatr, z którym związana jest od 70 lat, do dziś oznacza dla niej życie. — Jeśli skończę grać, to pewnie długo nie pożyję. Jak się wykonuje zawód, który się kocha, to jest się szczęśliwym — zapewnia. I pomyśleć, że chciała być lekarzem!

 

Za piękni na socrealizm

Ludzie uwielbiali ją za rolę Halinki w nakręconych w 1946 r. „Zakazanych piosenkach” i płakali wraz z nią, bo szczególnie chwytała za serce scena, gdy Halinka, dowiedziawszy się o śmierci narzeczonego, ze łzami w oczach zapewnia: — Ja nie płaczę, ja śpiewam. I płacząc, śpiewa: „Tę piosenkę, tę jedyną, śpiewam dla ciebie, dziewczyno”.

W tym filmie grała siostrę Jerzego Duszyńskiego. W „Skarbie” — jego żonę. Stanowili z Duszyńskim parę jak z amerykańskiego romansu. Ona przypominała wyglądem diwę w stylu Rity Hayworth, jego nazywali polskim Clarkiem Gable’em. Amantki i amanci — to w dobie siermiężnego socrealizmu nie było dla aktora dobre emploi. Nie nadawali się na bohaterów mieszających wapno na budowie ani do roli traktorzystów. — Dlaczego Pani potem nie grała w filmach, była Pani przeciw ustrojowi? — zapytała Szaflarską młoda dziennikarka na konferencji prasowej. — Nie — odpowiedziała aktorka. — Role się po prostu nie trafiały. I przypomniała sytuację, jak w latach 50. któryś z reżyserów zaprosił ją do filmu, którego akcja rozgrywała się na budowie:

— Ubrali mnie w kufajkę, chustkę i gumiaki, ale kiedy pojawiłam się na planie, cała ekipa filmowa na mój widok zaczęła pękać ze śmiechu.

Tak skończyła się wtedy filmowa kariera Szaflarskiej i Duszyńskiego. Urodą nie pasowali do wzoru proletariackich herosów. Ale widzowie ich pamiętali i kochali.

Hanka Bielicka, żona Jerzego Duszyńskiego, opowiadała, że po filmie „Skarb” ludzie postrzegali Szaflarską i Duszyńskiego jako autentyczne małżeństwo. Trudno im było zrozumieć, że były to tylko filmowe role. Stanowili piękną parę. — Kiedyś szłam z mężem pod rękę i na ulicy zaczęły mnie napastować jakieś kobiety, wołając: — Nie masz wstydu. Odczep się od męża Szaflarskiej! — wspominała ze śmiechem Bielicka.

Zresztą trzymali się we trójkę. Razem zdawali do szkoły aktorskiej w Warszawie, razem mieli potem przystąpić do egzaminu poprawkowego, którego — jak się okazało — nigdy naprawdę nie musieli zdawać. A po ukończeniu w 1939 r. szkoły razem zdecydowali się na wyjazd do Wilna, gdzie w teatrze na Pohulance zagrali w dwóch sezonach w 19 premierach. Szaflarska wróciła do Warszawy dopiero w 1941 r., po wkroczeniu Niemców do Wilna.

 

Posłaniec to nie łączniczka

W 1941 r. grała w teatrze podziemnym w „Elektrze” i w „Jak wam się podoba” Szekspira. To były wielkie sztuki i wielkie role. Ale ona chciała być użyteczna inaczej. Zamierzała zostać sanitariuszką w AK, bo przecież kiedyś miała iść na medycynę. Ale wtedy Bohdan Korzeniowski — delegat rządu londyńskiego na kraj ds. kultury nie pozwolił. — Powiedział, że w swoim czasie będę wiedziała, co mam robić, i że się artystów nie posyła na pierwszą linię frontu — mówi Szaflarska.

Zapewne gdyby po śmierci ojca matkę było stać na sfinansowanie jej studiów medycznych, zostałaby lekarzem. Matka jednak wysłała ją do Wyższej Szkoły Handlowej w Krakowie, po której łatwiej było o pracę. Gdyby nie zachorowała na tyfus, pewnie skończyłaby WSH, lecz przez chorobę przerwała naukę na drugim roku. Potem już była szkoła teatralna w Warszawie i pierwsze zetknięcie ze stolicą, w której Szaflarska zakochała się od pierwszego wejrzenia i na zabój.

Powstanie Warszawskie to była walka o każdy kamień miasta. Już jej miasta, bo do dziś zauroczona Warszawą mieszka w samym jej sercu — na Starówce. Podczas Powstania była — jak podkreśla — posłańcem, nie łączniczką — takim powstańczym listonoszem, który zawiadamiał, kto się miał gdzie stawić i z kim spotkać. — Przeżyliśmy 63 dni na pierwszej linii frontu. Gdy się ma zadanie i cel, to się nie myśli, że można zginąć — mówi. A miała dla kogo żyć: maleńka córeczka, mąż, matka.

Przeżyli. Potem przeszła z rodziną przez obóz w Pruszkowie. Widziała, że z pięknej Warszawy, tego Paryża Północy, zostały tylko gruzy. Po wojnie pracowała w Starym Teatrze w Krakowie, potem w Łodzi, aż wreszcie związała się z teatrami warszawskimi: Współczesnym, Dramatycznym i Narodowym, gdzie występuje do dziś.

 

Jeszcze nie wieczór

Nie można powiedzieć, że po „Skarbie” film kompletnie zapomniał o Szaflarskiej. To byłoby niesprawiedliwe. Od lat 60. trochę grała, nie były to jednak role główne, na miarę jej talentu. Zagrała m.in. w „Pożegnaniu z Marią”, „Domu bez okien”, „Korczaku”, „Przedwiośniu”, „Żółtym szaliku”.

Ale rolę główną, wspaniałą, napisaną specjalnie dla niej przez młodą reżyserkę Dorotę Kędzierzawską, zagrała w filmie „Pora umierać” w 2006 r. Rolę fantastyczną, za którą otrzymała nagrodę na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. W tym czarno-białym filmie o starej kobiecie, mieszkającej w starym domu, pokazała cały swój kunszt. Właściwie grają tu tylko ona i pies. Gdy stara matka przypadkowo dowiaduje się, że jedyny syn zamierza bez jej wiedzy sprzedać dom i wysiedlić ją z tego miejsca, przeżywa szok. — Mój Boże, może to wszystko nie tak, źle żyłam. Może to wszystko moja wina — mówi z przejęciem. Przez cały czas nie można oderwać od Szaflarskiej wzroku. Jest wspaniała.

Potem — rola w filmie o starych aktorach Jacka Bławuta „Jeszcze nie wieczór”, a ostatnio — w „Janosiku”, którego premiera odbyła się w rodzinnych stronach aktorki w Nowym Sączu. Charakterystyczny błysk w oku, młodzieńczość twarzy zostały Szaflarskiej do dziś. Można zrozumieć, dlaczego Jan Nowicki nazywa ją Fenomenem.

Lubi przyjeżdżać do Kosarzysk. W miejscu dzieciństwa lubi spędzać czas o każdej porze roku. Zwłaszcza gdy kwitną głogi. W Piwnicznej-Zdroju są dumni ze swojej krajanki. Pewnego dnia, gdy siedziała na tarasie kawiarenki, wpatrując się w migocący Poprad, podszedł do niej młody człowiek. Przyglądał się jej. — Ja Panią skądś znam — stwierdził. Uśmiechnięta czekała, co jeszcze powie. Długo myślał: — Pani jest pisarką! — oznajmił, a ludzie na tarasie ryknęli śmiechem.

 

Uratował mi życie

Wątek jej spotkań z ks. Jerzym Popiełuszką i roli, jaką odegrał w jej życiu, jest mało znany. Nie lubi opowiadać o osobistych sprawach. Wyjątek uczyniła dla dziennikarek z Piwnicznej i miesięcznika „Znad Popradu”. Opowiada, jak przyjaźniła się z ks. Jerzym. Zjawiła się w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu, gdy były odprawiane Msze św. za Ojczyznę. Przyznała się księdzu, że przychodzi z przyczyn politycznych, bo jest niewierząca, ale może czytać teksty. Kiedyś zapytał ją, czy może się wyspowiadać. Zapytała: — Tylko jak po 40 latach? Wtedy ks. Jerzy stwierdził: — Hurtem łatwiej. Szaflarska twierdzi, że spowiedź była piękna, podobnie jak pokuta. Zawsze gdy przechodziła koło pustego kościoła, miała tam wstępować na chwilę. — To było moje nawrócenie — przyznaje. Całą rodziną zaprzyjaźnili się z ks. Jerzym. Dawał ślub jej córce, ochrzcił wnuka.

Dwukrotnie ks. Popiełuszko przyjeżdżał do Kosarzysk odpocząć w jej domku. Raz z ks. Liniewskim, misjonarzem z Wybrzeża Kości Słoniowej, chodzili po górach, palili ogniska. Bardzo mu się tu podobało. Raz w kościele w Kosarzyskach odprawił nabożeństwo. Pytał, czy może przyjechać na Boże Narodzenie. Ale nie przyjechał. W październiku go zamordowali.

Szaflarska twierdzi, że ks. Jerzy dwa razy uratował jej życie. Raz — kiedy miała zawał i leżała na stole operacyjnym. Gdy sytuacja zaczęła się komplikować, dostała bólu zamostkowego, a ciśnienie dramatycznie spadało, poprosiła: — Jerzy, pomóż mi, ratuj.

I ratunek przyszedł. — Na salę wszedł lekarz z innego piętra i podał mi lek w aerozolu, którego szpital jeszcze wówczas nie miał, a on miał. Stan się wyrównał, chirurg mógł dokończyć operację. Pytałam później tego lekarza, dlaczego to zrobił, dlaczego zszedł z drugiego piętra i przyszedł na salę. Powiedział: „Nie wiem dlaczego, nikt mnie nie wołał, zszedłem” — opowiada aktorka.

Za drugim razem ks. Jerzy przyszedł jej z pomocą, gdy napadło ją trzech opryszków. Dusili. Mówi, że cudem uniknęła śmierci. Czuła wówczas obecność kogoś przy sobie i było jej z tym dobrze. Doznała wtedy nieziemskiego szczęścia, niezwykłego. — Kiedy w pełni to sobie uświadomiłam, ten ktoś zaczął się oddalać. Wiem, że to był ks. Jerzy. Nikogo nie widziałam, ale czułam tę obecność — wyznaje Szaflarska.

Zawsze gdy wsiada do samolotu, prosi ks. Jerzego: — Przyślij mi aniołki, niech podtrzymują skrzydła, byśmy nie spadli. Uważa też, że te wszystkie role, jakie ostatnio sypnął jej los, to też jego zasługa, bo ks. Jerzy jej pomaga.

— Jeśli nawet Kościół nie ogłosi go świętym, dla mnie zawsze będzie święty. Jestem pewna, że to on uratował mi życie. Nie mogę tego udowodnić, ale ja to wiem.

http://www.opoka.org.pl/biblioteka/Z/ZS/niedziela200951-szaflarska.html

Ps. Danuta Szaflarska zmarła dzisiaj 19 lutego 2017 roku. Aktorka miała 102 lata.

Przeczytaj także:

Danuta Szaflarska

Inny Świat Danuty Szaflarskiej

Wywiad z Danutą Szaflarską

 

Posted in SYLWETKI, ZASŁUŻENI WILNIANIE, Świadectwa | Leave a Comment »

Nieznana mistyczka – Wanda Boniszewska

Posted by tadeo w dniu 22 stycznia 2017

O siostrze Wandzie Boniszewskiej, zakonnicy z bezhabitowego Zgromadzenia Sióstr od Aniołów, noszącej stygmaty w miejscu ran Chrystusa, usłyszeliśmy w 2003 r., kiedy zmarła w podwarszawskim Konstancinie.

Urodziła się w 1907 r. na Nowogródczyźnie i tam w 1925 r. wstąpiła do zakonu. Mieszkała w domu zgromadzenia w Pryciunach pod Wilnem, gdzie aresztowano ją 11 kwietnia 1950 r. Torturowana przez NKWD, gehennę, którą przeżyła, nazwała swoim piekłem i czyśćcem na ziemi, cierpienia zaś ofiarowała Bogu. Więziona w Rosji, modliła się o nawrócenie swoich prześladowców, a także o zbawienie Stalina i Hitlera. Po zwolnieniu w 1956 r. przyjechała do Polski.

Historię jej życia mogliśmy śledzić w spektaklu pokazanym w ramach Teatru Telewizji ze świetną rolą Kingi Preis. Sztuka Grzegorza Łoszewskiego w reżyserii Wojciecha Nowaka zdobyła Grand Prix Festiwalu Dwa Teatry w roku 2008. Od kilku tygodni w księgarniach dostępne jest wydanie niezwykłych zapisków s. Wandy Boniszewskiej „Dziennik duszy. Ukryta przed światem”. To zasługa Zgromadzenia Sióstr od Aniołów.

„Niemal nieustannie jako zgromadzenie jesteśmy pytane o mistyczne dary, jakimi Bóg obdarzył naszą siostrę, także i o ten, zdaje się, największy, przywilej uczestniczenia w męce Chrystusa. Dlatego też, po rozważeniu przed Bogiem i we wspólnocie zakonnej, a także wielu zachętach osób duchownych i świeckich, zdecydowałyśmy o publikacji całości jej duchowych zapisków, opatrzonych licznymi komentarzami, rozjaśniającymi ich znaczenie” – pisze we wstępie s. Maria Piątkowska, przełożona generalna zgromadzenia.

Siostra Boniszewska chciała ukryć przed światem noszone stygmaty i widzenia Matki Bożej. Nieliczne tylko siostry wiedziały o jej przeżyciach. Niektóre rany były widoczne, inne pojawiały się i zanikały. Jak pisze we wstępie książki ks. prof. Stanisław Urbański, „pomagały jej z woli Jezusa w wypełnianiu misji cierpienia”. W chwili obłóczyn usłyszała pragnienie Jezusa: „Chcę abyś została ukrzyżowana za tych, którzy nie chcą krzyża znać, a szczególnie chcę ukrzyżować ciebie dla tych, którym łask nie skąpię”. Modliła się, wynagradzając cierpieniem za grzechy szczególnie kapłanów i zakonników. Przyjmowała na siebie choroby i cierpienia innych. W czasie zamachu na Jana Pawła II cierpiała fizycznie razem z papieżem. Dziennik duchowy s. Wandy obejmuje zeszyty z lat 1921-1980. Pisała po zachęcie lub też wprost na polecenie swoich dwóch spowiedników i kierowników duchowych, ks. Makarewicza i ks. Barwickiego, także z posłuszeństwa matce generalnej.

Jak podkreślił ks. prof. Urbański, „czytelnik nie tylko powinien poznać historię życia tej cichej, ukrytej siostry zakonnej, ale przede wszystkim powinien uznać »Dziennik duszy « za przewodnik dla rozwoju swojego życia duchowego”.

 

Siostra Wanda Boniszewska CSA, „Dziennik duszy. Ukryta przed światem”, Wydawnictwo Święty Paweł, Częstochowa 2016

http://www.idziemy.pl/wiara/nieznana-mistyczka

Przeczytaj także:

Wanda Boniszewska

Wanda Boniszewska – Stygmatyczka

Cicha pośredniczka

Śladami „ukrytej stygmatyczki” s. Wandy Boniszewskiej

 

Posted in SYLWETKI, Święci obok nas | Leave a Comment »

Miłość ci wszystko wybaczy – Hanka Ordonówna i Michał Tyszkiewicz

Posted by tadeo w dniu 22 grudnia 2016

Jej małżeństwu z hrabią Michałem Tyszkiewiczem media chętnie dziś przyklejają łatkę „najsłynniejszego przedwojennego mezaliansu”. Tyle że w przedwojennym świecie o mezaliansie Tyszkiewicza i traktowaniu Ordonki niczym Stefci z powieści „Trędowata” nigdy nie było mowy. O tym, jakie było życie najsłynniejszej przedwojennej pieśniarki Warszawy, opowiada dla Onetu Anna Mieszkowska, dokumentalistka teatru, autorka książek poświęconych przedwojennej scenie aktorskiej.

Hanka Ordonówna, spełniona zawodowo i artystycznie, w życiu prywatnym była osobą nieszczęśliwą

Foto: Fotografia ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego; http://www.audiovis.nac.gov.pl Hanka Ordonówna, spełniona zawodowo i artystycznie, w życiu prywatnym była osobą nieszczęśliwą

Dominika Montean-Pańków/ Onet: Naprawdę nazywała się Maria Anna Pietruszyńska, ale uznano, że z takim nazwiskiem nie zrobi kariery na scenie. Tak narodziła się Hanka Ordonówna, przez rzesze wielbicieli zwana Ordonką, ikona przedwojennej piosenki. Jej najgłośniejszy szlagier „Miłość ci wszystko wybaczy” jeszcze długo po jej śmierci nuciła cała Polska. Jak Hanka Ordonówna, uboga dziewczyna z robotniczej rodziny, spotkała na swej drodze hrabiego Michała Tyszkiewicza?

Anna Mieszkowska: Hanka Ordonówna z Michałem Tyszkiewiczem pierwszy raz spotkali się w teatrze Qui pro Quo, w którym ona od kilku lat była gwiazdą zespołu artystycznego. Można powiedzieć, że poznali się we właściwym momencie. Przynajmniej dla niej. On oglądał ją na scenie i podziwiał. Jak wielu młodych ludzi pisał wiersze i teksty piosenek, interesował go teatr. Marzył, aby choć jeden jego utwór znalazł uznanie uwielbianej przez niego artystki. Nie miał śmiałości sam poprosić gwiazdy, aby wyraziła zainteresowanie utworem nieznanego adoratora. Ale słowa piosenki „Uliczka w Barcelonie”, które napisał, spodobały się Jerzemu Boczkowskiemu, dyrektorowi teatru i Hanka ją zaśpiewała. Ta pierwsza w wykonaniu Ordonki piosenka nieznanego jej jeszcze autora (Tyszkiewicz podpisał piosenkę inicjałem) cieszyła się ogromnym powodzeniem. Podobała się tak, że została później nagrana na płycie i możemy jej słuchać.

Jakie to było małżeństwo?

Jakie mogło być małżeństwo skromnej kobiety (bo już nie dziewczyny) z proletariackiego warszawskiego domu i młodego, świetnie wykształconego (skończył studia ekonomiczne, prawnicze i nauki polityczne, władał biegle kilkoma językami) reprezentanta wspaniałego rodu Tyszkiewiczów? Ordonka była starsza od swojego partnera o kilka lat. Niedługo przed jego poznaniem, rozpadł się jej kilkuletni związek z Fryderykiem Járosym, który od 1924 był jej osobistym reżyserem i to dzięki niemu stała się gwiazdą. Wokół postaci Ordonki i jej męża hrabiego Tyszkiewicza rosła legenda od początku ich znajomości. W plotkarskim świecie artystycznym gorąco komentowano ich romans.

Obala Pani mit, że rodzina Tyszkiewicza nie zaakceptowała Hanki. Z prostego powodu – ponieważ on nie miał rodziny.

Rodzice Michała Tyszkiewicza zmarli młodo. Wychowała go jego babka ze strony matki, Róża Raczyńska. Zadbała o jego edukację i majątek. Ale w roku zaślubin wnuka miała ponad 80 lat i mieszkała w Rogalinie. Kolejną legendą jest przywoływana opowieść o bojkocie artystki przez rodzinę męża. W Ornianach, rodzinnym majątku Tyszkiewicza, do którego po ślubie zawitali państwo młodzi, pomieszkiwała tylko służba i pracownicy, a oni zgotowali młodej parze serdeczne powitanie. Ślub Tyszkiewiczów odbył się w Warszawie bez rozgłosu towarzyskiego i medialnego. Z jej strony na uroczystości była obecna tylko matka, z jego – kuzyn i serdeczny przyjaciel Stefan Tyszkiewicz. Data i miejsce uroczystości ślubnej, podobnie jak data urodzenia Ordonki wciąż pozostają nieustalone. Znam cztery daty urodzenia Marii Anny Pietruszyńskiej (raczej żadna nie jest prawdziwa) oraz trzy daty jej ślubu z hrabią.

Za kulisami mówiono o niej, że to motyl i koń w jednej osobie: na scenie delikatna i krucha, natomiast wytrwałością i pracowitością przerastała siły atlety. Była w życiu prywatnym szczęśliwa?

Moim zdaniem Hanka Ordonówna, spełniona zawodowo i artystycznie, w życiu prywatnym była osobą nieszczęśliwą. Mimo pozorów udanego małżeństwa wciąż uciekała w liczne romanse. Tak naprawdę kochała i czuła się kochana tylko w czasie kilkuletniego związku z Járosym. Nie miała dzieci, ale nie była obojętna na los dzieci z rodzin biednych. Przywołam wspomnienie aktorki Barbary Fijewskiej, która zapamiętała jak elegancka pani Ordonówna przyjeżdżała wspaniałym odkrytym autem na biedne warszawskie Powiśle. Przywoziła ze sobą prezenty dla licznie tam bawiących się na ulicy dzieciaków. Słodycze, zabawki… Wrażliwość na sytuację dzieci jako ofiar wojny przyczyniła się do podjęcia przez Hankę decyzji o zorganizowaniu akcji poszukiwania i ewakuowania z głębi Rosji polskich sierot wojennych.

Bardzo ciekawe są jej i jej męża wojenne losy…

Hanka Ordonówna została aresztowana przez gestapo 1 listopada 1939 roku za protest przeciwko wyświetlaniu propagandowego filmu hitlerowskiego o zajęciu Warszawy. Mąż, który miał obywatelstwo litewskie, podjął starania o uwolnienie żony z więzienia na Pawiaku. Aby to osiągnąć, Tyszkiewicz wykorzystał znajomości swojej rodziny z królem włoskim Wiktorem Emanuelem, który osobiście wstawił się u Hitlera w obronie Ordonki. Wyszła na wolność w lutym 1940 roku i wyjechała do Wilna przez Prusy Wschodnie. Zamieszkała z mężem w pobliżu Teatru na Pohulance w pięknym mieszkaniu przy ulicy Kasztanowej 2 (dom stoi do dziś). Dalsze losy gwiazdy są niesamowite. Występy w Wilnie, aresztowanie przez NKWD najpierw męża, potem jej samej. Wywózka Tyszkiewicza do Łubianki, jej do sowchozu pod Kujbyszewem. Odzyskanie wolności. Radość ze spotkania męża. Ciężka praca społeczna: rozdawała chleb i przygotowywała pisemne zgłoszenia do tworzącej się armii polskiej generała Andersa w kilku miejscach zbornych, do których docierali Polacy oswobodzeni z sowieckich więzień i łagrów. Wreszcie wyjazd z sierocińcem do Indii, potem pobyt w Palestynie, gdzie na krótko wróciła do występów dla żołnierzy polskich i ludności cywilnej. I ostatnie lata spędzone w Libanie: walka z gruźlicą i śmierć 8 września 1950 roku z powodu zarażenia się tyfusem od… męża.

Jakie były dalsze losy jej męża?

Michał Tyszkiewicz przeżył żonę o 24 lata. Zmarł w 1974 roku w Monachium. Rozmawiałam z kilkoma osobami, które go bardzo dobrze znały z okresu współpracy w Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa. Do końca życia pamiętał o swojej żonie. Zorganizował w Londynie wystawę jej obrazów, które malowała w ostatnich latach, gdy mieszkali w Bejrucie. Przygotował piękną audycję radiową o niej. Myślę, że jego miłość wszystko jej wybaczyła, „kłamstwo i zdradę, i grzech”.

Anna Mieszkowska, dokumentalistka teatru, pracuje w Polskiej Akademii Nauk Archiwum w Warszawie; autorka takich książek
 jak: "Bodo wśród gwiazd. Opowieść o losach twórców przedwojennych kabaretów" oraz "Mistrzowie kabaretu. M Fyk Járosy od Qui pro Quo do Londynu".

Posted in SYLWETKI, ZASŁUŻENI WILNIANIE | 1 Comment »

Bogusław Kaczyński (1942-2016)

Posted by tadeo w dniu 7 grudnia 2016

 

apc-2016-12-07-19-24-001-3d

Honorowy Obywatel Białej Podlaskiej, zmarł 21 stycznia 2016 r. w wieku 73 lat. Informację o jego śmierci podał Tadeusz Deszkiewicz, doradca Prezydenta Rzeczpospolitej. W prasie opublikowano kondolencje, które złożył bliskim Zmarłego Prezydent RP Andrzej Duda: Odszedł wybitny popularyzator opery i operetki, znawca muzyki klasycznej i jej niestrudzony orędownik. W mojej pamięci pozostanie Jego niepowtarzalny styl oraz głęboka wiedza, którą przekazywał z wyjątkową finezją. Prezydent A. Duda nie mógł wziąć udziału w uroczystościach pogrzebowych, wystosowując specjalny list, który odczytał pracownik Kancelarii Prezydenta: Nieczęsto pojawiają się ludzie tak bardzo rozmiłowani w sztuce, że ich uczucie udziela się innym, dodaje sił w osobistych poszukiwaniach tego, co szlachetne, autentyczne, wartościowe. […] Rozległa wiedza, profesjonalizm, ogromne zaangażowanie w wykonywaną pracę, nieskazitelna polszczyzna, silna osobowość oraz talenty urodzonego dziennikarza telewizyjnego – wszystko to służyło Zmarłemu w realizacji tego, co uważał za swoje posłannictwo, a nawet sens życia. Pragnął, by radość słuchania dobrej muzyki oraz dumę z dokonań polskich artystów mogło dzielić z nim jak najwięcej jego rodaków. Stan zdrowia Bogusława Kaczyńskiego uległ pogorszeniu pod koniec 2015 r. Wówczas doznał kolejnego udaru i trafił do szpitala. Krytyk muzyczny ostatni rok życia spędził w szpitalu na rehabilitacjach. Wszystko przez wcześniejszy udar, którego doznał w 2007 r., po którym miał sparaliżowaną połowę ciała i problemy z mówieniem. Dzięki długiej rehabilitacji, sile charakteru i hartowi ducha, udało mu się jednak powrócić do sprawności.

 

Bogusław Kaczyński urodził się 2 V 1942 r. w Białej Podlaskiej. Wychował się w domu przy ul. Pocztowej. Ojciec Jan, był przed wojną pracownikiem PWS, oddelegowanym do pracy z Warszawy. Udzielał się społecznie, był jednym z założycieli i pierwszym prezesem zarządu Chóru Męskiego „Echo Podlasia” (1927 do 1945 r.). Podczas wojny był w konspiracji akowskiej. Po wojnie Jan Kaczyński śpiewał basem w chórze PSS „Społem”. W „Skali”, w dawnym Domu Strażaka im. Marszałka Józefa Piłsudskiego, w 1945 r. mały Boguś mając niespełna cztery lata, debiutował jako muzyk wykonując na pianinie melodię „Jaś mi z jarmarku przywiózł pierścionek”. Bogusław Kaczyński mieszkając już w Warszawie, z sentymentem wspominał wypoczynek z rodziną w nadbużańskich Serpelicach. Edukację rozpoczął w rodzinnej miejscowości, był absolwentem I Liceum Ogólnokształcącego im. Józefa Ignacego Kraszewskiego w Białej Podlaskiej (matura w 1959 r.)  Z nauczycieli „Kraszaka” najczęściej wspominał Franciszka Zdanowskiego oraz Lucynę Jóźwik, Anielę Walewską i Henrykę Szudejko. O swoim mieście nigdy nie zapomniał i chętnie przyjeżdżał na spotkania organizowane przez Koło Bialczan.

Prezes Marek Światłowski dom państwa Kaczyńskich odwiedzał jako dziecko, towarzysząc swemu dziadkowi Wincentemu Światłowskiemu, zasłużonemu promotorowi śpiewu i muzyki w Białej. W latach 60. XX w. akompaniował chórowi PSS „Społem” oraz zespołowi teatralnemu. Janusz Denisiuk, kolega jeszcze z czasów przedszkolnych, wspomniał, że podczas występów w „Kraszaku” artystów opery czy operetki, był organizowany quiz wiedzy o muzyce poważnej, a do odpowiedzi najszybciej zgłaszał się Boguś i najczęściej jako jedyny z uczniów znał dobrą odpowiedź. Studiował w Akademii Muzycznej w Warszawie w klasie fortepianu u prof. Pawła Lewieckiego i prof. Marii Wiłkomirskiej oraz na Wydziale Teorii Muzyki pod kierunkiem prof. Stefana Śledzińskiego i prof. Witolda Rudzińskiego. Wspominał potem, że na początku studiów był traktowany jak „Janko Muzykant” z prowincjonalnego Podlasia.

 

Przebywał na wielomiesięcznym stypendium Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku oraz stypendium Uniwersytetu Columbia w USA. Potem ukończył studia doktoranckie w warszawskiej Akademii Muzycznej. Jego żoną była malarka Jadwiga Maria Jarosiewicz, z którą rozwiódł się po pięciu latach małżeństwa. Dziennikarz, publicysta i krytyk muzyczny, popularyzator opery, operetki i muzyki poważnej, teoretyk muzyki, twórca telewizyjny, animator kultury, prezenter i autor wielu programów w TVP, wieloletnią działalność dziennikarską i prezenterską poświęcił muzyce klasycznej i operze. Autor licznych felietonów i recenzji, m.in. w czasopismach: „Teatr”, „Ruch Muzyczny”, „Kultura”, audycji radiowych i telewizyjnych, m.in. „Operowe qui pro quo” (1974-1978), „Zaczarowany świat operetki” (1979-1981), Kaczyński był twórcą znanego w świecie Festiwalu Muzyki w Łańcucie, którym kierował w latach 1980-1990. Od 1982 r. był dyrektorem Europejskiego Festiwalu im. J. Kiepury w Krynicy.

W 1991 r. założył Fundację im. Bogusława Kaczyńskiego – „Orfeo”. Fundacja miała na celu duchowe i materialne wspomaganie twórców, wspieranie kultury narodowej, promocję sztuki wśród dzieci i młodzieży oraz pomoc w realizacji ambitnych inicjatyw artystycznych. W latach 1993-1996 był prorektorem ds. artystycznych Akademii Muzycznej w Warszawie. W latach 1994-1998 pełnił funkcję Dyrektora Naczelnego i Artystycznego Teatru Muzycznego „Roma” w Warszawie. Prowadził w kraju i za granicą wykłady z dziedziny historii muzyki i sztuki operowej. Był autorem serii płytowej „Bogusław Kaczyński – Złota Kolekcja”. Prowadził transmisje telewizyjne najważniejszych wydarzeń muzycznych w kraju i za granicą, m.in.: Konkurs Chopinowski, Konkurs im. Henryka Wieniawskiego, koncerty Luciano Pavarottiego, Placido Domingo, jubileusz Filharmonii Narodowej, festiwal w Opolu, Koncerty Noworoczne z Wiednia, konkursy Eurowizji. Udzielał również wielu konsultacji muzycznych do filmów i spektakli, niekiedy występując jako aktor. 14 III 2007 r. doznał udaru mózgu, po intensywnej rehabilitacji większość dolegliwości ustąpiła.

Był pracoholikiem, mimo choroby nie zwolnił. W sierpniu 2007 r. ponownie kierował festiwalem w Krynicy. Napisał ponad 20 książek, m.in.: Dzikie orchidee (1985), Kretowisko (wyd. Art. B Press 1991) i Wielka sława to żart (wyd. BGW 1992) oraz album Fryderyk Chopin. Geniusz muzyczny (2010) – były bestsellerami wydawniczymi i uhonorowane zostały nagrodami literackimi. Inne publikacje B. Kaczyńskiego: Ucieczki do Karyntii. Rzecz o A. Bergu i jego operach (1987), Xenia Grey: księżna Chicago (1993), Krynicki benefis (2000), Symfonia w dolinie słońca (album wydany w Niemczech), Teatr Kaczyńskiego – Roma, Jak samotny szeryf, Koń na biegunach, Smak sławy, Kiepura (2011). Był autorem licznych spektakli. Występował na estradach niemal całego świata oraz w radiu i telewizji. W 1967 r. pierwszy raz zaproszony został do poprowadzenia w telewizji programu muzycznego i od tej chwili regularnie prowadził programy telewizyjne, estradowe i największe międzynarodowe gale.

apc-2016-12-07-19-20-001-3d

Specjalne sukcesy i dowody uznania międzynarodowej krytyki przyniosły mu prezentacje monodramu o Janie Kiepurze i Marcie Eggerth (ponad 1000 przedstawień na 3 kontynentach), wykłady z dziedziny historii muzyki i sztuki operowej oraz galowe wieczory z cyklu „Bogusław Kaczyński przedstawia”. Jego tournée wiodło przez cztery kontynenty: od Pekinu, Ułan Bator i Moskwy poprzez Wiedeń, Rzym, Florencję, Neapol, Mediolan, Genewę, Paryż, Londyn, Sztokholm, Berlin, Monachium, Pragę, Budapeszt, Madryt, Istambuł, Hawanę, Nowy Jork, Chicago, Boston, Miami do Toronto, Montrealu, Edmonton i Vancouver. Otrzymał liczne nagrody i odznaczenia. B. Kaczyński był ulubieńcem publiczności, gwiazdorem Telewizji Polskiej, zdobywcą trzech Wiktorów i Superwiktora oraz trzech Złotych Ekranów. W wyniku plebiscytu „Polityki” – Koniec wieku, zaliczony został do grona dziesięciu największych osobowości telewizyjnych XX stulecia. Podczas gali z okazji 50. TVP otrzymał statuetkę i tytuł Gwiazdy Telewizji Polskiej (2002 r.). W 2006 r. uhonorowany został prestiżową nagrodą Piękniejsza Polska oraz tytułem Mistrz Mowy Polskiej (2006). Był laureatem nagrody Ministra Kultury i Sztuki (2003); zdobywcą tytułów Mężczyzna Roku i Pisarz Roku, kawalerem Orderu Uśmiechu (1995) i Komandorii Orderu Odrodzenia Polski (1999). Był Honorowym Obywatelem Lipna, Krynicy Zdrój (2002) i Łańcuta (2003). Został uhonorowany innymi wyróżnieniami: „Lider Promocji Kultury Polskiej” (1996), „Honorowy Białostocczanin Roku”, statuetki i tytułu „Gwiazda Telewizji Polskiej”. Otrzymał godność „Wybitnej Osobistości Pracy Organicznej” oraz Złoty Medal Zasłużony Kulturze Gloria Artis (2011). Bogusław Kaczyński został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski (2016). Miał swoją publiczność, która kochała jego opowieści o muzyce. Dzięki niemu, wiele osób sięgnęło po płytę z muzyką poważną, poszło na koncert czy do opery. W swoich programach przypominał występy wielkich gwiazd opery i operetki, a także promował młodych artystów. Nie zapominał o najmłodszych. Do nich adresował swój cykl programów „Bogusław Kaczyński zaprasza dzieci”. Dziś jego „wychowankowie” regularnie odwiedzają opery i filharmonie. Każdą wizytę w mieście swego urodzenia i młodości nazywał „ sentymentalną podróżą w czasie”. Honorowym Obywatelem rodzinnego miasta Białej Podlaskiej jest od roku 2008, a Honorowym Członkiem Koła Bialczan od 2005 r., był uczestnikiem Zjazdu Szkół Bialskich w 1968 i 1978 r.

Podczas uroczystości wręczenia Honorowego Obywatelstwa, wspomniał: „pozostał mi ogromny sentyment do mojego rodzinnego miasta. Szczycę się tym, że tu się urodziłem, gdzie rozwinąłem swoją pasje do muzyki. Dziś już jest ona innym miastem, niż w czasach mojego dzieciństwa”. W odbudowanej „Skali”, miejsca dziecięcego debiutu małego Bogusia, Księgarnia Marii i Marka Światłowskich zorganizowała w 2010 r. promocję książki „Koń na biegunach”. „Moim największym sukcesem w życiu jest to, że udało mi się zrealizować moje dziecięce marzenia. Chciałem być artystą, chciałem być sławny, chciałem, aby świat leżał u moich stóp – a to wszystko dzięki muzyce” – mówił o sobie Kaczyński. Było to, jak się okazało ostatnie spotkanie B. Kaczyńskiego z mieszkańcami rodzinnego miasta. Potem rodzinne miasto kilka razy odwiedził prywatnie. W Warszawie 28 I 2016 r. odbyła się ceremonia pogrzebowa Bogusława Kaczyńskiego, najbardziej znanego w Polsce popularyzatora muzyki klasycznej. Msza święta żałobna była sprawowana w kościele św. Karola Boromeusza przy ulicy Powązkowskiej. W trakcie uroczystości w świątyni, wybitny polski tenor – Witold Matulka zaśpiewał Ave Maria. Po jej zakończeniu, urnę z prochami złożono na warszawskich Starych Powązkach w Alei Zasłużonych. Honorowego Obywatela Białej Podlaskiej pochowano nieopodal grobu legendarnego śpiewaka – Jana Kiepury, który fascynował Zmarłego przez całe życie. Pogrzeb odbył się z asystą wojskową. Nad grobem zabrzmiała salwa honorowa. Artyści Teatru „Roma” zaśpiewali arię „Wielka sława to żart…” z ulubionej przez B. Kaczyńskiego operetki „Baron cygański” Johanna Straussa (syna).

W ostatniej drodze sławnemu dziennikarzowi muzycznemu towarzyszyli m.in. wicepremier i minister kultury prof. Piotr Gliński, Marek Barbasiewicz, Olgierd Łukaszewicz, Zbigniew Niemczycki z żoną, Iwo Orłowski, Małgorzata Potocka oraz Barbara Wachowicz (autorka wstępu do książki Wielka sława to żart). Minister P. Gliński, żegnając wielkiego Bialczanina, powiedział: posiadał klasę, elegancję i styl, nie tolerował bylejakości i braku profesjonalizmu. Był prawdziwym wzorcem polskiej inteligencji. Chcę podziękować, że był z nami, by zaszczepiać w nas miłość do muzyki. Dziękuję mu w imieniu rządu. Nie zapomnimy pana zasług. Do zobaczenia na niebiańskich koncertach. List Prezydenta RP kończył się jakże wymownym cytatem: Myślę, że ostatnie pożegnanie Bogusława Kaczyńskiego jest okazją, by przypomnieć tę wzniosłą, norwidowską frazę: Bo piękno na to jest, by zachwycało / Do pracy – praca, by się zmartwychwstało.

W pożegnaniu Honorowego Obywatela, uczestniczyła delegacja władz miasta na czele z prezydentem Dariuszem Stefaniukiem i zastępcą – Adamem Chodzińskim. Honorowego Członka Koła Bialczan żegnała delegacja Stowarzyszenia z prezesem zarządu Markiem Światłowskim.  W pogrzebie uczestniczyła też delegacja I Liceum Ogólnokształcącego im. J.I. Kraszewskiego, którego B. Kaczyński był absolwentem. Wśród żegnających wybitnego Bialczanina nie zabrakło byłego prezydenta Białej Podlaskiej Andrzeja Czapskiego, to z jego inicjatywy B. Kaczyński został obdarzony tytułem Honorowego Obywatela grodu nad Krzną. W ostatniej drodze popularyzatora muzyki klasycznej uczestniczył Zdzisław Komarowski, absolwent „Kraszaka”, obecnie mieszkający w USA oraz znany artysta malarz Maciej Falkiewicz. Ze Zmarłym łączyła go długa znajomość, jeszcze z czasów studenckich, obaj mieszkali w słynnej „Dziekance”, akademiku szkół artystycznych w Warszawie. Potem podczas pobytu w rodzinnym mieście, B. Kaczyński bywał gościem w Klubie Jeździeckim na Białce, który prowadził malarz, miłośnik hippiki. Z inicjatywy doktora Jana Hałabudy i Koła Bialczan w kościele św. Antoniego w Białej Podlaskiej 26 II 2016 r. odprawiono Mszę św. w intencji zmarłego B. Kaczyńskiego. 2 maja 2016 r. Bialskiemu Centrum Kultury nadano imię Bogusława Kaczyńskiego. Miasto upamiętniło w ten sposób jednego z najwybitniejszych bialczan w swojej historii. Polska kultura straciła wyjątkową osobowość. Requiescat in pace!

SZCZEPAN KALINOWSKI Koło Bialczan Biała Podlaska

http://bbc.mbp.org.pl/Content/10056/rocznik%202015.pdf

Posted in Moja mała Ojczyzna, SYLWETKI | Leave a Comment »

Modlitwa, leki, rehabilitacja, opieka – Jan Kobuszewski robi co może, by ratować życie żony

Posted by tadeo w dniu 14 marca 2016

fot.youtube.pl
fot.youtube.pl

Zagrał setki ról, przez 60 lat występował w kinie, teatrze i telewizji. Doczekał się uznania widzów i zaskakująco niskiej emerytury. Jan Kobuszewski walczy o życie żony i sam potrzebuje pomocy. Ministerstwo Kultury pod rządami PO uznało, że aktorowi nie należy się specjalna emerytura dla ludzizasłużonych kulturze.

Poprzedni minister kultury -Bogdan Zdrojewski nie przyznał aktorowi specjalnych świadczeń, jakie dostają artyści.

Jan Kobuszewski za niewiele ponad 2 tys. zł emerytury musi przeżyć i uratować ciężko chorą żonę

—informuje se.pl.

Po 55 latach pracy aktorowi wyliczono emeryturę w wysokości 1200 zł miesięcznie. Kobuszewski nie miał wyjście i pracował dalej. Po zmianie przepisów jego świadczenie wyliczono na nieco ponad 2 tys. zł i aktor odszedł na emeryturę.

Nie dostałem ekstraemerytury artystycznej od ministra

—przyznawał ze smutkiem.

Oprócz problemów finansowych aktor ma jednak o wiele większy problem. To zdrowie ukochanej żony. Kobuszewski nie chce mówić o jej chorobie, jest jednak przerażony, gdyż nie wyobraża sobie życia bez swojej drugiej połowy.

Na początku roku pani Hanna trafiła do szpitala. Jej stan był ciężki.Cały czas wymaga stałej opieki. Kobuszewskim pomaga ich córka Maryna, ale sama przecież ma dwójkę dzieci i nie może non stop być przy rodzicach. Opieka, leki, rehabilitacja – wszystko wymaga nakładów finansowych. Kobuszewski jest zbyt skromnym i dumnym człowiekiem, prosić o pomoc nie będzie

—opisuje se.pl.

Aktor modlił się o zdrowie żony przy grobie błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki. W 2007 r. państwo Kobuszewscy zostali odznaczeni przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego medalem za długie pożycie małżeńskie.

ZOBACZ TEŻ:

Jan Kobuszewski obchodził swoje 80. urodziny na Jasnej Górze. „Jest to dla mnie jedno z najświętszych miejsc na świecie” – twierdzi znany aktor

http://wpolityce.pl/gwiazdy/285091-modlitwa-leki-rehabilitacja-opieka-jan-kobuszewski-robi-co-moze-by-ratowac-zycie-zony

Posted in SYLWETKI | Leave a Comment »

Zjawiskowa Anna Jantar /30 l./ – do dziś fascynuje swoim talentem

Posted by tadeo w dniu 13 marca 2016

Anna Jantar – prawdziwa ikona polskiej sceny muzycznej i modowej. Znana z przebojów: „Za każdy uśmiech” „Staruszek świat”, „Wielka dama tańczy sama”, ”Tyle słońca w całym mieście”. Jak wiemy i prawie wszyscy pamiętamy – zaledwie w  wieku 30. lat zginęła w katastrofie samolotu „Mikołaj Kopernik” — w Warszawie. 14 marca mija  36 lat…

Ciepła, miła, serdeczna — mówią zgodnie ci, którzy z Anną Jantar współpracowali. Nie była typową gwiazdą, nie wywyższała się. Była jak serdeczny kumpel, z którym zawsze można pogadać. Lubiła płatać figle, także na scenie….

———————————————————————————

10 czerwca 1950 roku w Poznaniu na świat przychodzi Anna Maria Szmeterling (po niemiecku: Motyl). Już od najmłodszych lat przejawiała talent muzyczny. Jako 4.-latka uczęszczała do przedszkola muzycznego przy Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Poznaniu, a następnie ukończyła podstawową szkołę muzyczną, gdzie uczyła się podstaw gry na fortepianie.

Niewątpliwy talent umożliwił 12.-letniej artystce wygranie konkursu pianistycznego dla szkól podstawowych i średnich w Filharmonii Poznańskiej.

— Na samym początku miałam inne plany artystyczne. Kształciłam się na pianistkę. Było to w moim rodzinnym mieście w Poznaniu (…) Ale z biegiem lat przekonałam się, że kariera pianistki jest bardzo trudna, jest po prostu – fizycznie trudna, trzeba mieć sporo siły, a ja nigdy nie zapowiadałam się na Herkulesa. Mam przy tym małą rękę, dla pianistki jest to utrudnienie – powiedziała w jednym z wywiadów radiowych.

Pod koniec lat 60. zdała egzamin do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie, ale nie została do niej przyjęta z powodu braku miejsc. W roku 1969 roku została wokalistką zespołu Waganci, w którym poznała swojego przyszłego męża,Jarosława Kukulskiego.

11 kwietnia 1971 w poznańskim kościele św. Anny wzięła ślub z Jarosławem Kukulskim i 5 lat później na świat przyszła ich córka, Natalia Kukulska.

„Macierzyństwo to coś niesamowitego. Nie masz pojęcia, jak wspaniale jest urodzić dziecko. To jakiś cud zmieniający wszystko, to coś małego i bardzo najważniejsze…”

W latach 70. była czołową polską piosenkarką. W 1972 po zdaniu egzaminu została zawodową piosenkarką estradową i rozpoczęła karierę solową jako Anna Jantar. W 1973 uczestniczyła w KFPP w Opolu, gdzie zaśpiewała swój pierwszy solowy przebój „Najtrudniejszy pierwszy krok”.

Rok 1974 obfituje w szereg nagród i wyróżnień. Między innymi: na Międzynarodowym Festiwalu Piosenki „Slovenska Popevka” w Lublanie otrzymuje wyróżnienie za interpretację piosenki jugosłowiańskiej pt. „Czas jest złotem”. W Kołobrzegu na VIII FPŻ staje się laureatką nagrody „Polskich Nagrań” i otrzymuje tytuł „Miss Obiektywu”. Wielkim przebojem w Polsce staje się w tym czasie jej najbardziej rozpoznawalna do dziś piosenka pt. „Tyle słońca w całym mieście”.

We wrześniu 1975 roku na Festiwalu Piosenki w Dreźnie Anna otrzymuje II nagrodę za utwór pt. „Niech ziemia tonie w kwiatach”. W sprzedaży jest już w tym czasie jej pierwszy longplay pt. „Tyle słońca w całym mieście” i trwają przygotowania do wydania kolejnej płyty pt. „Za każdy uśmiech”.

W trakcie swojej krótkiej  kariery zdobyła wiele nagród i wyróżnień. Współpracowała z wieloma polskimi artystami m.in. ze Stanisławem Sojką, Bogusławem Mecem, Zbigniewem Hołdysem, Andrzejem Tenardem, nagrywała również piosenki z Budką Suflera i zespołem Perfect.

Mała Ania już od najmłodszych lat kochała modę. Nigdy nie mogła zdecydować, co na siebie włoży, jak się pomaluje. Jak określić jej styl? Elegancko-sportowy — to chyba najtrafniejsza odpowiedź. Jedno jest pewne: Anna kochała żywe kolory, mnogość wzorów. Poruszała się zwinnie w trendach lat 70. Kojarzymy ją głównie w: dzwonach, luźnych tunikach, szerokich paskach, kwiecistych sukienkach.  Co więcej, ubrania wybierane przez artystkę były zawsze z dobrego gatunku, a to wyróżniało ją od innych gwiazd.

Anna Jantar nie bała się eksperymentować w modzie i wizażu. W każdej stylizacji wyglądała zjawiskowo, czy byłyby to niedbałe dżinsy, czy obcisła sukienka. Annę zapamiętaliśmy również ze względu na wspaniałą, zawsze ułożoną fryzurę. Znajomi twierdzą, że gdy choćby kosmyk włosów nie układał się – wpadała w histerię…

Dużym zaskoczeniem dla fanów, jak i dla rodziny było obcięcie włosów na krótko w 1977 roku. Wiązało się to ze zmianą jej całego stylu: z romantycznej, pełnej kokieterii dziewczyny w  rockową damę z mocnym makijażem i ciężkim strojem. Wiele osób było negatywnie nastawionych do tak nagłej i „drastycznej” metamorfozy. Mimo to Anna pozostawała wierna swoim wyborom. Image odzwierciedlał to, co czuła wewnątrz. Każdy jej wizerunek był skrupulatnie przemyślany, wyrażał emocje, współgrał z artystyczną duszą.

Annę nazywano „bursztynową dziewczyną” nie tylko z powodu jej nazwiska, lecz za sprawą osobowości i promiennego wyglądu. Było w niej coś niebywałego, świetlistego, błyszczącego. Epatowała pozytywną energią i ciepłem być może za sprawą szczerego uśmiechu. To właśnie za to ją pokochaliśmy.

Anna Jantar nadal – mimo tak szaleńczo upływającego czasu — należy do grona najbardziej lubianych naszych piosenkarek, a to głównie dzięki melodyjnym i przebojowym piosenkom, w których czuła się najlepiej. Będąc jeszcze solistką w zespole Waganci wylansowała szlagier „Co ja w tobie widziałam”, potem przyszły następne: „Najtrudniejszy pierwszy krok”, „Tyle słońca w całym mieście”, „Żeby szczęśliwym być”,  „Za każdy uśmiech”. Piosenkarka unikała nowoczesnego repertuaru.

„ — Bardzo chciałabym śpiewać nowoczesne piosenki, zresztą do moich ulubionych wykonawców należą Aretha Franklin i Dionne Warwick, ale wiem, że w tym stylu nie będę mogła śpiewać. Piosenki skomplikowane muzycznie u nas się nie przyjmują. Publiczność domaga się typowych, melodyjnych przebojów.” – powiedziała krytykowi muzycznemu.

Halina Frąckowiak tak wspomina Annę Jantar: — „Ania przyciągała do siebie swoim serdecznym uśmiechem. Jej otwarta i szczera radość była czymś unikatowym i wprost zaraźliwym. Nie przypadkiem sztandarowym utworem Ani stała się piosenka „Tyle słońca w całym mieście”. Ania całą sobą niosła aurę słońca. W mojej pamięci pozostanie na zawsze roześmianą, inteligentną Anią, z ogromnym poczuciem humoru… Ale nie tylko, bo przecież znałam Jej delikatność, zdolność do refleksji dobroć i wrażliwość na sprawy dotyczące nie tylko Jej samej, ale również przyjaciół.”

Anna Jantar w plebiscycie słuchaczy Studia Gama wybrana zostaje piosenkarką roku 1979. Pod koniec grudnia Anna Jantar wyleciała na koncerty do USA.

Na kilka dni przed powrotem do kraju, daje swój ostatni koncert, zarejestrowany przypadkowo na amatorskim sprzęcie. Powiedziała wówczas:

— Dobry wieczór, witam Państwa bardzo serdecznie. Witam wszystkie dzieci, które przyszły dzisiaj także (…). Drodzy Państwo, witam i  w zasadzie niestety, z przykrością stwierdzam także, że żegnam. Ponieważ śpiewam dzisiaj po raz ostatni (…) dla Państwa i bardzo się cieszę, i jednocześnie smucę trochę z tego powodu. Zaśpiewam dla Państwa kilka piosenek ze swojego repertuaru. Będą starsze, nowsze… Oczywiście nie zabraknie zupełnych nowości. A rozpocznę piosenką, którą darzę szczególnym sentymentem, jako że przypomina mi ona początki mojej pracy estradowej. Piosenka o pięknym tytule, który może być także receptą na szczęście – „Żeby szczęśliwym być”. (…)

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

ANNA JANTAR – WE WSPOMIENIACH WYBITNYCH KOMPOZYTORÓW I AUTORÓW TEKSTÓW:

Ciepła, miła, serdeczna – mówią zgodnie ci, którzy z Anną Jantar współpracowali. Nie była typową gwiazdą, nie wywyższała się. Była jak serdeczny kumpel, z którym zawsze można pogadać. Lubiła płatać figle, także na scenie.

Kariera trzydziestoletniej Anny Jantar, jednej z największych polskich gwiazd lat 70., została nagle przerwana 14 marca 1980 roku. Piosenkarka była jedną z pasażerek lecącego z Nowego Jorku do Warszawy samolotu Ił-62 “Mikołaj Kopernik”, który rozbił się w pobliżu lotniska Okęcie. Zginęło 77 pasażerów i 10 członków załogi. Wśród nich także 22-osobowa reprezentacja bokserska USA, amerykański etnomuzykolog Alan Merriam, delegaci warszawskich uczelni… Cała Polska była w ogromnym szoku. „– Gdyby Ani udało się pożyć trochę dłużej, byłaby międzynarodową gwiazdą.” – przewiduje Janusz Kondratowicz, autor słów do wielu najpopularniejszych utworów Anny Jantar. – W swoich czasach była prawdziwym zjawiskiem!

Jantar pozostawiła po sobie ledwie cztery płyty, wiele pocztówek dźwiękowych i przebojów. Zostawiła też mnóstwo wspomnień. Jak ją zapamiętali współpracownicy, zarówno ci bliżsi, jak i nieco dalsi…?

Z WIELKIM POCZUCIEM HUMORU

Ze wspomnień Hołdysa wyłania się także nieco inny obraz Anny Jantar, mogący być dla wielu jej fanów pewnym zaskoczeniem. – Ania była „jajcarą” nie z tej ziemi – mówił był. – Zawsze, gdy śpiewaliśmy w duecie “Ktoś między nami”, robiła mi jeden numer. To trudna piosenka, napisana absolutnie nie w mojej tonacji. Bardziej w niej melorecytowałem niż śpiewałem. Wymagała na pewno skupienia i zrobienia tak zwanej: poważnej miny. Tymczasem na koncertach, w trakcie mojej partii, Ania podchodziła do mnie, stawała tyłem do widowni i robiła różne głupie miny, małpy czy „zezy”. Nie byłem w stanie powstrzymać śmiechu! Jedyne, co mogłem zrobić, to zamknąć oczy. Trochę żałuję, że nie było wtedy telefonów komórkowych, bo Natalka Kukulska miałaby obraz matki, jakiego sobie nie wyobraża.

LEGITYMACJA W GŁOSIE

Muzycy Perfetcu nie byli jedynymi rockmanami, z którymi Anna Jantar współpracowała. W tym samym 1979 roku trzy kompozycje, w tym wielki przebój “Nic nie może wiecznie trwać”, stworzył dla niej Romuald Lipko. Poprosił go o to mąż piosenkarki, Jarosław Kukulski. – Bardzo się z sukcesu tego utworu cieszyliśmy – mówi lider Budki Suflera. – Pamiętam jak tuż przed wylotem Ani do USA siedzieliśmy razem w studiu Programu I Polskiego Radia i planowaliśmy, że wiosną, po jej powrocie, nagramy wspólnie płytę. Niestety, dalszego ciągu nie było, a sam tytuł przeboju okazał się fatalnie proroczy…

Lipko zapamiętał Jantar jako osobę niezwykle pogodną. – Nie miałem niestety szans lepiej jej poznać prywatnie, ale od razu zauważyłem, że nie przypomina innych ówczesnych gwiazd. Niezwykle sympatyczna, zawsze uśmiechnięta, natomiast zawodowo profesjonalistka najwyższej klasy. Przychodziła na nagrania przygotowana, więc nie trzeba było się męczyć z powtórkami. Miała lepszą niż ktokolwiek inny ‚legitymację na śpiewanie’. Czuło się, że muzyka była treścią jej życia, że płynęła w jej krwi…

MIAŁA W SOBIE MNÓSTWO CIEPŁA

Więcej okazji do bliższego poznania Anny Jantar miał Bogusław Mec. Wspólnie jeździli na koncerty, nagrali też duet “Pozwolił nam los”. – Zaprzyjaźniliśmy się – mówi piosenkarz. – Mam wiele wspaniałych wspomnień. Na przykład dwutygodniowy wyjazd do Włoch na święto gazety “l’Unita”. Przez jeden wieczór koncertowaliśmy, a resztę czasu spędziliśmy w bajecznie kolorowej i słonecznej scenerii tamtejszych plaż.

Podobnie jak Hołdys, Mec również używa w stosunku do Anny Jantar określenia “świetny kumpel”.– Czułem się przy niej bardzo swobodnie. Gdy widziała, że jestem nie w sosie, mówiła: “Wpadnij do mnie. Zrobię jakąś kolację, coś przygotuję, porozmawiamy”. Miała w sobie mnóstwo ciepła. Ceniła też moje zdanie. Byłem jej scenicznym doradcą, takim od ciucha do repertuaru. Często pytała: “Czy powinnam to założyć?”. Albo “Czy dobrze zaśpiewałam?”. Zdarzało się, że Ania wychodziła podczas moich utworów na chórki.

POZWOLIŁ NAM LOS…

To właśnie duet z Bogusławem Mecem “Pozwolił nam los” okazał się ostatnią nagraną przez Annę Jantar piosenką. – Byłem akurat w Łodzi – wspomina artysta. – Ania zadzwoniła do mnie, że jedzie taksówką z Warszawy do Katowic. Powiedziała, że ma jeszcze jeden utwór, duet, który tylko ja mogę z nią nagrać, więc mnie po drodze ze sobą zabierze. Normalnie takich rzeczy nie robię, ale to była przecież Ania. Miałem do niej pełne zaufanie. Weszliśmy do studia, tuż przed jej wylotem, i nagraliśmy to na zupełnym luzie, szybko i sprawnie. Potem udała się w podróż, z której już niestety nie wróciła…

Jak mówił, Anna Jantar, będąc w Stanach, robiła mu tak dobrą reklamę, że to tylko dzięki niej później sam mógł tam śpiewać. – Pamiętam, że gdy wsiadłem na pokład samolotu, po raz pierwszy w życiu naprawdę się bałem. Pomyślałem wtedy: “Nie po to Ania tak bardzo się starała, bym tam nie doleciał”…

PRAWDĘ MÓWIĄC

Oprócz męża, zmarłego trzy lata temu, Jarosława Kukulskiego, twórcą, który odcisnął największe piętno na twórczości Anny Jantar, był poeta i satyryk Janusz Kondratowicz. Ma na koncie między innymi takie przeboje jak “Tyle słońca w całym mieście” czy “Dzień bez happy endu”. Pisał teksty na wszystkie płyty piosenkarki, z wyjątkiem ostatniej, wydanej już pośmiertnie “Anny Jantar” – Na tej płycie znalazły się utwory jakby prorocze, “Nic nie może wiecznie trwać”, “Spocząć”, “Nie ma piwa w niebie”, mówiące o samotności, śmierci, sprawach ostatecznych – zauważa. – W pewien sposób więc się cieszę, że nie wziąłem w tym udziału.

Współpraca między Kondratowiczem a Jantar przebiegała bez problemów, choć zdarzało się, że oboje mieli odmienne zdanie. – Ania była bardzo wybredna, więc czasem chciała coś w moich tekstach zmienić. Wtedy siadaliśmy i rozmawialiśmy. Najczęściej kończyło się tym, że to ja przyznawałem jej rację, choć parę razy to Ania ustąpiła wobec moich argumentów. Zawsze była bardzo szczera. Mówiła prawdę, prosto w oczy. Nie kombinowała.

W OGNIU PRACY TWÓRCZEJ…

Pan Janusz szczególnie ceni sobie fakt, że Anna i Jarosław traktowali go jak członka rodziny. – Razem z jej mamą i Jarkiem odbierałem ze szpitala na ulicy Szaserów w Warszawie malutką Natalię; potem zostałem ojcem chrzestnym jej przyrodniego brata – wspomina, dodając, że na pierwszym miejscu nie stawia wcale tego, co dla piosenkarki napisał, lecz to, co z nią i jej mężem przeżył prywatnie. – Wyjątkowo czule wspominam odwiedziny w mieszkaniu Ani i Jarka, najpierw w małej kawalerce na Żoliborzu, potem w czteropokojowym mieszkaniu na ul. Reymonta. Wspólnie jeździliśmy moim fiatem 132 po Rumunii, Węgrzech i Bułgarii, gdzie spędziliśmy cudowne wakacje. Były wypady nad stawy rybne i niezapomniane wieczory w restauracjach.

Podczas jednego z wyjazdów, w Domu Pracy Twórczej w Ustroniu Morskim, Kondratowicz był świadkiem pewnego incydentu. – Jarek poważnie pokłócił się z modnym wówczas kompozytorem Piotrem Figlem. Ania trzymała stronę męża, choć bardzo zależało jej na tym, by śpiewać utwory Figla, który wygrywał wtedy międzynarodowe festiwale. Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że trzeba jakoś zainterweniować. Zaczęliśmy się godzić w małym gronie, które potem z każdą chwilą się rozrastało. W końcu, koło północy, wszyscy byli zupełnie pogodzeni. Do dziś pamiętam, jak szczęśliwa z tego powodu była Ania.

BEZ CIENIA GWIAZDORSTWA

Za część tekstów na wspomnianym albumie “Anna Jantar” odpowiadał Bogdan Olewicz, dziennikarz, a później autor słów większości piosenek  grupy Perfect. – W utworze pisanym dla kogoś podstawową sprawą jest wiarygodność – mówi. – Pewne słowa albo się śpiewającemu w ustach układają, albo nie. Ani zawsze się układały i zawsze brzmiały w jej interpretacjach prawdziwie. Tak ją zresztą wspominam, przede wszystkim jako osobę pracującą, niezwykle szybko i sprawnie. Nigdy się nie zdarzyło, by do czegoś była nieprzygotowana. Jedyne, o co prosiła, to by jej nie przerywać. Gdy śpiewała, musiała być bardzo skoncentrowana.

Mimo że Olewicz rzadko spotykał się z Jantar w okolicznościach pozazawodowych, od samego początku wydała mu się kimś, kto chłonie życie. – Dla niej nie istniała żadna szalona dyscyplina, w rodzaju “pilnujemy gardła, nie pijemy zimnych napojów, nie szalejemy, a o 23 idziemy grzecznie spać”. Wołała czerpać z życia pełnymi garściami. Lubiła się bawić, śmiać, a wszędzie, gdzie się pojawiała, wzbudzała zachwyt i ogromne zainteresowanie. W ogóle nie zachowywała się jednak jak wielka gwiazda…!

Słowa te potwierdza kompozytor i pianista Antoni Kopff, przytaczając jedną z historii z warszawskiego klubu Stodoła. — Ania miała akurat próbę, która dość mocno się przeciągnęła. Jako że wieczorami na ogół obywała się w tym czasie dyskoteka, postanowiła skorzystać z okazji i trochę się na parkiecie poruszać. Sama mnie na niego wciągnęła. Tańczę z finezją robota, musiałem więc wyglądać osobliwie, na szczęście z wiadomych względów to nie ja byłem głównym obiektem zainteresowania.

Jakaś małolata podeszła do nas i zapytała: “Pani Jantar?”. Na co Ania odpowiedziała. “Nie, Anna”. Taki drobiazg, a jednak pokazuje, jakim była człowiekiem. Jantar było jej przydomkiem, gdy nie znajdowała się na scenie była po prostu normalną skromną dziewczyną. Jeździłem z nią na koncerty przez ponad dwa lata. Takie bliskie kontakty często powodują, że ludzie się kłócą, nie mogą na siebie patrzeć, rozstają w niezgodzie. Tu było wręcz przeciwnie.

Antoni Kopff napisał muzykę do kilku zaledwie utworów piosenkarki, w tym “Gdzie nie spojrzę” czy “Ktoś między nami”. – Nie byłem twórcą piosenek najbardziej płodnym, ale akurat dla niej chciało się pisać. Nawet nie na jakieś specjalne zamówienie. Te utwory powstały naturalnie, w sposób niewymuszony. I nie mam wątpliwości, że pewien rozgłos, jaki zdobyły, nie byłby możliwy bez Ani…

Marek Różycki jr.

http://marrjr.salon24.pl/700901,zjawiskowa-anna-jantar-30-l-do-dzis-fascynuje-swoim-talentem

Posted in SYLWETKI | Leave a Comment »

Sądecki spowiednik świętych narodzony dla nieba

Posted by tadeo w dniu 1 lutego 2016

1 lutego mija 53. rocznica śmierci (+ 1963)ojca Józefa Andrasza SJ pochodzącego z naszego Wielopola.


Dzień ten jest wigilią święta Ofiarowania Pańskiego. W to święto w trakcie swojego 72-letniego, ziemskiego żywota,  ojciec Józef złożył śluby wieczyste.
Z osobą wspomnianego jezuity wiąże się wiele bardzo symbolicznych dla Polaków i Kościoła dat, jak choćby dzień jego narodzin 16 pażdziernika (1891).

Nie jest to przypadkowe, bo i osoba nie jest przypadkowa. W  Nadzwyczajnym Roku Miłosierdzia warto przypomnieć  że jest on naszym rodakiem (urodzonym w Wielopolu, Chrzest św. w Wielogłowach) – Apostołem Bożego Miłosierdzia.
Jak zauważył  ojciec Stanisław Sikora OFM – kustosz relikwii bł. Anieli Salawa,  o ojcu Andraszu zrobiło się ostatnio głośno, jako tym, który był pierwszym i… ostatnim kierownikiem duchowym, spowiednikiem świętej siostry Faustyny.

Nie wspomina się, że zanim spotkał siostrę Faustynę był on kierownikiem duszy i spowiednikiem  błogosławionej Anieli Salawa.
Rok po święceniach, w  1920 Opatrzność zetknęła go z błogosławioną Anielą Salawa,  której życie w wielkim cierpieniu powoli dobiegało końca. W materiałach z drugiego procesu beatyfikacyjnego Anieli są zeznania jej przyjaciółki, do której się żaliła na spowiednika, który wprowadził  jej duszę w straszny zamęt. Łudząco podobnie brzmi ten opis do  skarg na posługę niektórych księży siostry Faustyny z „Dzienniczka”.
Przyjaciółka Anieli zeznaje dalej, że obiecała jej i podeszła o pomoc do jezuitów na Kopernika w Krakowie, do ojca Andrasza (z narracji zeznań  widać że już wcześniej był znany obu kobietom).

Ojciec Andrasz praktycznie w początku posługi  kapłańskiej  wykazywał się wielkim duchem Bożym.  Na pewno miały na to wpływ autorytety, z jakimi się zetkną jako młody chłopak.
W Nowym Sączu początkiem XX wieku należał do Sodalicji Mariańskiej prowadzonej przez legendarnego jezuitę, ojca Franciszka Gawlińskiego, który był kapelanem więziennym w naszym mieście jak i opiekunem wielu grup działających przy kościele.
Praktyką Towarzystwa Jezusowego, do którego wstąpił Józef Andrasz był tzw. anioł nowicjatu, starszy kolega z seminarium. Dla niego tym ,,aniołem,, był Edmund Elter, późniejszy prowincjał jezuitów, profesor etyki na Gregorianum w Rzymie.

Jeden z ojców redemptorystów  w zeznaniach procesowych mówi, że unikał podczas spowiedzi Anieli rozmów co do jej stanów, wizji mistycznych. Poleca komisji zapytać o to ojca Andrasza, o którym mu wiadomo, że sprawy mistyki są mu bliskie i on służył pomocą Anieli w tych sprawach.
Ojciec Andrasz bardzo precyzyjnie i pięknie kreśli w zeznaniach osobowość  wtedy sługi Bożej Anieli Salawa. Miała opinię  wśród innych ojców z Kolegium na Kopernika jako głęboko wierzącej, cierpliwie znoszącej swoje cierpienie (rak żołądka, stwardnienie rozsiane). W skromnej „piwniczce” zawsze były świeże kwiaty przy ołtarzyku, gdzie ojciec Andrasz stawiał Najświętszy Sakrament podczas spowiedzi chorej. Odwiedzającym ją, udzielała się od niej duża pogoda ducha.

Dzisiaj do tej zwykłej kiedyś sprzątaczki w kościele ojców franciszkanów przy placu Wszystkich Świętych w Krakowie przychodzą modlić się w sprawach naukowych – profesorowie i studenci.

Ojciec Andrasz był tłumaczem literatury mistycznej, ascetycznej. W prowadzonej przed wojną przez niego Bibliotece Życia Duchowego wydano ponad 60 tomów literatury.

W czasie kiedy Polska była „w proszku,” wydawano i czytano takie rzeczy. Separowanie się  dzisiaj osób konsekrowanych od tematu mistyki, głębokiego życia duchowego powoduje, że osoby świeckie, które takich dróg  poszukują trafiają na  yogę, New Age różnych Maciejów.
Szacuje się, że w Polsce wydaje się rocznie 2 000 000 000 (miliardy) złotych na różne „zboczenia ludzkiego serca i duszy”,  jak we wstępie do „Modlitwy mistycznej” Maumignego  pisał w latach 20 -tych ubiegłego ojciec Andrasz. To ostre zdanie tyczyło się wtedy teozofii – pseudonauki, z której wyrósł lucyferianizm  oraz  Nev Age, z tego nurtu garściami czerpią współcześni zwodziciele.

Potrzeba świętych, światłych kapłanów, którzy nas poprowadzą do Boga. Musimy zmienić nasze proporcje – więcej się za nich modlić niż o nich mówić.
Coraz więcej osób modli się o świętość kapłanów przez wstawiennictwo ojca Andrasza. Modlitwa taka powstała na Sądecczyżnie  i ma pozwolenie władzy duchownej na jej rozpowszechnianie. W wielu parafiach rozgorzał kult ojca Andrasza,  ma on trwały charakter. Prowincjał jezuitów- ojciec Jakub Kołacz podjął decyzję o wszczęciu procesu beatyfikacyjnego ojca Jozefa Andrasza.

Ojciec Józef Andrasz może zostać „wielkim świętym”…
Trudno sobie wyobrazić zbliżające się Światowe Dni Młodych w Krakowie, gdyby ojciec Andraszw 1943 roku nie wprowadził  stałego nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia w tym miejscu i nie wystawił do publicznej czci obrazu Jezu Ufam Tobie.
Błogosławiona Aniela Salawa,  święta siostra Faustyna to nie jedyne święte które prowadził ojciec  Andrasz.
Cdn.
Sądecki Pielgrzym
Ps. Materiały związane z błogosławioną Anielą Salawa udostępnił ojciec Stanisław Sikora OFM

https://sadeczanin.info/ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82-i-religia/s%C4%85decki-spowiednik-%C5%9Bwi%C4%99tych-narodzony-dla-nieba

Posted in Miłosierdzie Boże, Religia, SYLWETKI | Leave a Comment »

Czy Pan Jezus wrzeszczałby na grzeszników? -Natalia Niemen

Posted by tadeo w dniu 1 lutego 2016

Posted in Filmy religijne, Religia, SYLWETKI, Świadectwa | Leave a Comment »

Bogusław Kaczyński | Notacje

Posted by tadeo w dniu 28 stycznia 2016

 

APC - 2016.01.28 14.39 - 001.3d

 

http://ninateka.pl/film/boguslaw-kaczynski-notacje

Posted in SYLWETKI | 1 Comment »

Bogusław Kaczyński będzie miał uroczysty, państwowy pogrzeb. Spocznie w Alei Zasłużonych na warszawskich Powązkach

Posted by tadeo w dniu 28 stycznia 2016

fot.youtube.pl
fot.youtube.pl

Wydaliśmy zgodę na pogrzeb państwowy, czyli jesteśmy jego współorganizatorami. Skontaktował się z nami pełnomocnik zmarłego i wystąpił z prośbą, by był to właśnie pogrzeb państwowy. Wystąpiłem z takim wnioskiem do pani premier

—informuje wicepremier Piotr Gliński.

Sam też wybieram się na pogrzeb. Wiem, że będzie także obecny przedstawiciel pana prezydenta Andrzeja Dudy

—dodał.

Pogrzeb Bogusława Kaczyńskiego odbędzie się 28 stycznia na warszawskim Cmentarzu Powązkowskim. Znawca i popularyzator muzyki klasycznej, opery i operetki spocznie w Alei Zasłużonych. Kaczyński zmarł 21 stycznia, miał 73 lata.

Msza święta żałobna zostanie odprawiona w kościele św. Karola Boromeusza przy ulicy Powązkowskiej, potem nastąpi odprowadzenie do grobu na warszawskich Starych Powązkach.

Zmarły 21 stycznia Bogusław Kaczyński należał do najpopularniejszych osobowości polskiej telewizji, był znawcą i popularyzatorem muzyki klasycznej i opery, konferansjerem, krytykiem, dziennikarzem i publicystą. Był również pianistą, absolwentem Akademii Muzycznej w Warszawie.

Urodził się w 1942 r. w Białej Podlaskiej. W ciągu swojej kariery telewizyjnej dał się poznać jako prowadzący programu „Zaczarowany świat operetki”, a także transmisji najważniejszych wydarzeń w kraju i zagranicy z zakresu muzyki klasycznej.

Kaczyński zrobił dla sztuki operowej więcej niż ktokolwiek w jej dziejach w naszym kraju

—oceniał działalność Kaczyńskiego krytyk filmowy Zygmunt Kałużyński.

Prowadził transmisje telewizyjne kolejnych Konkursów Chopinowskich, Konkursów im. Henryka Wieniawskiego, a także koncerty Luciano Pavarottiego, Placido Domingo, jubileusz Filharmonii Narodowej, koncerty noworoczne z Wiednia. Kilkakrotnie nagradzano go statuetką „Wiktora”, a także „Superwiktora”

Kto umie być menedżerem festiwalowym (…), kto tak potrafi tworzyć żywą dekorację festiwalu, kto jest namiętnym kolekcjonerem ciekawych osobowości artystycznych, dzięki którym rodzi się jedyna w swoim rodzaju atmosfera festiwalu? Tylko jeden człowiek w Polsce – Bogusław Kaczyński, znawca opery, autor, dziennikarz, prezenter , za którym szaleje publiczność

—mówił muzykolog Janusz Ekiert.

Poza działalnością medialną, Kaczyński prowadził był także nauczycielem. Wykładał w stołecznej Akademii Muzycznej, był także dyrektorem Teatru Muzycznego Roma, oraz twórcą Festiwalu Muzyki w Łańcucie i dyrektorem Europejskiego Festiwalu im. Jana Kiepury, odbywającego się w Krynicy-Zdroju.

Był założycielem Fundacji „ORFEO”, której celem jest wspieranie kultury narodowej, propagowanie sztuki wśród dzieci i młodzieży oraz promowanie ambitnych inicjatyw artystycznych.

Jesienią 2002 roku podczas gali z okazji 50-lecia TVP otrzymał statuetkę i tytuł „Gwiazda Telewizji Polskiej”. W 2011 r. otrzymał Złoty Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.

ann/PAP/se.pl

Posted in SYLWETKI | 2 Komentarze »