WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Młodzi, wykształceni…’ Category

„Platformo, bujaj się!” Śląska radna PO odchodzi z partii i nie zostawia suchej nitki na Platformie: „Potraktowali Polskę jak wojenny łup, jak dziwkę”

Posted by tadeo w dniu 9 września 2013

„ONI zachowali się jak typowi zwycięzcy najeźdźcy. Siłą chcieli wziąć wszystko, a Polskę potraktowali jak zwykły wojenny łup – JAK DZIWKĘ, z którą się robi co chce – nawet wbrew jej woli, którą się oszukuję, znieważa i wykorzystuje do własnych partykularnych interesów” – Dorota Połedniok, była śląska radna Platformy Obywatelskiej.

http://wpolityce.pl/wydarzenia/62108-platformo-bujaj-sie-slaska-radna-po-odchodzi-z-partii-i-nie-zostawia-suchej-nitki-na-platformie-potraktowali-polske-jak-wojenny-lup-jak-dziwke

Posted in Młodzi, wykształceni..., Polityka i aktualności | Leave a Comment »

„Młodzi, wykształceni, z wielkich miast” nie chcą już głosować na Platformę. Drastyczny spadek poparcia dla PO wśród jej żelaznego elektoratu

Posted by tadeo w dniu 13 sierpnia 2013

PAP/Radek Pietruszka

 

Kłopoty partii rządzącej pogłębiają się. Od Platformy odwraca się jej najwierniejszy elektorat. Coraz więcej najbogatszych Polaków rezygnuje z poparcia dla ekipy Donalda Tuska. Podobnie rzecz ma się ze sztandarową grupą wspierającą PO, czyli mieszkańcami wielkich miast. A już zupełnie miażdżącą recenzję wystawiła obecnej ekipie młodzież.

Przewaga Platformy Obywatelskiej w największych miastach stopniała do zaledwie sześciu punktów. Najgorsze notowania partia Tuska ma wśród najmłodszych, chce na nią głosować tylko 17 proc. wyborców w wieku od 18 do 24 lat

– podaje wp.pl. 

Jeszcze w ubiegłym roku PO cieszyła się wielkim poparciem osób pracujących na własny rachunek. W tej grupie aż 52 proc. respondentów chciało głosować na ekipę Donalda Tuska, podczas gdy na PiS – zaledwie 15 proc. W ciągu roku sytuacja zmieniła się diametralnie – Platforma straciła aż 22 punkty, dziś wyprzedza PiS już tylko o siedem proc.

Podobny, równie drastyczny spadek poparcia Platforma zanotowała także w innych grupach, do tej pory uznawanych za żelazny elektorat tej partii. Pogorszenie wyników sondażowych z 32 proc. w lipcu ubiegłego roku do 26 proc. w lipcu 2013 roku, w dużym stopniu łączy się z odpływem elektoratu tradycyjnie głosującego na Platformę. Co znaczące, coraz większe poparcie w tych grupach wyborców zdobywa PiS

– czytamy na wp.pl.

Podobny mechanizm obniżenia poparcia można zaobserwować także w bastionie PO, czyli wśród najlepiej zarabiających mieszkańców wielkich miast:

W ciągu roku, w grupie o najwyższych dochodach spadło z 44 do 30 proc., a wśród mieszkańców miast liczących co najmniej 501 tys. mieszkańców, z 46 do 36 proc. W obu tych grupach PO nadal ma przewagę 6-8 punktów procentowych, jednak jeśli spadkowy trend utrzyma się, jeszcze w tym roku, partia Kaczyńskiego zdobędzie przewagę również w tych grupach. Rok temu różnica w poparciu dla dwóch największych partii w najlepiej zarabiającym elektoracie sięgała 31 punktów procentowych.

Również młodzież, którą Platforma na wiele sposobów starała się kokietować, najwyraźniej zachowuje odporność na propagandę:

W lipcu tylko 17 proc. osób w wieku 18-24 lata deklarowało poparcie dla partii Tuska. Tak złych notowań PO nie ma w żadnej grupie wiekowej. Jeszcze rok temu słupki poparcia dla partii rządzącej sięgały wśród najmłodszych 26 proc.

Dla tych wyborców odwrócenie się od Platformy nie oznacza jednak automatycznego wyboru PiS-u. Prawo i Sprawiedliwość zyskuje przewagę tylko wśród osób mających co najmniej 35 lat.

Partia Donalda Tuska ma poważny powód do niepokoju. Straciła filar swojej propagandy. Nie może się już przedstawiać jako ugrupowanie ludzi sukcesu, osób światłych, przedsiębiorczych i proeuropejskich. Utrata wiarygodności wizerunkowej oznacza całkowitą klęskę tego ugrupowania – jej utrzymanie stanowiło bowiem główny przedmiot troski rządzących. I może za to także obywatele wystawią Platformie słony rachunek.

aż/wp.pl

http://wpolityce.pl/wydarzenia/60171-mlodzi-wyksztalceni-z-wielkich-miast-nie-chca-juz-glosowac-na-platforme-drastyczny-spadek-poparcia-dla-po-wsrod-jej-zelaznego-elektoratu

Posted in Młodzi, wykształceni..., Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Druga twarz Owsiaka. Cham, który lży Kościół katolicki i wiarę chrześcijańską fetowany na Przystanku Woodstock i stawiany młodym za wzór

Posted by tadeo w dniu 2 sierpnia 2013

Fot. PAP/Lech Muszyński

Jak informuje strona owsiakowego festiwalu Woodstock zakończyło się właśnie spotkanie z Jakubem Władysławem Wojewódzkim, 50-letnim pajacem udającym nastolatka. Czytamy:

Tłumy jakie przyszły na spotkanie z Królem TVN przerosły najśmielsze oczekiwania. Wiele osób stało wkoło namiotu, część obserwowała spotkanie na wystawionym obok Sceny Folkowej telebimie. Już na początku spotkania Kuba wzruszył się, kiedy cały namiot odśpiewał na jego cześć STO LAT. „Jadąc tutaj widziałem ludzi wolnych. Chciałbym żeby Polska była wolna, a Wy już taką Polska stworzyliście.”

Kuba opowiadał o swojej karierze dziennikarskiej, kształconych przez niego dziennikarzach, przygodzie ze stacjami radiowymi i telewizyjnymi.  (…) Kuba kilkukrotnie nawiązywał do swojej znajomości, sympatii i podziwu do Jurka Owsiaka.

Nasz gość obchodzi dziś 50 urodziny. Ogromnie cieszymy się, iż zdecydował się spędzić je na naszym festiwalu i w miejscu, które wspólnie tworzymy.

Jeśli spotkacie go na polu, złóżcie mu życzenia i utwierdźcie w przekonaniu o wyjątkowości tego wydarzenia!

Widać wyraźnie, że postać Wojewódzkiego stawiana jest przez Owsiaka, który chwyta miliony Polaków za charytatywne, apolityczne rzekomo serduszka, jako wzór. Młodzi mają być jak on, a on ma ich „kształcić na dziennikarzy”. A wszystko po to by Polska „była wolna”.

Jak sobie tę wolność 50-letni pan J.W.Wojewódzki wyobraża? Odpowiedzi przynositygodnik „Polityka”, który przeprowadził ze swoim komentatorem wywiad. Wynotujmy kilka kuriozalnych fragmentów.

O Palikocie:

Ja generalnie popieram każdego, kto rozpala jakąś nadzieję albo rozpala jakąś wizję.

O PiS:

Sposób, w jaki PiS szybuje w górę w sondażach, to jest właśnie kwestia iluzjonistycznej hochsztaplerki.

O konserwatystach w PO:

Ja głosowałem za Platformą, która moim zdaniem miała twarz Tuska. Potem dostałem Platformę, która ma twarz posła Żelka (pisownia oryginalna – red wP.), posła Godsona, posła Gowina. Jeśli partia, z którą sympatyzowałem, posiada w swoich szeregach faceta, który chwali wizytę ojca Bashobory, twierdzi, że sam był świadkiem zmartwychwstania, to ja przepraszam. Tu nie jest potrzebna wycieczka do urny, tylko do apteki.

O Piśmie Świętym:

Bo biblijne zapisy o tym, że nie będziesz golił włosów po obu stronach brody, ewentualnie o tym, że nigdy nie włożysz ubrania  utkanego z dwóch rodzajów nici… Nie chcę już mówić, co tam jest o tych ze zgniecionymi jądrami, co nie są godni wejścia do zgrupowania Pana…

O Polakach-katolikach:

Wkurwia mnie, jak w naszym kraju doprowadzono do segregacji, że ta zbitka Polak-katolik znowu zaczyna być obowiązującą matrycą rozliczania moralności czy niemoralności. (…) Rudolf Höss był katolikiem i dość pracowitym komendantem obozu koncentracyjnego.

Przeraża ignorancja człowieka „kształcącego dziennikarzy”. Nic nie wie o Biblii i chrześcijaństwie, a obraża. Nie zna historii (bo nie wie, że niemieccy naziści chrześcijaństwo odrzucili, a katolicyzm tępili), a głosi żałosne nauki. Zasmuca postawa dziennikarki, która nie pyta już o ohydne pochwalanie gwałcenia Ukrainek…

Ale najważniejsze jest co innego. Wszyscy ludzie, którym wiara chrześcijańska jest bliska powinni zapamiętać jakich gości zaprasza Owsiak na swój festiwal, kogo stawia młodzieży za wzór. I powinni przypomnieć sobie o tym w styczniu, kiedy znowu ruszy propagandowa maszyna zachęcająca do wpłat na biedne dzieciaczki. Ile z tego idzie na dzieciaczki, a ile na taką propagandę – to już inna sprawa.

Na zdjęciu poniżej: Jeden z uczestników festiwalu, z satanistycznym gestem i przekreślonym krzyżem na koszulce, przyjeżdża na Przystanek Woodstock.

Fot. PAP/Lech Muszyński

http://wpolityce.pl/artykuly/59416-druga-twarz-owsiaka-cham-ktory-lzy-kosciol-katolicki-i-wiare-chrzescijanska-fetowany-na-przystanku-woodstock-i-stawiany-mlodym-za-wzor

Przeczytaj także: 

PODRÓŻ NA WOODSTOCK: “Rozpoczęła się całonocna libacja alkoholowo narkotykowa. Jechaliśmy w dymie marihuany i oparach alkoholu”

Więcej: https://tadeuszczernik.wordpress.com/category/wosp/

Posted in Młodzi, wykształceni..., WOŚP | 4 komentarze »

Bronisław Wildstein specjalnie dla wPolityce.pl: Sól ziemi czy lemingi (w odpowiedzi Krzysztofowi Kłopotowskiemu)

Posted by tadeo w dniu 20 lipca 2012

Fot. wPolityce.pl. Autor okładki tygodnika – Michał Korsun

Surowym tonem mentora pouczył Krzysztof Kłopotowski Roberta Mazurka, że źle się śmieje. Dołączył w ten sposób do oburzonych, którzy w dwóch tygodnikach rywalizujących w sądzie o to, kto wymyślił fajne hasło dla premiera, nie mogą pogodzić się, że ktoś z nich robi sobie żarty. Okazuje się, że to sprawa poważna, gdyż lemingi zwane przez zwolenników: „młodymi, wykształconymi, z wielkich miast” mają być jedyną nadzieją naszego cywilizacyjnego awansu. Wyszydzone przez Mazurka mogą się obrazić i przestać pracować dla wspólnego postępu.

A ja myślę odwrotnie. Może zawstydzone przez publicystę „Uważam Rze” lemingi zdobędą się na elementarną refleksję, co byłoby szansą nie tylko dla nich. No, specjalnych złudzeń nie mam.

Przecież nie chodzi o kpiny z ludzi, którzy własnym wysiłkiem zrobili karierę, ale o tych z nich, którzy pozwolili sobie narzucić pewien kulturowy wzorzec, zgubny dla państwa i samobójczy dla nich samych i dlatego właśnie uzyskali tę nazwę. Nie chodzi nawet w tym wypadku o bezrefleksyjne powtarzanie – nie przesadzajmy z tą refleksją –  chodzi o to: co i za kim się powtarza.

Lemingi dały sobie wmówić, że nie ma co troskać się o dobro wspólne, gdyż należy zająć się dobrem indywidualnym, które z tamtym nie ma nic wspólnego. Polityka jest głupią zabawą i najlepiej jak zostawimy ją fajnym ludziom, którzy wespół z autorytetami moralnymi (jeden z nich, konkretnie Andrzej Wajda, skarżył się właśnie w Moskwie jak zły jest Kaczyński) zamiast niej będą budować stadiony, mosty i co tam jeszcze potrzeba, tak jak czyni to nasz ukochany premier, Donald Tusk. Prawdziwy patriotyzm oznacza adorację III RP, a więc wszystkich, którzy ją stworzyli i nią zarządzają. Długa to lista i swoiście ekumeniczna, gdyż mieści się na niej i Lech Wałęsa i Wojciech Jaruzelski, Adam Michnik i Czesław Kiszczak, Tadeusz Mazowiecki i Leszek Miller, Mariusz Walter i Jan Kulczyk, bp. Tadeusz Pieronek i Jerzy Urban, itd. Z pewnością nie ma na niej natomiast Lecha Kaczyńskiego czy Anny Walentynowicz. Patriotyzm ma coś wspólnego z futbolem, zaufaniem do Putina i różnych ważnych w UE, którzy nas chwalą. Polska tradycja to obciach, który oby jak najprędzej został zwalczony przez postęp, polegający na wzroście pogłowia homoseksualistów oraz mnożeniu ich kolejnych praw, głównie do adopcji, aborcji i eutanazji na życzenie oraz ogólnej tolerancji, z której wykluczeni są wrogowie tolerancji. Kiedy ten postęp zapanuje będziemy mieli autostrady jak w RFN, urzędy jak w Szwecji, a szpitale jak w Holandii.

Jeśli taki ma być model MWZWM, to rzeczywiście lepiej żeby się nie kształcili i nie przenosili do miast.

CZYTAJ TAKŻE: Bronisław Wildstein dla wPolityce.pl: dziecko to nie zabawka. „Nie, drogie panie i panowie, to nie „wasze” dziecko! Dziecko musi mieć matkę i ojca”

Posted in Młodzi, wykształceni..., Polityka i aktualności | 1 Comment »

To była dyskusja tygodnia: „Lemingi nad Wisłą”. Żartobliwy alfabet i poważne pytania o niechęć do polskości

Posted by tadeo w dniu 15 lipca 2012

Fot. wPolityce.pl

To był tydzień pod znakiem dyskusji o lemingach. Zapoczątkowana przez tygodnik „Uważam Rze” dyskusja, chwilami ujęta żartobliwie, chwilami poważna, podjęła temat kim są lemingi, jak żyją i dlaczego tak niewiele ich obchodzi? Robert Mazurek tak zaczynał swój Alfabet Lemingów:

Jak to się zaczęło? Jakim cudem te małe, sympatyczne ni to chomiki, ni świnki morskie stały się symbolem wielkiej grupy społecznej? Ba, i to grupy rządzącej!

Małe to (nie dłuższe niż 15 cm), chude (waży tyle co dobra wódka, czyli 100 g), a w dodatku żyjące hen w tundrze stworzenie sławę zawdzięcza mitowi. Głosi on, że lemingi ulegają masowemu pędowi do tego stopnia, że rzucają się hurtem do wody, choćby i miały tam utonąć, ale za to z fasonem, jak wszyscy. Zoolodzy twierdzą, że to nieprawda, gryzonie umieją pływać i aż tak durne, by popełniać masowe samobójstwa, nie są, ale mit okazał się silniejszy.

Następnie publicysta rozszyfrowywał podstawowe pojęcia. Zacytujmy kilka:

1 listopada – długi weekend, rocznica bohaterskiego lądowania kapitana Wrony (dla zwolenników Ruchu Palikota: Sowy). Czas wyludniania > Wilanów Miasteczka, którego mieszkańcy wyjeżdżają wtedy po jaja i kury do rodziców w Parczewie.

frank – szwajcarski, jedyna trwała, oj, jak trwała, nić wiążąca lemingi z prawdziwymi Polakami i niezrzeszoną resztą. Kurs franka oglądany jest z trwogą niczym kolejne wystąpienia > Kaczafiego.

Ikea – świątynia lemingów. Spotykają się tam co niedziela na klopsikach szwedzkich lub sałatce z krewetek. W Nowy Rok przypada odpust – rozpoczyna się wielka promocja.

Kaczafi – złowrogi gnom, który chce zabrać lemingom ich > aurisy i > smartfony oraz zamknąć > Ikeę.

mohery – rodzice i dziadkowie lemingów. Obciach gorszy niż > Polsat.

Jak widać, kwestia podstawowa sprowadza się do pytania jak to się dzieje, że dzieci „moherów” tak łatwo się wynaradawiają? Uciekają od polskiej tożsamości. Wstydzą się polskości? Winne są media lewicowo-liberalne, dzierżące właściwie monopol przekazu telewizyjnego. Ale czy tylko one?

Jak zauważa w tymże „Uważam Rze” Piotr Semka, w polskiej refleksji historycznej obawa przed bezmyślnym kopiowaniem cudzych wzorców w polityce ma bardzo długą tradycję:

Trzy stulecia temu publicyści wyśmiewali małpowanie francuskich fraczków i kopiowanie Wersalu w skali dostępnej arystokratom. W naszych czasach próbowano Polskę według zachodnich wzorów modernizować, wyśmiewano hasło „Nicea albo śmierć” i zachwycano się Czechami jako wzorem udanej sekularyzacji. Tak wtedy, jak i dziś refleksja nad takimi pomysłami wynikała zarówno z krytyki fasadowości zapożyczeń, jak i niezgody na lekceważenie głębi polskiej tradycji, którą modernizatorzy tradycyjnie wyśmiewali jako balast i ciemnogród.

http://wpolityce.pl./wydarzenia/32337-to-byla-dyskusja-tygodnia-lemingi-nad-wisla-zartobliwy-alfabet-i-powazne-pytania-o-niechec-do-polskosci

Przeczytaj także: 

Bronisław Wildstein specjalnie dla wPolityce.pl: Sól ziemi czy lemingi (w odpowiedzi Krzysztofowi Kłopotowskiemu)

Posted in Młodzi, wykształceni..., Polityka i aktualności | 2 komentarze »

List profesora Jana Stanka z UJ do młodego elektoratu PO.

Posted by tadeo w dniu 29 kwietnia 2012

Pisze do Was profesor fizyki z Uniwersytetu Jagiellońskiego, już w wieku przedemerytalnym, nienależący do żadnej partii politycznej, niepełniący żadnej funkcji kierowniczej, niestarający się o żadne stanowisko. Ten list – przejaw mojej troski o Was – jest wynikiem toczącej się dyskusji o polskim systemie kształcenia. Został sprowokowany wpisem na pewnym forum dyskusyjnym, zaczynającym się od słów: „Jestem doskonale wykształconą młodą polką…” (pisownia oryginalna).

Czuję się w obowiązku zwierzyć się Wam z bardzo przykrej tajemnicy. Nie jesteście – większość z Was – dobrze wykształceni, a jedynie tak Wam się wydaje. Zostaliście oszukani najpierw przez nauczycieli, a potem przez wykładowców. To oni, a przynajmniej wielu z nich, bezpodstawnie wypisali Wam świadectwa, zaliczyli egzaminy i wydali dyplomy – czasami nawet po kilka. Następnie chcący Wam się przypodobać politycy wmówili Wam i Waszym rodzicom, że dyplom jest tożsamy z posiadaniem wiedzy i umiejętności.Dlaczego tak się stało? Otóż pracownicy dydaktyczni są płaceni od liczby wydanych dyplomów, a nie od jakości przekazanej wiedzy. Mało tego, rzetelne wypełnianie obowiązków dydaktycznych nieuchronnie prowadzi do zawodowej klęski. Ocenia się, że na uniwersytecie pracownicy naukowo-dydaktyczni powinni 70 proc. czasu poświęcać dydaktyce. Jednak awans zawodowy zależy wyłącznie od osiągnięć naukowych, mierzonych liczbą publikacji. W rezultacie naukowcy z szafarzy wiedzy stali się handlarzami marzeń.

Dydaktyka, zwłaszcza w naukach matematyczno-przyrodniczych, jest w kryzysie. W ciągu ostatniego półwiecza ilość dostępnej wiedzy uległa zwielokrotnieniu, a umysł ludzki, „nasza jednostka centralna”, się nie zmienił. Przepełnienie komputera danymi dramatycznie spowalnia, a w ostateczności uniemożliwia działanie. Ponieważ nie możemy zainstalować nowego mózgu, musimy go przeprogramować. Jego zasoby wykorzystać jako pamięć operacyjną z szybkim dostępem do pamięci zewnętrznej, na przykład do internetu.

To nowy wzór wykształcenia, opierający się na logicznym i bezbłędnym rozwiązywaniu nietypowych problemów (a nie bieżących, praktycznych zastosowań), stosując filtry antyspamowe i programy antywirusowe. Nie wiem, jak to zrealizować w praktyce, ale nie da się tego zrobić w sposób bezstresowy.

Ale czy przypadkiem nie jest tak, że zostaliście oszukani, bo chcieliście być oszukani? Czy przyszliście na studia po to, aby zdobyć wiedzę i umiejętności, czy aby uzyskać dyplom? Czy wspieraliście wymagających nauczycieli, czy zwalczaliście plagiaty, czy chodziliście na wykłady, czy nie odpisywaliście (lub dawali odpisywać) na egzaminach? Teraz jesteście oburzeni, bo uważacie, że należy się Wam praca. Pracy jest wiele, ale nie ma ludzi potrafiących ją wykonać.

Nie liczcie, że tę sytuację zmienią naukowcy lub politycy. Profesorowie na ogół mają się dobrze, ratunek na uzdrowienie polskiej edukacji widzą głównie w podniesieniu płac. Politycy ewentualnie powołają specjalne komisje, które opracują programy naprawcze do roku 2050. Przemysł potrzebuje fachowców do bieżącej produkcji; gdy zmieni się technologia i nie będziecie w stanie się przystosować, chętniej zatrudnią młodszych i tańszych.

Jedyna nadzieja w Was i Waszych młodszych kolegach i koleżankach. Przekonujcie ich, aby ci, którzy się chcą uczyć, domagali się solidnego nauczania. Coś się już dzieje. W liceach, jeśli głodujący zwolennicy utrzymania chorej sytuacji tego nie zepsują, będzie można wybierać profil kształcenia w wersji rozszerzonej. Uczelnie przygotowują tzw. krajowe ramy kwalifikacyjne, które precyzują efekty kształcenia, czyli minimalny poziom wiedzy i umiejętności gwarantowanych absolwentom. Niech ci, którzy wybierają uczelnie w celu zdobycia wiedzy, zapoznają się z tymi dokumentami i zastanowią się, czy za kilka lat, gdy przyjdą na rozmowę z potencjalnym pracodawcą, taki dokument będzie argumentem świadczącym na ich korzyść.

Jednocześnie wymagajcie więcej od siebie, nawet jeśli inni od Was nie wymagają. Zapewniam – to się opłaci. Prowadzę seminarium magisterskie na biofizyce (Wydział Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej). W tym roku uczestniczy w nim sześć wspaniale wykształconych młodych Polek. One nie muszą się obawiać o swoją przyszłość.

*Jan Stanek jest profesorem w Zakładzie Fizyki Medycznej Instytutu Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie

Więcej… http://wyborcza.pl/1,86116,11633916,Mlodzi___zostaliscie_oszukani.html?fb_ref=su&fb_source=home_multiline#ixzz1tPsqXdSg

http://jasiokatafol.salon24.pl/413170,list-profesora-jana-stanka-z-uj-do-mlodego-elektoratu-po

Posted in Młodzi, wykształceni..., Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Cygan (D.T.) zawinił, nauczyciela powiesili?

Posted by tadeo w dniu 4 lutego 2012

W ubiegłym tygodniu mainstreamowe media obiegła dawno już znana informacja o katastrofalnym stanie kompetencji gimnazjalistów, co wykazał tegoroczny ogólnokrajowy test kompetencji. Jak to bywa z funkcjonariuszami mainstreamowych mediów rzucili się z ochotą na temat na temat i zaczęli go mielić, wywracać na dziewiątą stronę. Dostało się oczywiście rodzicom, bo nie pilnują  uczenia sie swoich pociech, dostało się szkole nieprzygotowanej do realizacji ambitnych, jedynie slusznych celów edukacyjnych, a najbardziej dostało się nauczycielom. Aller- i besserwisserom medialnym wtórowali oczywiście chętnie psychologowie i pedagodzy różnej maści, znający się na wszystkim, umiejący wszystko wyjaśnić, tylko że najczęściej za nic nieodpowiadający. A to, że nauczyciele są niekompetentni, a to, że źle przygotowani,  a to, że za mało czasu poświęcają uczniom, a za dużo papierom. Jak to bywa z funkcjoanriuszami mainstreamowych mediów, przez ich  głowy, usta, nie przeszła choćby drobna refleksja, wątpliwość, w rodzaju:

a może za postęujący upadek polskiej szkoły, za coraz gorsze rezultaty edukacyjne, za coraz słabsze wyniki uczniow, odpowiadają nie nauczyciele, przynajmniej nie jako zbiorowość, jako całosć, ale urzędnicy ministerialni, ministerstwo edukacji narodowej, kolejni ministrowie, kolejni premierze, na czele z niezastąpionym i niezatapialnym Donaldem Tuskiem. Przecież to oni nakreślają reformy w polskiej oświacie, przecież to oni utrzymują polską szkołę w stanie ciągłej reorganizacji, to oni określają standardy ksztalcenia, to oni zatwierdzają listy lektur, listy podręczników itd.

a nauczyciel, no cóż, nauczyciel w dzisiejszej polskiej szkole jest „tylko do sprzątania”, do realizacji jedynie słusznych celów.

http://piotrusoan.salon24.pl/357195,cygan-d-t-zawinil-nauczyciela-powiesili

Posted in Młodzi, wykształceni..., Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Dzisiejsza szkoła produkuje zadowolonych z siebie nieuków. Tak, proszę Państwa, szkolnictwo publiczne w Polsce skończyło się

Posted by tadeo w dniu 17 grudnia 2011

rys. Andrzej Krauze

Artykuł został opublikowany w „Naszym Dzienniku”.

Raz po raz dochodzą nas słuchy, czym tak naprawdę premier Tusk się nie interesuje, do czego nie ma głowy. Podobno nie czuje zagadnień wojskowych, służba zdrowia go nudzi – z wyjątkiem byłej minister zdrowia, którą lubi, szkolnictwo wyższe kojarzy mu się z profesorkami, których nie cierpi, infrastruktura naziemna go nie dotyczy, bo lata samolotem. Przypominanie jego zainteresowań ekonomią – w czasie podnoszenia podatków i składek oraz rozkwitu i rolowania długu publicznego – może być uznane jedynie za złośliwość. Z tej wyliczanki ostają się jedynie sport i polityka zagraniczna, lecz wyłącznie na użytek własny.

Edukacji na liście zainteresowań oczywiście też nie ma. Tą samodzielnie zajęła się w ciągu ostatnich czterech lat Katarzyna Hall i zrobiła to szalenie skutecznie. Konsekwentnie dokończyła reformę z końca lat dziewięćdziesiątych, kończąc jednocześnie sensowność jakichkolwiek rozważań nad edukacyjnym walorem obecnego systemu oświaty. Teraz już żadnych złudzeń być nie może – publiczna szkoła zapewnia społeczne upośledzenie i szans, by go uniknąć, należy szukać poza nią.

Myli się jednak ten, kto zakłada, że ten destrukcyjny cel osiągnięto wskutek nieróbstwa. MEN w ostatnich czterech latach zrobiło naprawdę wiele, by, po pierwsze, cel ten osiągnąć – było w tym konsekwentne i zdeterminowane – a po drugie, by cel ten stał się trwałą, postępową zdobyczą.

Co oczywiste, MEN nie głosiło swego celu wprost, dlatego – by go odtworzyć – należy wziąć wszystkie nadawane przez ministerstwo hasła i pojęcia związane z edukacją i odwrócić ich znaczenie. Metoda ta zresztą może okazać się równie przydatna przy badaniu dorobku reszty ministerstw czy rządu w całości. Przyjrzyjmy się więc, może nie wszystkim, lecz tym najbardziej nachalnym hasłom, stosując do nich proponowaną metodę.

Jakość edukacji

Jak najwyższemu poziomowi jakości edukacji podporządkowane były wszystkie działania resortu, nie tylko w sprawach podstaw programowych, ale także w budowaniu założeń reformy nadzoru pedagogicznego oraz zasad przeprowadzania egzaminów zewnętrznych. Wypadałoby temu przyklasnąć, bo niby komu miałoby zależeć na niskiej jakości edukacji. Wątpliwości jednak pojawiają się w momencie, gdy ktoś dociekliwy zacznie się dopytywać, czym tę jakość mierzyć. MEN wychodzi z założenia, że nikt w Polsce nie potrafi tego zrobić, dlatego odsyła nas do wyników badań PISA (Programme of International Student Assessment).

Co PISA bada? Otóż na test ten składa się „badanie umiejętności czytania i interpretacji tekstów literackich, naukowych, prasowych, komunikatów, tabel”, dochodzą do tego „umiejętności matematyczne w zastosowaniu do problemów bliskich życiu” oraz „rozumowanie w naukach przyrodniczych”, przy czym jeden z naczelnych edukatorów na łamach „Gazety Wyborczej” trochę ubolewa, że w tym ostatnim punkcie „czasem niezbędna jest elementarna wiedza”. Ale zasadniczo test bazuje na bliżej nieokreślonych umiejętnościach czy jeszcze bardziej mglistych kompetencjach, a nie wiedzy. Wiedza została uznana za główny ciężar polskiej szkoły i – zaglądając do podstaw programowych opracowanych przez zespół minister Hall – można uznać, że ciężar ów został już ostatecznie zrzucony. Tak więc nie po wiedzę posyłamy nasze dzieci do szkół, a po zbiorowy sukces w postaci awansu w badaniu PISA. Badaniu, którego założenia uznawane są już powszechnie za wadliwe, zbyt wąskie, odpowiedzialne za produkcję wtórnego analfabetyzmu i sprowadzające szkołę do ośrodka przygotowań pod kolejne egzaminy zewnętrzne, które niczego nie pokazuje oprócz słusznie przyjętego kierunku uczenia pod egzaminy. Jeśli jednak egzaminy te wypadają wciąż nie najlepiej, to wniosek, jaki wyciągała z tego minister Hall – a w upływającej kadencji wyciągała go pięciokrotnie – polegał na dymisji szefa Centralnej Komisji Egzaminacyjnej. Tak mierzoną jakość edukacji weryfikuje najlepiej obraz studentów pierwszego roku na wszystkich kierunkach. Studenci ci nie mają nie tylko wiedzy, ale także podstawowych kompetencji, choćby umiejętności poszukiwania podstawowych informacji, w których – jak dobitnie pokazuje PISA – są z roku na rok przecież coraz lepsi.

Edukacja zapewniająca rozwój

Dlatego też uczelnie w Polsce zamieniają się w kursy podstawowe. Dotyczy to wszystkich kierunków, bo walec minister Hall przejechał również po podstawach programowych przedmiotów przyrodniczych i ścisłych – obok znanych szerzej protestów uznanych autorytetów z dziedziny historii i polonistyki równie mocno buntowali się matematycy, fizycy, chemicy, nauczyciele akademiccy wyższych szkół politechnicznych. Oczywiście jednak tak samo nieskutecznie, bo – jak słyszeliśmy z ust światłych edukatorów – szkoła przeładowana książkową wiedzą hamuje rozwój ucznia. Szkoła zapewni mu ten rozwój, pytając go o zdanie, jakie są jego zainteresowania (bo oczywiście nie można nic narzucać – bo to nie po partnersku), zachęcając go jedynie do czytania, a nie każąc mu czytać, pytając go, co chce w szkole robić bądź nie robić. A na koniec zada pytanie, czy czuje się rozwinięty. Nie, to niestety nie jest żart – dokument podsumowujący czterolecie swej działalności Katarzyna Hall rozpoczyna prezentacją wyników badań ankietowych dotyczących odczuć ucznia wobec szkoły. Największy, bo prawie dwukrotny skok, odnotowano przy stwierdzeniu:

W szkole naprawdę się rozwijam, czuję, że idę naprzód.

I to stwierdzenie kończy dyskusję, ma przekonać największych niedowiarków, bo skoro same dzieci tak mówią, to jak nie, jak tak? Mam nadzieję, że podobną drogą nie pójdzie minister zdrowia i nie nakaże pytać pacjenta, jak uważa, co lekarz powinien teraz zrobić, jakich leków użyć, jaki zabieg przeprowadzić? Tylko, broń Boże, niczego mu – uczniowi, pacjentowi – nie narzucać, bo to przemoc, która gasi kreatywność, zubaża i stanowi przejaw niczym nieuzasadnionej, wpędzającej we frustrację wyższości.

Różnorodność i innowacyjność

Doprawdy niepojętym jest przekonanie, że zniesienie przymusu uwalnia w człowieku nieskończone siły twórcze, erupcję ukrytych talentów. Zdrowy rozsądek podpowiada, że sytuacja taka w większości skutkować będzie beztroskim pogrążeniem się w lenistwie bądź niewyszukanej zabawie. To niemądre przekonanie jest dogmatem edukatorów pani Hall, a jego zbawienny skutek zadekretowany jest w niezliczonej ilości dokumentów produkowanych przez władze oświatowe. Co ciekawe, jednak innowacyjność i różnorodność ma być wyłącznie skutkiem działalności oświatowej, natomiast sama ta działalność ma być w pełni zunifikowana. Zapewnia to nowy model sprawowania nadzoru pedagogicznego, w którym nie ma już zobowiązania do „inspirowania nauczycieli do innowacji pedagogicznych, metodycznych i organizacyjnych”. Łatwiej ten fakt zrozumieć, uwzględniając jedyne zadanie, jakie stawia się nowym organom nadzoru pedagogicznego, mającym w przyszłym roku zastąpić kuratoria. Ma to być badanie jakości edukacji, o której pisałem wcześniej. „Inspektorzy jakości edukacji”, jak ich nazwała była minister, będą więc oficjalnie za wyniki tych badań odpowiadać, stąd też będą żywotnie zainteresowani, by na ich terenie nie pojawił się jakiś nauczyciel odstający od normy, mogący zaburzyć swą inwencją odpowiedni poziom wyników, który sam w sobie gwarantuje przecież innowacyjność dziecka. Po co więc innowacyjność nauczycielowi? Może po to, by pokazać, że jego pomysł na nauczanie daje znacznie lepsze i wartościowsze wyniki? Po co różnorodność nauczycielom, skoro mają być tylko ustami podstawy programowej?

Skądinąd frapujące jest to, że za rozkwitanie dzieci w innowacyjności i różnorodności bierze się ekipa twardogłowych edukatorów, którzy niczym się od siebie nie różnią, bo jedyne, co potrafią, to nieustanne powtarzanie kilku odartych już dawno z jakiegokolwiek znaczenia zawsze tych samych zdań wystarczających za odpowiedź na każde możliwe pytanie o szkołę, a ich innowacyjność poparta jest nie wiadomo czym, bo z pewnością nie autorstwem choćby jednego z tych przytaszczonych z zagranicy zdań-zaklęć.

Dialog i otwartość

Zarzut dotyczący przycinania nauczycieli według jednego wzoru zaczerpnąłem z listu otwartego zawierającego silny protest Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich przeciw reformatorskiemu ferworowi MEN. Rektorzy ponad stu najlepszych polskich uczelni porównali działania minister Hall do praktyk z PRL. W ministerstwie nie zrobiło to oczywiście na nikim wrażenia, bo panującą tam normą jest to, że dialog i otwartość rządzących tam decydentów ma swoje granice. Granice te wyznaczane są przekonaniami tychże decydentów – wszystko, co jest z nimi niezgodne, w tych granicach się nie mieści.

Te same zasady dotyczą nie tylko ekspertów, lecz także związków zawodowych – w tym przypadku poza granicą tolerancji znajdują się wszystkie związki – od „Solidarności” po ZNP – których zdanie przy każdorazowej zmianie prawa było całkowicie lekceważone. MEN nie rozmawia również z rodzicami – zwłaszcza po ich bezczelnym, bo masowym proteście w sprawie sześciolatków – wychodząc z założenia, że wie znacznie lepiej od rodziców, co dla ich dzieci jest naprawdę dobre. Pani minister nie wdawała się też w niepotrzebne według niej dyskusje z sejmową komisją do spraw edukacji, wychodząc z założenia, że nikt – choćby zobowiązany do tego na mocy Konstytucji – kontrolować jej nie będzie, a działania pośrednie parlamentarzystów, interpelacje i zapytania zbywała odpowiedziami, których wartość jest niemożliwa do oddania w kulturalnych słowach.

Te wzorce dialogu i otwartości przeniesione zostały do szkół, co ma zapewnić realizację kolejnego postulatu.

Radosna szkoła

Czyli szkoła bez nieprzyjemnych, opresyjnych treści, bez nikomu niepotrzebnej, bo smutnej historii i znajomości kanonu równie przygnębiającej literatury narodowej, a wkrótce zapewne bez krzyża i lekcji religii. Brak wiedzy można przecież nadrobić kreatywnością. Na przykład w Krakowie jedna z uczennic w egzaminacyjnej charakterystyce jednej z postaci w „Kamieniach na szaniec” rozpisywała się o Zośce, która była zadbaną dziewczyną, choć z problemami w domu. Za ten egzamin poleciał ze stanowiska szef CKE, bo do pytania nie został dołączony fragment tekstu.

Szkoła ma być radosna nawet wbrew twardym danym opisującym lawinowy wzrost zachowań agresywnych, zwłaszcza wśród uczniów gimnazjów. Ma być radosna zarówno dla uczniów, jak i dla nauczycieli, którzy w obliczu eskalacji przemocy pozostają samotni. Świadczy o tym choćby zachowanie krakowskiego kuratorium odwołującego się do sądu pracy od wyroku II instancji uniewinniającego nauczycielkę, która była świadkiem głośnego w mediach ataku nożowniczki na swoją szkolną koleżankę. Nauczycielka ta zachowała się idealnie zgodnie z procedurami i szkoleniami prowadzonymi przez policję (została nawet przez policję pochwalona po zdarzeniu), czym postawiła kuratorium w kłopotliwej sytuacji poradzenia sobie z trudnym zjawiskiem. Natomiast nauczyciel z Lubelszczyzny, który interweniował podczas bójki i wykręcił jednemu ze sprawców palec, ukarany został naganą. Te absurdalne sytuacje to tylko skromny wgląd w szeroki proces dalszej degradacji zawodu nauczyciela.

W ramach programu „Radosna szkoła” buduje się przyszkolne place zabaw w barwach tożsamych z barwami logo rządzącej partii. Tak daleko nie szedł nawet Bierut.

Szkoła bliżej ucznia

Powyższe hasło jest tytułem wspomnianego już dokumentu będącego podsumowaniem działalności minister Hall i będącego jednocześnie inauguracją jej kampanii wyborczej do Sejmu RP, która zakończyła się w sposób, jaki być może jeszcze Państwo pamiętają. Co ważne – oba te kampanijne wydarzenia mają podobną wagę merytoryczną. W dokumencie tym nie wspomniano oczywiście o niezliczonych likwidacjach szkół, bo za to odpowiadają przecież samorządy. Oględnie wspomniano natomiast, że edukatorów dochodziły jakieś słuchy o problemach z przystosowaniem szkół dla sześciolatków. Tyle że za to odpowiadają także samorządy oraz rodzice, którzy nie zareagowali na wezwanie minister do czynu społecznego – kto z rodziców cieśla, kto hydraulik, niech społecznie w wolnym czasie przystosuje szkołę do potrzeb. Mówiąc oględnie, oba te zjawiska raczej szkoły uczniowi nie przybliżają.Zasadniczo MEN przyjęło następującą taktykę – decentralizować problemy, centralizować spodziewane profity, czyli międzynarodowe pochwały za sukcesy w badaniach PISA, oraz zyskowną pieczę nad polityką podręcznikową.

Nowoczesność

W związku z podręcznikami szykowana jest innowacja – e-podręcznik. Propozycja ta niebezpiecznie przypomina jednak obietnice zalania szkół darmowymi, nowoczesnymi gadżetami w postaci laptopów, czytników, palmtopów i czego tam jeszcze, co przyrzekano hojnie rozdać do czasu spektakularnego ściągnięcia spodni. Po tym wydarzeniu obietnice się skończyły. W ich realizację zresztą nikt przy zdrowych zmysłach nigdy nie wierzył, bo pamięć o tysiącach niezrealizowanych obietnic tego rządu zdążyła się rozpowszechnić. Darmowe laptopy były czytelnym znakiem łączności ministerstwa edukacji z przyjętą linią rządu – najpierw zapowiedzieć, a potem nic nie zrobić. Konsekwentnie realizowana była również druga naczelna zasada rządowa – najpierw zrobić, a potem nic o tym nie mówić. Tak było choćby ze skandaliczną sprawą centralizacji wrażliwych danych dotyczących uczniów w Systemie Informacji Oświatowej.

Minister Hall nie powiedziała też nigdy wprost najważniejszego – jakich absolwentów życzyłaby sobie po zreformowanej przez siebie szkole. Mówiła oczywiście sporo, posługując się wypunktowanym wyżej bełkotliwym żargonem, jestem jednak przekonany, że sama w to nie wierzyła. Pytanie więc pozostaje otwarte. Odpowiedzi na nie udzielali wszyscy jej poprzednicy, mający ambicję do zmian w oświacie. Warto przytoczyć jedną taką odpowiedź, będącą wstępem do międzywojennej ustawy o systemie oświaty, stanowiącej podstawę tzw. reformy jędrzejewiczowskiej. Przytaczam w całości:

Ustawa niniejsza wprowadza takie zasady ustroju szkolnictwa, które mają Państwu ułatwić organizację wychowania i kształcenia ogółu na świadomych swego obowiązku i twórczych obywateli Rzeczypospolitej, obywatelom tym – zapewnić jak najwyższe wyrobienie religijne, moralne, umysłowe i fizyczne oraz jak najlepsze przygotowanie do życia, zdolniejszym zaś i dzielniejszym jednostkom ze wszelkich środowisk umożliwić osiągnięcie najwyższych szczebli naukowego i zawodowego wykształcenia.

I nie był to żaden maskujący prawdziwe intencje bełkot, tylko szczere przekonanie przedwojennego ministra o pożądanym przez niego kierunku edukacji publicznej. Takiej szkoły minister Hall nie chce, bo byłaby to szkoła nienowoczesna. Jaka jest więc naprawdę ta jej nowoczesna wizja szkoły i jej absolwenta? Wiele wskazuje na to, że ma to być szkoła produkująca zadowolonych z siebie nieuków, którzy mają sobie w życiu radzić sami, choć nikt ich do tego nie przygotuje, która nie wychowuje, uginając się pod dyktatem chama z ostatniej ławki, mająca zapewnić swoim uczniom przede wszystkim brak wymogów i brak stresu, fundująca w nieodległej przyszłości wykorzenioną z tradycji jednorodną społeczność konsumentów dumnych ze swojej ignorancji, podatnych na zewnątrzsterowność, niczym specjalnie się nieinteresujących frustratów, mających jednak zawsze słuszny i jeden światopogląd. Tak, proszę Państwa, szkolnictwo publiczne w Polsce skończyło się.

Portret: Ryszard Legutko

Ryszard Legutko

(ur. 1949 r.), profesor filozofii, wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego (Instytut Filozofii), prezes Ośrodka Myśli Politycznej w latach 1992-2005, w latach 2005-2007 wicemarszałek Senatu RP, w 2007 r. Minister Edukacji Narodowej, w latach 2007-2009 Sekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta RP, od 2009 r. poseł do Parlamentu Europejskiego, gdzie pełni funkcję szefa delegacji posłów Prawa i Sprawiedliwości zasiadających we frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Autor książek „Platona krytyka demokracji” (1990), „Spory o kapitalizm” (1994), „Tolerancja. Rzecz o surowym państwie, prawie natury, miłości i sumieniu” (1997, Nagroda Ministra Edukacji Narodowej), „Traktat o wolności” (2007), „Esej o duszy polskiej” (2008), przekładów dialogów Platona wraz z komentarzem naukowym „Fedon” (1995), „Eutyfron” (1998), „Obrona Sokratesa” (2003), wyborów esejów i felietonów „Bez gniewu i uprzedzenia” (1989, Nagroda PEN Clubu), „Nie lubię tolerancji” (1993), „Etyka absolutna i społeczeństwo otwarte” (1994, Nagroda im. Andrzeja Kijowskiego), „Frywolny Prometeusz” (1995), „I kto tu jest ciemniakiem” (1996), „Czasy wielkiej imitacji” (1998), „Złośliwe demony” (1999), „O czasach chytrych i prawdach pozornych” (1999), „Society as a Departament Store” (wydanie amerykańskie, 2002), „Raj przywrócony” (2005), „Podzwonne dla błazna” (2006).

http://wpolityce.pl./artykuly/19978-dzisiejsza-szkola-produkuje-zadowolonych-z-siebie-nieukow-tak-prosze-panstwa-szkolnictwo-publiczne-w-polsce-skonczylo-sie

Posted in Młodzi, wykształceni... | Leave a Comment »

Młodzi, Wykształceni z Wielkich Miast.

Posted by tadeo w dniu 25 listopada 2011

Młodzi na świecie buntują się. Nie jest to nic nowego – młodzież zawsze się buntowała, a najgłośniej ta o przekonaniach lewicowych i skrajnie lewicowych. W Polsce młodzież się nie buntuje – część pracuje, część ma to wszystko w nosie, a część zakuwa na wyższych uczelniach. Cokolwiek by robiła, po raz pierwszy od końca II wojny światowej poziom życia ludzi młodych będzie gorszy niż ich rodziców. Gdy część młodzieży zaatakowała obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu, do języka polskiego wszedł nowy zwrot – Młodzi, Wykształceni z Wielkich Miast (w skrócie MWWM). Przez wielu prawicowych publicystów używany do dziś jest dość pogardliwie. Dodatkowym synonimem jest leming idący zbiorowo ku przepaści (czego dowodem jest głosowanie na partię polityczną wciągającą kraj w spiralę zadłużenia znamionującą niechybne bankructwo). Jest w tym wiele prawdy, ale wynika to głównie z ogromnych aspiracji konsumpcyjnych – nieważne, że na kredyt – oraz dość pobieżnego wykształcenia, za którym ani nie idzie wiedza, ani żadne umiejętności.

Każda generacja starcza ma to do siebie, że lubi narzekać na młodzież i jej zepsucie. Wynika to głównie z żalu za straconymi latami, z zazdroszczenia młodym zdrowia oraz nowych możliwości. Już Arystoteles narzekał na zepsucie młodzieży. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że starsze pokolenie marudzi na młodsze, które jest rzekomo gorzej wychowane czy mniej kulturalne, podczas gdy po prostu jest inne, ma inny system wartości, ukształtowany przez rówieśników oraz pop kulturę, swój język oraz swój kod zachowań. Naturalnym etapem ewolucji jest, że każde następne pokolenie powinno mieć łatwiej niż pokolenie rodziców. Wynika to nawet z postępu technologicznego i wiedzy o świecie. Poza tym raczej każdy rozsądny ojciec czy matka stara się przekazać dziecku wskazówki życiowe na tyle mądre, by chociaż dziecko uniknęło błędów popełnionych przez rodziców. To wszystko spowodowało, że w Polsce mamy ogromny boom edukacyjny. Gdy na początku lat 90. ubiegłego wieku, przy przemianie ustrojowej, wyższe wykształcenie było bardzo cenne, dodatkowo zdobyte jeszcze w dość elitarnym gronie (to znaczy, że na roku było mniej niż kilkuset studentów dziennych plus drugie tyle na studiach zaocznych i wieczorowych), wielu rodziców wybrało dla swoich dzieci drogę edukacji.

Dziś nawet czytając lub oglądając w telewizji reportaże o patologicznych rodzinach, można zauważyć, jak zapita i bezzębna matka martwi się o kształcenie swoich dzieci. Jest to wręcz rewolucja. Ale rynek nie znosi próżni. Można się obrażać na pracodawców, na państwo zachęcające do studiów wyższych, ale polska gospodarka nie jest i jeszcze długo nie będzie w stanie wchłonąć takiej masy ludzi z wyższym wykształceniem. Polski rząd nawet przyjął za cel, że w 2020 roku 40% spośród osób w wieku 30-34 lat będzie posiadało dyplom wyższej uczelni (obecnie dla tej grupy wiekowej współczynnik wynosi ok. 33%). A to oznacza nacisk na ułatwienie zdobycia tegoż dla dzisiejszych 21-25 latków. Pytanie jest jednak zasadnicze: PO CO? To, że rośnie nam pokolenie Młodych, Wykształconych z Wielkich Miast, jest faktem bezspornym. Rząd robi wszystko, żeby ta grupa powiększała się coraz bardziej. Nie wiadomo jednak czemu. Poza tym, że można pochwalić się na jakiś konferencjach międzynarodowych współczynnikiem osób z wyższym wykształceniem, pożytku z tego nie ma żadnego.

Daleki jestem od twierdzenia, że studia powinno kończyć 5 czy też może 15 procent młodzieży. O tym powinien decydować rynek. W tym przypadku rynek pracy. Gdy takich osób będzie brakować, pracodawcy będą walczyć o takie osoby poprzez oferowane wyższe płace. W tym momencie mamy nadpodaż młodych osób z dyplomem, co powoduje, że płace dla absolwentów wyższych uczelni są na bardzo niskim poziomie (dość powiedzieć, że pracując jako piekarz czy kurier można zarobić znacznie więcej niż na stanowisku wymagającym dyplomu). Dzieje się tak dlatego, że nastąpiła zmiana kulturowa w zakresie podejścia do pracy. Dziś nie szanuje się już naturalnych zawodów, takich właśnie jak rzemieślnik, budowlaniec, malarz, kierowca, spawacz. Młodzież do nich nie lgnie, co z jednej strony powoduje, że brakuje specjalistów z tak zwanym fachem w ręku, a z drugiej ci fachowcy bardzo się cenią.

Najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że państwo przyłożyło do tego rękę. Moi nauczyciele już od szkoły podstawowej pogardliwie wypowiadali się o szkołach zawodowych i niektórych profesjach (po dziś dzień dzwoni mi w uszach, jak pani zwracała się do słabiej uczącego się kolegi: „jak nie będziesz się uczył, to przy drogach będziesz robił” – ciekawe, co by dziś powiedziała, wiedząc, że kolega właśnie buduje drogi, a jego wynagrodzenie to ok. 4 tysięcy zł na rękę). Reforma edukacyjna przeprowadzona jeszcze przez rząd Akcji Wyborczej „Solidarność” i Unii Wolności praktycznie zaorała szkolnictwo zawodowe. Przypominam sobie, jak jacyś doradcy zawodowi przysyłani z kuratoriów zachęcali do nauki w liceach, a później do studiów na uniwersytetach (bo polski przemysł miał całkowicie zbankrutować). Efektem tych działań jest niesamowita nadpodaż osób z dyplomem wyższej uczelni i brak specjalistów od zawodów technicznych. Rośnie pokolenie nie Młodych, Wykształconych z Wielkich Miast, ale Młodych, Wyedukowanych Frustratów (MWF). Na świecie już się oburzają, w Polsce na razie siedzą cicho. Ale ich frustracja będzie narastać wraz ze znikaniem z ich niskich pensji coraz wyższych danin na „sprawiedliwe społecznie” państwo.

Jan Vincent-Rostowski właśnie zapowiedział, że rozważa trzy warianty na 2012 rok. W jednym z nich (najbardziej dramatycznym) nastąpi podwyżka podatków. I bardzo dobrze. Niech MWWM, zwani lemingami, wiedzą że kiedyś długi trzeba zacząć spłacać, a skoro ich guru w ciągu jednej czterolatki zaciągnął sobie kredytów na ok. 300 miliardów złotych (co gorsze, ponad połowę zaciągnął za granicą, uzależniając nas od chwiejnego kursu dolara i euro do złotówki) na tzw. budowę, to teraz trzeba już płacić od tej budowy raty (niezależnie od tego, czy budowa się skończyła, czy nie). Gorzej dla tych wszystkich, którzy kwestionowali życie na kredyt, a oczywiście też będą płacić. Ale taki to już urok demokracji, że większość decyduje, a płacą wszyscy. Żeby było śmieszniej, najbardziej po kieszeni dostaną właśnie MWWM, co spowoduje że szybko zamienią się Młodych, Wyedukowanych Frustratów. Państwo zachęciło ich do edukacji (między innymi poprzez systemy stypendialne dla kształcących się inżynierów i specjalistów od nauk matematyczno-przyrodniczych, dziś znajomy inżynier skarży się, że coraz więcej absolwentów studiów technicznych jest całkowicie nieprzygotowanych do wykonywania choćby podstawowych obowiązków).

A aspiracje MWWM są wielkie. Zgodnie z przygotowanym na zlecenie rządu raportem „Młodzi 2011”, dla 19-latków w 2007 roku interesująca praca jest wyżej na liście priorytetów niż udane życie rodzinne (str. 40 wspomnianego raportu). Jeżeli dodamy do tego fakt (str. 43), że blisko 60% młodzieży woli dążyć do przyjemności życiowych niż żyć skromnie i oszczędnie (28%, pozostali są niezdecydowani), to mamy idealną platformę do narastania frustracji. Młody człowiek, zachęcony różnymi sposobami do pięcioletniej edukacji na uczelni, traci czas, pieniądze oraz potencjał (mógłby w tym czasie już się ustatkować, założyć rodzinę, zdobyć doświadczenie i ustabilizować swoją drogę zawodową). Gdy wreszcie uda mu się ją ukończyć, okazuje się że rynek pracy nie jest gotowy na przyjęcie jego umiejętności i zapłacenie ceny, jaką ów człowiek sobie wymarzył, a oczekiwania młodych ludzi są naprawdę ogromne (znajoma specjalistka od rekrutacji, która przeprowadza ok. 300- 400 postępowań rekrutacyjnych rocznie, opowiada, że oczekiwania absolwentów po studiach zaczynają się, oczywiście z wyjątkami, od 3 tysięcy netto, a najczęstszą podawaną wartością są oczekiwania 5 tysięcy złotych po pierwszym roku pracy).

Zderzenie z rzeczywistością jest brutalne. Polska została zaprogramowana jako kraj dostarczający średnio przetworzone towary na rynek niemiecki oraz montownia (z powodów celnych) sprzętu AGD. Dzięki doskonałym warunkom naturalnym (lasy) ewentualnie jeszcze mebli. Trudno, by polska gospodarka była przygotowana do tego, żeby prawie co druga nowa osoba wchodząca na rynek pracy znalazła zatrudnienie zgodne ze swoimi oczekiwaniami. To powoduje, że gdzie nie spojrzeć, tam pracują osoby wykształcone. Już nie tylko kasjerki przyjmujące pieniądze w bankach (czy naprawdę średnie nie wystarczy?), ale kurierzy, listonosze, magazynierzy, sprzedawcy w sklepach. Pełno jest osób pracujących na stanowiskach, które nawet nie wymagają matury. A rząd dalej próbuje zachęcić młode osoby do kontynuowania edukacji na studiach. Niszczy się w ten sposób tych ludzi, potęgując u nich frustrację.

Wytworzyła się nawet pewna kultura: po gimnazjum obowiązkowo liceum, a później studia, jakiekolwiek, byle pochwalić się tytułem magistra. I później jest już zderzenie z rzeczywistością. Nikt tego magistra nie potrzebuje, a jeśli już, to na pewno nie za 4-5 tysięcy złotych plus 80% jeszcze do zapłacenia w podatkach za takiego ceniącego się absolwenta wyższej uczelni. Rząd wie, że wyższe uczelnie nie przygotowują do zawodu, dlatego stworzył coś takiego jak program „Pierwsza praca”, gdzie absolwent może przez rok douczać się, za co płaci mu Urząd Pracy. Trudno zresztą powiedzieć, że płaci. Bo oto pojawiła się w polskim ustawodawstwie furtka do ominięcia płacy minimalnej. Urząd pracy wypłaca stażyście stypendium w wysokości 913,70 zł, za co ten świadczy pracę u wskazanego przez UP pracodawcy.

Przypomnijmy, że płaca minimalna ciągle jeszcze wynosi 1386 zł (a od przyszłego roku rośnie do 1500 zł). Gdyby ktokolwiek chciał zatrudnić młodego absolwenta za niższą płacę, to grozi mu kryminał, ale… państwo może. I w ten sposób posyła całą masę ludzi na staże, najczęściej do innych urzędów, gdzie ludzie ci dokształcają się tak naprawdę, jak nie pracować (znajomy przedsiębiorca mówił mi, że nigdy więcej nie zatrudni nikogo po stażu odbytym w urzędzie, bo kilku takich pracowników już testował i są oni od początku zarażeni złymi nawykami). Mało kto zwraca na to uwagę, ale tutaj należy również szukać przyczyny powiększającej się biurokracji.

Dziesiątki tysięcy młodych ludzi po studiach szuka pracy – już nie tyle za wysokie stawki, ale jakiejkolwiek. A mają przecież rodziny, które nierzadko pracują właśnie w państwowych urzędach. Najpierw bierze się taką młodą osobę na staż, a później tworzy jakieś stanowisko. Nieważne, że niepotrzebne. Czy ktokolwiek zwróci uwagę na jeszcze jedną osobę w dużym urzędzie? A że w skali kraju jest to wzrost o 100 tysięcy w cztery lata? Nacisk ze strony absolwentów prawa oraz administracji jest bardzo duży i nadal będzie istniał. Nic tu nie pomoże ten słaby rząd, bojący się urzędniczej sitwy jak ognia. O wiele ważniejsze dla urzędnika jest zapewnienie córce czy synowi jakiejkolwiek posady niż jakieś tam utyskiwania premiera, że trzeba obniżyć zatrudnienie o 10%. Kilkadziesiąt uczelni w skali kraju dalej kształci magistrów administracji. Frustracja wśród młodych będzie narastać wraz ze starzeniem się społeczeństwa.

Dziś Tusk zabrał im półdarmowe przedszkola, zaraz zabierze jeszcze więcej z pensji, bo potrzeby budżetu są ogromne. W ciągu najbliższych czterech lat tylko na wypłatę rent, emerytur i świadczeń socjalnych potrzeba będzie ok. 750 miliardów zł. Dla porównania: zaplanowane na 2011 rok wpływy do budżetu z tytułu różnych podatków dochodowych wynoszą 63 miliardy złotych. Gdyby zatem opłacać emerytów tylko z podatków dochodowych, to trzeba by je podwyższyć prawie trzykrotnie. To spowoduje, że osoby pracujące będą jeszcze bardziej karane podatkami. Swoje dołożą potrzeby inwestycyjne rozkopanej Polski w budowie.

Nie jest to dobry okres dla młodych ludzi. Mając i tak już mizerne pensje, będą musieli jeszcze bardziej dzielić się z fiskusem. Obserwujemy zjawisko wręcz niewyobrażalne. Starsze pokolenie będzie żyć na koszt młodszego. Polska, zamiast stosować niskie podatki pobudzające naszą konkurencyjność oraz możliwość wzbogacenia się i awansu społecznego, będzie karać jakąkolwiek aktywność. Jeśli doliczymy do tego obsługę długu publicznego (jeżeli premier się nie powstrzyma z zaciąganiem pożyczek, to w ciągu kadencji obsługa długu publicznego wzrośnie z 40 do 60 miliardów złotych rocznie), który kiedyś trzeba będzie spłacić, okaże się, że Polska to nie kraj dla młodych ludzi. A dużą część odpowiedzialności za to powinni wziąć na siebie między innymi Młodzi, Wykształceni z Wielkich Miast.

Gdy frustracja będzie w nich narastać coraz bardziej, niech pamiętają, że sami właśnie tego chcieli. Głosując za Palikotem i jego libertyńskim systemem wartości, chcą dalej kraju, w którym środki antykoncepcyjne są opodatkowane 8-procentowym VAT-em, a ubranka dla dzieci – stawką 23%. Głosując za Tuskiem, chcą wyższych podatków i większego jeszcze kredytu do spłacenia… Marek Langalis

Posted in Młodzi, wykształceni..., POLECAM, Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Zapomniani chłopcy z Dębna

Posted by tadeo w dniu 25 listopada 2011

Mieli po siedemnaście, osiemnaście lat. Poszli w ślady Szarych Szeregów, cichociemnych i swoich ojców z AK. Nie chcieli żyć w Polsce zniewolonej stalinowskim terrorem.

Stanisław Srokowski poeta, prozaik, dramaturg


Mam przed oczami ich poważne, skupione twarze, mądre spojrzenia, cierpkie uśmiechy. I myślę, jak wiele musieli znieść bólu, upokorzeń i zła. Jak ciężko im było w mrocznych celach, w których szczury skakały po twarzach. Wciąż słyszę ich opowieści, głosy, relacje, zwierzenia. Z wieloma z nich się spotykałem, rozmawiałem, wielu słuchałem.
Napisałem powieść, w której umieściłem niektóre z tych postaci. Słychać ich mowę, sygnały, szepty, ale nie ma ich prawdziwych imion i nazwisk, istotnych czynów, walki. Bo wtedy nie mogło być. Działała cenzura, zmowa milczenia. A oni inspirowali mnie, dodawali sił, odwagi, ale nie ujawniali się w całej okazałości. Jakby byli gdzieś z boku, w cieniu. Stali się symbolami, metaforami, grą wyobraźni, a nie głównymi bohaterami. Zabrakło konkretu, faktografii, dokumentu. A przecież z myślą o nich pisałem tę powieść. Nosiła tytuł „Ladacznica i chłopcy”. Po latach w 1991 r. z niemałymi kłopotami się ukazała. „Ladacznica” to polityka, a chłopcy to oni, uczniowie szkoły średniej, o rok, dwa starsi ode mnie, koledzy, znajomi. Z mojego liceum. Z mojego sąsiedztwa. Pisałem z myślą o nich, bo wszyscy o nich zapomnieli. Jakby nie było kaźni, więzień, strachu i dręczącej samotności.

Nie chcieli być niewolnikami
Dziś słyszymy, jak wielką rolę odegrała polska opozycja marcowa, pomarcowa, czerwcowa, korowska, solidarnościowa, ale o nich nie słyszymy. Im się nie przypina najwyższych medali do piersi. Nie stawia pomników. A zasłużyli na nie. Bo byli pierwszymi z pierwszych. Niektórzy dzisiejsi bohaterowie zakładali wtedy czerwone harcerstwo. Budowali zręby jedynego słusznego ustroju. Stawali na baczność i piali z zachwytu. Pisali wiersze o Stalinie i dojarce z PGR-u. Wznosili hasła „Niech żyje Związek Radziecki”. A oni, nie. Oni szli na szaniec, burzyli ustrój. Młodzi chłopcy, niemal dzieci, krzyczeli: „Precz z komuną!”, „Niech żyje wolna Polska!”. A potem siedzieli w więzieniach, bici, torturowani, poniewierani. Nikt się o nich nie upomniał. Poszli w ślady Szarych Szeregów, cichociemnych i swoich ojców z AK. Odsłońmy karty. Kim byli? Skąd się wywodzili?
Był rok 1950, 1951, najgorszy okres komunizmu. Szczyt represji, dławienie gardła, łamanie charakterów, niszczenie sumień. A oni się nie bali. Mieli po siedemnaście, osiemnaście lat. Uczyli się w Liceum Ogólnokształcącym w Dębnie Lubuskim, w dawnym województwie szczecińskim, dziś zachodniopomorskim. Z pozoru tacy sami jak inni. A jednak dojrzalsi, mądrzejsi, głębsi. Wiedzieli, czego chcą. I czego nie chcą. Nie chcieli się czuć jak w więzieniu. Nie chcieli być niewolnikami. Chcieli wolności, niezależnego, suwerennego państwa. Dlatego buntowali się. Sami z siebie. Ale i dlatego, że pochodzili z rodzin, które zaznały wcześniej represji, cierpień.
Wywodzili się z domów, w których naraz zabrakło ojców, matek, starszych braci, kuzynów, sióstr zabranych na Sybir, skazanych na kazamaty. W większości pochodzili z Kresów. Z wierzących, silnie zakorzenionych w tradycji rodzin.

Urodzili się na Kresach
W wyroku Wojskowego Sądu Rejonowego w Szczecinie z dnia 15 października 1951 r. w składzie: mgr Tadeusz Nizielski, chor. Eugeniusz Kociuba, ppor. Wiktor Samborski, w obecności prokuratora wojskowego, mjr. Bolesława Reszka, obrońców: adw. Zygmunta Warskiego i Tadeusza Nawrota, czytamy nazwiska skazanych: „Wolski Romuald, ur. w ZSRR, Baranowicz Marian, ur. w ZSRR, Pacewicz Czesław, ur. w ZSRR, Milczarek Ryszard, ur. w ZSRR, Hryniewicz Stanisław, ur. w ZSRR [prawidłowe nazwiskoHrynkiewicz – S.S.]”. Było ich więcej. Ale zasadnicza grupa urodziła się w ZSRR. Gdzie? W ZSRR?!
Urodzili się na polskiej ziemi. W większości na polskich Kresach. Ale w ich dowodach Sowieci wbili pieczątkę: urodzeni w ZSRR. W dowodach ich ojców i matek, którzy urodzili się grubo przed rewolucją październikową, też wbili pieczątkę, że urodzili się w ZSRR. To było wielkie oszustwo. Pierwsze wielkie kłamstwo. Bo Sowieci kłamali od pierwszego dnia. Gdy tylko napadli na Kresy 17 września 1939 r., ogłosili, że nas wyzwolili. Niewolę nazwali wolnością, kłamstwo – prawdą. Piszę „nas”, bo ja też tam byłem. Też tam się urodziłem. I wiem, jak było. Za tymi pierwszymi kłamstwami poszła cała fala kolejnych kłamstw. Zabrali nam ziemię, władzę, urzędy, szkoły, uczelnie, podręczniki, język, państwo. Łamali godła, symbole, znaki pamięci. Niszczyli wiarę, kościoły, kaplice, święte obrazy, ołtarze. Ze świątyń robili magazyny, stajnie i obory dla bydła. Profanowali świętości. Polskich oficerów pognali do Katynia, Miednoje. A w 1940 r. zgładzili. I my, na Kresach, o tym wszystkim wiedzieliśmy. Dużo wcześniej niż powstała tzw. Polska Ludowa. Poznaliśmy ich rządy na własnej skórze.
O tym wszystkim w naszych kresowych domach się rozmawiało. Nawet w najczarniejszych czasach, już po 1945 r., gdy zostaliśmy wygnani. Rozmawiali o tym nasi rodzice, krewni i znajomi. Choć na zewnątrz panowała atmosfera strachu i podejrzeń, w kresowych domach wyrastali i wychowywali się młodzi buntownicy, licealiści, m.in. z Dębna. Powtórzmy, mieli po siedemnaście, osiemnaście lat. I nie chcieli żyć w zniewolonym świecie.

Na przekór terrorowi władzy
Marian Baranowicz przypomina w przekazanym mi tekście przedwojenny klimat ich domu: „(…) ojciec uczestniczył (…) w uroczystościach patriotycznych… (…) w latach okupacji sowieckiej większość osadników wojskowych została wywieziona na Syberię”.
Jego kolega, ale i krewniak, Romek Wolski, też „wyrastał w patriotycznej rodzinie. Jego ojciec, oficer Wojska Polskiego (…) został zamordowany przez NKWD w Katyniu”. A bliskich Romka Wolskiego i Mariana Baranowicza, Jadwigę i Antoniego Wolskich i ich czworo dzieci, jak pisze Baranowicz, „partyzanci sowieccy wymordowali 25 października 1943 roku. Przed rozstrzelaniem kazali rodzinie skupić się w narożniku pokoju. Rodzice i dzieci uklękli do ostatniej modlitwy. Gdy siepacze otworzyli ogień (…), nieszczęśnicy padali jeden na drugiego”.
Baranowicz przyznaje, że opisane wyżej doświadczenia z dzieciństwa stały się dla niego i dla jego kuzyna Romka „twardą lekcją historii. Wyrastając w atmosferze okrucieństwa (…) uczyliśmy się takich pojęć jak tożsamość narodowa i patriotyzm”. Powtórzmy, nie mogli i nie chcieli żyć w zniewolonym kraju. Dlatego założyli tajną organizację, a właściwie dwie tajne organizacje.
Akt oskarżenia skrupulatnie wylicza: „W początku marca 1951 r. oskarżony Wilewski Antoni zawiązał na terenie Dębna nielegalną organizację pod nazwą Samodzielna Organizacja Podziemna (…). W skład tej organizacji wchodzili (…) uczniowie 9-tej klasy: [nieczytelne nazwisko – S.S.] Zbigniew, Korzeniowski Bohdan, Nożejko Eugeniusz [chodzi chyba o Możejkę – S.S.], Sebastian Janusz (…), którym udowodniono winę, lecz ze względu na ich młody wiek (…) umorzono dochodzenie”.
Dalej dowiadujemy się, że „w tym czasie już na terenie 10-tej klasy osk. Wolski Romuald zawiązał również nielegalną organizację”. A w jej skład weszli: „Baranowicz Marian, Pacewicz Czesław, Zatryb Eugeniusz, Szantyr Anzelm, Sapa Władysław”. A wiedzieli o niej: „Milczarek Ryszard, Hryniewicz Stanisław”.
Zakładali tajne organizacje wtedy, gdy w Polsce szalał najstraszniejszy terror, gdy komuniści niszczyli ludzi i wsadzali do więzień, gdy aresztowali księży, biskupów, przedwojennych oficerów, żołnierzy AK, a nawet chłopów za to, że spóźniają się z oddawaniem państwu komunistycznemu zboża. Ludzi siłą zapędzali do kołchozów. Rugowali religię ze szkół.
Jedyną niezależną instytucją był jeszcze Kościół, ale i nad nim zbierały się czarne chmury. Niebawem zapadnie wyrok na Prymasa Polski, ks. kard. Stefana Wyszyńskiego.
I w takiej atmosferze grupka chłopców postanawia wystąpić przeciwko władzy. Jakaż musiała być ich determinacja, skoro wiedzieli, czym to grozi. Bo słyszeli wokół siebie o surowych wyrokach. Radio i prasa bębniły o tym cały czas. A oni wbrew wszystkiemu postanowili walczyć. W większości mieszkali w internacie przy ul. Bieruta. W jednym pokoju gnieździli się: Romek Wolski, Czesiek Pacewicz, Rysiek Milczarek, Józek Widziewicz i Marian Baranowicz.
Do 1948 r., jak pisze Baranowicz, panowały tam jeszcze zwyczaje przedwojenne. Rano i wieczorem odbywały się apele połączone z modlitwą. W niedzielę szli grupami do kościoła. W roku szkolnym 1949/1950 nastąpiła radykalna zmiana. Skończyły się modlitwy, zbiorowe wyjścia na Mszę Świętą. Wyżywienie w internacie było kiepskie, kawa zbożowa, chleb z marmoladą i na obiad na ogół dania bezmięsne. Byli jednak nauczyciele, którzy w tajemnicy organizowali coś na kształt tajnych kompletów. Pod pozorem korepetycji sybiraczka Zofia Pełkowa, osoba głęboko wierząca, organizowała u siebie w domu, przy herbatce, spotkania towarzyskie, w trakcie których wybrani uczniowie czytali dzieła Mickiewicza i poznawali działalność filomatów i filaretów. Uczyli się, jak się organizować.

Pod czujnym okiem bezpieki
W dokumentach IPN znajdują się dziś informacje o tym, że byli śledzeni, a liceum inwigilowane. Tajne ulotki ukazywały się w Dębnie już w 1948 roku. Bezpieka je przechwytywała. Nadzór nad szkołą wzrósł. Kierownictwo UB zobowiązało dyrekcję do informowania, ilu uczniów szkoła posiada (480 w klasach dziennych i 200 w wieczorowych). Umieściło też tam swoich informatorów, a oni donosili, że np. Józef Widziewicz wyraża się źle o marszałku Konstantym Rokossowskim, którego Moskwa przysłała do Polski, by pilnował wojska, podczas kiedy on, Widziewicz, nie może sprowadzić swoich braci. Bezpieka natychmiast to odnotowała. Irena Rzeczycka miała dwie siostry w Anglii i brata w Ameryce i opowiadała, że tam dużo lepiej się żyje niż w Polsce. Bezpieka też to odnotowała. Osaczała młodzież ze wszystkich stron. Wiedziała, kto miał ojca granatowego policjanta, a kto był wrogo nastawiony do ówczesnej rzeczywistości.
Urząd Bezpieczeństwa wziął pod lupę polonistę Antoniego Dobrowolskiego, żołnierza AK, od 1951 r. dyrektora szkoły, i prof. Karola Winnickiego. Obu podejrzewał o niebezpieczny wpływ na młodzież. Ukazywały się ulotki antykomunistyczne, UB nie mógł jednak wykryć sprawców.
Młodzi buntownicy śledzą, co się dzieje w mieście. Wiedzą, że istnieje jakaś tajna grupa, która działa. Po cichu się naradzają, jakby się w ten ruch wpisać. Ulotki antykomunistyczne wiszą na ścianach domów okolicznych miast i wsi, m.in. Mieszkowic, Boleszkowic, Kędzierzyna-Koźla. Młodzież buntuje się przeciwko systemowi. Im bardziej komunizm zaciska pętlę na gardle, tym więcej młodocianych tworzy tajne organizacje. Wiele lat później Krzysztof Szwagrzyk z IPN napisze, że młodych więźniów politycznych, uczniów różnych szkół, było w tym czasie ok. czterech tysięcy. Ale przecież badania trwają. Baranowicz zaś pisze: „Obserwując życie polityczne w Polsce, zaczęliśmy się zastanawiać z Romkiem [Wolskim – S.S.] nad nielegalną działalnością”.
Proszę zwrócić uwagę, sami zaczęli się zastanawiać. Nikt im nie kazał. Nikt ich do tego nie namawiał. Widzą i wiedzą, co się dzieje. Słyszą o procesach politycznych. Ich ojców zapędza bezpieka do kołchozów. Następuje „rozkułaczenie” wsi, bogatszych rolników wsadza się do więzienia za to, że dobrze gospodarzą. Wzmaga się walka z Kościołem. Niedługo zacznie się sfingowany proces przeciwko kieleckiemu ks. bp. Czesławowi Kaczmarkowi. Szykują się procesy polityczne przeciwko generałom: Jerzemu Kirchmayerowi, Stanisławowi Tatarowi, Stefanowi Mossorowi i Franciszkowi Kwirynowi Hermanowi, za wydumane przez komunistów szpiegostwo i dywersję. Radio i prasa donoszą o „karłach reakcji” i wrogach politycznych ze szkół, uczniach z liceów. Propaganda straszy.

Działają ostrożnie i skutecznie
Chłopcy z Dębna widzą oszustwo i obłudę zalewające Polskę. Widzą, jak propaganda kłamie w żywe oczy. Z tym się nie mogą pogodzić. Takie życie jest bez sensu. Byli wychowywani w innej tradycji. Liczyły się godność, honor, wolność. Analizują działalność poprzedników, którzy wpadli. Postanawiają działać ostrożnie, ale skutecznie. Naradzają się w internacie. Nie mają żadnej drukarki, powielacza, maszyny do pisania. Ulotki wykonują własnoręcznie. Piszą, że w Polsce panuje terror. Nawołują do buntu. Mówią, że Warszawą rządzi Moskwa, a Katyń to zbrodnia Stalina. Protestują przeciwko wojskom sowieckim w Polsce. Walczą o powrót religii do szkoły. Chcą, by ludzie wiedzieli, że jest opozycja. Wbrew terrorowi, torturom, więzieniom, podziemie działa. Ulotki piszą odręcznie, ale tak, by nie można poznać charakteru pisma. Rozrzucają po mieście lub wywieszają po ulicach. Rozsyłają po urzędach, komitetach partii, domach prywatnych. Szczególnie aktywni są przed 1 maja. Ulotek przybywa. Miasto szumi. Bezpieka szaleje. Domyśla się, że to liceum. Zabiera nauczycielom klasówki z języka polskiego. I porównuje pismo. Nic to nie daje. Bo jedna z nauczycielek mówi do klasy: „Te prace nie tylko ja będę sprawdzać”. Chłopcy wiedzą, co to znaczy. Bezpieka jest na ich tropie. Muszą zmienić sposób działania. Idą na boisko sportowe. Udają, że grają w piłkę, a konspirują, naradzają się. Zdobywają drukarkę, szukają broni, materiałów wybuchowych. W początkach 1951 r. aktywizują się. Drukują na powielaczu, także w bursie. Ale tu jest niebezpiecznie. Za duży ruch. Spotykają się w prywatnym mieszkaniu jednego z nich, Eugeniusza Zatryba. Dalej drukują ulotki.
Później w opracowaniu MSW widzą na własne oczy odnotowane setki takich organizacji jak ich. W latach 1945-1956 nastąpił masowy bunt młodzieży. I oni, chłopcy z Dębna, brali w tym buncie udział. Nie sądzili tylko, że zbliża się koniec ich konspiracji.

Za wolność płacą wysoką cenę
W szkole nie brakowało kapusiów. Konfidentami byli niektórzy nauczyciele. Konspiratorzy zbyt mocno zaufali swoim kolegom. Wciągali do siatki nowych. Chwalili się, że są dobrze zakonspirowani. Krąg wtajemniczonych powiększał się. Musieli wpaść. Za wielu już wiedziało o ich działalności. I wpadli.
Pierwsze aresztowania nastąpiły 13 maja 1951 roku. Bezpieka wyłapała wszystkich. Wojskowy Sąd Rejonowy w Szczecinie 15 października 1951 r. skazał za przygotowania do obalenia przemocą ustroju: Antoniego Wilewskiego na 2 lata i 6 miesięcy, Romualda Wolskiego na 3 lata, Mariana Baranowicza, Czesława Pacewicza i Eugeniusza Zatryba na 2 lata, Ryszarda Mielczarka i Stanisława Hrynkiewicza na rok i 6 miesięcy w zawieszeniu na 3 lata.
Podczas śledztwa chłopców katowano. Bezpieka podrzucała im naboje, łuski. Biła pięściami, ciągała za nogi, kopała. Spali na betonie, tracili przytomność. Polewani wodą, znowu byli przesłuchiwani. Na śniegu rozbierali ich do naga, budzili w środku nocy, chłopcy tracili przytomność, dostawali zapalenia płuc. Jeden zwariował.
Represjonowano również nauczycieli. Pani Derwichowej zabroniono nauczania śpiewu, ponieważ młodzież śpiewała „Czerwone maki”. Wyjątkowymi restrykcjami został objęty internat. Mieszkałem tam. W 1951 r. zdałem egzamin do klasy ósmej. Działalność starszych kolegów odbiła się szerokim echem. Rozmawialiśmy o tym w domach, internacie i w szkole. Każdego dnia rano na apelu urządzano nam prasówki, straszono, grożono ostrymi konsekwencjami za takie czyny. Chcieli, by sparaliżował nas strach. A jednak młodzież się nie ugięła. Tajne organizacje powstawały w innych szkołach. W Boleszkowicach na jej czele stanął Jan Żak. Twierdził, że kontynuuje konspiracyjną pracę kolegów z Dębna. Kolejną tajną grupę założyli uczniowie z Barnówka. Przewodził jej Antoni Wojnicki.
Po odbyciu ciężkiej kary więzienia w Szczecinie, Goleniowie, Sosnowcu i przede wszystkim w Jaworznie uczniowie z Dębna znosili dalsze represje. W Jaworznie osadzono, jak wylicza Krzysztof Szwagrzyk, 10 tys. 17 osób (K. Szwagrzyk, „Jaworzno. Historia więzienia dla młodocianych więźniów politycznych 1951-1955”, Wrocław 1999).
Chłopcy z Dębna nie od razu mogli się dostać na studia. Poszli do wojska, musieli pracować w kopalniach, zdarzały się dezercje. Byli pod stałą kontrolą do 1989 roku. Niektórzy już nie żyją. Za wolność zapłacili wysoką cenę. Ale ich postawa dla wielu z nas była znakiem orientacyjnym, który wskazywał, jak należy bronić podstawowych wartości człowieka, prawdy, wolności, godności i niezależności.


Młodzi chłopcy, niemal dzieci, krzyczeli: „Precz z komuną!”, „Niech żyje wolna Polska!”. A potem siedzieli w więzieniach, bici i torturowani.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20111119&typ=my&id=my13.txt

Posted in Historia, Młodzi, wykształceni... | Otagowane: | Leave a Comment »

Żeby zrozumieć sukcesy Tuska, wystarczy obejrzeć film i przeczytać broszurkę

Posted by tadeo w dniu 25 listopada 2011

Znak czasu – bezmyślny inteligent. „Nie musi przemęczać się myśleniem, wystarczy jak zerknie do właściwej gazetki”

Rys. Andrzej Krauze

Okazuje się, że genialne do niedawne projekty przebojowej, światłej, bezkompromisowej pani minister Katarzyny Hall, jeden po drugim są ośmieszane i ściągane z listy pilnych zadań, jak spodnie samej pani minister wystawione do zdjęcia wraz z ich posiadaczką.

Przygotowana ponoć perfekcyjnie reforma dla przedszkolaków została odłożona, bo szkoły nie są przygotowane, a rodzice jeszcze bardziej. Laptop dla każdego ucznia – mrzonki premiera i jego pani mister, już dawno uległ zapomnieniu i owszem, będzie laptop, jeśli rodzice kupią. Ale do tego nie trzeba woli rządu. Cała masę gadaniny o wielkich reformach zastąpić miały kolorowe place zabaw, ale szkoły mają najczęściej bardziej podstawowe braki niż widoczne wokół placówki. Świetna pani minister narobiła niepotrzebnego zamętu i równie świetnie musiała odejść.

To samo stało się z wychwalanymi pod niebiosa ministrami infrastruktury, skarbu, obrony, MSW. Ich działalność była jedną wielką lipą, ściemą, nadętym balonem, który nie wytrzymał marnego podmuchu. Pełnili swe prace z kaprysu premiera i kaprys zadecydował o odmaszerowaniu z rządu. Oczywiście znalazły się dla nich, lub wkrótce się znajdą kolejne synekurki na nasz koszt, ale kto by tam liczył dziś pieniądze przeznaczone dla dworu. Niby bieda zbliża się wielkimi krokami, a ministerstwa rozdęte jak nigdy dotąd. Wszędzie dziesiątki i setki doradców, członków politycznych gabinetów każdego ministra, asystentów i diabeł wie, kogo jeszcze. Niech tam kryzys pochłonie wszystkich, ale z daleka ma omijać sprawdzonych w boju towarzyszy. Bynajmniej nie niedoli.

A inteligenci ponoć się nadal cieszą, że mają wspaniałych przywódców, którzy nie naślą po nich rankiem nijakich służb. Tak, jakby poprzednio po nich właśnie nasyłano. Dzisiejszy inteligent nie musi się przemęczać myśleniem, wystarczy jak zerknie do właściwej gazetki, poogląda właściwe programy w telewizji. Niewłaściwych już praktycznie nie ma. „Wolna Europa”, ani „Głos Ameryki” – nie istnieją, wszędzie same słuszne poglądy. Oto, czego doczekał się prawdziwy inteligent. I potrafi z tego przywileju należycie korzystać. Przyjemnych marzeń!

Posted in Młodzi, wykształceni..., Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Młodzi, wykształceni durnie z wielkich miast

Posted by tadeo w dniu 19 listopada 2011

Nie ma już szkół, które kształcą. Są tylko płatne przybytki dające jednym pracę a drugim mrzonkę, że są wykształceni!  Nasze uczelnie w większości nie kształcą teraz prawdziwej inteligencji, tylko lemingów dla których gadżety i bełkot pop kultury jest kwintesencją egzystencji. Dla wielu młodych są po prostu przechowalnią na koszt rodziców. Władzy to też na rękę, bo odciąża rynek pracy, a nie kosztuje zbyt wiele.

Często się zastanawiam, że w czasie komunizmu nasza młodzież – do której i ja sie zaliczałem przez krótki niestety czas – była wychowywana w dużo większej świadomości i patriotyzmie. to wszystko mimo totalitarnej przemocy fizycznej i duchowej. Jak się dzieje, że teraz młodzież jest wychowywana na bezmyślnych konsumentów albo bezdusznych karierowiczów?

Jeden z przykładów, jak daleko poszła indoktrynacja młodego pokolenia. Byłam świadkiem, na spotkaniu w rodzinnym gronie, gdzie absolwent wyższej uczelni wyśmiewał wszystko co było związane z historią Polski, patriotyzmem lub kościołem. Nie interesowało go, że ktoś ma inne poglądy. Miałam wrażenie, że patrzę na wywiady w TVP info lub TVN-ie.  Jedno co mnie ucieszyło, że ten człowiek nie należał do mojej rodziny.

Przeczytaj także: Młodzi, wykształceni durnie z wielkich miast

POLECAM:

Posted in Młodzi, wykształceni..., Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Starbucksokracja – z dziennika młodego wykształconego

Posted by tadeo w dniu 17 października 2011

Mam na imię Łukasz ale każe do siebie mówić „Luc”, bo moje imie wydaje mi się strasznie zaściankowe, a literka „Ł” jest trudna do przeczytania dla moich przyjaciół z Nowej Zeladnii, których poznałem w czasie mojego półrocznego tripu po Australii. Jestem uczniem drugiej klasy w Wielokulturowym Liceum imienia Jacka Kuronia. Nasze liceum jest najlepsze w Warszawie, nauczyciele nam mówią, że jesteśmy elitą nie to co ten motłoch z Pragi czy Sadyby. Moi rodzice płacą 800 zł miesięcznie za moją szkołę, to nie jest dużo, bo to zaledwie połowa mojego kieszonkowego więc myślę, że każdego byłoby stać żeby do nas chodzić. Liczy się przede wszystkim dobry wynik z egzaminu gimnazjalnego, ja go zdałem świetnie – miałem najlepszych korepetytorów.

Jestem jednym z pomysłodawców Ruchu 15 Października, którego założyliśmy w czasie jednej z lekcji, po to by uratować świat od dyktatu kapitalizmu.Pomogła nam Anka – nasza dyrektorka (musicie wiedzieć, że w naszej szkole wszyscy jesteśmy po imieniu, mówienie na siebie per „Pan” lub „Pani” to ejdżyzm). Od razu po tym jak powstał ten wspaniały pomysł, zaproponowaliśmy nauczycielce wyjście do Starbucksa na kawę aby go przedyskutować. Jako, że w szkole panują zasady równościowe, przeprowadziliśmy głosowanie – nas uczniów jest więcej, więc zawsze możemy przerwać zajęcia,  jak wspaniale działa demokracja w naszym wielokulturowym liceum.

Tata Anki Blumsztajn (naszej dyrektorki), jest redaktorem naczelnym Gazety Wyborczej w Warszawie i załatwił nam od razu wywiad z wybitnym polskim dziennikarzem – Jackiem Żakowskim w TOKFM. To było OSOM bo wreszcie uciśnieni młodzi Polacy usłyszą nasz głos i pójdą z nami walczyć o lepszy świat. Nie możemy być gorsi od młodych ludzi w Mardycie czy w New Yorku, byłem tam na wakacjach w zeszłym roku, tam są tacy OSOM i tolerancyjni ludzie, wielokulturowi tak jak nasze Liceum. Pan Jacek też był genialny mówił nam, że jesteśmy podobni do Ruchu Palikota, byliśmy dumni bo bardzo go lubimy, tylko nam się nie podoba jego liberalizm ale to jest super, że w jego partii jest ten przemiły gej Robert Biedroń no i pani Anna Grodzka obie te osoby, miały okazje przeprowadzić u nas gościnnie lekcje z tolerancji.

Od razu pojawili się super ludzie z Krytyki Politycznej, którzy pozwolili nam postawić w swoim barze na Nowym Świecie stoliczek, przy którym tłumaczyliśmy przybyłym tam ludziom, dlaczego umowy śmieciowe są złe i jakie są nasze cele. Jeden z organizatorów naszego protestu jest w Nowym Wspaniały Świecie baristą i też ma umowę śmieciową, widzicie ile jest do zrobienia?

Protest udał się świetnie, były wszystkie telewizje, od razu na fejsie mieliśmy tysiąc fanów, liczy się ruch oddolny, przyszło prawie sto osób i wszyscy tacy OSOM. Byliśmy zachwyceni, wielu zrezygnowało specjalnie tego dnia ze squash czy innych ważnych zajęć. Cieszymy się, że dzięki naszemu liceum – Polska jest taka nowoczesna i nie odbiega od innych fajnych miejsc. Wszyscy byli z nas tacy dumni, szczególnie Tato naszej Pani dyrektor, mamy masę zdjęć w Wyborczej.

Czujemy, że naprawiliśmy świat.

http://ptovmasyan.salon24.pl/

Posted in Młodzi, wykształceni..., Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Młodzież skręca w prawo, staje się konserwatywna. A jej poglądy polityczne coraz mocniej się precyzują

Posted by tadeo w dniu 22 lipca 2011

Panowie spokojnieMarsz dla Życia i Rodziny

– Aż wstyd się przyznać, ale moi studenci w czasie wolnym chodzą na wolontariat do kościoła – mówi prof. Kazimierz Kik, który nawet podczas wykładów nie kryje swoich lewicowych poglądów. A potwierdzenie słów, że młodzi ludzie stają się prawicowi dają badania CBOS dotyczące preferencji politycznych młodzieży w 2010 roku. Przynoszą zaskakujące wyniki, z których wyłania się obraz Polaków stęsknionych za szacunkiem dla tradycji, autorytetów, religii.

Wśród badanych mających sprecyzowane przekonania polityczne największa grupa (39%) identyfikuje się z prawicą, jedna trzecia (34%) określa swoje poglądy jako centrowe, a nieco ponad jedna czwarta (27%) deklaruje orientację lewicową. A więc mamy prawicową młodzież, która na przestrzeni lat  z większym zaangażowaniem odsuwa się liberalnych i lewicowych rozwiązań. Dlaczego? Chociaż na ten temat badania milczą, to najprawdopodobniej skręt młodzieży w prawo wynika z chęci powrotu do dawnych zwyczajów. Może jest również ucieczką od wolności tak celebrowanej od ponad dwudziesty lat w Polsce. W kraju, w którym społeczeństwo zachłysnęło się światopoglądową możliwością wyboru. Wybór stał się obowiązkiem. Stąd pojawiło się coraz więcej osób niedeklarujących żadnego wyznania. Stąd rozbite rozwodami rodziny, które przeistaczają się w patchworkowe, a dzieci są w nich zmuszone by przyzwyczajać się do nowych partnerów mamy i taty. Stąd też coraz mniejsze zaangażowanie w sprawy dotyczące narodu, poszanowania do tradycji. Społeczeństwu zwyczajnie przestało zależeć, poddało się.

Młodzi ludzie po latach wyzwolenia mówią dość. A wśród nich coraz częściej słychać głosy, że wzorem swoich rodziców, dziadków planują założyć tradycyjną rodzinę. Coraz częściej zaczynają angażować się w inicjatywy obywatelskie, czują większą przynależność do narodu, oraz do Kościoła. Dla ludzi młodych inność przestała być tak pociągająca jak kiedyś. Teraz pragną powrotu do „normalności”, tylko, że tą wciąż trudno zdefiniować. Ale to nie wszystko.  Z analizy CBOS-u wynika, że w listopadzie 2010 roku – po raz pierwszy w historii realizacji tych badań – poziom „politycznego niezdecydowania” młodzieży nieznacznie się obniżył (o 5 punktów) w stosunku do poprzedniego pomiaru. Powstała nowa grupa osób o zdefiniowanych poglądach politycznych. Co ciekawe  młodzież deklarująca znaczne zainteresowanie wydarzeniami politycznymi najczęściej określa swoją orientację polityczną jako prawicową. Zatem małymi krokami nasze społeczeństwo przechodzi przeobrażenia, a te wychodzą od ludzi młodych. Najwyraźniej mamy coraz bardziej świadomą i rozsądną młodzież, która daleka jest od dokonywania rewolucyjnych zmian. Zamiast tego woli powrót do korzeni.

Portret: Joanna  Miziołek

Joanna Miziołek

 

Absolwentka Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego, dziennikarka. Współpracowała z tygodnikiem „Wprost”, publikowała w „Dzienniku”, teraz pisze dla „Polski The Times”.

Posted in Młodzi, wykształceni..., Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Nie potrzebujemy tylu magistrów

Posted by tadeo w dniu 2 lipca 2011

Od paru lat poszczególne rządy chwalą się zwiększającą się ciągle ilością studentów oraz osób, które wykształcenie wyższe już zdobyły.  I na papierze wygląda to naprawdę nieźle, pęd do wiedzy jest powodem do zadowolenia, a wzrastający odsetek studentów świadczy o rozwoju naszego kraju. Tylko czy aby na pewno?

Oprócz dobrych wyższych szkół państwowych (mamy parę takich, przynajmniej na poziomie kraju) i kilku prywatnych mamy w naszym kraju wysyp wyższych uczelni, które oprócz „papierka” nie dają nic.  Studenci dziennikarstwa nie czytający książek, turystyki nie znający języków, ekonomii mający problemy z matematyką, etc. etc.

Poziom kształcenia ciągle się obniża bądź też staje się bardziej elitarny. Absolwenci SGH mają taki sam tytuł jak absolwenci np. uczelni Rydzyka. Oczywiście pracodawcy wiedzą, że oprócz tytuły magistra istotne jest to jaką uczelnię się skończyło. Ale statystycznie wygląda to całkiem nieźle. Jednocześnie spada poziom kształcenia średniego gdyż nie trzeba tak strasznie się wysilać aby iść na studia. Nie każdy przecież w wieku lat kilkunastu zdaje sobie sprawę z faktu że studia studiom nierówne. Dzięki temu dyplom uczelni wyższej nie jest już przepustką do kariery zawodowej. Oprócz tego trzeba jeszcze wiedzieć jaką uczelnię skończyć.

W ten sposób produkuje się absolwentów, którzy tylko zaśmiecają rynek pracy oraz zdecydowanie obniżają standardy.

Czy nie lepiej aby uczelnie były bardziej elitarne aby nie każdy uczeń liceum zdawał maturę? Ostatecznie urzędnikami średniego szczebla mogą być osoby tylko zmaturą. Obecnie wielu z tzw. cenzusem pracuje w sklepach czy kelneruje itd. Nie deprecjonuję tych zawodów ale nie trzeba kończyć studiów aby roznosić kawę.

Powróćmy do wysokich standardów nauczania, nie potrzebujemy tylu magistrów. Ale jak ktoś już te studia skończy niech wie, że świat ma u stóp.

http://gschab.salon24.pl/33694,nie-potrzebujemy-tylu-magistrow

Posted in Młodzi, wykształceni... | Leave a Comment »