WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • Tylko przestańmy mówić: ten kraj, w tym kraju, tutaj, ci ludzie. Zacznijmy mówić tak, jak Pan Bóg przykazał, jak o matce: Ojczyzno ma, moja, kochana, poraniona, więc tym bardziej kochana. Moja, to znaczy taka, którą się kocha, którą się po rękach całuje, przed którą się klęka, której się służy, której się z czcią opowiada, której się nie okrada, dla której się pracuje, dla której się cierpi i umiera, jak trzeba. To nie inni mają tak zrobić, to nie oni, tam na górze, ale my. Inaczej na nic wszystko. Na nic ta rana i na nic te ofiary. Nasza Ojczyzna mocno krwawi i ból nie ustaje w naszych sercach, ale zapewniamy pachołków Moskwy i Berlina, i tych, co służą „mamonie” – jeszcze nie zginęła, póki my żyjemy. Póki pracujemy dla dobra naszej Ojczyzny. Póki kochamy i pamiętamy.

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Wspomnienia’ Category

Stefan Ossowiecki – najsłynniejszy polski jasnowidz.

Posted by tadeo w dniu 23 Sierpień 2016

Stefan Ossowiecki

…”– Była już druga w nocy, gdy odprowadziłem mego gościa do jego pokoju – brzmi relacja z końca sierpnia 1939 roku o Ossowieckim, spisana przez Juliusza T. Dybowskiego. – W bibliotece usiedliśmy na chwilę i zapaliliśmy cygara. Stefan puścił kilka kłębów dymu, nagle zasłonił oczy ręką, ale dostrzegłem, że po twarzy spływają mu łzy. – Mistrzu, co się stało, na Boga – spytałem. – Ossowiecki blady i spięty spojrzał mi w oczy. – Nieszczęście… Jesteśmy w przededniu wojny i już tylko dzielą nas od niej dni. – Przecież pan mówił przed chwilą nam co innego… – A cóż mogłem powiedzieć? – odparł inżynier – Był u mnie pół roku temu marszałek Rydz-Śmigły i powiedziałem mu dokładnie to samo, co powiedziałem marszałkowi Piłsudskiemu w 1934 roku, kiedy podpisywaliśmy z Niemcami traktat o nieagresji. Jeden i drugi wziął ode mnie przyrzeczenie, że nikomu o tym publicznie nie powiem. – Jak daleko dojdą Niemcy? – Cała Polska zajęta, gruzy, krew, mord! Idą dalej w głąb Rosji, daleko, daleko… – Do Uralu? – Ossowiecki zastanowił się przez chwilę. – Do Kaukazu. Państwa Osi przegrają wojnę. Niemcy i Japonia będą okupowane, Włochy wyzwolone. Zwycięzcy Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Rosja spotkają się na konferencji i spowodują nowy ład w Europie. – A co z Polską? – Będzie i Polska! Ale za jaką cenę… Najpierw będą nią władali komuniści, a później szubrawcy i świnie. Na koniec powstanie jeszcze większa niż teraz. Tego ani ty, ani ja nie doczekamy… Dopiero wnukowie… Warto jednak wiedzieć, że tak się stanie…”.

Przeczytaj także:

Inżynier Ossowiecki wszystko przewidział

Słynny Polak o przyszłości świata

Niezwykła przepowiednia jasnowidza dla Polski! Nikt się tego nie spodziewał

Stefan Ossowiecki – najsłynniejszy polski jasnowidz. Wiele razy rozmawiał z Józefem Piłsudskim…

Posted in Wspomnienia, Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Poradnik przetrwania w radzieckim łagrze.

Posted by tadeo w dniu 4 Grudzień 2014

Fragment ilustracji pochodzącej z książki Eufrozinji Antonowny Kersnowskiej, która spędziła w Gułagu 12 lat, a swoje wspomnienia spisała i zilustrowała.Wyobraź sobie, że do Twoich drzwi właśnie zapukał sługus reżimu z wezwaniem do natychmiastowego stawienia się na przesłuchanie. Wiesz co to oznacza. Jeśli chcesz mieć jakiekolwiek szanse na przetrwanie aresztowania, procesu i zsyłki do łagru, lepiej przeczytaj nasz poradnik. Zanim enkawudziści Ci go skonfiskują.

Po pierwsze weź dobre, mocne buty, ciepłą bieliznę, porządne ubranie i obowiązkowo palto, bądź futro. Prawdopodobnie już tu nie wrócisz – właśnie stałeś się nic nie znaczącym trybikiem w machinie GUŁAG-u.

Jeśli zaś przyszedł nie jeden, ale kilku smutnych panów i chcą Cię zabrać natychmiast, nie stawiaj oporu. Jeśli cię skatują już na wstępie, ciężko będzie przetrwać późniejsze przesłuchania. Wszak, jak to powtarzali sobie radzieccy aparatczycy:

Plan jednego z łagrów Gułagu (w Workucie), narysowany według wspomnień niemieckich jeńców.

Ty co, jeszcze nie wiesz? Jest tajny rozkaz towarzysza Stalina, jeśli k….. się nie przyznaje, trzeba bić, bić, bić…  (cyt. za: M. Jakowienko „Żona enkawudzisty. Spowiedź Agnessy Mironowej”)

Bardzo ważna sprawa! Pod żadnym pozorem nie denerwuj strażników. To oni są tu pomniejszymi bogami, stojącymi w panteonie tuż obok boga najpotężniejszego, naczelnika więzienia.

Nie bądź małpą w czerwonym

Zdenerwować ich może wszystko, o czym przekonała się Agnessa Mironowa – bohaterka książki „Byłam żoną enkawudzisty”, a jednocześnie „czerwona księżniczka”, która spadła na samo dno. Z bajkowych pałaców stalinowskiej wierchuszki trafiła do więzienia na Łubiance.

Artykuł powstał w oparciu o książkę Miry Jakowienko "Żona enkawudzisty. Spowiedź Agnessy Mironowej" (Znak Horyzont 2014)

Nosiła tam na sobie czerwoną wełnianą bluzeczkę, nie zdając sobie sprawy z faktu, że może tym samym rozwścieczyć strażniczkę. Boleśnie przekonała się o tym w środku nocy:

Rozjuszona strażniczka przyszła do mnie. Drze się: „Ach ty, taka owaka, żeby spać w czerwonym ubraniu! To mi działa na nerwy!”. No i tak. Musiałam ściągnąć bluzkę. A wie pani, czemu jej to działało na nerwy? Bo czerwony to kolor krwi, a ona pilnowała przez judasza, żeby nikt sobie nic nie zrobił.

Na innym tle widać krew, a na czerwonym nie. A może było i tak – zaglądnęła przez judasza, zobaczyła jaskrawą, czerwoną plamę i w pierwszej chwili chwycił ją strach, wydało jej się, że to krew. Cała we krwi! (cyt. za: M. Jakowienko „Żona enkawudzisty. Spowiedź Agnessy Mironowej”)

Ofiary łagrów i głodu. Tak polska prasa przedwojenna przedstawiała przybyszy z ZSRR.

Uważaj na układy i układziki

Kiedy już znajdziesz się w obozie, musisz się dobrze ustawić. Prawdę o pokornym cielęciu, co dwie matki ssie możesz od razu wrzucić między bajki. Absolutnie najlepszą robotą jest ta w kuchni.

W łagrze, zaraz obok mrozu, największym wrogiem więźniów jest głód. Odbiera siły, urodę i zdrowie. Głód niszczy psychikę i osłabia wolę, a kto pracuje w kuchni, ten głodny nie chodzi. Podobnie ten, kto rozdaje jedzenie.

Więźniarki GUŁAGu. Musiały się mierzyć z głodem, zimnem i złymi warunkami. Wielu z nich nie udało się przeżyć.

Nie wiesz jak to zrobić? Spokojnie, reszta personelu cię przeszkoli:

Moja poprzedniczka Tamara uczyła mnie: „Jak lejesz mleko, lej odrobinkę mniej, to ci zostanie więcej dla siebie”. Spróbowałam tak zrobić, ale nie zdaje sobie pani sprawy z tego, jak oni patrzą, gdy się im nalewa! (cyt. za: M. Jakowienko „Byłam żoną enkawudzisty. Spowiedź Agnessy Mironowej”)

Agnessa stoi przed lustrem. Zapina kolię, którą dostała od męża. Na dłonie wsuwa jedwabne rękawiczki. Wszystko pasuje, wygląda świetnie. Jest gotowa na bal. Jej mąż, oficer NKWD, dał jej to, …

Pamiętaj: mleko może zabić

Pracując na tak lukratywnym stanowisku, musisz pamiętać o jednym. Układy i układziki bywają śmiertelnie niebezpieczne. Uważaj z kim zadzierasz, zwłaszcza jeśli ta osoba stoi wysoko w obozowej hierarchii, albo sypia z kimś wysoko postawionym. Właśnie w taki układzik wplątała się Agnessa Mironowa.

Gdy tam przyszłam i moja poprzedniczka przekazywała mi swoje „gospodarstwo”, ta Kława zwróciła się do niej przy mnie: „Ciociu Tamaro, zostało dla mnie coś do jedzenia?”. I Tamara dała jej mleka. (cyt. za: M. Jakowienko „Żona enkawudzisty. Spowiedź Agnessy Mironowej”)

Kiedy Agnessa zastąpiła Tamarę, to do niej przyszła Kława. Kobieta nie zostawiła jej jednak nic do jedzenia, nie mając serca oszukać reszty. Ta uczciwość nieomal kosztowała Mironową życie. Kława zainterweniowała i Agnessa nie dość, że szybko straciła posadę, to jeszcze została przeniesiona do innego obozu. Mleko w łagrze potrafiło zabić.

Dbaj o swoje futro

Mironowa znalazła się w kolejnej placówce „archipelagu GUŁAG” (na temat Gułagu przeczytaj więcej w innym artykule!). Musiała od nowa budować swoją pozycję i zabezpieczać swój byt. Zaczęła od handlu. Od początku w łagrze towarzyszyło jej futro z wiewiórek, którego nie porzucała ani latem, ani zimą, strzegąc jak oka w głowie.

Choć było wyliniałe i prawdopodobnie zawszone, pozwalało jej przeżyć kiedy temperatura oscylowała w okolicach minus 50 stopni.

Futro oprócz ochrony przed zimnem dostarczało materiału (różowa, jedwabista poszewka) do wytwarzania przedmiotów na handel. Wyciągając nitki ze swoich ubrań i tnąc poszewkę, Agnessa szyła i wyszywała poduszeczki na igły.

Nie przestawaj maszerować

Za te drobne przejawy „luksusu” w łagrowej codzienności udawało jej się zdobyć najpotrzebniejsze rzeczy. Emaliowany garnuszek, odrobinę prosa. Te dwie uzyskane drogą wymiany rzeczy wystarczyły by poczuć w żołądku dawno zapomniany ciężar sytości i odzyskać odrobinę sił.

Kiedy okazało się, że więźniowie mają ruszyć w dalszą drogę przy pogarszającej się pogodzie, ta miarka prosa była dla Mironowej kluczowa. Dała jej siły, które wystarczyły by przeżyć wycieńczający marsz. Wiele osób nie miało tyle szczęścia:

Była wśród nas wysoka, piękna Polka. Zostawiła na wolności czworo dzieci. Była ubrana tylko w waciane spodnie i kurtkę na gołe ciało, wszystkie swoje ubrania wymieniła na chleb.

Mordercze marsze pośród mrozów Syberii były jedną z przyczyn śmierci więźniów. Kto nie miał siły brnąć w śniegu, zostawał i zamarzał.

Waciaki całkowicie na niej przemokły, a potem zamarzły. Szła niedaleko ode mnie. Widziałam, jak upadła (cyt. za: M. Jakowienko „Byłam żoną enkawudzisty. Spowiedź Agnessy Mironowej”).

Kto upadał, ten już nie miał szans powstać. Niewielu znajdowało w sobie dość empatii by pomóc. Każdy oszczędzał siły byle dobrnąć do końca. Zamarznięte ciało Polki znaleziono i przywieziono saniami następnego dnia. Wśród syberyjskich mrozów wystarczyły minuty, by straciła życie.

Agnessa stoi przed lustrem. Zapina kolię, którą dostała od męża. Na dłonie wsuwa jedwabne rękawiczki. Wszystko pasuje, wygląda świetnie. Jest gotowa na bal. Jej mąż, oficer NKWD, dał jej to, …

Nie okazuj owcom litości

Jednym z nieodłącznych elementów łagrowej odysei był głód. Ciągły, niemożliwy do zagłuszenia, a tym bardziej zwalczenia głód. Nie da się go pokonać dobrym nastawieniem i dumą. Mironowa miała to szczęście, że w pewnym momencie trafiła do łagrowej placówki wyspecjalizowanej w produkcji żywności – ogromnych farm, usytuowanych na stepach. Hodowano tam owce i uprawiano rośliny na paszę dla nich.

Poza ciężką pracą przy sianokosach i żniwach, oporządzaniu zwierząt i produkcji serów z ich mleka, więźniowie jeździli na tak zwane letowki (marzenie każdego osadzonego).

Grupa szczęściarzy przez całe lato mieszkała w stepie razem ze stadem owiec, którym się zajmowali. Na miejscu mogli odżyć. Choć chleb dowożono im co kilka dni, wcale nie narzekali na głód. Pili nielegalnie owcze mleko i zabijali owce na mięso. To ostatnie wymagało od nich pracy zespołowej i sprytu.

Szpital obozowy w Workucie. W podobnej placówce pracowała Mironowa, która przed aresztowaniem przez pewien studiowała medycynę . Szpitale obozowe były  wobec braku wszelkich środków medycznych były zwyczajnymi umieralniami.

Kiedy pozbawiali zwierzę życia, musieli bardzo szybko się z nim uporać. Przez jedną noc je oprawiali, gotowali i zjadali ile zdołali. Resztę wynosili w step, rozrzucali w krzakach, miejsce chlapali krwią, a w wypadku kontroli uparcie twierdzili, że martwa owca to sprawka wilków. Te wybiegi pozwalały im zebrać siły i przeżyć kolejną ciężką zimę.

Nie zgadzaj się na aborcję w łagrze

Na koniec coś dla osób o mocnych nerwach. Dobra rada na przykładzie Agnessy Mironowej, która wdała się w zakazany romans w czasie odsiadywania wyroku w łagrze i zaszła w niechcianą ciążę. Nie poddawaj się krótkim chwilom namiętności, bo mogą się skończyć tragicznie.

Wnętrze jednego z obozowych baraków udekorowane gazetką ścienną na cześć Stalina i innych radzieckich bohaterów. Więźniowie co dzień musieli patrzeć na portrety osób, za przyczyną których znaleźli się w obozie.

Obawiając się represji, jakie spadłyby na nią w obozie i reakcji swojego męża, Mironowa zdecydowała się na przerwanie ciąży. Aborcji miał dokonać… ojciec dziecka, będący obozowym lekarzem. Oddajmy głos Agnessie:

No i tak – nie ma instrumentów, co więc mam robić? Proszę wyobrazić sobie taką sytuację. Noc. Ciemność. W komórce pali się tylko świeczka, płomień jest nierówny, na ścianach tańczą cienie. My, dwoje niewolników, z którymi mogą się rozprawić, jak tylko zechcą, wytężamy uwagę– czekamy na to, że w każdej chwili mogą załomotać do zewnętrznych drzwi z kontrolą.

Andriej Andriejewicz próbuje zrobić mi aborcję ręką nasmarowaną jodyną, bez instrumentów. Ale tak się denerwuje, jest tak wzburzony, że nic mu się nie udaje.

Z bólu nie mogę oddychać, ale cierpię bez jęków, żeby ktoś mnie nie usłyszał… „Przestań!”– mówię w końcu wyczerpana i przekładamy cały zabieg na dwa dni później… W końcu wszystko wyszło– w skrzepach, przy silnym krwotoku (cyt. za: M. Jakowienko „Żona enkawudzisty. Spowiedź Agnessy Mironowej”).

Wielu innym nie „wszystko” wyszło. Tysiące kobiety każdego roku umierało w łagrach. Tylko nieliczne spośród tych, które przeżyły pozostawiały jakiekolwiek świadectwo swojego losu. Nie miały czym się chwalić.

I nie chciały wracać myślami do wszystkiego, co musiały zrobić, by przetrwać na nieludzkiej ziemi.

Źródła:

Aleksandra Zaprutko-JanickaAleksandra Zaprutko-Janicka – Historyczka i publicystka. We wrześniu 2010 roku wspólnie z Kamilem Janickim założyła serwis popularnonaukowy „Ciekawostki historyczne”. Autorka ponad stu artykułów, a także współautorka książki „Elity w II Rzeczpospolitej”. Więcej informacji o autorze.

Posted in Historia, Wspomnienia | Leave a Comment »

Tylko nie mówcie, że jestem antysemitą i znów jątrzę!

Posted by tadeo w dniu 29 Październik 2014

Jeden z komentatorów mojego blogu zapytał:

„Antysemityzm” –

– mnie zastanawia to dlaczego tego rodzaju pretensji wzgledem ich narodowosci nie podnosza zamieszkali u nas Ormianie, Grecy, Tatarzy, … Ja przynajmniej nie slyszalem, nie czytalem o takowych obiekcjach…
——————-
Więc dodałbym jeszcze dodał do tej listy Polaków, którzy nie umieją, bądź unosząc się nie do końca przemyślaną dumą nie chcą o tym mówić.

Ja doskonale rozumiem niewymowne krzywdy i nieszczęścia jakich doznali polscy Żydzi i uważam, że Gazeta Wyborcza słusznie napisała na ten temat kilka setek artykułów. Niestety, nie spotkałem się z ani jednym artykułem na temat nieszczęść Polaków skrzywdzonych przez złych ludzi pochodzenia żydowskiego.

Oto przykład z mojego wczesnego dzieciństwa:

Jakiś czas temu byłem na grobie Rodziców. Gdy zapalałem lampki podszedł do mnie kumpel, który właśnie przechodził opodal. Przystanął, spojrzał na nagrobną tablicę i wyraźnie zbulwersowany powiedział z wyrzutem: „Krzysiek! Mógłbyś tę tablicę wymienić! Taka popękana, że nazwiska ledwie widać!”.

A ja opowiedziałem mu to, co teraz Państwu pragnę opowiedzieć.

Działo się to pierwszego sierpnia 1952. Jako ośmioletni chłopiec byłem wtedy na kolonii letniej w podkrakowskim Sierakowie.

Szczęśliwi, opaleni wróciliśmy z kolegami znad rzeki na obiad. Ku mojemu zdumieniu pani wychowawczyni przekazała mi wiadomość, że ktoś na mnie czeka w kancelarii pana kierownika. Jeszcze bardziej się zdziwiłem na widok wuja Ludwika, który mi powiedział, że tata jest trochę chory i musimy wracać do Krakowa.

Choć bardzo mi było żal zostawiać kolegów ucieszyłem się ogromnie, bo będąc Jego oczkiem w głowie, świata za Ojcem nie widziałem. Pociąg wlókł się niemiłosiernie, a ja nie mogłem się doczekać chwili kiedy wreszcie Ojciec mnie przytuli.

W końcu dotarliśmy z dworca na naszą ulicę. Wujek chciał mi coś powiedzieć, ale wyrwałem mu się i oszalały ze szczęścia, na łeb na szyję popędziłem do ukochanego taty. Gdy dobiegłem do naszej kamienicy serce przeszył mi paraliżujący ból i niebo spadło mi na głowę. Na bramie wisiała klepsydra z napisem:

Mgr inż. Michał Pasierbiewicz
ukochany mąż i ojciec
żołnierz Armii Krajowej
zmarł przeżywszy lat 46…

Tacie pękło serce. Zamęczyła go ubecja, a dokładniej mówiąc kilku oficerów bezpieki pochodzenia żydowskiego po tym, jak ujawnił swoją akowską przeszłość. Nie wytrzymał szczucia i upokorzeń w pracy, gdzie był dyrektorem technicznym, obrzydliwych intryg, prowokacji, bezustannego śledzenia, ciągłych rewizji domowych i niekończących się wielogodzinnych przesłuchań na bezpiece.

Na pogrzebie było tyle samo bliskich i przyjaciół, co ubeków, którzy obstawili cały Cmentarz Rakowicki, a gdy kondukt dotarł do naszego rodzinnego grobu, przyczaili się za przyległymi grobowcami.

Pamiętam, że gdy ksiądz rozpoczął modlitwę nad grobem, nagle wśród żałobników zrobiło się jakieś dziwne zamieszanie i rozległy się zaaferowane szepty. To przyjaciele taty z konspiracji wkroczyli do akcji i raptem na trumnie pojawiła się wiązanka biało czerwonych goździków z szarfą, na której widniał napis: „Naszemu kochanemu dowódcy przyjaciele z Armii Krajowej”. Do dzisiaj nikt nie wie, kto i jakim cudem położył tę wiązankę na trumnie, za co wtedy groziło więzienie, o ile nie gorzej.

Z tego, co było potem zapamiętałem jedynie, że jak trumnę spuszczano do grobu Mama ścisnęła mnie kurczowo za nadgarstek aż mi z bólu w oczach pociemniało. A jak kondukt się rozchodził spostrzegłem, że mam całą dłoń we krwi. Mama miała zawsze zadbane, długie paznokcie.

Matka nie umiała sobie poradzić z nieszczęściem jakie nas spotkało. Więc chodziłem z nią przez lata codziennie na cmentarz, choć prawdziwą torturą dla młodego chłopca było przesiadywanie na ławeczce przy mogile w czasie, gdy koledzy grali w piłkę. A mój starszy brat porzucił szkołę, jak mu dyrektorka, nota bene komunistyczna działaczka pochodzenia żydowskiego, przy całej klasie powiedziała, że takie szczeniaki akowskie jak on trzeba było w wiadrze topić.

Śmierć ojca pozostawiła na nas straszliwe piętno. Mama wytrzymała jeszcze 15 lat i również odeszła.

Ale czas na szczęście leczy rany i po latach udało mi się zapomnieć o tym, co o tym, co złe.

Aż nadszedł dzień 4 czerwca pamiętnego roku 1989, kiedy „upadła” komuna. Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć jak byłem szczęśliwy.

Lecz radość nie trwała długo, gdyż nazajutrz, drugiego dnia „wolnej” Polski, pani opiekująca się grobem Rodziców zadzwoniła do mnie z biura cmentarnego krzycząc roztrzęsionym głosem do słuchawki bym natychmiast przyszedł, bo stało się coś strasznego z nagrobkiem. Po przybyciu na miejsce zobaczyłem, że tablicę nagrobną jacyś zwyrodnialcy porozbijali na drobne kawałki.

Wtedy po raz drugi niebo spadło mi na głowę.

Jak trochę doszedłem do siebie pobiegłem po kamieniarza, który spojrzał na bestialsko zbezczeszczoną mogiłę i powiedział: „Dziwne. Wszystkie groby całe, tylko ten zniszczony. Ktoś musiał pana ojca strasznie nienawidzić!” A po chwili dodał: „Nie ma rady, trzeba zrobić nową tablicę”.

Wtedy go spytałem, czy da się tę zniszczoną tablicę jakoś posklejać, a on żachnął się zniesmaczony: Panie! Co Pan? Nie da się tych kawałków złożyć by nie było śladu. Jak to będzie wyglądało???

Więc mu wyperswadowałem, że chodzi mi o to, by ta oszpecona tablica z nazwiskami moich heroicznych Rodzicieli była żywym świadectwem dla przyszłych pokoleń do czego byli zdolni komuniści i zaprzedana im esbecja, której trzon w latach pięćdziesiątych stanowili oficerowie pochodzenia żydowskiego, co podają oficjalnie źródła historyczne. I jestem prawie pewien, że tablicę z nazwiskiem mojego Ojca zdewastowały dzieci, bądź wnukowie tych którzy w roku 1952 zamęczyli mi Tatę.

Na koniec przypomnę refren przepięknej ballady Reinharda May’a:

Błogosławieni, ci Nadłamani
Poplątani, w siebie wpełznięci,
Ci Odrzuceni, Przygnębieni, Przygarbieni,
Do ściany Przyciśnięci.
Błogosławieni, ci Szaleni…

Wieczne odpoczywanie racz im dać, Panie!

Także tym, którzy chcieli zabić pamięć o nich.

Niedługo przecież Zaduszki.., koniec opowieści.

PS. Może się mylę, ale nie sądzę by Gazeta Wyborcza kiedykolwiek opisała podobną historię, a były setki, jeśli nie tysiące.

Dlatego napisałem niniejszą notkę. A do warszawskiego Muzeum pojadę by sprawdzić, czy jego twórcy zachowali rzetelne proporcje prawdy historycznej.

Krzysztof Pasierbiewicz
(nauczyciel akademicki)

http://salonowcy.salon24.pl/612643,tylko-nie-mowcie-ze-jestem-antysemita-i-znow-jatrze

Posted in Wspomnienia | Leave a Comment »

„Pamiętanie” Ludmiły Jakobson z Telechan

Posted by tadeo w dniu 17 Październik 2014

Historia… Czym właściwie jest? Być może to wydarzenia sprzed 100 lat, a może to, co odbyło się dopiero wczoraj? Znana polska reporterka Hanna Krall powiedziała kiedyś: „Przecież nie piszemy historii. Piszemy o pamiętaniu”. Podzielam tę opinię. Można przeczytać książkę, nauczyć się wszystkich dat i wydarzeń, ale to nie ma sensu, jeśli nie rozumiesz, dlaczego ludzie to robili. A można zapytać żywego świadka wydarzeń i odczuć atmosferę i nastrój tego czasu. Myślę, że jest przestępstwem nie wykorzystać możliwości usłyszenia historii z ust tych ludzi. Wiem to z własnego doświadczenia. Tak pani Ludmiła Jakobson, opowiadając o swoim życiu, pomogła mi przenieść się do lat 30-50 – tych. ubiegłego stulecia. Chciałabym podzielić się tą historią z Wami.Dom w Telechanach

Dom w Telechanach

Urodziłam się w Telechanach (powiat kosowski) w 1927 roku. – opowiada o sobie pani Ludmiła – Moja rodzina ma ciekawą historię. W czasach powstania styczniowego moja prababcia była pielęgniarką. Opatrywała rany samemu Trauguttowi i odprowadzała go wraz z Elizą Orzeszkową do Warszawy. Z historii na pewno wiecie, że właśnie tam Romuald Traugutt został zabity. Niestety, prababcia nie utrzymywała kontaktu z rodziną, ponieważ jej córka, moja babcia, była katoliczką i wyszła za mąż za prawosławnego. Po raz ostatni przyjechała jako pielęgniarka, żeby odebrać poród u mojej babci. Kiedy urodziła się dziewczynka, wzięła ją na ręce i powiedziała: „Jeszcze jedna męczennica”. Nie wiemy, co stało się z prababcią, być może pojechała do Warszawy, a może zesłano ją na Syberię. Jeszce jedną wielką postacią w mojej rodzinie jest dla mnie ojciec – oficer I wojny światowej, który otrzymał 2 Krzyże Gieorgijewskie za zasługi wojenne.

W 1930 roku cała moja rodzina otrzymała obywatelstwo polskie, a w 1934 roku poszłam do szkoły. Uczyłam się średnio. Wykształcenie było wtedy obowiązkowe do 4 klasy. Moja szkoła była duża – uczyło się w niej jednocześnie około 300 dzieci.

Pani Ludmila i kanal Oginskiego

Pani Ludmiła i kanał
Ogińskiego

Lata szkolne pozostaną w mojej pamięci na zawsze. Wtedy było zupełnie inaczej niż teraz – dyscyplina była żelazna. W przerwach między lekcjami nauczyciele pełnili dyżury na korytarzu. Było ich niewielu. Dobrze zapamiętałam nauczyciela geografii, pana Gwiazdowskiego i jego żonę, nauczycielkę języka polskiego, nauczyciela śpiewu pana Kanta, który pięknie grał na skrzypcach. Matematykę wykładał pan dyrektor Pierowski, gimnastykę – pan Wyrko. Moją pierwszą nauczycielką była pani Seroczkowska, pan Michalski wykładał historię, a jego żona – literaturę.

Pamiętam, że w tamtych czasach w Telechanach żyli w zgodzie wyznawcy różnych religii. Do jednej szkoły chodzili razem: prawosławni, katolicy, Żydzi. Co czwartek była godzina religijna i wtedy uczniowie rozchodzili się po klasach: katolicy szli do księdza katolickiego, prawosławni – do popa, a Żydzi – do rabina. Mogę powiedzieć, że ci „nauczyciele” kolegowali się ze sobą. Nasza lekcja religii zaczynała się od modlitwy: „Boże, coś Polskę”. W klasie na ścianie nad tablicą wisiały od lewej do prawej portrety: Mościckiego, Piłsudskiego, Orzeł Biały a nad nimi krzyż. Dla każdego ucznia to było bardzo bliskie sercu, bardzo patriotyczne. Trzeba powiedzieć, że dzieci bardzo kochały Dziadka Piłsudskiego i kiedy zmarł w 1935 roku, to wszyscy nosili żałobę przez 3 dni. W tym samym roku Żydzi odeszli do swojej własnej szkoły.

Wielką uwagę nauczyciele poświęcali wiejskim dzieciom, które były biedniejsze od żydowskich i musiały pomagać rodzicom w gospodarstwie. Za spóźnienie nie karano, a przy wystawianiu ocen nauczyciele byli lojalni wobec tych dzieci. Dzieci te przychodziły na lekcje w łapciach. Na dużej przerwie wszystkim dawano czarną kawę i chleb ze smalcem. Z tą tylko różnicą, że dzieci z bogatych rodzin płaciły za ten posiłek, dzieci z biednych rodzin dostawały za darmo.

Dzieci, które uczyły się bardzo dobrze, po ukończeniu 7 klasy gmina wysyłała na nieodpłatne studia do Pińska albo Łuninca.

Gdy na dworze było ciepło, dzieci w czasie przerwy bawiły się na podwórku. Było to możliwe tylko pod opieką nauczyciela. Nie wolno było samemu wychodzić na dwór. Zimą w czasie przerw chodzono parami po korytarzu i śpiewano piosenki. Podczas Bożego Narodzenia mieliśmy w szkole piękną choinkę. Wszyscy uczniowie śpiewali kolędy. Bawili się dookoła choinki, a potem dostawali prezenty: dzieci z bogatych rodzin – za koszt rodziców, a dzieci z biednych rodzin na koszt gminy. Prezenty dla biednych dzieci były czasasmi dziwne. Ja na przykład, jednego razu otrzymałam buciki, kawałeczek mydła i ciastko.

Był w naszej szkole również woźny, który, jak i nauczyciele, odpowiadał za dyscyplinę, dzwonił dzwonkiem, zapowiadając lekcje albo przerwę, pilnował jak dzieci się ubierają, sprzedawał kajzerki (bułeczki, które kosztowały 5 groszy).

Pamiętam też, że podczas świąt 11 listopada i 3 maja była bardzo ładna defilada. To było święto dla wszystkich mieszkańców Telechan. Na początku defilady szli rekruci, potem orkiestra, która składała się ze strażaków, dalej uczniowie i nauczyciele z proporcami. Pamiętam, że dzieci przygotowywały się do tej defilady dużo wcześniej: chłopcy wycinali z krzaków gałązki, a dziewczynki sklejały biało-czerwone kartki papieru i wychodziły piękne proporce. Machano nimi podczas defilady. Było pięknie. Potem w Domu Ludowym występował nasz nauczyciel pan Gwiazdowski i aptekarz pan Bocheński, wielcy patrioci Polski. Nie mogli oni zaakceptować i przeżyć przyjścia nowej władzy. Ostatni po przyjściu „Czerwonki „, jak nazywali miejscowi Sowietów, skończył życie samobójstwem.

Na szkolnym podwórku stał wysoki słup. Na nim codziennie latem wznosiły sztandar wolności dzieci z 7 klasy. Kiedy był „ostatni dzwonek” ( jak teraz się mówi o ostatnim dniu zajęć w szkole), to one wkładały białe ubrania i czapki i tańczyły na podwórku taniec „Piekarze”.

Ciekawe było życie harcerzy. Każdy z nas miał harcerski strój: czerwony krawat, czarny fartuch, guziki z przodu, pasek skórzany. Najlepsza uczennica 7 klasy była drużynową. W moich czasach drużynową była Marysia Mialik. Mieliśmy też zbiórki harcerskie.

Po przywitaniu graliśmy w siatkówkę, uczyliśmy się śpiewać, omawialiśmy, kto się źle uczy, kto niegrzecznie się zachowuje. Dla chłopców i dziewczynek zbiórki te były oddzielne. Latem my, harcerze, paliliśmy ognisko nad jeziorem. Śpiewaliśmy i tańczylismy. Było bardzo wesoło.

APC - 2014.10.17 13.56 - 001.3d

Marynarz w Pińsku i wioskowa dziewczyna

Latem było jeszcze jedno święto. Miało ono tajemniczą i piękną nazwę – Święto Morza. Urządzano je niedaleko pałacu Ogińskiego, który zniszczono po przyjściu Sowietów. Przez jezioro robiono pomost, łącząc 2 barki, z czego wychodziło miejsce dla tańców. Po bokach stały ławki, grała orkiestra. Młodzież tańczyła, dzieci biegały. Z Pińska na święto przyjeżdżali marynarze. Młode dziewczyny miały na głowie wianuszki z kwiatów, które puszczały na wodę. O 11 godzinie wszystkie dzieci szły do domu. Ale na tym święto dla nas się nie kończyło – w domu my otwieraliśmy okna i do rana słuchaliśmy orkiestry. Grano tango, fokstrota, mazurka, walca. Ślicznie śpiewały Hanka Kileszkowska i Lodzia Brzostowska. Było przepięknie!

APC - 2014.10.17 13.40 - 001.3d

Już w tamtych czasach przyjeżdżało do naszej miejscowości dużo turystów z Gdyni, z Warszawy, żeby zobaczyć Bug, Muchawiec, pałac i kanał Ogińskiego.

Już wcześniej mówiłam, że bardzo mi się podobały tamte czasy, ponieważ wtedy był wszędzie porządek. Na ulicach stały kosze na śmieci, codziennie chodził policjant i sprawdzał, czy wszystko w porządku.

„Leciał orzeł biały wysoko i odleciał. W 1939 roku po raz ostatni poleciał on bronić Ojczyzny, i trafiła go kula czarnego orła, i polała się krew, i zalała całą Polskę”. 1 sierpnia 1939 roku, gdy uczniowie przyszli do szkoły, ona była zajęta przez rekrutów wojska polskiego, którzy szli na front. Nigdy więcej nie uczyłam się w polskiej szkole.

W tym samym roku przyszli Sowieci. Wiadomość ta szybko obleciała Telechany. „Наши идут! Красная армия!” – słychać było ze wszystkich stron. Wiejskie dziewczyny ubierały się jak najładniej. Białorusini i Żydzi wybiegali z czerwonymi kokardkami przywitać ją. Długo ich nie było. Przyjechali.

Bardzo dobrze pamiętam: ciężarówka, siedzieli w niej żołnierze w pilotkach. Starszy wyszedł – okrągła czapka, ręce trzyma w kieszeniach i krzyczy „Здравствуйте!” Wydawało się wtedy, że wszystkim podoba się nowa władza, ale byli i niezadowoleni. Jeden marynarz z Flotylli Pińskiej powiedział ludziom: „Prędko wasze flaki będą wisieć jak te flagi”. Czerwone sztandary rozwijały się tam, gdzie był posterunek. Potem ktoś z ludzi starszych opowiadał, że powieszono tego marynarza za te słowa.

Pamiętam, że polscy żołnierze wtedy, ratując się od „Czerwonki”, szli na Hancewicze (tam była zbiórka), a potem do Rumunii. Ciężko było żołnierzom. Po tych samych drogach szli też miejscowi chłopi-złodzieje, którzy zabijali żołnierzy polskich, rabowali ubrania i obuwie i wrzucali ich do bagna.

Od tamtego czasu zajęcia w szkole były tylko w języku rosyjskim. Z nauczycielami obchodzono się bez ceregieli. Pana Gwiazdowskiego zabrano do celi do Kosowa, gdzie zmarł. Panią Gwiazdowską, jego żonę, ciężarną, z małym dzieckiem, wysłano w wagonie bydlęcym na Syberię. Nie było łatwo, ale ona – silna kobieta – wytrzymała to wszystko. Musiała wytrzymać. Wiem, że wyjechała do Polski dopiero po śmierci Stalina.

Tylko w pierwszych dniach wojny zostało zabitych dwa tysiące Żydów, którzy stanowili 70 procent mieszkańców Telechan. Partyzanci grabili wszystkich: biedniejszych i bogatszych. Wojna zmieniła życie każdej rodziny i całego narodu.

Potem szybko mijały lata, życie… Pytasz mnie: jak potrafiłam tak długo nie zapomnieć języka polskiego? Odpowiem ci na to pytanie. Kiedy biskup Świątek był u nas w Telechanach, zapytał mnie: „Dzięki czemu Pani tak dobrze rozmawia po polsku?” Odpowiedziałam: „Nie chciałam zapomnieć języka ojczystego!”

Moja działalność literacka rozpoczęła się w 2001 roku, kiedy zobaczyłam „Echa Polesia”. Opisałam Telechany, Kanał Ogińskiego, przyrodę.Potem napisałam artykuły „Szlachcianka”, „Moja szkoła”, „Tęsknota za Ojczyzną”, „Poryczanka”. Pisałam też dużo o Żydach. Można powiedzieć, że to oni odbudowali Telechany po I wojnie światowej, ponieważ otrzymywali pomoc z Ameryki i po 19 latach Telechany znów stały się uroczym miasteczkiem, które tętniło życiem.

Życie tak szybko przemija… Mam już 87 lat. Chciałabym jeszcze dużo czego zrobić, ale choroba mi nie pozwala. Jestem jednak szczęśliwa. Mam wspaniałą rodzinę. Mam bogatą przeszłość. W ubiegłym roku byłam na spotkaniu opłatkowym w konsulacie. Piszę swoje teksty do „Echa Polesia”. Dzięki Bogu mam jeszcze na to siły.

Czas rzeczywiście szybko leci… Rozmawiając z tą skromną kobietą, która nie zrobiła nic nadzwyczajnego, po prostu kocha swoje życie, rodzinę i historię swojej Ojczyzny, zrozumiałam, że tworzymy historię każdego dnia poprzez swoje myśli, słowa, czyny. Wiem, że być bohaterem każdego dnia o wiele trudniej, niż zostać nim jeden raz. Dlatego serdecznie dziękuję pani Ludmile Jakobson za rozmowę i mam nadzieję, że ten wywiad pozostanie na długie lata nie tylko w moim, ale też w Państwa sercach i umysłach.IMG_5242

Z Panią Ludmiłą Jakobson rozmawiała Karina Homziuk,

uczennica kl.11 Polskiej Szkoły Społecznej im.I.Domeyki w Brześciu

http://polesie.org/1769/pamietanie-ludmily-jakobson-z-telechan/

Przeczytaj także:

Żołnierze niezapomniani – Ludmiła Jakobson

Moje Telechany – Bogdan Mielnik

Ja tutaj powrócę, gdzie są mgły i rosy…

Z miłością do Polesia

Posted in Polskie Kresy, Wspomnienia | 2 Comments »

„Masia na Krajnie” to pierwszy film o Prezydentowej Marii Kaczyńskiej

Posted by tadeo w dniu 23 Sierpień 2014

APC - 2014.08.23 09.43 - 001.3d

Posted in Wspomnienia | 1 Comment »

Moja genealogia kresowa

Posted by tadeo w dniu 30 Marzec 2014

Drukuj

Im człowiek jest starszy, tym chętniej zagłębia się w przeszłość. Projektorem pamięci wyświetla sceny ze swego życia, przywołuje do istnienia wizerunki osób najbliższych. Klatki wspomnień są już wprawdzie wyblakłe, niekiedy trzeba je mozolnie sklejać, nawet fabułę zmieniać jeśli odnajdzie się coś, co pozwala, a nawet zmusza do nowego spojrzenia na to, co nam się wydawało znane dotąd z osobistego doświadczenia.

Maria ze Szczęsnowiczów Wodyńska

Moje dzieciństwo upłynęło w PRL-u. Od samego początku było naznaczone przyciszonymi rozmowami rodziców, odwiedzinami nieznanych nam osób, które albo były dalszymi krewnymi, powinowatymi albo uczennicami mamy, i w drodze na Ziemie Odzyskane, jak wtedy się mówiło, pojawiały się w naszym mieszkaniu w Wadowicach. Miałem ja i moje siostry jak najmniej wiedzieć. Nie pytać, nie dociekać. Potem ojciec umarł. Osamotniona mama z trójką małych dzieci,rzucona przez zawieruchę wojenną w zupełnie obce środowisko wymazała z pamięci wszystko to co już było, to co się w socjalistycznej rzeczywistości już nie liczyło, było, minęło ,nie wróci. Liczyła się tylko walka o każdy dzień następny, o teraźniejszość. Jak przetrwać, nakarmić, ubrać, potem jak nas wykształcić. Zabroniono mamie, absolwentce Seminarium Nauczycielskiego we Lwowie pracować w szkole ,zmuszono ją do mycia podłóg w szpitalu. Uprawnienia emerytalne uzyskała mama ,jak miała 75 lat, wcześniejsza jej praca w II R.P. się nie liczyła. Mimo, że Pan Bóg wynagrodził jej heroiczne wysiłki siedmiorgiem wnucząt nasza, świętej pamięci mama cały czas żyła teraźniejszością i przyszłością, a to co było zostało jak palimpses wymazane z jej pamięci. Więcej mogłem się dowiedzieć o historii rodziny „po mieczu” od kuzynów ze strony ojca. Kądziel jawiła się osamotniona, porzucona przez wszystkich.

Stanisława Bazalukowa

Dr Mikołaj Bazaluk

Dziadkowie

Jednak czepiając się rzuconego kiedyś okruchu wspomnienia mamy, iż panna Szczęsnowiczówna miała kuzynów, poetów Strzetelskich, dotarłem do wytrawnego historyka swojej rodziny doktora Piotra Strzetelskiego z Krakowa. W tym momencie otworzyła się jak książka moja genealogia kresowa! Początkowo Piotrowi, który miał wszystko bardzo starannie wywiedzione w postaci rozbudowanego drzewa do ósmego, a nawet dziewiątego pokolenia wstecz, trudno było zgłoszoną przeze mnie parantelę zaakceptować. Z tymi poetami, też był kłopot. Literaturą w tej zacnej rodzinie, której przedstawiciele parali się w większości zajęciami związanymi z przyrodą zajmowała się dotąd tylko jedna z ciotecznych praprababek Piotra, siostra jego prapradziadka Artura Strzetelskiego, „sawantka z Topolnicy”, Olimpia Zofia Grynberg, spoczywająca na cmentarzu łyczakowskim we Lwowie. Ale przecież kiedy dopasowaliśmy do tej romantycznej wizji naszej mamy poetyzującego, w dodatku niezwykle elegancko ubranego młodzieńca Stanisława Strzetelskiego, starszego od naszej mamy o 8 lat, obiecującego już wtedy dziennikarza, wszystko zaczęło się jak w puzzlach układać. Brakowało jednak najważniejszego ogniwa, cały czas NN była tą ze Strzetelskich, która wyszła za mojego nieznanego z imienia pradziadka Czajkowskiego.

Herb Jelita

Herb

Herb Niezgoda

Doktor Piotr już oswoił się z moim „kuzynostwem”, nawet przez grzeczność w drzewie zaznaczył gałązkę, jednak bardziej w tym wypadku kierował się intuicją niż faktami. Po kilku, czynionych bez powodzenia próbach spotkania się, a to na spływie Dniestem, a to w Krakowie, osobiście zetknęliśmy się dopiero w Mariampolu na Ukrainie. Piotr miał wtedy nade mną przewagę spotkania w Stanisławowie z kuzynostwem tam zamieszkałym i na powitanie podarował mi prababkę! Wincentynę Strzetelską – córkę brata jego praprapra dziadka Erazma Strzetelskiego – Ignacego juniora. I tak z enigmatycznego z korespondencji „kuzyna” stałem się solidnie umocowanym trzeciorzędowym, ciotecznym wujem Piotra! Przyspawanym genealogicznie do 1761 roku, w którym to urodził się nasz wspólny protoplasta Ignacy Franciszek Strzetelski, starosta trembowelski.

drzewo genealogiczne

Ta nasza, wspólna już teraz, sięgająca w daleką przeszłość ekspedycja na Ukrainę obfitowała w bardzo wzruszające momenty. Mieszkając u zaprzyjaźnionego ze mną od z górą 10 lat Gieńka Beregina w Mariampolu byliśmy bowiem bardzo niedaleko od „matecznika„ Strzetelskich – Uścia Zielonego, ongiś nawet siedziby starostwa, ważnego dla tamtych terenów położonych na Dniestrem centrum administracyjnego, w którym to kanoniczne rządy w tamtejszej parafii w latach osiemdziesiątych XIX wieku pełnił ksiądz Rafał Strzetelski, jeden z sześciu braci Ignacego Juniora.

Przy kościele pod wezwaniem św. Trójcy znajduje się rozległy dworek, w którym mieściła się plebania. W nim to mogła się urodzić w 1904 roku moja mama! Postać księdza Rafała Strzetelskiego miała wielkie znaczenie dla rodziny. Tamtejszy cmentarz pokrywają nagrobki z inskrypcjami proszącymi o modlitwę za Strzetelskich lub Strzetelskie de domo. Zupełnie zachowane w dobrym stanie, jak na warunki panujące na Ukrainie. Czakramy familijne przyciągające magnetyczną siłą nawet po upływie ponad stu pięćdziesięciu lat! Odkrywane przez nas dosłownie spod warstw zmurszałego drzewa, poprzerastanego mchu, ukryte w gąszczu rosnących burzanów. Dziwne a zarazem jakże swojskie miejsce. W sztafecie przekazującej geny, byliśmy żywymi ich nośnikami, ja dobiegający już do mety, Piotr w kwiecie i sile wieku. Wtedy zaczęła mi dźwięczeć w uszach przejmująca fraza znanej polskiej pieśni: …”Ta ziemia do Polski należy. Choć Polska daleko jest stąd…”.

Ukraina - Mariampol

Łączą nas więzy krwi

Wspólnie szukamy naszych korzeni

Wspólnie szukamy naszych korzeni

Pielgrzymka do Mariampola

Nazajutrz dołączył do nas przybyły ze Stanisławowa Bogdan Marytchak, który jest tak jak i ja dla Piotra jego trzeciorzędowym wujem, a moim kuzynem. Mieliśmy bowiem wspólnego prapradziadka Ignacego juniora, a nasze prababki były siostrami! Franciszka Ksawera Strzetelska, prababka Bogdana, wyszła za mąż za kierownika szkoły w której również nauczała, Rusina o nazwisku Deputat. Z tego związku przyszła na świat babka Bogdana – Stanisława, która wyszła za mąż za profesora gimnazjalnego c.k. Mikołaja Bażałuka. Państwo profesorostwo miało troje dzieci, jednym z nich była mama Bogdana – Joanna Helena. Jak i inne kobiety w rodzinie, a raczej już można mówić w rodzie, była nauczycielką. Zaszczepiła jednak Bogdanowi znajomość mowy i tradycji przodków, bo jak sam ze wzruszeniem mówił „…w moim rodzinnym domu czwartek był dniem polskim, w którym wszyscy domownicy mówili wyłącznie po polsku…”. Zmarła w 1988 roku mama Bogdana pozostawiła mu również zarys drzewa genealogicznego, wywodzącego pochodzenie od małżeństwa Ignacego juniora Strzetelskiego h. Niezgoda z Apolonią Borzemską h. Jelita.

Spotkaniem ze mną Bogdan szczególnie był podekscytowany, przecież według posiadanych przez jego mamę informacji zostaliśmy w 1944 roku w Ponikwi koło Brodów wszyscy zamordowani przez ukraińskich nacjonalistów. Cała zaś rodzina Marii, córki Ireny z Czajkowskich Szczęsnowiczowej, a wnuczki Wincentyny Strzetelskiej, była przez te wszystkie lata przez nich opłakiwana. Nie było nas wśród żywych, nasza gałąź drzewa genealogicznego dla nich uschła! Fama tragedii jaka dotknęła rodzinę siostry mojego ojca Wandy Wolaninowej, która wraz z mężem i córką została przez banderowców zamordowana w Pieniakach, została nam przypisana.

Z odmętów rzezi wołyńskich wydostaliśmy się jednak żywi i dopiero teraz po upływie prawie siedemdziesięciu lat odnaleźliśmy się na nowo. Na Ukrainie, w słoneczny dzień, uczestnicząc w pielgrzymce rodzin greko-katolickiej diecezji stanisławowskiej do łaskami słynącego grodu Maryi, Matki Jezusa – Mariampola.

Boża Forteca

Boża Forteca

Są na Ukrainie miejsca szczególne, które wędrujących po dawnych Kresach Najjaśniejszej  Rzeczpospolitej – przyciągają baśniową legendą, pełną dramatycznych momentów historią, wspaniałymi zabytkami architektury, magnetyczną siłą płynącą z zadziwiających zdarzeń dnia współczesnego.

To wszystko znaleźć można w Bołszowcach!  Małej, położonej z boku traktu wiodącego z Bursztynu do Halicza, a potem dalej do Stanisławowa  miejscowości. Tradycja  głosi, że wielce zasłużonemu w wojnach z Tatarami kasztelanowi halickiemu Marcinowi Kazanowskiemu, który wtedy jeszcze jako pułkownik, przeprawiał się, idąc na bój z pohańcami, promem przez Dniestr – aportujący z wody pies – przyniósł w pysku zawiniątko. Po rozpakowaniu okazało się zwojem przedstawiającym wizerunek Najświętszej Maryi Panny z Dzieciątkiem. Badający współcześnie obraz specjaliści ustalili, że pochodzi on z pracowni dawnych mistrzów niemieckich, że spoglądający w oczy patrzącemu nań, mały Jezus – jest bardzo charakterystyczny dla jednego z najwybitniejszych malarzy Renesansu Łukasza Cranacha Starszego.

Boża Forteca

Boża Forteca

Późniejszy hetman i wojewoda podolski Marcin Kazanowski, przed samą bitwą, która rozegrać się miała z Tatarami tuż nad brzegiem Dniestru – pokazał obraz swojemu wojsku, wskazując – iż jest to znak dany z nieba, żeby dać z siebie wszystko w walce z poganami. Pokrzepieni przesłaniem obrońcy Kresów – odnieśli zwycięstwo nad przeważającymi liczebnie siłami wroga. W podzięce pułkownik w akcie fundacyjnym napisał: „Na wieczną rzeczy pamiątkę, ja Marcin Kazanowski kasztelan i starosta halicki, bogusławski ect., pan i dziedzic dóbr miasta Bołszowiec i przyległych wsi. Dla dobra mej duszy i mojej żony, szlachetnie urodzonej Heleny Staczyckiej  postanawiamy: aby 00. Karmelitom kościół pod tytułem Zwiastowania Matki Bożej i św. Marcina wymurować wraz z klasztorem.”

I tak od 1624 roku – wyłowiony z Dniestru wizerunek NMP z Dzieciątkiem znalazł swoje miejsce w Bołszowcach, gdzie przez następne stulecia był czczony, a nawet koronowany papieskimi insygniami, otoczony powszechnym kultem wyznawców dwóch obrządków: katolickiego i grekokatolickiego. Sanktuarium rozlokowało się na wzgórzu nad potokiem, wpadającym do Gniłej Lipy rzeki uchodzącej do Dniestru. Przez wieki budowane, rozbudowane w stylu rozwiniętego baroku, zachwycało wybujałą plastyką frontonu z charakterystycznymi wazonami na głównej elewacji.

Bołszowce

Późniejsze losy wizerunku dobrze oddają, pełne tragizmu doświadczenia mieszkańców tych ziem.  Poczynając od rebelii Chmielnickiego,która na Kresach wznieciła pożogę, kiedy musiał  schronić się we Lwowie, potem został świętokradczo pozbawiony papieskich koron, które jednak się odnalazły aż w Dubowcach.  Uchodził wraz z opiekującymi się nim karmelitami przez Pilzno, Wiedeń  żeby znowu do Bolszowców powrócić, następnie pod obstrzałem rosyjskiej artylerii, wraz z zakonnikami ukrywał się w podziemiach klasztoru, ewakuowany znowu do Lwowa, powrócił w chwale, niestety na bardzo krótko do Bołszowców w 1930 roku.

Potem to już była wojenna i powojenna wędrówka obrazu – zakończona w trwałej przystani w Gdańsku w kościele św. Katarzyny. Za komuny –  klasztor i kościół, zniszczony podczas działań wojennych – popadał w dalszą rujnację, stanowiąc swoją smutną bryłą, niemy wyrzut sumienia  dla potomnych.

Klasztor

Bołszowce

W 2002 roku metropolita lwowski ks. kardynał Marian Jaworski powierzył 00. Franciszkanom Konwentualnym, którzy dotąd prowadzili pracę misyjną w pobliskim Haliczu – zadanie odremontowania obiektu. Przedsięwzięcia tyleż trudnego, co niesłychanie kosztownego! I tu ocieramy się, wręcz dotykamy w naszym życiu  zjawisko  niezwykłe, nieomal nadprzyrodzone. Z roku, na rok bowiem odwiedzając Bołszowiec odnotowujemy, z niekłamanym podziwem – niesłychany postęp w pracach remontowych, rekonstrukcyjnych, konserwatorskich klasztoru i kościoła. Wielokrotnie spotykałem  pracujących na budowie fizycznie, młodych mężczyzn,  którzy później okazali się osobami konsekrowanymi, księdzem i braciszkiem Zgromadzenia. Największy jednak zapał, nie przyspieszył by tak bardzo postępu prac, jeśliby nie było pieniędzy na materiały budowlane, opłacenie majstrów i robotników rekrutujących się z olbrzymiej rzeszy pozostających bez pracy w swojej ojczyźnie Ukraińców. Doprowadzenie do stanu używalności kościoła było możliwe dzięki funduszom przeznaczonych przez Ministerstwo Kultury Rzeczpospolitej Polskiej na ratowanie dziedzictwa narodowego. Środki pochodzące z programów finansowanych przez Senat R.P. z godną podziwu skutecznością ojcowie franciszkanie pozyskują, dzięki niesłychanemu zaangażowaniu się  w tę sprawę pani profesor Wiesławy Holik. Mieszkająca w Gliwicach emerytowana historyczka, od  lat spędza na Ukrainie wiele tygodni w ciągu roku. Poza sprawami pisania programów, rozliczania projektów pani Wiesława działa, przychodząc z pomocą Polakom zamieszkałym poza granicami ojczystego kraju. Tak było podczas powodzi, która kilka lat temu nawiedziła okolice Zakarpacia, czy podczas zeszłorocznej epidemii grypy. Jest ona  również organizatorką „sentymentalnych” wypraw, które wykorzystując bazę noclegową hotelowej części mieszczącego się w kompleksie klasztoru Młodzieżowego Międzynarodowego Centrum Pokoju i  Pojednania – pozwalają poznawać Kresy.

Spotkanie w klasztorze

Bołszowce - Boża Forteca

Podczas ostatniego, naszego pobytu w marcu na Ukrainie – zapukaliśmy, już dobrze po zmierzchu do furty klasztornej. Mimo, że nie byliśmy zapowiedziani – Ojciec Grzegorz przyjął na z otwartymi ramionami. Znużeni, całodziennym podróżowaniem od Lwowa, przez Złoczów, Brzeżany. Monasterzyska, Uście Zielone, Mariampol, Halicz – zasiedliśmy do kolacji, która jakby na nas czekała. Strawą naszą nie  było tylko jadło, przygotowane w większości z produktów pochodzących z hodowli, czy też ogrodu uprawianego przez zakonników – ile rozmowa, ciągnąca się do późnej nocy rozmowa. Ojciec Grzegorz okazał się bowiem wielkim erudytą, wybitnym znawcą, a zarazem animatorem procesów pojednania pomiędzy Polakami a Ukraińcami. Słuchaliśmy go zafascynowani. Byliśmy bowiem w miejscu tak szczególnym, dla historii tak ważnym, jednocześnie okraszonym urodą klasztornych wnętrz, emanujących dostojeństwem i spokojem. Do Polski stąd jest daleko, ale cały czas była ona obecna w naszych rozmowach. Co ciekawe – ojciec Grzegorz, bardzo pozytywnie ocenia zmianę stosunku administracji obecnego prezydenta Ukrainy w przeciwieństwie do trudności czynionych przez administrację jego poprzednika. Stojący na straży sanktuarium kapłan, jest zarazem dyrektorem centrum – miejsca w którym spotykają się młodzi ludzie, aby wyzbyć się wzajemnych uprzedzeń, poznać lepiej historie sąsiadujących ze sobą narodów, odnaleźć wspólne, łączące a nie dzielące postacie bohaterów. Gdzie odbywają się ważne konferencje poświęcone procesowi pojednania. Jest to zarazem ważny ośrodek maryjnego kultu, aktualny cel licznych pielgrzymek, nawiedzany przez tysiące w roku pątników i dziesiątki dostojników kościoła. Prawdziwa forteca boża, skąd płyną wskazania „abyście się wzajemnie miłowali”. Jest też, klasztor ufundowany przez pobożnego pułkownika – placówką dyplomatyczną R.P.  Tutaj bowiem, dwa razy w miesiącu –  przybyły ze Lwowa konsul odbiera wnioski składane w celu uzyskania Karty Polaka.

Ze strony:

http://www.wodynski.info/moja-genealogia-kresowa.html

http://www.wodynski.info/ofiara-krwi-nie-pozwoli-wyrzec-sie-polskosci.html

http://www.radiownet.pl/publikacje/ofiara-krwi-nie-pozwoli-wyrzec-sie-polskosci

Posted in Polskie Kresy, SYLWETKI, Wspomnienia | 2 Comments »

KORZENIE – ks. Jerzy Lech Kontkowski

Posted by tadeo w dniu 18 Marzec 2014

APC - 2014.03.18 18.50 - 001.3d

http://www.mtg-malopolska.org.pl/images/skany/kontkowski/J_L_kontkowski_Korzenie.pdf

Posted in Książki (e-book), Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Wspomnienia | Leave a Comment »

Tułacze dzieciństwo – Maria Gordziejko

Posted by tadeo w dniu 21 Wrzesień 2013

Historia mojego życia podobna jest do historii wielu Polaków mieszkających na Kresach.

Kosów Poleski

Kosów Poleski – Pałac Pusłowskich  zbudowany w 1838 r. przez Wandalina, neogotycki o imponującej fasadzie (120 m) usytuowany na wzgórzu o spłaszczonym wierzchołku. W okresie międzywojennym był siedzibą starostwa kosowskiego. W 1942 r. spalony przez partyzantów radzieckich i doszczętnie zdewastowany, a rozległy otaczający go park wycięty (teraz rośnie bór sosnowy). Pałac to dobrze zachowana trwała ruina robiąca ciągle duże wrażenie.

Ojciec mój Nikodem Gordziejko był legionistą. W wyniku odniesionych ran w walce z bolszewikami w 1920 roku został inwalidą wojennym II kategorii. Za zasługi dla kraju otrzymał od Marszałka Jozefa Piłsudskiego działkę osadniczą kolonii Kosów Poleski. W Kosowie zawarł związek małżeński z Anną Jaroszewicz. W 1931 roku przyszłam na świat ja – Maria, następnie Zofia i Anna. Dzieciństwo przebiegało beztrosko pod opieką kochających nas rodziców.

W 1939 roku ukończyłam 1. klasę szkoły powszechnej. Były wakacje. Spędzałam je radośnie wśród pięknych poleskich pól. Lato tego roku było wyjątkowo upalne. Często odwiedzałam Mereczowszczyznę położoną 2 km od Kosowa, miejsce urodzin Tadeusza Kościuszki. Chłonęłam atmosferę patriotyzmu, rosłam w duchu miłości do Boga i Ojczyzny oraz miejsca urodzenia – ziemi poleskiej.

Wszystko stało się inne we wrześniu 1939 roku. Spokój zakłóciła wiadomość o wybuchu wojny. Powiało grozą. Z zachodu wtargnęli Niemcy, ze wschodu bolszewicy.

Od tego czasu zaczyna się tragedia Polaków zamieszkałych na Kresach.

W listopadową noc w 1939 roku NKWD wkracza brutalnie do naszego domu, aresztuje tatusia, osadzają go w więzieniu śledczym w Kosowie. Nie widziałyśmy go już więcej i nie są znane mi jego dalsze losy.

10 lutego 1940 roku zaczyna się pierwsza zsyłka Polaków. W nocy otoczono nasz dom. Czterech sołdatów z karabinami wtargnęło do środka z krzykiem „zabierajcieś bystro, zabierajem was”. Dokąd? Zobaczycie. Szybko pakować się. Możecie wziąć ze sobą tylko niezbędne rzeczy. Tam, gdzie jedziecie, wszystko wam dadzą. Byłyśmy przerażone i zbyt małe, by zdawać sobie sprawę, co nas czeka. Mama w pośpiechu pakowała pościel i ciepłą odzież oraz żywność. Zima 1940 roku była wyjątkowo mroźna. Załadowano nas na sanie i przetransportowano na stację kolejową w Iwacewiczach. Na dworcu czekały na nas bydlęce wagony z zakratowanymi oknami, żelaznymi sztabami przy drzwiach i wybitą w rogu dziurą, która miała służyć za miejsce sanitarne. Po bokach wagonu znajdowały się piętrowe prycze, na ktore upychano zesłańcow. Do jednego z nich wciśnięto nas. Była już tam rodzina leśnika państwa Żakowiczów, rodzina osadnika, naszych sąsiadów Kisielów, liczna rodzina Żółcińskich, Osowieckich i młodziutka Wanda Łuszczyk, ktorej męża leśnika aresztowano razem z naszym tatusiem. Do pociągu ciągle dowożono nowe rodziny. Po kilku dniach pociąg ruszył w nieznane, początkowo na wschód, a następnie północ. Po trzech tygodniach zatrzymał się na stacji Hołmogory. Wokół tajga, na dworze siarczysty mróz. Temperatura dochodziła do -40 st.C. Czekały na nas sanie zaprzężone w małe cherlawe, syberyjskie koniki. Nie miały one siły ciągnąć nas przez śnieżne bezdroża. Zapadały się w zaspy. Na saniach zostały tylko dzieci. Starszym rozkazano wyjść przed kolumnę i udeptywać drogę umożliwiając w ten sposób przejazd dla koni. Konie nie miały sił, a ludzie? Przemarznięci, głodni, zdesperowani ostatkiem sił i nadludzkim wysiłkiem torowali drogę. Pamiętam, że mama w obawie abyśmy nie zamarzły przychodziła do nas, prosząc, abyśmy nie spały. Na noc zatrzymywałyśmy się w małych syberyjskich wioskach, aby rano ruszyć dalej. Po trzech tygodniach dotarliśmy do Specposiołku Szubunia, Winogradowskiego rejonu, 100 km od Archangielska. Posiołek położony był nad rzeką Wajengą, dopływem Dwiny Syberyjskiej. Zakwaterowano nas w barakach, wybudowanych w latach 20-tych przez zesłańców z różnych stron Rosji, głównie Ukrainy i Białorusi. Większość z nich zmarła. Nie wytrzymała katorżniczych warunków.. Były więc wolne izby, które przydzielono poszczególnym rodzinom. O zgrozo! W szparach gnieździło się mnóstwo pluskiew, które mając świeży żer, rzuciły się energicznie na nowych lokatorów.

W imię wzniosłego, radzieckiego hasła „kto nie rabotajet, ten nie kuszajet”, zapędzono starszych do wyrebu lasu. Dzieci, gdy mróz spadł do -20 st.C, musiały chodzić do szkoły. Zaczęłam edukację od 1. klasy. Jak przeżyłyśmy te potworne warunki – nie wiem. Ciągle byłyśmy głodne i zmarznięte. Zima trwała dziewięć miesięcy, a później lato i lato. W lecie poza głodem, pluskwami, najbardziej dokuczały nam komary i meszki. Ludzie zaczęli chorować na tyfus, szkorbut, kurzą ślepotę. Starsi pracowali w lesie, a na nas dzieciach ciążył obowiązek zbierania jagód, grzybów, łapania ryb z Wajengi oraz magazynowanie drzewa na zimę. Dostałyśmy kawałek ziemi w lesie. Zabrałyśmy się do karczowania pni, by później posadzić ziemniaki. Była to ciężka niewolnicza praca. Warunki przekraczające nasze siły, zaczęły zbierać obfite żniwa. Nie wytrzymał psychicznie p. Żółciński, osadnik, ojciec licznej rodziny. Była to pierwsza śmiertelna ofiara w naszym posiołku.

Żyliśmy nadzieją powrotu. Powtarzaliśmy, że tylko tymczasowo tu jesteśmy, że wkrótce rząd polski upomni się o nas. Miejscowi patrzyli na nas z litością. A komendant Utkin i Pierwuchin brutalnie pozbawiali nas złudzeń. Jesteście zesłani na dożywocie, tu będziecie żyli i tu pozdychacie. Stąd nie ma powrotu. Pokazywali wzgórze, gdzie żywcem zamarzło około 500 osób, głównie duchownych zesłańców, których w „kraju szczęśliwości” obdarzono świętym wiecznym spoczynkiem. Mimo tak potwornej wizji, nie traciliśmy nadziei.

W czerwcu 1941 roku Hitler uderzył niespodziewanie na Rosję. To spowodowało, że we wszystkich miejscach zesłania nastały jeszcze gorsze czasy. Zwiększono normy pracy tłumacząc, że państwo jest w trudnej sytuacji i trzeba pomagać walczącej armii.

Zmuszano nas, abyśmy uzbierane jagody oddawały „dobrowolnie i bezpłatnie” jako kontyngent. Pamiętam, wróciłyśmy z lasu zmęczone, głodne, brudne, pogryzione przez komary i meszki. Mama skaleczyła nogę, krwawiła ona i wyglądała paskudnie. A tu łomot do drzwi. Wchodzi enkawudzista i mowi: „żeńszczyna”, masz dużo jagód – musisz oddać je „gosudarstwo” – ono oczekuje od was takiego daru. Mama dostała szału. Nie przebierając w słowach, cały zapas żalu, bólu i goryczy wylała pod adresem nieproszonego gościa i gościnnego kraju. My dołączyłyśmy swoje emocje głośno płacząc. Widocznie zrobiło to nawet na nim prawidłowe wrażenie, skoro wystraszony wyskoczył z chałupy, krzycząc Gordziejkowa zdureła – zwariowała.

Dla miejscowych władz było dziwne, że tylko mama i p. Łuszczykowa były bez mężow.

Co drugą noc wzywano je na przsłuchanie, zadając ciągle to samo pytanie: „Gdzie wasz mąż”? Odpowiedź była też ta sama: Powinniscie wiedzieć gdzie oni są. „Da, da znajem, oni wragi naszewo naroda”. I tak w kółko.

Pod koniec sierpnia 1941 roku dotarła do nas wiadomość, że premier Rządu Rzeczypospolitej w Londynie gen. Władysław Sikorski 30 lipca zawarł układ z rządem ZSRR w Moskwie, na mocy którego „Wierchowny Sowiet” udzielił nam amnestii. Podano nam tę radosną nowinę oficjalnie na ogólnym zebraniu, oświadczając: Wy Polacy jesteście teraz wolni. Jednocześnie poinformowano nas, że na terenie Rosji będzie się tworzyć armia polska pod dowództwem gen. Władysława Andersa. W posiołku zapanowała ogólna radość. Władze miejscowe sporządziły listę osób, które w pierwszym rzucie mogą opuścić posiołek. Znalazły się na niej przede wszystkim rodziny, w ktorych byli mężczyźni zdolni do wojska. Nas niestety na tej liście nie było. Mama była przerażona. Wiedziała, że nie przeżyjemy następnej zimy. A zima już się zaczęła. Spadł śnieg, rozpoczęły się mrozy. Następnego dnia rano załadowano szczęśliwców na sanie. Mama zdesperowana kazała nam iść za kolumną sań, prosząc życzliwych ludzi, by chwilowo zaopiekowali się nami, a ona szybko załatwi prywatne sanie i dogoni nas. Szłyśmy tak do południa, ciągle oglądając się za siebie. W końcu powiedziano nam – wracajcie, mamy nie widać, a my nie możemy dalej wami się opiekować. Trzymając się za ręce wracamy przez zaśnieżoną, tajemniczą, groźną tajgę. Nie zdawałyśmy sobie sprawy z tragizmu sytuacji i niebezpieczeństw, ktore nam groziły. Wokół bezludzie, a w lesie pełno zgłodniałych wilków.

Droga, którą szłyśmy, w pewnym momencie rozwidlała się. Stanęłyśmy bezradnie nie wiedząc w którą stronę skręcić. Wtem spostrzegłam na śniegu ślady obcasów. Były to odciski butów jednej z pań, która po śniegu kroczyła w butach na wysokich obcasach. Nie przypuszczała, że w ten sposób wskaże nam drogę do posiołku. Dobry Bóg czuwał nad nami, a Anioł Stróż prowadził nas do mamy. Pod wieczór ledwo żywe dotarłyśmy do posiołku. Mamie udało się dostać podwodę dopiero na drugi dzień. Skoro świt przemierzałyśmy tę samą drogę, by jak najszybciej dotrzeć do Bierezniaka, położonego nad Dwiną Syberyjską. W porcie stała barka, na której byli już ci, którzy dotarli przed nami. Mama wrzuciła na barkę nasz nędzny dobytek oraz Zosię i Hanię. W tym czasie barka odbiła od brzegu, a ja z mamą zostałyśmy na lądzie. Nasz rozpaczliwy krzyk, któremu towarzyszył krzyk naszych rodaków, zmusił do zatrzymania barki, a my szczęśliwe dostałyśmy się na pokład.

Rozpoczął się następny etap naszej katorgi. Pamiętam, że statek utknął w marznącej rzece. Groziła nam śmierć przez zamarznięcie. Modliłyśmy się, błagając Boga o pomoc, a „Kapitan” wysyłał SOS. Wyciągnął nas z pułapki lodołamacz, za którym dopłynęłyśmy do Kotłasu. W tych nieludzkich warunkach przemierzyłyśmy 300 km. W Kotłasie spotkałyśmy koczujących Polaków, którzy skrajnie wyczerpani, przywędrowali z najdalszych posiołkow Archangielskiego obwodu. Wycieńczeni, głodni, ledwie żywi nie bardzo wiedzieli co dalej z sobą począć. Jedyna myśl trzymała nas przy życiu i pragnienie – jak najdalej od tego piekła, a bliżej polskiego wojska, większej szansy ocalenia.

Jakimś cudem zorganizowano transport. Tasiemiec bydlęcych wagonów stał na stacji, ale wagon trzeba było kupić. Opodatkowano każdą rodzinę odpowiednią kwotą, zdobywając w ten sposób wagon. Rozpoczęliśmy dalszą tułaczkę na południe w kierunku Uzbekistanu. Choroby i głód dziesiątkowały wygnańców. Śmierć zbierała obfite żniwo. Bezimienni pozostali na nieludzkiej ziemi.

Minęliśmy Taszkient, dotarliśmy do Samarkandy. W parku koczowaliśmy kilka dni. Padał deszcz, było przejmujące zimno, a my siedziałyśmy pod krzakiem, przemoczone, potwornie głodne. W parku między drzewami błąkał się mały chłopczyk rozpaczliwie pytając: „Kto widział moją mamusię?” Pytanie pozostało bez odpowiedzi.

I znów załadowano nas do pociągu i skierowano na południe 150 km od Samarkandy w rejon Czirak-Czi. Wyładowano nas w pustym stepie. Czekali już na przybyszów Uzbecy-kołchoźnicy, którzy szybko zabrali rodziny zdolne do pracy. Mamę i nas troje zostawiono na stepie. Po co im cztery bezprodukcyjne osoby. Zostałyśmy same. Pierwszy raz usłyszeliśmy wycie szakali. Głos ich przerażający, szczekający zbliżał się coraz bardziej do nas. Zaczęłyśmy głośno płakać, wtorowało nam ich wycie. Wtem zdarzył się cud. Na tym bezludziu ujrzałyśmy arbę powożoną przez Uzbeka, a na niej jadącego dostojnika.

Zatrzymał się, zainteresował się nami, pytając co my tu robimy. Mama wyjaśniła co się stało, że zostałyśmy same na tym pustkowiu, a teraz czeka nas niechybna śmierć, pożrą nas te szczekające stwory. W tym nieludzkim kraju też byli dobrzy ludzie, którzy okazywali nam litość. Załadowano nas na pojazd, który wydawał się najwspanialszą królewską karocą. Dobry człowiek był sekretarzem rejkom Czirak-Czi. Miał wspaniałą żonę, nauczycielkę i dwoje dzieci. Przygarnęli nas do swego domu, gdzie spędziliśmy dwa tygodnie. Niestety najmłodsza z nas, Hania, miała wówczas tylko pięć lat, w nocy dostała silnej gorączki, majaczyła, krzyczała. Nasi gospodarze przerazili się, bali się epidemii, bali się o swoje dzieci.

Hania wylądowała w szpitalu, a my na stepie w nędznej uzbeckiej gliniance, w ktorej całym umeblowaniem było trochę słomy na ziemi. W ścianie otwór wejściowy i mały otworek okienny. Byłyśmy rade, że mamy dach nad głową. Mam dzięki pomocy życzliwego sekretarza dostała pracę w pralni. Prała bieliznę rannych rosyjskich żołnierzy, których z frontu skierowano na rekonwalescencję w te strony. Ja prasowałam tę bieliznę. Była ona wyjątkowo zawszona, zwłaszcza w szwach. Musiałam silnie przyciskać te miejsca żelazkiem, by unicestwić miażdżąc to wszawe paskudztwo. W wolnych chwilach zbierałysmy zwierzęce odchody. Mieszałyśmy je ze stepową trawą, po czym suszyłyśmy je, robiąc tzw. kiziaki. Służyły one za opał. Wieczory i noce były bardzo chłodne.

W Czirak-Czi po raz pierwszy spotkałyśmy polskich żołnierzy. Choć mizerni, wychudzeni, reprezentowali się ślicznie. Ubrani w piękne mundury z insygniami polskości, na głowach mieli berety z orzełkami – piękne orzełki z koroną. Patrzyłam na nich urzeczona. Żołnierze okazywali w tym czasie prawdziwie samarytańską miłość bliźniego. Odnaleźli nas w stepie. Wielu z nich utraciło swoje rodziny, widzieli więc w nas swoich bliskich. W Czirak-Czi oraz w pobliskim Szachirzabie szkolono podchorążych 6-tej Dywizji Pancernej im. Dzieci Lwowa. Odwiedzało nas czterech podchorążych: p. Madej z Lublina, p. Murzek oraz Alek i Franek, dwaj młodzi chłopcy z Poznania. Niestety nazwisk ich nie pamiętam. Dzielili się oni z nami swoimi ubogimi racjami żywnościowymi. Pewnego dnia dotarła do nas smutna wiadomość. Pan Murzek zachorował na tyfus plamisty. Spoczął na cmentarzu w Czirak-Czi, w obcej ziemi, daleko od ojczyzny. Przeżyłyśmy bardzo to odejście. Pan Madej oraz Alek i Franek przychodzili do nas bardzo często, pocieszając nas, że wkrótce skończy się nasza niedola.

Hania wróciła ze szpitala, wyglądała jak szkielecik. Nie mogła utrzymać się na chudziutkich patyczkach, które nie przypominały nóżek. Nowa tragedia. Zachorowała nam mama na tyfus plamisty. Nieprzytomną i z wysoką temperaturą dzięki pomocy Alka i Franka umieszczono ją w szpitalu. Szpital był pełen chorych. Lata poniewierki, więzień, łagrów, morderczej, niewolniczej pracy zbierały obfite żniwa. Cmentarz w Czirak-Czi zagęszczał się coraz bardziej mogiłami polskich zesłańców. Umierali masowo na tyfus, dyzenterię, malarię i ogólne wyniszczenie organizmu.

Wieczorem do glinianki przyszli nasi piękni chłopcy. Wzięli mnie za rękę, zaprowadzili do szpitala, abym pożegnała się z mamą, ponieważ w nocy zabierają nas do sierocińca. W szpitalu stanęłam w drzwiach sali, gdzie pod ścianą z ogoloną głową leżała nieprzytomna w gorączce mama. Wracając przez step cicho płakałam. W nocy pożegnałyśmy się z naszymi wspaniałymi, dobrymi, pięknymi żołnierzami. W Czirak-Czi w dalszym ciągu szkolono ich, by przez Palestynę, Tobruk, Italię walczyć o Polskę.

Ruszył exodus na południe. Pociągiem dotarłyśmy do Krasnowocka. Wprowadzono nas na okręt. Jednym z pierwszych transportów dopłynęliśmy do perskiego portu Pahlavi. Zostawiliśmy za sobą nieludzką ziemię, a otworzyła się przed nami brama do wolności.

Na plaży wzdłuż morza Kaspijskiego wyrosło miasto namiotów, gdzie wojsko i ludność znalazła schronienie. Dla nas zorganizowano sierociniec pod troskliwą opieką polskiego personelu. Po zejściu ze statku skierowano nas do łaźni. Zmywałyśmy w niej z siebie brud i wszy, piętno nieludzkiego kraju. Zabrano nasze łachmany, dostałyśmy czystą odzież.

Dalsza droga prowadziła przez Teheran do Isfahanu. Znalazłyśmy tu bezpieczną, serdeczną opiekę. Oddychałyśmy wolnością, wracałyśmy do zdrowia, uczyłyśmy się pilnie, nadrabiając stracony czas. W Isfahanie odnalazła nas mamusia. Wielka to była radość. Szczęśliwie wyszła ze szpitala i ostatnim transportem z wojskiem dostała się do Persji. W swojej tułaczej wędrówce dwa lata byłyśmy jeszcze w Libanie, w miejscowości Zouk-Mikael.

Do Polski wróciłyśmy w 1947 roku. Zatrzymałyśmy się w Warszawie, początkowo u siostry mamy. Mama znów zaczęła chorować, a my ponownie znalazłyśmy się w sierocińcu. Mimo bardzo ciężkich warunków, których jeszcze musiałyśmy doświadczyć, zaczęłyśmy się przyzwyczajać do nowego życia.

Po wojnie drogi Kresowiaków rozbiegły się po całym świecie. To, co się stało tragiczna historia naszych przeżyć, staramy się ocalić od zapomnienia, dać świadectwo prawdzie, którą się poznało. Temu celowi służy Fundacja Archiwum Fotograficzne Dzieci Tułaczy. Za nazwę Fundacji posłużył tytuł książki „Dzieci Tułacze” Hanki Ordonki. Fundacja powstała z inicjatywy Czesławy Dradrach-Żurawskiej i prof. Marka Nowickiego. Celem działalności fundacji jest ochrona przed unicestwieniem minionego czasu, cząstki historii Polski – losów dzieci i ich rodzin deportowanych w latach 1940-41 w głąb Związku Radzieckiego, a następnie uratowanych przez żołnierzy armii gen. Władysława Andersa.

Chciałabym, aby tragiczna historia mojej tułaczki, jako jedna z wielu podobnych była dodatkową kartą w księdze pamięci, a przede wszystkim hołdem dla tych dobrych ludzi, ktorym życie zawdzięczam. Bo Polska nie zginie – póki pamiętamy!

http://echapolesia.pl/index.php?mact=Echa,cntnt01,showarticle,0&cntnt01rubric_id=&cntnt01article_id=71&cntnt01returnid=15

Posted in Polskie Kresy, Wspomnienia | Leave a Comment »

Sowieci 17 września 1939 roku we wspomnieniach

Posted by tadeo w dniu 17 Wrzesień 2013

Rosja agresja wrzesien 17 marsz

17 września granice Polski przekroczyła Armia Czerwona. – Nie spodziewaliśmy się uderzenia ze wschodu – przyznaje Skolimowski. Sowieci w Białej Podlaskiej pojawili się kilka dni później. – Zaczęli od dokładnego rabowania. Wywozili zboże z koszar, a ponieważ mieli straszne samochody, to gubili to, co zabrali. Droga cała była pokryta zbożem – przywołuje obrazy sprzed lat.

– Byłem bardzo ciekawskim dzieckiem, zaglądałem, gdzie się dało – przyznaje Sidorczuk z Międzyrzeca. – Zawsze zastanawiałem się, dlaczego w mieście najpierw pojawili się Rosjanie, skoro to Niemcy napadli na Polskę. To było już po 20 września. Od strony Sitna szła cała chmara Rosjan. Mieli wozy konne – wspomina. Nie mógł się wówczas oprzeć pokusie, żeby nie zajrzeć do tych wozów. – I co zobaczyłem? Że te ich niby armaty, to tak naprawdę drągi z lasu owinięte płótnem. Pamiętam, że mieli brezentowe cholewy na nogach, ale ślady zostawiali jak niedźwiedzie. Czemu? Palce odbijały się na ziemi, bo w butach nie było podeszwy – mówi Sidorczuk. Pamięta, że nieśli karabiny na sznurkach, a ubrani byli w długie płaszcze do kostek. Do pasa mieli przyczepiony kociołek, do którego wrzucali ziemniaki z łupinami, dolewali wody i podgrzewali to sobie nad ogniskiem. – Moja babcia dobrze mówiła po rosyjsku. Spytała ich, dokąd idą. Odpowiedzieli, że na Warszawę „połubić pamieszczika”. A pamieszczik to ten, co miał białe ręce, i takiego trzeba było pod ścianą postawić – wyjaśnia.

– Tacy byli – potwierdza Andrzej Kamiński z Motwicy w gminie Sosnówka. – Kiedy przyjechali do wsi i wyszedł do nich organista, nie chcieli z nim gadać, dopóki nie zdjął krawatu – opowiada. 
Kilka dni później Sowieci pojawili się też w Radzyniu Podlaskim. – Oddział ten nie stacjonował w mieście, a udał się w kierunku Łukowa. Pamiętam, że dołączyło do nich część młodych Żydów – podkreśla Borysiewicz. Także mieszkańcy Białej Podlaskiej pamiętają, jak głównie młodsi Żydzi zrobili Sowietom uroczystą bramę powitalną i wychodzili do nich z czerwonymi opaskami na ramionach. – Polacy z niechęcią wówczas patrzyli na zachowanie Żydów – przyznaje Jan Łukijańczuk. 

Sowietów, już z późniejszego czasu, pamięta Alina Sadownik. – Byli strasznie głodni, wychudzeni i byle jak ubrani. Jak się na nich patrzyło, ciężko było odmówić czegoś do jedzenia. Byli brudni, biedni, zmarznięci. Którejś zimy przyszedł do nas taki jeden Rosjanin. Pamiętam, że było wtedy strasznie zimno, a on miał rozpruty but, a w nim pełno śniegu. Kiedy mama dała mu coś do jedzenia, ojciec przy piecu wysuszył mu ten but i naprawił dziurę. Następnej zimy Ruscy przyszli do nas z karabinami i zaczęli krzyczeć, żeby ojciec oddał im swoją broń. Myśleli, że jak wrócił z wojny, to musi mieć karabin. Nie zapomnę do końca życia, jak nam grozili, że zaraz nas zastrzelą. Naprawdę myślałam, że za chwilę to zrobią. Ale w tym momencie weszło do domu chyba jeszcze ze dwóch Rosjan. Jeden z nich spojrzał na mojego ojca i do tego, co nas straszył, powiedział: „Idti, nie strielaj! Eto charoszij czieławiek”. Tata w pierwszej chwili go nie poznał, ale zaraz się okazało, że był to ten sam, któremu mój ojciec naprawił buta – opowiada ze wzruszeniem pani Alina. – Od tamtej pory Rosjanie nas nie nękali.

Przeczytaj także: 17 września 1939 – mogło być inaczej

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Wspomnienia | Leave a Comment »

LENINO WSPOMNIENIEM

Posted by tadeo w dniu 3 Wrzesień 2013

LENINO WSPOMNIENIEM - zdjęcia, foto galerie, fotki, zdjęcie

Wstawał świt i Trigubowo budziło się z jesiennej nocy. Tego dnia na pozycjach radzieckich panował jeszcze spokój. Mgła jeszcze otulała świat a dzień miał się wkrótce okazać przełomowy.. Nie słychać było spiewu ptaków ni życia w okopach. Tylko warta dawala jakiś objaw życia. Świat spał by wkrótce obudzić się do wielkiego starcia.Bitwa ‚pod Lenino’, właściwie nie była pod Lenino, a raczej pod Trigubowo, bo tak nazywała się wieś na Białorusi, na którą nacierała Dywizja Kościuszkowska. Polacy walczyli w tej bitwie bohatersko, co wcale nie dziwi. Bo, tak jak i my na Zachodzie, walczyli o wolną Polskę, tak przynajmniej im się zdawało, jak i nam.

Na ten dzień czekali wiele słotnych dni. By wkrótce dać swiadectwo… Oto ich krótka historia. I pamięć by przetrwała w umyslach pokoleń. By nie zgasła jak ogień ludzkiego życia. Dzień który nastanie zrozumiany będzie jako memento. Oto wspomnienie człowieka świadka tychże wydarzeń.

„Będąc w Azji w maju 1943 zostałem wezwany do wojskowej komisji poborowej i uznany za zdolnego do służby wojskowej. Wraz z całym transportem Polaków poborowych jadąc około miesiąc czasu dojechaliśmy nad rzekę Okę do miejscowości Sielce i tam zostałem 5 V 1943 r. przyjęty do I Armii Wojska Polskiego. Zastaliśmy tam już wojsko polskie, które odbywało ćwiczenia. W następnym dniu po przyjeździe zostałem przydzielony do 3 kompanii CKM i brałem udział w szkoleniu wojskowym. Dnia 15 lipca uznano, że jesteśmy dobrze przygotowani do działań wojennych i złożyliśmy uroczystą żołnierką przysięgę, a następnie skierowani bezpośrednio na front.

Jechaliśmy pociągiem, a następnie kilka kilometrów od Smoleńska opuściliśmy wagony i pieszo skierowaliśmy się do miasta, które było całe w gruzach. Szliśmy przeważnie nocami, a łuny palącego się miasta oświetlały nam drogę. I tak dotarliśmy pod Lenino wchodząc w skład 33 Armii Radzieckiej.
Zajęliśmy stanowiska bojowe w okopach, zapoznawaliśmy się z terenem przyszłych walk. Po silnym
przygotowaniu artyleryjskim na znak rakiety ruszyliśmy do natarcia. Pod silnym obstrzałem nieprzyjaciela posuwaliśmy się wolno do przodu. Obok mnie został zabity dowódca i kapral z mojej drużyny, ale mimo strat sforsowaliśmy potok i dotarliśmy do pierwszego szańca okopów wroga. Tu w pierwszej potyczce zlikwidowaliśmy placówkę biorąc 5 Niemców do niewoli. Posuwamy się dalej i zdobywały drugą linię niemieckich okopów w ciężkiej walce zabitych zostaje dużo żołnierzy wroga, wielu się podaje do niewoli. Obok drugiej linii okopów zajmujemy dogodne stanowiska do ostrzału nieprzyjaciela. W tym czasie zaatakowały nas niemieckie samoloty zrzucając bomby i ostrzelały nas z broni pokładowej. W tym czasie zostaje ranny zastępca kompanii podporucznik Badejko. Na górze po prawej stronie pojawiły się czołgi nieprzyjaciela. Strzelamy do czołgów pociskami przeciwpancernymi. Czołgi zostają zatrzymane, Niemcy wyskakują z płonących pojazdów dostając się pod silny ogień naszego CKM – u. Przed wieczorem Niemcy przystępują do natarcia, odpieramy go zabijać ok. 11 żołnierzy wroga.

Z powietrza ponownie atakują nas samoloty, blisko naszego stanowiska CKM poda bomba. Mój kolega, z którym obsługiwałem CKM zostaje zabity, a ja zostałem ranny w nogę. Od zarośli nastąpił atak Niemców, którzy nas okrążyli i wzięli do niewoli było to 12 X 1943 r.’ Ten pełen wylanej krwi dzień to przestroga dlam pokoleń… Oddajmy jeszcze raz głos wspomnieniom ‚To się w ten sposób rozegrało, że jak dywizja poszła do ataku, nie było osłony samolotowej. Dowódca 33. Armii, generał pułkownik Gordow, zamiast przeprowadzić planowane przygotowanie artyleryjskie, skrócił je do czterdziestu minut, a powinno być dwugodzinne. Tak że nie zdążył zniszczyć umocnień niemieckich. Niemcy nie wiadomo skąd, ale wiedzieli, że na tym odcinku wystąpi 1. Dywizja, przecież wszędzie były zwiady, wywiady, to jest tak ciężko rozszyfrować. Wzmocnili swoje posiłki, żeby zniszczyć tę dywizję. Co się dalej okazało? Nie było osłony z samolotów. Żaden rosyjski samolot nie wystartował. A Niemcy? Co parę minut ! Po piętnaście, po dwadzieścia sztuk. Robiły nalot, po prostu latały nam nad głowami i rzucali pociski ręcznie. Może nie zawsze tak było, ale często. Myśmy się często z tym spotykali. Zresztą efekt rannych świadczy o tym, i zabitych. Żeby nie generał Bewziuk, pułkownik wtedy, ze swoja artylerią, który zaczął strzelać ogniem rozpryskowym, parasolowym tak zwanym, ponad naszymi głowami, to nie wiadomo, czy byśmy tak zdrowo, mocno wyszli z tego. Z drugiej strony jedna dywizja z jednej strony, druga dywizja z prawej zaległy sowieckie dywizje, zaległy.

Nasza wysunęła się o jakieś dwa i pół do trzech kilometrów do przodu. Stanowiliśmy trójkąt, gdzie z trzech stron strzelano do nas ze wzgórz, ale mimo wszystko zdobyte miejscowości, jakie zdobyliśmy, utrzymaliśmy i przekazaliśmy Sowietom. Prawdopodobnie alarmowała Wanda Wasilewska, nie wiem, ile w tym jest prawdy. Wiem, że kiedyś mówiła o tym, że zadzwoniła do Mołotowa i pyta się: „Jakie straty są w 1. Dywizji?”, a on powiedział: Normalno, trzydzieści procentow! Ona mówi, że trzydzieści procent w stosunku do armii rosyjskiej to jest minimalnie, ale w stosunku do jednej dywizji Polaków to jest bardzo dużo. Tak że Dywizję 13 zluzowała jednostka radziecka. Ciekawe, po co to całe zagranie było? Przecież wiemy, że generał kilka razy zwracał się z prośbą do Gordowa, żeby zaniechać tego ataku, żeby zaniechać rozpoznania batalionem. Nigdy batalionem rozpoznania się nie prowadzi! Mimo to, on takie rozpoznanie polecił przeprowadzić…’ Bitwa była okrutna i cały czas w napięciu. Dywizja piechoty odniosła wielkie straty. Bitwa gloryfikowana przez lata popadła w zapomnienie. Wspomninie raz jeszcze dowodzi oznak żołnierkiego patriotyzmu ‚Idziemy tyralierą. Kule to jak lecą – słyszysz niby komary. Ale plon obfity te kule zbierają. To idący obok mnie kolega wygląda jak indor. Trafili go w ucho. Krew, krew, krew. Z boku w nos. Krew, krew, krew. Odwraca się do mnie i mówi on, doświadczony w kampanii wrześniowej żołnierz polski- nie patrz, idź…

Niemcy mają silne gniazda ciężkich karabinów maszynowych. Jesteśmy ścinani seriami strzałów. Panie Boże…! I widzę niemieckiego żołnierza, który biegnie do mnie z ostrzem bagnetu nagim i ostrym i zaraz mnie zabija. To ja całą moją siłę skierowałem na uderzenie go kolbą w głowę i roztrzaskałem ją…Ale nie patrzałem, bo nie mogłem. Nie mogłem patrzeć. A zabić w obronie musiałem. Zapomnijcie tak jak i ja zapomnieć chcę. Widzę też niezwykły obraz: polski, ogromny, wysoki na ponad dwa metry sanitariusz opatruje pod ostrzałem rannych, ściąga ich z pola bitwy, idzie wyprostowany od jednego żołnierza do drugiego, wszyscy dookoła niego padają, a on nie, tylko chodzi, chodzi, chodzi i niesie pomoc, albo nad zabitymi znak krzyża czyni. Ja biegnę, idę, padam, szszt, szszt, szszt- pociski nadlatują. Nagle nad polem bitwy pod Lenino pojawiły się przedziwne niemieckie samoloty. Wyglądały jak ramy, taki kształt kwadratów miały. Bez skrzydeł były. Zatrzymywały się w powietrzu i tak wisząc wysyłały w naszym kierunku błyski. Żadnych kul ani bomb, tylko błyski. Tak jakby zdjęcia robiono. Patrzyliśmy i dalej do boju. Krew się lała strumieniami. Polska krew. Z boku, gdzieś daleko przyglądali się naszej strasznej i oddanej sprawie Polski bitwie sowieccy sojusznicy.

I wiele jeszcze się zdarzyło pod tym Lenino w 1943 roku. Tylu zesłańców za Polskę zginęło, że strach i cześć im i chwała. Ja, Tadeusz Pawlak przeżyłem. Przeżył także podobno sanitariusz wielki, który kulom się nie kłaniał, tylko niósł rodakom w boju pomoc do utraty tchu… Tak żyję jeszcze, patrzę na wszystko tak, jakby przed chwilą się zdarzyło’. Jednak ofiara krwi nie poszła na marne. Danina żołnierzy Polaków jaką przyszło im zapłacić to pamięć pokoleń. I niech tak w wieczności zostanie. W wyniku dwudniowych ciężkich walk pod Lenino dywizja sforsowała bagnistą dolinę Mierei, przełamała opór czołowych oddziałów nieprzyjaciela, opanowała pierwszą pozycję jego obrony, zdobyła węzłowe punkty oporu w Połzuchach i na wzg. 215,5 zniszczyła główne siły 688 pułku piechoty oraz zadała poważne straty innym oddziałom 337, 113 i 330 niemieckiej dywizji piechoty. Chlubne wykonanie pierwszego zadania bojowego dywizja okupiła stratą 502 zabitych 1776 rannych i 663 zaginionych bez wieści, tj. około 25% całego stanu osobowego. Za męstwo wykazane w bitwie dowódca 1 korpusu nadał żołnierzom 1 Dywizji Piechoty im. T. Kościuszki 247 odznaczeń bojowych. Rada Najwyższa ZSRR odznaczyła 239 żołnierzy i przyznała tytuł Bohatera Związku Radzieckiego kpt. Wł. Wysockiemu pośmiertnie, kpt. J. Hibnerowi i szer. Anieli Krzywoń pośmiertnie.”

Opracował Marcin Michańczyk.

autor:  Marcin Michańczyk
więcej tego autora 

Posted in Historia, Wspomnienia | Leave a Comment »

Dziwny jest ten świat

Posted by tadeo w dniu 17 Sierpień 2013

Małgorzata i Czesław Niemen w 1979 rokuMałgorzata i Czesław Niemen w 1979 roku Foto: Marek Broniarek / PAP

Mał­go­rza­ta Nie­men jak lwica broni męża przed jego fa­na­mi. Od lat spo­ty­ka się z nimi głów­nie w są­dzie, pró­bu­jąc udo­wod­nić, że to ona ma prawo do sche­dy po ar­ty­ście. Ostat­ni pro­ces prze­gra­ła.

Ci pa­no­wie – tak Mał­go­rza­ta Nie­men mówi o swo­ich prze­ciw­ni­kach. Zdą­ży­ła po­kłó­cić się już chyba ze wszyst­ki­mi, któ­rzy znali Cze­sła­wa Nie­me­na. Nie chce roz­ma­wiać, choć wie, że ci pa­no­wie zaj­mu­ją się jej oczer­nia­niem. Nie w smak im, że ona, wdowa, zde­cy­do­wa­ła się im po­sta­wić.

REKLAMA

Ta pani – mówią o niej fani, ro­dzi­na, hi­sto­ry­cy, dzien­ni­ka­rze. Ta pani chce po­ło­żyć rękę na wszyst­kim, co jest zwią­za­ne z Nie­me­nem: zdję­ciach, ry­sun­kach, na­gra­niach, na­zwi­sku. Jak można za­strzec na­zwi­sko „Nie­men ” jako znak to­wa­ro­wy w Urzę­dzie Pa­ten­to­wym?

Obie stro­ny oskar­ża­ją się o to samo: pa­zer­ność na kasę, brud­ne chwy­ty, czar­ny PR, brak kom­pe­ten­cji.

Na­gon­ka?

– Roz­wi­nę­ła się na­gon­ka na moją osobę. Nie­któ­rzy in­sy­nu­ują, że ogra­ni­czam im do­stęp do do­rob­ku mo­je­go męża, że za­bie­ram ki­bi­com Legii ich hymn, jakim przez lata stał się „Sen o War­sza­wie ” – mó­wi­ła wdowa w cza­sach, kiedy jesz­cze udzie­la­ła wy­wia­dów. I do­da­wa­ła: – Teraz, po śmier­ci, na­mno­ży­ło się przy­ja­ciół i me­ne­dże­rów. Mąż nie może się bro­nić, więc po­sta­no­wi­łam, że będę gło­śno mówić o lu­dziach, któ­rzy uzur­pu­ją sobie prawo do jego do­ko­nań. Nie je­stem za­ka­pio­rem, który nie po­zwa­la ko­rzy­stać z twór­czo­ści męża, ale nie­któ­rzy prze­kra­cza­ją miarę.

Ci, któ­rzy prze­kra­cza­ją miarę, są wzy­wa­ni do sądu. W Zie­lo­nej Górze wła­śnie za­koń­czył się pro­ces, który Mał­go­rza­ta Wy­drzyc­ka-Nie­men wy­to­czy­ła Ja­no­wi Edwar­do­wi Cza­cho­ro­wi. Nie spodo­ba­ło się jej, że za­ło­żył Sto­wa­rzy­sze­nie Pa­mię­ciCze­sła­wa Nie­me­na oraz wydał bez jej zgody książ­kę „Nie­men w Świe­bo­dzi­nie”. Do­rzu­ci­ła jesz­cze oskar­że­nie, że pod­czas kon­cer­tów sprze­da­je kubki z po­do­bi­zną pio­sen­ka­rza.

W 2010 roku prze­gra­ła pro­ces prze­ciw Sto­wa­rzy­sze­niu „Nie­men ” z Su­pra­śla – do­ma­ga­ła się, by z jego nazwy usu­nię­to na­zwi­sko ar­ty­sty. W Po­zna­niu trwa­ją dwa pro­ce­sy prze­ciw­ko by­łe­mu me­ne­dże­ro­wi, tam rów­nież wdowa wal­czy ze stry­jecz­nym bra­tem i wy­daw­cą płyty „Terra De­flo­ra­ta. Live „. A jest jesz­cze spra­wa z córką z pierw­sze­go mał­żeń­stwa, o po­dział ma­jąt­ku.

– Jak jej nie wstyd, star­szych ludzi cią­gać po są­dach – obu­rza się Krzysz­tof Wod­ni­czak. Przed­sta­wia się jako ostat­ni me­ne­dżer Cze­sła­wa Nie­me­na. Od dwóch lat trwa pro­ces, w któ­rym wdowa żąda od niego 50 tys. zło­tych za nie­le­gal­ne udo­stęp­nie­nie na­gra­nia „Mu­si­ca Ma­gi­ca ” wło­skiej wo­ka­li­st­ce Fa­ri­dzie. Bie­gły są­do­wy szko­dy spad­ko­bier­ców wy­ce­nił na 26 zł 80 gro­szy. – Jak by tego było mało, pani Nie­men za­ło­ży­ła mi spra­wę cy­wil­ną za na­ru­sze­nie dóbr oso­bi­stych. Ja co roku or­ga­ni­zu­ję kon­cer­ty i zloty. A co ta pani zro­bi­ła? – pyta Wod­ni­czak.

Winda i wiel­ka mi­łość

– Pierw­szy raz zo­ba­czy­łam Cze­sła­wa w Wy­twór­ni Fil­mów Fa­bu­lar­nych na Chełm­skiej. Robił mu­zy­kę do filmu Ja­nu­sza Kon­dra­tiu­ka „Dziew­czy­ny do wzię­cia ” – wspo­mi­na­ła Mał­go­rza­ta Nie­men w „Gali „. Był rok 1973 – ona grała epi­zo­dycz­ną rolę kel­ner­ki, on na­gry­wał koń­czą­cą film pio­sen­kę „Com uczy­nił „. – Mi­ja­li­śmy się. Za­in­try­go­wał mnie, ale się nie obej­rza­łam. Nie chcia­łam mu dać po­wo­du do sa­tys­fak­cji, że jakaś ma­ło­la­ta oglą­da się za ar­ty­stą. Cze­sław potem mi po­wie­dział, że wtedy przy­sta­nął i pa­trzył za mną. Miał na­dzie­ję, że się od­wró­cę. Po ja­kimś cza­sie z pro­jek­tant­ką Gra­ży­ną Hase i ko­le­żan­ka­mi po­szły­śmy po po­ka­zie do Re­mon­tu. On też tam był. Gra­ży­na nas po­zna­ła. Za­czę­li­śmy roz­ma­wiać, tań­czyć i tak już zo­sta­ło.

– Za­ko­cha­li się nie­przy­tom­nie. Ona 18-let­nia pięk­na dziew­czy­na. On gwiaz­dor, 16 lat star­szy – wspo­mi­na Ta­de­usz Skliń­ski, który znał Nie­me­na od 1967 roku.

Mał­go­rza­ta Nie­men (wtedy jesz­cze Krze­wiń­ska) szyb­ko za­czę­ła robić ka­rie­rę, choć nie w fil­mie, ale na wy­bie­gach mody. – To śro­do­wi­sko było małe, mo­de­lek jak na le­kar­stwo. Szyb­ko w War­sza­wie po­szła fama, że fajna dziew­czy­na cho­dzi u Gra­ży­ny Hase – wspo­mi­na Jerzy Ant­ko­wiak, ów­cze­sny szef Mody Pol­skiej, który ścią­gnął Nie­men do sie­bie. – Zo­ba­czy­łem ją w dro­dze do wzor­cow­ni. Mał­go­sia była tak pięk­na, że nawet ta prze­my­sło­wa winda ja­wi­ła się jako coś po­zy­tyw­ne­go.

W la­tach 70. Nie­men była sym­bo­lem, pol­ską Twig­gy: nie­wy­so­ka, zgrab­na, dziew­czę­ca, wno­si­ła do po­ka­zów wdzięk i urok. Jako twarz Mody Pol­skiej stała się naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­ną pol­ską mo­del­ką od Mo­skwy po Pragę. A w domu?

– Go­to­wa­łam, od­pro­wa­dza­łam dziew­czyn­ki do szko­ły. Do­sko­na­le wie­dzia­łam, że Nie­men był ar­ty­stą, oso­bo­wo­ścią. A takie osoby mają prawo do bycia ego­cen­trycz­nym czy próż­nym. Wią­żąc się z nim, wie­dzia­łam, na co się de­cy­du­ję. Łą­czy­ło nas pięk­ne uczu­cie. I trud­no tu mówić o ry­wa­li­za­cji.

– Ry­wa­li­za­cji? Cze­sław to nie był czło­wiek, który zaj­mo­wał się ta­ki­mi dro­bia­zga­mi, jak to, czy Mał­go­sia le­piej wy­glą­da w mini czy maksi. On był ponad to. Ow­szem przy­cho­dził na po­ka­zy, przy­jeż­dżał swoim sa­mo­cho­dem, któ­re­go póź­niej nie mógł od­na­leźć, bo za­po­mniał, gdzie za­par­ko­wał – śmie­je się Ant­ko­wiak.

Kie­dyś gar­de­ro­bia­na Mody Pol­skiej dzwo­ni, by umó­wić się na przy­miar­kę. Od­bie­ra Cze­sław. Z kim pani chce roz­ma­wiać? Z Mał­goś­ką? Ale o kogo cho­dzi? Chyba jej nie ma, jest za gra­ni­cą. Tato, mama w kuch­ni robi obiad, pro­stu­ją dzie­ci.

– Za­wsze byli ze sobą szczę­śli­wi, nawet gdy gnieź­dzi­li się w małym miesz­kan­ku, a dwa brzdą­ce ba­rasz­ko­wa­ły mię­dzy ka­bla­mi in­stru­men­tów Cze­sła­wa – wspo­mi­na­ła Hase. W oko­li­cach Ogro­du Sa­skie­go, gdzie miesz­ka­li, znaj­do­wa­ła się ła­wecz­ka, na któ­rej co­dzien­nie sie­dzia­ły dziew­czy­ny wpa­tru­ją­ce się w okno mu­zy­ka. Winda w bloku cała była za­pi­sa­na mi­ło­sny­mi wy­zna­nia­mi. Jedna z fanek wy­sy­ła­ła listy, które pod­pi­sy­wa­ła „Tfa Iren­ka „. Uwa­ża­ła, że Nie­men jest jej mężem, i chcia­ła z nim za­miesz­kać.

– Kie­dyś spo­tka­łam ją pod drzwia­mi na­sze­go miesz­ka­nia. Po­wie­dzia­ła mi wtedy: „Przy­je­cha­łam do mo­je­go męża, chcę z nim po­roz­ma­wiać „. Mu­sia­łam jej grzecz­nie wy­tłu­ma­czyć, że to ja je­stem jego żoną.

– A jak re­ago­wał na to pani mąż?

– Nie było mu do śmie­chu.

Zna­jo­my ro­dzi­ny: – To była wiel­ka mi­łość, ale ich drogi się ro­ze­szły. Ona coraz czę­ściej wy­jeż­dża­ła na po­ka­zy, sesje. On ucie­kał w trasy, do stu­dia. Żyli obok sie­bie.

Prawo do szu­fla­dy

Cze­sław Nie­men, który zmarł w 2004 roku, nie zo­sta­wił te­sta­men­tu. Upo­rząd­ko­wa­niem wszyst­kich jego spraw za­ję­ła się wdowa. Sobie wy­zna­czy­ła rolę straż­nicz­ki spu­ści­zny po ar­ty­ście.

Cze­sław by się na to nie zgo­dził – to jeden z ulu­bio­nych ar­gu­men­tów Mał­go­rza­ty Nie­men, który do­pro­wa­dza fanów do wście­kło­ści. Pu­bli­ka­cja oso­bi­stych zdjęć? Cze­sław dbał o pry­wat­ność. Wy­da­nie kon­cer­to­wych na­grań? Mąż był per­fek­cjo­ni­stą. Wmu­ro­wa­na w chod­nik gwiaz­da jego pa­mię­ci? Gar­dził ta­ki­mi ini­cja­ty­wa­mi.

– A skąd ona to wie? – de­ner­wu­je się Skliń­ski, który w 2006 roku na­pi­sał książ­kę „Nie­men. Dys­ko­gra­fia, fakty, twór­czość „. Współ­pra­ca z wdową trwa­ła do czasu, gdy oka­za­ło się, że chce otwo­rzyć książ­kę fo­to­gra­fią Anny i An­to­nie­go Wy­drzyc­kich, ro­dzi­ców Cze­sła­wa Nie­me­na, którą otrzy­mał od sio­stry ar­ty­sty.

„Drogi panie Ta­de­uszu, to mnie i dzie­ciom Cze­sła­wa, jako jego spad­ko­bier­com, przy­słu­gu­ją prawa z ty­tu­łu ochro­ny wi­ze­run­ku, na­zwi­ska i do­bre­go imie­nia ” – oświad­czy­ła. Kiedy Skliń­ski prze­stał od­bie­rać te­le­fo­ny, dzwo­ni­ła bez­po­śred­nio do dru­kar­ni z żą­da­niem wy­co­fa­nia zdję­cia. Skliń­ski się nie ugiął, zdję­cie za­mie­ścił w książ­ce.

– Cze­sław był wy­bit­nym mu­zy­kiem, ale to nie zna­czy, że nie zda­rza­ły mu się rze­czy na­gra­ne w wa­run­kach nie­zbyt kom­for­to­wych, nie­speł­nio­ne. Ale czy to zna­czy, że trze­ba je wszyst­kie trzy­mać w szu­fla­dzie? – pyta dzien­ni­karz mu­zycz­ny Marek Ga­szyń­ski, dzi­wiąc się, że tak mało uka­za­ło się na­grań kon­cer­to­wych. – Po­mył­ki wiel­kich ar­ty­stów są bar­dzo cie­ka­we. A pani Mał­go­rza­ta to wszyst­ko chowa, jakby nie chcia­ła przy­jąć do wia­do­mo­ści, że takie też są udzia­łem jej męża. Stała się straż­nicz­ką wy­ide­ali­zo­wa­ne­go wi­ze­run­ku.

Kiedy bio­graf Da­riusz Mi­chal­ski na­pi­sał, że kon­cer­ty Nie­me­na w Związ­ku Ra­dziec­kim były ro­dza­jem de­kla­ra­cji po­li­tycz­nej mu­zy­ka, wdowa pro­sto­wa­ła: „Masa kapel jeź­dzi­ła wtedy do de­mo­lu­dów. I wcale nie ozna­cza­ło to, że są ko­mu­ni­sta­mi. Nie­któ­rzy tak Cze­sła­wa kla­sy­fi­ku­ją. Nie zga­dzam się na to, bo wiem, jakie roz­mo­wy prze­pro­wa­dza­li­śmy, i znam jego sta­no­wi­sko. Był pra­wi­cow­cem, któ­re­go ukształ­to­wał dom „.

Nic bar­dziej nie de­ner­wu­je wdowy niż mó­wie­nie, że Cze­sław jest do­brem na­ro­do­wym, że fanom na­le­ży się do­stęp do ar­chi­wów. A spad­ko­bier­cy, ro­dzi­na, prawo? – Pewne osoby pod ha­sła­mi chwa­ły Nie­me­no­wi dzia­ła­ją sa­mo­wol­nie, dys­po­nu­jąc do­rob­kiem ar­ty­sty jak swoją wła­sno­ścią. Jed­no­cze­śnie o mnie, je­dy­nej spad­ko­bier­czy­ni praw Cze­sła­wa, mówią, że wszyst­ko blo­ku­ję, i dzi­wią się, że w ogóle re­agu­ję na te na­ru­sze­nia.

– Nie­men to taka Zosia Sa­mo­sia, wszyst­ko robił sam: mu­zy­kę, słowa, ma­ste­ring, pro­jekt okład­ki… Dla­te­go tak długo to trwa­ło. I wy­da­je się, że wdowa prze­ję­ła tę me­to­dę – mówi Da­niel Wy­szo­grodz­ki, dzien­ni­karz mu­zycz­ny, który przy­go­to­wał wzno­wie­nia ar­chi­wal­nych płyt Gre­chu­ty.

Prza­śny styl

Kłóci się o dro­bia­zgi, o formy, o styl. – Pani Nie­men za­rzu­ca nam, że je­ste­śmy zbyt prza­śni – przy­zna­je Cza­chor, który or­ga­ni­zu­je co roku zloty w pro­win­cjo­nal­nym Świe­bo­dzi­nie. Są wspo­min­ki, wspól­ne śpie­wa­nie, nic wiel­kie­go. Wdowa nie dość, że nie przy­jeż­dża, to żąda za­ka­zu wy­ko­ny­wa­nia pio­se­nek męża. Nie przy­je­cha­ła też na od­sło­nię­cie ki­czo­wa­tej ła­wecz­ki na rynku w Świe­bo­dzi­nie ani dwu­me­tro­we­go po­mni­ka w Opolu, który przed­sta­wia ar­ty­stę opar­te­go o gi­ta­rę.

W 2011 r. w Biel­sku-Bia­łej odbył się kon­cert, na któ­rym utwo­ry Nie­me­na śpie­wa­li Gra­ży­na Ło­ba­szew­ska, Sta­ni­sław Soyka i była sym­pa­tia Nie­me­na – wło­ska pio­sen­kar­ka Fa­ri­da. – Pani Nie­men za­te­le­fo­no­wa­ła do mi­ni­stra kul­tu­ry Bog­da­na Zdro­jew­skie­go, na­rze­ka­jąc, że oni nie za­pew­nią god­ne­go upa­mięt­nie­nia jej męża. Or­ga­ni­za­to­rom nie wy­pła­co­no przy­zna­nej już wcze­śniej do­ta­cji – opo­wia­da Skliń­ski.

Bo ta pani, zda­niem tych panów, jest bar­dzo sku­tecz­na. W 2009 roku Sto­wa­rzy­sze­nie „Nie­men ” do­sta­ło za­pew­nie­nie wi­ce­mi­ni­stra kul­tu­ry To­ma­sza Merty o do­ta­cji w wy­so­ko­ści 200 tys., za które miało wy­re­mon­to­wać ro­dzin­ny dom ar­ty­sty w Sta­rych Wa­si­lisz­kach na Bia­ło­ru­si. Wia­do­mość po­ja­wi­ła się w „Te­le­ek­spres­sie ” i wów­czas wdowa po­fa­ty­go­wa­ła się do mi­ni­ster­stwa. Ani­ma­to­rów przed­sta­wi­ła jako oszo­ło­mów, sa­mo­zwań­czych ama­to­rów. Z do­ta­cji nici. Dom wy­re­mon­to­wa­li Bia­ło­ru­si­ni.

Rów­nież Marek Ga­szyń­ski, przy­ja­ciel ar­ty­sty, autor słów „Snu o War­sza­wie „, prze­ko­nał się o sku­tecz­no­ści wdowy. – Kie­dyś po­chwa­li­łem się na an­te­nie ra­dio­wej, że mam wspa­nia­łe zdję­cia od sio­stry Cze­sła­wa, które wy­ko­rzy­stam w swo­jej książ­ce o Nie­me­nie. Parę dni póź­niej te­le­fon. Do mnie, do wy­daw­cy, że nie mamy prawa – wspo­mi­na autor książ­ki „Nie­men. Czas jak rzeka „.

10 lat mi­nę­ło

17 stycz­nia 2014 roku minie 10 lat od śmier­ci au­to­ra kul­to­wej płyty „Enig­ma­tic”. – A my, fani, mi­ło­śni­cy jego twór­czo­ści nie je­ste­śmy do tego przy­go­to­wa­ni. Skłó­ce­ni, ob­ra­że­ni, za­miast współ­pra­co­wać, cią­ga­my się po są­dach – mówi Cza­chor.

A lista za­nie­dbań jest długa: brak ofi­cjal­nej stro­ny ar­ty­sty, brak wzno­wień płyt wy­da­nych za gra­ni­cą (edy­cję za­czął przy­go­to­wy­wać za życia jesz­cze sam Nie­men pod ty­tu­łem „Na po­mie­sza­ne ję­zy­ki „). Gdzie jest śpiew­nik z pio­sen­ka­mi au­to­ra „Snu o War­sza­wie „, gdzie album z pra­ca­mi gra­ficz­ny­mi, pry­wat­ny­mi zdję­cia­mi, wier­sza­mi, fe­lie­to­na­mi, kon­cer­ty na DVD?

– Uwa­żam, że spad­ko­bier­czy­nie Cze­sła­wa Nie­me­na dzia­ła­ją na jego nie­ko­rzyść, a przy­naj­mniej pro­wa­dzą do mar­gi­na­li­za­cji jego twór­czo­ści – twier­dzi Da­niel Wy­szo­grodz­ki. – Co uka­za­ło się za zgodą spad­ko­bier­ców? Kilka płyt kon­cer­to­wych i skła­dan­ka we­dług wy­bo­ru Mał­go­rza­ty Nie­men. Bra­ku­je ca­ło­ścio­wej wizji pro­pa­go­wa­nia tej twór­czo­ści, nie ma sprzy­ja­ją­ce­go kli­ma­tu. Zo­bacz­my, co robi np. Agata Pas­sent ze spu­ści­zną Agniesz­ki Osiec­kiej, ile płyt uka­zu­je się z ko­lej­ny­mi in­ter­pre­ta­cja­mi jej pio­se­nek. W przy­pad­ku Nie­me­na spad­ko­bier­czy­nie naj­wy­raź­niej sobie z tym nie radzą, grzę­zną w ko­lej­nych pro­ce­sach, za­ka­zach. Czy w ta­kiej at­mos­fe­rze za ko­lej­ne pięć lat bę­dzie­my pa­mię­tać „Pod pa­pu­ga­mi „, „Sen o War­sza­wie „, „Dziw­ny jest ten świat „? Żal, że z czymś do­brym nie robi się do­brych rze­czy.

– A dla­cze­go nie za­pro­sić fanów do fety? Można ogło­sić zbiór­kę na­grań, które na pewno są w ama­tor­skich ar­chi­wach – do­da­je Marek Ga­szyń­ski. – Dla­cze­go nie ma filmu fa­bu­lar­ne­go o Nie­me­nie? O Rie­dlu mógł po­wstać. Po­ka­zać go jako czło­wie­ka, jego dzie­ciń­stwo na Bia­ło­ru­si, zma­ga­nia z PRL-em, nie­uda­ne próby zro­bie­nia ka­rie­ry na Za­cho­dzie. Roz­ter­ki ar­ty­sty, któ­re­mu naj­le­piej wy­cho­dzi­ło pi­sa­nie po­po­wych pio­se­nek, a z dru­giej stro­ny chciał two­rzyć dłuż­sze formy, epic­kie.

– Za­rzut, że nic nie ro­bi­my, to kom­plet­na bzdu­ra – zło­ści­ła się nie­daw­no Na­ta­lia Nie­men. – Moja mama nie­prze­rwa­nie sie­dzi przy biur­ku albo jeź­dzi. Pra­cu­je nad do­rob­kiem ojca. Tylko że w jego stylu, z es­ty­mą, z dba­ło­ścią o ja­kość. Fani wciąż cze­ka­ją.

Opole 2013: Natalia Niemen największą sensacją

5:47 min
Opole 2013: Natalia Niemen największą sensacją – Natalia Niemen podczas tegorocznej finałowej gali festiwalu w Opolu wykonała utwór „Dziwny jest ten świat” Czesław Niemena. Wykonanie było tak intensywne i emocjonalne, że po występie publiczność wstała i zaczęła klaskać i przez dłuższą chwilę nie przestawała bić brawo. Z kolei, prowadząca koncert Maria Szabłowska nie mogła zebrać myśli i powtarzała tylko „Natalia Niemen, Natalia Niemen…”. Na koniec dodała, że ten występ był wydarzeniem równie wysokiej rangi co Czesław Niemen śpiewający tę sama piosenkę w 1967 roku. Po występie Natalia Niemen napisała na swoim Facebooku, że ogromnie dziękuje wszystkim za wsparcie, słowa zachęty i modlitwę. „Nigdy mnie coś podobnego nie spotkało… Jestem ogromnie wzruszona” – napisała. „Być może najbardziej wzruszającym momentem wieczoru był występ Natalii Niemen, córki Czesława Niemena, która „wspólnie z ojcem” zaśpiewała „Dziwny jest ten świat” – duet możliwy był oczywiście dzięki nowoczesnej technologii. I choć łatwo przy tym utworze polec, emocjonalna interpretacja Natalii była jak najbardziej zgodna z duchem oryginału” – pisał o występie w relacji Paweł Piotrowicz. -TVP

Posted in Wspomnienia | 1 Comment »

Ze wspomnień Wilnianki

Posted by tadeo w dniu 29 Lipiec 2013

Wilno noszę w sercu od lat dzieciństwa, urodziłam się tam 14 kwietnia 1944 r. Mama i babcia były rodowitymi Wilniankami, a tata kapitanem I PAL – Artylerii Wileńskiej. Mama pochodziła z rodu Sławińskich, a jej babcia to Felicja Radzimirska ze znanego rodu Radzimirskich. Tata pochodził ze Skarżyska.
Jako żołnierz AK tata przez lata wojny działał w konspiracji, ze względu na represje w 1944 r. opuścił Wilno. Mama nie chcąc przyjąć obywatelstwa radzieckiego wyjechała z Wilna, bo groziła im śmierć. Opuszczając rodzinne strony, mama z żalem żegnała swe ukochane miasto, zostawiając rodzinny dom, groby rodziców, dziadków. Nie pozwolono jej nic zabrać ze sobą. Przywiozła z Wilna jedynie obrazy Matki Bożej Ostrobramskiej i Częstochowskiej – pamiątkę babci z pielgrzymki na Jasną Górę, guziki odprute od munduru Taty i orła z koroną z czapki kapitańskiej. Te święte, rodowe pamiątki są do dziś w moim domu pielęgnowane. Mundur zakopano w ogrodzie wcześniej. Oficerowie ukrywali się.

APC - 2013.07.29 19.09 - 001.3d

Wilno i pamiątki po nim zawsze były w naszym domu. Mama przez całe moje dzieciństwo opowiadała o Wilnie, krzesiła u nas miłość do ziemi ojczystej i wiarę. Przed cudownym obrazem Matki Bożej Ostrobramskiej w Wilnie leżała krzyżem, prosząc o me życie, byłam bardzo słaba i chora (1944 r.). Uprosiła… mam 69 lat.
Doczekałam spotkania z ukochanym miastem. Długo trzeba było czekać. W latach 50. tatę nachodzili UB-cy.  Potem mówił w komunie „nie jedź, bo mogą cię zatrzymać”. Potem było życie, małe dzieci, choroba mamy, siostry, śmierć rodziców i moja choroba.

Teraz, nagle – pielgrzymka „na raty” i mocno zabiło mi serce. Tak bardzo przeżyłam przyjazd obrazu Matki Bożej Miłosierdzia do Skarżyska, bardzo płakałam, jak wielu Wilnian mówiłam: „Ty do mnie przybywasz, bo ja nie mam jak do  Ciebie pojechać”.  I stało się. Zawsze żartowałam, że jak umrę, to najpierw polecę do Wilna, a potem do Rzymu.  Jednak Pan Bóg miał inne zamiary; mimo słabego zdrowia (jestem po zawale serca) podążyłam z radością.  Przygotowałam się do tej pielgrzymki, odgrzebałam pamiątki, czytałam na nowo pamiętniki taty, gdzie dużo pisał o Wilnie, listy mamy. Wilno znałam z albumów i z książek. Mama je kupowała, nosiła to miasto w sercu tyle lat.
Wyjechaliśmy o 4 rano 3 lipca 2013 r. Podróż przebiegła radośnie, nie brakowało modlitwy, śpiewaliśmy Godzinki, psalmy, odmówiliśmy różaniec i koronkę. Już po przekroczeniu granicy inaczej biło me serce. Z okien autobusu robiłam zdjęcia krajobrazu: „a wszystko przepasane jakby wstęgą, mie­dzą zieloną…” pisał wieszcz. Myślałam, co przeżywała mama, żegnając tę ziemię, jak lały się jej łzy. Pierwszego dnia zwiedziliśmy Kowno, pierwszy raz podziwiałam Niemen i znów płakałam, przypomniałam sobie pieśń śpiewaną przez tatę: „Za Niemen hen precz,  hen precz, koń czeka i zbroja,

W Kownie zobaczyliśmy XIII-wieczny zamek warowny, który bronił Litwinów przed Krzyżakami. Zwiedziliśmy kościół św. Jerzego, zdewastowany przez Sowietów w czasie wojny. Wypalone mury, zdjęte obrazy, puste ołtarze. Zobaczyliśmy Katedrę Kowieńską, piękny kościół z XV w. Tam odprawiał Mszę św. Jan Paweł II, będąc na Litwie. Starówka w Kownie to piękne gotyckie kamieniczki.
Przewodniczka bardzo ciekawie opowiedziała o Kownie i o pobycie Adama Mickiewicza w tym mieście. Widzieliśmy gmach gimnazjum, w którym uczył Adam Mickiewicz i dom, w którym mieszkał. Drugi dzień pielgrzymki to największe moje przeżycie, oto zobaczyłam to miasto, którego nie znałam z lat dzieciństwa.  Gdy opuściliśmy Wilno miałam rok. Chłonęłam wzrokiem każdy zakątek miasta, położonego nad rzeką Wilią. Wróciły wspomnienia mamy…Gdy dochodziliśmy do Ostrej Bramy, myślałam: tu mama leżała w 1944 r. prosząc Matkę Bożą o me życie.

Kiedyś mama pisała na moje urodziny: „Kochana moja Kruszyno, cudem ocalona  na zielonym moście…”, (który wyleciał w powietrze, zanim mama zdążyła mnie wnieść do domu) Ja co rok wracam do dnia  Twych urodzin w 1944 r.”. Gdy uklęknęłamu grobu Pana Jezusa z białoczerwonymi flagami w kościele św.Rafała przy ul. Wiłkomirskiej nad Wilią. Gdy wchodziliśmy do Kaplicy tak bardzo biło me serce i lały się łzy. Już przed Ostrą Bramą ugięły się moje kolana i jak Jan Paweł II ucałowałam wileńską ziemię, dziękując Matce Bożej za życie, a mamie mej za modlitwę.
Ujrzałam przepiękną, subtelną twarz Maryi, Jej piękne oczy. Wielkim błogosławieństwem jest modlitwa u jej stóp. Modlitwa tam jest tak piękna, że brak słów na określenie jej mocy i siły. Była to modlitwa dziękczynna za Wilno, ale i błagalna za dzieci, wnuki, chorych, przyjaciół, którzyprosiliotęmodlitwę.Mszę św. celebrował  ks. JerzyKarbownik oraz ks.Stefan Włodarczyk.
Odśpiewaliśmy hymn Ostrobramski, co też wstrząsnęło moim sercem. Potem długo trwaliśmy na modlitwie. Po modlitwie zwiedzaliśmy Wilno. Zobaczyliśmy
cudowny kościół św. Piotra i Pawła, gdzie mogliśmy zobaczyć fronton kościoła – obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem. Dekoracje wnętrza to piękne rzeźby mistrzów włoskich Andreo Sanctini, wykonanych ze stiuku rzeźb jest ponad 2000. Świątynię zdobi piękny, kryształowy żyrandol w kształcie okrętu z podniesionym żaglem.

APC - 2013.07.29 19.10 - 001.3d

A jaka była historia obrazu Matki Ostrobramskiej w Wilnie? Obraz słynie cudami i łaskami. Kult Matki Bożej Ostrobramskiej zawdzięczamy przybyłym do Wilna w 1624 r. Karmelitom Bosym. Na wzgórzu, obok bramy wznieśli kościółek oraz schody prowadzące do ołtarza. W latach 1633–54 zbudowano Kościół św. Teresy z drewnianą kaplicą, w której umieszczono obraz Matki Bożej Ostrobramskiej. W 1715 r. Wilno stanęło w płomieniach pożaru, który nie oszczędził Kaplicy, ale obraz ukryty w kościele św. Teresy ocalał. Koronacja obrazu odbyła się w lipcu 1927 r. Obraz koronowano koronami papieskimi Papieża Piusa XI.
Koronacji dokonano w obecności marszałka Józefa Piłsudskiego, prymasa Polski – biskupa Augusta Hlonda i prezydenta Ignacego Mościckiego.
Jednym z wielu wzruszających momentów było nawiedzenie cmentarza na Rossie, gdzie spoczywają śp. matka Józefa Piłsudskiego i jego serce.
Cmentarz powstał w 1764 r. – jest to niezwykle malowniczy zabytek. Serce marszałka spoczęło tutaj 12 maja 1936 r. Na czarnym granicie widnieje napis: „Matka i serce Syna”,  a dalej cytat z Juliusza Słowackiego: Kto mogąc wybrać, wybrał zamiast domu Gniazdo na skałach orła, niechaj umie  Spać, gdy źrenice czerwone od gromu I słychać jęk szatanów w sosen szumie. Tak żyłem.

Złożyliśmy hołd Marszałkowi, zapalono znicze i zaśpiewaliśmy: Jeszcze Polska nie  zginęła. Obok są groby żołnierzy i oficerów, poległych w walkach o Wilno (1919–1920). Są tu też groby żołnierzy AK, poległych w Operacji „Ostra Brama”, czyli w Powstaniu Wileńskim, w 1944 r. Groby te pełnią wartę u stóp dowódcy.Tak minął pierwszy i drugi dzień pielgrzymki w mym ukochanym Wilnie. cdn.

http://www.ostrobramska.pl/docs/29_drukx_2013.pdf

Anna Piwko

Sercem pisane – Wilno

Żegnam Cię moja ziemio rodzinna…
Ostrą Bramę, rodzinny dom.
Nigdy nie będziesz mi zapomniana.
Jak najpiękniejszy życia kwiat

Tu były lata mego dzieciństwa.
Czasy pożogi, wojny dni…
Tutaj pierwsze chwile dzieciństwa,
w ramionach matki, u Twych stóp.

Dziś serce bije tak bardzo mocno…
A twarz zalewa strumień łez.
Czy jeszcze kiedyś Ciebie zobaczę.
Matko Jezusa, Ty o tym wiesz.

Dziś klękam z bólem,
u Twego tronu
Dziękuję z serca za życia dni.
Dziękuję Matko za Twe serce.
Za wszystkie życia mego dni.

Polecam Tobie moich najbliższych.
Moich rodziców, dzieci me.
Otocz ich swoim drogim uśmiechem.
Błogosław Matko dzieci me.

Ześlij im miłość, radość i pokój.
Błogosław Sercem Matko ma.

Najukochańszej Matce Miłosierdzia
Ostrobramskiej Pani
Anna Piwko

 

Posted in Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Wspomnienia | Leave a Comment »

Wspomienia kaprala ze Szkoły Podchorążych Rezerwy OSWL w Elblągu

Posted by tadeo w dniu 12 Maj 2013

2013-05-02-09-08-45

Kłania się i salutuje kapral podchorąży. Miałem być w tej szkółce pełny rok czy nawet trochę więcej ale na szczęście dzięki różnym zabiegom (dwójka małych dzieci wieku 2,5 lat i 1 roku) udało mi skrócić służbę do niecałych 7 miesięcy.

Pamięć szwankuje, niewiele pamiętam z tamtego okresu ale mam bogatą korespondencję (tak listy – kto teraz o tym pamięta) i postaram się z tych listów jakoś odtworzyć.

Wzięli mnie w najmroźniejszą i bardzo śnieżną zimą, jedną z ostatnich takich śnieżnych w ostatnich latach, gdzie temperatura sięgała minus 30 stopni, a mróz i śnieg leżał (bez przerwy) aż do połowy kwietnia. 

Zaraz po przyjeździe do jednostki fryzjer, kąpiel, oddanie cywilnych ciuchów i wojskowe umundurowanie. Zakwaterowano nas w 12 osobowych pokojach z piętrowymi łóżkami, prawie każdy z nas miał podobną sytuację rodzinną, dziesięcioro z nas łącznie ze mną byli już małżonkami, zostawili w domu żony i dzieci (ja dwoje). Jeden z kolegów z mego pokoju pochodził z Międzyrzecza Podlaskiego z trzech innych w kompanii z Białej Podlaskiej. Mój przydział to I Kompania.

Rozkład dnia: pobudka godz. 6, 10 minut na ubranie się, potem pół godziny zaprawa na świeżym powietrzu, czyli gimnastyka poranna(w styczniu i w lutym było wówczas po dwadzieścia parę stopni mrozu). Następnie ścielenie łóżek a o godz. 7 pierwsze śniadanie (wymarsz na stołówkę w czwórkach całą kompanią, ponieważ do przysięgi nie można było poruszać się samodzielnie poza terenem budynku, prawie jak w więzieniu). Po śniadaniu zajęcia teoretyczne, a podczas dużej przerwy o godz. 11 drugie śniadanie. Przed obiadem apel popołudniowy a później o godz. 15 obiad. Po obiedzie do 16 czas wolny, później znowu do godz.19 jakieś zajęcia typu musztra czy nauka. O godz. 19 kolacja, o godz. 19:30 przymusowa indoktrynacja czyli oglądanie dziennika TV (dzisiejszych Wiadomości) i następnie do godz. 21 czas wolny. Ten proces systematycznego i świadomego wpajania nam ideologii socjalistycznej odbywał sie także na różnych zajęciach w ciągu dnia. Przez cały dzień nie można położyć się na łóżku i dodatkowo być ciągle w żołnierskich butach (nie można było zdejmować).

To był schyłek komuny ale już nie w takiej wydaniu jak pewnie 10-20 lat wstecz. Ale kocówy i mycie kiblów (WC) pamiętam za np. źle pościelone łóżko. Również słynne warty. Pamiętam jak przez mgłę jakiś wypadek (przypadkowy postrzał drugiego żołnierza podczas chyba pełnienia warty). Albo wymarsz na poligon 25 stopniowy mróz gdzie podczas obiadu gorąca zupa w menażce w jednej chwili stawała się natychmiast zimna, zanim dotarła do ust.

Niekiedy w tygodniu raz lub rzadko dwa razy a niekiedy nawet codziennie był wymarsz całą kompania na poligon znajdujący się w odległości 7 km od jednostki (marsz w jedną stronę zajmował nam blisko 2 godziny). Początkowo przebywaliśmy na poligonie 2-3 godziny ale po przysiędze już od rana do wieczora (w godzinach 8-18).
Na poligonie były ćwiczenia typu pełzanie, czołganie czy bieganie w półmetrowych zaspach.
Większość oficerskiej kadry (i pewnie jakiś pewnie studiach) to ludzie raczej – delikatnie mówiąc – mało „kulturalni”, krzyczeli bez powodu, przeklinali i być może byli – tak mi się wydawało – pod wpływem alkoholu lub innych podobnych środków. Najważniejsze żeby nie rzucać się im w oczy, nie podpaść przełożonym, unikać bezpośredniości, ponieważ jak się do kogoś przyczepią to niedobrze już jest z nim nawet do końca służby. Potrafili się na kimś dosłownie wyżywać a nawet znęcać. Widać że sprawiało im to przyjemność. Niejeden powie, ze tak było prawie od zawsze w wojsku, ale zwróćcie uwagę, że my wszyscy byliśmy po studiach.

W czasie wolnym są dyżury (po 5 osób) na sprzątanie tzw. rejonów czyli miejsc wyznaczonych dla każdego plutonu (my mieliśmy korytarz w piwnicy, klatkę schodową i trochę placu na zewnątrz budynku). Muszę dodać że z tym porządkiem szczególnie u nas w pokoju to był istny cyrk, wszystko musi być ułożone według linijki, odpowiednio i równo co do centymetra (piżama, ręczniki, przybory toaletowe, czapki, koc na łóżku itp.)
Pierwsza dwudniowa przepustka wyjścia na zewnątrz jednostki była dopiero po przysiędze czyli po ponad miesiącu.

Przez cały półroczny ten okres zaliczyłem kilka tzw. całodobowych dyżurów wartowniczych. Była to ciężka doba, ponieważ polegała ona pełnieniu służby na dworze przy bramie na zmianę (było nas zawsze dwóch na dyżurze) na stojąco przez okrągłe 24 godziny (od godz.19 wieczorem) odliczając 3,5 godzinny czas na sen. Podczas dyżuru trzeba przedstawiać lub meldować przełożonym i starszym wchodzącym przez bramę na teren jednostki oraz wykonywania niektórych prac porządkowych.

zzzzzzz001 (2)

Pamiętam jak pod koniec służby namawiano mnie do pójścia do służby zawodowej w wojsku lub do milicji. Byłem chyba prawie od dziecka przeciwny temu narzuconemu siłą przez radzieckie czołgi ówczesnemu systemowi PRL-u (czytaj komunie), grzecznie odmówiłem. Indoktrynacja polityczna w moim przypadku przynosiła wręcz odwrotny skutek. Takie były czasy.

Ponieważ były – jak już wspomniałem duże mrozy – cześć z nas chorowała. Szczególnie wyjścia na stołówkę oddalona o 100 metrów początkowo bez kurtek powodowały u mniej zahartowanych przeziębienia. Ja nie byłem u lekarza, ale ci co byli opowiadali, że wszystkich, kto miał kaszel lekarz przepisywał krople do nosa, a kto miał jeszcze dodatkowo gorączkę – polopirynę i muliwitaminę. Tak leczyło się wszystkich niezależnie od stopnia przeziębienia.

(wspomnienia na podstawie listów – kapral podchorąży z I plutonu I kompani Tadeusz Czernik – pobór 5 styczeń 1987r.)

Zobacz także: Pielgrzymka rowerowa po Warmii, Mazurach i Podlasiu

Posted in Wspomnienia | 5 Comments »

Kiedy Bóg odwrócił wzrok

Posted by tadeo w dniu 31 Marzec 2013

„Mniej więcej w połowie drogi zobaczyłem w oddali kobietę leżącą na ławce, a obok niej dwóch małych chłopców,
wyglądających, jakby się nią bawili. Kiedy mijaliśmy ich, nagle uświadomiłem sobie, że kobieta nie żyje.
Z przerażeniem zobaczyłem, jak chłopcy sypią jej piasek do ust, dłubią w oczach patykami i śmieją się.
Obok przechodzili ludzie , nie zwracając uwagi. Mama zacisnęła mocniej rękę na mojej dłoni i przyspieszyła.
Po raz drugi w ciągu dwóch dni ogarnęło mnie poczucie winy, tym razem nie z powodu tego,co zrobiłem, ale z powodu besilności wobec panującej wszędzie dodkoła nędzy i obojętności.
– Mamo, czy nie powinniśmy czego zrobić? – zapytałem, czując, że mnie mdli.
– Synku, jesli wywołam zamieszanie, interweniując w sprawie miejscowych dzieci, zjawi się NKWD i koniec z nami.
Bardzo chciałabym coś z tym zrobić, ale nie wolno ryzykować naszej wolności.”

„Gdy pociągi zatrzymywały się w pustkowiach Kazachstanu czy Uzbeskistanu, niektórzy, szczególnie kobiety i dziewczęta, powodowani wstydliwością, wczołgiwali się pod wagony, by załatwić się zasłonięci kołami. Mama nigdy nie pozwalała nam na to ze względu na bezpieczeństwo. Pociąg ruszał zazwyczaj bez ostrzeżenia i niejedna osoba zginęła, zmiażdżona na śmierć.
Inni z kolei, którym wstydliwość kazała odejść na bok za potrzebą, zostali, nie mogąc dogonić odjeżdżającego niespodziewanie pociągu.
Wiele dzieci i matek rozdzieliło się w ten sposób na zawsze. Mówiono, że sowieccy maszyniści ruszają, nie dając sygnału, właśnie dlatego, by jeszcze bardziej pogorszyć niedolę podróżnych.”  Są to fragmenty wspomnień Wiesława Adamczyka – „Kiedy Bóg odwrócił wzrok”

Cz.1 – 

Cz.2 – 

Cz.3 – 

Opowieść o wojennym dzieciństwie Wiesława Adamczyka spędzonym na Syberii i naznaczonym sowieckim barbarzyństwem.

Kiedy Bóg odwrócił wzrok. Odyseja wojenna, wygnanie i wybawienie - Wiesław Adamczyk

http://zeslaniec.pl/46/Regal_z_ksiazkami.pdf

Gdy był małym chłopcem wiosną 1940 roku wraz z całą rodziną deportowano go z polskichKresów na pograniczne Syberii i Kazachstanu w ZSRR. Był to początek dziesięcioletniej odysei Wiesława Adamczyka, którą opisuje w książce Kiedy Bóg odwrócił wzrok. Książka ukaże się na początku kwietnia.

„W opracowaniach dotyczących II wojny światowej często przemilcza się cichą, acz brutalną kampanię Związku Sowieckiego wymierzoną przeciwko obywatelom polskim, kampanię, która – jak już obecnie to wiemy – skutkowała zbrodniami wojennymi, do odpowiedzialności za które radziecki, a potem rosyjski rząd przyznał się dopiero niedawno. Ten epizod historii europejskiej, skryty w cieniu Holokaustu, jest często pomijany. Wiesław Adamczyk w swoich wspomnieniach udziela głosu setkom tysięcy ofiar sowieckiego barbarzyństwa” – pisze w przedmowie do książki Adamczyka Norman Davies.

Wiesław Adamczyk był małym chłopcem, kiedy w maju 1940 roku razem z matką i rodzeństwem deportowano go z Polski na pogranicze Syberii i Kazachstanu. Jego ojciec, oficer Wojska Polskiego, został wzięty do niewoli przez Armię Czerwoną i zginął w Katyniu. Deportacja w 1940 roku stanowiła początek dziesięcioletniej odysei, podczas której rodzina Adamczyków, trapiona głodem i chorobami, doświadczyła życia w skrajnej nędzy i ciągłym zagrożeniu.

Nadzieję na odmianę ich losu przyniósł układ Sikorski-Majski z 30 lipca 1941 roku, który miał otworzyć nowy rozdział w stosunkach pomiędzy polskim rządem w Wielkiej Brytanii a Związkiem Sowieckim – konflikt datujący się od 17 września 1939 roku miała zastąpić sojusznicza współpraca w walce z Niemcami. W sierpniu 1941 roku ogłoszono „amnestię” dla Polaków uwięzionych w łagrach i tysięcy ludzi zesłanych w głąb ZSRR po 1940 roku, wegetujących na granicy śmierci głodowej m.in. na Syberii i w Kazachstanie.

Wiosną 1942 roku Adamczykowie dowiedzieli się, że formująca się w ZSRR armia gen. Andersa przenosi się na Bliski Wschód. Dla deportowanych oznaczało to możliwość wydostania się ze Związku Sowieckiego. Matka Adamczyka z dwójką dzieci podjęła samodzielną podróż przez cztery tysiące kilometrów do Krasnowodzka nad Morzem Kaspijskim, gdzie udało im się dostać na statek do Pahlevi w Iranie. Morderczą podróż matka autora książki przypłaciła życiem – zmarła w Iranie z wycieńczenia. Adamczyk i jego siostra zdołali przetrwać.

Adamczyk powitał wolność jako jedna z 20 tys. polskich sierot, które przeżyły syberyjskie zesłanie. Los tych dzieci nękanych chorobami, pozbawionych opieki i dostępu do edukacji znalazł się wtedy w rękach polskiego rządu na uchodźstwie i jego zachodnich sojuszników. Dzięki współpracy kilku rządów i tysięcy ludzi w wielu krajach polskie dzieci i ich opiekunowie znaleźli się w bezpiecznych miejscach w różnych krajach świata. Największe ośrodki dla polskich dzieci powstały w Nowej Zelandii, Meksyku, RPA, Indiach i Iranie, gdzie doczekać miały końca wojny. Większość dzieci pozostała na obczyźnie. Wiesław Adamczyk trafił do Wielkiej Brytanii, a stamtąd do USA, gdzie osiadł na stałe.

Książka Kiedy Bóg odwrócił wzrok ukaże się na początku kwietnia nakładem wydawnictwa Rebis.

„Znam wiele opisów syberyjskiej odysei oraz innych zapomnianych wojennych dziejów. Żaden jednak nie jest bardziej pouczający, wzruszający i piękniej napisany niż Kiedy Bóg odwrócił wzrok ” – z Przedmowy Normana Daviesa.

Kiedy Bóg odwrócił wzrok.pdf

http://pretremarc.wordpress.com/2012/03/27/kiedy-bog-odwrocil-wzrok/

Posted in Książki (e-book), Polacy na Syberii, POLECAM, Polskie Kresy, Wspomnienia | 2 Comments »

Mój pradziad, Melchior Wańkowicz

Posted by tadeo w dniu 27 Marzec 2013

APC - 2013.03.27 15.26 - 001.3d

Prawnuk Melchiora Wańkowicza, 24-letni Dawid Walendowicz, snuje opowieść i jednocześnie słucha opowieści o swoim pradziadku, losach rodziny Wańkowicza, tak bardzo splecionych z historią Polski. Z dworu w Kalużycach pozostały tylko fragmenty fundamentów, ledwie wystające spod wybujałej trawy. Tuż obok, na polu, rolnicy wyorują czasem z ziemi ułomki ozdobnych kafli, skorupy, kawałki gipsowych sztukaterii. Trwalszy okazał się papier. W miejscowym archiwum zachowały się stare księgi metrykalne i barwne tablice genealogiczne rodu. Oglądają je wspólnie Jur Wańkowicz – bratanek, oraz Dawid Walendowski, prawnuk wielkiego pisarza. Młody człowiek po uzyskaniu dyplomu opuścił Stany Zjednoczone i przyleciał do Warszawy. Mieszka tu i pracuje w przedstawicielstwie holenderskiego banku. Chce poznać znany dotąd tylko z opowieści kraj przodków, ruszyć tropami sławnego pradziadka. By dotrzeć do krainy „szczenięcych lat” Melchiora musi, wraz z przewodnikiem, Jurem, odwiedzić Białoruś. Na jej terytorium leżą dziś Kalużyce. Pięknego dworu, pełnego książek, obrazów, dzieł sztuki i starej porcelany od dawna już nie ma. Na zapuszczonym, porośniętym lasem cmentarzysku pozostały szczątki nagrobnych pomników. Tylko najstarsi mieszkańcy wsi pamiętają jeszcze rodzinę Wańkowiczów. Bogate pamiątki z lat wojny i emigracji przechowują w Ameryce wnuczki pisarza, Ewa Erdman-Lazarewicz i Anna Erdman. Wańkowicz ciężko znosił wychodźstwo. Jego decyzja o powrocie do kraju, w 1958 roku, nie spodobała się wielu przedstawicielom Polonii. Jeszcze gorzej przyjęto kontakty przybysza z ludźmi ówczesnej władzy. Pisarz nie przejmował się zarzutami. Chciał, by jego książki docierały w jak największych nakładach do polskich czytelników. Nawet kosztem „flirtu” z reżimem i cenzuralnych ingerencji. W warszawskim mieszkaniu literata bywało tłoczno. Melchior poił gości mocnymi nalewkami i szokował równie mocnymi wypowiedziami. Często zwracał się bezpośrednio do nie znanych, ślęczących gdzieś przy magnetofonach funkcjonariuszy podsłuchujących rozmowy w domu „obiektu”. Naprawdę ważne i poufne kwestie omawiał w bezpiecznym miejscu, na balkonie. Wbrew opinii „nieprzejednanych” nie dał się obłaskawić ludowej władzy. Skazany w politycznym procesie na półtoraroczne więzienie uparcie odmawiał prośby o ułaskawienie. Mimo namów Moczara nie chciał też przedstawić sądowi zaświadczeń lekarskich zawieszających „odsiadkę”. A wsadzić Wańkowicza do celi partia nie śmiała. Zwlekała z wykonaniem wyroku przez parę lat, aż do amnestii. Obok reporterskich relacji z podróży prawnuka pisarza oraz wspomnień bratanka, wnuczek i sekretarki Wańkowicza, Aleksandry Ziółkowskiej, tworzywem dokumentalnego filmu są archiwalne materiały TVP, zdjęcia i fragmenty dzieł bohatera: „Szczenięcych lat”, „Ziela na kraterze”, „Tędy i owędy”, „Monte Cassino”, „Przez cztery klimaty” oraz „Nowe pędy”.

http://gloria.tv/?media=420499

Posted in Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polskie Kresy, SYLWETKI, Wspomnienia | Leave a Comment »