WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Uncategorized’ Category

UKRYTA PRAWDA O ZABÓJSTWIE KS. POPIEŁUSZKI

Posted by tadeo w dniu 20 października 2018

Ks.Popiełuszko był przez tydzień bestialsko torturowany w bunkrze przez funkcjonariuszy WSW!

Już w listopadzie 1984 r. polski anatomopatolog odkrył, że ksiądz Jerzy Popiełuszko był przez kilka dni bestialsko katowany. Tropy odkryte po roku 1990 prowadzą do nieużywanego bunkra wojskowego w Kazuniu, trzech oficerów WSW i grupy ich wspólników z warszawskiej SB.

„Tak zmasakrowanego ciała nie widziałem nigdy w życiu” – te słowa wypowiedział 2 listopada 1984 r. profesor Edmund Chróścielewski do Józefa Popiełuszki – brata księdza Jerzego. Chróścielewski – światowej sławy anatomopatolog – na prośbę Episkopatu przyjechał do Białegostoku, aby wziąć udział w oględzinach zwłok. Profesor nie został przesłuchany przed sądem w Toruniu, który wydawał wyrok na trzech esbeków oskarżonych o zabójstwo księdza. To o tyle zaskakujące, że był ważnym świadkiem w sprawie i mógłby podzielić się swoimi spostrzeżeniami popartymi fachową wiedzą. Chróścielewski (zmarł w 1998 r.) nie zdążył złożyć zeznań w śledztwie prokuratora Andrzeja Witkowskiego. O tym, co zobaczył wówczas w prosektorium w Białymstoku, opowiedział rodzinie Popiełuszków, która doskonale to zapamiętała. I wtedy zaczęły się jej wątpliwości co do tego, czy oficjalna wersja zbrodni była taka, jak przedstawiały ją władze.

Ślady tortur
Co takiego wstrząsającego zauważył profesor Chróścielewski (Jaruzelski wyrażał się o nim z pogardą „ten katolik”)? Na zdjęciach z sekcji widać zwłoki księdza potwornie zmasakrowane: liczne uszkodzenia szczęki, wyłupane oko (!), twarz tak zniszczona, że zatarły się jej rysy, nie do poznania. To dlatego rodzina kapłana i jego najbliżsi przyjaciele nabrali wątpliwości, czy to zwłoki księdza. Jacek Lipiński – hutnik z Warszawy, a prywatnie drugi kierowca Popiełuszki – zdobył dokumentację stomatologiczną. W prosektorium podważono szczękę kapłana i wtedy, po analizie zębów, zidentyfikowano go ponad wszelką wątpliwość. Gdy Lipiński rozszerzył rzędy zębów, oczom wszystkich świadków ukazała się… jama ustna pozbawiona języka. Wyglądało to tak, jakby ktoś wyrwał język księdza. Profesor Chróścielewski patrzył na to okiem fachowca i zwrócił uwagę na kilka istotnych szczegółów. Po pierwsze: liczne rany były w różnym stadium zabliźnienia, co oznaczało, że jedne zadano nawet kilka dni wcześniej przed innymi. To wskazywało, że ksiądz Jerzy był torturowany przez kilka dni. Profesor doszedł również do wniosku, że kapłan był martwy, gdy wrzucono go do wody (z relacji Grzegorza Piotrowskiego wynikało, że esbecy wyrzucili ciało księdza, gdy był ciężko pobity, ale żywy). Dla biegłego sądowego jest to proste do ustalenia m.in. po wyglądzie płuc. Gdy wrzucany jest do wody człowiek żywy, jego płuca oddychają, przez co nabierają wody. Gdy wrzucane są zwłoki, płuca już nie pracują i nie nabierają wody. Wszystkie te (i inne) spostrzeżenia doprowadziły Chróścielewskiego do wniosku, że „kapelan Solidarności” był przed swoją śmiercią brutalnie torturowany przez wiele godzin. Dowody, że tak było naprawdę, zgromadził wiele lat później prokurator Andrzej Witkowski.

Tajemnica różańca
W październiku 1984 r., gdy milicjanci i funkcjonariusze służb specjalnych szukali zaginionego księdza, kapitan Romuald S. z kontrwywiadu WSW w Toruniu znalazł jego różaniec. Przyjaciele zamordowanego kapłana potwierdzili, że różaniec należał do niego. Różaniec leżał obok mostu na Wiśle w Toruniu. Jak wykazało śledztwo prokuratora Witkowskiego, to tam przewieziono księdza Jerzego uprowadzonego w Górsku. Tam właśnie, w zaroślach pod mostem, ksiądz został pobity i przekazany innej grupie oprawców. Co działo się z nim dalej? W śledztwie zachowały się dwie ciekawe relacje. Jedną z nich złożyła kobieta, która w październiku 1984 r. leżała w szpitalu we Włocławku i zapamiętała, jak na dzień czy dwa przywieziono tam księdza Jerzego (rozpoznała go po wyrazie twarzy). Znajoma warszawska pielęgniarka opowiedziała prokuratorowi, że dwa lub trzy dni po uprowadzeniu księdza zjawił się u niej w domu milicjant i zapytał, jakich leków używa kapłan. Wszystko to wskazuje na to, że ksiądz żył jeszcze parę dni po uprowadzeniu.
Ale jest jeszcze jeden, bardzo ważny trop. To relacje sześciu funkcjonariuszy Wojskowej Służby Wewnętrznej, którzy w 1984 r. zajmowali się sprawą księdza. I to oni śledzili go po tym, jak wyjechał z Bydgoszczy. W 1990 r. dotarł do nich prokurator Andrzej Witkowski. Jeden z oficerów WSW zeznał, że ksiądz został pobity w Toruniu, w pobliżu mostu, a potem zabrany samochodem do bunkra amunicyjnego w Kazuniu. Tam aż do 25 października był bestialsko torturowany przez funkcjonariuszy WSW pod opieką KGB. Świadek, który to zeznał, podał nawet nazwiska trzech oficerów, którzy mieli torturować kapłana. To pułkownik, kapitan i major. Wszyscy żyją do dziś w Warszawie. Pobierają wysokie emerytury. Nigdy nie odpowiedzieli za tę makabryczną zbrodnię.
Wersję o Kazuniu potwierdza jeszcze jeden szczegół. Mówił o nim już w latach 80. Krzysztof Wyszkowski. Chodzi o kamienie przywiązane do nóg kapłana. Analiza geologiczna wykazała, że kamienie te mają rzadki skład minerałów, jaki spotyka się właśnie w okolicach Kazunia. To była kolejna, niezależna poszlaka prowadząca do wniosku, że właśnie w Kazuniu przebywał uprowadzony ksiądz.

Relacja jednego świadka
Jest jeszcze jeden świadek, który potwierdza tę wersję. To emerytowany oficer warszawskiej Służby Bezpieczeństwa (będę go nazywał Y). W październiku 1984 r., kiedy pracował w warszawskiej SB, wezwał go jego przełożony – pan W. (żyje do dziś i wiedzie życie szanowanego emeryta) i powiedział mu o zadaniu specjalnym, które zlecił mu osobiście sam generał Kiszczak. Pan W. miał znaleźć ludzi, którzy będą codziennie zawozić prowiant do starego bunkra w Kazuniu, gdzie ekipa WSW wykonywała „zadanie specjalne”. Dostali na ten cel nawet specjalny resortowy samochód – poloneza. Y nie pytał, bo nie miał w zwyczaju w takich sytuacjach zadawać zbędnych pytań, tym bardziej, że czasy były niespokojne, a w resorcie z podejrzeniem patrzono na tych, co zadawali pytania. W każdym razie od 20 października Y i jego koledzy – podwładni pana B. – kursowali regularnie między Warszawą a Kazuniem koło Modlina i wozili jedzenie. Y zapamiętał swój pierwszy wyjazd do Kazunia. „Na miejsce trafiliśmy bezbłędnie, ale dojechaliśmy tylko do szlabanu blokującego bezpośredni dojazd do bunkra. Dalej prowadziła droga szutrowa, po której nie wolno nam było jechać. Przy szlabanie czekał na nas człowiek mówiący z silnym rosyjskim akcentem. Człowiek ten odebrał od nas prowiant, a potem w wulgarnych słowach kazał nam odjeżdżać”. Pojechali i nie zadawali więcej pytań. Opisywany tutaj Y. był w Kazuniu kilka razy – 2, może 3. Później przyszło polecenie, żeby zaprzestać wyjazdów do Kazunia z aprowizacją. Więc Y i jego koledzy przestali jeździć. Kilka lat po transformacji ustrojowej, gdy większość oficerów SB była już na emeryturach, pan Y i pan W. spotkali się w gronie dawnych kolegów z SB. Wypili morze wódki i wtedy pan W. niechcący wrócił do tamtej historii. Opowiedział mojemu rozmówcy, że „zadanie specjalne” z 1984 r. miało dlatego tak ogromne znaczenie, bo w Kazuniu był „jakiś ksiądz związany z opozycją”, wobec którego prowadzono „działania specjalne”. Mój Y oczywiście nie pytał, bo nie miał w zwyczaju pytać, ale odpowiedź była oczywista. W październiku 1984 r. zaginął tylko jeden ksiądz katolicki, który nazywał się Jerzy Popiełuszko (wcześniej nosił imię Alfons).
Nasz Y sam o sobie mówi, że nie był grzecznym chłopcem. „Wiesz, że nie byłem aniołkiem” – mówił mi. – „Czasem trzeba było jakiegoś opozycjonistę obić, czasem dać w ryja jakiemuś gówniarzowi, czasem kogoś wywózką do lasu postraszyć, a czasem jakiegoś księdza zgnoić”. Nie był „aniołkiem” przez całe lata 80., a gdy wiatr historii wyrzucił na śmietnik Służbę Bezpieczeństwa, popracował jeszcze parę lat w policji, jak wielu jego kumpli z SB. Od wielu lat jest na emeryturze. W tym czasie uspokoił się, nikomu już nie obija mordy, politykę ma w d…, a jedyną rzeczą, której pragnie, jest święty spokój. Opisana tutaj relacja Y nie była nigdy spisana w żadnym protokole, a on sam nigdy nie został przesłuchany w związku z tą sprawą. Relacja wydaje się jednak wiarygodna. Po pierwsze dlatego, że Y zapamiętał wiele szczegółów potwierdzonych niezależnie w śledztwie prokuratora Andrzeja Witkowskiego. Po drugie: Y to człowiek z natury nieskory do konfabulacji i przeinaczeń.

warszawskagazeta.pl/…/140-bunkier-opr…

http://telewizjarepublika.pl/wideo/w-punkt-r-gromadzki-ks-stanislaw-malkowski-ukryta-prawda-o-zabojstwie-ks-popieluszki,16065.html

 

 

Reklamy

Posted in Religia, Uncategorized | Otagowane: | Leave a Comment »

Z dziejów obszaru gminy Zalesie

Posted by tadeo w dniu 8 Maj 2018

ZALAPC - 2018.05.08 18.36 - 001.3d

Z dziejów obszaru gminy Zalesia.pdf

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Uncategorized | Leave a Comment »

Wschód i Zachód a Polska – prof. Tadeusz Zieliński (1935)

Posted by tadeo w dniu 28 kwietnia 2018

APC - 2018.04.28 12.58 - 001.3d

http://www.pbc.biaman.pl/dlibra/docmetadata?id=32524&dirds=21&tab=

Posted in Historia, Książki (e-book), Polskie Kresy, Uncategorized | Leave a Comment »

Dzieje Parafii Horbów

Posted by tadeo w dniu 22 kwietnia 2018

Horbów APC - 2018.04.22 14.21 - 001.3d

http://gminazalesie.pl/horbow/images/banners/Dzieje%20Parafii%20Horbw_Romualda_Elbieta_Krzeska.pdf

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Uncategorized | Leave a Comment »

Franciszek – zapomniany Papież

Posted by tadeo w dniu 30 marca 2018

Zapytano kiedyś naszego umiłowanego świętego Jana Pawła II o najważniejsze zdanie z Pisma Świętego, odpowiedział- ,, poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8:31, 32).
13 marca minęło  5 lat pontyfikatu papieża Franciszka. Dla wielu najważniejszym i najbardziej pocieszającym zdaniem  tego Papieża było to z wywiadu dla TV meksykańskiej  że jego pontyfikat będzie trwał 4, 5 lat.
Dodał że może się mylić…..
————
Historia Kościoła, papiestwa, jest pełna chwały, zawirowań, były i są wpisane w tę historię bunty, upadki i powroty.
W ostatnich dziesięcioleciach bardzo chętnie i dużo w naszym  Kościele jest przywołań z nauk św. Jana Pawła II, sporo z Benedykta XVI.  Od pięciu  lat, początku pontyfikatu Franciszka, poza modlitwą Eucharystyczną, intencjami modlitewnymi na dany miesiąc nie słychać za bardzo przywoływań do nauczania aktualnego Papieża.
Zastawiające z tego powodu, na ile Kościół jest powszechny a na ile Polski ?

Franciszek zgorszył niektórych na początek pontyfikatu mówiąc do wszystkich- dzień dobry ! Zamieszkał  w skromnym Domu św. Marty, jeździ małym kompaktowym samochodem. Daje świadectwo że nie jest wyznawcą marki porsche , nie jest wyznawcą  papiestwa, jest wyznawcą  Jezusa Chrystusa. Taka postawa Jezuitów ( bo do tego Zgromadzenia należy obecny Papież) -świadczyć sobą, sprawdziła się i dała nowe życie Kościołowi na Soborze Trydenckim w początkach działalności Towarzystwa Jezusowego .

Gdyby zadać sobie trochę trudu, wejść w historię reformacji Lutra , zobaczyć co robili wtedy Jezuici, łatwiej by było zrozumieć  postawę i działanie Franciszka.
To działania ojców Jezuitów, świadectwo życia,  powstrzymały reformację Lutra.
Niemcy w 90 % były zreformowane przez Lutra. Podobne proporcje były w Austrii.To Jezuita św. Piotr Faber SJ i jego współbracia Jezuici, szli  pokornie od miasta do miasta niemieckiego, rozmawiali z biskupem i jego kapłanami, zakładali uczelnie i konwenty jezuickie . Najzacieklejsi  przeciwnicy stawali się ich przyjaciółmi, wstępowali  do Towarzystwa Jezusowego. Następcą, kontynuatorem misji kontreformacji św. Piotra Fabera SJ  został przyjęty przez niego do Zgromadzenia, z pochodzenia Holender, św. Piotr Kanizy SJ ( przyjął do Towarzystwa Jezusowego naszego św. Stasia Kostkę) To Piotr Kanizy stworzył  pierwszy Katechizm Kościoła Katolickiego odpowiadając na szereg podobnych publikacji Luteran śmiało korzystających z wynalezienia druku.
Dzięki podobnemu usposobieniu,  duszy- anioła, jak jego poprzednik św. Piotr Faber przeciągnął z  powrotem do Świętego Kościoła Katolickiego rzesze Niemców.
Jezuitom towarzyszyła jedność, brak jedności w obozie Lutra powodowała powroty do Świętego Kościoła Katolickiego.
Dzisiaj Niemcy liczą tylko 27 %  Luteran różnych denominacji. Austria jest w 70 % katolicka.
Dlatego Papież- Jezuita  jak najbardziej ma historyczny mandat, wie co robi, do czego zmierza  dialogujac z Protestantami. Tymi osobistymi relacjami, spotkaniami może przywrócić jedność Kościoła. Pamiętajmy że Franciszek NIGDY nie odżegnał się od prymatu Piotra, nie obiecał jedności bez prymatu Biskupa Rzymu.
Ci co ,, rzucają kamieniami,, w stronę innowierców , czy w ten sposób zjednają do powrotu pod prymat Biskupa Rzymu  kogokolwiek ?

Śmiejemy się że Żydzi doszli do absurdu z 613 przykazaniami zapominając że odpowiednikiem w naszej religii jest  1752 kanonów Prawa Kanonicznego.
Pomimo tej ilości ,,przykazań,, mówi się nam że jest  problem z interpretacją Encykliki  Amoris Laetitia.
Przyzwyczajeni do starego, słyszymy petycje  do Papieża o taki ,,taksometr,, ,, do tej Encykliki a wydaje się że wystarczy aby kapłan był święty i współpracujący z Bożą łaską. Taki da sobie radę bez ,,taksometru,, nie wyrządzi szkody duchowej sobie, Kościołowi i osobom powierzonym jego pieczy duchowej.
Od ponad 30 lat z Medziugorje płyną nawoływania do modlitwy o świętość kapłanów.
Wielu świeckich podjęło to wezwanie. Pasterze wielu Diecezji cenią te inicjatywy, powołują  kapłanów którzy opiekuje się tymi oddolnymi ruchami modlitewnymi.
Warto spojrzeć skąd bierze się ,,radykalizm,, Franciszka. Swoje źródło ma w duchowości Ignacjańskiej. Franciszek jak każdy Jezuita zakotwiczony jest w tej duchowości.
Dewiza Jezuitów Ad maiorem Dei gloriam (skrót AMDG) –znaczy „na większą chwałę Bożą”. Jest to
hasło programowe powiązane ze stałą formacją- Ćwiczeniami Duchownymi
sformułowanymi przez ojca założyciela św. Ignacego Loyola.
„Człowiek po to jest stworzony, aby Boga, Pana naszego, chwalił, czcił i jemu służył, a przez to zbawił duszę swoją. Inne zaś rzeczy na obliczu ziemi są stworzone dla człowieka i aby mu pomagały do osiągnięcia celu, dla którego jest on stworzony. Z tego wynika, że człowiek ma korzystać z nich w całej tej mierze, w jakiej mu one pomagają do jego celu, a znów w całej tej mierze winien się od nich uwalniać, w jakiej mu są przeszkodą do tegoż celu. I dlatego trzeba nam stać się ludźmi obojętnymi (nie robiącymi różnicy) w stosunku do wszystkich rzeczy stworzonych, w tym wszystkim, co podlega wolności naszej woli, a nie jest jej zakazane (lub nakazane), tak byśmy z naszej strony nie pragnęli więcej zdrowia niż choroby, bogactwa (więcej) niż ubóstwa, zaszczytów (więcej) niż wzgardy, życia długiego (więcej) niż krótkiego, i podobnie we wszystkich innych rzeczach. Natomiast trzeba pragnąć i wybierać jedynie to, co nam więcej pomaga do celu, dla którego jesteśmy stworzeni” (CD 23).

Ćwiczenia  Duchowne to trudna, rozłożona na lata,  dynamiczna, często bardzo bolesna dla własnego ego droga.  Opiera się ona  na ascezie jezuickiej,radykalnym nawróceniu, wyzbywaniu się nieuprządkowanych przywiązań i współpracy z Bogiem.
Tego czego ludzie szukają dzisiaj w religiach, duchowościach wschodu, wszystko mogą znaleźć  w duchowości ignacjańskiej . Z tym że zamiast nirwany –  ,, rozpłynięcia się w  nicości,,  w duchowości ignacjańskiej mogą osiągnąć stan zjednoczenia z Żyjącym, Miłosiernym, Jedynym Bogiem.
Modlitwa końcowa Ćwiczeń Duchownych według św. Ignacego pięknie to ilustruje.
Zabierz Panie i przyjmij
całą wolność moją,
pamięć moją i rozum,
i wolę mą całą.
Wszystko, co mam i posiadam.
Ty mi to wszystko dałeś,
Tobie to, Panie, oddaję.
Twoje jest wszystko,
rozporządzaj tym w pełni
wedle swej woli.
Daj mi jedynie miłość Twą i łaskę,
a to mi wystarczy.
Amen.
św. Ignacy Loyola,
Ćwiczenia Duchowe, 234

U Franciszka widać miłość i łaskę. Przed każdą medytacją  ignacjańską  wybranym fragmentem z Pisma Świętego zawsze występuje modlitwa przygotowawcza którą można pokrótce  ztreścić ,, abym na wszystko co mnie otacza patrzył oczami Boga ,,
Dopuszczanie dyskusji na trudne tematy w Kościele, spotkania z ludźmi innych poglądów, religii, to jest ,, patrzenie oczyma Boga,,.
Bóg nikogo i niczego nie unika. Tak wiele dopuszcza, nie pozbawia wolnej woli, wolności.
Dzisiejszy bojkot Papieża Franciszka wynika ze strasznego zniewolenia lękiem.
Lęk przed spotkaniem, rozmową na trudne tematy. Lęk może doprowadzić do takiego nawarstwienia problemów że wszystko pęknie, rozleciał się nieodwołalnie. Stanięcie w prawdzie, nazwanie problemu, da podstawę do jego rozwiązania. Nakreśli kierunek.
Lęk wynika z braku uświęcania w rodzinie, pogańskiego widzenia religii i Boga, uwikłania w życie światowe.

Istanieje  opinia że na  rekolekcje ignacjańskie  idzie się  za karę, za duże występki.
Gdyby z tej duchowści zaczęli korzystać  lokalni  liderzy  wspólnot parafialnych wnieśli by nową jakość do swoich wspólnot. Wyzbyli by się lęku ,, co ludzie powiedzą,, i zaczęli by działać jak Bóg chce.
Przykładem mogą być rekolekcje  Jezuity ojca Józefa Augustyna SJ o Adoracji  jako źródle wyzwolenia z poczucia winy i poczucia krzywdy.  Na tych dwu instrumentach, poczuciu krzywdy i poczuciu winy potrafi szatan wspaniale grać. Zwłaszcza w Polsce od wieków przeżartej plagą alkoholową.
Z poczucia winy, krzywdy możemy mieć skrzywienie religijne. Staramy się, jak poganie, przekupić bóstwo. Papież Franciszek podczas jednej z homili opisał taką postawę – ” zamknięte drzwi do kościoła i klucz w kieszeni. Sam nie wchodzę i innym nie pozwalam wejść. Zasłaniam wejście swoim ciałem”
W Polsce, w wielu miejscach,  tam gdzie miały miejsce nadużycia w Kościele,  atakowane, odczłowieczane są ofiary a sprawcę jak czarownika broni się i wybiela. Sądzi się  że takim działaniem  zyska się przychylność  bóstwa i uniknie klątwy ,, czarownika ,,. Przebaczenia, przeprosiny kierowane są w pustkę. Odczłowieczone, pokrzywdzone osoby nie liczą się w tych układach, pozostają zepchnięte na margines. Z kim byłby, po której stronie stanąłby dzisiaj Jezus ?

Czym się różni pogaństwo od Chrześcijaństwa i jaka winna być nasza postawa  pięknie wyjaśnia książka ,, ABC Chrześcijaństwa ,, śp. o. Alfreda Cholewińskiego SJ Prymas Polski powiedział ostatnio że Kościół zmienia podejście od stanu dyskretności do stanu transparentności w sprawach nadużyć. Pracujący w tych obszarach  Jezuita, ojciec Żak, mówił wielokrotnie że organizacje i osoby broniące życia są odpowiedzialne również za pomoc pokrzywdzonym i walkę z nadużyciami w Kościele.
Gdyby osoby broniące życia wzięły jak to się mówi ,,całe dobrodziejstwo inwentarza,, to pewnie dawno mielibyśmy uchwaloną pełną ochronę życia nienarodzonych. Tak zajmując się tylko jednym fragmentem, obroną życia, pozostałe zostawiają  diabłu dają mu siłę i grzęźniemy  w miejscu.
Postawa Franciszka porządkującego te sprawy w Kościele ustrzegła i  ustrzeże  nie jednego od piekła.
Porządkuje  się i nasza Najjaśniejsza Rzeczpospolita Polska, towarzyszy temu wielki opór. Podobieństwo tych procesów ukazuje Biblia w historii Izraelitów. Izraelici stali się narodem WOLNYM kiedy przyjęli Prawo ( Dekalog) jako własne i Szabat czyli wolny dzień. Widać w Polsce jak jesteśmy jeszcze zniewoleni , jaki mamy ,, Egipt w głowach,, buntując się przeciw wolnej niedzieli i tworzeniu własnego systemu prawnego.
Nauczeni jesteśmy traktować Dekalog jako 10 zakazów taki ,,niewolniczy taryfikator,,. Do tego sprowadza się często nasza duchowość czy coś już jest grzechem czy jeszcze nie. Więcej pytań, refleksji nie mamy. Dekalog jest czymś więcej, jest najwyższym dobrem,  Prawem które jeżeli przez głowę wejdzie do serca da wolność myślenia,  wyborów. Zawsze będą to wybory dobre. Lepiej będzie się z nimi żyło.
Widzimy grzech i zniewolenie nazizmem u Niemców, bo myśmy go rzeczywiście ,,nie praktykowali,,ale zupełnie nie widzimy naszego zniewolenia komunizmem w który strukturowo byliśmy uwikłani. Nie wyrzekliśmy się demona komunizmu, wyparliśmy go, usprawiedliwając że gdzie indziej było gorzej, kto inny był gorszy. Demon rozmiękczał nas w tamtych czasach że u nas socjalizm nie komunizm. Można  być dobrym katolikiem i dobrym partyjniakiem.
Z takiego rozmiękczenia, lęku przed prawdą  stworzono  czarne legendy o Jezuitach.
Dalej powielana jest komunistyczna fałszywka o pochówku w letargu ks. Piotra Skargi którego proces beatyfikacyjny nabrał dużego tempa.
Tworzy się nowe legendy o kwestionowaniu istnienia szatana przez Generała Jezuitów, a Papieża wielu lekko nazywa heretykiem.
Jedząc ,, Papieski chleb,, życzy się mu śmierci. Tym bardziej bolesna rzecz że podobnie jak za czasów Lutra to zgorszenie nie wychodzi od świeckich.
Dlatego trzeba się mocno modlić o jedność z Biskupem Rzymu i świętość kapłanów.
Największy prezent kapłanowi można sprawić zakładając za niego modlitwę
,, Margaretkę,,.Potrzeba  chętnych 7 osób do tej modlitwy. Poniżej link jak to zrobić w praktyce
http://www.apostolatmargaretka.pl/utworz-margaretke/

Zmienia się świat, zmienia się Kościół. Kiedyś samobójców chowano na nie święconej ziemi, piętno takiej śmierci przechodziło na dzieci.
To się w Kościele zmieniło. Otwarty został nowy, prawdziwy front Bożego Miłosierdzia w praktyce dotyczący rodziny, związków.
W pierwszej mierze od świeckich zależy czy rodzina przetrwa.
Ufać trzeba wypowiedzi  św. Jana Pawła II ,, poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8:31, 32).

Sądecki Pielgrzym

http://sadeczanin.info/blogosfera/sadecki-pielgrzym

Posted in Uncategorized | Leave a Comment »

Lachowie i Lechici

Posted by tadeo w dniu 26 lutego 2018

Najwcześniejsza stosowana nazwa naszego kraju to Sclavinia(ziemia słowian) albo Wenden(ziemia winidów, czyli rzymskie określenie słowian).

Nazwa Polonia nie pochodzi od słowa pole, ponieważ w takim przypadku nasz kraj nazywał by się Opolonia czyli kraj nad polami. Nazwa Polognælub Polegnæ wywodzi się od słowa Lechia lub Legnæ, co wskazuje na to że podobnie jak w przypadku polskich Po-morzaPo-łabiaPo-Lesia także i tu zastosowano taki proces jako Po-Legna lub Po-Lachia  (od której wzięło się określenie Polachów, które potem przeszło w Polaków) czyli potomków Lecha/Lacha. Dlatego najbardziej prawidłowym i pierwotnym określeniem dla zjednoczonych plemion polskich była by Lechia lub Lachia.
Autor: Kristof Bonaparte

Powyższy tekst jest świetnym wstępem przed przeczytaniem książki Karola Potkańskiego z 1897 roku o pochodzeniu nazwy Polski, oraz prześledzenia określenia Lechia, Lęchy które pojawia się raz po raz na naszych stronach lub wielu innych. Autor jednak pomija powyższy zbieg lingwistyczny, a uważam że jest ważny w określeniu pochodzenia nazwy Polska. Jednak ja zapraszam do przeczytania książki o pochodzeniu naszej alternatywnej nazwy w serwisie POLONA.pl (kliknij w obrazek)

Kraków : Akademia Umiejętności, 1897 (Kraków : Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego). – Potkański, Karol (1861-1907)

 

[miniatura]

https://polona.pl/item/lachowie-i-lechici,MTA2MTU1NDE/6/#info:metadata

Posted in Historia, Książki (e-book), Uncategorized | Leave a Comment »

Miłość trwa wiecznie (2006)

Posted by tadeo w dniu 14 lutego 2018

Missie po śmierci Williego wraca z synem w rodzinne strony. Wprowadza się do rodziców i rozpoczyna pracę jako nauczycielka. Po wcześniejszych tragicznych wypadkach traci wiarę w siebie aż do czasu adopcji jednej z sierot, które przybyły do miasteczka w poszukiwaniu nowych rodzin. Pomimo, iż nie chciała jako samotna matka brać odpowiedzialność za jeszcze jedno dziecko decyduje się zaadoptować Maddie. Missie również zaczyna interesować się miejscowy szeryf Zach. Incydenty i różne sytuacje doprowadzają do tego, że Missie pomimo wielkiej straty znajduje drogę do szczęścia.

https://www.cda.pl/video/1945434e

https://gloria.tv/video/ze6evRQWQ1GS37kx8psTNNMZP

Posted in Filmy - Polecam, Filmy religijne, Uncategorized | Leave a Comment »

Fenomenalny polski jasnowidz

Posted by tadeo w dniu 3 września 2017

Znalezione obrazy dla zapytania Stefan Ossowiecki

Do mojej redakcji, w której pracowałem w Polsce, przychodził pan Jerzy Jacyna, fascynujący, kulturalny człowiek. Kiedyś mój przyjaciel, zastępca redaktora naczelnego, twórca głośnych książek “S-F”, popularyzator wiedzy, prezes Polskiego Towarzystwa Parapsychologicznego, Krzysztof Boruń, oznajmił mi, że udało mu się skłonić – nie bez pewnych oporów zresztą – pana Jacynę, żeby opublikował swoje wspomnienia o bliskim kuzynie, inżynierze Stefanie Ossowieckim, głośnym jasnowidzu w okresie istnienia Polski międzywojennej. “Ależ to będzie typowy samograj i podniesie nam nakład o kilkadziesiąt tysięcy, jeśli cenzura pozwoli” – piał z zachwytu. Cenzura jednak była “twarda” i nie pozwoliła. Ale ludzie i tak kserowali ostatnie strony naszego tygodnika, dzięki czemu znowu powróciła w glorii postać wyjątkowego człowieka, który tak dużo wiedział o przyszłości.

Każdego tygodnia, w piątek, pan Jacyna przynosił nam kolejny odcinek swej opowieści o sławnym w całej Europie kuzynie, dzięki czemu byliśmy pierwszymi odbiorcami i entuzjastami jego wspomnień o polskim jasnowidzu. Aż po półtora roku, w pewien pochmurny, późnojesienny piątek, pan Jacyna oznajmił nam z powagą i napięciem w głosie, że przyniósł już ostatni odcinek, gdyż teraz sporządza… testament!

Zaczęliśmy z niedowierzaniem gorąco zaprzeczać temu oświadczeniu, a on na to: Nie zmyślam nic, wiem wszystko od Stefka! Otóż kiedyś powiedział mi, że znajdę się w “smudze cienia”, kiedy zacznę spisywań wspomnienia o nim i radzi mi się przygotować, bo od chwili napisania ostatniego odcinka pozostanie mi jeszcze tylko tydzień życia”.

No i co powiecie? Okazało się, że w następny tydzień, na przejściu dla pieszych, pan Jacyna został potrącony przez ciężarówkę i umarł w karetce pogotowia w drodze do szpitala na Solcu.

I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?
Twierdzę, a mój sąd nie jest pozbawiony racjonalnego podejścia, że tzw. umiejętności i predyspozycje są w cywilizacji ludzkiej rozdawane nierównomiernie i ciągle “falują”. Raz można je znaleźć w danej epoce przydzielone prawie “na pęczki”, innym razem – mizerota, błoga intelektualna sytość i średnia pełzająca tuż przy ziemi; po poprzedniej epoce erupcji talentów ludzkich – posucha, pełny zastój i stagnacja umysłowa.

Taka też jest sytuacja w parapsychologii i jej zasadniczej części – prekognicji, czyli odczytywaniu przyszłości i niezwykle trafnymi i bardzo czytelnymi odniesieniami, które dopiero “rozumie” ludzkość, kiedy te wydarzenia spełnią się co do joty w bliższej czy dalszej przyszłości. Ludzie “jutra” zastanawiają się wówczas nad tym, skąd ci z “wczoraj” wiedzieli o tym, co dopiero miało się spełnić. Zwykle ten stan zwie się syndromem Juliusza Verne’a, jednego z wielkich twórców, wówczas kiedy je pisał – “powieści fantastycznych” – które wkrótce znajdowały swe odniesienia w realnym świecie przyszłości.

Kiedyś prof. Kazimierz Manczarski, znakomity psycholog polski, udzielając mi wywiadu, stwierdził, iż tylko 20 proc. badanych przez niego przypadków jasnowidzenia daje się klasyfikować jako prawdziwe jasnowidzenie, tzn. “proroctwo z przeszłości” potwierdzone w teraźniejszości, a na moje pytanie, czy fenomen jasnowidzenia istnieje, odpowiedział: “Tak, oczywiście, że istnieje! Na razie jednak nie daje się go sklasyfikować naukowo ani zmierzyć i zważyć empirycznie. Tu na nic zda się mędrca szkiełko i rozum, bowiem wkraczamy w nieznane rewiry ludzkich możliwości. I może raczej pomoże człowiekowi kabała, czy inny katalizator czytania jak z otwartej księgi przyszłości w dniu dzisiejszym”.

Czemu akurat ci, a nie inni mają niesamowite wręcz możliwości trafnego odczytywania nie tylko indywidualnych losów, ale też losów całych narodów, ba, nawet całej ludzkości? Czyżby było to czytanie z “czasów równoległych” lub ich “zapętlenia”? Czyżby dostatecznie jasne widzenie “niewidocznych” dla przeciętnego człowieka związków przyczynowo-skutkowych panujących w świecie, możliwość przeprowadzenia trafnej analizy wydarzeń. Może tak, a może jeszcze inaczej.

Jedno jest pewne. W czasach historycznych “przesileń”, gdy nadchodzi nowa jakościowo epoka, rewolucja naukowo-techniczna i powstają całkowicie różne od powszechnie obowiązujących trendy w kulturze, w obyczajach lub w życiu moralno-etycznym, nie mówiąc już o samej polityce, którą św. Augustyn nazwał wielką ladacznicą, rodzą się na owej “stycznej” obu epok – odchodzącej i przychodzącej – geniusze nauki, wynalazcy, mistrzowie pióra i pędzla, odkrywcy, słowem: ludzie niepowszedni. Rodzą się także ci, którzy “wiedzą wszystko”, prawidłowo odczytując odległą, a już przez to samo niejasną przyszłość. Jeden ze znakomitych pisarzy francuskich, Andre Gide, stwierdził krótko: “Przyszłości nie można zaplanować’’. No dobrze, a co sądzić trzeba o jej odczytaniu? Inaczej mówiąc: jak tu nie wierzyć Nostradamusowi, skoro tyle jego proroctw spełniło się dokładnie. Jak tu nie wierzyć w trafne odczytywanie przeznaczenia, skoro mamy i inne przykłady owej “siły ducha” potrafiącej przeniknąć zasłonę czasu i dostrzec to, co dopiero ma się wydarzyć

Do dzisiaj nie wiadomo,jak oni to robili
W poprzednich artykułach o Nostradamusie i Edgarze Cayce, dwóch uznanych jasnowidzach rozmaitych czasów, publikowanych w “Dzienniku Związkowym” stwierdziłem, że – doskonale zorientowani w swoich możliwościach parapsychologicznych, w diagnozowaniu chorób i stawianiu dość odległych hipotez naukowych, czy w przewidywaniu wydarzeń, które dopiero nastąpić miały – podnosili, że dysponują darem Bożym, który i dla nich nie jest dostatecznie jasny. Po prostu – mają go i pragną wykorzystać dla dobra ludzi, a nie dla własnych korzyści. Nieprzypadkowo mówiłem też powyżej o osobliwej wręcz zbieżności pojawienia się jasnowidzów z okresu przełomów epok. Teraz dodam, że istniała również zbieżność ich biografii. Sam zostałem tym faktem zadziwiony i – przypuszczam – że to samo spotka zapewne wielu moich czytelników.

W Europie niekwestionowanym ‘‘prorokiem i wieszczem” na przełomie wieku XIX i XX był nasz rodak, inżynier Stefan Ossowiecki. Urodził się on w 1887 roku, a został zamordowany przez hitlerowców w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego, prawdopodobnie 5 albo 6 sierpnia 1944 roku, jak powszechnie sądzi się, gdyż nie chciał zdradzić im tajemnicy zakończenia II wojny światowej (w tym celu został zaaresztowany przez gestapo pod koniec lutego tego roku i przetrzymywany w słynnej jego katowni przy Alei Róż w Warszawie).

Zaś Edgar Cayce, Amerykanin, o którym pisałem chyba w marcu ub. r. urodził się w 1887 roku, a zmarł w 1945 roku. Cóż za nieprawdopodobna zbieżność dat. Ale wzmacnia ją jeszcze wypowiedź Cayce’a odnotowana w jego sławnych “readings”, z której wynika jasno, iż wiedział wszystko o swoim polskim “konkurencie”, nazywając go nawet “duchowym bliźniakiem”. W każdym razie wiedział, że data ich śmierci pokryje się ze sobą wzajemnie: “Pana Ossowieckiego przeżyję o kilka miesięcy. Wkrótce po jego śmierci, okrutnej śmierci poniesionej z rąk gestapowskich siepaczy, bo będzie torturowany podczas śledztwa na Gestapo, o czym wie i z czym godzi się, i ja umrę, o stokroć lżej niż mój duchowy przyjaciel, w kilka miesięcy po nim”.

No bo i niby skąd miał wiedzieć, sławny i uznany, jasnowidz z Virginia Beach o swoim europejskim koledze? Pytanie pozostawiam bez odpowiedzi, gdyż po prostu nie mieści się ono w “racjonalnej głowie”. I to od czasów, kiedy ujrzałem akurat ten readings, jako nieopracowany jeszcze (zatem i nie skomentowany) “odczyt” ostatnich snów amerykańskiego ezoteryka z roku 1944 (okres czerwiec-lipiec), na krótko przed śmiercią Ossowieckiego. By zrozumieć sytuację: okupowana Polska odcięta była od wolnego świata kordonem wojsk niemieckich i hitlerowskiego Gestapo, który uszczelnił się jeszcze bardziej po wybuchu Powstania Warszawskiego. Żadna zatem informacja na temat losów jakiegoś tam inżyniera Stefana Ossowieckiego, a cóż dopiero mówić – na temat wielu tysięcy, ba, milionów obywateli polskich, nie mogła przedostać się na Zachód tak szybko, jak byśmy sobie tego życzyli. Tymczasem Cayce wiedział wcześniej.

Chyba zatem chodziło o inną formę przekazu niż przy pomocy fali radiowej, formę telepatyczną lub działającą na zasadach duchowej penetracji obszarów czasu przyszłego, czyli tego, co dopiero zdarzyć się musiało i odczytane zostało prekognicyjnie. Przez coś, co zapisane było w Księdze Przeznaczenia. Bez udziału umysłu, woli, pamięci czy doświadczenia.

W każdym razie wiedziałem już o tym w roku 1987, kiedy to w Instytucie Badań Parapsychologicznych im. Edgara Cayce jeden z oprowadzających mnie pracowników zagadnął, czy wiem cokolwiek o polskim jasnowidzu, inżynierze Ossowieckim. Wiedziałem akurat sporo, a wiedzę swoją czerpałem właśnie ze wspomnień pana Jacyny i z opublikowanej akurat książki Krzysztofa Borunia i Katarzyny Boruń-Jagodzińskiej: “Ossowiecki – zagadki jasnowidzenia”. Na takie dictum pokazano mi owe “readings” Cayce’a związane ze Stefanem Ossowieckim, a ja z kolei przekazałem telefon i adres Krzysztofa Borunia. Najprawdopodobniej nawiązano z nim kontakt, bo wspominał mi o tym przy naszym kolejnym spotkaniu, ale czy ten kontakt z Instytutem rozwinął się szerzej – po prostu nie wiem.

Tak czy inaczej, obaj uznani jasnowidze stosowali nieco inne metody “wglądu” w przeszłość i przyszłość. Edgar Cayce, o czym napisałem już w artykule poświęconym jemu, swe przepowiednie wygłaszał we śnie sonambulicznym i odpowiadał tylko na zadane mu pytania, będąc jakby mimowolnym obserwatorem postawionego przed nim problemu, co spowodowało, iż powszechnie nazywano go “śpiącym prorokiem”. Dodatkowo, nad czym prowadzone są obszerne badania, w zgoła inny sposób formułował swe sądy i prognozy niż jego codzienna ‘‘prosta” rozmowa na jawie (czemu się dziwić nie można, gdyż swoją edukację ukończył na poziomie szkoły średniej i nie mógł uzupełnić swojej wiedzy ogólnej – specjalistycznym językiem technicznym czy lekarskim, a jednak w ten sposób się wypowiadał, zadziwiając np. słownictwem sejsmologicznym czy symbolami chemicznymi). Pytany wielokrotnie o te czy inne dziedziny wiedzy ludzkiej, zawsze znajdywał właściwe i pełne odpowiedzi, zupełnie tak, jakby coś lub ktoś “podpowiadał” mu we śnie, co takiego ma odpowiedzieć pytającemu. Zupełnie inaczej rzecz miała się ze Stefanem Ossowieckim. On nie musiał “śnić”, żeby krystalizować swe sądy czy prognozy.

Uczeń szamana
Stefan Ossowiecki urodził się w dobrze sytuowanej rodzinie polskiego przemysłowca osiadłego w Rosji i prowadzącego swe interesy zarówno w Rosji, jak i na obszarze zaborowym – w b. Królestwie Polskim i w b. Księstwie Poznańskim (Cesarstwo Rosyjskie i Niemieckie). Pozycja zawodowa i finansowa ojca umożliwiła Stefanowi ukończenie Szkoły Inżynierskiej w Petersburgu i Instytutu Technologii we Frankfurcie nad Menem. Po śmierci ojca, już w okresie trwania I wojny światowej, objął po nim fabrykę, zyskując zamówienia rządowe ponowione natychmiast po rewolucji lutowej, potwierdzone przez rząd Kiereńskiego. W tym krótkim przecież okresie czasu zdołał ugruntować nie tylko pozycję towarzyską w Moskwie i Petersburgu, ale również posiadał dostęp do wszystkich źródeł wiedzy i nauki.

Niestety, nadeszła rewolucja październikowa, która “zmiotła” ledwie rodzącą się burżuazyjną republikę. Komuniści zaprowadzili nowe “porządki” w imieniu ludu. Padł ich ofiarą również “pomieszczik”, fabrykant i właściciel, któremu skonfiskowano majątek z dnia na dzień, Stefan Ossowiecki, którego następnie osadzili w areszcie i w długoletnim więzieniu za to, że wyzyskiwał naród rosyjski i następnie… deportowali do Polski jako “wroga ludu” (wówczas władzom sowieckiej Rosji zależało na opinii w świecie i przedstawianiu się jako władza bardziej “ludzka”, niż w kapitalistycznych republikach demokratycznych, bo później, prąc na zachód, “zapomniała” o swoich zobowiązaniach).

Ossowiecki wygnany więc z Rosji, z jedną walizką w ręku, znalazł się w Polsce. Na szczęście tutaj znajdowała się filia jego fabryki, a zdolny, prężny i z kontaktami (zwłaszcza w Niemczech) przemysłowiec wkrótce odbudował swą pozycję. Ale przede wszystkim dlatego, że ludzie zaczęli mówić o nim z pewnego rodzaju uwielbieniem, graniczącym z postrachem. Ossowiecki okazał się być jasnowidzem.

Nieprzypadkowo porównałem dwóch najsławniejszych jasnowidzów naszej epoki: Edgara Cayce i Stefana Ossowieckiego. Urodzili się tego samego roku i zmarli w niemalże tym samym czasie – u końca II wojny światowej, kiedy świat oddychał wprawdzie powiewami wolności, ale jeszcze z trudem, stłamaszony i zeszpecony wojną, w jaką wepchnął go brunatny, czarny i czerwony faszyzm. Stefan Ossowiecki był jedną z ofiar tego powszechnego starcia, Edgar Cayce – sławny w całej Ameryce – łożył, w miarę sił i możliwości, dość zresztą szczupłych, na potrzeby obronne kraju, spotykał się podobno z prezydentem Rooseveltem, prorokując, że wojna skończy się pogromem Niemiec i Japonii. Obaj nienawidzili wojny. Byli ludźmi dobrymi i pogodnego serca. Obaj pomagali ludziom, nie żądając krociowych honorariów…

Wielka sława inżyniera Ossowieckiego rosła z dnia na dzień, zwłaszcza wtedy, gdy kilkakrotnie jego eksperymenty parapsychologiczne kończyły się sukcesami na oczach obserwatorów. Coraz chętniej widziano go na “salonach” wierzchołka warszawskich elit. Również dlatego, że był czarującym i zabawnym kompanem, a przy tym, nakłaniany przez kręgi nowych przyjaciół, potrafił czynić ich doznania zajmującymi i pouczającymi.

W Rosji przedrewolucyjnej Stefan wiódł życie raczej typowe dla przedstawicieli swojej klasy: najpierw surowy rygor szkolny, później Korpus Kadetów, studia inżynierskie w Petersburgu i we Frankfurcie nad Menem, na koniec praktyka w zakładach chemicznych ojca, Jana, a po jego śmierci objęcie kierownictwa tychże w 1915 roku. I wszystko byłoby zwyczajne i naturalne, aż do rewolucji październikowej, nawet to co nazywało się losem “pomieszczików” w Rosji sowieckiej, gdyby nie to, że pierwsze objawy paranormalnych zdolności, przede wszystkim telekinezę, odkrył Ossowiecki u siebie podczas pobytu w Korpusie Kadetów. Najprawdopodobniej na tym by się skończyło, czyli na etapie “sztuczek”, gdyby nie przypadkowe spotkanie z jasnowidzem z Homla, Wróblem, żydowskim cadykiem.

Niestety, nie ma ani o tym człowieku, ani też o jego wpływie na Ossowieckiego żadnych danych biograficznych. Nawet pan Jacyna, bliski przecież kuzyn Ossowieckiego, miał tylko jakieś nieskładane strzępki, urywki relacji pochodzące od samego stefana. Twierdził, że ów Wróbel miał “wielki” wpływ na jego kuzyna i praktycznie nauczył go wielu ćwiczeń duchowego dojrzewania, relaksacji i koncentracji. Jest jeszcze coś, co powiedział mu sam Ossowiecki: otóż Wróbel nosił oficjalny tytuł cadyka żydowskiej gminy, czyli mędrca i proroka, na co wśród Żydów trzeba było sobie zasłużyć. “O wiele łatwiej zostać rabbim, niż cadykiem, a przecież nie był to zwyczajny cadyk, lecz – podróżując do krajów Dalekiego wschodu – miał kontakty z tybetańskimi lamami i z całą pewnością odebrał tytuł wtajemniczonego w Lhose w Tybecie”. część swej wiedzy przekazał Ossowieckiemu, który ją szybko przyswoił, a nawet wzbogacił o nieznane nawet Wróblowi ćwiczenia ducha, umysłu i ciała. Nie jest wykluczone, że jego wielki hart i odporność na niepowodzenia życiowe, których kwintensencją były prześladowania komunistów zawdzięcza doświadczeniom wyniesionym z sowieckiego więzienia i zesłania na przymusowe roboty, z których dopiero wybronił go fakt, iż nie był obywatelem rosyjskim. Wróbel najprawdopodobniej zginął w pożodze wojny domowej, zadenuncjowany przez “rewolucyjnych pobratymców”, tym razem występujących jako czekiści.
Tak czy inaczej, Ossowiecki – jak już powyżej powiedziałem – zrobił szybką i olśniewającą karierę w Polsce, działając nie tylko w przemyśle i handlu, ale obok tego zdobywając olbrzymie wzięcie i wpływy dzięki swym umiejętnościom jasnowidza.

Był powszechnie uznawany za fenomena, którego uzdolnienia były wielokrotnie badane (tak jak i uzdolnienia Cayce’a) przez całe rzesze uczonych nie tylko polskich, lecz i z całej Europy. Eksperymentowano przy jego współudziale i prowadzono liczne doświadczenia, które jedynie potwierdzały jego talenty i predyspozycje psychiczne. Niektóre z nich nawet jeszcze ujawniały jego nieograniczone możliwości paranormalne, których jednak – jak się zdaje – nie rozwijał systematycznie, np. czytania listów w zamkniętych kopertach, czy telekinezy, uważając je jedynie za “zabawę towarzyską”. Był przy tym niezwykle zadowolony, jeśli mu coś “nie wyszło”, gdyż mawiał, że “czuje się wreszcie jak przeciętny człowiek, a nie jak kukła do pokazywania gawiedzi”. Niestety, mylił się bardzo rzadko, co zjednywało mu szacunek i lęk prawie zabobonny.

Dość powiedzieć, że w tzw. algebrze zdarzeń odczyt przyszłości w granicach 35-40 jej spełnienia uznawany jest za bardzo dobrą prognozę. Tymczasem Ossowiecki mylił się tylko w 1/4 przypadków, a jakby “zniechęcony” do przyszłości i wydarzeń, które miały dopiero nastąpić, raczej nie odpowiadał na nękające go pytania: “Mistrzu, czego mamy oczekiwać jutro i pojutrze?” Wolał odtwarzać wydarzenia z przeszłości np. będące wówczas na ustach wszystkich odkrycia i wykopaliska z nadgoplańskiego Biskupina, które nazywał “życiem codziennym prastarych Słowian”, albo sceny z życia Mikołaja Kopernika. Mówił zresztą fascynująco, plastycznie i ciekawie, ale słuchający go byli raczej zawiedzeni jego opowieściami, bo przecież – co zrozumiałe – interesowała ich przyszłość, a nie archeologiczna przeszłość!

Prawdę powiedziawszy, prognozy Ossowieckiego były “bez pudła”, a niektóre z nich tylko nabierają rumieńców w dzisiejszych czasach. Przepowiedział on nie tylko zmierzch doktryn totalitarnych: faszyzmu i komunizmu, lecz także określoną globalizację Europy i świata, upadek ery ideologii, rozwój technik manipulacji człowiekiem, a jednocześnie ostateczny triumf Ducha i Samoświadomości cywilizacji ludzkiej. Będzie to, jego zdaniem, nowa era, która przyniesie wreszcie pokój ogólnoświatowy i eksplorację kosmosu.

Najlepiej udokumentowane są doświadczenia, jakie Ossowiecki przeprowadzał z rozpoznawaniem napisów i rysunków, które przedstawiano mu w zamkniętych kopertach lub nawet metalowych pojemnikach. Wielokrotnie sporządzano przy tym protokoły podpisane przez świadków. Nie ma żadnych wątpliwości co do wiarygodności osób i “odczytów” jasnowidza. Zdarzyło się nawet, że potrafił odczytać zawartość klisz fotograficznych, które jeszcze nie były wywołane. Nie można przy tym mówić o jakimkolwiek wręcz przypadku, bowiem – na zasadzie rachunku prawdopodobieństwa – odgadywanie nie wchodziło tu w rachubę. Zabawny i bardzo przy tym efektowny przykład tu opisanych możliwości Ossowieckiego stanowiło opisanie… zawartości portmonetki pewnej damy i udowodnienie jej, że zawartość jest właśnie taka, jak ją “zobaczył”, podczas gdy kobieta twierdziła, że jest inna. W związku z czym jasnowidz odtworzył całą jej drogę i w jaki sposób posługiwała się nią podczas zakupów w rezultacie uznano, że dama zostawiła monetę dwuzłotówkową jako “tipa” w kawiarence, w której się umówiła z pewnym młodym człowiekiem. Zapłacił on rachunek, ale nie zostawił pieniędzy za usługę, w związku z czym jego towarzyszka odruchowo sięgnęła do portmonetki i położyła ową srebrną monetę na talerzyku. Akurat jej brakowało w portmonetce!
Odpowiedzialny
i… niesamowity
Te wszystkie wyczyny traktował jako “zabawę” na towarzyskich spotkaniach i herbatkach. Ale o wiele poważniej traktował inne sprawy. Miał nadzwyczajny, nie waham się tak to ująć, talent w odnajdywaniu osób i rzeczy zaginionych. Te umiejętności nazywano w owych czasach psychometrią, a więc czymś co było zdolnością wyczuwania śladów pozostawionych przez osobowość ludzką (jego psychikę) w materii martwej. Aby jednak wizja psychometryczna była udana, jasnowidz musiał posiadać kontakt dotykowy z rzeczą, przedmiotem, na którym znajdowały się owe identyfikacyjne “ślady”. Niekiedy te zdolności telepatyczne wykorzystywano w toczących się śledztwach policyjnych związanych z morderstwami i zaginięciami ludzi w katastrofach.

Znany jest przypadek zaginięcia znanego adwokata, który to opisał śledczy, Piotr Bachrach. Zapytany przez niego Ossowiecki, jaki jest los poszukiwanego, odpowiedział, iż adwokat żyje, został porwany dla okupu, ale już wkrótce powróci, bowiem bandyci przerażeni rozwojem wypadków, zdecydowali zwrócić mu wolność pod warunkiem nieujawnienia ich przed organami ścigania. Wszystko to, co powiedział jasnowidz okazało się prawdą! Innym przykładem – niezwykle nagłośnionym w ówczesnej prasie europejskiej – okazało się odnalezienie zaginionego testamentu znanego francuskiego bankiera Rodszylda poszukiwanego przez jego spadkobierców.

Jasnowidz testament rzeczywiście odszukał, ale nagrody za swą usługę nie przyjął i choć nie przelewało mu się wówczas (wkrótce po powrocie z Rosji), stwierdził, iż jest inżynierem z zawodu, a nie poszukiwaczem zaginionych testamentów za nagrodą. “Jeśli chciałbym pobierać za dane mi zdolności jakieś pieniądze – utracę je bezpowrotnie, z czego – być może – cieszyłbym się, ale teraz jestem własnością publiczną i muszę służyć ludziom czy mnie się to podoba, czy też nie!”

Nie inaczej postępował także Cayce. Wiódł on spokojne, ciche, małomiasteczkowe życie. Mawiał, że mu wystarczą pieniądze, jakie uzyskuje z prowadzenia zakładu fotograficznego, i że najmilszą dla niego nagrodą jest wdzięczność odczytywana w ludzkich oczach, a o wiele większą satysfakcję sprawia mu koszyk jajek przyniesiony przez okolicznego farmera, niż gruby plik banknotów wciskany mu do ręki przez bogacza. Podobnie postępował jego duchowy polski odpowiednik.

Obchodził się z ludźmi niezwykle delikatnie. Niekiedy milczał albo dawał wymijające odpowiedzi, jeśli prawda mogłaby zdruzgotać człowieka psychicznie. Widoczne to było zwłaszcza podczas okupacji, kiedy ludzie najmocniej poszukiwali nadziei, łudząc się co do tego, że ich najbliżsi wrócą do domu z wojny, z obozów koncentracyjnych, z sowieckich łagrów, z katowni gestapo i enkawude. Ponieważ wiedział o wielu losach ludzkich ze swych jasnowidczych wizji, więc obciążało go to bardzo psychicznie, gdy nie ujawniał pytającym go całej prawdy. Zresztą, jakby przeczuwając czekające go zadania i to, że tak wielu ludzi będzie potrzebowało jego pomocy, nie wyjechał z Polski, chociaż mógł, we wrześniu 1939 roku. Podpisał tym samym wyrok śmierci, gdyż wcześniej oznajmił, że zginie torturowany przez hitlerowców. Znał swój los i godził się nań, bo – jak powiedział swojemu kuzynowi – nie sposób ujść przeznaczeniu – “nawet w drewnianym kościele jedna cegła spadnie na głowę człowieka i zabije go na miejscu”.

Każdy z nich, Edgar Cayce i Stefan Ossowiecki, inaczej wykorzystywali swe talenty i uzdolnienia. Cayce uzyskiwał swe zdolności w snach, których i tak nie pamiętał po przebudzeniu. Gdyby nie niezwykła cierpliwość i sumienność jego sekretarki, pewnie nie pozostałby ani jeden z “zapisów” w archiwach. Ossowiecki, pytany jak on to robi, odpowiadał enigmatycznie: śnię na jawie. “Od pierwszej chwili tego dziwnego transu przestaję rozumować i możliwie najintensywniej koncentruję się na istocie sprawy. Cały swój wysiłek psychiczny i wszystkie siły fizyczne skupiam na odczuwaniu duchowych dyferencjacji, aż – po pewnym czasie – wiem już wszystko, co chciałem wiedzieć’’.

Jasnowidz polski był obecny stale – fizycznie i duchowo – wśród ludzi, odpowiadał świadomie na zadane mu pytania, ale jednocześnie był “gdzie indziej”, w innym stanie i wymiarze.

Jowialny, dobrotliwy, szarmancki i urokliwy, nieco zwalisty z powodu pewnej nieruchawości, a przy tym lubiący dobrze i obficie zjeść, co – jak powiadał – jest konieczne dla jego samopoczucia i energii, odchodził w “świat ducha”, z którego czerpał swoją wiedzę.

Taki też tytuł dał swej książce: “Świat mojego ducha”, którą chciał odpowiedzieć na pytania i wątpliwości czytelników. Twierdzi w niej, że każdy – tylko po odpowiednich ćwiczeniach – może osiągnąć stan podobny do jego stanu. Ale ludzie – na szczęście! – nie chcą korzystać z tej możliwości. Poza tym jest prawie przekonany, że posiadłszy tę wiedzę, nie osiągną nic wielkiego, poza cierpieniem swej świadomości i jestestwa. Będą żyli z okrutną świadomością, że “przegrywają” swój los, bo coby nie wybrali i tak będzie złym egzystencjonalnie wyborem. “Lepiej nie wiedzieć!” – konkluduje swój sąd polski ezoteryk.

“Była już druga w nocy, gdy odprowadziłem mego gościa do jego pokoju – brzmi relacja z końca sierpnia 1939 roku o Ossowieckim, spisana przez Juliusza T. Dybowskiego. – W bibliotece usiedliśmy na chwilę i zapaliliśmy cygara. Stefan puścił kilka kłębów dymu, nagle zasłonił oczy ręką, ale dostrzegłem, że po twarzy spływają mu łzy.
– Mistrzu, co się stało, na Boga? – spytałem.
Ossowiecki blady i spięty spojrzał mi w oczy.
– Nieszczęście… Jesteśmy w przededniu wojny i już tylko dzielą nas od niej dni…
– Przecież pan mówił przed chwilą nam co innego…
– A cóż mogłem powiedzieć? – odparł inżynier. – Był u mnie pół roku temu marszałek Rydz-Śmigły i powiedziałem mu dokładnie to samo, co powiedziałem marszałkowi Piłsudskiemu w 1934 roku, kiedy podpisywaliśmy z Niemcami traktakt o nieagresji. Jeden i drugi wziął ode mnie przyrzeczenie, że nikomu o tym publicznie nic nie powiem.
– Jak daleko dojdą Niemcy? – zapytałem.
– Cała Polska zajęta, gruzy, krew, mord! Idą dalej w głąb Rosji. Daleko, daleko…
– Do Uralu?
Ossowiecki zastanowił się przez chwilę:
– Do Kaukazu. Państwa Osi przegrają wojnę. Niemcy i Japonia będą okupowane, Włochy wyzwolone. Zwycięzcy, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Rosja, spotkają się na konferencji i spowodują nowy ład w Europie…
– A co z Polską?
– Będzie i Polska! Ale za jaką cenę… Najpierw będą nią władali komuniści, a później szubrawcy i świnie! Na koniec powstanie jeszcze większa niż teraz. Tego ani ty, ani ja nie doczekamy… Dopiero wnukowie… Warto jednak wiedzieć, że tak się stanie’.

Relacja zastanawiająca i dotycząca spraw niezwykłej wagi dla Polaków. Może więc warto to wiedzieć i wierzyć?

Leszek A. Lechowicz

Posted in Uncategorized, Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Tajemnicze wypadki i samobójstwa.

Posted by tadeo w dniu 8 czerwca 2017

Tematem programu „Nie da się ukryć” na antenie TVP Info były do dziś niewyjaśnione i tajemnicze samobójstwa oraz wypadki. Jedną ze spraw, które omawiano w programie była śmierć Remigiusza Musia. Sprawa była głośna, bo pogrążał on w swoich zeznaniach rosyjskich kontrolerów lotu, którzy 10 kwietnia 2010 roku naprowadzali w Smoleńsku polskiego tupolewa.

 

Posted in Uncategorized | Leave a Comment »

Bóg nie umarł część 2 2016 Lektor PL

Posted by tadeo w dniu 20 kwietnia 2017

Czy osoba wierząca może lub wręcz powinna ukrywać swoją wiarę w obliczu niewierzących?

Gdy nauczycielka historii chce otwarcie mówić o Jezusie w swojej klasie, staje za to przed sądem, co może kosztować ją karierę, o której zawsze marzyła.

APC - 2017.04.20 20.11 - 001.3d

http://bogtube.pl/bog-nie-umarl-czesc-2-2016-lektor-pl_f756131aa.html

Posted in Uncategorized | 1 Comment »

Ks. Orzechowski. Miałem dwie miłości: Edith Piaf i św. Tereskę

Posted by tadeo w dniu 14 lutego 2017

Ks. Orzechowski. Miałem dwie miłości: Edith Piaf i św. Tereskę

Do seminarium nie chciano go przyjąć. Bo skoro gra w filmach, to za dwa miesiące może wywinąć jakiś numer. A grał przez 15 lat, i to u boku największych sław. Mówi, że jest chyba jedynym w Europie aktorem, który został księdzem, a będąc księdzem nadal uprawiał swój zawód.

Na początku będzie Kraków. Tu bowiem znajdziemy aktorskie początki księdza Kazimierza Orzechowskiego. W mieście, które zawsze uwielbiał i uwielbia. – W mojej rodzinie był Iwo Gall, wielka postać związana z Redutą Osterwy. A ja jestem Gallów powinowaty. To było zaraz po wojnie. Ile ja wtedy miałem lat? Szesnaście. Poszedłem do Iwa w Krakowie, na Warszawską, i zaraziłem się teatrem. Tak, że chciał zostać aktorem. reklama Takim, o których Wyspiański pisał w „Studium o Hamlecie”: „To nie są błazny, chociaż błaznów miano, oklaskiem darząc, w oczy im rzucano, lecz ludzie, których na to powołano, by biorąc na się maskę i udanie, głosili prawdy wiecznej przykazanie”.

Zadebiutował w „Wiśniowym sadzie” w teatrze Wybrzeże. -A, takie tam statystowanie – bagatelizował ksiądz Kazimierz, kiedy siedzieliśmy u niego w Domu Aktora w Skolimowie. -Moje prawdziwe role przyszły dopiero w Krakowie: w Teatrze Młodego Widza i w Starym Teatrze. Grałem m.in. w „Opowieści zimowej” – księcia Floryzela, jedną z moich ulubionych ról, w „Świętej Joannie”, w „Antygonie” czy w „Cydzie” obok Danuty Michałowskiej, Leszka Herdegena, a reżyserował to Roman Zawistowski. Później przeniósł się do Teatru Polskiego, do Warszawy. I od razu zagrał Pazia w „Marii Stuart” obok wielkiej Niny Andrycz. – Pięć lat umierałem otruty na scenie u stóp Niny. A ona, co wieczór, chwytała mnie za kolana, huśtała i krzyczała z rozpaczy: „Paziu, dziecko ty moje”. A premier Cyrankiewicz, jej ówczesny mąż, mówił: Przeczytałem całego Słowackiego, ale nigdzie nie przeczytałem, że Maria Stuart ma łapać za uda swego Pazia” – uśmiechał się.

Chodziliśmy z księdzem Kazimierzem korytarzami Domu Aktora. Wspominał, opowiadał mi o aktorskiej pasji, przyjaźniach, o swej miłości artystycznej do Edith Piaf, Marleny Dietrich, Ireny Eichlerówny. Był ksiądz bardzo przystojny, pewnie dziewczyny się w księdzu kochały? – spytałam w pewnym momencie. Odpowiedział z uśmiechem: – Podobno. Z powodu urody dostawałem role amancików. A mnie ciągnęło do ról charakterystycznych. Amant to nudne indywiduum, nie ma co grać. Papierowa postać. Był zaprzyjaźniony z wieloma aktorami. Z Wołłejką, Dmochowskim, z Niną Andrycz do końca ich dni. – Pamiętam jak spacerowaliśmy z Niną po sopockim molo – jeszcze była premierową. A potem podbiegali do mnie różni ludzie i mówili: „Proszę księdza, tu jest taka prośba o mieszkanie dla syna, o wyjazd. Niech ksiądz to wręczy pani Andrycz”. I wręczał. A ona przekazywała premierowi.

Miał też innych wspaniałych kolegów: Władka Hańczę, a przede wszystkim Staszka Jasiukiewicza. Można powiedzieć, że był jego mistrzem aktorskim. -A jako człowiek głęboko wierzący, doprowadził mnie do Pana Boga – wspomina. – Najpierw do kościoła Sióstr Wizytek. Był czerwiec 1959 roku, msza. Stanąłem na górze, przy organach. Na ambonie w kształcie łodzi stoi ksiądz. Mówi kazanie i w pewnym momencie widzę, że jego palec zmierza w moją stronę wraz ze słowami: „Ty też zostawisz wszystko i pójdziesz za Chrystusem”. I stało się. Początkowo nie chcieli go przyjąć do seminarium, sądząc, że skoro aktor to pewnie szybko przejdzie mu myśl o kapłaństwie i wyleci. Zgodził się prymas Wyszyński. I dzięki prymasowi Kazimierz Orzechowski dostał w efekcie bardzo charakterystyczną rolę do zagrania, rolę życia. I to w momencie, kiedy miał zacząć próby „Kandyda”. – Ale Bóg chciał inaczej. Czułem, że dalej będę związany z artystami. I tak się stało, od razu zostałem kapelanem aktorów.

Wcześniej, 9 czerwca 1968 roku przyjąłem święcenia kapłańskie w archikatedrze warszawskiej z rąk prymasa Wyszyńskiego. Było nas dwudziestu jeden chłopa. Tego samego roku odprawiłem mszę prymicyjną w Krakowie, w obecności kardynała Wojtyły, mojej matki i aktorów. Widzisz, drogie dziecko, jak ten Kraków wciąż się przewija w moim życiu? Z artystami ma cały czas kontakt. Jest pensjonariuszem Domu Aktora w Skolimowie, był jego kapelanem. Codziennie o 16 odprawiał mszę świętą i przygotowywał kazania. To nie takie proste – twierdzi -żeby się nie powtarzać. :-Choć tu prawie wszyscy jesteśmy głusi i nawet gdybym zamiast kazania policzył do trzydziestu, to i tak bym usłyszał: Kaziu, jak pięknie powiedziałeś… Tak opowiadał mi ksiądz Kazimierz, gdy siedzieliśmy w kaplicy i tam właśnie, pierwszy i zapewne ostatni raz w życiu, prowadziłam wywiad. U stóp krucyfiksu. – Tu będę mówił tylko prawdę, nie ośmielę się kłamać – żartował.

Od ponad czterdziestu lat Kazimierz Orzechowski jest księdzem i aktorem . Choć teraz już nie gra, bo sił brak, to zagrał role drugoplanowe, jak sam podkreśla, w kilkudziesięciu filmach. Któż nie pamięta jego roli księdza w serialu „Złotopolscy”, w „Pannach z Wilka” – ta została dopisana przez Jarosława Iwaszkiewicza specjalnie dla niego na zamówienie reżysera Andrzeja Wajdy. A przecież był jeszcze „Dom”, „W labiryncie”, „Człowiek z żelaza” i ostatni „Jeszcze nie wieczór” Jacka Bławuta o pensjonariuszach Domu Aktora Weterana w Skolimowie. Pierwszym filmem księdza Kazimierza, jeszcze „w cywilu”, były „Spotkania” według Iwaszkiewicza. -Zagrałem tam dużą rolę Janka u boku Wieńczysława Glińskiego, Emila Karewicza. Po latach, kiedy Iwaszkiewicz umierał w szpitalu, byłem go wyspowiadać. Wtedy powiedziałem mu, że jako aktor grałem w jego pierwszym filmie, a teraz, jako ksiądz gram w ostatnim – dostałem rolę w „Pannach z Wilka”.

Ksiądz Kazimierz miał swoich przewodników duchowych, np. księdza Twardowskiego. Odwiedzał go u wizytek i słuchał wierszy. To był specjalista od poezji. Drugim był ksiądz Bozowski – ten z kolei specjalista od chuliganów. Miał wyraźne powołanie od Boga do nawracania chuliganów. Szedł gdzieś ulicą i oni go zaczepiali, albo on ich. Ksiądz Kazimierz jest od lat zafascynowany Edith Piaf. Nazywa ją Magdaleną XX wieku. I potrafi o Piaf nie tylko wspaniale opowiadać, ale też, już będąc księdzem, zrobił o niej monodram, z którym jeździł po Polsce.: -Piaf nieustannie podkreślała, że nigdy nie wolno wpadać w rozpacz. Wspominam ją, bo to jest moja artystyczna miłość. Kiedyś widziałem z nią wywiad w telewizji. Ostatni, którego udzieliła przed śmiercią. Na zakończenie dziennikarz zapytał: „Czy pani nie zwątpiła w Boga po tylu nieszczęściach, które na panią zesłał?”. A ona powiedziała: „Bóg nieszczęść nie zsyła. Przecież to jest Miłość”. Takie rzeczy mówią wielcy mistycy. W jednym z wywiadów ksiądz Kazimierz powiedział, że: „Pan Bóg lubi ludzi bezczelnych”. Spytałam – jak to należy rozumieć? Odpowiedział: Śmiałych, z tupetem.

Takich, którzy potrafią uderzyć pięścią w stół, tupnąć i krzyknąć, jak święta Teresa: „Coś Ty mi za wstyd zrobił, jak mogłeś mnie tak urządzić Panie Jezu? Nie dość, że się nie utopiłam to taki szkandał mi uczyniłeś”. A Pan Jezus Teresie mówi: „Nie dziw się, ja tak postępuję z moimi przyjaciółmi”. A ona na to: „To też się nie dziw, że masz ich tak mało”. Takie oto rozmowy z Panem Bogiem prowadziła wielka Teresa Hiszpańska Ahumada, reformatorka Karmelu. Taki jęzor miała. Cudowne, prawda? I tak też trzeba rozmawiać z Panem Bogiem. Kiedy pytałam księdza Kazimierza, czy nie żal było mu zostawiać teatr, film, światła reflektorów, uwielbienie widzów, odpowiedział: -Teraz kocham teatr w inny sposób. Rok po święceniach kardynał Wyszyński uczynił mnie duszpasterzem aktorów. Wspólne msze, choroby, pogrzeby i cierpienia. Gdy byłem po operacji nowotworu i jeszcze dwa lata ciężko chorowałem, aktorzy przychodzili do mnie na rozmowę, na spowiedź.

Pewnego razu zapukał człowiek, który wyrządził mnie i mojej matce największą krzywdę w życiu: „Czy mnie wyspowiadasz?”. A ja wtedy odpowiedziałem: „Zostałem kapłanem tylko dla jednej osoby- dla ciebie”. Warto więc było tę sutannę ubrać i święcenia przyjąć. Kiedy spytałam ks. Kazimierza, czy jest człowiekiem szczęśliwym, odpowiedział:- Pan Bóg sprawił, że tak. Może też dlatego, że moim przewodnikiem w życiu stały się słowa Psalmu XXIII: „Pan jest moim Pasterzem, nie brak mi niczego”. Tak, to mój Psalm. Każdy ma w życiu jakiś swój psalm. Trzeba go tylko umieć odczytać. Ksiądz Kazimierz Orzechowski pokazuje srebrny pierścień, który czasem nosi na palcu. Na nim wyryte są po hebrajsku pierwsze słowa tego psalmu. *** Kazimierz Orzechowski (ur. 3 marca 1929 w Gdańsku) duchowny, aktor. Absolwent PWST w Łodzi (1952). Święcenia kapłańskie przyjął 9 czerwca 1968 roku. Prowadził rozliczne pielgrzymki do Ziemi Świętej i Rzymu. W latach 1994-2009 pełnił funkcję kapelana Domu Aktora w Skolimowie. Od 1 listopada 2009 roku – rezydent w Domu Aktora. Jest jednym z bohaterów książki „Siła codzienności” oraz filmu dokumentalnego o sobie „Doświadczenie miłości”

Czytaj więcej: http://www.dziennikpolski24.pl/artykul/9204830,ks-orzechowski-mialem-dwie-milosci-edith-piaf-i-sw-tereske,id,t.html

Przeczytaj także:

Kapłan i aktor

Posłuchaj – POLECAM:

Monodram ks.Kazimierza Orzechowskiego o Edith Piaf

Ks. K.Orzechowski opowiada o Edith Piaf

Posted in Uncategorized | Leave a Comment »

Kto przekroczył granice?

Posted by tadeo w dniu 17 grudnia 2016

Uważam, że PiS, jak zresztą zwykle, nie ma szczęścia do obsady stanowisk. Ale także do dziennikarzy.

Wysłuchałam wszystkich poranych audycji. Wszędzie pojawia się wątek – „Kuchciński stracił nerwy”, co miało być pretekstem do awantury. Naprawdę nie jest mi potrzebny Jarosław Kaczyński, żebym wyraziła własną opinię: Marszałek Sejmu jest drugą osobą w państwie, posiada majestat niemal równy Prezydentowi, w razie nieszczęścia obejmuje urząd Prezydenta RP – i niekoniecznie musi pozwalać kpić z siebie byle błaznowi, popisującemu się przed rozwrzeszczaną publisią, udającą posłów, a zachowującą się tak, że w każdej knajpie zostałaby potraktowana tak, jak pan Skrzetuski potraktował niejakiego Czaplińskiego – za kark, za hajdawery i w błoto!  Bez prawa powrotu.

Ciekawa jestem, jak by się czuli wyborcy pani Joasi, gdyby na sale obrad naprawdę weszła z trąbką, którą jej niestety odebrano…

Oczywiście rozumiem, że minister Błaszczak, z całą pewnością działający w porozumieniu z „naczelnikiem”,  robi co może, żeby – broń, Boże -małym  palcem nie tknąć jakiegoś rozwrzeszczanego koderasty, urządzającego sobie, wraz z innymi, wesolutki piknik pod Sejmem. Efekt jest taki, że koderaści atakują nie tylko media, ale także posłów. Na razie – samochody, ale te samochody nie są pancerne.

Rozumiem – Błaszczak jest odpowiedzialny za to, żeby nie doszło do rozlewu krwi. Ale do tego dojdzie – i ofiarą będzie z pewnością poseł prawicy. Bo rozpasana tłuszcza działa zawsze jednakowo – nasyca ją dopiero krew. Na ogół – dużo krwi.

Na Nowoczesną szkoda każdego słowa – widzimy od pierwszych obrad, że jej głównym zadaniem jest awantura, błazenada, blokowanie obrad Sejmu – i można się tylko zastanawiać: kto i na jakiej zasadzie układał listy wyborcze, bo stworzenie takiego curiosum nie stało się z przypadku.

Łatwo można zrozumieć rozpacz Platformy, która dostała obuchem w łeb od wyborców, wbrew – jej zdaniem – wszelkim przewidywaniom, a której radosne działania zostają coraz bardziej bezlitośnie, przez obnażane już nie tylko przez  przez „taśmy Sowy”, ale przez Komisję do spraw Amber Gold, ukazując obraz rozpasania sądów i prokuratury, „niezależnej” od wszystkiego, z rozumem włącznie. Co chwila – nowa afera, nowe, „święte” niegdyś postacie nurzają się w błocie, a wydaje się, że nie jest to ostatnie, co możemy jeszcze zobaczyć. Padają ostatnie bastiony – i znikąd nadziei. Dlaczego mi sie wydaje, że Platforma chce przelać tą wspomnianą krew?

Co rusz słychać z różnych stron, że PiS niepotrzebne otwierał ” zbyt wiele frontów”. Naprawdę? Lepiej byłoby wszystkie te świństwa i świństewka zamieść pod dywan?

Platforma ma dokładnie to, co sobie starannie wypracowała, traktując Rzeczpospolitą jako dojną krowę, „postaw czerwonego sukna” – jakkolwiek by to nazwać, licząc na pełną bezkarność, „szklany sufit” i – już zupełnie nie wiadomo dlaczego – traktując wyborców jako stado baranów, cieszących się ciepłą wodą w kranie i nie widzących rzeczywistości. I chyba wciąż nie rozumie, że to nie jest żadna „tragiczna pomyłka”, tylko najprawdziwszy wyraz oburzenia społeczeństwa, traktowanego jak bezrozumne bydełko. Społeczeństwa „kształconego” latami przez TVN24 and &  i – wydawałoby się – już do imentu „wykształconego”. Niestety, wszelkie nauki zawiodły.

Proszę szanownych, nie ma się czego bać. Ta wesoła młodzież spod Sejmu nie pójdzie na żaden Majdan, aby umierać za opozycję. To nie są żadni powstańcy, to tylko bezmyślni użytkownicy  „fejsa”, zwoływani ad hoc dla czystej draki, nie czytający, nie oglądający niczego, nieświadomi jak barany, posługujący się utratymi sloganami, przed chwilą (lub przed tygodniem) wrzuconymi na odpowiednie portale. Już sobie wyobrażam ich zdumienie, gdyby jakiś zdeterminowany policjant przywalił im pałą – oni się tego zupełnie nie  nie spodziewają, uważają się za całkowicie bezkarnych, co było słuchać w zdumionym głosie jakiejś „protestantki”, którą policja odważyła się przesunąć przy wyjeździe posłów. Była zdumiona:
– „Zwariowaliście do reszty wszyscy?”  – zapytała.  W tym głosie nie było żadnego przerażania, było tylko bezmierne, autentyczne zdumienie, a filmik wrzucił na twittera niejaki Jan Grabiec. Nie znam niejakiego  Grabca, ale nie sądzę, żeby był zwolennikiem obozu rządzącego.
I to mogłaby być pointa.

Ale nie będzie. Nie będzie dotąd, dopóki będą „porządni i obiektywni” komentatorzy, a już zwłaszcza dziennikarze, kręcący się jak… powiedzmy – nieczystość w przeręblu, wmawiający słuchaczom i widzom, że byle głąb, lekceważący Sejm i społeczeństwo, może i powinien obrażać nas wszystkich, a awanturę wywołuje Marszałek. Bo komuś jednak trzeba ufać.

http://mona11.salon24.pl/740240,kto-przkroczyl-granice

Posted in Felietony, Uncategorized | Leave a Comment »

Znalezione w sieci

Posted by tadeo w dniu 15 grudnia 2016

„Śmieszne są lamenty ze sfer platformiano-kodziarskich: Polacy, jak nigdy dotąd są PODZIELENI!!!! Otóż jest to kompletna bzdura. Polacy NIE SĄ PODZIELENI!! Nastąpiło tylko klarowne oddzielenie POLAKÓW od polskojęzycznej wspólnoty rozbójniczej pochodzenia sowiecko-ubeckiego z którą Polacy są zmuszeni dzielić swoje państwo od 1944r. Co to takiego była ta „władza ludowa” przywieziona na sowieckich czołgach ponad 70 lat temu? Starsi ludzie jeszcze pamiętają: lokalny rzezimieszek, mający na koncie przedwojenny wyrok za przestępstwa kryminalne zostawał sekretarzem komitetu powiatowego Polskiej (?) Partii Robotniczej, a jego kumpel, o bardzo podobnej przeszłości – komendantem powiatowym Milicji Obywatelskiej. Pijaczyny, złodziejaszki i bandziory – oto prekursorzy „władzy ludowej”. Niestety – to czerwone robactwo rozmnożyło się i dziś ich dzieci i wnuki już nie chodzą w kufajkach i gumiakach tylko w drogich garniturach i lakierkach. Zamiast rewolwerów trzymają w rękach smartfony i laptopy. Ale mentalność sowiecka – ta sama: pasożytnicze życie na koszt innych. A teraz chodzą po ulicach i drą mordy w ramach KODu, bo im się zabiera zabawki….. Jak żyć za 2 tysiące na miesiąc?? Jak żyć???????”

Posted in Uncategorized, Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Pisowska wataha miała zostać dorżnięta właśnie takimi operacjami. Ten tekst we „wSieci” trzeba koniecznie przeczytać

Posted by tadeo w dniu 8 listopada 2016

wSieci
wSieci

Posted in Uncategorized | Leave a Comment »

Każde Życie Jest Cudem – Cały Film [Lektor PL]

Posted by tadeo w dniu 20 października 2016

Hannah (Rachel Hendrix) zawsze była outsiderem. Czuła się inna i mimo wielkich ambicji oraz ogromnego talentu aktorskiego, w głębi duszy żywiła przeświadczenie, że nigdy nie powinna przyjść na świat. Z powodu nasilających się problemów zdrowotnych (fizycznych oraz psychicznych) rodzice decydują się wyznać jej straszliwą prawdę. Nie dość, że została adoptowana, to jeszcze urodziła się w wyniku źle przeprowadzonej aborcji. Rozżalona Hannah postanawia udać się w podróż w poszukiwaniu swojej biologicznej matki.

 

Posted in Filmy - Polecam, Filmy i slajdy, Filmy religijne, Uncategorized | Leave a Comment »