WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Uncategorized’ Category

„BIAŁA ARMIA” GENERAŁA PLECHAVICIUSA 

Posted by tadeo w dniu 24 stycznia 2020

 

„Wilk” zbliżył się do licznych jeńców i w krótkich słowach tłumaczonych na język litewski wyraził im uczucie pogardy społeczeństwa polskiego, walczącego o swoją wolność, dla niemieckich służalców, którymi okazali się żołnierze gen. Plechaviciusa. Wskazując na trupy litewskie, powiedział na zakończenie: „To jest naprawdę nagroda dla tych, którzy służą wrogom wolności niosącym jarzmo niewoli dla Polaków i Litwinów”.

Na przełomie 1943 i 1944 r. na Wileńszczyźnie zaczęła tworzyć się bardzo dynamicznie polska konspiracja. Oddziały Armii Krajowej przejęły kontrolę nad całym terenem. W rękach okupantów pozostały tylko szlaki komunikacyjne bronione przez umocnione punkty oporu. Niemcy, nie mając sił do walki z Polakami, postanowili posłużyć się Litwinami. Ci pod zwierzchnictwem niemieckim utworzyli tzw. Formacje Miejscowe, na czele których stanął generał Povilas Plechavicius. 24 listopada 1943 r. Niemcy zebrali 45 działaczy, którzy uchwalili , że formacje wojskowe są potrzebne „do walki z bandytyzmem” (czytaj z AK), litewscy działacze postawili jednak warunek, że na czele nowych formacji powinni stanąć litewscy oficerowie. Niemcy początkowo odrzucili ten warunek, ale ostatecznie się zgodzili. Na czele litewskich sił stanął gen. Povilas Plechavicius, urodzony w 1890 r. , który 17 grudnia 1926 r. w stopniu majora stanął na czele zamachu stanu, za co w 1927 r. został nagrodzony funkcją szefa sztabu generalnego. To on prowadził z Niemcami negocjacje w sprawie litewskich Formacji Miejscowych, które działać miały tylko na obszarze Litwy. Do formacji zgłosiło się 30 tys. ochotników, co przewyższało potrzeby. Niemcy zaplanowali bowiem zorganizowanie 20 litewskich batalionów.

Miały zwalczać bandy

Na temat sił litewskich w Meldunku Delegatury Rządu RP na Kraj do Rządu Polskiego w Londynie z maja 1944 r. czytamy m.in.: „Litwini, szczególnie odłam nacjonalistyczny, pokładali duże nadzieje w organizowanych przez Plechaviciusa w porozumieniu z Niemcami, litewskich oddziałach ochotniczych, traktując je jako zaczątek armii narodowej. „Wojsko” to w założeniu swoim miało służyć obronie samego terytorium Litwy przez zwalczanie wszelkiego rodzaju band oraz partyzantki polskiej. Stosunek jednak Niemców do tych oddziałów jest nieufny. Wydano dotąd broń tylko dla 7 tys. żołnierzy, a każdy otrzymał tylko po 7 naboi. Wobec tego wśród Litwinów nastąpiło już rozczarowanie, co do znaczenia tych oddziałów, przekonali się bowiem, że Niemcy dopuszczą do ich rozwoju tylko w ramach własnych potrzeb i w tym zakresie będą je wykorzystywać …”.

Kilka batalionów Formacji Miejscowych skierowano na Wileńszczyznę do walki z Armią Krajową. Podzielono je na kilka grup i polecono im jednocześnie uderzyć na kilka zgrupowań AK, by opanować teren.

Krwawy terror

Jak wspomina mjr Edmund Banasikowski, marsz Litwinów był słabo ubezpieczony, ale towarzyszył „mu krwawy terror”, marsz ten: „znaczony był zgliszczami palonych wsi i trupami ich mieszkańców mordowanych na miejscu za współpracę z naszą partyzantką”. Do pierwszego starcia między AK a oddziałami Plechaviciusa doszło pod Graużyszkami i Taboryszkami. 10 batalion korpusu Plechaviciusa skręcił do wsi Sieńkowszczyzna z traktu Oszmiana-Graużyszki i zaczął bez powodu mordować cywilnych mieszkańców i palić zabudowania. Pluton por. Żagla z 8 Brygady, idąc na pomoc mordowanej wsi z furią uderzył na Litwinów. Zanim ruszyły inne plutony. „Jarema rzucił do walki jeszcze 9, 12 i 13 Brygadę. Litwini zostali otoczeni i wzięci do niewoli. Rozbrojono ich i rozebrano z mundurów. Przeprowadzono dochodzenie i ustalono winnych zamordowania 8 polskich chłopów. Osoby te zostały rozstrzelane. Rannych żołnierzy litewskich odtransportowano Do szpitala w Oszmianie. Litwini stracili łącznie 36 żołnierzy, 12 ciężko i 26 lekko rannych. Straty polskie wyniosły 3 zabitych i 20 rannych.

Z oficerami litewskimi spotkał się komendant Okręgu „Wilk” gen. Aleksander Krzyżanowski. Z jego rozkazu mjr Banasikowski zredagował ostrzeżenie, które każdy z litewskich oficerów musiał podpisać. Do ostrzeżenia dołączona została ich lista. Ostrzeżenie zaś brzmiało następująco: „Jeśli raz jeszcze wymienieni oficerowie korpusu Plechaviciusa wpadną w polskie ręce w walkach przeciwko oddziałom Armii Krajowej, będą traktowani jako niemieccy kolaboranci i zbrodniarze wojenni i jako tacy zostaną oddani pod polski wojskowy sąd polowy”.

Twarda decyzja „Wilka”

„Wilk” w następstwie pierwszej bitwy z Litwinami podjął decyzję o rozbiciu pozostałych jednostek Plechaviciusa, które wkroczyły na Wileńszczyznę. Opracowany został plan uderzenia  nas bataliony litewskie, skoncentrowane w Murowanej Oszmiance i Tołminowie. Zadanie to miała wykonać pięciobrygadowa grupa uderzeniowa pod dowództwem mjr „Jaremy” czyli mjr dr Czesława Dębickiego Inspektora Inspektoratu F.

Zobacz także: Tajny pakt Hitler-Smetona?

Atak na Murowaną Oszmiankę nastąpił 12 maja o 23.00. Rozpoczęła go 8 Brygada „Tura”. Bez większego oporu zajęła jedną trzecią miasteczka i wzięła do niewoli 80 jeńców. Pozostałe brygady spóźniły się jednak z atakiem i natarcie żołnierzy „Tura” ugrzęzło. Nie atakowany z innych kierunków przeciwnik skierował większość sił przeciwko nim. Sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy do akcji wkroczyły z marszu pozostałe brygady. Litwini stawiali jednak twardy opór. Mieli dobrze przygotowane stanowiska ogniowe. Brygada „Szczerbca”, atakująca z zachodu, poniosła duże straty. Sam „Szczerbiec” został ranny w rękę. Większość sił litewskich zdołała się z miasteczka wycofać w kierunku północno-zachodnim. W czasie ataku wzięto 70 jeńców, ale sukces był częściowy. Całkowitym sukcesem zakończyła się natomiast akcja w Tołminowie. 13 Brygada „Nietoperza” znakomicie wykorzystała element zaskoczenia i przeciwnik nie zdążył zorganizować skutecznej obrony. Oficerowie nie zdążyli wydać rozkazów, bo zostali wzięci do niewoli. W środku wsi Litwini próbowali stawić opór, ale nie zdołali go zorganizować. Oprócz jeńców Polacy zdobyli duże ilości broni i amunicji, żywności i mundurów.

 

Walka w obu miejscowościach zakończyła się o godz. 2 w nocy 13 maja. Wszyscy jeńcy litewscy zostali zgromadzeni na rynku w Murowanej Oszmiance i ustawieni w podkowę. Jak wspomina mjr Edmund Banasikowski: „W blasku dopalających się domów widać było leżące gęsto na ulicach ciała zabitych nieprzyjaciół”.

„biała armia”

„Wilk” zbliżył się do licznych jeńców i w krótkich słowach tłumaczonych na język litewski wyraził im uczucie pogardy społeczeństwa polskiego, walczącego o swoją wolność, dla niemieckich służalców, którymi okazali się żołnierze gen. Plechaviciusa. Wskazując na trupy litewskie, powiedział na zakończenie: „To jest naprawdę nagroda dla tych, którzy służą wrogom wolności niosącym jarzmo niewoli dla Polaków i Litwinów”.

„Jarema” kazał następnie rozmundurować Litwinów. W bieliźnie i boso wracali do domów. Z tego powodu w pamięci mieszkańców Wileńszczyzny oddziały Plechaviciusa zapisały się jako „biała armia”. Utracili oni 70 zabitych i 130 rannych. W kolumnie jeńców maszerowało ich 150. Polacy utracili 12 zabitych. Mieli też 20 rannych. Niemcy postawą Litwinów byli rozwścieczeni. Urządzili w Oszmianie defiladę rozmundurowanych żołnierzy. Na czele tej defilady szli oficerowie, którym Niemcy, by jeszcze bardziej ich upokorzyć, kazali nieść w rękach miotły do zamiatania. 

 

Był to początek końca formacji Plechaviciusa. 15 maja Niemcy aresztowali generała razem ze sztabem. Jego podwładni zostali rozbrojeni. Niektórzy stawili opór. 84 z nich zginęło w starciach z Niemcami. 52 oficerów i ponad tysiąc szeregowców zesłano do obozów koncentracyjnych. Około trzech tysięcy wcielono do niemieckich formacji obrony przeciwlotniczych. Reszta rozproszyła się.

Marek A. Koprowski

https://kresy.pl/kresopedia/biala-armia-generala-generala-plechaviciusa/

Posted in Historia, Uncategorized | Leave a Comment »

ŻYDZI WOBEC POWSTANIA STYCZNIOWEGO NA PODLASIU. Z PAMIĘTNIKA POLSKIEGO SZLACHCICA.

Posted by tadeo w dniu 24 stycznia 2020

 

„Żydzi widząc, że powstanie zamiast rozwijać się i potęgować, upada, chwycili się procederu szpiegostwa w nadziei robienia dobrych interesów.”

Postawa ludności żydowskiej wobec Powstania Styczniowego jest niezmiernie ciekawa, ale niestety mało znana. Pamiętnik Juliana Borzyma (Julian Borzym, Pamiętnik podlaskiego szlachcica, Łomża 2018) oświetla to zagadnienie. W tym czasie gospodarzył on w majątku ojca we wsi Wierzbowizna, około 55 km na południowy zachód od Białegostoku. Ojciec przed laty brał udział w Powstaniu Listopadowym, więc tradycje powstańcze nie były Borzymom obce. W 1863 r. do walki stanął jeden z braci (młodszy, mający wówczas 21 lat, Antoni), a drugi (starszy, dwudziestotrzyletni Julian) zajął się ojcem i gospodarką. Najstarszy, Edward, zmarł bowiem już w 1862 r. Z pamiętników Juliana wyłania się obraz początkowego zaufania do Żydów, które wkrótce przerodziło się w wielkie rozczarowanie.

Zanim wybuchło Powstanie Styczniowe, dochodziło do wielkich manifestacji na tle religijnym. Wówczas to księża wygłaszali patriotyczne kazania i co ciekawe [ortografia i pisownia oryginalna]:

„Do kościołów, szczególniej na kazania, bardzo licznie przychodzili i Żydzi, którzy okazywali wielki patryjotyzm i łączyli się z narodem. Kaznodzieja spostrzegłszy ich między słuchaczami, zręcznie wtrącał fakta ze Starego testamęntu, ubarwiając dosadnie improwizowanemi przez siebie porównaniami, chwaląc łączenie się ich w celu wywalczenia swobody.” (s.109)

22 stycznia 1863 roku wybuchło Powstanie. I tak:

„Lud od razu wezbrał nie do opisania. Zbrojono się w co kto mógł i miał, wywlekano dubeltówki, pojedynki, pistolety, stare pałasze i obsadzano kosy, bezbronni liczyli na uzbrojenie się po rozbrojeniu moskali. Sprowadzonej broni nie było.” (s. 122)

 

Wówczas to Żydzi stanęli po stronie Polaków:

„Żydzi z całym zapałem szyli umundurowanie, buty i czapki dostawiali do kawaleryi i.t.p. Posługiwano się nimi z całym zaufaniem.” (s. 123)

Niedługo trwał ów „romans” Żydów z polskością. Już w marcu-kwietniu tego samego roku:

„Moskale ośmieleni słabszym działaniem [powstańców], a odkrywszy manewr rozwięzywania partyi [oddziałów wojsk powstańczych], zaczęli działać odważniej i energiczniej. Wzięli głównie za zadanie nie dopuszczać ponownego zebrania się partyi i w tym celu zaczeli wyławiać maruderów i w ogule młodych ludzi bez określonego zajęcia. Dopomagali im w tym Żydzi. Żydzi widząc, że powstanie zamiast rozwijać się i potęgować, upada, chwycili się procederu szpiegostwa w nadziei robienia dobrych interesow. Wojsko ruskie [czyli rosyjskie] zostało podzielone na małe oddziały, czyli jak oni nazywali otrady. Każdy taki oddział został oddany pod dowództwo wyszukanego oficera o iście zwierzęcych instynktach, prócz tego przy każdym oddziale, był jeden lub dwóch Żydów spiegów, którzy informowali dowódcę, najczęściej improwizując i komponując oskarżenia, a że Żydzi pod czas manifestacyi [religijnych, które miały miejsce przed wybuchem Powstania] okazywali wielki patryjotyzm, więc w zaufaniu niestrzezono się ich, ale owszem byli dopuszczeni do wspułudziału w ruchu całego narodu. Kiedy odwrócili chorągiewkę, więc skorzystali z posiadanych wiadomości. Naprowadzali otrady i wskazywali winnych, którzy byle czem wspierali powstanie, a kiedy zabrakło im takich wiadomości, komponowali obwinienia na zamożniejszych mieszkańców, uprzedzając pierwej przez swych agientów i żądając okupu, brali pieniądze, zboże i różne fanty. Napadali nawet nieznanych sobie. Wyglądało to jak by żyd był dowódcą oddziału nie oficer. Taki oficer najczęściej pijany, jak zwierz wściekły wpadał do wsi i kazał batożyć bez miłosierdzia: gospodarza, jego żonę, synów, lub córki i służbę, niby do przyznania <gdie miateżniki skaży> [mów, gdzie buntownicy]” (s. 131)

 

O mały włos i sam autor pamiętnika nie podzieliłby tego losu, gdyby na wieść o nadchodzącym wojsku, nie uciekł przez pola do innej wsi. Do jego zaś wsi (Wierzbowizny) przybył oddział rosyjski z towarzyszącym im Żydem:

„Jakosz po mym zniknięciu, moskale zajęli gumno. Oficer ze spiegiem na pierwszy ząb trafił na roztropnego parobka Piszczatowskiego, którego zapytał <Gdie wasz pomieszczyk> [gdzie wasz dziedzic]. Piszczatowski odpowiedział <pan tylko co tu był u nas i wyszedł za stodołę>. Na to spieg żyd krawiec znajomy [zawołał]. <Aj waj wielmożny naczelniku, on łże, trzeba jemu dać nahajkiem, to on prawde powie>. <Albo co>, Piszczatowski odparł, <co ci nasz pan winien, on do niczego [do żadnych działań powstańczych] nie należy, siedzi doma i pilnuje gospodarstwa>. Żyd, <aj waj, on wszystko łże, jego pan, to największy miaternik [buntownik], on w partyi nie buł, ale to Komitet [członek Komitetu, czyli władz powstańczych] do niego tylko Komitety przyjeżdżali po radę i dyspozycyję. Temu chłopu trzeba dać nahajką on wszystko powie>. Piszczatowski na to [do rosyjskiego dowódcy] <Wielmożny naczelniku ja prawdę mówię, niech Wielmożny naczelnik się tu wszystkich spyta, a ten żyd że tak bresze [brednie gada, łże, szkaluje] na naszego pana, bo ma złość [na niego], pare tygodni szył naszemu panu kamizelkę i ukradł srebrną łyżeczkę, pan go wyprał po mordzie i łyżeczką odebrał, za to on się teraz mści i trudzi wielmożnego naczelnika i wojsko>. Żyd zaczoł się kręcić, drzeć za głowę, ręce łamać i wołać <Aj gwałt z nahajkiem jemu, z nahajkiem>.

[Na co dowódca oddziału]

<- I ty niedowiarku rozkazujesz Wielmożnemu naczelnikowi, niby to Wiel. Naczelnik twój podwładny, tobi zbić mordy za fałszywy donos, ale szkoda ręki Wiel. naczelnika na tego złodzieja!>” (s. 133)

 

Tym razem skończyło się szczęśliwie, gdyż w tym momencie wpadł żołnierz z listem do oficera. Po jego przeczytaniu rosyjski dowódca nakazał opuścić Wierzbowiznę i ruszyć do Krasowa.

Innym razem szczęście dopisało ojcu i siostrze autora wspomnień, którą Żyd przed oficerem rosyjskim fałszywie oskarżył, że jest kochanką jednego z wyższych dowódców Powstania. O mało nie doszło do jej obicia rózgami, ale nowy rozkaz i tym razem odwołał cały oddział do Krasowa.

Po jakimś czasie rosyjscy oficerowie zaczęli się orientować, że Żydzi oskarżają nie tylko prawdziwych powstańców, czy osoby z nimi związane. Wówczas:

„Spiegi żydzi już nie mieli takiego głosu i [nie tak jak poprzednio dawano im] wiary. Poznano się na nich, że dla własnej korzyści obwiniając, przysparzają tylko niepotrzebnej roboty i pisaniny komissyjom, więc po części przestano ich słuchać.” (s. 139)

 

Gdy Powstanie wygasało, część powstańców zaczęła się ukrywać. Robili to często wśród drobnej szlachty podlaskiej, „która nie zmieniła usposobienia” (s. 178). Gdzieniegdzie operował oddział powstańców, który poskramiał masy przed powszechną kolaboracją z Rosjanami. Jak pisał Borzym:

„W naszej okolicy Górski ze swoją kawaleryją trzymał się jeszcze. Za Bugiem Ks. Brzóska był najgłośniejszy. Od czasu do czasu, dało się słyszeć, że takiego to żyda, śpiega, albo mieszkańca zdrajcę powieszono, co nabawiało strachu innych.” (s. 191)

A że i sami Rosjanie przestali bezkrytycznie ufać Żydom, skala donosicielstwa spadła:

„Komisyje wojenne przekonawszy się że wielu na donosy żydowskie było wziętych zupełnie niewinnie, poleciły naczelnikom otradów niezawsze słuchać żydów, ale dopiero po przeprowadzeniu ślestwa, winnego areśtować, albo areśtować tylko na rozkaz Naczelnika komisyi, wskazane indywiduum, które okazało się winne ze ślestwa innych osób lub jest potrzebne do zeznania. A co najbardziej wstrzymywało denuncjacyję, to to, że jeżeli szpieg fałszywy zrobił donos, był areśtowany, albo obity porządnie po mordzie.” (s. 191-192)

 

Dzięki temu, kolejna próba oskarżenia autora pamiętnika, skończyła się fatalnie dla donosiciela:

„Zaledwie Baniewicz [dowódca oddziału rosyjskiego kwaterującego w Krasowie] rozkwaterował się, zjawił się u niego żyd śpieg z denuncjacyją na mnie, ofiarując swe usługi.

Baniewicz słuchał cierpliwie żyda, który opowiadał o mnie straszne rzeczy, że ja jestem jednym z Komitetu warszawskiego, że jestem wielki mieteżnik, że za mnie Baniewicz dostanie medal, a jemu Wielki Jenerał podziękuje i.t.d.

Baniewicz spytał żyda spokojnie, jak daleko mieszkam. Żyd zapewniał, że Wierzbowizna od Krassowa nie dalej jak 2 wiorsty [ok. 2 km], że jeszcze dziś można by mnie wziąść. Wówczas podszedł do żyda, wziął go za brodę, szarpnoł i znaczną część wyrwawszy, zaczoł okropnie żyda bić, mówiąc: <wot tiebie Borzym sukin syn, skaży im nagrada>. Zbił żyda, skopał nogami i wyrzucił za drzwi, na ziemię obalając. Żyd wyjechał jak na sankach na dwór z sieni po progu i kamieniach pod progiem, tłukąc głową. W tym nadszedł feldfebel z raportem do rotnego [Baniewicza], a zobaczywszy żyda wyjeżdżającego z rozrzuconemi nogami pod progiem zapytał:

– Czto ty jewrej?

– Aj waj naczelnik mnie zbił panie żołnierz, zabił na śmierć.

Feldfebel dowiedziawszy się od żyda, że to Rotny tak go uczęstował, więc kopnoł butem w łep wołając, <ty chrystopodawiec uchodi, a to ubiju w smiert, maszennik>.

Zdarzenie to, tak wielki miało wpływa na korzyść moją, że mogłem śmiało uważa się za nietykalnego i spokojnego ze strony śpiegów.” (s. 192-193)

 

Nie miał tyle szczęścia brat autora, Antoni. Ale to już zupełnie inna historia i nie wiąże się bezpośrednio z tematem tego artykułu. Kończąc, warto wspomnieć i o tych Żydach, którzy z bronią w ręku stanęli po stronie powstańców. Nie było ich jednak wielu. W trakcie Powstania Styczniowego przez szeregi wojska polskiego przeszło ok. 150 tys. ludzi, z czego zidentyfikowano zaledwie 174 Żydów (co stanowi 0,116% ze 150 tys.). W tym czasie populacja Królestwa Polskiego  wynosiła ok. 5 mln ludzi, z czego Żydzi w Królestwie stanowili około 13% ludności. Więc choć co ósmy mieszkaniec Królestwa był Żydem, to w powstańczym wojsku jeden Żyd przypadał na około 860 żołnierzy.

Dr Radosław Sikora

 

Tematy pokrewne:

„Kolaboracja Żydów ze Szwedami w Krakowie”

„Żydzi w okresie szwedzkiego potopu – zdrajcy, szpiedzy i wierni poddani”

„Czy Polska powinna domagać się odszkodowań od Izraela?”

„O przyczynach nienawiści ludu ruskiego do Żydów w XVII – XVIII w.”

„Oczami polskiego Żyda”

„Dola i niedola żydowskiego dzierżawcy”

„Brudny jak polski Żyd – czyli niemiecki Żyd o polskich”

„Polski chłop o Żydach”

„Polski inteligent o Żydach”

„Terytorium Polski pod względem wojskowym – żydzi”

https://kresy.pl/kresopedia/zydzi-wobec-powstania-styczniowego-na-podlasiu-z-pamietnika-polskiego-szlachcica/?fbclid=IwAR2hV7AqEFj2GnPz6-ZgoDJ20NzUrGEgu5pTs3d2RlRQUOwjUd1jf-p8F8o

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Uncategorized | Leave a Comment »

O. Augustyn Pelanowski: Pan powiedział mi, że dojdzie do oczyszczenia – ogniem i wodą

Posted by tadeo w dniu 14 sierpnia 2019

via O. Augustyn Pelanowski: Pan powiedział mi, że dojdzie do oczyszczenia – ogniem i wodą

Posted in Uncategorized | Leave a Comment »

Niebo istnieje naprawdę 2014

Posted by tadeo w dniu 23 Maj 2019

Kiedy Colton Burpo cudem wyzdrowiał po nagłej operacji wycięcia wyrostka robaczkowego, jego rodzina nie posiadała się z radości. Nie spodziewała się jednak, że w ciągu następnych kilku miesięcy usłyszy piękną i wyjątkową historię o podróży małego chłopca do nieba i z powrotem.
Niespełna czteroletni Colton oznajmił rodzicom, że opuścił swoje ciało podczas zabiegu, wiarygodnie opisując, co jego rodzice robili, gdy on leżał na stole operacyjnym. Opowiadał o wizycie w niebie i przekazywał historie ludzi, z którymi spotkał się w zaświatach, a których nigdy wcześniej nie widział. Wspominał nawet o zdarzeniach mających miejsce jeszcze przed jego narodzinami. Zaskoczył swoich rodziców opisami i mało znanymi szczegółami o niebie, dokładnie pasującymi do tego, co podaje Biblia, a przecież nie mógł ich stamtąd znać, bo jeszcze nie umiał czytać.
Z rozbrajającą niewinnością i typową dla dziecka prostolinijnością Colton opowiadał o spotkaniach z członkami rodziny, którzy już dawno odeszli z tego świata. Opisywał Jezusa i anioły, twierdził, że Bóg jest „bardzo, bardzo duży” i naprawdę nas kocha.
Historia ta – opowiedziana przez ojca przywołującego proste słowa własnego syna – ukazuje miejsce, które czeka na nas wszystkich, gdzie, jak mówi Colton, „nikt nie jest stary i nikt nie nosi okularów”.
„Niebo istnieje… naprawdę!” na zawsze zmieni sposób, w jaki myślisz o wieczności, pozwalając ci przyjąć perspektywę dziecka i uwierzyć jak ono.

nieboAPC - 2019.05.23 21.18 - 001.3d

https://gloria.tv/video/EBJJFwru8qdy3TkxkidnpZrCJ

https://www.cda.pl/video/140388c7

Posted in Filmy - Polecam, Filmy i slajdy, Filmy religijne, Uncategorized | Leave a Comment »

Chata – The Shack (2017) Lektor PL

Posted by tadeo w dniu 3 marca 2019

Co by się stało, gdybyś weekend spędził sam na sam z Bogiem? W Jego chacie. Mógł zjeść z Nim śniadanie, pójść nad jezioro, wyspać się w Jego pokoju i pogadać jak z dobrym znajomym?

Taką możliwość miał Mackenzie „Mack” Phillips (w tej roli Sam Worthington). Choć w sumie… to do końca nie wiadomo, gdzie on był i z kim spędził weekend. W chacie? W niebie? A może po prostu przyśniło mu się to w czasie, gdy był w narkozie po wypadku samochodowym? „Chata” ma sporo z bajkowej konwencji. Zakwalifikowana jest zresztą jako film fantasy. Trochę bajka, trochę fantasy, ale przy okazji stawia sporo ważnych pytań. O Boga i naszą z Nim relację.

Niezbadane wyroki boskie

Mack był w dzieciństwie bity przez ojca. Po latach ożenił się z Nan. Mieli trójkę dzieci: Kate, Josha oraz Missy. Podczas rodzinnego wyjazdu nad jezioro porywacz uprowadził najmłodszą Missy. Ojciec przeżywa traumę, nie jest w stanie się z tym pogodzić, a za to, że nie udało się uratować córki, wini przede wszystkim Boga. Rok później Mack znajduje w skrzynce na listy tajemnicze zaproszenie podpisane przez „Tatę” (Boga). Tak, razem z małą Missy, nazywali Boga. Zaproszenie kieruje go do miejsca, w którym zamordowano jego córkę. „Dlaczego mam tam wrócić?” – pyta Mack, a w odpowiedzi słyszy: „Bo nie potrafisz się stąd wyrwać”. W „Chacie” porywacza przyjmują go trzy postacie – jedną zna zdzieciństwa. Okazuje się, że to jego dobra sąsiadka jest Bogiem (a przynajmniej pełni taką rolę wobec niego). W tej roli Octavia Spencer – Afroamerykanka, co oczywiście dodaje klimatu religijności tej grupy etnicznej. Synem jest młody mężczyzna, którego, ze względu na pochodzenie, przypisalibyśmy do kultury arabskiej. A Duch Święty? To Azjatka przedstawiona jako Sarayu.

Niektórzy pewnie się skrzywią na takie przedstawienie Trójcy Świętej. No bo niezgodne z naszą tradycją, pojmowaniem tajemnicy Trójcy i po prostu – z naszymi przyzwyczajeniami. No właśnie, może warto te przyzwyczajenia nieco zmienić? W końcu to Tajemnica, którą na ludzki (na pewno ułomny sposób) próbujemy zrozumieć. Taki pomysł na przedstawienie Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego przypomniał mi, jak ograniczone możemy mieć spojrzenie na naturę Boga. Bo czy Bóg nie może być Afroamerykanką? Wiem, wiem… kobieca natura Boga to temat na dysputę, na którą mogłoby nawet internetowej przestrzeni wystarczyć… Film jednak nie przyzwyczaja nas do tej jednej „wersji Boga”. W pewnym momencie widzimy Boga jako mężczyznę w średnio-starszym wieku. I znowu musimy dać Mu zaskoczyć. 

Film to ekranizacja książki o tym samym tytule. Okazała się bestsellerem. I choć ma pewien „protestancki sznyt i fantastyczne wątki, to warto „Chatę” obejrzeć. Może to i bajka, ale taka, która wiele mówi i do wielu przemyśleń skłania. Jedno jest pewne – bez Bożej łaski, bez łaski wiary wiele rzeczy i trudnych sytuacji wydaje się w życiu nie do przeskoczenia, nie do przejścia. No właśnie – wydaje się. Uwierzmy, że Bogu naprawdę na nas zależy, tak bardzo nas kocha. I jak bardzo jest szczęśliwy, gdy zajrzymy od czasu do czasu do jego Chaty…  

https://vider.info/vid/+fnv58n1

https://vider.info/embed/video/nv58n1

https://misyjne.pl/a-gdyby-bog-zaprosil-cie-na-weekend-do-siebie-o-filmie-chata/?fbclid=IwAR2Ti6lu73z-8l_iwgg4zUn3MtnhXCx-gKtwQYz-Pz_NMPwj_MhycgnECNQ

Posted in Filmy - Polecam, Filmy i slajdy, Filmy religijne, Uncategorized | Leave a Comment »

UKRYTA PRAWDA O ZABÓJSTWIE KS. POPIEŁUSZKI

Posted by tadeo w dniu 20 października 2018

Ks.Popiełuszko był przez tydzień bestialsko torturowany w bunkrze przez funkcjonariuszy WSW!

Już w listopadzie 1984 r. polski anatomopatolog odkrył, że ksiądz Jerzy Popiełuszko był przez kilka dni bestialsko katowany. Tropy odkryte po roku 1990 prowadzą do nieużywanego bunkra wojskowego w Kazuniu, trzech oficerów WSW i grupy ich wspólników z warszawskiej SB.

„Tak zmasakrowanego ciała nie widziałem nigdy w życiu” – te słowa wypowiedział 2 listopada 1984 r. profesor Edmund Chróścielewski do Józefa Popiełuszki – brata księdza Jerzego. Chróścielewski – światowej sławy anatomopatolog – na prośbę Episkopatu przyjechał do Białegostoku, aby wziąć udział w oględzinach zwłok. Profesor nie został przesłuchany przed sądem w Toruniu, który wydawał wyrok na trzech esbeków oskarżonych o zabójstwo księdza. To o tyle zaskakujące, że był ważnym świadkiem w sprawie i mógłby podzielić się swoimi spostrzeżeniami popartymi fachową wiedzą. Chróścielewski (zmarł w 1998 r.) nie zdążył złożyć zeznań w śledztwie prokuratora Andrzeja Witkowskiego. O tym, co zobaczył wówczas w prosektorium w Białymstoku, opowiedział rodzinie Popiełuszków, która doskonale to zapamiętała. I wtedy zaczęły się jej wątpliwości co do tego, czy oficjalna wersja zbrodni była taka, jak przedstawiały ją władze.

Ślady tortur
Co takiego wstrząsającego zauważył profesor Chróścielewski (Jaruzelski wyrażał się o nim z pogardą „ten katolik”)? Na zdjęciach z sekcji widać zwłoki księdza potwornie zmasakrowane: liczne uszkodzenia szczęki, wyłupane oko (!), twarz tak zniszczona, że zatarły się jej rysy, nie do poznania. To dlatego rodzina kapłana i jego najbliżsi przyjaciele nabrali wątpliwości, czy to zwłoki księdza. Jacek Lipiński – hutnik z Warszawy, a prywatnie drugi kierowca Popiełuszki – zdobył dokumentację stomatologiczną. W prosektorium podważono szczękę kapłana i wtedy, po analizie zębów, zidentyfikowano go ponad wszelką wątpliwość. Gdy Lipiński rozszerzył rzędy zębów, oczom wszystkich świadków ukazała się… jama ustna pozbawiona języka. Wyglądało to tak, jakby ktoś wyrwał język księdza. Profesor Chróścielewski patrzył na to okiem fachowca i zwrócił uwagę na kilka istotnych szczegółów. Po pierwsze: liczne rany były w różnym stadium zabliźnienia, co oznaczało, że jedne zadano nawet kilka dni wcześniej przed innymi. To wskazywało, że ksiądz Jerzy był torturowany przez kilka dni. Profesor doszedł również do wniosku, że kapłan był martwy, gdy wrzucono go do wody (z relacji Grzegorza Piotrowskiego wynikało, że esbecy wyrzucili ciało księdza, gdy był ciężko pobity, ale żywy). Dla biegłego sądowego jest to proste do ustalenia m.in. po wyglądzie płuc. Gdy wrzucany jest do wody człowiek żywy, jego płuca oddychają, przez co nabierają wody. Gdy wrzucane są zwłoki, płuca już nie pracują i nie nabierają wody. Wszystkie te (i inne) spostrzeżenia doprowadziły Chróścielewskiego do wniosku, że „kapelan Solidarności” był przed swoją śmiercią brutalnie torturowany przez wiele godzin. Dowody, że tak było naprawdę, zgromadził wiele lat później prokurator Andrzej Witkowski.

Tajemnica różańca
W październiku 1984 r., gdy milicjanci i funkcjonariusze służb specjalnych szukali zaginionego księdza, kapitan Romuald S. z kontrwywiadu WSW w Toruniu znalazł jego różaniec. Przyjaciele zamordowanego kapłana potwierdzili, że różaniec należał do niego. Różaniec leżał obok mostu na Wiśle w Toruniu. Jak wykazało śledztwo prokuratora Witkowskiego, to tam przewieziono księdza Jerzego uprowadzonego w Górsku. Tam właśnie, w zaroślach pod mostem, ksiądz został pobity i przekazany innej grupie oprawców. Co działo się z nim dalej? W śledztwie zachowały się dwie ciekawe relacje. Jedną z nich złożyła kobieta, która w październiku 1984 r. leżała w szpitalu we Włocławku i zapamiętała, jak na dzień czy dwa przywieziono tam księdza Jerzego (rozpoznała go po wyrazie twarzy). Znajoma warszawska pielęgniarka opowiedziała prokuratorowi, że dwa lub trzy dni po uprowadzeniu księdza zjawił się u niej w domu milicjant i zapytał, jakich leków używa kapłan. Wszystko to wskazuje na to, że ksiądz żył jeszcze parę dni po uprowadzeniu.
Ale jest jeszcze jeden, bardzo ważny trop. To relacje sześciu funkcjonariuszy Wojskowej Służby Wewnętrznej, którzy w 1984 r. zajmowali się sprawą księdza. I to oni śledzili go po tym, jak wyjechał z Bydgoszczy. W 1990 r. dotarł do nich prokurator Andrzej Witkowski. Jeden z oficerów WSW zeznał, że ksiądz został pobity w Toruniu, w pobliżu mostu, a potem zabrany samochodem do bunkra amunicyjnego w Kazuniu. Tam aż do 25 października był bestialsko torturowany przez funkcjonariuszy WSW pod opieką KGB. Świadek, który to zeznał, podał nawet nazwiska trzech oficerów, którzy mieli torturować kapłana. To pułkownik, kapitan i major. Wszyscy żyją do dziś w Warszawie. Pobierają wysokie emerytury. Nigdy nie odpowiedzieli za tę makabryczną zbrodnię.
Wersję o Kazuniu potwierdza jeszcze jeden szczegół. Mówił o nim już w latach 80. Krzysztof Wyszkowski. Chodzi o kamienie przywiązane do nóg kapłana. Analiza geologiczna wykazała, że kamienie te mają rzadki skład minerałów, jaki spotyka się właśnie w okolicach Kazunia. To była kolejna, niezależna poszlaka prowadząca do wniosku, że właśnie w Kazuniu przebywał uprowadzony ksiądz.

Relacja jednego świadka
Jest jeszcze jeden świadek, który potwierdza tę wersję. To emerytowany oficer warszawskiej Służby Bezpieczeństwa (będę go nazywał Y). W październiku 1984 r., kiedy pracował w warszawskiej SB, wezwał go jego przełożony – pan W. (żyje do dziś i wiedzie życie szanowanego emeryta) i powiedział mu o zadaniu specjalnym, które zlecił mu osobiście sam generał Kiszczak. Pan W. miał znaleźć ludzi, którzy będą codziennie zawozić prowiant do starego bunkra w Kazuniu, gdzie ekipa WSW wykonywała „zadanie specjalne”. Dostali na ten cel nawet specjalny resortowy samochód – poloneza. Y nie pytał, bo nie miał w zwyczaju w takich sytuacjach zadawać zbędnych pytań, tym bardziej, że czasy były niespokojne, a w resorcie z podejrzeniem patrzono na tych, co zadawali pytania. W każdym razie od 20 października Y i jego koledzy – podwładni pana B. – kursowali regularnie między Warszawą a Kazuniem koło Modlina i wozili jedzenie. Y zapamiętał swój pierwszy wyjazd do Kazunia. „Na miejsce trafiliśmy bezbłędnie, ale dojechaliśmy tylko do szlabanu blokującego bezpośredni dojazd do bunkra. Dalej prowadziła droga szutrowa, po której nie wolno nam było jechać. Przy szlabanie czekał na nas człowiek mówiący z silnym rosyjskim akcentem. Człowiek ten odebrał od nas prowiant, a potem w wulgarnych słowach kazał nam odjeżdżać”. Pojechali i nie zadawali więcej pytań. Opisywany tutaj Y. był w Kazuniu kilka razy – 2, może 3. Później przyszło polecenie, żeby zaprzestać wyjazdów do Kazunia z aprowizacją. Więc Y i jego koledzy przestali jeździć. Kilka lat po transformacji ustrojowej, gdy większość oficerów SB była już na emeryturach, pan Y i pan W. spotkali się w gronie dawnych kolegów z SB. Wypili morze wódki i wtedy pan W. niechcący wrócił do tamtej historii. Opowiedział mojemu rozmówcy, że „zadanie specjalne” z 1984 r. miało dlatego tak ogromne znaczenie, bo w Kazuniu był „jakiś ksiądz związany z opozycją”, wobec którego prowadzono „działania specjalne”. Mój Y oczywiście nie pytał, bo nie miał w zwyczaju pytać, ale odpowiedź była oczywista. W październiku 1984 r. zaginął tylko jeden ksiądz katolicki, który nazywał się Jerzy Popiełuszko (wcześniej nosił imię Alfons).
Nasz Y sam o sobie mówi, że nie był grzecznym chłopcem. „Wiesz, że nie byłem aniołkiem” – mówił mi. – „Czasem trzeba było jakiegoś opozycjonistę obić, czasem dać w ryja jakiemuś gówniarzowi, czasem kogoś wywózką do lasu postraszyć, a czasem jakiegoś księdza zgnoić”. Nie był „aniołkiem” przez całe lata 80., a gdy wiatr historii wyrzucił na śmietnik Służbę Bezpieczeństwa, popracował jeszcze parę lat w policji, jak wielu jego kumpli z SB. Od wielu lat jest na emeryturze. W tym czasie uspokoił się, nikomu już nie obija mordy, politykę ma w d…, a jedyną rzeczą, której pragnie, jest święty spokój. Opisana tutaj relacja Y nie była nigdy spisana w żadnym protokole, a on sam nigdy nie został przesłuchany w związku z tą sprawą. Relacja wydaje się jednak wiarygodna. Po pierwsze dlatego, że Y zapamiętał wiele szczegółów potwierdzonych niezależnie w śledztwie prokuratora Andrzeja Witkowskiego. Po drugie: Y to człowiek z natury nieskory do konfabulacji i przeinaczeń.

warszawskagazeta.pl/…/140-bunkier-opr…

http://telewizjarepublika.pl/wideo/w-punkt-r-gromadzki-ks-stanislaw-malkowski-ukryta-prawda-o-zabojstwie-ks-popieluszki,16065.html

 

 

Posted in Religia, Uncategorized | Otagowane: | Leave a Comment »

Z dziejów obszaru gminy Zalesie

Posted by tadeo w dniu 8 Maj 2018

ZALAPC - 2018.05.08 18.36 - 001.3d

Z dziejów obszaru gminy Zalesia.pdf

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Uncategorized | Leave a Comment »

Wschód i Zachód a Polska – prof. Tadeusz Zieliński (1935)

Posted by tadeo w dniu 28 kwietnia 2018

APC - 2018.04.28 12.58 - 001.3d

http://www.pbc.biaman.pl/dlibra/docmetadata?id=32524&dirds=21&tab=

Posted in Historia, Książki (e-book), Polskie Kresy, Uncategorized | Leave a Comment »

Dzieje Parafii Horbów

Posted by tadeo w dniu 22 kwietnia 2018

Horbów APC - 2018.04.22 14.21 - 001.3d

http://gminazalesie.pl/horbow/images/banners/Dzieje%20Parafii%20Horbw_Romualda_Elbieta_Krzeska.pdf

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Uncategorized | Leave a Comment »

Franciszek – zapomniany Papież

Posted by tadeo w dniu 30 marca 2018

Zapytano kiedyś naszego umiłowanego świętego Jana Pawła II o najważniejsze zdanie z Pisma Świętego, odpowiedział- ,, poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8:31, 32).
13 marca minęło  5 lat pontyfikatu papieża Franciszka. Dla wielu najważniejszym i najbardziej pocieszającym zdaniem  tego Papieża było to z wywiadu dla TV meksykańskiej  że jego pontyfikat będzie trwał 4, 5 lat.
Dodał że może się mylić…..
————
Historia Kościoła, papiestwa, jest pełna chwały, zawirowań, były i są wpisane w tę historię bunty, upadki i powroty.
W ostatnich dziesięcioleciach bardzo chętnie i dużo w naszym  Kościele jest przywołań z nauk św. Jana Pawła II, sporo z Benedykta XVI.  Od pięciu  lat, początku pontyfikatu Franciszka, poza modlitwą Eucharystyczną, intencjami modlitewnymi na dany miesiąc nie słychać za bardzo przywoływań do nauczania aktualnego Papieża.
Zastawiające z tego powodu, na ile Kościół jest powszechny a na ile Polski ?

Franciszek zgorszył niektórych na początek pontyfikatu mówiąc do wszystkich- dzień dobry ! Zamieszkał  w skromnym Domu św. Marty, jeździ małym kompaktowym samochodem. Daje świadectwo że nie jest wyznawcą marki porsche , nie jest wyznawcą  papiestwa, jest wyznawcą  Jezusa Chrystusa. Taka postawa Jezuitów ( bo do tego Zgromadzenia należy obecny Papież) -świadczyć sobą, sprawdziła się i dała nowe życie Kościołowi na Soborze Trydenckim w początkach działalności Towarzystwa Jezusowego .

Gdyby zadać sobie trochę trudu, wejść w historię reformacji Lutra , zobaczyć co robili wtedy Jezuici, łatwiej by było zrozumieć  postawę i działanie Franciszka.
To działania ojców Jezuitów, świadectwo życia,  powstrzymały reformację Lutra.
Niemcy w 90 % były zreformowane przez Lutra. Podobne proporcje były w Austrii.To Jezuita św. Piotr Faber SJ i jego współbracia Jezuici, szli  pokornie od miasta do miasta niemieckiego, rozmawiali z biskupem i jego kapłanami, zakładali uczelnie i konwenty jezuickie . Najzacieklejsi  przeciwnicy stawali się ich przyjaciółmi, wstępowali  do Towarzystwa Jezusowego. Następcą, kontynuatorem misji kontreformacji św. Piotra Fabera SJ  został przyjęty przez niego do Zgromadzenia, z pochodzenia Holender, św. Piotr Kanizy SJ ( przyjął do Towarzystwa Jezusowego naszego św. Stasia Kostkę) To Piotr Kanizy stworzył  pierwszy Katechizm Kościoła Katolickiego odpowiadając na szereg podobnych publikacji Luteran śmiało korzystających z wynalezienia druku.
Dzięki podobnemu usposobieniu,  duszy- anioła, jak jego poprzednik św. Piotr Faber przeciągnął z  powrotem do Świętego Kościoła Katolickiego rzesze Niemców.
Jezuitom towarzyszyła jedność, brak jedności w obozie Lutra powodowała powroty do Świętego Kościoła Katolickiego.
Dzisiaj Niemcy liczą tylko 27 %  Luteran różnych denominacji. Austria jest w 70 % katolicka.
Dlatego Papież- Jezuita  jak najbardziej ma historyczny mandat, wie co robi, do czego zmierza  dialogujac z Protestantami. Tymi osobistymi relacjami, spotkaniami może przywrócić jedność Kościoła. Pamiętajmy że Franciszek NIGDY nie odżegnał się od prymatu Piotra, nie obiecał jedności bez prymatu Biskupa Rzymu.
Ci co ,, rzucają kamieniami,, w stronę innowierców , czy w ten sposób zjednają do powrotu pod prymat Biskupa Rzymu  kogokolwiek ?

Śmiejemy się że Żydzi doszli do absurdu z 613 przykazaniami zapominając że odpowiednikiem w naszej religii jest  1752 kanonów Prawa Kanonicznego.
Pomimo tej ilości ,,przykazań,, mówi się nam że jest  problem z interpretacją Encykliki  Amoris Laetitia.
Przyzwyczajeni do starego, słyszymy petycje  do Papieża o taki ,,taksometr,, ,, do tej Encykliki a wydaje się że wystarczy aby kapłan był święty i współpracujący z Bożą łaską. Taki da sobie radę bez ,,taksometru,, nie wyrządzi szkody duchowej sobie, Kościołowi i osobom powierzonym jego pieczy duchowej.
Od ponad 30 lat z Medziugorje płyną nawoływania do modlitwy o świętość kapłanów.
Wielu świeckich podjęło to wezwanie. Pasterze wielu Diecezji cenią te inicjatywy, powołują  kapłanów którzy opiekuje się tymi oddolnymi ruchami modlitewnymi.
Warto spojrzeć skąd bierze się ,,radykalizm,, Franciszka. Swoje źródło ma w duchowości Ignacjańskiej. Franciszek jak każdy Jezuita zakotwiczony jest w tej duchowości.
Dewiza Jezuitów Ad maiorem Dei gloriam (skrót AMDG) –znaczy „na większą chwałę Bożą”. Jest to
hasło programowe powiązane ze stałą formacją- Ćwiczeniami Duchownymi
sformułowanymi przez ojca założyciela św. Ignacego Loyola.
„Człowiek po to jest stworzony, aby Boga, Pana naszego, chwalił, czcił i jemu służył, a przez to zbawił duszę swoją. Inne zaś rzeczy na obliczu ziemi są stworzone dla człowieka i aby mu pomagały do osiągnięcia celu, dla którego jest on stworzony. Z tego wynika, że człowiek ma korzystać z nich w całej tej mierze, w jakiej mu one pomagają do jego celu, a znów w całej tej mierze winien się od nich uwalniać, w jakiej mu są przeszkodą do tegoż celu. I dlatego trzeba nam stać się ludźmi obojętnymi (nie robiącymi różnicy) w stosunku do wszystkich rzeczy stworzonych, w tym wszystkim, co podlega wolności naszej woli, a nie jest jej zakazane (lub nakazane), tak byśmy z naszej strony nie pragnęli więcej zdrowia niż choroby, bogactwa (więcej) niż ubóstwa, zaszczytów (więcej) niż wzgardy, życia długiego (więcej) niż krótkiego, i podobnie we wszystkich innych rzeczach. Natomiast trzeba pragnąć i wybierać jedynie to, co nam więcej pomaga do celu, dla którego jesteśmy stworzeni” (CD 23).

Ćwiczenia  Duchowne to trudna, rozłożona na lata,  dynamiczna, często bardzo bolesna dla własnego ego droga.  Opiera się ona  na ascezie jezuickiej,radykalnym nawróceniu, wyzbywaniu się nieuprządkowanych przywiązań i współpracy z Bogiem.
Tego czego ludzie szukają dzisiaj w religiach, duchowościach wschodu, wszystko mogą znaleźć  w duchowości ignacjańskiej . Z tym że zamiast nirwany –  ,, rozpłynięcia się w  nicości,,  w duchowości ignacjańskiej mogą osiągnąć stan zjednoczenia z Żyjącym, Miłosiernym, Jedynym Bogiem.
Modlitwa końcowa Ćwiczeń Duchownych według św. Ignacego pięknie to ilustruje.
Zabierz Panie i przyjmij
całą wolność moją,
pamięć moją i rozum,
i wolę mą całą.
Wszystko, co mam i posiadam.
Ty mi to wszystko dałeś,
Tobie to, Panie, oddaję.
Twoje jest wszystko,
rozporządzaj tym w pełni
wedle swej woli.
Daj mi jedynie miłość Twą i łaskę,
a to mi wystarczy.
Amen.
św. Ignacy Loyola,
Ćwiczenia Duchowe, 234

U Franciszka widać miłość i łaskę. Przed każdą medytacją  ignacjańską  wybranym fragmentem z Pisma Świętego zawsze występuje modlitwa przygotowawcza którą można pokrótce  ztreścić ,, abym na wszystko co mnie otacza patrzył oczami Boga ,,
Dopuszczanie dyskusji na trudne tematy w Kościele, spotkania z ludźmi innych poglądów, religii, to jest ,, patrzenie oczyma Boga,,.
Bóg nikogo i niczego nie unika. Tak wiele dopuszcza, nie pozbawia wolnej woli, wolności.
Dzisiejszy bojkot Papieża Franciszka wynika ze strasznego zniewolenia lękiem.
Lęk przed spotkaniem, rozmową na trudne tematy. Lęk może doprowadzić do takiego nawarstwienia problemów że wszystko pęknie, rozleciał się nieodwołalnie. Stanięcie w prawdzie, nazwanie problemu, da podstawę do jego rozwiązania. Nakreśli kierunek.
Lęk wynika z braku uświęcania w rodzinie, pogańskiego widzenia religii i Boga, uwikłania w życie światowe.

Istanieje  opinia że na  rekolekcje ignacjańskie  idzie się  za karę, za duże występki.
Gdyby z tej duchowści zaczęli korzystać  lokalni  liderzy  wspólnot parafialnych wnieśli by nową jakość do swoich wspólnot. Wyzbyli by się lęku ,, co ludzie powiedzą,, i zaczęli by działać jak Bóg chce.
Przykładem mogą być rekolekcje  Jezuity ojca Józefa Augustyna SJ o Adoracji  jako źródle wyzwolenia z poczucia winy i poczucia krzywdy.  Na tych dwu instrumentach, poczuciu krzywdy i poczuciu winy potrafi szatan wspaniale grać. Zwłaszcza w Polsce od wieków przeżartej plagą alkoholową.
Z poczucia winy, krzywdy możemy mieć skrzywienie religijne. Staramy się, jak poganie, przekupić bóstwo. Papież Franciszek podczas jednej z homili opisał taką postawę – ” zamknięte drzwi do kościoła i klucz w kieszeni. Sam nie wchodzę i innym nie pozwalam wejść. Zasłaniam wejście swoim ciałem”
W Polsce, w wielu miejscach,  tam gdzie miały miejsce nadużycia w Kościele,  atakowane, odczłowieczane są ofiary a sprawcę jak czarownika broni się i wybiela. Sądzi się  że takim działaniem  zyska się przychylność  bóstwa i uniknie klątwy ,, czarownika ,,. Przebaczenia, przeprosiny kierowane są w pustkę. Odczłowieczone, pokrzywdzone osoby nie liczą się w tych układach, pozostają zepchnięte na margines. Z kim byłby, po której stronie stanąłby dzisiaj Jezus ?

Czym się różni pogaństwo od Chrześcijaństwa i jaka winna być nasza postawa  pięknie wyjaśnia książka ,, ABC Chrześcijaństwa ,, śp. o. Alfreda Cholewińskiego SJ Prymas Polski powiedział ostatnio że Kościół zmienia podejście od stanu dyskretności do stanu transparentności w sprawach nadużyć. Pracujący w tych obszarach  Jezuita, ojciec Żak, mówił wielokrotnie że organizacje i osoby broniące życia są odpowiedzialne również za pomoc pokrzywdzonym i walkę z nadużyciami w Kościele.
Gdyby osoby broniące życia wzięły jak to się mówi ,,całe dobrodziejstwo inwentarza,, to pewnie dawno mielibyśmy uchwaloną pełną ochronę życia nienarodzonych. Tak zajmując się tylko jednym fragmentem, obroną życia, pozostałe zostawiają  diabłu dają mu siłę i grzęźniemy  w miejscu.
Postawa Franciszka porządkującego te sprawy w Kościele ustrzegła i  ustrzeże  nie jednego od piekła.
Porządkuje  się i nasza Najjaśniejsza Rzeczpospolita Polska, towarzyszy temu wielki opór. Podobieństwo tych procesów ukazuje Biblia w historii Izraelitów. Izraelici stali się narodem WOLNYM kiedy przyjęli Prawo ( Dekalog) jako własne i Szabat czyli wolny dzień. Widać w Polsce jak jesteśmy jeszcze zniewoleni , jaki mamy ,, Egipt w głowach,, buntując się przeciw wolnej niedzieli i tworzeniu własnego systemu prawnego.
Nauczeni jesteśmy traktować Dekalog jako 10 zakazów taki ,,niewolniczy taryfikator,,. Do tego sprowadza się często nasza duchowość czy coś już jest grzechem czy jeszcze nie. Więcej pytań, refleksji nie mamy. Dekalog jest czymś więcej, jest najwyższym dobrem,  Prawem które jeżeli przez głowę wejdzie do serca da wolność myślenia,  wyborów. Zawsze będą to wybory dobre. Lepiej będzie się z nimi żyło.
Widzimy grzech i zniewolenie nazizmem u Niemców, bo myśmy go rzeczywiście ,,nie praktykowali,,ale zupełnie nie widzimy naszego zniewolenia komunizmem w który strukturowo byliśmy uwikłani. Nie wyrzekliśmy się demona komunizmu, wyparliśmy go, usprawiedliwając że gdzie indziej było gorzej, kto inny był gorszy. Demon rozmiękczał nas w tamtych czasach że u nas socjalizm nie komunizm. Można  być dobrym katolikiem i dobrym partyjniakiem.
Z takiego rozmiękczenia, lęku przed prawdą  stworzono  czarne legendy o Jezuitach.
Dalej powielana jest komunistyczna fałszywka o pochówku w letargu ks. Piotra Skargi którego proces beatyfikacyjny nabrał dużego tempa.
Tworzy się nowe legendy o kwestionowaniu istnienia szatana przez Generała Jezuitów, a Papieża wielu lekko nazywa heretykiem.
Jedząc ,, Papieski chleb,, życzy się mu śmierci. Tym bardziej bolesna rzecz że podobnie jak za czasów Lutra to zgorszenie nie wychodzi od świeckich.
Dlatego trzeba się mocno modlić o jedność z Biskupem Rzymu i świętość kapłanów.
Największy prezent kapłanowi można sprawić zakładając za niego modlitwę
,, Margaretkę,,.Potrzeba  chętnych 7 osób do tej modlitwy. Poniżej link jak to zrobić w praktyce
http://www.apostolatmargaretka.pl/utworz-margaretke/

Zmienia się świat, zmienia się Kościół. Kiedyś samobójców chowano na nie święconej ziemi, piętno takiej śmierci przechodziło na dzieci.
To się w Kościele zmieniło. Otwarty został nowy, prawdziwy front Bożego Miłosierdzia w praktyce dotyczący rodziny, związków.
W pierwszej mierze od świeckich zależy czy rodzina przetrwa.
Ufać trzeba wypowiedzi  św. Jana Pawła II ,, poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8:31, 32).

Sądecki Pielgrzym

http://sadeczanin.info/blogosfera/sadecki-pielgrzym

Posted in Uncategorized | Leave a Comment »

Lachowie i Lechici

Posted by tadeo w dniu 26 lutego 2018

Najwcześniejsza stosowana nazwa naszego kraju to Sclavinia(ziemia słowian) albo Wenden(ziemia winidów, czyli rzymskie określenie słowian).

Nazwa Polonia nie pochodzi od słowa pole, ponieważ w takim przypadku nasz kraj nazywał by się Opolonia czyli kraj nad polami. Nazwa Polognælub Polegnæ wywodzi się od słowa Lechia lub Legnæ, co wskazuje na to że podobnie jak w przypadku polskich Po-morzaPo-łabiaPo-Lesia także i tu zastosowano taki proces jako Po-Legna lub Po-Lachia  (od której wzięło się określenie Polachów, które potem przeszło w Polaków) czyli potomków Lecha/Lacha. Dlatego najbardziej prawidłowym i pierwotnym określeniem dla zjednoczonych plemion polskich była by Lechia lub Lachia.
Autor: Kristof Bonaparte

Powyższy tekst jest świetnym wstępem przed przeczytaniem książki Karola Potkańskiego z 1897 roku o pochodzeniu nazwy Polski, oraz prześledzenia określenia Lechia, Lęchy które pojawia się raz po raz na naszych stronach lub wielu innych. Autor jednak pomija powyższy zbieg lingwistyczny, a uważam że jest ważny w określeniu pochodzenia nazwy Polska. Jednak ja zapraszam do przeczytania książki o pochodzeniu naszej alternatywnej nazwy w serwisie POLONA.pl (kliknij w obrazek)

Kraków : Akademia Umiejętności, 1897 (Kraków : Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego). – Potkański, Karol (1861-1907)

 

[miniatura]

https://polona.pl/item/lachowie-i-lechici,MTA2MTU1NDE/6/#info:metadata

Posted in Historia, Książki (e-book), Uncategorized | Leave a Comment »

Miłość trwa wiecznie (2006)

Posted by tadeo w dniu 14 lutego 2018

Missie po śmierci Williego wraca z synem w rodzinne strony. Wprowadza się do rodziców i rozpoczyna pracę jako nauczycielka. Po wcześniejszych tragicznych wypadkach traci wiarę w siebie aż do czasu adopcji jednej z sierot, które przybyły do miasteczka w poszukiwaniu nowych rodzin. Pomimo, iż nie chciała jako samotna matka brać odpowiedzialność za jeszcze jedno dziecko decyduje się zaadoptować Maddie. Missie również zaczyna interesować się miejscowy szeryf Zach. Incydenty i różne sytuacje doprowadzają do tego, że Missie pomimo wielkiej straty znajduje drogę do szczęścia.

https://www.cda.pl/video/1945434e

https://gloria.tv/video/ze6evRQWQ1GS37kx8psTNNMZP

Posted in Filmy - Polecam, Filmy religijne, Uncategorized | Leave a Comment »

Fenomenalny polski jasnowidz

Posted by tadeo w dniu 3 września 2017

Znalezione obrazy dla zapytania Stefan Ossowiecki

Do mojej redakcji, w której pracowałem w Polsce, przychodził pan Jerzy Jacyna, fascynujący, kulturalny człowiek. Kiedyś mój przyjaciel, zastępca redaktora naczelnego, twórca głośnych książek “S-F”, popularyzator wiedzy, prezes Polskiego Towarzystwa Parapsychologicznego, Krzysztof Boruń, oznajmił mi, że udało mu się skłonić – nie bez pewnych oporów zresztą – pana Jacynę, żeby opublikował swoje wspomnienia o bliskim kuzynie, inżynierze Stefanie Ossowieckim, głośnym jasnowidzu w okresie istnienia Polski międzywojennej. “Ależ to będzie typowy samograj i podniesie nam nakład o kilkadziesiąt tysięcy, jeśli cenzura pozwoli” – piał z zachwytu. Cenzura jednak była “twarda” i nie pozwoliła. Ale ludzie i tak kserowali ostatnie strony naszego tygodnika, dzięki czemu znowu powróciła w glorii postać wyjątkowego człowieka, który tak dużo wiedział o przyszłości.

Każdego tygodnia, w piątek, pan Jacyna przynosił nam kolejny odcinek swej opowieści o sławnym w całej Europie kuzynie, dzięki czemu byliśmy pierwszymi odbiorcami i entuzjastami jego wspomnień o polskim jasnowidzu. Aż po półtora roku, w pewien pochmurny, późnojesienny piątek, pan Jacyna oznajmił nam z powagą i napięciem w głosie, że przyniósł już ostatni odcinek, gdyż teraz sporządza… testament!

Zaczęliśmy z niedowierzaniem gorąco zaprzeczać temu oświadczeniu, a on na to: Nie zmyślam nic, wiem wszystko od Stefka! Otóż kiedyś powiedział mi, że znajdę się w “smudze cienia”, kiedy zacznę spisywań wspomnienia o nim i radzi mi się przygotować, bo od chwili napisania ostatniego odcinka pozostanie mi jeszcze tylko tydzień życia”.

No i co powiecie? Okazało się, że w następny tydzień, na przejściu dla pieszych, pan Jacyna został potrącony przez ciężarówkę i umarł w karetce pogotowia w drodze do szpitala na Solcu.

I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?
Twierdzę, a mój sąd nie jest pozbawiony racjonalnego podejścia, że tzw. umiejętności i predyspozycje są w cywilizacji ludzkiej rozdawane nierównomiernie i ciągle “falują”. Raz można je znaleźć w danej epoce przydzielone prawie “na pęczki”, innym razem – mizerota, błoga intelektualna sytość i średnia pełzająca tuż przy ziemi; po poprzedniej epoce erupcji talentów ludzkich – posucha, pełny zastój i stagnacja umysłowa.

Taka też jest sytuacja w parapsychologii i jej zasadniczej części – prekognicji, czyli odczytywaniu przyszłości i niezwykle trafnymi i bardzo czytelnymi odniesieniami, które dopiero “rozumie” ludzkość, kiedy te wydarzenia spełnią się co do joty w bliższej czy dalszej przyszłości. Ludzie “jutra” zastanawiają się wówczas nad tym, skąd ci z “wczoraj” wiedzieli o tym, co dopiero miało się spełnić. Zwykle ten stan zwie się syndromem Juliusza Verne’a, jednego z wielkich twórców, wówczas kiedy je pisał – “powieści fantastycznych” – które wkrótce znajdowały swe odniesienia w realnym świecie przyszłości.

Kiedyś prof. Kazimierz Manczarski, znakomity psycholog polski, udzielając mi wywiadu, stwierdził, iż tylko 20 proc. badanych przez niego przypadków jasnowidzenia daje się klasyfikować jako prawdziwe jasnowidzenie, tzn. “proroctwo z przeszłości” potwierdzone w teraźniejszości, a na moje pytanie, czy fenomen jasnowidzenia istnieje, odpowiedział: “Tak, oczywiście, że istnieje! Na razie jednak nie daje się go sklasyfikować naukowo ani zmierzyć i zważyć empirycznie. Tu na nic zda się mędrca szkiełko i rozum, bowiem wkraczamy w nieznane rewiry ludzkich możliwości. I może raczej pomoże człowiekowi kabała, czy inny katalizator czytania jak z otwartej księgi przyszłości w dniu dzisiejszym”.

Czemu akurat ci, a nie inni mają niesamowite wręcz możliwości trafnego odczytywania nie tylko indywidualnych losów, ale też losów całych narodów, ba, nawet całej ludzkości? Czyżby było to czytanie z “czasów równoległych” lub ich “zapętlenia”? Czyżby dostatecznie jasne widzenie “niewidocznych” dla przeciętnego człowieka związków przyczynowo-skutkowych panujących w świecie, możliwość przeprowadzenia trafnej analizy wydarzeń. Może tak, a może jeszcze inaczej.

Jedno jest pewne. W czasach historycznych “przesileń”, gdy nadchodzi nowa jakościowo epoka, rewolucja naukowo-techniczna i powstają całkowicie różne od powszechnie obowiązujących trendy w kulturze, w obyczajach lub w życiu moralno-etycznym, nie mówiąc już o samej polityce, którą św. Augustyn nazwał wielką ladacznicą, rodzą się na owej “stycznej” obu epok – odchodzącej i przychodzącej – geniusze nauki, wynalazcy, mistrzowie pióra i pędzla, odkrywcy, słowem: ludzie niepowszedni. Rodzą się także ci, którzy “wiedzą wszystko”, prawidłowo odczytując odległą, a już przez to samo niejasną przyszłość. Jeden ze znakomitych pisarzy francuskich, Andre Gide, stwierdził krótko: “Przyszłości nie można zaplanować’’. No dobrze, a co sądzić trzeba o jej odczytaniu? Inaczej mówiąc: jak tu nie wierzyć Nostradamusowi, skoro tyle jego proroctw spełniło się dokładnie. Jak tu nie wierzyć w trafne odczytywanie przeznaczenia, skoro mamy i inne przykłady owej “siły ducha” potrafiącej przeniknąć zasłonę czasu i dostrzec to, co dopiero ma się wydarzyć

Do dzisiaj nie wiadomo,jak oni to robili
W poprzednich artykułach o Nostradamusie i Edgarze Cayce, dwóch uznanych jasnowidzach rozmaitych czasów, publikowanych w “Dzienniku Związkowym” stwierdziłem, że – doskonale zorientowani w swoich możliwościach parapsychologicznych, w diagnozowaniu chorób i stawianiu dość odległych hipotez naukowych, czy w przewidywaniu wydarzeń, które dopiero nastąpić miały – podnosili, że dysponują darem Bożym, który i dla nich nie jest dostatecznie jasny. Po prostu – mają go i pragną wykorzystać dla dobra ludzi, a nie dla własnych korzyści. Nieprzypadkowo mówiłem też powyżej o osobliwej wręcz zbieżności pojawienia się jasnowidzów z okresu przełomów epok. Teraz dodam, że istniała również zbieżność ich biografii. Sam zostałem tym faktem zadziwiony i – przypuszczam – że to samo spotka zapewne wielu moich czytelników.

W Europie niekwestionowanym ‘‘prorokiem i wieszczem” na przełomie wieku XIX i XX był nasz rodak, inżynier Stefan Ossowiecki. Urodził się on w 1887 roku, a został zamordowany przez hitlerowców w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego, prawdopodobnie 5 albo 6 sierpnia 1944 roku, jak powszechnie sądzi się, gdyż nie chciał zdradzić im tajemnicy zakończenia II wojny światowej (w tym celu został zaaresztowany przez gestapo pod koniec lutego tego roku i przetrzymywany w słynnej jego katowni przy Alei Róż w Warszawie).

Zaś Edgar Cayce, Amerykanin, o którym pisałem chyba w marcu ub. r. urodził się w 1887 roku, a zmarł w 1945 roku. Cóż za nieprawdopodobna zbieżność dat. Ale wzmacnia ją jeszcze wypowiedź Cayce’a odnotowana w jego sławnych “readings”, z której wynika jasno, iż wiedział wszystko o swoim polskim “konkurencie”, nazywając go nawet “duchowym bliźniakiem”. W każdym razie wiedział, że data ich śmierci pokryje się ze sobą wzajemnie: “Pana Ossowieckiego przeżyję o kilka miesięcy. Wkrótce po jego śmierci, okrutnej śmierci poniesionej z rąk gestapowskich siepaczy, bo będzie torturowany podczas śledztwa na Gestapo, o czym wie i z czym godzi się, i ja umrę, o stokroć lżej niż mój duchowy przyjaciel, w kilka miesięcy po nim”.

No bo i niby skąd miał wiedzieć, sławny i uznany, jasnowidz z Virginia Beach o swoim europejskim koledze? Pytanie pozostawiam bez odpowiedzi, gdyż po prostu nie mieści się ono w “racjonalnej głowie”. I to od czasów, kiedy ujrzałem akurat ten readings, jako nieopracowany jeszcze (zatem i nie skomentowany) “odczyt” ostatnich snów amerykańskiego ezoteryka z roku 1944 (okres czerwiec-lipiec), na krótko przed śmiercią Ossowieckiego. By zrozumieć sytuację: okupowana Polska odcięta była od wolnego świata kordonem wojsk niemieckich i hitlerowskiego Gestapo, który uszczelnił się jeszcze bardziej po wybuchu Powstania Warszawskiego. Żadna zatem informacja na temat losów jakiegoś tam inżyniera Stefana Ossowieckiego, a cóż dopiero mówić – na temat wielu tysięcy, ba, milionów obywateli polskich, nie mogła przedostać się na Zachód tak szybko, jak byśmy sobie tego życzyli. Tymczasem Cayce wiedział wcześniej.

Chyba zatem chodziło o inną formę przekazu niż przy pomocy fali radiowej, formę telepatyczną lub działającą na zasadach duchowej penetracji obszarów czasu przyszłego, czyli tego, co dopiero zdarzyć się musiało i odczytane zostało prekognicyjnie. Przez coś, co zapisane było w Księdze Przeznaczenia. Bez udziału umysłu, woli, pamięci czy doświadczenia.

W każdym razie wiedziałem już o tym w roku 1987, kiedy to w Instytucie Badań Parapsychologicznych im. Edgara Cayce jeden z oprowadzających mnie pracowników zagadnął, czy wiem cokolwiek o polskim jasnowidzu, inżynierze Ossowieckim. Wiedziałem akurat sporo, a wiedzę swoją czerpałem właśnie ze wspomnień pana Jacyny i z opublikowanej akurat książki Krzysztofa Borunia i Katarzyny Boruń-Jagodzińskiej: “Ossowiecki – zagadki jasnowidzenia”. Na takie dictum pokazano mi owe “readings” Cayce’a związane ze Stefanem Ossowieckim, a ja z kolei przekazałem telefon i adres Krzysztofa Borunia. Najprawdopodobniej nawiązano z nim kontakt, bo wspominał mi o tym przy naszym kolejnym spotkaniu, ale czy ten kontakt z Instytutem rozwinął się szerzej – po prostu nie wiem.

Tak czy inaczej, obaj uznani jasnowidze stosowali nieco inne metody “wglądu” w przeszłość i przyszłość. Edgar Cayce, o czym napisałem już w artykule poświęconym jemu, swe przepowiednie wygłaszał we śnie sonambulicznym i odpowiadał tylko na zadane mu pytania, będąc jakby mimowolnym obserwatorem postawionego przed nim problemu, co spowodowało, iż powszechnie nazywano go “śpiącym prorokiem”. Dodatkowo, nad czym prowadzone są obszerne badania, w zgoła inny sposób formułował swe sądy i prognozy niż jego codzienna ‘‘prosta” rozmowa na jawie (czemu się dziwić nie można, gdyż swoją edukację ukończył na poziomie szkoły średniej i nie mógł uzupełnić swojej wiedzy ogólnej – specjalistycznym językiem technicznym czy lekarskim, a jednak w ten sposób się wypowiadał, zadziwiając np. słownictwem sejsmologicznym czy symbolami chemicznymi). Pytany wielokrotnie o te czy inne dziedziny wiedzy ludzkiej, zawsze znajdywał właściwe i pełne odpowiedzi, zupełnie tak, jakby coś lub ktoś “podpowiadał” mu we śnie, co takiego ma odpowiedzieć pytającemu. Zupełnie inaczej rzecz miała się ze Stefanem Ossowieckim. On nie musiał “śnić”, żeby krystalizować swe sądy czy prognozy.

Uczeń szamana
Stefan Ossowiecki urodził się w dobrze sytuowanej rodzinie polskiego przemysłowca osiadłego w Rosji i prowadzącego swe interesy zarówno w Rosji, jak i na obszarze zaborowym – w b. Królestwie Polskim i w b. Księstwie Poznańskim (Cesarstwo Rosyjskie i Niemieckie). Pozycja zawodowa i finansowa ojca umożliwiła Stefanowi ukończenie Szkoły Inżynierskiej w Petersburgu i Instytutu Technologii we Frankfurcie nad Menem. Po śmierci ojca, już w okresie trwania I wojny światowej, objął po nim fabrykę, zyskując zamówienia rządowe ponowione natychmiast po rewolucji lutowej, potwierdzone przez rząd Kiereńskiego. W tym krótkim przecież okresie czasu zdołał ugruntować nie tylko pozycję towarzyską w Moskwie i Petersburgu, ale również posiadał dostęp do wszystkich źródeł wiedzy i nauki.

Niestety, nadeszła rewolucja październikowa, która “zmiotła” ledwie rodzącą się burżuazyjną republikę. Komuniści zaprowadzili nowe “porządki” w imieniu ludu. Padł ich ofiarą również “pomieszczik”, fabrykant i właściciel, któremu skonfiskowano majątek z dnia na dzień, Stefan Ossowiecki, którego następnie osadzili w areszcie i w długoletnim więzieniu za to, że wyzyskiwał naród rosyjski i następnie… deportowali do Polski jako “wroga ludu” (wówczas władzom sowieckiej Rosji zależało na opinii w świecie i przedstawianiu się jako władza bardziej “ludzka”, niż w kapitalistycznych republikach demokratycznych, bo później, prąc na zachód, “zapomniała” o swoich zobowiązaniach).

Ossowiecki wygnany więc z Rosji, z jedną walizką w ręku, znalazł się w Polsce. Na szczęście tutaj znajdowała się filia jego fabryki, a zdolny, prężny i z kontaktami (zwłaszcza w Niemczech) przemysłowiec wkrótce odbudował swą pozycję. Ale przede wszystkim dlatego, że ludzie zaczęli mówić o nim z pewnego rodzaju uwielbieniem, graniczącym z postrachem. Ossowiecki okazał się być jasnowidzem.

Nieprzypadkowo porównałem dwóch najsławniejszych jasnowidzów naszej epoki: Edgara Cayce i Stefana Ossowieckiego. Urodzili się tego samego roku i zmarli w niemalże tym samym czasie – u końca II wojny światowej, kiedy świat oddychał wprawdzie powiewami wolności, ale jeszcze z trudem, stłamaszony i zeszpecony wojną, w jaką wepchnął go brunatny, czarny i czerwony faszyzm. Stefan Ossowiecki był jedną z ofiar tego powszechnego starcia, Edgar Cayce – sławny w całej Ameryce – łożył, w miarę sił i możliwości, dość zresztą szczupłych, na potrzeby obronne kraju, spotykał się podobno z prezydentem Rooseveltem, prorokując, że wojna skończy się pogromem Niemiec i Japonii. Obaj nienawidzili wojny. Byli ludźmi dobrymi i pogodnego serca. Obaj pomagali ludziom, nie żądając krociowych honorariów…

Wielka sława inżyniera Ossowieckiego rosła z dnia na dzień, zwłaszcza wtedy, gdy kilkakrotnie jego eksperymenty parapsychologiczne kończyły się sukcesami na oczach obserwatorów. Coraz chętniej widziano go na “salonach” wierzchołka warszawskich elit. Również dlatego, że był czarującym i zabawnym kompanem, a przy tym, nakłaniany przez kręgi nowych przyjaciół, potrafił czynić ich doznania zajmującymi i pouczającymi.

W Rosji przedrewolucyjnej Stefan wiódł życie raczej typowe dla przedstawicieli swojej klasy: najpierw surowy rygor szkolny, później Korpus Kadetów, studia inżynierskie w Petersburgu i we Frankfurcie nad Menem, na koniec praktyka w zakładach chemicznych ojca, Jana, a po jego śmierci objęcie kierownictwa tychże w 1915 roku. I wszystko byłoby zwyczajne i naturalne, aż do rewolucji październikowej, nawet to co nazywało się losem “pomieszczików” w Rosji sowieckiej, gdyby nie to, że pierwsze objawy paranormalnych zdolności, przede wszystkim telekinezę, odkrył Ossowiecki u siebie podczas pobytu w Korpusie Kadetów. Najprawdopodobniej na tym by się skończyło, czyli na etapie “sztuczek”, gdyby nie przypadkowe spotkanie z jasnowidzem z Homla, Wróblem, żydowskim cadykiem.

Niestety, nie ma ani o tym człowieku, ani też o jego wpływie na Ossowieckiego żadnych danych biograficznych. Nawet pan Jacyna, bliski przecież kuzyn Ossowieckiego, miał tylko jakieś nieskładane strzępki, urywki relacji pochodzące od samego stefana. Twierdził, że ów Wróbel miał “wielki” wpływ na jego kuzyna i praktycznie nauczył go wielu ćwiczeń duchowego dojrzewania, relaksacji i koncentracji. Jest jeszcze coś, co powiedział mu sam Ossowiecki: otóż Wróbel nosił oficjalny tytuł cadyka żydowskiej gminy, czyli mędrca i proroka, na co wśród Żydów trzeba było sobie zasłużyć. “O wiele łatwiej zostać rabbim, niż cadykiem, a przecież nie był to zwyczajny cadyk, lecz – podróżując do krajów Dalekiego wschodu – miał kontakty z tybetańskimi lamami i z całą pewnością odebrał tytuł wtajemniczonego w Lhose w Tybecie”. część swej wiedzy przekazał Ossowieckiemu, który ją szybko przyswoił, a nawet wzbogacił o nieznane nawet Wróblowi ćwiczenia ducha, umysłu i ciała. Nie jest wykluczone, że jego wielki hart i odporność na niepowodzenia życiowe, których kwintensencją były prześladowania komunistów zawdzięcza doświadczeniom wyniesionym z sowieckiego więzienia i zesłania na przymusowe roboty, z których dopiero wybronił go fakt, iż nie był obywatelem rosyjskim. Wróbel najprawdopodobniej zginął w pożodze wojny domowej, zadenuncjowany przez “rewolucyjnych pobratymców”, tym razem występujących jako czekiści.
Tak czy inaczej, Ossowiecki – jak już powyżej powiedziałem – zrobił szybką i olśniewającą karierę w Polsce, działając nie tylko w przemyśle i handlu, ale obok tego zdobywając olbrzymie wzięcie i wpływy dzięki swym umiejętnościom jasnowidza.

Był powszechnie uznawany za fenomena, którego uzdolnienia były wielokrotnie badane (tak jak i uzdolnienia Cayce’a) przez całe rzesze uczonych nie tylko polskich, lecz i z całej Europy. Eksperymentowano przy jego współudziale i prowadzono liczne doświadczenia, które jedynie potwierdzały jego talenty i predyspozycje psychiczne. Niektóre z nich nawet jeszcze ujawniały jego nieograniczone możliwości paranormalne, których jednak – jak się zdaje – nie rozwijał systematycznie, np. czytania listów w zamkniętych kopertach, czy telekinezy, uważając je jedynie za “zabawę towarzyską”. Był przy tym niezwykle zadowolony, jeśli mu coś “nie wyszło”, gdyż mawiał, że “czuje się wreszcie jak przeciętny człowiek, a nie jak kukła do pokazywania gawiedzi”. Niestety, mylił się bardzo rzadko, co zjednywało mu szacunek i lęk prawie zabobonny.

Dość powiedzieć, że w tzw. algebrze zdarzeń odczyt przyszłości w granicach 35-40 jej spełnienia uznawany jest za bardzo dobrą prognozę. Tymczasem Ossowiecki mylił się tylko w 1/4 przypadków, a jakby “zniechęcony” do przyszłości i wydarzeń, które miały dopiero nastąpić, raczej nie odpowiadał na nękające go pytania: “Mistrzu, czego mamy oczekiwać jutro i pojutrze?” Wolał odtwarzać wydarzenia z przeszłości np. będące wówczas na ustach wszystkich odkrycia i wykopaliska z nadgoplańskiego Biskupina, które nazywał “życiem codziennym prastarych Słowian”, albo sceny z życia Mikołaja Kopernika. Mówił zresztą fascynująco, plastycznie i ciekawie, ale słuchający go byli raczej zawiedzeni jego opowieściami, bo przecież – co zrozumiałe – interesowała ich przyszłość, a nie archeologiczna przeszłość!

Prawdę powiedziawszy, prognozy Ossowieckiego były “bez pudła”, a niektóre z nich tylko nabierają rumieńców w dzisiejszych czasach. Przepowiedział on nie tylko zmierzch doktryn totalitarnych: faszyzmu i komunizmu, lecz także określoną globalizację Europy i świata, upadek ery ideologii, rozwój technik manipulacji człowiekiem, a jednocześnie ostateczny triumf Ducha i Samoświadomości cywilizacji ludzkiej. Będzie to, jego zdaniem, nowa era, która przyniesie wreszcie pokój ogólnoświatowy i eksplorację kosmosu.

Najlepiej udokumentowane są doświadczenia, jakie Ossowiecki przeprowadzał z rozpoznawaniem napisów i rysunków, które przedstawiano mu w zamkniętych kopertach lub nawet metalowych pojemnikach. Wielokrotnie sporządzano przy tym protokoły podpisane przez świadków. Nie ma żadnych wątpliwości co do wiarygodności osób i “odczytów” jasnowidza. Zdarzyło się nawet, że potrafił odczytać zawartość klisz fotograficznych, które jeszcze nie były wywołane. Nie można przy tym mówić o jakimkolwiek wręcz przypadku, bowiem – na zasadzie rachunku prawdopodobieństwa – odgadywanie nie wchodziło tu w rachubę. Zabawny i bardzo przy tym efektowny przykład tu opisanych możliwości Ossowieckiego stanowiło opisanie… zawartości portmonetki pewnej damy i udowodnienie jej, że zawartość jest właśnie taka, jak ją “zobaczył”, podczas gdy kobieta twierdziła, że jest inna. W związku z czym jasnowidz odtworzył całą jej drogę i w jaki sposób posługiwała się nią podczas zakupów w rezultacie uznano, że dama zostawiła monetę dwuzłotówkową jako “tipa” w kawiarence, w której się umówiła z pewnym młodym człowiekiem. Zapłacił on rachunek, ale nie zostawił pieniędzy za usługę, w związku z czym jego towarzyszka odruchowo sięgnęła do portmonetki i położyła ową srebrną monetę na talerzyku. Akurat jej brakowało w portmonetce!
Odpowiedzialny
i… niesamowity
Te wszystkie wyczyny traktował jako “zabawę” na towarzyskich spotkaniach i herbatkach. Ale o wiele poważniej traktował inne sprawy. Miał nadzwyczajny, nie waham się tak to ująć, talent w odnajdywaniu osób i rzeczy zaginionych. Te umiejętności nazywano w owych czasach psychometrią, a więc czymś co było zdolnością wyczuwania śladów pozostawionych przez osobowość ludzką (jego psychikę) w materii martwej. Aby jednak wizja psychometryczna była udana, jasnowidz musiał posiadać kontakt dotykowy z rzeczą, przedmiotem, na którym znajdowały się owe identyfikacyjne “ślady”. Niekiedy te zdolności telepatyczne wykorzystywano w toczących się śledztwach policyjnych związanych z morderstwami i zaginięciami ludzi w katastrofach.

Znany jest przypadek zaginięcia znanego adwokata, który to opisał śledczy, Piotr Bachrach. Zapytany przez niego Ossowiecki, jaki jest los poszukiwanego, odpowiedział, iż adwokat żyje, został porwany dla okupu, ale już wkrótce powróci, bowiem bandyci przerażeni rozwojem wypadków, zdecydowali zwrócić mu wolność pod warunkiem nieujawnienia ich przed organami ścigania. Wszystko to, co powiedział jasnowidz okazało się prawdą! Innym przykładem – niezwykle nagłośnionym w ówczesnej prasie europejskiej – okazało się odnalezienie zaginionego testamentu znanego francuskiego bankiera Rodszylda poszukiwanego przez jego spadkobierców.

Jasnowidz testament rzeczywiście odszukał, ale nagrody za swą usługę nie przyjął i choć nie przelewało mu się wówczas (wkrótce po powrocie z Rosji), stwierdził, iż jest inżynierem z zawodu, a nie poszukiwaczem zaginionych testamentów za nagrodą. “Jeśli chciałbym pobierać za dane mi zdolności jakieś pieniądze – utracę je bezpowrotnie, z czego – być może – cieszyłbym się, ale teraz jestem własnością publiczną i muszę służyć ludziom czy mnie się to podoba, czy też nie!”

Nie inaczej postępował także Cayce. Wiódł on spokojne, ciche, małomiasteczkowe życie. Mawiał, że mu wystarczą pieniądze, jakie uzyskuje z prowadzenia zakładu fotograficznego, i że najmilszą dla niego nagrodą jest wdzięczność odczytywana w ludzkich oczach, a o wiele większą satysfakcję sprawia mu koszyk jajek przyniesiony przez okolicznego farmera, niż gruby plik banknotów wciskany mu do ręki przez bogacza. Podobnie postępował jego duchowy polski odpowiednik.

Obchodził się z ludźmi niezwykle delikatnie. Niekiedy milczał albo dawał wymijające odpowiedzi, jeśli prawda mogłaby zdruzgotać człowieka psychicznie. Widoczne to było zwłaszcza podczas okupacji, kiedy ludzie najmocniej poszukiwali nadziei, łudząc się co do tego, że ich najbliżsi wrócą do domu z wojny, z obozów koncentracyjnych, z sowieckich łagrów, z katowni gestapo i enkawude. Ponieważ wiedział o wielu losach ludzkich ze swych jasnowidczych wizji, więc obciążało go to bardzo psychicznie, gdy nie ujawniał pytającym go całej prawdy. Zresztą, jakby przeczuwając czekające go zadania i to, że tak wielu ludzi będzie potrzebowało jego pomocy, nie wyjechał z Polski, chociaż mógł, we wrześniu 1939 roku. Podpisał tym samym wyrok śmierci, gdyż wcześniej oznajmił, że zginie torturowany przez hitlerowców. Znał swój los i godził się nań, bo – jak powiedział swojemu kuzynowi – nie sposób ujść przeznaczeniu – “nawet w drewnianym kościele jedna cegła spadnie na głowę człowieka i zabije go na miejscu”.

Każdy z nich, Edgar Cayce i Stefan Ossowiecki, inaczej wykorzystywali swe talenty i uzdolnienia. Cayce uzyskiwał swe zdolności w snach, których i tak nie pamiętał po przebudzeniu. Gdyby nie niezwykła cierpliwość i sumienność jego sekretarki, pewnie nie pozostałby ani jeden z “zapisów” w archiwach. Ossowiecki, pytany jak on to robi, odpowiadał enigmatycznie: śnię na jawie. “Od pierwszej chwili tego dziwnego transu przestaję rozumować i możliwie najintensywniej koncentruję się na istocie sprawy. Cały swój wysiłek psychiczny i wszystkie siły fizyczne skupiam na odczuwaniu duchowych dyferencjacji, aż – po pewnym czasie – wiem już wszystko, co chciałem wiedzieć’’.

Jasnowidz polski był obecny stale – fizycznie i duchowo – wśród ludzi, odpowiadał świadomie na zadane mu pytania, ale jednocześnie był “gdzie indziej”, w innym stanie i wymiarze.

Jowialny, dobrotliwy, szarmancki i urokliwy, nieco zwalisty z powodu pewnej nieruchawości, a przy tym lubiący dobrze i obficie zjeść, co – jak powiadał – jest konieczne dla jego samopoczucia i energii, odchodził w “świat ducha”, z którego czerpał swoją wiedzę.

Taki też tytuł dał swej książce: “Świat mojego ducha”, którą chciał odpowiedzieć na pytania i wątpliwości czytelników. Twierdzi w niej, że każdy – tylko po odpowiednich ćwiczeniach – może osiągnąć stan podobny do jego stanu. Ale ludzie – na szczęście! – nie chcą korzystać z tej możliwości. Poza tym jest prawie przekonany, że posiadłszy tę wiedzę, nie osiągną nic wielkiego, poza cierpieniem swej świadomości i jestestwa. Będą żyli z okrutną świadomością, że “przegrywają” swój los, bo coby nie wybrali i tak będzie złym egzystencjonalnie wyborem. “Lepiej nie wiedzieć!” – konkluduje swój sąd polski ezoteryk.

“Była już druga w nocy, gdy odprowadziłem mego gościa do jego pokoju – brzmi relacja z końca sierpnia 1939 roku o Ossowieckim, spisana przez Juliusza T. Dybowskiego. – W bibliotece usiedliśmy na chwilę i zapaliliśmy cygara. Stefan puścił kilka kłębów dymu, nagle zasłonił oczy ręką, ale dostrzegłem, że po twarzy spływają mu łzy.
– Mistrzu, co się stało, na Boga? – spytałem.
Ossowiecki blady i spięty spojrzał mi w oczy.
– Nieszczęście… Jesteśmy w przededniu wojny i już tylko dzielą nas od niej dni…
– Przecież pan mówił przed chwilą nam co innego…
– A cóż mogłem powiedzieć? – odparł inżynier. – Był u mnie pół roku temu marszałek Rydz-Śmigły i powiedziałem mu dokładnie to samo, co powiedziałem marszałkowi Piłsudskiemu w 1934 roku, kiedy podpisywaliśmy z Niemcami traktakt o nieagresji. Jeden i drugi wziął ode mnie przyrzeczenie, że nikomu o tym publicznie nic nie powiem.
– Jak daleko dojdą Niemcy? – zapytałem.
– Cała Polska zajęta, gruzy, krew, mord! Idą dalej w głąb Rosji. Daleko, daleko…
– Do Uralu?
Ossowiecki zastanowił się przez chwilę:
– Do Kaukazu. Państwa Osi przegrają wojnę. Niemcy i Japonia będą okupowane, Włochy wyzwolone. Zwycięzcy, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Rosja, spotkają się na konferencji i spowodują nowy ład w Europie…
– A co z Polską?
– Będzie i Polska! Ale za jaką cenę… Najpierw będą nią władali komuniści, a później szubrawcy i świnie! Na koniec powstanie jeszcze większa niż teraz. Tego ani ty, ani ja nie doczekamy… Dopiero wnukowie… Warto jednak wiedzieć, że tak się stanie’.

Relacja zastanawiająca i dotycząca spraw niezwykłej wagi dla Polaków. Może więc warto to wiedzieć i wierzyć?

Leszek A. Lechowicz

Posted in Uncategorized, Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Tajemnicze wypadki i samobójstwa.

Posted by tadeo w dniu 8 czerwca 2017

Tematem programu „Nie da się ukryć” na antenie TVP Info były do dziś niewyjaśnione i tajemnicze samobójstwa oraz wypadki. Jedną ze spraw, które omawiano w programie była śmierć Remigiusza Musia. Sprawa była głośna, bo pogrążał on w swoich zeznaniach rosyjskich kontrolerów lotu, którzy 10 kwietnia 2010 roku naprowadzali w Smoleńsku polskiego tupolewa.

 

Posted in Uncategorized | Leave a Comment »

Bóg nie umarł część 2 2016 Lektor PL

Posted by tadeo w dniu 20 kwietnia 2017

Czy osoba wierząca może lub wręcz powinna ukrywać swoją wiarę w obliczu niewierzących?

Gdy nauczycielka historii chce otwarcie mówić o Jezusie w swojej klasie, staje za to przed sądem, co może kosztować ją karierę, o której zawsze marzyła.

APC - 2017.04.20 20.11 - 001.3d

http://bogtube.pl/bog-nie-umarl-czesc-2-2016-lektor-pl_f756131aa.html

Posted in Uncategorized | 1 Comment »