WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Reportaż’ Category

Przez czerwony step

Posted by tadeo w dniu 17 grudnia 2017

Z woli Stalina, Polacy żyjący w okresie międzywojennym w ZSRR, zostali pierwszym „narodem ukaranym”.Od połowy lat trzydziestych likwidowano polskie szkoły, czytelnie–chaty, gazety. Dokładnie 75 lat temu, w 1935 roku zlikwidowany został jeden z dwóch polskich rejonów autonomicznych – marchlewski, ze stolicą w Marchlewsku (Dowbysz) na Ukrainie, a wkrótce potem rejon dzierżyński na Białorusi. Rozpoczęła się też wielka wywózka do Kazachstanu Polaków ze zlikwidowanej Radzieckiej Marchlewszczyzny i zachodnich terenów Ukraińskiej SRR. Eksperyment ze stworzeniem małej „bolszewickiej Polski” się nie powiódł. Polacy nie wstępowali masowo ani do kołchozów, ani do partii komunistycznej. I to był główny powód represji.

Oto pierwszy odcinek sensacyjno–historycznej powieści „Przez czerwony step”, opisującej te wydarzenia, a wydanej niedawno przez Wydawnictwo LTW. Akcja książki (prezentowanej z niewielkimi skrótami) rozpoczyna się w roku 1935. Główny bohater, Franciszek Cybulski, pochodzi z Janówki koło Marchlewska. Gdy spotykamy się z nim, mieszka w Berdyczowie…

 


– A dlaczego kułak jest zły?…

Franek zmarszczył brwi. Spojrzał na małego chłopca, który śmiało podniósł do góry palec i teraz stał w ławce. A potem na rozłożony przed sobą elementarz, gdzie widniał rysunek ciężko pracującej w polu kobiety i poganiającego ją mężczyzny, grubego, z wyciągniętą przed sobą, zaciśniętą pięścią. „Anna pracuje jako najmitka. Latem pracowała u kułaka Jana… Najmitki, do rady! Najmitki, na kułaka! Najmitki, do komuny! ”.

– Widzisz, co tu jest napisane – Franek stuknął palcem w książkę. – „Pracowała od rana do nocy głodna i bosa. A Jan i Janowa łajali”. Wszystko masz wyjaśnione.

Chłopiec nie dał się przekonać. – Ale w kołchozie też każą pracować od rana do nocy. I też łają. Opowiadał mi wujek…

– To jest lekcja języka polskiego, a nie historii – energicznie pokręcił głową Franek. Dzieciak chyba nie wiedział, kto to Pawlik Morozow, który niedługo wcześniej zadenuncjował swego ojca – kułaka, za co, jak powszechnie głoszono, zabił go dziadek – kułak. Chociaż byli w polskiej szkole i dookoła sami Polacy, to taki polski Pawlik mógł się wśród uczniów znaleźć. A wtedy biada wujkowi z kołchozu! Na szczęście zadzwonił dzwonek i Franek z ulgą wstał zza biurka.

– Dzieci, proszę powtórzyć dzisiejszą lekcję. Jutro zaczynamy kolejny rozdział – powiedział.

Co zrobić z nieszczęsnym dzieciakiem, żeby nie ściągnął nieszczęścia na siebie i na rodzinę? Może pójść do rodziców? A jak oni zadenuncjują – jego? Spytam Marysię – postanowił.

Trzeci miesiąc pracował na zastępstwie w szkole numer 3 w Berdyczowie. Nauczycielka języka polskiego, pani Jadzia, urodziła dziecko i pilnie potrzebny był ktoś, kto zgodzi się na parę miesięcy przejąć część jej lekcji. Franek pilnie potrzebował pieniędzy, a kierownik biblioteki, w której pracował, zgodził się, by jego podwładny zmienił nieco godziny pracy. I tak na dwie godziny dziennie chodził nad rzekę Gniłopiać, na zaułek Krykiński, do największej w Berdyczowie polskiej szkoły.

Z ulgą zamknął za sobą drzwi pokoju nauczycielskiego. – Witaj Franek – przywitała go Wiktoria Zborowska, młoda i ładna nauczycielka muzyki. Chyba musiał jej wpaść w oko, bo coś za dużo się dokoła niego kręciła, pojawiając się akurat koło sali, w której miał prowadzić lekcje czy też obok jego stolika w pokoju nauczycielskim. Obok niej na krzesło opadł krępy, siwiejący mężczyzna – wicedyrektor Stefan Niziński.

– Wikcia, nie zawracaj głowy towarzyszowi Cybulskiemu, bo on żonaty! – pogroził jej palcem.

Niziński był partyjnym i to nie byle jakim – członkiem komitetu rejonowego, a mówiono, że omal nie został sekretarzem. Ale uważano go za porządnego człowieka, bo jak dotąd nikomu krzywdy nie zrobił. W pokoju zrobiło się tłoczno, tak, jak tłoczno było w całej szkole – za dużo dzieci, za dużo nauczycieli. Gwar był niemal taki, jak na korytarzu. I nagle wszystko ucichło – zaskrzypiały drzwi i weszła dyrektorka, pani Wiesława Majewska. Wkroczyła jak zwykle energicznie, zaaferowana ale uśmiechnięta.

– Czytaliście gazety? – pomachała wydawaną w Berdyczowie gazetą „Radiański Szliach”, czyli „Radziecka Droga”. – Wiecie, że podwyżki będą! Zrobimy zebranie, dostaniecie szczegółową informację, jak podwyżki będziemy wprowadzać… – spojrzała na siedzącego przy stoliku obok starszego mężczyznę. – Józef, ty dostaniesz całe czterysta rubli pensji podstawowej. Najwięcej, bo i najdłużej pracujesz. Kupisz sobie gramofon? Bo w „Radiańskim Szliachu” piszą, że teraz pokupujemy gramofony. No, będziemy mieli w domach muzykę…

Rozległy się śmiechy, a Majewska rozejrzała się dookoła. – Skoro o muzyce… Kochani, nasz muzyk wraca! Będziemy znów mieli zajęcia z tańca – oświadczyła. – I proszę, nie tylko nauczyciele od muzyki, ale każdy, kto zna poloneza czy krakowiaka, będzie potrzebny… – rozejrzała się dokoła. – Najlepiej młodsi, bo to siły mieć trzeba. Franciszek Cybulski?

Franek zrobił zdziwioną minę. – Ja?… Ale ja w bibliotece muszę…

– Z obywatelem kierownikiem biblioteki to ja sobie pogadam – powiedziała dyrektorka. – Tu chodzi o raz w tygodniu przez godzinę. Wikcia mi powiedziała, że tańczyć dobrze umiesz.

Wicedyrektor Niziński aż zakrztusił się ze śmiechu. – Oj, Wiesławo, ta nasza Wikcia tak sobie Cybulskiego upodobała, że teraz z nim krakowiaka tańczyć chce! A jak Marysia, żona Franciszka tu się pojawi, to się wszyscy nie pozbieramy – zawołał. Oczy wszystkich skierowały się na nauczycielkę muzyki. Wiktoria poczerwieniała, chwyciła leżące przed nią zeszyty, zerwała się z krzesła i pośpiesznie wyszła z pokoju. – Oj, coś chyba przesadziliście… – zaczęła dyrektorka, ale w tej chwili rozległ się dzwonek na lekcje. Wiesława Majewska chwyciła stos zeszytów i rozejrzała się dokoła. – No, dosyć tych żartów. Z tymi tańcami to jeszcze zobaczymy. Aha, Franek, możesz mieć wolne w tę sobotę. No, dobrze… Idziemy na lekcje! – zakręciła się energicznie dookoła i wyszła. Za nią, ociągając się, ruszyli pozostali.

 

Franek wyciągnął z kieszonki zegarek. Tak, czas iść do biblioteki. Właściwie to mógł wyjść od razu po lekcji, ale jakoś nie wypadało. Co za pomysł z tymi tańcami – pomyślał. Jeszcze tego trzeba, żeby Marysia miała powody do zazdrości! A nawet bez powodów może być bieda. Wiadomo, jacy są ludzie – ten coś powie, inny szepnie i zaraz plotka się robi…
Powoli naciągał stare, znoszone palto. Właściwie to powinien sobie sprawić nowe, ale po pierwsze nowe, dobre palto w Berdyczowie było dostać bardzo trudno, a po drugie i tak nie miał na nie pieniędzy. Oszczędzali z Marysią jak mogli, bo chcieli mieć własne mieszkanie. A tak mieszkali kątem u państwa Sokołowskich, co prawda sympatycznych, ale ciasno u nich nieco było, bo wynajmowali pokoje. No i to nie był własny dom!
Chwilami Franek zastanawiał się, czy nie wrócić do Janówki. Lub choćby zamieszkać w Marchlewsku. Rodzinną Janówkę, położoną w polskim rejonie autonomicznym, musieli opuścić po dramatycznych wydarzeniach sprzed kilku lat. Po pierwsze, niepotrzebnie skonfliktował się z szefem miejscowego kołchozu, Antonim Muszyńskim. I po drugie… Tego drugiego było tyle, że wystarczyłoby i na trzecie, piąte czy dziesiąte! Franek dał się skusić przygodzie, poszedł ze znajomym przemytnikiem przez „zieloną granicę” do Polski. I dopiero się zaczęło! Zupełnie niechcący wpadł w sam środek wojny pomiędzy wywiadem sowieckim i polskim. Gdyby nie pomoc tego ostatniego, pewno rąbałby drzewo gdzieś na dalekiej Syberii albo siedział w sowieckim więzieniu. Lub, co też było całkiem możliwe, leżałby dwa metry pod ziemią z kulką z rewolweru Nagan w głowie…
Wyszedł ze szkoły i rozpiął palto, bo było całkiem ciepło. W zaułku Krykińskim było cicho i spokojnie. Leniwie płynęła Gniłopiać, nad którą, bardzo blisko, stał potężny, przypominający fortecę budynek – dawny klasztor Karmelitów Bosych, gdzie zamiast kościoła znajdowało się teraz muzeum ateizmu. Z zaułka skierował się prosto na dawny Plac Soborowy. Stojący tu sobór Uspieński zbudowano najwyraźniej po to, by zasłonić dużo od niego starszy klasztor karmelitów. Wiadomo – okazała świątynia katolicka kłuła prawosławnych w oczy… Ale teraz chyba sobór kłuł w oczy bolszewików, bo krążyły coraz to ostrzejsze plotki, że chcą go zburzyć. Nie, to chyba jednak niemożliwe – pomyślał Franek. Ostatecznie, to jednak ładny budynek i byłaby wielka szkoda… Ale czy bolszewicy dbają o to, co ładne?
Minął sobór z cebulastymi kopułami i wszedł na szeroką, brukowaną ulicę Lenina. Czy też, jak to mówili wszyscy niemal mieszkańcy miasta – ulicę Żytomierską, bo choć nowe nazwy istniały już ładnych parę lat, to jednak stare bardzo głęboko utkwiły w pamięci. Białopolska – co za piękna nazwa! – brzmiała o wiele ładniej od Liebknechta. A Machnowiecka – od Swierdłowa. Ale trzeba było uważać, by starej nazwy nie użyć wobec nie tego, co trzeba, bo mógł na człowieka donieść, że sprzyja kontrrewolucji…

 

Po raz któryś już złapał się na tym, że uważnie przygląda się ludziom, tak innym jak w jego rodzinnej Janówce, stolicy polskiego rejonu – Marchlewsku czy nawet w Żytomierzu. W Berdyczowie rzucali się w oczy Żydzi, w większości starozakonni, charakterystycznie ubrani, z pejsami i w czarnych jarmułkach. Żydów z oczywistych względów można było łatwo odróżnić. Polaków, którzy w tym mieście też stanowili niemałą grupę, odróżnić było trudno. Ubrani tak samo, jak ich sąsiedzi – Ukraińcy, na ulicy chętniej mówili po ukraińsku, niż po polsku. Odróżnić Polaka od Ukraińca nie było łatwo. Może to i dobrze – westchnął Franek.
Żytomierska, choć środek dnia, była pełna ludzi, rojna i gwarna. Wiadomo: tu znajdował się rynek, który wszystkich przyciągał. Jak zwykle pełen ludzi, i wydawało się, że tych ludzi jest o wiele więcej, niż towarów. Ale też towarów było na bazarze więcej, niż w sklepach, w których tradycyjnie już ziało pustką. Najważniejsze, że w ogóle jakieś towary były. Bo jeszcze niedawno, gdy na wsi panował potworny głód, choć w magazynach zboża i innej żywności było pod dostatkiem, w miastach też było głodno. Rolnikom zabierano wszystko, zgodnie z „prawem pięciu kłosów” – u kogo znaleziono więcej, ten znikał, zabierany przez milicję. Rynek był więc niemal całkiem pusty, bo niby skąd miała docierać żywność, jeśli po wioskach jej nie było? Zjawiali się głównie biednie odziani miejscowi, którzy usiłowali sprzedać jakieś swoje starannie przez lata przechowywane, ostatnie cenne rzeczy. Choć za nędzne ruble, które za nie dostawali, i tak można było kupić mało co.
Teraz bazarowy handel powoli się odradzał. Były warzywa, trochę ziemniaków, jakieś jabłka. W dalszej części – towary przemysłowe, przywiezione z Żytomierza czy nawet z Kijowa, oraz nieco staroci. Wszystko to przeważnie marnej jakości. Jeśli ktoś chciał kupić coś porządnego, wybierał się sam do Kijowa, a jeszcze lepiej – do Moskwy. I z grubym, pełnym pieniędzy portfelem.
Franka ta część bazaru nie interesowała. Skierował się ku starej babci, okutanej w kraciasty, pocerowany koc i w poszarzałej chustce na głowie.
– To samo, co zawsze – uśmiechnął się do niej
– Aaaaa… Franciszek – podniosła oczy. – Ziemniaczków zważę zaraz… – Zakrzątnęła się, podnosząc starą, żeliwną wagę o długim ramieniu. Nasypała kartofli do metalowej, pogiętej miski, zawieszonej na jednym końcu ramienia. – O… i proszę. Ziemniaczki jak malowanie. Przedrewolucyjne! – pokazała w uśmiechu czarne pieńki zębów.
– Dziękuję – powiedział Franek, wyciągając banknoty z kieszeni. Z kieszeni palta wyjął wytartą, starą torbę, a kobieta wsypała do niej kartofle. Słonina by się przydała, pomyślał. Ale przy stole przeznaczonym dla sprzedawców mięsa nie było nikogo. No trudno, będzie bez słoniny…

 

Wyciągnął z kieszonki stary zegarek z dewizką. No, czas już, czas. Marysia dość nasiedziała się z małym Antosiem, teraz jego kolej… apotem zaprowadzi dziecko do cioci Larysy. Musiał odsiedzieć swoje trzy godziny w bibliotece.
Do zaułku Krywonosa, czy też Maczkowskiego – jak nazywali go wszyscy pamiętający przedrewolucyjne czasy – był kawałek drogi. Szedł szybkim krokiem, oddalając się od dużych, gwarnych ulic. Wreszcie dotarł do domu, starego, jeszcze dziewiętnastowiecznego.
Zamknął za sobą drzwi i zdjął palto oraz buty. To jednak nie był jego dom, tylko cudzy. Państwo Sokołowscy zachowali sobie jeden, duży pokój, a trzy inne wynajmowali. Przed rewolucją zajmowali cały dom, ale teraz, gdyby pokoi nie wynajęli, i tak groziłoby im dokwaterowanie jakiegoś lokatora.
Pomieszczenie, jakie zajmowali razem z Marysią i trzyletnim Antosiem, było kiedyś sypialnią. Teraz było podzielone zasłonką, powieszoną pod sufitem. Z jednej strony, od okna, były – jak sami żartowali – jednocześnie ich salon, jadalnia i sypialnia: łóżko, drewniane łóżeczko synka, mały stół i dwa nieco rozchwiane krzesła. Z drugiej, od drzwi, stała na taborecie miednica, dzbanek z wodą, na ścianie wisiały ręczniki; dalej stała szafa i rozmaite pudła – czyli jednocześnie łazienka, przedpokój i pawlacz.
Delikatnie nacisnął mosiężną klamkę i ostrożnie otworzył drzwi. W pokoju było cicho – widać chłopczyk spał. Odsunął zasłonkę. Marysia siedziała na krześle i coś pisała w zeszycie, a Antoś leżał na łóżeczku, z ręką podłożoną pod buzię, i miarowo, spokojnie oddychał.
– Dzień dobry… – powiedział cichym głosem Franek.
Marysia spojrzała na niego jakoś tak dziwnie, z ukosa. – Jakoś długo ci zeszło?… – mruknęła.
Franek spojrzał zdziwiony na żonę. – Jak to: długo? Normalnie. Po lekcji poszedłem tylko na rynek, o, kartofle kupiłem i tyle. Słoniny nie było.
Marysia poprawiła ręką włosy. – Tak? A tu akurat Woźniakowa przechodziła, zajrzała i opowiadała mi dziwne rzeczy.
– Woźniakowa? – zdziwił się Franek. – A co ona chciała od ciebie?
– Niby nic. Ale opowiadała… – Marysia przerwała, zacisnęła wargi i odwróciła głowę. Franek podszedł do niej i położył jej dłoń na ramieniu.
– O co chodzi? Powiedz, nie ukrywaj – poprosił.
Marysia spojrzała na niego smutnym wzrokiem. – Ja tu z dzieckiem siedzę, a ty z Wikcią masz tańcować?
– Marysiu, ale to nie tak…
– Jak nie tak? – zaperzyła się dziewczyna. – Dyrektorka ci kazała, a Wikcia podobno cała szczęśliwa była!
– Ja tam nie wiem, była szczęśliwa czy nie. A Woźniakowa to naprawdę mogłaby sobą i swoim mężem pijakiem się zająć, a nie chodzeniem po cudzych domach i sianiem plotek – odparł Franek.
– I że w ogóle o jakichś tańcach sobie myślisz… Tu mały Antoś, trzeba się nim zajmować… pieniędzy ciągle braknie… na własne mieszkanie szans nie mamy – mówiła zdenerwowanym głosem.

Franek wziął ją za rękę. – Naprawdę, ty myślisz, że ja sobie jakimiś dziewczynami głowę zawracam, jak moja kochana żonka w domu na mnie czeka? – spytał. – Przecież to bez sensu by było. Naprawdę, nie myśl o żadnej Wikci, bo i po co…

Marysia otarła oczy wierzchem dłoni i odetchnęła głęboko. Spojrzała na synka, który jakby nie było żadnej między nimi dyskusji, spał spokojnie. Skrzywiła się.
– Zmęczona jestem. I zdenerwowana. Przepraszam cię, naprawdę przesadzam…
– Ty na mnie krzyczysz, a tymczasem ja coś dla ciebie mam… – powiedział Franek. Sięgnął do kieszeni i wyjął dwa prostokątne kawałki papieru. – To, co chciałaś. Bilety na „Carmen”.
– Och!… – Marysia z trudem stłumiła okrzyk. W Berdyczowie gościł akurat zespół z Leningradzkiej Opery Objazdowej. To nie była „prawdziwa” opera leningradzka, ale i tak okazja niezwykła – była szansa posłuchania wspaniałych śpiewaków. Objęła go rękami za szyję, lekko przyciągnęła do siebie. Przywarł do niej całym ciałem, poczuł ciepło bijące od niej. Pochylił głowę… poszukał ustami jej ust. Całowali się mocno, bardzo mocno. I właśnie wtedy, gdy znów zapanowała cisza, obudził się ich mały synek. Marysia szybko odsunęła się od męża, podeszła do łóżeczka, chwyciła synka. Usiadła i posadziła sobie na kolana.
– Antosik… zaraz ziemniaczki będą… nie ma słoniny, ale ciocia Sokołowska przyniosła mi mały słoiczek śmietany, będzie w sam raz – mówiła. – Franek, pobaw się chwilę z dzieckiem, a ja do kuchni pójdę i ziemniaki na ogień nastawię.
Wyszła z garnkiem w jednym ręku i torbą z ziemniakami w drugim. Kuchnia była wspólna, a że dom zajmowało kilka rodzin, to pod metalową płytą stale palił się ogień. Jako, że wszyscy starali się oszczędzać, płomyk palił się słaby i ciepła dawał niewiele, ale nieduży garnuszek pełen wody i kartofli zagrzewał się szybko.
Franek bawił się z synkiem wystruganymi z drewna, przywiezionymi jeszcze z Janówki zabawkami. Był wśród nich i statek, jak ten widziany kiedyś na rysunku, bo przecież morza Franek nie widział nigdy. I tramwaj, niemal dokładnie taki sam jak te, które jeżdżą w Kijowie. I nieco zniszczony, ale połatany, wóz drabiniasty ciągnięty przez konia, czy może raczej – karykaturę konia.
Skrzypnęły drzwi – to jego żona wróciła z kuchni. – Za chwilę będzie obiad – powiedziała. – Potem ja pójdę, a ty zaprowadzisz Antosika do cioci Larysy.
– O!… – przypomniał sobie Franek. – Wolną sobotę dostałem. Możemy pojechać do Janówki.
Marysia uśmiechnęła się. – No, dobra wiadomość. Rano pojedziemy, w niedzielę wieczorem wrócimy. I tak czasu będzie mało – powiedziała. – Niby z Berdyczowa blisko… do Żytomierza czterdzieści, dalej do Marchlewska setka niecała, to jechać będziemy pewno z pięć godzin albo i więcej.
– Damy sobie radę! – odparł z ożywieniem Franek. – Mówił coś Wasyl Hawryłyszyn, że może będzie do Nowogrodu Wołyńskiego jechać. To by nas zabrał.

 

– Wasyl porządny chłop, na niego można liczyć – przytaknęła.

– No i rozmawiać z nim można o wszystkim, jak ze swoim. Dosyć się nacierpiał – pokiwał głową jej mąż, trochę machinalnie bawiąc się z małym Antosiem. – Nie zapomną mu tego, że jego ojciec w administracji u hetmana Skoropadskiego był. Oj, nie zapomną…

– A my tu gadu-gadu, tymczasem ziemniaki się rozgotują – Marysia pośpiesznie wstała i wyszła. Po chwili wróciła z garnkiem pełnym dymiących kartofli. Wyłożyła je na talerze, oszczędnie polała śmietaną, trochę więcej dając synkowi. – No, słonina ani mięso to nie jest, ale śmietanka pyszna, nie wiem, skąd Sokołowska ją bierze….

Jedli powoli, delektując się smakiem gorących ziemniaków i śmietany. Ich mały synek jadł ze smakiem. – Ech, co on w życiu zdążył poznać. Niczego porządnego nie jadł, bo i jak – pomyślał Franek. Wyciągnął zegarek. – Już późno! – zauważył. – Idź, bo się spóźnisz, a ja Franka do cioci szybciutko zaprowadzę i do biblioteki pójdę…

Marysia złożyła talerze. – Ten, kto przyjdzie pierwszy, zmywa naczynia. Ja wrócę za jakieś dwie, trzy godziny – powiedziała. Podeszła do męża, pocałowała go mocno w usta. Wyszła z Antosiem, a Franek pośpiesznie odsunął komodę. Odsunął tylną ściankę i wyciągnął niewielką paczkę. Rozejrzał się dokoła. W domu panowała cisza, a za oknem było szaro. Odłożył paczkę i wyjrzał przez okno. Nie było nikogo. Westchnął i usiadł na krześle, rozwinął gruby papier i wyjął metalową puszkę. Otworzył ją powoli. W środku, zawinięty w szmaty, leżał ciężki, metalowy przedmiot. Zaczął ostrożnie odwijać szmaty, gdy usłyszał ciche, szybkie kroki na korytarzu. Czym prędzej wrzucił zawiniątko do podróżnej walizki i szybko ją zamknął.

Po chwili Antoś wrócił. Franek pomógł synkowi ciepło się ubrać. Do cioci Larysy było niedaleko. Prowadzili do niej Antosika dwa razy w tygodniu, gdy on musiał iść do biblioteki, a jego żona miała trzy lekcje w szkole. Chłopiec cieszył się z tych wizyt, bo ciocia zawsze miała coś słodkiego i go częstowała. Ale tym razem coraz to pociągał nosem i nie wyglądał na bardzo wesołego.

– Chory nie jesteś? – spytał go Franek.

– Nie… – powiedział mały. – Ale katar mam.

–     Na katar jeszcze nikt nie umarł. – Ale przeszkadza… Franek wyciągnął z kieszeni spodni dużą, kraciastą chustkę i ostrożnie wytarł chłopcu nos.

– Teraz lepiej?…

Mały skinął głową.

Sowiety.jpg

 

Droga była krótka, bo i miasto nie było wielkie – gdzie tam Berdyczowowi do Kijowa czy nawet Żytomierza. Ale Franek przyzwyczaił się do swojej Janówki, z kilkoma ulicami na krzyż, z pięcioma głównymi budynkami: kościół, teraz zamknięty, rada wiejska, siedziba kołchozu i posterunek milicji. Tam wszędzie było blisko i swojsko, tu wciąż nie mógł się przyzwyczaić do dużych kamienic. Ale – pomyślał sobie – najważniejsi są ludzie, a ludzie byli tacy sami, czy to Polacy, których tu było sporo, czy Ukraińcy, czy wreszcie Żydzi.
Ciocia Larysa, wysoka i szczupła, powitała ich z uśmiechem – A ty co, Antosik, nos taki czerwony masz, a? – zapytała śpiewnym głosem. – A ja dla ciebie placek przygotowałam… no, możesz iść, możesz iść – zwróciła się do Franka.
– Dziękuję cioci – uśmiechnął się Franek, zdejmując czapkę. Zbiegł po stopniach i energicznym, szybkim krokiem poszedł do swojej biblioteki. Była zupełnie inna niż w Janówce. Tam wystarczały dwie izby w starej chałupie, tu zajmowali parter starego budynku. Ale na drewnianych półkach tak samo stały polskie książki. I tak samo jak w Janówce coraz to przybywało grubych tomów tłumaczeń Lenina i Stalina, zajmując miejsce zajmowane dotąd przez dzieła polskich klasyków.
– No, jesteś – powitał go Józek, jego kolega. Józef Kirycz przyjechał tu z Chmielnickiego, jak niedawno nazwano Płoskirów. Dostał skierowanie do pracy po studiach w kijowskim Polskim Instytucie Pedagogicznym i miał nadzieję, że po dwóch–trzech latach będzie mógł starać się albo powrócić do Chmielnickiego, do rodziny, albo pojechać do większego miasta.
– Wciskali nam tu plakat o wieczorze antyreligijnym w klubie „Bezbożnik”, ale był po ukraińsku i żydowsku, to powiedziałem, że w polskiej bibliotece musi być po polsku. Poszli, ale mogą znów przynieść – mruknął. Uścisnął dłoń Franka i wyszedł. Franek zaś zdążył zdjąć palto i usiąść za biurkiem bibliotekarza.
Ledwie usiadł, uchyliły się drzwi i wszedł chłopiec w wytartej, starej jesionce i szarej czapce na głowie. Pewnym krokiem skierował się do jego biurka. – Książkę chcę oddać – powiedział. Franek wyciągnął rękę i wziął podany mu, nowiutki, niedawno wydany tom prac Lenina. Taki mały chłopak, a już każą mu czytać dzieła wodza rewolucji! – pomyślał. Chłopiec nie odchodził.
– Coś byś chciał pożyczyć?… – spytał Franek.
– No… – mruknął chłopiec.
– No – znaczy co?
– Coś ciekawego.
– Hmmmm…. – Franek zamyślił się. – A historię lubisz?
– Dawniejszą.
Wstał i podszedł do półek. Sienkiewicz? „Ogniem i mieczem” z biblioteki wycofali, ale „Pan Wołodyjowski” może być w sam raz.
– To czytałeś?… Chłopiec wziął do ręki podniszczoną książkę, zaczął ją przeglądać.
– A o czym ta książka?
– O wojnie. Jak Polska z Turcją walczyła.
– A wygrała?
– Wygrała.
– O! To biorę – ożywił się chłopak.
Franek popatrzył na niego z sympatią. – Masz. A następnym razem dam ci coś innego, też dobrego.
– Dziękuję wam, obywatelu – powiedział chłopiec. Chwycił „Pana Wołodyjowskiego” i wyszedł, szurając butami.

 

I jak zwykle, po chwili przerwy, w bibliotece zrobiło się rojno i gwarno: uczniowie pożyczali lektury szkolne, ich rodzice ulubione książki, których akurat nie mieli w swych domowych bibliotekach. Bo i zresztą mało kto miał tu w domu jakąś większą biblioteczkę z polskimi książkami. Trafiały tu jeszcze za carskich czasów, przywożone z Warszawy i innych polskich miast, ale to oznaczało, że miały już co najmniej siedemnaście lat. A w berdyczowskiej bibliotece były zbiory przekazane w testamencie przez kilku miejscowych Polaków i trochę nowych, już radzieckich wydań. Współczesnych książek pochodzących z Polski nie było wcale, bo i jak miały się znaleźć? Próba przekazania kilku paczek w prezencie przez polski konsulat w Kijowie zakończyła się fatalnie: poprzednika Franka aresztowano za kontakty z konsulatem, a paczki trafiły do miejscowego komitetu partii bolszewickiej i zniknęły. Szeptano, że zabrali je Polacy, działacze bolszewiccy. Jeśli tak – myślał Franek – to dobrze, bo ktoś je czyta. Gorzej, gdyby po prostu wyrzucono je na śmieci lub zniszczono…
Z trudem doczekał wieczora i wyjścia ostatnich kilku osób. Starannie złożył zeszyty, w których zapisywał wypożyczających książki, odstawił kałamarz i pióro, starannie zakręcił butelkę z atramentem. Wyłączył światło, wyszedł i zamknął bibliotekę na dwa, potężne zamki. Zrobiło się ciemno. Pośpiesznie szedł do zaułku Krywonosa, do swojego–nieswojego domu. Jutro do Janówki! Wreszcie naprawdę u siebie, w swoim własnym domu, swoim własnym pokoju. Szedł coraz szybciej, jakby mu ta myśl dodawała skrzydeł. Ech, szkoda, że tam nie zostaliśmy – pomyślał. Dom byśmy pobudowali, a tu na mieszkanie przyjdzie poczekać. Ile? Nie wiadomo. Może dyrekcja szkoły coś pomoże? Bo kierownik biblioteki, Janek Bagiński, nie miał za dobrych notowań u bolszewików i ciągle obawiał się, że go wyrzucą, albo jeszcze coś gorszego – wyślą gdzieś do jakiejś azjatyckiej republiki. Ostatnio mnożyły się pogłoski, że niewygodnych nie wysyłano na daleką północ, a właśnie gdzieś do Kazachstanu. Na północ trafiali skazańcy, których i tak było dostatecznie wiele; do Azji przesiedlano niepewnych. Ale na szczęście takie przesiedlenie nie dotknęło ani nikogo z rodziny, ani też znajomych Franka. Za to o kilku wsadzonych za kratki wiedział doskonale.
Franek westchnął. Bo minął wielki głód początku lat trzydziestych i wydawało się, że już będzie spokojniej, że jakoś da się żyć, na tyle normalnie, na ile tylko można – a tymczasem bolszewicy znów zaczęli się czepiać ludzi. Przeszkadzali im ci, którzy jakoś dotąd nie wadzili. To ten, to tamten znikał nagle, zabrany w środku nocy czy nad ranem przez NKWD, tajną policję bolszewicką. Żeby jeszcze można było dojść do tego – za co? Zazwyczaj wydawało się, że za nic. Niestety, ostatnio wyglądało na to, że niedobrze jest być Polakiem…
Szedł szybko, nie rozglądając się dokoła.
– Franciszek, poczekaj! – usłyszał nagle. Zatrzymał się. Kilka metrów dalej stał Witalij Krużko, Ukrainiec, jego dobry znajomy, nauczyciel z ukraińskiej szkoły.
– Witaj, Witia! – uśmiechnął się Franek.
– I co teraz będzie? – spytał Witia, ciężko dysząc. Najwyraźniej biegł za nim – i to spory kawałek drogi.
– Z czym? – No jak, nie wiesz? – Ale o czym? – zdziwił się Franek.
– Rejon marchlewski zlikwidowany.
– Jak to? Polski rejon?… – Franek zbladł, poczuł, jak w gardle coś go ściska. Co z rodzicami? Znajomymi? Co to jest – likwidacja „polskiej autonomii”?
Witalij zdjął czapkę i przetarł czoło rękawem.
– Dzwoniła do mnie Lena z gazety. Mają wydrukować. Postanowienie prezydium Centralnego Komitetu Wykonawczego Ukraińskiej SRR – tłumaczył. – Zlikwidowano też rejon puliński, nie wiadomo czemu. Pewno dla niepoznaki, żeby nie wyszło na to, że jedynie polski rejon rozwiązują…
– I co dalej? Co z polskimi szkołami? Bibliotekami?
– Nie wiem. Ale mogę się domyślić – mruknął Witia.
– Psiakrew, a my jutro do Janówki się wybieramy.
– Nie jedź – pokręcił głową Ukrainiec.
– I co, zostawić rodziców na łaskę losu?
– Nie jedź – powtórzył Witia. Wyciągnął rękę, uścisnął mu dłoń, nasunął mocniej czapkę, odwrócił się i poszedł.

Franek odwrócił się i stał przez chwilę bez ruchu. Wreszcie ruszył powoli przed siebie. Zaułek Krywonosa był tuż obok. Jeszcze parę kroków i znalazł się w domu. Przeszedł przez ciemną sień, nacisnął klamkę i otworzył drzwi do pokoju.

– Marysiu! – zawołał Franek.

Jego młoda żona odwróciła się i położyła palec na ustach.

– Ciiii… – syknęła. – Antosik chyba chory jest. Przyprowadziłam go od cioci Larysy i wydaje mi się, że gorączkę ma. W każdym razie czuł się źle, to go położyłam do łóżka. Oj, nie wiem, czy do Janówki pojedziemy…

– I ja też nie wiem – odparł Franek. – Polski rejon zlikwidowali.

Marysia umilkła i popatrzyła na niego zdziwiona.

– Jak to: zlikwidowali?

– Wiem tylko tyle. Była polska autonomia – i teraz jej nie ma. Powiedział mi Witia Krużko. Wie od znajomej z gazety.

– Nie ma, nie ma… – powtarzała Marysia. – To co zrobili z radą rejonową? Z polskimi szkołami? Bibliotekami? Wszystkich aresztowali?…

– No chyba nie, jak można aresztować tylu ludzi naraz… – pokiwał głową Franek. – Ale ci z komitetu partyjnego i rady wiejskiej to albo już siedzą, albo będą siedzieć za chwilę…

Zdjął płaszcz, powiesił na wieszaku i usiadł za stołem. Potarł dłonią czoło.

– Właściwie to przydałoby się czegoś więcej dowiedzieć…

Marysia przytaknęła.

– No właśnie. Ja muszę synkiem się zajmować, bo jak nic się na jutro i pojutrze rozłoży, ale ty idź.

– Ale do kogo? W Janówce to bym wiedział, w Marchlewsku też. A tu?

Zapadła cisza. Marysia zmarszczyła brwi.

– Może do dyrektorki Majewskiej. Albo jeszcze lepiej, do Nizińskiego. Partyjny, ale przyzwoity człowiek, lubi i mnie, i ciebie. Wiesz gdzie mieszka?

– Wiem. Niedaleko szkoły przecież.

– To zakładaj palto i idź. On powinien wiedzieć. Albo ci powie, do kogo iść.

Franek potrząsnął głową.

– Najgorsze, że nie ma jak z rodzicami się skontaktować. Telefon tylko w radzie wiejskiej czy na milicji, a tam przecież nie pójdą. A telegramu im wysyłać nie będę…

– Wstał, popatrzył na śpiącego synka i zaniepokojoną twarz żony, wziął palto i zaczął się powoli ubierać.

cerkikosc.jpg

Cerkiew i klasztor karmelitów bosych w Berdyczowie na przedrewolucyjnej pocztówce. W 1935 r. cerkiew jeszcze stała, niedługo potem została zburzona. Klasztor na szczęście przetrwał i w znacznej części został oddany Kościołowi.

 

Gdy wyszedł, na dworze było już ciemno, ale zapaliły się już latarnie. W zaułku Krywonosa było zupełnie pusto, ale gdy wyszedł na większą ulicę, pojawiło się trochę ludzi. Gdy przechodził koło rady miejskiej i komitetu partyjnego zobaczył, że palą się właściwie wszystkie światła. Czyżby pracowali tak długo ze względu na likwidację polskiej autonomii, czy też po prostu postępowano z dobrą, stalinowską tradycją: pracuje się tak długo, do późna w nocy, aż będzie można mieć pewność, że wódz bolszewików już położył się do łóżka i śpi. A Niziński? Będzie już w domu, czy na jakiejś naradzie siedzi? To się za chwilę okaże – niepokoił się Franek. W Berdyczowie, gdzie od wieków żyły zgodnie trzy narodowości – ukraińska, żydowska i polska, także miejscowe władze były wielonarodowe – i Polacy też byli w nich obecni. Ale akurat wicedyrektor szkoły nie był kimś szczególnie ważnym, ot, członek komitetu miejskiego partii bolszewickiej. Choć dla szkoły znaczyło to wiele.
Dotarł wreszcie do dwupiętrowej kamienicy na Szewczenki. W przeszłości mieszkał tu bogaty kupiec, właściciel sklepu na parterze. Po rewolucji najpierw zabrano mu sklep, potem kamienicę, wydzielając jedno mieszkanie. Aż wreszcie zabrano i mieszkanie, a były kupiec gdzieś zniknął. Osiedlili się tu mniej ważni działacze bolszewiccy, tacy właśnie, jak Niziński. Franek wszedł na słabo oświetloną klatkę schodową i wbiegł na pierwsze piętro, przeskakując po dwa stopnie. Zastukał do dębowych drzwi. Cisza. Zastukał ponownie. Zza drzwi dało się słyszeć jakieś szuranie, pobrzękiwanie kluczy i na klatkę schodową wyjrzał Niziński. Najwyraźniej, narzucił tylko koszulę, nawet jej nie zapinając, bo wyglądał spod niej podkoszulek.
–    To ty, Cybulski? Wchodź – powiedział.
Franek wszedł, zdjął palto. Poszedł za Nizińskim, który skierował się do dużego, ładnie umeblowanego pokoju.
–    Sam jestem, bo żona do Kijowa wyjechała – wyjaśnił.
Na stole stała butelka koniaku i kieliszek. Niziński podszedł do kredensu, wyjął drugi kieliszek.
–    Napijesz się? – spytał i nalał trochę złotego płynu nie czekając na odpowiedź. Franek patrzył zdziwiony, bo wicedyrektor znany był jako człowiek raczej stroniący od alkoholu, nie pijący w pracy i z rzadka uczestniczący w spotkaniach, gdzie pito wódkę. Niziński podał mu kieliszek i wziął do ręki swój. Powoli podniósł go do ust i nagle, jednym haustem, wypił całą zawartość.
–    Co cię sprowadza, Cybulski?…
–    Obywatelu dyrektorze… – zawahał się Franek. – No, dowiedziałem się, że polski rejon zlikwidowano…
–    A skąd się dowiedziałeś?
–    Znajomy powiedział.

odlLeninLiebknechta25.jpg

Na zdjęciu: odsłonięcie pomnika Lenina na ul. Liebknechta w Berdyczowie, 1925 r.

 

Zapadła cisza. Niziński wziął do ręki butelkę koniaku, jakby zastanawiał się, czy sobie nalać.

– To prawda. Kierownictwo republiki tak zadecydowało – odparł wreszcie.

– Dlaczego?… Wicedyrektor milczał przez chwilę. Zdecydował się i nalał pół kieliszka koniaku, wziął go do ręki i zaczął w skupieniu oglądać, jakby myślał, że coś w nim zobaczy.

– Widać tak trzeba było – powiedział.

– A co z ludźmi? Co ze szkołami, bibliotekami polskimi?

– Nic – powiedział niezdecydowanie Niziński. – Nic nie będzie. Wszystko normalnie. Pozostanie jak dotąd…

Franek zmarszczył brwi.

– Ale jeśli tak, to po co polską autonomię likwidowano?…

– Czy ty myślisz, że ja w komitecie centralnym jestem, czy co? – obruszył się Niziński. – Oni tam w Kijowie decydują, a może nawet w Moskwie. A na pewno nie w Berdyczowie, czy nawet Winnicy. I jak decydują, to na podstawie wiedzy, której ja nie mam. Z myślą o całym państwie, a nie o jakiejś grupce ludzi, choćby nam się wydawało, że jest najwspanialsza…

Franek popatrzył na niego z niepokojem. Wicedyrektor raczej nie używał języka oficjalnej, bolszewickiej propagandy. Znaczy – niedobrze. Mówi tak, to boi się o siebie.

– Obywatelu dyrektorze… To o ojca, matkę, teściów, niepokoić się nie mam co?

Niziński popatrzył na niego ponuro.

– Niepokoić się? A niby czemu? Przecież to nie żadni szkodnicy są. Uczciwi obywatele, prawda? – mruknął.

– No… tak…

– Ano widzisz. Jak kto jest uczciwym obywatelem, nie ma się czego obawiać.

Franek wstał. – To ja już pójdę może…

– Taaak, tak… – Niziński też wstał.

Przeszli do przedpokoju i Franek zaczął powoli wkładać buty.

– Hmmmm – mruknął wicedyrektor. – Ale pewno lepiej by ci było z rodzicami w jednym mieście żyć. Marysi też chyba. Co oni mają na tych nieużytkach i błotach się gnieździć. Tu znalazłaby się dla nich robota. Na pewno!

Franek popatrzył na Nizińskiego, który skierował wzrok gdzieś na bok, z dala od niego.

– Dziękuję, obywatelu dyrektorze – powiedział.

– Nie ma za co. Idź spokojnie do domu…

szkolaberd.JPG
Dawna polska szkoła w Berdyczowie – to w niej uczył Franek Cybulski.

Gdy znalazł się na klatce schodowej i zamknęły się za nim drzwi do mieszkania wicedyrektora, niemal machinalnie schodził po schodach, zastanawiając się, co mogła oznaczać ta rozmowa. Nie chce powiedzieć prawdy? Na pewno. A może prawdy nie zna? Nie powiedzieli mu? Też możliwe. Co znaczyła sugestia, że powinien ściągnąć rodziców do Berdyczowa? Ukrytą aluzję, że w Janówce coś im grozi?…
Wyszedł na ulicę, po której wciąż w jedną i w drugą stronę chodzili ludzie, a z daleka widać było nawet czapki milicyjnego patrolu. Franek zaczął się zastanawiać. Może iść do cioci Larysy? Jeszcze nie jest tak późno, by miała się zdenerwować niespodziewaną, nocną wizytą. Tak, ona coś poradzi, zna w mieście wszystkich! Przyśpieszył kroku.
Jego ciotka, właściwie – kuzynka, wcale się nie zdenerwowała.
– O, Franek, wchodź. Herbaty się napijesz? – spytała, jakby zupełnie normalną rzeczą było, że wieczorem odwiedza ją kuzyn. Jej mieszkanie, też w starej kamienicy, było nieduże, dwupokojowe. Mąż zmarł pięć lat temu i teraz żyła samotnie, z dwoma kotami. Koty nie wiedzieć czemu go lubiły – i teraz przybiegły, jakby im przyniósł coś smacznego do jedzenia. Franek powiesił na wieszaku palto i przykucnął. Wyciągnął dłoń, delikatnie przejechał po miękkim futerku czarnego, a potem – burego.
– No, chodź już – ciocia Larysa zdążyła nastawić staroświecki samowar, przekonana, że herbata z niego będzie smaczniejsza, niż z zagrzanej na węglowej kuchni wody i zaparzonej wcześniej esencji.
– Pewno masz jakiś kłopot, bo bez tego ciotki byś nie odwiedził…
– Rzeczywiście… – stropił się Franek.
– Ale opowiadaj, opowiadaj. O co chodzi?
– Dowiedziałem się, że polski rejon likwidują. Znaczy się, Marchlewszczyznę.
Ciotka zmarszczyła brwi.
– Oj, niedobrze…
– Nawet bardzo! A my jutro mieliśmy do ojców jechać. Ja nie wiem, co robić? Byłem u Nizińskiego, ale on niczego powiedzieć nie chciał.
– Nie chce się narażać – mruknęła ciotka. – I trudno się mu dziwić… Dziś powie coś niewłaściwego, jutro będzie za to odpowiadał.
– Ale przecież ja bym nikomu nie mówił!…
– A on to niby skąd ma mieć pewność? Synem jego jesteś czy kuzynem? Zresztą wiesz doskonale, że teraz nawet pokrewieństwo nie daje żadnej pewności.
– Ciocia ma rację – pokiwał głową Franek.
Ciotka wstała, nalała do filiżanek esencji z dzbanuszka i przekręciła kurek, nalewając gorącej, aż parującej wody. Rozszedł się dookoła smakowity zapach, jedyny dla samowarów: dymu z palącego się drewna, herbacianej esencji i wrzącej wody. Franek zerwał się i chwycił filiżanki, stawiając je na stole.
– Wybacz, że nie mam ciasteczek, ale Antosik wszystkie zjadł – zaśmiała się ciotka. – Nie piekę codziennie, bo i z mąką, i z cukrem jest kłopot, zresztą sam doskonale o tym wiesz!
Usiadła i wypiła łyk herbaty.
– No i konfitura przydałaby się, ale z tym jeszcze trudniej, bo cukru więcej trzeba. Ale ty nie przyszedłeś tu rozmawiać o ciasteczkach i konfiturze…
– No nie – powiedział sucho Franek.

 

Pokiwała ze zmartwieniem głową.
– Co za czasy, co za czasy. Nie ma wcale spokoju w tym dwudziestym wieku. Co można by zrobić… Z bolszewikami w ich komitecie rejonowym staram się nie zadawać. Torczyńskiego, przewodniczącego rady miejskiej, znam słabo… Rubinsztejn, sekretarz rady, bo ja wiem? Może przez Rozenbluma mogłabym do niego dotrzeć. Ale czy Rubinsztejn cokolwiek powie? Wątpię…
Zastanawiała się przez chwilę w milczeniu, wreszcie podniosła głowę.
– No, jest jeden człowiek, do którego możesz pójść. Seroczyński.
– Seroczyński? Ale to czekista! Ludzi zamykał, na Syberię wysyłał! A poza tym na emeryturze jest. Co on tam wie!
Ciotka wyciągnęła rękę i położyła mu na ramieniu.
– Chłopcze, ja go dobrze znam jeszcze sprzed rewolucji. Gorąca głowa był zawsze. Do bolszewików przystał, jak go z uniwersytetu wyrzucili. Wiesz, jak to mawiano za carskich czasów: w carskim areszcie to zawsze się ze sobą Polak i rewolucjonista spotykali, bo jednych i drugich wsadzali…. – zamyśliła się. – On był w PPS – Frakcji Rewolucyjnej, co to mimo nazwy nigdy rewolucyjna nie była. Podobno samego Piłsudskiego znał i razem z nim akcję na bank planowali, by pieniądze na cele organizacji zdobyć… Ale wpadł, pepesiacy mu pomóc nie mogli, przypadkiem pomogli bolszewicy. I tak został bolszewikiem…. – zaśmiała się.
Wstała – Idziemy.
– Ciocia też?…
– Ja go dobrze znam. Niemal został moim narzeczonym…
Wstała i podeszła do szafki, na której stał telefon. Wykręciła numer i przyłożyła słuchawkę do ucha.
– Michał? Dobry wieczór, to Larysa. Taaaak. Mam do ciebie pilną sprawę. Mogę na chwilę zajść? Wiem, że późno… Z kuzynem będę. Dobrze. No, do widzenia.
Odłożyła słuchawkę, zakręciła się dokoła i zaczęła wkładać buty.
– No, idziemy jak najszybciej, bo już późno… – mówiła, wkładając podniszczony płaszcz z nieco wyliniałą podpinką i ciepłą czapkę.
Franek ubrał się bardzo szybko i teraz czekał w słabo oświetlonym przedpokoju, aż ciotka będzie gotowa. Ona musiała jeszcze pogłaskać oba koty, mówiła do nich przez chwilę, drapała za uszami i pod brodą, aż odeszły, jakby zrozumiały, że ich pani wychodzi tylko na chwilę. Wreszcie wyszli na korytarz, a ona zamknęła drzwi dużym, żelaznym kluczem, najwyraźniej pochodzącym jeszcze z ubiegłego stulecia. Po chwili byli już na dworze.

 

Rozpogodziło się i noc była jasna, księżyc niemal w pełni, a że uliczne latarnie stały rzadko i świeciły słabo, to i gwiazdy widać było doskonale. Ciotka szła szybkim, pewnym krokiem.

– Seroczyński niedaleko mieszka… dom swój ma… zabrali Sidorence, taki bogaty kupiec był – mówiła. – Sidorenko i tak dobrze skończył, bo na Syberii, a nie dwa metry pod ziemią… Wysłali go tam i podobno jakoś się urządził. Porządny był człowiek, polityką nigdy się nie zajmował, myślał, że przeczeka, ale tu nie było czego przeczekiwać…

Skręcili w boczną ulicę, przy której stały stare, jednorodzinne domy. Ten Seroczyńskiego znajdował się rzeczywiście blisko, otoczony drewnianym, porządnie pomalowanym płotem. Weszli na podwórze i ciotka zastukała do grubych, dębowych drzwi. Gospodarz najwyraźniej już na nich czekał, otworzył niemal natychmiast. Był to postawny mężczyzna, o siwych włosach i pooranej zmarszczkami twarzy. Uśmiechnął się na widok ciotki Larysy, podał jej rękę.

– Witaj – powiedział. – No, jeśli mnie odwiedzasz i to o tej porze to chyba w ważnej sprawie. Zwłaszcza, że dość rzadko u mnie bywasz.

Odwrócił się do Franka.

– Pan jest kuzynem Larysy?

– Franciszek Cybulski jestem – przedstawił się Franek i wyciągnął rękę. Seroczyński uścisnął jego dłoń.

– Cybulski… z Marchlewska bodaj?

– Tak, z Janówki koło Marchlewska.

– Ano właśnie – gospodarz cofnął się, wpuścił ich do środka i zamknął drzwi. – Rozbierajcie się, proszę. U mnie ciepło.

Gdy oni zdejmowali płaszcze, on ciągnął: – Ja, młody człowieku, bardzo się kiedyś Larysą Michałowną zajmowałem, to i jej rodzinę dość dobrze znałem. I dalej pamiętam, choć może nie tak dokładnie, kto i gdzie mieszkał.

Weszli do sporego pokoju. Na ścianie, ku zdumieniu Franka, wisiał duży, olejny portret Feliksa Dzierżyńskiego, osławionego twórcy bolszewickiego terroru i jego organizacji – CzeKa. Seroczyński spostrzegł jego zainteresowanie.

– Na emeryturę przechodziłem, to od kolektywu w prezencie dostałem – wyjaśnił. – Ja zresztą Feliksa Edmundowicza poznałem osobiście. Niezwykły był to człowiek!

Niezwykły – rzeczywiście… – pomyślał Franek. Ilu ludzi przez niego zginęło?

Gospodarz usadził ich w fotelach, pogrzebał zakrzywionym, poczerniałym prętem w otwartych drzwiczkach dużego, kaflowego pieca i podszedł do sporego kredensu. Wyciągnął z niego butelkę z ciemnym płynem i trzy kieliszki.

– Trochę nastojki dobrze wam zrobi. Na zdrowotnych ziołach! – zachwalał, podając po kieliszku. Franek spróbował – dobre, mocne, ziołowe. Wreszcie gospodarz sam usiadł.

– I co was do mnie sprowadza? Jakie to kłopoty?

– Skąd wiesz, że kłopoty? – zdziwiła się ciotka.

– Jak ktoś do mnie późnym wieczorem niespodziewanie przychodzi, i to po długim niewidzeniu, to tylko z kłopotami. Ważna sprawa i kłopotliwa – podsumował.

ster.jpg
Przedwojenny plakat, sławiący potężny, sowiecki sterowiec

Ciotka Larysa westchnęła.

– Stefanie…

– Oho! I jeszcze mnie Stefanem nazywasz – zaśmiał się Seroczyński.

– Oj, Stefek, dałbyś spokój – machnęła ręką ciotka. – Że jak w CzeKa pracowałeś, to musisz pokazywać, że lepszy niż ten angielski detektyw Sherlock Holmes jesteś?

Seroczyński uśmiechnął się. – Larysa, sama jesteś, starego Stefka byś czasem odwiedziła. Tęsknię za tobą! Chyba, że się czekisty wstydzisz…

Machnęła ręką.

– Znasz mnie dobrze i wiesz, że ja się niczego nie wstydzę. Ale zostawmy to, zaproszę cię na dobre ciasto, jak mi parę kilo cukru i mąki załatwisz…

– Masz jak w banku! – wtrącił się gospodarz.

–… ale porozmawiajmy o Franciszku. Sęk w tym, że mój kuzyn zostawił w Janówce rodziców. Antoniego ojciec, a dziadek Franka, był rodzonym bratem mojej matki Adeli. Ach, Adela, co to była za kobieta! No ale wracajmy do sprawy… – ciotka wypiła odrobinę nastojki. – I tu dowiaduje się nagle, że Marchlewszczyznę zlikwidowali. Dziś taka wiadomość przyszła. Nie będzie już polskiego rejonu…

Seroczyński wstał, sięgnął po butelkę, dolał ciemnego, pachnącego ziołami płynu im i sobie. Usiadł, wyraźnie poruszony.

– Cholera, czułem, że tak będzie! – mruknął.

Nieco ośmielony, Franek postanowił się wtrącić do rozmowy.

– Panie Stefanie…

– Od panów mnie nie wyzywaj – chrząknął Seroczyński. – Jak bym się z twoją ciotką ożenił, byłbyś mnie nazywał wujem. Mów do mnie: wuju.

Franek zamilkł, zakłopotany.

– Dałbyś spokój – powiedziała ciotka do gospodarza. – Chłopak boi się o rodzinę. O teściów. Spokojni ludzie, nic złego nikomu nie zrobili, ale w dzisiejszych czasach nigdy nie wiadomo…

Seroczyński znów wstał. Założył ręce do tyłu i z lekka pochylony zaczął krążyć po pokoju.

– Nigdy nie wiadomo – otóż to! Polski wywiad, ta osławiona „dwójka”, działa w najlepsze. Trzeba walczyć – a gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Lepiej jak się jednego czy dwóch niewinnych niesłusznie oskarży, niż żeby się władza radziecka miała zachwiać…

– Przestań! – krzyknęła ciotka, aż Seroczyński stanął i spojrzał na nią badawczo. – To nie rajkom partii, nie jesteś na zebraniu aktywu! Ja cię na żadne ciasto nigdy nie zaproszę, jak nie zaczniesz mówić do rzeczy! Co się do diabła dzieje?

Gospodarz podszedł do fotela, usiadł i przetarł dłonią czoło.

– Zmarł Feliks Edmundowicz, znaczy się Dzierżyński. I już nie ma komu polskiej sprawy prowadzić, Kto ma to robić, Kosior? Wolne żarty.

– Jak to? – spytała ciotka Larysa. – Marchlewszczyzna i Dzierżyńszczyzna na Białorusi dzięki niemu tylko powstały?

Seroczyński przygładził włosy.

– Tylko – nie tylko. On sprawę wspierał. Obiecywał, że będzie w sam raz kawałek naszej, bolszewickiej Polski. I że się przyda, jakby jakaś wojna przyszła. Polacy nasi, bolszewiccy będą. Ale nie bardzo się to udało, a teraz Dzierżyńskiego zabrakło, to i nie ma kto obiecywać, że jednak dobrze będzie.

 

– Komu obiecywać?
Emerytowany czekista pokiwał głową.
– Sama sobie powiedz, komu. Kto u nas decyduje? Wiadomo przecież. Jeden człowiek. Nazwisko zna każdy.
Franek chrząknął, aż obydwoje spojrzeli na niego.
– To jak? Mogę jechać do Marchlewska? Do Janówki? Jutro z rana z Marysią, to jest żoną moją, chcieliśmy…
Gospodarz machnął ręką.
– Ja już emeryt jestem i nie wiem dokładnie, co się dzieje. I nie będę teraz do NKWD chodził i się wypytywał. Czasem ktoś wpadnie, coś powie, czasem kogoś na ulicy czy na rynku spotkam. Dobrze powiedziałem: drwa teraz rąbać zaczęli, to i wiórów będzie niemało. Jutro ty lepiej nie jedź. Poczekaj z tydzień. Wyślij telegram do ojca, że żona chora.
– Synek mój chyba gorączkę miał, jak wychodziłem.
– O! – ożywił się Seroczyński. – Powód bardzo dobry. Telegram wyślij, że dziecko chore. Tylko ojców nie przestrasz, bo i tak na pewno wystarczająco są zdenerwowani.
– A ile czekać?
– Nie wiem. Nie wiem. Może tydzień, a może lepiej z miesiąc poczekać? – zastanawiał się gospodarz. – Jak kogoś na oku mają, to pewno od razu wezmą. I żaden twój przyjazd w niczym nie pomoże. Odwrotnie, może zaszkodzić. A odczekasz, sytuacja się uspokoi.
– A rzeczywiście się uspokoi?
– O tym wie tylko jeden człowiek w Związku Radzieckim. A tym człowiekiem niestety nie jestem ja.
– A kto? Stalin?… – spytała.
Seroczyński ściągnął brwi.
– Co ja ci będę mówił. Wiesz przecież doskonale. I… co z tym ciastem? Jutro pójdę i cukier, mąkę załatwię. Do domu ci przyniosę!
Ciotka Larysa pokiwała głową.
– Jak przyniesiesz, to pojutrze ciasto będzie. A jakbyś jeszcze słoiczek jakichś konfitur przyniósł, albo prawdziwego kakao… wy, czekiści, to pewno i kakao dostajecie.
– Zasłużeni dostają. Emeryci byli zasłużeni już dawno temu i nikt już o tym nie pamięta. Ale coś tam powinno mi się udać.
Ciotka pokręciła głową i wstała.
– Późno już, pójdziemy – powiedziała.
Franek i Seroczyński też wstali. Chwilę potem, ubrani i owinięci szalami, wyszli na ulicę. Dla oszczędności paliła się tylko część latarni i było dość ciemno.
– Odprowadzę ciocię – kiwnął głową Franek.
– Dobrze, choć twoja Marysia już pewno mocno się niepokoi…
Kilka minut później dotarli pod dom ciotki. Starsza pani przytuliła swego kuzyna.
– No, biegnij. Ja sobie dam radę.

 

Franek odwrócił się i szybkim krokiem ruszył w kierunku swojego zaułku Krywonosa. Na ulicach było już pusto. W oddali zobaczył przez chwilę postaci dwóch milicjantów, którzy jednak szybko zniknęli, skręcając w jakąś przecznicę. Jeszcze dalej majaczyła ciemna bryła cerkwi, za którą stał klasztor karmelitów – było jednak wystarczająco ciemno, by tej potężnej budowli nie dawało się zobaczyć. Chyba wszyscy już spali, bo w oknach mieszkań też było ciemno. Chyba, pomyślał Franek, że znów prąd w mieszkaniach odłączyli.
Zza jednej z szyb widać było słaby, pełgający odblask światła, jakie tylko świeczka może dawać – tam na pewno nie było prądu. Czy jednak nie było, bo nie opłacony, czy też dlatego, że elektrownia nie działa?…
Chwilę potem okazało się, że jednak elektrownia. Gdy dotarł do domu i wszedł do sieni, było nie ciemno, a czarno. Ale umiał sobie poradzić w takich sytuacjach – po omacku ale pewnym krokiem doszedł do drzwi swojego pokoju i cicho, ostrożnie, nacisnął klamkę. Marysia siedziała na łóżku, wpatrując się w śpiącego synka, a na stole palił się maleńki ogarek. Jej cień na ścianie rozmywał się w dziwny sposób, tworząc dziwny, niesamowity obraz. Pachniało marnym tłuszczem, z jakiego została zrobiona świeczka, a także czymś, co od dawna już kojarzyło mu się z tym wynajmowanym w zaułku Krywonosa pokojem – mieszkanką zapachu zupy, jaką Marysia robiła na obiad, świeżo upranych i schnących ubranek dziecięcych i naftaliny, jaką posypane były ubrania leżące w skrzyni koło szafy. Zapach zupełnie inny, niż domu jego rodziców w Janówce – ale taki swój, własny, zapach mieszkania należącego tylko do nich, nawet, jeśli wynajmowanego. Przeszedł dwa kroki i pod jego nogami zaskrzypiały starannie wyczyszczone, przykryte wiejskiego wyrobu chodnikami deski podłogi. Marysia podniosła głowę.
– Jesteś! Nareszcie! Antoś ma gorączkę. Nie za dużą, ale jednak. Nie chcę cię martwić, ale nie pojedziemy jutro do Janówki….
– Całe szczęście! – mruknął Franek.
– Co takiego? – zdziwiła się jego żona.
Franek zdjął palto.
– Rozmawiałem z Nizińskim. Nic nie powiedział, ale widać, że strasznie jest zdenerwowany. Ciocia Larysa zaprowadziła mnie do Seroczyńskiego…
– Tego czekisty?!
– To jakiś jej dawny narzeczony, ucieszył się na jej widok, jakby mu ktoś portfel pełen czerwońców dał w prezencie. Też nie chciał nic mówić, ale ciotka ma swoje sposoby… Poradził w końcu, żebyśmy na razie nigdzie nie jechali. I żebyśmy wysłali telegram, że synek chory i jechać nie możemy. To i ucieszyłem się, że rzeczywiście jechać nie można – tłumaczył, nalewając zimnej wody z dzbanka do miednicy i starannie myjąc ręce. Wytarł je pasiastym ręcznikiem i podszedł do stołu.

pecees.jpg
Tak wygląda „Przez czerwony step” w wersji „papierowej”…

– No i nie jedziemy, jutro ja do pracy pójdę, a po drodze telegram z poczty nadam.
Marysia zamyśliła się.
– Żeby rodzice nam jakiś znak dali, ale telegramu przecież nie poślą, bo i jaki: „nie aresztowali nas, żyjemy”?
Franek machnął ręką.
– Może ktoś stamtąd będzie jechał? Może jakoś zdołają do ciotki zatelefonować? Nie wiem. A Antosik jak? Poważnie chory? Lekarz, felczer będzie potrzebny?
Jego żona ostrożnie pochyliła się nad łóżeczkiem syna i przyłożyła mu rękę do czoła.
– Na szczęście nie ma dużej gorączki. Sokołowska już radziła, by go wodą z octem natrzeć, to gorączka spadnie, ale ja sobie tego wyobrazić nie mogę, jak to dziecko taką mieszanką nacierać i czekać, czy się ochłodzi.
– Masz rację… – mruknął Franek.
Ogarek powoli się dopalał i w pokoju robiło się coraz ciemniej, ale oni, przyzwyczajeni do ciemności i na pamięć już znający swój pokój i stojące w nim sprzęty, rozbierali się pośpiesznie i niemal mechanicznie odkładali ubrania. Potem równie pośpiesznie myli się w zimnej wodzie z dzbanka – mogli pójść do kuchni, gdzie na piecu stał gar z ciepłą wodą, ale wychodzić z ich pokoju wcale im się nie chciało. Świeczka zaskwierczała i zgasła akurat wtedy, gdy wskakiwali do łóżka. Przywiezione ciężarówką z Janówki, łóżko zrobione było przez miejscowego stolarza na zamówienie rodziców Franka, a materac przygotowała matka Marysi.
Zapadli teraz w głąb materaca, otuleni grubą, puchową kołdrą, z głowami na dużych, puchowych poduszkach, obleczonych w białe, koronką obszyte powłoczki. Pod kołdrą było zimno, więc przytulili się do siebie – on, jeszcze zimny po nocnym spacerze po Berdyczowie, ona rozgrzana siedzeniem w ciepłym pokoju. Marysia zadrżała, czując jego zimno, ale nie odsunęła się, tylko starała się go rozgrzać, przytulając całym ciałem. A on objął ją rękami, przycisnął do siebie i przysunął swoje usta do jej ust. Pocałowali się, najpierw powoli i ostrożnie, a potem silnie, tak, że poczuł jej gorące wargi. Byli razem, razem i u siebie, ze sobą. Przewróciła się na wznak, a on powoli położył się na niej.

 

Zadzwonił szkolny dzwonek i Franek odłożył obsadkę ze stalówką i starannie zakręcił kałamarz. Siedzące w ławkach dzieci pośpiesznie robiły to samo, by zaraz wstać i wybiec z klasy.

– Franciszek Antonowicz!
Franek odwrócił głowę. W drzwiach stał Stepan, woźny szkolny, postawny i wąsaty mężczyzna. – Dyrektorka woła, Franciszek Antonowicz!
– Już idę… – Franek wstał i ruszył ku drzwiom. Czego może chcieć od niego dyrektorka? Po wydarzeniach z pamiętnego piątku, gdy dowiedział się o likwidacji polskiego rejonu, nadał w sobotę rano telegram „Syn chory, nie możemy przyjechać” i tak jak co dzień poszedł do pracy, do polskiej szkoły numer 3 imienia Dąbala. Dyrektorka Majewska trochę się dziwiła, ale gdy wyjaśnił mu, że mały Antosik zachorował, przestała się dziwić. Pytała tylko, czy jego żona da sobie radę.
A potem, wczesnym popołudniem, nauczyciele dowiedzieli się tego, co on wiedział od poprzedniego dnia. W innych warunkach natychmiast rozpoczęłyby się narady i dyskusje, ale tu na temat Marchlewszczyzny nikt niczego nie mówił. Więcej: umilkły wszelkie rozmowy, ludzie przestali żartować. I to ogólne milczenie było dowodem, że dzieje się coś niedobrego. Wiadomo było, że dopiero wieczorem, w domach, między bliskimi znajomymi, rozpoczną się debaty i rozważania.
On sam wraz z Marysią i synkiem poszli do ciotki Larysy, do której przyszedł też nauczyciel matematyki, powszechnie lubiany Teodor Zawilski. Ale za mało wiedzieli, by móc wyciągnąć jakieś sensowne wnioski. Zawilski miał w jednej z wiosek pod Marchlewskiem stryja, a w samym Marchlewsku – kuzynów. Tak samo jak oni od rodziców, on nie miał od nich żadnych wiadomości. Zaczęli się więc zastanawiać, czy w obecnej sytuacji grozi coś także Polakom poza Marchlewszczyzną. Ale na przypuszczeniach się skończyło.
O tym wszystkim myślał Franek, idąc do gabinetu dyrektorki Majewskiej. Zastukał, usłyszał głośne „proszę” i wszedł do środka.
Gabinet przypominał pokój urzędnika średniego szczebla: stare, duże, politurowane na ciemno biurko, a za nim wysoki, obity skórą fotel; z tyłu, na ścianie, duży portret wodza bolszewików Józefa Wissarionowicza Stalina, obok herb Ukraińskiej SRR i nieco mniejsza fotografia Stanisława Kosiora, pierwszego sekretarza Komunistycznej Partii (bolszewików) Ukrainy, czołowego Polaka wśród sowieckich komunistów. Kosior, pomyślał Franek, najpierw tworzył Radziecką Marchlewszczyznę, teraz ją likwiduje. Ciekawe, kiedy zlikwidują jego samego?
Pokój dyrektorki odróżniał się od typowych, sowieckich gabinetów jedynie tym, że na bocznej ścianie wisiały stalorytowe rysunki, przedstawiające portety wybitnych polskich poetów, pisarzy i uczonych. Dawniej podobno tych portretów było o wiele więcej, ale potem skrupulatnie je przejrzano, odkładając na bok te, które uznano za reakcyjne albo choćby za mało rewolucyjne.
– Franciszek, siadaj, proszę – uśmiechnęła się Majewska.
Usiadł w krześle, stojącym przy postawionym przed biurkiem stoliku.
– Mam dla ciebie wiadomości od rodziców – powiedziała dyrektorka. Franek aż wstał z wrażenia.
– No siadaj, siadaj – pokiwała głową. – Wiem, że się niepokoisz. Nic im się złego nie dzieje, rodzicom Marysi też. Prosili, żeby was pozdrowić.
– To… – zawahał się. – To jak tam teraz jest?
Dyrektorka skrzywiła się.
– Inaczej. Paru ludzi nie ma… no, nie ma po prostu. Zabrali ich. Ale pozostali są i pracują normalnie. Rejonu nie ma, więc i rady rejonowej nie ma.
– A polskie szkoły, biblioteki?
– Hmmmm – zawahała się Majewska. – Są. Ale czy będą działać dalej? Tego nie wiadomo. Aha… twoi rodzice prosili, żebyś może sam przyjechał, bez Marysi i synka. Łatwiej będzie. A jak się wszystko uspokoi, to wtedy na dłużej całą rodziną do nich przyjedziecie.
– Sam? Marysia się zmartwi.
– Lepiej niech się zmartwi teraz, niż żeby z tego jakieś kłopoty miały być. Najlepiej jak pojedziesz w sobotę, dam ci wolne, tak, jak wtedy. I będziesz miał akurat dwa dni na wyjazd – mruknęła dyrektorka. – Aha, jeszcze jedno. Niektórzy ludzie z Marchlewska wymyślili sobie, żeby do polskiego konsulatu do Kijowa jechać i o wizy do Polski się starać. To bardzo niedobry pomysł.
Franek uniósł brwi ze zdziwienia. – Wizę do Polski? Żeby tak po prostu wyjechać?
– Tak by chcieli. Ale mówię – z naciskiem podkreśliła Majewska – tego robić nie należy. Tacy co do konsulatu polskiego jeżdżą, nie pomagają ani sobie, ani innym…
Na korytarzu donośnie zabrzmiał szkolny dzwonek.
– No, wracaj na lekcję, tam już dzieci na ciebie czekają!

 

Wstał, ukłonił się dyrektorce i wyszedł na korytarz. Gwar przerwy szkolnej ucichł już, słychać było jeszcze kroki spóźnionych, idących do klas nauczycieli. Usłyszał, że za nim ktoś idzie. Odwrócił się – był to Niziński.

– Franciszek, mam nadzieję, że nie zamartwiasz się już o swoich rodziców – powiedział wicedyrektor. Uśmiechał się, ale jak Franek mu się uważniej przyjrzał, to dostrzegł, że oczy Nizińskiego nie uśmiechają się wcale, a w kącikach ust jakby przybyło mu zmarszczek. – No, nie ma się czego niepokoić, rozmawiałem dziś z towarzyszami z komitetu centralnego z Kijowa. Nic dziwnego się nie stało, przeciwnie, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Zmiany, zmiany – nasz kraj jest przecież krajem zmian – zaśmiał się. – Ale do zmian trzeba umieć się dostosować. Pamiętajcie: dostosować się do zmian! – dodał.

Niespodziewanie zamilkł, odwrócił się i poszedł w kierunku pokoju nauczycielskiego. A Franek poszedł na lekcję.

Ostatnia w tym dniu lekcja dłużyła mu się jak nigdy. Uczniowie coś mówili, a on jakby ich nie słyszał. Wreszcie polecił wszystkim przeczytanie kolejnego rozdziału książki, a on udawał, że coś notuje w swym grubym notesie. Dzwonek był dla niego wybawieniem, wycierał stalówkę, chował obsadkę i zakręcał kałamarz szybko jak nigdy. Uczniowie wybiegli na korytarz, a on za nimi. Chciał biec, ale nie powinien, więc tylko szedł przyśpieszonym krokiem. Zostawił rzeczy w pokoju nauczycielskim, pośpiesznie pożegnał się z kolegami, nałożył palto i wyszedł na ulicę.

W zaułku Krykińskim było jak zwykle cicho i spokojnie. Gwarno miało się zrobić dopiero za parę minut, jak uczniowie wybiegną z szatni. Szybkim krokiem oddalił się od budynku szkoły, minął opustoszałą cerkiew, za którą z lewej widać było potężną budowlę zakonu karmelitów. Miał pójść na rynek, ale zdąży to zrobić trochę później. Teraz jak najszybciej do domu.

– Franek!

Zatrzymał się, rozejrzał dokoła. Z boku stał Lonia Fedorenko, Ukrainiec, dobry znajomy, rzec by można – kolega, bo pracujący w miejskiej bibliotece.

– Czemu nie przyszliście z Marysią w niedzielę do Iwana?…

Franek przypomniał sobie – byli zaproszeni do innego znajomego, nauczyciela, człowieka bardzo wesołego i obrotnego, który nawet w czasach największego głodu umiał zorganizować coś do jedzenia. Nie poszli, bo ciotka akurat nie mogła zająć się synkiem, a nie mieli tu nikogo innego, kto mógłby pomóc.

– Z dzieckiem musieliśmy zostać – rozłożył ręce. – A Antosika do Iwana przecież nie mogliśmy zabrać.

– E tam, wyznaczylibyśmy półgodzinne dyżury i byłoby dobrze! – zaśmiał się Lonia. – Ale, ale… Wiesz, mówił mi Wasyl, pamiętasz Wasyla?

Wasyla trudno było zapomnieć – jako jedyny z grupy znajomych był partyjny i może dlatego trzymał się trochę na uboczu. Chodził na zebrania partyjne, a jego wuj był nawet członkiem władz obwodowych partii.

– No i Wasyl powiedział mi w tajemnicy, że teraz wykryto nowego, niebezpiecznego wroga – ciągnął Lonia. – Polska Organizacja Wojskowa, która ma swych agentów wśród Polaków na Ukrainie. I że ważne zadanie, to znaleźć tych agentów i ich zniszczyć… Coś słyszałeś o tym?

– Nie… – Franek wzruszył ramionami. – Nic nie wiem o żadnej Polskiej Organizacji Wojskowej. Ale znam życie: jak trzeba będzie, agentów znajdą wszędzie.

Lonia pokiwał głową.

– Niestety. Coś widzę, że Polacy mogą mieć teraz trudno. Najpierw wam ten rejon autonomiczny zlikwidowali, a teraz chyba powód do likwidacji znaleźli. No, dzisiaj wam, jutro nam coś znajdą… Ale to nic. Przeżyjemy! W niedzielę o siedemnastej do mnie przyjdziecie? Będą sami dobrzy znajomi.

– Ja chyba do rodziców do Janówki pojadę. A Marysia jak znajdzie kogoś do Antosika to do was wpadnie.

– No to do widzenia – uśmiechnął się Lonia i ruszył przed siebie.

 

Franek wolniejszym nieco krokiem poszedł w kierunku domu. Co za pomysł z tą Polską Organizacją Wojskową? Żeby pognębić Polaków? Znaleźć formalny powód? A może rzeczywiście działa jakaś POW? Na to pytanie nie sposób odpowiedzieć.
I znów dom w zaułku Krykińskim, lekko skrzypiąca podłoga w ich wspólnym pokoju, znajomy zapach i znajomy widok młodej żony, piszącej coś w rozłożonych na stole papierach. Synka nie było, pewno został u ciotki. Gdy go ujrzała, uśmiechnęła się szeroko.
– Mam dla ciebie dobrą nowinę – powiedziała, wstając. – Mięso na obiad?… – zaśmiał się Franek.
 – Nie, dużo lepiej. Mamy szanse na prawdziwe, własne mieszkanie!
Aż usiadł ze zdumienia.
– Jak to?
– Sajenko jedzie do Kijowa. Dostał tam pracę. No i zostawia porządne, dwupokojowe mieszkanie. Za jakiś miesiąc…
– No to prawdziwa rewelacja! – zaśmiał się Franek. – I jak, wynajmie nam? Marysia pokiwała głową.
– Może wynajmie, a może nawet załatwi, że zostanie przepisane na nas. Bo on tam dostał przydział i tu powinien mieszkanie oddać, a nie wynajmować.
– Jeśli tak, to cud prawdziwy.
Pociągnęła go na łóżko.
– Siadaj. Może wreszcie zacznie się nam układać? Mieszkanie to sprawa najważniejsza. Bo pracę już przecież mamy. Żeby tylko z rodzicami wszystko się wyjaśniło.
– A!… – przypomniał sobie Franek. – Rodzice! Dyrektorka przekazała mi od nich wiadomość. Wszystko w porządku, są zdrowi, proszą, żebym przyjechał. Ale na razie tylko ja sam. Bo chyba nie jest tam do końca bezpiecznie. Majewska mówiła bardzo niejasno, a na dokładkę Lonia Fedorenko, którego po drodze spotkałem, mówił, że sobie bolszewicy jakiegoś nowego wroga znaleźli. Niestety, polskiego – jakąś Polską Organizację Wojskową. Marysia westchnęła.
– Jakoś najgorsze wieści przynoszą ci, których ty po drodze do domu spotykasz! A na rynku byłeś?
– Śpieszyłem się do ciebie. Tyle wieści, nie mogłem tak sobie pójść na rynek i wybierać ziemniaki czy chleb.
– No to pójdziemy razem, a potem po Antosika – zdecydowała Marysia. Podniosła się z łóżka.
– Przejdziemy się trochę po świeżym powietrzu, bo od siedzenia w tym jednym pokoju to można melancholii dostać! A kiedy ty chciałbyś jechać?
Franek zastanowił się przez chwilę.
– Dyrektorka mówiła, że mi da wolne w sobotę. Jak samemu, to najlepiej byłoby jakoś w piątek po południu… ale jak transportu dobrego nie będzie, to w nocy na polu zostanę! Albo w sobotę wczesnym rankiem.
– Tak niby niedaleko, sto kilkadziesiąt kilometrów zaledwie, a dojechać jest tam bardzo trudno – powiedziała Marysia, wkładając sweter i zdejmując z wieszaka płaszcz. – Gdyby tak mieć własny automobil…
– Ha! Marzenia! Żeby choć pociągi jeździły szybko i o czasie – odpowiedział Franek, wkładając palto i czapkę na głowę. Uśmiechnęli się do siebie i wyszli z pokoju, zamykając drzwi za sobą.

 

Budzik zadzwonił tak, jakby miał obudzić zmarłego. Franek jak najszybciej sięgnął ręką i nacisnął przycisk. Nastała cisza. Było ciemno, bardzo ciemno – piąta rano. Marysia usiadła i spojrzała do łóżeczka, w którym spał ich synek, ale sen miał twardy i byle dzwonek budzika go nie mógł obudzić.
– No, wstawaj! – szepnęła do Franka.
Wstawał niechętnie z rozgrzanego łóżka, od emanującego ciepłem ciała Marysi. Podszedł do stołu, wziął świeczkę, zapalił ją i postawił na półce przy lusterku.
– Nie będę chodził do kuchni i grzał wody, bo potrwa to z pół godziny – mruknął.
Ale golenie się zimną wodą z dzbanka było niełatwe. Najpierw nie chciała się robić piana, potem skrobał brzytwą po szyi i policzkach jak tępą kosą po ściernisku. Osiągnął tyle, że częściowo udało mu się zlikwidować poranny zarost, a całkowicie – usunąć pianę. Wreszcie przemył twarz zimną wodą i osuszył ręcznikiem.
– Może ci jednak podgrzeję wodę, choć herbaty zrobię? – spytała Marysia.
– Nie, pociąg mam za pół godziny, muszę być na czas na dworcu.
– Chleb na drogę wziąłeś?
– Już od wczoraj zapakowany.
– Uściskaj rodziców, opowiedz im o tym, że możemy mieć własne mieszkanie! – Na pewno! – przytaknął Franek. – A teraz jeszcze jedno. Jakby coś się stało… nie wiem co, ale w dzisiejszych czasach wszystko się stać może… Marysia patrzyła na niego zaniepokojona.
– Dyrektorka zapewniała przecież, że teraz nic ci nie grozi?…
Franek zmarszczył brwi.
– Grozi, nie grozi. Któż to wie? Jakby się coś stało, wiesz dokąd jechać i kogo o co się pytać.
– A ty te swoje rzeczy… no wiesz, które… zabrałeś?
 – Zabrałem – przytaknął Franek, wspominając niewielkie, ciężkie zawiniątko, i drugie, nieco lżejsze. – Pamiętaj: choćby mi się coś po drodze stało, wrócę do ciebie i synka.
– Mówisz tak, jakby naprawdę coś ci się stać miało… – w kącikach oczu jego żony pojawiły się łzy.
Podszedł do niej, objął, przytulił.
– Nie, ale lepiej być gotowym na każdą sytuację – powiedział. – Wiesz przecież, że z niewiadomego powodu do zupełnie niewinnych ludzi przychodzą i ich zabierają… tym bardziej każda podróż wydaje się jakąś niewiadomą. Nigdy nie wiesz, co bolszewikom do głów przyjdzie!
Przysunął się do niej jeszcze bardziej, poszukał ustami jej ust. Były słone, bo z oczu płynął jej wąziutki strumyczek łez. Pocałowali się mocno, jeszcze mocniej, aż smak soli gdzieś zginął, zniknął, aż łzy przestały płynąć.
– A może to wszystko strachy na Lachy – roześmiał się i wstał. Nachylił się nad łóżeczkiem synka, bardzo delikatnie pocałował go w czółko. Chwycił za rączkę walizki, nie była za ciężka. Włożył palto, szalik i czapkę i jeszcze raz, delikatnie, pocałował stojącą obok niego Marysię, owiniętą w zdjęty z łóżka pled.
– Tylko się tu straszymy i straszymy. Może trzeba było pojechać całą rodziną. No nic, trudno…
Wyszedł, ostrożnie zamykając za sobą drzwi. Postał przez chwilę w sieni, wsłuchując się w ostrożne kroki żony. Jeden krok, drugi, trzeci, zaskrzypiało łóżko, pewno już się położyła, teraz nakrywa się kołdrą… wolałby leżeć teraz koło niej. Wzuł buty i wyszedł na dwór.

 

Wciąż było ciemno, choć na wschodzie, przez rzadkie chmury przebijał wątły promyk powoli wstającego słońca. Ranek był chłodny, więc mocniej nacisnął czapkę na uszy i szczelniej zawinął szalik. Ruszył energicznym krokiem. Na stację było niedaleko, zresztą, liczący kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców Berdyczów nie był wielkim miastem, chyba, że ktoś żył po na drugim brzegu rzeki Gniłopiaci. Ulice były jeszcze puste, z rzadka, powoli, przejechał jakiś wóz konny, kierując się chyba na rynek. Samochód nie jechał żaden, co zresztą nie było specjalnie dziwne: pojazdów mechanicznych było w mieście wciąż niewiele.
Latarnie już wyłączono, więc szedł w słabym świetle wstającego powoli dnia, kierując się ku miejscu, które nie zasypiało chyba nigdy – na dworzec kolejowy. Dotarł tam ledwie kilkanaście minut później. Stacja może i nie zasypiała, ale ludzie w poczekalni – tak. W pomieszczeniu było ciepło, duży, kaflowy piec ogrzewał skutecznie całą poczekalnię, kasy i pokój zawiadowcy.
Franek podszedł do okienka kasowego, za którym podrzemywała starsza kobieta w kolejarskim mundurze.
– Olszówka.
Odliczył kilka banknotów i monet, położył na okienku. Kobieta sprawnym ruchem zabrała pieniądze i podała mu niewielki, tekturowy kartonik.
– Bierzcie.
Wziął bilet i rozejrzał się dokoła. Rozkład pociągów pokazywał: odjazd 5.40, Szepietówka. Zegar wiszący nad kasą nie działał. Franek rozpiął palto i wyciągnął stary, kieszonkowy zegarek – do odjazdu pociągu miał jeszcze dziesięć minut. A do przyjazdu? Jeśli pociąg nie będzie się spóźniał, to pewnie jakieś pięć. Ale spóźni się prawie na pewno.
Podszedł do stolika, przy którym starsza kobieta sprzedawała najnowszy numer „Radiańskiego Szliachu”. Położył monetę, wziął gazetę i przysiadł na pobliskiej drewnianej ławce. Na prawo od niego siedziała jakaś staruszka, okutana w kraciasty koc, z nogami zawiniętymi w jakieś szmaty, wystające z krótkich walonek. Trzymała duży kosz, przykryty chustą – ale chyba pusty. Na lewo jakaś para w średnim wieku, sprawiali wrażenie, jakby dotarli tu już dawno, a teraz przysypiali – on w porządnym, czarnym płaszczu, ona też dobrze ubrana. Stały przy nich dość nowe walizki. Niby spali, ale dostrzegli jego spojrzenie i teraz spod półprzymkniętych powiek zaczęli przyglądać się jemu. Nie należy zwracać na siebie uwagi, pomyślał. Zamknął oczy…
…Obudził go gwizdek zawiadowcy stacji. Najwyraźniej pociąg się zbliżał, bo oczekujący pośpiesznie powstawali z ławek i ruszyli na peron. Po chwili dało się słyszeć miarowe sapanie lokomotywy. A potem można było dostrzec, jak lokomotywa i ciągnięte przez nią wagony zbliżają się. Zaczęły zwalniać, przy akompaniamencie posapywań, skrzypień i świstów. Wreszcie pociąg osobowy do Szepietówki stanął na peronie. Otwarło się kilkoro drzwi i kilkanaście osób wyskoczyło na peron. Potem do środka zaczęli wspinać się pasażerowie z Berdyczowa.
Kolejne twarde, drewniane ławki, pełne podróżnych. Zwykły wagon osobowego pociągu, nie przeznaczony do długiej, nocnej jazdy, a więc bez przedziałów i bez łóżek, z samymi tylko ławkami. Ale jechał przez noc i ludzie pozasypiali. Niektórzy wyglądali przez zapocone, brudne szyby, przez które trudno było nawet odczytać nazwę stacji, ale większość spała dalej. Franek z trudem znalazł odrobinę wolnego miejsca i wcisnął się między dwóch śpiących mężczyzn, którzy bez obudzenia się posunęli się nieco. Mimo, że było dość ciepło, nikt się nie rozbierał, jakby w oczekiwaniu, że nagle trzeba będzie wysiąść. Franek nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego w wagonach bez przedziałów podróżni tak niechętnie się rozbierają. Jemu już po chwili robiło się gorąco, ale nie chciał wyglądać na jakiegoś dziwaka, rozpiął więc tylko palto, poluźnił szalik i trochę zsunął czapkę. Byle nie zasnąć na dobre – pomyślał. Ale podróż miała trwać co najmniej dwie godziny, więc mógł przynajmniej podrzemać. Z ręką na rączce walizki, żeby nikt mu jej nie zabrał, zasnął…

 

… Przyśniła mu się jego wędrówka do Polski. Było akurat pięć lat temu, gdy trzyoosobową grupką – on, jego kuzyn i zawodowy przemytnik – jechał pociągiem w kierunku granicy. Bał się wtedy okropnie, że sprawdzi ich milicja, zatrzyma, że nie uda im się dotrzeć – a jednak się udało. Do samej granicy udało się właściwie bez przeszkód. Dopiero potem, gdy w ciemnościach, gonieni przez pograniczników, na dobre się zgubił, zaczęły się kłopoty…
Pociągiem szarpnęło, a Franek się obudził. Odruchowo sprawdził – walizka stała obok jego nogi. Było całkiem ciepło, wręcz duszno – wszyscy siedzieli okutani w swoje palta, płaszcze, kufajki czy koce, z czapkami na głowach, brudne okna były doszczętnie zaparowane. Usiłował wyjrzeć, zobaczyć, na jakiej są stacji, ale mu się to nie udało. Jak zobaczy, że powinien wysiąść?…
Zaczął się zastanawiać nad swoim snem. Pięć lat temu do Polski można było się przedostać naprawdę łatwo. Jak ktoś znał drogę, znał przygraniczne ścieżki i miał dobre kontakty z mieszkającymi nad granicą ludźmi – tym łatwiej. Ale opowiadał mu pewien znajomy, że teraz jest trudniej. Po sowieckiej stronie o wiele więcej niż wtedy patroli chodziło. Trzeba było mieć bardzo dużo szczęścia, żeby nie wpaść w coraz szczelniej zastawione sidła.
Pociąg jechał miarowo, dość powoli, a koła stukały o złącza szyn. Ten stukot znów uśpił Franka. Ale tym razem zapadł w bardzo głęboki sen i nie przyśniło mu się nic.
– Bilet, bilet pokażcie! – obudził go głos konduktora i szarpanie za rękę. Potrząsnął głową. Nad nim stał mężczyzna w kolejarskim mundurze. Franek bez słowa wyciągnął bilet, pokazał go konduktorowi. Ten obejrzał go, podał mu go z powrotem. Ludzie dokoła też już się obudzili i teraz rozglądali się dokoła zaspanymi oczami. Ale kolejarz już odszedł i wagon powoli znów zapadał w sen. Tylko mężczyzna siedzący na sąsiedniej ławce wyjął z trzymanego przez siebie worka niewielkie zawiniątko i wyciągnął z niego chleb. Kozikiem wyjętym z kieszeni pokroił chleb na kawałki i zaczął jeść. Potem z tego samego worka wyłowił butelkę z mętną cieczą, odkorkował, wypił łyka, skrzywił się, zatkał znów korkiem i schował do worka. Złożywszy szmatkę po chlebie, schował ją do kieszeni. Pochylił głowę jakby znów szykował się do snu.
Znów zasnął i teraz śnił mu się stół, świąteczny stół u rodziców w Janówce. Nie jakieś tam ugotowane ziemniaki, choćby nawet ze skwarkami – ale mięso, sało, może nawet jakaś dawno już nie widziana kiełbasa. Wszystko to pięknie pachniało, więc pochylił się, by wziąć do ręki pęto kiełbasy – a może kawałek świeżo upieczonego mięsa – albo choćby sała, jak tu nazywano słoninę. Położyć na chlebie i…
Znów obudziło go szarpnięcie pociągu. Kolejna stacja, znów nie wiadomo jaka, ale za to na zewnątrz zrobiło się już całkiem jasno i jakby tak trochę mocniej potarł szybę, to może coś jednak zdołałby zobaczyć. Tarł więc końcem szalika, aż ten zrobił się brudny, a przez małe, czyste kółko na szybie dało się zobaczyć stacyjny budynek i napis: Wełyki Korowynci. Czyli ma jeszcze co najmniej pół godziny jazdy.
Rozpiął do końca palto i sięgnął po zegarek. Dochodziła siódma. Rzeczywiście, jeszcze godzina. O tej porze przed porannym wyjściem do szkoły lub biblioteki jadał zazwyczaj śniadanie, kawa zbożowa, pajda chleba lub dwie, kawałek sera, a od święta kubek gorącego mleka. Jego żołądek doskonale wiedział, że nastał czas śniadania. Co prawda, zwłaszcza w czasach wielkiego głodu zdarzało się – i to często – wychodzić rano bez żadnego posiłku, ale ten dramatyczny czas na szczęście minął.
Rozejrzał się dokoła – chyba nikt nie przejmował się, że jedzie w ścisku i zaduchu. Otworzył walizkę, nieco uchylając jej wieko i wyciągnął to, co przygotowała mu Marysia: dwa kawałki chleba z serem i słoik z mlekiem. Odwinął papier i zaczął zajadać. Chleb był oczywiście z poprzedniego dnia, ale dobry, berdyczowski, jak świeży; ser kupiony u znajomej na rynku, podobnie jak mleko. Zajadał się, chleb z serem wydały mu się szczególnie smaczne, widać – pomyślał – w podróży zawsze wszystko wydaje się smaczne i człowiekowi bardziej chce się jeść, niż w domu.
Złożył papier, w które zawinięte były kanapki, zawinął pusty już słoik po mleku i ostrożnie włożył do walizki. Teraz, względnie najedzony, mógł spokojnie czekać na swoją stację. Tak jak pozostali, siedzący bez ruchu, tak i Franek siedział bez ruchu, wspominając wyprawę swojego życia: nagłe, niespodziewane zatrzymanie na granicy przez żołnierzy w okrągłych czapkach i karabinach w rękach, którzy zaprowadzili go do chaty – strażnicy. I to uczucie, gdy w wąsatym człowieku na portrecie wiszącym na ścianie rozpoznał nie Józefa Wissarionowicza Stalina, a Józefa Piłsudskiego. A w oficerze polskiego Korpusu Ochrony Pogranicza – swojego kuzyna. No, dosyć tych wspomnień.

 

Sięgnął po gazetę, odruchowo szukając jakiejkolwiek informacji z Polski. Była, a jakże: „Za Krakowem – Lwów”. Policja rozgoniła demonstrację bezrobotnych, jeden robotnik zabity, dwaj zmarli z ran, trzech innych w szpitalu. „W Polsce w odpowiedzi na wzrastającą walkę strajkową podnosi się fala białego terroru” — czytał. Ech, pomyślał, tylko w Sojuzie wszystko jest dobrze, gdzie indziej musi być źle. „Kwartał nowych zwycięstw” — tak, ten tytuł mówił sam za siebie. Tu codziennie są zwycięstwa.
Zajrzał na ostatnią stronę. Opera leningradzka wyjechała, teraz przedstawienia wystawiał jakiś teatr żydowski. Kino… O, będą wyświetlać film „Aerograd” Dowżenki – pomyślał z zainteresowaniem. O bazie lotniczej na Dalekim Wschodzie, Marysia nie będzie pewno chciała pójść, a szkoda. Trzeba albo poczekać na inny film, albo pójść z jakimś kolegą…
Pociąg zwolnił. Teraz powinna być jego stacja. Mocniej chwycił za rączkę walizki. Zgrzyt i pisk hamulców, zwolnione sapanie lokomotywy, wreszcie – wagon stanął. Franek wstał i ruszył ku drzwiom, ale zanim zdążył je otworzyć, już ktoś to zrobił z drugiej strony. Wyjrzał na zewnątrz, spojrzał na napis: Olsziwka. Wyskoczył na błotnisty peron. Stacja była niewielka, bo też i i Olsziwka — po polsku Olszówka — była małą wsią położoną tuż obok nieco większej miejscowości, Czudnowa; z jakiegoś powodu tory kolejowe nie przebiegały przez sam Czudnów, tylko nieco obok. Oby tylko znalazł jakiś transport jadący w kierunku domu… Byle do Dzierżyńska, a potem droga wiodła prościutko, przez Bykówkę do Marchlewska, z odgałęzieniem do Janówki.
Z trudem wyciągnął z kieszonki zegarek – dochodziła ósma rano. Najlepiej byłoby, pomyślał, złapać jakiś samochód jadący w kierunku Romanówki, od niedawna nazywanej Dzierżyńskiem. Czyli – pójść ze trzy kilometry drogą i czekać na skraju miasta. Ale jeszcze lepiej było poczekać przed stacją.
Trochę ludzi wysiadło, kierowcy zajeżdżali tu czasami z nadzieją na kilka rubli. Tak było i tym razem. Podjechała ciężarówka i z szoferki wychylił się młody mężczyzna z futrzanej czapce.
– Dokąd chcecie jechać? – spytał.
– W kierunku Marchlewska – odparł Franek.
Kierowca skrzywił się.
– Nie bardzo po drodze, bo ja do Baranówki, ale jakoś damy sobie radę. Wsiadajcie! A walizkę możecie z tyłu, na pace położyć. Franek przełożył walizkę przez drewnianą osłonę skrzyni, zasłonił grube, gumowane płótno i wsiadł do szoferki.
– Z daleka jedziecie? – spytał szofer.
– Z Berdyczowa.
– A, to niedaleko. Raz podwoziłem jegomościa, co z Irkucka jechał, to jest dopiero kawałek drogi! – opowiadał kierowca.
Za oknami pojawił się i zniknął Dzierżyńsk, spora wieś. Na rozstaju dróg skręcili w prawo. Szofer dalej opowiadał o przybyszu z Irkucka, co to nie mógł nadziwić się jak wygląda „zachód”, bo Ukraina była przecież dla niego zachodem… a Franek, choć ciężarówka podskakiwała na wybojach, to w cieple promieniującym od silnika miał coraz większą chęć przymknąć oczy i zasnąć… po prostu zasnąć, usypiany monotonnymi słowami towarzysza podróży. Obudziło go nagłe szarpnięcie.
– Uważajcie, kontrola! – syknął kierowca. – Myślałem, że jeśli będą stać, to w Załużnem, na krzyżówce z drogą żytomierską. Tam nic, a dwa kilometry dalej – trach, stoją…
Na poboczu stał czarny, osobowy samochód, a przed nim mężczyzna w milicyjnym… nie, gorzej, NKWD–owskim mundurze. Charakterystyczna, niebieska, okrągła czapka, czerwone wyłogi na kołnierzu. Co jest? Frankiem targnął strach. Szukają – jego? Ale po co? Dlaczego?
Zatrzymali się na poboczu i powoli wysiedli z szoferki. NKWD, tak, jak wcześniej OGPU, oznaczało tylko jedno – kłopoty. Dlatego też, choć było dość chłodno, Franek poczuł, jak po plecach spływają mu kropelki potu. Odruchowo sięgnął do pleców, żeby pot przestał płynąć i poczuł, że koszula przykleiła mu się do ciała.
– Dokumenty – powiedział enkawudzista po rosyjsku.
Kierowca wyjął swoje papiery. Mundurowy przeglądał je uważnie.
– W porządku – powiedział wreszcie i wyciągnął rękę do Franka. Teraz on podał dokumenty.
– Z Berdyczowa – dokąd?
– Do Janówki koło Marchlewska.
– Po co? – spytał NKWDzista, patrząc na niego niebieskimi oczyma, niemal bez mrugnięcia powieką.
– Rodziców odwiedzić. Urodziłem się w Janówce.
– Poczekajcie.
Mundurowy z jego papierami w ręku podszedł do swego samochodu, zajrzał przez okno do środka i rozmawiał przez chwilę z jakimś innym wojskowym, sądząc po czerwonych wyłogach — też enkawudzistą. Wreszcie odwrócił się i podszedł do nich.
– A na długo do Janówki jedziecie?
– W niedzielę wieczorem wracam.
Enkawudzista pokiwał głową.
– To jedźcie. Szerokiej drogi!
Franek zdumiony odebrał od niego swoje dokumenty i razem z kierowcą wsiadł do szoferki. Jego towarzysz mełł w ustach jakieś skomplikowane, ukraińskie przekleństwa. Nie przestawał, dopóki nie ruszył i dopóki czarny samochód zniknął gdzieś w oddali. Wtedy zamilkł i prowadził ciężarówkę, patrząc nieruchomo przed siebie.
– Kogoś może szukają – powiedział Franek.
Kierowca znów zaklął.
– On się dziwnie zachowywał – powiedział wreszcie. – Jak kogoś szukają, to ciężarówkę przetrząsną od góry do dołu. Pytania jakieś zadają. A ten nic. „Szerokiej drogi” nam życzy.

 

– Nie wiemy o co chodzi, to i zastanawiać się nie ma co.
– Ano nie ma. Towar zawiozę, wyładuję i jadę jak najszybciej do domu – mruczał pod nosem kierowca. Dowiózł go do rozwidlenia dróg. Na wprost jechało się do Marchlewska, a w prawo, trzy kilometry dalej, była Janówka. Szoferowi tak się nagle zaczęło śpieszyć, że nie chciał nadrobić tego kawałka drogi. Trzy kilometry oznaczały dobre pół godziny marszu. Na szczęście nie padał deszcz, robiło się coraz cieplej, bo słońce wychodziło zza chmur. Jeszcze kawałek drogi, dobrze znajomej drogi. Kilkadziesiąt kroków i znalazł się w swojej miejscowości.
Jeszcze nie miasto i już właściwie nie wieś: zaledwie kilka ulic na krzyż, kilka większych domów – rada wiejska, siedziba kołchozu, szkoła, wreszcie – kościół, teraz całkiem opustoszały. I czytelnia–chata, jego dawne miejsce pracy, w którym zdążył poznać gdzie stoi każda książka z wypożyczalni. Ale też oddział fabryki fajansu i porcelany z Marchlewska, a także niedawno wybudowana cholewkarnia. I całe mnóstwo domów, niektórych bardziej okazałych, świeżo pomalowanych, innych – mniejszych, ze starą, obłażącą farbą. Kilka było starych i ze starości aż poczerniałych.
Jego dom mieścił się gdzieś pośrodku – ani za duży, ani za mały, ale za to zadbany. Wreszcie zobaczył znajomy płot, za płotem niewielkie podwórko, z budą, z której wyjrzał Burek. I dom, rodzinny dom. Przyśpieszył kroku. Pchnął furtkę, pośpiesznie przeszedł przez wysypane piaskiem podwórze, wreszcie stanął u drzwi. Nacisnąć klamkę i tak jak zawsze – wejść? Zastukał w końcu, raz, drugi i trzeci. Po chwili zaskrzypiał klucz w zamku i drzwi się uchyliła. Wyjrzała zaniepokojona kobieca twarz, ale po małej chwili zaniepokojenie przerodziło się w radość – to jego matka zobaczyła, kto przyszedł.
– Franuś… – matka nie była w stanie powiedzieć więcej. Łzy stanęły jej w oczach. Pociągnęła Franka za rękę i wciągnęła do domu. – Jak dobrze, że jesteś! – powiedziała w końcu.
W małej, ciemnej sieni zdjął buty i palto. Wszedł do środka – był tu ze dwa, może trzy miesiące temu, a wydawało mu się, że może rok albo dwa. Przy dużym stole siedział ojciec, pokasłując nieco. Postarzał się przez ostatnie kilka lat, ale wciąż trzymał się nieźle. Dalej pracował w filii fabryki fajansu. Podczas ostatnich wizyt Franka powtarzał często, że przetrwał carat, wojnę światową, rewolucję i rządy Lenina, ale wielki głód i Stalin wykończyli go ostatecznie i ma już całkiem dosyć. – Najchętniej poszedłbym z tobą do Polski – mawiał. Teraz wstał, podszedł do Franka i bez słowa go uściskał. Wskazał ręką na krzesło, a sam opadł na stary, mocno wytarty fotel.
– Dziwisz się pewno, że dziewiąta rano, a ja jestem w domu – powiedział. – Ale teraz takie tu u nas zamieszanie, że kazali nam nie przychodzić dziś do roboty. Kontrola przyszła. Ale obiecali dniówkę wypłacić.
– Głodny na pewno jesteś – powiedziała matka.
Franek skinął głową.
– Coś przegryzłem w pociągu, ale niewiele. Jak coś się znajdzie, to chętnie zjem.
– Podgrzeję ci ziemniaki i dam kwaśnego mleka – matka zakręciła się po pokoju i poszła do kuchni, gdzie zaczęła przestawiać garnki i dosypywać drewna pod kuchnię.
– Oj, Franek, co to się u nas narobiło… – mruknął ojciec. – Rejon nam zlikwidowali i był to jak piorun z jasnego nieba! Od razu zabrali prawie wszystkich szefów rejonu. Przyjechało NKWD i brało jak popadnie, kto bardziej partyjny, tego do samochodu! Kto zasłużony bolszewik, tego z całą rodziną, nie wiadomo dokąd wywozili. Przysłali nam tu takiego komisarza do Janówki, co to ma partię odnawiać, a rządzi za całą radę wiejską. I wyobraź sobie: nie Polaka, nie Ukraińca, a zupełnie obcego Rosjanina przysłali! Fiodor Siezonin się nazywa, gdzieś z Rosji pochodzi, wszystko tu dla niego u nas obce, najchętniej by nas pozamykał, jednego po drugim – ciągnął wzburzony.
– Sodoma – Gomora, Franuś, ojciec dobrze mówi – do pokoju weszła matka z talerzem pełnym dymiących ziemniaków i kubkiem zsiadłego mleka. Podała synowi łyżkę, a on zaczął jeść.
– Pogłoski się rozeszły, że „wrogów ludu” będą teraz od nas na Syberię wysyłać. Ale przecież wszystkich, jacy byli, prawdziwi czy wydumani, już wysłano, wsadzono do więzień albo do łagrów – denerwowała się matka.
Ojciec machnął ręką.
– Może być, że tylko tak straszą. A straszyć to bolszewicy lubią, oj lubią! Ale już niektórzy się nastraszyli solidnie – i to tak, że do Kijowa, do polskiego konsulatu po wizy pojechali…
Franek przypomniał sobie, co mówiła mu dyrektorka Majewska: jacyś ludzie z dawnego rejonu marchlewskiego wymyślili sobie, żeby wizy do Polski dostać i przez granicę całkowicie legalnie wyjechać. I ostrzegała, by tego nie robić.
– I co – dostali wizy?
Matka skrzywiła się.
– Niby tak. I co z tego? Wiza potrzebna, ale paszport zagraniczny też. A towarzysze z biura paszportowego nie byli zachwyceni, że nagle gromada ludzi z Marchlewska chce do Polski jechać…
–… Pomyśl, Franuś – powiedział ojciec. – Kto to jest „wróg ludu”? Ano ten, kto z wrogami z zagranicy się kontaktuje. A polski konsulat to taki wróg z zagranicy przecież! Konsul nie wystawi przecież Iwanickiemu z Marchlewska zaświadczenia, że z nim razem przeciw Sowietom nie spiskował!
– Iwanicki próbował wizę dostać? – zdziwił się Franek. Iwanicki, felczer z Marchlewska, nie był co prawda zaangażowany w działalność bolszewicką, ale partyjni stawiali go za wzór człowieka „współpracującego z władzą radziecką”. I teraz on poczuł się zagrożony?…

 

– No dobra, to przynajmniej ja wam jedną dobrą wiadomość powiem – uśmiechnął się Franek. – Mamy z Marysią dużą szansę na porządne, dwupokojowe mieszkanie w Berdyczowie!
Ojciec uśmiechnął się.
– Wiedziałem, że przynajmniej ty nam coś dobrego powiesz. A jak Marysia, Antosik?
– Dobrze! Trochę kłopotu jest, bo bywa, że i ja, i ona, o tej samej porze pracujemy. Ale wtedy ciocia synka pod opiekę bierze, a my jej w zamian nowe książki przynosimy. A jak teściowie?
– Tak jak i my wszyscy. Jakoś się im żyje. Pomagamy sobie jak możemy, bo przecież jesteśmy teraz jedną rodziną! – powiedział ojciec. – A muszę powiedzieć, że niezłych sobie teściów wybrałeś. Prawie co dzień się widujemy. Albo oni przychodzą do nas, albo my do nich…
Franek z żalem popatrzył na talerz – ziemniaki się już skończyły, kwaśne mleko też. Choć był już najedzony, to z chęcią zjadłby jeszcze. Już wystarczy – zdecydował. Odłożył łyżkę. Miał przed sobą cały dzień. Co mógł i co powinien zrobić? Z teściami spotka się pewno po południu. Jeszcze pogada z rodzicami, przejrzy swoje stare szpargały w swoim dawnym pokoju, a potem może pójdzie się z kimś spotkać i dowiedzieć, co inni myślą o sytuacji w Janówce i na całej Marchlewszczyźnie. Pomyślał o Bronku Zawadzkim, swoim dawnym kierowniku z czytelni–chaty. Tak, Bronek może coś wiedzieć. A w każdym razie będzie wiedział, co myślą młodsi, tacy w jego wieku. Jakie mają plany? Bo rodzice i teściowie powoli zbliżali się do emerytury i ich głównym planem było przetrwanie w jeszcze trudniejszych niż dotąd warunkach, bo emerytury były szczególnie marne, a on niewiele będzie mógł im pomóc – jeśli w ogóle.
– Pójdę do Bronka, może i innych odwiedzę – mruknął.
– Ledwie przyjechałeś, a już chcesz iść? – zaprotestowała matka. – Poczekaj, odpocznij. Musiałeś o świcie wstać, iść, jechać…
– Przecież kłaść się do łóżka nie będę – zaśmiał się Franek. – Nie mówiłem, że zaraz, tylko, że w ogóle. No i chcę swoje rzeczy przejrzeć. Jeśli naprawdę dostaniemy mieszkanie, będę mógł je zabrać. A przynajmniej część z nich.
– Radzili nam nawet, żeby twój pokój odnająć – powiedział ojciec. – Jakiemuś młodemu, co na praktyki tu przyjeżdża. Parę rubli by było. Tacy młodzi to więcej niż na dwa–trzy miesiące się nie zjawiają, więc kłopotu by wielkiego nie było.
– Kogoś tu do nas wysyłają? Teraz, jak polski rejon zlikwidowali?
– No przecież tak zawsze w zawieszeniu żyć nie można – powiedziała matka. – Rejon zlikwidowali, trochę ludzi powsadzali do więzienia, ale to się musi skończyć! Wszystko się jakoś uładzi, jak zawsze, jak zwykle. Myśmy już do tego przywykli.
– Oby się uładziło – skrzywił się Franek. – To ja zobaczę, co do Berdyczowa potem zabrać.
Wstał i poszedł do swojego pokoju. Mały pokoik zastawiony był paczkami – a to książki, których nie sposób było wziąć, a to jego stare ubrania. Zaczął przekładać książki – trochę by się wzięło, ale czy będzie zagracać nowe mieszkanie? A czy kiedykolwiek potrzebne mu będą stosy starych numerów „Sierpa”, pisma w języku polskim, wydawanego w Charkowie? Czy roczniki „Radzieckiej Marchlewszczyzny”, gazety wydawanej w Marchlewsku. No tak, tej ostatniej na pewno już więcej nie będzie, skoro zlikwidowano polski rejon. Więc może zabrać najcenniejsze egzemplarze „Marchlewszczyzny”? Wyciągnął pudło z rozmaitymi pamiątkami. Szabla z drewna, wystrugana przez stryjka, który za carskich czasów w kawalerii służył. Wykonany z drewna model pancernika, który w 1905 roku walczył z japońską flotą pod Cuszimą – podarek od odległego wuja. Kilku cynowych żołnierzyków. Rozmaite drobiazgi, którymi bawił się jako dziecko. I parę cenniejszych rzeczy, jak metalowy orzełek, pozostawiony tu przez polskiego żołnierza w 1920 roku. Guzik z tryzubem od munduru żołnierza z armii atamana Semena Petlury, który – ranny – odłączył się od swoich i znalazł schronienie w Janówce. Opaska z polskim napisem „STRAŻ”, którą podczas burzliwego czasu rewolucji i wojny polsko–bolszewickiej nosił samorzutnie stworzony oddział zbrojny w Janówce. I zniszczona, szpiczasta czapka bolszewickiego żołnierza, z dużą, czerwoną gwiazdą. Niewielki oddziałek bolszewicki, czy może dezerterów z Armii Czerwonej – zachowywali się raczej jak bandyci niż regularna armia – przeszedł koło Janówki, wioząc rannych na wozach. I z takiego wozu spadła komuś czapka. Rodzice mówili mu: albo spal, zniszcz to wszystko, albo zapakuj i gdzieś schowaj. Ale jemu wydawało się, że tych kilka rzeczy jest zupełnie niegroźnych. Nawet planował zapakować je w szmaty i zakopać je w kącie starej stodoły, ale w końcu tego nie zrobił. A może zamiast zabierać „skarby” do Berdyczowa, znaleźć jakąś skrzynkę i jednak zakopać?

kspoczt.jpg
Oto plakat z chaty-czytelni w Janówce..

W domu był jeszcze jeden skarb, który ojciec pokazywał mu kilkakrotnie: potwierdzenie szlachectwa przodków i kilka innych dokumentów, głównie z carskich czasów. Najstarszy i najcenniejszy był patent oficerski, wydany podczas powstania styczniowego. Starannie schowane pod podłogą, wydawały się całkiem bezpieczne – o ile oczywiście komuś nie zechce się zrywać podłogi. Ale to na szczęście wydawało się zupełnie nieprawdopodobne.
Franek westchnął. Do następnego popołudnia zakopie swoje pamiątki – postanowił. Przejrzy stare szpargały, wybierze to, co może mu się przydać w Berdyczowie. Ale przecież nie będzie tego brał teraz, wędrując pieszo, okazją czy pociągiem. Usłyszał za sobą szuranie. Odwrócił głowę – to była matka.
– Franek, obiad zrobię koło pierwszej albo trochę później. Porządny obiad, dawno takiego nie jadłeś, choć w mieście to pewno samymi frykasami się zajadasz – zaśmiała się.
– Tak, frykasami… w kółko ziemniaki i ziemniaki – mruknął Franek. – To ja teraz pójdę. Na obiad wrócę.
– Idź synku – westchnęła.
Złożył „skarby” do pudełka, wstał, ucałował matkę w rękę. Wyrwała mu dłoń, śmiejąc się, i poszła do kuchni. Ojciec siedział w fotelu i czytał gazetę, popijając herbatę.
– Idę do czytelni – powiedział Franek.
– Dobrze, idź.
Ojciec wziął w ręce gazetę, a Franek przeszedł do sieni, założył buty, palto, i czapkę i wyszedł na dwór. Rozpogodziło się, zza chmur wychyliło się słońce i zrobiło się całkiem ciepło. Ale nie dość ciepło, by wyschła błotnista, wiejska ulica, przy której stał jego dom. Buty, których nie zdążył oczyścić po trzykilometrowej wędrówce do Janówki, powoli zaczynały przypominać dwie kule błota, za każdym stąpnięciem wydające niemiły odgłos. Jednak szybko przywyka się do lepszego, pomyślał. W Berdyczowie ulice i chodniki były jednak o wiele lepsze, niż tutaj. Błoto tam też było, ale jakby trochę mniej.
Na Lenina było nie lepiej, choć była to najbardziej reprezentacyjna ulica miejscowości. Czytelnia–chata, dawny dom najbogatszego gospodarza we wsi, ogłoszonego po rewolucji niebezpiecznym dla ludu pracującego kułakiem i wywiezionego gdzieś na Syberię, wyglądała tak samo, jak za jego czasów. Franek wszedł do środka i jak zwykle westchnął – nieźle mu się tu pracowało, spokojnie, długi czas bez żadnych problemów. Nie zmienił się ani jeden mebel, choć może przybyło książek, a na ścianie na wprost wejścia zamiast tablicy z informacjami na temat instytucji oświatowych i kulturalnych rejonu marchlewskiego widniał rosyjskojęzyczny plakat: „Książka – pocztą”, informujący, że „każdą książkę dostępną na rynku książek wysyła Charkow Kniga – Pocztoj Gosizdata”. Z czarnej skrzynki pocztowej jak białe gołębie wylatywały listy, a dołem, przy stylizowanym sierpnie i młocie frunęły różnokolorowe tomiszcza; gdy dobrze się przyjrzeć, okazywało się, że autorem większości tych dzieł był Stalin. Ciekawe, kto będzie wydawał ruble, których ciągle brak, na zakup książek – pomyślał Franek. A potem naszła go kolejna myśl: w polskiej czytelni-chacie plakat po rosyjsku! Przedtem wszystkie napisy były po polsku, ewentualnie po ukraińsku. Ale nie w języku rosyjskim! I to dopiero jest zmiana! – pokiwał głową.
Było dość pusto – sobota to dzień pracy, a dla dzieci nauki, więc przy regałach na książki i świetlicowych stolikach krążyły zaledwie dwie osoby. Jedną z nich był starszy mężczyzna, wertujący stos czasopism, a drugą – Bronek Zawadzki, kierownik czytelni i przyjaciel Franka. Gdy usłyszał trzaśnięcie drzwiami, Bronek podniósł głowę. Zamrugał oczami i włożył na nos okulary. Franek nie mógł się przyzwyczaić do tego, że jego przyjaciel zaczął nosić okulary, okrągłe, w cienkiej, metalowej oprawie. Starzejemy się – pomyślał. Tymczasem kierownik czytelni–chaty uśmiechnął się i rozłożył ręce.
– Franek, witaj! Chodź, zapraszam cię do siebie!
Pokoik Bronka był mały i zastawiony regałami z książkami. On sam najpierw zdjął stos książek z krzesła, by posadzić tam Franka, a potem machnął ręką.
– Nie, nie ma sensu. Ciasno tu i nie da się pogadać. Poczekaj chwilę, zamknę czytelnię i pójdziemy do mnie. I tak nikt tu nie ma głowy do książek – powiedział.

 

– Idziemy. Dobrze, że przyjechałeś – powiedział, wkładając kufajkę i czapkę. Zanim zamknął drzwi czytelni–chaty na dużą, metalową kłódkę, Bronek powiesił najpierw w oknie kartkę z napisem „ZAMKNIĘTE”. Szli ulicami, na których powoli schło błoto, Franek z rozpiętym paltem, a Bronek – w rozchylonej kufajce, bo zrobiło się przyjemnie ciepło. Wiosna!
Janówka wyglądała cicho i spokojnie, czasem przejechał jakiś wóz ciągnięty przez konia, z głuchym warkotem pojawiła się i znikła stara, chyba przedrewolucyjna ciężarówka, bo kierowca siedział w otwartej, nie oszklonej szoferce. Po kilku minutach dotarli do domu Bronka, podobnego nieco do polskiego, szlacheckiego dworku: do środka wchodziło się przez ganek, między kolumienkami podtrzymującymi trójkątny daszek.
– Wchodź – mruknął Bronek, otwierając drzwi. – Nie ma jeszcze nikogo. Dziecko w szkole, Kasia w przychodni… – spojrzał na duży, stojący zegar: była jedenasta. – Taaak. Może wieczorem byś wpadł, zawołałbym paru znajomych?
– Nie wiem, czy teściowie nie będą się chcieli ze mną spotkać. Marysia nie przyjechała, dawno jej nie widzieli, to przynajmniej ze mną porozmawiają – odparł Franek.
– No tak, teściowie ważniejsi… Ale jakbyś znalazł chwilę, to wpadnij. Może zanadto się boimy, bo teraz nic nie wiadomo i każde towarzyskie spotkanie NKWD może uznać za zebranie spiskowców. Ale to nie znaczy, że się unikamy – powiedział Bronek, wieszając płaszcz i idąc do kuchni. Franek podążył za nim. Bronek zaglądał do garnków, przekładał je z metalowej płyty nad paleniskiem na szafkę obok.
– Trzeba by rozpalić w piecu, bo chłodno… – mruczał. – Coś by się zjadło… nic jeszcze Kasia nie naszykowała… ale mleko jest… wypijesz?
– Ja prosto ze śniadania.
– Rzeczywiście, przyjechałeś dopiero co. W piecu napalę, mleko zagrzeję – Bronek krzątał się, dorzucając drew do paleniska. Po chwili w piecu buzował ogień i Frankowi wydało się, że w domu nagle zrobiło się ciepło, choć przecież było to niemożliwe. Usiedli za kuchennym stołem. Po chwili Bronek nalał dwa kubki gorącego mleka. Pili w milczeniu.
– To co się u was mówi… co dalej będzie? – przerwał ciszę Franek.
Bronek zmarszczył brwi.
– Dużo się mówi. Sporo ludzi posadzili. Popatrz na radę wiejską. Michalski – raz, Waliszewski – dwa… – po kolei zaginał palce.
– A Muszyński? Antoni Muszyński? – dopytywał się Franek. – Pytasz o swojego odwiecznego wroga? – zaśmiał się Bronek. – To jest lis chytry. Bolszewik pierwszej klasy, przewodniczący kołchozu. Innych partyjnych sadzają – jego nie. Wywinął się jakoś. Nie mam pojęcia, jak. Wyjechał z Janówki do Żytomierza.
– To kto teraz kołchozem kieruje?
– A widzisz. Przysłali tu nam takiego Witiakowa, Jegor Wasiliewicz Witiakow. Rosjanin. Po polsku mówi słabo, ale mówi.
– I jaki ten Witiakow? – Niby zachowuje się dobrze. Nie bardzo goni ludzi do roboty, nie karze. Ale jakiś dziwny taki. Podobno z Moskwy przyjechał, ale kto by z Moskwy do jakiejś Janówki jeździł? Nie wierzę. Raczej bolszewik, któremu zadanie partyjne dali: naucz się kołchozem kierować. Chyba, że…
– Że co?
– Że jest enkawudzistą, wysłanym na przeszpiegi. To też możliwe. Ale kto go tam wie? Janek pokiwał głową.
– Enkawudzista przewodniczącym kołchozu? Co taki przewodniczący się dowie od ludzi? Co mu powiedzą? Nic!
– Prawda…
Franek wypił ostatni już łyk ciepłego mleka i odstawił kubek na szafkę koło miednicy. Czy można domyśleć się bolszewickich planów? Czy można przewidzieć zamiary enkawudzistów? No chyba tylko wtedy, jeśli się jest bolszewikiem i enkawudzistą. Jego przyjaciel ciężko wstał z krzesła.
– Zmęczony jestem. Nie pracą, bo swoją pracę lubię, ale tym co się dzieje dokoła – mruknął i zaczął się krzątać po kuchni. – Jak człowiek wcześniej przyjdzie, to nie ma co jeść – marudził, zaglądając do garnków. – Nie, poczekajmy lepiej, inaczej Kasia mi głowę urwie. Ja sam to co najwyżej jajecznicę potrafię zrobić…
Wytarł ręce w ścierkę i usiadł. – Teraz najważniejsze pytanie jest takie: co z nami zrobią. Możliwości jest kilka – ciągnął. – Pierwsza: nic nie zrobią. Ale to zupełnie nieprawdopodobne. Druga: zaprowadzą swój bolszewicki „porządek”. Czyli zamkną jeszcze kilka osób, zlikwidują polskie szkoły, biblioteki. I to chyba planują. Na to się trzeba przygotować.
Franek zacisnął usta.
– Mogą też wszystkich wywieźć.
– No niby tak. Mogą. Ale przecież bolszewicy nie są głupi i liczyć potrafią – przekonywał Bronek. – Jakie to koszty! No i dokąd by nas wywieźli? Na Syberię? I co tam będziemy robić? Kolejną linię kolejową budować…
Urwał i zamyślił się.
– Ale sęk w tym, że po bolszewikach wszystkiego można się spodziewać – mruknął.

 

— Ale do szaleństwa się nie przygotujesz. A my tymczasem chcemy się szykować na to, co najbardziej prawdopodobne.
– I jak się przyszykujecie?
Bronek charakterystycznym gestem wyciągnął rękę i zaczął zaginać palce.
– Raz, z biblioteki najbardziej wartościowe książki po ludziach pochować. To samo ze szkolnymi podręcznikami. Dwa, z urzędów i instytucji, jeśli tam, zabrać portrety polskich uczonych i pisarzy. Trzy, zastanowić się, co można zachować polskiego, gdy będą przekształcać polskie instytucje w ukraińskie. Bo chyba w ukraińskie a nie rosyjskie zmieniać będą?…
Wstał, podszedł do wiadra stojącego na taborecie i zaczerpnął wody z dzbanka. Pił ją duszkiem, jakby był bardzo spragniony. Znów usiadł, wyraźnie zdenerwowany.
– Przyszłaby już Kasia, dała nam coś zjeść… – powiedział.
– Obiad mam w domu – wtrącił Franek.
– A, tak. No, jasne. Nie, psiakrew, zdenerwowany jestem. W normalnym kraju chciałbym żyć.
Znów wstał i zaczął chodzić po kuchni – kilka kroków w jedną stronę, potem kilka w przeciwną.
– To jest taki system, że nie wiesz, co będzie jutro czy za miesiąc. Siedzisz cicho i nie wychylasz się – źle, podejrzany – mówił zdenerwowanym głosem. – Zostajesz bolszewikiem, robisz się aktywistą – jeszcze gorzej. Niby masz różne przywileje, ale jak przychodzi co do czego, to cię wsadzają w pierwszej kolejności. Nie wiem, chyba najlepiej być w NKWD!
Franek skrzywił się.
– Pewno masz rację. Ale akurat ani ja, ani ty, w NKWD być nie chcemy.
– Zresztą, NKWD też nie daje pewności. Nic nie daje pewności. A ja, tak jak ty, mam żonę i dziecko. I chcę jakoś przetrwać!
– Każdy chce…
Skrzypnęły drzwi wejściowe. Bronek stanął, obrócił się na pięcie i wyszedł z kuchni. Po chwili dał się słyszeć jakiś kobiecy głos i do kuchni weszła jasnowłosa, uśmiechnięta żona Bronka, Kasia.
– A co z ciebie za gospodarz! Czym ty, wodą gościa częstowałeś?… – spytała.
– Mlekiem.
Załamała ręce i wybiegła. Po chwili wróciła, obciągając sweter.
– Witaj Franek, zaraz coś wam przygotuję – zaczęła się krzątać po kuchni.
– Ależ nie, ja po dużym śniadaniu jestem, a zresztą niedługo obiad i rodzice nie będą szczęśliwi, jak niczego nie zjem!
– Dobrze, dobrze – zaśmiała się Kasia, wyjmując z szafki pod oknem zawinięty w szmatki pakunek. – Ale ja ci kawałeczek sała dam, dawno chyba takiego nie jadłeś! Michalenko, pamiętasz, ten co w filii fabryki fajansu pracuje? No to jego żona, Olga, była u swoich rodziców w Połtawie. I z Połtawy przywiozła…
Położyła na deseczce kawałek białej, pachnącej słoniny i ostrym nożem kroiła na cienkie plastry. Franek patrzył, jak stawia na stole fajansowy talerz i układa na nim plastry sała. Poczuł, że jest głodny. Takim głodem, kiedy nie chce się jeść byle czego, a coś naprawdę dobrego. Tymczasem Kasia wyjęła drugi pakunek, odwinęła szmatkę i wyjęła pół szerokiego bochenka chleba.
– Koleśnikowa wciąż sama chleb wypieka, takiego w żadnym sklepie nie znajdziesz – powiedziała. – Choć ostatnio ten z piekarni w Marchlewsku jakoś się poprawił.
Ukroiła trzy grube pajdy chleba, dała Frankowi i mężowi, a jedną położyła przed siebie.
– No, Bronek, polej nam, bo do sała to czegoś popić trzeba – uśmiechnęła się.
Bronek postawił na stole butelkę z przezroczystym płynem i trzy szklaneczki. Nalał do każdej, skrupulatnie pilnując, by wszędzie było tyle samo. – Na apetyt – zachęcił i sam wypił do dna. Franek zrobił to samo. Po chwili poczuł ciepło rozchodzące się z żołądka.
– Dobry samogon – powiedział z uznaniem.
– W Berdyczowie pewno takiego nie masz! – powiedział Bronek. – A u nas jest. Mój szwagier, Edek, robi najlepszy w całej Janówce, to nic dziwnego, że ci smakuje.
Franek chwycił za widelec i wziął kawałek sała. Słonina smakowała tak, jak pachniała; po prostu rozpływała się w ustach. Czegoś takiego nie jadł od dawna.
– Ale z was burżuje! Takie sało! Przedrewolucyjne, carskie chyba! – powiedział, zagryzając słoninę chlebem.
Kasia znów się zaśmiała.
– Jakby było z carskich czasów, to chyba byś go już nie jadł – pokiwała głową. – Bolszewicy robili, co mogli, ale nie udało się im zlikwidować ani dobrej słoniny, ani smacznego chleba.
– Ani samogonu – wtrącił jej mąż.
– No właśnie – zmrużyła oczy. – A tu ludzie narzekają i marudzą, źle jest, niedobrze, a będzie jeszcze gorzej. A ja odpowiadam: jak będzie gorzej, to potem znów się poprawi. Zawsze tak było.
Bronek spojrzał na nią z ukosa.
– Ty tu Kasiu zawsze optymistką jesteś. Niby kiedy się poprawi? Za rok? A może za dziesięć lat? Lub dwadzieścia?
Kasia zwróciła się do Franka.
– Widzisz? Twój przyjaciel zawsze taki. Autonomię zlikwidowali, to już się zastanawia, kiedy na Syberię trafi. A tu nie ma się co zastanawiać. Na Sybir się nie przygotujesz.

czerwo.jpg
Sowiecki, przedwojenny pieniądz – czerwoniec.

Najwyraźniej nie pierwszy już raz toczyli taką dyskusję, pomyślał Franek. To właściwie dziwne, że są ze sobą i więcej – że się tak kochają. Jego dawny szef często, choć nie zawsze, miewał tendencje do czarnego widzenia świata. A znów jego żona zazwyczaj chodziła uśmiechnięta i zawsze przekonywała, że wszystko będzie dobrze. Ale może i dobrali się odpowiednio: dzięki Kasi, Bronek nie zamartwiał się aż tak bardzo, a znów dzięki Bronkowi Kasia schodziła z obłoków na ziemię.
– Dobrze, dobrze, dajcie spokój. Zjem jeszcze kawałek waszego sała…
-… i wypijesz szklaneczkę najlepszego samogonu na Marchlewszczyźnie – wtrącił się Bronek.
– I pójdę do domu – przepraszająco uśmiechnął się Franek. – Moi rodzice jednak chcieliby mieć mnie dla siebie, a ja im zniknąłem. Mama na pewno naszykowała bardzo dobry obiad, a samogon i sało tylko zachęciły mnie do jedzenia…
– To jak, przyjdziesz wieczorem, jeśli będziesz mógł?
– Jeśli będę mógł, to na pewno.
– Poczekajcie – wtrąciła się Kasia. – Ludwik Badecki ma dziś urodziny. Wieczorem tańce szykuje. Idziemy! – Tańce? – zdziwił się Franek.
– A co, mamy siedzieć jak na pogrzebie jakimś? – zdenerwowała się Kasia. – Tańce! Niech bolszewicy widzą, że nas nie załamali i nie załamią! Bronek – idziemy koniecznie. Franek – powiedz teściom, że musisz. Jakby Marysia była, to by cię na pewno wyciągnęła!
– Hmmm… – mruknął Franek, patrząc na milczącego Bronka. – Poszedłbym chętnie nie po to, żeby potańczyć, ale żeby znajomych spotkać. Pewno pół Janówki się do Ludka zejdzie. On jakoś umie ludzi przyciągać.
– Oho, iść muszę! Akurat na apetyt wypiłem i zjadłem, głodny się zrobiłem… – powiedział. Wstał, rozejrzał się dokoła. Taki dom sam chciałby mieć: na jednej ścianie dwa stare, święte obrazy z Jezusem i Matką Boską, na drugiej widok krakowskiego Wawelu, nie wiadomo kiedy i przez kogo namalowany, a kupiony przez Kasię na targu w Winnicy. Obok piękny portret polskiego szlachcica, kupiony dla odmiany w Żytomierzu – Bronek miał rękę do kupowania na bazarach starych rzeczy. Komódka i kredens, zastawione rozmaitymi bibelotami oraz biblioteczka, pełna książek, obok stojącego zegara. Takie drobnomieszczańskie wnętrze, nie pasujące ani do Janówki, ani do otaczających ich, bolszewickich czasów. Ale było tu przytulnie i spokojnie.
– Nie żegnam się, bo postaram się przyjść – pokiwał głową.
Włożył palto i wyszedł na dwór. Słońce grzało jak w środku lata. Rozpiął palto, które przed chwilą starannie pozapinał, i ruszył w drogę do domu. Janówka była cicha i spokojna, jakby zastygła w bezruchu. Ci, którzy pracowali, jeszcze do domów nie przyszli – a pozostali najwyraźniej siedzieli w swoich domach. Dobrze, że wieczorem te tańce są, bo trzeba by było pół Janówki obejść, żeby ze znajomymi porozmawiać – pomyślał. Czasami wystarczyło się przejść główną ulicą, by porozmawiać z dziesiątką znajomków. Ale nie tym razem.
Z komina na domu rodziców snuł się ciemny dym. Gdy wszedł do środka, poczuł zapach, o jakim niemal zapomniał.
– Co to, ojciec zapolował na jakiegoś zwierzaka, czy kołchoz nam coś podrzucił, że matka jakieś smakowitości szykuje? Na pół Janówki się zapach rozchodzi – powiedział, wchodząc do pokoju, w którym obok ojca znajdowali się też jego teściowie. – O, przepraszam, nie wiedziałem, że rodzice przyjdą – powiedział przepraszająco. – Później chciałem zajść…
Teść wstał i wyciągnął rękę. – Jedziemy dziś, najpierw do Kijowa, a potem dalej. Do was, do Berdyczowa, też zajedziemy – powiedział. – Tu się bardzo gorąco robi, postanowiliśmy się z Janówki wynieść.
Franek uścisnął dłoń teścia, ucałował rękę teściowej i przysiadł na krześle.
– No właśnie tak sobie rozmawiamy… – mruknął ojciec. – Nie wiem, czy dobrze robicie. Przetrwaliśmy cara, przetrwaliśmy rewolucję, a potem Lenina, to i Stalina przetrwamy.
– Nie jestem pewien – powiedział teść. – Naprawdę nie. To jak na wojnie: jak nie masz sił na obronę, musisz się wycofać. Zostawiasz stare transzeje, idziesz do tyłu i kopiesz nowe.
– I gdzie ty sobie te swoje nowe transzeje wykopiesz, a?
– W Kijowie – pokiwał głową teść. – Tam, gdzie ludzi dużo, najłatwiej się w tłumie zgubić. Już się o pracę dopytywałem. Nie będzie łatwo, z zezwoleniem na zamieszkanie też nie będzie łatwo, ale damy radę.
– Młodzi, tacy jak Franek z Marysią, to mogą nowego miejsca szukać. Ale my, starzy, nie powinniśmy wyjeżdżać – mruknął ojciec.
– Żebyśmy zdążyli sami, żeby nam nie kazali wyjechać na siłę – wtrąciła się teściowa.
Antoni Cybulski spojrzał na nią smutno.
– Dziadowie, pradziadowie nasi tu mieszkali – powiedział.–— I wytrwali! A my mamy nie wytrwać?… Ja tam się poddawać nie będę.
Zapadła cisza. Ojciec Marysi zmrużył oczy, zmarszczył brwi, spoglądając w podłogę. Wreszcie podniósł wzrok.
– Ja chcę żyć – powiedział wreszcie. – Nie mam jak uciec do Polski, to muszę zostać po tej stronie granicy. Jak będziemy za wszelką cenę chcieli wytrwać tu, w Janówce, to pozostanie z nas tylko cmentarz, a i tego nie jestem pewien.

 

Znów zrobiło się cicho.
– No, wreszcie obiad gotowy, dość już tego gadania – wtrąciła się matka Franka, niosąc miskę z ziemniakami. Po chwili przyniosła główne danie, coś, co przypominało gulasz z dużą ilością gęstego sosu. – Franuś, szkoda, że wszyscyście nie przyjechali, bo na twoją cześć ucztę zrobiłam prawdziwą!…
Franek nakładał sobie ziemniaki i gulasz na talerz.
– A skąd te mięso?… – spytał.
Stanisława Cybulska uśmiechnęła się tajemniczo.
– Załatwiłam. I niech to pozostanie moją tajemnicą – powiedziała.
Ojciec Franka postawił szklaneczki, przyniósł butelkę z przezroczystym płynem i nalał każdemu do pełna.
– Wypijmy na apetyt – zachęcał.
– Przy takim obiedzie to apetyt sam się robi – odrzekł teść, wypijając do dna zawartość szklaneczki.
Jedli w nabożnym wręcz skupieniu, powoli nakładając na widelec kawałki tłuczonych ziemniaków z odrobiną gulaszu, tak, jakby chcieli wydłużyć każdą chwilę jedzenia.
– Co za królewski obiad – powiedział teść, wycierając usta. – Choć towarzysze z komitetu rejonowego powiedzieliby raczej: burżujski…
– Królewski? Carski chyba! Wspaniałe, wspaniałe – potwierdzała teściowa.
A Franek nie mówił niczego, tylko jadł i jadł, jakby był bez śniadania i jakby nie jadł słoniny u Bronka. Po chwili na fajansowym talerzu nie było już niczego. Rozejrzał się dokoła. Ojciec dołożył sobie trochę kartofli, polał sosem i podał miskę z resztką gulaszu teściowej. W misce było już widać dno, ale każdy wziął choć odrobinę. Wreszcie wypili kolejną szklaneczkę samogonu, odłożyli widelce i odpoczywali, jak po wysiłku.
– To jeszcze po jednym – powiedział ojciec, chwytając za butelkę.
– Ale ostatni – zastrzegł się teść. – Wracamy do domu i zbieramy się, bo czekać na nas nie będą! Jedzie Sierociński do Winnicy, to nas po drodze na stację podrzuci. A jak się spóźnimy, to następny w niedzielę dopiero. Kiedy do nas z Marysią i Antosikiem przyjedziecie?
Franek pokiwał głową.
– Jak tu u was za tydzień – dwa okaże się, że jest spokojnie, to za miesiąc przyjedziemy.
– Już wtedy będziemy wiedzieć, dokąd się przeniesiemy – powiedziała teściowa.
Teść sięgnął za pazuchę i wyciągnął zmięty banknot.
– Weź, Franek, czerwońca. Pójdź z Marysią i dzieckiem do fotografa i nam piękną fotografię przywieziecie. Żeby na komodzie stała.
– O, to i dla nas – wtrąciła się matka Franka.
Franek wziął pieniądze.
– Jest dobry fotograf w Berdyczowie, byle tylko Antosik się uśmiechał do aparatu – powiedział.
– A może i my do was, do Kijowa się zabierzemy? Tam też uczą polskiego, a co Kijów, to Kijów. Stolica! – zaśmiał się Franek.
– Hmmm… – zastanowił się teść. – Może to i dobry pomysł? Zobaczymy na miejscu, pogadamy… – wstał z krzesła. – Nie wypytywaliśmy, co u was, bo tak w piętnaście minut to żadna rozmowa. Twoi rodzice już mi opowiedzieli wszystko – dodał. Uścisnęli sobie dłonie, potem rodzice Marysi pożegnali się z jego rodzicami.
– Wybaczcie, że ostre słowa może mówiłem – powiedział ojciec Franka. – Ale żal mi Janówki.
– A mi nie żal? – westchnął teść. – Ech, czemu Janówki na jakiejś wyspie nasi dziadowie nie pobudowali? A tak jak nie wojna, to rewolucja, a jak nie rewolucja, to coś jeszcze gorszego…
Nacisnął czapkę na głowę i wyszedł, a za nim jego żona.
Matka Franka krzątała się przy talerzach i miskach, myjąc je w ciepłej, podgrzanej na węglowej kuchni wodzie, a ojciec nalał sobie i Frankowi po szklaneczce samogonu.
– Nie wiem. Naprawdę nie wiem, co robić – powiedział cichym głosem.
Franek patrzył na niego z zaniepokojeniem. Ojciec zawsze był stanowczy i zdecydowany. Zawsze mówił, że polski szlachcic i to żyjący na Ukrainie, musi wiedzieć czego chce. Umiał poradzić jemu i innym. A teraz chciałby usłyszeć radę od swojego syna. Ale jaką radę Franek mógł mu dać?
– Może coś wymyślimy… – mruknął w odpowiedzi.
– Może… – ojciec się wyprostował, wypił resztę samogonu i odstawił szklankę na stół. – Może… Ale dość już tego rozczulania się. Nie przyjechałeś tu słuchać biadolenia.
– Ano nie – odparł Franek. – Posiedzę jeszcze i pójdę do Ludka Badeckiego. Urodziny ma.
– Hmmm… w domu ze starymi, narzekającymi w kółko rodzicami ci się siedzieć nie chce? No, nie zaprzeczaj – ojciec wstał, podszedł do komody i pogrzebał w niej przez chwilę. Po chwili wrócił z butelką w ręku. – W prezencie coś zanieść musisz. Samogon z Janówki przyniesie każdy, będziecie mieć całą skrzynkę samogonu, a ja mam państwową, rzadko spotykaną, z Leningradu przywiezioną – powiedział, podając butelkę. – Niestety, nic bardziej oryginalnego nie wymyślisz, bo i jak. Ludek porządny chłopak, idź do niego, spotkasz się z młodymi. Tylko się nie upij!

 

Wyciągnął z kieszonki zegarek – była piąta. Chyba już powoli czas iść. Wstał powoli. Właściwie warto byłoby się przebrać, bo przecież na tańce się nie szykował i ubrany był jak na podróż – ale nie miał w co. A zresztą, kto się na tańce u Ludka stroić będzie? Co najwyżej dziewczyny. Więc co najwyżej wypadało się przyczesać.
– Nie masz się w co przebrać? – matka jakby odgadła jego rozterki.
– Ja tylko ze znajomymi się chcę zobaczyć, a nie tańczyć – odparł.
– No dobrze, dobrze… zawsze jednak lepiej wyglądać elegancko, niż byle jak – matka spojrzała na niego zatroskanym wzrokiem.
– Ojca koszule na ciebie za małe będą. A to, co przywiozłeś?
– Na jutro przecież.
– No dobrze… – pani Cybulska z trudem pogodziła się z faktem, że jej syn nie będzie wyglądał wystarczająco elegancko.
Franek wstał, ucałował matkę w rękę, podał dłoń ojcu i – założywszy palto i czapkę – wyszedł na dwór. Robiło się ciemno. W oknach domów widać były odbłyski lamp naftowych – Janówka miała zostać zelektryfikowana już od kilku lat, ale na razie skończyło się na doprowadzeniu prądu do kilku najważniejszych budynków. Na kolejnych zebraniach rady wiejskiej zapowiadano: jeszcze miesiąc, jeszcze dwa i przyjedzie ekipa, która postawi drewniane słupy i poprowadzi przewody. Ale ekipa widać była zajęta gdzie indziej.
W sobotni wieczór w Janówce panowała cisza. Dawniej bywało, że tańce organizowano i w kilku domach naraz. Zwłaszcza latem, przy otwartych oknach, zewsząd dobiegały dźwięki muzyki. Ale po wielkim głodzie chęć do zabaw jakby zmalała, a bezpośrednie zagrożenie jakim była likwidacja polskiej autonomii najwyraźniej zniechęciło do tańców. Ludwik Badecki mieszkał na skraju Janówki, przy polnej drodze noszącej teraz nazwę ulicy Czerwonego Października. Jego dom był niewielki, z małym podwórkiem. Odziedziczył go po przedwcześnie zmarłych rodzicach. Okna były jaśniejsze, niż gdzie indziej, a gdy Franek podszedł bliżej, ktoś otworzył drzwi – z wnętrza buchnęły kłęby dymu tytoniowego i dały się słyszeć dźwięki muzyki, dochodzącej z rozklekotanego gramofonu z wielką tubą. Franek wszedł do środka. Kilkanaście osób podpierało ściany lub siedziało na krzesłach czy stołkach, pośrodku tańczyła walca jakaś para. Muzykę zagłuszały chwilami rozmowy zgromadzonych tu młodych ludzi.
– O, Franek Cybulski – uśmiechnął się młody mężczyzna z blond włosami i krótko przyciętymi wąsami. – Nie wiedziałem, że wpadniesz do Janówki!
– Rodziców odwiedzać trzeba… – odparł Franek. – No i dowiedzieć się chciałem, jak tam u was. A tak w ogóle, to sto lat! – dodał, podając Ludwikowi butelkę.
– Państwowa, ba! leningradzka – zaśmiał się Ludwik. – Co za burżujska rozrzutność! My tu swoją własną produkcję mamy. Częstuj się – wskazał ręką na stół, na którym stała bateria butelek bez nalepek i kilka słoików kiszonych ogórków.  Dobrze, że dziewczęta nie samogon, a ogórki przyniosły…
Wziął szklankę i nalał do połowy samogonu, podał Frankowi widelec i podsunął słoik z ogórkami.
– Twoje zdrowie! – powiedział Franek. Wypił spory łyk samogonu i pogryzł ogórkiem. Ludwik tymczasem zdjął płytę z tarczy gramofonu, wyjął z pudełka inną i energicznie pokręcił korbką. Ostrożnie położył ramię z igłą. – Coś specjalnego – obwieścił. Kręcąca się po parkiecie para zatrzymała się. Z tuby popłynęła muzyka i piosenka, śpiewana po polsku. – Przedrewolucyjne, z samej Warszawy! – powiedział.
Franek zmarszczył brwi i zasłuchał się w polskie słowa tak, jakby grano jakieś pieśni patriotyczne, a nie melodię do tańca. Rozejrzał się dokoła – rozmowy umilkły, wszyscy słuchali, wesołe słowa piosenki rozbrzmiewały w dusznym i przesyconym dymem powietrzu. Zamknął oczy i wyobraził sobie, że zamiast w Janówce znajduje się sto kilkadziesiąt kilometrów dalej, w Polsce, gdzie nie grozi NKWD, gdzie niestraszna jest Syberia i nie ma wszechwładnych bolszewików…

 

Puk, puk, puk!
Franek otworzył oczy. Było ciemno, najwyraźniej jednak zaczynał się świt, bo rozejrzawszy się dokoła widział szare zarysy mebli.
Puk, puk, puk!
Kto takim rankiem, w niedzielę, budzi spokojnie śpiących ludzi? – pomyślał ze zdenerwowaniem. Co prawda poprzedniego dnia u Ludka Badeckiego starał się ograniczyć picie samogonu, ale było to dość trudne. Zmęczyły go nie tyle tańce, bo tańczył niewiele, ale atmosfera tego wieczora: ponury nastrój znajomych, usiłujących na siłę zabawić się, by zapomnieć o trudnych czasach i niepewnej przyszłości. Większość czasu, tak jak pozostali, spędził na podpieraniu ściany, a potem na siedzeniu na brzegu stołka – i gadaniu, gadaniu, gadaniu. Nie o tym, co będzie, ale o ty, co było.
Wspominali czasy wielkiej wojny i rewolucji, a nawet wcześniejsze, przypominając sobie, jak wyglądał stary carski stójkowy, policjant, co to jeden na całą wieś wystarczył i każdego doskonale znał. A potem chwyciła go za rękę znajoma, koleżanka ze szkoły, która tak jak on mieszkała gdzieś z dala od Janówki, a przyjechała odwiedzić rodziców. Wstał z trudem, a potem kręcili się w kółko w jakimś tańcu. Czy był to walc, tango, czy cokolwiek innego, trudno im już było odróżnić. Michalina – a może miała na imię Weronika? – mówiła mu, że ma już dość, że chce jak najszybciej wyjechać do siebie, do męża – bodaj do Białej Cerkwi – bo w Janówce nie da się już mieszkać choćby przez dzień czy dwa. Chyba się z nią zgodził… w każdym razie gdy powiedziała, że musi już iść, skorzystał z okazji. Pożegnał się z Ludkiem i innymi znajomymi, odprowadził tę Michasię czy Werę do nieodległego domu, ona cmoknęła go na pożegnanie w policzek i zniknęła. A on szybkim krokiem wrócił do siebie, by po lekkim tylko obmyciu się zimną wodą wskoczyć do łóżka. Miał nadzieję, że się wyśpi. Niedziela był to dzień wysypiania się. Kościół stał zamknięty i tylko jego rodzice wspólnie odmawiali długą modlitwę, czytając litanie ze starej, mocno zużytej książeczki – modlitewnika.
Łup, łup, łup!
No, komuś naprawdę bardzo zależy na tym, żeby nas obudzić – zmarszczył brwi Franek. Usiadł na łóżku i opuścił nogi na podłogę. W sąsiedniej izbie dało się słyszeć szuranie – to pewno ojciec wstał, narzucił coś na siebie, bo było chłodno i podszedł do drzwi. Po chwili dało się słyszeć skrzypienie i jakieś głosy mówiące coś po rosyjsku. Po rosyjsku?
Franek wstał, pośpiesznie założył sweter i wyjrzał ze swego pokoju. Przy drzwiach do przedsionka stało dwóch żołnierzy z karabinami w ręku i trzeci, najwyraźniej oficer, z pistoletem przy pasie. Przyjrzał się ich mundurom – tak, nie było wątpliwości. To NKWD! Niebieskie czapki, czerwone wyłogi na kołnierzach. Po kogo – po niego? Ale dlaczego?
Cofnął się i zaczął się pośpiesznie ubierać. Szybko włożył spodnie i wyszedł do dużego pokoju. Jego rodzice stali tam, pobladli, matka w długiej nocnej koszuli, z dużą chustką zarzuconą na ramiona, a ojciec w pasiastej piżamie.
– Jak to – mamy się pakować? – spytał ojciec.
– No przecież mówię. Macie cały dzień. Jutro o świcie macie być gotowi.
– Ale dlaczego? Za co?
Oficer – po dwóch złotych trójkątach naszytych na czerwonej patce na kołnierzu widać było, że to mładszyj lejtenant, czyli podporucznik – ze zniecierpliwieniem wzruszył ramionami.
– Jest prikaz, to jedziecie. Możecie brać rzeczy osobiste i żywy inwentarz, ale nie sprzęty i meble.
– Ale jaki rozkaz? Dlaczego? Przecież to nasz dom! My tu od zawsze mieszkaliśmy! Jeszcze od carskich czasów – tłumaczył zdenerwowany ojciec.
– Postanowienie Rady Komisarzy Ludowych Ukraińskiej SRR – powiedział oficer. – Pakuje się prawie cała Janówka. I nie dyskutować, tylko się szykować, bo was zabierzemy tak, jak tu stoicie – pogroził palcem. Wyciągnął z kieszeni jakieś papiery. – Cybulski Antoni Piotrowicz? Cybulska Stanisława Wiktorowna? Cybulski Franciszek Antonowicz? – rozejrzał się, patrząc na ich twarze. – Sprawdzić ich dokumenty – polecił stojącemu obok żołnierzowi.
– Ale syn od dawna z nami nie mieszka – pośpiesznie przerwał mu ojciec. – Jest pracownikiem biblioteki w Berdyczowie. Franek, pokaż papiery…
Oficer zmarszczył brwi. – A ja mam was w wykazie, znaczy, też macie jechać – powiedział do Franka.
– Dokąd?
– Tam, gdzie trzeba – uciął. – Mładszyj komwzwod Siergiejew, sprawdźcie ich dokumenty.
Odwrócił się i wyszedł.
Żołnierz, który na czerwonej patce na kołnierzu miał naszyte trzy żółte litery „V”, poprawił karabin z nasadzonym na niego spiczastym bagnetem i wyciągnął rękę. – Dowody osobiste – powiedział.
Franek wrócił do swojego pokoju, wyciągnął dokument z torby. Gdy wrócił, rodzice gorączkowo krzątali się po pokoju, wyjmując jakieś papiery.
– Boże mój, Boże, co to się dzieje – matka miała oczy co prawda suche, ale sprawiała wrażenie, jakby zaraz miała wybuchnąć płaczem. – Na co nam to przyszło na stare lata…
Plutonowy, bo tak z grubsza przekładał się jego stopień w wojskach Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych, zdjął karabin i oparł go o ścianę. – Uspokójcie się. Jutro rano przyjadą ciężarówki i was zabiorą. Możecie zabrać ile się da, nawet kury czy świnie, jeśli macie. Wszystko co cenne, spakujcie dobrze, macie dużo czasu – tłumaczył.
– Ale dokąd będziemy jechać? – spytał go ojciec, podając dowód. – Syberia?

 

– A bo ja wiem? – wzruszył ramionami plutonowy. – Ale po południu przyjedzie towarzysz z obwodu, to wam powie. – Wziął dowody osobiste, czytał starannie każdą rubrykę. – Ot, napisane: Polak, Polka i Polak. Tu Ukraina, a w waszej wsi chyba sami Polacy mieszkają – dziwił się.
– Ano prawie sami, choć trochę Ukraińców też jest – wtrącił się Franek. – A to moje zaświadczenie z gorispołkomu w Berdyczowie. Ja tam mieszkam i pracuję.
Żołnierz wziął papier do ręki i starannie przeczytał. – Mi to tam wszystko jedno – powiedział. – Jak powiedzą, żeby was zabierać, to zabierzemy. A jak powiedzą, żeby nie zabierać, to zostawimy…
– No ale jak, przecież Franciszek rodzinę ma w Berdyczowie, żonę, dziecko… – tłumaczył ojciec.
Enkawudzista pokręcił głową. – Możecie tam i pięcioro dzieci mieć. Jak napisane, że zabieramy, to zabieramy. Koniec! – popatrzył na nich, zacisnął usta. – Macie siedzieć w domu i nigdzie nie wychodzić. Jak towarzysz z obwodu przyjedzie, to was zawołamy. A teraz się pakujcie.
Chwycił karabin, zamaszystym ruchem otworzył drzwi i wyszedł. Rodzice opadli na krzesła, Franek przysiadł koło nich. Milczeli przez chwilę, jakby nie wiedzieli, co mówić.
Pierwszy ruszył się ojciec.
– Idę do rady wiejskiej – zadecydował.
– Nie puszczą cię – powiedziała matka.
– Jak to nie puszczą… przecież nie chcę uciekać, a do władzy pójść!
Wstał, zaczął się ubierać. Powoli, spokojnie, podszedł do szafy, wyjął najbardziej elegancki, choć mocno już znoszony ciemny garnitur. Założył go i długo wiązał krawat. Wreszcie włożył buty i płaszcz i wyszedł. Słychać było, jak skrzypią zamykające się drzwi wyjściowe, jak szczeka Burek. Franek uświadomił sobie, że szczekanie psa słyszał już wcześniej, gdy enkawudziści łomotali do drzwi, ale – przyzwyczajony do tego, że pies często szczeka – po prostu tego nie zauważył.
Siedzieli z matką, czekając, aż coś się wydarzy, jakby za chwilę miało się coś stać, cos okazać, coś wyjaśnić. Siedzieli bez ruchu, tak, jakby każde poruszenie się mogło w czymkolwiek zaszkodzić…
… i znów zaskrzypiały drzwi. Do pokoju wszedł ojciec, zdejmując czapkę i płaszcz i spokojnie zzuwając buty.
– Nie puszczają.
– Jak to, nie puszczają? – spytał Franek.
– Ano patrol chodzi po ulicy, jak się ktoś pojawi to karabiny z pleców ściągają i każą wracać. Widziałem sąsiada, jak też próbował wyjść.
– Mówiłeś, że do sielsowietu? – powiedziała matka.
– Tak. Powiedzieli, że sielsowiet też się pakuje.
Pani Cybulska nie wytrzymała. Zaczęła płakać, najpierw bezgłośnie, a potem szlochała cichym, przejmującym głosem. Podszedł do niej jej mąż, przytulił. – No, nie płacz. Dobrze, że żyjemy. Wysiedlają z Janówki, znaczy, gdzie indziej sobie Janówkę zbudujemy – mruknął uspokajającym tonem. – Ale my, to my. Franek, ja nie wiem dokąd nas będą ciągnąć. Ale ciebie chyba puszczą?
Franek zastanowił się.
– Może puszczą. I co, mam was tak zostawić? Pojedziecie nie wiadomo dokąd?…
Ojciec zmarszczył brwi.
– Chłopaku, my już swoje lata przeżyliśmy. A ty masz życie przed sobą. Marysię i Antosia zostawisz?…
– No, ale…
– Nie ma dyskusji – twardym głosem powiedział pan Antoni. – Każą zabierać rzeczy, znaczy, nie do więzienia i nie do łagru nas zabierają. Wysyłają, jak za carskich czasów. I gdy już się gdzieś osiedlimy, na Syberii czy nie wiem gdzie, to napiszemy do was. Przecież napisać list do Berdyczowa chyba będzie można…
Zamilkł na chwilę, podszedł do okna, ostrożnie odsunął firankę.
– Psiakrew, chodzą… – mruknął. – Ale jak noc zapadnie, to się jakoś wyślizgniesz. A może i tak cię puszczą.
– Żebym opowiadał co tu widziałem? Na pewno nie – pokręcił głową Franek.
Tymczasem ktoś znów zastukał do drzwi. Pan Antoni pośpiesznie wstał i poszedł do sieni. Znów dało się słyszeć rosyjski głos i do izby wszedł plutonowy, ten sam, który wcześniej sprawdzał ich dokumenty. W kąciku ust zwisał mu dymiący skręt, którego wyjął i trzymał w ręku.
– Cybulski Franciszek Antonowicz? – spytał urzędowym głosem.
Franek wstał.
– Wy też się pakujcie. Jesteście na liście.
– Ale ja tu nie mieszkam!…
Mładszyj komwzwod skrzywił się, rzucił niedopałek skręta na podłogę i rozdeptał butem.
– Ja wam, Franciszek Antonowicz, po dobremu radzę, wy się nie awanturujcie, tylko się pakujcie – powiedział.
Ojciec Franka wstał, podszedł do szafy i wyciągnął pudełko papierosów.
– Towariszcz mładszyj komwzwod… – powiedział. – Weźcie, bo ja nie palę. Lekarz zabronił… Powiedzcie, bo my zwyczajni ludzie, nic nie wiemy, co się dzieje. Syn nas przyjechać odwiedził, a tu takie z rana w niedzielę powitanie.
Plutonowy wziął papierosy, obejrzał. – O, „Nasza marka”… Nu, spasibo…
Odstawił karabin, rozerwał opakowanie, powoli wyciągnął papierosa. Włożył go do ust, przypalił zapałką i zaciągnął się.
– A wy, chozjain, myślicie, że my wszystko wiemy? Każą – jedziemy. Mówią: element kontrrewolucyjny żyje niedaleko granicy, trzeba go wysiedlić, bo na granicy musi być bezpiecznie.
– Znaczy się, my – ten element?… cicho powiedział ojciec.
– Nie powiedzieli, czy wy, czy kto inny. Bezpieczeństwo najważniejsze. Jak nawet kto niewinny ucierpi, to trudno. A wam nic złego się nie stanie, tyle, że będziecie mieszkać gdzie indziej.
– Gdzie?…
– Nie wiem – rozłożył ręce mładszyj komwzwod. – Popatrzył zamyślony na Franka. – Tylko nie próbujcie w nocy uciekać. Bo prikaz jest: jak kto ucieka, strzelać!
Włożył do ust papierosa, chwycił karabin i wyszedł, trzasnąwszy dzwiami. Pan Antoni zamknął szafkę i ciężko usiadł na krześle.
– I w co my się zapakujemy? – powiedział. – A Burek i nasze kury?…
Matka zwiesiła głowę i znów zaczęła płakać.

 

Było już późne popołudnie, gdy do ich drzwi znów zapukali żołnierze NKWD. Ojciec otworzył im drzwi. Do środka wszedł ten sam plutonowy, co poprzednio.
– Ubierać się, idziecie na plac przed sielsowietem! Towarzysz z obwodu przyjechał…
Kapral rozejrzał się po pokoju. Na podłodze piętrzyły się pakunki, toboły i tobołki. Przez poprzednie kilka godzin przejrzeli wszystko, co było w ich domu, odkładając na bok to, co na pewno będzie niepotrzebne i pakując najbardziej niezbędne rzeczy. Ale przez lata w starym domu nagromadziły się ogromne ilości wszystkiego: stare ubrania, jakieś święte obrazy, rozmaite makatki i narzutki. I tylko zastanawiali się: jak się nie da zabrać łóżek, to brać sienniki? Zdobędą jakieś łóżka tam, dokąd jadą?
A dokąd właściwie mają jechać? Będzie tam zimno czy gorąco? Jak się ubrać? Tyle pytań, i żadnych odpowiedzi. Ale może „towarzysz z obwodu” coś powie.
Pośpiesznie się ubrali i wyszli. W kierunku rady wiejskiej szła chyba cała Janówka. Wszyscy sąsiedzi, z którymi znali się i lubili, a czasem i kłócili. Teraz szli milcząc, nie patrząc jeden na drugiego, jakby w obawie, że niepotrzebnie wypowiedziane słowo obróci się przeciwko nim.
Franek rozejrzał się: wszędzie dokoła widać było żołnierzy. Stali na końcu ulicy i na tyłach domów, najwyraźniej tak, by nikt nie wpadł na pomysł ucieczki. Niektórzy w nowych, wyfasowanych widać niedawno mundurach, większość w starych, ze spiczastymi czapkami – budionówkami. Ale też nie sprawiali wrażenia bardzo intensywnie pilnujących – palili papierosy, o czymś ze sobą rozmawiali.
Przed budynkiem rady wiejskiej zgromadził się spory tłum ludzi. Franek zaczął zastanawiać się nie tyle, kto tu jest, a raczej kogo nie ma. Przyszli sami Polacy, czy też i kilku mieszkających w Janówce Ukraińców? Są tutejsi milicjanci, którzy też przecież mieli w Janówce domy, czy też raczej znajdują się między pilnującymi? Ale trudno było się rozeznać, bo wśród kilku setek obecnych mógł znaleźć się właściwie każdy.
Przed budynkiem rady wiejskiej ktoś postawił taboret. Po dłuższej chwili pojawił się jakiś mężczyzna w czarnym płaszczu i czapce nasuniętej na czoło i niego wskoczył. Dokoła niego zgromadziło się kilku wojskowych – ten sam podporucznik, który rano przyszedł do ich domu, obok oficer polityczny – Franek z trudem dostrzegł patki na kołnierzu, a zresztą z trudem rozróżniał niedawno wprowadzone oznaczenia. Ale chyba był wyższy rangą, jedna gwiazdka, więc chyba starszy politruk, a więc kapitan – i najwyraźniej dowodzący całą operacją „dwugwiazdkowy” major. Z tyłu za nimi stał jakiś mężczyzna, który Frankowi wydał się znajomy. Muszyński? Były szef kołchozu i wróg rodziny Cybulskich – z enkawudzistami?…
Cywil stojący na taborecie rozejrzał się dokoła i zaczął przemawiać po rosyjsku. – Obywatele! Rada Komisarzy Ludowych Ukraińskiej SRR zadecydowała, że ze względów bezpieczeństwa musicie osiedlić się w innej części ZSRR! – znów się rozejrzał, jakby czekając na jakieś protesty czy pytania. – Każdy może wziąć swój dobytek, drobny inwentarz żywy. Jutro od… – spojrzał na zegarek, zapięty na przegubie ręki –… od siódmej rano do każdego domu przyjedzie ciężarówka. Towarzysz lejtenant… – pokazał ręką na podporucznika –… powie wam w jakiej kolejności na jakie ulice. Zostaniecie zawiezieni na stację kolejową i tam wsiądziecie do pociągu. To tyle! – podniósł do góry prawą rękę. – Ale dodam jeszcze: nikomu nie wolno się oddalać. Samowolne oddalenie się będzie uznane za szkodzenie i będzie karane z całą surowością. Jak są pytania techniczne, towarzysz lejtnant wam odpowie. Jeśli macie pytania ogólne, towarzysz starszyj politruk wam wszystko wyjaśni. Dziękuję za waszą obywatelską postawę! – powiedział, zeskoczył z taboretu i zniknął.
Ludzie na placu przed sielsowietem stali nieruchomo, jakby z niedowierzaniem, że usłyszeli coś, co już wiedzieli – i nie usłyszeli niczego, czego chcieliby się dowiedzieć. Dlaczego to wszystko? Dokąd ich zawiozą?…
Na taboret wskoczył tymczasem podporucznik. Wyciągnął jakąś kartkę. – Ulica Lenina będzie pierwsza. Od siódmej do dziewiątej. Ale Rewolucji Październikowej niech się też szykuje od siódmej, bo może ciężarówki zdążą. Obywatele z Krasnoarmiejskiej niech będą gotowi od ósmej… – czytał. Gdy skończył zapadła cisza. Mładszyj lejtenant złożył kartkę i schował do kieszeni. – Pytania są? – dodał.
Podniosła się jedna ręka. Wszyscy obejrzeli się ze zdumieniem – kto nie boi się na tyle, że zechce o cokolwiek spytać. Tymczasem do przodu wysunął się starszy mężczyzna. Franek popatrzył na niego – Mikołaj Goliński miał kiedyś w Janówce własny sklepik, ale go najpierw upaństwowiono, a potem zamknięto. Na jakiś czas zamknięto też samego Golińskiego. Ten wesoły niegdyś mężczyzna zgorzkniał od tego czasu i posmutniał.
– Dokąd nas wieziecie? I dlaczego?
Podporucznik zmarszczył brwi i zeskoczył ze stołka. Politrukowi najwyraźniej nie chciało się na taboret wchodzić. Skrzyżował ramiona i utkwił wzrok w Golińskim.
– Dobrze pytacie, obywatelu – powiedział. – Wszyscy mają prawo wiedzieć. Dokąd jedziecie – o tym dowiecie się w swoim czasie. Nie musicie się o nic martwić: władza radziecka o was zadba. A dlaczego jedziecie, to już wam mówił towarzysz z obwodu. Tak zadecydowali towarzysze w Kijowie. Taka jest aktualna potrzeba. Tego chce nasze państwo robotników i chłopów. Wszystko jasne?
Goliński najwyraźniej chciał coś powiedzieć, ale przez tłum przepchnęła się jego żona i pociągnęła go za rękaw.
– Wszystko jasne – mruknął.
– To świetnie. Wracacie teraz do domów. Patrole sprawdzą waszą obecność. Jakby ktoś się zgubił, będziemy go szukać – dodał politruk. Wojskowi odwrócili się tyłem i pomaszerowali do budynku.

Tłum rozchodził się powoli i w całkowitym milczeniu. Gdy ruszyli, Franek dostrzegł, że ktoś ku nim się przepychał. Stanął, zastanawiając się o co chodzi. Po chwili zbliżył się do niego krępy mężczyzna, z futrzaną czapką na głowie. Muszyński!
– Ty o mnie zapomniał, a ja o tobie nie! – powiedział cichym głosem. – Pojedziecie, Cybulscy, daleko, oj daleko! I ty, Franek razem z nimi…
Poprawił czapkę, którą zdejmował chyba tylko w czasie letnich upałów. – Myślałeś, że ja w Berdyczowie znajomych nie mam?… A mam! Tobą się zaopiekowali, poradzili ci tu w odpowiednim czasie przyjechać. A teraz się twoją żoną zaopiekują!
Franek szarpnął się, już chciał się rzucić na Muszyńskiego, gdy z boku podszedł lejtnant.
– A tu co się dzieje? Towarzyszu Muszyński?
– Tego obywatela przypilnować trzeba dobrze, żeby razem z innymi pojechał – mruknął były szef kołchozu. Odwrócił się i poszedł w stronę rady wiejskiej.
– Chodź, Franek… – powiedział ojciec. Odwrócili się i poszli w przeciwną stronę. Szli milcząc, podobnie jak ich sąsiedzi. Franek rozejrzał się – nikt nie podnosił wzroku, nikt nikomu się nie przyglądał. Gdy oddalili się od budynku rady wiejskiej, ojciec, z zaciętą twarzą, wymamrotał coś po cichu.
– Słucham? Coś mówiłeś, tato? – spytał Franek.
– A co tu mówić. Żeby ich szlag!… – mruknął Antoni Cybulski.
– A żeby szlag tego Muszyńskiego trafił! – odpowiedział jego syn.
Dotarli do swojego domu. Gdy po chwili Franek wyjrzał na ulicę, Janówka była zupełnie pusta. Wszyscy pochowali się w swoich domach. Przynajmniej tak się przez chwilę wydawało, do czasu, gdy zza rogu odległego domu wymaszerowała trójka żołnierzy z bagnetami nasadzonymi na karabiny.
Ojciec chwycił Franka za rękaw.
– Chodź do domu!
– Już idę – powiedział zdziwiony Franek. – Przecież za wyglądanie na ulicę nic mi chyba nie zrobią?
– Ważną sprawę do omówienia mamy… – Antoni zmarszczył brwi. – Matka, siadaj z nami przy stole – powiedział do żony. A ona strzepnęła ścierką jakiś pyłek ze stołu i siadła na krześle.
– Franek… Musisz uciekać! – powiedział ojciec stanowczym głosem.
– Uciekać?… – powtórzył niepewnie Franek.
– Tak! Muszyński musiał dobrze namieszać! To jego sprawka, że cię w spisie mieszkańców Janówki do wysiedlenia mają. A jak z Janówki znikniesz, to może nie będą cię szukać gdzie indziej. Przecież Muszyński nie sięga wszędzie! No i ja się boję, czym też on Marysi zagrozić może. Kto też nią się – i w jaki sposób – „zaopiekuje”? Musisz wrócić do Berdyczowa…
Franek podrapał się po brodzie.
– To ja wiem. Jego groźby zawsze traktowałem poważnie. Ale całą Janówkę obstawili. Mysz się nie prześlizgnie – odparł.
Antoni Cybulski zaśmiał się, po raz pierwszy od ranka zmieniając wyraz twarzy.
– Ty Janówkę znasz lepiej, niż wszyscy enkawudziści. Jakbyś odsunął sztachetę w płocie, to do Jędrzejewskich przejdziesz. U nich za stodołą chaszcze takie, że nikt cię nie zobaczy… No, ja, stary, mam tobie mówić, jak z domu uciec?…
Rzeczywiście – pomyślał Franek. Zdarzało się parę razy, że jakoś rodzicom podpadł i musiał natychmiast zniknąć. A raz szukał go sam policjant, bo portret cara w szkole zamazał. Tyle, że stójkowy szukał tak, żeby nie znaleźć, bo to swój był, z Janówki. Ale uciekał dokładnie tak, jak opowiadał ojciec: do sąsiadów, a potem za ich stodołą. Lata minęły, a sztachety w płocie pozostały ruchome. Co więcej, przybyło krzaków za stodołą.
– I co, u Jędrzejewskich za stodołą kryć się będę?… – mruknął.
– Ej, Franek – ojciec położył mu rękę na ramieniu. – No przecież coś wymyślisz! Znasz Janówkę na wylot!
– Znam, rzeczywiście….
– I nie myśl, że nas zostawiasz – odezwała się milcząca dotąd matka. – Nie myśl! Bo my sobie damy radę, a Marysia z synkiem – nie! A jak Bóg da, wrócimy do Janówki, a przynajmniej będzie nam dane się spotkać…

 

Było dobrze po północy, gdy skończyli pakowanie. I właściwie nie bardzo wiedzieli, co udało się zapakować. Mnóstwo rzeczy pozostało na strychu i w budynkach gospodarskich. Żeby je zabrać, musieliby wziąć ze sobą cały dom, a tego przecież zrobić nie mogli.
Teraz szykował się Franek.
– Tego nie biorę – wskazał na zawiniątko, wyjęte z jego walizki. Odłożył też na bok niewielkie, tekturowe pudełko. – Schowajcie to do skrytki w podłodze. Gdyby mnie złapali i znaleźli rzeczy z Polski, nie wyszedłbym z więzienia. Jeśli w ogóle bym do więzienia dotarł, zamiast skończyć gdzieś na enkawudowskim cmentarzu – mruknął.
Włożył stare ubranie, które – gdy wpadał do Janówki – używał do prac domowych. Wytarte na kolanach spodnie, zużyty sweter i mocno zniszczona kufajka, która pamiętała jego wyprawę sprzed kilku lat do Polski. No i czapka, która kiedyś była elegancka – ale było to bardzo dawno temu. Zastanawiał się, czy poczernić sobie twarz. Ostatecznie zdecydował jedynie na posmarowanie policzków sadzą. Przejrzał się w lustrze. – Wyglądam jak strach na wróble – powiedział.
– Raczej jak jakiś bezdomny z przedrewolucyjnych czasów – odparła matka.
– Albo zesłaniec po roku na Syberii – zaśmiał się ojciec.
Franek mocno uścisnął dłoń ojca, pochylił się, ucałował rękę matki. A ona chwyciła go i przytuliła. Gdy po chwili się podniósł, szybko zasłoniła twarz rękami – ale zdążył zobaczyć, jak po policzkach płyną jej łzy.
Jedno z okien domu przysłonięte było przez gałęzie stojącego obok, rozłożystego drzewa. Franek ostrożnie uchylił okno i wyjrzał. Było ciemno, jak to o tej porze na wsi, ale w oknach niektórych domów paliło się światło. Najwyraźniej ich mieszkańcy albo się jeszcze pakowali, albo nie mogli zasnąć. Nigdzie nie widać było żołnierzy, ale mogli się gdzieś chować. Tyle, że – pomyślał Franek – po ciemku raczej nie będą maszerować ulicami. Jeśli idzie patrol, to pewno z latarnią w ręku.
Wyskoczył na zewnątrz. Pod oknem rosła w tym miejscu gęsta trawa, więc nawet nie musiał bardzo uważać. Spojrzał w górę – przez okno wyjrzał ojciec. Było tak ciemno, że z trudem go dojrzał. Po chwili okno się zamknęło.
Plan miał prosty: przemykać się podwórkami aż na sam koniec Janówki. Tam pewno stali enkawudziści, ale z pewnością nie otoczyli szczelnym kordonem całej wsi, bo do tego potrzebny byłby może i pułk wojska. Najprawdopodobniej pilnowane były ulice, które poza wsią stawały się zwykłymi drogami. A on nie miał zamiaru iść ulicami.
Do Jędrzejewskich przeszedł tak, jak mu powiedział ojciec: odsunął sztachetę w płocie. Ciemności mu nie przeszkadzały, bo swoje podwórze i podwórka sąsiadów znał na pamięć. Ile to razy bawił się z Michałem, młodszym od niego o rok synem Jędrzejewskich? Michał Jędrzejewski wyjechał z Janówki tak jak on, ale dom i podwórze pozostały.
Sąsiedzi byli zapewne w środku, samotni, tak jak i jego rodzice. Nie zamierzał ich niepokoić; zresztą, zmęczeni pośpiesznym pakowaniem całego dobytku, pewno już spali. Ostrożnie przeszedł na tyły ich domu, w kępę traw. Dalej, przy niewielkim zakręcie ulicy, stał dom Smolików. Za dnia w oknie siedziała babcia Smolikowa. Uwielbiała godzinami tak siedzieć i patrzeć, nawet, jeśli dokoła zupełnie nic się działo. Ale staruszka kładła się wcześnie spać. Jak wytrzyma podróż? Wyprawę w nieznane, która potrwa nie wiadomo ile?…
Do Smolików można było przejść bez większego problemu, bo ich płot był w fatalnym stanie – starsi ludzie nie mieli siły, by go naprawiać. Na dokładkę pokłóceni z nimi Jędrzejewscy wcale nie kwapili się do pomocy. U Smolików musiał uważać, bo podwórze było zasłane jakimiś zardzewiałymi rupieciami i kawałkami drewna. Boleśnie potknął się o pieniek i chwycił się za nogę, starając się nie krzyknąć. Szedł dalej skulony, ostrożnie macając rękami dokoła.
I kolejny płot, kolejne podwórze. Janówka nie była wielka, a jego ulica nie należała do najdłuższych. Ile to jeszcze – cztery domy czy pięć? Policzył dokładnie – pięć. Za tymi domami rozpościerał się niewielki, pełen jabłoni sad, niegdyś należący do bogatego gospodarza. Gospodarz zniknął, skutecznie „rozkułaczony”, a sad przejęty został przez kołchoz. Na szczęście poprzedni kierownik kołchozu nie dał mu zmarnieć – i latem kołchoźnicy i pracownicy filii zakładów fajansowych z Marchlewska dostawali swój przydział jabłek.
W sadzie nie było nikogo – a przynajmniej tak się Frankowi wydawało. Środkiem wiodła ścieżka, ale zamiast nią iść, poszedł bokiem, przemykając od drzewka, do drzewka. Nagle usłyszał jakiś odgłos. Znieruchomiał, przywarł do drzewa. Powoli zsuwał się coraz niżej, aż wreszcie usiadł na trawie. Ścieżką ktoś szedł. Po chwili ujrzał ogienek – to lampa, trzymana przez jednego z idących. I jeszcze jeden… dwa małe ogienki – palące się papierosy. Trójka ludzi. Żołnierze?
Tak, to byli żołnierze. Gdy podeszli bliżej, ujrzał ich w świetle pełgającego ognia latarni. Trzech enkawudzistów, z karabinami na zawieszonymi na ramionach.
– Ciemno – mruknął jeden z nich.
– Do diabła – powiedział drugi. – Jak tu upilnować kogokolwiek podczas takiej ciemnicy!
Przeszli dalej, nawet nie rozglądając się na boki. Po raz pierwszy tej nocy Franek pomyślał, że naprawdę ma szansę. Janówki nie upilnowałby i pułk NKWD. A on zna okolicę o wiele lepiej niż żołnierze. Ma szansę!
Trójka enkawudzistów zniknęła, a Franek podniósł się z ziemi. Przeszli, więc można spokojnie iść dalej.
Ruszył do przodu, poruszając się ostrożnie od drzewa do drzewa. Sad nie był wielki, więc jeszcze kawałek i powinien być jego koniec. Jest ciemno, więc nie był pewien, czy cały czas idzie w dobrym kierunku. Jeśli dopisze mu szczęście, to wyjdzie na niewielki lasek. O ile skręcił nieco w prawo, to za drzewami sadu będzie łąka. W lewo zboczyć nie mógł, bo by wyszedł na dróżkę. Tymczasem cały czas szedł przez trawę.
Kolejne drzewo. Przywarł do chropowatej kory jabłonki, odpoczywając przez chwilę. Wstrzymał oddech – dokoła było cicho i ciemno. Obejrzał się – świateł Janówki nie było już widać, zresztą, jakie to były światła – co najwyżej lampy naftowe w domach. Znów ruszył przed siebie. Tym razem był nieostrożny i wpadł na drzewo, uderzając się boleśnie w kolano. Przykucnął i rozcierał bolącą nogę.
Już niedaleko. Jeszcze ze sto – dwieście metrów. Szedł przed siebie i nagle zrozumiał, że wyszedł z sadu – przed nim nie było już drzew. A więc wyszedł na łąkę.

 

Przykucnął – teraz trzeba uważać, bo łąka była spora i stojącego człowieka widać było jak na dłoni. Ale też – pomyślał – chyba nie ma sensu się czołgać. Jeśli ostrożnie ruszy szybkim krokiem, dotrze do pagórka. Za pagórkiem z lewej zaczynały się kołchozowe pola, a z prawej był kolejny las. Jeśli dotrze do lasu, powinien tam znaleźć starą ziemiankę.
Krok za krokiem zbliżał się do pagórka. Ostrożnie wdrapał się na szczyt – wkoło tylko cisza i pustka. Powoli zaczął wierzyć, że udało mu się uciec. Jeszcze kawałek i będzie las. A w lesie ziemianka. Przeczeka noc lub dwie w ziemiance i ruszy dalej – a wtedy szukaj wiatru w polu!
Teraz pozostawało tylko szybko zejść na dół. Ostrożnie się wyprostował i krok za krokiem zaczął schodzić po łagodnym zboczu. Jeszcze tylko kawałek. Już widział zarysy drzew. Jeśli mu się uda, trafi na na wpół zarośniętą ścieżkę, która poprowadzi go prosto na polankę. A tam trzeba było znaleźć pochyloną sosnę. Trzydzieści kroków na północ i dwadzieścia na wschód… tam była ziemianka.
Jeszcze kilkanaście kroków. Kilka. Już zaraz będzie w bezpiecznym lesie…
Nagle oślepiło go światło. Ostra latarka elektryczna świeciła mu prosto w oczy. A potem zapaliła się druga. Odruchowo zasłonił dłonią oczy.
– Wot, myślał, że NKWD przechytrzy. A nam lejtenant mówił, że tu jeden taki mołodiec jest, co to na pewno wydostać się ze wsi spróbuje – zaśmiał się jeden z żołnierzy. Gdy opuścili latarki widać było wyraźnie, że naprzeciw niego stoi trzech żołnierzy w długich szynelach, z karabinami w ręku. Na karabinach mieli nasadzone długie szpikulce bagnetów.
– No, idź, idź – szturchnął go jeden z nich. Ruszyli w kierunku wioski, przyświecając sobie latarkami. A może skoczyć w bok? – pomyślał. — Skoczę prosto do lasu, jak mnie tam znajdą?…
Ale żołnierz jakby odgadł jego myśli. – Tylko nie myśl o ucieczce! – powiedział. – Mamy psy. Psy cię znajdą… a my drugi raz będziemy strzelać, a nie świecić latarkami po oczach – dodał.
Franek zacisnął usta. Trudno, tym razem się nie udało. Czy to znów sprawka Muszyńskiego? Nic, uda się następnym razem…
Doszli do pierwszych chałup. Tam już czekał na nich „komitet powitalny”: znany mu już porucznik, plutonowy i kilku żołnierzy. Gdy się zbliżyli, porucznik wykonał jeden szybki ruch. Nieprzygotowany Franek poczuł nagle, jak pięść oficera trafia mu prosto w twarz. Poczuł smak krwi, zakręciło mu się w głowie i upadł na ziemię.
– I co ty myślałeś, co?! – wykrzyknął porucznik. – Że tak sobie po prostu zwiejesz? A mówił towarzysz Muszyński, że tu niebezpieczny element jest – Zrobił zamach nogą i kopnął go w bok. – Cała wieś jest obstawiona! Wrogom narodu pobłażać nie będziemy! Marsz do domu, a jak jeszcze raz spróbujesz, to i ty, i cała twoja rodzina będzie rozstrzelana tu, na miejscu!
Ucichł na chwilę. Kiwnął na plutonowego. – Odprowadzić do chałupy. Postawić żołnierza na posterunku, niech pilnuje. Rozkaz: jakby który z nich próbował wychylić się z domu, strzelać bez ostrzeżenia…
Odwrócił się i spokojnym krokiem poszedł w kierunku centrum Janówki.
Plutonowy pochylił się nad Frankiem. – No wstawaj! Nie będziesz tu tak leżeć! Idź spać, bo potem będzie was czekała bardzo długa droga – mruknął.
Franek z trudem, powoli, wstał z ziemi. Ruszyli w drogę: on, plutonowy i dwóch enkawudzistów. Żołnierze poganiali go, ale Franek, choć zmęczony i senny, wcale nie śpieszył się do domu. Bo wrócić oznaczało – ostatecznie przegrać. Rano przyjedzie samochód, załadują swoje rzeczy i ruszą w nieznane. Po drodze na pewno będą pilnowani – i to lepiej, niż tu, w Janówce. Trzeba było iść inaczej – pomyślał. Niepotrzebnie wybrał dość prostą drogę. Może gdyby się gdzieś przyczaił, w czyjejś stodole, udałoby mu się przeczekać noc i następny dzień? Ale przecież na pewno będą przeszukiwać wszystkie zabudowania. Więc raczej i tak nie miał szans…
W domu było ciemno, ale gdy Franek pchnął drzwi, w pokoju zobaczył stojącego ojca.
– Nie udało się?… – spytał cicho ojciec.
– Nie.
Za nim do środka wszedł mładszyj komwzwod.
– Ludzie, pilnować syna, bo jak jeszcze raz przyłapiemy na ucieczce, to jego zabijemy od razu, a dla was będzie na miejscu sąd – powiedział. – Macie jeszcze kilka godzin, to zamiast kombinować, śpijcie. Zostawiam żołnierza na straży. Ma rozkaz – strzelać, jeśli ktoś będzie chciał wyjść.
Odwrócił się na pięcie i zniknął.

 

Franek opadł na krzesło. – Przemyję twarz i idę spać – mruknął.
– Ja to chyba w ogóle spać nie będę – powiedziała matka.
– Jutro ciężki dzień i spać trzeba – kiwnął głową pan Antoni.
Kilkanaście minut krzątaniny i położyli się na siennikach, z których wcześniej zdjęli i zapakowali pościel. W ubraniach, bo pierzyny też schowali. No i przecież nie było sensu się rozbierać, skoro nie wiadomo o której enkawudziści znów załomoczą do drzwi.

***

Puk, puk, puk!
Franek poderwał się natychmiast. Nie spał – po prostu nie mógł zasnąć. Myśli kłębiły mu się w głowie, zastanawiał się, co też z nimi może się stać, a obawy usiłował zagłuszać wspomnieniami z młodych lat w Janówce. Przyszli po nas! – pomyślał i usiadł na łóżku. Usłyszał szuranie w sąsiednim pokoju: to wstał Antoni Cybulski, zmęczony po nieprzespanej nocy, poszedł otwierać drzwi. Za nim wstała matka – o ile w ogóle choć na chwilę się położyła, tej ostatniej nocy we własnym domu.
– No, zabierać się! – krzyknął po rosyjsku żołnierz.
Wyszli na zewnątrz. Był ranek. Chmury się rozeszły i słońce świeciło intensywnie, tak,,,,, że mimo wczesnej pory było już ciepło. Na ulicy stały dwie ciężarówki, uwijali się przy nich cywile i żołnierze.
– Macie załadować wszystko na tę ciężarówkę – machnął ręką plutonowy, bo to właśnie on nadzorował ich wyjazd. – W godzinę ma być wszystko gotowe! I nie zostawiać bałaganu w chałupie…
Wrócili do domu. Paczki, paczuszki, walizki, tobołki. Było tego wiele, ale jak władowali na pakę ciężarówki, zajęły niewiele miejsca. Potem jeszcze kilka kur w drewnianej skrzyni, ze dwa worki ziemniaków. Ciężarówka ruszyła pod sąsiedni dom, gdzie para gospodarzy już czekała ze swoimi pakunkami. Oni szli za samochodem.
Wreszcie ciężarówka była już pełna.
– Wsiadajcie – zakomenderował plutonowy. Z trudem zmieścili się na pace, wśród sterty pakunków i koło grupki swoich sąsiadów. Mładszyj komwzwod wskoczył do szoferki. Ruszyli. Z tyłu za nimi pojawił się samochód z czterema enkawudzistami, którzy w rękach trzymali karabiny. Minęli pomnik Lenina i siedzibę rady wiejskiej, potem szkołę. Jeszcze chwila i znaleźli się poza Janówką.
Kierowali się na południe, czyli w tym kierunku, z którego przyjechał do Janówki Franek. Czyżby wieźli ich do Dzierżyńska? Ale dwa dni wcześniej nic nie wskazywało na jakiekolwiek przygotowania. Więc do jakiegoś innego miasta na tym samym szlaku, dysponującego sporą stacją kolejową z kilkoma torami. Ale czy enkawudziści ładowaliby ludzi do wagonów na zwykłej, pasażerskiej stacji kolejowej?
To wydawało się mało prawdopodobne. Może podjadą na jakąś bocznicę, używaną przez wojsko albo fabrykę? Okazało się, że się nie mylił.
Godzinę później skręcili w boczną drogę. Zatrzymali się nagle. A potem tak samo nagle ruszyli, mijając podniesiony szlaban i posterunek, przejeżdżając przez wysokie, drewniane ogrodzenie. Wewnątrz ogrodzenia stały stare budynki, chyba fabryczne, ale sprawiające wrażenie opustoszałych. Wyglądały na stary browar. Franek gorączkowo się zastanawiał, ale nie znał aż tak dobrze wszystkich miejscowości w odległości ponad pięćdziesiąt kilometrów od Janówki, by wiedzieć na pewno, gdzie się znajduje.
Zatrzymali się przy peronie. Na torach stało kilkadziesiąt wagonów towarowych.
– Wysiadać! – do ciężarówki zajrzał jakiś żołnierz.
Powoli, jeden po drugim, wyskakiwali na ziemię.
– No, szybciej, wyładowywać!
Zaczęli wyjmować pakunki na ziemię. Obok stała inna ciężarówka, już prawie pusta, dokoła krzątali się mieszkańcy Janówki, przenosząc paczki do wagonu.
– Ten wagon jest wasz – powiedział enkawudzista, podchodząc bliżej. – Pakujcie się!
Dołączyło do nich dwóch robotników i zaczęli nosić swoje kufry, pudła i skrzynie do drewnianego wagonu. W środku było dość czysto, tylko na podłodze, leżały wiązki słomy.
– Może to wyrzucić? – spytał Antoni Cybulski. – Będzie więcej miejsca.
– A wy będziecie spać na gołych deskach? – zdziwił się enkawudzista.
– Jedziemy tym wagonem? – zdumiała się matka.
– Co, myśleliście, że wam pierwszą klasę podstawimy? – zaśmiał się żołnierz, zsuwając czapkę na tył głowy. – Macie słomę do spania, wiadro do załatwiania się, a na postojach dostaniecie wodę i żywność.
– Dokąd jedziemy?
– A bo ja wiem? – odpowiedział pytaniem enkawudzista.
Ładowanie pakunków zajęło im dobre trzy godziny. Potem weszli do środka, prawie w całości zajętego przez pakunki. Razem z nimi w tym samym wagonie jechały cztery inne rodziny. Żołnierz zajrzał, popatrzył na wszystkich, policzył izapisał nazwiska na kartce. Potem wstawił wiadro z wodą i zasunął ciężkie drzwi wagonu. Zrobiło się ciemno. Światło wpadało przez dwa małe, zakratowane okienka u góry. W milczeniu usiedli na wiązkach słomy.

***************************************

Szanowni Państwo!

To już ostatni odcinek „Przez czerwony step”, jaki zamieszczam w Salonie24.pl. Przyczyny są techniczno-organizacyjne – wyjeżdżam i będę miał skromny dostęp do Internetu, a książka w odcinkach publikowanych nieregularnie co kilka dni byłaby jakąś pomyłką. Mam nadzieję, źe ci z Państwa, którym się spodobało, zechcą sięgnąć po papierowy egzemplarz, do kupienia np. przez Internet, choćby ze strony wydawnictwa LTW:

ltw.com.pl/

Liczę teź na zainteresowanie problemami naszych Rodaków, tak na Ukrainie, w tym – w dawnej Radzieckiej Marchlewszczyźnie, jak i w Kazachstanie. Ponownie polecam stronę na Facebooku, tam będę starał się o tym pisać:

www.facebook.com/Przezczerwonystep

No i oczywiście będę o tym pisał takźe w „Rzeczpospolitej”!

Pozdrowienia,

Piotr Kościński

Przeczytaj także krótki wywiad z Panem Piotrem Kościńskim :

Przez czerwony step

 

Reklamy

Posted in Historia, Polskie Kresy, Reportaż | Leave a Comment »

Moi dziadkowie byli zesłańcami, spełniłam ich marzenie o powrocie do ojczyzny – opowiada repatriantka z Kazachstanu

Posted by tadeo w dniu 15 grudnia 2017

autor: fot.Dom Polonii w Pułtusku/Facebook

wPolityce.pl

autor: fot.Dom Polonii w Pułtusku/Facebook

https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/335761-nasz-reportaz-dziadkowie-byli-w-grupie-zeslancow-teraz-spelnilam-ich-marzenie-o-powrocie-do-ojczyzny-opowiada-repatriantka-z-kazachstanu

Przeczytaj także:

Z kazachskich stepów do Polski. Antonina Grabowska spełniła marzenie przodków.

Repatriacja – nowa odsłona

30 kg wspomnień

POSŁUCHAJ

Z kazachskich stepów do Polski. Antonina Grabowska spełniła marzenie przodków.

Powroty Polskie

https://www.polskieradio.pl/7/5955
52’06Powroty Polskie 15 grudnia godz. 02:05
50’49Powroty Polskie 15 grudnia godz. 01:07
48’04Powroty Polskie 15 grudnia godz. 00:10

Zobacz:

„Złączyć się z Narodem”

Posted in Polskie Kresy, Reportaż | Leave a Comment »

„Najważniejsze, aby na Twoim pogrzebie ludzie nie musieli kłamać”

Posted by tadeo w dniu 20 lutego 2017

  0c51ea7016036e7f2daaab102da27177750000
Przed rozpoczęciem uroczystości

Wróciłem właśnie z pogrzeby Heleny Kmieć i chciałem przelać na „elektroniczny papier” swoje przemyśleniami z dnia dzisiejszego.

Przez jakiś czas śpiewaliśmy razem w Akademickim Zespole Muzycznym Politechniki Ślaskiej, z tym, że widząc jej twarz na zdjęciu w końcu stycznia tego roku, nie potrafiłem sobie jej skojarzyć. Jednak niektórzy moi koledzy i koleżanki mięli szansę poznali ją, działając razem w Duszpasterstwie Akademickim czy w scholi przy kościele Św. Michała w Gliwicach. I może to jest najważniejsze w tym momencie, bo gdyby jej oni nie poznali, to być może bym nie śpiewał na jej pogrzebie.

Co się działo dzisiaj, można było zobaczyć, czy to w Telewizji Trwam, czy w TVP 1. Była też ekipa z TVN24, ale o niej za chwilę. Przyjechaliśmy na do Libiąża ok. godziny 13, aby prześpiewać utwory na oprawą mszy pogrzebowej. O 14:30 rozpoczął się Różaniec, a o 15 rozpoczęła się Msza św, która trwała do około 17. Obrzędy pogrzebowe na cmentarzu trwały do około 17:45.

Z punktu widzenia, z którego robiłem zdjęcia nie było widać, ilu ludzi było uczestnikami obrzędów pogrzebowych, ilu ludzi chciało pożegnać się z Heleną. W drodze na cmentarz wydawało mi się, że było ich kilkuset. Więcej niż tysiąc? Nie wiem.

Równolegle sporo pytań rodziło mi się w głowie. Zahaczały o wiele spraw, np. o to, z jakiej strony człowiek najbardziej pozostaje w ludzkiej pamięci. Jak na to wszystko wpływa to, co robimy, mówimy, pomagamy innym, modlimy się i zwyczajnie myślimy o sobie i o innych (co czasami widać na twarzy)? Jak wiele pozostaje po człowieku, gdy kończy się jego żywot? Może dlatego, że jadąc wczoraj na wjeździe do Rybnika widziałem bilbord z napisem (mniej więcej takim): „Najważniejsze, aby na Twoim pogrzebie ludzie nie musieli kłamać”

Inne szły ku temu, jak bardzo dobro pozostaje niewidoczne i niedocenione za życia i wybija się ono na pierwszy plan, gdy ktoś tak tragicznie ginie. Tragicznie ginie, gdy kocha to, co robi, gdy kocha tych, którym pomaga?

Ze swoich doświadczeń z tego bloga wynika, że ludzie będący różnorakimi wolontariuszami, w większości traktują swoje zajęcie jak coś zwykłego i normalnego, ale przy tym tak bliskiemu sercu, że trudno ich było namawiać do tego, żeby odpowiedzieli na kilka (wydawałoby się prostych) pytań. Tak chyba też było z Heleną, bo ze słów czy to wypowiedzianych w czasie dzisiejszej Mszy, czy świadectw innych ludzi o niej (w tym moich znajomych). Wydawała się być zwykłym człowiekiem, pełnym pasji do śpiewania i pomagania innym i przez to ewangelizująca swoje środowisko. Takim jakich wielu jeździ na misje. Z resztą ten wyjazd na misję miał być chyba jednym z kolejnych…

Miało być o ekipie z TVN 24. Spodziewałem się po nich niezbyt dobrych odruchów, ale zachowywali się w właściwie, przynajmniej na chórze. Co ciekawe pani z tego duetu (być może było ich więcej, ale wiedziałem tylko ta dwójkę) nagrywała wypowiedzi tylko kapłanów i siostry zakonnej o Helenie. Nie nagrywała audio, kiedy przemawiała dyrekcja szkoły, do której chodziła Helena.

Jako pointe dam myśl, która gdzieś chodziła mi po głowie od wczorajszego dnia: Heleno, I ty zostaniesz błogosławioną… jeśli Bóg tego będzie pragnąć i patronką wolontariatu misyjnego. Chciałbym tutaj napisać o Tobie po beatyfikacji, jeśli będzie mi to dane. I najważniejsze: chciałbym Cię spotkać w Niebie:)

http://ksiegahonoru.salon24.pl/757874,i-ty-zostaniesz-blogoslawiona

Przeczytaj także:

Iskra Helenki

Posted in Reportaż, SYLWETKI | 1 Comment »

Iskra Helenki

Posted by tadeo w dniu 20 lutego 2017

Helena Kmieć miała wiele talentów. Rozpoczęła studia na kierunku Inżynieria chemiczna w języku angielskim. Ukończyła szkołę muzyczną. Była również stewardesą. Angażowała się w wiele duszpasterstw młodzieżowych. Każdy mógł na niej polegać. Na początku 2017 roku została zamordowana w Boliwii podczas wyjazdu w ramach wolontariatu misyjnego.

 

http://www.radiomaryja.pl/multimedia/iskra-helenki/

Przeczytaj także:

„Najważniejsze, aby na Twoim pogrzebie ludzie nie musieli kłamać”

Posted in Reportaż, SYLWETKI | 1 Comment »

Reportaż: Pacyfikacja obywatelska

Posted by tadeo w dniu 10 października 2013

Reportaż o pacyfikacji Kupieckich Domów Towarowych w Warszawy – które miało miejsce w 2009 roku.

Posted in Filmy dokumentalne, Reportaż | Leave a Comment »

Wyznania poszukiwacza ofiar rzezi wołyńskiej. Tego, co znalazł, nie chciała pokazać żadna telewizja

Posted by tadeo w dniu 23 września 2013

Wyznania poszukiwacza ofiar rzezi wołyńskiej. Tego, co znalazł, nie chciała pokazać żadna telewizja
Robert Kmieć podczas wyprawy na jedno z jezior pod Nowym Dworem Mazowieckim. Tym razem w poszukiwaniu zatopionego pojazdu pancernego. [fot: arch.pryw.]

Robert Kmieć zajmuje się poszukiwaniem skarbów od kilkunastu lat. Wyciąga z jezior czołgi, samoloty i wozy opancerzone. Nie robi tego dla fantów, nie szuka łatwego zarobku. Dla niego ta praca jest odkrywaniem historii, często makabrycznej, brutalnej i niewygodnej politycznie. Tak jest w przypadku rzezi wołyńskiej, podczas której tysiące naszych rodaków straciło życie. Czy to było ludobójstwo? Poszukiwacz, który był na miejscu zbrodni i miał w ręku roztrzaskane siekierą czaszki małych dzieci nie ma żadnych wątpliwości. W rozmowie z Menstream.pl opowiada, jak trudno dotrzeć z prawdą do społeczeństwa.

Menstream.pl: Jak to możliwe, że Ukraina pozwoliła zbliżyć się polskim badaczom do miejsca zbrodni? To przecież niewygodne fakty.

 

Robert Kmieć: Dostaliśmy od władz Ukrainy zezwolenie na kilka dni pobytu w okręgu wołyńskim. Pojechał z nami również Adam Sikorski, znany z telewizyjnego programu Było, nie minęło. To on dokumentował całą ekspedycję. Były dwa wyjazdy, w ubiegłym roku i wcześniej, dwa lata temu. Można powiedzieć, że nasze poszukiwania były trochę półlegalne.

Co to znaczy?

Po pierwsze trzeba było przetransportować na miejsce georadary i inny sprzęt, który miał nam posłużyć do zlokalizowania i zmierzenia ewentualnych mogił, które mieliśmy zamiar znaleźć. No i nie mogliśmy przecież powiedzieć wprost Ukraińcom, po co tak naprawdę jedziemy na Wołyń.

Więc jaką wersję usłyszeli?

Akurat zdarzyło się, że prezydent Bronisław Komorowski miał spotkać się z prezydentem Ukrainy na otwarciu polskiego, powojennego cmentarza. To było niedaleko miejsca, które chcieliśmy sprawdzić. Tłumaczyliśmy więc, że jesteśmy na miejscu w związku z tym wydarzeniem. To była naszaprzykrywka.

I nikt nie obserwował, co tam robicie? Trochę trudno w to uwierzyć.

Oczywiście byliśmy sprawdzani. Funkcjonariusze KGB co rusz przyjeżdżali, przyglądali się, wypytywali i patrzyli na ręce. Zdarzało się, że chcieli utrudnić nam poszukiwania podrzucając gdzieś niewybuch.

Żeby przepłoszyć badaczy?

Tak. Mówili, że mają zgłoszenie od pobliskich mieszkańców, że w okolicy jest jakiś niewypał i muszą to sprawdzić. Oczywiście dla naszego bezpieczeństwa. W rzeczywistości obawiali się tego, co możemy znaleźć.

Domyślam się, że ekspedycja na ziemię wołyńską przyniosła rezultat.

To, co zobaczyłem na Ukrainie, ma się nijak do tego, co oglądałem wcześniej, w kilkunastoletniej karierze poszukiwacza. Nie raz miałem do czynienia z grobami żołnierskimi, z których wyciągaliśmy czaszki i kości. Widziałem już po pięćdziesiąt osób pochowanych zbiorowo. Stojąc jednak nad mogiłami w Wołyniu, coś ścisnęło mi serce. Jeszcze po powrocie do kraju, przez trzy tygodnie nie mogłem dojść do siebie. Do dzisiaj trudno dobierać słowa, gdy o tym opowiadam.

RZEŹ WOŁYŃSKA
Masowa zbrodnia dokonana przez nacjonalistów ukraińskich na mniejszości polskiej, podczas okupacji terenów II Rzeczypospolitej przez III Rzeszę, w okresie od lutego 1943 do lutego 1944. Ofiarami mordów byli Polacy, w dużo mniejszej skali Rosjanie, Ukraińcy, Żydzi, Ormianie, Czesi i przedstawiciele innych narodowości zamieszkujących Wołyń. Dokładna liczba ofiar nie jest znana.

Co tak Panem wstrząsnęło?

To może zrozumieć tylko osoba, która stoi nad grobem, w którym spoczywa nie jedna osoba, lecz dziesiątki dzieci powrzucanych jedno na drugie. Bo większość zwłok w odnalezionych przez nas mogiłach, to były właśnie dzieci, w różnym wieku. Znajdowaliśmy szczątki dwulatków, czterolatków, dziesięciolatków.

Żołnierze Ukraińskiej Powstańczej Armii nie oszczędzali przecież nikogo. Mordowano całe rodziny, bez wyjątku.

Tylko w jaki sposób. W niektórych czaszkach małych dzieci były dziury wielkości pięści, zapewne od uderzenia młotkiem lub siekierą. Przecież to jest niewyobrażalne, żeby tak postępować z drugim człowiekiem. Pytaliśmy też Ukraińców, którzy zainteresowani podchodzili do nas, czy pamiętają tamte lata. Niektórzy zgodzili się mówić.

 

Co wyłania się z ich opowieści?

Dantejskie sceny. Akurat prowadziliśmy prace przy ukraińskiej wsi Ostrówki. Lasy i pola obok tej miejscowości do dzisiaj noszą miano trupiego pola, pobliscy mieszkańcy bez problemu potrafią je wskazać. To tam Ukraińcy wymordowali setki Polaków, pozostawiając ciała bez pochówku. W lasach walały się trupy, które stały się później pożywką dla kruków. Dopiero po dwóch tygodniach armia Rosyjska, która zajęła tamte ziemie, nakazała pobliskim mieszkańcom wykopać mogiły i zrzucić do nich zwłoki. Odór rozkładających się ciał było ponoć czuć w promieniu kilku kilometrów, a zwłoki kobiet, dzieci i mężczyzn były już tak rozłożone, że trzeba było ściągać je do mogił bosakami i widłami, bo już się rozczłonkowywały, odpadały ręce, nogi i głowy. I my te mogiły właśnie odkryliśmy.

Władze Ukrainy zdają sobie sprawę z powagi tego odkrycia? Przyznał Pan, że byliście obserwowani.

Chyba nie zdają sobie sprawy ze skali naszych odkryć, ponieważ byliśmy bardzo czujni. Najgorzej było z Ukraińcem, to był chyba jakiś konserwator zabytków z okręgu lwowskiego, który został oddelegowany, by nadzorować nasze prace. No i byli jeszcze wspomniani funkcjonariusze z KGB, którzy nas nachodzili.


Robert Kmieć na planie filmowym Skarby III Rzeszy Bogusława Wołoszańskiego. Tym razem odkrywają tajemnice Zamku Czocha.Fot. archiwum prywatne.

Na czym to nękanie polegało?

Pamiętam, jak mundurowi przyjechali i rzucili wszystkich na maskę samochodu. Rewizja, pytania, oglądanie sprzętu. Było ich kilku. Dowódca przez dłuższy czas wydzwaniał do swoich zwierzchników z pytaniem, co z nami zrobić. W końcu odpuścili, bo nie znaleźli podstaw do zatrzymania. Mieliśmy szczęście. Innym razem prawie się zdemaskowaliśmy. Mundurowi byli o krok, by zobaczyć ogrom naszych odkryć.

Jak udało się uniknąć kłopotów?

Gdy już zorientowaliśmy się, z czym mamy do czynienia, trzeba było wszystkie szczątki opisać, skatalogować i policzyć. Pomagali w tym archeolog oraz antropolog, których mieliśmy w naszej ekipie. Wszystko układali skrzętnie na workach, rozłożonych na ziemi obok grobowca. Robiliśmy dokumentację, fotografie, by nikt nie zarzucił nam bezczeszczenia ciał. Nagle usłyszeliśmy dźwięk silnika. To były dwa samochody KGB. Na szczęście droga przez pola była trudna, więc trochę zajęło im dotarcie na nasze stanowisko badawcze. Mieliśmy więc czas, by zareagować. Cztery osoby szybko wykopały nowy dół, do którego poskładaliśmy wydobyte już z mogiły szczątki i ponownie przysypaliśmy je ziemią. Na to poszła beczka, na niej porozkładaliśmy jedzenie, dla niepoznaki. Jak Ukraińcy dotarli na miejsce i zajrzeli do mogiły, było w niej chyba sześć ciał. Tylko tyle znaleźliście?zapytali. Pokręcili się trochę po obozowisku i odjechali.

 

Co się później stało z tymi wszystkimi szczątkami? Nadal są zakopane na trupim polu?

Nie mogliśmy tak tego zostawić. Wszystkie odnalezione przez nas zwłoki zostały przeniesione na polski cmentarz, gdzie została odprawiona msza przez polskiego księdza.

Na tym samym cmentarzu, na którym mieli spotkać się prezydenci?

Tak. Z jakiś powodów, których nie znam, do spotkania głów obu państw jednak nie doszło. Były jednak osoby z Polski, rodziny pochowanych tutaj w czasie wojny rodaków. Przyjechali również przedstawiciele duchowieństwa ukraińskiego. Pamiętam, że jak zaczęła się część mszy, podczas której chowano wszystkie znalezione przez nas szczątki, opuścili oni cmentarz i stali za płotem. Wszyscy byli w szoku, nie rozumieli takiego zachowania.

Jak Pan je interpretuje?

Jestem prostym człowiekiem, nie wiem, co o tym sądzić. Najważniejsze było dla mnie wtedy upamiętnienie pamięci zamordowanych.

Na trupim polu też stanął jakiś znak, przypominający o tej zbrodni?

Ukraińcy pozwolili nam wyciąć dwa drzewa. Zbiliśmy z nich krzyż, który tam stanął. Tylko w ten sposób, oraz krótka modlitwą, mogliśmy oddać hołd wymordowanym rodzinom.

Co stanie się z zebranym przez badaczy materiałem? Przecież robiliście zdjęcia, kręciliście materiał filmowy.

To nie zginie. Adam Sikorski robi na jego podstawie film dokumentalno-fabularyzowany. Mogę już zdradzić, że obraz będzie miał premierę we wrześniu tego roku, będą pokazy w Warszawie. Po premierze można spodziewać się niemałego zamieszania.


Robert Kmieć podczas pracy. Fot. archiwum prywatne.

Dlaczego? Przecież temat Wołynia nie jest nowy. Polacy już się z nim obyli.

Tylko ten film przedstawi prawdę historyczną, pokażemy doły śmierci, które zastaliśmy w Ukrainie. Będą inscenizacje mordu, żadnego przekłamania. Moim zdaniem to bardzo wstrząsający materiał. Proszę sobie wyobrazić, że żadna stacja telewizyjna nie jest zainteresowana wyemitowaniem dokumentu, ponieważ jest zbyt drastyczny, zbyt bije w interesy ukraińsko-polskie. Na szczęście znalazł się człowiek, który wyłożył pieniądze na realizację projektu. Tyle mogę powiedzieć.

Z tego co Pan mówi, ten film może jednak uderzyć w interesy ukraińsko-polskie.

Jeżeli były mordy, to trzeba pokazać, w jaki sposób ich dokonywano. Nie mówię, byśmy rozpętywali trzecią wojnę światową i szli na Ukraińców. Jednak dopóki władze tego narodu nie przyznają, że takie zbrodnie miały miejsce i nie potępią tego, co się wydarzyło, nie ma mowy o jakimkolwiek pojednaniu. Stepan Bandera, który ponosi odpowiedzialność za zorganizowane ludobójstwo polskiej ludności cywilnej na Wołyniu, nadal jest przecież traktowany u nich, jak bohater narodowy.

Trzy lata temu zostało mu nadane największe odznaczenie państwowe na Ukrainie. Później je cofnięto.

Co z tego, jeśli w zamian postawili mu kolejny pomnik? Ponad osiem szkół na terenie Ukrainy nosi też imię Bandery, podobnie jak około dwieście ulic, nie mówiąc o innych instytucjach. Oni naprawdę uważają go za wielką postać. Jeszcze sporo czasu może minąć, nim zmienimy karty historii.

ROBERT KMIEĆ
Zajmuje się poszukiwaniem skarbów od około trzydziestu lat. Profesjonalnie robi to od lat dwunastu. Pracował m.in. z red. Adamem Sikorskim przy programie Było, nie minęło, teraz działa w szeregach Narodowej Agencji Poszukiwawczej, organizacji współpracującej z instytucjami państwowymi, takimi jak: Muzeum Wojska Polskiego, Muzeum Armii Krajowej, IPN, Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Robert Kmieć pracuje również z Bogusławem Wołoszańskim przy nowym cyklu dokumentalnym pt: Skarby III Rzeszy.
CZYTAJ W MENSTREAM.PL
Kolekcjoner czaszek stanie przed sądem
Kolekcjoner kości wszedł w posiadanie szczątków bezprawnie, bez zgody kościoła, z którego je zabrał.
Ile dostają za wejście w ogień?
Tysiąc stopni Celsjusza, zwęglone ciała i pułapki w płonących domach. Taka praca wymaga silnych nerwów.
Spowiedź strażników miejskich
Czterech funkcjonariuszy odkrywa tajemnice nielubianego zawodu.

http://menstream.pl/wiadomosci-reportaze-i-wywiady/wyznania-poszukiwacza-ofiar-rzezi-wolynskiej-tego-co-znalazl-nie-chciala-pokazac-zadna-telewizja,0,1355028.html

Posted in Historia, Reportaż | Leave a Comment »

Afrykańska Szkoła Ruchu i Tańca na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie

Posted by tadeo w dniu 25 sierpnia 2013

2013-08-25 14.56.57

Więcej: https://skydrive.live.com/?cid=2BDBD0A8B54A35A6&id=2BDBD0A8B54A35A6%2144898

Posted in Reportaż | Leave a Comment »

Puszcza Białowieska Odcinek 15 Na Tropie TV Trwam

Posted by tadeo w dniu 18 lipca 2013

Więcej: http://www.youtube.com/user/natropie1985?feature=mhee

Posted in Reportaż | Leave a Comment »

Wilno: Za obchody rocznicy Powstania 1863 r. – na komisariat!

Posted by tadeo w dniu 9 lutego 2013

Ks. Dariusz Stańczyk, kapłan diecezji radomskiej przebywający obecnie na Litwie, stanie przed sądem. 22 stycznia z harcerzami Wileńskiego Hufca Maryi i młodzieżą ze Stowarzyszenia Jana Pawła II ulicami Wilna przeprowadził Marsz Wolności „Za wolność naszą i waszą” z okazji 150. rocznicy wybuchu powstania styczniowego.
Powodem zatrzymania księdza był brak pozwolenia władz na przemarsz młodzieży ulicami miasta.
Ostatnim akcentem uroczystości była polowa Msza święta na Górze Trzech Krzyży. Po jej zakończeniu policja zatrzymała księdza Stańczyka. Kapłan został przeprowadzony na komisariat policji w celu złożenia wyjaśnień.

W mailu przesłanym przez ks. Stańczyka redakcji Radia Plus Radom kapłan przyznaje, że przez 18 lat organizowania Sztafety Niepodległości, zwracał się z prośbą o stosowną zgodę samorządu Miasta Wilna. Tym razem jednak zrezygnował z wystosowania pisemnej prośby, ponieważ dowiedział się o zatwierdzeniu przez miasto …

http://gloria.tv/?media=397210

Posted in Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Reportaż | 1 Comment »

Kolejki wąskotorowe w Polsce

Posted by tadeo w dniu 29 czerwca 2012

Posted in Podróże, Reportaż | Leave a Comment »

Po stronie prawdy – 30.05.2012 | TV Trwam – Oszukani rolnicy

Posted by tadeo w dniu 2 czerwca 2012

Więcej: 

http://www.youtube.com/results?search_query=Po+stronie+prawdy+&oq=Po+stronie+prawdy+&aq=f&aqi=p-p1g1&aql=&gs_l=youtube.12..35i39j0.192624.193764.0.194786.12.7.0.0.0.3.123.636.5j2.7.0…0.0.7VHJ4l4ivV4

Posted in Polityka - video, Polityka i aktualności, Reportaż | Leave a Comment »

RODZINA ZWYKŁA-NIEZWYKŁA

Posted by tadeo w dniu 15 Maj 2012

To ci rodzina: 2+16!

Kiedyś na Wileńszczyźnie dominowały rodziny wielodzietne, gdzie nieraz, by policzyć potomstwo, brakowało palców jednej, a nawet dwojga rąk. Dziś natomiast również tu dominują inne poglądy: każde dziecko jest postrzegane raczej jako balast, uprzyziemniający „podszyte wiatrem” młode małżeństwa, zapatrzone w swoje „ja” i stroniące od tradycyjnie pojmowanej misji ojca i matki.

Na szczęście, zdarzają się jednak wyjątki. „I to jakie!” – chciałoby się wykrzyknąć, mając na myśli zamieszkałych w Połukni Wierę i Czesława Makutonowiczów. A to dlatego, że doczekali się oni aż 16 (szesnaściorga!) różnych wiekiem pociech. Fakt ten godzien podziwu tym większego, że każda z nich jest własna, a nie zaadoptowana z sierocińca bądź Domu Dziecka, co jest dziś nierzadko praktykowane, że rodzina ta nie ma nic wspólnego ze sławetnym pojęciem stadła asocjalnego, w którym dzieci płodzi bynajmniej nie miłość a bieda.

Przypisany z dziada pradziada Połukni Czesław i pochodząca z Białorusi Wiera poznali się na prywatce u znajomego, kiedy on akurat kończył studia na wydziale radioelektroniki Politechniki Kowieńskiej, a ona przyjechała do Wilna, by się uczyć w tutejszym politechnikum na Holenderni. Miłość od pierwszego wejrzenia sprawiła, że w roku 1982 stanęli na ślubnym kobiercu. Mglista perspektywa na otrzymanie „własnego kąta” w zakładzie „Vilma”, gdzie młody żonkoś zatrudnił się w biurze konstrukcyjnym, zadecydowała, że już na początku 1983 roku zdecydowali przenieść się w rodzinne strony męża – do Połukni. Tu bowiem będące wówczas w rozkwicie gospodarstwo eksperymentalne „Merkys” każdego młodego specjalistę witało naprawdę otwartymi ramiony, oferując dosłownie na poczekaniu lokum mieszkaniowe.

Już po 5 miesiącach dostali przydział na dwupokojowe „gniazdko”, a radość potęgował fakt przyjścia na świat w roku 1983 pierworodnego Andrzeja. Wbrew przypuszczeniom lekarzy o możliwej bezdzietności ich związku małżeńskiego, w roku 1984 urodziła się Emilia, w roku 1986 – Daniel, w roku 1987 – Julia. Jak się okazało, był to dopiero początek rozwiązania się im – rozkochanym w dzieciach – przysłowiowego worka z maleństwami. Z wyraźnego błogosławieństwa Bożego w roku 1988 urodziła się Bożena, w 1990 – Aneta, w 1991 – Miłosz, w 1993 – Marek, w 1995 – Wiesław, w 1996 – Marta, w 1998 – Lilia, w 2000 – Nelli, w 2001 – Anna, w 2003 – Joanna, w 2004 – Łukasz, w 2006 – Samuel – ostatnia z szesnastu latorośli Makutonowiczów.

Nawet najgłębsze wciągnięcie w płuca powietrza nie pozwoli na jednym wydechu te latorośle wymienić z imion i dat urodzenia, a przecież każdą trzeba było nauczyć stać, chodzić, jeść, mówić, czytać, pisać… Najkłopotliwiej – jak z uśmiechem wspominają – poradzili sobie z pierwszą czwórką, kiedy mała różnica wieku powodowała, że wszyscy naraz łaknęli pieszczot rodziców, którym na to brakowało… rąk i kolan. Dalej było cokolwiek łatwiej. Najstarsze z rodzeństwa, z przyjściem na świat każdego kolejnego, służyły pomocą, ochoczo włączały się w proces wychowawczy, smucąc się, kiedy kogoś dopadała katarowa albo grypowa niemoc, i ciesząc się z każdego osiągnięcia. Bo od dni najwcześniejszych w „kodeksie” wychowawczym rodziców dominowało tworzenie rodzinnej spójni, polegającej na tym, że jedni za drugich gotowi stanąć murem.

Od dni najwcześniejszych były też przyuczane latorośle w miarę swych wiekowych możliwości do wysiłku fizycznego. Chłopcy – do pracy męskiej, dziewczęta – do wyręczania mamy, a wszyscy razem, gdy zachodziła potrzeba, ruszali na łąkę (ileż to płaczu było, gdy komuś nie starczyło grabi do siana!) albo do kopania ziemniaków, w czym z uśmiechem na twarzy bez żadnej pomocy ze strony potrafią obrócić za dzień w kartoflisko 50 arów plantacji. To będące wyrazem „twardej ręki” wychowanie przez pracę ma zaprocentować i pomóc juniorom-Makutonowiczom, kiedy wypadnie wyfrunąć spod rodzicielskiego skrzydła w dorosłą samodzielność.

Czworo ich zresztą to uczyniło. Andrzej, Emilia, Daniel i Miłosz, założywszy własne rodziny, już 7-krotnie obdarowali kochanych rodziców zaszczytnymi tytułami babci i dziadka, z czym wprawdzie ci nadal nie za bardzo chcą się pogodzić. Chociażby dlatego, że urodzony 6 listopada 2006 roku ich najmłodszy Samuel jest ledwie o 9 dni starszy od… najstarszej z wnuczek. A wszystkim dociekającym, czy aby trudno dzielić miłość między dzieci i wnuki, mają odpowiedź bardziej sędziwego mędrca godną niż zwykłego zjadacza chleba: miłości nie sposób dzielić, ona daje się wyłącznie mnożyć.

Wody w usta niech nabiorą ci, kto z miną cierpiętnika snuje wspominki, ile to zachodu kosztowało mu urodzenie i wychowanie podwójnego albo potrójnego potomstwa. Makutonowiczowie o swojej „szesnastce” mówią z wypiekami radości na twarzy, jakby mimochodem napomykając o włożonym wysiłku. Wtedy, kiedy pierwotnie wypadło dla poszerzenia lokum przekształcić werandę w szósty pokój. Potem, gdy dla ulokowania wszystkich pod jednym dachem, ten na pobudowanym w roku 1987 na poły z funduszy „Merkysu”, a na poły z ich pieniędzy domu spółdzielczym trzeba było zerwać i na całej powierzchni nadbudować mansardę, dzięki czemu powierzchnia użytkowa zwiększyła się do 250 metrów kwadratowych. Jak rzeczywistość zmusza z dnia na dzień zatroszczyć się, co do prozaicznego garnka włożyć, by każdy wstał od stołu najedzony. Albo wtedy, kiedy (jak to np. w roku ubiegłym) wraz z 1 września wypadło naszykować jednym machem aż 8 (!) uczniowskich „wyprawek” szkolnych.

A – tu trzeba dodać – że wszystkim synom i córkom, którzy ukończyli szkołę w Połukni albo którzy w niej obecnie pobierają wiedzę, towarzyszył ojczysty język polski. Ten sam, którym mówili zakorzenieni tu od zamierzchłych czasów przodkowie. Ten sam, którego, kiedy rodzic Czesław Makutonowicz chodził do szkoły, uczyła go na lekcjach legendarna połukniańska polonistka Alina Kamilewicz.

Z wielkim niepokojem obserwuje więc czynione przez władze zakusy na szkolnictwo polskie. Przecież przyjęta w marcu 2011 roku, wbrew stanowczym protestom rodaków, Ustawa o oświacie ogranicza nauczanie w języku ojczystym. „Za Sowietów, kiedy wstępowałem na studia do Politechniki Kowieńskiej, egzaminy tam można było składać nawet po polsku. Dziś natomiast trąci to bajką” – nie bez goryczy w głosie zaznacza wielodzietny ojciec.

Wielce chwalebne, że pociechy Makutonowiczów niczym roślinki do światła ciągną się do wiedzy, do czego bez wątpienia dopinguje zawieszona przez rodzica „poprzeczka” wyższego wykształcenia, a zrobiona po polsku matura wcale nie jest w tym przeszkodą. Zdecydowana większość z tych, kto już ma świadectwa dojrzałości, bynajmniej na tym nie poprzestała: Emilia ma dyplom Kolegium Medycznego, Daniel ukończył Uniwersytet im. Witolda Wielkiego w Kownie, Julia po początkowo kolegialnym w roku ubiegłym zdobyła wyższe wykształcenie medyczne na Uniwersytecie Wileńskim, Bożena studiuje na magisterce filologię germańską, Aneta robi studia na Wileńskiej Filii Uniwersytetu Białostockiego, Miłosz godzi świeże ojcostwo z nauką w Kolegium Wileńskim. Słowem, wspinaczka na edukacyjne wyżyny trwa na całego i teraz życzyć wypada, by zechciał też dołączyć do niej Marek, tegoroczny maturzysta, a potem kolejni młodsi wiekiem.

Jako wielki uśmiech losu z perspektywy lat postrzegają Makutonowiczowie-seniorzy przeprowadzkę do Połukni, na „rodzinne śmieci”. Gdyby zostali na wileńskim bruku, obdarzeni tak liczną dziatwą, znaleźliby się z pewnością w wielkich tarapatach. Tym bardziej, że wypadłoby raczej dzielić los bezrobotnych. Na wsi – na szczęście – jakoś da się zaradzić, byleby była chęć do pracy na ziemi.

Tej ziemi-żywicielki mają 3 hektary. Jeden z odzyskanej ojcowizny podarowali im rodzice pana Czesława, dwa pozostałe, pierwotnie dzierżawione, dokupili. Około 20 przydomowych arów z roku na rok zajmuje ogród warzywny, na większym masywie sadzą ziemniaki. 2 hektary – to użytki zielone, służące za pastwisko oraz do gromadzenia siana na zimę dla 2 krów. Swoje mleko i jego pochodne, takież mięso (z reguły na własne potrzeby biją rocznie po trzy prosiaki), dostarczane przez kury jaja czynią ich cokolwiek mniej zależnymi od sklepów spożywczych. Każda konieczna tam wizyta powoduje jednak naprawdę szerokie otwieranie portmonetek. Mając na względzie liczbę łyżek, noży i widelców, które naraz dźwięczą przy każdym posiłku.

Nie nawykli, choć tak imponująca wielodzietność niby ich po części w tym rozgrzesza, oczekiwać wsparcia ze strony. Gdy jednak ktoś ciągnie pomocną dłoń, nie odtrącają jej. A tę za życia oferował nawet prezydent Litwy Algirdas Brazauskas, przeznaczając z własnego funduszu 2000 litów. Na listę darczyńców wpisywała się też władza gminy połukniańskiej oraz rejonu trockiego. Mer tego ostatniego, gdy przyszło im na świat 15 dziecko, gratulacje wsparł kwotą 3500 tys. litów, potrzebną na zakup nowego pieca do parowego ogrzewania domu.

Głowa rodziny nie kryje, iż tytuł ojca w liczbie mnogiej wyraźnie pieści jego dumę, zdecydowanie wszak stroni od utwierdzania się w bohaterstwie. Jeśli już – to bezsporne prawo na to ma żona Wiera, która w bólach i mękach porodowych wydawała na świat potomstwo. Za byłej władzy byłaby na świeczniku jako „mat’-gieroinia”. A że takiego miana na Litwie nie ma (a szkoda!), w roku 2004 mocą dekretu czasowo pełniącego wówczas obowiązki prezydenta RL Arturasa Paulauskasa pierś Wiery ozdobił medal „Za zasługi dla Litwy”. W roku 2010 natomiast już wspólnie – jako oboje rodziców – otrzymali nagrodę II stopnia księcia Giedymina za „krzewienie wysokich wartości moralnych w rodzinie”.

Oni z kolei za te wartości moralne dozgonnie wdzięczni są swoim rodzicom. Wiera była najstarszą z sześciorga rodzeństwa, a Czesław miał dwie siostry i dwóch braci. Oboje zgodnie twierdzą, że choć ptasiego mleka w dzieciństwie nie pijali, darzeni byli przez matki i ojców szczerą miłością. Stąd nic dziwnego, że teraz pełnią serc tą szczerą miłością otaczają własne tak liczne potomstwo, wypraszając mu u Boga potrzebne łaski.

A by łaskom tym lotności dodać, doczepiają multirodzice Makutonowiczowie skrzydła. Potrzebne w dotarciu do położonej na estońsko-rosyjskiej granicy Narwy, gdzie obecnie wraz z mężem i trójką dzieci mieszka Emilia, oraz do Wilna – do rodzin Andrzeja, Daniela i Miłosza. Z synami i ich potomstwem widują się dosyć często, z córką – też codziennie prawie, aczkolwiek jest to kontakt wirtualny, gdyż z pomocą łączy internetowych. Choć nie tylko. Zaraz po Nowym Roku robili rodzinny wypad do Narwy, by nacieszyć oczy przyszłą na świat ubiegłoroczną jesienią najmłodszą z pociech Emilii.

Kiedy opuszczając gościnne progi połukniańskiego domu, gdzie od dziecięcego rozgwaru niczym w pszczelim ulu, zastanawiam się w głos, ilu to wnuków i prawnuków mogą w przyszłości się doczekać babcia Wiera i dziadek Czesław, oni wyręczają mnie życzeniem: „Oby jak najwięcej…”. W głębokim przeświadczeniu, że każdego z nich obdarzą miłością. Która przecież zwykła się mnożyć a nie dzielić.\

Henryk Mażul

http://www.magwil.lt/

Posted in Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Reportaż | Leave a Comment »

Konstancin za zamkniętymi drzwiami

Posted by tadeo w dniu 13 Maj 2012

Tutaj Polska solidarna i liberalna sąsiadują przez płot. Wysoki. Z alarmem i wieżyczkami.

Jerzy Urban potrafi korzystać z życia. Wielu mieszkańców Konstancina chętnie wygnałoby go z miasteczka.

Jerzy Urban potrafi korzystać z życia. Wielu mieszkańców Konstancina chętnie wygnałoby go z miasteczka. (fot. fot. Krzysztof Miller/Agencja Gazeta)

Tu mieszka miliarder Ryszard Krauze. Ostatnio kupił pola naftowe w Kazachstanie.

Tu mieszka miliarder Ryszard Krauze. Ostatnio kupił pola naftowe w Kazachstanie.

Poranek w leśnej dzielnicy. Z brukowanych szlachetnym kamieniem dziedzińców wyjeżdżają luksusowe jeepy z przyciemnianymi szybami. Rządy w domach przejmują pokojówki, kucharki i ochroniarze… 

Samochód terenowy to w podwarszawskim Konstancinie konieczność, a nie szpan. Ulica Batorego, przy której mieszka najbogatszy Polak Jan Kulczyk, to polny trakt, który po deszczu zmienia się w bajoro. Po każdej większej ulewie zza murów posiadłości wychodzą pracownicy techniczni i pistoletami ciśnien płoty z piaskowca. Wysokość ogrodzenia jest wprost proporcjonalna do statusu majątkowego właścicieli. 

Polska przez płot

Kulczyk, Krauze, Niemczycki, Niezabitowska, Rywin, Urban, Starak, Walter, Rodowicz, Wejchert – wszyscy oni mają wysokie płoty. 
– Popatrz pan – Andrzej Lizik pokazuje ręką na płot sąsiada. – Oni żyją jak w obozie koncentracyjnym. Pięć lat tu mieszkam, ale żadnego z nich nie widziałem na oczy. 
„Oni” to najbliżsi sąsiedzi Lizika, małżeństwo Jana i Anny Staraków – miliarderów. On jest właścicielem znanej firmy farmaceutycznej Polpharma, ona – prestiżowej warszawskiej restauracji Belvedere. Stali bywalcy plotkarskich kronik. W wystawnej willi po drugiej stronie drogi mieszka ambasador Rosji. 

Dwie Polski sąsiadują przez płot także na ulicy Piasta. Po stronie liberalnej neomodernistyczna willa Jana Wejcherta, właściciela telewizji TVN. 
– Raj na ziemi, ale szef rzadko tam bywa – mówi jeden z pracowników ITI. – Ma jeszcze piękniejszą willę w Nicei na Lazurowym Wybrzeżu, z basenem nad skalnym urwiskiem z widokiem na morze Śródziemne. 

Tuż za płotem Wejcherta altanka ogrodnicza, w której mieszka rodzina Konarskich. Ona bezrobotna, on żyje z dorywczych prac. Dwójka dorastających dzieci. Gnieżdżą się w odrapanej chałupce i z zazdrością spoglądają za płot. 
– Pan uwierzy, że ja tego całego Wejcherta to tylko raz w telewizji widziałam. Na żywo nigdy – Krystyna siedzi na schodach i pociąga LM-a lighta. – Najgorsze, że jego ochroniarze nie dają nam żyć. Uwierzysz pan, że jak latem grillujemy karczek przed domkiem, to o 22.01 zajeżdża policja i nas ucisza! 

Takich mieszkańców jak Lizik czy Konarscy jest w leśnej enklawie Konstancinie coraz mniej. Wkrótce ich domy rozjadą buldożery, a działkę kupi za milion dolarów jakiś kolejny król żelatyny, zaprawy klejowej czy pasty do zębów. 
– Mieliśmy sygnały, że bogaci mieszkańcy krępują się sąsiedztwem ludzi ubogich, czyli niezaradnych życiowo – mówi jeden z urzędników gminy Konstancin-Jeziorna. – Niektórzy z nich lobbują za wysiedleniem z „ich” ulic biedaków i postawieniem szlabanów z ochroniarzami. Oni najchętniej nie tylko swoje domy, ale i całą okolicę otoczyliby wielkim murem.

Wszystko przez baseny

„Oni” – to słowo powtarzają biedacy z luksusowego osiedla, ale też gminni urzędnicy pod krawatami. Oni, czyli nowobogaccy, którzy w ostatnich kilkunastu latach stali się panami konstancińskiego lasu. 
– Są naszym błogosławieństwem i przekleństwem – mówi urzędnik (za nic w świecie nie chce poda nazwiska). – Błogosławieństwem, bo płacą podatki. Tych najbogatszych jest ledwie kilkudziesięciu, ale to z ich krwawicy gmina ma prawie 60 procent przychodów (jedna trzecia podatków od osób fizycznych). 
– A przekleństwo? – pytamy. 
– Weźmy taką wodę – mówi urzędnik. – Jak zaczęli kopać wielkie ba-seny, to wszyscy – jeden po drugim. I okazało się, że przez te ich luksusy obniżył się w okolicy poziom wód gruntowych. Drzewa przez to nam zaczynają obumierać, bo korzenie nie mają co pić. 

Pan Stanisław mówi o sobie, że jest miłośnikiem ziemi konstan-cińskiej: 
– Krew mnie zalewa, jak widzę, że ci ludzie za pieniądze potrafią wszystko załatwić. Starak rozbudował zabytkową willę tak, że okazała się prawie dwukrotnie większa. Wejchert zburzył przedwojenny dom znanego pisarza Buczkowskiego, bo chciał na tej działce coś nowoczesnego. Kto mu to zatwierdził? 
Jednak „gargameli” nie widać – pierwsza liga biznesu ma gust. Willa „Pod łabędziami” Kulczyka jest po prostu piękna, odrestaurowana z wyjątkową pieczołowitością.

 

– Mnie cieszy, że wielki biznes te wille bierze, bo dzięki temu one przetrwają – mówi Andrzej Krzyżanowski, lokalny pośrednik nieruchomości. – Przed wojną, obok literatów i artystów, też przeważali tutaj fabrykanci. Z tym że zamiast króla komputerów był król smoły czy stali. 

Milioner z biblioteki

Krzyżanowski to wielki szczęściarz. Ten subtelny intelektualista w końcówce komuny został dyrektorem gminnej biblioteki, która mieściła się w willi Eloe przy ul. Jagiellońskiej. W 1990 roku do biblioteki przyszło małżeństwo, polscy Żydzi. Domagali się zwrotu budynku. 
– Zamiast protestować pomogłem im i tak wszedłem w biznes – mówi. 
Dziś jest głównym graczem na stancińskim rynku nieruchomości. Niedawno sprzedał willę do remontu Maryli Rodowicz. Choć właściwie jej mężowi, Andrzejowi Dużyńskiemu, który jest polskim królem nakrętek. 
– Mamy w tej chwili co najmniej kilka pięknych domów z sąsia-dami-gwiazdami przez płot – zachwala pośrednik. – Ceny są różne, ale te atrakcyjne posesje nie schodzą poniżej kilku milionów euro.

Diabeł w basenie 

Jerzy Hertel, autor kilkunastu książek o Konstancinie, stary działacz „Solidarności”, nie miałby nic przeciwko temu, żeby nowa władza prześwietliła majątki paru dżentelmenów.
– Wstydzę się za niektórych z nich – mówi. – Weźmy takiego Urbana. Toż to obraza dla naszej gminy. 

Naczelny tygodnika „Nie”, rzecznik rządu w czasach stanu wojennego, to jedyny bogacz, który chętnie zaprasza dziennikarzy do swego rozłożystego domu. Przestronne i luksusowo wyposażone wnętrza, w sypialni, nad łóżkiem obitym skórą olejny obraz z pornograficznym ujęciem kopulujących par. W drugim planie konie i średniowieczne rycerstwo. Stąd kilka kroków na piękny basen z widokiem na las i ogród.

Dom Lwa Rywina sąsiaduje z kościołem.

Dom Lwa Rywina sąsiaduje z kościołem.

Urban to król życia. Chwali się, że zaprasza na basen prostytutki. Przed laty lubił się tu zabawiać pospołu z Mieczysławem Wilczkiem, ministrem gospodarki w rządzie Mieczysława Rakowskiego. 
Często wódkę pijał tu Leszek Miller junior (do czasu kiedy pokłócił się z żoną Urbana). To tutaj Adam Michnik, naczelny „Gazety Wyborczej”, informował Urbana o korupcyjnej propozycji, jaką dostał od Lwa Rywina, który mieszka dwie ulice dalej, pod… kościołem. 

Dmuchają na zimne

Niewielu biznesmenów jest tak otwartych jak Jerzy Urban. Najbogatsi Polacy drżą o bezpieczeństwo, dlatego dają zarobić firmom ochroniarskim. Najwięcej obaw o swoje życie ma miliarder Ryszard Krauze, właściciel koncernów Prokom (komputeryzacja, budownictwo), Bioton (biotechnologie), a od niedawna również pól naftowych w Kazachstanie. Jego warty ok. 10 milionów dolarów pałac na wodzie otacza wysoki i solidny, betonowy mur. Fotoreporter, aby zrobić zdjęcie pałacu, staje na drabinie przy pobliskim baraku ekipy remontowej.

Pieczołowicie odrestaurowany pałac Jana Kulczyka, najbogatszego Polaka.

Pieczołowicie odrestaurowany pałac Jana Kulczyka, najbogatszego Polaka.

– Mogli pana odstrzelić – ostrzega robotnik, który tuż pod posesją remontuje most. – Ochroniarze Krauzego mają karabiny. 

Willę właściciela telewizji TVN Jana Wejcherta strzegą pracownicy ochrony koncernu ITI, w większości starsi panowie przed emeryturą. Kiedy chcemy zrobić zdjęcie zza płotu, wybiegają na zewnątrz. 
– Już jeden od nas stracił pracę, a ja mam dwa lata do emerytury – mówił, patrząc błagalnym wzrokiem jeden z nich. 
Po czym sam robi nam zdjęcie. Tak na wszelki wypadek.

Artykuł z 2006 roku – http://www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20061226/REPORTAZ/61223012

Posted in Polityka i aktualności, Reportaż | 1 Comment »

Czekając na sobotę

Posted by tadeo w dniu 1 Maj 2012

„Czekając na sobotę” to szokujący dokument o młodych ludziach żyjących od soboty do soboty – wyjście do dyskoteki jest wydarzeniem przełamującym codzienną nudę. Rytm życia mieszkańców Trawnik(200 km od Warszawy) wyznaczają imprezy w lokalnej dyskotece Nokaut. „Ten Nokaut to jest dla nas dobrodziejstwo” – mówi matka jedenaściorga dzieci, która sprząta w klubie i zbiera puszki po sobotniej zabawie. Nokaut jest źródłem zarobków mieszkańców miasteczka, a także jedyną rozrywką oraz głównym tematem rodzinnych rozmów i żartów. Życie towarzyskie w Woli Cygowskiej (38 km od Warszawy) toczy się na przystanku autobusowym. Dyskoteka to większe wyjście – musi się znaleźć ktoś, kto zgodzi się nie pić cały wieczór, żeby porozwozić po zabawie kolegów po domach. Towarzystwo z przystanku też się jednak wykrusza.

– Film uznawany jest często za kontrowersyjny – mówi Jerzy Morawski. – Nie wszystkim się w głowie mieściło, że nawet niedaleko od Warszawy ludzie wiodą takie życie. Że tak zupełnie nie widzą przed sobą przyszłości, nie chcą się wyrwać, wyjechać… Jest to problem jakby zasklepiony, schowany za ścianą. Cieszę się, że właśnie w Kielcach doceniono nasz dokument, ponieważ bardzo cenię ten festiwal.

https://vimeo.com/16238575

Film „Czekając na sobotę” Ireny i Jerzego Morawskich zdobył główną nagrodę – Wydarzenie Nurtu – zakończonego w Kielcach 17. Festiwalu Form Dokumentalnych.


Posted in Filmy dokumentalne, Reportaż | Leave a Comment »

Żywot Michała (2003) wstrząsający film dokumentalny

Posted by tadeo w dniu 24 kwietnia 2012

Wstrząsający dokument obejmujący 3 lata z życia alkoholika w średnim wieku.

Michał pije już 30 lat. Na co dzień włóczy się, zbiera złom i makulaturę, by zarobione w ten sposób pieniądze przeznaczyć na alkohol. Bezdomny, brudny i zaniedbany, wciąż upija się do nieprzytomności w towarzystwie podobnych mu kolegów. Długie, wielodniowe ciągi picia przeplatają się z jego rozpaczliwymi próbami trzeźwienia i szukania pomocy w ośrodku św. Brata Alberta. Desperackie próby wyjścia z nałogu kończą się powrotem do regularnego picia.

Michał miał w przeszłości rodzinę – żonę i synka, ale postępujące uzależnienie doprowadziło do rozpadu jego małżeństwa.
W 1984 roku była żona Michała zabrała ich dwuletniego synka i wyemigrowała do Szwecji – od tego czasu mężczyzna nie miał kontaktu ze swoim synem, który dzisiaj jest już dorosłym mężczyzną.

Michał, przebywając w ośrodku i ucząc się na nowo trzeźwości i normalnego życia, postanawia wyruszyć do Szwecji i odzyskać stracony kontakt ze swoim synem.

Ps. Fragment artykułu ze str. wrocławskiego schroniska, gdzie Michał mieszkał:

„Michała spotykam 10.06.2004r. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że widzimy się po raz ostatni. Michał kupił piątkę dykty, w schronisku się pojawił, ale nie za pracą, pożyczył pieniądze. Część dykty wypił z chłopakami na nastawni, resztę dokończył samotnie na ogródkach działkowych. Zmarł 16 czerwca 2004 roku. Został znaleziony 23 czerwca w dzień ojca. Pochowaliśmy go 7 lipca, trzy dni po jego pięćdziesiątych urodzinach”

Posted in Filmy dokumentalne, POLECAM, Reportaż | Leave a Comment »