WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • Tylko przestańmy mówić: ten kraj, w tym kraju, tutaj, ci ludzie. Zacznijmy mówić tak, jak Pan Bóg przykazał, jak o matce: Ojczyzno ma, moja, kochana, poraniona, więc tym bardziej kochana. Moja, to znaczy taka, którą się kocha, którą się po rękach całuje, przed którą się klęka, której się służy, której się z czcią opowiada, której się nie okrada, dla której się pracuje, dla której się cierpi i umiera, jak trzeba. To nie inni mają tak zrobić, to nie oni, tam na górze, ale my. Inaczej na nic wszystko. Na nic ta rana i na nic te ofiary. Nasza Ojczyzna mocno krwawi i ból nie ustaje w naszych sercach, ale zapewniamy pachołków Moskwy i Berlina, i tych, co służą „mamonie” – jeszcze nie zginęła, póki my żyjemy. Póki pracujemy dla dobra naszej Ojczyzny. Póki kochamy i pamiętamy.

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Reportaż’ Category

„Najważniejsze, aby na Twoim pogrzebie ludzie nie musieli kłamać”

Posted by tadeo w dniu 20 lutego 2017

  0c51ea7016036e7f2daaab102da27177750000
Przed rozpoczęciem uroczystości

Wróciłem właśnie z pogrzeby Heleny Kmieć i chciałem przelać na „elektroniczny papier” swoje przemyśleniami z dnia dzisiejszego.

Przez jakiś czas śpiewaliśmy razem w Akademickim Zespole Muzycznym Politechniki Ślaskiej, z tym, że widząc jej twarz na zdjęciu w końcu stycznia tego roku, nie potrafiłem sobie jej skojarzyć. Jednak niektórzy moi koledzy i koleżanki mięli szansę poznali ją, działając razem w Duszpasterstwie Akademickim czy w scholi przy kościele Św. Michała w Gliwicach. I może to jest najważniejsze w tym momencie, bo gdyby jej oni nie poznali, to być może bym nie śpiewał na jej pogrzebie.

Co się działo dzisiaj, można było zobaczyć, czy to w Telewizji Trwam, czy w TVP 1. Była też ekipa z TVN24, ale o niej za chwilę. Przyjechaliśmy na do Libiąża ok. godziny 13, aby prześpiewać utwory na oprawą mszy pogrzebowej. O 14:30 rozpoczął się Różaniec, a o 15 rozpoczęła się Msza św, która trwała do około 17. Obrzędy pogrzebowe na cmentarzu trwały do około 17:45.

Z punktu widzenia, z którego robiłem zdjęcia nie było widać, ilu ludzi było uczestnikami obrzędów pogrzebowych, ilu ludzi chciało pożegnać się z Heleną. W drodze na cmentarz wydawało mi się, że było ich kilkuset. Więcej niż tysiąc? Nie wiem.

Równolegle sporo pytań rodziło mi się w głowie. Zahaczały o wiele spraw, np. o to, z jakiej strony człowiek najbardziej pozostaje w ludzkiej pamięci. Jak na to wszystko wpływa to, co robimy, mówimy, pomagamy innym, modlimy się i zwyczajnie myślimy o sobie i o innych (co czasami widać na twarzy)? Jak wiele pozostaje po człowieku, gdy kończy się jego żywot? Może dlatego, że jadąc wczoraj na wjeździe do Rybnika widziałem bilbord z napisem (mniej więcej takim): „Najważniejsze, aby na Twoim pogrzebie ludzie nie musieli kłamać”

Inne szły ku temu, jak bardzo dobro pozostaje niewidoczne i niedocenione za życia i wybija się ono na pierwszy plan, gdy ktoś tak tragicznie ginie. Tragicznie ginie, gdy kocha to, co robi, gdy kocha tych, którym pomaga?

Ze swoich doświadczeń z tego bloga wynika, że ludzie będący różnorakimi wolontariuszami, w większości traktują swoje zajęcie jak coś zwykłego i normalnego, ale przy tym tak bliskiemu sercu, że trudno ich było namawiać do tego, żeby odpowiedzieli na kilka (wydawałoby się prostych) pytań. Tak chyba też było z Heleną, bo ze słów czy to wypowiedzianych w czasie dzisiejszej Mszy, czy świadectw innych ludzi o niej (w tym moich znajomych). Wydawała się być zwykłym człowiekiem, pełnym pasji do śpiewania i pomagania innym i przez to ewangelizująca swoje środowisko. Takim jakich wielu jeździ na misje. Z resztą ten wyjazd na misję miał być chyba jednym z kolejnych…

Miało być o ekipie z TVN 24. Spodziewałem się po nich niezbyt dobrych odruchów, ale zachowywali się w właściwie, przynajmniej na chórze. Co ciekawe pani z tego duetu (być może było ich więcej, ale wiedziałem tylko ta dwójkę) nagrywała wypowiedzi tylko kapłanów i siostry zakonnej o Helenie. Nie nagrywała audio, kiedy przemawiała dyrekcja szkoły, do której chodziła Helena.

Jako pointe dam myśl, która gdzieś chodziła mi po głowie od wczorajszego dnia: Heleno, I ty zostaniesz błogosławioną… jeśli Bóg tego będzie pragnąć i patronką wolontariatu misyjnego. Chciałbym tutaj napisać o Tobie po beatyfikacji, jeśli będzie mi to dane. I najważniejsze: chciałbym Cię spotkać w Niebie:)

http://ksiegahonoru.salon24.pl/757874,i-ty-zostaniesz-blogoslawiona

Przeczytaj także:

Iskra Helenki

Posted in Reportaż, SYLWETKI | Leave a Comment »

Iskra Helenki

Posted by tadeo w dniu 20 lutego 2017

Helena Kmieć miała wiele talentów. Rozpoczęła studia na kierunku Inżynieria chemiczna w języku angielskim. Ukończyła szkołę muzyczną. Była również stewardesą. Angażowała się w wiele duszpasterstw młodzieżowych. Każdy mógł na niej polegać. Na początku 2017 roku została zamordowana w Boliwii podczas wyjazdu w ramach wolontariatu misyjnego.

 

http://www.radiomaryja.pl/multimedia/iskra-helenki/

Przeczytaj także:

„Najważniejsze, aby na Twoim pogrzebie ludzie nie musieli kłamać”

Posted in Reportaż, SYLWETKI | Leave a Comment »

Reportaż: Pacyfikacja obywatelska

Posted by tadeo w dniu 10 października 2013

Reportaż o pacyfikacji Kupieckich Domów Towarowych w Warszawy – które miało miejsce w 2009 roku.

Posted in Filmy dokumentalne, Reportaż | Leave a Comment »

Wyznania poszukiwacza ofiar rzezi wołyńskiej. Tego, co znalazł, nie chciała pokazać żadna telewizja

Posted by tadeo w dniu 23 września 2013

Wyznania poszukiwacza ofiar rzezi wołyńskiej. Tego, co znalazł, nie chciała pokazać żadna telewizja
Robert Kmieć podczas wyprawy na jedno z jezior pod Nowym Dworem Mazowieckim. Tym razem w poszukiwaniu zatopionego pojazdu pancernego. [fot: arch.pryw.]

Robert Kmieć zajmuje się poszukiwaniem skarbów od kilkunastu lat. Wyciąga z jezior czołgi, samoloty i wozy opancerzone. Nie robi tego dla fantów, nie szuka łatwego zarobku. Dla niego ta praca jest odkrywaniem historii, często makabrycznej, brutalnej i niewygodnej politycznie. Tak jest w przypadku rzezi wołyńskiej, podczas której tysiące naszych rodaków straciło życie. Czy to było ludobójstwo? Poszukiwacz, który był na miejscu zbrodni i miał w ręku roztrzaskane siekierą czaszki małych dzieci nie ma żadnych wątpliwości. W rozmowie z Menstream.pl opowiada, jak trudno dotrzeć z prawdą do społeczeństwa.

Menstream.pl: Jak to możliwe, że Ukraina pozwoliła zbliżyć się polskim badaczom do miejsca zbrodni? To przecież niewygodne fakty.

 

Robert Kmieć: Dostaliśmy od władz Ukrainy zezwolenie na kilka dni pobytu w okręgu wołyńskim. Pojechał z nami również Adam Sikorski, znany z telewizyjnego programu Było, nie minęło. To on dokumentował całą ekspedycję. Były dwa wyjazdy, w ubiegłym roku i wcześniej, dwa lata temu. Można powiedzieć, że nasze poszukiwania były trochę półlegalne.

Co to znaczy?

Po pierwsze trzeba było przetransportować na miejsce georadary i inny sprzęt, który miał nam posłużyć do zlokalizowania i zmierzenia ewentualnych mogił, które mieliśmy zamiar znaleźć. No i nie mogliśmy przecież powiedzieć wprost Ukraińcom, po co tak naprawdę jedziemy na Wołyń.

Więc jaką wersję usłyszeli?

Akurat zdarzyło się, że prezydent Bronisław Komorowski miał spotkać się z prezydentem Ukrainy na otwarciu polskiego, powojennego cmentarza. To było niedaleko miejsca, które chcieliśmy sprawdzić. Tłumaczyliśmy więc, że jesteśmy na miejscu w związku z tym wydarzeniem. To była naszaprzykrywka.

I nikt nie obserwował, co tam robicie? Trochę trudno w to uwierzyć.

Oczywiście byliśmy sprawdzani. Funkcjonariusze KGB co rusz przyjeżdżali, przyglądali się, wypytywali i patrzyli na ręce. Zdarzało się, że chcieli utrudnić nam poszukiwania podrzucając gdzieś niewybuch.

Żeby przepłoszyć badaczy?

Tak. Mówili, że mają zgłoszenie od pobliskich mieszkańców, że w okolicy jest jakiś niewypał i muszą to sprawdzić. Oczywiście dla naszego bezpieczeństwa. W rzeczywistości obawiali się tego, co możemy znaleźć.

Domyślam się, że ekspedycja na ziemię wołyńską przyniosła rezultat.

To, co zobaczyłem na Ukrainie, ma się nijak do tego, co oglądałem wcześniej, w kilkunastoletniej karierze poszukiwacza. Nie raz miałem do czynienia z grobami żołnierskimi, z których wyciągaliśmy czaszki i kości. Widziałem już po pięćdziesiąt osób pochowanych zbiorowo. Stojąc jednak nad mogiłami w Wołyniu, coś ścisnęło mi serce. Jeszcze po powrocie do kraju, przez trzy tygodnie nie mogłem dojść do siebie. Do dzisiaj trudno dobierać słowa, gdy o tym opowiadam.

RZEŹ WOŁYŃSKA
Masowa zbrodnia dokonana przez nacjonalistów ukraińskich na mniejszości polskiej, podczas okupacji terenów II Rzeczypospolitej przez III Rzeszę, w okresie od lutego 1943 do lutego 1944. Ofiarami mordów byli Polacy, w dużo mniejszej skali Rosjanie, Ukraińcy, Żydzi, Ormianie, Czesi i przedstawiciele innych narodowości zamieszkujących Wołyń. Dokładna liczba ofiar nie jest znana.

Co tak Panem wstrząsnęło?

To może zrozumieć tylko osoba, która stoi nad grobem, w którym spoczywa nie jedna osoba, lecz dziesiątki dzieci powrzucanych jedno na drugie. Bo większość zwłok w odnalezionych przez nas mogiłach, to były właśnie dzieci, w różnym wieku. Znajdowaliśmy szczątki dwulatków, czterolatków, dziesięciolatków.

Żołnierze Ukraińskiej Powstańczej Armii nie oszczędzali przecież nikogo. Mordowano całe rodziny, bez wyjątku.

Tylko w jaki sposób. W niektórych czaszkach małych dzieci były dziury wielkości pięści, zapewne od uderzenia młotkiem lub siekierą. Przecież to jest niewyobrażalne, żeby tak postępować z drugim człowiekiem. Pytaliśmy też Ukraińców, którzy zainteresowani podchodzili do nas, czy pamiętają tamte lata. Niektórzy zgodzili się mówić.

 

Co wyłania się z ich opowieści?

Dantejskie sceny. Akurat prowadziliśmy prace przy ukraińskiej wsi Ostrówki. Lasy i pola obok tej miejscowości do dzisiaj noszą miano trupiego pola, pobliscy mieszkańcy bez problemu potrafią je wskazać. To tam Ukraińcy wymordowali setki Polaków, pozostawiając ciała bez pochówku. W lasach walały się trupy, które stały się później pożywką dla kruków. Dopiero po dwóch tygodniach armia Rosyjska, która zajęła tamte ziemie, nakazała pobliskim mieszkańcom wykopać mogiły i zrzucić do nich zwłoki. Odór rozkładających się ciał było ponoć czuć w promieniu kilku kilometrów, a zwłoki kobiet, dzieci i mężczyzn były już tak rozłożone, że trzeba było ściągać je do mogił bosakami i widłami, bo już się rozczłonkowywały, odpadały ręce, nogi i głowy. I my te mogiły właśnie odkryliśmy.

Władze Ukrainy zdają sobie sprawę z powagi tego odkrycia? Przyznał Pan, że byliście obserwowani.

Chyba nie zdają sobie sprawy ze skali naszych odkryć, ponieważ byliśmy bardzo czujni. Najgorzej było z Ukraińcem, to był chyba jakiś konserwator zabytków z okręgu lwowskiego, który został oddelegowany, by nadzorować nasze prace. No i byli jeszcze wspomniani funkcjonariusze z KGB, którzy nas nachodzili.


Robert Kmieć na planie filmowym Skarby III Rzeszy Bogusława Wołoszańskiego. Tym razem odkrywają tajemnice Zamku Czocha.Fot. archiwum prywatne.

Na czym to nękanie polegało?

Pamiętam, jak mundurowi przyjechali i rzucili wszystkich na maskę samochodu. Rewizja, pytania, oglądanie sprzętu. Było ich kilku. Dowódca przez dłuższy czas wydzwaniał do swoich zwierzchników z pytaniem, co z nami zrobić. W końcu odpuścili, bo nie znaleźli podstaw do zatrzymania. Mieliśmy szczęście. Innym razem prawie się zdemaskowaliśmy. Mundurowi byli o krok, by zobaczyć ogrom naszych odkryć.

Jak udało się uniknąć kłopotów?

Gdy już zorientowaliśmy się, z czym mamy do czynienia, trzeba było wszystkie szczątki opisać, skatalogować i policzyć. Pomagali w tym archeolog oraz antropolog, których mieliśmy w naszej ekipie. Wszystko układali skrzętnie na workach, rozłożonych na ziemi obok grobowca. Robiliśmy dokumentację, fotografie, by nikt nie zarzucił nam bezczeszczenia ciał. Nagle usłyszeliśmy dźwięk silnika. To były dwa samochody KGB. Na szczęście droga przez pola była trudna, więc trochę zajęło im dotarcie na nasze stanowisko badawcze. Mieliśmy więc czas, by zareagować. Cztery osoby szybko wykopały nowy dół, do którego poskładaliśmy wydobyte już z mogiły szczątki i ponownie przysypaliśmy je ziemią. Na to poszła beczka, na niej porozkładaliśmy jedzenie, dla niepoznaki. Jak Ukraińcy dotarli na miejsce i zajrzeli do mogiły, było w niej chyba sześć ciał. Tylko tyle znaleźliście?zapytali. Pokręcili się trochę po obozowisku i odjechali.

 

Co się później stało z tymi wszystkimi szczątkami? Nadal są zakopane na trupim polu?

Nie mogliśmy tak tego zostawić. Wszystkie odnalezione przez nas zwłoki zostały przeniesione na polski cmentarz, gdzie została odprawiona msza przez polskiego księdza.

Na tym samym cmentarzu, na którym mieli spotkać się prezydenci?

Tak. Z jakiś powodów, których nie znam, do spotkania głów obu państw jednak nie doszło. Były jednak osoby z Polski, rodziny pochowanych tutaj w czasie wojny rodaków. Przyjechali również przedstawiciele duchowieństwa ukraińskiego. Pamiętam, że jak zaczęła się część mszy, podczas której chowano wszystkie znalezione przez nas szczątki, opuścili oni cmentarz i stali za płotem. Wszyscy byli w szoku, nie rozumieli takiego zachowania.

Jak Pan je interpretuje?

Jestem prostym człowiekiem, nie wiem, co o tym sądzić. Najważniejsze było dla mnie wtedy upamiętnienie pamięci zamordowanych.

Na trupim polu też stanął jakiś znak, przypominający o tej zbrodni?

Ukraińcy pozwolili nam wyciąć dwa drzewa. Zbiliśmy z nich krzyż, który tam stanął. Tylko w ten sposób, oraz krótka modlitwą, mogliśmy oddać hołd wymordowanym rodzinom.

Co stanie się z zebranym przez badaczy materiałem? Przecież robiliście zdjęcia, kręciliście materiał filmowy.

To nie zginie. Adam Sikorski robi na jego podstawie film dokumentalno-fabularyzowany. Mogę już zdradzić, że obraz będzie miał premierę we wrześniu tego roku, będą pokazy w Warszawie. Po premierze można spodziewać się niemałego zamieszania.


Robert Kmieć podczas pracy. Fot. archiwum prywatne.

Dlaczego? Przecież temat Wołynia nie jest nowy. Polacy już się z nim obyli.

Tylko ten film przedstawi prawdę historyczną, pokażemy doły śmierci, które zastaliśmy w Ukrainie. Będą inscenizacje mordu, żadnego przekłamania. Moim zdaniem to bardzo wstrząsający materiał. Proszę sobie wyobrazić, że żadna stacja telewizyjna nie jest zainteresowana wyemitowaniem dokumentu, ponieważ jest zbyt drastyczny, zbyt bije w interesy ukraińsko-polskie. Na szczęście znalazł się człowiek, który wyłożył pieniądze na realizację projektu. Tyle mogę powiedzieć.

Z tego co Pan mówi, ten film może jednak uderzyć w interesy ukraińsko-polskie.

Jeżeli były mordy, to trzeba pokazać, w jaki sposób ich dokonywano. Nie mówię, byśmy rozpętywali trzecią wojnę światową i szli na Ukraińców. Jednak dopóki władze tego narodu nie przyznają, że takie zbrodnie miały miejsce i nie potępią tego, co się wydarzyło, nie ma mowy o jakimkolwiek pojednaniu. Stepan Bandera, który ponosi odpowiedzialność za zorganizowane ludobójstwo polskiej ludności cywilnej na Wołyniu, nadal jest przecież traktowany u nich, jak bohater narodowy.

Trzy lata temu zostało mu nadane największe odznaczenie państwowe na Ukrainie. Później je cofnięto.

Co z tego, jeśli w zamian postawili mu kolejny pomnik? Ponad osiem szkół na terenie Ukrainy nosi też imię Bandery, podobnie jak około dwieście ulic, nie mówiąc o innych instytucjach. Oni naprawdę uważają go za wielką postać. Jeszcze sporo czasu może minąć, nim zmienimy karty historii.

ROBERT KMIEĆ
Zajmuje się poszukiwaniem skarbów od około trzydziestu lat. Profesjonalnie robi to od lat dwunastu. Pracował m.in. z red. Adamem Sikorskim przy programie Było, nie minęło, teraz działa w szeregach Narodowej Agencji Poszukiwawczej, organizacji współpracującej z instytucjami państwowymi, takimi jak: Muzeum Wojska Polskiego, Muzeum Armii Krajowej, IPN, Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Robert Kmieć pracuje również z Bogusławem Wołoszańskim przy nowym cyklu dokumentalnym pt: Skarby III Rzeszy.
CZYTAJ W MENSTREAM.PL
Kolekcjoner czaszek stanie przed sądem
Kolekcjoner kości wszedł w posiadanie szczątków bezprawnie, bez zgody kościoła, z którego je zabrał.
Ile dostają za wejście w ogień?
Tysiąc stopni Celsjusza, zwęglone ciała i pułapki w płonących domach. Taka praca wymaga silnych nerwów.
Spowiedź strażników miejskich
Czterech funkcjonariuszy odkrywa tajemnice nielubianego zawodu.

http://menstream.pl/wiadomosci-reportaze-i-wywiady/wyznania-poszukiwacza-ofiar-rzezi-wolynskiej-tego-co-znalazl-nie-chciala-pokazac-zadna-telewizja,0,1355028.html

Posted in Historia, Reportaż | Leave a Comment »

Afrykańska Szkoła Ruchu i Tańca na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie

Posted by tadeo w dniu 25 sierpnia 2013

2013-08-25 14.56.57

Więcej: https://skydrive.live.com/?cid=2BDBD0A8B54A35A6&id=2BDBD0A8B54A35A6%2144898

Posted in Reportaż | Leave a Comment »

Puszcza Białowieska Odcinek 15 Na Tropie TV Trwam

Posted by tadeo w dniu 18 lipca 2013

Więcej: http://www.youtube.com/user/natropie1985?feature=mhee

Posted in Reportaż | Leave a Comment »

Wilno: Za obchody rocznicy Powstania 1863 r. – na komisariat!

Posted by tadeo w dniu 9 lutego 2013

Ks. Dariusz Stańczyk, kapłan diecezji radomskiej przebywający obecnie na Litwie, stanie przed sądem. 22 stycznia z harcerzami Wileńskiego Hufca Maryi i młodzieżą ze Stowarzyszenia Jana Pawła II ulicami Wilna przeprowadził Marsz Wolności „Za wolność naszą i waszą” z okazji 150. rocznicy wybuchu powstania styczniowego.
Powodem zatrzymania księdza był brak pozwolenia władz na przemarsz młodzieży ulicami miasta.
Ostatnim akcentem uroczystości była polowa Msza święta na Górze Trzech Krzyży. Po jej zakończeniu policja zatrzymała księdza Stańczyka. Kapłan został przeprowadzony na komisariat policji w celu złożenia wyjaśnień.

W mailu przesłanym przez ks. Stańczyka redakcji Radia Plus Radom kapłan przyznaje, że przez 18 lat organizowania Sztafety Niepodległości, zwracał się z prośbą o stosowną zgodę samorządu Miasta Wilna. Tym razem jednak zrezygnował z wystosowania pisemnej prośby, ponieważ dowiedział się o zatwierdzeniu przez miasto …

http://gloria.tv/?media=397210

Posted in Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Reportaż | 1 Comment »

Kolejki wąskotorowe w Polsce

Posted by tadeo w dniu 29 czerwca 2012

Posted in Podróże, Reportaż | Leave a Comment »

Po stronie prawdy – 30.05.2012 | TV Trwam – Oszukani rolnicy

Posted by tadeo w dniu 2 czerwca 2012

Więcej: 

http://www.youtube.com/results?search_query=Po+stronie+prawdy+&oq=Po+stronie+prawdy+&aq=f&aqi=p-p1g1&aql=&gs_l=youtube.12..35i39j0.192624.193764.0.194786.12.7.0.0.0.3.123.636.5j2.7.0…0.0.7VHJ4l4ivV4

Posted in Polityka - video, Polityka i aktualności, Reportaż | Leave a Comment »

RODZINA ZWYKŁA-NIEZWYKŁA

Posted by tadeo w dniu 15 maja 2012

To ci rodzina: 2+16!

Kiedyś na Wileńszczyźnie dominowały rodziny wielodzietne, gdzie nieraz, by policzyć potomstwo, brakowało palców jednej, a nawet dwojga rąk. Dziś natomiast również tu dominują inne poglądy: każde dziecko jest postrzegane raczej jako balast, uprzyziemniający „podszyte wiatrem” młode małżeństwa, zapatrzone w swoje „ja” i stroniące od tradycyjnie pojmowanej misji ojca i matki.

Na szczęście, zdarzają się jednak wyjątki. „I to jakie!” – chciałoby się wykrzyknąć, mając na myśli zamieszkałych w Połukni Wierę i Czesława Makutonowiczów. A to dlatego, że doczekali się oni aż 16 (szesnaściorga!) różnych wiekiem pociech. Fakt ten godzien podziwu tym większego, że każda z nich jest własna, a nie zaadoptowana z sierocińca bądź Domu Dziecka, co jest dziś nierzadko praktykowane, że rodzina ta nie ma nic wspólnego ze sławetnym pojęciem stadła asocjalnego, w którym dzieci płodzi bynajmniej nie miłość a bieda.

Przypisany z dziada pradziada Połukni Czesław i pochodząca z Białorusi Wiera poznali się na prywatce u znajomego, kiedy on akurat kończył studia na wydziale radioelektroniki Politechniki Kowieńskiej, a ona przyjechała do Wilna, by się uczyć w tutejszym politechnikum na Holenderni. Miłość od pierwszego wejrzenia sprawiła, że w roku 1982 stanęli na ślubnym kobiercu. Mglista perspektywa na otrzymanie „własnego kąta” w zakładzie „Vilma”, gdzie młody żonkoś zatrudnił się w biurze konstrukcyjnym, zadecydowała, że już na początku 1983 roku zdecydowali przenieść się w rodzinne strony męża – do Połukni. Tu bowiem będące wówczas w rozkwicie gospodarstwo eksperymentalne „Merkys” każdego młodego specjalistę witało naprawdę otwartymi ramiony, oferując dosłownie na poczekaniu lokum mieszkaniowe.

Już po 5 miesiącach dostali przydział na dwupokojowe „gniazdko”, a radość potęgował fakt przyjścia na świat w roku 1983 pierworodnego Andrzeja. Wbrew przypuszczeniom lekarzy o możliwej bezdzietności ich związku małżeńskiego, w roku 1984 urodziła się Emilia, w roku 1986 – Daniel, w roku 1987 – Julia. Jak się okazało, był to dopiero początek rozwiązania się im – rozkochanym w dzieciach – przysłowiowego worka z maleństwami. Z wyraźnego błogosławieństwa Bożego w roku 1988 urodziła się Bożena, w 1990 – Aneta, w 1991 – Miłosz, w 1993 – Marek, w 1995 – Wiesław, w 1996 – Marta, w 1998 – Lilia, w 2000 – Nelli, w 2001 – Anna, w 2003 – Joanna, w 2004 – Łukasz, w 2006 – Samuel – ostatnia z szesnastu latorośli Makutonowiczów.

Nawet najgłębsze wciągnięcie w płuca powietrza nie pozwoli na jednym wydechu te latorośle wymienić z imion i dat urodzenia, a przecież każdą trzeba było nauczyć stać, chodzić, jeść, mówić, czytać, pisać… Najkłopotliwiej – jak z uśmiechem wspominają – poradzili sobie z pierwszą czwórką, kiedy mała różnica wieku powodowała, że wszyscy naraz łaknęli pieszczot rodziców, którym na to brakowało… rąk i kolan. Dalej było cokolwiek łatwiej. Najstarsze z rodzeństwa, z przyjściem na świat każdego kolejnego, służyły pomocą, ochoczo włączały się w proces wychowawczy, smucąc się, kiedy kogoś dopadała katarowa albo grypowa niemoc, i ciesząc się z każdego osiągnięcia. Bo od dni najwcześniejszych w „kodeksie” wychowawczym rodziców dominowało tworzenie rodzinnej spójni, polegającej na tym, że jedni za drugich gotowi stanąć murem.

Od dni najwcześniejszych były też przyuczane latorośle w miarę swych wiekowych możliwości do wysiłku fizycznego. Chłopcy – do pracy męskiej, dziewczęta – do wyręczania mamy, a wszyscy razem, gdy zachodziła potrzeba, ruszali na łąkę (ileż to płaczu było, gdy komuś nie starczyło grabi do siana!) albo do kopania ziemniaków, w czym z uśmiechem na twarzy bez żadnej pomocy ze strony potrafią obrócić za dzień w kartoflisko 50 arów plantacji. To będące wyrazem „twardej ręki” wychowanie przez pracę ma zaprocentować i pomóc juniorom-Makutonowiczom, kiedy wypadnie wyfrunąć spod rodzicielskiego skrzydła w dorosłą samodzielność.

Czworo ich zresztą to uczyniło. Andrzej, Emilia, Daniel i Miłosz, założywszy własne rodziny, już 7-krotnie obdarowali kochanych rodziców zaszczytnymi tytułami babci i dziadka, z czym wprawdzie ci nadal nie za bardzo chcą się pogodzić. Chociażby dlatego, że urodzony 6 listopada 2006 roku ich najmłodszy Samuel jest ledwie o 9 dni starszy od… najstarszej z wnuczek. A wszystkim dociekającym, czy aby trudno dzielić miłość między dzieci i wnuki, mają odpowiedź bardziej sędziwego mędrca godną niż zwykłego zjadacza chleba: miłości nie sposób dzielić, ona daje się wyłącznie mnożyć.

Wody w usta niech nabiorą ci, kto z miną cierpiętnika snuje wspominki, ile to zachodu kosztowało mu urodzenie i wychowanie podwójnego albo potrójnego potomstwa. Makutonowiczowie o swojej „szesnastce” mówią z wypiekami radości na twarzy, jakby mimochodem napomykając o włożonym wysiłku. Wtedy, kiedy pierwotnie wypadło dla poszerzenia lokum przekształcić werandę w szósty pokój. Potem, gdy dla ulokowania wszystkich pod jednym dachem, ten na pobudowanym w roku 1987 na poły z funduszy „Merkysu”, a na poły z ich pieniędzy domu spółdzielczym trzeba było zerwać i na całej powierzchni nadbudować mansardę, dzięki czemu powierzchnia użytkowa zwiększyła się do 250 metrów kwadratowych. Jak rzeczywistość zmusza z dnia na dzień zatroszczyć się, co do prozaicznego garnka włożyć, by każdy wstał od stołu najedzony. Albo wtedy, kiedy (jak to np. w roku ubiegłym) wraz z 1 września wypadło naszykować jednym machem aż 8 (!) uczniowskich „wyprawek” szkolnych.

A – tu trzeba dodać – że wszystkim synom i córkom, którzy ukończyli szkołę w Połukni albo którzy w niej obecnie pobierają wiedzę, towarzyszył ojczysty język polski. Ten sam, którym mówili zakorzenieni tu od zamierzchłych czasów przodkowie. Ten sam, którego, kiedy rodzic Czesław Makutonowicz chodził do szkoły, uczyła go na lekcjach legendarna połukniańska polonistka Alina Kamilewicz.

Z wielkim niepokojem obserwuje więc czynione przez władze zakusy na szkolnictwo polskie. Przecież przyjęta w marcu 2011 roku, wbrew stanowczym protestom rodaków, Ustawa o oświacie ogranicza nauczanie w języku ojczystym. „Za Sowietów, kiedy wstępowałem na studia do Politechniki Kowieńskiej, egzaminy tam można było składać nawet po polsku. Dziś natomiast trąci to bajką” – nie bez goryczy w głosie zaznacza wielodzietny ojciec.

Wielce chwalebne, że pociechy Makutonowiczów niczym roślinki do światła ciągną się do wiedzy, do czego bez wątpienia dopinguje zawieszona przez rodzica „poprzeczka” wyższego wykształcenia, a zrobiona po polsku matura wcale nie jest w tym przeszkodą. Zdecydowana większość z tych, kto już ma świadectwa dojrzałości, bynajmniej na tym nie poprzestała: Emilia ma dyplom Kolegium Medycznego, Daniel ukończył Uniwersytet im. Witolda Wielkiego w Kownie, Julia po początkowo kolegialnym w roku ubiegłym zdobyła wyższe wykształcenie medyczne na Uniwersytecie Wileńskim, Bożena studiuje na magisterce filologię germańską, Aneta robi studia na Wileńskiej Filii Uniwersytetu Białostockiego, Miłosz godzi świeże ojcostwo z nauką w Kolegium Wileńskim. Słowem, wspinaczka na edukacyjne wyżyny trwa na całego i teraz życzyć wypada, by zechciał też dołączyć do niej Marek, tegoroczny maturzysta, a potem kolejni młodsi wiekiem.

Jako wielki uśmiech losu z perspektywy lat postrzegają Makutonowiczowie-seniorzy przeprowadzkę do Połukni, na „rodzinne śmieci”. Gdyby zostali na wileńskim bruku, obdarzeni tak liczną dziatwą, znaleźliby się z pewnością w wielkich tarapatach. Tym bardziej, że wypadłoby raczej dzielić los bezrobotnych. Na wsi – na szczęście – jakoś da się zaradzić, byleby była chęć do pracy na ziemi.

Tej ziemi-żywicielki mają 3 hektary. Jeden z odzyskanej ojcowizny podarowali im rodzice pana Czesława, dwa pozostałe, pierwotnie dzierżawione, dokupili. Około 20 przydomowych arów z roku na rok zajmuje ogród warzywny, na większym masywie sadzą ziemniaki. 2 hektary – to użytki zielone, służące za pastwisko oraz do gromadzenia siana na zimę dla 2 krów. Swoje mleko i jego pochodne, takież mięso (z reguły na własne potrzeby biją rocznie po trzy prosiaki), dostarczane przez kury jaja czynią ich cokolwiek mniej zależnymi od sklepów spożywczych. Każda konieczna tam wizyta powoduje jednak naprawdę szerokie otwieranie portmonetek. Mając na względzie liczbę łyżek, noży i widelców, które naraz dźwięczą przy każdym posiłku.

Nie nawykli, choć tak imponująca wielodzietność niby ich po części w tym rozgrzesza, oczekiwać wsparcia ze strony. Gdy jednak ktoś ciągnie pomocną dłoń, nie odtrącają jej. A tę za życia oferował nawet prezydent Litwy Algirdas Brazauskas, przeznaczając z własnego funduszu 2000 litów. Na listę darczyńców wpisywała się też władza gminy połukniańskiej oraz rejonu trockiego. Mer tego ostatniego, gdy przyszło im na świat 15 dziecko, gratulacje wsparł kwotą 3500 tys. litów, potrzebną na zakup nowego pieca do parowego ogrzewania domu.

Głowa rodziny nie kryje, iż tytuł ojca w liczbie mnogiej wyraźnie pieści jego dumę, zdecydowanie wszak stroni od utwierdzania się w bohaterstwie. Jeśli już – to bezsporne prawo na to ma żona Wiera, która w bólach i mękach porodowych wydawała na świat potomstwo. Za byłej władzy byłaby na świeczniku jako „mat’-gieroinia”. A że takiego miana na Litwie nie ma (a szkoda!), w roku 2004 mocą dekretu czasowo pełniącego wówczas obowiązki prezydenta RL Arturasa Paulauskasa pierś Wiery ozdobił medal „Za zasługi dla Litwy”. W roku 2010 natomiast już wspólnie – jako oboje rodziców – otrzymali nagrodę II stopnia księcia Giedymina za „krzewienie wysokich wartości moralnych w rodzinie”.

Oni z kolei za te wartości moralne dozgonnie wdzięczni są swoim rodzicom. Wiera była najstarszą z sześciorga rodzeństwa, a Czesław miał dwie siostry i dwóch braci. Oboje zgodnie twierdzą, że choć ptasiego mleka w dzieciństwie nie pijali, darzeni byli przez matki i ojców szczerą miłością. Stąd nic dziwnego, że teraz pełnią serc tą szczerą miłością otaczają własne tak liczne potomstwo, wypraszając mu u Boga potrzebne łaski.

A by łaskom tym lotności dodać, doczepiają multirodzice Makutonowiczowie skrzydła. Potrzebne w dotarciu do położonej na estońsko-rosyjskiej granicy Narwy, gdzie obecnie wraz z mężem i trójką dzieci mieszka Emilia, oraz do Wilna – do rodzin Andrzeja, Daniela i Miłosza. Z synami i ich potomstwem widują się dosyć często, z córką – też codziennie prawie, aczkolwiek jest to kontakt wirtualny, gdyż z pomocą łączy internetowych. Choć nie tylko. Zaraz po Nowym Roku robili rodzinny wypad do Narwy, by nacieszyć oczy przyszłą na świat ubiegłoroczną jesienią najmłodszą z pociech Emilii.

Kiedy opuszczając gościnne progi połukniańskiego domu, gdzie od dziecięcego rozgwaru niczym w pszczelim ulu, zastanawiam się w głos, ilu to wnuków i prawnuków mogą w przyszłości się doczekać babcia Wiera i dziadek Czesław, oni wyręczają mnie życzeniem: „Oby jak najwięcej…”. W głębokim przeświadczeniu, że każdego z nich obdarzą miłością. Która przecież zwykła się mnożyć a nie dzielić.\

Henryk Mażul

http://www.magwil.lt/

Posted in Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Reportaż | Leave a Comment »

Konstancin za zamkniętymi drzwiami

Posted by tadeo w dniu 13 maja 2012

Tutaj Polska solidarna i liberalna sąsiadują przez płot. Wysoki. Z alarmem i wieżyczkami.

Jerzy Urban potrafi korzystać z życia. Wielu mieszkańców Konstancina chętnie wygnałoby go z miasteczka.

Jerzy Urban potrafi korzystać z życia. Wielu mieszkańców Konstancina chętnie wygnałoby go z miasteczka. (fot. fot. Krzysztof Miller/Agencja Gazeta)

Tu mieszka miliarder Ryszard Krauze. Ostatnio kupił pola naftowe w Kazachstanie.

Tu mieszka miliarder Ryszard Krauze. Ostatnio kupił pola naftowe w Kazachstanie.

Poranek w leśnej dzielnicy. Z brukowanych szlachetnym kamieniem dziedzińców wyjeżdżają luksusowe jeepy z przyciemnianymi szybami. Rządy w domach przejmują pokojówki, kucharki i ochroniarze… 

Samochód terenowy to w podwarszawskim Konstancinie konieczność, a nie szpan. Ulica Batorego, przy której mieszka najbogatszy Polak Jan Kulczyk, to polny trakt, który po deszczu zmienia się w bajoro. Po każdej większej ulewie zza murów posiadłości wychodzą pracownicy techniczni i pistoletami ciśnien płoty z piaskowca. Wysokość ogrodzenia jest wprost proporcjonalna do statusu majątkowego właścicieli. 

Polska przez płot

Kulczyk, Krauze, Niemczycki, Niezabitowska, Rywin, Urban, Starak, Walter, Rodowicz, Wejchert – wszyscy oni mają wysokie płoty. 
– Popatrz pan – Andrzej Lizik pokazuje ręką na płot sąsiada. – Oni żyją jak w obozie koncentracyjnym. Pięć lat tu mieszkam, ale żadnego z nich nie widziałem na oczy. 
„Oni” to najbliżsi sąsiedzi Lizika, małżeństwo Jana i Anny Staraków – miliarderów. On jest właścicielem znanej firmy farmaceutycznej Polpharma, ona – prestiżowej warszawskiej restauracji Belvedere. Stali bywalcy plotkarskich kronik. W wystawnej willi po drugiej stronie drogi mieszka ambasador Rosji. 

Dwie Polski sąsiadują przez płot także na ulicy Piasta. Po stronie liberalnej neomodernistyczna willa Jana Wejcherta, właściciela telewizji TVN. 
– Raj na ziemi, ale szef rzadko tam bywa – mówi jeden z pracowników ITI. – Ma jeszcze piękniejszą willę w Nicei na Lazurowym Wybrzeżu, z basenem nad skalnym urwiskiem z widokiem na morze Śródziemne. 

Tuż za płotem Wejcherta altanka ogrodnicza, w której mieszka rodzina Konarskich. Ona bezrobotna, on żyje z dorywczych prac. Dwójka dorastających dzieci. Gnieżdżą się w odrapanej chałupce i z zazdrością spoglądają za płot. 
– Pan uwierzy, że ja tego całego Wejcherta to tylko raz w telewizji widziałam. Na żywo nigdy – Krystyna siedzi na schodach i pociąga LM-a lighta. – Najgorsze, że jego ochroniarze nie dają nam żyć. Uwierzysz pan, że jak latem grillujemy karczek przed domkiem, to o 22.01 zajeżdża policja i nas ucisza! 

Takich mieszkańców jak Lizik czy Konarscy jest w leśnej enklawie Konstancinie coraz mniej. Wkrótce ich domy rozjadą buldożery, a działkę kupi za milion dolarów jakiś kolejny król żelatyny, zaprawy klejowej czy pasty do zębów. 
– Mieliśmy sygnały, że bogaci mieszkańcy krępują się sąsiedztwem ludzi ubogich, czyli niezaradnych życiowo – mówi jeden z urzędników gminy Konstancin-Jeziorna. – Niektórzy z nich lobbują za wysiedleniem z „ich” ulic biedaków i postawieniem szlabanów z ochroniarzami. Oni najchętniej nie tylko swoje domy, ale i całą okolicę otoczyliby wielkim murem.

Wszystko przez baseny

„Oni” – to słowo powtarzają biedacy z luksusowego osiedla, ale też gminni urzędnicy pod krawatami. Oni, czyli nowobogaccy, którzy w ostatnich kilkunastu latach stali się panami konstancińskiego lasu. 
– Są naszym błogosławieństwem i przekleństwem – mówi urzędnik (za nic w świecie nie chce poda nazwiska). – Błogosławieństwem, bo płacą podatki. Tych najbogatszych jest ledwie kilkudziesięciu, ale to z ich krwawicy gmina ma prawie 60 procent przychodów (jedna trzecia podatków od osób fizycznych). 
– A przekleństwo? – pytamy. 
– Weźmy taką wodę – mówi urzędnik. – Jak zaczęli kopać wielkie ba-seny, to wszyscy – jeden po drugim. I okazało się, że przez te ich luksusy obniżył się w okolicy poziom wód gruntowych. Drzewa przez to nam zaczynają obumierać, bo korzenie nie mają co pić. 

Pan Stanisław mówi o sobie, że jest miłośnikiem ziemi konstan-cińskiej: 
– Krew mnie zalewa, jak widzę, że ci ludzie za pieniądze potrafią wszystko załatwić. Starak rozbudował zabytkową willę tak, że okazała się prawie dwukrotnie większa. Wejchert zburzył przedwojenny dom znanego pisarza Buczkowskiego, bo chciał na tej działce coś nowoczesnego. Kto mu to zatwierdził? 
Jednak „gargameli” nie widać – pierwsza liga biznesu ma gust. Willa „Pod łabędziami” Kulczyka jest po prostu piękna, odrestaurowana z wyjątkową pieczołowitością.

 

– Mnie cieszy, że wielki biznes te wille bierze, bo dzięki temu one przetrwają – mówi Andrzej Krzyżanowski, lokalny pośrednik nieruchomości. – Przed wojną, obok literatów i artystów, też przeważali tutaj fabrykanci. Z tym że zamiast króla komputerów był król smoły czy stali. 

Milioner z biblioteki

Krzyżanowski to wielki szczęściarz. Ten subtelny intelektualista w końcówce komuny został dyrektorem gminnej biblioteki, która mieściła się w willi Eloe przy ul. Jagiellońskiej. W 1990 roku do biblioteki przyszło małżeństwo, polscy Żydzi. Domagali się zwrotu budynku. 
– Zamiast protestować pomogłem im i tak wszedłem w biznes – mówi. 
Dziś jest głównym graczem na stancińskim rynku nieruchomości. Niedawno sprzedał willę do remontu Maryli Rodowicz. Choć właściwie jej mężowi, Andrzejowi Dużyńskiemu, który jest polskim królem nakrętek. 
– Mamy w tej chwili co najmniej kilka pięknych domów z sąsia-dami-gwiazdami przez płot – zachwala pośrednik. – Ceny są różne, ale te atrakcyjne posesje nie schodzą poniżej kilku milionów euro.

Diabeł w basenie 

Jerzy Hertel, autor kilkunastu książek o Konstancinie, stary działacz „Solidarności”, nie miałby nic przeciwko temu, żeby nowa władza prześwietliła majątki paru dżentelmenów.
– Wstydzę się za niektórych z nich – mówi. – Weźmy takiego Urbana. Toż to obraza dla naszej gminy. 

Naczelny tygodnika „Nie”, rzecznik rządu w czasach stanu wojennego, to jedyny bogacz, który chętnie zaprasza dziennikarzy do swego rozłożystego domu. Przestronne i luksusowo wyposażone wnętrza, w sypialni, nad łóżkiem obitym skórą olejny obraz z pornograficznym ujęciem kopulujących par. W drugim planie konie i średniowieczne rycerstwo. Stąd kilka kroków na piękny basen z widokiem na las i ogród.

Dom Lwa Rywina sąsiaduje z kościołem.

Dom Lwa Rywina sąsiaduje z kościołem.

Urban to król życia. Chwali się, że zaprasza na basen prostytutki. Przed laty lubił się tu zabawiać pospołu z Mieczysławem Wilczkiem, ministrem gospodarki w rządzie Mieczysława Rakowskiego. 
Często wódkę pijał tu Leszek Miller junior (do czasu kiedy pokłócił się z żoną Urbana). To tutaj Adam Michnik, naczelny „Gazety Wyborczej”, informował Urbana o korupcyjnej propozycji, jaką dostał od Lwa Rywina, który mieszka dwie ulice dalej, pod… kościołem. 

Dmuchają na zimne

Niewielu biznesmenów jest tak otwartych jak Jerzy Urban. Najbogatsi Polacy drżą o bezpieczeństwo, dlatego dają zarobić firmom ochroniarskim. Najwięcej obaw o swoje życie ma miliarder Ryszard Krauze, właściciel koncernów Prokom (komputeryzacja, budownictwo), Bioton (biotechnologie), a od niedawna również pól naftowych w Kazachstanie. Jego warty ok. 10 milionów dolarów pałac na wodzie otacza wysoki i solidny, betonowy mur. Fotoreporter, aby zrobić zdjęcie pałacu, staje na drabinie przy pobliskim baraku ekipy remontowej.

Pieczołowicie odrestaurowany pałac Jana Kulczyka, najbogatszego Polaka.

Pieczołowicie odrestaurowany pałac Jana Kulczyka, najbogatszego Polaka.

– Mogli pana odstrzelić – ostrzega robotnik, który tuż pod posesją remontuje most. – Ochroniarze Krauzego mają karabiny. 

Willę właściciela telewizji TVN Jana Wejcherta strzegą pracownicy ochrony koncernu ITI, w większości starsi panowie przed emeryturą. Kiedy chcemy zrobić zdjęcie zza płotu, wybiegają na zewnątrz. 
– Już jeden od nas stracił pracę, a ja mam dwa lata do emerytury – mówił, patrząc błagalnym wzrokiem jeden z nich. 
Po czym sam robi nam zdjęcie. Tak na wszelki wypadek.

Artykuł z 2006 roku – http://www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20061226/REPORTAZ/61223012

Posted in Polityka i aktualności, Reportaż | 1 Comment »

Czekając na sobotę

Posted by tadeo w dniu 1 maja 2012

„Czekając na sobotę” to szokujący dokument o młodych ludziach żyjących od soboty do soboty – wyjście do dyskoteki jest wydarzeniem przełamującym codzienną nudę. Rytm życia mieszkańców Trawnik(200 km od Warszawy) wyznaczają imprezy w lokalnej dyskotece Nokaut. „Ten Nokaut to jest dla nas dobrodziejstwo” – mówi matka jedenaściorga dzieci, która sprząta w klubie i zbiera puszki po sobotniej zabawie. Nokaut jest źródłem zarobków mieszkańców miasteczka, a także jedyną rozrywką oraz głównym tematem rodzinnych rozmów i żartów. Życie towarzyskie w Woli Cygowskiej (38 km od Warszawy) toczy się na przystanku autobusowym. Dyskoteka to większe wyjście – musi się znaleźć ktoś, kto zgodzi się nie pić cały wieczór, żeby porozwozić po zabawie kolegów po domach. Towarzystwo z przystanku też się jednak wykrusza.

– Film uznawany jest często za kontrowersyjny – mówi Jerzy Morawski. – Nie wszystkim się w głowie mieściło, że nawet niedaleko od Warszawy ludzie wiodą takie życie. Że tak zupełnie nie widzą przed sobą przyszłości, nie chcą się wyrwać, wyjechać… Jest to problem jakby zasklepiony, schowany za ścianą. Cieszę się, że właśnie w Kielcach doceniono nasz dokument, ponieważ bardzo cenię ten festiwal.

https://vimeo.com/16238575

Film „Czekając na sobotę” Ireny i Jerzego Morawskich zdobył główną nagrodę – Wydarzenie Nurtu – zakończonego w Kielcach 17. Festiwalu Form Dokumentalnych.


Posted in Filmy dokumentalne, Reportaż | Leave a Comment »

Żywot Michała (2003) wstrząsający film dokumentalny

Posted by tadeo w dniu 24 kwietnia 2012

Wstrząsający dokument obejmujący 3 lata z życia alkoholika w średnim wieku.

Michał pije już 30 lat. Na co dzień włóczy się, zbiera złom i makulaturę, by zarobione w ten sposób pieniądze przeznaczyć na alkohol. Bezdomny, brudny i zaniedbany, wciąż upija się do nieprzytomności w towarzystwie podobnych mu kolegów. Długie, wielodniowe ciągi picia przeplatają się z jego rozpaczliwymi próbami trzeźwienia i szukania pomocy w ośrodku św. Brata Alberta. Desperackie próby wyjścia z nałogu kończą się powrotem do regularnego picia.

Michał miał w przeszłości rodzinę – żonę i synka, ale postępujące uzależnienie doprowadziło do rozpadu jego małżeństwa.
W 1984 roku była żona Michała zabrała ich dwuletniego synka i wyemigrowała do Szwecji – od tego czasu mężczyzna nie miał kontaktu ze swoim synem, który dzisiaj jest już dorosłym mężczyzną.

Michał, przebywając w ośrodku i ucząc się na nowo trzeźwości i normalnego życia, postanawia wyruszyć do Szwecji i odzyskać stracony kontakt ze swoim synem.

Ps. Fragment artykułu ze str. wrocławskiego schroniska, gdzie Michał mieszkał:

„Michała spotykam 10.06.2004r. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że widzimy się po raz ostatni. Michał kupił piątkę dykty, w schronisku się pojawił, ale nie za pracą, pożyczył pieniądze. Część dykty wypił z chłopakami na nastawni, resztę dokończył samotnie na ogródkach działkowych. Zmarł 16 czerwca 2004 roku. Został znaleziony 23 czerwca w dzień ojca. Pochowaliśmy go 7 lipca, trzy dni po jego pięćdziesiątych urodzinach”

Posted in Filmy dokumentalne, POLECAM, Reportaż | Leave a Comment »

Przeżyj rok w tajdze od 13 kwietnia

Posted by tadeo w dniu 20 kwietnia 2012

Rok_w_tajdze

– W samym sercu syberyjskiej głuszy, z dala od cywilizacji, 300 osób zamieszkuje małą miejscowości Bakhtia nad rzeką Jenisej – tak Werner Herzog, współautor i narrator filmu Szczęśliwi ludzie: rok w tajdze, rozpoczyna niezwykłą opowieść.Razem z filmowcami, którzy tam dotarli, obserwujemy rok z życia myśliwych, wędkarzy i innych osób zamieszkujących wioskę, w której nie ma telefonów, bieżącej wody, opieki medycznej. Codzienność w przykrytym śniegiem niedostępnym regionie świata, do którego można dostać się tylko łodzią lub śmigłowcem.Codzienne rytuały miejscowej ludność niewiele zmieniły się w ciągu ostatnich wieków, która zachowała swoje życie według własnych wartości i tradycji kulturowych. Jeśli cywilizacja ludzka zostałaby zniszczona, oni przetrwaliby dzięki wiedzy swoich przodków.

Legendarne niemieckie Studio Babelsberg, które produkowało filmy Fritza Langa, Friedricha Wilhelma Murnaua czy Alfreda Hitchcocka tym razem zaprosiło do współpracy Dmitrija Wasiukowa i Wernera Herzoga. Owocem ich wspólnych działań stał się zjawiskowy film Szczęśliwi ludzie: rok w tajdze.

Z pięknych kadrów filmu wyłania się obraz faktycznie szczęśliwych i spełnionych ludzi. Widać w nich także wielką miłość Dmitrija Wasiukowa, drugiego reżysera, do tajgi i jej mieszkańców. Malowniczym obrazom towarzyszy przepiękną, kontemplacyjną muzyką.

– Oni żyją z ziemi, są samowystarczalni i prawdziwie wolni. Nie ma podatków, nie ma rządu, nie ma prawa, nie ma biurokracji, nie ma telefonów, nie ma radia, wyposażeni są we własne wartości i normy postępowania. Jeśli cywilizacja ludzka zostałaby zniszczona, oni przetrwaliby dzięki wiedzy swoich przodków – twierdzi Herzog.

C0bfe3b7dc47b2693df561817bc12fb7

Film Szczęśliwi ludzie: rok w tajdze wchodzi na ekrany kin studyjnych 13 kwietnia.

Dominik Jabs

Foto i info: aurorafilms.pl

Posted in Filmy dokumentalne, Podróże, Radio WNET, Reportaż | Leave a Comment »

Paweł Przychodzeń: uchodźcy? A „niech się wynoszą do siebie!” „Co w takiej sytuacji jesteśmy w stanie wspólnie zrobić?”

Posted by tadeo w dniu 8 kwietnia 2012

Śniadanie wielkanocne dla bezdomnych, samotnych i potrzebujących, 7 bm. w Gdańsku. PAP/Adam Warżawa

Nie, to nie projekcja moich poglądów, ale cytat z jednej z wielu podobnych uroczych opinii, jakie usłyszałem ostatnio od moich współobywateli w Szpitalu MSWiA w Warszawie.

A co było powodem takich emocji? Oczywiście ci „wstrętni” uchodźcy z Czeczenii. Jakiś nerwowy troglodyta z wielką brodą i jego żona, tak jakoś śmiesznie ubrana. Oboje młodzi, ale już z sześciorgiem dzieci. Tak, tak sześcioro! Płodzą się ci z Kaukazu, czyż to też nie wstrętne? Jak się okazuje według niektórych naszych dzielnych rodaków, a jakże, wstrętne.

Ale od początku. Stoję w niewielkiej kolejce do rejestracji. Miłe panie z uśmiechem starają się załatwić kolejnych pacjentów. Obok, dwadzieścia, może trzydzieści osób oczekujących na konsultacje do kilku specjalistów. Pomieszczenie jest przestronne, nie ma więc tak charakterystycznej dla wielu publicznych zakładów opieki zdrowotnej, dusznej atmosfery i nerwowości. Większość pacjentów spokojnie siedzi w wygodnych krzesłach, mając te wspaniale poczucie, że ich słusznej walce o zdrowie, przynajmniej w dniu dzisiejszym, nic nie zagraża. Wejdą do specjalisty, zostaną wysłuchani, a ich problem zostanie rozwiązany.

I nagle w ten, niespotykany w publicznej służbie zdrowia, błogi nastrój wdziera się zagrożenie. Jedna z udzielających konsultacji Pań Doktor wpada do rejestracji i dość stanowczo „objeżdża” pracujące tam Panie, że po raz kolejny zgłasza się do niej uchodźca, że nie ma jakiegoś tam dokumentu i, że nie może w związku z tym go przyjąć, bo NFZ nie rozliczy tej wizyty. Co ciekawe pani Doktor sama stwierdziła, że to nie wina tegoż uchodźcy, tylko kogoś tam (zdaje się jakiegoś lekarza) kto skierował pacjenta, a nie dopełnił wszystkich wymogów formalnych, no i także osób z rejestracji, że takiego pacjenta zapisały na wizytę. Dodatkowo, pacjent nie jest jeszcze uchodźcą, tylko dopiero ubiega się o status, co też stanowi, zdaniem pani Doktor, przeszkodę formalna do takiego świadczenia (co prawdopodobnie nie jest akurat prawdą, bo osoby ubiegające się o status korzystają z prawa do pewnych świadczeń zdrowotnych – dop. PP). Pani Doktor rzuciła jeszcze w eter opinię, że to nie jest już pierwszy taki przypadek, że zajmuje się uchodźcami, ale system nie działa tu najlepiej.

Zapewne sprawa rozeszłaby się „po kościach” gdyby nie fakt, że pacjent okazał się bardzo nerwowy, wręcz agresywny, nawyzywał Panią Doktor od faszystek i stwierdził, że z gabinetu nie wyjdzie. Mogę się tylko domyślać, że nikt nie był mu w stanie wytłumaczyć na czym polega problem, a człowiek odsyłany z miejsca na miejsce dowiadując się ostatecznie, że z pomocy medycznej nic nie będzie bo coś tam, bo jakiś papier, czy inny duperel, po prostu tak po ludzku nie wytrzymał. Z dala od domu, z którego musiał uciekać, bez środków do życia, bez własnego dachu nad głową, z liczną rodziną w kraju, w którym miał prawo oczekiwać pomocy, w tym pomocy medycznej, a której z niezrozumiałych względów nie może otrzymać. Nie usprawiedliwia to agresji w żadnej postaci, ale ja akurat staram się go zrozumieć. W każdym bądź razie, Pani Doktor wyraźnie zdenerwowana agresywnym zachowaniem uchodźcy, wyrażając obawy o swoje bezpieczeństwo, poprosiła Panie w recepcji o wezwanie ochrony i energicznym krokiem wróciła do gabinetu.

Przebiegła mi nawet przez głowę myśl, czy nie pomóc rozładować całą sytuację: swojego czasu zajmowałem się przez kilka lat sprawami uchodźców, środowisko, z którego się wywodzę (Liga Republikańska) zawsze bardzo wspierało sprawy czeczeńskie, znam trochę rosyjski, no i znam nieco specyfikę mieszkańców północnego Kaukazu. Lecz nim zdążyłem dobrze się zastanowić, problem rozwiązał się sam. Po chwili z krzykiem wypadł z gabinetu bohater całego zamieszania, a za nim jego żona i głośno krzycząc coś o Hitlerze, wyzywając Panią Doktor od faszystek, grożąc, że zrobi z nią i ze szpitalem porządek, poszedł w siną dal.

Żegnany przez niektórych okrzykami w stylu „spadaj burasie”. Pani Doktor, bardzo zdenerwowana – co tak po ludzku oczywiście rozumiem, nikt chyba, poza dewiantami, nie lubi być porównywany do Hitlera – prosiła obecnych, na razie ustnie, czy zechcą być świadkami w razie ewentualnego późniejszego postępowania. Ja nie zechciałem. A po chwili, po załatwieniu swojej sprawy, sam opuściłem to miejsce.

Pech chciał, że musiałem wrócić po kilku minutach, a tam w najlepsze odbywało się zbieranie podpisów świadków. Czyniła to osobiście Pani Doktor. Ale atmosfera, jaka temu towarzyszyła, te dzielne opinie o konieczności „wypiep…” uchodźców do ich krajów, etc. – ciarki mnie przebiegły. Bez żadnej refleksji grupa, przed chwilą spokojnych ludzi była gotowa do wygłaszania najgłupszych opinii. I naprawdę nieważne, kto to był. Żądali przegnania precz ludzi tak dramatycznie doświadczonych przez życie. I żadnego głosu sprzeciwu, choć trzeba uczciwie przyznać, że gorliwa w tym swoistym spektaklu była mniejszość. To było przerażające.

Nie wytrzymałem i głośno zaprotestowałem. Zacząłem bronić Czeczenów. Bronić, to w tej konkretnej sytuacji oznaczało kłótnię z pozostałymi. Starałem się tłumaczyć, że przecież są to ludzie wygnani z własnych domów, którzy musieli uciekać w obawie przed niewyobrażalnymi dla nas represjami, że Polacy też byli uchodźcami, którym pomagały inne narody (i to całkiem niedawno przecież). Nic. Jałowy mój trud. Nie trafiały do tych ludzi żadne argumenty. Tu niestety, coraz smutniejsza rolę miała – skądinąd poszkodowana – Pani Doktor nadając ton pozostałym. W bardzo emocjonalnym tonie wykrzyczała do mnie, że została obrażona, ba, prawie została pobita. Ja, proszę mi wierzyć, nie usprawiedliwiałem agresji. Tym niemniej zauważyłem, że Pani Doktor sama przecież chwilę wcześniej uznała, że winny całej sytuacji jest nie ten uchodźca, ale ktoś kto źle go skierował nie dopełniając jakiś formalności, generalnie wadliwy system. Na te słowa lekarka stwierdziła, że to nieprawda, de facto zaprzeczając sobie. A na końcu wykrzyczała, że co ja tam wiem, i właściwie to nie będzie tracić czasu na rozmowę ze mną. I rzeczywiście bezceremonialnie zakończyła dyskusję. A to cały czas przy gromkim wsparciu kilku-kilkunastu innych osób. Do tego usłyszałem od innej pracownicy szpitala, że zakłócam spokój, że przeszkadzam, żebym już przestał i generalnie… oddalił się. Inni, krzycząc nie zakłócali spokoju, zakłócałem go ja. No warchoł ze nie i już. Wiedziałem, że nic już tu po mnie.

Na końcu jeden starszy dżentelmen rzucił do mnie, bym poszedł do „Gazety Wyborczej”, co wszyscy, którzy mnie znają wiedza, że jest to, delikatnie mówiąc, opcja mało prawdopodobna. Choć muszę uczciwie przyznać, że w sprawach dotyczących problemów uchodźców „Gazeta Wyborcza” jawiła się mi i moim przyjaciołom, do pewnego stopnia, jako sojusznik. Ale argument ten dał mi jednak pewne przekonanie o proweniencji przynajmniej niektórych moich dyskutantów. Takich, co to obcych nie bardzo, Żydów szczególnie, a za tow. Moczara, o wtedy z obcymi nie było żadnych problemów.

I tylko się zastanawiam, gdzie my wszyscy zmierzamy. Co z nami się dzieje, że jesteśmy w moment gotowi zmienić się w tłuszczę żądającą krwi kogoś kto z jakiś tam względów nam nie odpowiada. Bez dania racji, bez żadnej refleksji. Zachodzę w głowę na ile kilka ostatnich lat wiecznego emocjonalnego napięcia, odpowiednio formatowanego przez media i część polityków zmienia nas w bestie. Wskazuje się nam wrogów, których już tylko potrafimy nienawidzić. I pogardzać. To nienawidzimy i pogardzamy. Czy do pomyślenia jeszcze kilka lat temu było, by ktoś mógł w tak podły sposób upokorzyć innych ludzi oddając mocz na modlących się pod krzyżem? Czy do pomyślenia jeszcze kilka lat temu było, by ktoś mógł wejść do biura nielubianej partii i zastrzelić pierwszą lepszą napotkaną tam osobę i poderżnąć gardło kolejnej. Czy zdarzyło nam się słyszeć, by ktoś robił awanturę w niepublicznym przedszkolu, że przyjęto dziecko dotknięte autyzmem (przypadek z „elitarnego” warszawskiego Wilanowa)? Ale to mało: pogardzamy i nienawidzimy nawet tych co odeszli, choćby ponieśli śmierć w służbie Ojczyzny. Zaczynamy działać, jak zaprogramowane maszyny, gdzie paliwem jest podawany przez niektóre media format, kreujący specyficzną rzeczywistość. Tylko, że zaczyna to mieć skutki uboczne nie przewidziane przez wielkich kreatorów, dokonujących brutalnej operacji, niczym lobotomii na żywym organizmie wielomilionowego społeczeństwa. Bo przecież nikt, i media i politycy, nie nawołują do odwracania się od obcokrajowców, tym bardziej od uchodźców. Wręcz przeciwnie.

Ale my zahartowani trwająca kilka lat zimną wojną domową kierujemy swoje negatywne emocje w kierunku kogokolwiek, kto nam nie odpowiada. A co tam, nawet niech będzie to „obcy”. I mimo, że to przecież nie wypada, to postawa niegodna Europejczyka, to nasza nienawiść, coraz słabiej tłumiona jest silniejsza.

Tylko, co w takiej sytuacji jesteśmy w stanie wspólnie zrobić? Bo przecież słyszymy co i raz takie gromkie nawoływania, szczególnie ze strony tych ośrodków, które stan emocjonalnego wrzenia społeczeństwa kreują. Zdaje się, że wspólnie to możemy kibicować Justynie Kowalczyk.

Tylko dlaczego ofiarami, tej sytuacji mają być uchodźcy?

Portret: Paweł Przychodzeń

Paweł Przychodzeń

(ur. 1971 r.) – prawnik, przedsiębiorca, ekspert z dziedziny zamówień publicznych, autor licznych publikacji w prasie fachowej. Niegdyś działacz m.in. NZS i Ligi Republikańskiej. Przez kilka lat był szefem biura posła Mariusza Kamińskiego (późniejszego szefa CBA), w latach 2004-2005 współpracował z Muzeum Powstania Warszawskiego. Był wysokim urzędnikiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i Kancelarii Prezydenta RP. W 2010 r. przez ostatnie kilka tygodni kierował kampanią Czesława Bieleckiego, kandydata na Prezydenta m. st. Warszawy. Obecnie pełni też społecznie funkcję przewodniczącego rady nadzorczej w jednej z niewielkich warszawskich spółdzielni mieszkaniowych.

http://wpolityce.pl./artykuly/26274-pawel-przychodzen-uchodzcy-a-niech-sie-wynosza-do-siebie-co-w-takiej-sytuacji-jestesmy-w-stanie-wspolnie-zrobic

Posted in Polityka i aktualności, Reportaż | Leave a Comment »