WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Świadectwa’ Category

Agni Pilchowa– historia warta przypomnienia, choć w „Przyjacielu“ nie mieliśmy odwagi…

Posted by tadeo w dniu 15 Maj 2019

201104091725_agni1 []
„Agni – dziwny przybysz z zaświatów, więcej zadomowiony w świecie ducha, niż w świecie ziemskiej materii” – to jedna z opinii na temat Agnieszki Pilchowej, której historię życia i działalności opisuje historyk mgr Władysława Magiera. Poniższy materiał stanowi jeden z rozdziałów przygotowywanego drugiego tomu „Cieszyńskiego szlaku kobiet“. Niektóre historie z życia kobiet publikowaliśmy na łamach „Przyjaciela“. Ze względu na „delikatną materię“, poniższego tekstu zdecydowaliśmy się jednak nie umieszczać w naszym miesięczniku kościelnym. Z tym większą satysfakcją przedstawiam tekst poniżej – ku zbudowaniu wszystkim, co nie boją się „odsłonić klapek” z lewa i z prawa…

„… Jest to osoba o niezwykłych zdolnościach jasnowidzenia. Dziwna ta istota żyje równocześnie podwójnym życiem – na ziemi i w zaświecie. Co więcej, w świecie Ducha porusza się z wielką lekkością i swobodą… Swych zdolności jasnowidzenia nie zużytkowuje dla celów materialnych, nie lubi też patrzeć wzrokiem ducha na sprawy materialne, np. poszukiwać i znajdywać zagubione przedmioty…”. Jak widać z powyższego opisu Agnieszka Pilchowa miała swoją filozofię życiową i zasady, których trzymała się konsekwentnie. Miała wielkie serce i to potwierdzają wszyscy. Była osobą głęboko wierzącą, głoszącą chwałę miłości do Stwórcy jako lek na wszystkie nieszczęścia i zło tego świata, szanowała ludzi i nie zważając na siebie zawsze spieszyła z pomocą. Miała wielkie niebieskie oczy, sprawiające wrażenie ciągle zdziwionych. Pachniała ziołami. Bardzo lubiła śpiewać. Śpiewała wieczorami przy otwartych oknach pieśni religijne. Prowadziła przecież „normalne” życie żony i matki. Było nieraz pełne trosk związanych z wychowaniem czworga dzieci, z troską o dom, a przede wszystkim o rodzinę tak wielką – rodzinę duchową. Nie było dnia by ktoś listownie nie zwracał się do niej z prośbą o udzielenie rady w różnych cierpieniach, zarówno fizycznych jak i duchowych… Codziennie odpowiadała na wiele listów, przyjmowała chorych i potrzebujących, nie odrywając się od zajęć domowych.

Wiele można o niej napisać, ale na pewno nie to, że była zwyczajna lub przeciętna. Jasnowidz, zielarka, uzdrowicielka. Leczyła ziołami i odpowiednią dietą, ale często zdarzało się, że korzystając z daru jasnowidzenia wnikała w przeszłe wydarzenia z życia pacjenta, a nawet – jak sama twierdziła – w prawdziwe przyczyny jego chorób. Leczyła chorych fizycznie i niosła pomoc chorym na duchu. Agni P., bo taki miała pseudonim, używała swego daru, aby pomagać ludziom. Biorąc pod uwagę, że nie skończyła uczelni medycznej, jedynie szkołę podstawową, trafność jej diagnoz lekarskich była imponująca. W swych pamiętnikach pisała, że diagnozując chorego odczuwa jego fizyczne dolegliwości we własnym ciele.

Agnieszka Pilchowa z domu Wysocka urodziła się 16 grudnia 1888 r. w Zarubku, miejscowości stanowiącej dziś część Ostrawy. W jej domu rodzinnym mówiono po czesku, a dzieci chodziły do czeskiej szkoły. Jako dziecko, wskutek wstrząsu, zapadła w śpiączkę trwającą dwie doby. Jej rodzeństwo było przerażone. To co działo się z nią w tym czasie wywarło na niej ogromne wrażenie, więc zapamiętała wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. Przeżycia te były przygotowaniem do dalszej pracy. Opisuje to wydarzenie w swoich pamiętnikach: „Straciłam na chwilę świadomość. W niespełna 5 minut ocknęłam się, lecz jakież było moje zdumienie, gdy zauważyłam w mieszkaniu popłoch, bieganie i cucenie zimną wodą jakiejś dziewczyny, leżącej na łóżku; ku memu zdumieniu rozpoznałam w niej siebie samą. Widziałam wyraźnie to leżące z zamkniętymi powiekami moje ciało, a równocześnie dobrze zdawałam sobie sprawę z tego, że nie śnię, lecz stoję w pewnym oddaleniu od łóżka, stopami wcale nie dotykając podłogi… Płynęliśmy w górę. Świat ten powoli znikał mi całkiem z oczu, a tymczasem ten dobry Duch zaczął mi mówić o wiecznem życiu, o miłości Boga, o Jego nieskończonej dobroci. W związku z przyczyną, która wywołała moje omdlenie, pocieszał mię, iż Bóg jest wszędzie i że mogę się do Niego modlić na każdem miejscu… Powiedział także, że mnie nie opuści nigdy. I istotnie, minęło od tego czasu już przeszło 20 lat, a ja zawsze mogłam i mogę rozmawiać z nim kiedy tylko tego zapragnę; zawsze też pociesza mię i udziela mi potrzebnych wskazówek i rad, które w ciągu już przeszło 20 lat nie zawiodły“. Było to jedno z jej pierwszych paranormalnych doświadczeń, podczas którego, wraz ze swym Opiekunem Duchowym, którego by można też nazwać Aniołem Stróżem, odbyła podróż astralną. Opiekun przekazywał informacje przy pomocy „automatycznego pisma”. Kiedy jej ręka zaczynała drżeć, brała ołówek lub pióro i przykładała go do papieru. „… W tej chwili ręka moja zaczęła pisać. Myśli snuły się tak szybko, że pióro z trudem chwytało je na papier. Wiedziałam zawsze naprzód jakie są dwie, trzy pierwsze myśli, które mają być napisane; lecz kiedy zostały już napisane a płynęły nowe, zatracałam zupełnie pamięć poprzednich. Pisałam tak długo, aż pióro samo zostało odłożone, nieomal wypadło z ręki”. Przenosząc się do Polski słabo znała nie tylko język, ale i polską literaturę, historię. Nawet w latach późniejszych niewiele czytała, choć w domu była spora biblioteka, by „wchodząc w cudze pole myśli (…) nie zatracać bezstronności”. Jej język polski był ponoć dziwny – tak przynajmniej twierdziły osoby spoza Śląska. Z pewnością były w nim czechizmy, być może była to po prostu gwara śląsko-cieszyńska, bo trudno sobie wyobrazić, by osoba z pogranicza Śląska Cieszyńskiego i Moraw nie mówiła na co dzień „po naszymu”.

201104091725_agni2 []

Zdarzało się, że nagle zapadała w dziwny stan, była inna. Odbiegała swoim zachowaniem od reszty rodzeństwa i rówieśników zamyślając się często tak głęboko, że traciła kontakt z rzeczywistością i dosłownie stawała się nieobecna duchem. Nie reagowała wtedy na polecenia matki i odgłosy otoczenia. Zwierzała się swemu rodzeństwu z tego co widziała – wyśmiewano ją nazywając głupią. Nie pozostało jej więc nic innego jak zamknąć się w sobie i nikomu o tym nie wspominać. Wszystkie widzenia z lat dziecięcych uważała za coś w rodzaju snu, sądziła, że to samo przeżywają inni, tylko nie opowiadają o tym, podobnie jak i ona nie opowiadała nikomu o swoich wizjach. Rodzeństwo coraz bardziej odsuwało się od niej. Miała też zapewne niewielkie grono koleżanek, z których jedną zaprosiła później na druhnę podczas swojego wesela. Pisała o sobie tak: „ Ze zdolnościami jasnowidzenia jakie posiadam przyszłam już na ten świat. Gdy mam spojrzeć w świat ducha, nie potrzebuję zapadać w trans ni też używać jakichś środków pomocniczych. Z początku przymykałam oczy (…) potem już i przymykanie oczu zaczęło być zbyteczne”.

Odizolowana przez swoje „dziwactwo” od świata, nie potrafiła jednak ukryć odmiennych stanów świadomości, w których często przebywała, i być może depresji będącej skutkiem odrzucenia. Około osiemnastego roku życia trafiła w kręgi Towarzystwa Spirytystów. Wzięła udział w kilku seansach, były wtedy bardzo modne. Jako obdarzona zdolnościami jasnowidzenia widziała więcej niż inni. Na jednym ze spotkań zabrała głos, lecz nie spodobało się to innym. Uczestnicy wymusili na niej zerwanie kontaktów. Bardzo to przeżywała i postanowiła nigdy więcej nie brać udziału w seansach spirytystycznych.

Ogromny wpływ na jej dalsze losy miała wizyta u jednego z żonatych braci. Poznała tam przyszłego męża, który w pewnym sensie wymusił na niej ślub. Wspomina, że nie potrafiła się sama ubrać w białą suknię do ślubu, ale jednocześnie nie potrafiła się temu przeciwstawić: „Jeszcze w dniu ślubu drżałam z rozpaczy i mdlałam z przerażenia. Jakże iść z tym człowiekiem przez życie, kiedy taki dziwny strach miałam przed nim…“. Tak sama wspomina ten moment, ale odczucia kobiet w dniu ślubu bywają przecież różne. Została mężatką mając 21 lat.

Po ślubie często bywała w świecie ducha, tym bardziej, że wędrówka w zaświaty była dla niej od wczesnego dzieciństwa ucieczką od codzienności. Jej wizje miały często charakter symboliczny i z takich obrazów odczytywała przyszłe fakty. Zapytana pewnego dnia, w roku 1915, jak długo potrwa wojna, odpowiedziała, że do 1918 roku – nie uwierzono jej wtedy. Pisała: „Straszne jest to, co piszę. Może ktoś powie, że to wytwór bujnej fantazji. Ach, gdybym miała pisać wszystko, co podczas wojny się przesunęło przed mym wzrokiem ducha, a co potem i tak jaskrawo przejawiło się i na ziemi, to musiałabym napisać wiele grubych tomów… Bolałam bardzo na myśl o przelewie krwi i tych wszystkich strasznych cierpieniach, które ludzkość sobie nawzajem niepotrzebnie zadaje. Pytałam Opiekuna: Jak mogę pomóc ludziom?” Wtedy pojawił się z duchem wybitnego lekarza i przez trzy miesiące pobierała nauki z anatomii i medycyny. Jak sama opisuje, przed jej oczami „pojawiał się organizm ludzki, jak na ekranie w kinie. W ciągu jednego wieczoru zapełniał się ekran obrazami tylko jednej części ciała w jego różnych stanach chorobowych, przyczem przy danej części zjawiał się raz po raz cały organizm ludzki, bym dobrze mogła obserwować, w jaki sposób np. zakażenie krwi w ręce rozszerza się na cały organizm i atakuje serce. Duch zalecił: Byś jednak nie zapomniała mych wskazówek, weź ołówek do ręki i skreślij sobie moje myśli na papierze… A na końcu zapytał: Czy chcesz pomagać bliźnim? Czy nie ugniesz się pod ciężarem pracy? Czy nie ulękniesz się, gdy wydadzą na ciebie wyrok?

Zaczęła leczyć już w trzecim roku pierwszego małżeństwa. Pierwszymi pacjentami były dzieci mieszkające nieopodal, które miały wysoką temperaturę, a najmłodsze było umierające. Zaczęła robić głaski magnetyczne nad ich ciałami. Zebrało jej się na wymioty, ale po podaniu chłopcu mleka z solą to on zaczął wymiotować i reagować na otoczenie. Pozostałym dzieciom podała zmagnetyzowaną wodę (były to prawdopodobnie działania bioenergoterapeutyczne). Następnego dnia cała okolica wiedziała o uzdrowieniu. Innym razem przyjechała do niej kobieta, której lekarz chciał amputować rękę, chciała popełnić samobójstwo. W ostatniej chwili, w skrajnej rozpaczy, zdecydowała się na wizytę u niej. Agnieszka wzięła maść borową i zaczęła robić magnetyczne pociągnięcia. Maść wprawdzie nie była potrzebna, ale nie chciała by opowiadano, że czaruje. Całą siłą woli skupiła myśli na ręce i na jednym punkcie, którym powinna „wyjść nieczysta krew”. Czwartego dnia tylko pomarszczona skóra świadczyła, że było bardzo źle. Zaleciła gotowanie rumianku z jałowcem i moczenie ręki, a podczas kolejnej wizyty, po czterech dniach, zastąpienie jałowca cytryną. Przy wyjściu wręczyła jeszcze kobiecie pieniądze na zakup ziół i cytryny. To powtarzało się później często, pomagała jak mogła, dawała pieniądze na niezbędne leki. Biedna materialnie, lecz bogata duchem, nigdy nie odmówiła pomocy nikomu.

Po czterech latach małżeństwa odeszła od męża i przeniosła się wraz dwójką dzieci do matki, jednak formalne unieważnienie związku przez najwyższe władze sądowe uzyskała dopiero w roku 1917.

Kiedy było już pewne, że posiada medialne, większe niż przeciętne uzdolnienia, zaproponowano jej badania. Rozmowy przerwało wysiedlenie do Polski. Zamieszkała w Wiśle w starej szkole. Tam poznała przyszłego męża, który pochodził z Wisły. W roku 1919 wróciła na kilka miesięcy do Pragi, gdzie eksperymenty naukowców uniwersyteckich potwierdziły autentyczność jej medialnych uzdolnień. Poznała córkę prezydenta, dr Alicję Masaryk, która zachęcała ją, by napisała podanie, że pragnie zostać w Czechosłowacji. Nie zrobiła tego i wróciła na Śląsk Cieszyński. Również następnym razem odmówiła prezydentowi Masarykowi przyjęcia posady na Hradczanach, mimo że gwarantowano jej tam spokój.

201104091726_agni3 []

W Wiśle ponownie wyszła za mąż za nauczyciela Jana Pilcha. Był kierownikiem szkoły w Pszczynie i tam początkowo mieszkali. Z ich małżeństwa urodziły się dwie córki: Janka i Agnieszka. Cały czas wychowywali razem dzieci z pierwszego małżeństwa Agni: Stacha Kurletto oraz córkę Anitę. W 1931 roku małżonkowie wybudowali nową, murowaną willę, którą nazwali „Sfinks”. Piętrowa willa, posadowiona wysoko na stoku góry, posiadała kilkanaście pokoi i olbrzymią kuchnię z piecem węglowym, w której trzy razy dziennie spotykali się wszyscy mieszkańcy domu na posiłkach. Otoczona była sporym ogrodem z ławeczkami i drewutnią z czasem przerobioną na letni domek. Agnieszka mieszkała wśród ludzi, którzy z dużą życzliwością, ale zarazem z rezerwą odnosili się do jej rewelacji. Podobno była przez niektórych miejscowych uważana za czarownicę.

Jej sława przyciągnęła do Wisły wielu, m.in. w roku 1929 przeniósł się tam zajmujący się ezoteryką Jan Hadyna, zaczął wydawać „Hejnał” – Miesięcznik Wiedzy Duchowej. Później zamieszkał w „Sfinksie“ i razem z Janem i Agnieszką prowadzili wydawnictwo. Pod koniec 1933 r. przekazał „Hejnał” pod kierownictwo Agni i wyprowadził się do Krakowa. Oficjalnie administratorem pozostał jednak jej mąż. W wydawnictwie publikowano artykuły poświęcone zjawiskom paranormalnym. Tam Agnieszka opisywała swoje wizje, ukazywały się jej wspomnienia i porady lekarskie. Jako bardzo wierząca, pisała o ewangelicznych metodach leczenia. Wyjaśniała, jak bardzo zanieczyszczona jest aura ludzi palących tytoń. Zalecała regenerację organizmu poprzez sen i przebywanie na łonie przyrody. Udzielała porad czytelnikom. Bardzo dużo pisała. „W cichym kąciku swego pokoiku, zadumana, kreśliła pośpiesznie… Oczy jej otwierały się szeroko, a twarz rozpalała przedziwnym blaskiem, to znów gasły, opadały powieki, ustawało pióro w ręku i głęboko wzdychała“ – pisał jej mąż. Zużywała na to wiele sił i czasu. Jej organizm szybko się jednak regenerował. Oprócz artykułów prasowych drukiem ukazały się książki: „Życie na ziemi i w zaświecie, czyli Wędrówka dusz” – pozycja, za którą otrzymała podziękowanie od marszałka Józefa Piłsudskiego; „Spojrzenie w przyszłość” – książka nawołująca do bratania narodów słowiańskich, za którą dostała gorące podziękowania od prezydenta Czechosłowacji, T. G. Masaryka. Za dwutomową powieść osnutą na prawdziwych przeżyciach „Zmora” i „Umarli mówią” otrzymała podziękowanie od prezydenta Ignacego Mościckiego. Ukazały się też „Pamiętniki Jasnowidzącej” i „Jasnowidzenie”.

„Sfinks” był domem otwartym, miejscem do którego ludzie przychodzili po porady. Agni bowiem wykorzystując swoje zdolności magnetyczne oraz znajomość leczniczych właściwości ziół, pomogła wielu osobom. Leczenia podejmowała się bezinteresownie, a do „Sfinksa“ ciągnęły pielgrzymki. Porad regularnie udzielała nie tylko w Wiśle, ale i w Cieszynie, często wzywano ją do szpitala, do ciężkich przypadków. Przyjeżdżali do niej ludzie z całej Polski, chociaż wtedy nie było łatwo dostać się do Wisły. Pisali listy, w których błagali o pomoc. Wolała jednak, jeśli chory przyjeżdżał do niej osobiście, ale nie było to konieczne. Wystarczyło, że wzięła do ręki przedmiot tej osoby, list lub fotografię i łącząc się z tą osobą mentalnie mogła pomóc na odległość. Jeden z licznych przypadków leczenia nawet na odległość cytuje Anna Szatkowska. Opisała przypadek błyskawicznego uzdrowienia swojego brata: „Witold miał jechać do Warszawy na egzamin wstępny. W przeddzień wyjazdu pojawiła mu się na twarzy okropna egzema, z której lała się żółta ciecz i nic na to nie pomagało. Babcia, bezradna, skontaktowała się z Pilchową, która obiecała coś poradzić na odległość. Prosiła, by po południu Witold siedział spokojnie na kanapie przez dwie godziny. Wieczorem egzema przyschła, a nazajutrz nie było po niej śladu!“

Właśnie na początek lat 30-tych przypada najlepszy okres działalności Agni. Majątku jednak nigdy się nie dorobiła, pomagała przecież ludziom bezinteresownie. Zawsze miała wielkie serce. „Leczyła nie tylko bezinteresownie, ale pomagała żywnościowo i materialnie potrzebującym, nie znosiła reklamy, szumu, pieniędzy”.

Jej pacjentami byli nie tylko prości ludzie, ale też znani, np. wicewojewoda śląski dr Saloni, któremu skutecznie pomogła czy sam marszałek Piłsudski. Była kilkakrotnie zapraszana do Belwederu. Wspomina o tym zarówno wnuczka, Krystyna Frank, jak i Zofia Iłłakowiczówna. W jakim celu tam jeździła – nie wiadomo. Mogły to być problemy zdrowia Marszałka i poszukiwanie niekonwencjonalnych metod leczenia albo chęć uzyskania informacji, których nie mógł dostarczyć wywiad. Znając zamiłowanie Marszałka do ezoteryki, można przypuszczać, że wizyty te miały raczej charakter informacyjny. Pewne jest, że jeździła do Marszałka w czasie jego ostatniej choroby, prawdopodobnie uśmierzała ból wywołany dolegliwościami nowotworowymi. Mówiła, że trzymała go za rękę i może to właśnie przynosiło ulgę. Wraz z pojawieniem się jej osoby w mediach, zaczęła być sławna. Szczególny rozgłos zyskała dzięki audycjom radiowym Zofii Kossak-Szczuckiej, częstemu gościowi w „Sfinksie“. Jej sława, jak się uważa, sięgała daleko poza Wisłę, a nawet Polskę. Z Hitlerem nie spotkała się jednak nigdy, chociaż i takie były przypuszczenia.

Najbardziej znaną zapisaną wizją jest „ Przepowiednia z Tęgoborzy”, która ukazała się drukiem w dniu 27 marca 1939 r. w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym”. Jej autorstwo nie jest udowodnione, niecodzienna treść powodowała, że chciano zachować anonimowość autora. Późniejsze wypowiedzi wskazują jednak, że to właśnie Agni była jej autorką. Pewne jest tylko to, że spisana wierszem została przez literatkę Marię Szpyrkównę, jej znajomą. Ułożyła ona wierszem to, co opowiadała Agni podczas zwykłych codziennych zajęć. Podobnie powstanie „Przepowiedni…“opisuje Stanisław Hadyna, który wspomina, że w obecności Jana Hadyny i literatki Marii Szpyrkównej przedstawiła wizję w pierwszej połowie 1939 r. Przepowiednia dotyczy dziejów Polski. Jej tekst wzbudził ogromną sensację. Przekazywano ją z ust do ust, śpiewano, powielano w „podziemnych” gazetkach. O tym, jak bardzo była popularna i znana, świadczy fakt, że reżyser L. Buczkowski umieścił jej fragment w „Zakazanych piosenkach”, filmie z roku 1946. „Zdumienie ogarnia, kiedy się pomyśli, że teraz ta przepowiednia albo jest zupełnie zapomniana, albo nadal krąży potajemnie, przekazywana z rąk do rąk” – pisał Czesław Miłosz. Oto fragmenty, które można różnie interpretować:

„Gdy czarny orzeł znak krzyża splugawi,
Skrzydła rozłoży złowieszcze –
Dwa padną kraje, których nikt nie zbawi,
Siła przed prawem jest jeszcze.
Lecz czarny orzeł wejdzie na rozstaje,
Gdy oczy na wschód obróci,
Krzyżackie szerząc swoje obyczaje,
Z złamanym skrzydłem powróci.
Zaborcom nic nie zostanie.
Mazurska ziemia Polsce znów przypadnie,
A w Gdańsku port nasz powstanie.
Złamana siła mącicieli świata
Tym razem będzie na wieki.
Rękę wyciągnie brat do swego brata,
Wróg w kraj odejdzie daleki.
Trzy rzeki świata dadzą trzy korony
Pomazańcowi z Krakowa,
Cztery na krańcach sojusznicze strony
Przysięgi złożą mu słowa“.
O ile najbardziej znana przepowiednia, w której cztery ostatnie wersy mówią podobno o wyborze na papieża Polaka może być traktowana różnie, o tyle wszystkie pozostałe opisy dotyczące wojny były aż za bardzo prawdziwe. Agni cierpiała bardzo opisując to, co widziała. S. Hadyna, cytując zapiski swojego stryja Jana Hadyny, który notował jasnowidzenia Agni w roku 1934, takie oto słowa przepowiedni odnotował:

pobrane

„Widzę zadrutowane ogromne kraje, pełne nienawiści i palących się trupów. Dymy piekielnych palenisk zasłaniają niebo. Losy ludzkości się ważą. (…) Widzę swastykę toczącą się na wschód, która chce zmiażdżyć w mściwej satysfakcji niewolnicze państwo pentagramu (pentagram – gwiazda pięcioramienna). Dwaj zbrodniarze ludzkości chwycą się za bary – hordami swych niewolników i masą swej broni, a ziemia zadrży pod ich stopami“.

W roku 1934, w Wiśle, nikt jeszcze nie podejrzewał, że za kilka lat Niemcy rzeczywiście zaatakują Związek Radziecki.

Zimą 1940 roku tak opowiadała Janowi Hadynie:

„Pytałem, co będzie? Zakryła ręką oczy. Zaczęła płakać. Nie mówiła nic. Drżała. Po chwili jednak powiedziała cicho: To wszystko jest okropne. Palą ludzi w piecach. Całe pociągi. Tysiące. Dymy zakrywają niebo. Pędzą ich tysiącami przez śniegi, lasy, za druty obozów. Strzelają. Doły pełne trupów. (…) Jedni mają błyskawice na mundurach, inni czerwone gwiazdy, ale znaki są bez znaczenia. Jedni i drudzy są emanacją zła.
– Jaki będzie wynik tej wojny?
– Zło wraca złem, musi się wzajemnie pożreć.
– Wojna niemiecko-sowiecka, to nonsens. Coś się pani przywidziało! (rok 1940)
– Mówię, co widzę – powiedziała z cichym uporem. Spojrzała na mnie bezradnie swymi ogromnymi niebieskimi oczyma i powiedziała:
– Ja sama tego nie rozumiem, ale klisze astralne mówią o strasznej wojnie właśnie między tymi dwoma państwami, spod znaku swastyki i czerwonej gwiazdy. Będą miliony ofiar.
Na stole leżał „Völkischer Beobachter” z fotografią Bramy Brandenburskiej na pierwszej stronie. Wpatrywała się w tę stronę intensywnie, dotknęła jej palcem, potem przysłoniła oczy i zmienionym głosem znów zaczęła mówić:
– Widzę żołnierzy z czerwonymi gwiazdami na czapkach, którzy wieszają na szczycie kolumnowej bramy czerwony sztandar… Wszędzie gruzy, zniszczenie, dym, białe prześcieradła zwisają z okien, żołnierze sowieccy wbiegają na schody jakiegoś gmachu, piszą coś po rosyjsku na ścianach…
– A Polska? – zapytałem.
– Widzę polską flagę na wysokiej kolumnie za tą bramą… Nie wiem jak się ta kolumna nazywa. Stoi na tej samej alei co brama, ale dalej…
– I to koniec wojny?
Pokręciła głową.
– Nie. Widzę wielką mapę sztabową, widzę wbite szpilkami chorągiewki… Tak, oni… To jest wojna… Amerykańskie i japońskie. Tak… – powtórzyła i jakby chciała coś bliżej dojrzeć, z zamkniętymi oczyma pochyliła się nad stołem, jakby tam właśnie leżała ta mapa sztabowa. Ale na stole prócz obrusa nic nie było.
– Nie rozumiem co to jest? Coś okropnego… Jakiś straszliwy grzyb zrodzony z chmur oślepiających, rośnie pod niebo. Gdzie to jest? Co to jest?… O, Boże… – jęknęła i nagle otwarła szeroko oczy, jakby uciekając od tego widoku“.
Jak widać z powyższego dialogu, Agni przewidziała nie tylko zdobycie Berlina, ale i zrzucenie bomb atomowych. Z perspektywy czasu wiemy, że wizje te były bardzo trafne, jednak dla współczesnych bywały kontrowersyjne. Wtedy nawet niektórzy ludzie zaczęli twierdzić, że jej zdolności zaczęły słabnąć.

Z wizji dotyczących przyszłości, w negatywnym świetle stawiała rozwój wielkich aglomeracji miejskich, gdzie wraz ze wzrostem liczby ludności widziała wzrastającą agresję, ludzi społecznie złych, gdzie gloryfikowany był gwałt i przemoc. Mówiła, że ludzkość gorączkowo rzuci się do pracy w celu podniesienia swego dobrobytu. Będzie budować olbrzymie mosty, kanały, drogi komunikacyjne, zakładać wielkie osady, ogrody warzywne, osuszać bagniska, nawadniać pustynie i w niedalekim czasie sztucznie wywoływać chmury w atmosferze i deszcz, a także je rozpraszać. Przeróżne wynalazki praktyczne umożliwią gospodyniom łatwiejsze prowadzenie gospodarstwa domowego. Dzieci będą badane pod kątem swoich zdolności i w tym kierunku będą kształcone. Nie będzie zadymionych miast, zatruwających swych mieszkańców, ponieważ będą istniały urządzenia odświeżające powietrze w lokalach publicznych i mieszkaniach prywatnych. Na szeroką skalę zakrojone również będą prace nad wykorzystaniem energii słonecznej za pomocą zwierciadeł wklęsłych. Agni twierdziła, że wizje te zaczną stopniowo spełniać się jeszcze przed rokiem 2000. „Zanim jednak nastanie w pełni złoty wiek ludzkości, przeżyje ziemia nasza niejeden kataklizm… Zaburzenia atmosferyczne i wstrząsy wulkaniczne zrobią nam jeszcze niejedną niespodziankę, podobnież i zaburzenia polityczne w różnych państwach”.

W czasie wojny wszelka działalność literacka została oczywiście przerwana. Część książek udało się ukryć, uważano bowiem w domu Pilchów, że jest to najcenniejsza rzecz, jaką posiadają. Z domu furmankami wywieziono jednak sporą część wyposażenia. Oto fragment listu córki Janki do siostry Agnieszki:

„To była częsta scena w czasie drugiej wojny światowej: moja matka nagle przerywała to, co robiła, zamykała oczy i mówiła: Iksiński tu jest. Właśnie zmarł. Napisz do jego rodziny. I dalej następowały szczegóły dotyczące okoliczności śmierci i miejsca, w którym znajdowało się ciało. Większość tych ludzi była czytelnikami naszego pisma, znanymi lub nieznanymi, którzy widzieli w nim pośrednika miedzy tymi dwoma światami. Kiedy umierali z dala od swojego domu, zawsze zjawiali się u mojej matki, aby przekazać ostatnią wiadomość. Dom wydawał się ich pełen. W salonie – gdzie za życia zwykle radzili się mojej mamy – nie można już było usiąść w fotelu, nie czując przy tym czyjejś obecności. Ciągnęli mnie za warkocze, powietrze zdawało się być pełne szeptów, więc przyzwyczaiłam się zawsze mówić: „Dzień dobry“ i „Dobry wieczór“ pustemu salonowi. Na ich prośbę napisałam wiele listów”.

Ostatni „rozdział“ życia rodziny Pilchów opisuje mąż Agnieszki, Jan Pilch:

„Przybrany syn Stanisław Kurletto, działacz AK na Śląsku, zorganizował przerzut przez granicę Generalnej Guberni. W ustalonym dniu, 27 listopada 1943 r. wcześnie rano pojechali do Frydku na Zaolzie, aby u brata zdeponować trochę swego dorobku. Kiedy wrócili do Wisły o godz. 16:00 na dworcu czekało na nich gestapo. Zostali aresztowani i wywiezieni do Cieszyna, a w dniu 24 grudnia 1943 roku przewiezieni do Mysłowic. Stamtąd w kwietniu 1944 r. żonę wywieziono do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, mnie do obozu Sachsenhausen. Kilka tygodni później aresztowano ukrywającą się córkę Jankę. Trzymano nas miesiąc w Cieszynie. Czy Agni, jako jasnowidząca, wiedziała co ją spotka? Już kilka tygodni przed śmiercią zapowiedziała wobec innych więźniarek swoje „wyzwolenie” na dzień 4 stycznia 1945 r. Wtedy, w ostatniej obozowej egzekucji, została rozstrzelana“.

Dlaczego została aresztowana? Oskarżono ją o przemycanie broni partyzantom. Przekazywała im jednak tylko albo aż kartki żywnościowe, zostawiała je w umówionym miejscu pod kamieniem. Wśród walczących był przecież jej syn Stanisław. Mąż po przesłuchaniu mógł zostać zwolniony, ale nie opuścił żony, poszedł z nią do więzienia. Uważał, że jest z żoną na dobre i na złe, zgodnie z małżeńską przysięgą, i nie może jej zostawić w tragicznej chwili. Przeżył wojnę, dzieci również. Jeszcze długo po zakończeniu działań wojennych jej szukał.

Syn Stach wyjechał zaraz po wojnie do Anglii, a stamtąd do Brazylii, gdzie założył rodzinę. Był bardzo uzdolniony plastycznie, malował. Janka po powrocie z obozu pracowała w Katowicach jako dziennikarka. Później wjechała do Brazylii i tam wyszła za mąż. Zawsze pisała wiersze i opowiadania, już jako młoda osoba współpracowała z „Hejnałem”, była bardzo uzdolniona. Najstarsza córka Anna, którą nazywano często Anita, wyszła za mąż za pastora Franka i przeniosła się do domu parafialnego w centrum Wisły. Przy niej do końca mieszkał mąż Agni. Najmłodsza córka, Agnieszka, wyszła za mąż i zamieszkała w Warszawie. Willę „Sfinks” sprzedano w 1985 r. jednemu z mikołowskich zakładów pracy jako pensjonat.

Paranormalne właściwości Agnieszki Pilchowej i jej dokonania są może nie całkiem zrozumiałe dla „przeciętnego śmiertelnika”, ale są potwierdzone przez wielu naocznych świadków oraz opisane w literaturze. Można jeszcze dodać, że wszyscy pamiętali jej „ogromne jasnoniebieskie oczy, które w momencie wizji stawały się jeszcze bardziej niebieskie”, Anna Szatkowska zaś tak ją wspomina: „Była to osoba bezpośrednia, energiczna, raczej okrągła”.

Na pewno była wyjątkowa, choć nigdy nie zabiegała o popularność, a zyskiwała ją dzięki pracy wykonywanej z wielkim entuzjazmem i zaangażowaniem.

http://www.sucha.cz/rservice.php?akce=tisk&cisloclanku=2011040005

Przeczytaj także:

Pamiętniki jasnowidzące z wędrówki życiowej poprzez wieki

Niepokalane Poczęcie

A_Pilchowa_Zycie_na_ziemi_i_w_zaswiecie_cz1.pdf

 

 

Reklamy

Posted in SYLWETKI, Znalezione w sieci, Świadectwa | Leave a Comment »

Wierzyłem w szatana – świadectwo Artura

Posted by tadeo w dniu 7 kwietnia 2019

„Przyszedłem rzucić ogień na ziemię” – świadectwo Artura. Był członkiem zorganizowanej grupy przestępczej. Narkotyki, ogromne pieniądze, seks, alkohol, imprezy, najnowsze samochody. Miał wszystko. Aż w końcu trafił do zakładu karnego, w którym spędził prawie 7 lat. Odeszła od niego żona i koledzy. To właśnie w tym miejscu zaczął zajmować się okultyzmem. Przeklinał Boga. W jego życiu zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Był na dnie. – Wierzyłem w szatana – mówi w swoim świadectwie Artur W końcu postanowił zawołać i to jedno zdanie stało się przełomem w jego życiu. Po 30 latach doświadczył mocy Boga Żywego. ŚWIĘTY OGIEŃ to historie nawrócenia, pogmatwane życiorysy, historie działania Bożego światła w życiu. Oglądaj nowy cykl na https://www.salvetv.pl

Posted in Świadectwa | Leave a Comment »

Objawienia s. Józefy Menendez

Posted by tadeo w dniu 18 lutego 2019

Jakie przesłanie zostawił Pan Jezus poprzez s. Józefę Menendez? – Bardzo mnie dotyka i mam odzewy od ludzi, którzy czytali „Apel miłości” – porusza ich wszystkich dobroć Serca Jezusowego. O ile św. s. Faustyna jest apostołką miłosierdzia, to s. Józefa Menendez jest apostołką dobroci i miłosierdzia – mówiła s. Jolanta Glapka – Pan Jezus mówi o tym, że bardzo się cieszy, kiedy grzesznicy do Niego przychodzą. Wyczekuje nas z wielką tęsknotą – dodawała – Ta miłość, która wypływa z Serca Jezusa, Jego łaski, płyną bezustannie, bez względu na osobę – podkreślała – Chciałam powiedzieć o tym, o czym Pan Jezus zapewnił, a ja tego doświadczyłam – zaznaczyła S. Jolanta Glapka RSCJ o pasji życia, walce z uzależnieniami i o niezwykłej patronce, która troszczy się nawet o… pieniądze.

https://gloria.tv/video/VoLwEegVGM4i6zndhxX4eakeU

https://gloria.tv/video/2Ar38DoxFZxM3meHDs21wMnmf

Przeczytaj także:

Wezwanie do miłości

JÓZEFA MENENDEZ I JEJ MISJA GŁOSZENIA MIŁOŚCI I MIŁOSIERDZIA BOŻEGO

ORĘDZIE BOSKIEGO SERCA JEZUSOWEGO DLA ŚWIATA – s.Józefa Menendez

Sługa Boża Józefa Menendez – Wizja piekła

https://www.siostry-sc.pl/kim-jestesmy/osobowosci-zgromadzenia/s-jozefa-menendez

Posted in Miłosierdzie Boże, Świadectwa, Święci obok nas | Leave a Comment »

Ks. Władysław Bukowiński – Apostoł Kazachstanu

Posted by tadeo w dniu 24 października 2018

Reportaż przybliża osobę ks. Władysława Bukowińskiego (1904-1974) nazywanego „Apostołem Kazachstanu

Ks. Bukowiński niósł miłosierdzie ubogim, zniewolonym przez system. Człowiek, który nie miał nic, dawał innym tak wiele. Służył w miejscu, gdzie wszystko było zakazane, wszystko wydawało się niemożliwe, a on pomimo represji, nawet więziony w łagrach duszpasterzował.

Błogosławiony ks. Bukowiński to wzór duszpasterza, człowieka miłosierdzia, spowiednika, osoby o bogatym wnętrzu, który był zawsze do dyspozycji potrzebujących.

Zobacz także:

Posted in Filmy dokumentalne, Filmy religijne, Reportaż, Świadectwa, Święci obok nas | Leave a Comment »

Jestem miłosierny, ale też sprawiedliwy. Świadectwo Ewy

Posted by tadeo w dniu 3 lipca 2018

01/07/2018

Błagałam Boga, żeby poćwiartował mnie na milion kawałków, zabił – tak bardzo czułam się grzeszna. Tego uczucia nie da się naprawdę opisać słowami. Czułam się najgorszym grzesznikiem na ziemi. […] Wówczas doznałam pewności, że gdyby On zabrał mnie w tamtym momencie z ziemi, to zostałabym w tym piekle. Więc znów błagałam Go o Niebo – o to miejsce, które wcześniej mi pokazał. Mówiłam do Boga: „Przecież Ty jesteś miłosierny”, a On na to: Tak, masz rację, Ja jestem miłosierny, ale też sprawiedliwy.

 Fot. VICONA

Znam Ewę od siedemnastu lat, ale dopiero od pięciu  – można tak powiedzieć –  jest moją siostrą duchową. Poznałyśmy się we Francji, gdzie przez jakiś czas pracowałyśmy. W 2012 roku, niezależnie od siebie, nawróciłyśmy się – ona na początku roku, ja pod koniec. Wcześniej nasza relacja z Panem Bogiem wyglądała bardzo podobnie: obie wychowane w katolickiej rodzinie, jednak z biegiem lat, mimo iż nie wyparłyśmy się całkiem wiary i Boga, to żyłyśmy tak, jakby Go nie było; zupełnie lub prawie zupełnie zrywając z życiem sakramentalnym, modlitwą. Aż do roku 2012, kiedy to Pan Bóg upomniał się o nas.

Można powiedzieć, że to ona pociągnęła mnie do mojego nawrócenia, poprzez to, co opowiadała mi o sprawach wiary. To nią właśnie Pan Bóg posłużył się, aby mnie na nowo przyciągnąć do Siebie, choć mój powrót do Niego nie odbył się w tak nadzwyczajny sposób. Z jej świadectwem zapoznałam się dopiero później, ponieważ z początku dość ostrożnie się nim dzieliła.

Znając Ewę przez ten cały czas, wiem, że owoce tych doświadczeń, które były jej udziałem, są w jej życiu dobre – pogłębiła swoje życie religijne i trwa w Bogu z tak niezachwianą gorliwością, której mogę jej tylko pozazdrościć.

Świadectwo Ewy

Choć wiem, że Jezus Chrystus jest Drogą, Prawdą i Życiem, ciągle szukam odpowiedzi na pytanie, gdzie jest prawda na mój temat? Kim jestem? Czego chce ode mnie Bóg? Jak żyć, żeby być szczęśliwą i szczęście dawać innym? Od samego dzieciństwa, moje serce i umysł szukało Boga. Tego prawdziwego, żywego, kierując się słowami Jezusa: „Szukajcie, a znajdziecie”.

Moje doświadczenie, o którym opowiem, trwało w sumie około tygodnia. Przez pierwszych parę dni miałam odczucie Nieba, raju, potem doświadczyłam piekła…

Otóż pewnego dnia, po Świętach Bożego Narodzenia, idąc do centrum miasta na zakupy, zatrzymałam się przy kiosku Ruchu. Moją uwagę przyciągnęła książka „Ojciec Pio. Droga do świętości”. Poczułam w sercu, że powinnam ją kupić, co też zrobiłam. Zawsze uważałam, że w naszym życiu nic się nie dzieje przez przypadek, ale nie przypuszczałam, że po  przeczytaniu tej książki, coś może się wydarzyć, jakby wszystko za sprawą Ojca Pio.

Po jakimś czasie znów poszłam do centrum miasta na zakupy i nagle… poczułam jakby Niebo się nade mną otworzyło! Jakby Bóg dotknął mnie swoją łaską! Poczułam się tak, jakbym fruwała, jak w jakiejś ekstazie… Szłam, a jednak fruwałam! Naprawdę czułam, jakby Niebo się otworzyło i cała łaska Boża spływała na mnie i na wszystkich ludzi (bo z początku myślałam, że wszyscy tego doświadczają). Popatrzyłam w niebo – nie zmieniło się – było błękitne jak dawniej, to znaczy takie normalne. A jednak ja czułam, że jestem świadkiem czegoś niezwykłego, czegoś pięknego, i zaczęłam prosić Boga, żeby tak już zostało na zawsze, i żeby cały świat czuł to, co ja, albo żeby On zabrał mnie teraz do Siebie, do Nieba. Ale On milczał. Chciałam, żeby ten stan trwał wiecznie. Czułam się tak, jakby sam Bóg i wszyscy święci oraz aniołowi zstąpili na ziemię! Jakby ziemia i Niebo połączyły się w jeden, wielki Boży raj. Nie umiem lepiej tego określić. Wszystko wówczas wydawało mi się bardzo, bardzo piękne!

Ciągle w tej ekstazie (ale naprawdę w całkowitej pełni władz umysłowych), kiedy Niebo nade mną było otwarte, wychwalałam Boga, Jego dobroć i miłosierdzie. W swoim sercu prosiłam Go, żeby zabrał nas wszystkich do Siebie. Byłam napełniona tak wielką miłością do Boga, do ludzi, do każdego człowieka! Chciałam z całego serca przytulić i ucałować każdą napotkaną osobę, jakby była moim bratem czy siostrą. Przy tym pragnęłam, żeby wszyscy ludzie na ziemi mogli zobaczyć i doświadczyć tego, co ja. Żebyśmy wszyscy byli połączeni w jednym – połączeni w Bogu. Wydawało mi się, że jeśli Bóg zechce, to tego dokona, bo przecież dla Boga nie ma nic niemożliwego. Przecież On jest Stwórcą wszystkiego, początkiem i końcem. Więc świat się zmieni, ludzie się zmienią, będzie wielki raj na ziemi i wszyscy będziemy żyć w jedności…

Tak wówczas myślałam, tak to odczuwałam. Ale Bóg nadal nic nie mówił. Milczał. Jednak choć Go nie widziałam, to czułam, że jest obok mnie.

Po jakimś czasie, jeszcze tego samego dnia, usłyszałam takie słowa w sercu: Arka Przymierza… Arka Przymierza… Noe… Nie wiem dokładnie, co one oznaczały, ale jestem pewna, że wyraźnie je wówczas usłyszałam. Przychodziły mi do głowy myśli, że może Bóg chce, abym Mu w czymś pomogła, abym przygotowała ludzi spotkanych na mojej drodze do czegoś, co ma się niedługo wydarzyć na świecie? I zaraz wchodziły mi do głowy słowa: koniec świata… koniec świata…

Poszłam do kościoła, aby się pomodlić i zostałam tam dłuższy czas. Czułam gdzieś w głębi serca, że nie mogę tego głosu zignorować, ale ciągle zastanawiałam się, co te słowa mogły oznaczać dla mnie samej?

Wróciłam do domu bardzo szczęśliwa, zachowując w swoim sercu wszystko, co usłyszałam i nic nikomu nie mówiąc. Byłam taka inna, taka radosna, że każdy z rodziny pytał się, co się dzieje, bo wszyscy zauważyli, że jestem jakaś odmieniona i „dziwna”…

Następnego dnia, który był bardzo słoneczny i ciepły mimo zimowej pory, niezwykle szczęśliwa, znów poszłam do centrum miasta, rozmyślając o tym, co się wydarzyło poprzedniego dnia. Znowu poczułam nad sobą otwarte Niebo, a koło Kościoła Kapucynów także wyraźny zapach kadzidła kościelnego. Choć nie było wówczas żadnej mszy w kościele ani żadnych uroczystości, czułam wyraźnie ten zapach, który nie mógł pochodzić bezpośrednio z kościoła. Tak jak i kadzidło, tak też czułam wyraźnie znowu otwarte nade mną Niebo…

Weszłam do kościoła i znów się modliłam, przez dwie godziny lub dłużej. Nie pamiętam, ile dokładnie, ponieważ czas przestał dla mnie istnieć. Chciałam być po prostu jak najbliżej Boga, rozmawiając z Nim w skupieniu, medytacji, w głębokiej modlitwie – tak jak potrafiłam  – i rozmyślając nad tym, co się dzieje,  wielbić Go… Czułam się wówczas w kościele jak w domu, jak w prawdziwym moim domu, jakbym wreszcie po tylu latach tułaczki odnalazła prawdziwego Ojca, Tatusia… Boga. Nie chciałam w ogóle wracać do mieszkania, bo czułam się tak blisko Boga, że już chyba bliżej się nie da, żyjąc tu na ziemi. Gdybym mogła, zostałabym wówczas w kościele całą noc, a nawet bym tam zamieszkała, byle być jak najbliżej Boga! „Kościół jest naszym domem” – przypomniałam sobie zaraz te słowa, a może Duch Święty mi je podsunął.

Idąc, a raczej jakby fruwając w tej ekstazie nad ziemią, czułam cały czas ogromną miłość do Boga, do ludzi, którzy mnie mijali. Nawet miłość do wszystkich ludzi na świecie. Nieskończoną miłość do wszystkiego. W ogóle nie czułam zła, jakby grzech w ogóle nie istniał na ziemi. I znów zaczęłam podświadomie wielbić w sercu Boga oraz śpiewać pieśni uwielbienia, które same cisnęły mi się do ust i które, wierzę, Duch Święty mi podpowiadał.

Potem usłyszałam głos: woda święcona… woda święcona… i poczułam, że chyba Bóg prosi mnie, abym w kościele poprosiła o tę wodę święconą. Tak więc zrobiłam – nie tłumacząc niczego, poprosiłam spotkanego księdza o wodę, którą otrzymałam.

I tak pomału wracałam do „domu” (bo dziś już uważam, że naszym prawdziwym domem jest Niebo, a na ziemi jesteśmy tylko pielgrzymami, jak mówił św. Jan Paweł II). Po drodze przychodziły mi myśli św. Jana Pawła II: Szukałem was… Totus Tuus…

Wróciłam do mieszkania i poszłam spać, zastanawiając się nad tym wszystkim. Śpiewałam piosenki wielbiące Boga jak „Barka”. Przychodziły mi do głowy myśli, że może Bóg chce, abym zaczęła łowić ludzi dla Niego, bo przecież nie tylko księża i zakonnice, ale każdy człowiek powołany jest do świętości. Przychodziły mi do głowy słowa: świętość.. świętość.. świętość… Alleluja… Alleluja… Alleluja… Przypomniałam sobie, ze moim chyba największym pragnieniem od dziecka było to, aby być świętą w oczach Boga i być z Nim w Niebie po śmierci… Poszłam spać, choć nie było to łatwe, a rodzice zastanawiali się, co się ze mną dzieje.

Trzeciego dnia, znów wychodząc z domu, poszłam na spacer, aby wszystko przemyśleć i znów przy kościele poczułam wyraźny zapach, najpierw kadzidła, a chwilę potem… fiołków. Natychmiast przypomniał mi się Ojciec Pio. Usłyszałam w sercu głos, który powiedział (uznałam natychmiast, że to był Duch Święty): katastrofa smoleńska… katastrofa smoleńska… Trochę się zdziwiłam, bo usłyszałam coś, co nie było związane bezpośrednio z moja osobą, ale instynktownie powiedziałam do Boga: „Boże, błagam Cię, ratuj te wszystkie dusze! Nie pozwól im zginąć w piekle. Błagam, weź ich wszystkich natychmiast do Siebie, do Nieba”. I wówczas miałam takie wrażenie, jakby ten wypadek nie był przypadkowy, jakby to nie było naturalne zdarzenie, jakby Bóg chciał mi powiedzieć, że to była sprawka Złego, choć nie usłyszałam tego tak zupełnie wyraźnie.

Następnie usłyszałam w sercu głos: Teraz dam ci łaskę rozpoznawania grzeszników – kto jest bliżej Nieba, kto jest bliżej piekła. Nie wiedziałam, jak to rozumieć, aż do momentu, kiedy koło mnie przeszła pewna osoba. Natychmiast poczułam zapach fiołków. Potem przeszła inna osoba i poczułam lekki odór spalenizny, swąd jakby spalonej skóry. Natychmiast zrozumiałam, że ta osoba w oczach Boga była bliżej piekła, więc odruchowo powiedziałam do Boga: „Boże, jeśli to prawda – błagam Cię, nie pozwól jej zginąć!” Potem znów mnie ktoś minął, ale nie czułam ani fiołków, ani spalenizny. Po kilku minutach znów ktoś przeszedł obok mnie i poczułam tak straszny odór, swąd palonej skóry, że nie dało się koło tej osoby przejść obojętnie. Aż chciało mi się płakać, wręcz prawie „na kolanach” błagałam Boga, żeby ratował tego człowieka od piekła. I tak to trwało jeszcze przez kilka minut z paroma innymi osobami, które mijałam – raz czułam obok nich wyraźny zapach fiołków, raz nic nie czułam, a innym razem okropny odór.

Wówczas znów wstąpiłam do kościoła i modliłam się, zwłaszcza za te napotkane osoby, za siebie i ogólnie za wszystkich ludzi.

Potem wróciłam do mieszkania. Mama poprosiła mnie, żebym coś zrobiła, a ja jej odpowiedziałam: „Dobrze, wiem, wiem” i natychmiast zrobiłam to, o co prosiła. Odniosłam wówczas wrażenie, jakbyśmy sobie czytały w myślach i obie byłyśmy tym zaskoczone. Potem mama powiedziała mi: „Już chyba czas zdjąć choinkę?”, a ja na to: „Tak, tak, zaraz to zrobię”. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, ale miałam wrażenie, jakbyśmy nie tylko czytały sobie w myślach, ale jakbyśmy miały zjednoczone serca, jakbyśmy były jednością – naprawdę nie umiem tego inaczej opisać. Ale było w tym coś naprawdę niesamowitego, chyba i dla niej i dla mnie, bo widziałam jak obie byłyśmy w szoku. To zdarzenie niespodziewanie nas zbliżyło – jakby nasze dusze – na jakiś czas.

Po tym co się stało, odniosłam wrażenie, że Bóg chce, abym pojednała się z rodziną, głównie z mamą. Niby nie byłyśmy skłócone, ale nie umiałyśmy od wielu lat naprawdę szczerze ze sobą rozmawiać. Ale ja się wystraszyłam, bo przecież, co ja jej powiem? I odeszłam, poszłam sobie… Mama powiedziała jeszcze, że od kilku dni ma dziwne sny. Pomyślałam wówczas, że pewnie śni jej się moja babcia – jej mama i moja siostra bliźniaczka, która zmarła po urodzeniu.

Potem przez resztę dnia i kilka następnych dni, mama była jakaś niespokojna. Wiedziała, że coś się ze mną dzieje, ale nie wiedziała co. Pytała się mnie o to, nie mogła spać, miała dziwne sny. Chciała ze mną rozmawiać, ale ja ze strachu uciekałam od niej, aby tylko nie rozmawiać na ten temat. Bałam się. Mama prosiła o rozmowę, ale ja uciekałam, bo co jej miałam powiedzieć? Że dobry Bóg w swej Miłości dał mi tak wielką łaskę, że… rozmawiam z Nim? Przecież od razu wsadziłabym mnie do psychiatryka.

W końcu, trochę tak na odczepnego, powiedziałam jej, że nic się nie dzieje. Nie potrafiłam i nadal nie umiem być do końca szczera z rodziną, więc z tchórzostwa skłamałam. I natychmiast poczułam się bardzo, bardzo źle. Wyszłam z domu i poszłam, pobiegłam do kościoła, cały czas płacząc po drodze jak małe dziecko, błagając Boga o pomoc i przebaczenie. Miałam przy tym wrażenie, że Bóg chce, abym to nie Jego przepraszała, ale głównie mamę. Ja jednak nie umiałam tego zrobić.

Pamiętam, że tamtego dnia wróciłam do domu bardzo późno, bo nie mogłam dojść do siebie, ale postanowiłam wówczas, że następnego dnia spróbuję szczerze z rodzicami porozmawiać. Jednak strach przed tą rozmową mnie paraliżował. W nocy wzięłam Pismo Święte i książkę o Ojcu Pio i próbowałam się skupić na czytaniu. W końcu udało mi się zasnąć, choć z trudem, bo tak płakałam, błagając Boga o pomoc. Choć chciałam rozmawiać z mamą (z rodzicami) o tym wszystkim, co się dzieje, to strach był tak wielki, że nie umiałam się przełamać. Nie potrafiłam wydusić z siebie ani jednego słowa.

Następnego dnia odpuściłam. Powiedziałam Bogu, że nie umiem jej tego powiedzieć, nie umiem z nią szczerze rozmawiać. Mówiłam Bogu: „Przecież Ty wiesz, że ja mimo wszystko kocham rodziców i oddałabym swoje życie za nich, ale nie umiem z nimi szczerze rozmawiać, bo oni i tak mnie nie rozumieją. Myślą, że jestem chora itp.”. Mówiłam Bogu, że my mówimy innymi językami, jesteśmy jakby z dwóch różnych światów i że nie umiem się z nimi dogadać.

Usłyszałam głos: pojednanie… jedność… spróbuj się pojednać… Wiedziałam, że chodzi głównie o mamę, bo z tatą trochę łatwiej mi się rozmawiało.

Potem ten głos (wierzę, że Duch Święty) poprosił mnie, abym wzięła wodę święconą i połowę wypiła, a drugą połowę wylała, pokropiła groby na cmentarzu – groby mojej siostry bliźniaczki i dziadków. Wówczas nie widziałam w tym nic dziwnego, więc tak zrobiłam – część wody wypiłam, a częścią pokropiłam groby, jednocześnie modląc się za tych zmarłych.

Kiedy wracałam z cmentarza, zaczęłam mieć wątpliwości i znów ogarnął mnie strach, czy dobrze zrobiłam. I zaczęłam trochę w panice szukać w Internecie informacji na temat picia wody święconej bo może popełniłam jakieś świętokradztwo, jakiś ogromny grzech? Ale nie znalazłam jednoznacznej odpowiedzi, tylko same sprzeczne. Na niektórych stronach było napisane, że to nie grzech, na innych, że to grzech… A wówczas bałam się iść do kościoła i zapytać bezpośrednio o to księdza. Szukałam też informacji, czy można kropić groby wodą święconą, ale wtedy nic na ten temat nie znalazłam w Internecie (choć to wydawało mi się mniej niedorzeczne niż picie wody święconej).

Potem znów pojechałam do kościoła, bo chciałam się pomodlić, porozmawiać z Bogiem, pomedytować w skupieniu.

Następnego dnia mama znalazła koło mnie książkę o Ojcu Pio i Pismo Święte, które od kilku dni czytałam, studiowałam bez przerwy, więc przestraszyła się, jak sądzę, bo nigdy wcześniej nie widziała w moich rękach Pisma Świętego, a czuła, że coś się ze mną dziwnego dzieje. Pytała, po co to czytam? Ja, jeśli dobrze pamiętam, odpowiadałam, że mam taką potrzebę albo nic nie mówiłam i wychodziłam z domu, głównie do kościoła. Więc chyba znów tchórzyłam, nie potrafiłam rozmawiać.

Później, wieczorem, poszłam do siostry. Bałam się wrócić do rodziców. U siostry było mi trochę lżej, choć i ona widziała, że coś się ze mną dzieje. Pytała mi się o to, a ja jej nic nie odpowiadałam, bo nie chciałam kłamać, więc milczałam, udawałam trochę, że jej nie słyszę. Rozmyślałam tylko nad tym wszystkim. Próbowałam zmienić temat rozmowy, ale cały czas myślałam tylko o Bogu.

Zaczęłyśmy oglądać jakiś film, to znaczy ona oglądała, a ja udawałam, że oglądam. Chwilę potem, nagle zaczęło mi się robić bardzo, bardzo zimno, choć w mieszkaniu było ponad 20 stopni. Trzęsłam się jak galareta, a siostra pyta: „Co ci tak zimno?” A ja nadal się trzęsłam, czując dosłownie mróz. Siostrze odpowiedziałam po prostu, że mi zimno, choć zaczęłam podejrzewać inną ewentualność. Siostra, która jest lekarzem powiedziała na to: „Widzisz, widzisz? Jakbyś chodziła w czapce, to teraz nie byłoby ci zimno. Jeszcze się przeziębisz”. Tak się trzęsłam z zimna, że w końcu siostra podała mi koc, ale on nie pomógł. Było mi jeszcze zimniej. Dostałam drugi koc, ale i to nie bardzo pomogło. No i siostra znów powiedziała, że to z powodu tego, że chodzę bez czapki i się rozchoruję. Tamtego wieczoru i nocy nie rozmawiałyśmy już na ten temat. Skończyłyśmy oglądać film, a potem poszłyśmy spać. Próbowałam zasnąć.

Następnego dnia, znów biłam się z myślami na temat czekającej mnie rozmowy z rodzicami. Postanowiłam, że porozmawiam z mamą, ale znów nie udało mi się przeprowadzić tej rozmowy.

Nazajutrz, będąc na Mszy Świętej (była niedziela), mocno skupiona na tym, co mówi ksiądz, tuż przed Komunią, w momencie, kiedy wierni wymieniają znak pokoju, usłyszałam w sercu wewnętrzny głos, który powiedział: Tylko nie patrz w oczy… Wówczas ja odwróciłam się do osoby za mną, podając jej rękę – ale nie udało mi się uniknąć patrzenia w jej oczy – a jej oczy oraz twarz i uśmiech stały się takie.. szatańskie. Uśmiech taki wykrzywiony, jakby u osoby opętanej. Z kolejną osobą, której podałam rękę na znak pokoju stało się dokładnie to samo. Zobaczyłam u niej dosłownie te same straszne oczy i ten wykrzywiony uśmiech. Wówczas lekko się przestraszyłam i szybko się odwróciłam, patrząc na ołtarz, na Pana Jezusa i uczestniczyłam dalej w Mszy Świętej, modląc się za te osoby i za siebie. Jestem pewna, że to mi się nie wydawało. To nie były ich oczy, tych biednych ludzi, ale kogoś innego. Od razu pomyślałam, ze to Szatan.

Wróciłam spokojnie do domu, próbując rozmawiać z rodzicami, ale znów  nie udało mi się. Pod wieczór znów poszłam do siostry i przesiedziałam u niej do późna w nocy. Tym razem poczułam u niej wyraźnie ten sam odór, co wcześniej czułam na ulicy. Zapytałam się jej, czy może czegoś nie przypaliła. Odpowiedziała, że nic nie gotuje. Poszłam więc sprawdzić sama, ale nic nie było. Sprawdziłam, czy żelazko nie jest może włączone i śmierdzi – choć nie był to zapach spalonego żelazka – ale ono też było wyłączone. Ale ja nadal czułam ten odór.

Nic nie mówiłam ani jej ani Bogu w sercu, bo mnie to tak zszokowało, że nie wiedziałam, co powiedzieć. Trwało to kilka chwil i potem ustało tak szybko, jak się pojawiło. Następnie po kilku minutach znów poczułam, że robi mi się zimno i zaczęłam się trząść jak wcześniej. Znów siostra dała mi koc. Ja się nim nakryłam i w zasadzie nie rozmawiałyśmy już o niczym, tylko udawałyśmy, chyba obydwie, że oglądamy film. Potem ona powiedziała: „Widzisz, widzisz, będziesz chora, bo chodzisz bez czapki”. Trzęsłam się z zimna chyba aż do samego pójścia spać.

Kolejnego dnia, kiedy szłam do miasta, poczułam się jak… Bóg – co mnie potem bardzo przeraziło. Przemknęła mi przez głowę myśl: jestem Bogiem oraz to, że nie potrzeba mi Boga w moim życiu, sama sobie poradzę. Przez chwilę byłam z siebie nawet dumna, taka pyszna. Lecz potem rozpłakałam się. Poczułam ogromny wstyd i żal. Pobiegłam natychmiast do kościoła, błagając Boga o wybaczenie, że tak się wywyższyłam. Czułam się taka brudna, niegodna. Wpadłam w wielką panikę, ale taką wewnętrzną, w duchu, bo na zewnątrz nie dawałam po sobie poznać, że coś się dzieje.

Siedząc w kościele, cały czas błagałam Boga o wybaczenie. Czułam, że poważnie zgrzeszyłam przeciw Niemu, a przecież zawsze chciałam, żeby Bóg był na pierwszym miejscu w moim życiu. Wówczas przez chwilę znów poczułam obok siebie ten sam odór, choć koło mnie nie było nikogo, i usłyszałam słowa: bunt… nieposłuszeństwo… odstępstwo… pycha… oraz w myślach słowa: Szatan wdarł się do wnętrza Kościoła. A więc jeszcze usilniej zaczęłam się modlić i błagać o wybaczenie za te moje myśli. Potem usłyszałam: krokodyle łzy… krokodyle łzy… i jeszcze mocniej płakałam.

Poczułam się jakbym sama była szatanem. Pomyślałam, że jestem potępiona i uciekłam z kościoła. Jednak wybiegając, usłyszałam głos: Nie uciekaj. Nie uciekaj ode Mnie. Ale uciekłam, nie potrafiłam wówczas zostać. Odpowiedziałam Bogu: „Boże, Ty wiesz, że ja Cię kocham, że oddałabym życie swoje dla Ciebie, ale nie umiem Ci teraz popatrzeć w Twarz, w Twoje oczy. Błagam Cię o wybaczenie” i uciekłam jak poparzona, płacząc cały czas. Po tym unikałam trochę kościoła. Bałam się iść, podejść do Boga, choć starałam się modlić.

Następnego dnia rano, cały czas chodziłam smutna, przybita. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Chciałam umrzeć. Wieczorem zachowywałam się tak, jakbym oszalała, postradała zmysły – tak to wyglądało na zewnątrz. Słyszałam słowa: potępienie… potępienie…. krokodyle łzy… Próbowałam walczyć z tymi głosami, ale nie udawało mi się. Czułam odór spalenizny, tak mocny, ze nie dało się wytrzymać. Czułam się bardzo samotna – jakby Bóg mnie opuścił – choć rodzina była tuż obok. Ale ja nie chciałam z nikim rozmawiać bo wiedziałam,  że przecież mnie nie zrozumieją, nie uwierzą.

Zastanawiałam się, czy te wszystkie słowa pochodzą od Boga, czy od Szatana? Miałam nadzieje, że gdzieś jednak jest Bóg, ale On nic nie mówił. W tym omoku robiłam dziwne rzeczy; biegałam jak opętana, ciągle przepraszałam Boga i rodzinę za krzywdy, które im wyrządziłam. Ukazały mi się moje grzechy, ale głównie te ciężkie, które obraziły Boga, z których się nie spowiadałam. Grzechy z Prawa Mojżeszowego: „Nie będziesz miał Bogów cudzych przede Mną – wróżki, horoskopy, oraz „Czcij ojca swego i matkę swoją” – nacisk położony był na moją mamę. Wiedziałam, że choć kocham rodziców, to w stosunku do mojej mamy miałam grzech, który hodowałam w sobie od wielu lat – grzech nie przebaczenia, zatwardziałości serca. Także kilka innych grzechów zostało mi przypomnianych.

Chciałam naprawdę umrzeć. Płakałam. Rodzina ciągle była przy mnie i pytała z niepokojem, co się dzieje. Ale wówczas nie liczył się za bardzo nikt, prócz mnie samej i Boga.  Ciągle płakałam jak małe dziecko, błagając Boga i rodzinę o wybaczenie za moje wszystkie grzechy. Oni odpowiadali: „Dziecko, za co ty nas przepraszasz? Przecież nic nam nie zrobiłaś”.

Chciałam po prostu umrzeć z tego powodu, że tak bardzo obraziłam Boga. Cała moja z Nim rozmowa toczyła się w moim wnętrzu. Nic nie mówiłam na głos, bo nie chciałam  jeszcze bardziej martwić rodziców. W między czasie słyszałam słowa: dziesięć przykazań Bożych… dziesięć przykazań Bożych… Mojżesz… Mojżesz… Zaraz też usłyszałam głos: przeleć go… przeleć go… a obok mnie był mój szwagier, który próbował dowiedzieć się ode mnie, co się dzieje. Ale z nim nie rozmawiałam, bo nie chciałam ich jeszcze bardziej denerwować.

Byłam już totalnie wykończona. Miałam wrażenie, że całe piekło było obok mnie. Próbowałam z tym walczyć, ale nie udawało się. Błagałam Boga, żeby poćwiartował mnie na milion kawałków, zabił – tak bardzo czułam się grzeszna. Tego uczucia nie da się naprawdę opisać słowami. Czułam się najgorszym grzesznikiem na ziemi, wstydziłam się siebie i swoich grzechów. Chciałam, żeby Bóg zabrał mnie do siebie, do Nieba, ale On nie chciał.  Potem prosiłam Go, żeby po prostu zabrał mnie z tego piekła, ale On nic nie czynił.

Potem znów usłyszałam: dziesięć przykazań Bożych… Wówczas doznałam pewności, że gdyby On zabrał mnie w tamtym momencie z ziemi, to zostałabym w tym piekle. Więc znów błagałam Go o Niebo – o to miejsce, które wcześniej mi pokazał. Mówiłam do Boga: „Przecież Ty jesteś Miłosierny”, a On na to: Tak, masz rację, Ja jestem miłosierny, ale też sprawiedliwy i znów powtórzył: dziesięć przykazań Bożych… A ja znów to samo: „Przecież Ty, Boże jesteś Miłosierny”, a Bóg: Tak, jestem miłosierny, ale też sprawiedliwy.

I tak trwało to jakiś czas, a dla mnie to była wieczność. Tak targowałam się z Bogiem, w miedzy czasie myśląc sobie, że będę targować się z Nim, aż wreszcie Go przekonam i zabierze mnie do Siebie.  Lecz zaraz usłyszałam: To nie jest żadna gra… i nagle zrozumiałam –  jakbym jeszcze bardziej uświadomiła to sobie – że tu chodzi o mnie, o moje prawdziwe życie. O życie po śmierci…

Ale nadal trwałam w swym uporze i mówiłam, że prędzej umrę, niż porozmawiam i przebaczę mamie. Prędzej życie swoje oddam za nią, niż z nią porozmawiam. I nadal starłam się przekonać Boga do swoich racji. A Bóg mówił, że jeśli chcę, to mogę to przerwać.  Zrozumiałam wówczas, że byłam w stanie wyjść z tego piekła, z tego stanu, jeśli jej przebaczę urazy z przeszłości. Jeśli chcesz, możesz to przerwać –  mówił.

Jednak ja znów uparcie mówiłam, że wolę umrzeć. Poza tym wiedziałam, że przecież ona mnie nie zrozumie, więc co jej powiem? Mówiłam Bogu: „Przecież Ty wiesz, że ja kocham mamę, rodziców, ale oni mnie nie rozumieją”. Bóg milczał.

Słyszałam, jak mama mówiła: „Ona chyba oszalała”. A głos mi mówił: Jeśli tego nie przerwiesz, możesz trafić do szpitala…. Nie zareagowałam na to, tylko uparcie błagałam Go, żeby zabrał mnie do Nieba, bo przecież jest Miłosierny…

Naprawdę miałam wrażenie, że Szatan jest blisko mnie. Od czasu do czasu czułam w całym domu, gdzie tylko się pojawiałam, odór spalenizny, jakby spalonego ciała. Bałam się. Zachowywałam się jak oszalała, uciekałam od głosu demona, nie chciałam go słuchać,  choć wówczas nie wiedziałam już, czy to demon czy Bóg, bo mówił: potępiona… potępiona… potem: Adam i Ewa… pycha… wywyższenie się… Następnie usłyszałam: Oni zginęli przez ciebie.Zrozumiałam natychmiast, że chodziło o katastrofę smoleńską. Jesteś jak Judasz. Jesteś Judaszem! – mówił głos.

Wiłam się jak wąż. Chciałam rozpaść się na milion kawałków. Miałam wrażenie, jakby Bóg mnie opuścił i jakbym została całkiem sama. Chciałam wybiec z domu. Próbowałam się gdzieś schować, chciałam zapaść się pod ziemię. Chciałam, żeby wszystkie drzewa, pagórki zawaliły się na mnie, unicestwiły – totalny Armagedon. Zazdrościłam mojej siostrze bliźniaczce, że umarła. Choć próbowałam uciec, nie udało mi się, bo moja rodzina mocno mnie pilnowała. Słyszałam wszystko, co mówili do mnie, jednak te odgłosy z piekła powodowały, że nie potrafiłam się uspokoić.

Po jakimś czasie, na chwilę wszystko się uspokoiło. Powiedziałam w końcu mamie,  że błagałam ją o wybaczenie za niewdzięczność, za grzechy itd. i że ją kocham (myślałam, ze jeśli trzeba będzie, to oddam za nią swoje życie). A ona na to: „Dziecko, za co ty mnie przepraszasz? Co ty mówisz? Jakie ty możesz mieć grzechy?” Ale ja już nic nie odpowiedziałam.

Potem, w trakcie dyskusji z Bogiem, kiedy prosiłam Go znów o wzięcie mnie do Nieba, Bóg odpowiadał, że nie może bo jestem z stanie grzechów ciężkich. A ja Mu odpowiedziałam w końcu, trochę ze złością: „Aha, dobrze! To zostaw mnie tutaj (czyli w tym piekle,) wszystko mi już jedno!”. Natychmiast po tych moich słowach poczułam, jakby Bóg wyszedł z mojego serca (nie umiem tego inaczej określić) i zaraz potem jeszcze większe dręczenie. Natychmiast pożałowałam tego, co powiedziałam i zaczęłam błagać Boga, by wrócił. Płakałam jeszcze mocniej, krzyczałam w sercu: „Boże, błagam, wracaj!” i znów poczułam jakby On wszedł do mego serca i odniosłam ulgę. Poczułam, że mimo tych dręczeń, Bóg znów jest ze mną, w moim sercu.

W trakcie tego dziwnego, nadprzyrodzonego stanu, kiedy już karetka była w drodze, moje ciało było jakby sparaliżowane. Ja sama czułam, że jeśli tylko zechcę, to mogę wstać (mam wagę 55 kilo), a innym bardzo ciężko było mnie podnieść. Czterech dobrze zbudowanych mężczyzn ledwo mnie podniosło, jakbym ważyła tonę. Przyjechała karetka. Zbadali mnie na miejscu i okazało się, że wszystko w porządku – normalne oczy, normalne bicie serca, normalne ciśnienie. A jednak nie mogli mnie podnieść. Próbowali ze mną rozmawiać, ale ja nic nie odpowiadałam. Nie chciałam.

Z tego co pamiętam, to słyszałam też głosy, które mówiły, że jestem najgorszym człowiekiem na świecie, najgorszym grzesznikiem. Czułam się po prostu naprawdę strasznie, było mi już wszystko jedno, co się ze mną stanie. Czułam się taka brudna, taka nieczysta…

W końcu dojechaliśmy do szpitala. Tam dostałam zastrzyk, który ponoć miał mi pomóc. W tym samym momencie ja powiedziałam do Boga: „Boże, zrób ze mną co chcesz. Poddaję się. Tylko błagam – Jezu, ratuj mnie!”, To „…ratuj mnie” powiedziałam na głos, żeby inni słyszeli. Wówczas lekarz powiedział: „Aha, to już chyba wiemy, o co w tym wszystkich chodzi. Zastrzyk zadziałał”, sugerując chorobę psychiczną.

No i tak w zasadzie wszystko się skończyło. W szpitalu zostałam miesiąc. Kiedy z niego wyszłam, pobiegłam od razu do kościoła, aby wyspowiadać się z wszystkich grzechów, jakie pamiętałam, choć nadal dręczyło mnie to, czy ja rzeczywiście jestem jak Judasz? Zaczęłam chodzić często do kościoła, spowiadać się jak najczęściej i jak najczęściej przyjmować Świętą Eucharystię.

Dziękowałam Bogu, i nadal codziennie dziękuję, że mimo tego wszystkiego, mimo tych moich okropnych grzechów, nie umarłam, a On zlitował się nade mną i nadal jestem tutaj i żyję. W sumie całe to wydarzenie określiłam potem właśnie jako „ostrzeżenie od Boga”, które otworzyło mi oczy, na to, co tutaj na ziemi tak naprawdę się dzieje, czyli na wojnę – walkę duchową między Dobrem a złem.

Po jakimś czasie przypadkiem wpadła mi w ręce książka księdza Tadeusza Kiersztyna – „Ostatnia walka”, gdzie opisane są dzieje ludzkości i to, do czego dąży szatan kusząc każdego człowieka, a mianowicie do tego, by każdy uznał, iż nie potrzebuje w swoim życiu Boga, a sam siebie uznał za Boga, żeby człowiek sam siebie ubóstwił, uznał za samowystarczalnego, jak to było w przypadku naszych pierwszych rodziców – Adama i Ewy.

Ewa

Krosno, 2012 r.

https://www.vicona.pl/single-post/Jestem-milosierny-ale-tez-sprawiedliwy-Swiadectwo-Ewy

Posted in Religia, Świadectwa | Leave a Comment »

Od lęku do miłosierdzia i uwielbienia – Anna Kuraś

Posted by tadeo w dniu 29 kwietnia 2018

Wstrząsające świadectwo Anny, która z Bożego dopustu doświadczyła czym jest realna obecność złego ducha i jego nienawiść do każdego człowieka. Wszystko zmieniło się w chwili, gdy Anna uwierzyła, że tylko Jezus Chrystus jest jej Królem i Zbawicielem, a życie doczesne jest walką o życie wieczne.

Rejestracja: ks. Sławomir Kostrzewa

Posted in Świadectwa | Leave a Comment »

Fragment „Z ziemi chełmskiej” Władysław Stanisław Reymont

Posted by tadeo w dniu 13 grudnia 2017

A jakie to dusze wzniosłe, bohaterskie i oddane świętej sprawie, niech opowie krótka historya, jedna z tysiąca, fakt straszliwie prawdziwy i rzeczywisty aż do okropności.

337

W 1874, w roku zniesienia Unii na Podlasiu, na pograniczu powiatów bialskiego i konstantynowskiego, w małej wioseczce Kłoda, należącej do horbowskiej parafii unickiej, biedował na paru morgach niejaki Józef Koniuszewski, a że ziemi miał mało i lichej, to pracowicie dorabiał po dworach i sąsiadach, żeby się tylko wyżywić wraz z żoną, dzieckiem paroletniem i krowiną. Byli to ludzie porządni, spokojni, a bardzo przywiązani do swojego wyznania.

338

Ale przyszło zniesienie Unii, zaczęto na gwałt nawracać Podlasie i Chełmszczyznę, trafili więc i do Horbowa, spędzili całą parafię pod cerkiew i kazali się wszystkim przepisywać na prawosławie. Nawracanie odbywało się, jak wszędzie, w przepisanym z góry porządku i formie. Kto uległ wymowie batów, kto obietnic, kto dłuższym siedzeniem w Białej, ale Koniuszewscy, wraz z wieloma ze swojej wsi, nie ulegli; dostali też sporą porcyę, a Koniuszewski nawet więcej, niźli drudzy, gdyż żarliwiej i głośniej bronił swojej wiary, a omdlewając pod nahajami, jeszcze krzyczał:

339

— Polak jestem i katolik! Zabijcie, a nie przejdę!

340

Nie zabili go, ale za to dłużej musiał się lizać z ran i ciężej przychodził do zdrowia. A jakby na tem większą niedolę nieszczęśliwych na Koniuszewską, będącą w tym czasie już w ósmym miesiącu ciąży, zwrócił szczególną uwagę strażnik i często zaglądał do wsi, rozpytując się bardzo troskliwie o czas jej rozwiązania.

341

Zaraz na drugi dzień po urodzeniu się tęgiego chłopaka spadł na nich strażnik, jak sęp żarłoczny, z nakazem, żeby mu dziecko przynieśli do ochrzczenia.

342

Koniuszewski struchlał, ale matka, chociaż jeszcze chora, zaczęła krzyczeć:

343

— Nie dam na prawosławne dziecka! Uduszę je własnemi rękami, a nie dam!

344

Strażnik odszedł, i nazajutrz wezwano Koniuszewskiego do gminy.

345

— Ja Polak i katolik, to i mój syn będzie taki sam! — odpowiadał krótko i twardo.

346

Posiedział za to parę dni w kozie, dostał parę razy w zęby, ale nie zmiękł.

347

W jakiś czas później wezwano go do Białej. Siedział w kryminale wraz ze złodziejami przez dwa miesiące i, chociaż próbowano złamać jego upór na różne sposoby, nie ustąpił i dziecka w cerkwi nie ochrzcił. Wrócił tylko z więzienia jakoś srodze opuchły, posiniaczony i z powybijanymi zębami. Powiadał potem przed sąsiadami, że zdrzemnął się na wozie i zleciał na twardą grudę drogi…

348

Spróbowali z nim innej metody: musiał płacić za każdy dzień zwłoki po pięćdziesiąt kopiejek.

349

Płacił cierpliwie, myśląc, że na tem skończą się jego biedy.

350

Ale wkrótce podnieśli mu karę na rubla dziennie.

351

Nie ustąpił, chociaż było mu już strasznie ciężko.

352

A w końcu, aby go złamać ostatecznie, nakazali płacić po całe dziesięć złotych.

353

Darł się do żywego mięsa, odejmował sobie i dzieciom od gęby, a płacił i chłopaka do cerkwi nie zaniósł.

354

Lecz rychło przyszedł dzień, w którym zabrakło mu nawet na sól.

355

Kara jednak nieubłaganie narastała; strażnik wisiał nad nimi, jak topór, i co parę dni przychodził po pieniądze, wójt groził więzieniem, gdyż urzędy coraz ostrzej nakazywały ściągać należność.

356

A skąd było brać? Stodoła była już pusta, wyprzedali się do ostatniego ziarnka, do ostatniego prawie ziemniaka i zapożyczyli się na wszystkie strony.

357

Zaś zarobek ledwie starczył na jakie takie przeżywienie się.

358

Wtedy zafantowali im prawie wszystkie ruchomości z chałupy, z rozmysłem nie zostawiając zimowej przyodziewy, ni nawet pierzyn i poduszek, i sprzedali wszystko na pokrycie zaległych sztrafów.

359

W chałupie pozostały tylko gołe ściany i puste łóżko, że musieli się przenieść na spanie do obórki, listopad bowiem szedł zimny i deszczowy, a nocami brały tęgie przymrozki, ale się nie ugięli nawet pod takim ciosem, zdecydowani już wszystko przenieść, byle jeno dziecko uratować.

360

Cóż, kiedy tej chudoby nie starczyło na długo, i kara znów jęła narastać, a strażnik już co dnia ich dręczył i co dnia namawiał:

361

— Zanieście dziecko do cerkwi! wrócą wam wszystkie sztrafy i jeszcze nagrodę dadzą.

362

Chłop tylko zęby zaciskał i pięście pod nie podtykał, żeby nie grzmotnąć kusiciela.

363

Aż któregoś dnia zabrali im maciorę, wartającą ze dwadzieścia pięć rubli.

364

Koniuszewski sobie rachował, że za nią przeżywią się chociażby do wiosny, więc ciężko zajęczeli po jej stracie, a beznadziejna rozpacz zaczęła szarpać sercami, ale nie dali tego poznać po sobie wójtowi, który pierwszy wszedł do chlewa wyganiać świnię, a tylko Józefowa, widząc maciorę, opierającą się przed progiem, zakrzyczała urągliwie:

365

— Ugryźcie ją w ogon, to może prędzej was posłucha.

366

Wójt udał głuchego, a potem przystąpił do chłopa i zaczął mu życzliwie przekładać:

367

— Nie gub się, człowieku! Widzisz przecież, do czego cię już doprowadziło to uporstwo! Głową muru nie przebijesz! Nie wiesz to, że pokorne cielę dwie matki ssie?

368

— Żeby nie wiem co, a od swojego nie odstąpię! — odpowiedział w głos.

369

— Nie bądź głupi, jak drugie! Małoś to już dostał? chcesz, żeby ci jeszcze dołożyli, co? Takie prawo wyszło, to słuchać go musisz. Dziecku się nic nie stanie. A rozgniewasz swoim uporstwem urzędy, to ci gotowi grunt zabrać, i wyjdziesz na dziady.

370

— A niech mi wszystko zabiorą! A niech mi nawet przyjdzie zdychać z głodu pod płotem, to zdechnę, a dziecka na zatracenie nie oddam! — rozkrzyczał się, a żona mu jeszcze przytakiwała, utulając rozpłakane dziecko.

371

Cała wieś to słyszała i widziała.

372

I nie przeciągnął go wójt na swoją stronę, nie poradzili tego zrobić później inni, podmówieni, a nawet sam pop, który umyślnie przyjechał do niego; nie puścił go do chałupy i tylko kijem pogroził.

373

Wlokła się ta sprawa do połowy grudnia; zima się już była ustaliła na dobre, wody skrzepły na lód, śniegi przykryły pola, przemarzłe drogi dzwoniły pod nogami, a wszelkie stworzenie cisnęło się do ciepła, gdy jakiegoś poranku mroźnego spadł na Koniuszewskich cios nowy i może najcięższy.

374

Przyszli zabrać im krowę, jedyną ich żywicielkę.

375

W chałupie zrobiło się tak strasznie, jakby wyprowadzano nieboszczyka, kobieta ryknęła płaczem i zaczęła bronić bydlątka, wrzeszczeć a pomstować w niebogłosy, aż się cała wieś zleciała.

376

Nikt się jednak z pomocą nie kwapił, bo jeszcze wielu nosiło nie zgojone rany.

377

Koniuszewski też jakoś spokojnie stał w progu, blady był jeno, jak trup, i chociaż mu żałość rozrywała wnętrzności, patrzał na wszystko martwemi, zapiekłemi od bólu oczami i nie wyrzekł ani słowa, ale skoro krowina, wyciągana z obejścia, zaryczała i zaczęła odwracać głowę za gospodarzami, porwał jakiś kół i również wziął bronić swojej żywicielki. Nie obronił; mógł to sam przemódz całą tę zgraję?

378

Tyle tylko zarobił, że go znowu sponiewierali, jak nieboskie stworzenie, a krowę i tak powlekli na sprzedanie.

379

Luta noc omroczyła im duszę, i gdy żałosne ryki bydlątka ucichły, chałupa stała się jakby tym zimnym grobem, pełnym straszliwych jęków niedoli, kobieta zawodziła rozpacznie, nie mogąc przeboleć tej straty, a chłop siedział martwo pod kominem, jak ten ogień, w który się zapatrzył, palącą, straszną męką przegryzany.

380

Przeszło południe, wieczór już nadchodził, modrawy zmierzch obtulał ziemię, i po wsi wybłyskiwały światła, a oni wciąż siedzieli, pogrążeni w rozpaczy i gorzkich rozpamiętywaniach swojej doli nieszczęsnej. Zaglądali do nich niektórzy sąsiedzi, ale, dojrzawszy sine, okrwawione twarze, zakrzepłe w bólu i rozpaczy, uciekali strwożeni. Dopiero późnym wieczorem oprzytomnił ich płacz zgłodniałych dzieci.

381

— Cóż teraz poczniemy? — odezwała się kobieta, nastawiając garnek z wodą na ogień.

382

— Nie ustąpimy! — rzekł i długo patrzał w jej zapłakane oczy.

383

— Dziecka nie dam! — przytwierdziła mocno — a może Pan Bóg zlituje się jeszcze nad nami.

384

Mieli w sobie taką niezłomną wiarę w świętość swojej sprawy, że nie było na świecie mocy, któraby mogła ich zachwiać w powziętem postanowieniu.

385

Ale jak tu było żyć dalej?

386

Niemógł się nigdzie ruszyć za robotą, bo literalnie nie miał w czem, a mrozy brały coraz większe, więc tylko żyli tem, co im przyniosły miłosierne ręce sąsiadów, a tego było niewiele, gdyż wieś była strasznie zbiedzona i tak w czasie „nawracania” objedzona przez żołnierstwo, że nie w każdym domu mieli ziemniaki, a już okrasy i chleba to nie widzieli całymi miesiącami.

387

Ale w chałupie Koniuszewskich była już tylko rozpacz i głód.

388

Chłop targał się w męce i prawie już od rozumu odchodził, żeby sobie jakoś zaradzić, a tyle jeno wymyślił, że któregoś dnia pożyczył sobie od sąsiada kożucha, nogi poobwijał w łachmany i, nie opowiadając się nawet żonie, ruszył gdzieś we świat.

389

Poszedł po ratunek do księdza.

390

Droga była daleka i niezmiernie uciążliwa, szedł przytem o głodzie i musiał kołować i kluczyć borami, omijając wsie i trakty, na których mógłby się spotkać ze strażnikami, więc dopiero drugiego dnia dowlókł się na plebanię.

391

Ksiądz był w domu, ale skoro się dowiedział, że to „oporny”, tak się wystraszył, że nie chciał go widzieć na oczy i przykazał surowo kościelnemu nie wpuszczać nieszczęśnika nawet do kościoła. Szczęściem kościelny miał litościwsze serce i pozwolił mu wejść do kruchty, gdzie Koniuszewski całą noc leżał krzyżem i żebrał krwawemi łzami o zmiłowanie, a rano, po mszy, upatrzywszy odpowiednią chwilę, padł do nóg proboszczowi, wyznał się ze wszystkiego i skamlał o ochrzczenie dziecka.

392

Ksiądz wysłuchał, nawet się nad nim rozczulił, dał mu parę złotych i medalik, ale o chrzcie nie dał sobie mówić i jak najsurowiej zakazywał mu więcej przychodzić na plebanię…

393

A chociaż z niczem powrócił do chałupy, nie stracił jeszcze nadziei, bo wkrótce wybrał się do jednego z dworów, gdzie często chodził na robotę. Cóż, kiedy dziedzic kazał go wypędzić: bał się również, aby go nie posądzono o pomaganie „opornym”, na całej bowiem unii wciąż jeszcze świszczały nahajki, tłukły kolby, tysiące gnano w dalekie strony, i rozlegał się żałosny płacz „nawracanych”. Koniuszewski zapłakał pierwszy raz w życiu nad swoją niedolą i odszedł.

394

Dopędził go za bramą dworski kucharz i z dobrego serca mu poradził, żeby się udał do starej pani hrabiny Łubieńskiej w Jabłoni, która jak może, tak wspomaga i broni prześladowanych unitów, a już niejednego uratowała od zguby.

395

Ale chłop tylko się smutnie uśmiechnął, obtarł rękawem oczy i już nigdzie więcej nie poszedł, nie szukał już u nikogo więcej poratunku, bo zrozumiał, że pozostał sam na świecie, jako to drzewo na wywieisku, i że zginąć musi…

396

Opowiadali potem ludzie, jako po powrocie wciąż się tylko modlił, a z chałupy przez całe noce rozlegały się pobożne śpiewy.

397

I kiedy przed samymi Godami dali mu znać pod wielkim sekretem, że mają mu siłą odebrać dziecko i ochrzcić je w cerkwi, nawet nie rozpaczał, jakby już na wszystko przygotowany, a tylko rzekł tym, co mu tę wiadomość przynieśli:

398

— Długie mają ręce, ale mojego chłopaka nie dosięgną.

399

Stał się nawet potem jakiś rozmowniejszy i prawie wesoły, chodził po wsi, zaglądając do chorych, leczących się jeszcze z pobicia, umacniał w wierze chwiejnych i wyznawał się przed niektórymi, że postanowił zabrać żonę z dziećmi i wywieźć się we świat szeroki, gdzie go oczy poniosą!

400

Nie dziwili się temu, przecież już był osaczony, jak ten dziki, szkodny zwierz, a nawet któryś z zasobniejszych chciał mu pożyczyć na drogę, pod zastaw gruntu.

401

— Na taką drogę wystarczy mi tego, co mam — odpowiedział cicho.

402

I jeszcze tego samego dnia oboje Koniuszewscy zaczęli się żegnać ze wsią i pokornie wszystkich przepraszali za złe, jakie mogli komu uczynić.

403

Mówili, że wyjdą w nocy, ale nikomu nie powiedzieli, dokąd się wynoszą.

404

Pożegnali się, i już ich nikt więcej nie widział na oczy.

405

Noc się zrobiła ciemna, mróz sfolżał, i niekiedy padał śnieg gęsty i pierzasty, a chwilami przeciągał wilgotnawy wiatr, jakby na odmianę. Psy tej nocy jakoś dziwnie, swarliwie naszczekiwały, i koguty piały od samego wieczora.

406

Naraz, o samej prawie północy, chlusnął w niebo słup ognia, i rozległy się po wsi krzyki.

407

Paliła się stodoła Koniuszewskich.

408

Ale, nim się zbiegli, a pomyśleli o ratowaniu, już cała stanęła w płomieniach.

409

Koniuszewskich w chałupie nie było, musieli wyjść zaraz z wieczora.

410

Zdumieli się jednak niezmiernie, znalazłszy chałupę wywartą naroścież, a w izbie, na stole, pokrytym białem płótnem, zastawioną wieczerzę, zupełnie jeszcze nietkniętą.

411

Długo nad nią kiwali głowami, nie mogąc tego zrozumieć, aż ktoś rzekł z naciskiem:

412

— Musiało im coś przeszkodzić, kiedy tak wszystkiego odbiegli.

413

— A może są jeszcze gdzieś na wsi…

414

— Jużby do ognia przylecieli; nie, w tem jest coś innego.

415

Pogadywali niespokojnie i wyczekująco rozglądając się dokoła, ale Koniuszewscy się nie zjawili, natomiast pożar wzmagał się z minuty na minutę, ognistą płachtą pokrył już cały dach i czerwonymi jęzorami przeciskał się wskróś ścian; na szczęście wiatr całkiem ustał, a rozwichrzone grzywy czarnych dymów i płomieni wynosiły się coraz potężniej z trzaskiem i sykiem, rozsiewając krwawe brzaski na gromady, wylęknione i tłoczące się bezradnie, i na ośnieżoną chałupę, nizko przywartą do ziemi.

416

Wreszcie sołtys zaczął napędzać do ratowania, że ten i ów się poruszył i biegał z krzykiem, nie wiedząc zresztą, co począć, ktoś nawet próbował wyciągnąć wóz, którego dyszel sterczał przez wrótnie stodoły, lecz niepodobna było już podejść bliżej; cały budynek stał w ogniu, paliło się na wszystkich czterech węgłach, a ze słomianego dachu sypał się na głowy żywy ogień.

417

Przyleciał wkrótce strażnik i, nie zważając na pożar, zaczął bardzo żarliwie rozpytywać, gdzie się podzieli Koniuszewscy, i tak zajadle szukał, tak za nimi tropił, zaglądając nawet do ziemniaczanych dołów i na strychy, aż się z niego przekpiwali między sobą, a ktoś odważniejszy zawołał ze śmiechem:

418

— Schowali się do stodoły; niech pan starszy sprawdzi…

419

Juści nie sprawdzał, bo stodoła była już tylko huczącą górą rozmiotanych płomieni, już trzeszczały wiązania, już chwiał się dach, wzdymały się rozpalone ściany, pękały belki, a co chwila wybuchały ogniste fontanny, i krwawe żagwie, niby spłoszone ptactwo, rozlatywały się na wszystkie strony świata. Noc była cicha i ciemna, śnieg zaczął polatywać gęstymi rojami, we wsi sąsiedniej bił dzwon na trwogę, i psy wyły jakoś długo i żałośnie; ludzie zaś stali kupami, z cicha pogadując, gdy wtem, jakby z nieba, czy z tych szalejących płomieni, zabrzmiał stłumiony, daleki śpiew, jakby przeciągły krzyk konających…

420

Struchleli z przerażenia, zamarły serca, i wszystkie oczy stanęły kołem.

421

A płomienisty kierz śpiewał coraz głośniej, coraz wyraźniej i coraz zrozumialej…

422

Nikt się nie mógł poruszyć, jakby ich wbiła w ziemię kamienna pieśń strachu; dopiero po długiej chwili ktoś zakrzyczał:

423

— To Koniuszewscy!

424

— Jezu, Marya! Koniuszewscy! Ratuj, kto w Boga wierzy! Jezu, Marya!

425

Jakby huragan szaleństwa ich porwał i rozmiótł na wszystkie strony; lunęły wrzaski, szlochania, lamenty; biegali nieprzytomnie dokoła ognia, wyciągali ręce, targali się za włosy, uciekali w pola, to krzyczeli nieludzko w strasznej męce żalów i bezradności, bo ani można było myśleć o ratowaniu, dach się bowiem wygiął i mógł lada chwila runąć.

426

Ale śpiew wciąż jeszcze płynął, równy, wysoki, niebosiężny, był jakby radosnem witaniem raju, hymnem zmartwychwstających, ekstatyczną pieśnią wiary…

427

Runęli wszyscy na kolana i zaczęli odmawiać modlitwę za konających. Głosy się trzęsły i łamały, zalewając łzami, niekiedy wybuchał ogólny płacz, niekiedy ktoś padał na ziemię ze strasznym, rozdzierającym krzykiem, i łkania rozsadzały piersi, ale modlili się całą głębią dusz, i ta litania zrozpaczonych, łzawych głosów łączyła się ze śpiewem konających i wraz z szumem pożogi, z trzaskiem pękających ścian płynęła jednym, ogromnym jękiem w bezkreśną, nieprzeniknioną noc…

428

Naraz stodoła się zapadła, i z głębi ognistej otchłani wydarł się ostatni, przerażający krzyk…


429

Dopiero w parę dni później wydobyto z pod zgliszcz zwęglone zwłoki Koniuszewskich.

https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/z-ziemi-chelmskiej.html

Bohaterstwo unickiej rodziny Koniuszewskich

Posted in Historia, Świadectwa, Święci obok nas | 1 Comment »

Podróż na drugą stronę?

Posted by tadeo w dniu 29 listopada 2017

 „…w międzyczasie jego brat Tadeusz ofiarowuje swoje życie za życie brata. Jak się później okazuje Tadeusz umiera półtorej roku po wyzdrowieniu brata”.

W wieku 30 lat Andrzej Duffek przeżył śmierć kliniczną. – Nie ma odpowiednich słów, które mogłyby dokładnie oddać stan, w jakim się znalazłem – podkreśla, zaczynając swoją opowieść.

Podczas zabawy z synem na śniegu 10 lat temu uległ poważnemu wypadkowi. Zjeżdżając na sankach, uderzył w drzewo. Myślał, że jedynie złamał żebra. Później lekarze powiedzieli mu, że nastąpiło wielofragmentowe pęknięcie wątroby. Duża utrata krwi mogła doprowadzić do niedotlenienia mózgu. – Ostatnia rzecz, jaką pamiętam, był formularz zgody na operację. Mechanicznie zacząłem go podpisywać. Andrzej Duff… – nie dokończyłem. Straciłem kontakt z rzeczywistością.

Film o własnym życiu

Pan Andrzej, jak sam określa ten stan, znalazł się w punkcie przejściowym.. – Zacząłem prosić Boga: „Daj mi jeszcze 10 lat, bo chciałbym wychować syna”. Ostatnim wysiłkiem dodałem jeszcze: „ale nie moja wola, ale Twoja niech się stanie” – wspomina. Doznał takiego wrażenia, jakby wszedł we własny umysł. Jego życie przewinęło się na zasadzie retrospekcji. – Jak w aparatach analogowych, gdzie wykorzystana klisza cofała się do początku – opowiada. Każdy etap jego bycia na ziemi podlegał ocenie – negatywnej bądź pozytywnej. – W pewnym momencie, podczas oceny jednej z sytuacji, w czasie której jego intencje były całkowicie złe, przez krótką chwilę, doznał uczucia „palenia ogniem”. – Nigdy wcześniej, ani potem tak nie cierpiałem. Następnie przeszedłem przez jasny punkt swoich narodzin. Wtedy zrozumiałem, że umarłem…

Najwyższa nagroda

Potem pan Andrzej jak sam określa ten stan, znalazł się w punkcie przejściowym. – Wcześniej prosiłem Boga, by dał mi szansę wychować syna. W tamtym momencie, kiedy poczułem się tak dobrze, pragnąłem jedynie, by pozwolił mi wrócić na chwilę do moich bliskich. Chciałem tylko powiedzieć żonie i synowi, żeby się nie martwili, że śmierć to nie koniec, a ja na nich czekam – wspomina. Następnie pan Andrzej poczuł coś, co sam nazywa „najwyższą nagrodą”. Była to błoga świadomość, że już nigdy nie będzie czuł się źle. Wtedy jasny punkt narodzin zaczął się oddalać. Otoczenie naokoło z szarego stawało się coraz ciemniejsze. – Czułem się, jakbym wracał do źródła, z którego kiedyś wyszedłem. Straciłem poczucie własnego ciała i czasu. Byłem jakby zjednoczony z Bogiem – mówi o tamtym doświadczeniu. W pewnym chwili dostrzegł kilka jasnych punktów, nie większych niż główka szpilki. Potem poczuł, jakby ktoś dmuchnął mu w twarz. Razem z tym uczuciem nadeszło „brzęczenie”.

Siła modlitwy

– Gdyby postawić obok siebie 100 osób i każdej z nich kazać w tym samym momencie deklamować inny wiersz, wówczas uzyskalibyśmy efekt – próbuje opisać tamtą sytuację. Z czasem z tego zlepku różnych brzmień zaczęły wyłaniać się pojedyncze głosy modlitwy. – Później dowiedziałem się, że jeden z lekarzy, stwierdził już moją śmierć. Wtedy modlitwy się nasiliły i wypchnęły mnie z powrotem do życia, jak gdyby ponad taflę wody. Z relacji innych osób wiem, że poruszyłem wówczas powiekami. Kiedy to wszyscy zobaczyli, przestali się modlić, a ja zapadłem się ponownie do poprzedniego stanu. Taka sytuacja powtórzyła się wielokrotnie. Teraz wiem, jak wielka jest siła ludzkiej modlitwy. Po dwóch miesiącach mężczyzna został wybudzony ze śpiączki. Na początku w ogóle nie był szczęśliwy. Jego pierwsze słowa to pretensje do rodziny i przyjaciół o to, że odebrali mu szansę odczuwania spokoju i szczęścia. – Później wszystkich przeprosiłem. Jednak w tamtej chwili chciałem jak najszybciej być znów blisko Boga. I właściwie wciąż tego pragnę najbardziej – przyznaje. Po przebudzeniu dzielił się doświadczeniem śmierci klinicznej jedynie ze znajomymi. Dopiero w czasie zeszłorocznej pielgrzymki do Matki Bożej Ostrobramskiej poczuł, że powinien wyjść ze swoim świadectwem poza krąg najbliższych osób. – W przygotowaniu jest już film, który, mam nadzieję, otworzy oczy wielu ludziom – mówi. – Niestety pojawiły się przeszkody różnej natury w jego realizacji – dodaje i prosi o modlitwę w tej intencji.

Jak to wyjaśnić?

Na granicy śmierci i życia pojawiają się u niektórych osób doświadczenia zwane NDE (Near Death Experience). Są one znane tylko z relacji pacjentów, którzy je przeżyli. Próbę systematyzacji tego zjawiska podjął holenderski badacz Pim van Lommel. Naukowiec ten ze swoimi wspólnikami opublikował badanie w 2001 r. w prestiżowym czasopiśmie The Lancet. – Do tej pory nie zaobserwowano dwóch identycznych NDE, ale można wyszczególnić doświadczenia kluczowe, które występują niemalże zawsze, choć czasami w różnej kolejności np. uczucie spokoju, komfortu i miłości, ale także niepokoju i strachu, streszczenie życia, czy wejście w ciemność lub spostrzeżenie światła – wyjaśnia Jan Stefaniak, lekarz medycyny. – Co więcej, NDE pomimo drobnych różnic, są bardzo podobne niezależnie od tego, z jakiej kultury pochodzi człowiek ich doznający – uzupełnia. Zdaniem ks. Jana Kaczkowskiego, doktora teologii moralnej, bioetyka, twórcy puckiego hospicjum, niektóre wizje, których doświadczają osoby w stanie NDE, można wytłumaczyć naukowo. – Na przykład uczucie podążania ku światłu w tunelu porównuje się do doznań pilotów myśliwców. Ponoć przeżywają oni stan błogiego szczęścia w wyniku przeciążeń, kiedy krew odpływa z mózgu – komentuje duchowny. – Jednak moja praktyka towarzyszenia umierającym, którzy nader często w agonii widzą, a nawet rozmawiają z dawno zmarłymi osobami, każe mi nie wątpić w istnienie rzeczywistości nadprzyrodzonej – dodaje. Jak podkreśla Jan Stefaniak, dwie cechy doznań z pogranicza śmierci są niezmienne. – Osoby po doświadczeniach NDE zazwyczaj bardziej skupiają się na życiu rodzinnym. Pojawia się u nich także większa wrażliwość i empatia, przy jednoczesnym zmniejszeniu akcentu na materialną sferę życia – tłumaczy. – Po drugie, jak wynika z badań, relacje dotyczące NDE w obserwacjach po 2 i 8 latach od doświadczenia, są niemalże… niezmienne. Zaprzecza to obecnemu stanowi wiedzy na temat procesów zapamiętywania i pamiętania – podkreśla lekarz.

Zobacz:

Świadectwo i konferencja – Andrzej Duffek

Andrzej Duffek

Tadeusz Kazimierz Duffek

Posted in Świadectwa | Leave a Comment »

Świadectwo i konferencja – Andrzej Duffek

Posted by tadeo w dniu 26 listopada 2017

Andrzej Duffek przeszedł przez bramy śmierci w wieku 30lat i spotkał się Jezusem po drugiej stronie życia. Fascynujące świadectwo z przejścia do życia po życiu, opowiada jak wyglądał w jego wypadku sąd szczegółowy, jak każda nasza intencja dobra lub zła dodawała cierpień Jezusowi na kalwarii lub dodawała pocieszenia.

Sam siebie by ocenił dużo surowiej, ale stojąc w bożym miłosierdziu przyjął zapłatę jaką za niego dokonał Jezus swoją krwią. Choć porównując cenę swojego życia do 500zł to Jezus zapłacił z góry od razu 500 000 zł. Doświadczył oszałamiającej radości i uwielbienia Boga, który daję rzekę szczęścia. Czuł że zakończył krótki etap życia ziemskiego i wraca do domu do prawdziwego życia na wieki.

W wieku 30 lat Andrzej Duffek przeżył śmierć kliniczną. – Nie ma odpowiednich słów, które mogłyby dokładnie oddać stan, w jakim się znalazłem – podkreśla, zaczynając swoją opowieść. Podczas zabawy z synem na śniegu 12 lat temu uległ poważnemu wypadkowi. Zjeżdżając na sankach, uderzył w drzewo.

Myślał, że jedynie złamał żebra. Później lekarze powiedzieli mu, że nastąpiło wielofragmentowe pęknięcie wątroby. Duża utrata krwi mogła doprowadzić do niedotlenienia mózgu. – Ostatnia rzecz, jaką pamiętam, był formularz zgody na operację. Mechanicznie zacząłem go podpisywać. Andrzej Duff… – nie dokończyłem. Straciłem kontakt z rzeczywistością.

W „Nocnych Światłach” , audycji z dnia 20-04-2015 słuchamy świadectwa o życiu po życiu Andrzeja Duffek – podróżnika po Zaświatach.

Posted in Świadectwa | 1 Comment »

Prof. Witold Kieżun – oni zniszczyli naszą młodość!

Posted by tadeo w dniu 6 listopada 2017

Żeby ocenić trzeba byłoby przeżyć ten okres. Prof.Witold Kieżun o okupacji niemieckiej w Warszawie w odpowiedzi na zadane pytanie z publiczności o słuszność i sens powstania.

 

Posted in Historia, Polityka - video, Polityka i aktualności, Świadectwa | Otagowane: | Leave a Comment »

Tragedia znanej polskiej piosenkarki. W przeszłości zdecydowała się na…

Posted by tadeo w dniu 2 sierpnia 2017

Piosenkarka Katarzyna Sobczyk zmarła 28 lipca 2010 r. w hospicjum na Ursynowie. Ostatnio pojawiła się dotąd nieopublikowana rozmowa z nią. Życzyła sobie by jej słowa zostały opublikowane dokładnie 7 lat po jej śmierci. Z wywiadu możemy dowiedzieć się o tragedii jaka spotkała ją w młodości.

W rozmowie przed śmiercią Sobczyk wyznała tragiczną tajemnicę ze swojej przeszłości:

Zabiłam. Miałam wtedy 18 lat. Byłam w ciąży, z saksofonistą. Bardzo go kochałam i on mnie wtedy też kochał.  Powiedział: fajnie, będziemy mieli dziecko. Niczym się nie przejmuj, tylko jeszcze zaśpiewaj w Opolu. Zaśpiewałam i za tę piosenkę: „Nie wiem, sama nie wiem, czy to warto kochać ciebie”. Dostałam nagrodę. 1965 rok. A potem on zaprowadził mnie do lekarza i usunęliśmy tę ciążę. Byłam w takiej rozpaczy, płakałam dzień i noc, gorączkowałam, umierałam prawie. Ale Bóg pozwolił mi przeżyć. Kiedy przyznałam się mamie, powiedziała: córcia, co ty zrobiłaś, przecież ja bym ci to dziecko wychowała, pomogłabym ci. Ale było za późno. Wiesz, że ten dzieciaczek śni mi się? Wyciąga rączki: mama, mama. Budzę się na poduszce mokrej od łez. – powiedziała Sobczyk.

Jedyne, co mogłam wtedy zrobić, to zerwać z tym chłopakiem. Nie chciałam na nikogo patrzeć. Moja wielka miłość mi minęła.  Została krzywda. Nie mogłam z nim być, bo on nie chciał dziecka – stwierdziła piosenkarka.

Katarzyna Sobczyk odchodziła pojednana z Bogiem, świadoma kresu swych dni mówiła:

W tym raju więc oddychasz z ulgą. Wszystko cię cieszy, wszystkie grzechy masz odpuszczone. Nic cię nie boli. I spotykasz znajomych, spotykasz Boga. Tak bardzo się cieszę, że go mam. Spotykasz facetów, których najbardziej kochałaś. Już nie tęsknisz. Ja nawet nie wiem, czy ten raj jest wysoko, czy tutaj, obok, na ziemi. Nieważne. Ani nie wiem, jak szybko tam trafię. Czuję, że zanim uzyskam wybaczenie, minie dużo czasu.

http://malydziennik.pl/tragedia-znanej-polskiej-piosenkarki-w-przeszlosci-zdecydowala-sie-na,6834.html

Posted in Wspomnienia, Świadectwa | Leave a Comment »

Ja Panią skądś znam!

Posted by tadeo w dniu 19 lutego 2017

Znalezione obrazy dla zapytania szaflarska

Danuta Szaflarska jest fenomenem na skalę światową. Najpierw osiągnęła niebywałą popularność, grając w filmach „Zakazane piosenki” i „Skarb”. Potem reżyserzy przestali ją obsadzać w głównych rolach. A po dziewięćdziesiątce znów błyszczy na ekranie jak czystej wody brylant

Mimo 94 lat Danuta Szaflarska nie jest żadną staruszką i nikomu nawet nie przyszłoby do głowy tak ją nazwać, chociaż opowiada, że pamięta początki kina i pierwsze filmy braci Lumiere. 155 cm wzrostu, wciąż młode oczy, ujmujący uśmiech, a chód tak zamaszysty, że czasem trudno za nią nadążyć. Tylko z pozoru wydaje się, że jest delikatna i krucha. Po tacie z rodu górali spod Nowego Sącza, przez pierwsze 10 lat mieszkająca we wsi Kosarzyska (dziś część Piwnicznej-Zdroju), ma w sobie twardość i odporność ludzi z tamtych stron.

Kiedy mimo zawrotnej kariery, którą właśnie robiła, film odwrócił się do niej plecami, nie opuściła rąk, tylko jak zwykle grała w teatrze. Namiętnie i dużo. Bo teatr, z którym związana jest od 70 lat, do dziś oznacza dla niej życie. — Jeśli skończę grać, to pewnie długo nie pożyję. Jak się wykonuje zawód, który się kocha, to jest się szczęśliwym — zapewnia. I pomyśleć, że chciała być lekarzem!

 

Za piękni na socrealizm

Ludzie uwielbiali ją za rolę Halinki w nakręconych w 1946 r. „Zakazanych piosenkach” i płakali wraz z nią, bo szczególnie chwytała za serce scena, gdy Halinka, dowiedziawszy się o śmierci narzeczonego, ze łzami w oczach zapewnia: — Ja nie płaczę, ja śpiewam. I płacząc, śpiewa: „Tę piosenkę, tę jedyną, śpiewam dla ciebie, dziewczyno”.

W tym filmie grała siostrę Jerzego Duszyńskiego. W „Skarbie” — jego żonę. Stanowili z Duszyńskim parę jak z amerykańskiego romansu. Ona przypominała wyglądem diwę w stylu Rity Hayworth, jego nazywali polskim Clarkiem Gable’em. Amantki i amanci — to w dobie siermiężnego socrealizmu nie było dla aktora dobre emploi. Nie nadawali się na bohaterów mieszających wapno na budowie ani do roli traktorzystów. — Dlaczego Pani potem nie grała w filmach, była Pani przeciw ustrojowi? — zapytała Szaflarską młoda dziennikarka na konferencji prasowej. — Nie — odpowiedziała aktorka. — Role się po prostu nie trafiały. I przypomniała sytuację, jak w latach 50. któryś z reżyserów zaprosił ją do filmu, którego akcja rozgrywała się na budowie:

— Ubrali mnie w kufajkę, chustkę i gumiaki, ale kiedy pojawiłam się na planie, cała ekipa filmowa na mój widok zaczęła pękać ze śmiechu.

Tak skończyła się wtedy filmowa kariera Szaflarskiej i Duszyńskiego. Urodą nie pasowali do wzoru proletariackich herosów. Ale widzowie ich pamiętali i kochali.

Hanka Bielicka, żona Jerzego Duszyńskiego, opowiadała, że po filmie „Skarb” ludzie postrzegali Szaflarską i Duszyńskiego jako autentyczne małżeństwo. Trudno im było zrozumieć, że były to tylko filmowe role. Stanowili piękną parę. — Kiedyś szłam z mężem pod rękę i na ulicy zaczęły mnie napastować jakieś kobiety, wołając: — Nie masz wstydu. Odczep się od męża Szaflarskiej! — wspominała ze śmiechem Bielicka.

Zresztą trzymali się we trójkę. Razem zdawali do szkoły aktorskiej w Warszawie, razem mieli potem przystąpić do egzaminu poprawkowego, którego — jak się okazało — nigdy naprawdę nie musieli zdawać. A po ukończeniu w 1939 r. szkoły razem zdecydowali się na wyjazd do Wilna, gdzie w teatrze na Pohulance zagrali w dwóch sezonach w 19 premierach. Szaflarska wróciła do Warszawy dopiero w 1941 r., po wkroczeniu Niemców do Wilna.

 

Posłaniec to nie łączniczka

W 1941 r. grała w teatrze podziemnym w „Elektrze” i w „Jak wam się podoba” Szekspira. To były wielkie sztuki i wielkie role. Ale ona chciała być użyteczna inaczej. Zamierzała zostać sanitariuszką w AK, bo przecież kiedyś miała iść na medycynę. Ale wtedy Bohdan Korzeniowski — delegat rządu londyńskiego na kraj ds. kultury nie pozwolił. — Powiedział, że w swoim czasie będę wiedziała, co mam robić, i że się artystów nie posyła na pierwszą linię frontu — mówi Szaflarska.

Zapewne gdyby po śmierci ojca matkę było stać na sfinansowanie jej studiów medycznych, zostałaby lekarzem. Matka jednak wysłała ją do Wyższej Szkoły Handlowej w Krakowie, po której łatwiej było o pracę. Gdyby nie zachorowała na tyfus, pewnie skończyłaby WSH, lecz przez chorobę przerwała naukę na drugim roku. Potem już była szkoła teatralna w Warszawie i pierwsze zetknięcie ze stolicą, w której Szaflarska zakochała się od pierwszego wejrzenia i na zabój.

Powstanie Warszawskie to była walka o każdy kamień miasta. Już jej miasta, bo do dziś zauroczona Warszawą mieszka w samym jej sercu — na Starówce. Podczas Powstania była — jak podkreśla — posłańcem, nie łączniczką — takim powstańczym listonoszem, który zawiadamiał, kto się miał gdzie stawić i z kim spotkać. — Przeżyliśmy 63 dni na pierwszej linii frontu. Gdy się ma zadanie i cel, to się nie myśli, że można zginąć — mówi. A miała dla kogo żyć: maleńka córeczka, mąż, matka.

Przeżyli. Potem przeszła z rodziną przez obóz w Pruszkowie. Widziała, że z pięknej Warszawy, tego Paryża Północy, zostały tylko gruzy. Po wojnie pracowała w Starym Teatrze w Krakowie, potem w Łodzi, aż wreszcie związała się z teatrami warszawskimi: Współczesnym, Dramatycznym i Narodowym, gdzie występuje do dziś.

 

Jeszcze nie wieczór

Nie można powiedzieć, że po „Skarbie” film kompletnie zapomniał o Szaflarskiej. To byłoby niesprawiedliwe. Od lat 60. trochę grała, nie były to jednak role główne, na miarę jej talentu. Zagrała m.in. w „Pożegnaniu z Marią”, „Domu bez okien”, „Korczaku”, „Przedwiośniu”, „Żółtym szaliku”.

Ale rolę główną, wspaniałą, napisaną specjalnie dla niej przez młodą reżyserkę Dorotę Kędzierzawską, zagrała w filmie „Pora umierać” w 2006 r. Rolę fantastyczną, za którą otrzymała nagrodę na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. W tym czarno-białym filmie o starej kobiecie, mieszkającej w starym domu, pokazała cały swój kunszt. Właściwie grają tu tylko ona i pies. Gdy stara matka przypadkowo dowiaduje się, że jedyny syn zamierza bez jej wiedzy sprzedać dom i wysiedlić ją z tego miejsca, przeżywa szok. — Mój Boże, może to wszystko nie tak, źle żyłam. Może to wszystko moja wina — mówi z przejęciem. Przez cały czas nie można oderwać od Szaflarskiej wzroku. Jest wspaniała.

Potem — rola w filmie o starych aktorach Jacka Bławuta „Jeszcze nie wieczór”, a ostatnio — w „Janosiku”, którego premiera odbyła się w rodzinnych stronach aktorki w Nowym Sączu. Charakterystyczny błysk w oku, młodzieńczość twarzy zostały Szaflarskiej do dziś. Można zrozumieć, dlaczego Jan Nowicki nazywa ją Fenomenem.

Lubi przyjeżdżać do Kosarzysk. W miejscu dzieciństwa lubi spędzać czas o każdej porze roku. Zwłaszcza gdy kwitną głogi. W Piwnicznej-Zdroju są dumni ze swojej krajanki. Pewnego dnia, gdy siedziała na tarasie kawiarenki, wpatrując się w migocący Poprad, podszedł do niej młody człowiek. Przyglądał się jej. — Ja Panią skądś znam — stwierdził. Uśmiechnięta czekała, co jeszcze powie. Długo myślał: — Pani jest pisarką! — oznajmił, a ludzie na tarasie ryknęli śmiechem.

 

Uratował mi życie

Wątek jej spotkań z ks. Jerzym Popiełuszką i roli, jaką odegrał w jej życiu, jest mało znany. Nie lubi opowiadać o osobistych sprawach. Wyjątek uczyniła dla dziennikarek z Piwnicznej i miesięcznika „Znad Popradu”. Opowiada, jak przyjaźniła się z ks. Jerzym. Zjawiła się w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu, gdy były odprawiane Msze św. za Ojczyznę. Przyznała się księdzu, że przychodzi z przyczyn politycznych, bo jest niewierząca, ale może czytać teksty. Kiedyś zapytał ją, czy może się wyspowiadać. Zapytała: — Tylko jak po 40 latach? Wtedy ks. Jerzy stwierdził: — Hurtem łatwiej. Szaflarska twierdzi, że spowiedź była piękna, podobnie jak pokuta. Zawsze gdy przechodziła koło pustego kościoła, miała tam wstępować na chwilę. — To było moje nawrócenie — przyznaje. Całą rodziną zaprzyjaźnili się z ks. Jerzym. Dawał ślub jej córce, ochrzcił wnuka.

Dwukrotnie ks. Popiełuszko przyjeżdżał do Kosarzysk odpocząć w jej domku. Raz z ks. Liniewskim, misjonarzem z Wybrzeża Kości Słoniowej, chodzili po górach, palili ogniska. Bardzo mu się tu podobało. Raz w kościele w Kosarzyskach odprawił nabożeństwo. Pytał, czy może przyjechać na Boże Narodzenie. Ale nie przyjechał. W październiku go zamordowali.

Szaflarska twierdzi, że ks. Jerzy dwa razy uratował jej życie. Raz — kiedy miała zawał i leżała na stole operacyjnym. Gdy sytuacja zaczęła się komplikować, dostała bólu zamostkowego, a ciśnienie dramatycznie spadało, poprosiła: — Jerzy, pomóż mi, ratuj.

I ratunek przyszedł. — Na salę wszedł lekarz z innego piętra i podał mi lek w aerozolu, którego szpital jeszcze wówczas nie miał, a on miał. Stan się wyrównał, chirurg mógł dokończyć operację. Pytałam później tego lekarza, dlaczego to zrobił, dlaczego zszedł z drugiego piętra i przyszedł na salę. Powiedział: „Nie wiem dlaczego, nikt mnie nie wołał, zszedłem” — opowiada aktorka.

Za drugim razem ks. Jerzy przyszedł jej z pomocą, gdy napadło ją trzech opryszków. Dusili. Mówi, że cudem uniknęła śmierci. Czuła wówczas obecność kogoś przy sobie i było jej z tym dobrze. Doznała wtedy nieziemskiego szczęścia, niezwykłego. — Kiedy w pełni to sobie uświadomiłam, ten ktoś zaczął się oddalać. Wiem, że to był ks. Jerzy. Nikogo nie widziałam, ale czułam tę obecność — wyznaje Szaflarska.

Zawsze gdy wsiada do samolotu, prosi ks. Jerzego: — Przyślij mi aniołki, niech podtrzymują skrzydła, byśmy nie spadli. Uważa też, że te wszystkie role, jakie ostatnio sypnął jej los, to też jego zasługa, bo ks. Jerzy jej pomaga.

— Jeśli nawet Kościół nie ogłosi go świętym, dla mnie zawsze będzie święty. Jestem pewna, że to on uratował mi życie. Nie mogę tego udowodnić, ale ja to wiem.

http://www.opoka.org.pl/biblioteka/Z/ZS/niedziela200951-szaflarska.html

Ps. Danuta Szaflarska zmarła dzisiaj 19 lutego 2017 roku. Aktorka miała 102 lata.

Przeczytaj także:

Danuta Szaflarska

Inny Świat Danuty Szaflarskiej

Wywiad z Danutą Szaflarską

 

Posted in SYLWETKI, ZASŁUŻENI WILNIANIE, Świadectwa | Leave a Comment »

Czy Pan Jezus wrzeszczałby na grzeszników? -Natalia Niemen

Posted by tadeo w dniu 1 lutego 2016

Posted in Filmy religijne, Religia, SYLWETKI, Świadectwa | Leave a Comment »

Magdalena: Świadectwo mojego nawrócenia

Posted by tadeo w dniu 30 grudnia 2014

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Urodziłam się i wychowałam w rodzinie katolickiej. W szkole podstawowej i średniej chodziłam regularnie do kościoła na msze i lekcje religii. W czwartej klacie liceum ogólnokształcącego zdałam maturę z religii z wyróżnieniem. W tym też czasie za namową mojej przyjaciółki poszłam z nią do wróżki, która powiedziała mi jakieś bzdury.  W szkole średniej zaczęłam się też interesować ezoteryką i w tym czasie zaczęły się problemy.

Rozpoczęłam studia medyczne i oddaliłam się od Boga.

Nie chciałam chodzić z rodzicami na niedzielne msze święte i tylko pod przymusem mojego taty chodziłam z nimi do kościoła. Pamiętam jak siadałam w ostatniej ławce i nienawidziłam ludzi, którzy się modlili, a kiedy widziałam księdza, który odprawiał nabożeństwo to moja nienawiść była tak wielka, że gdybym miała możliwość – mogłabym go zabić. Najgorsze było to, że miałam myśli samobójcze. Śmierć dosłownie szła za mną krok w krok i przyzywała mnie do siebie. Pamiętam jak musiałam na peronie złapać się latarni kiedy nadjeżdżała kolejka SKM, żeby nie skoczyć na tory. Nikt z mojego otoczenia nie wiedział co się ze mną dzieje, wręcz przeciwnie uważano mnie za rozrywkową dziewczynę i „duszę towarzystwa”. I tak upływały mi kolejne lata studiów. Na ostatnim-piątym roku przed egzaminami dyplomowymi (z których jako bardzo dobra studentka byłam zwolniona),  czekał mnie egzamin z laryngologii, prawie niemożliwy do zdania w pierwszym terminie. Wiedziałam, że choćbym nie wiem ile się uczyła, to nie dam rady zdać egzaminu praktycznego i teoretycznego.

Wieczorem w przeddzień egzaminu, kiedy leżałam już w łóżku – rozpłakałam się z tej bezsilności i zawołałam : ” Panie Boże,jeśli jesteś – pomóż mi ! „. W tej chwili poczułam jak ktoś ociera łzy z moich oczu (a byłam w pokoju sama) i usłyszałam słodki głos :” Nie martw się. Wszystko będzie dobrze. Zdasz ten egzamin„. Ogarnął mnie taki spokój, że od razu zasnęłam. Rano pamiętałam o tej obietnicy, ale żeby się upewnić, poprosiłam Pana, żeby na jej potwierdzenie przysłał mi jakiegoś ptaka. W tym momencie przyleciały trzy duże ptaki ( szaro-brązowe z żółtymi, zakrzywionymi dziobami). Wszystkie usiadły na płotku za oknem w kuchni, dwa ze skraju odleciały, a trzeci został ( wyglądało to tak, jakby go  te dwa asekurowały). Trzeci ptak usiadł w doniczce z ziemią i zaczął patrząc na mnie unosić po kolei skrzydła i kąpać się w piasku. Ten widok był tak piękny, że nie mogłam oderwać od niego oczu. Zdałam sobie sprawę, że jeśli natychmiast nie wyjdę z domu, to spóźnię się na egzamin, więc poprosiłam Boga, żeby go już zabrał.

W tej chwili ptak odwrócił się tyłem do mnie i odleciał (mam w domu dużo książek o ptakach, ale w żadnej nie znalazłam tego gatunku). Pojechałam na egzamin i zdałam go jako jedyna na roku na czwórkę. Po skończeniu studiów trafiłam do duszpasterstwa akademickiego, a potem do Odnowy w Duchu Świętym, która spotykała się w kościele przy Akademii Medycznej. Było mi tam bardzo dobrze, ale po niedługim czasie ksiądz – egzorcysta, który się nami opiekował zaproponował wspólny wyjazd do ośrodka wypoczynkowego w Jastrzębiej Górze, gdzie miało być odnowienie przyrzeczeń chrztu świętego, chrzest Duchem Świętym i modlitwa o uwolnienie.

Poczułam, że muszę tam pojechać, bo jest to moja ostatnia szansa na nawrócenie. Kilka dni przed  tym weekendowym wyjazdem było spotkanie Odnowy i wtedy stało się coś dziwnego. Kiedy znalazłam się wśród tych moich wierzących znajomych, poczułam się tak,jakby ktoś zmienił moje spojrzenie. Patrzyłam zgorszona na tych ludzi i myślałam :” Co oni robią!. Modlą się, wielbią Boga,unoszą ręce do góry. Przecież oni oszaleli. Trzeba ich jak najszybciej umieścić w szpitalu psychiatrycznym!”. Zawsze po spotkaniu wracałam do domu razem z moją przyjaciółką – Beatą, która mieszkała niedaleko. Tym razem,chociaż Beata siedziała przede mną, w ogóle jej nie widziałam. Tak więc wsiadłam sama do tramwaju i czułam się bardzo nieszczęśliwa. Dojechałam do domu i idąc od przystanku spojrzałam w niebo.

Wcześniej czułam, że jest tam Bóg i aniołowie, ale teraz niebo milczało. . . tak jakby było zupełnie puste. W tej chwili usłyszałam głos :” Widzisz jak się czujesz ?,  ale Boga to w ogóle nie obchodzi, a ja dbam o tych, którzy mi służą. Jeśli oddasz mi pokłon – będziesz sławna i bogata”. Zobaczyłam przed sobą piękną, białą posiadłość ( taką jak w „Dynastii „) i duży basen, przy którym siedziałam. W tej chwili podszedł do mnie mój służący – przystojny blondyn w koszulce polo w paski i grubej,złotej bransolecie na ręku. Przyniósł mi na srebrnej tacy drinka i aktualną gazetę. Wzięłam ją do ręki i na pierwszej stronie było moje zdjęcie i artykuł o tym, jaka to ja jestem bogata.

Od tego czasu minęło już 20 lat, ale widzę tę scenę  tak jak to by wydarzyło się dopiero przed chwilą. Byłam tak nieszczęśliwa, że nawet nie byłam w stanie zastanowić się co się dzieje,ale coś z głębi mnie powiedziało : „Odejdź ode mnie szatanie! „. Szłam dalej w kierunku domu i myślałam, że może rzeczywiście ja nie nadaję się do tego całego chrześcijaństwa. Pomyślałam, że pójdę do baptystów lub do buddystów ( nie znałam wtedy protestantów i nie widziałam różnicy pomiędzy jednymi i drugimi ), ale usłyszałam znowu ten sam głos – tym razem zaniepokojony : „Do baptystów nie, bo tam jest Jezus. Trzymaj się lepiej od Jezusa z daleka!”. Przyszłam do domu i rozpłakałam się. Nie wiedziałam co robić. W dniu planowanego wyjazdu poszłam rano do pracy. Pogoda była straszna – listopadowy sztorm. Lało i wiało. Pod koniec pracy postanowiłam, że jednak pojadę do Jastrzębiej Góry. Kiedy to powiedziałam mojej asystentce, poczułam,że raptem mam dreszcze, szczypią mnie oczy i mam gorączkę. Przytuliłam się do gorącego sterylizatora.

Moja asystentka zdziwiona i zaniepokojona,spytała się :„Co się stało pani doktor?”. Widziała, że jeszcze minutę temu byłam okazem zdrowia. Wróciłam  jakoś po pracy do domu i zaczęłam się pakować. Wzięłam ortalionową, bardzo lekką torbę, piżamę, papcie i świecę. Źle się czułam i było mi słabo. Ostatkiem sił wyszłam z domu i bardzo wolno szłam na przystanek.

Miałam wrażenie, że torba waży tonę, chociaż była bardzo lekka. Ciągnęłam ją prawie po ziemi i wtedy na końcu bloku zobaczyłam moją przyjaciółkę, która też jechała z nami. Beata bardzo się zdziwiła, widząc mnie idącą bardzo wolno. Zawsze byłam pełna energii i znajomi mówili na mnie „struś pędziwiatr „ lub „znikający punkt”, bo mało kto mógł mi dotrzymać kroku. Opowiedziałam Beacie o tej mojej nagłej chorobie, a ona powiedziała,żebym się tym nie przejmowała, bo to normalne. Skoro diabeł nie mógł inaczej powstrzymać mnie od wyjazdu – zaatakował ciało. Powiedziała, że na pewno jak przyjedziemy na miejsce, to wszystko mi przejdzie. A więc po około 2 godzinach dojechaliśmy do ośrodka w którym po kolacji odnowiliśmy przyrzeczenia chrztu świętego. Następnie była modlitwa o wylanie Ducha Świętego,namaszczenie olejem, a gdzieś pomiędzy modlitwa wstawiennicza.

Obecność Pana była tak namacalna, że widziałam wręcz cień Jezusa, który przechadzał się pomiędzy nami. Miałam wrażenie, że gdybym wyciągnęła rękę, to złapałabym skraj Jego szaty. W czasie modlitwy dotarło do mnie kim jestem – grzesznikiem, (chociaż wcześniej uważałam, że przecież ja nic złego nie robię) i zobaczyłam kim  jest święty Bóg.

Rozpłakałam się zdając sobie sprawę ze swojej nędzy i wtedy usłyszałam głos Pana :” Nie bój się!. Ja jestem z tobą i nigdy cię nie opuszczę. Nie lękaj się! Ja cię poprowadzę „. Ogarnął moje serce taki pokój, że gdyby nawet wybuchła III wojna światowa – nie miałoby to dla mnie znaczenia. Kiedy wróciłam do świata i codziennych obowiązków, trochę tego pokoju gdzieś się ulotniło, ale on nadal jest obecny w moim sercu. Bóg tak jak obiecał, wspaniale mnie prowadzi. Zrobiłam dwie specjalizacje,obroniłam pracę doktorską, zwiedziłam wiele krajów, a Pan każdego dnia daje mi dowody Swojej miłości i troski, oraz wybawia ze wszystkich niebezpieczeństw. Chwała Panu!

http://www.egzorcyzmy.katolik.pl/swiadectwa/drogi-uwolnienia/1322-magdalena-swiadectwo-mojego-nawrocenia.html

Przeczytaj także:

Ks. Bogusław Jaworowski, MSF – Okultyzm

Posted in Religia, Świadectwa | 1 Comment »

Okultyzm otworzył mnie na działanie szatana

Posted by tadeo w dniu 30 grudnia 2014

Okultyzm otworzył mnie na działanie szatana

Chciałbym dać świadectwo tego, jak bardzo niebezpieczny jest grzech bałwochwalstwa, od którego uwolnił mnie Jezus.To On wydobył mnie z piekła i pomaga mi teraz wzrastać w miłości i świętości

Mam 59 lat. W latach siedemdziesiątych ub. wieku nieświadomie zacząłem igrać z ogniem przez zaangażowanie się w praktyki okultystyczne. Byłem wówczas człowiekiem „wierzącym” i „praktykującym”: dwa razy w roku chodziłem do spowiedzi i Komunii św., nie znałem Pisma św., nie żyłem zgodnie z Ewangelią. Byłem katolikiem nijakim i niebezpiecznym, bo dawałem innym zły przykład. Nie wiedziałem, że trzymanie w domu różnych posążków, talizmanów, kart tarota, książek uzdrowicieli, czasopism pornograficznych jest grzechem, że Bóg naprawdę troszczy się o mnie i zależy Mu na mnie i moim szczęściu.

Kiedy miałem 23 lata, poznałem dziewczynę. Była niepraktykująca, a jej matka była rozwódką, systematycznie korzystającą z usług tarocistki. Nie wiedziałem wtedy, że grzech rodziców, szczególnie grzech bałwochwalstwa, często przenosi się na dzieci. Wzięliśmy ślub i mieszkaliśmy pod jednym dachem z teściową. Urodziło nam się dwoje kochanych dzieci, jednak po pięciu latach małżeństwa żona stwierdziła, że kocha innego i że między nami wszystko skończone. Wziąłem walizkę i wyprowadziłem się. Przeżyłem załamanie nerwowe, uciekałem w alkohol i leki. Nie chciałem pić, a musiałem; chciałem się zapić na śmierć – nie mogłem…

W 1991 r. w audycji radiowej usłyszałem ogłoszenie: „Joga, relaks, dobre samopoczucie. Zajęcia pod wskazanym adresem”. Po mniej więcej trzech miesiącach uczestnictwa w zajęciach relaksu, medytacji wschodnich, ćwiczeń jogi czułem się znacznie lepiej. Nauczyciel był bardzo miły; podarował mi nawet koszulkę, która mi się bardzo podobała, czym zdobył sobie moje bezgraniczne zaufanie. Byłem nieświadomy tego zła, na zewnątrz ładnie wyglądającego i dającego pozytywne efekty (przestałem pić i palić), brnąłem więc dalej w to bagno. Dużo medytowałem. Po wyjeździe na szkolenie do Holandii sam zacząłem prowadzić zajęcia z relaksu i dopiero wtedy odkryłem, dlaczego jest on taki skuteczny. Otóż prowadzący wykonuje mantrę, która naprawdę otwiera człowieka na działanie złego ducha. Celem tych zajęć jest „oświecenie” – stan równy Bogu (100% pychy!).

Bywały okresy w moim życiu, że chciałem się z tego wycofać, bo zaczynałem widzieć zło, jakie się pod tym wszystkim kryje, jednak nie potrafiłem, gdyż działa to gorzej niż nałóg. Dopiero w 2002 r. modlitwa mojej mamy została wysłuchana. Był taki moment, kiedy na oczach guru ukląkłem i poprosiłem Boga: „Boże, powiedz, co tu jest grane, gdzie ja jestem?”. Pan zlitował się nade mną i otrzymałem światło dla umysłu. Dotarło do mnie, że to jest sekta, że guru kieruje naszymi umysłami i że jesteśmy ubezwłasnowolnieni. Moja decyzja była natychmiastowa: muszę stąd uciekać! Wówczas prysnął mit dobrego samopoczucia, a zaczął się horror. Szatan zabrał mi siły, energię i chęć do życia. Zostałem bez pieniędzy i jakiego­kolwiek dowodu tożsamości. Te dziesięć lat w sekcie, setki godzin medytacji o różnych bóstwach i mocach szatańskich, studia sufizmu, buddyzmu i tarota dały szatanowi przystęp do mojej duszy. Miało być oświecenie, a skończyło się ruiną duchową, psychiczną, fizyczną i materialną…

Po spowiedzi odbytej w krakowskich Łagiewnikach, w sanktuarium Bożego Miłosierdzia, przez pół roku walczyłem sam ze sobą, żeby móc wejść do kościoła i normalnie się modlić, szczególnie na różańcu, który jest bronią atomową przeciwko szatanowi. Dziś wiem, że byłem wtedy głęboko w piekle i że dopiero po moim nawróceniu zaczął się proces mojego oczyszczania i przywracania do życia w Chrystusie. Wyrzuciłem wszystkie posążki Buddy, wszystkie tzw. talizmany szczęścia, a książki innych religii i sekt spaliłem. Przestałem też kupować kolorowe śmieci z horoskopami i pornografią. Trafiłem do Odnowy w Duchu Świętym, gdzie kapłani i animatorzy modlili się nade mną. Pan Jezus na modlitwie pokazał mi moje zranienia: od dziecka byłem przeklinany, a więc duchowo poraniony. Poświęcone zostało również moje mieszkanie, w którym działy się różne dziwne rzeczy, tak że nie mogłem w nim spać. Jezus Chrystus podczas Eucharystii, adoracji Najświętszego Sakramentu dawał mi nieskończenie więcej wszystkiego, niż szatan zabierał. Doświadczałem też, czytając codziennie Pismo św., że słowo Boże jest żywe i zawsze aktualne. Zacząłem poznawać naukę Chrystusa, czytałem wiele religijnych książek i nastąpiła we mnie przemiana. Jest to proces wymagający czasu i konsekwencji. Ale nareszcie zaczynam budować swoje życie na Skale. Na pierwszym miejscu w moim życiu jest teraz Pan Bóg, a nie jakieś bożki.

Wszystkim ludziom poranionym przez grzech proponuję cierpliwość i systematyczność w życiu duchowym. Ja odrodziłem się fizycznie, psychicznie i duchowo – trochę jak św. Augustyn. Skoro więc on został wielkim świętym, to i ja – stary grzesznik – też chcę zostać wielkim świętym! I Wy też bądźcie wielkimi świętymi!

Wiesław

Świadectwo ukazało się w kwartalniku katolickim „MIŁUJCIE SIĘ”

http://www.fronda.pl/a/okultyzm-otworzyl-mnie-na-dzialanie-szatana-1,43191.html

Zobacz także:

Ks. Bogusław Jaworowski, MSF – Okultyzm

Posted in Religia, Świadectwa | 1 Comment »