WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Świadectwa’ Category

Anioły żyją naprawdę. Oto dowód!

Posted by tadeo w dniu 15 lipca 2019

Anioły żyją naprawdę. Oto dowód!

Mimo iż na plaży było ciepło, woda w Bałtyku miała jakoś wyjątkowo niską temperaturę. Skutecznie odstraszyło to innych amatorów morskiej kąpieli; ja jednak, mając w perspektywie rychły wyjazd, zacisnąłem zęby, postanawiając zamienić się w „morsa”. Skoro ludzie kąpią się nawet zimą, to dlaczego ja nie mogę tego zrobić w zimnej wodzie latem?

Po kilku dłużących się niemiłosiernie minutach organizm przyzwyczaił się do niskiej temperatury i mogłem bez przeszkód poddać się przyjemnemu niesieniu przez fale. Nie jestem jakimś rewelacyjnym pływakiem, więc starałem się nie wypływać za daleko w morze – ot, żeby woda sięgała do piersi. Miało być bezpiecznie. Rzucałem się z całą energią na grzbiet fali, poddając się jej łagodnemu niesieniu w stronę plaży. Potem znów wracałem na głębsze miejsce, trochę popływałem wzdłuż brzegu i znowu skok.

Trwało to wszystko może 40–50 minut. Powoli zaczynałem odczuwać zimno i lekkie zmęczenie. Czas było kończyć zabawę, morskie fale dały mi się już wystarczająco we znaki. Postanowiłem ostatni raz skoczyć na falę, nie zauważyłem jednak, że zmienił się prąd i fala zamiast do brzegu, wyniosła mnie w przeciwnym kierunku. Nie czułem już gruntu pod nogami. Nie było jeszcze tragedii, wystarczyło przecież popłynąć w kierunku plaży, jeszcze niedalekiej. Szybko się jednak przekonałem, iż jestem już na tyle zmęczony i zziębnięty, że nie potrafię pokonać przeszkody, jaką stanowiły załamujące się wysokie fale.

Położyłem się na wodzie, by dać odpocząć rękom i spróbować za chwilę ponownie. To był jednak błąd. Kiedy spokojnie leżałem, patrząc w niebo, prąd niepostrzeżenie znosił mnie coraz dalej i dalej w głąb morza. Gdy w końcu spostrzegłem, co się dzieje, byłem już tak oddalony od brzegu, że nie rozróżniałem twarzy odpoczywających tam ludzi.

Chciałem wołać o pomoc, ale odrzuciłem tę myśl, uznając, że nie warto, bo i tak nikt mego wołania z tej odległości i przy takich falach nie usłyszy. Pomysł machania w kierunku brzegu również, po chwili zastanowienia, wydał mi się pozbawiony sensu, stwierdziłem bowiem, że nawet jeśli ktoś to zobaczy – co i tak uważałem za wątpliwe – to pomyśli, że pozdrawiam jakiegoś znajomego na plaży. Ratowników nie było, bo plaża była niestrzeżona.

Kilka razy zanurzając się pod wodę, czułem w ustach jej słonawy smak. Z największym już wysiłkiem utrzymywałem się na powierzchni, pokonując zmęczenie i coraz bardziej nasilający się ból w rękach. Czy była jeszcze jakaś realna szansa na ratunek? Patrząc po ludzku – nie!

 

Żegnam się z życiem

 

Przyjąłem tę myśl ze spokojem. Leżąc na powierzchni wody, na wznak, czułem, że nieuchronnie zbliża się mój koniec. O dziwo, nawet szybko się z tą myślą pogodziłem (bo cóż innego mogłem wtedy zrobić?). Nie czułem lęku przed śmiercią, lecz co najwyżej złość na siebie, połączoną z żalem, że to już koniec. Miałem wtedy dopiero 31 lat, kto w tym wieku chce umierać? Ale co zrobić, jeśli trzeba… – westchnąłem w duchu.

Pomyślałem o żonie: Jak ona sobie teraz sama poradzi z małymi dziećmi? Co zrobi, kiedy nie doczeka się na mój powrót? Co za pech, przed samym powrotem do domu tak się urządzić!!

Patrząc ze spokojem w niebo, pomyślałem: Ciekawe jak tam jest, po drugiej stronie życia? Niedługo się o tym przekonam; może już za jakieś 2–3 minuty? Ręce już mam takie słabe, że dłużej nie wytrzymam, zresztą i tak nie ma sensu walczyć z tym, co nieuchronne. Po co jeszcze dodatkowo się męczyć?

Jako osoba wierząca – a byłem wówczas początkującym katechetą – zrobiłem rachunek sumienia i wyraziłem żal za grzechy. Musiałem się przecież przygotować na spotkanie z Panem, miałem na to tylko chwilę!

No, teraz już chyba jestem gotowy – pomyślałem. – Nikt nie wie, że tonący nie ma co czekać na ratunek. Jak jeszcze raz prąd wciągnie mnie pod wodę, to się nie broni. Niech już szybko będzie to, co i tak ma być!

 

Nieoczekiwana pomoc

 

Kiedy już tylko czekałem na chwilę, aż ostatecznie wciągnie mnie morska toń, przez głowę przemknęły mi słowa, które do dziś pamiętam bardzo wyraźnie: Panie Boże, jeśli mnie do czegoś potrzebujesz, to mnie uratujesz! Mnie samego one zaskoczyły, ale jednocześnie wyrwały z apatii i wlały w serce jakąś nieokreśloną bliżej, wydawałoby się bezpodstawną, nadzieję. Nadzieję, że coś się może zdarzyć, że to jeszcze nie koniec.

Dobra – powiedziałem sam do siebie, bez większego przekonania – zbiorę jakoś resztki sił i ostatni raz spróbuj popłynąć w kierunku brzegu. Gdy podjąłem tę decyzję, zauważyłem, że ktoś do mnie podpływa. Pomyślałem z przekąsem, że to jeszcze jeden amator zimnej kąpieli. Do głowy mi nawet nie przyszło, aby go prosić o ratunek. Gorzej! Kiedy samotny pływak zrównał się ze mną i zapytał, czy mi pomóc, ja zamiast natychmiast przytaknąć, odpowiedziałem grzecznie: Nie, dzięki, dam radę. Posłałem mu wymuszony uśmiech i chciałem płynąć dalej. Młodzieniec uśmiechnął się i odrzekł spokojnie, ale dość stanowczo: Ja panu pomogę. Proszę się mnie złapać i wspólnymi siłami dopłyniemy do brzegu. Już nie protestowałem. Posłusznie objąłem mego wybawcę ramieniem i ze zwiększoną mocą ruszyliśmy razem wpław w kierunku plaży.

 

Powrót na brzeg

Nie wiem, jak to się stało, ale dziwnie szybko pokonaliśmy dosyć znaczną, dzielącą nas od brzegu, odległość. Wtedy się jednak nad tym nie zastanawiałem. Miałem wrażenie, że minęła krótka chwila, kiedy mój młody ratownik zapytał: Czuje pan już dno pod stopami? Proszę sprawdzić. Czułem! O Matko! Jestem uratowany! – przemknęło mi przez głowę. Jak niesamowite było to uczucie! Jak przyjemnie było czuć piasek pod nogami! Zdałem sobie sprawę, że do brzegu jest już bardzo blisko.

Tam zaś widoczne było wyraźne zamieszanie. Jakaś akcja ratunkowa czy co? – pomyślałem, przyglądając się dwóm ratownikom, z których jeden zakładał na siebie w pośpiechu pas z przymocowaną liną, po czym wbiegł do morza, a drugi asekurował go z brzegu, popuszczając stopniowo linę. Ludzie powstawali ze swoich grajdołków i z wyraźnym zaciekawieniem przyglądali się całej akcji. Przyszło mi na myśl, że to ja jestem powodem całego zamieszania. Poczułem się nieswojo, bo wszyscy się na mnie gapili. Zawstydzony sytuacją, spuściłem głowę. Pomoc ratowników z plaży okazała się zbyteczna, o własnych siłach wychodziłem już bowiem z wody. Żona podbiegła, pytając, jak się czuję. Któryś z plażowiczów podał mi kubek kawy z termosu.

Po krótkiej chwili odpoczynku, kiedy doszedłem do siebie, szybko wstałem, żeby podziękować mojemu wybawcy. Zawdzięczałem mu przecież życie. Zacząłem się rozglądać wokół siebie, lecz nigdzie go nie było. Pytałem żonę, przyjaciół – nikt nie mógł go znaleźć. Zniknął! Zresztą jeszcze wcześniej niż ja chciała mu podziękować moja żona, ale i ona nie mogła go już znaleźć. A przecież przynajmniej przez chwilę powinien gdzieś tu w pobliżu być, choćby tylko po to, żeby się wytrzeć i ubrać! Dziwne…

Kto to mógł być? Ratownik z kolonii? Tylko że żadnej kolonii na plaży w tym czasie nie było. Samotny, przypadkowy amator morskiej kąpieli? Pytania te pozostawiłem wówczas bez odpowiedzi.

 

Jak to wyglądało?

 

A skąd na niestrzeżonej plaży wzięli się dwaj ratownicy – ci, którzy podjęli spóźnioną nieco akcję ratunkową?

Otóż gdy jeszcze spokojnie kąpałem się w morzu, ciesząc się wysoką falą, na plaży pojawili się nasi przyjaciele, sąsiedzi z Rudy Śląskiej, Basia i Czesław. Kiedy fala zniosła mnie na większą odległość, żona zaczęła się niepokoić. Czuła, że dzieje się coś niedobrego, bo nigdy tak daleko nie wypływałem. Swoimi obawami podzieliła się z przyjaciółmi, którzy ulokowali się obok naszego koca. Czesiek, patrząc w moim kierunku, starał się ją uspokoić, jednak moja żona obstawała przy swoim. Nakłoniła nawet jakiegoś plażowicza z żółtą dmuchaną łódeczką, by wypłynął mi na ratunek. Biedak, zaciskając z zimna zęby, wszedł do morza i starał się tym czymś do mnie dopłynąć. Podobno kilka razy ponawiał próbę, lecz za każdym razem znosiło jego łódeczkę w stronę brzegu. Ostatecznie skapitulował.

W tym czasie moja żona zdołała przekonać Cześka, żeby pobiegł po pomoc do najbliższego miejsca, gdzie mogliby znajdować się ratownicy. Sama z niepokojem obserwowała, jak w oddali walczyłem z żywiołem, czasami znikając z pola widzenia, to znów pojawiając się na wodzie. Czując narastającą bezradność, zaczęła się modlić, żebym wytrzymał, aż nadciągnie pomoc.

Wówczas zauważyła młodego mężczyznę, który niespiesznie wchodził na plażę. Spokojnie podszedł do brzegu, zdjął koszulkę i spodnie, po czym od razu wszedł do morza. Szybko popłynął prosto w moim kierunku. Co było dalej – już wiecie. Mój ratownik odholował mnie na brzeg, gdzie krzątali się tamci dwaj, sprowadzeni przez Cześka.

 

To musiał być anioł!

 

Po południu poszedłem na dworzec PKP, żeby kupić bilety do domu. Wstąpiłem też do kościoła, aby podziękować za podarowane „drugie życie”. Po drodze odwiedziłem znajomego księdza, któremu przy herbatce opowiedziałem całą historię. Wysłuchał mnie z uwagą, stwierdzając, że miałem wyjątkowe szczęście, bo lokalne media podały, iż tego dnia w wodach Bałtyku utonęło kilka osób. I pomyśleć, jak niewiele brakowało, abym był jedną z nich!

Zajrzałem jeszcze do przykościelnego sklepiku i kupiłem sobie metalowy znaczek przedstawiający gołąbka i tęczę:symbol Ducha Świętego i biblijny symbol pojednania człowieka z Bogiem. Chciałem mieć jakąś namacalną pamiątkę tego niezwykłego dnia. Długo nosiłem ten znaczek przypięty do klapy marynarki i nadal mam go w domu. Zawsze gdy na niego spojrzę, przypomina mi się to niezwykłe zdarzenie sprzed lat.

Może osoby powątpiewające w anielską pomoc zapytają, co każe mi myśleć, że to był akurat anioł, a nie np. ratownik, który przyszedł sobie w wolnym czasie na plażę – jak sam zresztą sobie tłumaczyłem. Otóż wierzę, że Bóg ingeruje w nasze życie bardzo subtelnie, często wręcz niezauważalnie. Czy naprawdę wszyscy by uwierzyli, gdyby ten anioł przyleciał do mnie prosto z nieba, trzymając w dłoniach jakieś złociste koło ratunkowe? Mógłby mi je zrzucić i pociągnąć do brzegu – ale by się ludziska na plaży dziwili! A jeszcze jakby ktoś tę niesamowitą akcję ratunkową filmował, to byłby dopiero telewizyjny show! Należy jednak przypuszczać, że nawet wówczas wielu telewidzów uznałoby to za jakiś żart filmowy, a obecni na plaży ateiści wmawialiby sobie, że mają udar słoneczny i omamy wzrokowe.

Tu zaś niby zwykła, banalna historia jakich wiele. Kto z obecnych na plaży zobaczył w niej pomoc anioła? Założę się, że nikt! Zastanowiło mnie tylko, skąd ten facet wiedział, że tonę, kiedy tego nie było widać? Kto go poprosił o pomoc? Dlaczego się nie spieszył? Tamci dwaj ratownicy bardzo szybko się uwijali…

Może nie wyglądało to jak w trzymającym w napięciu amerykańskim filmie akcji, ale znalazł się przy mnie dosłownie w ostatnim momencie, kiedy poprosiłem Boga o ratunek. Dlaczego nie dał się zmylić moim zapewnieniom, że „dam sobie radę”, i pomógł mi? Przypadkowy pływak raczej by odpłynął.

A gdzie zniknął, kiedy dosłownie kilka minut po wyjściu z wody chciałem mu podziękować? Nikt w tym małym zamieszaniu nie widział, żeby się oddalał.

Jeśli ktoś jednak woli wierzyć w jakiegoś ratownika ‑jasnowidza, z góry zakładając, że aniołowie nie istnieją, to już jego sprawa. Ja natomiast wiem, że mam dług u Pana Boga. Jako katecheta i katolicki publicysta staram się go swym życiem spłacać, głosząc Dobrą Nowinę.

G r z e g o r z F e l s

Reklamy

Posted in Znalezione w sieci, Świadectwa | Leave a Comment »

Jak nas mordowali Nacjonaliści Ukraińscy – opowieść wstrząsająca

Posted by tadeo w dniu 11 lipca 2019

Wołyń / materiały prasowe
Wołyń / materiały prasowe

W dobie pogorszenia stosunków politycznych i gospodarczych z Rosją i wykazywaniu w obecnej polityce zagranicznej RP zbliżenia z Ukrainą, zapomniano o nierozliczonej przeszłości historycznej obu narodów.

Są zbrodnie dokonane przez nacjonalistów Ukraińskich na Polskim narodzie dotychczas nie rozliczone, zbrodnie i okrutne mordy przypominające i obecnie trudne chwile w historii obu państw.

Nacjonaliści Ukraińscy, według zebranych danych przez IPN, dokonali na Wołyniu nieopisanych i okrutnych zbrodni ludobójstwa na narodzie Polskim, zbrodnie te  do chwili obecnej jednak nie zostały  potępione i osądzone.

Badania naukowe zbrodni nacjonalistów ukraińskich

Instytut pamięci Narodowej,  na podstawie już wcześniej prowadzonych śledztw, związanych z zebranymi przez wiele lat aktami dotyczącymi zbrodni ludobójstwa prowadzonymi przez nacjonalistów ukraińskich na Polskim narodzie, zgodnie z art. 118 KK z 1997 r. oraz konwencji ONZ z 1948 r., jako czyn „dokonany w zamiarze zniszczenia całości lub części grup narodowych, etnicznych czy rasowych”, prowadzi, jak wynika z informacji prasowych, kolejne śledztwa celem wyjaśnienia wszelkich okoliczności tego ludobójstwa.

Prokuratorzy z IPN prowadzą obecnie ponad 22 śledztwa związane z dokonanymi przez nacjonalistów ukraińskich na Wołyniu i Galicji wschodniej zbrodni ludobójstwa na polskiej ludności.

Jak ustalono w tych śledztwach, w wyniku zbrodniczych działań oddziałów nacjonalistów na terenach Polskich zostało w bestialski sposób wymordowanych przez nacjonalistów ukraińskich spod znaku UPA ponad 100 tys. kobiet, dzieci, mężczyzn i starców. W latach 1939-1945 na podstawie zebranych akt przez IPN jednoznacznie wynika, że w sposób fizyczny i psychiczny ludność ukraińska znęcała się na narodzie Polskim.

Ukraińcy mordowali Polaków w sposób okrutny

Ukraińscy spod znaku Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) zamordowali w bestialski sposób niemal wszystkich wołyńskich Polaków.

Propaganda OUN, według danych uzyskanych przez IPN, przedstawiała Polaków jako naturalnych wrogów narodu ukraińskiego. Wśród członków organizacji szczególnie popularna była pieśń „Zrodziliśmy się z krwi narodu”, której jedna ze zwrotek brzmi: „Śmierć, śmierć, Lachom śmierć/ Śmierć moskiewsko-żydowskiej przeklętej komunie/ Prowadzi nas OUN na krwawy bój”.

Mordowano zatem niewinnych ludzi w sposób niezwykle okrutny znane i udokumentowane zostały przypadki znęcania się i mordowania przez Ukraińców niewinnych ludzi. Np. mordując noworodki, zwyrodnialcy spod znaku UPA, zabijali je uderzając głowami w mur, wyrywano im także rączki, wyłupywano oczy. Uderzeniem kija powodowano śmierć lub kalectwo. Palono żywcem kobiety w ciąży, bijąc kijami po brzuchu, powodując poronienia. Rozrywano siekierami brzuchy, wyciągając wnętrzności na zewnątrz ciała. Mężczyzn rozrywano końmi lub wbijano ich na pal. Okrucieństw były niezliczone ilości. Nacjonaliści wspierani byli przez miejscową ludność tego pochodzenia będących niejednokrotnie sąsiadami ludności polskiej.

Nacjonaliści ukraińscy współpracowali z Niemcami służąc w Armii Niemieckiej głównie w formacjach SS. IPN posiada dokumenty na to jak służący w 4. pułku policyjnym SS Ukraińcy zamordowali ponad 1000 Polaków w sposób okrutny, w ocenie IPN, to było niewyobrażane bestialstwo i ludzkie zwyrodnienie jakiego cywilizowane narody w XX wieku nie widziały.

Odpowiedzialnymi za rzeź Polaków na Wołyniu są, jak ustalono, głownie dowódcy ukraińscy jak: Dymitro Klaczkiwski ps. „Kłym Sawur” dowódca okręgu UPA, Wasyl Iwachow oraz Iwan Łytwynczuk przywódców OUN. To ci zbrodniarze byli odpowiedzialni za mordy i nieopisane zbrodnie na polskim narodzie. Dotychczas za te zbrodnie kaci i mordercy Ukraińscy nie zostali rozliczeni, a wręcz przeciwnie, obecnie są stawiania na Ukrainie jako wzór bohaterstwa do naśladowania!

Największe zbrodnie ludobójstwa Ukraińcy popełnili w 1943 r.

Chcieli, żeby Ukraina była bez innych narodowości. Polaków traktowali jak największych wrogów, w sposób bezwzględny i okrutny – powiedziała w radiowej Jedynce Ewa Siemaszko, badaczka wydarzeń na Wołyniu w 1943 roku.

Rzeź polskiej ludności trwała ponad rok. Pojedyncze napady zaczęły się już w 1942, a machina zbrodni ruszyła na początku 1943. Apogeum przypadło na 11 lipca – określane jest jako krwawa niedziela. Mordy na Wołyniu skończyły się dopiero w pierwszym kwartale 1944 roku. Od połowy 1943 rzezie przeniosły się na południowe województwa II RP: stanisławowskie, tarnopolskie i lwowskie.

Największe zbrodnie ludobójstwa na Polakach Ukraińcy przeprowadzili w 1943 r. Mordowano, jak ustalono w śledztwie prowadzonym przez IPN, głównie w niedziele, napadano na kościoły, zabijając Polaków w okrutny i przemyślany sposób. Znane były przypadki podpaleń świątyń wraz z modlącymi się wiernymi. Uratowanym wyłupywano oczy lub przecinano ich na pół piłą. Kobiety przed zabiciem, jak podają materiały IPN, gwałcono wbijając niejednokrotnie w ich ciała butelki, rozbijając je później kopniakiem. Trudno pisać o wszystkich wymyślonych przez tych zbrodniarzy torturach, były to najbardziej wymyślne i okrutne tortury stosowane w czasie II wojny światowej.

W czerwcu 1943 roku dowódca jednej z grup UPA wydał dyrektywę ws. likwidacji polskiej ludności. „Powinniśmy przeprowadzić wielką akcję likwidacji polskiego elementu. Przy odejściu wojsk niemieckich należy wykorzystać ten dogodny moment dla zlikwidowania całej ludności męskiej. Tej walki nie możemy przegrać. Za każdą cenę trzeba osłabić polskie siły. Wioski powinny zniknąć z powierzchni”

Zabójstw dokonywano, jak podają materiały IPN, z nieopisanym okrucieństwem. Palono całe wsie, a pozostawiony majątek Polaków grabiono. W ten sposób tylko w 1943 r. spalono 530 polskich wsi. Były to zbrodnie nazywane „czystkami etnicznymi” i zbrodniami ludobójstwa, które zgodnie z prawem międzynarodowym nie ulegają przedawnieniu.

Tych zbrodni wybaczyć nie można

Zbrodnie na narodach, mordowanie niewinnych ludzi winno zostać, zgodnie z obowiązującym prawem międzynarodowym, dokładnie zbadane a winni powinni ponieść karę wynikająca z obowiązującego prawa. Tak było w przypadku osądzenia zbrodniarzy Niemieckich, serbskich i wielu innych. Dotychczas nie zostali ukarani i rozliczeni poprzez potępienie zbrodniarze Sowieccy i Ukraińscy. Rosja co prawda przyznała się do zbrodni politycznej a nie ludobójstwa na Polskim narodzie w Katyniu i innych miejscach kaźni. Ukraina dotychczas nie dokonała takiego rozliczenia z przeszłością.

Zwierzchnik ukraińskiego kościoła greckokatolickiego abp Światosław Szewczuk co prawda ponowił prośbę o przebaczenie tej zbrodni dokonanej przez Ukraińców ale nie spotkała się ona z pozytywnym oddźwiękiem na Ukrainie i w Polsce.

Kształtując obecnie w trudnej sytuacji politycznej dobrosąsiedzkie stosunki z Ukrainą, musimy jednak pamiętać o historycznych prawdach tamtych czasów i oddania im sprawiedliwości oraz całkowitego rozliczenia, by móc je w przyszłości wybaczać. W innym przypadku historia przeszłych krzywd przyćmi potrzebę przyszłości.

Oto jedno ze wspomnień tak wstrząsających i tragicznych tamtych dni, że pisanie o tym jest ogromnym przeżyciem.

Przeczytajcie !!!!!

Obraz może zawierać: ogień i noc

Wspomnienia Witolda Kołodyńskiego, byłego mieszkańca kolonii Parośla na Wołyniu

„W dniu 9 lutego 1943 r. (wtorek) wcześnie rano, zbudzono nas głośnym i natarczywym łomotaniem w drzwi. Wyrwany ze snu ojciec podszedł do okna i po powrocie do sypialni powiedział do mamy, że stoi tam duża grupa uzbrojonych mężczyzn. Wtedy zerwaliśmy się wszyscy na równe nogi. Ojciec poszedł otworzyć drzwi, do których strasznie łomotano. Ja z siostrą Teresą – Lilą (tak na nią mówiliśmy) weszliśmy na piec chlebowy w kuchni, z którego widok był wprost na drzwi wejściowe. W tym też czasie dziadek z babcią przyszli z dużego pokoju do kuchni.

Do kuchni jako pierwszy wszedł wysoki, dobrze zbudowany, przystojny mężczyzna w wieku około 30 lat. Był ubrany w zieloną kurtkę z sukna, spodnie zielone golfy, czarne oficerki. Po zdjęciu kurtki miał na sobie czarną marynarkę, ciemną koszulę w groszki, krawat czarny. Przez ramię miał przewieszony na rzemiennym pasie nagan bębenkowy w pochwie. Przedstawił się jako główny dowódca partyzantki ruskiej. Za nim wchodzili kolejno uzbrojeni mężczyźni, których obserwowaliśmy z pieca. Ubrani byli bardzo różnie. Najwięcej było ich w sukmanach. Na głowach mieli czapy z oznakami. Wielu z nich było okrytych kocami. Niektórzy mieli na sobie długie płaszcze. Wszyscy mieli pasy. Buty mieli rozmaite. Część z nich była obuta w postoły. Broń ich była różna: karabiny, automaty (wiemy to od rodziców), strzelby, granaty, za pasem siekiery i noże. Co poniektórzy mieli zamiast broni piki. Liczyłem wchodzących przez kuchnię do dużego pokoju, było ich szesnastu.Po chwili wprowadzono Kozaków do sypialni i wartowników do ich pilnowania. Kozacy ubrani byli w szynele wojskowe koloru szarozielonego. Na głowach mieli czapki w kształcie stożka. Buty mieli sznurowane. Nie posiadali żadnej broni. Dowódca miał pretensje do ojca, że tak długo nie otwierał drzwi.

Powiedział, że przecież oni są partyzanci ruscy, w nocy walczyli z Niemcami, napadając na ich siedziby we Włodzimiercu, zdjęli z posterunków Kozaków, którzy służyli właśnie Niemcom. Ci spośród bandytów, którzy byli lepiej ubrani, wzięli ojca i przynieśli dużo słomy do dużego pokoju, gdzie po chwili spali. Natomiast ci gorzej ubrani nie wychodzili z mieszkania wcale. Po jakimś czasie dowódca postawił dwu wartowników w kuchni, sam poszedł na rozmowę z Kozakami do sypialni. Następnie wrócił do kuchni, wszystkich nas policzył i powiedział do rodziców: „Jesteśmy partyzantką ruską i musicie nas żywić cały dzień. Nikomu nie wolno wychodzić z mieszkania”. Wychodzącemu do obrządku towarzyszył „sotnik”. Mama miała ugotować rosół, napiec chleba i przygotować dobry obiad. W godzinach przedpołudniowych dowódca jeszcze raz poszedł na rozmowę z Kozakami. W chwilę później wyszedł przebrany w mundur wojskowy ojca, stwierdzając, że pasuje na niego i bardzo mu się podoba.

Powiedział też, że „To [tj. mundur] nie jest moje i nie będę tego brał”. Zdjął i z powrotem powiesił w sypialni. Wartownik powiedział wówczas nie wiadomo do kogo „I tak z tego nie skorzystasz”. Po wyjściu z sypialni, dowódca spytał ojca, czy ma słoninę. Ojciec odpowiedział, że nie ma. Jeden z bandytów węsząc po spiżarni, znalazł słoninę i zapeklowane mięso. Postawił to w kuchni i powiedział do dowódcy, że jednak jest ta słonina i nawet mięso. Wtedy dowódca powiedział: „To my partyzanci walczymy o waszą wolność, a ty nam żałujesz słoniny?”. Rozkazał „sotnikowi” zabrać ojca do dużego pokoju, sam też tam poszedł i ojciec był bity. W tym czasie ja wyskoczyłem z mieszkania, biegłem w stronę stodoły (była tam ukryta broń). Po chwili pochwycił mnie „sotnik” za kołnierz, bił wybijając przednie zęby, zakrwawionego trzymał przy sobie w domu. Po około pół godzinie wyszedł pobity ojciec z opuszczoną głową, nie odzywał się już potem do nikogo. My wszyscy bardzo płakaliśmy, gdyż z pokoju dochodziły do nas odgłosy bicia i jęki. Atmosfera zastraszenia udzieliła się wszystkim. Stan napięcia nerwowego trwał już do końca. Zziębnięci i przerażeni do kresu wytrzymałości, nie jedliśmy nic przez cały dzień. Mama gotowała rosół, obiad, piekła chleb. Ojciec chodził w towarzystwie „sotników” do obrządku.

W ciągu dnia do naszego domu przychodzili inni bandyci, z którymi dowódca przeprowadzał narady w jadalni, pilnie strzeżonej przez wyznaczonych wartowników. Trwały one za każdym razem około pół godziny.

MORDOWANIE KOZAKÓW
W godzinach popołudniowych, po ostatniej naradzie, jeden z banderowców zapytał mamę „Gdzie jest siekiera?”. Mama wskazała siekierę w sieni. Ukrainiec pochwycił ją i poszedł do dużego pokoju. W tym czasie dowódca wzmocnił warty w kuchni i w pokoju jadalnym, sam poszedł do sypialni, do Kozaków. Po chwili wyprowadzili jednego Kozaka, kierując go do pokoju dużego. Słychać było odgłosy rąbania siekierą i nieludzkie jęki. Po kilku minutach, szedł następny Kozak, a my słyszeliśmy podobne do poprzednich jęki i odgłosy. Tak było aż do ostatniego Kozaka, za którym wyszedł dowódca i powiedział nam, że sypialnia jest wolna. „Wszyscy tam wejdziecie i tam będziecie, gdyż moje wojsko wejdzie teraz do jadalni i kuchni na posiłek, to wy nie możecie im przeszkadzać”. Wszystko było już przygotowane – stoły nakryte, rosół, obiad ugotowany, chleb napieczony, słonina nasmażona. Dochodziły nas śmiechy, rozmowy, jedzenie, chodzenie, wychodzenie z domu, wynoszenie różnych rzeczy, co trwało dosyć długo.

MORDOWANIE NASZEJ RODZINY I NAS
W sypialni byliśmy bez wartownika. Warta szczelnie otaczała nasz dom. Wtedy to mama spytała ojca, co ci robili? Czy mocno bili? Za co? Ojciec odrzekł, że im nie chodziło o słoninę, lecz o broń. Mama powiedziała, że chyba nas pomordują, na co ojciec nic nie odpowiedział. Siedział ze spuszczoną głową, bez słowa. Mama modląc się półgłosem, prosiła Boga, by jej dzieci nie zostały sierotami.

Po dłuższym czasie do sypialni wszedł dowódca z miną bardzo zadowoloną, za nim kilku bandytów rozebranych do koszul, roześmianych. Dowódca powiedział nam: „Musicie się położyć, my was powiążemy, żeby Niemcy was nie skrzywdzili za przetrzymywanie i karmienie partyzantów”. Rozkazał położyć się twarzą do podłogi i nastąpiło bestialskie mordowanie, rąbanie naszych głów siekierami. Oprawców było wielu, gdyż mordowano nas prawie jednocześnie. Mordercy przebywali w naszym domu w dalszym ciągu, ucztując. W czasie mordowania słyszeliśmy krzyk mamy, która kątem oka musiała widzieć mordowanie dziadka, babci, ojca (swego męża), gdyż leżała obok niego. Po chwili ucichła. My – (ja) z siostrą – leżeliśmy nieco dalej obok kołyski, z nogami do głów rodziców. Po upływie jakiegoś czasu, odzyskałem przytomność i usłyszałem głosy banderowców z kuchni, dochodzących tam i z powrotem. W tym czasie słyszałem rzężenie mamy. Do dziś nie wiem dlaczego nie wstałem? Usłyszałem wnet kroki zbliżającego się do sypialni mordercy i natychmiast ułożyłem się w tej samej pozycji (chyba tylko z woli Boga). Wtedy to morderca otworzył drzwi, rąbnął siekierą, chwilę postał, zamknął drzwi i poszedł. Wtedy to ponownie poruszyłem się, gdyż bardzo bolały mnie ramiona. Słysząc pojedyncze już tylko głosy oprawców, nie próbowałem wstać.

Po chwili znów otwarły się drzwi, morderca popatrzył, ponieważ nikt nie dawał znaku życia, zamknął drzwi i wtedy wszystko ucichło. Po przerażającej ciszy, usłyszałem odgłos skrzypiących sań, oddalających się. Odczekałem jeszcze jakiś czas i dopiero wtedy zacząłem poruszać się. Wstać jednakże nie mogłem. Cały byłem bardzo obolały, odrętwiały. Wtedy to młodsza moja siostra Teresa musiała odzyskać przytomność, gdyż poruszyła się, macając ręką podłogę. Spytałem: „Lila, ty żyjesz?”, na co siostra ze zdziwieniem odpowiedziała, raczej spytała „Dlaczego miałabym nie żyć? Dlaczego my leżymy na podłodze?”. Wtedy ja powiedziałem, że tak nam oni kazali położyć się i wszystkich nas wybili. Ja jestem ranny, bardzo mnie wszystko boli. „To ja chyba też jestem ranna, bo mam takie poklejone włosy i bardzo boli mnie głowa”. Byliśmy bardzo zziębnięci, zdrętwiali, zalani krwią. Lila wstała i pomogła wstać mnie. Widok, który naszym oczom ukazał się, był straszny.

Nie do objęcia umysłem ludzkim, tym bardziej umysłem dziecięcym. Rodzice mieli głowy rozrąbane na pół. Mamy długi warkocz był odcięty. W głowie ojca pozostawiona siekiera, co oznaczałoby, że słyszane przeze mnie jęki, wydawał ojciec, którego dobito. W kołysce najmłodsza Bogusia, w wieku 1,5 roku, uderzona była siekierą w czoło. Przez dłuższy czas była w konwulsjach, które miotały kołyską. Lila wzięła ją na ręce i po chwili Bogusia zakończyła życie. Z nosa wydobyła się „bańka” – był to mózg. Wraz z siostrą odczuwałem straszne pragnienie picia. Przechodząc przez trupy pomordowanych do kuchni, upadliśmy w kałużę krwi. Z trudem, bardzo wtedy właśnie przerażeni, zrozumieliśmy, co się stało. Doszliśmy do kuchni, w której było przerażające zimno – zostawili otwarte drzwi, a mróz sięgał ponad 20°C. Napiliśmy się wody, zabierając ze sobą kubek wody, żeby już nie wychodzić ponownie. Zebraliśmy to, co pozostało niezrabowane, tj. derki, koce. Kubek z wodą Lila ustawiła na oknie, a my położyliśmy się do łóżka. W tym momencie kubek z wodą powoli przechylał się i spadł na podłogę. Wylała się woda. Wtedy to ogarnął nas straszny żal, że nie mamy wody do picia i nie ma kto nam jej podać. (…) Tak w męczarniach doczekaliśmy rana następnego dnia. Wstaliśmy zobaczyć jak wygląda nasz pokój, w którym oni tak rąbali. Widok przerażający. Porąbani, zmasakrowani na stosie Kozacy, w koszulach i kalesonach. Ubrania ich zrabowano. Zauważyliśmy, że wszystkie nasze [też] zostały zrabowane. Wojskowe ubranie ojca także. Pierzyny, poduszki, koce i wszystko, co wartościowe.

Byliśmy przekonani, że to tylko u nas tak się stało, gdyż ojciec był odpowiedzialny za broń, przechowywał ją przecież. U stryjka wszyscy tak samo pomordowani. Naprzeciw u sąsiadów ten sam widok. Nie widać żywej duszy. Słychać za to straszne wycie psów. Nie dymiły nigdzie kominy. Wróciliśmy z podwórka do domu. Piec chlebowy był ciepły, usiedliśmy przy nim zasłaniając się pasiakiem. W pewnym momencie usłyszeliśmy skrzypienie sań i zbliżające się kroki ludzkie. Lila stwierdziła, że to na pewno banda wróciła i teraz nas dobiją, więc trzeba się pomodlić. Ponieważ mnie było trudno siedzieć, leżałem z głową na poduszeczce trzymanej w rękach Lili. Wtedy odrzekłem, że ja nie mogę się nawet modlić, tak mnie wszystko boli. Lila postanowiła, pocieszając mnie, modlić się za nas oboje.

Obraz może zawierać: niebo i na zewnątrz

 „Zakazany” 14 metrowy POMNIK RZEZI WOŁYŃSKIEJ na który nie ma pozwolenia aby go odsłonić. Stoi w magazynie na Śląsku parę lat.

 

Jako pierwsi weszli Niemcy z psem, który od razu doskoczył do nas. Ściągnięto zasłonę. Ujrzeliśmy jakieś znajome nam twarze J[ana] i A[ntoniego] Przybyszów. Weszła też z nimi kobieta. Była to Kazimiera Sulikowska z Antonówki, która bardzo nas namawiała i przekonywała, żebyśmy z nią poszli. My natomiast nie chcieliśmy iść nigdzie i z nikim z naszego domu. Po dłuższym czasie przekonała nas, że ponieważ jesteśmy bardzo ranni, musi zawieźć nas do lekarza. Tak więc opatuliła nas w robocze kaftany (tylko takie zostały) i zawieziono nas na Majdan [gm. Antonówka] odległy 3 km od kolonii Parośla. Byliśmy u Jankiewiczów. Przybysz przywiózł zaraz lekarzy, którzy nazywali się dr Niedbalski i dr Konarski. Opatrzyli nas. Dowiedzieliśmy się, że są jeszcze inni mordowani ranni, którzy żyją, ale ich odwieziono do szpitala we Włodzimiercu. Z Majdanu zabrał nas Antoni Przybysz do kolonii Antonówka. Lilę zaraz zabrali znajomi rodziców, bezdzietni Swobodowie. Ja pozostałem u Jana Przybysza. Każdego dnia Antoni Przybysz woził mnie do lekarza, dr. Niedbalskiego. Byłem uderzony obuchem siekiery w tył głowy. Pęknięta i wgnieciona kość czaszki, wybite przednie zęby. Duże wgłębienie i ciągłe cierpienie – zawroty głowy, ból serca, potworne lęki – pozostały jako „pamiątka” mordowania Polaków. Lila była także uderzona obuchem w tył głowy. Pęknięta, wgnieciona kość czaszki. Rana długo nie mogła się zagoić. Przez wiele lat cierpiała na dokuczliwe bóle i zawroty głowy. Wybite przednie zęby. Leczona u lekarza dr. Konarskiego, który zdobywał dla niej niezbędne leki od Niemców, leczących się u niego.
W dniu mordowania byliśmy w wieku: ja – 12 lat, siostra Lila – 9 lat.”

Nigdy nie zapomnimy tych zbrodni i niewinnych pomordowanych Polaków.

https://www.salon24.pl/u/dziennikarstwoobywatelskie/843740,jak-nas-mordowali-nacjonalisci-ukrainscy-opowiesc-wstrzasajaca,4

Przeczytaj także:

[RZEŹ WOŁYŃSKA] Zbrodnie, które przerażały nawet Niemców. Bestie z Wołynia

DLACZEGO? Wspomina Mirosława Bacławska

UCIEKAJCIE, MORDUJĄ !

Wołyń 1943

Zobacz:

Wołyń – nierozliczone ludobójstwo

Powrót do Janowej Doliny – Zbrodnia Wołyńska

Posted in Historia, Świadectwa | Leave a Comment »

Wołyń – nierozliczone ludobójstwo

Posted by tadeo w dniu 11 lipca 2019

Zbrodnia Wołyńska to symbol ludobójstwa dokonanego na Polakach przez Ukraińców. Mordy te rozpoczęły się już w latach trzydziestych i trwały aż do 1948 roku. Ich kulminacja przypadła na lipiec 1943 roku. Była to zaplanowana i skoordynowana akcja eliminacji Polaków z terenów województw: wołyńskiego, tarnopolskiego, stanisławowskiego, lwowskiego oraz lubelskiego. W filmie zaprezentowane są wypowiedzi historyków i badaczy tej zbrodni w kontekście ludobójstwa dokonanego 73 lata temu i jego przełożenia na czasy współczesne.

 

Posted in Filmy - Polecam, Filmy dokumentalne, Filmy i slajdy, Historia, Świadectwa | 1 Comment »

DLACZEGO? Wspomina Mirosława Bacławska

Posted by tadeo w dniu 22 czerwca 2019

Wszystko co opisuję, wiem od najbliższej rodziny i od osób ocalałych z tej pożogi. Wychowałam się w atmosferze nieustającego bólu, głębokiego żalu i nieustannie zadawanego pytania – DLACZEGO? W poczuciu obo­wiązku wobec pomordowanych, w większości moich krewnych oraz wykonu­jąc zobowiązania wobec Matki, która zawsze mnie do tego zobowiązywała, piszę to, co mi wiadomo.

Wieś Doszno, o której piszę, oddalona jest od Kowla o 27 km i sąsiadu­je z gminną wsią Datyń i kolonią Wilimcze. Z legend i zachowanych doku­mentów wynikałoby, że dwaj rycerze Bolesława Chrobrego po wyprawie na Kijów otrzymali akty nadania ziemi położonej wśród tutejszych głębokich la­sów i bagien. Jeden z nich, Kosiński pochodził z Woli koło Warszawy, drugi, Rubinowski, również późniejszy szlachcic zagrodowy pochodził z Kaszub, z miejscowości Rubin, Rubinów czy Rubinowo, Kiedy po długiej podróży wraz z rodzinami i dobytkiem doszli do przyszłej osady nazwali ją DOSZNO. Przed It Wojną Światową wieś ficzyła okofo 60 domów i 100 – 120 miesz­kańców, w większości Polaków. Wszyscy byli ze sobą spokrewnieni, nawet z Ukraińcami. W większości nosili nazwiska Kosińscy lub Rubinowscy, albo wywodzili się z tych rodów.

Po odzyskaniu przez Kraj niepodległości we wsi przeprowadzono koma­sacje, wybudowano dużą piętrową, siedmioklasową szkołę i kaplicę, do któ­rej w co drugą niedziefę przyjeżdżał pochodzący z Łomży Kapucyn. Ponie­waż kaplica nie była zamykana, wszystkie rzeczy związane z odprawianiem Mszy Św. były przechowywane u mego dziadka w domu Bolesława Rubinowskiego. Księdza Kapucyna w początkowym okresie okupacji sowieckiej wywieziono i ślad po nim zaginął.

We wsi działały takie organizacje jak harcerstwo, Strzelcy, Koto Gospo­dyń Wiejskich itp. Prowadzony był zespół teatralny i chór, z którym m.in. i moja mama była dwa razy na występach w Warszawie. Zespół artystyczny dawał też przedstawienia m.in. Zemstę” Fredry, „Balladynę” Słowackiego i cały szereg innych przedstawień związanych z historią Polski. Podczas komasacji wykrojono 30 arowy plac na świetlicę, ale świetlicy nie postawio­no, gdyż wybuchła wojna,

Z rodu rycerza Kosińskiego pochodził mój ojciec Władysław Kosiński, z rodu zaś rycerza Rubinowskiego pochodziła moja mama Franciszka. Oj­cem matki był Bolesław Rubinowski, głowa rodu, który urodził się w 1896 r. jako syn Floriana Rubinowskiego i Ewy Chrapczyńskiej. Był wysokiego wzrostu ciemnym blondynem z sumiastym wąsem – powszechnie zwano go „Bolesławem Chrobrym”. Jak każdy Wołyniak był urodzonym myśliwym i rybakiem.

Przed wjazdem do wsi od strony szosy kowelskiej stał drewniany krzyż katolicki, bardzo stary, wymieniony na nowy w okresie międzywojennym.

Tradycją było w tej rodzinie, źe jeden z synów tego rodu otrzymywał imię Bolesław. Ojciec Bolesława, Florian był uczestnikiem Powstania Stycznio­wego. Oprócz gospodarstwa zajmował się m.in. odnawianiem cerkwi, co pomagało mu w jego działalności konspiracyjnej, gdyż mógł poruszać się swobodnie po całej guberni. Zginął, spadając z rusztowania. Matka Ewa z domu Chrapczyńska była nauczycielką. Nauczała tajnie polskie dzieci pol­skiej historii. Wg. opowiadania mojej babci me raz sypały się na mą kozac­kie nahaje, za to, że pod „Historią Rosji” dzieci miały ukrytą „Historię Polski” lub katechizm.

Bolesław Rubinowski ożenił się z Anną Brzezicką pochodzącąz Postupła. Była ona córką Juliana Brzezickiego i Walerli z domu Rubinowskiej. Ju­lian Brzezicki był uczestnikiem Powstania Styczniowego, po upadku którego ukrywał się. Skonfiskowano majątek, żonę z trojgiem dzieci wypędzono. Mo­ją babkę Annę wychowywało bezdzietne wujostwo właśnie w Dosznte. Ju­lian Brzezicki powrócił do rodziny wraz z Legionami. W okresie wołnej Pol­ski był wójtem. Ojczyzna zwróciła mu majątek, skonfiskowany przez carat. Zmarł przed tl Wojną światową. Natomiast córka jego Anna została w 1914 r. wydana za Bolesława Rubinowskiego. Bolesław Rubinowski był szanowa­ny me tylko przez rodaków. Ukraińcom załatwiał różne sprawy dnia codzien­nego, cieszył się ogromnym poważaniem, czego dowodem było częste za­praszanie go na „kuma”, czyli ojca chrzestnego.

Tragedia 1939 r. dotknęła Doszno jak wszystko na tych terenach. Po wkroczeniu Armii Czerwonej tylko jeden człowiek paradował w czerwonej opasce po wsi. Był nim Zyd Meller. W dwa dni po wkroczeniu rozstrzelano sołtysa. Wczesną wiosną 1940 r. został aresztowany Bolesław Rubinowski i z wyrokiem śmierci siedział w więzieniu, aż do wkroczenia Niemców.

Kiedy po napadzie Niemiec na Polskę wieś zapełniła się uciekinierami z zachodniej i centralnej Polski, w domu Bolesława Rubinowskiego znalazły schronienie trzy rodziny z dziećmi. Na wieść o wkroczeniu Armii Czerwonej wszyscy uciekinierzy ruszyli w kierunku południowej granicy, namawiając mieszkańców wsi do wspólnej ucieczki.

W domu mego dziadka gościli również wojskowi, tu się przebierali i za- prowiantowani ruszali na południe. Był wśród nich kapitan lub major, wyso­ki, ciemny, z wąsikiem, który przy oddawaniu czapki babci powiedział „niech Pani to zachowa, ja tu po nią wrócę”. Wypolerował rękawem daszek roga­tywki i przy ogólnym żalu wyszedł wraz z dziadkiem, który już wówczas za­czął transportować uciekinierów na zachód. Prowadził ich dalej, do znajo­mego, a ten przekazywał następnemu i tak aż do granicy. Byli w to począt­kowo zaangażowani również i Ukraińcy.

Któregoś dnia, wiosną 1940 r. mój ojciec wraz z babcią będąc w Kowlu, zobaczyli jak kilku Rosjan pędziło pod karabinami trzech ludzi, wśród nich księdza w sutannie i znajomego geodetę, który w latach 20-tych prowadził we wsi komasację. Na pytanie ojca za co zostali aresztowani, jeden z kon­wojentów odpowiedział z rechotem „niczewo, adnawo Polaczka ubiosz, adnawo wroga miensze”. Ojcu ugięły się kolana i przez całe życie o tym wspominał. Wpędzili ich za pobliski parkan, usłyszano trzy wystrzały i oprawcy wyszli. Był to teren fabryki.

Z dnia na dzień rosła nienawiść między Polakami, a Ukraińcami. Do­chodziły słuchy, że to tu, to tam kogoś zamordowano. Pod Synowem, mocno bandyckiej wsi, wymordowano oddział cofającego się polskiego woj­ska. Mordowano nawet Ukraińców jeśfi byli w polskich mundurach.

21 czerwca 1941 r. znajomy Ukrainiec Grabowski ze wsi Wilimcze za­wiadomił moją babcię, źe wszyscy Polacy zostaną wywiezieni na Syberię wczesnym rankiem 23 czerwca. Widział już przygotowaną listę. Ukrainiec przyjaźnił się z moim dziadkiem, wiadomość przekazał mojej babci w głębo­kiej tajemnicy. Tej nocy nikt nie spai.

Radość jaka zapanowała w niedzielę 22 czerwca na widok niemieckich samolotów, które ukazały się nad wsią była w tej sytuacji zupełnie zrozumia­ła. Po wkroczeniu Niemców, do domu przyszedł piechotą z Kowla, wypusz­czony z więzienia mój dziadek Bolesław Rubinowski. Wolność też przyszła dla ukrywającego się we wsi u swojej ciotki Zarzyckiej Henryka Maliszews­kiego. Był podoficerem Wojska Polskiego, synem leśniczego z odległej o 20 km leśniczówki Smolna. Zjawił się z nieznanym bliżej kapitanem W.P., który postanowił przedzierać się do Warszawy. Maliszewski zaś, będąc wśród swoich, pozostał na miejscu. Niestety latem 1943 r. bandy ukraińskie za­mordowały go wraz z jego rodziną. Było to na dwa, trzy tygodnie przed wy­mordowaniem mieszkańców Doszna. Dziadek był tak wstrząśnięty tym mordem, źe postanowił wyjechać natychmiast po wykopkach. Na razie miał inne zobowiązania. Na bagnach Podboroeza ukrywali się Żydzi. Ani babcia, ant moja matka nie wiedziały ilu ich było. Wiedziały tylko, że były wśród nich dzieci. Dziadek zawsze tłumaczył babci, źe lepiej żeby nie wiedziała, bo jak ich złapią to tylko on zginie, a tak wymordują wszystkich. Miał tym Żydom zrobić na zimę zapas kartofli. Mimo okupacji często chodził na polowania.

Miał dubeltówkę, flower i karabin. Z polowania rzadko coś przynosił do do­mu. Zostawiał tym ukrywającym się. Był też rybakiem i współwłaścicielem jeziora w Doszme. Często ukrywającym się dostarczał złowioną rybę, zao­patrywał w kaszę, groch, fasolę i chleb. Ukrywających się Żydów spotkał przypadkowo na polowaniu. Czy przeżyli tego nikt nie wie. Była to tak głę­boka tajemnica, że oprócz babci nikt o tym nie wiedział.

Tymczasem wieści docierające do Doszna były tak niesamowite w swej grozie, że po prostu w nie nie wierzono. Sprzeciwiano się postanowieniu mojego dziadka, że wszyscy Polacy muszą wyjechać do miasta zaraz po wykopkach. Większość nie zgadzała się z tą decyzją tłumacząc sobie, że skoro mieszkają tu od wieków i nic złego nikomu nie zrobiii, to i nadal będą żyć w spokoju. Jednakże po wymordowaniu 11 mieszkańców leśniczówki Smolnej w nocy już nikt nie sypiał w domu.

27 sierpnia, w wigilię ukraińskiego święta Matki Boskiej Zielnej, wieczo­rem na ziemi Bolesława Rubinowskiego zebrała się polska młodzież. Przy ognisku grano i śpiewano do późna w nocy. Napadu ze strony band ukraiń­skich nie spodziewano się, gdyż dwaj mieszkańcy wsi : Stanisław Chrap- czyński, który bywał na zebraniach banderowców i Iwan Kosiński zw. „Iwanko”, który nawet prawdopodobnie brał udział w mordach, zapewniali, że niczego bać się nie trzeba, bo przecież oni sami na czas w razie czego uprzedzą. Niestety, świt następnego dnia miał się okazać potworny.

Relacja mojej babci Ani: „Mój mąż Bolesław wrócił do domu gdzieś koło szóstej rano. Zawsze sam gonił krowy do pastucha, ale tym razem zbudził mnie i powiedział – pogoń krowy Anka, bo zmarzłem i coś się źle czuję. Nasz pastuch Michałko uprzedził, że tego dnia nie przyjdzie, bo jest chory. Zawsze krowy pędziło się drogą nad lasem, na Datyń, ale kiedy otworzyłam chlew, krowy jak zwariowane pobiegły same nad jezioro i nie dawały się zawrócić. Pogoniłam je więc tak jak chciały nad jezioro. Kiedy je przypędzi­łam, pastuch Ukrainiec był mocno zdziwiony. Droga biegła od Datynia. Tędy szła banda do Doszna. Wracałam tą samą drogą i byłam już niedaleko do­mu, kiedy z trzcin wypadł nagle zakrwawiony Florek, krzycząc: „Anka, ucie­kaj! U ciebie już nikt nie żyje!.

W domu byli mąż i córka Janina, druga córka mężatka Frania z wnucz­ką od pewnego czasu mieszkały u teściów córki. Nie wiem jak długo kryłam się w trzcinach, w końcu poszłam do domu. Doszłam do rogu gumna, które stało najdalej ze wszystkich zabudowań. Patrzyłam jak bandyci ładują na furmanki świnie, wydzierają pszczołom miód, strzelając do uli, wynoszą z domu różne rzeczy. Odwróciłam się i odmawiając różaniec, już nawet nie kryjąc się, wróciłam nad jezioro. Prosiłam tylko Boga, żeby strzelili mi w plecy, żeby nie męczyli. Przeleżałam cały dzień w oczerecie nad jeziorem. Nie czułam ani pragnienia, ani łaknienia.”

Relacja mojej matki Franciszki Kosińskiej: „Tej nocy mąż mój z młod­szym bratem, jak to od kilku dni już było, spał w stodole. W domu byli teść, teściowa i trzy siostry męża. Było już dobrze widno, kiedy z dzieckiem na ręku podeszłam do okna. Zobaczyłam jak wzdłuż jeziora biegnie Józef Sa­wicki, a za nim goni na koniu banderowiec z wyciągniętą ręką z szablą w dłoni. Kiedy koń już wyprzedził Sawickiego, banderowiec machnął ręką i głowa ściganego zawisła na plecach. Trup z wiszącą głową biegł jeszcze kawałek drogi. To trwało sekundy.

Z dzieckiem na ręku przeskoczyłam polną drogę obok chaty i znalazłam się w życie. Było już chyba południe, kiedy córka mocno wtulona w moją szyję szeptała – mamusiu pić. Na wsi jak mi się wdawało panowała już ci­sza. Weszłyśmy do chaty Ukraińca. Jeszcze nie zdążyli podać mi wody, kiedy przed dom zajechała banda na koniach. Może 30, może 40 ludzi. Do domu wszedł jeden i od progu zapytał: „hde tu Polaczka Frania ?” Stałam na przeciw niego patrząc pitnie w jego oczy. Odparłam po ukraińsku – a jeże­li to ja Polaczka Frania, to nie wolno mi żyć ? Dziecko przyczepione do mo­jej szyi szeptało : „nie mów po polsku, nie mów po polsku…” Modliłam się, patrząc mu w oczy, których nigdy nie zapomnę. Modliłam się do Matki Przenajświętszej, żeby mnie skryła choćby pod skrawek swego płaszcza. Modliłam się całą swoją duszą i każdą cząstką ciała. Widziałam ten Płaszcz i niemal widziałam jak z dzieckiem chowam pod mego głowę. Mój gospo­darz tymczasem przekonywał Ukraińca, że tu nie ma żadnej Polaczki Frani, a ta, to „niespełna rozumu”. „A gdzie ona brała ślub?” – dopytywał się tam­ten. „No jak gdzie ? W cerkwi, a gdzie mogła brać?” Przez cały czas ban­dzior nie spuszczał ze mnie oka, ani ja z niego. W końcu klepnął nahajem po cholewach, machnął ręką i powiedział: „chaj żywe!” Wyszedł przed dom, podano mu konia, machnął ręką przy wsiadaniu i bandyci zaczęli odjeżdżać. Zauważyłam tylko siekierę przytroczoną do konia. Nagie usłyszałam za so- bąjakiś łomot. To gospodarz próbując usiąść na krześle zwalił się na podło­gę. Dostałam jakichś drgawek, ząb nie trafiał na ząb. Próbowałam pomóc wstać, ale nic z tego nie wyszło. Reszta domowników stała jak zahipnoty­zowana. ile czasu tak upłynęło, tego nie wiem. Cały czas byłam skupiona na modlitwie. Wszedł inny sąsiad, Ukrainiec i powiedział: „nu, wże rezunów ne ma”.

Wybiegłam z domu i wpadłam do obok stojącego dużego dwurodzinne­go budynku moich stryjów, mieszkających z rodzinami i babunią Ewą. Moi stryjowie Florian i Piotr Rubinowscy i nasz kuzyn Kazimierz Jedynowicz le­żeli twarzami do zi&mi, przybici do podłogi bagnetami. Pod jabłonią, tuż ko­ło progu leżały stryjenki z dziećmi. Gienia trzymała najmłodsze dziecko w objęciach. Ona i jej synek mieli rozrąbane głowy. Sabina, stryjenka miała rozrąbaną głowę i odarta była z odzieży. Przy dwóch piersiach leżały dwa bliźniaki, jej ośmiomiesięczne dzieci. Zobaczyłam babunię, która stała lekko pochylona, tyłem do mnie, oparta o dom. Myślałam, źe żyje. Była przybita bagnetem do domu i tak skonała stojąc.

Jak oszalała biegałam od domu do domu i w końcu dobiegłam do moich rodziców na kolonii. Ojciec leżał koło łóżka w bieliźnie też przybity bagnetem do podłogi, twarzą do ziemi, z narzuconym ściągniętym z łóżka siennikiem. Siostra Janina była ubrana w białą świąteczną sukienkę, uczesana z roz­puszczonymi włosami przepasanymi niebieską wstążką skulona leżała w pokoju pod stołem. Zginęła od strzału w serce. Nie znalazłam trupa matki. Biegałam po zabudowaniach szukając jej. Pobiegłam dalej na kolonię do trzech ciotek, starych panien „Cyrylanek”, tak nazywanych od imienia ich ojca Cyryla. Nie było w domu nikogo. Michalinę znaleziono później niedale­ko na polu kartofli z odrąbanymi rękamt i nogami. Stasię i Hanię zamordo­wano we wsi. W spiżarni znalazłam zmasakrowane, ze związanymi drutem kolczastym rękami zwłoki ciotki Karoliny Jedynowicz, jej syna Tadeusza i pasierbicy Józefy. Drugi jej pasierb Bronisław mieszkał z żoną i trojgiem dzieci osobno. Wyprowadzono wszystkich do stodoły t tam znalazłam nie do opisania zmasakrowane ich ciała.

Żona Kazimierza Jedynowicza Maria na widok ludzi na podwórku wujenki Karoliny poszła zobaczyć co się dzieje. W tym czasie najstarszy syn wyniósł jedno z dzieci kalekich, które nie chodziło na podwórze. Na widok matki wracającej i popychanej przez nieznanych ludzi dzieci pobiegły na podwórze sąsiada Ukraińca. Wkrótce potem matkę wraz z dzieckiem kaleką znaleziono okrutnie pomordowanych. Trójka ocalałych dzieci przesiedziała do wieczora u sąsiada, który dał im na drogę chleb i słoninę i wskazał drogę do Wilimcza do ich babci.

Ewa Rubinowska za cara wychodziła dwa razy za mąż za Ukraińców i z każdego tego małżeństwa miała jednego syna. Syn z pierwszego małżeńs­twa był kaleką. Trzeci raz wyszła za mąż za mego kuzyna Leona Rubinows- kiego. Mimo, Ze brała ślub w kościele katolickim uchodziła za Ukrainkę, tak jak i jej synowie. Na jej i synów oczach zamordowano męża Leona i zabra­no młodszego syna (lat 16-17)), aby wskazywał mieszkania Polaków. Przy­prowadził oprawców do rodziny Pawła Rubinowskiego. Tu kazali mu wspól­nie zamordować Karolinę Rubinowską jej matkę i troje dzieci, aby tym udowodnił, źe jest Ukraińcem. Pomagał przy tej zbrodni, a następnie uciekł. Bandyci ze wściekłości zamordowali jego przyrodniego brata, kalekę.

Na podwórzu siostry matki Pauliny Rubinowskiej znalazłam dwa zmasa­krowane trupy kobiet. Były to ciotka Paulina i jej córka Antonina. Nte było syna Władzia.

Tak biegałam przez cały dzień z dwuletnią córką na ręku od domu do domu, od rodziny do rodziny. Nie płakałam, nie mogłam płakać, tytko czu­łam piasek w oczach. Dopiero nad wieczorem mąż odciągnął mnie z dziec­kiem do lasu koło cmentarza. Tu, kiedy było już ciemno, mąż przyprowadził moją matkę, a następnie znalazła się przy nas córka siostry mojej matki Jó­zia. Zaopiekowali się nami Ukraińcy z Wilimcza, którzy przynieśli mleko dla dziecka i jedzenie.

Przez około 10 dni ukrywaliśmy się w lesie. Opiekowali się nami wciąż ci sami Ukraińcy z Wilimcza. Ukrainiec Sawłuk najpierw wziął moją matkę i Józię i przeprowadził je do Ratna, a w parę dni później drugi Ukrainiec, którego nazwiska nie znam, a tylko przezwisko „Hrypuczy Romanko”, prze­prowadził mnie z dzieckiem, męża i jego stryjecznego brata również do Rat­na. Pamiętam jak ramutko przyszedł z siekierą, na której widok krzyknęłam, ale on wyjaśnił, że będzie szedł pierwszy, niby zaciosywać drzewa do wyrę­bu. Córka jego Maria przyniosła bochenek chleba i klinek sera na drogę, żegnając nas z płaczem. W Ratnem wszystkimi uciekinierami z Doszna zajmował się i bardzo pomagał Ukrainiec Kozioł oraz jego żona.

Nie mogłam płakać nawet po miesiącu, kiedy byliśmy już w Zabłoci u u męża siostry, który pracował w folwarku. Zachorowałam. Przyszedł nie­miecki lekarz, który dość dobrze mówił po polsku. Kiedy mnie zbadał, rozpytał o nasze przeżycia. Nagle znienacka uderzył mnie w twarz coś krzycząc po niemiecku. Rozpłakałam się. Zaczął mnie uspokajać i powiedział, że te­raz wrócę szybko do zdrowia. Powiedział, że tak mnie było trzeba leczyć. Płakałam kilka dni. Ze swą matką która była mi ogromną podporą, nigdy nie rozstałam się, aż do jej śmierci.“

Relacja Aliny Brdęk z domu Rubinowskiej : „Wieczorem przed tym tra­gicznym dniem poszłam spać na siano nad chlew, do mojej koleżanki, z którą się bardzo przyjaźniłam – była moją kuzynką. Był z nami jej brat Ja­nek. Rankiem zbudziła nas okropny krzyk. Nie mogliśmy nic zobaczyć, bo strzecha była bardzo gruba. Kiedy się wychyliłam, zobaczyłam w otwartych drzwiach domu kuzynki, stojącego tam mężczyznę. Jej brat Janek nie po­zwalał nam zejść, nakazał ciszę i spokój mimo, że słyszałam krzyki mojej matki i rodzeństwa mordowanych na naszym podwórku. Po długim czasie, kiedy wszystko ucichło, zeszłyśmy na dół. Matka Antoniny leżała ra progu cala zakrwawiona, nie dając znaku życia. W pewnej chwili otworzyła oczy i powiedziała: „uciekajcie”. Zabroniła mi iść do domu, wyszeptała : „patrz, koło waszego domu stoi Ukrainiec”. Stał tyłem do nas. Antonina pierwsza pobiegła za dom, na łąkę. Pobiegłam za nią. Schowałyśmy się w takim głę­bokim, zarośniętym szuwarami dole z wodą. Okropnie nas gryzły pijawki. Odrywałyśmy je od siebie, siedząc po szyję w wodzie, która powoli zabar­wiała się naszą krwią. Kiedy wychyliłam głowę, zobaczyłam stójce furman­ki już załadowane dobytkiem Polaków. Miałam 9 lat, a Antonina była o rok starsza. W pewnej chwili w naszą stronę zaczął jechać jeden z wozów. Szybko ze strachu postanowiłyśmy udawać, źe myjemy nogi. Dziś myślę, że i tak nikt by nam nie uwierzył, że o piątej rano dwie dziewczynki wybrały się myć nogi. Kiedy ponownie wychyliłam głowę, koń był już blisko i chyba dla­tego spłoszył się i poniósł furmankę wraz z woźnicą. Byłyśmy uratowane.

Kiedy wszystko ucichło, wyszłyśmy z tego dołu. Koniecznie chciałam do domu, ale Antonina pociągnęła mnie do swego. Było pusto, nikogo nie było. Kiedy podeszłyśmy do mego domu, zobaczyłam pod jabłonią m.in. moją mamę, czworo rodzeństwa i ciotkę. Nie patrzyłam długo, bo Antonina zaczę­ła nagle biec w stronę naszego lasu. Pobiegłam za nią. Siadłyśmy pod sos­ną wykręciłyśmy swoje ubrania i nadai mokre ubrałyśmy je. Suszyłyśmy się, siedząc na słońcu. Przyszli do nas Janek i Władek Rubinowscy. Janek powiedział, że musimy uciekać do miasta. Zaczęłam głośno płakać i krzy­czeć, że idę do matki i ojca. Raptem w naszym kierunku posypały się strza­ły. Zaczęliśmy uciekać. Janek skręcił w prawo i to nas uratowało. Antonina w pewnym momencie dostała kolki i nie mogła biec. Ciągnęłam ją za rękę. Byliśmy na bagnach. Wieczorem Janek i Władek poszii do Wiiimcza. Przy­nieśli chleba i sera. Do Ratna szliśmy całą noc. Było bardzo zimno. Pamię­tam jak nie mogłam powstrzymać stukających zębów.

W Ratnem Antonina zaprowadziła nas do swoich ciotek. Tam przyszedł Kozioł, czy Kozłowski, dokładnie nie pamiętam, dawny sąsiad z Doszna. On to zajął się moim losem i powiedział, że zaopiekuje się mną pewna rodzina. Byli to państwo Stachurscy. Mój później przybrany ojciec był z zawodu leśnikiem. Tak znalazłam przybranych rodziców i rodzinę. Jeszcze tej jesieni wyjechaliśmy do Kowla i przeżyliśmy tam oblężenie tego miasta. Moi przy­brani rodzice wychowali mnie, dali wykształcenie i wydali za mąż, też za leśnika. Ja o tych wspomnieniach do dziś nie mogę ani pisać, ani mówić bez łez i dreszczy.’

Antonina wróciła do swojej wsi. Okazało się, że matce poderżnięto gar­dło, aie przeżyła i do końca życia mówiła szeptem. Ojciec też przeżył. Żył krótko, miał wgiętą czaszkę i nigdy nie powrócił do pełnego zdrowia i pa­mięci Antonina wyszła za mąż za Ukraińca z Wilimczy, ma dwoje dzieci i wnuki. Brat Janek nie wrócił nigdy. Po ucieczce poszedł do partyzantki, do AK i zginął pod Bielskiem Podlaskim.

Relacja Władysława Rubinów skiego : „Miałem 17 lat. Tej nocy, jak przez kilka poprzednich, spałem u Ukraińca sąsiada. Siostra Józia spała u innego. Gospodarz zbudził mnie bardzo wczesnym rankiem, mówiąc: „wtikąj, bo mordują Polaków”. Uciekłem do lasu, zobaczył mnie bandyta na koniu, za­czął gonić i strzelać, ale zdołałem uciec. W lesie spotkałem Janka Rubinowskiego, a potem Alinę i Antoninę. Kiedy się ściemniło, poszliśmy we dwóch do Wiiimcza. Od Ukraińców dostaliśmy chleb i ser. Nad ranem dotarłem do Ratna, gdzie dowiedziałem się, że zamordowane zostały moja matka i sios­tra Antonina. Po kilku dniach poszedłem do partyzantki.”

Relacja Albina Jedynowicza: „Miałem wówczas 21 lat. Tej nocy jak zwy­kle ostatnio spaliśmy w krzakach poza domem. Wieczorem poprzedniego dnia brałem udział w ognisku u Bolesława Rubinowskiego, „Chrobrego” jak nazywaliśmy go powszechnie. Śpiewaliśmy przy gitarze polskie pieśni pa­triotyczne i dumki ukraińskie. Do ogniska nie przyszedł nikt z młodzieży ukraińskiej. Nikt wówczas nie zwrócił na to uwagi. Kiedy się dobrze już roz­widniło, pomiędzy 5 a 6 rano matka moja powiedziała, że pójdzie wydoić krowy i da znać czy jest bezpiecznie. Mój ojciec, ja i czworo mego rodzeńs­twa z najmłodszą trzyletnią Tereską pozostaliśmy na miejscu. Ledwie mat­ka zdążyła opuścić kryjówkę, usłyszeliśmy jej krzyk : „ratunku! uciekajcie!’ Wokoło były krzaki. Mogła bandytom uciec, afe wówczas szukając jej, trafi­liby na nas. Matka biegła więc w innym kierunku, krzycząc i odciągając jed­nocześnie morderców od naszej kryjówki. Do dzisiaj słyszę głos kochanej mojej matki. Ojciec chciał biec jej na ratunek, ale powstrzymaliśmy go z bratem. Nic by matce nie pomógł, a wymordowaliby nas wszystkich.”

Relacja Stanisławy Krasińskiej: „Miałam lat 13. Mieszkaliśmy na końcu wsi, mając za sąsiadów Ukraińców, z którymi nam się dobrze żyto. Dociera­ły do nas wiadomości, że powstała jakaś banda ukraińska, która morduje Polaków, zeby stworzyć jakieś państwo ukraińskie. Wieści były tak straszne, że spaliśmy w nocy poza domem. 27 sierpnia dotarła do nas informacja, że nie musimy się bać ; Polaków z tej wsi nie będą mordować, bo mieszkają tu od wieków i są spokrewnieni z Ukraińcami. Ale mamy na 28 przygotować coś w rodzaju kontyngentu dla tej bandy. Taką uspokajającą nowinę praw­dopodobnie rozgłaszał sołtys tej wsi – Ukrainiec. Uspokojeni, noc z 27 na 28 sierpnia przespaliśmy w domu. Rankiem, bardzo wcześnie, usłyszałam w kuchni głos cioci Marii, która przyszła prosić o pożyczenie kilku jajek dla spodziewanych bandytów. Po jej wyjściu ojciec, Julian Rubinowski wziął pod rękę koc i wyszedł. Przez okno mama zauważyła, że ścieżką, która przecina drogę, po której miał iść ojciec, biegnie trzech nieznanych mężczyzn. Byłam koło matki i widziałam jednego mężczyznę w białej koszuli, z przewieszonym z tyłu karabinem, drugi miał jakby teczkę. Ojciec zawrócił, a matka zawołała do nas, trzech córek, żebyśmy uciekały do lasu. Brat był kaleką. Biegłyśmy po lesie i nie mogłyśmy się zatrzymać, bo wydawało nam się, że wszędzie nas znajdą. Tak dobiegłyśmy do rozciągających się dużych bagien. Przyszło południe, czułyśmy straszny głód, ale bałyśmy się wyjść. Zauważyłyśmy na­szego kuzyna Jaśka, który szukał swoich bratanków, wciąż powtarzając : „nikt nie żyje, wszyscy zarąbani”. Pod wieczór znalazła nas najstarsza sios­tra, Weronka i zaprowadziła do domu. Na podwórzu stał wóz z koniem go­towy do drogi. Różnymi krętymi drogami dojechaliśmy do miasta Ratna. Tam, miejscowi mimo, że byli Ukraińcami, pomagali nam, przynosząc je­dzenie i współczując mocno. Wyjechaliśmy do Zabłocia, gdzie znajomy leś­niczy, Maszkowski załatwił ojcu pracę w tartaku.’

Tyle relacji naocznych świadków, którzy przeżyli .krwawy ranek” 28 sier­pnia 1943 r we wsi Doszno. Sołtysem był wówczas Stanisław Chrapczyński.

Po wymordowaniu wsi przez bandytów ukraińskich zabrał żonę z synkiem i uciekł. Po wojnie mieszkać w Polsce.

O dużej wsi Wilimcze przed II Wojną mówiono, źe zamieszkuje w niej szlachta ukraińska. Nikt w Dosznie me słyszał, aby mieszkańcy tej wsi brali udział w mordach. Przeciwnie, nteśli pomoc Polakom. Przechowywali 5 nauczycieli (3 polskich i 2 rosyjskich). Bandyci podstępnie zamordowali trzech z nich. Podobnie wymordowano polskich młynarzy – ocalał jeden na­zwiskiem Płaskoctńskl. O wsi Wilimcze każdy ocalały mieszkaniec naszej wsi Doszno mówił z wielkim szacunkiem. Prawie wszyscy uratowani za­wdzięczali swoje życie pomocy Wilimcza.

W 47 rocznicę tragedii, w dniu 28 sierpnia 1990 r. matka moja otrzyma­ła z Ukrainy oficjalne zaproszenie na uroczystości odsłonięcia pomników na grobach pomordowanych Polaków. Pojechałam i ja, żeby zaopiekować się matką. Położono pięć tablic z białego marmuru, a złotymi literami wpisano nazwiska pomordowanych. Były prasa i radio. W trakcie prowadzonego z moją mamą wywiadu, matka, stojąc nad jeziorem na przeciwko dawnego swego domu rodzinnego, po którym nic nie ocalało, po półgodzinnym opo­wiadaniu redaktorowi c swoich przeżyciach, raptem straciła pamięć. Nie wiedziała, gdzie jest i co się z nią dzieje, dostała dreszczy, nie poznawała nikogo. Byłam przerażona. Moja mama przez całe życie miała niemal foto­graficzną pamięć, nigdy mimo 73 lat nie zdarzyło jej się czegokolwiek za­pomnieć. W tej właśnie chwili zrozumiałem dlaczego żyjący świadkowie tamtych wydarzeń z wielkimi oporami wracali do tamtych tragicznych dni. W swoim pamiętniku matka niejednokrotnie zaznacza : „ dziś kończę, bo mimo tabletki uspokajającej nie mogę pisać dafej…”

W trakcie tych uroczystości przemawiał starszy mężczyzna z Wilimcza. Nie zdziwiło mnie potępienie przez niego morderców. Czekałam, aż wystąpi ktoś z Datynia. Nie było nikogo. Zaczęłam rozmawiać z młodziezą która kręciła się obok. Odpowiadali niechętnie, z ociąganiem się. Jak się okazało większość z nich była właśnie z Datynia. Prowokowałam do rozmowy. W końcu wyrwało się kilku potępiając owego „starszego pana z Wilimcza” za to, źe ich zdaniem obraża ich godło – Tryzuba. Po rozmowie z tymi chłopcami, zrobiło mi się zimno.

Tak więc nadal bezustannie szukam odpowiedzi na dręczące wciąż i prześladujące mnie pytanie, postawione na początku tych wspomnień – DLACZEGO?

Stanisław Biskupski „Świadkowie mówią”, Warszawa, 1996

DLACZEGO? Wspomina Mirosława Bacławska

Posted in Wspomnienia, Świadectwa | 1 Comment »

Nawrócona wiedźma – świadectwo

Posted by tadeo w dniu 12 czerwca 2019

Znana aktorka: rzucałam na ludzi klątwy. Działały natychmiast

„Nawrócona wiedźma” to tytuł wywiadu-rzeki z aktorką Patrycją Hurlak, która opowiada o swoim zaangażowaniu w czarną magię oraz nawróceniu i miłości do Jezusa.

Posted in Filmy dokumentalne, Świadectwa | Leave a Comment »

Życie po życiu, wyszła z ciała i zobaczyła Jezusa, aniołów i Maryję. Śmierć kliniczna. Bóg jest żywy

Posted by tadeo w dniu 4 czerwca 2019

Jedno z najpiękniejszych świadectw jakie miałam okazję obejrzeć. Bóg zapłać.

Irmina przeżyła wypadek czołowy, po kilku dniach lekarze powiedzieli rodzinie, że będzie już umierać. Wtedy wyszła z ciała i zobaczyła ciemną krainę czyściec i drogi do piekieł. Następnie przyszedł Jezus i zabrał ją do pięknej krainy światła. Irmina dokładnie opisuje co widziała. Widziała też wydarzenia na ziemi, których nie mogła widzieć z łóżka w którym leżało jej ciało. Spotkała zmarłych rodziców chłopaka, którzy ją poprosili by wróciła na ziemię. Widziała jak lekarz z pielęgniarkami zrobili sobie imprezę na intensywnej trapi.

 

Posted in Religia, Świadectwa | Leave a Comment »

Agni Pilchowa– historia warta przypomnienia, choć w „Przyjacielu“ nie mieliśmy odwagi…

Posted by tadeo w dniu 15 Maj 2019

201104091725_agni1 []
„Agni – dziwny przybysz z zaświatów, więcej zadomowiony w świecie ducha, niż w świecie ziemskiej materii” – to jedna z opinii na temat Agnieszki Pilchowej, której historię życia i działalności opisuje historyk mgr Władysława Magiera. Poniższy materiał stanowi jeden z rozdziałów przygotowywanego drugiego tomu „Cieszyńskiego szlaku kobiet“. Niektóre historie z życia kobiet publikowaliśmy na łamach „Przyjaciela“. Ze względu na „delikatną materię“, poniższego tekstu zdecydowaliśmy się jednak nie umieszczać w naszym miesięczniku kościelnym. Z tym większą satysfakcją przedstawiam tekst poniżej – ku zbudowaniu wszystkim, co nie boją się „odsłonić klapek” z lewa i z prawa…

„… Jest to osoba o niezwykłych zdolnościach jasnowidzenia. Dziwna ta istota żyje równocześnie podwójnym życiem – na ziemi i w zaświecie. Co więcej, w świecie Ducha porusza się z wielką lekkością i swobodą… Swych zdolności jasnowidzenia nie zużytkowuje dla celów materialnych, nie lubi też patrzeć wzrokiem ducha na sprawy materialne, np. poszukiwać i znajdywać zagubione przedmioty…”. Jak widać z powyższego opisu Agnieszka Pilchowa miała swoją filozofię życiową i zasady, których trzymała się konsekwentnie. Miała wielkie serce i to potwierdzają wszyscy. Była osobą głęboko wierzącą, głoszącą chwałę miłości do Stwórcy jako lek na wszystkie nieszczęścia i zło tego świata, szanowała ludzi i nie zważając na siebie zawsze spieszyła z pomocą. Miała wielkie niebieskie oczy, sprawiające wrażenie ciągle zdziwionych. Pachniała ziołami. Bardzo lubiła śpiewać. Śpiewała wieczorami przy otwartych oknach pieśni religijne. Prowadziła przecież „normalne” życie żony i matki. Było nieraz pełne trosk związanych z wychowaniem czworga dzieci, z troską o dom, a przede wszystkim o rodzinę tak wielką – rodzinę duchową. Nie było dnia by ktoś listownie nie zwracał się do niej z prośbą o udzielenie rady w różnych cierpieniach, zarówno fizycznych jak i duchowych… Codziennie odpowiadała na wiele listów, przyjmowała chorych i potrzebujących, nie odrywając się od zajęć domowych.

Wiele można o niej napisać, ale na pewno nie to, że była zwyczajna lub przeciętna. Jasnowidz, zielarka, uzdrowicielka. Leczyła ziołami i odpowiednią dietą, ale często zdarzało się, że korzystając z daru jasnowidzenia wnikała w przeszłe wydarzenia z życia pacjenta, a nawet – jak sama twierdziła – w prawdziwe przyczyny jego chorób. Leczyła chorych fizycznie i niosła pomoc chorym na duchu. Agni P., bo taki miała pseudonim, używała swego daru, aby pomagać ludziom. Biorąc pod uwagę, że nie skończyła uczelni medycznej, jedynie szkołę podstawową, trafność jej diagnoz lekarskich była imponująca. W swych pamiętnikach pisała, że diagnozując chorego odczuwa jego fizyczne dolegliwości we własnym ciele.

Agnieszka Pilchowa z domu Wysocka urodziła się 16 grudnia 1888 r. w Zarubku, miejscowości stanowiącej dziś część Ostrawy. W jej domu rodzinnym mówiono po czesku, a dzieci chodziły do czeskiej szkoły. Jako dziecko, wskutek wstrząsu, zapadła w śpiączkę trwającą dwie doby. Jej rodzeństwo było przerażone. To co działo się z nią w tym czasie wywarło na niej ogromne wrażenie, więc zapamiętała wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. Przeżycia te były przygotowaniem do dalszej pracy. Opisuje to wydarzenie w swoich pamiętnikach: „Straciłam na chwilę świadomość. W niespełna 5 minut ocknęłam się, lecz jakież było moje zdumienie, gdy zauważyłam w mieszkaniu popłoch, bieganie i cucenie zimną wodą jakiejś dziewczyny, leżącej na łóżku; ku memu zdumieniu rozpoznałam w niej siebie samą. Widziałam wyraźnie to leżące z zamkniętymi powiekami moje ciało, a równocześnie dobrze zdawałam sobie sprawę z tego, że nie śnię, lecz stoję w pewnym oddaleniu od łóżka, stopami wcale nie dotykając podłogi… Płynęliśmy w górę. Świat ten powoli znikał mi całkiem z oczu, a tymczasem ten dobry Duch zaczął mi mówić o wiecznem życiu, o miłości Boga, o Jego nieskończonej dobroci. W związku z przyczyną, która wywołała moje omdlenie, pocieszał mię, iż Bóg jest wszędzie i że mogę się do Niego modlić na każdem miejscu… Powiedział także, że mnie nie opuści nigdy. I istotnie, minęło od tego czasu już przeszło 20 lat, a ja zawsze mogłam i mogę rozmawiać z nim kiedy tylko tego zapragnę; zawsze też pociesza mię i udziela mi potrzebnych wskazówek i rad, które w ciągu już przeszło 20 lat nie zawiodły“. Było to jedno z jej pierwszych paranormalnych doświadczeń, podczas którego, wraz ze swym Opiekunem Duchowym, którego by można też nazwać Aniołem Stróżem, odbyła podróż astralną. Opiekun przekazywał informacje przy pomocy „automatycznego pisma”. Kiedy jej ręka zaczynała drżeć, brała ołówek lub pióro i przykładała go do papieru. „… W tej chwili ręka moja zaczęła pisać. Myśli snuły się tak szybko, że pióro z trudem chwytało je na papier. Wiedziałam zawsze naprzód jakie są dwie, trzy pierwsze myśli, które mają być napisane; lecz kiedy zostały już napisane a płynęły nowe, zatracałam zupełnie pamięć poprzednich. Pisałam tak długo, aż pióro samo zostało odłożone, nieomal wypadło z ręki”. Przenosząc się do Polski słabo znała nie tylko język, ale i polską literaturę, historię. Nawet w latach późniejszych niewiele czytała, choć w domu była spora biblioteka, by „wchodząc w cudze pole myśli (…) nie zatracać bezstronności”. Jej język polski był ponoć dziwny – tak przynajmniej twierdziły osoby spoza Śląska. Z pewnością były w nim czechizmy, być może była to po prostu gwara śląsko-cieszyńska, bo trudno sobie wyobrazić, by osoba z pogranicza Śląska Cieszyńskiego i Moraw nie mówiła na co dzień „po naszymu”.

201104091725_agni2 []

Zdarzało się, że nagle zapadała w dziwny stan, była inna. Odbiegała swoim zachowaniem od reszty rodzeństwa i rówieśników zamyślając się często tak głęboko, że traciła kontakt z rzeczywistością i dosłownie stawała się nieobecna duchem. Nie reagowała wtedy na polecenia matki i odgłosy otoczenia. Zwierzała się swemu rodzeństwu z tego co widziała – wyśmiewano ją nazywając głupią. Nie pozostało jej więc nic innego jak zamknąć się w sobie i nikomu o tym nie wspominać. Wszystkie widzenia z lat dziecięcych uważała za coś w rodzaju snu, sądziła, że to samo przeżywają inni, tylko nie opowiadają o tym, podobnie jak i ona nie opowiadała nikomu o swoich wizjach. Rodzeństwo coraz bardziej odsuwało się od niej. Miała też zapewne niewielkie grono koleżanek, z których jedną zaprosiła później na druhnę podczas swojego wesela. Pisała o sobie tak: „ Ze zdolnościami jasnowidzenia jakie posiadam przyszłam już na ten świat. Gdy mam spojrzeć w świat ducha, nie potrzebuję zapadać w trans ni też używać jakichś środków pomocniczych. Z początku przymykałam oczy (…) potem już i przymykanie oczu zaczęło być zbyteczne”.

Odizolowana przez swoje „dziwactwo” od świata, nie potrafiła jednak ukryć odmiennych stanów świadomości, w których często przebywała, i być może depresji będącej skutkiem odrzucenia. Około osiemnastego roku życia trafiła w kręgi Towarzystwa Spirytystów. Wzięła udział w kilku seansach, były wtedy bardzo modne. Jako obdarzona zdolnościami jasnowidzenia widziała więcej niż inni. Na jednym ze spotkań zabrała głos, lecz nie spodobało się to innym. Uczestnicy wymusili na niej zerwanie kontaktów. Bardzo to przeżywała i postanowiła nigdy więcej nie brać udziału w seansach spirytystycznych.

Ogromny wpływ na jej dalsze losy miała wizyta u jednego z żonatych braci. Poznała tam przyszłego męża, który w pewnym sensie wymusił na niej ślub. Wspomina, że nie potrafiła się sama ubrać w białą suknię do ślubu, ale jednocześnie nie potrafiła się temu przeciwstawić: „Jeszcze w dniu ślubu drżałam z rozpaczy i mdlałam z przerażenia. Jakże iść z tym człowiekiem przez życie, kiedy taki dziwny strach miałam przed nim…“. Tak sama wspomina ten moment, ale odczucia kobiet w dniu ślubu bywają przecież różne. Została mężatką mając 21 lat.

Po ślubie często bywała w świecie ducha, tym bardziej, że wędrówka w zaświaty była dla niej od wczesnego dzieciństwa ucieczką od codzienności. Jej wizje miały często charakter symboliczny i z takich obrazów odczytywała przyszłe fakty. Zapytana pewnego dnia, w roku 1915, jak długo potrwa wojna, odpowiedziała, że do 1918 roku – nie uwierzono jej wtedy. Pisała: „Straszne jest to, co piszę. Może ktoś powie, że to wytwór bujnej fantazji. Ach, gdybym miała pisać wszystko, co podczas wojny się przesunęło przed mym wzrokiem ducha, a co potem i tak jaskrawo przejawiło się i na ziemi, to musiałabym napisać wiele grubych tomów… Bolałam bardzo na myśl o przelewie krwi i tych wszystkich strasznych cierpieniach, które ludzkość sobie nawzajem niepotrzebnie zadaje. Pytałam Opiekuna: Jak mogę pomóc ludziom?” Wtedy pojawił się z duchem wybitnego lekarza i przez trzy miesiące pobierała nauki z anatomii i medycyny. Jak sama opisuje, przed jej oczami „pojawiał się organizm ludzki, jak na ekranie w kinie. W ciągu jednego wieczoru zapełniał się ekran obrazami tylko jednej części ciała w jego różnych stanach chorobowych, przyczem przy danej części zjawiał się raz po raz cały organizm ludzki, bym dobrze mogła obserwować, w jaki sposób np. zakażenie krwi w ręce rozszerza się na cały organizm i atakuje serce. Duch zalecił: Byś jednak nie zapomniała mych wskazówek, weź ołówek do ręki i skreślij sobie moje myśli na papierze… A na końcu zapytał: Czy chcesz pomagać bliźnim? Czy nie ugniesz się pod ciężarem pracy? Czy nie ulękniesz się, gdy wydadzą na ciebie wyrok?

Zaczęła leczyć już w trzecim roku pierwszego małżeństwa. Pierwszymi pacjentami były dzieci mieszkające nieopodal, które miały wysoką temperaturę, a najmłodsze było umierające. Zaczęła robić głaski magnetyczne nad ich ciałami. Zebrało jej się na wymioty, ale po podaniu chłopcu mleka z solą to on zaczął wymiotować i reagować na otoczenie. Pozostałym dzieciom podała zmagnetyzowaną wodę (były to prawdopodobnie działania bioenergoterapeutyczne). Następnego dnia cała okolica wiedziała o uzdrowieniu. Innym razem przyjechała do niej kobieta, której lekarz chciał amputować rękę, chciała popełnić samobójstwo. W ostatniej chwili, w skrajnej rozpaczy, zdecydowała się na wizytę u niej. Agnieszka wzięła maść borową i zaczęła robić magnetyczne pociągnięcia. Maść wprawdzie nie była potrzebna, ale nie chciała by opowiadano, że czaruje. Całą siłą woli skupiła myśli na ręce i na jednym punkcie, którym powinna „wyjść nieczysta krew”. Czwartego dnia tylko pomarszczona skóra świadczyła, że było bardzo źle. Zaleciła gotowanie rumianku z jałowcem i moczenie ręki, a podczas kolejnej wizyty, po czterech dniach, zastąpienie jałowca cytryną. Przy wyjściu wręczyła jeszcze kobiecie pieniądze na zakup ziół i cytryny. To powtarzało się później często, pomagała jak mogła, dawała pieniądze na niezbędne leki. Biedna materialnie, lecz bogata duchem, nigdy nie odmówiła pomocy nikomu.

Po czterech latach małżeństwa odeszła od męża i przeniosła się wraz dwójką dzieci do matki, jednak formalne unieważnienie związku przez najwyższe władze sądowe uzyskała dopiero w roku 1917.

Kiedy było już pewne, że posiada medialne, większe niż przeciętne uzdolnienia, zaproponowano jej badania. Rozmowy przerwało wysiedlenie do Polski. Zamieszkała w Wiśle w starej szkole. Tam poznała przyszłego męża, który pochodził z Wisły. W roku 1919 wróciła na kilka miesięcy do Pragi, gdzie eksperymenty naukowców uniwersyteckich potwierdziły autentyczność jej medialnych uzdolnień. Poznała córkę prezydenta, dr Alicję Masaryk, która zachęcała ją, by napisała podanie, że pragnie zostać w Czechosłowacji. Nie zrobiła tego i wróciła na Śląsk Cieszyński. Również następnym razem odmówiła prezydentowi Masarykowi przyjęcia posady na Hradczanach, mimo że gwarantowano jej tam spokój.

201104091726_agni3 []

W Wiśle ponownie wyszła za mąż za nauczyciela Jana Pilcha. Był kierownikiem szkoły w Pszczynie i tam początkowo mieszkali. Z ich małżeństwa urodziły się dwie córki: Janka i Agnieszka. Cały czas wychowywali razem dzieci z pierwszego małżeństwa Agni: Stacha Kurletto oraz córkę Anitę. W 1931 roku małżonkowie wybudowali nową, murowaną willę, którą nazwali „Sfinks”. Piętrowa willa, posadowiona wysoko na stoku góry, posiadała kilkanaście pokoi i olbrzymią kuchnię z piecem węglowym, w której trzy razy dziennie spotykali się wszyscy mieszkańcy domu na posiłkach. Otoczona była sporym ogrodem z ławeczkami i drewutnią z czasem przerobioną na letni domek. Agnieszka mieszkała wśród ludzi, którzy z dużą życzliwością, ale zarazem z rezerwą odnosili się do jej rewelacji. Podobno była przez niektórych miejscowych uważana za czarownicę.

Jej sława przyciągnęła do Wisły wielu, m.in. w roku 1929 przeniósł się tam zajmujący się ezoteryką Jan Hadyna, zaczął wydawać „Hejnał” – Miesięcznik Wiedzy Duchowej. Później zamieszkał w „Sfinksie“ i razem z Janem i Agnieszką prowadzili wydawnictwo. Pod koniec 1933 r. przekazał „Hejnał” pod kierownictwo Agni i wyprowadził się do Krakowa. Oficjalnie administratorem pozostał jednak jej mąż. W wydawnictwie publikowano artykuły poświęcone zjawiskom paranormalnym. Tam Agnieszka opisywała swoje wizje, ukazywały się jej wspomnienia i porady lekarskie. Jako bardzo wierząca, pisała o ewangelicznych metodach leczenia. Wyjaśniała, jak bardzo zanieczyszczona jest aura ludzi palących tytoń. Zalecała regenerację organizmu poprzez sen i przebywanie na łonie przyrody. Udzielała porad czytelnikom. Bardzo dużo pisała. „W cichym kąciku swego pokoiku, zadumana, kreśliła pośpiesznie… Oczy jej otwierały się szeroko, a twarz rozpalała przedziwnym blaskiem, to znów gasły, opadały powieki, ustawało pióro w ręku i głęboko wzdychała“ – pisał jej mąż. Zużywała na to wiele sił i czasu. Jej organizm szybko się jednak regenerował. Oprócz artykułów prasowych drukiem ukazały się książki: „Życie na ziemi i w zaświecie, czyli Wędrówka dusz” – pozycja, za którą otrzymała podziękowanie od marszałka Józefa Piłsudskiego; „Spojrzenie w przyszłość” – książka nawołująca do bratania narodów słowiańskich, za którą dostała gorące podziękowania od prezydenta Czechosłowacji, T. G. Masaryka. Za dwutomową powieść osnutą na prawdziwych przeżyciach „Zmora” i „Umarli mówią” otrzymała podziękowanie od prezydenta Ignacego Mościckiego. Ukazały się też „Pamiętniki Jasnowidzącej” i „Jasnowidzenie”.

„Sfinks” był domem otwartym, miejscem do którego ludzie przychodzili po porady. Agni bowiem wykorzystując swoje zdolności magnetyczne oraz znajomość leczniczych właściwości ziół, pomogła wielu osobom. Leczenia podejmowała się bezinteresownie, a do „Sfinksa“ ciągnęły pielgrzymki. Porad regularnie udzielała nie tylko w Wiśle, ale i w Cieszynie, często wzywano ją do szpitala, do ciężkich przypadków. Przyjeżdżali do niej ludzie z całej Polski, chociaż wtedy nie było łatwo dostać się do Wisły. Pisali listy, w których błagali o pomoc. Wolała jednak, jeśli chory przyjeżdżał do niej osobiście, ale nie było to konieczne. Wystarczyło, że wzięła do ręki przedmiot tej osoby, list lub fotografię i łącząc się z tą osobą mentalnie mogła pomóc na odległość. Jeden z licznych przypadków leczenia nawet na odległość cytuje Anna Szatkowska. Opisała przypadek błyskawicznego uzdrowienia swojego brata: „Witold miał jechać do Warszawy na egzamin wstępny. W przeddzień wyjazdu pojawiła mu się na twarzy okropna egzema, z której lała się żółta ciecz i nic na to nie pomagało. Babcia, bezradna, skontaktowała się z Pilchową, która obiecała coś poradzić na odległość. Prosiła, by po południu Witold siedział spokojnie na kanapie przez dwie godziny. Wieczorem egzema przyschła, a nazajutrz nie było po niej śladu!“

Właśnie na początek lat 30-tych przypada najlepszy okres działalności Agni. Majątku jednak nigdy się nie dorobiła, pomagała przecież ludziom bezinteresownie. Zawsze miała wielkie serce. „Leczyła nie tylko bezinteresownie, ale pomagała żywnościowo i materialnie potrzebującym, nie znosiła reklamy, szumu, pieniędzy”.

Jej pacjentami byli nie tylko prości ludzie, ale też znani, np. wicewojewoda śląski dr Saloni, któremu skutecznie pomogła czy sam marszałek Piłsudski. Była kilkakrotnie zapraszana do Belwederu. Wspomina o tym zarówno wnuczka, Krystyna Frank, jak i Zofia Iłłakowiczówna. W jakim celu tam jeździła – nie wiadomo. Mogły to być problemy zdrowia Marszałka i poszukiwanie niekonwencjonalnych metod leczenia albo chęć uzyskania informacji, których nie mógł dostarczyć wywiad. Znając zamiłowanie Marszałka do ezoteryki, można przypuszczać, że wizyty te miały raczej charakter informacyjny. Pewne jest, że jeździła do Marszałka w czasie jego ostatniej choroby, prawdopodobnie uśmierzała ból wywołany dolegliwościami nowotworowymi. Mówiła, że trzymała go za rękę i może to właśnie przynosiło ulgę. Wraz z pojawieniem się jej osoby w mediach, zaczęła być sławna. Szczególny rozgłos zyskała dzięki audycjom radiowym Zofii Kossak-Szczuckiej, częstemu gościowi w „Sfinksie“. Jej sława, jak się uważa, sięgała daleko poza Wisłę, a nawet Polskę. Z Hitlerem nie spotkała się jednak nigdy, chociaż i takie były przypuszczenia.

Najbardziej znaną zapisaną wizją jest „ Przepowiednia z Tęgoborzy”, która ukazała się drukiem w dniu 27 marca 1939 r. w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym”. Jej autorstwo nie jest udowodnione, niecodzienna treść powodowała, że chciano zachować anonimowość autora. Późniejsze wypowiedzi wskazują jednak, że to właśnie Agni była jej autorką. Pewne jest tylko to, że spisana wierszem została przez literatkę Marię Szpyrkównę, jej znajomą. Ułożyła ona wierszem to, co opowiadała Agni podczas zwykłych codziennych zajęć. Podobnie powstanie „Przepowiedni…“opisuje Stanisław Hadyna, który wspomina, że w obecności Jana Hadyny i literatki Marii Szpyrkównej przedstawiła wizję w pierwszej połowie 1939 r. Przepowiednia dotyczy dziejów Polski. Jej tekst wzbudził ogromną sensację. Przekazywano ją z ust do ust, śpiewano, powielano w „podziemnych” gazetkach. O tym, jak bardzo była popularna i znana, świadczy fakt, że reżyser L. Buczkowski umieścił jej fragment w „Zakazanych piosenkach”, filmie z roku 1946. „Zdumienie ogarnia, kiedy się pomyśli, że teraz ta przepowiednia albo jest zupełnie zapomniana, albo nadal krąży potajemnie, przekazywana z rąk do rąk” – pisał Czesław Miłosz. Oto fragmenty, które można różnie interpretować:

„Gdy czarny orzeł znak krzyża splugawi,
Skrzydła rozłoży złowieszcze –
Dwa padną kraje, których nikt nie zbawi,
Siła przed prawem jest jeszcze.
Lecz czarny orzeł wejdzie na rozstaje,
Gdy oczy na wschód obróci,
Krzyżackie szerząc swoje obyczaje,
Z złamanym skrzydłem powróci.
Zaborcom nic nie zostanie.
Mazurska ziemia Polsce znów przypadnie,
A w Gdańsku port nasz powstanie.
Złamana siła mącicieli świata
Tym razem będzie na wieki.
Rękę wyciągnie brat do swego brata,
Wróg w kraj odejdzie daleki.
Trzy rzeki świata dadzą trzy korony
Pomazańcowi z Krakowa,
Cztery na krańcach sojusznicze strony
Przysięgi złożą mu słowa“.
O ile najbardziej znana przepowiednia, w której cztery ostatnie wersy mówią podobno o wyborze na papieża Polaka może być traktowana różnie, o tyle wszystkie pozostałe opisy dotyczące wojny były aż za bardzo prawdziwe. Agni cierpiała bardzo opisując to, co widziała. S. Hadyna, cytując zapiski swojego stryja Jana Hadyny, który notował jasnowidzenia Agni w roku 1934, takie oto słowa przepowiedni odnotował:

pobrane

„Widzę zadrutowane ogromne kraje, pełne nienawiści i palących się trupów. Dymy piekielnych palenisk zasłaniają niebo. Losy ludzkości się ważą. (…) Widzę swastykę toczącą się na wschód, która chce zmiażdżyć w mściwej satysfakcji niewolnicze państwo pentagramu (pentagram – gwiazda pięcioramienna). Dwaj zbrodniarze ludzkości chwycą się za bary – hordami swych niewolników i masą swej broni, a ziemia zadrży pod ich stopami“.

W roku 1934, w Wiśle, nikt jeszcze nie podejrzewał, że za kilka lat Niemcy rzeczywiście zaatakują Związek Radziecki.

Zimą 1940 roku tak opowiadała Janowi Hadynie:

„Pytałem, co będzie? Zakryła ręką oczy. Zaczęła płakać. Nie mówiła nic. Drżała. Po chwili jednak powiedziała cicho: To wszystko jest okropne. Palą ludzi w piecach. Całe pociągi. Tysiące. Dymy zakrywają niebo. Pędzą ich tysiącami przez śniegi, lasy, za druty obozów. Strzelają. Doły pełne trupów. (…) Jedni mają błyskawice na mundurach, inni czerwone gwiazdy, ale znaki są bez znaczenia. Jedni i drudzy są emanacją zła.
– Jaki będzie wynik tej wojny?
– Zło wraca złem, musi się wzajemnie pożreć.
– Wojna niemiecko-sowiecka, to nonsens. Coś się pani przywidziało! (rok 1940)
– Mówię, co widzę – powiedziała z cichym uporem. Spojrzała na mnie bezradnie swymi ogromnymi niebieskimi oczyma i powiedziała:
– Ja sama tego nie rozumiem, ale klisze astralne mówią o strasznej wojnie właśnie między tymi dwoma państwami, spod znaku swastyki i czerwonej gwiazdy. Będą miliony ofiar.
Na stole leżał „Völkischer Beobachter” z fotografią Bramy Brandenburskiej na pierwszej stronie. Wpatrywała się w tę stronę intensywnie, dotknęła jej palcem, potem przysłoniła oczy i zmienionym głosem znów zaczęła mówić:
– Widzę żołnierzy z czerwonymi gwiazdami na czapkach, którzy wieszają na szczycie kolumnowej bramy czerwony sztandar… Wszędzie gruzy, zniszczenie, dym, białe prześcieradła zwisają z okien, żołnierze sowieccy wbiegają na schody jakiegoś gmachu, piszą coś po rosyjsku na ścianach…
– A Polska? – zapytałem.
– Widzę polską flagę na wysokiej kolumnie za tą bramą… Nie wiem jak się ta kolumna nazywa. Stoi na tej samej alei co brama, ale dalej…
– I to koniec wojny?
Pokręciła głową.
– Nie. Widzę wielką mapę sztabową, widzę wbite szpilkami chorągiewki… Tak, oni… To jest wojna… Amerykańskie i japońskie. Tak… – powtórzyła i jakby chciała coś bliżej dojrzeć, z zamkniętymi oczyma pochyliła się nad stołem, jakby tam właśnie leżała ta mapa sztabowa. Ale na stole prócz obrusa nic nie było.
– Nie rozumiem co to jest? Coś okropnego… Jakiś straszliwy grzyb zrodzony z chmur oślepiających, rośnie pod niebo. Gdzie to jest? Co to jest?… O, Boże… – jęknęła i nagle otwarła szeroko oczy, jakby uciekając od tego widoku“.
Jak widać z powyższego dialogu, Agni przewidziała nie tylko zdobycie Berlina, ale i zrzucenie bomb atomowych. Z perspektywy czasu wiemy, że wizje te były bardzo trafne, jednak dla współczesnych bywały kontrowersyjne. Wtedy nawet niektórzy ludzie zaczęli twierdzić, że jej zdolności zaczęły słabnąć.

Z wizji dotyczących przyszłości, w negatywnym świetle stawiała rozwój wielkich aglomeracji miejskich, gdzie wraz ze wzrostem liczby ludności widziała wzrastającą agresję, ludzi społecznie złych, gdzie gloryfikowany był gwałt i przemoc. Mówiła, że ludzkość gorączkowo rzuci się do pracy w celu podniesienia swego dobrobytu. Będzie budować olbrzymie mosty, kanały, drogi komunikacyjne, zakładać wielkie osady, ogrody warzywne, osuszać bagniska, nawadniać pustynie i w niedalekim czasie sztucznie wywoływać chmury w atmosferze i deszcz, a także je rozpraszać. Przeróżne wynalazki praktyczne umożliwią gospodyniom łatwiejsze prowadzenie gospodarstwa domowego. Dzieci będą badane pod kątem swoich zdolności i w tym kierunku będą kształcone. Nie będzie zadymionych miast, zatruwających swych mieszkańców, ponieważ będą istniały urządzenia odświeżające powietrze w lokalach publicznych i mieszkaniach prywatnych. Na szeroką skalę zakrojone również będą prace nad wykorzystaniem energii słonecznej za pomocą zwierciadeł wklęsłych. Agni twierdziła, że wizje te zaczną stopniowo spełniać się jeszcze przed rokiem 2000. „Zanim jednak nastanie w pełni złoty wiek ludzkości, przeżyje ziemia nasza niejeden kataklizm… Zaburzenia atmosferyczne i wstrząsy wulkaniczne zrobią nam jeszcze niejedną niespodziankę, podobnież i zaburzenia polityczne w różnych państwach”.

W czasie wojny wszelka działalność literacka została oczywiście przerwana. Część książek udało się ukryć, uważano bowiem w domu Pilchów, że jest to najcenniejsza rzecz, jaką posiadają. Z domu furmankami wywieziono jednak sporą część wyposażenia. Oto fragment listu córki Janki do siostry Agnieszki:

„To była częsta scena w czasie drugiej wojny światowej: moja matka nagle przerywała to, co robiła, zamykała oczy i mówiła: Iksiński tu jest. Właśnie zmarł. Napisz do jego rodziny. I dalej następowały szczegóły dotyczące okoliczności śmierci i miejsca, w którym znajdowało się ciało. Większość tych ludzi była czytelnikami naszego pisma, znanymi lub nieznanymi, którzy widzieli w nim pośrednika miedzy tymi dwoma światami. Kiedy umierali z dala od swojego domu, zawsze zjawiali się u mojej matki, aby przekazać ostatnią wiadomość. Dom wydawał się ich pełen. W salonie – gdzie za życia zwykle radzili się mojej mamy – nie można już było usiąść w fotelu, nie czując przy tym czyjejś obecności. Ciągnęli mnie za warkocze, powietrze zdawało się być pełne szeptów, więc przyzwyczaiłam się zawsze mówić: „Dzień dobry“ i „Dobry wieczór“ pustemu salonowi. Na ich prośbę napisałam wiele listów”.

Ostatni „rozdział“ życia rodziny Pilchów opisuje mąż Agnieszki, Jan Pilch:

„Przybrany syn Stanisław Kurletto, działacz AK na Śląsku, zorganizował przerzut przez granicę Generalnej Guberni. W ustalonym dniu, 27 listopada 1943 r. wcześnie rano pojechali do Frydku na Zaolzie, aby u brata zdeponować trochę swego dorobku. Kiedy wrócili do Wisły o godz. 16:00 na dworcu czekało na nich gestapo. Zostali aresztowani i wywiezieni do Cieszyna, a w dniu 24 grudnia 1943 roku przewiezieni do Mysłowic. Stamtąd w kwietniu 1944 r. żonę wywieziono do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, mnie do obozu Sachsenhausen. Kilka tygodni później aresztowano ukrywającą się córkę Jankę. Trzymano nas miesiąc w Cieszynie. Czy Agni, jako jasnowidząca, wiedziała co ją spotka? Już kilka tygodni przed śmiercią zapowiedziała wobec innych więźniarek swoje „wyzwolenie” na dzień 4 stycznia 1945 r. Wtedy, w ostatniej obozowej egzekucji, została rozstrzelana“.

Dlaczego została aresztowana? Oskarżono ją o przemycanie broni partyzantom. Przekazywała im jednak tylko albo aż kartki żywnościowe, zostawiała je w umówionym miejscu pod kamieniem. Wśród walczących był przecież jej syn Stanisław. Mąż po przesłuchaniu mógł zostać zwolniony, ale nie opuścił żony, poszedł z nią do więzienia. Uważał, że jest z żoną na dobre i na złe, zgodnie z małżeńską przysięgą, i nie może jej zostawić w tragicznej chwili. Przeżył wojnę, dzieci również. Jeszcze długo po zakończeniu działań wojennych jej szukał.

Syn Stach wyjechał zaraz po wojnie do Anglii, a stamtąd do Brazylii, gdzie założył rodzinę. Był bardzo uzdolniony plastycznie, malował. Janka po powrocie z obozu pracowała w Katowicach jako dziennikarka. Później wjechała do Brazylii i tam wyszła za mąż. Zawsze pisała wiersze i opowiadania, już jako młoda osoba współpracowała z „Hejnałem”, była bardzo uzdolniona. Najstarsza córka Anna, którą nazywano często Anita, wyszła za mąż za pastora Franka i przeniosła się do domu parafialnego w centrum Wisły. Przy niej do końca mieszkał mąż Agni. Najmłodsza córka, Agnieszka, wyszła za mąż i zamieszkała w Warszawie. Willę „Sfinks” sprzedano w 1985 r. jednemu z mikołowskich zakładów pracy jako pensjonat.

Paranormalne właściwości Agnieszki Pilchowej i jej dokonania są może nie całkiem zrozumiałe dla „przeciętnego śmiertelnika”, ale są potwierdzone przez wielu naocznych świadków oraz opisane w literaturze. Można jeszcze dodać, że wszyscy pamiętali jej „ogromne jasnoniebieskie oczy, które w momencie wizji stawały się jeszcze bardziej niebieskie”, Anna Szatkowska zaś tak ją wspomina: „Była to osoba bezpośrednia, energiczna, raczej okrągła”.

Na pewno była wyjątkowa, choć nigdy nie zabiegała o popularność, a zyskiwała ją dzięki pracy wykonywanej z wielkim entuzjazmem i zaangażowaniem.

http://www.sucha.cz/rservice.php?akce=tisk&cisloclanku=2011040005

Przeczytaj także:

Pamiętniki jasnowidzące z wędrówki życiowej poprzez wieki

Niepokalane Poczęcie

A_Pilchowa_Zycie_na_ziemi_i_w_zaswiecie_cz1.pdf

 

 

Posted in SYLWETKI, Znalezione w sieci, Świadectwa | Leave a Comment »

Wierzyłem w szatana – świadectwo Artura

Posted by tadeo w dniu 7 kwietnia 2019

„Przyszedłem rzucić ogień na ziemię” – świadectwo Artura. Był członkiem zorganizowanej grupy przestępczej. Narkotyki, ogromne pieniądze, seks, alkohol, imprezy, najnowsze samochody. Miał wszystko. Aż w końcu trafił do zakładu karnego, w którym spędził prawie 7 lat. Odeszła od niego żona i koledzy. To właśnie w tym miejscu zaczął zajmować się okultyzmem. Przeklinał Boga. W jego życiu zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Był na dnie. – Wierzyłem w szatana – mówi w swoim świadectwie Artur W końcu postanowił zawołać i to jedno zdanie stało się przełomem w jego życiu. Po 30 latach doświadczył mocy Boga Żywego. ŚWIĘTY OGIEŃ to historie nawrócenia, pogmatwane życiorysy, historie działania Bożego światła w życiu. Oglądaj nowy cykl na https://www.salvetv.pl

Posted in Świadectwa | Leave a Comment »

Objawienia s. Józefy Menendez

Posted by tadeo w dniu 18 lutego 2019

Jakie przesłanie zostawił Pan Jezus poprzez s. Józefę Menendez? – Bardzo mnie dotyka i mam odzewy od ludzi, którzy czytali „Apel miłości” – porusza ich wszystkich dobroć Serca Jezusowego. O ile św. s. Faustyna jest apostołką miłosierdzia, to s. Józefa Menendez jest apostołką dobroci i miłosierdzia – mówiła s. Jolanta Glapka – Pan Jezus mówi o tym, że bardzo się cieszy, kiedy grzesznicy do Niego przychodzą. Wyczekuje nas z wielką tęsknotą – dodawała – Ta miłość, która wypływa z Serca Jezusa, Jego łaski, płyną bezustannie, bez względu na osobę – podkreślała – Chciałam powiedzieć o tym, o czym Pan Jezus zapewnił, a ja tego doświadczyłam – zaznaczyła S. Jolanta Glapka RSCJ o pasji życia, walce z uzależnieniami i o niezwykłej patronce, która troszczy się nawet o… pieniądze.

https://gloria.tv/video/VoLwEegVGM4i6zndhxX4eakeU

https://gloria.tv/video/2Ar38DoxFZxM3meHDs21wMnmf

Przeczytaj także:

Wezwanie do miłości

JÓZEFA MENENDEZ I JEJ MISJA GŁOSZENIA MIŁOŚCI I MIŁOSIERDZIA BOŻEGO

ORĘDZIE BOSKIEGO SERCA JEZUSOWEGO DLA ŚWIATA – s.Józefa Menendez

Sługa Boża Józefa Menendez – Wizja piekła

https://www.siostry-sc.pl/kim-jestesmy/osobowosci-zgromadzenia/s-jozefa-menendez

Posted in Miłosierdzie Boże, Świadectwa, Święci obok nas | Leave a Comment »

Ks. Władysław Bukowiński – Apostoł Kazachstanu

Posted by tadeo w dniu 24 października 2018

Reportaż przybliża osobę ks. Władysława Bukowińskiego (1904-1974) nazywanego „Apostołem Kazachstanu

Ks. Bukowiński niósł miłosierdzie ubogim, zniewolonym przez system. Człowiek, który nie miał nic, dawał innym tak wiele. Służył w miejscu, gdzie wszystko było zakazane, wszystko wydawało się niemożliwe, a on pomimo represji, nawet więziony w łagrach duszpasterzował.

Błogosławiony ks. Bukowiński to wzór duszpasterza, człowieka miłosierdzia, spowiednika, osoby o bogatym wnętrzu, który był zawsze do dyspozycji potrzebujących.

Zobacz także:

Posted in Filmy dokumentalne, Filmy religijne, Reportaż, Świadectwa, Święci obok nas | Leave a Comment »

Jestem miłosierny, ale też sprawiedliwy. Świadectwo Ewy

Posted by tadeo w dniu 3 lipca 2018

01/07/2018

Błagałam Boga, żeby poćwiartował mnie na milion kawałków, zabił – tak bardzo czułam się grzeszna. Tego uczucia nie da się naprawdę opisać słowami. Czułam się najgorszym grzesznikiem na ziemi. […] Wówczas doznałam pewności, że gdyby On zabrał mnie w tamtym momencie z ziemi, to zostałabym w tym piekle. Więc znów błagałam Go o Niebo – o to miejsce, które wcześniej mi pokazał. Mówiłam do Boga: „Przecież Ty jesteś miłosierny”, a On na to: Tak, masz rację, Ja jestem miłosierny, ale też sprawiedliwy.

 Fot. VICONA

Znam Ewę od siedemnastu lat, ale dopiero od pięciu  – można tak powiedzieć –  jest moją siostrą duchową. Poznałyśmy się we Francji, gdzie przez jakiś czas pracowałyśmy. W 2012 roku, niezależnie od siebie, nawróciłyśmy się – ona na początku roku, ja pod koniec. Wcześniej nasza relacja z Panem Bogiem wyglądała bardzo podobnie: obie wychowane w katolickiej rodzinie, jednak z biegiem lat, mimo iż nie wyparłyśmy się całkiem wiary i Boga, to żyłyśmy tak, jakby Go nie było; zupełnie lub prawie zupełnie zrywając z życiem sakramentalnym, modlitwą. Aż do roku 2012, kiedy to Pan Bóg upomniał się o nas.

Można powiedzieć, że to ona pociągnęła mnie do mojego nawrócenia, poprzez to, co opowiadała mi o sprawach wiary. To nią właśnie Pan Bóg posłużył się, aby mnie na nowo przyciągnąć do Siebie, choć mój powrót do Niego nie odbył się w tak nadzwyczajny sposób. Z jej świadectwem zapoznałam się dopiero później, ponieważ z początku dość ostrożnie się nim dzieliła.

Znając Ewę przez ten cały czas, wiem, że owoce tych doświadczeń, które były jej udziałem, są w jej życiu dobre – pogłębiła swoje życie religijne i trwa w Bogu z tak niezachwianą gorliwością, której mogę jej tylko pozazdrościć.

Świadectwo Ewy

Choć wiem, że Jezus Chrystus jest Drogą, Prawdą i Życiem, ciągle szukam odpowiedzi na pytanie, gdzie jest prawda na mój temat? Kim jestem? Czego chce ode mnie Bóg? Jak żyć, żeby być szczęśliwą i szczęście dawać innym? Od samego dzieciństwa, moje serce i umysł szukało Boga. Tego prawdziwego, żywego, kierując się słowami Jezusa: „Szukajcie, a znajdziecie”.

Moje doświadczenie, o którym opowiem, trwało w sumie około tygodnia. Przez pierwszych parę dni miałam odczucie Nieba, raju, potem doświadczyłam piekła…

Otóż pewnego dnia, po Świętach Bożego Narodzenia, idąc do centrum miasta na zakupy, zatrzymałam się przy kiosku Ruchu. Moją uwagę przyciągnęła książka „Ojciec Pio. Droga do świętości”. Poczułam w sercu, że powinnam ją kupić, co też zrobiłam. Zawsze uważałam, że w naszym życiu nic się nie dzieje przez przypadek, ale nie przypuszczałam, że po  przeczytaniu tej książki, coś może się wydarzyć, jakby wszystko za sprawą Ojca Pio.

Po jakimś czasie znów poszłam do centrum miasta na zakupy i nagle… poczułam jakby Niebo się nade mną otworzyło! Jakby Bóg dotknął mnie swoją łaską! Poczułam się tak, jakbym fruwała, jak w jakiejś ekstazie… Szłam, a jednak fruwałam! Naprawdę czułam, jakby Niebo się otworzyło i cała łaska Boża spływała na mnie i na wszystkich ludzi (bo z początku myślałam, że wszyscy tego doświadczają). Popatrzyłam w niebo – nie zmieniło się – było błękitne jak dawniej, to znaczy takie normalne. A jednak ja czułam, że jestem świadkiem czegoś niezwykłego, czegoś pięknego, i zaczęłam prosić Boga, żeby tak już zostało na zawsze, i żeby cały świat czuł to, co ja, albo żeby On zabrał mnie teraz do Siebie, do Nieba. Ale On milczał. Chciałam, żeby ten stan trwał wiecznie. Czułam się tak, jakby sam Bóg i wszyscy święci oraz aniołowi zstąpili na ziemię! Jakby ziemia i Niebo połączyły się w jeden, wielki Boży raj. Nie umiem lepiej tego określić. Wszystko wówczas wydawało mi się bardzo, bardzo piękne!

Ciągle w tej ekstazie (ale naprawdę w całkowitej pełni władz umysłowych), kiedy Niebo nade mną było otwarte, wychwalałam Boga, Jego dobroć i miłosierdzie. W swoim sercu prosiłam Go, żeby zabrał nas wszystkich do Siebie. Byłam napełniona tak wielką miłością do Boga, do ludzi, do każdego człowieka! Chciałam z całego serca przytulić i ucałować każdą napotkaną osobę, jakby była moim bratem czy siostrą. Przy tym pragnęłam, żeby wszyscy ludzie na ziemi mogli zobaczyć i doświadczyć tego, co ja. Żebyśmy wszyscy byli połączeni w jednym – połączeni w Bogu. Wydawało mi się, że jeśli Bóg zechce, to tego dokona, bo przecież dla Boga nie ma nic niemożliwego. Przecież On jest Stwórcą wszystkiego, początkiem i końcem. Więc świat się zmieni, ludzie się zmienią, będzie wielki raj na ziemi i wszyscy będziemy żyć w jedności…

Tak wówczas myślałam, tak to odczuwałam. Ale Bóg nadal nic nie mówił. Milczał. Jednak choć Go nie widziałam, to czułam, że jest obok mnie.

Po jakimś czasie, jeszcze tego samego dnia, usłyszałam takie słowa w sercu: Arka Przymierza… Arka Przymierza… Noe… Nie wiem dokładnie, co one oznaczały, ale jestem pewna, że wyraźnie je wówczas usłyszałam. Przychodziły mi do głowy myśli, że może Bóg chce, abym Mu w czymś pomogła, abym przygotowała ludzi spotkanych na mojej drodze do czegoś, co ma się niedługo wydarzyć na świecie? I zaraz wchodziły mi do głowy słowa: koniec świata… koniec świata…

Poszłam do kościoła, aby się pomodlić i zostałam tam dłuższy czas. Czułam gdzieś w głębi serca, że nie mogę tego głosu zignorować, ale ciągle zastanawiałam się, co te słowa mogły oznaczać dla mnie samej?

Wróciłam do domu bardzo szczęśliwa, zachowując w swoim sercu wszystko, co usłyszałam i nic nikomu nie mówiąc. Byłam taka inna, taka radosna, że każdy z rodziny pytał się, co się dzieje, bo wszyscy zauważyli, że jestem jakaś odmieniona i „dziwna”…

Następnego dnia, który był bardzo słoneczny i ciepły mimo zimowej pory, niezwykle szczęśliwa, znów poszłam do centrum miasta, rozmyślając o tym, co się wydarzyło poprzedniego dnia. Znowu poczułam nad sobą otwarte Niebo, a koło Kościoła Kapucynów także wyraźny zapach kadzidła kościelnego. Choć nie było wówczas żadnej mszy w kościele ani żadnych uroczystości, czułam wyraźnie ten zapach, który nie mógł pochodzić bezpośrednio z kościoła. Tak jak i kadzidło, tak też czułam wyraźnie znowu otwarte nade mną Niebo…

Weszłam do kościoła i znów się modliłam, przez dwie godziny lub dłużej. Nie pamiętam, ile dokładnie, ponieważ czas przestał dla mnie istnieć. Chciałam być po prostu jak najbliżej Boga, rozmawiając z Nim w skupieniu, medytacji, w głębokiej modlitwie – tak jak potrafiłam  – i rozmyślając nad tym, co się dzieje,  wielbić Go… Czułam się wówczas w kościele jak w domu, jak w prawdziwym moim domu, jakbym wreszcie po tylu latach tułaczki odnalazła prawdziwego Ojca, Tatusia… Boga. Nie chciałam w ogóle wracać do mieszkania, bo czułam się tak blisko Boga, że już chyba bliżej się nie da, żyjąc tu na ziemi. Gdybym mogła, zostałabym wówczas w kościele całą noc, a nawet bym tam zamieszkała, byle być jak najbliżej Boga! „Kościół jest naszym domem” – przypomniałam sobie zaraz te słowa, a może Duch Święty mi je podsunął.

Idąc, a raczej jakby fruwając w tej ekstazie nad ziemią, czułam cały czas ogromną miłość do Boga, do ludzi, którzy mnie mijali. Nawet miłość do wszystkich ludzi na świecie. Nieskończoną miłość do wszystkiego. W ogóle nie czułam zła, jakby grzech w ogóle nie istniał na ziemi. I znów zaczęłam podświadomie wielbić w sercu Boga oraz śpiewać pieśni uwielbienia, które same cisnęły mi się do ust i które, wierzę, Duch Święty mi podpowiadał.

Potem usłyszałam głos: woda święcona… woda święcona… i poczułam, że chyba Bóg prosi mnie, abym w kościele poprosiła o tę wodę święconą. Tak więc zrobiłam – nie tłumacząc niczego, poprosiłam spotkanego księdza o wodę, którą otrzymałam.

I tak pomału wracałam do „domu” (bo dziś już uważam, że naszym prawdziwym domem jest Niebo, a na ziemi jesteśmy tylko pielgrzymami, jak mówił św. Jan Paweł II). Po drodze przychodziły mi myśli św. Jana Pawła II: Szukałem was… Totus Tuus…

Wróciłam do mieszkania i poszłam spać, zastanawiając się nad tym wszystkim. Śpiewałam piosenki wielbiące Boga jak „Barka”. Przychodziły mi do głowy myśli, że może Bóg chce, abym zaczęła łowić ludzi dla Niego, bo przecież nie tylko księża i zakonnice, ale każdy człowiek powołany jest do świętości. Przychodziły mi do głowy słowa: świętość.. świętość.. świętość… Alleluja… Alleluja… Alleluja… Przypomniałam sobie, ze moim chyba największym pragnieniem od dziecka było to, aby być świętą w oczach Boga i być z Nim w Niebie po śmierci… Poszłam spać, choć nie było to łatwe, a rodzice zastanawiali się, co się ze mną dzieje.

Trzeciego dnia, znów wychodząc z domu, poszłam na spacer, aby wszystko przemyśleć i znów przy kościele poczułam wyraźny zapach, najpierw kadzidła, a chwilę potem… fiołków. Natychmiast przypomniał mi się Ojciec Pio. Usłyszałam w sercu głos, który powiedział (uznałam natychmiast, że to był Duch Święty): katastrofa smoleńska… katastrofa smoleńska… Trochę się zdziwiłam, bo usłyszałam coś, co nie było związane bezpośrednio z moja osobą, ale instynktownie powiedziałam do Boga: „Boże, błagam Cię, ratuj te wszystkie dusze! Nie pozwól im zginąć w piekle. Błagam, weź ich wszystkich natychmiast do Siebie, do Nieba”. I wówczas miałam takie wrażenie, jakby ten wypadek nie był przypadkowy, jakby to nie było naturalne zdarzenie, jakby Bóg chciał mi powiedzieć, że to była sprawka Złego, choć nie usłyszałam tego tak zupełnie wyraźnie.

Następnie usłyszałam w sercu głos: Teraz dam ci łaskę rozpoznawania grzeszników – kto jest bliżej Nieba, kto jest bliżej piekła. Nie wiedziałam, jak to rozumieć, aż do momentu, kiedy koło mnie przeszła pewna osoba. Natychmiast poczułam zapach fiołków. Potem przeszła inna osoba i poczułam lekki odór spalenizny, swąd jakby spalonej skóry. Natychmiast zrozumiałam, że ta osoba w oczach Boga była bliżej piekła, więc odruchowo powiedziałam do Boga: „Boże, jeśli to prawda – błagam Cię, nie pozwól jej zginąć!” Potem znów mnie ktoś minął, ale nie czułam ani fiołków, ani spalenizny. Po kilku minutach znów ktoś przeszedł obok mnie i poczułam tak straszny odór, swąd palonej skóry, że nie dało się koło tej osoby przejść obojętnie. Aż chciało mi się płakać, wręcz prawie „na kolanach” błagałam Boga, żeby ratował tego człowieka od piekła. I tak to trwało jeszcze przez kilka minut z paroma innymi osobami, które mijałam – raz czułam obok nich wyraźny zapach fiołków, raz nic nie czułam, a innym razem okropny odór.

Wówczas znów wstąpiłam do kościoła i modliłam się, zwłaszcza za te napotkane osoby, za siebie i ogólnie za wszystkich ludzi.

Potem wróciłam do mieszkania. Mama poprosiła mnie, żebym coś zrobiła, a ja jej odpowiedziałam: „Dobrze, wiem, wiem” i natychmiast zrobiłam to, o co prosiła. Odniosłam wówczas wrażenie, jakbyśmy sobie czytały w myślach i obie byłyśmy tym zaskoczone. Potem mama powiedziała mi: „Już chyba czas zdjąć choinkę?”, a ja na to: „Tak, tak, zaraz to zrobię”. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, ale miałam wrażenie, jakbyśmy nie tylko czytały sobie w myślach, ale jakbyśmy miały zjednoczone serca, jakbyśmy były jednością – naprawdę nie umiem tego inaczej opisać. Ale było w tym coś naprawdę niesamowitego, chyba i dla niej i dla mnie, bo widziałam jak obie byłyśmy w szoku. To zdarzenie niespodziewanie nas zbliżyło – jakby nasze dusze – na jakiś czas.

Po tym co się stało, odniosłam wrażenie, że Bóg chce, abym pojednała się z rodziną, głównie z mamą. Niby nie byłyśmy skłócone, ale nie umiałyśmy od wielu lat naprawdę szczerze ze sobą rozmawiać. Ale ja się wystraszyłam, bo przecież, co ja jej powiem? I odeszłam, poszłam sobie… Mama powiedziała jeszcze, że od kilku dni ma dziwne sny. Pomyślałam wówczas, że pewnie śni jej się moja babcia – jej mama i moja siostra bliźniaczka, która zmarła po urodzeniu.

Potem przez resztę dnia i kilka następnych dni, mama była jakaś niespokojna. Wiedziała, że coś się ze mną dzieje, ale nie wiedziała co. Pytała się mnie o to, nie mogła spać, miała dziwne sny. Chciała ze mną rozmawiać, ale ja ze strachu uciekałam od niej, aby tylko nie rozmawiać na ten temat. Bałam się. Mama prosiła o rozmowę, ale ja uciekałam, bo co jej miałam powiedzieć? Że dobry Bóg w swej Miłości dał mi tak wielką łaskę, że… rozmawiam z Nim? Przecież od razu wsadziłabym mnie do psychiatryka.

W końcu, trochę tak na odczepnego, powiedziałam jej, że nic się nie dzieje. Nie potrafiłam i nadal nie umiem być do końca szczera z rodziną, więc z tchórzostwa skłamałam. I natychmiast poczułam się bardzo, bardzo źle. Wyszłam z domu i poszłam, pobiegłam do kościoła, cały czas płacząc po drodze jak małe dziecko, błagając Boga o pomoc i przebaczenie. Miałam przy tym wrażenie, że Bóg chce, abym to nie Jego przepraszała, ale głównie mamę. Ja jednak nie umiałam tego zrobić.

Pamiętam, że tamtego dnia wróciłam do domu bardzo późno, bo nie mogłam dojść do siebie, ale postanowiłam wówczas, że następnego dnia spróbuję szczerze z rodzicami porozmawiać. Jednak strach przed tą rozmową mnie paraliżował. W nocy wzięłam Pismo Święte i książkę o Ojcu Pio i próbowałam się skupić na czytaniu. W końcu udało mi się zasnąć, choć z trudem, bo tak płakałam, błagając Boga o pomoc. Choć chciałam rozmawiać z mamą (z rodzicami) o tym wszystkim, co się dzieje, to strach był tak wielki, że nie umiałam się przełamać. Nie potrafiłam wydusić z siebie ani jednego słowa.

Następnego dnia odpuściłam. Powiedziałam Bogu, że nie umiem jej tego powiedzieć, nie umiem z nią szczerze rozmawiać. Mówiłam Bogu: „Przecież Ty wiesz, że ja mimo wszystko kocham rodziców i oddałabym swoje życie za nich, ale nie umiem z nimi szczerze rozmawiać, bo oni i tak mnie nie rozumieją. Myślą, że jestem chora itp.”. Mówiłam Bogu, że my mówimy innymi językami, jesteśmy jakby z dwóch różnych światów i że nie umiem się z nimi dogadać.

Usłyszałam głos: pojednanie… jedność… spróbuj się pojednać… Wiedziałam, że chodzi głównie o mamę, bo z tatą trochę łatwiej mi się rozmawiało.

Potem ten głos (wierzę, że Duch Święty) poprosił mnie, abym wzięła wodę święconą i połowę wypiła, a drugą połowę wylała, pokropiła groby na cmentarzu – groby mojej siostry bliźniaczki i dziadków. Wówczas nie widziałam w tym nic dziwnego, więc tak zrobiłam – część wody wypiłam, a częścią pokropiłam groby, jednocześnie modląc się za tych zmarłych.

Kiedy wracałam z cmentarza, zaczęłam mieć wątpliwości i znów ogarnął mnie strach, czy dobrze zrobiłam. I zaczęłam trochę w panice szukać w Internecie informacji na temat picia wody święconej bo może popełniłam jakieś świętokradztwo, jakiś ogromny grzech? Ale nie znalazłam jednoznacznej odpowiedzi, tylko same sprzeczne. Na niektórych stronach było napisane, że to nie grzech, na innych, że to grzech… A wówczas bałam się iść do kościoła i zapytać bezpośrednio o to księdza. Szukałam też informacji, czy można kropić groby wodą święconą, ale wtedy nic na ten temat nie znalazłam w Internecie (choć to wydawało mi się mniej niedorzeczne niż picie wody święconej).

Potem znów pojechałam do kościoła, bo chciałam się pomodlić, porozmawiać z Bogiem, pomedytować w skupieniu.

Następnego dnia mama znalazła koło mnie książkę o Ojcu Pio i Pismo Święte, które od kilku dni czytałam, studiowałam bez przerwy, więc przestraszyła się, jak sądzę, bo nigdy wcześniej nie widziała w moich rękach Pisma Świętego, a czuła, że coś się ze mną dziwnego dzieje. Pytała, po co to czytam? Ja, jeśli dobrze pamiętam, odpowiadałam, że mam taką potrzebę albo nic nie mówiłam i wychodziłam z domu, głównie do kościoła. Więc chyba znów tchórzyłam, nie potrafiłam rozmawiać.

Później, wieczorem, poszłam do siostry. Bałam się wrócić do rodziców. U siostry było mi trochę lżej, choć i ona widziała, że coś się ze mną dzieje. Pytała mi się o to, a ja jej nic nie odpowiadałam, bo nie chciałam kłamać, więc milczałam, udawałam trochę, że jej nie słyszę. Rozmyślałam tylko nad tym wszystkim. Próbowałam zmienić temat rozmowy, ale cały czas myślałam tylko o Bogu.

Zaczęłyśmy oglądać jakiś film, to znaczy ona oglądała, a ja udawałam, że oglądam. Chwilę potem, nagle zaczęło mi się robić bardzo, bardzo zimno, choć w mieszkaniu było ponad 20 stopni. Trzęsłam się jak galareta, a siostra pyta: „Co ci tak zimno?” A ja nadal się trzęsłam, czując dosłownie mróz. Siostrze odpowiedziałam po prostu, że mi zimno, choć zaczęłam podejrzewać inną ewentualność. Siostra, która jest lekarzem powiedziała na to: „Widzisz, widzisz? Jakbyś chodziła w czapce, to teraz nie byłoby ci zimno. Jeszcze się przeziębisz”. Tak się trzęsłam z zimna, że w końcu siostra podała mi koc, ale on nie pomógł. Było mi jeszcze zimniej. Dostałam drugi koc, ale i to nie bardzo pomogło. No i siostra znów powiedziała, że to z powodu tego, że chodzę bez czapki i się rozchoruję. Tamtego wieczoru i nocy nie rozmawiałyśmy już na ten temat. Skończyłyśmy oglądać film, a potem poszłyśmy spać. Próbowałam zasnąć.

Następnego dnia, znów biłam się z myślami na temat czekającej mnie rozmowy z rodzicami. Postanowiłam, że porozmawiam z mamą, ale znów nie udało mi się przeprowadzić tej rozmowy.

Nazajutrz, będąc na Mszy Świętej (była niedziela), mocno skupiona na tym, co mówi ksiądz, tuż przed Komunią, w momencie, kiedy wierni wymieniają znak pokoju, usłyszałam w sercu wewnętrzny głos, który powiedział: Tylko nie patrz w oczy… Wówczas ja odwróciłam się do osoby za mną, podając jej rękę – ale nie udało mi się uniknąć patrzenia w jej oczy – a jej oczy oraz twarz i uśmiech stały się takie.. szatańskie. Uśmiech taki wykrzywiony, jakby u osoby opętanej. Z kolejną osobą, której podałam rękę na znak pokoju stało się dokładnie to samo. Zobaczyłam u niej dosłownie te same straszne oczy i ten wykrzywiony uśmiech. Wówczas lekko się przestraszyłam i szybko się odwróciłam, patrząc na ołtarz, na Pana Jezusa i uczestniczyłam dalej w Mszy Świętej, modląc się za te osoby i za siebie. Jestem pewna, że to mi się nie wydawało. To nie były ich oczy, tych biednych ludzi, ale kogoś innego. Od razu pomyślałam, ze to Szatan.

Wróciłam spokojnie do domu, próbując rozmawiać z rodzicami, ale znów  nie udało mi się. Pod wieczór znów poszłam do siostry i przesiedziałam u niej do późna w nocy. Tym razem poczułam u niej wyraźnie ten sam odór, co wcześniej czułam na ulicy. Zapytałam się jej, czy może czegoś nie przypaliła. Odpowiedziała, że nic nie gotuje. Poszłam więc sprawdzić sama, ale nic nie było. Sprawdziłam, czy żelazko nie jest może włączone i śmierdzi – choć nie był to zapach spalonego żelazka – ale ono też było wyłączone. Ale ja nadal czułam ten odór.

Nic nie mówiłam ani jej ani Bogu w sercu, bo mnie to tak zszokowało, że nie wiedziałam, co powiedzieć. Trwało to kilka chwil i potem ustało tak szybko, jak się pojawiło. Następnie po kilku minutach znów poczułam, że robi mi się zimno i zaczęłam się trząść jak wcześniej. Znów siostra dała mi koc. Ja się nim nakryłam i w zasadzie nie rozmawiałyśmy już o niczym, tylko udawałyśmy, chyba obydwie, że oglądamy film. Potem ona powiedziała: „Widzisz, widzisz, będziesz chora, bo chodzisz bez czapki”. Trzęsłam się z zimna chyba aż do samego pójścia spać.

Kolejnego dnia, kiedy szłam do miasta, poczułam się jak… Bóg – co mnie potem bardzo przeraziło. Przemknęła mi przez głowę myśl: jestem Bogiem oraz to, że nie potrzeba mi Boga w moim życiu, sama sobie poradzę. Przez chwilę byłam z siebie nawet dumna, taka pyszna. Lecz potem rozpłakałam się. Poczułam ogromny wstyd i żal. Pobiegłam natychmiast do kościoła, błagając Boga o wybaczenie, że tak się wywyższyłam. Czułam się taka brudna, niegodna. Wpadłam w wielką panikę, ale taką wewnętrzną, w duchu, bo na zewnątrz nie dawałam po sobie poznać, że coś się dzieje.

Siedząc w kościele, cały czas błagałam Boga o wybaczenie. Czułam, że poważnie zgrzeszyłam przeciw Niemu, a przecież zawsze chciałam, żeby Bóg był na pierwszym miejscu w moim życiu. Wówczas przez chwilę znów poczułam obok siebie ten sam odór, choć koło mnie nie było nikogo, i usłyszałam słowa: bunt… nieposłuszeństwo… odstępstwo… pycha… oraz w myślach słowa: Szatan wdarł się do wnętrza Kościoła. A więc jeszcze usilniej zaczęłam się modlić i błagać o wybaczenie za te moje myśli. Potem usłyszałam: krokodyle łzy… krokodyle łzy… i jeszcze mocniej płakałam.

Poczułam się jakbym sama była szatanem. Pomyślałam, że jestem potępiona i uciekłam z kościoła. Jednak wybiegając, usłyszałam głos: Nie uciekaj. Nie uciekaj ode Mnie. Ale uciekłam, nie potrafiłam wówczas zostać. Odpowiedziałam Bogu: „Boże, Ty wiesz, że ja Cię kocham, że oddałabym życie swoje dla Ciebie, ale nie umiem Ci teraz popatrzeć w Twarz, w Twoje oczy. Błagam Cię o wybaczenie” i uciekłam jak poparzona, płacząc cały czas. Po tym unikałam trochę kościoła. Bałam się iść, podejść do Boga, choć starałam się modlić.

Następnego dnia rano, cały czas chodziłam smutna, przybita. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Chciałam umrzeć. Wieczorem zachowywałam się tak, jakbym oszalała, postradała zmysły – tak to wyglądało na zewnątrz. Słyszałam słowa: potępienie… potępienie…. krokodyle łzy… Próbowałam walczyć z tymi głosami, ale nie udawało mi się. Czułam odór spalenizny, tak mocny, ze nie dało się wytrzymać. Czułam się bardzo samotna – jakby Bóg mnie opuścił – choć rodzina była tuż obok. Ale ja nie chciałam z nikim rozmawiać bo wiedziałam,  że przecież mnie nie zrozumieją, nie uwierzą.

Zastanawiałam się, czy te wszystkie słowa pochodzą od Boga, czy od Szatana? Miałam nadzieje, że gdzieś jednak jest Bóg, ale On nic nie mówił. W tym omoku robiłam dziwne rzeczy; biegałam jak opętana, ciągle przepraszałam Boga i rodzinę za krzywdy, które im wyrządziłam. Ukazały mi się moje grzechy, ale głównie te ciężkie, które obraziły Boga, z których się nie spowiadałam. Grzechy z Prawa Mojżeszowego: „Nie będziesz miał Bogów cudzych przede Mną – wróżki, horoskopy, oraz „Czcij ojca swego i matkę swoją” – nacisk położony był na moją mamę. Wiedziałam, że choć kocham rodziców, to w stosunku do mojej mamy miałam grzech, który hodowałam w sobie od wielu lat – grzech nie przebaczenia, zatwardziałości serca. Także kilka innych grzechów zostało mi przypomnianych.

Chciałam naprawdę umrzeć. Płakałam. Rodzina ciągle była przy mnie i pytała z niepokojem, co się dzieje. Ale wówczas nie liczył się za bardzo nikt, prócz mnie samej i Boga.  Ciągle płakałam jak małe dziecko, błagając Boga i rodzinę o wybaczenie za moje wszystkie grzechy. Oni odpowiadali: „Dziecko, za co ty nas przepraszasz? Przecież nic nam nie zrobiłaś”.

Chciałam po prostu umrzeć z tego powodu, że tak bardzo obraziłam Boga. Cała moja z Nim rozmowa toczyła się w moim wnętrzu. Nic nie mówiłam na głos, bo nie chciałam  jeszcze bardziej martwić rodziców. W między czasie słyszałam słowa: dziesięć przykazań Bożych… dziesięć przykazań Bożych… Mojżesz… Mojżesz… Zaraz też usłyszałam głos: przeleć go… przeleć go… a obok mnie był mój szwagier, który próbował dowiedzieć się ode mnie, co się dzieje. Ale z nim nie rozmawiałam, bo nie chciałam ich jeszcze bardziej denerwować.

Byłam już totalnie wykończona. Miałam wrażenie, że całe piekło było obok mnie. Próbowałam z tym walczyć, ale nie udawało się. Błagałam Boga, żeby poćwiartował mnie na milion kawałków, zabił – tak bardzo czułam się grzeszna. Tego uczucia nie da się naprawdę opisać słowami. Czułam się najgorszym grzesznikiem na ziemi, wstydziłam się siebie i swoich grzechów. Chciałam, żeby Bóg zabrał mnie do siebie, do Nieba, ale On nie chciał.  Potem prosiłam Go, żeby po prostu zabrał mnie z tego piekła, ale On nic nie czynił.

Potem znów usłyszałam: dziesięć przykazań Bożych… Wówczas doznałam pewności, że gdyby On zabrał mnie w tamtym momencie z ziemi, to zostałabym w tym piekle. Więc znów błagałam Go o Niebo – o to miejsce, które wcześniej mi pokazał. Mówiłam do Boga: „Przecież Ty jesteś Miłosierny”, a On na to: Tak, masz rację, Ja jestem miłosierny, ale też sprawiedliwy i znów powtórzył: dziesięć przykazań Bożych… A ja znów to samo: „Przecież Ty, Boże jesteś Miłosierny”, a Bóg: Tak, jestem miłosierny, ale też sprawiedliwy.

I tak trwało to jakiś czas, a dla mnie to była wieczność. Tak targowałam się z Bogiem, w miedzy czasie myśląc sobie, że będę targować się z Nim, aż wreszcie Go przekonam i zabierze mnie do Siebie.  Lecz zaraz usłyszałam: To nie jest żadna gra… i nagle zrozumiałam –  jakbym jeszcze bardziej uświadomiła to sobie – że tu chodzi o mnie, o moje prawdziwe życie. O życie po śmierci…

Ale nadal trwałam w swym uporze i mówiłam, że prędzej umrę, niż porozmawiam i przebaczę mamie. Prędzej życie swoje oddam za nią, niż z nią porozmawiam. I nadal starłam się przekonać Boga do swoich racji. A Bóg mówił, że jeśli chcę, to mogę to przerwać.  Zrozumiałam wówczas, że byłam w stanie wyjść z tego piekła, z tego stanu, jeśli jej przebaczę urazy z przeszłości. Jeśli chcesz, możesz to przerwać –  mówił.

Jednak ja znów uparcie mówiłam, że wolę umrzeć. Poza tym wiedziałam, że przecież ona mnie nie zrozumie, więc co jej powiem? Mówiłam Bogu: „Przecież Ty wiesz, że ja kocham mamę, rodziców, ale oni mnie nie rozumieją”. Bóg milczał.

Słyszałam, jak mama mówiła: „Ona chyba oszalała”. A głos mi mówił: Jeśli tego nie przerwiesz, możesz trafić do szpitala…. Nie zareagowałam na to, tylko uparcie błagałam Go, żeby zabrał mnie do Nieba, bo przecież jest Miłosierny…

Naprawdę miałam wrażenie, że Szatan jest blisko mnie. Od czasu do czasu czułam w całym domu, gdzie tylko się pojawiałam, odór spalenizny, jakby spalonego ciała. Bałam się. Zachowywałam się jak oszalała, uciekałam od głosu demona, nie chciałam go słuchać,  choć wówczas nie wiedziałam już, czy to demon czy Bóg, bo mówił: potępiona… potępiona… potem: Adam i Ewa… pycha… wywyższenie się… Następnie usłyszałam: Oni zginęli przez ciebie.Zrozumiałam natychmiast, że chodziło o katastrofę smoleńską. Jesteś jak Judasz. Jesteś Judaszem! – mówił głos.

Wiłam się jak wąż. Chciałam rozpaść się na milion kawałków. Miałam wrażenie, jakby Bóg mnie opuścił i jakbym została całkiem sama. Chciałam wybiec z domu. Próbowałam się gdzieś schować, chciałam zapaść się pod ziemię. Chciałam, żeby wszystkie drzewa, pagórki zawaliły się na mnie, unicestwiły – totalny Armagedon. Zazdrościłam mojej siostrze bliźniaczce, że umarła. Choć próbowałam uciec, nie udało mi się, bo moja rodzina mocno mnie pilnowała. Słyszałam wszystko, co mówili do mnie, jednak te odgłosy z piekła powodowały, że nie potrafiłam się uspokoić.

Po jakimś czasie, na chwilę wszystko się uspokoiło. Powiedziałam w końcu mamie,  że błagałam ją o wybaczenie za niewdzięczność, za grzechy itd. i że ją kocham (myślałam, ze jeśli trzeba będzie, to oddam za nią swoje życie). A ona na to: „Dziecko, za co ty mnie przepraszasz? Co ty mówisz? Jakie ty możesz mieć grzechy?” Ale ja już nic nie odpowiedziałam.

Potem, w trakcie dyskusji z Bogiem, kiedy prosiłam Go znów o wzięcie mnie do Nieba, Bóg odpowiadał, że nie może bo jestem z stanie grzechów ciężkich. A ja Mu odpowiedziałam w końcu, trochę ze złością: „Aha, dobrze! To zostaw mnie tutaj (czyli w tym piekle,) wszystko mi już jedno!”. Natychmiast po tych moich słowach poczułam, jakby Bóg wyszedł z mojego serca (nie umiem tego inaczej określić) i zaraz potem jeszcze większe dręczenie. Natychmiast pożałowałam tego, co powiedziałam i zaczęłam błagać Boga, by wrócił. Płakałam jeszcze mocniej, krzyczałam w sercu: „Boże, błagam, wracaj!” i znów poczułam jakby On wszedł do mego serca i odniosłam ulgę. Poczułam, że mimo tych dręczeń, Bóg znów jest ze mną, w moim sercu.

W trakcie tego dziwnego, nadprzyrodzonego stanu, kiedy już karetka była w drodze, moje ciało było jakby sparaliżowane. Ja sama czułam, że jeśli tylko zechcę, to mogę wstać (mam wagę 55 kilo), a innym bardzo ciężko było mnie podnieść. Czterech dobrze zbudowanych mężczyzn ledwo mnie podniosło, jakbym ważyła tonę. Przyjechała karetka. Zbadali mnie na miejscu i okazało się, że wszystko w porządku – normalne oczy, normalne bicie serca, normalne ciśnienie. A jednak nie mogli mnie podnieść. Próbowali ze mną rozmawiać, ale ja nic nie odpowiadałam. Nie chciałam.

Z tego co pamiętam, to słyszałam też głosy, które mówiły, że jestem najgorszym człowiekiem na świecie, najgorszym grzesznikiem. Czułam się po prostu naprawdę strasznie, było mi już wszystko jedno, co się ze mną stanie. Czułam się taka brudna, taka nieczysta…

W końcu dojechaliśmy do szpitala. Tam dostałam zastrzyk, który ponoć miał mi pomóc. W tym samym momencie ja powiedziałam do Boga: „Boże, zrób ze mną co chcesz. Poddaję się. Tylko błagam – Jezu, ratuj mnie!”, To „…ratuj mnie” powiedziałam na głos, żeby inni słyszeli. Wówczas lekarz powiedział: „Aha, to już chyba wiemy, o co w tym wszystkich chodzi. Zastrzyk zadziałał”, sugerując chorobę psychiczną.

No i tak w zasadzie wszystko się skończyło. W szpitalu zostałam miesiąc. Kiedy z niego wyszłam, pobiegłam od razu do kościoła, aby wyspowiadać się z wszystkich grzechów, jakie pamiętałam, choć nadal dręczyło mnie to, czy ja rzeczywiście jestem jak Judasz? Zaczęłam chodzić często do kościoła, spowiadać się jak najczęściej i jak najczęściej przyjmować Świętą Eucharystię.

Dziękowałam Bogu, i nadal codziennie dziękuję, że mimo tego wszystkiego, mimo tych moich okropnych grzechów, nie umarłam, a On zlitował się nade mną i nadal jestem tutaj i żyję. W sumie całe to wydarzenie określiłam potem właśnie jako „ostrzeżenie od Boga”, które otworzyło mi oczy, na to, co tutaj na ziemi tak naprawdę się dzieje, czyli na wojnę – walkę duchową między Dobrem a złem.

Po jakimś czasie przypadkiem wpadła mi w ręce książka księdza Tadeusza Kiersztyna – „Ostatnia walka”, gdzie opisane są dzieje ludzkości i to, do czego dąży szatan kusząc każdego człowieka, a mianowicie do tego, by każdy uznał, iż nie potrzebuje w swoim życiu Boga, a sam siebie uznał za Boga, żeby człowiek sam siebie ubóstwił, uznał za samowystarczalnego, jak to było w przypadku naszych pierwszych rodziców – Adama i Ewy.

Ewa

Krosno, 2012 r.

https://www.vicona.pl/single-post/Jestem-milosierny-ale-tez-sprawiedliwy-Swiadectwo-Ewy

Posted in Religia, Świadectwa | Leave a Comment »

Od lęku do miłosierdzia i uwielbienia – Anna Kuraś

Posted by tadeo w dniu 29 kwietnia 2018

Wstrząsające świadectwo Anny, która z Bożego dopustu doświadczyła czym jest realna obecność złego ducha i jego nienawiść do każdego człowieka. Wszystko zmieniło się w chwili, gdy Anna uwierzyła, że tylko Jezus Chrystus jest jej Królem i Zbawicielem, a życie doczesne jest walką o życie wieczne.

Rejestracja: ks. Sławomir Kostrzewa

Posted in Świadectwa | Leave a Comment »

Fragment „Z ziemi chełmskiej” Władysław Stanisław Reymont

Posted by tadeo w dniu 13 grudnia 2017

A jakie to dusze wzniosłe, bohaterskie i oddane świętej sprawie, niech opowie krótka historya, jedna z tysiąca, fakt straszliwie prawdziwy i rzeczywisty aż do okropności.

337

W 1874, w roku zniesienia Unii na Podlasiu, na pograniczu powiatów bialskiego i konstantynowskiego, w małej wioseczce Kłoda, należącej do horbowskiej parafii unickiej, biedował na paru morgach niejaki Józef Koniuszewski, a że ziemi miał mało i lichej, to pracowicie dorabiał po dworach i sąsiadach, żeby się tylko wyżywić wraz z żoną, dzieckiem paroletniem i krowiną. Byli to ludzie porządni, spokojni, a bardzo przywiązani do swojego wyznania.

338

Ale przyszło zniesienie Unii, zaczęto na gwałt nawracać Podlasie i Chełmszczyznę, trafili więc i do Horbowa, spędzili całą parafię pod cerkiew i kazali się wszystkim przepisywać na prawosławie. Nawracanie odbywało się, jak wszędzie, w przepisanym z góry porządku i formie. Kto uległ wymowie batów, kto obietnic, kto dłuższym siedzeniem w Białej, ale Koniuszewscy, wraz z wieloma ze swojej wsi, nie ulegli; dostali też sporą porcyę, a Koniuszewski nawet więcej, niźli drudzy, gdyż żarliwiej i głośniej bronił swojej wiary, a omdlewając pod nahajami, jeszcze krzyczał:

339

— Polak jestem i katolik! Zabijcie, a nie przejdę!

340

Nie zabili go, ale za to dłużej musiał się lizać z ran i ciężej przychodził do zdrowia. A jakby na tem większą niedolę nieszczęśliwych na Koniuszewską, będącą w tym czasie już w ósmym miesiącu ciąży, zwrócił szczególną uwagę strażnik i często zaglądał do wsi, rozpytując się bardzo troskliwie o czas jej rozwiązania.

341

Zaraz na drugi dzień po urodzeniu się tęgiego chłopaka spadł na nich strażnik, jak sęp żarłoczny, z nakazem, żeby mu dziecko przynieśli do ochrzczenia.

342

Koniuszewski struchlał, ale matka, chociaż jeszcze chora, zaczęła krzyczeć:

343

— Nie dam na prawosławne dziecka! Uduszę je własnemi rękami, a nie dam!

344

Strażnik odszedł, i nazajutrz wezwano Koniuszewskiego do gminy.

345

— Ja Polak i katolik, to i mój syn będzie taki sam! — odpowiadał krótko i twardo.

346

Posiedział za to parę dni w kozie, dostał parę razy w zęby, ale nie zmiękł.

347

W jakiś czas później wezwano go do Białej. Siedział w kryminale wraz ze złodziejami przez dwa miesiące i, chociaż próbowano złamać jego upór na różne sposoby, nie ustąpił i dziecka w cerkwi nie ochrzcił. Wrócił tylko z więzienia jakoś srodze opuchły, posiniaczony i z powybijanymi zębami. Powiadał potem przed sąsiadami, że zdrzemnął się na wozie i zleciał na twardą grudę drogi…

348

Spróbowali z nim innej metody: musiał płacić za każdy dzień zwłoki po pięćdziesiąt kopiejek.

349

Płacił cierpliwie, myśląc, że na tem skończą się jego biedy.

350

Ale wkrótce podnieśli mu karę na rubla dziennie.

351

Nie ustąpił, chociaż było mu już strasznie ciężko.

352

A w końcu, aby go złamać ostatecznie, nakazali płacić po całe dziesięć złotych.

353

Darł się do żywego mięsa, odejmował sobie i dzieciom od gęby, a płacił i chłopaka do cerkwi nie zaniósł.

354

Lecz rychło przyszedł dzień, w którym zabrakło mu nawet na sól.

355

Kara jednak nieubłaganie narastała; strażnik wisiał nad nimi, jak topór, i co parę dni przychodził po pieniądze, wójt groził więzieniem, gdyż urzędy coraz ostrzej nakazywały ściągać należność.

356

A skąd było brać? Stodoła była już pusta, wyprzedali się do ostatniego ziarnka, do ostatniego prawie ziemniaka i zapożyczyli się na wszystkie strony.

357

Zaś zarobek ledwie starczył na jakie takie przeżywienie się.

358

Wtedy zafantowali im prawie wszystkie ruchomości z chałupy, z rozmysłem nie zostawiając zimowej przyodziewy, ni nawet pierzyn i poduszek, i sprzedali wszystko na pokrycie zaległych sztrafów.

359

W chałupie pozostały tylko gołe ściany i puste łóżko, że musieli się przenieść na spanie do obórki, listopad bowiem szedł zimny i deszczowy, a nocami brały tęgie przymrozki, ale się nie ugięli nawet pod takim ciosem, zdecydowani już wszystko przenieść, byle jeno dziecko uratować.

360

Cóż, kiedy tej chudoby nie starczyło na długo, i kara znów jęła narastać, a strażnik już co dnia ich dręczył i co dnia namawiał:

361

— Zanieście dziecko do cerkwi! wrócą wam wszystkie sztrafy i jeszcze nagrodę dadzą.

362

Chłop tylko zęby zaciskał i pięście pod nie podtykał, żeby nie grzmotnąć kusiciela.

363

Aż któregoś dnia zabrali im maciorę, wartającą ze dwadzieścia pięć rubli.

364

Koniuszewski sobie rachował, że za nią przeżywią się chociażby do wiosny, więc ciężko zajęczeli po jej stracie, a beznadziejna rozpacz zaczęła szarpać sercami, ale nie dali tego poznać po sobie wójtowi, który pierwszy wszedł do chlewa wyganiać świnię, a tylko Józefowa, widząc maciorę, opierającą się przed progiem, zakrzyczała urągliwie:

365

— Ugryźcie ją w ogon, to może prędzej was posłucha.

366

Wójt udał głuchego, a potem przystąpił do chłopa i zaczął mu życzliwie przekładać:

367

— Nie gub się, człowieku! Widzisz przecież, do czego cię już doprowadziło to uporstwo! Głową muru nie przebijesz! Nie wiesz to, że pokorne cielę dwie matki ssie?

368

— Żeby nie wiem co, a od swojego nie odstąpię! — odpowiedział w głos.

369

— Nie bądź głupi, jak drugie! Małoś to już dostał? chcesz, żeby ci jeszcze dołożyli, co? Takie prawo wyszło, to słuchać go musisz. Dziecku się nic nie stanie. A rozgniewasz swoim uporstwem urzędy, to ci gotowi grunt zabrać, i wyjdziesz na dziady.

370

— A niech mi wszystko zabiorą! A niech mi nawet przyjdzie zdychać z głodu pod płotem, to zdechnę, a dziecka na zatracenie nie oddam! — rozkrzyczał się, a żona mu jeszcze przytakiwała, utulając rozpłakane dziecko.

371

Cała wieś to słyszała i widziała.

372

I nie przeciągnął go wójt na swoją stronę, nie poradzili tego zrobić później inni, podmówieni, a nawet sam pop, który umyślnie przyjechał do niego; nie puścił go do chałupy i tylko kijem pogroził.

373

Wlokła się ta sprawa do połowy grudnia; zima się już była ustaliła na dobre, wody skrzepły na lód, śniegi przykryły pola, przemarzłe drogi dzwoniły pod nogami, a wszelkie stworzenie cisnęło się do ciepła, gdy jakiegoś poranku mroźnego spadł na Koniuszewskich cios nowy i może najcięższy.

374

Przyszli zabrać im krowę, jedyną ich żywicielkę.

375

W chałupie zrobiło się tak strasznie, jakby wyprowadzano nieboszczyka, kobieta ryknęła płaczem i zaczęła bronić bydlątka, wrzeszczeć a pomstować w niebogłosy, aż się cała wieś zleciała.

376

Nikt się jednak z pomocą nie kwapił, bo jeszcze wielu nosiło nie zgojone rany.

377

Koniuszewski też jakoś spokojnie stał w progu, blady był jeno, jak trup, i chociaż mu żałość rozrywała wnętrzności, patrzał na wszystko martwemi, zapiekłemi od bólu oczami i nie wyrzekł ani słowa, ale skoro krowina, wyciągana z obejścia, zaryczała i zaczęła odwracać głowę za gospodarzami, porwał jakiś kół i również wziął bronić swojej żywicielki. Nie obronił; mógł to sam przemódz całą tę zgraję?

378

Tyle tylko zarobił, że go znowu sponiewierali, jak nieboskie stworzenie, a krowę i tak powlekli na sprzedanie.

379

Luta noc omroczyła im duszę, i gdy żałosne ryki bydlątka ucichły, chałupa stała się jakby tym zimnym grobem, pełnym straszliwych jęków niedoli, kobieta zawodziła rozpacznie, nie mogąc przeboleć tej straty, a chłop siedział martwo pod kominem, jak ten ogień, w który się zapatrzył, palącą, straszną męką przegryzany.

380

Przeszło południe, wieczór już nadchodził, modrawy zmierzch obtulał ziemię, i po wsi wybłyskiwały światła, a oni wciąż siedzieli, pogrążeni w rozpaczy i gorzkich rozpamiętywaniach swojej doli nieszczęsnej. Zaglądali do nich niektórzy sąsiedzi, ale, dojrzawszy sine, okrwawione twarze, zakrzepłe w bólu i rozpaczy, uciekali strwożeni. Dopiero późnym wieczorem oprzytomnił ich płacz zgłodniałych dzieci.

381

— Cóż teraz poczniemy? — odezwała się kobieta, nastawiając garnek z wodą na ogień.

382

— Nie ustąpimy! — rzekł i długo patrzał w jej zapłakane oczy.

383

— Dziecka nie dam! — przytwierdziła mocno — a może Pan Bóg zlituje się jeszcze nad nami.

384

Mieli w sobie taką niezłomną wiarę w świętość swojej sprawy, że nie było na świecie mocy, któraby mogła ich zachwiać w powziętem postanowieniu.

385

Ale jak tu było żyć dalej?

386

Niemógł się nigdzie ruszyć za robotą, bo literalnie nie miał w czem, a mrozy brały coraz większe, więc tylko żyli tem, co im przyniosły miłosierne ręce sąsiadów, a tego było niewiele, gdyż wieś była strasznie zbiedzona i tak w czasie „nawracania” objedzona przez żołnierstwo, że nie w każdym domu mieli ziemniaki, a już okrasy i chleba to nie widzieli całymi miesiącami.

387

Ale w chałupie Koniuszewskich była już tylko rozpacz i głód.

388

Chłop targał się w męce i prawie już od rozumu odchodził, żeby sobie jakoś zaradzić, a tyle jeno wymyślił, że któregoś dnia pożyczył sobie od sąsiada kożucha, nogi poobwijał w łachmany i, nie opowiadając się nawet żonie, ruszył gdzieś we świat.

389

Poszedł po ratunek do księdza.

390

Droga była daleka i niezmiernie uciążliwa, szedł przytem o głodzie i musiał kołować i kluczyć borami, omijając wsie i trakty, na których mógłby się spotkać ze strażnikami, więc dopiero drugiego dnia dowlókł się na plebanię.

391

Ksiądz był w domu, ale skoro się dowiedział, że to „oporny”, tak się wystraszył, że nie chciał go widzieć na oczy i przykazał surowo kościelnemu nie wpuszczać nieszczęśnika nawet do kościoła. Szczęściem kościelny miał litościwsze serce i pozwolił mu wejść do kruchty, gdzie Koniuszewski całą noc leżał krzyżem i żebrał krwawemi łzami o zmiłowanie, a rano, po mszy, upatrzywszy odpowiednią chwilę, padł do nóg proboszczowi, wyznał się ze wszystkiego i skamlał o ochrzczenie dziecka.

392

Ksiądz wysłuchał, nawet się nad nim rozczulił, dał mu parę złotych i medalik, ale o chrzcie nie dał sobie mówić i jak najsurowiej zakazywał mu więcej przychodzić na plebanię…

393

A chociaż z niczem powrócił do chałupy, nie stracił jeszcze nadziei, bo wkrótce wybrał się do jednego z dworów, gdzie często chodził na robotę. Cóż, kiedy dziedzic kazał go wypędzić: bał się również, aby go nie posądzono o pomaganie „opornym”, na całej bowiem unii wciąż jeszcze świszczały nahajki, tłukły kolby, tysiące gnano w dalekie strony, i rozlegał się żałosny płacz „nawracanych”. Koniuszewski zapłakał pierwszy raz w życiu nad swoją niedolą i odszedł.

394

Dopędził go za bramą dworski kucharz i z dobrego serca mu poradził, żeby się udał do starej pani hrabiny Łubieńskiej w Jabłoni, która jak może, tak wspomaga i broni prześladowanych unitów, a już niejednego uratowała od zguby.

395

Ale chłop tylko się smutnie uśmiechnął, obtarł rękawem oczy i już nigdzie więcej nie poszedł, nie szukał już u nikogo więcej poratunku, bo zrozumiał, że pozostał sam na świecie, jako to drzewo na wywieisku, i że zginąć musi…

396

Opowiadali potem ludzie, jako po powrocie wciąż się tylko modlił, a z chałupy przez całe noce rozlegały się pobożne śpiewy.

397

I kiedy przed samymi Godami dali mu znać pod wielkim sekretem, że mają mu siłą odebrać dziecko i ochrzcić je w cerkwi, nawet nie rozpaczał, jakby już na wszystko przygotowany, a tylko rzekł tym, co mu tę wiadomość przynieśli:

398

— Długie mają ręce, ale mojego chłopaka nie dosięgną.

399

Stał się nawet potem jakiś rozmowniejszy i prawie wesoły, chodził po wsi, zaglądając do chorych, leczących się jeszcze z pobicia, umacniał w wierze chwiejnych i wyznawał się przed niektórymi, że postanowił zabrać żonę z dziećmi i wywieźć się we świat szeroki, gdzie go oczy poniosą!

400

Nie dziwili się temu, przecież już był osaczony, jak ten dziki, szkodny zwierz, a nawet któryś z zasobniejszych chciał mu pożyczyć na drogę, pod zastaw gruntu.

401

— Na taką drogę wystarczy mi tego, co mam — odpowiedział cicho.

402

I jeszcze tego samego dnia oboje Koniuszewscy zaczęli się żegnać ze wsią i pokornie wszystkich przepraszali za złe, jakie mogli komu uczynić.

403

Mówili, że wyjdą w nocy, ale nikomu nie powiedzieli, dokąd się wynoszą.

404

Pożegnali się, i już ich nikt więcej nie widział na oczy.

405

Noc się zrobiła ciemna, mróz sfolżał, i niekiedy padał śnieg gęsty i pierzasty, a chwilami przeciągał wilgotnawy wiatr, jakby na odmianę. Psy tej nocy jakoś dziwnie, swarliwie naszczekiwały, i koguty piały od samego wieczora.

406

Naraz, o samej prawie północy, chlusnął w niebo słup ognia, i rozległy się po wsi krzyki.

407

Paliła się stodoła Koniuszewskich.

408

Ale, nim się zbiegli, a pomyśleli o ratowaniu, już cała stanęła w płomieniach.

409

Koniuszewskich w chałupie nie było, musieli wyjść zaraz z wieczora.

410

Zdumieli się jednak niezmiernie, znalazłszy chałupę wywartą naroścież, a w izbie, na stole, pokrytym białem płótnem, zastawioną wieczerzę, zupełnie jeszcze nietkniętą.

411

Długo nad nią kiwali głowami, nie mogąc tego zrozumieć, aż ktoś rzekł z naciskiem:

412

— Musiało im coś przeszkodzić, kiedy tak wszystkiego odbiegli.

413

— A może są jeszcze gdzieś na wsi…

414

— Jużby do ognia przylecieli; nie, w tem jest coś innego.

415

Pogadywali niespokojnie i wyczekująco rozglądając się dokoła, ale Koniuszewscy się nie zjawili, natomiast pożar wzmagał się z minuty na minutę, ognistą płachtą pokrył już cały dach i czerwonymi jęzorami przeciskał się wskróś ścian; na szczęście wiatr całkiem ustał, a rozwichrzone grzywy czarnych dymów i płomieni wynosiły się coraz potężniej z trzaskiem i sykiem, rozsiewając krwawe brzaski na gromady, wylęknione i tłoczące się bezradnie, i na ośnieżoną chałupę, nizko przywartą do ziemi.

416

Wreszcie sołtys zaczął napędzać do ratowania, że ten i ów się poruszył i biegał z krzykiem, nie wiedząc zresztą, co począć, ktoś nawet próbował wyciągnąć wóz, którego dyszel sterczał przez wrótnie stodoły, lecz niepodobna było już podejść bliżej; cały budynek stał w ogniu, paliło się na wszystkich czterech węgłach, a ze słomianego dachu sypał się na głowy żywy ogień.

417

Przyleciał wkrótce strażnik i, nie zważając na pożar, zaczął bardzo żarliwie rozpytywać, gdzie się podzieli Koniuszewscy, i tak zajadle szukał, tak za nimi tropił, zaglądając nawet do ziemniaczanych dołów i na strychy, aż się z niego przekpiwali między sobą, a ktoś odważniejszy zawołał ze śmiechem:

418

— Schowali się do stodoły; niech pan starszy sprawdzi…

419

Juści nie sprawdzał, bo stodoła była już tylko huczącą górą rozmiotanych płomieni, już trzeszczały wiązania, już chwiał się dach, wzdymały się rozpalone ściany, pękały belki, a co chwila wybuchały ogniste fontanny, i krwawe żagwie, niby spłoszone ptactwo, rozlatywały się na wszystkie strony świata. Noc była cicha i ciemna, śnieg zaczął polatywać gęstymi rojami, we wsi sąsiedniej bił dzwon na trwogę, i psy wyły jakoś długo i żałośnie; ludzie zaś stali kupami, z cicha pogadując, gdy wtem, jakby z nieba, czy z tych szalejących płomieni, zabrzmiał stłumiony, daleki śpiew, jakby przeciągły krzyk konających…

420

Struchleli z przerażenia, zamarły serca, i wszystkie oczy stanęły kołem.

421

A płomienisty kierz śpiewał coraz głośniej, coraz wyraźniej i coraz zrozumialej…

422

Nikt się nie mógł poruszyć, jakby ich wbiła w ziemię kamienna pieśń strachu; dopiero po długiej chwili ktoś zakrzyczał:

423

— To Koniuszewscy!

424

— Jezu, Marya! Koniuszewscy! Ratuj, kto w Boga wierzy! Jezu, Marya!

425

Jakby huragan szaleństwa ich porwał i rozmiótł na wszystkie strony; lunęły wrzaski, szlochania, lamenty; biegali nieprzytomnie dokoła ognia, wyciągali ręce, targali się za włosy, uciekali w pola, to krzyczeli nieludzko w strasznej męce żalów i bezradności, bo ani można było myśleć o ratowaniu, dach się bowiem wygiął i mógł lada chwila runąć.

426

Ale śpiew wciąż jeszcze płynął, równy, wysoki, niebosiężny, był jakby radosnem witaniem raju, hymnem zmartwychwstających, ekstatyczną pieśnią wiary…

427

Runęli wszyscy na kolana i zaczęli odmawiać modlitwę za konających. Głosy się trzęsły i łamały, zalewając łzami, niekiedy wybuchał ogólny płacz, niekiedy ktoś padał na ziemię ze strasznym, rozdzierającym krzykiem, i łkania rozsadzały piersi, ale modlili się całą głębią dusz, i ta litania zrozpaczonych, łzawych głosów łączyła się ze śpiewem konających i wraz z szumem pożogi, z trzaskiem pękających ścian płynęła jednym, ogromnym jękiem w bezkreśną, nieprzeniknioną noc…

428

Naraz stodoła się zapadła, i z głębi ognistej otchłani wydarł się ostatni, przerażający krzyk…


429

Dopiero w parę dni później wydobyto z pod zgliszcz zwęglone zwłoki Koniuszewskich.

https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/z-ziemi-chelmskiej.html

Bohaterstwo unickiej rodziny Koniuszewskich

Posted in Historia, Świadectwa, Święci obok nas | 1 Comment »

Podróż na drugą stronę?

Posted by tadeo w dniu 29 listopada 2017

 „…w międzyczasie jego brat Tadeusz ofiarowuje swoje życie za życie brata. Jak się później okazuje Tadeusz umiera półtorej roku po wyzdrowieniu brata”.

W wieku 30 lat Andrzej Duffek przeżył śmierć kliniczną. – Nie ma odpowiednich słów, które mogłyby dokładnie oddać stan, w jakim się znalazłem – podkreśla, zaczynając swoją opowieść.

Podczas zabawy z synem na śniegu 10 lat temu uległ poważnemu wypadkowi. Zjeżdżając na sankach, uderzył w drzewo. Myślał, że jedynie złamał żebra. Później lekarze powiedzieli mu, że nastąpiło wielofragmentowe pęknięcie wątroby. Duża utrata krwi mogła doprowadzić do niedotlenienia mózgu. – Ostatnia rzecz, jaką pamiętam, był formularz zgody na operację. Mechanicznie zacząłem go podpisywać. Andrzej Duff… – nie dokończyłem. Straciłem kontakt z rzeczywistością.

Film o własnym życiu

Pan Andrzej, jak sam określa ten stan, znalazł się w punkcie przejściowym.. – Zacząłem prosić Boga: „Daj mi jeszcze 10 lat, bo chciałbym wychować syna”. Ostatnim wysiłkiem dodałem jeszcze: „ale nie moja wola, ale Twoja niech się stanie” – wspomina. Doznał takiego wrażenia, jakby wszedł we własny umysł. Jego życie przewinęło się na zasadzie retrospekcji. – Jak w aparatach analogowych, gdzie wykorzystana klisza cofała się do początku – opowiada. Każdy etap jego bycia na ziemi podlegał ocenie – negatywnej bądź pozytywnej. – W pewnym momencie, podczas oceny jednej z sytuacji, w czasie której jego intencje były całkowicie złe, przez krótką chwilę, doznał uczucia „palenia ogniem”. – Nigdy wcześniej, ani potem tak nie cierpiałem. Następnie przeszedłem przez jasny punkt swoich narodzin. Wtedy zrozumiałem, że umarłem…

Najwyższa nagroda

Potem pan Andrzej jak sam określa ten stan, znalazł się w punkcie przejściowym. – Wcześniej prosiłem Boga, by dał mi szansę wychować syna. W tamtym momencie, kiedy poczułem się tak dobrze, pragnąłem jedynie, by pozwolił mi wrócić na chwilę do moich bliskich. Chciałem tylko powiedzieć żonie i synowi, żeby się nie martwili, że śmierć to nie koniec, a ja na nich czekam – wspomina. Następnie pan Andrzej poczuł coś, co sam nazywa „najwyższą nagrodą”. Była to błoga świadomość, że już nigdy nie będzie czuł się źle. Wtedy jasny punkt narodzin zaczął się oddalać. Otoczenie naokoło z szarego stawało się coraz ciemniejsze. – Czułem się, jakbym wracał do źródła, z którego kiedyś wyszedłem. Straciłem poczucie własnego ciała i czasu. Byłem jakby zjednoczony z Bogiem – mówi o tamtym doświadczeniu. W pewnym chwili dostrzegł kilka jasnych punktów, nie większych niż główka szpilki. Potem poczuł, jakby ktoś dmuchnął mu w twarz. Razem z tym uczuciem nadeszło „brzęczenie”.

Siła modlitwy

– Gdyby postawić obok siebie 100 osób i każdej z nich kazać w tym samym momencie deklamować inny wiersz, wówczas uzyskalibyśmy efekt – próbuje opisać tamtą sytuację. Z czasem z tego zlepku różnych brzmień zaczęły wyłaniać się pojedyncze głosy modlitwy. – Później dowiedziałem się, że jeden z lekarzy, stwierdził już moją śmierć. Wtedy modlitwy się nasiliły i wypchnęły mnie z powrotem do życia, jak gdyby ponad taflę wody. Z relacji innych osób wiem, że poruszyłem wówczas powiekami. Kiedy to wszyscy zobaczyli, przestali się modlić, a ja zapadłem się ponownie do poprzedniego stanu. Taka sytuacja powtórzyła się wielokrotnie. Teraz wiem, jak wielka jest siła ludzkiej modlitwy. Po dwóch miesiącach mężczyzna został wybudzony ze śpiączki. Na początku w ogóle nie był szczęśliwy. Jego pierwsze słowa to pretensje do rodziny i przyjaciół o to, że odebrali mu szansę odczuwania spokoju i szczęścia. – Później wszystkich przeprosiłem. Jednak w tamtej chwili chciałem jak najszybciej być znów blisko Boga. I właściwie wciąż tego pragnę najbardziej – przyznaje. Po przebudzeniu dzielił się doświadczeniem śmierci klinicznej jedynie ze znajomymi. Dopiero w czasie zeszłorocznej pielgrzymki do Matki Bożej Ostrobramskiej poczuł, że powinien wyjść ze swoim świadectwem poza krąg najbliższych osób. – W przygotowaniu jest już film, który, mam nadzieję, otworzy oczy wielu ludziom – mówi. – Niestety pojawiły się przeszkody różnej natury w jego realizacji – dodaje i prosi o modlitwę w tej intencji.

Jak to wyjaśnić?

Na granicy śmierci i życia pojawiają się u niektórych osób doświadczenia zwane NDE (Near Death Experience). Są one znane tylko z relacji pacjentów, którzy je przeżyli. Próbę systematyzacji tego zjawiska podjął holenderski badacz Pim van Lommel. Naukowiec ten ze swoimi wspólnikami opublikował badanie w 2001 r. w prestiżowym czasopiśmie The Lancet. – Do tej pory nie zaobserwowano dwóch identycznych NDE, ale można wyszczególnić doświadczenia kluczowe, które występują niemalże zawsze, choć czasami w różnej kolejności np. uczucie spokoju, komfortu i miłości, ale także niepokoju i strachu, streszczenie życia, czy wejście w ciemność lub spostrzeżenie światła – wyjaśnia Jan Stefaniak, lekarz medycyny. – Co więcej, NDE pomimo drobnych różnic, są bardzo podobne niezależnie od tego, z jakiej kultury pochodzi człowiek ich doznający – uzupełnia. Zdaniem ks. Jana Kaczkowskiego, doktora teologii moralnej, bioetyka, twórcy puckiego hospicjum, niektóre wizje, których doświadczają osoby w stanie NDE, można wytłumaczyć naukowo. – Na przykład uczucie podążania ku światłu w tunelu porównuje się do doznań pilotów myśliwców. Ponoć przeżywają oni stan błogiego szczęścia w wyniku przeciążeń, kiedy krew odpływa z mózgu – komentuje duchowny. – Jednak moja praktyka towarzyszenia umierającym, którzy nader często w agonii widzą, a nawet rozmawiają z dawno zmarłymi osobami, każe mi nie wątpić w istnienie rzeczywistości nadprzyrodzonej – dodaje. Jak podkreśla Jan Stefaniak, dwie cechy doznań z pogranicza śmierci są niezmienne. – Osoby po doświadczeniach NDE zazwyczaj bardziej skupiają się na życiu rodzinnym. Pojawia się u nich także większa wrażliwość i empatia, przy jednoczesnym zmniejszeniu akcentu na materialną sferę życia – tłumaczy. – Po drugie, jak wynika z badań, relacje dotyczące NDE w obserwacjach po 2 i 8 latach od doświadczenia, są niemalże… niezmienne. Zaprzecza to obecnemu stanowi wiedzy na temat procesów zapamiętywania i pamiętania – podkreśla lekarz.

Zobacz:

Świadectwo i konferencja – Andrzej Duffek

Andrzej Duffek

Tadeusz Kazimierz Duffek

Posted in Świadectwa | Leave a Comment »

Świadectwo i konferencja – Andrzej Duffek

Posted by tadeo w dniu 26 listopada 2017

Andrzej Duffek przeszedł przez bramy śmierci w wieku 30lat i spotkał się Jezusem po drugiej stronie życia. Fascynujące świadectwo z przejścia do życia po życiu, opowiada jak wyglądał w jego wypadku sąd szczegółowy, jak każda nasza intencja dobra lub zła dodawała cierpień Jezusowi na kalwarii lub dodawała pocieszenia.

Sam siebie by ocenił dużo surowiej, ale stojąc w bożym miłosierdziu przyjął zapłatę jaką za niego dokonał Jezus swoją krwią. Choć porównując cenę swojego życia do 500zł to Jezus zapłacił z góry od razu 500 000 zł. Doświadczył oszałamiającej radości i uwielbienia Boga, który daję rzekę szczęścia. Czuł że zakończył krótki etap życia ziemskiego i wraca do domu do prawdziwego życia na wieki.

W wieku 30 lat Andrzej Duffek przeżył śmierć kliniczną. – Nie ma odpowiednich słów, które mogłyby dokładnie oddać stan, w jakim się znalazłem – podkreśla, zaczynając swoją opowieść. Podczas zabawy z synem na śniegu 12 lat temu uległ poważnemu wypadkowi. Zjeżdżając na sankach, uderzył w drzewo.

Myślał, że jedynie złamał żebra. Później lekarze powiedzieli mu, że nastąpiło wielofragmentowe pęknięcie wątroby. Duża utrata krwi mogła doprowadzić do niedotlenienia mózgu. – Ostatnia rzecz, jaką pamiętam, był formularz zgody na operację. Mechanicznie zacząłem go podpisywać. Andrzej Duff… – nie dokończyłem. Straciłem kontakt z rzeczywistością.

W „Nocnych Światłach” , audycji z dnia 20-04-2015 słuchamy świadectwa o życiu po życiu Andrzeja Duffek – podróżnika po Zaświatach.

Posted in Świadectwa | 1 Comment »