WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Świadectwa’ Category

Jestem miłosierny, ale też sprawiedliwy. Świadectwo Ewy

Posted by tadeo w dniu 3 lipca 2018

01/07/2018

Błagałam Boga, żeby poćwiartował mnie na milion kawałków, zabił – tak bardzo czułam się grzeszna. Tego uczucia nie da się naprawdę opisać słowami. Czułam się najgorszym grzesznikiem na ziemi. […] Wówczas doznałam pewności, że gdyby On zabrał mnie w tamtym momencie z ziemi, to zostałabym w tym piekle. Więc znów błagałam Go o Niebo – o to miejsce, które wcześniej mi pokazał. Mówiłam do Boga: „Przecież Ty jesteś miłosierny”, a On na to: Tak, masz rację, Ja jestem miłosierny, ale też sprawiedliwy.

 Fot. VICONA

Znam Ewę od siedemnastu lat, ale dopiero od pięciu  – można tak powiedzieć –  jest moją siostrą duchową. Poznałyśmy się we Francji, gdzie przez jakiś czas pracowałyśmy. W 2012 roku, niezależnie od siebie, nawróciłyśmy się – ona na początku roku, ja pod koniec. Wcześniej nasza relacja z Panem Bogiem wyglądała bardzo podobnie: obie wychowane w katolickiej rodzinie, jednak z biegiem lat, mimo iż nie wyparłyśmy się całkiem wiary i Boga, to żyłyśmy tak, jakby Go nie było; zupełnie lub prawie zupełnie zrywając z życiem sakramentalnym, modlitwą. Aż do roku 2012, kiedy to Pan Bóg upomniał się o nas.

Można powiedzieć, że to ona pociągnęła mnie do mojego nawrócenia, poprzez to, co opowiadała mi o sprawach wiary. To nią właśnie Pan Bóg posłużył się, aby mnie na nowo przyciągnąć do Siebie, choć mój powrót do Niego nie odbył się w tak nadzwyczajny sposób. Z jej świadectwem zapoznałam się dopiero później, ponieważ z początku dość ostrożnie się nim dzieliła.

Znając Ewę przez ten cały czas, wiem, że owoce tych doświadczeń, które były jej udziałem, są w jej życiu dobre – pogłębiła swoje życie religijne i trwa w Bogu z tak niezachwianą gorliwością, której mogę jej tylko pozazdrościć.

Świadectwo Ewy

Choć wiem, że Jezus Chrystus jest Drogą, Prawdą i Życiem, ciągle szukam odpowiedzi na pytanie, gdzie jest prawda na mój temat? Kim jestem? Czego chce ode mnie Bóg? Jak żyć, żeby być szczęśliwą i szczęście dawać innym? Od samego dzieciństwa, moje serce i umysł szukało Boga. Tego prawdziwego, żywego, kierując się słowami Jezusa: „Szukajcie, a znajdziecie”.

Moje doświadczenie, o którym opowiem, trwało w sumie około tygodnia. Przez pierwszych parę dni miałam odczucie Nieba, raju, potem doświadczyłam piekła…

Otóż pewnego dnia, po Świętach Bożego Narodzenia, idąc do centrum miasta na zakupy, zatrzymałam się przy kiosku Ruchu. Moją uwagę przyciągnęła książka „Ojciec Pio. Droga do świętości”. Poczułam w sercu, że powinnam ją kupić, co też zrobiłam. Zawsze uważałam, że w naszym życiu nic się nie dzieje przez przypadek, ale nie przypuszczałam, że po  przeczytaniu tej książki, coś może się wydarzyć, jakby wszystko za sprawą Ojca Pio.

Po jakimś czasie znów poszłam do centrum miasta na zakupy i nagle… poczułam jakby Niebo się nade mną otworzyło! Jakby Bóg dotknął mnie swoją łaską! Poczułam się tak, jakbym fruwała, jak w jakiejś ekstazie… Szłam, a jednak fruwałam! Naprawdę czułam, jakby Niebo się otworzyło i cała łaska Boża spływała na mnie i na wszystkich ludzi (bo z początku myślałam, że wszyscy tego doświadczają). Popatrzyłam w niebo – nie zmieniło się – było błękitne jak dawniej, to znaczy takie normalne. A jednak ja czułam, że jestem świadkiem czegoś niezwykłego, czegoś pięknego, i zaczęłam prosić Boga, żeby tak już zostało na zawsze, i żeby cały świat czuł to, co ja, albo żeby On zabrał mnie teraz do Siebie, do Nieba. Ale On milczał. Chciałam, żeby ten stan trwał wiecznie. Czułam się tak, jakby sam Bóg i wszyscy święci oraz aniołowi zstąpili na ziemię! Jakby ziemia i Niebo połączyły się w jeden, wielki Boży raj. Nie umiem lepiej tego określić. Wszystko wówczas wydawało mi się bardzo, bardzo piękne!

Ciągle w tej ekstazie (ale naprawdę w całkowitej pełni władz umysłowych), kiedy Niebo nade mną było otwarte, wychwalałam Boga, Jego dobroć i miłosierdzie. W swoim sercu prosiłam Go, żeby zabrał nas wszystkich do Siebie. Byłam napełniona tak wielką miłością do Boga, do ludzi, do każdego człowieka! Chciałam z całego serca przytulić i ucałować każdą napotkaną osobę, jakby była moim bratem czy siostrą. Przy tym pragnęłam, żeby wszyscy ludzie na ziemi mogli zobaczyć i doświadczyć tego, co ja. Żebyśmy wszyscy byli połączeni w jednym – połączeni w Bogu. Wydawało mi się, że jeśli Bóg zechce, to tego dokona, bo przecież dla Boga nie ma nic niemożliwego. Przecież On jest Stwórcą wszystkiego, początkiem i końcem. Więc świat się zmieni, ludzie się zmienią, będzie wielki raj na ziemi i wszyscy będziemy żyć w jedności…

Tak wówczas myślałam, tak to odczuwałam. Ale Bóg nadal nic nie mówił. Milczał. Jednak choć Go nie widziałam, to czułam, że jest obok mnie.

Po jakimś czasie, jeszcze tego samego dnia, usłyszałam takie słowa w sercu: Arka Przymierza… Arka Przymierza… Noe… Nie wiem dokładnie, co one oznaczały, ale jestem pewna, że wyraźnie je wówczas usłyszałam. Przychodziły mi do głowy myśli, że może Bóg chce, abym Mu w czymś pomogła, abym przygotowała ludzi spotkanych na mojej drodze do czegoś, co ma się niedługo wydarzyć na świecie? I zaraz wchodziły mi do głowy słowa: koniec świata… koniec świata…

Poszłam do kościoła, aby się pomodlić i zostałam tam dłuższy czas. Czułam gdzieś w głębi serca, że nie mogę tego głosu zignorować, ale ciągle zastanawiałam się, co te słowa mogły oznaczać dla mnie samej?

Wróciłam do domu bardzo szczęśliwa, zachowując w swoim sercu wszystko, co usłyszałam i nic nikomu nie mówiąc. Byłam taka inna, taka radosna, że każdy z rodziny pytał się, co się dzieje, bo wszyscy zauważyli, że jestem jakaś odmieniona i „dziwna”…

Następnego dnia, który był bardzo słoneczny i ciepły mimo zimowej pory, niezwykle szczęśliwa, znów poszłam do centrum miasta, rozmyślając o tym, co się wydarzyło poprzedniego dnia. Znowu poczułam nad sobą otwarte Niebo, a koło Kościoła Kapucynów także wyraźny zapach kadzidła kościelnego. Choć nie było wówczas żadnej mszy w kościele ani żadnych uroczystości, czułam wyraźnie ten zapach, który nie mógł pochodzić bezpośrednio z kościoła. Tak jak i kadzidło, tak też czułam wyraźnie znowu otwarte nade mną Niebo…

Weszłam do kościoła i znów się modliłam, przez dwie godziny lub dłużej. Nie pamiętam, ile dokładnie, ponieważ czas przestał dla mnie istnieć. Chciałam być po prostu jak najbliżej Boga, rozmawiając z Nim w skupieniu, medytacji, w głębokiej modlitwie – tak jak potrafiłam  – i rozmyślając nad tym, co się dzieje,  wielbić Go… Czułam się wówczas w kościele jak w domu, jak w prawdziwym moim domu, jakbym wreszcie po tylu latach tułaczki odnalazła prawdziwego Ojca, Tatusia… Boga. Nie chciałam w ogóle wracać do mieszkania, bo czułam się tak blisko Boga, że już chyba bliżej się nie da, żyjąc tu na ziemi. Gdybym mogła, zostałabym wówczas w kościele całą noc, a nawet bym tam zamieszkała, byle być jak najbliżej Boga! „Kościół jest naszym domem” – przypomniałam sobie zaraz te słowa, a może Duch Święty mi je podsunął.

Idąc, a raczej jakby fruwając w tej ekstazie nad ziemią, czułam cały czas ogromną miłość do Boga, do ludzi, którzy mnie mijali. Nawet miłość do wszystkich ludzi na świecie. Nieskończoną miłość do wszystkiego. W ogóle nie czułam zła, jakby grzech w ogóle nie istniał na ziemi. I znów zaczęłam podświadomie wielbić w sercu Boga oraz śpiewać pieśni uwielbienia, które same cisnęły mi się do ust i które, wierzę, Duch Święty mi podpowiadał.

Potem usłyszałam głos: woda święcona… woda święcona… i poczułam, że chyba Bóg prosi mnie, abym w kościele poprosiła o tę wodę święconą. Tak więc zrobiłam – nie tłumacząc niczego, poprosiłam spotkanego księdza o wodę, którą otrzymałam.

I tak pomału wracałam do „domu” (bo dziś już uważam, że naszym prawdziwym domem jest Niebo, a na ziemi jesteśmy tylko pielgrzymami, jak mówił św. Jan Paweł II). Po drodze przychodziły mi myśli św. Jana Pawła II: Szukałem was… Totus Tuus…

Wróciłam do mieszkania i poszłam spać, zastanawiając się nad tym wszystkim. Śpiewałam piosenki wielbiące Boga jak „Barka”. Przychodziły mi do głowy myśli, że może Bóg chce, abym zaczęła łowić ludzi dla Niego, bo przecież nie tylko księża i zakonnice, ale każdy człowiek powołany jest do świętości. Przychodziły mi do głowy słowa: świętość.. świętość.. świętość… Alleluja… Alleluja… Alleluja… Przypomniałam sobie, ze moim chyba największym pragnieniem od dziecka było to, aby być świętą w oczach Boga i być z Nim w Niebie po śmierci… Poszłam spać, choć nie było to łatwe, a rodzice zastanawiali się, co się ze mną dzieje.

Trzeciego dnia, znów wychodząc z domu, poszłam na spacer, aby wszystko przemyśleć i znów przy kościele poczułam wyraźny zapach, najpierw kadzidła, a chwilę potem… fiołków. Natychmiast przypomniał mi się Ojciec Pio. Usłyszałam w sercu głos, który powiedział (uznałam natychmiast, że to był Duch Święty): katastrofa smoleńska… katastrofa smoleńska… Trochę się zdziwiłam, bo usłyszałam coś, co nie było związane bezpośrednio z moja osobą, ale instynktownie powiedziałam do Boga: „Boże, błagam Cię, ratuj te wszystkie dusze! Nie pozwól im zginąć w piekle. Błagam, weź ich wszystkich natychmiast do Siebie, do Nieba”. I wówczas miałam takie wrażenie, jakby ten wypadek nie był przypadkowy, jakby to nie było naturalne zdarzenie, jakby Bóg chciał mi powiedzieć, że to była sprawka Złego, choć nie usłyszałam tego tak zupełnie wyraźnie.

Następnie usłyszałam w sercu głos: Teraz dam ci łaskę rozpoznawania grzeszników – kto jest bliżej Nieba, kto jest bliżej piekła. Nie wiedziałam, jak to rozumieć, aż do momentu, kiedy koło mnie przeszła pewna osoba. Natychmiast poczułam zapach fiołków. Potem przeszła inna osoba i poczułam lekki odór spalenizny, swąd jakby spalonej skóry. Natychmiast zrozumiałam, że ta osoba w oczach Boga była bliżej piekła, więc odruchowo powiedziałam do Boga: „Boże, jeśli to prawda – błagam Cię, nie pozwól jej zginąć!” Potem znów mnie ktoś minął, ale nie czułam ani fiołków, ani spalenizny. Po kilku minutach znów ktoś przeszedł obok mnie i poczułam tak straszny odór, swąd palonej skóry, że nie dało się koło tej osoby przejść obojętnie. Aż chciało mi się płakać, wręcz prawie „na kolanach” błagałam Boga, żeby ratował tego człowieka od piekła. I tak to trwało jeszcze przez kilka minut z paroma innymi osobami, które mijałam – raz czułam obok nich wyraźny zapach fiołków, raz nic nie czułam, a innym razem okropny odór.

Wówczas znów wstąpiłam do kościoła i modliłam się, zwłaszcza za te napotkane osoby, za siebie i ogólnie za wszystkich ludzi.

Potem wróciłam do mieszkania. Mama poprosiła mnie, żebym coś zrobiła, a ja jej odpowiedziałam: „Dobrze, wiem, wiem” i natychmiast zrobiłam to, o co prosiła. Odniosłam wówczas wrażenie, jakbyśmy sobie czytały w myślach i obie byłyśmy tym zaskoczone. Potem mama powiedziała mi: „Już chyba czas zdjąć choinkę?”, a ja na to: „Tak, tak, zaraz to zrobię”. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, ale miałam wrażenie, jakbyśmy nie tylko czytały sobie w myślach, ale jakbyśmy miały zjednoczone serca, jakbyśmy były jednością – naprawdę nie umiem tego inaczej opisać. Ale było w tym coś naprawdę niesamowitego, chyba i dla niej i dla mnie, bo widziałam jak obie byłyśmy w szoku. To zdarzenie niespodziewanie nas zbliżyło – jakby nasze dusze – na jakiś czas.

Po tym co się stało, odniosłam wrażenie, że Bóg chce, abym pojednała się z rodziną, głównie z mamą. Niby nie byłyśmy skłócone, ale nie umiałyśmy od wielu lat naprawdę szczerze ze sobą rozmawiać. Ale ja się wystraszyłam, bo przecież, co ja jej powiem? I odeszłam, poszłam sobie… Mama powiedziała jeszcze, że od kilku dni ma dziwne sny. Pomyślałam wówczas, że pewnie śni jej się moja babcia – jej mama i moja siostra bliźniaczka, która zmarła po urodzeniu.

Potem przez resztę dnia i kilka następnych dni, mama była jakaś niespokojna. Wiedziała, że coś się ze mną dzieje, ale nie wiedziała co. Pytała się mnie o to, nie mogła spać, miała dziwne sny. Chciała ze mną rozmawiać, ale ja ze strachu uciekałam od niej, aby tylko nie rozmawiać na ten temat. Bałam się. Mama prosiła o rozmowę, ale ja uciekałam, bo co jej miałam powiedzieć? Że dobry Bóg w swej Miłości dał mi tak wielką łaskę, że… rozmawiam z Nim? Przecież od razu wsadziłabym mnie do psychiatryka.

W końcu, trochę tak na odczepnego, powiedziałam jej, że nic się nie dzieje. Nie potrafiłam i nadal nie umiem być do końca szczera z rodziną, więc z tchórzostwa skłamałam. I natychmiast poczułam się bardzo, bardzo źle. Wyszłam z domu i poszłam, pobiegłam do kościoła, cały czas płacząc po drodze jak małe dziecko, błagając Boga o pomoc i przebaczenie. Miałam przy tym wrażenie, że Bóg chce, abym to nie Jego przepraszała, ale głównie mamę. Ja jednak nie umiałam tego zrobić.

Pamiętam, że tamtego dnia wróciłam do domu bardzo późno, bo nie mogłam dojść do siebie, ale postanowiłam wówczas, że następnego dnia spróbuję szczerze z rodzicami porozmawiać. Jednak strach przed tą rozmową mnie paraliżował. W nocy wzięłam Pismo Święte i książkę o Ojcu Pio i próbowałam się skupić na czytaniu. W końcu udało mi się zasnąć, choć z trudem, bo tak płakałam, błagając Boga o pomoc. Choć chciałam rozmawiać z mamą (z rodzicami) o tym wszystkim, co się dzieje, to strach był tak wielki, że nie umiałam się przełamać. Nie potrafiłam wydusić z siebie ani jednego słowa.

Następnego dnia odpuściłam. Powiedziałam Bogu, że nie umiem jej tego powiedzieć, nie umiem z nią szczerze rozmawiać. Mówiłam Bogu: „Przecież Ty wiesz, że ja mimo wszystko kocham rodziców i oddałabym swoje życie za nich, ale nie umiem z nimi szczerze rozmawiać, bo oni i tak mnie nie rozumieją. Myślą, że jestem chora itp.”. Mówiłam Bogu, że my mówimy innymi językami, jesteśmy jakby z dwóch różnych światów i że nie umiem się z nimi dogadać.

Usłyszałam głos: pojednanie… jedność… spróbuj się pojednać… Wiedziałam, że chodzi głównie o mamę, bo z tatą trochę łatwiej mi się rozmawiało.

Potem ten głos (wierzę, że Duch Święty) poprosił mnie, abym wzięła wodę święconą i połowę wypiła, a drugą połowę wylała, pokropiła groby na cmentarzu – groby mojej siostry bliźniaczki i dziadków. Wówczas nie widziałam w tym nic dziwnego, więc tak zrobiłam – część wody wypiłam, a częścią pokropiłam groby, jednocześnie modląc się za tych zmarłych.

Kiedy wracałam z cmentarza, zaczęłam mieć wątpliwości i znów ogarnął mnie strach, czy dobrze zrobiłam. I zaczęłam trochę w panice szukać w Internecie informacji na temat picia wody święconej bo może popełniłam jakieś świętokradztwo, jakiś ogromny grzech? Ale nie znalazłam jednoznacznej odpowiedzi, tylko same sprzeczne. Na niektórych stronach było napisane, że to nie grzech, na innych, że to grzech… A wówczas bałam się iść do kościoła i zapytać bezpośrednio o to księdza. Szukałam też informacji, czy można kropić groby wodą święconą, ale wtedy nic na ten temat nie znalazłam w Internecie (choć to wydawało mi się mniej niedorzeczne niż picie wody święconej).

Potem znów pojechałam do kościoła, bo chciałam się pomodlić, porozmawiać z Bogiem, pomedytować w skupieniu.

Następnego dnia mama znalazła koło mnie książkę o Ojcu Pio i Pismo Święte, które od kilku dni czytałam, studiowałam bez przerwy, więc przestraszyła się, jak sądzę, bo nigdy wcześniej nie widziała w moich rękach Pisma Świętego, a czuła, że coś się ze mną dziwnego dzieje. Pytała, po co to czytam? Ja, jeśli dobrze pamiętam, odpowiadałam, że mam taką potrzebę albo nic nie mówiłam i wychodziłam z domu, głównie do kościoła. Więc chyba znów tchórzyłam, nie potrafiłam rozmawiać.

Później, wieczorem, poszłam do siostry. Bałam się wrócić do rodziców. U siostry było mi trochę lżej, choć i ona widziała, że coś się ze mną dzieje. Pytała mi się o to, a ja jej nic nie odpowiadałam, bo nie chciałam kłamać, więc milczałam, udawałam trochę, że jej nie słyszę. Rozmyślałam tylko nad tym wszystkim. Próbowałam zmienić temat rozmowy, ale cały czas myślałam tylko o Bogu.

Zaczęłyśmy oglądać jakiś film, to znaczy ona oglądała, a ja udawałam, że oglądam. Chwilę potem, nagle zaczęło mi się robić bardzo, bardzo zimno, choć w mieszkaniu było ponad 20 stopni. Trzęsłam się jak galareta, a siostra pyta: „Co ci tak zimno?” A ja nadal się trzęsłam, czując dosłownie mróz. Siostrze odpowiedziałam po prostu, że mi zimno, choć zaczęłam podejrzewać inną ewentualność. Siostra, która jest lekarzem powiedziała na to: „Widzisz, widzisz? Jakbyś chodziła w czapce, to teraz nie byłoby ci zimno. Jeszcze się przeziębisz”. Tak się trzęsłam z zimna, że w końcu siostra podała mi koc, ale on nie pomógł. Było mi jeszcze zimniej. Dostałam drugi koc, ale i to nie bardzo pomogło. No i siostra znów powiedziała, że to z powodu tego, że chodzę bez czapki i się rozchoruję. Tamtego wieczoru i nocy nie rozmawiałyśmy już na ten temat. Skończyłyśmy oglądać film, a potem poszłyśmy spać. Próbowałam zasnąć.

Następnego dnia, znów biłam się z myślami na temat czekającej mnie rozmowy z rodzicami. Postanowiłam, że porozmawiam z mamą, ale znów nie udało mi się przeprowadzić tej rozmowy.

Nazajutrz, będąc na Mszy Świętej (była niedziela), mocno skupiona na tym, co mówi ksiądz, tuż przed Komunią, w momencie, kiedy wierni wymieniają znak pokoju, usłyszałam w sercu wewnętrzny głos, który powiedział: Tylko nie patrz w oczy… Wówczas ja odwróciłam się do osoby za mną, podając jej rękę – ale nie udało mi się uniknąć patrzenia w jej oczy – a jej oczy oraz twarz i uśmiech stały się takie.. szatańskie. Uśmiech taki wykrzywiony, jakby u osoby opętanej. Z kolejną osobą, której podałam rękę na znak pokoju stało się dokładnie to samo. Zobaczyłam u niej dosłownie te same straszne oczy i ten wykrzywiony uśmiech. Wówczas lekko się przestraszyłam i szybko się odwróciłam, patrząc na ołtarz, na Pana Jezusa i uczestniczyłam dalej w Mszy Świętej, modląc się za te osoby i za siebie. Jestem pewna, że to mi się nie wydawało. To nie były ich oczy, tych biednych ludzi, ale kogoś innego. Od razu pomyślałam, ze to Szatan.

Wróciłam spokojnie do domu, próbując rozmawiać z rodzicami, ale znów  nie udało mi się. Pod wieczór znów poszłam do siostry i przesiedziałam u niej do późna w nocy. Tym razem poczułam u niej wyraźnie ten sam odór, co wcześniej czułam na ulicy. Zapytałam się jej, czy może czegoś nie przypaliła. Odpowiedziała, że nic nie gotuje. Poszłam więc sprawdzić sama, ale nic nie było. Sprawdziłam, czy żelazko nie jest może włączone i śmierdzi – choć nie był to zapach spalonego żelazka – ale ono też było wyłączone. Ale ja nadal czułam ten odór.

Nic nie mówiłam ani jej ani Bogu w sercu, bo mnie to tak zszokowało, że nie wiedziałam, co powiedzieć. Trwało to kilka chwil i potem ustało tak szybko, jak się pojawiło. Następnie po kilku minutach znów poczułam, że robi mi się zimno i zaczęłam się trząść jak wcześniej. Znów siostra dała mi koc. Ja się nim nakryłam i w zasadzie nie rozmawiałyśmy już o niczym, tylko udawałyśmy, chyba obydwie, że oglądamy film. Potem ona powiedziała: „Widzisz, widzisz, będziesz chora, bo chodzisz bez czapki”. Trzęsłam się z zimna chyba aż do samego pójścia spać.

Kolejnego dnia, kiedy szłam do miasta, poczułam się jak… Bóg – co mnie potem bardzo przeraziło. Przemknęła mi przez głowę myśl: jestem Bogiem oraz to, że nie potrzeba mi Boga w moim życiu, sama sobie poradzę. Przez chwilę byłam z siebie nawet dumna, taka pyszna. Lecz potem rozpłakałam się. Poczułam ogromny wstyd i żal. Pobiegłam natychmiast do kościoła, błagając Boga o wybaczenie, że tak się wywyższyłam. Czułam się taka brudna, niegodna. Wpadłam w wielką panikę, ale taką wewnętrzną, w duchu, bo na zewnątrz nie dawałam po sobie poznać, że coś się dzieje.

Siedząc w kościele, cały czas błagałam Boga o wybaczenie. Czułam, że poważnie zgrzeszyłam przeciw Niemu, a przecież zawsze chciałam, żeby Bóg był na pierwszym miejscu w moim życiu. Wówczas przez chwilę znów poczułam obok siebie ten sam odór, choć koło mnie nie było nikogo, i usłyszałam słowa: bunt… nieposłuszeństwo… odstępstwo… pycha… oraz w myślach słowa: Szatan wdarł się do wnętrza Kościoła. A więc jeszcze usilniej zaczęłam się modlić i błagać o wybaczenie za te moje myśli. Potem usłyszałam: krokodyle łzy… krokodyle łzy… i jeszcze mocniej płakałam.

Poczułam się jakbym sama była szatanem. Pomyślałam, że jestem potępiona i uciekłam z kościoła. Jednak wybiegając, usłyszałam głos: Nie uciekaj. Nie uciekaj ode Mnie. Ale uciekłam, nie potrafiłam wówczas zostać. Odpowiedziałam Bogu: „Boże, Ty wiesz, że ja Cię kocham, że oddałabym życie swoje dla Ciebie, ale nie umiem Ci teraz popatrzeć w Twarz, w Twoje oczy. Błagam Cię o wybaczenie” i uciekłam jak poparzona, płacząc cały czas. Po tym unikałam trochę kościoła. Bałam się iść, podejść do Boga, choć starałam się modlić.

Następnego dnia rano, cały czas chodziłam smutna, przybita. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Chciałam umrzeć. Wieczorem zachowywałam się tak, jakbym oszalała, postradała zmysły – tak to wyglądało na zewnątrz. Słyszałam słowa: potępienie… potępienie…. krokodyle łzy… Próbowałam walczyć z tymi głosami, ale nie udawało mi się. Czułam odór spalenizny, tak mocny, ze nie dało się wytrzymać. Czułam się bardzo samotna – jakby Bóg mnie opuścił – choć rodzina była tuż obok. Ale ja nie chciałam z nikim rozmawiać bo wiedziałam,  że przecież mnie nie zrozumieją, nie uwierzą.

Zastanawiałam się, czy te wszystkie słowa pochodzą od Boga, czy od Szatana? Miałam nadzieje, że gdzieś jednak jest Bóg, ale On nic nie mówił. W tym omoku robiłam dziwne rzeczy; biegałam jak opętana, ciągle przepraszałam Boga i rodzinę za krzywdy, które im wyrządziłam. Ukazały mi się moje grzechy, ale głównie te ciężkie, które obraziły Boga, z których się nie spowiadałam. Grzechy z Prawa Mojżeszowego: „Nie będziesz miał Bogów cudzych przede Mną – wróżki, horoskopy, oraz „Czcij ojca swego i matkę swoją” – nacisk położony był na moją mamę. Wiedziałam, że choć kocham rodziców, to w stosunku do mojej mamy miałam grzech, który hodowałam w sobie od wielu lat – grzech nie przebaczenia, zatwardziałości serca. Także kilka innych grzechów zostało mi przypomnianych.

Chciałam naprawdę umrzeć. Płakałam. Rodzina ciągle była przy mnie i pytała z niepokojem, co się dzieje. Ale wówczas nie liczył się za bardzo nikt, prócz mnie samej i Boga.  Ciągle płakałam jak małe dziecko, błagając Boga i rodzinę o wybaczenie za moje wszystkie grzechy. Oni odpowiadali: „Dziecko, za co ty nas przepraszasz? Przecież nic nam nie zrobiłaś”.

Chciałam po prostu umrzeć z tego powodu, że tak bardzo obraziłam Boga. Cała moja z Nim rozmowa toczyła się w moim wnętrzu. Nic nie mówiłam na głos, bo nie chciałam  jeszcze bardziej martwić rodziców. W między czasie słyszałam słowa: dziesięć przykazań Bożych… dziesięć przykazań Bożych… Mojżesz… Mojżesz… Zaraz też usłyszałam głos: przeleć go… przeleć go… a obok mnie był mój szwagier, który próbował dowiedzieć się ode mnie, co się dzieje. Ale z nim nie rozmawiałam, bo nie chciałam ich jeszcze bardziej denerwować.

Byłam już totalnie wykończona. Miałam wrażenie, że całe piekło było obok mnie. Próbowałam z tym walczyć, ale nie udawało się. Błagałam Boga, żeby poćwiartował mnie na milion kawałków, zabił – tak bardzo czułam się grzeszna. Tego uczucia nie da się naprawdę opisać słowami. Czułam się najgorszym grzesznikiem na ziemi, wstydziłam się siebie i swoich grzechów. Chciałam, żeby Bóg zabrał mnie do siebie, do Nieba, ale On nie chciał.  Potem prosiłam Go, żeby po prostu zabrał mnie z tego piekła, ale On nic nie czynił.

Potem znów usłyszałam: dziesięć przykazań Bożych… Wówczas doznałam pewności, że gdyby On zabrał mnie w tamtym momencie z ziemi, to zostałabym w tym piekle. Więc znów błagałam Go o Niebo – o to miejsce, które wcześniej mi pokazał. Mówiłam do Boga: „Przecież Ty jesteś Miłosierny”, a On na to: Tak, masz rację, Ja jestem miłosierny, ale też sprawiedliwy i znów powtórzył: dziesięć przykazań Bożych… A ja znów to samo: „Przecież Ty, Boże jesteś Miłosierny”, a Bóg: Tak, jestem miłosierny, ale też sprawiedliwy.

I tak trwało to jakiś czas, a dla mnie to była wieczność. Tak targowałam się z Bogiem, w miedzy czasie myśląc sobie, że będę targować się z Nim, aż wreszcie Go przekonam i zabierze mnie do Siebie.  Lecz zaraz usłyszałam: To nie jest żadna gra… i nagle zrozumiałam –  jakbym jeszcze bardziej uświadomiła to sobie – że tu chodzi o mnie, o moje prawdziwe życie. O życie po śmierci…

Ale nadal trwałam w swym uporze i mówiłam, że prędzej umrę, niż porozmawiam i przebaczę mamie. Prędzej życie swoje oddam za nią, niż z nią porozmawiam. I nadal starłam się przekonać Boga do swoich racji. A Bóg mówił, że jeśli chcę, to mogę to przerwać.  Zrozumiałam wówczas, że byłam w stanie wyjść z tego piekła, z tego stanu, jeśli jej przebaczę urazy z przeszłości. Jeśli chcesz, możesz to przerwać –  mówił.

Jednak ja znów uparcie mówiłam, że wolę umrzeć. Poza tym wiedziałam, że przecież ona mnie nie zrozumie, więc co jej powiem? Mówiłam Bogu: „Przecież Ty wiesz, że ja kocham mamę, rodziców, ale oni mnie nie rozumieją”. Bóg milczał.

Słyszałam, jak mama mówiła: „Ona chyba oszalała”. A głos mi mówił: Jeśli tego nie przerwiesz, możesz trafić do szpitala…. Nie zareagowałam na to, tylko uparcie błagałam Go, żeby zabrał mnie do Nieba, bo przecież jest Miłosierny…

Naprawdę miałam wrażenie, że Szatan jest blisko mnie. Od czasu do czasu czułam w całym domu, gdzie tylko się pojawiałam, odór spalenizny, jakby spalonego ciała. Bałam się. Zachowywałam się jak oszalała, uciekałam od głosu demona, nie chciałam go słuchać,  choć wówczas nie wiedziałam już, czy to demon czy Bóg, bo mówił: potępiona… potępiona… potem: Adam i Ewa… pycha… wywyższenie się… Następnie usłyszałam: Oni zginęli przez ciebie.Zrozumiałam natychmiast, że chodziło o katastrofę smoleńską. Jesteś jak Judasz. Jesteś Judaszem! – mówił głos.

Wiłam się jak wąż. Chciałam rozpaść się na milion kawałków. Miałam wrażenie, jakby Bóg mnie opuścił i jakbym została całkiem sama. Chciałam wybiec z domu. Próbowałam się gdzieś schować, chciałam zapaść się pod ziemię. Chciałam, żeby wszystkie drzewa, pagórki zawaliły się na mnie, unicestwiły – totalny Armagedon. Zazdrościłam mojej siostrze bliźniaczce, że umarła. Choć próbowałam uciec, nie udało mi się, bo moja rodzina mocno mnie pilnowała. Słyszałam wszystko, co mówili do mnie, jednak te odgłosy z piekła powodowały, że nie potrafiłam się uspokoić.

Po jakimś czasie, na chwilę wszystko się uspokoiło. Powiedziałam w końcu mamie,  że błagałam ją o wybaczenie za niewdzięczność, za grzechy itd. i że ją kocham (myślałam, ze jeśli trzeba będzie, to oddam za nią swoje życie). A ona na to: „Dziecko, za co ty mnie przepraszasz? Co ty mówisz? Jakie ty możesz mieć grzechy?” Ale ja już nic nie odpowiedziałam.

Potem, w trakcie dyskusji z Bogiem, kiedy prosiłam Go znów o wzięcie mnie do Nieba, Bóg odpowiadał, że nie może bo jestem z stanie grzechów ciężkich. A ja Mu odpowiedziałam w końcu, trochę ze złością: „Aha, dobrze! To zostaw mnie tutaj (czyli w tym piekle,) wszystko mi już jedno!”. Natychmiast po tych moich słowach poczułam, jakby Bóg wyszedł z mojego serca (nie umiem tego inaczej określić) i zaraz potem jeszcze większe dręczenie. Natychmiast pożałowałam tego, co powiedziałam i zaczęłam błagać Boga, by wrócił. Płakałam jeszcze mocniej, krzyczałam w sercu: „Boże, błagam, wracaj!” i znów poczułam jakby On wszedł do mego serca i odniosłam ulgę. Poczułam, że mimo tych dręczeń, Bóg znów jest ze mną, w moim sercu.

W trakcie tego dziwnego, nadprzyrodzonego stanu, kiedy już karetka była w drodze, moje ciało było jakby sparaliżowane. Ja sama czułam, że jeśli tylko zechcę, to mogę wstać (mam wagę 55 kilo), a innym bardzo ciężko było mnie podnieść. Czterech dobrze zbudowanych mężczyzn ledwo mnie podniosło, jakbym ważyła tonę. Przyjechała karetka. Zbadali mnie na miejscu i okazało się, że wszystko w porządku – normalne oczy, normalne bicie serca, normalne ciśnienie. A jednak nie mogli mnie podnieść. Próbowali ze mną rozmawiać, ale ja nic nie odpowiadałam. Nie chciałam.

Z tego co pamiętam, to słyszałam też głosy, które mówiły, że jestem najgorszym człowiekiem na świecie, najgorszym grzesznikiem. Czułam się po prostu naprawdę strasznie, było mi już wszystko jedno, co się ze mną stanie. Czułam się taka brudna, taka nieczysta…

W końcu dojechaliśmy do szpitala. Tam dostałam zastrzyk, który ponoć miał mi pomóc. W tym samym momencie ja powiedziałam do Boga: „Boże, zrób ze mną co chcesz. Poddaję się. Tylko błagam – Jezu, ratuj mnie!”, To „…ratuj mnie” powiedziałam na głos, żeby inni słyszeli. Wówczas lekarz powiedział: „Aha, to już chyba wiemy, o co w tym wszystkich chodzi. Zastrzyk zadziałał”, sugerując chorobę psychiczną.

No i tak w zasadzie wszystko się skończyło. W szpitalu zostałam miesiąc. Kiedy z niego wyszłam, pobiegłam od razu do kościoła, aby wyspowiadać się z wszystkich grzechów, jakie pamiętałam, choć nadal dręczyło mnie to, czy ja rzeczywiście jestem jak Judasz? Zaczęłam chodzić często do kościoła, spowiadać się jak najczęściej i jak najczęściej przyjmować Świętą Eucharystię.

Dziękowałam Bogu, i nadal codziennie dziękuję, że mimo tego wszystkiego, mimo tych moich okropnych grzechów, nie umarłam, a On zlitował się nade mną i nadal jestem tutaj i żyję. W sumie całe to wydarzenie określiłam potem właśnie jako „ostrzeżenie od Boga”, które otworzyło mi oczy, na to, co tutaj na ziemi tak naprawdę się dzieje, czyli na wojnę – walkę duchową między Dobrem a złem.

Po jakimś czasie przypadkiem wpadła mi w ręce książka księdza Tadeusza Kiersztyna – „Ostatnia walka”, gdzie opisane są dzieje ludzkości i to, do czego dąży szatan kusząc każdego człowieka, a mianowicie do tego, by każdy uznał, iż nie potrzebuje w swoim życiu Boga, a sam siebie uznał za Boga, żeby człowiek sam siebie ubóstwił, uznał za samowystarczalnego, jak to było w przypadku naszych pierwszych rodziców – Adama i Ewy.

Ewa

Krosno, 2012 r.

https://www.vicona.pl/single-post/Jestem-milosierny-ale-tez-sprawiedliwy-Swiadectwo-Ewy

Reklamy

Posted in Religia, Świadectwa | Leave a Comment »

Od lęku do miłosierdzia i uwielbienia – Anna Kuraś

Posted by tadeo w dniu 29 kwietnia 2018

Wstrząsające świadectwo Anny, która z Bożego dopustu doświadczyła czym jest realna obecność złego ducha i jego nienawiść do każdego człowieka. Wszystko zmieniło się w chwili, gdy Anna uwierzyła, że tylko Jezus Chrystus jest jej Królem i Zbawicielem, a życie doczesne jest walką o życie wieczne.

Rejestracja: ks. Sławomir Kostrzewa

Posted in Świadectwa | Leave a Comment »

Fragment „Z ziemi chełmskiej” Władysław Stanisław Reymont

Posted by tadeo w dniu 13 grudnia 2017

A jakie to dusze wzniosłe, bohaterskie i oddane świętej sprawie, niech opowie krótka historya, jedna z tysiąca, fakt straszliwie prawdziwy i rzeczywisty aż do okropności.

337

W 1874, w roku zniesienia Unii na Podlasiu, na pograniczu powiatów bialskiego i konstantynowskiego, w małej wioseczce Kłoda, należącej do horbowskiej parafii unickiej, biedował na paru morgach niejaki Józef Koniuszewski, a że ziemi miał mało i lichej, to pracowicie dorabiał po dworach i sąsiadach, żeby się tylko wyżywić wraz z żoną, dzieckiem paroletniem i krowiną. Byli to ludzie porządni, spokojni, a bardzo przywiązani do swojego wyznania.

338

Ale przyszło zniesienie Unii, zaczęto na gwałt nawracać Podlasie i Chełmszczyznę, trafili więc i do Horbowa, spędzili całą parafię pod cerkiew i kazali się wszystkim przepisywać na prawosławie. Nawracanie odbywało się, jak wszędzie, w przepisanym z góry porządku i formie. Kto uległ wymowie batów, kto obietnic, kto dłuższym siedzeniem w Białej, ale Koniuszewscy, wraz z wieloma ze swojej wsi, nie ulegli; dostali też sporą porcyę, a Koniuszewski nawet więcej, niźli drudzy, gdyż żarliwiej i głośniej bronił swojej wiary, a omdlewając pod nahajami, jeszcze krzyczał:

339

— Polak jestem i katolik! Zabijcie, a nie przejdę!

340

Nie zabili go, ale za to dłużej musiał się lizać z ran i ciężej przychodził do zdrowia. A jakby na tem większą niedolę nieszczęśliwych na Koniuszewską, będącą w tym czasie już w ósmym miesiącu ciąży, zwrócił szczególną uwagę strażnik i często zaglądał do wsi, rozpytując się bardzo troskliwie o czas jej rozwiązania.

341

Zaraz na drugi dzień po urodzeniu się tęgiego chłopaka spadł na nich strażnik, jak sęp żarłoczny, z nakazem, żeby mu dziecko przynieśli do ochrzczenia.

342

Koniuszewski struchlał, ale matka, chociaż jeszcze chora, zaczęła krzyczeć:

343

— Nie dam na prawosławne dziecka! Uduszę je własnemi rękami, a nie dam!

344

Strażnik odszedł, i nazajutrz wezwano Koniuszewskiego do gminy.

345

— Ja Polak i katolik, to i mój syn będzie taki sam! — odpowiadał krótko i twardo.

346

Posiedział za to parę dni w kozie, dostał parę razy w zęby, ale nie zmiękł.

347

W jakiś czas później wezwano go do Białej. Siedział w kryminale wraz ze złodziejami przez dwa miesiące i, chociaż próbowano złamać jego upór na różne sposoby, nie ustąpił i dziecka w cerkwi nie ochrzcił. Wrócił tylko z więzienia jakoś srodze opuchły, posiniaczony i z powybijanymi zębami. Powiadał potem przed sąsiadami, że zdrzemnął się na wozie i zleciał na twardą grudę drogi…

348

Spróbowali z nim innej metody: musiał płacić za każdy dzień zwłoki po pięćdziesiąt kopiejek.

349

Płacił cierpliwie, myśląc, że na tem skończą się jego biedy.

350

Ale wkrótce podnieśli mu karę na rubla dziennie.

351

Nie ustąpił, chociaż było mu już strasznie ciężko.

352

A w końcu, aby go złamać ostatecznie, nakazali płacić po całe dziesięć złotych.

353

Darł się do żywego mięsa, odejmował sobie i dzieciom od gęby, a płacił i chłopaka do cerkwi nie zaniósł.

354

Lecz rychło przyszedł dzień, w którym zabrakło mu nawet na sól.

355

Kara jednak nieubłaganie narastała; strażnik wisiał nad nimi, jak topór, i co parę dni przychodził po pieniądze, wójt groził więzieniem, gdyż urzędy coraz ostrzej nakazywały ściągać należność.

356

A skąd było brać? Stodoła była już pusta, wyprzedali się do ostatniego ziarnka, do ostatniego prawie ziemniaka i zapożyczyli się na wszystkie strony.

357

Zaś zarobek ledwie starczył na jakie takie przeżywienie się.

358

Wtedy zafantowali im prawie wszystkie ruchomości z chałupy, z rozmysłem nie zostawiając zimowej przyodziewy, ni nawet pierzyn i poduszek, i sprzedali wszystko na pokrycie zaległych sztrafów.

359

W chałupie pozostały tylko gołe ściany i puste łóżko, że musieli się przenieść na spanie do obórki, listopad bowiem szedł zimny i deszczowy, a nocami brały tęgie przymrozki, ale się nie ugięli nawet pod takim ciosem, zdecydowani już wszystko przenieść, byle jeno dziecko uratować.

360

Cóż, kiedy tej chudoby nie starczyło na długo, i kara znów jęła narastać, a strażnik już co dnia ich dręczył i co dnia namawiał:

361

— Zanieście dziecko do cerkwi! wrócą wam wszystkie sztrafy i jeszcze nagrodę dadzą.

362

Chłop tylko zęby zaciskał i pięście pod nie podtykał, żeby nie grzmotnąć kusiciela.

363

Aż któregoś dnia zabrali im maciorę, wartającą ze dwadzieścia pięć rubli.

364

Koniuszewski sobie rachował, że za nią przeżywią się chociażby do wiosny, więc ciężko zajęczeli po jej stracie, a beznadziejna rozpacz zaczęła szarpać sercami, ale nie dali tego poznać po sobie wójtowi, który pierwszy wszedł do chlewa wyganiać świnię, a tylko Józefowa, widząc maciorę, opierającą się przed progiem, zakrzyczała urągliwie:

365

— Ugryźcie ją w ogon, to może prędzej was posłucha.

366

Wójt udał głuchego, a potem przystąpił do chłopa i zaczął mu życzliwie przekładać:

367

— Nie gub się, człowieku! Widzisz przecież, do czego cię już doprowadziło to uporstwo! Głową muru nie przebijesz! Nie wiesz to, że pokorne cielę dwie matki ssie?

368

— Żeby nie wiem co, a od swojego nie odstąpię! — odpowiedział w głos.

369

— Nie bądź głupi, jak drugie! Małoś to już dostał? chcesz, żeby ci jeszcze dołożyli, co? Takie prawo wyszło, to słuchać go musisz. Dziecku się nic nie stanie. A rozgniewasz swoim uporstwem urzędy, to ci gotowi grunt zabrać, i wyjdziesz na dziady.

370

— A niech mi wszystko zabiorą! A niech mi nawet przyjdzie zdychać z głodu pod płotem, to zdechnę, a dziecka na zatracenie nie oddam! — rozkrzyczał się, a żona mu jeszcze przytakiwała, utulając rozpłakane dziecko.

371

Cała wieś to słyszała i widziała.

372

I nie przeciągnął go wójt na swoją stronę, nie poradzili tego zrobić później inni, podmówieni, a nawet sam pop, który umyślnie przyjechał do niego; nie puścił go do chałupy i tylko kijem pogroził.

373

Wlokła się ta sprawa do połowy grudnia; zima się już była ustaliła na dobre, wody skrzepły na lód, śniegi przykryły pola, przemarzłe drogi dzwoniły pod nogami, a wszelkie stworzenie cisnęło się do ciepła, gdy jakiegoś poranku mroźnego spadł na Koniuszewskich cios nowy i może najcięższy.

374

Przyszli zabrać im krowę, jedyną ich żywicielkę.

375

W chałupie zrobiło się tak strasznie, jakby wyprowadzano nieboszczyka, kobieta ryknęła płaczem i zaczęła bronić bydlątka, wrzeszczeć a pomstować w niebogłosy, aż się cała wieś zleciała.

376

Nikt się jednak z pomocą nie kwapił, bo jeszcze wielu nosiło nie zgojone rany.

377

Koniuszewski też jakoś spokojnie stał w progu, blady był jeno, jak trup, i chociaż mu żałość rozrywała wnętrzności, patrzał na wszystko martwemi, zapiekłemi od bólu oczami i nie wyrzekł ani słowa, ale skoro krowina, wyciągana z obejścia, zaryczała i zaczęła odwracać głowę za gospodarzami, porwał jakiś kół i również wziął bronić swojej żywicielki. Nie obronił; mógł to sam przemódz całą tę zgraję?

378

Tyle tylko zarobił, że go znowu sponiewierali, jak nieboskie stworzenie, a krowę i tak powlekli na sprzedanie.

379

Luta noc omroczyła im duszę, i gdy żałosne ryki bydlątka ucichły, chałupa stała się jakby tym zimnym grobem, pełnym straszliwych jęków niedoli, kobieta zawodziła rozpacznie, nie mogąc przeboleć tej straty, a chłop siedział martwo pod kominem, jak ten ogień, w który się zapatrzył, palącą, straszną męką przegryzany.

380

Przeszło południe, wieczór już nadchodził, modrawy zmierzch obtulał ziemię, i po wsi wybłyskiwały światła, a oni wciąż siedzieli, pogrążeni w rozpaczy i gorzkich rozpamiętywaniach swojej doli nieszczęsnej. Zaglądali do nich niektórzy sąsiedzi, ale, dojrzawszy sine, okrwawione twarze, zakrzepłe w bólu i rozpaczy, uciekali strwożeni. Dopiero późnym wieczorem oprzytomnił ich płacz zgłodniałych dzieci.

381

— Cóż teraz poczniemy? — odezwała się kobieta, nastawiając garnek z wodą na ogień.

382

— Nie ustąpimy! — rzekł i długo patrzał w jej zapłakane oczy.

383

— Dziecka nie dam! — przytwierdziła mocno — a może Pan Bóg zlituje się jeszcze nad nami.

384

Mieli w sobie taką niezłomną wiarę w świętość swojej sprawy, że nie było na świecie mocy, któraby mogła ich zachwiać w powziętem postanowieniu.

385

Ale jak tu było żyć dalej?

386

Niemógł się nigdzie ruszyć za robotą, bo literalnie nie miał w czem, a mrozy brały coraz większe, więc tylko żyli tem, co im przyniosły miłosierne ręce sąsiadów, a tego było niewiele, gdyż wieś była strasznie zbiedzona i tak w czasie „nawracania” objedzona przez żołnierstwo, że nie w każdym domu mieli ziemniaki, a już okrasy i chleba to nie widzieli całymi miesiącami.

387

Ale w chałupie Koniuszewskich była już tylko rozpacz i głód.

388

Chłop targał się w męce i prawie już od rozumu odchodził, żeby sobie jakoś zaradzić, a tyle jeno wymyślił, że któregoś dnia pożyczył sobie od sąsiada kożucha, nogi poobwijał w łachmany i, nie opowiadając się nawet żonie, ruszył gdzieś we świat.

389

Poszedł po ratunek do księdza.

390

Droga była daleka i niezmiernie uciążliwa, szedł przytem o głodzie i musiał kołować i kluczyć borami, omijając wsie i trakty, na których mógłby się spotkać ze strażnikami, więc dopiero drugiego dnia dowlókł się na plebanię.

391

Ksiądz był w domu, ale skoro się dowiedział, że to „oporny”, tak się wystraszył, że nie chciał go widzieć na oczy i przykazał surowo kościelnemu nie wpuszczać nieszczęśnika nawet do kościoła. Szczęściem kościelny miał litościwsze serce i pozwolił mu wejść do kruchty, gdzie Koniuszewski całą noc leżał krzyżem i żebrał krwawemi łzami o zmiłowanie, a rano, po mszy, upatrzywszy odpowiednią chwilę, padł do nóg proboszczowi, wyznał się ze wszystkiego i skamlał o ochrzczenie dziecka.

392

Ksiądz wysłuchał, nawet się nad nim rozczulił, dał mu parę złotych i medalik, ale o chrzcie nie dał sobie mówić i jak najsurowiej zakazywał mu więcej przychodzić na plebanię…

393

A chociaż z niczem powrócił do chałupy, nie stracił jeszcze nadziei, bo wkrótce wybrał się do jednego z dworów, gdzie często chodził na robotę. Cóż, kiedy dziedzic kazał go wypędzić: bał się również, aby go nie posądzono o pomaganie „opornym”, na całej bowiem unii wciąż jeszcze świszczały nahajki, tłukły kolby, tysiące gnano w dalekie strony, i rozlegał się żałosny płacz „nawracanych”. Koniuszewski zapłakał pierwszy raz w życiu nad swoją niedolą i odszedł.

394

Dopędził go za bramą dworski kucharz i z dobrego serca mu poradził, żeby się udał do starej pani hrabiny Łubieńskiej w Jabłoni, która jak może, tak wspomaga i broni prześladowanych unitów, a już niejednego uratowała od zguby.

395

Ale chłop tylko się smutnie uśmiechnął, obtarł rękawem oczy i już nigdzie więcej nie poszedł, nie szukał już u nikogo więcej poratunku, bo zrozumiał, że pozostał sam na świecie, jako to drzewo na wywieisku, i że zginąć musi…

396

Opowiadali potem ludzie, jako po powrocie wciąż się tylko modlił, a z chałupy przez całe noce rozlegały się pobożne śpiewy.

397

I kiedy przed samymi Godami dali mu znać pod wielkim sekretem, że mają mu siłą odebrać dziecko i ochrzcić je w cerkwi, nawet nie rozpaczał, jakby już na wszystko przygotowany, a tylko rzekł tym, co mu tę wiadomość przynieśli:

398

— Długie mają ręce, ale mojego chłopaka nie dosięgną.

399

Stał się nawet potem jakiś rozmowniejszy i prawie wesoły, chodził po wsi, zaglądając do chorych, leczących się jeszcze z pobicia, umacniał w wierze chwiejnych i wyznawał się przed niektórymi, że postanowił zabrać żonę z dziećmi i wywieźć się we świat szeroki, gdzie go oczy poniosą!

400

Nie dziwili się temu, przecież już był osaczony, jak ten dziki, szkodny zwierz, a nawet któryś z zasobniejszych chciał mu pożyczyć na drogę, pod zastaw gruntu.

401

— Na taką drogę wystarczy mi tego, co mam — odpowiedział cicho.

402

I jeszcze tego samego dnia oboje Koniuszewscy zaczęli się żegnać ze wsią i pokornie wszystkich przepraszali za złe, jakie mogli komu uczynić.

403

Mówili, że wyjdą w nocy, ale nikomu nie powiedzieli, dokąd się wynoszą.

404

Pożegnali się, i już ich nikt więcej nie widział na oczy.

405

Noc się zrobiła ciemna, mróz sfolżał, i niekiedy padał śnieg gęsty i pierzasty, a chwilami przeciągał wilgotnawy wiatr, jakby na odmianę. Psy tej nocy jakoś dziwnie, swarliwie naszczekiwały, i koguty piały od samego wieczora.

406

Naraz, o samej prawie północy, chlusnął w niebo słup ognia, i rozległy się po wsi krzyki.

407

Paliła się stodoła Koniuszewskich.

408

Ale, nim się zbiegli, a pomyśleli o ratowaniu, już cała stanęła w płomieniach.

409

Koniuszewskich w chałupie nie było, musieli wyjść zaraz z wieczora.

410

Zdumieli się jednak niezmiernie, znalazłszy chałupę wywartą naroścież, a w izbie, na stole, pokrytym białem płótnem, zastawioną wieczerzę, zupełnie jeszcze nietkniętą.

411

Długo nad nią kiwali głowami, nie mogąc tego zrozumieć, aż ktoś rzekł z naciskiem:

412

— Musiało im coś przeszkodzić, kiedy tak wszystkiego odbiegli.

413

— A może są jeszcze gdzieś na wsi…

414

— Jużby do ognia przylecieli; nie, w tem jest coś innego.

415

Pogadywali niespokojnie i wyczekująco rozglądając się dokoła, ale Koniuszewscy się nie zjawili, natomiast pożar wzmagał się z minuty na minutę, ognistą płachtą pokrył już cały dach i czerwonymi jęzorami przeciskał się wskróś ścian; na szczęście wiatr całkiem ustał, a rozwichrzone grzywy czarnych dymów i płomieni wynosiły się coraz potężniej z trzaskiem i sykiem, rozsiewając krwawe brzaski na gromady, wylęknione i tłoczące się bezradnie, i na ośnieżoną chałupę, nizko przywartą do ziemi.

416

Wreszcie sołtys zaczął napędzać do ratowania, że ten i ów się poruszył i biegał z krzykiem, nie wiedząc zresztą, co począć, ktoś nawet próbował wyciągnąć wóz, którego dyszel sterczał przez wrótnie stodoły, lecz niepodobna było już podejść bliżej; cały budynek stał w ogniu, paliło się na wszystkich czterech węgłach, a ze słomianego dachu sypał się na głowy żywy ogień.

417

Przyleciał wkrótce strażnik i, nie zważając na pożar, zaczął bardzo żarliwie rozpytywać, gdzie się podzieli Koniuszewscy, i tak zajadle szukał, tak za nimi tropił, zaglądając nawet do ziemniaczanych dołów i na strychy, aż się z niego przekpiwali między sobą, a ktoś odważniejszy zawołał ze śmiechem:

418

— Schowali się do stodoły; niech pan starszy sprawdzi…

419

Juści nie sprawdzał, bo stodoła była już tylko huczącą górą rozmiotanych płomieni, już trzeszczały wiązania, już chwiał się dach, wzdymały się rozpalone ściany, pękały belki, a co chwila wybuchały ogniste fontanny, i krwawe żagwie, niby spłoszone ptactwo, rozlatywały się na wszystkie strony świata. Noc była cicha i ciemna, śnieg zaczął polatywać gęstymi rojami, we wsi sąsiedniej bił dzwon na trwogę, i psy wyły jakoś długo i żałośnie; ludzie zaś stali kupami, z cicha pogadując, gdy wtem, jakby z nieba, czy z tych szalejących płomieni, zabrzmiał stłumiony, daleki śpiew, jakby przeciągły krzyk konających…

420

Struchleli z przerażenia, zamarły serca, i wszystkie oczy stanęły kołem.

421

A płomienisty kierz śpiewał coraz głośniej, coraz wyraźniej i coraz zrozumialej…

422

Nikt się nie mógł poruszyć, jakby ich wbiła w ziemię kamienna pieśń strachu; dopiero po długiej chwili ktoś zakrzyczał:

423

— To Koniuszewscy!

424

— Jezu, Marya! Koniuszewscy! Ratuj, kto w Boga wierzy! Jezu, Marya!

425

Jakby huragan szaleństwa ich porwał i rozmiótł na wszystkie strony; lunęły wrzaski, szlochania, lamenty; biegali nieprzytomnie dokoła ognia, wyciągali ręce, targali się za włosy, uciekali w pola, to krzyczeli nieludzko w strasznej męce żalów i bezradności, bo ani można było myśleć o ratowaniu, dach się bowiem wygiął i mógł lada chwila runąć.

426

Ale śpiew wciąż jeszcze płynął, równy, wysoki, niebosiężny, był jakby radosnem witaniem raju, hymnem zmartwychwstających, ekstatyczną pieśnią wiary…

427

Runęli wszyscy na kolana i zaczęli odmawiać modlitwę za konających. Głosy się trzęsły i łamały, zalewając łzami, niekiedy wybuchał ogólny płacz, niekiedy ktoś padał na ziemię ze strasznym, rozdzierającym krzykiem, i łkania rozsadzały piersi, ale modlili się całą głębią dusz, i ta litania zrozpaczonych, łzawych głosów łączyła się ze śpiewem konających i wraz z szumem pożogi, z trzaskiem pękających ścian płynęła jednym, ogromnym jękiem w bezkreśną, nieprzeniknioną noc…

428

Naraz stodoła się zapadła, i z głębi ognistej otchłani wydarł się ostatni, przerażający krzyk…


429

Dopiero w parę dni później wydobyto z pod zgliszcz zwęglone zwłoki Koniuszewskich.

https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/z-ziemi-chelmskiej.html

Bohaterstwo unickiej rodziny Koniuszewskich

Posted in Historia, Świadectwa, Święci obok nas | 1 Comment »

Podróż na drugą stronę?

Posted by tadeo w dniu 29 listopada 2017

 „…w międzyczasie jego brat Tadeusz ofiarowuje swoje życie za życie brata. Jak się później okazuje Tadeusz umiera półtorej roku po wyzdrowieniu brata”.

W wieku 30 lat Andrzej Duffek przeżył śmierć kliniczną. – Nie ma odpowiednich słów, które mogłyby dokładnie oddać stan, w jakim się znalazłem – podkreśla, zaczynając swoją opowieść.

Podczas zabawy z synem na śniegu 10 lat temu uległ poważnemu wypadkowi. Zjeżdżając na sankach, uderzył w drzewo. Myślał, że jedynie złamał żebra. Później lekarze powiedzieli mu, że nastąpiło wielofragmentowe pęknięcie wątroby. Duża utrata krwi mogła doprowadzić do niedotlenienia mózgu. – Ostatnia rzecz, jaką pamiętam, był formularz zgody na operację. Mechanicznie zacząłem go podpisywać. Andrzej Duff… – nie dokończyłem. Straciłem kontakt z rzeczywistością.

Film o własnym życiu

Pan Andrzej, jak sam określa ten stan, znalazł się w punkcie przejściowym.. – Zacząłem prosić Boga: „Daj mi jeszcze 10 lat, bo chciałbym wychować syna”. Ostatnim wysiłkiem dodałem jeszcze: „ale nie moja wola, ale Twoja niech się stanie” – wspomina. Doznał takiego wrażenia, jakby wszedł we własny umysł. Jego życie przewinęło się na zasadzie retrospekcji. – Jak w aparatach analogowych, gdzie wykorzystana klisza cofała się do początku – opowiada. Każdy etap jego bycia na ziemi podlegał ocenie – negatywnej bądź pozytywnej. – W pewnym momencie, podczas oceny jednej z sytuacji, w czasie której jego intencje były całkowicie złe, przez krótką chwilę, doznał uczucia „palenia ogniem”. – Nigdy wcześniej, ani potem tak nie cierpiałem. Następnie przeszedłem przez jasny punkt swoich narodzin. Wtedy zrozumiałem, że umarłem…

Najwyższa nagroda

Potem pan Andrzej jak sam określa ten stan, znalazł się w punkcie przejściowym. – Wcześniej prosiłem Boga, by dał mi szansę wychować syna. W tamtym momencie, kiedy poczułem się tak dobrze, pragnąłem jedynie, by pozwolił mi wrócić na chwilę do moich bliskich. Chciałem tylko powiedzieć żonie i synowi, żeby się nie martwili, że śmierć to nie koniec, a ja na nich czekam – wspomina. Następnie pan Andrzej poczuł coś, co sam nazywa „najwyższą nagrodą”. Była to błoga świadomość, że już nigdy nie będzie czuł się źle. Wtedy jasny punkt narodzin zaczął się oddalać. Otoczenie naokoło z szarego stawało się coraz ciemniejsze. – Czułem się, jakbym wracał do źródła, z którego kiedyś wyszedłem. Straciłem poczucie własnego ciała i czasu. Byłem jakby zjednoczony z Bogiem – mówi o tamtym doświadczeniu. W pewnym chwili dostrzegł kilka jasnych punktów, nie większych niż główka szpilki. Potem poczuł, jakby ktoś dmuchnął mu w twarz. Razem z tym uczuciem nadeszło „brzęczenie”.

Siła modlitwy

– Gdyby postawić obok siebie 100 osób i każdej z nich kazać w tym samym momencie deklamować inny wiersz, wówczas uzyskalibyśmy efekt – próbuje opisać tamtą sytuację. Z czasem z tego zlepku różnych brzmień zaczęły wyłaniać się pojedyncze głosy modlitwy. – Później dowiedziałem się, że jeden z lekarzy, stwierdził już moją śmierć. Wtedy modlitwy się nasiliły i wypchnęły mnie z powrotem do życia, jak gdyby ponad taflę wody. Z relacji innych osób wiem, że poruszyłem wówczas powiekami. Kiedy to wszyscy zobaczyli, przestali się modlić, a ja zapadłem się ponownie do poprzedniego stanu. Taka sytuacja powtórzyła się wielokrotnie. Teraz wiem, jak wielka jest siła ludzkiej modlitwy. Po dwóch miesiącach mężczyzna został wybudzony ze śpiączki. Na początku w ogóle nie był szczęśliwy. Jego pierwsze słowa to pretensje do rodziny i przyjaciół o to, że odebrali mu szansę odczuwania spokoju i szczęścia. – Później wszystkich przeprosiłem. Jednak w tamtej chwili chciałem jak najszybciej być znów blisko Boga. I właściwie wciąż tego pragnę najbardziej – przyznaje. Po przebudzeniu dzielił się doświadczeniem śmierci klinicznej jedynie ze znajomymi. Dopiero w czasie zeszłorocznej pielgrzymki do Matki Bożej Ostrobramskiej poczuł, że powinien wyjść ze swoim świadectwem poza krąg najbliższych osób. – W przygotowaniu jest już film, który, mam nadzieję, otworzy oczy wielu ludziom – mówi. – Niestety pojawiły się przeszkody różnej natury w jego realizacji – dodaje i prosi o modlitwę w tej intencji.

Jak to wyjaśnić?

Na granicy śmierci i życia pojawiają się u niektórych osób doświadczenia zwane NDE (Near Death Experience). Są one znane tylko z relacji pacjentów, którzy je przeżyli. Próbę systematyzacji tego zjawiska podjął holenderski badacz Pim van Lommel. Naukowiec ten ze swoimi wspólnikami opublikował badanie w 2001 r. w prestiżowym czasopiśmie The Lancet. – Do tej pory nie zaobserwowano dwóch identycznych NDE, ale można wyszczególnić doświadczenia kluczowe, które występują niemalże zawsze, choć czasami w różnej kolejności np. uczucie spokoju, komfortu i miłości, ale także niepokoju i strachu, streszczenie życia, czy wejście w ciemność lub spostrzeżenie światła – wyjaśnia Jan Stefaniak, lekarz medycyny. – Co więcej, NDE pomimo drobnych różnic, są bardzo podobne niezależnie od tego, z jakiej kultury pochodzi człowiek ich doznający – uzupełnia. Zdaniem ks. Jana Kaczkowskiego, doktora teologii moralnej, bioetyka, twórcy puckiego hospicjum, niektóre wizje, których doświadczają osoby w stanie NDE, można wytłumaczyć naukowo. – Na przykład uczucie podążania ku światłu w tunelu porównuje się do doznań pilotów myśliwców. Ponoć przeżywają oni stan błogiego szczęścia w wyniku przeciążeń, kiedy krew odpływa z mózgu – komentuje duchowny. – Jednak moja praktyka towarzyszenia umierającym, którzy nader często w agonii widzą, a nawet rozmawiają z dawno zmarłymi osobami, każe mi nie wątpić w istnienie rzeczywistości nadprzyrodzonej – dodaje. Jak podkreśla Jan Stefaniak, dwie cechy doznań z pogranicza śmierci są niezmienne. – Osoby po doświadczeniach NDE zazwyczaj bardziej skupiają się na życiu rodzinnym. Pojawia się u nich także większa wrażliwość i empatia, przy jednoczesnym zmniejszeniu akcentu na materialną sferę życia – tłumaczy. – Po drugie, jak wynika z badań, relacje dotyczące NDE w obserwacjach po 2 i 8 latach od doświadczenia, są niemalże… niezmienne. Zaprzecza to obecnemu stanowi wiedzy na temat procesów zapamiętywania i pamiętania – podkreśla lekarz.

Zobacz:

Świadectwo i konferencja – Andrzej Duffek

Andrzej Duffek

Tadeusz Kazimierz Duffek

Posted in Świadectwa | Leave a Comment »

Świadectwo i konferencja – Andrzej Duffek

Posted by tadeo w dniu 26 listopada 2017

Andrzej Duffek przeszedł przez bramy śmierci w wieku 30lat i spotkał się Jezusem po drugiej stronie życia. Fascynujące świadectwo z przejścia do życia po życiu, opowiada jak wyglądał w jego wypadku sąd szczegółowy, jak każda nasza intencja dobra lub zła dodawała cierpień Jezusowi na kalwarii lub dodawała pocieszenia.

Sam siebie by ocenił dużo surowiej, ale stojąc w bożym miłosierdziu przyjął zapłatę jaką za niego dokonał Jezus swoją krwią. Choć porównując cenę swojego życia do 500zł to Jezus zapłacił z góry od razu 500 000 zł. Doświadczył oszałamiającej radości i uwielbienia Boga, który daję rzekę szczęścia. Czuł że zakończył krótki etap życia ziemskiego i wraca do domu do prawdziwego życia na wieki.

W wieku 30 lat Andrzej Duffek przeżył śmierć kliniczną. – Nie ma odpowiednich słów, które mogłyby dokładnie oddać stan, w jakim się znalazłem – podkreśla, zaczynając swoją opowieść. Podczas zabawy z synem na śniegu 12 lat temu uległ poważnemu wypadkowi. Zjeżdżając na sankach, uderzył w drzewo.

Myślał, że jedynie złamał żebra. Później lekarze powiedzieli mu, że nastąpiło wielofragmentowe pęknięcie wątroby. Duża utrata krwi mogła doprowadzić do niedotlenienia mózgu. – Ostatnia rzecz, jaką pamiętam, był formularz zgody na operację. Mechanicznie zacząłem go podpisywać. Andrzej Duff… – nie dokończyłem. Straciłem kontakt z rzeczywistością.

W „Nocnych Światłach” , audycji z dnia 20-04-2015 słuchamy świadectwa o życiu po życiu Andrzeja Duffek – podróżnika po Zaświatach.

Posted in Świadectwa | 1 Comment »

Prof. Witold Kieżun – oni zniszczyli naszą młodość!

Posted by tadeo w dniu 6 listopada 2017

Żeby ocenić trzeba byłoby przeżyć ten okres. Prof.Witold Kieżun o okupacji niemieckiej w Warszawie w odpowiedzi na zadane pytanie z publiczności o słuszność i sens powstania.

 

Posted in Historia, Polityka - video, Polityka i aktualności, Świadectwa | Otagowane: | Leave a Comment »

Tragedia znanej polskiej piosenkarki. W przeszłości zdecydowała się na…

Posted by tadeo w dniu 2 sierpnia 2017

Piosenkarka Katarzyna Sobczyk zmarła 28 lipca 2010 r. w hospicjum na Ursynowie. Ostatnio pojawiła się dotąd nieopublikowana rozmowa z nią. Życzyła sobie by jej słowa zostały opublikowane dokładnie 7 lat po jej śmierci. Z wywiadu możemy dowiedzieć się o tragedii jaka spotkała ją w młodości.

W rozmowie przed śmiercią Sobczyk wyznała tragiczną tajemnicę ze swojej przeszłości:

Zabiłam. Miałam wtedy 18 lat. Byłam w ciąży, z saksofonistą. Bardzo go kochałam i on mnie wtedy też kochał.  Powiedział: fajnie, będziemy mieli dziecko. Niczym się nie przejmuj, tylko jeszcze zaśpiewaj w Opolu. Zaśpiewałam i za tę piosenkę: „Nie wiem, sama nie wiem, czy to warto kochać ciebie”. Dostałam nagrodę. 1965 rok. A potem on zaprowadził mnie do lekarza i usunęliśmy tę ciążę. Byłam w takiej rozpaczy, płakałam dzień i noc, gorączkowałam, umierałam prawie. Ale Bóg pozwolił mi przeżyć. Kiedy przyznałam się mamie, powiedziała: córcia, co ty zrobiłaś, przecież ja bym ci to dziecko wychowała, pomogłabym ci. Ale było za późno. Wiesz, że ten dzieciaczek śni mi się? Wyciąga rączki: mama, mama. Budzę się na poduszce mokrej od łez. – powiedziała Sobczyk.

Jedyne, co mogłam wtedy zrobić, to zerwać z tym chłopakiem. Nie chciałam na nikogo patrzeć. Moja wielka miłość mi minęła.  Została krzywda. Nie mogłam z nim być, bo on nie chciał dziecka – stwierdziła piosenkarka.

Katarzyna Sobczyk odchodziła pojednana z Bogiem, świadoma kresu swych dni mówiła:

W tym raju więc oddychasz z ulgą. Wszystko cię cieszy, wszystkie grzechy masz odpuszczone. Nic cię nie boli. I spotykasz znajomych, spotykasz Boga. Tak bardzo się cieszę, że go mam. Spotykasz facetów, których najbardziej kochałaś. Już nie tęsknisz. Ja nawet nie wiem, czy ten raj jest wysoko, czy tutaj, obok, na ziemi. Nieważne. Ani nie wiem, jak szybko tam trafię. Czuję, że zanim uzyskam wybaczenie, minie dużo czasu.

http://malydziennik.pl/tragedia-znanej-polskiej-piosenkarki-w-przeszlosci-zdecydowala-sie-na,6834.html

Posted in Wspomnienia, Świadectwa | Leave a Comment »

Ja Panią skądś znam!

Posted by tadeo w dniu 19 lutego 2017

Znalezione obrazy dla zapytania szaflarska

Danuta Szaflarska jest fenomenem na skalę światową. Najpierw osiągnęła niebywałą popularność, grając w filmach „Zakazane piosenki” i „Skarb”. Potem reżyserzy przestali ją obsadzać w głównych rolach. A po dziewięćdziesiątce znów błyszczy na ekranie jak czystej wody brylant

Mimo 94 lat Danuta Szaflarska nie jest żadną staruszką i nikomu nawet nie przyszłoby do głowy tak ją nazwać, chociaż opowiada, że pamięta początki kina i pierwsze filmy braci Lumiere. 155 cm wzrostu, wciąż młode oczy, ujmujący uśmiech, a chód tak zamaszysty, że czasem trudno za nią nadążyć. Tylko z pozoru wydaje się, że jest delikatna i krucha. Po tacie z rodu górali spod Nowego Sącza, przez pierwsze 10 lat mieszkająca we wsi Kosarzyska (dziś część Piwnicznej-Zdroju), ma w sobie twardość i odporność ludzi z tamtych stron.

Kiedy mimo zawrotnej kariery, którą właśnie robiła, film odwrócił się do niej plecami, nie opuściła rąk, tylko jak zwykle grała w teatrze. Namiętnie i dużo. Bo teatr, z którym związana jest od 70 lat, do dziś oznacza dla niej życie. — Jeśli skończę grać, to pewnie długo nie pożyję. Jak się wykonuje zawód, który się kocha, to jest się szczęśliwym — zapewnia. I pomyśleć, że chciała być lekarzem!

 

Za piękni na socrealizm

Ludzie uwielbiali ją za rolę Halinki w nakręconych w 1946 r. „Zakazanych piosenkach” i płakali wraz z nią, bo szczególnie chwytała za serce scena, gdy Halinka, dowiedziawszy się o śmierci narzeczonego, ze łzami w oczach zapewnia: — Ja nie płaczę, ja śpiewam. I płacząc, śpiewa: „Tę piosenkę, tę jedyną, śpiewam dla ciebie, dziewczyno”.

W tym filmie grała siostrę Jerzego Duszyńskiego. W „Skarbie” — jego żonę. Stanowili z Duszyńskim parę jak z amerykańskiego romansu. Ona przypominała wyglądem diwę w stylu Rity Hayworth, jego nazywali polskim Clarkiem Gable’em. Amantki i amanci — to w dobie siermiężnego socrealizmu nie było dla aktora dobre emploi. Nie nadawali się na bohaterów mieszających wapno na budowie ani do roli traktorzystów. — Dlaczego Pani potem nie grała w filmach, była Pani przeciw ustrojowi? — zapytała Szaflarską młoda dziennikarka na konferencji prasowej. — Nie — odpowiedziała aktorka. — Role się po prostu nie trafiały. I przypomniała sytuację, jak w latach 50. któryś z reżyserów zaprosił ją do filmu, którego akcja rozgrywała się na budowie:

— Ubrali mnie w kufajkę, chustkę i gumiaki, ale kiedy pojawiłam się na planie, cała ekipa filmowa na mój widok zaczęła pękać ze śmiechu.

Tak skończyła się wtedy filmowa kariera Szaflarskiej i Duszyńskiego. Urodą nie pasowali do wzoru proletariackich herosów. Ale widzowie ich pamiętali i kochali.

Hanka Bielicka, żona Jerzego Duszyńskiego, opowiadała, że po filmie „Skarb” ludzie postrzegali Szaflarską i Duszyńskiego jako autentyczne małżeństwo. Trudno im było zrozumieć, że były to tylko filmowe role. Stanowili piękną parę. — Kiedyś szłam z mężem pod rękę i na ulicy zaczęły mnie napastować jakieś kobiety, wołając: — Nie masz wstydu. Odczep się od męża Szaflarskiej! — wspominała ze śmiechem Bielicka.

Zresztą trzymali się we trójkę. Razem zdawali do szkoły aktorskiej w Warszawie, razem mieli potem przystąpić do egzaminu poprawkowego, którego — jak się okazało — nigdy naprawdę nie musieli zdawać. A po ukończeniu w 1939 r. szkoły razem zdecydowali się na wyjazd do Wilna, gdzie w teatrze na Pohulance zagrali w dwóch sezonach w 19 premierach. Szaflarska wróciła do Warszawy dopiero w 1941 r., po wkroczeniu Niemców do Wilna.

 

Posłaniec to nie łączniczka

W 1941 r. grała w teatrze podziemnym w „Elektrze” i w „Jak wam się podoba” Szekspira. To były wielkie sztuki i wielkie role. Ale ona chciała być użyteczna inaczej. Zamierzała zostać sanitariuszką w AK, bo przecież kiedyś miała iść na medycynę. Ale wtedy Bohdan Korzeniowski — delegat rządu londyńskiego na kraj ds. kultury nie pozwolił. — Powiedział, że w swoim czasie będę wiedziała, co mam robić, i że się artystów nie posyła na pierwszą linię frontu — mówi Szaflarska.

Zapewne gdyby po śmierci ojca matkę było stać na sfinansowanie jej studiów medycznych, zostałaby lekarzem. Matka jednak wysłała ją do Wyższej Szkoły Handlowej w Krakowie, po której łatwiej było o pracę. Gdyby nie zachorowała na tyfus, pewnie skończyłaby WSH, lecz przez chorobę przerwała naukę na drugim roku. Potem już była szkoła teatralna w Warszawie i pierwsze zetknięcie ze stolicą, w której Szaflarska zakochała się od pierwszego wejrzenia i na zabój.

Powstanie Warszawskie to była walka o każdy kamień miasta. Już jej miasta, bo do dziś zauroczona Warszawą mieszka w samym jej sercu — na Starówce. Podczas Powstania była — jak podkreśla — posłańcem, nie łączniczką — takim powstańczym listonoszem, który zawiadamiał, kto się miał gdzie stawić i z kim spotkać. — Przeżyliśmy 63 dni na pierwszej linii frontu. Gdy się ma zadanie i cel, to się nie myśli, że można zginąć — mówi. A miała dla kogo żyć: maleńka córeczka, mąż, matka.

Przeżyli. Potem przeszła z rodziną przez obóz w Pruszkowie. Widziała, że z pięknej Warszawy, tego Paryża Północy, zostały tylko gruzy. Po wojnie pracowała w Starym Teatrze w Krakowie, potem w Łodzi, aż wreszcie związała się z teatrami warszawskimi: Współczesnym, Dramatycznym i Narodowym, gdzie występuje do dziś.

 

Jeszcze nie wieczór

Nie można powiedzieć, że po „Skarbie” film kompletnie zapomniał o Szaflarskiej. To byłoby niesprawiedliwe. Od lat 60. trochę grała, nie były to jednak role główne, na miarę jej talentu. Zagrała m.in. w „Pożegnaniu z Marią”, „Domu bez okien”, „Korczaku”, „Przedwiośniu”, „Żółtym szaliku”.

Ale rolę główną, wspaniałą, napisaną specjalnie dla niej przez młodą reżyserkę Dorotę Kędzierzawską, zagrała w filmie „Pora umierać” w 2006 r. Rolę fantastyczną, za którą otrzymała nagrodę na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. W tym czarno-białym filmie o starej kobiecie, mieszkającej w starym domu, pokazała cały swój kunszt. Właściwie grają tu tylko ona i pies. Gdy stara matka przypadkowo dowiaduje się, że jedyny syn zamierza bez jej wiedzy sprzedać dom i wysiedlić ją z tego miejsca, przeżywa szok. — Mój Boże, może to wszystko nie tak, źle żyłam. Może to wszystko moja wina — mówi z przejęciem. Przez cały czas nie można oderwać od Szaflarskiej wzroku. Jest wspaniała.

Potem — rola w filmie o starych aktorach Jacka Bławuta „Jeszcze nie wieczór”, a ostatnio — w „Janosiku”, którego premiera odbyła się w rodzinnych stronach aktorki w Nowym Sączu. Charakterystyczny błysk w oku, młodzieńczość twarzy zostały Szaflarskiej do dziś. Można zrozumieć, dlaczego Jan Nowicki nazywa ją Fenomenem.

Lubi przyjeżdżać do Kosarzysk. W miejscu dzieciństwa lubi spędzać czas o każdej porze roku. Zwłaszcza gdy kwitną głogi. W Piwnicznej-Zdroju są dumni ze swojej krajanki. Pewnego dnia, gdy siedziała na tarasie kawiarenki, wpatrując się w migocący Poprad, podszedł do niej młody człowiek. Przyglądał się jej. — Ja Panią skądś znam — stwierdził. Uśmiechnięta czekała, co jeszcze powie. Długo myślał: — Pani jest pisarką! — oznajmił, a ludzie na tarasie ryknęli śmiechem.

 

Uratował mi życie

Wątek jej spotkań z ks. Jerzym Popiełuszką i roli, jaką odegrał w jej życiu, jest mało znany. Nie lubi opowiadać o osobistych sprawach. Wyjątek uczyniła dla dziennikarek z Piwnicznej i miesięcznika „Znad Popradu”. Opowiada, jak przyjaźniła się z ks. Jerzym. Zjawiła się w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu, gdy były odprawiane Msze św. za Ojczyznę. Przyznała się księdzu, że przychodzi z przyczyn politycznych, bo jest niewierząca, ale może czytać teksty. Kiedyś zapytał ją, czy może się wyspowiadać. Zapytała: — Tylko jak po 40 latach? Wtedy ks. Jerzy stwierdził: — Hurtem łatwiej. Szaflarska twierdzi, że spowiedź była piękna, podobnie jak pokuta. Zawsze gdy przechodziła koło pustego kościoła, miała tam wstępować na chwilę. — To było moje nawrócenie — przyznaje. Całą rodziną zaprzyjaźnili się z ks. Jerzym. Dawał ślub jej córce, ochrzcił wnuka.

Dwukrotnie ks. Popiełuszko przyjeżdżał do Kosarzysk odpocząć w jej domku. Raz z ks. Liniewskim, misjonarzem z Wybrzeża Kości Słoniowej, chodzili po górach, palili ogniska. Bardzo mu się tu podobało. Raz w kościele w Kosarzyskach odprawił nabożeństwo. Pytał, czy może przyjechać na Boże Narodzenie. Ale nie przyjechał. W październiku go zamordowali.

Szaflarska twierdzi, że ks. Jerzy dwa razy uratował jej życie. Raz — kiedy miała zawał i leżała na stole operacyjnym. Gdy sytuacja zaczęła się komplikować, dostała bólu zamostkowego, a ciśnienie dramatycznie spadało, poprosiła: — Jerzy, pomóż mi, ratuj.

I ratunek przyszedł. — Na salę wszedł lekarz z innego piętra i podał mi lek w aerozolu, którego szpital jeszcze wówczas nie miał, a on miał. Stan się wyrównał, chirurg mógł dokończyć operację. Pytałam później tego lekarza, dlaczego to zrobił, dlaczego zszedł z drugiego piętra i przyszedł na salę. Powiedział: „Nie wiem dlaczego, nikt mnie nie wołał, zszedłem” — opowiada aktorka.

Za drugim razem ks. Jerzy przyszedł jej z pomocą, gdy napadło ją trzech opryszków. Dusili. Mówi, że cudem uniknęła śmierci. Czuła wówczas obecność kogoś przy sobie i było jej z tym dobrze. Doznała wtedy nieziemskiego szczęścia, niezwykłego. — Kiedy w pełni to sobie uświadomiłam, ten ktoś zaczął się oddalać. Wiem, że to był ks. Jerzy. Nikogo nie widziałam, ale czułam tę obecność — wyznaje Szaflarska.

Zawsze gdy wsiada do samolotu, prosi ks. Jerzego: — Przyślij mi aniołki, niech podtrzymują skrzydła, byśmy nie spadli. Uważa też, że te wszystkie role, jakie ostatnio sypnął jej los, to też jego zasługa, bo ks. Jerzy jej pomaga.

— Jeśli nawet Kościół nie ogłosi go świętym, dla mnie zawsze będzie święty. Jestem pewna, że to on uratował mi życie. Nie mogę tego udowodnić, ale ja to wiem.

http://www.opoka.org.pl/biblioteka/Z/ZS/niedziela200951-szaflarska.html

Ps. Danuta Szaflarska zmarła dzisiaj 19 lutego 2017 roku. Aktorka miała 102 lata.

Przeczytaj także:

Danuta Szaflarska

Inny Świat Danuty Szaflarskiej

Wywiad z Danutą Szaflarską

 

Posted in SYLWETKI, ZASŁUŻENI WILNIANIE, Świadectwa | Leave a Comment »

Czy Pan Jezus wrzeszczałby na grzeszników? -Natalia Niemen

Posted by tadeo w dniu 1 lutego 2016

Posted in Filmy religijne, Religia, SYLWETKI, Świadectwa | Leave a Comment »

Magdalena: Świadectwo mojego nawrócenia

Posted by tadeo w dniu 30 grudnia 2014

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Urodziłam się i wychowałam w rodzinie katolickiej. W szkole podstawowej i średniej chodziłam regularnie do kościoła na msze i lekcje religii. W czwartej klacie liceum ogólnokształcącego zdałam maturę z religii z wyróżnieniem. W tym też czasie za namową mojej przyjaciółki poszłam z nią do wróżki, która powiedziała mi jakieś bzdury.  W szkole średniej zaczęłam się też interesować ezoteryką i w tym czasie zaczęły się problemy.

Rozpoczęłam studia medyczne i oddaliłam się od Boga.

Nie chciałam chodzić z rodzicami na niedzielne msze święte i tylko pod przymusem mojego taty chodziłam z nimi do kościoła. Pamiętam jak siadałam w ostatniej ławce i nienawidziłam ludzi, którzy się modlili, a kiedy widziałam księdza, który odprawiał nabożeństwo to moja nienawiść była tak wielka, że gdybym miała możliwość – mogłabym go zabić. Najgorsze było to, że miałam myśli samobójcze. Śmierć dosłownie szła za mną krok w krok i przyzywała mnie do siebie. Pamiętam jak musiałam na peronie złapać się latarni kiedy nadjeżdżała kolejka SKM, żeby nie skoczyć na tory. Nikt z mojego otoczenia nie wiedział co się ze mną dzieje, wręcz przeciwnie uważano mnie za rozrywkową dziewczynę i „duszę towarzystwa”. I tak upływały mi kolejne lata studiów. Na ostatnim-piątym roku przed egzaminami dyplomowymi (z których jako bardzo dobra studentka byłam zwolniona),  czekał mnie egzamin z laryngologii, prawie niemożliwy do zdania w pierwszym terminie. Wiedziałam, że choćbym nie wiem ile się uczyła, to nie dam rady zdać egzaminu praktycznego i teoretycznego.

Wieczorem w przeddzień egzaminu, kiedy leżałam już w łóżku – rozpłakałam się z tej bezsilności i zawołałam : ” Panie Boże,jeśli jesteś – pomóż mi ! „. W tej chwili poczułam jak ktoś ociera łzy z moich oczu (a byłam w pokoju sama) i usłyszałam słodki głos :” Nie martw się. Wszystko będzie dobrze. Zdasz ten egzamin„. Ogarnął mnie taki spokój, że od razu zasnęłam. Rano pamiętałam o tej obietnicy, ale żeby się upewnić, poprosiłam Pana, żeby na jej potwierdzenie przysłał mi jakiegoś ptaka. W tym momencie przyleciały trzy duże ptaki ( szaro-brązowe z żółtymi, zakrzywionymi dziobami). Wszystkie usiadły na płotku za oknem w kuchni, dwa ze skraju odleciały, a trzeci został ( wyglądało to tak, jakby go  te dwa asekurowały). Trzeci ptak usiadł w doniczce z ziemią i zaczął patrząc na mnie unosić po kolei skrzydła i kąpać się w piasku. Ten widok był tak piękny, że nie mogłam oderwać od niego oczu. Zdałam sobie sprawę, że jeśli natychmiast nie wyjdę z domu, to spóźnię się na egzamin, więc poprosiłam Boga, żeby go już zabrał.

W tej chwili ptak odwrócił się tyłem do mnie i odleciał (mam w domu dużo książek o ptakach, ale w żadnej nie znalazłam tego gatunku). Pojechałam na egzamin i zdałam go jako jedyna na roku na czwórkę. Po skończeniu studiów trafiłam do duszpasterstwa akademickiego, a potem do Odnowy w Duchu Świętym, która spotykała się w kościele przy Akademii Medycznej. Było mi tam bardzo dobrze, ale po niedługim czasie ksiądz – egzorcysta, który się nami opiekował zaproponował wspólny wyjazd do ośrodka wypoczynkowego w Jastrzębiej Górze, gdzie miało być odnowienie przyrzeczeń chrztu świętego, chrzest Duchem Świętym i modlitwa o uwolnienie.

Poczułam, że muszę tam pojechać, bo jest to moja ostatnia szansa na nawrócenie. Kilka dni przed  tym weekendowym wyjazdem było spotkanie Odnowy i wtedy stało się coś dziwnego. Kiedy znalazłam się wśród tych moich wierzących znajomych, poczułam się tak,jakby ktoś zmienił moje spojrzenie. Patrzyłam zgorszona na tych ludzi i myślałam :” Co oni robią!. Modlą się, wielbią Boga,unoszą ręce do góry. Przecież oni oszaleli. Trzeba ich jak najszybciej umieścić w szpitalu psychiatrycznym!”. Zawsze po spotkaniu wracałam do domu razem z moją przyjaciółką – Beatą, która mieszkała niedaleko. Tym razem,chociaż Beata siedziała przede mną, w ogóle jej nie widziałam. Tak więc wsiadłam sama do tramwaju i czułam się bardzo nieszczęśliwa. Dojechałam do domu i idąc od przystanku spojrzałam w niebo.

Wcześniej czułam, że jest tam Bóg i aniołowie, ale teraz niebo milczało. . . tak jakby było zupełnie puste. W tej chwili usłyszałam głos :” Widzisz jak się czujesz ?,  ale Boga to w ogóle nie obchodzi, a ja dbam o tych, którzy mi służą. Jeśli oddasz mi pokłon – będziesz sławna i bogata”. Zobaczyłam przed sobą piękną, białą posiadłość ( taką jak w „Dynastii „) i duży basen, przy którym siedziałam. W tej chwili podszedł do mnie mój służący – przystojny blondyn w koszulce polo w paski i grubej,złotej bransolecie na ręku. Przyniósł mi na srebrnej tacy drinka i aktualną gazetę. Wzięłam ją do ręki i na pierwszej stronie było moje zdjęcie i artykuł o tym, jaka to ja jestem bogata.

Od tego czasu minęło już 20 lat, ale widzę tę scenę  tak jak to by wydarzyło się dopiero przed chwilą. Byłam tak nieszczęśliwa, że nawet nie byłam w stanie zastanowić się co się dzieje,ale coś z głębi mnie powiedziało : „Odejdź ode mnie szatanie! „. Szłam dalej w kierunku domu i myślałam, że może rzeczywiście ja nie nadaję się do tego całego chrześcijaństwa. Pomyślałam, że pójdę do baptystów lub do buddystów ( nie znałam wtedy protestantów i nie widziałam różnicy pomiędzy jednymi i drugimi ), ale usłyszałam znowu ten sam głos – tym razem zaniepokojony : „Do baptystów nie, bo tam jest Jezus. Trzymaj się lepiej od Jezusa z daleka!”. Przyszłam do domu i rozpłakałam się. Nie wiedziałam co robić. W dniu planowanego wyjazdu poszłam rano do pracy. Pogoda była straszna – listopadowy sztorm. Lało i wiało. Pod koniec pracy postanowiłam, że jednak pojadę do Jastrzębiej Góry. Kiedy to powiedziałam mojej asystentce, poczułam,że raptem mam dreszcze, szczypią mnie oczy i mam gorączkę. Przytuliłam się do gorącego sterylizatora.

Moja asystentka zdziwiona i zaniepokojona,spytała się :„Co się stało pani doktor?”. Widziała, że jeszcze minutę temu byłam okazem zdrowia. Wróciłam  jakoś po pracy do domu i zaczęłam się pakować. Wzięłam ortalionową, bardzo lekką torbę, piżamę, papcie i świecę. Źle się czułam i było mi słabo. Ostatkiem sił wyszłam z domu i bardzo wolno szłam na przystanek.

Miałam wrażenie, że torba waży tonę, chociaż była bardzo lekka. Ciągnęłam ją prawie po ziemi i wtedy na końcu bloku zobaczyłam moją przyjaciółkę, która też jechała z nami. Beata bardzo się zdziwiła, widząc mnie idącą bardzo wolno. Zawsze byłam pełna energii i znajomi mówili na mnie „struś pędziwiatr „ lub „znikający punkt”, bo mało kto mógł mi dotrzymać kroku. Opowiedziałam Beacie o tej mojej nagłej chorobie, a ona powiedziała,żebym się tym nie przejmowała, bo to normalne. Skoro diabeł nie mógł inaczej powstrzymać mnie od wyjazdu – zaatakował ciało. Powiedziała, że na pewno jak przyjedziemy na miejsce, to wszystko mi przejdzie. A więc po około 2 godzinach dojechaliśmy do ośrodka w którym po kolacji odnowiliśmy przyrzeczenia chrztu świętego. Następnie była modlitwa o wylanie Ducha Świętego,namaszczenie olejem, a gdzieś pomiędzy modlitwa wstawiennicza.

Obecność Pana była tak namacalna, że widziałam wręcz cień Jezusa, który przechadzał się pomiędzy nami. Miałam wrażenie, że gdybym wyciągnęła rękę, to złapałabym skraj Jego szaty. W czasie modlitwy dotarło do mnie kim jestem – grzesznikiem, (chociaż wcześniej uważałam, że przecież ja nic złego nie robię) i zobaczyłam kim  jest święty Bóg.

Rozpłakałam się zdając sobie sprawę ze swojej nędzy i wtedy usłyszałam głos Pana :” Nie bój się!. Ja jestem z tobą i nigdy cię nie opuszczę. Nie lękaj się! Ja cię poprowadzę „. Ogarnął moje serce taki pokój, że gdyby nawet wybuchła III wojna światowa – nie miałoby to dla mnie znaczenia. Kiedy wróciłam do świata i codziennych obowiązków, trochę tego pokoju gdzieś się ulotniło, ale on nadal jest obecny w moim sercu. Bóg tak jak obiecał, wspaniale mnie prowadzi. Zrobiłam dwie specjalizacje,obroniłam pracę doktorską, zwiedziłam wiele krajów, a Pan każdego dnia daje mi dowody Swojej miłości i troski, oraz wybawia ze wszystkich niebezpieczeństw. Chwała Panu!

http://www.egzorcyzmy.katolik.pl/swiadectwa/drogi-uwolnienia/1322-magdalena-swiadectwo-mojego-nawrocenia.html

Przeczytaj także:

Ks. Bogusław Jaworowski, MSF – Okultyzm

Posted in Religia, Świadectwa | 1 Comment »

Okultyzm otworzył mnie na działanie szatana

Posted by tadeo w dniu 30 grudnia 2014

Okultyzm otworzył mnie na działanie szatana

Chciałbym dać świadectwo tego, jak bardzo niebezpieczny jest grzech bałwochwalstwa, od którego uwolnił mnie Jezus.To On wydobył mnie z piekła i pomaga mi teraz wzrastać w miłości i świętości

Mam 59 lat. W latach siedemdziesiątych ub. wieku nieświadomie zacząłem igrać z ogniem przez zaangażowanie się w praktyki okultystyczne. Byłem wówczas człowiekiem „wierzącym” i „praktykującym”: dwa razy w roku chodziłem do spowiedzi i Komunii św., nie znałem Pisma św., nie żyłem zgodnie z Ewangelią. Byłem katolikiem nijakim i niebezpiecznym, bo dawałem innym zły przykład. Nie wiedziałem, że trzymanie w domu różnych posążków, talizmanów, kart tarota, książek uzdrowicieli, czasopism pornograficznych jest grzechem, że Bóg naprawdę troszczy się o mnie i zależy Mu na mnie i moim szczęściu.

Kiedy miałem 23 lata, poznałem dziewczynę. Była niepraktykująca, a jej matka była rozwódką, systematycznie korzystającą z usług tarocistki. Nie wiedziałem wtedy, że grzech rodziców, szczególnie grzech bałwochwalstwa, często przenosi się na dzieci. Wzięliśmy ślub i mieszkaliśmy pod jednym dachem z teściową. Urodziło nam się dwoje kochanych dzieci, jednak po pięciu latach małżeństwa żona stwierdziła, że kocha innego i że między nami wszystko skończone. Wziąłem walizkę i wyprowadziłem się. Przeżyłem załamanie nerwowe, uciekałem w alkohol i leki. Nie chciałem pić, a musiałem; chciałem się zapić na śmierć – nie mogłem…

W 1991 r. w audycji radiowej usłyszałem ogłoszenie: „Joga, relaks, dobre samopoczucie. Zajęcia pod wskazanym adresem”. Po mniej więcej trzech miesiącach uczestnictwa w zajęciach relaksu, medytacji wschodnich, ćwiczeń jogi czułem się znacznie lepiej. Nauczyciel był bardzo miły; podarował mi nawet koszulkę, która mi się bardzo podobała, czym zdobył sobie moje bezgraniczne zaufanie. Byłem nieświadomy tego zła, na zewnątrz ładnie wyglądającego i dającego pozytywne efekty (przestałem pić i palić), brnąłem więc dalej w to bagno. Dużo medytowałem. Po wyjeździe na szkolenie do Holandii sam zacząłem prowadzić zajęcia z relaksu i dopiero wtedy odkryłem, dlaczego jest on taki skuteczny. Otóż prowadzący wykonuje mantrę, która naprawdę otwiera człowieka na działanie złego ducha. Celem tych zajęć jest „oświecenie” – stan równy Bogu (100% pychy!).

Bywały okresy w moim życiu, że chciałem się z tego wycofać, bo zaczynałem widzieć zło, jakie się pod tym wszystkim kryje, jednak nie potrafiłem, gdyż działa to gorzej niż nałóg. Dopiero w 2002 r. modlitwa mojej mamy została wysłuchana. Był taki moment, kiedy na oczach guru ukląkłem i poprosiłem Boga: „Boże, powiedz, co tu jest grane, gdzie ja jestem?”. Pan zlitował się nade mną i otrzymałem światło dla umysłu. Dotarło do mnie, że to jest sekta, że guru kieruje naszymi umysłami i że jesteśmy ubezwłasnowolnieni. Moja decyzja była natychmiastowa: muszę stąd uciekać! Wówczas prysnął mit dobrego samopoczucia, a zaczął się horror. Szatan zabrał mi siły, energię i chęć do życia. Zostałem bez pieniędzy i jakiego­kolwiek dowodu tożsamości. Te dziesięć lat w sekcie, setki godzin medytacji o różnych bóstwach i mocach szatańskich, studia sufizmu, buddyzmu i tarota dały szatanowi przystęp do mojej duszy. Miało być oświecenie, a skończyło się ruiną duchową, psychiczną, fizyczną i materialną…

Po spowiedzi odbytej w krakowskich Łagiewnikach, w sanktuarium Bożego Miłosierdzia, przez pół roku walczyłem sam ze sobą, żeby móc wejść do kościoła i normalnie się modlić, szczególnie na różańcu, który jest bronią atomową przeciwko szatanowi. Dziś wiem, że byłem wtedy głęboko w piekle i że dopiero po moim nawróceniu zaczął się proces mojego oczyszczania i przywracania do życia w Chrystusie. Wyrzuciłem wszystkie posążki Buddy, wszystkie tzw. talizmany szczęścia, a książki innych religii i sekt spaliłem. Przestałem też kupować kolorowe śmieci z horoskopami i pornografią. Trafiłem do Odnowy w Duchu Świętym, gdzie kapłani i animatorzy modlili się nade mną. Pan Jezus na modlitwie pokazał mi moje zranienia: od dziecka byłem przeklinany, a więc duchowo poraniony. Poświęcone zostało również moje mieszkanie, w którym działy się różne dziwne rzeczy, tak że nie mogłem w nim spać. Jezus Chrystus podczas Eucharystii, adoracji Najświętszego Sakramentu dawał mi nieskończenie więcej wszystkiego, niż szatan zabierał. Doświadczałem też, czytając codziennie Pismo św., że słowo Boże jest żywe i zawsze aktualne. Zacząłem poznawać naukę Chrystusa, czytałem wiele religijnych książek i nastąpiła we mnie przemiana. Jest to proces wymagający czasu i konsekwencji. Ale nareszcie zaczynam budować swoje życie na Skale. Na pierwszym miejscu w moim życiu jest teraz Pan Bóg, a nie jakieś bożki.

Wszystkim ludziom poranionym przez grzech proponuję cierpliwość i systematyczność w życiu duchowym. Ja odrodziłem się fizycznie, psychicznie i duchowo – trochę jak św. Augustyn. Skoro więc on został wielkim świętym, to i ja – stary grzesznik – też chcę zostać wielkim świętym! I Wy też bądźcie wielkimi świętymi!

Wiesław

Świadectwo ukazało się w kwartalniku katolickim „MIŁUJCIE SIĘ”

http://www.fronda.pl/a/okultyzm-otworzyl-mnie-na-dzialanie-szatana-1,43191.html

Zobacz także:

Ks. Bogusław Jaworowski, MSF – Okultyzm

Posted in Religia, Świadectwa | 1 Comment »

Przemilczana prawda

Posted by tadeo w dniu 12 grudnia 2014

Wierni zamarli z wrażenia. Na ich oczach krzyż ołtarzowy zaczął kołysać się na boki.

Był 11 grudnia 1949 roku. Kościół pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Číhošti, maleńkiej wiosce położonej dokładnie w centrum Czech, stał się sceną niezwykłych wydarzeń.

Cud

W owym dniu przypadała trzecia niedziela Adwentu. Proboszcz Josef Toufar wygłaszał właśnie kazanie; mówił o obecności Zbawiciela w tabernakulum. Nagle 48-centymetrowy drewniany krzyż umieszczony w ołtarzu głównym, nad tabernakulum, zaczął gwałtownie kołysać się w prawo i lewo…

Ksiądz Toufar sprawiał wrażenie, jakby nie zauważył nadnaturalnych ruchów krucyfiksu. Nazajutrz zjawił się u niego parafianin, kowal Vacláv Pospisil. Potwierdził to, co widziały oczy wielu. Potem napłynęli kolejni świadkowie, ogółem 19 osób. Byli wśród nich mężczyźni, kobiety i dzieci w wieku od 10 do 45 lat. Siłą rzeczy – wszak zdarzenie miało miejsce w świątyni, w czasie Mszy – przeważały osoby głęboko wierzące, choć nie brakło dwójki parafian znanych jako letni katolicy, a nawet jednego prawie niewierzącego, którego nie wiedzieć co zagnało akurat tego dnia do kościoła. A teraz wszyscy oni, rozgorączkowani, twierdzili, że byli świadkami cudu!

Pasterz

Proboszcz Toufar twardo stąpał po ziemi. Jego droga do kapłaństwa była długa i kręta. Urodził się w 1902 roku w rodzinie chłopskiej. Aż do 26. roku życia, z przerwą na odbycie zasadniczej służby wojskowej, pomagał ojcu w gospodarstwie. Dopiero po śmierci rodziców rozpoczął naukę, pragnąc zrealizować swe marzenie o kapłaństwie. Przyjął święcenia w wieku 38 lat. W 1948 roku został proboszczem we wsi Číhošť na Wyżynie Czesko-Morawskiej.

Teraz ksiądz Josef starał się zachować trzeźwość osądu. Jednak dwa tygodnie później, w samo Boże Narodzenie, cud powtórzył się. Na oczach zgromadzonych wiernych nieznana siła znów wprawiła krucyfiks w ruch; wpierw jął się chwiać się na boki (proboszcz ocenił kąt wychylenia na 45 do 50 stopni), następnie pochylił się do przodu i tak już pozostał.

Proboszcz niezwłocznie przystąpił do dokumentowania niezwykłego zdarzenia. Na jego prośbę fotograf Josef Peške uwiecznił na zdjęciach pochylony krzyż.

Oprawcy z StB

Wieść o niezwykłych wydarzeniach rozprzestrzeniała się po kraju lotem błyskawicy. Zapanowało zrozumiałe poruszenie. Do maleńkiej wioski zaczęli ściągać pielgrzymi, nieraz z odległych stron. Wzbudziło to niepokój władz.

28 stycznia 1950 roku do proboszcza zgłosili się dwaj mężczyźni przedstawiający się jako dziennikarze, rzekomo pragnący przygotować materiał o tajemniczych wypadkach w Číhošti. Wspólnie z księdzem udali się na zwiedzanie kościoła. Niespodziewanie kapłan został zaatakowany i zawleczony do oczekującego samochodu. Proboszcz znalazł się w rękach funkcjonariuszy Bezpieczeństwa Państwa (Státní bezpečnost – StB).

Ksiądz Toufar został umieszczony w więzieniu na terenie Valdic koło Jiczyna. Zażądano od niego podpisania oświadczenia, że cud był oszustwem, kuglarską sztuczką. Kiedy odmówił, poddano go torturom. Zespołem oprawców kierował porucznik StB Ladislav Mácha. On i jego podwładni katowali księdza niemiłosiernie, do utraty przytomności. Męczyli go brakiem snu, wody i pożywienia. Gdy pozwalali mu zdrzemnąć się na krótką chwilę, spał w zimnej celi pozbawionej pryczy, na betonowej podłodze.

Torturom towarzyszyła kampania nienawiści w mediach. Proboszcza z Číhošti oskarżono o tumanienie ludu religijnymi zabobonami. Aby postać klerykalnego zbrodniarza uczynić jeszcze bardziej ohydną, postawiono mu zarzut molestowania seksualnego dzieci (najwyraźniej wzorowano się tu na procesach duchownych w III Rzeszy). Czerwoni propagandyści atakowali również zaciekle Stolicę Apostolską, której „agentem” miał być ksiądz Josef. Aresztowania dotknęły także znajomych proboszcza, wśród nich osób będących świadkami cudu. Zapadały surowe wyroki – fotograf Josef Peške, „winny” wykonania kilku zdjęć krzyża, skazany został na 13 lat więzienia!

Sznurki z Watykanu

22 lutego 1950 roku, po dwudziestu pięciu dniach morderczej „obróbki” aresztowanego, bezpieka ogłosiła swój triumf. Ksiądz miał rzekomo podpisać dokument poświadczający przyznanie się do winy – sfabrykowania cudu krzyża oraz zbrodni molestowania młodych chłopców.

W nocy z 23 na 24 lutego pracownicy StB oraz wynajęci przez nich filmowcy przewieźli księdza Josefa do kościoła w Číhošti. Komuniści zamierzali nakręcić film propagandowy, demaskujący niecne knowania agentury watykańskiej. Ponieważ skatowany duchowny ledwie trzymał się na nogach, sfilmowano go tylko w krótkim ujęciu na ambonie. Zdecydowano, że w pozostałych scenach zagra go podstawiony aktor, nie pokazujący twarzy. Do tej roli zgłosił się nie byle kto, bo sam prokurator generalny, osławiony dr Karel Čížek, z upodobaniem oskarżający w wielu procesach politycznych.

Po pewnym czasie film wszedł na ekrany czechosłowackich kin pod bombastycznym tytułem: Biada temu, przez którego przychodzi zgorszenie. Jak nietrudno się domyślić, zamiarem filmowców było zdyskredytowanie postaci čihoštskiego proboszcza. W obrazie pokazano, że krzyż ołtarzowy miał być poruszany za pomocą przemyślnej maszynerii, uruchamianej pociąganymi z ukrycia sznurkami. W symbolicznej scenie widz mógł zaobserwować, że sznurki te wprawiane są w ruch z Rzymu i z Nowego Jorku…

Film okazał się niewypałem. Zastosowane w nim chwyty propagandowe były zbyt prymitywne i nachalne, by przekonać kogokolwiek o winie kapłana. Obraz szybko wycofano z dystrybucji, po stwierdzeniu, że na przekór intencjom twórców wzbudza on zainteresowanie cudem w Číhošti.

Ciało we krwi

Tymczasem po księdzu Josefie… zaginął ślad. Wbrew oczekiwaniom, nie doszło do jego pokazowego procesu.

Dopiero po czterech latach, w 1954 roku, jego rodzinę poinformowano o zgonie więźnia Josefa Toufara. Jako przyczynę śmierci podano rozległe zapalenie otrzewnej w wyniku perforacji żołądka lub jelit. Miejsca pochówku zwłok nie ujawniono. Prawdziwe okoliczności śmierci kapłana wyszły na jaw dopiero podczas „odwilży” w 1968 roku.

Umęczony w śledztwie ksiądz Josef trafił do szpitala w Pradze 25 lutego 1950 roku, dosłownie nazajutrz po powrocie z „planu filmowego”, przywieziony przez pracowników StB. Zmarł jeszcze tego samego dnia, o godzinie 20.35. Personel szpitala dobrze zapamiętał ten przypadek. Doktor František Maurer wspominał: Zrobiliśmy wszystko, co w ludzkiej mocy, ale tego człowieka nie dało się uratować. Był nadzwyczaj brutalnie pobity, skatowany na śmierć. Powiem jasno – zamordowany!.

Jedna z pielęgniarek stwierdziła: Byłam w obozie koncentracyjnym, widziałam wiele w życiu, ale nigdy aż tak strasznego przypadku przemocy. Na jego ciele nie było miejsca niepokrytego krwią. Z ust stale ciekły mu ślina i krew… .

Ksiądz pochowany został w zbiorowej mogile, pod fałszywym nazwiskiem. Władze komunistyczne nie były zadowolone z przedwczesnego zgonu agenta Watykanu i deprawatora nieletnich, któremu szykowały proces pokazowy. Dlatego też kierującego zespołem śledczych (czyt. oprawców) StB, porucznika Ladislava Máchę ukarano… naganą.

Czerwoni bali się cudu

Po upadku reżimu komunistycznego, w 1994 roku Urząd ds. Badania i Dokumentacji Zbrodni Komunistycznych (UDV) podjął śledztwo w sprawie śmierci księdza Josefa Toufara. Po przeanalizowaniu akt StB stało się jasne, że materiał oskarżenia został w całości sfabrykowany.

Nie było żadnego molestowania dzieci – rzekomo skrzywdzeni chłopcy zostali zastraszeni przez funkcjonariuszy bezpieki i zmuszeni do złożenia zeznań obciążających kapłana.

Wbrew propagandystom, StB wcale nie odkryła też żadnego urządzenia, za pomocą którego można było poruszać krzyżem ołtarzowym. Sposób wprawienia krzyża w ruch pozostaje niewytłumaczalny, przynajmniej przy użyciu kryteriów naukowych.

Analiza tekstu rzekomego przyznania się do winy wykluczyła autorstwo księdza. Być może umęczony w śledztwie kapłan złożył podpis pod tekstem przygotowanym przez inną osobę, niewykluczone, że na pustej jeszcze karcie.

Co najbardziej zdumiewające, sprawa cudu w Číhošti była z uwagą analizowana przez najwyższe czynniki partyjne i rządowe. Zajmowało się nią Biuro Polityczne Komunistycznej Partii Czechosłowacji. Decyzję o rozpoczęciu akcji przeciw lokalnemu proboszczowi podjął osobiście prezydent kraju Klement Gottwald. Działania śledcze monitorował minister spraw wewnętrznych oraz dostojnicy partyjni. Tak bardzo bali się cudu w małej czeskiej wiosce.

Znaki czasu

W 2013 roku rozpoczął się proces beatyfikacyjny księdza Josefa Toufara. A wielu wiernych stawiało sobie pytanie: dlaczego właśnie Číhošť? Czemu świadkiem cudu stała się maleńka wioseczka, nikomu wcześniej nieznana, z ledwie sześcioma setkami obywateli?

Może właśnie z uwagi na swoją „marność”? Iluż mieszkańców, w czasach Jezusa, liczyło sobie Betlejem – najmniejsze wśród plemion judzkich (Mi 5,1)?

A może dlatego, że to właśnie w Číhošti, jakieś 400 metrów na północny wschód od parafialnego kościoła, przypada geograficzny środek Czech? Bo to serce kraju tak zajadle atakowanego przez herezje, potem przez wojujący liberalizm i komunizm?

Číhoštski kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, istniejący od co najmniej 1350 roku, przetrwał wojny husyckie, potem horror wojny trzydziestoletniej. Był niczym niewzruszona skała, opierająca się złym czasom. Kiedy znowu nastała godzina próby, krzyż w świątyni zachwiał się, pochylił niczym człowiek zgięty wpół po dotkliwym ciosie – przecież jednak nie upadł.

Andrzej Solak

http://www.ziemiamielecka.pl/?p=48260

Posted in Religia, Świadectwa | Leave a Comment »

Jezu, Ty się tym zajmij

Posted by tadeo w dniu 29 listopada 2014

Kiedy do ojca Pio przychodziły tłumy, mówił: – Idźcie lepiej do ks. Dolindo! Ten kapłan z Neapolu, mistyk, zostawił modlitwę, którą podyktował mu sam Jezus. Modlitwę o efekcie piorunującym.


APC - 2014.11.29 09.16 - 001.3d

 WWW.MONSTOPPI.IT

Kiedy widzisz, że sprawy się komplikują, powiedz z zamkniętymi oczami w duszy: „Jezu, Ty się tym zajmij!”. Czyń tak za każdym razem! Czyńcie tak wszyscy, a ujrzycie wielkie, nieustające i ciche cuda! Daję wam słowo, na moją miłość 
– Jezus podyktował te słowa ojcu Dolindo Ruotolo w latach 40. XX wieku. Neapolitański tercjarz franciszkański, dziś sługa Boży, spisał w 33 tomach swoje duchowe przeżycia mistyczne, wskazówki dla kapłanów oraz to, co dyktował mu Jezus. Jego teksty są szczere, kipią pokorą i są trafną diagnozą kondycji dzisiejszego człowieka, są niczym kadr z często niełatwego życia kapłana.

Neapolitańczyk – trwa jego proces beatyfikacyjny – nosił na ciele niewidzialne znaki męki Chrystusa. To do niego św. o. Pio kierował ludzi. „Idźcie do ojca Dolindo!” – odsyłał pielgrzymów kapucyn.
A o. Dolindo wręczał im „Akt całkowitego oddania Jezusowi”. „Nie kombinuj nic, tylko módl się tak, jak Jezus prosi” – dodawał. 


Mamo, będę księdzem


Wszyscy w Neapolu znają adres przy via S. Chiara pod numerem 24. Dolindo Ruotolo przychodzi tu na świat 6 października 1882 r. Jest piątym z jedenaściorga rodzeństwa. W domu panuje skrajna nędza. „Tata nie pozwalał kupić nam zimowych ubrań. Bał się, że nie starczy na żywność” 
– wspomina włoski kapłan w swojej autobiografii zatytułowanej „Dolindo znaczy cierpienie”. „By przeżyć, zrywałem zioła, wygrzebywałem resztki z popiołu: łodygi kopru, rzodkwi, bazylii i robiłem z tego… sałatkę”. Kiedy pod dom podjeżdża dostawca chleba, dzieci wskakują na kosze, by pozbierać okruchy. Biegają boso, bo nie ma na buty. 
Ojca Dolindo wspomina: „Bił nas strasznie, za byle co”. Na zgrzyt klucza w zamku z rodzeństwem uciekają. „Chowałem się do skrzyni pod łóżkiem”. Ale dodaje: „Biedny tata wierzył, że biciem i surowością dobrze nas wychowa. Ale nie żywię do niego złych uczuć. Odprawiam msze za jego duszę”. Dolindo lubi zajmować się młodszą siostrą. „Jej kołyska stała pod obrazem św. Alfonsa z Liguori. Nie wiem czemu, ale patrząc na niego, myślałem o konającym Jezusie”. 
Surowa postawa ojca jednak odbija się na dziecku, zabija jego dziecięcą niewinność. Jako nastolatek Dolindo przechodzi „czas ciemni”, pierwszą Komunię przyjmuje obojętnie. „Byłem małym troglodytą, nie dzieckiem. Nie odczuwałem nic, żadnych mistycznych doświadczeń, żadnego kontaktu z Bogiem. Popadałem w coraz śmielszy grzech. O Jezu, wybacz mi!” – pisze po latach. Ale notuje również: „Myślałem, że Bóg jest też surowy, jak tata. Czemu nikt nie opowiedział mi o Jezusie?”. 
Dolindo jednak jest jakby naznaczony przez Boga, i to już
w 11. miesiącu życia. Odczuwa wtedy silne ukłucia i na grzbiecie dłoni pojawiają się czerwone ślady (znikną na jakiś czas, by pojawić się w wieku dojrzałym). Rodzice alarmują lekarzy. „Przyjechał dr Fabiani, żeby mnie zbadać i wykonać zabieg. (…) Babcia trzymała mnie za rękę. Strasznie płakałem, a mój brat Elio chciał rzucić się na lekarza, żeby przestał”. Dziecko szybko przechodzi kolejną operację, ma guza na policzku. Każdy zabieg jest bolesny, nie ma jeszcze wtedy takich środków przeciwbólowych. Cierpienia fizyczne z okresu niemowlęcego są niczym zapowiedź późniejszych wydarzeń. 
Od urodzenia chłopczyk ma niezwykły dar obcowania z Bogiem. „Choć byłem żywym dzieckiem, lubiłem samotność. Kiedy promienie słońca wpadały do pokoju, czułem, jak wypełniała mnie radość, jakby dotykał mnie Bóg. Nie umiałem jeszcze wtedy się modlić, ale pamiętam, że spływał na mnie wielki pokój”. 
Neapolitańczyk pisze też: „Mama opowiadała mi, że kiedy miałem dwa lub trzy latka, a ona wracała ze mszy, czekałem na nią w drzwiach. Wspinałem się na paluszki, żeby ją ucałować w usta i poczuć Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie”. I dodaje, że kiedy mama robiła poranną kawę – a wstawała codziennie o czwartej – modliła się. Dolindo przybiegał wtedy do kuchni i powtarzał za mamą modlitwę. „Raz wspiąłem się na paluszkach na kolana mamy. Musiałem mieć trzy, cztery latka i oświadczyłem: zostanę księdzem!”.


– Dolindo, lampa!


W 1895 r. rodzice Dolinda rozstają się. Ma wtedy 13 lat. „Najboleśniejszy dzień w moim życiu” – pisze. Mama, po konsultacji ze spowiednikiem, zapisuje dwóch najstarszych synów do szkoły dla przyszłych misjonarzy (Scuola Apostolica dei Preti della Missione). „Mój brat cierpiał z tego powodu, a ja przyjąłem to obojętnie. Szybko nastrój ładu, porządek, jaki tam panował, zasiały pokój w moim sercu. Na korytarzu stała figura św. Józefa. Zatrzymywałem się przy nim i wtedy czułem radość i pokój, jak wówczas, kiedy byłem małym chłopcem, w promieniach słońca” – pisze Dolindo.
Przełom w życiu Dolinda nastąpi w czasie modlitwy. „Odmawialiśmy z kolegami Różaniec. Nagle zauważyłem obrazek Matki Bożej oparty o książkę. I mówię: »Jeśli chcesz, bym został kapłanem, zrób coś, daj mi mądrość, bo widzisz, że jestem kretynem«”. I nagle podmuch wiatru z okna podrywa obrazek, tak że wizerunek Maryi ląduje na czole Dolinda. „Poczułem, jakbym się wybudził z uśpienia” – notuje. Neapolitańczyk jednak przeżyje sporo upokorzeń ze strony nauczycieli i trudny czas w szkole misjonarskiej. Między innymi doświadczy surowej kary ze strony spowiednika za to, że w konfesjonale wyznaje za mało grzechów. „Każdą zniewagę oddawałem Jezusowi. Całkowicie oddawałem Mu wszystko” – pisze ks. Dolindo.
Rok 1898 to czas nawrócenia. „Powierzono mi opiekę nad lampką przy tabernakulum. Gasła często z powodu niskiej jakości oleju. Poprosiłem Anioła Stróża, by mnie budził w nocy, kiedy będzie gasła. I o różnych porach czułem, jak jakaś ręka mnie dotyka i szepce: »Dolindo… lampa!«. Zawsze zdążyłem na minutę przed wypaleniem się światła”. 
Po święceniach nowicjatu Dolindo chce wyjechać na misje do Chin. Przełożony jednak odmawia: „Ty zostaniesz męczennikiem serca. Musisz tu czekać”. Proroctwo, które szybko się spełni. W 1902 r. umiera ojciec Dolinda. Przed odejściem powie: „Nie wiem, czemu traktowałem Cię synu najsurowiej. Może Pan pozwalał na to, bo chciał, byś był najlepszym z moich dzieci. Wybacz mi synu, kochałem Cię bardzo”. Młody kleryk zapisuje to w pamiętniku. I notuje uwagi ojca: Dolindo, nigdy nikogo nie osądzaj, nie szemraj przeciw innym, nawet jeśli będą robić ci krzywdę. 
„Tata umierał w poczuciu winy i w cierpieniu z powodu rozpadu naszej rodziny” – komentuje neapolitańczyk. Dolindo jest po śmierci ojca nerwowy i zgorzkniały. „Gdyby nie radykalna nagana przełożonych, nie wiem, co by było” – pisze. „Serce człowieka jest tajemnicą. Często przechodzi kryzysy radykalne. Potrzeba znaleźć wtedy siłę, która je podniesie. Wystarczy jedna rysa, rana na czas nieuleczona, a człowiek staje się jej ofiarą, co niszczy jego duszę, prowadzi ją do śmierci”.
Dolindo potrzebuje dyspensy Watykanu na święcenia. Jest za młody. Na wyczekanej Mszy prymicyjnej nie ma ani ojca, ani mamy Dolinda. Razem z rodzeństwem nie dojechała z powodu wypadku powozu. Wpada do kościoła na samą Komunię. „Teraz to nie ona dała mi poczuć zapach Jezusa, a ja mogłem dać jej Go moimi dłońmi” – notuje Dolindo, nawiązując do scen z wczesnego dzieciństwa.


Jezus dyktuje


Przełożeni kierują Dolinda od razu do pracy z młodymi seminarzystami. Trafia najpierw do Lecce, potem do Taranto, gdzie jest kierownikiem duchowym. Jako kapłan prosi coraz częściej Jezusa: ześlij na mnie krzyż. „Nigdy nie czułem się mistykiem. Ale kiedy modląc się, tak siadałem w kaplicy, czułem, jak zanurzam się w Bogu. Cały. Tak, że nie czułem własnego ciała”.
Ks. Ruotolo jest przenoszony z seminarium do seminarium, niemal w całych Włoszech. Wszędzie słyszy od biskupów miejsca: „Zreformował mi ksiądz seminarium, ożywił, dzieją się cuda!”. „Ja tylko oddawałem wszystko Jezusowi” – zapisze ks. Dolindo. Spowiada się u niego coraz więcej ludzi. Ale pewnego dnia pojawia się Serafina G. z Katanii. Kobieta twierdzi, że ma widzenia, przepowiada m.in. obie wojny światowe, czy ustawę o laickości we Francji. Nie wiadomo, czy to z jej intuicji, czy samego ks. Ruotolo, w jego zapiskach znalazła się notatka o „Janie, który przyjdzie z Polski i uratuje Europę przed komunizmem”. Kobieta twierdzi też, że ma wizję Ducha Świętego. Sprawa dostaje się do prasy. Ks. Ruotolo jest przerażony, pyta w modlitwie, czy wizje te są diaboliczne. Serafinę badają lekarze. Stwierdzają dobry stan psychiczny Sycylijki. Ks. Ruotolo, ufając jej przekazom, jest kilkakrotnie wzywany przed Święte Oficjum. W Rzymie przeżywa kolejny kryzys wiary w życiu. Chce nawet rzucić sutannę. Walczy, ale modli się krótko: „Jezu, Ty się tym zajmij”. Ks. Ruotolo twierdzi, że to słowa, jakie w duszy, w ciszy, przed Najświętszym Sakramentem dyktuje mu sam Jezus.

W jaki sposób Chrystus nawiedza tego kapłana – nie wiadomo. Po bolesnych doświadczeniach ze Świętym Oficjum ks. Dolindo nie dzieli się tym z nikim. W jego autobiografii pojawia się nagle taka nota: „Oto słowa dla ludzkości, słowa, które prosił przekazać mi Jezus. Były mi pomocą w każdym cierpieniu”. Ks. Ruotolo nie przypuszcza, że po pół wieku obiegną świat, a w dobie internetu będą linkowane przez setki tysięcy fanów na Facebooku. Brzmią jak przekazana przez św. Faustynę modlitwa: „Jezu, ufam Tobie”. Świadectwa ich – jak piszą internauci – „piorunującego działania” można liczyć już w milionach. Przytoczę je tu w obszernym fragmencie, bez komentarza. Kiedy ks. Ruotolo trafi na ołtarze, zapewne i ta modlitwa zostanie wpisana na listę najważniejszych. Jezus mówi:

„Z jakiegoż to powodu wzburzony ulegasz zamętowi? Oddaj Mi swoje sprawy, a wszystko się ułoży i uspokoi. Zaprawdę powiadam wam, każdy akt prawdziwego oddania i zawierzenia mi przyniesie owoc i rozwiąże napięte sytuacje. Całkowicie zdać się na Mnie oznacza nie zadręczać się i nie wzburzać, nie popadać w desperację, nie napinać się nerwowo, prosząc Mnie, bym idąc waszym zamysłem, przemienił wzburzenie w modlitwę. Całkowicie zdać się na Mnie znaczy zamknąć ze spokojem oczy duszy, odwrócić niespokojną myśl i zamęt i zdać się tylko na Mnie, modląc się słowami: »Ty się tym zajmij«”.

„(…) Zamknij oczy i pozwól Mi działać, zamknij oczy i pomyśl o teraźniejszości, odwróć wzrok od przyszłości jak od pokusy; odpocznij we Mnie, ufając w Moją dobroć, a zapewniam cię na Moją miłość, że kiedy zwrócisz się do mnie słowami: »Ty się tym zajmij«, oddam się tej sprawie całkowicie, pocieszę cię, wyzwolę i poprowadzę. I kiedy będę musiał poprowadzić cię inną drogą niż tą, którą zaplanowałeś, będę ci przewodnikiem, wezmę na ramiona, przeprowadzę cię, niosąc jak matka niemowlę na rękach, na drugi brzeg. To twój racjonalizm, tok rozumowania, zamartwianie się i chęć, by za wszelką cenę zająć się tym, co cię trapi, wprowadza zamęt i jest powodem trudnego do zniesienia bólu. Ileż to mogę zdziałać, czy mając na względzie potrzeby duchowe, czy też materialne, kiedy dusza zwróci się do mnie słowami: »Ty się tym zajmij«, kiedy zamknie oczy i się uspokoi.

Otrzymujecie niewiele łask, kiedy się zamartwiacie. Wiele zaś łask spada na was, jeśli tylko modlitwa wasza staje się pełnym zawierzeniem i oddaniem się Mi. W bólu i cierpieniu prosisz, bym działał, ale tak jak ty tego chcesz… Nie zwracasz się do Mnie, a chcesz jedynie, bym się dopasował do twoich potrzeb i zamysłów. Nie jesteś chory, skoro prosząc lekarza o pomoc, sugerujesz mu leczenie.

Módlcie się tak, jak was nauczyłem: »święć się imię Twoje«, czyli bądź pochwalony, uwielbiony w mojej potrzebie. »Przyjdź królestwo Twoje«, czyli niech wszystko, co się dzieje, przyczynia się do stwarzania Twojego królestwa w nas i na świecie. »Bądź wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi«, czyli to Ty wejdź i działaj w tej mojej potrzebie, (…) Jeśli powiesz mi naprawdę: »bądź wola Twoja«, czyli jakbyś mówił: »Ty się tym zajmij«, wkroczę z całą moją mocą i rozwiążę najtrudniejsze sytuacje. (…)

Powiadam ci, że się tym zajmę i podejmę działania jak lekarz. Uczynię nawet cud, jeśli będzie to potrzebne. Masz wrażenie, że sytuacja się pogarsza? Nie burz się; zamknij oczy i mów: »Ty się zajmij«. Powtarzam ci, że się tym zajmę, że nie ma potężniejszego lekarstwa niż moje działanie z miłości”.

http://gosc.pl/doc/2258479.Jezu-Ty-sie-tym-zajmij

Posted in Religia, Świadectwa | 1 Comment »

Nowenna pompejańska – audycja w Radio Rodzina

Posted by tadeo w dniu 18 listopada 2014

Historia nowenny pompejańskiej oraz nieco innych informacji wokół różańca.

Zobacz także:

Nowenna pompejańska uratowała moje małżeństwo – świadectwo Małgorzaty

Nowenna Pompejańska 2 luty 2014 świadectwo Anna

Posted in Filmy religijne, Religia, Świadectwa | Leave a Comment »

W poszukiwaniu nieśmiertelnej duszy

Posted by tadeo w dniu 14 października 2014

Światowej sławy neurochirurg Eben Alexander dowodzi istnienia Boga

Eben Alexander był w śpiączce siedem dni. Wtedy niezwykle realistycznie doświadczył ?życia po życiu?

Dowód. Prawdziwa historia neurochirurga, który przekroczył granicę śmierci i odkrył niebo”, książka autorstwa dr. Ebena Alexandra, nie jest jedynie opisem nietypowego doświadczenia człowieka, który przez tydzień był w stanie wegetatywnym. To bardzo osobista opowieść o wydarzeniach, które przeobraziły racjonalnie myślącego naukowca, sławnego neurochirurga i wykładowcę czterech amerykańskich uczelni medycznych, w tym Harvard Medical School, zdeklarowanego ateistę, w człowieka głęboko przekonanego o istnieniu Boga, wieczności ludzkiej świadomości oraz nadrzędności świata duchowego nad materialnym.

Spowiedź naukowca

Nie tylko opis tego, co zobaczył w stanie śpiączki, czyni tę książkę niezwykle ciekawą. Dr Eben Alexander z niezwykłą wręcz szczerością opisuje swoje życie emocjonalne, rodzinne i zawodowe. To bardzo ważny element, który uwiarygodnia jego zadziwiającą opowieść. Odnosi się wrażenie, że „Dowód…” to niemal spowiedź autora przed światem; spowiedź bardzo rzetelna, w której nie pomija on swoich słabości, depresji, załamań i smutków. To zarazem opis przeobrażenia, jakie przeszedł lekarz, który cudem wyrwał się ze szponów śmierci.

W 2008 r. dr Eben Alexander zachorował na niezwykle rzadką, ale jednocześnie skrajnie niebezpieczną odmianę bakteryjnego zapalenia mózgowo-rdzeniowego. Dzięki niezwykle drobiazgowej dokumentacji jego kolegów z oddziału ratunkowego szpitala w Lynchburgu w Wirginii mógł później szczegółowo przeanalizować swoją chorobę. Traf chciał, że niezwykłych wizji doświadczył specjalista od budowy mózgu, a więc człowiek, który może fachowo uzasadnić swoje tezy.

Warto pamiętać, że współczynnik umieralności w przypadku tej choroby jest niezwykle wysoki. Nawet po szybkim podaniu antybiotyków szansa na przeżycie wynosi około 15 proc. Osoby, których funkcje życiowe udaje się podtrzymać, najczęściej zapadają w wieloletnią śpiączkę. Zatem fakt, że Eben Alexander pokonał chorobę zaledwie po siedmiu dniach, zakrawa na cud. Dr Scott Wade ze szpitala w Lynchburgu uznał tak szybki powrót do zdrowia za zjawisko niezwykłe. Ale to nie tajemnica uzdrowienia, które przyszło znikąd, stanowi sedno tej opowieści.

Dr Eben Alexander podkreśla na każdym kroku, że w ciągu tych siedmiu dni, kiedy pozostawał w stanie wegetatywnym i kiedy jego mózg zwyczajnie nie funkcjonował, wyjątkowo realistycznie doświadczał, jak jego świadomość opuszcza ciało. Od razu pojawiły się głosy krytyki, że choroby lub urazy powodujące utratę przytomności nie niszczą całej powierzchni kory nowej i nie zaburzają wszystkich jej czynności.

Jednak w jego wypadku dokumentacja szpitala w Lynchburgu nie pozostawiała złudzeń – mózg nie działał. W takim stanie chory nie powinien odczuwać jakichkolwiek wrażeń. Tymczasem wbrew wszelkiej logice dr Eben Alexander stał się uczestnikiem najbardziej realistycznego doświadczenia swojego życia – podróży w bajecznie piękną krainę, którą nazwał „zaświatami” lub „jądrem”.

Jak zdefiniować śmierć?

Przeżycia Ebena Alexandra podczas śpiączki nie są typowymi doznaniami z pogranicza śmierci, jakie każdego roku stają się udziałem milionów osób na całym świecie. W opisie Alexandra nie występują tunel, światło czy kontakt z osobami zmarłymi. Nie ma też obserwacji własnego ciała z pozycji pod sufitem.

Od czasu ukazania się książki Raymonda Moody’ego „Życie po życiu” tego typu doświadczenia nazywane są błędnie śmiercią kliniczną. O wiele bardziej trafna jest angielska nazwa NDE (Near Death Experience) – doświadczenie bliskie śmierci. Pojęcie śmierci biologicznej ewoluowało bowiem od lat 60. ubiegłego wieku. Dzisiaj zatrzymanie pracy serca nie oznacza jeszcze, że pacjent zmarł. Amerykanie już w 1968 r. ustalili o wiele dokładniejsze kryteria neurologiczne wymagane do tego, aby uznać śmierć za zjawisko ostateczne i nieodwracalne. Nadal jednak zatrzymanie krążenia jest uważane za czynnik najważniejszy, ponieważ od niego zależy krytyczne dla życia funkcjonowanie grup neuronów w mózgu.

Wraz z zatrzymaniem pracy serca gwałtownie maleje aktywność elektryczna mózgu. EEG wskazuje na niższą sekwencję fal i mniejsze ich wahania, aż do całkowitego zamarcia wszelkiej aktywności tego organu. W tym momencie zazwyczaj pojawia się najdziwniejsze zjawisko w życiu każdego człowieka. Doznania bliskie śmierci mają różny przebieg i intensywność, co może świadczyć o tym, że nie są jedynie zakodowaną ostatnią wiadomością umierającego mózgu. Gdyby były identyczne, można by wysnuć wniosek, że są czymś w rodzaju ostatniego nagrania, które w sposób identyczny pojawia się u każdego człowieka na granicy śmierci. Osoby, które doświadczyły NDE, wskazują na niezwykłą klarowność swoich przeżyć. Podobnie jak dr Alexander podkreślają ultrarealizm pobytu „po drugiej stronie życia”.

W 1998 r. wybitny amerykański onkolog dr Jeffrey Long założył Fundację Badań nad Doświadczeniem Bliskim Śmierci – NDERF.org. Dr Long, tak jak Eben Alexander, należał do sceptyków pragnących znaleźć racjonalne podłoże opisywanych przez miliony ludzi przeżyć. Do 2008 r. przepytał 1300 anonimowych pacjentów, których doznania pogrupował pod względem występujących w nich podobieństw. Niezależnie od wieku, pochodzenia etnicznego, kulturowego, wyznania lub światopoglądu wrażenia badanych z pogranicza życia były niezwykle podobne. Wykluczył więc jakąkolwiek konfabulację czy chęć zaimponowania innym.

Znamienne, że osoby, które mają za sobą tego typu przeżycia, niechętnie o nich opowiadają. Obawiają się drwiny otoczenia lub oskarżenia o kłamstwo. Jednocześnie najczęstszą konsekwencją tych doznań jest całkowita utrata lęku przed śmiercią, a nawet swoista za nią tęsknota. Zmieniają swój styl życia, często porzucają wszelkie pragnienia o podłożu materialnym.

Mózg jest zaledwie interfejsem

Do tej pory w Polsce ukazało się wiele znakomitych książek opisujących zadziwiające doświadczenia ludzi, którzy znaleźli się na granicy życia i śmierci. Najbardziej dopracowaną pozycją z tej dziedziny jest książka holenderskiego kardiologa Pima van Lommela „Wieczna świadomość. Naukowa wizja »Życia po życiu«”. 70-letni dr Pim van Lommel od 26 lat kieruje oddziałem chorób serca w szpitalu Rijnstate w Arnhem. Wzorując się na amerykańskim onkologu Jeffreyu Longu, wraz z zespołem lekarzy założył własną wewnątrzszpitalną organizację zajmującą się badaniami NDE.

Zgromadzone przez van Lommela historie 300 holenderskich pacjentów zróżnicowanych pod względem wieku, światopoglądu, wykształcenia i pochodzenia etnicznego wykazały ogromne podobieństwo do wyników badań Jeffreya Longa, szwajcarskiej psycholog Elisabeth Kübler-Ross czy Raymonda Moody’ego, prekursora w tej dziedzinie. W 2001 r. Pim van Lommel opublikował w tygodniku „The Lancet” artykuł „Doświadczenia bliskie śmierci u osób, które przeżyły zatrzymanie pracy serca. Opis badań nad zjawiskiem w Holandii”, który odbił się szerokim echem w świecie naukowym.

Holenderski kardiolog – podobnie jak Eben Alexander – przyłączył się do obozu lekarzy i naukowców uznających ludzką świadomość za nielokalną i znajdującą się poza mózgiem. Zgodnie z tą teorią mózg pełni jedynie funkcję interfejsu przetwarzającego otaczającą nas informację kwantową na zespół świadomych doznań. Pogląd ten nawiązuje do teorii nielokalnej świadomości Rogera Penrose’a, wybitnego fizyka i wieloletniego współpracownika Stephena Hawkinga.

Uważa on mózg za emergentny komputer kwantowy o dość ograniczonym zakresie percepcji rzeczywistości. Prawdziwa, pełna i nieograniczona świadomość człowieka jest nielokalna i niematerialna. Tylko ona może dostrzec wszystkie częstotliwości światła czy usłyszeć wszystkie częstotliwości fal dźwiękowych. Aktywizuje się w momencie „śmierci” mózgu.

Zwolennikiem podobnych poglądów był także światowej sławy australijski neurofizjolog i laureat Nagrody Nobla John Carew Eccles (1903–1997), który w jednym z wywiadów prasowych stwierdził: „Gdyby źródłem naszych świadomych doznań była tylko aktywność mózgu, nie moglibyśmy podejmować żadnych decyzji ani sprawować kontroli nad zachowaniami. (…) Wierzę w istnienie świadomości, ponieważ jej doświadczam: to moje codzienne doznanie”.

I wiara w to doznanie, a właściwie w uczciwość opowieści autora książki „Dowód…”, powinna towarzyszyć nam w jej lekturze. Każdy sprawiedliwy sędzia opiera się na zeznaniach świadków. W wypadku doznań bliskich śmierci mamy ich obecnie miliony, a rozwój technik reanimacyjnych będzie zwiększał tę liczbę z roku na rok.

Wśród tych milionów doświadczeń opowieść dr. Ebena Alexandra jest szczególna. Oto bowiem po raz pierwszy stanowiska ludzi, którzy przeżyli NDE, broni neurochirurg światowej sławy i syn słynnego neurochirurga. Zapewne z tego powodu amerykański „Newsweek” umieścił książkę Alexandra na swojej okładce w październiku 2012 r.

Tylko osoby o równie wielkiej wiedzy i doświadczeniu mogą dyskutować z argumentami zawartymi w artykule Alexandra „Moje doświadczenie w śpiączce” opublikowanym w „AANS Neurosurgeon”, czasopiśmie Amerykańskiego Stowarzyszenia Neurochirurgów. I chociaż już pojawiają się typowe w takich wypadkach drwiny ignorantów, jak choćby wypowiedź pewnego polskiego lekarza dla „Gazety Wyborczej”, to nie idą za nimi żadne logiczne argumenty naukowe.

Paweł Łepkowski

Posted in Religia, Świadectwa | Leave a Comment »