WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Posts Tagged ‘Z.Gilowska’

Profesor Zyta Gilowska: Rachunki za tę beztroskę przyjdą. „Nasze władze poczynają sobie lekkomyślnie”

Posted by tadeo w dniu 3 lipca 2011

Nasz wywiad. Profesor Zyta Gilowska: Rachunki za tę beztroskę przyjdą. „Nasze władze poczynają sobie lekkomyślnie”

Panowie spokojnieFot. wPolityce.pl

wPolityce.pl: Czy zdaniem pani profesor po wyborach wyjdzie ktoś z ekipy rządzącej i powie: kochani, sytuacja jest jednak dużo gorsza niż mówiliśmy. Czy rząd ukrywa pod kocem jakieś ważne informacje gospodarcze?

Profesor Zyta Gilowska: Ba! W statystykach jest spory bałagan, po części celowy.  Rząd już skorzystał z podwyżek podatków (VAT i akcyzy) oraz z amortyzatora w postaci części składek do OFE. Teraz rząd korzysta z inflacji, a to jest haracz okrutny dla poddanych i  wygodny dla rządzących.

Co potem? Może rząd kombinuje, by po wyborach sięgnąć do zasobu zgromadzonego w OFE? Bo na razie ten zasób jest nietknięty, a zmniejszył się tylko strumień comiesięcznych składek. Jakoś dziwnie słabo protestowali przeciw temu przedstawiciele PTE, bo przecież samych „ubezpieczonych” nikt nie pytał. A jest ich ponad 15 mln dorosłych osób.

Innymi słowy rząd może przejąć rząd w całości? Wariant węgierski?

Obawiam się, że może, chociaż kontekst takiej operacji byłby jednak  inny, niż na Węgrzech, gdzie jest to część potężnego pakietu zmian ustrojowych. Ale naszą obecną ekipę stać na dowolne ryzyko. Pokusa  jest duża bo tam jest jednak grubo ponad 200 miliardów złotych. W części to są tylko pokwitowania, czyli obligacje Skarbu Państwa, ale w części nie – są tam też prawdziwe pieniądze.

Premier Donald Tusk mówił ostatnio, przypisując to sobie jako sukces, że Polacy dzięki niemu bezpiecznie przechodzą przez kryzys. Ma rację?

Nawet tego nie skomentuję, szkoda słów. Przecież przyczyny przetrwania gospodarki polskiej przez pierwsze  uderzenia kryzysu są już solidnie przebadane i nie mają nic wspólnego ze zdolnością pojedynczych osób do składania rozmaitych deklaracji.

Wzrost konsumpcji wskutek obniżenia składki rentowej przez rząd w którym była Pani wicepremierem i ministrem finansów?

Też. Ale szło nie tylko o uprzednie zasilenie popytu wewnętrznego obniżkami w systemie danin publicznych, lecz także o możliwość amortyzowania szoków zmianami kursu, do czego trzeba mieć  własną walutę. Dość ważne okazały się  również słabiej niż w innych krajach europejskich rozwinięte relacje gospodarcze ze światem zewnętrznym.

Dobrze też pamiętać o naszym systemie bankowym, nie tyle ekstra zdrowym, ile po prostu nieco zacofanym, co sprawiło, że niektóre wynalazki tzw. inżynierii finansowej, nie zdążyły się w Polsce niebezpiecznie upowszechnić. No i jeszcze jeden czynnik, istotny: Polacy, jak to się mówi, nie pękają. Niespecjalnie przejęli się kryzysem. Z tych oto powodów pierwsze objawy kryzysu przeszliśmy nieźle.

Bez zasług rządu?

Niedobrze, że Polacy aż tak bardzo zignorowali kryzys, hardość jest pożyteczna, ale nie zastąpi tzw. pomyślunku. Tutaj rząd ma sporo za uszami, ponieważ wytrwale poprawiał obywatelom samopoczucie intensywnie dosypując pieniędzy.

Sfinansował jeden z najkosztowniejszych programów stymulacyjnych w Europie. Rząd nie mógł – jak np. USA – dodrukować pieniędzy, bo polskie złote nie mają takiej marki jak dolar i nie stoi za nimi imperium z najpotężniejszą gospodarką świata. Więc rząd po prostu kosztownie się zapożyczał, co wybrzuszyło górę naszych długów oraz powiększyło deficyty w całych finansach publicznych.

Ten kryzys się kiedyś skończy?

Nieprędko. Chyba, że nastąpią duże zmiany  – począwszy od architektury światowych finansów, a skończywszy na żelaznym odseparowaniu bankowości klasycznej (depozytowo-kredytowej) od bankowości inwestycyjnej. Inaczej większą część puli przejmą nowi gracze. Na razie kryzys trwa.

Nastąpiło przemieszczenie zobowiązań sektora finansowego do sektora publicznego w ramach świeżo sformułowanej zasady „prywatyzacja zysków, nacjonalizacja strat” i wszyscy czekają, kiedy owe zobowiązania powędrują dalej. A także – gdzie się przemieszczą… Dlatego próby okiełznania kryzysu zadłużeniowego Grecji są ważne. Nie wiadomo, czy proponowane Grecji instrumentarium zostanie przezeń przyjęte i czy przyniesie dobre skutki, osobiście mam wątpliwości.

Dobrze iż Donald Tusk zadeklarował miliard złotych pomocy?

Była to deklaracja absurdalna i zbędna. Na szczęście Wielka Brytania i Czechy wybawiły nas z kłopotu, stawiając zdecydowane weto.

Czyli generalnie, poza takimi troskami jak kurs franka, powinniśmy być spokojni?

Nie. Powinniśmy być bardzo, ale to bardzo uważni, ponieważ nasze władze poczynają sobie lekkomyślnie. Pewnie wielu się to podoba, podobnie jak podobało się Grekom. Ale cudów nie ma, za to trzeba będzie zapłacić. Tak jak już płaci, niestety, 700 tysięcy rodzin spłacających kredyty we frankach. Mamy takie niby prosperity na kredyt, bardzo niebezpieczna sytuacja. Rachunki  za tę beztroskę przyjdą. Tego możemy być pewni.

http://wpolityce.pl./view/14536/Nasz_wywiad__Profesor_Zyta_Gilowska__Rachunki__za_te_beztroske_przyjda___Nasze_wladze_poczynaja_sobie_lekkomyslnie_.html

Posted in Gospodarka i Ekonomia, Polityka i aktualności, Wywiady | Otagowane: | Leave a Comment »

Opłaca się mieć Polskę – wywiad z Zytą Gilowską

Posted by tadeo w dniu 24 marca 2011

Redakcja Nowego Ekranu rozmawia o gospodarce i Smoleńsku z prof. Zytą Gilowską, byłą Wicepremier i Minister Finansów w Rządzie Jarosława Kaczyńskiego, obecnym członkiem Rady Polityki Pieniężnej.


Jako minister finansów rozpoczęła Pani wprowadzanie programu oszczędnościowego dla państwa, który oznaczał dla budżetu, a przede wszystkim dla administracji państwowej, dość istotne zmiany. Czy nie ma pani wrażenia, że przy obecnym rozroście administracji Pani działania zostały cokolwiek zaprzepaszczone?

Często mam takie wrażenie, niestety. Dotyczy ono nie tylko stanu zatrudnienia, ale wielu innych spraw. Musimy się z tym liczyć, że przyjdą następcy i wywrócą do góry nogami nasze cele i zamiary. Ja też się z tym liczyłam, jednak trochę mi szkoda, bo przypominam sobie ile kłopotów kosztowało mnie zmniejszanie zatrudnienia w administracji publicznej. W Ministerstwie Finansów w rok zmniejszyliśmy zatrudnienie o 10 proc. bez krzywdy ludzkiej, bez dramatów. Po prostu,  urzędnicy przechodzili na emerytury i ich obowiązki przejmowali inni. Ale ministerialne zatrudnienie znowu wzrosło i to znacznie. Mogę tylko powiedzieć: trudno.
Powiedziała Pani, że musiała się liczyć z tym, że przyjdzie następca i wszystko pozmienia. Jak w takim razie ma się rozwijać polska gospodarka, skoro wszystkie rządy będą myślały kadencyjnie? Z perspektywą, że jakakolwiek próba naprawy finansów publicznych będzie przez następców sekowana?
Ależ tak właśnie się dzieje i nic na to nie poradzimy. Wygląda na to, że Polacy tak chcą. Akceptują rozrost biurokracji państwowej, chcą w tej administracji pracować, uciekają na te niby bezpieczne posady, chociaż dzisiaj nic w pełni bezpieczne nie jest.  Może uciekają z obawy przed życiem poza administracją publiczną? Bo dzisiaj rzeczywiście wiele dróg awansu jest zablokowanych. Korporacje zawodowe w Polsce zamurowały się, ocembrowały, bronią dostępu – a nie wszyscy wyjeżdżają za granicę. Dla części ludzi, szczególnie tych, którzy właśnie kończą studia, praca w administracji rządowej, czy samorządowej to jest bardzo dobre miejsce. Tyle, że to jest armia ludzi – z członkami rodzin ponad 3 mln osób – w zasadzie na cudzym utrzymaniu. Żywności nie produkuje, energii nie wytwarza, ubrań nie szyje, samochodów nie montuje, nie leczy, nie edukuje, nie przewija i nie karmi, itd., itp. Z biurokracji nigdy i nigdzie nie wychodzą trwałe impulsy rozwojowe. To już sprawdziliśmy w socjalizmie, no a teraz sprawdzamy ponownie w Unii Europejskiej. Dotacje rozpalają sztuczne ognie, nikt się przy tym nie ogrzeje, to takie przejściowe podniety.  Energia i kreatywność ludzi potrzebna jest gospodarce. Państwo powinno być solidne i stabilne, gospodarka zaś przeciwnie – dynamiczna i żywiołowa. Wygląda na to, że teraz biurokracja odbiera energię gospodarce, to fatalna tendencja. Premier sam przyznał, że przez trzy lata jego rządów liczebność administracji publicznej wzrosła o 75 tys. urzędników. Dla gospodarki to jest groźne z trzech powodów. Po pierwsze, dużo kosztuje. Po drugie – ci ludzie produkują nowe zbędne przepisy, by dowieść racji istnienia swoich posad i swojego zajęcia. I po trzecie – ci ludzie przeszkadzają gospodarce, zamiast w niej pracować. Przecież w Polsce jest tyle do zrobienia. Nie mamy praktycznie żadnego fragmentu infrastruktury w dobrym stanie. Jest mnóstwo pracy do wykonania.
Pan premier przyznał, że jedną z tych niewielu rzeczy, które rządowi nie wyszły, to jest ten przyrost administracji. Nie rozumiemy, co się udało, cóż takiego rządowi wyszło. Czy Pani widzi jakieś elementy, o których można powiedzieć, że są tego rządu sukcesem? Pytamy o gospodarkę i finanse przede wszystkim.
Trzeba przyznać, że ten rząd przeforsował ustawę o emeryturach pomostowych, która wprawdzie była gotowa i poprzedni rząd się dość długo zastanawiał, kiedy z tą inicjatywą wyjść. Sądzę, że ona byłaby zgłoszona jesienią 2007 roku. Ale były przedterminowe wybory, przejęli to następcy i – trzeba oddać obecnemu rządowi sprawiedliwość – tę sprawę załatwili.
Co jeszcze rząd zrobił? Odpowiedź tkwi w starych anegdotach – nie popsuł wszystkiego, co dostał, chociaż mógł. Przede wszystkim, nie zrezygnował z przedsięwzięć, które były podjęte wcześniej, a które pomogły nam przejść przez najtrudniejsze lata kryzysowe. Przypominam, że niespełna pięć lat temu Sejm uchwalił obniżkę podatku PIT, a cztery lata temu zmniejszył składkę rentową oraz wprowadził duże ulgi prorodzinne w PIT.  Za tym głosował prawie cały Sejm. A z całą pewnością – jak jeden mąż – cała Platforma Obywatelska. Potem rząd przez trzy lata bawił się w przekładaniec. Albo się tym chwalił jako swoim osiągnięciem, albo krytykował poprzedników, a zwłaszcza mnie, za nieodpowiedzialność i nieuctwo. I tak w kółko. Ale tamtych decyzji nie zmienił. Ich skutki pomogły nam przetrwać kryzys. W każdym razie podniosły popyt indywidualny na tyle, że utrzymały aktywność konsumpcyjną ludności. W jakimś sensie ułatwiły uniknięcie recesji.
Z drugiej strony ten sam rząd trochę dusi tę aktywność…
Żeby tylko troszkę… Żeby troszkę. Dość mocno dusi.
60 proc. społeczeństwa żyje poniżej minimum socjalnego, trudno znaleźć uzasadnienie dla podwyżek VAT wprowadzonych od 1 stycznia tego roku. W efekcie wszystkie ceny rosną.
Jeśli chodzi o VAT, to mamy szkodliwy idiotyzm. Zatrudniono dodatkowo 75 tyś. urzędników, co musi rocznie kosztować co najmniej 5 mld zł, po czym podniesiono VAT, by te 5 mld zł odzyskać. Przecież to jest istne zbójowanie. Wzrost podatku VAT jest tym gorszy dla konsumenta, im ów konsument jest biedniejszy, bo biedni ludzie większość dochodów wydają na bieżące potrzeby i nie odkładają na tzw. lepsze czasy. Na dokładkę, wzrost VAT wyzwolił spory impuls inflacyjny i nie wykluczone, że biedniejsi obywatele zapłacą jeszcze więcej w postaci podatku inflacyjnego. Oczywiście, te 5 mld zł przejęte przez biurokrację, też zostanie wydane na konsumpcję i w krótkim okresie jakoś to będzie. Ale na dłuższą metę mamy dramat. Co ma napędzać gospodarkę? Coraz biedniejsi obywatele? A z jaką motywacją? Oni już uciekają w szarą strefę, za granicę, w zasiłki i choroby. Kto będzie żywił i bronił? Urzędnicy? Chyba nie liczymy, że Chińczycy wezmą nas na utrzymanie, jak to się coraz częściej dzieje w Afryce, gdzie najwyraźniej ma miejsce nowa fala kolonizacji!
W pamiętnej debacie przed wyborami prezydenckimi, Donald Tusk zadał Jarosławowi Kaczyńskiemu słynne pytanie, „czy pan wie, ile kosztuje…?”
Widziałam doskonały żart w Internecie. Autor narysował sklep „Wszystko po 5 zł”, a w sklepie benzyna, cukier i chleb po 5 złotych. Potem ktoś dopisał „Już jest wszystko po 5,5 zł! Do jesieni będzie 3×15”. Na szczęście jeszcze nikt nie umieścił tam euro, czy innych walut światowych. Bo obecny premier w 2005 roku straszył, że gdyby PIS doszedł do władzy, to benzyna i dolar będą po 6 złotych. Można cynicznie powiedzieć, że z benzyną już jest blisko, nawet bardzo blisko.
Mamy wrażenie, że od kilku lat pod rządami Platformy Obywatelskiej, która sama siebie określa jako partię liberalną gospodarczo, robimy same kroki do tyłu.
Jednak ten krok do przodu jest. A skąd on się bierze? Otóż Polacy ciężko  pracują. Jesteśmy jednym z najciężej pracujących narodów na świecie. Jeśli się weźmie pod uwagę bilans czasu pracy wydatkowanego przez przeciętnego pracownika, to są to duże liczby, ponad 2000 realnie przepracowanych godzin rocznie. Sytuują nas w czołówce światowej i jakieś efekty z tej pracy są. Natomiast są to efekty zbyt małe w stosunku do potrzeb oraz w stosunku do wysiłku. Po prostu nasza praca jest kiepsko zorganizowana. Powinniśmy sobie zadać pytanie przez kogo ona jest tak zorganizowana? Pośrednio z pewnością przez rząd, ponieważ rząd odpowiada za organizację bardzo wielu usług publicznych a niedostatki w infrastrukturze technicznej, zwłaszcza transportowej oraz niedostatki w infrastrukturze energetycznej bardzo utrudniają pracę Polakom. Utrudniają im życie.
Proszę zwrócić uwagę, że Polacy intensywnie pracują, nawet jeśli jest to związane z uciążliwymi dojazdami do pracy. Z kronik policyjnych dowiadujemy się w jak straszliwych okolicznościach w niedużej furgonetce ginie ponad 10 osób. To pokazuje, że Polacy są skłonni pracować ciężko. Nasze trudne położenie nie jest skutkiem lenistwa Polaków, nie jest kwestią jakiejś apatii. Jesteśmy energiczni, zdecydowani wydatkować mnóstwo czasu na pracę. Tylko jest kwestia złego zorganizowania życia społecznego. Co oczywiście nie obciąża tylko tego rządu. Od 1989 roku zbyt mało wagi poświęcaliśmy temu problemowi. Jednak ten rząd obciąża pośrednio bardzo mocno, ponieważ ten rząd doszedł do władzy obiecując poprawę właśnie w tej dziedzinie. Najintensywniej i najgoręcej obiecywał poprawę w organizacji życia społecznego- miały być nowoczesne drogi, praca miała być lepiej zorganizowana, miała być tańsza, miały być niższe podatki, miało się żyć lepiej i wygodniej. I gdzie to wszystko jest?
Oczywiście, inną kwestią jest, czy rządzący zachowywali się odpowiedzialnie, obiecując te wszystkie cuda. Moim zdaniem – nie.
Jeśli założymy, że wciąż trwa kryzys w skali globalnej – a chyba wciąż trwa – to, czy możemy uznać, że rząd działa procyklicznie?
Rząd z całą pewnością działa procyklicznie i to bardzo ostro. Program stymulacyjny zainicjowany przez polski rząd doszedł do kwoty 140 mld złotych rocznie. O tyle do 2010 roku wzrósł poziom wydatków publicznych w porównaniu do roku 2007. Pamiętajmy przy tym, że obecny rok dopiero się zaczął, a ubiegły jeszcze nie został skwitowany. Z szacunków wiadomo, że poziom wydatków w sektorze finansów publicznych wzrósł właśnie o tyle. 140 mld złotych to jest – patrząc na średnią wartość PKB w latach 2008-2010  – równowartość 10 proc. PKB. Rząd dosypywał „do kotła” coraz większe kwoty, aż doszedł do wzrostu wydatków publicznych o 29% w trzy lata. (z niespełna 496,5 mld zł w 2007 r. do 640 mld zł w 2010 r.). A podobno to poprzedni rząd był strasznie rozrzutny, ponieważ wtedy wydatki publiczne w dwa lata wzrosły o 16% (z 427,1 mld zł w 2005 r. do 496,5 mld zł w 2007 r.). Ale wtedy był przynajmniej wysoki wzrost gospodarczy. Przypominam, że owoce ówczesnego wzrostu gospodarczego zostały podzielone mniej więcej na połowę. Jedna poszła na zmniejszenie tempa przyrostu zadłużenia i deficytu budżetowego, zaś druga połowa została skonsumowana przez ludzi w formie obniżki podatków i obniżenia tak zwanego klina podatkowego a konkretnie składki rentowej o 7 punktów proc. z 13 punktów proc., jakie były przedtem. To głównie tą obniżką rząd naprzemiennie się chwali, albo też zasłania jak tarczą, negując działania poprzedników. Ale nie zmienił tego przez cztery lata.
Można powiedzieć, że rząd zapatrzył się na 2007 rok, w którym były bardzo dobre wyniki, i – jednak – duże oszczędności, i postanowił gonić własną iluzję cudu, na który rząd czekał. Czekał dokładając coraz więcej pieniędzy publicznych. Można powiedzieć, że rząd był na dopalaczach, które tak gwałtownie podobno zwalcza. Tymczasem jak nałogowy alkoholik dostawaliśmy coraz wyższą dawkę alkoholu. To prawda – takie programy stymulujące gospodarkę przyjmowały liczne państwa – zaczęły ten proceder Stany Zjednoczone na bardzo wielką kwotę prawie 800 mld dolarów. Tylko, że w Europie mało kto wykosztował się aż tak bardzo, jak Polska – na prawie 10 proc. PKB.
Jaki to miało skutek? Złudny, na krótką metę dobry. Ludzie pieniądze wydali, ci urzędnicy, choćby. To sprawiło, że nie cofaliśmy się, ale nie wyzwoliło żadnej energii i nie ruszaliśmy do przodu. Na ogół ślizgaliśmy się w miejscu, buksowaliśmy.  Ale benzynę paliliśmy cały czas. Urosła góra długów, bo my tych pieniędzy nie mieliśmy. One były pożyczane.
Czyli byliśmy zieloną wyspą za pożyczone pieniądze?
Dokładnie tak. Moja teza jest następująca: rząd aprobował zwiększanie wydatków publicznych, bo nie można powiedzieć, że to spadło z niebios. To był systematyczny proces trwający przez trzy lata. Rząd za te wielkie pieniądze kupił sobie opinię pogromcy kryzysu finansowego i czas. Kiedy rząd zorientował się, że ogromne długi mu urosły…
…jak za Gierka…
Tylko, że Gierek – na co słusznie zwracają uwagę komentatorzy – przynajmniej coś za te pieniądze budował. Fakt, że niekoniecznie fortunnie, jeśli spojrzeć choćby na Hutę Katowice, ale jednak ludzie kojarzą lata 70. z rozciągniętym, potężnym placem budowy. Teraz mamy trochę dróg, z czego niektóre budowane są w cenie 10-krotnie wyższej, niż planowaliśmy z ministrem Polaczkiem, kiedy tworzyliśmy program budowy dróg na lata 2008-2012. Słusznie opozycja parlamentarna się zżyma, jak widzi rachunki za budowę fragmentu autostrady z kilometrowym odcinkiem kosztującym ponad 200 mln złotych. To są najdroższe drogi w naszej galaktyce.
A może to jest taki plan – nie ważne, co robimy dla społeczeństwa. Ważne, co robimy dla siebie?
Bardzo mi zależy na tym, abyśmy nie dopatrywali się specjalnych intryg, przebiegłości i perfidii. Wprawdzie byłoby miło identyfikować  intrygi, przebiegłość i perfidię, ale jak znam realia polskiej gospodarki i polityki, to jest to przede wszystkim niekompetencja i arogancja. Za większością złych decyzji nie kryje się intryga, lecz pospolita głupota. Nie wolno ignorować głupoty!. Bezwzględnie trzeba się liczyć z tym, że nasz oponent niekoniecznie jest wredny, czy złośliwy, tylko może być po prostu głupi.
Trzeba zwalczać głupotę, bo jest jak chwasty – powszechna i szkodliwa.  To jest – dla chrześcijanina zwłaszcza – bardzo ważny imperatyw. Wiemy od św. Tomasza z Akwinu, że rozum został nam dany nie po to, żebyśmy się nim pysznili, ale żebyśmy go używali. Głupota jest jedną z twarzy pychy.
Bezspornie musimy jednak przyznać, że ten rząd jest skuteczny. Skuteczny dlatego, że wciąż jest nierozwiązana sprawa tragedii smoleńskiej, o której wszyscy obywatele – również my – mówimy, że była to katastrofa lotnicza, choć takiej pewności wcale nie ma. Nikt nie przeprowadził postępowania, które wyjaśniałoby, co było powodem tragedii. Czy to była katastrofa lotnicza, czy zamach, którego tak naprawdę nikt nie wykluczył? Rok po tym, co wydarzyło się pod Smoleńskiem, po największej tragedii naszego narodu od czasów rozbiorów, dalej nic nie wiemy. Rząd ma wysokie notowania, a my, mamieni tym, co jest nam podawane, coraz częściej podchodzimy do tego bezkrytycznie.
Sprawą tej tragedii interesuję się żywo i systematycznie od dnia, w którym się wydarzyła. Ponieważ jestem naukowcem, przywiązuję wielką wagę do faktów. Uczciwie sama przed sobą przyznaję, że fakty, których nie kwestionuje mój umysł, są tylko dwa. Pierwszy, że zginęli Polacy, w tym najważniejsi urzędnicy w naszym państwie. Drugi, że odbyło się 96 pogrzebów i w części jesteśmy pewni, kogo pochowaliśmy. Cała reszta jest owiana niepewnością, tajemnicą, niejasnościami, jest pełna domysłów. Szczerze powiedziawszy to dzisiaj możemy powiedzieć, że wiemy jeszcze jedno. Że ruina jakiegoś samolotu z polskimi znakami, pociętego piłami, z szybami powybijanymi młotami, leży na lotnisku Siewiernyj w Smoleńsku, przykryta brezentem i tam butwieje.
Więcej faktów w tej sprawie nie znam i fatalnie się z tym czuję. Zastanawiam się w związku z tym,  czy moi rodacy również odczuwają jakiś dyskomfort? Dla mnie to jest duży problem poznawczy – jak funkcjonować, skoro w tak wielkiej  i ważnej sprawie tak mało się wie. Chyba znacznej części moich rodaków na razie to nie przeszkadza. Nie przesądzałabym jednak, że tak będzie zawsze. Dzisiaj jesteśmy zabiegani i zabiedzeni. Jeśli kilkanaście osób jeździ niedużą nyską, żeby kilkadziesiąt kilometrów dalej zarobić te parę złotych i  nie ginie w wypadku, to nie ma co się dziwić, że jak już wraca do domu wieczorem, to niespecjalnie zastanawia się nad światem.  Starają się wyspać i jadą nazajutrz, pewnie w takich samych kiepskich warunkach, z nadzieją, że dojadą na czas. Nie można swoich dysonansów poznawczych przenosić na innych ludzi, ale trochę pozastanawiać się można i trzeba.
Myślę, że ten zdumiewający splot okoliczności, który składa się na katastrofę smoleńską, każdego zadziwia i trochę lęka. Może ludzie czekają na raport rządowy. Polacy zawsze byli ufni, cierpliwi. Jestem przekonana, że tej sprawy przemilczeć się nie da. Nie sądzę, że ta katastrofa przysłuży się dobrze jakiemukolwiek rządowi. Wprawdzie są osoby, które twierdzą, że ta katastrofa się dobrze przysłużyła relacjom polsko – rosyjskim, ale nie wydaje mi się, żeby straszna śmierć tylu ludzi mogła przynieść dobre owoce. Nie bądźmy niecierpliwi. Poczekajmy. Wprawdzie rozum z jednej strony popycha nas w stronę odkrywania zasłon z tego splotu tajemnic – chcielibyśmy wiedzieć, jak się sprawy miały. Ale być może nie wszystkich naszych Rodaków rozum popycha w tę samą stronę.  W końcu jednak popchnie, jestem tego pewna. Na ten temat istnieje obszerna literatura, choćby powieści Fiodora Dostojewskiego, ewidentnie ponadczasowe. Światowej sławy książki o wyrzutach sumienia, potrzebie prawdy, pokucie i odkupieniu. Mnie osobiście katastrofa smoleńska zostawiła trwałą bliznę w sercu, która się nie zagoi nigdy. To, co się stało po tej tragedii, co się dzieje do dzisiaj, traktuję także  jako obrazę dla ludzkiego rozumu. Bo tamte ofiary i tak kiedyś się upomną, już wołają w snach, także moich.  To kiedyś wyjdzie – nie za sto lat, ale dużo szybciej.
Jaka jest Pani refleksja nad rolą mediów w tej sprawie? Z jednej strony mówi Pani, że nie każdy się musi tym interesować. Ale blogerzy przeprowadzili w Internecie śledztwo w sprawie smoleńskiej. Zainteresowanie notkami w tej sprawie pokazało, że jednak ludzie chcą wiedzieć. Z drugiej strony, ze strony głównych mediów, mamy zasłonę milczenia i zasłonę prześmiewczego podejścia.
Nie da się ukryć, że wiodące media nie lubiły ś. p. Lecha Kaczyńskiego, nie akceptowały jego polityki i generalnie nie kibicowały tej części polskiej sceny politycznej. Przez krótki czas w ramach słomianego wybuchu wyrzutów sumienia była poprawa, po czym wszystko wróciło w stare koleiny z paru powodów. Przede wszystkim współczesne media to jest biznes. One żywią się rozrywką – proszę popatrzeć, jak wielkie wzięcie mają te wszystkie programy typu „Taniec z gwiazdami”, akurat ten tytuł pamiętam. Główne stacje telewizyjne dziennie emitują ponad 40 seriali – policzyliśmy to ze studentami. Otóż natura tych mediów jest taka, że wszystko powinno być żywiołowe i pogodne. To infantylizuje niestety. Ale też ta część przekazu się wybija. Informacje złe, niedobre także są przez media kochane – o ile mają formę katastrof, dziejących się szybko, dynamicznie i daleko od nas. Mamy powstanie on-line, wojnę on-line, trzęsienie ziemi on-line. W taki sposób ta katastrofa była relacjonowana. Z tym, że tak się dziwnie złożyło, że nie było żadnych przekazów na żywo. Nie ma też zdjęć, ani filmów – z wyjątkiem filmu obywatela Wiśniewskiego, który przypadkiem trochę zdjęć zrobił. Jest jeszcze jakiś film rzekomo nakręcony telefonem komórkowym. Więc media nie miały się czym żywić.
I tu pojawiają się zasadnicze pytania – dlaczego nie latały tam helikoptery telewizyjne, dlaczego nie relacjonowały nam tej katastrofy, dlaczego nie widzieliśmy jak to wygląda z powietrza. Na świecie wydarza się tak wiele katastrof i one wszystkie są doskonale dokumentowane. Przecież tam było mnóstwo polskich dziennikarzy.
Moim zdaniem przy tej katastrofie ze względu na to, że było tak potężne embargo informacyjne, tak wielka skala dezinformacji, po część świadomej, i tak wielki szlaban na wszelkie przekazy wizualne, media nie miały się czym żywić. Ta tragedia była dla mediów irytująca, nie dawała im paliwa.
Z drugiej strony dwa miesiące przed katastrofą smoleńską pan Miszczak z TVN robi czteroodcinkowy program o katastrofie gibraltarskiej, o śledztwie, które się opiera na jeszcze mniejszej ilości informacji. I jest to program ciekawy, ma wysoką oglądalność. W Internecie jest ogromna oglądalność materiałów blogerskich. Nawiasem mówiąc doskonałych materiałów dla dziennikarzy, którzy chcieliby pytać dalej.
Staram się odpowiadać na to pytanie w sposób najbardziej przychylny mediom, czyli tłumacząc to małą atrakcyjnością wizualną, brakiem dostępu do informacji filmowej i fotograficznej, która dzisiaj dla mediów jest niezbędna – bo ileż można pokazywać gadające głowy. Nie wykluczam jednak, że jest to również ostrożność spowodowana tym, że główne media działają w Polsce, w regulacjach, które nie są do końca określone. I być może uznali, że należy czekać na polski raport, żeby jakoś skwitować tę tragedię z punktu widzenia polskiego prawodawstwa. Staram się znaleźć argumenty obrony. Ale faktem jest, że sympatie polityczne mediów są ulokowane po innej stronie. A człowiek ma tak skonstruowaną psychikę, że jest w stanie znaleźć wyjaśnienie na każde swoje postępowanie.
Ale nic nie zwalnia z obowiązku myślenia. Również, a może przede wszystkim, dziennikarzy…
Nie ma obowiązku myślenia. Św. Tomasz z Akwinu dowodził, że obowiązek myślenia ma każdy chrześcijanin, bo nie używanie rozumu jest obelgą dla naszego Stwórcy. Ale człowiek – human being, co brzmi dumnie – takiego obowiązku nie ma
.
Kilka miesięcy po tej katastrofie odbyła się w polskim MSZ odprawa ambasadorów z udziałem Siergieja Ławrowa, ministra spraw zagranicznych Federacji Rosyjskiej. Media mainstreamu nie dochodziły, dlaczego ambasadorowie polscy są odprawiani w obecności szefa dyplomacji kraju, w którym zdarzyła się największa tragedia Rzeczpospolitej.
Oficjalne wyjaśnienie było takie, że rząd polski raz w roku organizuje tego typu spotkania, że to nie było pierwsze takie spotkanie. Natomiast media pokazały wzruszający obrazek, jak to na balkonik wyszli panowie Ławrow i Sikorski, żeby zapalić papierosa. Bardzo miłe! Takie ludzkie.
Mnie bardziej interesuje ewolucja stanowiska Pana Premiera w sprawie wyboru podstawy prawnej postępowania po katastrofie smoleńskiej. Premier najpierw stwierdził, że nikt nie miał do tego głowy. Następnie przyznał, że była propozycja strony rosyjskiej, by zastosować Konwencję  Chicagowską i myśmy na to przystali. Później okazało się, że bodajże 13 kwietnia ub. r., trzy dni po katastrofie, na konferencji w Moskwie Tatiana Anodina oświadczyła, że strona rosyjska proponuje zastosowanie 13-tego załącznika z tej konwencji, oczywiście przy pełniej akceptacji premiera Putina. Na to nasi przedstawiciele spuścili pokornie główki, a chyba nawet kiwnęli. Na pewno kiwnął pan pułkownik Klich, który tam siedział. No, a po upływie ośmiu miesięcy nasz Pan Premier oznajmił, że decyzję o zastosowaniu Konwencji Chicagowskiej podjął osobiście on sam.  Zastanawiające. W  jaki sposób przebiega proces decyzyjny w państwie polskim, skoro chwilę po podjęciu decyzji mówi się, że „ktoś tam to wybrał, ale nie było do tego głowy”. Później mówi się opinii publicznej, że wybrali to Rosjanie, a Polska na to przystała, bo to był dobry pomysł. A na końcu się mówi, że „to ja zdecydowałem”.  Tymczasem wszyscy dobrze wiemy, ze konwencja chicagowska, a już szczególnie stosowany w tym przypadku załącznik numer 13 doskonale wiąże nam ręce. Jeśli tego rodzaju sekwencja zdarzeń się realizuje, to myślę, że nie tylko ja, słucham tego i własnym uszom nie wierzę. Z biegiem czasu człowiek pamięta coraz mniej, tymczasem Premier pamięta coraz więcej i coraz dokładniej. A nawet pamięta to, czego nie było. .
Jeżeli mamy takie problemy gospodarcze, jeżeli mamy kryzys działania państwa jeżeli chodzi o sam proces decyzyjny, jeżeli mamy kryzys państwa w ocenie polityki międzynarodowej, co dalej będzie z Polską? Jesteśmy przed wyborami. Jak Polacy skwitują ten rząd? Jaka będzie przyszłość kraju?
Państwo polskie jest tak słabe dzisiaj a zainteresowanie ludzi sprawami publicznymi jest tak niskie i niesystematyczne, że najważniejszą sprawą nie są wybory, ale to, żebyśmy zaczęli ze sobą uczciwie rozmawiać. Żebyśmy na siebie nie krzyczeli, nie wyśmiewali jedni drugich, żebyśmy cierpliwie odbudowywali poczucie wspólnoty. Jesteśmy przecież narodem niepokornym, dzielnym, pracowitym, hardym. Nie przestaliśmy być wspólnotą – trzeba to Polakom tłumaczyć – w dalszym ciągu jesteśmy Narodem. Stańmy się bardziej narodem politycznym, bo kiedy zdejmujemy oko z rządzących, oni zaczynają działać po swojemu, czyli najczęściej byle jak. Mnie gazety piętnowały za niedokładności rzędu dziesiątej części punktu proc. PKB a dzisiaj pozwalają, żeby się rządzący mylili o 4 punkty tego PKB, czyli mylili się czterdzieści razy bardziej. Czterdzieści razy! Przekroczyliśmy wszelkie granice pobłażliwości. Zwracam się do Polaków, żeby patrzyli, kto im do kieszeni sięga. Niech przynajmniej pilnują swoich  portfeli przy urnie wyborczej. Niech to nie będzie akt gniewu, ale akt sprzeciwu wobec polityki, która jest prowadzona, i która jest – staram się być uprzejma – w najlepszym razie niefrasobliwa. Rząd, niczym Czerwony Kapturek, beztrosko bieży przez ciemny las. Otóż, ile można beztrosko bieżyć przez ciemny las? Po drodze był Smoleńsk, powódź, góra długów – Polakom powinno się znudzić oglądanie Czerwonego Kapturka.
Słabość państwa polskiego objawia się na tak wielu płaszczyznach – i trzeba z tym walczyć. My dzisiaj do tego stopnia staliśmy się barbarzyńcami, że kwestionujemy nawet rytuały pogrzebowe. Pierwotne wspólnoty skupiały się głównie wokół rytuałów pogrzebowych. Zresztą to właśnie wokół nich ta wspólnota się integrowała. Tymczasem my dzisiaj śmiejemy się z czyjejś żałoby – a to w naszej kulturze jest haniebne! Gaszenie zniczy jest haniebne. Wyśmiewanie ludzi, którzy idą gdzieś – zamiast siedzieć w domu i pić piwo – po to, żeby wspólnie odmówić modlitwę, zapalić znicze, czy ułożyć kwiaty – jest haniebne. Dbajmy o swoją kulturę, o swój kod cywilizacyjny. Bo z nich się wywodzimy i bez nich zmarniejemy.
A jeżeli nie wszyscy Polacy odczuwają patriotyczne uczucia, to niech chociaż dbają o swój interes. Opłaca się mieć Polskę.
Rozmawiali Łażący Łazarz, Paweł Pietkun

Fot. wykonana w Redakcji NowyEkran.pl

http://dziennikarze.nowyekran.pl/post/7807,oplaca-sie-miec-polske-wywiad-z-zyta-gilowska

Posted in Gospodarka i Ekonomia, Polityka i aktualności, Wywiady | Otagowane: | Leave a Comment »

Prof. Zyta Gilowska – „Komorowski nie jest Ludwikiem XIV, powinien się z tego wytłumaczyć”

Posted by tadeo w dniu 11 lutego 2011

Zyta Gilowska(fot. PAP / Grzegorz Jakubowski)

Rozbawiło mnie tłumaczenie premiera, że musiał jechać do Włoch po rodzinę. To było śmieszne, przecież nie chodziło o średniowieczny Jedwabny Szlak i nie podróżujemy na wielbłądachProf. Zyta Gilowska

Nie spodziewałam się po prezydenturze Komorowskiego tylu gaf i wrzutek – ocenia w rozmowie z Wirtualną Polską prof. Zyta Gilowska, minister finansów oraz wicepremier w rządach Kazimierza Marcinkiewicza oraz Jarosława Kaczyńskiego. Za największą wpadkę prezydenta prof. Gilowska uważa przekształcenia Trójkąta Weimarskiego w „jakiś czworokąt, nazywany złośliwie Himalajskim”. W wywiadzie profesor tłumaczy też czym straszyć będzie wyborców Platforma i dlaczego raport MAK nas sfaulował.

Agnieszka Niesłuchowska: Do niedawna Platforma wydawała się być monolitem. PiS zazdrościł jej dyscypliny wewnątrzpartyjnej. Wszystko wskazuje jednak na to, że sielanka się skończyła. Konflikt na linii Tusk-Schetyna rozłoży partię na łopatki?

Prof. Zyta Gilowska: Trudno powiedzieć. Władza jest bardzo silnym spoiwem i łączy całe to towarzystwo. Jestem jednak zdziwiona, że do walki między Donaldem Tuskiem a Grzegorzem Schetyną w ogóle doszło. Zawsze uważałam ich za sprawny duet, więc spór zakończy się na pewno ze szkodą dla obydwu. Zdaje się, że przez te prawie sześć lat, odkąd opuściłam PO, ci panowie mocno się zmienili.

Grzegorz Schetyna zdaje się puszczać oko do lewicy. Myśli pani, że scenariusz koalicji PO-SLDjest możliwy po wyborach?

– PO puszczała oko do lewicy już w 2007 r. Taki scenariusz jest więc realny.

PO ucina jednak takie spekulacje.

– A dlaczego miałaby je potwierdzać? To typowa reakcja pokerzysty, może mają asa w rękawie.

Wyobraża sobie pani Grzegorza Schetynę jako premiera w nowym rządzie?

– Bez trudu. Nie wyobrażam sobie jednak Grzegorza Schetyny jako przewodniczącego PO.

Do krytyki premiera dołączył się też Jarosław Gowin, który, podobnie jak Grzegorz Schetyna, negatywnie ocenił opieszałość premiera związaną z publikacją raportu MAK.

– To były reakcje naturalne i nie bardzo sobie wyobrażam, jak można było zareagować inaczej. Reakcja rządu powinna być natychmiastowa, bo premier znał datę publikacji. Przytomny rząd podjąłby działania wyprzedzające. Rozbawiło mnie tłumaczenie premiera, że musiał jechać do Włoch po rodzinę. To było śmieszne, przecież nie chodziło o średniowieczny Jedwabny Szlak i nie podróżujemy na wielbłądach.

Jeśli jesteśmy już przy rosyjskim raporcie na temat katastrofy smoleńskiej. Jak go pani odebrała?

– Z zaskoczeniem. Nie spodziewałam się aż takiej brutalności. Wprawdzie wiadomo, że od dyplomacji rosyjskiej nie należy oczekiwać towarzyskich uprzejmości, ale to był cios poniżej pasa, po prostu faul. W cywilizowanych okolicznościach takich rzeczy się nie robi, to są chwyty nieprzyjazne.

Źle zrobiono, że okrzyknięto MAK organizacją międzynarodową. To jest biznes sowiecki, więc mamy prawo uważać, że sposób w jaki opisano katastrofę jest częścią intrygi dyplomatycznejProf. Zyta Gilowska

Źle zrobiono, że okrzyknięto MAK organizacją międzynarodową. To jest biznes sowiecki, więc mamy prawo uważać, że sposób w jaki opisano katastrofę jest częścią intrygi dyplomatycznej.

Polski rząd mógł wpłynąć na kształt raportu? Powinien przejąć śledztwo?

– Ba. Wszystko powinno wyglądać inaczej. Należało na początek powołać potężną komisję z Premierem Rządu RP na czele, co tworzyłoby symetrię z analogiczną komisją powołaną przez prezydenta Miedwiediewa pod przewodnictwem premiera Putina.

Ale tak się nie stało. Mamy komisję, którą kieruje minister spraw wewnętrznych. To było celowe?

– Nie. Dla MAK-u to szczebel zbyt wysoki, dla komisji premiera Putina jest to szczebel zbyt niski. No a specjalistą od katastrof minister spraw wewnętrznych też nie jest.

Jarosław Kaczyński twierdzi, że gdyby on był premierem, do katastrofy smoleńskiej by nie doszło.

– Nie mam żadnych wątpliwości, że gdyby Jarosław Kaczyński był premierem, nigdy by nie doszło do rozdzielenia wizyt w Katyniu.

Dymisja rządu pomogłaby w poprawie nadszarpniętego wizerunku PO?

– Nicolasowi Sarkozy’emu taki manewr na razie pomógł. Poprzestawiał rząd w myśl starej zasady – jak pozmieniać najwięcej, nie zmieniając w gruncie rzeczy niczego. Można w tym dostrzec pewną logikę, o ile zakładamy, że obywatele są znudzeni rządzącymi. Ale to jest niesłychanie zwodnicze założenie.

Na razie Donald Tusk wstrzymuje się z decyzjami personalnymi. Nie zdymisjonował ani ministra Bogdana Klicha, ani Cezarego Grabarczyka, choć opozycja się tego głośno domagała. Doszło wręcz do awantury – Antoni Macierewicz mówił, odnosząc się do ministra Klicha o „zaprzaństwie”…

– To nie były żadne awantury, ale zgodne z prawem oraz starannie udokumentowane wnioski o udzielenie wotum nieufności.

Donald Tusk ma jednak swoją wizję. To kwestia uporu, grania na nosie opozycji?

– Nie, to jest czysty cynizm. Przecież tuż po głosowaniu nad wnioskiem o wotum nieufności minister Grabarczyk dostał bukiet róż. Donald Tusk zachowuje się racjonalnie o ile przyjąć, że korzysta z doświadczeń Leszka Millera, który od 2003 roku był pod nieustannym obstrzałem, ale władzy oddać nie zamierzał. Z kolei w 2007 roku Jarosław Kaczyński oddał władzę widząc, że w takim składzie koalicyjnym państwa reformować się nie da. Nie wiem, jaki wariant teraz rozważa Donald Tusk, ale wiem, że nie chodzi o żadne reformy. To akurat premier Tusk osobiście i wielokrotnie oświadczał.

Generał Waldemar Skrzypczak, były Dowódca Wojsk Lądowych apelował na łamach Wirtualnej Polski, by premier wstrząsnął dworem ministra Klicha i zwołał grono ekspertów, którzy dokonaliby audytu dokonań ministra. Generał uważa, że minister skompromitował premiera bardziej, niż każdy inny minister w ciągu ostatnich lat.– Jeszcze ostrzej wypowiedział się generał Sławomir Petelicki, który stwierdził, że po katastrofie smoleńskiej minister powinien strzelić sobie w głowę. Cywilna kontrola nad wojskiem jest częścią standardu demokratycznego państwa, to fakt. Ale nie jest dobrze, gdy to wojsko kontrolują ludzie bez żadnego osobistego doświadczenia. O ile się orientuję, żaden członek obecnego rządu nie był w wojsku, wojska nie zna i chyba nie rozumie. Zamiast porządnej cywilnej kontroli nad wojskiem, mamy do czynienia z jakimiś pseudo-cywilnymi zabobonami. Jak można było pozwolić na odejście z armii generała Skrzypczaka, doświadczonego i poważanego dowódcy? Jak można pozwolić na obrażanie innych generałów, na brak szacunku dla munduru, dla misji Wojska Polskiego? Jak długo można tolerować taki bałagan? Dotychczas w naszej historii miejsca na takie ekscesy nie było.

Czy pozostawianie na stanowiskach skompromitowanych ministrów opłaci się Donaldowi Tuskowi?

– Ślepy upór nigdy się nie opłaca się i nie przynosi dobrych skutków. Jest przysłowie: nosił wilk razy kilka…

Ale Platforma nadal przewodzi w sondażach. Skąd tak duże poparcie społeczne po opóźnionej reakcji na raport MAK, burzy wokół OFE, paraliżu kolei?

Wysokie noty PO to wynik z mieszaniny pragnienia świętego spokoju, kiepskiej znajomości realiów i zawiedzionej miłościProf. Zyta Gilowska

To wynika z mieszaniny wielu postaw – pragnienia świętego spokoju, kiepskiej znajomości realiów i zawiedzionej miłości, do której trudno się przyznać nawet przed samym sobą. Poza tym Polacy są mało politycznym narodem – nie interesują się tym, co dzieje się w państwie i polityce, podtrzymują sądy intuicyjne. To bardzo niebezpieczne zjawisko.

A może mają dość ciągłych kłótni i tabloidyzacji polityki?

– Problem w tym, że ludzie nie pilnują swojego interesu. Nie widzą, że rządzący dobierają im się do portfela, podwyższają podatki, inwigilują na potęgę, a teraz chcą inwigilować nawet nasze dzieci. Zmierzamy w kierunku świata opisywanego przez Orwella. Przeciętny Kowalski powinien zainteresować się polityką, bo zostanie goły i bezbronny jak przysłowiowy święty turecki.

Grzegorz Schetyna stwierdził ostatnio, że straszenie PiS już nie wystarczy. Myśli pani, że PO będzie musiała zmienić strategię, aby nie tracić wyborców?

– Strach jest szatańskim, uniwersalnym motywatorem. Obawiam się, że teraz uruchomią inne strachy.

To znaczy?

– Na Zachodzie uruchamia się strach przed terroryzmem.

Platforma przerzuci się na straszenie terroryzmem?

– Po Polsce krążą dowcipy o tym, jak to terroryści podróżują ze Szczecina do Warszawy, ale nie są w stanie dotrzeć na miejsce, bo drogi są nieoznakowane, pociągi nie kursują a telefony są na podsłuchu. Strach przed terrorystami nie rusza Polaków, ale jest wiele innych lęków, które Platforma może uruchomić. To taktyka, która doskonale sprawdziła się na Kubie i przez dziesięciolecia utrzymywała przy władzy Fidela Castro.

Minęło pół roku od wyborów prezydenckich. Jak ocenia pani prezydenturę Bronisława Komorowskiego?

– Myślałam, że będzie bardziej stabilna. Nie spodziewałam się tylu gaf i wrzutek.

Która wpadka była pani zdaniem najpoważniejsza?

– Przekształcenie Trójkąta Weimarskiego w jakiś czworokąt. Już się pojawiły złośliwie nazwy – np. Czworokąt Himalajski. Nagłe zaproszenie do instytucji, która od lat istnieje dla wspierania współpracy trzech konkretnych państw – Niemiec, Francji i Polski – państwa czwartego, i na dodatek Rosji, wprawiło w osłupienie licznych analityków i komentatorów. Na takie dictum mógłby sobie ewentualnie pozwolić przed wiekami któryś z monarchów absolutnych.

Bronisław Komorowski nie jest carem Piotrem I czy Ludwikiem XIV, ale najwyższym rangą urzędnikiem państwowym. Powinien wytłumaczyć obywatelom, dlaczego znienacka zmienia wektory polskiej polityki zagranicznejProf. Zyta Gilowska

Bronisław Komorowskinie jest jednak carem Piotrem I czy Ludwikiem XIV, ale najwyższym rangą urzędnikiem państwowym. Powinien wytłumaczyć obywatelom, dlaczego znienacka zmienia wektory polskiej polityki zagranicznej. Co na to rząd? Dziwnie milczy. Trzeba się zastanowić czy prezydent miał powody i upoważnienie ze strony suwerena, by inicjować tak radykalne zmiany w polityce zagranicznej państwa polskiego.

A jak odebrała pani zaproszenie generała Jaruzelskiego na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego?

– To było zdumiewające. Prawie 90-letni człowiek, od ponad dwudziestu lat poza polityką, nie jest przecież ekspertem, chyba że w sprawie sojuszu ze Związkiem Radzieckim, który, chwała Bogu, rozpadł się w 1991 r. Zawsze uważałam, że stan wojenny był strasznym ciosem dla polskich aspiracji wolnościowych, a w życiu społeczno-gospodarczym ukradł nam 10 lat.

Platforma ostro skrytykowała prezydenta za skierowanie przepisów o cięciach w administracji państwowej do Trybunału Konstytucyjnego. Słusznie?

– Szczegółów nie znam, ale nie wydaje mi się potrzebne tworzenie specjalnej ustawy, by móc zwolnić urzędników, których wcześniej zatrudniało bez specjalnych ustaw. Jeśli zatrudnienie w administracji publicznej rośnie w tempie prawie 30 tys. osób rocznie, trzeba się po prostu opamiętać i więcej ich nie przyjmować. Jeśli to się nie zmieni, kto będzie sadził kartofle, produkował żywność i przyodziewek? Urzędnicy?

Minister Boni zapowiedział, że po przeprowadzeniu reformy OFE, dla zwiększenia bezpieczeństwa finansów publicznych konieczna jest rozmowa o kolejnych reformach. Jego zdaniem warto rozważyć m.in. reformę KRUS-u, czy podniesienie wieku emerytalnego kobiet. Co pani sądzi o tych pomysłach?– Już tego nie słucham. Zresztą premier Tusk oświadczył, że reform nie będzie, bo liczy się ”tu i teraz”. Przecież odebranie pieniędzy z OFE nie jest żadną reformą! To jest banalne gipsowanie dziury w finansach publicznych poprzez rozmontowanie reform sprzed kilkunastu lat. Nie oczekuję, że Platforma dokona jakichkolwiek większych zmian. Będzie jak jest teraz, tylko coraz bardziej.Z prof. Zytą Gilowską rozmawiała Agnieszka Niesłuchowska, Wirtualna Polska

Prof. Zyta Gilowska – minister finansów oraz wicepremier w rządach Kazimierza Marcinkiewicza oraz Jarosława Kaczyńskiego, posłanka w latach 2001–2005 i 2007–2008. Obecnie członkini Rady Polityki Pieniężnej.

Posted in Polityka i aktualności, Wywiady | Otagowane: | Leave a Comment »

Katastrofa finansów państwa – Zyta Gilowska

Posted by tadeo w dniu 2 lutego 2011

Konferencja gospodarczo-społeczna Prawa i Sprawiedliwości – O Gospodarce, o Polsce, o Nas

Posted in Filmy i slajdy, Gospodarka i Ekonomia, Polityka i aktualności | Otagowane: | Leave a Comment »

Będzie źle. Tylko bardziej – prof. Zyta Gilowska

Posted by tadeo w dniu 1 lutego 2011

Wygląda na to, że to już koniec reformy emerytalnej. Pozostawienie w OFE 2,3 proc. podstawy oskładkowania pozwoli jedynie utrzymać się ich zarządom.

fot. M. Borawski
Z prof. Zytą Gilowską, członkiem Rady Polityki Pieniężnej, minister finansów w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, rozmawia Mariusz BoberW minionym roku rząd zgotował nam największą dziurę budżetową w historii III RP. W tym roku chce zmniejszyć deficyt do 40,2 miliarda. To realne?– Tak, przecież rząd upiększył budżet w taki sposób, że poukrywał różne kosztowne wydatki. Dlatego wpisana do ustawy budżetowej wielkość deficytu budżetu ma znaczenie wyłącznie propagandowe. Ekonomiści oceniają pełny, prawdziwy deficyt, który musi być liczony dla całego sektora finansów publicznych, a ten cały czas rośnie. Według najnowszych danych ubiegłoroczny deficyt polskich finansów przekroczył 8 proc. PKB, podczas gdy dopuszczalny poziom, o którym cały czas przypomina Komisja Europejska, nie powinien przekraczać 3 proc. PKB. Gdyby rząd wprowadzał faktyczną konsolidację budżetową, co obiecuje KE od dwóch lat, mielibyśmy przynajmniej kontrolę nad wydatkami bez pokrycia w dochodach. Przecież deficyt to suma takich wydatków, w Polsce przekraczająca kwotę 120 mld zł rocznie.

Co ta sytuacja oznacza dla państwa?
– Oznacza, że dzwonią już wszystkie dzwonki alarmowe. Pali się czerwone światło, a państwo zmierza w kierunku rozległego kryzysu finansów publicznych.

Zbliżamy się do „greckiej tragedii”?
– Sytuacja każdego z państw Unii Europejskiej jest różna. Myślę, że najwięcej podobieństw mamy z Węgrami.

Czy stosowane przez ekipę Tuska mechanizmy mające na celu zmniejszenie deficytu są wystarczające?
– Obecny rząd nie przedstawił właściwie żadnych skutecznych działań ograniczających deficyt. Reklamowana reguła wydatkowa jest raczej ozdobnikiem. Szeroką falą napływają zapowiedzi maskujące upływ czasu, usypiające obywateli, konsumentów i gospodarstwa domowe. Osoby zatrudnione przez państwo, np. urzędnicy, są utulane szczególnie intensywnie. W państwie z 2-milionowym bezrobociem otrzymanie urzędowej posady jest dużym bonusem. Armia urzędników rośnie i jest jasne, że są to ludzie na ogół zadowoleni z obecnego stanu rzeczy. W czasie mojej pracy w rządzie bez trudu zmniejszyłam zatrudnienie w centrali Ministerstwa Finansów o 10 proc. i planowałam dalsze redukcje. Obecnie zatrudnienie maleje w przemyśle, nikną całe branże, a rosną zastępy urzędników i rozmaitych pomocników, posługaczy, asystentów, itd. Kto na nich zapracuje? Na razie polscy chłopi starają się o wyżywienie, a chińscy robotnicy o przyodziewek i tzw. artykuły biurowe. A długi rosną. Zasada „tu i teraz” jest ewidentnie szkodliwa nawet dla jutra, a cóż dopiero dla naszych perspektyw rozwojowych.

Platforma chce zasypać dziurę budżetową, obcinając składkę na nasze emerytury przekazywaną do OFE. To koniec reformy emerytalnej i nadziei Polaków na przyzwoite świadczenia na starość?
– To jest poważna sprawa, chyba kilkuetapowa. Forsując zmiany w OFE najpierw przekonywano, że chodzi tylko o rachunki, o sposób klasyfikowania transferów z budżetu państwa do tych funduszy. Wówczas Komisja Europejska wyraziła gotowość do pewnych ustępstw w tej sprawie, z czego rząd jednak nie skorzystał. Następnie przedstawiono projekt częściowego zawieszenia (wstrzymania?) wpłat do OFE, co zmniejszy wypływ środków publicznych z budżetu i, na papierze, zmniejszy deficyt sektora finansów publicznych. Ale faktyczne zobowiązania emerytalne pozostaną, pozostanie też deficyt, tyle że ukryty. Etap kolejny może dotyczyć środków zgromadzonych przez OFE.

OFE dysponują już ponad 200 mld złotych.
– Przez część strategów rządowych te pieniądze są traktowane jak swego rodzaju poduszka finansowa dla finansów publicznych. Pojawiają się wątpliwości co do niektórych założeń reformy emerytalnej sprzed 11 lat. Niewykluczone, że politycznie reforma była forsowana także jako konstrukcja wyodrębnionego zasobu zapasowego, takiej swoistej „żelaznej porcji”, na wypadek nieprzewidzianych zakłóceń procesu transformacji. W debacie na ten temat mało mówi się o perspektywach emerytalnych obecnych 40-50-latków oraz o prawdopodobnej relacji ich przyszłych emerytur do przyszłych wynagrodzeń, czyli o tzw. stopie zastąpienia. Mówiąc wprost, te reklamowane w telewizji opowieści o emerytach odpoczywających pod palmami były blagą. Przecież faktycznym celem reformy było zwiększenie bezpieczeństwa finansowego państwa poprzez zgodę na zmniejszanie wielkości przyszłych emerytur w relacji do przyszłych wynagrodzeń. Ale zamiast ten fakt uczciwie przedstawić, uzasadnić i ocenić, prowadzi się teatralne spory między tymi, którzy świetnie żyją z zarządzania funduszami OFE, a tymi, którzy mogą świetnie żyć z zarządzania pozostałymi pieniędzmi Polaków. Jedni i drudzy chcieliby utrzymać te pieniądze.

Kto lepiej zarządza pieniędzmi, OFE czy ZUS, biorąc pod uwagę, że większość środków na naszych kontach emerytalnych OFE i tak inwestują w obligacje Skarbu Państwa?
– OFE są i będą bardziej efektywne niż ZUS, choćby z tej prostej przyczyny, że pilnują środków im powierzonych, ponieważ z tego żyją. Zaś w dłuższej perspektywie OFE mają radykalnie duże instytucjonalne możliwości egzekwowania od państwa zobowiązań, np. wykupu obligacji. Gdyby kiedykolwiek ZUS miał szanse konkurować z OFE, to OFE w ogóle by nie powstały. Wszyscy wiedzieli, że ZUS to zwykła przystawka do budżetu państwa i miejsce, z którego pompowane są pieniądze. Dlatego opowiadanie, że ZUS może zadbać o pieniądze lepiej niż OFE, jest idiotyczne. Chociaż faktycznie najlepiej dba o pieniądze ich właściciel, o ile ma czym zarządzać i chce to robić. Ale obywatele pieniądze musieli oddawać – najpierw do ZUS, potem do OFE.

Czyli to już koniec reformy emerytalnej?
– Na to wygląda. Pozostawienie w OFE 2,3 proc. podstawy oskładkowania, aby zarządzający tymi środkami mieli z czego żyć, wskazuje na zawarcie swoistej transakcji politycznej. Zabranie 5 proc. podstawy oskładkowania i utrzymanie ich w ZUS oznacza spadek wartości transferu z budżetu państwa dla OFE o ponad 20 mld zł rocznie! Ciekawe, że podawane publicznie szacunki tej kwoty są notorycznie zaniżane. Co najmniej o tyle i tylko na papierze zmniejszy się deficyt sektora finansów publicznych.

Chcąc mieć godne emerytury, musimy zadbać o nie sami?
– To też, zwłaszcza że w grę wchodzą potężni szermierze. Z jednej strony interesy rynku kapitałowego, z drugiej deficyt sektora finansów publicznych, konieczność emisji obligacji skarbowych, interesy zarządzających OFE itd. W sieci globalnych interesów pojedynczy emeryt, a nawet emeryci, zwłaszcza przyszli, bywają traktowani jak najmniej istotny element. W istocie w polityce zawsze mamy do czynienia z grą globalnych interesów. Naród polityczny jest świadomy tej dysproporcji. Pytanie: ile w Polakach jest narodu politycznego?

Pospieszna prywatyzacja to kolejny pomysł gabinetu Donalda Tuska na ratowanie budżetu.
– Jeśli rząd zrealizuje plan prywatyzacji, to Polacy zostaną bez majątku, z długami i pozbawieni bezpieczeństwa energetycznego, zdani na zewnętrznych dostawców.

Platforma Obywatelska przejmowała władzę w sytuacji świetnej koniunktury i dobrych wyników finansowych państwa…
– Przypominają się dosadne słowa prof. Krzysztofa Rybińskiego, który ostrzegł, że zostaniemy jak „goło…pcy”, bez majątku i z potężnymi długami. Nie podejmuję się objaśniania poczynań obecnego rządu. Nie spodziewałam się wiele, ale byłam pewna utrzymania standardów. Po 1989 r. kolejni ministrowie finansów, niezależnie od konfiguracji politycznych, wykazywali uporczywe starania w kierunku konsolidacji budżetowej i zwiększania bezpieczeństwa finansowego państwa. Teraz intencje są niestabilne, a działania dziwaczne. Rząd zaczął od lekkomyślności (2008 r.), potem nastąpiła faza dezorientacji (2009 r.). Obecnie mamy coś w rodzaju dwuletniego pochodu pierwszomajowego z hasłem „Idziemy, idziemy, będziemy na czas”.

Polskie finanse obciąża także gwałtownie rosnący dług publiczny.
– Rządowe pomysły na jego zmniejszenie także nie są racjonalne. „Wyrastanie” z długu jest możliwe dopiero wtedy, gdy gospodarka rozwija się naprawdę dynamicznie, w tempie co najmniej 5,5-6 proc. rocznie przez kilka lat z rzędu. Nasz wzrost gospodarczy jest na to zbyt wątły.

Już obecnie dostrzegalny jest wzrost kosztów obsługi długu publicznego. Jak to przełoży się na sytuację finansową państwa w bieżącym roku?
– W miarę wzrostu wolumenu długu i napięć na rynkach finansowych rosną koszty jego obsługi, co Polska już mocno odczuwa. Za pożyczane pieniądze płacimy bowiem niewiele mniej niż państwa na granicy bankructwa. Nasze 10-letnie obligacje skarbowe miewają rentowność przewyższającą 6 procent, czyli dwuipółkrotnie wyższą niż rentowność obligacji niemieckich. Wydatki ponoszone na spłatę zadłużenia w skali roku przewyższają z naddatkiem wszystkie wydatki państwa polskiego na bezpieczeństwo narodowe.

Nowy rok przywitaliśmy podwyżkami podatków, przede wszystkim VAT, a zapewne na tym się nie skończy. To chyba ostatnia rzecz potrzebna polskiej gospodarce?
– Polska gospodarka jest na relatywnie niskim poziomie rozwoju. Ma też kiepskie fundamenty, uformowane przez infrastrukturę, za którą odpowiedzialne jest państwo. Niestety, nasza infrastruktura techniczna – transportowa, energetyczna, komunikacyjna – jest słabo ukształtowana i wyeksploatowana. Nieco lepiej przedstawia się kondycja infrastruktury instytucjonalnej, dość nowoczesnej, ale dławionej przez aparaty biurokratyczne. Naszym atutem jest wysoki potencjał wzrostu. Mamy wielkie potrzeby, energię, ambicje, odporność i dzielność. Statystyki dowodzą, że jesteśmy pracowici i wytrzymali. Jesteśmy gotowi ciężko pracować na sukces. W takim kraju wzrost podatków podcina skrzydła. Przy rosnącej wydajności pracy i nikłym wzroście wynagrodzeń większe podatki są swego rodzaju karą. W skali makroekonomicznej wzrost opodatkowania konsumpcji zmniejsza siłę nabywczą, co z kolei redukuje popyt i dławi wzrost gospodarczy.

W ciągu najbliższych 2 lat obecny gabinet chce ograniczyć deficyt do 3 proc. PKB. Nawet gdyby udało się to zrobić, jaką cenę zapłacilibyśmy za ten manewr?
– To jest absolutnie niemożliwe, chyba że się „pacjenta” udusi… Ale na to żaden żywy organizm dobrowolnie nigdy się nie zgodzi. Całkiem niedawno widzieliśmy to na Węgrzech i w Grecji. Nasza sytuacja jest tym bardziej trudna, że nie mamy już rezerw. Rząd wykorzystał już wszystkie, włącznie z gromadzonym na tzw. czarną godzinę Funduszem Rezerwy Demograficznej. Obecnie fundusz ten powinien dysponować blisko 20 mld zł, a nie ma już prawie nic. Myślę, że wspomniany już dwuletni pochód pierwszomajowy zmierza do najbliższych wyborów, a co będzie potem, łatwo zgadnąć.

Czego jeszcze możemy się spodziewać, jeśli w tegorocznych wyborach zwycięży PO?
– Odpowiem alegorycznie – możemy i powinniśmy spodziewać się tego samego, tylko bardziej. To jest najprostsza i uczciwa odpowiedź. Będzie tak samo, jak jest. Tylko bardziej.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110201&typ=my&id=my11.txt

Posted in Gospodarka i Ekonomia, Polityka i aktualności, Wywiady | Otagowane: | Leave a Comment »

PO uwierzyła we własną propagandę

Posted by tadeo w dniu 3 stycznia 2011

W PJN są „intelektualnie mało pozbierani”, a Kluzik–Rostkowska to „kawiorowa socjalistka” – uważa Zyta Gilowska

≥Zyta Gilowska – ekonomistka, członek Rady Polityki Pieniężnej. Wicepremier i minister finansów w rządach Marcinkiewicza  i Kaczyńskiego. Do maja 2005 r. wiceprzewodnicząca POautor: Jerzy Dudek

≥Zyta Gilowska – ekonomistka, członek Rady Polityki Pieniężnej. Wicepremier i minister finansów w rządach Marcinkiewicza i Kaczyńskiego. Do maja 2005 r. wiceprzewodnicząca PO

Rz: Od końca marca, to było krótko przed katastrofą smoleńską, nie udzieliła pani żadnego wywiadu.

Zyta Gilowska, była wicepremier: Nie udzieliłam.

Dlaczego? Przestraszyła się pani tego, co powiedziała pani wtedy w wywiadzie dla “Rz”?

Nie. To powiem za “Panem Tadeuszem”: “O tym – że dumać na paryskim bruku, przynosząc z miasta uszy pełne stuku…”? Zmieńmy miasto i jesteśmy w domu. Musimy wyjść ze smutku, chociaż jest to czas dla strategów i poetów. Katastrofa smoleńska i wydarzenia późniejsze nie dają się zwięźle wyrazić prozą.

Jak się to ma do spotkania w ostatni piątek w Jachrance “Lech Kaczyński – pamięć i zobowiązanie”?

Ma się, ma. Trzeba się jakoś zorkiestrować.

Jarosław Kaczyński jest człowiekiem umiarkowanym, logicznym i racjonalnym

Zorkiestrować, czyli co?

Na spotkanie przyjechało mnóstwo ludzi, którzy chcą się angażować. Chodzi o to, by nie było kakafonii.

Jedną sprawą jest katastrofa smoleńska, a inną to, co pani powiedziała wtedy, w tym wywiadzie, który wywołał burzę. Co ją wywołało? To, że jak informował panią jeden z generałów, w zakładaniu PO uczestniczyły służby?

Dzisiaj to już nie są żadne rewelacje. Codziennie otrzymujemy nowe dawki. A to działalność WikiLeaks, a to rewizja traktatu lizbońskiego, a to zdumiewający stan światowych finansów. Podawane są w sposób podobny jak wyjaśnienia dotyczące katastrofy.

Łączy pani katastrofę ze stanem finansów publicznych?

Oczywiście. W przypadku Polski jedno i drugie dokumentuje słabość naszego państwa. Objawy tej słabości były liczne, mówiłam o nich wielokrotnie, np. w wywiadzie dla “Gazety Bankowej” kilka tygodni przed katastrofą smoleńską. Wywiad ten został przez redakcję zatytułowany “Polska w niebezpieczeństwie” oraz anonsowany moim zdjęciem na okładce. Czarno-białym. Ale dopiero katastrofa smoleńska skupiła wszystko w jeden koszmarny węzeł.

W tym naszym wywiadzie sprzed ośmiu miesięcy przekonywała pani, co przed tragedią smoleńską było wypowiedzią nietypową, że Lech Kaczyński jest dobrym człowiekiem i “prawdziwym mężczyzną” w polskiej polityce.

Tak uważałam. I jeszcze, dociskana przez panią o podanie innych przykładów “dobrych ludzi w polityce”, przywołałam osobę Macieja Płażyńskiego. Też ofiarę tragedii smoleńskiej. To wprost nie do wiary, jak wielkie straty ponieśliśmy w tej katastrofie. Ciarki wędrują po plecach…

Druga sprawa, która panią negatywnie zaskoczyła, to finanse publiczne?

Niestety, sprawy zbyt szybko zmierzają w złym kierunku.

Premier i minister Jacek Rostowski z jednej strony przy każdej okazji zapewniają, że Polska jest zieloną wyspą, z drugiej widać w nich, gdy to mówią, jakąś niebywałą obawę. O co tu chodzi?

Mam wrażenie, że po wygranych w 2007 r. wyborach zwycięzcy uwierzyli we własną propagandę. Polukrowali różne rachunki, także te przesyłane do Brukseli, pomylili fundamenty gospodarki z potencjałem wzrostu. Po prostu zignorowali fakty.

Czyli?

Gadali o oszczędnościach i masywnie zwiększali wydatki. Jak śpiewał niegdyś znany bard, “zabełtali nam błękit w głowie”.

Budżet się spina – twierdzi rząd. Niby wszystko jest dobrze. Nagle pojawiają się jednak nerwowe ruchy, choćby w sprawie OFE. A przecież jeszcze w sierpniu premier mówił, że tych funduszy emerytalnych rząd nie ruszy.

Już wiadomo, że się nie spina. Rząd stosuje różne sztuczki mające na celu przedstawienie obywatelom polakierowanego obrazu rzeczywistości.

Może Polacy chcą mieć tę “ciepłą wodę” w kranach, a rządzący wysyłają komunikaty ich w tym utwierdzające? Mogłabym nawet to zrozumieć, ludzie chcą mieć spokój.

Pewnie tak jest. Ucieczka od polityki to ucieczka od rzeczywistości. Nic na tym świecie nie jest równie realne jak polityka.

Jeśli o czymś się nie powie, to nie istnieje. Może tak to jest w relacjach rządzący – obywatele? I wszystko idzie w dobrym kierunku?

Nie. Akurat nasze polskie doświadczenia, nie tylko z ostatniego okresu, pokazują, że jest przeciwnie.

Czyli?

Im bardziej staramy się stłumić jakieś emocje, z tym większą siłą one wybuchają. Jak śpiewał śp. Jonasz Kofta, “bo gdy się milczy, milczy, to apetyt rośnie wilczy”. Otóż w demokratycznym państwie przytomne władze nie dopuszczają do gromadzenia się nadmiaru pary w kotle.

Co więc robią?

Wmontowują rozmaite wentyle i bezpieczniki.

I to chyba właśnie robi ekipa Tuska?

Nie. Oni usunęli wentyle, wymontowali bezpieczniki i właśnie przylutowują pokrywkę. Może zawartość kotła jest “na straty”? Ale co z ogniem pod tym kotłem? Dotychczas sam z siebie nie przygasał.

Minister Rostowski oskarża panią i rządową ekipę PiS, że wasze działania mogą być przyczyną finansowych kłopotów Polski za jakiś czas.

Minister Rostowski rządzi trzy lata i regularnie trzy razy w roku zmienia zdanie. To stało się nudne. Na przykład w marcu tego roku z trybuny sejmowej dziękował PiS za działania, które ułatwiły walkę z kryzysem.

Ostatnio mówił jednak, że obniżenie podatków było niedobre dla polskiej gospodarki, a już skandalicznym posunięciem było obniżenie składki rentowej. Pani profesor, to pani przecież zrobiła.

Ta składka została obniżona – w dwóch etapach – decyzją parlamentu. A głosowali za tym, jak jeden mąż, wszyscy posłowie PO. I mieli mnóstwo czasu, by zaproponować korekty, jeśli uważali, że są potrzebne.

A co pani na to, że rząd chce znowu zwiększyć tę składkę, na razie w części dotyczącej pracodawców?

Obniżenie składki rentowej było bardzo dobrym i skutecznym posunięciem. Podwyżka nic dobrego nie przyniesie. Stworzy jedynie iluzję wzrostu dochodów sektora finansów publicznych.

W części dotyczącej pracodawców na ok. 9 mld zł.

To chyba bardzo dużo?

Na papierze? Sporo, ale nie tak bardzo. W końcu tegoroczny poziom wydatków sektora finansów publicznych jest o 140 mld zł wyższy od wydatków w 2007 r., kiedy to rzekomo byliśmy tacy rozrzutni. Wzrost wydatków o 28 proc. w trzy lata. Rekord oszczędności.

Co z tego wynika?

Abstrakcyjnie i przykładowo, dla sfinansowania takiego wzrostu wydatków trzeba by składkę rentową podwyższyć dziesięć razy. Z obecnych 6 procent do 60 proc. Wtedy rzeczywiście nie byłoby już niczego, jak profetycznie zapowiadał kandydat na prezydenta Białegostoku.

Rozumiem. Może po prostu broni się pani przed tezą, że oprócz oczywiście kryzysu światowego, wszystkiemu jest winna pani?

Wszystkiemu? (śmiech). Za naszych rządów deficyt sektora finansów publicznych był minimalny, spłaciliśmy awansem niektóre długi przypadające na 2008 r., w momencie przekazywania władzy mieliśmy nadwyżkę budżetową, nasze długi za dwa lata były mniejsze niż długi obecnie rządzących zrobione tylko w 2008 r.

Fakt jest faktem, że po odejściu od władzy PiS szybko zaczęło się źle dziać w gospodarce.

Jeśli chcemy, to możemy się w ten sposób droczyć. Że polskich oficerów w Katyniu zamordowali Niemcy. Że prezydent kazał generałowi Błasikowi sterować tupolewem i obaj postanowili popełnić samobójstwo. Że Jarosław Kaczyński zabił Barbarę Blidę. A Zyta Gilowska zrujnowała państwo polskie. Nie umiem tak rozmawiać.

Zmieniając trochę temat. Z pani poglądami gospodarczymi byłaby pani idealną kandydatką do stowarzyszenia Polska Jest Najważniejsza.

Dlaczego pani tak sądzi?

Ma pani dość liberalne, otwarte poglądy. Można powiedzieć, że nowoczesne.

Ale ja nie wiem, jakie poglądy ma mieć to stowarzyszenie. Wiem, że Joanna Kluzik-Rostkowska jest kawiorową socjalistką, że Elżbieta Jakubiak ma naturę administratora, a Paweł Poncyljusz jest raczej liberałem. Natomiast ja mam naturę i poglądy konserwatywne.

Jak to?

Tak, konserwatywne. W sprawach gospodarczych blisko mi do ordoliberałów. A jacy są ci państwo z PJN, nie wiem.

A jak się pani dowie, to co będzie?

Nic nie będzie. Na razie odebrali PiS zdolność do blokowania zmian w konstytucji.

Ma pani raczej nowoczesny wizerunek. Pasuje pani chyba do PJN?

Pozory. Teoretycznie to w III RP pasowałam do różnych zestawień. W praktyce okazywało się, że jestem mało stadna.

Jak z pani stadnością z Jarosławem Kaczyńskim?

Jarosław Kaczyński jest strategiem. Nie wymaga stadności. Prowadzi dyskurs intelektualny.

Aha… A jak te relacje przebiegają? Intensywnie?

Wystarczająco. Wysoko cenię możliwość rozmowy z Jarosławem Kaczyńskim. Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy twierdzą, że Jarosław Kaczyński ma trudny charakter. Moim zdaniem jest człowiekiem umiarkowanym, logicznym i racjonalnym. Zawsze tak uważałam.

To pani miała chyba jakieś wyjątkowe szczęście. Bo wszyscy ludzie, którzy współpracowali z Jarosławem Kaczyńskim, bez względu na to, czy go kochają, czy nie lubią, twierdzą, że jest to człowiek, który wzbudza strach. Którego się boją.

Nonsens. Oczywiście warto unikać krętactwa, intryg i kłamstw innych ludzi. No, ale przecież wszyscy wiedzą, że akurat Jarosław Kaczyński mówi prawdę prosto w oczy. Jako rozmówca Jarosław Kaczyński jest uważny i sympatyczny.

Ponoć się bardzo irytuje, jak ktoś chce mu radzić, a rady nie są koniecznie zgodne z tym, co myśli.

Nie mam takich doświadczeń. Myślę, że Jarosław Kaczyński nie jest osobą, która się radzi. Raczej poszukuje informacji, czasami swoje przemyślenia konsultuje.

Jakie szanse daje pani nowemu stowarzyszeniu, czyli PJN?

Nie daję szans. Są intelektualnie mało pozbierani. Tworzą zbiór zbyt zróżnicowany. Nie mają mocnego lidera. I odeszli z PiS w okolicznościach niejednoznacznych.

To znaczy?

Chyba liczyli się z tym, że sporo ludzi uzna ich za zdrajców. Odchodzili z partii w trakcie kampanii wyborczej, ba, nawet w przeddzień wyborów, w czasie tzw. ciszy wyborczej. To są przecież okoliczności zadziwiające.

Ale tak naprawdę zaczęło się chyba od wyrzucenia z partii dwóch posłanek? A Jakubiak była wierną żołnierzycą prezesa.

No tak. Była. Czas przeszły dokonany.

Jak pani, jako była wiceprzewodnicząca, ocenia sytuację w PO?

Kiedy byłam w PO, takie sytuacje jak rozmowa senatora Romana Ludwiczuka bądź dialogi, jakie prowadził Ryszard Sobiesiak z prominentnymi posłami tej partii przy okazji afery hazardowej, nie miały miejsca. Przypominały rozmowy gangsterów z filmów Martina Scorsese.

Ale czy panią to dziwi po kilku latach bycia w PO?

Tak, dziwi mnie. Nigdy nie byłam świadkiem takich rozmów, a nawet nie słyszałam o takich rozmowach. Może one gdzieś były prowadzone, ale na małą skalę. Jestem o tym przekonana.

Na małą skalę? Na Dolnym Śląsku, skąd jest senator Ludwiczak? Jaki to może mieć związek z relacjami Donalda Tuska z Grzegorzem Schetyną?

Oba te zdarzenia miały miejsce właśnie na Dolnym Śląsku, czyli w mateczniku Grzegorza Schetyny. Te rozmowy były prymitywne i wulgarne. Pytanie: ile jest tego prostactwa w PO?

Jak brzmi odpowiedź?

Nie wiem. Nie wiem, ile tego prostactwa tam jest.

Małgorzata Subotić – Rzeczpospolita.

http://www.rp.pl/artykul/577987.html

Posted in Polityka i aktualności, Wywiady | Otagowane: | Leave a Comment »

Profesor Gilowska o rządach PO i o Jarosławie Kaczyńskim

Posted by tadeo w dniu 3 stycznia 2011

Profesor Zyta Gilowska, kiedyś znana działaczka Platformy, później wicepremier i minister finansów w rządach K. Marcinkiewicza i J. Kaczyńskiego, udzieliła wywiadu pt. „PO uwierzyła we własną propagandę” (rp.pl). Dziesięć miesięcy temu, kilka tygodni przed katastrofą smoleńską jedna z gazet przedstawiła z nią wywiad zatytułowany „Polska w niebezpieczeństwie”.

Prof. Gilowska mówi, że tragedia, która wydarzyła się na lotnisku Siewiernyj, oraz stan finansów publicznych dokumentują słabość naszego państwa. Biorąc pod uwagę, jak wartościowi ludzie zginęli, nie można uwierzyć, jak wielkie straty poniosła Polska 10 kwietnia br.

Finanse publiczne zmierzają bardzo szybko w złym kierunku. Rozmówczyni podkreśla, iż po wygranych wyborach politycy PO uwierzyli we własną propagandę i po prostu zignorowali fakty, np. mówili o oszczędnościach i gwałtownie zwiększali wydatki. Dzisiaj budżet nie chce się spiąć, więc „rząd stosuje różne sztuczki mające na celu przedstawienie obywatelom polakierowanego obrazu rzeczywistości”.

„Za naszych rządów deficyt sektora finansów publicznych był minimalny – mówi prof. Gilowska – spłaciliśmy awansem niektóre długi przypadające na 2008r. W momencie przekazywania władzy mieliśmy nadwyżkę budżetową, nasze długi za dwa lata były mniejsze niż długi obecnie rządzących zobione tylko w 2008r.”

Profesor Zyta Gilowska ceni sobie wysoko możliwość rozmowy z Jarosławem Kaczyńskim. Prezesowi PiS przypisuje wiele pozytywnych cech, a więc były premier jest strategiem, który prowadzi dyskurs polityczny. Jest człowiekiem umiarkowanym, logicznym i racjonalnym. Jako rozmówca jest J. Kaczyński uważny i sympatyczny.

Przyjmijmy tę charakterystykę, której dokonała osoba mądra, inteligentna i doświadczona – profesor Zyta Gilowska.

http://zygmuntbialas.salon24.pl/259467,profesor-gilowska-o-rzadach-po-i-o-jaroslawie-kaczynskim

Posted in Gospodarka i Ekonomia, Polityka i aktualności | Otagowane: | Leave a Comment »