WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • Tylko przestańmy mówić: ten kraj, w tym kraju, tutaj, ci ludzie. Zacznijmy mówić tak, jak Pan Bóg przykazał, jak o matce: Ojczyzno ma, moja, kochana, poraniona, więc tym bardziej kochana. Moja, to znaczy taka, którą się kocha, którą się po rękach całuje, przed którą się klęka, której się służy, której się z czcią opowiada, której się nie okrada, dla której się pracuje, dla której się cierpi i umiera, jak trzeba. To nie inni mają tak zrobić, to nie oni, tam na górze, ale my. Inaczej na nic wszystko. Na nic ta rana i na nic te ofiary. Nasza Ojczyzna mocno krwawi i ból nie ustaje w naszych sercach, ale zapewniamy pachołków Moskwy i Berlina, i tych, co służą „mamonie” – jeszcze nie zginęła, póki my żyjemy. Póki pracujemy dla dobra naszej Ojczyzny. Póki kochamy i pamiętamy.

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Posts Tagged ‘Z.Krasnodębski’

Nasz wywiad. Prof. Krasnodębski po debacie: król jest nagi, cesarz jest nagi. „Wiarygodność Tuska, Kopacz i Arabskiego jest zerowa”

Posted by tadeo w dniu 27 Wrzesień 2012

Fot. wPolityce.pl

 

wPolityce.pl: Panie profesorze, potwierdzony przez ekshumacje skandal z pomieszaniem ciał ofiar tragedii smoleńskiej w oczach wielu Polaków stanowi potwierdzenie tego jak niechlujnie i jak niepoważnie ta sprawa była od początku wyjaśniana, a właściwie motana. Ale władza wydaje się być nieporuszona w swojej pewności siebie.

Prof. ZDZISŁAW KRASNODĘBSKI, socjolog, Uniwersytet w Bremie: Władza od początku przyjęła najprostsza i najwygodniejszą dla siebie wersję o winie pilotów, ewentualnie naciskach na nich ze strony śp. prezydenta Kaczyńskiego. Przyjmowało to w ciągu tych dwóch lat różne formy i nazwy, od narzucanej już 10 kwietnia 2010 roku tezy o czterech podejściach do lądowania, przez  wydumane naciski po rzekomą obecność w kokpicie generała Błasika. Ale tak naprawdę od samego początku chodziło o to by zamknąć temat zanim zaczęto jego wyjaśnianie. Słynny esemes ministra Sikorskiego o winie pilotów czy słowa Bronisława Komorowskiego iż sprawa jest „arcyboleśnie prosta” niech będą tego przypomnieniem.

 

Polski rząd nie chciał tej sprawy wyjaśnić?

Tak to wygląda. Od samego początku robiono wszystko by nie wdrożyć prawdziwego śledztwa, widać było niechęć do podejmowania wysiłku uczciwego dochodzenia, które mogłoby tę wersję naruszyć.

 

A teraz Donald Tusk jednym półgębkiem mówi przepraszam, a drugim atakuje sugerując winę śp. prezydenta. I nikt nie wspomni, że lot odbywał się w trzecim roku rządów Platformy, a wszystkie narzędzia związane z jego bezpieczeństwem były w ręku tej partii. Można mieć nadzieję na słowo prawdy?

Niewielką. Coraz więcej nieprawd czy kłamstw jest ujawnianych, ale dochodzą nowe. Na przykład twierdzenia iż nikt nie zakazywał otwierania trumien, kiedy są świadkowie mówiący o takich wypowiedziach Tomasza Arabskiego.

Naprawdę, dla każdego człowieka, który nie był uprzedzony, miał dobra wolę, od pierwszych chwil 10 kwietnia 2010 działania rządu, polityka informacyjna, ten szmerek insynuacji tworzyły obraz niepokojący, dziwny, zmuszający do uważnego obserwowania tego co się dzieje wokół wyjaśniania tragedii. A potem to już były puste całkiem zapewnienia. Premiera o tym, że będzie to najbardziej przejrzyste śledztwo, minister Ewy Kopacz o przekopaniu miejsca tragedii metr w głąb, o zbadaniu każdego szczątka ludzkiego. Nikt jej przecież nie kazał tego mówić. Poważny polityk, mający świadomość iż reprezentuje państwo polskie, nie wypowiadałby takich słów bez mocnego udokumentowania. Wiarygodność tych postaci jest więc dzisiaj zerowa.

 

A jednak – wielu Polaków odwraca głowy. Możemy ich kiedyś przekonać? Dotrzeć do tych, którzy do dzisiaj nie chcą poznać prawdy?

Dzisiaj to już chyba nie jest kwestia wiedzy. Gdy czasami rozmawiam z ludźmi, którzy reprezentują drugą stronę to widzę, że oni nawet już nawet nie mają argumentów. I zdają sobie z tego sprawę. Wiedzą, że niszczono wrak i nie mają odpowiedzi po co. Wiedzą, że raport MAK kłamał, słyszeli o ekspertyzach obalających nawet oficjalne stenogramy. A teraz obserwują te ekshumacje… Każdy fakt empiryczny, sprawdzalny, potwierdza moją tezę początkową, a  falsyfikuje tych, którzy tej władzy zaufali.

 

To dlaczego trwają w uporze przed przyjęciem prawdy?

Tak naprawdę w tych rozmowach zawsze dochodzimy do punktu w którym jest tylko strach, lęk, niechęć rezygnacji z własnego światopoglądu. Bo jeśli uznamy, że ten rząd zaniedbał swoje podstawowe obowiązki, to należy z tego wyciągnąć konsekwencje. Podobnie dowody na mataczenia Rosjan też zmuszają do poważnej refleksji.  Ale w tle jest lęk przed tymi wnioskami, przed koniecznością przybrania w związki z tym pewnej postawy obywatelskiej, odrzucenia pewnej wizji świata…

 

… i jakże wygodnej tezy, że historia się skończyła, a wszystko za nas załatwi miłująca się Unia i przyjazna Rosja.

Tak, nawet dwa dni temu rozmawiałem z kolegami niemieckimi. U nich też widziałem ten sam lęk gdy opowiadałem o potwierdzonych już wynikach ekshumacji. Także dla nich przyjęcie, że polski prezydent zginał w okolicznościach, których nikt nie chce wyjaśnić, a wiele wskazuje iż mogło chodzić o intencję jego śmierci, ewentualnie spowodowania wypadku, jest wyjątkowo trudne.  To podważa ich wizję Europy, Rosji, świata, niesie paniczny lęk przed konsekwencjami.

O tych więc lękach powinniśmy dziś mówić przede wszystkim, a mniej o argumentach. Bo król jest nagi, cesarz jest nagi. Kim jest Donald Tusk, kim jest pani Ewa Kopacz, kim jest Tomasz Arabski, kim jest minister Sikorski – wiemy. Jaki to jest rząd – też. I jest mi bardzo przykro kiedy widzę swojego kolegę pana ministra Jarosława Gowina, kiedy on próbuje resztką przyzwoitości, jak listkiem figowym, to przykrywać.

rozm. gim

http://wpolityce.pl./artykuly/37194-nasz-wywiad-prof-krasnodebski-po-debacie-krol-jest-nagi-cesarz-jest-nagi-wiarygodnosc-tuska-kopacz-i-arabskiego-jest-zerowa

Posted in Polityka i aktualności, Wywiady | Otagowane: | Leave a Comment »

Prof. Krasnodębski na Stefczyk.info: Marcina P. prawdopodobnie chronili miejscowi politycy. Mamy do czynienia z układem mafijnym lub paramafijnym

Posted by tadeo w dniu 23 Sierpień 2012

fot. PAP / A. Warżawa

 

Komisja śledcza jest bardzo potrzebna. Z pewnością pokazałaby jak się robi interesy, jak się sprawuje władzę, jak się tę władzę kontroluje i jak działa wymiar sprawiedliwości za rządów Platformy Obywatelskiej

– mówi w rozmowie z portalem Stefczyk.info prof. Zdzisław Krasnodębski.

Czegoś takiego dotąd jeszcze nie było. Mamy tu bezpośrednio zamieszaną rodzinę premiera rządu. Do tego dochodzą darowizny, sponsoring i cały wątek niemiecki, dotyczący ewentualnego przekazywania pieniędzy z Hamburga lub do Hamburga. Potwierdza to opinie, które od dawna krążyły wokół Gdańska, będącego matecznikiem Platformy, że jest miejscem, w którym kwitną interesy odbiegające od standardów

– dodaje prof. Krasnodębski.

 

Cały wywiad na portalu Stefczyk.info

mall

Posted in Afery i przekręty, Wywiady | Otagowane: | Leave a Comment »

Nasz wywiad: Prof. Zdzisław Krasnodębski: Ta władza jest całkowicie wypalona, egoistyczna, skorumpowana. I traci nerwy

Posted by tadeo w dniu 1 Kwiecień 2012

Fot. wPolityce.pl

wPolityce.pl, Stefczyk.info: Pan premier w minionym tygodniu, chyba w ramach swoiście pojętej kampanii przekonywania czy też zastraszania Polaków nazwał szefa „Solidarności” Piotra Dudę „pętakiem”. Skąd taka nerwowość tej ekipy?

Prof. Zdzisław KRASNODĘBSKI, socjolog, komentator życia publicznego: Ten rząd jak wiadomo zmarnował cztery lata. Jak oglądamy się dziś do tyłu do widać to bardzo dokładnie: żadnych strategicznych celów nie nakreślono, niczego nie zrobiono. Polityka prorodzinna, edukacja, rozwój – wszystko leży odłogiem.

Ta ekipa przez cały ten czas obiecywała ludziom życie ułatwione. Ciągle tylko mówili Polakom, że można się tylko bawić bez konsekwencji, nie trzeba myśleć o przyszłości, że liczy się to „tu i teraz”. Aż przyszedł moment w którym ktoś musi zapłacić rachunek.

Stąd ta drastyczna zmiana emerytalna?

Dokładnie. Okazało się, że trzeba ludziom powiedzieć iż koszt tych minionych lat, wszystkich zaniechań i złudzeń, jest ogromny. A będzie większy. To ludzi przeraża dlatego też ta ekipa po prostu traci nerwy.

Tusk jest jeszcze zdolny do ofensywy?

Nie sądzę. Tak on jak i jego ekipa jest są całkowicie wypaleni, jest dużo na różnych szczeblach korupcji, myślenia tylko i wyłącznie kategorią interesu osobistego i grupowego. Jeśli nawet były tam na początku jakieś ideały, to już dawno wyparowały. Nie zostało nic. Więc są niezdolni całkowicie do żadnej ofensywy. Jedyną szansą na poprawę wydaje się dziś zmiana rządu. Oby tylko nie na odnogę PO, bo taki charakter ma ta partyjka Palikota.

rozm. gim

http://wpolityce.pl./wydarzenia/25842-nasz-wywiad-prof-zdzislaw-krasnodebski-ta-wladza-jest-calkowicie-wypalona-egoistyczna-skorumpowana-i-traci-nerwy

Posted in Polityka i aktualności, Wywiady | Otagowane: | Leave a Comment »

Prof. Krasnodębski: Jeśli słowo „zdrada” jeszcze cokolwiek oznacza, to wszystko wskazuje na to, iż rządzący Polską dopuścili się zdrady

Posted by tadeo w dniu 24 Luty 2012

Fot. wPolityce.pl

Prof. Zdzisław Krasnodębski w felietonie na łamach „Gazety Polskiej Codziennie” pisze o zdradzie, słowie – „jak się wydaje, za wielkim na nasze czasy”.

Konfrontuje „niepodważalny obowiązek, rolę jasno zdefiniowaną, powszechnie obowiązujące zasady” z „ciepłą wodą w kranie, grillowaniem, orlikami, autostradami i fajnym życiem”.

Najwyższym ideałem jest samorealizacja. Mamy prawo się realizować, nie oglądając się na innych, na słabszych, na tych, którzy od nas zależą. Uprawiamy „politykę życia” i mamy być w niej skuteczni.

Tym bardziej ma to dotyczyć polityki w ścisłym sensie. Tu obowiązuje pragmatyzm, etyka odpowiedzialności, a nie dogmatyczne trzymanie się zasad.

Profesor przypomina, że polska historia pełna jest przykładów zdrady.

To nie dlatego, że Polacy mieli gorsze charaktery, tylko że Polska wystawiała Polaków na cięższe próby, niż było to w wypadku innych, szczęśliwszych narodów. Z taką jasną sytuacją mieliśmy do czynienia wtedy, gdy Wojciech Jaruzelski ogłosił stan wojenny. To dopiero później wszystko stało się znowu niejasne, gdy zaczęliśmy się pogrążać w bagnistej rzeczywistości III RP.

Według filozofa społecznego sprawy powinny być oczywiste po 10 kwietnia 2010 r., gdy „w podejrzanych okolicznościach zginał prezydent RP i wielu przedstawicieli polskiej elity na terenie kraju nam nieprzyjaznego, w którym dokonywane są polityczne zbrodnie, w którym nie szanuje się prawa, które dopuściło się ludobójstwa w Czeczenii i którego premierem jest były oficer KGB, następcy NKWD, sprawcy wielu zbrodni na Polakach”.

Jeśli zatem słowo „zdrada” jeszcze cokolwiek oznacza, to trzeba stwierdzić, że wszystko wskazuje na to, iż rządzący Polską dopuścili się zdrady – zdrady podstawowych interesów Rzeczypospolitej i podstawowych wartości. Razem z nimi zdrady dopuścili się ci Polacy, którzy ich w tej postawie wspierali i wspierają – od Andrzeja Wajdy i Władysława Bartoszewskiego do różnych pomniejszych artystów, „autorytetów”, intelektualistów i dziennikarzy. Niektórzy zdradzili także swoich przyjaciół – to, że w SLD tak szybko zapomniano o Jerzym Szmajdzińskim, niedoszłym kandydacie na prezydenta, świadczy raz jeszcze, kim są postkomuniści. Gorzej, gdy nie dotyczy to tylko postkomunistów. Dzisiaj władza PO zaczyna się chwiać, bo zabrakło mamony czerpanej z zagranicy, którą można było zagłuszać sumienia. Neogierkizm zbliża się do swojego Radomia i Ursusa. Być może do władzy dojdzie jakaś ekipa rezerwowa, która zadba, by wszystko pozostało jak dotąd. Ale ta zdrada nie zostanie zapomniana.

Cały felieton w „Gazecie Polskiej Codziennie” i na niezalezna.pl.

http://wpolityce.pl./artykuly/23726-prof-krasnodebski-jesli-slowo-zdrada-jeszcze-cokolwiek-oznacza-to-wszystko-wskazuje-na-to-iz-rzadzacy-polska-dopuscili-sie-zdrady

Posted in Polityka i aktualności | Otagowane: | Leave a Comment »

Prof. Krasnodębski o spadającym poparciu dla władzy: Ludzie widzą bałagan, odrzucają pychę, bronią wolności

Posted by tadeo w dniu 11 Luty 2012

Z prawej prof. Zdzisław Krasnodębski. Fot. wPolityce.pl

wPolityce.pl, Stefczyk.info: Spadek poparcia dla Platformy wyraża się w kolejnym już sondażu, można więc mówić o pewnym trendzie. Czy czary Platformy, bo poparcie dla tej partii skonfrontowane z jej dorobkiem wymyka się racjonalnej ocenie, przestają działać?

Prof. Zdzisław Krasnodębski, socjolog, publicysta, Uniwersytet w Bremie: Na to wygląda. Spotkanie z Internautami, które odbyło się według starej recepty, nie podziałało tak jak jeszcze niedawno to z celebrytami. Grup rozczarowanych rządem jest coraz więcej.

Skąd się bierze to rozczarowanie?

Ono jest obiektywnie uzasadnione. Polska wchodzi w zupełnie nową fazę. Do tej pory nasze społeczeństwo było niezwykle zadowolone. Pokazują to choćby badania Instytutu Spraw Publicznych.  Na tle Węgrów, Czechów i innych narodów Polacy są najbardziej zadowoleni. Ludzie oczywiście wiedzieli jaka jest jakość rządów Platformy. Oceniali tę partię dość realistycznie. Umieli rozpoznać sztuczki, udawanie, ale ponieważ byli zadowoleni, wybaczali. Tym bardziej, że do Polski dopływały potężne strumienie pieniędzy z Unii Europejskiej, coś się budowało, wydawało się, że te projekty zostaną dopięte – drogi, stadiony.

A teraz okazuje się, co ludzie widzą, że za tym wszystkim kryje wielki bałagan, stawiający pytanie czy to wszystko zostanie w ogóle ukończone. A na pewno nie na czas.

Ludziom się żyje gorzej?

To druga przyczyna rozczarowania. Bo oto wielu grupom społecznym władza mówi nagle, że muszą za coś zapłacić. A to przekazaniem pieniędzy, które odłożyli na emerytury do ZUS, a to dłuższym radykalnie czasem pracy. Idą w górę też ceny benzyny, czynsze, wszelkie opłaty. Ludziom to trudno zrozumieć jeśli słyszeli przez tyle lat, że jest świetnie, doskonale. A wzrost gospodarczy był faktem.

Rząd nie popełnił grzechu pychy?

Tak, ale istotniejsza jest rzucająca się w oczy chęć kontroli wszystkich i wszystkiego przez tę władzę. Ludzie zaczynają się integrować w obronie własnej wolności. teraz Internauci, wcześniej kibice. To widać także w drobniejszych punktach jak sprawa Magdy z Sosnowca. W tym, że ludzie odrzucają propagandę mediów tak atakujących Rutkowskiego. Zobaczmy jak źle przyjęto rozmowę pani Kolendy-Zaleskiej z Rutkowskim. Ona w gruncie rzeczy nie zrobiła nic wyjątkowego, zastosowała starą metodę TVN. Tak samo przecież traktuje się tam na co dzień polityków opozycji. A tu ludzie to zobaczyli. I odrzucili. Odrzucają zresztą także próbę nachalnej obrony matki przez środowiska radykalnie feministyczne.

Obóz władzy jest na wirażu, ale ma potężne zasoby medialne, biznesowe, społeczne. Będzie mógł zastosować stare mechanizmy obronne. Będą skuteczne?

Na pewno będzie kontrakcja ze strony obozu władzy. Tusk jest zdolny do ofensywy. Ale czy będzie skuteczny? Możliwe, że – jak napisał ktoś na Twitterze – establishment zadowoli się konstatacją iż „kordon sanitarny wciąż działa”. Innymi słowy, obóz władzy uzna iż nie jest specjalnie ryzykowne to, że poparcie przechodzi na Palikota czy SLD. Ale Polacy chyba wiedzą, że to nie jest prawdziwa alternatywa.

rozm. wu-ka

http://wpolityce.pl./wydarzenia/22976-nasz-wywiad-prof-krasnodebski-o-spadajacym-poparciu-dla-wladzy-ludzie-widza-balagan-odrzucaja-pyche-bronia-wolnosci

Posted in Polityka i aktualności, Wywiady | Otagowane: | Leave a Comment »

Ważny tekst prof. Krasnodębskiego w „Rzeczach Wspólnych”: Wielkie spełnienie, czyli postliberalizm po polsku

Posted by tadeo w dniu 8 Luty 2012

Rys. Andrzej Krauze

Jako ideowa formacja polski liberalizm doznał zupełnego niemal uwiądu – w druku nie ukazuje się niemal nic godnego lektury i polemiki, nie pojawiła się żadna nowa idea, ograniczono się do straszenia PiS-em i propagandy prorządowej. Rozkwitł natomiast w praktyce, można rzec, że znalazł swoje spełnienie w Polsce Tuska, wreszcie zrealizował swoją istotę. Po pierwszej fazie, przyszedł w drugiej kadencji rządów PO czas, w którym można zinstytucjonalizować głębokie przemiany Polski dokonane w ostatnich latach

„Demokracja peryferii”, w której zajmowałem się szczególnym wariantem polskiego liberalizmu jako dominującą filozofią publiczną III RP, kończyła się stwierdzeniem, że liberalizm w jego polskiej, pookragłostołowej wersji wyczerpał swoje możliwości. Rzeczywiście wkrótce potem zaczęła się nowa epoka. Wzbierała niechęć do rządów Leszka Millera i SLD. Afera Rywina ostatecznie pogrążyła Millera, ale także bardzo nadwyrężyła reputację Adama Michnika, jednego z ojców założycieli III RP i głównych twórców „polskiego liberalizmu”.

Jednak potem zamiast koalicji dwóch partii, deklarujących konieczność radykalnej przebudowy III RP, nastąpił ostry konflikt trwający do dziś. Mimo to w latach 2005-2007 usiłowano realizować wiele z formułowanych wcześniej postulatów i budować IV RP.

Próba zmiany

Dzisiaj widzimy, że był to zupełnie wyjątkowy okres. Niektóre dokumenty z tamtego czasu czyta się dzisiaj jakby pochodziły z bardzo odległej epoki. W centrum władzy pojawili się nowi ludzie. Dotychczasowe pokomunistyczne i posolidarnościowe elity musiały chwilowo je opuścić. Zmieniła się polityka historyczna. Zamiast koncentrować się na polskich winach, zaczęto także pokazywać polską wielkość. Podjęto próbę uporania się z komunistyczną przeszłością, co znalazło wyraz w ustawie lustracyjnej, która po raz pierwszy miała objąć także środowiska dotąd nietknięte, jak sędziowie czy profesorowie uniwersyteccy. Odwołanie się do katolicyzmu jako zwornika polskiej tożsamości stało się czymś oczywistym.

Polityka zagraniczna stała się bardziej samodzielna. „Kicz” pojednania polsko-niemieckiego skończył się dość gwałtownie, a zaczęła ostra dyskusja o pamięci i historii, o systemie głosowania w Unii, o relacjach z Rosją i z USA. W negocjacjach traktatu lizbońskiego Polska była ważnym, trudnym partnerem, choć ostatecznie zaakceptowała kompromis. Niewątpliwie punktem kulminacyjnym nowej polityki zagranicznej była słynna wyprawa Lecha Kaczyńskiego do Tbilisi wraz z prezydentami Ukrainy, Litwy i Estonii oraz premierem Łotwy, by ratować Gruzję. Trudno sobie wyobrazić, że dzisiaj byłoby to możliwe. Polska nie byłaby już w stanie zebrać wokół siebie tylu sprzymierzeńców z regionu, nie mówiąc już o mobilizacji do tego rodzaju niebezpiecznej misji głów państw. No i prawdopodobnie nikt już z Unii Europejskiej nie pofatygowałby się do Moskwy, by powstrzymywać Rosję.

Pojawił się wówczas również wyjątkowy jak na III RP pluralizm w mediach. „Gazeta Wyborcza” straciła monopol ideotwórczy. Wydawany przez niemiecki koncern „Dziennik” rzucił jej bezpośrednie, choć krótkotrwałe, wyzwanie. „Rzeczpospolita” stała się najważniejszym opiniotwórczym dziennikiem konserwatywnym, „Wprost” tygodnikiem śmiało podejmującym istotne problemy polityczne. W telewizji publicznej pojawiły się zupełnie nowe twarze, a jej prezesem na krótko został Bronisław Wildstein, jeden z najwybitniejszych polskich intelektualistów, znany z niezależności poglądów.

Kontrrewolucja establishmentu

Wszystko to wywołało gwałtowną reakcję establishmentu. Pisano o zawłaszczaniu państwa, o skoku na media. Lustracja wywołała gwałtowny opór środowisk akademickich, gorliwie podsycany przez media. Krytykowana była polityka zagraniczna jako nieefektywna, konfliktowa, izolująca Polskę, antyeuropejska. Za granicą, szczególnie w Niemczech, Polska była przedstawiania jako kraj ogarnięty homofobią i nacjonalizmem.

Po 2007 – i tym bardziej po 2010 – okazało się, że nie idzie o rzekomo gwałcone zasady, lecz po prostu o władzę w rękach ludzi, którym wydaje się, że się im ona z naturalnych względów należy. Wkrótce nikt już nie pamiętał ani o potępianiu zawłaszczania państwa, ani o apolityczności służby cywilnej, ani o odpartyjnieniu mediów publicznych, na które znowu trzeba płacić abonament, ani o prawach opozycji, ani o szacunku dla urzędu prezydenta.Nastąpiła skuteczna kontrrewolucja establishmentu. Jego odłamy podzieliły się władzą, uznając hegemonię PO, która zręcznie rozdaje przywileje, pacyfikując potencjalnych krytyków i nagradzając pomocników – posypały się ordery i stanowiska. Nikt, najlichszy nawet zapiewajło, nie pozostał bez nagrody. Ukoronowaniem procesu restauracji jest powrót Leszka Millera do sejmu i na stanowisko przewodniczącego SLD, polityków Unii Demokratycznej do Pałacu Namiestnikowskiego, „Gazety Wyborczej” do dominacji na (kurczącym się co prawda) rynku prasowym oraz – w roli pioniera łączącego autostradami Polskę z Berlinem – Jana Kulczyka do orszaku prezydenta RP. W zasadzie brakuje już tylko Lwa Rywina na stanowisku prezesa telewizji. Ale on, nieszczęsny, zadarł przecież z „Agorą”.

Ideowy uwiąd w dobie postpolityki

Co zaś stało się z „polskim liberalizmem”? Jak zmieniło go to polityczne zwycięstwo – fakt, że do pełni władzy, potwierdzonej ponownym zwycięstwem w wyborach, doszła formacja, która kiedyś odwoływała się do liberalnej tradycji (choć w wersji gdańskiej, nie warszawsko-krakowskiej)? Otóż jako ideowa formacja polski liberalizm doznał zupełnego niemal uwiądu – w druku nie ukazuje się niemal nic godnego lektury i polemiki, nie pojawiła się żadna nowa idea, ograniczono się do straszenia PiS-em i propagandy prorządowej. Rozkwitł natomiast w praktyce, można rzec, że znalazł swoje spełnienie w Polsce Tuska, wreszcie zrealizował swoją istotę. Po pierwszej fazie – fazie ostrożnych, ewolucyjnych kroków – przyszedł w drugiej kadencji rządów PO czas, w którym można zinstytucjonalizować głębokie przemiany Polski dokonane w ostatnich latach – równie głębokie, jak te, które dokonały się w pierwszych latach „transformacji”, co dopiero teraz zaczyna docierać do świadomości szerszej rzeszy Polaków.

Charakterystyczna dla liberalizmu niechęć do polityczności została teraz doprowadzona do skrajności – w 2007 radośnie obwieszczono „postpolitykę”, a więc daleko idącą depolityzację Polaków. Miano już tylko administrować, a nie rządzić. Zaniknęło niemal zupełnie tak kiedyś częste odwoływanie się do społeczeństwa obywatelskiego, jednego ze sztandarowych pojęć polskiego liberalizmu. Obecnie wszelkie formy samoorganizacji społeczeństwa, poza charytatywnymi, postrzegane są jako zagrożenie dla władzy, jako zbędny kłopot utrudniający rządzenie, niepotrzebne zakłócenie procesu podejmowania decyzji. Polacy mają oddać głos w wyborach, potem co najwyżej mogą pertraktować z władzą jako poszczególne klientelistyczne grupy, najlepiej jednak by siedzieli przed telewizorem, przy grillu lub w pubie. Emocje polityczne zostały skanalizowane i sprowadzone do ekscytacji kolejnymi rozłamami w PiS i do oburzania się bulwersującymi słowami Jarosława Kaczyńskiego.

Polacy mają się cieszyć „ciepłą wodą w kranie”, „Polską w budowie”, „zieloną wyspą”, modernizacją i dobrobytem, pochwałami zagranicy, prezydencją i Jerzym Buzkiem. Dopiero teraz zaczęto straszyć ich kryzysem i poproszono o finansowe wsparcie Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Przy czym owa „modernizacja” nie była rozumiana jako budowa silnej gospodarki, konkurencyjnej wobec innych gospodarek europejskich, jako podstawa siły państwa, jako zbiorowe dokonanie, lecz głównie jako otwarcie możliwości indywidualnej konsumpcji, możliwej dzięki dotacjom europejskim. Inni w tym myśleniu nigdy nie są konkurentami, lecz tylko partnerami i darczyńcami. Coraz słabszym zapewnieniom o przywiązaniu do zasad wolnego rynku towarzyszy propagowanie poglądu, że głównym czynnikiem rozwoju Polski są fundusze Unii Europejskiej, co znalazło wyraz w ostatniej kampanii wyborczej, z jej głównym hasłem zapewnienia 300 miliardów złotych z kasy Unii. Ostatecznie „wolnorynkowość” sprowadza się do obrony interesów wielkich koncernów zachodnich działających na terenie Polski, interesów najbogatszych Polaków i interesów najbogatszych regionów Polski.

Minimalizacja państwa

Skutecznie natomiast realizowano w ostatnich latach politykę minimalizacji państwa. Nie oznacza ona oczywiście ograniczania biurokracji czy własnych przywilejów. Nie oznacza także zmniejszenia represyjności, bo rząd nie waha się użyć siły wobec swoich krytyków – zwłaszcza takich, na których łatwo jest napuścić opinię publiczną. Zwalczanie korupcji podporządkowane zostało celom politycznym. Afery szkodzące rządzącym są bezczelnie tuszowane, jak było w przypadku afery hazardowej, z drugiej strony od czasu do czasu ujawnia się dawne nadużycia i przestępstwa, które już przed laty powinny być zbadane i osądzone. Służy to dyscyplinowaniu potencjalnych przeciwników czy konkurentów do władzy. Taki charakter miały, jak się wydaje, ostatnie niejasne działania wobec generała Gromosława Czempińskiego, czołowej postaci III RP i, jeśli wierzyć jego deklaracjom, jedynego z twórców PO, najpierw zatrzymanego, a następnie szybko zwolnionego za kaucją. Zapewne jego sprawa skończy się podobnie jak afera ze szwajcarskimi kontami lewicy.

Minimalizowanie państwa polskiego oznacza przede wszystkim osłabianie go jako podmiotu politycznego w relacjach zewnętrznych i pozbawianie możliwości wpływu Polaków na zasadnicze decyzje w nim podejmowane, co sprawia, że to państwo w coraz mniejszym stopniu jest „ich” państwem, wyrazem i narzędziem realizacji ich woli i ich przekonań. Obecny kryzys i podjęte przez Niemcy i Francję działania na rzecz budowania „unii fiskalnej” wzmocniły nadzieję polskich liberałów, że wreszcie uda się trwale roztopić tak nielubianą przez nich Polskę w Europie.

Jeśli zatem jeszcze niedawno walczono o większą „podmiotowość”, to dzisiaj zagrożona jest suwerenność nawet w najbardziej elementarnym sensie. Europeizm polskiego establishmentu przeszedł w euroserwilizm, w aprioryczną zgodę na wszystkie propozycje Berlina i Paryża, byle tylko być „w pierwszym kręgu”. W związku z tym pogrzebano nawet to, co wydawało się aksjomatem polityki zagranicznej III RP – „giedroyciową” politykę wschodnią. Pierwszym wyrazem bezsiły i kapitulacji była tragedia smoleńska i skandal posmoleński. Jednocześnie jeszcze bardziej związała ona zwolenników, zwłaszcza „inteligenckich”, z PO w formie „brudnej wspólnoty”. W półtora roku później taka sama kapitulacja dokonała się w polityce europejskiej – i choć okoliczności były mniej dramatyczne, jej konsekwencje będą równie poważne.

Upadek debaty

Depolityzacja polega także na tym, że zamarły niemal dyskusje ideowe, które dotyczyłyby kształtu polskiej demokracji i kierunków polityki Rzeczypospolitej, co oczywiście nie znaczy, że nie toczą się mniej lub bardziej niszowe dyskusje „eksperckie”, dotyczące poszczególnych dziedzin czy problemów. Dyskusja ma sens tylko wtedy, gdy dyskutujący traktują dostatecznie poważnie własne argumenty i argumenty strony przeciwnej. Nie trzeba zakładać, że można przekonać drugą stronę, bo w warunkach polskich byłby to zupełnie oderwany od rzeczywistości idealizm, wystarczy minimalne założenie, że argument się liczy i że trzeba odpowiadać nań argumentem, a nie drwiną i obelgą czy argumentem ad hominem. Tymczasem podważanie „godnościowych fundamentów prezydentury” niemal od razu stało się podważaniem godnościowych fundamentów życia publicznego w ogóle. Już nie chodziło o argument, ale o wygląd, nazwisko itd.

Oczywiście od samego początku III RP spory polityczne żadną miarą nie mogły uchodzić za dżentelmeńskie. Słowo „oszołom” ukuto przecież już w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Jednak starano się przynajmniej zachować pozory. Jeśli porównamy „GW” sprzed lat i obecną, widzimy zasadnicze różnice. Zniknęły sążniste artykuły, dziennikarzy i publicystów z intelektualnymi ambicjami wyparli młodsi „redaktorzy”, którzy porzucili wszelkie tego rodzaju aspirację na rzecz dość prostackiego „dawania oporu” i „dowalania” oponentowi. Zresztą w roli głównego medium III RP „GW” i tak została zastąpiona przez TVN, a miejsce „Gazety Świątecznej”. „Tygodnika Powszechnego” i „Niezbędnika inteligenta” jako głównej pożywki duchowej zajęło „Szkło kontaktowe”. I nic lepiej nie wyraża tej ewolucji niż jakże trafna obserwacja Kuby Wojewódzkiego w rozmowie z Adamem Michnikiem, że tylko on mu pozostał.

W nowym „dyskursie” III RP można powiedzieć wszystko, by za chwilę twierdzić coś zupełnie innego. Znane są liczne przypadki ludzi, którzy w ostatnich latach radykalnie zmienili poglądy – na czele z urzędującym ministrem spraw zagranicznych, który nigdy nie wytłumaczył, dlaczego wraz ze zmianą przynależności partyjnej tak bardzo zmieniała się jego ocena sytuacji politycznej w Europie i na świecie. Najczęściej od „prawicowości” i „konserwatyzmu” zmierzano żwawo ku „salonowi” i „głównemu nurtowi”, czy to w Polsce, czy to w Europie. Niestety konserwatyzm często okazywał się tylko pozą wynikającą z prowincjonalności lub oportunizmu i bardzo często znikał w spotkaniu ze światem „zachodnim”, na przykład w Brukseli.

Instrumentalizm ideowy sprawił, że w zasadzie poważna debata nie jest możliwa. W dodatku zachowanie się przedstawicieli obozu rządzącego przed katastrofą smoleńską i po niej spowodowało, że także po drugiej stronie gotowość do wymiany argumentów zanikła. Trudno dyskutować z kimś, kto dawno powinien ustąpić ze stanowiska i odpowiadać za zaniedbania graniczące z naruszeniem polskiej racji stanu. 

Kneblowanie przeciwników, promocja wulgarności

Na poziomie instytucjonalnym upadek wyraża się w utracie znaczenia parlamentu jako forum poważnej dyskusji. Ten uwiąd debaty publicznej wynika również z faktu, że znaleziono lepszy sposób na rozstrzyganie sporów o Polskę. Zamiast pozwolić na swobodną artykulację poglądów, można po prostu zamknąć usta oponentowi. Powoli zanikały więc fora, na których tego rodzaju dyskusja była możliwa – od telewizji po prasę. Obywatele zostali w dużej mierze odcięci od informacji o świecie i wydarzeniach w kraju, które mogłyby źle świadczyć o rządzie. Zostały nieliczne wyspy, służące głównie jako alibi, mające udowadniać, że nadal panuje w Polsce wolność słowa i że nadal dopuszczane są różnorodne poglądy. W istocie polski liberalizm nigdy zresztą nie cenił tych wartości i dbał przede wszystkim o pilnowanie granic tego, co może zostać powiedziane i napisane.

Nastąpiły także przemiany w sferze moralno-kulturowej w duchu libertynizmu obyczajowego. Obok przeteoretyzowanego pseudoneoleninizmu i kadrowego feminizmu pojawiło się groźniejsze, bo bardziej masowe zjawisko – wulgarny populizm z silnymi elementami plebejskiego antyklerykalizmu i permisywizmu obyczajowego, będący zmodernizowaną wersją dawnego urbanowskiego panświnizmu. Po raz pierwszy od czasów Gomułki mamy masowe wystąpienia antykatolickie, wspierane przez niektórych postępowych księży. Bariera psychiczna padła w czasie demonstracji atakującej modlących się pod krzyżem przed Pałacem Namiestnikowskim w intencji ofiar tragedii smoleńskiej. Trudno nie zauważyć, że Kościół, jego hierarchia, traci niestety autorytet moralny. Kościół nie bardzo wiedział, jak się ma zachować w dniach żałoby smoleńskiej.

Głęboko dotknęła go sprawa lustracji, z którą nie był w stanie poradzić sobie w wiarygodny sposób. Odważna postawa, jaką reprezentuje ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, stanowi niestety wyjątek. Kościół jest dziś nie mniej podzielony niż społeczeństwo. Najpierw podzielono go na toruński i łagiewnicki, potem okazało się, że znacznie ważniejszy jest inny, bardziej egzystencjalny, a jednocześnie nasuwający historyczne skojarzenia, podział – część hierarchii szuka dobrych relacji z władzą, podczas gdy przedstawiciele niższego duchowieństwa tradycyjnie solidaryzują się z protestującym ludem.

Zamulanie pamięci

„Polski liberalizm” wreszcie poradził sobie z dylematem, co robić z komunistyczną przeszłością. Jak pamiętamy, wymyślono go w dużej mierze po to, by uzasadnić, dlaczego nie należy karać funkcjonariuszy dawnego reżimu. Teraz okazało się, że żadne łamańce intelektualne w rodzaju tych, które proponował Andrzej Walicki, nie są potrzebne. Rozwiązanie dylematu jest dość typowe dla Polski Tuska – niekonsekwencja, rozmywanie problemu i zamulanie mózgów.Nastąpiła rytualizacja pamięci o Solidarności. Ostatecznie wszyscy zapisali się do niej, łącznie z generałem Wojciechem Jaruzelskim. W miarę zanikania nostalgii peerelowskiej stała się ona dziedzictwem ogólnonarodowym, prawie już nie podważanym przez postkomunistów. Prezydent Bronisław Komorowski wyrasta na czołowego bohatera opozycji antykomunistycznej, co nie przeszkadza mu otaczać się postkomunistycznymi doradcami. Media i polityka kreują w miarę zapotrzebowania kolejne „legendy Solidarności”. Zarazem odebrano ideom wówczas głoszonym jakiekolwiek aktualne znaczenie polityczne – idea „podmiotowości”, „godności”, wolności jako niezawisłości i jako aktywnego uczestnictwa w polityce skazane zostały na zapomnienie. Zrezygnowano również z dążenia do ukarania winnych – i w ogóle z jakiejkolwiek konsekwencji w ocenie przeszłości.Można więc z jednej strony zapraszać generała Jaruzelskiego na zebranie Rady Bezpieczeństwa Narodowego, a Jerzego Urbana na przyjęcia, i jednocześnie ubolewać, że zbrodnie stanu wojennego nie zostały ukarane. Współpraca z SB przestała dyskwalifikować politycznie i moralnie. Przykład ministra Michała Boniego pokazał, że można doskonale funkcjonować w polskiej polityce, nawet jeśli latami kłamało się publicznie. Publikacja takich książek jak biografia Ryszarda Kapuścińskiego służą do oswajaniu problemu głębokiego uwikłania polskich elit kulturowych w system i przygotowaniu nas na kolejne rewelacje dotyczące naszych wspaniałych twórców. Nawet Tomasz Turowski znajduje swoich obrońców, których w pewnym momencie zabrakło i Lesławowi Maleszce i księdzu Michałowi Czajkowskiemu.

Nowy podział

Jak wiemy, Polska Tuska budzi opór części Polaków. Dla nich jest rzeczą oczywistą, że dawni liberałowie budują dzisiaj demokrację sui generis, przypominającą „kierowaną demokrację”, jaka od dłuższego już czasu panuje w Rosji. Opozycja spychana jest na margines. Dotyczy to nie tylko partii opozycyjnej, lecz także po prostu ludzi o odmiennych poglądach, zastraszanych i dyskryminowanych, nadzorowanych.Oczywiście wariant polski „kierowanej demokracji” różni się od rosyjskiego w równie dużym stopniu, jak rzeczywistość PRL różniła się od rzeczywistości Związku Sowieckiego. Przestrzenie wolności są znaczenie większe, represje słabsze, władza bardziej nastawiona na perswazję słowną, na „środki miękkie”. Jest jednak jedna zasadnicza cecha, która negatywnie odróżnia platformianą III RP od Rosji. O ile Rosja pozostaje suwerenna w relacjach zewnętrznych, o tyle Polska coraz bardziej staje się państwem uzależnionym. W gruncie rzeczy nie chodzi już tylko o to, jaka ma być Polska, ale czy w ogóle ma być, czy rzeczywiście jest niezbędna.

Przemówienie Sikorskiego w Berlinie, postawa rządu wobec kolejnych akcji „ratowania euro” oraz prób budowania „unii fiskalnej”, także reakcje na te wydarzenia wielu polskich polityków pokazały, że dla ludzi tego obozu istnienie Rzeczypospolitej jako samodzielnego bytu politycznego nie jest czymś oczywistym czy nawet pożądanym, jeśli jest w konflikcie z innymi celami, takimi np. jak dobrobyt, zwłaszcza ich samych. Zgodnie z zasadą „zamulenia” argumentuje się przy tym, że i tak od dawna nie istnieje nic takiego, jak pełna suwerenność, a jeśliby nawet była, to i tak już się jej zrzekliśmy, przystępując do Unii, by zaraz potem twierdzić, że jedynym skutecznym sposobem obrony suwerenności jest zdeponowanie jej w Unii.

Dzisiejszy podział polityczny to coraz bardziej podział na tych, którzy widzą Polaków i siebie wśród nich jako podmiot polityczny, jak naród, który w procesach politycznych decyduje o swoich sprawach wewnętrznych i który zachowuje suwerenność na zewnątrz oraz na tych, którzy postrzegają Polaków jako grupę etnicznokulturową, siebie zaś jako działających politycznie pośród innych władczych Europejczyków w Unii i poprzez Unię. Polska jest dla nich tylko pewnym zasobem, określającym możliwości tego działania oraz pewnym obszarem i grupą ludności, którymi trzeba zarządzać zgodnie z zaleceniami płynącymi z centrum władzy i prestiżu. To zaś, jaką ideologią uspokaja się Polaków, ma ostatecznie drugorzędne znaczenie.

Zdzisław Krasnodębski (ur. 1953), socjolog, filozof społeczny, doktor habilitowany, profesor Uniwersytetu w Bremie, publicysta. Wykładał też na Uniwersytecie Warszawskim, Uniwersytecie w Kassel, Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Katolickim Uniwersytecie Ameryki oraz Columbia University. Był członkiem Komitetu Socjologii Polskiej Akademii Nauk. Autor wielu książek, m.in. „Upadku idei postępu” (1991) i „Demokracji peryferii” (2003), ostatnio wydał „Większego cudu nie będzie” (Ośrodek Myśli Politycznej, 2011). Publikował m.in. w „Znaku”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku”. W 2005 był członkiem Honorowego Komitetu Poparcia Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich, a w latach 2007-2009 – Rady Służby Publicznej przy Prezesie Rady Ministrów.

Portret: Rzeczy Wspólne

Rzeczy Wspólne

Kwartalnik „Rzeczy Wspólne” jest wydawany przez Fundację Republikańską. Pismo – już 5 numer! – można nabyć w Empikach, dobrych księgarniach i w warszawskiej siedzibie Fundacji Republikańskiej (www.republikanie.org).

http://wpolityce.pl./artykuly/22810-wazny-tekst-prof-krasnodebskiego-w-rzeczach-wspolnych-wielkie-spelnienie-czyli-postliberalizm-po-polsku

Posted in Polityka i aktualności | Otagowane: | Leave a Comment »

Prof. Krasnodębski w „Uważam Rze”: zmierzamy ku demokracji udawanej, Polska w szybkim tempie nabiera cech „wschodnich“

Posted by tadeo w dniu 15 Styczeń 2012

Fot. wPolityce.pl

Los się jednak uwziął na nas, Polaków.  Powróciło coś, co – jak się wydawało – należy już bezpowrotnie do przeszłości – ocenia w tygodniku„Uważam Rze” prof. Zdzisław Krasnodębski, ceniony socjolog i komentator naszego życia publicznego. Wymienia w tym kontekście dawne dylematy moralne i polityczno-etyczne rozterki, np. jakie są dopuszczalne granice kompromisu? Jak wobec władzy powinien zachowywać się przyzwoity człowiek? Co jest jeszcze realizmem, a co już oportunizmem i zdradą wartości? Czy działać  w ramach „istniejącego systemu“ czy też budować struktury “równoległe”? Czy liczyć na stopniowe zmiany i działać na ich rzecz od wewnątrz czy raczej liczyć na zryw, przełom, powstanie? Krasnodębski stwierdza:

Z mar powstali „biali” spierając się z „czerwonymi”, ściera się duch pozytywistów i z duchem romantyków. Nawet skandaliczny mesjanizm polski, mimo stanowczego werdyktu profesor Janion, że paradygmat romantyczny już nie obowiązuje, a Konrad zamienił się w Gustawę, odżył z nieoczekiwaną siłą. Tysiące ludzi maszerują w obronie niepodległości, powiewają polskimi flagami – wyśmiewani i karykaturowani przez media.
(…) Już sam fakt, że te męczące pytania, te dylematy na nowo się pojawiły, że nie można od nich uciec,  świadczy, że coś fundamentalnie złego stało się  w RP i że owa pocieszająca konstatacja jest zafałszowaniem rzeczywistości.

Odczuwają to także tzw. zwykli ludzie. Oni także muszą decydować, czy pisać pracę magisterską na drażliwy temat u niezbyt dobrze widzianego profesora? Czy angażować się w przedsięwzięcia opozycyjne, gdy ma się nieskończony przewód habilitacyjny? Czy wypowiadać się krytycznie o władzy, prowadząc fundację lub kierując stowarzyszeniem – i stracić być może szanse na dotację? Czy zezwolić na „pisowskie“ zebranie w prowadzonym przez siebie domu kultury czy szkole? Nawet niektórzy proboszczowie zastanawiają się, wspominając los ks. Sławomira Żarskiego, czy zbyt śmiałym kazaniem nie obrażą miejscowego burmistrza lub sekretarza powiatowego PO.

Socjolog podkreśla, że choć w  III RP rządzonej przez PO wszystkie reguły i  procedury demokratyczne są nadal zachowane. Jednak, jak wiemy, mają one sens tylko w pewnych warunkach:

Także Rosja jest formalnie demokracją, a na Ukrainie formalnie niezależny sąd skazał na pobyt w kolonii karnej Julię Tymoszenko, Łukaszenka został wybrany przez większość Białorusinów. Wiemy wszakże, że gdy opinia publiczna jest zmanipulowana i pozbawiona podstawowych informacji, gdy rządzący nie ponoszą żadnej odpowiedzialności ze swe czyny i słowa, gdy nie mają skrupułów, gdy naród pogrąża się w politycznej apatii,  to i demokracja jest tylko udawana.

Niestety  rozwój wypadków prowadzi Polskę w tym kierunku – ocenia profesor. Podaje liczne przykłady: Niedawno odbyły się wprawdzie wybory, lecz, czy obywatele rzeczywiście wybrali to, o czym mówił Donald Tusk w swoim exposè a Radosław Sikorski w Berlinie?  Niby nie ma cenzury, ale dziennikarze i tak wiedzą, co mają pisać, by nie mieć trudności ze spłatą kredytów – nie muszą w tym celu zasięgać opinii specjalistów z ulicy Mysiej. Z jednej strony oficjalne kontakty ze społeczeństwem stają sie coraz bardziej sztuczne i upozowane –  nie przypadkiem jazdy „Tuskobusem“ przypominały gospodarskie wizyty Edwarda Gierka, a bożonarodzeniowe orędzie prezydenta nieodparcie nasuwało wspomnienia o orędziach Henryka Jabłońskiego.

Polska więc w szybkim tempie nabiera cech „wschodnich“. Ale jest i nutka optymizmu:

A to, że jeszcze w Polsce rozbrzmiewa wolne słowo,  zawdzięczamy w ogromnej mierze działalności niezależnych portali, blogerów, organizacji, stowarzyszeń i klubów oraz tym, którzy gdy trzeba wychodzą na ulicę, modlą się pod Pałacem i demonstrują. Można powiedzieć, że to niewiele. Ale tak naprawdę w tej sytuacji to dużo, jakże dużo

– stwierdza prof. Krasnodębski. Cały, niezwykle ważny tekst w „Uważam Rze” – jeszcze do kupienia. Warto, bo to doskonała lektura na mroźną niedzielę.

wu-ka, źródło: Uważam Rze

http://wpolityce.pl./wydarzenia/21503-prof-krasnodebski-w-uwazam-rze-zmierzamy-ku-demokracji-udawanej-polska-w-szybkim-tempie-nabiera-cech-wschodnich

Posted in Polityka i aktualności | Otagowane: | Leave a Comment »

Profesor Krasnodębski ujawnia kulisy zakończenia współpracy z nim przez UKSW. „Zaczęło się po katastrofie smoleńskiej”

Posted by tadeo w dniu 6 Listopad 2011

Fot. wPolityce.pl

 

Na łamach „Naszego Dziennika” z prof. Zdzisławem Krasnodębskim, socjologiem i filozofem, wykładowcą na Uniwersytecie w Bremie, rozmawia red. Jacek Dytkowski. Profesor opowiada w nim o okolicznościach zakończenia współpracy z Uniwersytetem Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Przypomina, że wykładał tam przez 10 lat, łącząc to z pracą na Uniwersytecie w Bremie:

Można powiedzieć, że w ostatnim czasie generalnie zmieniła się na niekorzyść ogólna atmosfera na UKSW. Jak wiemy, ks. rektor prof. Ryszard Rumianek zginął w katastrofie smoleńskiej. Wybrano następnie nowe władze uczelni i po tych zmianach zaczęły się kłopoty.

Socjolog podkreśla, że kontynuacja jego zatrudnienia była możliwa tylko przy woli współpracy z obu stron. Dlatego, że musiał dojeżdżać z bardzo daleka do pracy, co wiązało się z koniecznością dodatkowych ustaleń regulujących tę kwestię. Tej woli jednak zabrakło, narastały za to napięcia:

Także reprezentowane przeze mnie poglądy polityczne nie bardzo odpowiadały władzom UKSW, bo ks. rektor prof. Henryk Skorowski w pewnym momencie dał mi do zrozumienia, że nie podoba mu się moja publicystyka. Następnie pojawiły się dalsze trudności. Między innymi ks. Tadeusz Bąk, dyrektor Instytutu Socjologii, stwierdził, że moja działalność publiczna odbija się negatywnie na studentach. Była to nieprawda. (…) Do tej niesprzyjającej atmosfery przyczyniał się obniżający się poziom nauczania socjologii. Byłem coraz bardziej niezadowolony z ogółu studentów, gdyż okazało się, że nagminnie oddają oni prace, które są po prostu kopiowane z internetu itd. To również w pewien sposób miało wpływ na moją sytuację.

Uczelnia nie stanęła w obronie rozsławiającego jej imię naukowca także po kolejnych brutalnych atakach ze strony „Gazety Wyborczej”, gdzie sugerowano, że UKSW powinien się pozbyć Krasnodębskiego.

W zasadzie mógłbym oczekiwać, że UKSW weźmie mnie w obronę. Ale stało się zupełnie inaczej

– mówi profesor, który obecnie podjął współpracę z Akademią Ignatianum w Krakowie. I trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem socjologa, że gdy po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. Polska rozpoczynała budowę niepodległego państwa, starano się m.in. przyciągać różne jednostki, które znalazły się poza granicami kraju, by umożliwić im pracę dla wspólnego dobra. Dzisiaj czyni się odwrotnie.

W imię jakich wartości? Politycznej uległości? Strach pomyśleć co powiedziałby o takiej postawie patron uczelni, nieustraszony Prymas Tysiąclecia…

wu-ka, źródło: Nasz Dziennik

http://wpolityce.pl./wydarzenia/17588-profesor-krasnodebski-ujawnia-kulisy-zakonczenia-wspolpracy-z-nim-przez-uksw-zaczelo-sie-po-katastrofie-smolenskiej

Posted in Polityka i aktualności | Otagowane: | Leave a Comment »

Prof. Krasnodębski: „W „debacie o debacie” chodzi o spotkanie w telewizji prorządowej, która zrobi propagandę Tuskowi”

Posted by tadeo w dniu 20 Wrzesień 2011

Z prawej prof. Zdzisław Krasnodębski. Fot. wPolityce.pl

Na łamach „Naszego Dziennika”  prof.Zdzisławem Krasnodębskim, socjologiem i filozofem, wykładowcą na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie oraz Uniwersytecie w Bremie, rozmawia Paulina Gajkowska.

Socjolog ocenia między innymi wyjazd „tuskobusa” w Polskę:

Przypomina to trochę Gierkowskie wizyty gospodarskie. To stary sposób prowadzenia kampanii. Zachęcałbym w tym miejscu dziennikarzy, aby pojechali tam, gdzie pan premier już był i naobiecywał, i zapytali tych zwykłych ludzi, ile z jego obietnic zostało.Przeglądając prasę, media, trudno nie zauważyć, że część z nich jest po uszy zaangażowana w kampanię Platformy Obywatelskiej.
Zdaniem profesora należy ostrożnie podchodzić do sondaży. Są one bowiem w jego ocenie nie tylko informacją o nastrojach społecznych, ale też rodzajem interwencji, mają nas ukierunkować, odpowiednio nastawić psychicznie:

Sondaże wskazujące na ogromną przewagę PO nad Prawem i Sprawiedliwością mają zasiać niepokój w szeregach PiS i zmobilizować Platformę. Realnie jednak rzecz biorąc, wyraźnie widać, że mamy zupełnie inną sytuację psychologiczną niż w 2007 roku, i to musi przekładać się na wynik. Zamiast partii niezużytej władzą, „młodzieńczej” i „przedsiębiorczej” mamy wyjałowionych ludzi, oplecionych korupcyjnymi więzami i zaplątanych w swe czcze obietnice, bez pomysłów. Z drugiej zaś strony czarny obraz PiS wyraźnie się wybielił, mimo wysiłku mediów.

Trudno nie dostrzec, że PO jest partią w defensywie.

Patrząc na przekaz telewizyjny, można by pomyśleć, że PiS jest ugrupowaniem całkowicie zdezawuowanym, na które nikt absolutnie nie głosuje. A mimo to utrzymuje ogromne poparcie. Ja bym przychylał się raczej do kilkuprocentowej różnicy pomiędzy Platformą a partią Jarosława Kaczyńskiego. Niewykluczone, że może powtórzyć się ostatecznie wynik z 2005 roku.

Oceniając dyskusję o debatach telewizyjnych i nacisk by doszło do starcia lidera PO z liderem PiS prof. Krasnodębski stwierdza:

W obecnej „debacie o debacie” chodzi o spotkanie w telewizji, i to najlepiej prorządowej, która zrobi propagandę Tuskowi i jeszcze zarobi na tym pieniądze.

W ocenie profesora w tej kampanii na podgrzewaniu atmosfery zależy partii rządzącej. Jego zdaniem te wybory są wyjątkowe w takim sensie, że po raz pierwszy od dwudziestu lat partia rządząca ma szansę utrzymać się u władzy.

Partia, która po tragedii smoleńskiej zdobyła to, co było do zdobycia, opanowując całe państwo. Partia bezideowa, absorbująca zupełnie różne nurty – wchłaniająca część lewicy, asymilująca środowiska znane ze swojej fanatycznej wrogości wobec PiS. Partia, która nie spełniła swoich obietnic. Partia „skorumpowana” i wreszcie partia, która przyczyniła się do największej katastrofy w powojennej Polsce i nie zrobiła nic, aby ją wyjaśnić. Oddanie tej partii władzy na kolejne cztery lata świadczyłoby o tym, że Polaków nic nie interesuje – ani dług publiczny, ani losy śledztwa smoleńskiego, ani polityka zagraniczna. Mało tego: że akceptują propagandę rządową. Zasadnicze pytanie: czy Polacy naprawdę to wybierają?

– kończy rozmówca „Naszego Dziennika”. Dodaje, że jest to partia, która nie spełniła oczekiwań młodzieży. Rośnie jej rozczarowanie.

wu-ka, źródło: Nasz Dziennik

http://wpolityce.pl./wydarzenia/14983-prof-krasnodebski-w-debacie-o-debacie-chodzi-o-spotkanie-w-telewizji-prorzadowej-ktora-zrobi-propagande-tuskowi

Posted in Polityka i aktualności | Otagowane: | Leave a Comment »

Prof. Zdzisław Krasnodębski – analiza socjologiczna

Posted by tadeo w dniu 27 Sierpień 2011

Prof. Zdzisław Krasnodębski analizuje sytuację na polskiej scenie politycznej przed wyborami.

 

Posted in Polityka - video, Polityka i aktualności | Otagowane: | Leave a Comment »

„PO chce wygrać tą samą sztuczką, której nauczyli się w 2007.”TVN jest podmiotem politycznym”

Posted by tadeo w dniu 23 Sierpień 2011

Prof. Krasnodębski o debatach: „PO chce wygrać tą samą sztuczką, której nauczyli się w 2007.”TVN jest podmiotem politycznym”

Fot.Polskie Radio

PiS walczy w tych wyborach o wygraną, jak najlepszy wynik. Ale ci, którzy podpisali z nim porozumienie na ostatniej konwencji,walczą przede wszystkim o inną Polskę. O Polskę w której nie jest tak, że nikt za nic nie opowiada, w której nie opowiada się nonsensów takich jak to, że w ubiegłym roku państwo zdało egzamin. Czy jak wczoraj, kiedy pan minister Sikorski opowiada ludziom, że zmiana władzy w Libii to jego własny sukces, kiedy cała Europa postrzegała Polskę jako kraj, który poparł stanowisko niemieckie, mocno zdystansowane

– mówił w radiowej Trójce prof. Zdzisław Krasnodębski, socjolog, prezes Stowarzyszenia „Twórcy dla Rzeczypospolitej”, które w sobotę podpisało porozumienie z partią Jarosława Kaczyńskiego.

Profesor ocenił, że obraża go w obozie rządzącym traktowanie Polaków jakby byli dziećmi albo ludźmi niespełna rozumu. Do tej kategorii Krasnodębski zaliczył też platformerską propozycję debat telewizyjnych PO-PiS:

To jest bardzo zła propozycja. Zła dla Polski, choć dobra dla Platformy Obywatelskiej. Wszyscy Polacy wiedzą, że politycy PO wypadają bardzo dobrze w telewizji. Jedną z chorób polskiej polityki w ostatnich latach jest tak zwana postpolityka. Zastąpienie wirtualnością rzeczywistości. I PO chce wygrać tą samą sztuczką, której nauczyli się w 2007 roku.

Gość Salonu Politycznego Trójki mówił, że są przecież inne możliwości rozmowy, jak choćby propozycja PiS:

Niech przyjdzie telewizja i nagrywa debatę, ale w innym scenariuszu. Natomiast chodzenie do telewizji TVN, która sama jest podmiotem politycznym, ma swoje cele i ambicje, o czym wiemy wszyscy nie tylko pan Wajda, ma niewielki sens.

Polaków dopada właśnie rzeczywistość, pękają wytwarzane przez rząd bańki słowne, Polacy realnie oceniają już rząd. Przeniesienie tego znowu na poziom telewizyjny, wirtualny, działa na korzyść PO.

Zdzisław Krasnodębski ocenił, że nie ma innego kraju, gdzie politycy aż  w takim stopniu co innego mówią, a co innego robią:

Dziesięć obietnic Platformy nie przełożyło się w żadnym punkcie na politykę. I co więcej – wyborcy nawet o to nie pytają. Dlaczego Bronisław Komorowski nie powiedział, że będzie miał takich doradców jak prof. Nałęcz? Nie powiedział, że pierwszą rzeczą, którą zrobi będzie usunięcie ludzi sprzed Pałacu Prezydenckiego?

Oceniając postawienie przez prokuraturę zarzutów niedopełnienia obowiązków przed 10 kwietnia 2010 roku dwóm wojskowym z 36. Specjalnego Pułku Lotniczego, socjolog powiedział:

Być może ci oficerowie nie dopatrzyli swoich obowiązków, ale wiemy kto przede wszystkim nie dopatrzył. Pan premier Donald Tusk. Cała ta gra z Rosjanami, dzisiaj dokładnie już udokumentowana, o tym świadczy. Nie dopatrzyli pan minister Sikorski, panArabski i pan Bogdan Klich. Ci z pierwszych ław sejmowych – to oni są odpowiedzialni.

Obniżono tak bardzo rangę tej wizyty i nie zadbano o środki bezpieczeństwa. Nie ulega wątpliwości, ze prezydent nie powinien polecieć na to pastwisko, ono nie zostało sprawdzone. Premier nie powinien też tam polecieć, ale nie wiemy jakie było tam zabezpieczenie, bo wtedy był tam też premier Putin.

Nie powinni w ogóle latać tymi samolotami. Przecież pan premier Miller, który sam przeżył katastrofę śmigłowca ostrzegał, że prędzej czy później dojdzie do tragedii. Mówi się, że wszystkie rządy to zaniedbały. Ale również można próbować powiedzieć, że przed wojną też nie kupiono tych samolotów. To jednak przypomina propagandę gomułkowską. Gomułka zawsze mówił jak to jest lepiej za PRL niż przed wojną. Ale istnieje coś takiego jak odpowiedzialność polityczna.

Prof. Krasnodębski ocenił też, że „negocjowanie z rządem nie zaprzyjaźnionego z nami państwa tego kto ma lecieć, jak, czy prezydent czy nie – to się ociera o zdradę stanu”.

wu-ka, źródło: Polskie radio

http://wpolityce.pl./wydarzenia/13507-prof-krasnodebski-o-debatach-po-chce-wygrac-ta-sama-sztuczka-ktorej-nauczyli-sie-w-2007tvn-jest-podmiotem-politycznym

Posted in Polityka i aktualności | Otagowane: | Leave a Comment »

Bo kto daje i odbiera – Zdzisław Krasnodębski

Posted by tadeo w dniu 23 Lipiec 2011

Sam pomysł przyznania nagrody Kwadrygi Władimirowi Putinowi pokazał, jak silne jest lobby proputinowskie w Niemczech – zauważa filozof społeczny

Zdzisław Krasnodębski

autor: Radek Pasterski
źródło: Fotorzepa
Zdzisław Krasnodębski

Jak mówi stare polskie porzekadło, kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera. Jednak wiadomość, że Władimir Putin nie otrzyma nagrody Kwadrygi, to jedna z nielicznych dobrych wiadomości w ostatnich dniach.

Kryzys finansowy ciągle nie jest zażegnany, a Grecja po raz kolejny nie została „uratowana”. Dotychczasowa strategia nie przynosi skutków. Coraz częściej mówi się o tym, że „restrukturalizacja długu” Grecji jest nieuchronna – co oznacza uznanie faktu, że stała się ona niewypłacalna. Nie wiadomo tylko, dlaczego polski złoty się nie umacnia tak jak frank szwajcarski, skoro – jak tłumaczył w Indiach minister spraw zagranicznych III RP – Polska gospodarka jest tego samego typu co niemiecka i ma doskonale zarządzane finanse. Gdyby jeszcze dzisiaj Niemcy miały markę, byłaby to waluta najbardziej pożądana w świecie – i wszystkim tym moim „polemistom”, którzy sądzą, że jedynym miejscem pracy godnym Polaka w Niemczech jest nie katedra uniwersytecka, lecz zmywak, budowa lub plantacja szparagów, jeszcze bardziej popsułby się humor.

Zasady przyzwoitości obowiązują

Skutki polityczne kryzysu są trudne do przeceniania. Głosom realistów towarzyszą coraz głośniejsze wezwania do ściślejszej unii politycznej i ustanowienia wspólnej polityki gospodarczej. Niemiecki minister finansów w latach 1999 – 2005 Hans Eichel, odpowiedzialny za przyjęcie Grecji do strefy euro i uciszanie ówczesnych krytyków tej decyzji, wezwał Niemcy, by się nie ociągały i jeszcze bardziej zdecydowanie przejęły przywództwo w Europie.

Ostatnie kontrowersje dotyczące sprzedaży czołgów do Arabii Saudyjskiej, a także łodzi patrolowych dla Angoli, przypomniały obywatelom Republiki Federalnej, że ich tak pokojowo nastawiony kraj jest trzecim eksporterem broni na świecie. Jak twierdzi „The Economist”, nadszedł czas, by Niemcy wyzbyły się nadmiernego idealizmu. Zdaniem cytowanego przez ten brytyjski tygodnik eksperta niemieckiego następuje „demoralizacja” niemieckiej polityki zagranicznej, co w gruncie rzeczy jest dostosowaniem się do tych standardów, jakich trzymają się sojusznicy Niemiec, na przykład USA czy Francja, która niedawno sprzedała Rosji okręty desantowe typu Mistral.

Tym bardziej optymistyczna jest wiadomość, że zasady przyzwoitości i „wartości Zachodu” nadal obowiązują w Republice Federalnej i że Niemcy – przy pewnej zachęcie ze strony Vaclava Havla i duńskiego rzeźbiarza Olafura Eliassona, poprzednich laureatów Kwadrygi, nie są skłonne przejść do porządku nad decyzją jury.

Władimir Putin nie pójdzie więc w ślady Andrzeja Szczypiorskiego i nie wygłosi przemówienia 3 października, w Dniu Niemieckiej Jedności.

Rosjanie lubią Niemców

Inna rzecz, że sam pomysł przyznania nagrody Władimirowi Putinowi pokazał, jak silne jest lobby proputinowskie w Niemczech. Rosjanie odwzajemniają się sympatią. Jak przypomniał w „Tagesspiegel” inny niemiecki ekspert, Niemcy są po Białorusinach najbardziej lubianym narodem w Rosji i Rosjanie czują się z nimi duchowo spokrewnieni. Nie podał niestety, na czym, zdaniem Rosjan, polega owo pokrewieństwo.

Nie wydaje mi się jednak, by prawdą było, że – jak twierdzi ów ekspert – w Niemczech wizerunek Rosjan jest głównie negatywny. Rosja zawsze mogła liczyć na swych przyjaciół w Niemczech i w ogóle na taryfę bardzo ulgową. Polityczna sympatia do Rosji jest w niemieckim społeczeństwie większa niż sympatia do USA. Republika berlińska dumna jest z pokojowej rewolucji roku 1989.

Milczy się jednak, kto mianowicie ustanowił NRD i podtrzymywał ów tak potępiany „reżim bezprawia”. Przeszłość Putina nie przeszkadzała kanclerzowi Gerhardowi Schröderowi uznać go za „krystalicznie czystego demokratę”. Zazwyczaj o Rosji nie wspomina się, gdy potępia się Vertreibunsgstaaten – państwa, które są sprawcami „zbrodni wypędzenia”.

Jak uspokajają niemieckie media oraz znany dobrze Polakom ambasador Grinin, teraz na placówce w Berlinie sprawa nie odbije się negatywnie na stosunkach niemiecko- rosyjskich. Właśnie zaczęły się coroczne konsultacje obu rządów oraz spotkanie forum obywatelskiego. Mają zostać podpisane ważne umowy gospodarcze. Koncern RWE już zawarł strategiczne partnerstwo z Gazpromem, który przejmie znaczną część linii przesyłowych należących do RWE (zapewne także w Polsce), by ten mógł się skoncentrować na rozwijaniu technologii węglowych.

Może dać mu Nike…

Niemcy od czasu do czasu przypominają jednak o łamanych w Rosji prawach człowieka i prawach obywatelskich, o czym zapominają polskie władze i ich autorytety. Polska pod rządami Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego gotowa jest przymknąć oczy na wszystko. Krajowa piarowa brawura zamienia się za granicą w kontakcie z możnymi tego świata w cichutki, zgodliwy pisk.

Być może więc odebranie nagrody Kwadrygi jest dobrą okazją, by wzmocnić polsko-rosyjskie pojednanie? Skoro generał Janicki, który „perfekcyjnie” przygotował wizytę prezydenta Kaczyńskiego w Smoleńsku, został awansowany na wyższy stopień, to i premier Putin mógłby dostać jakąś polską Kwadrygę lub Nike – może wspólnie z Donaldem Tuskiem? – za perfekcyjną inscenizację żałoby oraz „najbardziej przejrzyste śledztwo”, które przyczyni się do dalszego umacniania przyjaźni polsko-rosyjskiej oraz pozycji Polski w świecie. Skwapliwych jurorów na pewno wśród polskich elit nie zabraknie.

Autor jest profesorem Uniwersytetu w Bremie i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie oraz współpracownikiem „Rzeczpospolitej”

http://www.rp.pl/artykul/691025-Krasnodebski–Bo-kto-daje-i-odbiera—.html

Posted in Polityka i aktualności | Otagowane: | Leave a Comment »

Przedostatnia deska ratunku – Zdzisław Krasnodębski

Posted by tadeo w dniu 10 Lipiec 2011

Widać wyraźnie, że obóz rządzący chce użyć prezydencji do wzmocnienia swego neogierkowskiego przekazu – pisze filozof społeczny.

Zdzisław Krasnodębski

autor: Radek Pasterski
źródło: Fotorzepa
Zdzisław Krasnodębski

autor: Mirosław Owczarek
źródło: Rzeczpospolita

Dla spokoju mego umiarkowanie eurosceptycznego sumienia spytałem studentów europeistyki w Bremie, jakie są najważniejsze osiągnięcia prezydencji węgierskiej. Zapadła cisza. Zapytałem więc o prezydencję czeską. Student z Czech przypomniał instalację w PE, która wywołała wiele kontrowersji, oraz fakt, że w trakcie czeskiej prezydencji nastąpiła ambarasująca zmiana rządu. Poza tym, jak powiedział, Czesi zajmowali się polityką wschodnią, ale – jak przytomnie zauważył – była to tylko realizacja i kontynuacja ogólnej polityki Unii. O prezydencję słoweńską już nie pytałem. Bo nikt już o niej nie pamięta.

Zbiorowa Miss Świata

Ci studenci nie różnią się od większości Europejczyków w swoim obojętnym nastawieniu do prezydencji, którą w Polsce zaprzyjaźnione z PO media, czyli niemal wszystkie, traktują tak, jakby jej sprawowanie przez Polskę oznaczało, że dostaliśmy zbiorowego Nobla lub zostaliśmy zbiorową Miss Świata.

W Europie nikt nie sądzi, aby kierowanie przez sześć miesięcy Radą Unii Europejskiej oznaczało per se podejmowanie zasadniczych decyzji i miało decydujący wpływ na losy Europy. Kraje sprawujące prezydencję mogą lepiej lub gorzej organizować liczne europejskie konferencje. Wszyscy wiedzą, że prawdziwa władza jest gdzie indziej – gdzieś pomiędzy instytucjami europejskimi a Berlinem i Paryżem.

Pamięta się zaś napięcia i kryzysy, zaskakujące zwroty wydarzeń, ale nie rutynowe działania administracyjne i deklarację krajów sprawujących prezydencję, które zawsze opowiadają się za rozwojem gospodarczym, innowacyjnością, otwartością, solidarnością itd., itp.

Także środowe ćwiczenia w oratorstwie Donalda Tuska na forum PE zostaną zapomniane w parę godzin. Oczywiście jego euroentuzjastyczne pustosłowie jest na rękę eurokratom, dlatego Jose Manuel Barroso czy Martin Schulz, który kiedyś wyśmiewał się w Deutschlandfunk z „komisyjki pana Barroso”, pospieszyli z pomocą i gratulacjami. Problem jednak w tym, że w krajach poza Polską trzeba jednak od czasu do czasu odnieść się do rzeczywistości. Tam nie wystarczą „kolorowe sny”, a straszenie PiS i Zbigniewem Ziobrą odnosi umiarkowany skutek.

Eksport bezrobocia

To, że rzeczywistość jest zgoła odmienna niż ta prezentowana w przemówieniach naszego przywódcy oraz na ekranach zaprzyjaźnionych z nim telewizji, może uciec uwadze Polaków, ale nie obywateli krajów, w których telewizjach są prawdziwe programy informacyjne, a dziennikarze nie wyręczają partii politycznych.

Niegrzeczna wypowiedź holenderskiego eurodeputowanego przypomniała, z czym ciągle kojarzy się Polska. Proszę sobie wyobrazić, że nie z niesamowitym rozwojem gospodarczym pod rządami PO, superszybką koleją, najlepszymi w Europie autostradami, nowoczesnym przemysłem elektronicznym, innowacyjnością, świetnymi uniwersytetami, lecz z biedą, a także przestępczością. Faktem bowiem jest, że Polska rozwiązywała kwestię bezrobocia i niezadowolenia społecznego, eksportując tanią siłę roboczą za granicę. Teraz – jak pokazuje przykład Holandii – ten eksport napotyka coraz większy opór.

Protektorat Grecji

Polska prezydencja zaczęła się od dwóch znaczących wydarzeń. Po pierwsze, Dania spełniła swą groźbę i zaczęła przeprowadzać kontrolę na swoich granicach. Schengen chwieje się w posadach. A po drugie, znowu „uratowano Grecję”. Przy tej ostatniej okazji Jean-Claude Juncker ogłosił, że suwerenność Grecji właśnie się skończyła, co w niemieckich mediach było przez chwilę wiadomością numer jeden, spychając na dalszy plan ewentualne informacje o dalszych fantastycznych sukcesach ekipy Tuska.

W tygodniku „Focus” Juncker wyznał otwarcie, iż „prawdą jest, że suwerenność Grecji zostanie w ogromnym stopniu ograniczona”. Jego zdaniem sprzedaż greckiego majątku powinna zostać przeprowadzona przez kontrolowane przez UE powiernictwo. Unia wyśle też ekspertów, by zajęli się ściąganiem podatków i zapewne w ogóle zarządzeniem Grecją. Tak więc nawet wyprzedaży swego majątku Grecy nie będą mogli dokonać sami, a Unii Europejskiej przybył kolejny protektorat – obok Kosowa i Autonomii Palestyńskiej.

Grecja uratowałaby się – jak kiedyś Argentyna – jedynie wówczas, gdyby wróciła do drachmy. W euro przestali wierzyć nawet Niemcy, a zaufanie do instytucji UE drastycznie się obniżyło w ostatnich latach. Oczywiście można uznać, że Grecy sami sobie są winni, bo opływali w euro jak pączki w maśle, i że to nie przyczyny strukturalne, lecz korupcja i życie ponad stan są główną przyczyną ich finansowej i narodowej katastrofy. Skądinąd warto jednak się zastanowić, jak łatwo jest stracić w Europie suwerenność i że dzisiaj utrata ta nie musi się łączyć z użyciem środków militarnych, jak długo wystarczają lokalne siły porządkowe.

Znamienne, że dzisiaj dotyczy to kraju, którego suwerenność wydawała się do czasu Byrona ugruntowana i jeszcze do niedawna uchodził za „zachodni”. W kolejce czeka już Portugalia, której właśnie obniżono rating kredytowy.

Poprzednia, węgierska, prezydencja także rozpoczęła się wielką fetą, ale atmosfera wokół Węgier była inna. W przeciwieństwie do chwalonego powszechnie Tuska Orban od samego początku znajdował się pod ostrzałem – nie mniejszym niż kiedyś Lech i Jarosław Kaczyńscy – europejskich mediów, inspirowanych przez rodzimych krytyków, głównie postępowych intelektualistów. Ukazywały się alarmistyczne artykuły, w których donoszono o strasznych zjawiskach, mniej więcej w stylu Stefana Bratkowskiego: „Bezcześci się pomniki, maszerują bojówki, prawica jest trzecią siłą w parlamencie. W demokratycznym kraju w środku Europy nagle znowu pokazuje się otwarty antysemityzm. Jak mogło się to stać?” (Johanna Adroján, „Ungern den Ungarn”, „FAZ”, 10 lipca 2010 r.)

Na szczęście, jak pisał „Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung”, nie wszyscy byli skłonni uwierzyć, że nad Dunajem pojawił się drugi Hitler. Słusznie wskazywano na ograniczenia władzy Orbana: „ten, kto pokazuje, że ma najwięcej władzy w małym kraju, szybko znajduje się pod naciskiem jeszcze silniejszych”. W tym samym artykule mowa jest o „europejsko kontrolowanym państwie węgierskim” („Orbans Versuch einer geistig-moralischen Wende”, „FAS” 23 stycznia 2011 r.).

Orban mógł jednak liczyć na swoich przyjaciół, zwłaszcza w CSU, biorących go w obronę przed atakami.

Bez efektów

Po początkowym oburzeniu okazało się, że nowe prawo medialne można z europejskiego punktu widzenia zakwestionować tylko w paru punktach. Odkryto bowiem, że we wszystkich krajach europejskich istnieje kontrola polityczna nad mediami, zwłaszcza elektronicznymi. Także nowa konstytucja, mimo oburzającego Europejczyków odwołania się w preambule do korony świętego Stefana, musiała zostać zaakceptowana. Narody europejskie ciągle bowiem same mogą nadawać sobie konstytucje. Największym sukcesem Węgier było więc to, że udało im się odeprzeć ataki, rozwiać obawy i przeprowadzać zmiany wzmacniające państwo węgierskie, a osłabiające wpływy owych „jeszcze silniejszych”.

Jeśli zaś chodzi o oficjalne priorytety, to w czasie węgierskiej prezydencji Europa nie przezwyciężyła kryzysu, nie zwiększyło się zatrudnienie, warunki prawne dla koordynacji polityki gospodarczej przygotowywali inni, głównie w Deauville, także dywersyfikacja dostaw energii pozostaje sprawą do załatwienia. Na pewno nie udało się rozwiązać problemu Romów, którymi w poprzednim roku tak intensywnie zajmowała się Francja, realizując politykę, którą w stosunku do Polaków proponuje wspomniany wyżej holenderski eurodeputowany. Chorwacja nie została członkiem UE podczas węgierskiej prezydencji, ale zakończono z nią negocjacje. A o tym, że Bułgaria i Rumunia szybko znajdą się w strefie Schengen, raczej mowy być nie może.

Damy radę?

A jak zostanie zapamiętana polska prezydencja? Zapewne mniej lub bardziej sprawnie uda się przeprowadzić liczne spotkania, nawet jeśli zabrakłoby truskawek i bączków. Premier ma rację: damy radę. Daliśmy radę z katastrofą smoleńską, więc i prezydencja nam niestraszna.

Nie można jednak wykluczyć, że podobnie jak w przypadku Czech w Polsce nastąpi tąpnięcie wewnętrznych struktur władzy, a korona Chrobrego i Jagiellonów dołączy do korony świętego Stefana. Widać już wyraźnie, że obóz rządzący chce użyć prezydencji do wzmocnienia swego neogierkowskiego przekazu. Jednocześnie ma ona służyć do ograniczania możliwości prowadzenia politycznego sporu – każda krytyka będzie uznana za działanie przeciw interesowi Polski. Niezbędnym warunkiem sukcesu wyborczego PO jest monopol informacyjny. Sprzedaż „Rzeczpospolitej” jako akt towarzyszący „przejęciu przewodnictwa w Europie” dobrze wpisuje się w tę strategię.

Prezydencja to ostatnia, a przynajmniej przedostatnia, deska wizerunkowego ratunku. Na szczęście dla rządzących utrzymanie Tuska przy władzy jest w interesie wielu ważnych „europejskich graczy”, szczególnie naszego zachodniego sąsiada. Dlatego europejskie media przemilczały masową demonstrację „Solidarności” i dlatego tak życzliwie piszą o naszym przywódcy, choć od czasu do czasu wypomina mu się „pierwiastek”, a także „węgiel” i „atom”, czyli zgoła nieeuropejski brak dbałości o środowisko. Tym większy byłby szok, gdy wszystko to na nic się zdało. Co wtedy, Europo?

Autor jest profesorem Uniwersytetu  w Bremie i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie oraz  współpracownikiem „Rzeczpospolitej”

http://www.rp.pl/artykul/684572-Zdzislaw-Krasnodebski-o-polskiej-prezydencji-UE.html

Posted in Polityka i aktualności | Otagowane: | Leave a Comment »

Nadzwyczaj śmiały krok

Posted by tadeo w dniu 20 Czerwiec 2011

Niechęć do uznania mniejszości polskiej jest wyrazem silnej świadomości narodowej Niemców czy wręcz nacjonalizmu, który mimo całego liberalizmu, praworządności i europejskości RFN istnieje i trwa, podobnie jak we Francji czy w Wielkiej Brytanii – uważa filozof społeczny.

Zdzisław Krasnodębski

Alleluja! Alleluja! – chciałoby się zakrzyknąć. Wreszcie, po 20 latach pojednania, a może i po 50, jeśli liczyć od układu Brandt – Gomułka, Republika Federalna Niemiec, a mówiąc ściślej jej parlament, zdołała wydobyć z siebie oświadczenie, że mniejszość polska istniała. Powód do tak śmiałego kroku zdradza niemiecka prasa: gdyby nie doszło do porozumienia, wykorzystałaby to opozycja (ta pisowska) w zbliżającej się kampanii wyborczej.

Tak więc jest to głównie sukces opozycji oraz paru wytrwałych działaczy polonijnych, którzy nie zważając na opór, niechęć – i to z obu stron – oraz na mniej lub bardziej energiczne próby wyperswadowania im zajmowania się tym tematem, twardo obstawali przy swoim. To znaczące zwycięstwo, bo przez wiele lat każdy – i to z obu stron – kto próbował pokazywać, że relacje polsko-niemieckie, choć dobre, a nawet bardzo dobre, zwłaszcza w porównaniu z przeszłością, nie są bezkonfliktową sielanką, spotykał się z gremialnym odporem także polskiej dyplomacji i polskich mediów. „Gazeta Wyborcza” piórami swych specjalistów od pojednania nawet krytykę polityki historycznej i polityki wschodniej Gerharda Schroedera traktowała jako wyraz fobii i resentymentów.

Rażąca asymetria

Dzisiaj strona niemiecka oficjalnie przyznaje, że istnieje rażąca asymetria w traktowaniu Niemców w Polsce i Polaków w Niemczech i że w takich dziedzinach, jak nauka języka polskiego, rozwój polonistyki na uniwersytetach czy wspieranie towarzystw i zrzeszeń Polaków, jest w Niemczech wiele do zrobienia, szczególnie finansowo.

Natomiast Republika Federalna wciąż nie może się zdobyć na stwierdzenie, że polska mniejszość nadal istnieje. Tymczasem, socjologicznie rzecz biorąc, nie ulega wątpliwości, że tak jest. Rzecz polega tylko na uznaniu tego faktu prawnie, co miałoby daleko idące konsekwencje. Wysuwa się argument, że chodzi o imigrantów niemających nic wspólnego z dawną Polonią.

Zeuropeizowanych Polaków, którzy na licznych konferencjach polsko-niemieckich, słysząc ten argument, ze zrozumieniem kiwają głowami – i to z taką gorliwością, że mało się im one nie urwą – warto spytać, dlaczego – skoro nie ma już państw narodowych, panuje globalizacja i płynna nowoczesność i radosna różnorodność wielokulturowa – nie uznać prawnie także mniejszości powstałych w wyniku imigracji?

Dlaczego nie uznać za mniejszość Turków w Niemczech, którzy czasami już w drugim, a nawet trzecim pokoleniu mieszkają w tym kraju, zachowując swoją odrębność? Pierwsi z nich przyjechali do Niemiec na zaproszenie, byli nie mniej „gerufen” (wezwani) niż ci „die Gerufene”, których opiewała przed dwoma laty wystawa w Berlinie? Dlaczego nie mają prawa pielęgnowania swojego języka, zwyczajów i wiary w liberalnym, neutralnym religijnie państwie? Dlaczego z takim oburzeniem przyjęto słowa tureckiego premiera, gdy w czasie ostatniej wizyty w Niemczech wezwał swoich rodaków do niepoddawania się naciskom asymilacyjnym i zachowania tożsamości?

Na pewno nie chodzi o obronę chrześcijaństwa, bo to dla większości Niemców nie ma już żadnego znaczenia. A może niemieccy Turcy powinni się uznać za odrębną już narodowość i wystąpić o autonomię Kreuzbergu?

Wszyscy jesteśmy  imigrantami

Warto przy tym zauważyć, że Niemcy w Polsce to także imigranci – w ogóle wszyscy jesteśmy migrantami, „przybłędami”. Niemcy napływali na ziemie polskie w różnym czasie. Niemcy łódzcy przybyli do Kongresówki dopiero w czasach industrializacji. A przecież, o ile się nie mylę, w Polsce przedwojennej byli uznawani za członków mniejszości niemieckiej – podobnie jak Żydzi-litwacy, których rodzice i dziadkowie przybyli z Rosji pod koniec XIX lub na początku XX wieku. Nikomu nie przyszło do głowy sprawdzać, od ilu pokoleń mieszkają w Polsce, by uznać ich za członków mniejszości żydowskiej.

Tak jak nikomu nie przychodzi do głowy, by przedstawicieli mniejszości niemieckiej na Śląsku przebadać pod tym kątem. Gdyby szefowa Związku Wypędzonych Erika Steinbach pozostała w Rumi, mogłaby być dzisiaj czołową przedstawicielką mniejszości niemieckiej w Polsce, choć jej ojciec napłynął do Polski dopiero z Wehrmachtem, co sprawiło, że nabrała na wieki praw do swej „Heimat”.

Imigrantami są także Rosjanie w krajach bałtyckich. Niektórzy z nich przybyli tam dopiero w czasach sowieckich. Tymczasem niemiecka opinia publiczna bardzo się martwi o ich prawa – tak jakby między tureckim imigrantem w Niemczech a rosyjskim imigrantem na Łotwie była jakaś zasadnicza, ontologiczna różnica.

Mówi się też, że Polacy nie zamieszkują zwartego obszaru. Czy więc po akcji „Wisła” istnieje mniejszość ukraińska w Polsce? Wystarczyłoby przegnać i rozproszyć jakąś grupę etniczną, by uznać ją za nieistniejącą. A przecież dzisiaj, w „społeczeństwie sieciowym” (patrz Manuel Castells), można sobie wyobrazić, że istnieją „mniejszości sieciowe”, rozproszone w przestrzeni jakiegoś państwa, lecz utrzymującego kontakt i tożsamość etniczną i grupową.

Twierdzi się także, że obecna Polonia jest zbyt heterogeniczna, by uchodzić za mniejszość. Gdzie jednak w „późnej nowoczesności” są jeszcze grupy homogeniczne?

Nie twierdzę, że te argumenty są zupełnie bezzasadne. Dziwi mnie tylko, z jaką skwapliwością były one przyjmowane po polskiej stronie, i to właśnie przez tych, którzy jednocześnie głoszą, że żyjemy w świecie różnorodności i dowolności, w której nie ma granic i narodów, a liczą się co najwyżej „małe ojczyzny”.

Mało kto skłonny był szukać śladów dawnej Polonii w Niemczech, a jest ich wiele i świadczą o kontynuacji. Wystarczyło na przykład przeprowadzić wywiady na jednej uliczce w Bremie, by to stwierdzić.

Narody istnieją

Jednak rzeczywiście Polonia w dawnym kształcie i w dawnej skali nie istnieje, ale jest to wynik, po pierwsze, represywnej polityki III Rzeszy, a po drugie, zaniedbań i nacisków w Republice Federalnej. Przyznanie praw potomkom dawnej Polonii byłoby więc aktem sprawiedliwości, oznaczałoby odcięcie się od nazistowskiej przeszłości, w tym jej wypartym ze świadomości i sumienia aspekcie. Uświadamiałoby Niemcom zapominany wymiar ich historii i ich wieloetniczne pochodzenie. Fakt zaś, że chodzi o mniejszość historyczną, pozwalałby odrzucać ewentualne roszczenia grup imigrantów. Tak naprawdę chodzi więc tylko o wolę polityczną.

Dlaczego jej nie ma? Skąd bierze się ów opór, mimo deklaracji przyjaźni i dobrosąsiedztwa?

Stąd, że przesłanka mojego rozumowania, zaczerpnięta z modnych teorii, wbijanych do głowy studentom nauk społecznych na uniwersytetach w całej Europie, jest fałszywa. Państwa narodowe i narody istnieją. Nigdzie państwa nie są zupełnie neutralne kulturowo i wszędzie dbają o swoją spoistość i swoje interesy. W Niemczech ta dbałość jest daleko posunięta. Tutaj nie ma odpowiedników polskich mediów, które gotowe są przełknąć każdy argument podsunięty przez drugą stronę. Nie ma polityków i dyplomatów, którym suwerenność kraju i los rodaków są tak dalece obojętne.

Niechęć do uznania mniejszości polskiej jest wyrazem silnej świadomości narodowej Niemców, czy wręcz nacjonalizmu, który mimo całego liberalizmu, praworządności i europejskości Republiki Federalnej istnieje i trwa – podobnie jak znajdziemy go we Francji czy w Wielkiej Brytanii. W Niemczech występuje on w elitach w bardziej kolektywistyczno-etnicznej formie niż w krajach Europy Zachodniej, a narodowo-konserwatywne postawy znajdziemy we wszystkich partiach w Niemczech, łącznie z Lewicą. Widać go także w episkopacie niemieckim, który woli zamieniać kościoły na domy starców lub je burzyć, niż oddać polskiej mniejszości, która w niektórych regionach Niemiec stanowi większość katolików, a nie ma swoich miejsc do modlitwy, katechezy czy działalności parafialnej.

Polski strumyk

W epoce otwartych granic rekonstytucja silnej mniejszości polskiej w Niemczech wydaje się jednak nieuchronna – jeśli nie będzie świadomie udaremniana politycznie. Napływowi kapitału niemieckiego do Polski towarzyszy przecież wypływ ludzi w odwrotną stronę. Znowu pojawiło się zjawisko, które tak kiedyś trapiło Maksa Webera i jego kolegów – „Ostflucht”, ucieczka Niemców ze Wschodu.

Dzisiaj jednostki bardziej rzutkie i zdolniejsze przenoszą się z dawnego NRD do zachodnich landów. Na ich miejsce będą się osiedlać Polacy. Nie jest to tym razem powódź „Slawenflut”, raczej strumyk –”Polenbach”, ale kto wie, może w perspektywie kilkudziesięciu lat znowu będziemy mogli mówić o zwartym obszarze zasiedlenia Polaków w Niemczech, tym razem na zachodnim brzegu Odry lub w niektórych dzielnicach w Berlinie, który stanie się dla odrodzonej Polonii tym, czym kiedyś było dla Polaków Bochum.

Autor jest profesorem Uniwersytetu w Bremie i Uniwersytetu Kardynała  Stefana Wyszyńskiego w Warszawie oraz współpracownikiem „Rzeczpospolitej”

Rzeczpospolita

Posted in Polityka i aktualności | Otagowane: | Leave a Comment »

OJCZYZNA – Zdzisław Krasnodębski

Posted by tadeo w dniu 3 Czerwiec 2011

Ojczyzna nie jest tylko realną zbiorowością ludzi żyjących w bieżącej chwili, zespoloną materialnymi interesami, językiem  i przypadkowym miejscem urodzenia, lecz duchową  wspólnotą pokoleń – nie wybraną, lecz świadomie afirmowaną.

Mamy ojczyznę wtedy, gdy potrafimy  te znaczenia odczytać i odnosić do naszych poczynań, gdy znamy symboliczny kalendarz, wiążący nas  z przeszłością i wskazujący na przyszłe dni. Możemy  się spierać o nie, lecz jak długo są one dla nas istotne,  jak długo traktujemy je jako zobowiązania, tak długo Polska żyje.

Ojczyzna – to brzmi dziś górnolotnie, anachronicznie, prowincjonalnie. Zdecydowanie nie jest „trendy“. Dzisiaj modne są teorie, że przestrzeń się nie liczy, że żyjemy w sieciach globalnych. Twierdzi się, że społeczeństwa nowoczesne są posttradycyjne, że w czasach globalizacji wszyscy są nomadami, a państwo narodowe stało się przeżytkiem. Nie ma więc powodu zawracać sobie głowy ojczyzną, zwłaszcza  tak trudną, niewdzięczną jak obecna Polska, która  nie potrafi zatroszczyć się o słabych, starych i chorych, a także stworzyć pola do działania dla młodych,  kreatywnych i ambitnych. A jeśli już ktoś musi mieć  ojczyznę, to niech będzie to „ojczyzna mała“, jak najmniejsza – Śląsk, Mazowsze czy Kaszuby, coś, co ucieszy folklorystę i nie urazi sąsiadów. Byle tylko, broń Boże, nie chodziło o ojczyznę dużą, „ideologiczną“, zwłaszcza gdybyśmy chcieli, żeby była ona wielka, gdyż to świadczyłoby o wyjątkowej ciasnocie umysłowej.

W te teorie wierzą szczególnie ci, którzy naczytali się modnych książek, a przynajmniej je przekartkowali, ale nigdy nie mieszkali dłużej poza Polską i nie  usieli swoim życiem zweryfikować tych teorii, nie  usieli się zastanawiać, w jakim języku wychowywać  swoje dzieci i jaka ma być ich tożsamość. A także ci, którzy w ogóle nie czytają, bo już w szkole było to dla nich męką, a wyemigrowawszy, żyją poza światem wartości krajów pobytu, poza ich sferą publiczną, poza wymiarem politycznym, zadowalając się życiem prywatnym, przyziemnym trwaniem, tyle że w krainach większego dobrobytu. Oraz ci, którym za codzienną intelektualną strawę wystarcza telewizyjny talk-show, przewodnikami duchowymi są nadwiślańscy celebryci, a główną troską jest to, jak mieć jędrne pośladki.

Inaczej było w czasach trudnych, gdy na ulicach stały czołgi, a przy koksownikach grzali się żołnierzy. W stanie wojennym nawet najbardziej patetyczne słowa nie raniły subtelnych uszu inteligenckich, nawet ironicy i ateusze zbierali się, by posłuchać pieśni z powstania styczniowego lub kazania księdza Jerzego Popiełuszki. Tym bardziej było tak w czasach wojen prawdziwych, zwłaszcza tej ostatniej. Gdyby wówczas udało się zrealizować „Generalplan Ost“, nie byłoby już ani Polaków, ani ich ojczyzny, żniwa byłyby naprawdę złote, a modernizacja ziem nadwiślańskich niewątpliwie poczyniłaby większe postępy.

Dzisiaj zagrożenie jest o wiele bardziej abstrakcyjne, niewidoczne, wymaga specjalnych organów – specjalnej wrażliwości i wnikliwego namysłu – by je rozpoznać. Nic dziwnego, że jeśli jest się młodym, jeśli dopiero co przybyło się do wielkiego miasta, jeśli studiowało się na jednej z wielu pozornie wyższych uczelni założonych przez postkomunistyczną nomenklaturę lub nawet na szacownym uniwersytecie państwowym, w którym nadal wykładają dawni działacze PZPR, można go nie zauważyć. Można nie dostrzec, że pomysł modernizacji jako depolonizacji jest nadal aktualnym projektem, tyle że realizowanym środkami łagodnymi i humanistycznie uzasadnionymi.

Ojczyzna to nie jest tylko terytorium o zmiennych historycznie granicach, to nie bocian, nie żubr i nie wierzba, choć są nam tak bliskie i oby wśród nas żyły wiecznie, to nie polskie potrawy, choć tak smaczne, i nie drużyna piłkarska, choć są tacy, którzy chcieliby patriotyzm sprowadzić do wspólnego ryku kibiców i uczynić ze strzelenia bramki największe i jedynie poprawne zbiorowe przeżycie narodowe.

Ojczyzna nie jest tylko realną zbiorowością ludzi żyjących w bieżącej chwili, zespoloną materialnymi interesami, językiem i przypadkowym miejscem urodzenia, lecz  duchową wspólnotą pokoleń – nie wybraną, lecz świadomie afirmowaną. A miejsca, w których żyjemy, nie są tylko miejscami geograficznymi, punktami w abstrakcyjnej przestrzeni, lecz są nasycone znaczeniami miejsc pamięci. Mamy ojczyznę wtedy, gdy potrafimy te znaczenia odczytać i odnosić je do naszych poczynań, gdy znamy symboliczny kalendarz, wiążący nas z przeszłością i wskazujący na przyszłe dni. Możemy się spierać o nie, lecz jak długo są one dla nas istotne, jak długo traktujemy je jako zobowiązania, tak długo Polska żyje.

Prof. Zdzisław Krasnodębski

Posted in Polityka i aktualności | Otagowane: | 2 Comments »