WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • Tylko przestańmy mówić: ten kraj, w tym kraju, tutaj, ci ludzie. Zacznijmy mówić tak, jak Pan Bóg przykazał, jak o matce: Ojczyzno ma, moja, kochana, poraniona, więc tym bardziej kochana. Moja, to znaczy taka, którą się kocha, którą się po rękach całuje, przed którą się klęka, której się służy, której się z czcią opowiada, której się nie okrada, dla której się pracuje, dla której się cierpi i umiera, jak trzeba. To nie inni mają tak zrobić, to nie oni, tam na górze, ale my. Inaczej na nic wszystko. Na nic ta rana i na nic te ofiary. Nasza Ojczyzna mocno krwawi i ból nie ustaje w naszych sercach, ale zapewniamy pachołków Moskwy i Berlina, i tych, co służą „mamonie” – jeszcze nie zginęła, póki my żyjemy. Póki pracujemy dla dobra naszej Ojczyzny. Póki kochamy i pamiętamy.

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Posts Tagged ‘Żołnierze wyklęci’

Żołnierze Wyklęci

Posted by tadeo w dniu 4 marca 2013

Po II wojnie światowej ponad 250 tys. osób walczących w podziemiu znalazło się w dramatycznej sytuacji. Nowe komunistyczne władze Polski nie miały dla nich litości. Zobacz, kim byli i za co zginęli „żołnierze wyklęci”. 

Danuta Siedzikówna „Inka”

Makabryczna egzekucja 17-latki w Gdańsku

Makabryczna egzekucja 17-latki w Gdańsku

Po tym jak Gestapo po brutalnym śledztwie zabiło jej matkę, 15-letnia Danuta Siedzikówna zgłosiła się wspólnie z siostrą do Armii Krajowej. Złożyła przysięgę w grudniu 1943 roku, przeszła szkolenie i zaczęła służbę jako sanitariuszka. W 1944 roku, gdy na obszar działań jej oddziału wkroczyła Armia Czerwona, pod fałszywym nazwiskiem podjęła pracę jako kancelistka w nadleśnictwie Hajnówka. W radzieckich żołnierzach i nowej władzy nie widziała wyzwolicieli – w 1940 roku jej ojciec został wywieziony na Syberię, nie przeżył. Po II wojnie światowej nadal współpracowała z partyzantami z AK, była ich sanitariuszką i kurierką.

20 lipca 1946 roku została zatrzymana przez UB, gdy wykonywała zadania w Gdańsku. Partyzanci wysłali ją po zaopatrzenie medyczne, miała też nawiązać kontakt z jednym z żołnierzy podziemia. Mimo trwającego ponad miesiąc brutalnego śledztwa, nie przyznała się do winy i nie obciążyła nikogo zeznaniami. W liście do sióstr przemyconym z celi pisała: powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba.

Mimo że podczas potyczek pomagała również rannym funkcjonariuszom służb bezpieczeństwa, Wojskowy Sąd Rejonowy w Gdańsku nie miał dla niej litości, 21 sierpnia 1946 skazał ją na karę śmierci. Egzekucję zaplanowano na 28 sierpnia – 6 dni przed jej 18 urodzinami. O godz. 6.15, razem z innym skazanym na śmierć żołnierzem 5 Brygady Wileńskiej AK – Feliksem Selmanowiczem, stanęła przed plutonem egzekucyjnym.

Na wykonawców wyroku wybrano 10 żołnierzy KBW (większość służących w tej formacji odbywała obowiązkową służbę wojskową). Każdy z nich otrzymał 10 sztuk amunicji do pistoletu maszynowego. Strzelali z odległości ok. 3 metrów – wszyscy zgodnie chybili. Po nieudanej egzekucji do dziewczyny podszedł dowódca plutonu ppor. Franciszek Sawicki i zabił ją strzałem w głowę z najbliższej odległości.

Przeczytaj też:
Autorka książki o Żołnierzach Wyklętych: przeżyli niewyobrażalne piekło

Rotmistrz Witold Pilecki

Rotmistrz Witold Pilecki

Na zdjęciu: rotmistrz Witold Pilecki składa zeznania przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie, 3 marca 1948 roku.

Świetna organizacja i brawurowe akcje polskiego podziemia budziły podziw nawet wśród wrogów. Bohaterowie, którzy przetrwali długie lata najcięższej wojny w historii, po zakończeniu walk nie byli przyjmowani w Polsce z honorami.

Rotmistrz Witold Pilecki w 1940 roku zaproponował swoim dowódcom, że sprawdzi, co dzieje się z ludźmi zatrzymywanymi przez Niemców podczas łapanek, którzy byli wywożeni w nieznane miejsca. Dobrowolnie dał się złapać, aby trafić do Auschwitz. W obozie zorganizował siatkę ruchu oporu i kilka ucieczek. Po zrealizowaniu misji uciekł, aby przekazać dowództwu, co zobaczył w obozie.

W 1944 roku Pilecki walczył w Powstaniu Warszawskim, trafił do niemieckiej niewoli, a po ucieczce przedostał się do Włoch, aby kontynuować walkę w armii gen. Andersa. Jesienią 1945 roku wrócił do Polski – na rozkaz generała miał zbierać informacje o sytuacji w kraju i o losach żołnierzy AK.

8 maja 1947 roku został aresztowany. Po pół roku ciężkich przesłuchań przyznał się do współpracy z polskim rządem na emigracji. Postawiono mu jednak szereg innych bezpodstawnych zarzutów, m.in. przygotowanie zamachu na kierownictwo Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Skład sędziowski pod przewodnictwem ppłk. Jana Hryckowiana, również byłego żołnierza AK, skazał Pileckiego na śmierć. Wyrok wykonano 18 maja 1948 roku strzałem w tył głowy. Ciało pogrzebano w tajemnicy, do dziś nie wiemy, gdzie jest grób rotmistrza.

Przeczytaj też:
Witold Pilecki – więzień z wyboru

Oczy i uszy polskiego podziemia

Oczy i uszy polskiego podziemia

Na zdjęciu: obóz Auschwitz w styczniu 1945 roku.

Podobną brawurą wykazywały się również kobiety walczące w AK. Mimo niewyobrażalnych cierpień, nie rezygnowały z walki. Jedną z takich osób była Stanisława Rachwałowa. W 1941 roku została złapana przez Gestapo, w areszcie w Krakowie wytrzymała dwa miesiące przesłuchań. – Byłam bita, rozbierana do naga, kopano mnie po głowie i twarzy i straciłam wówczas 9 zębów – przytacza jej wspomnienia historyk Filip Musiał w publikacji IPN i „Gazety Polskiej”.

Ciężkie przesłuchanie nie skłoniło jej do przyznania się do winy. Jednak gdy w 1942 roku wpadła w ręce Gestapo po raz drugi, trafiła do Auschwitz. Została tam aż do stycznia 1945 roku organizując działalność konspiracyjną.

Po wojnie zorganizowała siatkę wywiadowczą działającą na rzecz antykomunistycznego podziemia. Miała swoich informatorów m.in. w milicji, sądzie, wojsku i Ministerstwie Spraw Zagranicznych. 30 października 1946 roku została zatrzymana i poddana ciężkim przesłuchaniom. Skazano ją na śmierć, wyroku jednak nie wykonano – Bierut złagodził karę do dożywocia. W różnych więzieniach spędziła w PRL 10 lat.

Przeczytaj też:
Makabryczne tortury w Polsce, nie mieli litości

Kapitan Kosowicz

Kapitan Kosowicz

Na zdjęciu: Jan Rzepecki zeznaje w procesie dowództwa WiN w 1947 roku.

Bezczelny i finezyjny sposób działania kpt. Jana Kosowicza przypomina nieco postać z komedii „Pułkownik Kwiatkowski”. Kosowicz posługując się pseudonimami „Ciborski” i „Janek”, świetnie radził sobie w zniszczonej przez wojnę Warszawie. Wspólnie ze swoim oddziałem przebierał się w mundury Ludowego Wojska Polskiego i bez problemu poruszał się w ten sposób po stolicy – wchodził nawet codziennie do więzienia na Mokotowie, jako eskorta niemieckich jeńców.

Jego dowódca płk Jan Rzepecki (na zdjęciu) wspominał: – „Ciborski” paradujący w dość fantazyjnym mundurze kapitana, z kordzikiem lotniczym u boku, pewny siebie, z ironicznym uśmieszkiem, błąkającym się stale na jego ustach, wywierał duże wrażenie na rozmówcach sowieckich i rodzimych – pisze Filip Musiał w publikacji IPN i „Gazety Polskiej”.

To właśnie Kosowiczowi powierzono zadanie ochrony dowódcy formacji Wolność i Niezawisłość płk. Rzepeckiego. Gdy we wrześniu 1945 roku Rzepecki został otoczony przez oddziały sił bezpieczeństwa, Kosowicz podrobił dokumenty potwierdzające, że jest dowódcą specjalnego oddziału poszukiwawczego, oficjalnie przejechał przez linie okrążenia, po czym wywiózł swojego dowódcę i odstawił go wbezpieczne miejsce.

Po serii udanych akcji, ktp. Kosowiczowi i kilku jego żołnierzom udało się nielegalnie przekroczyć granicę i wyjechać do Wielkiej Brytanii.

Generał „Nil”

Generał "Nil"

August Emil Fieldorf walczył we wszystkich konfliktach, które przetoczyły się przez Polskę w czasie jego życia – w I wojnie światowej, w wojnie polsko-bolszewickiej, a następnie w wojnie obronnej 1939 roku. W podziemiu zasłynął wydaniem rozkazu i zaplanowaniem skutecznej akcji zabicia generała SS w Warszawie Franza Kutschery.

Jeszcze w czasie wojny – 7 marca 1945 roku, trafił w ręce NKWD. Dwa tygodnie później wywieziono go do obozu pracy w ZSRR, spędził tam dwa i pół roku. Gdy wrócił do kraju, początkowo ukrywał się pod fałszywym nazwiskiem, nie chciał już jednak walczyć. Po ogłoszeniu amnestii, zgłosił się do Rejonowej Komendy Uzupełnień w Łodzi ujawniając swoją prawdziwą tożsamość. Pisał również do Ministerstwa Obrony Narodowej, aby uregulować stosunek do służby wojskowej, bezskutecznie. Gdy ponownie stawił się w WKU w 1950 roku, został aresztowany. Skazano go na śmierć, wyrok przez powieszenie wykonano 24 lutego 1953 roku.

W 1992 roku podczas przesłuchania, prokurator Witold Gatner, który odczytywał wyrok przed egzekucją, opowiedział o śmierci generała: – Skazany patrzył mi cały czas w oczy. Stał wyprostowany. Nikt go nie podtrzymywał. Po odczytaniu dokumentów zapytałem skazanego, czy ma jakieś życzenie. Na to odpowiedział: „proszę powiadomić rodzinę”. Oświadczyłem, że rodzina będzie powiadomiona. Zapytałem ponownie, czy jeszcze ma jakieś życzenia. Odpowiedział, że nie. Wówczas powiedziałem: „zarządzam wykonanie wyroku”. Kat i jeden ze strażników zbliżyli się (…). Postawę skazanego określiłbym jako godną. Sprawiał wrażenie bardzo twardego człowieka. Można było wprost podziwiać opanowanie w obliczu tak dramatycznego wydarzenia – przytacza zeznania Gatnera historyk Piotr Szubarczyk w artykule opublikowanym na stronie: http://fieldorf.pl/

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Generał „Nil”

 

„Coś tu jest grubo nie w porządku”

"Coś tu jest grubo nie w porządku"

Na zdjęciu: Hieronim Dekutowski „Zapora” (z lewej) i Zdzisław Broński „Uskok”.

Podobnie jak gen. Fieldorf, wielu żołnierzy podziemia nie chciało prowadzić dalszej walki, jednak widząc, co dzieje się z innymi partyzantami, którzy ujawnili się przed nową władzą, nie mieli wyjścia.

– Nie przychodziła mi jeszcze wtedy do głowy myśl, że władze demokratyczne mogą potraktować mnie jako przestępcę za to, że byłem dowódcą oddziału partyzanckiego AK, że wszystkie organizacje niekomunistyczne będą traktowane jako faszystowskie i prohitlerowskie, więc wrogie wolności i demokracji. Nie przypuszczałem, że moje wysiłki w niesieniu wolności ojczyźnie będą traktowane jako praca dla Hitlera. O ironio losu, czy tak strasznie upadłem? Czy 90 proc. narodu polskiego znajduje się na błędnej drodze, a znikoma garstka komunistów, czerpiąc swe natchnienie i siłę z Moskwy, czy tylko ta garstka prawdziwą wolność dać może? Coś tu jest grubo nie w porządku – pisał w swoim pamiętniku kpt. Zdzisław Broński „Uskok”, który walczył ze swoją grupą na Lubelszczyźnie.

– Na terenie gminy Ludwin i Spiczyn przez pięć lat okupacji niemieckiej nie zginęło tylu Polaków, ilu zginęło przez pięć miesięcy demokratycznej niepodległości. My wiemy, że prowadzimy walkę bratobójczą, i choć serce się kraje, choć sumienie się wzdraga, nie możemy jej uniknąć, bo nie jesteśmy jej prowokatorami – pisał „Uskok”. Zginął w 1949 roku. Gdy został otoczony przez siły bezpieczeństwa, popełnił samobójstwo detonując granat.

„Góral” i „Kamień”, wyzwoliciele Rembertowa

"Góral" i "Kamień", wyzwoliciele Rembertowa

Na zdjęciu: Albin Wichrowski „Góral” (z lewej) i Henryk Gójski „Kamień” – uczestnicy akcji akcji na Rembertowie. Fotografia z 1995 roku.

Zatrzymani żołnierze podziemia, którzy mieli zostać wywiezieni do ZSRR, trafiali wcześniej m.in. do przejętego po Niemcach obozu jenieckiego w Rembertowie, prowadzonego przez NKWD. Zasieki i wieże strażnicze nie pomogły zatrzymać w nim więźniów.

Podczas błyskawicznej akcji, w nocy z 20 ma 21 maja 1945 roku ppor. Edward Wasilewski „Wichura” i jego żołnierze rozbili obronę obozu i uwolnili ok. 1000 jeńców. Na podstawie listów gończych złapano później 200 z nich. Jeńcy, którzy zrezygnowali z ucieczki i zostali w obozie byli torturowani, kilkudziesięciu ludzi rozstrzelano. W wyniku akcji zginęło prawdopodobnie 68 enkawudzistów, straty partyzantów to trzech rannych żołnierzy.

Ppor. Wasilewski został zatrzymany we wrześniu 1945 roku po tym, jak sam się ujawnił. Zwolniono go po ponad roku ciężkich przesłuchań. W 1950 roku zgodził się na współpracę ze służbami bezpieczeństwa, w efekcie do więzienia trafiło wielu dowódców podziemia. 22 sierpnia 1968 roku popełnił samobójstwo.

Miał zostać szefem UB

Miał zostać szefem UB

Działalności części żołnierzy podziemia towarzyszą kontrowersje, dotyczące szczególnie wydawanych i wykonywanych przez nich wyroków śmierci. Jednym z takich dowódców był działający na Podhalu Józef Kuraś „Ogień”. – Nie ma takiego oskarżenia, jakiego by przeciwko niemu nie wytoczono. Nie ma również takich słów podziwu, jakimi by go nie obdarzono. „Ogień” – czy sobie tego ktoś życzy, czy nie – staje się coraz bardziej wielką legendą – nie tylko Podhala – pisał ks. Józef Tischner w „Tygodniku Powszechnym” w 1996 roku.

Podobnie jak wielu żołnierzy podziemia, Kuraś walczył w wojnie 1939 roku, a po porażce przeszedł do konspiracji. W odwecie za zabicie dwóch żandarmów, Niemcy spalili jego dom z żoną, ojcem i 2,5-letnim synem w środku. „Ogień” nie odpuścił, do końca wojny dowodzony przez niego oddział brał udział w akcjach, w których zginęło kilkuset okupantów. Jedna z nich ułatwiła zdobycie Armii Czerwonej Nowego Targu.

Początkowo współpracował z Sowietami, którzy zlecili mu stworzenie komendy MO w Nowym Targu. Niedługo później otrzymał nawet nominację na szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Tej funkcji nigdy nie objął, wybrał kierowanie oddziałem kilkuset partyzantów.

Przez dwa lata działalności jego grupa zlikwidowała ponad 100 funkcjonariuszy polskich i radzieckich sił bezpieczeństwa. Zmarł 22 lutego 1947 roku w wyniku ran odniesionych w samobójczej – próbował zabić się, gdy został otoczony z garstką żołnierzy i nie udało mu się przebić przez obławę.

„Ogień” był oskarżany przez władze Polsku Ludowej o morderstwa, rabunki i antysemityzm. Kuraś zabijał funkcjonariuszy UB i MO, którzy w większości byli Polakami, zdarzali się jednak wśród nich Żydzi. Kilkusetosobowemu oddziałowi opinię psuli ludzie, którzy rzeczywiście dopuszczali się przestępstw. Jeden z nich – Jan Wąchała, za rabunek i zabicie dwóch Żydów został skazany przez „Ognia” na śmierć.

Piąta Brygada

Piąta Brygada

Na zdjęciu: Jan Majkowski „Atlantyk”, żołnierz 5 Wileńskiej Brygady AK

5 Wileńska Brygada AK, w której służyła m.in. „Inka”, po II wojnie światowej liczyła kilkuset żołnierzy, do 1947 roku w konspiracji dotrwało 40 z nich, przez cały czas prowadząc walkę. Brygada miała na koncie ponad 200 udanych akcji przeciw służbom bezpieczeństwa. Partyzanci z powodzeniem zdobywali posterunki i odbijali więźniów. Mimo blisko stukrotnej przewagi liczebnej (na terenie działania), przez trzy lata organom bezpieczeństwa nie udało się rozbić oddziału.

Dowódca brygady mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszko” został aresztowany dopiero 30 czerwca 1948 roku. Podobnie jak rotmistrz Witold Pilecki i gen. August Fieldorf, trafił do więzienia na Mokotowie, w którym wykonano ponad 600 wyroków śmierci. Taki los podzielił również „Łupaszko”. Został skazany na tę karę razem z częścią podkomendnych.

Przed sądem nie zaprzeczał oskarżeniom, nie prosił też o ułaskawienie. – Ja rozkaz dałem do zwalczania funkcjonariuszy bezpieczeństwa publicznego – mówił przed sądem. Wyrok śmierci wykonano 8 lutego 1951 roku.

Zobacz audycję propagandową z lat 50. XX wieku na temat procesu Piątej Brygady

Ostatni partyzant

Ostatni partyzant

Na zdjęciu: pomnik poświęcony „ostatniemu partyzantowi RP” w Piaskach, w woj. lubelskim, odsłonięty 1 marca 2012 roku.

Walki podziemia z komunistyczną władzą zakończyły się w latach 50. Jednak jeden z partyzantów dotrwał do 1963 roku. Józef Franczak „Lalek” został schwytany 18 lat po wojnie. Mimo że okres stalinowskiego terroru dawno się skończył, „Lalek” nadal był jedną z najbardziej poszukiwanych osób w PRL.

SB i ZOMO otoczyło jego kryjówkę 21 października 1963 roku. W akcji brało udział 35 milicjantów. Według raportu SB, Franczak do końca nie chciał się poddać i zginął z bronią w ręku próbując przebić się przez okrążenie.

Przeczytaj też:
Polskie władze wydały na nich wyrok śmierci

Posted in Historia, SYLWETKI | Otagowane: | Leave a Comment »

TAK MAŁO O NICH WIEMY – ALE WIEMY DZIĘKI KOMU!!!

Posted by tadeo w dniu 1 marca 2013

APC - 2013.03.01 22.51 - 001.3d

http://gloria.tv/?media=407589

Więcej: https://tadeuszczernik.wordpress.com/tag/zolnierze-wykleci/

Posted in Filmy dokumentalne, Historia | Otagowane: | Leave a Comment »

Salon Dziennikarski Floriańska 3 – o Żołnierzach Wyklętych

Posted by tadeo w dniu 4 marca 2012

Cotygodniowa audycja „Salon dziennikarski” – zawsze w sobotę o 9:09 na antenie Radia Warszawa 106,2 FM. Audycja jest wspólnym programem portalu wPolityce.pl, Tygodnika Idziemy i Radia Warszawa 106,2 FM. Gospodarzami są Jacek i Michał Karnowscy.

Posted in Historia, Polityka - video, Polityka i aktualności | Otagowane: | Leave a Comment »

Lalek i inni Żołnierze Wyklęci

Posted by tadeo w dniu 29 lutego 2012

Jutro mamy kolejne święto nie do świętowania, lecz do rozpamiętywania. Bardzo kłopotliwe święto w naszych czasach. No, bo jacyż to byli niedzisiejsi ludzie, ci Żołnierze Wyklęci! Nie postał im w głowie korzystny kompromis, nie mieli żadnych zapasowych wariantów ani nawet planu B nie mieli. Niczego nie podpisywali i nie oglądali się, czy inni podpisują. W ogóle nie patrzyli w przyszłość. Tacy właśnie byli – nasi przodkowie. Ktoś mi kiedyś napisał, że od tego zaczyna się cywilizacja – od pamięci przodków, którzy z mroków przeszłości patrzą na nas ze smutkiem lub aprobatą.

O żołnierzach wyklętych na pewno można napisać, że byli wierni. Nie tylko powinności żołnierskiej,  czy narodowej, ale także wierni pamięci przodków, przede wszystkim zaś temu, co wynieśli z domu, polskości. A przecież byli także tylko ludźmi jak my, bali się, mieli rodziny, cierpieli, a nade wszystko chcieli żyć, jak każdy z nas. A jednak wybrali trudniejszy los. Dzisiaj, gdy polskość dla niektórych ludzi jest polityczną kartą przetargową, wydają się wręcz egzotyczni.

Eksterminowani przez komunistów rodzimych i sowieckich, opuszczeni przez sojuszników, ścigani najpierw przez Niemców, potem Sowietów, w końcu przez swoich, nie zaparli się siebie ani Polski. A przecież mieli do czynienia z nieludzkim wrogiem –  komunizmem, najbardziej krwiożerczą sitwą u władzy w dziejach naszego państwa. Nie mogli liczyć na żadną pobłażliwość. Jeżeli  postawa Żołnierzy Wyklętych nie jest ilustracją kantowskiego imperatywu, to chyba już nic nie jest. Niebo gwiaździste nad nami, a prawo moralne w nas. Można dużo pisać, ale przecież ich wyboru nie odda się słowami.

We wrześniu ubiegłego roku odbył się w Gdyni festiwal poświęcony tym żołnierzom – Niepokorni Niezłomni Wyklęci:

 . To było dość traumatyczne przeżycie,  trudno na blogu opowiedzieć. Tam jednak usłyszałem o Lalku i już dawno chciałem o nim napisać albo chociaż wspomnieć. Ale jak to zwykle bywa, zeszło na dobrych chęciach. Dzisiaj pomyślałem, – lepszej okazji już nie będzie, żeby chociaż odrobinę długu wobec tych niezwykłych ludzi spłacić.

Lalek to był pseudonim człowieka, o którym pisze i mówi się, że był ostatnim żołnierzem podziemia niepodległościowego. Nie jest to do końca ścisłe, bo co prawda Józef Franczak zginął w 1963 roku, jednak ostatnie 10 lat jedynie się ukrywał. Bo też nie miał dużego wyboru – przedwojenny podoficer, w czasie wojny partyzant ZWZ i AK. W 1944 przymusowo wcielony do II Armii WP, będąc świadkiem zbrodni na akowcach, dezerteruje z wojska.

Potem w podlaskim podziemiu wielokrotnie brał udział w zamachach na utrwalaczy ludobójczego ustroju. Czegóż zatem mógł się spodziewać od totalitarnej władzy,  którą z taką determinacja zwalczał? Wyjęty spod prawa ukrywa się, po dziesięciu latach dopada go obława ZOMO i SB. Ginie  z bronią w ręku. Miał w chwili śmierci 45 lat, z tego większość w podziemiu. Takie życie.

Prezydent Prezydent RP Lech Kaczyński przekazuje Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, nadanego pośmiertnie Józefowi Franczakowi „Lalkowi”, na ręce syna Marka Franczaka, Lublin 2008 r.

Kiedy więc usłyszałem o 1 Marca, Święcie Żołnierzy Wyklętych, to pomyślałem sobie, żeby wspomnieć kogoś konkretnego w imieniu ich wszystkich. Żeby to nie było takie ogólne i rocznicowe, ale ludzkie jak życie. I padło na Lalka, który nie jest mi żaden brat ani swat, ale jednak od czasu tamtego festiwalu jest bliski. Zupełnie nie mam pojęcia, dlaczego akurat on, może ten jego pseudonim, taki trochę infantylny, a przez to jakiś wzruszający?

A może z powodu mojego stryja, który we wrześniu 1939 był u generała Kleeberga, a potem w Armii Krajowej właśnie na Lubelszczyźnie, w okolicach Radzynia Podlaskiego? Nigdy z nim o tamtych czasach  poważnie nie porozmawiałem, bo kiedy jeździłem do niego na wakacje, to byłem młody i głupi, a gdy trochę wydoroślałem i zmądrzałem odrobinę, to znowu nie miałem czasu. On po prawdzie rozmowny nigdy nie był, ja mieszkałem daleko i odwiedzałem go rzadko. Studia, żona, praca, dzieci. A potem on zabrał się z tego świata i ja zostałem ze wszystkimi pytaniami.

Profesor Andrzej Nowak przypomniał ostatnio słowa śp. Ronalda Reagana. W przemówieniu do brytyjskiego parlamentu w 1982 roku powiedział o naszym miejscu na ziemi: – Polska nie jest ani na wschodzie, ani na zachodzie. Polska jest w centrum cywilizacji europejskiej. Wniosła rzeczywiście wiele do jej kształtowania się. Czyni to i dzisiaj, w sposób znaczący nie godząc się na uciemiężenie.

Amerykański prezydent mówił oczywiście w kontekście stanu wojennego i sowieckiej opresji. Nie ma wątpliwości, że determinacja Polaków w obalaniu komunizmu wynikała także ze świadomości, że duchy przodków patrzą na nich. Jednym z ostatnich w ich długim szeregu był właśnie Lalek. Także dzięki niemu Reagan mógł powiedzieć, to co powiedział.

No więc piszę to i dla Lalka, którego nie znałem, i dla stryja, z którym nie porozmawiałem, a za ich łaskawym niebiańskim pośrednictwem dla wszystkich Żołnierzy Wyklętych, o których nie pamięta państwo.

http://seaman.salon24.pl/395176,lalek-i-inni-zolnierze-wykleci

Przeczytaj także:

Leszek Żebrowski: Wyklinanie „Żołnierzy Wyklętych”

Zobacz: 

Sny stracone, sny odzyskane

Żołnierze wyklęci – Jerzy Woźniak.

Żołnierze Wyklęci

Posted in Historia | Otagowane: | 3 komentarze »

Leszek Żebrowski: Wyklinanie „Żołnierzy Wyklętych”

Posted by tadeo w dniu 29 lutego 2012

Artykuł Leszka Żebrowskiego, jednego z najwybitniejszych polskich badaczy losów podziemia antykomunistycznego. Materiał udostępniony Nowemu Ekranowi przez autora z okazji nadchodzącego Dnia Żołnierzy Wyklętych.

Obchodzony po raz kolejny w dniu 1 marca Narodowy Dzień „Żołnierzy Wyklętych” przebiegnie – miejmy nadzieję – bez większych zakłóceń. Siły post(?)komunistyczne w sejmie i senacie nie robiły w 2010 roku z powodu uchwalenia tego święta żadnych obstrukcji, uważając (i słusznie), że lepiej siedzieć cicho niż narazić się na wznowienie dyskusji o tym, co stało się w Polsce po zakończeniu II w. św. Media dość obszernie informowały o uroczystościach ubiegłorocznych. Wydaje się zatem, że wszystko wraca do normalności i nikt już nie będzie niepokoić ostatnich żyjących a rodziny poległych, zamordowanych i zmarłych nie będą się już czuły wypychane poza nawias społeczeństwa.

Tak naprawdę, jednak jest inaczej. Pojawiły się bowiem takie publikacje, które cofnęły nas do ponurego okresu stalinowskiego. Zadecydowała o tym retoryka, ignorowanie elementarnych faktów (lub ich bezlitosne okaleczanie), a także sposób argumentacji, przyjętej przeciwko „Wyklętym”. Oto trzy przykłady.

 
„Wyklęci” powinni jeszcze za siebie… zapłacić
W tygodniku „Przegląd” (organ założony przez kierownictwo PZPR podczas stanu wojennego, w 1982 r., wówczas pod nazwą: „Przegląd Tygodniowy” – publikowali lub publikują w nim tacy koryfeusze postępowego dziennikarstwa, jak: Aleksander Małachowski, Krzysztof Teodor Toeplitz, Krystyna Kofta czy Piotr Gadzinowski) ukazał się artykuł Krzysztofa Pilawskiego pt. „Kto zapłaci za zbrodnie podziemia” (nr 9/2011 z 6 marca 2011 r.). Już sam tytuł mówił wszystko: „Wyklęci” popełniali zbrodnie i powinni za to zapłacić…
Przypatrzmy się, jak dziennikarz tego post(?)komunistycznego pisma uzasadnił swoje tezy. Pilawski przypomniał sprawę rajdu oddziału PAS NZW kpt. Romualda Rajsa „Burego” na Białostocczyźnie, na początku 1946 r. Zginęło wówczas kilkadziesiąt osób narodowości białoruskiej. Choć nie wszystkie okoliczności tej sprawy zostały do dziś wyjaśnione (i już – z powodu upływu czasu nie będą), to dla tego dziennikarza wszystko jest proste: oddział „Burego” dokonał ludobójstwa, zatem sprawa ta spada na całe podziemie powojenne (bo taka jest wymowa jego artykułu), a ilustracjami jego artykułu są m.in. fotografie oddziałów wileńskiej AK, w tym z lipca 1944 r., podczas zdobywania Wilna!
Zresztą Pilawski nie omieszkał się pochwalić, co, kiedy i jak można w Polsce załatwić: „Dopiero po klęsce prawicy w wyborach Naczelny Sąd Administracyjny w marcu 2002 r. uchylił odmowne decyzje w sprawie pomnika. […] 26 października 2002 r., po pięciu latach starań, na cmentarzu wojskowym w Bielsku Podlaskim odsłonięto pomnik na zbiorowej mogile furmanów”.Czyja władza, tego prawo?
Coś w tym jest. Oto na początku lat 90-tych ub. wieku Pomorski Sąd Okręgowy rozpatrywał wyrok Wojskowego Sądu Rejonowego w Bydgoszczy z 1950 r., skazanego wówczas na karę śmierci żołnierza NSZ za czyny przez niego (jak się później okazało) niedopełnione, jeszcze podczas okupacji niemieckiej. Chodziło o zwalczanie komunistów na terenie Lubelszczyzny na początku 1944 r. Oskarżony był wówczas ciężko ranny i przebywał kilkadziesiąt km od miejsca zarzucanych mu przestępstw. Ale w trakcie śledztwa, po zastosowaniu okrutnych tortur, przyznał się do wszystkiego. Pomorski Sąd Okręgowy uznał jego ówczesne przyznanie się do winy za wystarczający dowód, aby nie stwierdzić nieważności stalinowskiego wyroku. Co więcej, dokonał następującej wykładni: „Nie ulega przecież wątpliwości, że w konkretnym momencie historycznym państwo polskie, jako takie, nie istniało. Abstrahując nawet od działalności Rządu Polskiego na emigracji (tzw. londyńskiego), na terenie kraju nie funkcjonowały struktury państwa (administracja, sądownictwo, finanse)”. Wynika z niej, że tenże żołnierz prowadził działalność zbrojną o odzyskanie przez Polskę niepodległości podwójnie nielegalnie! Przede wszystkim dlatego, że Niemcy „nie pozwalali”. Ale – jak się okazuje – także dlatego, że „nie był wtedy ustalony przyszły kształt polityczny państwa”.Zapewniam, że nie jest to jedyne tego typu pokraczne uzasadnienie, ani też najbardziej rażące, wydawane przez (post???) komunistyczne sądy w III RP w stosunku do „Wyklętych”.
 
„Bandyci-mordercy, konfidenci gestapo i fałszerze pieniędzy”?
W ramce do artykułu Pilawskiego załączony został tekst rodem wprost z epoki kamienia łupanego, a konkretnie – z krwawej dyktatury stalinowskiej, zatytułowany „Bilans wojny domowej” (jest to pojęcie całkowicie zakłamujące to, co się działo w Polsce po 1944 r.):

„Za początek wojny domowej uznaje się datę 9 sierpnia 1943 r. Wówczas pod Borowcem, na rozkaz szefa lubelskiego okręgu NSZ, został wymordowany oddział GL im. Kilińskiego. Zginęło 26 partyzantów i sprzyjających im mieszkańców okolicznych wsi. Warto pamiętać, że dowódca AK w „Oświadczeniu” potępił ów „ohydny mord” NSZ. […]

Dokładnie znane są jedynie straty zbrojnych organów władzy ludowej (4018 milicjantów, 1615 funkcjonariuszy UB, 3729 żołnierzy WP, KBW i WOP, 495 członków ORMO – razem 9857 osób). Jak obliczył Tadeusz Kosowski, wśród ofiar podziemia zbrojnego było też 5043 bezbronnych cywilów, w tym 2655 rolników i 691 gospodyń domowych oraz 187 dzieci do lat 14. Ocenia się, że po stronie „wyklętych” zginęły 7672 osoby. Zginęło też 1980 wojskowych radzieckich. Łącznie zginęło 25 tys. osób. Ofiary były więc po obu stronach […]”.

 Po pierwsze, nie pod Borowcem a Borowem. Po drugie, nie wszyscy członkowie rzekomego „oddziału GL im. Kilińskiego” wówczas zginęli – ci, którym nie udowodniono winy w napadach i grabieżach, zostali zwolnieni (w tym b. żołnierz sowiecki). Po trzecie – od lat jest już pełen dostęp do dokumentów podziemia komunistycznego i niepodległościowego, opublikowano na ten temat szereg naukowych publikacji, a dla redakcji „Przeglądu” czas stanął we wczesnych latach 50-tych ub. wieku? Wyjaśniam zatem – tenże „oddział GL” wywodził się z grupy bandycko-rabunkowej niejakiego Liska, przedwojennego kryminalisty. Ich zwierzchnik polityczny, Tadeusz Szymański „Lis” (dowódca okręgu janowskiego GL) napisał wspomnienia, leżą one w Archiwum Akt Nowych w Warszawie. Warto do nich sięgnąć, są naprawdę interesujące: „Wielu z nich było zdemoralizowanych „łatwym chlebem” i wcale nie uśmiechało im się podporządkowanie twardej dyscyplinie partyzanckiej. […] Uzbrojenie było raczej marne, parę karabinów, kilka pistoletów i granaty obronne, to wszystko dobre do akcji o mniejszym znaczeniu, nie przeciw Niemcom. […] w każdej chwili mogłem spodziewać się wszystkiego najgorszego”. Doprawdy, świetna rekomendacja. Jeśli zatem „nie przeciw Niemcom”, to co to były za „akcje o mniejszym znaczeniu”? To były napady, gwałty i rabunki! Ulubionym zajęciem tych „partyzantów GL” była gra… w zegarki. Oddajmy jeszcze na chwilę głos T. Szymańskiemu:„Grali w zegarki. „Gra” polegała na tym, że chętny podrzucał zegarek jak najwyżej i czekał, aż przedmiot upadnie na ziemię. Wygrywał ten, którego zegarek spadał nieuszkodzony i zabierał innym zegarki. […] Ci partyzanci mieli za dużo wolnego czasu i za dużo… zegarków, o które przecież w okresie okupacji nie było tak łatwo”.Na kim te zegarki były zdobywane? Przecież nie na Niemcach. To tak w oczach sił post(?)komunistycznych wygląda początek rzekomej „wojny domowej”?

Redakcja „Przeglądu” posłużyła się w dodatku „obliczeniami” wątpliwej jakości historyka okresu „utrwalania władzy ludowej”, pułkownika UB-SB Tadeusza Kosowskiego, który przez lata preparował w postpezetpeerowskich organach artykuły, mające uzasadnić „walkę z reakcją”. Na przykład w miesięczniku „Dziś. Przegląd społeczny” (nr 5/44, maj 1994) ukazał się jego artykuł:„Ofiary” komunistycznego terroru, a w nimtenże resortowy, domorosły „historyk” pytał wprost: Chciałoby się zapytać organizatorów imprez religijno-patriotycznych, czy gdyby po wojnie władzę w Polsce objął rząd (obóz) londyński, to bandytów-morderców, konfidentów gestapo i fałszerzy pieniędzy też uznawałby za „patriotów polskich”? (…) I czy nadal ta kategoria przestępców będzie uznawana za „ofiary komunistycznego terroru” tylko z tego powodu, że za ich zbrodnie skazały ich sądy Polski Ludowej?Zapytajmy inaczej – czy wymowa artykułu K. Pilawskiego daleko odbiega od „ustaleń” płk. UB-SB Kosowskiego?

„Obsesja braci Kaczyńskich”

W tym samym numerze „Przeglądu” K. Pilawski przeprowadził rozmowę z posłem Andrzejem Celińskim (z jego rozbudowanej biografii politycznej tu konieczne jest przypomnienie, że był m.in. zastępcą Leszka Millera w SLD). Celiński zasłynął tym, że jako jeden z nielicznych głosował w sejmie przeciw temu świętu. Ja wynika z jego wywodów, to przede wszystkim nienawiść wobec braci Kaczyńskich była głównym motorem jego postawy:„głosowałem przede wszystkim przeciw tej konkretnej ustawie. Jej treść i uzasadnienie sformułowane przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego uświadomiły mi potrzebę zademonstrowania tego, że nie może być zgody na kłamstwo, na nadużywanie Sejmu w sprawach nie tylko niebędących w jego kompetencjach, ale na dodatek służących historycznemu kłamstwu. Tego było już za wiele. […] Ustawa o święcie „żołnierzy wyklętych” to właśnie ten szczególny przypadek – jest kłamliwa i szkodliwa. […] Dla braci Kaczyńskich, podobne wychowanie stało się obsesją. Wykorzystali historię do wzmacniania takich postaw i zbiorowych zachowań Polaków, które we współczesnym świecie prowadzą raczej do narodowej klęski niż do sukcesu. Zaczęło się to od powstania warszawskiego”. I tak dalej.

Ale nie tylko to zdecydowało o tak radykalnych poglądach posła Celińskiego. Twierdził on bowiem, że posiada na ten temat… solidną wiedzę: „Ja to – może w odróżnieniu od Kaczyńskich – badałem. Wtedy! W latach 60.!” Hm, poseł rocznik 1954, był aż tak oczytany i napełniony wiedzą o latach „walki o ustanowienie i utrwalenie władzy ludowej” już jako 12-15-latek? Zdolną mieliśmy młodzież… Niech nas nie zwiedzie jednak jego powoływanie się na AK-owskie tradycje rodzinne. Celiński twierdzi, że wiedzę czerpał od ówczesnych koryfeuszy marksistowskiej nauki: „Tak się złożyło, że w latach 70. i 80. brałem udział w prywatnych seminariach dotyczących najnowszej historii Polski. Prywatnych, bo tylko prywatnie można było poważnie, bez cenzury dochodzić prawdy o naszej najnowszej historii. To były trzy takie seminaria, może konwersatoria – miejsce spotkań nie dla uciechy, lecz dla jakiejś korzyści intelektualnej. W środowisku Towarzystwa Kursów Naukowych spotykaliśmy się przeważnie w mieszkaniu Krystyny i Adama Kerstenów na warszawskim Kole albo u Hanny i Jerzego Jedlickich na mokotowskich Fortach. Czasem u Maryli Hopfinger-Amsterdamskiej i Stefana Amsterdamskiego na Jelonkach. Bywali tam m.in. Tadeusz Mazowiecki, Kowalikowie, Janka Zakrzewska, Garewiczowie, Geremkowie, słowem – profesorowie ze świadomością warsztatu historycznego”. Tak się jednak składa, że z wymienionej grupy tylko nieliczni byli formalnie historykami i pośród nich tylko Krystyna Kersten zaledwie otarła się o poruszany temat. A co do ich warsztatu, to warto sięgnąć do ich publikacji z tamtego okresu. W przypadku K. Kersten była to całkowita kompromitacja (dla przykładu: jej arcy„dzieło” o tzw. Polskim Komitecie Wyzwolenia Narodowego). Co więcej – cała wymieniona wyżej grupa była w latach, w których działali „Wyklęci” – całkowicie po drugiej stronie barykady, albo wprost w PZPR, lub (tak jak Tadeusz Mazowiecki) w jej przybudówkach.

Celiński rzecz sprowadził zatem do tego, o czym komuniści kłamliwie trąbili przez pół wieku: „Trzeba jednak powiedzieć wówczas także o jej ciemniejszej stronie: braku politycznej koncepcji celu, o rekwizycjach, patologiach, braku możliwości zakończenia akcji, po jakimś czasie beznadziejnej. To, co nazywa się potocznie powojenną partyzantką, wyradzało się. Oddziały „leśnych” dopuściły się zbrodni na Żydach, walczyły ze sobą, dokonywały gwałtów na ludności cywilnej”. Ot, jakie to proste. Własne „badania”, nauki pobierane u zwolenników i aktywistów „ludowej władzy” i zapewne długi staż u boku (b.) towarzysza Leszka Millera dały niezwykły efekt. „Wyklęci” powinni nadal pozostać wyklętymi.

 

Posłowi Celińskiemu do sztambucha

Przypomnijmy więc posłowi Celińskiemu kilka spraw, których sam zapewne nie „badał”, jak też nie było o nich mowy na konwentyklach z PAX-owcem Mazowieckim, czy sekretarzem POP PZPR w Instytucie Historycznym UW, Geremkiem.

Oto „Meldunek nadzwyczajny” Komendanta Powiatowego MO w Przasnyszu z 18 października 1045 r.: „O godz. 7 rano wojsko KBW, UB i MO ze Szczytna i Milbarku (Okręg mazurski) urządziło obławę i rewizję za ukrytą bronią. We wsi Zaręby z mieszkań wypędzono około 200 chłopów na plac przed kościół. Dołączono do nich również i milicjantów z Pos[trunku] MO w Zrębach, następnie wyczytano z listy nazwiska niektórych chłopów, poczem załadowano ich wraz z niewyczytanymi i niesprawdzonymi milicjantami na auta. […] Do tej pory nie ma żadnej o nich wiadomości. […] Podczas rewizji miały miejsce liczne rabunki ze strony rewidujących. […] zachowanie się przeprowadzających akcję było b. brutalne i według opinii mieszkańców – zupełnie podobne było do zachowania się gestapo. Cały szereg osób, których zameldowania również nadeślę, zostało pobitych”. Trzeba tu dodać, że była to wieś sprzyjająca „władzy ludowej”, jak więc takie akcje pacyfikacyjne wyglądały tam, gdzie grupy operacyjne UB i KBW miały do czynienia z jakimkolwiek oporem?

Nie były to samowolne, wyizolowane incydenty. Takie postępowanie, włącznie z brutalną odpowiedzialnością zbiorową, nakazywali im przełożeni, m.in. „marszałek” lWP Michał Żymierski. Oto jego rozkazy: „w toku akcji przeciwko bandom do niewoli nie brać: przywódców i oficerów dowództwa dywersyjnego, dywersantów, stawiających opór z bronią w ręku. […] Przy ujmowaniu podejrzanych o udział w bandach bez broni, pociągać do odpowiedzialności karnej przed sądami wojskowymi nie tylko podejrzanych, ale i wszystkie osoby, u których się oni ukrywali i które im okazywały jakąkolwiek pomoc, nie wyłączając najbliższych członków rodzin”.

Nie była to tylko propagandowa retoryka. Ludzi, wziętych z broną w ręku, rozstrzeliwano na miejscu, nie spisując nawet danych personalnych! Oto typowy meldunek KBW: „W toku walk zabito 2 ludzi z bandy „Szarego” a trzeci został wzięty do niewoli, ale na rozkaz obecnego przy tem z-cy kierownika WUBP por. Szwagierczaka został rozstrzelany”.A były „akcje” jeszcze bardziej makabryczne, takie jak wymordowanie ok. 200 bezbronnych żołnierzy NSZ z Podbeskidzia, ze zgrupowania kpt. Henryka Flamego „Bartka”…

Może lewicowa wrażliwość pozwoli posłowi Celińskiemu dokładniej wczytać się w te słowa. Może dotrze do niego to, jakie wrażenie w pierwszych latach po wojnie robiły zbiorowe, publiczne egzekucje ludzi z podziemia antykomunistycznego, gdy z zagipsowanymi ustami byli mordowani przy spędzonych na siłę mieszkańcach, w tym młodzieży, przyprowadzanej wprost z lekcji?

Dziś mielibyśmy odmówić „Wyklętym” prawa do państwowego święta, podczas gdy ich prześladowcy i mordercy opływają w dostatki, pozostają bezkarni, obwieszeni medalami (w tym Virtuti Militari!), mają bardzo wysokie stopnie wojskowe i inne zaszczyty z racji „walki o ustanowienie i utrwalenie władzy ludowej”?

Jak harcerz Skalski o Lwów i Wilno wojował

W podobne tony uderzył publicysta Ernest Skalski, z wykształcenia historyk, dziennikarz m.in. „Sztandaru Młodych” i „Polityki”, ale też… „Tygodnika Powszechnego” i współzałożyciel „Gazety Wyborczej”. (Wikipedia nie zawiera, niestety, informacji o jego przynależności partyjnej, a szkoda). Co ma nam do powiedzenia? W blogu na portalu salon24.pl już 7 marca 2011 r. napisał: „Raczej nie było to antykomunistyczne powstanie, lansowane aktualnie przez politykę historyczną. Czy też historię upolitycznioną, bo to na jedno wychodzi. Powstanie, a mieliśmy ich nie mało, musi mieć jakiś cel, plan działania, jakieś kierownictwo i podporządkowaną mu strukturę. A tego brakowało. […] Ruch partyzancki wydaje się najtrafniejszym określeniem. Ono nie wartościuje”. Ot, i robi się jaśniej – chodzi więc o to, aby nie wartościować, co było wówczas dobre, a co złe? Powstańcy nie mieli żadnego celu? Najlepiej dziś uznać, że obie strony miały rację, czyli okupant z okupowanym powinni mieć ten sam status. Ale to nie koniec jego wynurzeń. Na wszelki wypadek Skalski sugeruje nam, że jednak był wówczas… po drugiej stronie: „Miałem dziesięć lat gdy skończyła się wojna. Zostałem harcerzem i w krakowskim Lasku Wolskim ćwiczyliśmy, tak zwane podchody, szykując się do wojny o wyzwolenie Lwowa i Wilna. Jak na swój wiek byłem dość uświadomiony i osłuchany”. Doprawdy? Aż tak go uświadamiano w domu rodzinnym w 1945 r. – jak to miało miejsce w rodzinach związanych z podziemiem antykomunistycznym? To niech nam łaskawie wyjawi, kto go tak czule oświecał, tatuś czy mamusia, a może oboje? No i kim byli oraz w jakiej dziedzinie go oświecali, bo uwierzyć wprost nie mogę.

Oto dalszy ciąg wywodów Skalskiego, który również jest przeciwnikiem nowego święta: „władza, choć z mandatu Sowietów, choć wredna, była jednak polska”[…] Terror sowiecki i nowej władzy nie był powszechny, nie stwarzał, w przeciwieństwie do okupacji niemieckiej, zagrożenia wolności i życia dla wszystkich”. Czyżby Skalski nie słyszał i nie czytał o sowieckim nadaniu tej władzy? O roli Stalina? O „sowietnikach” w UB i innych instytucjach? O tysiącach rozstrzelanych, dziesiątkach tysięcy ofiar reżimu komunistycznego, o setkach tysięcy więźniów politycznych, o milionach, poddawanych wielu innym represjom? Pewnie nie słyszał, bo w jego domu mówiło się o tym inaczej. A przecież terror był zjawiskiem powszechnym, codziennym i masowym. To prawda, że już nie takim, jak za okupacji niemieckiej, ale przecież należy pamiętać, ile już przedtem było ofiar Niemców, ile osób wypędzonych i tych, którzy już do Polski nie mogli wrócić. Dlatego komunistom było lżej i łatwiej, kręgosłup narodu przetrącili Niemcy, zatem nowa okupacja mogła być lżejsza, choć jest to zjawisko względne. Na niektórych terenach ofiar „drugiej okupacji” było jednak więcej niż „za Niemca”!

Mimo to Skalski ujawnia swe prawdziwe sympatie i fobie: „oddział, który przychodził z Wileńszczyzny na Mazowsze, czy z Wołynia w Lubelskie miał problemy. Lokalna władza przeważnie nie składała się z przysłanych z Moskwy emisariuszy. To miejscowi szli do lokalnej policji czy nawet powiatowego UB, zajmowali stanowiska w urzędzie gminnym. Krewni, sąsiedzi traktowali ich nieraz jako swoich na urzędzie, co to mogą ostrzec, pomóc, czy przymknąć oczy. Dla partyzantów byli to zdrajcy wysługujący się sowietom, członkowie komunistycznej władzy, których należy likwidować. Tym słowem często się określało zabójstwo. 

Nurt narodowy w partyzantce za wrogów uznawał nie tylko przedstawicieli władz, lecz również mniejszości narodowe. Zabijał więc Białorusinów i Żydów. Nie tylko tych z UB i z PPR, ale jak leci, choćby wyciąganych z zatrzymywanych pociągów”. Śpiewka stara, ale jara, śpiewana przecież już od 1944 r., zawsze ta sama. Motyw podziemia jako rabunkowych band, wałęsających się bez celu i sensu po lasach, zabijających z oszalałej nienawiści domniemanych „wrogów”, szczególnie tych z mniejszości narodowych. To stały i nośny motyw. A to, że nieprawdziwy? Tym gorzej dla prawdy.

„W obliczu zła, od 1944 roku zawłaszczającego Polskę, można było zachować się przyzwoicie, albo nieprzyzwoicie”

Znamienne były komentarze, zamieszczane pod blogiem Skalskiego przez Czytelników. Oto niektóre z nich: „obśmiałem się jak norka czytając te Pańskie kocopały. Rodzice Pana do tego nacjonalistycznego harcerstwa delegowali?”; „Ględźba, ten Pana tekst. Dowód, że słowa mogą być puste jak wiatr. A przecież sprawa jest nadzwyczaj prosta: w obliczu zła, od 1944 roku zawłaszczającego Polskę, można było zachować się przyzwoicie, albo nieprzyzwoicie. Reszta wygląda jak usprawiedliwianie własnych podłości”; „W Polsce walczono o niepodległość z najeźdźcą, który bez skrupułów tę niepodległość gwałcił, a jej obrońców mordował. Dlatego chcemy im oddać cześć i sprawiedliwość”; „Ideowym komunistom w głowie się nie mieści, że ktoś może walczyć za idee inne niż ich rewolucja, a nawet przeciw ich rewolucji. Nie mogą pojąc, że są ludzie, dla których ruski but na polskim gardle jest nie do przyjęcia. Ja się nie dziwię, bo Bóg, Honor, Ojczyzna to pojęcia im zupełnie obce, a przez tę obcość wstrętne”. Oczywiście, są też inne, od ludzi, którzy identyfikują się (rodzinnie) z ustrojem komunistycznym.

Mamy więc do czynienia z jednoznacznym wyborem, zarówno politycznym (z komuną lub przeciw niej), ale też moralnym – co było dobrem, a co złem. To też świetnie podsumował jeden z internautów: „Antoni Słonimski opisywał kiedyś faceta, który podczas pożaru wielkiego hotelu z setkami ofiar ukradł futro.Jego komentarz: facet będzie do końca życia utrzymywał, że taki pożar to świetna rzecz”. Komunizm był świetną rzeczą dla takich facetów, dla całych środowisk, dla „awansu społecznego”. Władza „dawała” przecież mieszkania, talony na dobra materialne, wczasy, wyjazdy zagraniczne. Nie jest bowiem prawdą, że nikt nie mógł wówczas wyjeżdżać na „zgniły Zachód” – niektórzy jeździli i to wielokrotnie w ciągu roku, dostawali na to odpowiednie przydziały dewiz po kursie, w który mało kto już dziś uwierzy. Przez partię komunistyczną przewinęły się miliony ludzi, bardzo wielu z nich otrzymywało z tego tytułu bardzo wymierne korzyści. To jest dziś podstawowe zaplecze tych, których gorszy święto „Żołnierzy Wyklętych”. Chcieliby, aby o nich całkiem zapomniano. A przecież olbrzymia większość ofiar nawet nie ma grobów, wielu zamordowano bezimiennie. Nie ma winnych… Sami byli sobie winni?

Jeśli jest wam z naszym świętem tak źle, to sobie zróbcie (ale prywatne!) święto „towarzyszy wyklętych” – Bieruta, Bermana, Minca, Romkowskiego, Mietkowskiego, Światły, Fejgina i innych. W kręgach towarzyskich, rodzinnych, z dziećmi i wnukami. Pełno ich wokół nas, także w mediach oraz „biznesie”, polityce, nauce… Ale na wszelki wypadek się z tym za bardzo nie obnoście.

***

Nie pozwólmy, aby pamięć o „Wyklętych” pokrył kurz niepamięci i dotkliwe obelgi. Oto typowy dla tamtego okresu list z jednostki wojskowej do żony żołnierza (z początkowego okresu Polski Ludowej), której zamordowano męża, bo przeciwstawił się ludowej władzy: „Dowództwo jednostki Wojskowej (…) zawiadamia Was, że w imieniu Narodu Polskiego Sąd Polowy WP wykonał (…) wyrok śmierci na Waszym mężu (…). Okrył siebie, Was i Wasze dziecko hańbą – zdradził sprawę narodową, naród i Ojczyznę. (…) Ziemię nad jego grobem wyrównano i niech nie szpeci ziemi Ojczyzny naszej grób zdrajcy. Wieczna hańba i nienawiść naszych żołnierzy i oficerów towarzyszy mu i poza grób. Każdy, kto czuje w sobie polską krew przeklina go – niech więc wyrzeknie się go własna jego żona i dziecko”. Podpisał to dowódca jednostki, por. Muś. Zapewne zrobił w „Polsce Ludowej” odpowiednią karierę, bo przecież nazwisko dziwnie znajome jest…

 

Ci, którzy nie bardzo do dziś wiedzą, dlaczego to byli „Żołnierze Wyklęci”, jeszcze raz powinni przeczytać powyższe „zawiadomienie”. Ci zaś, którzy „czują w sobie polską krew”, powinni przestać ich przeklinać. Dziś mamy dla nich już tylko pamięć oraz wdzięczność za to, że byli i zginęli z honorem.

Leszek Żebrowski

http://dziennikarze.nowyekran.pl/post/54494,leszek-zebrowski-wyklinanie-zolnierzy-wykletych

Przeczytaj także: 

Lalek i inni Żołnierze Wyklęci

Zobacz: 

Sny stracone, sny odzyskane

Posted in Historia, Polityka i aktualności | Otagowane: | 3 komentarze »

Zapomniani chłopcy z Dębna

Posted by tadeo w dniu 25 listopada 2011

Mieli po siedemnaście, osiemnaście lat. Poszli w ślady Szarych Szeregów, cichociemnych i swoich ojców z AK. Nie chcieli żyć w Polsce zniewolonej stalinowskim terrorem.

Stanisław Srokowski poeta, prozaik, dramaturg


Mam przed oczami ich poważne, skupione twarze, mądre spojrzenia, cierpkie uśmiechy. I myślę, jak wiele musieli znieść bólu, upokorzeń i zła. Jak ciężko im było w mrocznych celach, w których szczury skakały po twarzach. Wciąż słyszę ich opowieści, głosy, relacje, zwierzenia. Z wieloma z nich się spotykałem, rozmawiałem, wielu słuchałem.
Napisałem powieść, w której umieściłem niektóre z tych postaci. Słychać ich mowę, sygnały, szepty, ale nie ma ich prawdziwych imion i nazwisk, istotnych czynów, walki. Bo wtedy nie mogło być. Działała cenzura, zmowa milczenia. A oni inspirowali mnie, dodawali sił, odwagi, ale nie ujawniali się w całej okazałości. Jakby byli gdzieś z boku, w cieniu. Stali się symbolami, metaforami, grą wyobraźni, a nie głównymi bohaterami. Zabrakło konkretu, faktografii, dokumentu. A przecież z myślą o nich pisałem tę powieść. Nosiła tytuł „Ladacznica i chłopcy”. Po latach w 1991 r. z niemałymi kłopotami się ukazała. „Ladacznica” to polityka, a chłopcy to oni, uczniowie szkoły średniej, o rok, dwa starsi ode mnie, koledzy, znajomi. Z mojego liceum. Z mojego sąsiedztwa. Pisałem z myślą o nich, bo wszyscy o nich zapomnieli. Jakby nie było kaźni, więzień, strachu i dręczącej samotności.

Nie chcieli być niewolnikami
Dziś słyszymy, jak wielką rolę odegrała polska opozycja marcowa, pomarcowa, czerwcowa, korowska, solidarnościowa, ale o nich nie słyszymy. Im się nie przypina najwyższych medali do piersi. Nie stawia pomników. A zasłużyli na nie. Bo byli pierwszymi z pierwszych. Niektórzy dzisiejsi bohaterowie zakładali wtedy czerwone harcerstwo. Budowali zręby jedynego słusznego ustroju. Stawali na baczność i piali z zachwytu. Pisali wiersze o Stalinie i dojarce z PGR-u. Wznosili hasła „Niech żyje Związek Radziecki”. A oni, nie. Oni szli na szaniec, burzyli ustrój. Młodzi chłopcy, niemal dzieci, krzyczeli: „Precz z komuną!”, „Niech żyje wolna Polska!”. A potem siedzieli w więzieniach, bici, torturowani, poniewierani. Nikt się o nich nie upomniał. Poszli w ślady Szarych Szeregów, cichociemnych i swoich ojców z AK. Odsłońmy karty. Kim byli? Skąd się wywodzili?
Był rok 1950, 1951, najgorszy okres komunizmu. Szczyt represji, dławienie gardła, łamanie charakterów, niszczenie sumień. A oni się nie bali. Mieli po siedemnaście, osiemnaście lat. Uczyli się w Liceum Ogólnokształcącym w Dębnie Lubuskim, w dawnym województwie szczecińskim, dziś zachodniopomorskim. Z pozoru tacy sami jak inni. A jednak dojrzalsi, mądrzejsi, głębsi. Wiedzieli, czego chcą. I czego nie chcą. Nie chcieli się czuć jak w więzieniu. Nie chcieli być niewolnikami. Chcieli wolności, niezależnego, suwerennego państwa. Dlatego buntowali się. Sami z siebie. Ale i dlatego, że pochodzili z rodzin, które zaznały wcześniej represji, cierpień.
Wywodzili się z domów, w których naraz zabrakło ojców, matek, starszych braci, kuzynów, sióstr zabranych na Sybir, skazanych na kazamaty. W większości pochodzili z Kresów. Z wierzących, silnie zakorzenionych w tradycji rodzin.

Urodzili się na Kresach
W wyroku Wojskowego Sądu Rejonowego w Szczecinie z dnia 15 października 1951 r. w składzie: mgr Tadeusz Nizielski, chor. Eugeniusz Kociuba, ppor. Wiktor Samborski, w obecności prokuratora wojskowego, mjr. Bolesława Reszka, obrońców: adw. Zygmunta Warskiego i Tadeusza Nawrota, czytamy nazwiska skazanych: „Wolski Romuald, ur. w ZSRR, Baranowicz Marian, ur. w ZSRR, Pacewicz Czesław, ur. w ZSRR, Milczarek Ryszard, ur. w ZSRR, Hryniewicz Stanisław, ur. w ZSRR [prawidłowe nazwiskoHrynkiewicz – S.S.]”. Było ich więcej. Ale zasadnicza grupa urodziła się w ZSRR. Gdzie? W ZSRR?!
Urodzili się na polskiej ziemi. W większości na polskich Kresach. Ale w ich dowodach Sowieci wbili pieczątkę: urodzeni w ZSRR. W dowodach ich ojców i matek, którzy urodzili się grubo przed rewolucją październikową, też wbili pieczątkę, że urodzili się w ZSRR. To było wielkie oszustwo. Pierwsze wielkie kłamstwo. Bo Sowieci kłamali od pierwszego dnia. Gdy tylko napadli na Kresy 17 września 1939 r., ogłosili, że nas wyzwolili. Niewolę nazwali wolnością, kłamstwo – prawdą. Piszę „nas”, bo ja też tam byłem. Też tam się urodziłem. I wiem, jak było. Za tymi pierwszymi kłamstwami poszła cała fala kolejnych kłamstw. Zabrali nam ziemię, władzę, urzędy, szkoły, uczelnie, podręczniki, język, państwo. Łamali godła, symbole, znaki pamięci. Niszczyli wiarę, kościoły, kaplice, święte obrazy, ołtarze. Ze świątyń robili magazyny, stajnie i obory dla bydła. Profanowali świętości. Polskich oficerów pognali do Katynia, Miednoje. A w 1940 r. zgładzili. I my, na Kresach, o tym wszystkim wiedzieliśmy. Dużo wcześniej niż powstała tzw. Polska Ludowa. Poznaliśmy ich rządy na własnej skórze.
O tym wszystkim w naszych kresowych domach się rozmawiało. Nawet w najczarniejszych czasach, już po 1945 r., gdy zostaliśmy wygnani. Rozmawiali o tym nasi rodzice, krewni i znajomi. Choć na zewnątrz panowała atmosfera strachu i podejrzeń, w kresowych domach wyrastali i wychowywali się młodzi buntownicy, licealiści, m.in. z Dębna. Powtórzmy, mieli po siedemnaście, osiemnaście lat. I nie chcieli żyć w zniewolonym świecie.

Na przekór terrorowi władzy
Marian Baranowicz przypomina w przekazanym mi tekście przedwojenny klimat ich domu: „(…) ojciec uczestniczył (…) w uroczystościach patriotycznych… (…) w latach okupacji sowieckiej większość osadników wojskowych została wywieziona na Syberię”.
Jego kolega, ale i krewniak, Romek Wolski, też „wyrastał w patriotycznej rodzinie. Jego ojciec, oficer Wojska Polskiego (…) został zamordowany przez NKWD w Katyniu”. A bliskich Romka Wolskiego i Mariana Baranowicza, Jadwigę i Antoniego Wolskich i ich czworo dzieci, jak pisze Baranowicz, „partyzanci sowieccy wymordowali 25 października 1943 roku. Przed rozstrzelaniem kazali rodzinie skupić się w narożniku pokoju. Rodzice i dzieci uklękli do ostatniej modlitwy. Gdy siepacze otworzyli ogień (…), nieszczęśnicy padali jeden na drugiego”.
Baranowicz przyznaje, że opisane wyżej doświadczenia z dzieciństwa stały się dla niego i dla jego kuzyna Romka „twardą lekcją historii. Wyrastając w atmosferze okrucieństwa (…) uczyliśmy się takich pojęć jak tożsamość narodowa i patriotyzm”. Powtórzmy, nie mogli i nie chcieli żyć w zniewolonym kraju. Dlatego założyli tajną organizację, a właściwie dwie tajne organizacje.
Akt oskarżenia skrupulatnie wylicza: „W początku marca 1951 r. oskarżony Wilewski Antoni zawiązał na terenie Dębna nielegalną organizację pod nazwą Samodzielna Organizacja Podziemna (…). W skład tej organizacji wchodzili (…) uczniowie 9-tej klasy: [nieczytelne nazwisko – S.S.] Zbigniew, Korzeniowski Bohdan, Nożejko Eugeniusz [chodzi chyba o Możejkę – S.S.], Sebastian Janusz (…), którym udowodniono winę, lecz ze względu na ich młody wiek (…) umorzono dochodzenie”.
Dalej dowiadujemy się, że „w tym czasie już na terenie 10-tej klasy osk. Wolski Romuald zawiązał również nielegalną organizację”. A w jej skład weszli: „Baranowicz Marian, Pacewicz Czesław, Zatryb Eugeniusz, Szantyr Anzelm, Sapa Władysław”. A wiedzieli o niej: „Milczarek Ryszard, Hryniewicz Stanisław”.
Zakładali tajne organizacje wtedy, gdy w Polsce szalał najstraszniejszy terror, gdy komuniści niszczyli ludzi i wsadzali do więzień, gdy aresztowali księży, biskupów, przedwojennych oficerów, żołnierzy AK, a nawet chłopów za to, że spóźniają się z oddawaniem państwu komunistycznemu zboża. Ludzi siłą zapędzali do kołchozów. Rugowali religię ze szkół.
Jedyną niezależną instytucją był jeszcze Kościół, ale i nad nim zbierały się czarne chmury. Niebawem zapadnie wyrok na Prymasa Polski, ks. kard. Stefana Wyszyńskiego.
I w takiej atmosferze grupka chłopców postanawia wystąpić przeciwko władzy. Jakaż musiała być ich determinacja, skoro wiedzieli, czym to grozi. Bo słyszeli wokół siebie o surowych wyrokach. Radio i prasa bębniły o tym cały czas. A oni wbrew wszystkiemu postanowili walczyć. W większości mieszkali w internacie przy ul. Bieruta. W jednym pokoju gnieździli się: Romek Wolski, Czesiek Pacewicz, Rysiek Milczarek, Józek Widziewicz i Marian Baranowicz.
Do 1948 r., jak pisze Baranowicz, panowały tam jeszcze zwyczaje przedwojenne. Rano i wieczorem odbywały się apele połączone z modlitwą. W niedzielę szli grupami do kościoła. W roku szkolnym 1949/1950 nastąpiła radykalna zmiana. Skończyły się modlitwy, zbiorowe wyjścia na Mszę Świętą. Wyżywienie w internacie było kiepskie, kawa zbożowa, chleb z marmoladą i na obiad na ogół dania bezmięsne. Byli jednak nauczyciele, którzy w tajemnicy organizowali coś na kształt tajnych kompletów. Pod pozorem korepetycji sybiraczka Zofia Pełkowa, osoba głęboko wierząca, organizowała u siebie w domu, przy herbatce, spotkania towarzyskie, w trakcie których wybrani uczniowie czytali dzieła Mickiewicza i poznawali działalność filomatów i filaretów. Uczyli się, jak się organizować.

Pod czujnym okiem bezpieki
W dokumentach IPN znajdują się dziś informacje o tym, że byli śledzeni, a liceum inwigilowane. Tajne ulotki ukazywały się w Dębnie już w 1948 roku. Bezpieka je przechwytywała. Nadzór nad szkołą wzrósł. Kierownictwo UB zobowiązało dyrekcję do informowania, ilu uczniów szkoła posiada (480 w klasach dziennych i 200 w wieczorowych). Umieściło też tam swoich informatorów, a oni donosili, że np. Józef Widziewicz wyraża się źle o marszałku Konstantym Rokossowskim, którego Moskwa przysłała do Polski, by pilnował wojska, podczas kiedy on, Widziewicz, nie może sprowadzić swoich braci. Bezpieka natychmiast to odnotowała. Irena Rzeczycka miała dwie siostry w Anglii i brata w Ameryce i opowiadała, że tam dużo lepiej się żyje niż w Polsce. Bezpieka też to odnotowała. Osaczała młodzież ze wszystkich stron. Wiedziała, kto miał ojca granatowego policjanta, a kto był wrogo nastawiony do ówczesnej rzeczywistości.
Urząd Bezpieczeństwa wziął pod lupę polonistę Antoniego Dobrowolskiego, żołnierza AK, od 1951 r. dyrektora szkoły, i prof. Karola Winnickiego. Obu podejrzewał o niebezpieczny wpływ na młodzież. Ukazywały się ulotki antykomunistyczne, UB nie mógł jednak wykryć sprawców.
Młodzi buntownicy śledzą, co się dzieje w mieście. Wiedzą, że istnieje jakaś tajna grupa, która działa. Po cichu się naradzają, jakby się w ten ruch wpisać. Ulotki antykomunistyczne wiszą na ścianach domów okolicznych miast i wsi, m.in. Mieszkowic, Boleszkowic, Kędzierzyna-Koźla. Młodzież buntuje się przeciwko systemowi. Im bardziej komunizm zaciska pętlę na gardle, tym więcej młodocianych tworzy tajne organizacje. Wiele lat później Krzysztof Szwagrzyk z IPN napisze, że młodych więźniów politycznych, uczniów różnych szkół, było w tym czasie ok. czterech tysięcy. Ale przecież badania trwają. Baranowicz zaś pisze: „Obserwując życie polityczne w Polsce, zaczęliśmy się zastanawiać z Romkiem [Wolskim – S.S.] nad nielegalną działalnością”.
Proszę zwrócić uwagę, sami zaczęli się zastanawiać. Nikt im nie kazał. Nikt ich do tego nie namawiał. Widzą i wiedzą, co się dzieje. Słyszą o procesach politycznych. Ich ojców zapędza bezpieka do kołchozów. Następuje „rozkułaczenie” wsi, bogatszych rolników wsadza się do więzienia za to, że dobrze gospodarzą. Wzmaga się walka z Kościołem. Niedługo zacznie się sfingowany proces przeciwko kieleckiemu ks. bp. Czesławowi Kaczmarkowi. Szykują się procesy polityczne przeciwko generałom: Jerzemu Kirchmayerowi, Stanisławowi Tatarowi, Stefanowi Mossorowi i Franciszkowi Kwirynowi Hermanowi, za wydumane przez komunistów szpiegostwo i dywersję. Radio i prasa donoszą o „karłach reakcji” i wrogach politycznych ze szkół, uczniach z liceów. Propaganda straszy.

Działają ostrożnie i skutecznie
Chłopcy z Dębna widzą oszustwo i obłudę zalewające Polskę. Widzą, jak propaganda kłamie w żywe oczy. Z tym się nie mogą pogodzić. Takie życie jest bez sensu. Byli wychowywani w innej tradycji. Liczyły się godność, honor, wolność. Analizują działalność poprzedników, którzy wpadli. Postanawiają działać ostrożnie, ale skutecznie. Naradzają się w internacie. Nie mają żadnej drukarki, powielacza, maszyny do pisania. Ulotki wykonują własnoręcznie. Piszą, że w Polsce panuje terror. Nawołują do buntu. Mówią, że Warszawą rządzi Moskwa, a Katyń to zbrodnia Stalina. Protestują przeciwko wojskom sowieckim w Polsce. Walczą o powrót religii do szkoły. Chcą, by ludzie wiedzieli, że jest opozycja. Wbrew terrorowi, torturom, więzieniom, podziemie działa. Ulotki piszą odręcznie, ale tak, by nie można poznać charakteru pisma. Rozrzucają po mieście lub wywieszają po ulicach. Rozsyłają po urzędach, komitetach partii, domach prywatnych. Szczególnie aktywni są przed 1 maja. Ulotek przybywa. Miasto szumi. Bezpieka szaleje. Domyśla się, że to liceum. Zabiera nauczycielom klasówki z języka polskiego. I porównuje pismo. Nic to nie daje. Bo jedna z nauczycielek mówi do klasy: „Te prace nie tylko ja będę sprawdzać”. Chłopcy wiedzą, co to znaczy. Bezpieka jest na ich tropie. Muszą zmienić sposób działania. Idą na boisko sportowe. Udają, że grają w piłkę, a konspirują, naradzają się. Zdobywają drukarkę, szukają broni, materiałów wybuchowych. W początkach 1951 r. aktywizują się. Drukują na powielaczu, także w bursie. Ale tu jest niebezpiecznie. Za duży ruch. Spotykają się w prywatnym mieszkaniu jednego z nich, Eugeniusza Zatryba. Dalej drukują ulotki.
Później w opracowaniu MSW widzą na własne oczy odnotowane setki takich organizacji jak ich. W latach 1945-1956 nastąpił masowy bunt młodzieży. I oni, chłopcy z Dębna, brali w tym buncie udział. Nie sądzili tylko, że zbliża się koniec ich konspiracji.

Za wolność płacą wysoką cenę
W szkole nie brakowało kapusiów. Konfidentami byli niektórzy nauczyciele. Konspiratorzy zbyt mocno zaufali swoim kolegom. Wciągali do siatki nowych. Chwalili się, że są dobrze zakonspirowani. Krąg wtajemniczonych powiększał się. Musieli wpaść. Za wielu już wiedziało o ich działalności. I wpadli.
Pierwsze aresztowania nastąpiły 13 maja 1951 roku. Bezpieka wyłapała wszystkich. Wojskowy Sąd Rejonowy w Szczecinie 15 października 1951 r. skazał za przygotowania do obalenia przemocą ustroju: Antoniego Wilewskiego na 2 lata i 6 miesięcy, Romualda Wolskiego na 3 lata, Mariana Baranowicza, Czesława Pacewicza i Eugeniusza Zatryba na 2 lata, Ryszarda Mielczarka i Stanisława Hrynkiewicza na rok i 6 miesięcy w zawieszeniu na 3 lata.
Podczas śledztwa chłopców katowano. Bezpieka podrzucała im naboje, łuski. Biła pięściami, ciągała za nogi, kopała. Spali na betonie, tracili przytomność. Polewani wodą, znowu byli przesłuchiwani. Na śniegu rozbierali ich do naga, budzili w środku nocy, chłopcy tracili przytomność, dostawali zapalenia płuc. Jeden zwariował.
Represjonowano również nauczycieli. Pani Derwichowej zabroniono nauczania śpiewu, ponieważ młodzież śpiewała „Czerwone maki”. Wyjątkowymi restrykcjami został objęty internat. Mieszkałem tam. W 1951 r. zdałem egzamin do klasy ósmej. Działalność starszych kolegów odbiła się szerokim echem. Rozmawialiśmy o tym w domach, internacie i w szkole. Każdego dnia rano na apelu urządzano nam prasówki, straszono, grożono ostrymi konsekwencjami za takie czyny. Chcieli, by sparaliżował nas strach. A jednak młodzież się nie ugięła. Tajne organizacje powstawały w innych szkołach. W Boleszkowicach na jej czele stanął Jan Żak. Twierdził, że kontynuuje konspiracyjną pracę kolegów z Dębna. Kolejną tajną grupę założyli uczniowie z Barnówka. Przewodził jej Antoni Wojnicki.
Po odbyciu ciężkiej kary więzienia w Szczecinie, Goleniowie, Sosnowcu i przede wszystkim w Jaworznie uczniowie z Dębna znosili dalsze represje. W Jaworznie osadzono, jak wylicza Krzysztof Szwagrzyk, 10 tys. 17 osób (K. Szwagrzyk, „Jaworzno. Historia więzienia dla młodocianych więźniów politycznych 1951-1955”, Wrocław 1999).
Chłopcy z Dębna nie od razu mogli się dostać na studia. Poszli do wojska, musieli pracować w kopalniach, zdarzały się dezercje. Byli pod stałą kontrolą do 1989 roku. Niektórzy już nie żyją. Za wolność zapłacili wysoką cenę. Ale ich postawa dla wielu z nas była znakiem orientacyjnym, który wskazywał, jak należy bronić podstawowych wartości człowieka, prawdy, wolności, godności i niezależności.


Młodzi chłopcy, niemal dzieci, krzyczeli: „Precz z komuną!”, „Niech żyje wolna Polska!”. A potem siedzieli w więzieniach, bici i torturowani.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20111119&typ=my&id=my13.txt

Posted in Historia, Młodzi, wykształceni... | Otagowane: | Leave a Comment »

Sny stracone, sny odzyskane

Posted by tadeo w dniu 23 października 2011

Dokumentalny film “Sny stracone, sny odzyskane” odsłania dramat polskich rodzin poddawanych surowym represjom, jakie stosowały władze wobec ludności cywilnej w odwecie za pomoc niesioną partyzantce niepodległościowej po 1944 r.
Zakończenie walk z niemieckim okupantem dla ogromnej rzeszy Polaków wcale nie oznaczało końca wojny. Po niemieckiej okupacji nastała równie brutalna okupacja sowiecka. Narastający terror spowodował, że w kraju zaczęły się odradzać struktury polskiego podziemia, a las stał się jedynym schronieniem dla “żołnierzy wyklętych”.
Po wojnie trwał zbrojny opór Polski podziemnej. Oddziały 6 Brygady Wileńskiej AK, choć stale ubywało jej partyzantów, działały na Podlasiu, do jesieni 1952 r. Nie byłoby to jednak możliwe bez poparcia miejscowej ludności. Wielu mieszkańców Podlasia zapłaciło za to najwyższą cenę, a ich rodziny były szykanowane i cierpiały w milczeniu wiele lat.

Film Arkadiusza Gołębiewskiego przedstawia tragiczne losy represjonowanej rodziny Borychowskich ze wsi Borychów w gminie Repki (koło Sokołowa Podlaskiego)  – dzieci „bandytów”, czyli żołnierzy niezłomnych zabitych przez UB. Dzieci Borychowskich zostały wysłane do domów dziecka, później zostały skazane na społeczna degradację i lata upokorzeń. Dopiero w latach 2000. – co pokazuje film – ci ludzie „odzyskali sny”, czyli zdjęto z nich piętno, nadając należne miano bohaterów.

Przeczytaj także:

O Jarząbku, Judaszu z Podlasia i przyniesionej pamięci – nasz wywiad z Grzegorzem Wąsowskim z Fundacji „Pamiętamy”

Leszek Żebrowski: Wyklinanie „Żołnierzy Wyklętych”

Lalek i inni Żołnierze Wyklęci

Posted in Filmy - Polecam, Filmy dokumentalne, Historia | Otagowane: | 2 komentarze »

Nie zapominajmy o INCE

Posted by tadeo w dniu 3 sierpnia 2011

Nawet „poprawne” media wspominają dzisiaj o Bohaterskiej śmierci Danuty Siedzikownej , „Inki” , zamordowanej przez gdańskich mordercow z sb , 3 sierpnia 1946 rokuWirualna pisze :

3 sierpnia 1946 r., Wojskowy Sąd Rejonowy w Gdańsku wydał wyrok śmierci na niespełna 18-letnią Danutę Siedzikównę, pseudonim „Inka”, sanitariuszkę 5 Wileńskiej Brygady AK. – To był sprokurowany mord sądowy – powiedział dr hab. Piotr Niwiński z Uniwersytetu Gdańskiego. Siedzikównę zabił 28 sierpnia 1946 r. o godz. 6.15 strzałem w głowę dowódca plutonu egzekucyjnego z KBW. Wcześniejsza egzekucja z udziałem żołnierzy się nie udała; żaden nie chciał zabić „Inki”, choć strzelali z odległości trzech kroków.

Danuta Siedzikówna ps. „Inka” urodziła się 3 września 1928 r. w Guszczewinie koło Narewki, na skraju Puszczy Białowieskiej. Wychowała się w rodzinie o tradycjach patriotycznych. Ojciec Wacław Siedzik jako student Politechniki w Petersburgu został w 1913 r. zesłany na Sybir za uczestnictwo w polskiej organizacji niepodległościowej. W lutym 1940 r. deportowany został przez NKWD w głąb Związku Sowieckiego. Po podpisaniu układu Sikorski-Majski wstąpił do armii tworzonej przez gen. Władysława Andersa. Zmarł w 1942 r. i pochowany został na cmentarzu polskim w Teheranie. Matka Danki należała do AK. Aresztowana przez Gestapo w listopadzie 1942 r., po ciężkim śledztwie zamordowana została we wrześniu 1943 r. w lesie pod Białymstokiem.

http://krisjora.nowyekran.pl/post/22581,nie-zapominajmy-o-ince

Przeczytaj także:

Powiedzcie babci, że postąpiłam jak trzeba

Zobacz:

Rankiem 28 sierpnia 1946 r., na 6 dni przed 18. urodzinami, Danka Siedzikówna „Inka” weszła do sali egzekucyjnej w gdańskim więzieniu przy ul. Kurkowej. Była godzina 6.15. Sala egzekucyjna pełna ludzi. Wśród nich przejęty tą sytuacją do głębi wikariusz kościoła garnizonowego w Gdańsku ks. Marian Prusak, który dwie godziny wcześniej spowiadał „Inkę”. Odczytano wyrok. Strzały z pepesz drasnęły tylko dziewczynę i zraniły jej towarzysza niedoli, oficera wileńskiej AK Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”. Zanim te strzały padły, obydwoje zdążyli krzyknąć: „Niech żyje Polska!”. Oszołomieni hukiem wystrzałów osunęli się na ziemię, „Inka” podniosła się raz jeszcze i krzyknęła: „Niech żyje major ‚Łupaszko’!”. Dowódca plutonu egzekucyjnego, oficer KBW, podszedł i z bliskiej odległości, strzałami z pistoletu w głowę, zabił obydwoje.
W pożegnalnym grypsie, przekazanym z więzienia już po wyroku śmierci, Danka napisała: „Jest mi smutno, że muszę umierać. Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba…”.

Posted in Historia | Otagowane: | Leave a Comment »

„Zostaną pomniki”

Posted by tadeo w dniu 5 lipca 2011

Kronika Marianny Galas z Bukówka k/Środy Sląskiej

http://pl.gloria.tv/?media=172486

Posted in Historia, POLECAM | Otagowane: | Leave a Comment »

Rozmowa Niezależna- Jerzy Zalewski – 14.05.11

Posted by tadeo w dniu 20 maja 2011

Jacek Sobala rozmawia z Jerzym Zalewskim, reżyserem filmu „Historia Roja” opowiadającego o „żołnierzach wyklętych”, autorem cyklu rozmów „Pod Prąd”.

Posted in Historia, Wywiady | Otagowane: | 1 Comment »

Z Archiwum IPN – „Łupaszka”

Posted by tadeo w dniu 1 maja 2011

8 lutego 1951 roku  komunistyczni oprawcy zamordowali mjr. Zygmunta Szendzielarza  ps. „Łupaszka”, jednego z najwybitniejszych oficerów Wojska Polskiego i Armii Krajowej, dowódcę 5 Brygady Wileńskiej AK , dwukrotnego kawalera  orderu Virtuti Militari .

Major „Łupaszka” został aresztowany przez UB 26 czerwca 1948 r. w Zakopanem i po ciężkim śledztwie, 2 listopada 1950 r. skazany przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie, pod przewodnictwem sędziego Mieczysława Widaja [czyt.: Stalinowski sędzia…Zmarły, nieosądzony ] na 18-krotną karę śmierci. Wyrok wykonano 8 lutego 1951 r. w więzieniu na Rakowieckiej – strzałem w tył głowy.
Wraz z nim zamordowano trzech innych oficerów wileńskiej Armii Krajowej:ppłk Antoniego Olechnowicza ps. „Pohorecki”ppor. Lucjana Minkiewicza ps. „Wiktor” i kpt. Henryka Borowego – Borowskiego ps. „Trzmiel”. Ich ciała posypano wapnem i wdeptano w ziemię w nieznanym miejscu…

Posted in Filmy i slajdy, Historia, Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna | Otagowane: | Leave a Comment »

Żołnierze wyklęci – Jerzy Woźniak.

Posted by tadeo w dniu 10 kwietnia 2011

WideoHistoria.pl zaprasza do obejrzenia pierwszej części filmu „Żołnierzy Wyklętych” opowiadającego historię Jerzego Woźniaka ps. „Jacek”, żołnierza AK, uczestnika akcji „Burza”, emisariusza delegatury Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, lekarza, skazanego na śmierć więźnia politycznego Peerelu. Jerzy Woźniak został odznaczony Krzyżem Walecznych, Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami (1948), Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski (2003). Mieszka we Wrocławiu.

Dzisiejsza premiera jest pierwszą w polskim internecie premierą filmu dokumentalnego w pełnej, nieodpłatnej wersji.

Czytaj także: Dlaczego zrobiłem ten film?

Zwiastun – Żołnierze wyklęci. Jerzy Woźniak. cz2. Palec Boży.

http://www.wideohistoria.pl/1887/

W trzyodcinkowym dokumencie historycznym, pod tytułem „Żołnierze wyklęci. Jerzy Woźniak”, poznajemy pasjonują historię żołnierza AK i ostatniego żyjącego kuriera Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość.” As polskiego wywiadu, z Anglii do Polski przerzuca ściśle tajną i zaszyfrowaną informację dotyczącą planów rozpoczęcia III Wojny Światowej. Po udanej akcji czekał na powrót do Londynu, marzył o kontynuacji studiów medycznych z ukochaną u boku… Tymczasem Polskę miażdżył aparat sowieckiego reżimu.
Na prośbę dowództwa „Jacek” zostaje. Podczas jednej z kolejnych akcji, „wsypany” i aresztowany przez tajne służby NKWD – UB zostaje osadzony w lochach więzień aparatu bezpieki. Skazany na karę śmierci w tzw. „procesie kiblowym“. Odliczał dni do wyroku…

Pan Woźniak twierdzi, że przeżył cudem. Jak wspomina swoje doświadczenia i czas po amnestii, były minister ds. Kombatantów w rządzie Jerzego Buzka, który przyczynił się do degradacji około 55 tysięcy (!) uprawnień kombatanckich funkcjonariuszom Urzędu Bezpieczeństwa? Zapraszamy do obejrzenia zwiastunów filmu, którego premiera już w kwietniu 2011.

Zobacz także: 

Lalek i inni Żołnierze Wyklęci

Posted in Filmy i slajdy, Historia | Otagowane: | 1 Comment »

Żołnierze Wyklęci‏

Posted by tadeo w dniu 7 kwietnia 2011

Posted in Filmy i slajdy, Historia | Otagowane: | Leave a Comment »

„Żołnierze WYKLĘCI”

Posted by tadeo w dniu 5 kwietnia 2011

„Żołnierze Wyklęci” program nadany w TV TRWAM 30.03. 2011.

cz.1 http://gloria.tv/?media=143093

cz.2 http://pl.gloria.tv/?media=143321

cz.3 http://gloria.tv/?media=143648

cz.4 http://gloria.tv/?media=143755

Posted in Filmy - Polecam, Filmy dokumentalne, Filmy i slajdy, Historia | Otagowane: | Leave a Comment »

Major Łupaszko i jego żołnierze

Posted by tadeo w dniu 5 kwietnia 2011

Muzyczny hołd dla żołnierzy V Wileńskiej Brygady AK i jej dowódcy majora Łupaszki


Posted in Historia, Prywatne | Otagowane: | Leave a Comment »