WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • Tylko przestańmy mówić: ten kraj, w tym kraju, tutaj, ci ludzie. Zacznijmy mówić tak, jak Pan Bóg przykazał, jak o matce: Ojczyzno ma, moja, kochana, poraniona, więc tym bardziej kochana. Moja, to znaczy taka, którą się kocha, którą się po rękach całuje, przed którą się klęka, której się służy, której się z czcią opowiada, której się nie okrada, dla której się pracuje, dla której się cierpi i umiera, jak trzeba. To nie inni mają tak zrobić, to nie oni, tam na górze, ale my. Inaczej na nic wszystko. Na nic ta rana i na nic te ofiary. Nasza Ojczyzna mocno krwawi i ból nie ustaje w naszych sercach, ale zapewniamy pachołków Moskwy i Berlina, i tych, co służą „mamonie” – jeszcze nie zginęła, póki my żyjemy. Póki pracujemy dla dobra naszej Ojczyzny. Póki kochamy i pamiętamy.

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Posts Tagged ‘Prof.Kieżun’

Znalezione w sieci – Profesor Witold Kieżun

Posted by tadeo w dniu 26 Styczeń 2017

Profesor Witold Kieżun

 

1484915744_9flvof_600

Posted in Znalezione w sieci | Otagowane: | Leave a Comment »

Profesor Witold Kieżun ostrzega Europę: „Jesteśmy w przededniu straszliwej tragedii. Za rok, za dwa ta wojna będzie przegrana”

Posted by tadeo w dniu 29 Marzec 2016

Fot. wPolityce.pl

„Jesteśmy w przededniu, dosłownie w przededniu strasznej klęski. Za rok, za dwa będzie już za późno by się temu przeciwstawić. Nieświadomość tej sytuacji, niedostrzeganie jej w Europie, jest dla mnie czymś bardzo smutnym. Na naszych oczach Europa odchodzi do przeszłości, upada tak, jak kiedyś Rzym. I jak Rzym tego nie widzi…Mam rodzinę we Francji. Biali Francuzi wyprowadzają się z Paryża, na ulicach zaczyna dominować kultura islamska, już jest więcej meczetów niż kościołów, a za 20 lat będzie tam więcej muzułmanów niż rdzennych Francuzów” – więcej 

http://wpolityce.pl/polityka/286741-profesor-witold-kiezun-ostrzega-europe-jestesmy-w-przededniu-straszliwej-tragedii-za-rok-za-dwa-ta-wojna-bedzie-przegrana

Posted in Felietony | Otagowane: | Leave a Comment »

Prof. Kieżun – Posłuchajcie ze zrozumieniem…

Posted by tadeo w dniu 18 Styczeń 2016

Zobacz także:

Prof. Kieżun: Mamy strukturę państwa kolonialnego

Patologia transformacji, czyli IV rozbiór Polski – Witold Kieżun

Odzyskać banki dla polskiej gospodarki – rozmowa z prof. dr. hab. Witoldem Kieżuniem.

Prof. Kieżun w rozmowie z „wSieci”: „Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że kryje się plan osłabienia Polski, by przestała przeszkadzać wielkim sąsiadom”

„Struktura gospodarki jest strukturą neokolonialną. Musimy się nastawić na kupowanie tego, co polskie”. NASZ WYWIAD z prof. Witoldem Kieżunem

 

Posted in Gospodarka i Ekonomia, POLECAM, Polityka - video, Polityka i aktualności | Otagowane: | Leave a Comment »

Redaktorzy otwarcie przyznają, że autorytet profesora Kieżuna przeszkadzał im w głoszeniu swoich ocen „w sprawach historii”

Posted by tadeo w dniu 26 Wrzesień 2014

Fot. wPolityce.pl
Fot. wPolityce.pl

W poniedziałkowym wydaniu tygodnika Do Rzeczy głównym tematem jest rzekoma współpraca prof. Witolda Kieżuna z PRL-owską Służbą Bezpieczeństwa. Redaktor naczelny tego pisma nazwał tekst autorstwa Sławomira Cenckiewicza i Piotra Woyciechowskiego „jednym z najważniejszych tekstów w polskiej prasie w ostatnim okresie”, a tygodnik umieścił temat na okładce czasopisma.

Witold Kieżun jest niekwestionowanym bohaterem Powstania Warszawskiego, cudem ocalałym więźniem sowieckiego obozu śmierci, wybitnym naukowcem w dziedzinie ekonomii, szanowanym ekspertem ONZ w Afryce, ostrym krytykiem sposobu transformacji gospodarczej i administracyjnej Polski po 1989 r., a od kilku lat jednym z najpopularniejszych żyjących autorytetów i wzorów wśród prorozwojowo i patriotycznie nastawionych Polaków, przede wszystkim wśród młodych.

Nie dziwi więc, że publikacja ta wywołała wielkie poruszenie – z jednej strony żal do redakcji za obrzucenie błotem szanowanego bohatera, z drugiej strony jakobińską dumę redaktorów, którzy nie zawahali się ściąć głowę w „słusznej sprawie” jednemu ze – jak mówi Rafał Ziemkiewicz – „swoich”. Przyznam, że zapowiedź tej publikacji osobiście bardzo mnie dotknęła. Uważam siebie za zwolennika lustracji, a w braku prawdziwej dekomunizacji Polski widzę – zresztą podobnie jak profesor Kieżun – jedną z głównych przyczyn patologii ostatnich 25 lat. Natomiast historia życiowa, osobowość i kompetencje profesora Kieżuna zrobiły na mnie ogromne wrażenie i był on dla mnie dotychczas ogromnym autorytetem i przykładem, jak być porządnym człowiekiem i Polakiem oraz dowodem, że mimo wszystko warto.

Wspomnienia profesora w jego książce biograficznej Magdulka i cały świat czytałem jednym tchem. Ogromne wrażenie zrobiła nie tylko jego biografia, która jest przykładem ogromnej odwagi, wytrwałości, patriotyzmu i siły ducha, ale też sam sposób w jaki o niej opowiada – skromnie, szczerze, otwarcie, optymistycznie, bez goryczy, mimo tego, czego doświadczył. Imponowały mi również jego inteligencja, przenikliwość analityczna, osiągnięcia naukowe i sprawność umysłu w tak zaawansowanym wieku. Byłem świadkiem kilku jego wystąpień, które potwierdziły moje wrażenie. W końcu, na początku roku miałem okazję spotkać się z profesorem osobiście i przeprowadzić z nim wielogodzinną rozmowę. Spotkanie to potwierdziło moją ocenę, że Witold Kieżun jest najwybitniejszym znanym mi żyjącym Polakiem i wzorem wartym naśladowania.

O pogłoskach, że w archiwach IPN-u „coś jest na Kieżuna” usłyszałem pierwszy raz ok. rok temu, ale tłumaczyłem to jego działalnością wykładową i ekspercką dla rządu PRL-u oraz wyjazdami za granicę. W swojej książce dość otwarcie wspominał o wezwaniach, rozmowach i zagrywkach z funkcjonariuszami SB i było to dla mnie wiarygodne.

Ale czyżby autorzy tacy jak Cenckiewicz, do którego miałem dość duże zaufanie, oraz redakcja zazwyczaj rzetelnego czasopisma odpalili taką bombę jądrową, gdyby nie znaleźli czegoś więcej? Czegoś, co zupełnie zmienia postrzeganie Witolda Kieżuna, jakie wynika z dotychczasowych informacji i jego własnych wspomnień? Czyżby odpowiedzialna redakcja zniszczyła tak naprawdę jeden z niewielu pozostałych nam żyjących autorytetów bez odpowiednich powodów? Czyżby bohater okazał się oszustem i kapusiem?

Dlatego istotne są dla mnie odpowiedzi na dwa pytania:

  1. Czy zarzuty wobec profesora są uzasadnione i wiarygodne?
  2. Dlaczego redakcja Do Rzeczy zdecydowała się na publikację tematu w tym czasie i w taki sposób?

Dziś nie jestem w stanie na nie ostatecznie odpowiedzieć. Niniejszy tekst jest tylko podsumowaniem moich pierwszych refleksji i wniosków.

Czy zarzuty wobec profesora są uzasadnione i wiarygodne?

Z tekstu opublikowanego wynika, że w 1973 r. (czyli 41 lat temu) SB zarejestrowało profesora Kieżuna jako TW Tamiza, a zamknęło teczkę po jego wyjeździe na emigrację w 1980 r. Z materiałów SB wynika również, że prof. Kieżun nigdy nie podpisał zobowiązania do współpracy, nie brał pieniędzy od SB, czyli wygląda na to, że nie ma dowodów na to, że wiedział o swojej rejestracji i był świadomy swojej roli jako TW.

Jeśli chodzi o sam tekst w Do Rzeczy, to patrząc z zewnątrz rzeczywiście czyta się go fatalnie. Autorzy celowo układają narrację w taki sposób, aby przedstawić Kieżuna jako gorliwego donosiciela, który osobiście utożsamiał się z celami SB i często wkładają w tok słów urywków z teczek swoje własne interpretacje, np. w ten sposób:

„[Kieżun] był tak zaniepokojony rozwojem ruchów antykomunistycznych, że w sierpniu 1977 r. zaproponował bezpiece skuteczniejszą metodę walki z opozycją.” piszą autorzy Do Rzeczy.

Czyta się to przerażająco. Czytamy jednak dalej:

„Pójście na represje – miał tłumaczyć SB – nie przywróci zamierzonego celu rozwiązania tego zjawiska, a może podnieść popularność ich organizatorów. […] [Kieżun] uważa, że najbardziej trafnym rozwiązaniem było wydanie amnestii i zamknięcie sprawy czerwca ubiegłego roku”.

Czy więc – znając osobę i życiorys prof. Kieżuna, który np. na początku lat 80-tych jeździł po całej USA wygłaszając kilkanaście wykładów o Solidarności „the Spirit of Solidarity”, wiarygodna wydaje się interpretacja narzucana tu przez autorów, że Kieżun był rzeczywiście zaniepokojony rozwojem opozycji, a nie nasuwa się raczej myśl, że może w swoich rozmowach z SB, których nigdy nie ukrywał, to zaniepokojenie tylko pozorował, a w tej konkretnej sprawie chciał wpłynąć na władzę, aby złagodzić represje wobec opozycji? Przedstawianie sugestii Kieżuna, aby władze zaprzestały represji wobec opozycji, jako dowodu na jego faktyczną wrogość wobec niej, wydaje mi się co najmniej dziwne.

Takie tendencyjne zaostrzenia tekstu dokumentów jak przedstawione powyżej – autorzy dodają w wielu miejscach np: „Tamiza był tak gorliwy, że…”, „podsumowywał pogardliwie” itd.

Donosy czy ustalona gra

Zastrzeżenia budzi też opis rzekomych donosów Kieżuna na swojego przyjaciela i towarzysza broni z Powstania Warszawskiego – Wiesława Chrzanowskiego. Autorzy przejmują SB-cką narrację, że Kieżun pytany o Chrzanowskiego sam zaproponował inwigilację Chrzanowskiego na zbliżającym się przyjęciu imieninowym, ale niestety mimo swoich starań wrócił do SB z pustymi rękami oznajmiając, że nagle Chrzanowski na tych imieninach był na Kieżuna obrażony i nie chciał z nim rozmawiać.

Czy tylko mi nasuwa się myśl, że to raczej umiejętne zbycie SB, niż nieumiejętność wywiązania się z zadania? Autorzy jednak dalej przejmują język, którym Kieżun karmił SB, do opisu stanu rzeczywistego:

„Chrzanowski był jednak nadal nieufny. […] [Kieżun] w dalszym ciągu ubolewał nad jego rezerwą, skarżąc się SB, że taka postawa uniemożliwia mu skuteczne „sondowanie jego orientacji politycznej i zamierzeń”.

Zastanawiam się, co by panowie Cenckiewicz i Woyciechowski zrobili w podobnej sytuacji – odmówili spotkania z SB? Może.

Prof. Kieżun działał w konspiracji antyhitlerowskiej i przeżył przesłuchania NKWD, wymyślając legendy i przykrywki. Konspiracja polega na tym, że ukrywa się istotne fakty np. uwierzytelniając się stwierdzaniem faktów nieistotnych, niegroźnych i możliwych do zweryfikowania. W swoich książkach profesor tłumaczy, że podobne metody stosował również wobec SB i nie ukrywa swojej strategii przekonywania ich do swojej lojalności wobec systemu, więc „odkrycie” teczek pełnych takich „doniesień” nie powinno być dyskwalifikującą go teraz niespodzianką. Z punktu widzenia dzisiejszych doświadczeń, można mu może zarzucić pewną naiwność – ale czy ukrywanie przeszłości agenturalnej?

Czy prof. Kieżun rzeczywiście ukrywał charakter swoich kontaktów ze służbami?

Ciekawa w tym kontekście jest notatka SB przedrukowana w Do Rzeczy, jako jedyny oryginalny dokument z jego „donosu” (o innych zamieszczonych dokumentach niżej). Notatka SB z rozmowy operacyjno – sondażowej obciążająca Kieżuna brzmi następująco:

„Zgodnie z zatwierdzonym wnioskiem w dniu 25 bm. Przeprowadziłem z w/w [W. Kieżunem] rozmowę po uprzednim telefonicznym uzgodnieniu z nim terminu i miejsca rozmowy. Z uwagi na to, że chętny był przyjechać do K-dy rozmowę przeprowadziłem w tut. Komendzie w godz. 10,30-13,00. Podczas rozmowy zachowywał się swobodnie oraz udzielał wyczerpujących wyjaśnień. Rozmowę głównie skoncentrowałem wokół jego wyjazdów do KK i kontaktów na tamtejszym terenie, oraz jego spostrzeżeń godnych zainteresowania Służby Bezpieczeństwa. Do tak postawionej sprawy rozmówca podszedł z dużą dozą dobrej woli i szczegółowo kolejno scharakteryzował swoje kontakty zagraniczne i krajowe.

Otóż z jego wypowiedzi wynikało, że we Francji bywa stosunkowo najczęściej / Paryż i Tuluza / z racji pracy naukowej i wygłaszania odczytów i wykładów na Sorbonie z dziedziny Prakseologii i w Tuluzie i swego kuzyna Jana Wojewódzkiego którego odwiedza prywatnie. [fragment nie widoczny na przedruku]

Rozmowę wykorzystał do zorganizowania zbliżenia polskich naukowców z prof. Langrodem. Tenże profesor w latach do 1947r. stale przebywał w Polsce, będąc przedstawicielem zagranicznej polskiej placówki odmówił powrotu do kraju na przełomie 1947-1948 r. i znalazł się we Francji. Jest autorem szeregu artykułów na tematy opublikowanych w Kulturze paryskiej, o wymowie negatywnej w stosunku do PRL. Rozmówca określając go od strony politycznej oświadczył, że wg. niego prof. Langrod jest masonem, silnie powiązanym z masonerią francuską. Reprezentuje poglądy demoliberalne. Charakterystyczne wg. rozmówcy u niego jest to, że jest negatywnie nastawiony do akcji emigracyjnej Żydów z Polski…”

Znowu – notatkę tę czyta się jak paskudny donos. Warto jednak przytoczyć, co prof. Kieżun sam napisał o tej samej rozmowie w swojej książce biograficznej:

„Przy kolejnym spotkaniu [prof. Zieleniewski] przeczytał mi fragmenty listu, jaki otrzymał od prof. Langroda z Paryża. Pisał on bardzo pozytywnie o mojej aktywności w Paryżu i o publicznym odczycie na Sorbonie. Optymistycznie prognozował mój rozwój naukowy. Wreszcie gratulował profesorowi jako memu promotorowi.

Ta wiadomość oczywiście sprawiła mi przyjemność, nie spodziewałem się jednak, że to właśnie ona będzie prawdopodobnie źródłem ponownego wezwania mnie do Pałacu Mostowskich. Spotkał się ze mną ten sam funkcjonariusz, co poprzednio. Tym razem grzecznie prosił o szczegóły mojego ostatniego (sprzed dwóch lat) pobytu w Paryżu. Chodziło mu o wyjaśnienie celu i charakteru tej wizyty zorganizowanej przez dr. Stanisława Frybesa. Były to niepokojące pytania, bo spotkałem się przecież wówczas z redaktorem Giedroyciem i napisałem dla niego krytyczną analizę sytuacji społeczno-politycznej w przededniu upadku reżimu Gomułki. Wyjaśniłem, że uczęszczałem na seminarium prof. Jerzego Langroda i miałem publiczny odczyt na Sorbonie pod tytułem styl zarządzania w polskich instytucjach i przedsiębiorstwach, na którym był obecny drugi sekretarz polskiej ambasady. Tekst mego odczytu jest publikowany w piśmie „Prakseologia”, w Paryżu brałem też udział w wykładach prof. Stefana Kieniewicza z Uniwersytetu Warszawskiego. Mieszkałem w Polskim Ośrodku przy rue Saint Germain. Dwukrotnie byłem zapraszany na przyjęcia w ambasadzie polskiej, gdzie poznałem osobiście ambasadora.

Te wyjaśnienia okazały się wystarczające. Nie było żadnych pytań o kontakt z Mają Łamzaki i redaktorem Giedroyciem, czego się bałem. Oznaczało to, że nie byłem w Paryżu śledzony. Geneza tego przesłuchania była jednak jasna. Prof. Langrod współpracował blisko z redaktorem Giedroyciem. Niewątpliwie wszystkie listy od niego były kontrolowane przez bezpiekę, być może zresztą wszystkie zagraniczne listy do prof. Zieleniewskiego były kontrolowane.”

Profesor Kieżun opisał tę sytuację sam, dobrowolnie, lata przed opublikowanym wczoraj artykułem, więc nie do końca rozumiem zarzut dziennikarzy Do Rzeczy i innych, iżby prof. Kieżun ukrywał kontakty z SB i gdyby tylko się przyznał, to oszczędziłby sobie i nam tych przykrości. Jak widać prof. Kieżun dość otwarcie pisał o nich wcześniej w swoich książkach. Jego tłumaczenie, że umyślnie skierował rozmowę z SB na Langroda, aby odwrócić uwagę od swoich spotkań z Giedroyciem, bo SB i tak już wiedziała o jego kontaktach z Langrodem z powodu udziału członków polskiej ambasady we wspólnych wykładach, brzmi wiarygodnie. Z notatki SB z tego spotkania wiemy, że o profesorze Langrodzie „donosi”, że był masonem oraz krytycznie nastawiony do PRLu. Nie jest to rewelacją, bo oba fakty były powszechnie znane. (We Francji masoneria Grand Orient de France jest instytucją de-facto jawną, i do dziś wielu czołowych polityków socjalistów otwarcie przyznaje się do członkostwa)

W Do Rzeczy nie ma ani słowa o tym, że prof. Kieżun pisał już o tej sytuacji. A zamiast tego naczelny Paweł Lisicki wytacza ciężkie działa:

„Donosicielstwo, zdrada, szantaż – dzięki nim SB mogła być skuteczna. Dlatego tak ważne jest wyjaśnienie charakteru kontaktów profesora ze służbami. Wielka szkoda, że nie zrobił tego wcześniej sam Witold Kieżun. Tego wymagała sprawiedliwość”

A czym, jeśli nie próbą „wyjaśnienia charakteru kontaktów profesora ze służbami”, jest dobrowolne opisanie tej rozmowy przez prof. Kieżuna w swojej książce na długo przed obciążającą go publikacją?

To nie znaczy, że rozmowy prof. Kieżuna i przytaczane fakty nie mogły mieć żadnych negatywnych konsekwencji – o przyszłych przykrościach Langroda pisze znowu sam Kieżun w swojej książce:

„W latach siedemdziesiątych Langrod, obywatel francuski, przyjechał do Polski. Na lotnisku został poddany upokarzającej kontroli osobistej w osobnym pomieszczeniu. Opowiadając mi o tym oświadczył, że po takim potraktowaniu nigdy już do Polski nie przyjedzie. Umarł w Paryżu w 1990 roku.”

Dokumenty obciążające profesora przedrukowane w Do Rzeczy

Dziwi mnie też wybór zamieszczonych zdjęć oryginalnych dokumentów jako ilustracje do tekstu. Są nimi:

  1. Postanowienie o rozwiązaniu współpracy (z wczesnych lat 80tych), Kwestionariusz TW z 2.5. 1973 r. (wypełniony przez funkcjonariusza SB, pewnie kpt. Tadeusza Szlubowskiego),
  2. Notatka służbowa z rozmowy operacyjno – sondażowej z kwietnia 1973 r. (zacytowana powyżej),
  3. List Witolda Kieżuna do Czesława Kiszczaka z maja 1985 wysłany z Montrealu z prośbą o interwencję w sprawie odmowy wystawienia paszportu przez konsulat w Kanadzie,
  4. Oświadczenie, że w latach 1969-73 nie brał czynnego udziału w akcjach mających na celu zmian w kierownictwie Centralnego Ośrodka Aktywu SD z powodu swojego skoncentrowania na reformy w Banku, (podpisane jawnym podpisem „W Kieżun”),

Tak naprawdę żaden z tych dokumentów nie jest donosem złożonym przez Kieżuna jako TW. Cytowana notatka, wiarygodnie wytłumaczona w przeszłości przez samego Kieżuna, została sporządzona z rozmowy operacyjno – sondażowej, zanim Kieżun został zarejestrowany. Inne przedrukowane dokumenty nie mają charakteru donosu. Nasuwa się pytanie, czy autorzy specjalnie wybrali dokumenty słabo potwierdzające ich zarzuty, aby zostawić sobie amunicję na kolejne publikacje, czy może inne dokumenty nie są bardziej obciążające niż te pokazane? Obydwie możliwości budzą podejrzenia. Oczekiwałbym przedstawienia najsilniejszych argumentów w tak niszczącej czyjeś dobre imię publikacji.

Emigracja czy delegacja?

Kolejne wątpliwości budzi następujący fragment tekstu w Do Rzeczy:

„Warto na koniec odnieść się do formułowanej przez Witolda Kieżuna w publikacjach książkowych (i nie tylko) tezy, jakoby został zmuszony wraz z żoną Danutą do opuszczenia PRL ze względu na grożące mu represje i przeszkody, jakie rzekomo stawiały mu władze w powrocie do kraju w latach 80. Przeczą temu dostępne dokumenty zebrane przez SB w aktach paszportowych, wyjazd profesora w 1980 r. na dwuletni pobyt naukowy [w USA] odbył się bowiem za zgodą władz PRL. Podobnie podróż Witolda Kieżuna dzięki paszportowi służbowemu w stanie wojennym do Burundi.”

Kieżun w swoich książkach, jako główny powód emigracji wymienia poczucie osaczenia przez SB:

„Cóż, [w latach 70tych] okazało się, że nie ma dla mnie drogi ucieczki od nadzoru Służby Bezpieczeństwa. Ta męcząca świadomość coraz bardziej skłaniała mnie do decyzji o emigracji. Była ona jednak trudna do uzgodnienia z Danusią, która nie wyobrażała sobie życia poza Polską”

Natomiast ciekawy jest fragment przedrukowanej w Do Rzeczy notatki o rozwiązaniu współpracy:

TW ps. Tamiza w dniu 3.9.1980r wyjechał do USA na roczny pobyt naukowy. Do kraju nie powrócił w terminie, podejmując następnie pracę jako ekspert ONZ. Termin jego pobytu za granicą jest nieokreślony, jednakże należy przypomnieć, że będzie to dłuższy okres. TW „Tamiza” bowiem ściągnął do USA żonę i dorosłego syna, który podjął pracę zawodową.”

Brak powrotu w terminie, spekulacje o stałej emigracji – nie brzmi to jak przedstawione w tekście wyjazdy w pełni skoordynowane ze władzami PRL, jak sugerują autorzy.

Sprawy do wyjaśnienia

W tekście pada całe mnóstwo dodatkowych zarzutów, których na razie nie jestem w stanie ocenić. Warta uwagi jest kwestia prof. Jadwigi Staniszkis, o której prof. Kieżun pisze, że wspierał jej zatrudnienie w PAN-ie po marcu 1968, co ściągnęło na niego reperkusje, natomiast autorzy tekstu oświadczają, że Kieżun intrygował przeciw jej przejściu z PAN-u do UW kilka lat później. Może można go i ją zapytać o tę kwestię.

Szokujące są też twierdzenia o rzekomych donosach na Roberta Senkiera – natomiast Witold Kieżun sugeruje, że razem z Senkierem uzgodnili odpowiednie zachowanie wobec SB. Nie sposób tego na razie zweryfikować, może profesor będzie miał siłę rozwinąć ten wątek.

W tekście znajdują się też zarzuty charakteru wręcz fantastycznego – jak np. rzekome próby rozpoznania elektrowni atomowej w USA oraz akademii wojskowej West Point przez już prawie 60 letniego profesora. Profesor podejrzewa, że chodzi tu o fragmenty jego listów do żony Danuty, które przysyłał ze swoich podróży po USA, i które były kontrolowane przez bezpiekę.

W końcu autorzy przytaczają fakt, że teczka Tamizy obejmuje aż 900 stron, co wielokrotnie powtarzały inne media. Równocześnie autorzy przyznają, że większość tych materiałów to jego opracowania na temat gospodarki, administracji i reform, czego już inne media nie zauważyły.

Wracając do pytania: czy zarzuty wobec profesora są zasadne? Czy redaktor Lisicki odpowiedzialnie użył słów: „donosicielstwo, zdrada, szantaż”? I przede wszystkim, czy prof. Kieżun rzeczywiście ukrywał swoją „agenturalność”?

Prof. Kieżun twierdzi, że w latach 70-tych nie był świadomy swojej rejestracji jako TW. O swoich kontaktach z SB, przede wszystkim z kapitanem Tadeuszem Szlubowskim, otwarcie mówił długo przed tą publikacją, ale twierdzi, że wiele materiałów z jego „teczki” pokazane mu niedawno zostały skopiowane z jego raportów do Kultury w Paryżu, lub wziętych z opracowań naukowych. Możliwe, że w trakcie periodycznych wezwań do SB te wątki wychwycone z jego korespondencji były pogłębiane, tak jak widzieliśmy w przypadku prof. Langroda.

Jednak w swojej całości tekst Cenckiewicza i Woyciechowskiego nie przekonuje. Sprawia wrażenie pisanego pod tezę. W dodatku, widać zamiar „podkręcenia” argumentów w sposób niegodny naukowców, jakby autorzy spodziewali się wątpliwości czytelników i chcieli już wcześniej zakrzyczeć je. Może jeszcze pojawią się dodatkowe dowody popierające ich zarzuty, zobaczymy.

Natomiast odpalenie takiej „bomby” wobec 93 – letniego, chorego człowieka, który może nie mieć już sił, aby się latami bronić i który może już nie pamiętać szczegółowo wszystkich wydarzeń z przed 40-35 lat i który w różnych formach opowiadał już o dylematach zwiąjanych ze swoimi kontaktami z SB, wydaje się nieuzasadnione i nieodpowiedzialne.

Narzuca się więc pytanie: Dlaczego redakcja Do Rzeczy zdecydowała się na publikację tematu w tym czasie i w taki sposób?

W odpowiedzi na to pytanie pada ze strony redaktorów tygodnika, jak i ich obrońców, kilka stwierdzeń, które niestety częściowo zaprzeczają sobie nawzajem. Odniosę się krótko do trzech najważniejszych

Argument 1. – Prawda jest najważniejsza – jeżeli dziennikarz / historyk otrzymuję taką wiedzę, to ma obowiązek niezwłocznie ją opublikować

Ten argument jest przytaczany nieustannie, przede wszystkim przez ludzi z zewnątrz, nieznających szczegółów sprawy. U wielu czytelników doniesienia o współpracy wywołują od lat wyćwiczony i często prawidłowy, „refleks lustracyjny”. Ale w tym przypadku sami autorzy przyznają, że przytoczone dokumenty były znane badaczom od lat 90-tych. Potwierdza to też prof. Gontarczyk. Wiedział o nich również Cezary Gmyz. Warto zapytać Cenckiewicza, od kiedy wiedział o tym. W każdym razie jest jasne, że moment publikacji dzisiaj nie jest konsekwencją nowego odkrycia naukowego, tylko świadomej decyzji redakcji i chyba nawet nikt temu nie zaprzecza.

Gdyby nagle pojawiły się dokumenty pokazujące, że Kieżun brał pieniądze od SB, gdyby autorzy zaprezentowali dowody, że jego rozmowy z SB pomogły kogoś zniszczyć lub że ukrywał swoje kontakty z SB, to robienie z tych informacji tematu na okładkę i nazywanie tekstu „jednym z najważniejszych tekstów w ostatnim okresie w polskiej prasie” byłoby może uzasadnione. Ale nic takiego nie ma. Jedyne, co jest, to fakt, że obszerne materiały z periodycznych wezwań oraz stałego nadzoru wszelakiej twórczości i korespondencji profesora zostało zebrane w teczce nie operacyjnej, jak spodziewał się profesor Kieżun, tylko od 1973 r. w teczce TW. Czy to jest rewelacja na okładkę? Nie wystarczyłby artykuł w głębi czasopisma wyliczający fakty bez zaostrzeń i konkretne pytania do profesora?

Z większości faktów zaprezentowanych w tekście wyłania się obraz człowieka, który w rozmowach z SB, których swoim zdaniem jako były AK-owiec i ekspert od zarządzania nie mógł uniknąć, próbuje:

a) zaspokoić żądzę informacji SB w sposób chroniący swoich bliskich i przyjaciół,

b) wskazać na jego zdaniem rzeczywiste patologie w kraju i podpowiedzieć rozwiązania dla nich.

A jednym z jego przewodnich tematów, gdy pisze o tych czasach, są dylematy jak pogodzić wierność wartościom przedwojennej inteligencji, Armii Krajowej i chrześcijaństwa z życiem w PRL-u; co z bólem serca w końcu prowadzi do jego emigracji.

Argument 2 – Tamiza a Bolek – Hipokryzją byłoby lustrować Bolka, a nie lustrować Tamizy

Powtarzane jak mantra porównania do przypadku Wałęsy jest nieuzasadnione: Wałęsie naukowcy i byli opozycjoniści zarzucają, że odbierał pieniądze od SB (słynne wygrane w totolotku), że wypierał się natury tych kontaktów i że wykorzystał pozycję prezydenta RP do zniszczenia lub ukrycia części akt.

Ja osobiście mojej oceny Wałęsy nie opierałem na samych rewelacjach Cenckiewicza – dopiero obejrzenie filmu Nocna Zmiana i zobaczenie na nim zachowania i nerwowości Wałęsy utwierdziło moje przekonanie, co do jego przeszłości.

Reguła, że należało w ogóle nie rozmawiać z SB wydaje mi się ogólnie rozsądna – przede wszystkim dla działaczy opozycji. Nie wiem czy jest ona realistyczna w odniesieniu do naukowca i byłego AK-owca na początku lat 70-tych. Rafał Ziemkiewicz powtarza, że „nie było niewinnych kontaktów z SB”. To jak jego zdaniem miał się zachować były AK-owiec, który regularnie był wzywany do SB? Nasi kanapowi moraliści są dla mnie mniej przekonujący w tej sprawie niż profesor Kieżun. Poza tym on się tych kontaktów nigdy nie wypierał, a opisy jego rozmów i zagrywek z SB w książce biograficznej profesora jak widać potwierdzają się w notatkach SB, których on sam nie znał, co w moich oczach bardzo uwierzytelnia jego wspomnienia.

Poza tym Kieżun, w odróżnieniu do Wałęsy, nie działał w strukturach ścisłej opozycji, tylko należał do kręgu rozszerzonej elity naukowców, która jakoś ułożyła się z PRL-em. Wystarczy przeczytać bardzo ciekawe opisy profesora Kieżuna o jego rozmowach z gen. Jaruzelskim w stołówce Akademii Wojskowej w Drawsku. Może to być dla niektórych niespodzianką i może redaktorzy uznali, że te fakty powinny go dyskredytować jako dzisiejszy autorytet dla ludzi „prawicy”. Mogliby o tym napisać artykuł. Ale nie można profesorowi zarzucić, że to ukrywał, i na razie nic nie potwierdza sugestii, żeby prof. Kieżun przedstawiał siebie, jako kogoś innego niż był.

Profesor Kieżun dzielił się swoimi opiniami na temat tego, co należy w Polsce naprawić z każdym, kto chciał tego słuchać – z Kulturą Paryską (przesyłając pisemne opracowania oraz później taśmy, za pośrednictwem Marii Łamzaki Mawro – dlatego prof. Kieżun podejrzewa, że niektóry z wymienionych w artykule Do Rzeczy charakterystyk osób z kadr PRL-u SB uzyskało z jego dość otwartych raportów do Giedroycia w Paryżu), z amerykańskim US Information Agency (w 1999 r. wcielonej do departamentu stanu) i profesorem Senkierem, ale również z władzami PRL oraz w periodycznych wezwaniach przez SB, których doświadczali zdaniem Kieżuna wszyscy jego znajomi AK-owcy, w tym Chrzanowski. Kieżun przytacza ok. 9-10 takich wezwań na rozmowy przede wszystkim z kpt. Szlubowskim, a także z mjr. Felisiem, a 3 takie wezwania szczegółowo opisuje w książce „Magdulka i cały świat”.

Bronienie potraktowania prof. Kieżuna przez tygodnik Do Rzeczy porównaniem do casusa „Bolka”, jest więc nieuzasadnione i krzywdzące. Zarzuty wobec Kieżuna są niewspółmierne z zarzutami wobec Wałęsy – co najwyżej można Kieżunowi zarzucić pewną naiwność i gadulstwo w swoich rozmowach z SB, a nie płatną agenturalność i nadużywanie pozycji do niszczenia dowodów.

Argument 3 – Szantaż intelektualny – Trzeba było „odstrzelić” prof. Kieżuna, bo pewne środowiska stosowały intelektualny szantaż wobec środowiska neorealistów

Fot. wPolityce.pl
Fot. wPolityce.pl

Pozostaje trzeci argument, przytaczany dość otwarcie przez autorów tekstu i redakcję. Sugeruje on, że prof. Kieżun prezentowany jako krystalicznie czysta postać był niesprawiedliwie trudnym przeciwnikiem dla środowiska „neo – realistów” współpracujących z tygodnikiem, przede wszystkim dla zastępcy redaktora naczelnego Piotra Zychowicza, ale również dla Rafała Ziemkiewicza i autora tekstu o Kieżunie, Sławomira Cenckiewicza, którzy głoszą skrajnie negatywną ocenę Powstania Warszawskiego, a dodatkowo redaktor Zychowicz propaguje koncepcję sojuszu Polaków z Hitlerem.

Czyżby sugestia, że w tym leży prawdziwy powód nagonki na profesora, była przesadną teorią spiskową?

Jednak autorzy tekstu wcale nie kryją swojej motywacji: „W obliczu dobiegających końca obchodów 70 rocznicy Powstania Warszawskiego chcemy jedynie zwrócić uwagę opinii publicznej na sytuację, w której wyrocznią w sprawach historii, polityki i moralności jest człowiek niemający odwagi przyznać się do błędu”

Wtóruje im Rafał Ziemkiewicz w swojej wypowiedzi dla TV Republika:

„Ta wiedza po środowisku krążyła. Ale „pewne środowiska” chciały go wykreować na autorytet, którego słowo jako starego powstańca ma ucinać wszystkie dyskusje, ucinać wszelkie argumenty”

Redaktorzy więc otwarcie przyznają, że autorytet profesora przeszkadzał im w głoszeniu swoich ocen „w sprawach historii”.

Fot. wPolityce.pl
Fot. wPolityce.pl

Odnoszę wrażenie, że było wręcz odwrotnie niż sugeruje Rafał Ziemkiewicz – ludzie słuchali argumentów o Powstaniu prof. Kieżuna, bo były one przekonujące. Witold Kieżun nigdy nie powiedział:

Ja, jako niekwestionowany bohater Powstania ogłaszam, że Zychowicz i spółka to idioci albo zdrajcy (choć pewnie miałby do tego prawo).

Nie, z budzącą szacunek cierpliwością powtarzał swoje rzeczowe argumenty o tym, że dla niego Powstanie było koniecznością i wywodziło się z postawy i odczuć samych Warszawiaków, którzy odmówili wykonania rozkazu Niemców stawienia się 100 000 mężczyzn do budowy fortyfikacji Warszawy. Nie przypominam sobie żadnej głośnej polemiki z argumentami prof. Kieżuna ze strony młodych realistów.

Zamiast tego, tygodnik zastosował metodę, którą innym – może w ramach projekcji – wmawia Ziemkiewicz. To oni na podstawie znanych informacji oraz teczek IPN-u zmiksowali bombę, która miała na celu zdyskredytować autorytet profesora, zamiast wdać się w merytoryczną dyskusję z nim.

Przewrotność i nikczemność takiego manewru jest dla mnie przerażająca. Szkody wyrządzone profesorowi, Polakom i Polsce są ogromne. Fizycznie wzbiera mi się na wymioty, gdy czytam komentarze ludzi, którzy już od niedzieli, po pojawieniu się okładki, ale przed ukazaniem się tekstu w Do Rzeczy, wylewają na profesora kubły wyzwisk w stylu „kapusia”, „UB-ka”, „donosiciela”, nie wiedząc jeszcze, co w rzeczywistości mu się zarzuca.

Nasuwa się myśl, że może studiując latami teczki i sposób działania SB, autorzy zinternalizowali ich metody.

Ale jestem przekonany, że mogą się dalej dwoić i troić, ale Polacy i tak nigdy nie zastąpią pamięci i podziwu dla bohaterów proponowanymi przez nich fantazjami kolaboranckimi, relatywizmem moralnym, oportunizmem i interesownością. I niestety, nie może ta sprawa też upiec się tygodnikowi Do Rzeczy. Jest mi z tego powodu przykro, bo czytałem do teraz każde wydanie, choć w ostatnim czasie coraz mniej chętnie. Szkoda będzie utraty tygodnika konserwatywnego w obliczu dominacji rynkowej prasy establishmentowej, ale myślę, że po tej sprawie tygodnik Do Rzeczy straci tylu czytelników, że w następnych miesiącach upadnie. Ja w każdym razie ostatni raz kupiłem ten tygodnik.

Wnioski:

Nie chcę na siłę wybielać profesora, i myślę, że nie potrzebuje on wybielania. Nie ma ludzi idealnych i może rzeczywiście był okres, w którym profesor Kieżun przywykły do rozmów z kapitanem z SB uległ pokusie prób załatwiania spraw osobistych dzięki tym kanałom. I może w swoich wspomnieniach i książkach pominął niektóre fakty jak ten, że podobno napuścił SB na dealera sprzedającego narkotyki w szkole jego syna.

I może tak powszechny wśród przedwojennej inteligencji oraz w realiach PRL-u styl załatwiana spraw poprzez protekcję, rekomendację i interwencję może w dzisiejszej ocenie wydawać się nieadekwatny. Może przez pewien czas profesor nawet widział w gierkowskich władzach PRL-u potencjalnego partnera do budowy lepszej Polski. Może po 40 latach pamięta niektóre rzeczy wyraźniej niż inne, a może o niektórych wolałby zapomnieć. Mam nadzieję, że będę miał okazję porozmawiać z nim na te tematy. A może nic z tego nie jest prawdą i rzuca niesprawiedliwą czerń na jego postać.

Jeżeli o mnie chodzi, to po wstępnej analizie nic z tego, co wczoraj przeczytałem w Do Rzeczy, nie zmienia mojej oceny prof. Kieżuna. W dodatku, metody użyte tam przez redakcję uważam za nierzetelne, porównania do Wałęsy za niestosowne, apele do „przyznania się” za nieuzasadnione. Niestety niezależnie od tego, jak ta sprawa się potoczy, już nie ma powrotu do status quo ante. Trudno, profesor Kieżun doświadczył tak wielu niesprawiedliwości w swoim życiu, więc pewnie i z tym problemem się upora.

Fot. wPolityce.pl
Fot. wPolityce.pl

Nie ma ludzi idealnych, i nie wiem, czy pojawią się fakty zmuszające do zmiany tej oceny, ale na dzień dzisiejszy ufam bardziej profesorowi Kieżunowi niż oskarżającym go dziennikarzom – z szeroko opisanych tu powodów.

I nie wiem, gdzie mnie to stawia, i czy poza nawiasem, i czy jest to sprzeczne z poprawną postawą lustracyjną – nie obchodzi mnie to.

Posted in SYLWETKI | Otagowane: | 1 Comment »

Prof. Kieżun w Radiu Wnet: „Ujawniłem wszystko co mogłem, (…) ale są rzeczy o których nie mogę powiedzieć”

Posted by tadeo w dniu 26 Wrzesień 2014

fot. wPolityce.pl
fot. wPolityce.pl

Na antenie Radia Wnet prof. Kieżun odniósł się do tekstu pisma „Do Rzeczy”, które zarzuciło mu współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa.

CZYTAJ WIĘCEJ: Prof. Kieżun oskarżony o współpracę z SB. „Jak zobaczyłem, że jestem TW, chciałem się zastrzelić. Córka wytrąciła mi pistolet z rąk”

Żadnej zgody nie podpisywałem, o tym, że miałem jakiś pseudonim dowiedziałem się teraz od pana Woyciechowskiego. Mam ten dokument, to jest po prostu na zakończenie rozmowy [z kpt. Szulbowskim – przyp. red.], poprosił mnie, że niech pan to napisze, że zobowiązuje się do zachowania całości treści tajemnicy rozmowy. Dla mnie to było zrozumiałe, ja to zrozumiałem. Okazuje się, że to jest podstawa traktowania mnie jako TW i nadania mi pseudonimu, o czym nie wiedziałem

— tłumaczy uczestnik Powstania Warszawskiego.

Miałem stałe kontakty, stale pisałem, skończyło się na tym, że w 78 r. zarówno Senkier jak i Kossakowski dali mi cynk, że oni nigdy więcej nie przyjadą. Dostałem później konkretną informację, swojego rodzaju polecenie: wyjeżdżaj z całą rodziną. To wszystko tłumaczą te dwa dokumenty: do szefa bezpieki, pisze gen. brygady Pożoga o tym, że osoba podejrzana o współpracę z CIA utrzymuje bliskie kontakty z prof. Kieżunem i czy do rozpracowania w.w. można wykorzystać osobę W. Kieżuna. W odpowiedzi: „ustaliliśmy, że prof. W. Kieżun był organizatorem pobytu Roberta Senkiera w Polsce”. Dostałem informację: wyjeżdżaj z całą rodziną

— opowiada.

Tłumaczy także sprawę listu do Kiszczaka opisanego w artykule Cenckiewicza i Wojciechowskiego:

List do Kiszczaka napisałem dwa lata później. Miałem paszport kanadyjski, dostawałem w USA nowe zadania, które polegały na rozpowszechnianiu propagandy wiedzy o filozofii solidarności, o sytuacji w Polsce. (…) Później przyszła moja zgoda na pół roku przedłużenia mojej pracy w ONZ. Natomiast 2,5 roku później, jak wróciłem do Afryki, jako reprezentant Kanady, napisał do mnie minister sprawiedliwości, że jest w ciężkiej sytuacji zdrowotnej i potrzebuje zastrzyki, których w Polsce nie mógł dostać. Myśmy byli kolegami z ławki. Ja mu powiedziałem, że nie zobaczymy się, że już jestem spalony. A on mi powiedział, żebym napisał do Kiszczaka list za jego pośrednictwem. Czytam, tam, że Kiszczak się podobno zgodził, ale ja już nie wiem, nie miałem kontaktu. Paszport dostałem w 90. roku, w 1992 chciałem wracać, ale Senkier powiedział mi, że nie. (…) pod koniec 98 roku Senkier powiedział: teraz to już możesz wracać, ale bądź teraz już bardzo ostrożny

— wyjaśnia.

Ponownie stwierdza, że o swoich kontaktach z SB napisał, i dokumenty przedstawił marszałkowi Chrzanowskiemu, ministrowi Stasiakowi, oraz Lechowi Kaczyńskiemu.

Dodaje, że materiały przywołane w tekście w „Do Rzeczy” to jest szereg dokumentów, których nigdy nie widział.

Trzeba pamiętać o jednej rzeczy: że są pewne działania, o których ja powiedzieć nie mogę, a mogę tylko przeczytać to, że stwierdzono że agenta CIA do polski sprowadził W. Kieżun. Zostałem w straszny sposób skrzywdzony. Chciałem bardzo przeprosić, że w strasznej wściekłości powiedziałem, że gdybym miał pistolet to bym strzelił. Gdy przyszedł do mnie pan Woyciechowski, to teraz już mogę powiedzieć, miałem jeden pistolet. (…) Ujawniłem wszystko co mogłem, (…) ale są rzeczy o których nie mogę powiedzieć. Są pewne służby, prace, których w ogóle nie można ujawnić. Dlatego pozwoliłem sobie przeczytać te dokumenty

— mówi.

mc

http://wpolityce.pl/historia/215155-prof-kiezun-w-radiu-wnet-ujawnilem-wszystko-co-moglem-ale-sa-rzeczy-o-ktorych-nie-moge-powiedziec

Przeczytaj także:

Redaktorzy otwarcie przyznają, że autorytet profesora Kieżuna przeszkadzał im w głoszeniu swoich ocen „w sprawach historii”

Prof. Kieżun: całe szczęście dla tych sku…, że nie mam już pistoletu!

Prof. Kieżun dla TV Republika: Jak zobaczyłem, że jestem TW, chciałem się zastrzelić

https://tadeuszczernik.wordpress.com/tag/prof-kiezun/

Posted in Radio WNET | Otagowane: | 2 Comments »

Prof. Kieżun dla wPolityce.pl: Te rozmowy są kompromitujące. Widać upadek kulturalny i intelektualny.

Posted by tadeo w dniu 23 Czerwiec 2014

Fot. KPRM
Fot. KPRM

wPolityce.pl: Media żyją kolejnymi odsłonami rządowej afery. Kolejne rozmowy szokują i wywołują zgorszenie. Czy rząd może funkcjonować w takiej atmosferze?

Prof. Witold Kieżun: To nie jest jedynie sprawa polska, podobne historie pojawiają się również w innych krajach. Jest stała tendencja, by podsłuchiwać tego typu rozmowy. To jednak nie zmienia faktu, że te rozmowy są kompromitujące. One świadczą, że ludzie władzy nie mają za grosz odpowiedzialności. Jest sprawą kapitalną, że ten, kto jest odpowiedzialny za zabezpieczenie, czyli szef MSW, jest sam podsłuchiwany. To jest daleko idąca naiwność.

Jak Pan ocenia treść tych rozmów?

Pierwsze, co mnie uderzyło, to sprawa języka. Walczę od lat z tym. Nie możemy dopuścić do tego, żeby w taki ordynarny sposób kaleczyć język polski, używaniem takich nieprzyzwoitych określeń. W tej chwili to się zupełnie upowszechniło. Jestem z tego pokolenia, któremu nie wypadało nawet powiedzieć „cholera”, czy „psia krew”. A na taśmach słyszymy przerywanie rozmowy zupełnie ordynarnymi wypowiedziami. To jest wpływ kultury rosyjskiej, w której od zawsze używa się takich określeń. Język, którego używają nagrali ludzie, jest sprawą kompromitującą.

Obrońcy rządowi twierdzą, że rozmowy były prywatne i były prowadzone w nieoficjalnych okolicznościach. To coś zmienia?

Osoby będące na takim poziomie, które co któreś słowo używają tego typu nieprzyzwoitych określeń, kompromitują się zupełnie. Nie ulega wątpliwości, że te podsłuchy w smutny sposób pokazują nieodpowiedzialność ludzi władzy, bo oni powinni mieć świadomość technicznych możliwości współczesnego świata. Oni powinni wiedzieć, że takich rozmów nie należy prowadzić w miejscach niezabezpieczonych. Szczególnie, że w restauracji, w której toczyły się rozmowy, jak się okazuje był jakiś pokój dla VIP-ów. Wiadomo było więc, że toczące się tam rozmowy mogą być wielce ciekawe. Mamy do czynienia z daleko idącą kompromitacją. Ta sytuacja wpisuje się w pewien ciąg.

O czym Pan mówi?

Wystarczy wspomnieć ostatnie miesiące. Mieliśmy doniesienia o wybitnym polityku, który po pijanemu chwalił się wielkością swojego członka. Mieliśmy posła, który twierdzi, że pobiła go policja, zaś policja twierdzi, że to on bił. I znów nocna awantura po pijanemu. Mieliśmy kolejnego wybitnego działacza, który po pijanemu robił awantury nalotnisku. Na przestrzeni ostatnich miesięcy mamy dowody na to, że nasza kadrakierownicza kompromituje się. Przydałoby się opublikować rejestr wszystkich interwencji policji w hotelu sejmowym na przestrzeni kilkunastu lat. Pamiętam doniesienia medialne o jednej z takich sytuacji, gdy z okien wypadła w nocy… naga kobieta. Trudno się dziwić potem, że w sondażach dotyczących prestiżu zawodowego, polityk i poseł znajduje się na ostatnim miejscu.

Co ten ciąg wydarzeń mówi o Polsce? Jakie wnioski z tego należy wyciągnąć?

Dodajmy do tego ciągu jeszcze sprawę ministra, który dostaje zegarki, a teraz okazuje się, że kombinuje, żeby jego żona nie płaciła podatków itd. To jest już wystarczająca liczba przypadków, żeby stwierdzić, że dobór kadry kierowniczej w Polsce jest niewłaściwy. Trzeba dojść do tego, by kadra kierownicza była z prawdziwego zdarzenia. W jakim kraju my żyjemy? Trzeba wreszcie doprowadzić do tego, żeby kadra zarządzająca to byli ludzie na poziomie, ludzie, którzy myślą kategoriami dobra wspólnego, a także, którzy są poważnymi ludźmi, którzy mają poczucie obowiązku i poziomu. Dla mnie to jest przerażające. Ja kończę już swoje życie i patrzę na to z wielkim smutkiem. Sądziłem, że stworzymy państwo, które będzie potrafiło wykreować kadrę kierowniczą na wysokim poziomie. Tej chwili następuje natomiast upowszechnienie jakiegoś potwornego stylu. Widać olbrzymi upadek poziomu kulturalnego i intelektualnego.

Rozmawiał Stanisław Żaryn

http://wpolityce.pl/polityka/201941-prof-kiezun-dla-wpolitycepl-te-rozmowy-sa-kompromitujace-widac-upadek-kulturalny-i-intelektualny-nasz-wywiad

Posted in Wywiady | Otagowane: | Leave a Comment »

Prof. Kieżun: „Powtarzam raz jeszcze: nasza sytuacja jest dziś tragiczna!”

Posted by tadeo w dniu 1 Kwiecień 2014

Fot. wPolityce.pl
Fot. wPolityce.pl

Nasza sytuacja w tej chwili jest bardzo ciężka, głównie przez niesłychanie daleko idący stopień opanowania polskiej gospodarki przez „światowy kapitalizm”

— mówi prof. Witold Kieżun – prakseolog, ekonomista, żołnierz AK, Powstaniec Warszawski w rozmowie z portalem niezlomni.pl.

Nasza samodzielność w unikaniu zagrożeń najniebezpieczniejszych – masowej emigracji (w ubiegłym roku – 500 tys. Polaków) oraz wymierania społeczeństwa jest znikoma. Potrzebny byłby wielki i jednolity wysiłek ekonomiczny, który można w skrócie opisać tak: Polak pracuje w polskim przedsiębiorstwie; Polak kupuje polskie towary; Polak ma świadomość, że musi wspierać polski przemysł, polską gospodarkę. A tu w prasie złe wiadomości na temat struktury cen: za te same produkty Polak płaci od 30 do nawet 65 proc. drożej niż obywatel Zachodu!

— podkreśla profesor, wskazując na przyczyny tego stanu rzeczy:

Jest tu wiele przyczyn, m.in. nasza nadmiernie rozwinięta biurokracja, ale główna – to fakt, że 70 proc. towarów na polskim rynku jest obcego pochodzenia. Są one wyceniane znacznie, znacznie drożej. Za tablet, który w USA kosztuje 240 dol., u nas trzeba zapłacić 2200 zł… Wyjście z tej sytuacji wymagałoby przede wszystkim zjednoczenia politycznego Polaków, bo to rozbicie jest fatalne: mamy w Polsce zarejestrowanych 85 partii…

Zdaniem prof. Kieżuna standardy polityczne dramatycznie się obniżyły, a ludzie rządzący państwem nie cieszą się już szacunkiem społecznym.

Przeprowadziłem badania prestiżu społecznego różnych zawodów. Okazało się, że polityk i poseł zajmują niemal z reguły ostatnie miejsca. W jednym z badań wyszło, że prestiż polityka jest poniżej prestiżu niewykwalifikowanego robotnika… Czemu się dziwić, skoro media co i rusz informują: ten się upił i pobił, tamten się po pijanemu wygłupiał, inny jechał z nadmierną szybkością? Należy wprowadzić przy rekrutacji do władzy najwyższe standardy!

— mówi profesor. Podkreśla przy tym, że czas, by zacząć dokonywać świadomych i odpowiedzialnych wyborów obywatelskich.

Czekają nas wybory. Osobiście uważam, że należało doprowadzić do wcześniejszych wyborów i jasno przedstawić prawdę: sytuacja jest tragiczna.Władza wciąż chwali się, że jesteśmy „Zieloną Wyspą”, że nam rośnie PKB, że może o tyle, a może trochę więcej… To wszystko nie ma znaczenia. Te zyski po pierwsze nie idą w pełni na nasze konto. Po drugie – żeby dojść do poziomu europejskiego, musimy mieć 6 czy 7 proc., a nie 1,2 czy 2,3 proc. rocznie, z tym, że większość powinna zostawać w Polsce i służyć dalszemu rozwojowi!
Bez radykalnej zmiany struktury gospodarczej, zwłaszcza finansowej, nic się nie uda. Należy wśród Polaków upowszechniać świadomość, że jesteśmy w bardzo ciężkiej sytuacji – politycznej i ekonomicznej. Konieczna jest mobilizacja wszystkich środowisk, przede wszystkim środowisk centrowo-prawicowych. Trzeba mówić głośno: 10 mln ludzi żyje poniżej minimum socjalnego, a nawet poniżej minimum minimum socjalnego! 1,4 mln młodzieży nie dojada! Dzisiejsza sytuacja Polski podobna jest do tej z 1935, 1936, 1937 r. Powtarzam raz jeszcze: nasza sytuacja jest dziś tragiczna!**

—mówi prof. Kieżun.

mall / niezlomni.pl

http://wpolityce.pl/polityka/189449-prof-kiezun-powtarzam-raz-jeszcze-nasza-sytuacja-jest-dzis-tragiczna

Posted in Gospodarka i Ekonomia | Otagowane: | Leave a Comment »

Odzyskać banki dla polskiej gospodarki – rozmowa z prof. dr. hab. Witoldem Kieżuniem.

Posted by tadeo w dniu 8 Grudzień 2013

Polskie banki miały zostać tanio wysprzedane tzw. inwestorom zagranicznym

Polskie banki miały zostać tanio wysprzedane tzw. inwestorom zagranicznym/©123RF/PICSEL

Rafał Zaza: Gdzie jest „grzech pierworodny” prywatyzacji polskiego sektora bankowego?

Cytat

Wyceny banków były robione przez zagranicznych audytorów często od lat współpracującymi z zagranicznymi inwestorami. Koszty tych wycen były bardzo wysokie, obciążające dochody z prywatyzacji

Witold Kieżun: – Sama koncepcja prywatyzacji sektora bankowego narodziła się w kwietniu 1988 roku – drogę ku temu otworzyła tzw. ustawa Wilczka przyjęta w grudniu tego roku, dalece liberalizująca stosunki gospodarcze w Polsce i oparta na Kodeksie handlowym z 1934 roku. Sama w sobie była dobrym krokiem, ale wiąże się ona z koncepcją transformacji gospodarczej, zainicjowanej wizytą George’a Sorosa w maju 1988 roku. Soros opowiada o tym szczerze w swojej książce, dość szczegółowo omawia swoją rolę w polskiej transformacji, poczynając od założenia w Polsce Fundacji Batorego i spotkania z gen. Wojciechem Jaruzelskim, a potem z późniejszym doradcą ekonomicznym premiera Mazowieckiego – Waldemarem Kuczyńskim oraz przedstawienia idei terapii szokowej nieżyjącemu już komunistycznemu premierowi Mieczysławowi Rakowskiemu (G. Soros, Underwriting Democracy, The Free Press, New York 1991). Ustawa Wilczka oraz nowa koncepcja transformacji, sprowadzająca się przede wszystkim do prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych, stworzyły konieczność budowy siecibankówkomercyjnych. Zarazem powstała ogromna szansa na wzbogacenie się środowiska, które w tym procesie uczestniczyło tzw. partyjnej nomenklatury. Specjalną ustawą wydzielono z Narodowego Banku Polskiego aktywa dziewięciu banków komercyjnych o charakterze regionalnym. Ta nowa struktura bankowości kierowana przez aparat partyjnej nomenklatury stała się podwaliną procesu tzw. nomenklaturowej prywatyzacji.

czytaj dalej

Jak wyglądał jego przebieg?

– Odbywało się to tak, że dyrektor państwowego przedsiębiorstwa opuszczał je wraz z – dziś byśmy powiedzieli – odpowiednim know-how, zabierając ze sobą najlepszych pracowników. Dostawał kredyt z banku komercyjnego i otwierał własną firmę identycznej specjalności albo uczestniczył na preferencyjnych warunkach w prywatyzacji firmy, w której niedawno był zatrudniony. Nietrudno się domyślić, że mając możność dowolnego kształtowania wysokości uposażeń bez bardzo wysokiego podatku od płacy tzw. popiwku, obowiązującego tylko w przedsiębiorstwach państwowych, szybko doprowadzał do upadku państwowego konkurenta.

– To wszystko łączy się z procesem transformacji gospodarczej wdrażanej przez Jeffreya Sachsa i Leszka Balcerowicza, która obok dogmatu prywatyzacji przedsiębiorstw przewidywała otwarcie granic dla nieograniczonego napływu towarów i agresywnego kapitału zagranicznego przedstawiającego się jako „zbawcy” jakoby całkowicie zrujnowanej w PRL gospodarki. Podobna sytuacja miała miejsce w latach 80. XX wieku w już zdekolonizowanej niepodległej Afryce. Na bazie niezwykłego rozwoju techniki komunikacji i ideologii liberalnej ekonomii rozpoczął się okres neokolonializacji ekonomicznej w formie bezpardonowej prywatyzacji, zakupu odziedziczonych po kolonizatorach źródeł surowców i przedsiębiorstw produkcyjnych po rewelacyjnie niskich cenach.

Neokolonializm? Ale w Polsce?

– Tak, właśnie tak to można określić. To, co się wydarzyło w Polsce, w swojej istocie jest podobne do tego, co zaszło wówczas w Afryce – mieszkałem tam 10 lat i mogłem to dokładnie obserwować i analizować. Cechą tej prywatyzacji, wykupu własności państwowej dokonanej przez wielkie korporacje międzynarodowe była bardzo niska cena firm związana z upowszechnioną korupcją, także likwidowanie potencjalnej konkurencji metodą tzw. wrogiego przejęcia, kupna przedsiębiorstwa i jego zlikwidowania albo zmarginalizowania jegodziałalności.

W Polsce też były łapówki przy prywatyzacji banków?

– Na ten temat mogę tylko jedno powiedzieć – że w 1999 r. Bank Światowy przeprowadził badania inwestorów zagranicznych w Polsce. Dawali oni „prowizje” za udział w prywatyzacji, z tym że należy pamiętać, że wówczas te prowizje były, np. w Niemczech, zgodne z obowiązującym prawem. Bank Światowy pozyskał także informację, że za 3 mln dolarów można było kupić odpowiednią ustawę w polskim Sejmie. Ówczesny marszałek Sejmu Maciej Płażyński wystąpił do prokuratora rejonowego w Warszawie z wnioskiem o zbadanie tej sprawy. Uzyskała ona jednak odpowiedź od Banku Światowego, że ankieta miała charakter anonimowy. Sprawę umorzono.

Banki w Polsce stopniowo przechodziły w ręce zagranicy. Prywatyzacja odbywała się także przez giełdę, ale później i tak zagraniczni akcjonariusze skupywali akcje i zdobywali całkowitąkontrolęnad bankami. Jak pan ocenia ten proces?

czytaj również

  • Sprzedaż Banku Śląskiego to sztandarowy przykład tego, że prywatyzacje są prawdziwym polem minowym dla rządzących. By stać się współwłaścicielami Śląskiego. Złożono wówczas najwięcej zapisów w historii giełdy – ponad 820 tys. – więc drobni inwestorzy dostali tylko po trzy akcje na głowęwięcej »

– Został on przeprowadzony w skandaliczny sposób. Wyceny banków były robione przez zagranicznych audytorów często od lat współpracującymi z zagranicznymi inwestorami. Koszty tych wycen były bardzo wysokie, obciążające dochody z prywatyzacji. Pisze o tym w swoim opracowaniu m.in. dr Ryszard Ślązak, który zebrał liczne udokumentowane przykłady. W pierwszej koncepcji transfer zysków do spółek matek banków zagranicznych miał być ograniczony do 15 proc. zysku netto, potem z tego zrezygnowano i mógł się on odbywać zupełnie swobodnie. Niesamowitym skandalem, o którym dziś już niewiele się mówi, była prywatyzacja Banku Śląskiego. Był to nowoczesny, jak na tamte czasy doskonale zinformatyzowany, szybko rozwijający się bank o kapitale akcyjnym w wysokości 926 mld zł i portfelu złych kredytów nie przekraczającym średnio 8 proc. Pierwsza wycena wartości akcji wynosiła ok. 230 tys. zł (starych), a potem Marek Borowski, ówczesny minister finansów, podniósł ją do 500 tysięcy. W pierwszym notowaniu akcje uzyskały cenę 13,5 razy wyższą od ceny nominalnej, wzrastając do 6,75 mln złotych. Na tej prywatyzacji zarobili nie przeciętni obywatele, ale przede wszystkim ci, którzy to organizowali. Okazało się także, że przed prywatyzacją bardzo poważnie zaniżono kapitał akcyjny banku oraz zyski banku za 9 miesięcy 1993 roku. Podjęto więc dochodzenie, NIK sprawdzał tę prywatyzację, złożono sprawozdanie w Sejmie. Oprócz dymisji ministra Marka Borowskiego nikomu jednak nie spadł włos z głowy.

– Drugą wielką i skandaliczną prywatyzacją była prywatyzacja Wielkopolskiego Banku Kredytowego w Poznaniu. Doradzał brytyjski Schroders. Powszechną praktyką było angażowanie niezwykle wysoko opłacanych zagranicznych doradców do wyceny i przeprowadzania emisji akcji. Sprzedawano akcje WBK za 140 tys. zł (starych), a pierwsze notowanie na giełdzie wyniosło 350 tys. złotych. Najwięcej ich nabył Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju, który po roku sprzedał cały pakiet Allied Irish Bankowi… sześć razy drożej! Pokazuje to skalę spekulacji, jaka została zaaranżowana przez państwowego właściciela. Potem były następne prywatyzacje, odbywały się przez giełdę, ale inwestorzy zagraniczni szybko skupywali akcje i przejmowali kontrolę nad bankami. Taki los spotkał np. BRE czy BPH. Pekao SA, po skonsolidowaniu z innymi bankami, sprzedano Włochom za ok. 5 mld zł; dziś aktywa tego banku wynoszą 110-115 mld zł. W przybliżeniu sprzedaliśmy nasze banki za ok. 25-30 mld zł, co stanowiło nie więcej niż 15 proc. ich realnej wartości. W ten sposób na ponad 60bankówistniejących w Polsce mamy jedynie cztery z polskim, większym czy mniejszym, kapitałem. Powszechną praktyką było i jest zaniżanie przez Skarb Państwa ceny emisyjnej akcji przy ofertach giełdowych. Chyba jednak największym skandalem było sprzedanie Citibankowi najstarszego i o zasięgu międzynarodowym Banku Handlowego w Warszawie SA, założonego jeszcze w XIX wieku przez finansistę Leopolda Kronenberga.

Dlaczego kraj powinien kontrolować swój sektor bankowy, tak jak to jest np. w Niemczech? Argumentem tych, którzy twierdzą, że należało oddać kontrolę zagranicznym konglomeratom finansowym, jest to, że w Polsce nie było odpowiedniego kapitału, a banki w latach 90. potrzebowały pilnie wzmocnienia, bo miały wysokie portfele złych długów.

– Cała prywatyzacja polskiego sektora bankowego odbyła się w sposób chaotyczny i doraźny. Przepłacono zagranicznym konsultantom. Banki sprzedano za tzw. cenę rynkową, ale przez nich wycenianą. Podobnie zresztą, jak i wiele rentownych przedsiębiorstw. Ci, którzy to zrobili, ulegając marketingowi różnej maści zagranicznych „doradców”, doprowadzili nie tylko do ogromnych strat budżetu, ale także zaszkodzili całej polskiej gospodarce. Oceniam, że budżet stracił na operacji prywatyzacji banków ok. 150-200 mld złotych. Po tych prywatyzacjach polską kadrę zarządzającą stopniowo zastępowali cudzoziemcy.

Zwolennicy tej prywatyzacji argumentują, że inaczej się nie dało, nie było wówczas w kraju pieniędzy.

– To żaden argument. Na prywatnych rachunkach w Narodowym Banku Polskim w tamtych latach było zdeponowane ok. 8 mld dolarów, a co najmniej drugie tyle stanowiły dewizowe oszczędności Polaków. Również pula rezerwy dewizowej na zabezpieczenie wartości złotego została źle skalkulowana, nie było potrzeby stworzenia aż tak dużych rezerw. Część z nich można było włączyć do procesu prywatyzacji banków. Można było też zaciągnąć pożyczki zagraniczne, ewentualnie sprzedać mniejszościowe zestawy akcji. Obecnie zyski banków w Polsce są wysokie, rzędu circa 15 mld zł rocznie. Po prostu nie było woli politycznej – banki miały zostać tanio wysprzedane tzw. inwestorom zagranicznym. Sprzyjała im także inflacja, w Polsce depozyty i papiery skarbowe były o niebo wyżej oprocentowane niż kredyty na Zachodzie – taki mechanizm utrzymywał się dłuższy czas. Proszę spojrzeć na przykład transformacji banków chińskich. Gdy brakowało im kapitału, zaprosiły zagranicznych inwestorów, udostępniły im pulę akcji nie wyższą niż 30 proc., robiąc przy tym prawdziwy przetarg na międzynarodowych rynkach.

czytaj również

Jest pan za tzw. repolonizacją banków, której przykładem ma być przejęcie przez PKO BP Nordea Banku?

– Jestem generalnie za, ale nie wiem, czy nie jest na to za późno. Co chwila pojawia się jakaś okazja, banki się łączą, dzielą, wyprzedają swoje aktywa. Trzeba działać. Dziwię się, że dotąd nie zdywersyfikowano w wystarczający sposób kapitału zagranicznego – jeśli chodzi o kraje, z którego pochodzi. Zaniedbano np. zainteresowanie naszym rynkiem wykazywane przez banki kanadyjskie, które już dawno mogły sfinansować na korzystnych zasadach budowę autostrad. To nie Bank Światowy czy EBOR powinny stać się kołem zamachowym gospodarki, ale banki kontrolowane przez Polaków. Tymczasem tak się nie stało. To stworzyło tragiczną dla nas sytuację, bo żaden ważny kraj nie wyzbywa się swojego sektora bankowego; przykładowo udział kapitału obcego w aktywach banków niemieckich nie przekracza 6 proc., a w innych krajach tzw. starej Unii sięga on nie więcej jak 10, 20, 30 proc. W Kanadzie dominują dwa banki państwowe – jeden o charakterze inwestycyjnym, a drugi oszczędnościowym. U nas na istniejące cztery banki polskie, tylko jeden – BGK ma 100 proc. kapitału polskiego. Polska straciła praktycznie możliwość sprawnego finansowego stymulowania swojego rozwoju gospodarczego przez sektor bankowy, bo oczywiście banki zagraniczne preferują swoje macierzyste przedsiębiorstwa.

Banki spółdzielcze i SKOK-i jako alternatywa dla banków zagranicznych w Polsce – dlaczego to jest tak ważne?

– Są doskonalą alternatywą, ale na spółdzielczość – zarówno bankową, jak i SKOK-i – rządzący przeprowadzają szalony atak. Chodzi im o zneutralizowanie znaczenia tej części rynku. Instytucje te są tłamszone rygorystycznymi przepisami, co wpływa źle na ich wyniki, tym bardziej że dotąd nie dążyły do maksymalizacji zysków za każdą cenę, jak to robią banki zagraniczne. Kasy oszczędnościowe, nawet kosztem zysków własnych, angażują swoich członków i dają atrakcyjne lokaty. Proszę zwrócić także uwagę na fakt, że kredyty oprocentowane powyżej 10 proc. przestają de facto być opłacalne, a tzw. banki komercyjne nadal oferują pożyczki i kredyty na wyższe oprocentowanie, podczas gdy za depozyty płacą śmiesznie mało. Marże pomiędzy oprocentowaniem kredytów a depozytów w bankach w Polsce są bardzo duże. Nie mobilizuje to Polaków do oszczędzania, a przedsiębiorców do zaciągania kredytów. Buduje natomiast olbrzymie zyski banków, które wolą inwestować w bony i obligacje skarbowe niż finansować rozwój przedsiębiorstw. To jest patologia.

Nie było prób przeciwdziałania tym patologiom?

– Były. Powołanej w maju 2006 r. śledczej komisji sejmowej do zbadania przekształceń kapitałowych i własnościowych pod przewodnictwem byłego posła PiS Artura Zawiszy ukręcono głowę. Trybunał Konstytucyjny we wrześniu 2006 r. stwierdził, że umarza postępowanie… ze względu na niedopuszczalność wydania orzeczenia. Uzasadnienie wyroku ma 40 stron!

Co wobec tego, co dalej? Nie ma już nadziei?

– Oczywiście dojście do sytuacji „normalnego kraju”, takiego, jakim jest większość pierwszej piętnastki Unii Europejskiej, w których to bankowość jest w olbrzymiej większości domeną działalności instytucji krajowych, wymaga racjonalnej strategii. Oczywiście trzeba wstrzymać wszystkie plany prywatyzacji banków polskich. Punktem wyjścia reformy powinno być przyjęcie zasady, że instytucje i przedsiębiorstwa państwowe i samorządowe prowadzą wszystkie operacje finansowe w kilku jeszcze istniejących polskich bankach lub/i w spółdzielczych bankach i kasach. Tę zasadę można uzasadnić zyskiem finansowym. Śmieszy mnie ostatnio częsta reklama paru banków zagranicznych, że płacą nawet po 4-4,5 proc. w sześciomiesięcznych rachunkach oszczędnościowych, podczas gdy np. SKOK-i z oddziałami w Warszawie płacą nawet po 6,9 proc. Stale też zdarzają się okazje korzystnego zakupu banków zagranicznych, wobec wielkiej opłacalności działalności bankowej w Polsce warto i je wykorzystywać. Godna polecenia jest też wielka akcja masowego rozwoju idei systematycznego, choćby drobnego oszczędzania. W II RP na książeczkach oszczędnościowych Pocztowej Kasy Oszczędności można było lokować nawet jedną złotówkę. Podobna akcja francuskiej mniejszości w kanadyjskim Quebecu rozwoju idei oszczędzania we francuskich kasach oszczędnościowych Desjardins doprowadziła do ukształtowania się francuskiego kapitału, na bazie którego rozwinęła się francuska aktywność gospodarcza konkurująca z bogactwem kapitału angielskich Kanadyjczyków. Sądzę też, że w koniecznej reformie systemu podatkowego w Polsce można by, obok podatku obrotowego dla wielkiego handlu, wprowadzić też specjalny podatek dla banków.

Będą się bronić rękami i nogami…

– Wymaga to starannego opracowania strategii działania. Niewątpliwie obecny stan ekonomicznego zdekolonizowania naszej gospodarki wymaga zdecydowanej akcji reformatorskiej w dziedzinie bankowości, słusznie uważanej za „nerw” rozwoju ekonomicznego. Wyjściem z obecnej sytuacji może być też – zbudowanie różnymi sposobami – skłonności Polaków do oszczędzania. Mniej konsumpcji, więcej oszczędzania, jest jeszcze jakaś szansa. Trzeba też stworzyć prawdziwą modę na polskie produkty, zarówno w kraju, jak i za granicą. Wzmocnić spółdzielczość, reaktywować komunalne banki, zastanowić się nad renacjonalizacją niektórych banków, które zostały sprzedane zagranicy. Przede wszystkim trzeba dokapitalizować Bank Gospodarstwa Krajowego, żeby mógł skutecznie wspierać reanimację polskiej gospodarki. Warunkiem ratowania polskiej gospodarki jest jednak racjonalny system doboru kadry fachowych decydentów, w nawiązaniu do praktyki stosowanej w niezwykle sprawnych wielkich koncernach, reprezentujących jednak nie tylko wysokie fachowe kwalifikacje , ale i postawę priorytetu ideowego.

Rafał Zaza

http://biznes.interia.pl/wiadomosci/news/odzyskac-banki-dla-polskiej-gospodarki,1970328

Posted in Gospodarka i Ekonomia, Wywiady | Otagowane: | 1 Comment »

Prof. Kieżun o systemie emerytalnym: „To jeden z fragmentów bezmyślnej polityki finansowej, jaką prowadzimy w Polsce od lat.”

Posted by tadeo w dniu 7 Grudzień 2013

MG/Blogpress.pl

wPolityce.pl: Jak pan ocenia nowe regulacje, dotyczące OFE, które przegłosowano w piątek w Sejmie?

Prof. Witold Kieżun: Uważam, że zabieranie pieniędzy z OFE do budżetu jest zabieraniem imiennych pieniędzy do bezimiennego kapitału, gdzie rozkładają się one na wszystkich innych ludzi, którzy z tego korzystają. To jest niewłaściwe. W OFE ludzie indywidualnie zbierali pieniądze, natomiast przekazanie ich do ZUS-u, to ich likwidacja i podział na wszystkich. Kto się na to zgadza, to jest jego prywatna sprawa, ale jest to błędne posunięcie. Ale z drugiej strony całe OFE są jednym wielkim bzdurstwem, bo to było umożliwienie zagranicznym przedsiębiorcom prowadzenia giełdowych operacji pieniędzmi, które mają służyć jako emerytury. To jest nonsensem. Zapominamy już ile pieniędzy ludzie stracili na giełdzie. Nie wiadomo czy w ogóle pewnego dnia nie stracą wszystkiego – na giełdzie jest się raz pod wozem, raz na wozie. Cała operacja z OFE jest takim błędem jak olbrzymia większość finansowych działań w Polsce.

Co ostatnia zmiana oznacza dla ludzi?

Te pieniądze będą dzielone według posiadanej wielkości emerytury. Te pieniądze z OFE nie będą już funduszami konkretnej osoby. Ludzie będą mieli emerytury według ogólnych zasad, według przepracowanego czasu itd., to nie będą zindywidualizowane środki. Osobiste pieniądze są przekierowane do ogólnego kapitału, służącego wszystkim posiadającym uprawnienia emerytalne. Wielkość mojej emerytury nie będzie już zależała od tego, ile ja tam włożyłem, ale od zasad, którym podlegają wszyscy pobierający emerytury z ZUS-u. To jest niewłaściwa koncepcja – tak samo jak cała operacja OFE była niewłaściwa, jak już wcześniej wspomniałem, Nie można było dawać kilkunastu – w tym zagranicznym – instytucjom, za grubą opłatą, operowania pieniędzmi na giełdzie, która zawsze jest wielkim ryzykiem. Na giełdzie można zawsze wszystko stracić i wiadomo, że dwukrotnie już stracili – kapitał stworzony w OFE zmniejszył się o straty na giełdzie. Poza tym kolosalne pieniądze były w rękach zagranicznych przedsiębiorców. Te wszystkie operacje były nonsensowne i robione na niekorzyść społeczeństwa polskiego. To jest jeden z fragmentów bezmyślnej polityki finansowej, jaką prowadzimy w Polsce od dwudziestu paru lat.

Czy było w tym momencie jakieś wyjście, aby wycofać się z OFE w inny sposób niż to zrobił rząd?

Chyba nie, chyba tylko na zasadzie osobistej decyzji, tak jak to zrobiły również Węgry. Ewentualnie można byłoby zlikwidować to w taki sposób, że każdy dostaje to co włożył.

Czy to nie będzie jednorazowy zastrzyk środków finansowych do budżetu, a potem te kwestie i tak trzeba będzie rozwiązać?

To wszystko zależy od tego jak będzie wyglądała przyszłość polityczna w Polsce, od tego kto będzie rządził i jaka filozofia będzie obowiązywała. W tej chwili ta, która od wielu lat obowiązuje, jest filozofią, która nie jest zgodna z interesem społeczeństwa i Polaków. To wszystko zależy jak to się wyklaruje. Na tą chwilę sprawa z OFE jest jasna, pozostaje to w kwestii indywidualnej decyzji. Moim zdaniem, w perspektywie 6-7 lat jednak ZUS zbankrutuje, bo w dalszym ciągu należy przewidywać systematyczną emigrację i utrzymanie się wysokiej stopy bezrobocia. Nie ma komu płacić składek emerytalnych, a sytuacja może się jeszcze pogarszać, więc prędzej czy później system emerytalny zbankrutuje. Ta sytuacja wygląda bardzo niebezpiecznie w przyszłości, ale nie wolno tracić nadziei i trzeba liczyć na to, że może nastąpi racjonalna zmiana zbiorowego rozwoju ekonomicznego, który to usprawni. Węgrom to się jakoś udaje – stworzyli nowy system podatkowy, obciążyli banki, zagraniczne przedsiębiorstwa. W obecnej strukturze naszej gospodarki perspektywy rozwojowe są bardzo ograniczone. Przy obecnej polityce nie wiadomo jak to dalej będzie, aktualnie – moim zdaniem – sytuacja jest tragiczna.

not. mc

http://wpolityce.pl/wydarzenia/68982-prof-kiezun-o-systemie-emerytalnym-to-jeden-z-fragmentow-bezmyslnej-polityki-finansowej-jaka-prowadzimy-w-polsce-od-lat-nasz-wywiad

Posted in Gospodarka i Ekonomia, Wywiady | Otagowane: | Leave a Comment »

Prof. Witold Kieżun w Klubie Ronina

Posted by tadeo w dniu 3 Grudzień 2013

Posted in POLECAM, Polityka - video | Otagowane: | Leave a Comment »

Prof. Kieżun o zagrożeniach ze strony Rosji

Posted by tadeo w dniu 14 Listopad 2013

Kieżun

posłuchaj teraz

Profesor Witold Kieżun, ekonomista, żołnierz Armii Krajowej ocenia ostatnie manewry Rosji i Białorusi w obwodzie kaliningradzkim oraz mówi o sytuacji Polski na arenie międzynarodowej

– Manewry Rosji są poważnym zagrożeniem. To jest skierowane przeciwko nam i wymaga interwencji Unii Europejskiej. Jest to niedopuszczalna historia żeby nam grozić. Na tym przykładzie możemy się przekonać jak daleko możemy liczyć na unię (…). Jak to przeczytałem (informację o ćwiczeniach z antynatowskiej integracji armii białoruskiej i rosyjskiej – red. ) to nie chciałem w to wierzyć. (..) To tak jak byśmy byli w przededniu ataku – komentował prof. Kieżun.

Profesor mówił także o braku polskiej siły zbrojnej. I dodał – W tej chwili polityka rosyjska jest nastawiona absolutnie dynamicznie na odzyskiwanie straconych terenów pod swoją władzą.

A jakie jest polityczne położenie Rzeczpospolitej? – W tej chwili nasza pozycja ekonomiczna jest bardzo słaba dlatego, że jesteśmy wykupieni przez zagranicę. Wielki przemysł jest w rękach zagranicznych. To co mamy to jest margines. Mamy tylko lekki i mały przemysł. Nasz potencjał polityczny wiąże się potencjałem ekonomicznym, a potencjał ekonomiczny wygląda tak, że Polska jest krajem typu neokolonialnego.

A czy jest jakaś nadzieja dla Polski? – Jedyna szansa to nasze nieszczęsne łupki. Gdyby się naprawdę udało eksploatować to olbrzymie bogactwo jak robią to Stany Zjednoczone, gdzie kończy się kryzys. Dzięki temu, że mają swoją własną energię to Amerykanom opłaca się nawet produkować w Stanach. U nas takiej perspektywy nie ma.

emu

Posted in Radio WNET | Otagowane: | Leave a Comment »

Wywiad z prof. Kieżunem trzeba przeczytać.

Posted by tadeo w dniu 3 Listopad 2013

Każdy temat jest dobry, aby tylko nie myśleć i nie pytać o przyczyny obecnego stanu rzeczy. Władza robi wszystko, aby rodacy nie dyskutowali o bezrobociu, o narastającej nędzy, o wyludnianiu się kraju, o umieraniu bez należytej pomocy, o braku bezpieczeństwa na ulicy i w szkole i tym wszystkim, czego jesteśmy w coraz większym stopniu pozbawiani. Zmusza się nas poprzez zmanipulowane media do wsłuchiwania się w kłamstwa płynące z dostępnych mediów, w których od lat brylują przygotowani celebryci z naukowymi tytułami. Zawsze znajdzie się news, którym przygniata się widza, aby tylko zapomniał i nie stawiał kłopotliwych pytań. Dziennikarze tygodniami mogą dyskutować o zmaganiach między Tuskiem i Gowinem, nazwisku piłkarskiego selekcjonera, czy wynikach sondażowych, zaletach raportu Anodiny i Millera,  aby tylko nie dopuścić do rozmowy o Polsce i Polakach.

Dlatego, gdy na jednostronnej gazetowej sieczce ukazuje się odrobina prawdy, obrazująca przyczyny i mechanizmy doprowadzające do upadku naszego kraju, nie możemy tylko ze względów ekonomicznych być pozbawieni takiej informacji. Mimo, że bez echa/ czemu się nie dziwię / przeszedł wywiad z profesorem Kieżunem w tygodniku „W sieci” , to na naszej witrynie zawsze znajdzie się miejsce dla takiego tematu.

Tego nie da się spokojnie czytać. Ale to trzeba przeczytać.

Prof Kieżun

OKRADLI NAS JAK OKRADALI AFRYKĘ

Straciliśmy własny potencjał gospodarczy, Polska wymiera i emigruje. Dziś tylko jedno leży mi na sercu: żeby Polacy się przebudzili. Bo nie o taką Polskę walczyłem

Jacek i Michał Karnowscy rozmawiają z prof. WITOLDEM KIEŻUNEM, wybitnym ekonomistą, byłym ekspertem ONZ, żołnierzem AK, uczestnikiem powstania warszawskiego, więźniem sowieckich łagrów /Tygodnik „ W sieci” /

Wielu Polaków może szokować teza, którą głosi pan od ładnych paru lat: Polska jest krajem skolonizowanym dokładnie tak samo jak kraje afrykańskie, mimo że leży w środku Europy i należy do struktur zachodnich.

Moje doświadczenie jest dość unikalne. Na wła­sne oczy, pracując dla ONZ, widziałem ostry atak neokolonizatorów na młode państwa afry­kańskie. Widziałem to w Burundi, widziałem w Rwandzie. Widziałem brak jakiejkolwiek etyki, brak skrupułów, niesłychaną brutalność.

Na czym to polegało?

Miało to związek z rozwojem globalizacji, którą z kolei wywołały gwałtowny skok technolo­giczny, komputery, rozwój transportu lotni­czego. I z początkami panowania liberalizmu ekonomicznego, ideologii pełnej swobody. Nagle, jak na rozkaz, pod koniec lat 80. zaczął się najazd setek przedsiębiorców. Z przeraże­niem zacząłem dostrzegać, że Burundi, kraj, który zaczynał się pięknie rozwijać, z mądrym prezydentem, któremu doradzałem, traci swoją szansę. Widziałem, że wyceny przedsiębiorstw,

np. fabryk świetnej kawy, przeprowadzają spe­cjaliści z Zachodu, bez żadnej kontroli, bez żad­nej gwarancji, że zależy im na losie kraju.

Towarzyszą temu zapewne łapówki.

Oczywiście. Widziałem ten mechanizm, bo chodziłem do klubów dla elity, gdzie przy­jezdni mieszali się z przedstawicielami lokalnej władzy. Wiedziałem, kto komu daje łapówki, jak się łamie opór, jak się przejmuje majątek. I w pewnym momencie doznałem szoku, bo znajomy do mnie mówi: „Jesteś Polakiem?”. „Tak” – odpowiadam. „To co ty tu robisz? Tutaj to nic, eldorado to jest Polska!”.

Eldorado do szybkiego, łatwego zarobku?

 Tak. Radzą mi: zorganizuj trochę pieniędzy i jedź.

co pan zrobił?

Napisałem list do Aleksandra Gieysztora i Wi­tolda Trzeciakowskiego z ostrzeżeniem, co się szykuje. Ale oczywiście zostałem. I powołałem tajną komisję, która oceniała zachodnie wyceny burundyjskich firm. I szybko się okazało się, ż sprzedawano firmy za 15 proc. wartości. A więc praktycznie za tyle samo, ile później w Polsce.

Co pan zrobił z tą wiedzą?

Udało się nam podnieść cenę sprzedaży trzy krotnie. Później jednak, pod naciskiem Banku Światowego, wprowadzono w kraju demokrację w miejsce łagodnych rządów monopartii. I to już zdemolowało ten kraj. Potem doszło tam jak wiemy, do rzezi, w których zginęło 800 tys ludzi. Źródła tej tragedii także leżą w walce kapitału o wpływy.

Jakie wnioski wyciągnął pan z tej afrykańskiej obserwacji w odniesieniu do przyszłość Polski?

Nie ma żadnej etyki biznesu. Ona jest wykła­dana, ale ona nie obowiązuje. Parafrazując Lenina, etyczne jest to, co służy uzyskaniu większego zysku. O tym się głośno nie mówi jednak tak jest, dotyczy do zwłaszcza wielkich koncernów, które są świetnie zorganizowane i silniejsze od wielu państw.

Polska poszła na pierwszy ogień w naszym regionie. Dlaczego?

Po pierwsze, była kolebką zmian, po drugie, była krajem z dużym sektorem prywatnym: rol­nictwem, rzemiosłem, pierwszymi firmami. To nas wybrał George Soros, który uważa siebie za mesjasza i który już w maju 1988 r. przyjechał do Polski.

Po co przyjechał?

Kontaktował się z Wojciechem Jaruzelskim i Mieczysławem F. Rakowskim, a także z ludźmi, którzy później zostali doradcami ekonomicz­nymi Tadeusza Mazowieckiego. I postawił konkretną propozycję: szybkie i gwałtowne przejście na system gospodarki rynkowej. Efekt jest taki, że 23 grudnia 1988 r. Biuro Polityczne PZPR wprowadza tzw. ustawę Wilczka. Polska staje się krajem gospodarki wolnorynkowej, ale liberalnej. Zupełna swoboda i dwa podstawowe założenia: otwarte granice i prywatyzacja.

Większość Polaków powie: wreszcie normal­ność!

Operetka, nie normalność. Mówimy przecież o losach wówczas prawie 40-milionowego kraju. Kraju, który według wszystkich nieza­leżnych statystyk jest wówczas na 12. miejscu w świecie pod względem produkcji. Nie za­możności, ale produkcji. Mamy wiele przed­siębiorstw wysokiej techniki, sporo licencji, duży przemysł zbrojeniowy oraz doświadcze­nie w budowie dróg i fabryk za granicą. Mamy duży potencjał, osiągnięty kosztem niesłycha­nej biedy całych pokoleń, kosztem wielkiego wysiłku społeczeństwa. Oceniam obiektywnie, choć mam powody nie lubić PRL.

Co mogliśmy z tym zasobem zrobić w 1989 r.?

 Mądre elity powinny powtórzyć drogę Chin. A więc eksport produktów może nie zawsze najwyższej jakości, zapewne niesupernowoczesnych, lecz dużo tańszych. Mogliśmy być na rynkach światowych obok Chińczyków. To była fantastyczna okazja, niestety już stracona

My o tej szansie nie wiedzieliśmy, ale Zachód wiedział?

 

Wiedział i dlatego natychmiast ruszyła wielka ofensywa sprowadzająca się do likwidacji konkurencji. A więc kupują przedsiębiorstwa i je likwidują. Klasyczny przykład Zakładów Wytwórczych Urządzeń Telefonicznych – War­szawa, Węgrów, Bydgoszcz. Zakłady, które za­opatrywały cały Związek Radziecki w aparaty. Przyjechał więc Siemens, kupił, i sprytnie dał załodze 9-miesięczną pensję na pożegnanie. Po czym produkcję przeniósł do Niemiec, budynki zburzył, a ziemię sprzedał.

Te aparaty telefoniczne ZWUT naprawdę moż­na było dostosować do otwartego rynku ?

Pamiętajmy o jednym: gdy polski inżynier wyjeżdżał za granicę, wszędzie na świecie, w bardzo krótkim czasie, stawał się jednym z najlepszych. Myśl techniczna była, ludzie byli, potencjał był. Gdybyśmy mądrze to po­prowadzili, dziś bylibyśmy potęgą.

Kto mógł tym pokierować?

Trzeba było sięgnąć po świetnych polskich ekonomistów, którzy porobili kariery na Za­chodzie. W samym Montrealu było pięciu pol­skich uczonych, z których każdy znajdował się w pierwszej piątce najlepszych na swojej uczelni. Trzeba było skorzystać z rad ludzi, którzy wiedzieli, czym jest kolonizacja.

Ci, którzy wówczas rządzili, także w latach 90-tych, nie chcieli słuchać cudzych rad?

Żadnych. W efekcie 90 proc. sprzedanych pol­skich przedsiębiorstw zostało wycenionych przez zagranicznych ekspertów, grubo opłaca­nych. Wyceny były, jak już powiedziałem, takie jak w Afryce: 15 proc. realnej wartości. A zwy­kli Polacy byli jak dzieci, nic nie rozumieli, na wszystko się zgadzali. Nie było żadnego planu, żadnej myśli.

Czy możemy się z tej pułapki wyrwać? Mo­żemy przełamać mechanizm kolonizacji?

. Moglibyśmy wyrwać się przy silnej władzy. Tu musimy przypomnieć II Rzeczpospolitą. Tamta Polska zginęłaby dużo szybciej, gdyby nie za­mach majowy. Te pierwsze lata II RP to było to samo co teraz. Po 1926 r. jednak ruszyliśmy do przodu, a tuż przed wojną rozwijaliśmy się wspaniale. Gdyby nie wojna, Polska w 1955 r. dogoniłaby Francję pod względem poziomu rozwoju.

Bez demokracji można się rozwijać?

Generalna zasada zarządzania brzmi: jest parę szczególnych sytuacji, w których należy zrezy­gnować z przesadnej demokracji. To sytuacja zagrożenia wojennego, to sytuacja dramatycz­nej reorganizacji. Gdy przechodzimy duży za­kręt, trzeba mieć plan i go realizować.

Jak Orban?

Węgry to dziś dla nas wzór. Ale widzimy też, jak wielką trzeba mieć odporność, by coś zmienić. Przecież na Orbana ruszyła nawała. Jednak on się trzyma. I robi to, co proponowa­łem, przede wszystkim podatek obrotowy dla przedsiębiorstw.

Teraz mamy kolejną niespodziewaną szansę na skok rozwojowy: łupki. I co?

Dobrze, że panowie poruszyli tę sprawę. Bo tę szansę już praktycznie straciliśmy! Rozma­wiałem niedawno z kolegą z Filadelfii, który pracuje dla jednego z koncernów w tej branży. I powiedział mi: rezygnujemy. Od dwóch lat nie ma podstawowego prawa geologicznego i oni z każdym drobiazgiem muszą biegać po zgodę władzy. Więc przenoszą się do Rosji. Bo Rosjanie proponują im prosty układ: 60 proc. zysku dla nas, 40 proc. dla was. A my od dwóch lat zajmujemy się pytaniem, czy geje mogą za­wierać małżeństwa, czy nie.

A dziejowa szansa ucieka. I doczekaliśmy się prawa unijnego, które zablokuje cały ten sek­tor. Mogło być inaczej?

Mogło być jak w Stanach. Tam firmy wracają z produkcją z Chin. Bo choć koszty pracy są w USA wyższe, to dzięki łupkom energia znów zaczęła być tania. I to pozwala odbudować przemysł. Nic dziwnego, że Rosja rzuciła mi­liardy, żeby zablokować łupki w naszej części Europy. Europejska lewica już jej uległa.

Jaka jest rola mediów w boju o Polskę?

Kluczowa. Ludzie nie wiedzą, co się dzieje. Dostają propagandę i pozwalają się oszukiwać. Nie znają podstawowych faktów. Np. takich, że zagraniczne banki zarabiają w Polsce 15 mld zł rocznie. A myśmy sprzedali wszystkie nasze banki za 25 mld, choć były warte 200 mld zł! I dziś nie mamy bankowości. To jak nie mieć broni, idąc na front. Całe szczęście, że są SKOK, też zresztą atakowane. To instytucje, które świetnie działają.

Ludzie mają jednak poczucie, że w niektórych sferach idziemy do przodu. Miliony Polaków żyją na przyzwoitym poziomie.

W Afryce też miliony żyją nieźle. Kraje ko­lonialne mają być eksploatowane, lecz nie niszczone. Polacy mają mieć samochody, ale stare. Mają pracować za grosze, bo to niskie koszty pracy, a nie np. myśl techniczna, mają być naszym jedynym atutem. No i mamy się zadłużać na potęgę. W swojej książce „Patologia transformacji” wyliczyłem polskie zadłużenie, razem z tym ukrytym, na 3,5 bln zł. Zarzucano mi, że to liczby wzięte z powietrza. A teraz, kilka dni temu, Leszek Balcerowicz wyliczył, że nasze zadłużenie to 4 bln zł.

W jakiej mierze to dług odziedziczony po ko­munistach?

W1989 r. mieliśmy 45 mld doi. długu. Relatyw­nie niedużo. I co więcej, mogliśmy, korzystając z fantastycznej atmosfery wokół Polski, dopro­wadzić do pełnego anulowania tego zadłużenia.

Tusk znacznie przyspieszył zadłużanie Polski

Więcej niż znacznie. Zaczął rządzić, gdy był ok. 500 mld zł oficjalnego zadłużenia. Teraz jest ponad 300 mld więcej.

 Często porównuje się Tuska do Gierka: obaj zadłużają kraj. Co pan o tym sądzi?

Gierek, generalnie rzecz biorąc, wydawał pożyczki dużo lepiej. Zbudował 500 zakładów’ pracy, budował drogi, szpitale. To inwestycje, z których korzystamy do dziś. A dzisiejsze wydatki budzą wiele wątpliwości. Jak można budować drogi, które kilometrami otoczone są ekranami akustycznymi? To miliony wyrzucone w błoto. Tego nie ma nigdzie na świecie.

Biedny kraj, który w niektórych obszarach sypie bez sensu złotem?

Jeszcze będąc w Kanadzie, zacząłem walczyć z największymi nonsensami, a więc z rozbó dową administracji w epoce informatycznej. Wchodzą komputery, a my odbudowujemy powiaty! I to takie, które średnio liczą 80 ty mieszkańców. Dla porównania: średni szczebel  samorządu w takim kraju jak Francja to jednostki liczące 400-500 tys. mieszkańców. To była zbrodnia, tego nie ma nigdzie na świeci Tak jak nigdzie nie ma dwóch struktur szczebla wojewódzkiego

 Dlaczego nie słuchano pana alarmów?

Chodziło o to, żeby obsadzić swoimi ludźmi więcej stanowisk. Ludzie, których nazwisk nie mogę podać wprost, mówili mi to całkiem otwarcie. Po to są też te biura polityczne w mi- nisterstwach, po to powołuje się po 9-10 wiceministrów. Powtarzam: w epoce cyfryzacji!

Trend powinien być odwrotny?

Oczywiście. Idźmy dalej: kto zostaje w Polsce ministrem? Czy cyfryzacją rządzi wybitny specjalista od cyfryzacji? Nie, ministrem zostaje Michał Boni. Powołujemy niepotrzebne fachowe ministerstwa, choć wystarczyłyby urzędy kierowane przez fachowców w danej dziedzinie. Np. Urząd Transportu wieloletnio  kierowany przez specjalistę po politechnicz- nych studiach w tym zakresie.

Chaos.

Także prawny. Podstawowe dla państwa ustawy były zmieniane 40,60, a nawet 120 razy.  Dziesiątki posłów zmieniają swoją przynależne partyjną. Nawet partie się mnożą. Mieliśmy jedno PiS, a teraz z tego PiS mamy cztery ugrupowania. Jako specjalista w dziedzinie zarządzania  czuję się w tym okropnie. To wszystko przeczy najbardziej elementarnym zasadom sprawnego działania.

Tusk chciał to zmienić, choć próbował?

Jego filozofia działania przeraża. Pamiętał słowa, że liczy się „tu i teraz”, czy też stwierdzenie, iż „ludzie są, jacy są, i nie jest sprawą rządu, żeby ich zmieniać”. Nie, jest sprawą rządu zmienianie ludzi! Społeczeństwo trzeba wychowywać, trzeba podsuwać dobre wzorce. Zwłaszcza w kraju, gdzie nie ma praktyki spo­łeczeństwa demokratycznego.

To „tu i teraz” bardzo pasuje naszym potęż­nym sąsiadom: Niemcom i Rosjanom.

Finał tej polityki już widać, powiedział o tym otwarcie ostatnio Lech Wałęsa, wzywając do przyłączenia Polski do Niemiec. Myślałem, że z krzesła spadnę, gdy to usłyszałem!

Absurd?

Nie, kierunek. Przecież wcześniej w Berlinie był minister Radosław Sikorski, który kłaniając się Niemcom, oferował polską niepodległość. Można powiedzieć: Hitler zwyciężył. W tej chwili rządzą Niemcy. Amerykańscy dyplomaci nie dzwonią do Brukseli, dzwonią do Berlina.

 

Mówi pan: Hitler zwyciężył. Jak to rozumieć?

 Hitler chciał zdobyć Europę. I ta idea niemiec­kiej dominacji, przy wszystkich różnicach, jest dziś zrealizowana. Nie ma już w niemieckim hymnie słów „Deutschland, Deutschland uber alles”. Ale symbolicznie melodia pozostała ta sama. Niemiecka karność i łatwość podporząd­kowania się znów przynoszą temu narodowi sukces. Na tym tle wypadamy źle, bo tam, gdzie trzech Polaków, tam są cztery opinie. Tak się nie da konkurować.

Pan jest powstańcem warszawskim, odzna­czonym Virtuti Militari. Gdy słyszy pan Wa­łęsę mówiącego o przyłączeniu Polski do Nie­miec, ma pan poczucie, że to zdrada?Likwidowanie państwowości polskiej. Musi budzić sprzeciw.

A propos powstania. Co pan myśli, kiedy sły­szy, że ten wielki zryw to był „obłęd”?

To nieprzyzwoite. Powstanie to była grecka tragedia. Powstanie nie mogło nie wybuchnąć.

Dlaczego?

Trzeba się trochę cofnąć. Musimy stale powta­rzać, jak potwornym doświadczeniem była okupacja niemiecka. Wychodziło się na ulicę, żegnało się z matką, która mówiła: „Uważaj!”. Jechało się tramwajem w wielkim strachu. Nagle ktoś krzyczał: „Łapanka! Łapanka!”. Tramwaj zatrzymuje się, a Niemcy już biegną i już strze­lają. Od razu strzelają! Podam kilka zdarzeń. 16 grudnia 1939 r. jadę tramwajem z Żoliborza do miasta. Tramwaj staje na przystanku nad Dwor­cem Gdańskim. Pod górę idzie oficer niemiecki, piękny mężczyzna, elegancki. Z drugiej strony idzie polski pijaczek i tak zawadiacko do Niemca zagaduje: „Heil Hitler! Heil Hitler!”. Niemiec wy­ciąga pistolet i na miejscu tego pijaczka zabija.

Bestie.

19 września 1940 r. Wehrmacht o piątej rano otacza Żoliborz. Wchodzą z karabinami maszy­nowymi do każdego mieszkania. Kto nie pra­cuje dla Niemców, kto nie ma papieru, do Oświęcimia. Tak to wyglądało. Prywatek nie było, bo to oznaczało ryzyko, że za­interesuje się gestapo. Radia nie było, do kina się nie chodziło

. Tylko świnie siedziały w kinie?

Tak. Ciągłe napięcie. Jesteśmy na plaży nad Wisłą i nagle wi­dzimy idący patrol. Rzucamy się do rzeki, płyniemy na drugą stronę. Uratowaliśmy się, ale dwóch moich kolegów utonęło.

Na tym tle wręcz zabawnie brzmią słowa Władysława Bartoszewskiego, który twier­dzi, że bardziej bał się polskich sąsiadów niż niemieckich ofi­cerów. Jak pan to odebrał?

Całkowita nieprawda. Polacy byli w czasie okupacji soli­darni, byli jednością. To nie do wiary, że ktoś na Żoliborzu bał się sąsiadów, a nie bał się oficera niemieckiego

. Skąd w Niemcach wzięło się tyle barbarzyństwa?

Mieli to w sobie. Ja w czasie wojny nie spotkałem ani jed­nego przyzwoitego Niemca. Na pewno gdzieś byli, ale ja ich nie spotka­łem. Pamiętam za to niebywałą butę i pogardę w codziennych kontaktach. I ciągły krzyk. Oni zawsze krzyczeli. „Schneller! Schneller! Halt! Halt!”. Niemiec to był wrzask

Tak przeżyliście, do powstania, prawie pięć lat. Aż do 1944 roku.

Tak. I w lipcu 1944 r. widzimy tych panów świata, jak w brudnych mundurach, piechotą i na furmankach uciekają na Zachód. Co za radość! Tak mijają 22, 23, i 24 lipca. Jest po­wszechne przekonanie, że Rosjanie wejdą lada dzień. Nastroje takie, że żołnierze AK oskarżają dowództwo o zdradę, bo my nie ruszamy do walki. U mnie w mieszkaniu, gdzie był maga­zyn broni, odbyło się nawet głosowanie, czy uderzać na Niemców samodzielnie. Było nas pięciu i to mój głos zdecydował, żeby jednak czekać na rozkazy

I czekacie?

Powoli jest coraz mniej cofających się Niemców. Nadchodzi 27 lipca. Niemcy przez szczekaczki ogłaszają, że 100 tys. mężczyzn ma się zgło­sić do budowy fortyfikacji, Warszawa ma być fortecą. Kto się nie zgłosi, będzie „ukarany”, a wiemy, że Niemcy znali jedną karę: śmierć.

Do budowy fortyfikacji nie zgłosił się nikt.

Dlatego 28 lipca wieczorem jest rozkaz dowódz­twa AK mobilizacji, gromadzimy się z bronią w punktach zbiórki. Całą noc czekamy, rano rozkaz: broń przechować i wracać do domu Tragedia: nie rozumiemy tego rozkazu. Nikt go dotychczas dokładnie nie wyjaśnił. A jednocześnie widzimy, że zaczyna wracać niemiecka administracja, w tym gestapo. I wiemy, że Nieme będą chcieli ukarać Warszawę za zignorowanie rozkazu. Wiemy, że będzie to wyglądało tak jak później, w czasie powstania na Woli. Gdyby ostatecznie powstanie nie wybuchło, taka akcja miałaby miejsce zaraz na początku sierpnia, ludność by wypędzono, a miasto zamieniono w twierdzę. Wówczas Rosjanie rzeczywiście by ruszyli. Miasto byłoby i tak całkowicie zniszczone. A pamiętajmy, że po powstaniu centrum miasta było zburzone w 25 proc. To po zakończeniu walk Niemcy nie zostawili cegły na cegle. Nie było dobrego wyjścia

Niedawno w wywiadzie dla programu „Bliżej” Jana Pospieszalskiego powiedział pan:  dobiega końca moje życie, a ja nie o taką Polskę walczyłem. Skąd tak gorzkie słowa?

Nie o taką. Straciliśmy własny potencjał gospodarczy, Polska wymiera i emigruje. Nie mogę się  oprzeć wrażeniu, iż za tym wszystkim kryje się plan takiego osłabienia tego kraju, by wreszcie przestał przeszkadzać wielkim sąsiadom. I dziś tylko to leży mi na sercu: żeby Polacy się przebudzili. To ostatni moment! Jeszcze można Polskę uratować. Jeszcze możemy, ale tylko jednością.

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2013/10/wywiad-z-prof-kiezunem-trzeba-przeczytac/

Posted in Wywiady | Otagowane: | Leave a Comment »

Gospodarka i Ekonomia

Posted by tadeo w dniu 24 Październik 2013

Patologia-transformacji

https://tadeuszczernik.wordpress.com/category/gospodarka-i-ekonomia/

Posted in Gospodarka i Ekonomia | Otagowane: | Leave a Comment »

Prof. Kieżun w rozmowie z „wSieci”: „Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że kryje się plan osłabienia Polski, by przestała przeszkadzać wielkim sąsiadom”

Posted by tadeo w dniu 22 Październik 2013

Fot. Andrzej Wiktor/wSieci

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, iż za tym wszystkim kryje się plan takiego osłabienia tego kraju, by wreszcie przestał przeszkadzać wielkim sąsiadom. I dziś tylko to leży mi na sercu: żeby Polacy się przebudzili. To ostatni moment!

– mówi w rozmowie z tygodnikiem „wSieci” prof. Witold Kieżun, ekonomista, były ekspert ONZ i żołnierz AK.

W wywiadzie przeprowadzonym przez braci Karnowskich, prof. Kieżun przekonuje, że na dzisiejszą rzeczywistość i świadomość obywateli niezwykle mocno wpływają media:

Jaka jest rola mediów w boju o Polskę?

Kluczowa. Ludzie nie wiedzą, co się dzieje. Dostają propagandę i pozwalają się oszukiwać. Nie znają podstawowych faktów. Np. takich, że zagraniczne banki zarabiają w Polsce 15 mld zł rocznie. A myśmy sprzedali wszystkie nasze banki za 25 mld, choć były warte 200 mld zł!  I dziś nie mamy bankowości. To jak nie mieć broni, idąc na front. Całe szczęście, że są SKOK,też zresztą atakowane. To instytucje, które świetnie działają

– ocenia.

W rozmowie pojawia się również mocno krytyczna ocena polityki rządu Donalda Tuska.

Jego filozofia działania przeraża. Pamiętamy słowa, że liczy się „tu i teraz”, czy też stwierdzenie, iż „ludzie są, jacy są, i nie jest sprawą rządu, żeby ich zmieniać”. Nie, jest sprawą rządu zmienianie ludzi! Społeczeństwo trzeba wychowywać, trzeba podsuwać dobre wzorce. Zwłaszcza w kraju, gdzie nie ma praktyki społeczeństwa demokratycznego. (…) Finał tej polityki już widać, powiedział o tym otwarcie ostatnio Lech Wałęsa, wzywając do przyłączenia Polski do Niemiec. Myślałem, że z krzesła spadnę, gdy to usłyszałem!

– mówi ekonomista.

I dodaje:

Hitler chciał zdobyć Europę. I ta idea niemieckiej dominacji, przy wszystkich różnicach, jest dziś zrealizowana. Nie ma już w niemieckim hymnie słów „Deutschland, Deutschland über alles”. Ale symbolicznie melodia pozostała ta sama. Niemiecka karność i łatwość podporządkowania się znów przynoszą temu narodowi sukces. Na tym tle wypadamy źle, bo tam, gdzie trzech Polaków, tam są cztery opinie. Tak się nie da konkurować

– tłumaczy prof. Kieżun.

Kończąc swoją wypowiedź, ekonomista stwierdził, że do zmiany stanu dzisiejszej Polski potrzebna jest mobilizacja Polaków. A by do tego doszło obywatele muszą się zjednoczyć:

Straciliśmy własny potencjał gospodarczy, Polska wymiera i emigruje. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, iż za tym wszystkim kryje się plan takiego osłabienia tego kraju, by wreszcie przestał przeszkadzać wielkim sąsiadom. I dziś tylko to leży mi na sercu: żeby Polacy się przebudzili. To ostatni moment! Jeszcze możemy Polskę uratować. Jeszcze możemy, ale tylko jednością

– puentuje Kieżun.

Całość rozmowy z ekonomistą do przeczytania w tygodniku „wSieci”. Polecamy!

Posted in Wywiady | Otagowane: | 1 Comment »

„Struktura gospodarki jest strukturą neokolonialną. Musimy się nastawić na kupowanie tego, co polskie”. NASZ WYWIAD z prof. Witoldem Kieżunem

Posted by tadeo w dniu 25 Wrzesień 2013

Fot. Youtube.pl

wPolityce.pl: Lada dzień do Polski trafić ma drugi pociąg Pendolino, który PKP Intercity zamówiła we Włoszech. Tymczasem niemiecka kolei zamawia dla siebie składy w… Polsce. Właśnie podpisano umowę na 9 pociągów produkowanych w Bydgoszczy. To zdaje się zaskakujące, że Niemcy kupują u nas, a my w Włochów.

Prof. Witold Kieżun, ekonomista, powstaniec warszawski, więzień sowieckich łagrów, autor książki „Patologia transformacji”: Nie jestem specjalistą od kolejnictwa, nie umiem porównać tych dwóch pociągów. Jednak problem dotyczy również innych obszarów. Podobna sytuacja ma miejsce np. w odniesieniu do autobusów. Polska produkuje bardzo dobre pojazdy, ostatnio kupił je Hanower. A tymczasem my do Warszawy sprowadzamy kolejną grupę autobusów marki Mercedes. Zarówno zakupy kolejowe, jak i ta sytuacja to zupełnie niewłaściwe działanie, przeciwko któremu ja wielokrotnie protestowałem. Musimy się obecnie nastawić na kupowanie wszystkiego, co polskie. Obecnie mamy kilkanaście miliardów rocznie deficytu w handlu zagranicznym. To negatywne zjawisko możemy zwalczyć jedynie w ten sposób, że będziemy kupować jak najwięcej rzeczy polskiej produkcji. Jeśli można kupić coś polskiego, to trzeba to kupować. A gdy pójdzie się do większości centrów handlowych okaże się, że nie ma w nich niemal w ogóle polskich sklepów. Wszystkie są zagraniczne. To jest nonsens.

Kupowanie polskich zdaje się nawet byłoby naturalne. Polskie produkty i usługi są tańsze, a najczęściej również lepszej jakości.

Wystarczy sobie porównać wydatki na różne usługi, choćby fryzjerskie. Jedna ze znanych i modnych firm francuskich strzyże za 70 złotych. Taki zakład jest również w okolicy, w której mieszkam. A niedaleko od niego jest polski zakład, w którym za tę samą usługę trzeba zapłacić 25 złotych. Fakt, że my nie korzystamy z polskich produktów i usług, to jest skutek braku ogólnej polityki, która zachęcałaby do kupowania rodzimych towarów. W ramach pracy nad książką „Patologia transformacji” przeprowadziliśmy pewną analizę. W sklepie jednej z dużych sieci handlowych porównaliśmy ceny różnych produktów. I okazało się, że na kilkanaście rodzajów produktów, te polskiej produkcji są tańsze. Ale ludzie kupują droższe…

Wiąże się to ze sprawą zakupów, od których zaczęliśmy naszą rozmowę?

Oczywiście. To jest przecież skutek braku wspomnianej przeze mnie praktyki i polityki, która doprowadziłaby do tego, że produkty polskie byłyby kupowane chętniej niż inne. To szczególnie istotne biorąc pod uwagę stan finansów naszego państwa. Jedną z przyczyn szalonego deficytu w Polsce, zwiększającego się ogromnie, jest stały deficyt w handlu zagranicznym. Mamy kilkanaście miliardów rocznie deficytu w handlu zagranicznym. Tę dziurę moglibyśmy zmniejszyć w sposób znaczący, gdyby przyjąć zasadę, że instytucje państwowe, instytucje samorządowe kupują polskie towary. One nie są gorsze, co pokazuje międzynarodowe zainteresowanie choćby pociągami czy autobusami.

Państwo powinno się zająć tworzeniem atmosfery sprzyjającej kupowaniu polskich produktów?

Moim zdaniem to jest zadanie państwa. Ono powinno prowadzić politykę, propagandę, tworzącą klimat korzystny dla kupowania polskich produktów. Powinno zachęcać również samorządy do kupowania jedynie polskich towarów. To oczywiście zapewne wywołałoby sprzeciw czy choćby sceptycyzm Unii Europejskiej, ale trzeba znaleźć formę wprowadzenia takich rozwiązań w życie. To, co dzieje się obecnie, jest niepokojące. Weźmy choćby rynek bankowy. Mamy w Polsce jedynie cztery banki polskie. A przecież instytucje publiczne, samorządy itd. mają swoje rachunki bankowe. I one je zakładają nie w bankach polskich, czy polskich bankach spółdzielczych. Zamiast tego dają zarabiać kapitałowi zagranicznemu. Efekt jest taki, że z Polski transferuje się za granice miliardy złotych zysków.

Dominacja obcego kapitału blokuje rozwój ekonomiczny Polski? Na ile pilną sprawą jest rozpoczęcie polityki wspierającej polskie produkty?

Obecna sytuacja blokuje polski rozwój. Struktura polskiej gospodarki obecnie jest strukturą neokolonialną. Mówię o tym od wielu lat. Ta sytuacja nigdy nie pozwoli nam na wyrównanie rozwoju do średniego poziomu w UE. Jeśli z Polski odprowadzane jest co roku 90 mld zysków, to w sposób oczywisty odbija się na naszym rozwoju. Gdyby cześć tych pieniędzy inwestowano w kraju, to byłyby środki na inwestycje, czyli na rozwój. To doprowadziłoby do zmniejszenia bezrobocia. Konieczna jest obecnie polityka doprowadzenia do tego, by zindustrializować Polskę. To, co mamy w Polsce obecnie, trzeba rozwijać. Trzeba w Polsce kupować to, co się u nas produkuje. Należy również ograniczać zyski firm zagranicznych.

Na Węgrzech wprowadzono podatki od wielkich sieci handlowych i banków. To dobry krok?

Działalność sieci handlowych jest niesłychanie dochodowa. Wprowadzenie częściowego podatku obrotowego zmieniłoby sytuację. W zeszłym roku banki zarobiły natomiast na czysto 15 mld złotych. Rzeczywiście Węgry wprowadziły podatki od tych działalności. A polska struktura podatkowa jest niesłychanie dziwna. Wpływy podatkowe w kraju w 95 procent pochodzą od emerytów i małych przedsiębiorstw. Tylko 5 procent pochodzi od dużych przedsiębiorstw. One są bardzo sprytne, umieją transferować zyski poza kraj, ograniczając obowiązek płacenia podatków w Polsce. Struktura podatkowa w Polsce jest nonsensowna.

Rozmawiał Stanisław Żaryn

CZYTAJ TAKŻE:

Prof. Kieżun: Mamy strukturę państwa kolonialnego

Prof. Witold Kieżun: „Praktycznie rzecz biorąc nie jesteśmy u siebie, jesteśmy w kieszeni kapitału zagranicznego. Smutno mi, że umieram nie w tej Polsce, o którą walczyłem…” ZOBACZ WIDEO!

http://wpolityce.pl/wydarzenia/63268-struktura-gospodarki-jest-struktura-neokolonialna-musimy-sie-nastawic-na-kupowanie-tego-co-polskie-nasz-wywiad-z-prof-witoldem-kiezunem

Posted in Gospodarka i Ekonomia, Wywiady | Otagowane: | 1 Comment »