WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • Tylko przestańmy mówić: ten kraj, w tym kraju, tutaj, ci ludzie. Zacznijmy mówić tak, jak Pan Bóg przykazał, jak o matce: Ojczyzno ma, moja, kochana, poraniona, więc tym bardziej kochana. Moja, to znaczy taka, którą się kocha, którą się po rękach całuje, przed którą się klęka, której się służy, której się z czcią opowiada, której się nie okrada, dla której się pracuje, dla której się cierpi i umiera, jak trzeba. To nie inni mają tak zrobić, to nie oni, tam na górze, ale my. Inaczej na nic wszystko. Na nic ta rana i na nic te ofiary. Nasza Ojczyzna mocno krwawi i ból nie ustaje w naszych sercach, ale zapewniamy pachołków Moskwy i Berlina, i tych, co służą „mamonie” – jeszcze nie zginęła, póki my żyjemy. Póki pracujemy dla dobra naszej Ojczyzny. Póki kochamy i pamiętamy.

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Polskie Kresy’ Category

„Sybiracy to byli ludzie z kręgosłupem”

Posted by tadeo w dniu 6 marca 2017

  • – Sybirakom nigdy we właściwy sposób nie oddano hołdu za cierpienia, które przeżyli. W nich jest ogromna gorycz – powiedziała portalowi Interia Dagmara Dworak, córka Sybiraka i autorka książki „Kromka chleba”, zawierającej wstrząsające wspomnienia jej rodziny z zesłania w głąb Związku Sowieckiego. To część naszej historii, być może nie tak atrakcyjna jak Żołnierze Wyklęci, ale bez wątpienia o wiele bardziej dramatyczna i dopominająca się o godne uszanowanie. Być może w roku 2020, kiedy to przypada 80. rocznica pierwszych deportacji Polaków na Sybir, które zaczęły się w 10 lutego 1940 roku?
Rodzina Żukowskich w Hajnówce przed wybuchem II wojny światowej. Ojciec autorki książki Bogusław na rękach matki /archiwum prywatne
Rodzina Żukowskich w Hajnówce przed wybuchem II wojny światowej. Ojciec autorki książki Bogusław na rękach matki
/archiwum prywatne

Artur Wróblewski, Interia: W książce znalazły się wspomnienia starszych osób z czasów dzieciństwa. Wiek powoduje, że często zapominamy to, co wydarzyło się kiedyś. Natomiast dzieci w specyficzny sposób patrzą na świat. Tymczasem książką jest nie tylko usiana szczegółami, ale też bardzo realistyczna. Czym to jest spowodowane?

Dagmara Dworak: Wielu Sybiraków, którzy piszą swoje wspomnienia, było wtedy dziećmi. Ludzi, którzy jako dorośli przeżyli zsyłkę, są znikome ilości. Dodatkowo, upływ czasu robi swoje. Brakowało mi jednak spojrzenia dziecka na to, co się wtedy wydarzyło. Kiedy mój tata i moja ciocia zaczęli wspominać zsyłkę, mnie to tak bardzo uderzyło, że pomimo ich zaawansowanego wieku – ciocia miała ponad 80 lat, tata prawie 80 lat – w nich drzemało dziecko. Spojrzenie dziecka na tamten świat w nich przetrwało. Czym spowodowana jest tak doskonała pamięć tamtych wydarzeń? Nie wiem. Przyznam, że ja ich sprawdzałam na wielu etapach i nie dowierzałam, że oni pamiętają tak wiele szczegółów. To wszystko aż do żywego wyryło się w ich pamięci, o niczym nie zapomnieli. Oczywiście, obraz ich świata był trochę skrzywiony, bo jednak dzieci inaczej postrzegają rzeczywistość. Dzieci nie znające „normalności”, to co zastają traktują jako normalność. To, co wiedziały na Syberii, to że przede wszystkim muszą przeżyć. Włączył im się instynkt przetrwania.

– Wspomnienie na pewno idealnie nie oddają tego, co się wydarzyło. Ale to, co w nich utrwaliło wspomnienia, w nich i we wszystkich sybirakach, to że przez lata PRL nie mogli o tym mówić. U mnie w rodzinie ta historia zawsze żyła, chociaż sama wiedziałam, że głośno o tym mówić nie powinnam. Pamiętam, jak zapytana przeze mnie o zsyłki na Syberię  nauczycielka historii oburzyła się. Przekonywała mnie, że Sowieci 17 września 1939 roku napadając na Polskę zrobili coś dobrego, weszli w nasze granice, bo chcieli nas chronić. A jak ktoś wyjechał na Sybir, to widać sobie na to zasłużył i poza tym powinien Sowietom dziękować, bo przetrwał II wojnę światową na tyłach.

Sowieci na tych „bezpiecznych” tyłach intensywnie indoktrynowali zesłańców, zwłaszcza dzieci. Czy po latach to się jakoś uwidaczniało?

– Czy pozostały w osobach z mojej rodziny ślady sowieckiej indoktrynacji? Myślę, że nie. W cioci na pewno nigdy. W moim ojcu, jeśli zostały jakieś ślady, to nie nazwałabym ich indoktrynacją. Zawsze powtarzał, że na Syberii nauczył się głębokiego szacunku do drugiego człowieka i ciężkiej pracy. Ojciec do dziś bardzo szanuje innych ludzi. Nadmiernie, czasem wręcz obsesyjnie. Pamiętam, że kiedy przez nasz kraj przetaczała się fala zmian politycznych, zadałam mu pytanie, dlaczego nie złorzeczy na Rosjan, którzy naszej rodzinie zadali takie krzywdy? Przecież tyle złego od nich doświadczył, na Syberii zmarła jego matka. On odpowiedział, że trzeba umieć odróżnić człowieka od systemu. A sowiecki system to było coś najgorszego. Jednak to tylko od człowieka zależy, czy zachowa się jak człowiek. Bez względu na mundur, zajmowane stanowisko… To, czy zasłużymy na miano człowieka, zależy wyłącznie od nas. Rodzina nie została zindoktrynowana, ale wyniosła z zesłania sporo nauki. Na pewno po wojnie byli ostrożniejsi. W Polsce ustrój komunistyczny dopiero się kształtował, ale oni już doskonale wiedzieli, czym to pachnie i jakie tego są konsekwencje. To, że pojechali na ziemie odzyskane i zamieszkali w niewielkim miasteczku, to był dowód na to, chcieli odsunąć się od polityki i żyć spokojnie na uboczu. Myślę, że to były wybory spowodowane ich wcześniejszymi doświadczeniami.

Książka porażająco ukazuje bezwzględność, bezduszność, barbarzyństwo, brutalność, fałsz, ale momentami i absurd sowieckiego systemu terroru. Które element tej potwornej machiny łamiącej ludzi najbardziej Panią dotknął?

– Mnie się wydaje, że brak poszanowania życia i godności ludzkiej. Brak poszanowania człowieka jako jednostki. U nas to się zmieniło ponad dwadzieścia pięć lat temu, ale wciąż widzimy, że nie zawsze jednostka jest w Polsce najważniejsza. Czasami ważniejszy jest interes polityczny czy interes lobby.

Pani dziadek miał zakorzenione mocne tradycje legionowe, zresztą w II Rzeczpospolitej funkcjonariusze służb mundurowych to w przeważającej większości byli patrioci z krwi i kości. W jaki sposób pielęgnował polskość i tradycje legionowe na Syberii?

–  Legioniści to był specyficzny rodzaj człowieka i patrioty. Dzisiaj się o tym rzadko mówi, ale prawda jest taka, że w 1914 roku i później Legiony często spotykały się z brakiem entuzjazmu czy nawet niechęcią. Dziadek mówił ojcu i ciociom, że na powitanie Legionistów w miasteczkach i wsiach często trzaskały okiennice. Legioniści przeszli bardzo ciężki szlak, który dał im system mocnych wartości i kręgosłup, który pozwalał im wbrew wszystkiemu iść do przodu. Jednak ten kręgosłup był rzeczą dobra i niedobrą. Bo przecież właśnie z tego powodu dziadek pozostawił czwórkę dzieci i poddał się represjom, chociaż doskonale wiedział, jak okrutne to będą represje. Dziś jestem z niego dumna, ale pewnie wtedy pozostawione przez niego dzieci nie do końca czuły dumę. W filmie „Kromka chleba” jest zresztą taka scena, gdy ojciec wspomina dziadka i jeden jedyny raz broni się przed łzami. Widać, że rozłąkę bardzo ciężko przeżył. Chociaż z drugiej strony muszę przyznać, że Polacy przebywający na zesłaniu na Syberii w przeważającej większości byli to ludzie z kręgosłupem. Oczywiście, w każdym stadzie znajdą się tak zwane czarne owce. Znamienne jest to, co zdarzyło się podczas moich dwóch wypraw na Syberię. To mnie bardzo uderzyło, ale tam na Syberii Polaków uznaje się za kogoś lepszego. Zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie. Tą opinię zawdzięczamy wyłącznie zesłańcom i katorżnikom.

Nawet w dalekiej tajdze docierały do zesłańców informacje na temat wydarzeń w Europie. Paradoksem było to, że po agresji III Rzeszy na Związek Sowiecki Polacy zaczęli z sympatią mówić o Niemcach, widząc w nich ewentualnych wyzwolicieli. W książce chyba nie pada nic na temat ewentualnej pomocy Francji czy Wielkiej Brytanii. To sporo mówi z jednej strony o bezwzględności sowieckiego terroru, nad który przekładano niemiecki, a z drugiej o naszych sojusznikach. W książce są też słowa Pani babci o Niemcach, których określa mianem „kulturalnego narodu”. To dla wielu może wydać się niezrozumiałe…

– Niemcy przed II wojną światową uchodzili w Europie za naród bardzo rozwinięty i kulturalny. Czy ktoś, czytając na przykład dzieła Goethego, mógł się spodziewać, że współrodacy wielkiego poety dokonają takich okropności na ziemiach polskich? Dodatkowo, babcia kształciła się w Niemczech i świetnie znała język niemiecki. Z tego powodu z pewną estymą traktowała Niemców. Znała jednak ich z czasów przed II wojną światową, z wysokiej kultury i wysokiego poziomu życia. Właśnie tym trzeba tłumaczyć te słowa. Jednocześnie, w mojej rodzinie nie było dużej goryczy w stosunku do Rosjan przez świadomość tego, co Niemcy robili na terenie Polski. Mieli świadomość, że nie mieszkali na terenie Generalnej Guberni, gdzie królował ludobójczy terror. Można dywagować, czy moja rodzina przeżyłaby II wojnę światową, gdyby ich nie wywieziono na Sybir. Nie znamy odpowiedzi na to pytanie. Znając charakter dziadka i to, że był leśnikiem, potrafił posługiwać się bronią, można z dużą pewnością wywnioskować, że wstąpiłby do Armii Krajowej. To mogłoby się tragicznie skończyć.

Napaść Niemiec na Związek Sowiecki spowodowała zmianę nastawienia do Polaków. Jak Pani rodzina to odczuła?

– Ciocia zawsze mówiła, że kiedy Rosja i Niemcy się bratają, to zwiastuje kłopoty dla Polski. Wystarczy zresztą popatrzeć na naszą historię… Kuriozalnie niemiecka agresja na Sowiety poprawiła ich los. Stalin miał świadomość, że w 1941 roku był zbyt słaby, by sprostać Niemcom. Potrzebował mięsa armatniego, a do tego niezbędne było polskie wojsko. Ostatecznie doprowadził jednak do tego, że żołnierze generała Andersa wyszli ze Związku Sowieckiego, w dużej mierze dzięki Churchillowi.

Osobną historią jest stosunek Sowietów do polskich sierot w domach dziecka. Pani dziadek miał za zadanie ich dosłowne ratowanie. Tymczasem Sowieci utrudniali mu pracę, nie informowali o polskich dzieciach w ich placówkach. Dlaczego tak się działo?

– Dzieci dla Sowietów to był najlepszy materiał na indoktrynację. Propaganda lepiła głodne dzieci jak plastelinę. Za kromkę chleba od permanentnie głodnego dziecka można było wymusić wszystko. Wtedy jego pochodzenie, język i korzenie są bez znaczenia zwłaszcza, że dzieci często nie rozumieją takich spraw. Sowieci dbali o rozbijanie więzi rodzinnych, by móc hodować sowieckich obywateli, posłusznych systemowi, mało myślących…

– Dziadek pełnił funkcję męża zaufania w wojsku Andersa. A to była funkcja, którą do dzisiaj wszyscy żyjący jeszcze Sybiracy otaczają wielką estymą. Widzę to w czasie rozmów z Sybirakami, widzę ich reakcje na moje słowa, że dziadek był mężem zaufania. Z tego co mi wiadomo, ta funkcja mogła być pełniona wyłącznie przez Legionistów. To musiał być sprawdzony, naprawdę godny zaufania człowiek. To było ogromne wyróżnienie, ale jak się okazało, przekleństwo, gwóźdź do trumny marzeń na jak najszybsze opuszczenie Związku Sowieckiego. Z racji tego, że dziadek nie pełnił normalnej funkcji wojskowej i miał na wychowaniu cztery półsieroty, został wykluczony z pierwszych ewakuacji armii.

Polski sierociniec w Soroczynsku w obwodzie orenburskim przy granicy z Kazachstanem /archiwum prywatne
Polski sierociniec w Soroczynsku w obwodzie orenburskim przy granicy z Kazachstanem
/archiwum prywatne

To, jak skomplikowana jest historia Polski, pokazuje jedno z wydarzeń opisanych w „Kromce chleba”. Ostatecznie Pani rodzina została wyrwana z rąk sowieckich komunistów przez polskich komunistów. Pani ojciec pozytywnie wypowiada się w książce o komunistycznym Związku Patriotów Polskich. Ci ludzie dla wielu to zdrajcy, sowieccy agenci, a dla Sybiraków ktoś, kto uratował im życie. Jaki Pani rodzina miała do nich stosunek, do polskich komunistów, którzy przecież byli w jednym obozie z sowieckimi oprawcami?

– Zarzuty podnoszone dziś przez pewnych ludzi, którzy najpierw mówią, a później myślą, są zupełnie absurdalne i wiem, że bolą wszystkich Sybiraków. Co ludzie – jak dziadek – mieli zrobić w Związku Sowieckim? Obrazić się na chcących mu pomoc członków Związku Patriotów Polskich, bo są komunistami i pozostać na zawsze na zesłaniu? Dziadek doskonale rozumiał powagę sytuacji i w jakimś tam zakresie był zmuszony do współpracy z komunistami. Wiedział, co robi. Dodatkowo, dziadek nie podlegał repatriacji. Dowiedziałam się tego później od jednego z historyków specjalizujących się w tym temacie. Mianowicie, repatriacji nie podlegała osoba, która nie miała do końca odbytego wyroku w łagrze. A dziadek został skazany na dwa lata łagru za brak aktualnych sowieckich dokumentów. Odmówił przyjęcia sowieckiego paszportu, co skutkowałoby otrzymaniem sowieckiego obywatelstwa i uchroniłoby go przed skazaniem. Ostatecznie trafił do łagru, ale nie odsiedział wyroku do końca, ponieważ został wypuszczony po interwencji polskiej Komisji Rekrutacyjnej, która werbowała żołnierzy do ludowego Wojska Polskiego. To też była przebiegłość ówczesnych komunistów. Taki kształt przepisów powodował, że do Polski nie mogli wrócić najbardziej niepokorni wobec komunistów i najwięksi patrioci. Po co w ludowej Polsce człowiek, który potrafił położyć na szali życie swoje i czwórki swoich dzieci, ale nie wyparł się polskości?

W książce nie ma zbyt wiele na temat powojennej Polski. Czy tak Pani rodzina wyobrażała sobie ojczyznę po powrocie z Syberii? Z utraconych Kresów wylądowali na ziemiach zachodnich.

– Po tych doświadczeniach, które były ich udziałem, byli w stanie odnaleźć się absolutnie wszędzie. Co ciekawe, dziadek po wojnie był przewodniczącym Związku Pszczelarzy, miał sto uli. Pod tą przykrywką odbywały się spotkania Legionistów. W ramach szkoleń pszczelarskich miały miejsce zjazdy weteranów (śmiech). Trwało to dobre kilka lat. Później dziadek zachorował i sprzedał ule.

– Interesujący i może być nawet zaskakujący wydać się może fakt, że ojciec po wojnie został sędzią. Jak do tego doszło? Po zakończeniu studiów jeden z jego profesorów poprosił go o rozmowę i powiedział ojcu, że z jego przeszłością przed komunistami będzie się mógł ukryć jedynie w sądzie. „W innym wypadku oni ci żyć nie dadzą” – mówił do ojca. Dlaczego w sądzie? To efekt komunistycznego rozporządzenia, które zabraniało inwigilowanie sędziów. Mój ojciec poszedł za rada profesora, ale w czasie aplikacji zaznaczył, że nie chce być skierowany do sądu karnego, ale wyłącznie do cywilnego.

– Różnie potoczyły się losy mojej rodziny. Ciocia Róża na przykład została nauczycielką rosyjskiego, co wszyscy mieli jej trochę za złe, zarzucali wygodnictwo i podłączenie się pod system. Nie wszyscy to zaakceptowali. Z moim ojcem było dość przewrotnie.

Przejdźmy do czasów współczesnych. Napisała Pani w książce, że w „córce sybiraka trauma tkwi”, jest „dokuczliwa” i „daje o sobie znać na różne sposoby”. To znaczy jak?

– Myślę, że u wszystkich dzieci sybiraków taka trauma jest. Nie wiem, czy to jest przekazywane w pamięci komórkowej czy też to kwestia sposoby wychowania… Trudno mi to powiedzieć, ale w nas jest coś takiego. Jak to się objawia? Mam w sobie lęk niepewności jutra, choć nie mogę narzekać na swoje życie, zawsze było mi dobrze. Inna sprawa to na przykład sposób podejścia do jedzenia. Nigdy nie wyrzuciłam kromki chleba. Nigdy. Chleb, którego nie zjemy w domu, przekazuję koleżance hodującej konia. W domu, kiedy chleb spadł na podłogę, zawsze się go podnosiło, całowała i odkładało na stół. Myślę, że to też jest jakiś rodzaj traumy. Poznanie historii mojej rodziny i napisanie tej książki dało mi pewne ukojenie. Uspokoiłam się. I zrozumiałam też zachowania ojca, które wcześniej nie zawsze doceniałam.

Czy uważa Pani, że pamięć o osobach zesłanych w głąb Związku Sowieckiego, osobach represjonowanych przez Sowiety, jest w Polsce pielęgnowana w wystarczający sposób?

– Absolutnie nie. Uważam, że Sybirakom nigdy we właściwy sposób nie oddano hołdu za cierpienia, jakie przeżyli. W nich jest ogromna gorycz. Wymuszone milczenie przez 50 lat na temat traumy przyniosło złe skutki. Widać to zresztą we wspomnieniach ludzi, którzy przeżyli zesłanie. One są takie gorzkie i ciężkie, dla wielu osób, które nie są w stanie zrozumieć ich historii, są nie do przeczytania. Czytałam wiele książkowych wspomnień Sybiraków i gdyby to nie był temat, który osobiście mnie dotyczy i pochłania, to pewnie nie doczytałabym ich do końca. Dlatego pisząc książkę chciałam, żeby ona była inna od wszystkich. Chciałam, żeby sprowokowała ludzi, którzy mają słabe pojęcie o tym temacie, do refleksji na temat losu Sybiraków. Ale też chciałam przybliżyć to, co się wydarzyło, stąd w książce znalazły się wstawki historyczne. Uważałam, że to jest stosowne, bo dziś ludzie nawet świetnie wykształcenie mogą nie wiedzieć, co to na przykład był okres paszportyzacji.

Dwukrotnie była Pani na Syberii. Jak została Pani i Pani rodzina przyjęta przez ludzi tam mieszkających? Czy nie było obaw, że zostaniecie odebrani jako intruzi przypominający niewygodną historię? Pytam, ponieważ w książce Witolda Szabłowskiego „Sprawiedliwi zdrajcy”, Polacy odwiedzający Wołyń przyznali, że spotykali się z niechęcią czy nawet wrogością.

– Może to zależy od miejsca? W moim odczuciu byliśmy tam dobrze przyjmowani z dwóch powodów. Pierwszy, to estyma, którą darzy się Polaków, a o której mówiłam wcześniej. Druga rzecz to być może to, że w wielu mieszkańcach Syberii płynie Polska krew. Często spotykałam tam ludzi, którzy mówili, że ich babcia albo dziadek pochodzili z Polski. Ci ludzie nie uważali się za Rosjan, uważali się za Sybiraków. Oczywiście, wiele zależy od miejsca, które się odwiedzi. My trafiliśmy w głuchą tajgę. Ludzie tam mieszkający żyją bardzo ciężko. Może zadziałało też to, że byliśmy pierwszymi Polakami, którzy tam współcześnie dotarli i zachowywaliśmy się w odpowiedni sposób? Bo często słyszę, że Polacy w Rosji zachowują się z wyższością. Traktują Rosjan tak, jak niektóre osoby z Europy Zachodniej traktują Polaków. Pogardliwie. To nie jest dobre.

– Jeśli chodzi o życzliwość wobec nas, to wydaje mi się, że mogła też zadziałać historia dziadka. Będąc na zesłaniu złożył oficjalny wniosek do polskiej organizacji pomocowej o przydzielenie spódnicy małej córce Rosjanki, u której moja rodzina przez pewien czas mieszkała. To nimi wstrząsnęło, że człowiek żyjący w ubóstwie i mający przecież trzy młode córki na wychowaniu, prosi polskich urzędników o spódniczkę nie dla swoich dzieci, ale dla obcej dziewczynki. Wstrząsnęło i na pewno otworzyło do nas. Przyjmowali nas jak swoich. Zresztą wzruszenie było ogromne. Były momenty, że płakała cała sala, na której było prawie sto osób.

A jak Pani odebrała Syberię? W polskiej świadomości to odległa i okrutna kraina, która krótkim latem zamienia się w dżunglę, długą zimą jest biegunem mrozu, a przede wszystkim już od wieków to miejsce dramatu setek tysięcy Polaków.

– Takie myślenie o Syberii będzie w nas Polakach długo tkwić. Przecież zsyłki rozpoczęły się już w czasach konfederacji barskiej w XVIII wieku, jak nie wcześniej. Trudno, żebyśmy mieli inne konotacje. Syberia jest przepiękna dlatego, że dzikość przyrody niedotkniętej ludzką ręką jest niesamowita. Są niestety też miejsca, jak na przykład kopalnia aluminium którą musieliśmy minąć, barbarzyńsko eksploatowane i zdewastowane. Ale w przeważającej masie Syberia to jest przepiękna przyroda i cudowni ludzi. Im dalej od kolei transsyberyjskiej, tym ciekawiej się robi. Im dalej od cywilizacji, tym ci ludzie są bardziej otwarci. Jeżeli miałabym komuś polecić Syberię, to jak najbardziej, ale nigdy w życiu ze zorganizowaną wycieczką. Cały czas marzę o tym, by ponownie tam się wybrać.

Krzyż z ryngrafem w tajdze /archiwum prywatne
Krzyż z ryngrafem w tajdze
/archiwum prywatne

Czytaj więcej na http://nowahistoria.interia.pl/aktualnosci/news-sybiracy-to-byli-ludzie-z-kregoslupem,nId,2363007#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

Posted in Polacy na Syberii, Polskie Kresy, Wywiady | Leave a Comment »

Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia)

Posted by tadeo w dniu 26 lutego 2017

apc-2017-02-26-15-02-001-3d

[Jabłonne, powiat Nowogród Wołyński, Ukraińska SRR, 1932-33]Nasza rodzina była taka raczej pracowita. Mieliśmy swoje gospodarstwo, budynki i tak dalej. Aż tu zaczęła się kolektywizacja, zaproponowali ojcu: – Idź do kołchozu. Tata widział, że żadnej perspektywy w kołchozie nie ma. Oddał więc to gospodarstwo, została nam jedna krowa i jeden konik. A sam ojciec poszedł do wycinki lasu, ścinał drzewa. Zwalał wielkie dęby i tak sobie pracował. A oni zdecydowali, że skoro nie chce iść do kołchozu, tylko poszedł do pracy do liespromhospu, to jest wróg ludu – i do więzienia. Ojca aresztowali, a rodzina – rodzina wroga ludu – na Syberię! I cała polityka. Bez sądu, bez śledztwa, bez niczego. Tata przyszedł z pracy, zjadł kolację i się położył, widzę to jak dzisiaj. Cały dzień ciągał piłę i siekierę, a tam dęby takie. I tylko skończył kolację, słońce zaszło, zaczęło się ściemniać, a ja siedziałem koło stołu i wyglądałem przez okno, i widzę: jakiś człowiek z rusznicą idzie! I już ich dwóch czy trzech wchodzi do domu pod bronią. – Wstawać! Ojciec wstał. – Ubierać się! Ubrał się. – Czapkę brać! Wzięli go za ręce i na dwór. I na tym koniec. Zawieźli go do więzienia w Nowogrodzie Wołyńskim.
Narcyz Baszyński

dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
[Jabłonne, powiat Nowogród Wołyński, Ukraińska SRR, 1933 / Karelia]Wezwali nas, był mróz, minus 30 stopni, akurat zaczęły się mrozy. Śnieg. Przyszła, jak wcześniej do ojca, milicja: – Zbierać się, rzeczy zabrać tyle, ile uniesiecie. Dali podwody, kto nie mógł iść, siadł na podwody, a tak to szli ludzie. I pieszo zagnali nas aż do Nowogrodu Wołyńskiego. W Nowogrodzie Wołyńskim zamknęli nas, to były magazyny, cement jeszcze leżał. Zamknęli nas, mrozy, bez niczego, na trzeci dzień wypuścili, załadowali do wagonów towarowych, w których wozili bydło, cement, cegły, komu jaki się trafił wagon. Zamknęli i wieźli, nie wiem, dwa czy trzy tygodnie, pewnie to były trzy tygodnie. Tam też był mróz, gdy nas dowieźli, dali tylko namioty, po jednym na 15 rodzin – długi taki namiot. Śnieg rozgarnęli, podłogi żadnej nie było, postawili dwa piece i nary zrobione z zamarzniętych desek, takich toporem wyrąbanych. I wszystko. Wrzątku można było jeszcze dostać. Zanim dojechaliśmy – nasza rodzina, to jest mama, mamina mama i Ceńkowych dzieci dwoje, bo żona jego uciekła – to dziewczynka mała, co u nas była, Zosia, trzy czy cztery lata miała, jeszcze w wagonie umarła. A babcię dowieźli już tam, do obwodu murmańskiego, i wieźli już do tych baraków, i po drodze umarła, to w śniegu zakopaliśmy. A nas dowieźli.
Narcyz Baszyński

dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
[Karelia, 1933]Byliśmy tam więc i tak się udało, że krewni nasi dostali dla nas bilety na statek. Ale pieniędzy starczyło tylko na dwa bilety. I to Polacy nam pomogli, właśnie Polacy; Polak Polakowi to pomagał na zesłaniu. Pojechaliśmy do tego portu, mamy dwa bilety i mama mówi: – Jesteś większy, jakoś dasz sobie radę, a z tym małym co. A co, jeśli go ze statku wyrzucą? Idź, synku, może jakoś to będzie. Idź z powrotem. Poszedłem. A trzeba było iść nie tam, gdzie stała straż, trzeba było iść przez góry, z 15 kilometrów się przedzierać tam, gdzie była zona. Poszedłem tam. A oni pojechali, popłynęli statkiem do Leningradu i z Leningradu już pociągiem na Żytomierszczyznę. A tam już przekazali, że ich szukają. Mama była nielegalna, dziecko w jedno miejsce dała, sama w innym się chowała, nie meldowała się i tak przeżyła. A ja zostałem na Północy. Byłem tam jeszcze 6 czy 7 miesięcy, proszę sobie wyobrazić, ile mnie tam wyzywali, obrażali, zamykali, grozili. A przecież miałem 11 lat. I wiedziałem, że ucieknę. Wiedziałem już, gdzie stoją straże. Uważnie wszystkiego pilnowali. Bo w drugą stronę, w tajgę, tam lasy i błota nie do przejścia, tam nikt nie uciekał, nikt by nie przeszedł. A z tej strony droga, droga w górach, można było się przedostać, choć trzeba było się przeprawić przez rzekę. Jak się rozlewała, przejścia nie było, ale jak wyschła, można było zrzucić ubranie i tak przejść. Pomyślałem: „A niech tam – albo zginę, albo ucieknę”. I proszę sobie wyobrazić: ani pieniędzy, ani porządnego ubrania, ani jedzenia, bez znajomości języka rosyjskiego, bo uczyłem się po polsku, mówiłem po ukraińsku. Dostałem się na statek, wskoczyłem i schowałem się w maszynowni. Chwała Bogu, ludzie tam byli dobrzy, zobaczyli nędzarza, byłem wtedy nędzarzem, zostałem tam u nich w maszynowni, pozamiatam, posprzątam, a oni mi trochę jeść dadzą, każdy po kawałku, bo im też dawali normę. Tak pływałem po Onedze, prawie do Archangielska dopłynęliśmy, potem po Ładodze, sztormy były. Po miesiącu byliśmy w Pietrozawodsku, tam wyszedłem na pokład popatrzeć. Był postój, chciałem zobaczyć, gdzie jesteśmy, i od razu mnie złapali. Zaczęli dopytywać, a ja drugi raz uciekłem. Przyjechałem do Leningradu. Przywykłem, że stoi jeden pociąg, jest jedna stacja, a tam sześć dworców. Musiałem dotrzeć na Ukrainę, do Żytomierza.
Narcyz Baszyński

dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
A jak przyszli Sowiety… Pomnę, przyszli do nas – to ojciec żył jeszcze, babcia, mamy to nie było – i wołają na papę: – Antek, Antoni, zaprzęgaj konia i pojedziem. – A gdzie? A była zima, czterdzieści stopni mrozu. Taki mróz był, śnieg był, napadało tak dużo. Zaprzęgali konia. My po prostu nie wiedzieli, babcia i ja, siedzieli i płakali. Gdzie go pognali? A tatę pognali osadników wywozić. Pojechali, potem tata przyjechał, może dziesiąta już była rano. I nawiózł dzieci maleńkich, choreńkich, co ich wywozili. Babcia moja nakarmiła je i powieźli ich na Sybir!
Wanda Bielanowicz
[Kazachstan, lata 40./50.]Jeden raz my już zbieramy się do szkoły średniej, ze 6 kilometrów. Dyscyplina była taka, że jeżeli w roku tyle a tyle dni przepuścisz, już ciebie nie przyjmą i zostaniesz się już. I my uważali, żeby ni jednego dnia nie przepuścić. Ale ojciec powiedział: — Dzisiaj na pewno nie pójdziecie do szkoły. A ja mówię: — A jakżeż to tak, co nam dyrektor powie, jak tak? I szybko poszedł, a my nie wiemy, o co chodzi. Ja przeżywam, że ja nie będę w szkole. Ojciec potem przychodzi i mówi: — Wilki napadli na owczarnik. Te owczarniki były z gałązek zrobione, a z wierzchu słoma. Wilki rozdarli dach i tam zadusili dwie trzecie owiec, tak że mało co zostało. Strach. Wtedy ojciec powiedział: — To wilki i nie pójdziecie. Już powiedziano dyrektorowi, że wilki tu napadły i my, dzieci, nie możemy iść, bo oni w takim stanie, że oni mogą i dzieci porozdzierać. Ojciec mówił tak, że rano ten ochrannik, który był tam, on miał takie coś jak rusznica, to on tak strzelał, strzelał, mówi: — Ja strzelał i uciekł, bo zobaczył, że dużo tych wilków. I my tak nie poszli w ten dzień do szkoły. A tak już stało jasno, ten śnieg taki biały, ojciec przychodzi i mówi: — Było posiedzenie prawjenia kołchozu, że te wszystkie owce, które poduszone, rozgryzione, to rozdać ludziom jak mięso. Te poduszone. Póki mróz, to wszystko jedno, jeść nie ma co, głód, to na każdy dwór po owcy. To my pobiegli trzech: Tadeusz starszy, Lusia i ja. Trzech pobiegli na tę fermę i ciągniemy. Pociągnęli te owieczki, a ojciec — gdzieś 10–15 minut — i już nie było skóry na niej, już podwieszona gdzieś tam była. I mama porżnęła, i stała robić. Tam mąki takiej trochę było i ona sosu zrobiła, i mięso też jakoś szybko. Ja tak myślę, takiego smacznego sosu ja nigdy w nijakiej restauracji nie miała potem… Takie smaczne to było.
Jadwiga Bobrowa

dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
[Kazachstan, lata 50.]Starszy był zdolny (on już był w dziewiątej klasie i już przeszedł do dziesiątej, a wtedy dziesięć było) i mówią do ojca: — Towarzysz Rowiński, u nas pastuch zachorował i trzeba zastąpić. Tadeusz może, u was jest chłopiec, może zastąpić. A oni specjalnie, żeby nie skończył dziesięć klas. Jego jeszcze nie zapisano, on młody, żeby zapisać do kołchozu, ale to już jak potencjalny kołchoźnik. To za 600 kilometrów dalej, tam byli byki, owce i tam nic absolutnie. To co on dostał? Kawałeczek placku, te owcy doił, musiał sam wyżywić się. I już w czas był do szkoły, a tego pastucha nie ma, oni nie dają specjalno, żeby on tam został się. A on parę raz położył się na ziemi i słyszy, może gdzie stuk jakiego pociąga, i tak idzie, i położy się na ziemi, i słucha. Nareszcie gdzieś blisko coś jest takie, że stuk, stuk, stuk, i on znalazł, i tam kolejka szła, on wczepił się na kolejkę i do Omska z Kazachstanu, a z Omska potem do Krasnojarska. I tam, jak raz mówił, chodził do pracy w dzień, z tymi robotnikami, a wieczorem uczył się, i wyuczył się na sędzię, na jurysta.
Jadwiga Bobrowa
[Kul, 1939]Na Syberię wywieźli nawet mojego kolegę — Romka Priomka. Byliśmy z jednego rocznika, teraz on żyje w Polsce. Listy mnie pisał, zdjęcia przysłał, ale jakoś się przerwało nam pisanie. Jego ojciec był leśniczym i rodzina żyła na kolonii, nie w naszej wsi, ale niedaleko — w lesie. Wywieźli ich… Nie wiem po co ich trzeba było wywozić, ale wywieźli… I tylko jedną rodzinę wywieźli z Kula na Syberię. A na Syberii jak Stalin zmarł, to wszystkim powiedzieli, że można jechać — gdzie kto chce. I rodzina Romka od razu pojechała do Polski.
Bronisław Bondarewicz
Tarło się kartofle na placki, ale nie było na czym smażyć. Po prostu na płycie, na kuchni kładło się tak i trochę przysmażało się. Buraki i marchewkę jadło się, wszystko, co popadło do rąk. Gospodyni, u której mieszkaliśmy, to była dosyć dobra osoba, zresztą oni tych zsylnych widzieli już 100 lat, jeszcze przy caryzmie wysyłali ludzi, także oni nas nie bali się, nie zwracali się do nas po grubiańsku. Traktowali jak swoich. Był taki wypadek, że nie było czegoś, to ta gospodyni powiada do mnie: – Idi z nami czaj pić. Herbatę piliśmy razem z nimi. Coś tam mogli dać, parę kartofli, buraków, czy marchwi. Ja im coś na ogrodzie pomogłam pokopać, czy wykopać kartofle. Wszystkiego nauczyłam się. Nauczyłam się i krowy paść, i doić. Brali nas do kołchozu od czasu do czasu do pracy. Na przykład, jak kosili, to trzeba było zbierać i wiązać. Szedł już październik, listopad, już mrozy, już śnieg, a u nich nie zebrane w polu słoneczniki. Szło się zbierać te słoneczniki. Miałam ręce do krwi w niektórych miejscach pocięte, jak się to zbierało, te kapelusze słonecznikowe.Nam to się powiodło, że myśmy nie mieszkali w ziemiankach, bo myśmy tak bardzo nie głodowali, jakoś to szło. Jakoś Pan Bóg miał nas w swojej opiece. Byli ludzie w gorszych warunkach niż my. Moja mama bardzo dobrze szyła na maszynie, a u gospodyni, w której mieszkaliśmy, była maszyna. I mama mojej gospodyni coś przerabiała. Zobaczyły te Rosjanki, że moja mama umie szyć i przychodziły do niej, przeróbki przynosiły. Z płaszcza wielkiego zrobić płaszcz na dziecko. Męża spodnie podszyć, czy nowe uszyć. Przychodziły do mamy i coś do jedzenia jej przynosiły, bo przecież pieniędzy nie brała. Nawet jedną śmieszną rzecz powiem. Moja mama miała taki zwyczaj, że pasjanse sobie rozstawiała, karty, wieczorem. Kobiety zobaczyły, to przychodziły: – Maria Pietrowna, pogadaj na kartach. Żeby im powiedzieć, co będzie. I mojej gospodyni mama moja powiedziała. A wtedy już była wojna Rosji z Niemcami i męża tej gospodyni zabrali do wojska. Moja mama powiedziała tej kobiecie, że pani mąż wkrótce będzie w domu. Gospodyni powiada: – A, gdzie, wojna jeszcze się nie prędko skończy. A on przyszedł, co prawda bez jednej nogi, ale przyszedł. I wtedy poszła taka sława, że ta stara Polka umie wróżyć. I co wróży, tak się wykonuje. Ale jak przyszedł jej mąż do domu, to ona nam wypowiedziała mieszkanie.
Bogusława Bryła-Czerna
[Czkałowo, Kazachstan, lata 30.]Kazachowie nam wcale nie pomagali, oni na nas patrzeć nie mogli. Jak drewno w lesie rąbaliśmy, to oni nam je zabierali. Oni nas po prostu nienawidzili. Przyjeżdżali, bili nas, skargi na nas pisali. Tam im mówili, że pokażcie, kto konkretnie jest taki a taki, to go ukarzemy. Był wielki skandal z tymi Kazachami. Nie chcieli, żebyśmy tutaj byli. A potem jakoś przywykli, zaczęliśmy żyć razem.
Włodzimierz Całko
Ziemianka była na połowę podzielona, z jednej strony jedni mieszkają, z drugiej strony drudzy. Maleńka to była ziemianka, jedni na drugich mieszkaliśmy. A potem, wiosną, to już kto jak mógł: ścinali drzewa i wstawiali drzwi, żeby wiatr w chatę nie szedł. Las był niedaleko, to kto jak mógł już wtedy. Chrust na plecach nosiliśmy, każdy starał się jakoś żyć.
Jekaterina Chlubnaja
[Andriejewka, Kazachstan lata 30.]Byliśmy pod komendanturą. Nie chodziło się z jednej wsi do drugiej, nigdzie nie mogli cię zobaczyć. Nie wolno było wychodzić. A potem – nie wiem, ile to byliśmy pod komendanturą, nie wiem. Ja sama nie byłam, ale rodzice i starsza siostra – byli. Musiało być tak, że ja nie byłam pod komendanturą, bo raz ojciec posłał mnie do drugiej wsi, toczka numer 22, żebym coś kupiła, coś słodkiego, więc nie mogłam być wtedy pod komendanturą.
Jekaterina Chlubnaja
[Szrucy, Ukraina; Andriejewka, Kazachstan; lata 30.]Rodzice pracowali na roli. Ojciec pracował w fabryce cukru, mama w kołchozie, przy żniwach pracowali, buraki sadzili, kartofle, wszystko, co w kołchozie było. Ojciec był w fabryce cukru prostym robotnikiem, i mama tak samo. Było nas sześcioro dzieci. Było nam ciężko, nas same siostry były. Ale do 1936 roku, tam, na Ukrainie, żyliśmy dobrze. Mieliśmy dom, konika jednego, krówkę jedną, sad, ogród, i tak pracowaliśmy. Ojciec pracował, mama pracowała, a my byliśmy małe dzieci, choć ja to już do szkoły chodziłam na Ukrainie. A w 1936 roku przyszli i powiedzieli: – Zbierajcie się, wysiedlamy was. Ile czasu dali, nawet nie pamiętam, i kto, co mógł, to i wziął. Wszystko zostało. Przywieźli nas na stację, załadowali do piętrowych wagonów, kto co miał do jedzenia, to wziął, a kto nic nie miał – to i tak pojechał. Jeść nam nie dawali. Wieźli nas dwa tygodnie z czymś. Przywieźli tutaj, na stację Szortandy. Potem dostaliśmy stąd krówkę, i mleko nas uratowało. A kto się nie ratował, bo nie było czym – umierał. Potem nas stąd powieźli 56 kilometrów dalej. A tam pobudowaliśmy takie ziemianki, wycinało się kwadraty takie, składało i ziemianki robili my. Ściany niziutkie takie były, i tylko ściany, ani okien, ani drzwi, nic, pieca nie było, a z wierzchu nakryte to było takim chrustem, gałęziami, co je sami nazbieraliśmy. Mama położyła nas tak w kącie, żeby dalej od okna, bo wiatry silne były. To był step, październik, zimno. Nazbieraliśmy siana, a jego nikt tam nie zbierał, to my go zbierali tylko. A my, dzieci, wszystkie byłyśmy chore. Ojciec z matką trzymali się jakoś. Potem na drugi dzień postawili nam piec, i paliliśmy w nim tą trawą, a to była już zima, zimno, głodno, krowy nie ma czym karmić. Biedowaliśmy. A potem po jakimś czasie ojciec poszedł do pracy. Był tam taki mały warsztat, w którym pracowali więźniowie. To wszystko postawili tam więźniowie. I ojca tam wzięli, a ojciec był stolarz, dobry stolarz był. I wtedy zaczął robić drzwi, okna i wszystko. Wtedy już wstawiliśmy sobie i okna, i drzwi, zrobiło się lepiej – choć śniegu w domu nie było.
Jekaterina Chlubnaja

dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
[Andriejewka, Kazachstan lata 30.-40.]Potem – sama nie wiem, jak to powiedzieć – ziemię skądś dali, daleko od tej wsi. Nasza wieś to była toczka numer 19, a nazwa – Andriejewka. I oraliśmy krowami, końmi oraliśmy i bronowaliśmy, i sialiśmy. Jak szliśmy siać, to całą wsią, każdy jeden. A potem dzieliliśmy się wszystkim. Na drugi rok, jakoś to było, że państwo chyba dało traktory i wszystko inne – zaczęliśmy już traktorami i orać, i siać – urodzaj był. Sialiśmy marchew, kartofle, buraka – nie bardzo rosło, bo deszczu było mało, ale już coś przecież było. A potem zrobili kołchoz, i zebrali to ziarno, i wszystkim rozdzielili. Wtedy już zaczęliśmy dobrze żyć, i już było coraz to lepiej i lepiej. Potem pracowałam w tym kołchozie jako brygadzistka. A było głodno i chłodno – nie było się w co ubrać, nie było co jeść. Sialiśmy pszenicę, to weźmiemy jej trochę, a ona zatruta była, żeby jej nie kraść i nie jeść, truli ją, a potem siali. To my weźmiemy tej pszenicy, był taki kocioł w baraku, w kotle tę pszenice odgotujemy, potem na deskę tą pszenice i kto czym mógł – kto jakąś butelką, kto czymś żelaznym, kto kamieniem tą pszenicę tłukł. Rozbijemy tą pszenicę, i całą noc gotujemy. Dzieci śpią i robotnicy, a my pszenicę gotujemy. Dokąd ją ugotujemy – już dzień wstaje, i wszystkim po trochę dajemy. I tak przeżyliśmy jakoś.
Jekaterina Chlubnaja

dotyczy także: Codzienność powojenna,
Byli tam prawie sami Polacy, nie było Rosjan. A potem jeszcze z Polski przysłali Polaków, oni byli w 38 toczce, pracowali w oddziale prac wykończeniowych. Robili długopisy, tablice, kałamarze, ramki. To była taka spora, długa hala, jeszcze więźniowie ją budowali. To tam byli Polacy z Polski. Tak pięknie mówili po polsku! A potem – oni długo nie byli, ci Polacy, ale koło nich my trochę nauczyliśmy się mówić po polsku. Bo na Ukrainie rozmawialiśmy przecież po ukraińsku. A jak przysłali ich nam tutaj – oni pracowali z nami w dziale polerki i prac wykończeniowych – to myśmy się koło nich nauczyli po polsku mówić. Ale oni długo tu nie byli. To były takie miłe, dobre dziewczyny. Przyszło jakieś zarządzenie i oni wszyscy wyjechali do Polski. To było jeszcze przed wojną. Wojna zaczęła się 1942, a to było chyba w 1937 czy 1938. Tak się z nimi żegnaliśmy, tak się żegnaliśmy: – My już tak do was przywykli wszyscy, a tu taka rzecz.
Jekaterina Chlubnaja
W 41. roku, 14 czerwca, wywieźli dużo osób, tysiące. I wywieźli w 1949, 25 marca. My mieszkaliśmy wtedy na ulicy Puszkina. To dom był prywatny, jednopiętrowy. I już wtedy mówiono, że tej nocy będą wywozić. No, nieoficjalnie mówiono, oczywiście, ktoś komu gdzieś powiedział. Ale ludzie już mniej więcej wiedzieli o tym. I pamiętam, że to było 25 marca, to taki śnieg i woda. To już wiosna. I przejeżdżały samochody po tej ulicy. Ulica ta nie była asfaltowana. I samochody te ciężarowe huczały po tym błocie, śniegu. Rodzice pilnowali: czy ten samochód zatrzyma się, czy dalej pojedzie. Rodzina, dzięki Bogu, została. Ale krewnych i znajomych dużo zostało wywiezionych. Znajoma rodzina (prawie obok mieszkaliśmy), zrobiła tak: mąż poszedł do jednych ludzi, żona do innych, dzieci jeszcze gdzieś. I tam, gdzie była ona, tam przyjechali i zaczęli bić w drzwi i okna – żołnierze. I ona tam ukazała się. Ale przyjechali nie po tę rodzinę, co tam mieszkała, ale przyjechali po jednego studenta, który u nich mieszkał (albo ucznia może). Bo aresztowano jego rodziców – jego rodzice mieszkali na wsi. I oni teraz szukali go. Ale jego nie było wtedy w domu. Wszystkich podnieśli. Tam małe dziecko było i tą naszą sąsiadkę, która nie była mieszkanką tego domu, zapytali, dlaczego ona tu. A ona mówi, że pomaga dziecko pilnować. To ich wszystkich zostawali na miejscu i szukali tego studenta.
Gertruda Chrzanowicz

dotyczy także: Pierwsza okupacja sowiecka,
[Kazachstan, 1940–46]Młodzież chodziła bawić się na wieczory. Chociaż trudne było życie, ale wszędzie się chce żyć, nawet jak czujesz się niedojedzony. Jakieś śpiewki były, jakieś zabawy. My, młodsi, patrzyliśmy jak małpki na tych troszkę starszych, chcieliśmy się z nimi bawić. Czasem było nawet wesoło, chociaż ubrać się nie było w co. Kiedy zaczęła się wojna w 1941 roku do Kuszmurunu, tam gdzie mieszkaliśmy, przywieźli Niemców z Powołża — też wywiezionych. To byli inteligentni ludzie, muzykanci, orkiestra u nich była. Potem przywieźli nam Czeczenów. Jak przyjechali Niemcy i orkiestrę mieli, to chodziliśmy z nimi śpiewać. Potem gdzieś chcieli nas zawieźć z koncertem. Klub był taki w Kuszmurunie i koncerty tam różne były, śpiewy, występowania. Śpiewała tam Ukrainka — pani Bogucka. Miała piękny glos.
Nina Czarna
[Przesiedlenie polskich rodzin z Ukrainy do Kazachstanu w 1936 roku]Potem w Kazachstan wysyłali. U nas jeszcze wcześniej mamin brat jechał w Sybir, to jemu tylko czemodan można było wziąć z sobą. A u nas mówili: — To przesiedlenie. Nam dawali krowy wziąć, no — mąki. Łóżko czy co takiego można było brać. I dali nam zapiski, że my chaty porzucamy darmo, a tam nam dadzą chaty. Już nas wysyłają w Kazachstan, dali już dla siostry te zapiski. My chatę porzucili, ogród — wszystko porzucili, a tam nam dadzą darmo i my nie będziemy płacić.
Filomena Domańska
[Uprawa roli w Kazachstanie]My myśleli, że nie będzie tam nic rodzić, jedna trawa, taka wielka — i ona tak się wyginała. Tak jak wiatr wieje, jak woda falą bije. My paśli krowy i gdzieś tak daleko myśleli, że tam woda. Tam przyjdziemy, nie ma tam wody, a tak samo — słonko piekło krewko. Potem zostali siać wszystko, sadzić — wszystko rosło! I kapusta rosła, i wszystko, no nie było jak lać. Studnię wykopali na ogrodzie, blisko, żeby podlewać — to lali i ogórki, wszystko rosło potem.
Filomena Domańska
[Transport do Kazachstanu i pierwsze dni po przyjeździe] Jak my przyjechali — to tam nic nie ma. Step, tak jak nam mówili, i jedna studnia wykopana. Znaleźli tam, próbowali — dobrze, woda. I tabliczka stoi: „Posiołek numer 7”. My jechali dziewięć dób w Kazachstan. I razem krowy wieźli, i wszystko — to jak gorod, to nie stawał pociąg tam, a stawał w polu, żeby krowie narwać jakiego pokarmu. No, prawda — dawali siano, czasami dawali. Wszystko jedno — krowa chce zielone, to lato było. 26 maja my jechali, 1936 roku my jechali. No, i jak my już przyjechali, zrzucili nas z maszyny, przy wielkiej pałatce, wielkiej, wielkiej, długiej. Postawili te pałatki na 100 metrów, ja nie wiem, czy więcej, czy mniej, ja nie pomniu, ile metrów było. No, długa. A tam przyjechało nie tylko z naszej wioski, tam dużo przyjechało. I my w te pałatki — wszystkie, wszystkie. Stoi moje łóżko, stół, tutaj drugiego łóżko, trzeciego łóżko, stół — tak dwie łóżki, i stół, dwie łóżki — i stół. I tak my wszystkie w środku spali. Ale gorąco było, słońce tak piekło, że no! Gorąco, gorąco! To my wodę nosili i na pałatki tak wylewali, żeby chłodzenie trochę było.
Filomena Domańska
[Warunki życia na zesłaniu]My tak miesili, tak kopali ziemię. Po prostu ziemia, glina, ziemia — co jest. I przywozili nam słomy, siano. I miesili, i wyrabiali na takiej formie wielkiej, wielkiej, i suszyli, i wykładali chaty takie z tej ziemi. I wszystkie tak na Ukrainie z drzewa chaty, a tam z ziemi. My tak strachali się, że ta chata rozsunie się, nie będzie stojać. Toż ziemia! No, ale ze słomą przemieszana. A one jeszcze stoją, te chaty, kto dobrze wylepił. To my narobili, ja nie wiem ile, tych chat. My to na wiosnę przyjechali, a potem przyjechali, jeszcze tam przywieźli w Kazachstan, i nam dali jeszcze ludzi. I nam skazali, że nie mniej niż dwanaście dusz żeby było w tej chacie, a chaty maleńkie! Tak chata — ja nie wiem — 3 z połowiną czy 4 metry i 5 metry długa. I tam ścianka, i tam z drugiej taka sama chata. Tam było i po dziesięć dusz.. A na wiosnę jeszcze tyle samo chat postawili.
Filomena Domańska
[Praca w kołchozie w Kazachstanie]No, zrazu to trudodni pisali. Ot — ja robię, a zapisał mnie trudodzień. Tak całe lato — pracuję, a trudodni piszą. Przyszła jesień: jak jest urodzaj, że pszenicy obrodziło dobrze — to dadzą pszenicy. Jak nie ma urodzaju — to tak było, że pół worka pszenicy! Za całe lato — zarobisz pół worka! O, no kradli, też prawda. No, trudno było — na trudodni mało dawali, mało. No jeden rok taki był, 1938. Na drugi rok bardzo urodziło i pszenicy tej nie było gdzie złożyć, wysypać. Jedna chata, a sień maleńka, a deszcz pada. Oni przywieźli, wysypali na dwór. Chcesz — bierz, nie chcesz — to przechodzi. I bardzo pszenicy bogato przepadło.
Filomena Domańska
[Donbas, 1943-45]Mnie brali na robotę na Donbas. Mieli iść inni, mężczyźni. A mnie wzięli, bo był plan. Z rodziny mojej tylko mnie wzięli. Nas pięć stąd, z wioski zabrali. Jedna jeszcze żyje, ma 87 lat. Mnie wzięli w 1943 roku, a przyszłam w 1945 roku w jesieni. Mała byłam. Przyszłam tam, naczelnik mówi: – Co ja z tym dzieckiem będę tutaj robił? Dali mnie na kuchni robić, wodę nosiłam, ziemniaki, pomagałam. Dwa lata byłam. A wzięli tak, że z bronią przyszli. W wiosce była kancelaria i jemu, naczelnikowi, podsunęli, żeby dał im ludzi. I on tego nie, tego nie, a posłał nas. Pięć dziewczyn posłał. Same Polki. Mężczyzn brali, z Panki na przykład brali. Zawieźli mnie do Starożyńca, potem do Czerniowiec. W Czerniowcach wsadzili nas na pociąg i zawieźli za Kijów. Tam było rozbite, kolej nie szła. Przechodziliśmy na drugą stronę. Wszystko rozbite bombami i przewieźli nas na drugi pociąg samochodami. Potem już jechaliśmy towarowym. Jak nas przewieźli, przebrali, dali nam ubranie jak więźniom. I każdego do roboty. Mnie na początku, bo ja byłam mała, to mnie dali uczyć. Szkoła to była szkoła zawodowa. Dali odzież. Szyć uczyli i szkoła była. Uczyli też w fabryce, chodziliśmy na fabrykę. Mówili, że to idzie na wojnę. Mnie się tam nie podobało i uciekłam. Z drugiego piętra, wiązałam dwa białe prześcieradła, przywiązałam do łóżka i po prześcieradle spuściłam się. Dwa razy uciekłam, ale dwa razy mnie złapali. Uciekłam do swoich, gdzie były nasze dziewczyny na robocie, na szachcie [kopalni]. Mi było skuczno. Ja jeszcze nie umiałam mówić po ukraińsku. I dwa razy uciekłam.
Ewa Drozdek – Korablowa

dotyczy także: Represje sowieckie po 1944 roku,
[Donbas, 1943-45]Potem wzięli mnie na szachtę, do roboty. Puszczali taki cztery deski, taka skrzynia zbita, po cztery ludzie. Jedna do góry szła, jedna na dół. I szła do góry zmiana. Na dole były wagoniki, tam, gdzie wydobywali węgiel, była skóra, żeby nie zamoczyła się, krótka łopatka. I chodziło to. W wagoniki sypało się, kładliśmy to do wagoników. Pracowaliśmy od ósmej do piątej. Pojedliśmy w południe i z powrotem do szachty. Wysokie to było na 70 centymetrów, tylko można było siedzieć, stać człowiek nie mógł. Łopatką brać i zrzucać do dołu. Wyciągali, to człowiek czarny cały był. Czarny człowiek, tylko zęby białe. I kurz i woda, mokro było. Płacić, to nic nam nie płacili, tyle co jeść dali. Rano, na obiad i na wieczór, bezpłatnie w stołówce. Były kartki na cały miesiąc, chleba na nie dawali. A chleb taki był, że jak się go zdusiło, to woda z niego kapała. Na cały dzień, jak dali chleb, to tylko było 500 gram, taki kawałeczek, że naraz można było wszystko zjeść. Nie było co dzielić. Ale oni wyliczali, nie na raz dali, tylko dawali na rano, na obiad i wieczór, żeby trzy raz jeść. Głodno było. Wstawaliśmy rano, chodziliśmy kopać grządki na ziemniaki łopatami. Wtedy dawali nam trochę jeść – krupa perłowa. Jęczmienna ugotowana, trochę cukrem posypana i mlekiem. Za te wykopki dawali nam jeść. Wstawaliśmy o 4, i tak do wpół do ósmej. I jak z powrotem wyszliśmy, to znów tam wracaliśmy. Młody, to chce jeść. A ziemniaki takie sine, suszone, marne. Kładliśmy gotować, do gorącej wody. Jakaś kapusta, jakąś łyżkę smalcu. Dobrze, że po ludziach chodziliśmy kopać, żeby zarobić. Z pracy przyszliśmy na piątą i jeszcze do dziesiątej człowiek pracował.
Ewa Drozdek – Korablowa

dotyczy także: Represje sowieckie po 1944 roku,
[Donbas, Czerniowce, 1945]Wojna się skończyła, nikogo nie puszczali, ale wszyscy uciekali stamtąd. Jak się wojna skończyła, to ja też uciekłam. Szliśmy na początku dwie, z Mariką, ale ona do Polski pojechała, zmarła już. Zgubiłyśmy się w Żytomierzu. Byłam tam chora na tyfus, ostrzygli mnie, wyglądałam jak chłopiec. Zresztą tam wszystkim włosy ścinali, nawet nie ścinali, same włosy wypadały. Nic nie pamiętałam przez dwa tygodnie. Przychodziły koleżanki, pomagały, potem mówiły mi, że ja byłam jak durna. W szpitalu byliśmy. Też rozbity szpital, ale jeść dawali, łóżka były, tylko wody tam mało było. Czaj dawali, ale jak chciało się pić, to nie dawali, nie wiem, dlaczego. Pić się strasznie chciało. Przyszłam do Czerniowiec. A od nas do Czerniowiec jeździli sprzedawać masło, mleko. Ja poszłam tam na bazar i zobaczyłam naszą sąsiadkę. Podeszłam, a ona patrzy się na mnie: – Czy to ty? – Tak, ja. Nie miałam włosów, a wcześniej miałam włosy długie, długi warkocz. A teraz jak chłopiec, przebrana w spodniach i koszuli. Patrzy, jakbym to nie ja byłam. Ona była z furą, z końmi. Wsiedliśmy i przyjechaliśmy do domu. W domu ucieszyli się. Ale brat był mały, nie poznał mnie: – To nie ona!
Ewa Drozdek – Korablowa

dotyczy także: Represje sowieckie po 1944 roku,
[Letowoczne, obwód kokczetawski, Kazachstan, lata 40.-60]Katolicy zawsze zbierali się w niedzielę u kogoś w mieszkaniu i modlili się, odprawiali jakby mszę. Kościołów nie było, księży nie było, różańców nie było, ale modlili się, na palcach rachowali i modlili się. Tam może u kogoś były książki i tak po tych książkach odprawiali mszę. Ja teraz tak wspominam, że to bardzo dziwne było, tak katolicy trzymali się swojej wiary. Nie wolno było, ale każdej niedzieli u kogoś innego modlili się.
Julia Gawriłowa
[Letowoczne, obwód kokczetawski, Kazachstan, lata 40.-50.]Chodziłam do szkoły już, ubrania nie było, jeść nie było co, ale co chcę powiedzieć, że tam byli różne narodowości, Niemcy, Kazachy, Polacy, różne, różne… Ale miłość jakaś była między tymi ludźmi i jedni drugiemu dopomagali. Wszystkim było ciężko, ale nie było jakiejś zazdrości, że ten ma, a ja nie mam. Jakaś była miłość między ludźmi.
Julia Gawriłowa
[Letowoczne, obwód kokczetawski, Kazachstan, lata 40.-60]W Kazachstanie nie było kartek. Pracowała mama troszeczkę, to troszeczkę otrzymywała pieniędzy. Chleb piekli sami. Ale trzeba było kupić pszenicę. Ziemniaki sadzili sami. Ziemniaki tam bardzo ładne rosły i bardzo smaczne. Tutaj takich ziemniaków nie ma. Tu do ziemniaków trzeba masła, albo śmietany, żeby było smaczne, a tam gotujesz ziemniaki, one tak pachą… Niczego do nich nie trzeba było, nic… Wiśnie tam rosły, ale takie drobniutkie, jabłka też, takie malutkie jabłka były. Ale przywozili, z Ałma Aty przywozili jabłka. Bardzo takie pachnące, smaczne jabłka. Przysyłali w paczkach, kto tam miał, jakich znajomych, albo rodzinę, gdzie rodziły się jabłka, to przysyłali.
Julia Gawriłowa
Pierwszy dom, to nazywał się ziemianka, podłoga z ziemi była, nie było tam podłogi z desek, wszystko ziemia. Opału nie było takiego, palili słomą. Nanosili. Potem już, kiedy troszeczkę podrosłam, to już zaczęli drzewo przywozić, to drzewem zaczęli palić. Z roku na roku zaczęło być lepiej, ale na początku w tych ziemiankach… Śniegi takie, że jak budynek stał w połowie w ziemi, a druga połowa nad ziemią, to w zimie, gdy były wielkie śniegi, to zasypało budynki, że nic nie widać było, że równo. Idziesz, idziesz po tym śniegu, jak nogą przywaliłaś w komin, to wiedziało się, że chodzi się po budynku. Drzwi robili tak, żeby otwierały się do mieszkania, bo jak zasypie śniegiem, to nie otworzysz. Otwierali drzwi i po troszeczku robili takie tunele. Śnieg do mieszkania potem wynosili. I kopali, jeden drugiego ratował. Bardzo surowe były zimy. Mrozy były do 45 stopni. Tak, że ptaki zamarzały, leci, leci i nagle pada. Były takie burany. Kiedy mróz, to cicho było, wiatru nie było, a kiedy burany, to mrozu nie było. Kiedy mróz, to ludzie nie zamarzali, a kiedy burany, w dwóch metrach nic nie widać i ludzie szli koło swego budynku, dwa metry od swego budynku, to ginęli, nic nie widać i ginęli. Nie potrafili trafić do swojego budynku.
Julia Gawriłowa
[Letowoczne, obwód kokczetawski, Kazachstan, lata 30.-40.]W ziemiance było drewniane łóżko, materacy nie było, a słoma naścielona, koc jakiś. Bardzo biednie żyli, nic takiego nie było. Jeden pokój, i tam i kuchnia, i wszystko razem. A koło budynku to jeszcze obowiązkowo trzeba było robić – to się nazywało szałas. Budowali z drzewa, jeszcze czymś nakrywali, żeby tam można było trzymać, jak ktoś miał psa, drzewo, słomę. Trzeba było tam trzymać, bo zasypie śniegiem i nie znajdziesz. Na początku nie było nic, a potem, jak już miałam osiem lat, to mama kupiła młodą krowę. To było już takie bogactwo, bo kiedyś będziemy mieć swoje mleko, taka radość była. Tak szanowaliśmy tę młodą krowę, gdy już miała cielątka, gdy było mleczko, to już głodu nie było. Wtedy lepiej żyć było, można było kupić coś. A na początku, jak przyjechaliśmy, to nikt nic nie trzymał. To były już nie takie roki głodu, jak tutaj w 1933 roku, bo to już było nawet po wojnie. Pamiętam, że w zimie mama szła na pole i pod śniegiem… Rozgrzebała śnieg i szukała zmarzłych ziemniaków, żeby zrobić jakiś placuszek. Bo nie było co jeść.
Julia Gawriłowa
[Letowoczne, obwód kokczetawski, Kazachstan, lata 40.-50.]Sąsiadka moja była jedna, ale oni bogaciej trochę żyli niż my. Był u nich ojciec, lepiej żyli niż my. W lecie, kiedy już nauczania nie było w szkole, to u nas były takie działki i tam pracował, kto chciał. Płacili tam. To my w lecie szli na te działki i tam pracowali. Dzieciom to płacili. Trzeba było jakieś zioła powycinać, podruszyć tę ziemię, i tak pracowali na tych działkach. Między nami była Niemka, dziewczyna. My usiedli na obiad odpoczywać, co tam kto miał zaczęli jeść. I ta moja sąsiadka nazwała tę dziewczynę faszystką. Ja tak byłam tym… Tak mnie przykro było, że ona tak powiedziała. Bo dla mnie to było jednakowo, czy ona Niemka, czy ona kto…Człowiek, to człowiek, czego ona faszystka? Ja stanęłam i krzyczę, że nie wolno tak mówić! I ona zaczęła na mnie krzyczeć. Wtedy ja zdjęłam z nogi pantofla i uderzyłam ją. Poszła do domu, powiedziała rodzicom, że ja ją uderzyłam, przyszli rodzice, a ja mówię: – Będę bić, jak ona będzie nazywać faszystką, to będę bić. Po co ją tak nauczyli?
Julia Gawriłowa

dotyczy także: Codzienność powojenna,
Całe dzieciństwo tam przeszłam i młodość. Biedno było, głodno, ale wesoło było. Nikt nigdy nie tęsknił. Każdy wieczór zbierali się u nas śpiewali, nikt nie tęsknił. Nie było tak, że co ja mam jutro zjeść, w co ja mam ubrać się? Szli, żeby tańczyć. Młodzież byliśmy, chce się pójść. Ja nie miałam co ubrać. U mamy była sukienka, ja ubrałam tę sukienkę, ale ona na mnie wielka, za szeroka, podwiązałam ją sznureczkiem, założyłam taki sweter i poszłam. Co miałam robić? Chciało się gdzieś wyjść. Widzę te ogrody, te lasy. Jak my w lecie jeździliśmy w lasy zbierać poziomki! Bardzo dużo ich tam było. I zajechali do lasu, to aż pachnie tymi poziomkami. Nazbierali dużo, wiadro, po dwa wiadra, suszyli, ale wtedy tak nie było, jak tutaj, że gotują dżemy, bo cukru nie było. Tam Niemcy nauczyli nas takie dżemy robić, kompoty, bo Niemcy to wszystko wiedzieli. Pamiętam, babcia ugotowała dżemy. Kiedy ziemniaki przekwitną, to takie kwitną, jak jabłuszka, na ziemniakach. Babcia nazbierała ich, kiedy już dojrzeli i ugotowała dżem. Kiedy tutaj przyjechaliśmy, jakoś ich tutaj nie ma, ale było jedno lato, że były te jabłuszka na ziemniakach i nazbierała, ugotowałam dżem. Próbowali, ale nikt nie mógł zrozumieć, co to takiego. Kiwi nie, podobne, ale nie kiwi. Ale bardzo smaczne.
Julia Gawriłowa
Spalim, a oni obkrążyli z automatami mieszkanie: – Atwieraj, atwieraj! Nu, otworzyłem w nocy, wpadli. Broń szukają. – Nie szukajcie broni, bo ja nie mam – mówię. Po rusku umiałem rozmawiać. A to jakie byli? Litewskie bandyty! – Zabirajsia, wyjeżdżamy. A taki Grabowski, my razem rośli,  wiedział, że mnie wywiozą. Na rower siadł i przyjechał pomóc. Świniaka pomógł zabić, osiemdziesiąt kilo, pomógł opalić. Soli przysypali, miałem po drodze dużo mięsa. Napchałem słoniny w worki, szynki, mięsa miałem. Polędwica jak nasolona, długo trzyma się. Ona twarda, ale mięsa odkroisz, zęby dobre, no, i jechałem jak pan. A brat też jechał, nie miał ni chleba, ni mięsa. Karmiłem ich całą drogę, dwa tygodnie, potem jeszcze dałem połcie słoniny.
Władysław Gruzdź
Jak nas przywieźli, to było w jesieni, koniec listopada, już śnieg był, mróz był, statek poszedł i więcej nie przyszedł. Na brzeg wypuścili i idź, gdzie chcesz. My mielim pierzyny, położyli się na brzegu i śpimy. Moja żona i mama razem. Mama już miała ponad sześćdziesiąt lat. Z rana wstajem i teraz co? Nikt tam o ciebie nie pytałsia, gdzie chcesz, tam idź. Kupcy przyjechali: – Co chcesz? Do kołchozu czy do przedsiębiorstwa jakiego? Taki Staszek podszedł: – Kak ciebia zwać? –Władysław, a ojciec Jan. – Władysław Iwanawicz, zapiszysz się do Małczanowa. A tak wszystkich nie brali, bo gdy ludzie mieli dużo dzieci, to już kłopot, a ja byłem tylko z żoną i z mamą. Ten Saszka mówi: – Ty chadzi ka mnie. Idź, weźmij woła, kolaska i zabierz swoje rzeczy. Wzielim woła, złożyli rzeczy, zawieźli do majsterni. Tam majsternia w domu, żelazny piec blaszany nagrzeje i tam ciepło było, tam bylim. A Sasza, matka, żonka i dwie dziewczynki w jeden pokój i kuchnia. Ziemi nasypane aż do okien, równo do szyb, to ciepło jak w łaźni. Dwa worki mięsa, my mielim co jeść. Jabłek suszonych dwa worki też zawiozłem, antonówek zawiozłem, ale poczarnieli dużo. Nu, rozdzieliłem te jabłki. A, Jezus Maria, dziękują! Zamarznięte, to smaczne, a dla mnie niepotrzebne, ja najedzony jestem.
Władysław Gruzdź
[Szortandy, Kazachstan, lata 30.–40.]Kazachowie bardzo wiele pomagali. Na przykład mama chodziła do Kazachów, oni ją zapraszali do siebie, do domu, sadowili w krześle, zamieni się z nimi na jakiś materiał albo palto lub jeszcze coś innego. Odda im to, a za to dostanie w zamian pszenicę, do tego zaproszą, herbaty zaparzą i napoją, i zapytają o rodzinę. Pytają: — A kto u Pani w domu jest? Mama odpowie: — Dzieci. I wtedy jeszcze nam, dzieciom, coś dadzą, na przykład kazachskie lepioszki, żeby mama nam do domu przyniosła i nakarmiła. Albo mleko dadzą. Bardzo nam Kazachowie pomagali. Można powiedzieć, że ratowali nas przed śmiercią. Bo przecież pracy dobrej nie było, brało się do jakiekolwiek, byleby się wyżywić. Polacy, którzy zostali deportowani w 1941 roku do Kazachstanu, trzymali się od nas na dystans. Mówili, że my jesteśmy wiejskimi Polakami. Trzymali się od nas daleka, sami ze sobą tylko. Z nami nie kontaktowali się zupełnie. Potem pojawiła się możliwość powrotu do Polski i oni wszyscy wrócili.
Jelena Gudyma
[Kazachstan, lata 30.]A tam już, jako w Kazachstanie byli, to ja pamiętam wszystko. W Kazachstanie nas dwie wsie posadzili w jedną chatę. Kozaki jak przyjdą do nas, to oni nie umieją nas rozumieć, i my ich też nie. Tam jak umierali ludzie! Ja pamiętam te mogiły. Jak umrze ktoś, to ludzie takie nasypy jak kopiec kartofli sypią. Mnie już było 5 lat. Rodzice tam pracowali, to pewnie też kolektyw był, ja nie wiem, co to było. Tam było co jeść, tam było. Mama piekła taki chlib. Kozaki przynosili mąkę, bo oni nie umieli nic zrobić. To mama, czy inni ludzie, piekli im chlib. Oni mówili, że to takie dobre. Oni taka dzicz byli! Jak krowa zdechnie czy co, to w takich kotłach gotują. Mama już gotowała dla wszystkich, jedli u nas. Taka dzicz była… A zaraz kto ich wie, już tam naszych ludzi ni ma, pouciekali stamtąd.
Jolanta Jakubowska
[Konstantinowka, Kazachstan, 1936 i lata 40.]Deportowali mnie z rodzicami w 1936 roku. Nic nie mieliśmy, tylko siebie. Trafiliśmy do Konstantinowki i zamieszkaliśmy z innymi rodzinami w ziemiance. To owoce jakieś nazbieraliśmy, to inne rzeczy, i tak żeśmy żyli z dnia na dzień, ale zaraz mi aresztowali ojca, potem mamę. Aresztowali ją za to, że wzięła trochę garści pszenicy, bo już nie mogliśmy wyżyć. To było w 1942 roku. Nie wiem, dokąd wzięli ojca, co się z nim stało. Jak zostałam i bez mamy, to zaopiekowała się mną obca rodzina. Byłam jak ta przybłęda, miałam 13 lat. Musiałam pracować ciężko, bo czy bym umarła, czy nie, to tej rodziny już bardzo nie interesowało. Dali tylko dach nad głową. Potem mama wróciła — nie pamiętam kiedy, ale to było po wojnie już — i zamieszkałyśmy same we własnej ziemiance, już w Czkałowie.
Józefa Jakuszewska
W latach 30., czy jeszcze wcześniej, przyszła władza sowiecka. Mówili mamie: – Zgłaszaj się do kołchozu! A ona mówi:- Nie pójdę! Ach tak! A była mama, ojciec, bracia, siostry były, żyliśmy dobrze, trzeba prawdę powiedzieć. Przyszli oni, nocą przyjechał czornyj woron, zabrali – i na Syberię. Część rodziny trafiła do Irkucka, a większość do miasta Bodajbo. Płynie tam rzeka Witim, tam ich zesłali. Ja zostałem u wujka, ojca brata, ale on biednie żył. Jego nie tykali, a nas wtedy na Ukrainie nazywali kułakami. Nie chcesz iść do kołchozu, kułacka ty mordo, to pojedziesz na Syberię! I zabrali ich, przyjechał czornyj woron, i zabrali, z końcami zabrali. Ja zostałem z wujkiem, i tak z nim trafiłem do Kazachstanu. Nie pozwalali nam pisać listów, bez korespondencji, nigdzie nie można było napisać, i nic nie było wiadomo, żywi są, czy martwi, kto go wie, nikt nie wie. I tak ja z wujkiem w 1936 roku jadę do Kazachstanu. Ja jechaliśmy, to był cały eszelon ludzi. I wieźli nas samochód za samochodem w step: pierwsza toczka, druga, trzecia, czwarta, piąta, szósta, siódma, ósma, dziewiąta, dwanaście czy trzynaście toczek było. Wszystkich po toczkach pozasiedlali. Wyładowali na step, a tam jedna studnia. A niektórzy mieli krowy, bo pozwalali brać krowy do Kazachstanu. Wody nie starcza, kolejki całą dobę, bez wody my, bez niczego. A na stepie ostnica i namioty. W namiotach w dzień umrzeć można z duchoty, a w nocy zimno, a tu ludzie z małymi dziećmi, i rób co chcesz. I do jedzenia nic nie było – gdzie chcesz, co chcesz, jak chcesz żyj. I nie puszczali nas nigdzie, komendantura była, za namiot nie masz prawa nigdzie iść. Stoi ich po dwóch, trzech uzbrojonych – pilnują. Myślałem, żeby uciec, a figa – nie ma dokąd. I tak tutaj żyliśmy. W 1936 roku jeszcze pobudowali samany, z gliny robili. Na zimę zbudowali już trochę domów takich glinianych, nie pamiętam, ile. I nakrywali też gliną. W każdym domu taka mniej więcej przestrzeń – małe były te domki, a dziesięć dusz mieszkało, nie mniej. I śpij jak chcesz, i gdzie chcesz. To ze słomy robiliśmy takie wiąchy, i jakoś na tym spaliśmy. Oj, życie było, że nie daj Bóg.
Tadeusz Jakuszewski
Pięć lat byliśmy w armii pracy w Niżnim Tagilu. Ja mam teraz status uczestnika działań wojennych na froncie, bo pracowałem w fabryce w Tagilu. Każdego dnia wieźli stamtąd na front wagon czołgów. Zaliczyli mi to jako służbę na froncie. Ja nawet pisałem podanie, żeby mnie wzięli do wojska, miałem dość, było tu już tak źle, że życie to było, a jak nie życie. Myślałem, że najwyżej zginę, jak mi sądzone. Napisaliśmy, przyszła nam odpowiedź z komendy uzupełnień: – Jak będzie trzeba, sami was znajdziemy, a póki co pracujcie. I tak skończyła się wojna. Z Tagilu przyjechałem tutaj, byłem żonaty, miałem już rodzinę, i tak żyję do tej pory. Pisaliśmy też podanie do polskiej armii, z kuzynem, kuzyn powiedział: – Chodź, napiszemy do polskiej armii! Bo przyszła polska armia, i brali do wojska. I tak samo przyszła odpowiedź, że o nas wiedzą, że znajdą nas, jak będzie trzeba, a póki co mamy pracować. Nie udało się. A byli tacy, co poszli do polskiej armii i po dziś dzień tam żyją w Polsce, nikt z nich z Polski nie wrócił.
Tadeusz Jakuszewski
W pociągu były jakieś nary, kto stary, to leżał, a większość siedziała. Na każdej stacji pozwalali brać wodę – każdy brał, w co miał, ktoś do słoja, ktoś do kanistra. A tak to wody nie było. Przyjeżdżamy na stację, ogłaszają, ile będziemy stać, pół godziny czy dwadzieścia minut: – Nabierajcie wodę, komu trzeba! I ludzie biegną, nabierają wody, żeby była chociaż woda. I tak jechaliśmy do Kazachstanu. Samochodów wtedy nie było, na wozach jechaliśmy, bo nawet konie, nawet bryczki pozwalali brać. Wiem, że nas przywieźli samochodem, a jakim – Bóg wie. Wyładowali nas na stacji, i to pamiętam dobrze, że była ostnica, jeden namiot, i jedna wykopana studnia, i może pół metra wody w nim było. Bydło chciało pić, ludzie chcieli pić, upał, trzydzieści stopni, słońce piecze. Pójdziesz do namiotu, a tam komary, wszędzie obłażą cię jakieś owady. Nie było się gdzie podziać, takie to było życie. Dopiero potem zaczęli stawiać domki, oczywiście, że zrobiło się inaczej. Przyszła zima – nie ma czym palić, to pozwolili jechać po trzcinę na opał, siedem albo osiem kilometrów od wioski ścinaliśmy tę trzcinę. Przywieziesz wiązkę, rozpalisz w piecu, i choć ręce ogrzejesz. I wszystko, jutro znów trzeba za tą trzciną jechać. Zimno, nie ma się w co ubrać. Tu już nie tak było, jak u nas na Ukrainie. Jedziesz bykami, póki zajedziesz do tej trzciny, to zimą cały dzień mija. Wyjedziesz rano, zajedziesz wieczorem, zmarznięty do szczętu. Jeść chcesz – a nie ma co, i zimno.
Tadeusz Jakuszewski
[Kamienka, Karaganda, Kazachstan, 1936–46]Rodzice w 1936 roku trafili do wioski w Kazachstanie. Byli przesiedleni z Ukrainy, z żytomierskiego obwodu. Przywieziono ich do tzw. toczki nr 11 — późniejszej Kamienki. Tam zbudowali ziemiankę, tam zamieszkali, ale dwa lata potem — nie wiem dokładnie, jak to się stało, bo była komendantura — przyjechali do Karagandy. To musiało być domówione z władzami, związane z pracą ojca w kopalniach, dlatego że z wioski można było tutaj, do miasta, przyjechać tylko do cięższej pracy. W Karagandzie ja się urodziłem. Ojciec wkrótce znalazł się w trudarmii, a mama pracowała na stołówce. Ale jak ojciec wrócił, to szybko przeprowadziliśmy się do lepszego domu, murowanego.
Anatolij Jankowski
[Wywiezienie rodziny męża ze wsi Duda]My mieszkaliśmy po sąsiedztwie z całą mężowską rodziną. Wtenczas wszystkich wywozili, całe wioski. Mało kto zostawał w wiosce z tych, co byli bogatsze czy mieli siłę roboczą. Przyjeżdżali w nocy, zawsze wywozili nocą. I przyjechali tak samo do nich, już ojciec i brat starszy męża byli wywiezieni, matka tylko co ze szpitala wróciła, po operacji ciężkiej. Tam małe dzieci były, dwie siostry i chłopczyk mały, dwie córki i syn. Niewiele dla nich pozwolili zabrać, bo co ona mogła wziąć w nocy? Nic tam takiego nie było, kawałek słoniny, mięsa jakiegoś i chleba bochenek. I wszystko, tak pojechali.
Ludwika Januszkiewicz
W Nowosybirsku był ośrodek Związku Patriotów Polskich. Stamtąd do Tomska i do północnej części obwodu tomskiego przyjechała specjalna komisja. Wcześniej wszystkich obywateli polskich zakwalifikowano jako ewakuowanych i wystawiono paszporty. Kiedy przyjechała ta komisja z Nowosybirska i rozpoczęła kontrolę okazało się, że wcześniej wydane paszporty były fałszywe. Dzięki komisji udało się je zamienić na prawdziwe. Jak juz żeśmy dostali nowe paszporty, to niemalże od razu dotarła do nas pomoc humanitarna z Anglii, załatwiona przez polskie władze. Było to głównie jedzenie. Gdyby nie to, to byśmy z głodu zmarli. Normalnie, przydziałowo, na jeden dzień, było 500 gram chleba i woda.W momencie, kiedy zamienili nam paszporty na prawdziwe, postanowiłam wypłynąć ostatnim statkiem z tej północnej części obwodu tomskiego. Na statek czekaliśmy trzy doby, ale wreszcie przypłynął. Był towarowy, a obsługę stanowili Mołdawianie. Jakoś nas wszystkich poupychali i udało mi się dotrzeć do Kołpaszewa. To był ostatni moment, bo rzeka już zamarzała, a samoloty w ogóle wtedy nie latały. W Kołpaszewie kupiłam bilet – wcześniej płynęłam na gapę – i płynęłam dalej. Dotarłam tylko 40 km od Tomska, do osady Moriakowka, bo okazało się, że statek dalej nie popłynie – rzeka zamarzła. A myśmy przecież płynęli do Nowosybirska. Razem z koleżankami trzy dni szłyśmy do Tomska. Dobrzy ludzie nas nocowali. Po przybyciu do Tomska poszłam do fabryki lamp, gdzie znałam jedną z jej pracownic. Dopiero ona nam pomogła. Załatwiła mieszkanie i pracę w fabryce, i tak osiadłam w Tomsku.
Taissa Kałahurskaja
Pracowałam 7 lat w aptece we Lwowie, w tym czasie wyszłam za mąż, urodziłam dziecko. I po tych 7 latach znowu mnie deportowali. Przyszli po mnie do pracy, do apteki, i zabrali tak, jak stałam. Mąż mnie szukał cały miesiąc. Prokuratura mu nie odpowiadała, a przecież został z maleńkim dzieckiem. Mnie przesyłano przez kolejne punkty, więzienia i ostatecznie zesłano do Tomska. Jeszcze dwa tygodnie trzymali mnie w więzieniu na Puszkina, aż w końcu śledczy stwierdził, że nie poślą mnie na północ, tylko zostawią w Tomsku. Zapakowali mnie do samochodu i zawieźli tam, gdzie pracowali wszyscy wrogowie ludu – na budowę. Praca była ciężka, marnie płacili. Później zawieźli nas do miejsca zakwaterowania robotników – mnie i jeszcze jedną Estonkę. I jak żeśmy wysiadły, to się okazało, że są tam sami mężczyźni. Jak się dowiedzieli, że ja lwowianka, to powiedzieli, że nas nie puszczą i będziemy musiały z nimi mieszkać. Było ich czterech. Wzięli mnie i Estonkę, dali też pieniądze, żebym mogła wysłać telegram do męża, gdzie jestem. Po tygodniu mąż mnie odnalazł.
Taissa Kałahurskaja
[Pińsk, lata 40.]Jak tutaj przyszli Sowieci — to wszystkich wywozili. Kto jaki majątek, jaką fabrykę miał, to wszystkich wywozili na Syberię. Wywozili nie tylko w 1941 roku, ale i po wojnie, w 1946 i 1947 roku. W nocy przyjeżdżali, zabierali takimi autobusami, które nazywały się „czarna wrona” i człowieka nie było. To było coś okropnego. Z naszej ulicy też zabrali sąsiada. Gdy to się działo to my okiennice zakrywali w oknach. W nocy prawie wszyscy w ubraniu się kładli, bo bali się, żeby nie przyjechali i nie zabrali. I wszyscy byli wrogami narodu. Nikt nie wiedział, za co go zabierają. Ojciec przy Niemcach pracował w porcie — trzebaż było żyć z czegoś przecież, trzeba było gdzieś pracować. A skoro pracował w porcie, to mogli go zabrać, wielu ludzi pozabierali takich, co tam pracowali. Ale nas Bóg oszczędził.
Regina Kołb
[Pińsk, 1939]Przed wojną ojciec pracował jako policjant. Jak przyszli Sowieci, postanowił zgłosić się do nich. Poszedł w całej formie policyjskiej, w mundurze. I już go nie puścili. Przyjechali z nim dorożką, ogolił się, siadł na dorożkę i zabrali go, powieźli — nie wiem gdzie. A trzeba było nie iść do nich dobrowolnie, trzeba było uciekać do Polski.
Julian Kowalczyk
[Pińsk 1939, Kazachstan 1939–46] A mnie i mamusię na Syberię posłali. Zapakowali nas na furmanki i powieźli na dworzec, gdzie stał pociąg towarowy. Kto majątek miał, sklep swój na przykład, to go zabierali. Jechaliśmy w wagonach towarowych, koło których żołnierze z bronią — nie można było wyjść na dwór. Dużo ludzi pojechało, cały szelon. Jechaliśmy prawie dwa tygodnie… Zawieźli nas do kołchozu. Ja, mama i trzy inne rodziny mieszkaliśmy w jednym domu. Przeżyliśmy tam od 1939 do 1946 roku. Kazachi, bardzo przyjemni ludzie, zapraszali nas na herbatę. Żyliśmy niedobrze. Wszystkie ubrania, jakie mieliśmy, poszły na jedzenie. Problem był z wychodzeniem z domu, bo jedne walonki na dwoje mieliśmy. Jak mama szła do pracy, to ja siedziałem w domu. Mama z pracy przychodziła, to wtedy ja brałem buty i szedłem.
Julian Kowalczyk
[Donbas, Ukraina, lata 40.]Przyszło do naczelnika zawiadomienie. Mówił: ja mam rozkaz wziąć do szkoły zawodowej 10-15 chłopców. Kogo złapali, to wzięli. Brali i Polaków, i Ukraińców, już nie Rumunów. Zabrali do pociągu w Storożyńcu. Najpierw na Iwano Frankowsk, Lwów, do stalińskiego obwodu, niżniański rejon. W 21. kopalni pracowałem sześć miesięcy. Pracowałem pod ziemią. Robiliśmy tunele pod ziemią, odkrywaliśmy pokłady węgla, drogę robiliśmy. Maszyna zrywała ściany, my uciekaliśmy. A potem musieliśmy pracować na kolanach, tunel 70-80 centymetrów, a czasem 60 centymetrów, to już wtedy nie można było na kolanach, to na boku leżeliśmy i pracowaliśmy. Ciężka praca. Ale przynajmniej jeść dawali dobrze, kilogram i 200 gram chleba dawali na dzień. I kasza, barszcz, herbata. W końcu zostawiłem wszystko, uciekłem. Pieniądze były, wziąłem chleb i poszedłem na pociąg. Pojechaliśmy na Odessę, na Mołdawię, i przyjechaliśmy. Tutaj była zona, strefa. I tam nas z pociągu zabrali. Przesłuchanie, zabrali dokumenty. Ale zwrócili dokumenty i pojechaliśmy dalej. I tak dojechaliśmy do Czerniowiec, a potem na piechotę do Panki. Taki głodny, bo w pociągu nie było nic jeść. I za pół dnia dotarłem do domu. Rodzice ucieszyli się. Ojca nie było, matka i siostra była w domu. Zapłakali, pocałowaliśmy się.
Kazimierz Krasowski

dotyczy także: Represje sowieckie po 1944 roku,
[1936, lata 30. Kazachstan, Jużnoje, Kelerowka]W maju 1936 roku przywieźli nas na step – trawa po pas, burzany. Postawili namioty i do tych namiotów wyładowali nas na step. A my krzyczymy, wrzeszczymy. Moja mama miała dziewięcioro dzieci, a zostało jej tylko troje – wszystkie poumierały. Tym dzieciom, co je przywieźli do tego Kazachstanu, do tych namiotów, klimat nie służył, padały wszystkie – każdego dnia wynosili po 30 dzieci. Nie było nawet deski, żeby jakąś trumienkę zrobić, to w szmatkę zawinęli, dziurę wykopali, i pochowali dziecko. Tak pomarły te dzieci. Potem zaczęli robić saman, miesić glinę, i stawiać ziemianki. I w tych ziemiankach na jesień żeśmy zamieszkali wszyscy, a nie było tyle ludzi, żeby ziemianki stawiać, to w jednej takiej chacie po trzy-cztery rodziny żyły. Nie było miejsca, żeby stawiać jakieś łóżka, to porobili półki – i tak kładliśmy się spać. Jeść nie było co, wielkie cierpienie było. Zima przyszła, burzan, dziki mróz: 40 stopni, ponad 40, czasem do 50 stopni. Mężczyźni szli w step, łamali ten burzan wysoki taki, przynosili wiązkami, paliło się je, i tak przeżyliśmy do wiosny. A saman był mokry i ziemianki zaczęły się walić. Który był jeszcze suchszy, to stał saman, a tak – porozwalały się. Potem postawili więcej tych chat, wtedy już każda rodzina miała swój kąt. Tak się męczyliśmy. Zaczęliśmy orać tę celinę. A czym oraliśmy? Traktorów jeszcze wtedy nie było, oraliśmy bykami, sialiśmy bykami, wszystko swoimi rękoma ludzie robili. Męczyliśmy się, męczyliśmy, potem zrobiło się lżej, a potem w 194 roku wojna – masz ci los! W wojnę to była bieda. Nie było co jeść, ojciec miał do wykarmienia dziewięć dusz. Pójdzie do sklepu, przyniesie bułkę, podzieli między nas wszystkich, i wszystko, nie ma. A co jeść? Mama trzy lata słabowała, ludzie się zaziębiali. Klimat taki przecież, zimno cały czas, a wszystko ubranie z siebie posprzedawali, zamienili na jedzenie, dzieci od głodu ratowali. Tak przyszło nam cierpieć strasznie.
Maria Krynicka
[Polacy z II RP zesłani do Kazachstanu, Jużnoje, 1940-41]W Kelerowce byli Polacy i Niemcy. Niemcy przyjechali razem z nami. Potem przyszła wojna, to ewakuowali z Polski Polaków. Ale oni długo u nas nie byli, pewnie z rok. Jak skończyła się wojna, wyjechali. Żyli tak sobie z nami, przyjęliśmy ich jak trzeba było, nikt ich nie obraził nigdy. Żyli z nami dobrze, a po co im były swoje chaty? Nas kto by do Polski puścił? To przecież Polska, a to Rosja. To jedno, a to drugie. Ot, ja bym teraz i pojechała do Polski, ale po co? A oni byli Polacy, ich tutaj z Polski ewakuowali, oni tu przecież z własnej woli nie przyjechali, a wojna szła, to ich ewakuowali. To oni nie byli uważani za zdrajców, a my byliśmy zdrajcy ojczyzny, rozumie pan? Opowiadałam przecież panu. Nas nie przywieźli po to, żebyśmy tu mieszkali, a żebyśmy tu pozdychali. No, proszę sobie wyobrazić, przywieźli ludzi na step i niczego nie ma, burzan dwa metry w górę, i nic, i namioty. Wyrzucili nas do tych namiotów, i jak chcecie, tak żyjcie. Tylko z bronią chodziła wokół milicja.
Maria Krynicka
[Pużanki, 1945]Jak przyszli Sowieci, to jak ktoś znał rosyjski, to dawali mu stanowisko. I ojciec stał się przewodniczącym siełsowietu. Ale potem zaczęła się wywózka kułaków – gospodarzy wywozili pracowitych, zamożnych, którzy trzymali ziemię, nie łajdaków jakichś. I ten przewodniczący siełsowietu musiał rozpisać się i powiedzieć – kto bogaty. I ojciec od tego stanowiska odmówił się. Powiedział: – Nie, więcej nie będę w siełsowiecie. Napisał podanie. Mówił: – Nie chcę, pójdę do kołchozu, ale nie będę ludzi wywoził. Boże, jak to strasznie na sąsiada podpisywać się, kiedy wywożą go na Syberię.
Romualda Kuleszo
[Podolsk, Kazachstan/ZSRR, 1936 i lata 40.]Rodzice tu przyjechali w 1936 roku z moimi braćmi. Wieźli ich towarowymi wagonami z maleńkimi dziećmi. Nazwali ich wrogami narodu, a oni dopiero co się ożenili. Jacy oni wrogowie, tacy młodzi? Matka płakała: tak biednie żyli, a na siłę ich tu zesłali. Nawet nie mieli co na drogę zabrać, czym dzieci nakarmić. Potem pojawiły się kolejne dzieci, a ziemianka tu w stepie była taka mała, że nie mogliśmy się pomieścić. Spaliśmy na słomie, czasami na zewnątrz tej ziemianki. Zanim te ziemianki były, to początkowo spało się w jamach z ziemi, a po ziemiankach w samanach — takich domkach z gliny, kiziaku. Ojciec był brygadierem w kołchozie, mama wypiekała jakieś placki. Było nam trudno, ciężko, biednie. Do szkoły chodziliśmy w jakichś najgorszych butach, ale się udawało. Pomagaliśmy sobie nawzajem z innymi Polakami.
Nina Kutasiewicz
[Podolsk, Kazachstan/ZSRR, lata 40. i 50.]Była straszna komendantura. My, jako wrogowie narodu, nigdzie nie mogliśmy iść z tego Podolska, nigdzie nas nie puszczali. Ani nas, ani Niemców, bo i Niemcy z nami tam się znaleźli potem. Ludzie tak biednie żyli, że na chleb brakowało, i nie mogliśmy iść nawet do innej wioski wymienić czegoś na chleb. Potem, jak wyrosło ziarno, to były żarna i na nich się robiło. Z Kazachami, całe szczęście, żyło się dobrze. Oni nam pomagali wyżyć. Od naszej wioski żyli półtora kilometra, ciężko było z nimi rozmawiać, bo nawet nie znali rosyjskiego, ale szybko się zaprzyjaźniliśmy. Potem pojawili się Niemcy i z nimi też dobrze żyliśmy. Między narodami nie było konfliktów, były niemieckie kolonie, ale to Niemcy z Ukrainy byli. Oni tacy sami zesłańcy jak my, więc o wojnę nikt do nich nie miał pretensji, bo to nie oni rozpętali.
Nina Kutasiewicz
[Podolsk, Kazachstan/ZSRR, lata 50.]W domu rozmawiało się trochę po polsku, trochę po ukraińsku, bo my nie znaliśmy tak polskiego, mieszkaliśmy na Ukrainie przecież. Ale wieczorem modliliśmy się zawsze po polsku. Zakrywaliśmy okna, zbieraliśmy się potajemnie i wspólnie odbywały się modlitwy. Znaliśmy modlitwy, np. Wierzę w Boga, mieliśmy książeczki z pieśniami. Wszystko po polsku. Jak były święta, Boże Narodzenie, Wielkanoc, to zawsze trzeba było się spotkać. Całe rodziny się schodziły, z małymi dziećmi, i śpiewaliśmy Bogu. Na tych modlitwach żeśmy się uczyli czytać po polsku. Mało rozmawialiśmy, ale czytać potrafimy z tych książeczek właśnie. Znamy litery polskie, swobodnie czytamy.
Nina Kutasiewicz
[Podolsk, Kazachstan/ZSRR, lata 40.]W szkole uczyliśmy się po rosyjsku, ale był też język niemiecki. Było osiem klas. Była geografia, historia, były inne lekcje. Mała to była szkoła, ale chodzili tam wszyscy: i Polacy, i Niemcy, i Rosjanie. Kazachów tam akurat nie było. Wszyscy żyli zgodnie, dobrze. Biednie było, brakowało książek, nie było czym pisać, ale jakoś ta nauka szła. W domu uczyliśmy się czytać po polsku, ale to już potajemnie, gdy modlitwy czytaliśmy. Mnie kazali rodzice, musiałam znać polskie litery, nawet jakbym nie chciała. Pisało się czernidłem, ono się wylewało, nauczyciele krzyczeli za to… Oj, było w tej szkole wesoło czasami.
Nina Kutasiewicz
[Miejszty, 1944]Dużo ludzi wywozili. My dwa tygodnie w domu nie nocowali, wszystko z domu powynosili, bo u nas był brat na wojnie, który potem został w armii Andersa, a ludzie mówili, że takich będą wywozić. A dużo wywozili, oj — dużo.
Weronika Kwacz
[Rykiszki, lata 50.]Brat Alojzy ani jednego słowa nie umie po polsku. Nie rozmawia, bo nie miał na to czasu. Jak brata Romualda zabrali – on stał się jak tatuś i musiał ciągle pracować, pracować, pracować.Romuald skończył osiem klas i bardzo chciał uczyć się dalej, a jemu powiedzieli: – Ty nie będziesz uczyć się, bo ty jest syn wraga naroda. A on bardzo chciał się stać lotnikiem. Kiedyś jeden chłopak zobaczył, że on czyta książkę po niemiecku i po angielsku. Zaczęło się: – A skąd on te książki wziął? A on dużo zebrał książek kiedy wojna skończyła się. Jeden zbierał granaty, a on książki zbierał, słowniki. Nauczył się czytać i czytał całe noce, my wszystkie spali a on zapalił łuczynka w łaźni i czyta. A potem, kiedy mu powiedzieli, że nie może uczyć się, to w nocy odszedł i mamusia go szukała. Mówił wcześniej, że nie chce żyć w tym kraju, w którym go tak poniżają, pojedzie za granicę, że czytał w książkach, że tam dobrze można żyć. Mamusia mówiła, że on tylko tak sobie gada. Potem przyszło do nas do domu KGB: – Kogo ty masz za granicą? Romualda znaleźli na fińskiej granicy jak stracił przytomność, bo przez dwa miesiące żył bez jedzenia. Drwale znaleźli go wycieńczonego. Zabrali go i on długo nie mówił kim jest. A potem już przyjechali do mamusi NKWD i mówią, że wasz syn teraz otrzyma 10 lat, bo jeszcze nie było 18 lat jemu. I potem jego zostawili tam – Krasnojarski Kraj, Mordowia. Później, jak przyjechał do nas, to mówił: – To moje same szczęśliwe roki tam. Bo tam profesory, uczone wszystkie, wszystkie takie rozumne ludzie w tym więzieniu byli. W politycznym siedział, gdzie same rozumne ludzie byli w tych łagierach. Stalin samych rozumnych ludzi zgubił. Francuzy byli, Angliczanie i Polacy byli, no i Rosjanie. Pisał listy, pierwsze KGB czytało, a potem wszystko zarysowane, zakreślone i potem on po więzieniu przyjechał. Jemu można było przyjechać na pół roku i to wszystko nam powiedział. Powiedział wszystko i pojechał potem.
Olga Liplanska

dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina, Represje sowieckie po 1944 roku,
[Ukraińska SRR, 1936]Było tak, że to nie nas chciano wysłać, a zupełnie kogoś innego. Ojciec nazywał się Michał Bronisławowicz Frankowski. Już chatę całą opróżniliśmy, nic w niej nie zostało, pusta stała, wszystko, co było, to zabierano ze sobą. Zawieźli już nas na dworzec, zaczęli już nas pakować, wszystkie rzeczy do pociągu, zaczynają nas wyczytywać i okazuje się, że nie ojca imię czytają, o innego Frankowskiego chodziło. No ale co robić, już załadowali nasze rzeczy, komendant podszedł do ojca i mówi: — Jeszcze będziesz dziękować, że tam jedziesz.
Leontyna Migol
[Kazachstan, Sofijewka, lata 40.]Dziadkowie wszyscy nasi byli tam na Ukrainie, tam poumierali. Nie mieliśmy nawet za co pojechać i ich pochować, nie było pieniędzy, tylko trudodni. Na koniec roku wydawali nam 11-12 rubli, ale co za to można było kupić? Nic. Ojciec mój był pastuchem, chodził koło owiec, nawóz woził z fermy, a mama była dojarką. Potem dostała pracę w piekarni, piekła chleb dla kołchozu. Oczywiście, jak poszła piec ten chleb, to i myśmy go zaczęli jeść, jakąś lepioszkę można było zawsze upiec. Pracowaliśmy w kołchozie za trudodni, przecież wtedy pieniędzy nie płacili, tylko trudodni, stawiali trudnodni, a potem za to liczyli. A pod koniec roku dawali nam po 2 kilogramy ziarna, mieliliśmy je, mieliśmy swoje żarna, piekliśmy chleb, zacierki robiliśmy, hałuszki. Do końca roku wybraliśmy to, cośmy zarobili, a nas było czworo. Najmłodszy, on miał 2,5 roku, a ja miałam 3,5 roku. Zanim nam zrobili dokumenty, żeby nas zawieźć do miasta. Żeby pojechać, musieliśmy mieć przecież dokumenty, i to były 3 kilometry, na bykach musieli jechać ojciec i matka. Zamarzaliśmy, oko mi popękało, a młodszemu bratu zrobiło się coś z sercem i umarł, zawieźli go do szpitala, i tam umarł.
Rosa Niestierenko

dotyczy także: Codzienność powojenna,
Pamiętam, że mieszkało nas w Sofijewce dużo Polaków: Czerniecki, Lewicki, dwaj bracia Lećkiewicz, Przymorscy, Kędrzewscy, Krasnowscy, dużo, z 15 rodzin. I Ukraińców też dużo było. Nie było tylko Białorusinów, później przyjechali. Porem Niemców zesłali, potem Inguszów. Nie pamiętam, kiedy przyjechali, byłam jeszcze dzieciakiem. Nie pamiętam nawet dokładnie roku, kiedy zesłali Niemców i Inguszów. Ale oni też biednie żyli. Rada wiejska umieściła ich koło nas, po drugiej stronie drogi, biegałam tam do nich, były tam też dziewczyny w moim wieku. Niemcy przyjechali chociaż z jakimiś szmatami, a Czeczni w ogóle goli. Wszyscy mieszkali jedną rodziną, zgodnie żyli, żadnych podziałów tam nie było.
Rosa Niestierenko
[obwód żytomierski, Ukraińska SRR, lata 30. i 40.] Jak się zaczęły wywózki, to zaraz przychodzili do poszczególnych kolonii i deportowali. Przychodzili do polskich kolonii i dawali parę godzin albo jeden dzień na spakowanie się i wywozili. To samo ja potem widziałam w niemieckich osadach. W tych polskich i niemieckich osadach żyli też czasami Ukraińcy i Żydzi. Oni nie byli wywożeni. Potem nadeszli Niemcy. Ukraińcom oni nic nie robili, ale Żydów rozstrzeliwali. Kiedyś zrobili taką jamę w ziemi i rozstrzeliwali. Dwa tygodnie ziemia się ruszała, to było straszne.
Bronisława Nowakowska

dotyczy także: Okupacja niemiecka,
[Nowa Mysz, pow. baranowicki, rok 1940]A wtedy wywozili na Syberię tych wszystkich polskich osadników, którzy kiedyś byli w wojsku i zwyciężyli cara w 1920 roku. I oni dali im ziemię. I tak mówi ojciec: – Przyjechali do tych ludzi, których mieli wywozić, już tam psy zaczęli szczekać… Ja to nie boję się takich rzeczy mówić i nikogo nie boję się, bo sama jedna, ale to prawda. I przyjechali te enkawudziści – jeden został się z ojcem – poszli do mieszkania i ja nie wiem, skąd ojciec wiedział? czy on to widział? Ale opowiadał, że przyszli i skazali: – Dawaj samogonku, piecz bliny i skwarki stawiaj na żar! A ta kobieta się już trzęsie i zgotuje te bliny, piecze, już tam wszystko przygotowała. A męża od razu wzięli, jako aresztowany, jak ona tam z dziećmi… jak dawała jeść. A potem: – Zbierajcie się! – takie komando. Ona dzieci ubiera, ręce trzęsą się u kobiety, wychodzą na te sanie i jedziem już. A śniegu było dużo i bardzo wielki mróz. Koń po kolana w śniegu. A potem patrzę, co tam leży – jedno dziecko nie wytrzymało i zmarło, a enkawudzista wziął i wyrzucił na śnieg to dziecko. I ja sobie myślę, aż mnie dusza zabolała: – Toż i u mnie takie maleńkie dziecka. Ojciec przyjechał do domu i tak opowiadał.
Zofia Okołotowicz
Potem, jak już przyszła (znowu) ta radziecka Armia Czerwona, to było już te wyzwolenie, jak oni mówią, przyszło do nas – to było w lipcu 1944 roku. I od razu ta sowiecka włast zaczęła organizować kałchozy. Zabierali od ludzi krowy, konie, wozy, tam jakiś sprzęt gospodarczy i to wszystko zwozili w jedno miejsce. No, ludzie bardzo nie chcieli tych kołchozów, ale kto nie chciał do kołchozu, to jego zapisywali w kułaki. Znaczy, że on jest bogaty, nie chce oddać swego bogactwa. I potem zaczęli wywozić do Rosji. Gdzieś w Czeremchawawa, Kubas, na Sybir, Irkuck i do Kazachstanu. No, z początku wywozili leśników, no, na pewno wywozili urzędników polskich, osadników. Dlatego że u nas było dużo osadników, którzy walczyli po I wojnie światowej i byli jako polskie legiony. I oni mieli tu takie nadziały ziemi, i mieszkali tu, zamieszkiwali te tereny. Niektórych wywieźli już w 1939 roku, od razu, jak przyszli, a których nie zdążyli, to zaczęli od 1946 roku i tak dalej, aż do 1952 roku wywozili.W 1950 roku, jak wyszłam za mąż – a mój mąż był w tym „spisku”, tych kułaków, bo jego ojciec był w więzieniu, a ich wszystkich, całą rodzinę… A ponieważ ja też już byłam w tej rodzinie… W nocy przyjechali, my nic o tym nie wiedzieli, nie mieli w domu nawet chleba, tylko tak na jeden dzień. No, wywieźli do Kazachstanu. Wieźli w takich towarowych wagonach. Ludzie tam płakali i umierali, i było bardzo gorąco, i nie można było… No, jak tam odjechali, już za Moskwę, i w tych stepach, gdzie nie było nigdzie drogi, ni nic, tylko jedna kolej, to można było wyjść na chwilę na świeże powietrze. No, i wieźli nas prawie dziesięć dni. Dlatego że ten pociąg musiał gdzieś zawsze stać na uboczu, jak przechodził taki pociąg, który po tym rozkładzie jazdy musiał jechać. A my musieliśmy ustępować. No, i nareszcie przyjechaliśmy, już na kazachstanskuju obłast – to obwód już na kazachstański iliczowski rajon, i już nas tam rzucili. A ludzi tam było różnych. Tam byli Korejcy, byli Niemcy, których powywozili z Kaukazu już kiedyś, byli Czeczeńcy, Polacy, Białorusini. Jednym słowem, wszyscy byli zapisani, tam, u tego Kazacha komendanta i musieli raz na tydzień iść, i podpisywać się. Wyjeżdżać z tej miejscowości nie można było. Tylko tam.  No, a tam dookoła byli pola zasiane tym chłopkiem, to znaczy watam, która rosła tam w naturalny sposób. I trzeba było pracować na tej ziemi od rana – a tam straszne słońce, i niektórzy wprost padali na tym polu, bo było… A tam ziemia robiła się taka twarda jak kamień i trzeba było takimi wielkimi, takimi haczkami – no, nie wiem jak to się nazywa – no, usypywać te krzewy, żeby rosły. A potem takie robili jamki dookoła i polewali. Bo tam wszędzie były takie aryki, takie kanały, które położone były wyżej. I potem na te pole puskano wodę.
Genowefa Ostrowska

dotyczy także: Represje sowieckie po 1944 roku,
Byli tu i Niemcy, a Kazachowie to od nas mieszkali 12 kilometrów, w miejscowości Kagasz. Na początku to nie byli oni dla nas dobrzy. Latem były jagody, my, dzieciaki, poszliśmy zbierać, to oni na swojej ziemi nie pozwolili nawet jagód zbierać. Wyjechali na koniach i nahajkami przepędzili. A potem już dobrze się z nimi żyło. Gościnni byli, jak już normalnie się zrobiło. A na początku to nawet śmiali się z naszych ludzi. Niemcy przyjechali niektórzy w 1936 roku, a niektórzy jeszcze później, już nawet w czasie wojny. Poprzyjeżdżali gdzieś z Powołża, ci Niemcy. To nie byli hitlerowcy, jak ich czasem tu nazywali, to byli zwykli ludzie. Dobrze z nami żyli, zgodnie.
Iwan Pawłowski
[Kalinowka, Kazachstan; lata 30.-40.]W 1936 roku przywieźli nas do Kazachstanu pociągiem towarowym, a ze stacji samochodami prosto tutaj, wyładowali 2 kilometry za wsią. To tyle zostało mi w pamięci. Goły step. Była tam wszystkiego jedna chata. Mieszali tam Kazachowie, koczownicy tacy. Tam nas wyładowali i wszystko, trawa taka wysoka, a my tacy mali, wydeptaliśmy dróżki w tej trawie i się bawiliśmy. Postawiliśmy namioty pośrodku stepu. Była jeszcze siostra, a dwaj bracia już tu się rodzili. I tak zaczęliśmy: kto miał siły do pracy, to do roboty, robić ziemianki, saman robić. Robiliśmy samany, takie maleńkie chatki z samanu. Takie mieszkanko było na trzy rodziny, aby przezimować. Trzy rodziny w takiej chatce, więcej nie zdążyliśmy do mrozu zrobić, a zima była nie taka, jak teraz – burzan jak zawieje, to ho ho! Kto wylezie z chaty pierwszy, jeden drugiego odkopuje, bo śniegiem zawiało. Surowe zimy były, a teraz to już jest dobrze. Wtedy – tak to było! Dobudowaliśmy przezimowaliśmy, na lato znów budujemy. Wioseczkę zbudowaliśmy, po cichu, rok, drugi, i już po jednej rodzinie w każdej chatce mieszka. Ojciec jeździł zaprzęgiem. Skądś przywieźli konie, i ojciec woził ten saman, chatki pomagał budować. Potem w 1944 roku jesienią wojna, ojca zabrali na front. A matka od razu umarła. Ojciec poszedł, i po trzech miesiącach matki nie było. Mamina matka, ona mieszkała do wojny z synem, a potem, jak ojca zabrali na front, przyszła do nas, z babcią, stareńka to była babcia. Poszedłem do szkoły, jak lata przyszły. A ojciec wrócił po zakończeniu wojny, w 1945 przyszedł, jesienią. Znalazł drugą matkę, i tak żyliśmy, I z babcią żyliśmy, z Ukrainy przyjechałem ja i siostra, a tu dwaj bracia się rodzili, jeszcze z naszej mamy. A potem, jak ojciec się ożenił, to znów się dzieci porodziły, już z drugiej żony, i tak my żyli.
Iwan Pawłowski

dotyczy także: Wojna sowiecko – niemiecka,
Wywieźli nas w 1947 roku. Przyjechali po nas w nocy samochodem, dali około 15 minut czasu, żebyśmy się zebrali do drogi. Myśmy już wtedy spali, zaczęliśmy płakać, a wychodząc z domu przeżegnaliśmy się. Długo staliśmy w wagonach. Wieźli nas jak bydło, w zamkniętych wagonach, pod eskortą żołnierzy z karabinami. To było straszne. Jechali z nami inni Polacy i Białorusini. Najpierw pojechaliśmy przez Moskwę do Nowosybirska i tam przeładowali nas na samochody. Przywieźli nas do miejscowości Żelezianka na Syberii. Mamusię oddzielili, a do pracy w lesie skierowali mnie i siostrę, bo byłyśmy młode. Pomieścili nas w drewnianych barakach, bez łóżek, bez niczego. Nie dostałyśmy żadnych ubrań, ani butów. Wkrótce nadeszły straszliwe mrozy, że od wiatru i śniegu nie było nic widać, a wypluta ślina od razu zamarzała. Było może 50, może 55 stopni mrozu. Wtedy dali nam koce. Do lasu chodziłyśmy w obstawie ludzi z karabinami, chleba dawali nam po 400 deka, do tego była jakaś kasza, z której zostawał na zębach piasek – był straszny głód. Jeśli ktoś nie wyrabiał dziennej normy pracy, to w ogóle nie dostawał jedzenia. Dopiero w 1953 roku mogłyśmy powrócić do domu, ale wtedy już nie było do czego wracać.
Anna Riepko
Mieszkałyśmy w drewnianym baraku. My i wszyscy, których dowozili na zesłanie. Było bardzo zimno. Ten barak rozdzielony był na dwie części i nawet miał jakiś piecyk, ale nie dało się w nim napalić. Jak chodziliśmy pracować do lasu, to jeszcze było ciemno. Rosjanie krzyczeli po wariacku ˶Pracować, pracować!Ë®, a myśmy nic nie widzieli. Trzeba było rozpalać ognisko dla światła i wtedy chociaż można się było trochę ogrzać. Cierpieliśmy głód. Już nie wierzyłam, że kiedykolwiek jeszcze najem się chleba. Zupa, którą nam wtedy dawali… Teraz to bym tego nie zjadła. W tej zupie była tylko jakaś kasza – bardzo mało – i woda. Z pracy wracaliśmy w nocy, byliśmy wtedy bardzo zmęczeni. Było mnóstwo pogrzebów, bo ludzie nie mogli wytrzymać. Dopiero w 1953 roku byliśmy już prawie wolni i mieliśmy tylko wyznaczone miejsce, gdzie mogliśmy chodzić. Umarł Stalin, a niektórzy głupi ludzie po nim płakali. Powtarzałam wtedy, że mógł umrzeć wcześniej. W 1954 roku dołączyła do nas – do mnie i do siostry – mamusia, z którą nas rozdzielili już na Syberii. Potem już było coraz lepiej i zostaliśmy wolnymi pracownikami. Ja zostałam agronomem, później pracowałam w sklepie… Życie jakoś się zaczęło układać, miałam rodzinę i w wieku 54 lat sprowadziłam się do Tomska.
Anna Riepko

dotyczy także: Codzienność powojenna,
[Pierwomajka, Sadowoje, Kazachstan, lata 40.]Kazachowie odnosili się do Polaków dobrze. Pomagali, byli ciekawi, kto to są ci Polacy. Zapraszali czasami do siebie, częstowali jedzeniem… Ale ta pomoc nie zawsze wystarczała, bo ludzie bardzo umierali. Jak umarł ktoś zimą, to nawet nie było jak pochować takiego człowieka, taki był mróz, tak zmarznięta ziemia. I takie ciało leżało aż do wiosny, potem się dopiero chowało kości, gdziekolwiek. Zwłaszcza dzieci umierały, dzieci i osoby starsze, które nie miały siły pracować. Ale komendantury to nie obchodziło, Polaków oni mieli za nic.
Jan Sawicki
[Uljanowka (Ukraińska SRR), Kazachstan, 1936]Rodzinie mojej dali jeden dzień, żeby się przygotować do wyjazdu. Nie powiedzieli, dokąd jest przesiedlenie. Trzeba się było spakować, zabrać wszystko. Rodzice wzięli nawet krowę ze sobą, ale tę krowę już tutaj, w Kazachstanie, zabrano do sowchozu. Jechali dwa tygodnie i zostali wyrzuceni w stepie. To była toczka — kropka, czyli miejscowość na mapie, ale tam nic nie było praktycznie. Mama już zawsze mówiła, że jak ją zaczęło wtedy boleć serce, to tak aż do śmierci ją bolało. Spaliśmy w ziemiankach, jedno obok drugiego. Ciągle była praca, żadnej wolnej niedzieli, bo komendant pilnował. Chorzy mieli najgorzej, bo nie wyrabiali trudodni, a jak nie wyrabiali normy pracy, to nie mieli chleba. Mnóstwo ludzi umierało, i inni mówili wtedy, że to dobrze, że oni już nie będą się męczyć. Niektórzy popełniali samobójstwa, inni wariowali, ale nasza mama była dzielna, wszystko umiała zrobić, pracowała dzień i noc, i nam się udało jako tako przeżyć.
Jan Sawicki
[Pierwomajka, Sadowoje, Kazachstan, lata 40.]Rodzice przyjechali do gołego stepu. Zrobili sobie takie mieszkanie z ziemi, z gliny, z czego było. Kopali ziemianki, tak jak wszyscy. Żyliśmy bardzo źle, było ciężko, bo była komendantura. Bez pozwolenia nie mogliśmy się ruszyć z wioski. Pracowaliśmy przy sianokosach i innych robotach. Każdy pracował, nawet dzieci, żeby tylko było co jeść, ale często brakowało. Jak się nie pracowało, to się nie dostawało chleba. Po powrocie ze szkoły chodziliśmy z siostrami pomagać oporządzać bydło. Tam byli Polacy, tylko Polacy. Dopiero w Sadowoje, bośmy się potem przenieśli niedaleko od Pierwomajki, byli ludzie z Kaukazu, Ingusze, Czeczeńcy, Niemcy… Polaków było niewielu. Nie mogliśmy za bardzo rozmawiać po polsku, bo się z nas śmiano, pokazywano palcem. Więc w domu tylko mówiliśmy po polsku, a na zewnątrz już tylko po rosyjsku, bo naczelnicy szczególnie nie lubili Polaków, wyzywali nas. Szczególnie jeden z nich, komendant, dawał się nam we znaki, zabierał do łagru, jak ktoś się nie spodobał bardzo. Ludzie już myśleli, żeby go nawet skrycie zamordować, ale on w końcu jakoś zniknął, nikt nie wie, co się z nim stało.
Jan Sawicki
[Pierwomajka, Karaganda, lata 40.]W 1943 roku ojca zabrali na przymusowe prace do Karagandy. Zabrali też mojego starszego brata Mieczysława. Powiedzieli, że jest wojna i trzeba iść pracować. Odwieźli ich w wagonach towarowych, które były bardzo czarne od węgla. Trafili do kopalni, a brat miał tylko 15 lat wtedy i do wojska nie mógł iść, to wzięli go do pracy. Wielu Polaków wzięli wtedy do Karagandy, każdy musiał pracować dużo, bo w czasie wojny wszystko było dla Armii Czerwonej, dla wojska, i potrzeba było dużo siły roboczej. Ojciec zmarł tam w łagrze z głodu w 1944 roku, a brat przeżył. Ojciec bratu swój chleb oddawał, żeby dzieciak przetrwał. Brata zwolnił naczelnik łagru, kiedy już się nie nadawał do roboty. Przynieśli go do nas do domu. Rzucili na ziemię i powiedzieli do matki — Szukaj mu grobu, bo on niedługo zdechnie. Jakoś go odratowaliśmy. Ale do teraz nie wiemy, gdzie pochowany jest ojciec, gdzie on leży.
Jan Sawicki
Małe dzieci jechały na zesłanie, małe, rok, pół roku. Wszystkich zabierali, nie patrzyli, całe rodziny brali. Kto przygotował sobie coś do jedzenia, wziął sobie, to dobrze. Ojciec, jak pociąg gdzieś się zatrzymał na stacji – a pociąg mógł długo stać na stacji, dobę, dwie doby – to ojciec przynosił wrzątek, żeby dać dzieciom pić, żeby surowej wody nie pili, bo zachorować mogą. Na stacji ojciec przynosił wodę, wrzątek, jak dawali. A tak do jedzenia, co masz, to będziesz jadł, a jak nie, to nie masz co jeść. Cały miesiąc jechaliśmy, jakoś przeżyliśmy.
Anatolij Smotrykowski
[Stiepnoje, rejon kelerowski, obwód kokczetawski, lata 30.-40.]Żadnej elektryczności nie było, może w województwie, rejonie, to może było. Lampa naftowa, szkiełko, zalewali naftą i paliło się. Naftę przywozili do sklepu i każdy przychodził kupować. A potem, jak już więcej było traktorów, maszyn, to można było. Traktory pracowały na polu, traktorzysta przychodził do ojca i mówi, że trzeba mu buty zreperować. – To przynieś mi za to nafty. Ojciec jemu zrobił walonki, czy coś innego, a tamten przynosił banieczkę nafty. Potem następny przyniósł i tak mieliśmy. Ale ludzie nie mieli, trudno im było.
Anatolij Smotrykowski
[Stiepnoje, rejon kelerowski, obwód kokczetawski, lata 30.-40.]Ziemia była w izbie, glina. A najlepiej posypać jeszcze piaskiem, zamieść. Kto tam myślał o podłodze, z czego zrobić podłogę? Piec zrobili, można było palić i spać na nim. A palić w nim nie ma czym. Słomą, piołunem my palili. Potem już zasieliśmy, pszenicę zebraliśmy i słoma była. I paliliśmy słomą. Ale czym napalisz w taki mróz? Ojciec i brat jeździli tam, gdzie drzewo było. Jakieś 20 kilometrów, może więcej. To popracują w tym kołchozie kilka dni i zapracują, żeby na podwodzie przywieźć. Pojadą, kupią, trochę drzewa przywiozą i jest. Było łóżko, nie na ziemi spaliśmy, zrobiliśmy sobie łóżko. Słomą nakryjemy, i tak można spać. Albo na piecu. Jak napalisz, to ciepło, grzejesz się. I stolik zrobiliśmy, jak ktoś przyjdzie, to żeby zasiąść przy nim. Potem robili jakieś budynki, szkołę, to weźmiesz stamtąd deski jakieś, i zrobisz sobie. Zrobili szkołę, zrobili sklep, żeby można było kupić coś do jedzenia.
Anatolij Smotrykowski
[Stiepnoje, rejon kelerowski, obwód kokczetawski, lata 30.-40.]Skosili pszenicę i kłoski na ziemię spadają. Wszystkich nie zbierają. My, Polacy chodziliśmy, zbieraliśmy w miskę tej pszenicy, żeby zrobić coś jeść. Potem dopiero troszkę podżywiliśmy się. Ale czym palić, jak nie ma czym? Zimą zamarzniesz. Trzeba zbierać drzewo, nosić. A zima wielka. Jak zacznie się od października, to do kwietnia. A temperatury do -50 stopni. Tutaj na Ukrainie nie taki mróz. Przyjechaliśmy, mieliśmy po dwa spodnie wszystkiego. Zamarzali, nogi, wszystko zamarzało. Najgorsze, że było bardzo zimno. Mróz, nogi odmarzały. Tutaj takiego mrozu nie ma, a pojechali tam, nie było czego ubrać. Ojciec zakładał buty, ale przymarzały palce, taki mróz. 40-50 stopni. Co tutaj robić?! Tutaj mówią, że 10-20 to jest bardzo zimno. I tak męczyliśmy się. W nogi, w kolana zimno, przemarzało się. Nogi bolą, wszystko boli, takie mrozy. Potem kupowaliśmy sobie walonki, obuwie. Ale najpierw – za co kupisz, jak nic nie masz? Wszystko zostawiłeś. Chatę zostawiłeś, a wszystko zabrali do państwa, do kołchozu. Chatę rozebrali. Potem kupowaliśmy od Kazachów ciepłe rzeczy. Kożuchy, szuby, które z owiec robią. To ich rodzinne ziemia, oni tutaj z pokolenia na pokolenie żyją. Trzymają dużo owiec. Wyrabiali skórę, taką ciepłą.
Anatolij Smotrykowski
[Stiepnoje, rejon kelerowski, obwód kokczetawski, lata 30.-40.]Chleb dawali na kartki. Przychodziliśmy i braliśmy talony. Po kawałku dawali. Ojciec był wielki, duży, miał więcej niż dwa metry, to on dużo chciał jeść. A ja jeszcze byłem mały. Zmęczę się przy pracy, ręce bolą, wszystko boli, ale jeść mniej mi się chce. Najpierw pracowaliśmy dla państwa, a potem przychodził jakiś człowiek i mówił: – Chodźcie do nas, nam drzewo pociąć potrzeba, zapłacę wam. I my wieczorem, po robocie, a pracowaliśmy po 12 godzin, nie 8, tylko 12 dla państwa pracowaliśmy, potem jeszcze wieczorem poszliśmy, drzewo porżnęliśmy z ojcem, porąbaliśmy. Jeszcze następnego dnia i jeszcze następnego, powiedzmy tydzień pracy, i on nam dawał pieniądze. Kupowaliśmy sobie mleko, chleb, co tam ci trzeba. Zarobiliśmy sobie, na co nam trzeba było.
Anatolij Smotrykowski
[Stiepnoje, rejon kelerowski, obwód kokczetawski, lata 40.-50.]Jak przychodziła zima, to nic się nie robiło, siedziało się w domu. W ogrodzie wcześniej posadziliśmy kartofle, jakieś buraki, i to wszystko zebrane już było. Ojciec coś zarobił, coś kupił. Kłosków pszenicy nazbierałeś. I tak przygotowałeś się do zimy, i tak siedziałeś zimą w domu. Ludzie przychodzili, przez ścianę znajomi przychodzili. A to ktoś do nas przyjdzie, a to my do kogoś. Jak ja już byłem większy, miałem 16 lat, to taki klub powstał. Można było pójść do kina, jeśli raz na miesiąc przywieźli film z obłasti, czy z rejonu przywieźli na koniach. Jakaś harmoszka grała, poszedłeś do klubu, potańczysz sobie, pobawisz się, chłopcy i dziewczęta. Ale to już po wojnie było.
Anatolij Smotrykowski
[Stiepnoje, rejon kelerowski, obwód kokczetawski, lata 40.]Jak dostałem pracę? Matki brat pracował jako lekarz i on mówi: – Chodź do mnie, pracować będziesz, będziesz mój pomocnik. Ja pouczyłem się, egzamin zdałem. Zacząłem pracować dobrze, a on w końcu wyjechał na Ukrainę. Wszystko zrobił, żebym po nim pracował. Sam długo pracowałem, a potem dali mi jeszcze jednego do pomocy. Wtedy dobrze już było, można było już żyć. Pieniądze zarabiałem, więcej pieniędzy dostawałem. Najpierw w jednym mieście pracowałem, potem w drugim, już bliżej do domu. 20-25 kilometrów do domu. Miałem konia. Jak daleko trzeba było jechać, w obłast, to dawali samochód, wozili mnie. Był też mój przynależny koń, jak własny. Jak chciałem jechać do domu, 50 kilometrów było, to jeździłem koniem, gdzie trzeba było, jechałem koniem. Mieszkałem u ludzi, po domach, bo do rodziców daleko. Jak zachorowała krowa, jak owca, świnia, to leczyłem. Dużo pisaniny było. Miałem trzy kołchozy, jeden 5 kilometrów, a inny 27 kilometrów. Już były telefony, dzwonili, że jestem potrzebny, jak jestem dłużej potrzebny, to przenocować musiałem. Odpowiedzialny byłem za trzy kołchozy. Płacili mi pieniądze, 360 rubli. Trochę sobie odkładałem. Z roboty poprosiłem, żeby mi dali dokumenty, że ja chcę się uczyć więcej, mieć większe kwalifikacje. Dyrektor powiedział, żeby dać jemu paszport, niech jedzie uczyć się. I dostałem paszport!
Anatolij Smotrykowski
[Stiepnoje, rejon kelerowski, obwód kokczetawski, lata 50.]My nocą uciekliśmy z zesłania, bo tak nie puściliby nas. Zamówiliśmy samochód, przyjechał samochód. Zimno było, jak wyjeżdżaliśmy. Mamę posadziliśmy do kabiny kierowcy, bo tam ciepło. A ja z ojcem i siostrą na samochód. Nakryliśmy się i nocą jechaliśmy. 100 kilometrów jechaliśmy na dworzec, nocą. Tam już brat mój starszy żył. Wziął bilety. Tam już był znajomy człowiek na stacji. Żeby tylko do pociągu, potem nikt nie będzie pytał! Bilet jest, to wszystko w porządku. Od razu pojechaliśmy, 8 dni po tym, jak dostałem paszport. Ojcu zrobiłem paszport, matce paszport i pojechaliśmy. Nie daliby mi zrobić paszportu, ale ja powiedziałem, że jadę się uczyć. Pracowałem jako weterynarz, powiedziałem, że muszę jeszcze jechać uczyć się. I dyrektor puścił mnie, wypisali mnie i dostałem paszport. Taki byłem zadowolony! Udało się wyjechać.
Anatolij Smotrykowski
[Przyjazd do Kazachstanu, 1936]I tak nas tu przywieźli. Pałeczka taka była i: „Posiołek numer siem”. Siódemka taka narysowana. Wyrzucili na ten step, taki krugły step, zrazu pałatki takie stali. Budować pałatki, w pałatkach do zimy. A potem to już mieszkania zbudowali, takie niewielkie, i dwie–trzy rodziny w jednym tym mieszkaniu zimowali. Tu pobudowali i tam żyli, i tam już ostała się. Wszystko — głód, chłód, noc. Tam daleko wioski byli, chodzilimy, żeby zarobić na jaki kawałek chleba, zarabiali. Ot i tak żyli, i pracowali.
Wanda Sokołowska
[Kazachstan, lata 40.]Tak w mieszkaniu zbierali się i modlili się. No, zbierali się. A później pobudowali kościół. Tam ludzie zrazu dookoła zbierali się, modlili się, a moja matka, niech z Bogiem spoczywa, ona wszystkie msze wiedziała. U niej książeczka była, ja nawet nie wiem, gdzie zaraz ta książeczka, że wszystkie modlili się na latynie, nie na polskiej mowie, a na latynie wszystko było. A później był jakiś ksiądz, ja tam już nie wiem, nie była już, ja pojechała tutaj.
Wanda Sokołowska
[Kazachstan, lata 40.]No co tam w Kazachstanie… Naprzód postawili te pałatki, pałatki stali, my żyli. Ziemię uprawiać, orać, ziarno. Na zimę tam nic nie sieje, bo tam mrozy byli bardzo wielkie, a siali wiosną. Posieli pszenicę czy żyto, a później — gdzie burian był, to wyrywali ten burian, żeby czyste było to ziarno. Chodzili wszystkie na roboty — i małe, i starsze — wszystkie robili, robili. Przywiezą chleba, to tam ojciec jeszcze, niech z Bogiem spoczywa, tam przywiezie chleba, tam podzieli po ile. Tu jeszcze ojciec zawżdy nam nałożył gorczycy, żeby zębów nie stracić. To jedli. W 1937 to tak urodzaju nie było. W 1938 roku, jak posiali wszystko — był urodzaj. Wielki byli — że tak dawali na ten trudodzień 32 kila pszenicy! Ot, to ja już w 1938 roku pracowała w kolektywie, i ja już w 1938 roku zarobiła 147 trudodni. Tego ziarna to tylko nam nasypali, że koło każdej chatki tej całe kupy leżeli tego ziarna, bo elewator nie przyjmiewał. To taki był 1938 rok — bardzo wielki tam urodzaj był.
Wanda Sokołowska
[Czkałowo, Kazachstan, lata 40.] Chodziłam do szkoły. Trzy klasy skończyłam. Chodziłam, mimo że nie było w co się obuć, ubrać, nie było nic do jedzenia. Pisaliśmy na gazetach w szkole, z ćwikły robiliśmy atrament, z gęsich piór — pióra. Nie mieliśmy długopisów, ołówków. Uczyłam się bardzo dobrze, ale, niestety, takie były warunki, że skończyłam tylko trzy klasy. Uczyłam się dobrze. Z tej okazji na Nowy Rok dostałam dwa zeszyty i ołówek. I skarpetki, takie niebieściutkie. Taki prezent dostałam. Do końca życia zapamiętam ten prezent. Mieliśmy nauczyciela, Joana Francowicza. Na imię miał… Strumiński. To był bardzo dobry nauczyciel. Do trzeciej klasy dochodziłam, skończyłam ją, a że nie było co jeść, w co się ubrać… Nosiłam stare walonki. Już wtedy miałam ojczyma, mama wyszła drugi raz za mąż. I ten ojczym pozaszywa mnie te walonki, gdzie się porwały, dwa razy pójdę w nich do szkoły — a wtedy zimno bardzo było, wielkie mrozy były, nie tak, jak teraz — pójdę dwa razy i koniec, nie ma walonek, no i nie ma w takim wypadku w czym iść do szkoły. Nie było też książek. Po dwa podręczniki mieliśmy na całą klasę. Jeśli trzeba było jakąś pracę zrobić, coś napisać, to biegło się do koleżanki, która miała podręczniki, z matematyki albo z rosyjskiego na przykład. Biegaliśmy do tej dziewczynki w trzy albo cztery osoby i spisywaliśmy wszystko. Odrobimy lekcję i rozchodzimy się do domów. Taka była nauka. Uczniowie byli duzi. Chodziliśmy do pierwszej, drugiej klasy, a oni mieli już po 12–13 lat, tacy duzi chłopcy byli. Dziewczynki też były takie duże. Już poumierali, nie ma tych osób, co z nimi razem do szkoły chodziliśmy. Taka była nauka. Nie daj Boże nikomu coś takiego przeżyć.
Józefa Staniszewska
[Czkałowo, Kazachstan/ZSRR, 1936]Przywieźli nas tutaj nie wiadomo dlaczego w 1936 roku. Jechaliśmy pociągiem towarowym, spaliśmy na sianie. Trafiliśmy do Czkałowa, w ziemiankach zamieszkaliśmy, a na ziemi w ziemiankach rosła trawa. Poza tym niczego tu nie było, a w jednej ziemiance i cztery, i pięć rodzin musiało się zmieścić. Ziemianek było trzy. Ludzie spali pod gołym niebem, na ziemi, bo nawet pola uprawnego nie było tutaj, tylko step. Kazachy nas potrafili pobić, jak ktoś z Polaków się oddalił i do nich poszedł, ale musieliśmy z nimi żyć. Sprzedawaliśmy poduszki i różne rzeczy wzięte z Ukrainy, żeby było co jeść. Nam dawali tylko chleb, od Kazachów niczego nie dostawaliśmy. Było bardzo trudno. Dopiero później wyrosła pszenica, mężczyźni pracowali przy żarnach, ale zaraz nadeszła wojna i ciągle było ciężko. Powoli, powoli, jak już dzieci mogły więcej pracować, to poprawiło się, ale to długo trwało.
Leontyna Striekowskaja
[Czkałowo, Kazachstan/ZSRR, lata 30.]Ludzie często tu umierali. W ziemiankach było zimno, śniegu było mnóstwo w zimę, nie było jak przejść. Umierały małe dzieci i starsze osoby. Pracowaliśmy tak, że najpierw zrobiliśmy samany — chaty z gliny, potem sialiśmy zboże. Poza tym z początku nie było tu nawet pomysłu, co robić, jak się wyżywić. Po nas przyjechali następni i nie mieli gdzie mieszkać, bo tu tylko trzy domy stały. Kazachowie mówili, że my wrogowie ludu, nie chcieli nas tu widzieć, byli wredni, nie dawali nam też nic do jedzenia, a kto do nich poszedł, to pobili. Do szkoły w Czkałowie z początku nie chodziliśmy, bo jej nie było. Siedzieliśmy wieczorami w tej ziemiance i nawet nie było się dokąd ruszyć, bo brakowało miejsca. Potem jak już szkoła powstała, to nie zawsze dawało się do niej dojść, bo jak zimą napadał śnieg, to w ogóle nie można było się przedrzeć. Nawet takich butów nie było, żeby po śniegu chodzić. Ja do szkoły nie chodziłam, bo byłam taka chora, że nie dawałam rady. I to nie tylko ja nie chodziłam, ale wiele dzieci polskich. W zimie zresztą ludzie zamarzali żywcem, były burany, czyli zamiecie, ludzie się gubili w stepie i zamarzali. Takie to warunki…
Leontyna Striekowskaja
[Kazachstan, 1942]Na komisji pytali: – Ty jesteś Polak? – Polak. – A gdzie ty chodził? Do cerkwi, czy do kościoła? – Do kościoła. – Polak.A jeden, Żukow się nazywał, był Polak, ale prawosławny z Baranowicz. On był zaraz za mną, mnie pierwszego badali. Jego wzięli na lewą stronę. – A, ty Białorus. Oj, on dostał szoku, płakał biedak. I ja do niego mówię: – Ty wiesz co, ty jutro popróbuj. – Tu mnie poznają. To ja poszedł, powiedział pułkownikowi, że ten prawosławny człowiek chce jako Polak i pułkownik powiedział: – Niech jutro przyjdzie i spróbuje, a my będziemy go bronić, żeby on przeszedł. Na jutro przychodzi, a na miejsce tych trzech enkawudzistów drugie przyszły. To oni nie wiedzieli. Żukow przyszedł i stanął: – Polak? – Polak. – A gdzie ty chodził? Do kościoła, czy do cerkwi? I on powiedział, że do kościoła. – Polak. Taki zadowolony biedak był.
Aleksander Szekal
[Zesłanie do Kazachstanu w 1937 roku]Jak przyjechaliśmy do Kazachstanu, do rosyjskiej szkoły było 25 kilometrów. Do niej nie chodziłam i mnie mamusia sama uczyła. Czytała nam ewangelię i o różnych świętych opowiadała. I wszyscy rodzice płakali, żeby jeszcze usłyszeć Słowo Boże.
Janina Szymkowicz
[Zesłanie do Kazachstanu w latach 1937 – 47 i praca po powrocie do Żytomierza]Na Sybirze trzymaliśmy w gospodarstwie krowy, świnie, barany. Z tego żyliśmy i ja mamusi pomagałam. A jak tu wróciłam, nie mam żadnej szkoły, tylko cztery klasy, poszłam do lasu pracować. Dostałam piłę, siekierę, kosę, taczkę… Takie moje ciężkie życie. I ja już tutaj w Żytomierzu w lesie pracowałam.
Janina Szymkowicz

dotyczy także: Codzienność powojenna,
W 1939 roku przywieźli do Kazachstanu bardzo dużo ludzi z Polski. Jak ci Polacy przyjechali, oni przychodzili do nas, bo my krowy mieliśmy. Mama dawała im mleko i oni kawę sobie gotowali. Bardzo dobrze z nami żyli. Jak oni płakali, że mogli jeszcze polski język usłyszeć! W czasie wojny, ja nie wiem, gdzie ich zabrali, czy do Polski czy gdzie.
Janina Szymkowicz
W Kazachstanie byli różni ludzie, dobrzy i źli. Ani oni nam, ani my im nic za złe nie mieliśmy. To oni nam mówili, że u nich w 1922 roku był wielki głód. Chociaż było zboże, wszystko rosło, ale rząd zabrał. Wtedy samochodów nie było, przejeżdżali po 10 par konii wszystkie zapasy zabierali. Kto zdążył schować, kto zakopał w ziemi ten przeżył. A kto nie… Ludzie jedli ludzi, tak nam opowiadali. Kiedy my tam w 1937 roku przyjechaliśmy, przydzielili nam dom. Sąsiedzi powiedzieli, że w 1922 roku 13 osób z tego domu zmarło z głodu. Tatko nie chciał tam mieszkać, wzięli nas gdzie indziej.
Janina Szymkowicz
[Kazachstan, lata 20.]Mój mąż też był zesłańcem. Coś tam się u nich porobiło, że ich wysyłali, tak samo, jak nas. Było u nich dużo dzieci, i ciężko im było, mieszkali w Karelii, i teściowa chciała przejść granicę z dziećmi, i ich złapali, i zapisali jako wroga ludu. W tym czasie nikt się z nami nie liczył: powiedział słowo nie tak, i od razu z nim. Moją teściową, Finkę, skazali na obóz koncentracyjny za to, że przeszła tę granicę. Uznali ją za wroga ludu. I tak myśmy się tu z mężem poznali i pożenili.
Leokadia Taszewska – Jentunina
[Pietrowka, Kazachstan; 1936, lata 40.]Wieźli nas pociągiem towarowym, dobrze to pamiętam. Jechaliśmy z Ukrainy wagonami towarowymi i ściśnięci byliśmy jak sardynki w puszce. Głodowaliśmy, nie było co jeść w drodze. Zamknęli nas na amen. Stoimy – wody nie ma, niczego nie ma, wybiegli, wody gdzieś nabrali, pociąg ruszył, ludzie zostawiali, umierali w drodze, nikt nie zwracał na to uwagi. Potem przywieźli nas na stację Tajynsza, 60 kilometrów stąd, i zaczęli nas rozwozić po wioskach. U nas cały rejon, 12 wsi, to wszyscy byli deportowani. Przywieźli nas sześcioro, a my niczego nie mamy. Na Ukrainie dali nam 24 godziny, wszystkośmy zostawili, wszystko, co było. A my dzieci, tutaj jedna trzcina, wilki, nic nie ma, ani chleba, ani soli, nic. Październik był, zrobiło się już zimno, mrozy po 50 stopni były, burzany. Ziemianeczki nasze stały tak, że otwierały się nie do środka, a na zewnątrz. Zawieje nas, to siedzimy po sam dach przysypani. I drzwi nie możemy otworzyć, żeby nabrać śniegu, pojeść go trochę. Ktoś tam chodzi po dachu, to krzyczymy: – Odkopcie nas! Póki kopią, ktoś zejdzie po drabinie, a z powrotem lezie już przez dach. Pracowaliśmy na równi z dorosłymi, a ja całe życie chciałam zostać nauczycielką. Ojca zabrali do więzienia. Wszystko było wtedy dla frontu. Zbierasz nawet te kłoski po zbiorach, i już na ciebie czekają. I między naszymi ludźmi też byli sprzedajni. Oni im płacili, a ci im służyli. I tak potem ojca posadzili, umarł w Pietropawłowsku. Potem był starszy brat między nami, pracował już jako traktorzysta. I on też wziął trochę pszenicy, i jego też posadzili. Siedział daleko-daleko, w Komsomolsku nad Amurem. Dawno to było, a ja wszystko pamiętam. Potem wrócił. Dali mu pięć lat, ale on pięciu nie odsiedział, wrócił po trzech. Mamie było bardzo ciężko, ona też pracowała. Zdrowia już nie miała, bo tato taki był. A tu przyjechali – nic nie było, po prostu goły step. I od razu w 1936 roku chciał tatko uciekać na Ukrainę. Ale nas od początku wzięli pod komendanturę jako przesiedleńców, musieliśmy się meldować. Każdego razu trzy kilometry idziesz do rejonu, bierzesz przepustkę i mówisz, żeś przyszła. I tak nas nie puścili na tę Ukrainę i my bardzo biedowali. Moja siostra umarła z głodu. Dopiero potem zaczęliśmy się tu dorabiać, a z początku to samymi łopatami tę ziemię kopaliśmy. Żęliśmy sierpami, sialiśmy ręcznie, tak, jak na Ukrainie, sami sobie pracowaliśmy. I tak było bardzo ciężko. A my jako dzieci szkołę zostawialiśmy, nie było możliwości skończenia szkoły, zdobycia wykształcenia, osiągnięcia czegoś, było nam bardzo ciężko. W 1954 roku, 15 lat już byliśmy pod komendanturą, ojciec umarł, i mama poszła do komendanta, mówi: – Dajcie przepustkę, żeby chociaż zobaczyć, gdzie go pochowali. Nie dali, bo „może pojedziesz, nie wrócisz”.
Leokadia Taszewska – Jentunina
[Nowa Mysz koło Baranowicz, Polska, pod okupacją sowiecką, 1940] Wywózka była w 1940 roku, to był luty chyba. Bardzo dużo ludzi wywieźli i to pierwsze to było niespodziane, coś niewiadome, coś straszne było. Bo niewiadome, nikt w ogóle nie wiedział, o co chodzi i co to jest, i za co, i po co. No nam udało jeszcze zatrzymać się, utrzymać się na swoim gospodarstwie. W pierwszej wywózce my nie popadliśmy, w pierwszej wywózce na Sybir. To było bardzo straszne, bo były straszne mrozy i, pamiętam, moją taką dobrą koleżankę wywieźli – Irka taka była Olszewska – z rodziną, znajomych. No naprawdę było strasznie. Już po tej pierwszej wywózce to mama zawsze trzymała suchary w workach, narobiła sucharów, chleba i tam słoniny połcie takie duże, walonki – bo to na Sybir – kożuchy, wszystko było pod ręką. Bo dawali tylko na zbiórkę jakieś pół godziny, nie więcej. Za pół godziny musisz być gotów do wywózki. Już gotowe tam konie, furmanki stoją i wiozą do Baranowicz, do takich pociągów, bydlęcych wagonów, i wywozili. No jeśli chodzi o moje osobiste wrażenia, to bardzo straszne było wrażenie, jak za naszymi opłotkami była taka łąka i na zimę zamarzała ta łąka, i ona była jak trakt, ta łąka. I po tej łące, na tych saniach wieźli ludzi, noworodków. Oni zamarzali na tym mrozie, były straszne mrozy, do 40 stopni mrozy. I noworodków, zmarłych, już zmarzniętych na kość, na śmierć, wyrzucali po prostu, zabierali od rodziców i wyrzucali. To okropne było. No jakoś tak cały czas się w strachu żyło.
Łucja Turowicz
W 1937 represowanyj był ojciec znowu. Wszystkich tych, co wysyłali, to represowali. U mamy było dziewięć dusz w rodzinie: siostry i sześć braci, i wszystkich porozsyłali! W te i te strony porozkydali, te w Kazachstany, te w charkowską obłaść, po wszystkich stronach nas rozsyłali. U ojca były tylko dwa braty i ojciec. To jednego na rewolucji zabili, już jak ta wojna była, to był zamordowany. A drugi to toże wysłany w obłaść inną, ale nie razem z nami. Po wsiom świecie rozkydali. W Sybiry był jeden brat wysłany. Toże tam represowali, zabrali w tiurmy. Przyjechali my po wojnie tutaj, dobili się jakoś. Tak my krowę prodali, i najęli taką osobę, co by pomogła nam urządzić się, bo ja nogami nie chodziła sama.
Janina Wengłowska

dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
[Kazachstan, Woronicz, obwód akmoliński, 1936]Ten buran, to świata nie widać, na dwa kroki nie widać świata. Jak wyleciała kura, to już nie wróci, jak wyjdzie krowa, to też nie wróci. A jak jechali wołami, wpadli pod górę, wieźli siano, czy ziarno i krowa uciekła, na drogę, to był strach. Mały mróz to 30-35, do 40 stopni mróz, a duży do 50-60, to już wie pan, jaki to był mróz? A śniegu, to tak dużo waliło, że 4-5 metrów. On twardy był, taki tunel robiliśmy i takimi tunelami chodziliśmy, schody, tunele. Taki twardy był, nie taki, jak tutaj na Ukrainie, że kopnąć można, tam taki twardy od razu.
Rafaela Wróblewska
[Kazachstan, Woronicz, obwód akmoliński, 1936]Szkoła była w chacie dla dzieci. Taka stara nauczycielka uczyła. Mówili, że to popa córka była, zasądzona na 10 lat. Tak między sobą mówiliśmy. Ja też chodziłam do szkoły, trochę uczyłam się. Uczyłam się rozmawiać i czytać po rosyjsku i więcej nic. Ona czytała, pisała, my też pisaliśmy, czytaliśmy. Taki pokoik z chaty zrobiony. Ja nauczyłam się dobrze czytać po rosyjsku. A po ukraińsku nie mogę przywyknąć.
Rafaela Wróblewska
[Kazachstan, Woronicz, obwód akmoliński, 1936]My tam mówiliśmy do siebie po polsku, bo się modliliśmy polską mową. Gdyby nie polska mowa, język, modlitwa, to nie mielibyśmy rozmowy polskiej, to nas trzymało, modlitwa. Książeczki były, po ojcu została jednak książeczka, jeszcze mama jedną dostała. Modliliśmy się, śpiewaliśmy litanie, godzinki, pasje w post, krzyżową drogę. Kolędy my lubiliśmy śpiewać. Mało nas było, ale zbieraliśmy się do chaty, to do jednej, to do drugiej. Troszkę pomodlimy się, pośpiewamy.
Rafaela Wróblewska

dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
[Kazachstan, Woronicz, obwód akmoliński, 1936]Nocą nas zabrali, sennych. Nocą podwózki przyjechały, nocą wygruzili, nocą dowieźli do pociągu i wrzucili w wagony. I w biały dzień już jechaliśmy. Brali po wioskach, nie tylko z naszej wsi. Brali, wszystkich wywozili. Starzy szli, a dzieci na podwózki. Ludzie mówili, że nam przywiozą ludzi do wioski. Przywieźli, ale żony i dzieci, a nam trzeba było mężczyzn, bo to trzeba było pracować. Tylu ludzi zmarło w czasie podróży, umierali, dzieci i starzy. Nawet wody nie dali. Mieli banki [słoiki], w te banki wodę lali, każdy miał tę wodę, i chleb, suchary, i smalec, bo co można było wziąć? Co było, jakieś mięso, jak ktoś miał. Ale to 18 dni trzeba było się karmić. I przy końcu nie było co jeść, nawet tej wody i chleba. Mama już nie płakała nawet. Modlili się w wagonach, piosenki do Matki Boskiej śpiewali. Pierwszy dzień, jak wyjeżdżali, to tak krzyczeli, że nie można było wycierpieć. W naszych wagonach krzyczeli, płakali, okna otwierali, drzwi, a w tym drugim, który obok nas wyjeżdżał, to tak krzyczeli, że my tej Ukrainy, domu rodzinnego, nikogo więcej nigdy nie zobaczymy.
Rafaela Wróblewska
[Kazachstan, Woronicz, obwód akmoliński, 1936]My byliśmy na jednym miejscu, a jak tutaj przyjechaliśmy, to poszłam do naczelnika, a on też pytał, tak jak wy: – Na jednym miejscu mieszkaliście? Tak. To chyba dobrze było. Mama tak powiedziała: – Jak ma być więzienie, to wszędzie jednakowo, to my na jednym miejscu siedzieliśmy, pracowaliśmy na jednym miejscu. Izba też była ta sama. Już ciekła, rozwaliła się, zrobiliśmy po środku na rurze jeden słup, taki duży. Zawaliła się. Tak zostawiliśmy. Jakaś Niemka z dzieckiem została wysłana. Powiedzieliśmy: idź do naszej chałupy, bo my już pojedziemy. Niemców przysyłali, do Kazachstanu wygnali. Kobieta, zmarł jej mąż, a ona była z dzieckiem, chłopczyk miał chyba dwa lata. Zostawiliśmy jej chałupę i my pojechaliśmy.
Rafaela Wróblewska
Do pracy pan wychodził, rewizję osobistą robili każdemu. Z pracy pan wychodził – znowuż osobista rewizja. W tamtym czasie były straszne warunki, przyprowadzali czterdzieści, pięćdziesiąt, czy sto osób. Brygada jakaś tam była, robili rewizję, rozbierali pana do spodenek, wszystko sprawdzone. Przyprowadzali do obozu i zakrywali do baraku, a w baraku zakrywali pod klucz. Między tymi pryczami było przejście i stało piętnaście beczek, do których się załatwiali – pośrodku, tam, gdzieśmy mieszkali. To były okropne warunki do śmierci Stalina. Umyć się – raz się umyjesz, raz się nie umyjesz, bo nie wystarcza wody, gdy w takim baraku 250-300 osób. Na pryczach leżeli.
Witold Wróblewski

dotyczy także: Represje sowieckie po 1944 roku,
Podchodzi strażnik: – Czego siedzisz? Ten najspokojniej podniósł się i mówi, że idzie już: – Tylko zapalę i idę. A ten jego uderzył, uderzył tego chłopaka. Ja jak machnę, ach! A ja, pomimo że w obozie siedziałem, ja był jak młody człowiek. Jak go machnąłem!.. A zawsze pod ręką miałem taki metal ze specjalnym wygięciem, kładłem to pod koła, żeby zahamować wagoniki. Ja z tego wszystkiego chciałem go tym uderzyć. – Ty bestio. Mnie wszystko jedno, dwadzieścia pięć lat i tak i tak, ale ty tu więcej znęcać się nie będziesz! I chwyciłem, chciałem go ciepnąć. Z kąta wyrwał się jakiś człowiek, z tych wschodnich narodów. I ja go chciałem ciepnąć, a ten jakoś uderzył i ja tamtego nie uderzyłem po głowie, tylko po ramieniu. Co ma człowiek do stracenia? Taki jakiś łotr będzie się znęcać? Ja go uderzyłem. Zaraz mnie zabrali. Przywieźli do obozu, z kopalni zabrali pod konwojem. Przywieźli mnie i zaraz pod śledztwo. Oficer śledczy do mnie mówi tak: – Chciałeś go zabić? Ja mówię: – Niewykluczone, że ja bym go zabił. Ja nie wykluczam tego. On uderzył robotnika, ja go tak samo uderzyłem. A on mówi: – On uderzył, trzeba było przyjść i mnie powiedzieć, że on bije. To by on odpowiadał. A teraz ty będziesz odpowiadać.
Witold Wróblewski

dotyczy także: Represje sowieckie po 1944 roku,
W więzieniu: przychodzi bibliotekarka, przynosi katalog książek – książki, które poza więzienie nie wychodzą – ja sobie wybieram. Trzy, cztery książki wziąłem. Prosiłem Karola Marksa, „Kapitał…” i te wszystkie, żeby Sowietów ich materiałami bić. Teraz mógłbym całe strony cytować. Jak on mnie coś mówił, to ja mogłem mu zajechać zawsze. Odsiedziałem tam, potem mnie dali w drugie miejsce. Polityczne wychowanie zawsze w obozie. Jak jest wolne, niedziela albo coś, to przychodzi polityczny wychowawca (po rosyjsku mówi się „politruk”) i tam zaczyna: to, to, to, różne swoje. On: – Czy są pytania? A jak są – to numer. Na plecach numer, tu numer i na czapce numer. On: – Pytania, czy są? – Są. Ja mu zadaję. On odpowiada. Ja mówię: – To pan kłamie. Pan przecież kłamie. Pan zna to i to? Na tej i tej stronie, co pisze Karol Marks? Ja mogłem mu cytować całą stronę, gdzie, na jakiej stronie, wszystko. Mówię: – Pan kłamie, nieprawdę pan mówi. Nazwisko zapisał, numer, wszystko. Zebranie się skończyło, on wywołuje mnie. Przychodzi oficer śledczy, on zaczyna, żeby ja napisał, że mówiłem nieprawdę, że nie mam racji, że to jest kłamstwo, co ja mówię. Ja mówię: – Nie napisałem nigdy i nie napiszę, bo pan nie zna, niech pan przeczyta. To pan nie zna. Nie, nie napiszę tego. – No, to nie. Zbierają się i znowu dają pół roku czy trzy miesiące – nie do wyroku, a do więzienia, znowu do więzienia. Niepodatny wychowaniu.
Witold Wróblewski

dotyczy także: Represje sowieckie po 1944 roku,
[Kokczetaw, Kazachstan, lata 40.]Oczywiście, byłam pod komendanturą. Szesnaście lat miałam. Bez pozwolenia, zgody nic nie można było zrobić, nawet kroku. Trzeba było chodzić i pokazywać się u komendanta, że ja jestem na miejscu, donikąd nie uciekłam. A kiedy przeprowadziliśmy się z wioski do Kokczetawia, to tutaj, w mieście, też trzeba było się meldować. Też zostaliśmy wzięci do spisu. Wszystkich Polaków i Niemców tak sprawdzali, dlatego że byliśmy z Ukrainy, przesiedleńcy.
Zofia Zabłockaja
Pamiętam, jak wywozili nas ze Słonimia. Jak dziadek dowiedział się, że będą nas wywozić (a pamiętam go dokładnie), to przyszedł do pociągu i odnalazł nas. Stał w płaszczu wojskowym, bo był dawnym oficerem Wojska Polskiego, i dał mojej siostrze modlitewnik pisany po polsku. Był to podpisany, stary modlitewnik wojskowy. Dał go siostrze, ponieważ ona była starsza ode mnie. I ona trzyma go do tej pory. Powiedział jej wtedy: – Trzymaj go, dziecko, i nigdzie nie zgub. Oprócz tego dał nam jeszcze pierścień, taki sygnet z wyobrażeniem orła. W 1947 roku, kiedy przebywałyśmy na głodującej Białorusi, musiałyśmy ten pierścień sprzedać za bochenek chleba…
Wiktoria Żozdziewska

http://www.polacynawschodzie.pl/index.php?page=tematy&id=74

Posted in Polacy na Syberii, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Katolicyzm ostoją polskości na Kresach. „To Kościół, który przetrzymał komunizm i trwa, daje siłę i moc”

Posted by tadeo w dniu 22 września 2015

Fot. M. Czutko
Fot. M. Czutko

Na Kresach być Polakiem to być katolikiem. To Kościół, który przetrzymał komunizm i trwa, daje siłę i moc – mówi „Gazecie Polskiej Codziennie” Cezary Jurkiewicz, prezes Fundacji „Kresy W Potrzebie – Polacy Polakom”.

Wszechobecna jest tęsknota za Polską. Ich tożsamość opiera się na silnej wierze w Boga i przywiązaniu do Kościoła rzymskokatolickiego. Widać to w kościele, do którego na msze i nabożeństwa przychodzą wielopokoleniowe rodziny, także dzieci i młodzież

— mówi Jurkiewicz.

Jak wskazuje, liczne polskie cmentarze na Kresach są najlepszym wyrazem tego, jak żyją tam Polacy. Są zadbane, świadczą o wciąż żywej pamięci, ale niszczeją z powodu braku środków – dot. to wielu miejsc, np. Grodna, Nowogródka czy Wołkowyska. Wszędzie rzuca się w oczy prostota i czystość, a jednocześnie brak środków finansowych – podkreśla.

Czy zdarzyło się państwu dostawać życzenia z okazji święta 3 maja lub 11 listopada? Mnie tak – były to życzenia od Polaków z Kresów

— relacjonuje „GPC” Jurkiewicz.

Fundacja, której szefuje koordynuje akcję „Paczka” na Białorusi. Polega ona na niesieniu Polakom na Kresach pomocy materialnej i nie tylko, dotąd udało się nam odwiedzić ponad 2000 rodzin w ich domach – mówi.

http://wpolityce.pl/kosciol/266074-katolicyzm-ostoja-polskosci-na-kresach-to-kosciol-ktory-przetrzymal-komunizm-i-trwa-daje-sile-i-moc

Posted in Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Kresowa Ballada 1935

Posted by tadeo w dniu 24 grudnia 2014

Film dokumentalno-fabularyzowany, zrealizowany w 1985r. Scenariusz i reżyseria – Tamara Sołoniewicz (1938 – 2000). „Kresowa ballada 1935”, to film prezentujący folklor Podlasia. Autorka zadbała w nim o rekonstrukcję obyczajów białoruskiej wioski z 1935 roku. Film ma charakter etnograficzny. Cechuje go dbałość o szczegóły zwyczajów, kostiumów i języka. Aktorzy Tamary Sołoniewicz to kobiety i mężczyźni z Bielska Podlaskiego, Hajnówki, wsi Mieleszki oraz z okolic Gródka i Michałowa. Zapewne wielu z oglądających ten film, rozpozna w nich swoich krewnych, bądź znajomych.

http://gloria.tv/media/DEzKfBo7kex

Posted in Polskie Kresy | Leave a Comment »

Pani Weronika i jej chłopcy

Posted by tadeo w dniu 17 października 2014

Film Artura Pilarczyka portretujący niezwykłą kobietę – Weronikę Sebastianowicz, żołnierza Armii Krajowej odznaczonej Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski przez Prezydenta Bronisława Komorowskiego.

Dokument „Pani Weronika i jej chłopcy” opowiada historię wyjątkowej kobiety i wielkiej patriotki. Gdy Polska była okupywana przez Sowietów i Niemców Weronika „Różyczka” Sebastianowicz była żołnierzem Armii Krajowej – oficjalnie została zaprzysiężona w wieku 13 lat. W 1951 roku została aresztowana i skazana na 25 lat pozbawienia wolności i pracę w łagrze w Workucie, wyrok skrócono do 10 lat. Próbowała powrócić do kraju, ale odmówiono jej prawa do wjazdu na teren Polski. Pani Weronika aktywnie działa w organizacjach polskich, m.in. w Stowarzyszeniu Żołnierzy AK na Białorusi w którym jest prezesem. 

Pani Weronika wraca wspomnieniami do 1951 roku, kiedy to została aresztowana.

Podczas pobytu w więzieniu nie uniknęła tortur.

APC - 2014.10.17 17.32 - 001.3d

http://gloria.tv/media/QDexS6dQQCf

https://www.facebook.com/pages/Pani-Weronika-i-jej-ch%C5%82opcy/117187758440904

Posted in Filmy dokumentalne, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Żołnierze niezapomniani – Ludmiła Jakobson

Posted by tadeo w dniu 17 października 2014

APC - 2014.10.17 15.32 - 001.3d

http://kresy24.pl/wp-content/uploads/2014/09/Echa_Polesia_3_2014.pdf

Przeczytaj także:

„Pamiętanie” Ludmiły Jakobson z Telechan

Posted in Polskie Kresy | 1 Comment »

Moje Telechany – Bogdan Mielnik

Posted by tadeo w dniu 17 października 2014

APC - 2014.10.17 14.41 - 001.3d

http://polesie.org/wp-content/uploads/2014/03/Mielnik_Moje_Telechany_komp.pdf

Przeczytaj także:

„Pamiętanie” Ludmiły Jakobson z Telechan

Posted in Książki (e-book), Polskie Kresy | 1 Comment »

„Pamiętanie” Ludmiły Jakobson z Telechan

Posted by tadeo w dniu 17 października 2014

Historia… Czym właściwie jest? Być może to wydarzenia sprzed 100 lat, a może to, co odbyło się dopiero wczoraj? Znana polska reporterka Hanna Krall powiedziała kiedyś: „Przecież nie piszemy historii. Piszemy o pamiętaniu”. Podzielam tę opinię. Można przeczytać książkę, nauczyć się wszystkich dat i wydarzeń, ale to nie ma sensu, jeśli nie rozumiesz, dlaczego ludzie to robili. A można zapytać żywego świadka wydarzeń i odczuć atmosferę i nastrój tego czasu. Myślę, że jest przestępstwem nie wykorzystać możliwości usłyszenia historii z ust tych ludzi. Wiem to z własnego doświadczenia. Tak pani Ludmiła Jakobson, opowiadając o swoim życiu, pomogła mi przenieść się do lat 30-50 – tych. ubiegłego stulecia. Chciałabym podzielić się tą historią z Wami.Dom w Telechanach

Dom w Telechanach

Urodziłam się w Telechanach (powiat kosowski) w 1927 roku. – opowiada o sobie pani Ludmiła – Moja rodzina ma ciekawą historię. W czasach powstania styczniowego moja prababcia była pielęgniarką. Opatrywała rany samemu Trauguttowi i odprowadzała go wraz z Elizą Orzeszkową do Warszawy. Z historii na pewno wiecie, że właśnie tam Romuald Traugutt został zabity. Niestety, prababcia nie utrzymywała kontaktu z rodziną, ponieważ jej córka, moja babcia, była katoliczką i wyszła za mąż za prawosławnego. Po raz ostatni przyjechała jako pielęgniarka, żeby odebrać poród u mojej babci. Kiedy urodziła się dziewczynka, wzięła ją na ręce i powiedziała: „Jeszcze jedna męczennica”. Nie wiemy, co stało się z prababcią, być może pojechała do Warszawy, a może zesłano ją na Syberię. Jeszce jedną wielką postacią w mojej rodzinie jest dla mnie ojciec – oficer I wojny światowej, który otrzymał 2 Krzyże Gieorgijewskie za zasługi wojenne.

W 1930 roku cała moja rodzina otrzymała obywatelstwo polskie, a w 1934 roku poszłam do szkoły. Uczyłam się średnio. Wykształcenie było wtedy obowiązkowe do 4 klasy. Moja szkoła była duża – uczyło się w niej jednocześnie około 300 dzieci.

Pani Ludmila i kanal Oginskiego

Pani Ludmiła i kanał
Ogińskiego

Lata szkolne pozostaną w mojej pamięci na zawsze. Wtedy było zupełnie inaczej niż teraz – dyscyplina była żelazna. W przerwach między lekcjami nauczyciele pełnili dyżury na korytarzu. Było ich niewielu. Dobrze zapamiętałam nauczyciela geografii, pana Gwiazdowskiego i jego żonę, nauczycielkę języka polskiego, nauczyciela śpiewu pana Kanta, który pięknie grał na skrzypcach. Matematykę wykładał pan dyrektor Pierowski, gimnastykę – pan Wyrko. Moją pierwszą nauczycielką była pani Seroczkowska, pan Michalski wykładał historię, a jego żona – literaturę.

Pamiętam, że w tamtych czasach w Telechanach żyli w zgodzie wyznawcy różnych religii. Do jednej szkoły chodzili razem: prawosławni, katolicy, Żydzi. Co czwartek była godzina religijna i wtedy uczniowie rozchodzili się po klasach: katolicy szli do księdza katolickiego, prawosławni – do popa, a Żydzi – do rabina. Mogę powiedzieć, że ci „nauczyciele” kolegowali się ze sobą. Nasza lekcja religii zaczynała się od modlitwy: „Boże, coś Polskę”. W klasie na ścianie nad tablicą wisiały od lewej do prawej portrety: Mościckiego, Piłsudskiego, Orzeł Biały a nad nimi krzyż. Dla każdego ucznia to było bardzo bliskie sercu, bardzo patriotyczne. Trzeba powiedzieć, że dzieci bardzo kochały Dziadka Piłsudskiego i kiedy zmarł w 1935 roku, to wszyscy nosili żałobę przez 3 dni. W tym samym roku Żydzi odeszli do swojej własnej szkoły.

Wielką uwagę nauczyciele poświęcali wiejskim dzieciom, które były biedniejsze od żydowskich i musiały pomagać rodzicom w gospodarstwie. Za spóźnienie nie karano, a przy wystawianiu ocen nauczyciele byli lojalni wobec tych dzieci. Dzieci te przychodziły na lekcje w łapciach. Na dużej przerwie wszystkim dawano czarną kawę i chleb ze smalcem. Z tą tylko różnicą, że dzieci z bogatych rodzin płaciły za ten posiłek, dzieci z biednych rodzin dostawały za darmo.

Dzieci, które uczyły się bardzo dobrze, po ukończeniu 7 klasy gmina wysyłała na nieodpłatne studia do Pińska albo Łuninca.

Gdy na dworze było ciepło, dzieci w czasie przerwy bawiły się na podwórku. Było to możliwe tylko pod opieką nauczyciela. Nie wolno było samemu wychodzić na dwór. Zimą w czasie przerw chodzono parami po korytarzu i śpiewano piosenki. Podczas Bożego Narodzenia mieliśmy w szkole piękną choinkę. Wszyscy uczniowie śpiewali kolędy. Bawili się dookoła choinki, a potem dostawali prezenty: dzieci z bogatych rodzin – za koszt rodziców, a dzieci z biednych rodzin na koszt gminy. Prezenty dla biednych dzieci były czasasmi dziwne. Ja na przykład, jednego razu otrzymałam buciki, kawałeczek mydła i ciastko.

Był w naszej szkole również woźny, który, jak i nauczyciele, odpowiadał za dyscyplinę, dzwonił dzwonkiem, zapowiadając lekcje albo przerwę, pilnował jak dzieci się ubierają, sprzedawał kajzerki (bułeczki, które kosztowały 5 groszy).

Pamiętam też, że podczas świąt 11 listopada i 3 maja była bardzo ładna defilada. To było święto dla wszystkich mieszkańców Telechan. Na początku defilady szli rekruci, potem orkiestra, która składała się ze strażaków, dalej uczniowie i nauczyciele z proporcami. Pamiętam, że dzieci przygotowywały się do tej defilady dużo wcześniej: chłopcy wycinali z krzaków gałązki, a dziewczynki sklejały biało-czerwone kartki papieru i wychodziły piękne proporce. Machano nimi podczas defilady. Było pięknie. Potem w Domu Ludowym występował nasz nauczyciel pan Gwiazdowski i aptekarz pan Bocheński, wielcy patrioci Polski. Nie mogli oni zaakceptować i przeżyć przyjścia nowej władzy. Ostatni po przyjściu „Czerwonki „, jak nazywali miejscowi Sowietów, skończył życie samobójstwem.

Na szkolnym podwórku stał wysoki słup. Na nim codziennie latem wznosiły sztandar wolności dzieci z 7 klasy. Kiedy był „ostatni dzwonek” ( jak teraz się mówi o ostatnim dniu zajęć w szkole), to one wkładały białe ubrania i czapki i tańczyły na podwórku taniec „Piekarze”.

Ciekawe było życie harcerzy. Każdy z nas miał harcerski strój: czerwony krawat, czarny fartuch, guziki z przodu, pasek skórzany. Najlepsza uczennica 7 klasy była drużynową. W moich czasach drużynową była Marysia Mialik. Mieliśmy też zbiórki harcerskie.

Po przywitaniu graliśmy w siatkówkę, uczyliśmy się śpiewać, omawialiśmy, kto się źle uczy, kto niegrzecznie się zachowuje. Dla chłopców i dziewczynek zbiórki te były oddzielne. Latem my, harcerze, paliliśmy ognisko nad jeziorem. Śpiewaliśmy i tańczylismy. Było bardzo wesoło.

APC - 2014.10.17 13.56 - 001.3d

Marynarz w Pińsku i wioskowa dziewczyna

Latem było jeszcze jedno święto. Miało ono tajemniczą i piękną nazwę – Święto Morza. Urządzano je niedaleko pałacu Ogińskiego, który zniszczono po przyjściu Sowietów. Przez jezioro robiono pomost, łącząc 2 barki, z czego wychodziło miejsce dla tańców. Po bokach stały ławki, grała orkiestra. Młodzież tańczyła, dzieci biegały. Z Pińska na święto przyjeżdżali marynarze. Młode dziewczyny miały na głowie wianuszki z kwiatów, które puszczały na wodę. O 11 godzinie wszystkie dzieci szły do domu. Ale na tym święto dla nas się nie kończyło – w domu my otwieraliśmy okna i do rana słuchaliśmy orkiestry. Grano tango, fokstrota, mazurka, walca. Ślicznie śpiewały Hanka Kileszkowska i Lodzia Brzostowska. Było przepięknie!

APC - 2014.10.17 13.40 - 001.3d

Już w tamtych czasach przyjeżdżało do naszej miejscowości dużo turystów z Gdyni, z Warszawy, żeby zobaczyć Bug, Muchawiec, pałac i kanał Ogińskiego.

Już wcześniej mówiłam, że bardzo mi się podobały tamte czasy, ponieważ wtedy był wszędzie porządek. Na ulicach stały kosze na śmieci, codziennie chodził policjant i sprawdzał, czy wszystko w porządku.

„Leciał orzeł biały wysoko i odleciał. W 1939 roku po raz ostatni poleciał on bronić Ojczyzny, i trafiła go kula czarnego orła, i polała się krew, i zalała całą Polskę”. 1 sierpnia 1939 roku, gdy uczniowie przyszli do szkoły, ona była zajęta przez rekrutów wojska polskiego, którzy szli na front. Nigdy więcej nie uczyłam się w polskiej szkole.

W tym samym roku przyszli Sowieci. Wiadomość ta szybko obleciała Telechany. „Наши идут! Красная армия!” – słychać było ze wszystkich stron. Wiejskie dziewczyny ubierały się jak najładniej. Białorusini i Żydzi wybiegali z czerwonymi kokardkami przywitać ją. Długo ich nie było. Przyjechali.

Bardzo dobrze pamiętam: ciężarówka, siedzieli w niej żołnierze w pilotkach. Starszy wyszedł – okrągła czapka, ręce trzyma w kieszeniach i krzyczy „Здравствуйте!” Wydawało się wtedy, że wszystkim podoba się nowa władza, ale byli i niezadowoleni. Jeden marynarz z Flotylli Pińskiej powiedział ludziom: „Prędko wasze flaki będą wisieć jak te flagi”. Czerwone sztandary rozwijały się tam, gdzie był posterunek. Potem ktoś z ludzi starszych opowiadał, że powieszono tego marynarza za te słowa.

Pamiętam, że polscy żołnierze wtedy, ratując się od „Czerwonki”, szli na Hancewicze (tam była zbiórka), a potem do Rumunii. Ciężko było żołnierzom. Po tych samych drogach szli też miejscowi chłopi-złodzieje, którzy zabijali żołnierzy polskich, rabowali ubrania i obuwie i wrzucali ich do bagna.

Od tamtego czasu zajęcia w szkole były tylko w języku rosyjskim. Z nauczycielami obchodzono się bez ceregieli. Pana Gwiazdowskiego zabrano do celi do Kosowa, gdzie zmarł. Panią Gwiazdowską, jego żonę, ciężarną, z małym dzieckiem, wysłano w wagonie bydlęcym na Syberię. Nie było łatwo, ale ona – silna kobieta – wytrzymała to wszystko. Musiała wytrzymać. Wiem, że wyjechała do Polski dopiero po śmierci Stalina.

Tylko w pierwszych dniach wojny zostało zabitych dwa tysiące Żydów, którzy stanowili 70 procent mieszkańców Telechan. Partyzanci grabili wszystkich: biedniejszych i bogatszych. Wojna zmieniła życie każdej rodziny i całego narodu.

Potem szybko mijały lata, życie… Pytasz mnie: jak potrafiłam tak długo nie zapomnieć języka polskiego? Odpowiem ci na to pytanie. Kiedy biskup Świątek był u nas w Telechanach, zapytał mnie: „Dzięki czemu Pani tak dobrze rozmawia po polsku?” Odpowiedziałam: „Nie chciałam zapomnieć języka ojczystego!”

Moja działalność literacka rozpoczęła się w 2001 roku, kiedy zobaczyłam „Echa Polesia”. Opisałam Telechany, Kanał Ogińskiego, przyrodę.Potem napisałam artykuły „Szlachcianka”, „Moja szkoła”, „Tęsknota za Ojczyzną”, „Poryczanka”. Pisałam też dużo o Żydach. Można powiedzieć, że to oni odbudowali Telechany po I wojnie światowej, ponieważ otrzymywali pomoc z Ameryki i po 19 latach Telechany znów stały się uroczym miasteczkiem, które tętniło życiem.

Życie tak szybko przemija… Mam już 87 lat. Chciałabym jeszcze dużo czego zrobić, ale choroba mi nie pozwala. Jestem jednak szczęśliwa. Mam wspaniałą rodzinę. Mam bogatą przeszłość. W ubiegłym roku byłam na spotkaniu opłatkowym w konsulacie. Piszę swoje teksty do „Echa Polesia”. Dzięki Bogu mam jeszcze na to siły.

Czas rzeczywiście szybko leci… Rozmawiając z tą skromną kobietą, która nie zrobiła nic nadzwyczajnego, po prostu kocha swoje życie, rodzinę i historię swojej Ojczyzny, zrozumiałam, że tworzymy historię każdego dnia poprzez swoje myśli, słowa, czyny. Wiem, że być bohaterem każdego dnia o wiele trudniej, niż zostać nim jeden raz. Dlatego serdecznie dziękuję pani Ludmile Jakobson za rozmowę i mam nadzieję, że ten wywiad pozostanie na długie lata nie tylko w moim, ale też w Państwa sercach i umysłach.IMG_5242

Z Panią Ludmiłą Jakobson rozmawiała Karina Homziuk,

uczennica kl.11 Polskiej Szkoły Społecznej im.I.Domeyki w Brześciu

http://polesie.org/1769/pamietanie-ludmily-jakobson-z-telechan/

Przeczytaj także:

Żołnierze niezapomniani – Ludmiła Jakobson

Moje Telechany – Bogdan Mielnik

Ja tutaj powrócę, gdzie są mgły i rosy…

Z miłością do Polesia

Posted in Polskie Kresy, Wspomnienia | 2 komentarze »

Czy wiesz, co oznacza zawołanie „Pisz do mnie na Berdyczów”?

Posted by tadeo w dniu 27 września 2014

Czy wiesz, co oznacza zawołanie „Pisz do mnie na Berdyczów”?

Fot: Berdyczów – panorama miasta

Berdyczów to miasto w obwodzie żytomierskim Ukrainy, położone 44 km. od Żytomierza. W 1569 roku, miasto stało się częścią Rzeczypospolitej Obojga Narodów. W Berdyczowie znajdowało się sanktuarium Matki Bożej Berdyczowskiej ze słynnym cudownym obrazem. Berdyczów był miastem wielokulturowym, zamieszkałym przez wiele nacji. Spośród mieszkańców w XIX wieku przeważali Żydzi (w 1897 roku stanowili oni 78% mieszkańców miasta), stąd popularne określenie – Jerozolima Wołynia. Dzięki księciu Mateuszowi Radziwiłłowi miasto uzyskało przywilej urządzania dziesięciu jarmarków rocznie. Nadany przez Stanisława Augusta przywilej zwiększył obroty berdyczowskie, które przyczyniły się do rozwoju miasta.

Do Berdyczowa przyjeżdżali nie tylko kupcy z całej Rzeczypospolitej, jarmarki regularnie odwiedzali handlarze z najróżniejszych stron Europy. Sprzedawali głównie płótna i tkaniny, a zaopatrywali się w konie, bydło, pszenicę, miód i wosk pszczeli, a także ubrania szyte przez sławnych berdyczowskich krawców. Z tego okresu pochodzi właśnie kupieckie zawołanie … pisz do mnie na Berdyczów.

Z racji fachu kupieckiego i natury podróżowania, kupcy znajdowali się w ciągłym ruchu. Jedynym miejscem, w którym prawdopodobnie można było ich odnaleźć i liczyć na odebranie listu (bywali w nim średnio co 2-3 miesiące), był właśnie Berdyczów. Stąd poste restante i ważna rola Berdyczowa w przebiegu informacji handlowej.

Współcześnie określenie to zmieniło sens. „Pisać do kogoś na Berdyczów” jest równoznaczne z żartobliwym spławieniem kogoś (daj mi spokój, odczep się, szukaj wiatru w polu, nie znam nowego adresu).

Sylwester Brzozowski

http://historykon.pl/wiesz-oznacza-zawolanie-pisz-berdyczow/

Przeczytaj także:

Obraz Matki Boskiej Berdyczowskiej – patronki Konfederatów Barskich – w Jaworzu koło Bielska Białej

Posted in Polskie Kresy | Leave a Comment »

Pielgrzymka rowerowa Biała Podlaska – Budsław.

Posted by tadeo w dniu 18 sierpnia 2014

W dniach 10 – 16 sierpnia 2014 roku odbyła się VIII Parafialna Pielgrzymka Rowerowa, która w tym roku nawiedziła Sanktuarium Matki Boskiej w Budsławiu.  Pielgrzymka rozpoczęła się w niedzielę, kiedy to po Mszy porannej o godz 6:30 grupa 31 pielgrzymów pożegnana została przez Księdza Proboszcza i Pana Prezydenta ruszyła spod kościoła NNMP w Białej Podlaskiej. Pierwszego dnia naszym celem był Kobryń do którego dotarliśmy w godzina popołudniowych. Po drodze zwiedziliśmy Brześć powitani na granicy przez tamtejszych miłośników turystyki rowerowej. Zwiedziliśmy sławną Twierdzę Brześć i udaliśmy się do Kobrynia miasta położonego około 50 kilometrów od granicy. Gorąco i serdecznie zostaliśmy powitani w Wiosce Dziecięcej przez tamtejszych mieszkańców. Droga była wspaniała i nie na tyle męcząca, że jeszcze spora grupa naszych pielgrzymów skorzystała z lodowiska jeżdżąc na łyżwach a część udała się na basen, to był wspaniały wieczór. Następnego dnia wyruszyliśmy wcześnie rano, po obfitym śniadaniu przygotowanym przez przemiłych gospodarzy. Celem drugiego dnia pielgrzymowania były Baranowicze miasto zaprzyjaźnione z Białą Podlaską. Zmierzaliśmy do celu przepiękną drogą wśród lasów, gdzie mogliśmy kontemplować piękno tamtejszych stron. Na trasie naszej pielgrzymki tego dnia była Bereza jak i miasto Iwacewicze gdzie w tamtejszym kościele sprawowaliśmy Mszę świętą, mile przyjęci przez Księdza Proboszcza, który otworzył nam kościół jak i swoją plebanię, gdzie mogliśmy się posilić na dalszą drogę i tak po przejechaniu ponad 160 kilometrów (był to najdłuższy etap) dotarliśmy do Baranowicz. Wszyscy w wyśmienitych humorach spożyli przygotowaną samodzielnie kolację i poszli na spoczynek, bo następnego dnia też czekał na nas dzień pełen wrażeń.

2014-08-18-222

Po śniadaniu wyruszyliśmy w dalszą drogę, kierując się do Nieświeża wspaniałej rezydencji Radziwiłów tak mocno związanych z naszym miastem. Po nawiedzeniu kościoła i wizycie w przepięknej magnackiej rezydencji skierowaliśmy się do miejscowości Mir, gdzie oczekiwała nas tamtejsza wspólnota parafialna licząca zaledwie 60 osób. Po Eucharystii mieszkańcy zaprosili nas do swoich domów. Radości i rozmowom nie było końca, ale świadomość, że jutro czeka nas kolejny dzień na rowerze zmuszał nas do odpoczynku. W pamięci pozostanie wielkie serce jakie okazali nam parafianie z Mira. Pożegnawszy wspaniałych, gościnnych ludzi udaliśmy się w dalszą podróż. W środę wieczorem dotarliśmy do Wołożyna, gdzie powitał nas ksiądz Proboszcz wraz z parafianami, którzy po Eucharystii zaprosili nas do swoich domów na nocleg. Po porannej Mszy w strugach deszczu skierowaliśmy się do celu naszej pielgrzymki do Budsławia. Matka Boża okazała nam wielką łaskawość po kilku kilometrach deszcz ustał, a rekompensatą był wiatr który pomagał jadącym. Po kilku godzinnej jeździe naszym oczom ukazała się wspaniała Bazylika. Kroki nasze skierowaliśmy do Sióstr Nazaretanek u których mieliśmy zaplanowany nocleg. Siostra Helena powitała nas i zaprosiła na kolację, na wyśmienite kotlety mielone i surówkę przygotowaną z warzyw z własnego ogrodu. W Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny odprawiliśmy Eucharystię przed Cudownym Obrazem Matki Bożej do której od blisko czterystu lat pielgrzymują wierni z różnych zakątków Kresów. W drodze powrotnej zwiedziliśmy jeszcze Mińsk stolicę Białorusi. I tak przed północą dojechaliśmy do Białej Podlaskiej kończąc VIII Parafialną Pielgrzymkę Rowerową. W drodze powrotnej snując plany na IX pielgrzymkę na którą wielu już zgłosiło akces.

http://www.parafianabrzeskiej.pl/

SAM_7335

Lista uczestników:

 1. Bajena Wiesław
 2. Barszcz Michalina
 3. Brodowska Małgorzata
 4. Bronisz Marian
 5. Ciechanowski Jacek
 6. Cydejko Czesława
 7. Czernik Tadeusz
 8. Domański Roman Marian
 9. Gabrylewicz Zbysław Julian
 10. Głuchowska Maria
 11. Golczewski Mieczysław
 12. Grodzki Ryszard
 13. Iwanowska Teresa
 14. Iwanowski Zenon
 15. Józefaciuk  Jadwiga
 16. Korpal Hanna
 17. Kuczer Adam
 18. Małachowicz Barbara
 19. Małachowicz Marta
20. Migasiuk – Bajena Jolanta
 21. Pykało Mirosław Mikołaj
 22. Rękawek Jarosław
 23. Rola Leszek
 24. Sachajski Marian
 25. Sikona Daniel Kazimierz
 26. Skubisz Zbigniew
 27. Spryszyński  Jan
 28. Stasiuk Bogdan
 29. Tymiński Ryszard
 30. Tymoszuk Elżbieta
 31. Zaciura Władysław

Pielgrzymka rowerowa Biała Podlaska – Budsław. Kobryń.

Pielgrzymka rowerowa Biała Podlaska – Budsław. Baranowicze – Nieśwież

Pielgrzymka rowerowa Biała Podlaska – Budsław. Kościół w Nieświeżu

Pielgrzymka rowerowa Biała Podlaska – Budsław. Zamek w Nieświeżu

Pielgrzymka rowerowa Biała Podlaska – Budsław. Mir

Pielgrzymka rowerowa Biała Podlaska – Budsław. Mir – Wołożyn

Pielgrzymka rowerowa Biała Podlaska – Budsław. Wołożyn – Nowa Wilejka

Pielgrzymka rowerowa Biała Podlaska – Budsław. Nowa Wilejka – Budsław

Pielgrzymka rowerowa Biała Podlaska – Budsław. Sanktuarium w Budsławiu

Pielgrzymka rowerowa Biała Podlaska – Budsław. Suplement

Zobacz także:

Zdjęcia

Sanktuarium Matki Bożej w Budsławiu na Białorusi

Posted in Pielgrzymki rowerowe, Polskie Kresy | 2 komentarze »

Sanktuarium Matki Bożej w Budsławiu

Posted by tadeo w dniu 24 lipca 2014

 Budsław to dawne miasteczko a obecnie wieś na Białorusi w rejonie miadziolskim, w 1996 r. liczyło 718 mieszkańców. Położony w historycznym powiecie oszmiańskim (cząstka Wileńszczyzny), 150 km na północ od Mińska.

Choć obecny Budsław w żaden sposób nie przypomina miasteczka, to przecież Wielki Słownik Królestwa Polskiego Litwy i Rusi podaje, że „Budsław, miasteczko powiatu wilejskiego, nad rzeką Serwecz, założone przez Aleksandra Jagiellończyka w 1504 roku i darowane bernardynom wileńskim”. Zmieniły się granice, wniwecz poszło tysiące zabytków, ale sanktuarium Matki Bożej Budsławskiej i bernardyni, jej strażnicy, ocaleli.

 

„Historia Budsławia rozpoczyna się w 1504 roku. „Wtedy to Aleksander Jagiellończyk dał kawał lasu tu w tym miejscu bernardynom wileńskim. Bracia przybyli, by ten las ścinać i rzeką Serwecz, a później Wilią dostarczyć do Wilna na potrzeby klasztoru. Pobudowali tutaj dla siebie proste domki, coś jak szałasy pastusze, które nazywali budami, i stąd wzięła się nazwa miejscowości: najpierw Buda, a potem sławna Buda-Budsław. Na tę sławę miejscowości wpłynęły dwa ważne wydarzenia. W 1588 roku w święto Chrztu Pańskiego ukazała się na niebie wielka jasność, zakonnicy pobiegli po przełożonych, którzy nakazali modły i post, po jakimś czasie ukazała się bernardynom Matka Boża z dzieciątkiem na rękach w otoczeniu aniołów i powiedziała, że na wieki wybrała to miejsce, by tutaj jednać ludzi z Bogiem”.

W następnym roku na miejscu objawienia zakonnicy zbudowali drewniany kościół. Druga rzecz, która wpłynęła na to, że Buda stała się sławna, był obraz Matki Bożej. W 1598 roku miński wojewoda Jan Pac, który był kalwinem, a później przyjął wiarę katolicką, odbył pielgrzymkę do Rzymu i był przyjęty na audiencji przez papieża Klemensa VIII. Papież sprezentował mu obraz Matki Bożej. W 1610 roku Pac umiera, a obraz zabiera jego kapelan, który pracował w Dołginowie (niedaleko stąd) i w 1613 roku ofiarował obraz do drewnianego kościoła w Budsławiu. Po kilku latach już od 1617 roku zaczynają się cuda. Coraz więcej ludzi przybywa na to miejsce. Kiedy w 1633 roku na miejscu drewnianego kościoła zaczęli budować ten kamienny i rozbierali drewniany, to całe jego ściany były oklejone jak tapetami świadectwami łask rozlicznych i uzdrowień. Budowa nowej świątyni i klasztoru trwała dziesięć lat. W tym czasie również powstał ten ołtarz. Jest to jeden z najwcześniejszych drewnianych ołtarzy, jakie zachowały się na obecnej Białorusi, niezwykle cenny jako dzieło sztuki sakralnej. W 1624 roku Batista Montana wydał książkę, w której zawarł projekty różnych świątyń, a w nich ołtarzy w perspektywie i pod wpływem tej księgi zrobił projekt tego ołtarza. To jest jeden z najwcześniejszych ołtarzy, jakie zostały wybudowane w Europie.

Kościół (przed 1939)

Ale też trzeba pamiętać, że było to w Wielkim Księstwie Litewskim, w Wielkiej Królewskiej Rzeczypospolitej, gdzie dzięki hojności wielkich mecenasów powstawały wspaniałe, podziwiane dziś zabytki architektury i że artyści włoscy byli częstymi gośćmi w Rzeczypospolitej, a niejeden osiedlił się w Polsce, zwłaszcza w Krakowie. Stąd nasze przepiękne baroki krakowskie, wileńskie, a także te zachowane i te zrujnowane na Podolu, Polesiu, Wołyniu.

Ołtarz w kościele okazał się za mały, więc w XVIII wieku dobudowano większy, czyli obecną bazylikę. Zaprojektował go Józef Fontana, architekt króla Stanisława Augusta. On również projektował ołtarz w tym większym kościele. Jak widać, stary i nowszy, wszystko razem stanowi piękną, harmonijną całość.

I na szczęście wszystko to przetrwało.


„Do 1939 roku tu była Polska, w okresie międzywojennym Budsław był położony w granicach II Rzeczpospolitej, w ówczesnym powiecie wilejskim województwa wileńskiego. W okresie pierwszej sowieckiej okupacji, kiedy wojska niemieckie podchodziły pod Budsław, Sowieci chcieli wysadzić w powietrze kościół i klasztor. Był już podłożony ładunek, na szczęście niemieckie wojska doszły błyskawicznie i nie zdążono go odpalić. Niemcy zamalowali kościół na zielono, bo jako ogromna biała bryła był znakomitym celem i punktem rozpoznawczym, Sowieci, kiedy tu znów wrócili, już nie niszczyli kościoła i tak ostał cały. Był czas, że sowiecka władza go zamykała, zwłaszcza na 2 lipca, kiedy tutaj był odpust, ale ludzie wszystko jedno – przyjeżdżali i modlili się pod kościołem”.

Ożywienie kultu Cudownego obrazu nastąpiło dopiero na początki lat 90-tych.  2 lipca 1996 nuncjusz papieski odczytał w sanktuarium papieski dekret, w którym ogłosił Matkę Bożą Budsławską – opiekunką archidiecezji mińsko-mohylewskiej.  W czasach współczesnych obraz Matki Bożej Budsławskiej stał się ogólnobiałoruską świętością, co potwierdziła chociażby jego koronacja 2 lipca 1998 r., której dokonał kardynał Kazimierz Świątek.

 

 

Posted in Matka Boża, Polskie Kresy | 2 komentarze »

Posted by tadeo w dniu 4 maja 2014

Skrawek piekła na Podolu Film dokumentalny o zagładzie Huty Pieniackiej, wsi leżącej w okresie międzywojennym na Podolu, pomiędzy Brodami a Złoczowem 28 lutego 1944 roku żołnierze Dywizji SS Galizien oraz nacjonaliści ukraińscy zamordowali około 1000 mieszkańców Huty i okolicznych wsi.

HUTA PIENIACKA – w tym filmie są sceny naprawdę z piekła rodem.
W intencji Zamordowanych odmów „Ojcze Nasz”!
Nazwy tej miejscowości nie znajdziecie na żadnej współczesnej mapie, a była to duża wieś, 172 numery. W 1930 roku zamieszkiwało ją 724 mieszkańców zajmujących się uprawą roli, hodowlą, bednarstwem, kołodziejstwem, murarstwem. Wieś stanowiła polską enklawę oddaloną znacznie od innych przysiółków, polskich i rusińskich. Stanowiła dogodne miejsce do ukrycia się przed okropnościami wojny. Powiększali ją głównie uciekinierzy z ogarniętego banderowskimi pogromami Wołynia.
28 lutego 1944 roku Huta Pieniacka przestała istnieć, „Najpierw część ludzi bandyci spędzili do kościoła. Później grupami wyprowadzali i zapędzali do stodół, podpalali je i ludzie płonęli żywcem ( … ). Napastnicy mordowali ofiary w sposób bestialski, dzieciom żywcem rozpruwano brzuchy, rozbijano głowy o słupy kamienne” – wspominał Franciszek Kobylański, naoczny świadek zbrodni. Mordu dokonali żołnierze z 4 Pułku Policyjnego SS złożonego z ochotników ukraińskich do 14 Dywizji Grenadierów Waffen SS „Galizien” (niedługo potem wcielonego do dywizji) wspierani przez kureń UPA „Siromnaci” oraz najprawdopodobniej inny oddział UPA z Wołynia, ukraińskich policjantów w służbie niemieckiej z Podhorzec i chłopów z Okolicznych sił uzbrojonych w noże, widły, siekiery, piły …..Akcja” trwała około ośmiu godzin i zakończyła się późnym popołudniem. Zginęło osiemset – tysiąc — tysiąc dwieście osób. Nieliczni ocaleni, którym udało się uciec z Huty opowiadali o niespotykanym okrucieństwie oprawców. W zbrodni uczestniczyli również sąsiedzi-Ukraińcy z okolicznych wiosek… Po dokonaniu grabieży pozostałego po zamordowanych dobytku, wieś spalono.

http://gloria.tv/?media=605863

Posted in Historia, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Dawny Żytomierz

Posted by tadeo w dniu 10 kwietnia 2014

Historia i Wspomnienia

Wnet po zgonie cesarzowej Katarzyny, syn jej, cesarz Paweł I, regulując stosunki w kraju świeżo wcielonym do Rosyi, polecił, aby ustalono w jednem z miast stolicę dla wytworzonego nowego zarządu prowincyi, do składu której wchodził Wołyń i część województwa kijowskiego z Żytomierzem i Owruczem. Prowincya odtąd miała się nazywać gubernią wołyńską. Trzy miasta wskazywano jako najbardziej nadające się na stolicę zamierzonej gubernii: Zasław, Zwiahel i Żytomierz. Każda kandydatura na miasto gubernialne miała swych zwolenników, obrońców i popierana była w stolicy.

Za dni cesarzowej Katarzyny II (w latach 1795 i 1796) kandydatury Żytomierza nie brano w rachubę, dwa tylko inne miasta były przedmiotem rozważań — nawet ochrzczono je na swój sposób, dodając Zasławowi głoskę „I” na początku, a Zwiahel zdobył nazwę Nowogrodu Wołyńskiego, lubo na skraiskach wschodnich Wołynia leżał. Dopiero podczas rządów Pawła I zaczęto mówić o Żytomierzu, iż byłby najwłaściwszym na stolicę gubernii nowej. Pierwsza myśl powstała w umyśle szambelana, późniejszego senatora, Józefa Augusta łlińskiego, który w swoim czasie miał możność zrobić przysługę temu monarsze, gdy ten był jeszcze następcą tronu, i pozyskał jego zaufanie i szczególne względy.

Legenda mówi, iż urzędnik wyższy, wysłany z Petersburga dla orzeczenia na miejscu, które z trzech miast tu wymienionych najbardziej nadaje się na stolicę nowej prowincyi, odbywał tę podróż w jesieni; brnął ze znużeniem wielkiem przez Polesie litewskie i ukrainne, przez Rohaczów, Żłobin, Mozyrz, Owrucz; wydawało mu się, iż zapada w coraz to większe bagna, obawiał się, że za Żytomierzem będzie droga jeszcze gorsza, błota bardziej grzązkie, kraj dzikszy. Nie pojechał więc dalej, lecz wysłał sprawodzanie z Żytomierza nad Newę, że zwiedził trzy miasta i przekonał się, że wszystkim warunkom najlepiej odpowiada Żytomierz. To rozstrzygnęło losy miasta, wówczas małego, o znaczeniu żadnem, acz już przeszło od stu lat odgrywającego rolę wojewódzkiego.

Poza ową legendą o urzędniku obawiającym się utonięcia w trzęsawiskach wołyńskich jest zapewne rzeczywistość inna: wpływy Józefa Augusta Ilińskiego, cieszącego się względami cesarza Pawła, mianowanego podówczas radcą tajnym, senatorem, obdarzonego dziedzictwem starostwa ułanowskiego na Podolu, zaważyć tu musiały stanowczo.

Dla senatora Józefa Augusta Ilińskiego wspomnienie Żytomierza łączyło się ze wspomnieniami osobistemi lat dziecięcych, gdyż jego ojciec, Jan Kajetan Iliński był tam starostą grodowym i fundatorem Bernardynów, a on w tem miasteczku wojewódzkiem, ale o postaci wówczas ubogiej i wiejskiej, za dni pacholęcych często przebywał. Senator Józef August Iliński korzystał ze swych wpływów ówczesnych, zaopiekował się więc przyszłością Żytomierza, zrobił go stolicą prowincyi.

W chwili gdy Żytomierz kreowano na miasto gubernialne, w 1797 r. był on miasteczkiem o przestrzeni małej, ludności nielicznej, z przedmieściami stosunkowo obszernemi, tonącemi wśród ogrodów, łąk i pustkowi, mało uprawnych, porosłych po części krzakami.

Dawny Żytomierz wcale nie dotykał rzeki Teterewa, był od niej prawie o ćwierć mili odległy; zabudował się obok zamku wznoszącego się na stromem urwisku, na lewem wybrzeżu rzeczki małej, o dnie płytkiem, kamienistem, nazwiskiem Kamionka. Zameczek, który, zdaje się, liczył więcej na swą miejscowość obronną, od strony Kamionki, niż na umocowania sztuczne, był zawsze otoczony jedynie ziemnem obwarowaniem i palisadami, tudzież fosą głęboką od strony przeciwległej, a nie posiadał żadnych murów i baszt obronnych, z kamienia lub cegły wzniesionych.

Kiedy go pierwotnie wznoszono i kto wznosił? Śladów kronikarskich brak. Legendy przesuwające założenie zameczku i zarazem całej osady w głąb średniowiecza, nie posiadają uzasadnień. Wśród tych legend długo trwała tradycya o wojowniku, czy też mężu świątobliwym, o człowieku dobroczyńcy osady pierwotnej, o jakimś „Żytomierzu”, który miał być założycielem zameczka i skupionej przy nim osady. Legenda nie weszła do kronik, ale miała trwać długo w pamięci pokoleń.

Niektórzy, pragnąc widzieć w niej odblask faktu dziejowego, przytaczają na usprawiedliwienie twierdzeń swych, że do końca XVIII w. lub nawet do początku wieku XIX, wśród chat mieszczan tamecznych istniał obyczaj świętowania w dniu 19 listopada (starego stylu), kiedy w spisie imion słowiańskich przypada „Żytomira”. Zapytywani o powód obchodzenia uroczystości, nie umieli się wytłomaczyć, powoływali się tylko na starą tradycyę. Żadna wszakże tradycya, ani też notatka starych kronik, które mówią o różnych gródkach wołyńskich — dziś już nieznanych, zapomnianych, przechodzących z rąk do rąk książątek waregskich, jak Peremyl, Peresopnica, o Żytomierzu nie wspominają.

Dopiero pamiętna wyprawa Gedymina na Kijów, gdy ciągnął on przez Brześć, Wołyń i zajął po długich szturmach gródek żytomierski, po raz pierwszy na kartę dziejową wprowadza Żytomierz. Stryjkowski twierdzi, że zdobycie Żytomierza, „bronionego przez wiele szlachty kijowskiej”, miało miejsce na wiosnę roku 1320, inni o rok później podają ów fakt. Gedymin zmusił załogę zamku Żytomierskiego do poddania się i uprowadził jako jeńców na Litwę, warownię zaś osadził swymi bojownikami. Najdawniejsza to wiadomość historyczna o Żytomierzu.

Połączenie Litwy z Polską wpłynęło w sposób nader zbawienny na życie umysłowe i ekonomiczne ziem litewskich i wogóle całej spuścizny Gedyminowej. Już pierwsze akta zespoleń dwóch państw, tak bardzo różnych pod względem swych praw i kultury, wprowadzają promień wolności, który skutecznie walczy z ciemnotą i niewolą, istniejącemi niepodzielnie wśród ziem owej spuścizny wielkich książąt litewskich.

Osady małe, około zameczków grupujące się, zamieniają się na miasteczka i miasta zdobywające szybko prawa tak zwane magdeburskie. W połowie XV w. już widzimy Żytomierz w liczbie 14 miast litewskich rządzących się prawem magdeburskiem, t j. mających swój samorząd. Stoi więc pod względem prawnym w jednym szeregu z przedniejszemi miastami Wielkiego Księstwa Litewskiego, jak Kijów, Kowno, Grodno, Wilno, Witebsk.

Pozycya geograficzna i zewnętrzne stosunki nie sprzyjają jednak rozwojowi Żytomierza. Zagony tatarskie wielokrotnie niszczą jego okolice, dobiegają do obronnego zameczku, za którego palisadami szuka ludność ocalenia. Zameczek, z wałów ziemnych i częstokołów drewnianych złożony, z trudnością daje to ocalenie, niemniej chronią się poza jego umocowania i zamożniejsze warstwy ze swem mieniem, i lud wiejski z ubogim dobytkiem. Pierwsze lata XVI w. dotkliwie odczuło miasto: najazdy tatarskie, nie sięgając wszakże zamku, pustoszą kraj dokoła. W owym czasie bunt Glińskiego owładnąć pragnął zamkiem, szturmy przypuszczał kilkakrotnie, zdobyć jednak nie zdołał…

W dalszym przebiegu życia historycznego widzimy, iż ponad poziom sielski miasto niewiele urasta. Po unii lubelskiej, kiedy tworzono województwo kijowskie, jednem z jego trzech powiatowych miast został Żytomierz, odtąd starostwo grodowe, i takiem pozostał do następnego stulecia, przepełnionego klęskami ogólnemi Rzeczypospolitej. Po odpadnięciu Zadnieprza i czasowej stracie — jak brzmiała umowa — grodu wojewódzkiego, przeniesiono do szczupłego i niezamożnego Żytomierza sądy ziemskie i grodzkie z Kijowa (w roku 1667) i temsamem uczyniono zeń stolicę województwa kijowskiego.

Tymczasowość po traktacie grzymułtowskim (w roku 1686) zamieniła się na stan trwały, gdyż Rzeczpospolita zrzekła się Kijowa. Odtąd Żytomierz jest miejscem sejmików, które tylko z początku, chwilowo odbywały się we Włodzimierzu i miejscem „okazywania” całego rycerstwa województwa. Tak trwało do drugiego rozbioru, który w roku 1793 wciela całe województwo kijowskie, a więc i Żytomierz, ze wschodnią częścią Wołynia, do państwa rosyjskiego.

W chwili, gdy przechodził Żytomierz pod berło obce, zajmował — jak mówiliśmy — przestrzeń szczupłą i miał wygląd małomiasteczkowy. Granice właściwego miasta biegły z kierunkiem dróg, prowadzących do sąsiednich miasteczek, Cudnowa i Wilska, które to trakty stały się z czasem ulicami— Cudnowską i Wilską. Długość obu ulic nie była znaczną. Pierwsza kończyła się na spadzistości góry, druga mierzyła znacznie mniej, niż połowę dzisiejszej długości. Obie ulice tworzyły dwa ramiona trójkąta, wśród którego legło właściwe miasto, trzecia linia to bieg Kamionki, nad którą, ponad stromą spadzistością, zawisł zameczek, oddzielony od miasta głęboką fosą.

Zamek z kończynami miasta — jak widzimy nader małego — łączyła ulica Zamkowa, dziś nazywająca się Katedralną. Ulica Zamkowa u swego początku przy zamkowej fosie tworzyła „rynek”, a drugim wylotem opierała się o łąkę (dzisiejszy plac przed Bernardynami); na środku tej łąki tracono i grzebano różnych złoczyńców. Między ulicą Zamkową a Cudnowską był labirynt przecznic wąziutkich, nieregularnie zabudowanych; lecz ta gmatwanina uliczek w XVIII w. wcale nie była drugorzędną dzielnicą, posiadała bowiem kościół Jezuitów i mury ich kollegium, mieszczące w sobie szkoły.

Katolicyzm wszedł na wybrzeża Teterowa i Kamionki znacznie wcześniej, niż Żytomierz wystąpił na widownię dziejową. Kroniki czeskie mówią, że chrześcijaństwo z Zachodu już w X wieku oparło się o wybrzeża Styru i patrzało na założenie Łucka. Źródła polskie wielokrotnie podają, iż pierwsze szeregi Dominikanów polskich, ze św. Jackiem na czele, docierały do Kijowa już około roku 1225 i mieszkańcy tameczni budowali wówczas — na przedmieściu nazywającem się Padół — pierwszy kościół katolicki pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny, przy którym stanął klasztorek Dominikanów.

W tejże samej epoce, lub w latach najbliższych owej chwili, a więc około roku 1230, kilku Dominikanów wytworzyło pierwszą misyę chrześcijańską w Żytomierzu: założono kościół, stanął klasztorek. Czasy to tak dawne, iż nawet dziejopis zakonu kaznodziejskiego w XVII stuleciu, Okolski, nie umie już odpowiedzieć na pytanie, w którym roku miała miejsce erekcya Dominikanów w Żytomierzu. Trudno wymagać od archiwów, by coś przechowały, jako wskazówkę dla poszukiwaczy. W kraju otwartym dla najazdów nieustannych, gdzie miecz i pożoga nieprzyjacielska wciąż srożyły się, o zachowaniu śladów piśmiennych działalności religijnej nie może być mowy.

Kiedy zaczęli pracować — nie wiemy; to tylko jest pewne, że w XIII w. stanęli na owym straconym posterunku, że dawali życie swe w ofierze, stwierdzając niejednokrotnie krwią, u progów świątyni przelaną, swą wiarę i gorliwość apostolską. Roczniki zakonu kaznodziejskiego wymieniają czterech męczenników Dominikanów, zamordowanych przez Tatarów w klasztorku dominikańskim, żytomierskim: rzecz się działa jeszcze w epoce jagiellońskiej.

Klasztor z kościołem spalone, podczas jednej z późniejszych inkursyj nieprzyjacielskich, przestały być siedzibą zakonu kaznodziejskiego. Opustoszałe mury w XVII w. nie mogły być podniesione — czasy były zbyt ciężkie: czambuły Chmielnickiego w przymierzu z Tatarzynem, lub bez sprzymierzeńca, w morzu krwi topiły dorobek cywilizacyjny wielowiekowy. W wieku XVIII chwilowo byli tam Bazylianie, ale i ci, dla nieznanych nam powodów, ustępują.

Mury podupadłej i zrujnowanej świątyni — zdaje się najpierwszej, jaka tam stanęła — do połowy XIX w. ruiną były. Rząd postanowił zużytkować resztki murów, by z nich wytworzyć katedrę prawosławną; domurowano do starych ścian podłużnych nowy wyniosły front. Robota szła pomyślnie, spodziewano się rychłego ukończenia, gdy niespodzianie, w nocy z 12 na 13 czerwca 1853 r. (starego stylu) straszny huk obudził znaczną część miasta. Nazajutrz smutny widok ukazał się oczom żytomierzan, cała część murów nowych runęła, pozostały tylko stare, poszczerbione ściany, świadkowie dawnych lat i innego życia. Rumowiska nowe pozostawały długie lata nietknięte, nie usuwano ich i świątyni nie wznoszono.

Wojny Chmielnickiego zniszczyły najzupełniej na znacznej przestrzeni siejbę życia duchowego. Świątynie wszelkich wyznań, wraz z wsiami i miasteczkami, zamieniono na zgliszcza, z których z trudem wielkim i bardzo powoli kraj podnosił się. Po stracie Kijowa, dyecezya kijowska długo była bez katedry, bez stolicy biskupiej. Tułano się. Była myśl tron biskupi kijowski wznieść w Białej-Cerkwi. Zaniechano jednak wprędce zamiaru; miejscowość pod względem bezpieczeństwa nie dawała rękojmi trwałości. Osada była wprawdzie obronną, zbyt wszakże wysuniętą w głąb pól rozwartych i zbliżoną do kończyn chrześcijaństwa i wszelkiej kultury, a więc wysoce zagrożoną. Myśl wytworzenia w Białej-Cerkwi stolicy biskupiej powstała w umyśle Jędrzeja Chryzostoma Załuskiego około roku 1690, wprędce jednak została zaniechaną.

Szybko zmieniają się biskupi, pastorał kijowski z rąk do rąk przechodzi; brak bezpieczeństwa, brak kapłanów, brak funduszów, które poginęły, nie dają możności ustalić się. Chociaż w XVII w. na tronie biskupów kijowskich, a szczególniej po Traktacie Grzymułtowskim, szybko rządcy dyecezyi zmieniają się, niemniej niejeden zostawia po sobie ślady trwale. Posterunek był niebezpieczny, praca na nim ciężka, lecz nie zabrakło pracowników wielce zasłużonych.

W czasach najcięższych, gdy hordy tłumów zdziczałych, prowadzone przez Chmielnickiego, wytwarzały ową ruinę, która pochłonęła owoce wiekowej pracy cywilizacyjnej, widzimy w Żytomierzu pastorał biskupów kijowskich, w roku 1656, po Wespazyanie Lanckorońskim, w dłoni pracowitej i dobroczynnej Tomasza Ujejskiego, Sandomierzanina, męża cnót wielkich i religijnej gorliwości. O nim dyssydenci mówili: „niech wszyscy księża i biskupi Kościoła Rzymskiego będą Ujejscy, a nas wszystkich do jedności łatwo z sobą zachęcą”. Współczesne świadectwa o nim twierdzą, iż powszechnie nazywany był „ojcem ubogich”. I słusznie. W żywocie jego opisanym przez X. Brictiusa T. J. na początku XVIII w. czytamy o takim fakcie: „widząc bez obuwia żebraka, senatorskie obnażył nogi, a ubogie pokrył”.

Zapał apostolski biskupa Ujejskiego spowodował, iż zrzekł się w roku 1677 godności swej i przywdział suknię zakonu Jezuitów, mniemając, że skuteczniej pracować będzie w szeregach pełnych karności tego zgromadzenia. Ostatnie dwanaście lat życia spędził w Kollegiach jezuitów, umarł w roku 1689 w Wilnie, miany za świętego. Czynione były później starania o jego beatyfikacyę.

Ciało „błogosławionego” Tomasza Ujejskiego w roku 1821, przy całym szeregu uroczystości religijnych, przewieziono z Wilna do Żytomierza, gdzie, złożone w katedrze, przypomnieniem stało się naszej pracy cywilizacyjnej w tych krajach zabużańskich, nieustannie wystawionych na wrogie podmuchy, usuwające dorobek kultury chrześciańskiej, zachodnio-europejskiej…

Nie brakowało i przed Ujejskim i po nim ludzi wyższej miary wśród biskupów kijowskich. Jak w epoce przed „ruiną”, wyróżniał się, za dni Władysława IV, Andrzej Szołdrski, budzący tam wciąż stygnące życie religijne, tak później Samuel Ożga, dwaj Załuscy, wspomniany Andrzej Chryzostom i uczony Józef Andrzej, Kajetan Sołtyk, zostawiali po sobie pamiętne ślady pracy lub zbożnej myśli, której nieraz trudno było urzeczywistnić się.

Pierwsza ćwierć XVIII w. była epoką najsmutniejszą dla dyecezyi kijowskiej, jej stolica stanowczo już wysunęła się z rąk Rzeczypospolitej. Zatrważający stan kraju, pod wielu względami, odbija się i na polu życia religijnego. Obalone za dni „ruiny” świątynie i dawne fundacye długo podnieść się nie mogły. Był wciąż brak świątyń i kapłanów. Długo wahano się gdzie ustalić stolicę dyecezyi mocno zniszczonej.

Wreszcie Jan Samuel Ożga, od roku 1722 biskup kijowski, postanawia zarząd dyecezyi tam wytworzyć, gdzie była nowa stolica województwa uszczuplonego i zniszczonego. Znalazł przytułek przy kościele parafialnym w Żytomierzu, wówczas jeszcze drewnianym. W pierwszej połowie XVIII w. Ożga rozszerza mały, ubogi kościołek przy ul. Zamkowej w Żytomierzu, zamienia go na katedrę biskupią, murowaną. Nim przerabianie uskuteczniono, nim można było odemknąć podwoje tej nader skromnej katedry, Ożga odprawiał pod namiotami nabożeństwo. Mieszkania dla biskupa i kapituły stanęły znacznie później, za pasterstwa Kajetana Sołtyka, które trwało nader krótko. Od biskupa Ożgi (od 1724 r.) Żytomierz staje się stolicą dyecezyi kijowskiej.

Już w połowie epoki saskiej widzimy pewne, maluczkie wprawdzie, niemniej ukazujące się wciąż, odblaski uspokojenia stosunków wewnętrznych, po wstrząśnieniach XVII w., po wojnie Karola XII, po ciągłych przesuwaniach się po ziemiach Rzplitej wojsk Piotra I. I dla Żytomierza w owej epoce nastąpiły dni pewnego uspokojenia: stają instytucye, mające cele umoralniania i rozszerzania światła.

Kazimierz Stecki, pierwszy z tej rodziny, wzniósłszy się do krzesła senatorskiego, kasztelanii kijowskiej, upamiętnia się fundacyą misyi Jezuickiej; buduje dla niej gmach duży, murowany z kościołem, pod warunkiem, iż Jezuici będą utrzymywali szkołę trzyklasową. Rzucono w ten sposób, w roku 1724, pierwsze podwaliny szkoły średniej w Żytomierzu. Fundacya Steckiego, potwierdzona na sejmie roku 1768, rozszerzona została przez męża wielkiej nauki, Józefa Andrzeja Załuskiego, biskupa kijowskiego, który do owych trzech klas dodał czwartą.

Po rozwiązaniu zakonu i wytworzeniu Komisyi Edukacyjnej, zarząd i plany nauki przechodzą do rąk rzeczonej Komisyi, która z dotychczasowej szkoły duchownej wytwarza świecką, „wydziałową”, dla województw kijowskiego i bracławskiego, szybko rozwijającą się i zapełniającą się tłumnie uczniami. Liczba uczących się po dziesięcioletniem istnieniu tej szkoły „wydziałowej” — odpowiadającej dzisiejszym gimnazyom, a składającej się z 6 klas — w 1784 roku 600 uczniów wynosiła. Ilość to znacznie większa, niż była liczba uczących się po siedemdziesięciu latach w gimnazyum żytomierskiem, w połowie wieku XIX.

Szkoły Żytomierskie w epoce po przekształceniu ich, po roku 1831, wydały kilkunastu ludzi, którzy w życiu naszego społeczeństwa odznaczali się duchem obywatelskim. Takimi wśród innych byli: Apollo Korzeniowski, Zygmunt Sierakowski (stracony w roku 1863), Leonard Sowiński, Władysław Kozłowski, Wład. Kamieński, dr med. August Kwaśnicki, dr Jan Kwaśnicki, dr Wacław Lasocki, Adolf Kruczkowski, dr Adolf Trachtenberg. Ścisłość każe zastrzedz, że duch obywatelski, czy też wiedza szersza, lub rozwój uzdolnień owych uczni gimnazyum żytomierskiego rozwinęły się przeważnie nie pod wpływem rzeczonej szkoły; lecz gniazda rodzinne tych ludzi, tradycye narodowe, wówczas jeszcze — w połowie XIX w. — niemilknące, główną tu rolę odegrały, nie zaś szkoła, już wtedy obca.

Mury pojezuickie, gdzie stanęła „szkoła wydziałowa” i tam istniała dość długo, przeszły z czasem do XX. Misyonarzy. Jeszcze za dni rządów biskupa Sołtyka, w roku 1757, chciano mieć księży Misyonarzy w Żytomierzu dla kierowania seminaryum duchownem, które założył Sołtyk, wchodząc w układy z Misyonarzami w Płockiem; myśl tę oczywiście bardzo popierał Józef Andrzej Załuski, mąż również uczony, jak i gorliwy pasterz, ale jego wywiezienie do Kaługi, gdzie półszosta roku strawił, opóźniło ich przybycie do dyecezyi kijowskiej. Dopiero w roku 1783 przybywają Misyonarze do Żytomierza, obejmują mury pojezuickie i zarząd seminaryum, w niem uczą i niem kierują, aż do roku 1842. Byli oni tam pospolicie nieliczni; zaledwie 4 bywało: trzech uczyło, czwarty kapelanował w zgromadzeniu Szarytek, o których później powiemy.

Niektórzy z Misyonarzy żytomierskich zostawili po sobie pamięć chlubną pracy zbożnej, bądź życia bardzo świątobliwego. Takim przedewszystkiem widzimy Józefa Stańczyka (ur. 1787, śluby zakonne składał w roku 1807). Całe życie pełne pracy i umartwień przebył w Żytomierzu i tam umarł in odore sanctitatis, w roku 1838. Mąż ten nauki a życia wielce ascetycznego piastował godność profesora szkoły alumnów, to kapelana Szarytek, cieszył się niezmierną wziętością i czcią w mieście.

Z kaznodziejskiej wymowy słynął X. Reddyk. Ostatnim superiorem XX Misyonarzy w Żytomierzu widzimy X. Wincentego Brazewicza, wizytatora klasztorów, którego urząd skończył się wraz z supresyą zgromadzenia, w roku 1842. Ostatnim zaś członkiem zgromadzenia był X. Ignacy Boratyński, później długoletni katecheta gimnazyum żytomierskiego. Doczekał się on na swem stanowisku wielce smutnej chwili, kiedy mu kazano religię wykładać w języku obcym dla uczniów. Chwilę tę bolesną, która w pamięci młodzieży pozostała, odtworzyło w rzewnym a pięknym obrazku fejletonowym pióro wysoce cenionego pisarza, Adama Krechowieckiego, ówczesnego gimnazisty i uczestnika owych wrażeń ostatniej lekcyi religii w języku ojczystym, gdy profesor płakał i uczniowie płakali…

Założenie instytucyi religijno-filantropijnej, jaką był klasztor SS. Miłosierdzia, zwanych Szarytkami, zawdzięczał Żytomierz troskliwej myśli i ofiarności biskupa J. A. Załuskiego. Po powrocie z wygnania w Kałudze (w roku 1773) złożył on w depozycie u bankiera Teppera 30.000 złotych polskich na założenie klasztoru Sióstr Miłosierdzia, w dyecezyi kijowskiej. Śmierć niespodziana (w roku 1774) nie pozwoliła mu oglądać urzeczywistnienia swej myśli filantropijnej; niemniej jednak zabiegi rozpoczęte wydały owoce. W roku jego zgonu, sprowadzane przez niego Szarytki przybyły z Pułtuska i w jednym z małych drewnianych domów miasteczka zostały umieszczone.

Wkrótce dom ten spłonął. Kupiony inny przy katedrze był za szczupły na szpital i szkołę dla sierot. Już w XIX w., chcąc rozwinąć swą działalność opieki nad chorymi i dziećmi, wyniosły się one o półtora kilometra poza miasto. Nad brzegiem Teterowa, u krawędzi obszernego gaju, w miejscowości wyniosłej, suchej, zdrowej, oddzielonej od miasta przestrzenią pustego pola, które zaczęło nosić nazwę „Plac panieński”, wytworzyły z fundacyi biskupa J. A. Załuskiego nową siedzibę dla swych chorych i sierot.

Cesarz Aleksander I, za wstawieniem się gubernatora Bartłomieja Giżyckiego, powiększył ich uposażenie, nadał im Wilsk; mogły odtąd znacznie rozszerzyć swą działalność humanitarną. Zawsze w ich klasztorze było 14 sióstr, opiekujących się 50 chorymi, wychowujących i uczących sieroty — 160 dziewcząt i 60 chłopców. Prace te wszakże zostały sparaliżowane: w roku 1842 odebrano im uposażenie, jakie posiadały w ziemi. Pozbawione środków materyalnych mniej mogły robić dobrego, pracowały jednak na polu swego powołania aż do chwili, gdy po roku 1863 wypędzono je, a gmachom dano inne przeznaczenie.

Przetrwały więc Szarytki znacznie dłużej, niż Misyonarze. Gmachy tych ostatnich, spuścizna po Jezuitach, uległy profanacyi zupełnej. Kościół rozebrano, budynki klasztorne zamieniono na więzienie. Kościół Jezuitów w Żytomierzu był wyjątkowo pięknym gmachem, nie tylko w tem mieście, ale w całej wschodniej połaci dawnej Rzeczypospolitej. Koniec XIX w. tak wyzbył się u nas z wszelkich tradycyi, nawet niezbyt odległej epoki, iż mury „pojezuickie”, „pomisyonarskie” dziś nazywają „pofranciszkańskimi”, wcale nie wiedząc, iż Franciszkanie nigdy nie byli w Żytomierzu. Widok kościoła pojezuickiego na jakimciś rysunku, współczesnym istnieniu świątyni, spotykano niegdyś w zakrystyi katedry żytomierskiej, prawdopodobnie dotąd tam istnieje.

Więzienne mury, które w odległej epoce patrzyły na pierwsze szkoły żytomierskie, gdzie witano wizytatorów przybywających z ramienia Komisyi Edukacyjnej, już podczas doby znacznie późniejszej, w ciężkich czasach drugiej połowy XIX w., niejedno cenne wspomnienie zdobyły; przywarły one do tych starych głazów, cegły o nich mówią — może i w pamięci dzisiejszych pokoleń co pozostało. Z murów tych szedł na śmierć Piotr Choynowski; w obszernej izbie na piętrze, noszącej numer 15, mieszkali liczni ziemianie i nieziemianie bliższych okolic, jak sędziwy długoletni emigrant po roku 1831 Ezechiel Głębocki, jak Michał Gruszecki, jak lekarze Józef Łagowski i Wacław Lasocki, znani szeroko: pierwszy – zbieracz flory kaukaskiej i nadbajkalskiej, drugi — zasłużony działacz społeczny, założyciel Muzeum Ziemi Lubelskiej i innych pożytecznych instytucyj, oświecających i podnoszących ekonomicznie lud tameczny.

Wypadki polityczne z końca XVIII lub z XIX w. niewiele obijały się o węgły cichej mieściny, niemniej zostawiły swe ślady. Przede wszystkiem prace przygotowawcze walki Kościuszkowskiej zawadzały o okolice Żytomierskie, Owruckie, Berdyczowskie. Pierwotne plany tych robót tajemnych skupiały się w Mozyrskiem, w dłoni oboźnego wielkiego litewskiego Karola Prozora, lecz sędzia grodu żytomierskiego, Dubrawski, odegrywał w nich rolę niemałą, co pociągnęło za sobą udział i następstwa tego udziału dla wielu Żytomierzan.

W roku 1812 twarda dłoń generała Ertela zaciążyła nad miastem. Doszukiwał się on śladów sympatyi dla kampanii Napoleońskiej. Wówczas odbyło się parę krwawych egzekucyj z rozkazu tego generała i omal nie został stracony w Żytomierzu, podejrzywany o sympatye dla Francuzów, Wojciech Prószyński, ziemianin z Owruckiego. Już był do słupa przywiązany i skierowano karabiny do jego piersi; goniec urzędowy, od wyższych władz z Kijowa przybyły, wstrzymał w ostatniej chwili egzekucyę. Pruszyńskiego do Kijowa odwieziono.

Listopadowa epoka wstrząsnęła bliskiemi okolicami miasta, lecz nie miastem. Dochodził szczęk oręża z pod Mołoczek, z Owruckiego; echo śmiałego pochodu Karola Różyckiego rozbrzmiewało szeroce, ale miasto nie ucierpiało, życie skupiało się jeszcze wtedy prawie wyłącznie na wsi. Dwory ziemian, zaścianki szlacheckie przenikały prądy zapału i nadziei, dreszcze obaw. Gdy jednak wprędce opadły liście „co wyrosły wolne” i nadszedł drugi listopad owej epoki, Żytomierz patrzał na ciągnące szeregi jeńców. Umieszczano ich w budynkach przylegających do kościoła Bernardynów.

Wówczas na widowni życia mieściny ukazuje się postać pełna poświęcenia młodej dziewczyny, opiekunki jeńców — nazwisko jej Joanna Boczkowska. Powszechnie jednak znaną była pod imieniem Joasi. Młoda, niezamożna dziewczyna skupiała w sobie całą troskliwość o jeńców i dobroczynność miasta. Ona czuwała nad chorymi, odziewała i żywiła przeciągających przez miasto, lub czas dłuższy tam więzionych i sądzonych. Umiała zdobywać dla swego miłosierdzia środki pieniężne od ludzi zamożnych, umiała omylać czujność straży, przenikać do cel więziennych, nieść słowo pociechy i otuchy, a nawet przyczyniła się do ucieczki paru skazańców. Kasztelan Narcyz Olizar, na którego ferowano wyrok śmierci, już po zapadłym wyroku uciekł z murów Bernardyńskich dzięki pomocy i poświęceniu Joasi i poczęści jej brata Antoniego Boczkowskiego.

Działalność ofiarna Joasi, niesienia pomocy nieszczęściu, trwała lat parę, t j. tak długo, jak długo toczyły się sprawy wynikłe z powodu walki listopadowej. Gdy fale wypadków doszły do pewnej równowagi, Joasia zaślubiła p. Kwiatkowskiego, który był jednym ze skazańców i dzięki jej zabiegom wrócił z wygnania; niemniej jednak i w tych nowych warunkach życia prowadziła dalej swą patryotyczną, ofiarną działalność redempcyjną.

Pole do tych prac nie było zamknięte, trwały i później skazywania na podróż niepowrotną, nieszczęść nie brakowało. Do smutnych, zgnębionych szła ze spokojem i pogodą prawdziwego anioła pocieszyciela, dla tego też słusznie ją nazywano Cichym Aniołem. „Widywałem Joasię w różnych wypadkach — mówi L. Siemieński — w wypadkach często tak trudnych, że zwyczajna kobieta byłaby sto razy straciła głowę, widywałem zawsze czynną, wszędzie obecną, gdzie ratunek był potrzebny, ucierającą się z władzami, kołatającą do serc bogaczy”. Zdawało się, że los ją chroni od prześladowań. Stało się inaczej.

W roku 1836 jakaś nieostrożna korespondencya z zagranicy, jakieś dawne podejrzenia spowodowały jej uwięzienie. Przypomniano ucieczkę kasztelana Olizara, przypomniano niedawne zniknięcie jakiegoś więźnia, przez Austryę wydanego, widziano w tych redempcyach rękę dobroczynną Joasi, przypisywano nawet jej zabiegom wykradzenie z więzienia marszałka Stępowskiego, acz ona w tem udziału nie brała — i osnuto z tych zarzutów sprawę.

Kilka miesięcy trzymana w więzieniu, surowo indagowana, smagana rózgami, znieważana w swej godności niewieściej, zapadła mocno na zdrowiu; gdy była bliską zgonu wypuszczono ją na porękę. Po paru dniach tej niby wolności umarła. Zgon jej, zwłaszcza w tak niezwykłych warunkach, sprawił w mieście wrażenie olbrzymie, a pogrzeb stał się manifestacyą oddającą hołd poświęceniu i patryotyzmowi. Tłumy, jakich nigdy przedtem razem zebranych w Żytomierzu nie widziano, odprowadziły jej zwłoki do katedry, nazajutrz zaś jeszcze większa ciżba w poważnem milczeniu towarzyszyła trumnie na cmentarz.

Cztery mowy, ziemian i obywateli miasta — Feliksa Iwanowskiego, Frankowskiego, Konstantego Millera, Zenona Mogilnickiego — wypowiedziane z niemałym zapałem w kościele, na ulicach miasta i na cmentarzu, głosiły o uczuciach tych tłumów. Dziedziniec kościelny, ulicę Wilską, i dalej drogę aż do cmentarza, kwiatami usłano. Nastrój niezwykle podniosły miasto ożywiał. Nie przeszkadzano uroczystości, ale wnet po pogrzebie odebrano manuskrypta przemówień od mówców i po przeprowadzonych dochodzeniach śledczych zapadł wyrok wywiezienia w głąb Rosyi czterech młodych oratorów za to, iż „ośmielili się mieć zuchwałe i nierozsądne mowy”. Feliks Iwanowski został internowany w Permie, inni również w miejscowościach ościennych Uralowi. Ta banicya, trwająca wszakże nie dłużej jak rok, uwieczniła jeszcze bardziej w tradycyach miasta pamięć Joasi.

W szeregach emigracyi, we Francyi, długie lata wspominano młode, szlachetne dziewczę z Żytomierza. W dziennikach emigracyjnych, jak w „Trzecim Maja” wydawanym w Paryżu, w „Dzienniku Domowym” wydawanym w Poznaniu, w kilkanaście lat po zgonie Joasi pisano o niej szeroce, wskazując jej poświęcenie, charakter niezłomny, siłę ducha łamiącą kraty i zapory, by nieść pomoc ziomkom.

Z wązkich, ciasnych, brudnych labiryntów uliczek, otaczających mury pojezuickie, wychodząc na plac, ongi zamiejski, który był, jak powiedzieliśmy, łąką tracenia złoczyńców, a obecnie jest środkową dzielnicą miasta, spotykamy kościół „pobernardyński”, niekiedy nazywany „seminaryjnym”. Stanął on na zgliszczach fundacyi Bernardynów Jana Kajetana Ilińskiego, starosty żytomierskiego. W roku 1761 wzniósł on drewniany kościołek i szczupły, również drewniany, klasztor dla Bernardynów.

Zakonnicy ci, osadzeni w zamiejskiej dzielnicy, utrzymywali szkółkę elementarną dla ubogiej dziatwy przedmieść, co trwało do ich usunięcia i zniesienia klasztoru w roku 1832. Przed kasatą swego klasztoru zaczęli Bernardyni zamiast drewnianego murować dla siebie kościół, lecz ich niespodziane wypędzenie nie pozwoliło im dokończyć budowy. Po nich objęło mury i całą ich posiadłość duchowieństwo świeckie; później zaś w budynkach, co stanęły na posadzie klasztoru bernardyńskiego, umieszczono seminaryum dyecezyalne; dlatego więc stosunkowo nowy ten kościół (liczy 76 lat istnienia) nosi nazwisko pobernardyńskiego lub seminaryjnego, przypominające i dawne i nowsze dzieje owego terytoryum. W murach jeszcze niewykończonych tego kościoła w roku 1838 odbywały się wybory ziemian wołyńskich.

XVIII wiek, który przynosił Żytomierzowi różne, nieznane uprzednio instytucye, był świadkiem stawania seminaryum dla alumnów unickich. X. Michał Prymowicz, oficyał unicki kijowski, bardzo znaczną sumę, jak na lata owoczesne, ofiarował na tę instytucyę w roku 1776. Miała ona posiąść gmach oddzielny, blizko zamku, przy cerkwi unickiej Przemienienia Pańskiego. Ofiara X. Prymowicza składała się z 200.000 złotych polskich, a Rzeczpospolita w uchwale sejmowej zatwierdzającej tę fundacyę rozszerzała terytoryum, dodając place.

Zmiany i wstrząśnienia krajowe nie pozwoliły fundacyi dokończyć, a stan rzeczy po rozbiorach zupełnie ją uniemożebniał. Były to czasy, gdy wśród licznych reform rozpoczynanych, lub zamierzanych, niemało troszczono się w sferach kierujących w Rzeczypospolitej o podniesienie wykształcenia młodzieży duchownej unickiej. To sejmowe powiększenie uposażenia na seminaryum unickie zakładane przez X. Prymowicza jest jednym z dowodów.

Jeden z najwyższych umysłów sejmu czteroletniego, Hugo Kołłątaj, pragnął, by alumni obu obrządków razem kształcili się, by rozdzieleni rodzajem obrządku i językiem liturgii, nie rozdzielali się jeszcze bardziej rożnem wychowaniem, ale — jak pisał — „wspólnie mieszkając i teżsame nauki pobierając, mogliby jednakowo ukształcić się”. Na urzeczywistnienie tej myśli i innych reform zbawiennych zabrakło już czasu — dzień upadku Rzplitej nadchodził.

Unia w dawnym Żytomierzu, z końca XVIII w., posiadała dwie cerkwie unickie, z tych jedna w rynku, blizko zamku, druga na krańcach miasta, przy zjeździe ku Kamionce. W tamtej dzielnicy, już przedmieściowej, istniał nader starożytny (pod wezwaniem św. Mikołaja) kościołek cmentarny zamkniętego od dawna najstarszego cmentarza. W połowie zeszłego wieku już był ruiną. Jego fundacya zapewne sięga czasów zbliżonych do osiedlenia się pierwszych Dominikanów w Żytomierzu.

Oprócz tu wymienionych kościołów katolickich obu obrządków, istniała jeszcze jedna świątynia, której pamięć najsłabiej zapewne zarysowuje się w umysłach żytomierzan dzisiejszych. Była to świątynia „staroobrzędowców” — tak zwanych niegdyś u nas „Piliponów”. Istnienie tej świątyńki drewnianej, ubogiej, z grubych balów zaledwo ociosanych zbudowanej, istnienie przez nikogo nie niepokojone, w ciągu półtorasta lat, pod opiekuńczemi skrzydłami Rzplitej, jest świadectwem chlubnem naszej wobec wszystkich wyznań tolerancyi.

Rozmaici sekciarze rosyjscy, przy końcu wieku XVII i później, uciekając ze swej ojczyzny, do Polski przenosili się, szukając pod naszem niebem tolerancyjnem spokojnego wyznawania swych wierzeń religijnych. W różnych okolicach Rzplitej zakładali swe osady, przychodząc, jak się wyrażano „na pień i na kłodę”, to jest na trzebieżach sadowili się pospolicie, zamieniając karczowiska na pola uprawne, budując tam słobody a w nich swe świątynie. Liczne ich osady były na tak zwanym „Trakcie Zapuszczańskim” (dzisiejsze Suwalskie), na Inflantach, Białejrusi i pod Żytomierzem.

Przybycie do Żytomierza przypada zapewne na początek XVIII w., może wcześniej, gdy terytoryum późniejsze Bernardyńskie zamiejskiem było. Poza tem bowiem terytoryum posiadali oni małą osadę — może z kilku zaledwie domów złożoną — a wśród niej swoją świątynię. Kiedy Żytomierz wszedł do składu państwa rosyjskiego i miastem gubernialnem został, po uregulowaniu ulic, osada Piliponów stała się przecznicą łączącą ulicę Kijowską z Berdyczowską i otrzymała nazwę ulicy Pilipońskiej. Cerkiewka posiadała front zwrócony ku ulicy, ale była prawie niewidzialną, otaczał ją ogród.

Tak trwała lat dziesiątki, omal nie dwa wieki. Nikt nie zakłócał spokoju tego oratoryum, ani spokoju jego gospodarzy. Daremnemi były nawoływania dochodzące z dawnej ojczyzny do sekciarzy by wracali, daremnemi i manifesty cesarzowej Elżbiety nawołujące do powrotu — nie wracali. Rozbiory Polski wcieliły ich do Rosyi. Wywołało to dla nich klęskę.

Staroobrzędowcy z Białejrusi, z Mohylowszczyzny, zostali z rozkazu Katarzyny II zabrani z rodzinami i dobytkiem i przeniesieni na łono dawnej ojczyzny. Wyprowadzono ich aż za Bajkał i przymusowo kolonizowano. Wytworzyli tam dwie gminy wśród pustyń buryackich, nazywające się Muchur-szibir i Tarbagataj. Zachowali swe wierzenia religijne i pamięć o Polsce, która była ich matką przybraną, lecz snać dobrą, gdyż jedynie siła oderwała od niej. Już drugie stulecie upływa, jak z nad górnego Dniepru przerzucono ich za Bajkał, a jeszcze dotąd ludność syberyjska nazywa owych staroobrzędowców Polakami. Ta nazwa świadczy o starej a życzliwej tradycyi.

Żytomierskim staroobrzędowcom wiodło się lepiej, niż ich współwyznawcom w Mohylowszczyźnie. Wszedłszy dość późno pod berło rosyjskie, w roku 1793, nie byli zabierani; wprędce zaś rozpoczęte rządy cesarza Pawła I, znanego ze szlachetnych usposobień tolerancyjnych, utrwaliły nadzieję spokoju. Dopiero około roku 1853 generał Sinielnikow, przeniesiony z gubernatorstwa woroneskiego na wołyńskie, zburzył ich świątynię. Rzecz przeprowadził dyplomatycznie, acz dyplomatą nie był.

Pan ten, wychowany wśród otoczenia głośnego Arakczejewa, dużo skorzystał z poglądów mistrza: lubił jednostajność, wrogiem był rozmaitości. Przybywszy do Żytomierza, zdziwiony, że w niczem nie przypomina ani Woroneża, ani innych miast wschodnich, zaczął go przebudowywać bardzo gorliwie. Prostował dawne ulice, wytykał nowe, zapełniając je, zamiast domami, parkanami, nadawał im nazwy, które nic nie miały wspólnego z istniejącymi stosunkami i z trudnością pozostawały w pamięci mieszkańców. W zapale reformatorskim przekształcania zewnętrznej postaci miasta, postanowił przeprowadzić ulicę przez ową cerkiewkę staroobrzędowców: rozkaz wykonano; świątynia niespodzianie znalazła się na środku ulicy. Dla symetryi zniszczyć ją należało — i zniszczono.

Prawosławnych świątyń Żytomierz przy końcu XVIII wieku wcale nie posiadał, nie miał bowiem wyznawców kościoła prawosławnego. Urzędnicy, którzy zaczęli przybywać jednocześnie z utworzeniem gubernii, stali się pierwszym zawiązkiem gminy religijnej tego wyznania. Pierwotnie wynajęto dom na cerkiew przy ul. Wilskiej, później, po zniesieniu unii, przybyły dwie przedtem unickie cerkwie; wreszcie zużytkowano, jak wskazaliśmy, mury dawne podominikańskie, ale szło to opornie. To co wzniesiono, runęło. Przekształcający wówczas postać miasta gubernator Sinielnikow zbudował tymczasową malutką, dość kształtną, drewnianą cerkiew na katedrę prawosławną i jednocześnie skłonił jednego z kupców rosyjskich do hojnej ofiary na cerkiew większą, pierwszą murowaną, która stanęła niedaleko zburzonej świątyńki staroobrzędowców. Tak więc Żytomierz dopiero w epoce wojny krymskiej zaczął zapełniać się cerkwiami.

W pierwotnym Żytomierzu żydów wcale nie było. Mieszczanie w skardze swej na żydów, w połowie XVIII w. piszą, iż żydom wcale nie było wolno mieszkać w obrębie miasta, że dopiero starostowie zaczęli lekceważyć dawne przywileje i pozwalać żydom rozpościerać się w mieście, których zuchwalstwo dochodzi do szczytu, budować bowiem zaczynają synagogę w rynku. Skarga ta dobitnie wskazuje, iż pierwsze osiedlenie się żydów w Żytomierzu przypada na początek XVIII w. i trwa pod osłoną protekcyi starostów. Wciskanie się żydów do miasta, które od nich obwarowane było przywilejami, szybko posuwało się, gdyż już w roku 1765 liczono domów żydowskich sto kilkadziesiąt. Wszystkie protesty mieszczan pozostają bez następstw.

Zamek żytomierski — najdawniejszy punkt pierwotnej osady legendarnego „Żytomira” — od dawna zniknął nie tylko z powierzchni ziemi, ale nawet z pamięci mieszkańców; najmniejszych jego szczątków nie pozostało; sama nazwa poszła w zapomnienie. Obcą, niezrozumiałą nazwą od wielu lat mianują terytoryum, na którem stało zamczysko, puklerz okolicy, stawiający czoło różnym najazdom, od Gedyminowego oblegania do obrony Konfederatów Barskich, zamykających się w nim chwilowo. Nazywają miejsce zamczyska dawnego „Zwiahincówka”. Resztki dawnego zamczyska zgorzały w roku 1802, dnia 31 października (starego stylu).

Jeden z licznych gubernatorów, rządzących Wołyniem od końca wieku XVIII, upamiętnił swe krótkie rządy zakładaniem ogrodu na zgliszczach zniszczonego zamczyska. Myśl była dobra, ale wykonanie nie odpowiedziało zamiarom. Zaczęto od dania imienia miejscowości i ogrodowi, który tam miał stanąć, drzew wszakże nie zasadzono. Pozostał tytuł — dzieło nie zostało wytworzone. Zabrakło zapewne czasu; pana Zwiahincewa przeniesiono do innej prowincyi — rzecz upadła.

Już w połowie XIX w. mówiono jako o wydarzeniu dawnem, iż gubernator Zwiahincew zakładał ogród, urządzał miejsce zabaw dla miasta na zgliszczach zamczyska, przedsięwzięcia wszakże nie dokonał: pamiątką po przedsięwzięciu upadłem i inicyatorze pozostała nazwa „Zwiahincówka”, która najzupełniej zatarła odwieczne dziejowe wspomnienia o zamku.

To rzekome miejsce zabaw przed kilkudziesięciu laty było już pustkowiem, śmietniskiem, o paru małych, więdnących drzewkach; lecz z tego pustkowia roztaczał się piękny widok na wąwóz u podnoża góry, na dnie którego płynęła po kamieniach rzeczka Kamionka, poza nią, na wzgórzach przeciwległych, chaty przedmieść i wreszcie las. Las ten był przed wiekami pobojowiskiem, polem mocowań się bojowników nieznanych, w epoce również nieznanej, gdyż większa część jego drzew urosła na mogilnikach licznych, zajmujących przestrzeń znaczną. Strzała wypuszczona z góry zamkowej mogła dosięgnąć owego mogilnika prastarych czasów. Przypuszczać można, iż to pobojowisko walk Gedyminowych o posiadanie zamczyska, lub też ślady życia i bojów jeszcze dawniejszych.

Zamek oddzielała od miasta fosa głęboka, później zasypana i wał wyniosły. Wszystko to zniknęło. Jak również zniknęły palisady uzupełniające obronę i brama z wieżą bardzo wysoką, i budynek duży. Lustracya z roku 1765 widziała jeszcze ten gmach wewnętrzny, obszerny i zapisała, że wszystko było z drzewa: i brama, i wieża, i domostwo. Prawie do końca istnienia Rzeczpospolitej trzymano tam załogę. Zdaje się, iż załoga była więcej dla honoru domu, niż dla obrony; ilość bowiem żołnierza była szczupła, uzbrojenie z wielkimi brakami.

Postać zamku wskazujemy według lustracyi ostatniej, przed dobą rozbiorową, ale dawniejsza była inna, znacznie wspanialsza. Pożary, owa plaga ziem naszych, obracająca nader często w popiół całe dzielnice stolicy, nie tylko miasta prowincyonalne, nawiedzały i zamek żytomierski. Przy końcu panowania Zygmunta Starego spłonął doszczętnie zamek, a z nim przywileje poprzednich królów, dane mieszczanom. Wszakże odbudować się zdołał wspaniale, gdyż lustracye z roku 1621 mówią o budynkach, których już nie widziano w wieku następnym. Podają one, że zamek pięć wież posiadał, że miał trzy bramy i kilka budynków. Zniszczyły to najzupełniej krwawe, niszczące wszystko na szlakach swego przejścia zagony Chmielnickiego. Zamek i otaczające go miasteczko od owych dni pożogi już w ciągu stulecia podnieść się nie zdołały.

Ostatnią walką, jaka toczyła się u palisad i wałów żytomierskiego zameczku, była obrona tego posterunku przez Konfederatów Barskich. Zachodnia i północna część Kijowszczyzny to teren walk konfederackich. Liczna, zamożna szlachta tameczna, osobiście, pojedyńczo, lub na czele pocztów swych, stawała pod sztandarem Bogarodzicy, idąc, jak wyrażano się, „na azard”.

Te „azardy” konfederacyi znalazły w Kijowszczyźnie swego historyografa – wierszopisa, który w mowie wiązanej opowiadał konfederackie dzieje Polesia ukrainnego. Poetą-historykiem Barszczan polesko – ukrainnych był imć pan Serwacy Suchorzewski, komornik kijowski. Opiewał on w swym bojowym poemacie różnych ziemian, jak Proskurów, Rościszewskiego, prowadzącego swój poczt nadworny, Ostrowskiego, który dowodził szlachtą radomyską oraz „kozactwo sławne i wyborne”, kozaków „kornińskich” przede wszystkiem, pochodzących z gniazda Proskurów, z Kornina. Zapewne w tych rymach bojowych nie zapomniał wierszopis i o ówczesnej obronie zameczku żytomierskiego przez konfederatów, ale ustępy tyczące się walki u ostrokołów zamkowych snać zaginęły, dotąd ich bowiem nie odszukano.

Wiemy jedynie z tradycyi, która bardzo długo, lat przeszło ośmdziesiąt, tułała się pod słomianemi strzechy przedmieszczan, za Kamionką, głosząc, iż garstka barskich konfederatów, nie mogąc oprzeć się przeważnej sile oblegających, skorzystała z podkopu starożytnego, łączącego tajemnymi, podziemnymi kurytarzami zamczysko z rzeką i tą drogą wydostała się z posterunku, którego nie mogła już obronić.

Tradycya mówiła, że wycieczka tajemna z zamku wychodziła na wybrzeże Kamionki, nadzwyczaj daleko, wśród skał i złomów Kamionki, u wylotu dalszego ulicy Cudnowskiej. Skoro załoga wydostała się drogą podziemną do rzeki, ludzie umówieni mieli ogromnemi głazy zamknąć otwór przejść podziemnych, tak iż podziemne kurytarze na zawsze pozostały dla nieprzyjaciela tajemnicą. Kilku tylko ciurów obozowych pozostało w zamku bezbronnym, którzy twierdzili wobec nieprzyjaciela, iż wcale nie wiedzą, w jaki sposób zniknęła załoga. Od owej chwili zaczyna się zupełny upadek zamku.

Żytomierz w charakterze miasta wojewódzkiego Kijowszczyzny, od traktatu grzymułtowskiego, t j. od roku 1686 i jeszcze wcześniej, był miastem małem, z pewną cechą sielskości, którą mu nadawała znaczna ilość ogrodów otaczających miasto, wciskających się w jego obręb.

Ten wygląd nawpół wiejski miast wojewódzkich, to właściwość ogólna w Rzplitej, żyjącej pospolicie życiem bardziej wiejskiem, niż inne państwa. U nas wieś odegrywała zawsze rolę wybitniejszą od miast. Wieś, gdzie były rezydencye magnatów, stawała się ogniskiem światła, zawiązkiem przedsięwzięć politycznych i wydarzenia dziejowe u nas kolebkę swą miały pospolicie na wsi. Nawet Konfederacya Barska, której szczęk oręża obijał się o wały zamku żytomierskiego, acz od miasteczka nazwę swą brała, zawiązała się na wsi, w Michałówce, blisko Baru.

I Żytomierz, podobnie jak inne grody wojewódzkie — z małymi wyjątkami — wygląd wiejski miał i długo go zachował. Podniesienie do godności gubernialnego miasta, przy nowym porządku rzeczy, mało go zmienia, lub nie na korzyść zmienia: domy, obejścia tracą swój charakter, obcy język wchodzi na ulice, które nie znały go uprzednio, ale w ciągu połowy XIX w. niezbyt się rozszerza. Przybywają gmachy nowe, nie nader wielkie wszakże, o wyglądzie banalnym, dość szczupłe, często niezdolne zadość uczynić potrzebie.

Wśród gmachów — raczej budynków, trudno je bowiem nazwać gmachami — które przy nowym porządku rzeczy powstały — zwracał uwagę teatr. Teatr stał przy ulicy Berdyczowskiej, wprost wylotu Pilipońskiej. Była to parterowa, duża sala, budynek drewniany, tynkowany, front patrzący wgłąb ulicy Pilipońskiej, naśladował niezbyt może szczęśliwie portyk grecki, wspierał się na kilku kolumnach.

Budynek teatralny gościł pod swym dachem trupę polską, często stale przebywającą, niekiedy chwilowo goszczącą. W skromnej sali, o ścianach białych, przy blasku świec łojowych, w blaszanych lichtarzach, zawieszonych u ścian, niejednokrotnie podziwiano grę tych, co byli uczniami i towarzyszami prac scenicznych niezapomnianego Wojciecha Bogusławskiego, ojca teatru polskiego. Miał ten budynek i swoją chwilę historyczną, gdy zamieniony na salę balową przyjmował cesarza Aleksandra I. Sala obszerna nie mogła zmieścić tłumów ziemiaństwa wołyńskiego i ościennej prowincyi, podejmujących monarchę.

Chwilowem mieszkaniem monarchy był dom gubernatorski, przy ulicy Kijowskiej, wówczas szczupły, o piętrze, ale bez skrzydeł, które znacznie później dobudował gubernator Sinelnikow. Na ów bal cesarz Aleksander I jechał przez ulicę Pilipońską, która cała gorzała od świateł iluminacyi wspaniałej. Bal rozpoczął monarcha, prowadząc poloneza, później brał udział w tańcach wirowych. Tańczył walca z odpoczynkami kilkakrotnie.

O tym balu pisał dość obszernie Pawsza w swym pamiętniku. Chwila to była najwyższego napięcia złudzeń. Kongres wiedeński od roku już został zamknięty; jego dzieło – Królestwo „Kongresowe”, z mocno obciętego Księstwa Warszawskiego powstałe, zaczęto organizować. Wówczas to cesarz Aleksander I przybył na parę dni do Żytomierza, we wrześniu 1816 r. Mniemano, że z wyżyn tronu padną słowa, stwierdzające uprzednio już wyrzeczone obietnice połączenia ziem dawniej odpadłych z nowopowstającym organizmem małego państewka Kongresowego.

I chwila, i miejsce zdawały się do wynurzeń politycznych nader stosownemi. Żytomierz był stolicą obszernej prowincyi zabużańskiej; zbiegły się tam przedniejsze rody szlachty miejscowej, urządzono dla monarchy przyjęcie nader wspaniale, na jedną ucztę, na parę godzin tańców i wieczerzę wysypano sto kilkadziesiąt tysięcy złotych polskich — w ówczesnych czasach summę bardzo znaczną — oprócz słów uprzejmych i grzeczności niezmiernej dla dam, nie otrzymano żadnych wskazówek politycznych. Pomimo tego, zdaje się, nie odczuto rozczarowań, bawiono się wyśmienicie, a w epoce tak rozbawionej, jak lata bezpośrednio idące po kongresie wiedeńskim, główna uwaga pochłonięta była zabawą i jej najdrobniejszemi szczegółami. Pamiętnikarz, po wielu latach, nie zatracił wrażeń z tego balu wyniesionych: wie on nawet kto z kim tańczył.

Z hali teatru, napozór niezbyt obszernego, usunąwszy loże, wytworzono salę rozległą, którą suknem wysłano. Na tem suknie tańczono, utrzymując, że wybornie zastępuje posadzkę woskowaną. Bal miał cechę wyłącznie uczty obywatelskiej; chociaż więc pani gubernatorowa Giżycka honory domu robiła, występowała wszakże w tej roli z tytułu blizkiego pokrewieństwa z marszałkiem gubernialnym Mińskim, a nie jako gubernatorowa.

Monarcha, wprowadzony przez nią i gubernialnego marszałka, powitany był dźwiękami poloneza. Dziesięć pań zaszczycił cesarz, prowadząc z niemi polskiego. Rozpoczęwszy korowód z panią Giżycką Bartłomiejową, wiódł dalej poloneza z panią Beningsenową, generałową, z panią Wittową, z panią hetmanową Sewerynową Rzewuską, z panią prezesową Emilią Pruszyńską, z drugą prezesową Dąbrowską, z panią Czacką, z panią Jarosławową Potocką, z panią Michałową Orłowską i wreszcie – z panną Elizą Giżycką, bratanicą gubernatora Giżyckiego. Podczas tańców wirowych monarcha walcował z panią Maksymilianową z książąt Lubomirskich Jabłonowską.

Zostawiwszy całą swą świtę w sali balowej, monarcha wcześnie odjechał, nie przyjął wieczerzy, co zmartwiło gospodarzy balu. Głównymi gospodarzami tych przyjęć byli, wraz z marszałkiem gubernialnym Mińskim, powiatowi, a mianowicie: łucki – Stanisław Lipski, włodzimierski – Krzysztof Miaskowski, kowelski – Ksawery Miączyński, owrucki – Józef Pawsza, starokonstantynowski – Aleksander Kochanowski, krzemieniecki – Wincenty hrabia Tarnowski, ostrogski – Józef Małyński, zasławski – Jan Bejzym, rówieński – Gracyan Lenkiewicz, zwiahelski – Wojciech Woronicz, dubieński – Jan Mołodecki i żytomierski – Seweryn Zaleski.

Iluminacya, która trwała do świtu dnia następnego, głównie odznaczała się świetnością na ul. Pilipońskiej, łączącej dom gubernatora, gdzie była urządzona chwilowa rezydencya cesarska, z salą balową. Nazwiska mistrzów w urządzeniu iluminacyi i rozmaitych przezroczy ze znakami symbolicznymi i cyframi monarchy nie zaginęły w odmęcie czasu, byli nimi: pp. Mikuszewski i Chuchrowski.

Dzień owej uczty dla cesarza Aleksandra I (działo się to dnia 14 (26) września 1816 r.) długo we wspomnieniach żytomierzan nie wygasał, acz w owej epoce nie brakowało zabaw odznaczających się i wspaniałością urządzeń, na jakie miasto prowincyonalne zdobyć się mogło, a również tłumem gości.

Do najliczniejszych towarzyskich zebrań, spotykanych tam przed rokiem 1830 zaliczyć potrzeba bale i mniejsze przyjęcia za czasów marszałkostwa gubernialnego Piotra Moszyńskiego. Młody bardzo, nader sympatyczny marszałek, prezentujący się w pierwszych miesiącach swego urzędowania w stroju polskim — czego wkrótce musiał zaniechać — inaugurował wybór swój (w roku 1823) na marszałka gubernialnego wspaniałym obiadem dla wszystkich wotujących i ich rodzin. Wybory ówczesne były nader tłumne; potrzeba było ucztę urządzić na tysiąc osób. Miasto nie posiadało sali tak obszernej. Klasztor SS. Miłosierdzia, za miastem, nad rzeką, udzielił swych izb obszernych, świeżo wyrestaurowanych, jeszcze nie zajętych na użytek chorych i przytułek sierot. Tam więc urządzono ów obiad, który zajął całe piętro murów klasztornych i z niemałą trudnością usadowił ową ciżbę ucztujących.

Takich tłumów ucztujących nie widziano w Żytomierzu ani przedtem, ani też potem. Wprawdzie w epoce sejmu wielkiego kohorty szaraczków, z zaścianków owruckich, z puszcz zwiahelskich, z ponad dolnej Słuczy, tłumnie ściągały się do Żytomierza na sejmiki, zapełniały ulice i podwórza mieściny, ale je karmiono na placach i rynku, pod otwartem niebem; takie otoczenie pierwotne najzupełniej im wystarczało. Poprzestawała ta zaściankowa „bracia szlachta” na łyżce prostej strawy i na legowisku na trawie lewady; a w pustkowia i lewady Żytomierz z końca XVIII w. obfitował.

Strawy umysłowej, obfitszej, dość długo Żytomierz nie potrzebował, poprzestając jeszcze około połowy XIX w. na jednej, dość szczupłej księgarni i kilku straganach żydowskich, na których rozkładano towar księgarski niewybredny, ale i w tem śmieciu druków niekiedy można było się spotkać z białem krukiem lub jego resztkami.

Księgarnia jedyna była w ręku pana Kozłowskiego. Umieszczona w centrum miasta, w murach kościoła pobernardyńskiego, widocznie nie cieszyła się, acz jedyna, zbyt liczną klijentelą, potrzeba bowiem było mieć inny towar obok książek, by sklep utrzymać. Przeto sprzedawano tam wyroby fabryki Frageta, na które podobno większy miano odbyt, niż na książki. Dopiero w czasach gdy Kraszewski zamieszkał w Żytomierzu, gdy miasto zaczęło budzić się z uśpienia, przybyła druga księgarnia, pana Budkiewicza, po niej trzecia – Spółki Obywatelskiej, lecz większe objawy życia umysłowego nie trwały długo, jak to wkrótce wskażemy w innym szkicu, uzupełniającym niejako niniejszą opowieść o dawnym Żytomierzu.

Dziwną było rzeczą, iż miasto, acz od dawna wojewódzkie, a od lat kilkudziesięciu, wśród innych stosunków, podniesione do godności stolicy prowincyi, nie posiadało żadnych budynków monumentalnych, żadnych dotykalnych śladów dziejowej przeszłości. Nawet kościoły, tak co do liczby, jak również co do struktury, bardzo skromnie przedstawiały się. Do połowy XIX wieku nie widziano tam wcale hoteli i większych zajazdów, z jedynym może wyjątkiem domu dra Kocha przy ulicy Cudnowskiej, w którym mieścił się porządniejszy zajazd.

Zajazdy żydowskie były to karczmy, bądź murowane, bądź drewniane, typowe nasze karczmy, niczem się nie różniące od tych setek, które spotykano w małych miasteczkach lub na większych gościńcach. Hotel Minelego dopiero w epoce wojny Krymskiej stanął i wobec oberży i zajazdów ówczesnych wydawał się szczytem komfortu. Stopa życia była znacznie niższą, wymagania skromniejsze, zajazdy więc dawne zaspokajały najzupełniej potrzeby ówczesne.

Zajazdy spotykane na ulicy Cudnowskiej do najdawniejszych i do celniejszych zaliczano. Tradycya mówiła, iż u bramy jednego z nich padł rażony apopleksyą i ducha wyzionął Ignacy Działyński, który pewną dziejową rolę odegrał w przygotowaniach do walki w roku 1794, co go zaprowadziło na północne kończyny Syberyi. Wstąpienie na tron cesarza Pawła odemknęło Działyńskiemu, podobnie jak innym wygnańcom z epoki Katarzyny II, powrót do kraju. Wrócił, lecz wkrótce niespodzianą śmierć znalazł na bruku ulicy Cudnowskiej.

Naprzeciw domu gubernatorskiego widziano długie lata obszerną posiadłość, niby dwór wiejski w głębi dziedzińca, z oficynami, z ogrodem poza domem. Posiadłość ta, zawsze nosząca nazwę Domu Lewandowskiego, w XVIII w. należała do prezydenta miasta Lewandowskiego, który za dni sejmu czteroletniego, jako delegat miasta Żytomierza, na wezwanie Dekerta, znakomitego prezydenta Warszawy, jeździł do stolicy na tak zwaną wówczas „koalicyę miast” i brał udział w pamiętnej demonstracyi przedstawicieli miast, domagających się od stanów sejmowych Rzplitej równouprawnienia mieszczan. Dekert nie dożył do tryumfu swej mądrej obywatelskiej działalności. Lewandowski był szczęśliwszy; nie dość, że patrzał na uchwałę równouprawnienia stanu mieszczańskiego, ale za dni odradzania się ojczyzny, w epoce „Ustawy Majowej” został prezydentem rodzinnego miasta. Pamięć jego długo trwała w Żytomierzu.

W czasach wojny krymskiej — jak tu wspominaliśmy — gubernator Sinelnikow, wznoszący cerkwie, przebudowujący wiele domów, wytykający nowe ulice, nadając im nazwy obce, zmienił znacznie postać miasta; ale tych zmian zewnętrznych nie odczuwano zbytecznie, gdyż samo życie płynęło wartkim, dawnym prądem: życie to pogłębia się nawet.

Zamieszkanie w Żytomierzu wielu wybitnych ludzi, między rokiem 1852 a 1860, przyczynia się znacznie do podniesienia życia umysłowego, do zdjęcia z miasta znamion zakątka dalekiej prowincyi. Zamieszkali wówczas J. I. Kraszewski, Antoni Pietkiewicz (Adam Pług), Aleksander Groza, Apollo Korzeniowski, Karol Kaczkowski, Jan Prusinowski, Fortunat Nowicki i inni, na różnych polach znani, cenieni pracownicy.

Trwało to jednak lat kilka zaledwie. Instytucye przez nich wytwarzane — jak spółka wydawnicza, drukarnia — zostały przez władze sparaliżowane, unicestwione; zamiary ich — Towarzystwo Kredytowe, „gazeta” — urzeczywistnić się nie zdołały. Losy ludzi rozproszyły…

Nadeszły dla miasta chwile ciężkie: dawny Żytomierz dni swe w siódmym dziesiątku lat wieku XIX zakończył — rozpoczęła pomału rozwijać się doba najzupełniej inna. Pamięć czasów ubiegłych stopniowo zagasać zaczęła. Nici łączące pokolenia późniejsze z dawnemi rozluźniły się.

Marian Dubiecki

„Na Kresach i za Kresami – wspomnienia i szkice” (Kijów 1914)

http://kresy24.pl/25269/dawny-zytomierz/

 

Posted in Historia, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Moja genealogia kresowa

Posted by tadeo w dniu 30 marca 2014

Drukuj

Im człowiek jest starszy, tym chętniej zagłębia się w przeszłość. Projektorem pamięci wyświetla sceny ze swego życia, przywołuje do istnienia wizerunki osób najbliższych. Klatki wspomnień są już wprawdzie wyblakłe, niekiedy trzeba je mozolnie sklejać, nawet fabułę zmieniać jeśli odnajdzie się coś, co pozwala, a nawet zmusza do nowego spojrzenia na to, co nam się wydawało znane dotąd z osobistego doświadczenia.

Maria ze Szczęsnowiczów Wodyńska

Moje dzieciństwo upłynęło w PRL-u. Od samego początku było naznaczone przyciszonymi rozmowami rodziców, odwiedzinami nieznanych nam osób, które albo były dalszymi krewnymi, powinowatymi albo uczennicami mamy, i w drodze na Ziemie Odzyskane, jak wtedy się mówiło, pojawiały się w naszym mieszkaniu w Wadowicach. Miałem ja i moje siostry jak najmniej wiedzieć. Nie pytać, nie dociekać. Potem ojciec umarł. Osamotniona mama z trójką małych dzieci,rzucona przez zawieruchę wojenną w zupełnie obce środowisko wymazała z pamięci wszystko to co już było, to co się w socjalistycznej rzeczywistości już nie liczyło, było, minęło ,nie wróci. Liczyła się tylko walka o każdy dzień następny, o teraźniejszość. Jak przetrwać, nakarmić, ubrać, potem jak nas wykształcić. Zabroniono mamie, absolwentce Seminarium Nauczycielskiego we Lwowie pracować w szkole ,zmuszono ją do mycia podłóg w szpitalu. Uprawnienia emerytalne uzyskała mama ,jak miała 75 lat, wcześniejsza jej praca w II R.P. się nie liczyła. Mimo, że Pan Bóg wynagrodził jej heroiczne wysiłki siedmiorgiem wnucząt nasza, świętej pamięci mama cały czas żyła teraźniejszością i przyszłością, a to co było zostało jak palimpses wymazane z jej pamięci. Więcej mogłem się dowiedzieć o historii rodziny „po mieczu” od kuzynów ze strony ojca. Kądziel jawiła się osamotniona, porzucona przez wszystkich.

Stanisława Bazalukowa

Dr Mikołaj Bazaluk

Dziadkowie

Jednak czepiając się rzuconego kiedyś okruchu wspomnienia mamy, iż panna Szczęsnowiczówna miała kuzynów, poetów Strzetelskich, dotarłem do wytrawnego historyka swojej rodziny doktora Piotra Strzetelskiego z Krakowa. W tym momencie otworzyła się jak książka moja genealogia kresowa! Początkowo Piotrowi, który miał wszystko bardzo starannie wywiedzione w postaci rozbudowanego drzewa do ósmego, a nawet dziewiątego pokolenia wstecz, trudno było zgłoszoną przeze mnie parantelę zaakceptować. Z tymi poetami, też był kłopot. Literaturą w tej zacnej rodzinie, której przedstawiciele parali się w większości zajęciami związanymi z przyrodą zajmowała się dotąd tylko jedna z ciotecznych praprababek Piotra, siostra jego prapradziadka Artura Strzetelskiego, „sawantka z Topolnicy”, Olimpia Zofia Grynberg, spoczywająca na cmentarzu łyczakowskim we Lwowie. Ale przecież kiedy dopasowaliśmy do tej romantycznej wizji naszej mamy poetyzującego, w dodatku niezwykle elegancko ubranego młodzieńca Stanisława Strzetelskiego, starszego od naszej mamy o 8 lat, obiecującego już wtedy dziennikarza, wszystko zaczęło się jak w puzzlach układać. Brakowało jednak najważniejszego ogniwa, cały czas NN była tą ze Strzetelskich, która wyszła za mojego nieznanego z imienia pradziadka Czajkowskiego.

Herb Jelita

Herb

Herb Niezgoda

Doktor Piotr już oswoił się z moim „kuzynostwem”, nawet przez grzeczność w drzewie zaznaczył gałązkę, jednak bardziej w tym wypadku kierował się intuicją niż faktami. Po kilku, czynionych bez powodzenia próbach spotkania się, a to na spływie Dniestem, a to w Krakowie, osobiście zetknęliśmy się dopiero w Mariampolu na Ukrainie. Piotr miał wtedy nade mną przewagę spotkania w Stanisławowie z kuzynostwem tam zamieszkałym i na powitanie podarował mi prababkę! Wincentynę Strzetelską – córkę brata jego praprapra dziadka Erazma Strzetelskiego – Ignacego juniora. I tak z enigmatycznego z korespondencji „kuzyna” stałem się solidnie umocowanym trzeciorzędowym, ciotecznym wujem Piotra! Przyspawanym genealogicznie do 1761 roku, w którym to urodził się nasz wspólny protoplasta Ignacy Franciszek Strzetelski, starosta trembowelski.

drzewo genealogiczne

Ta nasza, wspólna już teraz, sięgająca w daleką przeszłość ekspedycja na Ukrainę obfitowała w bardzo wzruszające momenty. Mieszkając u zaprzyjaźnionego ze mną od z górą 10 lat Gieńka Beregina w Mariampolu byliśmy bowiem bardzo niedaleko od „matecznika„ Strzetelskich – Uścia Zielonego, ongiś nawet siedziby starostwa, ważnego dla tamtych terenów położonych na Dniestrem centrum administracyjnego, w którym to kanoniczne rządy w tamtejszej parafii w latach osiemdziesiątych XIX wieku pełnił ksiądz Rafał Strzetelski, jeden z sześciu braci Ignacego Juniora.

Przy kościele pod wezwaniem św. Trójcy znajduje się rozległy dworek, w którym mieściła się plebania. W nim to mogła się urodzić w 1904 roku moja mama! Postać księdza Rafała Strzetelskiego miała wielkie znaczenie dla rodziny. Tamtejszy cmentarz pokrywają nagrobki z inskrypcjami proszącymi o modlitwę za Strzetelskich lub Strzetelskie de domo. Zupełnie zachowane w dobrym stanie, jak na warunki panujące na Ukrainie. Czakramy familijne przyciągające magnetyczną siłą nawet po upływie ponad stu pięćdziesięciu lat! Odkrywane przez nas dosłownie spod warstw zmurszałego drzewa, poprzerastanego mchu, ukryte w gąszczu rosnących burzanów. Dziwne a zarazem jakże swojskie miejsce. W sztafecie przekazującej geny, byliśmy żywymi ich nośnikami, ja dobiegający już do mety, Piotr w kwiecie i sile wieku. Wtedy zaczęła mi dźwięczeć w uszach przejmująca fraza znanej polskiej pieśni: …”Ta ziemia do Polski należy. Choć Polska daleko jest stąd…”.

Ukraina - Mariampol

Łączą nas więzy krwi

Wspólnie szukamy naszych korzeni

Wspólnie szukamy naszych korzeni

Pielgrzymka do Mariampola

Nazajutrz dołączył do nas przybyły ze Stanisławowa Bogdan Marytchak, który jest tak jak i ja dla Piotra jego trzeciorzędowym wujem, a moim kuzynem. Mieliśmy bowiem wspólnego prapradziadka Ignacego juniora, a nasze prababki były siostrami! Franciszka Ksawera Strzetelska, prababka Bogdana, wyszła za mąż za kierownika szkoły w której również nauczała, Rusina o nazwisku Deputat. Z tego związku przyszła na świat babka Bogdana – Stanisława, która wyszła za mąż za profesora gimnazjalnego c.k. Mikołaja Bażałuka. Państwo profesorostwo miało troje dzieci, jednym z nich była mama Bogdana – Joanna Helena. Jak i inne kobiety w rodzinie, a raczej już można mówić w rodzie, była nauczycielką. Zaszczepiła jednak Bogdanowi znajomość mowy i tradycji przodków, bo jak sam ze wzruszeniem mówił „…w moim rodzinnym domu czwartek był dniem polskim, w którym wszyscy domownicy mówili wyłącznie po polsku…”. Zmarła w 1988 roku mama Bogdana pozostawiła mu również zarys drzewa genealogicznego, wywodzącego pochodzenie od małżeństwa Ignacego juniora Strzetelskiego h. Niezgoda z Apolonią Borzemską h. Jelita.

Spotkaniem ze mną Bogdan szczególnie był podekscytowany, przecież według posiadanych przez jego mamę informacji zostaliśmy w 1944 roku w Ponikwi koło Brodów wszyscy zamordowani przez ukraińskich nacjonalistów. Cała zaś rodzina Marii, córki Ireny z Czajkowskich Szczęsnowiczowej, a wnuczki Wincentyny Strzetelskiej, była przez te wszystkie lata przez nich opłakiwana. Nie było nas wśród żywych, nasza gałąź drzewa genealogicznego dla nich uschła! Fama tragedii jaka dotknęła rodzinę siostry mojego ojca Wandy Wolaninowej, która wraz z mężem i córką została przez banderowców zamordowana w Pieniakach, została nam przypisana.

Z odmętów rzezi wołyńskich wydostaliśmy się jednak żywi i dopiero teraz po upływie prawie siedemdziesięciu lat odnaleźliśmy się na nowo. Na Ukrainie, w słoneczny dzień, uczestnicząc w pielgrzymce rodzin greko-katolickiej diecezji stanisławowskiej do łaskami słynącego grodu Maryi, Matki Jezusa – Mariampola.

Boża Forteca

Boża Forteca

Są na Ukrainie miejsca szczególne, które wędrujących po dawnych Kresach Najjaśniejszej  Rzeczpospolitej – przyciągają baśniową legendą, pełną dramatycznych momentów historią, wspaniałymi zabytkami architektury, magnetyczną siłą płynącą z zadziwiających zdarzeń dnia współczesnego.

To wszystko znaleźć można w Bołszowcach!  Małej, położonej z boku traktu wiodącego z Bursztynu do Halicza, a potem dalej do Stanisławowa  miejscowości. Tradycja  głosi, że wielce zasłużonemu w wojnach z Tatarami kasztelanowi halickiemu Marcinowi Kazanowskiemu, który wtedy jeszcze jako pułkownik, przeprawiał się, idąc na bój z pohańcami, promem przez Dniestr – aportujący z wody pies – przyniósł w pysku zawiniątko. Po rozpakowaniu okazało się zwojem przedstawiającym wizerunek Najświętszej Maryi Panny z Dzieciątkiem. Badający współcześnie obraz specjaliści ustalili, że pochodzi on z pracowni dawnych mistrzów niemieckich, że spoglądający w oczy patrzącemu nań, mały Jezus – jest bardzo charakterystyczny dla jednego z najwybitniejszych malarzy Renesansu Łukasza Cranacha Starszego.

Boża Forteca

Boża Forteca

Późniejszy hetman i wojewoda podolski Marcin Kazanowski, przed samą bitwą, która rozegrać się miała z Tatarami tuż nad brzegiem Dniestru – pokazał obraz swojemu wojsku, wskazując – iż jest to znak dany z nieba, żeby dać z siebie wszystko w walce z poganami. Pokrzepieni przesłaniem obrońcy Kresów – odnieśli zwycięstwo nad przeważającymi liczebnie siłami wroga. W podzięce pułkownik w akcie fundacyjnym napisał: „Na wieczną rzeczy pamiątkę, ja Marcin Kazanowski kasztelan i starosta halicki, bogusławski ect., pan i dziedzic dóbr miasta Bołszowiec i przyległych wsi. Dla dobra mej duszy i mojej żony, szlachetnie urodzonej Heleny Staczyckiej  postanawiamy: aby 00. Karmelitom kościół pod tytułem Zwiastowania Matki Bożej i św. Marcina wymurować wraz z klasztorem.”

I tak od 1624 roku – wyłowiony z Dniestru wizerunek NMP z Dzieciątkiem znalazł swoje miejsce w Bołszowcach, gdzie przez następne stulecia był czczony, a nawet koronowany papieskimi insygniami, otoczony powszechnym kultem wyznawców dwóch obrządków: katolickiego i grekokatolickiego. Sanktuarium rozlokowało się na wzgórzu nad potokiem, wpadającym do Gniłej Lipy rzeki uchodzącej do Dniestru. Przez wieki budowane, rozbudowane w stylu rozwiniętego baroku, zachwycało wybujałą plastyką frontonu z charakterystycznymi wazonami na głównej elewacji.

Bołszowce

Późniejsze losy wizerunku dobrze oddają, pełne tragizmu doświadczenia mieszkańców tych ziem.  Poczynając od rebelii Chmielnickiego,która na Kresach wznieciła pożogę, kiedy musiał  schronić się we Lwowie, potem został świętokradczo pozbawiony papieskich koron, które jednak się odnalazły aż w Dubowcach.  Uchodził wraz z opiekującymi się nim karmelitami przez Pilzno, Wiedeń  żeby znowu do Bolszowców powrócić, następnie pod obstrzałem rosyjskiej artylerii, wraz z zakonnikami ukrywał się w podziemiach klasztoru, ewakuowany znowu do Lwowa, powrócił w chwale, niestety na bardzo krótko do Bołszowców w 1930 roku.

Potem to już była wojenna i powojenna wędrówka obrazu – zakończona w trwałej przystani w Gdańsku w kościele św. Katarzyny. Za komuny –  klasztor i kościół, zniszczony podczas działań wojennych – popadał w dalszą rujnację, stanowiąc swoją smutną bryłą, niemy wyrzut sumienia  dla potomnych.

Klasztor

Bołszowce

W 2002 roku metropolita lwowski ks. kardynał Marian Jaworski powierzył 00. Franciszkanom Konwentualnym, którzy dotąd prowadzili pracę misyjną w pobliskim Haliczu – zadanie odremontowania obiektu. Przedsięwzięcia tyleż trudnego, co niesłychanie kosztownego! I tu ocieramy się, wręcz dotykamy w naszym życiu  zjawisko  niezwykłe, nieomal nadprzyrodzone. Z roku, na rok bowiem odwiedzając Bołszowiec odnotowujemy, z niekłamanym podziwem – niesłychany postęp w pracach remontowych, rekonstrukcyjnych, konserwatorskich klasztoru i kościoła. Wielokrotnie spotykałem  pracujących na budowie fizycznie, młodych mężczyzn,  którzy później okazali się osobami konsekrowanymi, księdzem i braciszkiem Zgromadzenia. Największy jednak zapał, nie przyspieszył by tak bardzo postępu prac, jeśliby nie było pieniędzy na materiały budowlane, opłacenie majstrów i robotników rekrutujących się z olbrzymiej rzeszy pozostających bez pracy w swojej ojczyźnie Ukraińców. Doprowadzenie do stanu używalności kościoła było możliwe dzięki funduszom przeznaczonych przez Ministerstwo Kultury Rzeczpospolitej Polskiej na ratowanie dziedzictwa narodowego. Środki pochodzące z programów finansowanych przez Senat R.P. z godną podziwu skutecznością ojcowie franciszkanie pozyskują, dzięki niesłychanemu zaangażowaniu się  w tę sprawę pani profesor Wiesławy Holik. Mieszkająca w Gliwicach emerytowana historyczka, od  lat spędza na Ukrainie wiele tygodni w ciągu roku. Poza sprawami pisania programów, rozliczania projektów pani Wiesława działa, przychodząc z pomocą Polakom zamieszkałym poza granicami ojczystego kraju. Tak było podczas powodzi, która kilka lat temu nawiedziła okolice Zakarpacia, czy podczas zeszłorocznej epidemii grypy. Jest ona  również organizatorką „sentymentalnych” wypraw, które wykorzystując bazę noclegową hotelowej części mieszczącego się w kompleksie klasztoru Młodzieżowego Międzynarodowego Centrum Pokoju i  Pojednania – pozwalają poznawać Kresy.

Spotkanie w klasztorze

Bołszowce - Boża Forteca

Podczas ostatniego, naszego pobytu w marcu na Ukrainie – zapukaliśmy, już dobrze po zmierzchu do furty klasztornej. Mimo, że nie byliśmy zapowiedziani – Ojciec Grzegorz przyjął na z otwartymi ramionami. Znużeni, całodziennym podróżowaniem od Lwowa, przez Złoczów, Brzeżany. Monasterzyska, Uście Zielone, Mariampol, Halicz – zasiedliśmy do kolacji, która jakby na nas czekała. Strawą naszą nie  było tylko jadło, przygotowane w większości z produktów pochodzących z hodowli, czy też ogrodu uprawianego przez zakonników – ile rozmowa, ciągnąca się do późnej nocy rozmowa. Ojciec Grzegorz okazał się bowiem wielkim erudytą, wybitnym znawcą, a zarazem animatorem procesów pojednania pomiędzy Polakami a Ukraińcami. Słuchaliśmy go zafascynowani. Byliśmy bowiem w miejscu tak szczególnym, dla historii tak ważnym, jednocześnie okraszonym urodą klasztornych wnętrz, emanujących dostojeństwem i spokojem. Do Polski stąd jest daleko, ale cały czas była ona obecna w naszych rozmowach. Co ciekawe – ojciec Grzegorz, bardzo pozytywnie ocenia zmianę stosunku administracji obecnego prezydenta Ukrainy w przeciwieństwie do trudności czynionych przez administrację jego poprzednika. Stojący na straży sanktuarium kapłan, jest zarazem dyrektorem centrum – miejsca w którym spotykają się młodzi ludzie, aby wyzbyć się wzajemnych uprzedzeń, poznać lepiej historie sąsiadujących ze sobą narodów, odnaleźć wspólne, łączące a nie dzielące postacie bohaterów. Gdzie odbywają się ważne konferencje poświęcone procesowi pojednania. Jest to zarazem ważny ośrodek maryjnego kultu, aktualny cel licznych pielgrzymek, nawiedzany przez tysiące w roku pątników i dziesiątki dostojników kościoła. Prawdziwa forteca boża, skąd płyną wskazania „abyście się wzajemnie miłowali”. Jest też, klasztor ufundowany przez pobożnego pułkownika – placówką dyplomatyczną R.P.  Tutaj bowiem, dwa razy w miesiącu –  przybyły ze Lwowa konsul odbiera wnioski składane w celu uzyskania Karty Polaka.

Ze strony:

http://www.wodynski.info/moja-genealogia-kresowa.html

http://www.wodynski.info/ofiara-krwi-nie-pozwoli-wyrzec-sie-polskosci.html

http://www.radiownet.pl/publikacje/ofiara-krwi-nie-pozwoli-wyrzec-sie-polskosci

Posted in Polskie Kresy, SYLWETKI, Wspomnienia | 2 komentarze »

Nieznana Ukraina

Posted by tadeo w dniu 9 lutego 2014

APC - 2014.02.09 21.34 - 001.3d

http://www.nieznanaukraina.pl/

Posted in Podróże, Polskie Kresy | Leave a Comment »