WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Polskie Kresy’ Category

W obronie Lwowa i Wschodnich Kresów

Posted by tadeo w dniu 2 listopada 2018

W OBRONIE LWOWA I WSCHODNICH KRESÓW . POLEGLI OD 1-GO LISTOPADA 1918 DO 30 CZERWCA 1919

 

Brak automatycznego tekstu alternatywnego.

https://www.sbc.org.pl/dlibra/show-content/publication/edition/4544?id=4544&fbclid=IwAR11FjR28Ss5_8Tfcr-sWsBfwsE70OOskxBquE6QyZuJLbE2Lef0ZSIskCM

Reklamy

Posted in Historia, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Wschód i Zachód a Polska – prof. Tadeusz Zieliński (1935)

Posted by tadeo w dniu 28 kwietnia 2018

APC - 2018.04.28 12.58 - 001.3d

http://www.pbc.biaman.pl/dlibra/docmetadata?id=32524&dirds=21&tab=

Posted in Historia, Książki (e-book), Polskie Kresy, Uncategorized | Leave a Comment »

Bieżeństwo

Posted by tadeo w dniu 11 lutego 2018

Tajemnice naszych czasów – Bieżeństwo – przymusowa ewakuacja

 

bieżanstwoAPC - 2018.02.11 20.30 - 001.3d

Lato 1915 roku. Armia rosyjska pod naporem wroga wycofuje się z Królestwa Polskiego i zachodnich krańców Imperium. „Niemiec będzie babom cycki obcinał” – niesie się po wsiach. Spod Lublina, Chełma, Łomży, Ostrołęki, a nawet Warszawy obładowane wozy ruszają w głąb Rosji. Z obszarów na wschód od Białegostoku wyjeżdża nawet osiemdziesiąt procent mieszkańców. Wędrują w skwarze, bez wody i jedzenia. Niemieckie samoloty bombardują wojsko, nie szczędząc uciekinierów. Przy drogach zostają mogiły, część ciał leży niepogrzebana. Wybuchają epidemie. Masowo umierają dzieci.

Bieżeńcy – tak po rosyjsku nazywają uciekinierów carskie władze – są rozwożeni po całej Rosji. Gdy we wsiach gdzieś na Syberii czy nad Donem z trudem budują nowe życie, wybucha rewolucja, niszcząc pozostałe filary „odwiecznego porządku”: carską władzę i religię. Bieżeńcy znowu ruszają w drogę, teraz w drugą stronę, do odrodzonego Państwa Polskiego. Powrót przynosi kolejne „końce świata”.

Z terenu Polski wyjechać mogły ponad dwa miliony osób, ale o bieżeństwie milczą podręczniki. Opowieść ocalają potomkowie bieżeńców. To historia, którą można opowiadać z wielu perspektyw: ludzi postawionych w ekstremalnej sytuacji, chłopów, których świat ginie na ich oczach, wreszcie – uchodźców, uciekinierów, ofiar kolejnych wojen.

Losy tych uchodźców przybliża reportaż Anety Prymaki-Oniszk „Bieżeństwo 1915.

https://gloria.tv/album/8ZuUNQVY7eYrBy4sGk111YtEL

Posted in Historia, Polskie Kresy | Leave a Comment »

JAK PAN BÓG POZWOLI ZMARTWYCHWSTAĆ

Posted by tadeo w dniu 10 lutego 2018

APC - 2018.02.10 22.53 - 001.3d

„JAK PAN BÓG POZWOLI ZMARTWYCHWSTAĆ – Losy zesłańców do ZSRS w latach 1944-1958” – film dokumentalny Adama Turuli przygotowany dla Muzeum Historii Polski to efekt wielomiesięcznej pracy dokumentacyjno-historyczno-reporterskiej. W tym czasie Autor przejechał z kamerą 5000 km i zarejestrował ponad 40 godzin relacji 40 świadków – zesłańców oraz ich najbliższych. Użyty w filmie materiał ilustracyjny niemal w całości pochodzi z domowych archiwów rodzinnych bohaterów filmu. Składają się nań niepublikowane fotografie, dokumenty i pamiątki, które z przejmującą wymową uzupełniają prezentowane historie.

Posted in Filmy dokumentalne, Polacy na Syberii, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Ksiądz Józef Aszkielowicz

Posted by tadeo w dniu 1 stycznia 2018

Posted in Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Wigilia na Kresach

Posted by tadeo w dniu 24 grudnia 2017

 

Nazwa Wigilia pochodzi od słowa łacińskiego ,,vigilia” i oznacza czuwanie, straż nocną, wartę. W Polsce nazwa ta jest związana z 24 grudnia, z dniem poprzedzającym Boże Narodzenie. Najważniejszym momentem obchodów Bożego Narodzenia, jest postna wieczerza nazywana Wigilią lub Wilią. Wieczerza wigilijna, do której zasiadano po podzieleniu się opłatkiem, składała się zawsze z potraw postnych . Ich rodzaj oraz liczbę określa dotąd – przechodzący z pokolenia na pokolenie – obyczaj religijny i rodzinny

Polska Wigilia to jedna z naszych tradycji, dzięki której naród bez państwa przetrwał i doczekał się wolności. Wieczerza wigilijna charakterystyczne dla tego szczególnego dnia potrawy wywołują w nas wspomnienia związane z oczekiwaniem na Mikołaja i dziecięcą radością wywołaną nie tylko otrzymanymi prezentami, lecz również spotkaniem z członkami rodziny, kiedy wszyscy obecni dzielą się opłatkiem, a w domu panuje zgoda i radość.
Stół wigilijny zastawiony potrawami odzwierciedlał zwyczaje i tradycje kulinarne regionu, które często były odmienne od powszechnych wyobrażeń ograniczonych do barszczyka, uszek i karpia.
Na Kresach w dniu wigilijnym pan domu polował a gospodyni szykowała wieczerzę, aby na stole nie zabrakło :
zupy migdałowej z ryżem i rodzynkami,
a ponadto:
barszcz z uszkami albo zupa rybna z farszem lub grzybowa z łazankami,
szczupak na szaro w sosie z cytryną i rodzynkami,
okoni posypanych jajami, oblanych masłem,
szczupaka na żółto, zimnego, w całku, z szafranem i rodzynkami,
karpia całego na zimno w rumianym sosie z rodzynkami,
pasztetu z chucherek we francuskim cieście,
lina w galarecie,
karasi smażonych z czerwoną kapustą,
kremu śmietankowego,
galarety albo kisielku,
suszeniny ze śliwek,
wisien i gruszek,
zamiast chleba : strucle na migdałowym lub makowym mleku – powinny leżeć całe z jednego i drugiego końca stołu.

Na Wileńszczyźnie na stole wigilijnym nie mogło zabraknąć rolmopsów śledziowych na sposób wileński, smażonych śledzi, a uszka do barszczu były smażone, nie gotowane, podawano również grzyby w cieście, a na deser do wigilijnego kompotu pierniki, makowce i dużo bakalii z suszonymi owocami i południowymi. Pani pan domu obowiązkowo, a goście na dobrą wróżbę, musieli skosztować kiślu owsianego.

Na Kresach Lwowskich opłatek smarowano miodem, podobnie jak na Podhalu, a na zakończenie Wigilii powinien był być podany strudel ciągniony galicyjski. (Źródło)
Wspomnienia o Wigilii na Kresach na szczęście przetrwały.
Dzięki Janinie Sawickiej pochodzącej z Drohobycza, miasta znajdującego się w obwodzie lwowskim, możemy dowiedzieć się, jak spędzano Wigilię w jej domu:

„W pokoju ustawiano choinkę, na stole pod białym obrusem rozkładano siano. Po podzieleniu się opłatkiem i odmówieniu krótkiego pacierza, siadano do stołu. Na stole musiało być 12 potraw. Przy każdym nakryciu leżał jeden ząbek czosnku i dopiero po zjedzeniu czosnku, symbolu zdrowia, przystępowano do świątecznej wieczerzy – dodaje. Wszystkie potrawy musiały być postne. Tradycyjnie podawano barszcz czerwony, uszka z grzybami, zupę grzybową, pierogi ruskie i z kapustą, kapusta z grzybami, karp smażony i ryba w galarecie, gołąbki z kaszą i grzybami. Na końcu podawano lekko schłodzoną „kutię”, była to pszenica z miodem, makiem i bakaliami. – Z kutią związana jest pewna tradycja – mówi Janina Sawicka. – Najstarszy z uczestników nabierał na łyżkę kutię, wychodził do siewni (korytarz) i rzucał kutią o sufit. Jeżeli się przykleiła to wróżyło szczęście temu domowi – dodaje. Na świątecznym stole zawsze stały dwa wolne nakrycia.- Jedno nakrycie wolne dla osoby, która mogła się tego wieczoru pojawić. Takiemu przygodnemu gościowi nie można było odmówić posiłku – opowiada Janina Sawicka. – Drugie nakrycie dla bliskich, którzy już na zawsze odeszli. Każdy z uczestników kolacji, część swojej porcji wsypywał do tego talerza – kontynuuje.- Jeżeli w domu były zwierzęta, również z nimi dzielono się opłatkiem. Krążyła taka legenda, że zwierzęta w Wigilię mówią ludzkim głosem – mówi Janina Sawicka. – W tym dniu również szło się na grób zmarłych i symbolicznie dzieliło się z nimi opłatkiem, zostawiając go na grobie – dodaje. Oczywiście od domu do domu chodzili kolędnicy poprzebierani za różne postacie, począwszy od świętej rodziny, aniołków, pastuszków, królów i diabła, a skończywszy na śmierci z kosą (kostuchą)”(Źródło)

Ale bywały też Wigilie bardziej dramatyczne…
Wigilia na zesłaniu w 1941 roku
„Nie zapomnę nigdy pierwszej Wigilii Bożego Narodzenia na wygnaniu. Smutna to była wieczerza. Choinki nie było ponieważ jodły, świerki i cedry rosły tylko w tajdze, a nie na stepie, gdzie mieszkaliśmy. Brat Kazik przyniósł z pracy przydział 800 gram chleba, brat Olek dwa szczupaczki o łącznej wadze jakieś 900 gramów.

Mama podzieliła chleb równo, dla każdego po sto gramów. Był opłatkiem i wigilijnym daniem. Mama, stojąc przy stole ze łzami w oczach, przeżegnała się i smutnym głosem zaintonowała modlitwę, którą wspólnie zmówiliśmy. Życzenia złożyła wszystkim z prośbą do Boga o szczęśliwy powrót do kraju. Po modlitwie każdy z nas trzymając w ręku kawałeczek chleba podchodził do mamy, składał życzenia, życząc jej zdrowia i powrotu do Polski.

Tylko starsze rodzeństwo miedzy sobą było zgodne i nie rościło do siebie żadnych pretensji. Janek jedząc chleb zapytał mamę czy dostanie kawałek słodkiej bułki, do tej prośby przyłączyła się Marysia. Tonik natomiast wspomniał, że chciałby zjeść pralniczka, czyli słodkiego pierniczka. Mama na to odpowiedziała: „dzieci, a ja skad mam wziąć slodkie bułki i pralniczka”. (…)

Za oknem szalała zima, zamieć śnieżna, wiatr pędził śnieg, była śnieżna zadymka. Ten chleb to była cała nasza wigilijna kolacja. Byliśmy nasyceni i czuliśmy się bardzo szczęśliwi. (…) Po kolacji śpiewaliśmy kolędy i ze wzruszeniem wspominaliśmy naszą ostatnią Wigilię z dziadkami w Duniłowicach. Były ciotki, ojciec, brat Stasek, których już więcej nie widzieliśmy. Dziadkowie umarli podczas wojny, ojca i Staska zamordowali bolszewicy…” Józef Maciejewski, Żary (Źródło)

Typowe potrawy wigilijne
Zupa migdałowa to najstarsza zupa wigilijna na Kresach. Przygotowywana w bogatych domach, była symbolem dobrobytu i zamożności gospodarzy

Aleksander Jełowiecki, szlachcic z dawnych Kresów Wschodnich, wspominał: „Stoły wysłane sianem, przykryte obrusem jak śniegiem. Na stole w ogromnych srebrnych misach polewka migdałowa, na srebrnych podstawach ogromne szczupaki wysadzane przezroczystymi przysmakami, jakby drogiemi kamieniami, tam łamańce z makiem, tam kutia, dalej wykwintne łakocie i różne owoce, na środku złocisty kosz z cukrami, na koszu spoczął lecący aniołek i trzyma opłatki. Tak zastawiony stół na Wigilię czeka na gości, goście czekają na gospodarza, gospodarz czeka na pierwszą gwiazdkę”.

Przepis na zupę migdałową z 1906 roku

„1 i 1/2 litra mleka zagotować z cukrem, 1/4 funta słodkich migdałów i kilka gorzkich migdałów sparzyć, obrać z łupin, utrzeć lub umleć na miałko, włożyć w mleko. Osobno podgotować rodzenków sułtanek i wrzucić na wydaniu w zupę. Do zupy tej można dać ryż ugotowany na gęsto w mleku” – przepis Antoniny Dz. z 1906 roku. (Źródło)

Na wschodnich obszarach dawnej i obecnej Polski, w najważniejsze dni, świąteczne stoły uświetnia jedna z bardziej rytualnych i rozpoznawalnych potraw jaką jest kutia. Do jej przygotowania potrzeba pszenicy, miodu, maku i bakalii. Najlepiej popijać ją kisielem żurawinowym. Produkty, które używa się do tej potrawy mają wymiar symboliczny:

ziarno jest symbolem zmartwychwstałego życia
miód – zdrowia i dobrobytu na życie (słodkie życie)
mak symbolizuje dobrobyt w rodzinie

Przyjmuje się, że im bogatsza jest kutia (smaczniejsza i bardziej syta) tym większy urodzaj i dostatek w rodzinie. Dlatego też w Wigilię Bożego Narodzenia na stole nie powinno zabraknąć smacznej i kalorycznej kutii a każdy z członków rodziny powinien jej skosztować.  (Źródło)

Na koniec tego nietypowego „wigilijno-kulinarnego” wpisu podaję ponoć ulubioną potrawę wigilijną Adama Mickiewicza (wg „Palce lizać” z 4.04.2011 r.). Jego córka Marysia wspominała, że na Wigilię zawsze obowiązkowo był szczupak po żydowsku.
Składniki:

2-2,5 kg szczupaka
2 bułki kajzerki
3 cebule
sól, pieprz
gałka muszkatołowa
2 łyżki masła
jajko
włoszczyzna
1/2 l mleka
1/2 łyżki mąki

Oskrob, spraw i wypłucz szczupaka. Odkrój łeb (trzeba go zachować). Ściągnij bardzo ostrożnie skórę, aż do ogona – trzeba uważać, by jej nie uszkodzić. Oczyść mięso ryby z ości, przepuść przez maszynkę. Bułki namocz w mleku. Dobrze odciśnij. Sparz cebule i utrzyj na tarce. Dodaj pieprz, sól i gałkę muszkatołową. Łyżkę masła utrzyj z jajkiem. Dodaj zmielone mięso z ryby, odciśniętą bułkę i cebulę. Całość trzeba dobrze wyrobić. Farsz nałóż w skórę szczupaka, uformuj na kształt ryby, dostaw głowę. Zetrzyj włoszczyznę na tarce o dużych oczkach. Wyłóż nią dno brytfanki. Rybę ułóż w brytfance na włoszczyźnie. Podlej odrobiną wody, dodaj łyżkę masła i duś na małym ogniu około 1,5 godziny. Sos oprósz mąką, zagęść. Gotową rybę pokrój w cienkie plastry. Podawaj z sosem, w którym się dusiła.

Może ktoś z Was pokusi się o przygotowanie któregoś z przysmaków wigilijnych rodem ze wschodnich rubieży?

Źródło

https://literackiekresy.blogspot.com/2014/12/wigilia-na-kresach.html

Posted in Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Przez czerwony step

Posted by tadeo w dniu 17 grudnia 2017

Z woli Stalina, Polacy żyjący w okresie międzywojennym w ZSRR, zostali pierwszym „narodem ukaranym”.Od połowy lat trzydziestych likwidowano polskie szkoły, czytelnie–chaty, gazety. Dokładnie 75 lat temu, w 1935 roku zlikwidowany został jeden z dwóch polskich rejonów autonomicznych – marchlewski, ze stolicą w Marchlewsku (Dowbysz) na Ukrainie, a wkrótce potem rejon dzierżyński na Białorusi. Rozpoczęła się też wielka wywózka do Kazachstanu Polaków ze zlikwidowanej Radzieckiej Marchlewszczyzny i zachodnich terenów Ukraińskiej SRR. Eksperyment ze stworzeniem małej „bolszewickiej Polski” się nie powiódł. Polacy nie wstępowali masowo ani do kołchozów, ani do partii komunistycznej. I to był główny powód represji.

Oto pierwszy odcinek sensacyjno–historycznej powieści „Przez czerwony step”, opisującej te wydarzenia, a wydanej niedawno przez Wydawnictwo LTW. Akcja książki (prezentowanej z niewielkimi skrótami) rozpoczyna się w roku 1935. Główny bohater, Franciszek Cybulski, pochodzi z Janówki koło Marchlewska. Gdy spotykamy się z nim, mieszka w Berdyczowie…

 


– A dlaczego kułak jest zły?…

Franek zmarszczył brwi. Spojrzał na małego chłopca, który śmiało podniósł do góry palec i teraz stał w ławce. A potem na rozłożony przed sobą elementarz, gdzie widniał rysunek ciężko pracującej w polu kobiety i poganiającego ją mężczyzny, grubego, z wyciągniętą przed sobą, zaciśniętą pięścią. „Anna pracuje jako najmitka. Latem pracowała u kułaka Jana… Najmitki, do rady! Najmitki, na kułaka! Najmitki, do komuny! ”.

– Widzisz, co tu jest napisane – Franek stuknął palcem w książkę. – „Pracowała od rana do nocy głodna i bosa. A Jan i Janowa łajali”. Wszystko masz wyjaśnione.

Chłopiec nie dał się przekonać. – Ale w kołchozie też każą pracować od rana do nocy. I też łają. Opowiadał mi wujek…

– To jest lekcja języka polskiego, a nie historii – energicznie pokręcił głową Franek. Dzieciak chyba nie wiedział, kto to Pawlik Morozow, który niedługo wcześniej zadenuncjował swego ojca – kułaka, za co, jak powszechnie głoszono, zabił go dziadek – kułak. Chociaż byli w polskiej szkole i dookoła sami Polacy, to taki polski Pawlik mógł się wśród uczniów znaleźć. A wtedy biada wujkowi z kołchozu! Na szczęście zadzwonił dzwonek i Franek z ulgą wstał zza biurka.

– Dzieci, proszę powtórzyć dzisiejszą lekcję. Jutro zaczynamy kolejny rozdział – powiedział.

Co zrobić z nieszczęsnym dzieciakiem, żeby nie ściągnął nieszczęścia na siebie i na rodzinę? Może pójść do rodziców? A jak oni zadenuncjują – jego? Spytam Marysię – postanowił.

Trzeci miesiąc pracował na zastępstwie w szkole numer 3 w Berdyczowie. Nauczycielka języka polskiego, pani Jadzia, urodziła dziecko i pilnie potrzebny był ktoś, kto zgodzi się na parę miesięcy przejąć część jej lekcji. Franek pilnie potrzebował pieniędzy, a kierownik biblioteki, w której pracował, zgodził się, by jego podwładny zmienił nieco godziny pracy. I tak na dwie godziny dziennie chodził nad rzekę Gniłopiać, na zaułek Krykiński, do największej w Berdyczowie polskiej szkoły.

Z ulgą zamknął za sobą drzwi pokoju nauczycielskiego. – Witaj Franek – przywitała go Wiktoria Zborowska, młoda i ładna nauczycielka muzyki. Chyba musiał jej wpaść w oko, bo coś za dużo się dokoła niego kręciła, pojawiając się akurat koło sali, w której miał prowadzić lekcje czy też obok jego stolika w pokoju nauczycielskim. Obok niej na krzesło opadł krępy, siwiejący mężczyzna – wicedyrektor Stefan Niziński.

– Wikcia, nie zawracaj głowy towarzyszowi Cybulskiemu, bo on żonaty! – pogroził jej palcem.

Niziński był partyjnym i to nie byle jakim – członkiem komitetu rejonowego, a mówiono, że omal nie został sekretarzem. Ale uważano go za porządnego człowieka, bo jak dotąd nikomu krzywdy nie zrobił. W pokoju zrobiło się tłoczno, tak, jak tłoczno było w całej szkole – za dużo dzieci, za dużo nauczycieli. Gwar był niemal taki, jak na korytarzu. I nagle wszystko ucichło – zaskrzypiały drzwi i weszła dyrektorka, pani Wiesława Majewska. Wkroczyła jak zwykle energicznie, zaaferowana ale uśmiechnięta.

– Czytaliście gazety? – pomachała wydawaną w Berdyczowie gazetą „Radiański Szliach”, czyli „Radziecka Droga”. – Wiecie, że podwyżki będą! Zrobimy zebranie, dostaniecie szczegółową informację, jak podwyżki będziemy wprowadzać… – spojrzała na siedzącego przy stoliku obok starszego mężczyznę. – Józef, ty dostaniesz całe czterysta rubli pensji podstawowej. Najwięcej, bo i najdłużej pracujesz. Kupisz sobie gramofon? Bo w „Radiańskim Szliachu” piszą, że teraz pokupujemy gramofony. No, będziemy mieli w domach muzykę…

Rozległy się śmiechy, a Majewska rozejrzała się dookoła. – Skoro o muzyce… Kochani, nasz muzyk wraca! Będziemy znów mieli zajęcia z tańca – oświadczyła. – I proszę, nie tylko nauczyciele od muzyki, ale każdy, kto zna poloneza czy krakowiaka, będzie potrzebny… – rozejrzała się dokoła. – Najlepiej młodsi, bo to siły mieć trzeba. Franciszek Cybulski?

Franek zrobił zdziwioną minę. – Ja?… Ale ja w bibliotece muszę…

– Z obywatelem kierownikiem biblioteki to ja sobie pogadam – powiedziała dyrektorka. – Tu chodzi o raz w tygodniu przez godzinę. Wikcia mi powiedziała, że tańczyć dobrze umiesz.

Wicedyrektor Niziński aż zakrztusił się ze śmiechu. – Oj, Wiesławo, ta nasza Wikcia tak sobie Cybulskiego upodobała, że teraz z nim krakowiaka tańczyć chce! A jak Marysia, żona Franciszka tu się pojawi, to się wszyscy nie pozbieramy – zawołał. Oczy wszystkich skierowały się na nauczycielkę muzyki. Wiktoria poczerwieniała, chwyciła leżące przed nią zeszyty, zerwała się z krzesła i pośpiesznie wyszła z pokoju. – Oj, coś chyba przesadziliście… – zaczęła dyrektorka, ale w tej chwili rozległ się dzwonek na lekcje. Wiesława Majewska chwyciła stos zeszytów i rozejrzała się dokoła. – No, dosyć tych żartów. Z tymi tańcami to jeszcze zobaczymy. Aha, Franek, możesz mieć wolne w tę sobotę. No, dobrze… Idziemy na lekcje! – zakręciła się energicznie dookoła i wyszła. Za nią, ociągając się, ruszyli pozostali.

 

Franek wyciągnął z kieszonki zegarek. Tak, czas iść do biblioteki. Właściwie to mógł wyjść od razu po lekcji, ale jakoś nie wypadało. Co za pomysł z tymi tańcami – pomyślał. Jeszcze tego trzeba, żeby Marysia miała powody do zazdrości! A nawet bez powodów może być bieda. Wiadomo, jacy są ludzie – ten coś powie, inny szepnie i zaraz plotka się robi…
Powoli naciągał stare, znoszone palto. Właściwie to powinien sobie sprawić nowe, ale po pierwsze nowe, dobre palto w Berdyczowie było dostać bardzo trudno, a po drugie i tak nie miał na nie pieniędzy. Oszczędzali z Marysią jak mogli, bo chcieli mieć własne mieszkanie. A tak mieszkali kątem u państwa Sokołowskich, co prawda sympatycznych, ale ciasno u nich nieco było, bo wynajmowali pokoje. No i to nie był własny dom!
Chwilami Franek zastanawiał się, czy nie wrócić do Janówki. Lub choćby zamieszkać w Marchlewsku. Rodzinną Janówkę, położoną w polskim rejonie autonomicznym, musieli opuścić po dramatycznych wydarzeniach sprzed kilku lat. Po pierwsze, niepotrzebnie skonfliktował się z szefem miejscowego kołchozu, Antonim Muszyńskim. I po drugie… Tego drugiego było tyle, że wystarczyłoby i na trzecie, piąte czy dziesiąte! Franek dał się skusić przygodzie, poszedł ze znajomym przemytnikiem przez „zieloną granicę” do Polski. I dopiero się zaczęło! Zupełnie niechcący wpadł w sam środek wojny pomiędzy wywiadem sowieckim i polskim. Gdyby nie pomoc tego ostatniego, pewno rąbałby drzewo gdzieś na dalekiej Syberii albo siedział w sowieckim więzieniu. Lub, co też było całkiem możliwe, leżałby dwa metry pod ziemią z kulką z rewolweru Nagan w głowie…
Wyszedł ze szkoły i rozpiął palto, bo było całkiem ciepło. W zaułku Krykińskim było cicho i spokojnie. Leniwie płynęła Gniłopiać, nad którą, bardzo blisko, stał potężny, przypominający fortecę budynek – dawny klasztor Karmelitów Bosych, gdzie zamiast kościoła znajdowało się teraz muzeum ateizmu. Z zaułka skierował się prosto na dawny Plac Soborowy. Stojący tu sobór Uspieński zbudowano najwyraźniej po to, by zasłonić dużo od niego starszy klasztor karmelitów. Wiadomo – okazała świątynia katolicka kłuła prawosławnych w oczy… Ale teraz chyba sobór kłuł w oczy bolszewików, bo krążyły coraz to ostrzejsze plotki, że chcą go zburzyć. Nie, to chyba jednak niemożliwe – pomyślał Franek. Ostatecznie, to jednak ładny budynek i byłaby wielka szkoda… Ale czy bolszewicy dbają o to, co ładne?
Minął sobór z cebulastymi kopułami i wszedł na szeroką, brukowaną ulicę Lenina. Czy też, jak to mówili wszyscy niemal mieszkańcy miasta – ulicę Żytomierską, bo choć nowe nazwy istniały już ładnych parę lat, to jednak stare bardzo głęboko utkwiły w pamięci. Białopolska – co za piękna nazwa! – brzmiała o wiele ładniej od Liebknechta. A Machnowiecka – od Swierdłowa. Ale trzeba było uważać, by starej nazwy nie użyć wobec nie tego, co trzeba, bo mógł na człowieka donieść, że sprzyja kontrrewolucji…

 

Po raz któryś już złapał się na tym, że uważnie przygląda się ludziom, tak innym jak w jego rodzinnej Janówce, stolicy polskiego rejonu – Marchlewsku czy nawet w Żytomierzu. W Berdyczowie rzucali się w oczy Żydzi, w większości starozakonni, charakterystycznie ubrani, z pejsami i w czarnych jarmułkach. Żydów z oczywistych względów można było łatwo odróżnić. Polaków, którzy w tym mieście też stanowili niemałą grupę, odróżnić było trudno. Ubrani tak samo, jak ich sąsiedzi – Ukraińcy, na ulicy chętniej mówili po ukraińsku, niż po polsku. Odróżnić Polaka od Ukraińca nie było łatwo. Może to i dobrze – westchnął Franek.
Żytomierska, choć środek dnia, była pełna ludzi, rojna i gwarna. Wiadomo: tu znajdował się rynek, który wszystkich przyciągał. Jak zwykle pełen ludzi, i wydawało się, że tych ludzi jest o wiele więcej, niż towarów. Ale też towarów było na bazarze więcej, niż w sklepach, w których tradycyjnie już ziało pustką. Najważniejsze, że w ogóle jakieś towary były. Bo jeszcze niedawno, gdy na wsi panował potworny głód, choć w magazynach zboża i innej żywności było pod dostatkiem, w miastach też było głodno. Rolnikom zabierano wszystko, zgodnie z „prawem pięciu kłosów” – u kogo znaleziono więcej, ten znikał, zabierany przez milicję. Rynek był więc niemal całkiem pusty, bo niby skąd miała docierać żywność, jeśli po wioskach jej nie było? Zjawiali się głównie biednie odziani miejscowi, którzy usiłowali sprzedać jakieś swoje starannie przez lata przechowywane, ostatnie cenne rzeczy. Choć za nędzne ruble, które za nie dostawali, i tak można było kupić mało co.
Teraz bazarowy handel powoli się odradzał. Były warzywa, trochę ziemniaków, jakieś jabłka. W dalszej części – towary przemysłowe, przywiezione z Żytomierza czy nawet z Kijowa, oraz nieco staroci. Wszystko to przeważnie marnej jakości. Jeśli ktoś chciał kupić coś porządnego, wybierał się sam do Kijowa, a jeszcze lepiej – do Moskwy. I z grubym, pełnym pieniędzy portfelem.
Franka ta część bazaru nie interesowała. Skierował się ku starej babci, okutanej w kraciasty, pocerowany koc i w poszarzałej chustce na głowie.
– To samo, co zawsze – uśmiechnął się do niej
– Aaaaa… Franciszek – podniosła oczy. – Ziemniaczków zważę zaraz… – Zakrzątnęła się, podnosząc starą, żeliwną wagę o długim ramieniu. Nasypała kartofli do metalowej, pogiętej miski, zawieszonej na jednym końcu ramienia. – O… i proszę. Ziemniaczki jak malowanie. Przedrewolucyjne! – pokazała w uśmiechu czarne pieńki zębów.
– Dziękuję – powiedział Franek, wyciągając banknoty z kieszeni. Z kieszeni palta wyjął wytartą, starą torbę, a kobieta wsypała do niej kartofle. Słonina by się przydała, pomyślał. Ale przy stole przeznaczonym dla sprzedawców mięsa nie było nikogo. No trudno, będzie bez słoniny…

 

Wyciągnął z kieszonki stary zegarek z dewizką. No, czas już, czas. Marysia dość nasiedziała się z małym Antosiem, teraz jego kolej… apotem zaprowadzi dziecko do cioci Larysy. Musiał odsiedzieć swoje trzy godziny w bibliotece.
Do zaułku Krywonosa, czy też Maczkowskiego – jak nazywali go wszyscy pamiętający przedrewolucyjne czasy – był kawałek drogi. Szedł szybkim krokiem, oddalając się od dużych, gwarnych ulic. Wreszcie dotarł do domu, starego, jeszcze dziewiętnastowiecznego.
Zamknął za sobą drzwi i zdjął palto oraz buty. To jednak nie był jego dom, tylko cudzy. Państwo Sokołowscy zachowali sobie jeden, duży pokój, a trzy inne wynajmowali. Przed rewolucją zajmowali cały dom, ale teraz, gdyby pokoi nie wynajęli, i tak groziłoby im dokwaterowanie jakiegoś lokatora.
Pomieszczenie, jakie zajmowali razem z Marysią i trzyletnim Antosiem, było kiedyś sypialnią. Teraz było podzielone zasłonką, powieszoną pod sufitem. Z jednej strony, od okna, były – jak sami żartowali – jednocześnie ich salon, jadalnia i sypialnia: łóżko, drewniane łóżeczko synka, mały stół i dwa nieco rozchwiane krzesła. Z drugiej, od drzwi, stała na taborecie miednica, dzbanek z wodą, na ścianie wisiały ręczniki; dalej stała szafa i rozmaite pudła – czyli jednocześnie łazienka, przedpokój i pawlacz.
Delikatnie nacisnął mosiężną klamkę i ostrożnie otworzył drzwi. W pokoju było cicho – widać chłopczyk spał. Odsunął zasłonkę. Marysia siedziała na krześle i coś pisała w zeszycie, a Antoś leżał na łóżeczku, z ręką podłożoną pod buzię, i miarowo, spokojnie oddychał.
– Dzień dobry… – powiedział cichym głosem Franek.
Marysia spojrzała na niego jakoś tak dziwnie, z ukosa. – Jakoś długo ci zeszło?… – mruknęła.
Franek spojrzał zdziwiony na żonę. – Jak to: długo? Normalnie. Po lekcji poszedłem tylko na rynek, o, kartofle kupiłem i tyle. Słoniny nie było.
Marysia poprawiła ręką włosy. – Tak? A tu akurat Woźniakowa przechodziła, zajrzała i opowiadała mi dziwne rzeczy.
– Woźniakowa? – zdziwił się Franek. – A co ona chciała od ciebie?
– Niby nic. Ale opowiadała… – Marysia przerwała, zacisnęła wargi i odwróciła głowę. Franek podszedł do niej i położył jej dłoń na ramieniu.
– O co chodzi? Powiedz, nie ukrywaj – poprosił.
Marysia spojrzała na niego smutnym wzrokiem. – Ja tu z dzieckiem siedzę, a ty z Wikcią masz tańcować?
– Marysiu, ale to nie tak…
– Jak nie tak? – zaperzyła się dziewczyna. – Dyrektorka ci kazała, a Wikcia podobno cała szczęśliwa była!
– Ja tam nie wiem, była szczęśliwa czy nie. A Woźniakowa to naprawdę mogłaby sobą i swoim mężem pijakiem się zająć, a nie chodzeniem po cudzych domach i sianiem plotek – odparł Franek.
– I że w ogóle o jakichś tańcach sobie myślisz… Tu mały Antoś, trzeba się nim zajmować… pieniędzy ciągle braknie… na własne mieszkanie szans nie mamy – mówiła zdenerwowanym głosem.

Franek wziął ją za rękę. – Naprawdę, ty myślisz, że ja sobie jakimiś dziewczynami głowę zawracam, jak moja kochana żonka w domu na mnie czeka? – spytał. – Przecież to bez sensu by było. Naprawdę, nie myśl o żadnej Wikci, bo i po co…

Marysia otarła oczy wierzchem dłoni i odetchnęła głęboko. Spojrzała na synka, który jakby nie było żadnej między nimi dyskusji, spał spokojnie. Skrzywiła się.
– Zmęczona jestem. I zdenerwowana. Przepraszam cię, naprawdę przesadzam…
– Ty na mnie krzyczysz, a tymczasem ja coś dla ciebie mam… – powiedział Franek. Sięgnął do kieszeni i wyjął dwa prostokątne kawałki papieru. – To, co chciałaś. Bilety na „Carmen”.
– Och!… – Marysia z trudem stłumiła okrzyk. W Berdyczowie gościł akurat zespół z Leningradzkiej Opery Objazdowej. To nie była „prawdziwa” opera leningradzka, ale i tak okazja niezwykła – była szansa posłuchania wspaniałych śpiewaków. Objęła go rękami za szyję, lekko przyciągnęła do siebie. Przywarł do niej całym ciałem, poczuł ciepło bijące od niej. Pochylił głowę… poszukał ustami jej ust. Całowali się mocno, bardzo mocno. I właśnie wtedy, gdy znów zapanowała cisza, obudził się ich mały synek. Marysia szybko odsunęła się od męża, podeszła do łóżeczka, chwyciła synka. Usiadła i posadziła sobie na kolana.
– Antosik… zaraz ziemniaczki będą… nie ma słoniny, ale ciocia Sokołowska przyniosła mi mały słoiczek śmietany, będzie w sam raz – mówiła. – Franek, pobaw się chwilę z dzieckiem, a ja do kuchni pójdę i ziemniaki na ogień nastawię.
Wyszła z garnkiem w jednym ręku i torbą z ziemniakami w drugim. Kuchnia była wspólna, a że dom zajmowało kilka rodzin, to pod metalową płytą stale palił się ogień. Jako, że wszyscy starali się oszczędzać, płomyk palił się słaby i ciepła dawał niewiele, ale nieduży garnuszek pełen wody i kartofli zagrzewał się szybko.
Franek bawił się z synkiem wystruganymi z drewna, przywiezionymi jeszcze z Janówki zabawkami. Był wśród nich i statek, jak ten widziany kiedyś na rysunku, bo przecież morza Franek nie widział nigdy. I tramwaj, niemal dokładnie taki sam jak te, które jeżdżą w Kijowie. I nieco zniszczony, ale połatany, wóz drabiniasty ciągnięty przez konia, czy może raczej – karykaturę konia.
Skrzypnęły drzwi – to jego żona wróciła z kuchni. – Za chwilę będzie obiad – powiedziała. – Potem ja pójdę, a ty zaprowadzisz Antosika do cioci Larysy.
– O!… – przypomniał sobie Franek. – Wolną sobotę dostałem. Możemy pojechać do Janówki.
Marysia uśmiechnęła się. – No, dobra wiadomość. Rano pojedziemy, w niedzielę wieczorem wrócimy. I tak czasu będzie mało – powiedziała. – Niby z Berdyczowa blisko… do Żytomierza czterdzieści, dalej do Marchlewska setka niecała, to jechać będziemy pewno z pięć godzin albo i więcej.
– Damy sobie radę! – odparł z ożywieniem Franek. – Mówił coś Wasyl Hawryłyszyn, że może będzie do Nowogrodu Wołyńskiego jechać. To by nas zabrał.

 

– Wasyl porządny chłop, na niego można liczyć – przytaknęła.

– No i rozmawiać z nim można o wszystkim, jak ze swoim. Dosyć się nacierpiał – pokiwał głową jej mąż, trochę machinalnie bawiąc się z małym Antosiem. – Nie zapomną mu tego, że jego ojciec w administracji u hetmana Skoropadskiego był. Oj, nie zapomną…

– A my tu gadu-gadu, tymczasem ziemniaki się rozgotują – Marysia pośpiesznie wstała i wyszła. Po chwili wróciła z garnkiem pełnym dymiących kartofli. Wyłożyła je na talerze, oszczędnie polała śmietaną, trochę więcej dając synkowi. – No, słonina ani mięso to nie jest, ale śmietanka pyszna, nie wiem, skąd Sokołowska ją bierze….

Jedli powoli, delektując się smakiem gorących ziemniaków i śmietany. Ich mały synek jadł ze smakiem. – Ech, co on w życiu zdążył poznać. Niczego porządnego nie jadł, bo i jak – pomyślał Franek. Wyciągnął zegarek. – Już późno! – zauważył. – Idź, bo się spóźnisz, a ja Franka do cioci szybciutko zaprowadzę i do biblioteki pójdę…

Marysia złożyła talerze. – Ten, kto przyjdzie pierwszy, zmywa naczynia. Ja wrócę za jakieś dwie, trzy godziny – powiedziała. Podeszła do męża, pocałowała go mocno w usta. Wyszła z Antosiem, a Franek pośpiesznie odsunął komodę. Odsunął tylną ściankę i wyciągnął niewielką paczkę. Rozejrzał się dokoła. W domu panowała cisza, a za oknem było szaro. Odłożył paczkę i wyjrzał przez okno. Nie było nikogo. Westchnął i usiadł na krześle, rozwinął gruby papier i wyjął metalową puszkę. Otworzył ją powoli. W środku, zawinięty w szmaty, leżał ciężki, metalowy przedmiot. Zaczął ostrożnie odwijać szmaty, gdy usłyszał ciche, szybkie kroki na korytarzu. Czym prędzej wrzucił zawiniątko do podróżnej walizki i szybko ją zamknął.

Po chwili Antoś wrócił. Franek pomógł synkowi ciepło się ubrać. Do cioci Larysy było niedaleko. Prowadzili do niej Antosika dwa razy w tygodniu, gdy on musiał iść do biblioteki, a jego żona miała trzy lekcje w szkole. Chłopiec cieszył się z tych wizyt, bo ciocia zawsze miała coś słodkiego i go częstowała. Ale tym razem coraz to pociągał nosem i nie wyglądał na bardzo wesołego.

– Chory nie jesteś? – spytał go Franek.

– Nie… – powiedział mały. – Ale katar mam.

–     Na katar jeszcze nikt nie umarł. – Ale przeszkadza… Franek wyciągnął z kieszeni spodni dużą, kraciastą chustkę i ostrożnie wytarł chłopcu nos.

– Teraz lepiej?…

Mały skinął głową.

Sowiety.jpg

 

Droga była krótka, bo i miasto nie było wielkie – gdzie tam Berdyczowowi do Kijowa czy nawet Żytomierza. Ale Franek przyzwyczaił się do swojej Janówki, z kilkoma ulicami na krzyż, z pięcioma głównymi budynkami: kościół, teraz zamknięty, rada wiejska, siedziba kołchozu i posterunek milicji. Tam wszędzie było blisko i swojsko, tu wciąż nie mógł się przyzwyczaić do dużych kamienic. Ale – pomyślał sobie – najważniejsi są ludzie, a ludzie byli tacy sami, czy to Polacy, których tu było sporo, czy Ukraińcy, czy wreszcie Żydzi.
Ciocia Larysa, wysoka i szczupła, powitała ich z uśmiechem – A ty co, Antosik, nos taki czerwony masz, a? – zapytała śpiewnym głosem. – A ja dla ciebie placek przygotowałam… no, możesz iść, możesz iść – zwróciła się do Franka.
– Dziękuję cioci – uśmiechnął się Franek, zdejmując czapkę. Zbiegł po stopniach i energicznym, szybkim krokiem poszedł do swojej biblioteki. Była zupełnie inna niż w Janówce. Tam wystarczały dwie izby w starej chałupie, tu zajmowali parter starego budynku. Ale na drewnianych półkach tak samo stały polskie książki. I tak samo jak w Janówce coraz to przybywało grubych tomów tłumaczeń Lenina i Stalina, zajmując miejsce zajmowane dotąd przez dzieła polskich klasyków.
– No, jesteś – powitał go Józek, jego kolega. Józef Kirycz przyjechał tu z Chmielnickiego, jak niedawno nazwano Płoskirów. Dostał skierowanie do pracy po studiach w kijowskim Polskim Instytucie Pedagogicznym i miał nadzieję, że po dwóch–trzech latach będzie mógł starać się albo powrócić do Chmielnickiego, do rodziny, albo pojechać do większego miasta.
– Wciskali nam tu plakat o wieczorze antyreligijnym w klubie „Bezbożnik”, ale był po ukraińsku i żydowsku, to powiedziałem, że w polskiej bibliotece musi być po polsku. Poszli, ale mogą znów przynieść – mruknął. Uścisnął dłoń Franka i wyszedł. Franek zaś zdążył zdjąć palto i usiąść za biurkiem bibliotekarza.
Ledwie usiadł, uchyliły się drzwi i wszedł chłopiec w wytartej, starej jesionce i szarej czapce na głowie. Pewnym krokiem skierował się do jego biurka. – Książkę chcę oddać – powiedział. Franek wyciągnął rękę i wziął podany mu, nowiutki, niedawno wydany tom prac Lenina. Taki mały chłopak, a już każą mu czytać dzieła wodza rewolucji! – pomyślał. Chłopiec nie odchodził.
– Coś byś chciał pożyczyć?… – spytał Franek.
– No… – mruknął chłopiec.
– No – znaczy co?
– Coś ciekawego.
– Hmmmm…. – Franek zamyślił się. – A historię lubisz?
– Dawniejszą.
Wstał i podszedł do półek. Sienkiewicz? „Ogniem i mieczem” z biblioteki wycofali, ale „Pan Wołodyjowski” może być w sam raz.
– To czytałeś?… Chłopiec wziął do ręki podniszczoną książkę, zaczął ją przeglądać.
– A o czym ta książka?
– O wojnie. Jak Polska z Turcją walczyła.
– A wygrała?
– Wygrała.
– O! To biorę – ożywił się chłopak.
Franek popatrzył na niego z sympatią. – Masz. A następnym razem dam ci coś innego, też dobrego.
– Dziękuję wam, obywatelu – powiedział chłopiec. Chwycił „Pana Wołodyjowskiego” i wyszedł, szurając butami.

 

I jak zwykle, po chwili przerwy, w bibliotece zrobiło się rojno i gwarno: uczniowie pożyczali lektury szkolne, ich rodzice ulubione książki, których akurat nie mieli w swych domowych bibliotekach. Bo i zresztą mało kto miał tu w domu jakąś większą biblioteczkę z polskimi książkami. Trafiały tu jeszcze za carskich czasów, przywożone z Warszawy i innych polskich miast, ale to oznaczało, że miały już co najmniej siedemnaście lat. A w berdyczowskiej bibliotece były zbiory przekazane w testamencie przez kilku miejscowych Polaków i trochę nowych, już radzieckich wydań. Współczesnych książek pochodzących z Polski nie było wcale, bo i jak miały się znaleźć? Próba przekazania kilku paczek w prezencie przez polski konsulat w Kijowie zakończyła się fatalnie: poprzednika Franka aresztowano za kontakty z konsulatem, a paczki trafiły do miejscowego komitetu partii bolszewickiej i zniknęły. Szeptano, że zabrali je Polacy, działacze bolszewiccy. Jeśli tak – myślał Franek – to dobrze, bo ktoś je czyta. Gorzej, gdyby po prostu wyrzucono je na śmieci lub zniszczono…
Z trudem doczekał wieczora i wyjścia ostatnich kilku osób. Starannie złożył zeszyty, w których zapisywał wypożyczających książki, odstawił kałamarz i pióro, starannie zakręcił butelkę z atramentem. Wyłączył światło, wyszedł i zamknął bibliotekę na dwa, potężne zamki. Zrobiło się ciemno. Pośpiesznie szedł do zaułku Krywonosa, do swojego–nieswojego domu. Jutro do Janówki! Wreszcie naprawdę u siebie, w swoim własnym domu, swoim własnym pokoju. Szedł coraz szybciej, jakby mu ta myśl dodawała skrzydeł. Ech, szkoda, że tam nie zostaliśmy – pomyślał. Dom byśmy pobudowali, a tu na mieszkanie przyjdzie poczekać. Ile? Nie wiadomo. Może dyrekcja szkoły coś pomoże? Bo kierownik biblioteki, Janek Bagiński, nie miał za dobrych notowań u bolszewików i ciągle obawiał się, że go wyrzucą, albo jeszcze coś gorszego – wyślą gdzieś do jakiejś azjatyckiej republiki. Ostatnio mnożyły się pogłoski, że niewygodnych nie wysyłano na daleką północ, a właśnie gdzieś do Kazachstanu. Na północ trafiali skazańcy, których i tak było dostatecznie wiele; do Azji przesiedlano niepewnych. Ale na szczęście takie przesiedlenie nie dotknęło ani nikogo z rodziny, ani też znajomych Franka. Za to o kilku wsadzonych za kratki wiedział doskonale.
Franek westchnął. Bo minął wielki głód początku lat trzydziestych i wydawało się, że już będzie spokojniej, że jakoś da się żyć, na tyle normalnie, na ile tylko można – a tymczasem bolszewicy znów zaczęli się czepiać ludzi. Przeszkadzali im ci, którzy jakoś dotąd nie wadzili. To ten, to tamten znikał nagle, zabrany w środku nocy czy nad ranem przez NKWD, tajną policję bolszewicką. Żeby jeszcze można było dojść do tego – za co? Zazwyczaj wydawało się, że za nic. Niestety, ostatnio wyglądało na to, że niedobrze jest być Polakiem…
Szedł szybko, nie rozglądając się dokoła.
– Franciszek, poczekaj! – usłyszał nagle. Zatrzymał się. Kilka metrów dalej stał Witalij Krużko, Ukrainiec, jego dobry znajomy, nauczyciel z ukraińskiej szkoły.
– Witaj, Witia! – uśmiechnął się Franek.
– I co teraz będzie? – spytał Witia, ciężko dysząc. Najwyraźniej biegł za nim – i to spory kawałek drogi.
– Z czym? – No jak, nie wiesz? – Ale o czym? – zdziwił się Franek.
– Rejon marchlewski zlikwidowany.
– Jak to? Polski rejon?… – Franek zbladł, poczuł, jak w gardle coś go ściska. Co z rodzicami? Znajomymi? Co to jest – likwidacja „polskiej autonomii”?
Witalij zdjął czapkę i przetarł czoło rękawem.
– Dzwoniła do mnie Lena z gazety. Mają wydrukować. Postanowienie prezydium Centralnego Komitetu Wykonawczego Ukraińskiej SRR – tłumaczył. – Zlikwidowano też rejon puliński, nie wiadomo czemu. Pewno dla niepoznaki, żeby nie wyszło na to, że jedynie polski rejon rozwiązują…
– I co dalej? Co z polskimi szkołami? Bibliotekami?
– Nie wiem. Ale mogę się domyślić – mruknął Witia.
– Psiakrew, a my jutro do Janówki się wybieramy.
– Nie jedź – pokręcił głową Ukrainiec.
– I co, zostawić rodziców na łaskę losu?
– Nie jedź – powtórzył Witia. Wyciągnął rękę, uścisnął mu dłoń, nasunął mocniej czapkę, odwrócił się i poszedł.

Franek odwrócił się i stał przez chwilę bez ruchu. Wreszcie ruszył powoli przed siebie. Zaułek Krywonosa był tuż obok. Jeszcze parę kroków i znalazł się w domu. Przeszedł przez ciemną sień, nacisnął klamkę i otworzył drzwi do pokoju.

– Marysiu! – zawołał Franek.

Jego młoda żona odwróciła się i położyła palec na ustach.

– Ciiii… – syknęła. – Antosik chyba chory jest. Przyprowadziłam go od cioci Larysy i wydaje mi się, że gorączkę ma. W każdym razie czuł się źle, to go położyłam do łóżka. Oj, nie wiem, czy do Janówki pojedziemy…

– I ja też nie wiem – odparł Franek. – Polski rejon zlikwidowali.

Marysia umilkła i popatrzyła na niego zdziwiona.

– Jak to: zlikwidowali?

– Wiem tylko tyle. Była polska autonomia – i teraz jej nie ma. Powiedział mi Witia Krużko. Wie od znajomej z gazety.

– Nie ma, nie ma… – powtarzała Marysia. – To co zrobili z radą rejonową? Z polskimi szkołami? Bibliotekami? Wszystkich aresztowali?…

– No chyba nie, jak można aresztować tylu ludzi naraz… – pokiwał głową Franek. – Ale ci z komitetu partyjnego i rady wiejskiej to albo już siedzą, albo będą siedzieć za chwilę…

Zdjął płaszcz, powiesił na wieszaku i usiadł za stołem. Potarł dłonią czoło.

– Właściwie to przydałoby się czegoś więcej dowiedzieć…

Marysia przytaknęła.

– No właśnie. Ja muszę synkiem się zajmować, bo jak nic się na jutro i pojutrze rozłoży, ale ty idź.

– Ale do kogo? W Janówce to bym wiedział, w Marchlewsku też. A tu?

Zapadła cisza. Marysia zmarszczyła brwi.

– Może do dyrektorki Majewskiej. Albo jeszcze lepiej, do Nizińskiego. Partyjny, ale przyzwoity człowiek, lubi i mnie, i ciebie. Wiesz gdzie mieszka?

– Wiem. Niedaleko szkoły przecież.

– To zakładaj palto i idź. On powinien wiedzieć. Albo ci powie, do kogo iść.

Franek potrząsnął głową.

– Najgorsze, że nie ma jak z rodzicami się skontaktować. Telefon tylko w radzie wiejskiej czy na milicji, a tam przecież nie pójdą. A telegramu im wysyłać nie będę…

– Wstał, popatrzył na śpiącego synka i zaniepokojoną twarz żony, wziął palto i zaczął się powoli ubierać.

cerkikosc.jpg

Cerkiew i klasztor karmelitów bosych w Berdyczowie na przedrewolucyjnej pocztówce. W 1935 r. cerkiew jeszcze stała, niedługo potem została zburzona. Klasztor na szczęście przetrwał i w znacznej części został oddany Kościołowi.

 

Gdy wyszedł, na dworze było już ciemno, ale zapaliły się już latarnie. W zaułku Krywonosa było zupełnie pusto, ale gdy wyszedł na większą ulicę, pojawiło się trochę ludzi. Gdy przechodził koło rady miejskiej i komitetu partyjnego zobaczył, że palą się właściwie wszystkie światła. Czyżby pracowali tak długo ze względu na likwidację polskiej autonomii, czy też po prostu postępowano z dobrą, stalinowską tradycją: pracuje się tak długo, do późna w nocy, aż będzie można mieć pewność, że wódz bolszewików już położył się do łóżka i śpi. A Niziński? Będzie już w domu, czy na jakiejś naradzie siedzi? To się za chwilę okaże – niepokoił się Franek. W Berdyczowie, gdzie od wieków żyły zgodnie trzy narodowości – ukraińska, żydowska i polska, także miejscowe władze były wielonarodowe – i Polacy też byli w nich obecni. Ale akurat wicedyrektor szkoły nie był kimś szczególnie ważnym, ot, członek komitetu miejskiego partii bolszewickiej. Choć dla szkoły znaczyło to wiele.
Dotarł wreszcie do dwupiętrowej kamienicy na Szewczenki. W przeszłości mieszkał tu bogaty kupiec, właściciel sklepu na parterze. Po rewolucji najpierw zabrano mu sklep, potem kamienicę, wydzielając jedno mieszkanie. Aż wreszcie zabrano i mieszkanie, a były kupiec gdzieś zniknął. Osiedlili się tu mniej ważni działacze bolszewiccy, tacy właśnie, jak Niziński. Franek wszedł na słabo oświetloną klatkę schodową i wbiegł na pierwsze piętro, przeskakując po dwa stopnie. Zastukał do dębowych drzwi. Cisza. Zastukał ponownie. Zza drzwi dało się słyszeć jakieś szuranie, pobrzękiwanie kluczy i na klatkę schodową wyjrzał Niziński. Najwyraźniej, narzucił tylko koszulę, nawet jej nie zapinając, bo wyglądał spod niej podkoszulek.
–    To ty, Cybulski? Wchodź – powiedział.
Franek wszedł, zdjął palto. Poszedł za Nizińskim, który skierował się do dużego, ładnie umeblowanego pokoju.
–    Sam jestem, bo żona do Kijowa wyjechała – wyjaśnił.
Na stole stała butelka koniaku i kieliszek. Niziński podszedł do kredensu, wyjął drugi kieliszek.
–    Napijesz się? – spytał i nalał trochę złotego płynu nie czekając na odpowiedź. Franek patrzył zdziwiony, bo wicedyrektor znany był jako człowiek raczej stroniący od alkoholu, nie pijący w pracy i z rzadka uczestniczący w spotkaniach, gdzie pito wódkę. Niziński podał mu kieliszek i wziął do ręki swój. Powoli podniósł go do ust i nagle, jednym haustem, wypił całą zawartość.
–    Co cię sprowadza, Cybulski?…
–    Obywatelu dyrektorze… – zawahał się Franek. – No, dowiedziałem się, że polski rejon zlikwidowano…
–    A skąd się dowiedziałeś?
–    Znajomy powiedział.

odlLeninLiebknechta25.jpg

Na zdjęciu: odsłonięcie pomnika Lenina na ul. Liebknechta w Berdyczowie, 1925 r.

 

Zapadła cisza. Niziński wziął do ręki butelkę koniaku, jakby zastanawiał się, czy sobie nalać.

– To prawda. Kierownictwo republiki tak zadecydowało – odparł wreszcie.

– Dlaczego?… Wicedyrektor milczał przez chwilę. Zdecydował się i nalał pół kieliszka koniaku, wziął go do ręki i zaczął w skupieniu oglądać, jakby myślał, że coś w nim zobaczy.

– Widać tak trzeba było – powiedział.

– A co z ludźmi? Co ze szkołami, bibliotekami polskimi?

– Nic – powiedział niezdecydowanie Niziński. – Nic nie będzie. Wszystko normalnie. Pozostanie jak dotąd…

Franek zmarszczył brwi.

– Ale jeśli tak, to po co polską autonomię likwidowano?…

– Czy ty myślisz, że ja w komitecie centralnym jestem, czy co? – obruszył się Niziński. – Oni tam w Kijowie decydują, a może nawet w Moskwie. A na pewno nie w Berdyczowie, czy nawet Winnicy. I jak decydują, to na podstawie wiedzy, której ja nie mam. Z myślą o całym państwie, a nie o jakiejś grupce ludzi, choćby nam się wydawało, że jest najwspanialsza…

Franek popatrzył na niego z niepokojem. Wicedyrektor raczej nie używał języka oficjalnej, bolszewickiej propagandy. Znaczy – niedobrze. Mówi tak, to boi się o siebie.

– Obywatelu dyrektorze… To o ojca, matkę, teściów, niepokoić się nie mam co?

Niziński popatrzył na niego ponuro.

– Niepokoić się? A niby czemu? Przecież to nie żadni szkodnicy są. Uczciwi obywatele, prawda? – mruknął.

– No… tak…

– Ano widzisz. Jak kto jest uczciwym obywatelem, nie ma się czego obawiać.

Franek wstał. – To ja już pójdę może…

– Taaak, tak… – Niziński też wstał.

Przeszli do przedpokoju i Franek zaczął powoli wkładać buty.

– Hmmmm – mruknął wicedyrektor. – Ale pewno lepiej by ci było z rodzicami w jednym mieście żyć. Marysi też chyba. Co oni mają na tych nieużytkach i błotach się gnieździć. Tu znalazłaby się dla nich robota. Na pewno!

Franek popatrzył na Nizińskiego, który skierował wzrok gdzieś na bok, z dala od niego.

– Dziękuję, obywatelu dyrektorze – powiedział.

– Nie ma za co. Idź spokojnie do domu…

szkolaberd.JPG
Dawna polska szkoła w Berdyczowie – to w niej uczył Franek Cybulski.

Gdy znalazł się na klatce schodowej i zamknęły się za nim drzwi do mieszkania wicedyrektora, niemal machinalnie schodził po schodach, zastanawiając się, co mogła oznaczać ta rozmowa. Nie chce powiedzieć prawdy? Na pewno. A może prawdy nie zna? Nie powiedzieli mu? Też możliwe. Co znaczyła sugestia, że powinien ściągnąć rodziców do Berdyczowa? Ukrytą aluzję, że w Janówce coś im grozi?…
Wyszedł na ulicę, po której wciąż w jedną i w drugą stronę chodzili ludzie, a z daleka widać było nawet czapki milicyjnego patrolu. Franek zaczął się zastanawiać. Może iść do cioci Larysy? Jeszcze nie jest tak późno, by miała się zdenerwować niespodziewaną, nocną wizytą. Tak, ona coś poradzi, zna w mieście wszystkich! Przyśpieszył kroku.
Jego ciotka, właściwie – kuzynka, wcale się nie zdenerwowała.
– O, Franek, wchodź. Herbaty się napijesz? – spytała, jakby zupełnie normalną rzeczą było, że wieczorem odwiedza ją kuzyn. Jej mieszkanie, też w starej kamienicy, było nieduże, dwupokojowe. Mąż zmarł pięć lat temu i teraz żyła samotnie, z dwoma kotami. Koty nie wiedzieć czemu go lubiły – i teraz przybiegły, jakby im przyniósł coś smacznego do jedzenia. Franek powiesił na wieszaku palto i przykucnął. Wyciągnął dłoń, delikatnie przejechał po miękkim futerku czarnego, a potem – burego.
– No, chodź już – ciocia Larysa zdążyła nastawić staroświecki samowar, przekonana, że herbata z niego będzie smaczniejsza, niż z zagrzanej na węglowej kuchni wody i zaparzonej wcześniej esencji.
– Pewno masz jakiś kłopot, bo bez tego ciotki byś nie odwiedził…
– Rzeczywiście… – stropił się Franek.
– Ale opowiadaj, opowiadaj. O co chodzi?
– Dowiedziałem się, że polski rejon likwidują. Znaczy się, Marchlewszczyznę.
Ciotka zmarszczyła brwi.
– Oj, niedobrze…
– Nawet bardzo! A my jutro mieliśmy do ojców jechać. Ja nie wiem, co robić? Byłem u Nizińskiego, ale on niczego powiedzieć nie chciał.
– Nie chce się narażać – mruknęła ciotka. – I trudno się mu dziwić… Dziś powie coś niewłaściwego, jutro będzie za to odpowiadał.
– Ale przecież ja bym nikomu nie mówił!…
– A on to niby skąd ma mieć pewność? Synem jego jesteś czy kuzynem? Zresztą wiesz doskonale, że teraz nawet pokrewieństwo nie daje żadnej pewności.
– Ciocia ma rację – pokiwał głową Franek.
Ciotka wstała, nalała do filiżanek esencji z dzbanuszka i przekręciła kurek, nalewając gorącej, aż parującej wody. Rozszedł się dookoła smakowity zapach, jedyny dla samowarów: dymu z palącego się drewna, herbacianej esencji i wrzącej wody. Franek zerwał się i chwycił filiżanki, stawiając je na stole.
– Wybacz, że nie mam ciasteczek, ale Antosik wszystkie zjadł – zaśmiała się ciotka. – Nie piekę codziennie, bo i z mąką, i z cukrem jest kłopot, zresztą sam doskonale o tym wiesz!
Usiadła i wypiła łyk herbaty.
– No i konfitura przydałaby się, ale z tym jeszcze trudniej, bo cukru więcej trzeba. Ale ty nie przyszedłeś tu rozmawiać o ciasteczkach i konfiturze…
– No nie – powiedział sucho Franek.

 

Pokiwała ze zmartwieniem głową.
– Co za czasy, co za czasy. Nie ma wcale spokoju w tym dwudziestym wieku. Co można by zrobić… Z bolszewikami w ich komitecie rejonowym staram się nie zadawać. Torczyńskiego, przewodniczącego rady miejskiej, znam słabo… Rubinsztejn, sekretarz rady, bo ja wiem? Może przez Rozenbluma mogłabym do niego dotrzeć. Ale czy Rubinsztejn cokolwiek powie? Wątpię…
Zastanawiała się przez chwilę w milczeniu, wreszcie podniosła głowę.
– No, jest jeden człowiek, do którego możesz pójść. Seroczyński.
– Seroczyński? Ale to czekista! Ludzi zamykał, na Syberię wysyłał! A poza tym na emeryturze jest. Co on tam wie!
Ciotka wyciągnęła rękę i położyła mu na ramieniu.
– Chłopcze, ja go dobrze znam jeszcze sprzed rewolucji. Gorąca głowa był zawsze. Do bolszewików przystał, jak go z uniwersytetu wyrzucili. Wiesz, jak to mawiano za carskich czasów: w carskim areszcie to zawsze się ze sobą Polak i rewolucjonista spotykali, bo jednych i drugich wsadzali…. – zamyśliła się. – On był w PPS – Frakcji Rewolucyjnej, co to mimo nazwy nigdy rewolucyjna nie była. Podobno samego Piłsudskiego znał i razem z nim akcję na bank planowali, by pieniądze na cele organizacji zdobyć… Ale wpadł, pepesiacy mu pomóc nie mogli, przypadkiem pomogli bolszewicy. I tak został bolszewikiem…. – zaśmiała się.
Wstała – Idziemy.
– Ciocia też?…
– Ja go dobrze znam. Niemal został moim narzeczonym…
Wstała i podeszła do szafki, na której stał telefon. Wykręciła numer i przyłożyła słuchawkę do ucha.
– Michał? Dobry wieczór, to Larysa. Taaaak. Mam do ciebie pilną sprawę. Mogę na chwilę zajść? Wiem, że późno… Z kuzynem będę. Dobrze. No, do widzenia.
Odłożyła słuchawkę, zakręciła się dokoła i zaczęła wkładać buty.
– No, idziemy jak najszybciej, bo już późno… – mówiła, wkładając podniszczony płaszcz z nieco wyliniałą podpinką i ciepłą czapkę.
Franek ubrał się bardzo szybko i teraz czekał w słabo oświetlonym przedpokoju, aż ciotka będzie gotowa. Ona musiała jeszcze pogłaskać oba koty, mówiła do nich przez chwilę, drapała za uszami i pod brodą, aż odeszły, jakby zrozumiały, że ich pani wychodzi tylko na chwilę. Wreszcie wyszli na korytarz, a ona zamknęła drzwi dużym, żelaznym kluczem, najwyraźniej pochodzącym jeszcze z ubiegłego stulecia. Po chwili byli już na dworze.

 

Rozpogodziło się i noc była jasna, księżyc niemal w pełni, a że uliczne latarnie stały rzadko i świeciły słabo, to i gwiazdy widać było doskonale. Ciotka szła szybkim, pewnym krokiem.

– Seroczyński niedaleko mieszka… dom swój ma… zabrali Sidorence, taki bogaty kupiec był – mówiła. – Sidorenko i tak dobrze skończył, bo na Syberii, a nie dwa metry pod ziemią… Wysłali go tam i podobno jakoś się urządził. Porządny był człowiek, polityką nigdy się nie zajmował, myślał, że przeczeka, ale tu nie było czego przeczekiwać…

Skręcili w boczną ulicę, przy której stały stare, jednorodzinne domy. Ten Seroczyńskiego znajdował się rzeczywiście blisko, otoczony drewnianym, porządnie pomalowanym płotem. Weszli na podwórze i ciotka zastukała do grubych, dębowych drzwi. Gospodarz najwyraźniej już na nich czekał, otworzył niemal natychmiast. Był to postawny mężczyzna, o siwych włosach i pooranej zmarszczkami twarzy. Uśmiechnął się na widok ciotki Larysy, podał jej rękę.

– Witaj – powiedział. – No, jeśli mnie odwiedzasz i to o tej porze to chyba w ważnej sprawie. Zwłaszcza, że dość rzadko u mnie bywasz.

Odwrócił się do Franka.

– Pan jest kuzynem Larysy?

– Franciszek Cybulski jestem – przedstawił się Franek i wyciągnął rękę. Seroczyński uścisnął jego dłoń.

– Cybulski… z Marchlewska bodaj?

– Tak, z Janówki koło Marchlewska.

– Ano właśnie – gospodarz cofnął się, wpuścił ich do środka i zamknął drzwi. – Rozbierajcie się, proszę. U mnie ciepło.

Gdy oni zdejmowali płaszcze, on ciągnął: – Ja, młody człowieku, bardzo się kiedyś Larysą Michałowną zajmowałem, to i jej rodzinę dość dobrze znałem. I dalej pamiętam, choć może nie tak dokładnie, kto i gdzie mieszkał.

Weszli do sporego pokoju. Na ścianie, ku zdumieniu Franka, wisiał duży, olejny portret Feliksa Dzierżyńskiego, osławionego twórcy bolszewickiego terroru i jego organizacji – CzeKa. Seroczyński spostrzegł jego zainteresowanie.

– Na emeryturę przechodziłem, to od kolektywu w prezencie dostałem – wyjaśnił. – Ja zresztą Feliksa Edmundowicza poznałem osobiście. Niezwykły był to człowiek!

Niezwykły – rzeczywiście… – pomyślał Franek. Ilu ludzi przez niego zginęło?

Gospodarz usadził ich w fotelach, pogrzebał zakrzywionym, poczerniałym prętem w otwartych drzwiczkach dużego, kaflowego pieca i podszedł do sporego kredensu. Wyciągnął z niego butelkę z ciemnym płynem i trzy kieliszki.

– Trochę nastojki dobrze wam zrobi. Na zdrowotnych ziołach! – zachwalał, podając po kieliszku. Franek spróbował – dobre, mocne, ziołowe. Wreszcie gospodarz sam usiadł.

– I co was do mnie sprowadza? Jakie to kłopoty?

– Skąd wiesz, że kłopoty? – zdziwiła się ciotka.

– Jak ktoś do mnie późnym wieczorem niespodziewanie przychodzi, i to po długim niewidzeniu, to tylko z kłopotami. Ważna sprawa i kłopotliwa – podsumował.

ster.jpg
Przedwojenny plakat, sławiący potężny, sowiecki sterowiec

Ciotka Larysa westchnęła.

– Stefanie…

– Oho! I jeszcze mnie Stefanem nazywasz – zaśmiał się Seroczyński.

– Oj, Stefek, dałbyś spokój – machnęła ręką ciotka. – Że jak w CzeKa pracowałeś, to musisz pokazywać, że lepszy niż ten angielski detektyw Sherlock Holmes jesteś?

Seroczyński uśmiechnął się. – Larysa, sama jesteś, starego Stefka byś czasem odwiedziła. Tęsknię za tobą! Chyba, że się czekisty wstydzisz…

Machnęła ręką.

– Znasz mnie dobrze i wiesz, że ja się niczego nie wstydzę. Ale zostawmy to, zaproszę cię na dobre ciasto, jak mi parę kilo cukru i mąki załatwisz…

– Masz jak w banku! – wtrącił się gospodarz.

–… ale porozmawiajmy o Franciszku. Sęk w tym, że mój kuzyn zostawił w Janówce rodziców. Antoniego ojciec, a dziadek Franka, był rodzonym bratem mojej matki Adeli. Ach, Adela, co to była za kobieta! No ale wracajmy do sprawy… – ciotka wypiła odrobinę nastojki. – I tu dowiaduje się nagle, że Marchlewszczyznę zlikwidowali. Dziś taka wiadomość przyszła. Nie będzie już polskiego rejonu…

Seroczyński wstał, sięgnął po butelkę, dolał ciemnego, pachnącego ziołami płynu im i sobie. Usiadł, wyraźnie poruszony.

– Cholera, czułem, że tak będzie! – mruknął.

Nieco ośmielony, Franek postanowił się wtrącić do rozmowy.

– Panie Stefanie…

– Od panów mnie nie wyzywaj – chrząknął Seroczyński. – Jak bym się z twoją ciotką ożenił, byłbyś mnie nazywał wujem. Mów do mnie: wuju.

Franek zamilkł, zakłopotany.

– Dałbyś spokój – powiedziała ciotka do gospodarza. – Chłopak boi się o rodzinę. O teściów. Spokojni ludzie, nic złego nikomu nie zrobili, ale w dzisiejszych czasach nigdy nie wiadomo…

Seroczyński znów wstał. Założył ręce do tyłu i z lekka pochylony zaczął krążyć po pokoju.

– Nigdy nie wiadomo – otóż to! Polski wywiad, ta osławiona „dwójka”, działa w najlepsze. Trzeba walczyć – a gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Lepiej jak się jednego czy dwóch niewinnych niesłusznie oskarży, niż żeby się władza radziecka miała zachwiać…

– Przestań! – krzyknęła ciotka, aż Seroczyński stanął i spojrzał na nią badawczo. – To nie rajkom partii, nie jesteś na zebraniu aktywu! Ja cię na żadne ciasto nigdy nie zaproszę, jak nie zaczniesz mówić do rzeczy! Co się do diabła dzieje?

Gospodarz podszedł do fotela, usiadł i przetarł dłonią czoło.

– Zmarł Feliks Edmundowicz, znaczy się Dzierżyński. I już nie ma komu polskiej sprawy prowadzić, Kto ma to robić, Kosior? Wolne żarty.

– Jak to? – spytała ciotka Larysa. – Marchlewszczyzna i Dzierżyńszczyzna na Białorusi dzięki niemu tylko powstały?

Seroczyński przygładził włosy.

– Tylko – nie tylko. On sprawę wspierał. Obiecywał, że będzie w sam raz kawałek naszej, bolszewickiej Polski. I że się przyda, jakby jakaś wojna przyszła. Polacy nasi, bolszewiccy będą. Ale nie bardzo się to udało, a teraz Dzierżyńskiego zabrakło, to i nie ma kto obiecywać, że jednak dobrze będzie.

 

– Komu obiecywać?
Emerytowany czekista pokiwał głową.
– Sama sobie powiedz, komu. Kto u nas decyduje? Wiadomo przecież. Jeden człowiek. Nazwisko zna każdy.
Franek chrząknął, aż obydwoje spojrzeli na niego.
– To jak? Mogę jechać do Marchlewska? Do Janówki? Jutro z rana z Marysią, to jest żoną moją, chcieliśmy…
Gospodarz machnął ręką.
– Ja już emeryt jestem i nie wiem dokładnie, co się dzieje. I nie będę teraz do NKWD chodził i się wypytywał. Czasem ktoś wpadnie, coś powie, czasem kogoś na ulicy czy na rynku spotkam. Dobrze powiedziałem: drwa teraz rąbać zaczęli, to i wiórów będzie niemało. Jutro ty lepiej nie jedź. Poczekaj z tydzień. Wyślij telegram do ojca, że żona chora.
– Synek mój chyba gorączkę miał, jak wychodziłem.
– O! – ożywił się Seroczyński. – Powód bardzo dobry. Telegram wyślij, że dziecko chore. Tylko ojców nie przestrasz, bo i tak na pewno wystarczająco są zdenerwowani.
– A ile czekać?
– Nie wiem. Nie wiem. Może tydzień, a może lepiej z miesiąc poczekać? – zastanawiał się gospodarz. – Jak kogoś na oku mają, to pewno od razu wezmą. I żaden twój przyjazd w niczym nie pomoże. Odwrotnie, może zaszkodzić. A odczekasz, sytuacja się uspokoi.
– A rzeczywiście się uspokoi?
– O tym wie tylko jeden człowiek w Związku Radzieckim. A tym człowiekiem niestety nie jestem ja.
– A kto? Stalin?… – spytała.
Seroczyński ściągnął brwi.
– Co ja ci będę mówił. Wiesz przecież doskonale. I… co z tym ciastem? Jutro pójdę i cukier, mąkę załatwię. Do domu ci przyniosę!
Ciotka Larysa pokiwała głową.
– Jak przyniesiesz, to pojutrze ciasto będzie. A jakbyś jeszcze słoiczek jakichś konfitur przyniósł, albo prawdziwego kakao… wy, czekiści, to pewno i kakao dostajecie.
– Zasłużeni dostają. Emeryci byli zasłużeni już dawno temu i nikt już o tym nie pamięta. Ale coś tam powinno mi się udać.
Ciotka pokręciła głową i wstała.
– Późno już, pójdziemy – powiedziała.
Franek i Seroczyński też wstali. Chwilę potem, ubrani i owinięci szalami, wyszli na ulicę. Dla oszczędności paliła się tylko część latarni i było dość ciemno.
– Odprowadzę ciocię – kiwnął głową Franek.
– Dobrze, choć twoja Marysia już pewno mocno się niepokoi…
Kilka minut później dotarli pod dom ciotki. Starsza pani przytuliła swego kuzyna.
– No, biegnij. Ja sobie dam radę.

 

Franek odwrócił się i szybkim krokiem ruszył w kierunku swojego zaułku Krywonosa. Na ulicach było już pusto. W oddali zobaczył przez chwilę postaci dwóch milicjantów, którzy jednak szybko zniknęli, skręcając w jakąś przecznicę. Jeszcze dalej majaczyła ciemna bryła cerkwi, za którą stał klasztor karmelitów – było jednak wystarczająco ciemno, by tej potężnej budowli nie dawało się zobaczyć. Chyba wszyscy już spali, bo w oknach mieszkań też było ciemno. Chyba, pomyślał Franek, że znów prąd w mieszkaniach odłączyli.
Zza jednej z szyb widać było słaby, pełgający odblask światła, jakie tylko świeczka może dawać – tam na pewno nie było prądu. Czy jednak nie było, bo nie opłacony, czy też dlatego, że elektrownia nie działa?…
Chwilę potem okazało się, że jednak elektrownia. Gdy dotarł do domu i wszedł do sieni, było nie ciemno, a czarno. Ale umiał sobie poradzić w takich sytuacjach – po omacku ale pewnym krokiem doszedł do drzwi swojego pokoju i cicho, ostrożnie, nacisnął klamkę. Marysia siedziała na łóżku, wpatrując się w śpiącego synka, a na stole palił się maleńki ogarek. Jej cień na ścianie rozmywał się w dziwny sposób, tworząc dziwny, niesamowity obraz. Pachniało marnym tłuszczem, z jakiego została zrobiona świeczka, a także czymś, co od dawna już kojarzyło mu się z tym wynajmowanym w zaułku Krywonosa pokojem – mieszkanką zapachu zupy, jaką Marysia robiła na obiad, świeżo upranych i schnących ubranek dziecięcych i naftaliny, jaką posypane były ubrania leżące w skrzyni koło szafy. Zapach zupełnie inny, niż domu jego rodziców w Janówce – ale taki swój, własny, zapach mieszkania należącego tylko do nich, nawet, jeśli wynajmowanego. Przeszedł dwa kroki i pod jego nogami zaskrzypiały starannie wyczyszczone, przykryte wiejskiego wyrobu chodnikami deski podłogi. Marysia podniosła głowę.
– Jesteś! Nareszcie! Antoś ma gorączkę. Nie za dużą, ale jednak. Nie chcę cię martwić, ale nie pojedziemy jutro do Janówki….
– Całe szczęście! – mruknął Franek.
– Co takiego? – zdziwiła się jego żona.
Franek zdjął palto.
– Rozmawiałem z Nizińskim. Nic nie powiedział, ale widać, że strasznie jest zdenerwowany. Ciocia Larysa zaprowadziła mnie do Seroczyńskiego…
– Tego czekisty?!
– To jakiś jej dawny narzeczony, ucieszył się na jej widok, jakby mu ktoś portfel pełen czerwońców dał w prezencie. Też nie chciał nic mówić, ale ciotka ma swoje sposoby… Poradził w końcu, żebyśmy na razie nigdzie nie jechali. I żebyśmy wysłali telegram, że synek chory i jechać nie możemy. To i ucieszyłem się, że rzeczywiście jechać nie można – tłumaczył, nalewając zimnej wody z dzbanka do miednicy i starannie myjąc ręce. Wytarł je pasiastym ręcznikiem i podszedł do stołu.

pecees.jpg
Tak wygląda „Przez czerwony step” w wersji „papierowej”…

– No i nie jedziemy, jutro ja do pracy pójdę, a po drodze telegram z poczty nadam.
Marysia zamyśliła się.
– Żeby rodzice nam jakiś znak dali, ale telegramu przecież nie poślą, bo i jaki: „nie aresztowali nas, żyjemy”?
Franek machnął ręką.
– Może ktoś stamtąd będzie jechał? Może jakoś zdołają do ciotki zatelefonować? Nie wiem. A Antosik jak? Poważnie chory? Lekarz, felczer będzie potrzebny?
Jego żona ostrożnie pochyliła się nad łóżeczkiem syna i przyłożyła mu rękę do czoła.
– Na szczęście nie ma dużej gorączki. Sokołowska już radziła, by go wodą z octem natrzeć, to gorączka spadnie, ale ja sobie tego wyobrazić nie mogę, jak to dziecko taką mieszanką nacierać i czekać, czy się ochłodzi.
– Masz rację… – mruknął Franek.
Ogarek powoli się dopalał i w pokoju robiło się coraz ciemniej, ale oni, przyzwyczajeni do ciemności i na pamięć już znający swój pokój i stojące w nim sprzęty, rozbierali się pośpiesznie i niemal mechanicznie odkładali ubrania. Potem równie pośpiesznie myli się w zimnej wodzie z dzbanka – mogli pójść do kuchni, gdzie na piecu stał gar z ciepłą wodą, ale wychodzić z ich pokoju wcale im się nie chciało. Świeczka zaskwierczała i zgasła akurat wtedy, gdy wskakiwali do łóżka. Przywiezione ciężarówką z Janówki, łóżko zrobione było przez miejscowego stolarza na zamówienie rodziców Franka, a materac przygotowała matka Marysi.
Zapadli teraz w głąb materaca, otuleni grubą, puchową kołdrą, z głowami na dużych, puchowych poduszkach, obleczonych w białe, koronką obszyte powłoczki. Pod kołdrą było zimno, więc przytulili się do siebie – on, jeszcze zimny po nocnym spacerze po Berdyczowie, ona rozgrzana siedzeniem w ciepłym pokoju. Marysia zadrżała, czując jego zimno, ale nie odsunęła się, tylko starała się go rozgrzać, przytulając całym ciałem. A on objął ją rękami, przycisnął do siebie i przysunął swoje usta do jej ust. Pocałowali się, najpierw powoli i ostrożnie, a potem silnie, tak, że poczuł jej gorące wargi. Byli razem, razem i u siebie, ze sobą. Przewróciła się na wznak, a on powoli położył się na niej.

 

Zadzwonił szkolny dzwonek i Franek odłożył obsadkę ze stalówką i starannie zakręcił kałamarz. Siedzące w ławkach dzieci pośpiesznie robiły to samo, by zaraz wstać i wybiec z klasy.

– Franciszek Antonowicz!
Franek odwrócił głowę. W drzwiach stał Stepan, woźny szkolny, postawny i wąsaty mężczyzna. – Dyrektorka woła, Franciszek Antonowicz!
– Już idę… – Franek wstał i ruszył ku drzwiom. Czego może chcieć od niego dyrektorka? Po wydarzeniach z pamiętnego piątku, gdy dowiedział się o likwidacji polskiego rejonu, nadał w sobotę rano telegram „Syn chory, nie możemy przyjechać” i tak jak co dzień poszedł do pracy, do polskiej szkoły numer 3 imienia Dąbala. Dyrektorka Majewska trochę się dziwiła, ale gdy wyjaśnił mu, że mały Antosik zachorował, przestała się dziwić. Pytała tylko, czy jego żona da sobie radę.
A potem, wczesnym popołudniem, nauczyciele dowiedzieli się tego, co on wiedział od poprzedniego dnia. W innych warunkach natychmiast rozpoczęłyby się narady i dyskusje, ale tu na temat Marchlewszczyzny nikt niczego nie mówił. Więcej: umilkły wszelkie rozmowy, ludzie przestali żartować. I to ogólne milczenie było dowodem, że dzieje się coś niedobrego. Wiadomo było, że dopiero wieczorem, w domach, między bliskimi znajomymi, rozpoczną się debaty i rozważania.
On sam wraz z Marysią i synkiem poszli do ciotki Larysy, do której przyszedł też nauczyciel matematyki, powszechnie lubiany Teodor Zawilski. Ale za mało wiedzieli, by móc wyciągnąć jakieś sensowne wnioski. Zawilski miał w jednej z wiosek pod Marchlewskiem stryja, a w samym Marchlewsku – kuzynów. Tak samo jak oni od rodziców, on nie miał od nich żadnych wiadomości. Zaczęli się więc zastanawiać, czy w obecnej sytuacji grozi coś także Polakom poza Marchlewszczyzną. Ale na przypuszczeniach się skończyło.
O tym wszystkim myślał Franek, idąc do gabinetu dyrektorki Majewskiej. Zastukał, usłyszał głośne „proszę” i wszedł do środka.
Gabinet przypominał pokój urzędnika średniego szczebla: stare, duże, politurowane na ciemno biurko, a za nim wysoki, obity skórą fotel; z tyłu, na ścianie, duży portret wodza bolszewików Józefa Wissarionowicza Stalina, obok herb Ukraińskiej SRR i nieco mniejsza fotografia Stanisława Kosiora, pierwszego sekretarza Komunistycznej Partii (bolszewików) Ukrainy, czołowego Polaka wśród sowieckich komunistów. Kosior, pomyślał Franek, najpierw tworzył Radziecką Marchlewszczyznę, teraz ją likwiduje. Ciekawe, kiedy zlikwidują jego samego?
Pokój dyrektorki odróżniał się od typowych, sowieckich gabinetów jedynie tym, że na bocznej ścianie wisiały stalorytowe rysunki, przedstawiające portety wybitnych polskich poetów, pisarzy i uczonych. Dawniej podobno tych portretów było o wiele więcej, ale potem skrupulatnie je przejrzano, odkładając na bok te, które uznano za reakcyjne albo choćby za mało rewolucyjne.
– Franciszek, siadaj, proszę – uśmiechnęła się Majewska.
Usiadł w krześle, stojącym przy postawionym przed biurkiem stoliku.
– Mam dla ciebie wiadomości od rodziców – powiedziała dyrektorka. Franek aż wstał z wrażenia.
– No siadaj, siadaj – pokiwała głową. – Wiem, że się niepokoisz. Nic im się złego nie dzieje, rodzicom Marysi też. Prosili, żeby was pozdrowić.
– To… – zawahał się. – To jak tam teraz jest?
Dyrektorka skrzywiła się.
– Inaczej. Paru ludzi nie ma… no, nie ma po prostu. Zabrali ich. Ale pozostali są i pracują normalnie. Rejonu nie ma, więc i rady rejonowej nie ma.
– A polskie szkoły, biblioteki?
– Hmmmm – zawahała się Majewska. – Są. Ale czy będą działać dalej? Tego nie wiadomo. Aha… twoi rodzice prosili, żebyś może sam przyjechał, bez Marysi i synka. Łatwiej będzie. A jak się wszystko uspokoi, to wtedy na dłużej całą rodziną do nich przyjedziecie.
– Sam? Marysia się zmartwi.
– Lepiej niech się zmartwi teraz, niż żeby z tego jakieś kłopoty miały być. Najlepiej jak pojedziesz w sobotę, dam ci wolne, tak, jak wtedy. I będziesz miał akurat dwa dni na wyjazd – mruknęła dyrektorka. – Aha, jeszcze jedno. Niektórzy ludzie z Marchlewska wymyślili sobie, żeby do polskiego konsulatu do Kijowa jechać i o wizy do Polski się starać. To bardzo niedobry pomysł.
Franek uniósł brwi ze zdziwienia. – Wizę do Polski? Żeby tak po prostu wyjechać?
– Tak by chcieli. Ale mówię – z naciskiem podkreśliła Majewska – tego robić nie należy. Tacy co do konsulatu polskiego jeżdżą, nie pomagają ani sobie, ani innym…
Na korytarzu donośnie zabrzmiał szkolny dzwonek.
– No, wracaj na lekcję, tam już dzieci na ciebie czekają!

 

Wstał, ukłonił się dyrektorce i wyszedł na korytarz. Gwar przerwy szkolnej ucichł już, słychać było jeszcze kroki spóźnionych, idących do klas nauczycieli. Usłyszał, że za nim ktoś idzie. Odwrócił się – był to Niziński.

– Franciszek, mam nadzieję, że nie zamartwiasz się już o swoich rodziców – powiedział wicedyrektor. Uśmiechał się, ale jak Franek mu się uważniej przyjrzał, to dostrzegł, że oczy Nizińskiego nie uśmiechają się wcale, a w kącikach ust jakby przybyło mu zmarszczek. – No, nie ma się czego niepokoić, rozmawiałem dziś z towarzyszami z komitetu centralnego z Kijowa. Nic dziwnego się nie stało, przeciwnie, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Zmiany, zmiany – nasz kraj jest przecież krajem zmian – zaśmiał się. – Ale do zmian trzeba umieć się dostosować. Pamiętajcie: dostosować się do zmian! – dodał.

Niespodziewanie zamilkł, odwrócił się i poszedł w kierunku pokoju nauczycielskiego. A Franek poszedł na lekcję.

Ostatnia w tym dniu lekcja dłużyła mu się jak nigdy. Uczniowie coś mówili, a on jakby ich nie słyszał. Wreszcie polecił wszystkim przeczytanie kolejnego rozdziału książki, a on udawał, że coś notuje w swym grubym notesie. Dzwonek był dla niego wybawieniem, wycierał stalówkę, chował obsadkę i zakręcał kałamarz szybko jak nigdy. Uczniowie wybiegli na korytarz, a on za nimi. Chciał biec, ale nie powinien, więc tylko szedł przyśpieszonym krokiem. Zostawił rzeczy w pokoju nauczycielskim, pośpiesznie pożegnał się z kolegami, nałożył palto i wyszedł na ulicę.

W zaułku Krykińskim było jak zwykle cicho i spokojnie. Gwarno miało się zrobić dopiero za parę minut, jak uczniowie wybiegną z szatni. Szybkim krokiem oddalił się od budynku szkoły, minął opustoszałą cerkiew, za którą z lewej widać było potężną budowlę zakonu karmelitów. Miał pójść na rynek, ale zdąży to zrobić trochę później. Teraz jak najszybciej do domu.

– Franek!

Zatrzymał się, rozejrzał dokoła. Z boku stał Lonia Fedorenko, Ukrainiec, dobry znajomy, rzec by można – kolega, bo pracujący w miejskiej bibliotece.

– Czemu nie przyszliście z Marysią w niedzielę do Iwana?…

Franek przypomniał sobie – byli zaproszeni do innego znajomego, nauczyciela, człowieka bardzo wesołego i obrotnego, który nawet w czasach największego głodu umiał zorganizować coś do jedzenia. Nie poszli, bo ciotka akurat nie mogła zająć się synkiem, a nie mieli tu nikogo innego, kto mógłby pomóc.

– Z dzieckiem musieliśmy zostać – rozłożył ręce. – A Antosika do Iwana przecież nie mogliśmy zabrać.

– E tam, wyznaczylibyśmy półgodzinne dyżury i byłoby dobrze! – zaśmiał się Lonia. – Ale, ale… Wiesz, mówił mi Wasyl, pamiętasz Wasyla?

Wasyla trudno było zapomnieć – jako jedyny z grupy znajomych był partyjny i może dlatego trzymał się trochę na uboczu. Chodził na zebrania partyjne, a jego wuj był nawet członkiem władz obwodowych partii.

– No i Wasyl powiedział mi w tajemnicy, że teraz wykryto nowego, niebezpiecznego wroga – ciągnął Lonia. – Polska Organizacja Wojskowa, która ma swych agentów wśród Polaków na Ukrainie. I że ważne zadanie, to znaleźć tych agentów i ich zniszczyć… Coś słyszałeś o tym?

– Nie… – Franek wzruszył ramionami. – Nic nie wiem o żadnej Polskiej Organizacji Wojskowej. Ale znam życie: jak trzeba będzie, agentów znajdą wszędzie.

Lonia pokiwał głową.

– Niestety. Coś widzę, że Polacy mogą mieć teraz trudno. Najpierw wam ten rejon autonomiczny zlikwidowali, a teraz chyba powód do likwidacji znaleźli. No, dzisiaj wam, jutro nam coś znajdą… Ale to nic. Przeżyjemy! W niedzielę o siedemnastej do mnie przyjdziecie? Będą sami dobrzy znajomi.

– Ja chyba do rodziców do Janówki pojadę. A Marysia jak znajdzie kogoś do Antosika to do was wpadnie.

– No to do widzenia – uśmiechnął się Lonia i ruszył przed siebie.

 

Franek wolniejszym nieco krokiem poszedł w kierunku domu. Co za pomysł z tą Polską Organizacją Wojskową? Żeby pognębić Polaków? Znaleźć formalny powód? A może rzeczywiście działa jakaś POW? Na to pytanie nie sposób odpowiedzieć.
I znów dom w zaułku Krykińskim, lekko skrzypiąca podłoga w ich wspólnym pokoju, znajomy zapach i znajomy widok młodej żony, piszącej coś w rozłożonych na stole papierach. Synka nie było, pewno został u ciotki. Gdy go ujrzała, uśmiechnęła się szeroko.
– Mam dla ciebie dobrą nowinę – powiedziała, wstając. – Mięso na obiad?… – zaśmiał się Franek.
 – Nie, dużo lepiej. Mamy szanse na prawdziwe, własne mieszkanie!
Aż usiadł ze zdumienia.
– Jak to?
– Sajenko jedzie do Kijowa. Dostał tam pracę. No i zostawia porządne, dwupokojowe mieszkanie. Za jakiś miesiąc…
– No to prawdziwa rewelacja! – zaśmiał się Franek. – I jak, wynajmie nam? Marysia pokiwała głową.
– Może wynajmie, a może nawet załatwi, że zostanie przepisane na nas. Bo on tam dostał przydział i tu powinien mieszkanie oddać, a nie wynajmować.
– Jeśli tak, to cud prawdziwy.
Pociągnęła go na łóżko.
– Siadaj. Może wreszcie zacznie się nam układać? Mieszkanie to sprawa najważniejsza. Bo pracę już przecież mamy. Żeby tylko z rodzicami wszystko się wyjaśniło.
– A!… – przypomniał sobie Franek. – Rodzice! Dyrektorka przekazała mi od nich wiadomość. Wszystko w porządku, są zdrowi, proszą, żebym przyjechał. Ale na razie tylko ja sam. Bo chyba nie jest tam do końca bezpiecznie. Majewska mówiła bardzo niejasno, a na dokładkę Lonia Fedorenko, którego po drodze spotkałem, mówił, że sobie bolszewicy jakiegoś nowego wroga znaleźli. Niestety, polskiego – jakąś Polską Organizację Wojskową. Marysia westchnęła.
– Jakoś najgorsze wieści przynoszą ci, których ty po drodze do domu spotykasz! A na rynku byłeś?
– Śpieszyłem się do ciebie. Tyle wieści, nie mogłem tak sobie pójść na rynek i wybierać ziemniaki czy chleb.
– No to pójdziemy razem, a potem po Antosika – zdecydowała Marysia. Podniosła się z łóżka.
– Przejdziemy się trochę po świeżym powietrzu, bo od siedzenia w tym jednym pokoju to można melancholii dostać! A kiedy ty chciałbyś jechać?
Franek zastanowił się przez chwilę.
– Dyrektorka mówiła, że mi da wolne w sobotę. Jak samemu, to najlepiej byłoby jakoś w piątek po południu… ale jak transportu dobrego nie będzie, to w nocy na polu zostanę! Albo w sobotę wczesnym rankiem.
– Tak niby niedaleko, sto kilkadziesiąt kilometrów zaledwie, a dojechać jest tam bardzo trudno – powiedziała Marysia, wkładając sweter i zdejmując z wieszaka płaszcz. – Gdyby tak mieć własny automobil…
– Ha! Marzenia! Żeby choć pociągi jeździły szybko i o czasie – odpowiedział Franek, wkładając palto i czapkę na głowę. Uśmiechnęli się do siebie i wyszli z pokoju, zamykając drzwi za sobą.

 

Budzik zadzwonił tak, jakby miał obudzić zmarłego. Franek jak najszybciej sięgnął ręką i nacisnął przycisk. Nastała cisza. Było ciemno, bardzo ciemno – piąta rano. Marysia usiadła i spojrzała do łóżeczka, w którym spał ich synek, ale sen miał twardy i byle dzwonek budzika go nie mógł obudzić.
– No, wstawaj! – szepnęła do Franka.
Wstawał niechętnie z rozgrzanego łóżka, od emanującego ciepłem ciała Marysi. Podszedł do stołu, wziął świeczkę, zapalił ją i postawił na półce przy lusterku.
– Nie będę chodził do kuchni i grzał wody, bo potrwa to z pół godziny – mruknął.
Ale golenie się zimną wodą z dzbanka było niełatwe. Najpierw nie chciała się robić piana, potem skrobał brzytwą po szyi i policzkach jak tępą kosą po ściernisku. Osiągnął tyle, że częściowo udało mu się zlikwidować poranny zarost, a całkowicie – usunąć pianę. Wreszcie przemył twarz zimną wodą i osuszył ręcznikiem.
– Może ci jednak podgrzeję wodę, choć herbaty zrobię? – spytała Marysia.
– Nie, pociąg mam za pół godziny, muszę być na czas na dworcu.
– Chleb na drogę wziąłeś?
– Już od wczoraj zapakowany.
– Uściskaj rodziców, opowiedz im o tym, że możemy mieć własne mieszkanie! – Na pewno! – przytaknął Franek. – A teraz jeszcze jedno. Jakby coś się stało… nie wiem co, ale w dzisiejszych czasach wszystko się stać może… Marysia patrzyła na niego zaniepokojona.
– Dyrektorka zapewniała przecież, że teraz nic ci nie grozi?…
Franek zmarszczył brwi.
– Grozi, nie grozi. Któż to wie? Jakby się coś stało, wiesz dokąd jechać i kogo o co się pytać.
– A ty te swoje rzeczy… no wiesz, które… zabrałeś?
 – Zabrałem – przytaknął Franek, wspominając niewielkie, ciężkie zawiniątko, i drugie, nieco lżejsze. – Pamiętaj: choćby mi się coś po drodze stało, wrócę do ciebie i synka.
– Mówisz tak, jakby naprawdę coś ci się stać miało… – w kącikach oczu jego żony pojawiły się łzy.
Podszedł do niej, objął, przytulił.
– Nie, ale lepiej być gotowym na każdą sytuację – powiedział. – Wiesz przecież, że z niewiadomego powodu do zupełnie niewinnych ludzi przychodzą i ich zabierają… tym bardziej każda podróż wydaje się jakąś niewiadomą. Nigdy nie wiesz, co bolszewikom do głów przyjdzie!
Przysunął się do niej jeszcze bardziej, poszukał ustami jej ust. Były słone, bo z oczu płynął jej wąziutki strumyczek łez. Pocałowali się mocno, jeszcze mocniej, aż smak soli gdzieś zginął, zniknął, aż łzy przestały płynąć.
– A może to wszystko strachy na Lachy – roześmiał się i wstał. Nachylił się nad łóżeczkiem synka, bardzo delikatnie pocałował go w czółko. Chwycił za rączkę walizki, nie była za ciężka. Włożył palto, szalik i czapkę i jeszcze raz, delikatnie, pocałował stojącą obok niego Marysię, owiniętą w zdjęty z łóżka pled.
– Tylko się tu straszymy i straszymy. Może trzeba było pojechać całą rodziną. No nic, trudno…
Wyszedł, ostrożnie zamykając za sobą drzwi. Postał przez chwilę w sieni, wsłuchując się w ostrożne kroki żony. Jeden krok, drugi, trzeci, zaskrzypiało łóżko, pewno już się położyła, teraz nakrywa się kołdrą… wolałby leżeć teraz koło niej. Wzuł buty i wyszedł na dwór.

 

Wciąż było ciemno, choć na wschodzie, przez rzadkie chmury przebijał wątły promyk powoli wstającego słońca. Ranek był chłodny, więc mocniej nacisnął czapkę na uszy i szczelniej zawinął szalik. Ruszył energicznym krokiem. Na stację było niedaleko, zresztą, liczący kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców Berdyczów nie był wielkim miastem, chyba, że ktoś żył po na drugim brzegu rzeki Gniłopiaci. Ulice były jeszcze puste, z rzadka, powoli, przejechał jakiś wóz konny, kierując się chyba na rynek. Samochód nie jechał żaden, co zresztą nie było specjalnie dziwne: pojazdów mechanicznych było w mieście wciąż niewiele.
Latarnie już wyłączono, więc szedł w słabym świetle wstającego powoli dnia, kierując się ku miejscu, które nie zasypiało chyba nigdy – na dworzec kolejowy. Dotarł tam ledwie kilkanaście minut później. Stacja może i nie zasypiała, ale ludzie w poczekalni – tak. W pomieszczeniu było ciepło, duży, kaflowy piec ogrzewał skutecznie całą poczekalnię, kasy i pokój zawiadowcy.
Franek podszedł do okienka kasowego, za którym podrzemywała starsza kobieta w kolejarskim mundurze.
– Olszówka.
Odliczył kilka banknotów i monet, położył na okienku. Kobieta sprawnym ruchem zabrała pieniądze i podała mu niewielki, tekturowy kartonik.
– Bierzcie.
Wziął bilet i rozejrzał się dokoła. Rozkład pociągów pokazywał: odjazd 5.40, Szepietówka. Zegar wiszący nad kasą nie działał. Franek rozpiął palto i wyciągnął stary, kieszonkowy zegarek – do odjazdu pociągu miał jeszcze dziesięć minut. A do przyjazdu? Jeśli pociąg nie będzie się spóźniał, to pewnie jakieś pięć. Ale spóźni się prawie na pewno.
Podszedł do stolika, przy którym starsza kobieta sprzedawała najnowszy numer „Radiańskiego Szliachu”. Położył monetę, wziął gazetę i przysiadł na pobliskiej drewnianej ławce. Na prawo od niego siedziała jakaś staruszka, okutana w kraciasty koc, z nogami zawiniętymi w jakieś szmaty, wystające z krótkich walonek. Trzymała duży kosz, przykryty chustą – ale chyba pusty. Na lewo jakaś para w średnim wieku, sprawiali wrażenie, jakby dotarli tu już dawno, a teraz przysypiali – on w porządnym, czarnym płaszczu, ona też dobrze ubrana. Stały przy nich dość nowe walizki. Niby spali, ale dostrzegli jego spojrzenie i teraz spod półprzymkniętych powiek zaczęli przyglądać się jemu. Nie należy zwracać na siebie uwagi, pomyślał. Zamknął oczy…
…Obudził go gwizdek zawiadowcy stacji. Najwyraźniej pociąg się zbliżał, bo oczekujący pośpiesznie powstawali z ławek i ruszyli na peron. Po chwili dało się słyszeć miarowe sapanie lokomotywy. A potem można było dostrzec, jak lokomotywa i ciągnięte przez nią wagony zbliżają się. Zaczęły zwalniać, przy akompaniamencie posapywań, skrzypień i świstów. Wreszcie pociąg osobowy do Szepietówki stanął na peronie. Otwarło się kilkoro drzwi i kilkanaście osób wyskoczyło na peron. Potem do środka zaczęli wspinać się pasażerowie z Berdyczowa.
Kolejne twarde, drewniane ławki, pełne podróżnych. Zwykły wagon osobowego pociągu, nie przeznaczony do długiej, nocnej jazdy, a więc bez przedziałów i bez łóżek, z samymi tylko ławkami. Ale jechał przez noc i ludzie pozasypiali. Niektórzy wyglądali przez zapocone, brudne szyby, przez które trudno było nawet odczytać nazwę stacji, ale większość spała dalej. Franek z trudem znalazł odrobinę wolnego miejsca i wcisnął się między dwóch śpiących mężczyzn, którzy bez obudzenia się posunęli się nieco. Mimo, że było dość ciepło, nikt się nie rozbierał, jakby w oczekiwaniu, że nagle trzeba będzie wysiąść. Franek nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego w wagonach bez przedziałów podróżni tak niechętnie się rozbierają. Jemu już po chwili robiło się gorąco, ale nie chciał wyglądać na jakiegoś dziwaka, rozpiął więc tylko palto, poluźnił szalik i trochę zsunął czapkę. Byle nie zasnąć na dobre – pomyślał. Ale podróż miała trwać co najmniej dwie godziny, więc mógł przynajmniej podrzemać. Z ręką na rączce walizki, żeby nikt mu jej nie zabrał, zasnął…

 

… Przyśniła mu się jego wędrówka do Polski. Było akurat pięć lat temu, gdy trzyoosobową grupką – on, jego kuzyn i zawodowy przemytnik – jechał pociągiem w kierunku granicy. Bał się wtedy okropnie, że sprawdzi ich milicja, zatrzyma, że nie uda im się dotrzeć – a jednak się udało. Do samej granicy udało się właściwie bez przeszkód. Dopiero potem, gdy w ciemnościach, gonieni przez pograniczników, na dobre się zgubił, zaczęły się kłopoty…
Pociągiem szarpnęło, a Franek się obudził. Odruchowo sprawdził – walizka stała obok jego nogi. Było całkiem ciepło, wręcz duszno – wszyscy siedzieli okutani w swoje palta, płaszcze, kufajki czy koce, z czapkami na głowach, brudne okna były doszczętnie zaparowane. Usiłował wyjrzeć, zobaczyć, na jakiej są stacji, ale mu się to nie udało. Jak zobaczy, że powinien wysiąść?…
Zaczął się zastanawiać nad swoim snem. Pięć lat temu do Polski można było się przedostać naprawdę łatwo. Jak ktoś znał drogę, znał przygraniczne ścieżki i miał dobre kontakty z mieszkającymi nad granicą ludźmi – tym łatwiej. Ale opowiadał mu pewien znajomy, że teraz jest trudniej. Po sowieckiej stronie o wiele więcej niż wtedy patroli chodziło. Trzeba było mieć bardzo dużo szczęścia, żeby nie wpaść w coraz szczelniej zastawione sidła.
Pociąg jechał miarowo, dość powoli, a koła stukały o złącza szyn. Ten stukot znów uśpił Franka. Ale tym razem zapadł w bardzo głęboki sen i nie przyśniło mu się nic.
– Bilet, bilet pokażcie! – obudził go głos konduktora i szarpanie za rękę. Potrząsnął głową. Nad nim stał mężczyzna w kolejarskim mundurze. Franek bez słowa wyciągnął bilet, pokazał go konduktorowi. Ten obejrzał go, podał mu go z powrotem. Ludzie dokoła też już się obudzili i teraz rozglądali się dokoła zaspanymi oczami. Ale kolejarz już odszedł i wagon powoli znów zapadał w sen. Tylko mężczyzna siedzący na sąsiedniej ławce wyjął z trzymanego przez siebie worka niewielkie zawiniątko i wyciągnął z niego chleb. Kozikiem wyjętym z kieszeni pokroił chleb na kawałki i zaczął jeść. Potem z tego samego worka wyłowił butelkę z mętną cieczą, odkorkował, wypił łyka, skrzywił się, zatkał znów korkiem i schował do worka. Złożywszy szmatkę po chlebie, schował ją do kieszeni. Pochylił głowę jakby znów szykował się do snu.
Znów zasnął i teraz śnił mu się stół, świąteczny stół u rodziców w Janówce. Nie jakieś tam ugotowane ziemniaki, choćby nawet ze skwarkami – ale mięso, sało, może nawet jakaś dawno już nie widziana kiełbasa. Wszystko to pięknie pachniało, więc pochylił się, by wziąć do ręki pęto kiełbasy – a może kawałek świeżo upieczonego mięsa – albo choćby sała, jak tu nazywano słoninę. Położyć na chlebie i…
Znów obudziło go szarpnięcie pociągu. Kolejna stacja, znów nie wiadomo jaka, ale za to na zewnątrz zrobiło się już całkiem jasno i jakby tak trochę mocniej potarł szybę, to może coś jednak zdołałby zobaczyć. Tarł więc końcem szalika, aż ten zrobił się brudny, a przez małe, czyste kółko na szybie dało się zobaczyć stacyjny budynek i napis: Wełyki Korowynci. Czyli ma jeszcze co najmniej pół godziny jazdy.
Rozpiął do końca palto i sięgnął po zegarek. Dochodziła siódma. Rzeczywiście, jeszcze godzina. O tej porze przed porannym wyjściem do szkoły lub biblioteki jadał zazwyczaj śniadanie, kawa zbożowa, pajda chleba lub dwie, kawałek sera, a od święta kubek gorącego mleka. Jego żołądek doskonale wiedział, że nastał czas śniadania. Co prawda, zwłaszcza w czasach wielkiego głodu zdarzało się – i to często – wychodzić rano bez żadnego posiłku, ale ten dramatyczny czas na szczęście minął.
Rozejrzał się dokoła – chyba nikt nie przejmował się, że jedzie w ścisku i zaduchu. Otworzył walizkę, nieco uchylając jej wieko i wyciągnął to, co przygotowała mu Marysia: dwa kawałki chleba z serem i słoik z mlekiem. Odwinął papier i zaczął zajadać. Chleb był oczywiście z poprzedniego dnia, ale dobry, berdyczowski, jak świeży; ser kupiony u znajomej na rynku, podobnie jak mleko. Zajadał się, chleb z serem wydały mu się szczególnie smaczne, widać – pomyślał – w podróży zawsze wszystko wydaje się smaczne i człowiekowi bardziej chce się jeść, niż w domu.
Złożył papier, w które zawinięte były kanapki, zawinął pusty już słoik po mleku i ostrożnie włożył do walizki. Teraz, względnie najedzony, mógł spokojnie czekać na swoją stację. Tak jak pozostali, siedzący bez ruchu, tak i Franek siedział bez ruchu, wspominając wyprawę swojego życia: nagłe, niespodziewane zatrzymanie na granicy przez żołnierzy w okrągłych czapkach i karabinach w rękach, którzy zaprowadzili go do chaty – strażnicy. I to uczucie, gdy w wąsatym człowieku na portrecie wiszącym na ścianie rozpoznał nie Józefa Wissarionowicza Stalina, a Józefa Piłsudskiego. A w oficerze polskiego Korpusu Ochrony Pogranicza – swojego kuzyna. No, dosyć tych wspomnień.

 

Sięgnął po gazetę, odruchowo szukając jakiejkolwiek informacji z Polski. Była, a jakże: „Za Krakowem – Lwów”. Policja rozgoniła demonstrację bezrobotnych, jeden robotnik zabity, dwaj zmarli z ran, trzech innych w szpitalu. „W Polsce w odpowiedzi na wzrastającą walkę strajkową podnosi się fala białego terroru” — czytał. Ech, pomyślał, tylko w Sojuzie wszystko jest dobrze, gdzie indziej musi być źle. „Kwartał nowych zwycięstw” — tak, ten tytuł mówił sam za siebie. Tu codziennie są zwycięstwa.
Zajrzał na ostatnią stronę. Opera leningradzka wyjechała, teraz przedstawienia wystawiał jakiś teatr żydowski. Kino… O, będą wyświetlać film „Aerograd” Dowżenki – pomyślał z zainteresowaniem. O bazie lotniczej na Dalekim Wschodzie, Marysia nie będzie pewno chciała pójść, a szkoda. Trzeba albo poczekać na inny film, albo pójść z jakimś kolegą…
Pociąg zwolnił. Teraz powinna być jego stacja. Mocniej chwycił za rączkę walizki. Zgrzyt i pisk hamulców, zwolnione sapanie lokomotywy, wreszcie – wagon stanął. Franek wstał i ruszył ku drzwiom, ale zanim zdążył je otworzyć, już ktoś to zrobił z drugiej strony. Wyjrzał na zewnątrz, spojrzał na napis: Olsziwka. Wyskoczył na błotnisty peron. Stacja była niewielka, bo też i i Olsziwka — po polsku Olszówka — była małą wsią położoną tuż obok nieco większej miejscowości, Czudnowa; z jakiegoś powodu tory kolejowe nie przebiegały przez sam Czudnów, tylko nieco obok. Oby tylko znalazł jakiś transport jadący w kierunku domu… Byle do Dzierżyńska, a potem droga wiodła prościutko, przez Bykówkę do Marchlewska, z odgałęzieniem do Janówki.
Z trudem wyciągnął z kieszonki zegarek – dochodziła ósma rano. Najlepiej byłoby, pomyślał, złapać jakiś samochód jadący w kierunku Romanówki, od niedawna nazywanej Dzierżyńskiem. Czyli – pójść ze trzy kilometry drogą i czekać na skraju miasta. Ale jeszcze lepiej było poczekać przed stacją.
Trochę ludzi wysiadło, kierowcy zajeżdżali tu czasami z nadzieją na kilka rubli. Tak było i tym razem. Podjechała ciężarówka i z szoferki wychylił się młody mężczyzna z futrzanej czapce.
– Dokąd chcecie jechać? – spytał.
– W kierunku Marchlewska – odparł Franek.
Kierowca skrzywił się.
– Nie bardzo po drodze, bo ja do Baranówki, ale jakoś damy sobie radę. Wsiadajcie! A walizkę możecie z tyłu, na pace położyć. Franek przełożył walizkę przez drewnianą osłonę skrzyni, zasłonił grube, gumowane płótno i wsiadł do szoferki.
– Z daleka jedziecie? – spytał szofer.
– Z Berdyczowa.
– A, to niedaleko. Raz podwoziłem jegomościa, co z Irkucka jechał, to jest dopiero kawałek drogi! – opowiadał kierowca.
Za oknami pojawił się i zniknął Dzierżyńsk, spora wieś. Na rozstaju dróg skręcili w prawo. Szofer dalej opowiadał o przybyszu z Irkucka, co to nie mógł nadziwić się jak wygląda „zachód”, bo Ukraina była przecież dla niego zachodem… a Franek, choć ciężarówka podskakiwała na wybojach, to w cieple promieniującym od silnika miał coraz większą chęć przymknąć oczy i zasnąć… po prostu zasnąć, usypiany monotonnymi słowami towarzysza podróży. Obudziło go nagłe szarpnięcie.
– Uważajcie, kontrola! – syknął kierowca. – Myślałem, że jeśli będą stać, to w Załużnem, na krzyżówce z drogą żytomierską. Tam nic, a dwa kilometry dalej – trach, stoją…
Na poboczu stał czarny, osobowy samochód, a przed nim mężczyzna w milicyjnym… nie, gorzej, NKWD–owskim mundurze. Charakterystyczna, niebieska, okrągła czapka, czerwone wyłogi na kołnierzu. Co jest? Frankiem targnął strach. Szukają – jego? Ale po co? Dlaczego?
Zatrzymali się na poboczu i powoli wysiedli z szoferki. NKWD, tak, jak wcześniej OGPU, oznaczało tylko jedno – kłopoty. Dlatego też, choć było dość chłodno, Franek poczuł, jak po plecach spływają mu kropelki potu. Odruchowo sięgnął do pleców, żeby pot przestał płynąć i poczuł, że koszula przykleiła mu się do ciała.
– Dokumenty – powiedział enkawudzista po rosyjsku.
Kierowca wyjął swoje papiery. Mundurowy przeglądał je uważnie.
– W porządku – powiedział wreszcie i wyciągnął rękę do Franka. Teraz on podał dokumenty.
– Z Berdyczowa – dokąd?
– Do Janówki koło Marchlewska.
– Po co? – spytał NKWDzista, patrząc na niego niebieskimi oczyma, niemal bez mrugnięcia powieką.
– Rodziców odwiedzić. Urodziłem się w Janówce.
– Poczekajcie.
Mundurowy z jego papierami w ręku podszedł do swego samochodu, zajrzał przez okno do środka i rozmawiał przez chwilę z jakimś innym wojskowym, sądząc po czerwonych wyłogach — też enkawudzistą. Wreszcie odwrócił się i podszedł do nich.
– A na długo do Janówki jedziecie?
– W niedzielę wieczorem wracam.
Enkawudzista pokiwał głową.
– To jedźcie. Szerokiej drogi!
Franek zdumiony odebrał od niego swoje dokumenty i razem z kierowcą wsiadł do szoferki. Jego towarzysz mełł w ustach jakieś skomplikowane, ukraińskie przekleństwa. Nie przestawał, dopóki nie ruszył i dopóki czarny samochód zniknął gdzieś w oddali. Wtedy zamilkł i prowadził ciężarówkę, patrząc nieruchomo przed siebie.
– Kogoś może szukają – powiedział Franek.
Kierowca znów zaklął.
– On się dziwnie zachowywał – powiedział wreszcie. – Jak kogoś szukają, to ciężarówkę przetrząsną od góry do dołu. Pytania jakieś zadają. A ten nic. „Szerokiej drogi” nam życzy.

 

– Nie wiemy o co chodzi, to i zastanawiać się nie ma co.
– Ano nie ma. Towar zawiozę, wyładuję i jadę jak najszybciej do domu – mruczał pod nosem kierowca. Dowiózł go do rozwidlenia dróg. Na wprost jechało się do Marchlewska, a w prawo, trzy kilometry dalej, była Janówka. Szoferowi tak się nagle zaczęło śpieszyć, że nie chciał nadrobić tego kawałka drogi. Trzy kilometry oznaczały dobre pół godziny marszu. Na szczęście nie padał deszcz, robiło się coraz cieplej, bo słońce wychodziło zza chmur. Jeszcze kawałek drogi, dobrze znajomej drogi. Kilkadziesiąt kroków i znalazł się w swojej miejscowości.
Jeszcze nie miasto i już właściwie nie wieś: zaledwie kilka ulic na krzyż, kilka większych domów – rada wiejska, siedziba kołchozu, szkoła, wreszcie – kościół, teraz całkiem opustoszały. I czytelnia–chata, jego dawne miejsce pracy, w którym zdążył poznać gdzie stoi każda książka z wypożyczalni. Ale też oddział fabryki fajansu i porcelany z Marchlewska, a także niedawno wybudowana cholewkarnia. I całe mnóstwo domów, niektórych bardziej okazałych, świeżo pomalowanych, innych – mniejszych, ze starą, obłażącą farbą. Kilka było starych i ze starości aż poczerniałych.
Jego dom mieścił się gdzieś pośrodku – ani za duży, ani za mały, ale za to zadbany. Wreszcie zobaczył znajomy płot, za płotem niewielkie podwórko, z budą, z której wyjrzał Burek. I dom, rodzinny dom. Przyśpieszył kroku. Pchnął furtkę, pośpiesznie przeszedł przez wysypane piaskiem podwórze, wreszcie stanął u drzwi. Nacisnąć klamkę i tak jak zawsze – wejść? Zastukał w końcu, raz, drugi i trzeci. Po chwili zaskrzypiał klucz w zamku i drzwi się uchyliła. Wyjrzała zaniepokojona kobieca twarz, ale po małej chwili zaniepokojenie przerodziło się w radość – to jego matka zobaczyła, kto przyszedł.
– Franuś… – matka nie była w stanie powiedzieć więcej. Łzy stanęły jej w oczach. Pociągnęła Franka za rękę i wciągnęła do domu. – Jak dobrze, że jesteś! – powiedziała w końcu.
W małej, ciemnej sieni zdjął buty i palto. Wszedł do środka – był tu ze dwa, może trzy miesiące temu, a wydawało mu się, że może rok albo dwa. Przy dużym stole siedział ojciec, pokasłując nieco. Postarzał się przez ostatnie kilka lat, ale wciąż trzymał się nieźle. Dalej pracował w filii fabryki fajansu. Podczas ostatnich wizyt Franka powtarzał często, że przetrwał carat, wojnę światową, rewolucję i rządy Lenina, ale wielki głód i Stalin wykończyli go ostatecznie i ma już całkiem dosyć. – Najchętniej poszedłbym z tobą do Polski – mawiał. Teraz wstał, podszedł do Franka i bez słowa go uściskał. Wskazał ręką na krzesło, a sam opadł na stary, mocno wytarty fotel.
– Dziwisz się pewno, że dziewiąta rano, a ja jestem w domu – powiedział. – Ale teraz takie tu u nas zamieszanie, że kazali nam nie przychodzić dziś do roboty. Kontrola przyszła. Ale obiecali dniówkę wypłacić.
– Głodny na pewno jesteś – powiedziała matka.
Franek skinął głową.
– Coś przegryzłem w pociągu, ale niewiele. Jak coś się znajdzie, to chętnie zjem.
– Podgrzeję ci ziemniaki i dam kwaśnego mleka – matka zakręciła się po pokoju i poszła do kuchni, gdzie zaczęła przestawiać garnki i dosypywać drewna pod kuchnię.
– Oj, Franek, co to się u nas narobiło… – mruknął ojciec. – Rejon nam zlikwidowali i był to jak piorun z jasnego nieba! Od razu zabrali prawie wszystkich szefów rejonu. Przyjechało NKWD i brało jak popadnie, kto bardziej partyjny, tego do samochodu! Kto zasłużony bolszewik, tego z całą rodziną, nie wiadomo dokąd wywozili. Przysłali nam tu takiego komisarza do Janówki, co to ma partię odnawiać, a rządzi za całą radę wiejską. I wyobraź sobie: nie Polaka, nie Ukraińca, a zupełnie obcego Rosjanina przysłali! Fiodor Siezonin się nazywa, gdzieś z Rosji pochodzi, wszystko tu dla niego u nas obce, najchętniej by nas pozamykał, jednego po drugim – ciągnął wzburzony.
– Sodoma – Gomora, Franuś, ojciec dobrze mówi – do pokoju weszła matka z talerzem pełnym dymiących ziemniaków i kubkiem zsiadłego mleka. Podała synowi łyżkę, a on zaczął jeść.
– Pogłoski się rozeszły, że „wrogów ludu” będą teraz od nas na Syberię wysyłać. Ale przecież wszystkich, jacy byli, prawdziwi czy wydumani, już wysłano, wsadzono do więzień albo do łagrów – denerwowała się matka.
Ojciec machnął ręką.
– Może być, że tylko tak straszą. A straszyć to bolszewicy lubią, oj lubią! Ale już niektórzy się nastraszyli solidnie – i to tak, że do Kijowa, do polskiego konsulatu po wizy pojechali…
Franek przypomniał sobie, co mówiła mu dyrektorka Majewska: jacyś ludzie z dawnego rejonu marchlewskiego wymyślili sobie, żeby wizy do Polski dostać i przez granicę całkowicie legalnie wyjechać. I ostrzegała, by tego nie robić.
– I co – dostali wizy?
Matka skrzywiła się.
– Niby tak. I co z tego? Wiza potrzebna, ale paszport zagraniczny też. A towarzysze z biura paszportowego nie byli zachwyceni, że nagle gromada ludzi z Marchlewska chce do Polski jechać…
–… Pomyśl, Franuś – powiedział ojciec. – Kto to jest „wróg ludu”? Ano ten, kto z wrogami z zagranicy się kontaktuje. A polski konsulat to taki wróg z zagranicy przecież! Konsul nie wystawi przecież Iwanickiemu z Marchlewska zaświadczenia, że z nim razem przeciw Sowietom nie spiskował!
– Iwanicki próbował wizę dostać? – zdziwił się Franek. Iwanicki, felczer z Marchlewska, nie był co prawda zaangażowany w działalność bolszewicką, ale partyjni stawiali go za wzór człowieka „współpracującego z władzą radziecką”. I teraz on poczuł się zagrożony?…

 

– No dobra, to przynajmniej ja wam jedną dobrą wiadomość powiem – uśmiechnął się Franek. – Mamy z Marysią dużą szansę na porządne, dwupokojowe mieszkanie w Berdyczowie!
Ojciec uśmiechnął się.
– Wiedziałem, że przynajmniej ty nam coś dobrego powiesz. A jak Marysia, Antosik?
– Dobrze! Trochę kłopotu jest, bo bywa, że i ja, i ona, o tej samej porze pracujemy. Ale wtedy ciocia synka pod opiekę bierze, a my jej w zamian nowe książki przynosimy. A jak teściowie?
– Tak jak i my wszyscy. Jakoś się im żyje. Pomagamy sobie jak możemy, bo przecież jesteśmy teraz jedną rodziną! – powiedział ojciec. – A muszę powiedzieć, że niezłych sobie teściów wybrałeś. Prawie co dzień się widujemy. Albo oni przychodzą do nas, albo my do nich…
Franek z żalem popatrzył na talerz – ziemniaki się już skończyły, kwaśne mleko też. Choć był już najedzony, to z chęcią zjadłby jeszcze. Już wystarczy – zdecydował. Odłożył łyżkę. Miał przed sobą cały dzień. Co mógł i co powinien zrobić? Z teściami spotka się pewno po południu. Jeszcze pogada z rodzicami, przejrzy swoje stare szpargały w swoim dawnym pokoju, a potem może pójdzie się z kimś spotkać i dowiedzieć, co inni myślą o sytuacji w Janówce i na całej Marchlewszczyźnie. Pomyślał o Bronku Zawadzkim, swoim dawnym kierowniku z czytelni–chaty. Tak, Bronek może coś wiedzieć. A w każdym razie będzie wiedział, co myślą młodsi, tacy w jego wieku. Jakie mają plany? Bo rodzice i teściowie powoli zbliżali się do emerytury i ich głównym planem było przetrwanie w jeszcze trudniejszych niż dotąd warunkach, bo emerytury były szczególnie marne, a on niewiele będzie mógł im pomóc – jeśli w ogóle.
– Pójdę do Bronka, może i innych odwiedzę – mruknął.
– Ledwie przyjechałeś, a już chcesz iść? – zaprotestowała matka. – Poczekaj, odpocznij. Musiałeś o świcie wstać, iść, jechać…
– Przecież kłaść się do łóżka nie będę – zaśmiał się Franek. – Nie mówiłem, że zaraz, tylko, że w ogóle. No i chcę swoje rzeczy przejrzeć. Jeśli naprawdę dostaniemy mieszkanie, będę mógł je zabrać. A przynajmniej część z nich.
– Radzili nam nawet, żeby twój pokój odnająć – powiedział ojciec. – Jakiemuś młodemu, co na praktyki tu przyjeżdża. Parę rubli by było. Tacy młodzi to więcej niż na dwa–trzy miesiące się nie zjawiają, więc kłopotu by wielkiego nie było.
– Kogoś tu do nas wysyłają? Teraz, jak polski rejon zlikwidowali?
– No przecież tak zawsze w zawieszeniu żyć nie można – powiedziała matka. – Rejon zlikwidowali, trochę ludzi powsadzali do więzienia, ale to się musi skończyć! Wszystko się jakoś uładzi, jak zawsze, jak zwykle. Myśmy już do tego przywykli.
– Oby się uładziło – skrzywił się Franek. – To ja zobaczę, co do Berdyczowa potem zabrać.
Wstał i poszedł do swojego pokoju. Mały pokoik zastawiony był paczkami – a to książki, których nie sposób było wziąć, a to jego stare ubrania. Zaczął przekładać książki – trochę by się wzięło, ale czy będzie zagracać nowe mieszkanie? A czy kiedykolwiek potrzebne mu będą stosy starych numerów „Sierpa”, pisma w języku polskim, wydawanego w Charkowie? Czy roczniki „Radzieckiej Marchlewszczyzny”, gazety wydawanej w Marchlewsku. No tak, tej ostatniej na pewno już więcej nie będzie, skoro zlikwidowano polski rejon. Więc może zabrać najcenniejsze egzemplarze „Marchlewszczyzny”? Wyciągnął pudło z rozmaitymi pamiątkami. Szabla z drewna, wystrugana przez stryjka, który za carskich czasów w kawalerii służył. Wykonany z drewna model pancernika, który w 1905 roku walczył z japońską flotą pod Cuszimą – podarek od odległego wuja. Kilku cynowych żołnierzyków. Rozmaite drobiazgi, którymi bawił się jako dziecko. I parę cenniejszych rzeczy, jak metalowy orzełek, pozostawiony tu przez polskiego żołnierza w 1920 roku. Guzik z tryzubem od munduru żołnierza z armii atamana Semena Petlury, który – ranny – odłączył się od swoich i znalazł schronienie w Janówce. Opaska z polskim napisem „STRAŻ”, którą podczas burzliwego czasu rewolucji i wojny polsko–bolszewickiej nosił samorzutnie stworzony oddział zbrojny w Janówce. I zniszczona, szpiczasta czapka bolszewickiego żołnierza, z dużą, czerwoną gwiazdą. Niewielki oddziałek bolszewicki, czy może dezerterów z Armii Czerwonej – zachowywali się raczej jak bandyci niż regularna armia – przeszedł koło Janówki, wioząc rannych na wozach. I z takiego wozu spadła komuś czapka. Rodzice mówili mu: albo spal, zniszcz to wszystko, albo zapakuj i gdzieś schowaj. Ale jemu wydawało się, że tych kilka rzeczy jest zupełnie niegroźnych. Nawet planował zapakować je w szmaty i zakopać je w kącie starej stodoły, ale w końcu tego nie zrobił. A może zamiast zabierać „skarby” do Berdyczowa, znaleźć jakąś skrzynkę i jednak zakopać?

kspoczt.jpg
Oto plakat z chaty-czytelni w Janówce..

W domu był jeszcze jeden skarb, który ojciec pokazywał mu kilkakrotnie: potwierdzenie szlachectwa przodków i kilka innych dokumentów, głównie z carskich czasów. Najstarszy i najcenniejszy był patent oficerski, wydany podczas powstania styczniowego. Starannie schowane pod podłogą, wydawały się całkiem bezpieczne – o ile oczywiście komuś nie zechce się zrywać podłogi. Ale to na szczęście wydawało się zupełnie nieprawdopodobne.
Franek westchnął. Do następnego popołudnia zakopie swoje pamiątki – postanowił. Przejrzy stare szpargały, wybierze to, co może mu się przydać w Berdyczowie. Ale przecież nie będzie tego brał teraz, wędrując pieszo, okazją czy pociągiem. Usłyszał za sobą szuranie. Odwrócił głowę – to była matka.
– Franek, obiad zrobię koło pierwszej albo trochę później. Porządny obiad, dawno takiego nie jadłeś, choć w mieście to pewno samymi frykasami się zajadasz – zaśmiała się.
– Tak, frykasami… w kółko ziemniaki i ziemniaki – mruknął Franek. – To ja teraz pójdę. Na obiad wrócę.
– Idź synku – westchnęła.
Złożył „skarby” do pudełka, wstał, ucałował matkę w rękę. Wyrwała mu dłoń, śmiejąc się, i poszła do kuchni. Ojciec siedział w fotelu i czytał gazetę, popijając herbatę.
– Idę do czytelni – powiedział Franek.
– Dobrze, idź.
Ojciec wziął w ręce gazetę, a Franek przeszedł do sieni, założył buty, palto, i czapkę i wyszedł na dwór. Rozpogodziło się, zza chmur wychyliło się słońce i zrobiło się całkiem ciepło. Ale nie dość ciepło, by wyschła błotnista, wiejska ulica, przy której stał jego dom. Buty, których nie zdążył oczyścić po trzykilometrowej wędrówce do Janówki, powoli zaczynały przypominać dwie kule błota, za każdym stąpnięciem wydające niemiły odgłos. Jednak szybko przywyka się do lepszego, pomyślał. W Berdyczowie ulice i chodniki były jednak o wiele lepsze, niż tutaj. Błoto tam też było, ale jakby trochę mniej.
Na Lenina było nie lepiej, choć była to najbardziej reprezentacyjna ulica miejscowości. Czytelnia–chata, dawny dom najbogatszego gospodarza we wsi, ogłoszonego po rewolucji niebezpiecznym dla ludu pracującego kułakiem i wywiezionego gdzieś na Syberię, wyglądała tak samo, jak za jego czasów. Franek wszedł do środka i jak zwykle westchnął – nieźle mu się tu pracowało, spokojnie, długi czas bez żadnych problemów. Nie zmienił się ani jeden mebel, choć może przybyło książek, a na ścianie na wprost wejścia zamiast tablicy z informacjami na temat instytucji oświatowych i kulturalnych rejonu marchlewskiego widniał rosyjskojęzyczny plakat: „Książka – pocztą”, informujący, że „każdą książkę dostępną na rynku książek wysyła Charkow Kniga – Pocztoj Gosizdata”. Z czarnej skrzynki pocztowej jak białe gołębie wylatywały listy, a dołem, przy stylizowanym sierpnie i młocie frunęły różnokolorowe tomiszcza; gdy dobrze się przyjrzeć, okazywało się, że autorem większości tych dzieł był Stalin. Ciekawe, kto będzie wydawał ruble, których ciągle brak, na zakup książek – pomyślał Franek. A potem naszła go kolejna myśl: w polskiej czytelni-chacie plakat po rosyjsku! Przedtem wszystkie napisy były po polsku, ewentualnie po ukraińsku. Ale nie w języku rosyjskim! I to dopiero jest zmiana! – pokiwał głową.
Było dość pusto – sobota to dzień pracy, a dla dzieci nauki, więc przy regałach na książki i świetlicowych stolikach krążyły zaledwie dwie osoby. Jedną z nich był starszy mężczyzna, wertujący stos czasopism, a drugą – Bronek Zawadzki, kierownik czytelni i przyjaciel Franka. Gdy usłyszał trzaśnięcie drzwiami, Bronek podniósł głowę. Zamrugał oczami i włożył na nos okulary. Franek nie mógł się przyzwyczaić do tego, że jego przyjaciel zaczął nosić okulary, okrągłe, w cienkiej, metalowej oprawie. Starzejemy się – pomyślał. Tymczasem kierownik czytelni–chaty uśmiechnął się i rozłożył ręce.
– Franek, witaj! Chodź, zapraszam cię do siebie!
Pokoik Bronka był mały i zastawiony regałami z książkami. On sam najpierw zdjął stos książek z krzesła, by posadzić tam Franka, a potem machnął ręką.
– Nie, nie ma sensu. Ciasno tu i nie da się pogadać. Poczekaj chwilę, zamknę czytelnię i pójdziemy do mnie. I tak nikt tu nie ma głowy do książek – powiedział.

 

– Idziemy. Dobrze, że przyjechałeś – powiedział, wkładając kufajkę i czapkę. Zanim zamknął drzwi czytelni–chaty na dużą, metalową kłódkę, Bronek powiesił najpierw w oknie kartkę z napisem „ZAMKNIĘTE”. Szli ulicami, na których powoli schło błoto, Franek z rozpiętym paltem, a Bronek – w rozchylonej kufajce, bo zrobiło się przyjemnie ciepło. Wiosna!
Janówka wyglądała cicho i spokojnie, czasem przejechał jakiś wóz ciągnięty przez konia, z głuchym warkotem pojawiła się i znikła stara, chyba przedrewolucyjna ciężarówka, bo kierowca siedział w otwartej, nie oszklonej szoferce. Po kilku minutach dotarli do domu Bronka, podobnego nieco do polskiego, szlacheckiego dworku: do środka wchodziło się przez ganek, między kolumienkami podtrzymującymi trójkątny daszek.
– Wchodź – mruknął Bronek, otwierając drzwi. – Nie ma jeszcze nikogo. Dziecko w szkole, Kasia w przychodni… – spojrzał na duży, stojący zegar: była jedenasta. – Taaak. Może wieczorem byś wpadł, zawołałbym paru znajomych?
– Nie wiem, czy teściowie nie będą się chcieli ze mną spotkać. Marysia nie przyjechała, dawno jej nie widzieli, to przynajmniej ze mną porozmawiają – odparł Franek.
– No tak, teściowie ważniejsi… Ale jakbyś znalazł chwilę, to wpadnij. Może zanadto się boimy, bo teraz nic nie wiadomo i każde towarzyskie spotkanie NKWD może uznać za zebranie spiskowców. Ale to nie znaczy, że się unikamy – powiedział Bronek, wieszając płaszcz i idąc do kuchni. Franek podążył za nim. Bronek zaglądał do garnków, przekładał je z metalowej płyty nad paleniskiem na szafkę obok.
– Trzeba by rozpalić w piecu, bo chłodno… – mruczał. – Coś by się zjadło… nic jeszcze Kasia nie naszykowała… ale mleko jest… wypijesz?
– Ja prosto ze śniadania.
– Rzeczywiście, przyjechałeś dopiero co. W piecu napalę, mleko zagrzeję – Bronek krzątał się, dorzucając drew do paleniska. Po chwili w piecu buzował ogień i Frankowi wydało się, że w domu nagle zrobiło się ciepło, choć przecież było to niemożliwe. Usiedli za kuchennym stołem. Po chwili Bronek nalał dwa kubki gorącego mleka. Pili w milczeniu.
– To co się u was mówi… co dalej będzie? – przerwał ciszę Franek.
Bronek zmarszczył brwi.
– Dużo się mówi. Sporo ludzi posadzili. Popatrz na radę wiejską. Michalski – raz, Waliszewski – dwa… – po kolei zaginał palce.
– A Muszyński? Antoni Muszyński? – dopytywał się Franek. – Pytasz o swojego odwiecznego wroga? – zaśmiał się Bronek. – To jest lis chytry. Bolszewik pierwszej klasy, przewodniczący kołchozu. Innych partyjnych sadzają – jego nie. Wywinął się jakoś. Nie mam pojęcia, jak. Wyjechał z Janówki do Żytomierza.
– To kto teraz kołchozem kieruje?
– A widzisz. Przysłali tu nam takiego Witiakowa, Jegor Wasiliewicz Witiakow. Rosjanin. Po polsku mówi słabo, ale mówi.
– I jaki ten Witiakow? – Niby zachowuje się dobrze. Nie bardzo goni ludzi do roboty, nie karze. Ale jakiś dziwny taki. Podobno z Moskwy przyjechał, ale kto by z Moskwy do jakiejś Janówki jeździł? Nie wierzę. Raczej bolszewik, któremu zadanie partyjne dali: naucz się kołchozem kierować. Chyba, że…
– Że co?
– Że jest enkawudzistą, wysłanym na przeszpiegi. To też możliwe. Ale kto go tam wie? Janek pokiwał głową.
– Enkawudzista przewodniczącym kołchozu? Co taki przewodniczący się dowie od ludzi? Co mu powiedzą? Nic!
– Prawda…
Franek wypił ostatni już łyk ciepłego mleka i odstawił kubek na szafkę koło miednicy. Czy można domyśleć się bolszewickich planów? Czy można przewidzieć zamiary enkawudzistów? No chyba tylko wtedy, jeśli się jest bolszewikiem i enkawudzistą. Jego przyjaciel ciężko wstał z krzesła.
– Zmęczony jestem. Nie pracą, bo swoją pracę lubię, ale tym co się dzieje dokoła – mruknął i zaczął się krzątać po kuchni. – Jak człowiek wcześniej przyjdzie, to nie ma co jeść – marudził, zaglądając do garnków. – Nie, poczekajmy lepiej, inaczej Kasia mi głowę urwie. Ja sam to co najwyżej jajecznicę potrafię zrobić…
Wytarł ręce w ścierkę i usiadł. – Teraz najważniejsze pytanie jest takie: co z nami zrobią. Możliwości jest kilka – ciągnął. – Pierwsza: nic nie zrobią. Ale to zupełnie nieprawdopodobne. Druga: zaprowadzą swój bolszewicki „porządek”. Czyli zamkną jeszcze kilka osób, zlikwidują polskie szkoły, biblioteki. I to chyba planują. Na to się trzeba przygotować.
Franek zacisnął usta.
– Mogą też wszystkich wywieźć.
– No niby tak. Mogą. Ale przecież bolszewicy nie są głupi i liczyć potrafią – przekonywał Bronek. – Jakie to koszty! No i dokąd by nas wywieźli? Na Syberię? I co tam będziemy robić? Kolejną linię kolejową budować…
Urwał i zamyślił się.
– Ale sęk w tym, że po bolszewikach wszystkiego można się spodziewać – mruknął.

 

— Ale do szaleństwa się nie przygotujesz. A my tymczasem chcemy się szykować na to, co najbardziej prawdopodobne.
– I jak się przyszykujecie?
Bronek charakterystycznym gestem wyciągnął rękę i zaczął zaginać palce.
– Raz, z biblioteki najbardziej wartościowe książki po ludziach pochować. To samo ze szkolnymi podręcznikami. Dwa, z urzędów i instytucji, jeśli tam, zabrać portrety polskich uczonych i pisarzy. Trzy, zastanowić się, co można zachować polskiego, gdy będą przekształcać polskie instytucje w ukraińskie. Bo chyba w ukraińskie a nie rosyjskie zmieniać będą?…
Wstał, podszedł do wiadra stojącego na taborecie i zaczerpnął wody z dzbanka. Pił ją duszkiem, jakby był bardzo spragniony. Znów usiadł, wyraźnie zdenerwowany.
– Przyszłaby już Kasia, dała nam coś zjeść… – powiedział.
– Obiad mam w domu – wtrącił Franek.
– A, tak. No, jasne. Nie, psiakrew, zdenerwowany jestem. W normalnym kraju chciałbym żyć.
Znów wstał i zaczął chodzić po kuchni – kilka kroków w jedną stronę, potem kilka w przeciwną.
– To jest taki system, że nie wiesz, co będzie jutro czy za miesiąc. Siedzisz cicho i nie wychylasz się – źle, podejrzany – mówił zdenerwowanym głosem. – Zostajesz bolszewikiem, robisz się aktywistą – jeszcze gorzej. Niby masz różne przywileje, ale jak przychodzi co do czego, to cię wsadzają w pierwszej kolejności. Nie wiem, chyba najlepiej być w NKWD!
Franek skrzywił się.
– Pewno masz rację. Ale akurat ani ja, ani ty, w NKWD być nie chcemy.
– Zresztą, NKWD też nie daje pewności. Nic nie daje pewności. A ja, tak jak ty, mam żonę i dziecko. I chcę jakoś przetrwać!
– Każdy chce…
Skrzypnęły drzwi wejściowe. Bronek stanął, obrócił się na pięcie i wyszedł z kuchni. Po chwili dał się słyszeć jakiś kobiecy głos i do kuchni weszła jasnowłosa, uśmiechnięta żona Bronka, Kasia.
– A co z ciebie za gospodarz! Czym ty, wodą gościa częstowałeś?… – spytała.
– Mlekiem.
Załamała ręce i wybiegła. Po chwili wróciła, obciągając sweter.
– Witaj Franek, zaraz coś wam przygotuję – zaczęła się krzątać po kuchni.
– Ależ nie, ja po dużym śniadaniu jestem, a zresztą niedługo obiad i rodzice nie będą szczęśliwi, jak niczego nie zjem!
– Dobrze, dobrze – zaśmiała się Kasia, wyjmując z szafki pod oknem zawinięty w szmatki pakunek. – Ale ja ci kawałeczek sała dam, dawno chyba takiego nie jadłeś! Michalenko, pamiętasz, ten co w filii fabryki fajansu pracuje? No to jego żona, Olga, była u swoich rodziców w Połtawie. I z Połtawy przywiozła…
Położyła na deseczce kawałek białej, pachnącej słoniny i ostrym nożem kroiła na cienkie plastry. Franek patrzył, jak stawia na stole fajansowy talerz i układa na nim plastry sała. Poczuł, że jest głodny. Takim głodem, kiedy nie chce się jeść byle czego, a coś naprawdę dobrego. Tymczasem Kasia wyjęła drugi pakunek, odwinęła szmatkę i wyjęła pół szerokiego bochenka chleba.
– Koleśnikowa wciąż sama chleb wypieka, takiego w żadnym sklepie nie znajdziesz – powiedziała. – Choć ostatnio ten z piekarni w Marchlewsku jakoś się poprawił.
Ukroiła trzy grube pajdy chleba, dała Frankowi i mężowi, a jedną położyła przed siebie.
– No, Bronek, polej nam, bo do sała to czegoś popić trzeba – uśmiechnęła się.
Bronek postawił na stole butelkę z przezroczystym płynem i trzy szklaneczki. Nalał do każdej, skrupulatnie pilnując, by wszędzie było tyle samo. – Na apetyt – zachęcił i sam wypił do dna. Franek zrobił to samo. Po chwili poczuł ciepło rozchodzące się z żołądka.
– Dobry samogon – powiedział z uznaniem.
– W Berdyczowie pewno takiego nie masz! – powiedział Bronek. – A u nas jest. Mój szwagier, Edek, robi najlepszy w całej Janówce, to nic dziwnego, że ci smakuje.
Franek chwycił za widelec i wziął kawałek sała. Słonina smakowała tak, jak pachniała; po prostu rozpływała się w ustach. Czegoś takiego nie jadł od dawna.
– Ale z was burżuje! Takie sało! Przedrewolucyjne, carskie chyba! – powiedział, zagryzając słoninę chlebem.
Kasia znów się zaśmiała.
– Jakby było z carskich czasów, to chyba byś go już nie jadł – pokiwała głową. – Bolszewicy robili, co mogli, ale nie udało się im zlikwidować ani dobrej słoniny, ani smacznego chleba.
– Ani samogonu – wtrącił jej mąż.
– No właśnie – zmrużyła oczy. – A tu ludzie narzekają i marudzą, źle jest, niedobrze, a będzie jeszcze gorzej. A ja odpowiadam: jak będzie gorzej, to potem znów się poprawi. Zawsze tak było.
Bronek spojrzał na nią z ukosa.
– Ty tu Kasiu zawsze optymistką jesteś. Niby kiedy się poprawi? Za rok? A może za dziesięć lat? Lub dwadzieścia?
Kasia zwróciła się do Franka.
– Widzisz? Twój przyjaciel zawsze taki. Autonomię zlikwidowali, to już się zastanawia, kiedy na Syberię trafi. A tu nie ma się co zastanawiać. Na Sybir się nie przygotujesz.

czerwo.jpg
Sowiecki, przedwojenny pieniądz – czerwoniec.

Najwyraźniej nie pierwszy już raz toczyli taką dyskusję, pomyślał Franek. To właściwie dziwne, że są ze sobą i więcej – że się tak kochają. Jego dawny szef często, choć nie zawsze, miewał tendencje do czarnego widzenia świata. A znów jego żona zazwyczaj chodziła uśmiechnięta i zawsze przekonywała, że wszystko będzie dobrze. Ale może i dobrali się odpowiednio: dzięki Kasi, Bronek nie zamartwiał się aż tak bardzo, a znów dzięki Bronkowi Kasia schodziła z obłoków na ziemię.
– Dobrze, dobrze, dajcie spokój. Zjem jeszcze kawałek waszego sała…
-… i wypijesz szklaneczkę najlepszego samogonu na Marchlewszczyźnie – wtrącił się Bronek.
– I pójdę do domu – przepraszająco uśmiechnął się Franek. – Moi rodzice jednak chcieliby mieć mnie dla siebie, a ja im zniknąłem. Mama na pewno naszykowała bardzo dobry obiad, a samogon i sało tylko zachęciły mnie do jedzenia…
– To jak, przyjdziesz wieczorem, jeśli będziesz mógł?
– Jeśli będę mógł, to na pewno.
– Poczekajcie – wtrąciła się Kasia. – Ludwik Badecki ma dziś urodziny. Wieczorem tańce szykuje. Idziemy! – Tańce? – zdziwił się Franek.
– A co, mamy siedzieć jak na pogrzebie jakimś? – zdenerwowała się Kasia. – Tańce! Niech bolszewicy widzą, że nas nie załamali i nie załamią! Bronek – idziemy koniecznie. Franek – powiedz teściom, że musisz. Jakby Marysia była, to by cię na pewno wyciągnęła!
– Hmmm… – mruknął Franek, patrząc na milczącego Bronka. – Poszedłbym chętnie nie po to, żeby potańczyć, ale żeby znajomych spotkać. Pewno pół Janówki się do Ludka zejdzie. On jakoś umie ludzi przyciągać.
– Oho, iść muszę! Akurat na apetyt wypiłem i zjadłem, głodny się zrobiłem… – powiedział. Wstał, rozejrzał się dokoła. Taki dom sam chciałby mieć: na jednej ścianie dwa stare, święte obrazy z Jezusem i Matką Boską, na drugiej widok krakowskiego Wawelu, nie wiadomo kiedy i przez kogo namalowany, a kupiony przez Kasię na targu w Winnicy. Obok piękny portret polskiego szlachcica, kupiony dla odmiany w Żytomierzu – Bronek miał rękę do kupowania na bazarach starych rzeczy. Komódka i kredens, zastawione rozmaitymi bibelotami oraz biblioteczka, pełna książek, obok stojącego zegara. Takie drobnomieszczańskie wnętrze, nie pasujące ani do Janówki, ani do otaczających ich, bolszewickich czasów. Ale było tu przytulnie i spokojnie.
– Nie żegnam się, bo postaram się przyjść – pokiwał głową.
Włożył palto i wyszedł na dwór. Słońce grzało jak w środku lata. Rozpiął palto, które przed chwilą starannie pozapinał, i ruszył w drogę do domu. Janówka była cicha i spokojna, jakby zastygła w bezruchu. Ci, którzy pracowali, jeszcze do domów nie przyszli – a pozostali najwyraźniej siedzieli w swoich domach. Dobrze, że wieczorem te tańce są, bo trzeba by było pół Janówki obejść, żeby ze znajomymi porozmawiać – pomyślał. Czasami wystarczyło się przejść główną ulicą, by porozmawiać z dziesiątką znajomków. Ale nie tym razem.
Z komina na domu rodziców snuł się ciemny dym. Gdy wszedł do środka, poczuł zapach, o jakim niemal zapomniał.
– Co to, ojciec zapolował na jakiegoś zwierzaka, czy kołchoz nam coś podrzucił, że matka jakieś smakowitości szykuje? Na pół Janówki się zapach rozchodzi – powiedział, wchodząc do pokoju, w którym obok ojca znajdowali się też jego teściowie. – O, przepraszam, nie wiedziałem, że rodzice przyjdą – powiedział przepraszająco. – Później chciałem zajść…
Teść wstał i wyciągnął rękę. – Jedziemy dziś, najpierw do Kijowa, a potem dalej. Do was, do Berdyczowa, też zajedziemy – powiedział. – Tu się bardzo gorąco robi, postanowiliśmy się z Janówki wynieść.
Franek uścisnął dłoń teścia, ucałował rękę teściowej i przysiadł na krześle.
– No właśnie tak sobie rozmawiamy… – mruknął ojciec. – Nie wiem, czy dobrze robicie. Przetrwaliśmy cara, przetrwaliśmy rewolucję, a potem Lenina, to i Stalina przetrwamy.
– Nie jestem pewien – powiedział teść. – Naprawdę nie. To jak na wojnie: jak nie masz sił na obronę, musisz się wycofać. Zostawiasz stare transzeje, idziesz do tyłu i kopiesz nowe.
– I gdzie ty sobie te swoje nowe transzeje wykopiesz, a?
– W Kijowie – pokiwał głową teść. – Tam, gdzie ludzi dużo, najłatwiej się w tłumie zgubić. Już się o pracę dopytywałem. Nie będzie łatwo, z zezwoleniem na zamieszkanie też nie będzie łatwo, ale damy radę.
– Młodzi, tacy jak Franek z Marysią, to mogą nowego miejsca szukać. Ale my, starzy, nie powinniśmy wyjeżdżać – mruknął ojciec.
– Żebyśmy zdążyli sami, żeby nam nie kazali wyjechać na siłę – wtrąciła się teściowa.
Antoni Cybulski spojrzał na nią smutno.
– Dziadowie, pradziadowie nasi tu mieszkali – powiedział.–— I wytrwali! A my mamy nie wytrwać?… Ja tam się poddawać nie będę.
Zapadła cisza. Ojciec Marysi zmrużył oczy, zmarszczył brwi, spoglądając w podłogę. Wreszcie podniósł wzrok.
– Ja chcę żyć – powiedział wreszcie. – Nie mam jak uciec do Polski, to muszę zostać po tej stronie granicy. Jak będziemy za wszelką cenę chcieli wytrwać tu, w Janówce, to pozostanie z nas tylko cmentarz, a i tego nie jestem pewien.

 

Znów zrobiło się cicho.
– No, wreszcie obiad gotowy, dość już tego gadania – wtrąciła się matka Franka, niosąc miskę z ziemniakami. Po chwili przyniosła główne danie, coś, co przypominało gulasz z dużą ilością gęstego sosu. – Franuś, szkoda, że wszyscyście nie przyjechali, bo na twoją cześć ucztę zrobiłam prawdziwą!…
Franek nakładał sobie ziemniaki i gulasz na talerz.
– A skąd te mięso?… – spytał.
Stanisława Cybulska uśmiechnęła się tajemniczo.
– Załatwiłam. I niech to pozostanie moją tajemnicą – powiedziała.
Ojciec Franka postawił szklaneczki, przyniósł butelkę z przezroczystym płynem i nalał każdemu do pełna.
– Wypijmy na apetyt – zachęcał.
– Przy takim obiedzie to apetyt sam się robi – odrzekł teść, wypijając do dna zawartość szklaneczki.
Jedli w nabożnym wręcz skupieniu, powoli nakładając na widelec kawałki tłuczonych ziemniaków z odrobiną gulaszu, tak, jakby chcieli wydłużyć każdą chwilę jedzenia.
– Co za królewski obiad – powiedział teść, wycierając usta. – Choć towarzysze z komitetu rejonowego powiedzieliby raczej: burżujski…
– Królewski? Carski chyba! Wspaniałe, wspaniałe – potwierdzała teściowa.
A Franek nie mówił niczego, tylko jadł i jadł, jakby był bez śniadania i jakby nie jadł słoniny u Bronka. Po chwili na fajansowym talerzu nie było już niczego. Rozejrzał się dokoła. Ojciec dołożył sobie trochę kartofli, polał sosem i podał miskę z resztką gulaszu teściowej. W misce było już widać dno, ale każdy wziął choć odrobinę. Wreszcie wypili kolejną szklaneczkę samogonu, odłożyli widelce i odpoczywali, jak po wysiłku.
– To jeszcze po jednym – powiedział ojciec, chwytając za butelkę.
– Ale ostatni – zastrzegł się teść. – Wracamy do domu i zbieramy się, bo czekać na nas nie będą! Jedzie Sierociński do Winnicy, to nas po drodze na stację podrzuci. A jak się spóźnimy, to następny w niedzielę dopiero. Kiedy do nas z Marysią i Antosikiem przyjedziecie?
Franek pokiwał głową.
– Jak tu u was za tydzień – dwa okaże się, że jest spokojnie, to za miesiąc przyjedziemy.
– Już wtedy będziemy wiedzieć, dokąd się przeniesiemy – powiedziała teściowa.
Teść sięgnął za pazuchę i wyciągnął zmięty banknot.
– Weź, Franek, czerwońca. Pójdź z Marysią i dzieckiem do fotografa i nam piękną fotografię przywieziecie. Żeby na komodzie stała.
– O, to i dla nas – wtrąciła się matka Franka.
Franek wziął pieniądze.
– Jest dobry fotograf w Berdyczowie, byle tylko Antosik się uśmiechał do aparatu – powiedział.
– A może i my do was, do Kijowa się zabierzemy? Tam też uczą polskiego, a co Kijów, to Kijów. Stolica! – zaśmiał się Franek.
– Hmmm… – zastanowił się teść. – Może to i dobry pomysł? Zobaczymy na miejscu, pogadamy… – wstał z krzesła. – Nie wypytywaliśmy, co u was, bo tak w piętnaście minut to żadna rozmowa. Twoi rodzice już mi opowiedzieli wszystko – dodał. Uścisnęli sobie dłonie, potem rodzice Marysi pożegnali się z jego rodzicami.
– Wybaczcie, że ostre słowa może mówiłem – powiedział ojciec Franka. – Ale żal mi Janówki.
– A mi nie żal? – westchnął teść. – Ech, czemu Janówki na jakiejś wyspie nasi dziadowie nie pobudowali? A tak jak nie wojna, to rewolucja, a jak nie rewolucja, to coś jeszcze gorszego…
Nacisnął czapkę na głowę i wyszedł, a za nim jego żona.
Matka Franka krzątała się przy talerzach i miskach, myjąc je w ciepłej, podgrzanej na węglowej kuchni wodzie, a ojciec nalał sobie i Frankowi po szklaneczce samogonu.
– Nie wiem. Naprawdę nie wiem, co robić – powiedział cichym głosem.
Franek patrzył na niego z zaniepokojeniem. Ojciec zawsze był stanowczy i zdecydowany. Zawsze mówił, że polski szlachcic i to żyjący na Ukrainie, musi wiedzieć czego chce. Umiał poradzić jemu i innym. A teraz chciałby usłyszeć radę od swojego syna. Ale jaką radę Franek mógł mu dać?
– Może coś wymyślimy… – mruknął w odpowiedzi.
– Może… – ojciec się wyprostował, wypił resztę samogonu i odstawił szklankę na stół. – Może… Ale dość już tego rozczulania się. Nie przyjechałeś tu słuchać biadolenia.
– Ano nie – odparł Franek. – Posiedzę jeszcze i pójdę do Ludka Badeckiego. Urodziny ma.
– Hmmm… w domu ze starymi, narzekającymi w kółko rodzicami ci się siedzieć nie chce? No, nie zaprzeczaj – ojciec wstał, podszedł do komody i pogrzebał w niej przez chwilę. Po chwili wrócił z butelką w ręku. – W prezencie coś zanieść musisz. Samogon z Janówki przyniesie każdy, będziecie mieć całą skrzynkę samogonu, a ja mam państwową, rzadko spotykaną, z Leningradu przywiezioną – powiedział, podając butelkę. – Niestety, nic bardziej oryginalnego nie wymyślisz, bo i jak. Ludek porządny chłopak, idź do niego, spotkasz się z młodymi. Tylko się nie upij!

 

Wyciągnął z kieszonki zegarek – była piąta. Chyba już powoli czas iść. Wstał powoli. Właściwie warto byłoby się przebrać, bo przecież na tańce się nie szykował i ubrany był jak na podróż – ale nie miał w co. A zresztą, kto się na tańce u Ludka stroić będzie? Co najwyżej dziewczyny. Więc co najwyżej wypadało się przyczesać.
– Nie masz się w co przebrać? – matka jakby odgadła jego rozterki.
– Ja tylko ze znajomymi się chcę zobaczyć, a nie tańczyć – odparł.
– No dobrze, dobrze… zawsze jednak lepiej wyglądać elegancko, niż byle jak – matka spojrzała na niego zatroskanym wzrokiem.
– Ojca koszule na ciebie za małe będą. A to, co przywiozłeś?
– Na jutro przecież.
– No dobrze… – pani Cybulska z trudem pogodziła się z faktem, że jej syn nie będzie wyglądał wystarczająco elegancko.
Franek wstał, ucałował matkę w rękę, podał dłoń ojcu i – założywszy palto i czapkę – wyszedł na dwór. Robiło się ciemno. W oknach domów widać były odbłyski lamp naftowych – Janówka miała zostać zelektryfikowana już od kilku lat, ale na razie skończyło się na doprowadzeniu prądu do kilku najważniejszych budynków. Na kolejnych zebraniach rady wiejskiej zapowiadano: jeszcze miesiąc, jeszcze dwa i przyjedzie ekipa, która postawi drewniane słupy i poprowadzi przewody. Ale ekipa widać była zajęta gdzie indziej.
W sobotni wieczór w Janówce panowała cisza. Dawniej bywało, że tańce organizowano i w kilku domach naraz. Zwłaszcza latem, przy otwartych oknach, zewsząd dobiegały dźwięki muzyki. Ale po wielkim głodzie chęć do zabaw jakby zmalała, a bezpośrednie zagrożenie jakim była likwidacja polskiej autonomii najwyraźniej zniechęciło do tańców. Ludwik Badecki mieszkał na skraju Janówki, przy polnej drodze noszącej teraz nazwę ulicy Czerwonego Października. Jego dom był niewielki, z małym podwórkiem. Odziedziczył go po przedwcześnie zmarłych rodzicach. Okna były jaśniejsze, niż gdzie indziej, a gdy Franek podszedł bliżej, ktoś otworzył drzwi – z wnętrza buchnęły kłęby dymu tytoniowego i dały się słyszeć dźwięki muzyki, dochodzącej z rozklekotanego gramofonu z wielką tubą. Franek wszedł do środka. Kilkanaście osób podpierało ściany lub siedziało na krzesłach czy stołkach, pośrodku tańczyła walca jakaś para. Muzykę zagłuszały chwilami rozmowy zgromadzonych tu młodych ludzi.
– O, Franek Cybulski – uśmiechnął się młody mężczyzna z blond włosami i krótko przyciętymi wąsami. – Nie wiedziałem, że wpadniesz do Janówki!
– Rodziców odwiedzać trzeba… – odparł Franek. – No i dowiedzieć się chciałem, jak tam u was. A tak w ogóle, to sto lat! – dodał, podając Ludwikowi butelkę.
– Państwowa, ba! leningradzka – zaśmiał się Ludwik. – Co za burżujska rozrzutność! My tu swoją własną produkcję mamy. Częstuj się – wskazał ręką na stół, na którym stała bateria butelek bez nalepek i kilka słoików kiszonych ogórków.  Dobrze, że dziewczęta nie samogon, a ogórki przyniosły…
Wziął szklankę i nalał do połowy samogonu, podał Frankowi widelec i podsunął słoik z ogórkami.
– Twoje zdrowie! – powiedział Franek. Wypił spory łyk samogonu i pogryzł ogórkiem. Ludwik tymczasem zdjął płytę z tarczy gramofonu, wyjął z pudełka inną i energicznie pokręcił korbką. Ostrożnie położył ramię z igłą. – Coś specjalnego – obwieścił. Kręcąca się po parkiecie para zatrzymała się. Z tuby popłynęła muzyka i piosenka, śpiewana po polsku. – Przedrewolucyjne, z samej Warszawy! – powiedział.
Franek zmarszczył brwi i zasłuchał się w polskie słowa tak, jakby grano jakieś pieśni patriotyczne, a nie melodię do tańca. Rozejrzał się dokoła – rozmowy umilkły, wszyscy słuchali, wesołe słowa piosenki rozbrzmiewały w dusznym i przesyconym dymem powietrzu. Zamknął oczy i wyobraził sobie, że zamiast w Janówce znajduje się sto kilkadziesiąt kilometrów dalej, w Polsce, gdzie nie grozi NKWD, gdzie niestraszna jest Syberia i nie ma wszechwładnych bolszewików…

 

Puk, puk, puk!
Franek otworzył oczy. Było ciemno, najwyraźniej jednak zaczynał się świt, bo rozejrzawszy się dokoła widział szare zarysy mebli.
Puk, puk, puk!
Kto takim rankiem, w niedzielę, budzi spokojnie śpiących ludzi? – pomyślał ze zdenerwowaniem. Co prawda poprzedniego dnia u Ludka Badeckiego starał się ograniczyć picie samogonu, ale było to dość trudne. Zmęczyły go nie tyle tańce, bo tańczył niewiele, ale atmosfera tego wieczora: ponury nastrój znajomych, usiłujących na siłę zabawić się, by zapomnieć o trudnych czasach i niepewnej przyszłości. Większość czasu, tak jak pozostali, spędził na podpieraniu ściany, a potem na siedzeniu na brzegu stołka – i gadaniu, gadaniu, gadaniu. Nie o tym, co będzie, ale o ty, co było.
Wspominali czasy wielkiej wojny i rewolucji, a nawet wcześniejsze, przypominając sobie, jak wyglądał stary carski stójkowy, policjant, co to jeden na całą wieś wystarczył i każdego doskonale znał. A potem chwyciła go za rękę znajoma, koleżanka ze szkoły, która tak jak on mieszkała gdzieś z dala od Janówki, a przyjechała odwiedzić rodziców. Wstał z trudem, a potem kręcili się w kółko w jakimś tańcu. Czy był to walc, tango, czy cokolwiek innego, trudno im już było odróżnić. Michalina – a może miała na imię Weronika? – mówiła mu, że ma już dość, że chce jak najszybciej wyjechać do siebie, do męża – bodaj do Białej Cerkwi – bo w Janówce nie da się już mieszkać choćby przez dzień czy dwa. Chyba się z nią zgodził… w każdym razie gdy powiedziała, że musi już iść, skorzystał z okazji. Pożegnał się z Ludkiem i innymi znajomymi, odprowadził tę Michasię czy Werę do nieodległego domu, ona cmoknęła go na pożegnanie w policzek i zniknęła. A on szybkim krokiem wrócił do siebie, by po lekkim tylko obmyciu się zimną wodą wskoczyć do łóżka. Miał nadzieję, że się wyśpi. Niedziela był to dzień wysypiania się. Kościół stał zamknięty i tylko jego rodzice wspólnie odmawiali długą modlitwę, czytając litanie ze starej, mocno zużytej książeczki – modlitewnika.
Łup, łup, łup!
No, komuś naprawdę bardzo zależy na tym, żeby nas obudzić – zmarszczył brwi Franek. Usiadł na łóżku i opuścił nogi na podłogę. W sąsiedniej izbie dało się słyszeć szuranie – to pewno ojciec wstał, narzucił coś na siebie, bo było chłodno i podszedł do drzwi. Po chwili dało się słyszeć skrzypienie i jakieś głosy mówiące coś po rosyjsku. Po rosyjsku?
Franek wstał, pośpiesznie założył sweter i wyjrzał ze swego pokoju. Przy drzwiach do przedsionka stało dwóch żołnierzy z karabinami w ręku i trzeci, najwyraźniej oficer, z pistoletem przy pasie. Przyjrzał się ich mundurom – tak, nie było wątpliwości. To NKWD! Niebieskie czapki, czerwone wyłogi na kołnierzach. Po kogo – po niego? Ale dlaczego?
Cofnął się i zaczął się pośpiesznie ubierać. Szybko włożył spodnie i wyszedł do dużego pokoju. Jego rodzice stali tam, pobladli, matka w długiej nocnej koszuli, z dużą chustką zarzuconą na ramiona, a ojciec w pasiastej piżamie.
– Jak to – mamy się pakować? – spytał ojciec.
– No przecież mówię. Macie cały dzień. Jutro o świcie macie być gotowi.
– Ale dlaczego? Za co?
Oficer – po dwóch złotych trójkątach naszytych na czerwonej patce na kołnierzu widać było, że to mładszyj lejtenant, czyli podporucznik – ze zniecierpliwieniem wzruszył ramionami.
– Jest prikaz, to jedziecie. Możecie brać rzeczy osobiste i żywy inwentarz, ale nie sprzęty i meble.
– Ale jaki rozkaz? Dlaczego? Przecież to nasz dom! My tu od zawsze mieszkaliśmy! Jeszcze od carskich czasów – tłumaczył zdenerwowany ojciec.
– Postanowienie Rady Komisarzy Ludowych Ukraińskiej SRR – powiedział oficer. – Pakuje się prawie cała Janówka. I nie dyskutować, tylko się szykować, bo was zabierzemy tak, jak tu stoicie – pogroził palcem. Wyciągnął z kieszeni jakieś papiery. – Cybulski Antoni Piotrowicz? Cybulska Stanisława Wiktorowna? Cybulski Franciszek Antonowicz? – rozejrzał się, patrząc na ich twarze. – Sprawdzić ich dokumenty – polecił stojącemu obok żołnierzowi.
– Ale syn od dawna z nami nie mieszka – pośpiesznie przerwał mu ojciec. – Jest pracownikiem biblioteki w Berdyczowie. Franek, pokaż papiery…
Oficer zmarszczył brwi. – A ja mam was w wykazie, znaczy, też macie jechać – powiedział do Franka.
– Dokąd?
– Tam, gdzie trzeba – uciął. – Mładszyj komwzwod Siergiejew, sprawdźcie ich dokumenty.
Odwrócił się i wyszedł.
Żołnierz, który na czerwonej patce na kołnierzu miał naszyte trzy żółte litery „V”, poprawił karabin z nasadzonym na niego spiczastym bagnetem i wyciągnął rękę. – Dowody osobiste – powiedział.
Franek wrócił do swojego pokoju, wyciągnął dokument z torby. Gdy wrócił, rodzice gorączkowo krzątali się po pokoju, wyjmując jakieś papiery.
– Boże mój, Boże, co to się dzieje – matka miała oczy co prawda suche, ale sprawiała wrażenie, jakby zaraz miała wybuchnąć płaczem. – Na co nam to przyszło na stare lata…
Plutonowy, bo tak z grubsza przekładał się jego stopień w wojskach Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych, zdjął karabin i oparł go o ścianę. – Uspokójcie się. Jutro rano przyjadą ciężarówki i was zabiorą. Możecie zabrać ile się da, nawet kury czy świnie, jeśli macie. Wszystko co cenne, spakujcie dobrze, macie dużo czasu – tłumaczył.
– Ale dokąd będziemy jechać? – spytał go ojciec, podając dowód. – Syberia?

 

– A bo ja wiem? – wzruszył ramionami plutonowy. – Ale po południu przyjedzie towarzysz z obwodu, to wam powie. – Wziął dowody osobiste, czytał starannie każdą rubrykę. – Ot, napisane: Polak, Polka i Polak. Tu Ukraina, a w waszej wsi chyba sami Polacy mieszkają – dziwił się.
– Ano prawie sami, choć trochę Ukraińców też jest – wtrącił się Franek. – A to moje zaświadczenie z gorispołkomu w Berdyczowie. Ja tam mieszkam i pracuję.
Żołnierz wziął papier do ręki i starannie przeczytał. – Mi to tam wszystko jedno – powiedział. – Jak powiedzą, żeby was zabierać, to zabierzemy. A jak powiedzą, żeby nie zabierać, to zostawimy…
– No ale jak, przecież Franciszek rodzinę ma w Berdyczowie, żonę, dziecko… – tłumaczył ojciec.
Enkawudzista pokręcił głową. – Możecie tam i pięcioro dzieci mieć. Jak napisane, że zabieramy, to zabieramy. Koniec! – popatrzył na nich, zacisnął usta. – Macie siedzieć w domu i nigdzie nie wychodzić. Jak towarzysz z obwodu przyjedzie, to was zawołamy. A teraz się pakujcie.
Chwycił karabin, zamaszystym ruchem otworzył drzwi i wyszedł. Rodzice opadli na krzesła, Franek przysiadł koło nich. Milczeli przez chwilę, jakby nie wiedzieli, co mówić.
Pierwszy ruszył się ojciec.
– Idę do rady wiejskiej – zadecydował.
– Nie puszczą cię – powiedziała matka.
– Jak to nie puszczą… przecież nie chcę uciekać, a do władzy pójść!
Wstał, zaczął się ubierać. Powoli, spokojnie, podszedł do szafy, wyjął najbardziej elegancki, choć mocno już znoszony ciemny garnitur. Założył go i długo wiązał krawat. Wreszcie włożył buty i płaszcz i wyszedł. Słychać było, jak skrzypią zamykające się drzwi wyjściowe, jak szczeka Burek. Franek uświadomił sobie, że szczekanie psa słyszał już wcześniej, gdy enkawudziści łomotali do drzwi, ale – przyzwyczajony do tego, że pies często szczeka – po prostu tego nie zauważył.
Siedzieli z matką, czekając, aż coś się wydarzy, jakby za chwilę miało się coś stać, cos okazać, coś wyjaśnić. Siedzieli bez ruchu, tak, jakby każde poruszenie się mogło w czymkolwiek zaszkodzić…
… i znów zaskrzypiały drzwi. Do pokoju wszedł ojciec, zdejmując czapkę i płaszcz i spokojnie zzuwając buty.
– Nie puszczają.
– Jak to, nie puszczają? – spytał Franek.
– Ano patrol chodzi po ulicy, jak się ktoś pojawi to karabiny z pleców ściągają i każą wracać. Widziałem sąsiada, jak też próbował wyjść.
– Mówiłeś, że do sielsowietu? – powiedziała matka.
– Tak. Powiedzieli, że sielsowiet też się pakuje.
Pani Cybulska nie wytrzymała. Zaczęła płakać, najpierw bezgłośnie, a potem szlochała cichym, przejmującym głosem. Podszedł do niej jej mąż, przytulił. – No, nie płacz. Dobrze, że żyjemy. Wysiedlają z Janówki, znaczy, gdzie indziej sobie Janówkę zbudujemy – mruknął uspokajającym tonem. – Ale my, to my. Franek, ja nie wiem dokąd nas będą ciągnąć. Ale ciebie chyba puszczą?
Franek zastanowił się.
– Może puszczą. I co, mam was tak zostawić? Pojedziecie nie wiadomo dokąd?…
Ojciec zmarszczył brwi.
– Chłopaku, my już swoje lata przeżyliśmy. A ty masz życie przed sobą. Marysię i Antosia zostawisz?…
– No, ale…
– Nie ma dyskusji – twardym głosem powiedział pan Antoni. – Każą zabierać rzeczy, znaczy, nie do więzienia i nie do łagru nas zabierają. Wysyłają, jak za carskich czasów. I gdy już się gdzieś osiedlimy, na Syberii czy nie wiem gdzie, to napiszemy do was. Przecież napisać list do Berdyczowa chyba będzie można…
Zamilkł na chwilę, podszedł do okna, ostrożnie odsunął firankę.
– Psiakrew, chodzą… – mruknął. – Ale jak noc zapadnie, to się jakoś wyślizgniesz. A może i tak cię puszczą.
– Żebym opowiadał co tu widziałem? Na pewno nie – pokręcił głową Franek.
Tymczasem ktoś znów zastukał do drzwi. Pan Antoni pośpiesznie wstał i poszedł do sieni. Znów dało się słyszeć rosyjski głos i do izby wszedł plutonowy, ten sam, który wcześniej sprawdzał ich dokumenty. W kąciku ust zwisał mu dymiący skręt, którego wyjął i trzymał w ręku.
– Cybulski Franciszek Antonowicz? – spytał urzędowym głosem.
Franek wstał.
– Wy też się pakujcie. Jesteście na liście.
– Ale ja tu nie mieszkam!…
Mładszyj komwzwod skrzywił się, rzucił niedopałek skręta na podłogę i rozdeptał butem.
– Ja wam, Franciszek Antonowicz, po dobremu radzę, wy się nie awanturujcie, tylko się pakujcie – powiedział.
Ojciec Franka wstał, podszedł do szafy i wyciągnął pudełko papierosów.
– Towariszcz mładszyj komwzwod… – powiedział. – Weźcie, bo ja nie palę. Lekarz zabronił… Powiedzcie, bo my zwyczajni ludzie, nic nie wiemy, co się dzieje. Syn nas przyjechać odwiedził, a tu takie z rana w niedzielę powitanie.
Plutonowy wziął papierosy, obejrzał. – O, „Nasza marka”… Nu, spasibo…
Odstawił karabin, rozerwał opakowanie, powoli wyciągnął papierosa. Włożył go do ust, przypalił zapałką i zaciągnął się.
– A wy, chozjain, myślicie, że my wszystko wiemy? Każą – jedziemy. Mówią: element kontrrewolucyjny żyje niedaleko granicy, trzeba go wysiedlić, bo na granicy musi być bezpiecznie.
– Znaczy się, my – ten element?… cicho powiedział ojciec.
– Nie powiedzieli, czy wy, czy kto inny. Bezpieczeństwo najważniejsze. Jak nawet kto niewinny ucierpi, to trudno. A wam nic złego się nie stanie, tyle, że będziecie mieszkać gdzie indziej.
– Gdzie?…
– Nie wiem – rozłożył ręce mładszyj komwzwod. – Popatrzył zamyślony na Franka. – Tylko nie próbujcie w nocy uciekać. Bo prikaz jest: jak kto ucieka, strzelać!
Włożył do ust papierosa, chwycił karabin i wyszedł, trzasnąwszy dzwiami. Pan Antoni zamknął szafkę i ciężko usiadł na krześle.
– I w co my się zapakujemy? – powiedział. – A Burek i nasze kury?…
Matka zwiesiła głowę i znów zaczęła płakać.

 

Było już późne popołudnie, gdy do ich drzwi znów zapukali żołnierze NKWD. Ojciec otworzył im drzwi. Do środka wszedł ten sam plutonowy, co poprzednio.
– Ubierać się, idziecie na plac przed sielsowietem! Towarzysz z obwodu przyjechał…
Kapral rozejrzał się po pokoju. Na podłodze piętrzyły się pakunki, toboły i tobołki. Przez poprzednie kilka godzin przejrzeli wszystko, co było w ich domu, odkładając na bok to, co na pewno będzie niepotrzebne i pakując najbardziej niezbędne rzeczy. Ale przez lata w starym domu nagromadziły się ogromne ilości wszystkiego: stare ubrania, jakieś święte obrazy, rozmaite makatki i narzutki. I tylko zastanawiali się: jak się nie da zabrać łóżek, to brać sienniki? Zdobędą jakieś łóżka tam, dokąd jadą?
A dokąd właściwie mają jechać? Będzie tam zimno czy gorąco? Jak się ubrać? Tyle pytań, i żadnych odpowiedzi. Ale może „towarzysz z obwodu” coś powie.
Pośpiesznie się ubrali i wyszli. W kierunku rady wiejskiej szła chyba cała Janówka. Wszyscy sąsiedzi, z którymi znali się i lubili, a czasem i kłócili. Teraz szli milcząc, nie patrząc jeden na drugiego, jakby w obawie, że niepotrzebnie wypowiedziane słowo obróci się przeciwko nim.
Franek rozejrzał się: wszędzie dokoła widać było żołnierzy. Stali na końcu ulicy i na tyłach domów, najwyraźniej tak, by nikt nie wpadł na pomysł ucieczki. Niektórzy w nowych, wyfasowanych widać niedawno mundurach, większość w starych, ze spiczastymi czapkami – budionówkami. Ale też nie sprawiali wrażenia bardzo intensywnie pilnujących – palili papierosy, o czymś ze sobą rozmawiali.
Przed budynkiem rady wiejskiej zgromadził się spory tłum ludzi. Franek zaczął zastanawiać się nie tyle, kto tu jest, a raczej kogo nie ma. Przyszli sami Polacy, czy też i kilku mieszkających w Janówce Ukraińców? Są tutejsi milicjanci, którzy też przecież mieli w Janówce domy, czy też raczej znajdują się między pilnującymi? Ale trudno było się rozeznać, bo wśród kilku setek obecnych mógł znaleźć się właściwie każdy.
Przed budynkiem rady wiejskiej ktoś postawił taboret. Po dłuższej chwili pojawił się jakiś mężczyzna w czarnym płaszczu i czapce nasuniętej na czoło i niego wskoczył. Dokoła niego zgromadziło się kilku wojskowych – ten sam podporucznik, który rano przyszedł do ich domu, obok oficer polityczny – Franek z trudem dostrzegł patki na kołnierzu, a zresztą z trudem rozróżniał niedawno wprowadzone oznaczenia. Ale chyba był wyższy rangą, jedna gwiazdka, więc chyba starszy politruk, a więc kapitan – i najwyraźniej dowodzący całą operacją „dwugwiazdkowy” major. Z tyłu za nimi stał jakiś mężczyzna, który Frankowi wydał się znajomy. Muszyński? Były szef kołchozu i wróg rodziny Cybulskich – z enkawudzistami?…
Cywil stojący na taborecie rozejrzał się dokoła i zaczął przemawiać po rosyjsku. – Obywatele! Rada Komisarzy Ludowych Ukraińskiej SRR zadecydowała, że ze względów bezpieczeństwa musicie osiedlić się w innej części ZSRR! – znów się rozejrzał, jakby czekając na jakieś protesty czy pytania. – Każdy może wziąć swój dobytek, drobny inwentarz żywy. Jutro od… – spojrzał na zegarek, zapięty na przegubie ręki –… od siódmej rano do każdego domu przyjedzie ciężarówka. Towarzysz lejtenant… – pokazał ręką na podporucznika –… powie wam w jakiej kolejności na jakie ulice. Zostaniecie zawiezieni na stację kolejową i tam wsiądziecie do pociągu. To tyle! – podniósł do góry prawą rękę. – Ale dodam jeszcze: nikomu nie wolno się oddalać. Samowolne oddalenie się będzie uznane za szkodzenie i będzie karane z całą surowością. Jak są pytania techniczne, towarzysz lejtnant wam odpowie. Jeśli macie pytania ogólne, towarzysz starszyj politruk wam wszystko wyjaśni. Dziękuję za waszą obywatelską postawę! – powiedział, zeskoczył z taboretu i zniknął.
Ludzie na placu przed sielsowietem stali nieruchomo, jakby z niedowierzaniem, że usłyszeli coś, co już wiedzieli – i nie usłyszeli niczego, czego chcieliby się dowiedzieć. Dlaczego to wszystko? Dokąd ich zawiozą?…
Na taboret wskoczył tymczasem podporucznik. Wyciągnął jakąś kartkę. – Ulica Lenina będzie pierwsza. Od siódmej do dziewiątej. Ale Rewolucji Październikowej niech się też szykuje od siódmej, bo może ciężarówki zdążą. Obywatele z Krasnoarmiejskiej niech będą gotowi od ósmej… – czytał. Gdy skończył zapadła cisza. Mładszyj lejtenant złożył kartkę i schował do kieszeni. – Pytania są? – dodał.
Podniosła się jedna ręka. Wszyscy obejrzeli się ze zdumieniem – kto nie boi się na tyle, że zechce o cokolwiek spytać. Tymczasem do przodu wysunął się starszy mężczyzna. Franek popatrzył na niego – Mikołaj Goliński miał kiedyś w Janówce własny sklepik, ale go najpierw upaństwowiono, a potem zamknięto. Na jakiś czas zamknięto też samego Golińskiego. Ten wesoły niegdyś mężczyzna zgorzkniał od tego czasu i posmutniał.
– Dokąd nas wieziecie? I dlaczego?
Podporucznik zmarszczył brwi i zeskoczył ze stołka. Politrukowi najwyraźniej nie chciało się na taboret wchodzić. Skrzyżował ramiona i utkwił wzrok w Golińskim.
– Dobrze pytacie, obywatelu – powiedział. – Wszyscy mają prawo wiedzieć. Dokąd jedziecie – o tym dowiecie się w swoim czasie. Nie musicie się o nic martwić: władza radziecka o was zadba. A dlaczego jedziecie, to już wam mówił towarzysz z obwodu. Tak zadecydowali towarzysze w Kijowie. Taka jest aktualna potrzeba. Tego chce nasze państwo robotników i chłopów. Wszystko jasne?
Goliński najwyraźniej chciał coś powiedzieć, ale przez tłum przepchnęła się jego żona i pociągnęła go za rękaw.
– Wszystko jasne – mruknął.
– To świetnie. Wracacie teraz do domów. Patrole sprawdzą waszą obecność. Jakby ktoś się zgubił, będziemy go szukać – dodał politruk. Wojskowi odwrócili się tyłem i pomaszerowali do budynku.

Tłum rozchodził się powoli i w całkowitym milczeniu. Gdy ruszyli, Franek dostrzegł, że ktoś ku nim się przepychał. Stanął, zastanawiając się o co chodzi. Po chwili zbliżył się do niego krępy mężczyzna, z futrzaną czapką na głowie. Muszyński!
– Ty o mnie zapomniał, a ja o tobie nie! – powiedział cichym głosem. – Pojedziecie, Cybulscy, daleko, oj daleko! I ty, Franek razem z nimi…
Poprawił czapkę, którą zdejmował chyba tylko w czasie letnich upałów. – Myślałeś, że ja w Berdyczowie znajomych nie mam?… A mam! Tobą się zaopiekowali, poradzili ci tu w odpowiednim czasie przyjechać. A teraz się twoją żoną zaopiekują!
Franek szarpnął się, już chciał się rzucić na Muszyńskiego, gdy z boku podszedł lejtnant.
– A tu co się dzieje? Towarzyszu Muszyński?
– Tego obywatela przypilnować trzeba dobrze, żeby razem z innymi pojechał – mruknął były szef kołchozu. Odwrócił się i poszedł w stronę rady wiejskiej.
– Chodź, Franek… – powiedział ojciec. Odwrócili się i poszli w przeciwną stronę. Szli milcząc, podobnie jak ich sąsiedzi. Franek rozejrzał się – nikt nie podnosił wzroku, nikt nikomu się nie przyglądał. Gdy oddalili się od budynku rady wiejskiej, ojciec, z zaciętą twarzą, wymamrotał coś po cichu.
– Słucham? Coś mówiłeś, tato? – spytał Franek.
– A co tu mówić. Żeby ich szlag!… – mruknął Antoni Cybulski.
– A żeby szlag tego Muszyńskiego trafił! – odpowiedział jego syn.
Dotarli do swojego domu. Gdy po chwili Franek wyjrzał na ulicę, Janówka była zupełnie pusta. Wszyscy pochowali się w swoich domach. Przynajmniej tak się przez chwilę wydawało, do czasu, gdy zza rogu odległego domu wymaszerowała trójka żołnierzy z bagnetami nasadzonymi na karabiny.
Ojciec chwycił Franka za rękaw.
– Chodź do domu!
– Już idę – powiedział zdziwiony Franek. – Przecież za wyglądanie na ulicę nic mi chyba nie zrobią?
– Ważną sprawę do omówienia mamy… – Antoni zmarszczył brwi. – Matka, siadaj z nami przy stole – powiedział do żony. A ona strzepnęła ścierką jakiś pyłek ze stołu i siadła na krześle.
– Franek… Musisz uciekać! – powiedział ojciec stanowczym głosem.
– Uciekać?… – powtórzył niepewnie Franek.
– Tak! Muszyński musiał dobrze namieszać! To jego sprawka, że cię w spisie mieszkańców Janówki do wysiedlenia mają. A jak z Janówki znikniesz, to może nie będą cię szukać gdzie indziej. Przecież Muszyński nie sięga wszędzie! No i ja się boję, czym też on Marysi zagrozić może. Kto też nią się – i w jaki sposób – „zaopiekuje”? Musisz wrócić do Berdyczowa…
Franek podrapał się po brodzie.
– To ja wiem. Jego groźby zawsze traktowałem poważnie. Ale całą Janówkę obstawili. Mysz się nie prześlizgnie – odparł.
Antoni Cybulski zaśmiał się, po raz pierwszy od ranka zmieniając wyraz twarzy.
– Ty Janówkę znasz lepiej, niż wszyscy enkawudziści. Jakbyś odsunął sztachetę w płocie, to do Jędrzejewskich przejdziesz. U nich za stodołą chaszcze takie, że nikt cię nie zobaczy… No, ja, stary, mam tobie mówić, jak z domu uciec?…
Rzeczywiście – pomyślał Franek. Zdarzało się parę razy, że jakoś rodzicom podpadł i musiał natychmiast zniknąć. A raz szukał go sam policjant, bo portret cara w szkole zamazał. Tyle, że stójkowy szukał tak, żeby nie znaleźć, bo to swój był, z Janówki. Ale uciekał dokładnie tak, jak opowiadał ojciec: do sąsiadów, a potem za ich stodołą. Lata minęły, a sztachety w płocie pozostały ruchome. Co więcej, przybyło krzaków za stodołą.
– I co, u Jędrzejewskich za stodołą kryć się będę?… – mruknął.
– Ej, Franek – ojciec położył mu rękę na ramieniu. – No przecież coś wymyślisz! Znasz Janówkę na wylot!
– Znam, rzeczywiście….
– I nie myśl, że nas zostawiasz – odezwała się milcząca dotąd matka. – Nie myśl! Bo my sobie damy radę, a Marysia z synkiem – nie! A jak Bóg da, wrócimy do Janówki, a przynajmniej będzie nam dane się spotkać…

 

Było dobrze po północy, gdy skończyli pakowanie. I właściwie nie bardzo wiedzieli, co udało się zapakować. Mnóstwo rzeczy pozostało na strychu i w budynkach gospodarskich. Żeby je zabrać, musieliby wziąć ze sobą cały dom, a tego przecież zrobić nie mogli.
Teraz szykował się Franek.
– Tego nie biorę – wskazał na zawiniątko, wyjęte z jego walizki. Odłożył też na bok niewielkie, tekturowe pudełko. – Schowajcie to do skrytki w podłodze. Gdyby mnie złapali i znaleźli rzeczy z Polski, nie wyszedłbym z więzienia. Jeśli w ogóle bym do więzienia dotarł, zamiast skończyć gdzieś na enkawudowskim cmentarzu – mruknął.
Włożył stare ubranie, które – gdy wpadał do Janówki – używał do prac domowych. Wytarte na kolanach spodnie, zużyty sweter i mocno zniszczona kufajka, która pamiętała jego wyprawę sprzed kilku lat do Polski. No i czapka, która kiedyś była elegancka – ale było to bardzo dawno temu. Zastanawiał się, czy poczernić sobie twarz. Ostatecznie zdecydował jedynie na posmarowanie policzków sadzą. Przejrzał się w lustrze. – Wyglądam jak strach na wróble – powiedział.
– Raczej jak jakiś bezdomny z przedrewolucyjnych czasów – odparła matka.
– Albo zesłaniec po roku na Syberii – zaśmiał się ojciec.
Franek mocno uścisnął dłoń ojca, pochylił się, ucałował rękę matki. A ona chwyciła go i przytuliła. Gdy po chwili się podniósł, szybko zasłoniła twarz rękami – ale zdążył zobaczyć, jak po policzkach płyną jej łzy.
Jedno z okien domu przysłonięte było przez gałęzie stojącego obok, rozłożystego drzewa. Franek ostrożnie uchylił okno i wyjrzał. Było ciemno, jak to o tej porze na wsi, ale w oknach niektórych domów paliło się światło. Najwyraźniej ich mieszkańcy albo się jeszcze pakowali, albo nie mogli zasnąć. Nigdzie nie widać było żołnierzy, ale mogli się gdzieś chować. Tyle, że – pomyślał Franek – po ciemku raczej nie będą maszerować ulicami. Jeśli idzie patrol, to pewno z latarnią w ręku.
Wyskoczył na zewnątrz. Pod oknem rosła w tym miejscu gęsta trawa, więc nawet nie musiał bardzo uważać. Spojrzał w górę – przez okno wyjrzał ojciec. Było tak ciemno, że z trudem go dojrzał. Po chwili okno się zamknęło.
Plan miał prosty: przemykać się podwórkami aż na sam koniec Janówki. Tam pewno stali enkawudziści, ale z pewnością nie otoczyli szczelnym kordonem całej wsi, bo do tego potrzebny byłby może i pułk wojska. Najprawdopodobniej pilnowane były ulice, które poza wsią stawały się zwykłymi drogami. A on nie miał zamiaru iść ulicami.
Do Jędrzejewskich przeszedł tak, jak mu powiedział ojciec: odsunął sztachetę w płocie. Ciemności mu nie przeszkadzały, bo swoje podwórze i podwórka sąsiadów znał na pamięć. Ile to razy bawił się z Michałem, młodszym od niego o rok synem Jędrzejewskich? Michał Jędrzejewski wyjechał z Janówki tak jak on, ale dom i podwórze pozostały.
Sąsiedzi byli zapewne w środku, samotni, tak jak i jego rodzice. Nie zamierzał ich niepokoić; zresztą, zmęczeni pośpiesznym pakowaniem całego dobytku, pewno już spali. Ostrożnie przeszedł na tyły ich domu, w kępę traw. Dalej, przy niewielkim zakręcie ulicy, stał dom Smolików. Za dnia w oknie siedziała babcia Smolikowa. Uwielbiała godzinami tak siedzieć i patrzeć, nawet, jeśli dokoła zupełnie nic się działo. Ale staruszka kładła się wcześnie spać. Jak wytrzyma podróż? Wyprawę w nieznane, która potrwa nie wiadomo ile?…
Do Smolików można było przejść bez większego problemu, bo ich płot był w fatalnym stanie – starsi ludzie nie mieli siły, by go naprawiać. Na dokładkę pokłóceni z nimi Jędrzejewscy wcale nie kwapili się do pomocy. U Smolików musiał uważać, bo podwórze było zasłane jakimiś zardzewiałymi rupieciami i kawałkami drewna. Boleśnie potknął się o pieniek i chwycił się za nogę, starając się nie krzyknąć. Szedł dalej skulony, ostrożnie macając rękami dokoła.
I kolejny płot, kolejne podwórze. Janówka nie była wielka, a jego ulica nie należała do najdłuższych. Ile to jeszcze – cztery domy czy pięć? Policzył dokładnie – pięć. Za tymi domami rozpościerał się niewielki, pełen jabłoni sad, niegdyś należący do bogatego gospodarza. Gospodarz zniknął, skutecznie „rozkułaczony”, a sad przejęty został przez kołchoz. Na szczęście poprzedni kierownik kołchozu nie dał mu zmarnieć – i latem kołchoźnicy i pracownicy filii zakładów fajansowych z Marchlewska dostawali swój przydział jabłek.
W sadzie nie było nikogo – a przynajmniej tak się Frankowi wydawało. Środkiem wiodła ścieżka, ale zamiast nią iść, poszedł bokiem, przemykając od drzewka, do drzewka. Nagle usłyszał jakiś odgłos. Znieruchomiał, przywarł do drzewa. Powoli zsuwał się coraz niżej, aż wreszcie usiadł na trawie. Ścieżką ktoś szedł. Po chwili ujrzał ogienek – to lampa, trzymana przez jednego z idących. I jeszcze jeden… dwa małe ogienki – palące się papierosy. Trójka ludzi. Żołnierze?
Tak, to byli żołnierze. Gdy podeszli bliżej, ujrzał ich w świetle pełgającego ognia latarni. Trzech enkawudzistów, z karabinami na zawieszonymi na ramionach.
– Ciemno – mruknął jeden z nich.
– Do diabła – powiedział drugi. – Jak tu upilnować kogokolwiek podczas takiej ciemnicy!
Przeszli dalej, nawet nie rozglądając się na boki. Po raz pierwszy tej nocy Franek pomyślał, że naprawdę ma szansę. Janówki nie upilnowałby i pułk NKWD. A on zna okolicę o wiele lepiej niż żołnierze. Ma szansę!
Trójka enkawudzistów zniknęła, a Franek podniósł się z ziemi. Przeszli, więc można spokojnie iść dalej.
Ruszył do przodu, poruszając się ostrożnie od drzewa do drzewa. Sad nie był wielki, więc jeszcze kawałek i powinien być jego koniec. Jest ciemno, więc nie był pewien, czy cały czas idzie w dobrym kierunku. Jeśli dopisze mu szczęście, to wyjdzie na niewielki lasek. O ile skręcił nieco w prawo, to za drzewami sadu będzie łąka. W lewo zboczyć nie mógł, bo by wyszedł na dróżkę. Tymczasem cały czas szedł przez trawę.
Kolejne drzewo. Przywarł do chropowatej kory jabłonki, odpoczywając przez chwilę. Wstrzymał oddech – dokoła było cicho i ciemno. Obejrzał się – świateł Janówki nie było już widać, zresztą, jakie to były światła – co najwyżej lampy naftowe w domach. Znów ruszył przed siebie. Tym razem był nieostrożny i wpadł na drzewo, uderzając się boleśnie w kolano. Przykucnął i rozcierał bolącą nogę.
Już niedaleko. Jeszcze ze sto – dwieście metrów. Szedł przed siebie i nagle zrozumiał, że wyszedł z sadu – przed nim nie było już drzew. A więc wyszedł na łąkę.

 

Przykucnął – teraz trzeba uważać, bo łąka była spora i stojącego człowieka widać było jak na dłoni. Ale też – pomyślał – chyba nie ma sensu się czołgać. Jeśli ostrożnie ruszy szybkim krokiem, dotrze do pagórka. Za pagórkiem z lewej zaczynały się kołchozowe pola, a z prawej był kolejny las. Jeśli dotrze do lasu, powinien tam znaleźć starą ziemiankę.
Krok za krokiem zbliżał się do pagórka. Ostrożnie wdrapał się na szczyt – wkoło tylko cisza i pustka. Powoli zaczął wierzyć, że udało mu się uciec. Jeszcze kawałek i będzie las. A w lesie ziemianka. Przeczeka noc lub dwie w ziemiance i ruszy dalej – a wtedy szukaj wiatru w polu!
Teraz pozostawało tylko szybko zejść na dół. Ostrożnie się wyprostował i krok za krokiem zaczął schodzić po łagodnym zboczu. Jeszcze tylko kawałek. Już widział zarysy drzew. Jeśli mu się uda, trafi na na wpół zarośniętą ścieżkę, która poprowadzi go prosto na polankę. A tam trzeba było znaleźć pochyloną sosnę. Trzydzieści kroków na północ i dwadzieścia na wschód… tam była ziemianka.
Jeszcze kilkanaście kroków. Kilka. Już zaraz będzie w bezpiecznym lesie…
Nagle oślepiło go światło. Ostra latarka elektryczna świeciła mu prosto w oczy. A potem zapaliła się druga. Odruchowo zasłonił dłonią oczy.
– Wot, myślał, że NKWD przechytrzy. A nam lejtenant mówił, że tu jeden taki mołodiec jest, co to na pewno wydostać się ze wsi spróbuje – zaśmiał się jeden z żołnierzy. Gdy opuścili latarki widać było wyraźnie, że naprzeciw niego stoi trzech żołnierzy w długich szynelach, z karabinami w ręku. Na karabinach mieli nasadzone długie szpikulce bagnetów.
– No, idź, idź – szturchnął go jeden z nich. Ruszyli w kierunku wioski, przyświecając sobie latarkami. A może skoczyć w bok? – pomyślał. — Skoczę prosto do lasu, jak mnie tam znajdą?…
Ale żołnierz jakby odgadł jego myśli. – Tylko nie myśl o ucieczce! – powiedział. – Mamy psy. Psy cię znajdą… a my drugi raz będziemy strzelać, a nie świecić latarkami po oczach – dodał.
Franek zacisnął usta. Trudno, tym razem się nie udało. Czy to znów sprawka Muszyńskiego? Nic, uda się następnym razem…
Doszli do pierwszych chałup. Tam już czekał na nich „komitet powitalny”: znany mu już porucznik, plutonowy i kilku żołnierzy. Gdy się zbliżyli, porucznik wykonał jeden szybki ruch. Nieprzygotowany Franek poczuł nagle, jak pięść oficera trafia mu prosto w twarz. Poczuł smak krwi, zakręciło mu się w głowie i upadł na ziemię.
– I co ty myślałeś, co?! – wykrzyknął porucznik. – Że tak sobie po prostu zwiejesz? A mówił towarzysz Muszyński, że tu niebezpieczny element jest – Zrobił zamach nogą i kopnął go w bok. – Cała wieś jest obstawiona! Wrogom narodu pobłażać nie będziemy! Marsz do domu, a jak jeszcze raz spróbujesz, to i ty, i cała twoja rodzina będzie rozstrzelana tu, na miejscu!
Ucichł na chwilę. Kiwnął na plutonowego. – Odprowadzić do chałupy. Postawić żołnierza na posterunku, niech pilnuje. Rozkaz: jakby który z nich próbował wychylić się z domu, strzelać bez ostrzeżenia…
Odwrócił się i spokojnym krokiem poszedł w kierunku centrum Janówki.
Plutonowy pochylił się nad Frankiem. – No wstawaj! Nie będziesz tu tak leżeć! Idź spać, bo potem będzie was czekała bardzo długa droga – mruknął.
Franek z trudem, powoli, wstał z ziemi. Ruszyli w drogę: on, plutonowy i dwóch enkawudzistów. Żołnierze poganiali go, ale Franek, choć zmęczony i senny, wcale nie śpieszył się do domu. Bo wrócić oznaczało – ostatecznie przegrać. Rano przyjedzie samochód, załadują swoje rzeczy i ruszą w nieznane. Po drodze na pewno będą pilnowani – i to lepiej, niż tu, w Janówce. Trzeba było iść inaczej – pomyślał. Niepotrzebnie wybrał dość prostą drogę. Może gdyby się gdzieś przyczaił, w czyjejś stodole, udałoby mu się przeczekać noc i następny dzień? Ale przecież na pewno będą przeszukiwać wszystkie zabudowania. Więc raczej i tak nie miał szans…
W domu było ciemno, ale gdy Franek pchnął drzwi, w pokoju zobaczył stojącego ojca.
– Nie udało się?… – spytał cicho ojciec.
– Nie.
Za nim do środka wszedł mładszyj komwzwod.
– Ludzie, pilnować syna, bo jak jeszcze raz przyłapiemy na ucieczce, to jego zabijemy od razu, a dla was będzie na miejscu sąd – powiedział. – Macie jeszcze kilka godzin, to zamiast kombinować, śpijcie. Zostawiam żołnierza na straży. Ma rozkaz – strzelać, jeśli ktoś będzie chciał wyjść.
Odwrócił się na pięcie i zniknął.

 

Franek opadł na krzesło. – Przemyję twarz i idę spać – mruknął.
– Ja to chyba w ogóle spać nie będę – powiedziała matka.
– Jutro ciężki dzień i spać trzeba – kiwnął głową pan Antoni.
Kilkanaście minut krzątaniny i położyli się na siennikach, z których wcześniej zdjęli i zapakowali pościel. W ubraniach, bo pierzyny też schowali. No i przecież nie było sensu się rozbierać, skoro nie wiadomo o której enkawudziści znów załomoczą do drzwi.

***

Puk, puk, puk!
Franek poderwał się natychmiast. Nie spał – po prostu nie mógł zasnąć. Myśli kłębiły mu się w głowie, zastanawiał się, co też z nimi może się stać, a obawy usiłował zagłuszać wspomnieniami z młodych lat w Janówce. Przyszli po nas! – pomyślał i usiadł na łóżku. Usłyszał szuranie w sąsiednim pokoju: to wstał Antoni Cybulski, zmęczony po nieprzespanej nocy, poszedł otwierać drzwi. Za nim wstała matka – o ile w ogóle choć na chwilę się położyła, tej ostatniej nocy we własnym domu.
– No, zabierać się! – krzyknął po rosyjsku żołnierz.
Wyszli na zewnątrz. Był ranek. Chmury się rozeszły i słońce świeciło intensywnie, tak,,,,, że mimo wczesnej pory było już ciepło. Na ulicy stały dwie ciężarówki, uwijali się przy nich cywile i żołnierze.
– Macie załadować wszystko na tę ciężarówkę – machnął ręką plutonowy, bo to właśnie on nadzorował ich wyjazd. – W godzinę ma być wszystko gotowe! I nie zostawiać bałaganu w chałupie…
Wrócili do domu. Paczki, paczuszki, walizki, tobołki. Było tego wiele, ale jak władowali na pakę ciężarówki, zajęły niewiele miejsca. Potem jeszcze kilka kur w drewnianej skrzyni, ze dwa worki ziemniaków. Ciężarówka ruszyła pod sąsiedni dom, gdzie para gospodarzy już czekała ze swoimi pakunkami. Oni szli za samochodem.
Wreszcie ciężarówka była już pełna.
– Wsiadajcie – zakomenderował plutonowy. Z trudem zmieścili się na pace, wśród sterty pakunków i koło grupki swoich sąsiadów. Mładszyj komwzwod wskoczył do szoferki. Ruszyli. Z tyłu za nimi pojawił się samochód z czterema enkawudzistami, którzy w rękach trzymali karabiny. Minęli pomnik Lenina i siedzibę rady wiejskiej, potem szkołę. Jeszcze chwila i znaleźli się poza Janówką.
Kierowali się na południe, czyli w tym kierunku, z którego przyjechał do Janówki Franek. Czyżby wieźli ich do Dzierżyńska? Ale dwa dni wcześniej nic nie wskazywało na jakiekolwiek przygotowania. Więc do jakiegoś innego miasta na tym samym szlaku, dysponującego sporą stacją kolejową z kilkoma torami. Ale czy enkawudziści ładowaliby ludzi do wagonów na zwykłej, pasażerskiej stacji kolejowej?
To wydawało się mało prawdopodobne. Może podjadą na jakąś bocznicę, używaną przez wojsko albo fabrykę? Okazało się, że się nie mylił.
Godzinę później skręcili w boczną drogę. Zatrzymali się nagle. A potem tak samo nagle ruszyli, mijając podniesiony szlaban i posterunek, przejeżdżając przez wysokie, drewniane ogrodzenie. Wewnątrz ogrodzenia stały stare budynki, chyba fabryczne, ale sprawiające wrażenie opustoszałych. Wyglądały na stary browar. Franek gorączkowo się zastanawiał, ale nie znał aż tak dobrze wszystkich miejscowości w odległości ponad pięćdziesiąt kilometrów od Janówki, by wiedzieć na pewno, gdzie się znajduje.
Zatrzymali się przy peronie. Na torach stało kilkadziesiąt wagonów towarowych.
– Wysiadać! – do ciężarówki zajrzał jakiś żołnierz.
Powoli, jeden po drugim, wyskakiwali na ziemię.
– No, szybciej, wyładowywać!
Zaczęli wyjmować pakunki na ziemię. Obok stała inna ciężarówka, już prawie pusta, dokoła krzątali się mieszkańcy Janówki, przenosząc paczki do wagonu.
– Ten wagon jest wasz – powiedział enkawudzista, podchodząc bliżej. – Pakujcie się!
Dołączyło do nich dwóch robotników i zaczęli nosić swoje kufry, pudła i skrzynie do drewnianego wagonu. W środku było dość czysto, tylko na podłodze, leżały wiązki słomy.
– Może to wyrzucić? – spytał Antoni Cybulski. – Będzie więcej miejsca.
– A wy będziecie spać na gołych deskach? – zdziwił się enkawudzista.
– Jedziemy tym wagonem? – zdumiała się matka.
– Co, myśleliście, że wam pierwszą klasę podstawimy? – zaśmiał się żołnierz, zsuwając czapkę na tył głowy. – Macie słomę do spania, wiadro do załatwiania się, a na postojach dostaniecie wodę i żywność.
– Dokąd jedziemy?
– A bo ja wiem? – odpowiedział pytaniem enkawudzista.
Ładowanie pakunków zajęło im dobre trzy godziny. Potem weszli do środka, prawie w całości zajętego przez pakunki. Razem z nimi w tym samym wagonie jechały cztery inne rodziny. Żołnierz zajrzał, popatrzył na wszystkich, policzył izapisał nazwiska na kartce. Potem wstawił wiadro z wodą i zasunął ciężkie drzwi wagonu. Zrobiło się ciemno. Światło wpadało przez dwa małe, zakratowane okienka u góry. W milczeniu usiedli na wiązkach słomy.

***************************************

Szanowni Państwo!

To już ostatni odcinek „Przez czerwony step”, jaki zamieszczam w Salonie24.pl. Przyczyny są techniczno-organizacyjne – wyjeżdżam i będę miał skromny dostęp do Internetu, a książka w odcinkach publikowanych nieregularnie co kilka dni byłaby jakąś pomyłką. Mam nadzieję, źe ci z Państwa, którym się spodobało, zechcą sięgnąć po papierowy egzemplarz, do kupienia np. przez Internet, choćby ze strony wydawnictwa LTW:

ltw.com.pl/

Liczę teź na zainteresowanie problemami naszych Rodaków, tak na Ukrainie, w tym – w dawnej Radzieckiej Marchlewszczyźnie, jak i w Kazachstanie. Ponownie polecam stronę na Facebooku, tam będę starał się o tym pisać:

www.facebook.com/Przezczerwonystep

No i oczywiście będę o tym pisał takźe w „Rzeczpospolitej”!

Pozdrowienia,

Piotr Kościński

Przeczytaj także krótki wywiad z Panem Piotrem Kościńskim :

Przez czerwony step

 

Posted in Historia, Polskie Kresy, Reportaż | Leave a Comment »

Moi dziadkowie byli zesłańcami, spełniłam ich marzenie o powrocie do ojczyzny – opowiada repatriantka z Kazachstanu

Posted by tadeo w dniu 15 grudnia 2017

autor: fot.Dom Polonii w Pułtusku/Facebook

wPolityce.pl

autor: fot.Dom Polonii w Pułtusku/Facebook

https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/335761-nasz-reportaz-dziadkowie-byli-w-grupie-zeslancow-teraz-spelnilam-ich-marzenie-o-powrocie-do-ojczyzny-opowiada-repatriantka-z-kazachstanu

Przeczytaj także:

Z kazachskich stepów do Polski. Antonina Grabowska spełniła marzenie przodków.

Repatriacja – nowa odsłona

30 kg wspomnień

POSŁUCHAJ

Z kazachskich stepów do Polski. Antonina Grabowska spełniła marzenie przodków.

Powroty Polskie

https://www.polskieradio.pl/7/5955
52’06Powroty Polskie 15 grudnia godz. 02:05
50’49Powroty Polskie 15 grudnia godz. 01:07
48’04Powroty Polskie 15 grudnia godz. 00:10

Zobacz:

„Złączyć się z Narodem”

Posted in Polskie Kresy, Reportaż | Leave a Comment »

Dlaczego Matka Boża została ogłoszona Królową Polski?

Posted by tadeo w dniu 19 października 2017

Cudowny Obraz Matki Bożej w Rokitnie

To nie Polacy wpadli na pomysł, aby obwołać Najświętszą Maryję Pannę Królową Polski. To sama Maryja osobiście poprosiła, żeby Ją tak nazywać. Stało się to w Neapolu we Włoszech, w 1608 roku. Takie przesłanie otrzymał w czasie objawienia Włoch Giulio Mancinelli, jezuita, który żył na przełomie XVI i XVII wieku. Odznaczał się on niezwykłą świętością życia, wielką czcią do Najświętszego Sakramentu i Matki Bożej, troską o dusze w czyśćcu cierpiące oraz nabożeństwem do świętych naszych rodaków – Stanisława Kostki i biskupa Stanisława. W swoich modlitwach  prosił Niepokalaną, by mu objawiła, jaki jeszcze tytuł chciałaby mieć w Litanii loretańskiej.

 

mbkp_03

Śluby króla Jana Kazimierza w katedrze lwowskiej i nadanie Maryi tytułu Królowej Polski

Prawdopodobnie miało to miejsce w klasztorze jezuitów Gesu Nuovo. W wigilię Wniebowzięcia 14 sierpnia 1608 roku, zatopiony w modlitwie Giulio zobaczył Matkę Bożą. Widział też klęczącego u stóp Maryi współbrata z nowicjatu św. Stanisława Kostkę, a przypadała wtedy jego czterdziesta rocznica śmierci. Na ten widok o. Mancinelli zawołał: „Królowo Wniebowzięta, módl się za nami”, na co Matka Boża odpowiedziała: „Dlaczego nie nazywasz mnie Królową Polski? Ja to królestwo bardzo umiłowałam i wielkie rzeczy dla niego zamierzam, ponieważ osobliwą miłością do Mnie płoną jego synowie”. Po tych słowach o. Giulio zakrzyknął: „Królowo Polski Wniebowzięta, módl się za Polskę!”. Wówczas Maryja miłosiernie spojrzała na klęczącego przed Nią Stanisława Kostkę, potem na o. Mancinellego i powiedziała: „Jemu tę łaskę dzisiejszą zawdzięczasz, mój Giulio”. Radość niezwykła napełniła serce zakonnika po tym widzeniu. Od tej chwili modlił się: „Królowo Polski, módl się za nami” i wielokrotnie powtarzał: „Matka Boża wielkie rzeczy dla Polaków zamierza”.

O. Mancinelli o swoim widzeniu powiedział przełożonym zakonu oraz polskim jezuitom.  Pytał też współbraci, gdzie jest to królestwo, którego Matka Boża zechciała być Królową. Władze kościelne powołały komisję do zbadania objawienia. Po roku wydała ona orzeczenie – objawienie jest prawdziwe. Wówczas o. Giulio – mimo swoich 72 lat – rozpoczął pieszą pielgrzymkę do kraju, o którym mówiła Maryja. 8 maja 1610 r. przybył do Krakowa, witany przez króla Zygmunta III Wazę, biskupów i przedstawicieli wszystkich stanów. W ich asyście przekroczył próg Katedry Wawelskiej, by tam odprawić Mszę świętą. Wtedy objawienie powtórzyło się.Sprawując Najświętszą Ofiarę przy grobie św. Stanisława Biskupa, zakonnik miał kolejne objawienie. Maryja stanęła przed nim w wielkim majestacie i po raz kolejny powiedziała: „Ja jestem Królową Polski. Jestem Matką tego narodu, który jest Mi bardzo drogi, wstawiaj się więc do Mnie za nim, o pomyślność tej ziemi błagaj nieustannie, a Ja ci będę zawsze, tak jak teraz, miłosierną”.

MBLaskawa_Lwow

Poprosiła również, aby w Krakowie, na znak, że jest Królową, ustanowić widzialny symbol Jej królowania. W 1628 r. mieszkańcy Krakowa spełnili tę prośbę, zdobiąc wieżę Bazyliki Mariackiej królewską koroną. W 1666 r. – w dziesiątą rocznicę ślubów Jana Kazimierza – założono nową, większą. Z Krakowa o. Giulio Mancinelli udał się jeszcze do Lwowa, by potem powrócić do Neapolu, gdzie zmarł 14 sierpnia 1618 r. Rok wcześniej ponownie objawiła mu się Matka Boża, zapowiadając, że zabierze go do siebie.

Słowa Mancinellego wywołały w Polsce potężny odzew. W kościele w wielkopolskim Rokitnie zawisł obraz Matki Bożej z polskim orłem na piersi. Malarze masowo ten obraz kopiowali. Do dziś kilkanaście takich obrazów wisi w maryjnych sanktuariach w całej Polsce. Najsłynniejsza kopia takiego właśnie obrazu wisi w Licheniu. Królową Polski zaczęli nazywać Maryję paulini z Jasnej Góry. Już w 1642 roku paulin Dionizy Łobżyński mówił, że Maryja jest „Królową Polski, Patronką bitnego narodu, Patronką naszą, Królową Jasnogórską, Królową niebieską, Panią naszą dziedziczną”.

W 1656 roku król Jan Kazimierz w lwowskiej katedrze uroczyście uznał Matkę Bożą za Królową Polski. Stało się to w czasie potopu, już po zwycięskiej obronie Jasnej Góry przed Szwedami. Jednak to nie Jan Kazimierz wymyślił, że Polskę należy oddać Maryi. Ten pomysł dojrzewał już wcześniej przez prawie pół wieku. A przekazał go Polakom włoski ksiądz, prawie zupełnie dzisiaj zapomniany w Polsce.

http://sanctus.pl/index.php?module=aktualnosci&id=2494

Posted in Matka Boża, Polskie Kresy, Religia | Leave a Comment »

Matka Boska Berdyczowska – ozdoba Ukrainy, Wołynia i Podola

Posted by tadeo w dniu 29 lipca 2017

fifth_29

W Berdyczowie było jedno z trzech, największych, obok Częstochowy i Ostrej Bramy, sanktuariów maryjnych na terenach dawnej RP.

Matka Boża Berdyczowska nazywana była Królową i Ozdobą Stepów Ukrainy, Wzgórzy Podola i Wołyńskich lasów.

 

BerdAPC - 2017.07.29 19.30 - 001.3d

W posiadaniu rodu Tyszkiewiczów od dawna znajdował się cudowny obraz Matki Boskiej, malowany na płótnie naklejonym na cyprysową deskę i będący wierną kopią rzymskiego wizerunku Matki Boskiej Śnieżnej. W XVII w. obraz należał do wojewody kijowskiego Janusza Tyszkiewicza, który w 1630 r. ufundował w Berdyczowie jako wotum kościół i klasztor karmelitów.

Powstanie wizerunku przypisuje się pewnej legendzie. Janusz Tyszkiewicz, wojewoda kijowski w 1626 r. przebywał w tureckiej niewoli. We śnie zobaczył nieznanych mu zakonników, wstawiających się za jego uwolnieniem. Otrzymał też wtedy zalecenie ufundowania dla Matki Bożej świątyni i klasztoru i uczynienia go niezdobytą fortecą. Wydobywszy się cudownie z niewoli, wojewoda chciał wypełnić złożoną obietnicę. Będąc w Lublinie zobaczył Karmelitów Bosych. Poznał w nich zakonników ze swojego snu. Dla nich ufundował w Berdyczowie w latach 1634-1642 kościół i klasztor. Do świątyni ofiarował kopię obrazu Matki Bożej Śnieżnej, która od dawna znajdowała się w domu Tyszkiewiczów.

maryjaWP_20170712_12_01_27_Pro

W części dolnej świątyni umieścił podobiznę Madonny – tyleż piękną, co głęboko czczoną. Wkrótce obraz zasłynął cudami do tego stopnia, że Berdyczów stał się znany w okolicy. Otoczona niesłabnącym kultem ikona, określana przez ówczesnych kaznodziejów i poetów jako „Ozdoba Berdyczowa”, „Ozdoba Ukrainy, Wołynia i Podola” bądź „Obrona polskiej Korony od granic ukraińskich”, przechodziła burzliwe, nieraz dramatyczne dzieje, co nie wpłynęło bynajmniej na liczbę „cudownych łask”, notowanych w skrupulatnie prowadzonym Summaryuszu.

Madonna Berdyczowska koronowana była trzykrotnie. Złote korony wieńczące skronie Maryi i Dzieciątka padły bowiem łupem złodziei. Drugi raz koronacji dokonano 16 lipca 1756 r. wizerunek uroczyście ukoronowano ufundowanymi przez papieża Benedykta XIV szczerozłotymi koronami, ozdobionymi dziesięcioma szmaragdami dokładnie sto lat po pierwszej koronacji. Po kolejnej kradzieży nowe korony przesłał papież Pius IX.
Z początkiem minionego stulecia kościół w Berdyczowie poddano gruntownej renowacji. W 1917 r. przejęli go ojcowie jezuici, zaś rok później karmelici. Kiedy zmarł ostatni z braci w 1926 r., władze bolszewickie zamieniły dolny kościół na kino. W kościele górnym urządziły muzeum ateizmu. Obraz Madonny pokazywali jako religijny przeżytek. Sam obraz istniał do 1941 r., kiedy to zaginął po pożarze świątyni berdyczowskiej. Od tego czasu los obrazu pozostaje nieznany.

APC - 2017.07.29 20.09 - 001.3d

 

Nowy obraz Madonny został namalowany w 1991 r. na jednolitej płycie z wodoodpornej prasowanej sklejki o wymiarach 143 x 93 cm w kształcie prostokąta. Na płytę naklejone zostało płótno podobrazia. Po zagruntowaniu płótna wykonana została techniką olejno-żywiczną kompozycja Madonny w typie hodegetrii, na wzór Matki Bożej śnieżnej. Opis formalno-kolorystyczny kompozycji jak w oryginale. Nowy obraz różni się od swego wzoru strukturą materialną, wymiarami i skalą wartości zabytku XVI wieku. Artystka nie trzymała się niewolniczo oryginału. Dokonała udanej trawestacji tła obrazu, wzbogacając je figuralnymi kompozycjami aniołów wokół głowy Madonny i Dzieciątka Jezus oraz umieszczając w zwieńczeniu oko Opatrzności Bożej w trójkącie.

Przeczytaj także:

KORONACJA NOWEGO OBRAZU MATKI BOSKIEJ SZKAPLERZNEJ W BERDYCZOWIE NA UKRAINIE

OBRAZY MATKI BOŻEJ PRZYWIEZIONE PO II WOJNIE ŚWIATOWEJ Z KRESÓW WSCHODNICH

Obraz Matki Boskiej Berdyczowskiej – patronki Konfederatów Barskich – w Jaworzu koło Bielska Białej

Czy wiesz, co oznacza zawołanie „Pisz do mnie na Berdyczów”?

 

 

Posted in Matka Boża, Polskie Kresy | Leave a Comment »

„PISZ NA BERDYCZÓW”

Posted by tadeo w dniu 29 lipca 2017

Biskup łucki, Witalij Skomarowski, tłumaczy, skąd się wzięło powiedzenie „Pisz pan na Berdyczów”… Biskup wie, co mówi, bo urodził się właśnie w Berdyczowie.

Przeczytaj cały tekst: Biskup wyjaśnia: Pisz pan na Berdyczów – Kresy http://kresy.wm.pl/250164,Biskup-wyjasnia-Pisz-pan-na-Berdyczow.html#ixzz4oDsa0l5i

Berd APC - 2017.07.29 14.16 - 001.3d

W drugiej połowie XVIII wieku, Radziwiłłowie wystarali się u króla Stanisława Augusta Poniatowskiego o przywilej dla Berdyczowa zezwalający na organizowanie w nim niezwykłej liczby dziesięciu jarmarków rocznie. Między innymi dlatego Berdyczów stał się prawdziwym centrum handlu dalekosiężnego – jednym z najważniejszych między Ukrainą a Koroną. Zjeżdżali się do Berdyczowa regularnie kupcy z najróżniejszych stron Europy. Z tego czasu pochodzi właśnie kupieckie zawołanie … pisz do mnie na Berdyczów – jako że był to w życiu wędrownych kupców jedyny adres, gdzie było pewne, że w przeciągu 2-3 miesięcy na pewno się zjawią. Stąd poste restante Berdyczowa pełniła ważną rolę w przebiegu informacji handlowej. Dziś znaczenie tego zawołania zmieniło swój sens, często bywa używane w sytuacjach, w których jedna osoba chce „spławić” drugą.

Przeczytaj cały tekst: Biskup wyjaśnia: Pisz pan na Berdyczów – Kresy http://kresy.wm.pl/250164,Biskup-wyjasnia-Pisz-pan-na-Berdy…

 

Posted in Polskie Kresy, Znalezione w sieci | Leave a Comment »

„Sybiracy to byli ludzie z kręgosłupem”

Posted by tadeo w dniu 6 marca 2017

  • – Sybirakom nigdy we właściwy sposób nie oddano hołdu za cierpienia, które przeżyli. W nich jest ogromna gorycz – powiedziała portalowi Interia Dagmara Dworak, córka Sybiraka i autorka książki „Kromka chleba”, zawierającej wstrząsające wspomnienia jej rodziny z zesłania w głąb Związku Sowieckiego. To część naszej historii, być może nie tak atrakcyjna jak Żołnierze Wyklęci, ale bez wątpienia o wiele bardziej dramatyczna i dopominająca się o godne uszanowanie. Być może w roku 2020, kiedy to przypada 80. rocznica pierwszych deportacji Polaków na Sybir, które zaczęły się w 10 lutego 1940 roku?
Rodzina Żukowskich w Hajnówce przed wybuchem II wojny światowej. Ojciec autorki książki Bogusław na rękach matki /archiwum prywatne
Rodzina Żukowskich w Hajnówce przed wybuchem II wojny światowej. Ojciec autorki książki Bogusław na rękach matki
/archiwum prywatne

Artur Wróblewski, Interia: W książce znalazły się wspomnienia starszych osób z czasów dzieciństwa. Wiek powoduje, że często zapominamy to, co wydarzyło się kiedyś. Natomiast dzieci w specyficzny sposób patrzą na świat. Tymczasem książką jest nie tylko usiana szczegółami, ale też bardzo realistyczna. Czym to jest spowodowane?

Dagmara Dworak: Wielu Sybiraków, którzy piszą swoje wspomnienia, było wtedy dziećmi. Ludzi, którzy jako dorośli przeżyli zsyłkę, są znikome ilości. Dodatkowo, upływ czasu robi swoje. Brakowało mi jednak spojrzenia dziecka na to, co się wtedy wydarzyło. Kiedy mój tata i moja ciocia zaczęli wspominać zsyłkę, mnie to tak bardzo uderzyło, że pomimo ich zaawansowanego wieku – ciocia miała ponad 80 lat, tata prawie 80 lat – w nich drzemało dziecko. Spojrzenie dziecka na tamten świat w nich przetrwało. Czym spowodowana jest tak doskonała pamięć tamtych wydarzeń? Nie wiem. Przyznam, że ja ich sprawdzałam na wielu etapach i nie dowierzałam, że oni pamiętają tak wiele szczegółów. To wszystko aż do żywego wyryło się w ich pamięci, o niczym nie zapomnieli. Oczywiście, obraz ich świata był trochę skrzywiony, bo jednak dzieci inaczej postrzegają rzeczywistość. Dzieci nie znające „normalności”, to co zastają traktują jako normalność. To, co wiedziały na Syberii, to że przede wszystkim muszą przeżyć. Włączył im się instynkt przetrwania.

– Wspomnienie na pewno idealnie nie oddają tego, co się wydarzyło. Ale to, co w nich utrwaliło wspomnienia, w nich i we wszystkich sybirakach, to że przez lata PRL nie mogli o tym mówić. U mnie w rodzinie ta historia zawsze żyła, chociaż sama wiedziałam, że głośno o tym mówić nie powinnam. Pamiętam, jak zapytana przeze mnie o zsyłki na Syberię  nauczycielka historii oburzyła się. Przekonywała mnie, że Sowieci 17 września 1939 roku napadając na Polskę zrobili coś dobrego, weszli w nasze granice, bo chcieli nas chronić. A jak ktoś wyjechał na Sybir, to widać sobie na to zasłużył i poza tym powinien Sowietom dziękować, bo przetrwał II wojnę światową na tyłach.

Sowieci na tych „bezpiecznych” tyłach intensywnie indoktrynowali zesłańców, zwłaszcza dzieci. Czy po latach to się jakoś uwidaczniało?

– Czy pozostały w osobach z mojej rodziny ślady sowieckiej indoktrynacji? Myślę, że nie. W cioci na pewno nigdy. W moim ojcu, jeśli zostały jakieś ślady, to nie nazwałabym ich indoktrynacją. Zawsze powtarzał, że na Syberii nauczył się głębokiego szacunku do drugiego człowieka i ciężkiej pracy. Ojciec do dziś bardzo szanuje innych ludzi. Nadmiernie, czasem wręcz obsesyjnie. Pamiętam, że kiedy przez nasz kraj przetaczała się fala zmian politycznych, zadałam mu pytanie, dlaczego nie złorzeczy na Rosjan, którzy naszej rodzinie zadali takie krzywdy? Przecież tyle złego od nich doświadczył, na Syberii zmarła jego matka. On odpowiedział, że trzeba umieć odróżnić człowieka od systemu. A sowiecki system to było coś najgorszego. Jednak to tylko od człowieka zależy, czy zachowa się jak człowiek. Bez względu na mundur, zajmowane stanowisko… To, czy zasłużymy na miano człowieka, zależy wyłącznie od nas. Rodzina nie została zindoktrynowana, ale wyniosła z zesłania sporo nauki. Na pewno po wojnie byli ostrożniejsi. W Polsce ustrój komunistyczny dopiero się kształtował, ale oni już doskonale wiedzieli, czym to pachnie i jakie tego są konsekwencje. To, że pojechali na ziemie odzyskane i zamieszkali w niewielkim miasteczku, to był dowód na to, chcieli odsunąć się od polityki i żyć spokojnie na uboczu. Myślę, że to były wybory spowodowane ich wcześniejszymi doświadczeniami.

Książka porażająco ukazuje bezwzględność, bezduszność, barbarzyństwo, brutalność, fałsz, ale momentami i absurd sowieckiego systemu terroru. Które element tej potwornej machiny łamiącej ludzi najbardziej Panią dotknął?

– Mnie się wydaje, że brak poszanowania życia i godności ludzkiej. Brak poszanowania człowieka jako jednostki. U nas to się zmieniło ponad dwadzieścia pięć lat temu, ale wciąż widzimy, że nie zawsze jednostka jest w Polsce najważniejsza. Czasami ważniejszy jest interes polityczny czy interes lobby.

Pani dziadek miał zakorzenione mocne tradycje legionowe, zresztą w II Rzeczpospolitej funkcjonariusze służb mundurowych to w przeważającej większości byli patrioci z krwi i kości. W jaki sposób pielęgnował polskość i tradycje legionowe na Syberii?

–  Legioniści to był specyficzny rodzaj człowieka i patrioty. Dzisiaj się o tym rzadko mówi, ale prawda jest taka, że w 1914 roku i później Legiony często spotykały się z brakiem entuzjazmu czy nawet niechęcią. Dziadek mówił ojcu i ciociom, że na powitanie Legionistów w miasteczkach i wsiach często trzaskały okiennice. Legioniści przeszli bardzo ciężki szlak, który dał im system mocnych wartości i kręgosłup, który pozwalał im wbrew wszystkiemu iść do przodu. Jednak ten kręgosłup był rzeczą dobra i niedobrą. Bo przecież właśnie z tego powodu dziadek pozostawił czwórkę dzieci i poddał się represjom, chociaż doskonale wiedział, jak okrutne to będą represje. Dziś jestem z niego dumna, ale pewnie wtedy pozostawione przez niego dzieci nie do końca czuły dumę. W filmie „Kromka chleba” jest zresztą taka scena, gdy ojciec wspomina dziadka i jeden jedyny raz broni się przed łzami. Widać, że rozłąkę bardzo ciężko przeżył. Chociaż z drugiej strony muszę przyznać, że Polacy przebywający na zesłaniu na Syberii w przeważającej większości byli to ludzie z kręgosłupem. Oczywiście, w każdym stadzie znajdą się tak zwane czarne owce. Znamienne jest to, co zdarzyło się podczas moich dwóch wypraw na Syberię. To mnie bardzo uderzyło, ale tam na Syberii Polaków uznaje się za kogoś lepszego. Zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie. Tą opinię zawdzięczamy wyłącznie zesłańcom i katorżnikom.

Nawet w dalekiej tajdze docierały do zesłańców informacje na temat wydarzeń w Europie. Paradoksem było to, że po agresji III Rzeszy na Związek Sowiecki Polacy zaczęli z sympatią mówić o Niemcach, widząc w nich ewentualnych wyzwolicieli. W książce chyba nie pada nic na temat ewentualnej pomocy Francji czy Wielkiej Brytanii. To sporo mówi z jednej strony o bezwzględności sowieckiego terroru, nad który przekładano niemiecki, a z drugiej o naszych sojusznikach. W książce są też słowa Pani babci o Niemcach, których określa mianem „kulturalnego narodu”. To dla wielu może wydać się niezrozumiałe…

– Niemcy przed II wojną światową uchodzili w Europie za naród bardzo rozwinięty i kulturalny. Czy ktoś, czytając na przykład dzieła Goethego, mógł się spodziewać, że współrodacy wielkiego poety dokonają takich okropności na ziemiach polskich? Dodatkowo, babcia kształciła się w Niemczech i świetnie znała język niemiecki. Z tego powodu z pewną estymą traktowała Niemców. Znała jednak ich z czasów przed II wojną światową, z wysokiej kultury i wysokiego poziomu życia. Właśnie tym trzeba tłumaczyć te słowa. Jednocześnie, w mojej rodzinie nie było dużej goryczy w stosunku do Rosjan przez świadomość tego, co Niemcy robili na terenie Polski. Mieli świadomość, że nie mieszkali na terenie Generalnej Guberni, gdzie królował ludobójczy terror. Można dywagować, czy moja rodzina przeżyłaby II wojnę światową, gdyby ich nie wywieziono na Sybir. Nie znamy odpowiedzi na to pytanie. Znając charakter dziadka i to, że był leśnikiem, potrafił posługiwać się bronią, można z dużą pewnością wywnioskować, że wstąpiłby do Armii Krajowej. To mogłoby się tragicznie skończyć.

Napaść Niemiec na Związek Sowiecki spowodowała zmianę nastawienia do Polaków. Jak Pani rodzina to odczuła?

– Ciocia zawsze mówiła, że kiedy Rosja i Niemcy się bratają, to zwiastuje kłopoty dla Polski. Wystarczy zresztą popatrzeć na naszą historię… Kuriozalnie niemiecka agresja na Sowiety poprawiła ich los. Stalin miał świadomość, że w 1941 roku był zbyt słaby, by sprostać Niemcom. Potrzebował mięsa armatniego, a do tego niezbędne było polskie wojsko. Ostatecznie doprowadził jednak do tego, że żołnierze generała Andersa wyszli ze Związku Sowieckiego, w dużej mierze dzięki Churchillowi.

Osobną historią jest stosunek Sowietów do polskich sierot w domach dziecka. Pani dziadek miał za zadanie ich dosłowne ratowanie. Tymczasem Sowieci utrudniali mu pracę, nie informowali o polskich dzieciach w ich placówkach. Dlaczego tak się działo?

– Dzieci dla Sowietów to był najlepszy materiał na indoktrynację. Propaganda lepiła głodne dzieci jak plastelinę. Za kromkę chleba od permanentnie głodnego dziecka można było wymusić wszystko. Wtedy jego pochodzenie, język i korzenie są bez znaczenia zwłaszcza, że dzieci często nie rozumieją takich spraw. Sowieci dbali o rozbijanie więzi rodzinnych, by móc hodować sowieckich obywateli, posłusznych systemowi, mało myślących…

– Dziadek pełnił funkcję męża zaufania w wojsku Andersa. A to była funkcja, którą do dzisiaj wszyscy żyjący jeszcze Sybiracy otaczają wielką estymą. Widzę to w czasie rozmów z Sybirakami, widzę ich reakcje na moje słowa, że dziadek był mężem zaufania. Z tego co mi wiadomo, ta funkcja mogła być pełniona wyłącznie przez Legionistów. To musiał być sprawdzony, naprawdę godny zaufania człowiek. To było ogromne wyróżnienie, ale jak się okazało, przekleństwo, gwóźdź do trumny marzeń na jak najszybsze opuszczenie Związku Sowieckiego. Z racji tego, że dziadek nie pełnił normalnej funkcji wojskowej i miał na wychowaniu cztery półsieroty, został wykluczony z pierwszych ewakuacji armii.

Polski sierociniec w Soroczynsku w obwodzie orenburskim przy granicy z Kazachstanem /archiwum prywatne
Polski sierociniec w Soroczynsku w obwodzie orenburskim przy granicy z Kazachstanem
/archiwum prywatne

To, jak skomplikowana jest historia Polski, pokazuje jedno z wydarzeń opisanych w „Kromce chleba”. Ostatecznie Pani rodzina została wyrwana z rąk sowieckich komunistów przez polskich komunistów. Pani ojciec pozytywnie wypowiada się w książce o komunistycznym Związku Patriotów Polskich. Ci ludzie dla wielu to zdrajcy, sowieccy agenci, a dla Sybiraków ktoś, kto uratował im życie. Jaki Pani rodzina miała do nich stosunek, do polskich komunistów, którzy przecież byli w jednym obozie z sowieckimi oprawcami?

– Zarzuty podnoszone dziś przez pewnych ludzi, którzy najpierw mówią, a później myślą, są zupełnie absurdalne i wiem, że bolą wszystkich Sybiraków. Co ludzie – jak dziadek – mieli zrobić w Związku Sowieckim? Obrazić się na chcących mu pomoc członków Związku Patriotów Polskich, bo są komunistami i pozostać na zawsze na zesłaniu? Dziadek doskonale rozumiał powagę sytuacji i w jakimś tam zakresie był zmuszony do współpracy z komunistami. Wiedział, co robi. Dodatkowo, dziadek nie podlegał repatriacji. Dowiedziałam się tego później od jednego z historyków specjalizujących się w tym temacie. Mianowicie, repatriacji nie podlegała osoba, która nie miała do końca odbytego wyroku w łagrze. A dziadek został skazany na dwa lata łagru za brak aktualnych sowieckich dokumentów. Odmówił przyjęcia sowieckiego paszportu, co skutkowałoby otrzymaniem sowieckiego obywatelstwa i uchroniłoby go przed skazaniem. Ostatecznie trafił do łagru, ale nie odsiedział wyroku do końca, ponieważ został wypuszczony po interwencji polskiej Komisji Rekrutacyjnej, która werbowała żołnierzy do ludowego Wojska Polskiego. To też była przebiegłość ówczesnych komunistów. Taki kształt przepisów powodował, że do Polski nie mogli wrócić najbardziej niepokorni wobec komunistów i najwięksi patrioci. Po co w ludowej Polsce człowiek, który potrafił położyć na szali życie swoje i czwórki swoich dzieci, ale nie wyparł się polskości?

W książce nie ma zbyt wiele na temat powojennej Polski. Czy tak Pani rodzina wyobrażała sobie ojczyznę po powrocie z Syberii? Z utraconych Kresów wylądowali na ziemiach zachodnich.

– Po tych doświadczeniach, które były ich udziałem, byli w stanie odnaleźć się absolutnie wszędzie. Co ciekawe, dziadek po wojnie był przewodniczącym Związku Pszczelarzy, miał sto uli. Pod tą przykrywką odbywały się spotkania Legionistów. W ramach szkoleń pszczelarskich miały miejsce zjazdy weteranów (śmiech). Trwało to dobre kilka lat. Później dziadek zachorował i sprzedał ule.

– Interesujący i może być nawet zaskakujący wydać się może fakt, że ojciec po wojnie został sędzią. Jak do tego doszło? Po zakończeniu studiów jeden z jego profesorów poprosił go o rozmowę i powiedział ojcu, że z jego przeszłością przed komunistami będzie się mógł ukryć jedynie w sądzie. „W innym wypadku oni ci żyć nie dadzą” – mówił do ojca. Dlaczego w sądzie? To efekt komunistycznego rozporządzenia, które zabraniało inwigilowanie sędziów. Mój ojciec poszedł za rada profesora, ale w czasie aplikacji zaznaczył, że nie chce być skierowany do sądu karnego, ale wyłącznie do cywilnego.

– Różnie potoczyły się losy mojej rodziny. Ciocia Róża na przykład została nauczycielką rosyjskiego, co wszyscy mieli jej trochę za złe, zarzucali wygodnictwo i podłączenie się pod system. Nie wszyscy to zaakceptowali. Z moim ojcem było dość przewrotnie.

Przejdźmy do czasów współczesnych. Napisała Pani w książce, że w „córce sybiraka trauma tkwi”, jest „dokuczliwa” i „daje o sobie znać na różne sposoby”. To znaczy jak?

– Myślę, że u wszystkich dzieci sybiraków taka trauma jest. Nie wiem, czy to jest przekazywane w pamięci komórkowej czy też to kwestia sposoby wychowania… Trudno mi to powiedzieć, ale w nas jest coś takiego. Jak to się objawia? Mam w sobie lęk niepewności jutra, choć nie mogę narzekać na swoje życie, zawsze było mi dobrze. Inna sprawa to na przykład sposób podejścia do jedzenia. Nigdy nie wyrzuciłam kromki chleba. Nigdy. Chleb, którego nie zjemy w domu, przekazuję koleżance hodującej konia. W domu, kiedy chleb spadł na podłogę, zawsze się go podnosiło, całowała i odkładało na stół. Myślę, że to też jest jakiś rodzaj traumy. Poznanie historii mojej rodziny i napisanie tej książki dało mi pewne ukojenie. Uspokoiłam się. I zrozumiałam też zachowania ojca, które wcześniej nie zawsze doceniałam.

Czy uważa Pani, że pamięć o osobach zesłanych w głąb Związku Sowieckiego, osobach represjonowanych przez Sowiety, jest w Polsce pielęgnowana w wystarczający sposób?

– Absolutnie nie. Uważam, że Sybirakom nigdy we właściwy sposób nie oddano hołdu za cierpienia, jakie przeżyli. W nich jest ogromna gorycz. Wymuszone milczenie przez 50 lat na temat traumy przyniosło złe skutki. Widać to zresztą we wspomnieniach ludzi, którzy przeżyli zesłanie. One są takie gorzkie i ciężkie, dla wielu osób, które nie są w stanie zrozumieć ich historii, są nie do przeczytania. Czytałam wiele książkowych wspomnień Sybiraków i gdyby to nie był temat, który osobiście mnie dotyczy i pochłania, to pewnie nie doczytałabym ich do końca. Dlatego pisząc książkę chciałam, żeby ona była inna od wszystkich. Chciałam, żeby sprowokowała ludzi, którzy mają słabe pojęcie o tym temacie, do refleksji na temat losu Sybiraków. Ale też chciałam przybliżyć to, co się wydarzyło, stąd w książce znalazły się wstawki historyczne. Uważałam, że to jest stosowne, bo dziś ludzie nawet świetnie wykształcenie mogą nie wiedzieć, co to na przykład był okres paszportyzacji.

Dwukrotnie była Pani na Syberii. Jak została Pani i Pani rodzina przyjęta przez ludzi tam mieszkających? Czy nie było obaw, że zostaniecie odebrani jako intruzi przypominający niewygodną historię? Pytam, ponieważ w książce Witolda Szabłowskiego „Sprawiedliwi zdrajcy”, Polacy odwiedzający Wołyń przyznali, że spotykali się z niechęcią czy nawet wrogością.

– Może to zależy od miejsca? W moim odczuciu byliśmy tam dobrze przyjmowani z dwóch powodów. Pierwszy, to estyma, którą darzy się Polaków, a o której mówiłam wcześniej. Druga rzecz to być może to, że w wielu mieszkańcach Syberii płynie Polska krew. Często spotykałam tam ludzi, którzy mówili, że ich babcia albo dziadek pochodzili z Polski. Ci ludzie nie uważali się za Rosjan, uważali się za Sybiraków. Oczywiście, wiele zależy od miejsca, które się odwiedzi. My trafiliśmy w głuchą tajgę. Ludzie tam mieszkający żyją bardzo ciężko. Może zadziałało też to, że byliśmy pierwszymi Polakami, którzy tam współcześnie dotarli i zachowywaliśmy się w odpowiedni sposób? Bo często słyszę, że Polacy w Rosji zachowują się z wyższością. Traktują Rosjan tak, jak niektóre osoby z Europy Zachodniej traktują Polaków. Pogardliwie. To nie jest dobre.

– Jeśli chodzi o życzliwość wobec nas, to wydaje mi się, że mogła też zadziałać historia dziadka. Będąc na zesłaniu złożył oficjalny wniosek do polskiej organizacji pomocowej o przydzielenie spódnicy małej córce Rosjanki, u której moja rodzina przez pewien czas mieszkała. To nimi wstrząsnęło, że człowiek żyjący w ubóstwie i mający przecież trzy młode córki na wychowaniu, prosi polskich urzędników o spódniczkę nie dla swoich dzieci, ale dla obcej dziewczynki. Wstrząsnęło i na pewno otworzyło do nas. Przyjmowali nas jak swoich. Zresztą wzruszenie było ogromne. Były momenty, że płakała cała sala, na której było prawie sto osób.

A jak Pani odebrała Syberię? W polskiej świadomości to odległa i okrutna kraina, która krótkim latem zamienia się w dżunglę, długą zimą jest biegunem mrozu, a przede wszystkim już od wieków to miejsce dramatu setek tysięcy Polaków.

– Takie myślenie o Syberii będzie w nas Polakach długo tkwić. Przecież zsyłki rozpoczęły się już w czasach konfederacji barskiej w XVIII wieku, jak nie wcześniej. Trudno, żebyśmy mieli inne konotacje. Syberia jest przepiękna dlatego, że dzikość przyrody niedotkniętej ludzką ręką jest niesamowita. Są niestety też miejsca, jak na przykład kopalnia aluminium którą musieliśmy minąć, barbarzyńsko eksploatowane i zdewastowane. Ale w przeważającej masie Syberia to jest przepiękna przyroda i cudowni ludzi. Im dalej od kolei transsyberyjskiej, tym ciekawiej się robi. Im dalej od cywilizacji, tym ci ludzie są bardziej otwarci. Jeżeli miałabym komuś polecić Syberię, to jak najbardziej, ale nigdy w życiu ze zorganizowaną wycieczką. Cały czas marzę o tym, by ponownie tam się wybrać.

Krzyż z ryngrafem w tajdze /archiwum prywatne
Krzyż z ryngrafem w tajdze
/archiwum prywatne

Czytaj więcej na http://nowahistoria.interia.pl/aktualnosci/news-sybiracy-to-byli-ludzie-z-kregoslupem,nId,2363007#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

Posted in Polacy na Syberii, Polskie Kresy, Wywiady | Leave a Comment »

Wywózka i życie na zesłaniu (Kazachstan, Syberia)

Posted by tadeo w dniu 26 lutego 2017

apc-2017-02-26-15-02-001-3d

[Jabłonne, powiat Nowogród Wołyński, Ukraińska SRR, 1932-33]Nasza rodzina była taka raczej pracowita. Mieliśmy swoje gospodarstwo, budynki i tak dalej. Aż tu zaczęła się kolektywizacja, zaproponowali ojcu: – Idź do kołchozu. Tata widział, że żadnej perspektywy w kołchozie nie ma. Oddał więc to gospodarstwo, została nam jedna krowa i jeden konik. A sam ojciec poszedł do wycinki lasu, ścinał drzewa. Zwalał wielkie dęby i tak sobie pracował. A oni zdecydowali, że skoro nie chce iść do kołchozu, tylko poszedł do pracy do liespromhospu, to jest wróg ludu – i do więzienia. Ojca aresztowali, a rodzina – rodzina wroga ludu – na Syberię! I cała polityka. Bez sądu, bez śledztwa, bez niczego. Tata przyszedł z pracy, zjadł kolację i się położył, widzę to jak dzisiaj. Cały dzień ciągał piłę i siekierę, a tam dęby takie. I tylko skończył kolację, słońce zaszło, zaczęło się ściemniać, a ja siedziałem koło stołu i wyglądałem przez okno, i widzę: jakiś człowiek z rusznicą idzie! I już ich dwóch czy trzech wchodzi do domu pod bronią. – Wstawać! Ojciec wstał. – Ubierać się! Ubrał się. – Czapkę brać! Wzięli go za ręce i na dwór. I na tym koniec. Zawieźli go do więzienia w Nowogrodzie Wołyńskim.
Narcyz Baszyński

dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
[Jabłonne, powiat Nowogród Wołyński, Ukraińska SRR, 1933 / Karelia]Wezwali nas, był mróz, minus 30 stopni, akurat zaczęły się mrozy. Śnieg. Przyszła, jak wcześniej do ojca, milicja: – Zbierać się, rzeczy zabrać tyle, ile uniesiecie. Dali podwody, kto nie mógł iść, siadł na podwody, a tak to szli ludzie. I pieszo zagnali nas aż do Nowogrodu Wołyńskiego. W Nowogrodzie Wołyńskim zamknęli nas, to były magazyny, cement jeszcze leżał. Zamknęli nas, mrozy, bez niczego, na trzeci dzień wypuścili, załadowali do wagonów towarowych, w których wozili bydło, cement, cegły, komu jaki się trafił wagon. Zamknęli i wieźli, nie wiem, dwa czy trzy tygodnie, pewnie to były trzy tygodnie. Tam też był mróz, gdy nas dowieźli, dali tylko namioty, po jednym na 15 rodzin – długi taki namiot. Śnieg rozgarnęli, podłogi żadnej nie było, postawili dwa piece i nary zrobione z zamarzniętych desek, takich toporem wyrąbanych. I wszystko. Wrzątku można było jeszcze dostać. Zanim dojechaliśmy – nasza rodzina, to jest mama, mamina mama i Ceńkowych dzieci dwoje, bo żona jego uciekła – to dziewczynka mała, co u nas była, Zosia, trzy czy cztery lata miała, jeszcze w wagonie umarła. A babcię dowieźli już tam, do obwodu murmańskiego, i wieźli już do tych baraków, i po drodze umarła, to w śniegu zakopaliśmy. A nas dowieźli.
Narcyz Baszyński

dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
[Karelia, 1933]Byliśmy tam więc i tak się udało, że krewni nasi dostali dla nas bilety na statek. Ale pieniędzy starczyło tylko na dwa bilety. I to Polacy nam pomogli, właśnie Polacy; Polak Polakowi to pomagał na zesłaniu. Pojechaliśmy do tego portu, mamy dwa bilety i mama mówi: – Jesteś większy, jakoś dasz sobie radę, a z tym małym co. A co, jeśli go ze statku wyrzucą? Idź, synku, może jakoś to będzie. Idź z powrotem. Poszedłem. A trzeba było iść nie tam, gdzie stała straż, trzeba było iść przez góry, z 15 kilometrów się przedzierać tam, gdzie była zona. Poszedłem tam. A oni pojechali, popłynęli statkiem do Leningradu i z Leningradu już pociągiem na Żytomierszczyznę. A tam już przekazali, że ich szukają. Mama była nielegalna, dziecko w jedno miejsce dała, sama w innym się chowała, nie meldowała się i tak przeżyła. A ja zostałem na Północy. Byłem tam jeszcze 6 czy 7 miesięcy, proszę sobie wyobrazić, ile mnie tam wyzywali, obrażali, zamykali, grozili. A przecież miałem 11 lat. I wiedziałem, że ucieknę. Wiedziałem już, gdzie stoją straże. Uważnie wszystkiego pilnowali. Bo w drugą stronę, w tajgę, tam lasy i błota nie do przejścia, tam nikt nie uciekał, nikt by nie przeszedł. A z tej strony droga, droga w górach, można było się przedostać, choć trzeba było się przeprawić przez rzekę. Jak się rozlewała, przejścia nie było, ale jak wyschła, można było zrzucić ubranie i tak przejść. Pomyślałem: „A niech tam – albo zginę, albo ucieknę”. I proszę sobie wyobrazić: ani pieniędzy, ani porządnego ubrania, ani jedzenia, bez znajomości języka rosyjskiego, bo uczyłem się po polsku, mówiłem po ukraińsku. Dostałem się na statek, wskoczyłem i schowałem się w maszynowni. Chwała Bogu, ludzie tam byli dobrzy, zobaczyli nędzarza, byłem wtedy nędzarzem, zostałem tam u nich w maszynowni, pozamiatam, posprzątam, a oni mi trochę jeść dadzą, każdy po kawałku, bo im też dawali normę. Tak pływałem po Onedze, prawie do Archangielska dopłynęliśmy, potem po Ładodze, sztormy były. Po miesiącu byliśmy w Pietrozawodsku, tam wyszedłem na pokład popatrzeć. Był postój, chciałem zobaczyć, gdzie jesteśmy, i od razu mnie złapali. Zaczęli dopytywać, a ja drugi raz uciekłem. Przyjechałem do Leningradu. Przywykłem, że stoi jeden pociąg, jest jedna stacja, a tam sześć dworców. Musiałem dotrzeć na Ukrainę, do Żytomierza.
Narcyz Baszyński

dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
A jak przyszli Sowiety… Pomnę, przyszli do nas – to ojciec żył jeszcze, babcia, mamy to nie było – i wołają na papę: – Antek, Antoni, zaprzęgaj konia i pojedziem. – A gdzie? A była zima, czterdzieści stopni mrozu. Taki mróz był, śnieg był, napadało tak dużo. Zaprzęgali konia. My po prostu nie wiedzieli, babcia i ja, siedzieli i płakali. Gdzie go pognali? A tatę pognali osadników wywozić. Pojechali, potem tata przyjechał, może dziesiąta już była rano. I nawiózł dzieci maleńkich, choreńkich, co ich wywozili. Babcia moja nakarmiła je i powieźli ich na Sybir!
Wanda Bielanowicz
[Kazachstan, lata 40./50.]Jeden raz my już zbieramy się do szkoły średniej, ze 6 kilometrów. Dyscyplina była taka, że jeżeli w roku tyle a tyle dni przepuścisz, już ciebie nie przyjmą i zostaniesz się już. I my uważali, żeby ni jednego dnia nie przepuścić. Ale ojciec powiedział: — Dzisiaj na pewno nie pójdziecie do szkoły. A ja mówię: — A jakżeż to tak, co nam dyrektor powie, jak tak? I szybko poszedł, a my nie wiemy, o co chodzi. Ja przeżywam, że ja nie będę w szkole. Ojciec potem przychodzi i mówi: — Wilki napadli na owczarnik. Te owczarniki były z gałązek zrobione, a z wierzchu słoma. Wilki rozdarli dach i tam zadusili dwie trzecie owiec, tak że mało co zostało. Strach. Wtedy ojciec powiedział: — To wilki i nie pójdziecie. Już powiedziano dyrektorowi, że wilki tu napadły i my, dzieci, nie możemy iść, bo oni w takim stanie, że oni mogą i dzieci porozdzierać. Ojciec mówił tak, że rano ten ochrannik, który był tam, on miał takie coś jak rusznica, to on tak strzelał, strzelał, mówi: — Ja strzelał i uciekł, bo zobaczył, że dużo tych wilków. I my tak nie poszli w ten dzień do szkoły. A tak już stało jasno, ten śnieg taki biały, ojciec przychodzi i mówi: — Było posiedzenie prawjenia kołchozu, że te wszystkie owce, które poduszone, rozgryzione, to rozdać ludziom jak mięso. Te poduszone. Póki mróz, to wszystko jedno, jeść nie ma co, głód, to na każdy dwór po owcy. To my pobiegli trzech: Tadeusz starszy, Lusia i ja. Trzech pobiegli na tę fermę i ciągniemy. Pociągnęli te owieczki, a ojciec — gdzieś 10–15 minut — i już nie było skóry na niej, już podwieszona gdzieś tam była. I mama porżnęła, i stała robić. Tam mąki takiej trochę było i ona sosu zrobiła, i mięso też jakoś szybko. Ja tak myślę, takiego smacznego sosu ja nigdy w nijakiej restauracji nie miała potem… Takie smaczne to było.
Jadwiga Bobrowa

dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
[Kazachstan, lata 50.]Starszy był zdolny (on już był w dziewiątej klasie i już przeszedł do dziesiątej, a wtedy dziesięć było) i mówią do ojca: — Towarzysz Rowiński, u nas pastuch zachorował i trzeba zastąpić. Tadeusz może, u was jest chłopiec, może zastąpić. A oni specjalnie, żeby nie skończył dziesięć klas. Jego jeszcze nie zapisano, on młody, żeby zapisać do kołchozu, ale to już jak potencjalny kołchoźnik. To za 600 kilometrów dalej, tam byli byki, owce i tam nic absolutnie. To co on dostał? Kawałeczek placku, te owcy doił, musiał sam wyżywić się. I już w czas był do szkoły, a tego pastucha nie ma, oni nie dają specjalno, żeby on tam został się. A on parę raz położył się na ziemi i słyszy, może gdzie stuk jakiego pociąga, i tak idzie, i położy się na ziemi, i słucha. Nareszcie gdzieś blisko coś jest takie, że stuk, stuk, stuk, i on znalazł, i tam kolejka szła, on wczepił się na kolejkę i do Omska z Kazachstanu, a z Omska potem do Krasnojarska. I tam, jak raz mówił, chodził do pracy w dzień, z tymi robotnikami, a wieczorem uczył się, i wyuczył się na sędzię, na jurysta.
Jadwiga Bobrowa
[Kul, 1939]Na Syberię wywieźli nawet mojego kolegę — Romka Priomka. Byliśmy z jednego rocznika, teraz on żyje w Polsce. Listy mnie pisał, zdjęcia przysłał, ale jakoś się przerwało nam pisanie. Jego ojciec był leśniczym i rodzina żyła na kolonii, nie w naszej wsi, ale niedaleko — w lesie. Wywieźli ich… Nie wiem po co ich trzeba było wywozić, ale wywieźli… I tylko jedną rodzinę wywieźli z Kula na Syberię. A na Syberii jak Stalin zmarł, to wszystkim powiedzieli, że można jechać — gdzie kto chce. I rodzina Romka od razu pojechała do Polski.
Bronisław Bondarewicz
Tarło się kartofle na placki, ale nie było na czym smażyć. Po prostu na płycie, na kuchni kładło się tak i trochę przysmażało się. Buraki i marchewkę jadło się, wszystko, co popadło do rąk. Gospodyni, u której mieszkaliśmy, to była dosyć dobra osoba, zresztą oni tych zsylnych widzieli już 100 lat, jeszcze przy caryzmie wysyłali ludzi, także oni nas nie bali się, nie zwracali się do nas po grubiańsku. Traktowali jak swoich. Był taki wypadek, że nie było czegoś, to ta gospodyni powiada do mnie: – Idi z nami czaj pić. Herbatę piliśmy razem z nimi. Coś tam mogli dać, parę kartofli, buraków, czy marchwi. Ja im coś na ogrodzie pomogłam pokopać, czy wykopać kartofle. Wszystkiego nauczyłam się. Nauczyłam się i krowy paść, i doić. Brali nas do kołchozu od czasu do czasu do pracy. Na przykład, jak kosili, to trzeba było zbierać i wiązać. Szedł już październik, listopad, już mrozy, już śnieg, a u nich nie zebrane w polu słoneczniki. Szło się zbierać te słoneczniki. Miałam ręce do krwi w niektórych miejscach pocięte, jak się to zbierało, te kapelusze słonecznikowe.Nam to się powiodło, że myśmy nie mieszkali w ziemiankach, bo myśmy tak bardzo nie głodowali, jakoś to szło. Jakoś Pan Bóg miał nas w swojej opiece. Byli ludzie w gorszych warunkach niż my. Moja mama bardzo dobrze szyła na maszynie, a u gospodyni, w której mieszkaliśmy, była maszyna. I mama mojej gospodyni coś przerabiała. Zobaczyły te Rosjanki, że moja mama umie szyć i przychodziły do niej, przeróbki przynosiły. Z płaszcza wielkiego zrobić płaszcz na dziecko. Męża spodnie podszyć, czy nowe uszyć. Przychodziły do mamy i coś do jedzenia jej przynosiły, bo przecież pieniędzy nie brała. Nawet jedną śmieszną rzecz powiem. Moja mama miała taki zwyczaj, że pasjanse sobie rozstawiała, karty, wieczorem. Kobiety zobaczyły, to przychodziły: – Maria Pietrowna, pogadaj na kartach. Żeby im powiedzieć, co będzie. I mojej gospodyni mama moja powiedziała. A wtedy już była wojna Rosji z Niemcami i męża tej gospodyni zabrali do wojska. Moja mama powiedziała tej kobiecie, że pani mąż wkrótce będzie w domu. Gospodyni powiada: – A, gdzie, wojna jeszcze się nie prędko skończy. A on przyszedł, co prawda bez jednej nogi, ale przyszedł. I wtedy poszła taka sława, że ta stara Polka umie wróżyć. I co wróży, tak się wykonuje. Ale jak przyszedł jej mąż do domu, to ona nam wypowiedziała mieszkanie.
Bogusława Bryła-Czerna
[Czkałowo, Kazachstan, lata 30.]Kazachowie nam wcale nie pomagali, oni na nas patrzeć nie mogli. Jak drewno w lesie rąbaliśmy, to oni nam je zabierali. Oni nas po prostu nienawidzili. Przyjeżdżali, bili nas, skargi na nas pisali. Tam im mówili, że pokażcie, kto konkretnie jest taki a taki, to go ukarzemy. Był wielki skandal z tymi Kazachami. Nie chcieli, żebyśmy tutaj byli. A potem jakoś przywykli, zaczęliśmy żyć razem.
Włodzimierz Całko
Ziemianka była na połowę podzielona, z jednej strony jedni mieszkają, z drugiej strony drudzy. Maleńka to była ziemianka, jedni na drugich mieszkaliśmy. A potem, wiosną, to już kto jak mógł: ścinali drzewa i wstawiali drzwi, żeby wiatr w chatę nie szedł. Las był niedaleko, to kto jak mógł już wtedy. Chrust na plecach nosiliśmy, każdy starał się jakoś żyć.
Jekaterina Chlubnaja
[Andriejewka, Kazachstan lata 30.]Byliśmy pod komendanturą. Nie chodziło się z jednej wsi do drugiej, nigdzie nie mogli cię zobaczyć. Nie wolno było wychodzić. A potem – nie wiem, ile to byliśmy pod komendanturą, nie wiem. Ja sama nie byłam, ale rodzice i starsza siostra – byli. Musiało być tak, że ja nie byłam pod komendanturą, bo raz ojciec posłał mnie do drugiej wsi, toczka numer 22, żebym coś kupiła, coś słodkiego, więc nie mogłam być wtedy pod komendanturą.
Jekaterina Chlubnaja
[Szrucy, Ukraina; Andriejewka, Kazachstan; lata 30.]Rodzice pracowali na roli. Ojciec pracował w fabryce cukru, mama w kołchozie, przy żniwach pracowali, buraki sadzili, kartofle, wszystko, co w kołchozie było. Ojciec był w fabryce cukru prostym robotnikiem, i mama tak samo. Było nas sześcioro dzieci. Było nam ciężko, nas same siostry były. Ale do 1936 roku, tam, na Ukrainie, żyliśmy dobrze. Mieliśmy dom, konika jednego, krówkę jedną, sad, ogród, i tak pracowaliśmy. Ojciec pracował, mama pracowała, a my byliśmy małe dzieci, choć ja to już do szkoły chodziłam na Ukrainie. A w 1936 roku przyszli i powiedzieli: – Zbierajcie się, wysiedlamy was. Ile czasu dali, nawet nie pamiętam, i kto, co mógł, to i wziął. Wszystko zostało. Przywieźli nas na stację, załadowali do piętrowych wagonów, kto co miał do jedzenia, to wziął, a kto nic nie miał – to i tak pojechał. Jeść nam nie dawali. Wieźli nas dwa tygodnie z czymś. Przywieźli tutaj, na stację Szortandy. Potem dostaliśmy stąd krówkę, i mleko nas uratowało. A kto się nie ratował, bo nie było czym – umierał. Potem nas stąd powieźli 56 kilometrów dalej. A tam pobudowaliśmy takie ziemianki, wycinało się kwadraty takie, składało i ziemianki robili my. Ściany niziutkie takie były, i tylko ściany, ani okien, ani drzwi, nic, pieca nie było, a z wierzchu nakryte to było takim chrustem, gałęziami, co je sami nazbieraliśmy. Mama położyła nas tak w kącie, żeby dalej od okna, bo wiatry silne były. To był step, październik, zimno. Nazbieraliśmy siana, a jego nikt tam nie zbierał, to my go zbierali tylko. A my, dzieci, wszystkie byłyśmy chore. Ojciec z matką trzymali się jakoś. Potem na drugi dzień postawili nam piec, i paliliśmy w nim tą trawą, a to była już zima, zimno, głodno, krowy nie ma czym karmić. Biedowaliśmy. A potem po jakimś czasie ojciec poszedł do pracy. Był tam taki mały warsztat, w którym pracowali więźniowie. To wszystko postawili tam więźniowie. I ojca tam wzięli, a ojciec był stolarz, dobry stolarz był. I wtedy zaczął robić drzwi, okna i wszystko. Wtedy już wstawiliśmy sobie i okna, i drzwi, zrobiło się lepiej – choć śniegu w domu nie było.
Jekaterina Chlubnaja

dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina,
[Andriejewka, Kazachstan lata 30.-40.]Potem – sama nie wiem, jak to powiedzieć – ziemię skądś dali, daleko od tej wsi. Nasza wieś to była toczka numer 19, a nazwa – Andriejewka. I oraliśmy krowami, końmi oraliśmy i bronowaliśmy, i sialiśmy. Jak szliśmy siać, to całą wsią, każdy jeden. A potem dzieliliśmy się wszystkim. Na drugi rok, jakoś to było, że państwo chyba dało traktory i wszystko inne – zaczęliśmy już traktorami i orać, i siać – urodzaj był. Sialiśmy marchew, kartofle, buraka – nie bardzo rosło, bo deszczu było mało, ale już coś przecież było. A potem zrobili kołchoz, i zebrali to ziarno, i wszystkim rozdzielili. Wtedy już zaczęliśmy dobrze żyć, i już było coraz to lepiej i lepiej. Potem pracowałam w tym kołchozie jako brygadzistka. A było głodno i chłodno – nie było się w co ubrać, nie było co jeść. Sialiśmy pszenicę, to weźmiemy jej trochę, a ona zatruta była, żeby jej nie kraść i nie jeść, truli ją, a potem siali. To my weźmiemy tej pszenicy, był taki kocioł w baraku, w kotle tę pszenice odgotujemy, potem na deskę tą pszenice i kto czym mógł – kto jakąś butelką, kto czymś żelaznym, kto kamieniem tą pszenicę tłukł. Rozbijemy tą pszenicę, i całą noc gotujemy. Dzieci śpią i robotnicy, a my pszenicę gotujemy. Dokąd ją ugotujemy – już dzień wstaje, i wszystkim po trochę dajemy. I tak przeżyliśmy jakoś.
Jekaterina Chlubnaja

dotyczy także: Codzienność powojenna,
Byli tam prawie sami Polacy, nie było Rosjan. A potem jeszcze z Polski przysłali Polaków, oni byli w 38 toczce, pracowali w oddziale prac wykończeniowych. Robili długopisy, tablice, kałamarze, ramki. To była taka spora, długa hala, jeszcze więźniowie ją budowali. To tam byli Polacy z Polski. Tak pięknie mówili po polsku! A potem – oni długo nie byli, ci Polacy, ale koło nich my trochę nauczyliśmy się mówić po polsku. Bo na Ukrainie rozmawialiśmy przecież po ukraińsku. A jak przysłali ich nam tutaj – oni pracowali z nami w dziale polerki i prac wykończeniowych – to myśmy się koło nich nauczyli po polsku mówić. Ale oni długo tu nie byli. To były takie miłe, dobre dziewczyny. Przyszło jakieś zarządzenie i oni wszyscy wyjechali do Polski. To było jeszcze przed wojną. Wojna zaczęła się 1942, a to było chyba w 1937 czy 1938. Tak się z nimi żegnaliśmy, tak się żegnaliśmy: – My już tak do was przywykli wszyscy, a tu taka rzecz.
Jekaterina Chlubnaja
W 41. roku, 14 czerwca, wywieźli dużo osób, tysiące. I wywieźli w 1949, 25 marca. My mieszkaliśmy wtedy na ulicy Puszkina. To dom był prywatny, jednopiętrowy. I już wtedy mówiono, że tej nocy będą wywozić. No, nieoficjalnie mówiono, oczywiście, ktoś komu gdzieś powiedział. Ale ludzie już mniej więcej wiedzieli o tym. I pamiętam, że to było 25 marca, to taki śnieg i woda. To już wiosna. I przejeżdżały samochody po tej ulicy. Ulica ta nie była asfaltowana. I samochody te ciężarowe huczały po tym błocie, śniegu. Rodzice pilnowali: czy ten samochód zatrzyma się, czy dalej pojedzie. Rodzina, dzięki Bogu, została. Ale krewnych i znajomych dużo zostało wywiezionych. Znajoma rodzina (prawie obok mieszkaliśmy), zrobiła tak: mąż poszedł do jednych ludzi, żona do innych, dzieci jeszcze gdzieś. I tam, gdzie była ona, tam przyjechali i zaczęli bić w drzwi i okna – żołnierze. I ona tam ukazała się. Ale przyjechali nie po tę rodzinę, co tam mieszkała, ale przyjechali po jednego studenta, który u nich mieszkał (albo ucznia może). Bo aresztowano jego rodziców – jego rodzice mieszkali na wsi. I oni teraz szukali go. Ale jego nie było wtedy w domu. Wszystkich podnieśli. Tam małe dziecko było i tą naszą sąsiadkę, która nie była mieszkanką tego domu, zapytali, dlaczego ona tu. A ona mówi, że pomaga dziecko pilnować. To ich wszystkich zostawali na miejscu i szukali tego studenta.
Gertruda Chrzanowicz

dotyczy także: Pierwsza okupacja sowiecka,
[Kazachstan, 1940–46]Młodzież chodziła bawić się na wieczory. Chociaż trudne było życie, ale wszędzie się chce żyć, nawet jak czujesz się niedojedzony. Jakieś śpiewki były, jakieś zabawy. My, młodsi, patrzyliśmy jak małpki na tych troszkę starszych, chcieliśmy się z nimi bawić. Czasem było nawet wesoło, chociaż ubrać się nie było w co. Kiedy zaczęła się wojna w 1941 roku do Kuszmurunu, tam gdzie mieszkaliśmy, przywieźli Niemców z Powołża — też wywiezionych. To byli inteligentni ludzie, muzykanci, orkiestra u nich była. Potem przywieźli nam Czeczenów. Jak przyjechali Niemcy i orkiestrę mieli, to chodziliśmy z nimi śpiewać. Potem gdzieś chcieli nas zawieźć z koncertem. Klub był taki w Kuszmurunie i koncerty tam różne były, śpiewy, występowania. Śpiewała tam Ukrainka — pani Bogucka. Miała piękny glos.
Nina Czarna
[Przesiedlenie polskich rodzin z Ukrainy do Kazachstanu w 1936 roku]Potem w Kazachstan wysyłali. U nas jeszcze wcześniej mamin brat jechał w Sybir, to jemu tylko czemodan można było wziąć z sobą. A u nas mówili: — To przesiedlenie. Nam dawali krowy wziąć, no — mąki. Łóżko czy co takiego można było brać. I dali nam zapiski, że my chaty porzucamy darmo, a tam nam dadzą chaty. Już nas wysyłają w Kazachstan, dali już dla siostry te zapiski. My chatę porzucili, ogród — wszystko porzucili, a tam nam dadzą darmo i my nie będziemy płacić.
Filomena Domańska
[Uprawa roli w Kazachstanie]My myśleli, że nie będzie tam nic rodzić, jedna trawa, taka wielka — i ona tak się wyginała. Tak jak wiatr wieje, jak woda falą bije. My paśli krowy i gdzieś tak daleko myśleli, że tam woda. Tam przyjdziemy, nie ma tam wody, a tak samo — słonko piekło krewko. Potem zostali siać wszystko, sadzić — wszystko rosło! I kapusta rosła, i wszystko, no nie było jak lać. Studnię wykopali na ogrodzie, blisko, żeby podlewać — to lali i ogórki, wszystko rosło potem.
Filomena Domańska
[Transport do Kazachstanu i pierwsze dni po przyjeździe] Jak my przyjechali — to tam nic nie ma. Step, tak jak nam mówili, i jedna studnia wykopana. Znaleźli tam, próbowali — dobrze, woda. I tabliczka stoi: „Posiołek numer 7”. My jechali dziewięć dób w Kazachstan. I razem krowy wieźli, i wszystko — to jak gorod, to nie stawał pociąg tam, a stawał w polu, żeby krowie narwać jakiego pokarmu. No, prawda — dawali siano, czasami dawali. Wszystko jedno — krowa chce zielone, to lato było. 26 maja my jechali, 1936 roku my jechali. No, i jak my już przyjechali, zrzucili nas z maszyny, przy wielkiej pałatce, wielkiej, wielkiej, długiej. Postawili te pałatki na 100 metrów, ja nie wiem, czy więcej, czy mniej, ja nie pomniu, ile metrów było. No, długa. A tam przyjechało nie tylko z naszej wioski, tam dużo przyjechało. I my w te pałatki — wszystkie, wszystkie. Stoi moje łóżko, stół, tutaj drugiego łóżko, trzeciego łóżko, stół — tak dwie łóżki, i stół, dwie łóżki — i stół. I tak my wszystkie w środku spali. Ale gorąco było, słońce tak piekło, że no! Gorąco, gorąco! To my wodę nosili i na pałatki tak wylewali, żeby chłodzenie trochę było.
Filomena Domańska
[Warunki życia na zesłaniu]My tak miesili, tak kopali ziemię. Po prostu ziemia, glina, ziemia — co jest. I przywozili nam słomy, siano. I miesili, i wyrabiali na takiej formie wielkiej, wielkiej, i suszyli, i wykładali chaty takie z tej ziemi. I wszystkie tak na Ukrainie z drzewa chaty, a tam z ziemi. My tak strachali się, że ta chata rozsunie się, nie będzie stojać. Toż ziemia! No, ale ze słomą przemieszana. A one jeszcze stoją, te chaty, kto dobrze wylepił. To my narobili, ja nie wiem ile, tych chat. My to na wiosnę przyjechali, a potem przyjechali, jeszcze tam przywieźli w Kazachstan, i nam dali jeszcze ludzi. I nam skazali, że nie mniej niż dwanaście dusz żeby było w tej chacie, a chaty maleńkie! Tak chata — ja nie wiem — 3 z połowiną czy 4 metry i 5 metry długa. I tam ścianka, i tam z drugiej taka sama chata. Tam było i po dziesięć dusz.. A na wiosnę jeszcze tyle samo chat postawili.
Filomena Domańska
[Praca w kołchozie w Kazachstanie]No, zrazu to trudodni pisali. Ot — ja robię, a zapisał mnie trudodzień. Tak całe lato — pracuję, a trudodni piszą. Przyszła jesień: jak jest urodzaj, że pszenicy obrodziło dobrze — to dadzą pszenicy. Jak nie ma urodzaju — to tak było, że pół worka pszenicy! Za całe lato — zarobisz pół worka! O, no kradli, też prawda. No, trudno było — na trudodni mało dawali, mało. No jeden rok taki był, 1938. Na drugi rok bardzo urodziło i pszenicy tej nie było gdzie złożyć, wysypać. Jedna chata, a sień maleńka, a deszcz pada. Oni przywieźli, wysypali na dwór. Chcesz — bierz, nie chcesz — to przechodzi. I bardzo pszenicy bogato przepadło.
Filomena Domańska
[Donbas, 1943-45]Mnie brali na robotę na Donbas. Mieli iść inni, mężczyźni. A mnie wzięli, bo był plan. Z rodziny mojej tylko mnie wzięli. Nas pięć stąd, z wioski zabrali. Jedna jeszcze żyje, ma 87 lat. Mnie wzięli w 1943 roku, a przyszłam w 1945 roku w jesieni. Mała byłam. Przyszłam tam, naczelnik mówi: – Co ja z tym dzieckiem będę tutaj robił? Dali mnie na kuchni robić, wodę nosiłam, ziemniaki, pomagałam. Dwa lata byłam. A wzięli tak, że z bronią przyszli. W wiosce była kancelaria i jemu, naczelnikowi, podsunęli, żeby dał im ludzi. I on tego nie, tego nie, a posłał nas. Pięć dziewczyn posłał. Same Polki. Mężczyzn brali, z Panki na przykład brali. Zawieźli mnie do Starożyńca, potem do Czerniowiec. W Czerniowcach wsadzili nas na pociąg i zawieźli za Kijów. Tam było rozbite, kolej nie szła. Przechodziliśmy na drugą stronę. Wszystko rozbite bombami i przewieźli nas na drugi pociąg samochodami. Potem już jechaliśmy towarowym. Jak nas przewieźli, przebrali, dali nam ubranie jak więźniom. I każdego do roboty. Mnie na początku, bo ja byłam mała, to mnie dali uczyć. Szkoła to była szkoła zawodowa. Dali odzież. Szyć uczyli i szkoła była. Uczyli też w fabryce, chodziliśmy na fabrykę. Mówili, że to idzie na wojnę. Mnie się tam nie podobało i uciekłam. Z drugiego piętra, wiązałam dwa białe prześcieradła, przywiązałam do łóżka i po prześcieradle spuściłam się. Dwa razy uciekłam, ale dwa razy mnie złapali. Uciekłam do swoich, gdzie były nasze dziewczyny na robocie, na szachcie [kopalni]. Mi było skuczno. Ja jeszcze nie umiałam mówić po ukraińsku. I dwa razy uciekłam.
Ewa Drozdek – Korablowa

dotyczy także: Represje sowieckie po 1944 roku,
[Donbas, 1943-45]Potem wzięli mnie na szachtę, do roboty. Puszczali taki cztery deski, taka skrzynia zbita, po cztery ludzie. Jedna do góry szła, jedna na dół. I szła do góry zmiana. Na dole były wagoniki, tam, gdzie wydobywali węgiel, była skóra, żeby nie zamoczyła się, krótka łopatka. I chodziło to. W wagoniki sypało się, kładliśmy to do wagoników. Pracowaliśmy od ósmej do piątej. Pojedliśmy w południe i z powrotem do szachty. Wysokie to było na 70 centymetrów, tylko można było siedzieć, stać człowiek nie mógł. Łopatką brać i zrzucać do dołu. Wyciągali, to człowiek czarny cały był. Czarny człowiek, tylko zęby białe. I kurz i woda, mokro było. Płacić, to nic nam nie płacili, tyle co jeść dali. Rano, na obiad i na wieczór, bezpłatnie w stołówce. Były kartki na cały miesiąc, chleba na nie dawali. A chleb taki był, że jak się go zdusiło, to woda z niego kapała. Na cały dzień, jak dali chleb, to tylko było 500 gram, taki kawałeczek, że naraz można było wszystko zjeść. Nie było co dzielić. Ale oni wyliczali, nie na raz dali, tylko dawali na rano, na obiad i wieczór, żeby trzy raz jeść. Głodno było. Wstawaliśmy rano, chodziliśmy kopać grządki na ziemniaki łopatami. Wtedy dawali nam trochę jeść – krupa perłowa. Jęczmienna ugotowana, trochę cukrem posypana i mlekiem. Za te wykopki dawali nam jeść. Wstawaliśmy o 4, i tak do wpół do ósmej. I jak z powrotem wyszliśmy, to znów tam wracaliśmy. Młody, to chce jeść. A ziemniaki takie sine, suszone, marne. Kładliśmy gotować, do gorącej wody. Jakaś kapusta, jakąś łyżkę smalcu. Dobrze, że po ludziach chodziliśmy kopać, żeby zarobić. Z pracy przyszliśmy na piątą i jeszcze do dziesiątej człowiek pracował.
Ewa Drozdek – Korablowa

dotyczy także: Represje sowieckie po 1944 roku,
[Donbas, Czerniowce, 1945]Wojna się skończyła, nikogo nie puszczali, ale wszyscy uciekali stamtąd. Jak się wojna skończyła, to ja też uciekłam. Szliśmy na początku dwie, z Mariką, ale ona do Polski pojechała, zmarła już. Zgubiłyśmy się w Żytomierzu. Byłam tam chora na tyfus, ostrzygli mnie, wyglądałam jak chłopiec. Zresztą tam wszystkim włosy ścinali, nawet nie ścinali, same włosy wypadały. Nic nie pamiętałam przez dwa tygodnie. Przychodziły koleżanki, pomagały, potem mówiły mi, że ja byłam jak durna. W szpitalu byliśmy. Też rozbity szpital, ale jeść dawali, łóżka były, tylko wody tam mało było. Czaj dawali, ale jak chciało się pić, to nie dawali, nie wiem, dlaczego. Pić się strasznie chciało. Przyszłam do Czerniowiec. A od nas do Czerniowiec jeździli sprzedawać masło, mleko. Ja poszłam tam na bazar i zobaczyłam naszą sąsiadkę. Podeszłam, a ona patrzy się na mnie: – Czy to ty? – Tak, ja. Nie miałam włosów, a wcześniej miałam włosy długie, długi warkocz. A teraz jak chłopiec, przebrana w spodniach i koszuli. Patrzy, jakbym to nie ja byłam. Ona była z furą, z końmi. Wsiedliśmy i przyjechaliśmy do domu. W domu ucieszyli się. Ale brat był mały, nie poznał mnie: – To nie ona!
Ewa Drozdek – Korablowa

dotyczy także: Represje sowieckie po 1944 roku,
[Letowoczne, obwód kokczetawski, Kazachstan, lata 40.-60]Katolicy zawsze zbierali się w niedzielę u kogoś w mieszkaniu i modlili się, odprawiali jakby mszę. Kościołów nie było, księży nie było, różańców nie było, ale modlili się, na palcach rachowali i modlili się. Tam może u kogoś były książki i tak po tych książkach odprawiali mszę. Ja teraz tak wspominam, że to bardzo dziwne było, tak katolicy trzymali się swojej wiary. Nie wolno było, ale każdej niedzieli u kogoś innego modlili się.
Julia Gawriłowa
[Letowoczne, obwód kokczetawski, Kazachstan, lata 40.-50.]Chodziłam do szkoły już, ubrania nie było, jeść nie było co, ale co chcę powiedzieć, że tam byli różne narodowości, Niemcy, Kazachy, Polacy, różne, różne… Ale miłość jakaś była między tymi ludźmi i jedni drugiemu dopomagali. Wszystkim było ciężko, ale nie było jakiejś zazdrości, że ten ma, a ja nie mam. Jakaś była miłość między ludźmi.
Julia Gawriłowa
[Letowoczne, obwód kokczetawski, Kazachstan, lata 40.-60]W Kazachstanie nie było kartek. Pracowała mama troszeczkę, to troszeczkę otrzymywała pieniędzy. Chleb piekli sami. Ale trzeba było kupić pszenicę. Ziemniaki sadzili sami. Ziemniaki tam bardzo ładne rosły i bardzo smaczne. Tutaj takich ziemniaków nie ma. Tu do ziemniaków trzeba masła, albo śmietany, żeby było smaczne, a tam gotujesz ziemniaki, one tak pachą… Niczego do nich nie trzeba było, nic… Wiśnie tam rosły, ale takie drobniutkie, jabłka też, takie malutkie jabłka były. Ale przywozili, z Ałma Aty przywozili jabłka. Bardzo takie pachnące, smaczne jabłka. Przysyłali w paczkach, kto tam miał, jakich znajomych, albo rodzinę, gdzie rodziły się jabłka, to przysyłali.
Julia Gawriłowa
Pierwszy dom, to nazywał się ziemianka, podłoga z ziemi była, nie było tam podłogi z desek, wszystko ziemia. Opału nie było takiego, palili słomą. Nanosili. Potem już, kiedy troszeczkę podrosłam, to już zaczęli drzewo przywozić, to drzewem zaczęli palić. Z roku na roku zaczęło być lepiej, ale na początku w tych ziemiankach… Śniegi takie, że jak budynek stał w połowie w ziemi, a druga połowa nad ziemią, to w zimie, gdy były wielkie śniegi, to zasypało budynki, że nic nie widać było, że równo. Idziesz, idziesz po tym śniegu, jak nogą przywaliłaś w komin, to wiedziało się, że chodzi się po budynku. Drzwi robili tak, żeby otwierały się do mieszkania, bo jak zasypie śniegiem, to nie otworzysz. Otwierali drzwi i po troszeczku robili takie tunele. Śnieg do mieszkania potem wynosili. I kopali, jeden drugiego ratował. Bardzo surowe były zimy. Mrozy były do 45 stopni. Tak, że ptaki zamarzały, leci, leci i nagle pada. Były takie burany. Kiedy mróz, to cicho było, wiatru nie było, a kiedy burany, to mrozu nie było. Kiedy mróz, to ludzie nie zamarzali, a kiedy burany, w dwóch metrach nic nie widać i ludzie szli koło swego budynku, dwa metry od swego budynku, to ginęli, nic nie widać i ginęli. Nie potrafili trafić do swojego budynku.
Julia Gawriłowa
[Letowoczne, obwód kokczetawski, Kazachstan, lata 30.-40.]W ziemiance było drewniane łóżko, materacy nie było, a słoma naścielona, koc jakiś. Bardzo biednie żyli, nic takiego nie było. Jeden pokój, i tam i kuchnia, i wszystko razem. A koło budynku to jeszcze obowiązkowo trzeba było robić – to się nazywało szałas. Budowali z drzewa, jeszcze czymś nakrywali, żeby tam można było trzymać, jak ktoś miał psa, drzewo, słomę. Trzeba było tam trzymać, bo zasypie śniegiem i nie znajdziesz. Na początku nie było nic, a potem, jak już miałam osiem lat, to mama kupiła młodą krowę. To było już takie bogactwo, bo kiedyś będziemy mieć swoje mleko, taka radość była. Tak szanowaliśmy tę młodą krowę, gdy już miała cielątka, gdy było mleczko, to już głodu nie było. Wtedy lepiej żyć było, można było kupić coś. A na początku, jak przyjechaliśmy, to nikt nic nie trzymał. To były już nie takie roki głodu, jak tutaj w 1933 roku, bo to już było nawet po wojnie. Pamiętam, że w zimie mama szła na pole i pod śniegiem… Rozgrzebała śnieg i szukała zmarzłych ziemniaków, żeby zrobić jakiś placuszek. Bo nie było co jeść.
Julia Gawriłowa
[Letowoczne, obwód kokczetawski, Kazachstan, lata 40.-50.]Sąsiadka moja była jedna, ale oni bogaciej trochę żyli niż my. Był u nich ojciec, lepiej żyli niż my. W lecie, kiedy już nauczania nie było w szkole, to u nas były takie działki i tam pracował, kto chciał. Płacili tam. To my w lecie szli na te działki i tam pracowali. Dzieciom to płacili. Trzeba było jakieś zioła powycinać, podruszyć tę ziemię, i tak pracowali na tych działkach. Między nami była Niemka, dziewczyna. My usiedli na obiad odpoczywać, co tam kto miał zaczęli jeść. I ta moja sąsiadka nazwała tę dziewczynę faszystką. Ja tak byłam tym… Tak mnie przykro było, że ona tak powiedziała. Bo dla mnie to było jednakowo, czy ona Niemka, czy ona kto…Człowiek, to człowiek, czego ona faszystka? Ja stanęłam i krzyczę, że nie wolno tak mówić! I ona zaczęła na mnie krzyczeć. Wtedy ja zdjęłam z nogi pantofla i uderzyłam ją. Poszła do domu, powiedziała rodzicom, że ja ją uderzyłam, przyszli rodzice, a ja mówię: – Będę bić, jak ona będzie nazywać faszystką, to będę bić. Po co ją tak nauczyli?
Julia Gawriłowa

dotyczy także: Codzienność powojenna,
Całe dzieciństwo tam przeszłam i młodość. Biedno było, głodno, ale wesoło było. Nikt nigdy nie tęsknił. Każdy wieczór zbierali się u nas śpiewali, nikt nie tęsknił. Nie było tak, że co ja mam jutro zjeść, w co ja mam ubrać się? Szli, żeby tańczyć. Młodzież byliśmy, chce się pójść. Ja nie miałam co ubrać. U mamy była sukienka, ja ubrałam tę sukienkę, ale ona na mnie wielka, za szeroka, podwiązałam ją sznureczkiem, założyłam taki sweter i poszłam. Co miałam robić? Chciało się gdzieś wyjść. Widzę te ogrody, te lasy. Jak my w lecie jeździliśmy w lasy zbierać poziomki! Bardzo dużo ich tam było. I zajechali do lasu, to aż pachnie tymi poziomkami. Nazbierali dużo, wiadro, po dwa wiadra, suszyli, ale wtedy tak nie było, jak tutaj, że gotują dżemy, bo cukru nie było. Tam Niemcy nauczyli nas takie dżemy robić, kompoty, bo Niemcy to wszystko wiedzieli. Pamiętam, babcia ugotowała dżemy. Kiedy ziemniaki przekwitną, to takie kwitną, jak jabłuszka, na ziemniakach. Babcia nazbierała ich, kiedy już dojrzeli i ugotowała dżem. Kiedy tutaj przyjechaliśmy, jakoś ich tutaj nie ma, ale było jedno lato, że były te jabłuszka na ziemniakach i nazbierała, ugotowałam dżem. Próbowali, ale nikt nie mógł zrozumieć, co to takiego. Kiwi nie, podobne, ale nie kiwi. Ale bardzo smaczne.
Julia Gawriłowa
Spalim, a oni obkrążyli z automatami mieszkanie: – Atwieraj, atwieraj! Nu, otworzyłem w nocy, wpadli. Broń szukają. – Nie szukajcie broni, bo ja nie mam – mówię. Po rusku umiałem rozmawiać. A to jakie byli? Litewskie bandyty! – Zabirajsia, wyjeżdżamy. A taki Grabowski, my razem rośli,  wiedział, że mnie wywiozą. Na rower siadł i przyjechał pomóc. Świniaka pomógł zabić, osiemdziesiąt kilo, pomógł opalić. Soli przysypali, miałem po drodze dużo mięsa. Napchałem słoniny w worki, szynki, mięsa miałem. Polędwica jak nasolona, długo trzyma się. Ona twarda, ale mięsa odkroisz, zęby dobre, no, i jechałem jak pan. A brat też jechał, nie miał ni chleba, ni mięsa. Karmiłem ich całą drogę, dwa tygodnie, potem jeszcze dałem połcie słoniny.
Władysław Gruzdź
Jak nas przywieźli, to było w jesieni, koniec listopada, już śnieg był, mróz był, statek poszedł i więcej nie przyszedł. Na brzeg wypuścili i idź, gdzie chcesz. My mielim pierzyny, położyli się na brzegu i śpimy. Moja żona i mama razem. Mama już miała ponad sześćdziesiąt lat. Z rana wstajem i teraz co? Nikt tam o ciebie nie pytałsia, gdzie chcesz, tam idź. Kupcy przyjechali: – Co chcesz? Do kołchozu czy do przedsiębiorstwa jakiego? Taki Staszek podszedł: – Kak ciebia zwać? –Władysław, a ojciec Jan. – Władysław Iwanawicz, zapiszysz się do Małczanowa. A tak wszystkich nie brali, bo gdy ludzie mieli dużo dzieci, to już kłopot, a ja byłem tylko z żoną i z mamą. Ten Saszka mówi: – Ty chadzi ka mnie. Idź, weźmij woła, kolaska i zabierz swoje rzeczy. Wzielim woła, złożyli rzeczy, zawieźli do majsterni. Tam majsternia w domu, żelazny piec blaszany nagrzeje i tam ciepło było, tam bylim. A Sasza, matka, żonka i dwie dziewczynki w jeden pokój i kuchnia. Ziemi nasypane aż do okien, równo do szyb, to ciepło jak w łaźni. Dwa worki mięsa, my mielim co jeść. Jabłek suszonych dwa worki też zawiozłem, antonówek zawiozłem, ale poczarnieli dużo. Nu, rozdzieliłem te jabłki. A, Jezus Maria, dziękują! Zamarznięte, to smaczne, a dla mnie niepotrzebne, ja najedzony jestem.
Władysław Gruzdź
[Szortandy, Kazachstan, lata 30.–40.]Kazachowie bardzo wiele pomagali. Na przykład mama chodziła do Kazachów, oni ją zapraszali do siebie, do domu, sadowili w krześle, zamieni się z nimi na jakiś materiał albo palto lub jeszcze coś innego. Odda im to, a za to dostanie w zamian pszenicę, do tego zaproszą, herbaty zaparzą i napoją, i zapytają o rodzinę. Pytają: — A kto u Pani w domu jest? Mama odpowie: — Dzieci. I wtedy jeszcze nam, dzieciom, coś dadzą, na przykład kazachskie lepioszki, żeby mama nam do domu przyniosła i nakarmiła. Albo mleko dadzą. Bardzo nam Kazachowie pomagali. Można powiedzieć, że ratowali nas przed śmiercią. Bo przecież pracy dobrej nie było, brało się do jakiekolwiek, byleby się wyżywić. Polacy, którzy zostali deportowani w 1941 roku do Kazachstanu, trzymali się od nas na dystans. Mówili, że my jesteśmy wiejskimi Polakami. Trzymali się od nas daleka, sami ze sobą tylko. Z nami nie kontaktowali się zupełnie. Potem pojawiła się możliwość powrotu do Polski i oni wszyscy wrócili.
Jelena Gudyma
[Kazachstan, lata 30.]A tam już, jako w Kazachstanie byli, to ja pamiętam wszystko. W Kazachstanie nas dwie wsie posadzili w jedną chatę. Kozaki jak przyjdą do nas, to oni nie umieją nas rozumieć, i my ich też nie. Tam jak umierali ludzie! Ja pamiętam te mogiły. Jak umrze ktoś, to ludzie takie nasypy jak kopiec kartofli sypią. Mnie już było 5 lat. Rodzice tam pracowali, to pewnie też kolektyw był, ja nie wiem, co to było. Tam było co jeść, tam było. Mama piekła taki chlib. Kozaki przynosili mąkę, bo oni nie umieli nic zrobić. To mama, czy inni ludzie, piekli im chlib. Oni mówili, że to takie dobre. Oni taka dzicz byli! Jak krowa zdechnie czy co, to w takich kotłach gotują. Mama już gotowała dla wszystkich, jedli u nas. Taka dzicz była… A zaraz kto ich wie, już tam naszych ludzi ni ma, pouciekali stamtąd.
Jolanta Jakubowska
[Konstantinowka, Kazachstan, 1936 i lata 40.]Deportowali mnie z rodzicami w 1936 roku. Nic nie mieliśmy, tylko siebie. Trafiliśmy do Konstantinowki i zamieszkaliśmy z innymi rodzinami w ziemiance. To owoce jakieś nazbieraliśmy, to inne rzeczy, i tak żeśmy żyli z dnia na dzień, ale zaraz mi aresztowali ojca, potem mamę. Aresztowali ją za to, że wzięła trochę garści pszenicy, bo już nie mogliśmy wyżyć. To było w 1942 roku. Nie wiem, dokąd wzięli ojca, co się z nim stało. Jak zostałam i bez mamy, to zaopiekowała się mną obca rodzina. Byłam jak ta przybłęda, miałam 13 lat. Musiałam pracować ciężko, bo czy bym umarła, czy nie, to tej rodziny już bardzo nie interesowało. Dali tylko dach nad głową. Potem mama wróciła — nie pamiętam kiedy, ale to było po wojnie już — i zamieszkałyśmy same we własnej ziemiance, już w Czkałowie.
Józefa Jakuszewska
W latach 30., czy jeszcze wcześniej, przyszła władza sowiecka. Mówili mamie: – Zgłaszaj się do kołchozu! A ona mówi:- Nie pójdę! Ach tak! A była mama, ojciec, bracia, siostry były, żyliśmy dobrze, trzeba prawdę powiedzieć. Przyszli oni, nocą przyjechał czornyj woron, zabrali – i na Syberię. Część rodziny trafiła do Irkucka, a większość do miasta Bodajbo. Płynie tam rzeka Witim, tam ich zesłali. Ja zostałem u wujka, ojca brata, ale on biednie żył. Jego nie tykali, a nas wtedy na Ukrainie nazywali kułakami. Nie chcesz iść do kołchozu, kułacka ty mordo, to pojedziesz na Syberię! I zabrali ich, przyjechał czornyj woron, i zabrali, z końcami zabrali. Ja zostałem z wujkiem, i tak z nim trafiłem do Kazachstanu. Nie pozwalali nam pisać listów, bez korespondencji, nigdzie nie można było napisać, i nic nie było wiadomo, żywi są, czy martwi, kto go wie, nikt nie wie. I tak ja z wujkiem w 1936 roku jadę do Kazachstanu. Ja jechaliśmy, to był cały eszelon ludzi. I wieźli nas samochód za samochodem w step: pierwsza toczka, druga, trzecia, czwarta, piąta, szósta, siódma, ósma, dziewiąta, dwanaście czy trzynaście toczek było. Wszystkich po toczkach pozasiedlali. Wyładowali na step, a tam jedna studnia. A niektórzy mieli krowy, bo pozwalali brać krowy do Kazachstanu. Wody nie starcza, kolejki całą dobę, bez wody my, bez niczego. A na stepie ostnica i namioty. W namiotach w dzień umrzeć można z duchoty, a w nocy zimno, a tu ludzie z małymi dziećmi, i rób co chcesz. I do jedzenia nic nie było – gdzie chcesz, co chcesz, jak chcesz żyj. I nie puszczali nas nigdzie, komendantura była, za namiot nie masz prawa nigdzie iść. Stoi ich po dwóch, trzech uzbrojonych – pilnują. Myślałem, żeby uciec, a figa – nie ma dokąd. I tak tutaj żyliśmy. W 1936 roku jeszcze pobudowali samany, z gliny robili. Na zimę zbudowali już trochę domów takich glinianych, nie pamiętam, ile. I nakrywali też gliną. W każdym domu taka mniej więcej przestrzeń – małe były te domki, a dziesięć dusz mieszkało, nie mniej. I śpij jak chcesz, i gdzie chcesz. To ze słomy robiliśmy takie wiąchy, i jakoś na tym spaliśmy. Oj, życie było, że nie daj Bóg.
Tadeusz Jakuszewski
Pięć lat byliśmy w armii pracy w Niżnim Tagilu. Ja mam teraz status uczestnika działań wojennych na froncie, bo pracowałem w fabryce w Tagilu. Każdego dnia wieźli stamtąd na front wagon czołgów. Zaliczyli mi to jako służbę na froncie. Ja nawet pisałem podanie, żeby mnie wzięli do wojska, miałem dość, było tu już tak źle, że życie to było, a jak nie życie. Myślałem, że najwyżej zginę, jak mi sądzone. Napisaliśmy, przyszła nam odpowiedź z komendy uzupełnień: – Jak będzie trzeba, sami was znajdziemy, a póki co pracujcie. I tak skończyła się wojna. Z Tagilu przyjechałem tutaj, byłem żonaty, miałem już rodzinę, i tak żyję do tej pory. Pisaliśmy też podanie do polskiej armii, z kuzynem, kuzyn powiedział: – Chodź, napiszemy do polskiej armii! Bo przyszła polska armia, i brali do wojska. I tak samo przyszła odpowiedź, że o nas wiedzą, że znajdą nas, jak będzie trzeba, a póki co mamy pracować. Nie udało się. A byli tacy, co poszli do polskiej armii i po dziś dzień tam żyją w Polsce, nikt z nich z Polski nie wrócił.
Tadeusz Jakuszewski
W pociągu były jakieś nary, kto stary, to leżał, a większość siedziała. Na każdej stacji pozwalali brać wodę – każdy brał, w co miał, ktoś do słoja, ktoś do kanistra. A tak to wody nie było. Przyjeżdżamy na stację, ogłaszają, ile będziemy stać, pół godziny czy dwadzieścia minut: – Nabierajcie wodę, komu trzeba! I ludzie biegną, nabierają wody, żeby była chociaż woda. I tak jechaliśmy do Kazachstanu. Samochodów wtedy nie było, na wozach jechaliśmy, bo nawet konie, nawet bryczki pozwalali brać. Wiem, że nas przywieźli samochodem, a jakim – Bóg wie. Wyładowali nas na stacji, i to pamiętam dobrze, że była ostnica, jeden namiot, i jedna wykopana studnia, i może pół metra wody w nim było. Bydło chciało pić, ludzie chcieli pić, upał, trzydzieści stopni, słońce piecze. Pójdziesz do namiotu, a tam komary, wszędzie obłażą cię jakieś owady. Nie było się gdzie podziać, takie to było życie. Dopiero potem zaczęli stawiać domki, oczywiście, że zrobiło się inaczej. Przyszła zima – nie ma czym palić, to pozwolili jechać po trzcinę na opał, siedem albo osiem kilometrów od wioski ścinaliśmy tę trzcinę. Przywieziesz wiązkę, rozpalisz w piecu, i choć ręce ogrzejesz. I wszystko, jutro znów trzeba za tą trzciną jechać. Zimno, nie ma się w co ubrać. Tu już nie tak było, jak u nas na Ukrainie. Jedziesz bykami, póki zajedziesz do tej trzciny, to zimą cały dzień mija. Wyjedziesz rano, zajedziesz wieczorem, zmarznięty do szczętu. Jeść chcesz – a nie ma co, i zimno.
Tadeusz Jakuszewski
[Kamienka, Karaganda, Kazachstan, 1936–46]Rodzice w 1936 roku trafili do wioski w Kazachstanie. Byli przesiedleni z Ukrainy, z żytomierskiego obwodu. Przywieziono ich do tzw. toczki nr 11 — późniejszej Kamienki. Tam zbudowali ziemiankę, tam zamieszkali, ale dwa lata potem — nie wiem dokładnie, jak to się stało, bo była komendantura — przyjechali do Karagandy. To musiało być domówione z władzami, związane z pracą ojca w kopalniach, dlatego że z wioski można było tutaj, do miasta, przyjechać tylko do cięższej pracy. W Karagandzie ja się urodziłem. Ojciec wkrótce znalazł się w trudarmii, a mama pracowała na stołówce. Ale jak ojciec wrócił, to szybko przeprowadziliśmy się do lepszego domu, murowanego.
Anatolij Jankowski
[Wywiezienie rodziny męża ze wsi Duda]My mieszkaliśmy po sąsiedztwie z całą mężowską rodziną. Wtenczas wszystkich wywozili, całe wioski. Mało kto zostawał w wiosce z tych, co byli bogatsze czy mieli siłę roboczą. Przyjeżdżali w nocy, zawsze wywozili nocą. I przyjechali tak samo do nich, już ojciec i brat starszy męża byli wywiezieni, matka tylko co ze szpitala wróciła, po operacji ciężkiej. Tam małe dzieci były, dwie siostry i chłopczyk mały, dwie córki i syn. Niewiele dla nich pozwolili zabrać, bo co ona mogła wziąć w nocy? Nic tam takiego nie było, kawałek słoniny, mięsa jakiegoś i chleba bochenek. I wszystko, tak pojechali.
Ludwika Januszkiewicz
W Nowosybirsku był ośrodek Związku Patriotów Polskich. Stamtąd do Tomska i do północnej części obwodu tomskiego przyjechała specjalna komisja. Wcześniej wszystkich obywateli polskich zakwalifikowano jako ewakuowanych i wystawiono paszporty. Kiedy przyjechała ta komisja z Nowosybirska i rozpoczęła kontrolę okazało się, że wcześniej wydane paszporty były fałszywe. Dzięki komisji udało się je zamienić na prawdziwe. Jak juz żeśmy dostali nowe paszporty, to niemalże od razu dotarła do nas pomoc humanitarna z Anglii, załatwiona przez polskie władze. Było to głównie jedzenie. Gdyby nie to, to byśmy z głodu zmarli. Normalnie, przydziałowo, na jeden dzień, było 500 gram chleba i woda.W momencie, kiedy zamienili nam paszporty na prawdziwe, postanowiłam wypłynąć ostatnim statkiem z tej północnej części obwodu tomskiego. Na statek czekaliśmy trzy doby, ale wreszcie przypłynął. Był towarowy, a obsługę stanowili Mołdawianie. Jakoś nas wszystkich poupychali i udało mi się dotrzeć do Kołpaszewa. To był ostatni moment, bo rzeka już zamarzała, a samoloty w ogóle wtedy nie latały. W Kołpaszewie kupiłam bilet – wcześniej płynęłam na gapę – i płynęłam dalej. Dotarłam tylko 40 km od Tomska, do osady Moriakowka, bo okazało się, że statek dalej nie popłynie – rzeka zamarzła. A myśmy przecież płynęli do Nowosybirska. Razem z koleżankami trzy dni szłyśmy do Tomska. Dobrzy ludzie nas nocowali. Po przybyciu do Tomska poszłam do fabryki lamp, gdzie znałam jedną z jej pracownic. Dopiero ona nam pomogła. Załatwiła mieszkanie i pracę w fabryce, i tak osiadłam w Tomsku.
Taissa Kałahurskaja
Pracowałam 7 lat w aptece we Lwowie, w tym czasie wyszłam za mąż, urodziłam dziecko. I po tych 7 latach znowu mnie deportowali. Przyszli po mnie do pracy, do apteki, i zabrali tak, jak stałam. Mąż mnie szukał cały miesiąc. Prokuratura mu nie odpowiadała, a przecież został z maleńkim dzieckiem. Mnie przesyłano przez kolejne punkty, więzienia i ostatecznie zesłano do Tomska. Jeszcze dwa tygodnie trzymali mnie w więzieniu na Puszkina, aż w końcu śledczy stwierdził, że nie poślą mnie na północ, tylko zostawią w Tomsku. Zapakowali mnie do samochodu i zawieźli tam, gdzie pracowali wszyscy wrogowie ludu – na budowę. Praca była ciężka, marnie płacili. Później zawieźli nas do miejsca zakwaterowania robotników – mnie i jeszcze jedną Estonkę. I jak żeśmy wysiadły, to się okazało, że są tam sami mężczyźni. Jak się dowiedzieli, że ja lwowianka, to powiedzieli, że nas nie puszczą i będziemy musiały z nimi mieszkać. Było ich czterech. Wzięli mnie i Estonkę, dali też pieniądze, żebym mogła wysłać telegram do męża, gdzie jestem. Po tygodniu mąż mnie odnalazł.
Taissa Kałahurskaja
[Pińsk, lata 40.]Jak tutaj przyszli Sowieci — to wszystkich wywozili. Kto jaki majątek, jaką fabrykę miał, to wszystkich wywozili na Syberię. Wywozili nie tylko w 1941 roku, ale i po wojnie, w 1946 i 1947 roku. W nocy przyjeżdżali, zabierali takimi autobusami, które nazywały się „czarna wrona” i człowieka nie było. To było coś okropnego. Z naszej ulicy też zabrali sąsiada. Gdy to się działo to my okiennice zakrywali w oknach. W nocy prawie wszyscy w ubraniu się kładli, bo bali się, żeby nie przyjechali i nie zabrali. I wszyscy byli wrogami narodu. Nikt nie wiedział, za co go zabierają. Ojciec przy Niemcach pracował w porcie — trzebaż było żyć z czegoś przecież, trzeba było gdzieś pracować. A skoro pracował w porcie, to mogli go zabrać, wielu ludzi pozabierali takich, co tam pracowali. Ale nas Bóg oszczędził.
Regina Kołb
[Pińsk, 1939]Przed wojną ojciec pracował jako policjant. Jak przyszli Sowieci, postanowił zgłosić się do nich. Poszedł w całej formie policyjskiej, w mundurze. I już go nie puścili. Przyjechali z nim dorożką, ogolił się, siadł na dorożkę i zabrali go, powieźli — nie wiem gdzie. A trzeba było nie iść do nich dobrowolnie, trzeba było uciekać do Polski.
Julian Kowalczyk
[Pińsk 1939, Kazachstan 1939–46] A mnie i mamusię na Syberię posłali. Zapakowali nas na furmanki i powieźli na dworzec, gdzie stał pociąg towarowy. Kto majątek miał, sklep swój na przykład, to go zabierali. Jechaliśmy w wagonach towarowych, koło których żołnierze z bronią — nie można było wyjść na dwór. Dużo ludzi pojechało, cały szelon. Jechaliśmy prawie dwa tygodnie… Zawieźli nas do kołchozu. Ja, mama i trzy inne rodziny mieszkaliśmy w jednym domu. Przeżyliśmy tam od 1939 do 1946 roku. Kazachi, bardzo przyjemni ludzie, zapraszali nas na herbatę. Żyliśmy niedobrze. Wszystkie ubrania, jakie mieliśmy, poszły na jedzenie. Problem był z wychodzeniem z domu, bo jedne walonki na dwoje mieliśmy. Jak mama szła do pracy, to ja siedziałem w domu. Mama z pracy przychodziła, to wtedy ja brałem buty i szedłem.
Julian Kowalczyk
[Donbas, Ukraina, lata 40.]Przyszło do naczelnika zawiadomienie. Mówił: ja mam rozkaz wziąć do szkoły zawodowej 10-15 chłopców. Kogo złapali, to wzięli. Brali i Polaków, i Ukraińców, już nie Rumunów. Zabrali do pociągu w Storożyńcu. Najpierw na Iwano Frankowsk, Lwów, do stalińskiego obwodu, niżniański rejon. W 21. kopalni pracowałem sześć miesięcy. Pracowałem pod ziemią. Robiliśmy tunele pod ziemią, odkrywaliśmy pokłady węgla, drogę robiliśmy. Maszyna zrywała ściany, my uciekaliśmy. A potem musieliśmy pracować na kolanach, tunel 70-80 centymetrów, a czasem 60 centymetrów, to już wtedy nie można było na kolanach, to na boku leżeliśmy i pracowaliśmy. Ciężka praca. Ale przynajmniej jeść dawali dobrze, kilogram i 200 gram chleba dawali na dzień. I kasza, barszcz, herbata. W końcu zostawiłem wszystko, uciekłem. Pieniądze były, wziąłem chleb i poszedłem na pociąg. Pojechaliśmy na Odessę, na Mołdawię, i przyjechaliśmy. Tutaj była zona, strefa. I tam nas z pociągu zabrali. Przesłuchanie, zabrali dokumenty. Ale zwrócili dokumenty i pojechaliśmy dalej. I tak dojechaliśmy do Czerniowiec, a potem na piechotę do Panki. Taki głodny, bo w pociągu nie było nic jeść. I za pół dnia dotarłem do domu. Rodzice ucieszyli się. Ojca nie było, matka i siostra była w domu. Zapłakali, pocałowaliśmy się.
Kazimierz Krasowski

dotyczy także: Represje sowieckie po 1944 roku,
[1936, lata 30. Kazachstan, Jużnoje, Kelerowka]W maju 1936 roku przywieźli nas na step – trawa po pas, burzany. Postawili namioty i do tych namiotów wyładowali nas na step. A my krzyczymy, wrzeszczymy. Moja mama miała dziewięcioro dzieci, a zostało jej tylko troje – wszystkie poumierały. Tym dzieciom, co je przywieźli do tego Kazachstanu, do tych namiotów, klimat nie służył, padały wszystkie – każdego dnia wynosili po 30 dzieci. Nie było nawet deski, żeby jakąś trumienkę zrobić, to w szmatkę zawinęli, dziurę wykopali, i pochowali dziecko. Tak pomarły te dzieci. Potem zaczęli robić saman, miesić glinę, i stawiać ziemianki. I w tych ziemiankach na jesień żeśmy zamieszkali wszyscy, a nie było tyle ludzi, żeby ziemianki stawiać, to w jednej takiej chacie po trzy-cztery rodziny żyły. Nie było miejsca, żeby stawiać jakieś łóżka, to porobili półki – i tak kładliśmy się spać. Jeść nie było co, wielkie cierpienie było. Zima przyszła, burzan, dziki mróz: 40 stopni, ponad 40, czasem do 50 stopni. Mężczyźni szli w step, łamali ten burzan wysoki taki, przynosili wiązkami, paliło się je, i tak przeżyliśmy do wiosny. A saman był mokry i ziemianki zaczęły się walić. Który był jeszcze suchszy, to stał saman, a tak – porozwalały się. Potem postawili więcej tych chat, wtedy już każda rodzina miała swój kąt. Tak się męczyliśmy. Zaczęliśmy orać tę celinę. A czym oraliśmy? Traktorów jeszcze wtedy nie było, oraliśmy bykami, sialiśmy bykami, wszystko swoimi rękoma ludzie robili. Męczyliśmy się, męczyliśmy, potem zrobiło się lżej, a potem w 194 roku wojna – masz ci los! W wojnę to była bieda. Nie było co jeść, ojciec miał do wykarmienia dziewięć dusz. Pójdzie do sklepu, przyniesie bułkę, podzieli między nas wszystkich, i wszystko, nie ma. A co jeść? Mama trzy lata słabowała, ludzie się zaziębiali. Klimat taki przecież, zimno cały czas, a wszystko ubranie z siebie posprzedawali, zamienili na jedzenie, dzieci od głodu ratowali. Tak przyszło nam cierpieć strasznie.
Maria Krynicka
[Polacy z II RP zesłani do Kazachstanu, Jużnoje, 1940-41]W Kelerowce byli Polacy i Niemcy. Niemcy przyjechali razem z nami. Potem przyszła wojna, to ewakuowali z Polski Polaków. Ale oni długo u nas nie byli, pewnie z rok. Jak skończyła się wojna, wyjechali. Żyli tak sobie z nami, przyjęliśmy ich jak trzeba było, nikt ich nie obraził nigdy. Żyli z nami dobrze, a po co im były swoje chaty? Nas kto by do Polski puścił? To przecież Polska, a to Rosja. To jedno, a to drugie. Ot, ja bym teraz i pojechała do Polski, ale po co? A oni byli Polacy, ich tutaj z Polski ewakuowali, oni tu przecież z własnej woli nie przyjechali, a wojna szła, to ich ewakuowali. To oni nie byli uważani za zdrajców, a my byliśmy zdrajcy ojczyzny, rozumie pan? Opowiadałam przecież panu. Nas nie przywieźli po to, żebyśmy tu mieszkali, a żebyśmy tu pozdychali. No, proszę sobie wyobrazić, przywieźli ludzi na step i niczego nie ma, burzan dwa metry w górę, i nic, i namioty. Wyrzucili nas do tych namiotów, i jak chcecie, tak żyjcie. Tylko z bronią chodziła wokół milicja.
Maria Krynicka
[Pużanki, 1945]Jak przyszli Sowieci, to jak ktoś znał rosyjski, to dawali mu stanowisko. I ojciec stał się przewodniczącym siełsowietu. Ale potem zaczęła się wywózka kułaków – gospodarzy wywozili pracowitych, zamożnych, którzy trzymali ziemię, nie łajdaków jakichś. I ten przewodniczący siełsowietu musiał rozpisać się i powiedzieć – kto bogaty. I ojciec od tego stanowiska odmówił się. Powiedział: – Nie, więcej nie będę w siełsowiecie. Napisał podanie. Mówił: – Nie chcę, pójdę do kołchozu, ale nie będę ludzi wywoził. Boże, jak to strasznie na sąsiada podpisywać się, kiedy wywożą go na Syberię.
Romualda Kuleszo
[Podolsk, Kazachstan/ZSRR, 1936 i lata 40.]Rodzice tu przyjechali w 1936 roku z moimi braćmi. Wieźli ich towarowymi wagonami z maleńkimi dziećmi. Nazwali ich wrogami narodu, a oni dopiero co się ożenili. Jacy oni wrogowie, tacy młodzi? Matka płakała: tak biednie żyli, a na siłę ich tu zesłali. Nawet nie mieli co na drogę zabrać, czym dzieci nakarmić. Potem pojawiły się kolejne dzieci, a ziemianka tu w stepie była taka mała, że nie mogliśmy się pomieścić. Spaliśmy na słomie, czasami na zewnątrz tej ziemianki. Zanim te ziemianki były, to początkowo spało się w jamach z ziemi, a po ziemiankach w samanach — takich domkach z gliny, kiziaku. Ojciec był brygadierem w kołchozie, mama wypiekała jakieś placki. Było nam trudno, ciężko, biednie. Do szkoły chodziliśmy w jakichś najgorszych butach, ale się udawało. Pomagaliśmy sobie nawzajem z innymi Polakami.
Nina Kutasiewicz
[Podolsk, Kazachstan/ZSRR, lata 40. i 50.]Była straszna komendantura. My, jako wrogowie narodu, nigdzie nie mogliśmy iść z tego Podolska, nigdzie nas nie puszczali. Ani nas, ani Niemców, bo i Niemcy z nami tam się znaleźli potem. Ludzie tak biednie żyli, że na chleb brakowało, i nie mogliśmy iść nawet do innej wioski wymienić czegoś na chleb. Potem, jak wyrosło ziarno, to były żarna i na nich się robiło. Z Kazachami, całe szczęście, żyło się dobrze. Oni nam pomagali wyżyć. Od naszej wioski żyli półtora kilometra, ciężko było z nimi rozmawiać, bo nawet nie znali rosyjskiego, ale szybko się zaprzyjaźniliśmy. Potem pojawili się Niemcy i z nimi też dobrze żyliśmy. Między narodami nie było konfliktów, były niemieckie kolonie, ale to Niemcy z Ukrainy byli. Oni tacy sami zesłańcy jak my, więc o wojnę nikt do nich nie miał pretensji, bo to nie oni rozpętali.
Nina Kutasiewicz
[Podolsk, Kazachstan/ZSRR, lata 50.]W domu rozmawiało się trochę po polsku, trochę po ukraińsku, bo my nie znaliśmy tak polskiego, mieszkaliśmy na Ukrainie przecież. Ale wieczorem modliliśmy się zawsze po polsku. Zakrywaliśmy okna, zbieraliśmy się potajemnie i wspólnie odbywały się modlitwy. Znaliśmy modlitwy, np. Wierzę w Boga, mieliśmy książeczki z pieśniami. Wszystko po polsku. Jak były święta, Boże Narodzenie, Wielkanoc, to zawsze trzeba było się spotkać. Całe rodziny się schodziły, z małymi dziećmi, i śpiewaliśmy Bogu. Na tych modlitwach żeśmy się uczyli czytać po polsku. Mało rozmawialiśmy, ale czytać potrafimy z tych książeczek właśnie. Znamy litery polskie, swobodnie czytamy.
Nina Kutasiewicz
[Podolsk, Kazachstan/ZSRR, lata 40.]W szkole uczyliśmy się po rosyjsku, ale był też język niemiecki. Było osiem klas. Była geografia, historia, były inne lekcje. Mała to była szkoła, ale chodzili tam wszyscy: i Polacy, i Niemcy, i Rosjanie. Kazachów tam akurat nie było. Wszyscy żyli zgodnie, dobrze. Biednie było, brakowało książek, nie było czym pisać, ale jakoś ta nauka szła. W domu uczyliśmy się czytać po polsku, ale to już potajemnie, gdy modlitwy czytaliśmy. Mnie kazali rodzice, musiałam znać polskie litery, nawet jakbym nie chciała. Pisało się czernidłem, ono się wylewało, nauczyciele krzyczeli za to… Oj, było w tej szkole wesoło czasami.
Nina Kutasiewicz
[Miejszty, 1944]Dużo ludzi wywozili. My dwa tygodnie w domu nie nocowali, wszystko z domu powynosili, bo u nas był brat na wojnie, który potem został w armii Andersa, a ludzie mówili, że takich będą wywozić. A dużo wywozili, oj — dużo.
Weronika Kwacz
[Rykiszki, lata 50.]Brat Alojzy ani jednego słowa nie umie po polsku. Nie rozmawia, bo nie miał na to czasu. Jak brata Romualda zabrali – on stał się jak tatuś i musiał ciągle pracować, pracować, pracować.Romuald skończył osiem klas i bardzo chciał uczyć się dalej, a jemu powiedzieli: – Ty nie będziesz uczyć się, bo ty jest syn wraga naroda. A on bardzo chciał się stać lotnikiem. Kiedyś jeden chłopak zobaczył, że on czyta książkę po niemiecku i po angielsku. Zaczęło się: – A skąd on te książki wziął? A on dużo zebrał książek kiedy wojna skończyła się. Jeden zbierał granaty, a on książki zbierał, słowniki. Nauczył się czytać i czytał całe noce, my wszystkie spali a on zapalił łuczynka w łaźni i czyta. A potem, kiedy mu powiedzieli, że nie może uczyć się, to w nocy odszedł i mamusia go szukała. Mówił wcześniej, że nie chce żyć w tym kraju, w którym go tak poniżają, pojedzie za granicę, że czytał w książkach, że tam dobrze można żyć. Mamusia mówiła, że on tylko tak sobie gada. Potem przyszło do nas do domu KGB: – Kogo ty masz za granicą? Romualda znaleźli na fińskiej granicy jak stracił przytomność, bo przez dwa miesiące żył bez jedzenia. Drwale znaleźli go wycieńczonego. Zabrali go i on długo nie mówił kim jest. A potem już przyjechali do mamusi NKWD i mówią, że wasz syn teraz otrzyma 10 lat, bo jeszcze nie było 18 lat jemu. I potem jego zostawili tam – Krasnojarski Kraj, Mordowia. Później, jak przyjechał do nas, to mówił: – To moje same szczęśliwe roki tam. Bo tam profesory, uczone wszystkie, wszystkie takie rozumne ludzie w tym więzieniu byli. W politycznym siedział, gdzie same rozumne ludzie byli w tych łagierach. Stalin samych rozumnych ludzi zgubił. Francuzy byli, Angliczanie i Polacy byli, no i Rosjanie. Pisał listy, pierwsze KGB czytało, a potem wszystko zarysowane, zakreślone i potem on po więzieniu przyjechał. Jemu można było przyjechać na pół roku i to wszystko nam powiedział. Powiedział wszystko i pojechał potem.
Olga Liplanska

dotyczy także: Dzieciństwo, dom, rodzina, Represje sowieckie po 1944 roku,
[Ukraińska SRR, 1936]Było tak, że to nie nas chciano wysłać, a zupełnie kogoś innego. Ojciec nazywał się Michał Bronisławowicz Frankowski. Już chatę całą opróżniliśmy, nic w niej nie zostało, pusta stała, wszystko, co było, to zabierano ze sobą. Zawieźli już nas na dworzec, zaczęli już nas pakować, wszystkie rzeczy do pociągu, zaczynają nas wyczytywać i okazuje się, że nie ojca imię czytają, o innego Frankowskiego chodziło. No ale co robić, już załadowali nasze rzeczy, komendant podszedł do ojca i mówi: — Jeszcze będziesz dziękować, że tam jedziesz.
Leontyna Migol
[Kazachstan, Sofijewka, lata 40.]Dziadkowie wszyscy nasi byli tam na Ukrainie, tam poumierali. Nie mieliśmy nawet za co pojechać i ich pochować, nie było pieniędzy, tylko trudodni. Na koniec roku wydawali nam 11-12 rubli, ale co za to można było kupić? Nic. Ojciec mój był pastuchem, chodził koło owiec, nawóz woził z fermy, a mama była dojarką. Potem dostała pracę w piekarni, piekła chleb dla kołchozu. Oczywiście, jak poszła piec ten chleb, to i myśmy go zaczęli jeść, jakąś lepioszkę można było zawsze upiec. Pracowaliśmy w kołchozie za trudodni, przecież wtedy pieniędzy nie płacili, tylko trudodni, stawiali trudnodni, a potem za to liczyli. A pod koniec roku dawali nam po 2 kilogramy ziarna, mieliliśmy je, mieliśmy swoje żarna, piekliśmy chleb, zacierki robiliśmy, hałuszki. Do końca roku wybraliśmy to, cośmy zarobili, a nas było czworo. Najmłodszy, on miał 2,5 roku, a ja miałam 3,5 roku. Zanim nam zrobili dokumenty, żeby nas zawieźć do miasta. Żeby pojechać, musieliśmy mieć przecież dokumenty, i to były 3 kilometry, na bykach musieli jechać ojciec i matka. Zamarzaliśmy, oko mi popękało, a młodszemu bratu zrobiło się coś z sercem i umarł, zawieźli go do szpitala, i tam umarł.
Rosa Niestierenko

dotyczy także: Codzienność powojenna,
Pamiętam, że mieszkało nas w Sofijewce dużo Polaków: Czerniecki, Lewicki, dwaj bracia Lećkiewicz, Przymorscy, Kędrzewscy, Krasnowscy, dużo, z 15 rodzin. I Ukraińców też dużo było. Nie było tylko Białorusinów, później przyjechali. Porem Niemców zesłali, potem Inguszów. Nie pamiętam, kiedy przyjechali, byłam jeszcze dzieciakiem. Nie pamiętam nawet dokładnie roku, kiedy zesłali Niemców i Inguszów. Ale oni też biednie żyli. Rada wiejska umieściła ich koło nas, po drugiej stronie drogi, biegałam tam do nich, były tam też dziewczyny w moim wieku. Niemcy przyjechali chociaż z jakimiś szmatami, a Czeczni w ogóle goli. Wszyscy mieszkali jedną rodziną, zgodnie żyli, żadnych podziałów tam nie było.
Rosa Niestierenko
[obwód żytomierski, Ukraińska SRR, lata 30. i 40.] Jak się zaczęły wywózki, to zaraz przychodzili do poszczególnych kolonii i deportowali. Przychodzili do polskich kolonii i dawali parę godzin albo jeden dzień na spakowanie się i wywozili. To samo ja potem widziałam w niemieckich osadach. W tych polskich i niemieckich osadach żyli też czasami Ukraińcy i Żydzi. Oni nie byli wywożeni. Potem nadeszli Niemcy. Ukraińcom oni nic nie robili, ale Żydów rozstrzeliwali. Kiedyś zrobili taką jamę w ziemi i rozstrzeliwali. Dwa tygodnie ziemia się ruszała, to było straszne.
Bronisława Nowakowska

dotyczy także: Okupacja niemiecka,
[Nowa Mysz, pow. baranowicki, rok 1940]A wtedy wywozili na Syberię tych wszystkich polskich osadników, którzy kiedyś byli w wojsku i zwyciężyli cara w 1920 roku. I oni dali im ziemię. I tak mówi ojciec: – Przyjechali do tych ludzi, których mieli wywozić, już tam psy zaczęli szczekać… Ja to nie boję się takich rzeczy mówić i nikogo nie boję się, bo sama jedna, ale to prawda. I przyjechali te enkawudziści – jeden został się z ojcem – poszli do mieszkania i ja nie wiem, skąd ojciec wiedział? czy on to widział? Ale opowiadał, że przyszli i skazali: – Dawaj samogonku, piecz bliny i skwarki stawiaj na żar! A ta kobieta się już trzęsie i zgotuje te bliny, piecze, już tam wszystko przygotowała. A męża od razu wzięli, jako aresztowany, jak ona tam z dziećmi… jak dawała jeść. A potem: – Zbierajcie się! – takie komando. Ona dzieci ubiera, ręce trzęsą się u kobiety, wychodzą na te sanie i jedziem już. A śniegu było dużo i bardzo wielki mróz. Koń po kolana w śniegu. A potem patrzę, co tam leży – jedno dziecko nie wytrzymało i zmarło, a enkawudzista wziął i wyrzucił na śnieg to dziecko. I ja sobie myślę, aż mnie dusza zabolała: – Toż i u mnie takie maleńkie dziecka. Ojciec przyjechał do domu i tak opowiadał.
Zofia Okołotowicz
Potem, jak już przyszła (znowu) ta radziecka Armia Czerwona, to było już te wyzwolenie, jak oni mówią, przyszło do nas – to było w lipcu 1944 roku. I od razu ta sowiecka włast zaczęła organizować kałchozy. Zabierali od ludzi krowy, konie, wozy, tam jakiś sprzęt gospodarczy i to wszystko zwozili w jedno miejsce. No, ludzie bardzo nie chcieli tych kołchozów, ale kto nie chciał do kołchozu, to jego zapisywali w kułaki. Znaczy, że on jest bogaty, nie chce oddać swego bogactwa. I potem zaczęli wywozić do Rosji. Gdzieś w Czeremchawawa, Kubas, na Sybir, Irkuck i do Kazachstanu. No, z początku wywozili leśników, no, na pewno wywozili urzędników polskich, osadników. Dlatego że u nas było dużo osadników, którzy walczyli po I wojnie światowej i byli jako polskie legiony. I oni mieli tu takie nadziały ziemi, i mieszkali tu, zamieszkiwali te tereny. Niektórych wywieźli już w 1939 roku, od razu, jak przyszli, a których nie zdążyli, to zaczęli od 1946 roku i tak dalej, aż do 1952 roku wywozili.W 1950 roku, jak wyszłam za mąż – a mój mąż był w tym „spisku”, tych kułaków, bo jego ojciec był w więzieniu, a ich wszystkich, całą rodzinę… A ponieważ ja też już byłam w tej rodzinie… W nocy przyjechali, my nic o tym nie wiedzieli, nie mieli w domu nawet chleba, tylko tak na jeden dzień. No, wywieźli do Kazachstanu. Wieźli w takich towarowych wagonach. Ludzie tam płakali i umierali, i było bardzo gorąco, i nie można było… No, jak tam odjechali, już za Moskwę, i w tych stepach, gdzie nie było nigdzie drogi, ni nic, tylko jedna kolej, to można było wyjść na chwilę na świeże powietrze. No, i wieźli nas prawie dziesięć dni. Dlatego że ten pociąg musiał gdzieś zawsze stać na uboczu, jak przechodził taki pociąg, który po tym rozkładzie jazdy musiał jechać. A my musieliśmy ustępować. No, i nareszcie przyjechaliśmy, już na kazachstanskuju obłast – to obwód już na kazachstański iliczowski rajon, i już nas tam rzucili. A ludzi tam było różnych. Tam byli Korejcy, byli Niemcy, których powywozili z Kaukazu już kiedyś, byli Czeczeńcy, Polacy, Białorusini. Jednym słowem, wszyscy byli zapisani, tam, u tego Kazacha komendanta i musieli raz na tydzień iść, i podpisywać się. Wyjeżdżać z tej miejscowości nie można było. Tylko tam.  No, a tam dookoła byli pola zasiane tym chłopkiem, to znaczy watam, która rosła tam w naturalny sposób. I trzeba było pracować na tej ziemi od rana – a tam straszne słońce, i niektórzy wprost padali na tym polu, bo było… A tam ziemia robiła się taka twarda jak kamień i trzeba było takimi wielkimi, takimi haczkami – no, nie wiem jak to się nazywa – no, usypywać te krzewy, żeby rosły. A potem takie robili jamki dookoła i polewali. Bo tam wszędzie były takie aryki, takie kanały, które położone były wyżej. I potem na te pole puskano wodę.
Genowefa Ostrowska

dotyczy także: Represje sowieckie po 1944 roku,
Byli tu i Niemcy, a Kazachowie to od nas mieszkali 12 kilometrów, w miejscowości Kagasz. Na początku to nie byli oni dla nas dobrzy. Latem były jagody, my, dzieciaki, poszliśmy zbierać, to oni na swojej ziemi nie pozwolili nawet jagód zbierać. Wyjechali na koniach i nahajkami przepędzili. A potem już dobrze się z nimi żyło. Gościnni byli, jak już normalnie się zrobiło. A na początku to nawet śmiali się z naszych ludzi. Niemcy przyjechali niektórzy w 1936 roku, a niektórzy jeszcze później, już nawet w czasie wojny. Poprzyjeżdżali gdzieś z Powołża, ci Niemcy. To nie byli hitlerowcy, jak ich czasem tu nazywali, to byli zwykli ludzie. Dobrze z nami żyli, zgodnie.
Iwan Pawłowski
[Kalinowka, Kazachstan; lata 30.-40.]W 1936 roku przywieźli nas do Kazachstanu pociągiem towarowym, a ze stacji samochodami prosto tutaj, wyładowali 2 kilometry za wsią. To tyle zostało mi w pamięci. Goły step. Była tam wszystkiego jedna chata. Mieszali tam Kazachowie, koczownicy tacy. Tam nas wyładowali i wszystko, trawa taka wysoka, a my tacy mali, wydeptaliśmy dróżki w tej trawie i się bawiliśmy. Postawiliśmy namioty pośrodku stepu. Była jeszcze siostra, a dwaj bracia już tu się rodzili. I tak zaczęliśmy: kto miał siły do pracy, to do roboty, robić ziemianki, saman robić. Robiliśmy samany, takie maleńkie chatki z samanu. Takie mieszkanko było na trzy rodziny, aby przezimować. Trzy rodziny w takiej chatce, więcej nie zdążyliśmy do mrozu zrobić, a zima była nie taka, jak teraz – burzan jak zawieje, to ho ho! Kto wylezie z chaty pierwszy, jeden drugiego odkopuje, bo śniegiem zawiało. Surowe zimy były, a teraz to już jest dobrze. Wtedy – tak to było! Dobudowaliśmy przezimowaliśmy, na lato znów budujemy. Wioseczkę zbudowaliśmy, po cichu, rok, drugi, i już po jednej rodzinie w każdej chatce mieszka. Ojciec jeździł zaprzęgiem. Skądś przywieźli konie, i ojciec woził ten saman, chatki pomagał budować. Potem w 1944 roku jesienią wojna, ojca zabrali na front. A matka od razu umarła. Ojciec poszedł, i po trzech miesiącach matki nie było. Mamina matka, ona mieszkała do wojny z synem, a potem, jak ojca zabrali na front, przyszła do nas, z babcią, stareńka to była babcia. Poszedłem do szkoły, jak lata przyszły. A ojciec wrócił po zakończeniu wojny, w 1945 przyszedł, jesienią. Znalazł drugą matkę, i tak żyliśmy, I z babcią żyliśmy, z Ukrainy przyjechałem ja i siostra, a tu dwaj bracia się rodzili, jeszcze z naszej mamy. A potem, jak ojciec się ożenił, to znów się dzieci porodziły, już z drugiej żony, i tak my żyli.
Iwan Pawłowski

dotyczy także: Wojna sowiecko – niemiecka,
Wywieźli nas w 1947 roku. Przyjechali po nas w nocy samochodem, dali około 15 minut czasu, żebyśmy się zebrali do drogi. Myśmy już wtedy spali, zaczęliśmy płakać, a wychodząc z domu przeżegnaliśmy się. Długo staliśmy w wagonach. Wieźli nas jak bydło, w zamkniętych wagonach, pod eskortą żołnierzy z karabinami. To było straszne. Jechali z nami inni Polacy i Białorusini. Najpierw pojechaliśmy przez Moskwę do Nowosybirska i tam przeładowali nas na samochody. Przywieźli nas do miejscowości Żelezianka na Syberii. Mamusię oddzielili, a do pracy w lesie skierowali mnie i siostrę, bo byłyśmy młode. Pomieścili nas w drewnianych barakach, bez łóżek, bez niczego. Nie dostałyśmy żadnych ubrań, ani butów. Wkrótce nadeszły straszliwe mrozy, że od wiatru i śniegu nie było nic widać, a wypluta ślina od razu zamarzała. Było może 50, może 55 stopni mrozu. Wtedy dali nam koce. Do lasu chodziłyśmy w obstawie ludzi z karabinami, chleba dawali nam po 400 deka, do tego była jakaś kasza, z której zostawał na zębach piasek – był straszny głód. Jeśli ktoś nie wyrabiał dziennej normy pracy, to w ogóle nie dostawał jedzenia. Dopiero w 1953 roku mogłyśmy powrócić do domu, ale wtedy już nie było do czego wracać.
Anna Riepko
Mieszkałyśmy w drewnianym baraku. My i wszyscy, których dowozili na zesłanie. Było bardzo zimno. Ten barak rozdzielony był na dwie części i nawet miał jakiś piecyk, ale nie dało się w nim napalić. Jak chodziliśmy pracować do lasu, to jeszcze było ciemno. Rosjanie krzyczeli po wariacku ˶Pracować, pracować!Ë®, a myśmy nic nie widzieli. Trzeba było rozpalać ognisko dla światła i wtedy chociaż można się było trochę ogrzać. Cierpieliśmy głód. Już nie wierzyłam, że kiedykolwiek jeszcze najem się chleba. Zupa, którą nam wtedy dawali… Teraz to bym tego nie zjadła. W tej zupie była tylko jakaś kasza – bardzo mało – i woda. Z pracy wracaliśmy w nocy, byliśmy wtedy bardzo zmęczeni. Było mnóstwo pogrzebów, bo ludzie nie mogli wytrzymać. Dopiero w 1953 roku byliśmy już prawie wolni i mieliśmy tylko wyznaczone miejsce, gdzie mogliśmy chodzić. Umarł Stalin, a niektórzy głupi ludzie po nim płakali. Powtarzałam wtedy, że mógł umrzeć wcześniej. W 1954 roku dołączyła do nas – do mnie i do siostry – mamusia, z którą nas rozdzielili już na Syberii. Potem już było coraz lepiej i zostaliśmy wolnymi pracownikami. Ja zostałam agronomem, później pracowałam w sklepie… Życie jakoś się zaczęło układać, miałam rodzinę i w wieku 54 lat sprowadziłam się do Tomska.
Anna Riepko

dotyczy także: Codzienność powojenna,
[Pierwomajka, Sadowoje, Kazachstan, lata 40.]Kazachowie odnosili się do Polaków dobrze. Pomagali, byli ciekawi, kto to są ci Polacy. Zapraszali czasami do siebie, częstowali jedzeniem… Ale ta pomoc nie zawsze wystarczała, bo ludzie bardzo umierali. Jak umarł ktoś zimą, to nawet nie było jak pochować takiego człowieka, taki był mróz, tak zmarznięta ziemia. I takie ciało leżało aż do wiosny, potem się dopiero chowało kości, gdziekolwiek. Zwłaszcza dzieci umierały, dzieci i osoby starsze, które nie miały siły pracować. Ale komendantury to nie obchodziło, Polaków oni mieli za nic.
Jan Sawicki
[Uljanowka (Ukraińska SRR), Kazachstan, 1936]Rodzinie mojej dali jeden dzień, żeby się przygotować do wyjazdu. Nie powiedzieli, dokąd jest przesiedlenie. Trzeba się było spakować, zabrać wszystko. Rodzice wzięli nawet krowę ze sobą, ale tę krowę już tutaj, w Kazachstanie, zabrano do sowchozu. Jechali dwa tygodnie i zostali wyrzuceni w stepie. To była toczka — kropka, czyli miejscowość na mapie, ale tam nic nie było praktycznie. Mama już zawsze mówiła, że jak ją zaczęło wtedy boleć serce, to tak aż do śmierci ją bolało. Spaliśmy w ziemiankach, jedno obok drugiego. Ciągle była praca, żadnej wolnej niedzieli, bo komendant pilnował. Chorzy mieli najgorzej, bo nie wyrabiali trudodni, a jak nie wyrabiali normy pracy, to nie mieli chleba. Mnóstwo ludzi umierało, i inni mówili wtedy, że to dobrze, że oni już nie będą się męczyć. Niektórzy popełniali samobójstwa, inni wariowali, ale nasza mama była dzielna, wszystko umiała zrobić, pracowała dzień i noc, i nam się udało jako tako przeżyć.
Jan Sawicki
[Pierwomajka, Sadowoje, Kazachstan, lata 40.]Rodzice przyjechali do gołego stepu. Zrobili sobie takie mieszkanie z ziemi, z gliny, z czego było. Kopali ziemianki, tak jak wszyscy. Żyliśmy bardzo źle, było ciężko, bo była komendantura. Bez pozwolenia nie mogliśmy się ruszyć z wioski. Pracowaliśmy przy sianokosach i innych robotach. Każdy pracował, nawet dzieci, żeby tylko było co jeść, ale często brakowało. Jak się nie pracowało, to się nie dostawało chleba. Po powrocie ze szkoły chodziliśmy z siostrami pomagać oporządzać bydło. Tam byli Polacy, tylko Polacy. Dopiero w Sadowoje, bośmy się potem przenieśli niedaleko od Pierwomajki, byli ludzie z Kaukazu, Ingusze, Czeczeńcy, Niemcy… Polaków było niewielu. Nie mogliśmy za bardzo rozmawiać po polsku, bo się z nas śmiano, pokazywano palcem. Więc w domu tylko mówiliśmy po polsku, a na zewnątrz już tylko po rosyjsku, bo naczelnicy szczególnie nie lubili Polaków, wyzywali nas. Szczególnie jeden z nich, komendant, dawał się nam we znaki, zabierał do łagru, jak ktoś się nie spodobał bardzo. Ludzie już myśleli, żeby go nawet skrycie zamordować, ale on w końcu jakoś zniknął, nikt nie wie, co się z nim stało.
Jan Sawicki
[Pierwomajka, Karaganda, lata 40.]W 1943 roku ojca zabrali na przymusowe prace do Karagandy. Zabrali też mojego starszego brata Mieczysława. Powiedzieli, że jest wojna i trzeba iść pracować. Odwieźli ich w wagonach towarowych, które były bardzo czarne od węgla. Trafili do kopalni, a brat miał tylko 15 lat wtedy i do wojska nie mógł iść, to wzięli go do pracy. Wielu Polaków wzięli wtedy do Karagandy, każdy musiał pracować dużo, bo w czasie wojny wszystko było dla Armii Czerwonej, dla wojska, i potrzeba było dużo siły roboczej. Ojciec zmarł tam w łagrze z głodu w 1944 roku, a brat przeżył. Ojciec bratu swój chleb oddawał, żeby dzieciak przetrwał. Brata zwolnił naczelnik łagru, kiedy już się nie nadawał do roboty. Przynieśli go do nas do domu. Rzucili na ziemię i powiedzieli do matki — Szukaj mu grobu, bo on niedługo zdechnie. Jakoś go odratowaliśmy. Ale do teraz nie wiemy, gdzie pochowany jest ojciec, gdzie on leży.
Jan Sawicki
Małe dzieci jechały na zesłanie, małe, rok, pół roku. Wszystkich zabierali, nie patrzyli, całe rodziny brali. Kto przygotował sobie coś do jedzenia, wziął sobie, to dobrze. Ojciec, jak pociąg gdzieś się zatrzymał na stacji – a pociąg mógł długo stać na stacji, dobę, dwie doby – to ojciec przynosił wrzątek, żeby dać dzieciom pić, żeby surowej wody nie pili, bo zachorować mogą. Na stacji ojciec przynosił wodę, wrzątek, jak dawali. A tak do jedzenia, co masz, to będziesz jadł, a jak nie, to nie masz co jeść. Cały miesiąc jechaliśmy, jakoś przeżyliśmy.
Anatolij Smotrykowski
[Stiepnoje, rejon kelerowski, obwód kokczetawski, lata 30.-40.]Żadnej elektryczności nie było, może w województwie, rejonie, to może było. Lampa naftowa, szkiełko, zalewali naftą i paliło się. Naftę przywozili do sklepu i każdy przychodził kupować. A potem, jak już więcej było traktorów, maszyn, to można było. Traktory pracowały na polu, traktorzysta przychodził do ojca i mówi, że trzeba mu buty zreperować. – To przynieś mi za to nafty. Ojciec jemu zrobił walonki, czy coś innego, a tamten przynosił banieczkę nafty. Potem następny przyniósł i tak mieliśmy. Ale ludzie nie mieli, trudno im było.
Anatolij Smotrykowski
[Stiepnoje, rejon kelerowski, obwód kokczetawski, lata 30.-40.]Ziemia była w izbie, glina. A najlepiej posypać jeszcze piaskiem, zamieść. Kto tam myślał o podłodze, z czego zrobić podłogę? Piec zrobili, można było palić i spać na nim. A palić w nim nie ma czym. Słomą, piołunem my palili. Potem już zasieliśmy, pszenicę zebraliśmy i słoma była. I paliliśmy słomą. Ale czym napalisz w taki mróz? Ojciec i brat jeździli tam, gdzie drzewo było. Jakieś 20 kilometrów, może więcej. To popracują w tym kołchozie kilka dni i zapracują, żeby na podwodzie przywieźć. Pojadą, kupią, trochę drzewa przywiozą i jest. Było łóżko, nie na ziemi spaliśmy, zrobiliśmy sobie łóżko. Słomą nakryjemy, i tak można spać. Albo na piecu. Jak napalisz, to ciepło, grzejesz się. I stolik zrobiliśmy, jak ktoś przyjdzie, to żeby zasiąść przy nim. Potem robili jakieś budynki, szkołę, to weźmiesz stamtąd deski jakieś, i zrobisz sobie. Zrobili szkołę, zrobili sklep, żeby można było kupić coś do jedzenia.
Anatolij Smotrykowski
[Stiepnoje, rejon kelerowski, obwód kokczetawski, lata 30.-40.]Skosili pszenicę i kłoski na ziemię spadają. Wszystkich nie zbierają. My, Polacy chodziliśmy, zbieraliśmy w miskę tej pszenicy, żeby zrobić coś jeść. Potem dopiero troszkę podżywiliśmy się. Ale czym palić, jak nie ma czym? Zimą zamarzniesz. Trzeba zbierać drzewo, nosić. A zima wielka. Jak zacznie się od października, to do kwietnia. A temperatury do -50 stopni. Tutaj na Ukrainie nie taki mróz. Przyjechaliśmy, mieliśmy po dwa spodnie wszystkiego. Zamarzali, nogi, wszystko zamarzało. Najgorsze, że było bardzo zimno. Mróz, nogi odmarzały. Tutaj takiego mrozu nie ma, a pojechali tam, nie było czego ubrać. Ojciec zakładał buty, ale przymarzały palce, taki mróz. 40-50 stopni. Co tutaj robić?! Tutaj mówią, że 10-20 to jest bardzo zimno. I tak męczyliśmy się. W nogi, w kolana zimno, przemarzało się. Nogi bolą, wszystko boli, takie mrozy. Potem kupowaliśmy sobie walonki, obuwie. Ale najpierw – za co kupisz, jak nic nie masz? Wszystko zostawiłeś. Chatę zostawiłeś, a wszystko zabrali do państwa, do kołchozu. Chatę rozebrali. Potem kupowaliśmy od Kazachów ciepłe rzeczy. Kożuchy, szuby, które z owiec robią. To ich rodzinne ziemia, oni tutaj z pokolenia na pokolenie żyją. Trzymają dużo owiec. Wyrabiali skórę, taką ciepłą.
Anatolij Smotrykowski
[Stiepnoje, rejon kelerowski, obwód kokczetawski, lata 30.-40.]Chleb dawali na kartki. Przychodziliśmy i braliśmy talony. Po kawałku dawali. Ojciec był wielki, duży, miał więcej niż dwa metry, to on dużo chciał jeść. A ja jeszcze byłem mały. Zmęczę się przy pracy, ręce bolą, wszystko boli, ale jeść mniej mi się chce. Najpierw pracowaliśmy dla państwa, a potem przychodził jakiś człowiek i mówił: – Chodźcie do nas, nam drzewo pociąć potrzeba, zapłacę wam. I my wieczorem, po robocie, a pracowaliśmy po 12 godzin, nie 8, tylko 12 dla państwa pracowaliśmy, potem jeszcze wieczorem poszliśmy, drzewo porżnęliśmy z ojcem, porąbaliśmy. Jeszcze następnego dnia i jeszcze następnego, powiedzmy tydzień pracy, i on nam dawał pieniądze. Kupowaliśmy sobie mleko, chleb, co tam ci trzeba. Zarobiliśmy sobie, na co nam trzeba było.
Anatolij Smotrykowski
[Stiepnoje, rejon kelerowski, obwód kokczetawski, lata 40.-50.]Jak przychodziła zima, to nic się nie robiło, siedziało się w domu. W ogrodzie wcześniej posadziliśmy kartofle, jakieś buraki, i to wszystko zebrane już było. Ojciec coś zarobił, coś kupił. Kłosków pszenicy nazbierałeś. I tak przygotowałeś się do zimy, i tak siedziałeś zimą w domu. Ludzie przychodzili, przez ścianę znajomi przychodzili. A to ktoś do nas przyjdzie, a to my do kogoś. Jak ja już byłem większy, miałem 16 lat, to taki klub powstał. Można było pójść do kina, jeśli raz na miesiąc przywieźli film z obłasti, czy z rejonu przywieźli na koniach. Jakaś harmoszka grała, poszedłeś do klubu, potańczysz sobie, pobawisz się, chłopcy i dziewczęta. Ale to już po wojnie było.
Anatolij Smotrykowski
[Stiepnoje, rejon kelerowski, obwód kokczetawski, lata 40.]Jak dostałem pracę? Matki brat pracował jako lekarz i on mówi: – Chodź do mnie, pracować będziesz, będziesz mój pomocnik. Ja pouczyłem się, egzamin zdałem. Zacząłem pracować dobrze, a on w końcu wyjechał na Ukrainę. Wszystko zrobił, żebym po nim pracował. Sam długo pracowałem, a potem dali mi jeszcze jednego do pomocy. Wtedy dobrze już było, można było już żyć. Pieniądze zarabiałem, więcej pieniędzy dostawałem. Najpierw w jednym mieście pracowałem, potem w drugim, już bliżej do domu. 20-25 kilometrów do domu. Miałem konia. Jak daleko trzeba było jechać, w obłast, to dawali samochód, wozili mnie. Był też mój przynależny koń, jak własny. Jak chciałem jechać do domu, 50 kilometrów było, to jeździłem koniem, gdzie trzeba było, jechałem koniem. Mieszkałem u ludzi, po domach, bo do rodziców daleko. Jak zachorowała krowa, jak owca, świnia, to leczyłem. Dużo pisaniny było. Miałem trzy kołchozy, jeden 5 kilometrów, a inny 27 kilometrów. Już były telefony, dzwonili, że jestem potrzebny, jak jestem dłużej potrzebny, to przenocować musiałem. Odpowiedzialny byłem za trzy kołchozy. Płacili mi pieniądze, 360 rubli. Trochę sobie odkładałem. Z roboty poprosiłem, żeby mi dali dokumenty, że ja chcę się uczyć więcej, mieć większe kwalifikacje. Dyrektor powiedział, żeby dać jemu paszport, niech jedzie uczyć się. I dostałem paszport!
Anatolij Smotrykowski
[Stiepnoje, rejon kelerowski, obwód kokczetawski, lata 50.]My nocą uciekliśmy z zesłania, bo tak nie puściliby nas. Zamówiliśmy samochód, przyjechał samochód. Zimno było, jak wyjeżdżaliśmy. Mamę posadziliśmy do kabiny kierowcy, bo tam ciepło. A ja z ojcem i siostrą na samochód. Nakryliśmy się i nocą jechaliśmy. 100 kilometrów jechaliśmy na dworzec, nocą. Tam już brat mój starszy żył. Wziął bilety. Tam już był znajomy człowiek na stacji. Żeby tylko do pociągu, potem nikt nie będzie pytał! Bilet jest, to wszystko w porządku. Od razu pojechaliśmy, 8 dni po tym, jak dostałem paszport. Ojcu zrobiłem paszport, matce paszport i pojechaliśmy. Nie daliby mi zrobić paszportu, ale ja powiedziałem, że jadę się uczyć. Pracowałem jako weterynarz, powiedziałem, że muszę jeszcze jechać uczyć się. I dyrektor puścił mnie, wypisali mnie i dostałem paszport. Taki byłem zadowolony! Udało się wyjechać.
Anatolij Smotrykowski
[Przyjazd do Kazachstanu, 1936]I tak nas tu przywieźli. Pałeczka taka była i: „Posiołek numer siem”. Siódemka taka narysowana. Wyrzucili na ten step, taki krugły step, zrazu pałatki takie stali. Budować pałatki, w pałatkach do zimy. A potem to już mieszkania zbudowali, takie niewielkie, i dwie–trzy rodziny w jednym tym mieszkaniu zimowali. Tu pobudowali i tam żyli, i tam już ostała się. Wszystko — głód, chłód, noc. Tam daleko wioski byli, chodzilimy, żeby zarobić na jaki kawałek chleba, zarabiali. Ot i tak żyli, i pracowali.
Wanda Sokołowska
[Kazachstan, lata 40.]Tak w mieszkaniu zbierali się i modlili się. No, zbierali się. A później pobudowali kościół. Tam ludzie zrazu dookoła zbierali się, modlili się, a moja matka, niech z Bogiem spoczywa, ona wszystkie msze wiedziała. U niej książeczka była, ja nawet nie wiem, gdzie zaraz ta książeczka, że wszystkie modlili się na latynie, nie na polskiej mowie, a na latynie wszystko było. A później był jakiś ksiądz, ja tam już nie wiem, nie była już, ja pojechała tutaj.
Wanda Sokołowska
[Kazachstan, lata 40.]No co tam w Kazachstanie… Naprzód postawili te pałatki, pałatki stali, my żyli. Ziemię uprawiać, orać, ziarno. Na zimę tam nic nie sieje, bo tam mrozy byli bardzo wielkie, a siali wiosną. Posieli pszenicę czy żyto, a później — gdzie burian był, to wyrywali ten burian, żeby czyste było to ziarno. Chodzili wszystkie na roboty — i małe, i starsze — wszystkie robili, robili. Przywiezą chleba, to tam ojciec jeszcze, niech z Bogiem spoczywa, tam przywiezie chleba, tam podzieli po ile. Tu jeszcze ojciec zawżdy nam nałożył gorczycy, żeby zębów nie stracić. To jedli. W 1937 to tak urodzaju nie było. W 1938 roku, jak posiali wszystko — był urodzaj. Wielki byli — że tak dawali na ten trudodzień 32 kila pszenicy! Ot, to ja już w 1938 roku pracowała w kolektywie, i ja już w 1938 roku zarobiła 147 trudodni. Tego ziarna to tylko nam nasypali, że koło każdej chatki tej całe kupy leżeli tego ziarna, bo elewator nie przyjmiewał. To taki był 1938 rok — bardzo wielki tam urodzaj był.
Wanda Sokołowska
[Czkałowo, Kazachstan, lata 40.] Chodziłam do szkoły. Trzy klasy skończyłam. Chodziłam, mimo że nie było w co się obuć, ubrać, nie było nic do jedzenia. Pisaliśmy na gazetach w szkole, z ćwikły robiliśmy atrament, z gęsich piór — pióra. Nie mieliśmy długopisów, ołówków. Uczyłam się bardzo dobrze, ale, niestety, takie były warunki, że skończyłam tylko trzy klasy. Uczyłam się dobrze. Z tej okazji na Nowy Rok dostałam dwa zeszyty i ołówek. I skarpetki, takie niebieściutkie. Taki prezent dostałam. Do końca życia zapamiętam ten prezent. Mieliśmy nauczyciela, Joana Francowicza. Na imię miał… Strumiński. To był bardzo dobry nauczyciel. Do trzeciej klasy dochodziłam, skończyłam ją, a że nie było co jeść, w co się ubrać… Nosiłam stare walonki. Już wtedy miałam ojczyma, mama wyszła drugi raz za mąż. I ten ojczym pozaszywa mnie te walonki, gdzie się porwały, dwa razy pójdę w nich do szkoły — a wtedy zimno bardzo było, wielkie mrozy były, nie tak, jak teraz — pójdę dwa razy i koniec, nie ma walonek, no i nie ma w takim wypadku w czym iść do szkoły. Nie było też książek. Po dwa podręczniki mieliśmy na całą klasę. Jeśli trzeba było jakąś pracę zrobić, coś napisać, to biegło się do koleżanki, która miała podręczniki, z matematyki albo z rosyjskiego na przykład. Biegaliśmy do tej dziewczynki w trzy albo cztery osoby i spisywaliśmy wszystko. Odrobimy lekcję i rozchodzimy się do domów. Taka była nauka. Uczniowie byli duzi. Chodziliśmy do pierwszej, drugiej klasy, a oni mieli już po 12–13 lat, tacy duzi chłopcy byli. Dziewczynki też były takie duże. Już poumierali, nie ma tych osób, co z nimi razem do szkoły chodziliśmy. Taka była nauka. Nie daj Boże nikomu coś takiego przeżyć.
Józefa Staniszewska
[Czkałowo, Kazachstan/ZSRR, 1936]Przywieźli nas tutaj nie wiadomo dlaczego w 1936 roku. Jechaliśmy pociągiem towarowym, spaliśmy na sianie. Trafiliśmy do Czkałowa, w ziemiankach zamieszkaliśmy, a na ziemi w ziemiankach rosła trawa. Poza tym niczego tu nie było, a w jednej ziemiance i cztery, i pięć rodzin musiało się zmieścić. Ziemianek było trzy. Ludzie spali pod gołym niebem, na ziemi, bo nawet pola uprawnego nie było tutaj, tylko step. Kazachy nas potrafili pobić, jak ktoś z Polaków się oddalił i do nich poszedł, ale musieliśmy z nimi żyć. Sprzedawaliśmy poduszki i różne rzeczy wzięte z Ukrainy, żeby było co jeść. Nam dawali tylko chleb, od Kazachów niczego nie dostawaliśmy. Było bardzo trudno. Dopiero później wyrosła pszenica, mężczyźni pracowali przy żarnach, ale zaraz nadeszła wojna i ciągle było ciężko. Powoli, powoli, jak już dzieci mogły więcej pracować, to poprawiło się, ale to długo trwało.
Leontyna Striekowskaja
[Czkałowo, Kazachstan/ZSRR, lata 30.]Ludzie często tu umierali. W ziemiankach było zimno, śniegu było mnóstwo w zimę, nie było jak przejść. Umierały małe dzieci i starsze osoby. Pracowaliśmy tak, że najpierw zrobiliśmy samany — chaty z gliny, potem sialiśmy zboże. Poza tym z początku nie było tu nawet pomysłu, co robić, jak się wyżywić. Po nas przyjechali następni i nie mieli gdzie mieszkać, bo tu tylko trzy domy stały. Kazachowie mówili, że my wrogowie ludu, nie chcieli nas tu widzieć, byli wredni, nie dawali nam też nic do jedzenia, a kto do nich poszedł, to pobili. Do szkoły w Czkałowie z początku nie chodziliśmy, bo jej nie było. Siedzieliśmy wieczorami w tej ziemiance i nawet nie było się dokąd ruszyć, bo brakowało miejsca. Potem jak już szkoła powstała, to nie zawsze dawało się do niej dojść, bo jak zimą napadał śnieg, to w ogóle nie można było się przedrzeć. Nawet takich butów nie było, żeby po śniegu chodzić. Ja do szkoły nie chodziłam, bo byłam taka chora, że nie dawałam rady. I to nie tylko ja nie chodziłam, ale wiele dzieci polskich. W zimie zresztą ludzie zamarzali żywcem, były burany, czyli zamiecie, ludzie się gubili w stepie i zamarzali. Takie to warunki…
Leontyna Striekowskaja
[Kazachstan, 1942]Na komisji pytali: – Ty jesteś Polak? – Polak. – A gdzie ty chodził? Do cerkwi, czy do kościoła? – Do kościoła. – Polak.A jeden, Żukow się nazywał, był Polak, ale prawosławny z Baranowicz. On był zaraz za mną, mnie pierwszego badali. Jego wzięli na lewą stronę. – A, ty Białorus. Oj, on dostał szoku, płakał biedak. I ja do niego mówię: – Ty wiesz co, ty jutro popróbuj. – Tu mnie poznają. To ja poszedł, powiedział pułkownikowi, że ten prawosławny człowiek chce jako Polak i pułkownik powiedział: – Niech jutro przyjdzie i spróbuje, a my będziemy go bronić, żeby on przeszedł. Na jutro przychodzi, a na miejsce tych trzech enkawudzistów drugie przyszły. To oni nie wiedzieli. Żukow przyszedł i stanął: – Polak? – Polak. – A gdzie ty chodził? Do kościoła, czy do cerkwi? I on powiedział, że do kościoła. – Polak. Taki zadowolony biedak był.
Aleksander Szekal
[Zesłanie do Kazachstanu w 1937 roku]Jak przyjechaliśmy do Kazachstanu, do rosyjskiej szkoły było 25 kilometrów. Do niej nie chodziłam i mnie mamusia sama uczyła. Czytała nam ewangelię i o różnych świętych opowiadała. I wszyscy rodzice płakali, żeby jeszcze usłyszeć Słowo Boże.
Janina Szymkowicz
[Zesłanie do Kazachstanu w latach 1937 – 47 i praca po powrocie do Żytomierza]Na Sybirze trzymaliśmy w gospodarstwie krowy, świnie, barany. Z tego żyliśmy i ja mamusi pomagałam. A jak tu wróciłam, nie mam żadnej szkoły, tylko cztery klasy, poszłam do lasu pracować. Dostałam piłę, siekierę, kosę, taczkę… Takie moje ciężkie życie. I ja już tutaj w Żytomierzu w lesie pracowałam.
Janina Szymkowicz

dotyczy także: Codzienność powojenna,
W 1939 roku przywieźli do Kazachstanu bardzo dużo ludzi z Polski. Jak ci Polacy przyjechali, oni przychodzili do nas, bo my krowy mieliśmy. Mama dawała im mleko i oni kawę sobie gotowali. Bardzo dobrze z nami żyli. Jak oni płakali, że mogli jeszcze polski język usłyszeć! W czasie wojny, ja nie wiem, gdzie ich zabrali, czy do Polski czy gdzie.
Janina Szymkowicz
W Kazachstanie byli różni ludzie, dobrzy i źli. Ani oni nam, ani my im nic za złe nie mieliśmy. To oni nam mówili, że u nich w 1922 roku był wielki głód. Chociaż było zboże, wszystko rosło, ale rząd zabrał. Wtedy samochodów nie było, przejeżdżali po 10 par konii wszystkie zapasy zabierali. Kto zdążył schować, kto zakopał w ziemi ten przeżył. A kto nie… Ludzie jedli ludzi, tak nam opowiadali. Kiedy my tam w 1937 roku przyjechaliśmy, przydzielili nam dom. Sąsiedzi powiedzieli, że w 1922 roku 13 osób z tego domu zmarło z głodu. Tatko nie chciał tam mieszkać, wzięli nas gdzie indziej.
Janina Szymkowicz
[Kazachstan, lata 20.]Mój mąż też był zesłańcem. Coś tam się u nich porobiło, że ich wysyłali, tak samo, jak nas. Było u nich dużo dzieci, i ciężko im było, mieszkali w Karelii, i teściowa chciała przejść granicę z dziećmi, i ich złapali, i zapisali jako wroga ludu. W tym czasie nikt się z nami nie liczył: powiedział słowo nie tak, i od razu z nim. Moją teściową, Finkę, skazali na obóz koncentracyjny za to, że przeszła tę granicę. Uznali ją za wroga ludu. I tak myśmy się tu z mężem poznali i pożenili.
Leokadia Taszewska – Jentunina
[Pietrowka, Kazachstan; 1936, lata 40.]Wieźli nas pociągiem towarowym, dobrze to pamiętam. Jechaliśmy z Ukrainy wagonami towarowymi i ściśnięci byliśmy jak sardynki w puszce. Głodowaliśmy, nie było co jeść w drodze. Zamknęli nas na amen. Stoimy – wody nie ma, niczego nie ma, wybiegli, wody gdzieś nabrali, pociąg ruszył, ludzie zostawiali, umierali w drodze, nikt nie zwracał na to uwagi. Potem przywieźli nas na stację Tajynsza, 60 kilometrów stąd, i zaczęli nas rozwozić po wioskach. U nas cały rejon, 12 wsi, to wszyscy byli deportowani. Przywieźli nas sześcioro, a my niczego nie mamy. Na Ukrainie dali nam 24 godziny, wszystkośmy zostawili, wszystko, co było. A my dzieci, tutaj jedna trzcina, wilki, nic nie ma, ani chleba, ani soli, nic. Październik był, zrobiło się już zimno, mrozy po 50 stopni były, burzany. Ziemianeczki nasze stały tak, że otwierały się nie do środka, a na zewnątrz. Zawieje nas, to siedzimy po sam dach przysypani. I drzwi nie możemy otworzyć, żeby nabrać śniegu, pojeść go trochę. Ktoś tam chodzi po dachu, to krzyczymy: – Odkopcie nas! Póki kopią, ktoś zejdzie po drabinie, a z powrotem lezie już przez dach. Pracowaliśmy na równi z dorosłymi, a ja całe życie chciałam zostać nauczycielką. Ojca zabrali do więzienia. Wszystko było wtedy dla frontu. Zbierasz nawet te kłoski po zbiorach, i już na ciebie czekają. I między naszymi ludźmi też byli sprzedajni. Oni im płacili, a ci im służyli. I tak potem ojca posadzili, umarł w Pietropawłowsku. Potem był starszy brat między nami, pracował już jako traktorzysta. I on też wziął trochę pszenicy, i jego też posadzili. Siedział daleko-daleko, w Komsomolsku nad Amurem. Dawno to było, a ja wszystko pamiętam. Potem wrócił. Dali mu pięć lat, ale on pięciu nie odsiedział, wrócił po trzech. Mamie było bardzo ciężko, ona też pracowała. Zdrowia już nie miała, bo tato taki był. A tu przyjechali – nic nie było, po prostu goły step. I od razu w 1936 roku chciał tatko uciekać na Ukrainę. Ale nas od początku wzięli pod komendanturę jako przesiedleńców, musieliśmy się meldować. Każdego razu trzy kilometry idziesz do rejonu, bierzesz przepustkę i mówisz, żeś przyszła. I tak nas nie puścili na tę Ukrainę i my bardzo biedowali. Moja siostra umarła z głodu. Dopiero potem zaczęliśmy się tu dorabiać, a z początku to samymi łopatami tę ziemię kopaliśmy. Żęliśmy sierpami, sialiśmy ręcznie, tak, jak na Ukrainie, sami sobie pracowaliśmy. I tak było bardzo ciężko. A my jako dzieci szkołę zostawialiśmy, nie było możliwości skończenia szkoły, zdobycia wykształcenia, osiągnięcia czegoś, było nam bardzo ciężko. W 1954 roku, 15 lat już byliśmy pod komendanturą, ojciec umarł, i mama poszła do komendanta, mówi: – Dajcie przepustkę, żeby chociaż zobaczyć, gdzie go pochowali. Nie dali, bo „może pojedziesz, nie wrócisz”.
Leokadia Taszewska – Jentunina
[Nowa Mysz koło Baranowicz, Polska, pod okupacją sowiecką, 1940] Wywózka była w 1940 roku, to był luty chyba. Bardzo dużo ludzi wywieźli i to pierwsze to było niespodziane, coś niewiadome, coś straszne było. Bo niewiadome, nikt w ogóle nie wiedział, o co chodzi i co to jest, i za co, i po co. No nam udało jeszcze zatrzymać się, utrzymać się na swoim gospodarstwie. W pierwszej wywózce my nie popadliśmy, w pierwszej wywózce na Sybir. To było bardzo straszne, bo były straszne mrozy i, pamiętam, moją taką dobrą koleżankę wywieźli – Irka taka była Olszewska – z rodziną, znajomych. No naprawdę było strasznie. Już po tej pierwszej wywózce to mama zawsze trzymała suchary w workach, narobiła sucharów, chleba i tam słoniny połcie takie duże, walonki – bo to na Sybir – kożuchy, wszystko było pod ręką. Bo dawali tylko na zbiórkę jakieś pół godziny, nie więcej. Za pół godziny musisz być gotów do wywózki. Już gotowe tam konie, furmanki stoją i wiozą do Baranowicz, do takich pociągów, bydlęcych wagonów, i wywozili. No jeśli chodzi o moje osobiste wrażenia, to bardzo straszne było wrażenie, jak za naszymi opłotkami była taka łąka i na zimę zamarzała ta łąka, i ona była jak trakt, ta łąka. I po tej łące, na tych saniach wieźli ludzi, noworodków. Oni zamarzali na tym mrozie, były straszne mrozy, do 40 stopni mrozy. I noworodków, zmarłych, już zmarzniętych na kość, na śmierć, wyrzucali po prostu, zabierali od rodziców i wyrzucali. To okropne było. No jakoś tak cały czas się w strachu żyło.
Łucja Turowicz
W 1937 represowanyj był ojciec znowu. Wszystkich tych, co wysyłali, to represowali. U mamy było dziewięć dusz w rodzinie: siostry i sześć braci, i wszystkich porozsyłali! W te i te strony porozkydali, te w Kazachstany, te w charkowską obłaść, po wszystkich stronach nas rozsyłali. U ojca były tylko dwa braty i ojciec. To jednego na rewolucji zabili, już jak ta wojna była, to był zamordowany. A drugi to toże wysłany w obłaść inną, ale nie razem z nami. Po wsiom świecie rozkydali. W Sybiry był jeden brat wysłany. Toże tam represowali, zabrali w tiurmy. Przyjechali my po wojnie tutaj, dobili się jakoś. Tak my krowę prodali, i najęli taką osobę, co by pomogła nam urządzić się, bo ja nogami nie chodziła sama.
Janina Wengłowska

dotyczy także: Kolektywizacja i represje stalinowskie w ZSRR w latach 30.,
[Kazachstan, Woronicz, obwód akmoliński, 1936]Ten buran, to świata nie widać, na dwa kroki nie widać świata. Jak wyleciała kura, to już nie wróci, jak wyjdzie krowa, to też nie wróci. A jak jechali wołami, wpadli pod górę, wieźli siano, czy ziarno i krowa uciekła, na drogę, to był strach. Mały mróz to 30-35, do 40 stopni mróz, a duży do 50-60, to już wie pan, jaki to był mróz? A śniegu, to tak dużo waliło, że 4-5 metrów. On twardy był, taki tunel robiliśmy i takimi tunelami chodziliśmy, schody, tunele. Taki twardy był, nie taki, jak tutaj na Ukrainie, że kopnąć można, tam taki twardy od razu.
Rafaela Wróblewska
[Kazachstan, Woronicz, obwód akmoliński, 1936]Szkoła była w chacie dla dzieci. Taka stara nauczycielka uczyła. Mówili, że to popa córka była, zasądzona na 10 lat. Tak między sobą mówiliśmy. Ja też chodziłam do szkoły, trochę uczyłam się. Uczyłam się rozmawiać i czytać po rosyjsku i więcej nic. Ona czytała, pisała, my też pisaliśmy, czytaliśmy. Taki pokoik z chaty zrobiony. Ja nauczyłam się dobrze czytać po rosyjsku. A po ukraińsku nie mogę przywyknąć.
Rafaela Wróblewska
[Kazachstan, Woronicz, obwód akmoliński, 1936]My tam mówiliśmy do siebie po polsku, bo się modliliśmy polską mową. Gdyby nie polska mowa, język, modlitwa, to nie mielibyśmy rozmowy polskiej, to nas trzymało, modlitwa. Książeczki były, po ojcu została jednak książeczka, jeszcze mama jedną dostała. Modliliśmy się, śpiewaliśmy litanie, godzinki, pasje w post, krzyżową drogę. Kolędy my lubiliśmy śpiewać. Mało nas było, ale zbieraliśmy się do chaty, to do jednej, to do drugiej. Troszkę pomodlimy się, pośpiewamy.
Rafaela Wróblewska

dotyczy także: Kościół i życie religijne przed 1990 rokiem,
[Kazachstan, Woronicz, obwód akmoliński, 1936]Nocą nas zabrali, sennych. Nocą podwózki przyjechały, nocą wygruzili, nocą dowieźli do pociągu i wrzucili w wagony. I w biały dzień już jechaliśmy. Brali po wioskach, nie tylko z naszej wsi. Brali, wszystkich wywozili. Starzy szli, a dzieci na podwózki. Ludzie mówili, że nam przywiozą ludzi do wioski. Przywieźli, ale żony i dzieci, a nam trzeba było mężczyzn, bo to trzeba było pracować. Tylu ludzi zmarło w czasie podróży, umierali, dzieci i starzy. Nawet wody nie dali. Mieli banki [słoiki], w te banki wodę lali, każdy miał tę wodę, i chleb, suchary, i smalec, bo co można było wziąć? Co było, jakieś mięso, jak ktoś miał. Ale to 18 dni trzeba było się karmić. I przy końcu nie było co jeść, nawet tej wody i chleba. Mama już nie płakała nawet. Modlili się w wagonach, piosenki do Matki Boskiej śpiewali. Pierwszy dzień, jak wyjeżdżali, to tak krzyczeli, że nie można było wycierpieć. W naszych wagonach krzyczeli, płakali, okna otwierali, drzwi, a w tym drugim, który obok nas wyjeżdżał, to tak krzyczeli, że my tej Ukrainy, domu rodzinnego, nikogo więcej nigdy nie zobaczymy.
Rafaela Wróblewska
[Kazachstan, Woronicz, obwód akmoliński, 1936]My byliśmy na jednym miejscu, a jak tutaj przyjechaliśmy, to poszłam do naczelnika, a on też pytał, tak jak wy: – Na jednym miejscu mieszkaliście? Tak. To chyba dobrze było. Mama tak powiedziała: – Jak ma być więzienie, to wszędzie jednakowo, to my na jednym miejscu siedzieliśmy, pracowaliśmy na jednym miejscu. Izba też była ta sama. Już ciekła, rozwaliła się, zrobiliśmy po środku na rurze jeden słup, taki duży. Zawaliła się. Tak zostawiliśmy. Jakaś Niemka z dzieckiem została wysłana. Powiedzieliśmy: idź do naszej chałupy, bo my już pojedziemy. Niemców przysyłali, do Kazachstanu wygnali. Kobieta, zmarł jej mąż, a ona była z dzieckiem, chłopczyk miał chyba dwa lata. Zostawiliśmy jej chałupę i my pojechaliśmy.
Rafaela Wróblewska
Do pracy pan wychodził, rewizję osobistą robili każdemu. Z pracy pan wychodził – znowuż osobista rewizja. W tamtym czasie były straszne warunki, przyprowadzali czterdzieści, pięćdziesiąt, czy sto osób. Brygada jakaś tam była, robili rewizję, rozbierali pana do spodenek, wszystko sprawdzone. Przyprowadzali do obozu i zakrywali do baraku, a w baraku zakrywali pod klucz. Między tymi pryczami było przejście i stało piętnaście beczek, do których się załatwiali – pośrodku, tam, gdzieśmy mieszkali. To były okropne warunki do śmierci Stalina. Umyć się – raz się umyjesz, raz się nie umyjesz, bo nie wystarcza wody, gdy w takim baraku 250-300 osób. Na pryczach leżeli.
Witold Wróblewski

dotyczy także: Represje sowieckie po 1944 roku,
Podchodzi strażnik: – Czego siedzisz? Ten najspokojniej podniósł się i mówi, że idzie już: – Tylko zapalę i idę. A ten jego uderzył, uderzył tego chłopaka. Ja jak machnę, ach! A ja, pomimo że w obozie siedziałem, ja był jak młody człowiek. Jak go machnąłem!.. A zawsze pod ręką miałem taki metal ze specjalnym wygięciem, kładłem to pod koła, żeby zahamować wagoniki. Ja z tego wszystkiego chciałem go tym uderzyć. – Ty bestio. Mnie wszystko jedno, dwadzieścia pięć lat i tak i tak, ale ty tu więcej znęcać się nie będziesz! I chwyciłem, chciałem go ciepnąć. Z kąta wyrwał się jakiś człowiek, z tych wschodnich narodów. I ja go chciałem ciepnąć, a ten jakoś uderzył i ja tamtego nie uderzyłem po głowie, tylko po ramieniu. Co ma człowiek do stracenia? Taki jakiś łotr będzie się znęcać? Ja go uderzyłem. Zaraz mnie zabrali. Przywieźli do obozu, z kopalni zabrali pod konwojem. Przywieźli mnie i zaraz pod śledztwo. Oficer śledczy do mnie mówi tak: – Chciałeś go zabić? Ja mówię: – Niewykluczone, że ja bym go zabił. Ja nie wykluczam tego. On uderzył robotnika, ja go tak samo uderzyłem. A on mówi: – On uderzył, trzeba było przyjść i mnie powiedzieć, że on bije. To by on odpowiadał. A teraz ty będziesz odpowiadać.
Witold Wróblewski

dotyczy także: Represje sowieckie po 1944 roku,
W więzieniu: przychodzi bibliotekarka, przynosi katalog książek – książki, które poza więzienie nie wychodzą – ja sobie wybieram. Trzy, cztery książki wziąłem. Prosiłem Karola Marksa, „Kapitał…” i te wszystkie, żeby Sowietów ich materiałami bić. Teraz mógłbym całe strony cytować. Jak on mnie coś mówił, to ja mogłem mu zajechać zawsze. Odsiedziałem tam, potem mnie dali w drugie miejsce. Polityczne wychowanie zawsze w obozie. Jak jest wolne, niedziela albo coś, to przychodzi polityczny wychowawca (po rosyjsku mówi się „politruk”) i tam zaczyna: to, to, to, różne swoje. On: – Czy są pytania? A jak są – to numer. Na plecach numer, tu numer i na czapce numer. On: – Pytania, czy są? – Są. Ja mu zadaję. On odpowiada. Ja mówię: – To pan kłamie. Pan przecież kłamie. Pan zna to i to? Na tej i tej stronie, co pisze Karol Marks? Ja mogłem mu cytować całą stronę, gdzie, na jakiej stronie, wszystko. Mówię: – Pan kłamie, nieprawdę pan mówi. Nazwisko zapisał, numer, wszystko. Zebranie się skończyło, on wywołuje mnie. Przychodzi oficer śledczy, on zaczyna, żeby ja napisał, że mówiłem nieprawdę, że nie mam racji, że to jest kłamstwo, co ja mówię. Ja mówię: – Nie napisałem nigdy i nie napiszę, bo pan nie zna, niech pan przeczyta. To pan nie zna. Nie, nie napiszę tego. – No, to nie. Zbierają się i znowu dają pół roku czy trzy miesiące – nie do wyroku, a do więzienia, znowu do więzienia. Niepodatny wychowaniu.
Witold Wróblewski

dotyczy także: Represje sowieckie po 1944 roku,
[Kokczetaw, Kazachstan, lata 40.]Oczywiście, byłam pod komendanturą. Szesnaście lat miałam. Bez pozwolenia, zgody nic nie można było zrobić, nawet kroku. Trzeba było chodzić i pokazywać się u komendanta, że ja jestem na miejscu, donikąd nie uciekłam. A kiedy przeprowadziliśmy się z wioski do Kokczetawia, to tutaj, w mieście, też trzeba było się meldować. Też zostaliśmy wzięci do spisu. Wszystkich Polaków i Niemców tak sprawdzali, dlatego że byliśmy z Ukrainy, przesiedleńcy.
Zofia Zabłockaja
Pamiętam, jak wywozili nas ze Słonimia. Jak dziadek dowiedział się, że będą nas wywozić (a pamiętam go dokładnie), to przyszedł do pociągu i odnalazł nas. Stał w płaszczu wojskowym, bo był dawnym oficerem Wojska Polskiego, i dał mojej siostrze modlitewnik pisany po polsku. Był to podpisany, stary modlitewnik wojskowy. Dał go siostrze, ponieważ ona była starsza ode mnie. I ona trzyma go do tej pory. Powiedział jej wtedy: – Trzymaj go, dziecko, i nigdzie nie zgub. Oprócz tego dał nam jeszcze pierścień, taki sygnet z wyobrażeniem orła. W 1947 roku, kiedy przebywałyśmy na głodującej Białorusi, musiałyśmy ten pierścień sprzedać za bochenek chleba…
Wiktoria Żozdziewska

http://www.polacynawschodzie.pl/index.php?page=tematy&id=74

Posted in Polacy na Syberii, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Katolicyzm ostoją polskości na Kresach. „To Kościół, który przetrzymał komunizm i trwa, daje siłę i moc”

Posted by tadeo w dniu 22 września 2015

Fot. M. Czutko
Fot. M. Czutko

Na Kresach być Polakiem to być katolikiem. To Kościół, który przetrzymał komunizm i trwa, daje siłę i moc – mówi „Gazecie Polskiej Codziennie” Cezary Jurkiewicz, prezes Fundacji „Kresy W Potrzebie – Polacy Polakom”.

Wszechobecna jest tęsknota za Polską. Ich tożsamość opiera się na silnej wierze w Boga i przywiązaniu do Kościoła rzymskokatolickiego. Widać to w kościele, do którego na msze i nabożeństwa przychodzą wielopokoleniowe rodziny, także dzieci i młodzież

— mówi Jurkiewicz.

Jak wskazuje, liczne polskie cmentarze na Kresach są najlepszym wyrazem tego, jak żyją tam Polacy. Są zadbane, świadczą o wciąż żywej pamięci, ale niszczeją z powodu braku środków – dot. to wielu miejsc, np. Grodna, Nowogródka czy Wołkowyska. Wszędzie rzuca się w oczy prostota i czystość, a jednocześnie brak środków finansowych – podkreśla.

Czy zdarzyło się państwu dostawać życzenia z okazji święta 3 maja lub 11 listopada? Mnie tak – były to życzenia od Polaków z Kresów

— relacjonuje „GPC” Jurkiewicz.

Fundacja, której szefuje koordynuje akcję „Paczka” na Białorusi. Polega ona na niesieniu Polakom na Kresach pomocy materialnej i nie tylko, dotąd udało się nam odwiedzić ponad 2000 rodzin w ich domach – mówi.

http://wpolityce.pl/kosciol/266074-katolicyzm-ostoja-polskosci-na-kresach-to-kosciol-ktory-przetrzymal-komunizm-i-trwa-daje-sile-i-moc

Posted in Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Kresowa Ballada 1935

Posted by tadeo w dniu 24 grudnia 2014

Film dokumentalno-fabularyzowany, zrealizowany w 1985r. Scenariusz i reżyseria – Tamara Sołoniewicz (1938 – 2000). „Kresowa ballada 1935”, to film prezentujący folklor Podlasia. Autorka zadbała w nim o rekonstrukcję obyczajów białoruskiej wioski z 1935 roku. Film ma charakter etnograficzny. Cechuje go dbałość o szczegóły zwyczajów, kostiumów i języka. Aktorzy Tamary Sołoniewicz to kobiety i mężczyźni z Bielska Podlaskiego, Hajnówki, wsi Mieleszki oraz z okolic Gródka i Michałowa. Zapewne wielu z oglądających ten film, rozpozna w nich swoich krewnych, bądź znajomych.

http://gloria.tv/media/DEzKfBo7kex

Posted in Polskie Kresy | Leave a Comment »