WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • Tylko przestańmy mówić: ten kraj, w tym kraju, tutaj, ci ludzie. Zacznijmy mówić tak, jak Pan Bóg przykazał, jak o matce: Ojczyzno ma, moja, kochana, poraniona, więc tym bardziej kochana. Moja, to znaczy taka, którą się kocha, którą się po rękach całuje, przed którą się klęka, której się służy, której się z czcią opowiada, której się nie okrada, dla której się pracuje, dla której się cierpi i umiera, jak trzeba. To nie inni mają tak zrobić, to nie oni, tam na górze, ale my. Inaczej na nic wszystko. Na nic ta rana i na nic te ofiary. Nasza Ojczyzna mocno krwawi i ból nie ustaje w naszych sercach, ale zapewniamy pachołków Moskwy i Berlina, i tych, co służą „mamonie” – jeszcze nie zginęła, póki my żyjemy. Póki pracujemy dla dobra naszej Ojczyzny. Póki kochamy i pamiętamy.

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Małżeństwo i rodzina’ Category

Egzorcysta – Próbowałem ratować swoje małżeństwo u psychologa, a tymczasem …

Posted by tadeo w dniu 27 kwietnia 2017

Październik 2015 r. miał być wyjątkowym miesiącem dla mojej małżonki i dla mnie. Dokładnie 3 lata temu powiedzieliśmy sobie sakramentalne „Tak”. Dziś stoimy naprzeciw siebie w gmachu budynku, gdzie „władzę” sprawuje ślepa Temida.
Oboje walczymy o sprawiedliwość, przy czym dla każdego z nas słowo to ma zupełnie inne znaczenie. Z jednej strony pojawia się ucieczka, porzucenie, zapomnienie, nowe „lepsze” życie, z drugiej: nadzieja, miłość, wierność…

APC - 2017.04.27 19.49 - 001.3d

https://gloria.tv/video/dWBUWzRzhEqS38iMwG8Qg8YMv

Posted in Małżeństwo i rodzina | Leave a Comment »

Jak postępować w małżeństwie

Posted by tadeo w dniu 25 marca 2016

APC - 2016.03.25 11.06 - 001.3d

http://www.antoni.agmk.net/pliki/jak-postepowac-w-malzenstwie.pdf

Posted in Małżeństwo i rodzina | Leave a Comment »

Czterech mocarzy męskiej duszy

Posted by tadeo w dniu 25 marca 2016

Okładka książki Dzikie Serce. Tęsknoty męskiej duszy
Podobno w każdym mężczyźnie ukryte są cztery archetypy męskości: króla, wojownika, czarodzieja (mędrca) i kochanka. Tylko ich rozpoznanie i integracja prowadzą do transformacji – jak pisze Richard Rohr – od mężczyzny dzikiego do mężczyzny mądrego. Zazwyczaj silnie mężczyzna identyfikuje się tylko z jednym z tych archetypów i nie ma zaufania do innych, nawet neguje ich istnienie. Ale wtedy jest niespójny albo podąża w stronę ciemnej strony swojego archetypu (każdy z nich ma jasną i ciemną stronę). Ale konkretniej.

Król (jasny) odpowiada za wewnętrzną pewność i równowagę, stoi na straży porządku i prawa, wyznacza kierunki. Jest także symbolem płodności i twórczości. Król (ciemny) jest karykaturą tego pierwszego, symbolizuje impotencję i paranoję, wszystkich traktuje z góry jako gorszych od siebie, kontroluje ludzi, manipuluje nimi, otacza się tylko pochlebcami.

Wojownik (jasny) walczy o utrzymanie granic nawet za cenę siebie samego, jest wytrwały, skoncentrowany, przejrzysty i całkowicie oddany królowi. W innym przypadku staje się czarnym rycerzem, który niszczy, zabija, prowadzi wojny kierując się swoim małym ego albo interesami mrocznego króla.

Czarodziej (mag lub mędrzec) jest archetypem świadomości, wzrostu i transformacji. Prowadzi nas do poznania, głębszego zrozumienia nas samych i świata. Taką rolę pełnią szamani, kierownicy duchowi, spowiednicy, terapeuci … Ale czarodziej ma także ciemną stronę. Jeśli nie ma nad sobą króla, nie poddaje się mądremu kierownictwu staje się szarlatanem.

I wreszcie archetyp kochanka, który symbolizuje czerpanie radości z tego, co prawdziwie dobre i piękne, docenianie tego i rozkoszowanie się tym. W najdoskonalszej formie kochanek to poeta, artysta, muzyk, romantyk. Ale kochanek ma też swoją ciemną stronę. Jeżeli nie doświadcza prawdziwej radości życia, jeżeli został zraniony, staje się cyniczny, tworzy sztuczne i chwilowe przyjemności, ucieka w alkohol, narkotyki, rozwiązłość seksualną, itd.

Te cztery części męskiej duszy muszą się wzajemnie uzupełniać i przenikać. Inaczej mężczyźni staczają się w dół. Jeśli król nie będzie zrównoważony przez wojownika, czarodzieja i kochanka , wkrótce stanie się złym królem. Jeśli kochanek nie będzie miał poczucia granic wojownika i króla, stanie się uzależniony. Jeśli wojownik nie będzie miał nad sobą czarodzieja i króla prawdopodobnie skończy jako terrorysta i fanatyk. I na koniec cytat:

„Jeżeli król zachowuje swoje królestwo w jedności, wojownik broni jego granic, a czarodziej uczy nas, jak żyć w paradoksie, jak poznawać głębię i ciemną stronę rzeczy, wtedy kochanek łączy wszystko razem słodkim spoiwem zachwytu i momentami ekstazy”. Richard Rohr „Od mężczyzny dzikiego do mężczyzny prawdziwego.

http://www.marcinstyczen.pl/2014/05/17/czterech-mocarzy-m%C4%99skiej-duszy/

„Dzikie serce” – John Eldredge

Posted in Małżeństwo i rodzina | Leave a Comment »

Porady Ojca Pio dla narzeczonych i małżonków

Posted by tadeo w dniu 5 marca 2015

We współczesnym, mocno zliberalizowanym i zlaicyzowanym świecie życie małżeńskie coraz bardziej traci swój sakralny charakter. Przestaje być pojmowane i przeżywane jako współpraca człowieka z Bogiem, a bywa postrzegane wyłącznie w kategoriach przyjemności. Dla Ojca Pio małżeństwo było szczególnym darem Boga, co więcej, było sakramentem uświęcającym małżonków.

Narzeczeństwo oparte na Bogu

Z całych Włoch przyjeżdżało do Ojca Pio wielu młodych ludzi, którzy zamierzali się zaręczyć lub w niedługim czasie pobrać. Przedstawiali mu swoje wątpliwości i zapytania, szukając u niego wparcia i dobrej rady. Zadaniem Zakonnika z San Giovanni Rotondo stało się zatem udzielanie im pomocy duchowej. Polegała ona na uwrażliwianiu narzeczonych na trzy wymiary ich życia: wzajemną miłość, wierność chrześcijańskiemu powołaniu oraz dobre przygotowanie się do życia w rodzinie.

Znana jest historia Carla Z., który w młodości zakochał się w bardzo pięknej, lecz mało pobożnej dziewczynie. Przyszedł wówczas do Ojca Pio i podczas spowiedzi wyznał: – Ojcze, mam dziewczynę…, ale nie chodzi zbyt często do kościoła.
W odpowiedzi usłyszał: – Zostaw ją!
– Ojcze, ja ją kocham – bronił się chłopak.
– Zostaw ją dla twojego dobra!
– Ale Ojcze, czy Ojciec wie, co to znaczy kogoś kochać? – pytał dalej Carlo.
– Synu, za miłość płaci się miłością. Nie jest złem kochanie kogoś, co więcej, Jezus nas tego uczy. Znajdź sobie jakąś świętą, są jeszcze takie – brzmiało ostateczne uzasadnienie.
– Jeśli Ty mi ją przyślesz, Ojcze – wymamrotał rozczarowany młodzian.

Kiedy wrócił do domu, postanowił posłuchać rady Spowiednika. Po pewnym czasie poznał wierzącą i praktykującą dziewczynę o imieniu Licia, w której zakochał się bez reszty, a sam Ojciec Pio pobłogosławił ich małżeństwo.

Ta krótka historia uczy dwóch rzeczy. Po pierwsze, prawdziwa miłość ma swe źródło w Bogu, dlatego kto nie kocha Boga, nie będzie umiał kochać także człowieka. Po drugie, w miłości pierwszeństwo winna mieć świętość życia nad urodą.

Podobne doświadczenie spotkało pewną młodą kobietę, Marię Marchese, która przygotowywała się do zamążpójścia. Postanowiła wcześniej udać się do San Giovanni Rotondo, by poprosić Ojca Pio o radę. Gdy tylko przybyła na miejsce, natychmiast odszukała jego konfesjonał i przystąpiła do spowiedzi.

– Ojcze, mam wyjść za mąż?

Na pytanie Spowiednik odpowiedział pytaniem: – A czy on jest wierzący? Następnie popatrzył na nią ze zrozumieniem i dodał: – Powiedz mu, żeby pojechał i ożenił się z jakąś Rosjanką, a nie z tobą.

Ojciec Pio nie mógł zareagować inaczej. Dla niego małżeństwo było sakramentem, do którego nie można było się przygotowywać bez wiary w Boga, co przecież nie mogło dać pewności, że się w nim wytrwa.

By lepiej zrozumieć tę historię, warto przypomnieć jeszcze jedno wydarzenie. Tym razem do San Giovanni Rotondo przybyła młoda dziewczyna w asyście matki. Pochodziła z Trento i była zaręczona z człowiekiem, który należał do partii laickiej i deklarował się jako niewierzący. Ona również chciała wiedzieć, czy jako praktykująca katoliczka może wyjść za niego za mąż. Ojciec Pio poprosił ojca Marcellino, który był pośrednikiem kobiet, aby je zapytał: – Na czym zatem chcą oprzeć małżeństwo, jeżeli usuną Boga? Odpowiedź była jasna: należało zerwać zaręczyny.

Taka była właśnie logika Ojca Pio: bez Boga nie można budować szczęśliwego małżeństwa, którego On ma być fundamentem. Trudno bowiem tworzyć rodzinę chrześcijańską, w której jedna ze stron neguje istnienie Boga albo otwarcie Mu się sprzeciwia.

Małżeństwo przeżywane z godnością


Ojciec Pio wspierał duchowo nie tylko narzeczonych, tak także pomagał przychodzącym do niego małżonkom. Jego duszpasterstwo opierało się na obronie trzech istotnych elementów ich życia: jedności, płodności i świętości. Zabiegając o godność małżeństwa, piętnował grzechy, które ją niszczyły, szczególnie antykoncepcję, aborcję, cudzołóstwo i zdrady małżeńskie.

Pewien profesor, który spędził swe życie u boku Stygmatyka, przywołuje jedną z dyskusji, jaką miał okazję prowadzić z nim przed wieloma laty. Dotyczyła ona odpowiedzialności małżonków za udział w Bożym planie stworzenia.

– Grzechy przeciwko małżeństwu są tymi, które Bóg najtrudniej wybacza – mówił wtedy Ojciec Pio. – Wiesz dlaczego? Ponieważ Pan mógłby ciągle stwarzać mężczyzn i kobiety, tak jak Adama i Ewę. Wyrzekł się tego przywileju, dając mężczyźnie i kobiecie nakaz płodności i rozmnażania się. Ale tak jak postąpił Lucyfer, podobnie uczynili mężczyzna i kobieta, krzycząc swoje „non serviam”, nie chcemy Ci służyć, uniemożliwiając w ten sposób plan stworzenia dusz.

Wypowiedź o płodnej miłości małżonków zadziwia dojrzałością i głębią argumentacji. Ojciec Pio trafnie zauważa, że to właśnie Bóg, który stwarza i przekazuje życie, podzielił się tym darem z małżonkami, oczekując jedynie ich zgody. Co więcej, przez zrodzenie potomstwa ujawnia się stwórcza moc Boga, dzięki czemu mężczyzna i kobieta stają się czynnymi uczestnikami w dziele stworzenia. Właśnie dlatego Zakonnik będzie się sprzeciwiał wszelkim formom antykoncepcji, gdyż są one mówieniem Bogu: Nie! Nie chcę Ci służyć!

Wspomniany już profesor chciał również poznać opinię Ojca Pio na temat regulacji narodzin poprzez tzw. metodę naturalną. Usłyszał wtedy takie słowa: – Okresowa wstrzemięźliwość jest do zaakceptowania jako środek regulacji narodzin, o ile poza zgodą pomiędzy mężem i żoną istnieje poważna racja, konkretny powód jej stosowania. Jeśli prawdą jest, że „non sunt facienda mala ut veniant bona” (nie można posługiwać się złem dla osiągnięcia dobra), nie można również używać tej metody wyłącznie z racji wygody i egoizmu.

Dla Ojca Pio realizacją powołania małżonków było dążenie do stworzenia rodziny, to znaczy do odpowiedzialnego zrodzenia i wychowania potomstwa. Powstrzymywanie się od prokreacji w dni płodne było według niego do przyjęcia, ale pod pewnymi słusznymi warunkami. W tych jego wypowiedziach można odnaleźć niektóre myśli zaczerpnięte z nauczania papieskiego o rodzinie, szczególnie papieża Piusa XII. Nic dziwnego, Stygmatyk był z nim szczególnie związany. Podobne treści aplikował swoim penitentom, cytując encykliki Piusa XII w konfesjonale.

Ociec Pio bronił również z wielka mocą prawdy o nierozerwalności i świętości małżeństwa, sprzeciwiając się prawu do rozwodów. Rozpad małżeństwa i rodziny był dla niego wielką niesprawiedliwością, wyrządzającą krzywdę nie tylko dorosłym, ale przede wszystkim dzieciom. Dlatego mawiał, że „rozwód jest paszportem do piekła”. Już jako piętnastolatek napisał w szklonym wypracowaniu: „Ach, gdybym był królem! Ile pięknych rzeczy chciałbym dokonać.. Przede wszystkim zwalczałbym rozwody, tak upragnione przez wielu złych ludzi, i sprawiłbym, że sakrament małżeństwa byłby szanowany”. To młodzieńcze pragnienie będzie realizował jako roztropny i wymagający kapłan, kształtując sumienia narzeczonych i małżonków.

Ceremonia ślubu ze Stygmatykiem

Nieznana jest dokładna liczba pobłogosławionych przez Ojca Pio par małżeńskich. Wiadomo natomiast, że z wielką radością celebrował śluby, szczególnie swoich duchowych dzieci.

Podczas jednego z nich wydarzyła się zabawna sytuacja. Gdy nadszedł czas złożenia przysięgi małżeńskiej, pan młody z przejęcia nie mógł wymówić decydującego słowa: „chcę”. Wtedy Ojciec Pio odczekał znaczną chwilę, a następnie łagodnym uśmiechem próbował rozładować napięcie, by w ten sposób mu pomóc. A gdy i to nie przyniosło żadnego rezultatu, krzyknął: – Słuchaj, powiesz w końcu „chcę”, czy też sam muszę się z nią ożenić?

Na ślubie innej młodej pary, która należała do grona jego duchowych dzieci, skierował do nowożeńców słowa błogosławieństwa wyrażające jego kapłańską troskę o tworzącą się nową rodzinę: – Niech Pan was błogosławi i uczyni lżejszym brzemię rodziny. Bądźcie zawsze dobrzy. Pamiętajcie, że małżeństwo niesie ze sobą ciężkie obowiązki, które tylko łaska Boża może uczynić łatwymi. Bądźcie zawsze godni tej łaski, a Pan niech was zachowa do czwartego pokolenia.

Ojciec Pio, widząc wiele rodzinnych tragedii, dobrze wiedział, że dla niejednej pary wierność przysiędze małżeńskiej i sprostanie obowiązkom rodzicielskim było niełatwym zadaniem. Właśnie dlatego, błogosławiąc związek małżeński swoich duchowych dzieci, zachęcał je do szukania pomocy w Bogu, który dzięki swej łasce może czynić wszystko, nawet rzeczy po ludzku niemożliwe.

W okresie, w którym rodziny we Włoszech przeżywały największy kryzys (ujemny przyrost naturalny, rozwody, wolna miłość, współżycie przed ślubem, małżeństwa cywilne), życie Ojca Pio upływało na zaangażowaniu się w odnawianie małżeństwa i przywracanie mu godności.

Błażej Strzechmiński OFMCap
„Głos Ojca Pio” (nr 49/2008)

http://glosojcapio.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=796&Itemid=142

Posted in Małżeństwo i rodzina, Ojciec Pio | Leave a Comment »

Wskazania egzorcysty dla małżonków – ks. Piotr Glas (fragment)

Posted by tadeo w dniu 22 stycznia 2015

Zapis pierwszej części spotkania jednego z najbardziej znanych na świecie polskich kapłanów – egzorcystów – ks. Piotra Glasa, które odbyło się podczas rekolekcji Ruchu Czystych Serc Małżeństw 4 sierpnia 2014 roku w Gródku nad Dunajcem. Ks. Piotr Glas odwołując się do swojej praktyki duszpasterskiej omawia zagrożenia duchowe, z którymi borykają się małżonkowie. Rejestracja: ks. Sławomir Kostrzewa – wp.me/p1sZud-9bJ
link do części drugiej: www.youtube.com/watch
link do części trzeciej: www.youtube.com/watch

APC - 2015.01.22 16.18 - 001.3d

http://gloria.tv/media/UoC2MJWLwvG

Posted in Filmy religijne, Małżeństwo i rodzina, POLECAM, Religia | Leave a Comment »

O małżeństwo warto walczyć do końca. ZOBACZ poruszający film

Posted by tadeo w dniu 15 listopada 2014

fot. YouTube
fot. YouTube

O małżeństwo warto walczyć do końca. Ten poruszający film pokazuje, jak prawdziwa miłość jest w stanie przezwyciężyć największe przeszkody.

Nietrwałe małżeństwa i częste rozwody to problemy z jakim borykają się przede wszystkim rozwinięte ekonomicznie kraje. Jak dowiadujemy się z nagrania w samych Chinach w przeciągu jednego roku doszło do ponad 3 mln rozwodów, z czego ponad 80 tys. par postanowiło do siebie powrócić.

Na nagraniu widać młode małżeństwo, które przechodzi kryzys. Mąż prosi żonę, aby podpisała dokumenty rozwodowe. Ta godzi się, ale stawia jeden, jedyny warunek… Jaki? Zobacz koniecznie!

lap

http://wpolityce.pl/lifestyle/222156-o-malzenstwo-warto-walczyc-do-konca-zobacz-poruszajacy-film

Posted in Filmy - Polecam, Małżeństwo i rodzina | Leave a Comment »

Małżeństwo na całe życie ma szansę jeśli…

Posted by tadeo w dniu 15 listopada 2014

Powszechnie wiadomo, że ludzie rozwodzący się, a potem wstępujący w ponowne związki zazwyczaj po raz kolejny wybierają ten sam typ współmałżonka.


Niektórzy sądzą, że oczekiwanie, iż małżeństwo będzie trwać przez całe życie, jest czymś zupełnie nierealnym, gdyż żyjemy coraz dłużej. Czy małżeństwa zawierane z kolejnymi partnerami na różnych etapach życia nie są w dzisiejszych czasach bardziej realistyczną propozycją?

Nie, „seryjne małżeństwa” nie są bardziej realistycznym pomysłem, bez względu na to, jak przekonującym może się ten pomysł wydawać. Małżeństwo rozumiane jako umowa dwojga ludzi oznacza relację dynamiczną. W związku małżeńskim emocjonalne dorastanie ma miejsce jedynie wtedy, gdy małżonkowie się zmieniają, przystosowują zarówno do siebie nawzajem, jak i do związku, który wspólnie tworzą.

Ktokolwiek zakłada, że w każdej chwili – gdy tylko uzna, iż „przerósł” swego partnera – może z małżeństwa „wyskoczyć”, nie wykorzystuje szansy zgłębienia samego siebie jako istoty ludzkiej w relacji do innych.

Spójrzmy na taki przykład: miasto St. Louis w USA szczyci się słynnym Gateway Arch – gigantyczną łukowatą budowlą o wysokości sześćdziesięciotrzypiętrowego wieżowca. Na jej szczyt da się wjechać, jednak nie za pomocą zwykłych wind, lecz specjalnych gondoli, dostosowujących swój kształt do łukowatego toru ruchu. Podróż zabiera nieco czasu, ale warto ją podjąć, gdyż u celu czeka podróżnych wspaniały widok na panoramę miasta.

W małżeństwie jest podobnie: trzeba dostosowywać się do siebie nawzajem za każdym pojawieniem się sytuacji kryzysowej lub konfliktowej. Nie jest to proces ani szybki, ani łatwy, ale wart przejścia ze względu na to, co nas czeka u jego końca.

James ożenił się, mając dwadzieścia kilka lat. Jego żona miała lat dziewiętnaście. W wieku trzydziestu kilku lat oznajmiła mężowi, iż ma zamiar go porzucić. Powiedziała, że musi poznać innego mężczyznę, póki jest jeszcze młoda, piękna i pełna życia. I chociaż kochała swego męża, myśl, iż ma spędzić resztę życia wyłącznie z nim, wydawała jej się czymś strasznym. James stwierdził krótko: Ja się nie rozwiodę!”, i niezłomnie trwał w swoim przekonaniu, aż jego żona w końcu uporała się z poczuciem żalu z powodu nieuchronnego starzenia się i utraconej szansy życia z innym mężczyzną. A tak na marginesie, opłakiwanie utraconych z wiekiem szans dotyczy nas wszystkich.

Obecnie James i jego żona są osobami po pięćdziesiątce, a ich małżeństwo jest mocniejsze niż kiedykolwiek w przeszłości, żona zaś odczuwa nieustanną wdzięczność wobec męża za jego niezłomną postawę, w czasie gdy ją nachodziła pokusa zerwania związku. Wydali za mąż córkę, a teraz czekają na wnuki. Wszystko to jednak przepadłoby, gdyby James nie uparł się za wszelką cenę dotrzymać przysięgi małżeńskiej.

Powszechnie wiadomo, że ludzie rozwodzący się, a potem wstępujący w ponowne związki zazwyczaj po raz kolejny wybierają ten sam typ współmałżonka. Dlatego właśnie kobiety, które mają skłonność do mężów-alkoholików, ryzykują, że ponownie wyjdą za mąż za alkoholika, nawet jeśli z pierwszym mężem rozwiodły się z powodu jego nadmiernego picia. Taka tendencja do wybierania „wiernej kopii” współmałżonka może wyjaśniać, dlaczego wskaźnik rozwodów w drugim małżeństwie jest jeszcze większy niż w przypadku małżeństw zawieranych po raz pierwszy.

Jeżeli tylko współmałżonek nie stosuje przemocy fizycznej lub seksualnej, najlepszym rozwiązaniem jest trwanie w pierwotnym związku, na wszystkich etapach osobistego i duchowego dorastania. To właśnie podczas wyprawy na szczyt „łuku małżeńskiego” w powolnej gondoli pobiera się większość praktycznej nauki dotyczącej małżeństwa.

Ludzie przekonani o słuszności zawierania kolejnych związków tracą szansę przeżycia tego jakże ważnego doświadczenia życiowego.

Wiecej w książce: Małżeństwo. Problem czy szansa? – Catherine Johnston, Daniel Kendall SJ, Rebecca Nappi

http://www.deon.pl/inteligentne-zycie/ona-i-on/art,281,malzenstwo-na-cale-zycie-ma-szanse-jesli-.html

ZOBACZ WIĘCEJ
Postrasz babcię, tata zapłaci…

Niewiążące związki

Niewinny flirt, romans i internetowa zdrada

Żółty kolor też jest ładny

Posted in Małżeństwo i rodzina | Leave a Comment »

Uczucia niechciane

Posted by tadeo w dniu 13 września 2014

Z ks. Krzysztofem Grzywoczem rozmawiają Katarzyna Kolska i Roman Bielecki OP.

Skąd w Kościele taka powściągliwość w mówieniu o uczuciach oraz kładzenie nacisku na intelekt i rozumowe przeżywanie wiary?

Chyba stąd, że w ten sposób łatwiej nam zrozumieć siebie. Uczucia są trudniejsze, wymykają się spod kontroli rozumu. Nie jest łatwo pojąć, dlaczego w danej chwili pojawia się takie, a nie inne uczucie, i jakie ono ma znaczenie dla mnie, jaki jest jego sens i przesłanie.

Myślę też, że ta nieufność wynika z tego, że przez długi czas w Kościele bardziej kładziono nacisk na to, o czym się myśli, niż na to, co się czuje. Stąd mamy obecnie lękowe podejście do uczuć i traktujemy je jako coś gorszego, a nasza duchowość stała się bardzo intelektualna. I w takim ujęciu świat uczuć jawi nam się jako nieznany i niekontrolowany, zagrażający naszej wolności.

Nie lubimy rozmawiać o uczuciach, wstydzimy się ich. Dlaczego?

Może z lęku przed zranieniem. Mówiąc, co czujemy, odkrywamy swój intymny świat, który można zranić. Ktoś powie o swojej tęsknocie i zostanie wyśmiany. To będzie go bolało.

Jak w takim razie postępować z uczuciami? Jak oswajać lęk przed nimi?

Jest to pewien proces, na początku którego trzeba przyjąć, że każde uczucie, które się w nas pojawia, jest czymś wartościowym i cennym. Inaczej mówiąc, że nie ma bezsensownych uczuć i żadne nie pojawia się bez powodu, że ma swój sens i chce się przyczynić do mojego rozwoju. Jeżeli z góry zakładam i klasyfikuję jedne uczucia jako dobre, inne jako złe, potrzebne, niepotrzebne, a nie daj Boże, moralne czy niemoralne, to proces przyjęcia uczuć jest mocno zakłócony.

A co z tymi, którzy tego sensu nie widzą i w chwili bólu, gniewu albo złości mówią, że nie chcą takiego uczucia?

Cóż… będzie im trudno zrobić krok w swoim rozwoju wewnętrznym. W wypadku odrzucania uczuć należałoby się zatrzymać i zapytać konkretnego człowieka, co się stało w jego życiu, że nie chce przyjąć z zaufaniem jakiegoś uczucia? Co go do tego skłania w sensie intelektualnym?

Zwykle w takiej sytuacji najpierw trzeba oczyścić sferę poznawczą. Każde uczucie ma jakąś otoczkę intelektualną. Na przykład gniew kojarzy nam się z krzywdą, zranieniem czy poniżeniem. Dlaczego? Bo nie nauczono nas, że gniew można zamienić w coś dobrego.

Takie przyglądanie się uczuciom, po to żeby przyjąć je i potraktować inaczej niż do tej pory, jest długim procesem i wymaga czasu. I póki sam siebie nie przekonam, że chcę z tym stanem pobyć, posadzić moje uczucie na fotelu naprzeciw mnie i dokładnie im się przyjrzeć, to nic w moim życiu się nie wydarzy. Tylko to, czemu zaufamy, może się rozwijać. Uczucia pojawiają się po to, żeby lepiej kochać i być dojrzalszym człowiekiem. Rozum to źle interpretuje. Jestem zły, więc muszę komuś wygarnąć albo kogoś poniżyć. A przecież są dziesiątki możliwości, które mówią, że możemy coś innego zrobić z tym uczuciem.

Nawet kiedy tego stanu nie rozumiem?

Oczywiście! Kto nie potrafi wytrzymać dwóch godzin w niezrozumieniu, nie wytrzyma pięciu minut w zrozumieniu. Wytrzymanie rozumienia jest o wiele trudniejsze niż wytrzymanie niezrozumienia. Jeśli zrozumiemy uczucia wstydu, lęku czy gniewu, to konsekwentnie zadamy sobie pytanie, jak dalej z tym postępować. I to dopiero zaczyna być trudne!

black-and-white-city-conference-1984

Może trudności w podejściu do uczuć biorą się z tego, że od dzieciństwa jesteśmy kastrowani w sferze uczuciowej? Mówimy dzieciom – „nie płacz”, „nie krzycz” „nie złość się” i szybko odcinamy je od emocji.

Za uczuciami stoi cała nasza historia i wychowanie. Weźmy taki przykład. Przychodzi chłopczyk z przedszkola i mówi, że zakochał się w koleżance, a rodzice zaczynają się śmiać. Chłopiec tłumi łzy i udaje, że nic się nie stało, a jednocześnie odbiera komunikat, że źle zrobił. To może rodzić blokady i trudności w życiu uczuciowym na wiele lat. Gdy taki chłopiec, już jako młodzieniec, zakocha się na poważnie, może nie wiedzieć, co z tym uczuciem zrobić. Bo przecież coś mówi mu wciąż, że to jest coś niewłaściwego.

Albo weźmy uczucie lęku. Chłopiec mówi do ojca, że boi się iść do piwnicy, bo tam jest ciemno. A tato mu odpowiada, że prawdziwi mężczyźni się nie boją. A poza tym w piwnicy nie ma się czego bać. Jeśli się chłopak boi, to się boi. Dlaczego nie może pójść do piwnicy z doświadczeniem lęku i obawy?

Ten mechanizm ma też swoją drugą stronę. Nie chodzi tylko o umiejętność przeżywania uczuć trudnych, ale też o zdolność do wchodzenia w stan zadowolenia, umiejętność przyjmowania pochwał.

Mam głębokie przekonanie, że uczucia trzymają się za ręce i kiedy ktoś umie przyjmować uczucia nazywane popularnie pozytywnymi, to będzie także umiał obchodzić się z uczuciami „negatywnymi”.

Czy mechanizm przyjmowania uczuć możemy sami w sobie wykształcić? Czy raczej ktoś powinien nami w tym względzie pokierować?

To zależy od tego, jak głęboko tkwią w nas skrypty zachowań wobec uczuć. Jeżeli są powierzchowne, to wystarczy dobra lektura albo rozmowa z kimś. Jeżeli skrypt jest głęboki, to może być potrzebny kurs z zakresu komunikacji czy nawet terapia.

Czy przy takim sposobie zachowania nie stracimy przypadkiem poczucia grzechu? Zaczniemy mówić: ja tak czuję, takie są moje uczucia, tego nie zmienię. Kiedy moje wyrażanie siebie zaczyna być pychą, a miłość własna staje się egoizmem?

Weźmy taki przykład. Ktoś mówi w konfesjonale, że się wstydził przeżegnać przed kościołem. Czy jest to grzech? Wstyd to nasz doradca, pokazujący granice intymności. Dlatego pojawia się słusznie. Mamy prawo się wstydzić, nie jest to niczym złym, gdyż świat duchowy jest naszym najbardziej intymnym światem.

Powinniśmy raczej zapytać, jak ktoś zareagował na tak pojawiające się uczucie. Bo gdy mówi podczas spowiedzi, że się wstydził przeżegnać, to przecież nie chodzi mu o uczucie wstydu, tylko o podjętą decyzję. To z niej się spowiada.

Podobnie rzecz ma się z zazdrością. Samo uczucie nie jest grzechem. Jest w pełni poprawne. Najczęściej jest czego zazdrościć. Pytanie, co z tym zrobimy dalej. Jeśli z zazdrości zniszczymy komuś paszport tuż przed wyjazdem na stypendium do Nowego Jorku, wówczas jest to już grzech. Zazdrość to piękne uczucie, które niedojrzale traktowane bardzo komplikuje życie.

bsrOzgDkQhGRKOVC7Era_9X6A3584

fot. unsplash / Joshua Earle

Gdzie zatem przebiega granica między uczuciem a grzechem?

Grzechem może być tylko konkretny czyn podjęty np. pod wpływem gniewu czy zazdrości, nigdy samo uczucie. Ponieważ uczucia nie podlegają ocenie moralnej. Tak naucza „Katechizm Kościoła Katolickiego”.

Ale przecież spowiadamy się, że zgrzeszyliśmy myślą!

Tylko wtedy, gdy w myślach podjęliśmy jakąś decyzję, że przy nadarzającej się okazji zrobimy tak, jak pomyśleliśmy. I to jest niemoralne. Dynamika czynu wchodzi w ocenę mojej decyzji. Miałem ochotę ukraść coś ze sklepu, ale akurat był zamknięty. Decyzja, którą podjąłem, była niemoralna, choć podjęta w myślach.

Czy powinniśmy kontrolować uczucia? I czy w ogóle można kontrolować coś, co przychodzi nagle i jest pozaintelektualne?

To zależy od tego, jak rozumiemy słowo „kontrolować”. Na pewno ważne jest, byśmy rozumieli przesłanie pojawiających się uczuć. Jeśli natomiast kontrola miałaby polegać na tłamszeniu i ograniczaniu ich spontaniczności, byłoby to niewłaściwe. Uczucia mają w sobie pewną kreatywność, której warto zaufać. Oczywiście ona sama nie wystarcza i potrafi być zgubna, stąd ważne jest, by poddać je oglądowi rozumu. Źle zrozumiany gniew w zestawieniu ze spontanicznością może być ryzykowny, a nawet niebezpieczny.

Zatrzymajmy się jeszcze przy uczuciu zakochania. Zdarza się, że zakochujemy się, gdy mamy już męża czy żonę albo jesteśmy siostrą zakonną czy księdzem. Trochę trudno mówić w takim wypadku o kreatywności i spontaniczności pojawiającego się uczucia.

Jeżeli uznamy, że uczucie zakochania pojawiło się w nas po to, żeby zbudować trwały związek z tą kobietą czy tym mężczyzną i pozwolimy sobie na taką spontaniczność, to ten związek rzeczywiście może powstać. Ale zakochanie jest znacznie bogatsze w swoim przesłaniu. Budowanie trwałego związku jest tylko jedną z alternatyw. Są też inne sensowne możliwości przeżycia tego stanu. Zastanówmy się, dlaczego uczucie zakochania pojawia się u małżonków czy duchownych? Nie chodzi przecież o to, żeby zostawić współmałżonka albo porzucić kapłaństwo czy zakon. Jeżeli zrozumiem, jaki jest cel i kierunek tego uczucia, mogę pozwolić sobie na kreatywność i spontaniczność.

To trochę jak z dzieckiem. Gdy idziemy z nim na plac zabaw, pozwalamy, by wybrało, czy woli spędzić czas na huśtawce, na zjeżdżalni, drabinkach czy w piaskownicy. A sami siadamy na ławce i czytamy gazetę. Ale już na stacji kolejowej nie pozwolimy mu na taką spontaniczność, bo to mogłoby być niebezpieczne.

Zakłada ksiądz, że zakochany człowiek rozumie to uczucie. A przecież ono jest spontaniczne i wywraca świat do góry nogami. Potrafimy je ładnie opakować i rozgrzeszyć się, wierząc w to, że oto przyszła prawdziwa miłość, przeznaczenie, dar od Boga.

Właśnie to jest powodem tragedii międzyludzkich. Ludzie robią coś, czego potem żałują. Dochodzi do rozbicia małżeństw, odejść z kapłaństwa, porzucenia zakonu. Po jakimś czasie pojawia się refleksja, że nie zrozumiało się tego uczucia, a można było postąpić inaczej. To prawda, że w wypadku niektórych uczuć, na przykład zakochania, które nie może być spełnione, gdy jest się w trwałym związku, bardzo trudno o zrozumienie jego sensu. Dlatego warto wówczas szukać pomocy u kogoś z zewnątrz. Tam, gdzie nie jesteśmy silni, mamy być mądrzy. Tak jak Odyseusz, który poprosił o pomoc swoich towarzyszy, bo wiedział, że sam sobie nie poradzi. Żeby wytrwać w dobrej decyzji, potrzebujemy wsparcia. Odyseusz nie był sam.

Jeżeli żonaty mężczyzna czy ksiądz zakochuje się w jakiejś kobiecie i zostanie z tym sam, zginie. W tym sensie uczucia wołają o dialogiczność i w tym przypadku to jest ich podstawowe przesłanie – nie bądź sam, rozmawiaj.

Przy tym warto pamiętać, że każde uczucie pojawia się dla naszego rozwoju. I nie dzieje się to przypadkowo. Dzięki niemu mogę wiele zyskać. Zakochanie, którego nie będzie można zrealizować w związku, jest niezwykle bogate i ma niezwykły potencjał rozwojowy. Można śpiewać „Te Deum laudamus” na dowód odkrycia, ile dobroci jest w tym uczuciu. Bądźmy poważni. Gdybym miał tyle żon, ile razy byłem zakochany, to nie mielibyście gdzie tutaj usiąść.

W takim razie, jak dobrze przeżyć takie zakochanie, bo najczęściej traktuje się je ucieczkowo?

Raczej lękowo. Założenie oparte na fałszywej intelektualnej przesłance jest takie, że zakochanie jest po to, by zbudować trwały związek. Jeżeli kierujemy się takim nieprawdziwym przesłaniem, to nie mamy o czym rozmawiać.

Zakochanie zdarza się ludziom kilka razu w życiu, nawet jeżeli mają żony i mężów, są kapłanami czy zakonnicami. Powiem więcej: w pewnym sensie powinno się zdarzyć.

Jak to powinno się zdarzyć?!

Mówiąc ogólnie, chodzi o uszlachetnienie człowieka, uwrażliwienie go na obecność drugiego po to, żeby mógł pogłębić wybraną formę miłości. To, co chciałbym dać osobie, w której się zakochałem, angażuję w rzeczywistość, którą już wybrałem, a która z czasem stała się sztywna i potrzebuje oczyszczenia. Analizuję, czego brakuje mi w małżeństwie czy w kapłaństwie i co odnajduję jednocześnie w tym uczuciu, które mi się przytrafiło.

Kapłan który się zakochuje, naturalnie chciałby więcej czasu spędzać z jakąś kobietą. Może się zdarzyć, że to doświadczenie pozwala mu odkryć, że tak naprawdę nie ma prawie żadnych relacji z ludźmi, że jest ciągle zapracowany. Funkcjonuje jak dzielny rycerz Ivanhoe. Zbroja, i do boju! Tylko jak można się przytulić do księdza w zbroi? Takiemu księdzu trzeba postawić pytanie o to, gdzie ma swoich przyjaciół? Czy chce się z kimś spotkać? Jeżeli ciągle coś z siebie daje, nie nawiązuje żadnych więzi ani żadnej przyjaźni i nie ma dla siebie czasu, to zakochanie może być dla niego ratunkiem żeby nie umarł i nie zdziwaczał. Może pokazać jego wielki głód emocjonalny i przeprowadzić remanent w tej formie miłości, którą wybrał.

Kobiety czy mężczyźni, w których się zakochujemy, pozostając jednocześnie w relacjach będących naszym życiowym wyborem, są raczej impulsem do zmiany, a nie przeznaczeniem. Możemy być wdzięczni, że spotykamy takie osoby, ponieważ dzięki nim pojawia się uczucie. Może właśnie po to, byśmy wyszli poza swój egoizm i zatęsknili na nowo za czymś, co dawno wyblakło – za jakąś intymnością, bliskością. To nie przypadek, że najczęściej zakochują się ludzie, którzy zaniedbują swoje podstawowe więzi i są bardzo wygłodzeni emocjonalnie – i w kapłaństwie, i w małżeństwie.

blur-camera-display-1980

Bezradność też ma swoje dobre strony? Często mamy z nią kłopot.

Bezradność pokazuje, że człowiek nie jest w stanie poradzić sobie ze wszystkim. Narcystyczne poczucie własnej wartości jest formą głębokiej niedojrzałości, bo wielu rzeczy tak zwyczajnie nie rozumiemy i nie umiemy. Moje pięć chlebów i dwie ryby nie wystarczą, żeby zaspokoić tłumy. Tym tłumem może być konfesjonał, moja sala wykładowa, moja rodzina. Jeśli tego nie widzę, to jestem niedojrzały.

W naszej kulturze jest bardzo dużo pychy i takiej dziwnej zaradności. Proszę zauważyć, jak ludzie ze sobą rozmawiają w programach telewizyjnych, jak są pewni siebie. Nie widać w nich bólu niepewności, na wszystko mają odpowiedź. Ojciec Jacek Salij powiedział niedawno podczas zjazdu egzorcystów w Niepokalanowie, że im lepszy teolog, tym częściej mówi: nie wiem. Bardzo mnie to poruszyło. Myślę, że dobrze przeżyta bezradność pozwala na budowanie lepszych relacji z drugim człowiekiem, bo okazuje się, że muszę zawierzyć Bogu swoje życie. Nie jestem drugim Bogiem. To nie jest tak, że Bóg spotkał Boga i teraz sobie dialogują jak partnerzy. Bez Niego nic nie mogę uczynić. Zupełnie nic.

Czy Bóg ma uczucia?

Biblia pokazuje że Słowo Boga jest rzeczywistością uczuciową. Na kartach Starego czy Nowego Testamentu Bóg daje nam obraz siebie jako postaci uczuciowej. Widzimy na przykład Jezusa, który się gniewa.

Gniewa się, ale się nie śmieje.

Może tego po prostu ewangeliści nie zapisali. Może śmiech Jezusa ich nie dziwił. Bardziej dziwiło ich to, że się gniewał. Może zauważyli to, z czym sami sobie nie radzili. Nie wydaje mi się, żeby Chrystus się nie śmiał. Z pewnością jednak ludzi bardziej szokowało to, gdy widzieli, jak płakał czy się złościł. Taki prorok, łagodny jak baranek, a tu – jak czytamy w Ewangelii – spojrzał na wszystkich z gniewem. A już na pewno uczniowie byli zdziwieni, gdy zobaczyli w Ogrójcu, że Jezus się boi.

A czy mamy prawo złościć się na Pana Boga? Czy to jest dobre uczucie?

Myślę, że uczucia są jednym z podstawowych miejsc styku naszej relacji z Bogiem. Złość czy żal to bardzo dobre uczucia. Istnieje w tradycji modlitwa uczuć. Często mamy z nią do czynienia w psalmach.

Gdy się gniewam, to raczej mam ochotę używać słów mało cenzuralnych. A my tu mówimy o modlitwie. Ktoś zapyta, ale jak?

Pamiętamy słynną scenę, w której Jakub mocuje się z Bogiem. Dobry Ojciec może się mocować z synem. Wiemy, że w niektórych plemionach syn, który nie wejdzie w walkę z ojcem, nie jest prawdziwym mężczyzną. Ojciec czeka na walkę z synem. W relacji z Bogiem jest również miejsce na kłótnię, gniew, żal.

Jest też miejsce na ciche dni?

Ciche dni są wtedy, kiedy tłumimy złość. Ludzie, którzy się pokłócą, czy to w małżeństwie czy w przyjaźni, mają wrażenie, że ich relacja jest bliższa, lepsza, bardziej intymna.

Podobnie jest z Panem Bogiem. To, co nie jest włączone do modlitwy, nie rozwija się w nas poprawnie. Nawet jeżeli teraz tego nie rozumiemy. Ważne jest, żeby w modlitwie, podobnie jak w relacji z drugim człowiekiem, wyrażać swoje uczucia, nazywać stany, które się w nas pojawiają. Boże, chce mi się dzisiaj płakać. Czy tęsknię za uczuciem, karierą, pieniędzmi? Na razie nie wiem. Ufam, że po jakimś czasie to zrozumiem.

Modlitwa z prośbą o zrozumienie jest otwarciem się na Boże działanie, które jest światłem i rozjaśnia nasze stany emocjonalne. Bóg nie jest obojętny na nasze prośby, jeśli zostawiamy Mu przestrzeń do działania.

A swoim penitentom czy osobom w poradni mówi ksiądz: nie bójcie się uczuć?

Raczej idę za tym, co pojawia się w rozmowie. Odblokowanie uczuć jest celem terapii psychodynamicznej, a celem terapii poznawczej jest świat intelektualny. Trzeba jednak od razu dodać, że oba typy terapii się uzupełniają. Tu nie ma prostego alboalbo. Muszę wydobyć swoje uczucia, otworzyć się na nie i nie spieszyć się z ich definiowaniem. Zdefiniowanie nie zawsze jest najważniejsze.

Myślę, że istnieje obawa przed sprowadzeniem religii i wiary na poziom psychologii. Ksiądz mówi o Panu Bogu, bo tak musi mówić z racji swojej profesji. Ale równie dobrze możemy sobie wyobrazić inną zmienną – „siłę wyższą”, „wyższy sens”, „samorealizację”.

Wytrzymanie napięcia między dobrą antropologią a dobrą duchowością jest jednym z ważniejszych paradoksów chrześcijaństwa. Nie ma jednego bez drugiego. Psychologia bez duchowości niewielu rzeczy jest pewna. Podobnie duchowość bez psychologii staje się daleka i niezrozumiała. Łatwo wówczas o skróty myślowe, traktowanie na przykład zazdrości czy gniewu wyłącznie w kategoriach grzechu.

Skoro Chrystus jest w centrum chrześcijaństwa i jest prawdziwym Bogiem i człowiekiem, to w Nim spotykają się dwie natury: prawdziwie Boża i prawdziwie ludzka. To jest dla mnie obraz duchowości chrześcijańskiej.

Wobec uczuć popełnia się dwa zasadnicze błędy: psychologizacji i teologizacji. Napięcie między nimi musi zaistnieć. Łatwiej byłoby powiedzieć albo-albo. A siłą chrześcijaństwa jest utrzymanie tego paradoksu. Uczucie jest słowem Boga we mnie do mnie. Mogę je przyjąć jako miejsce modlitwy i jednocześnie mogę je przyjąć jako miejsce spotkania z człowiekiem. Nie muszę tego oddzielać. Nie zawsze muszę też je wyrażać.

Dlatego świat uczuć wymaga obecności Boga – bez Niego nie zrozumiemy ich sensu. Święty Jan od Krzyża w swojej antropologicznej koncepcji człowieka przypisywał uczuciom wielką wagę. Uważał, że więź z Bogiem jest w nich najgłębsza, że to miejsce najgłębszego spotkania z Bogiem. Gdyż uczucia są czymś prawdziwe Boskim i prawdziwie ludzkim.

Może papież powinien napisać encyklikę o uczuciach?

Rzeczywiście, nie ma jeszcze takiej. A bardzo by się przydała. Wiara i uczucia, „Fides et passio”.

Tekst ukazał się w miesięczniku „W drodze” 2/2011.

 

ks. Krzysztof Grzywocz

ks. Krzysztof Grzywocz

Urodzony w 1962 roku. Wykładowca teologii duchowości na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Opolskiego, penitencjarz katedralny, kierownik duchowy.

Posted in Małżeństwo i rodzina | Leave a Comment »

Czy nadejdą dla nas lepsze dni?

Posted by tadeo w dniu 13 lipca 2014

(fot. neo / flickr.com)

„Spośród małżeństw, które znam, dobrze układa się tylko tym, w których oboje małżonkowie potrafią się zgodzić, że nie zawsze będzie wspaniale; że będą się pojawiać problemy, których nie da się rozwiązać od ręki, a być może nawet przez całe lata, ale to nic — z czasem rozwiążą się same. Raz będzie lepiej, raz gorzej; potem znowu lepiej, znowu gorzej — na tym właśnie polega małżeństwo„.

Na kartach książki zatytułowanej Loose Change dziennikarka Sara Davidson przedstawiła zapis własnego życia w burzliwych latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Jedna z opisywanych scen przedstawia spotkanie Sary z jej przyjaciółką Candy, która w przeciwieństwie do swych ówczesnych przyjaciół, młodo wyszła za mąż i pozostała w stanie małżeńskim. Zdradzając Sarze sekret trwałości związku, Candy mówi: „Spośród małżeństw, które znam, dobrze układa się tylko tym, w których oboje małżonkowie potrafią się zgodzić, że nie zawsze będzie wspaniale; że będą się pojawiać problemy, których nie da się rozwiązać od ręki, a być może nawet przez całe lata, ale to nic — z czasem rozwiążą się same. Raz będzie lepiej, raz gorzej; potem znowu lepiej, znowu gorzej — na tym właśnie polega małżeństwo„.

Trudne chwile w małżeństwie, choć niejednokrotnie bardzo męczące, mogą w istocie na dłuższą metę wzmocnić związek. Ich przyczynę stanowią napięcia pochodzące z zewnątrz (na przykład choroba, utrata pracy, kłopoty z dziećmi czy śmierć jednego z rodziców) lub konflikty wewnętrzne (związane z kryzysem wieku średniego lub stresem towarzyszącym pracy). Niekiedy jednak trudne okresy pojawiają się znikąd, bez wyraźnej przyczyny — czy to zewnętrznej, czy wewnętrznej. Nagle czujemy, że w naszym małżeństwie nastąpiło wyraźne ochłodzenie; nie przynosi nam już ono takiej satysfakcji jak niegdyś. Ale mijają tygodnie, może nawet miesiące, i oto równie nagle ciężkie chwile znikają.

Becky nazywa ten swoisty rytm małżeński „czasem oazy” i „czasem pustyni”. „Czas pustyni” może być podobny do czterdziestu dni i nocy, które Jezus spędził samotnie na pustyni: głodny, spragniony i kuszony przez szatana. Te „ciemne noce duszy”, pojawiające się na naszej drodze duchowej, są bolesne i przerażające, gdyż zdają się nie mieć końca. Trudne okresy pożycia małżeńskiego to właśnie takie „ciemne noce duszy” dla obojga małżonków.

Nie powinno się — i najczęściej się nie da — ignorować ich. Uczą one cierpliwości i wytrwałości oraz rozwijania umiejętności, których posiadania małżonkowie nawet by sobie nie uświadamiali, gdyby wszystko w ich związku układało się świetnie. Dobrze jest podejmować te problemy w chwilach „zawieszenia broni”. W przebrnięciu przez trudny okres z pewnością pomoże również konsultacja w poradni małżeńskiej.

Czasami, gdy taki zły czas nadchodzi nie wiadomo skąd, trzeba pobłąkać się po pustyni i przeczekać. Nie jest to łatwe. Ale czekanie może się okazać niesamowitym doświadczeniem duchowym.
Jak przypomina Henri Nouwen, „wszystkie postacie, pojawiające się na pierwszych stronach Ewangelii według św. Łukasza, trwają w oczekiwaniu. Czeka Maryja, czekają Zachariasz i Elżbieta. Symeon i Anna czekają w świątyni na Jezusa. Cały początek Dobrej Nowiny wypełnia oczekiwanie na coś nowego i dobrego, co ma wkrótce nadejść”.

I tak się staje. Jeżeli tylko zrozumiemy, że ziarno lepszych czasów kiełkuje już podczas trwania gorszych chwil, powinniśmy odnaleźć w sobie siłę do przetrwania na „pustyni” życia małżeńskiego.

ZOBACZ WIĘCEJ:

http://www.deon.pl/inteligentne-zycie/ona-i-on/art,282,czy-nadejda-dla-nas-lepsze-dni.html
Więcej w książce: Małżeństwo. Problem czy szansa? – Catherine Johnston, Daniel Kendall SJ, Rebecca Nappi

Posted in Małżeństwo i rodzina | Leave a Comment »

„Na naszych oczach odbywa się zabijanie miłości, co oznacza zanik wyższych uczuć”

Posted by tadeo w dniu 8 lipca 2014

freeimages.com
freeimages.com

Pewna matka wespół z lekarką zagłodziły 6-letniego chłopca, cierpiącego na porażenie mózgowe. Rodzice pozostawiają swoje dzieci na upale w samochodzie, na wiele godzin. Bezbronna istota, na dodatek przywiązana do fotelika nie rozumie dlaczego, mamusia albo tatuś nie przychodzą, żeby ją ratować. Maluch kona w niewyobrażalnych męczarniach. Chyba, że uratuje go wrażliwy przechodzień.

Czy ci rodzice nie kochają swoich pociech? Czy może traktują je jak obciążenie, albo jako przedmiot, często uciążliwy i zawracający głowę goniącym za sukcesem, za konsumpcją rodzicom. Jest za małe, żeby odnieść sukces i za duże, żeby być zabawką. To co piszę może zirytować Czytelników, którzy kochają swoje dzieci i swoich współmałżonków, z którymi związali swój los w radości i w smutku, przysięgając wierność i trwanie w małżeństwie aż do śmierci. Ale w dzisiejszej dobie młodzi ludzie bardzo chętnie biorą ślub kościelny, traktując go nierzadko jak imprezę na pokaz, wydarzenie, ale nie zobowiązanie. A potem się rozwodzą, bo w ich małżeństwie zabrakło miłości.

Na naszych oczach odbywa się zabijanie miłości, co oznacza zanik wyższych uczuć. Wspierają ten dramat media, prezentujące kolejne rozwody i kolejne śluby gwiazd, gwiazdek i celebrytów. A także polityków, którzy są nie lepsi. Życie dorosłych ludzi zamienia się w zabawę i w duchu zabawy wychowują swoje potomstwo. Potomstwo dzieli się na dwie kategorie, jedna, to potomstwo rozpuszczone, domagające się zabawek i pozbawione wszelkich reguł postępowania. A więc w gruncie rzeczy zagubione i nieszczęśliwe. Druga kategoria to dzieci przygotowywane do odnoszenia sukcesu. Muszą być ładne, bystre i uczęszczać na wszystkie prestiżowe zajęcia, czym mogą się popisywać przed rówieśnikami. Te dzieci są również nieszczęśliwe, bo nie mają dzieciństwa. I są nie przygotowane do zmagania się z przeciwnościami losu. Nie ma sukcesu, nie ma pracy, nie ma gadżetów. Jak żyć?

Są jeszcze na szczęście dzieci normalne, wychowywane w normalnych domach, w których obowiązują zasady moralne, a przede wszystkim stawiane są wymagania, które dziecko musi spełnić, żeby wyrosnąć na wartościową jednostkę. Jest też margines społeczny, w którym dziecko jest nieporozumieniem, zbędnym przedmiotem, który można wyrzucić na śmietnik albo zadręczyć na śmierć. Jednak propaganda, którą wspiera ideologia gender odbiera dzieciom człowieczeństwo, którym jest miłość rodzicielska, a przed wszystkim instynkt macierzyński i instynkt ojcowski. Kobieta, zapłodniona in vitro miała pecha, bo dziecko było niepełnosprawne, więc pragnienie dziecka zamieniło się w odrazę dla maleństwa, które chciało przyjść na świat, wbrew matce, która chciała się go pozbyć. I zażądała od profesora Chazana przerwania tej ciąży. Profesor Chazan się nie zgodził, bo to by godziło w jego sumienie. Dziecko się urodziło ku oburzeniu matki, różnych lekarzy, tzw. opinii publicznej, rozwścieczonych feministek i ministra zdrowia. Przyszło na świat, bo tak chciał Bóg. Jeśli wkrótce umrze, to również z woli Boga.

Nie słyszałam w wypowiedziach osób atakujących profesora Chazana ani słowa o miłości rodzicielskiej ani o zabijaniu miłości. Wręcz przeciwnie, słyszałam o łamaniu prawa i konstytucji. Bezduszność tych ludzi jest przerażająca. To oni, propagandziści cynizmu i hipokryzji pracują na to, żeby rodziło się mniej dzieci i żeby dzieci były traktowane jak przedmiot, służący do zabawy i zaspokajania ambicji rodziców, szkoły i środowiska. Czy uważają się za ludzi, czy tylko za ich falsyfikaty, straszące z ekranów telewizorów.

Przecież są też matkami i ojcami. A dzięki macierzyńskiej i ojcowskiej miłości mogą chodzić po tej ziemi i robić swoje kariery. Dzięki temu, że w czasachkomuny ich nie wyskrobano, choć było to dozwolone.

Posted in Małżeństwo i rodzina | Leave a Comment »

Jak rozwiązywać konflikty małżeńskie

Posted by tadeo w dniu 6 lipca 2014

„Walka pomiędzy jednostkami, które dzierżą władzę, może się skończyć jedynie wtedy, gdy wszystkie strony wezmą pełną odpowiedzialność za powstanie konfliktu. (fot. Laura Burlton / flickr.com)

Aby osiągnąć sukces w małżeństwie, partnerzy powinni przyjąć, że nieporozumienia są rzeczą normalną, nie powinni bać się konfliktu i widzieć go jako okazję do nawiązania porozumienia i stworzenia głębszej intymności.

 

Don Dinkmeyer i Jon Carlson – autorzy książki o szczęśliwej miłości – polecają dwa kroki ułatwiające rozwiązywanie konfliktów małżeńskich:

 

Krok 1. Okazujcie sobie wzajemny szacunek. Źródłem każdego konfliktu jest raczej postawa jednego lub obydwu partnerów niż jakaś konkretna kwestia. W małżeństwie cechującym się wzajemnym szacunkiem, każdy z partnerów chce zrozumieć i uszanować punkt widzenia drugiego.

Krok 2. Zastanówcie się, gdzie tkwi problem. Większość par ma trudności ze zidentyfikowaniem istoty problemu. Kto co robi w domu, jak wydawać pieniądze, mieć lub nie mieć stosunku seksualnego nie są zazwyczaj prawdziwymi przyczynami. Oczywiście te nieporozumienia powinny być rozwiązane. Jednakże prawdziwym powodem jest cel lub skutek, do którego dąży partner. Kiedy tylko zdefiniuje się istotę problemu, łatwiej jest rozwiązywać powierzchowne nieporozumienia. Bez wzajemnego szacunku i świadomości tego, co faktycznie jest powodem nieporozumień, konflikty powracają jak błędne koło.

Jakie są sposoby na rozwikłanie węzła nieporozumień podczas zmagania się z odmiennymi stanowiskami?

 

  1. Kapitulacja oznacza, że jeden z partnerów w sposób nieprzymuszony ustępuje, by zbliżyć się do drugiego. Aby jednak metoda ta działała, obie strony powinny kapitulować jednakową ilość razy. Jeśli jeden kapituluje dziewięćdziesiąt pięć razy, podczas gdy drugi tylko pięć, kapitulacja przestaje być skuteczna i uczciwa.
  2. Kompromis oznacza, że każdy z partnerów ustępuje częściowo, by zbliżyć się do wspólnej decyzji. W przypadku ustalenia, kiedy dziecko powinno wracać do domu: jedno z rodziców może uważać, że właściwą porą jest powrót o północy, a inne o 1, więc dzielą różnicę na pół i zgadzają się co do „24:30”.
  3. Koegzystencja oznacza, że obie strony akceptują, że mają różne zdania. Oczywiście, w niektórych sprawach wzajemne stosunki nie układają się dobrze, wtedy pewne decyzje muszą być podjęte niezależnie od tego, czy oboje partnerzy się godzą czy nie.

W wielu decyzjach, jakie para podejmuje, jedno z tych trzech podejść może znaleźć zastosowanie.

Jeśli dwoje ludzi szanuje się nawzajem i uczciwie stara się znaleźć prawdę w danej kwestii, kapitulacja nie uwłacza godności żadnej ze stron. Osiągnięcie kompromisu może wręcz okazać się dobrą sposobnością do lepszego poznania się. Koegzystencja – przyjmowanie odmiennych stanowisk w pewnych sprawach – jest zdrowa. Jedyną rzeczą, która prowadzi do większych kłopotów niż rozwiązywanie konfliktów, jest nie rozwiązywanie ich.

„Walka pomiędzy jednostkami, które dzierżą władzę, może się skończyć jedynie wtedy, gdy wszystkie strony wezmą pełną odpowiedzialność za powstanie konfliktu.”
Kathlyn i Gay Hendricks

Rozwiązujcie konflikty, zanim się zaognią!

  1. Zidentyfikujcie i nazwijcie te rzeczy, które prowadzą do napięć i konfliktów.
  2. Co robicie jako para, aby rozwiązywać wasze konflikty? Jak sprawdzają się wasze strategie? Jakich zmian potrzebujecie, aby radzić sobie z konfliktowymi sytuacjami?
  3. Przyznawaj się do swych uczuć. Unikaj oskarżania. Aby zastosować takie podejście wypowiadaj, „ja komunikaty” (np., „złoszczę się naprawdę!”) zamiast „tykomunikatów” (np., „ty mnie naprawdę złościsz!”). Pomyśl o ostatnim sporze, jaki miał miejsce między wami. Spróbuj ułożyć , ja komunikaty”, które będą wy razem prawdy o tobie, lecz nie oskarżaj, nie obwiniaj swego partnera. Powiedz te ,ja komunikaty” na głos i zapamiętaj, co wtenczas czujesz.
  4. Następnym razem, gdy dojdzie do sprzeczki, postaraj się użyć ,ja komunikatów”. Mogą okazać się pomocne.
  5. Wypróbujcie zastosowanie „kapitulacji, kompromisu i koegzystencji” w radzeniu sobie z różnorodnymi sytuacjami, w których brak zgody. Pomoże wam, jeśli ty i twój partner określicie, które podejście wybieracie.
  6. Sięgnij pamięcią do niektórych kłótni i różnicy zdań, jakie miały miejsce między wami. Kto zwykle „wygrywa” te kłótnie? Jak reagujesz, gdy twój partner wygrywa sprzeczkę? Jak reagujesz, kiedy to ty wygrywasz? Co mówią o waszym związku te reakcje?

 

„Kłótnia sama w sobie, może okazać się nawet pomocna, jeśli ukazuje głębsze uczucia męża i żony. Jeśli tylko para wie, dlaczego się kłóci, może i powinna dokonać koniecznych zmian we współżyciu, aby nie musiała powtarzać tej kłótni”.
David Mace

 

Więcej w książce: Gdy w małżeństwie nie jest łatwo – Lenny Law, Maureen Rogers Law

http://www.deon.pl/inteligentne-zycie/ona-i-on/art,69,jak-rozwiazywac-konflikty-malzenskie.html

ZOBACZ WIĘCEJ:

Wypaleni na gruncie życia rodzinnegoWypaleni na gruncie życia rodzinnego

Dobra teściowa doradza, nie pouczaDobra teściowa doradza, nie poucza

Twoje, moje, nasze dzieci! I co dalej?Twoje, moje, nasze dzieci! I co dalej?

„Ciche dni” nie rozwiążą problemów

Posted in Małżeństwo i rodzina | Leave a Comment »

Familia Christiana

Posted by tadeo w dniu 15 maja 2014

APC - 2014.05.15 17.58 - 001.3d

http://www.familiachristiana.pl/

Posted in Małżeństwo i rodzina, POLECAM | Leave a Comment »

Jaka jest recepta na udane wspólne życie?

Posted by tadeo w dniu 3 kwietnia 2014

3becea5681a674a463448fa0b6c343e5

„Żyć tak, żeby rozum nie pozwolił nam utracić tego, co dała miłość”Elżbieta Starostecka

http://film.onet.pl/artykuly-i-wywiady/elzbieta-starostecka-nie-mam-potrzeby-grania-za-wszelka-cene-wywiad/dbf6p

Posted in Małżeństwo i rodzina, Porady różne | Leave a Comment »

Nie chcemy rodzić‏

Posted by tadeo w dniu 17 marca 2014

Małgorzata Wałejko

t5

Gdy urodził się mój syn, pomyślałam: „Teraz to już tylko krzyż, należy podjąć ciężar dorosłości i macierzyństwa. Wszystko inne za mną”.

To zjawisko coraz częstsze. Kobiety nie chcą mieć dzieci w ogóle lub odwlekają decyzję o pierwszym dziecku i kolejnych. Przyczyny są różne. Studiowałam fora internetowe, na których dziewczyny prostolinijnie podają powody. Niekiedy za tym jawnym, kryje się inny, którego nie są do końca świadome. Sama przeszłam pewną drogę, dorastając do podwójnego macierzyństwa.

Z forum internetowego:

Nie chcę mieć dziecka, ponieważ bardzo trudno o dobrego ojca.
Nie chcę dziecka, bo boję się, że jego ojciec odejdzie.

Wszystko „na próbę”

Definicja dojrzewania człowieka wydaje się zbieżna z definicją odpowiedzialności, jakkolwiek niemodne wydaje się to słowo. I tu pojawia się problem. Na odpowiedzialność składają się decyzje, których się boimy, do których stajemy się dziś coraz bardziej niezdolni. „Nie ma miłości bez decyzyjności”, chciałoby się powiedzieć. To pewne decyzje, ich odwaga, są milowymi kamieniami naszego rozwoju.

A decyzji boimy się poniekąd słusznie. Jak zauważa o. Jacques Philippe, każda z nich stanowi o utracie wielu możliwości. Zawęża dalszą drogę, pozbawiając wielobarwnego kalejdoskopu wyborów. Wybranie jednego kierunku edukacji/zawodu pozbawia nas wszystkich innych; wybranie jednego powołania – stratę innych; wybranie mężczyzny/ kobiety oznacza zrezygnowanie ze wszystkich innych. Decyzja o macierzyństwie to utrata znacznej dozy niezależności i swobody na rzecz miłości do dziecka. Ktoś kiedyś powiedział: „Gdziekolwiek pójdę, poniosę ze sobą twój pierwszy krzyk”. Ten krzyk wiąże rodzica na zawsze. Każdy życiowy wybór ma więc w sobie coś z tracenia. Stąd lęk. A z drugiej strony każdy taki wybór uruchamia utajone potencjały, obecne w nas siły i zaangażowania, które niesłychanie dynamizują nasz rozwój i nadają mu kierunek. Nagle wiem, kim jestem i czego chcę, jakim zadaniom błogosławi Bóg i czemu się poświęcam. To niezwykle upraszcza duchowe życie człowieka.

Zawód: mama

Trudny proces odpępowienia


Od 12 lat jesteśmy szczęśliwym małżeństwem. Skończyliśmy studia, zbudowaliśmy dom. Zamierzamy posadzić drzewo. Potem pojedziemy na weekend do znajomych do Londynu. Zabawimy się. Żyjemy spontanicznie, jak chcemy. Stać nas na to i nic ani nikt (czyt. dziecko) nie stoi nam na przeszkodzie. Nasi znajomi też mieli ideały. Po studiach mieliśmy wspólnie otworzyć klub. Niestety, prowadzenia klubu nie udało się pogodzić z wychowywaniem dzieci. Poszli do pracy w urzędach i firmach. (…) My nie poświęciliśmy naszych pasji, a przede wszystkim siebie człowiekowi, którym jest dziecko. Uważamy, że człowieka myślącego, wykształconego stać na wiele więcej niż uczenie pięciolatka alfabetu.
(„Wysokie obcasy” 2006, nr 34, list do redakcji)

Fałszywy model rodziny

W wielu przypadkach za lękiem przed rodzicielstwem stoi fałszywy, przytłaczający model rodziny. Słowa, które młodzi słyszą po ślubie: „No chłopie, teraz to już smycz!”, „Młodość za tobą, czas beztroski i swobody minął”, sugerują, jakoby wraz z zawarciem małżeństwa kończyła się era radości, pasji i wolności. A narodziny dziecka to już amen w pacierzu. Niestety, obserwuję, że szczególnie chrześcijanie podatni są na samowolne krzyżowanie się małżeństwem i wchodzenie w rolę np. matki Polki (cierpiętnicy). Gdy urodził się nasz syn, popadłam w podobne urojenie. Pamiętam własne spojrzenie utkwione w dal i nostalgiczną refleksję: „Teraz to już tylko krzyż, należy podjąć ciężar dorosłości i macierzyństwa. Wszystko inne za mną”.

Pan Bóg szczęśliwie skorygował chybioną wizję rodzinnego życia. Podsunął osoby, świadectwa i okoliczności, które pokazały mi jasno, że zamiast ochoczo zawisnąć na krzyżu i tam trwać, mam marzyć i mam nawet szalone marzenia realizować. Marzenia niedotyczące tylko małżeństwa i syna, ale mnie samej. Pamiętam moje zdziwienie, gdy znajomi pytali, czy byliśmy już z kilkutygodniowym synkiem w nowo otwartym aqua parku. „Przecież on za mały na pływanie…”. „Ale nie chodzi o niego, ale o ciebie i męża! Mały w foteliku na brzegu, a wy na zmianę w wodzie, heloł! Trzeba żyć!” – klarowali nam z uśmiechem. I z oseskiem zwieszonym w nosidle (ortopedycznym, bez obawy) wybraliśmy się zdobywać Tatry. Przykazanie „miłuj bliźniego jak siebie samego” jasno pokazuje, że miłość siebie jest warunkiem kochania innych. Gdy kobieta amputuje swoje własne życie i zaczyna żyć życiem rodziny, jej dzieciom grozi syndrom żelaznej pępowiny. Ona musi mieć własne, osobne życie, aby pozwolić na konieczne, uczuciowe oddalanie się dzieci. Dlatego uważam, że matki powinny pracować, studiować, jakkolwiek realizować się na „swoim” polu. Tymczasem na forach napotkałam sporo wypowiedzi kobiet, które nie chcą rodzić dzieci, ponieważ wówczas nie będą kontynuować pasji, ukochanej pracy, rozwoju naukowego. Bzdura. Miłość mamy sprawia, że dajemy siebie najpierw dzieciom i jest to priorytet, ale bynajmniej nie pozbawia nas to dotychczasowych ról. Jest pewien warunek – wyemancypowany mąż.

Podział ról w wielu naszych rodzinnych domach był klarownie patriarchalny: ojciec zarabia, matka rezygnuje z pracy i robi 100% reszty. Znam takie, w których do dziś kobiety starszego pokolenia nie pozwalają mężom i synom zrobić nawet herbaty, bo to rola kobiet. Taki obraz może paraliżować ambitne, poszukujące indywidualnego spełnienia dziewczyny, które się boją, że cały ciężar związany z prowadzeniem domu i opieką nad dziećmi spadnie na nie. Tymczasem mój mąż był tak wychowany, że nie ma dla niego prac „babskich”, ale jest po prostu praca, którą się dzieli, jeśli się kocha. W nocy zawsze wstawał do synka, by go przewinąć i podać mi go do piersi, bym nie musiała podnosić się z łóżka. Podczas zajęć w szkole rodzenia, w których niedawno uczestniczyliśmy, zauważyłam znamienny „znak czasu”: dla wszystkich przyszłych tatusiów to wstawanie było oczywiste!

Wizja rodziny jako instytucji generującej szare twarze państwa Kiepskich – męża z piwem przed telewizorem i zarobionej zrzędliwej małżonki – wpędza wiele kobiet w iluzoryczny i agresywny wyścig z mężczyznami. Czuwanie nad priorytetami, czyli strzeżenie własnej kobiecości i macierzyństwa, to nasza wewnętrzna praca. Umieć zrezygnować z takich obszarów zawodowych, które – pochłaniając nas i naszą uwagę – niezauważalnie zagrażają szczęściu naszych dzieci. Niekiedy kobieta świadomie rezygnuje z pracy, np. gdy czuje się powołana do tego, by mieć wiele dzieci. Ale powołanie to radość i szczęście, a nie martyrologia. Przypominają mi się przemyślenia Aurelii, dziewczynki z powieści Małgorzaty Musierowicz Opium w rosole: „Mamusia dużo pracuje. Szkoda. Inne mamusie nie pracują, są grube i wesołe, i mają połamane paznokcie. Na przykład mamusia Kopiec Arlety. U Kopiec Arlety zawsze jest bałagan i pranie wisi w kuchni pod sufitem. Dzieciaki wrzeszczą, a mamusia Kopiec Arlety gotuje im kapuśniak z kartoflami”.A i wtedy powinna mieć jakiś swój świat, swój margines, w którym może na czas jakiś się schronić i z którego może zaczerpnąć, by wrócić stęskniona i z czymś nowym, czym może się dzielić.

4

Dziecko wrogiem publicznym

Upowszechnienie antykoncepcji ma znaczny wpływ na społeczne postrzeganie poczęcia, ciąży i pojawiającego się dziecka jako ukrytego za życiowym horyzontem statku widma, przed którym należy się zabezpieczać.Już nie przede wszystkim cud, ale kłopot. Ciąża to dla wielu nie tyle błogosławieństwo, ile przekleństwo. Kampanie proaborcyjne („mój brzuch”) i niemal rutynowo dokonywane usuwanie dzieci upośledzonych przy okazji USG „genetycznego” w 12 tygodniu ciąży (sprawiające, że w Polsce dzieci z zespołem Downa rodzą się rzadko), także rzutuje na nastawienie do mającego się począć człowieka.

Gdy po latach związków „na próbę” udaje się nareszcie znaleźć miłość i „osiąść”, pojawia się lęk, czy nowy, mały człowiek jej nie zakłóci. Tymczasem, poznając męża jako ojca, żonę jako mamę, odkrywamy swoje głębsze ja, robimy następny krok ku poznaniu tajemnicy współmałżonka. Pojawienie się dziecka pogłębia przywiązanie małżonków. Już okres ciąży bardzo temu sprzyja, jest wiosną relacji. Łączy nas ten skarb, o którym na początku jeszcze świat nie wie; to tylko nasz skarb i cud, z nas utkany. Gdy dziecko rośnie, wspólna radość jeszcze bardziej spaja. Więcej dzieci, relacje się krzyżują, tętnią życiem, dzieci tworzą jedną wspólnotę, rodzice drugą; coraz więcej bogactwa, wzajemnej troski, śmiechu. Owszem, kryzys w związku pojawia się często po narodzeniu, gdy oboje rodzice bywają zmęczeni, czują się mniej ważni, konkurując z dzieckiem. Ale zwykle te sytuacje rozwiązuje dialog i kryzys przepracowany jeszcze wzmaga przywiązanie.

Warto spojrzeć na problem mentalności antykoncepcyjnej od strony duchowej. Kobieta, poprzez możliwość dawania życia, może w szczególny, intymny sposób współpracować z Bogiem. To dzięki jej otwartości Bóg może pozyskiwać dzieci – jeśli kobieta ich nie urodzi, Bóg nie będzie ich miał. Dlatego wydaje się, że zredukowanie chęci rodzenia przez kobietę jest szatańskim sposobem godzenia w Boży plan miłości. Dlatego właśnie nasza wielkoduszność jest tak ważna. To wstrząsające, w jakiej pokorze staje przed nami Stwórca, który jest niejako od nas zależny. Musimy bardzo uważać, by nie zapanować suwerennie nad naszą płodnością i nie przywłaszczyć jej jako tylko naszej własności, czy to przy użyciu metod naturalnych, czy antykoncepcji. Pan Bóg zaprasza nas do dialogu, do rozeznawania z Nim czasu poczęcia i akceptuje nie tylko nasze obawy finansowe, ale i brak gotowości psychologicznej. Jednak my musimy być w tym i bardzo szczere, i na naszą (indywidualną i nam tylko znaną) miarę wielkoduszne. Łatwo niezauważalnie zacząć kierować się ukrytą nieufnością wobec Jego opieki czy wygodą. Dlatego znam kobiety, które rezygnują ze wszelkich metod planowania, zdając się tylko na kreatywność Boga w tej kwestii (o ile nie ma poważnych przeszkód, takich jak przeciwwskazania zdrowotne).

Lęk przed zmianą ciała

Boimy się, że przez ciążę i poród zbrzydniemy. Przytyjemy. Nasze ciała zwiotczeją. Dostaniemy rozstępów i cellulitu. Nie wyjdziemy na plażę w bikini. Przestaniemy się podobać mężowi. Gdy przytyłam w ciąży już ponad wszelką miarę, a sąsiadki współczująco komentują spuchniętą twarz, powtarzam sobie i wiem, że w porównaniu ze skarbem, jaki noszę, nadwaga, która być może zostanie, to nic. Po pierwszej ciąży długo nie mogłam schudnąć i nie czułam się z tym dobrze. Antoś, nasz pierwszy syn, jeszcze tak mały, że słabo mówił, usiadł mi kiedyś na kolanach i delikatnie głaszcząc moją twarz obiema rączkami, jakby obrysowując każdy detal – oczy, usta, policzki – uśmiechnął się i powiedział: „Mama – piękna!”. „Przytyta”, nieodpowiadająca bynajmniej wymogom strony PrettyPeople.com, a jednak „piękna”. Kiedy indziej wtulił się w moje korpulentne ciało i szepnął zachwycony: „Mamo, jesteś taaaka miękka…”.

Ciała większości kobiet zmieniają się po ciąży i porodzie. Możliwe, że nie będą już tak szczupłe i jędrne jak wcześniej. Z drugiej strony bywają mamy, które z większym lub mniejszym trudem odzyskują sylwetkę. Oczywiście warto się o to postarać, i dla męża, i dla siebie, i dla zdrowia. Nie mogę się jednak powstrzymać i nie zapytać: „Ale i tak – na jak długo?”. Stosunek do naszego, zmieniającego się ciała odzwierciedla nasze życiowe wartości – co jest naszym szczęściem i sensem życia. Przepięknie pisała o tym na swoim blogu Kinga Wenklar: „Czy nie jest tak, że to właśnie młode ciała, młode spojrzenia są szalenie podobne do siebie, a tym samym monotonne i nudne? Czy to nie czas, nie doświadczenie, nie przekraczanie kolejnych etapów życia właśnie, przydaje im wyrazu, charakteru, bogactwa? Każdy kolejny krok postawiony na ścieżkach życia (miłość, małżeństwo, macierzyństwo, wdowieństwo, aż po bliskość własnej śmierci) może otwierać na życie i świat wypełniony ludźmi i tym, co niosą ze sobą – odwracać coraz bardziej twarzą w stronę świata. Uczyć spokojnej, zrównoważonej i mądrej bliskości ze światem. Wspominam twarze starych kobiet, ludowych śpiewaczek, poznanych w czasie moich wypraw. Prawie wszystkie są malutkie, kruche i pomarszczone, mają wielkie stopy i dłonie, otwarte i odważne serca, uśmiechnięte dla każdego twarze. Ich ciała wydały na świat po kilkoro dzieci, nie martwiąc się o rozstępy czy nadwagę. Nie ma w nich lęku – ani przed człowiekiem, ani przed życiem, ani przed śmiercią. Są mądre mądrością, na którą ja – przy nich młoda, nieopierzona siksa – długo jeszcze będę musiała pracować. Bogu dziękuję za to, że je spotkałam. Dzięki nim rozkochałamsię w byciu kobietą, w zużywaniu ciała i duszy na życie, bycie z ludźmi, pracę i rodzenie dzieci. (…) Ich wewnętrzne światło rozbłyska we mnie do dziś, gdy tylko ktoś próbuje mi powiedzieć, że życie jest felerne, bo stajemy się coraz starsi, słabsi i schorowani”.

Substytuty i konsumpcjonizm

Ostatnie z zasadniczych przyczyn, dla których trudno kobietom zdecydować się na dziecko, dopełniają obrazu tego zjawiska. Często, wobec obaw wymienianych powyżej, lokujemy macierzyńskie uczucia i poświęcenie w substytutach, które niestety absolutnie nie równają się z cudem, jakim jest narodzony człowiek. Piesek w ubranku to dość częsty zamiennik. I sprytnie zdoła oszukać hormonalno-instynktowny system kobiety, czego sama ostatnio doświadczyłam, w dość humorystyczny sposób. Wzięliśmy szczeniaka, którego jednak musieliśmy oddać z powodu alergii syna. Moje ciążowe hormony go absolutnie zaadoptowały i uczłowieczyły. Zapomniałam o dziecku pod sercem i całą miłość przelałam na psinę. Do tego stopnia, że jej oddanie przypłaciłam emocjonalnym wstrząsem. Dopiero wtedy otrzeźwiałam i uświadomiłam sobie, kto jest podmiotem mojej ciąży, a jednocześnie zrozumiałam pary, którym „adopcja” zwierzęcia zaspokaja biologiczną potrzebę rodzicielstwa. Substytuty bywają różnorakie; może to być także zaangażowanie zawodowe lub społeczne.

Z forum internetowego:

„Nie chcemy dziecka, bo boimy się, że nie zapewnimy mu wszystkiego, że mogłoby mu czegoś brakować”.

wm4r3fokdl2h

Patrzyłam dzisiaj na siebie twoimi oczyma

Po przeglądzie najczęstszych powodów niechęci do macierzyństwa, chciałabym napisać o najskuteczniejszym, według mnie, remedium. Aby zostać mamą, trzeba najpierw być żoną. Ta logiczna biologiczna kolejność przekłada się na zależność psychiczną. Tak przebiegają kolejne etapy naszego duchowego dojrzewania. Poczucie bycia kochaną żoną i ofiarna odpowiedź na tę miłość przygotowuje nas do daru z siebie dla dziecka. Patrzymy na siebie oczyma męża, w jego spojrzeniu odnajdujemy własne piękno i wartość, także zdolność do wymagających decyzji. A oprócz etapów, jest także zależność jakości. Dobrą mamą będę na tyle, na ile jestem najpierw dobrą żoną. A zasłyszana ostatnio przeze mnie definicja „dobrej żony” mówi, że to taka, która ma „dobrego męża”. Kochający i odważny, żyjący wartościami mąż jest antidotum na wszystkie powyżej opisane lęki. O „mężu wyemancypowanym”, który niweluje strach przed niesprawiedliwością w rodzinie i pozbawieniem kobiety prawa do marzeń, już pisałam.

Bo lęki te, związane także ze zmianą wyglądu ciała po ciąży, wyzierają z kobiecej niepewności. Gdy nie wie, czy ukochany przyjął ją taką, jaka jest, bezwzględnie i nieodwołalnie, decyzją woli (nie „na próbę”, lecz „na miłość”), czy przygarnął „na kredyt” wszystko, co ją stanowi i będzie stanowić w ciągu wszystkich wspólnych lat. Czy patrzy na nią czule nie dlatego, że ma seksowny biust, ale dlatego, że jest sobą, że jest jego, że jest. Czy może nareszcie się oprzeć, zaufać. Słynna holenderska położna Beatrij Smulders pisze o frapującym związku doświadczeń seksualnych z rodzeniem i nie chodzi tu tylko o ten oczywisty, którym jest dziecko. „Widzę bardzo wyraźny związek między tym, jakie kobieta ma doświadczenia ze swoją seksualnością, a tym, jak przebiega jej poród. Kobiety, których mężczyźni umieją się z nimi dobrze kochać, zazwyczaj lepiej przechodzą przez poród. Bardzo ważne są też, moim zdaniem, pierwsze doświadczenia seksualne. Ten słynny pierwszy raz. Według mnie niezwykle istotne jest, by to nie było przypadkowe doświadczenie, z byle kim i byle gdzie. Nie kieruję się tu przekonaniami religijnymi (bo nie jestem religijna), tylko głębokim przeświadczeniem, że kochając się z mężczyzną, kobieta ofiarowuje mu coś bardzo cennego, co łatwo uszkodzić”.

Nic nie jest tego warte

Śmieją się przyjaciele, że kobieta w dziewiątym miesiącu ciąży pisze tekst o niechęci do rodzenia dzieci. Ale i ja znam ten lęk, jak wspominałam na wstępie. Dotyczył nie pierwszego, lecz kolejnego dziecka. Różnica to aż siedem lat. Trudna sytuacja finansowa i doktorat, którego zrobienie było warunkiem mojego zatrudnienia, powstrzymywała nas przed powiększeniem rodziny przez kilka lat. A po naszym milczeniu, gdy my już byliśmy gotowi, zamilkł Stwórca. Okazało się, że poczęcie nie jest takie proste. Że aby zaistniał człowiek, wiele czynników musi zadziałać naraz – to kosmiczny cud. Nasz synek był więc jedynakiem i widziałam, że nie jest to dla niego najlepsze. Wtedy pojawił się smutek, że zwlekaliśmy tak długo, i zarazem odkrycie, że nic nie było tego warte. Cud, jakim jest mały człowiek i jego miłość, jest absolutnie nieporównywalny z czymkolwiek innym. Tyle, że kobieta sama musi to odkryć. Nikt nie ma prawa jej do tego nakłaniać.

Pamiętam pierwsze spojrzenie oczu noworodka, zwane „wdrukowaniem”. Dziecko wpatruje się w twarz i oczy matki przez długie minuty, by utrwalić jej wizerunek. Wtedy zawiązuje się ta nieprawdopodobna więź. Dziś Antoś mówi mi często: „Kocham cię, że aż nie umiem powiedzieć”. A ostatnio usiadł przy mnie i powiedział: „Mamo, gdy jestem z tobą, nic ci nie grozi. Nawet śmierć”.

Suplement: „Wyobraźnia miłosierdzia”

Każda z nas ma prawo do swoich lęków i obaw. Do słabości. Do swojego rytmu dojrzewania. Paradoksalnie najlepiej możemy pomóc kobiecie, akceptując jej lęk i słabość, a nie surowo oceniając czy ganiąc. Sporo jest takich postaw w naszym Kościele, także wobec różnych aspektów macierzyństwa. Z mniejszego dobra, z pewnej niedoskonałości, robi się zło i osacza kobietę. Przychodzi mi na myśl kilka kwestii, urastających do rangi moralnych katastrof, wpędzających kobiety w poczucie winy.

Kwestia liczby dzieci. Wara komukolwiek od oceniania gotowości i możliwości kobiety. Ona jest tajemnicą; nikt nie zna jej sytuacji, zwłaszcza wewnętrznej. Sama nasłuchałam się od znajomych wielu pobożnych kazań na ten temat. Dziś wiem, że wtedy nie byłam gotowa i Bóg to przyjął. On za nami nadąża, wyprowadza dobro nawet z naszej małoduszności, gdy Mu ufamy. Kiedy nie mogliśmy długo zajść w ciążę, żaliłam się przyjaciółce: „No widzisz, a teraz, przez nas, Antoś już nie będzie miał takiej relacji z rodzeństwem, jak z rówieśnikiem…”. A ona na to: „Takiej nie…”, po czym uśmiechnęła się i dodała: „Ale może głębszą?”. I wierzę, że tak „naprawczo” działa Pan Bóg, gdy Mu zawierzamy nawet nasze błędy. Kiedyś płakałam na modlitwie, zasmucona tym, że mój syn pozostanie jedynakiem: „Och, te wszystkie zagrożenia egoizmem, rozpieszczeniem i samotnością, gdy nas zabraknie”. Zresztą takie zatrważające prognozy słyszałam od zatroskanych znajomych… I naraz przyjrzałam się ikonie Świętej Rodziny, przed którą siedziałam. Zobaczyłam tam Rodziców i Jedynaka, który ostatecznie wyszedł na ludzi! Sam Pan Bóg mnie wtedy bardzo pocieszył.

Bracia chrześcijanie potrafią być wymagający czy napastliwi także w innych kwestiach. Bo czym innym jest pokazanie większego dobra z miłością i pozostawienie wyboru („Zrób, jak chcesz, w sumie nie ma to wielkiego znaczenia”), a czym innym krytyka pozostawiająca w poczuciu winy. Przykłady? „Nie karmisz piersią? Nie dałaś rady? Bzdura, że nie miałaś pokarmu. Teraz podajesz dziecku czystą chemię”. Albo kwestia znieczulenia okołoporodowego. Zwykle w Kościele traktowana jest jako wymysł szatański i oznaka matczynego egoizmu. Tymczasem odkryłam, że papież Pius XII już w 1956 roku uznał znieczulenie za istne błogosławieństwo dla rodzących!1Zapytałam o to wierzącego ginekologa. Jego odpowiedź mnie ujęła: „Przygotowując pacjentkę do porodu, jestem w stanie po wymianie paru zdań ocenić jej »próg bólowy«. Jeśli jest niski, sam informuję pacjentkę o możliwych metodach znieczulenia, którego jestem zwolennikiem (…). Problemem wówczas bywa słaba współpraca pacjentki w fazie skurczów partych, przez to poród często się przedłuża, dziecko nie toleruje dłuższych faz niedotlenienia i poród musi być zakończony operacyjnie (vacuum, cięcie)”. Czyli: znieczulenie może utrudnić poród, nie jest zatem optymalnym rozwiązaniem. Jednak dla niektórych kobiet bywa darem miłosierdzia. Przecież na forach są wypowiedzi kobiet, które naturalne rodzenie przeraża tak bardzo (np. po traumie pierwszego porodu), że rezygnują z kolejnych dzieci, lub decydują się na adopcję. Miłosierne jest przyjęcie miary drugiego człowieka i przygarnięcie jego słabości, gdy aktualnie nie stać go na wielkie dobro, a jedynie najlichsze.

1 Por. przemówienie Piusa XII z 8 stycznia 1956 roku na spotkaniu z lekarzami ginekologami. „L’Osservatore Romano” 9–10.01.1956.

  • MAŁGORZATA WAŁEJKO ur. 1977, żona i matka, teolog małżeństwa, dr nauk humanistycznych z zakresu pedagogiki, adiunkt w Instytucie Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Szczecińskiego, autorka wielu artykułów o tematyce teologicznej, filozoficznej i pedagogicznej, mieszka w Szczecinie.
Źródło: W drodze nr 5 (441) 2010

Przeczytaj także:

Dziecko nie może być w centrum

Dwugłos – „Jeśli nie staniecie się jako dzieci…”

Posted in Małżeństwo i rodzina, Religia | Leave a Comment »

Fundacja S.O.S. Obrony Poczętego Życia

Posted by tadeo w dniu 1 grudnia 2013

Bronimy życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Upowszechniamy wiedzę o małżeństwie, rodzinie i dzieciach. Organizujemy akcje, konferencje i spotkania o tematyce pro life!

Budujemy Centrum Pomocy Rodzinie im. bł. Jana Pawła II. Jego celem będzie kompleksowa materialna i psychologiczna pomoc rodzinie oraz matkom i dzieciom – ofiarom przemocy domowej.

Jeśli jesteś ofiarą przemocy domowej lub jej świadkiem poinformuj nas! Dysponujemy profesjonalnymi ośrodkami, które dają spokój, radość i pomagają wrócić do normalnego życia.APC - 2013.12.01 11.04 - 001.3d

http://fundacjasos.pl/

Przeczytaj także: Czym zawinił ruch pro-life?

Posted in Małżeństwo i rodzina | Leave a Comment »