WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Znalezione w sieci’ Category

Znalezione w sieci

Posted by tadeo w dniu 21 września 2017

„Niemcy to kraj podstępny od zarania dziejów knujący przeciwko Polsce i nic w tym temacie się nie zmieniło do dnia dzisiejszego . Dla swojego dobra sprzedadzą nas jak kilogram Cukru. Taki to dobrotliwy sąsiad. Odkąd powstało państwo Germańskie zaczęła się apokalipsa w Europie”.

https://wiadomosci.wp.pl/czy-niemcy-maja-prawo-krytykowac-polske-zobaczcie-co-sadza-polacy-mieszkajacy-za-granica-6168611701901441a

Reklamy

Posted in Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Anna Walentynowicz na niedzielę

Posted by tadeo w dniu 3 września 2017

 

Znalezione obrazy dla zapytania Anna Walentynowicz

Poznałem panią Anie Walentynowicz na przełomie 1980/ 81r.  w Gdańsku. Jako student łódzkiej filmówki, razem z kolegą, postanowiliśmy nakręcić film o pani Ani.  Już nie pamiętam, dlaczego miałby to być film o niej, a nie powiedzmy o Wałęsie. Tym bardziej,  że  Wałęsa był już  wtedy postacią heroiczna.  Pomnikową,  ale  mimo wszystko , pani Ania była jakoś tak bardziej ludzka. A także dostępna, prywatnie dostępna, a to ważne, gdy chce się zrobić dokument,  nie tyle polityczny co osobisty.  Pani Ania i Wałęsa byli prostymi robotnikami,  i właśnie to było w tej sytuacji niesamowite.  Tak naprawdę, był to pierwszy wielki bunt antysystemowy, kierowy przez konkretnych robotników. Znanych z  imienia i nazwiska.  Co prawda w roku 1956, autorytet  wśród robotnik zyskał Gożdzik z Żerania, ale mimo wszystko nie miało to takiej wagi, jak w latach 80-tych. Tak mi się przynajmniej wydaje. W tamtych czasach,  gdzie klasą przewodnią  była klasa robotnicza, fakt, że na  Polskę Ludową podnieśli rękę robotnicy, był elementem znaczącym.  Może nawet rozstrzygającym. Nie KOR, nie inteligencja warszawska, ale właśnie bunt robotnika był punktem zwrotnym tamtych czasów.

Napisałem, że pani Ania była prostym robotnikiem, ale to nie prawda,      pani Ania była suwnicową.  W wielkiej hali stoczni, i jeżeli ktoś myśli,  że obsługiwanie takiej suwnicy to kaszka z mlekiem, to jest w błędzie.  Pani Ania rozpoczęła prace w latach pięćdziesiątych, w Stoczni Gdańskiej, na stanowisku spawacza.  Nie była to praca łatwa, a wręcz piekielnie trudna, szczególnie dla kobiety.  Trzeba była zimą, a latem, w upale, przez kilka godzin leżeć miedzy poszyciami statku i tam spawać.  O pani Ani pisały wtedy gazety, jako o przodowniku pracy.  Jej zdjęcie wisiało w zakładowej gablotce.  Nie była może tak rozpoznawalna, jak powiedzmy – Pstrowski, ale swoją normę 270% wyrabiała,  ku chwale Ludowej ojczyzny. Należała także do ZMP.  Czyli takiego polskiego Komsomołu. Wysłano ją w nagrodę na zlot do Berlina, ostrzegając, że będą do niej podchodzili imperialiści.  Więc  powinna chodzić  w  grupie,  nigdy sama.  Pani  Ania starała się w chodzić w grupie i jak najmniej rozmawiać z imperialistami, ale mimo  wszystko z panią Anią były same problemy. Miał także  problemy dyrektor Stoczni  i  musiał panie  Anie wyrzucić  ze stoczni. Miał Wałęsa, więc szkodził jej jak tylko mógł. Nawet po śmierci, nie leżała spokojniutko w grobie, w jakim powinna leżeć.  Bo ktoś  w Moskwie pomylił trumny.               A w   jej ciele znaleziono nity Tu-154,  co prowokuje do kolejnych pytań.   Ale tak to już  jest z pewnymi ludźmi.  Za życia i po śmierci. Same problemy.

Pani Ania miała małe mieszkanko. Może nie na Mariensztacie, tak                jak o tym śpiewali w piosence, ale na ulicy Grunwaldzkiej.  W Gdańsku – Wrzeszcz.  Miała malutki pokój z kuchnią. Może 50 m2, nie więcej. Pamiętam, że na ścianie wisiało coś w rodzaju tableau, w fornirowanej gablocie z szybą.  Miała tam zgromadzone pamiątkowe zdjęcia, jakieś przedmioty, sentymentalne bibeloty. Były tam także zdjęcia zmarłego męża.  Chciałem coś więcej dowiedzieć się o jej mężu – Kaziu., ale pani  Ania nie była zbyt wylewna w tej sprawie.  Nie chciała opowiadać o swoim prywatnym życiu, o bardzo trudnym dzieciństwie na Wołyniu, to  zbyt ją  bolało, a ja nie naciskałem. Zresztą,  to były  wtedy takie czasy, że nie liczyły się sprawy prywatne a  Solidarność.  I  to, że kobieta ma dziecko z jednym mężczyzną, a  wychodzi  za mąż  za innego, to naprawdę sprawa drugorzędna.  A może nie,  właśnie pierwszorzędna, ale ja  nie dopytałem, Może  to i  lepiej. Pewne sprawy lepiej  zostawić  ledwie co zarysowane.

 

W kuchni jak to w kuchni, jakaś malutka lodóweczka, stolik nakryty ceratą, tandetną, ale wtedy ludzie tak mieli. Taką ceratę naciągano na stół, podwijano pod blat stołu i wciskano pineski. Tylko tyle.  Z tym, że na tym       „ stoliczku nakryj się” leżały dwa worki z listami. Bo już wtedy było tak, że pani Ania dostawała listy z całego świata.  Prosiła nas abyśmy jej tłumaczyli te listy, nam to kiepsko wychodziło, bo kartki i listy były dosłownie z całego świata. Wiec tylko wymienialiśmy kraje adresatów – Belgia. Francja.  Argentyna.  Australia, a pani Ania kiwała głową jakby była nauczycielką geografii, a my jej uczniakami.  Już wtedy pani Ania była znana na całym świecie, na równi z Wałęsą. Tylko potem, jakoś tak się porobiło, że o pani Ani świat zapomniał, a o Wałęsie nie.  Co prawa  pani Ania była wykształconą suwnicową, a Wałęsa  tylko zwykłym ładowaczem akumulatorów, a jednak to on, stał się przywódcą Solidarności, a nie pani Ania.  Co prawda przez jakiś czas mówiono o niej – matka Solidarności – ale nie minęło kilka lat, i o matce zapomniano.

W łazience pani Ani leżała maszynka do golenia. Zdziwiłem się, ponieważ pani Ania mieszkała sama, ale co się okazało? Tą maszynkę zostawił Kuroń, kiedy przyjeżdżał do stoczni, i u pani Ani może waletował, a może tylko tu się golił. W każdym razie, zapytałem się, czy mogę ogolić się tą maszynką Kuronia.  Ponieważ chciałbym otrzeć się o historie.  Pani Ania zgodziła się z pobłażliwym uśmieszkiem, a ja  goląc się zaciąłem policzek.  Do krwi.  Do jednej  kropli krwi. Ale może tak mi się teraz wydaje. Nad interpretuje. Dodaje. Moją krew do innej krwi. Nawet w ten dziecinny sposób. Ta maszynka jednak  jest ważna, nie jako gadżet.  ale dowód na grę polityczną, jaka wtedy się toczyła, lecz ja – wtedy – absolutnie nie zdawałem sobie z tego sprawy.. Chciałem mieć wypowiedzi pani Ani, tak zwane setki, naturalne, i najlepiej gdyby pani Ania, przed kamerą, miała łzy w oczach. Patrzyłem się na świat bardziej emocjonalnie, powierzchownie, nie rozumiałem wielkiej polityki.  Lecz co tu dużo mówić, nawet dziś, mało co z tego świata rozumiem.

Chociaż dziś  już raczej wiadomo, że za kulisami strajków w Stoczni Gdańskiej stały jakieś siły, które nawet dziś trudno zdefiniować.  Prawdopodobnie komuś zależało na strajku w okresie letnim. Tylko socjalnym. Kiełbasianym.  Sterowalnym.   Ale niestety, historia ma swoja własną dynamikę.  Często wybuchową.  I ogień i dym nie leci tam, gdzie sobie wyobrażają  podpalacze historii.  Panią Anie najpierw wyrzucono z pracy, potem przywrócono, a potem jeszcze raz wyrzucono, jakby chciano, aby w jej obronie zastrajkowali robotnicy. Członkowie WZZ, czyli Wolnych Związków Zawodowych, do których należał Gwiazda i jego żona, a także pani Ania, wstrzymywali się przed strajkiem. Borusewicz, natomiast parł do strajku.  I to w jak najszybszym terminie.  I tak oto zaczyna się 14 sierpnia 1980 rok.  Miało być więcej kiełbasy, tylko kiełbasy, a okazało się, że wprosiliśmy się na  wystawny solidarnościowy  obiad. Pytanie tylko czy dla każdego?

Wracając do pani Ani. Mojej ukochanej  Proletariuszki.  Schlondorff robiąc między innymi o niej  film pt. „ Strajk” ‘ ukazał ją, jako  analfabetkę, w rzeczywistości  ukończyła  4 klasy, a w papierach miała ukończoną podstawówkę,  bo inaczej nie zapisałaby się na kurs spawacza.  A może mimo wszystko, na ten kurs by ją przyjęli, sam nie wiem. Może pani Ania nieco „ podrasowałą” swoje wykształcenie, bo przecież lepiej ukończyć         7 klas niż 4 klasy. To oczywiste, ale to, co pani Ania miała, czego nie można nauczyć się w najmądrzejszej szkole świata, to dziwna, a raczej trudna osobowość . Która – przyznaje – nieco mnie drażniła. Dziś byśmy uczenie powiedzieli o niej – była nonkonformistką.  To fajnie tak się pisze. Czy opisuje ten typ osobowości w podręcznikach  dla  psychologów, ale w rzeczywistości, taka osoba drażni, wkurza, bo, gdy my chcemy osiąść na laurach,  a przynajmniej posłuchać przeboju „ słodkiego miłego życia” to taka osoba wciąż marudzi, narzeka, czegoś w życiu chce.  A taką osobą była pani Ania. Gdy ludzie na wybrzeżu powoli zapominali o robotnikach poległych na wybrzeżu, w latach -70.   Pani Ania suwnicowa o wykształceniu pod podstawowym, a raczej  ponad  podstawowym, konstruowała własne znicze  i woziła na groby zabitych stoczniowców.          I robiła to sama z siebie. Z potrzeby jakiej jej  podpowiadało serce. Napisałem „ konstruowała’  a to dlatego, że te znicze robiła sposobem domowym, może nawet na tej tandetnej ceratce. Topiła parafinę, wlewała do pojemniczków. Tylko nie wiem, dlatego?  Pewnie te znicze były zbyt drogie?  Nie pamiętam … w każdym razie, kiedy SB- ecja złapała panią Anie z kilkoma metrami knota, to zaraz odwieziono ją na komendę.  Za tego knota.  Za te kilka metrów, a raczej metr czy dwa, bo ile potrzeba knota,     aby „ skonstruować” 100 zniczy.  Dziś, gdy słyszę wypowiedzi „ obrońców demokracji” a na dodatek tych starych, zasłużonych dla PRLu „ obrońców demokracji”, że dzisiejsza władza, to faszystowska władza, a także tych młodych ludzi krzyczących, „ precz z dyktaturą” ,  to natychmiast przypomina mi się ten knot.  Te metr czy dwa.  Ta suka ubecka i pani Ania   w celi za knota.

Knot, ciekawe słowo, ma też swoje synonimy.  Knot, to też brzdąc, gówniarz, dzieciak. Dzieciak – knot.  Takim knotem, wtedy ja byłem. Pierwsze kroki w życiu politycznym.  Coś z tego rozumiałem, a jeszcze więcej nie rozumiałem.  Otarłem się, a może tylko skaleczyłem…

Ta jedna kropla krwi. I  światełko z tego znicza. Coś  oświetla, w półmroku snują się jakieś cienie, ale zaraz także ich nie będzie.

https://www.salon24.pl/u/24-24/806233,anna-walentynowicz-na-niedziele,2

Posted in SYLWETKI, Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Fenomenalny polski jasnowidz

Posted by tadeo w dniu 3 września 2017

Znalezione obrazy dla zapytania Stefan Ossowiecki

Do mojej redakcji, w której pracowałem w Polsce, przychodził pan Jerzy Jacyna, fascynujący, kulturalny człowiek. Kiedyś mój przyjaciel, zastępca redaktora naczelnego, twórca głośnych książek “S-F”, popularyzator wiedzy, prezes Polskiego Towarzystwa Parapsychologicznego, Krzysztof Boruń, oznajmił mi, że udało mu się skłonić – nie bez pewnych oporów zresztą – pana Jacynę, żeby opublikował swoje wspomnienia o bliskim kuzynie, inżynierze Stefanie Ossowieckim, głośnym jasnowidzu w okresie istnienia Polski międzywojennej. “Ależ to będzie typowy samograj i podniesie nam nakład o kilkadziesiąt tysięcy, jeśli cenzura pozwoli” – piał z zachwytu. Cenzura jednak była “twarda” i nie pozwoliła. Ale ludzie i tak kserowali ostatnie strony naszego tygodnika, dzięki czemu znowu powróciła w glorii postać wyjątkowego człowieka, który tak dużo wiedział o przyszłości.

Każdego tygodnia, w piątek, pan Jacyna przynosił nam kolejny odcinek swej opowieści o sławnym w całej Europie kuzynie, dzięki czemu byliśmy pierwszymi odbiorcami i entuzjastami jego wspomnień o polskim jasnowidzu. Aż po półtora roku, w pewien pochmurny, późnojesienny piątek, pan Jacyna oznajmił nam z powagą i napięciem w głosie, że przyniósł już ostatni odcinek, gdyż teraz sporządza… testament!

Zaczęliśmy z niedowierzaniem gorąco zaprzeczać temu oświadczeniu, a on na to: Nie zmyślam nic, wiem wszystko od Stefka! Otóż kiedyś powiedział mi, że znajdę się w “smudze cienia”, kiedy zacznę spisywań wspomnienia o nim i radzi mi się przygotować, bo od chwili napisania ostatniego odcinka pozostanie mi jeszcze tylko tydzień życia”.

No i co powiecie? Okazało się, że w następny tydzień, na przejściu dla pieszych, pan Jacyna został potrącony przez ciężarówkę i umarł w karetce pogotowia w drodze do szpitala na Solcu.

I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?
Twierdzę, a mój sąd nie jest pozbawiony racjonalnego podejścia, że tzw. umiejętności i predyspozycje są w cywilizacji ludzkiej rozdawane nierównomiernie i ciągle “falują”. Raz można je znaleźć w danej epoce przydzielone prawie “na pęczki”, innym razem – mizerota, błoga intelektualna sytość i średnia pełzająca tuż przy ziemi; po poprzedniej epoce erupcji talentów ludzkich – posucha, pełny zastój i stagnacja umysłowa.

Taka też jest sytuacja w parapsychologii i jej zasadniczej części – prekognicji, czyli odczytywaniu przyszłości i niezwykle trafnymi i bardzo czytelnymi odniesieniami, które dopiero “rozumie” ludzkość, kiedy te wydarzenia spełnią się co do joty w bliższej czy dalszej przyszłości. Ludzie “jutra” zastanawiają się wówczas nad tym, skąd ci z “wczoraj” wiedzieli o tym, co dopiero miało się spełnić. Zwykle ten stan zwie się syndromem Juliusza Verne’a, jednego z wielkich twórców, wówczas kiedy je pisał – “powieści fantastycznych” – które wkrótce znajdowały swe odniesienia w realnym świecie przyszłości.

Kiedyś prof. Kazimierz Manczarski, znakomity psycholog polski, udzielając mi wywiadu, stwierdził, iż tylko 20 proc. badanych przez niego przypadków jasnowidzenia daje się klasyfikować jako prawdziwe jasnowidzenie, tzn. “proroctwo z przeszłości” potwierdzone w teraźniejszości, a na moje pytanie, czy fenomen jasnowidzenia istnieje, odpowiedział: “Tak, oczywiście, że istnieje! Na razie jednak nie daje się go sklasyfikować naukowo ani zmierzyć i zważyć empirycznie. Tu na nic zda się mędrca szkiełko i rozum, bowiem wkraczamy w nieznane rewiry ludzkich możliwości. I może raczej pomoże człowiekowi kabała, czy inny katalizator czytania jak z otwartej księgi przyszłości w dniu dzisiejszym”.

Czemu akurat ci, a nie inni mają niesamowite wręcz możliwości trafnego odczytywania nie tylko indywidualnych losów, ale też losów całych narodów, ba, nawet całej ludzkości? Czyżby było to czytanie z “czasów równoległych” lub ich “zapętlenia”? Czyżby dostatecznie jasne widzenie “niewidocznych” dla przeciętnego człowieka związków przyczynowo-skutkowych panujących w świecie, możliwość przeprowadzenia trafnej analizy wydarzeń. Może tak, a może jeszcze inaczej.

Jedno jest pewne. W czasach historycznych “przesileń”, gdy nadchodzi nowa jakościowo epoka, rewolucja naukowo-techniczna i powstają całkowicie różne od powszechnie obowiązujących trendy w kulturze, w obyczajach lub w życiu moralno-etycznym, nie mówiąc już o samej polityce, którą św. Augustyn nazwał wielką ladacznicą, rodzą się na owej “stycznej” obu epok – odchodzącej i przychodzącej – geniusze nauki, wynalazcy, mistrzowie pióra i pędzla, odkrywcy, słowem: ludzie niepowszedni. Rodzą się także ci, którzy “wiedzą wszystko”, prawidłowo odczytując odległą, a już przez to samo niejasną przyszłość. Jeden ze znakomitych pisarzy francuskich, Andre Gide, stwierdził krótko: “Przyszłości nie można zaplanować’’. No dobrze, a co sądzić trzeba o jej odczytaniu? Inaczej mówiąc: jak tu nie wierzyć Nostradamusowi, skoro tyle jego proroctw spełniło się dokładnie. Jak tu nie wierzyć w trafne odczytywanie przeznaczenia, skoro mamy i inne przykłady owej “siły ducha” potrafiącej przeniknąć zasłonę czasu i dostrzec to, co dopiero ma się wydarzyć

Do dzisiaj nie wiadomo,jak oni to robili
W poprzednich artykułach o Nostradamusie i Edgarze Cayce, dwóch uznanych jasnowidzach rozmaitych czasów, publikowanych w “Dzienniku Związkowym” stwierdziłem, że – doskonale zorientowani w swoich możliwościach parapsychologicznych, w diagnozowaniu chorób i stawianiu dość odległych hipotez naukowych, czy w przewidywaniu wydarzeń, które dopiero nastąpić miały – podnosili, że dysponują darem Bożym, który i dla nich nie jest dostatecznie jasny. Po prostu – mają go i pragną wykorzystać dla dobra ludzi, a nie dla własnych korzyści. Nieprzypadkowo mówiłem też powyżej o osobliwej wręcz zbieżności pojawienia się jasnowidzów z okresu przełomów epok. Teraz dodam, że istniała również zbieżność ich biografii. Sam zostałem tym faktem zadziwiony i – przypuszczam – że to samo spotka zapewne wielu moich czytelników.

W Europie niekwestionowanym ‘‘prorokiem i wieszczem” na przełomie wieku XIX i XX był nasz rodak, inżynier Stefan Ossowiecki. Urodził się on w 1887 roku, a został zamordowany przez hitlerowców w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego, prawdopodobnie 5 albo 6 sierpnia 1944 roku, jak powszechnie sądzi się, gdyż nie chciał zdradzić im tajemnicy zakończenia II wojny światowej (w tym celu został zaaresztowany przez gestapo pod koniec lutego tego roku i przetrzymywany w słynnej jego katowni przy Alei Róż w Warszawie).

Zaś Edgar Cayce, Amerykanin, o którym pisałem chyba w marcu ub. r. urodził się w 1887 roku, a zmarł w 1945 roku. Cóż za nieprawdopodobna zbieżność dat. Ale wzmacnia ją jeszcze wypowiedź Cayce’a odnotowana w jego sławnych “readings”, z której wynika jasno, iż wiedział wszystko o swoim polskim “konkurencie”, nazywając go nawet “duchowym bliźniakiem”. W każdym razie wiedział, że data ich śmierci pokryje się ze sobą wzajemnie: “Pana Ossowieckiego przeżyję o kilka miesięcy. Wkrótce po jego śmierci, okrutnej śmierci poniesionej z rąk gestapowskich siepaczy, bo będzie torturowany podczas śledztwa na Gestapo, o czym wie i z czym godzi się, i ja umrę, o stokroć lżej niż mój duchowy przyjaciel, w kilka miesięcy po nim”.

No bo i niby skąd miał wiedzieć, sławny i uznany, jasnowidz z Virginia Beach o swoim europejskim koledze? Pytanie pozostawiam bez odpowiedzi, gdyż po prostu nie mieści się ono w “racjonalnej głowie”. I to od czasów, kiedy ujrzałem akurat ten readings, jako nieopracowany jeszcze (zatem i nie skomentowany) “odczyt” ostatnich snów amerykańskiego ezoteryka z roku 1944 (okres czerwiec-lipiec), na krótko przed śmiercią Ossowieckiego. By zrozumieć sytuację: okupowana Polska odcięta była od wolnego świata kordonem wojsk niemieckich i hitlerowskiego Gestapo, który uszczelnił się jeszcze bardziej po wybuchu Powstania Warszawskiego. Żadna zatem informacja na temat losów jakiegoś tam inżyniera Stefana Ossowieckiego, a cóż dopiero mówić – na temat wielu tysięcy, ba, milionów obywateli polskich, nie mogła przedostać się na Zachód tak szybko, jak byśmy sobie tego życzyli. Tymczasem Cayce wiedział wcześniej.

Chyba zatem chodziło o inną formę przekazu niż przy pomocy fali radiowej, formę telepatyczną lub działającą na zasadach duchowej penetracji obszarów czasu przyszłego, czyli tego, co dopiero zdarzyć się musiało i odczytane zostało prekognicyjnie. Przez coś, co zapisane było w Księdze Przeznaczenia. Bez udziału umysłu, woli, pamięci czy doświadczenia.

W każdym razie wiedziałem już o tym w roku 1987, kiedy to w Instytucie Badań Parapsychologicznych im. Edgara Cayce jeden z oprowadzających mnie pracowników zagadnął, czy wiem cokolwiek o polskim jasnowidzu, inżynierze Ossowieckim. Wiedziałem akurat sporo, a wiedzę swoją czerpałem właśnie ze wspomnień pana Jacyny i z opublikowanej akurat książki Krzysztofa Borunia i Katarzyny Boruń-Jagodzińskiej: “Ossowiecki – zagadki jasnowidzenia”. Na takie dictum pokazano mi owe “readings” Cayce’a związane ze Stefanem Ossowieckim, a ja z kolei przekazałem telefon i adres Krzysztofa Borunia. Najprawdopodobniej nawiązano z nim kontakt, bo wspominał mi o tym przy naszym kolejnym spotkaniu, ale czy ten kontakt z Instytutem rozwinął się szerzej – po prostu nie wiem.

Tak czy inaczej, obaj uznani jasnowidze stosowali nieco inne metody “wglądu” w przeszłość i przyszłość. Edgar Cayce, o czym napisałem już w artykule poświęconym jemu, swe przepowiednie wygłaszał we śnie sonambulicznym i odpowiadał tylko na zadane mu pytania, będąc jakby mimowolnym obserwatorem postawionego przed nim problemu, co spowodowało, iż powszechnie nazywano go “śpiącym prorokiem”. Dodatkowo, nad czym prowadzone są obszerne badania, w zgoła inny sposób formułował swe sądy i prognozy niż jego codzienna ‘‘prosta” rozmowa na jawie (czemu się dziwić nie można, gdyż swoją edukację ukończył na poziomie szkoły średniej i nie mógł uzupełnić swojej wiedzy ogólnej – specjalistycznym językiem technicznym czy lekarskim, a jednak w ten sposób się wypowiadał, zadziwiając np. słownictwem sejsmologicznym czy symbolami chemicznymi). Pytany wielokrotnie o te czy inne dziedziny wiedzy ludzkiej, zawsze znajdywał właściwe i pełne odpowiedzi, zupełnie tak, jakby coś lub ktoś “podpowiadał” mu we śnie, co takiego ma odpowiedzieć pytającemu. Zupełnie inaczej rzecz miała się ze Stefanem Ossowieckim. On nie musiał “śnić”, żeby krystalizować swe sądy czy prognozy.

Uczeń szamana
Stefan Ossowiecki urodził się w dobrze sytuowanej rodzinie polskiego przemysłowca osiadłego w Rosji i prowadzącego swe interesy zarówno w Rosji, jak i na obszarze zaborowym – w b. Królestwie Polskim i w b. Księstwie Poznańskim (Cesarstwo Rosyjskie i Niemieckie). Pozycja zawodowa i finansowa ojca umożliwiła Stefanowi ukończenie Szkoły Inżynierskiej w Petersburgu i Instytutu Technologii we Frankfurcie nad Menem. Po śmierci ojca, już w okresie trwania I wojny światowej, objął po nim fabrykę, zyskując zamówienia rządowe ponowione natychmiast po rewolucji lutowej, potwierdzone przez rząd Kiereńskiego. W tym krótkim przecież okresie czasu zdołał ugruntować nie tylko pozycję towarzyską w Moskwie i Petersburgu, ale również posiadał dostęp do wszystkich źródeł wiedzy i nauki.

Niestety, nadeszła rewolucja październikowa, która “zmiotła” ledwie rodzącą się burżuazyjną republikę. Komuniści zaprowadzili nowe “porządki” w imieniu ludu. Padł ich ofiarą również “pomieszczik”, fabrykant i właściciel, któremu skonfiskowano majątek z dnia na dzień, Stefan Ossowiecki, którego następnie osadzili w areszcie i w długoletnim więzieniu za to, że wyzyskiwał naród rosyjski i następnie… deportowali do Polski jako “wroga ludu” (wówczas władzom sowieckiej Rosji zależało na opinii w świecie i przedstawianiu się jako władza bardziej “ludzka”, niż w kapitalistycznych republikach demokratycznych, bo później, prąc na zachód, “zapomniała” o swoich zobowiązaniach).

Ossowiecki wygnany więc z Rosji, z jedną walizką w ręku, znalazł się w Polsce. Na szczęście tutaj znajdowała się filia jego fabryki, a zdolny, prężny i z kontaktami (zwłaszcza w Niemczech) przemysłowiec wkrótce odbudował swą pozycję. Ale przede wszystkim dlatego, że ludzie zaczęli mówić o nim z pewnego rodzaju uwielbieniem, graniczącym z postrachem. Ossowiecki okazał się być jasnowidzem.

Nieprzypadkowo porównałem dwóch najsławniejszych jasnowidzów naszej epoki: Edgara Cayce i Stefana Ossowieckiego. Urodzili się tego samego roku i zmarli w niemalże tym samym czasie – u końca II wojny światowej, kiedy świat oddychał wprawdzie powiewami wolności, ale jeszcze z trudem, stłamaszony i zeszpecony wojną, w jaką wepchnął go brunatny, czarny i czerwony faszyzm. Stefan Ossowiecki był jedną z ofiar tego powszechnego starcia, Edgar Cayce – sławny w całej Ameryce – łożył, w miarę sił i możliwości, dość zresztą szczupłych, na potrzeby obronne kraju, spotykał się podobno z prezydentem Rooseveltem, prorokując, że wojna skończy się pogromem Niemiec i Japonii. Obaj nienawidzili wojny. Byli ludźmi dobrymi i pogodnego serca. Obaj pomagali ludziom, nie żądając krociowych honorariów…

Wielka sława inżyniera Ossowieckiego rosła z dnia na dzień, zwłaszcza wtedy, gdy kilkakrotnie jego eksperymenty parapsychologiczne kończyły się sukcesami na oczach obserwatorów. Coraz chętniej widziano go na “salonach” wierzchołka warszawskich elit. Również dlatego, że był czarującym i zabawnym kompanem, a przy tym, nakłaniany przez kręgi nowych przyjaciół, potrafił czynić ich doznania zajmującymi i pouczającymi.

W Rosji przedrewolucyjnej Stefan wiódł życie raczej typowe dla przedstawicieli swojej klasy: najpierw surowy rygor szkolny, później Korpus Kadetów, studia inżynierskie w Petersburgu i we Frankfurcie nad Menem, na koniec praktyka w zakładach chemicznych ojca, Jana, a po jego śmierci objęcie kierownictwa tychże w 1915 roku. I wszystko byłoby zwyczajne i naturalne, aż do rewolucji październikowej, nawet to co nazywało się losem “pomieszczików” w Rosji sowieckiej, gdyby nie to, że pierwsze objawy paranormalnych zdolności, przede wszystkim telekinezę, odkrył Ossowiecki u siebie podczas pobytu w Korpusie Kadetów. Najprawdopodobniej na tym by się skończyło, czyli na etapie “sztuczek”, gdyby nie przypadkowe spotkanie z jasnowidzem z Homla, Wróblem, żydowskim cadykiem.

Niestety, nie ma ani o tym człowieku, ani też o jego wpływie na Ossowieckiego żadnych danych biograficznych. Nawet pan Jacyna, bliski przecież kuzyn Ossowieckiego, miał tylko jakieś nieskładane strzępki, urywki relacji pochodzące od samego stefana. Twierdził, że ów Wróbel miał “wielki” wpływ na jego kuzyna i praktycznie nauczył go wielu ćwiczeń duchowego dojrzewania, relaksacji i koncentracji. Jest jeszcze coś, co powiedział mu sam Ossowiecki: otóż Wróbel nosił oficjalny tytuł cadyka żydowskiej gminy, czyli mędrca i proroka, na co wśród Żydów trzeba było sobie zasłużyć. “O wiele łatwiej zostać rabbim, niż cadykiem, a przecież nie był to zwyczajny cadyk, lecz – podróżując do krajów Dalekiego wschodu – miał kontakty z tybetańskimi lamami i z całą pewnością odebrał tytuł wtajemniczonego w Lhose w Tybecie”. część swej wiedzy przekazał Ossowieckiemu, który ją szybko przyswoił, a nawet wzbogacił o nieznane nawet Wróblowi ćwiczenia ducha, umysłu i ciała. Nie jest wykluczone, że jego wielki hart i odporność na niepowodzenia życiowe, których kwintensencją były prześladowania komunistów zawdzięcza doświadczeniom wyniesionym z sowieckiego więzienia i zesłania na przymusowe roboty, z których dopiero wybronił go fakt, iż nie był obywatelem rosyjskim. Wróbel najprawdopodobniej zginął w pożodze wojny domowej, zadenuncjowany przez “rewolucyjnych pobratymców”, tym razem występujących jako czekiści.
Tak czy inaczej, Ossowiecki – jak już powyżej powiedziałem – zrobił szybką i olśniewającą karierę w Polsce, działając nie tylko w przemyśle i handlu, ale obok tego zdobywając olbrzymie wzięcie i wpływy dzięki swym umiejętnościom jasnowidza.

Był powszechnie uznawany za fenomena, którego uzdolnienia były wielokrotnie badane (tak jak i uzdolnienia Cayce’a) przez całe rzesze uczonych nie tylko polskich, lecz i z całej Europy. Eksperymentowano przy jego współudziale i prowadzono liczne doświadczenia, które jedynie potwierdzały jego talenty i predyspozycje psychiczne. Niektóre z nich nawet jeszcze ujawniały jego nieograniczone możliwości paranormalne, których jednak – jak się zdaje – nie rozwijał systematycznie, np. czytania listów w zamkniętych kopertach, czy telekinezy, uważając je jedynie za “zabawę towarzyską”. Był przy tym niezwykle zadowolony, jeśli mu coś “nie wyszło”, gdyż mawiał, że “czuje się wreszcie jak przeciętny człowiek, a nie jak kukła do pokazywania gawiedzi”. Niestety, mylił się bardzo rzadko, co zjednywało mu szacunek i lęk prawie zabobonny.

Dość powiedzieć, że w tzw. algebrze zdarzeń odczyt przyszłości w granicach 35-40 jej spełnienia uznawany jest za bardzo dobrą prognozę. Tymczasem Ossowiecki mylił się tylko w 1/4 przypadków, a jakby “zniechęcony” do przyszłości i wydarzeń, które miały dopiero nastąpić, raczej nie odpowiadał na nękające go pytania: “Mistrzu, czego mamy oczekiwać jutro i pojutrze?” Wolał odtwarzać wydarzenia z przeszłości np. będące wówczas na ustach wszystkich odkrycia i wykopaliska z nadgoplańskiego Biskupina, które nazywał “życiem codziennym prastarych Słowian”, albo sceny z życia Mikołaja Kopernika. Mówił zresztą fascynująco, plastycznie i ciekawie, ale słuchający go byli raczej zawiedzeni jego opowieściami, bo przecież – co zrozumiałe – interesowała ich przyszłość, a nie archeologiczna przeszłość!

Prawdę powiedziawszy, prognozy Ossowieckiego były “bez pudła”, a niektóre z nich tylko nabierają rumieńców w dzisiejszych czasach. Przepowiedział on nie tylko zmierzch doktryn totalitarnych: faszyzmu i komunizmu, lecz także określoną globalizację Europy i świata, upadek ery ideologii, rozwój technik manipulacji człowiekiem, a jednocześnie ostateczny triumf Ducha i Samoświadomości cywilizacji ludzkiej. Będzie to, jego zdaniem, nowa era, która przyniesie wreszcie pokój ogólnoświatowy i eksplorację kosmosu.

Najlepiej udokumentowane są doświadczenia, jakie Ossowiecki przeprowadzał z rozpoznawaniem napisów i rysunków, które przedstawiano mu w zamkniętych kopertach lub nawet metalowych pojemnikach. Wielokrotnie sporządzano przy tym protokoły podpisane przez świadków. Nie ma żadnych wątpliwości co do wiarygodności osób i “odczytów” jasnowidza. Zdarzyło się nawet, że potrafił odczytać zawartość klisz fotograficznych, które jeszcze nie były wywołane. Nie można przy tym mówić o jakimkolwiek wręcz przypadku, bowiem – na zasadzie rachunku prawdopodobieństwa – odgadywanie nie wchodziło tu w rachubę. Zabawny i bardzo przy tym efektowny przykład tu opisanych możliwości Ossowieckiego stanowiło opisanie… zawartości portmonetki pewnej damy i udowodnienie jej, że zawartość jest właśnie taka, jak ją “zobaczył”, podczas gdy kobieta twierdziła, że jest inna. W związku z czym jasnowidz odtworzył całą jej drogę i w jaki sposób posługiwała się nią podczas zakupów w rezultacie uznano, że dama zostawiła monetę dwuzłotówkową jako “tipa” w kawiarence, w której się umówiła z pewnym młodym człowiekiem. Zapłacił on rachunek, ale nie zostawił pieniędzy za usługę, w związku z czym jego towarzyszka odruchowo sięgnęła do portmonetki i położyła ową srebrną monetę na talerzyku. Akurat jej brakowało w portmonetce!
Odpowiedzialny
i… niesamowity
Te wszystkie wyczyny traktował jako “zabawę” na towarzyskich spotkaniach i herbatkach. Ale o wiele poważniej traktował inne sprawy. Miał nadzwyczajny, nie waham się tak to ująć, talent w odnajdywaniu osób i rzeczy zaginionych. Te umiejętności nazywano w owych czasach psychometrią, a więc czymś co było zdolnością wyczuwania śladów pozostawionych przez osobowość ludzką (jego psychikę) w materii martwej. Aby jednak wizja psychometryczna była udana, jasnowidz musiał posiadać kontakt dotykowy z rzeczą, przedmiotem, na którym znajdowały się owe identyfikacyjne “ślady”. Niekiedy te zdolności telepatyczne wykorzystywano w toczących się śledztwach policyjnych związanych z morderstwami i zaginięciami ludzi w katastrofach.

Znany jest przypadek zaginięcia znanego adwokata, który to opisał śledczy, Piotr Bachrach. Zapytany przez niego Ossowiecki, jaki jest los poszukiwanego, odpowiedział, iż adwokat żyje, został porwany dla okupu, ale już wkrótce powróci, bowiem bandyci przerażeni rozwojem wypadków, zdecydowali zwrócić mu wolność pod warunkiem nieujawnienia ich przed organami ścigania. Wszystko to, co powiedział jasnowidz okazało się prawdą! Innym przykładem – niezwykle nagłośnionym w ówczesnej prasie europejskiej – okazało się odnalezienie zaginionego testamentu znanego francuskiego bankiera Rodszylda poszukiwanego przez jego spadkobierców.

Jasnowidz testament rzeczywiście odszukał, ale nagrody za swą usługę nie przyjął i choć nie przelewało mu się wówczas (wkrótce po powrocie z Rosji), stwierdził, iż jest inżynierem z zawodu, a nie poszukiwaczem zaginionych testamentów za nagrodą. “Jeśli chciałbym pobierać za dane mi zdolności jakieś pieniądze – utracę je bezpowrotnie, z czego – być może – cieszyłbym się, ale teraz jestem własnością publiczną i muszę służyć ludziom czy mnie się to podoba, czy też nie!”

Nie inaczej postępował także Cayce. Wiódł on spokojne, ciche, małomiasteczkowe życie. Mawiał, że mu wystarczą pieniądze, jakie uzyskuje z prowadzenia zakładu fotograficznego, i że najmilszą dla niego nagrodą jest wdzięczność odczytywana w ludzkich oczach, a o wiele większą satysfakcję sprawia mu koszyk jajek przyniesiony przez okolicznego farmera, niż gruby plik banknotów wciskany mu do ręki przez bogacza. Podobnie postępował jego duchowy polski odpowiednik.

Obchodził się z ludźmi niezwykle delikatnie. Niekiedy milczał albo dawał wymijające odpowiedzi, jeśli prawda mogłaby zdruzgotać człowieka psychicznie. Widoczne to było zwłaszcza podczas okupacji, kiedy ludzie najmocniej poszukiwali nadziei, łudząc się co do tego, że ich najbliżsi wrócą do domu z wojny, z obozów koncentracyjnych, z sowieckich łagrów, z katowni gestapo i enkawude. Ponieważ wiedział o wielu losach ludzkich ze swych jasnowidczych wizji, więc obciążało go to bardzo psychicznie, gdy nie ujawniał pytającym go całej prawdy. Zresztą, jakby przeczuwając czekające go zadania i to, że tak wielu ludzi będzie potrzebowało jego pomocy, nie wyjechał z Polski, chociaż mógł, we wrześniu 1939 roku. Podpisał tym samym wyrok śmierci, gdyż wcześniej oznajmił, że zginie torturowany przez hitlerowców. Znał swój los i godził się nań, bo – jak powiedział swojemu kuzynowi – nie sposób ujść przeznaczeniu – “nawet w drewnianym kościele jedna cegła spadnie na głowę człowieka i zabije go na miejscu”.

Każdy z nich, Edgar Cayce i Stefan Ossowiecki, inaczej wykorzystywali swe talenty i uzdolnienia. Cayce uzyskiwał swe zdolności w snach, których i tak nie pamiętał po przebudzeniu. Gdyby nie niezwykła cierpliwość i sumienność jego sekretarki, pewnie nie pozostałby ani jeden z “zapisów” w archiwach. Ossowiecki, pytany jak on to robi, odpowiadał enigmatycznie: śnię na jawie. “Od pierwszej chwili tego dziwnego transu przestaję rozumować i możliwie najintensywniej koncentruję się na istocie sprawy. Cały swój wysiłek psychiczny i wszystkie siły fizyczne skupiam na odczuwaniu duchowych dyferencjacji, aż – po pewnym czasie – wiem już wszystko, co chciałem wiedzieć’’.

Jasnowidz polski był obecny stale – fizycznie i duchowo – wśród ludzi, odpowiadał świadomie na zadane mu pytania, ale jednocześnie był “gdzie indziej”, w innym stanie i wymiarze.

Jowialny, dobrotliwy, szarmancki i urokliwy, nieco zwalisty z powodu pewnej nieruchawości, a przy tym lubiący dobrze i obficie zjeść, co – jak powiadał – jest konieczne dla jego samopoczucia i energii, odchodził w “świat ducha”, z którego czerpał swoją wiedzę.

Taki też tytuł dał swej książce: “Świat mojego ducha”, którą chciał odpowiedzieć na pytania i wątpliwości czytelników. Twierdzi w niej, że każdy – tylko po odpowiednich ćwiczeniach – może osiągnąć stan podobny do jego stanu. Ale ludzie – na szczęście! – nie chcą korzystać z tej możliwości. Poza tym jest prawie przekonany, że posiadłszy tę wiedzę, nie osiągną nic wielkiego, poza cierpieniem swej świadomości i jestestwa. Będą żyli z okrutną świadomością, że “przegrywają” swój los, bo coby nie wybrali i tak będzie złym egzystencjonalnie wyborem. “Lepiej nie wiedzieć!” – konkluduje swój sąd polski ezoteryk.

“Była już druga w nocy, gdy odprowadziłem mego gościa do jego pokoju – brzmi relacja z końca sierpnia 1939 roku o Ossowieckim, spisana przez Juliusza T. Dybowskiego. – W bibliotece usiedliśmy na chwilę i zapaliliśmy cygara. Stefan puścił kilka kłębów dymu, nagle zasłonił oczy ręką, ale dostrzegłem, że po twarzy spływają mu łzy.
– Mistrzu, co się stało, na Boga? – spytałem.
Ossowiecki blady i spięty spojrzał mi w oczy.
– Nieszczęście… Jesteśmy w przededniu wojny i już tylko dzielą nas od niej dni…
– Przecież pan mówił przed chwilą nam co innego…
– A cóż mogłem powiedzieć? – odparł inżynier. – Był u mnie pół roku temu marszałek Rydz-Śmigły i powiedziałem mu dokładnie to samo, co powiedziałem marszałkowi Piłsudskiemu w 1934 roku, kiedy podpisywaliśmy z Niemcami traktakt o nieagresji. Jeden i drugi wziął ode mnie przyrzeczenie, że nikomu o tym publicznie nic nie powiem.
– Jak daleko dojdą Niemcy? – zapytałem.
– Cała Polska zajęta, gruzy, krew, mord! Idą dalej w głąb Rosji. Daleko, daleko…
– Do Uralu?
Ossowiecki zastanowił się przez chwilę:
– Do Kaukazu. Państwa Osi przegrają wojnę. Niemcy i Japonia będą okupowane, Włochy wyzwolone. Zwycięzcy, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Rosja, spotkają się na konferencji i spowodują nowy ład w Europie…
– A co z Polską?
– Będzie i Polska! Ale za jaką cenę… Najpierw będą nią władali komuniści, a później szubrawcy i świnie! Na koniec powstanie jeszcze większa niż teraz. Tego ani ty, ani ja nie doczekamy… Dopiero wnukowie… Warto jednak wiedzieć, że tak się stanie’.

Relacja zastanawiająca i dotycząca spraw niezwykłej wagi dla Polaków. Może więc warto to wiedzieć i wierzyć?

Leszek A. Lechowicz

Posted in Uncategorized, Znalezione w sieci | Leave a Comment »

„PISZ NA BERDYCZÓW”

Posted by tadeo w dniu 29 lipca 2017

Biskup łucki, Witalij Skomarowski, tłumaczy, skąd się wzięło powiedzenie „Pisz pan na Berdyczów”… Biskup wie, co mówi, bo urodził się właśnie w Berdyczowie.

Przeczytaj cały tekst: Biskup wyjaśnia: Pisz pan na Berdyczów – Kresy http://kresy.wm.pl/250164,Biskup-wyjasnia-Pisz-pan-na-Berdyczow.html#ixzz4oDsa0l5i

Berd APC - 2017.07.29 14.16 - 001.3d

W drugiej połowie XVIII wieku, Radziwiłłowie wystarali się u króla Stanisława Augusta Poniatowskiego o przywilej dla Berdyczowa zezwalający na organizowanie w nim niezwykłej liczby dziesięciu jarmarków rocznie. Między innymi dlatego Berdyczów stał się prawdziwym centrum handlu dalekosiężnego – jednym z najważniejszych między Ukrainą a Koroną. Zjeżdżali się do Berdyczowa regularnie kupcy z najróżniejszych stron Europy. Z tego czasu pochodzi właśnie kupieckie zawołanie … pisz do mnie na Berdyczów – jako że był to w życiu wędrownych kupców jedyny adres, gdzie było pewne, że w przeciągu 2-3 miesięcy na pewno się zjawią. Stąd poste restante Berdyczowa pełniła ważną rolę w przebiegu informacji handlowej. Dziś znaczenie tego zawołania zmieniło swój sens, często bywa używane w sytuacjach, w których jedna osoba chce „spławić” drugą.

Przeczytaj cały tekst: Biskup wyjaśnia: Pisz pan na Berdyczów – Kresy http://kresy.wm.pl/250164,Biskup-wyjasnia-Pisz-pan-na-Berdy…

 

Posted in Polskie Kresy, Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie.

Posted by tadeo w dniu 15 lutego 2017

Są dwie drogi, aby przeżyć życie. Jedna to żyć tak, jakby nic nie było cudem. Druga to żyć tak, jakby cudem było wszystko — Albert Einstein

Posted in Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Dzień Polaka- Narodowe święto Argentyny

Posted by tadeo w dniu 14 lutego 2017

apc-2017-02-14-20-08-001-3d

Jest tylko jedno miejsce na świecie, gdzie co roku obchodzi się Dzień Polaka. Jest to oficjalne święto narodowe Argentyny, ustanowione przez rząd  na cześć nas – Polaków. Dlaczego? Bo Polacy są odważni, pracowici i ciekawi. Zawsze mieli odwagę, żeby szukać swojego miejsca na ziemi i lepszego życia. Wielu z nich wyemigrowało do Ameryki Południowej.

Znalezione obrazy dla zapytania kiedy jest święto dzień polaka w argentynie - obrazy

Colonia Polaca w Sierra de Cordoba

„Día del Colono Polaco” – Dzień Polskiego Osadnika – ustanowiony w 1995 r., obchodzony jest  8 czerwca jako święto narodowe. Upamiętnia przybycie pierwszych Polaków do Argentyny na początku czerwca 1897 roku. Z tej okazji w Buenos Aires, pod auspicjami Ambasady Polski, Związku Polaków, organizacji: la Asociación Cultural Argentino Polaca oraz la Fundación Argentina, odbywa się tydzień imprez kulturalnych poświęconych Polsce i Polakom. Z czego wynika tak głęboki szacunek do Polaków?

Pojedynczy Polacy przybywali na tereny obecnej Argentyny już w pierwszej połowie XIX wieku. To właśnie w połowie XIX wieku zaczynają pojawiać się pierwsze polskie nazwiska, które następnie wielokrotnie przekręcane i zaadaptowane do fonetyki języka hiszpańskiego przetrwały do dzisiaj, nawet w rodzinach, które nie pamiętają swoich polskich korzeni.

http://violettapl.blogspot.com/2014/06/dzien-polaka-w-argentynie.html

 

Posted in Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Znalezione w sieci

Posted by tadeo w dniu 3 lutego 2017

„Popatrzcie na tych trutni z PO. Nie dosyć ze sami nic dla Polaków nie zrobili to jeszcze próbują uniemożliwić PIS-owi zrobienie czegoś dobrego dla nas. Toż gołym okiem widać jakie to szkodniki. Pozdrawiam wszystkich patriotów tych z lewa ze środka i z prawa- pamiętajcie Ludzie nie dzieła się na lewaków prawicowców i liberałów tylko na uczciwych (nazywanych przez złodziei głupcami) i na złodziei – którzy lubią jak się o nich mówi – zaradni i nowocześni”.

Czytaj więcej na http://fakty.interia.pl/polska/news-aleksandra-jakubowska-w-rmf-pis-w-wielu-sprawach-ma-racje,nId,2347376#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

Posted in Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Znalezione w sieci – Profesor Witold Kieżun

Posted by tadeo w dniu 26 stycznia 2017

Profesor Witold Kieżun

 

1484915744_9flvof_600

Posted in Znalezione w sieci | Otagowane: | Leave a Comment »

Znalezione w sieci

Posted by tadeo w dniu 24 stycznia 2017

Zdjęcie użytkownika Pamiętaj Słowa Matki.

Posted in Nieokrzesane myśli, POLECAM, Znalezione w sieci | Możliwość komentowania Znalezione w sieci została wyłączona

Znalezione w sieci

Posted by tadeo w dniu 12 stycznia 2017

„Kaczyński nie ma komu pokazywać słabości, bo nie ma prawdziwej konstruktywnej i merytorycznie dobrze przygotowanej opozycji. Dobra opozycja jest zbawienna dla rządzących , a przede wszystkim dla narodu. To co jest to badziewie. Jeden lepszy od drugiego. Szczytem protest w Sejmie. Nie sądziłem,że dożyję czasów kiedy najlepszy cyrk obejrzę z Sejmu. A jako były bankowiec jak słucham tego co mówi były bankowiec Petru i jak rozliczył się z kampanii wyborczej to ogarnia mnie przerażenie, kto chce władzy w tym kraju. O alimienciarzu Kijowskim już nie wspomnę.”

http://wiadomosci.onet.pl/forum/dr-jaroslaw-flis-kaczynski-boi-sie-okazac-slabosc,0,3034289,233154057,czytaj.html

Posted in Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Znalezione w sieci

Posted by tadeo w dniu 21 grudnia 2016

„Więc znowu przypomnę. Podział między ludźmi w Polsce został wyznaczony w 1945 roku na linii tych którzy weszli w kolaborację z sowieckim okupantem i tych którzy tej okupacji nigdy aż do dzisiaj nie uznali i nigdy nie zaakceptowali. W 1989 roku po medialnej ustawce sowiecko-SBckiej z Bolkiem BULem i ICH kolegami o nazwie ‚pierwsze wolne wybory w Polsce’ władzę miała aż do 2015 roku postsowiecka nomenklatura i resortowe uprzywilejowane potomstwo. Drą się że Kaczyński spał 13 grudnia. Skoro nie był w ZOMO ani nie czekała na niego motorówka z której mógłby skakać przez płot no to spał. Wielu innych ludzi też spało i obudziło się w trwającej 5 Lat wojnie Polsko-Komuszej w której prawdziwą opozycję zduszono a ludzi szczuto bito i mordowano i to nie było kulturalne wydarzenie. Szefem tej wojny był TW Wolski Jaroozel szpicel Kremla i jego kolesie. Po 1989 przez wiele lat zohydzano Polakom środowiska inne niż pokomusze. Raz prawie komuna upadła ale Pan Wałęsa razem z Panem Tuskiem i Pawlakiem usadzili inny niż pokomuszy rząd Olszewskiego w czasie „Nocnej Zmiany” rządu. Od tamtej pory środowisko pokomusze nienawidzi Macierewicza i Kaczyńskiego i toczy z nimi frontalną wojnę medialną i polityczną dążąc do ich anihilacji. To środowisko pokomusze walczące z Kaczorem zrobiło Polakom dla śmiechu premierem Donalda czyli takiego antyKaczora Donalda. Ten oto antyKaczor Donald nie spał ani 13grudnia ani w Magdalence ani podczas Wałensowej nocnej zmiany. Ten antyKaczor Donald jest medialny PRowy i przystojny ma konta w banku albo i w trzech bankach na Cyprze w Szwajcarii i w Moskwie. Ma kobietę albo i ze dwie a kota jeśli posiada to tylko rasowego za parę tysi dolarów. Nie to co niemota prezes bez konta, żony i z kotem dachowcem. A potem ten prawieKaczor Donald zajumał Polakom 150mld z OFE podniósł podatki a jego kolega Pan prezydent BUL kazał se Polakom zrobić lewatywę wziąć kredyt i zmienić pracę albo wyemigrować bo to też jest jakaś szansa. No i się polactwo pokapowało co się dzieje i pokomuchom żarło żarło i żreć przestało. Teraz środowisko pokomusze wpadło na pomysł że wymyśli KOD i Nowośmieszną i że te pociągną za sobą tłumy i obalą PiS na ulicy. Walensa krzyczy „Bendem Pałować”. Tymczasem na czele Nowośmiesznej postawili niedojde który bredzi o sześciu królach i umawia się z gajem werwowszdadem na antypolską ustawke w PE. Na czele Komitetu Ochrony Dochodów ustawiono faceta który alimentów nie płaci. No ludzie to już mogliście jakiemuś aktorowi zapłacić i by lepiej grał rolę zatroskanego o losy Polaków elokwentnego polityka. Także 8 lat premierem był antykaczor który robił dokładnie odwrotnie niż obiecywał w dwóch kampaniach wyborczych dlatego że to był CH Dpa i Kamieni Kupa. Teraz rządzi prawdziwy Kaczor a nie prawie Kaczor Donald a prawie robi wielką różnicę!!!”

Czytaj więcej na http://fakty.interia.pl/raporty/raport-spor-wokol-tk/newsy/news-koniec-sporu-wokol-tk-wiceprezes-zapowiada-nie-bedzie-buntu,nId,2326532#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome

Posted in Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Znalezione w sieci

Posted by tadeo w dniu 20 grudnia 2016

„Nie posiadając własnych preferencji politycznych nikogo nie chwaląc ani nikomu nie uwłaczając zmuszony jestem obiektywnie stwierdzić że…… Skoro taki jeden mały facet był w stanie ograć dwie duże partie polityczne oraz odsunąć je od władzy a teraz rozgrywać jak małe dzieci to znaczy że jest bardzo dobrym strategiem a politycy którzy rządzili Polską do tej pory to banda nieudaczników skoro taki mały facet ich rozgromił a ich miejscem stał się grill przy koksiaku na ulicy. Życzyłbym sobie i innym mądrej i rzeczowej opozycji która ma do powiedzenia coś więcej niż wszystko tylko nie PiS bo to droga do nikąd dla każdego. Rząd działałby lepiej mając pozycję konstruktywną a nie totalitarna która chce wysiedzieć w święta w sejmie swój własny powrót do władzy. Poziom Minus10 i Masakra !!!”

Czytaj więcej na http://fakty.interia.pl/raporty/raport-spor-wokol-tk/newsy/news-kancelaria-prezydenta-dwoje-kandydatow-na-prezesa-tk,nId,2325711#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome

Posted in Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Znalezione w sieci

Posted by tadeo w dniu 18 grudnia 2016

„Wczoraj w Warszawie pojawił się nagle Sikorski – przypadek? Widziałem, jak szczuł podczas protestu, pod Sejmem !
Dziś we Wrocławiu pojawił się Tusk – przypadek ? Chwalił wywrotowców z opozycji, za twardą walkę, z rządem PiS !!

Teraz wyrażnie widać, że wszystko składa się w całość.

Miał być przewrót rządowy – nocna zmiana 2, a Tusk we Wrocławiu miał tylko przyjmować, defiladę od zwycięzców totalnej opozycji !
Tylko nastąpiła mała wpadka – nocna zmiana 2 ,się nie udała – wywrotka rządu spaliła na panewce !!!”

http://salonowcy.salon24.pl/740334,nie-dajcie-sie-robic-w-konia-list-do-uzytecznych-idiotow#comment_12169109

Posted in Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Znalezione w sieci

Posted by tadeo w dniu 17 grudnia 2016

„Opozycja pokazała właśnie gdzie są jej korzenie. Czy są to korzenie cywilizowanej, najstarszej demokracji wywodzącej się z europejskiej kultury? Nie to jest Azja. Takie obrazki w widywaliśmy w parlamentach Turcji, Korei, Gruzji no i Ukrainy. Czy np. kiedykolwiek Demokraci lud Republikanie zablokowali Kongres USA? W głowie się taki obrazek nie mieści. Gdy PiS był opozycja wdzieliśmy coś podobnego? Nie! Bo PiS to europejsko-chrześcijańska kultura, mająca korzenie nad Wisłą, gdzie świadomość narodowa kształtowała się przez 1000 lat w nierozerwalnych kontaktach z Europa. Przodkowie obecnej opozycji zostali zainstalowani nad Wisłą za pomocą sowieckich bagnetów przynosząc nam azjatyckie stosunki. Teraz ich mentalność wyłazi na wierzch. Demokracja? Tak ale gdy my rządzimy. Jak tracimy władzę i przywileje to rewolucja. Mam nadzieje, że większość, która wybrała PiS do władzy nie pozwoli aby garstka sterowana przez byłych Sbekow obaliła demokratycznie wybrany rząd. Aby cywilizacja Chrześcijańska mająca 1000-letnia tradycje zwyciężyła nad Wisłą.”

http://newsroom.salon24.pl/740314,donald-tusk-do-kod-u-jestescie-straznikami-polskiej-wolnosci#comment_12168319

 

Posted in Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Znalezione w sieci

Posted by tadeo w dniu 15 grudnia 2016

„Śmieszne są lamenty ze sfer platformiano-kodziarskich: Polacy, jak nigdy dotąd są PODZIELENI!!!! Otóż jest to kompletna bzdura. Polacy NIE SĄ PODZIELENI!! Nastąpiło tylko klarowne oddzielenie POLAKÓW od polskojęzycznej wspólnoty rozbójniczej pochodzenia sowiecko-ubeckiego z którą Polacy są zmuszeni dzielić swoje państwo od 1944r. Co to takiego była ta „władza ludowa” przywieziona na sowieckich czołgach ponad 70 lat temu? Starsi ludzie jeszcze pamiętają: lokalny rzezimieszek, mający na koncie przedwojenny wyrok za przestępstwa kryminalne zostawał sekretarzem komitetu powiatowego Polskiej (?) Partii Robotniczej, a jego kumpel, o bardzo podobnej przeszłości – komendantem powiatowym Milicji Obywatelskiej. Pijaczyny, złodziejaszki i bandziory – oto prekursorzy „władzy ludowej”. Niestety – to czerwone robactwo rozmnożyło się i dziś ich dzieci i wnuki już nie chodzą w kufajkach i gumiakach tylko w drogich garniturach i lakierkach. Zamiast rewolwerów trzymają w rękach smartfony i laptopy. Ale mentalność sowiecka – ta sama: pasożytnicze życie na koszt innych. A teraz chodzą po ulicach i drą mordy w ramach KODu, bo im się zabiera zabawki….. Jak żyć za 2 tysiące na miesiąc?? Jak żyć???????”

Posted in Uncategorized, Znalezione w sieci | Leave a Comment »