WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Znalezione w sieci’ Category

Gen. Stanisław Sosabowski

Posted by tadeo w dniu 19 września 2019

Obraz może zawierać: 1 osoba, uśmiecha się, zbliżenie i tekst

 

25 września 1967 roku w Hillingdon pod Londynem zmarł gen. Stanisław Sosabowski (ur. 8 maja 1892 w Stanisławowie) – działacz niepodległościowy, członek ruchu strzeleckiego i skautingu, uczestnik I wojny światowej w szeregach armii austro-węgierskiej, pułkownik dyplomowany piechoty Wojska Polskiego, 15 czerwca 1944 roku mianowany generałem brygady, organizator i dowódca 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej, z którą walczył w bitwie o Arnhem.

Urodził się i wychował w Stanisławowie, jako najstarszy z trojga rodzeństwa. Syn Władysława i Franciszki z domu Garbarskiej. Ojciec był kolejarzem. W wieku jedenastu lat stracił ojca. Brat Julian Andrzej, późniejszy podpułkownik WP, miał wówczas siedem lat, a siostra Janina – cztery. W latach 1903–1910 uczył się w siedmioklasowej cesarskiej i królewskiej Wyższej Szkole Realnej w Stanisławowie przy ulicy Sapieżyńskiej. Pomagał matce w utrzymaniu rodziny udzielając korepetycji. Jak sam pisał w swych wspomnieniach:

„nasze skromne bytowanie na granicy głodu polepszyło się nieco od chwili, gdy zarabiałem lekcjami”.

W gimnazjum brał udział w tajnych kółkach samokształceniowych. Będąc uczniem klasy piątej został przewodniczącym wszystkich kółek samokształceniowych funkcjonujących w szkole oraz członkiem tzw. „piątki” grupującej przedstawicieli pięciu stanisławowskich szkół średnich. 30 czerwca 1910 złożył maturę z odznaczeniem.

Od 1909 był członkiem Organizacji Młodzieży Niepodległościowej „Zarzewie” i Armii Polskiej. W 1910 r. kontynuował naukę w Akademii Handlowej w Krakowie, która prowadziła kursy o profilu ekonomicznym dla absolwentów szkół średnich ogólnokształcących. Na początku 1912 przerwał naukę i wrócił do Stanisławowa. W styczniu tego roku, po przemianowaniu Armii Polskiej w Polskie Drużyny Strzeleckie, został mianowany dowódcą 24. Polskiej Drużyny Strzeleckiej w Stanisławowie i awansowany na podchorążego. Był to najwyższy stopień w organizacji, w czasie pokoju. W dowodzonej przez niego drużynie służył między innymi Stanisław Lityński (we wrześniu 1939 r. szef sztabu Armii Poznań w bitwie nad Bzura). Równolegle, od 11 listopada 1911 organizował skauting. Do 1913 pełnił funkcję komendanta hufca w rodzinnym mieście. Z komendy hufca zrezygnował w następstwie konfliktu z miejscowymi władzami „Sokoła”, pod auspicjami którego organizowano skauting.

W 1913 roku został powołany do odbycia obowiązkowej służby w armii austro-węgierskiej. W sierpniu 1914, w czasie mobilizacji był kapralem w austriackim 58. pułku piechoty w Stanisławowie. Pułk w czasie pokoju wchodził w skład 30. Dywizji Piechoty XI Korpusu, a po przeprowadzeniu mobilizacji został włączony do XXII Brygady 11. Dywizji Piechoty. Na początku października, w rejonie Twierdzy Przemyśl przeszedł swój chrzest bojowy. W listopadzie jego pułk od Podgórza do rejonu Zakliczyna toczył walki odwrotowe. W styczniu 1915 pomaszerował na Górne Węgry (obecnie Słowację), gdzie w ataku na bagnety zdobył Czarną Górę. Od wiosny tego roku, w ofensywie zapoczątkowanej bitwą pod Gorlicami, maszerował wzdłuż Sanu, następnie przez Lubelszczyznę w rejon Brześcia, gdzie przeprawił się przez Bug.
15 czerwca 1915 nad rzeką Leśną został ranny w kolano z porażeniem nerwu.
„Unieruchomiło to moją prawą nogę na szereg lat, zanim odzyskałem pełną władzę”. W czasie walk na froncie awansował do stopnia starszego sierżanta. „Pierś moją pokryły wszystkie dostępne podoficerom medale za waleczność łącznie z dodatkami do żołdu (…) Z moich 250 współtowarzyszy broni, którzy wyruszyli razem ze mną w pole, …zaledwie trzech”.
Ewakuowany do szpitala w Ołomuńcu. W trakcie leczenia zawarł związek małżeński z Marią Tokarską oraz został awansowany do stopnia podporucznika. Po rehabilitacji w zakładach ortopedycznych na Morawach otrzymał przydział do Urzędu Cenzury w Złoczowie. W 1916 został przydzielony do Dowództwa XI Korpusu stacjonującego w Morawskiej Ostrawie. Tam ukończył kurs wyszkolenia archiwalnego. W styczniu 1917 urodził mu się syn Stanisław. W lutym tego roku został przeniesiony do Bozen w Dolomitach. Na początku 1918, na własną prośbę, przeniesiony został do Lublina i przydzielony do Generalnego Gubernatorstwa. W tym okresie awansował do stopnia porucznika i nawiązał kontakt z komendantem lubelskiego okręgu Polskiej Organizacji Wojskowej, Stanisławem Burhardt-Bukackim.

1 listopada 1918 r. został kierownikiem Komisji Likwidacyjnej byłego austriackiego Generalnego Gubernatorstwa w Lublinie. 15 listopada awansował do stopnia kapitana. 1 stycznia 1919 przeniesiony do Warszawy i przydzielony do Głównego Urzędu Likwidacyjnego w Ministerstwie Spraw Wojskowych. Z powodu kontuzji kolana nie brał bezpośredniego udziału w wojnie polsko-bolszewickiej i wojnie polsko-ukraińskiej. Od 1 marca 1920 do 15 marca 1921 pełnił służbę w Oddziale IV Zaopatrzenia i Komunikacji Sztabu Ministerstwa Spraw Wojskowych.

3 maja 1922 roku został zweryfikowany w stopniu majora ze starszeństwem z 1 czerwca 1919 roku i 21. lokatą w korpusie oficerów intendentów. Później został przeniesiony do korpusu oficerów piechoty. W latach 1922–1923 był słuchaczem Kursu Doszkolenia Wyższej Szkoły Wojennej w Warszawie. Z dniem 15 października 1923, po ukończeniu kursu i uzyskaniu dyplomu naukowego oficera Sztabu Generalnego, przydzielony został do Oddziału IV Sztabu Generalnego WP. 12 kwietnia 1927 awansował na podpułkownika ze starszeństwem z dniem 1 stycznia 1927 i 37. lokatą w korpusie oficerów piechoty. 23 maja 1927 został przeniesiony do 75. pułku piechoty w Królewskiej Hucie na stanowisko dowódcy II batalionu. 31 października 1927 został przesunięty na stanowisko dowódcy I batalionu 75. pp w Rybniku. 26 kwietnia 1928 został wyznaczony na stanowisko zastępcy dowódcy 3. pułku strzelców podhalańskich w Bielsku.
W grudniu 1929 został przeniesiony do Wyższej Szkoły Wojennej w Warszawie. Początkowo zajmował stanowisko wykładowcy, a od roku szkolnego 1930/1931 kierownika Katedry Operacyjnej Służby Sztabów. W 1937 objął dowództwo 9. pułku piechoty Legionów w Zamościu. Pod jego dowództwem 9. pułk piechoty Legionów zdobył nagrodę dywizyjną w strzelaniu oraz w okresie zimowym w jeździe na nartach.

Latem 1938 starszy syn pułkownika, Stanisław Janusz, wówczas podchorąży III rocznika Szkoły Podchorążych Sanitarnych uległ poważnemu wypadkowi. 8 października 1938 drugi syn, szesnastoletni Jacek Sosabowski postrzelił się śmiertelnie z pistoletu ojca. Tragedia rodzinna wstrząsnęła pułkownikiem. Został zwolniony z dowodzenia pułkiem, urlopowany i skierowany na leczenie w Sanatorium Wojskowym w Zakopanem.

21 lutego 1939 został wyznaczony na stanowisko dowódcy 21. pułku piechoty „Dzieci Warszawy” w Cytadeli Warszawskiej, a 19 marca 1939 awansował na pułkownika.

21. pułk piechoty „Dzieci Warszawy” wchodził w skład 8. Dywizji Piechoty, której dowództwo mieściło się w twierdzy Modlin. Dywizją dowodził młodszy o rok, były legionista, płk dypl. Teodor Furgalski. 23 marca 1939 marszałek Edward Śmigły-Rydz podporządkował 8. DP, pod względem operacyjnym, gen. bryg. Emilowi Przedrzymirskiemu-Krukowiczowi wyznaczonemu na dowódcę Armii „Modlin”. Zgodnie z opracowanym planem obrony 8. DP stanowić miała odwód armii.

24 sierpnia 1939 o godz. 6.00 zarządzona została mobilizacja alarmowa. Zgodnie z planem mobilizacyjnym „W” dowódca pułku był zobowiązany zakończyć mobilizację w ciągu 36 godzin. W nocy z 26 na 27 sierpnia pułk wykonał 40 kilometrowy marsz z Warszawy do Pomiechówka. Dwoma kolejnymi marszami (w nocy z 29 na 30 oraz z 30 na 31 sierpnia) pułk przemieścił się do miejscowości Ościsłowo, 14 kilometrów na południowy zachód od Ciechanowa.

2 września wraz z całą dywizją pułk został skierowany przez dowódcę Armii „Modlin” do wsparcia wojsk walczących w rejonie Mławy. Dywizja dotarła w rejon ześrodkowania o świcie 3 września. Tam 21. pp otrzymał rozkaz uderzenia na Przasnysz w celu odciążenia Mazowieckiej Brygady Kawalerii. Na skutek często zmienianych rozkazów, braku kontaktu z oddziałami dywizji, a także działań dywersantów na tyłach, 8. Dywizja Piechoty poszła w rozsypkę. Jedynie 21. pp zachował pełną zwartość. Brak kontaktu z dowództwem oraz wycofanie się pozostałych sił polskich zmusiły płk. Sosabowskiego do wydania rozkazu o odwrocie podległych mu sił w kierunku operacyjnym na Warszawę.

W nocy z 7 na 8 września pułk dotarł w rejon Modlina, gdzie wszedł w kontakt z resztkami swej dywizji. Dowódca obrony twierdzy wydał rozkaz o odtworzeniu dywizji, jednak 21. pp został przydzielony do Grupy Operacyjnej Zulaufa. Początkowo obsadzał pozycje obronne w rejonie twierdzy, jednak już po kilku dniach, wraz z całą GO, rozpoczął marsz w kierunku Warszawy.

15 września o świcie pułk dotarł wraz z Grupą Operacyjną do Warszawy i z marszu obsadził odcinek obronny wzdłuż Alei Waszyngtona na Grochowie na przedmościu praskim. Elementy pułku początkowo brały udział w odpieraniu ataków niemieckiej 10. Dywizji Piechoty Wehrmachtu. 16 września, podczas generalnego szturmu Pragi, elementy 21. pp doszczętnie rozbiły wielokrotnie silniejszy 23. pułk piechoty Wehrmachtu. Po tym sukcesie powierzono Sosabowskiemu dowództwo nad wszystkimi polskimi oddziałami w rejonie „Pododcinka Grochów”. W następnych dniach, dzięki umiejętnemu dowodzeniu, udało mu się utrzymać pozycje obronne przy stosunkowo niewielkich stratach własnych. 27 września otrzymał rozkaz przerwania ognia i zaprzestania wszelkich działań.

29 września dowódca Armii „Warszawa”, generał dywizji Juliusz Rómmel wydał „Rozkaz pożegnalny do 8. Dywizji Piechoty”, w którym stwierdził: „ze szczególnym uznaniem muszę podkreślić bohaterstwo, upór i ofiarność żołnierzy 21. pp pod dowództwem wyśmienitego dowódcy pułku płk dypl. Stanisława Sosabowskiego, który w najcięższych chwilach kryzysu bitwy w dniach 2.IX. do 6.IX. utrzymał swój pułk w ręku i razem z dyonem artylerii 8. pal osłonił odwrót całej dywizji, odchodząc krok za krokiem; skutecznie zatrzymał nieprzyjaciela i tym dał możność innym oddziałom swojej dywizji zebrania się i zajęcia stanowisk wyjściowych do dalszej walki. Działanie to razem z akcją płk Sosabowskiego na wschodnim brzegu Wisły oraz udział chlubny w obronie Warszawy jeszcze raz stwierdza, że 21. pp zwany pułkiem «Dzieci Warszawy», nie zawiódł i jest godzien tej zaszczytnej nazwy”. Tym samym rozkazem generał Rómmel nadał pułkownikowi dyplomowanemu Stanisławowi Sosabowskiemu Krzyż Srebrny Orderu Virtuti Militari „w uznaniu zasług i wykazane męstwo i ofiarność w czasie walk z Niemcami”.

Zgodnie z postanowieniami aktu kapitulacyjnego 30 września 1939, razem z synem, wyjechał samochodem z Warszawy do Żyrardowa, pierwszego etapu niewoli. W Żyrardowie, symulując chorobę, zbiegł z niewoli. W pierwszej dekadzie października 1939 powrócił do Warszawy i wstąpił do Służby Zwycięstwu Polski.

Tam otrzymał zadanie przedarcia się przez Węgry do Francji, by przekazać meldunki o sytuacji w kraju rządowi na wychodźstwie. 21 grudnia 1939, pod przybranym nazwiskiem „Emil Hełm”, przybył do Paryża. Po przyjeździe do stolicy Francji spotkał się z Naczelnym Wodzem, generałem dywizji Władysławem Sikorskim, który przydzielił go do dyspozycji generała broni Kazimierza Sosnkowskiego. W lutym 1940 został wyznaczony na stanowisko dowódcy piechoty dywizyjnej 1. Dywizji Piechoty, która 3 maja 1940 została przemianowana na 1. Dywizję Grenadierów. Następnie był słuchaczem dwumiesięcznego kursu taktyki artylerii w Mailly-le-Camp. W kwietniu 1940 został wyznaczony na stanowisko dowódcy piechoty dywizyjnej 4. Dywizji Piechoty.

W kwietniu 1940 dywizja przeniosła się do obozu w Parthenay. Tam zastał ją początek działań na froncie zachodnim. Mimo nalegań dowódców jednostki i polskiego rządu, Francja zwlekała z dostarczeniem niezbędnego zaopatrzenia. Gdy w końcu sprzęt dotarł, nie było już czasu na wyszkolenie rekrutów. Do wybuchu działań wojennych jedynie ok. 3150 żołnierzy (spośród 11 000) otrzymało broń. Wobec tego dowódca dywizji gen. bryg. Rudolf Dreszer podjął 16 czerwca decyzję o przebijaniu się jednostki w kierunku portów atlantyckich. 19 czerwca Sosabowskiemu udało się dotrzeć do portu w La Pallice, skąd wraz z 6000 żołnierzy dywizji został ewakuowany do Wielkiej Brytanii.

Natychmiast po dotarciu do Wielkiej Brytanii Sosabowski zgłosił się do polskiego sztabu, gdzie otrzymał przydział na dowódcę formującej się właśnie 4. Brygady Kadrowej Strzelców. Początkowo planowano jej przeniesienie na jakiś czas do Kanady, gdzie miała zostać uzupełniona ochotnikami spośród tamtejszej Polonii. Jednak wkrótce okazało się, że wyjazd skadrowanej brygady za ocean jest nie tylko trudny z powodów logistycznych i transportowych, ale też bezcelowy: nie było tam wystarczającej liczby Polaków.

Sosabowski postanowił ze swej brygady utworzyć pierwszą w historii Wojska Polskiego jednostkę spadochronową. Powstał ośrodek szkoleniowy w Largo House zwany „małpim gajem”, w którym prowadzono szkolenia, natomiast skoki spadochronowe odbywały się na lotnisku Ringway:

„Gdy przyjdzie chwila, jak orły zwycięskie spadniecie na wroga – mówił na ćwiczeniach w Szkocji 23 września 1941 gen. Sikorski – i przyczynicie się pierwsi do wyzwolenia naszej Ojczyzny. Jesteście odtąd Pierwszą Brygadą Spadochronową…”. Tym samym gen. Sikorski nadał brygadzie oficjalną nazwę i pozostawił ją do swej wyłącznej dyspozycji.

Hasłem brygady było „Najkrótszą drogą!”, co znaczy, że jako pierwsi powrócą do Polski tą właśnie drogą – na spadochronach. Wszyscy w brygadzie wierzyli w to głęboko, od dowódcy do najmłodszego żołnierza. Dowódcę zaś – jako znakomitego fachowca – wysoko cenili także Brytyjczycy, zwykle niechętni obcokrajowcom. We wrześniu 1943 gen. Frederick Browning, wysoki oficer brytyjskich wojsk powietrznodesantowych, złożył płk. Sosabowskiemu wręcz niezwykłą propozycję: zaproponował mu objęcie dowództwa brytyjsko-polskiej(!) dywizji spadochronowej. Brygada liczyła wówczas ok. tysiąca żołnierzy. Resztę – 11 tysięcy – mieli stanowić Brytyjczycy, a płk Sosabowski miał otrzymać automatycznie awans na generała. Sosabowski odmówił. 15 czerwca 1944 płk Sosabowski awansował do stopnia generała brygady.

W pierwszych dniach sierpnia przyszła wiadomość o wybuchu powstania w Warszawie. W brygadzie wszyscy byli gotowi do lotu nad Warszawę, jednak rozkazu do startu ze strony Brytyjczyków nie było, zarówno z przyczyn politycznych, wojskowych, jak i technicznych. Wraz z upływającymi kolejnymi dniami powstania narastała w Brygadzie atmosfera buntu, którego zarzewie w kilku kompaniach generał musiał gasić swoim autorytetem. Nie wiedział, że jego syn Stanisław Janusz Sosabowski – lekarz, porucznik AK i dowódca plutonu „Stasinek” utracił w powstańczych walkach wzrok. Brytyjczycy zagrozili rozbrojeniem brygady. Nowy Wódz Naczelny gen. Sosnkowski pod naciskiem aliantów podjął decyzję o przekazaniu 1.SBS do dyspozycji naczelnego dowództwa sprzymierzonych.

Ostatecznie Brygada wzięła udział w największej w II wojnie światowej operacji powietrznodesantowej sprzymierzonych, którą źle zaplanował i przygotował marszałek Bernard Law Montgomery, „Market Garden”. Polacy skakali pod Driel naprzeciw Arnhem, na przeciwległym, południowym brzegu Renu. Tak przewidywały rozkazy, które nakazywały też natychmiastową przeprawę, aby pójść z pomocą okrążonym Brytyjczykom. Z powodu błędnego wywiadowczego rozeznania nie zastano spodziewanego tam promu i z konieczności zdobycia innych środków przeprawowych desant odbył się dopiero z dwudniowym opóźnieniem co udaremniło efekt zaskoczenia Niemców. W istniejącej już sytuacji posłanie w bój 1. SBS nie miało właściwie sensu. Ponad półtora tysiąca polskich spadochroniarzy nie mogło już przechylić szali ani odwrócić nieuchronnej klęski.

19 września skakała pod Driel jedynie część brygady z gen. Sosabowskim, bo reszta nadleciała dopiero za trzy dni i lądowała w dość odległym Grave. Polscy spadochroniarze zdani byli tylko na broń osobistą, gdyż artyleria przeciwpancerna brygady odleciała w pierwszym dniu operacji rzutem szybowców wraz z Brytyjczykami i walczyła pod Arnhem u ich boku do końca, ponosząc ogromne straty, haubice zaś miały nadejść morzem.
Okrążeni pod Driel, odpierali niemieckie ataki i jedynie talentom dowódczym generała i wielkiej bitności żołnierzy zawdzięczać można, iż polskie kompanie jeszcze dwukrotnie forsowały Ren na zaimprowizowanych łódkach, bo istniejący tam prom został zerwany i spłynął w dół rzeki.
W ostatniej fazie bitwy – nocą z 25 na 26 września – Polacy osłaniali odwrót niedobitków brytyjskich spadochroniarzy z 1. DPD – do końca. Straty 1. SBS sięgnęły blisko 40% stanów osobowych tych oddziałów, które walczyły pod Arnhem i Driel.

Jednak „sąd” nad generałem odbył się już wcześniej, bo 24 września w Valburgu, podczas odprawy z wyższymi dowódcami brytyjskimi. gen. Sosabowski przekonywał ich, że bitwę można jeszcze wygrać, jeśli forsowanie rzeki podejmą większe siły 30. Korpusu wraz z 1. SBS, ale Brytyjczycy nie chcieli już walczyć. Uznali bitwę za przegraną i chcieli jedynie wycofać się z „twarzą”. Potrzebny był też kozioł ofiarny, którego można by obarczyć winą za niepowodzenie. Wybrali generała Sosabowskiego. Sprawa wyglądała na ukartowaną z góry. Znali jego wybuchowe usposobienie i starali się go sprowokować – co też się udało. Oburzenie polskiego generała uznano za niedopuszczalną krytykę brytyjskiego marszałka i generałów. Po powrocie brygady do Anglii gen. Sosabowski został 2 grudnia 1944 wezwany do szefa Sztabu Generalnego, gen. Stanisława Kopańskiego. Ten zakomunikował mu, że Brytyjczycy życzą sobie, aby oddał dowództwo brygady, tłumacząc to trudnościami dalszej współpracy z generałem, a nawet sugerowali osobę następcy. Pisemne odwołanie się gen. Sosabowskiego do prezydenta RP również nie odniosło skutku. Rozkazem z 27 grudnia 1944 1. SBS została odebrana jej twórcy i dowódcy, a gen. Sosabowskiego mianowano inspektorem Jednostek Etapowych i Wartowniczych. Za bitwę pod Arnhem został odznaczony jedynie Krzyżem Walecznych. Wśród swoich żołnierzy nosił przydomek „Sosab”.

W lipcu 1948 roku gen. Stanisław Sosabowski został zdemobilizowany. Miał już wtedy przy sobie ociemniałego syna wraz z żoną, których udało się ściągnąć z Polski. Pozostał na emigracji w Wielkiej Brytanii i pracował jako robotnik magazynowy w fabryce silników elektrycznych, później telewizorów. Jak sam napisał:
„przez 17 lat pracowałem w fabryce jako oficjalnie nie znany, prowadząc żywot podwójny: zwykłego robotnika przez 5 dni w tygodniu, „jako szeregowiec fabryczny” – „Stan”, oraz dostojny żywot polskiego generała, poniekąd „ojca” polskich spadochroniarzy, znanego wśród swoich i Brytyjczyków, Amerykanów i Holendrów”. Przystąpił do Koła Lwowian w Londynie.

Wraz z żołnierzami swojej Brygady był zrzeszony w Związku Polskich Spadochroniarzy i odbywał z nimi coroczne spotkania, organizowane w Instytucie im. gen. Sikorskiego w Londynie w rocznicę sformowania jednostki przy jej sztandarze. Z uwagi na chorobę serca nie przybył na spotkanie stowarzyszenia w dniu 24 września 1967. Nazajutrz zmarł na zawał serca 25 września 1967 w szpitalu w Hillingdon w wieku 75 lat. Pogrzeb odbył się 30 września 1967 w kościele św. Andrzeja Boboli w Londynie.

W roku 1969 wciąż wierni swemu dowódcy spadochroniarze generała przywieźli jego prochy do Polski, gdzie spoczęły – zgodnie z jego wolą – na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie (kwatera A19). W tym miejscu zostali pochowani także jego żona Maria (zm. 1958) i syn Stanisław Janusz (zm. 2000).

Wieczna Chwała Polskiemu Bohaterowi!

Reklamy

Posted in Historia, SYLWETKI, Wspomnienia, Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Anioły żyją naprawdę. Oto dowód!

Posted by tadeo w dniu 15 lipca 2019

Anioły żyją naprawdę. Oto dowód!

Mimo iż na plaży było ciepło, woda w Bałtyku miała jakoś wyjątkowo niską temperaturę. Skutecznie odstraszyło to innych amatorów morskiej kąpieli; ja jednak, mając w perspektywie rychły wyjazd, zacisnąłem zęby, postanawiając zamienić się w „morsa”. Skoro ludzie kąpią się nawet zimą, to dlaczego ja nie mogę tego zrobić w zimnej wodzie latem?

Po kilku dłużących się niemiłosiernie minutach organizm przyzwyczaił się do niskiej temperatury i mogłem bez przeszkód poddać się przyjemnemu niesieniu przez fale. Nie jestem jakimś rewelacyjnym pływakiem, więc starałem się nie wypływać za daleko w morze – ot, żeby woda sięgała do piersi. Miało być bezpiecznie. Rzucałem się z całą energią na grzbiet fali, poddając się jej łagodnemu niesieniu w stronę plaży. Potem znów wracałem na głębsze miejsce, trochę popływałem wzdłuż brzegu i znowu skok.

Trwało to wszystko może 40–50 minut. Powoli zaczynałem odczuwać zimno i lekkie zmęczenie. Czas było kończyć zabawę, morskie fale dały mi się już wystarczająco we znaki. Postanowiłem ostatni raz skoczyć na falę, nie zauważyłem jednak, że zmienił się prąd i fala zamiast do brzegu, wyniosła mnie w przeciwnym kierunku. Nie czułem już gruntu pod nogami. Nie było jeszcze tragedii, wystarczyło przecież popłynąć w kierunku plaży, jeszcze niedalekiej. Szybko się jednak przekonałem, iż jestem już na tyle zmęczony i zziębnięty, że nie potrafię pokonać przeszkody, jaką stanowiły załamujące się wysokie fale.

Położyłem się na wodzie, by dać odpocząć rękom i spróbować za chwilę ponownie. To był jednak błąd. Kiedy spokojnie leżałem, patrząc w niebo, prąd niepostrzeżenie znosił mnie coraz dalej i dalej w głąb morza. Gdy w końcu spostrzegłem, co się dzieje, byłem już tak oddalony od brzegu, że nie rozróżniałem twarzy odpoczywających tam ludzi.

Chciałem wołać o pomoc, ale odrzuciłem tę myśl, uznając, że nie warto, bo i tak nikt mego wołania z tej odległości i przy takich falach nie usłyszy. Pomysł machania w kierunku brzegu również, po chwili zastanowienia, wydał mi się pozbawiony sensu, stwierdziłem bowiem, że nawet jeśli ktoś to zobaczy – co i tak uważałem za wątpliwe – to pomyśli, że pozdrawiam jakiegoś znajomego na plaży. Ratowników nie było, bo plaża była niestrzeżona.

Kilka razy zanurzając się pod wodę, czułem w ustach jej słonawy smak. Z największym już wysiłkiem utrzymywałem się na powierzchni, pokonując zmęczenie i coraz bardziej nasilający się ból w rękach. Czy była jeszcze jakaś realna szansa na ratunek? Patrząc po ludzku – nie!

 

Żegnam się z życiem

 

Przyjąłem tę myśl ze spokojem. Leżąc na powierzchni wody, na wznak, czułem, że nieuchronnie zbliża się mój koniec. O dziwo, nawet szybko się z tą myślą pogodziłem (bo cóż innego mogłem wtedy zrobić?). Nie czułem lęku przed śmiercią, lecz co najwyżej złość na siebie, połączoną z żalem, że to już koniec. Miałem wtedy dopiero 31 lat, kto w tym wieku chce umierać? Ale co zrobić, jeśli trzeba… – westchnąłem w duchu.

Pomyślałem o żonie: Jak ona sobie teraz sama poradzi z małymi dziećmi? Co zrobi, kiedy nie doczeka się na mój powrót? Co za pech, przed samym powrotem do domu tak się urządzić!!

Patrząc ze spokojem w niebo, pomyślałem: Ciekawe jak tam jest, po drugiej stronie życia? Niedługo się o tym przekonam; może już za jakieś 2–3 minuty? Ręce już mam takie słabe, że dłużej nie wytrzymam, zresztą i tak nie ma sensu walczyć z tym, co nieuchronne. Po co jeszcze dodatkowo się męczyć?

Jako osoba wierząca – a byłem wówczas początkującym katechetą – zrobiłem rachunek sumienia i wyraziłem żal za grzechy. Musiałem się przecież przygotować na spotkanie z Panem, miałem na to tylko chwilę!

No, teraz już chyba jestem gotowy – pomyślałem. – Nikt nie wie, że tonący nie ma co czekać na ratunek. Jak jeszcze raz prąd wciągnie mnie pod wodę, to się nie broni. Niech już szybko będzie to, co i tak ma być!

 

Nieoczekiwana pomoc

 

Kiedy już tylko czekałem na chwilę, aż ostatecznie wciągnie mnie morska toń, przez głowę przemknęły mi słowa, które do dziś pamiętam bardzo wyraźnie: Panie Boże, jeśli mnie do czegoś potrzebujesz, to mnie uratujesz! Mnie samego one zaskoczyły, ale jednocześnie wyrwały z apatii i wlały w serce jakąś nieokreśloną bliżej, wydawałoby się bezpodstawną, nadzieję. Nadzieję, że coś się może zdarzyć, że to jeszcze nie koniec.

Dobra – powiedziałem sam do siebie, bez większego przekonania – zbiorę jakoś resztki sił i ostatni raz spróbuj popłynąć w kierunku brzegu. Gdy podjąłem tę decyzję, zauważyłem, że ktoś do mnie podpływa. Pomyślałem z przekąsem, że to jeszcze jeden amator zimnej kąpieli. Do głowy mi nawet nie przyszło, aby go prosić o ratunek. Gorzej! Kiedy samotny pływak zrównał się ze mną i zapytał, czy mi pomóc, ja zamiast natychmiast przytaknąć, odpowiedziałem grzecznie: Nie, dzięki, dam radę. Posłałem mu wymuszony uśmiech i chciałem płynąć dalej. Młodzieniec uśmiechnął się i odrzekł spokojnie, ale dość stanowczo: Ja panu pomogę. Proszę się mnie złapać i wspólnymi siłami dopłyniemy do brzegu. Już nie protestowałem. Posłusznie objąłem mego wybawcę ramieniem i ze zwiększoną mocą ruszyliśmy razem wpław w kierunku plaży.

 

Powrót na brzeg

Nie wiem, jak to się stało, ale dziwnie szybko pokonaliśmy dosyć znaczną, dzielącą nas od brzegu, odległość. Wtedy się jednak nad tym nie zastanawiałem. Miałem wrażenie, że minęła krótka chwila, kiedy mój młody ratownik zapytał: Czuje pan już dno pod stopami? Proszę sprawdzić. Czułem! O Matko! Jestem uratowany! – przemknęło mi przez głowę. Jak niesamowite było to uczucie! Jak przyjemnie było czuć piasek pod nogami! Zdałem sobie sprawę, że do brzegu jest już bardzo blisko.

Tam zaś widoczne było wyraźne zamieszanie. Jakaś akcja ratunkowa czy co? – pomyślałem, przyglądając się dwóm ratownikom, z których jeden zakładał na siebie w pośpiechu pas z przymocowaną liną, po czym wbiegł do morza, a drugi asekurował go z brzegu, popuszczając stopniowo linę. Ludzie powstawali ze swoich grajdołków i z wyraźnym zaciekawieniem przyglądali się całej akcji. Przyszło mi na myśl, że to ja jestem powodem całego zamieszania. Poczułem się nieswojo, bo wszyscy się na mnie gapili. Zawstydzony sytuacją, spuściłem głowę. Pomoc ratowników z plaży okazała się zbyteczna, o własnych siłach wychodziłem już bowiem z wody. Żona podbiegła, pytając, jak się czuję. Któryś z plażowiczów podał mi kubek kawy z termosu.

Po krótkiej chwili odpoczynku, kiedy doszedłem do siebie, szybko wstałem, żeby podziękować mojemu wybawcy. Zawdzięczałem mu przecież życie. Zacząłem się rozglądać wokół siebie, lecz nigdzie go nie było. Pytałem żonę, przyjaciół – nikt nie mógł go znaleźć. Zniknął! Zresztą jeszcze wcześniej niż ja chciała mu podziękować moja żona, ale i ona nie mogła go już znaleźć. A przecież przynajmniej przez chwilę powinien gdzieś tu w pobliżu być, choćby tylko po to, żeby się wytrzeć i ubrać! Dziwne…

Kto to mógł być? Ratownik z kolonii? Tylko że żadnej kolonii na plaży w tym czasie nie było. Samotny, przypadkowy amator morskiej kąpieli? Pytania te pozostawiłem wówczas bez odpowiedzi.

 

Jak to wyglądało?

 

A skąd na niestrzeżonej plaży wzięli się dwaj ratownicy – ci, którzy podjęli spóźnioną nieco akcję ratunkową?

Otóż gdy jeszcze spokojnie kąpałem się w morzu, ciesząc się wysoką falą, na plaży pojawili się nasi przyjaciele, sąsiedzi z Rudy Śląskiej, Basia i Czesław. Kiedy fala zniosła mnie na większą odległość, żona zaczęła się niepokoić. Czuła, że dzieje się coś niedobrego, bo nigdy tak daleko nie wypływałem. Swoimi obawami podzieliła się z przyjaciółmi, którzy ulokowali się obok naszego koca. Czesiek, patrząc w moim kierunku, starał się ją uspokoić, jednak moja żona obstawała przy swoim. Nakłoniła nawet jakiegoś plażowicza z żółtą dmuchaną łódeczką, by wypłynął mi na ratunek. Biedak, zaciskając z zimna zęby, wszedł do morza i starał się tym czymś do mnie dopłynąć. Podobno kilka razy ponawiał próbę, lecz za każdym razem znosiło jego łódeczkę w stronę brzegu. Ostatecznie skapitulował.

W tym czasie moja żona zdołała przekonać Cześka, żeby pobiegł po pomoc do najbliższego miejsca, gdzie mogliby znajdować się ratownicy. Sama z niepokojem obserwowała, jak w oddali walczyłem z żywiołem, czasami znikając z pola widzenia, to znów pojawiając się na wodzie. Czując narastającą bezradność, zaczęła się modlić, żebym wytrzymał, aż nadciągnie pomoc.

Wówczas zauważyła młodego mężczyznę, który niespiesznie wchodził na plażę. Spokojnie podszedł do brzegu, zdjął koszulkę i spodnie, po czym od razu wszedł do morza. Szybko popłynął prosto w moim kierunku. Co było dalej – już wiecie. Mój ratownik odholował mnie na brzeg, gdzie krzątali się tamci dwaj, sprowadzeni przez Cześka.

 

To musiał być anioł!

 

Po południu poszedłem na dworzec PKP, żeby kupić bilety do domu. Wstąpiłem też do kościoła, aby podziękować za podarowane „drugie życie”. Po drodze odwiedziłem znajomego księdza, któremu przy herbatce opowiedziałem całą historię. Wysłuchał mnie z uwagą, stwierdzając, że miałem wyjątkowe szczęście, bo lokalne media podały, iż tego dnia w wodach Bałtyku utonęło kilka osób. I pomyśleć, jak niewiele brakowało, abym był jedną z nich!

Zajrzałem jeszcze do przykościelnego sklepiku i kupiłem sobie metalowy znaczek przedstawiający gołąbka i tęczę:symbol Ducha Świętego i biblijny symbol pojednania człowieka z Bogiem. Chciałem mieć jakąś namacalną pamiątkę tego niezwykłego dnia. Długo nosiłem ten znaczek przypięty do klapy marynarki i nadal mam go w domu. Zawsze gdy na niego spojrzę, przypomina mi się to niezwykłe zdarzenie sprzed lat.

Może osoby powątpiewające w anielską pomoc zapytają, co każe mi myśleć, że to był akurat anioł, a nie np. ratownik, który przyszedł sobie w wolnym czasie na plażę – jak sam zresztą sobie tłumaczyłem. Otóż wierzę, że Bóg ingeruje w nasze życie bardzo subtelnie, często wręcz niezauważalnie. Czy naprawdę wszyscy by uwierzyli, gdyby ten anioł przyleciał do mnie prosto z nieba, trzymając w dłoniach jakieś złociste koło ratunkowe? Mógłby mi je zrzucić i pociągnąć do brzegu – ale by się ludziska na plaży dziwili! A jeszcze jakby ktoś tę niesamowitą akcję ratunkową filmował, to byłby dopiero telewizyjny show! Należy jednak przypuszczać, że nawet wówczas wielu telewidzów uznałoby to za jakiś żart filmowy, a obecni na plaży ateiści wmawialiby sobie, że mają udar słoneczny i omamy wzrokowe.

Tu zaś niby zwykła, banalna historia jakich wiele. Kto z obecnych na plaży zobaczył w niej pomoc anioła? Założę się, że nikt! Zastanowiło mnie tylko, skąd ten facet wiedział, że tonę, kiedy tego nie było widać? Kto go poprosił o pomoc? Dlaczego się nie spieszył? Tamci dwaj ratownicy bardzo szybko się uwijali…

Może nie wyglądało to jak w trzymającym w napięciu amerykańskim filmie akcji, ale znalazł się przy mnie dosłownie w ostatnim momencie, kiedy poprosiłem Boga o ratunek. Dlaczego nie dał się zmylić moim zapewnieniom, że „dam sobie radę”, i pomógł mi? Przypadkowy pływak raczej by odpłynął.

A gdzie zniknął, kiedy dosłownie kilka minut po wyjściu z wody chciałem mu podziękować? Nikt w tym małym zamieszaniu nie widział, żeby się oddalał.

Jeśli ktoś jednak woli wierzyć w jakiegoś ratownika ‑jasnowidza, z góry zakładając, że aniołowie nie istnieją, to już jego sprawa. Ja natomiast wiem, że mam dług u Pana Boga. Jako katecheta i katolicki publicysta staram się go swym życiem spłacać, głosząc Dobrą Nowinę.

G r z e g o r z F e l s

Posted in Znalezione w sieci, Świadectwa | Leave a Comment »

Agni Pilchowa– historia warta przypomnienia, choć w „Przyjacielu“ nie mieliśmy odwagi…

Posted by tadeo w dniu 15 Maj 2019

201104091725_agni1 []
„Agni – dziwny przybysz z zaświatów, więcej zadomowiony w świecie ducha, niż w świecie ziemskiej materii” – to jedna z opinii na temat Agnieszki Pilchowej, której historię życia i działalności opisuje historyk mgr Władysława Magiera. Poniższy materiał stanowi jeden z rozdziałów przygotowywanego drugiego tomu „Cieszyńskiego szlaku kobiet“. Niektóre historie z życia kobiet publikowaliśmy na łamach „Przyjaciela“. Ze względu na „delikatną materię“, poniższego tekstu zdecydowaliśmy się jednak nie umieszczać w naszym miesięczniku kościelnym. Z tym większą satysfakcją przedstawiam tekst poniżej – ku zbudowaniu wszystkim, co nie boją się „odsłonić klapek” z lewa i z prawa…

„… Jest to osoba o niezwykłych zdolnościach jasnowidzenia. Dziwna ta istota żyje równocześnie podwójnym życiem – na ziemi i w zaświecie. Co więcej, w świecie Ducha porusza się z wielką lekkością i swobodą… Swych zdolności jasnowidzenia nie zużytkowuje dla celów materialnych, nie lubi też patrzeć wzrokiem ducha na sprawy materialne, np. poszukiwać i znajdywać zagubione przedmioty…”. Jak widać z powyższego opisu Agnieszka Pilchowa miała swoją filozofię życiową i zasady, których trzymała się konsekwentnie. Miała wielkie serce i to potwierdzają wszyscy. Była osobą głęboko wierzącą, głoszącą chwałę miłości do Stwórcy jako lek na wszystkie nieszczęścia i zło tego świata, szanowała ludzi i nie zważając na siebie zawsze spieszyła z pomocą. Miała wielkie niebieskie oczy, sprawiające wrażenie ciągle zdziwionych. Pachniała ziołami. Bardzo lubiła śpiewać. Śpiewała wieczorami przy otwartych oknach pieśni religijne. Prowadziła przecież „normalne” życie żony i matki. Było nieraz pełne trosk związanych z wychowaniem czworga dzieci, z troską o dom, a przede wszystkim o rodzinę tak wielką – rodzinę duchową. Nie było dnia by ktoś listownie nie zwracał się do niej z prośbą o udzielenie rady w różnych cierpieniach, zarówno fizycznych jak i duchowych… Codziennie odpowiadała na wiele listów, przyjmowała chorych i potrzebujących, nie odrywając się od zajęć domowych.

Wiele można o niej napisać, ale na pewno nie to, że była zwyczajna lub przeciętna. Jasnowidz, zielarka, uzdrowicielka. Leczyła ziołami i odpowiednią dietą, ale często zdarzało się, że korzystając z daru jasnowidzenia wnikała w przeszłe wydarzenia z życia pacjenta, a nawet – jak sama twierdziła – w prawdziwe przyczyny jego chorób. Leczyła chorych fizycznie i niosła pomoc chorym na duchu. Agni P., bo taki miała pseudonim, używała swego daru, aby pomagać ludziom. Biorąc pod uwagę, że nie skończyła uczelni medycznej, jedynie szkołę podstawową, trafność jej diagnoz lekarskich była imponująca. W swych pamiętnikach pisała, że diagnozując chorego odczuwa jego fizyczne dolegliwości we własnym ciele.

Agnieszka Pilchowa z domu Wysocka urodziła się 16 grudnia 1888 r. w Zarubku, miejscowości stanowiącej dziś część Ostrawy. W jej domu rodzinnym mówiono po czesku, a dzieci chodziły do czeskiej szkoły. Jako dziecko, wskutek wstrząsu, zapadła w śpiączkę trwającą dwie doby. Jej rodzeństwo było przerażone. To co działo się z nią w tym czasie wywarło na niej ogromne wrażenie, więc zapamiętała wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. Przeżycia te były przygotowaniem do dalszej pracy. Opisuje to wydarzenie w swoich pamiętnikach: „Straciłam na chwilę świadomość. W niespełna 5 minut ocknęłam się, lecz jakież było moje zdumienie, gdy zauważyłam w mieszkaniu popłoch, bieganie i cucenie zimną wodą jakiejś dziewczyny, leżącej na łóżku; ku memu zdumieniu rozpoznałam w niej siebie samą. Widziałam wyraźnie to leżące z zamkniętymi powiekami moje ciało, a równocześnie dobrze zdawałam sobie sprawę z tego, że nie śnię, lecz stoję w pewnym oddaleniu od łóżka, stopami wcale nie dotykając podłogi… Płynęliśmy w górę. Świat ten powoli znikał mi całkiem z oczu, a tymczasem ten dobry Duch zaczął mi mówić o wiecznem życiu, o miłości Boga, o Jego nieskończonej dobroci. W związku z przyczyną, która wywołała moje omdlenie, pocieszał mię, iż Bóg jest wszędzie i że mogę się do Niego modlić na każdem miejscu… Powiedział także, że mnie nie opuści nigdy. I istotnie, minęło od tego czasu już przeszło 20 lat, a ja zawsze mogłam i mogę rozmawiać z nim kiedy tylko tego zapragnę; zawsze też pociesza mię i udziela mi potrzebnych wskazówek i rad, które w ciągu już przeszło 20 lat nie zawiodły“. Było to jedno z jej pierwszych paranormalnych doświadczeń, podczas którego, wraz ze swym Opiekunem Duchowym, którego by można też nazwać Aniołem Stróżem, odbyła podróż astralną. Opiekun przekazywał informacje przy pomocy „automatycznego pisma”. Kiedy jej ręka zaczynała drżeć, brała ołówek lub pióro i przykładała go do papieru. „… W tej chwili ręka moja zaczęła pisać. Myśli snuły się tak szybko, że pióro z trudem chwytało je na papier. Wiedziałam zawsze naprzód jakie są dwie, trzy pierwsze myśli, które mają być napisane; lecz kiedy zostały już napisane a płynęły nowe, zatracałam zupełnie pamięć poprzednich. Pisałam tak długo, aż pióro samo zostało odłożone, nieomal wypadło z ręki”. Przenosząc się do Polski słabo znała nie tylko język, ale i polską literaturę, historię. Nawet w latach późniejszych niewiele czytała, choć w domu była spora biblioteka, by „wchodząc w cudze pole myśli (…) nie zatracać bezstronności”. Jej język polski był ponoć dziwny – tak przynajmniej twierdziły osoby spoza Śląska. Z pewnością były w nim czechizmy, być może była to po prostu gwara śląsko-cieszyńska, bo trudno sobie wyobrazić, by osoba z pogranicza Śląska Cieszyńskiego i Moraw nie mówiła na co dzień „po naszymu”.

201104091725_agni2 []

Zdarzało się, że nagle zapadała w dziwny stan, była inna. Odbiegała swoim zachowaniem od reszty rodzeństwa i rówieśników zamyślając się często tak głęboko, że traciła kontakt z rzeczywistością i dosłownie stawała się nieobecna duchem. Nie reagowała wtedy na polecenia matki i odgłosy otoczenia. Zwierzała się swemu rodzeństwu z tego co widziała – wyśmiewano ją nazywając głupią. Nie pozostało jej więc nic innego jak zamknąć się w sobie i nikomu o tym nie wspominać. Wszystkie widzenia z lat dziecięcych uważała za coś w rodzaju snu, sądziła, że to samo przeżywają inni, tylko nie opowiadają o tym, podobnie jak i ona nie opowiadała nikomu o swoich wizjach. Rodzeństwo coraz bardziej odsuwało się od niej. Miała też zapewne niewielkie grono koleżanek, z których jedną zaprosiła później na druhnę podczas swojego wesela. Pisała o sobie tak: „ Ze zdolnościami jasnowidzenia jakie posiadam przyszłam już na ten świat. Gdy mam spojrzeć w świat ducha, nie potrzebuję zapadać w trans ni też używać jakichś środków pomocniczych. Z początku przymykałam oczy (…) potem już i przymykanie oczu zaczęło być zbyteczne”.

Odizolowana przez swoje „dziwactwo” od świata, nie potrafiła jednak ukryć odmiennych stanów świadomości, w których często przebywała, i być może depresji będącej skutkiem odrzucenia. Około osiemnastego roku życia trafiła w kręgi Towarzystwa Spirytystów. Wzięła udział w kilku seansach, były wtedy bardzo modne. Jako obdarzona zdolnościami jasnowidzenia widziała więcej niż inni. Na jednym ze spotkań zabrała głos, lecz nie spodobało się to innym. Uczestnicy wymusili na niej zerwanie kontaktów. Bardzo to przeżywała i postanowiła nigdy więcej nie brać udziału w seansach spirytystycznych.

Ogromny wpływ na jej dalsze losy miała wizyta u jednego z żonatych braci. Poznała tam przyszłego męża, który w pewnym sensie wymusił na niej ślub. Wspomina, że nie potrafiła się sama ubrać w białą suknię do ślubu, ale jednocześnie nie potrafiła się temu przeciwstawić: „Jeszcze w dniu ślubu drżałam z rozpaczy i mdlałam z przerażenia. Jakże iść z tym człowiekiem przez życie, kiedy taki dziwny strach miałam przed nim…“. Tak sama wspomina ten moment, ale odczucia kobiet w dniu ślubu bywają przecież różne. Została mężatką mając 21 lat.

Po ślubie często bywała w świecie ducha, tym bardziej, że wędrówka w zaświaty była dla niej od wczesnego dzieciństwa ucieczką od codzienności. Jej wizje miały często charakter symboliczny i z takich obrazów odczytywała przyszłe fakty. Zapytana pewnego dnia, w roku 1915, jak długo potrwa wojna, odpowiedziała, że do 1918 roku – nie uwierzono jej wtedy. Pisała: „Straszne jest to, co piszę. Może ktoś powie, że to wytwór bujnej fantazji. Ach, gdybym miała pisać wszystko, co podczas wojny się przesunęło przed mym wzrokiem ducha, a co potem i tak jaskrawo przejawiło się i na ziemi, to musiałabym napisać wiele grubych tomów… Bolałam bardzo na myśl o przelewie krwi i tych wszystkich strasznych cierpieniach, które ludzkość sobie nawzajem niepotrzebnie zadaje. Pytałam Opiekuna: Jak mogę pomóc ludziom?” Wtedy pojawił się z duchem wybitnego lekarza i przez trzy miesiące pobierała nauki z anatomii i medycyny. Jak sama opisuje, przed jej oczami „pojawiał się organizm ludzki, jak na ekranie w kinie. W ciągu jednego wieczoru zapełniał się ekran obrazami tylko jednej części ciała w jego różnych stanach chorobowych, przyczem przy danej części zjawiał się raz po raz cały organizm ludzki, bym dobrze mogła obserwować, w jaki sposób np. zakażenie krwi w ręce rozszerza się na cały organizm i atakuje serce. Duch zalecił: Byś jednak nie zapomniała mych wskazówek, weź ołówek do ręki i skreślij sobie moje myśli na papierze… A na końcu zapytał: Czy chcesz pomagać bliźnim? Czy nie ugniesz się pod ciężarem pracy? Czy nie ulękniesz się, gdy wydadzą na ciebie wyrok?

Zaczęła leczyć już w trzecim roku pierwszego małżeństwa. Pierwszymi pacjentami były dzieci mieszkające nieopodal, które miały wysoką temperaturę, a najmłodsze było umierające. Zaczęła robić głaski magnetyczne nad ich ciałami. Zebrało jej się na wymioty, ale po podaniu chłopcu mleka z solą to on zaczął wymiotować i reagować na otoczenie. Pozostałym dzieciom podała zmagnetyzowaną wodę (były to prawdopodobnie działania bioenergoterapeutyczne). Następnego dnia cała okolica wiedziała o uzdrowieniu. Innym razem przyjechała do niej kobieta, której lekarz chciał amputować rękę, chciała popełnić samobójstwo. W ostatniej chwili, w skrajnej rozpaczy, zdecydowała się na wizytę u niej. Agnieszka wzięła maść borową i zaczęła robić magnetyczne pociągnięcia. Maść wprawdzie nie była potrzebna, ale nie chciała by opowiadano, że czaruje. Całą siłą woli skupiła myśli na ręce i na jednym punkcie, którym powinna „wyjść nieczysta krew”. Czwartego dnia tylko pomarszczona skóra świadczyła, że było bardzo źle. Zaleciła gotowanie rumianku z jałowcem i moczenie ręki, a podczas kolejnej wizyty, po czterech dniach, zastąpienie jałowca cytryną. Przy wyjściu wręczyła jeszcze kobiecie pieniądze na zakup ziół i cytryny. To powtarzało się później często, pomagała jak mogła, dawała pieniądze na niezbędne leki. Biedna materialnie, lecz bogata duchem, nigdy nie odmówiła pomocy nikomu.

Po czterech latach małżeństwa odeszła od męża i przeniosła się wraz dwójką dzieci do matki, jednak formalne unieważnienie związku przez najwyższe władze sądowe uzyskała dopiero w roku 1917.

Kiedy było już pewne, że posiada medialne, większe niż przeciętne uzdolnienia, zaproponowano jej badania. Rozmowy przerwało wysiedlenie do Polski. Zamieszkała w Wiśle w starej szkole. Tam poznała przyszłego męża, który pochodził z Wisły. W roku 1919 wróciła na kilka miesięcy do Pragi, gdzie eksperymenty naukowców uniwersyteckich potwierdziły autentyczność jej medialnych uzdolnień. Poznała córkę prezydenta, dr Alicję Masaryk, która zachęcała ją, by napisała podanie, że pragnie zostać w Czechosłowacji. Nie zrobiła tego i wróciła na Śląsk Cieszyński. Również następnym razem odmówiła prezydentowi Masarykowi przyjęcia posady na Hradczanach, mimo że gwarantowano jej tam spokój.

201104091726_agni3 []

W Wiśle ponownie wyszła za mąż za nauczyciela Jana Pilcha. Był kierownikiem szkoły w Pszczynie i tam początkowo mieszkali. Z ich małżeństwa urodziły się dwie córki: Janka i Agnieszka. Cały czas wychowywali razem dzieci z pierwszego małżeństwa Agni: Stacha Kurletto oraz córkę Anitę. W 1931 roku małżonkowie wybudowali nową, murowaną willę, którą nazwali „Sfinks”. Piętrowa willa, posadowiona wysoko na stoku góry, posiadała kilkanaście pokoi i olbrzymią kuchnię z piecem węglowym, w której trzy razy dziennie spotykali się wszyscy mieszkańcy domu na posiłkach. Otoczona była sporym ogrodem z ławeczkami i drewutnią z czasem przerobioną na letni domek. Agnieszka mieszkała wśród ludzi, którzy z dużą życzliwością, ale zarazem z rezerwą odnosili się do jej rewelacji. Podobno była przez niektórych miejscowych uważana za czarownicę.

Jej sława przyciągnęła do Wisły wielu, m.in. w roku 1929 przeniósł się tam zajmujący się ezoteryką Jan Hadyna, zaczął wydawać „Hejnał” – Miesięcznik Wiedzy Duchowej. Później zamieszkał w „Sfinksie“ i razem z Janem i Agnieszką prowadzili wydawnictwo. Pod koniec 1933 r. przekazał „Hejnał” pod kierownictwo Agni i wyprowadził się do Krakowa. Oficjalnie administratorem pozostał jednak jej mąż. W wydawnictwie publikowano artykuły poświęcone zjawiskom paranormalnym. Tam Agnieszka opisywała swoje wizje, ukazywały się jej wspomnienia i porady lekarskie. Jako bardzo wierząca, pisała o ewangelicznych metodach leczenia. Wyjaśniała, jak bardzo zanieczyszczona jest aura ludzi palących tytoń. Zalecała regenerację organizmu poprzez sen i przebywanie na łonie przyrody. Udzielała porad czytelnikom. Bardzo dużo pisała. „W cichym kąciku swego pokoiku, zadumana, kreśliła pośpiesznie… Oczy jej otwierały się szeroko, a twarz rozpalała przedziwnym blaskiem, to znów gasły, opadały powieki, ustawało pióro w ręku i głęboko wzdychała“ – pisał jej mąż. Zużywała na to wiele sił i czasu. Jej organizm szybko się jednak regenerował. Oprócz artykułów prasowych drukiem ukazały się książki: „Życie na ziemi i w zaświecie, czyli Wędrówka dusz” – pozycja, za którą otrzymała podziękowanie od marszałka Józefa Piłsudskiego; „Spojrzenie w przyszłość” – książka nawołująca do bratania narodów słowiańskich, za którą dostała gorące podziękowania od prezydenta Czechosłowacji, T. G. Masaryka. Za dwutomową powieść osnutą na prawdziwych przeżyciach „Zmora” i „Umarli mówią” otrzymała podziękowanie od prezydenta Ignacego Mościckiego. Ukazały się też „Pamiętniki Jasnowidzącej” i „Jasnowidzenie”.

„Sfinks” był domem otwartym, miejscem do którego ludzie przychodzili po porady. Agni bowiem wykorzystując swoje zdolności magnetyczne oraz znajomość leczniczych właściwości ziół, pomogła wielu osobom. Leczenia podejmowała się bezinteresownie, a do „Sfinksa“ ciągnęły pielgrzymki. Porad regularnie udzielała nie tylko w Wiśle, ale i w Cieszynie, często wzywano ją do szpitala, do ciężkich przypadków. Przyjeżdżali do niej ludzie z całej Polski, chociaż wtedy nie było łatwo dostać się do Wisły. Pisali listy, w których błagali o pomoc. Wolała jednak, jeśli chory przyjeżdżał do niej osobiście, ale nie było to konieczne. Wystarczyło, że wzięła do ręki przedmiot tej osoby, list lub fotografię i łącząc się z tą osobą mentalnie mogła pomóc na odległość. Jeden z licznych przypadków leczenia nawet na odległość cytuje Anna Szatkowska. Opisała przypadek błyskawicznego uzdrowienia swojego brata: „Witold miał jechać do Warszawy na egzamin wstępny. W przeddzień wyjazdu pojawiła mu się na twarzy okropna egzema, z której lała się żółta ciecz i nic na to nie pomagało. Babcia, bezradna, skontaktowała się z Pilchową, która obiecała coś poradzić na odległość. Prosiła, by po południu Witold siedział spokojnie na kanapie przez dwie godziny. Wieczorem egzema przyschła, a nazajutrz nie było po niej śladu!“

Właśnie na początek lat 30-tych przypada najlepszy okres działalności Agni. Majątku jednak nigdy się nie dorobiła, pomagała przecież ludziom bezinteresownie. Zawsze miała wielkie serce. „Leczyła nie tylko bezinteresownie, ale pomagała żywnościowo i materialnie potrzebującym, nie znosiła reklamy, szumu, pieniędzy”.

Jej pacjentami byli nie tylko prości ludzie, ale też znani, np. wicewojewoda śląski dr Saloni, któremu skutecznie pomogła czy sam marszałek Piłsudski. Była kilkakrotnie zapraszana do Belwederu. Wspomina o tym zarówno wnuczka, Krystyna Frank, jak i Zofia Iłłakowiczówna. W jakim celu tam jeździła – nie wiadomo. Mogły to być problemy zdrowia Marszałka i poszukiwanie niekonwencjonalnych metod leczenia albo chęć uzyskania informacji, których nie mógł dostarczyć wywiad. Znając zamiłowanie Marszałka do ezoteryki, można przypuszczać, że wizyty te miały raczej charakter informacyjny. Pewne jest, że jeździła do Marszałka w czasie jego ostatniej choroby, prawdopodobnie uśmierzała ból wywołany dolegliwościami nowotworowymi. Mówiła, że trzymała go za rękę i może to właśnie przynosiło ulgę. Wraz z pojawieniem się jej osoby w mediach, zaczęła być sławna. Szczególny rozgłos zyskała dzięki audycjom radiowym Zofii Kossak-Szczuckiej, częstemu gościowi w „Sfinksie“. Jej sława, jak się uważa, sięgała daleko poza Wisłę, a nawet Polskę. Z Hitlerem nie spotkała się jednak nigdy, chociaż i takie były przypuszczenia.

Najbardziej znaną zapisaną wizją jest „ Przepowiednia z Tęgoborzy”, która ukazała się drukiem w dniu 27 marca 1939 r. w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym”. Jej autorstwo nie jest udowodnione, niecodzienna treść powodowała, że chciano zachować anonimowość autora. Późniejsze wypowiedzi wskazują jednak, że to właśnie Agni była jej autorką. Pewne jest tylko to, że spisana wierszem została przez literatkę Marię Szpyrkównę, jej znajomą. Ułożyła ona wierszem to, co opowiadała Agni podczas zwykłych codziennych zajęć. Podobnie powstanie „Przepowiedni…“opisuje Stanisław Hadyna, który wspomina, że w obecności Jana Hadyny i literatki Marii Szpyrkównej przedstawiła wizję w pierwszej połowie 1939 r. Przepowiednia dotyczy dziejów Polski. Jej tekst wzbudził ogromną sensację. Przekazywano ją z ust do ust, śpiewano, powielano w „podziemnych” gazetkach. O tym, jak bardzo była popularna i znana, świadczy fakt, że reżyser L. Buczkowski umieścił jej fragment w „Zakazanych piosenkach”, filmie z roku 1946. „Zdumienie ogarnia, kiedy się pomyśli, że teraz ta przepowiednia albo jest zupełnie zapomniana, albo nadal krąży potajemnie, przekazywana z rąk do rąk” – pisał Czesław Miłosz. Oto fragmenty, które można różnie interpretować:

„Gdy czarny orzeł znak krzyża splugawi,
Skrzydła rozłoży złowieszcze –
Dwa padną kraje, których nikt nie zbawi,
Siła przed prawem jest jeszcze.
Lecz czarny orzeł wejdzie na rozstaje,
Gdy oczy na wschód obróci,
Krzyżackie szerząc swoje obyczaje,
Z złamanym skrzydłem powróci.
Zaborcom nic nie zostanie.
Mazurska ziemia Polsce znów przypadnie,
A w Gdańsku port nasz powstanie.
Złamana siła mącicieli świata
Tym razem będzie na wieki.
Rękę wyciągnie brat do swego brata,
Wróg w kraj odejdzie daleki.
Trzy rzeki świata dadzą trzy korony
Pomazańcowi z Krakowa,
Cztery na krańcach sojusznicze strony
Przysięgi złożą mu słowa“.
O ile najbardziej znana przepowiednia, w której cztery ostatnie wersy mówią podobno o wyborze na papieża Polaka może być traktowana różnie, o tyle wszystkie pozostałe opisy dotyczące wojny były aż za bardzo prawdziwe. Agni cierpiała bardzo opisując to, co widziała. S. Hadyna, cytując zapiski swojego stryja Jana Hadyny, który notował jasnowidzenia Agni w roku 1934, takie oto słowa przepowiedni odnotował:

pobrane

„Widzę zadrutowane ogromne kraje, pełne nienawiści i palących się trupów. Dymy piekielnych palenisk zasłaniają niebo. Losy ludzkości się ważą. (…) Widzę swastykę toczącą się na wschód, która chce zmiażdżyć w mściwej satysfakcji niewolnicze państwo pentagramu (pentagram – gwiazda pięcioramienna). Dwaj zbrodniarze ludzkości chwycą się za bary – hordami swych niewolników i masą swej broni, a ziemia zadrży pod ich stopami“.

W roku 1934, w Wiśle, nikt jeszcze nie podejrzewał, że za kilka lat Niemcy rzeczywiście zaatakują Związek Radziecki.

Zimą 1940 roku tak opowiadała Janowi Hadynie:

„Pytałem, co będzie? Zakryła ręką oczy. Zaczęła płakać. Nie mówiła nic. Drżała. Po chwili jednak powiedziała cicho: To wszystko jest okropne. Palą ludzi w piecach. Całe pociągi. Tysiące. Dymy zakrywają niebo. Pędzą ich tysiącami przez śniegi, lasy, za druty obozów. Strzelają. Doły pełne trupów. (…) Jedni mają błyskawice na mundurach, inni czerwone gwiazdy, ale znaki są bez znaczenia. Jedni i drudzy są emanacją zła.
– Jaki będzie wynik tej wojny?
– Zło wraca złem, musi się wzajemnie pożreć.
– Wojna niemiecko-sowiecka, to nonsens. Coś się pani przywidziało! (rok 1940)
– Mówię, co widzę – powiedziała z cichym uporem. Spojrzała na mnie bezradnie swymi ogromnymi niebieskimi oczyma i powiedziała:
– Ja sama tego nie rozumiem, ale klisze astralne mówią o strasznej wojnie właśnie między tymi dwoma państwami, spod znaku swastyki i czerwonej gwiazdy. Będą miliony ofiar.
Na stole leżał „Völkischer Beobachter” z fotografią Bramy Brandenburskiej na pierwszej stronie. Wpatrywała się w tę stronę intensywnie, dotknęła jej palcem, potem przysłoniła oczy i zmienionym głosem znów zaczęła mówić:
– Widzę żołnierzy z czerwonymi gwiazdami na czapkach, którzy wieszają na szczycie kolumnowej bramy czerwony sztandar… Wszędzie gruzy, zniszczenie, dym, białe prześcieradła zwisają z okien, żołnierze sowieccy wbiegają na schody jakiegoś gmachu, piszą coś po rosyjsku na ścianach…
– A Polska? – zapytałem.
– Widzę polską flagę na wysokiej kolumnie za tą bramą… Nie wiem jak się ta kolumna nazywa. Stoi na tej samej alei co brama, ale dalej…
– I to koniec wojny?
Pokręciła głową.
– Nie. Widzę wielką mapę sztabową, widzę wbite szpilkami chorągiewki… Tak, oni… To jest wojna… Amerykańskie i japońskie. Tak… – powtórzyła i jakby chciała coś bliżej dojrzeć, z zamkniętymi oczyma pochyliła się nad stołem, jakby tam właśnie leżała ta mapa sztabowa. Ale na stole prócz obrusa nic nie było.
– Nie rozumiem co to jest? Coś okropnego… Jakiś straszliwy grzyb zrodzony z chmur oślepiających, rośnie pod niebo. Gdzie to jest? Co to jest?… O, Boże… – jęknęła i nagle otwarła szeroko oczy, jakby uciekając od tego widoku“.
Jak widać z powyższego dialogu, Agni przewidziała nie tylko zdobycie Berlina, ale i zrzucenie bomb atomowych. Z perspektywy czasu wiemy, że wizje te były bardzo trafne, jednak dla współczesnych bywały kontrowersyjne. Wtedy nawet niektórzy ludzie zaczęli twierdzić, że jej zdolności zaczęły słabnąć.

Z wizji dotyczących przyszłości, w negatywnym świetle stawiała rozwój wielkich aglomeracji miejskich, gdzie wraz ze wzrostem liczby ludności widziała wzrastającą agresję, ludzi społecznie złych, gdzie gloryfikowany był gwałt i przemoc. Mówiła, że ludzkość gorączkowo rzuci się do pracy w celu podniesienia swego dobrobytu. Będzie budować olbrzymie mosty, kanały, drogi komunikacyjne, zakładać wielkie osady, ogrody warzywne, osuszać bagniska, nawadniać pustynie i w niedalekim czasie sztucznie wywoływać chmury w atmosferze i deszcz, a także je rozpraszać. Przeróżne wynalazki praktyczne umożliwią gospodyniom łatwiejsze prowadzenie gospodarstwa domowego. Dzieci będą badane pod kątem swoich zdolności i w tym kierunku będą kształcone. Nie będzie zadymionych miast, zatruwających swych mieszkańców, ponieważ będą istniały urządzenia odświeżające powietrze w lokalach publicznych i mieszkaniach prywatnych. Na szeroką skalę zakrojone również będą prace nad wykorzystaniem energii słonecznej za pomocą zwierciadeł wklęsłych. Agni twierdziła, że wizje te zaczną stopniowo spełniać się jeszcze przed rokiem 2000. „Zanim jednak nastanie w pełni złoty wiek ludzkości, przeżyje ziemia nasza niejeden kataklizm… Zaburzenia atmosferyczne i wstrząsy wulkaniczne zrobią nam jeszcze niejedną niespodziankę, podobnież i zaburzenia polityczne w różnych państwach”.

W czasie wojny wszelka działalność literacka została oczywiście przerwana. Część książek udało się ukryć, uważano bowiem w domu Pilchów, że jest to najcenniejsza rzecz, jaką posiadają. Z domu furmankami wywieziono jednak sporą część wyposażenia. Oto fragment listu córki Janki do siostry Agnieszki:

„To była częsta scena w czasie drugiej wojny światowej: moja matka nagle przerywała to, co robiła, zamykała oczy i mówiła: Iksiński tu jest. Właśnie zmarł. Napisz do jego rodziny. I dalej następowały szczegóły dotyczące okoliczności śmierci i miejsca, w którym znajdowało się ciało. Większość tych ludzi była czytelnikami naszego pisma, znanymi lub nieznanymi, którzy widzieli w nim pośrednika miedzy tymi dwoma światami. Kiedy umierali z dala od swojego domu, zawsze zjawiali się u mojej matki, aby przekazać ostatnią wiadomość. Dom wydawał się ich pełen. W salonie – gdzie za życia zwykle radzili się mojej mamy – nie można już było usiąść w fotelu, nie czując przy tym czyjejś obecności. Ciągnęli mnie za warkocze, powietrze zdawało się być pełne szeptów, więc przyzwyczaiłam się zawsze mówić: „Dzień dobry“ i „Dobry wieczór“ pustemu salonowi. Na ich prośbę napisałam wiele listów”.

Ostatni „rozdział“ życia rodziny Pilchów opisuje mąż Agnieszki, Jan Pilch:

„Przybrany syn Stanisław Kurletto, działacz AK na Śląsku, zorganizował przerzut przez granicę Generalnej Guberni. W ustalonym dniu, 27 listopada 1943 r. wcześnie rano pojechali do Frydku na Zaolzie, aby u brata zdeponować trochę swego dorobku. Kiedy wrócili do Wisły o godz. 16:00 na dworcu czekało na nich gestapo. Zostali aresztowani i wywiezieni do Cieszyna, a w dniu 24 grudnia 1943 roku przewiezieni do Mysłowic. Stamtąd w kwietniu 1944 r. żonę wywieziono do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, mnie do obozu Sachsenhausen. Kilka tygodni później aresztowano ukrywającą się córkę Jankę. Trzymano nas miesiąc w Cieszynie. Czy Agni, jako jasnowidząca, wiedziała co ją spotka? Już kilka tygodni przed śmiercią zapowiedziała wobec innych więźniarek swoje „wyzwolenie” na dzień 4 stycznia 1945 r. Wtedy, w ostatniej obozowej egzekucji, została rozstrzelana“.

Dlaczego została aresztowana? Oskarżono ją o przemycanie broni partyzantom. Przekazywała im jednak tylko albo aż kartki żywnościowe, zostawiała je w umówionym miejscu pod kamieniem. Wśród walczących był przecież jej syn Stanisław. Mąż po przesłuchaniu mógł zostać zwolniony, ale nie opuścił żony, poszedł z nią do więzienia. Uważał, że jest z żoną na dobre i na złe, zgodnie z małżeńską przysięgą, i nie może jej zostawić w tragicznej chwili. Przeżył wojnę, dzieci również. Jeszcze długo po zakończeniu działań wojennych jej szukał.

Syn Stach wyjechał zaraz po wojnie do Anglii, a stamtąd do Brazylii, gdzie założył rodzinę. Był bardzo uzdolniony plastycznie, malował. Janka po powrocie z obozu pracowała w Katowicach jako dziennikarka. Później wjechała do Brazylii i tam wyszła za mąż. Zawsze pisała wiersze i opowiadania, już jako młoda osoba współpracowała z „Hejnałem”, była bardzo uzdolniona. Najstarsza córka Anna, którą nazywano często Anita, wyszła za mąż za pastora Franka i przeniosła się do domu parafialnego w centrum Wisły. Przy niej do końca mieszkał mąż Agni. Najmłodsza córka, Agnieszka, wyszła za mąż i zamieszkała w Warszawie. Willę „Sfinks” sprzedano w 1985 r. jednemu z mikołowskich zakładów pracy jako pensjonat.

Paranormalne właściwości Agnieszki Pilchowej i jej dokonania są może nie całkiem zrozumiałe dla „przeciętnego śmiertelnika”, ale są potwierdzone przez wielu naocznych świadków oraz opisane w literaturze. Można jeszcze dodać, że wszyscy pamiętali jej „ogromne jasnoniebieskie oczy, które w momencie wizji stawały się jeszcze bardziej niebieskie”, Anna Szatkowska zaś tak ją wspomina: „Była to osoba bezpośrednia, energiczna, raczej okrągła”.

Na pewno była wyjątkowa, choć nigdy nie zabiegała o popularność, a zyskiwała ją dzięki pracy wykonywanej z wielkim entuzjazmem i zaangażowaniem.

http://www.sucha.cz/rservice.php?akce=tisk&cisloclanku=2011040005

Przeczytaj także:

Pamiętniki jasnowidzące z wędrówki życiowej poprzez wieki

Niepokalane Poczęcie

A_Pilchowa_Zycie_na_ziemi_i_w_zaswiecie_cz1.pdf

 

 

Posted in SYLWETKI, Znalezione w sieci, Świadectwa | Leave a Comment »

Epitafium

Posted by tadeo w dniu 15 października 2018

Rodzina kardynała Stefana  Wyszyńskiego ma swe korzenie na Podlasiu. Samo nazwisko pochodzi od miejscowości Wyszki k. Bielska Podlaskiego. Przodkowie Prymasa Tysiąclecia, należą do najstarszej generacji szlachty podlaskiej zamieszkującej te ziemie już od 1444 r. Dlatego też od XV w. Wyszyńscy, figurują w Księgach ziemskich i grodzkich podlaskich. Nazwisko to pojawia się również w XVI wiecznych dokumentach Konsystorza diecezji Łuckiej . W drugiej połowie XIX w. dziadek Prymasa Tysiąclecia – Piotr, za swoją działalność w obronie unitów, musiał opuścić Podlasie. Nabył wtedy posiadłość rolną nad Liwcem na terenie parafii Kamieńczyk i osiadł tu, nie mając prawa powrotu do stron rodzinnych.

kard_Wyszynski032

 

Znalezione obrazy dla zapytania grob dziadków Prymasa Tysiąclecia

 

e588ac0aca52fe5f13728f6237e2b793,750,0,0,0

Takie epitafium znajduje na grobie dziadków Prymasa Tysiąclecia sługi Bożego Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Kamieńczyku nad Bugiem.

Posted in SYLWETKI, Znalezione w sieci | Otagowane: | Leave a Comment »

Prokurator wezwał na świadka staruszkę i zadał jej pytanie. Odpowiedź zawstydziła całą salę

Posted by tadeo w dniu 9 marca 2018

Miała pomysł na interes

Miała pomysł na interes (Zdjęcie ilustracyjne KenanTekin/Pixabay)

Staruszka wprawiła w osłupienie prokuratora, adwokata, a nawet sędziego. Takich podpowiedzi nikt się nie spodziewał.

Lubicie dobre żarty? My je uwielbiamy. Na dobry początek dnia mamy więc dla was kapitalny żart, który sprawi, że wasz dzień będzie lepszy.

Poniższa historia wydarzyła się w jednym z tych małych miasteczek, gdzie wszyscy się znają. Podczas rozprawy sądowej, prokurator wezwał pierwszego świadka – pewną staruszkę.

– Pani Nowakowska, zna mnie pani? – spytał.- Oczywiście! Znam pana, od kiedy był pan dzieckiem i szczerze mówiąc, jestem zawiedziona, co z pana wyrosło. Kłamie pan, zdradza żonę, manipuluje pan ludźmi i obgaduje ich za plecami. Myśli pan, że jest taka grubą rybą, a tak naprawdę jest pan tylko płotką. Krótko mówiąc: tak, znam pana.

Niezwykle.plNiezwykle.pl sad

Prokuratora aż zamurowało. Nie wiedząc, co ma teraz zrobić, wskazał na adwokata i spytał:

– A czy zna pani tego człowieka?

– Oczywiście, znam pana Szymańskiego od kiedy był brzdącem. Jest leniwy, zajadły i ma problem z alkoholem. Jego kancelaria ma fatalną reputację. No i nie zapominajmy, że zdradził partnerkę z trzema różnymi kobietami – w tym z pańską żoną! Tak, znam go dobrze.

Adwokat był cały czerwony na twarzy, wyglądał, jakby zaraz miał dostać zawału. Sędzia poprosił obu mężczyzn do siebie. Kiedy podeszli, nachylił się i wyszeptał:

– Jeśli któryś z was spyta ją, czy mnie zna, to przysięgam, że skażę was na dożywocie!

http://buzz.gazeta.pl/buzz/7,161251,23116392,prokurator-wezwal-na-swiadka-staruszke-i-zadal-jej-pytanie.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Buzz

Posted in Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Znalezione w sieci

Posted by tadeo w dniu 21 września 2017

„Niemcy to kraj podstępny od zarania dziejów knujący przeciwko Polsce i nic w tym temacie się nie zmieniło do dnia dzisiejszego . Dla swojego dobra sprzedadzą nas jak kilogram Cukru. Taki to dobrotliwy sąsiad. Odkąd powstało państwo Germańskie zaczęła się apokalipsa w Europie”.

https://wiadomosci.wp.pl/czy-niemcy-maja-prawo-krytykowac-polske-zobaczcie-co-sadza-polacy-mieszkajacy-za-granica-6168611701901441a

Posted in Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Anna Walentynowicz na niedzielę

Posted by tadeo w dniu 3 września 2017

 

Znalezione obrazy dla zapytania Anna Walentynowicz

Poznałem panią Anie Walentynowicz na przełomie 1980/ 81r.  w Gdańsku. Jako student łódzkiej filmówki, razem z kolegą, postanowiliśmy nakręcić film o pani Ani.  Już nie pamiętam, dlaczego miałby to być film o niej, a nie powiedzmy o Wałęsie. Tym bardziej,  że  Wałęsa był już  wtedy postacią heroiczna.  Pomnikową,  ale  mimo wszystko , pani Ania była jakoś tak bardziej ludzka. A także dostępna, prywatnie dostępna, a to ważne, gdy chce się zrobić dokument,  nie tyle polityczny co osobisty.  Pani Ania i Wałęsa byli prostymi robotnikami,  i właśnie to było w tej sytuacji niesamowite.  Tak naprawdę, był to pierwszy wielki bunt antysystemowy, kierowy przez konkretnych robotników. Znanych z  imienia i nazwiska.  Co prawda w roku 1956, autorytet  wśród robotnik zyskał Gożdzik z Żerania, ale mimo wszystko nie miało to takiej wagi, jak w latach 80-tych. Tak mi się przynajmniej wydaje. W tamtych czasach,  gdzie klasą przewodnią  była klasa robotnicza, fakt, że na  Polskę Ludową podnieśli rękę robotnicy, był elementem znaczącym.  Może nawet rozstrzygającym. Nie KOR, nie inteligencja warszawska, ale właśnie bunt robotnika był punktem zwrotnym tamtych czasów.

Napisałem, że pani Ania była prostym robotnikiem, ale to nie prawda,      pani Ania była suwnicową.  W wielkiej hali stoczni, i jeżeli ktoś myśli,  że obsługiwanie takiej suwnicy to kaszka z mlekiem, to jest w błędzie.  Pani Ania rozpoczęła prace w latach pięćdziesiątych, w Stoczni Gdańskiej, na stanowisku spawacza.  Nie była to praca łatwa, a wręcz piekielnie trudna, szczególnie dla kobiety.  Trzeba była zimą, a latem, w upale, przez kilka godzin leżeć miedzy poszyciami statku i tam spawać.  O pani Ani pisały wtedy gazety, jako o przodowniku pracy.  Jej zdjęcie wisiało w zakładowej gablotce.  Nie była może tak rozpoznawalna, jak powiedzmy – Pstrowski, ale swoją normę 270% wyrabiała,  ku chwale Ludowej ojczyzny. Należała także do ZMP.  Czyli takiego polskiego Komsomołu. Wysłano ją w nagrodę na zlot do Berlina, ostrzegając, że będą do niej podchodzili imperialiści.  Więc  powinna chodzić  w  grupie,  nigdy sama.  Pani  Ania starała się w chodzić w grupie i jak najmniej rozmawiać z imperialistami, ale mimo  wszystko z panią Anią były same problemy. Miał także  problemy dyrektor Stoczni  i  musiał panie  Anie wyrzucić  ze stoczni. Miał Wałęsa, więc szkodził jej jak tylko mógł. Nawet po śmierci, nie leżała spokojniutko w grobie, w jakim powinna leżeć.  Bo ktoś  w Moskwie pomylił trumny.               A w   jej ciele znaleziono nity Tu-154,  co prowokuje do kolejnych pytań.   Ale tak to już  jest z pewnymi ludźmi.  Za życia i po śmierci. Same problemy.

Pani Ania miała małe mieszkanko. Może nie na Mariensztacie, tak                jak o tym śpiewali w piosence, ale na ulicy Grunwaldzkiej.  W Gdańsku – Wrzeszcz.  Miała malutki pokój z kuchnią. Może 50 m2, nie więcej. Pamiętam, że na ścianie wisiało coś w rodzaju tableau, w fornirowanej gablocie z szybą.  Miała tam zgromadzone pamiątkowe zdjęcia, jakieś przedmioty, sentymentalne bibeloty. Były tam także zdjęcia zmarłego męża.  Chciałem coś więcej dowiedzieć się o jej mężu – Kaziu., ale pani  Ania nie była zbyt wylewna w tej sprawie.  Nie chciała opowiadać o swoim prywatnym życiu, o bardzo trudnym dzieciństwie na Wołyniu, to  zbyt ją  bolało, a ja nie naciskałem. Zresztą,  to były  wtedy takie czasy, że nie liczyły się sprawy prywatne a  Solidarność.  I  to, że kobieta ma dziecko z jednym mężczyzną, a  wychodzi  za mąż  za innego, to naprawdę sprawa drugorzędna.  A może nie,  właśnie pierwszorzędna, ale ja  nie dopytałem, Może  to i  lepiej. Pewne sprawy lepiej  zostawić  ledwie co zarysowane.

 

W kuchni jak to w kuchni, jakaś malutka lodóweczka, stolik nakryty ceratą, tandetną, ale wtedy ludzie tak mieli. Taką ceratę naciągano na stół, podwijano pod blat stołu i wciskano pineski. Tylko tyle.  Z tym, że na tym       „ stoliczku nakryj się” leżały dwa worki z listami. Bo już wtedy było tak, że pani Ania dostawała listy z całego świata.  Prosiła nas abyśmy jej tłumaczyli te listy, nam to kiepsko wychodziło, bo kartki i listy były dosłownie z całego świata. Wiec tylko wymienialiśmy kraje adresatów – Belgia. Francja.  Argentyna.  Australia, a pani Ania kiwała głową jakby była nauczycielką geografii, a my jej uczniakami.  Już wtedy pani Ania była znana na całym świecie, na równi z Wałęsą. Tylko potem, jakoś tak się porobiło, że o pani Ani świat zapomniał, a o Wałęsie nie.  Co prawa  pani Ania była wykształconą suwnicową, a Wałęsa  tylko zwykłym ładowaczem akumulatorów, a jednak to on, stał się przywódcą Solidarności, a nie pani Ania.  Co prawda przez jakiś czas mówiono o niej – matka Solidarności – ale nie minęło kilka lat, i o matce zapomniano.

W łazience pani Ani leżała maszynka do golenia. Zdziwiłem się, ponieważ pani Ania mieszkała sama, ale co się okazało? Tą maszynkę zostawił Kuroń, kiedy przyjeżdżał do stoczni, i u pani Ani może waletował, a może tylko tu się golił. W każdym razie, zapytałem się, czy mogę ogolić się tą maszynką Kuronia.  Ponieważ chciałbym otrzeć się o historie.  Pani Ania zgodziła się z pobłażliwym uśmieszkiem, a ja  goląc się zaciąłem policzek.  Do krwi.  Do jednej  kropli krwi. Ale może tak mi się teraz wydaje. Nad interpretuje. Dodaje. Moją krew do innej krwi. Nawet w ten dziecinny sposób. Ta maszynka jednak  jest ważna, nie jako gadżet.  ale dowód na grę polityczną, jaka wtedy się toczyła, lecz ja – wtedy – absolutnie nie zdawałem sobie z tego sprawy.. Chciałem mieć wypowiedzi pani Ani, tak zwane setki, naturalne, i najlepiej gdyby pani Ania, przed kamerą, miała łzy w oczach. Patrzyłem się na świat bardziej emocjonalnie, powierzchownie, nie rozumiałem wielkiej polityki.  Lecz co tu dużo mówić, nawet dziś, mało co z tego świata rozumiem.

Chociaż dziś  już raczej wiadomo, że za kulisami strajków w Stoczni Gdańskiej stały jakieś siły, które nawet dziś trudno zdefiniować.  Prawdopodobnie komuś zależało na strajku w okresie letnim. Tylko socjalnym. Kiełbasianym.  Sterowalnym.   Ale niestety, historia ma swoja własną dynamikę.  Często wybuchową.  I ogień i dym nie leci tam, gdzie sobie wyobrażają  podpalacze historii.  Panią Anie najpierw wyrzucono z pracy, potem przywrócono, a potem jeszcze raz wyrzucono, jakby chciano, aby w jej obronie zastrajkowali robotnicy. Członkowie WZZ, czyli Wolnych Związków Zawodowych, do których należał Gwiazda i jego żona, a także pani Ania, wstrzymywali się przed strajkiem. Borusewicz, natomiast parł do strajku.  I to w jak najszybszym terminie.  I tak oto zaczyna się 14 sierpnia 1980 rok.  Miało być więcej kiełbasy, tylko kiełbasy, a okazało się, że wprosiliśmy się na  wystawny solidarnościowy  obiad. Pytanie tylko czy dla każdego?

Wracając do pani Ani. Mojej ukochanej  Proletariuszki.  Schlondorff robiąc między innymi o niej  film pt. „ Strajk” ‘ ukazał ją, jako  analfabetkę, w rzeczywistości  ukończyła  4 klasy, a w papierach miała ukończoną podstawówkę,  bo inaczej nie zapisałaby się na kurs spawacza.  A może mimo wszystko, na ten kurs by ją przyjęli, sam nie wiem. Może pani Ania nieco „ podrasowałą” swoje wykształcenie, bo przecież lepiej ukończyć         7 klas niż 4 klasy. To oczywiste, ale to, co pani Ania miała, czego nie można nauczyć się w najmądrzejszej szkole świata, to dziwna, a raczej trudna osobowość . Która – przyznaje – nieco mnie drażniła. Dziś byśmy uczenie powiedzieli o niej – była nonkonformistką.  To fajnie tak się pisze. Czy opisuje ten typ osobowości w podręcznikach  dla  psychologów, ale w rzeczywistości, taka osoba drażni, wkurza, bo, gdy my chcemy osiąść na laurach,  a przynajmniej posłuchać przeboju „ słodkiego miłego życia” to taka osoba wciąż marudzi, narzeka, czegoś w życiu chce.  A taką osobą była pani Ania. Gdy ludzie na wybrzeżu powoli zapominali o robotnikach poległych na wybrzeżu, w latach -70.   Pani Ania suwnicowa o wykształceniu pod podstawowym, a raczej  ponad  podstawowym, konstruowała własne znicze  i woziła na groby zabitych stoczniowców.          I robiła to sama z siebie. Z potrzeby jakiej jej  podpowiadało serce. Napisałem „ konstruowała’  a to dlatego, że te znicze robiła sposobem domowym, może nawet na tej tandetnej ceratce. Topiła parafinę, wlewała do pojemniczków. Tylko nie wiem, dlatego?  Pewnie te znicze były zbyt drogie?  Nie pamiętam … w każdym razie, kiedy SB- ecja złapała panią Anie z kilkoma metrami knota, to zaraz odwieziono ją na komendę.  Za tego knota.  Za te kilka metrów, a raczej metr czy dwa, bo ile potrzeba knota,     aby „ skonstruować” 100 zniczy.  Dziś, gdy słyszę wypowiedzi „ obrońców demokracji” a na dodatek tych starych, zasłużonych dla PRLu „ obrońców demokracji”, że dzisiejsza władza, to faszystowska władza, a także tych młodych ludzi krzyczących, „ precz z dyktaturą” ,  to natychmiast przypomina mi się ten knot.  Te metr czy dwa.  Ta suka ubecka i pani Ania   w celi za knota.

Knot, ciekawe słowo, ma też swoje synonimy.  Knot, to też brzdąc, gówniarz, dzieciak. Dzieciak – knot.  Takim knotem, wtedy ja byłem. Pierwsze kroki w życiu politycznym.  Coś z tego rozumiałem, a jeszcze więcej nie rozumiałem.  Otarłem się, a może tylko skaleczyłem…

Ta jedna kropla krwi. I  światełko z tego znicza. Coś  oświetla, w półmroku snują się jakieś cienie, ale zaraz także ich nie będzie.

https://www.salon24.pl/u/24-24/806233,anna-walentynowicz-na-niedziele,2

Posted in SYLWETKI, Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Fenomenalny polski jasnowidz

Posted by tadeo w dniu 3 września 2017

Znalezione obrazy dla zapytania Stefan Ossowiecki

Do mojej redakcji, w której pracowałem w Polsce, przychodził pan Jerzy Jacyna, fascynujący, kulturalny człowiek. Kiedyś mój przyjaciel, zastępca redaktora naczelnego, twórca głośnych książek “S-F”, popularyzator wiedzy, prezes Polskiego Towarzystwa Parapsychologicznego, Krzysztof Boruń, oznajmił mi, że udało mu się skłonić – nie bez pewnych oporów zresztą – pana Jacynę, żeby opublikował swoje wspomnienia o bliskim kuzynie, inżynierze Stefanie Ossowieckim, głośnym jasnowidzu w okresie istnienia Polski międzywojennej. “Ależ to będzie typowy samograj i podniesie nam nakład o kilkadziesiąt tysięcy, jeśli cenzura pozwoli” – piał z zachwytu. Cenzura jednak była “twarda” i nie pozwoliła. Ale ludzie i tak kserowali ostatnie strony naszego tygodnika, dzięki czemu znowu powróciła w glorii postać wyjątkowego człowieka, który tak dużo wiedział o przyszłości.

Każdego tygodnia, w piątek, pan Jacyna przynosił nam kolejny odcinek swej opowieści o sławnym w całej Europie kuzynie, dzięki czemu byliśmy pierwszymi odbiorcami i entuzjastami jego wspomnień o polskim jasnowidzu. Aż po półtora roku, w pewien pochmurny, późnojesienny piątek, pan Jacyna oznajmił nam z powagą i napięciem w głosie, że przyniósł już ostatni odcinek, gdyż teraz sporządza… testament!

Zaczęliśmy z niedowierzaniem gorąco zaprzeczać temu oświadczeniu, a on na to: Nie zmyślam nic, wiem wszystko od Stefka! Otóż kiedyś powiedział mi, że znajdę się w “smudze cienia”, kiedy zacznę spisywań wspomnienia o nim i radzi mi się przygotować, bo od chwili napisania ostatniego odcinka pozostanie mi jeszcze tylko tydzień życia”.

No i co powiecie? Okazało się, że w następny tydzień, na przejściu dla pieszych, pan Jacyna został potrącony przez ciężarówkę i umarł w karetce pogotowia w drodze do szpitala na Solcu.

I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?
Twierdzę, a mój sąd nie jest pozbawiony racjonalnego podejścia, że tzw. umiejętności i predyspozycje są w cywilizacji ludzkiej rozdawane nierównomiernie i ciągle “falują”. Raz można je znaleźć w danej epoce przydzielone prawie “na pęczki”, innym razem – mizerota, błoga intelektualna sytość i średnia pełzająca tuż przy ziemi; po poprzedniej epoce erupcji talentów ludzkich – posucha, pełny zastój i stagnacja umysłowa.

Taka też jest sytuacja w parapsychologii i jej zasadniczej części – prekognicji, czyli odczytywaniu przyszłości i niezwykle trafnymi i bardzo czytelnymi odniesieniami, które dopiero “rozumie” ludzkość, kiedy te wydarzenia spełnią się co do joty w bliższej czy dalszej przyszłości. Ludzie “jutra” zastanawiają się wówczas nad tym, skąd ci z “wczoraj” wiedzieli o tym, co dopiero miało się spełnić. Zwykle ten stan zwie się syndromem Juliusza Verne’a, jednego z wielkich twórców, wówczas kiedy je pisał – “powieści fantastycznych” – które wkrótce znajdowały swe odniesienia w realnym świecie przyszłości.

Kiedyś prof. Kazimierz Manczarski, znakomity psycholog polski, udzielając mi wywiadu, stwierdził, iż tylko 20 proc. badanych przez niego przypadków jasnowidzenia daje się klasyfikować jako prawdziwe jasnowidzenie, tzn. “proroctwo z przeszłości” potwierdzone w teraźniejszości, a na moje pytanie, czy fenomen jasnowidzenia istnieje, odpowiedział: “Tak, oczywiście, że istnieje! Na razie jednak nie daje się go sklasyfikować naukowo ani zmierzyć i zważyć empirycznie. Tu na nic zda się mędrca szkiełko i rozum, bowiem wkraczamy w nieznane rewiry ludzkich możliwości. I może raczej pomoże człowiekowi kabała, czy inny katalizator czytania jak z otwartej księgi przyszłości w dniu dzisiejszym”.

Czemu akurat ci, a nie inni mają niesamowite wręcz możliwości trafnego odczytywania nie tylko indywidualnych losów, ale też losów całych narodów, ba, nawet całej ludzkości? Czyżby było to czytanie z “czasów równoległych” lub ich “zapętlenia”? Czyżby dostatecznie jasne widzenie “niewidocznych” dla przeciętnego człowieka związków przyczynowo-skutkowych panujących w świecie, możliwość przeprowadzenia trafnej analizy wydarzeń. Może tak, a może jeszcze inaczej.

Jedno jest pewne. W czasach historycznych “przesileń”, gdy nadchodzi nowa jakościowo epoka, rewolucja naukowo-techniczna i powstają całkowicie różne od powszechnie obowiązujących trendy w kulturze, w obyczajach lub w życiu moralno-etycznym, nie mówiąc już o samej polityce, którą św. Augustyn nazwał wielką ladacznicą, rodzą się na owej “stycznej” obu epok – odchodzącej i przychodzącej – geniusze nauki, wynalazcy, mistrzowie pióra i pędzla, odkrywcy, słowem: ludzie niepowszedni. Rodzą się także ci, którzy “wiedzą wszystko”, prawidłowo odczytując odległą, a już przez to samo niejasną przyszłość. Jeden ze znakomitych pisarzy francuskich, Andre Gide, stwierdził krótko: “Przyszłości nie można zaplanować’’. No dobrze, a co sądzić trzeba o jej odczytaniu? Inaczej mówiąc: jak tu nie wierzyć Nostradamusowi, skoro tyle jego proroctw spełniło się dokładnie. Jak tu nie wierzyć w trafne odczytywanie przeznaczenia, skoro mamy i inne przykłady owej “siły ducha” potrafiącej przeniknąć zasłonę czasu i dostrzec to, co dopiero ma się wydarzyć

Do dzisiaj nie wiadomo,jak oni to robili
W poprzednich artykułach o Nostradamusie i Edgarze Cayce, dwóch uznanych jasnowidzach rozmaitych czasów, publikowanych w “Dzienniku Związkowym” stwierdziłem, że – doskonale zorientowani w swoich możliwościach parapsychologicznych, w diagnozowaniu chorób i stawianiu dość odległych hipotez naukowych, czy w przewidywaniu wydarzeń, które dopiero nastąpić miały – podnosili, że dysponują darem Bożym, który i dla nich nie jest dostatecznie jasny. Po prostu – mają go i pragną wykorzystać dla dobra ludzi, a nie dla własnych korzyści. Nieprzypadkowo mówiłem też powyżej o osobliwej wręcz zbieżności pojawienia się jasnowidzów z okresu przełomów epok. Teraz dodam, że istniała również zbieżność ich biografii. Sam zostałem tym faktem zadziwiony i – przypuszczam – że to samo spotka zapewne wielu moich czytelników.

W Europie niekwestionowanym ‘‘prorokiem i wieszczem” na przełomie wieku XIX i XX był nasz rodak, inżynier Stefan Ossowiecki. Urodził się on w 1887 roku, a został zamordowany przez hitlerowców w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego, prawdopodobnie 5 albo 6 sierpnia 1944 roku, jak powszechnie sądzi się, gdyż nie chciał zdradzić im tajemnicy zakończenia II wojny światowej (w tym celu został zaaresztowany przez gestapo pod koniec lutego tego roku i przetrzymywany w słynnej jego katowni przy Alei Róż w Warszawie).

Zaś Edgar Cayce, Amerykanin, o którym pisałem chyba w marcu ub. r. urodził się w 1887 roku, a zmarł w 1945 roku. Cóż za nieprawdopodobna zbieżność dat. Ale wzmacnia ją jeszcze wypowiedź Cayce’a odnotowana w jego sławnych “readings”, z której wynika jasno, iż wiedział wszystko o swoim polskim “konkurencie”, nazywając go nawet “duchowym bliźniakiem”. W każdym razie wiedział, że data ich śmierci pokryje się ze sobą wzajemnie: “Pana Ossowieckiego przeżyję o kilka miesięcy. Wkrótce po jego śmierci, okrutnej śmierci poniesionej z rąk gestapowskich siepaczy, bo będzie torturowany podczas śledztwa na Gestapo, o czym wie i z czym godzi się, i ja umrę, o stokroć lżej niż mój duchowy przyjaciel, w kilka miesięcy po nim”.

No bo i niby skąd miał wiedzieć, sławny i uznany, jasnowidz z Virginia Beach o swoim europejskim koledze? Pytanie pozostawiam bez odpowiedzi, gdyż po prostu nie mieści się ono w “racjonalnej głowie”. I to od czasów, kiedy ujrzałem akurat ten readings, jako nieopracowany jeszcze (zatem i nie skomentowany) “odczyt” ostatnich snów amerykańskiego ezoteryka z roku 1944 (okres czerwiec-lipiec), na krótko przed śmiercią Ossowieckiego. By zrozumieć sytuację: okupowana Polska odcięta była od wolnego świata kordonem wojsk niemieckich i hitlerowskiego Gestapo, który uszczelnił się jeszcze bardziej po wybuchu Powstania Warszawskiego. Żadna zatem informacja na temat losów jakiegoś tam inżyniera Stefana Ossowieckiego, a cóż dopiero mówić – na temat wielu tysięcy, ba, milionów obywateli polskich, nie mogła przedostać się na Zachód tak szybko, jak byśmy sobie tego życzyli. Tymczasem Cayce wiedział wcześniej.

Chyba zatem chodziło o inną formę przekazu niż przy pomocy fali radiowej, formę telepatyczną lub działającą na zasadach duchowej penetracji obszarów czasu przyszłego, czyli tego, co dopiero zdarzyć się musiało i odczytane zostało prekognicyjnie. Przez coś, co zapisane było w Księdze Przeznaczenia. Bez udziału umysłu, woli, pamięci czy doświadczenia.

W każdym razie wiedziałem już o tym w roku 1987, kiedy to w Instytucie Badań Parapsychologicznych im. Edgara Cayce jeden z oprowadzających mnie pracowników zagadnął, czy wiem cokolwiek o polskim jasnowidzu, inżynierze Ossowieckim. Wiedziałem akurat sporo, a wiedzę swoją czerpałem właśnie ze wspomnień pana Jacyny i z opublikowanej akurat książki Krzysztofa Borunia i Katarzyny Boruń-Jagodzińskiej: “Ossowiecki – zagadki jasnowidzenia”. Na takie dictum pokazano mi owe “readings” Cayce’a związane ze Stefanem Ossowieckim, a ja z kolei przekazałem telefon i adres Krzysztofa Borunia. Najprawdopodobniej nawiązano z nim kontakt, bo wspominał mi o tym przy naszym kolejnym spotkaniu, ale czy ten kontakt z Instytutem rozwinął się szerzej – po prostu nie wiem.

Tak czy inaczej, obaj uznani jasnowidze stosowali nieco inne metody “wglądu” w przeszłość i przyszłość. Edgar Cayce, o czym napisałem już w artykule poświęconym jemu, swe przepowiednie wygłaszał we śnie sonambulicznym i odpowiadał tylko na zadane mu pytania, będąc jakby mimowolnym obserwatorem postawionego przed nim problemu, co spowodowało, iż powszechnie nazywano go “śpiącym prorokiem”. Dodatkowo, nad czym prowadzone są obszerne badania, w zgoła inny sposób formułował swe sądy i prognozy niż jego codzienna ‘‘prosta” rozmowa na jawie (czemu się dziwić nie można, gdyż swoją edukację ukończył na poziomie szkoły średniej i nie mógł uzupełnić swojej wiedzy ogólnej – specjalistycznym językiem technicznym czy lekarskim, a jednak w ten sposób się wypowiadał, zadziwiając np. słownictwem sejsmologicznym czy symbolami chemicznymi). Pytany wielokrotnie o te czy inne dziedziny wiedzy ludzkiej, zawsze znajdywał właściwe i pełne odpowiedzi, zupełnie tak, jakby coś lub ktoś “podpowiadał” mu we śnie, co takiego ma odpowiedzieć pytającemu. Zupełnie inaczej rzecz miała się ze Stefanem Ossowieckim. On nie musiał “śnić”, żeby krystalizować swe sądy czy prognozy.

Uczeń szamana
Stefan Ossowiecki urodził się w dobrze sytuowanej rodzinie polskiego przemysłowca osiadłego w Rosji i prowadzącego swe interesy zarówno w Rosji, jak i na obszarze zaborowym – w b. Królestwie Polskim i w b. Księstwie Poznańskim (Cesarstwo Rosyjskie i Niemieckie). Pozycja zawodowa i finansowa ojca umożliwiła Stefanowi ukończenie Szkoły Inżynierskiej w Petersburgu i Instytutu Technologii we Frankfurcie nad Menem. Po śmierci ojca, już w okresie trwania I wojny światowej, objął po nim fabrykę, zyskując zamówienia rządowe ponowione natychmiast po rewolucji lutowej, potwierdzone przez rząd Kiereńskiego. W tym krótkim przecież okresie czasu zdołał ugruntować nie tylko pozycję towarzyską w Moskwie i Petersburgu, ale również posiadał dostęp do wszystkich źródeł wiedzy i nauki.

Niestety, nadeszła rewolucja październikowa, która “zmiotła” ledwie rodzącą się burżuazyjną republikę. Komuniści zaprowadzili nowe “porządki” w imieniu ludu. Padł ich ofiarą również “pomieszczik”, fabrykant i właściciel, któremu skonfiskowano majątek z dnia na dzień, Stefan Ossowiecki, którego następnie osadzili w areszcie i w długoletnim więzieniu za to, że wyzyskiwał naród rosyjski i następnie… deportowali do Polski jako “wroga ludu” (wówczas władzom sowieckiej Rosji zależało na opinii w świecie i przedstawianiu się jako władza bardziej “ludzka”, niż w kapitalistycznych republikach demokratycznych, bo później, prąc na zachód, “zapomniała” o swoich zobowiązaniach).

Ossowiecki wygnany więc z Rosji, z jedną walizką w ręku, znalazł się w Polsce. Na szczęście tutaj znajdowała się filia jego fabryki, a zdolny, prężny i z kontaktami (zwłaszcza w Niemczech) przemysłowiec wkrótce odbudował swą pozycję. Ale przede wszystkim dlatego, że ludzie zaczęli mówić o nim z pewnego rodzaju uwielbieniem, graniczącym z postrachem. Ossowiecki okazał się być jasnowidzem.

Nieprzypadkowo porównałem dwóch najsławniejszych jasnowidzów naszej epoki: Edgara Cayce i Stefana Ossowieckiego. Urodzili się tego samego roku i zmarli w niemalże tym samym czasie – u końca II wojny światowej, kiedy świat oddychał wprawdzie powiewami wolności, ale jeszcze z trudem, stłamaszony i zeszpecony wojną, w jaką wepchnął go brunatny, czarny i czerwony faszyzm. Stefan Ossowiecki był jedną z ofiar tego powszechnego starcia, Edgar Cayce – sławny w całej Ameryce – łożył, w miarę sił i możliwości, dość zresztą szczupłych, na potrzeby obronne kraju, spotykał się podobno z prezydentem Rooseveltem, prorokując, że wojna skończy się pogromem Niemiec i Japonii. Obaj nienawidzili wojny. Byli ludźmi dobrymi i pogodnego serca. Obaj pomagali ludziom, nie żądając krociowych honorariów…

Wielka sława inżyniera Ossowieckiego rosła z dnia na dzień, zwłaszcza wtedy, gdy kilkakrotnie jego eksperymenty parapsychologiczne kończyły się sukcesami na oczach obserwatorów. Coraz chętniej widziano go na “salonach” wierzchołka warszawskich elit. Również dlatego, że był czarującym i zabawnym kompanem, a przy tym, nakłaniany przez kręgi nowych przyjaciół, potrafił czynić ich doznania zajmującymi i pouczającymi.

W Rosji przedrewolucyjnej Stefan wiódł życie raczej typowe dla przedstawicieli swojej klasy: najpierw surowy rygor szkolny, później Korpus Kadetów, studia inżynierskie w Petersburgu i we Frankfurcie nad Menem, na koniec praktyka w zakładach chemicznych ojca, Jana, a po jego śmierci objęcie kierownictwa tychże w 1915 roku. I wszystko byłoby zwyczajne i naturalne, aż do rewolucji październikowej, nawet to co nazywało się losem “pomieszczików” w Rosji sowieckiej, gdyby nie to, że pierwsze objawy paranormalnych zdolności, przede wszystkim telekinezę, odkrył Ossowiecki u siebie podczas pobytu w Korpusie Kadetów. Najprawdopodobniej na tym by się skończyło, czyli na etapie “sztuczek”, gdyby nie przypadkowe spotkanie z jasnowidzem z Homla, Wróblem, żydowskim cadykiem.

Niestety, nie ma ani o tym człowieku, ani też o jego wpływie na Ossowieckiego żadnych danych biograficznych. Nawet pan Jacyna, bliski przecież kuzyn Ossowieckiego, miał tylko jakieś nieskładane strzępki, urywki relacji pochodzące od samego stefana. Twierdził, że ów Wróbel miał “wielki” wpływ na jego kuzyna i praktycznie nauczył go wielu ćwiczeń duchowego dojrzewania, relaksacji i koncentracji. Jest jeszcze coś, co powiedział mu sam Ossowiecki: otóż Wróbel nosił oficjalny tytuł cadyka żydowskiej gminy, czyli mędrca i proroka, na co wśród Żydów trzeba było sobie zasłużyć. “O wiele łatwiej zostać rabbim, niż cadykiem, a przecież nie był to zwyczajny cadyk, lecz – podróżując do krajów Dalekiego wschodu – miał kontakty z tybetańskimi lamami i z całą pewnością odebrał tytuł wtajemniczonego w Lhose w Tybecie”. część swej wiedzy przekazał Ossowieckiemu, który ją szybko przyswoił, a nawet wzbogacił o nieznane nawet Wróblowi ćwiczenia ducha, umysłu i ciała. Nie jest wykluczone, że jego wielki hart i odporność na niepowodzenia życiowe, których kwintensencją były prześladowania komunistów zawdzięcza doświadczeniom wyniesionym z sowieckiego więzienia i zesłania na przymusowe roboty, z których dopiero wybronił go fakt, iż nie był obywatelem rosyjskim. Wróbel najprawdopodobniej zginął w pożodze wojny domowej, zadenuncjowany przez “rewolucyjnych pobratymców”, tym razem występujących jako czekiści.
Tak czy inaczej, Ossowiecki – jak już powyżej powiedziałem – zrobił szybką i olśniewającą karierę w Polsce, działając nie tylko w przemyśle i handlu, ale obok tego zdobywając olbrzymie wzięcie i wpływy dzięki swym umiejętnościom jasnowidza.

Był powszechnie uznawany za fenomena, którego uzdolnienia były wielokrotnie badane (tak jak i uzdolnienia Cayce’a) przez całe rzesze uczonych nie tylko polskich, lecz i z całej Europy. Eksperymentowano przy jego współudziale i prowadzono liczne doświadczenia, które jedynie potwierdzały jego talenty i predyspozycje psychiczne. Niektóre z nich nawet jeszcze ujawniały jego nieograniczone możliwości paranormalne, których jednak – jak się zdaje – nie rozwijał systematycznie, np. czytania listów w zamkniętych kopertach, czy telekinezy, uważając je jedynie za “zabawę towarzyską”. Był przy tym niezwykle zadowolony, jeśli mu coś “nie wyszło”, gdyż mawiał, że “czuje się wreszcie jak przeciętny człowiek, a nie jak kukła do pokazywania gawiedzi”. Niestety, mylił się bardzo rzadko, co zjednywało mu szacunek i lęk prawie zabobonny.

Dość powiedzieć, że w tzw. algebrze zdarzeń odczyt przyszłości w granicach 35-40 jej spełnienia uznawany jest za bardzo dobrą prognozę. Tymczasem Ossowiecki mylił się tylko w 1/4 przypadków, a jakby “zniechęcony” do przyszłości i wydarzeń, które miały dopiero nastąpić, raczej nie odpowiadał na nękające go pytania: “Mistrzu, czego mamy oczekiwać jutro i pojutrze?” Wolał odtwarzać wydarzenia z przeszłości np. będące wówczas na ustach wszystkich odkrycia i wykopaliska z nadgoplańskiego Biskupina, które nazywał “życiem codziennym prastarych Słowian”, albo sceny z życia Mikołaja Kopernika. Mówił zresztą fascynująco, plastycznie i ciekawie, ale słuchający go byli raczej zawiedzeni jego opowieściami, bo przecież – co zrozumiałe – interesowała ich przyszłość, a nie archeologiczna przeszłość!

Prawdę powiedziawszy, prognozy Ossowieckiego były “bez pudła”, a niektóre z nich tylko nabierają rumieńców w dzisiejszych czasach. Przepowiedział on nie tylko zmierzch doktryn totalitarnych: faszyzmu i komunizmu, lecz także określoną globalizację Europy i świata, upadek ery ideologii, rozwój technik manipulacji człowiekiem, a jednocześnie ostateczny triumf Ducha i Samoświadomości cywilizacji ludzkiej. Będzie to, jego zdaniem, nowa era, która przyniesie wreszcie pokój ogólnoświatowy i eksplorację kosmosu.

Najlepiej udokumentowane są doświadczenia, jakie Ossowiecki przeprowadzał z rozpoznawaniem napisów i rysunków, które przedstawiano mu w zamkniętych kopertach lub nawet metalowych pojemnikach. Wielokrotnie sporządzano przy tym protokoły podpisane przez świadków. Nie ma żadnych wątpliwości co do wiarygodności osób i “odczytów” jasnowidza. Zdarzyło się nawet, że potrafił odczytać zawartość klisz fotograficznych, które jeszcze nie były wywołane. Nie można przy tym mówić o jakimkolwiek wręcz przypadku, bowiem – na zasadzie rachunku prawdopodobieństwa – odgadywanie nie wchodziło tu w rachubę. Zabawny i bardzo przy tym efektowny przykład tu opisanych możliwości Ossowieckiego stanowiło opisanie… zawartości portmonetki pewnej damy i udowodnienie jej, że zawartość jest właśnie taka, jak ją “zobaczył”, podczas gdy kobieta twierdziła, że jest inna. W związku z czym jasnowidz odtworzył całą jej drogę i w jaki sposób posługiwała się nią podczas zakupów w rezultacie uznano, że dama zostawiła monetę dwuzłotówkową jako “tipa” w kawiarence, w której się umówiła z pewnym młodym człowiekiem. Zapłacił on rachunek, ale nie zostawił pieniędzy za usługę, w związku z czym jego towarzyszka odruchowo sięgnęła do portmonetki i położyła ową srebrną monetę na talerzyku. Akurat jej brakowało w portmonetce!
Odpowiedzialny
i… niesamowity
Te wszystkie wyczyny traktował jako “zabawę” na towarzyskich spotkaniach i herbatkach. Ale o wiele poważniej traktował inne sprawy. Miał nadzwyczajny, nie waham się tak to ująć, talent w odnajdywaniu osób i rzeczy zaginionych. Te umiejętności nazywano w owych czasach psychometrią, a więc czymś co było zdolnością wyczuwania śladów pozostawionych przez osobowość ludzką (jego psychikę) w materii martwej. Aby jednak wizja psychometryczna była udana, jasnowidz musiał posiadać kontakt dotykowy z rzeczą, przedmiotem, na którym znajdowały się owe identyfikacyjne “ślady”. Niekiedy te zdolności telepatyczne wykorzystywano w toczących się śledztwach policyjnych związanych z morderstwami i zaginięciami ludzi w katastrofach.

Znany jest przypadek zaginięcia znanego adwokata, który to opisał śledczy, Piotr Bachrach. Zapytany przez niego Ossowiecki, jaki jest los poszukiwanego, odpowiedział, iż adwokat żyje, został porwany dla okupu, ale już wkrótce powróci, bowiem bandyci przerażeni rozwojem wypadków, zdecydowali zwrócić mu wolność pod warunkiem nieujawnienia ich przed organami ścigania. Wszystko to, co powiedział jasnowidz okazało się prawdą! Innym przykładem – niezwykle nagłośnionym w ówczesnej prasie europejskiej – okazało się odnalezienie zaginionego testamentu znanego francuskiego bankiera Rodszylda poszukiwanego przez jego spadkobierców.

Jasnowidz testament rzeczywiście odszukał, ale nagrody za swą usługę nie przyjął i choć nie przelewało mu się wówczas (wkrótce po powrocie z Rosji), stwierdził, iż jest inżynierem z zawodu, a nie poszukiwaczem zaginionych testamentów za nagrodą. “Jeśli chciałbym pobierać za dane mi zdolności jakieś pieniądze – utracę je bezpowrotnie, z czego – być może – cieszyłbym się, ale teraz jestem własnością publiczną i muszę służyć ludziom czy mnie się to podoba, czy też nie!”

Nie inaczej postępował także Cayce. Wiódł on spokojne, ciche, małomiasteczkowe życie. Mawiał, że mu wystarczą pieniądze, jakie uzyskuje z prowadzenia zakładu fotograficznego, i że najmilszą dla niego nagrodą jest wdzięczność odczytywana w ludzkich oczach, a o wiele większą satysfakcję sprawia mu koszyk jajek przyniesiony przez okolicznego farmera, niż gruby plik banknotów wciskany mu do ręki przez bogacza. Podobnie postępował jego duchowy polski odpowiednik.

Obchodził się z ludźmi niezwykle delikatnie. Niekiedy milczał albo dawał wymijające odpowiedzi, jeśli prawda mogłaby zdruzgotać człowieka psychicznie. Widoczne to było zwłaszcza podczas okupacji, kiedy ludzie najmocniej poszukiwali nadziei, łudząc się co do tego, że ich najbliżsi wrócą do domu z wojny, z obozów koncentracyjnych, z sowieckich łagrów, z katowni gestapo i enkawude. Ponieważ wiedział o wielu losach ludzkich ze swych jasnowidczych wizji, więc obciążało go to bardzo psychicznie, gdy nie ujawniał pytającym go całej prawdy. Zresztą, jakby przeczuwając czekające go zadania i to, że tak wielu ludzi będzie potrzebowało jego pomocy, nie wyjechał z Polski, chociaż mógł, we wrześniu 1939 roku. Podpisał tym samym wyrok śmierci, gdyż wcześniej oznajmił, że zginie torturowany przez hitlerowców. Znał swój los i godził się nań, bo – jak powiedział swojemu kuzynowi – nie sposób ujść przeznaczeniu – “nawet w drewnianym kościele jedna cegła spadnie na głowę człowieka i zabije go na miejscu”.

Każdy z nich, Edgar Cayce i Stefan Ossowiecki, inaczej wykorzystywali swe talenty i uzdolnienia. Cayce uzyskiwał swe zdolności w snach, których i tak nie pamiętał po przebudzeniu. Gdyby nie niezwykła cierpliwość i sumienność jego sekretarki, pewnie nie pozostałby ani jeden z “zapisów” w archiwach. Ossowiecki, pytany jak on to robi, odpowiadał enigmatycznie: śnię na jawie. “Od pierwszej chwili tego dziwnego transu przestaję rozumować i możliwie najintensywniej koncentruję się na istocie sprawy. Cały swój wysiłek psychiczny i wszystkie siły fizyczne skupiam na odczuwaniu duchowych dyferencjacji, aż – po pewnym czasie – wiem już wszystko, co chciałem wiedzieć’’.

Jasnowidz polski był obecny stale – fizycznie i duchowo – wśród ludzi, odpowiadał świadomie na zadane mu pytania, ale jednocześnie był “gdzie indziej”, w innym stanie i wymiarze.

Jowialny, dobrotliwy, szarmancki i urokliwy, nieco zwalisty z powodu pewnej nieruchawości, a przy tym lubiący dobrze i obficie zjeść, co – jak powiadał – jest konieczne dla jego samopoczucia i energii, odchodził w “świat ducha”, z którego czerpał swoją wiedzę.

Taki też tytuł dał swej książce: “Świat mojego ducha”, którą chciał odpowiedzieć na pytania i wątpliwości czytelników. Twierdzi w niej, że każdy – tylko po odpowiednich ćwiczeniach – może osiągnąć stan podobny do jego stanu. Ale ludzie – na szczęście! – nie chcą korzystać z tej możliwości. Poza tym jest prawie przekonany, że posiadłszy tę wiedzę, nie osiągną nic wielkiego, poza cierpieniem swej świadomości i jestestwa. Będą żyli z okrutną świadomością, że “przegrywają” swój los, bo coby nie wybrali i tak będzie złym egzystencjonalnie wyborem. “Lepiej nie wiedzieć!” – konkluduje swój sąd polski ezoteryk.

“Była już druga w nocy, gdy odprowadziłem mego gościa do jego pokoju – brzmi relacja z końca sierpnia 1939 roku o Ossowieckim, spisana przez Juliusza T. Dybowskiego. – W bibliotece usiedliśmy na chwilę i zapaliliśmy cygara. Stefan puścił kilka kłębów dymu, nagle zasłonił oczy ręką, ale dostrzegłem, że po twarzy spływają mu łzy.
– Mistrzu, co się stało, na Boga? – spytałem.
Ossowiecki blady i spięty spojrzał mi w oczy.
– Nieszczęście… Jesteśmy w przededniu wojny i już tylko dzielą nas od niej dni…
– Przecież pan mówił przed chwilą nam co innego…
– A cóż mogłem powiedzieć? – odparł inżynier. – Był u mnie pół roku temu marszałek Rydz-Śmigły i powiedziałem mu dokładnie to samo, co powiedziałem marszałkowi Piłsudskiemu w 1934 roku, kiedy podpisywaliśmy z Niemcami traktakt o nieagresji. Jeden i drugi wziął ode mnie przyrzeczenie, że nikomu o tym publicznie nic nie powiem.
– Jak daleko dojdą Niemcy? – zapytałem.
– Cała Polska zajęta, gruzy, krew, mord! Idą dalej w głąb Rosji. Daleko, daleko…
– Do Uralu?
Ossowiecki zastanowił się przez chwilę:
– Do Kaukazu. Państwa Osi przegrają wojnę. Niemcy i Japonia będą okupowane, Włochy wyzwolone. Zwycięzcy, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Rosja, spotkają się na konferencji i spowodują nowy ład w Europie…
– A co z Polską?
– Będzie i Polska! Ale za jaką cenę… Najpierw będą nią władali komuniści, a później szubrawcy i świnie! Na koniec powstanie jeszcze większa niż teraz. Tego ani ty, ani ja nie doczekamy… Dopiero wnukowie… Warto jednak wiedzieć, że tak się stanie’.

Relacja zastanawiająca i dotycząca spraw niezwykłej wagi dla Polaków. Może więc warto to wiedzieć i wierzyć?

Leszek A. Lechowicz

Posted in Uncategorized, Znalezione w sieci | Leave a Comment »

„PISZ NA BERDYCZÓW”

Posted by tadeo w dniu 29 lipca 2017

Biskup łucki, Witalij Skomarowski, tłumaczy, skąd się wzięło powiedzenie „Pisz pan na Berdyczów”… Biskup wie, co mówi, bo urodził się właśnie w Berdyczowie.

Przeczytaj cały tekst: Biskup wyjaśnia: Pisz pan na Berdyczów – Kresy http://kresy.wm.pl/250164,Biskup-wyjasnia-Pisz-pan-na-Berdyczow.html#ixzz4oDsa0l5i

Berd APC - 2017.07.29 14.16 - 001.3d

W drugiej połowie XVIII wieku, Radziwiłłowie wystarali się u króla Stanisława Augusta Poniatowskiego o przywilej dla Berdyczowa zezwalający na organizowanie w nim niezwykłej liczby dziesięciu jarmarków rocznie. Między innymi dlatego Berdyczów stał się prawdziwym centrum handlu dalekosiężnego – jednym z najważniejszych między Ukrainą a Koroną. Zjeżdżali się do Berdyczowa regularnie kupcy z najróżniejszych stron Europy. Z tego czasu pochodzi właśnie kupieckie zawołanie … pisz do mnie na Berdyczów – jako że był to w życiu wędrownych kupców jedyny adres, gdzie było pewne, że w przeciągu 2-3 miesięcy na pewno się zjawią. Stąd poste restante Berdyczowa pełniła ważną rolę w przebiegu informacji handlowej. Dziś znaczenie tego zawołania zmieniło swój sens, często bywa używane w sytuacjach, w których jedna osoba chce „spławić” drugą.

Przeczytaj cały tekst: Biskup wyjaśnia: Pisz pan na Berdyczów – Kresy http://kresy.wm.pl/250164,Biskup-wyjasnia-Pisz-pan-na-Berdy…

 

Posted in Polskie Kresy, Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie.

Posted by tadeo w dniu 15 lutego 2017

Są dwie drogi, aby przeżyć życie. Jedna to żyć tak, jakby nic nie było cudem. Druga to żyć tak, jakby cudem było wszystko — Albert Einstein

Posted in Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Dzień Polaka- Narodowe święto Argentyny

Posted by tadeo w dniu 14 lutego 2017

apc-2017-02-14-20-08-001-3d

Jest tylko jedno miejsce na świecie, gdzie co roku obchodzi się Dzień Polaka. Jest to oficjalne święto narodowe Argentyny, ustanowione przez rząd  na cześć nas – Polaków. Dlaczego? Bo Polacy są odważni, pracowici i ciekawi. Zawsze mieli odwagę, żeby szukać swojego miejsca na ziemi i lepszego życia. Wielu z nich wyemigrowało do Ameryki Południowej.

Znalezione obrazy dla zapytania kiedy jest święto dzień polaka w argentynie - obrazy

Colonia Polaca w Sierra de Cordoba

„Día del Colono Polaco” – Dzień Polskiego Osadnika – ustanowiony w 1995 r., obchodzony jest  8 czerwca jako święto narodowe. Upamiętnia przybycie pierwszych Polaków do Argentyny na początku czerwca 1897 roku. Z tej okazji w Buenos Aires, pod auspicjami Ambasady Polski, Związku Polaków, organizacji: la Asociación Cultural Argentino Polaca oraz la Fundación Argentina, odbywa się tydzień imprez kulturalnych poświęconych Polsce i Polakom. Z czego wynika tak głęboki szacunek do Polaków?

Pojedynczy Polacy przybywali na tereny obecnej Argentyny już w pierwszej połowie XIX wieku. To właśnie w połowie XIX wieku zaczynają pojawiać się pierwsze polskie nazwiska, które następnie wielokrotnie przekręcane i zaadaptowane do fonetyki języka hiszpańskiego przetrwały do dzisiaj, nawet w rodzinach, które nie pamiętają swoich polskich korzeni.

http://violettapl.blogspot.com/2014/06/dzien-polaka-w-argentynie.html

 

Posted in Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Znalezione w sieci

Posted by tadeo w dniu 3 lutego 2017

„Popatrzcie na tych trutni z PO. Nie dosyć ze sami nic dla Polaków nie zrobili to jeszcze próbują uniemożliwić PIS-owi zrobienie czegoś dobrego dla nas. Toż gołym okiem widać jakie to szkodniki. Pozdrawiam wszystkich patriotów tych z lewa ze środka i z prawa- pamiętajcie Ludzie nie dzieła się na lewaków prawicowców i liberałów tylko na uczciwych (nazywanych przez złodziei głupcami) i na złodziei – którzy lubią jak się o nich mówi – zaradni i nowocześni”.

Czytaj więcej na http://fakty.interia.pl/polska/news-aleksandra-jakubowska-w-rmf-pis-w-wielu-sprawach-ma-racje,nId,2347376#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

Posted in Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Znalezione w sieci – Profesor Witold Kieżun

Posted by tadeo w dniu 26 stycznia 2017

Profesor Witold Kieżun

 

1484915744_9flvof_600

Posted in Znalezione w sieci | Otagowane: | Leave a Comment »

Znalezione w sieci

Posted by tadeo w dniu 24 stycznia 2017

Zdjęcie użytkownika Pamiętaj Słowa Matki.

Posted in Nieokrzesane myśli, POLECAM, Znalezione w sieci | Możliwość komentowania Znalezione w sieci została wyłączona

Znalezione w sieci

Posted by tadeo w dniu 12 stycznia 2017

„Kaczyński nie ma komu pokazywać słabości, bo nie ma prawdziwej konstruktywnej i merytorycznie dobrze przygotowanej opozycji. Dobra opozycja jest zbawienna dla rządzących , a przede wszystkim dla narodu. To co jest to badziewie. Jeden lepszy od drugiego. Szczytem protest w Sejmie. Nie sądziłem,że dożyję czasów kiedy najlepszy cyrk obejrzę z Sejmu. A jako były bankowiec jak słucham tego co mówi były bankowiec Petru i jak rozliczył się z kampanii wyborczej to ogarnia mnie przerażenie, kto chce władzy w tym kraju. O alimienciarzu Kijowskim już nie wspomnę.”

http://wiadomosci.onet.pl/forum/dr-jaroslaw-flis-kaczynski-boi-sie-okazac-slabosc,0,3034289,233154057,czytaj.html

Posted in Znalezione w sieci | Leave a Comment »