WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for 17 czerwca, 2012

Wilno od początków jego do roku 1750 – Józef Ignacy Kraszewski

Posted by tadeo w dniu 17 czerwca 2012

http://kpbc.umk.pl/dlibra/docmetadata?id=26736&from=publication

http://books.google.pl/books?id=SaxKAAAAcAAJ&printsec=frontcover&hl=pl&source=gbs_ge_summary_r&cad=0#v=onepage&q&f=false

Posted in Książki (e-book), Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna | Leave a Comment »

Komu łatwiej jest dawać: biednemu czy bogatemu?

Posted by tadeo w dniu 17 czerwca 2012

Komu łatwiej jest dawać: biednemu czy bogatemu?
Komu łatwiej jest brać: ubogiemu czy zamożnemu?

Przeczytaj: Brać czy dawać? – ks. Janusz Zawadka MIC

Posted in Religia | Leave a Comment »

Być jak Brat Albert

Posted by tadeo w dniu 17 czerwca 2012

Czasami ktoś zadaje mi pytanie – „Po co katolikom święci?”

Adam urodził się 20 sierpnia 1845 r. w Igołomii pod Krakowem i już historia jego chrztu jest nietypowa, bo początkowo, sześć dni po urodzeniu, ochrzczony był z wody. Dano mu wtedy dwa imiona – Adam Bernard. Trzecie Hilary dostał w czasie uroczystego Chrztu św., który odbył się 17 czerwca 1847 roku w kościele na warszawskim Nowym Mieście. Dodatkowo, gdy miał 6 lat matka podczas pielgrzymki do Mogiły poświęciła go Bogu. Rodzice dość wcześnie osierocili go.

Początkowo uczył się w szkole kadetów w Petersburgu, potem w gimnazjum w Warszawie. Gdy zaczęło się Powstanie Styczniowe studiował w Instytucie Rolniczo-Leśnym w Puławach i razem z młodzieżą tej szkoły wziął udział w tym patriotycznym zrywie. Miał wtedy zaledwie 18 lat. W bitwie pod Mełchowem – 30 września 1863 r. został ciężko ranny i dostał się do niewoli rosyjskiej. Tam w prymitywnych, polowych warunkach, bez znieczulenia amputowano mu nogę, co zniósł podobno bardzo dzielnie.
Z więzienia w Ołomuńcu został zwolniony dzięki interwencji rodziny i aby uniknąć represji władz carskich, wyjechał do Paryża, gdzie podjął studia malarskie. Przez pewien czas w belgijskiej Gandawie studiował inżynierię, ale powrócił wkrótce do malarstwa i ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Monachium.

Zawsze na otoczeniu wywierał duży wpływ i wszędzie wyróżniała go postawa chrześcijańska i silna osobowość. W 1874 r., gdy ogłoszono amnestię powrócił do kraju. Możliwe, że ta zmiana spowodowała to, że jego malarstwo oparte dotychczas na motywach świeckich, zaczęło teraz czerpać natchnienie z tematów religijnych. Duże znaczenie dla jego życia duchowego miały rekolekcje odbyte u ojców jezuitów w Tarnopolu. Jeden z jego najlepszych obrazów Ecce Homo powstał pod wpływem głębokiego przeżycia tajemnicy bezgranicznej miłości Boga do człowieka. Religijne obrazy Adama Chmielowskiego przyniosły mu miano „polskiego Fra Angelico”.

W 1880 r. rozwój życia duchowego sprawił, że mając 35 lat, porzucił malarstwo, znajomych i wstąpił do jezuitów w Starej Wsi z zamiarem pozostania bratem zakonnym, jednak po pół roku opuścił nowicjat. Powodem była tak silna depresja, że do stycznia 1882 r. leczył się w zakładzie dla nerwowo chorych w Kulparkowie koło Lwowa. Powrót do równowagi psychicznej ułatwił mu pobyt brata na Podolu. Przebywając tam zafascynowała go duchowość św. Franciszka z Asyżu i reguła III zakonu. Zainteresował się tercjarstwem i  chciał rozpropagować ten sposób życia wśród podolskich chłopów. Niestety niebawem ukaz carski zmusił go do opuszczenia Podola.
W 1884 r. rozpoczął się kolejny etap i kolejny przełom w życiu Adama Chmielowskiego – w Krakowie, gdzie zatrzymał się przy klasztorze kapucynów. Tutaj zajmował się nędzarzami i bezdomnymi, widząc w ich twarzach sponiewierane oblicze Chrystusa. Pieniądze ze sprzedaży swoich obrazów przeznaczał na wspomaganie najbiedniejszych, a jego pracownia malarska stała się przytuliskiem.

Z miłości do Boga i ludzi Adam Chmielowski po raz drugi zrezygnował z kariery i objął zarząd ogrzewalni dla bezdomnych. Chociaż dobrze znał panujące tam warunki życia, przeniósł się tam na stałe, aby mieszkając wśród biedoty, pomagać im w dźwiganiu się z nędzy nie tylko materialnej ale i moralnej.
25 sierpnia 1887 roku Adam Chmielowski przywdział szary habit tercjarski i przyjął imię brat Albert. Zgromadził wokół siebie podobnych do siebie ludzi i rok później złożył śluby tercjarza na ręce kard. Albina Dunajewskiego. Ten dzień jest jednocześnie początkiem działalności Zgromadzenia Braci III Zakonu św. Franciszka Posługujących Ubogim, zwanego popularnie „Albertynami”. Przejęło ono od zarządu miasta opiekę nad ogrzewalnią dla mężczyzn przy ulicy Piekarskiej w Krakowie. W niecały rok później brat Albert wziął również pod swoją opiekę ogrzewalnię dla kobiet, a grupa jego pomocnic, którymi kierowała siostra Bernardyna Jabłońska, stała się zalążkiem „Albertynek”.
Oba zgromadzenia rozrastały się szybko, mimo, że nowicjat był surowy. Formacja dla kandydatów i kandydatek do obu zgromadzeń organizowana była w domach pustelniczych; najbardziej znanym stała się tzw. samotnia na Kalatówkach pod Zakopanem. Do trudnej pracy potrzebni byli ludzi wyjątkowo zahartowanych zarówno fizycznie jak i moralnie. Przytuliska znajdujące się pod opieką albertynów i albertynek były otwarte dla wszystkich potrzebujących, bez względu na narodowość czy wyznanie, zapewniano pomoc materialną i moralną, stwarzano chętnym możliwości pracy i samodzielnego zdobywania środków utrzymania. Słynne są słowa Brata Alberta, że trzeba każdemu dać jeść, bezdomnemu miejsce, a nagiemu odzież; bez dachu i kawałka chleba może on już tylko kraść albo żebrać dla utrzymania życia. Za jego życia powstało 21 takich domów, gdzie potrzebujący otaczani byli opieką 40 braci i 120 sióstr. Aktualnie Albertyni prowadzą placówki dla bezdomnych (noclegownię, przytulisko i mieszkania chronione dla wychodzących z bezdomności, domy pomocy społecznej dla niepełnosprawnych umysłowo i fizycznie i liczne kuchnie dla ubogich.
Albert był człowiekiem rozmodlonym, pokutnikiem, sam praktykował i zalecał innym skrajne ubóstwo. Odznaczał się heroiczną miłością bliźniego, dzieląc los z najuboższymi i pragnąc przywrócić im godność. Pomimo swego kalectwa wielepodróżował, zakładał nowe przytuliska, sierocińce dla dzieci i młodzieży, domy dla starców i nieuleczalnie chorych oraz tzw. kuchnie ludowe. Zmarł ten „najpiękniejszy człowiek pokolenia” w założonym przez siebie przytułku dla mężczyzn w Krakowie wyniszczony ciężką chorobą i trudami życia . Już za życia uważany był za świętego. Pogrzeb na Cmentarzu Rakowickim 28 grudnia 1916 roku stał się pierwszym wyrazem czci powszechnie mu oddawanej.

Jest patronem zakonów Albertynek i Albertynów, a w Polsce także artystów plastyków.

PARAFII ŚWIĘTEGO BRATA ALBERTA W WESOŁEJ-ZIELONEJ

W pięćdziesiątą rocznicę śmierci Alberta Chmielowskiego papież Jan Paweł II powiedział:

„…była to natura bardzo bogata, wszechstronnie uzdolniona. Zapowiadał się jako znakomity malarz, był ceniony przez wszystkich mistrzów pędzla, którzy na zawsze pozostaną w pamięci naszego narodu jako przedstawiciele wielkiej sztuki. Wiemy, że była to jeszcze i dlatego natura bogata, że nie szczędził siebie. Dał tego dowód, gdy jako niespełna 20-letni młodzieniec wziął udział w Powstaniu Styczniowym. Wszystko postawił na jedną kartę dla miłości Ojczyzny. Miłość Ojczyzny wypaliła na nim dozgonny stygmat: pozostał kaleką do śmierci, zamiast własnej nogi, nosił protezę.

Ponad to bogactwo natury uderza w nim przede wszystkim bogactwo łaski. Łaska Boża, to jest sam Bóg udzielający się człowiekowi, przelewający się niejako do jego duszy. Im bardziej Bóg udziela się duszy, im bardziej się do niej przelewa przez dary Ducha Świętego, tym bardziej rzuca ją na kolana. (…)

Ale Bóg w przedziwny sposób działa w dziejach człowieka. Oto rzucając go przed sobą na kolana, każe mu równocześnie uklęknąć przed jego braćmi, bliźnimi. (…)

Dlatego rzucił go Bóg na kolana przed człowiekiem najbardziej wydziedziczonym, ażeby dawał siebie. I dawał do końca swoich dni; dawał ze wszystkich sił. Był to wyraz jego wiary i miłości. Ten wyraz jego wiary i miłości jest dla nas bezcenny, jak równie bezcenny jest w obliczu Boga. Trzeba, ażeby nasze człowieczeństwo wróciło w nowy sposób uwrażliwione na człowieka, jego potrzeby, jego niedolę i cierpienia i ażeby gotowe było świadczyć sobą, świadczyć gołymi rękami, ale pełnym sercem; taki dar bowiem więcej znaczy aniżeli pełne ręce i środki bogate. „Ponad to wszystko większa jest miłość”.

Na koniec chcę jeszcze zacytować słowa Brata Alberta, które warte są rozważenia, bo są potwierdzeniem tezy, że jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko jest na właściwym miejscu – „W myślach o Bogu i o przyszłych rzeczach znalazłem szczęście i spokój, którego daremnie szukałem w życiu.”

Źródło – http://www.albertyni.opoka.org.pl/bralbert.html

http://brewiarz.pl/vi_11/1706p/godzczyt.php3#czyt2

Posted in Religia, SYLWETKI, Święci obok nas | Leave a Comment »

Tajemnicze zgony…

Posted by tadeo w dniu 17 czerwca 2012

Przypomnijmy:

Rok 2008

23 stycznia w katastrofie lotniczej samolotu CASA -295M pod Mirosławcem zginęło 20 osób, w tym 16 oficerów. Wtedy wydawało się, że to największa katastrofa wojskowa od czasu II wojny światowej.

4 kwietnia 2008 roku w płockim więzieniu powiesił się Sławomir Kościuk – drugi morderca Krzysztofa Olewnika. We krwi miał psychotropy. Miał też połamane żebra i otarcia na ramionach – dziwne obrażenia jak na samobójcę.

W listopadzie samobójstwo popełnił 34.letni funkcjonariusz CBŚ. Ciało policjanta w jego domu w Ostrowi Mazowieckiej znalazł przełożony.

Rok 2009

W nocy z 18 na 19 stycznia w pojedynczej, monitorowanej całą dobę celi powiesił się Robert Pazik – trzeci z morderców śp. Krzysztofa Olewnika. Jego bliscy twierdzili, że Pazik mówił, iż przewiezienie go do więzienia w Płocku, gdzie zmarł, oznacza dla niego wyrok śmierci. Miał rację. Dziś już wiadomo, że wszyscy mordercy nocami byli wyprowadzani ze swoich monitorowanych cel i wywożeni w nieznanym kierunku. Przed świtem wracali za kratki.

Również 19 stycznia swym domku letniskowym w Owczygłowach koło Obornik powiesiła się oficer ABW – ppłk. Barbara P. W czerwcu tego samego roku prokuratura umorzyła śledztwo w tej sprawie. Nieliczne media podniosły, że przyczyną targnięcia się przez nią na życie było odebranie jej spraw po dojściu do władzy PO i mobbing, jakiemu została poddana przez nowych zwierzchników.

W nocy z 12 na 13 lipca „samobójstwo” popełnił Mariusz K. – strażnik, który pilnował w więzieniu Wojciecha Franiewskiego – mordercę Krzysztofa Olewnika, który jako pierwszy „popełnił samobójstwo”. Rzeczniczka Służby Więziennej Luiza Sałapa powiedziała, że według niej oba zdarzenia nie mają nic wspólnego. Bardzo szybko „okazało się”, że strażnik miał „problemy finansowe” – klasyczną „przypadłość” samobójców, którzy za dużo widzieli lub wiedzieli.

Dzień później – w nocy z 14 na 15 lipca na gdańskiej pętli tramwajowej „nieznani sprawy” zastrzelili Daniela Zacharzewskiego ps. „Zachar” – gangstera, który był prawą ręką „Nikosia”. „Zachar” uniewinniony z zarzutu morderstwa, wskazywał na emerytowanego oficera SB Adama D. jako na zleceniodawcę zabójstwa gen. Papały, esbek ten jest podobno „grubą rybą” handlu narkotykami.

W sierpniu samobójstwo popełniło dwóch więźniów osadzonych we więzieniu w Toruniu. Niecały miesiąc później spacerująca grzybiarka znalazła w samochodzie zaparkowanym na leśnym parkingu ciało 41.letniego mężczyzny. Okazało się, że to zwłoki rzecznika prasowego toruńskiego więzienia. Miał podcięte żyły. Prokuratura uznała, że było to samobójstwo.

23 grudnia 2009 roku „samobójstwo” popełnił Grzegorz Michniewicz – dyrektor Kancelarii premiera Tuska, członek rady nadzorczej PKN Orlen. Przez jego ręce przechodziła cała korespondencja kierowana do premiera, w tym tajna. Według prokuratury Michniewicz „powiesił się sam” na kablu od odkurzacza – „przez nikogo nie zastraszony ani nie namówiony” – zupełnie tak samo jak Andrzej Lepper. Prokuratura szybko przestała się tą sprawą interesować a z Internetu zaczęły znikać wszelkie materiały, które dotyczyły Michniewicza. Operację usuwania informacji z Internetu na taką skalę mogły przeprowadzić tylko spec-służby. Dlaczego, skoro jego śmierć nie była związana z pracą?

Rok 2010

3 stycznia w gdańskim więzieniu zmarł Artur Zirajewski – płatny morderca, jeden z głównych świadków w sprawie morderstwa gen. Marka Papały – według pierwszych informacji miał się otruć po otrzymaniu tajemniczego grypsu. Na łamach „Gazety Wyborczej” minister Krzysztof Kwiatkowski zdementował te doniesienia i powiedział, że przyczyną śmierci przestępcy był „zator płucny”.

10 kwietnia w Smoleńsku śmierć poniosło 96 obywateli polskich na czele z prezydentem Lechem Kaczyńskim.Jednocześnie ta katastrofa pociągnęła za sobą szereg wypadków i innych tragedii osób, które mogły za dużo o niej wiedzieć.

18 kwietnia- w wypadku samochodowym zginął wracający z pogrzebu ks. Adama Pilcha ewangelicki biskup Mieczysław Cieślar. Miał być następcą ks. Pilcha. Biskup Mieczysław Cieślar był przewodniczącym Kolegium Komisji Historycznej w sprawie inwigilacji luteran przez SB, to do niego miał dzwonić już w godzinie, kiedy samolot w Smoleńsku już nie istniał, ksiądz Adam Pilch.

27 kwietnia znaleziono ciało szyfranta Polskiego Wywiadu – chorążego Stefana Zielonki, który wyszedł z domu rok wcześniej – 9 kwietnia 2009. Kiedy sprawa jego zaginięcia wyszła na jaw (to też kuriozum nie spotykane na skalę światową!) wmawiano Polakom różne scenariusze, łącznie z jego ucieczką do… Chin. Przy ciele w wysokim stadium rozkładu znaleziono też bardzo czytelne rachunki bankowe, umożliwiające identyfikację. Wbrew doniesieniom mediów, m.in. portalu tvp.info, prokuratura nie stwierdziła samobójstwa. Śmierć chorążego pozostaje niewyjaśniona.

31 maja znaleziono ciało Krzysztofa Knyża operatora Faktów z TVN, który był obecny 10 kwietnia w Smoleńsku. Wbrew „dziennikarskim” zwyczajom o jego śmierci media praktycznie nie poinformowały i do dziś podawane są wykluczające się nawzajem jej przyczyny.

6 czerwca w wypadku samochodowym zginął prof. Marek Dulinicz. Miał kierować ekipą archeologów, wyjeżdżającą do Smoleńska. Policja ustaliła, że był to zwykły wypadek, do którego doszło z winy żony profesora, prowadzącej auto feralnego dnia.

W pierwszych dniach czerwca w samochodzie na parkingu przez sklepem Karolinka w Opolu znaleziono ciało dr. Dariusza Ratajczaka – historyka, zaszczutego przez „Gazetę Wyborczą” za opisywanie poglądów historyków kwestionujących holokaust. Według prokuratury Ratajczak popełnił samobójstwo na tydzień przed znalezieniem ciała wciśniętego pomiędzy przednim a tylnym siedzeniem. Nikt tego nie podważył, chociaż z zapisu kamer monitoringu przed sklepem wynika, że samochód z ciałem w środku przemieszczał się po mieście.

15 października z Zalewu Rybnickiego wyłowiono poćwiartowane zwłoki Eugeniusza Wróbla – wybitnego eksperta z dziedziny lotnictwa, który przeprowadził własną analizę „wypadku” TU-154M, wskazującą, że w Smoleńsku doszło do zamachu. Pomimo oskarżenia o tę zbrodnię jego syna, sprawy nie udało się wyjaśnić.

Rok 2011

W maju zmarł Ryszard Kłuciński – prawnik Andrzeja Leppera, u którego zdeponował on dokumenty, zawierające jego wiedzę na temat prominentnych polityków. Wkrótce potem w Moskwie zmarła Róża Żarska – drugi prawnik związany z Samoobroną i Andrzejem Lepperem.

W czerwcu tego roku „powiesił się” oficer polskiego Kontrwywiadu Wojskowego. Wiadomo, że oficer ten posiadał wysoką klauzulę dostępu do materiałów niejawnych. 

W tym samym miesiącu samobójstwo popełnił sierżant żandarmerii wojskowej z jednostki w Dęblinie. Podobnie jak inni wojskowi (służył od 9 lat), pomimo, że miał broń – wybrał powieszenie – dużo dłuższą i boleśniejszą śmierć niż strzał w głowę.

Również w czerwcu samobójstwo miał popełnić oficer z katowickiego oddziału CBŚ. Oficer miał za sobą dwudziestoletni staż pracy, zajmował się przestępczością narkotykową.

W lipcu na swoje życie skutecznie targnął się Wiesław Podgórski – doradca Andrzeja Leppera z czasów, gdy był on wicepremierem i ministrem rolnictwa. W tym samym miesiącu samobójstwo popełnił także 35.letni policjant z powiatu otwockiego.

Wreszcie 5 sierpnia „powiesił się” Andrzej Lepper. Prokuratura uznała, że było to samobójstwo przed przeprowadzeniem sekcji zwłok, wykonanej zresztą trzy dni po śmierci. W czasie, kiedy Andrzej Lepper już nie żył, ktoś przetrząsał jego gabinet a telewizor sam się zablokował. Ani to, ani fakt, że Andrzej Lepper mówił wprost, że się boi i jego życie jest w niebezpieczeństwie, ani wiele innych niewyjaśnionych kwestii, związanych z tą śmiercią, nie wzbudziło podejrzeń śledczych.

Teraz na listę trzeba wpisać jeszcze generała Petelickiego. Cześć jego pamięci.

http://prosto-z-mostu.salon24.pl/427354,tajemnicze-zgony

Posted in Tajemnicze wypadki | Leave a Comment »

Jest taki Ktoś – BP JÓZEF ZAWITKOWSKI – ZŁOTY JUBILAT

Posted by tadeo w dniu 17 czerwca 2012

– Za żarliwego ducha wiary i miłości, ekspresyjnie wyrażanego w bogactwie słowa, wobec którego nie można przejść obojętnie – taką ocenę swojej twórczości usłyszał bp Józef Zawitkowski 21 kwietnia 2012 r. w Warszawie, gdy wręczano mu Feniksa Specjalnego, nagrodę Stowarzyszenia Wydawców Katolickich. Ksiądz Biskup wspominał, że na warszawskiej Pradze, gdzie przyszło mu odbierać nagrodę Feniks, przed laty odbierał świadectwo maturalne. – Jeszcze są iskry z popiołów, bo co byłoby za życie bez nagrody – powiedział.

Liryk współczesnej polskiej ambony, zrośnięty wyjątkowo silnymi więzami z ziemią ojczystą i jej ludźmi – powiedział prof. Jan Miodek, wybitny znawca języka i mowy polskiej, o bp. Józefie Zawitkowskim, który w tym roku obchodzi 50. rocznicę święceń kapłańskich oraz 30. rocznicę posługi biskupiej w Łowiczu.

Miał śliczną mamę z warkoczem i dobrego, przystojnego, mocnego tatę.

Zdjęcie

Urodził się 23 listopada 1938 r. w niewielkiej wiosce Wał w parafii Żdżary k. Nowego Miasta nad Pilicą. W jego autobiografii czytamy: „Pochodzę z chłopskiej, bardzo religijnej rodziny, gdzie praca i modlitwa wzajemnie przenikały się. U nas wszystko było nabożeństwem. Gdy patrzę na prace polowe mojego taty i dziadka, to widzę, że wszystko było połączone z modlitwą. Niewątpliwie oni wywarli największy wpływ na późniejsze moje powołanie kapłańskie. Wcześnie zostałem sierotą, bo już w wieku 12 lat straciłem swoją ukochaną mamę. Pozostało pięcioro rodzeństwa oraz tata, który wymownie wtedy powiedział, wskazując na duży obraz Matki Boskiej: «Teraz Ona będzie wam matką». Pamiętam ją zawsze młodą z warkoczem, tak jak na tym portrecie, który wisi nad moim łóżkiem w sypialni. Ona zawsze mnie we śnie ostrzega, gdy miałoby mi stać się coś niedobrego. Czuję nieustannie jej troskę do dnia dzisiejszego”. Ksiądz Biskup wyznaje, że zawsze nosi przy sobie zdjęcie mamy i coraz bardziej za nią tęskni. Często odwiedza cmentarz w Żdżarach i czyta na grobie ukochanej mamy Marii sierocy napis: „Ty się módl za nas, bo już jesteś święta, pamiętaj o nas, jak mama pamięta”. Bronisław – ojciec bp. Zawitkowskiego – odszedł z tego świata w 2001 r. Przez pięćdziesiąt lat był dla swoich półsierot i ojcem, i matką.
Ksiądz Biskup pamięta pachnący świeżym chlebem rodzinny dom, w którym sercem była mama, a „patriarchą” dobry dziadek Franciszek. Wieczorami po kolacji ojciec, ciotka lub wujek głośno czytali przy lampie książki, co dzieciom bardzo pomogło w szkole, a potem, w dalszym życiu, w rozwijaniu zamiłowań humanistycznych. Józef miał nawet zamiar iść na polonistykę.

Powołanie kapłańskie

Józef Zawitkowski był ministrantem w maleńkiej żdżarskiej parafii. Przed Pierwszą Komunią św. ksiądz proboszcz zapytał mamę, czy chce, aby jej syn został księdzem. – Rozpłakała się –wspomina dzisiaj bp Zawitkowski. Potem ja płakałem w szóstej klasie nad jej trumną, powiedziałem jej, że będę księdzem. W 1956 r. wziął walizkę i udał się ze świadectwem maturalnym, zamkniętym w białej kopercie, do Seminarium Duchownego przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Tam – jak sam wyznaje – uczył się, jak być dobrym księdzem, uczył się modlitwy, zaufania Bogu i umiłowania Boga, uczył się innym mówić o Bogu. 20 maja 1962 r. w katedrze warszawskiej przyjął święcenia kapłańskie z rąk kard. Stefana Wyszyńskiego, prymasa Polski.

Rozpoczęło się „księdzowanie”

Jako wikariusz zaczynał w Krośniewicach, gdzie wszystko – jak mówi – było pierwsze. Potem „księdzował” w Legionowie, a następnie w parafii Nawrócenia św. Pawła w Warszawie na Grochowie. Mieszkał tam na stancji u parafian, miał setki grup do katechizowania, a w niedzielę 13 Mszy św. Potem został posłany do parafii św. Zygmunta na Bielanach w Warszawie, gdzie musiał się wykazać wielką gorliwością i pracowitością, gdyż miał 42 godziny lekcji religii tygodniowo, nie mówiąc o obowiązkach parafialnych.
– W katedrze to już byłem wielki pan – wspomina po latach swój kapłański przystanek w katedrze św. Jana Chrzciciela w Warszawie. – Miałem tylko 16 godzin lekcji. Radość przeżywałem wielką z tymi ze szkoły muzycznej i baletowej. Jakie to wrażliwe, mądre, dobre i śliczne. Kochałem ich bardzo, a oni cuda czynili w jasełkach, kolędach i misteriach. Bywaliśmy gośćmi u Księdza Prymasa na Miodowej.
Potem ks. Zawitkowski posługiwał jeszcze w parafii Dzieciątka Jezus na Żoliborzu. Został skierowany do pracy w Wydziale Duszpasterstwa Kurii Metropolitalnej w Warszawie. Od 1978 r. był proboszczem w parafii Gołąbki, gdzie przeżywał stan wojenny, wprowadzony w Polsce 13 grudnia 1981 r. Wreszcie nastąpiło jego spotkanie z Łowiczem: w 1984 r. został proboszczem w kolegiacie łowickiej i oddał się pod władanie Księżnej Łowickiej.
I przyszedł czas biskupstwa. Na Starym Rynku w Łowiczu przyjął święcenia biskupie. W 1991 r. został mianowany biskupem pomocniczym warszawskim, a w 1992 r. – biskupem pomocniczym łowickim, równo 30 lat temu.

Kazanie jak muzyka Bacha

Gdy na mocy pamiętnych umów sierpniowych, w 1980 r., władze PRL wyraziły zgodę na transmisje radiowe Mszy św. z kościoła Świętego Krzyża w Warszawie, świątynia była co niedzielę o godz. 10 wypełniona do granic możliwości. I przy odbiornikach gromadziły się miliony ludzi oczekujących szczególnie na głos ks. Zawitkowskiego. W stanie wojennym kazania były cenzurowane, ale świętokrzyski kaznodzieja miał wypróbowane zwroty, aby przekazać treści, których potrzebował naród, spragniony prawdy i oczekujący na ocenę bieżącej sytuacji. – Obdarzony przez naturę ciepłym, miękkim głosem, zniewalający uczuciowo stałą formułą „Kochani moi!”, kierowaną do odbiorców, zafascynował wszystkich niezwykłymi kazaniami, z których każde, odznaczające się nadzwyczajną urodą języka, można by określić jako religijny esej literacki, najbliższy rodzajowo lirycznym formom wypowiedzi – twierdzi prof. Jan Miodek. Ten wybitny językoznawca zwraca uwagę na literacką erudycję bp. Zawitkowskiego, jego wyczucie poetyckiego słowa i mistrzostwo w posługiwaniu się słowem, a także doskonałą znajomość dziejów języka ojczystego, tak że ma odwagę sięgać nawet do archaicznej składni.
A gdzie tkwi tajemnica kunsztu tego złotoustego kaznodziei? Bp Zawitkowski mówi: – Homilia musi być koncertem. Musi być formą muzyczną. To znaczy musi być temat zapowiedziany, tak jak u Bacha jedną melodią zapowiada się inne głosy, dochodzi się do punktu centralnego i tam jest cała dynamika. Tego sposobu głoszenia homilii nikt nie uczy. Mój sposób mówienia ma pomagać człowiekowi, żeby go nie zmęczyć, żeby go wciągnąć w tematykę kazania, żeby on je akceptował – wyznaje. – Chciałbym dotknąć człowieka, który nosi w sobie zło, które go męczy i niszczy. Nie chciałbym go dobijać następnym złem, bowiem zło wyzwala zło – to zwierzenia świętokrzyskiego kaznodziei.
Bp Zawitkowski do 2006 r. miał regularnie kazania u Świętego Krzyża w Warszawie. Z pewnością w ich przygotowywaniu i wygłaszaniu pomogły mu studia muzyczne w Instytucie „Musica Sacra” w Aninie oraz muzykologia ukończona w Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie. Jest on nie tylko kompozytorem małych form muzycznych dla chórów, zespołów wokalnych, ale także „kompozytorem” tekstów, w których słyszy się mistrzów: od Kochanowskiego, Norwida, Tuwima do ks. Twardowskiego. Cała Polska zna pieśń na Kongres Eucharystyczny w 1987 r. „Panie dobry jak chleb”, do której napisał słowa, a melodię – ks. prał Wiesław Kądziela. „Abyśmy byli jedno” – to też dobrze nam znana pieśń autorstwa bp. Zawitkowskiego.

Mistrz słowa

Bp Zawitkowski ma przebogaty dorobek wydawniczy. Swoje utwory zwykle drukuje pod pseudonimem ks. Tymoteusz, m.in. modlitewniki „Panie mój!” i „Tobie, Panie, zaufałem”, a także książki: „… będę z Panem gadał”, „Trzymaj się!”, „To jest Ktoś!”, które ukazały się w Bibliotece „Niedzieli” jako teksty zebrane, a wcześniej co tydzień drukowane na łamach „Niedzieli”. W naszym tygodniku były też publikowane cykle: „Iskry z popiołów”, „Słowo Ci daję”, „Przednówek”, „Listy polecone”, które ukazywały się potem w pięknych tomach w różnych wydawnictwach, np. w serii z bratkiem. Powstał nawet „Tymoteuszowy” śpiewnik i wydania doczekały się jego bajki pt. „Dawno, dawno temu”.
Nie da się tutaj wymienić wszystkich dzieł ks. Tymoteusza, ze względu na imponującą ich liczbę. Oczywiście, w specjalnych tomach zostały opublikowane również kazania. Indeks publikacji (do 2005 r.) bp. Józefa Zawitkowskiego – ks. Tymoteusza jest zawarty w książce „Zatrzymać słowo”, pod redakcją Barbary Jagiełło (Wydawnictwo Księży Sercanów, Kraków 2005). Następne książki czekają na odnotowanie w wykazie lub dopiero się piszą. Ogromne zasługi w utrwaleniu i ocaleniu słów bp. Zawitkowskiego ma Bożenna Czubak, uważana za pierwszą czytelniczkę i recenzentkę jego tekstów.

Balet i gazeta

Widać, jak ciekawymi formami ks. Tymoteusz docierał do czytelników, aby ich ewangelizować. Wyjątkowe w odbiorze są „Listy polecone”, drukowane w odcinkach w „Niedzieli” w latach 2003-2004, a zebrane w 2005 r. w tomie Wydawnictwa Księży Sercanów. Nadawca nieznany listu otwierającego ten tom napisał, że ich adresatem może być każdy: człowiek wielki, święty, artysta, przyjaciel, nauczyciel, sąsiad, dobrodziej, ale i mała dziewczynka – „Księżniczka Niebieskooka” – są pisane do wszystkich ludzi.
Wśród „Listów poleconych” bp. Józefa Zawitkowskiego znalazła się również „Niedziela” jako adresat. W pierwszych słowach pisał: „Wiele rzeczy nie umiem, ale najwięcej zadziwienia budzą we mnie balet i przygotowanie gazety”. I dziwił się w swoim liście: „Jak ten choreograf potrafi z fragmentów melodii zrobić figury, potem połączyć je w jeden taniec”. I drugie zadziwienie: „Jak to się robi gazetę? Tylu różnych ludzi, a wiedzą, jak myśleć, jak tworzyć takie dzieło zbiorowe na jeden dzień, na tydzień?”. I z troską zapytał wtedy, co czujemy, gdy ktoś gazetę wrzuca do kosza. W odpowiedzi zanotował, że taki jest los gazety i trzeba robić nową.

„Ktosie” ks. Tymoteusza

Zatrzymajmy się przez chwilę nad bogactwem treści przekazywanych przez ks. Tymoteusza. W rubryce pt. „Trzymaj się!”, startującej w „Niedzieli” w 1994 r., Autor w sutannie zszedł z kościelnej ambony i podążył zwykłymi ścieżkami naszych wsi i szarymi ulicami naszych miast, aby wejść w zwykłą codzienność, zdając sobie sprawę z kapłańskiej odpowiedzialności szczególnie za młodego człowieka. Co tydzień na łamach „Niedzieli” rozmawiał z zaczepnym chłopakiem, który stawiał mu drapieżne pytania. A on – jak dobre Ojczysko – jedną ręką strofował „wierzgającego” dzieciaka, a drugą szybko przytulał i prowadził na spotkanie z Bogiem, mówiąc: „Trzymaj się mnie mocno, bo w pojedynkę nie wpuszczają do nieba!”.
– Tu słowa są proste, zdarzenia życiowe i konkretne, bo nasze, codzienne, tylko bardzo celnie wyrażone i naświetlone blaskiem Ewangelii, a raczej blaskiem Prawdy. Ks. Tymoteusz w tej Prawdzie, w Chrystusie, każe szukać rozwiązania ludzkich pytań o sens. Dla niego rzeczywiście Pan jest kluczem do zrozumienia człowieka. Taką opinię o cyklu pt. „…będę z Panem gadał”, drukowanym w 1995 r., wyraził ks. inf. Ireneusz Skubiś, dzięki którego mądrym decyzjom w „Niedzieli” mogło ukazać się tak wiele publikacji ks. Tymoteusza.
Od 1997 r. prawdziwym hitem każdego numeru naszego tygodnika był tekst z rubryki „To jest Ktoś!”. Autor budował biografie zarówno świętych wyniesionych na ołtarze, jak i świętych niekanonizowanych. Ujrzeliśmy literackie sylwetki ludzi znanych całemu światu z pierwszych stron gazet i ekranów telewizyjnych, ale również tych żyjących pośród nas, w szarej codzienności. Trafnie ujął to o. Jan Pach, paulin, mówiąc, że żyjemy w rodzinie świętych, którzy promieniują żarem dobroci serca i mądrości umysłu. Niech słowa o. Pacha – zanotowane po zapoznaniu się z całą rzeszą „Ktosiów” odkrytych i ukazanych przez ks. Tymoteusza – będą podsumowaniem tego, z pewnością niedokończonego tekstu: – „Ktosie” są wśród nas, znam jednego z nich – ks. Tymoteusza, który – w swojej pokorze – nie przyznaje się, że jest Biskupem. To Księżak zakochany w ziemi, która go zrodziła, radosny rodzimymi pasiakami, czujący zapach ziarna wysiewanego przy śpiewie skowronka na dziewiczej roli, słuchający jego modlitw wzrastania ku niebu. Bp Józef Zawitkowski – uważa o. Pach – podaje nam receptę na świętość, którą każdy z nas może zrealizować w aptece Pana Boga.
Sięgajmy jak najczęściej do przemyśleń bp. Józefa Zawitkowskiego. Jego słowa sprawiają, że wspinamy się coraz bliżej nieba, czujemy, że już tylko krok do spotkania z Bogiem. Pozostaje nam powiedzieć: Dobrze, że jesteś, Księże Tymoteuszu!

http://www.niedziela.pl/artykul_w_niedzieli.php?doc=nd201221&nr=9

Przeczytaj więcej: Ks.Tymoteusz

Posted in Religia, SYLWETKI | Otagowane: | 1 Comment »

Wiosłować na wspólnej łodzi – wywiad z prof. Andrzejem Zybertowiczem

Posted by tadeo w dniu 17 czerwca 2012

Z socjologiem prof. Andrzejem Zybertowiczem z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu rozmawia Alicja Dołowska

Żeby móc się jako naród zrekonstruować, będąc słabym, zdezorganizowanym narodem, po serii katastrof cywilizacyjnych – zabory, wojny, okupacja hitlerowska, komunizm – potrzebujemy swego państwa, którego jednak nie potrafimy na dobre zdobyć. 

Wiosłować na wspólnej łodziNiedziela 21/2012
 ALICJA DOŁOWSKA: – Od paru miesięcy jeździ Pan po kraju, promując swoją książkę „Pociąg do Polski. Polska do pociągu”. Na spotkaniach namawia Pan do poważnych rozmów o Polsce i jej przyszłości, a jednocześnie przekonuje, że jesteśmy w sytuacji „narodu bez państwa i państwa bez narodu”. Jak to wyjaśnić?
PROF. ANDRZEJ ZYBERTOWICZ: – To określenie skrótowe – dla zogniskowania naszej wyobraźni. Nie ma narodu w tym sensie, że jesteśmy wspólnotą zdewastowaną, zdezintegrowaną, mającą słabe elity, płytko i tylko częściowo zakorzenione w naszej tradycji. Taka wspólnota nie potrafi podporządkować sobie państwa. Z drugiej strony – elity, które faktycznie rządzą polskim państwem, nie czują się zobowiązane służyć narodowi, który jest tak słaby. Orientują się więc na podmioty międzynarodowe, które mają w Polsce interesy: wielkie korporacje, instytucje unijne, elity obcych państw. Żeby móc się jako naród zrekonstruować, będąc słabym, zdezorganizowanym narodem, po serii katastrof cywilizacyjnych – zabory, wojny, okupacja hitlerowska, komunizm – potrzebujemy swego państwa, którego jednak nie potrafimy na dobre zdobyć. Tylko dwa razy (w 1992 i 2005 r.) udało się w Polsce objąć władzę ugrupowaniom kierowanym przez elity jednoznacznie przywiązane do tradycji narodowych, do polskości, do religii. Jednak elity te nie potrafiły władzy zachować.
– Czy – Pana zdaniem – mamy w związku z tym do czynienia z sytuacją podwójnej próżni…
– Elita kierująca państwem, widząc, że naród jest słaby i nie potrafi jej „wziąć na smycz”, czyli skutecznie kontrolować, podlega nie tylko wpływom naszych krajowych oligarchów, ale także – co gorsze – pokusie zwasalizowania się wobec kogoś z zewnątrz. W jakim celu? Po to, żeby ustabilizować swoją pozycję. Państwo funkcjonuje zatem w pewnej próżni: elity władzy, które są względnie zintegrowane wokół swoich interesów, nie mają narodu, który byłby dla nich partnerem i potrafiłby je kontrolować. Istnieje też niedojrzała jeszcze grupa, która chce być narodem i potencjalnie jest narodem, ale nie posiadając swojego państwa i funkcjonując w organizacyjnej próżni, nie ma nowoczesnych instrumentów dla dotlenienia tkanki społecznej, dla tworzenia efektywnego powiązania między wartościami a interesami.
– Jak nigdy dotąd po 1989 r. widać, że ta władza sama się obsługuje i sama sobie służy. To, o czym Pan mówi, potwierdza chyba zjawisko określane jako naturalna skłonność władzy do alienacji.
– Ale łatwość, z jaką ta władza się alienuje, pokazuje, jak słaby jest naród. Użyjmy metafory: między – nazwijmy to tak – ludem a elitami potrzebne jest coś w rodzaju warstw średnich, które są naturalnym kanałem awansu społecznego. Najbardziej utalentowani ludzie poprzez warstwy średnie pną się w górę ku elitom bezpośrednio odpowiedzialnym za wypracowywanie i wprowadzanie w życie strategii rozwoju kraju. Gdy nie ma tego kanału, nie ma też naturalnego, rozłożonego w czasie procesu zakorzenienia elit w tradycji i wartościach wspólnoty. I często ci, którzy robią kariery, bo są utalentowani, patrzą z pogardą na ludzi na dole. Na tę ludową tkankę kulturową, która wydaje im się przestarzała, prymitywna, autorytarna, niepotrafiąca wyciągać wniosków z własnych błędów i doświadczeń.
– Kariery robi się dziś przez elity, którym się służy. Inaczej, z awansem ciężko. Dlatego tak dużo młodych ludzi z czysto pragmatycznych powodów poszło do PO.
– Sama Pani udzieliła odpowiedzi na pytanie: co robić? Musimy budować instytucje, które stworzą ścieżki karier dla utalentowanych młodych ludzi alternatywne wobec klientelistyczno-korupcyjnych. Takie próby już mają miejsce. Na przykład inicjuje się projekty konsolidacji mediów, które nie wstydzą się przyznawać do wartości patriotycznych, w których istnieje przestrzeń do dyskusji na temat podstawowych wyzwań stojących dziś przed Polską. Musimy nie tylko pielęgnować patriotyzm, ale też budować i umacniać instytucje, organizacje, w tym podmioty gospodarcze, w których ci młodzi będą mogli pracować i robić kariery.
– Być patriotą jest coraz bardziej niebezpiecznie. 11 listopada patriotów wyzwano od faszystów i jeszcze nasłano na nich Niemców.
– Gracze „zaprzyjaźnieni” z obecnie rządzącymi środowiskami pozwalają sobie na sprowadzanie do Polski grupek Niemców i prowokowanie nas – mając przecież świadomość, jaką rolę Niemcy odegrali w historii XX wieku – ponieważ są przekonani, że obóz patriotyczny jest słaby. Dostrzegając nasze słabości, testują, jak daleko mogą się posunąć. Każdy Polak, który jest oburzony taką sytuacją, powinien zadać sobie pytanie: dlaczego mnie tam nie było? Bo gdyby w manifestacjach patriotycznych uczestniczyło nas dziesięć razy więcej, a na balkonach polskich domów wisiało w ten dzień o wiele więcej flag, to organizatorzy prowokacji nie pozwoliliby sobie na takie posunięcie.
– Twierdzi Pan, że państwo po 1989 r. nie podjęło rekonstrukcji zdewastowanego narodu. Ale jak to winno było zrobić? Przecież władza organizująca państwo została przez Polaków wybrana demokratycznie.
– Demokratycznie wybrana, ale w ramach tła kulturowego, które przypomina tzw. syndrom sztokholmski. Czyli sytuację, w której ofiara jest z oprawcą na tyle silnie psychicznie związana, że czuje z nim pewną więź i często woli na nowych warunkach współżyć z tym oprawcą, niż zaryzykować oddanie odpowiedzialności za swoje (czyli kraju) losy komuś niesprawdzonemu. To mechanizm działania kobiety bitej przez męża alkoholika, która cierpi, ale tkwi w przekonaniu, że gdyby sama żyła w świecie, który jest niezbyt przyjazny, to może nie dałaby sobie rady. W sytuacji, gdy wybory parlamentarne dwa razy wygrywał SLD i Aleksander Kwaśniewski, to być może syndrom sztokholmski dawał o sobie znać. Nie twierdzę, że on wyjaśnia wszystko. Jest przecież wiele czynników tamtego sukcesu postkomunistów i paraliżu sił niepodległościowych. Żeby móc się jako naród zrekonstruować, będąc słabym, zdezorganizowanym narodem, po serii katastrof cywilizacyjnych – zabory, wojny, okupacja hitlerowska, komunizm – potrzebujemy swego państwa, którego jednak nie potrafimy na dobre zdobyć.

– Jaki z tego wniosek?

– Musimy pracować nad głębszymi pokładami mentalności społecznej, która coraz częściej nazywana jest przez socjologów mentalnością żebraczą. Platforma cynicznie stosuje techniki manipulacyjne umacniające te obszary mentalności. Socjolog Mirosława Marody już kilka lat temu wskazała, że mamy jakby trzy Polski: tę na etacie, Polskę prywatną i Polskę na rencie. Upraszczając: Polska na etacie to osoby funkcjonujące w sferze budżetowej; Polska prywatna to są ludzie, którzy funkcjonują w sektorze rynkowym i wykazują się odpowiedzialnością za swoje działania i nieraz przedsiębiorczością; natomiast Polska na rencie – mamy jeden z najwyższych wskaźników w Europie osób na rentach i zasiłkach, chociaż stan zdrowotności polskiego społeczeństwa nie odbiega znacząco od zdrowotności społeczeństw innych krajów. Z tego wypływa wniosek, że poziom korupcji i pobłażliwości na to zjawisko jest u nas większy niż gdzie indziej, a także, że spora grupa (pewnie więcej niż kilkaset tysięcy) Polaków chce być we własnym kraju na jakiejś formie „socjalu”. Grupa osób, które nie chcą się w życiu sprawdzać, ale „załapać” na jakąś formę jałmużny.

– Ale jest przecież i bezrobocie, Panie Profesorze.

– Właśnie. Takie osoby w perspektywie grożącego im bezrobocia obawiają się należeć do Polski prywatnej, wziąć swój los we własne ręce, wolą sięgać po renty i rozmaite formy wsparcia. Dlaczego nie chcą włączyć się do rynku? Między innymi z tego powodu, że nie wierzą w uczciwe reguły gry gospodarczej. Gdy Platforma przed ostatnimi wyborami obiecywała: jak na nas zagłosujecie, to dostaniemy 300 mld euro z Unii – to taki przekaz wzmacnia mentalność żebraczą, wzmacnia tę Polskę na rencie. Bo ten przekaz daje się odczytać tak: macie prawo mieć roszczenia, wasza roszczeniowa postawa jest OK. Nadal możecie oczekiwać, że III RP za was rozwiąże wasze problemy. Propagandową osią kampanii samorządowej PO z 2010 r. było hasło: „Nie róbmy polityki” – a zatem: odwróćmy się od podmiotowości i samoorganizacji; nie patrzmy na ręce władzy samorządowej – bo to przecież byłoby robienie polityki.

– Część ludzi na wybory nie chodzi nie tylko z lenistwa. W minionym 20-leciu część Polaków poczuła się przez elity oszukana. Proces dochodzenia do wytraconej obywatelskości będzie pewnie długi. Czy można go skrócić?

– Gdy pewne procesy już się rozwijają, można je ukierunkowywać, przyspieszać lub spowalniać. W Polsce od paru ładnych lat oddolnie umacniają się inicjatywy i postawy obywatelskie. Był impuls po aferze Rywina, potem kolejny w okresie rządów PiS-u. Nastąpiło pewne przyspieszenie, kiedy okazało się, że Platforma nie jest w stanie spełnić wyborczych obietnic. Ale, być może, najważniejszy impuls zaistniał po 10 kwietnia 2010 r. Jak powiedział mi pewien biznesmen: „Włączyłem się do działalności publicznej, bo było mi wstyd za stan, w jakim jest moje państwo”. Trwa proces tworzenia się setek, może tysięcy inicjatyw patriotycznych. Nazywam to wyłanianiem się kolejnych wysp archipelagu polskości. Ludzie czują potrzebę obrony swojej patriotycznej godności. A demokracja, choć ma postać biurokratyczną, jednak daje do tego przestrzeń. Można manifestować, rejestrować fundacje, stowarzyszenia, portale internetowe, pisma, pisemka, wydawnictwa, kluby dyskusyjne. Tego jest bardzo wiele.

Jednak jeśli ten proces miałby trwale zmienić oblicze Polski, czyli odbudować wspólnotę polityczną, stworzyć nowoczesny naród – pojmowany także jako zorganizowana grupa interesów – potrzebne są impulsy konsolidacji. Rozproszone wysepki muszą się wiązać w większe struktury. I tu napotykamy na barierę przywództwa. W obozie patriotycznym występuje poważny deficyt umiejętności sięgania po ludzi „środka” i tworzenia dzieł o większym zasięgu.

– Bo to w kraju indywidualistów niezmiernie rzadka umiejętność.

– Żeby założyć pisemko albo portal, wystarczą dość proste kompetencje organizacyjne. Natomiast, by konsolidować liczne tego typu inicjatywy w skali kraju – trzeba mieć autorytet, by oddziaływać na środowisko twórców małych projektów. Takich, którzy już posmakowali satysfakcji z owoców swoich działań. Przed Polakami stoi zadanie zdobywania umiejętności gry drużynowej, koordynacji na wyższym poziomie. Do tego potrzebne są osoby, które potrafią współpracować z ludźmi ambitnymi, a nawet – w pewnym sensie – zarządzać ich energią. Czyli potrzebne jest przywództwo na większą skalę, bo – jak mówią niektórzy – po stronie prawicowej mamy nadmiar kieszonkowych Napoleonów. Jednak ta uwaga nie jest jednoznacznie krytyczna. To zjawisko ma plusy i minusy. Są ludzie, którzy już wydają czasopisma, zbudowali pewne środowiska, potrafią zdobywać dotacje, jednak ich osobiste ambicje sprawiają, że nie chcą wiosłować na większej wspólnej łodzi.

Elementy rekonstrukcji narodu ku odrodzeniu polskości istnieją. Trzeba je tylko umieć odnaleźć, skonfigurować i połączyć.

– Aby wybrnąć z tej sytuacji, wskazuje Pan instytucję założycielską, która może stać się punktem oparcia. Twierdzi Pan: „Być może jest taka instytucja, która ze względu na swoją konstrukcję historyczno-strukturalną jest najsilniejszym depozytariuszem polskości z wszystkich istniejących instytucji. Być może to jest taka instytucja, która jest kośćcem kulturowym i państwowym polskości od tysiąca lat”. Ma Pan na myśli Kościół?

– Tak. Nie powiedziałem tego wprost, bo czasem chodzi o to, żeby słuchacz, rozmówca rozeznał to sam w swoim myśleniu. W obecnej podwójnej próżni – narodu bez państwa i państwa bez narodu, w świecie, w którym mamy pełno gorących serc, w tej przestrzeni istnieje instytucja, która jest z nami od tysiąca lat. A fakt, że najwięcej powołań jest w rodzinach z dolnych warstw społecznych, z polskiej prowincji, ze wsi, świadczy o tym, iż ci ludzie wnoszą do Kościoła powszechnego kod kulturowy polskości. To powoduje, że Kościół katolicki jest – z powodów natury socjologicznej – zanurzony w polskości. A Kościół – wskazuje papież Benedykt XVI – mimo swoich ułomności, zawiera w sobie pewien depozyt kulturowy (niezależnie od metafizycznego wymiaru Objawienia), wokół którego i dzięki któremu można oddzielić ziarno od plew.

– Głosi Pan potrzebę budowania w przyspieszonym tempie nowych elit, przekonuje, że trzeba wykorzystać współczesną wiedzę o ruchach społecznych, procesach kreowania osób z charyzmą. Gdzie można tych ludzi znaleźć? To są umiejętności, które trzeba nabywać, jakoś się ich uczyć…

– To musi pozostać tajemnicą; gdy się wrogowie Polski zorientują, to jednych zastraszą, a innych podkupią. A mówiąc serio, w wielu środowiskach organizuje się „szkoły liderów”. Jeśli młodych ludzi nauczymy samokontroli, sprawnego komunikowania się i oddziaływania na otoczenie społeczne, ale nie uformujemy w nich więzi z tradycją i narodem – to najbardziej utalentowani zostaną podkupieni przez wielkie międzynarodowe korporacje. I sprowadzeni do roli poddostawców. Albo pójdą do koniunkturalnych partii. Proces tworzenia elity, która nie będzie się bała brać odpowiedzialności za kraj, uczenia podstaw socjotechniki, musi być powiązany z procesem zakorzeniania w polskości. Kształcąc wyłącznie patriotycznie, wychowamy gorących patriotów o małych umiejętnościach społecznych. A jeśli będziemy kształcić umiejętności tylko technokratyczne, wykształcimy młodych ludzi, którzy zostaną cynikami. Trzeba jednocześnie troszczyć się o obydwa wymiary formowania elit dla Polski. Nie polskich elit, ale elit dla Polski.

http://prasa.wiara.pl/doc/1161677.Wioslowac-na-wspolnej-lodzi

Posted in Wywiady | Otagowane: | Leave a Comment »

Niepokonani – Krzysztof Ziemiec

Posted by tadeo w dniu 17 czerwca 2012

Dziennikarz „Wiadomości”, który w wyniku pożaru odniósł poważne obrażenia, na dobre wrócił już do życia publicznego. Na antenie TVP1 poprowadził program, pt. „Niepokonani”. Ziemiec jest jego współpomysłodawcą. Rozmawia z ludźmi, których dotknęły nieszczęścia, ale udało im się z nich podźwignąć. Jego pierwszym gościem była sparaliżowana Monika Kuszyńska, była wokalistka zespołu Varius Manx.

Będę zapraszał osoby tak jak ja doświadczone przez los. Myślę, że dzięki temu będę potrafił zrozumieć ich walkę. Rozmawiałem już z Moniką, to fantastyczna osoba pełna optymizmu, kochająca życie i nierezygnująca z marzeń – powiedział Ziemiec .Wśród zaproszonych osób są także m.in.  Bohdan SmoleńKrzysztof Krawczyk, Eleni, Radosław Pazura, Jakub Błaszczykowski, 

http://www.tvp.pl/publicystyka/tematyka-spoleczna/niepokonani

Posted in SYLWETKI, Świadectwa | 2 Komentarze »

Homilia ks.P.Pawlukiewicz – Msza św. z kościoła św. Krzyża W-wa 10.06.2012r.

Posted by tadeo w dniu 17 czerwca 2012

http://pl.gloria.tv/?media=298994

Jan Chryzostom, jeden z największych Ojców Kościoła, mawiał, że każdy kapłan głoszący słowo Boże walczy z szatanem i, aby go pokonać, musi znać jego pociski, musi przewidzieć, w jaki sposób zły duch będzie próbował go pokonać. Myślę, że to spostrzeżenie wielkiego teologa dotyczy wszystkich chrześcijan. Każdy z nas powinien znać działanie szatańskich pułapek. Dzisiejsze czytanie zaczerpnięte z Księgi Rodzaju pokazuje pierwszy i – niestety – skuteczny sposób kuszenia naszych prarodziców i skutki ich odejścia od Boga. Czym zostali zwyciężeni Adam i Ewa? Czym zostali zniewoleni i oderwani od Boga? Czytajmy uważnie dzisiejsze pierwsze czytanie. Ta najważniejsza broń demona ujawnia się tam z całą wyrazistością. Pan Bóg zawołał na mężczyznę i zapytał go: Gdzie jesteś? On odpowiedział: Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się. Przestraszyłem się. Adam lęka się i chowa pośród drzew ogrodu. Wstydzi się tego, jak wygląda. Plecie sobie z gałązek figowych pierwsze prymitywne ubranie. Zaczął lękać się świata, który teraz wydaje się dla niego stanowić wielkie zagrożenie. Czuje się w nim osamotniony, bezbronny. Dlatego Bóg daje pierwszym rodzicom solidne odzienie ze skór. To jest ta broń szatana: poczucie lęku i wstydu. Tym pragnie nas zatrzymać na drodze rozwoju, na drodze prawdy i życia. Ileż to ludzi, nawet od najwcześniejszego dzieciństwa, słyszy słowa: niedorajda jesteś, niezdara, popatrz wszyscy dokoła są lepsi, a z ciebie, co wyrośnie? Powtarzanie takich uwag setki i tysiące razy napełnia wiele osób lękiem i poczuciem jakieś kompletnej beznadziejności. Trudno im potem, w dorosłym życiu, uczynić nawet jeden krok do przodu.

Pamiętamy, jak niedługo po wyjściu z Egiptu, lud Izraela przybył do granic Kanaanu. Mojżesz kazał wybadać ten kraj swoim wywiadowcom. Kiedy ci powrócili po spełnionej misji, zaczęli swoimi opowieściami rozsiewać pośród Narodu Wybranego zwątpienie i brak wiary we własne siły. Mówili, że ta ziemia jest piękna, ale jest to kraj, który pożera swoich mieszkańców. Że widzieli tam nawet żyjących olbrzymów. I Żydzi przestraszyli się. Stchórzyli. Nie podjęli działań wojennych i w konsekwencji tego zawrócili na pustynię i chodzili po niej w kółko przez 40 lat. Zapewne te wydarzenia mają niekiedy miejsce i w naszym życiu. Niejeden współcześnie żyjący człowiek kręci się w kółko, bo kiedyś stchórzył i nie stoczył bitwy. Ktoś przestraszył się i nie przeciwstawił się należnie człowiekowi, który chciał nad nim zapanować. Teraz tamten niemalże dyktuje mu krok po kroku, co ma czynić. Ktoś przestraszył się w konfesjonale, nie pokonał zniewalającego wstydu, odbył świętokradczą spowiedź i od tamtego czasu cała jego religijność jest sztuczna i bez życia. Ktoś inny nie przeciwstawił się złu i niesprawiedliwości. Sympatyzował z oszustami, złodziejami, kombinatorami. Nie zdobył się na to, by się im przeciwstawić. Od tamtego dnia nienawidzi sam siebie, a w sumieniu ciągle słyszy słowa „tchórz”, „dwulicowiec”, „chorągiewka na wietrze”. Żar jego życia zgasł.

Nasze zbawienie, nasza świętość, to nie tylko zmaganie się pomiędzy biegunami zła i dobra, czystości i brudu, pychy i pokory. To wielka walka z tchórzostwem, walka z pokusą duchowej dezercji. Kto jej uległ, kto się wycofał, zaparł się prawdy i zdradził wyznawane wartości, pozostaje człowiekiem przygnębionym, rozgoryczonym i wycofanym. Czy istnieje sposób, by wyjść z takiej wewnętrznej stagnacji? Tak, istnieje i to zapewne nie jeden. Ja wspomnę w tym momencie jedną z dróg uzdrowienia. Aby odzyskać swoje życie i podnieść się z kolan życie, taki przegrany do tej pory człowiek musi dobrowolnie wejść w sytuację życiowej próby, wejść w sam środek konfliktu, ryzykując, że będzie go to sporo kosztować, kiedy opowie się za dobrem i prawdą. Mam tu na myśli coś na wzór aktu inicjacji, poprzez który wiele wspólnot, plemion czy społeczeństw umacniało ducha dorastającym chłopcom, by zakończyć w ich życiu okres błogiego dzieciństwa i uczynić z nich dzielnych wojowników. Na przykład u Aborygenów, kiedy chłopiec miał kilka, kilkanaście lat, pewnej nocy przychodził do namiotu matki i dziecka jego ojciec i wraz z innymi mężczyznami, zabierali dziecko matce i szli z nim do lasu. Ojciec nacinał na przedramieniu nożem skórę i swoją krwią smarował usta chłopca. Znaczyło to: do tej pory mama karmiła Cię ciepłem, słodyczą, poczuciem bezpieczeństwa. Teraz ja będę karmił cię siłą i męstwem. Chłopak musiał przejść jeszcze potem wiele prób, niekiedy dość bolesnych, ale potem dostawał nowe imię: wojownik, tygrys, niezłomny i t p. Zawsze to imię nadawali chłopcu mężczyźni. Jaka szkoda, że dziś wielu ojców nie wprowadziło swoich synów na drogi dorosłego i dojrzałego życia. Stąd wielu panów ma w swych sercach imię, jakie uformowała tam mama: mój aniołek, moje sreberko, mamy pączuś, kwiatuszek. Jakie potem budują rodziny, jakimi są później ojcami i mężami łatwo się domyśleć. O swojej niedojrzałości, nieodpowiedzialności, lęku, że prawda wyjdzie na jaw chcą zapomnieć uciekając w alkohol, erotykę, ciągłe popisywanie się przed innymi.

Być człowiekiem odważnym, to wcale nie znaczy zupełnie się nie bać i beztrosko wchodzić w niebezpieczne sytuacje. Sam Chrystus w Ogrójcu bardzo trwożył się gdy nadchodziła Jego godzina męki i śmierci. Być odważnym i mężnym to znaczy także doświadczać strachu, ale nie dać mu się zniewolić, ale pokonać go. Zawsze z wielkim szacunkiem myślałem o młodych powstańcach Warszawy. Ale kiedyś usłyszałem coś, co przybliżyło mi ich bardzo i pozwoliło bardziej realnie spojrzeć na ich walkę, cierpienie i umieranie. Otóż pewna siostra zakonna, która jako sanitariuszka brała udział w sierpniowym zrywie roku 1944 opowiadała mi przed laty, jak do ich szpitala przychodzili młodzi powstańcy. Niekiedy mieli po kilkanaście lat. Przychodzili do szpitala i przed pójściem w krwawy bój prosili o trochę alkoholu. Tak bardzo niektórzy z nich się bali. I siostry im dawały. To byli mali, wielcy, prawdziwi bohaterowie.

Zło posługuje się strachem, by nas zniewolić, ograniczyć, byśmy nie dokonali dzieł, do których powołuje nas Bóg. Byśmy ciągle czuli się gorsi śmieszni. Nierzadko ma to miejsce w środowisku rodzinnym, szkolnym, zawodowym a nawet w dyspucie społecznej Ileż to razy ktoś nam prorokował: Polacy, jeśli wybierzecie tego a tego polityka, to cała Europa, a może nawet cały świat będzie się z was śmiał. Nie głosujcie według swoich poglądów, ale głosujcie jak nakazuje wam to perspektywa globalnego wyśmiania. Drodzy bracia i siostry. Czy wiecie jak nazywa się partia rządząca w Norwegii? A jak premier Holandii? A jaka partia wygrała wybory w Argentynie? Jestem prawie pewny, że taką wiedzę mają jedynie specjaliści od światowej polityki. I jeszcze jest pewny drugiej rzeczy, że przeciętny Norweg, Holender, Argentyńczyk ma taką samą, czyli praktycznie żadną orientację w naszej rzeczywistości politycznej. Ale my się mamy poważnie obawiać kompromitacji w ich oczach i dokonywać wyborów, które oni pochwalą.

Strach przenika niekiedy i niszczy szczere i dobre relacje rodzinne. Przestraszyli się krewni Jezusa, że postradał zmysły i głosi jakąś niedorzeczną naukę. Chrystus się nie dał złamać, ale jego bliscy zaczęli się bać, co o nich inni powiedzą. To jest potężny bóg tego świata. Jego imię brzmi: CO INNI O MNIE POWIEDZĄ. Temu bogu służą i są posłuszne tysiące i miliony wyznawców. Co o mnie powiedzą, gdy urodzę kolejne dziecko, co o mnie powiedzą, gdy przeżegnam się przed posiłkiem, co o mnie powiedzą, gdy odmówię picia alkoholu, oglądania pornografii, gdy uklęknę przed Najświętszym Sakramentem, który ksiądz niesie do chorego. Iluż to ludzi zaparło się praktykowanej od pokoleń wiary, bo się panu kierownikowi i pani księgowej religia i Kościół nie podoba. Ileż to dzieci się nie narodziło, bo koleżanki z pracy mogłyby powiedzieć: „no wiesz? daj spokój z kolejnym bachorem”. Nawet nie jeden wystrój domu, zasady w nim panujące, nie jedna relacja męża i żony były formowane, nie przez małżonków i dzieci tam mieszkające, ale wpływowe znajome czy kolegów. Ileż to osób tak ustawia swoje życie, takich dokonuje wyborów, żeby tylko przypodobać się otoczeniu. Ile chłopców zaczęło brać narkotyki, ile dziewcząt utraciło dziewictwo, bo otoczenia mogło wyśmiać, bo inni mogli krzywo patrzeć. Tak łatwo wielu daje się na to nabrać, że ci inni to jakaś wyrocznia i jakiś autorytet. W rzeczywistości są to często ludzie mocno zastraszeni, którzy kiedyś sami zaparli się Chrystusa teraz, jak mantrę powtarzają te antychrześcijańskie hasła, by zagłuszać tlące się sumienie. Dlatego Kościół to ich pierwszy temat. Sami zastraszeni, pragną innych wciągnąć w stosowanie takiego środowiskowego terroru.

Ktoś wreszcie zapyta: no dobrze, ja się z Tym napiętnowaniem tchórzostwa i jego skutków w pełni zgadzam, ale jak zdobyć męstwo i odwagę? Mając w pamięci maksymę słowa uczą, przykłady pociągają, chciałbym do naszej refleksji zaprosić ludzi mężnych. Niekoniecznie żołnierzy, alpinistów czy podróżników na krańce świata. Popatrzmy na zwykłych a zarazem niezwykłych ludzi. Na przykład na Jima i Michelle Duggar. Mają dziewiętnaścioro dzieci. Czy są szczęśliwi? Tak. To naprawdę widać na zdjęciach. Ich uśmiechy są takie czyste. Czy są bogaci? Nie. Nigdy nie kupili nowego samochodu. Na co dzień dzieci uczone są skromności – dziewczynki noszą uszyte przez siebie suknie i spódnice, a chłopcy długie spodnie. Większość kupowanych ubrań pochodzi ze sklepów z używaną odzieżą. Ze względów ekonomiczno-praktycznych – dla ułatwienia prania – starają się nosić ubrania w tych samych kolorach. Podobnie na wycieczki ubierają koszulki w tych samych kolorach, aby się nie pogubić. Nie wydają również na fryzjera. Pieką własny chleb. Kupują ubrania z tkanin, które się nie gniotą, aby uniknąć prasowania. Jedzą na papierowych talerzach. Potrafią zrobić swój własny płyn do prania i mokre chusteczki higieniczne, których przepisy podają w książce. Ale nie sprawy materialne są fundamentem tej rodziny i jej szczęścia. Tym zasadniczym oparciem są zasady kierujące duchem rodziny. Oto one: Naucz dzieci kochać Boga całą duszą, sercem i umysłem. Naucz je mieć usłużne serce, pokazując siebie jako przykład. Ucz je codziennie na pamięć cytatów z Biblii i rozmawiaj na ten temat. Módl się z dziećmi. Proś Boga o pomoc w walce ze złością, która może zniszczyć twoją relację z dziećmi. Chwal dzieci dziesięć razy częściej, niż krytykuj. Tylko tyle i aż tyle. Bardzo często, gdy ktoś rozpoczyna rozmowę o dzietności rodzin, to natychmiast pojawiają się terminy: opieka, państwo, przedszkola, zasiłki. To są oczywiście ważne sprawy, ale one nigdy nie staną się fundamentem rodziny. Natomiast bez wątpienia są nim mądrość, wiara i odwaga rodziców. Warto wspominać o tym w naszej ojczyźnie, bo jak podają najnowsze statystyki na 223 klasyfikowane kraje pod względem wzrostu demograficznego Polska zajmuje miejsce 209. To ukazuje nam potężną strefę lęku, jaka rozprzestrzeniła wśród polskich rodzin. I to jest problem nie tylko kobiet, potencjalnych matek, ale także i ich mężów, najbliższej i dalszej rodziny, znajomych i środowiska zawodowego. To jest problem nas, duszpasterzy. Wszyscy powinniśmy postawić przed sobą pytanie dlaczego aż 200 państw wyprzedza nas w tej, klasyfikacji, która tak wiele prawdy mówi nam o wartościach, które w rzeczywistości wyznajemy.

Kiedy Jozue, następca Mojżesza, ponownie stanął przy granicy z Kanaanem, Bóg rozkazał mu podbić ziemie obiecaną i wprowadzić do niej naród wybrany. Stwórca powiedział do niego: Bądź mężny i mocny, ponieważ ty rozdasz temu ludowi w posiadanie ziemię, którą poprzysiągłem dać ich przodkom. Tylko bądź mężny i mocny, przestrzegając wypełniania całego Prawa, które nakazał ci Mojżesz, sługa mój. Czyż ci nie rozkazałem: Bądź mężny i mocny? Nie bój się i nie lękaj, ponieważ z tobą jest Pan, Bóg twój, wszędzie, gdziekolwiek pójdziesz. Warto te słowa zapamiętać. Warto je nawet zapisać i nosić przy sobie. By były naszym orędziem w codziennym zmaganiu się ze strachem i lękiem.

http://www.swkrzyz.pl/radio_open.php?plik=11_nowy5.html

Posted in Ks. Piotr Pawlukiewicz | Leave a Comment »

Kilka słów o przegranym meczu

Posted by tadeo w dniu 17 czerwca 2012

Jakub Błaszczykowski (L) i Robert Lewandowski

Można się było tego spodziewać, z tego też powodu dawno temu – już może od co najmniej 15 lat przestałem się emocjonować polską piłką nożną, ponieważ Polacy zawsze szybko odpadają. Szkoda że odpadli grając w Polsce, szkoda że byli tak słabo przygotowani jako gospodarze, szkoda, że trener był tak słaby, że nie potrafił odpowiednio reagować na sytuację na boisku, a zadowalał się przeciętną grą i remisem. Tomaszewski miał rację krytykując Smudę, co to za reprezentacja narodowa, w której grają ludzie nie czujący się Polakami jak Polanski czy Boenisch, którzy są Niemcami, a Obraniak i Perquis – to Francuzi, których jacyś tam polscy przodkowie nie pielęgnowali polskiej kultury wcale. I po co to wszystko? I tak przegrali i tak, mogli więc grać tam po prostu Polacy.  

Powtarzam, za przegrane Euro obciążam tylko i wyłącznie trenera Smudę, który w doborze zawodników do kadry kierował się niekiedy osobistymi animozjami, źle przygotował fizycznie i taktycznie drużynę narodową do Euro, poza tym całkowicie nie sprawdził się jako trener podczas meczów.  Dobrego trenera poznaje się w czasie przerwy – jeśli w drugiej połowie drużyna gra lepiej niż w pierwszej to znaczy że dobrze odczytał taktykę przeciwnika i znalazł na niego metodę. Wychodzi na to że trenerzy Grecji i Czech dużo lepiej się spisali od naszego Smudy.

Przeczytaj także: 

Piłkarze krytykują Franciszka Smudę. Za taktykę, brak zmian i klapki na oczach. Na pewno była świetna atmosfera?

BŁASZCZYKOWSKI OSTRO O LACIE: ZA KAŻDYM RAZEM, JAK COŚ USTALILIŚMY, TO NIE TRZYMAŁO SIĘ KUPY

Posted in Polityka i aktualności, Prywatne | Leave a Comment »

Seryjny samobójca i gen. Petelicki. „Jeśli była to egzekucja, to czas byłby dobrany idealnie. Tuż przed meczem polskiej drużyny, piątek wieczorem”

Posted by tadeo w dniu 17 czerwca 2012

fot. PAP/Radek Pietruszka

Niestety ponownie uaktywnił się w Polsce seryjny samobójca. Według pierwszych doniesień gen. bryg. Sławomir Petelicki, rzekomo strzelił w swoją potylicę. O samobójstwie było głośno (echo w garażu), zobaczymy czy to echo dotrze także do main stream mediów. Podano informację, że ciało z ranami postrzałowymi znalazła żona. Ciekawe czy rany były z przodu czy z tyłu głowy i z jakiej odległości do siebie strzelał…

Polska drużyna pożegnała się z EURO po strzale konkurencji, gen. Petelicki pożegnał się z życiem po kilku niewyjaśnionych strzałach. Tylko patrzeć jak wieszcz i klasyk okrągłego stołu Adam, chrapliwie odpowie na wnikliwe pytania o podejrzane okoliczności śmierci Petelickiego: „Odpieprzcie się od Generała…”.

Ten pęd do samobójstw w Polsce, wśród ludzi krzątających się w polityce może naprawdę niepokoić. Miejmy nadzieję, że urzędujący Prezydent i Premier wobec tej plagi mają na tyle dobrą ochronę i że ta nie dopuści do dalszych samobójstw na najwyższych szczeblach…  Każda epidemia ma swoje prawa…

Ludziska już pytają: kim będzie następny samobójca? Ano, gen. Petelicki nie był rolnikiem, nie pracował przy snopowiązałkach, więc narzędziem zbrodni nie był sznurek, ale pocisk.  Miejsce śmierci – garaż, dowodziłby zaskoczenia jeśli mamy do czynienia z morderstwem, lub frustracji, depresji i zaszczucia, jeśli sprawcą byłby on sam.

Petelicki najpierw przez 20 lat pracował po ciemnej stronie mocy, w SB, w tym sporo lat na placówkach dyplomatycznych (Wietnam 1971, Chiny 1972, USA od 1973 i póżniej w Szwecji). Następnie zbliżył się do opcji amerykańskiej i stał się krytykiem poczynań rządu. Generał był organizatorem i dowódcą jednostki specjalnej GROM, więc chyba nie musiał chyba zasięgać rad jak się zastrzelić, od rzekomo przebywających w Polsce, z okazji EURO, rosyjskich agentów specnazu?

Tylko patrzeć jak znakomity i wypróbowany ekspert typu Edmunda Klicha, szybko i gładko rozwiąże i tę zagadkę, w razie potrzeby może on zawsze liczyć na pomoc sprawnego b. ministra Millera.

Przypomniano krytyczny list gen. Petelickiego (kilka dni po katastrofie smoleńskiej) do premiera Tuska. Sugerował w nim wymianę ludzi na pewnych stanowiskach w Armii, polecał reformy, wytykał niedołęstwo, zaniedbania w resorcie obrony (min. B. Klich). Ktoś zasugerował, że Generał zginął od broni typu „wiedza”. Za dużo wiedział i mówił.

Trzeba by zapytać min. Radka Sikorskiego co on jednak rozumiał pod „dożynaniem watahy” i czy ten program jest już na ukończeniu, czy też będzie dalej trwał…

Sugerowana technika samobójstwa przypomina nieco samobójstwo Ireneusza Sekuły, który wiele lat temu wygarnął w swój brzuszek serię strzałów, tak dla pewności… Ciekawe o czym rozmawiali ze sobą telefonicznie Tusk z Putinem, miejmy nadzieje, że ten drugi nie składał z wyprzedzeniem wyrazów kondolencji… Jeden z komentatorów bezczelnie sugerował, że Generał chciał już popełnić samobójstwo kilka dni temu, ale niestety nie było go wtedy w domu…

W Polsce aż roi się od jasnowidzących specjalistów kryminologów, fachowców od analizy samobójstw. Już po godzinie ogłoszono, że to było samobójstwo… Jak tak dalej pójdzie, to żołnierzom powinno odebrać się broń (szczególnie wyższym oficerom), po prostu posiadanie broni jest dla nich zbyt niebezpieczne (gen. M. Papała, Gen. Petelicki, płk. Przybył). Rolnikom zabrać sznurek do snopowiązałek (A. Lepper), a pilotom winno zabronić się latania samolotami.

Na najbliższym posiedzeniu Rady Ministrów premier Tusk powinien skonfiskować wszystkie przewodowe odkurzacze od swoich pracowników. Tak w pracy jak i w ich domach prywatnych, w przypadku bliskiego współpracownika pseudonim „Cieć”, zapytać o zgodę pana Niemca.

Aby unowocześnić polską armię, nawiązując do tradycji wojsko trzeba wyposażyć w kosy, przy okazji pomogą w żniwach i wyeliminuje się groźny sznurek. I ponownie o naszej armii będziemy romantycznie mówić „Żywią i Bronią”. Przy okazji będzie też ekologicznie i możemy ubiegać się w Unii o dotację na kosy! (co ja mówię, na uzbrojenie!).

Wojskowi piloci zaś, zgodnie ze znanymi zaleceniami miłościwie panującego nam Prezydenta Komorowskiego, niech ćwiczą latanie na drzwiach od stodoły, które trzeba by było odpowiednio unowocześnić. Można by je  z powodzeniem użyć np. do zmasowanego desantu na któregoś z sąsiadów. W tym wypadku również moglibyśmy ubiegać się o dotację z Unii, przedstawiając je np. jako „Militarną Platformą Ekologiczną”. Wtedy państwo, ponownie jak w Smoleńsku, zdało by swój egzamin celująco, tak jak niestety zdał go też „celująco” gen. Petelicki…

Pomyślmy tylko jak to dobrze, że komisja Millera badająca tragedię smoleńską, nie wysunęła i nie przyjęła tezy o zbiorowym samobójstwie polskiej generalicji, Prezydenta i towarzyszących im osobistości w samolocie Tu-154, np. na tle religijnym (fanatycy religijni) i nie oskarżyła o sprawstwo powiedzmy o. Rydzyka…

Teraz pytanie co dalej? Czy grozi nam polityczna zadyma, czy dla PO zaczną się polityczne schody? Jeśli była to egzekucja, to czas byłby dobrany idealnie. Tuż przed meczem polskiej drużyny, piątek wieczorem. Jednak nie wszystko można przewidzieć, zabraknie przysłowiowej mgły. Polska, tak jak Rosja, odpadły z dalszych rozgrywek EURO. Opadły emocje. Może Polacy będą teraz mieli czas przyjrzeć się rozgrywkom, które doprowadziły do tragicznej śmierci gen. bryg. Sławomira Petelickiego…

Pozostaje pytanie, czy polskie media zakupiły wystarczająco dużo mydła, aby rozmydlić śmierć jednego z najważniejszych generałów III RP.

A teraz poważnie. Kondolencje dla rodziny Generała. Pokój Jego duszy…

Jacek K. Matysiak

http://wpolityce.pl/artykuly/30626-seryjny-samobojca-i-gen-petelicki-jesli-byla-to-egzekucja-to-czas-bylby-dobrany-idealnie-tuz-przed-meczem-polskiej-druzyny-piatek-wieczorem

Przeczytaj także:

Generał S. Petelicki – Kolejna ofiara “samobójcy”?

Jeżeli to nie było samobójstwo, to mordercy wybrali idealny dzień

Posted in Polityka i aktualności, Tajemnicze wypadki | 1 Comment »

Litanie Ostrobramskie St. Moniuszki

Posted by tadeo w dniu 17 czerwca 2012

                                                   Bardziej niż Mickiewicza, królów, Piłsudskiego –
Matko moja, złocista Panno z Ostrej Bramy,
przybliż ku nam Swe oczy łzawe od litości,
przybliż słodkie Oblicze – czuwaniem. Czekamy.

                                                                                 S. Aloiza Wanda Łakowicz, Ostrobramska

         Kiedy przed rokiem 1834, Adam Mickiewicz będąc na obczyźnie, pisał największe swoje dzieło – Pana Tadeusza, wracał myślami do kraju lat dzieciństwa, do Litwy, do Wilna. Na kartach poematu przypomniał tak wielkie wydarzenia, jak Konstytucja 3 Maja – ustawę, która miała być ukoronowaniem tradycji wolnościowej dawnego państwa polskiego oraz obronę Wilna z 1794 roku (księga IX). W inwokacji epopei narodowej poeta zwraca się do Patronki Polski i Litwy, do Tej, co „w Ostrej świeci Bramie!” (1), do której śpieszył wraz z matką, by odmówić modlitwę przed cudownym obrazem. I w ostatnim dniu pobytu w Wilnie Mickiewicz gorąco modlił się do Ostrobramskiej Panny Maryi. A później, na obczyźnie, pozostała Ona już tylko w pamięci poety i jeszcze wspomnienia gromadzącej się wiernie przed Ostrą Bramą Młodzieży Filareckiej.
Dziś również Ostra Brama skupia młodzież różnej narodowości. Polski Chór Pokoju, w którym śpiewają Polacy mieszkający na Białorusi, Litwie i Ukrainie, każdego roku odwiedza Wilno i Ostrą Bramę. Stąd pomysł nagrania płyty z Litaniami Ostrobramskimi Stanisława Moniuszki.
Kult obrazu Najświętszej Maryi Panny, Matki Miłosierdzia, nabrał szczególnego znaczenia, od momentu zawieszenia go na obronnej bramie miasta Wilna. Pierwsza drewniana kaplica, w której obraz umieszczono, wybudowana została w 1671 roku. Kilkakrotnie przebudowywana, dopiero w roku 1829 otrzymała wystrój późnego klasycyzmu.
Cudowny obraz „uczestniczył” we wszelkich wydarzeniach społeczno-politycznch miasta Wilna – kataklizmach, epidemiach, powodziach, pożarach, powstaniach i wojnach. Matka Boska Ostrobramska, opiekunka Wilnian, „widziała” wiele tragedii. To u Jej stóp żołnierze różnych wojsk po zdobyciu miasta, trzymali wartę. W roku 1702 opadające ciężkie drzwi, zabiły wartowników wojska szwedzkiego, którzy nie oddawali należnej czci NMP. W 1706 roku widziano, jak Matka Najświętsza osłaniała swoją jasnością kościół i klasztor karmelitów bosych przed pożarem. Grzegorz Leśniewski, tonący podczas przeprawy przez rzekę w roku 1707, został przez Maryję Ostrobramską cudownie uratowany. Jeden z żołnierzy rosyjskich, w czasie kradzieży srebrnej szaty z obrazu w roku 1708, został rzucony o mur i tragicznie zginął. 13 marca 1744 roku Józef Porzecki, ciągnąc wodę ze studni, nagle przechylił się, a wpadając do niej, zawołał: „Najświętsza Panno Ostrobramska, ratuj!”. Cudem „zatrzymany” w połowie studni, wyszedł z niej bez niczyjej pomocy. Te wszystkie cuda i łaski stanowią treść i osnowę tzw. Godzinek Ostrobramskich ku czci NMP, Matki Miłosierdzia, odmawianych, co roku w listopadzie, w Ostrej Bramie.
Uzdrowienia i inne łaski, otrzymywane dzięki pośrednictwu NMP, znajdują wyraz w licznych wotach dziękczynnych, umieszczonych w Kaplicy Ostrobramskiej. Józef Ignacy Kraszewski w „Ołtarzyku Ostrobramskim”, tak opisuje wdzięczność, z jaką spotykał się cudowny obraz. „U obrazow Matki Boskiej nie tylko wota i lampy, ale najdroższe ofiary symbolizujące życia całego oddanie wisiały. Buławy, szable, roże dary papierów, sznury pereł, wieńce ślubne dziewic, dary monarchów, i co kto miał najdroższego wieszano. Pobożne ręce prababek naszych, na złocistem tle ornatów, wyszywały perłami i dyamentami to imię łaskawości i pośrednictwa.”
Najbardziej uroczystym świętem Matki Boskiej Ostrobramskiej są tzw. Dni Opieki, obchodzone każdego roku w listopadzie, przez osiem dni. Powstały one na wzór dni opiek braci karmelitów, a z inicjatywy Bractwa Opieki NMP, należącego do Kaplicy Ostrobramskiej. Oficjalne uroczystości Opieki Najświętszej Maryi Panny Ostrobramskiej zatwierdził na wniosek bpa wileńskiego – ks. Ignacego Jakuba Księcia Massalskiego, Papież Klemens XIV. W dniu 8 listopada 1773 roku, w otoczeniu Kapituły wileńskiej, kleru świeckiego i zakonnego, nieprzeliczonej rzeszy wiernych, śpiewając litanię, oddał miasto Wilno pod opiekę Maryi Ostrobramskiej. „Piękne tu nabożeństwo pod gołem niebem […]. Wieczorem, gdy tylko jedna lampa płonie przed obrazem, a w mieście cicho i z dala słychać tylko turkot oddalonych powozów, gdy żebrak tu klęczy i modli się jeszcze; jest jakiś urok tajemniczy, który na widok Kaplicy przejmuje, nawet najmocniej usposobionych do przyjęcia religijnych wrażeń. Tu może najlepiej wówczas się modlić; i zdaje się, że ten obraz wznoszący się ponad miastem, z złożonemi rękoma błagający za nas Boga, poda modlitwę wyżej i uprosi jej skutek! […] Widziałem tu nie raz płaczących, widziałem ubogich, […] widziałem tu więcej nabożnych niż we wszystkich razem kościołach […].(2)
W „Ołtarzyku Ostrobramskim”, wydanym w Paryżu, a sprzedawanym w Wilnie w „Składzie Album Wileńskiego, na początku ulicy Ostrobramskiej” w 1863 roku, na str. XVI, znajduje się opis ostatniego dnia Święta Opieki NMP Ostrobramskiej, autorstwa Wł. Syrokomli. „…Najuroczystszym i szczególnie rozrzewniającym jest ośmiodniowy obchód opieki najświętszej Panny Maryi, poczynający się trzeciej niedzieli listopada. Przez ośm dni kościół i ulica przepełnione są ludem, wieczorna litanija, bez względu na przykrą porę roku, liczy co dzień po kilka tysięcy modlących się. Ludzie obojej płci, różnego wieku, i różnych klas towarzystwa, zlewają się u stóp wspólnej Matki, w jedną chrześcijańską rodzinę, stroją serca we wspólny akord, aby błagać o obronę Matkę miłosierdzia. Ostatni dzień a raczej ostatni wieczór w którym się odbywają konluzyjne nieszpory, mało ma sobie podobnych w całem chrześcijaństwie w Europie. Cała niemal ludność Wileńska, wysypuje się na ulicę, zajmuje kościół, galeryę, i zalewa ogromną przestrzeń od Ostrejbramy, prawie aż do ratuszowego placu. A cała brama i cała ulica rzęsiście iluminowana, zdają się przez te ognie wyrażać powszechny zapał serc ku Tej, której opieki święto się obchodzi. Nieszpory odbywają się w kościele. Po ich ukończeniu Kapłan celebrujący zwykle biskup Wileński, pontyfikalnie ubrany, wchodzi do Ostrobramskiej kaplicy. Artyści co przedniejsi jakich Wilno posiada, wykonywają litaniję przy towarzyszeniu orkiestry miejscowej. Modlitwa wznosi się pod niebiosa, bicie kilkunastu tysięcy serc jej wtóruje”.
Antoni Edward Odyniec w „Wspomnieniach” opisuje, jak razem z kolegami uwięziony w murach klasztoru oo. Karmelitów bosych, odmawiał wspólnie litanię, podczas gdy ją lud w Ostrej Bramie śpiewał. Zwyczaj śpiewania litanii w Kaplicy Ostrobramskiej, wprowadzili ojcowie karmelici, po pożarze w roku 1715. Był on kontynuacją tradycji wykonywania wieczornych pieśni przed obrazem ostrobramskim, począwszy od II połowy XVII wieku. W tym okresie nabożeństwa w Ostrej Bramie odbywały się w kaplicy, przy dźwiękach orkiestry. W czasie większych uroczystości, nie tylko religijnych, ale i świeckich, przyozdabiano bramę kwiatami.
Naturalnym wydaje się, że Moniuszko uczestnicząc aktywnie w życiu religijnym miasta Wilna, napisał aż cztery Litanie do Matki Boskiej Ostrobramskiej. Czas jego pracy twórczej w środowisku wileńskim, wypada pomiędzy powstaniami 1830 i 1863 roku. Do Wilna przywiodło Moniuszkę uczucie, jakim darzył Aleksandrę Mullerównę, z którą w roku 1839 „wymienił obrączki” przed obrazem Matki Boskiej. Ślub odbył się w rok później, po powrocie kompozytora z Berlina, gdzie studiował kompozycję u profesora Akademii Muzycznej Carla Rungenhagena. Utrzymanie szybko powiększającej się rodziny, zmuszało Moniuszkę do stałego zarobkowania. Nie było to łatwe w niezbyt zamożnym Wilnie. Pomiędzy pracą organisty w kościele św. Jana a dawaniem lekcji gry na fortepianie, znajdował czas na komponowanie utworów religijnych, wykonywanych w Ostrej Bramie oraz w innych kościołach wileńskich. „Kiedy osiedlił się w Wilnie […] natychmiast zaczął skupiać wokoło siebie całą muzykalność miejscową, która […] była na bardzo niskim stopniu. […] Urządzano wszelkiego rodzaju zabawy muzyczne, grywano po kościołach, dawano koncerty…”(3)
Środowisko, w którym przyszło mu tworzyć, ograniczało jego talent. Moniuszko komponując swoje Litanie, dostosowywał je do umiejętności wykonawców. W liście do J. Sikorskiego z 1851 roku, tak opisuje orkiestrę, z którą pracował. „Jest bardzo nie kompletna. Fagotu ani zapachu, oboi jeden, a drugi (secundo) klarnet tak sfałszowany, że wolałbym raczej, ażeby wcale nie egzystował. Waltornie arcysłabe, trąbki jeszcze słabsze, za to puzon grzmi za wszystkich. Kotły są doskonałe, ale kotlisty nie mamy. – Kwartet więcej jak mierny…po tych objaśnieniach, jakim sposobem odbywam moje koncerta? Oto naprzód: piszę wyłącznie na naszą orkiestrę – znając onej niebezpieczeństwa, żegluję ostróżnie i jakoś mi się udaje. – Wnośże z tych pętów o moim geniuszu!”(4)

Impulsem do skomponowania utworu wokalno-instrumentalnego, stała się prośba Tomasza Zana, skierowana do Moniuszki w liście z 8 grudnia 1846 roku, o napisanie „porządnego akompaniamentu […] do litanji, śpiewanych w Ostrej Bramie.”(5) Później powstały w formie kantaty Litanie Ostrobramskie, na solistów, chór i orkiestrę.
„[…] Litanie ostrobramskie, raczej poematy kantatowe niż utwory kościelne, […] potrącają o ludowe kantyczki, w tych okolicach niezwykle żałosne i rozlewne. Gdy wykonywał je w Ostrej Bramie, wydawało mu się, że towarzyszy na organach gorzkim żalom, które lud przynajmniej w kościele mógł swobodnie wylewać” (W. Rudziński).(6) „Najlepszemi utworami religijnemi są jego (Moniuszki) cztery Litanje Ostrobramskie, dzieło wybitnej wartości pod względem inwencji i oryginalności. Niestety, wszystkie utwory Moniuszki nie nadają się do kościoła dla braku właściwego ducha kościelnego i zastosowania ich do wymogów liturgicznych” (ks. J. Wiśniewski).(7) „Litanje Ostrobramskie stanowią przepiękny dowód, jak kult Cudownego obrazu rozpościerał się daleko i głęboko, idąc od serc prostaczka do duszy genialnego artysty i tu i tam wywołując efekty najwyższej wartości artystycznej” (T. Szeligowski).(8) „Litanie ostrobramskie należą do najlepszych polskich kantat” (ks. H. Feicht).(9)
Przytoczone skrajne opinie polskich muzykologów, nie wnioskują żadnego racjonalnego osądu na temat kunsztu i wartości artystycznej Litanii Ostrobramskich Moniuszki. Krytycy w swych wypowiedziach nie uwzględnili rzeczy najważniejszej – celu napisania omawianych utworów. Skomponowane dla niewielkich rozmiarów Kaplicy Ostrobramskiej, były w niej dość regularnie wykonywane podczas listopadowych Dni Opiek. Kompozycje te, to nie tylko utwory wokalno-muzyczne, które zachwycają nas swoim artystycznym kunsztem i pełnią brzmienia. To przede wszystkim osobiste, refleksyjne modlitwy samego kompozytora, związanego silnie środowiskowo i uczuciowo z Ostrą Bramą. Nie należy ich rozpatrywać jako utworów czysto artystycznych, koncertowych. Stanowią muzycznie rozbudowaną liturgiczną formę litanii. Moniuszko nadając im formę kantatową, umiejętnie połączył aspekty religijny i artystyczny.
Ponieważ w muzyce wokalno-instrumentalnej od XVII do XX wieku litania była gatunkiem rzadko opracowywanym przez kompozytorów, cztery Litanie Ostrobramskie Stanisława Moniuszki są w tym zakresie pierwszymi i oryginalnymi kompozycjami muzyki polskiej XIX wieku.

dr Mirosław Maciej Banach

(1) Mickiewicz A.: Pan Tadeusz. Czytelnik Warszawa 1984, s. 9.
(2) Kraszewski J. I.: Wilno od początków jego do roku 1750. T. 2. Wilno 1840, s.405.
(3) Rudziński W.: Stanisław Moniuszko. Studia i materiały cz. I. PWM Kraków 1955, s. 220.
(4) Rudziński W.: Listy wybrane. PWM 1969, s. 163.
(5) Szelgowski T.: Litanie Ostrobramskie Stanisława Moniuszki. Żródło mocy z. II. Wilno 1927, s. 64.
(6) Rudziński W.: Moniuszko. PWM 1957, s.162.
(7) Wiśniewski J.: Podręcznik historji muzyki kościelnej. Pelplin 1934, s. 73.
(8) Szeligowski T.: Litanie Ostrobramskie Stanisława Moniuszki. Źródło mocy z. II. Wilno 1927, s. 66.
(9) Fht H.: Muzyka Polska. Warszawa 1927, s. 85.eic

http://studioluna.eu/maciej/publikacje.html

Posted in Matka Boża, Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Religia | 2 Komentarze »

KONTEMPLACJA MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W MISTERIUM PASCHALNE – ks. Anastazy Bławat SAC

Posted by tadeo w dniu 17 czerwca 2012


Jezu, ufam Tobie!,

że mnie miłujesz,

bo dla mojego zbawienia: cierpiałeś,

umarłeś na krzyżu, zmartwychwstałeś i wstąpiłeś

do nieba.

MISTERIUM PASCHALNE CHRYSTUSA

MĘKA, ŚMIERĆ I ZMARTWYCHWSTANIE

—  uobecniane we Mszy świętej

—  uwiecznione w Hostii świętej

„Orędzie mesjańskie Chrystusa oraz cała Jego działalność wśród ludzi kończy się krzyżem i zmartwychwstaniem” (Jan Paweł II, DM V, 7).

„Tajemnica paschalna – to Chrystus u szczytu objawienia niezgłębionej tajemnicy Boga. Właśnie wtedy spełniają się do końca owe wypowiedziane w Wieczerniku słowa: «Kto Mnie zobaczył, zobaczył także Ojca» (J 14,19). Chrystus bowiem, którego Ojciec «nie oszczędził» (Rz 8,32) ze względu na człowieka, Chrystus, który w swojej męce i krzyżu nie doznał miłosierdzia ludzkiego – w swym zmartwychwstaniu objawił całą pełnię tej miłości, którą Ojciec ma dla niego, a w nim dla wszystkich ludzi. „Nie jest bowiem Bogiem umarłych, lecz żywych” (Mk 12,27).

W swym zmartwychwstaniu Chrystus objawił Boga miłości miłosiernej właśnie przez to, że jako drogę do zmartwychwstania przyjął krzyż (Jan Paweł II, DM V, 8).

Jezu, ufam Tobie!,

ze każesz mi przyjść do siebie.

ks. Anastazy Bławat SAC

KONTEMPLACJA MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W MISTERIUM PASCHALNE

Drugi Sobór Watykański w „Konstytucji o liturgii świętej” rozpoczyna wyjaśnienia na temat roku liturgicznego od przypomnienia, że Kościół święty czci w każdą niedzielę „Pamiątkę Zmartwychwstania Pańskiego”, a raz w roku „czci je razem z Jego błogosławioną Męką na Wielkanoc” (KL 102).

W ten sposób wydarzenia określane jako „mysterium paschale”, z racji swego wyjątkowego znaczenia w historii zbawienia ludzi, zostały uczczone przez wyodrębnienie ich z „całego misterium Chrystusa” (KL 102).

Całe misterium Chrystusa — to okres od Jego Wcielenia i Narodzenia, aż do Wniebowstąpienia i Zesłania Ducha Świętego, a także oczekiwanie „błogosławionej nadziei i przyjścia Pańskiego”. Paschalne zaś misterium obejmuje Mękę, Zmartwychwstanie i chwalebne Wniebowstąpienie (por. KL 5), a w pewnym sensie — także błogosławioną nadzieję, która przejawia się poprzez uświęcającą obecność Ducha Świętego, działającego w Kościele i poprzez Kościół. Są to akty, przez które Chrystus dokonał „dzieła odkupienia ludzi i doskonałego uwielbienia Boga” (KL 5).

W Boskim Mysterium Paschale został ludziom odsłonięty wymiar odkupienia, „głębi tej miłości, która nie cofa się przed wstrząsającą ofiarą Syna” (1). Misterium paschalne, to inaczej „Chrystus u szczytu objawienia niezgłębionej tajemnicy Boga” (2); to także ostatnie słowo Jego mesjańskiego Orędzia i posłannictwa (3). Krzyżem i Zmartwychwstaniem kończy się bowiem mesjańskie Orędzie, a także działalność Chrystusa wśród ludzi. W tych aktach ugruntowała się Chrystusowa miłość, która jest nie czym innym, jak sprawiedliwością nieskończenie dobrego Boga-Ojca, który na mocy ofiary Swego Syna „wyrównuje” grzechy ludzkie. Traci swą dotychczasową moc grzech, a do znaczenia powraca miłość, dzięki której człowiek odzyskuje pier-

wotny dostęp do świętości Boga, jako Jego uczeń i dziecko. Tak więc Odkupienie niesie w sobie pełnię dobroci Boga, który przez krzyż zbawia ludzi w nieskończonym akcie miłosierdzia, a umiłowawszy czystych, tzn. umytych (por. J 13, 11), otacza ich miłością i prowadzi zwycięską drogą własnego zmartwychwstania do nadprzyrodzonego szczęścia. Krzyż posiada tu podwójne znaczenie: jest objawieniem miłosierdzia Boga, który gładzi ludzkie grzechy, a zarazem oddaje sprawiedliwość właśnie Bogu, który przebłagany wychodzi w swej miłości na spotkanie człowieka, źródła swego upokorzenia.

Miłość Boga, która na początku objawiła się jako miłosierdzie przygarniające marnotrawnego syna, dokonuje z czasem w nawróconym cudu upodobnienia grzesznika w doskonalościach do samego Boga: „doskonałymi bądźcie, jak i Ojciec wasz Niebieski doskonały jest”.

Poniżej chcemy się zatrzymać nad kolejnymi etapami paschalnego misterium Chrystusa.

Miłosierdzie Boże w tajemnicy Ogrójca

Początek paschalnego misterium Chrystusa – to Jego męka. Szczytowym jej punktem była Kalwaria. Wydarzenia wielkopiątkowe jednakże ściśle wiążą się z Wielkim Czwartkiem. Na ten fakt zwraca uwagę także Jan Paweł II, w encyklice Dives in misericordia (4). Nastrój męki i opuszczenia rozpoczyna się właściwie już w czasie Ostatniej Wieczerzy: „Jeden z was Mnie zdradzi” (J 13, 21); „kogut nie zapieje, aż ty trzy razy się Mnie wyprzesz” (J 13,38). Jezus prosi swych uczniów w obliczu zbliżającej się próby: „Wytrwajcie we Mnie, a Ja (będę trwał) w was”(J 15, 4). Oni pozornie są na wszystko gotowi, nawet na ofiarę z własnego życia, złożoną za Chrystusa (por. Mt 26, 33-35). W praktyce jednak Zbawiciel niemało wycierpi duchowo z ich powodu już w Ogrodzie Oliwnym. Boleść opuszczenia będzie tak wielka, że dla wyrażenia jej ogromu powie po prostu do swych uczniów: „Smutna jest dusza moja aż do śmierci” (Mt 26, 38). Uczniowie za bardzo postawili na siebie, a za mało na Boga, Przy-

pomina się scena z Raju. Piotr np. wcale nie prosi: Panie, dopomóż, ale po prostu stwierdza: „Choćby mi przyszło umrzeć z Tobą, nie wyprę się Ciebie” (Mt 26, 35). Ciągle jeszcze jest człowiekowi trudno zrozumieć mowę Boga (por. Rdz 3,1-7). Bogu zaś zależy, aby ludzie wsłuchiwali się w mowę Jego intencji, bo chciałby bardzo postawić na człowieka. Piotra, Jakuba i Jana dopuszcza np. Chrystus jako świadków intymnej rozmowy z Ojcem w Ogrójcu. Może ich czuwanie i wspólna modlitwa z Chrystusem, zrozumienie Jego intencji uchroni Go od potrzeby wypicia kielicha gorzkiej męki do końca. Na razie modli się Chrystus: „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich! Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty” (Mt 26,39). I dopiero gdy sprawdził, że uczniowie śpią, a więc nie kochają jeszcze Boga pełnią swego człowieczeństwa, nie rozumieją Jego spraw; gdy okazało się, że ciało jeszcze krępuje ducha, powraca Jezus na miejsce modlitwy w Ogrójcu i w końcowej fazie wypowiada ostatecznie: „Ojcze mój, jeśli nie może ominąć Mnie ten kielich, i muszę go wypić, niech się stanie wola Twoja” (Mt 26,42). Potrzebny jest Redemptor hominis, który by na drodze okazanego miłosierdzia, jako nieodzowny wymiar swej miłości, odsłonił w rzeczywistości odkupienia „niesłychaną godność człowieka” (5). Trzeba było zgładzić grzech człowieka, bez współudziału człowieka niedoskonałego. Człowiek Doskonały, Jezus, przechodzi przez mękę samotnie. Odczuje cały jej bezmiar opuszczenia, który na krzyżu wyciśnie z Jego ust skargę: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił” (Mt 27, 46).

Ludzie, nawet ci wybrani, nie zrozumieli głębi Męki od początku. Jednakże owoce cierpień Boga dla człowieka zjawiły się natychmiast. Piotr, który niedawno zaparł się Chrystusa, teraz „wyszedł na zewnątrz i gorzko zapłakał” (Mt 26, 75). Ogarnęło go Miłosierdzie, a z czasem przeniknęła pełna Miłość. Z upływem czasu popłyną również prośby z ust różnych wyznawców Chrystusa, z których przebija pragnienie, by uczynił serca ludzkie podobne do swego Boskiego Serca, pełnego Miłosierdzia, by dopomógł przejść przez życie czyniąc dobrze każdemu. A więc

już nie ufność we własne siły, ale w Niego, w Chrystusa, w Jego miłosierną moc.

Fakt zapoczątkowania przemiany ludzkich serc, którzy dzięki Chrystusowym cierpieniom mają odwagę głosić Słowo z całą mocą (por. Dz 4, 31), w przekonaniu, że bardziej trzeba słuchać Boga niż ludzi (por. Dz 5, 29), jest jednym z aktów nieskończonego Miłosierdzia Boga, zapoczątkowanego w misterium paschalnym Ogrójca.

Miłosierdzie w tajemnicy Kalwarii

Na Kalwarii Jezus Chrystus toczy ostatni dialog z Ojcem. Jest to dialog miłości, która przywraca człowiekowi jego pierwotne podobieństwo do swego Stwórcy. Konsekwencją tego dialogu jest więź łącząca Stwórcę ze swoim stworzeniem głębiej aniżeli sam akt stwórczej więzi istnienia. Miłość na Krzyżu doprowadza bowiem człowieka do uczestnictwa w życiu: Ojca, Syna i Ducha Świętego (6). Krzyż jest aktem oddania się Boga człowiekowi, a równocześnie wezwaniem skierowanym do tego człowieka, by nie tylko oddał siebie Bogu, lecz by ponadto włączył się świadomie w prawdę miłości, „która jest w Bogu, i która jest z Boga” (7).

W ten sposób narodził się akt Przymierza Boga z człowiekiem i z całą ludzkością. Jest to przymierze nowe i ostateczne w stosunku do tego, jakie Bóg zawarł z pierwszym człowiekiem czy potem z wybranym Ludem Bożym Starego Testamentu. To Nowe Przymierze jest „otwarte na wszystkich i na każdego”, a nie tylko na jeden Lud Wybrany. To odnowione Przymierze Boga, już z całym stworzonym przez siebie Ludem, jest dziełem Miłosierdzia Boga, który potwierdza swą odwieczną wierność miłości w stosunku do człowieka.

Uwierzyć w tę miłość, „znaczy uwierzyć w miłosierdzie”, znaczy, patrzeć na Syna ukrzyżowanego i oglądać Ojca (8). Ukrzyżowany Chrystus jest bowiem Słowem Ojca, które przyszło do swoich i nigdy nie przemija (por. Mt 24,35). Na krzyżu objawia On miłosierdzie, dzięki któremu człowiek zostaje wyniesiony na

najwyższe szczyty swej godności: dziedzica Boga i dziedzica nieba.

Na swej krzyżowej drodze Bóg dopuszcza człowieka do dźwigania z sobą krzyża. Czynem potwierdza swoją naukę na temat miłości Boga w osobie bliźniego, gdy na chuście Weroniki pozostawia człowiekowi obraz swego Oblicza. Jednakże momentem szczytowym pozostanie na zawsze męka, uwieńczona śmiercią poniesioną w określonej porze. Było to o godzinie trzeciej. Jest to godzina wielkiego miłosierdzia dla całego świata. Bóg pozwala wniknąć w tej godzinie w śmiertelny swój smutek świadkom swej tajemnicy śmierci. Kto tę śmierć widział, dostrzegł Bóstwo. Jego istotę wyznaje setnik, a także łotr na krzyżu. Obfite miłosierdzie spływa na wszystkich, którzy choć na chwilę zatrzymują się nad Męką Chrystusa: „My… sprawiedliwie… odbieramy… słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił” (Łk 23, 41). „Dziś ze Mną będziesz w raju” (Łk 23, 43).

W godzinie śmierci Jezusa na krzyżu zostało otwarte na oścież miłosierdzie dla każdej duszy. W tej godzinie stała się łaska dla całego świata: miłosierdzie zwyciężyło sprawiedliwość (9). W chwili śmierci na Kalwarii Miłosierdzie Boże przeszło do dusz przez ludzkie Serce Jezusa niby promień słońca przez kryształ i zostało rozszczepione na wszystkich ludzi i na każde miejsce.

Odtąd Miłosierdzie Boga nie ma końca ani miary. Jak zauważa s. Faustyna Kowalska, Miłosierdzie Boże przejawia się nawet w doświadczeniach, jakie Bóg dopuszcza na ziemi. Karząc na ziemi, uwalnia ludzi od kary wiecznej: „Ciesz się, wszelkie stworzenie, ponieważ ty jesteś bliższe Boga w Jego nieskończonym Miłosierdziu, aniżeli niemowlę w sercu matki. O Boże, Któryś jest samą litością, dla największych grzeszników. Im większy grzesznik, tym ma większe prawo do Bożego Miłosierdzia” (10).

Bóg rozdaje swoje miłosierdzie za darmo. Żąda jedynie zaufania ludzi i współdźwigania z sobą krzyża cierpień, zwłaszcza ze strony dusz kochających. W Wielki Piątek Jezus, przybity do krzyża, umarł przecież dla odkupienia świata. Z wysokości ołtarza Krzyża otworzyło się dla wszystkich najmiłosierniejsze Jego Serce, które na razie jęczy w bólach opuszczenia: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił” (Mt 27, 46). Otworzyło się ono właśnie w momencie, gdy człowiek chciał ostatecznie utrzymać stan grzechu pierworodnego i skończyć z Jezusem przy pomocy krzyża i włóczni. A z otwartego Serca Jezusa wytrysnęły: Krew i Woda – Zdrój Miłosierdzia.

Przebite na krzyżu Serce Jezusa jest przepełnione wielkim miłosierdziem dla wszystkich, a szczególnie dla grzeszników. Nic tego miłosierdzia nie wyczerpie, bo przez udzielanie się pomnażają się Jego zasoby.

Jezus na krzyżu stał się niejako zakładnikiem, gotowym usprawiedliwić przed Ojcem każdego, kto Go poprosi; niech to będzie nawet raz w życiu, w godzinę śmierci. Gdy bowiem konał na krzyżu, o grzesznikach myślał najwięcej. Płacąc za nich cenę własnego życia, stał się zarazem Mistrzem dla wszystkich dusz żyjących w stanie łaski uświęcającej. Pod krzyżem stała Matka Jezusowa, na krzyżu narodził się z otwartej rany boku Chrystusa Kościół, jak szczytowy akt miłosierdzia Boga.

Chrystus żywy w Kościele rozprowadza krynicę swego miłosierdzia po całym świecie, rozlewając po nim swoją Krew i Wodę czy raczej utwierdzające skutki, jakie powodują sakramenty święte, które niby kanały wypłynęły z umierającego Chrystusa i służą dla dopływu łask do człowieka. Mesjański program miłosierdzia Chrystusa staje się programem Jego ludu, Jego Kościoła (11). W swym Kościele Chrystus niejako zstępuje z krzyża i idąc przez świat spogląda przez pryzmat miłosierdzia na wszystko, co stworzył i co odkupił. Strumienie wody i krwi, jakie na krzyżu wytrysnęły z przebitego boku Chrystusa, nie podlegają w tej wędrówce żadnym prawom fizyki. Wypłynęły one z wnętrzności Bożego Miłosierdzia w tej samej cudownej godzinie, kiedy ludzie już na zawsze uzyskali możność rodzenia się do nowego życia; osłaniają też obecnie dusze przed zagniewaniem Ojca, przed Jego sprawiedliwą ręką.

Strumienie krwi i wody są niejako zarejestrowanym znakiem Chrystusowej gotowości do przebaczenia. Są też znakiem mobilizującym do działania w dziedzinie apostolskiej i zbawczej posługi Kościoła. Stanowią poniekąd „streszczenie całej Dobrej Nowiny”, „niezgłębionej jedności Ojca, Syna i Ducha Świętego, w której miłość ogarniając sprawiedliwość, daje początek miłosierdziu, miłosierdzie zaś objawia samą doskonałość sprawiedliwości” (12). Strumienie krwi i wody wypływające z przebitego Serca Jezusa wyrażają niejako zbawczy skutek Chrystusowej Męki: Miłosierdzie, które przebacza, a obmytych ogarnia Miłością.

Miłosierdzie jest nie tylko przebaczeniem i usprawiedliwieniem, czy nawet umiłowaniem człowieka przez Boga. Jest ono ponadto najlepszą bronią do walki z wszelkim złem. Obojętne, w jaki sposób się tą bronią włada, zawsze można pomnażać skutki tego miłosierdzia. Siostra Faustyna mówi np. o potrzebie ćwiczenia się w cierpliwości, o potrzebie pokory i posłuszeństwa, o potrzebie praktyki cnót, których treścią ma być Wola Boża (13); Jan Paweł II przypomina z kolei słowa Jezusa na górze błogosławieństw: „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią” (Mt 5, 7), albo: „wszystko, co uczyniliście jednemu z tych najmniejszych Mnieście uczynili” (Mt 25, 40).

We wszystkich aktach miłosierdzia ludzkiego, sprawowanego w łączności z Chrystusem, ludzki czyn łączy się z tajemnicą krzyża na Kalwarii i z niej wypływa.

Miłosierdzie Boże w tajemnicy Zmartwychwstania

Boże Miłosierdzie przyszło z pomocą człowiekowi, by pokonać popełnione przez ludzi zło oraz powstałe stąd skutki. Miłosierdzie pokonało śmierć grzechu i odniosło zwycięstwo nad piekłem i szatanem. Chrystus powstał trzeciego dnia z królestwa umarłych. Akt zmartwychwstania stanowi krańcowy znak Jego mesjańskiej misji, znak, jak to określa Jan Paweł II, „wieńczący całokształt objawienia miłości miłosiernej w świecie poddanym złu” (14). Jest to znak zapowiadający „niebo nowe i ziemię nową

(Ap 21, 1), kiedy to Bóg „otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu… bo pierwsze rzeczy przeminęły* (Ap 21, 4).

W zmartwychwstaniu Chrystus doznał uwielbienia. Jednakże nawet sama ta Jego chwała pozostaje pod znakiem krzyża, jak zresztą całe Jego mesjańskie posłannictwo. Wszystko bowiem w paschalnym misterium Chrystusa jest podporządkowane zbawczej woli Ojca, który -jak przypomina Jan Paweł II -tak umiłował człowieka i świat, „że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3, 16) (15).

Zmartwychwstanie jest Świętym Dniem wypoczynku Boga, analogicznie do tego, o czym mówi Księga Rodzaju, podając opis stworzenia świata: „A gdy Bóg ukończył w dniu szóstym swe dzieło, nad którym pracował, odpoczął dnia siódmego po całym swym trudzie, jaki podjął. Wtedy Bóg pobłogosławił ów siódmy dzień i uczynił go świętym; w tym bowiem dniu odpoczął po całej swej pracy, którą wykonał stwarzając” (Rdz 2, 2-3). Tak więc, po dokonanym dziele miłosierdzia, jakim jest stworzenie świata, Bóg ustanowił Święty Dzień, ze względu na siebie samego, który jako taki ma być czczony przez człowieka.

Tak było w zakresie porządku stwórczego. Tak było także w zakresie porządku Odkupienia. Szczytowym aktem Miłosierdzia, które spłynęło z krzyża, zbawiający Chrystus zakończył swą pracę w określonym dniu, gdy uwieńczył swoją mękę i śmierć koroną zmartwychwstania: „Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara” (1Kor 15,14). Potem pracuje Chrystus jeszcze „wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia”, gdy został ustanowiony sakrament pokuty: „Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20, 22-23). Jak w przypadku porządku stwórczego, tak również w sytuacji porządku zbawczego, należy uczcić Świętym Dniem Pańskim dobroć Boga, który we wszystkim świadczy miłosierdzie i miłość wszystkim.

Miłosierdzie Boże w Misterium Wieczernika

Pewne przyzwyczajenia powodują, iż na dźwięk słowa „Wieczernik” jawi się w zasadzie przed nami Chrystus umywający nogi już wykąpanym uczniom (por. J 13,10), Chrystus jako prawdziwy Krzew Winny, uprawiany przez Ojca (por. J 15, 1), Chrystus proszący: „Wytrwajcie w miłości mojej!” (J 15,9). A jest: to miłość największa, oddająca życie za swych przyjaciół (por. J 15,13).

Mówiąc jednakże o Miłosierdziu Bożym, objawionym w Wieczerniku, mamy w tym miejscu na myśli tajemnicę Zesłania Ducha Świętego, jako szczytowy punkt Bożego Miłosierdzia. Jest to według wszelkiego prawdopodobieństwa, ten sam Wieczernik, jako miejsce przestrzenne, ale w grę wchodzą inne okoliczności czasowe. Nie Jezus głosi swoją pożegnalną mowę, przepojoną troską i miłością o swe dzieło i o umiłowanych uczniów (por. J16,13-15), lecz słychać szum zstępującego Ducha Świętego, jakby uderzenie gwałtownego wichru” (Dz 2,2). Wszyscy zebrani „razem na tym samym miejscu … zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić” (Dz 2, 1.4).

A więc zebrani na tym samym miejscu, tam w Wieczerniku, gdzie Jezus, na krótko przed swoją Męką, zapowiedział w Wielki Czwartek Pocieszyciela, niepojętego dla świata Ducha Świętego, którego zrozumie tylko człowiek miłujący: „Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania. Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Pocieszyciela da wam, aby z wami był na zawsze 1 Ducha Prawdy, którego świat przyjąć nie może, ponieważ Go nie widzi ani nie zna. Ale wy Go znacie, ponieważ u was przebywa i w was będzie” (J 14, 15-17).

Jezus mówi w czasie Ostatniej Wieczerzy do swych umiłowanych uczniów, że Duch Święty już u nich przebywa, ale jeszcze nie jest w nich. On dopiero w nich będzie (por. J 14, 17). Potem powie ponadto Jezus, także jeszcze przed Pięćdziesiątnicą, że mają wziąć Ducha Świętego, dzięki któremu otrzymają władzę odpuszczenia grzechów.

Na razie, w Wielki Czwartek, Apostołowie otrzymują nowe przykazanie, aby się wzajemnie tak miłowali, jak Jezus ich umiłował.   Miłość  będzie  ich  znakiem   rozpoznawczym jako uczniów Chrystusa (por, J 13, 34-35), wraz z innymi charyzmatami Ducha Świętego będzie nowym językiem (por. Dz 2, 4), mową prowadzoną już nie dlatego, że słyszeli prawdę, ale dlatego, że ją zrozumieli i głęboko przeżyli: „Ja jestem w Ojcu moim, a wy we Mnie i Ja w was” (J 14, 20). Wprawdzie Apostołowie, już tu w Wieczerniku, pełnią tę samą rolę świadectwa, jaką w przyszłości będzie spełniać właśnie Duch Święty: „Gdy jednak przyjdzie Pocieszyciel, którego Ja wam poślę od Ojca, Duch Prawdy, który od Ojca pochodzi, On będzie świadczył o Mnie. Ale wy też świadczycie, bo jesteście ze Mną od początku” (J 15, 26-27). Jednakże ta apostolska posługa świadczenia jest na razie niepełna.

Jezus właściwie powiedział swym uczniom już całą prawdę, przebywając wśród nich. Ale dopiero gdy przyjdzie Duch Święty Pocieszyciel, posłany przez Ojca w imieniu Jezusa, zrozumieją wszystko i przypomną sobie prawdy zasłyszane od Mistrza (por. J 14, 25-26). Dopiero wtedy przemówią nowymi językami.

Jak w Wielki Czwartek są czyści dzięki słowom zasłyszanym od Jezusa, tak później mocą tych słów będą także oczyszczać.

W Wieczerniku podniosły nastrój nadprzyrodzoności zakłóca jeszcze nuta smutku Jezusa, że nie wszyscy są czyści:

„Nie wszyscy jesteście czyści,” (J 13,11). W Dniu Pięćdziesiątnicy natomiast powstaje nowa rzeczywistość przepowiedziana już przez proroka Joela (por. Dz 2, 17-21). Bóg wylewa swego Ducha na wszelkie ciało, nawet na niewolników i niewolnice swoje, aby prorokowali.

W tym miejscu nasuwają się pewne spostrzeżenia. Otóż w zbawczym posłannictwie Jezusa Chrystusa, Zesłanie Ducha Świętego jest ostatnim aktem, koronującym zbawcze Jego Dzieło. Jest to zarazem akt szczytowy i wiecznie trwały. „Będę prosił Ojca, a innego Pocieszyciela da wam, aby z wami był na zawsze” (J 14, 16).

W tajemnicy Zesłania Ducha Świętego wchodzimy na najwyższe szczyty Miłosierdzia Bożego, na których już nie ma niewolników i niewolnic grzechu (por. Dz 2, 18).

Bóg już „nie ma względu na osobę” (Rz 2, 11), a „ucisk i utrapienie spadną na każdego człowieka, który dopuszcza się zła” (Rz 2, 9) Bóg jest już Bogiem nie tylko Żydów, ale i pogan (por. Rz 3, 29). W miłosierdziu swoim zaciera różnicę pomiędzy Grekiem, Rzymianinem czy Żydem.

Duch Święty staje się dla wierzących w Chrystusie rękojmią wierności zasadom Jego nauki. Z dniem Jego Zesłania związana jest misja Miłosierdzia, które rozchodzi się po pogańskim świecie jako Dobra Nowina. Jak kiedyś, za pośrednictwem Ducha Świętego, Bóg zstąpił na świat w Osobie Słowa Wcielonego, ta5 również w tymże Duchu Świętym Chrystusowe Miłosierdzie rozeszło się po świecie. On też czuwa nad całością Dzieła Bożego Miłosierdzia.

Zrekapitulujmy. Ojciec Niebieski, posyłając na świat swego Syna dla zbawienia ludzkości, przejawia akt miłosierdzia. Postanawia bowiem na powrót udzielić stworzeniom swoich doskonałości. W ten sposób wykracza ponad swoją sprawiedliwość, oddając się swym stworzeniom jako pełnia Miłości.

Syn, Przedwieczne Słowo Ojca, w akcie pełnego posłuszeństwa jedna ludzi z Ojcem przez spełnienie zwłaszcza paschalnego misterium. Ojciec z Synem tak się miłują, że czysty ten akt przejawia się jako Duch Święty, który także zstępuje na ludzi. Miłość Ducha Świętego służy ludziom w dokonaniu tajemnicy Zbawienia, i od dnia Pięćdziesiątnicy tych ludzi obejmuje.

ZAKOŃCZENIE

Bóg w swojej dobroci, zanim stworzył człowieka „na swój obraz” (Rdz 1, 27), przygotował dla niego odpowiednie środowisko, które Księga Rodzaju nazywa światem stworzonym przez Boga. Uporządkował Bóg bezład i pustkowie ziemi, która wyłoniła się z bezmiaru wód (Rdz 1, 2.9).

Ale z wody wyłania się w swym drugim narodzeniu także człowiek, który przez grzech świadomie popełniony, stał się chaosem. Ponieważ był to chaos dobrowolnie sprowadzony przez człowieka jako istotę rozumną i wolną, jego likwidacja wymagała ze strony Boga czegoś więcej aniżeli zwykłego aktu woli, która mocą życzenia: „niech się stanie”, powoływała świat do istnienia.

Trzeba było ten ludzki chaos zatopić w męce i śmierci Chrystusa, aby z Nim wyłonił się z wód chrztu świętego człowiek narodzony do nowego życia. Jest to życie człowieka Bożego, który czerpie swoje życiodajne soki z Chrystusa, w którego jest wszczepiony. Potrzebne było słowo wypowiedziane z wysokości krzyża: „Wykonało się*.

Jest to akt ze strony Boga tak wzniosły i przejaw miłosierdzia tak doskonały, że w podniosłym nastroju liturgii Wielkiej Soboty, Kościół w Orędziu Wielkanocnym modli się w obecności palącego się paschału, który symbolizuje Chrystusa, że konieczny był grzech Adama, który został zgładzony śmiercią Chrystusa. O, szczęśliwa wino, skoro ją zgładził tak wielki Odkupiciel! Chrystus bowiem, czytamy w tym samym Orędziu, „skruszywszy więzi śmierci, jako Zwycięzca wyszedł z Otchłani”.

Dziwne i niedościgłe jest Boże Miłosierdzie. Z Bożego Miłosierdzia wyszli ludzie i wszystko co jest stworzone. Niepojęta jest łaskawość Bożej dobroci. Niepojęta jest Jego miłość: „aby wykupić niewolnika*, wydał swego Syna (Orędzie Wielkanocne). Wcielone Słowo Ojca dokonuje Odkupienia. Objawiona w Nim Miłość i Miłosierdzie łączą stworzenie ze Stwórcą.

Wielkie jest Miłosierdzie Pańskie. Bóg jest Miłością, a Miłosierdzie jest Jego czynem. Miłosierdziem są ukoronowane wszystkie Jego dzieła. O Jego niezgłębionym Miłosierdziu mówi nawet sprawiedliwość Boga, bo i ona wypływa z miłości. Nim bowiem Bóg pojawi się ponownie jako Sędzia, przychodzi najpierw jako Król Miłosierdzia*

Bóg miłuje ludzi w swoim Synu. Bolesna Męka Chrystusa ustawicznie łagodzi gniew Ojca. Zespolony zaś z Ofiarą Syna

Bożego nawet człowiek może stać się mocą zdolną przebłagać gniew Boży, zwłaszcza gdy cierpi on w łączności z Chrystusem.

Posted in Miłosierdzie Boże, Religia | Leave a Comment »