WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for Wrzesień 7th, 2011

Blondyna [Na opolskim rynku] – akordeon solo

Posted by tadeo w dniu 7 września 2011

Reklamy

Posted in Muzyka | Leave a Comment »

POLSKI ZESPÓŁ PIEŚNI I TAŃCA „WILEŃSZCZYZNA” ŚWIĘTUJE JUBILEUSZ 30-LECIA

Posted by tadeo w dniu 7 września 2011

Rodzimemu folklorowi wierni

Po tym, kiedy decyzją konferencji w Jałcie Wilno i Wileńszczyzna znalazły się poza Polską, arcyważnym bastionem naszego patriotyzmu i tożsamości narodowej pozostawał Zespół Pieśni i Tańca „Wilia”. Założony w roku 1955 przez grupkę młodzieży akademickiej, jaka wcześniej ukończyła szkoły polskie, przez długie lata samotnie krzewił on polską pieśń i taniec, a małymi „strumykami” zasilali „strumieni rodzicę” ci, kogo dzięki szczególnemu przywiązaniu do ziemi ojczystej nie zmiotły do Macierzy na stały tam pobyt fale repatriacyjne.

A Jednym z tych „strumyków” był właśnie Jan Mincewicz – absolwent kolejno Konserwatorium Muzycznego i Akademii Muzycznej w Wilnie w klasie dyrygentury chóralnej, a na co dzień nauczyciel muzyki w oznakowanej wówczas numerem 26 szkole średniej z polskim językiem nauczania w Nowej Wilejce. Zresztą, formułka „strumyk” wobec Mincewicza jest zdecydowanie zbyt skromna. Stanowił przecież cały „strumień”, gdyż właśnie pod jego artystycznym kierownictwem „Wilia” świętowała jubileusz ćwierćwiecza istnienia.

A była to bynajmniej nie jedyna płaszczyzna muzyczna, na której się udzielał. W rzeczonej szkole założył i prowadził bowiem chłopięcy chór „Orlęta”, czyli o nazwie, jaka w tamtych, głęboko sowieckich czasach, wyraźnie mówiła, kto zacz na pięciolinii muzycznej. A skoro panu Janowi we wszystkim, czego się ima, fuszerka jest obca, ćwiczeni przezeń nastoletni śpiewacy prezentowali poziom tak wysoki, że zapraszani byli na nagrania do telewizji, uczestniczyli w republikańskich Świętach Pieśni z udziałem najlepszych z najlepszych.

Przemycanie do repertuaru chóru utworów niekoniecznie sławiących socjalistyczną rzeczywistość wraz z kierowniczą rolą partii oraz równolegle prowadzona tajna katechizacja młodzieży w kółku „Promień” i redagowanie biuletynu „My chcemy Boga” w czasach, kiedy ateizacja dosłownie grasowała, nie uszły uwagi władz. Po 13 i pół roku pracy w Nowej Wilejce Mincewicza brutalnie „wystawiono za drzwi”.

Znalazłszy takież muzyczne zatrudnienie w szkole w podwileńskim Niemenczynie, już niebawem zakrzątnął się w formowaniu tu uczniowskiego (tym razem – mieszanego) chóru, nazwanego „Jutrzenką”. Z tegoż chóru po pewnym czasie „odpączkowały” złożone z 8 dziewcząt „Stokrotki”. Jako grupa wokalna preferowała ona ludowo-estradowy styl, naśladując po części wielce swego czasu popularny w Polsce zespół „Filipinki”. A Mincewicz nie byłby Mincewiczem, gdyby i „Jutrzenka”, i „Stokrotki” po okresie wytężonych prób nie zaczęły prezentować kunsztu, stanowiącego przepustkę do udziału w cieszących się ogólnolitewską renomą Świętach Pieśni.

Szkolne chóry miały jednak to do siebie, że powodowały dużą rotację członków, a szczególnie dotkliwe w skutkach było ich odchodzenie po maturze, albowiem wykruszanie się w ogóle z szeregów, choć wielu deklarowało wielką chęć dalszego śpiewania. Właśnie ta chęć w niemałym stopniu wygenerowała pomysł o założeniu z byłych chórzystów „Orląt” i „Jutrzenki” dorosłego zespołu. Zespołu, który w zamyśle Jana Mincewicza miałby być odmienny od „Wilii”, bazującej na folklorze zaczerpniętym z Polski, gdyż opierający repertuar na rodzimym dziedzictwie kulturowym. A z zamysłem tym miała się sprzęgać nazwa „Wileńszczyzna”, zrośnięta jak z terenem, któremu mieli lokalizacyjnie się przypisać, tak też z twórczością właśnie jemu charakterystyczną, a sięgającą czasów dziada-pradziada.

Zobacz także:

Zespół Pieśni i Tańca „Wileńszczyzna”

Na pierwsze próby zebrali się jesienią 1980 roku, a już 1 maja 1981 roku „Wileńszczyzna” zaprosiła rodaków na debiutancki występ do niemenczyńskiego Domu Kultury, gdzie zresztą mieli „przystań” na próby. Ten właśnie dzień, poprzedzający wigilię 190. rocznicy Konstytucji 3 Maja, legł kamieniem węgielnym w dziejach zespołu. Jak wspomina Jan Mincewicz, ów występ był skromny, gdyż na razie koncertował jedynie chór. Aczkolwiek zaraz potem zaczęli też „obrastać w piórka” tancerze. Za sprawą zda się przez samego Boga zesłanej choreograf Danuty Mieczkowskiej. Już kolejny publiczny popis mieli taki, jaki przystoi zespołowi z prawdziwego zdarzenia, czyli okraszony polonezem i krakowiakiem.

Początki powodowały uczucia mieszane. Buchający z nich niczym lawa z wulkamu entuzjazm wyraźnie wprawiał w zakłopotanie ówczesne władze, jeżące się zgodnie na nazwę „Wileńszczyzna”, bo dopatrujące się w niej przedwojennych rewindykacji terytorialnych. A że przysłowiowa kosa trafiła na kamień, o tę nazwę stoczyli istną batalię. Oficjalnie mogli się tak nazwać dopiero po 5 latach, kiedy uzyskali miano wzorowego zespołu. W czym pomocny był, jak też wspierał dobrym słowem i mądrze wygradzał ówczesny zastępca kierownika komitetu wykonawczego rejonu wileńskiego Stanisław Akanowicz, za co są mu po dzień dzisiejszy szczerze wdzięczni.

Wiele im też krwi napsuto z przeznaczeniem pomieszczeń na próby. W Domu Kultury w Niemenczynie doskwierała wyraźna ciasnota, a ze szkoły rugowani byli jako zespół dorosłych. Zdarzało się więc nieraz, iż demonstracyjnie zamykano przed nimi drzwi sali, co zmuszało do prób na dziedzińcu pod gołym niebem.

Mając dość takiego rzucania „kłód” pod nogi, zwrócił się Jan Mincewicz z prośbą o udostępnienie klasy na zajęcia chóru do dyrektora Wileńskiej Szkoły Średniej nr 5, byłego „wiliowca” Wacława Baranowskiego, na co ten ze zrozumieniem przystał. A choć dyrektora Baranowskiego dobrych kilka lat temu zastąpiła u steru Edyta Zubel, z klasy tej korzystają po dzień dzisiejszy. Każdą bowiem próbę śpiewaczą dublują: niedzielami ćwiczą w Niemenczynie, a środami – na wileńskim Antokolu. Ułatwiając w ten sposób dojazd tym, komu bliżej tam, a komu tu, gdyż obecnie członkowie zespołu geograficznie są rozsiani po całym stołecznym rejonie.

Jak można było przypuszczać, zgodnie z ideą założenia od pierwszych kroków „Wileńszczyzna” rozpoczęła zakrojoną na szeroką skalę wręcz nieocenioną pracę w gromadzeniu folkloru stron ojczystych. W czym oczywiście rej wodził jej kierownik, który jeszcze pracując w Nowej Wilejce objechał i obszedł niejedną wioszczynę, by utrwalić na taśmie magnetofonowej to, co dotąd „sobie a muzom” przy różnych okazjach intonowali ich najstarsi mieszkańcy, a co teraz miało stanowić repertuar „Wileńszczyzny”. A wybiegając w czasie przed wydarzenia, warto odnotować, że pieśni tych uzbierano kilka setek, z czego 120 już dwukrotnie zostało wydanych pod postacią swoistego „śpiewnika domowego”.

Po pewnym czasie etnograficzna działalność prowadzonego przez Jana Mincewicza zespołu nabrała jeszcze pełniejszego wymiaru. Zaczęto bowiem łączyć przywoływane poniekąd z niebytu pieśni i tańce wileńsko-podwileńskie w osobne tematyczne kompozycje, obrazujące dawne obrzędy. Tak powstały: „Zaloty na Wileńszczyźnie”, „Wesele wileńskie”, „Kaziuki”, żołniersko-patriotyczny program „Z dymem pożarów”, „Noc Świętojańska” czy „Kiermasz wileński”. Utarła się na domiar dobra tradycja – na każdy pół okrągły albo okrągły jubileusz zespół przygotowuje swym fanom prawdziwe uczty duchowe – nowe tematyczne kompozycje. W czym zresztą nie będzie stanowił wyjątku przewidziany na 10 września br. w Litewskim Narodowym Teatrze Opery i Baletu koncert z okazji 30-lecia istnienia.

Kto jest bardziej na bieżąco z tym, czym od swych powijaków „Wileńszczyzna” cieszy ucho, koniecznie nadmieni o obecności w repertuarze licznych motywów sakralnych. Kłopot wielki byłby z policzeniem, ileż to razy składała ona muzyczny hołd Ostrobramskiej Madonnie, umieszczając go na płytach albo oprawiając muzycznie nabożeństwa: jak u nas, tak w Polsce. Niejeden raz, jak choćby podczas 75. rocznicy koronacji obrazu albo Mszy św. żałobnej po odejściu do Domu Ojca papieża Jana Pawła II hołd ten unosił się bezpośrednio sprzed jej stóp, gdyż chór występował wprost na ulicy przed Kaplicą Ostrobramską.

A że liturgiczne ciągoty „Wileńszczyzny” są powszechnie znane również za dalszą zagranicą, miejscem jej koncertów podczas licznych pobytów w Polsce i gdzie indziej stają się właśnie świątynie, nierzadko te największe i najsłynniejsze jak chociażby Bazylika Mariacka w Gdańsku. Niezatarte wrażenia na uczestnikach zrobiła też wizyta w samym Watykanie i możliwość zaprezentowania chóralnego kunsztu Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II. Artyści z Janem Mincewiczem na czele nieraz też śpiewali za życia „papieżowi” Wileńszczyzny księdzu prałatowi Józefowi Obrembskiemu podczas jego odwiedzin w Mejszagole.

A – przyznać trzeba – ten liturgiczny repertuar jest jakże czymś więcej niż li tylko do perfekcji opanowanym rzemiosłem artystycznym. W czym bez wątpienia zasługa kierownika, który wbrew lansowanej przez Sowietów przewagi materii nad duchem niestrudzenie siał ziarno Wiary. Teraz, gdy tak wtedy nagminni i natarczywi ateiści wyraźnie spuścili z propagandowego tonu, „Wileńszczyzna” nadal sławi Stwórcę z głębokiej wewnętrznej potrzeby i przekonania, że Bóg, Honor i Ojczyzna są pojęciami naprawdę nierozłącznymi.

Nie ma, niestety, Jan Mincewicz czarodziejskiej różdżki, po której skinięciu trudno dałoby się wyłapać fałszywą nutkę w wielogłosie chóru, a ruchy tancerzy stałyby się na poczekaniu idealnie zsynchronizowane. To, co się składa na obecny poniekąd do perfekcji opanowany artyzm, sprowadza się do cierpliwego ćwiczenia na próbach pod kierunkiem naprawdę znającego się na warsztacie kierownictwa.

Jeśli tej wiedzy im brakuje, zasięgają pomocy ze strony. Tak, jak to było choćby w programie „Kiermasz wileński”, gdzie całą feerią kolorytu sąsiadują ze sobą, cokolwiek by powiedzieć, specyficzne dla Polaków tańce: białoruski, rosyjski, ukraiński, żydowski, a nawet cygański, ukazujące kulturowe bogactwo naszych terenów od zamierzchłych czasów. Tańce te stawiali gościnnie specjaliści najwyższej klasy (ukraiński hopak np. powstawał pod okiem kierownika wielce renomowanego zespołu „Radość”). A wszystko po to, by oddać ducha ukrytego w pas, by było maksymalnie autentycznie, a przez to wiarygodnie i perfekcyjnie.

Dla perfekcji tej na próbach cierpliwie cyzelują najdrobniejsze szczegóły, nie stroniąc w śpiewie od utworów klasycznych, a w tańcu od zaprawy baletowej. Bo inaczej reprezentacyjnemu zespołowi nie przystoi. Bo mając w nazwie tak polskością przesiąknięty region, muszą go godnie reprezentować jak dla widza miejscowego, tak zagranicznego. Bo bylejakość najzwyczajniej od pierwszych dni istnienia nie może wchodzić w rachubę.

Również w tym, co się kojarzy ze strojami, czyli przyodziewkiem chórzystów i tancerzy. Sporo wysiłku kosztowało ich, by odtworzyć autentyczne ubiory, jakie w przeszłości obowiązywały na Wileńszczyźnie-Ojczyźnie. Zasięgali porad najbardziej biegłych w temacie etnografów, szperali po różnych materiałach źródłowych. Ba, do tego nawet, co powszechnie znane, bo ogólnopolskie, przywiązują znaczenie pierwszorzędne. Jak trzeba pozyskać, dajmy na to, stroje lubelskie, obstalowują je nie u miernych krawców, tylko nie licząc się z kosztami w najbardziej renomowanych pracowniach.

Kto przyjdzie na koncert z okazji 30-lecia zespołu, dobitnie się o tym przekona, gdyż po raz pierwszy „Wileńszczyzna” wygalantuje się w stroje łowickie. Wyczarowywane przez trzy lata przez królową haftu Genowefę Miazek – tę samą, która swego czasu uszyła strój łowiecki dla samego papieża Jana Pawła II, który dziś eksponowany jest w Muzeum Watykańskim. Nic dziwnego, że chłopięce koszule i dziewczęce bluzki, będące dziełem jej magicznych rąk, budzą niekłamane „ochy” i „achy” podziwu.

Statystyki nie notują jakoś, ile osób przewinęło się za trzy dekady istnienia zespołu. Wiele, naprawdę wiele ich było. Bo każdy zespół – to żywy zbiorowy organizm z nieuniknioną rotacją, a tym bardziej ten złożony z artystów-amatorów. Jedni kończą szkołę i rozpoczynają nierzadko zagraniczne studia albo tam też podejmują pracę, zakładają rodziny, rodzą dzieci, których późniejsze chowanie pochłania sporo czasu. Ba, nawet egzotyczne tournee po Australii zakończyło się… utratą zespolanki, która wpadła w oko jednemu z tamtejszych rodaków na tyle, że została jego żoną i przeniosła się na Zielony Kontynent. O skali tej rotacji niech zaświadcza fakt, że gdy w odstępie 7 lat ponownie tam jechali, uświadomili nagle, że ledwie dla 10 proc. składu ten wyjazd jest naprawdę po raz drugi.

Niski ukłon wypada więc bić przed każdym, kto z zespołem powiązał los na długie-długie lata, ofiarowując swój czas na próby, występy, wojaże. O takich zwykło się mówić: złoty fundusz. W przypadku „Wileńszczyzny” jego synonimem są: Danuta Mieczkowska, Inga Trypucka, Anna Domańska, Inessa Moro, Barbara Piekarska, Anna Iwatowicz, które hen kiedyś tworzyły podwaliny kolektywu. Do weteranów należą też bez wątpienia bracia Robert i German Komarowscy. Trafili do „Wileńszczyzny” jeszcze jako uczniowie, a tę wierność przenieśli przez lata studiów i pracy zawodowej – odpowiednio dyrektora jednej ze szkół na Wileńszczyźnie i starszego specjalisty w administracji samorządu rejonu wileńskiego. Występują na scenie do dziś, a German tym, co sam posiągł w tańcu, chętnie dzieli się z innymi jako choreograf.

Tym choreografem numer 1 od wielu lat jest natomiast w zespole Leonarda Klukowska, pierwotnie tancerka z dużym stażem. To właśnie ona, gdy zaszła potrzeba, przejęła schedę po wspomnianej Danucie Mieczkowskiej. Predysponowana przez pomyślnie ukończoną naukę w Konserwatorium Muzycznym, w Akademii Muzycznej w Kłajpedzie, podyplomowe studia w Rzeszowie i Lublinie. A wszystko po to, by maksymalnie zgłębić tajniki kunsztu tanecznego, którym szczodrze się dzieli jak z „Wileńszczyzną”, tak też z „Jutrzenką” – szkolnym zespołem, skąd ta odławia narybek.

Prowadzony z wielką klasą przez Jana Mincewicza zespół tworzy obecnie już drugie pokolenie uczestników, także w splotach rodzinnych. Radość wielką ma na pewno taki Henryk Miłto, śpiewający jeszcze w nowowilejskich „Orlętach”, że dziś jego córka Katarzyna soluje w „Wileńszczyźnie”. Potomkami byłych zespolaków są też Dominik i Piotr Adomaitisowie oraz Joanna i Łukasz Leonowiczowie, dojeżdżający z dużym poświęceniem na próby aż z Mejszagoły. Wielkie zasługi położyła też rodzina Szturów. Kiedyś byli to bracia Henryk i Tadeusz, dziś są ich latorośle – Tomasz i Ela.

W minionym pięcioleciu zespół wzbogacił się o wielu nowych członków, że wymienię: Jakuba Żałę, Aleksandra Dasewicza, Ernesta Biełotkacza, Waldemara Iwanowa, Justynę Ingielewicz, Sylwię Maluk, Agnieszkę Dubicką, Justynę Dubrowinę… Po jubileuszowym koncercie 30-lecia na pewno dojdzie do kolejnej „zmiany warty”. Systematyczna praca z młodzieżą pozwala wierzyć w ów zastrzyk „świeżej krwi”, w pozyskanie tych, kto zechce być wierny rodzimemu folklorowi i nieść sztafetę w przyszłość.

Tym „magnesem” obok wypracowanej przez poprzedników renomy, ściągającym pod skrzydło „Wileńszczyzny” chętnych bratania się z ojczystą pieśnią i tańcem, jest też bez wątpienia kusząca perspektywa jakże atrakcyjnych wojaży. Nieraz naprawdę bardzo dalekich, gdyż przedzielonych od nas nawet oceanami. W roku 1995 i 1997 koncertowe szlaki zawiodły ją do Stanów Zjednoczonych Ameryki, a w roku 2001 i 2008 – do położonej „na końcu świata” Australii, by uraczyć własnym kunsztem tamtejszą Polonię. Ten kunszt oklaskiwali też Polonusi w Anglii, Danii, Belgii, Niemczech, Francji, Austrii, Hiszpanii, we Włoszech. Gdy w tych ostatnich byli w roku 1992, nadarzyła się jakże niecodzienna okazja spotkania się i zaśpiewania papieżowi Janowi Pawłowi II.

Rozdział osobliwy i najliczniejszy zarazem w koncertowych wojażach stanowią oczywiście te do Polski. Po raz pierwszy na zaproszenie Marii Fołtyn, organizującej wówczas festiwale moniuszkowskie w Kudowie Zdroju, udali się tam w roku 1988, kiedy już na dobre powiało „pierestrojką” i sowieckie szlabany graniczne zaczęły być mniej szczelne. Korzystając z okazji dali wtedy kilka koncertów w różnych miastach. Ten w Warszawie, w teatrze „Syrena”, przekształcił się w olbrzymią manifestację polskości. Sala dosłownie pękała w szwach od stojących widzów, tłumy ich oblegały przyległy do teatru teren; zostali dosłownie zasypani kwiatami, a bisom nie było końca.

Tak to przetarłszy szlaki po roku pojechali do Rzeszowa na festiwal zespołów polonijnych, gdzie dotąd w sumie byli trzykrotnie, koncertowali na organizowanych na Warmii i Mazurach „Kaziukach-Wilniukach”, na festiwalu Kultury Kresowej w Mrągowie, na krociu innych imprez, jak Macierz długa i szeroka. A za każdym razem zjednywali z mety serca rodaków, w szczególności tych, komu nieobca dola repatrianta, powodując lawinę wzruszeń.

Bo trudno się nie mieć wilgotnych od łez oczu, kiedy się słucha „Poloneza wileńskiego”, „Ojcowizny” lub brzmiącego niczym patriotyczny manifest, uchodzącego za hymn ojczystych stron „Wileńszczyzny drogi kraj”. A są to notabene pieśni, do których słowa i muzykę napisał nie kto inny jak niezmordowany Jan Mincewicz, ujawniając kolejny przejaw swego artystycznego talentu, polegającego na wykrzesaniu z polszczyzny męskich rymów, nieodparcie się kojarzących z łomotem werbli.

Kto z naszych rodaków zdążył zatęsknić do koncertującej „Wileńszczyzny” (a takich z pewnością – całe rzesze), już niebawem, bo 10 września będzie miał okazję, by mieć klaskaniem obrzękłe prawice. W tym dniu bowiem w Litewskim Narodowym Teatrze Opery i Baletu odbędzie się wielki, aż trzyczęściowy koncert z okazji jej trzydziestolecia. Ta okrągła data minęła w dniu 1 maja, jednak zważywszy, że w tym miesiącu kalendarz ma w nadmiarze imprez kulturalnych, obchody przełożono właśnie na jesień. Na część pierwszą jubileuszowej gali złoży się zaprezentowany po raz pierwszy z okazji ćwierćwiecza „Kiermasz wileński”, w części trzeciej da natomiast popis jak skład współczesny tak też weterani tudzież młody narybek.

„Gwoździem” programu stanie się bez wątpienia część druga – „Wieczorynka w Skrobuciszkach”. Część premierowa, gdyż tradycji, by pół okrągły albo okrągły jubileusz okraszać jakąś nowinką, tym razem również stanie się zadość. A stoi za nią ogrom wysiłku przygotowawczego. Postanowili bowiem odtworzyć atmosferę młodzieżowej potańcówki na Wileńszczyźnie z okresu lat 30.-40. ubiegłego stulecia. By możliwie najwierniej przywołać ubiory z tamtego okresu, wypadło zasięgnąć rady niejednego zawołanego etnografa z Macierzy, zajrzeć do kolekcji, jaką w tym względzie posiada Litewska Wytwórnia Filmowa. Na sam program złożą się natomiast najbardziej popularne pieśni i tańce tamtych lat, m. in. po wileńsku tańczony krakowiak, fokstrot, tango czy zapomniany dziś padespan. A elementami spajającym całość będzie tak swojska naszemu uchu podwileńska gwara, która doda kolorytu i oszczędzi widzom nudy. Słowem, będzie, oj, będzie na co popatrzeć i czego posłuchać!..

„A co nastąpi po koncercie, który „Wileńszczyźnie” teraz do reszty zaprząta uwagę?” – ktoś spyta. Odpowiedź takiemu panu Ciekawskiemu nasuwa się poniekąd samoistnie: skoro padła czwarta dziesiątka, będą… dalsze żmudne próby. By potem błyszczeć na koncertach i obok jak indywidualnych tak też zespołowych tytułów lub odznaczeń zaskarbiać nagrodę zapewne największą – podziw widza. Co oby długo jeszcze następowało pod niezrównanym kierownictwem Jana Mincewicza – człowieka nie mającego postury Waligóry bądź Wyrwidęba, ale mocarza duchem, będącego ostoją tego, co rodzime i polskie, a co tak wymownie streszcza się w pieśni i tańcu.

Henryk Mażul

http://www.magwil.lt/ nr8/2011

1 maja 1981 roku dopiero raczkujący zespół „Wileńszczyzna” zaprosił ro-daków na pierwszy swój występ do Domu Kultury w Niemenczynie, stąd właśnie data ta kojarzona jest z jego powstaniem. Jak łatwo obliczyć, od tej pory minęło równe 30 lat, a ponieważ kalendarz imprez w maju jest z reguły szczególnie zagęszczony, na jubileuszowy koncert „Wileńszczyzna” zaprosiła swych wielbicieli w dniu 10 września. Prezentując ponownie kunszt na najbardziej prestiżowej na Litwie scenie stołecznego Narodowego Teatru Opery i Baletu.

Utarła się dobra tradycja, by każdy kolejny okrągły lub na wpół okrągły jubileusz niezmordowanie krzewiący rodzimy folklor zespół okraszał spektaklowymi nowinkami w postaci „Nocy Świętojańskiej” bądź „Kiermaszu Wileńskiego”. To właśnie „Kiermasz Wileński”, będący „gwoździem” programu rocznicy ćwierćwiecza, ubogacony zresztą o taniec litewski, złożył się na część pierwszą tegorocznego jubileuszowego występu. Znów więc splotły się ze sobą tańce i pieśni białoruskie, rosyjskie, żydowskie, ukraińskie, cygańskie, jakże wymownie zaświadczające o wielowiekowej kulturowej mozaice Wileńszczyzny-Ojczyzny.

Woalką tajemnicy była natomiast osnuta część druga programu, opatrzona nazwą „Wieczorynka w Skrobuciszkach”. A to dlatego, że podawana pod osąd widza i słuchacza po raz pierwszy. Pomyślana, by przybliżyć ich wyobraźni wiejską zabawę podwileńskiej młodzieży z okresu międzywojennego dwudziestolecia, kiedy Wilno wraz z Wileńszczyzną były częścią składową II Rzeczypospolitej.

I – przyznać trzeba – będące obecnie trzydziestolatkiem „dziecko” Jana Gabriela Mincewicza po raz kolejny stanęło na wysokości zadania. Skrupulatnie odtworzywszy ówczesne ubiory oraz folklor rodzinnych stron, złożyło ono jakże wymowny hołd przodkom, każąc pamięci ulecieć do czasów, kiedy na wiejskich potańcówkach królowały fokstrot, kadryl, padespan czy tango, kiedy śpiewano będące nieraz polsko-litewskimi „przekładańcami” piosenki. Spoiwo całości stanowiły natomiast tak swojskie naszemu uchu dialogi: jak miejscowych, tak też „przybyłych z miasta” uczestników wieczorynki w Skrobuciszkach. Nic więc dziwnego, że widownia miała klaskaniem obrzękłe prawice. Jak za sam pomysł widowiska, tak też za perfekcyjnie wycyzelowane układy taneczne i wykonane na anielskiej wprost nucie pieśni.

Koncert jubileuszowy zamykała natomiast część trzecia – wiązanka tego, co stanowi poniekąd repertuarowy złoty fundusz zespołu. W wykonaniu jak obecnego składu, tak też wyciskających łezkę w oku weteranów. Ów wielce symboliczny splot pokoleniowy przeszłości z teraźniejszością został ponadto jakże optymistycznie sprzęgnięty z przyszłością. Poprzez popisy nastoletnich tancerzy prowadzonego przez choreografa „Wileńszczyzny” Germana Komarowskiego zespołu „Perła”, skąd ta ma czerpać narybek.

Część finałowa, kiedy to we wspólnym układzie tanecznym zawirowały naraz trzy pokolenia zespolaków powodując, że nawet rozległa scena teatru spod znaku opery i baletu zrobiła się za ciasna, oraz wykonanie przez łączony chór wspólnie zresztą z powstałą niczym na zgodną komendę na równe nogi widownią pieśni „Wileńszczyzny drogi kraj” – swoistego hymnu zespołu, a zarazem też regionu, który reprezentuje, jakże wymowną klamrą spięły całość jubileuszowego koncertu. A ten w każdym calu przetkany był mistrzowskim opanowaniem artystycznego warsztatu, troską o to, by to, co naszym przodkom w duszy grało, nie uszło zapomnieniu.

Wyrazy podzięki i uznania za to wszystko wraz z życzeniami dalszych twórczych niepokojów zespołowi pod kierunkiem Jana Gabriela Mincewicza przekazali m. in. kierownik wydziału konsularnego ambasady RP w Wilnie Stanisław Kargul, wiceminister kultury RL Stanisław Widtmann, europoseł i prezes AWPL Waldemar Tomaszewski, sekretarz Zarządu Krajowego Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” Krzysztof Łachmański, przedstawiciele administracji samorządu rejonu wileńskiego, sędzia Sądu Najwyższego RP w stanie spoczynku Bogusław Nizieński, prezes Krajowego Zarządu Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej Józef Szyłejko, przybyłe na tę uroczystość delegacje z Siedlec oraz Szczytna, nasze inne zespoły artystyczne.

Wyrazem tegoż uznania było przyznanie przez Macierz kilku zespolakom Brązowych Krzyży Zasługi oraz medali „Zasłużony dla kultury polskiej”, zbiorowego złotego medalu Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”, medali pamiątkowych, ufundowanych przez Towarzystwo Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej. Mnożyły się też jak zespołowe tak indywidualne dyplomy dziękczynne, nagrody rzeczowe, wiązanki kwiatów. Słowem, te przejawy wdzięczności i podzięki naprawdę niejedno miały imię, a ich cechę wspólną stanowił niekłamany podziw za dotychczasowe dokonania zespołu-jubilata. Poparty nadzieją, iż Ta, co w Ostrej świeci Bramie, którą „Wileńszczyzna” tak często sławi w śpiewie (miało to zresztą miejsce już nazajutrz po koncercie podczas Mszy św. w kościele ostrobramskim) również nadal roztoczy iście matczyną opiekę.

Henryk Mażul

Fot. Jerzy Karpowicz

Magazyn Wileński nr9/2011

Posted in Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Muzyka | 1 Comment »

Gra w szachy z Lucyferem.

Posted by tadeo w dniu 7 września 2011

Feliks Karol Koneczny doszedł był do poglądu, który i mnie jest bliski. Mocne państwo może mieć tylko ten naród (społeczeństwo), który sam jest mocny. Naród słabowity utraci własną państwowość lub podda się władzy totalitarnej.

Grasz w szachy? Kto gra, wie, że to sztuka myślenia o przyszłości. Mało, że trzeba zaplanować kilka własnych ruchów do przodu, mało, że trzeba przewidzieć najlepsze odpowiedzi przeciwnika na naszą ofensywę. To twórcza gra – oparta na wyobraźni i intuicji,  budująca całościowy, acz dynamicznie zmienny hologram rozwoju optymalnych strategii.

Chcesz wygrać –  przeciwnik też tego chce. A nasz przeciwnik – widać to po latach istnienia III RP –  cwany  i żarłoczny, lewiatan  w jednym,  wmówił nam, że jest dobrotliwą babcią, Unią, by wszystkim zyło się lepiej.  Uśpił nas. Śpimy jak brunatny niedźwiedź w jaskini cudzych interesów.

Najlepsze wyuczone taktyki i strategie na nic, gdy jesteś Czerwonym Kapturkiem w dżungli współczesnego świata. Polsko, musisz mieć mocniejszy błysk w oku i ostrze w mieczu oraz wojowniczego ducha, by odbudować własną siłę i odnaleźć drogę przez las.

Szachista wie, że koncentracja na wygranej oraz luz, który uruchamia intuicję i wyobraźnię, mają zlać się w jedno. Widzieć trzeba setki i tysiące możliwych permutacji plansz z figurami rozstawionymi w różnych układach. I widzieć kilka ruchów do przodu. Przegrasz, jeśli np. widzisz pięć ruchów do przodu, a twój przeciwnik sześć.

Feliks Karol Koneczny doszedł był do poglądu, który i mnie jest bliski. Mocne państwo może mieć tylko ten naród (społeczeństwo), który sam jest mocny. Naród słabowity utraci własną państwowość lub podda się władzy totalitarnej. Nie myli się Zyta Gilowska, gdy mówi o  rządach Donalda Tuska jako forpoczcie miękkiego totalitaryzmu. To, że tak jest, widać gołym okiem. Nie zawsze natomiast widać totalitaryzm światowej oligarchii za zasłoną, dla którego rozmiękcza się  podbrzusze Polski.  Wiadomo przecież, że byt rozbrojony i zadłużony ponad udźwig możliwy do uniesienia przez obywateli,  można przejąć bez jednego wystrzału. Wystarczy wirtualny sejf, prawo preferujące antywartości i  dobre projektory wirtualnych swiatów. A oligarchia światowa wszystko to ma. I więcej.

Gra w szachy polega na wykonywaniu ruchów i planowaniu. Ruch obecnej ekipy trampkarzy w krótkich spodenkach, i to już wykonany a nie dopiero zaplanowany, to gra na fortepianie teraz k… my będziemy długo wam rządzić. Podzielimy was, napuścimy na siebie, kupimy własnych wyborców opłacając ich zaciągnietym długiem publicznym, zaś oszołomów i moherów, którzy nas nie popierają, zamkniemy w ciemnogrodzie wstydu, hańby i zwątpienia. Bez nadziei na poprawę losu i bez środków do życia.

Tak już jest. Kto nie daje rady wejść w układ, musi emigrować. Kto nie daje rady wyżywić rodziny, rezygnuje z dzieci. Już jawnie promuje się Sodomę i Gomorę w mediach. Efekt taki dało się uzyskać, tu widać geniusz plebejski  postpaństwowców z platformy i przybudówek, poprzez eliminację z gry (również eksterminację biologiczną) najzdolniejszych zawodników przeciwnika i doprowadznie do trwałych podziałów w narodzie.

Naród –   przez polityków tkwiących w pomroczności jasnej, tak podzielony bruzdami nienawiści jak Polacy – musi być obłożnie chory. Pozostaje pytanie: rak to w fazie przerzutów, zagrażający przetrwaniu biologicznemu, czy gangrena ducha i moralności, też zagrażająca przetrwaniu biologicznemu?

Eliminacja każdego, kto nie przyssie się do cielska totalitaryzmu władzy, odbywa się zasadniczo banalnie prosto. Przez zaprzyjaźnione media , rozgrzany establishment ustawiony na nepotyzm, tworzenie miejsc pracy dla swoich i likwidownie dla nieswoich oraz, służby tajne i obce.

Wielkie, zaiste wielkie ciśnienie nienawiści uruchomiono w diabelskich kotłach władzy raz zdobytej, by nigdy jej nie oddać. To ciśnienie depresji i samoponiżenia, które  z prowincji Eurokołchozu, z polskiej ziemi ma wyssać wszystko, co ma potencjał twórczy i jest wartością. Mamy zapomnieć o kulturze chrześcijańskiej i cywilizacji łacińskiej, o wierze i nadziei.  Czy  nie taki jest cel ostateczny szmalcowników cywilizacji śmierci z pokolenia ’68?

Zakładam, że znacie się na grze w szachy na planszach kultury i cywilizacji, ergo nie będę rozwijał możliwych scenariuszy rozwoju sytuacji. Jako naród jesteśmy w defensywie, w narożniku  ringu kondominium – okładani pałą i pięściami przez osiłków rodzimej władzy, jej sponsorów i nie kryjących się już nawet (bo po co?) sojuszników z bliskiej i dalszej zagranicy.

Daliśmy się zdekoncentrować, uśpić i zwieść pogrobowcom neoliberalizmu – pozwoliliśmy na zaduszenie naszej wyobraźni. Bez wizji, bez pamięci, zamknięci w gettach konsumpcjonizmu i iluzjach matrix-u, pozbawiani kapitału i pracy, nie potrafimy przewidzieć nawet jednego ruchu do przodu. Jedni  boją się o własną przyszłość, więc siedzą cicho jak mysz pod miotłą, zaś drudzy gruntują w sobie przekonanie, że jako kibole igrzysk przetrwają w tym cyrku, którym stała się Polska.

A ekipa w krótkich spodenkach grała przez ostatnie cztery lata bosko, w rytm lucyferycznych decybeli. Wznosiła się na fali ekstazy wynikającej z bezkarności, z rosnących słupków poparcia, afer, których nie było, ale które przecież dawały wymierne korzyści aferzystom, ze wzniesienia się w nadrzeczywistośc, gdzie wszystko wolno, bo nie ma (i nigdy nie będzie) odpowiedzialności – przed suwerenem i/lub Najwyższym Bogiem.

Faktycznie, jeśli coś nie huknie, odpowiedzialności przed suwerenem nie będzie, bo suweren umarł. Są tylko martwe zapisy o tym niebycie w Konstytucji, tak zresztą napisanej , żeby w mętnej wodzie prawa, każdy – kto ma namaszczenie grupy trzymającej władzę –  ryby mógł łowić. Tak.

A o odpowiedzialności przed Najwyższym na Sądzie Ostatecznym to raczej nie ma po co gadać do gangsterów, banksterów, celebransów i oświeconych oligarchów, gdyż oni już dawno pogardzili moherowymi wyznaniami tradycyjnych religii. Życie tu i teraz to nie wstęp do życia wiecznego –  nagrodą lub karą będącego za przestrzeganie lub łamanie boskich przykazań. Kradnij, najlepiej miliardy, o ile, bo nie złapią. Kłam na potęgę i obiecuj gruszki na wierzbie, o ile, bo uwierzą. Zabijaj, najlepiej na raty, o ile, bo dostałeś biały kitel lub czarną togę, gdyż to nie jest karalne, zaś piekło bliźniego nie jest twoim piekłem. Nie ma nic poza materią tego świata, czyli najmocniejszym graczem jest ten, który skutecznie realizuje własne żądze i wygrywa. Prawda?

Jaka prawda, skoro kłamstwo daje oręż zwycięstwa. Wspólnota narodowa, silne państwo polskie i społeczeństwo? Jaka wspólnota, skoro jest łańcuch pokarmowy darwinizmu i rekin musi pożerać płotki, a pasterz strzyc owce.

Dokąd idziesz cywilizacjo owiec? Komu dajesz się prowadzić?

Idę nad przepaść nihilizmu Lucyfera i daję się prowadzić fałszywym prorokom Złotego Cielca. Jak nie, jak tak.

Wróćmy na naszą szachownicę. III Rzeczpospolita wykonała szereg ruchów, które oduczyły nas reguł gry o przetrwanie, planowania i obrony własnych interesów. Oddaliśmy banki i media w obce ręce, oddaliśmy najzdolniejsze dzieci i rodziny w obce rece. Oddamy strategiczny przemysł, ziemię i co pod ziemią, infrastrukturę i resztkę polskiej własności…I co nam zostanie? Miałeś chamie złoty róg, ostał ci jeno sznur – oto podsumowanie dla toastów Jaruzelskiego i Wałęsy. Zdrowie wasze w gardła nasze.

Na szachownicy jest szach – tuż przed matem. Co można zrobić? Nic. Obudzić się i przewrócić planszę.

Siadamy do nowej gry! Kto znajdzie w sobie odwagę? Nikt. Owce są stadem tchórzy prowadzonych na rzeź.

Owco, droga owco, a czy ty wiesz przynajmniej, kto poderżnie ci gardło? Nie, nawet o tym nie śnisz. Już jesteś martwa.

Gdzieś sobie tam trawę skubiesz. Cieszysz się, gdy czasami wyłączą elektrycznego pastucha i wejdziesz komuś w szkodę – taki system. Von donek vel matolek z uśmiechem pobłogosławi z ekranów telewizyjnych twoim urojeniom. Odpowiesz po baraniemu – uśmiechem, by mordę znów w trawę opuścić. Żreć trzeba tu i teraz.

Nażreć się i już. Owce nie grają w szachy. To gra królów i elit. Króla nie mamy, a jaka z nas elita? Co najwyżej, zdemobilizowana, zapędzona w kozi róg. Podadzą zatrute żarcie, zawieszą nam podprogową ekstazę na obrazie i słowie von donka vel matolka. I tiul, i atłas –  to jest ful wypas na kanapie. Fura, skóra i dziewura z korporacji.

Żartowniś ze mnie. Na pohybel rurom prowadzącym do piekła. Nie szkoda róż, gdy tak pięknie nam  kampania rozkwita. Debaty o debatach. Baty na gołą dupę opozycji. Jaki mózg wytrzyma ostrzał takiej frekwencji fal podprogowych. Ta, musi być wiwat ludu nad zieloną wyspą. Musi, musi. Von donek, von bronek, von atomek vel matolek   znów wyruszą w poszukiwaniu przygód, bo nie odnaleźli swego Pacanowa..

Rozwalmy  planszę. Że co? Że nie da się. A nie da i co? Wybory pokemonów muszą wyłonić zwycięzców. Widzisz,  w jaki  power frazesów  idzie im gęba? Wybieraj.

Rozwalmy planszę. Da się. Trzeba ledwie uzmysłowić sobie, że  elektronicznego pastucha postawiono w umyśle obywatela, by już na zawsze przegrywał z właścicielami materii i wirtualnej kasy. Ciekawe jak wszystkie te telewizyjne mordownie odpowiedziałyby na jeden dzień bojkotu. Dziękuję, nie oglądam waszej hucpy. Dwa dni, tydzień, miesiąc…Czy owce są zdolne do bojkotu pastwisk ogrodzonych przez elektrycznego pastucha?  Nie, nie gotowe…

Nie jesteś owcą – bojkotuj.

System da się zdemontować, kawałek po kawałku, ale najpierw trzeba wyjąć planszę wirtualnych szachów z własnej głowy. Głowę napełnić sensem niepodrabianych myśli. Prawdą o sobie. Umyślić sobie cel, wykrzesać z emocji motywację, spotkać się z bliźniaczą duszą. Świat jest wielki, a my, prawie wszyscy, jesteśmy duszami bliźniaczymi – jako ludzie i nie owce.

No dobra. Ale dla kogo napisałem ten kipiący od drwin  felieton? Dla owiec? Nie. Owce nie przeżyją – już są martwe. Napisałem to dla wojowników ducha, którzy mają dość harcowników wilka vel lisa. Dla myśliwych, którzy zastrzelą wilka, brzuch mu wyprują i uwolnią babcie, a i jej wnuczkę –  z trzewi lewiatana. Bajki dobrze się kończą. A życie?

Potraktuj moje słowa jako apologetykę szachów.  To gra królów i elit. Gramy o cywilizację życia, przeciw cywilizacji śmierci.  Musimy otworzyć szkołę dla mistrzów. Napisać kilka podręczników, odnaleźć prawdziwych nauczycieli i przewodników duchowych. Nie mamy wyjścia, jeśli chcemy przetrwać i wyruszyć w dalszą podróż.

A coby nie przebrzmieć gołosłownie, w mym słowie przedwyborczym,  zasugeruję siedem ruchów do przodu. Tyle dziś widzę. Lucyfer woli liczbę sześć.

Lecz ta przypowiastka zostanie już, niestety albo stety,  zapisana w drugiej części „Gry w szachy z Lucyferem“.

I oczywiście, koniec żartów. Ja nie gram sam. To nasz wspólny mecz.

Posted in Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Zmęczeni małżeństwem

Posted by tadeo w dniu 7 września 2011

Jeszcze kilkanaście lat temu emeryci z krajów Europy Zachodniej czy też Stanów Zjednoczonych, gdy przechodzili na emeryturę, oddawali się uprawianiu przeróżnych sportów, odkurzali swoje zarzucone z powodu braku czasu pasje, a także podróżowali. Dzisiaj zdobywają się też na odwagę i decydują na rozwód, jeśli w małżeństwie nie byli szczęśliwi. Podobnie zaczyna być też w Polsce.

Krystyna ma nieco ponad sześćdziesiąt lat. Jej małżeństwo trwało 39. Zdecydowała się odejść od męża, czym zaskoczyła dorosłe już dzieci oraz znajomych. Nikt nie mógł zrozumieć, dlaczego wzięła rozwód akurat teraz.

Zaskoczenie było tym większe, że bliscy nie zauważyli między małżonkami konfliktu. – Nie było widać, że coś złego dzieje się w naszym związku – mówi Krystyna – bo nic się nie działo. Było cicho i pusto.
Psychologowie są zdania, że właśnie cisza oraz pustka są symptomami małżeńskiego wypalenia. Po kilku dekadach wspólnego życia ona i on już dawno wypracowali sobie metody wyjaśniania kwestii spornych i nauczyli się akceptować różnice. Bo małżeństwa z długoletnim stażem rozpadają się nie dlatego, że nie mogą się porozumieć, ale dlatego, że partnerzy nic do siebie nie czują i nie mają ochoty tego zmieniać. A jeśli w związku nie ma mocnych i pozytywnych impulsów, pary zaczynają przejawiać oznaki zmęczenia małżeństwem.
Żyjemy wszak długo. Małżeństwa z dwudziestoletnim stażem mają w perspektywie kolejne 20, a może nawet 30 lat bycia razem. Dzieci są na swoim, a wnuki nie potrzebują już stałej opieki. Dziadkowie mogliby zacząć nowe życie we dwoje, a tymczasem coraz częściej wolą się starzeć z kimś innym, niż z tą samą od lat żoną, czy tym samym mężem.

Według francuskiego Narodowego Instytutu Studiów Demograficznych (INED) liczba rozwodów wśród ludzi po sześćdziesiątce wzrosła – od 1985 roku – dwukrotnie. Zdaniem francuskich naukowców głównie dlatego, że zakochanie przestało być uważane za przywilej zastrzeżony wyłącznie dla młodych.
Jeszcze 20 lat temu rozstanie sześćdziesięciolatków było czymś wyjątkowym, a nawet nieprzyzwoitym. Jednak z roku na rok par w wieku – nazwijmy to – emerytalnym, które chciały zacząć życie z kimś innym, jest coraz więcej. Seksuolog z Lyonu Gerard Ribes tłumaczy to wzrostem znaczenia jednostki w społeczeństwie. Dlatego również ludziom starszym daje się prawo decydowania o tym, czego sami chcą. Nie muszą już koniecznie kierować się wyłącznie zasadą, co wypada i co przystoi.
Szukają więc nowych dróg rozwoju osobistego. Zwłaszcza jeśli stać ich na to i mają apetyt na życie. Okazuje się na przykład, że częstym powodem rozwodzenia się małżeństw o dużym stażu jest po prostu nuda. Trudno we dwoje znosić szarą codzienność. Tym bardziej, że gdy mężczyzna przechodzi na emeryturę, zaczyna spędzać znacznie więcej czasu w domu, czyli tam, gdzie dotąd królowała kobieta. Pląta się pod nogami, chce decydować o sprawach domowych, które dotąd dla niego nie istniały, a w innych sferach życia nie ma nic nowego do zaproponowania. Nagle okazuje się, że mąż i żona mają własne nawyki i inaczej organizują swój świat, który ma się nijak do świata współmałżonka.
Naukowcy twierdzą, że przyczyną wielu rozwodów jest też przemoc. I nie chodzi tu o fizyczne znęcanie się nad drugą osobą, ale o tak zwaną przemoc słowną, co bywa w związkach o długim stażu czymś powszechnym. Innym rodzajem przemocy, który partnerzy stosują wobec siebie, jest przemoc milczenia traktowana jako kara.
Alkoholizm i niewierność – częściej jednak ze strony mężczyzny – też bywają powodami rozwodów. Kobiety, nawet te starsze, znajdują wsparcie w otoczeniu i nie chcą już cierpieć do śmierci. Znaczące miejsce wśród przyczyn rozwodów zajmuje też seks, a właściwie jego brak. Okazuje się, że niemal 50 procent sześćdziesięciolatków nie utrzymuje ze sobą kontaktów seksualnych.
W Polsce pokutuje tu wychowanie. Wpaja się młodym kobietom i mężczyznom, że seks to jest obowiązek, który ma na celu prokreację. Jeśli cel ten – z przyczyn naturalnych – odpada, nie ma powodu wypełniania obowiązku. Takie nastawienie zmienia się także i u nas, ale chyba wolniej niż w krajach, gdzie starość nie jest postrzegana wyłącznie jak dopust boży, ale jako kolejny, ważny etap w życiu.
Ciekawe, że – wedle francuskich badaczy – w sześciu przypadkach na dziesięć to kobieta występuje z inicjatywą rozwodową. Nie jest to jednak proporcja charakterystyczna akurat dla osób po sześćdziesiątce. Utrzymuje się w każdym przedziale wiekowym.
Ale nawet jeśli z pomysłem rozwodowym „wyrywa się” partner, to kobieta bywa tą propozycją mniej zaskoczona niż mężczyzna, który dowiaduje się, że jego żona żąda rozwodu. Nie dziwi też, że większość rozwodów dokonuje się w miastach. W większych aglomeracjach jest się bardziej niezależnym, bardziej anonimowym, a przez to mniej narażonym na negatywne opinie sąsiadów czy znajomych.
Nie wszyscy po rozpadzie starego związku tworzą nowy. Jeżeli małżonkowie po rozstaniu mieszkają osobno, często wracają do siebie po latach rozłąki.
– Tak było i w naszym przypadku – mówi 75-letnia dzisiaj pani Joanna z Krakowa. – Po przejściu męża na emeryturę nie mogliśmy się pomieścić w jednym domu, chociaż żyliśmy w nim razem od prawie 35 lat. Każde było z czegoś niezadowolone, jedno drugiemu przeszkadzało, zamiast się wspierać. Zamieszkaliśmy oddzielnie. Po pięciu latach – tyle zajęło nam przemyślenie sobie wzajemnych relacji – uznaliśmy, że jednak postaramy się wypracować kompromis. Znowu jesteśmy razem, a ja, prawdę mówiąc, czuję się jak młoda mężatka.
Bywa też tak, że po rozstaniu ze współmałżonkiem kobieta albo mężczyzna – bez względu na wiek – odnajduje nową miłość. Zwłaszcza że obecnie społeczeństwo coraz częściej przyjmuje bez oporów „zakochanie się” na każdym etapie życia.
Najostrożniej do nowych partnerów rodziców odnoszą się dzieci. Nie jest im łatwo zaakceptować to, że mama lub tata domagają się prawa do seksualności. Pan Jan, dzisiaj 77 lat, od dziesięciu lat jest w związku z kobietą, poznaną po rozwodzie z żoną, z którą przeżył 30 lat. – Nie było mi łatwo. Dzieci obawiały się, że przepiszę dom na Martusię, że stracą spadek, że była żona zostanie bez środków do życia. Musiałem zadeklarować, że wszystkie sprawy majątkowe będą uregulowane tak, jakbyśmy wcale się nie rozwodzili. Rodzina byłej żony uznała, że zwariowałem na stare lata. A my wbrew wszystkiemu zamieszkaliśmy razem i nie żałujemy ani jednego wspólnie spędzonego dnia. Tylko, że nie każdy jest tak zdeterminowany i nie każdy jest przekonany o tym, że na stare lata wcale nie musi się poświęcać.
Jadwiga (68 lat) została kompletnie zaskoczona decyzją męża, który oznajmił jej, że złożył pozew o rozwód. Ona, głęboko wierząca katoliczka, nie może zrozumieć, o co mu chodzi. Przecież mają dom i pieniądze. Mogliby razem cieszyć się sukcesami utalentowanych wnuków, jeździć na działkę. Ona by mu gotowała, a on odpoczywałby na balkonie po obiedzie. Tak dotarliby – jedno obok drugiego – do kresu. Jak Pan Bóg przykazał. Tylko, że on chciał zupełnie czegoś innego. Chciał, by o siebie dbała, chciał pojechać do przyjaciół do Rzymu – ona uważała, że te pieniądze, które mieliby zmarnować na podróż, przydadzą się córce. On chciał seksu, a ona odpowiadała, że mu się w głowie koci na stare lata. No to znalazł sobie panią trochę tylko młodszą i zaczął nowy etap w swoim życiu. – Nie wiem, jak długo będę jako tako zdrowy, nie wiem, czy wszystkie plany uda mi się zrealizować, ale będę się starał z całych sił. Nie mam zamiaru gnuśnieć na balkonie i poświęcać się wnukom. Kocham je i zawsze będę je wspierał, ale nie będę żył ich życiem – mówi Andrzej (69 l.).
Nie wszyscy zasiedziali małżonkowie potrafią przenieść ciężar wspólnego bycia – z rozwiązywania konfliktów na zwiększanie wzajemnej bliskości. Wiele par przez lata nie pracowało nad wzbogaceniem związku. John M. Gottman, profesor psychologii na uniwersytecie w Waszyngtonie, autor książki „The Seven Principles for Making Marriage Work” (Siedem zasad małżeńskiego sukcesu) pisze, że ludzie przechodzą na emeryturę i nie wiedzą, jak ze sobą rozmawiać, dlatego, że przez całe życie wyłącznie wymieniali informacje, przekazywali polecenia i załatwiali sprawy. Teraz nie umieją znaleźć się w towarzystwie drugiego człowieka.
Ci małżonkowie, którzy nie potrafią rozwijać pozytywnych aspektów związku, są zagubieni, samotni i przygnębieni. Iskra ich miłości przygasa. Przestają się wzajemnie pociągać, a nawet lubić. Jednak ogień, który dawał ciepło w małżeństwie, można rozpalić na nowo – mówią psychologowie. Ale potrzebna jest otwartość na przygody, poczucie humoru, czułe gesty, plany. Pary z długim małżeńskim stażem zgromadziły przecież duży emocjonalny kapitał. Można do niego sięgnąć, by rozbudzić emocje i wprowadzić nowe rytuały, jak chociażby spacery w parku, czy wyjazdy na weekendy we dwoje.
Ale trzeba też zadać sobie kilka pytań. Czy czujemy wspólnotę celów? Czy uznajemy te same wartości lub podzielamy podobne zainteresowania? Czy myślimy o sobie jak o drużynie, która wiele razem przeszła? Bywa przecież, że ów emocjonalny kapitał całkowicie się wyczerpał. Małżonkowie co prawda nie rzucają w siebie talerzami, ale też nie wychodzą razem i w ogóle mało razem robią. Małżeńskie wypalenie staje się faktem. Niektórzy w takiej sytuacji zdecydują się na rozstanie i będzie to niewątpliwie jedna z trudniejszych decyzji w życiu.
Źródło: Zmęczeni małżeństwem

ZOBACZ TAKŻE:

Posted in Małżeństwo i rodzina, Religia | Leave a Comment »