WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Posts Tagged ‘Żołnierze wyklęci’

Czy warto było tak żyć? Generał Warszyc

Posted by tadeo w dniu 4 kwietnia 2011

Stanisław Sojczyński (ur. 30 marca 1910 w Rzejowicach, zm. 19 lutego 1947 w Łodzi. ) ps. „Warszyc”, „Wazbiw”, „Wojnar”, „Świrski”, „Awr”, „Zbigniew” – kapitan piechoty Wojska Polskiego i Armii Krajowej, organizator i dowódca Konspiracyjnego Wojska Polskiego.

Pochodził z chłopskiej rodziny Michała i Antoniny ze Śliwkowskich[2]. W 1932 r. ukończył Państwowe Seminarium Nauczycielskie w Częstochowie. W tym samym roku ożenił się z Leokadią Kubik. Następnie ukończył Dywizyjny Kurs Podchorążych Rezerwy Piechoty przy 27 Pułku Piechoty w Częstochowie. W dniu 1 stycznia 1936 r. został awansowany na podporucznika rezerwy. Od 1934 r. pracował jako nauczyciel w szkole powszechnej w Borze Zajacińskim koło Częstochowy. Uczył języka polskiego. Działał wówczas w Związku Nauczycielstwa Polskiego i Związku Strzeleckim.

Podczas wojny obronnej 1939 r. podporucznik rezerwy Stanisław Sojczyński walczył w okolicach Hrubieszowa w składzie grupy „Kowel” dowodzonej przez pułkownika dyplomowanego Leona Koca. Po niepowodzeniach w walkach koło Janowa Lubelskiego został rozbrojony przez żołnierzy sowieckich. Uniknął jednak niewoli i pod koniec września 1939 r. próbował przedrzeć się do Warszawy, aby wziąć udział w jej obronie. Po upadku stolicy postanowił wrócić do Rzejowic, gdzie szybko włączył się do pracy konspiracyjnej. Jesienią 1939 r. został członkiem Służby Zwycięstwu Polski pod pseudonimem „Wojnar” (później używał także pseudonimów „Zbigniew” i „Warszyc”). Przystąpił wówczas do organizowania Podobwodu SZP, a następnie ZWZ Rzejowice, który wkrótce stał się jednym z najlepiej zorganizowanych rejonów konspiracyjnych. Z tego powodu jeszcze w 1939 r. porucznik Sojczyński został komendantem Podobwodu Rzejowice AK, a od października 1942 r. pełnił także funkcję zastępcy komendanta Obwodu Radomsko AK, będąc jednocześnie szefem Kierownictwa Dywersji (Kedywu) w Obwodzie. Szybko okazało się, że ma on duże zdolności dowódcze. Do jego największych osiągnięć należało zaatakowanie w nocy z 7 na 8 sierpnia 1943 r. niemieckiego więzienia w Radomsku]. W wyniku przeprowadzonej akcji uwolniono około 50 osób: ponad 40 Polaków i 11 Żydów[potrzebne źródło], a oddział zdołał się wycofać z miasta z minimalnymi stratami. Za tę akcję porucznik Stanisław Sojczyński został odznaczony orderem Virtuti Militari V klasy]. Wkrótce utworzył pierwszy na terenie obwodu oddział partyzancki, którym dowodził do listopada 1943 r. W czasie akcji „Burza” dowodził I batalionem 27 pułku piechoty AK, staczając na terenie powiatu Radomsko, wchodzącego w skład Inspektoratu Częstochowskiego AK, wiele potyczek z Niemcami.

Posted in Filmy - Polecam, Filmy dokumentalne, Filmy i slajdy, Historia, POLECAM | Otagowane: | Leave a Comment »

Zabito go strzałem w potylicę

Posted by tadeo w dniu 2 kwietnia 2011

Świadkowie bohaterskiego życia i śmierci „żołnierzy wyklętych”


Kiedy ppłk Łukasz Ciepliński usiłował przypomnieć sądowi, że został odznaczony orderem Virtuti Militari za zniszczenie sześciu niemieckich czołgów, prokurator odebrał mu głos, twierdząc, że mówi nie na temat

Z Franciszkiem Batorym, bratem Józefa Batorego ps. „Argus”, który wraz z sześcioma innymi członkamiIV Zarządu Głównego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość” 1 marca 1951 r. został zamordowany w mokotowskim więzieniu, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Był Pan naocznym świadkiem procesu siedmiu żołnierzy WiN. Jak traktowano Pańskiego brata i jego kolegów?
– Przez trzy lata, tj. od listopada 1947 r. do października 1950 r., w potwornych warunkach prowadzonego śledztwa fabrykowane na użytek sądu fakty stały się podstawą do oskarżenia, wytoczenia procesu i wydania wielokrotnego wyroku śmierci na siedmiu członków wspomnianego IV Zarządu Głównego Zrzeszenia WiN. Dla mnie, 21-letniego młodzieńca, studenta, była to kpina, a nie proces. Obrońcy ograniczyli się jedynie do prośby o łagodne wyroki. Od początku było wiadomo, że jest to proces sfingowany, z góry ukartowany był także wyrok. Kiedy ppłk Łukasz Ciepliński – były komendant AK w Rzeszowie, usiłował przypomnieć sądowi, że został odznaczony orderem Virtuti Militari za zniszczenie sześciu niemieckich czołgów, prokurator odebrał mu głos, twierdząc, że mówi nie na temat.

Jak proces relacjonowały media?
– Tak jak wszystkie posunięcia sił wrogich systemowi. W „Trybunie Ludu”, która promowała działania ówczesnych komunistycznych władz, pojawiało się szereg kalumnii na temat oskarżonych. W temacie „Proces przeciwko Łukaszowi Cieplińskiemu i innym” – bo pod takim hasłem ukazywały się wiadomości – posługiwano się stekiem kłamstw.

Znał Pan kolegów z ławy sądowej swojego brata?
– Nie, nie znałem. Wcześniej, mimo iż wielokrotnie jako goniec jeździłem z różnymi materiałami do Krakowa czy innych miast, nie mogłem ich znać z uwagi na głęboką konspirację. Nawet nie mogłem się spotykać z bratem. Ludzi tych, ich charaktery poznałem dopiero w trakcie procesu, słuchając, jak mówili, jak się zachowywali. Mimo iż byli bladzi jak ściana, ich postawa była godna oficerów – honorowa. W żaden sposób się nie płaszczyli, swoich zeznań nie odwoływali. Uczestniczyłem w procesie sądowym, ale na ogłoszeniu wyroku nie byłem, bo dziwnym zbiegiem okoliczności właśnie w tym dniu wezwano mnie do stawienia się przed komisją wojskową w Rzeszowie w celu poboru do wojska.

Jak dowiedział się Pan o straceniu brata?
– Prawdę powiedziawszy, żyć się nie chciało, kiedy z więzienia na Mokotowie skierowano mnie na ul. Koszykową w Warszawie, i kiedy dwóch funkcjonariuszy na stojąco bezceremonialnie oświadczyło mi krótko: brat Józef z prawa łaski prezydenta Bieruta nie skorzystał. Wyrok został wykonany. Skierowano mnie także do Urzędu Stanu Cywilnego Warszawa Śródmieście, gdzie odebrałem akt zgonu. Kiedy poprosiłem o zwrot rzeczy należących do mojego brata, oznajmiono mi tylko, że żadne pamiątki nie były gromadzone. Dowiedziałem się również, że nie była prowadzona ewidencja pochówku. Tak mnie zbyto.

Czy próbował Pan dochodzić, gdzie jest pochowany Józef?
– Wielokrotnie zwracałem się na piśmie do Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie o wskazanie miejsca pochówku oraz dopuszczenie do akt. Miejsca mi nie wskazano, natomiast dopuszczono mnie do akt. W 1957 r. miałem okazję przeglądać te akta z zastrzeżeniem, żebym nie ważył się otwierać zalakowanych kopert i zaglądać do środka. Te tajne dokumenty otworzył dopiero minister sprawiedliwości i prokurator generalny Aleksander Bentkowski i wtedy poznaliśmy ich treść.

Co zawierały?
– Był to protokół z wykonania wyroku śmierci z nazwiskami osób, które w tym mordzie uczestniczyły. Z tego, do czego mnie dopuszczono, porobiłem sobie notatki. Była to po prostu relacja z procesu i to, co mówił wówczas mój brat.

Jak z perspektywy czasu patrzy Pan na bohaterstwo swojego brata?
– Najpierw przytoczę może trzy opinie. Pierwsza pochodzi z czerwca 1981 r., z mojej rozmowy z ks. prof. Władysławem Smoleniem – historykiem sztuki KUL, który znał brata jeszcze z okresu okupacji, kiedy był kapelanem Armii Krajowej w Kolbuszowej. „Pana brat kpt. Józef Batory to był urodzony konspirator”. Z kolei por. Franciszek Bieleń, kolega mojego brata, który również był aresztowany i przebywał w więzieniu na Mokotowie, opowiedział mi po wyjściu, że w końcowym etapie jego postępowania jeden śledczy pochodzenia żydowskiego powiedział: „Rozeszliście się po tej Polsce jak pluskwy. Gdyby was było więcej, takich jak ty i Józef Batory, to cała Polska byłaby w waszych rękach”. Natomiast łączniczka AK Aniela Mielcuszny ps. „Wadas”, dziś lekarka żyjąca w Szwajcarii, powiedziała mi, że kiedy brata Józefa w rozmowach pytano o coś więcej, odpowiedź jego była krótka: „Im mniej wiesz, tym lepiej dla ciebie”. Potwierdza się zatem wcześniejsza opinia ks. prof. Smolenia, który mojego brata określił mianem „urodzonego konspiratora”. Tak samo było podczas procesu, kiedy mówił krótko i węzłowato. Pamiętam, jak odpowiedź brata, który powiedział: „Uważaliśmy, że drogą parlamentarną wpłyniemy na to, aby Polska była państwem takim, jakim uważaliśmy, że być powinna”, wywołała śmiech prokuratora i składu sędziowskiego. Moim zdaniem, tym ludziom – komunistom będącym na usługach obcego państwa, pozostał tylko śmiech, bo w głowach im się nie mieściło, że może być taka siła w Polsce, która ośmieli się pełnić funkcję dzisiejszej opozycji. Trzeba też powiedzieć, że sądy ówczesnej niby wolnej Polski posługiwały się doraźnym prawem wprowadzonym przez Sowietów. Trudno je nazwać niezawisłymi, skoro dominowały tam nakazy monopartii.

Pana najdroższe wspomnienia o bracie?
– Był dla mnie drogowskazem, moim testamentalnym opiekunem po śmierci rodziców: matki i ojca, który był honorowym prezesem powiatowych struktur Polskiego Ludowego Stronnictwa „Piast” w Kolbuszowej i przyjacielem Wincentego Witosa. Brat Józef często mówił mi o potrzebie nauki i kształcenia. To on doradzał mi, żeby wybrać naukę języka angielskiego, który – jak twierdził – będzie kiedyś potrzebny. W 1944 r. mówił do mnie: „Pamiętaj, przyszła Polska będzie państwem demokratycznym, wolnym i nowoczesnym”. Takiego go pamiętam.

Mord siedmiu działaczy WiN przypomina zbrodnię katyńską…
– Owszem. Zabito ich strzałem w tył głowy. Był to zatem podobny mord do zbrodni katyńskiej dokonany przez Sowietów, tym razem ręką polskich komunistów będących na ich usługach.

Pan również trafił do więzienia.
– Miałem 16 lat, kiedy 26 maja 1945 r. pluton UB i milicji, spodziewając się oporu, otoczył posiadłość Batorych w Kolbuszowej. W domu były jeszcze dwie siostry, 14- i 30-letnia. Kiedy wszedł do nas jeden z pracowników UB w Kolbuszowej, który przed wojną jako ludowiec przyjeżdżał do mego ojca, i kiedy siostra przypomniała mu o tych wizytach, ten niewiele się namyślając, odpowiedział: „Teraz nie ma swata, nie ma brata”. Zanim nas wyprowadzili, zrobili rewizję, a potem zagrabili cały nasz dobytek. Ów uzbrojony ubek, który nazywał się Władysław Osetek, powiedział na koniec jeszcze jedno zdanie, po którym ogarnęła mnie trwoga: „Jeśli żyć będziecie, to z jednym bratem się zobaczycie, ale z drugim na pewno nie”. Nie wiem, którego z braci miał na myśli… Znaleźliśmy się w więzieniu UB w Kolbuszowej, gdzie przebywaliśmy trzy miesiące. Nie powiedziano nam nawet, za co zostaliśmy aresztowani, ale podczas częstych przesłuchań wciąż pytano o brata Józefa. Nie bito mnie, chociaż widziałem, jak rozprawiano się z innymi, kiedy krew tryskała po podłodze. Więzienie było jednak mocno przepełnione i panował tam głód. Ponadto zamykając mnie, uniemożliwili mi wówczas ukończenie I klasy gimnazjum.

Można powiedzieć, że cała Pana rodzina doświadczyła prześladowań…
– To prawda. Mojego brata Stefana zamknął np. mjr NKWD o nazwisku Spaszczański, który w czasie frontu przez sześć miesięcy mieszkał u nas w domu. Również bracia cioteczni zostali wywiezieni w głąb Rosji, co więcej – podoficer przedwojenny armii polskiej, mój brat cioteczny Józef Gorzelany został zamordowany przez UB w czasie śledztwa w więzieniu we Wrocławiu.

Walka z systemem, który przynieśli nam Sowieci, trwała jeszcze bardzo długo.
– Ten podziemny sprzeciw prawdziwych Polaków nie zakończył się wraz ze straceniem członków IV Zarządu Głównego WiN. Ostatni „żołnierz wyklęty” – Józef Franczak ps. „Lalek” z oddziału kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka” – zginął w obławie pod Piaskami 21 października 1963 roku. To dowód, że społeczeństwo polskie nie zaakceptowało tzw. wolności narzuconej siłą przez Rosję Sowiecką i polskich służalców będących na ich usługach. Na nic zdały się próby zdrajców Alfreda Lampego czy Wandy Wasilewskiej, by Polskę uczynić na wzór 17 republiki sowieckiej. Mimo to terrorem i bagnetami usiłowano utrzymać władzę. Czego nie zdołano uśmierzyć w Katyniu, czego nie zdołano dokonać w Trzebusce pod Sokołowem Małopolskim i innych miejscach, próbowano robić dalej na bieżąco.

Jak możemy uczcić pamięć „żołnierzy wyklętych”? 1 marca, podczas uroczystości w Pałacu Prezydenckim zaapelował Pan o coś znacznie ważniejszego – o wzniesienie im pomnika w sercach polskiej młodzieży. Jak to zrobić?
– Osobiście jako osoba zobowiązana do dawania świadectwa staram się przy różnych okazjach przekazywać młodzieży prawdę o tamtych trudnych czasach. Uważam, że jest to zadanie dla każdego Polaka. W Warszawie w Pałacu Prezydenckim, dziękując w imieniu rodzin za odznaczenia naszych krewnych, powiedziałem, że marzy mi się pomnik, jakiego dotychczas nie zbudowano. Są architekci, są wykonawcy i jest przepiękne miejsce – tym miejscem są serca i umysły Polaków, polskiej młodzieży, a inżynierami i wykonawcami tego monumentu są nauczyciele i wychowawcy, od przedszkoli począwszy. Oni wszyscy są do tego powołani i w sumieniu swoim odpowiedzialni, by w obiektywny sposób przekazywać synom i córkom, dzieciom i młodzieży prawdę o naszym Narodzie i tę prawdę pielęgnować. Dopraszam się o taki pomnik, którego nikt nie zbezcześci. Tym samym pamięć o „żołnierzach wyklętych” trwać będzie w sposób medialny czy w sercach Polaków teraz i w przyszłych pokoleniach.

Jak po latach oczekiwań odebrał Pan fakt przyznania bratu Krzyża Wielkiego Orderu Odrodzenia Polski?
– Po tej głębokiej nocy smutku i żałoby jest to jutrzenka, która wskazuje na to, że czynniki państwowe reflektują się i zaczynają rozumieć, że trzeba dać świadectwo prawdzie przez dziesięciolecia skrywanej, przywołując choćby fakt, że takowi żołnierze – powiedziałbym nie wyklęci, tylko niegdyś wyklęci – walczyli o wolną Polskę i służyli jej wiernie do końca. Jestem usatysfakcjonowany tym, że do tego powrócono. Moim zdaniem, jest to początek przywracania pamięci tych wszystkich, którzy oddali swe życie, walcząc o wolną i suwerenną Polskę. Mam nadzieję, że intencje, jakie wyczułem podczas tej uroczystości, są szczere.

W tę ideę wpisuje się także niedawna uchwała Sejmiku Województwa Podkarpackiego, który 2011 rok ustanowił czasem pamięci IV Zarządu Głównego WiN…
– Sejmik w przyjętej uchwale oddał hołd zamordowanym 1 marca 1951 r. członkom Zarządu Głównego Zrzeszenia WiN: ppłk. Łukaszowi Cieplińskiemu, ppłk. Mieczysławowi Kawalcowi, mjr. Adamowi Lazarowiczowi, mjr. Adamowi Rzepce, kpt. Józefowi Batoremu, kpt. Franciszkowi Błażejowi oraz por. Karolowi Chmielowi, synom ziemi rzeszowskiej, bohaterom kampanii wrześniowej 1939 r., organizatorom i dowódcom różnych szczebli Armii Krajowej Podokręgu Rzeszów w latach 1939-1945. Jednocześnie radni sejmiku zobowiązali się do działań na rzecz przywrócenia zbiorowej pamięci losów tysięcy Polaków, podobnie jak przywódcy WiN skrzywdzonych przez komunistyczne władze. Tym samym od 1 marca 2011 r. cały rok do 1 marca 2012 r. jest Rokiem Pamięci IV Zarządu Głównego Zrzeszenia WiN pod wspólnym hasłem Rok Żołnierzy Wyklętych na Podkarpaciu.

Nie sposób pominąć faktu, że projekt ustawy o ustanowieniu Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” złożył w ubiegłym roku w Sejmie prezydent Lech Kaczyński. Pan współpracował z prezydentem w tej sprawie…
– Trzeba było długo czekać, żeby Rzeczpospolita publicznie zaświadczyła o heroizmie i zasługach dla niepodległości i spłaciła dług wdzięczności wobec swoich bohaterów. Niestety, nawet po 1989 r. w Polsce zbyt długo milczano o losie niepodległościowego podziemia antykomunistycznego, nie doceniając jego roli. Również przez ostatnie lata wiele było odznaczeń i orderów, ale nie dla bohaterów WiN. Jako Stowarzyszenie Społeczno-Kombatanckie WiN, którego jestem członkiem, występowaliśmy poprzez wojewodę podkarpackiego do kancelarii premiera o uhonorowanie żołnierzy WiN. Wówczas otrzymaliśmy od ministra Jerzego Woźniaka informację, że w stosownym czasie to nastąpi. Czas mijał i nic się nie działo, dlatego 5 października 2009 r. wystąpiłem osobiście do prezydenta Lecha Kaczyńskiego z memoriałem o pośmiertne odznaczenie oficerów wojny obronnej 1939 r., oficerów Armii Krajowej i członków Zarządu Głównego Zrzeszenia WiN. Zaznaczyłem, że pragnąłbym dożyć czasu, kiedy wszyscy zostaną odznaczeni. Moim skromnym zdaniem, przyspieszyłem decyzję o odznaczeniu żołnierzy WiN. Jednak najważniejszą rolę odegrał tu prezydent RP Lech Kaczyński, który nadał pośmiertnie Order Orła Białego ppłk. Łukaszowi Cieplińskiemu i Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski kpt. Józefowi Rzepce, a niedługo przed swą tragiczną śmiercią wystąpił do Sejmu o ustanowienie Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Trzeba było tak wiele lat czekać, żeby nastał prezydent, który dostrzeże potrzebę uhonorowania tych, których bohaterstwo i pamięć przez lata deptano.

Atmosfera wokół „żołnierzy wyklętych” zmieniła się diametralnie z chwilą powstania Instytutu Pamięci Narodowej i możliwością dostępu do archiwów peerelowskich…
– Był polski Październik i polski Grudzień, polski Sierpień i polski Okrągły Stół, a mimo to nadal wokół tematu „żołnierzy wyklętych” trwała zmowa milczenia. Skoro jednak wielka machina do zacierania pamięci i fałszowania najnowszej historii Polski przestała działać, zaistniała pilna potrzeba odbudowy i kształtowania na prawdzie historycznej tożsamości narodowej. Roli tej podjęli się historycy Instytutu Pamięci Narodowej, którzy dotarli do głębokich archiwów PRL i odnaleźli dokumenty, które nigdy wcześniej nie widziały światła dziennego. Trzeba było powstania IPN, aby zaczęły wychodzić kolejne monografie o żołnierzach niezłomnych, w dużej mierze zapomnianych, a przede wszystkim nieznanych w polskim społeczeństwie, z powodu zasłony milczenia, jaką na to pokolenie spuściła komunistyczna propaganda. Zasługa IPN jest tu naprawdę nie do przecenienia.

Jak to możliwe, że wciąż duży odsetek naszych rodaków nie zna terminu „żołnierze wyklęci”?
– Często sam sobie zadaję to pytanie i zastanawiam się, na ile zaważył na tym Okrągły Stół i układ z komunistami. Myślę, że ta zmowa ówczesnych elit zamknęła też drogę przed ukazaniem bohaterów prawdziwej i słusznej walki o suwerenny byt państwa polskiego. Komunistom nie zależało na odkryciu prawdy, bo zdawali sobie sprawę, że wiąże się to z utratą wpływów, dlatego okryto zmową milczenia także prawdę o zbrodniach. Mieli bowiem świadomość, że społeczeństwo, poznając prawdę, upomni się i sprawiedliwie ich rozliczy. Natomiast ustanowienie Narodowego Dnia „Żołnierzy Wyklętych” otwiera szeroko oczy rzeszy Polaków, którzy nie mieli pojęcia – i to nie ze swojej winy – o tym, że istniała taka organizacja, która drogą pokojową chciała doprowadzić do tego, by Polska była Polską.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110308&typ=po&id=po10.txt

Posted in Historia | Otagowane: | Leave a Comment »

Ppłk „Janczar” żołnierz wyklęty‏

Posted by tadeo w dniu 30 marca 2011

Na zdjęciu: Trzej bracia: Kazimierz, Lucjan (stoi) i Tadeusz  razem ze stryjem ks. kan. Walerianem w Kamieńcu Podolskim ok. 1912 r.

Swego Stryja Lucjana nie pamiętam, bo w okresie okupacji byłem 2-6 letnim dzieckiem. Był czas, gdy dom moich Rodziców na Białobrzeskiej na Ochocie był jednym z wielu punktów kontaktowych mojego Stryja – spotykał się tu ze współpracownikami czy łączniczkami podziemia w czasie Jego okupacyjnej pracy jako inspektora AK Podokręgu Warszawa Wschód. Po wojnie nasza rodzina miała tylko nikłe informacje o tym, co się ze Stryjem stało. Wiadomo było, że wiosną 1945 był sądzony i skazany. Czy wyrok wykonano, czy nie – nikt nie wiedział. Stryjenka Hela, żona Lucjana – choć z więzienia odebrała po Nim jedynie drewniany krzyżyk z wyrytym na nim jego pseudonimem „Janczar” – ciągle żyła nadzieją, że On żyje, że został, jak wielu innych, wywieziony na Wschód. Przez wiele lat poszukiwała Go przez Czerwony Krzyż. Komunistyczni oprawcy uważali, że nawet do pochowania ciała swego męża nie miała prawa.

Przez wiele lat tak zwanej Polski Ludowej sytuacja nie zmieniła się. Śmierć Stalina w marcu 1953, nastanie władzy Gomułki w 1956 roku, krwawe rozprawy z robotnikami z lat 1956 i 1970 i 1976 nic w tym względzie nie zmieniały – dostęp do wiedzy historycznej był w Polsce skutecznie blokowany przez komunistyczne władze, tym bardziej, gdy chodziło o wiedzę o ludziach skazanych w kapturowych sądach lat 1944-1956. Prawie nic nie zmieniło tej sytuacji także dojście do władzy Gierka w 1970 roku, ani krótki żywot Solidarności w 1980-81 roku. Po 1989 roku, blokada informacyjna nadal istnieje. Nie pomogła nawet rehabilitacja sądowa Stryja Lucjana, którą przeprowadził mój starszy brat Krzysztof. Akta śledztwa nadal były tajne! Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych nie zdawałem sobie sprawy, że zdołam dowiedzieć się czegoś więcej ponad te okruchy wiedzy, które mieliśmy o Stryju.

Od czasu, gdy przeszedłem na emeryturę, mam już czas na biblioteki i archiwa. Postanowiłem wykorzystać różne możliwości, zacząłem poszukiwać źródeł wiedzy o życiu mojego Stryja. Teraz mogę powiedzieć, że nie spodziewałem się, jak dużo swoją wiedzę poszerzę. W jakim zakresie mi się to udało, o tym przekona się Czytelnik. Zdaję sobie sprawę, że jako zupełnie do tego nieprzygotowany, nie umiałem odkryć jeszcze wiele bardzo ważnych śladów i trafić do istotnych źródeł. Poszukiwania, wykonane przecież przez niefachowca pokazują, jak dużo można jeszcze odtworzyć z historii, wydawałoby się, dawno zapomnianej. Zapomnianej z przyczyny machiny totalitarnej ostatniego półwiecza, nastawionej tak, aby zmiażdżyć naszą polską pamięć o nieugiętej postawie naszych żołnierzy. Teraz, gdy większość świadków już nie żyje, żałuję bardzo, że nie miałem możliwości zająć się swymi amatorskimi badaniami 20-30 lat wcześniej. Teraz widzę, ile szczegółowych pytań mógłbym zadać swoim nieżyjącym moim Rodzicom i krewnym, których wśród nas już nie ma – a także, ile informacji uzyskałbym od ludzi, którzy przeżyli, a byli świadkami działalności mego Stryja, chociaż dotrzeć do nich było dość trudno. Do kilku osób jednak, nawet dzisiaj, udało mi się dotrzeć i od nich informacje otrzymać. Teraz, w czasach komputerów i różnych systemów audio, o ile łatwiej wykonać tego typu pracę, niż dawniej.

Na Ukrainie

Lucjan urodził się 4 lutego 1897 w miejscowości Białewody w guberni charkowskiej na północno-wschodniej Ukrainie, nieco na południe od rosyjskiego Kurska. Został ochrzczony 20 listopada 1897 w kościele rzymsko-katolickim w Sumach. Był jednym z trzech synów Hilarego i Olimpii. Jego ojciec Hilary, urodzony w 1855 roku, był synem Ludwika, właściciela niedużego majątku Łopacińce koło Niemirowa i Winnicy. Mój Dziadek Hilary opowiadał mojemu ojcu wspomnienie ze swego dzieciństwa, jak to w rodzinnym domu, podczas rewizji carskiej ochrany, ukrywał pod swym ubraniem oddane mu przez rodziców niedozwolone pisma. Był to czas Powstania Styczniowego. Czy ojciec Hilarego Ludwik stracił wtedy swój warsztat pracy Łopacińce – nie wiemy.

Prawdopodobnie tak, bo Hilary nie pracował później na swoim, jak jego ojciec, choć został agronomem. Administrował we wschodniej Ukrainie w guberni charkowskiej majątki hr. Michała Iwanowicza Tereszczenki, późniejszego ministra finansów i spraw zagranicznych w rządzie Kiereńskiego.

Ciekawe spostrzeżenie zrobił w swojej pracy magisterskiej (2010 r.) na temat  „Janczara” młody historyk Paweł Wróbel: „Tereszczenko 25 sierpnia 1917 roku  w Sali Konserwatorium Petersburskiego podpisał razem z ambasadorami Wielkiej Brytanii, Francji, Stanów Zjednoczonych, Włoch, Portugalii i Rumunii akt uznania niepodległości Polski”.

Dziadek Hilary po ciężkiej chorobie zapalenia stawów zmarł w Kamieńcu Podolskim w 1911 roku w wieku 56 lat. Jego żona, matka Lucjana – Olimpia, córka Piotra Protesowicza i Justyny z domu Żaboklickiej urodzona w 1869 roku w Kiszyniowie, zmarła po wojnie w Jeleniej Górze w 1946 roku. Babcię Lipcię doskonale pamiętam. Była osobą bardzo pobożną i ascetyczną, jakby już bardzo zmęczoną swym bardzo trudnym życiem, samotnym wychowywaniem synów i przepadkiem swych kolejnych domów najpierw w Kamieńcu Podolskim (1920) potem w Lidzie (1939). Wiązało się to z Jej dwoma kolejnymi ucieczkami przez zieloną granicę w latach dwudziestych i w 1939 roku.

Lucjan razem ze swymi braćmi, starszym od siebie Kazimierzem (moim Ojcem) i młodszym Tadeuszem, wychowywani byli w tradycji patriotycznej. Szymańscy pieczętowali się szlacheckim herbem rodowym Ślepowron. Ulubioną lekturą braci była „Trylogia” Sienkiewicza i powieści Gąsiorowskiego.

Lucjan w 1909 r. wstąpił do 7 klasowej szkoły handlowej w Kamieńcu Podolskim, którą ukończył w lipcu 1916 r. Już w szkole, mając 14 lat, wstąpił do konspiracyjnego oddziału polskiej organizacji „Strzelec”, w którym szkolenia wojskowe prowadził Marian Nekrasz. cdn.

Na zdjęciu: Rotmistrz 9 pułku strzelców konnych, dowódca I szwadronu, Lucjan Antoni Szymański, Grajewo 1936 r. widoczna baretka Krzyża Walecznych. (fotografia wykorzystana także przez Siedlecki Klub Kolekcjonerów działający przy oddziale „Podlasie” PTTK na wydanej karcie pocztowej)

LUCJAN ANTONI SZYMAŃSKI, (1897-1945) kawalerzysta I wojny 1916-17; wojny polsko sowieckiej 1918-21 (dowborczyk – Legia Oficerska, potem w 1 pułku strzelców konnych w wyprawie kijowskiej, bitwie warszawskiej i niemeńskiej) oraz wojny 1939 roku (II zastępca dowódcy 11 pułku ułanów). Po ucieczce w październiku z niewoli niemieckiej, w okresie 1940-44 inspektor obwodów ZWZ i AK; pseudonimy Kamiński i Janczar. Ostatni dowódca podokręgu AK „Białowieża” Warszawa-Wschód. Odznaczony Krzyżem Walecznych za zasługi w walkach 1919 r., przedstawiony w 1920 roku do odznaczenia Krzyżem Virtuti Militari za zdobycie w walce sztandaru sowieckiej kawalerii. Za zasługi położone na polu wyszkolenia armii odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi (wychowawca i instruktor jazdy bydgoskiej Szkoły Podchorążych Kawalerii), Medalem 10-lecia Odzyskanej Niepodległości, Medalem Interalliée oraz Medalem Pamiątkowym Łotewskim 1918-28. Po aresztowaniu 23 grudnia 1944 i śledztwie NKWD skazany na śmierć i stracony w więzieniu praskim 5 marca 1945 r. Zrehabilitowany 29 czerwca 1993 roku.

Służba w wojsku carskim, Szkoła Wojskowa w Kijowie 14 X 1916 – XI 1917

Po maturze Lucjan Szymański w sierpniu 1916 r. zaczął studia w Handlowym Instytucie w Kijowie, jednak już w październiku powołany został do carskiego wojska. 14 października 1916 roku wcielony został jako „wolontariusz I rzędu” pozwalało to na wybór broni – a 19-letni Lucjan chciał służyć, jak wielu jego rówieśników, w kawalerii. Wcielony do carskiego 8 Pułku Huzarów odbywa w nim dwumiesięczny okres rekrucki. 15 grudnia 1916 odkomenderowany zostaje do 8-go eksploatacyjnego konnego batalionu przy 13 armii, gdzie bierze udział w walkach pozycyjnych I wojny. Służy na froncie do 6 lipca 1917 r., kiedy to zostaje przeniesiony rozkazem do Szkoły Wojskowej im. Wielkiego Ks. Konstantego Konstantynowicza w Kijowie. Jako junkier tej szkoły przez swoje dawne kontakty ze „Strzelcem” nawiązuje od razu znajomość z kolegami ze starszego rocznika z Leszkiem Majewskim i Szymonem Górczyńskim, który w Szkole jest komendantem tajnej „Ligi Polskiej Pogotowia Walki Czynnej”. Lucjan we wrześniu 1917 przystępuje do tej organizacji. Po przewrocie bolszewickim w końcu listopada 1917 roku dostaje wiadomość o powstaniu 1. Korpusu Polskiego – występuje z Kijowskiej Szkoły Wojskowej i przedostaje się w rejon Mińska Litewskiego.

Służba w I Korpusie Polskim gen. Dowbora-Muśnickiego 8 XII 1917 – 3 VII 1918

W ramach I Korpusu uformował się tam Legion Oficerski w sile jednej kompanii piechoty, dywizjonu artylerii i szwad­ro­nu kawalerii. 10 grudnia 1917 roku 20-letni Lucjan Szymański został przyjęty do dowodzonego przez rtm. Bolesława Jatelnickiego oddziału „Legji Podchorążych” nazywanego także „Legją Oficerską” lub „Legją Rycerską”. Jako ostrzelany na froncie I wojny młody kawalerzysta, w styczniu 1918 roku został odkomenderowany do Oddziału Konnych Wywiadowców przy Legji Rycerskiej.

Oddziały Legii Rycerskiej walczą nad Dnieprem z rewolucyjnymi bandami bolszewickimi napadającymi i rabującymi okoliczne polskie majątki i mordującymi pracujących tam Polaków. Walki o przyszłą wschodnią granicę Polski i osłaniające polską ludność w rejonie Rohaczewa, Żłobina i Bobrujska trwają od 12 stycznia do 4 marca 1918.

Po trzymiesięcznych walkach dowódca Legii rotmistrz Jatelnicki uznał zdolności młodego ochotnika Lucjana Antoniego Szymańskiego, jego inteligencję, odpowiedzialność i odwagę – rozkazem numer 165 Dowódcy Korpusu, generała Józefa Dowbór-Muśnickiego z dnia 15 marca 1918 roku, Lucjan został mianowany chorążym z patentem od 1 grudnia 1917 roku. Jak dwa lata później w opinii, wystawionej na prośbę Lucjana, Jatelnicki napisał:

Jako b. Dowódca Oddzielnej Kompanji Junkierskiej w 1 Korpusie Polskim, stwierdzam, iż p. Lucjan Szymański, urodzony w roku 1897., w końcu listopada 1917 roku wystąpił z Kijowskiej Wielkiego Ks. Konstantego Konstantynowicza szkoły wojskowej i przybył d 1. Korpusu Polskiego, gdzie 10 grudnia tegoż roku został przydzielony do dowodzonej przeze mnie „Legji Podchorążych” (później Oddzielnej Kompanji Junkierskiej).

W styczniu 1918 roku został odkomenderowany do Oddziału Konnych Wywiadowców przy Legji Rycerskiej.

Rozkazem Dowódcy Korpusu, Generała Dowbór-Muśnickiego z dnia 15 marca 1918 roku No 165 na mój wniosek został mianowany chorążym z patentem od 1 grudnia 1917 roku.

7. czerwca 1918 roku – po rozformowaniu Oddziału Konnych Wywiadowców – chorąży Szymański powrócił z powrotem do Kompanji Junkierskiej i 3 lipca tegoż roku został zdemobilizowany, udając się na Ukrainę.

Za cały czas służby w 1. Korpusie Polskim chorąży Szymański wyróżniał się jako energiczny, sumienny i dyscyplinowany oficer. Brał czynny udział w walkach Korpusu z bolszewikami od 12.1.18 do 4.3.18 Jatelnicki Pułkownik i dca Wielkop. Szkoła Podchorążych Piechoty w Poznaniu.

Na zdjęciu: Tabliczki na pomniku powązkowskim „Łączka” oficerów pomordowanych w latach 1944 – 1956; W środku tabliczka „Janczara”. fot. T. Szymański

Żołnierze polscy składali w Korpusie Polskim przysięgę według roty z marca 1918 roku:

Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, że Ojczyźnie mojej, Polskiemu Królestwu na lądzie, wodzie i w powietrzu, na każdym miejscu i o każdej porze, wiernie i uczciwie służyć będę, że Najdostojniejszej Radzie Regencyjnej, jako naczelnej władzy Państwa Polskiego, i wyznaczonym przez nią przełożonym i dowódcom posłusznym będę, że dawane mi przez nich rozkazy i przepisy będę wykonywał i w ogóle tak się będę zachowywał, abym mógł żyć i umierać jako mężny i prawy żołnierz polski. Tak mi Panie Boże dopomóż”.

Jak pisze ppłk Henryk Bagiński:

Na zasadzie rozkazu Dowództwa 1-go Korpusu z dnia 20 kwietnia 1918 r. 1-szy Legion Oficerski przeszedł z Rohaczewa do Bobrujska. Odtad obydwa legjony stanowią jedna Legję Rycerską, złożoną z dwóch batalionów, pod dowództwem ppłka Habicha. Dowódcą 1-go bataljonu był kpt. Wrzaliński, 2-go bataljonu – ppłk Łabuć, oddzielnego plutonu artylerii pkpt. Jakowicz, oddziału łaczności – por. Minkiewicz, oddziału konnych wywiadowców (plutonu jazdy) – pkpt. Szelągowski, kompanii podchorązych (z byłej Szkoły Legji Podchorążych) kpt. Jatelnicki.

Już niedługo, bo 4 miesiące później, gen. Dowbór-Muśnicki pod naciskiem Rady Regencyjnej musiał zgodzić się na rozwiązanie i rozbrojenie przez Niemców oddziałów I Korpusu. Zrozpaczeni kawalerzyści łamali i rzucali na ziemię swoje szable, rozstawali się ze swoimi końmi. W tym czasie na teren działania Korpusu Polskiego przybył z Krakowa wysłannik Legionów Polskich – młody Leopold Lis-Kula. Dwudziestoletni major „Kortyn” (taki pseudonim przyjął) został mianowany komendantem POW na Ukrainie i rozpoczął swą działalność werbunkową także w rejonie Mińska i Bobrujska, gdzie stacjonowały oddziały I Korpusu Polskiego. Spotkał też tam Lucjana. Chorąży Szymański napisał później w swym życiorysie: „wiosną 1918 jako członek Ligi oddałem się pod rozkazy wysłannika POW  Lisa Kuli przybyłego na teren I Korpusu”. Lis Kula był rówieśnikiem Lucjana, zaledwie kilka miesięcy od niego starszym. Zmarł z ran 7 marca 1919 roku w wieku 22 lat, po zwycięskiej bitwie z Ukraińcami pod Torczynem.  W tym czasie młody kawalerzysta Lucjan Szymański służy już w Szwadronie Kujawskim.

Kamieniec Podolski lipiec – grudzień 1918

Po rozformowaniu Oddziału Konnych Wywiadowców – 7 czerwca 1918 roku – chorąży Szymański powrócił z powrotem do Kompanji Junkierskiej i 3 lipca tego roku został zdemobilizowany, udając się do domu na Ukrainę, do Kamieńca Podolskiego.

Po demobilizacji żołnierze I Korpusu, w zależności od miejsca zamieszkania, łączyli się w grupy i rozjeżdżali do domów. Przedtem zostali zaopatrzeni w pieniądze (możliwe to było często dzięki temu, że dowódcy uzyskiwali pieniądze ze sprzedaży koni Niemcom). Część najlepszych koni została ukryta w polskich majątkach. Poza tym lepsze konie wymieniano wśród Polaków w zaściankach na gorsze, a gorsze dopiero przekazywano Niemcom. Żołnierze, aby wrócić do domu, dostawali urzędowe przepustki „wizy” demobilizacyjne. Oprócz podróży koleją, dobrą i dość bezpieczną drogą na Ukrainę była podróż statkami rzecznymi. Z Bobrujska rzeką Berezyną do portu rzecznego w Żłobinie na Dnieprze było około 30 km. W Żłobinie była przesiadka na inny statek, a potem Dnieprem przez Rzeczycę i Czarnobyl można było dopłynąć do Kijowa, a z Kijowa dostać się pociągiem do Kamieńca Podolskiego. Nie wiemy, którą drogę wybrał Lucjan, w każdym razie szczęśliwie dotarł do domu.

W ciągu 1918 roku Niemcy zagospodarowywali zajętą przez nich Ukrainę. Lecz spokój był tylko w większych miastach. Na szczęście matka Lucjana, Olimpia Szymańska z jego młodszym 16-letnim bratem Tadeuszem mieszkali w miarę bezpiecznym wtedy Kamieńcu Podolskim, gdzie jeszcze kilka lat przed śmiercią jej mąż Hilary kupił dom na ul. Krzyżowej 17. Najstarszy syn, Kazimierz, przebywał już od 5 lat w Charkowie, gdzie studiował od 1912 roku na politechnice (Te­chnologiczeskij Instytut).

Lucjan przebywał w Kamieńcu Podolskim do świąt Bożego Narodzenia. Ze starszym bratem Kazimierzem w tym czasie widział się krótko, gdyż ten, będąc studentem ostatniego roku Politechniki w Charkowie, w lecie 1918 roku odbywał swoją kolejną praktykę w Biełgorodzie, gdzie po jej zakończeniu dostał pracę. Lucjan na razie odpoczywał w domu ciesząc się obecnością matki i młodszego brata Tadeusza. Ze świata dochodziły wiadomości za pośrednictwem prasy i korespondencji rodzinnej lub od znajomych, a także przekazywanych bezpośrednio przez ludzi przerzucanych w różnych kierunkach przez następujące po sobie wydarzenia.

W listopadzie i w grudniu 1918 roku Ukraina wciąż jeszcze stała w ogniu rewolucji i wojny domowej. Ze szczególną zaciętością było niszczone mienie polskie – wszelkie ślady odwiecznej kultury. Wśród mordów i okrutnych prześladowań jedyną pociechą, krzepiącą ducha Polaków na Ukrainie, były coraz pewniejsze wieści z kraju. Rozbrojenie tam okupantów, powrót z Magdeburga Komendanta Józefa Piłsudskiego, utworzenie rządu polskiego – dały impuls do wytrwania w walce i dalszej pracy dla Polski.(3)

Po 123-letniej niewoli – 11 listopada 1918 roku Polska odzyskała niepodległość. W Kongresówce rozbrojono Niemców.

W związku z rozpadem Austro-Węgier i wybuchem rewolucji w Niemczech i upadkiem cesarstwa niemieckiego, 13 listopada 1918 roku Rosja sowiecka unieważniła brzeski traktat pokojowy z dnia 3 III 1918, jako narzucony jej siłą przez „niemiecki imperializm”.

(1) Henryk Bagiński – Wojsko Polskie na Wschodzie 1914-1920,  Wojskowy Instytut Naukowo-Wydawniczy, Warszawa 1921

(2) Leopold Lis Kula”Kontrym” Po kryzysie przysięgowym (który został spowodowany odmową Piłsudskiego złożenia przysięgi na wierność cesarzom Niemiec i Austro-Węgier) w lipcu 1917 r. za jego przykładem poszła większość żołnierzy I i III Brygady Legionów Polskich. W rezultacie kryzysu, Piłsudskiego uwięziono w Magdeburgu, a legionistów w większości internowano w obozach w Beniaminowie i Szczypiornie. Leopold Lis Kula został zdegradowany i wysłany przez Austriaków na front włoski. W walkach pod Pive został ranny, a po nawiązaniu kontaktu z POW w Galicji postanowił nie wrócić już ze szpitala w szeregi armii austriackiej. Przybył do Krakowa, a Rydz-Śmigły wysłał go na Ukrainę, aby tworzył tam antyniemiecką siatkę konspiracyjną. Potem został skierowany na teren I Korpusu Polskiego. Liczący kilkanaście tysięcy polskich ochotników Korpus był dużą siłą, którą można było wykorzystać do dalszych działań w walkach o niepodległość Polski. Dwudziestoletni major „Kortyn” (taki pseudonim przyjął Lis Kula) został mianowany komendantem POW na Ukrainie i rozpoczął swą działalność werbunkową także w rejonie Mińska i Bobrujska, gdzie stacjonowały oddziały I Korpusu Polskiego.  Rok później, marszałek Piłsudski chciał pozostawić przy sobie Lisa Kulę w sztabie w Warszawie, lecz ten nie zgodził się, prosząc o wysłanie go na front. Walcząc na froncie wołyńskim, 2 marca 1919 mjr Lis Kula odniósł zwycięstwo, gdy dowodzone przez niego polskie oddziały w starciu z przeważającymi siłami ukraińskimi zdobyły miejscowość Poryck, biorąc do niewoli dowódcę oraz około 100 jeńców wraz z sprzętem wojennym m. in. 7 armat i 30 karabinów maszynowych. 6 marca w nocy atakuje i zdobywa Torczyn. Podczas ataku Lis Kula zostaje ciężko ranny w pachwinę. Nad ranem przystąpiono do operacji, podczas której, nie odzyskawszy przytomności, umarł 7 marca 1919 roku w wieku 22 lat. Leopold Lis Kula pośmiertnie mianowany został przez Piłsudskiego pułkownikiem. Ciało przewieziono do Warszawy, a potem odbył się przejazd pociągu żałobnego na uroczystości pogrzebowe do Rzeszowa wśród żegnających go na każdej stacji rodaków.

(3)  Dezyderiusz J. Zawistowski, mjr  Zarys historii wojennej 19-go pułku ułanów wołyńskich Warszawa 1930

Na zdjęciu: Krzyż Walecznych  został ustanowiony rozporządzeniem Rady Obrony Państwa  z dnia 11 sierpnia 1920 roku roku celem nagrodzenia czynów męstwa i odwagi, wykazanych w boju przez oficerów podoficerów i szeregowców. (wg M C D C 60)

W Szwadronie Kujawskim 1919 r.

Po 123-letniej niewoli – 11 listopada 1918 roku Polska odzyskała niepodległość. W Kongresówce rozbrojono Niemców.

W związku z rozpadem Austro-Węgier i wybuchem rewolucji w Niemczech i upadkiem cesarstwa niemieckiego, 13 listopada 1918 roku Rosja sowiecka unieważniła brzeski traktat pokojowy z dnia 3 III 1918, jako narzucony jej siłą przez „niemiecki imperializm”.

Młody chorąży Lucjan Szymański 2 stycznia 1919 opuszcza dom rodzinny w Kamieńcu i przekracza kordon z Ukrainy do Polski. Granica przebiegała wtedy na rzece Zbrucz. Po dość długiej podróży, 14 stycznia, wreszcie dociera do Włocławka i zgłasza się do dowódcy – rotmistrza Henryka Bzowskiego. Tam dostaje przydział do szwadronu jazdy ziemi kujawskiej.

W końcu listopada 1918 roku we Włocławku zaczął się formować „Szwadron jazdy ziemi kujawskiej”. Pierwszymi jego organizatorami, przy pomocy okolicznego obywatelstwa z p. Mokrzyckim na czele, byli rotmistrz Henryk Bzowski i podporucznik Józef Głębocki.(1)

Wojna polsko-radziecka rozpoczęła się 17 II 1919 potyczką obok miasteczka Mosty nad Niemnem. W sposób formalny nie została nigdy wypowiedziana, wybuchła de facto przez zetknięcie się i starcie dwóch armii zajmujących terytoria białoruskie i ukraińskie, z których wycofywały się okupacyjne wojska niemieckie.(2)

(…) w połowie lutego 1919, wojska polskie zgrupowane na Froncie Litewsko-Białoruskim pod komendą gen. Stanisława Szeptyckiego podjęły kontrofensywę nawiązując styczność bojową z armią czerwoną. Mimo zaciekłego oporu bolszewików kontrofensywa gen. Antoniego Listowskiego doprowadziła w marcu 1919 roku do zajęcia przez Polaków Pińska.

Początkowo Szwadron Kujawski wcielono jako 7-my[nadetatowy przyp. TS] do 2-go pułku ułanów. Ostatecznie organizacja została ukończona w marcu 1919 roku; szwadron liczył naówczas 140 szabel. Mniej więcej do kwietnia pozostał w Włocławku. W tym czasie zabrano zeń na uzupełnienie 2-go pułku ułanów najlepszych żołnierzy i najlepszy materjał koński. Pozostałą część odesłano do Ostrołęki, gdzie został uzupełniony przez 7-y pułk ułanów. Nie dostał przy tem najlepszych ludzi ani najlepszych koni, co się początkowo odbijało ujemnie na jego działalności bojowej.

(…) Szwadron kujawski po załadowaniu go w Ostrołęce przebył drogę przez Warszawę do stacji Skrzybowice w dniu 12 kwietnia 1919 roku w składzie: 5 oficerów, 110 szeregowych i 111 koni (stan bojowy 4 oficerów i 96 szeregowych)i wszedł do grupy jazdy podpułkownika Beliny-Prażmowskiego. Grupa ta miała za zadanie, łącznie z grupą piechoty, przeprowadzić zagon dla oswobodzenia Wilna. Aby ułatwić dowodzenie, szwadron taktycznie został przydzielony do 1-go pułku szwoleżerów.(1)

Krzyż Walecznych podczas wyprawy wileńskiej;  kwiecień – czerwiec 1919

Do walki bezpośrednio użyty nie został, bo – jak pisze ówczesny szef sztabu grupy jazdy, major sztabu generalnego Tadeusz Piskor: Szwadron kujawski zaś posiadał wyekwipowanie bardzo liche, oraz materjał żołnierski surowy, tak, że do działań bojowych nie można go było używać(3). Zbiórka grupy naznaczona była na godzinę 4 minut 45 dnia 16 kwietnia w miejscowości Myto. Podczas przemarszu przez most na rzece Dzitwie dokonał przeglądu odchodzącej kawalerii Naczelny Wódz, Józef Piłsudski. W dniu 19 kwietnia został wydany rozkaz właściwego napadu na Wilno i o godzinie 2 grupa zajęła północny skraj lasu Dubniaki.

O godzinie 4 patrol ze szwadronu kujawskiego pod dowództwem plutonowego Kochańskiego, wkroczył do Wilna przez przedmieście Lipówkę, zaś o godzinie 5 już został zajęty dworzec, poczem rozpoczęła się walka uliczna. W dniu następnym po nadejściu polskiej piechoty kawalerja została wysunięta na wschód i zachód. Przez kilka następnych dni trwały walki w najbliższych okolicach Wilna, gdyż nieprzyjaciel przeszedł przeważającemi siłami do przeciwnatarcia ze wschodu i północy, usiłując odebrać miasto za wszelką cenę.

Po zajęciu Wilna szwadron kujawski wychodzi ze składu grupy podpułkownika Beliny i jako szwadron jazdy dywizyjnej, odchodzi do dyspozycji dowódcy 1-ej dywizji piechoty legjonów, generała Śmigłego-Rydza.

W dniu 10 czerwca dowódca II plutonu podchorąży Wacław Szepietowski, otrzymał rozkaz przeprowadzenia zwiadu miasteczka Iży, by stwierdzić rodzaj i ilość załogi. W tym celu pozostawił półplutonu w Wygoleniętach, a sam z 12 żołnierzami, posuwając się południowo-zachodnim brzegiem jeziora Wiszniewskiego, dostał się wbród do wsi Borowiki a stamtąd do Iży. Pod samym miasteczkiem rozwinął swój oddział i wpadł w szyku konnym na rynek. Nim nieprzyjaciel zdążył się zorjentować, dowiedział się od ludności, że w miasteczku stacjonują dwie kompanje piechoty sowieckiej. Patrol wycofał się wyparty ogniem, za całą stratę mając jednego konia rannego.

Pięć dni później nastąpił zwiad konny pod dowództwem Lucjana Szymańskiego

W czerwcu 1919 roku plutonowy Szymański Lucjan obsadzając placówkę w m. Kobylnik wysuniętą o 25 klm od miejsca postoju szwadronu mając pod swoją komendą 10 ludzi dostał 15 czerwca rozkaz zrobienia głębszego wywiadu na tyłach nieprzyjaciela i ewentualnego zbadania m. Miadzioł. Maszerując w wyżej wskazanym kierunku plut. Szymański spotkał w odległości 3 km od m. postoju placówki patrol nieprzyjacielski składający się z 1 plutonu piechoty. Brawurowym atakiem na nieprzyjaciela zmusił go plut. Szymański do cofnięcia się w nieładzie otwierając sobie drogę do dalszego patrolowania. Dotarłszy do folw. Miadzioł położonego 2 klm od miejscowości tej nazwy spostrzegł, że jest ono obsadzone przez piechotę nieprzyjacielską. Spieszywszy patrol plut. Szymański zaatakował z 8 ludźmi miasteczko, do którego też wdarł się i utrzymywał przez dwie godziny odpierając kilkakrotne usiłowania nieprzyjaciela do zajęcia straconej placówki. Po nadejściu znaczniejszych sił nieprzyjacielskich i nieposiadając amunicji, wycofał się przywożąc cenne wiadomości. Str. wł. jeden szer.

Szymański Lucjan jest wzorowym żołnierzem posiadającym dużo inicjatywy. B. odważny. Pod względem moralnym nieskazitelny”. (1)

W powyższy krótki lapidarny sposób, przełożony Lucjana, rotmistrz Gustaw Konrad Grzybowski, opisał jego czyny wojenne we wniosku o odznaczenie. Lucjan za te czyny wnioskiem No 10868 został odznaczony Krzyżem Walecznych.

Służba, którą wypełniały pułki strzelców konnych na ogół przydzielonych do dywizji piechoty, składała się, zależnie od bieżących potrzeb, nie tylko z takiej żmudnej i wyczerpującej siły koni pracy, którym było ubezpieczanie w marszu przy pomocy wysyłania szperaczy przednich, bocznych lub tylnich. Także wypełnianie bardzo odpowiedzialnego zadania, jakim było szybkie dostarczanie meldunków przez konnych gońców. Wymagało to sprytu, często brawury. Odbywało się częstokroć „na przełaj” – konny goniec nie wymagał drogi, mostu, przesadził ogrodzenie, przedarł się przez gęsty zagajnik, przepłynął rzekę, a nieraz musiał przegalopować przez strefę niespodziewanego ostrzału.

Natomiast służba jeźdźca łącznikowego polegała na utrzymaniu łączności między przesuwającymi się oddziałami, przy czym ich przesuwanie nie musiało mieć jednego kierunku czy celu.

Bardziej efektownymi i emocjonującymi, również z racji grożącego niebezpieczeństwa, była służba patrolowa małych zespołów strzelców konnych w zwiadzie, kiedy trzeba było w liczbie 8-10 strzelców z dość odległej od własnych oddziałów placówki wjechać w głąb terenu nieprzyjacielskiego, potem zostawiając konie z koniowodnymi pieszo wnikać dalej, aby często ściągając nieprzyjacielski ogień na siebie zorientować się, co się dzieje na przedpolu, gdzie i jakie siły znajdują się na drodze marszu głównej grupy wojsk. Działania takie wymagały często wielokilometrowych rajdów, dużej wytrzymałości fizycznej i psychicznej, sprawności, inteligencji, odwagi i fantazji. Stąd między innymi powstało określenie „fantazja kawaleryjska”. Tego rodzaju działanie, wykorzystujące zaskoczenie, gwałtowność, wymagało podejmowania szybkich w sytuacjach trudnych do przewidzenia, ale, niestety, musiało też pociągać za sobą straty w ludziach czy koniach. A straty jednego strzelca w opisanym rajdzie, którego wynikiem były dwie potyczki z przeważającymi siłami – należy uznać za niewielkie. Po takim patrolu cenne meldunki płynęły do dowództwa pozwalając oszczędzić żołnierza w głównych walkach pułków, dywizji czy armii. (cdn)

(1) rtm. Bohdan Piotrowski, Zarys historii 3 pułku strzelców konnych, Warszawa 1930

(2) „Traktat Ryski” Eugenia Szymczuk http://dziedzictwo.polska.pl/katalog/skarb,Traktat_pokojowy_polsko-sowiecki_w_Rydze_z_dnia_18_III_1921_roku,gid,116264,cid,2487,body,desc.htm

(3)[Bellona, lipiec 1919 r. Zeszyt 7. str. 496]

Na zdjęciu: Płyta pomnika w Wilejce: Poległym 1919-20

Walki o ustalenie granic RP w 1919 r.

„Z terenów za frontowych od linii okopów  niemieckich  władze  wojskowe i administracyjne odeszły na wschód na terytorium Rosji. Na pozostałym obszarze władzę  sprawowały Komitety Obywatelskie. Komitety te  składały  się z Polaków. Sądy były obsadzone także Polakami, jako też i wszelka  administracja i bezpieczeństwo publiczne oraz szkolnictwo. Ludność  włościańska białoruska nazywała ta władzę „pańską”. Administracja ta  w ogóle nie podobała  się ludności  włościańskiej prawosławnej, która sympatyzowała bolszewikom i która po przewrocie październikowym w Rosji od 1917 do 1918 r. tj. do przyjścia bolszewików, swobodnie i bezkarnie grabiła majątki i wszelką posiadłość oraz  wyrąbywała  lasy i między  sobą  dzieliła. Okres ten był  zwany  „swobodą”. Anarchii częściowo kres położono kiedy administrację objęły Komitety Powiatowe. W okresie  swobody włościanie  majątki ziemskie między sobą podzielili, jako też inwentarz żywy i martwy. Lasy masowo  wyrąbywali i  zwozili  do  siebie jak na potrzeby bieżące tak i na zapas oraz i na sprzedaż. Z pnia sztuki spiłowywali  wysokością do półtora metra, czynili to by nie męczyć się. Sterczące pnie po wyrąbanych lasach, były świadkami minionej  swobody, a także niektórym właścicielom do obliczenia sztuk wyrąbanych do  wykazu, który był potrzebny do wytoczenia powództwa do  wsi o zapłatę za  wyrąbane  sztuki.” (2)

W dniach 10 czerwca, podchorąży Wacław Szepietowski (rajd na miasteczko Iża) i 15 czerwca plutonowy Lucjan Szymański (rajd na miasteczko Miadzioł) zasłużyli swymi czynami na Krzyże Walecznych.

Miadzioł (obecnie Мядзел na Białorusi)  Kościół pod wezwaniem Św. Stanisława, fot. z pocz. XX w.

źródło: http://www.radzima.org/pl/miasto/miadziol.html

Służba patrolowa, jaką szwadron pełnił na wyznaczonym mu odcinku, nie przechodziła bez ofiar. Meldunek sytuacyjny 1-ej dywizji piechoty legjonów z dnia 21 czerwca opiewa: „patrol kawaleryjski natknął się na oddział 50 ludzi we wsi Licewicze na wschód od jeziora Wiszniew: 1 ułan zabity…” Był to ułan z drugiego plutonu szwadronu kujawskiego.

W dniu 25 czerwca szwadron po prawie całomiesięcznej służbie patrolowej zużył się i został wycofany, miejsce zaś jego zajął szwadron 1-go pułku szwoleżerów. W tym okresie czasu szwadron kujawski liczył 80 szabel, zaś wychodząc na front w kwietniu liczył ich 96. Niedługa była przerwa na odpoczynek. Po trzech dniach został już przeznaczony do nowego zadania.

Ofensywa na Kurzeniec i Mołodeczno

Dowódca frontu litewsko-białoruskiego powziął zamiar opanowania Mińska.(Wtedy Mińsk, obecna stolica Białorusi, nosił nazwę Mińska Litewskiego – przyp. TS). W związku z tem 1-a dywizja piechoty legjonów miała nacierać między puszczą Nalibocką i puszczą na północ od linji kolejowej Smorgoń-Mołodeczno, aby osaczyć i zniszczyć na tym odcinku siły sowieckie.

W tym celu w początku lipca 1919 roku zostało zorganizowane działanie na Mołodeczno i Wilejkę. Między innemi powstała grupa majora Dąb-Biernackiego, t.zw. „Smorgoń”, w następującym składzie: II bataljon 1-go pułku piechoty legjonów, III bataljon 5-go pułku piechoty legjonów, 3-a i 4-a baterje 9-go pułku artylerii polowej i 3 szwadrony kawalerji.

Grupa ta otrzymała zadanie słabszymi siłami wziąć nieprzyjaciela na linji Bienica-Zaskiewicze, głównymi zaś siłami uderzyć na Wilejkę. Kawalerja miała kryć lewe jej skrzydło pod Kurzeńcem i Lubieniem, niszcząc tor kolejowy Wilejka-Połock. Cała grupa została podzielona na dwie kolumny: prawą, składającą się z piechoty i artylerii i lewą, składającą się z kawalerji i 5-tej kompanii 1-go pułku piechoty z karabinami maszynowymi. Rozkaz ustny, wydany na odprawie przez majora Dąb-Biernackiego, nakazywał zajęcie Wilejki i Kurzeńca o świcie dnia 1-go lipca. Siły nieprzyjacielskie, znajdujące się w obu tych miejscowościach, nie były znane. (2)

Co wtedy robił 22-letni ułan, plutonowy szwadronu kujawskiego LucjanSzymański?

Dnia 1 lipca o godzinie 3 rano kolumna prawa po uporczywej walce zajęła Wilejkę. Mniej więcej w tym samym czasie szwadron kujawski, wsparty ogniem plutonu karabinów maszynowych, natarł w pieszym szyku na Kurzeniec i korzystając z mgły i deszczu, podsunąwszy się do miasteczka od strony północnej, zagarnął placówkę nieprzyjacielską w sile 12 ludzi z 1 karabinem maszynowym. Rozpoczęła się walka już przy samych domostwach; nieprzyjaciel po krótkiej wymianie ognia rozpoczął odwrót w kierunku wschodnim i Kurzeniec opuścił. Kompanja 3-a 1-go pułku piechoty umocniła się w zajętym mieście, zaś szwadron kujawski pomaszerował na Wilejkę.

W drodze patrole doniosły, że od Wilejki posuwa się sowiecki pociąg pancerny. Rozebrano tor, jednak dla braku artylerji lub choćby karabinów maszynowych nie zdołano nic więcej uczynić i załoga nieprzyjacielskiej pancerki pod osłoną własnego ognia zdołała tor naprawić. Pociąg odjechał w kierunku stacji Krzymosze. W kilka chwil potem od strony Wilejki nadciągnęła cofająca się stamtąd baterja nieprzyjacielska. Wysłany z plutonem podchorąży Szepietowski zaszarżował osłonę baterji, w sile około 30 ludzi, rozpędził ją, zabierając jednocześnie dowódcę tej baterji i 2 działa.

Po ostatecznym zajęciu Kurzeńca i Wilejki kawalerja pod dowództwem rotmistrza Bzowskiego, otrzymała rozkaz przeprowadzenia zagonu na Mołodeczno. Tegoż dnia około godziny 9-tej minut 30 wieczorem grupa kawalerji zdobyła wsie Wiazym i Czechy i pomimo przemęczenia ruszyła nocnym marszem na Mołodeczno. W tym samym czasie pozostała część grupy majora Dąb-Biernackiego, t.j. piechota, była związana uporczywą walką z nieprzyjacielem, nadciągającym w przeważających siłach od strony Mołodeczna. Aby ulżyć tej grupie, rotmistrz Bzowski przerwał komunikację kolejową, niszcząc tor i burząc mosty, a tem samem przerywając dowóz posiłków.

Skutkiem ciągłych walk i forsownych przemarszów oddziały były bardzo przemęczone, przyczem odczuwano zupełny brak żywności i paszy. Ludność miejscową Rosjanie wyniszczyli do tego stopnia, że rekwizycje nie dawały żadnych wyników. Pomimo jednak przemęczenia i złych warunków grupa kawalerji posuwała się dalej na Mołodeczno, chcąc zaskoczyć tyły nieprzyjacielskie. Rotmistrz Bzowski podzielił swą grupę w ten sposób, że dwa szwadrony, pod dowództwem porucznika Zawistowskiego, wysłał dla zniszczenia mostu kolejowego na linji Mołodeczno-Krasne i nakazał stamtąd niepokoić nieprzyjaciela; sam zaś ze szwadronem kujawskim i plutonem karabinów maszynowych 11-go pułku ułanów ruszył na Mołodeczno, wybierając drogę, skąd nieprzyjaciel najmniej mógł spodziewać się natarcia. I rzeczywiście całkiem niepostrzeżony szwadron kujawski doszedł do Mołodeczna. Napotkana po drodze placówka została rozbrojona. Jeńcy twierdzili, że w mieście znajduje się sztab i duże oddziały wojska. Korzystając z nocy, szwadron szybkim marszem zajął folwark, gdzie rozbroił około dwóch bataljonów piechoty i kompanję karabinów maszynowych, poczem wszedł do miasta. Rozbudzony nieprzyjaciel rozpoczął bezładny ogień. Pomimo, że zaskoczenie udało się całkowicie, jednak wobec ogromnej przewagi wroga szwadron musiał się z miasta wycofać. Nieprzyjaciel nie zdając sobie sprawy z jak słabym przeciwnikiem ma do czynienia, a będąc niepokojony z dwóch stron ( z jednej strony – szwadron kujawski, z drugiej – dwa szwadrony porucznika Zawistowskiego) i obawiając się przerwania komunikacji, około godziny 14 miasto opuścił, wycofując się w kierunku Krasnego, ścigany przez połączoną już grupę rotmistrza Bzowskiego.

W Krasnem opór Rosjan wzmógł się, jednak po uporczywej walce około godziny jedenastej w nocy miasto zostało zajęte. W tym samym czasie nawiązano łączność z resztą grupy majora Dąb-Biernackiego i rotmistrz Bzowski otrzymał rozkaz przejścia na odpoczynek w okolice Krasnego (3)

W tym czasie Szwadron Kujawski zostaje przemianowany na 1 szwadron 1 Pułku Dragonów. Po rozwiązaniu Grupy „Smorgoń” już jako 1 szwadron 1 Pułku Strzelców Konnych działa nad Dźwiną jako kawaleria 1 Dywizji Piechoty.

14 X 1919 Lucjan przeniesiony zostaje ze szwadronem do ewidencji 1 psk w stopniu wachmistrza. W ewidencji nie uznano wtedy jego patentu chorążego z I Korpusu Polskiego.

Potem od Mołodeczna poprzez Żabki, Dokszyce, Staroświęciany – szwadron walczył aż do zajęcia Dyneburga (Dźwińska/ obecnie Daugavpils) pod koniec 1919 roku. (cdn)

 (1)fot. Pomnik 1919-20 w Wilejce  fot. Mariusz Proskień
źródło: http://www.rowery.olsztyn.pl/wiki/miejsca/1920/bialorus/minski/wilejka

(2) z pamiętnika nn – źródło: http://www-wilno.bloog.pl/id,1888721,title,Co-sie-zmienilo-na-Rowszczyznie,index.html?ticaid=6bd5f

(3) rtm. Bohdan Piotrowski, Zarys historii 3 pułku strzelców konnych, Warszawa 1930

http://tomaszandrzej.nowyekran.pl/post/4057,pplk-janczar-zolnierz-wyklety-5

Posted in Historia, Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polskie Kresy | Otagowane: | 1 Comment »

Szukają grobu Cieplińskiego

Posted by tadeo w dniu 26 marca 2011

IPN szuka w Warszawie miejsc pochówku żołnierzy IV Zarządu Głównego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, w tym ppłk. Łukasza Cieplińskiego. Efekty kwerendy mają być znane za pół roku.

Z dr. hab. Krzysztofem Szwagrzykiem, naczelnikiem Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej we Wrocławiu, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Jakie znaczenie dla pamięci ofiar podziemia niepodległościowego ma ustanowienie Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”, który w tym miesiącu obchodziliśmy po raz pierwszy?
– W moim przekonaniu, jest to inicjatywa nie do przecenienia, o ogromnym znaczeniu nie tylko dla uczestników powojennego podziemia niepodległościowego, dla ich rodzin, ale także dla całego polskiego społeczeństwa. Dzięki uchwale Sejmu z lutego br. polskie społeczeństwo, chcąc nie chcąc, dowiedziało się o takim zjawisku jak „żołnierze wyklęci”. Niestety, wiedza na temat całego podziemia antykomunistycznego nie jest w Polsce powszechna, dlatego dobrze, że po tylu latach milczenia i znieważania tego środowiska, dzięki prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu, który wyszedł z tą inicjatywą, jak i Sejmowi RP jako najwyższemu organowi ustawodawczemu, który ją przyjął, „żołnierze wyklęci” zostają odpowiednio uhonorowani.

Jakie jest źródło określania tych polskich bohaterów mianem „żołnierzy wyklętych”?
– Określenie to pojawiło się w latach 90. ubiegłego stulecia, a najbardziej znaną pracą, która przywoływała tę nazwę, jest książka Jerzego Ślaskiego pt. „Żołnierze Wyklęci”. Rzeczywiście można dyskutować, czy jest to właściwy sposób, by nazwać ludzi, którzy po 1944 r. z bronią w ręku bądź w inny sposób prowadzili walkę z systemem komunistycznym. Być może udałoby się znaleźć bardziej precyzyjne określenie, ale termin „żołnierze wyklęci” funkcjonuje w literaturze przedmiotu, w publicystyce i trudno byłoby teraz to zmieniać. Według mnie, ten termin powinien być nadal używany.

Przez lata pamięć o nich była zamazywana. Na ile zmieniło się to z chwilą powstania Instytutu Pamięci Narodowej?
– Atmosfera wokół „żołnierzy wyklętych” zmieniła się przede wszystkim wraz z upadkiem systemu komunistycznego w Polsce. Po 1989 r. ludzie skazani na niebyt, ci, których wcześniej represjonowano i inwigilowano za działalność na rzecz niepodległości państwa polskiego, wobec których materiały archiwalne w kartotekach służb specjalnych były uaktualniane do końca lat 80. – mogli wreszcie upomnieć się o pamięć, pamięć o swojej działalności i działalności swoich kolegów, którym niestety nie dane było dożyć tego czasu. Natomiast utworzenie IPN i otwarcie archiwów bezpieki spowodowało zmianę jakościową w badaniach. Pojawiły się możliwości, które wcześniej w ogóle nie istniały. Po raz pierwszy dzięki temu, że powstał IPN, badacze mogli podjąć studia nad materiałami wcześniej zupełnie nieznanymi. Wcześniej z archiwów PRL-owskich korzystali tylko funkcjonariusze aparatu oraz pozostający na usługach władzy komunistycznej odpowiednio wyselekcjonowani historycy i badacze, których zadaniem nie było obiektywne opisywanie historii, ale zohydzanie podziemia niepodległościowego w oczach społeczeństwa. Wystarczy tylko przypomnieć prace Tadeusza Walichnowskiego, Stanisława Wałacha i wielu innych funkcjonariuszy komunistycznego państwa, którzy w latach 60., 70. i 80. w oparciu o materiały bezpieki tworzyli paszkwile przeciwko żołnierzom Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych i innych ugrupowań antykomunistycznych.

Jaka była skala zaangażowania konspiracji antykomunistycznej w walkę zbrojną przeciwko wrogiemu Polsce systemowi?
– Mimo upływu lat historycy nie potrafią określić w sposób bardzo precyzyjny liczby ludzi zaangażowanych w działalność antykomunistyczną po II wojnie światowej. Jak szacują badacze, liczba ta mieściła się w przedziale od 120 tys. do nawet 180 tys. ludzi. Liczbę samych członków podziemia zbrojnego, a więc tych, którzy z bronią w ręku, w lasach, w sposób czynny walczyli z władzą komunistyczną, oceniamy na ponad 20 tys. osób. Są to ogromne liczby, które świadczą o skali oporu przeciwko systemowi komunistycznemu.

Kiedy mówimy o osobach zaangażowanych w działalność antykomunistyczną, nie sposób pominąć ofiar tego systemu…
– Dzisiaj wiemy już, że w latach 1944-1956 sądy komunistyczne wydały ponad 8 tys. w większości wykonanych wyroków śmierci. Z kolei liczbę tych, którzy zginęli w walce bądź zostali skrytobójczo zamordowani, ocenia się na około 9-10 tysięcy. Są to dane, które porażają, które z jednej strony świadczą o skali oporu, a z drugiej o rozmiarach terroru zastosowanego po wojnie przez władze komunistyczne wobec tych, którzy pragnęli wolnej, suwerennej Polski.

Do dziś nie są znane miejsca pochówku chociażby dowódców IV Zarządu Głównego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”. A jak wygląda to w odniesieniu do kwater pozostałych ofiar komunizmu?
– Ogromna większość ludzi, którzy podjęli walkę z systemem komunistycznym, kładąc na szalę własne życie, i którzy zginęli, nie ma swych grobów, a miejsca ich pochówku nie są znane. Komunistyczny aparat represji robił wszystko, żeby wszelkie ślady zbrodni zostały zatarte. Jak widać, zrobiono to skutecznie. W całym kraju mamy pojedyncze przypadki, co do których możemy powiedzieć, że udało się znaleźć miejsca pochówku pojedynczych członków podziemia antykomunistycznego zamordowanych w różnych więzieniach. W wyniku prac prowadzonych w Instytucie Pamięci Narodowej w ostatnich latach udało się odnaleźć we Wrocławiu, Opolu i Szczecinie miejsca pochówków 10 żołnierzy antykomunistycznego podziemia.

Przyzna Pan, że to niewiele?
– Oczywiście, że to mało. Przypomnijmy jednak, że nie ma żadnych dokumentów aparatu bezpieki, które wskazywałyby wprost takie miejsca. To, co w tej chwili robimy w IPN, a więc szukanie w całym kraju, we wszystkich miastach, gdzie istnieją nasze oddziały, miejsc pochówku „żołnierzy wyklętych”, są to działania, które będą trwały jeszcze wiele lat. Trzeba też dodać, że choć nie zawsze te działania kończą się sukcesem, istnieje bezwzględna potrzeba ich kontynuacji. Moim zdaniem, nawet jeżeli po 50 czy 60 latach mielibyśmy odnaleźć miejsce pochówku tyko jednego człowieka, który poświęcił swe życie, walcząc z komunistami o niepodległość naszej Ojczyzny, to takie działania warto podejmować. Takie działania prowadzimy i będziemy prowadzić w latach następnych w całym kraju. Niewykluczone, że za pół roku będziemy mogli przekazać za pośrednictwem „Naszego Dziennika” więcej pozytywnych informacji.

Co Pan ma na myśli?
– Być może nastąpi przełom w samej Warszawie, a więc tam, gdzie są groby najważniejsze z ważnych, chociażby członków IV Zarządu Głównego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”: ppłk. Łukasza Cieplińskiego i innych. Mam nadzieję, że tak się stanie.

Pan osobiście prowadzi badania dotyczące odnalezienia miejsc pochówku ofiar komunizmu na Dolnym Śląsku. Jaka była skala zbrodni komunistycznych w tym regionie?
– Dolny Śląsk jest miejscem specyficznym, przez wiele lat po wojnie był uważany przez żołnierzy podziemia za idealny teren do schronienia. Na Dolny Śląsk przybywali żołnierze praktycznie ze wszystkich okręgów Armii Krajowej z całego kraju, w tym także wielu żołnierzy z Kresów Wschodnich. Wydawałoby się, że na tym nowym obszarze stosunkowo łatwo będzie im się ukryć. I rzeczywiście przez pierwsze dwa, może trzy powojenne lata sytuacja dla wszystkich, którzy próbowali się tu ukryć przed Służbą Bezpieczeństwa, była dość wygodna, ale potem to się zmieniło. Jednak Dolny Śląsk nie był tylko miejscem schronienia, był także obszarem, gdzie swoją działalność przeniosły i kontynuowały różne struktury niepodległościowe. Wystarczy tylko wspomnieć okręgi: wileński, lwowski czy tarnopolski AK. Ponadto działały tu dobrze rozbudowane struktury lokalne. Dzisiaj skalę dolnośląskiego podziemia szacujemy na kilka tysięcy osób, a liczbę organizacji na sto kilkadziesiąt. Trzeba też powiedzieć, że Dolny Śląsk to obszar, na którym tylko poza nielicznymi, pojedynczymi przypadkami prowadzono działalność zbrojną, ale jednocześnie jest to region, gdzie niezwykle aktywne były inne struktury podziemia antykomunistycznego nastawione m.in. na działalność wywiadowczą. Prężnie działały tu także młodzieżowe struktury podziemia antykomunistycznego. Za działalność antykomunistyczną na Dolnym Śląsku orzeczono ponad trzysta wyroków śmierci, z czego blisko 150 zostało wykonanych.

Czy znane są miejsca pochówku pomordowanych?
– Wrocław jest jedynym w skali kraju miejscem, gdzie do dzisiaj na cmentarzu Osobowickim zachowały się kwatery ofiar komunizmu, a więc te, w których grzebano straconych i zmarłych wrocławskich więźniów. Warto przy tym zaznaczyć, że jeszcze w roku 1987, a więc zaledwie dwa lata przed upadkiem systemu komunistycznego, zostały podjęte decyzje o likwidacji tych pól, które przeznaczono do pochówków członków Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Gdyby nie upadek komunizmu i zaangażowanie grupki wrocławian zdeterminowanych, żeby zachować dla potomnych kwatery bohaterów podziemia antykomunistycznego, doszłoby do tego, że na miejscach wiecznego spoczynku więźniów komunizmu chowani byliby ludzie, którzy do ich śmierci doprowadzili.

1 marca powinniśmy pamiętać o poległych w walce i pomordowanych w katowniach UB „żołnierzach wyklętych”, ale także o ich rodzinach…
– Kiedy wspominamy „żołnierzy wyklętych”, zawsze będziemy pamiętać przede wszystkim tych, którzy za wierność Polsce zapłacili najwyższą cenę. Jednak Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” jest, a przynajmniej powinien być, także dniem pamięci o tych, którzy przeżyli i którzy z więzień komunistycznych wyszli dopiero w latach 60. Dodajmy przy okazji, że informacje o tym, że w 1956 r. więzienia komunistyczne otworzyły szeroko swoje bramy i wszyscy, którzy byli skazani z przyczyn politycznych, je opuścili, są informacjami połowicznymi. Prawda jest taka, że wielu członków podziemia wyszło na wolność dopiero w latach 60. Warto też pamiętać, że ludzie podziemia mieli także swoje rodziny, trzeba jednak podkreślić, że system komunistyczny był zbrodniczy także i na tym polu, czyli odpowiedzialnością zbiorową obejmował żony i dzieci tych, którzy podjęli walkę z władzą komunistyczną. Wielu działaczy podziemia zostało zmuszonych do opuszczenia swojej rodziny, wielu straciło też swoich bliskich. Kiedy oboje rodzice byli zaangażowani w działalność antykomunistyczną, ich dzieci umieszczano w domach dziecka.

To tylko potwierdza, że był to system antyludzki…
– Bez wątpienia tak. Odnosząc się do tego wątku naszej historii, przytoczę przykład z Wrocławia – historię kpt. Eugeniusza Werensa. Ten bohaterski żołnierz AK w 1944 r. walczył w Iwoniczu-Zdroju i okolicach, a po wojnie odtwarzał struktury antykomunistyczne we Wrocławiu. Ujęty w 1946 r. został osadzony w więzieniu przy ul. Kleczkowskiej we Wrocławiu. Do tego samego więzienia trafiły także jego żona, teściowa i szwagierka. W tymże więzieniu urodziło się jego dziecko i również w tym więzieniu kpt. Werens został stracony. Na szczęście życie uratował jego zastępca i przyjaciel z więziennej celi Zdzisław Jankowski ps. „Jastrzębiec”, który na prośbę kpt. Werensa przekazaną na chwilę przed egzekucją obiecał, że jeżeli przeżyje, będzie szukał jego rodziny i zaopiekuje się jego córką. Dopiero w 1991 r. odnalazł córkę kpt. Werensa, która na początku lat 90. żyła w skrajnej nędzy i dopiero od Zdzisława Jankowskiego dowiedziała się, kim był jej ojciec. Staraniem Zdzisława Jankowskiego udało się pomóc rodzinie kpt. Werensa. Przykład tragedii tej rodziny niestety nie jest wyjątkiem w skali ogólnopolskiej.

Co wiemy o losie tych, którzy oskarżali czy wydawali wyroki śmierci w procesach komunistycznych?
– Obecnie wiemy już bardzo dużo na temat osób, które oskarżały w procesach politycznych w latach 40. czy 50. Znamy życiorysy i przebieg kariery sędziów i prokuratorów wojskowych, którzy w procesach politycznych brali szczególnie aktywny udział. W odróżnieniu od osób, które oskarżali czy wobec których zasądzali wyroki śmierci, znane są daty ich śmierci i miejsca ich pochówku. Spośród ok. 1,1 tysiąca sędziów i prokuratorów komunistycznych przed sądami niepodległej Rzeczypospolitej stanęło zaledwie kilkunastu i tylko jeden otrzymał wyrok skazujący. We wszystkich pozostałych przypadkach sędziowie i prokuratorzy komunistyczni uczestniczący w procesach politycznych czy żądający kar śmierci usłyszeli wyroki uniewinniające. Nie chcę oceniać polskiego wymiaru sprawiedliwości i wyroków sądu, powiem tylko, że oceny historyków w tym względzie są zasadniczo różne. Trudno bowiem znaleźć uzasadnienie uniewinnienia osób, które mając pełną świadomość tego, że przedstawiciele podziemia niepodległościowego, którzy stawali przed sądem, uczestniczyli w procesach sfabrykowanych przez Informację Wojskową Ludowego Wojska Polskiego bądź Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, byli poddawani wcześniej wielomiesięcznym śledztwom i pozbawieni nawet prawa do obrony – wobec tego ocena takich sędziów i prokuratorów może być tylko i wyłącznie negatywna. Trzeba też dodać, że w wielu przypadkach próby osądzenia sędziów i prokuratorów komunistycznych w naszym kraju spotkały się z niemożnością wszczęcia sprawy, ponieważ niektóre osoby opuściły Polskę. Mieszkają i żyją w krajach europejskich, ale także poza naszym kontynentem. Nie ma to jednak większego znaczenia, bo wciąż w Polsce żyje i ma się dobrze kilkudziesięciu sędziów i prokuratorów, którzy w systemie komunistycznym aktywnie ferowali wyroki w sprawach politycznych, mimo to nie udało się postawić ich przed sądem.

Skąd ta niemożność?
– W Polsce zbrodniarze komunistyczni traktowani są znacznie łagodniej niż zbrodniarze hitlerowscy. Zbrodnia zawsze pozostanie zbrodnią i nie powinna być traktowana inaczej tylko dlatego, że ktoś reprezentował taki czy inny system totalitarny.

Jakie mamy informacje na temat sędziów i prokuratorów, zwłaszcza tych ze słynnego procesu przywódców IV Zarządu Głównego WiN?
– Wszyscy już dziś nie żyją. Przewodniczący składu sędziowskiego orzekającego w sprawie członków kierownictwa IV Zarządu Głównego WiN płk Aleksander Warecki (Warenhaupt) zmarł w Warszawie w 1986 roku. Wspomagający go mjr Zbigniew Furtak zmarł w stolicy w 2003 r., natomiast oskarżyciel ppłk Jerzy Tramer zmarł w Chorzowie w roku 1980. Warto przy tym dodać, że w okresie wojny Tramer był żołnierzem, a Furtak oficerem Armii Krajowej.

Jak dziś możemy, jak powinniśmy spłacić dług wdzięczności wobec bohaterów podziemia niepodległościowego?
– Ustanowienie Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” jest w moim przekonaniu doskonałym momentem, abyśmy w sposób pełny i właściwy uhonorowali żołnierzy całego podziemia antykomunistycznego. Marzy mi się, by tak jak przed wojną uczestników Powstania Styczniowego darzono powszechnym szacunkiem, którym salutował każdy żołnierz, także generał, aby również do tych, którzy walczyli z systemem komunistycznym, odnosić się z takim samym szacunkiem. Żeby ci ludzie mieli świadomość, że ich wysiłek i tragedia, jaką przeżyli, a także tragedia ich bliskich – że to wszystko nie poszło na marne, że społeczeństwo pamięta i ceni ich zasługi w walce o niepodległość.

To ważne także dla młodzieży, która będzie dysponentem tej pamięci…
– Wbrew temu, co często się mówi, o pamięć historyczną naszej młodzieży możemy być spokojni. Od kilku lat obserwujemy bowiem ogromne zainteresowanie ludzi młodych historią naszego kraju. Nie jest prawdą, co usiłuje się nam wmówić, że młodzież nastawiona jest wyłącznie na przyszłość i żyje dniem teraźniejszym, zapominając o przeszłości swego kraju. Młodzież jest bardzo zainteresowana historią Polski i jeżeli miałbym to dzisiaj określić, to powiedziałbym, że jest to tendencja stale zwyżkująca, czyli z każdym rokiem to zainteresowanie sprawami historycznymi jest u nas coraz większe. Wymownym tego przykładem może być dzień 1 marca br. we Wrocławiu, kiedy pierwszy raz obchodziliśmy Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. W kościele garnizonowym została odprawiona Msza Święta, a w gronie kilkuset osób, m.in. kombatantów, byli bardzo młodzi ludzie, a także kibice piłkarscy Śląska Wrocław. Kibice ci przeszli potem ulicami miasta z biało-czerwonymi flagami i plakatami, na których były wizerunki „żołnierzy wyklętych”. To piękna postawa i przykład, który pokazuje, że to młode pokolenie poszukuje swoich korzeni i chce pamiętać o swojej historii, ale trzeba mu w tym pomagać. Należy tylko ubolewać, że media publiczne zrzuciły z siebie zadanie krzewienia poprzez edukację pamięci o polskiej historii. Nieporozumieniem jest także to, że programy historyczne, o ile w ogóle są w ramówce telewizji publicznej, są emitowane w godzinach nocnych. Pytanie, dlaczego o wcześniejszych porach mamy oglądać niekończące się telenowele i teleturnieje, natomiast nie możemy zobaczyć programów historycznych.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110326&typ=po&id=po15.txt

Posted in Historia, Polityka i aktualności | Otagowane: | Leave a Comment »

III Spotkanie z Żołnierzem Wyklętym – 60 rocznica śmierci ppłk Łukasza Cieplińskiego

Posted by tadeo w dniu 16 marca 2011

III Spotkanie z Żołnierzem Wyklętym -  60 rocznica śmierci ppłk Łukasza Cieplińskiego  - zdjęcia, foto galerie, fotki, zdjęcie

W dniu 11 marca 2011 r. w Młodzieszynie- Witkowicach i Sochaczewie odbyły się uroczystości związane z 60 rocznicą śmierci ppłk. Łukasza Cieplińskiego.

Postać ta, trwale wpisała się w panteon żołnierzy- bohaterów Bitwy nad Bzurą 1939 r. na Ziemi Sochaczewskiej, za sprawą spontanicznie utworzonego w 2009 r., nieformalnego komitetu utrwalenia pamięci o ppłk Ł. Cieplińskim .
Bohater ten ,podczas walk o utrzymanie przeprawy w Witkowicach 17.09. 1939 r., jeszcze jako podporucznik, dowódca kompanii przeciwpancernej II batalionu 62 pp , ogniem działka p-panc „Bofors” 37 mm, zniszczył 6 lub 8 czołgów niemieckich.
Jednak był to dopiero początek drogi Cieplińskiego w walce o niepodległość Polski.
W 1939 r., po przedarciu się poprzez Puszcze Kampinoską do Warszawy i udziale w jej obronie nie złożył broni i rozpoczął działalność konspiracyjną.

W latach 1940-1947 pełnił wysokie funkcje w ZWZ-AK, WiN. Został aresztowany przez UB i stracony w więzieniu Warszawa-Mokotów w 1951 r. Odznaczony VM, KW oraz pośmiertnie Orderem Orła Białego w 2007 r.
Dodać należy ze od 2011 r., 1 marca, obchodzimy nowe święto państwowe – Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”.

Inspiratorem do wspólnych działań mających na celu upamiętnienie tej ważnej postaci stał się Łukasz Popowski, prezes Stowarzyszenia na Rzecz Historycznej Odbudowy Zamku w Sochaczewie „Nasz Zamek”.
Latem 2009 r., Stowarzyszenie wraz z członkami Muzealnej Grupy Rekonstrukcji Historycznej im. II batalionu 18 pułku piechoty w porozumieniu z wójtem gminy Młodzieszyn – Joanną Szymańską i Dyrektorem Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą- Maciejem Wojewodą, nawiązali kontakt z p. Elżbietą Jakimek- Zapart z krakowskiego oddziału IPN, autorką książki „Nie mogłem inaczej żyć. Grypsy Łukasza Cieplińskiego z celi śmierci”.

Elżbieta Jakimek -Zapart, autorka książki „Nie mogłem inaczej żyć. Grypsy Łukasza Cieplińskiego z celi śmierci”. - zdjęcia, foto galerie, fotki, zdjęcie
Dzięki energicznej współpracy wymienionych ludzi, 12 września 2009, udało się zorganizować uroczystość upamiętniającą bohaterską akcję bojową ppor. Łukasza Cieplińskiego nad Bzurą w 1939 r, wtedy też przy moście im. gen T. Kutrzeby w Witkowicach odsłonięta została pamiątkowa tablica poświęcona ppłk. Ł.Cieplińskiemu.

Od tej pory tablica pamiątkowa stała się miejscem okolicznościowych spotkań z okazji rocznicy walk we wrześniu 1939 r. i śmierci bohatera.

Z tej okazji Stowarzyszenie „Nasz Zamek” zainicjowało uroczystości, podczas których do organizacji zaangażowały się , tak jak 2 lata temu, UG w Młodzieszynie, MZSiPBnB w Sochaczewie, MGRH II/18 pp, ZHP Sochaczew, oraz IPN Kraków.

III Spotkanie z Żołnierzem Wyklętym -  60 rocznica śmierci ppłk Łukasza Cieplińskiego  - zdjęcia, foto galerie, fotki, zdjęcie

Podczas tegorocznych uroczystości udało się zrealizować wyjątkowo bogaty program.

O godzinie 10.00 – W szkole podstawowej im. Gen. Stanisława Grzmota Skotnickiego w Młodzieszynie, po wystąpieniach prezesa Łukasza Popowskiego i wójt Joanny Szymańskiej inaugurujących spotkanie, odbył się wykład historyczny p. Elżbiety Jakimek- Zapart, z krakowskiego oddziału IPN, pt: „Losy Żołnierzy Wyklętych na przykładzie ppłk Łukasza Cieplińskiego, jednego z bohaterów Bitwy nad Bzurą”.
Podczas wykładu wszyscy zgromadzeni mogli dowiedzieć się o tragicznych dziejach polskich, podziemnych organizacji niepodległościowych po zakończeniu II wojny światowej.

Następnie , w samo południe, uczestnicy uroczystości przenieśli się do Witkowic ,gdzie przy moście- miejscu przeprawy wojsk polskich przez Bzurę w 1939 r., znajduje się tablica poświęcona pamięci ppłk Łukasza Cieplińskiego.
Na miejscu, oprócz tradycyjnego zapalenia zniczy i złożenia kwiatów, wygłoszony został odczyt historyczny Jakuba Wojewody pt. „Pogromca czołgów”- walka z czołgami ppor. Łukasza Cieplińskiego w relacjach świadków.

W asyście oddziału Muzealnej Grupy Rekonstrukcji Historycznej im.II/18 pp oraz muzyka Michała Słowikowskiego z zespołu L’ombelico del Mondo, odbył się uroczysty Apel Poległych, który wygłosił Alan Pszonczenko. Dodać należy, iż autorem tekstu Apelu , był nieżyjący już dziś płk Apoloniusz Zawilski , weteran Bitwy nad Bzurą 1939 r., we wrześniu dowódca 8 baterii , 15 Wielkopolskiego Pułku Artylerii Lekkiej.

Celebrze towarzyszyła licznie zgromadzona młodzież szkolna i harcerze wraz z pocztami sztandarowymi. Młodzieszyńscy harcerze pod przewodnictwem dh. Marka Lewandowskiego
, wystawili warty honorowe.

Po obiedzie zorganizowanym przez dyrekcję szkoły podstawowej w Młodzieszynie, dla uczestników uroczystości, nastąpiło przemieszczenie zgromadzonych do Sochaczewa.
Od godziny 15.00 w Muzeum Ziemi Sochaczewskiej, wspólnie zwiedzano wystawę
‚Gdy bój nad Bzurą wrzał…’ , na wystawie tej, od marca 2011 roku, została upamiętniona również postać Łukasza Cieplińskiego.

III Spotkanie z Żołnierzem Wyklętym -  60 rocznica śmierci ppłk Łukasza Cieplińskiego  - zdjęcia, foto galerie, fotki, zdjęcie
Tegoroczne uroczystości należy uznać za wyjątkowo udane. Ich wyjątkowo bogaty program, niósł ze sobą nie tylko walory poznawczo- edukacyjne. Satysfakcje daje fakt wspólnych, obywatelskich działań wielu ludzi. W obchodach i przygotowaniach wzięło udział ponad 100 osób. Należy zwrócić uwagę, że do organizacji przyczynili się nie tylko historycy, muzeum i władze lokalne, wsparcia dla utrwalania pamięci o „Żołnierzach wyklętych” udzielili uczniowie szkoły podstawowej, harcerze, nauczyciele, muzycy, rekonstruktorzy historyczni i in.

Jakub Wojewoda

http://www.dobroni.pl/rekonstrukcje,iii-spotkanie-z-zolnierzem-wykletym-60-rocznica-smierci-pplk-lukasza-cieplinskiego,6740

Posted in Historia | Otagowane: | 1 Comment »

O skandalu w Dniu Żołnierzy Wyklętych – prof. Józef Szaniawski

Posted by tadeo w dniu 9 marca 2011

Posted in Bronisław Komorowski, Historia | Otagowane: | Leave a Comment »

LALEK ŻOŁNIERZ WYKLĘTY

Posted by tadeo w dniu 2 marca 2011

Jest 1 marca dlatego wklejam esej o Lalku, który już wcześniej opublikowałam. W między czasie napisałam list do Marka Pawłowskiego aby zainteresować go tematem, z nadzieją że będzie zainteresowany zrobieniem filmu o Franczaku. Niestety, nie był. Szkoda. Życie Franczaka to fantastyczny materiał. 

„W małej wsi w województwie lubelskim zginął jesienią 1963 roku podczas obławy 45-letni Józef Franczak, poszukiwany listem gończym były AK-owiec. Był ostatnim żołnierzem antykomunistycznego podziemia. Z bronią w ręku ukrywał się dokładnie 24 lata”.http://podziemiezbrojne.blox.pl/2006/03/Ostatni-niezlomny-Jozef-Franczak-ps-Lalek-czesc-1.html

 
  Od niedawna mieszkam w tej małej podlubelskiej wsi, z której pochodził Franczak. Jest rzeczywiście mała – kilkanaście biednych gospodarstw usadowionych pomiędzy wijącymi się, wąskimi jak wstążka, malowniczymi poletkami niedaleko lasów Bórkowszczyzny. Prowadzi do niej droga wysypana białym tłuczonym kamieniem – piaskowcem – kiedyś najbardziej popularnym materiałem budowlanym w tej okolicy. Najbardziej popularnym, gdyż można go było wydobywać na wielu polach gdzie był ukryty pod płytką warstwą ziemi. Niedaleko miasteczko Piaski. Kiedyś uderzały białością małych kamiennych domków i urokliwych kamieniczek gdzie mieściły się żydowskie sklepiki. Te domy z białego kamienia, które mnie tak zauroczyły nie są jednak dumą tutejszych mieszkańców. Przypominają im o przedwojennej i powojennej biedzie w jakiej żyli. Pewnie dlatego z taką gorliwością przykrywają je tynkami. Aby nie przypominały.
 
   Mój dom też jest z białego kamienia. Zerwałam pokrywające go liszajem tandetne tynki, spod których warstw ukazał się biały jak śnieg ręcznie ciosany kamień. Pieczołowicie zakonserwowałam odciśnięte w nim muszle ślimaków na zawsze już uwiezione w skamielinie. Ma prawie sto lat. Na pewno wiele pamięta. Franczaka również. Ukrywał się przecież tuż obok, w ziemiance po drugiej stronie płotu, u Starego Dzierby co ponoć pakt z diabłem podpisał. Najstarsi mieszkańcy wioski zaklinają się, że widzieli o północy karetę Czarnego zaprzeżoną w czarne jak on sam konie, zajeżdżającą na podwórzec Starego. Niespokojne, zarzucające grzywą, w srebrnej uprzęży, spod kopyt których iskry sypały się gorące jak z samego piekła. Tak gorące, że trawa przy gościńcu nosiła na sobie wypalone ślady ich podków. A on musiał im o samym północku słomę młócić a głos młockarni rozchodził się głuchym echem aż po same lasy bórkowszczyzny. A potem udawali się na konszachty. I nie wiadomo co Stary Czarnemu obiecał. Musiał się jednak z cyrografu dobrze wywiązywać bo miedziaków u Dzierby było pod dostatkiem. Pewnie dlatego na wiejskiej drodze naprzeciw jego domostwa ludzie kiedyś postawili krzyż. Tak na wszelki wypadek aby Czarny to miejsce szerokim omijał łukiem. I do dzisiaj palą przed nim świece, których płomyk rozświetlający mrok wiejskiej nocy daje im bliżej nieokreślone poczucie bezpieczeństwa i przynależności do świata, który jeszcze wierzy w moc przebłagalnej modlitwy. Widzę go z mojego okna w kuchni. W mgliste jesienne noce sama tam pod nim płomyk rozniecam. Tak na wszelki wypadek gdyby duch Lalka tam się kiedyś w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca zaplątał…
 
   Ale Czarny tak łatwo wypłoszyć się nie dał. „Pani, tam na polu za tym krzyżem to wiele Żydów leży”, mówią mi miejscowi. „I tam też” – wskazują palcem sąsiednią miedzę. „Niemce ich zabiły a potem Bronkowi kazali ich grzebać. Pani, on to się grobów nakopał”. Ale miejscowe gadatliwe nie są. Jeszcze się boją. O Franczaku też gadać nie chcą. Podają sobie szeptem: „Kanadyjka o Lalka pyta”. I mnie ostrzegają, że nie powinnam. Kiedyś po mszy św. na Wszystkich Świetych na cmentarzu w Piaskach odprawionej pytałam gdzie jest grób ostatniego z żołnierzy wyklętych. Świeczkę chciałam zapalić. Odwracano się ode mnie bez słowa. Dano mi do zrozumienia, że o Franczaka się nie pyta. Dlaczego? Znowu milczenie. Nietutejsza. Nie rozumie.
 
   Dla nich już zawsze będę Kanadyjką i tak będą mnie pamietać. Poza listonoszem mało kto tutaj zna moje imię. Kanadyjka – to im wystarczy i to mówi wszystko. Obca. Tutaj każdy ma swoje drugie imię, ksywkę, która do nich przylgnęła. Józków i Stachów na wsi co niemiara, trzeba ich jakoś odróżniać. Józek Franczak przystojny był. Babom się podobał. Twarz miał jak malowanie, delikatne rysy, łagodny głos i ciepłe oczy. Czasami filuterne. I jak na młodą dziewczynę popatrzył to tak jakoś jej się miękko na sercu robiło i na koniec świata za nim by poszła. W mundurze też tak galantnie wyglądał, że nawet generał mu nie dorównywał. Taki czysty, zadbany. Dlatego Lalek go przezwali. Ale on tylko jedną wybrał – Dankę Mazur i jej wierny pozostał.
 
   Franczak po skończeniu Szkoły Podoficerskiej w Grudziądzu pełnił służbę w Plutonie Żandarmeri w Równem i tam zastała go wojna. 17-go września 1939 roku został aresztowany przez Sowietów. Z niewoli udało mu się uciec i od tego momentu pozostanie już uciekinierem do końca swojego tragicznego życia. Walczył w ZWZ a następnie w AK. Kiedy wojna skończyła się miał zaledwie 27 lat. W 1944 roku siłą wcielony do 2 Armii Wojska Polskiego stał się świadkiem mordu w Kąkolewnicy , w Uroczysku „Baran”, zwanym później przez miejscową ludność Małym Katyniem, donanego na żołnierzach AK, WiN-u i Batalionów Chłopskich. Za to, że o Polskę walczyli. Do dzisiaj nie wiadomo dokładnie ilu żołnierzy tam zamordowano. Jedni twierdzą, że kilkaset, inni że ponad dwa tysiące. Do 1980 roku nie mieli nawet symbolicznej mogiły. Przykryci ziemią mieli zostać na zawsze zapomnieni. Franczak zdezerterował. Nigdy już nie opuścił go widok rozrzuconych ciał pomordowanych towarzyszy broni. Utkwił mu pod powieką jak gorące ziarnko piasku, którego nie mógł usunąć. I paliło tak mocno, że żadna łza usunąć go nie mogła.
 
  Od tego momentu nie było już dla Lalka bezpiecznego miejsca. Poczatkowo nie wiedział co z sobą zrobić. Ukrywał się trochę w Łodzi, trochę w Sopocie. Niektórzy mówią, że do Szwecji chciał ucieć bo w kraju dla siebie miejsca nie widział. Ponoć rozpoznany przez kobietę z rodzinnej wsi poniechał tego zamiaru i wrócil tam, gdzie się urodził. Na nową Polskę pod czerwonym sztandarem zgodzić się nie chciał. Wyboru więc nie miał. Nawiązał kontakt z lokalnym podziemiem. Aresztowano go w czerwcu 1946 roku wraz kilkoma innymi mężczyznami. Zaatakowali knwój wiozący ich do Lublina. Podczas walki czterech ubeków zginęło a trzech zostało rannych. Franczakowi udaje się uciec. Mówią, że pod szczęśliwą gwiazdą urodzony gdyż wielkorotnie potem udaje mu się „ubejcom” wywinąć. Nie korzysta z pierwszej amnestii ogłoszonej w 1947 roku. Nie wierzył nowej władzy. Pamiętał Uroczysko „Baran” i strzały w tył głowy. Jeżeli miał zginąć to tylko w walce a jak żyć, to nie na kolanach.
 
   Został dowódcą patrolu w oddziale kpt. Brońskiego, „Uskoka”. Ma zbierać informacje o działaniach UB mających na celu eliminację podziemia jak i o zdrajcach donoszących na niepokornych. Osacza funkcjonariuszy MO i wykonuje wyroki na tych co podjęli się współpracy z znienawidzonym reżimem. Mówią jednak, że Lalek najpierw ostrzegał a wykonanie wyroku było ostatecznością. Nie było to łatwe życie. Komuniści wytoczyli najcięższe działa przeciwko niepodległościowemu działaniu polskiego zbrojnego podziemia. Musi uważać i coraz trudniej jest mu znaleźć tych, którym można zaufać. Ludzie coraz bardziej się boją. W 1948 ucieka z zasadzki. Traci żolnierzy. W Wygnanowicach odwiedza współpracownika – znowu zasadzka. Franczak ucieka cieżko raniony w brzuch. Kuruje się kilka miesięcy.
 
   „Coraz więcej ludzi popada w apatyczny nastrój i przestaje wierzyć w rychłe zmiany na lepsze. Ludzie coraz bardziej dostosowują się do znienawidzonego, a umacniającego się porządku – bo przecież trzeba żyć. My garstka straceńców – jak nas nazywają – stajemy się oazą wiary i woli zwycięstwa na pustyni zwątpienia i beznadziejności”– zapisał w swoim notesie Uskok. Rok później ginie a jego oddział zostaje rozbity. Ocalał tylko ppor. Kuchcewicz. Zbrojne podziemie jest systematycznie likwidowane. Przez następne 15 lat Lalek ukrywa się już sam. Potem raz jeszcze, razem z Kuchcewiczem w 1953 roku dokonuje nieudanej akcji ekspropriacyjnej na Kasę Oszczędności w Piaskach. Kuchcewicz ginie.
 
   Przyszedł rok 1956. Ukrywa się jeszcze 250 żolnierzy głównie w wojewodztwie lubelskim i na białostocczyźnie. Nie mają ze sobą kontaktu. Lalek śmiertelną pętlę zaczyna czuć na swoim gardle. Odwilż. Kolejna amnestia. Szansa dla Franczaka? Nie bardzo. Kontaktuje się z lubelskim prawnikiem Rachwaldem. Jeżeli dostanie 15 to wyjdzie, jak nie to dalej pozostanie w ukryciu. Rachwald pozbawia go złudzeń. Najlżejszą karą byłoby dożywocie tylko na podstawie oskarżeń prokuratury. SB miało jednak z Lalkiem swoje porachunki. Ze śledztwa nie wyszedłby żywy.  „Józek się wahał, ale się nie przemógł. Objął mnie i powiedział, że nie wyjdzie już nigdy” wspomina jego słowa Danka Mazur.
 
   Kryptonim „Pożar” to zorganizowana akcja UB na zlikwidowanie Franczaka. Ukrywając się polegał na rodzinie i znajomych. Ich to właśnie szczególnie inwigilowano. W 1958 roku Lalkowi i Danucie urodził się syn. Chcieli wziąć formalny ślub. Udali się do kościoła dominikanów w Lublinie. Nie udało się. Ksiądz zbyt obawiał się prowokacji. A może zwyczajnie się bał? Kto teraz wie? Chociaż Danuta nie ujawniła, kto jest ojcem dziecka dla UB było jasne z kim utrzymywała kontakt. Zabrano ją na cmentarz i grożono śmiercią gdy nie wyda ukochanego. Wszystko na nic. Mały nie poznał ojca. Ten oglądał go tylko z daleka. Tulił kiedy spał.
 
   UB nie ustawało. Już nie chodziło o złapanie Lalka ale o jego unicestwienie. Zakładano podsłuchy. Aresztowano, inwigilowano, torturowano, rozpruwano brzuchy i wyciągano jelita. Nikt Franczaka nie zdradził. Cała wieś go chroniła. Miał u nich posłuch i szacunek. Czasami przez lata nie mieli informacji co robi, gdzie się ukrywa. W aktach SB znajduje się notatka:„Ludzie ci z uwagi na brak możliwości ich rozpracowania stanowią dla nas pewien problem”. Dr Sławomir Poleszak z lubelskiego oddziału IPN ocenia liczbę udzielających pomocy na ponad 200.
 
   Pod koniec 1960 roku akcja rozpracowania partyznata ruszyła ze zdwojonym impetem. Masowo wzywano na przesłuchania z nadzieją na znalezienie konfidenta, który zaprowadzi ich na właściwy trop. Udało się dopiero wiosną 1963 roku. Zwerbowano Stanisława Mazura, bratanka ojca Danuty. Sypnięto pieniędzmi. Niedużymi nawet jak na owe czasy – 5 tysięcy złotych. Nie odmówił. Dom chciał w Świdniku kupić. Otrzymał pseudonim „Michał”.
 
   21 października 1963 roku po południu Majdan Kozic Górnych otoczono szczelnym kordonem. Lalek wychodził od Wacka Becia, w którego obejściu spędził noc. Nie poddał sie łatwo. Oddawał strzały. Jego granaty jednak nie wybuchły. Potem pistolet się zaciął. Zdjęto go serią z karabinu. Rany były zbyt ciężkie aby mógł przeżyć. Taki był koniec ostatniego z żołnierzy wyklętych.

Pochowano go, jak i innych żołnierzy zbrojnego podziemia, na cmentarzu przy ulicy Unickiej w Lublinie. Po czterech dniach rodzina w tajemnicy wykopała ciało. Leżał nagi, bez głowy. Na cmentarzu w Piaskach mógł zostać złożony dopiero w 1983 roku.
 
   Wieś winiła Becia za zdradę i z piętnem tej zdrady umarł. W końcu to w jego obejściu Lalek zginął, mówili. Nikt nie wiedział o Stanisławie Mazurze. Dopiero w ostatnich latach IPN ujawniło jego nazwisko. Ale nikt mi tutaj nie daje wiary. „To Wacek”, mówią. Przez tyle lat wierzyli w to co im SB sugerowało. „Po co nam pani teraz w głowie miesza”? Nie wiem. Pewnie dlatego, że mi szkoda Becia bo był uczciwym człowiekiem a przez gehennę przeszedł. I jeszcze 5 lat odsiedział. 
 
   Pierwsza wiosenna burza przetoczyła się przez moją wieś. Grzmoty i błyskawice rozrywały niebo. Teraz tylko wiatr tarmosi mokrymi gałęziami i zapach mokrych pól wciska się przez okno.
Lalek, to ty? Znowu widzę Twój cień we mgle. Pomiędzy drzewami. W darniach. Za krzyżem. Psy szczekają. Nie bój się. Gadzina już jest taka zajadła. Chodź. Moja chałupa bezpieczna – niejedno widziała i milczy jak zaklęta. Osuszysz się. Pajdę chleba smalcem ze skwarkami posmaruję. Na przyzbie usiądziemy. Skręta zapalimy. O Polsce pogadamy… Wiem, Ty teraz w lepszej kompani honory odbierasz. Twój uśmiech widziałam jak odeszłeś. Spokojny taki, spełniony jakbyś spotkał to, za czym już tak długo tęskniłeś. Ja rozumiem. Danusi mówiłeś, że nie masz już siły na polach mieszkać, w lasach spać, na deszczach moknąć. Twoją Polskę i Ciebie strzałami skoszono jak żyto.Teraz wszystko inne. Twoja wioska rozpita. Tak na umór, do dna. Czy dlatego, żeby zapomnieć o biedzie czy dlatego, że wycięto jej korzenie jak u tego starego dębu co w wawozie Firka usycha?
 
   I tylko te domki z białego kamienia zostały i chaty drewniane. I poletka wąskie jak wstążeczki gorącą żółcią rzepaku rozkwitnięte. I mlecze. I wąwóz Firek taki sam dzikim bzem pachnący i obsypany białym kwiatem tarniny, jak wtedy wiosną gdy nocą do wioski chodziłeś. I to drzewo, pod którym pochowano Cygankę, z dzieckiem przy piersi, strzałami z cekaemu na wpół przeciętą. Tylko krzyż na nim drżącą z przerażenia ręką kiedyś wycięty już coraz trudniej zobaczyć.
I krzyż przy domu Starego Dzierby stoi. A on z Czarnym dalej miedziaki za sprzedane dusze liczy. Świeczkę Ci w nocy u krzyża palę abyś w ciemnych polach drogi do domu nie zatracił
  
   Nie wszyscy grubą kreską oddzielili się od historii dlatego, że była im niewygodna.
 
17-go marca 2008 roku Lech Kaczyński, Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej nadał pośmiertnie Józefowi Franczakowi  Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. W 90-tą rocznicę jego urodzin. Odznaczenie odebrał Marek Franczak, syn Danuty Mazur i Józefa Franczaka.

Posted in Historia, Wspomnienia, Świadectwa | Otagowane: | Leave a Comment »

Ponieważ żyli prawem wilka… – Jarosław Kaczyński

Posted by tadeo w dniu 1 marca 2011

Z racji obchodzonego dzisiaj Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” postanowiłem zamieścić tę krótką notkę.

„Ponieważ żyli prawem wilka, historia o nich głucho milczy…”. Słowa Zbigniewa Herberta o Żołnierzach Wyklętych zbyt długo były prawdziwe. Niestety nawet w Polsce po 1989 roku zbyt długo milczano o losie niepodległościowego podziemia antykomunistycznego. Dopiero dziś, 1 marca 2011 roku, obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Nowe święto państwowe ustanowione z inicjatywy śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego przywraca do panteonu bohaterów narodowych tych, którzy stanęli do walki przeciwko sowieckiej okupacji. Tych, którzy pozostaną w naszej pamięci jako obrońcy polskiej niepodległości.

Przez ponad pół wieku komunistyczna propaganda próbowała zniesławić i wymazać pamięć o bohaterach. Narodowe Siły Zbrojne, Wolność i Niezawisłość, Konspiracyjne Wojsko Polskie, Armia Krajowa Obywatelska czy Ruch Oporu Armii Krajowej to tylko niektóre organizacje, których pamięć miała zginąć. Setki patriotów torturowanych w katowni UB na ul. Rakowieckiej czy mordowanych przez MO w całej Polsce miały na zawsze zniknąć z polskiej historii.

Dziś, kiedy walka o pamięć „Ognia”, „Huzara”, „Inki”, „Łupaszki” i innych członków powstania antykomunistycznego, wydaje się wygrana, nie wolno nam przestać zabiegać o cześć dla poległych. Mimo, iż obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” a opinia publiczna może czytać i słuchać prawdy o walce z komunistami, to nadal mamy do czynienia z relatywizacją historii. Dziś, w XXI wieku, komunistyczny generał, funkcjonariusz Informacji Wojskowej, zapraszany jest na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego. To dziś gloryfikuje się poetów, którzy w latach stalinowskich wielbili nowy ustrój i opluwali patriotów. To dziś odsłania się pomniki sowieckim okupantom. To dziś w wielu miejscach Polski możemy spotkać ulice nazywane imieniem Armii Ludowej. Dlatego nie możemy zapomnieć i nie możemy nie protestować, kiedy historia jest relatywizowana. Nie możemy pozwolić, by młode pokolenia miały zafałszowany obraz polskiej historii. Pamięć o Żołnierzach Wyklętych to nie tylko 1 marca i oficjalne święta, to codzienna praca i brak przyzwolenia na pisanie naszych dziejów od nowa. Tylko wtedy kiedy wszystkie nasze wysiłki będą służyć sprzeciwowi wobec kłamstwa, będziemy mogli powiedzieć, że spłaciliśmy dług wobec dziewcząt i chłopców walczących w lasach w latach 40. Wtedy będziemy z dumą mówić: „Cześć ich pamięci!”.

http://jaroslawkaczynski.salon24.pl/283253,poniewaz-zyli-prawem-wilka

Posted in Historia, Jarosław Kaczyński, Polityka i aktualności | Otagowane: | Leave a Comment »

Cześć ich pamięci!‏ – Dzień Pamięci o Żołnierzach Wyklętych.

Posted by tadeo w dniu 1 marca 2011

1 marca przypada Dzień Pamięci o Żołnierzach Wyklętych. Postanowiliśmy przypomnieć ich poprzez piosenki, które śpiewali. Pochodzą one z legendarnej płyty DePress „Myśmy rebelianci”, a teksty ze strony Fundacji „Pamiętamy”, której celem jest przywrócenie pamięci o Żołnierzach Wyklętych. Niech ta pamięć nigdy nie zaginie.

Patrol

watch?v=mrjUcVzeHxw&fs=1&hl=pl_PL

Strumienie deszczu z nieba spływają,
pasmami wody na falę zbóż,
chylą się zboża przez nich ciśnięte,
a nie postrzeżesz polnych tu grusz.

Pod falą zboża w bruździe się kryje,
patrol żandarmów, dowódca „Młot”.
swoje „derkacze” w dłoniach ściskają,
a oczy ognie rzucają w lot.

Ich to nie męczy, że mundur mokry,
że w but dziurawy woda się pcha,
lecz w sercu ogień mocny się pali,
on cel swój drogi prześwietnie zna.

Pod wiatr zgłuszone szumy motorów.
to szosą auto pomyka w dal,
z niego wystają lufy „dziekciarów”,
z nimi złączony ohydny wróg.

Z auta zanosi się płacz niewieści,
a z nim się miesza przekleństw grad,
ubowiec – bestia krzywdzi więzionych,
krwią ściekający Polak-nasz brat.

Serca nam ranią braci cierpienia
twarze wylękłe, gdy widzą nas,
a drzwi częstokroć są nam zamknięte,
żal z trwogą żyje u ludzi mas.

Terror nie zmieni nas, ni krwi strugi
idziemy rozbić krwiożerczą dłoń,
gdy zginie jeden, nastąpi drugi,
kroczymy w bliznach do Wolności bram.

Lecz ta godzina słuszna wybije,
w niej się rozlegnie wystrzałów huk,
czerwona hydra marnie zaginie,
A sędzią prawym będzie sam Bóg.

Piosenka powstała w odtworzonej na Podlasiu 6 Brygadzie Wileńskiej AK, dowodzonej od połowy 1946 r. przez kpt. Władysława Łukasiuka „Młota”. Oddziały 6 Brygady, zwane szwadronami, operowały na rozległych terenach województwa warszawskiego, białostockiego i lubelskiego. 6 Brygada Wileńska była najsłynniejszym, a zarazem chyba najlepszym oddziałem podziemia niepodległościowego w tej części Polski. W jej szeregach służyli obok siebie miejscowi ochotnicy z Podlasia i akowcy z Kresów. Komendant „Młot” utrzymał się w polu do połowy 1949 r. (zginął 27 VI 1949 r.). Patrole 6 Brygady Wileńskiej, nad którymi dowództwo przejął kpt. Kazimierz Kamieński „Huzar”, walczyły jeszcze przez kolejne trzy lata – do jesieni 1952 r. W tekście piosenki odnajdujemy frazę mówiącą o patrolu żandarmów prowadzonym przez dowódcę „Młota”. W 6 Brygadzie Wileńskiej wydzielane były bowiem pododdziały, zajmujące się głównie utrzymywaniem w terenie porządku społecznego, w szczególności zwalczaniem agentów bezpieki i przestępców pospolitych. Rolę taką spełniał szwadron ppor. Antoniego Borowika „Lecha” i sokołowski patrol Obwodu „Jezioro” dowodzony przez sierż. Kazimierza Wyrozębskiego „Sokolika” (obaj polegli w walce – pierwszy w maju, drugi w lipcu 1948 r.). W jednej z ulotek z 1946 roku komendant „Młot” tak tłumaczył społeczeństwu sens walki, jaką prowadzi: „Nie obchodzą nas partie, lub te czy owe programy. My chcemy Polski suwerennej, Polski chrześcijańskiej, Polski – polskiej. […] Tak jak walczyliśmy w lasach Wileńszczyzny, czy na gruzach kochanej stolicy – Warszawy – z Niemcami, by świętej Ojczyźnie zerwać pęta niewoli, tak dziś do ostatniego legniemy, by wyrzucić precz z naszej Ojczyzny Sowietów. Święcie będziemy stać na straży wolności i suwerenności Polski i nie wyjdziemy dotąd z lasu, dopóki choć jeden Sowiet będzie deptał Polską Ziemię.” Jeśli jest w tym patos, to najwyższej próby. Słowa dotrzymali, z lasu nie wyszli, w ogromnej większości padli w walce o wolność. Z podstawowego składu sokołowskiego patrolu żandarmerii, liczącego około 20 żołnierzy, również prawie wszyscy zginęli z rąk komunistów. Tekst piosenki, z datą z lipca 1948 r., odnaleziony został przez funkcjonariuszy UB przy jednym z poległych partyzantów patrolu sokołowskiego w 1950 roku.

Józef Szczepański „Ziutek”
Czerwona zaraza (fragment)

watch?v=DUEhWVhj__I&fs=1&hl=pl_PL

Czekamy ciebie czerwona zarazo
Byś wybawiła nas od czarnej śmierci
Byś nam, Kraj przedtem rozdarłszy na części
Była zbawieniem witanym z odrazą.

Czekamy ciebie, ty potęgo tłumu
Zbydlęciałego pod twych rządów knutem,
Czekamy ciebie, byś nas gniotła butem
Swego zalewu i haseł poszumu.

Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu –
Morderco krwawy tłumu naszych braci,
Czekamy ciebie nie żeby zapłacić
Lecz chlebem witać na zburzonym progu.

Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco,
Jakiej ci śmierci życzymy w podzięce
I jak bezsilnie zaciskamy ręce
Pomocy prosząc – podstępny oprawco.

Żebyś ty wiedział, dziadów naszych kacie,
Sybirskich więzień ponura legendo,
Jak twoją dobroć wszyscy kląć tu będą
Wszyscy Słowianie, wszyscy twoi bracia.

Żebyś ty wiedział, jak to strasznie boli
Nas, dzieci Wolnej, Niepodległej, Świętej
Skuwać w kajdany łaski twej przeklętej
Cuchnącej jarzmem wiekowej niewoli.

Legła twa armia zwycięska, czerwona
U stóp łun jasnych płonącej Warszawy
I ścierwią duszę syci bólem krwawym
Garstki szaleńców, co na gruzach kona.

„Czerwona zaraza” to ostatni wiersz Józefa Szczepańskiego „Ziutka”, żołnierza legendarnego, harcerskiego batalionu Kedywu Komendy Głównej AK kryptonim „Parasol”, uczestnika zamachu z 11 VII 1944 r. na szefa SS i policji w Generalnym Gubernatorstwie, obergruppenfurera SS Wilhelma Koppego, powstańca warszawskiego, autora znanych wierszy z okresu okupacji niemieckiej i Powstania, w tym słynnego tekstu „Pałacyk Michla”. Nie znamy dokładnej daty powstania „Czerwonej zarazy”. Wiemy tylko, że tekst został napisany pomiędzy 25 VIII 1944 r., dniem śmierci dowódcy 1 kompanii batalionu „Parasol”, Stanisława Leopolda „Rafała”, któremu „Ziutek” poświęcił swój przedostatni, epitafijny wiersz, a 1 IX 1944 r., kiedy to Autor, dowodząc tylną strażą „Parasola” na Placu Krasińskich, został ciężko ranny w brzuch (niektóre źródła podają, że wiersz „Czerwona zaraza” powstał 29 VIII 1949 r.). Wiemy również, że kiedy „Ziutek” pisał „Czerwoną zarazę”, na Jego oczach, przy bierności sowietów stojących po drugiej stronie Wisły, konała broniona heroicznie przez powstańców, w tym Autora, warszawska Starówka. 10 IX 1944 r. „Ziutka” nie było już wśród żywych, zmarł w jednym ze śródmiejskich szpitali powstańczych z odniesionych ran. Pamiętajmy o tym słuchając frazy „o garstce szaleńców, co na gruzach kona….”. Pamiętajmy także i o tym, że w obliczu Powstania, w tamte dwa letnie miesiące 1944 r., odnowił się antypolski pakt sowiecko-niemiecki z sierpnia 1939 r., niepisany wprawdzie i niepodpisany, ale równie namacalny, a niemniej krwawy.
Myśmy rebelianci

watch?v=6MKNEX4wBes&fs=1&hl=pl_P

Rzuciliśmy swe własne domy,
rzuciliśmy najbliższych nam,
nie po to by pisano tomy,
lub aby zdobyć serca dam.

Myśmy rebelianci,
polscy partyzanci.
Poszliśmy w las,
bo nadszedł czas, bo nadszedł czas.

Nie chcemy sierpów ani młotów
i obrzydł nam germański wróg,
na pomstę mamy dziś ochotę
za Polskę spłacić krwawy dług.

Myśmy rebelianci …

Idziemy dziś na polskie szosy,
idziemy na zasadzek moc,
bo chcemy zmienić wojny losy,
więc idziem w dzień i idziem w noc.

Myśmy rebelianci …

Piosenka „Myśmy rebelianci …” znana była przed laty jako hymn „Ragnerowców”. Z końcem zimy 1943 r. w rejonie Bielicy i Niecieczy (pow. Lida, woj. nowogródzkie; obecnie – Białoruś) wyruszył w pole zawiązek pierwszego polskiego oddziału partyzanckiego AK nad Niemnem. Komendę nad nim objął ppor. Czesław Zajączkowski „Ragner”. Po roku działalności oddział ten przemianowany został na IV batalion 77 pułku piechoty AK, liczący blisko tysiąc żołnierzy, wśród których około 30% to miejscowi prawosławni. Tak masowy napływ ochotników do oddziału wynikał z jednej strony z obywatelskiego podejścia „Ragnera” do ludności i żołnierzy – bez różnic na wyznanie czy narodowość, a z drugiej strony – spowodowany był okolicznością, iż jego batalion walczył nie tylko z Niemcami, ale bronił też mieszkańców nadniemeńskich wiosek przed wrogą partyzantką sowiecką. Na Nowogródczyźnie i Wileńszczyźnie trzeba było bowiem walczyć z obydwoma wrogami Rzeczypospolitej – z siłami III Rzeszy Hitlera i Rosji Sowieckiej Stalina. „Ragnerowcy” rozbijali posterunki żandarmerii i policji, atakowali samochody z policyjnymi siłami okupanta, toczyli boje z obławami niemieckimi. Ale też szli „na zasadzek moc” przeciwko „partyzanckim” oddziałom bolszewickim, grabiącym i terroryzującym miejscową ludność.
„Ragner” należał do tych dowódców AK, którzy nie złożyli broni przed Sowietami w lipcu 1944 r. Był najwybitniejszym organizatorem oporu przeciw sowieckim okupantom w centralnej części woj. nowogródzkiego. Dowodzone przez niego oddziały wchodzące w skład zgrupowania „Południe” wykonały setki akcji przeciw NKWD i sowieckiej administracji. W liście z września 1944 r. skierowanym do władz sowieckich w Lidzie „Ragner” informował, że w odwet za zbrodnie popełnione przez komunistów na ludności Nowogródczyzny będzie likwidował przedstawicieli aparatu okupacyjnego. Od kul „Ragnerowców” ginęli więc funkcjonariusze i agenci NKWD, pracownicy sowieckiej administracji organizujący łapanki Polaków do Armii Czerwonej i denuncjatorzy.
Komendant „Ragner” był najbardziej znienawidzonym i poszukiwanym przez Sowietów dowódcą polskiego podziemia na Nowogródczyźnie. Mówili o nim: „czort w oczkach” (diabeł w okularach). Poległ wraz z kilkoma żołnierzami 3 XII 1944 r., okrążony pod Niecieczą z 30-osobowym oddziałem osłonowym przez 1.400 funkcjonariuszy NKWD wspartych artylerią i bronią pancerną. Do dziś nie ma grobu, ciała partyzantów zabitych pod Niecieczą zostały zabrane przez NKWD i zakopane w nieznanym miejscu. Ostatnie grupy wywodzące się ze zgrupowania „Ragnera” broniły polską społeczność kresową przed bezprawiem sowieckiego okupanta do 1949 r.

Bij bolszewika

watch?v=pXMcNrxWEMY&fs=1&hl=pl_PL

Bij bolszewika w każdej go postaci,
bo to jest twój największy dzisiaj wróg.
To przecież on kościami twoich braci,
brukował sieć swych niezliczonych dróg.

To przecież on na Sybir gnał twe dzieci,
a z jęków ich wesołą składał pieśń.
To przecież on dziś naszych ojców gniecie,
i każe im komuny jarzmo nieść.

To przecież on w katyńskim ciemnym lesie
wbił w polską pierś znienacka ostry nóż,
mordując tam najlepszych polskich synów
jak podły zbir, nikczemny zdrajca, tchórz.

To przecież on jak bóstwo czci Stalina,
kapłanom twym nie szczędząc srogich mąk.
To przecież on z kościołów zrobił kina
i depcze krzyż, czerwoną gwiazdę czcząc.

To przecież on nie wierzyć w Boga zmusza,
tumaniąc nas potęgą krasnych szmat,
by człowieczeństwo w sercu twoim zgasło,
byś ty nie wiedział, co to znaczy brat.

To przecież on zrabował twoje mienie
i krew serdeczną sączy z naszych ran.
On przecież psa niż ciebie więcej ceni
boś Polak jest – więc wróg i polski pan.

To przecież on braterstwa głosząc hasła,
do więzień pcha młodzieży naszej kwiat,
by człowieczeństwo w sercu twoim zgasło,
byś ty nie wiedział, co to znaczy brat.

Zasłonę więc zrzuć z oczu miły bracie,
Niech zagrzmi znów praojców złoty róg.
Bij bolszewika w każdej go postaci
bo to jest twój największy dzisiaj wróg.

„Bij bolszewika …” to kolejna pieśń śpiewana przez „Żołnierzy Wyklętych” trwających na straconych posterunkach – na Ziemiach Utraconych. Jej tekst i melodię podał nam jeden z żołnierzy poakowskiej Samoobrony Ziemi Wołkowyskiej. Ta niepodległościowa struktura wywodząca się z Armii Krajowej, funkcjonująca na terenach anektowanych przez Związek Sowiecki, utworzona została przez kapelana WP i AK – ks. mjr. Antoniego Bańkowskiego „Eliasza”, proboszcza z Krzemienicy. Jego najbliższymi współpracownikami byli akowcy – Bronisław Chwieduk „Cietrzew” i Jan Szot „Burza”, którym podlegało około 200 konspiratorów. Organizacja ks. „Eljasza” pozostawała w kontakcie ze zgrupowaniem por. „Olecha” z terenu woj. nowogródzkiego. Dowództwu Samoobrony Wołkowyskiej podlegały oddziały partyzanckie „Cietrzewia”, „Kwiata”, „Gołębia”. Organizacja została rozbita przez NKWD latem 1948 r. Ostatni partyzanci Ziemi Wołkowyskiej dotrwali z bronią w ręku do lat pięćdziesiątych.

Swój hołd pamięci Żołnierzy Wyklętych złożył też  najwybitniejszy powojenny poeta polski.

Zbigniew Herbert

Wilki

Ponieważ żyli prawem wilka
historia o nich głucho milczy
pozostał po nich w kopnym śniegu
żółtawy mocz i ten ślad wilczy

szybciej niż w plecy strzał zdradziecki
trafiła serce mściwa rozpacz
pili samogon jedli nędzę
tak się starali losom sprostać

już nie zostanie agronomem
„Ciemny” a „Świt” – księgowym
„Marusia” – matką „Grom” – poetą
posiwia śnieg ich młode głowy

nie opłakała ich Elektra
nie pogrzebała Antygona
i będą tak przez całą wieczność
w głębokim śniegu wiecznie konać

przegrali dom swój w białym borze
kędy zawiewa sypki śnieg
nie nam żałować – gryzipiórkom –
i gładzić ich zmierzwioną sierść

ponieważ żyli prawem wilka
historia o nich głucho milczy
został na zawsze w dobrym śniegu
żółtawy mocz i ten trop wilczy

watch?v=hNHI-dhNUdE&hl=pl_PL&feature=player_embedded&version=3

Także inni pieśniarze uczcili pamięć „Ognia”, „Łupaszki” i wszystkich Żołnierzy Wyklętych.

Leszek Czajkowski — Żołnierzom Wyklętym

watch?v=7ks_bycQtgU&fs=1&hl=pl_PL

Andrzej Kołakowski — Epitafium dla majora „Ognia”

watch?v=Vhnbh9_wnFY&fs=1&hl=pl_PL

Źródło: http://hej-kto-polak.pl/wp/?p=5158

Posted in Historia | Otagowane: | Leave a Comment »

Historia we wspomnieniach – w hołdzie bohaterom Powstania Antykomunistycznego

Posted by tadeo w dniu 1 marca 2011

Sejm przyjął ustawę o ustanowieniu Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Jej projekt złożył w ubiegłym roku prezydent Lech Kaczyński: „w hołdzie Żołnierzom Wyklętym – bohaterom Powstania Antykomunistycznego, którzy w obronie niepodległego bytu Państwa Polskiego, walcząc o prawo do samostanowienia i urzeczywistnienia dążeń demokratycznych społeczeństwa polskiego, z bronią w ręku przeciwstawili się sowieckiej agresji i narzuconemu siłą reżimowi komunistycznemu”. Nowe święto państwowe ma być obchodzone 1 marca, gdyż tego dnia w 1951 roku zostali zamordowani ppłk Łukasz Ciepliński „Pług” (ur. 1913), komendant IV Komendy Głównej Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, oraz jej oficerowie: mjr Adam Lazarowicz, por. Mieczysław Kawalec, por. Karol Chmiel, kpt. Józef Batory, ppor. Józef Rzepka, por. Franciszek Błażej. Tuż przed śmiercią ppłk Ciepliński połknął medalik, jak mówił współwięźniom, aby w ten sposób można było zidentyfikować jego ciało. Do dzisiaj nie odnaleziono jednak jego grobu. Wdowa Jadwiga (1908–1990) przez całe życie nie mogła podjąć pracy, żyła w nędzy. W 1971 roku dosięgła ją kolejna tragedia – zmarł jedyny syn Andrzej (ur. 1947). 3 maja 2007 roku Prezydent Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie ppłk. Łukasza Cieplińskiego najwyższym polskim odznaczeniem – Orderem Orła Białego. Poniżej przedstawiamy – faktycznie stanowiące jego testament – grypsy ppłk. Cieplińskiego z celi śmierci pisane do syna, żony, bliskich, pochodzące z książki Elżbiety Jakimek-Zapart, „Nie mogłem inaczej żyć… Grypsy Łukasza Cieplińskiego z celi śmierci”, Kraków 2007.

…Krzyż swój składam Nowonarodzonemu. Pytam – czy ofiary nasze nie pójdą na marne, czy niespełnione sny powstaną z mogił, czy Andrzejek będzie kontynuował ideę ojca? Wierzę – nie pójdą, sny wstaną, syn zastąpi ojca, Ojczyzna niepodległość odzyska. Matka Boża ukoi Wasz ból. Żalę się jednocześnie przed Chrystusem, że każe mi ginąć w tych warunkach, a nie na polu chwały. Że zrobiono ze mnie zbrodniarza, zdrajcę, a przecież Ty wiesz najlepiej, że nikogo – nigdy (…) świadomie nie skrzywdziłem. Że starałem się każdemu pomóc i dzisiaj najmilej wspominam te momenty…

***

Co pewien czas zabierają kogoś. Nadchodzi mój termin. Jestem zupełnie spokojny. Gdy będą mnie zabierać, to ostatnie moje słowa do kolegów będą: cieszę się, że będę zamordowany jako katolik za wiarę świętą, jako Polak za Ojczyznę i jako człowiek za prawdę i sprawiedliwość. Wierzę bardziej niż kiedykolwiek, że Chrystus zwycięży, Polska niepodległość odzyska, a pohańbiona godność ludzka zostanie przywrócona…

***

Andrzejku! Kochaj Boga i bądź wierzącym katolikiem. Jednak staraj się poznać Jego Wolę, przyjąć ją za prawdę i realizować w życiu. Kochaj Polskę i miej Jej dobro na uwadze zawsze. Ona musi zająć w świecie właściwe miejsce i uzyskać dobrobyt oraz szczęście wszystkich obywateli. – Kochaj i bądź posłuszny Matce – Twemu Aniołowi stróżowi, która marzy, modli się i żyje Tobą i Twoim szczęściem. Darz Ją dobrocią za siebie i za mnie. Naczelnymi zasadami twego życia niech będą: dobro, prawda, sprawiedliwość i miłość. – Ażeby temu sprostać, musisz kształcić swój charakter (silna wola, dzielność, pracowitość, inicjatywa, umiłowanie szlachetnych celów), bez niego niczego nie osiągniesz. (…) Musisz kształcić swój umysł, zdobyć szerokie wiadomości. Ucz się pilnie. (…) Co szlachetne i wielkie – przyjmuj, co płytkie i nikczemne – odrzucaj. Nie zaniedbuj również kultury fizycznej. Zdrowie jest w życiu potrzebne. Umiłowaniem ideałów, pracą, wytrwałością i poświęceniem musisz uzyskać odpowiednią pozycję, by móc realizować cele omawiane wyżej. Bądź skromny, grzeczny i dobro bliźniego miej zawsze na uwadze.
Widzisz Synku – z Mamusią modliliśmy się zawsze, byś wyrósł ku chwale idei Chrystusowej, na pożytek Ojczyźnie i nam na pociechę. Chciałem służyć Tobie swoim doświadczeniem. Niestety to może moje ostatnie do Ciebie słowa. W tych dniach mam zostać zamordowany przez komunistów za realizowanie ideałów, które Tobie w testamencie przekazuję. O moim życiu powie Tobie Mamusia, która zna mnie najlepiej. (…) Łukasz. 7 I.

***

20.1.51. Andrzejku! Wymodlony, wymarzony i kochany mój synku. Piszę do Ciebie po raz pierwszy i ostatni. W tych dniach bowiem mam być zamordowany. Chciałem być Tobie ojcem i przyjacielem. Bawić się z Tobą i służyć radą i doświadczeniem w kształtowaniu twego umysłu i charakteru. Niestety okrutny los zabiera mnie przedwcześnie, a Ciebie zostawia sierotą. Dlatego piszę i płaczę. Ja odchodzę – Ty zostajesz, by w czyn wprowadzać idee ojca. – Andrzejku: celami Twego życia to:
a) służba dobru, prawdzie i sprawiedliwości oraz walka ze złem.
b) dążenie do rozwiązywania bieżących problemów – na zasadach idei Chrystusowej. W tym celu realizować je w życiu i wprowadzać w czyn.
c) służba ojczyźnie i narod[o]wi polskiemu [fragment nieczytelny]. Naród polski [fragment nieczytelny] i wolność. Dobrobyt i szczęście. Świat zapadł się [w] nienawiści, brudzie i złej woli. Potrzeba nowych myśli i właściwego rozwiązania, którą Chrystusowa Idea.
(…) Celem tego nie mogą być osobiste ambicje, ale świadomość i wiara w ideały, które Tobie mają przyświecać. – Droga do tego prowadzi przez wartości charakteru i umysłu. Przez głęboką wiarę w słuszność celów [wyraz nieczytelny]. – Pamiętaj, że o wartości człowieka stanowi w pierwszym rzędzie jego charakter. Musisz go szkolić drogą różnych wyrzeczeń. Silna wola, pracowitość, odwaga, inicjatywa, prawdomówność, godność osobista, narodowa i ludzka – oto elementy, na które zwrócić musisz specjalną uwagę. Bez silnego charakteru nie osiągniesz żadnego celu. W połowie drogi połamią Cię przeciwności, [fragment nieczytelny]. Nie wolno Tobie marnować czasu na głupstwa (…) Pamiętaj, że środki materialne, pienią[dze] odgrywają dużą rolę, nigdy jednak nie mogą być Twoim celem. – Bądź posłuszny i kochaj Mamusię za siebie i za mnie. Pamiętaj, że jest to jedyna istota, która żyje Twoim szczęściem i zawsze Ciebie zrozumie i nigdy nie opuści w potrzebie. Andrzejku! W trakcie okupacji niemieckiej dowodziłem inspektoratem rzeszowskim. Podlegało mi około 20.000 ludzi. Wielu z nich zginęło w walce o Polskę i o duszę narodu polskiego, wielu jest mordowanych obecnie. W pracy i walce widziałem tak wielkie umiłowanie Ojczyzny, bohaterstwo i bezgraniczne poświęcenie i oddanie Sprawie, że ze wzruszeniem myślę o nich i Bogu dziękuję, że pozwolił dowodzić mi synami bohaterskiej Ziemi Rzeszowskiej. (…) Odbiorą mi tylko życie. A to nie najważniejsze. Cieszę się, że będę zamordowany jako katolik za wiarę świętą, jako Polak za Polskę niepodległą i szczęśliwą. Jako człowiek za prawdę i sprawiedliwość. Wierzę dziś bardziej niż kiedykolwiek, że Idea Chrystusowa zwycięży i Polska niepodległość odzyska, a pohańbiona godność ludzka zostanie przywrócona. To moja wiara i moje wielkie szczęście. Gdybyś odnalazł moją mogiłę, to na niej możesz te słowa napisać. Żegnaj mój ukochany. Całuję i do serca tulę. Błogosławię i Królowej Polski oddaję. Ojciec.

***

28.1.51. Kochana Wisiu! Jeszcze żyję, chociaż to już ostatnie prawdopodobnie dla mnie dni. Siedzę z oficerem gestapo. Oni otrzymują listy – ja nie. A tak bardzo chciałbym otrzymać chociaż parę słów – Twą ręką napisanych. I ten ból składam u stóp Boga i Polski. Sercem, myślami – jestem zawsze z Wami. Odwrotnie Ciebie odczuwam zawsze przy sobie. Odmawiając codziennie różaniec – wydaje mi się, że słyszę Twoje i Andrzejka odpowiedzi. W ostatnich godzinach życia Bogu dziękuję za to, że mogę umierać za Jego wiarę świętą, za moją Ojczyznę oraz za to, że dał mi tak dobrą Żonę i wielkie szczęście rodzinne. Łukasz.

***

2.2.51. Wisiu! Cieszę się, że doczekałem dnia dzisiejszego i miesiąca Matki Bożej. Wierzę, że gdy mnie w nim zamordują, zabierze moją duszę Królowa Polski do swych niebieskich hufców – bym mógł Jej dalej służyć i bezpośrednio meldować o tragedii mordowanego przez jednych, opuszczonego przez pozostałych narodu polskiego. (…) Pa [wyraz nieczytelny] moja Wisienko – Łukasz.

***

3.2.51. Andrzejku! Pociecho moja jedyna. Ofiarowując Ciebie opiece Matki Bożej proszę Ją, aby z ducha Twego wyrosło w czyn moje serce zdławione rękami wrogów. Ażeby moje marzenia zapadły do Twego serca, jak iskry płomienne. Ażebyś był mężnym i słowo dane wobec Boga, Ojczyzny i własnego ducha przedkładał nad życie. Abyś był szlachetny i miał zawsze czyste serce. Aby uśmiech nie schodził z Twoich ust nawet w momencie gdyby szatańskie ręce życie Tobie – jak mnie – odebrać chciały. Abyś utulił w bólu i otarł łzy Matce i był dla niej prawdziwą radością. Ojciec.

***

Wisiu! Wierzę, że Chrystus zwycięży! Polska niepodległość odzyska, a godność ludzka zostanie przywrócona. Wierzę, że dziecko wychowasz na dobrego Polaka, katolika i człowieka. Wierzę wreszcie w Ciebie, Andrzejku! Wierzę, że żyć, pracować i działać będziesz dla tych samych świętości – to moje szczęście. Łukasz.

***

Andrzejku! Pamiętaj, że istnieją tylko trzy świętości: Bóg, Ojczyzna i Matka. Bądź dobry dla Matki. Zostań lekarzem, inżynierem, naukowcem lub ekonomistą, co wolisz. Nie zapomnij o ojcu i jego idei.

***

Widzisz Wisienko, zrobili ze mnie bandytę i nie pozwalają mi tego wyjaśnić. To wszystko kłamstwo. Żalę się przed Bogiem, Tobą i Andrzejkiem. Żyję tylko dlatego, aby Ciebie raz jeszcze zobaczyć. Bogu dziękuję, że dał mi tak dobrą żonę. Wierzę, że Andrzejka wychowasz na dobrego Polaka i katolika. Bądź mężna! To dla Boga i Polski. Cieszę się, że masz Matkę Ewunię przy sobie. Mnie żal tylko Was. Przebacz, ja nie mogłem inaczej żyć – Wisiu! Wisienko. Łukasz.

Elżbieta Jakimek-Zapart, „Nie mogłem inaczej żyć… Grypsy Łukasza Cieplińskiego z celi śmierci”, Kraków 2007.

wybrał Jarosław Szarek

http://zrodlo.krakow.pl/

Posted in Historia | Otagowane: | Leave a Comment »

Elegia na śmierć Roja

Posted by tadeo w dniu 1 marca 2011

Zobacz także koniecznie: http://ratujmyroja.pl/

http://www.myspace.com/video/historiaroja/elegia-na-mier-roja/100970925

„HISTORIA ROJA” czyli W ZIEMI LEPIEJ SŁYCHAĆ Bohatera, Mieczysława Dziemieszkiewicza, poznajemy jako nastolatka wpatrzonego w starszego brata, dowódcę oddziału Narodowych Sił Zbrojnych, „Pogodę”, który hamuje jego zapał do walki w partyzantce. Kiedy w 1945 roku, na polecenie organizacji, Rój rozpoczyna służbę w LWP, dowiaduje się o brawurowej akcji odbicia więzienia UB w Krasnosielcu (uwolniono ponad 50 więźniów), którą dowodził „Pogoda”. Następuje rozwiązanie oddziału. Brat „Roja” zostaje potem zabity właściwie przypadkowo – dla rabunku – przez dwóch żołnierzy NKWD. Rój dezerteruje i dokonuje zemsty za brata, następnie wstępuje w szeregi tworzącej się – głównie z byłych członków NSZ – partyzantki antykomunistycznej NZW. Akcje Roja i jego oddziału wymierzone są przeciwko nadgorliwym komunistycznym funkcjonariuszom (przy czym stosowana jest gradacja kar – od ostrzeżenia poprzez chłostę do rozstrzelania) a niekiedy, jak za okupacji niemieckiej, przeciwko zwykłym złodziejom. Poznajemy życie dużego zgrupowania partyzanckiego w „Republice Kurpiowskiej” – obszarze całkowicie kontrolowanym przez NZW. W 1947 dowódca zgrupowania, „Młot” w 1947, z powodu braku perspektyw na zwycięstwo proponuje oddziałom ujawnienie się. Rój jest jednym z tych, którzy nie podporządkowali się temu poleceniu. Kontynuuje działania przeciwko najbardziej zbrodniczym komunistycznym funkcjonariuszom. Na wiadomość o pojmaniu jednego z głównych dowódców NZW, „Lasa”, „Rój” próbuje porwać gen. Piotra Jaroszewicza, aby wymienić go na „Lasa”, co kończy się niepowodzeniem z powodu błędnego rozpoznania. Po procesie „Lasa”, „Rój”, po brawurowym ataku na pociąg, likwiduje prokuratora, który skazał go na śmierć. UB i KGB prowadzą na Roja systematyczne polowanie. Jego motorem jest Wyszomirski, były żołnierz Narodowych Sił Zbrojnych, który w 1945 roku przeszedł na stronę komunistów i został oficerem UB. KBW organizuje zasadzkę w miejscu, w którym oddział „Roja” zaplanował akcję na transport wojskowy, co jednoznacznie świadczy o istnieniu wtyczki w otoczeniu „Roja”. Odrzuca on jednak propozycję przerzutu na Zachód. Cudem unika schwytania na Dworcu Głównym w Warszawie oraz podczas leśnej obławy (ranny, każe się zasypać ziemią w dole, ta sekwencja jest źródłem podtytuły filmu – W ziemi lepiej słychać). Oddział funkcjonuje dzięki pomocy miejscowej ludności. W jednym z punktów ukrywania się Bohater spotyka Martę. Zakochują się w sobie. „Rój”, pomimo zawziętego polowania tysięcy funkcjonariuszy, nie zaprzestaje walki – widzimy wykonanie wyroku na oficerze UB, akcję ekspropriacyjną w banku, Bohater potrafi także zjawić się ze swym oddziałem na niedzielnej mszy, by wygłosić płomienne, patriotyczne przemówienie. UB więzi i torturuje rodziców i młodszego brata „Roja”. Wyszomirski zmusza Martę do współpracy, więżąc jej rodziców i grożąc ich śmiercią. Mimo to 13 kwietnia 1951 roku „Rój” wraz ze swą prawą ręką, „Mazurem” oczekują na Martę, w domostwie we wsi Szyszki (15 km na zachód od Pułtuska). Cały teren jest obstawiony przez oddziały KBW, UB i NKWD, jest też artyleria i czołgi, a podczas ataku, pojawi się samolot. Skala obławy jest miarą strachu jego przeciwników. Gdy atak się rozpocznie, dwójka partyzantów podejmie samobójczą walkę, która nie może skończyć się inaczej jak masakrą i zagładą. Rój bliski jest postaci Anioła Zemsty lub Świętego-Wojownika. Jest ucieleśnionym mitem – pocieszycielskim dla ludzi, za których walczy, złowrogim dla przeciwników. Ludność wielbi go i darzy czcią, szczególnie przepadają za nim dzieci, z którymi doskonale się porozumiewa (sam jest przecież w istocie „młodziankiem”, tyle że świętym). Jak istota mitologiczna ma dar zjawiania się nagle w dowolnym miejscu i czasie, toteż chłopi nigdy nie tracą nadziei na jego pomoc, zaś wrogowie nie mogą zaznać spokoju nawet w otoczeniu licznej i potężnie uzbrojonej straży. Ich strach przed Rojem jest tak wielki, że niektórzy przypisują mu zdolność przebywania w kilku miejscach na raz! Jego Los jest z góry zapisany i wiadomo, że zmierza ku męczeńskiej śmierci. Widz nie ogląda filmu z ciekawości, „co będzie dalej” i „jak to się skończy”, lecz, jak w antycznej tragedii, odbywa z bohaterem oczyszczającą drogę ku zagładzie, która jest jednocześnie odrodzeniem.

http://www.myspace.com/historiaroja

Posted in Filmy - Polecam, Filmy dokumentalne, Historia | Otagowane: | Leave a Comment »

„… ponieważ żyli prawem wilka…”

Posted by tadeo w dniu 1 marca 2011

1 marca pierwszy raz obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych

W ramach obchodów zostanie wyświetlony film „Historia Roja”, który opowiada o losach żołnierzy NSZ walczących do 1951 r. z reżimem komunistycznym na Mazowszu

W ramach obchodów zostanie wyświetlony film „Historia Roja”, który opowiada o losach żołnierzy NSZ walczących do 1951 r. z reżimem komunistycznym na Mazowszu.

– Cieszę się, że Polska nie zapomniała o ludziach, którzy walczyli o wolność ojczyzny – mówi „Rz” Tadeusz Filipkowski, rzecznik Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej.

Żołnierze podziemia niepodległościowego i antykomunistycznego wreszcie doczekali się swojego święta – obchodzonego dziś Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych. W 2009 r. projekt ustawy wprowadzającej nowe święto państwowe zgłosił prezydent Lech Kaczyński. Po jego śmierci inicjatywę podjął prezydent Bronisław Komorowski, ale ustawa długo nie mogła trafić pod obrady Sejmu. Dopiero po apelu fundacji „Polska się upomni” 3 lutego parlament ją przyjął.

– To dzień i wydarzenie historyczne. Można powiedzieć, że w symboliczny sposób zamyka proces dekomunizacji Polski – mówi „Rz” Jerzy Scheur, prezes fundacji „Polska się upomni”. – Już nikt nie będzie mógł mówić o żołnierzach wyklętych jako o bandytach z lasu. Mam nadzieję, że dotrze do Polaków, iż byli to bohaterowie, którzy walczyli z sowiecką okupacją Polski.

1 marca został wybrany nieprzypadkowo. Przed 60 laty 1 marca 1951 r. w warszawskim więzieniu mokotowskim po  sfingowanym procesie politycznym rozstrzelano siedmiu członków IV Zarządu Głównego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, podziemnej organizacji niepodległościowej powstałej w 1945 r.

– Przez wiele lat żołnierzy AK, NSZ i innych formacji niepodległościowych wymazywano z pamięci – mówi Filipkowski. Przytacza też fragment wiersza Zbigniewa Herberta: „ponieważ żyli prawem wilka, historia głucho o nich milczy”. – To święto jest ostatnią szansą na przywrócenie nas społecznej pamięci – dodaje.

Według historyków, po II wojnie światowej co najmniej kilka tysięcy żołnierzy AK, NSZ i innych formacji niepodległościowych zakatowano podczas przesłuchań lub zamordowano po procesach politycznych, dziesiątki tysięcy na wiele lat trafiło do więzień.

Taki los spotkał m.in. płk. Jana Górskiego, prezesa Światowego Związku Żołnierzy AK w Wielkopolsce. W okresie okupacji walczył w ZWZ AK „Jodła” na terenie Opatowa. W 1949 r. aresztowało go UB w Poznaniu. Został skazany na śmierć. – Bicie, trzymanie po dziesięć dni w karcerze, w wodzie – do dzisiaj mi się to śni. To aresztowanie, wyrok śmierci i oczekiwanie na egzekucję – wspominał płk Górski w rozmowie z „Rz”. W akcie „łaski” wyrok śmierci zamieniono mu na dziewięć lat więzienia.

W Dniu Pamięci Żołnierzy Wyklętych w kilku miastach m.in. w Warszawie, Poznaniu, Lublinie i Krakowie odbędą się pokazy roboczej wersji filmu „Historia Roja” Jerzego Zalewskiego. Opowiada on o losach Mieczysława Dziemieszkiewicza ps. Rój i jego towarzyszy broni, którzy aż do 1951 r. walczyli z NKWD i komunistami na Mazowszu.

– Film powinien trafić do kin jesienią. Cieszę się jednak, że w Dniu Pamięci Żołnierzy Wyklętych uda się go pokazać – mówi „Rz” reżyser Zalewski. Pokazy filmu zorganizują kluby „Gazety Polskiej” i lokalne organizacje kombatanckie.

Żołnierzy wyklętych upamiętni też Instytut Pamięci Narodowej, który organizuje wiele imprez tematycznych, m.in.: w Bydgoszczy – projekt edukacyjny „Niepochowani. Zapomniani”, którego celem jest odnalezienie i upamiętnienie miejsc pochówku bohaterów podziemia niepodległościowego; w Krakowie – wystawę „Skazani na śmierć przez Wojskowy Sąd Rejonowy”; w Warszawie – zostanie odsłonięta tablica upamiętniająca Żołnierzy Wyklętych II Konspiracji Antykomunistycznej. Instytut przygotował też stronę internetową ipn.gov.pl/wykleci

http://www.rp.pl/artykul/2,619583_—–poniewaz-zyli-prawem-wilka—–.html

Posted in Historia | Otagowane: | Leave a Comment »

Wracają na karty historii

Posted by tadeo w dniu 1 marca 2011

Po raz pierwszy obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Kiedy postawimy pomnik bohaterom?

fot. R. Sobkowicz

Więzienie mokotowskie – to jedna z katowni, gdzie mordowano żołnierzy antykomunistycznego podziemia

Nowe święto państwowe, które dziś obchodzimy po raz pierwszy, ustanowione z inicjatywy prezydenta Lecha Kaczyńskiego, przywraca do panteonu bohaterów narodowych „żołnierzy wyklętych” – formację niezwykłą: Polaków, którzy w obronie najwyższych wartości rzucili wyzwanie komunistycznej dyktaturze. Szli „wyprostowani wśród tych, co na kolanach, wśród odwróconych plecami i obalonych w proch” (Zbigniew Herbert). Za walkę z sowietyzacją kraju nie odebrali nigdy żadnej nagrody – przez dziesiątki lat napiętnowani mianem „bandytów” i otoczeni pogardą, żyli tylko w pamięci najbliższych i wiernych towarzyszy broni. Ale tak jak dobro nie może nigdy przegrać ze złem, tak szlachetna walka żołnierzy powstania antykomunistycznego odnosi zwycięstwo. Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” jest skromnym zadośćuczynieniem i spłatą moralnego długu wobec najbardziej niezłomnych.

Zakatowani w więzieniu na Mokotowie, tropieni jak łowna zwierzyna przez oddziały sowieckiego NKWD i pozostającego na ich służbie KBW i UB, wydawani przez rodzimych konfidentów – wracają na karty historii, choć ich imiona, nazwiska, pseudonimy miały zostać na zawsze wymazane. Jako „bandyci” i „faszyści” nie dostali szansy na żaden sprawiedliwy osąd, a partyjni propagandyści i „literaci” w ubeckich mundurach zadbali o spreparowanie wyłącznie czarnego obrazu żołnierzy powstania antykomunistycznego. Pamięć o toczonej przez nich heroicznej walce, o wartościach, jakie były jej motywem, miała zejść do grobu razem z ostatnimi „leśnymi”. A że zadano im śmierć haniebną, skrytobójczą, pozbawiono też mogił, by nie stali się wzorami dla młodzieży, punktem odniesienia dla następców, którzy powinni ponieść sztandar „świętej Sprawy”.
Długie szeregi bohaterów podziemia niepodległościowego symbolizuje major Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, po wojnie dowódca odtworzonej 5. Brygady Wileńskiej Armii Krajowej. Obok niego: porucznik Józef Kuraś „Ogień”, najsłynniejszy partyzant Podhala; major Hieronim Dekutowski „Zapora”, dowódca zgrupowania na Lubelszczyźnie; kapitan Kazimierz Kamieński „Huzar”, bracia Leon i Edward Taraszkiewiczowie, Zdzisław Broński „Uskok”, major Ludwik Bernaciak „Orlik”, kapitan Jan Borysewicz „Krysia”, kresowy zagończyk na Nowogródczyźnie; Danuta Siedzikówna „Inka”, sanitariuszka w brygadzie „Łupaszki”… I ci, którym udało się wytrwać najdłużej, jak poległy w marcu 1957 r. ppor. Stanisław Marchewka „Ryba”, ostatni „leśny” na Białostocczyźnie, czy Józef Franczak „Laluś”, który jako ostatni żołnierz Polski Podziemnej zginął w obławie pod Piaskami na Lubelszczyźnie w październiku 1963 r. – prawie 20 lat po wojnie.
To tylko niektórzy z blisko 20 tysięcy żołnierzy podziemia niepodległościowego, którzy z bronią w ręku, po zamianie okupacji niemieckiej na sowiecką, podjęli wbrew nadziei walkę o nadzieję – o Polskę wolną, suwerenną, sprawiedliwą i przeciwstawili się komunistycznej dyktaturze.
„Nie jesteśmy żadną bandą, tak jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej Ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich” – pisał w konspiracyjnej ulotce major „Łupaszka”, dodając: „Sumienie Narodu to my!”. Jednoznacznie antykomunistyczne było przesłanie, z jakim „żołnierze wyklęci” stanęli do walki z narzuconym reżimem. Chcieli walczyć zarówno o granice wschodnie, jak i zachodnie, o całość ziem Rzeczypospolitej, nie uznając dyktatu jałtańskiego ani zaborczej polityki Związku Sowieckiego. „Komunizm, który pragnie opanować Polskę, musi zostać zniszczony” – deklarował „Ogień”. „Nie obchodzą nas partie, te czy owe programy. My chcemy Polski suwerennej, Polski chrześcijańskiej, Polski – polskiej!” – zapewniał kapitan Władysław Łukasiuk „Młot”, dowódca 6. Brygady Wileńskiej. Wiedzieli, że za życia nie odniosą zwycięstwa – ich udziałem było rzucenie ziarna, z którego owoców miało czerpać następne pokolenie.
Wydawało się jednak, że powiedzie się zamysł definitywnego pogrzebania pamięci o nich, bo dobrego klimatu dla żołnierzy podziemia niepodległościowego nie było również w latach 90. – okrągłostołowy sojusz komunistów i części opozycji, z ojcami i dziadkami z UB i KBW w tle, stał na przeszkodzie wyjściu z cienia „wyklętych”. Dopiero dzięki działalności Ligi Republikańskiej, której zawdzięczamy termin „żołnierze wyklęci” i znakomitą o nich wystawę, Fundacji „Pamiętamy”, pojedynczym historykom wiedza o powstaniu antykomunistycznym powoli przebijała się do świadomości społecznej. Sytuację diametralnie zmieniło powstanie Instytutu Pamięci Narodowej i dostęp do archiwów peerelowskich.
W wymiarze publicznym przełom stanowiła prezydentura tragicznie zmarłego w katastrofie pod Smoleńskiem Lecha Kaczyńskiego i prowadzona przez niego polityka historyczna przywracania pamięci ludziom i formacjom wyrzuconym poza obszar wspólnoty narodowej. Wyróżniając wysokimi odznaczeniami, najczęściej pośmiertnie, „żołnierzy wyklętych”, członków ich rodzin prześladowanych przez bezpiekę prezydent przywracał elementarną sprawiedliwość w spojrzeniu na najnowszą historię. Na prośbę kombatantów skierował też do Sejmu projekt ustawy ustanawiającej Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”, uchwalony – po ciężkiej batalii – w lutym tego roku. Epigoni profesora Longina Pastusiaka, który w 2001 r. z sejmowej trybuny zarzucił członkom Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość” dokonywanie „aktów terroru”, znaleźli się w mniejszości. Święto „wyklętych” daje nadzieję, że rozliczenie z PRL, moralna delegalizacja systemu komunistycznego wreszcie zostanie dokonana.
1 marca został wybrany nieprzypadkowo jako data uczczenia „żołnierzy wyklętych” – 60 lat temu, 1 marca 1951 roku, w więzieniu na Mokotowie straceni zostali członkowie IV Zarządu Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość” z ppłk. Łukaszem Cieplińskim „Pługiem” na czele. W ten sposób zakończyła formalnie działalność największa organizacja powojennego podziemia niepodległościowego, oprócz WiN tworzyły ją różne struktury poakowskie, Narodowe Zjednoczenie Wojskowe, Konspiracyjne Wojsko Polskie czy lokalne grupy oporu, działające pod koniec swej działalności często kilkuosobowo.
Dzięki Fundacji „Pamiętamy” i lokalnym społecznościom udało się upamiętnić wielu z „żołnierzy wyklętych”, ale wciąż bohaterowie powstania antykomunistycznego nie mają swojego pomnika – czytelnego symbolu dla wspólnoty. Andrzej Przewoźnik, tragicznie zmarły w drodze do Katynia sekretarz generalny Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, pragnął, by taki monument powstał w Warszawie, a na Grobie Nieznanego Żołnierza zawisły tablice z nazwami miejscowości związanymi z podziemiem niepodległościowym.

Małgorzata Rutkowska

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110301&typ=po&id=po01.txt

Posted in Historia | Otagowane: | Leave a Comment »

60 rocznica zamordowania majora Zygmunta Szendzielarza ps. „Łupaszka”

Posted by tadeo w dniu 8 lutego 2011


Mjr Zygmunt Szendzielarz ps. „Łupaszka” (12 III 1910 r. – 8 II 1951 r.)60 lat temu, 8 lutego 1951 roku  komunistyczni oprawcy zamordowali mjr. Zygmunta Szendzielarza  ps. „Łupaszka”, jednego z najwybitniejszych oficerów Wojska Polskiego i Armii Krajowej, dowódcę 5 Brygady Wileńskiej AK, dwukrotnego kawalera  orderu Virtuti Militari.

Major „Łupaszka” został aresztowany przez UB 26 czerwca 1948 r. w Zakopanem i po ciężkim śledztwie, 2 listopada 1950 r. skazany przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie, pod przewodnictwem sędziego Mieczysława Widaja [czyt.: Stalinowski sędzia…Zmarły, nieosądzony]na 18-krotną karę śmierci. Wyrok wykonano 8 lutego 1951 r. w więzieniu na Rakowieckiej – strzałem w tył głowy.
Wraz z nim zamordowano trzech innych oficerów wileńskiej Armii Krajowej: ppłk Antoniego Olechnowicza ps. „Pohorecki”ppor. Lucjana Minkiewicza ps. „Wiktor” i kpt. Henryka Borowego – Borowskiego ps. „Trzmiel”. Ich ciała posypano wapnem i wdeptano w ziemię w nieznanym miejscu…

W czwartek, 8 lutego 1951 r. kat wywołał z celi majora „Łupaszkę”. Za chwilę miał się znaleźć na schodach krwawej mokotowskiej piwnicy. Wszystkie piwnice są do siebie podobne, więc mokotowska pewnie nie różniła się zbytnio od tej w Twerze, w siedzibie NKWD przy ul. Sowieckiej 5, gdzie w kwietniu i w maju 1940 r. na polskich majorów czekał w gumowym fartuchu i z naganem w łapie major NKWD Błochin. Jak się nazywał morderca z Mokotowa, który tego dnia „pełnił służbę” i przyłożył majorowi „Łupaszce” nagana do karku? Nie wiemy, są tylko przypuszczenia, ale to nie ważne, bo i on, i Błochin to dzieci tego samego diabła. A propos dzieci: pewnie je dobrze wykształcił, bo miały dużo dodatkowych punktów na egzaminach wstępnych. Może te dzieci i ich dzieci są teraz sędziami albo prokuratorami? Pewnie ojciec miał w tej branży znajomości. Major powiedziałby na to wszystko tak, jak zwykł mawiać w podobnych okolicznościach: „Kat z nimi!”. Zanim wyszedł ze zbiorowej celi, stanął przez chwilę nieruchomo, popatrzył po raz ostatni na swoich towarzyszy niedoli i – jak relacjonował potem najmłodszy więźień z celi, o pseudonimie „Młodzik” – powiedział głośno: „Czołem, Panowie!”.
Czołem, Panie Majorze! Polacy pamiętają.*

GLORIA VICTIS !!!

Na temat mjr. „Łupaszki” i jego żołnierzy czytaj więcej:

 


* Fragment tekstu pochodzi z artykułu Piotra Szubarczyka Czołem, Panie Majorze!, który ukazał się w Nr 1/2010 (#47) Niezależnej Gazety Polskiej – Nowe Państwo.

http://podziemiezbrojne.blox.pl/2010/02/59-rocznica-smierci-majora-Lupaszki.html

Posted in Historia | Otagowane: | Leave a Comment »