WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • Tylko przestańmy mówić: ten kraj, w tym kraju, tutaj, ci ludzie. Zacznijmy mówić tak, jak Pan Bóg przykazał, jak o matce: Ojczyzno ma, moja, kochana, poraniona, więc tym bardziej kochana. Moja, to znaczy taka, którą się kocha, którą się po rękach całuje, przed którą się klęka, której się służy, której się z czcią opowiada, której się nie okrada, dla której się pracuje, dla której się cierpi i umiera, jak trzeba. To nie inni mają tak zrobić, to nie oni, tam na górze, ale my. Inaczej na nic wszystko. Na nic ta rana i na nic te ofiary. Nasza Ojczyzna mocno krwawi i ból nie ustaje w naszych sercach, ale zapewniamy pachołków Moskwy i Berlina, i tych, co służą „mamonie” – jeszcze nie zginęła, póki my żyjemy. Póki pracujemy dla dobra naszej Ojczyzny. Póki kochamy i pamiętamy.

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Religia’ Category

Wiara czasem boli

Posted by tadeo w dniu 2 Grudzień 2011

Dariusz Piórkowski SJ

 

(fot. Jennuine Captures/flickr.com)

 „Gdy wszedł do domu, dwaj niewidomi przystąpili do Niego, a Jezus ich zapytał: „Wierzycie, że mogę to uczynić? Oni odpowiedzieli Mu: „Tak, Panie”. (Mt 9, 28).

To pytanie Jezusa pojawia się we wszystkich Ewangeliach tylko jeden raz. Świetne działanie dydaktyczne, które ma wydobyć na jaw i uwypuklić wiarę niewidomych. Chrystus chce w ten sposób podkreślić jej nadrzędność w relacji do Boga. Na tym tle uzdrowienie dwóch chorych ze ślepoty wydaje się, wbrew pozorom, drugoplanowym wydarzeniem. No dobrze, ale czym wobec tego jest ta wiara. Jak ją opisać?
W świetle tej ewangelicznej sceny wiara to długi i wieloetapowy proces, podobnie zresztą jak i uzdrowienie. Tak naprawdę przywrócenie zdolności widzenia dwóm niewidomym zaczęło się dużo wcześniej, i to za pośrednictwem słuchania. Zanim spotkali się z Jezusem twarzą w twarz, doświadczyli Jego obecności w inny sposób.
W perykopie poprzedzającej tę scenę, Ewangelista zaznacza, że „wieść o tym (chodzi o wskrzeszenie córki Jaira) rozeszła się po całej okolicy” (Mt 9, 26). Niewidomi nie potrafili czytać, ale docierały do nich proroctwa o nadejściu królestwa mesjańskiego, wedle których „oczy niewidomych, wolne od mroku i od ciemności, będą widzieć” (Iz 29, 18). Kiedy więc w ich uszach zabrzmiała nowina o Chrystusie, który ogłasza obecność królestwa Bożego i leczy, doszli do wniosku, że to musi być „Syn Dawida”, czyli zapowiadany Mesjasz. Dlatego wołają do Niego, używając tego tytułu. Ciekawe, że chociaż nie widzą, rozpoznają w Chrystusie to, co najistotniejsze: kim On rzeczywiście jest, czego z kolei nie dostrzega wielu widzących. Dwaj ślepcy nie widzieli żadnego cudu, tylko o nich słyszeli. Ich wiara rodziła się na podstawie słów i świadectwa innych. Musieli więc zaufać, że ludzie opowiadają prawdziwe historie. W ten sposób w niewidomych zapaliło się wewnętrzne światło. Nie pierwszy raz Ewangelista próbuje przekonać czytelników, że widzenie nie jest decydujące w wierze.
Ale to nie koniec. Wiara skłania niewidomych do działania. Najpierw wyraża się w decyzji przyjścia do Zbawiciela, następnie w wołaniu o miłosierdzie, w nieustępliwości, w końcu na przekonaniu, że Chrystus nie odprawi ich z kwitkiem. Niewidomi musieli również opuścić miejsce swojego pobytu, wyruszyć w drogę, niemalże natrętnie deptać Jezusowi po piętach. Ich słowne wyznanie wiary to końcowy etap przebytej drogi.
A dzisiaj? Co z nami? Czy możemy zwracać się do Jezusa z naszymi biedami? Czy powinniśmy liczyć na uzdrowienie, także to fizyczne? Czy jeśli latami prosimy w jakiejś sprawie i „nic” się nie zmienia, to znaczy, że nasza wiara jest słaba albo Bóg nie chce nam pomóc?
Zauważmy, że odzyskanie wzroku przez dwóch niewidomych okazało się jedynie dodatkowym potwierdzeniem i odsłonięciem ich wiary. Do Lourdes przybywają setki tysięcy chorych, aby oddać swoje cierpienie Bogu. Ale tylko nieliczni zostają uzdrowieni fizycznie. Można w tym widzieć arbitralność i kapryśność Boga, który jednemu daje łaskę, a innemu nie. Z trudem przebija się do naszej świadomości fakt, że w wierze nie chodzi najpierw o to, aby uzyskać coś dla siebie. Często postrzegamy ją niezwykle pragmatycznie. Wiara musi się opłacać i „coś” dawać. Inaczej jest bezsensowna. Życie człowieka wierzącego powinno różnić się do niewierzącego, myślimy sobie po cichu.
Jednak wiara to nade wszystko jedyny możliwy na tej ziemi sposób nawiązania kontaktu z Bogiem. Może, paradoksalnie, nasze słabości, choroby i ciemności są tylko dodatkowym bodźcem po temu, by odwrócić uwagę od siebie i zauważyć Boga. Dopiero wtedy zaczynamy zdrowieć na duszy i na ciele.

Posted in Religia | Leave a Comment »

Egzorcysta – „Joga jest dziełem Szatana”

Posted by tadeo w dniu 29 Listopad 2011

– Wielu myśli, że ćwiczy jogę w celach relaksacyjnych, ale ona prowadzi do hinduizmu – twierdzi znany włoski egzorcysta, ksiądz Gabriele Amorth.

"Joga jest dziełem Szatana"fot. sxc.hu/cc

Duchowny przestrzegł przed niektórymi praktykami wschodnimi, takimi jak joga, która jest jego zdaniem „dziełem Szatana”.

– Praktyki wschodnie, pozornie nieszkodliwe, bywają podstępne i groźne – twierdzi Amorth. – Wszystkie religie orientalne są bowiem oparte na fałszywej wierze w reinkarnację.

Na słowa egzorcysty dotyczące jogi zareagowali natychmiast przedstawiciele stowarzyszeń jej miłośników we Włoszech. – Joga praktyką satanistyczną? To oskarżenie nie mieści się w głowie – ocenia założycielka federacji jogi Vanda Vanni.

– To nie jest religia, ani nawet praktyka duchowa. Joga naucza i opiera się na wolności, na wewnętrznym poszukiwaniu; to droga poznania, która nie dotyka w ogóle sfery metafizycznej i wrażliwości religijnej czy duchowej – dodaje.

„Harry Potter prowadzi do zła”

W opinii księdza Amortha niebezpieczna jest także lektura książek o Harrym Potterze, które – jak zauważa – „sprzedawane są także w katolickich księgarniach, mimo że promują czary”.

– Uważa się, że to nieszkodliwy tekst dla młodzieży, ale on prowadzi do czarów, a zatem do zła – twierdzi. – Także w przypadku Harry’ego Pottera Szatan działał w sposób ukryty i przebiegły, pod płaszczykiem nadzwyczajnych mocy, magii, zaklęć.

Ksiądz Amorth jest założycielem i honorowym prezesem Światowego Stowarzyszenia Egzorcystów.

Posted in Religia | Leave a Comment »

BŁ. KSIĄDZ JERZY POPIEŁUSZKO – Fakty nieznane

Posted by tadeo w dniu 29 Listopad 2011

O tym nie mówi się na głos. Przemilcza i ukrywa , jak inne tragedie, które dzieją się wokół nas. 

Twarz ks. Popiełuszki była tak zmasakrowana tak, że trudno było Go rozpoznać. Relacja ks. Grzegorz Kalwarczyk odtwarza przerażające szczegóły. Między innymi ks. Kalwarczyk przytacza fragment wypowiedzi lekarza: „Stwierdził, że w swojej praktyce lekarskiej nigdy nie dokonywał sekcji zwłok, które wewnętrznie byłyby tak uszkodzone, jak było to w przypadku wnętrza ciała Księdza Jerzego”
I jeszcze jeden nieujawniony w czasie zeznań lekarza przeprowadzającego autopsję fakt, że podczas tortur wyrwano Księdzu Jerzemu język.
Od 22 lat w dziwnych okolicznościach giną ludzie, którzy próbują dociec prawdy o zamordowaniu księdza Jerzego Popiełuszki. Kto i dlaczego sabotuje śledztwo w sprawie „zbrodni stulecia”?„Przestań gadać, albo skończysz w Wiśle jak twój brat” – te słowa wielokrotnie słyszał w słuchawce telefonu Józef Popiełuszko – brat księdza Jerzego.

To właśnie on swoimi zeznaniami pomagał śledczym IPN-u w wyjaśnieniu prawdy o zbrodni na kapelanie „Solidarności”. Szantażyści domagali się od niego i jego najbliższych, aby nie rozmawiali z prokuratorami, niczego nie pamiętali i nie mówili na temat księdza. Kilkakrotnie grozili im śmiercią.
Józef Popiełuszko był nieustraszony w dążeniu do ustalenia prawdy o śmierci brata. Za swoją wytrwałość zapłacił wielką tragedią. W 1996 r. w białostockim szpitalu zmarła jego żona – Jadwiga Popiełuszko. W akcie zgonu, jako przyczynę śmierci wpisano lakoniczną formułę: „Zatrucie alkoholem metylowym” . To zdumiewająca przyczyna, bowiem pani Popiełuszko znana była jako osoba niepijąca. Zadziwia również zawartość alkoholu w jej krwi, przekraczająca o wiele dawkę śmiertelną. Mimo próśb rodziny, nie udało się wykonać sekcji zwłok, która wskazałaby prawdziwą przyczynę zgonu. Na jej rękach zauważyłem malutkie ślady po igłach, w okolicach żył. Wskazywały one, że ktoś wstrzyknął tej pani do żył truciznę w formie stężonego alkoholu – opowiada „Polskiemu Radiu” pragnący zachować anonimowość lekarz z białostockiego szpitala, który jako jeden z pierwszych oglądał ciało zmarłej. – Potem przełożo ny naciskał mnie, abym nikomu o tym nie wspominał i jak najszybciej zapomniał o sprawie.
Zastraszanie Józefa Popiełuszki i tajemnicza śmierć jego małżonki to zaledwie jeden z wielu tragicznych epizodów brutalnej gry służb specjalnych PRL-u. Jej celem od początku jest zamknięcie ust wszystkim osobom, które mogłyby podważyć oficjalną wersję zbrodni na księdzu Jerzym Popiełuszce. Gra zaczęła się w kilka dni po męczeńskiej śmierci „kapelana Solidarności” i nieprzerwanie trwa do dziś. „Polskie Radio” odtworzyło kulisy jednej z największych mistyfikacji ostatnich lat.

Sekrety płetwonurka

Oficjalna wersja śledztwa dotycząca odnalezienia zmasakrowanych zwłok księdza jest kłamstwem. To Krzysztof Mańko – płetwonurek z Wrocławia – już 26 października 1984 roku, w godzinach popołudniowych, jako pierwszy odnalazł w Wiśle i wyłowił ciało księdza Popiełuszki. To, co działo się kilka godzin później, wiadomo dzięki zeznaniom osób obecnych w tym dniu na tamie. Zwłoki zostały ponownie wyłowione przez płetwonurków, a następnie zaczepione do pontonu i holowane w ten sposób do brzegu. Tam, gdzie znajdowała się chwilowa baza płetwonurków i ekipy poszukiwawczej, podjechał samochód marki „Nysa” i do niego zostały załadowane zwłoki – czytamy w protokole przesłuchania Andrzeja Czerwińskiego – włocławskiego płetwonurka. Dzięki m.in. tym zeznaniom, prokuratorzy IPN ustalili, że człowiekiem, który pierwszy wydobył zwłoki księdza był Krzysztof Mańko.
Krewni płetwonurka, do których dotarliśmy, opowiadają, że po tym wydarzeniu Mańko czegoś panicznie się bał. Nie chciał z nikim rozmawiać, zamknął się w sobie, a w końcu wyszedł z domu i więcej nie wrócił.
Otrzymał paszport i 1 listopada 1984 roku wyjechał z Polski. Dziś mieszka i pracuje w Grecji. Po 2000 roku udało mu się skutecznie uniknąć
Jako ministrant w rodzinnej parafii Suchowola
2) spotkania ze śledczymi Instytutu Pamięci Narodowej. Ten człowiek posiada wiedzę, która może się okazać kluczowa do odtworzenia przebiegu zbrodni – mówią prokuratorzy którzy prowadzili śledztwo w sprawie zamordowania kapłana. – Tylko ten płetwonurek mógłby pomóc w ustaleniu co działo się z ciałem księdza przed jego ostatecznym wydobyciem z Wisły w dniu 30 października. Sam Mańko do dziś milczy i nie chce wracać do Polski.
Dzięki zeznaniom pracowników włocławskiej tamy, śledczy IPN-u odkryli, że po 26 października przeprowadzona została pierwsza sekcja zwłok kapłana. Tymczasem z zeznań włocławskich prokuratorów, którzy w 1984 r. prowadzili sprawę, wynika, że sekcję tą wykonał anatomopatolog ze Szpitala Wojewódzkiego w Bydgoszczy. Żadna przesłuchiwana osoba nie była jednak w stanie przypomnieć sobie jego nazwiska. W szpitalnym archiwum nie zachował się protokół tej sekcji (choć prawo nakazuje trzymać takie dokumenty przez 20 lat)

Równie tajemnicze są okoliczności śmierci Tadeusza Kowalskiego*.

Kowalski – rybak z włocławskiej spółdzielni „Certa” – miał zwyczaj wieczorami kłusować po Wiśle. Towarzyszyli mu w tym kolega i szwagier. 25 października 1984 r., ok. godz. 22.00, Kowalski i jego dwaj towarzysze widzieli jak tajemniczy mężczyźni wrzucają do zalewu ciało księdza Popiełuszki. Byli tak blisko, że zwłoki kapłana omal nie wpadły do ich łódki. Trzej mężczyźni obiecali sobie milczenie. Bali się o swoje życie. To, co widzieli, powtórzyli dopiero prokuratorom IPN.
Kilka tygodni po złożeniu zeznań, Kowalski trafił do szpitala, gdzie po kilku dniach umarł. W akcie zgonu, jako przyczynę wpisano „zatrucie alkoholem metylowym”. To zdumiewające, bo tak samo określono powód śmierci Jadwigi Popiełuszkowej. Biorąc pod uwagę datę śmierci, rodzaj choroby i okres pobytu w szpitalu, należałoby przyjąć, że Kowalski zatruł się alkoholem podczas hospitalizacji. Znajomi pamiętają go jako człowieka cieszącego się udanym życiem rodzinnym, szczęśliwego, zdrowego. Czy to możliwe, aby szczęśliwy mężczyzna po 50tce popełnił samobójstwo, upijając się zatrutym alkoholem? Wyjaśnienie tej sprawy może być bardzo trudne, bo sekcji zwłok Kowalskiego nie przeprowadzono, choć jego rodzina starała się o to.

Cień KGB
Cień szansy na wyjaśnienie prawdy o zbrodni miał Andrzej Grabiński – w okresie PRL-u znany obrońca opozycjonistów, podczas „procesu toruńskiego” oskarżyciel posiłkowy reprezentujący rodzinę Popiełuszków. Grabiński – świetnie wykształcony prawnik – od początku dostrzegał rażące błędy w postępowaniu sądowym, które nie doprowadziło do wyjaśnienia prawdy. Mecenas – niezadowolony z tego, że sąd nie wykrył prawdziwych inicjatorów zbrodni – zapowiedział apelację. Gdyby do tego doszło, sąd wyższej instancji musiałby ponownie przeprowadzić cały proces. To zaś mogło zniweczyć cały plan wielkiej mistyfikacji.
Kilka dni przed upływem terminu złożenia apelacji, w domu na Saskiej Kępie należącym do rodziny Grabińskich wybuchła bomba, w wyniku czego zginęła 25-letnia Małgorzata Grabińska. W trakcie śledztwa okazało się, że właściciel domu nie był słynnym mecenasem, a zbieżność ich nazwisk była przypadkowa. Do dziś nie ustalono czy była to próba zastraszenia czy zamordowania adwokata. Szanse na wyjaśnienie tej sprawy są znikome, bo po 1989 r. zaginęły materiały z tego śledztwa.
30 listopada 1984 roku w Białobrzegach – niewielkiej miejscowości przy trasie Kraków – Warszawa wydarzył się tajemniczy wypadek drogowy. Ok. godz. 20. w jadącego od strony Krakowa fiata uderzył rozpędzony Jelcz. Na miejscu zginęli dwaj pasażerowie fiata i ich kierowca.
Milicjanci ograniczyli się tylko do tego, by wpisać w protokole, że podróżujący fiatem nie mieli żadnych szans, a kierowca ciężarówki uciekł z miejsca wypadku. Nie wszczęto żadnego dochodzenia, by wyjaśnić okoliczności wypadku, nie podjęto również jakiejkolwiek próby odnalezienia ciężarówki, ani zidentyfikowania jej kierowcy. Nie przesłuchano żadnych świadków zderzenia, choć tragiczne zderzenie dobrze widziało kilku okolicznych mieszkańców.
„O tym wypadku dowiedziałem się dzień wcześniej, wieczorem, jeszcze zanim się wydarzył” – opowiada Stefan Bratkowski – pisarz i dawny działacz opozycji. „Byłem tylko ciekaw jaką przyczynę wymyślą. Kiedy prasa podała, że był to wypadek samochodowy, nie miałem żadnych wątpliwości, że było to sfingowane morderstwo”. O mającym wydarzyć się wypadku, Bratkowskiego poinformował jego przyjaciel – nieżyjący już warszawski prawnik Bogumił Studziński. Szef ochrony gen. Jaruzelskiego – płk Artur Gotówko mówił w 1991 r.: „Tam, w Białobrzegach, ofiarom nie dano żadnych szans. Wiem jak to się robi.” Prokuratorzy IPN, którzy podjęli ten wątek, szybko odkryli, że ciężarówka staranowała fiata dokładnie według metod uczonych na specjalnych kursach NKWD, a potem KGB i GRU.
W wypadku w Białobrzegach zginęli dwaj oficerowie MSW – płk Stanisław Trafalski i major Wiesław Piątek. Wracali z południa Polski, gdzie przez kilka poprzednich tygodni badali wcześniejszą działalność i powiązania Grzegorza Piotrowskiego, Leszka Pękali i Waldemara Chmielewskiego. Ze wszystkich czynności sporządzali szczegółowe raporty i notatki, które wieźli w bagażniku fiata. Dokumentacji tej nigdy nie odnaleziono. Nie ma o nich również żadnej wzmianki w protokołach powypadkowych. Zachowały się natomiast niektóre ich notatki sporządzane podczas pracy w Krakowie i Tarnowie i pozostawione w tamtejszych aktach operacyjnych. Przez przypadek nie zostały zniszczone w latach 1989-1990, dzięki czemu potem przejął je IPN. Notatki te dotyczą działalności Grzegorza Piotrowskiego wymierzonej w Kościół i księży. Pozwalają poznać istotne szczegóły z życia głównego mordercy kapelana „Solidarności”.

Wakacje z agentem
Kim naprawdę był Grzegorz Piotrowski? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba cofnąć się do pamiętnego lata 1982 r., kiedy kapitan SB wyjechał na wakacje do Bułgarii. Jak wynika z zachowanych w IPN notatek (sporządzonych przez Trafalskiego i Piątka na podstawie relacji świadków i SB-ków znających Piotrowskiego), na granicy rumuńsko –
3) bułgarskiej spotkał się na krótko z oficerem KGB, który przedstawił się pseudonimem Stanisław i nawiązał z nim współpracę. W trakcie „procesu toruńskiego” opowiadał o tym Adam Pietruszka, lecz sąd nie uwierzył w jego zeznania.
W IPN zachował się dokument „Wyjazdy i przyjazdy za lata 1971 – 1989 pracowników IV Departamentu”. Wynika z nich, że urzędnicy IV Departamentu MSW regularnie wyjeżdżali na spotkania z przedstawicielami V Zarządu Głównego KGB (zarząd ten odpowiedzialny był za zwalczanie dywersji i walkę ideologiczną). Spotkania te odbywały się w Moskwie i Czechosłowacji. Udział w nich brał m.in. Piotrowski. Potwierdzają to szczegółowe raporty z przebiegu tych spotkań. Co istotne – nie zachowały się żadne notatki Piotrowskiego z innych jego spotkań z KGB – nawet z feralnego spotkania w 1982 r. Jeśli ustalenia Trafalskiego i Piątka są prawdziwe – oznacza to, że Piotrowski kontaktował się z KGB bez wiedzy swoich zwierzchników, co z kolei znaczy, że rosyjskie służby specjalne miały swojego tajnego agenta w najbliższym otoczeniu gen. Kiszczaka. W tej sytuacji Kiszczak, który zdecydował, że zabójcy księdza trafią na długie lata do więzienia, wyznaczając do realizacji zbrodni Piotrowskiego, eliminował w swoim otoczeniu wtyczkę obcego wywiadu.
Ks. Jerzy Popiełuszko przy sutannie znaczek orła w koronie.


Haki na Kiszczaka

Jak wynika z archiwalnych dokumentów MSW zgromadzonych podczas śledztwa lubelskiego IPN, jeszcze w 1984 r. podjęte zostały 3 operacje „Teresa”, „Trawa” i „Robot”. Ich celem była inwigilacja skazanych i ich rodzin oraz uniemożliwienie im ujawnienia nawet rąbka prawdy o zbrodni. Osobą nadzorującą tą zakrojoną na szeroką skalę inwigilację był Stanisław Ciosek – wówczas minister ds. związków zawodowych, po transformacji ambasador RP w Moskwie, do listopada 2005 r. główny doradca ds. zagranicznych Aleksandra Kwaśniewskiego. W IPN zachowały się raporty Cioska dla najważniejszych przywódców PRL-u, w których minister szczegółowo informuje o zachowaniu skazanych w celach.
Z ustaleń śledztwa IPN-u wynika, że Chmielewskiego, Pękalę i Piotrowskiego odwiedzał w więzieniach zastępca Kiszczaka – gen. Zbigniew Pudysz. To właśnie on na przemian groził i obiecywał esbekom, że resort o nich nie zapomni, a za odegranie do końca trudnej roli w zbrodni, każdy z nich otrzyma nagrodę. Tak się też stało. Trzej esbecy zostali objęci wszystkimi amnestiami dla więźniów politycznych pod koniec lat 80. Dzięki temu każdy z nich odsiedział mniej niż jedną trzecią kary (Chmielewski 4 lata z 14, Pękala 4,5 roku z 15 lat). Dodatkowo wszyscy bardzo często wychodzili na przepustki. Natomiast okres pobytu w więzieniu, wszystkim czterem esbekom skazanym w Toruniu zaliczono do stażu pracy, dzięki czemu dziś mogą za ten okres pobierać resortowe emerytury. To zdumiewająca koincydencja, bowiem nigdy wcześniej, ani później nie zdarzyło się, aby komukolwiek pobyt w więzieniu zaliczono do stażu pracy. Decyzję o tym aprobowa ł osobiście w 1990 r. gen. Czesław Kiszczak. Wszystkie te szokujące informacje odkryli prokuratorzy IPN.

Spośród wszystkich skazanych, największa nagroda miała przypaść Grzegorzowi Piotrowskiemu. Zachowanie Piotrowskiego wskazuje, że początkowo także on wierzył w resortowe obietnice.

Złudzenia stracił dopiero w 1989 r. po kolejnej rozmowie z Pudyszem, kiedy zorientował się, że jego wiedza staje się niebezpieczna dla niego samego. Podczas kolejnej przepustki napisał gruby na kilkadziesiąt stron raport z działań SB przeciwko księdzu Popiełuszce. Za pośrednictwem żony – Janiny Pietrzak – kilka kopii tego raportu zdeponował u najbliższych znajomych.

„Najprawdopodobniej wyjaśnienie kpt. G. Piotrowskiego zawierało rzeczywistą wersję zdarzeń związanych z osobą księdza Jerzego” – czytamy w notatce IPN z lutego 2004 r. Jak ustalili śledczy IPN-u, za pośrednictwem Pudysza, Piotrowski miał w 1989 r. przekazać Kiszczakowi wiadomość, że jeśli zginie – raport ujrzy światło dzienne. Jedna z kopii tego raportu dotarła również do mieszkania Pietruszków. To znikło – powiedziała Róża Pietruszka do syna. Dialog ten zarejestrowały urządzenia podsłuchowe założone w ich mieszkaniu w ramach operacji „Teresa”. Taśmy z nagraniami przejęli prokuratorzy IPN.

4) Zadusić śledztwo
W czerwcu 1990 roku śledztwo w sprawie „zbrodni stulecia” podjął lubelski prokurator Andrzej Witkowski – wówczas i dziś jeden z najlepszych w kraju prokuratorów od spraw zabójstw. W rok później, po żmudnym śledztwie, zamierzał postawić zarzuty gen. Czesławowi Kiszczakowi. Nie zdążył gdyż sprawę odebrał mu minister sprawiedliwości Wiesław Chrzanowski. Chrzanowski – w latach 70. tajny współpracownik SB o pseudonimie „Zuwak”, w roku 1986 przewerbowany przez Departament I MSW (wywiad zagraniczny) – do dziś nie chce się wypowiadać na temat tej decyzji i osób, które go do niej skłoniły.
Prokuratorzy IPN ustalili, że na ministra naciskał w tej sprawie Mieczysław Wachowski – sekretarz stanu w kancelarii Lecha Wałęsy oraz generałowie Kiszczak i Jaruzelski. Próbowaliśmy porozmawiać o tym z Mieczysławem Wachowskim, jednak nie wyraził zgody na spotkanie.
W wyjaśnieniu prawdy nie pomogła również powołana w 1990 r. sejmowa komisja do spraw zbadania zbrodni MSW. Komisji przewodniczył Jan Maria Rokita – dziś jeden z liderów Platformy Obywatelskiej. To właśnie do niego zgłosiła się Róża Pietruszka z dokumentami na temat sprawy księdza Jerzego. Rokita w sposób wulgarny zbył żonę pułkownika, a dokumentów nie przyjął.
Nieznana prawda o śmierci ks. Jerzego Popiełuszki
Wiele wskazuje na to, że przed morderstwem kapłana przez pięć dni więziono i torturowano na terenie bazy wojsk sowieckich koło Kazunia. W latach 90. oraz 2003-2004 śledztwo prowadził prokurator z Lublina Andrzej Witkowski. Dwukrotnie odsuwano go od sprawy, zazwyczaj wtedy, gdy udawało mu się zebrać nowy materiał dowodowy. Obecnie śledztwo jest nadal prowadzone przez prokuratorów IPN.
Jednak to Witkowskiemu udało się ustalić wiele nowych faktów, dotyczących przebiegu zdarzeń, w wyniku których doszło do śmierci księdza. W sposób fundamentalny podważają one całą dotychczasową wiedzę na temat zamordowania ks. Jerzego. Oficjalna wersja jego śmierci była wersją skonstruowaną przez aparat władzy w PRL, a ściślej jego zbrojne ramię, czyli Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.
Elektryzował tłumy
Na scenie politycznej PRL ks. Jerzy Popiełuszko pojawił się w latach 1981-1982 jako duszpasterz aktywnie wspierający strajkujących robotników Solidarności. Jego kazania podczas mszy za ojczyznę elektryzowały tłumy. W krótkim czasie kościół św. Stanisława na Żoliborzu stał się mekką patriotyzmu. Na celowniku SB ks. Popiełuszko znalazł się we wrześniu 1982 r., gdy Wydział IV Stołecznego Urzędu Spraw Wewnętrznych (SUSW) w Warszawie zaczął prowadzić sprawę o krypt. „Popiel”. Początkowe efekty działań SB okazały się mizerne, bo nie udawało się zdobyć żadnych ważnych informacji. Tymczasem kazania ks. Jerzego coraz mocniej ukazywały obłudę i zakłamanie komunistycznego systemu.
W lipcu 1983 r. jedno z nich zrelacjonowano Wojciechowi Jaruzelskiemu. Zazwyczaj opanowany generał wpadł w furię. Natychmiast wezwał do siebie szefa MSW gen. Czesława Kiszczaka i oznajmił mu wprost: „Zrób coś z nim, niech przestanie szczekać” (te słowa są udokumentowane w aktach sprawy „Trawa”, znajdujących się obecnie w zasobach IPN). Kiszczak potraktował wypowiedź przełożonego jako polecenie służbowe. Na naradzie w MSW z udziałem m.in. generałów Zenona Płatka i Władysława Ciastonia poinformowany o małej efektywności dotychczasowych działań w sprawie „Popiel” polecił opracowanie planu operacyjnego „dotarcia” do otoczenia ks. Jerzego. Zebrani uznali także, że istnieje konieczność podjęcia wobec księdza wspomagających działań dezintegracyjnych, licząc na jego ewentualne nerwowe załamanie. Od tego momentu wszelkie operacje dotyczące osoby Popiełuszki znalazły się pod bezpośrednim nadzorem gen. Kiszczaka. Zwe rbować i wysłać do Watykanu
Wedle dokumentów archiwalnych z zasobów IPN, które odnalazł zespół kierowany przez prokuratora Witkowskiego, formalnie sprawę działań wobec księdza przejęła od SUSW w Warszawie grupa kpt. Grzegorza Piotrowskiego z Wydziału VI Departamentu IV MSW, odpowiadającego za dezinformację i dezintegrację w Kościele.
Poza nękaniem księdza przez podrzucenie mu nielegalnej literatury i amunicji do prywatnego mieszkania znacznie ważniejsze było ulokowanie informatora w bezpośrednim otoczeniu kapłana. W lutym 1984 r. funkcjonariuszom SB udało się zarejestrować jako „Desperata” osobistego kierowcę Popiełuszki – Waldemara Chrostowskiego. „Desperat” mógł dostarczać SB świeżych informacji o działalności księdza oraz pomóc w realizacji strategicznego planu, jakim był werbunek kapłana. Pomysł zwerbowania ks. Popiełuszki – jako informatora SB – pojawił się wiosną 1984 r. Gen. Kiszczak, w przeszłości szef wywiadu wojskowego, był przekonany, że zwerbowanie księdza zneutralizuje go, a być może uda się też jego osobę wykorzystać w rozgrywkach z opozycją. Latem 1984 r. w trakcie spotkań z przedstawicielami Episkopatu Polski gen. Kiszczak uznał, że inną koncepcją rozwiązania problemu ks. Jerzego, która mogłaby zostać zaakceptowana zar� �wno przez stronę rządową, jak i przez episkopat, było wysłanie go za granicę. Przy czym Kiszczak sądził, że optymalnym rozwiązaniem byłoby połączenie werbunku z równoczesnym wysłaniem ks. Jerzego na studia do Rzymu. Wysłanie zwerbowanego uprzednio księdza do Watykanu przyniosłoby gen. Kiszczakowi ogromny sukces. Służby specjalne PRL umieściłyby agenta w najważniejszym wówczas miejscu dla wszystkich komunistycznych wywiadów – w samym centrum Kościoła katolickiego. I nieważne byłyby jego rzeczywiste możliwości operacyjne w Rzymie i to, czy Popiełuszko miałby rzeczywisty dostęp do Jana Pawła II lub do jego najbliższego otoczenia. Ważne było przede wszystkim to, że taki 5)sukces operacyjny na pewno wzmacniałby pozycje polskich służb w komunistycznym bloku. KGB pomimo podejmowania usilnych starań nie posiadało wartościowej agentury w Watykanie.
Pogrzeb Księdza Jerzego Popiełuszki. Trumna przykryta biało-czerwoną polską flagą narodową.
Czesław Kiszczak mógłby więc się pochwalić swym sukcesem przed towarzyszami radzieckim, co niewątpliwie umacniałoby jego pozycję na Kremlu. Pamiętać trzeba, że szef MSW rywalizował z nadzorującym aparat bezpieki z ramienia Biura Politycznego KC PZPR gen. Jerzym Milewskim, którego pozycja na Kremlu nadal wydawała się mocna.
Początkowo nie było planu zabicia księdza
Te wszystkie aspekty były niesłychanie ważne dla Kiszczaka. Niezależnie od działań SB zmierzających do wypracowania „pozycji werbunkowej” szef MSW postanowił sam zainspirować możliwość wysłania księdza do Rzymu. W jednej z rozmów z arcybiskupem warszawskim Bronisławem Dąbrowskim Kiszczak wyszedł z „niezobowiązującym” pomysłem wysłania ks. Popiełuszki do Rzymu, przedstawiając to jako najlepsze rozwiązania problemu niepokornego kapłana. Zasugerował też, że taki ruch ze strony Kościoła na pewno polepszyłby atmosferę w relacjach rząd – episkopat. Abp Dąbrowski przedstawił pomysł prymasowi Józefowi Glempowi, który nie zaakceptował go, ale i nie odrzucił. Jednak z biegiem czasu prymas sam zaczął rozważać takie posunięcie. Efektem subtelnej inspiracji gen. Kiszczaka było to, że jesienią 1984 r. zarówno abp Dąbrowski, jak i prymas Glemp zaczęli skłaniać się ku decyzji o wysłaniu ks. Jerzego do Rzymu. Wyrażony przez Popiełuszkę opór w przeprowadzonych z nim przez hierarchów rozmowach na ten temat, a przede wszystkim złożona przez księdza deklaracja pozostania ze swoją „owczarnią”, w relacjach kościelnych mogły być jedynie potwierdzeniem, że rzeczywiście należy go wysłać za granicę. Polski Kościół zakładał raczej bierny opór niż otwarte demonstrowanie politycznego sprzeciwu wobec rządzącego w PRL reżimu.
Z powyższego biegu zdarzeń wynika, że polskie MSW nie przyjęło planu zabicia księdza. Zamierzało jedynie zwerbować go i wysłać do Rzymu. Oczywiście, kierownictwo MSW zdawało sobie sprawę z tego, że zwerbowanie Popiełuszki może być niezwykle trudne. Wiedział to gen. Kiszczak, stąd dopuszczał w planowanych działaniach werbunkowych sytuację, w której ksiądz zostanie doprowadzony do stanu „bliskości śmierci”, ale mimo wszystko zachowa życie. Fakt ten został potwierdzony w zeznaniach funkcjonariuszy byłego Departamentu IV już na początku lat 90., gdy po raz pierwszy podjęto śledztwo.

Sprawa priorytetowa
Zbliżał się październik 1984 r. Realizująca pierwszoplanowe zadania operacyjne grupa kpt. Grzegorza Piotrowskiego była coraz bardziej zdeterminowana.
Hart ducha i odwaga ks. Jerzego zadziwiły esbeków. Nie potrafili zrozumieć źródła jego nadprzyrodzonej siły. Zbliżały się urodziny ministra Kiszczaka (19 października) i kpt. Piotrowski wiedział doskonale, że sfinalizowanie werbunku kapłana byłoby znakomitym prezentem dla szefa MSW. Jego przełożony gen. Płatek, zapisał wówczas w swoim służbowym kalendarzu (odnalezionym później przez prokuratora Witkowskiego): „nadchodzi 19, a oni chcą”. Sprawa ks. Popiełuszki była priorytetowa.
Przy tym Piotrowski i jego ludzie nie zdawali sobie sprawy, że szef MSW nakazał już kilka tygodni wcześniej inwigilowanie całego zespołu przez grupy operacyjne Wojskowej Służby Wewnętrznej (WSW). Gen. Kiszczak już od dawna bowiem nie ufał kpt. Piotrowskiemu, podejrzewając go o konsultowanie działań operacyjnych z KGB. Piotrowski spotykał się z przedstawicielami KGB w Bułgarii i we Lwowie. Dla gen. Kiszczaka szczególnie podejrzane były kontakty kapitana z gen. Michajłowem, rezydentem KGB w Warszawie, odpowiedzialnym za sowieckie działania w Polsce. Piotrowski co prawda wiedział od swojego kolegi Kościuka z Biura Techniki MSW, że jest śledzony, jednak nie bardzo chciał dać wiarę tym informacjom (notabene Kościuka niebawem aresztowano i skazano za ujawnienie tajemnicy państwowej).

Ostatnia msza i porwanie
Kiedy nadszedł 19 października 1984 r., grupa kpt. Piotrowskiego wiedziała, że ksiądz zamierza pojechać do Torunia,
6) gdzie odprawi mszę w intencji ojczyzny w kościele Braci Męczenników Polskich. W ostatniej chwili Jacka Lipińskiego, kierowcę Popiełuszki, zamienił „Desperat” (Waldemar Chrostowski), który bardzo chciał jechać razem z księdzem. Od momentu wyjazdu z Warszawy kpt. Piotrowski był informowany o miejscu znajdowania się księdza i na bieżąco kontaktował się z dyrektorem Departamentu IV gen. Zenonem Płatkiem, który z kolei o sytuacji informował ministra Kiszczaka. Gdy wieczorem ks. Jerzy odprawiał mszę w toruńskim kościele, kpt. Piotrowski z kompanami siedzieli w stojącym w pobliżu kościoła służbowym fiacie 125p, czekając na podróż powrotną kapłana do Warszawy.

Ks. Popiełuszko od początku 1982 r. odprawiał Msze św. za Ojczyznę w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie

Decyzja o rozpoczęciu akcji została wydana Piotrowskiemu przez gen. Płatka. Kilkadziesiąt metrów od kościoła, w którym ks. Jerzy odprawiał swoją ostatnią mszę, znajdowały się samochody z ubranymi po cywilnemu żołnierzami WSW, prowadzącymi inwigilację grupy kpt. Piotrowskiego.
Fakt ten na początku lat 90. potwierdził jeden z szefów WSI prokuratorowi Witkowskiemu, udostępniając dzienniki prowadzonych przez WSW inwigilacji. Gdy ks. Jerzy po zakończeniu mszy wsiadł do swojego volkswagena golfa, za którego kierownicą siedział „Desperat”, miał realną szansę uciec czyhającym na niego esbekom. Tak się jednak nie stało. Na trasie z Torunia do Warszawy, w okolicy Górska, volkswagen księdza mimo jego sprzeciwu zatrzymał się przed jadącym za nim fiatem 125p Piotrowskiego. Kapitan i jego koledzy wepchnęli ks. Jerzego do bagażnika swojego samochodu.
Tymczasem „Desperat” z założonymi kajdankami wsiadł do środka, lokując się obok kierowcy. Po drodze podczas jazdy udało mu się, nie ponosząc żadnych obrażeń, rzekomo wyskoczyć z pędzącego auta. Jak później ustalił prok. Witkowski, kajdanki były spiłowane i umożliwiały wyzwolenie się z nich, zaś uszkodzona w trakcie skoku z samochodu poła marynarki została odcięta ostrym narzędziem. Sam skok z samochodu po przeprowadzeniu wizji lokalnej przez prokuratora Witkowskiego okazał się niewykonalny przy prędkości wskazanej na procesie toruńskim przez „Desperata”. Kaskader biorący udział w rekonstrukcji zdarzeń złamał rękę i odniósł poważne potłuczenia.

„Operacyjne” niepowodzenie
Tymczasem auto esbeków z szamocącym się w bagażniku księdzem jechało dalej. Pierwszy postój zaplanowano w ruinach zamku toruńskiego, gdzie w trakcie śledztwa odnaleziono różaniec kapłana. Jednak ten ważny dowód ukryto w śledztwie.
W trakcie postoju oprawcy rozpoczęli „zmiękczanie” księdza za pomocą pałki. Następny dłuższy postój zaplanowano w jednym ze starych bunkrów wojskowych w rejonie Kazunia. Tutaj ludzie Piotrowskiego kontynuowali działania, jeszcze bardziej brutalnie. Nad ranem półprzytomnego księdza przejęła inna grupa operacyjna. Kpt. Piotrowski ze swoimi kompanami wracał do Warszawy wściekły z powodu „operacyjnego” niepowodzenia i pełen obaw co do dalszych losów przedsięwzięcia. Tymczasem ksiądz znalazł się w rękach innego zespołu. Czy była to jakaś grupa z kontrwywiadu lub wywiadu wojskowego, czy była to inna grupa operacyjna MSW? Poszlaki uzyskane w śledztwie wskazują na „wojskowych”, którzy na prośbę gen. Kiszczaka śledzili wszelkie działania grupy kpt. Piotrowskiego od momentu mszy w kościele toruńskim.


Grupa kpt. Grzegorza Piotrowskiego uprowadziła ks. Popiełuszkę wieczorem 19 października 1984 r. w okolicy Górska na trasie Toruń – Warszawa. Wepchnęli kapłana do bagażnika swojego fiata 125p i pojechali w kierunku Torunia. Podczas dwóch postojów – w ruinach zamku toruńskiego i następnie w starym bunkrze wojskowym w okolicy Kazunia – rozpoczęli brutalne „zmiękczanie” księdza za pomocą pałki.

Kiedy ksiądz zakończył życie?
Jak wyglądały losy księdza w następnych dniach i kto dalej się nim „zajmował”? Na pewno kontynuowano brutalny proces werbunku, nie stroniąc od bicia i grożenia śmiercią. Poszlaki wskazują także, że w dniach 20-25 października ksiądz mógł przebywać na terenie jednej z sowieckich jednostek w rejonie Kazunia, gdzie znajdowała się m.in. ekspozytura KGB.

W tym czasie kilkadziesiąt tysięcy ludzi resortu przeczesywało okoliczne tereny, mając do dyspozycji wszelkie środki, jakimi dysponowało wówczas Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Trwały akcje poszukiwawcze o krypt. „Przeszukanie” i „Sutanna”. Komunikaty radiowe i telewizyjne informowały o zaginięciu księdza, tak jakby władza zupełnie nie wiedziała, co się stało. 20 października organy ścigania szukały sprawców
7) porwania, gdy tymczasem poruszali się oni w gmachu MSW przy ul. Rakowieckiej. Był to pierwszy element kłamstwa ze strony MSW i gen. Kiszczaka.
Jak wyglądała styczność księdza z radzieckimi towarzyszami z KGB, tego nie wiemy i prawdopodobnie już się nie dowiemy.

Odnalezione ciało księdza jednoznacznie wskazywało, że był on fizycznie maltretowany znacznie dłużej, niż mógłby to robić Grzegorz Piotrowski ze swoimi kompanami. Dotychczasowe ustalenia wskazują, że 25 października 1984 r. ks. jeszcze żył. W tym właśnie dniu u lekarza leczącego kapłana pojawiło się dwu osobników z MSW z zapytaniem, jakie leki brał ksiądz i jakie dawki, sugerując zarazem, że wszystko jest z nim w porządku. Przerażona pani doktor udzieliła niezbędnych informacji tajemniczym osobnikom.
Kiedy więc ksiądz zakończył życie? Wiele poszlak wskazuje, że miało to miejsce 25 października 1984 r. Wątpliwości mogą dotyczyć jedynie godziny zgonu. Prof. André Horve z jednego z uniwersytetów paryskich sugeruje również datę po 25 października 1984 r., opierając swój pogląd na podstawie oględzin zdjęć zwłok ks. Popiełuszki, jakie zdobył „Paris Match”. Prof. Horve wskazuje jednocześnie na wiele innych obrażeń księdza, których nie podano w oficjalnych komunikatach. Krótko mówiąc, jego opinia kwestionuje ustalenia prof. Marii Byrdy, która prowadziła oględziny medyczne zwłok księdza.

Gen. Kiszczak: „Dziś musi się znaleźć”
26 października ludzie gen. Kiszczaka lokalizują zwłoki w Wiśle po raz pierwszy. Fakt ten potwierdza zeznanie jednego z prokuratorów, któremu wydano polecenie wyjazdu i przeprowadzenia czynności na miejscu zdarzenia. Wówczas zwłoki księdza zostały wydobyte z wody i poddane oględzinom przez medyka, czego nie ujawniono na procesie toruńskim, następnie z powrotem wrzucone do Wisły. Szef Biura Śledczego MSW płk Zbigniew Pudysz konsultuje sprawę publicznego ujawnienia zwłok księdza i dalszych szczegółów związanych z kierunkiem śledztwa.
30 października gen. Kiszczak przylatuje helikopterem na tamę we Włocławku wraz ze swoim orszakiem i buńczucznie oznajmia zebranym ekipom poszukiwawczym: „Dziś musi się znaleźć”. Do akcji ruszają płetwonurkowie, którzy mają ujawnić i wydobyć zwłoki. Lokalizacja i wydobycie ciała księdza 30 października 1984 r. są również scenariuszem w detalach skonstruowanym przez MSW. Wystarczy wspomnieć, że inna ekipa nurków ujawniła zwłoki księdza w wodzie, a inna je wydobyła. Jeszcze przez wiele lat biorący udział w akcji płetwonurkowie będą poddawani naciskom ludzi gen. Kiszczaka. Nawet po 1989 r. wielu z nich będzie się bało złożyć zeznania przed prokuratorem prowadzącym śledztwo, obawiając się o swoje życie. Wersję odnalezienia zwłok księdza uzupełnia fakt, że ani Piotrowski, ani jego koledzy nie byli w stanie na procesie toruńskim precyzyjnie określić miejsca ich porzucenia. Leszek Pietrzak

BŁ KSIĄDZ JERZY POPIEŁUSZKO (1947–1984)
Ksiądz Jerzy Popiełuszko urodził się 14 września 1947 roku w Okopach k. Suchowoli na ziemi białostockiej, w święto Podwyższenia Krzyża Świętego. Był czwartym dzieckiem w rodzinie państwa Marianny i Władysława Popiełuszków. Dwa dni później został ochrzczony w kościele parafialnym w Suchowoli. Matka jeszcze w stanie błogosławionym ofiarowała Go na służbę Bogu.
24 czerwca 1965 r. – Prymas Polski ks. kard. Stefan Wyszyński przyjmuje Go do Warszawskiego Wyższego Seminarium Duchownego.
1966-1968 – jako alumn odbywa służbę wojskową w specjalnej jednostce dla kleryków w Bartoszycach.

28 maja 1972 r. – przyjmuje święcenia kapłańskie z rąk ks. kard. Wyszyńskiego w katedrze św. Jana Chrzciciela w Warszawie. Przyjmuje funkcję wikariusza w parafii Świętej Trójcy w Ząbkach

20 maja 1980 r. – rozpoczyna posługę w parafii św. Stanisława Kostki w Warszawie na Żoliborzu.
31 sierpnia 1980 r. – strajk w Hucie „Warszawa”. Ksiądz Jerzy odprawia tam Mszę św. na prośbę ks. kard. Wyszyńskiego.

17 stycznia 1982 r. – po raz pierwszy przewodniczy Mszy Świętej za Ojczyznę w kościele św. Stanisława Kostki.

18 września 1983 r. – organizuje pierwszą pielgrzymkę ludzi pracy na Jasną Górę.

19 października 1984 r. – uprowadzenie przez funkcjonariuszy SB
30 października 1984 r. – ciało Kapłana zostaje wydobyte z Zalewu Wiślanego we Włocławku.

3 listopada 1984 r. – w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie odbywa się pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki.

6 czerwca 2010r, w WARSZAWIE – ODBYŁA SIĘ BEATYFIKACJA KS. JERZEGO POPIELUSZKI

Źródło:

http://poznajmy-prawde.blog.onet.pl/Nieznane-fakty-dot-smierci-ks-,2,ID437997262,n

Posted in Afery i przekręty, Historia, Religia, Święci obok nas | Otagowane: | Leave a Comment »

Nieobecni są najbliżej.

Posted by tadeo w dniu 29 Listopad 2011

Przewodnik KatolickiKatarzyna Jarzembowska

Czasem zostają po nich strzępy notatek, jakiś sweter lub szalik, fotel powycierany na łokciach, zdjęcie z twarzą bez rumieńca, obrączka… Zmarli wcale nie odchodzą. Oni tylko „wymykają się naszym oczom”.

Lubię wiersze ks. Twardowskiego. Trzymam kilka tomików na szafce przy łóżku, nie obawiając się, że jakieś nadęte słowa wykipią nocą spomiędzy sfatygowanych kartek. W Abecadle dziewięćdziesięciolatka – tam, gdzie mowa o umieraniu – znajdują się jedne z piękniejszych wersów. Że śmierć jest miłości potrzebna. Że jak sól ją utrwala. Że ukochani umarli są blisko i we śnie na palcach podchodzą. Poezja… Niestety, w prozie życia trudno uwierzyć (tak bez zdradzieckiej nutki zwątpienia), że śmierć nie jest naszym wrogiem, że można na nią spojrzeć w duchu nadziei, a nie jak na katastrofę, która zdarza się zawsze w niewłaściwym miejscu.

Kiedy podczas przysięgi małżeńskiej mówi się o tym, że „cię nie opuszczę aż do śmierci”, to ten kres nie mieści nam się w głowie. Po prostu. Potem obrączka matowieje – polerowana na kolejne „lecia”. Ile ich będzie? Dla niektórych kilka, dla innych kilkadziesiąt. Póki nie staniesz się wdową. Lub wdowcem.

Podjęłam dzieło męża

– Mąż był geografem – wspomina Hanna Marchlik. – Poznaliśmy się na balu biologów, chociaż ani ja, ani on nie lubiliśmy tańczyć. Właściwie Tadeusz znalazł się na tym balu przypadkiem – koledzy przyszli w garniturach, a on – dość oryginalnie – w swetrze… Był z urodzenia chełmianinem, ja urodziłam się w Bydgoszczy, choć moja rodzina pochodziła także z tamtych stron. No i na parkiecie zgadaliśmy się, że może warto się bliżej poznać, skoro mamy nieomal wspólne korzenie. Tak się zaczęło: na balu biologów, podczas tańca, który nam nie wychodził… Za rok trafiliśmy na bal geografów. W ogóle muszę się pochwalić, że mąż w 1970 r. był najlepszym studentem na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Imponował mi swoją wiedzą. Był bardzo oczytany. Nasz dom jest zresztą w dalszym ciągu wypełniony książkami. Biblioteczka domowa liczy… jakieś 2 tys. tomów.

Staż małżeński Hanny i Tadeusza to  24 lata. Zawsze wszystko robili razem: planowali, pracowali, wypoczywali, podróżowali. Chociaż rachunki i rozliczenia podatkowe były osobistą pasją Tadeusza – żona patrzyła na „papiery” z dużą dozą nieufności. Rok 1995 zamknął pewien etap jej życia. Jej i dwóch dorastających córek (miały wtedy 14 i 16 lat). – Mąż bardzo krótko chorował, więc nie miałam czasu na refleksję: co by było, gdyby…

Pierwsze tygodnie były bardzo trudne, ale dużo dała mi modlitwa. Nie pozwoliła zwątpić. Miałam również dzieci, o które musiałam zadbać. Właściwie… nie było czasu na to, żeby wylewać łzy. Człowiek z zapuchniętymi oczami jest zmęczony i gorzej funkcjonuje. Niektórzy radzili mi zostać w domu. Uporać się z bólem w czterech ścianach. Nie brałam tego pod uwagę. Za dużo rzeczy było do zrobienia.

Hannę wspierał jej ojciec – potem dowiedziała się, że trochę wątpił w to, że sama da sobie radę. Chociaż jego matka – też jako wdowa – wychowywała sześcioro dzieci. – Pomyślałam, że nie ja jedna straciłam męża, że takich jak ja są tysiące. To – w jakimś sensie – podtrzymywało mnie na duchu. Miałam wtedy 47 lat. Owszem, stało się coś dramatycznego, ale wiedziałam, że trzeba iść naprzód. To przekonanie dała mi wiara, która nie jest przecież wiarą człowieka smutnego, tylko radosnego. Bo śmierć tak naprawdę niczego nie kończy…

Tadeusz Marchlik był człowiekiem czynu – angażował się w życie parafialne, społeczne, polityczne… Był pierwszym redaktorem gazetki „Wspólnota”, która ukazuje się do dziś w bydgoskiej parafii Chrystusa Króla, piastował stanowisko przewodniczącego zarządu wojewódzkiego Stowarzyszenia Civitas Christiana, w 1989 r. uzyskał mandat posła na sejm kontraktowy.

– Po śmierci męża ksiądz proboszcz zapytał mnie, czy nie chciałabym kontynuować jego dzieła. Odpowiedziałam mu wówczas, że taka dobra to nie jestem… Przez pierwsze miesiące chciałam ochłonąć po tej stracie. Ale w miarę upływającego czasu docierała do mnie konieczność „przejęcia pałeczki” i ocalenia tego, co zapoczątkował. Jedna z pierwszych próśb dotyczyła udziału w komitecie organizacyjnym  III Biegu Sztafetowego im. ks. Jerzego Popiełuszki. Miałam też napisać reportaż z trasy. Wcześniej zajmował się tym Tadeusz i choć towarzyszyłam mu w poprzednich biegach, nie byłam przekonana, że zrobię to tak dobrze jak on. To była moja pierwsza „wdowia aktywność”.

Tadeusz Marchlik na rok przed śmiercią rozpoczął w gazecie redagowanie działu komentatorskiego „Widziane z Błonia”. W 1994 r. – kiedy Akcja Katolicka w Polsce nie była jeszcze erygowana – na pierwszej stronie jednego z numerów napisał tekst W kierunku Akcji Katolickiej. Hanna nosi go do dziś jako „osobistą relikwię”. Nic więc dziwnego, że kiedy dwa lata później proboszcz ogłosił, że poszukuje osób chętnych do współtworzenia grupy inicjatywnej, zgłosiła się i ona. – Po prostu wiedziałam, że gdyby mąż żył, to na pewno by poszedł. Więc nie mogłam nie podjąć pewnych rzeczy – także w jego imieniu. Mój udział w życiu Kościoła stawał się naturalny. Dzisiaj działam w szeregach Akcji Katolickiej i Civitas Christiana. Poza tym… lubię podróżować. Uczę się języka hiszpańskiego i – w miarę możliwości – odwiedzam Hiszpanię, gdzie mieszka młodsza córka. Chciałabym również wrócić do malowania. Czuję, że jakieś furtki są wciąż otwarte.

Powtórne zamążpójście? Tego nie brała pod uwagę… Może w początkowym okresie – i to tylko dlatego, że nie potrafiła samodzielnie zrobić wielu – typowo męskich – rzeczy. Nie oglądała się jednak za nikim. – Postanowiłam, że nawet gdyby ktoś bardzo interesujący starał się o moje względy, to nie. Trzymałam na dystans potencjalnych kandydatów, ostentacyjnie nosząc obrączkę…

Nosi ją do dziś.

Dlaczego tak szybko?

Zdzisław Marach poznał żonę – jak to zazwyczaj bywa – przez przypadek. Właśnie wrócił z wojska. Jego matka i Halinka razem pracowały. – Pamiętam tę wycieczkę zakładową do Kórnika, jakby to było wczoraj… W drugim autokarze jechała dopiero co poznana dziewczyna, która w sierpniu 1973 r. została moją żoną. Ks. Paweł Matausz, który udzielał nam ślubu, powiedział, że najlepiej jest, kiedy żona męża, a mąż żonę poznaje przez całe życie. Perspektywa każdego kolejnego dnia, który może przynieść coś nowego, wnosi do małżeństwa jakąś świeżość. Tak było z nami. Ponadto zawsze łączyła nas wspólna droga. Nigdy nie musieliśmy stawać obok siebie i zastanawiać się, w którą stronę pójść. To było najwspanialsze, a potem najtrudniejsze w tym rozstaniu…

Pierwsze myśli po śmierci? Na pewno pytanie: dlaczego tak szybko? Choroba nie dawała sygnałów, że Halina może odejść w niespełna 23 dni od momentu zawiezienia do szpitala. Miała 58 lat. – Nie mogłem uwierzyć w to, co się stało. Co dalej? – pytałem sam siebie. Wszystkie najdrobniejsze rzeczy w domu przypominały żonę. Wydawało się, że nie sprostam obowiązkom, które ona na co dzień wykonywała. To była dla mnie bariera nie do pokonania. Jednak czas pokazał, że ze wszystkim można się uporać. Z perspektywy ponad trzech lat widzę, że często nie docenia się codziennego – wydawałoby się zwyczajnego – wysiłku drugiego człowieka. Trzeba zachować równowagę – pomagać sobie w najdrobniejszych pracach, chociażby w opłatach rachunków, czego zawsze pilnowała żona. Potem takie niby drobiazgi mogą nas przerosnąć…

Odejście najbliższej osoby jest pewną cezurą – momentem granicznym wyznaczającym koniec jednej i początek następnej epoki. Czy gorszej? Na pewno innej – uszczuplonej przez nieobecność tego kogoś, ale bogatszej w nowe relacje z innymi ludźmi. – Po śmierci żony nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Szukałem zajęć, które by zagłuszyły i wypełniły pustkę. Postanowiłem, że nie będę siedzieć w miejscu. Pierwszym wyzwaniem był wyjazd do Wilna – do Ostrej Bramy. Znalazłem się blisko Matki Bożej. Przemyślałem parę spraw. Potem wziąłem kurs na Suwałki – rodzinne strony mojej żony. Znalazłem tam prawdziwe wsparcie, na które ciągle mogę liczyć. Wielką pociechą są również wnuki. To esencja życia.

Zdzisław Marach podkreśla, że czas jest mimo wszystko najlepszym lekarstwem. Goi rany. Czy rozgląda się za „towarzystwem”? Myśli o kolejnym związku są jeszcze za trudne. Nie mógłby stanąć przy ołtarzu, ale… – Coś z tym życiem trzeba zrobić. Nie wystarczą tylko wyjścia do teatru czy opery. Człowiekowi jest potrzebna kłótnia i godzenie się. Te drobne codzienne okruchy, których smaku – za życia bliskich – tak często nie doceniamy…

Ślub po raz drugi

Leszek był starszy od Małgorzaty (nie chce ujawniać nazwiska) o dwa lata. Poznali się w technikum rolniczym. – Chciałam być gwiazdą. Wybrałam się pierwszy raz na wieś w obcasach. A tu śnieg i zaspy po kolana. On przyjechał po mnie… traktorem. Był po prostu wspaniały – pracowity, wyrozumiały, bezkonfliktowy. Zostaliśmy małżeństwem w lipcu 1981 r.

Leszek zachorował na ziarnicę złośliwą w 1993 r. Mimo zastosowanej chemii jego stan z tygodnia na tydzień się pogarszał. Zmarł dwa lata później. Miał 35 lat. Małgorzata – 33. Osierocił dwoje kilkuletnich dzieci. – Mój świat się zawalił. Na szczęście, nie do końca legł w gruzach – a to jedynie za sprawą życzliwych ludzi – rodziny i przyjaciół. To oni wspierali mnie przez pierwsze lata, również materialnie. W natłoku codziennych obowiązków zadawałam sobie standardowe pytanie: dlaczego ja?

Obraziłam się na Pana Boga. Chodziłam do kościoła, ale… czułam się pokrzywdzona. No i siedziałam na cmentarzu – dziewczynki mogły wtedy porozmawiać z tatą. To był ciężki czas. Jednak musiałam żyć dalej.

Małgorzacie nie brakowało mężczyzny. Może tylko było jej smutno, kiedy córki wychodziły na plac zabaw lub szły na noc do babci, a ona zostawała sama. Wtedy gryzła samotność. Niby ma się znajomych, ale przecież oni też żyją swoim życiem. Ile można się narzucać?

Andrzej zaglądał do przychodni, w której pracowała. Też był wdowcem. Jego żona zginęła tragicznie w wypadku samochodowym. Został sam z dwójką synów. Poznali się w maju 1998 r. i na początku wcale nie myśleli o małżeństwie. Bali się reakcji dzieci – czy zaakceptują ich i siebie nawzajem. – Jesteśmy osobami wierzącymi i takie życie ze sobą bez sakramentu było… niezręczne. Mieszkaliśmy w centrum – na terenie parafii katedralnej. Dzieci udzielały się w kościele – chłopcy byli nawet lektorami. No i przyszła pierwsza wspólna kolęda. Na szczęście, trafiliśmy na wspaniałego księdza, który zapytał… czy mamy zamiar odwiedzić kancelarię parafialną. Odpowiedzieliśmy, że tak. Zbliżał się również czas Pierwszej Komunii Świętej naszych najmłodszych dzieci. Czuliśmy, że trzeba coś z tym zrobić, żeby być w porządku wobec siebie i Boga. Ślub odbył się 9 kwietnia 1999 r.

Potem wcale nie było łatwo. Małgorzata przyznaje, że zdarzały się i trudne dni. Przerastał ją ogrom obowiązków. Do pracy zawodowej doszedł jeszcze etat w domu – trzeba było zająć się czwórką dzieci. Ugotować, wyprasować, posprzątać, sprawdzić lekcje. Warto było. Dzisiaj jest szczęśliwa.

Dagmara, córka Małgorzaty i Leszka, pamięta tatę. – Dobry, wyrozumiały, mądry. Wyjątkowy – wylicza. Pamięta też mamę – zapracowaną, ale też skupioną na dzieciach. – Najpierw była praca, a po niej już tylko my. Kiedy zabrakło taty, mama starała się tak nam wypełnić czas, byśmy nie czuły jego nieobecności. Marzyłam wtedy o rowerze. Z pensją mamy i naszą rentą po tacie nie było to łatwe. Jednak kiedy wróciłam z wakacji, na balkonie zobaczyłam nie jeden, a trzy rowery! Mama kupiła je dla nas i dla siebie – żebyśmy mogły razem spędzać czas.

W ogóle Dagmara dużo pamięta – także pierwsze spotkanie z Andrzejem. – To, co mnie uderzyło, to ogromne podobieństwo do mojego taty. Długo nie mogłam zasnąć. Mama przygotowywała nas, że to coś poważniejszego. Nie chciałam, żeby była sama. Życie zbyt szybko ucieka, a samotność to niekoniecznie dobra sprawa…

Z tą samotnością – także wdowią – bywa różnie. Często budzi się niepokój: co ja sama lub sam zrobię w pustym domu? Ale – jak podejmuje wątek ks. Twardowski – w tym lęku jest nasz upadek. „Bo samotność rozpoczyna się nie wtedy, kiedy ludzie od nas odchodzą, ale kiedy my odchodzimy od ludzi”.

Z wiary wypływa nadzieja

Ks. Janusz Tomczak, proboszcz bydgoskiej parafii św. Jana Apostoła i Ewangelisty, w której działa duszpasterstwo wdów i wdowców:

Okres żałoby może stać się przeraźliwym krzykiem gniewu wypływającym z poczucia zranienia, skrzywdzenia, odsunięcia na bok, uznania bezwartościowości, pozbawienia należnego uznania. Krzyk ten jest tym bardziej zasadny, gdy taka osoba ma poczucie, że jej „wnętrze” – mimo zaistniałej sytuacji – jest jeszcze pełne energii. Energia ta, niestety, nie ma już celu, do którego mogłaby dążyć. Dlatego do codziennego życia coraz częściej zakrada się nuda, która staje się udręką. Jest to czas ogołocenia i strat. Rodzi się poczucie coraz większych ograniczeń. Wielu czuje, że musi się wycofać i zgodzić na życie w odcięciu od świata, bez wsparcia uczuciowego czy duchowego. A przecież człowiek poczyna się i rodzi do życia we wspólnocie. Jeżeli brakuje mu ludzi, z którymi mógłby tworzyć więzi, wtedy coraz bardziej odchodzi z tego świata – w świat urojeń, wspomnień, a wreszcie w świat wieczności. Często logiczne argumenty i zdrowy rozsądek nie pomagają przeżyć trudnego okresu straty – czasu żałoby.

Dlatego wiara odkrywana na nowo w duszpasterstwie wdów i wdowców, niczym cieniutka nić, daje nadzieję, która pozostaje i trwa. Pomaga odkryć inną radość, inną pełnię, pomimo poczucia żałoby. Nie ma już konieczności udowadniania komukolwiek czegokolwiek, wkładania masek, z którymi później trudno żyć, grania kogoś zupełnie obcego. Odkrycie, że jestem słaby i nie muszę udawać kogoś innego – mocnego, wyzwala i przenosi na grunt wyciszenia. Odnajduje się wtedy to, co się zgubiło, dążąc – na przykład – do władzy i sukcesu. Dzięki jedności z Bogiem można przetrwać trudne momenty, okresy wyrzeczeń, smutku i żałoby. Jeżeli całe życie uczę się przyjmować różne straty, także te niewielkie, gdy jestem „adeptem małej szkoły podnoszenia się z codziennych utrapień”, dużo łatwiej podjąć trud wielkiej straty. Powoli też widzę, że mogę stworzyć wspólnotę małżeńską z inną osobą, co jest możliwe pomimo balastu życiowych cierpień. Mogę podjąć się zadania stworzenia katolickiego małżeństwa z drugim człowiekiem. Pomocą w rozwianiu wątpliwości może być szczera rozmowa z duszpasterzem w biurze parafialnym lub podczas spowiedzi.

Prof. Aleksander Araszkiewicz, kierownik Katedry Psychiatrii Collegium Medicum UMK, członek Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego:

– Osamotnienie jest jednym z bardzo istotnych czynników, które zwiększają ryzyko choroby w postaci depresji czy nawet zaburzeń psychotycznych. Jeżeli ktoś żyje kilkadziesiąt lat z drugą osobą i w pewnym momencie zostaje sam, to traci grunt pod nogami. Ten aspekt osamotnienia jest niezwykle dramatyczny.  Samobójstwa w wieku podeszłym (a ich liczba jest dość wysoka) dokonują się najczęściej wśród osób samotnych – po stracie. Postronnym obserwatorom trudno uwierzyć, jak głęboko może przeniknąć ból i jak obezwładniający może być brak perspektyw na dalsze życie – już bez tego drugiego człowieka. Z różnorodnych danych wynika, że kobiety łatwiej radzą sobie ze stratą niż mężczyźni. Jest to nawet taki polski syndrom – mężczyźni gorzej znoszą stan rozpaczy i osamotnienia, są bardziej nieporadni, co w konsekwencji doprowadza do depresji, a nawet śmierci. Bywa i tak, że rok po śmierci żony umiera mąż. To znaczy – wszystkie mechanizmy aktywizujące, które dotąd normalnie funkcjonowały, teraz wręcz przyspieszają proces starzenia się, wyłączenia i w konsekwencji – śmierć. Czyli – odchodzę za swoją żoną, bo bez niej nie mogę dalej żyć. Nie w rozumieniu jakiegoś zamachu na życie, ale w pojęciu filozoficznym – nie mam po co żyć, bo moje życie było związane tylko z nią.

Posted in Małżeństwo i rodzina, POLECAM, Religia, Reportaż, Wspomnienia | Leave a Comment »

Już czas! – komentarze na każdy dzień adwentu

Posted by tadeo w dniu 29 Listopad 2011

Fabian Błaszkiewicz SJ – pisarz, rekolekcjonista. Ekspert w dziedzinie rozwoju osobistego, motywacji i osiągania sukcesów. Duszpasterz młodzieży, artystów i biznesmenów. Założyciel wspólnoty Magis w Nowym Sączu. Muzyk, performer, DJ.

Więcej: http://www.youtube.com/user/portalDEONpl

Posted in Filmy religijne, Religia | Leave a Comment »

Wiara

Posted by tadeo w dniu 28 Listopad 2011

“Wiara bez dobrych czynów 

jest jak drzewo bez owoców.

Miłość bez dobrych czynów

jest jak matka bez dzieci.

Modlitwa bez dobrych czynów

jest jak ptak bez skrzydeł.”

 

„Sensem wiary jest bezgraniczna ufność, a sensem wiedzy są dowody. Wiara jest tam, gdzie nie ma dowodów.” 

Przeczytaj więcej:  WIARA

Posted in Religia, Znalezione w sieci | Leave a Comment »

„Jaki kolejny Wielki Brat zaczyna usadawiać się u nas, w nas?” – biskup Piotr Libera

Posted by tadeo w dniu 28 Listopad 2011

Mocna i ważna homilia biskupa Libery w obronie krzyża: „Jaki kolejny Wielki Brat zaczyna usadawiać się u nas, w nas?”

Fot. Diecezja Płock

Homilia Biskupa Płockiego Piotra Libery wygłoszona 11 listopada w bazylice katedralnej w Płocku. Podajemy skrót za Portalplock.pl:

Chętnie mówi się w tych dniach o kryzysie Kościoła, o tym, że jest on rzekomo największym przegranym tegorocznych wyborów. Ale to nie Kościół, którego nawet „bramy piekieł nie przemogą”, jest przegrany! On pochyla się dzisiaj z bólem nad Polską i pyta:

Ojczyzno Umiłowana, co z Tobą się dzieje kilka miesięcy po beatyfikacji Jana Pawła II, któremu tyle obietnic jak córka ojcu składałaś w tamte dni? Czemu ci, których już biblijna Księga Mądrości tak dosadnie nazywa, zaczynają nadawać główny ton rozmowie o Tobie, wracając do wyświechtanych haseł o zdejmowaniu krzyży, o związkach partnerskich, o potrzebie zmiany prawa aborcyjnego, o rzekomym niepłaceniu podatków przez księży (przypomnę, że księża płacą zarówno podatek na państwo, jak i podatki wewnątrzkościelne), o konieczności usunięcia lekcji religii ze szkół?

Czy nie słyszeliśmy już kiedyś tych haseł? Tylko że wtedy był u nas system totalitarny, narzucony przez Wielkiego Brata ze wschodu! Co więc dzieje się dzisiaj? Jaki kolejny Wielki Brat zaczyna usadawiać się u nas, w nas? I czy to nie na tym podłożu rodzą się takie zachowania, jak te przebranego za księdza młodego płocczanina, który zadaje na Tumskiej obsceniczne pytania przechodniom, filmuje te sceny i publikuje w lokalnej Telewizji Internetowej? Co na ten temat żona tego człowieka, której przyrzekał miłość i uczciwość w płockiej farze? Co na ten temat on sam? Ktoś powie:

nie róbmy mu reklamy, machnijmy ręką, to zwykła zabawa….

Czy jednak ten ślub kościelny i związana z nim przysięga były też jedynie zabawą, spektaklem?

Czy nie ma żadnej granicy, której przekroczenie kończy się nie tylko samowykluczeniem z Kościoła, ale i z grona ludzi honoru? Czy znieważenie sutanny nie jest czymś analogicznym do znieważenia żołnierskiego munduru? Czy sutanna Księdza Skorupki spod Ossowa, zakrwawiona sutanna Jana Pawła II, sutanna Księdza Jerzego wydobyta z nurtów Wisły nie ma już żadnego głębszego znaczenia?

Czy w Polsce 2011 roku wszystkie wartości, symbole, autorytety wolno ośmieszyć, a ośmieszenie to uznawać za show, happening, reklamę? A może takie zachowania i przyzwolenie na nie stanowi część jakiejś większej całości, skoro z naszego rynku zaczynają znikać ostatnie niezależne wobec dominującego nurtu liberalnego gazety, programy telewizyjne i tygodniki? A może to wszystko wpisuje się w jakiś świadomie tworzony program dla Polski? No, bo to tak dobrze ośmieszyć, ukazać moralną słabość kraju, z którego pochodził „największy wróg” dla wielu środowisk niewiary – Błogosławiony Papież Jan Paweł Wielki? No, bo to tak wygodnie uderzyć w kraj, z którego według objawień św. Siostry Faustyny ma wyjść iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Jezusa Chrystusa!

Tak, wiem – to są mocne słowa w ustach dobrodusznego, zazwyczaj uśmiechniętego biskupa Piotra. Chcę jednak, żeby właśnie dzisiaj, 11 listopada 2011 roku, wybrzmiały one na Tumskim Wzgórzu w Płocku, jednej z najstarszych stolic naszej Ojczyzny! I żeby zostały wysłuchane!

Wierzcie mi, Kochani nie uprawiam czarnowidztwa ani „strategii podejrzeń”. Oto prosty dowód: kto z nas tak naprawdę zna historię sejmowego krzyża??

Ale nie tę tak chętnie opowiadaną przez główne media: o potykającym się i spadającym z krzesła pośle AWS podczas wieszania tego krzyża. Żeby ją dobrze zrozumieć, cofnijmy się wpierw nie do tamtej nocy z października 1997 roku, ale do pierwszej połowy XVII wieku, a więc do czasów, kiedy to (podam tylko kilka przykładów): odbywała się kanonizacja św. Kazimierza – syna króla Kazimierza Jagiellończyka; kiedy to jeden ze świetnych rodów Rzeczpospolitej rozpoczynał budowę wymownej Kalwarii, nazwanej od imienia tego rodu Zebrzydowską; kiedy to, a dokładnie 4 lipca 1610 roku, wojska hetmana polnego Stanisława Żółkiewskiego odnosiły wielkie zwycięstwo nad wielokrotnie liczniejszą armią moskiewską pod Kłuszynem; kiedy Rzeczpospolita zdobywała w 1611 roku Smoleńsk i zwyciężała w 1621 roku pod Chocimiem; kiedy w Toruniu miało miejsce Colloquium charitativum – rozmowa miłości z reformatorami – wyjątkowy w całej Europie przykład tolerancji i woli dialogu. Marszałkiem sejmu i wielkim kanclerzem Rzeczpospolitej był wtedy światły doradca królewski Jerzy Ossoliński. Towarzyszył on księciu Władysławowi, późniejszemu królowi, w wyprawie moskiewskiej; w 1633 r. odbył słynny wjazd do Rzymu dla podkreślenia związków Rzeczpospolitej, a szczególnie nowo wybranego króla Władysława IV ze Stolicą Apostolską; w roku 1645 zaś przewodniczył wspomnianemu Colloquium charitativum. Dodam, że znał także Mazowsze – często je przemierzał. W swojej młodości kilka lat pobierał nauki w sławnym kolegium jezuickim w naszym Pułtusku, a w owym poselstwie do Wiecznego Miasta miał kilku rycerzy i kanoników płockich.

To właśnie kanclerz Ossoliński, w tymże roku 1645, ze znakomitego złoża dębu i hebanu ufundował ołtarz Kaplicy Cudownego Obrazu Matki Boskiej na Jasnej Górze.Na tym ołtarzu ojciec Augustyn Kordecki będzie potem sprawował Najświętszą Ofiarę, gdy Jasną Górę będą oblegać Szwedzi. Przy hebanowym ołtarzu Ossolińskiego będzie biło serce narodu, gdy Polska na 150 lat zostanie zmazana z mapy Europy przez zaborców. Przy tym ołtarzu, olśniewającym majestatyczną urodą, przez długie wieki będą się modlić tłumy pielgrzymów. Tutaj będzie klękał marszałek Józef Piłsudski i generał Józef Haller. Tu w macierzyńską niewolę Maryi będą oddawali naród prymasowie Hlond i Wyszyński. Tu swoje pielgrzymie kroki będzie kierował Błogosławiony Papież Jan Paweł Wielki.

Nie zapominajmy – do dziś ten właśnie ołtarz – ołtarz fundacji marszałka Sejmu i kanclerza wielkiego koronnego Jerzego Ossolińskiego zdobi kaplicę jasnogórską. Podczas niedawnej jego renowacji konserwatorzy wymienili fragmenty starego hebanu. Omodlone przez Papieża, królów, hetmanów, wodzów, marszałków i tłumy pielgrzymów drewno zostało jednak zachowane.

Gdy nieco później grupa posłów zwróciła się do przeora paulinów z prośbą o ofiarowanie krzyża do sali plenarnej Sejmu, tak by krzyż ten mógł tam powrócić po przeszło półwieczu nieobecności, podjęto decyzję, że do jego wykonania zostanie użyte to właśnie drewno – heban z ołtarza Kaplicy Cudownego Obrazu. Dalej wszystko toczy się już szybko: 18 października 1997 r. delegacja parlamentu odbiera krzyż z rąk ojców paulinów. Senator Ligia Urniaż-Grabowska, współpracująca w stanie wojennym z Prymasowskim Komitetem Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom, lekarka opiekująca się Barbarą Sadowską po zabójstwie jej syna Grzegorza Przemyka, obserwatorka z ramienia Episkopatu Polski podczas procesu zabójców księdza Jerzego Popiełuszki w Toruniu, przywozi krzyż z Jasnej Góry do klasztoru sióstr sakramentek na Nowym Mieście – miejsca hekatomby setek warszawiaków w czasie Powstania Warszawskiego. 19 października 1997 roku omodlony przez siostry krzyż, pani Marianna Popiełuszko, podczas rocznicowej Mszy Świętej za Ojczyznę, kładzie na płycie grobu syna męczennika, a po Mszy przekazuje z powrotem do rąk senator Urniaż-Grabowskiej. Ta przewozi go na Wiejską i 20 października, około godziny 1.00, po krótkiej modlitwie, zostaje zawieszony w Sali plenarnej Sejmu.

Oto opowieść o sejmowym krzyżu – pełna szlachetnych ludzi, dat i czynów.Wspomniałem już, jak najczęściej ją przedstawiano. Wiemy też dobrze, jak się ją chce teraz przedstawiać – jako powód strasznych cierpień rzekomo oświeconej, rzekomo całkowicie neutralnej, rzekomo prześladowanej przez klerykalną, ciemną i mesjanistyczną większość – niewierzącej mniejszości w naszym kraju. Czy jednak narracja, którą przedstawiłem, nie jest bliższa naszej polskiej historii i polskiej tożsamości? Wystarczy tylko zapytać się, gdzie była ta biedna, nieszczęśliwa mniejszość, gdy jeszcze 25 lat temu nie tylko nie wolno było wieszać krzyża w miejscach publicznych, ale praktykujący chrześcijanin nie mógł być ani oficerem w wojsku towarzysza generała Jaruzelskiego, ani pracownikiem administracji? Gdzie była, gdy tzw. „nieznani sprawcy” bili wspomnianą senator Ligię Urniaż-Grabowską, gdy potem zatrzymywali ją wraz z córką i internowali w Darłówku?

Pragnę – Umiłowani – żeby to wszystko wybrzmiało dzisiaj na Tumskim Wzgórzu w Płocku i żeby zostało usłyszane i wysłuchane, bo w gruncie rzeczy w całym tym sporze chodzi o to, na czym budujemy dzisiaj nasze niepodległe państwo.

Preambuła Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej stwierdza:

W trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny, odzyskawszy w 1989 roku możliwość suwerennego i demokratycznego stanowienia o Jej losie, my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł, równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski, wdzięczni naszym przodkom za ich pracę, za walkę o niepodległość okupioną ogromnymi ofiarami, za kulturę zakorzenioną w chrześcijańskim dziedzictwie Narodu i ogólnoludzkich wartościach, nawiązując do najlepszych tradycji Pierwszej i Drugiej Rzeczypospolitej, [….] ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej[…].

Czy ci, którzy chcieliby dzisiaj zdejmować krzyż lub obok niego wieszać w sejmie symbole innych religii czy ideologii, zdają sobie sprawę, że występują przeciwko porządkowi konstytucyjnemu Rzeczpospolitej??!!

Przecież źródłem zasad zawartych w uroczystej Preambule do niej jest „kultura zakorzeniona w chrześcijańskim dziedzictwie narodu i wartościach ogólnoludzkich”, które w naszym kraju właśniekrzyż, a nie półksiężyc, nie gwiazda Dawida, nie masońska kielnia, nie młot i sierp, wyraża!

Wiemy dobrze, jak bardzo dba się o rozdział sfery religijnej i sfery państwowej w Stanach Zjednoczonych. Ale właśnie w USA, w tych dniach, Izba Reprezentantów uchwaliła rezolucję, która ma promować jako jedyne oficjalne motto Ameryki: „In God We Trust” – „W Bogu pokładamy nadzieję”. Decyzję o uznaniu słów „In God We Trust” za oficjalne motto Stanów Zjednoczonych podjął prezydent Eisenhower w 1956 roku, w okresie tzw. zimnej wojny. Był to w tamtych czasach sposób na pokazanie zasadniczej różnicy w podejściu do historii, do życia, do wartości między wolnym światem a ZSRR, nazwanym później przez prezydenta Regana „imperium zła”. Czy inaczej było w naszych polskich dziejach, gdy broniliśmy krzyża? W Polsce nowa „ideologia zła” zaczyna dzisiaj przyjmować postać walki z rzekomym katolickim fundamentalizmem. Przedstawiciele tego nurtu „z troską pochylają się” nad komunistycznymi oprawcami, szpiegami z lat PRL-u i tajnymi współpracownikami ówczesnego reżimu. Gotowi są wybaczać im bez najmniejszego aktu skruchy i zadośćuczynienia z tamtej strony, dawać im wysokie emerytury i odznaczenia. Zarazem zrobią wszystko, by zapominać pełne chwały dni naszej Ojczyzny, jak choćby te, które przed chwilą opowiedziałem; by rozmywać moralne i chrześcijańskie źródła „pierwszej Solidarności”, „skreślać” z pamięci jej prawdziwych bohaterów. Przywdziewają przy tym maskę ironii i zabawy, często, niestety, pociągającą sporą część młodzieży. W ten sposób na aksjologicznej pustce postpeerlowskiego nihilizmu z jednej strony oraz bezideowego cynizmu z drugiej  powstaje bezbożna plazma – produkt taktyki, opartej na profanacji i kpinie ze świętości.

Czuwajcie… czuwajmy…! Bo w gruncie rzeczy – powtarzam raz jeszcze – w tych zmaganiach chodzi o właściwe miejsce dla wartości, na których można kształtować państwo; którymi trzeba kierować się w służbie temu państwu, w służbie chorym i słabym, w służbie porządkowi Rzeczpospolitej w policji i w wojsku; w których można wychowywać dzieci i młodzież w rodzinie i w szkole.
Czuwajcie zatem, czuwajmy… Amen.

http://wpolityce.pl./wydarzenia/18835-mocna-i-wazna-homilia-biskupa-libery-w-obronie-krzyza-jaki-kolejny-wielki-brat-zaczyna-usadawiac-sie-u-nas-w-nas

Posted in Polityka i aktualności, Religia | Leave a Comment »

Gotowość na przyjście Pana

Posted by tadeo w dniu 27 Listopad 2011

Ciekawą rzecz powiedział mi wczoraj pewien himalaista. Pytałem go, co jest najtrudniejsze w przygotowaniach do wyprawy i co zajmuje mu najwięcej czasu. Myślałem, że odpowie: zebranie ekipy, gromadzenie pieniędzy, planowanie trasy, albo coś w tym stylu. A wiesz co mi odpowiedział? Że najtrudniejsze dla niego przed każdą wyprawą jest przygotowanie się na śmierć. Serio. Nie żartował.

Opowiadał mi o swoim pierwszym poważnym wypadku w górach. To nawet nie było w Himalajach, ale w Alpach. Odpadł od ściany i z dosyć dużej wysokości runął w dół. Kiedy połamany leżał zakopany w śniegu zaczęły przychodzić mu do głowy różne dziwne myśli. Nie martwił się tym, czy ktoś go znajdzie, jak wielkie ma obrażenia, czy będzie mógł jeszcze kiedykolwiek wrócić w góry. Był przekonany, że umrze i przyjmował to dosyć spokojnie, ale jedna myśl mąciła ten spokój. (Człowiek w niebezpieczeństwie śmierci zaczyna chyba myśleć w dosyć niespodziewany sposób). Zaczął się martwić tym, co pomyślą sobie jego najbliżsi, kiedy wejdą do jego mieszkania. Zostawił tam taki straszny bałagan – niewyjęte pranie w pralce, nieumyte, obrosłe pleśnią naczynia w zlewie (i nie tylko w zlewie), porozrzucane po całym mieszkaniu części garderoby, koty kurzu w każdym kącie podłogi. Męczyła go tylko ta myśl – ale będzie wstyd jak tam wejdą.

Uratowano go, ale niepokój, który dręczył go tam, w górach, pod śniegiem nie minął. Wręcz przeciwnie, uzmysłowił sobie, że bałagan w mieszkaniu to najmniejszy problem – większy bałagan miał w całym życiu. Niepooddawane długi, niewyznana miłość, niezaofiarowane przebaczenie i nigdy niewypowiedziane prośby o przebaczenie były znacznie gorsze, niż nieumyte naczynia w zlewie. Od czasu tego wypadku zawsze wychodząc w góry przygotowywał się na śmierć – a zatem sprzątał mieszkanie, oddawał długi, spotykał się z przyjaciółmi, wyznawał miłość swoim dziewczynom i takie tam. Nie było w tym żadnej grozy ani tym bardziej patosu. Ot, chodziło wyłącznie o to, aby w chwili śmierci nie musieć się wstydzić.

Kiedy go słuchałem miałem wrażenie, że znam skądś to, o czym opowiadał. A jeśli miałbym dziś wpuścić Chrystusa do mojego domu – czyli do mojego życia, niezapowiedzianie, jak złodzieja. Czy mógłbym to zrobić bez wstydu? Jeśli nawet byłoby w moim domu – życiu bardzo biednie, to czy nie byłoby w nim po prostu wstydliwego brudu?

Adwent jest czasem wspominania pierwszego przyjścia Syna Bożego na ten świat, przyjścia, które było Wcieleniem. Ale Adwent jest jeż czasem przygotowania na drugie przyjście Chrystusa – tym razem już w chwale i z mocą. Może trzeba przed tym przyjściem posprzątać w domu?

Z cyklu „Notatki na Adwent” – Janusz Pyda OP

Posted in Religia | Leave a Comment »

Z czego się najczęściej spowiadamy?

Posted by tadeo w dniu 24 Listopad 2011

Nasze zachowania, to przede wszystkim, wynik jednej z trzech dominujących skłonności: dumy, próżności lub zmysłowości.

Kto znalazł duchowego kierownika, skarb znalazł, bo mu treści, które znajdziemy w tym artykule będą powiedziane i wytłumaczone.
Niech Dobry Bóg wam Błogosławi.

KORZEŃ GRZECHU
Wyznając nasze grzechy, jakże często bardziej zwracamy uwagę na grzeszne fakty, niż na ich źródło. W ten sposób umacnia się w nas korzeń grzechu. Z niego rodzą się nie tylko kolejne grzechy, ale także grzeszne przyzwyczajenia, złe nawyki i wady.
Jezus przypomina, że to w sercu człowieka rodzi się grzech: „(…) Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp , wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota (Mk 7, 21-23)”.
Przeznaczmy czas na analizę naszych zachowań, z których się najczęściej spowiadamy?

Z tej analizy dowiemy się, że nasze grzeszne zachowania, to przede wszystkim, wynik jednej z trzech dominujących skłonności: dumy, próżności lub zmysłowości.

1. PYCHA – poczucie własnej wartości, zależy tylko ode mnie

Charakterystyka:
Mamy wysokie mniemanie o sobie, irytują nas ci, którzy nam zaprzeczają. Łatwo osądzamy negatywnie innych i plotkujemy. Mamy trudności w rozpoznaniu własnych słabości, grzechów i przyznaniu się, że kogoś zraniliśmy. Przez nasz upór, nie prosimy, ani nie potrzebujemy czyjegoś przebaczenia, sami również nie chcemy przebaczyć innym. Kamuflujemy własne pomyłki. Często nie jesteśmy szczerzy. Wpadamy w złość, gdy za okazaną przez nas przysługę, nikt nam nie podziękuje. Czujemy niechęć do służenia/pomagania innym. Jesteśmy niecierpliwi. Trzymamy innych na dystans, jesteśmy szorstcy w codziennych kontaktach z innymi. Myślimy, że tylko my wiemy i potrafimy coś dobrze wykonać. Nie potrzebujemy od nikogo pomocy, szorstko oceniamy wszystko z czym się nie zgadzamy. Jesteśmy uparci, pewni swojej opinii a w praktyce, pomimo, że modlimy się, uważamy, że sami możemy dokonać wielkich rzeczy.
Nie lubimy sprzeciwu. Jesteśmy rozdrażnieni, gdy sprawy ułożą się nie po naszej myśli, lub gdy nikt nie zapyta o naszą opinię, lub nie weźmie naszej opinii pod uwagę. Oczekujemy, że o wszystkich sprawach będziemy informowani. Długo nosimy w sobie urazy, nie zapominamy nawet drobnych nieporozumień. Buntujemy się, gdy coś nam się nie podoba, bądź uważamy, że jest złe. Nie przyjmujemy od nikogo, żadnych nauk. Jesteśmy samowładni, nieugięci, w pierwszej kolejności liczą się moje sprawy, pomysły. Jesteśmy obojętni na punkt widzenia, gust, potrzeby innych. Okazujemy nieprzychylność, gdy ktoś zakłóca nasze plany. Bywamy wyrachowani w relacjach z innymi ludźmi i z Bogiem. Lubimy gdy nas słuchają, uważamy, że nasze zdanie jest najważniejsze. Wszelkie zabawy, gry, rozrywkę, koncentrujemy wokół siebie. Łatwo się obrażamy, oburzamy i gniewamy. Jesteśmy pyszałkowaci i przemądrzali.

2. PRÓŻNOŚĆ – poczucie własnej wartości uzależniam od tego, co myślą i mówią o mnie inni.

Charakterystyka:
Pragniemy by nas inni zauważali, podziwiali. Dopiero, gdy ktoś doceni nasze umiejętności, będziemy uważać siebie za zdolnych, mądrych, wartościowych. Pragniemy być poważani i respektowani. Jesteśmy nieśmiali ponieważ boimy się, że nie będziemy lubiani, zaakceptowani. Po niepowodzeniach, łatwo się zniechęcamy. Jesteśmy dwulicowi, gdy pragniemy zaakceptowania nas do „grupy”. Rezygnujemy, lub wyciszamy swoje zasady, aby „dopasować się” do grupy. Z łatwością osądzamy tych, o których wiemy, że nas nie lubią, a kiedy mamy przychylną „widownię” mówimy otwarcie o wadach i błędach tych, których nie lubimy. Pragniemy „zażyłych przyjaźni.” Chcemy przynależeć do „grupy”, aby nas ceniono i uważano za popularnych. Łamiemy zaufanie. Naginamy prawdę albo kłamiemy wprost, po to, aby nas zauważono i doceniono. Zawsze mówimy o sobie i swoich osiągnięciach. Staramy się być w centrum uwagi. Jesteśmy wielce rozczarowani, gdy inni nie doceniają, nie lubią, naszych poglądów, osobowości, domu itp. Staramy się być akceptowani, nawet za cenę naginania swoich zasad. Prawdziwie boimy się być odrzuceni. Cieszymy się z czyichś niepowodzeń, a z trudnością przychodzi nam, prawdziwie cieszyć się z sukcesów innych. Jesteśmy zazdrośni a nawet zawistni.

3. ZMYSŁOWOŚĆ – poczucie własnej wartości uzależniam od tego, co czuję i od rzeczy, które posiadam.
Charakterystyka:

Nasze codzienne zajęcia/czynności, uzależniamy od naszego emocjonalnego stanu – czy mamy na coś ochotę, czy lubimy osobę, z którą mamy współpracować czy lubimy zadanie, które mamy wykonać. Unikamy odpowiedzialności, kiedy nie mamy na to ochoty. Nasze obowiązki wykonujemy w ostatniej chwili, żeby je tylko zakończyć, bez troski o doskonałość. Łatwo marnujemy czas. Kiedy nie mamy wyznaczonego terminu ukończenia jakiejś pracy, robimy tylko to, co lubimy najbardziej. Uciekamy od wszystkiego, co wymaga od nas pewnych umartwień. Na wszystko narzekamy a jeśli idzie na zmianę pogody, wszyscy o tym wiedzą, gdyż nie omieszkamy pokazać jak się czujemy.
Zawsze chcemy tego, co jest najnowsze i najbardziej aktualne. Nie lubimy niczego wyrzucać. Przywiązujemy się do rzeczy, które posiadamy. Nadmierne martwimy się o rzeczy i o pieniądze. Aby się poczuć dobrze, potrzebujemy nowych rzeczy. Sporo czasu spędzamy na zakupach.
Z łatwością w kontaktach z innymi przechodzimy od przyjaźni do niechęci. Naszym priorytetem jest potrzeba, bycia lubianym i aby inni okazywali nam swoje uczucia. Poszukujemy wygody i wszystkiego, co jest najłatwiejsze i wymaga najmniejszej ilości wysiłku z naszej strony. Jesteśmy marzycielami, budujemy „zamki na lodzie” i pragniemy być w nich w centrum uwagi. W czasie posiłków, spożywamy tylko to, co lubimy, nawet jeśli sprawimy tym komuś przykrość a pozostałą żywność trzeba będzie wyrzucić. Pragniemy wszystko zobaczyć, poznać, doświadczyć. Jesteśmy nadmiernie ciekawi. Do tego stopnia szukamy we wszystkim przyjemności, że zagrażamy czystości naszych myśli i działań.

WYBIERZ KORZEŃ GRZECHU
Jeżeli w którejś z zaproponowanej charakterystyce pychy, próżności i zmysłowości, znajdziesz kilka cech, które zgadzają się z twoim zachowaniem, to prawdopodobnie jest to właściwy korzeń grzechu. Ważne jest, aby skupić się na tym jednym obszarze, nawet jeśli grzeszysz we wszystkich trzech.
Jeśli masz trudności z określeniem, co jest twoim dominującym korzeniem grzechu, zdecyduj się na Pychę. Istotą Pychy, jest doprowadzenie do duchowej ślepoty!
Oceń siebie dokładnie, wejdź głęboko w siebie, które z przejawów głównego grzechu, są w twoim życiu najbardziej widoczne. Im wyraźniej rozpoznasz „wroga” tym szybciej go wyeliminujesz.
Wybierz przeciwstawną dla swoich wad cnotę i skoncentruj się na niej, w swojej drodze do świętości.

Oto kilka przykładów przeciwstawnych cnót.

PYCHA: pokora, prostota, wzniosłość ducha, łagodność, współczucie, uległość, służba innym, zależność od Boga poprzez modlitwę.

PRÓŻNOŚĆ: czystość intencji, szczerość, miłość do Chrystusa w bliźnich, samoakceptacja, bezinteresowność, porzucenie przywiązań do rzeczy.

ZMYSŁOWOŚĆ: z miłości do Chrystusa wewnętrzna dyscyplina, skupienie się na osobie Zbawiciela, wyrzeczenia i samozaparcie z miłości do Zbawiciela, nadzieja, ofiarność, cierpliwość, czystość.

1. Przeprowadzaj swój codzienny rachunek sumienia, przyglądając się, w jaki sposób przezwyciężałeś dzisiaj korzeń grzechu i czy praktykowałeś jemu przeciwstawne cnoty. Co wybrałeś. Czy ćwiczyłeś się w cnotach czy nie? Dlaczego nie? Co możesz zrobić, aby poprawić się jutro?

2. Niech przezwyciężenie twojego korzenia grzechu, będzie celem każdej spowiedzi. Powiedz np: „Proszę księdza, zmagam się z.., albo, moim korzeniem grzechu jest…..(pycha… próżność… zmysłowość) i oto, w jaki sposób od ostatniej spowiedzi ona się uzewnętrzniła/objawiła….

3. Spraw, aby cnoty, które praktykujesz, były w centrum twojej modlitwy i owocem duchowych rozmyślań.

4. Postaraj się każdego dnia, sprawdzić swój postęp, na drodze eliminowania korzenia grzechu i wprowadzania w ich miejsce cnót.


Za: http://www.totustuus.com/overcome.htm

Posted in Religia | Leave a Comment »

Boży zamysł o człowieku i rodzinie – prof.dr hab. Kazimierz Lubowicki

Posted by tadeo w dniu 21 Listopad 2011

Patronalne Święto Akcji Katolickiej 20.11. 2011. Legnica w Uroczystość Chrystusa Króla. Wykład O. prof.dra hab. Kazimierza Lubowickiego – Prorektora Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu „Boży zamysł o człowieku i rodzinie”

http://gloria.tv/?media=217747

Posted in Filmy religijne, Religia | Leave a Comment »

Wierzę?

Posted by tadeo w dniu 20 Listopad 2011

Chwyciło mnie przerażenie po obejrzeniu krótkiego dokumentu nakręconego w dniu kiedy my byliśmy na cmentarzach by postawić kwiaty, zapalić znicze – symbole… Filmu, który obrazuje rzeczywistość społeczeństwa Montevideo w Urugwaju, a został nakręcony przez naszych misjonarzy: br. Andrzeja i ks. Wojtka. Cmentarz, rozwalone płyty zamykające grobowy otwór, resztki też i trumien. Przeraża mnie ten obraz.

Przeraża mnie myśl, wątpliwość czy aby na pewno za naszymi cmentarnymi odwiedzinami kryje się wystarczająca głębia przeżyć. Przeżyć, których tam już nie ma, bo nie potrzebne im są.

Ale przeraża mnie też i krytykowanie cmentarnych odwiedzin, że to objaw polskiej wystawności, a strojenie grobów nie idzie w parze z modlitwą i listopadowym pomaganiem duszom czyśćcowym (możliwość zyskiwania odpustów zupełnych, wspólna modlitwa wypominkami).

Przeraża mnie to, że zamiast wzmacniać, tworzyć i odnajdywać zakurzoną wiarę, zajmujemy się krytykanctwem, dopasowywaniem do szablonu i osądzaniem. Bo to nie jest droga nowej ewangelizacji.

I też to, że żarliwa miłość za życia tak szybko wygasa po śmierci, nie zamieniając się w gesty pamięci. Co ją uśmierca? Niewiara w drugi odcinek życia?

Cmentarz w Montevideo (Urugwaj) w dniu… 1 listopada 2011.

http://www.radekscj.pl/wierze/

Posted in Religia | Leave a Comment »

Nasza wędrówka ku Bogu

Posted by tadeo w dniu 20 Listopad 2011

Piękne slajdy i teksty kierujące nasze myśli ku Bogu.

Nasza wędrówka ku Bogu – pdf 

Posted in Religia | Leave a Comment »

Dobre media – jutro ewengalizacji

Posted by tadeo w dniu 19 Listopad 2011

http://www.dobremedia.org/index.php?option=com_hwdvideoshare&task=frontpage&Itemid=2

Posted in Filmy - Polecam, Filmy religijne, Religia | Leave a Comment »

Słowo Boże na dziś

Posted by tadeo w dniu 18 Listopad 2011

Słowo Boże na dziś

Posted in Filmy religijne, Religia | 1 Comment »

Moja Rodzina – Telewizja internetowa

Posted by tadeo w dniu 15 Listopad 2011

Uprzejmie informujemy Państwa, że uruchamiamy telewizje internetową. Na początku dajemy programy z cyklu „Moja Rodzina”. Planujemy przygotowywać codzienne newsy i rozmowy z zaproszonymi gośćmi na tematy społeczne, polityczne, rodzinne i religijne. 

Prosimy o sugestie na temat zawartości programowej i ewentualne włączenie się w tworzenie tejże telewizji.

http://www.mojarodzina.org/index.php?option=com_content&view=article&id=150&Itemid=148

Posted in Filmy religijne, Małżeństwo i rodzina, Religia | Leave a Comment »

 
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 483 obserwujących.