WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • Tylko przestańmy mówić: ten kraj, w tym kraju, tutaj, ci ludzie. Zacznijmy mówić tak, jak Pan Bóg przykazał, jak o matce: Ojczyzno ma, moja, kochana, poraniona, więc tym bardziej kochana. Moja, to znaczy taka, którą się kocha, którą się po rękach całuje, przed którą się klęka, której się służy, której się z czcią opowiada, której się nie okrada, dla której się pracuje, dla której się cierpi i umiera, jak trzeba. To nie inni mają tak zrobić, to nie oni, tam na górze, ale my. Inaczej na nic wszystko. Na nic ta rana i na nic te ofiary. Nasza Ojczyzna mocno krwawi i ból nie ustaje w naszych sercach, ale zapewniamy pachołków Moskwy i Berlina, i tych, co służą „mamonie” – jeszcze nie zginęła, póki my żyjemy. Póki pracujemy dla dobra naszej Ojczyzny. Póki kochamy i pamiętamy.

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Religia’ Category

Kiedy wreszcie umrze i przepadnie jego imię

Posted by tadeo w dniu 16 Wrzesień 2011

O życzeniu śmierci i klątwie

 Ktoś powiedział, że życzenie śmierci politykowi nie jest grzechem. Jednak życzenie śmierci może się ziścić, bo jest przekleństwem, podobnie jak życzenie życia jest błogosławieństwem. W nienawiści wypowiedziane słowa mają wielką moc sprawczą, mogą stać się samospełniającą się przepowiednią, nie wolno tego lekceważyć. Człowieku, bądź odpowiedzialny za słowa, które wypowiadasz, bo będziesz za nie sądzony.

PRZEKLEŃSTWO

Znane od raju i pierwszych rodziców. Najpierw przeklęty został wąż: „bądź przeklęty wśród wszystkich zwierząt domowych i polnych; na brzuchu będziesz się czołgał i proch będziesz jadł po wszystkie dni twego istnienia. „,  potem ziemia, to były konsekwencje grzech, potem zło się rozhulało i rozpanoszyło po ziemi. Następnie zazdrość, bratobójstwo, seks etc.

Przekleństwo ma długą genealogię, istnieje od początku świata, jednak jakkolwiek by na nie patrzeć, jest złem samo w sobie, nawet jeśli jest karą, to wiąże się z ludzkim cierpieniem.

Człowiekowi przeklinać nie wolno, gdyż zaciąga tym czynem winę i sprowadza na siebie karę, nawet wtedy, gdy jego „życzenie” ziści się. Wiele znam historii, kiedy to nad kimś ciążyło przekleństwo i całe życie coś mu się nie „udawało”, następowały jakieś niewyjaśnione śmierci, wypadki, zjawiska. Czasem potrzebna była pomoc egzorcysty.

Z opowieści mojej Babci znam historię, kiedy to pewna zawistna wieśniaczka, wygrażając pięścią sąsiadowi, życzyła mu wszelkiego zła za to, iż pojął za zonę inną kobietę niż jej córka. Niestety, na efekty przekleństwa nie trzeba było czekać, zły bowiem wykorzystał okazję. Syn owego pana zginął w niewyjaśnionych okolicznościach przygnieciony stropem w drewutni, miał trzydzieści kila lat. Tak wiec jej nienawiść zmaterializowała się w drugim pokoleniu. Córka tego człowieka, który zginął, przez szereg lat miała koszmary, przedziwne sytuacje w życiu, poradziłam jej, by udała się do egzorcysty. Ten, usłyszawszy całą historię, nie odwlekł egzorcyzmów, ale odprawił je nad nią jeszcze tego samego dnia. Wszystko się uspokoiło. Przekleństwo rzucone przez zawistną sąsiadkę przestało istnieć.

Ostrzega nas Pismo, byśmy nikomu nie złorzeczyli, nawet wrogom. Czasem może nad nami ciążyć czyjeś przekleństwo, wypowiedziane nawet wiele lat temu, możemy być tego zupełnie nieświadomi. Jednak trwanie w bliskości Boga uwalnia nas od złorzeczeń. Złe słowa wyrządzają krzywdę osobie, która je wypowiada, juz sama nienawiść jest karą. Należy odrzucić myślenie fatalistyczne i zdać się zupełnie na Boże prowadzenie, oddać Mu swą przeszłość i przyszłość, swe życie. Najważniejsze jest, co będzie z nami po tym życiu, bo to najpewniejszy pewnik, że UMRZEMY. Jednak wybierajmy zawsze życie, to przyszłe, doskonałe.

Wejście w zależność ze złym może spełnić w nas owo przekleństwo niegdyś przez kogoś rzucone. Nie trzeba stawiać tarota, chodzić do wróżki, bo paktowanie z diabłem to również zdrada żony, nieczyste obrazy, myśli, rozmowy, unikanie modlitwy, kościoła i Eucharystii, to nas oddala od Boga, a przybliża do tej drugiej, ciemnej strony.

Nie mamy wpływu na przeszłość, ale mamy na teraźniejszość, wykorzystajmy to jak najlepiej, bo wszyscy jesteśmy już odkupieni przez drogocenną krew Jezusa Chrystusa, ale zbawienie jest w naszych rękach.


Napisanie tego postu zrodziło się po rozmowie z przyjaciółką, nad której rodziną wisiała klątwa.

http://partenos.nowyekran.pl/post/26847,kiedy-wreszcie-umrze-i-przepadnie-jego-imie

Posted in Religia | Leave a Comment »

Każdy ma szansę na szczęśliwe życie! Ty też!

Posted by tadeo w dniu 13 Wrzesień 2011

W każdym z nas istnieje szansa na szczęśliwe życie. Aby je osiągnąć, trzeba zmienić nastawienie umysłu
(fot. kaibara87)

Życie bywa często trudne, pełne współzawodnictwa, frustrujące i jest rzeczą normalną, że człowiek próbuje uchylać się od ciążącej na nim odpowiedzialności. Jedno jest jednak pewne. Nigdy nie uda się nam uciec przed samymi sobą. Ucieczka od rzeczywistości jest jednym z mechanizmów najbardziej typowych dla człowieka. Jest to zresztą mechanizm obronny i za taki powinniśmy go uważać.

Uciekanie od własnej niedoli, kierowanie się na zewnątrz jest metodą, która nie ma żadnej możliwości powodzenia. Drogi prowadzącej do szczęścia i harmonii trzeba szukać w swoim wnętrzu. Jest wśród nas wielu ludzi nieszczęśliwych, bo w jakiś sposób postanowili przegrać, postanowili być nieszczęśliwi. Nie zrozumieli, że aby być szczęśliwym, trzeba czuć się szczęśliwym. I że każdy człowiek może osiągnąć szczęście, bo każdy posiada nieograniczone możliwości działania. Wszyscy mogą z nich korzystać; wystarczy o tym wiedzieć i tego chcieć.

Znam pewną kobietę, która chcąc zemścić się na mężczyźnie, którego kochała i który, jej zdaniem, ją zdradzał, zaczęła zadawać się z innymi mężczyznami. Ale wciąż była nieszczęśliwa, nieusatysfakcjonowana. Przyszła do mnie uskarżając się na chroniczną bezsenność. Odkryłem, że tym co nie pozwalało jej zasnąć, było poczucie winy. Kiedy przestała udawać i zaczęła zastanawiać się nad sobą, nikogo nie obarczając winą, zaczęła poważnie myśleć o przyszłości rezygnując z żebrania o uczucie, a wtedy bezsenność zniknęła.
Człowiek dobrze przystosowany do rzeczywistości stawi czoło potencjalnym trudnościom, jakie niesie ze sobą życie nie uchylając się przed własną ludzką odpowiedzialnościąŻycie mogłoby stać się pełne, fascynujące, zabawne, gdyby człowiek nauczył się akceptować chorobę, trudności, frustracje, tak jak gdyby były – bo przecież są – sprawami, z którymi trzeba się liczyć od chwili narodzin.

Natomiast uczyć się, jak uciec od rzeczywistości, to uczyć się śnić na jawie, nigdy niczego nie urzeczywistniając; mówić a nie robić; wciąż krytykować innych i nigdy nie patrzeć na siebie; wycofywać się z gry przy pierwszym niepowodzeniu; dopuszczać, aby rozczarowania uczuciowe i zawodowe wpływały na nasze zdrowie psychiczne i fizyczne; być infantylnym, niedojrzałym, niezdolnym do dokonania wyboru, jakim jest na przykład małżeństwo, praca, miłość; być niezdolnym do wychowywania dzieci i – niezależnie od tego – uwarunkowywać je lub wychowywać w strachu i dręczącej niepewności czyniąc je niepewnymi, niezdolnymi do walki o życie i popychając je ku zależności od różnych czynników: od palenia, alkoholu, narkotyków, czyjegoś uczucia, seksu, czyniąc z nich ludzi znerwicowanych.

Oprócz tego istnieją skrajne formy ucieczki od rzeczywistości: samotność (nie jako wybór), samobójstwo i różne formy szaleństwa. Strach przed rzeczywistością sprawia, że wielu ludzi zamyka się we własnej samotności. Niezdolni do stawienia czoła problemom, jakie niesie życie, ograniczają oni do minimum swe kontakty społeczne, mają niewielu przyjaciół, wychodzą wyłącznie do pracy, podejmują pracę tylko wtedy, gdy jest to konieczne do przeżycia. Inni natomiast pracują, oszczędzają, prowadzą życie pełne wyrzeczeń czekając na dzień, kiedy będą mogli odejść, przejść na emeryturę. Marząc o tym dniu, jako o początku szczęśliwego życia, rezygnują z towarzystwa, z robienia planów, z wakacji, z podróży, na rzecz jutra, które może nigdy nie nadejdzie. Znam bardzo wiele takich osób, które oszczędzały przez całe życie i umarły nie zdążywszy zrealizować swych marzeń.

Rzeczywistość jest tak bezgranicznie rozległa i bogata, że nie da się jej zaprogramować z góry, bo ona sama ustawicznie się zmienia. Zachowanie tych, którzy szczęśliwe chwile mające nadejść w przyszłości traktują jak rzeczywistość, jest nacechowane najwyższą niepewnością. W gruncie rzeczy są oni w stanie żyć wyłącznie w imię szczęścia spodziewanego, oczekiwanego, nigdy nie zrealizowanego. Zapomnieli o teraźniejszości w imię przyszłości, która nigdy nie nadejdzie.

Inni, niestety, podążają w kierunku całkowitego zniszczenia własnej osoby. Są do tego stopnia przekonani o własnym niepowodzeniu, o nieumiejętności konfrontacji z rzeczywistością, że najlepszym rozwiązaniem wydaje im się wycofanie się z gry, zanim się ona rozpocznie. Wolą uciec przed życiem. Samobójcy, stanowiący przypadek skrajny, są zazwyczaj ludźmi pełnymi arogancji i fałszywej dumy. Przed nikim nie przyznają się do swej słabości, czują się nie rozumiani, ale nie proszą o pomoc i nie szukają zrozumienia.
Inni dokonują wręcz prawdziwego samobójstwa psychicznego, nie przyjmują pokarmu, chronią się we własnym fantastycznym świecie bez czasu i historii, sami wyłączają się ze świata, boją się odpowiedzialności, wolą wegetować, odrzucają wszelkie propozycje leczenia, trzymając się swego świata wymyślonego i nierzeczywistego.

Prawie wszyscy jednak próbujemy uciec od rzeczywistości, lecz w niewielkim stopniu i w sposób ograniczony, czasowy. Wiadomo przecież, że życie jest ciężkie. Ale takie już są reguły gry. Jeśli człowiek sam przed sobą zaprzecza, że życie jest ciężkie, to się oszukuje. Już od czasów starożytnej Grecji filozofowie uczyli nas, że istnienie jest połączeniem życia i śmierci, tego co pozytywne i negatywne. Kto chce zmieniać te reguły – proszę bardzo, ale jego usiłowania nigdy się nie powiodą. Możemy się zgadzać lub nie co do tego, jakie jest ludzkie życie. Lecz tak już jest i reguł tych nikt nie zmieni – tak czy inaczej, nie jest to w niczyjej mocy.

O wiele lepiej jest zatem uznać, że życie jest ciągłą walką, że nie istnieje absolutne szczęście i że nie ma co go szukać. Istnieją natomiast w tym samym człowieku chwile samotności, radości, miłości, bólu, cierpienia, szczęścia. Człowiek jest naprawdę silny, jeśli umie reagować we właściwy sposób na każdy bodziec.

Wypicie paru kieliszków wina czy wzięcie kilku dni urlopu jest z korzyścią dla samego życia, ale robienie ze swojego życia nieprzerwanych wakacji albo ciągłego picia, oznacza ucieczkę od rzeczywistości. Normalna ucieczka jest zdrowa dla każdego z nas. Uczynienie z ucieczki filozofii życiowej jest niezdrowe umysłowo i psychicznie.

W każdym z nas istnieje szansa na szczęśliwe życie. Aby je osiągnąć, trzeba zmienić nastawienie umysłu. Najlepszą obroną jest wykształcenie sobie takiej odporności wewnętrznej, której nie naruszą zmienne koleje życia. Co za tym idzie, trzeba posiadać dystans wobec świata; zaprawiać się do odważnego życia, wierzyć w Boga. Krótko mówiąc: cieszyć się z życia, z miłości, z nadawania wartości swojemu istnieniu, bo nic nie dzieje się bez przyczyny. Przede wszystkim zaś nadać sens temu, że przyszło się na świat, że się żyje, że jest się jedynym i niepowtarzalnym.

Więcej w książce: W poszukiwaniu szczęścia – Valerio Albisetti

http://www.deon.pl/inteligentne-zycie/psychologia-na-co-dzien/art,92,jak-odnalezc-szczescie-.html

ZOBACZ TAKŻE:

Posted in Porady różne, Religia | Leave a Comment »

Dar czasu

Posted by tadeo w dniu 9 Wrzesień 2011

Na ziemi każdy człowiek otrzymuje ściśle określoną porcję czasu; zwykle bywa to kilkadziesiąt lat. Rodząc się, wsiadamy do pociągu z biletem w jedną stronę. Nie da się wysiąść i innym pociągiem pojechać pod prąd minionego czasu. Można to uczynić tylko w wyobraźni przy pomocy pamięci, ale przeżyty czas już do nas nie powróci; nie da się przeżyć go jeszcze raz, inaczej.

Miniony czas trwa i powróci do nas, ale dopiero w wieczności, w Bogu. Natomiast dziś mamy do dyspozycji jedynie niewiadomą przyszłość i chwilę obecną czy też chwile obecne – jedna po drugiej.
Bezpowrotny upływ czasu skłania nas do zastanowienia się nad optymalnym wykorzystaniem czasu, który pozostał nam jeszcze do przeżycia na tej ziemi… Jak wszystko, co ważne, tak i czas najlepiej jest widzieć oczyma Boga, oczyma Jezusa. W Ewangeliach znajdziemy wiele pouczeń na temat dobrego wykorzystania czasu życia. Jezus w związku z danym nam czasem zaleca m.in. postawę aktywności, służby, czuwania i modlitwy. Zapowiadając swoje powtórne przyjście na ziemię, Jezus mówił: Uważajcie, czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie. Bo rzecz ma się podobnie jak z człowiekiem, który udał się w podróż. Zostawił swój dom, powierzył swoim sługom staranie o wszystko, każdemu wyznaczył zajęcie, a odźwiernemu przykazał, żeby czuwał. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem. By niespodzianie przyszedłszy, nie zastał was śpiących. Lecz co wam mówię, mówię wszystkim: Czuwajcie! (Mk 13, 33-17).
Dzisiaj uwaga milionów ludzi skierowywana jest, i to nachalnie, od rana do wieczora, przede wszystkim na różne interesujące dziedziny kultury, na liczne życiowe zadania, na niezliczone produkty technicznej cywilizacji, a także na własne korzyści i użycie. Jezus – kiedyś i dzisiaj – idzie pod prąd tych wszystkich sił, które chcą zamknąć człowieka w sobie samym i w doczesności. Jezus niestrudzenie przekierowuje nasze oczy i serca ku wieczności, ku miłosnemu Przymierzu z Ojcem i ku przyjaznym relacjom z naszymi bliźnimi. Jezus nie lekceważy czasu. Przeciwnie, zna jego wielką wagę i rozstrzygający charakter ludzkich wyborów, dlatego poucza nas, jak dobrze wykorzystać czas w perspektywie wiecznego życia w Domu Ojca.

Subtelna rada Jezusa

Oto jedno z subtelnych pozabiblijnych pouczeń Jezusa na temat czasu: „Na ziemi jesteście bogaczami, którzy nie znają swych bogactw: ten czas może wam kupić chwałę, miłość, wzrastającą znajomość Boga, zasługi i zasługi, ale ten czas tracicie” (Gabriela Bossis, On i ja, t. III, nr 215). Nierzadko czujemy się bardzo biedni i ubodzy. Całe lata gromadzimy różne rzeczy, różnoraką wiedzę i doświadczenia – i nic nie zaradza naszej biedzie; i tak pozostajemy radykalnie ubodzy, bo otchłań serca, stworzonego przez Boga i dla Boga, czeka na Boga samego! Świat mówi: czas to pieniądz. Trudno temu zaprzeczyć, jednak ani pieniądze, ani nabywane rzeczy nie czynią człowieka bogatym w pokój serca, w poczucie sensu życia i w trwałą radość. Naprawdę stajemy się bogaci w podstawowe osobowe dobra wtedy, gdy w milczeniu i skupieniu wyostrzamy uwagę, by poznawać Chwałę Boga i Miłość Boga.
Czy my, ludzie, radykalnie biedni, a jednocześnie po królewsku ubodzy, staniemy się w kolejnym roku życia bogaczami? Czy ja przez lepsze wykorzystanie czasu „kupię sobie” więcej chwały, miłości, znajomości Boga, a także więcej zasług, które przejdą ze mną na drugą stronę?
W każdej dziedzinie życia i kultury ludzie gromadzą wiedzę, ujmują ją w podręczniki i poradniki, a potem ją przekazują. W życiu duchowym – czyli w naszej trosce o zażyłą przyjaźń z Bogiem i o życzliwe relacje z bliźnimi – też powinniśmy sięgać po wiedzę i dobre rady. Oto jedna z takich rad. Jezus radzi (Gabrieli Bossis i nam), jak dobrze wykorzystywać czas, kojarząc ulotne chwile ze stąpaniem po schodach. „Na każdym stopniu schodów powiedz Mi, że z całego twego życia teraz jest chwila twojej największej wiary, największej nadziei, największej miłości. Trzeba wzrastać z chwili na chwilę i mówić Mi o tym” (Gabriela Bossis, On i ja, t. I, nr 659).
Po schodach (choćby ich było w domu tylko kilka) chodzimy dość często. Jezus radzi, by chcieć tę prostą czynność chodzenia po schodach wykorzystać do podtrzymywania i intensyfikowania dialogu miłości z Bogiem Ojcem. Oprócz schodów są jeszcze obrazy, w kościołach i w naszych mieszkaniach. Ktoś namalował je czy napisał po to, by dla patrzących na nie były oknem na świat Boga. Od nas, od naszej uważności zależy, czy Bóg stanie się poprzez nie bardziej dla nas obecny i bliski. Podobnie jest z tyloma innymi, jeszcze większymi przejawami i znakami obecności Boga w naszej codzienności. Dzięki nim możemy coraz bardziej zaprzyjaźniać się z Bogiem. Albo przeciwnie, zdadzą się one na niewiele, jeśli nie zechcemy ich zauważać i właściwie odczytywać. W ogromnej mierze od nas zależy, czy w czasie rozpoczętego kolejnego roku życia będziemy Boga znajdować łatwiej i częściej; i czy bardziej świadomie i mocniej będziemy doświadczać Jego Miłości do nas.

Słuchać świętych i prosić ich o wstawiennictwo

Zdjęcie: Amazing Light on Stairway, Canberra, Australia

W dziennikach duchowych świętych i mistyków znajdziemy sporo finezyjnych rad, które uczą nas, jak każdą ulotną chwilę danego nam czasu uczynić pełną zarówno własnej duchowej aktywności, jak też pokornej pasywności, która otwiera nas na wielorakie działanie Boga. Tak, w naszej relacji do Boga jest miejsce i na naszą aktywność, i na naszą bierność. Ktoś jednak musi nas upewnić, że jedno i drugie jest właściwe i potrzebne. Jeśli matematyka, fizyka, astronomia, filozofia i inne nauki kryją w sobie tyle złożonej wiedzy, to czy mówiąc ogólnie, w dziedzinie życia duchowego możemy poprzestawać na abecadle. Zapewne i tu potrzebujemy wiedzy całościowej i zrównoważonej, czyli takiej, która pobudza naszą aktywność i uczy prosić Boga i spodziewać się wszystkiego od Niego.
Oto jak prosto i konkretnie Jezus mówi o tym do Gabrieli: „Jeden stopień więcej w miłości, jeden stopień więcej w nadziei i wierze, do tego nie jesteś zdolna sama z siebie. Oczekuj tego ode Mnie. Proś każdego dnia za pośrednictwem jego patrona. […] A skoro jesteś moim dzieckiem, wysłucham cię. Dzieci rozwijają się stopniowo i to jest zupełnie naturalne. Miej cierpliwość dla twojej słabości” (On i ja, t. II, nr 267). W tych paru zdaniach można znaleźć wiele świata i uspokojenia, a także zachęty, by codziennie liczyć na wstawienniczą modlitwę patronów dnia. I Oni, i święte obrazy, i schody są częścią naszej codzienności. Te i inne „rzeczy” mogą wzmacniać naszą pamięć o Bogu i doskonalić sztukę życia z pamięcią o Tym, co Najważniejsze.

Warto to przemodlić

Na koniec przytoczę słowa Jezusa, które mogą być dla nas dobrym drogowskazem. Mogą też upewnić nas, że Duch Jezusa także w naszych czasach nie przestaje mówić do Oblubienicy Kościoła; i że z Jego pouczeń i Miłości możemy czerpać oburącz, całymi garściami: „Nie niepokój się nigdy o nic, tylko obawiaj się Mnie obrazić. Wszystko jest w moim ręku, jestem najpotężniejszy. Nie bój się kierować swą uwagę tylko na Mnie i moje sprawy. Przywołaj swą wyobraźnię, by szła tylko moją drogą. Ześrodkuj wszystko na Mnie. Niech twe zdolności będą ci posłuszne. Czerp z mojej siły. Ja czerpałem z niej na pustyni, broniąc się przed głodem. Nie pozwalaj sobie na wybryki niezależności, ale mów Mi, że chcesz być moją służebnicą. A Ja ci odpowiem: Nie będę cię nazywał moją służebnicą, ale moją przyjaciółką. W ten sposób zbliżysz się do Mnie bardziej przez prosty wysiłek czystej i miłosnej intencji. Czy rozumiesz? Kocham cię i chcę cię mieć blisko: prawda, że skierujesz swoje ścieżki wprost do Mnie w wiernym przyzwyczajeniu? Dostrzeżesz, iż to jest proste, że twoja dusza stanie się bardziej radosną. I jak roślina, która żyje tylko światłem słońca, będziesz nieustannie szukała mego oblicza. O, jaki to piękny duet, który tworzy jedną harmonię… Mój Ojciec słucha… niech wszelkie dzięki będą Mu oddane. O, moja droga córeczko, możesz wiele zrobić dla Jego Chwały w czasie, jaki ci pozostaje przed wiecznością. Ofiaruj się Mu często, jako posłuszne narzędzie. Wypowiedz Mu twe pragnienie, by Jego Wola spełniła się w tobie. Wypowiedz Mu twą niecierpliwość, by Jego Królestwo nadeszło. Jak dobre są życzenia dzieci! Bądź zupełnie szczera. Umocnij swą myśl w Jego Myśli. Czy nie jest ci tam dobrze? Czego mogłoby ci braknąć, kiedy żyjesz w Jego przyjaźni? O, ta niewzruszona radość Miłości Boga!” (On i ja, t. II, nr 268).

Rozważanie pochodzi książki Krzysztofa Osucha SJ pt: Bóg tak wysoko Cię ceni

http://www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/zycie-i-wiara/art,479,dar-czasu.html

Zobacz także:

Pociąg ŻYCIE – porównanie życia do podróży pociągiem

Posted in Książki (e-book), POLECAM, Religia | 1 Comment »

Dziś urodziny Matki Bożej – 8 września

Posted by tadeo w dniu 8 Wrzesień 2011

Czego Ci życzyć, Maryjo, gdy Ty Boga samego oglądasz?

Narodzenie Maryi wg Anny Katarzyny Emmerich – jej wizje zostały uznane przez Kościół!!!

Naokoło Anny przybrała światłość zupełnie podobny kształt, którą miał krzak gorejący na Horebie, tak że nic z niej nie widziałam. Płomień rzucał promienie na wewnątrz, i widziałam naraz, że Anna otrzymała w ręce jaśniejące dziecię Maryję, w płaszcz swój owinęła, do serca przycisnęła, potem na stołeczek przed świętością położyła i jeszcze się modliła.

Słyszałam tedy, jak dziecię płakało, i widziałam, że Anna wyjęła chustki z pod zasłony, którą była okryta. W te chustki, szare i czerwone, owinęła je aż do ramion; pierś, ramiona i głowa były nie zakryte. Teraz znikł krzak gorejący, który był naokoło niej. Święte niewiasty podniosły się i ku wielkiemu zdziwieniu odebrały dziecię już narodzone w swe ramiona i płakały z wielkiej radości. Wszystkie zanuciły hymn, a Anna podniosła dziecię w górę. Widziałam przy tym komorę znowu pełną blasku i kilku aniołów, którzy śpiewali i oznajmili: Maryja ma to dziecię dnia dwudziestego być nazwane. Śpiewali Gloria i Alleluja. Słyszałam wszystkie słowa.

Anna, poszedłszy potem do swej sypialni, położyła się na swe łoże; zaś niewiasty, wykąpawszy dziecię, owinęły je i położyły przy matce. U łóżka, z przodu, ku ścianie lub w nogach, można było zawiesić pleciony koszyczek, na w tym celu sporządzonych czopikach, które zahaczało się w odpowiednie dziurki, i w nim dziecię ułożyć. Teraz jedna z niewiast zawołała Joachima. Przyszedłszy do łóżka Anny, ukląkł i strumienie łez wylewał na dziecię; potem, podniósłszy je w górę, odmawiał hymn Zachariasza. Mówił też, że teraz umrzeć pragnie i wspominał o zarodku, danym przez Boga Abrahamowi, a przez niego spełnionym, mówił też o korzeniu Jessego. Dopiero potem zmiarkowałam, że Maria Heli dziecię później dopiero zobaczyła. Musiała już kilka lat być matką Marii Kleofasa; lecz przy narodzeniu nie była obecną, ponieważ to, według praw żydowskich, córce wobec matki nie przystało.

Gdy Maryja się narodziła, widziałam ją w niebie przed Trójcą Przenajświętszą i na ziemi na rękach Anny w jednymi i tym samym czasie; widziałam też radość wszystkich chórów niebieskich. Widziałam, że jej wszystkie zbawienia i losy w sposób nadprzyrodzony oznajmione zostały. Miewam często takie widzenia; lecz są one dla mnie nie do wypowiedzenia, a dla ludzi pewnie nie zupełnie zrozumiałe, dlatego o nich nie mówię. Maryja została pouczoną o nieskończonych tajemnicach. Gdy to widzenie się skończyło, płakała na ziemi.

Widziałam ogłoszenie poselstwa też w otchłani o jej narodzeniu i widziałam patriarchów niezmiernie się radujących, przede wszystkim zaś Adama, i Ewę, że spełniła się teraz obietnica, dana im w raju. Widziałam też, że patriarchowie w swym stanie łaski postąpili naprzód, że miejsce ich pobytu się rozszerzyło i więcej rozwidniło i że większy wpływ na ziemię otrzymali. Było, jakoby wszelka ich praca i pokuta i wszelkie usiłowania, błagania i pragnienia czasu ich życia, jako owoc dojrzały.

Widziałam wielkie poruszenie i radość w całej przyrodzie i we wszystkich zwierzętach i ludziach, słyszałam też śpiew słodki. Lecz wśród grzeszników panowała wielka trwoga i skrucha. Widziałam mianowicie w okolicy Nazaret i w ogóle w Ziemi świętej licznych opętanych, którzy w godzinie jej narodzenia zupełnie jakby szalejącymi się stali. Krzyczeli okropnie i byli to w tę, to w ową rzucani stronę, a szatani ryczeli z nich: musimy ustępować, musimy wychodzić!

Najbardziej cieszyłam się, widząc tejże nocy, w której narodziła się Maryja, także sędziwego kapłana, Symeona, przebywającego w świątyni. Widziałam, jak, wskutek głośnego krzyku opętanych, którzy w jednej z ulic przy górze świątyni byli zamknięci, się przebudził. Symeon, który razem z innymi miał nadzór nad nimi, wyszedł w nocy przed dom, pytając, skąd pochodzi ten krzyk, który wszystkich ze snu budzi. Wtedy najbliżej znajdujący się opętany zakrzyknął okropnie, iż musi wyjść. Symeon otworzył mu, a szatan zawołał: „muszę wychodzić, musimy wychodzić; urodziła się dziewica, tak wielu jest na ziemi aniołów, którzy nas dręczą, musimy wychodzić i już nigdy nie wolno nam opanować człowieka.” Widziałam teraz owego człowieka strasznie na tym miejscu przez szatana miotanego, aż wreszcie wyszedł z niego. Symeon modlił się. Cieszyłam się bardzo, widząc teraz starego Symeona, widziałam także prorokinią Hannę i inną nauczycielkę Maryi przy świątyni, przebudzone i w widzeniach o narodzeniu dziecięcia pouczone. 

http://partenos.nowyekran.pl/post/26093,dzis-urodziny-matki-bozej-8-wrzesnia

Posted in Matka Boża, Religia | 1 Comment »

Zmęczeni małżeństwem

Posted by tadeo w dniu 7 Wrzesień 2011

Jeszcze kilkanaście lat temu emeryci z krajów Europy Zachodniej czy też Stanów Zjednoczonych, gdy przechodzili na emeryturę, oddawali się uprawianiu przeróżnych sportów, odkurzali swoje zarzucone z powodu braku czasu pasje, a także podróżowali. Dzisiaj zdobywają się też na odwagę i decydują na rozwód, jeśli w małżeństwie nie byli szczęśliwi. Podobnie zaczyna być też w Polsce.

Krystyna ma nieco ponad sześćdziesiąt lat. Jej małżeństwo trwało 39. Zdecydowała się odejść od męża, czym zaskoczyła dorosłe już dzieci oraz znajomych. Nikt nie mógł zrozumieć, dlaczego wzięła rozwód akurat teraz.

Zaskoczenie było tym większe, że bliscy nie zauważyli między małżonkami konfliktu. – Nie było widać, że coś złego dzieje się w naszym związku – mówi Krystyna – bo nic się nie działo. Było cicho i pusto.
Psychologowie są zdania, że właśnie cisza oraz pustka są symptomami małżeńskiego wypalenia. Po kilku dekadach wspólnego życia ona i on już dawno wypracowali sobie metody wyjaśniania kwestii spornych i nauczyli się akceptować różnice. Bo małżeństwa z długoletnim stażem rozpadają się nie dlatego, że nie mogą się porozumieć, ale dlatego, że partnerzy nic do siebie nie czują i nie mają ochoty tego zmieniać. A jeśli w związku nie ma mocnych i pozytywnych impulsów, pary zaczynają przejawiać oznaki zmęczenia małżeństwem.
Żyjemy wszak długo. Małżeństwa z dwudziestoletnim stażem mają w perspektywie kolejne 20, a może nawet 30 lat bycia razem. Dzieci są na swoim, a wnuki nie potrzebują już stałej opieki. Dziadkowie mogliby zacząć nowe życie we dwoje, a tymczasem coraz częściej wolą się starzeć z kimś innym, niż z tą samą od lat żoną, czy tym samym mężem.

Według francuskiego Narodowego Instytutu Studiów Demograficznych (INED) liczba rozwodów wśród ludzi po sześćdziesiątce wzrosła – od 1985 roku – dwukrotnie. Zdaniem francuskich naukowców głównie dlatego, że zakochanie przestało być uważane za przywilej zastrzeżony wyłącznie dla młodych.
Jeszcze 20 lat temu rozstanie sześćdziesięciolatków było czymś wyjątkowym, a nawet nieprzyzwoitym. Jednak z roku na rok par w wieku – nazwijmy to – emerytalnym, które chciały zacząć życie z kimś innym, jest coraz więcej. Seksuolog z Lyonu Gerard Ribes tłumaczy to wzrostem znaczenia jednostki w społeczeństwie. Dlatego również ludziom starszym daje się prawo decydowania o tym, czego sami chcą. Nie muszą już koniecznie kierować się wyłącznie zasadą, co wypada i co przystoi.
Szukają więc nowych dróg rozwoju osobistego. Zwłaszcza jeśli stać ich na to i mają apetyt na życie. Okazuje się na przykład, że częstym powodem rozwodzenia się małżeństw o dużym stażu jest po prostu nuda. Trudno we dwoje znosić szarą codzienność. Tym bardziej, że gdy mężczyzna przechodzi na emeryturę, zaczyna spędzać znacznie więcej czasu w domu, czyli tam, gdzie dotąd królowała kobieta. Pląta się pod nogami, chce decydować o sprawach domowych, które dotąd dla niego nie istniały, a w innych sferach życia nie ma nic nowego do zaproponowania. Nagle okazuje się, że mąż i żona mają własne nawyki i inaczej organizują swój świat, który ma się nijak do świata współmałżonka.
Naukowcy twierdzą, że przyczyną wielu rozwodów jest też przemoc. I nie chodzi tu o fizyczne znęcanie się nad drugą osobą, ale o tak zwaną przemoc słowną, co bywa w związkach o długim stażu czymś powszechnym. Innym rodzajem przemocy, który partnerzy stosują wobec siebie, jest przemoc milczenia traktowana jako kara.
Alkoholizm i niewierność – częściej jednak ze strony mężczyzny – też bywają powodami rozwodów. Kobiety, nawet te starsze, znajdują wsparcie w otoczeniu i nie chcą już cierpieć do śmierci. Znaczące miejsce wśród przyczyn rozwodów zajmuje też seks, a właściwie jego brak. Okazuje się, że niemal 50 procent sześćdziesięciolatków nie utrzymuje ze sobą kontaktów seksualnych.
W Polsce pokutuje tu wychowanie. Wpaja się młodym kobietom i mężczyznom, że seks to jest obowiązek, który ma na celu prokreację. Jeśli cel ten – z przyczyn naturalnych – odpada, nie ma powodu wypełniania obowiązku. Takie nastawienie zmienia się także i u nas, ale chyba wolniej niż w krajach, gdzie starość nie jest postrzegana wyłącznie jak dopust boży, ale jako kolejny, ważny etap w życiu.
Ciekawe, że – wedle francuskich badaczy – w sześciu przypadkach na dziesięć to kobieta występuje z inicjatywą rozwodową. Nie jest to jednak proporcja charakterystyczna akurat dla osób po sześćdziesiątce. Utrzymuje się w każdym przedziale wiekowym.
Ale nawet jeśli z pomysłem rozwodowym „wyrywa się” partner, to kobieta bywa tą propozycją mniej zaskoczona niż mężczyzna, który dowiaduje się, że jego żona żąda rozwodu. Nie dziwi też, że większość rozwodów dokonuje się w miastach. W większych aglomeracjach jest się bardziej niezależnym, bardziej anonimowym, a przez to mniej narażonym na negatywne opinie sąsiadów czy znajomych.
Nie wszyscy po rozpadzie starego związku tworzą nowy. Jeżeli małżonkowie po rozstaniu mieszkają osobno, często wracają do siebie po latach rozłąki.
– Tak było i w naszym przypadku – mówi 75-letnia dzisiaj pani Joanna z Krakowa. – Po przejściu męża na emeryturę nie mogliśmy się pomieścić w jednym domu, chociaż żyliśmy w nim razem od prawie 35 lat. Każde było z czegoś niezadowolone, jedno drugiemu przeszkadzało, zamiast się wspierać. Zamieszkaliśmy oddzielnie. Po pięciu latach – tyle zajęło nam przemyślenie sobie wzajemnych relacji – uznaliśmy, że jednak postaramy się wypracować kompromis. Znowu jesteśmy razem, a ja, prawdę mówiąc, czuję się jak młoda mężatka.
Bywa też tak, że po rozstaniu ze współmałżonkiem kobieta albo mężczyzna – bez względu na wiek – odnajduje nową miłość. Zwłaszcza że obecnie społeczeństwo coraz częściej przyjmuje bez oporów „zakochanie się” na każdym etapie życia.
Najostrożniej do nowych partnerów rodziców odnoszą się dzieci. Nie jest im łatwo zaakceptować to, że mama lub tata domagają się prawa do seksualności. Pan Jan, dzisiaj 77 lat, od dziesięciu lat jest w związku z kobietą, poznaną po rozwodzie z żoną, z którą przeżył 30 lat. – Nie było mi łatwo. Dzieci obawiały się, że przepiszę dom na Martusię, że stracą spadek, że była żona zostanie bez środków do życia. Musiałem zadeklarować, że wszystkie sprawy majątkowe będą uregulowane tak, jakbyśmy wcale się nie rozwodzili. Rodzina byłej żony uznała, że zwariowałem na stare lata. A my wbrew wszystkiemu zamieszkaliśmy razem i nie żałujemy ani jednego wspólnie spędzonego dnia. Tylko, że nie każdy jest tak zdeterminowany i nie każdy jest przekonany o tym, że na stare lata wcale nie musi się poświęcać.
Jadwiga (68 lat) została kompletnie zaskoczona decyzją męża, który oznajmił jej, że złożył pozew o rozwód. Ona, głęboko wierząca katoliczka, nie może zrozumieć, o co mu chodzi. Przecież mają dom i pieniądze. Mogliby razem cieszyć się sukcesami utalentowanych wnuków, jeździć na działkę. Ona by mu gotowała, a on odpoczywałby na balkonie po obiedzie. Tak dotarliby – jedno obok drugiego – do kresu. Jak Pan Bóg przykazał. Tylko, że on chciał zupełnie czegoś innego. Chciał, by o siebie dbała, chciał pojechać do przyjaciół do Rzymu – ona uważała, że te pieniądze, które mieliby zmarnować na podróż, przydadzą się córce. On chciał seksu, a ona odpowiadała, że mu się w głowie koci na stare lata. No to znalazł sobie panią trochę tylko młodszą i zaczął nowy etap w swoim życiu. – Nie wiem, jak długo będę jako tako zdrowy, nie wiem, czy wszystkie plany uda mi się zrealizować, ale będę się starał z całych sił. Nie mam zamiaru gnuśnieć na balkonie i poświęcać się wnukom. Kocham je i zawsze będę je wspierał, ale nie będę żył ich życiem – mówi Andrzej (69 l.).
Nie wszyscy zasiedziali małżonkowie potrafią przenieść ciężar wspólnego bycia – z rozwiązywania konfliktów na zwiększanie wzajemnej bliskości. Wiele par przez lata nie pracowało nad wzbogaceniem związku. John M. Gottman, profesor psychologii na uniwersytecie w Waszyngtonie, autor książki „The Seven Principles for Making Marriage Work” (Siedem zasad małżeńskiego sukcesu) pisze, że ludzie przechodzą na emeryturę i nie wiedzą, jak ze sobą rozmawiać, dlatego, że przez całe życie wyłącznie wymieniali informacje, przekazywali polecenia i załatwiali sprawy. Teraz nie umieją znaleźć się w towarzystwie drugiego człowieka.
Ci małżonkowie, którzy nie potrafią rozwijać pozytywnych aspektów związku, są zagubieni, samotni i przygnębieni. Iskra ich miłości przygasa. Przestają się wzajemnie pociągać, a nawet lubić. Jednak ogień, który dawał ciepło w małżeństwie, można rozpalić na nowo – mówią psychologowie. Ale potrzebna jest otwartość na przygody, poczucie humoru, czułe gesty, plany. Pary z długim małżeńskim stażem zgromadziły przecież duży emocjonalny kapitał. Można do niego sięgnąć, by rozbudzić emocje i wprowadzić nowe rytuały, jak chociażby spacery w parku, czy wyjazdy na weekendy we dwoje.
Ale trzeba też zadać sobie kilka pytań. Czy czujemy wspólnotę celów? Czy uznajemy te same wartości lub podzielamy podobne zainteresowania? Czy myślimy o sobie jak o drużynie, która wiele razem przeszła? Bywa przecież, że ów emocjonalny kapitał całkowicie się wyczerpał. Małżonkowie co prawda nie rzucają w siebie talerzami, ale też nie wychodzą razem i w ogóle mało razem robią. Małżeńskie wypalenie staje się faktem. Niektórzy w takiej sytuacji zdecydują się na rozstanie i będzie to niewątpliwie jedna z trudniejszych decyzji w życiu.
Źródło: Zmęczeni małżeństwem

ZOBACZ TAKŻE:

Posted in Małżeństwo i rodzina, Religia | Leave a Comment »

Gdy miłość na dobre i na złe zaczyna ciążyć…

Posted by tadeo w dniu 5 Wrzesień 2011

Magazyn FamiliaWanda Półtawska / slo

Nieraz na moje pytanie: „Czy pani/pan kocha?” pada odpowiedź: „A za co mam kochać?”. I następuje wyliczanie krzywd. Jakaż długa jest ta litania!
(fot. stevefaeembra / flickr.com)

Małżeństwo zostało zawarte, zaprzysiężone przed Bogiem i ludźmi. W wolny sposób wypowiedziane słowa: „Chcę i biorę sobie ciebie” z czasem zmieniają się w: „Muszę cię znosić”. I to „muszę” coraz bardziej ciąży.

 

Przykre rozmowy, wzajemne przerzucanie win. On ma swoje racje, ona swoje. Szukają pomocy w poradni u psychologa, próbują u księdza, a konflikt dalej trwa. Małżonkowie wikłają się i stają się wobec siebie coraz bardziej agresywni.

 

Bezinteresowna więź

Nieraz na moje pytanie: „Czy pani/pan kocha?” pada odpowiedź: „A za co mam kochać?”. I następuje wyliczanie krzywd. Jakaż długa jest ta litania!
Próbuję tłumaczyć, że małżeństwo nie jest interesem, który można by przeliczyć na wymierzalne zyski. Nie „za co”, ale „dlaczego” mają kochać. Po prostu dlatego, że kiedyś obiecali kochać – więc niech kochają.
Pozornie ten przymus miłości wydaje się paradoksem, a jednak właśnie tak jest – i tylko tak. Miłość zaprzysiężona, małżeńska nie powinna być tylko porywem serca, ale silnym postanowieniem. Bo jakże inaczej przysięgać? Nie można składać przysięgi, że zawsze jednakowo gorący będzie ten poryw serca. Uczucia falują, poddają się różnym wiatrom. Podmuch zmiecie je i unicestwi, jeżeli te wszystkie miłe sercu odczucia nie zostaną głęboko zakorzenione, osadzone w decyzji woli: „Chcę kochać”.
 

Wątpliwa miłość

W jednym jedynym wypadku sens ma pytanie: „Za co mam kochać?”. Wtedy, gdy pada odpowiedź: „Za to, że jesteś przy mnie”. To „jesteś przy mnie” jest nużące: wciąż jednakowo, jak jednakowy jest rytm dni i nocy.
Miłość spowszedniała, a więc czy to jeszcze jest miłość? Takie pytanie wyraża wątpliwość. To pytanie zagraża. Pytanie: „Czy jeszcze kocham?” podważa wszystko, co było między dwojgiem ludzi i jakże łatwo o zgubną diagnozę: „To nie była miłość”.
Wszyscy rozwodnicy tak się tłumaczą: to była pomyłka, nie prawdziwa miłość. Jest taka prawda o psychice kobiety, że często jest gotowa uwierzyć, iż jest pierwszą prawdziwą miłością, a tamta przedtem, choćby nawet była ślubną żoną, to pomyłka. Na dodatek znajdzie się zawsze taki „specjalista”, który stwierdzi, że dopiero drugie małżeństwo jest trwałe, a to pierwsze to zwykle niedojrzały wybór.
 
Niestety, często owocem tych „pomyłek” są dzieci: jedne prawowite z sakramentu małżeństwa, inne z zatwierdzonego umową cywilną cudzołóstwa. Niewinne ofiary dorosłych.
I choćby przez wzgląd na los tych dzieci małżonkowie powinni się kochać i w miłości trwać przez całe życie. Miłość małżeńska jest zadaniem do spełnienia, a nie losem, który na nich spada. Od nich i tylko od nich zależy, jak to zadanie spełnią.
 

Dar drugiej osoby

Gdy jako młoda lekarka zaczęłam pracę w poradni małżeńskiej, zalała mnie fala ludzkich dramatów. Rozwiedzeni lub żyjący prawie jak rozwiedzeni małżonkowie, wrogo milczący lub przekrzykujący się w kłótniach, a nawet podnoszący rękę jedno na drugie. I jaką receptę im zapisać? Byłam bezradna. Szybko stwierdziłam, że nie ma lekarstwa, którym ja jako lekarz mogłabym skutecznie im pomóc.
Kiedyś zebrałam grupkę takich par skłóconych do ostatka i zorganizowałam coś w rodzaju dnia skupienia. Było to w sobotę wieczorem i w niedzielę. Mszę odprawiał dla nich ksiądz. Wiedział, jaka to grupa. Pamiętam jego pierwsze zdania: „Najpierw nakreślcie sobie plan minimalny, aby nic nie robić, a jedynie niczego nie niszczyć. Potem zaczniecie na nowo budować”. Cierpiący małżonkowie słuchali o tym, że dar osoby jest darem bezinteresownym i nieodwołalnym. Że się wzajemnie obdarzają sobą, największym i niewymiernym skarbem. I że za ten dar nigdy dość wdzięczności, a jedyną właściwą odpowiedzią na dar człowieka jest podziw – podziw dla Stwórcy i dla małżonka, który obdarza miłością.
Dowiadywali się, jacy są bezcenni w oczach Stwórcy, który dał im własnego Syna, aby się w Nim co dzień na nowo rodzili. I tak znalazło się lekarstwo, które pomoże tym małżonkom przetrwać. Ksiądz powiedział: „Trzeba miłość zakorzenić w Bogu, innej miłości nie ma”.
Papież Paweł VI radził wszystkim małżonkom, aby codziennie mieli takie usposobienie, jak w chwili składania przysięgi małżeńskiej w kościele.
 
Wanda Półtawska jest członkiem Papieskiej Rady do Spraw Rodziny oraz Papieskiej Akademii „Pro Vita”. Żona, matka czterech córek.

Posted in Małżeństwo i rodzina, Religia | Leave a Comment »

Mężczyzna nie musi marudzić

Posted by tadeo w dniu 3 Wrzesień 2011

A dla mężczyzny, małżonka, pierwszą i podstawową relacją międzyludzką, najważniejszą ze wszystkich na świecie, jest jego relacja z żoną. Dopiero potem relacje z dziećmi. I tej kolejności nie można zmieniać.

O szczęściu w małżeństwie, mieszkaniu „na próbę” i „małżeńskich apteczkach” oraz o tym, czego mężczyźni boją się w Kościele, z ks. dr. Piotrem Pawlukiewiczem i dr. Jackiem Pulikowskim.

Każdy z nas marzy o tym, żeby być szczęśliwym. Szczęście, wbrew obiegowym opiniom, można znaleźć także w małżeństwie. Trzeba tylko o nie zabiegać, nieprawdaż?

 

Jacek Pulikowski (J.P.): − Warto na początek podkreślić, że człowiek może być szczęśliwy, lub nieszczęśliwy, z dwóch powodów. Pierwszy to własny rozwój ku pełnej wolności, czyli zdolności wybierania dobra i odrzucania zła. Po katolicku to po prostu świętość. Drugim czynnikiem wpływającym na szczęście są nasze relacje z innymi. Jednak, jeśli mówimy o relacjach, to oprócz międzyludzkich trzeba przypomnieć o istnieniu relacji człowieka ze Stwórcą, o czym wielu nie chce pamiętać.

A dla mężczyzny, małżonka, pierwszą i podstawową relacją międzyludzką, najważniejszą ze wszystkich na świecie, jest jego relacja z żoną. Dopiero potem relacje z dziećmi. I tej kolejności nie można zmieniać. Mężczyznom trzeba wciąż uświadamiać, że dobra relacja z żoną jest dla ich rodzin ważniejsza nawet niż zarabiane przez nich pieniądze i podejmowane wielkie dzieła. Gdyby mężczyźni to rozumieli, myślę, że ich małżeństwa byłyby szczęśliwsze.

Ks. Piotr Pawlukiewicz (Ks. P.P.): − Małżonkowie muszą się bardziej troszczyć o wzajemne relacje niż o relacje z dziećmi. Kobiety jednak bardzo często uważają, że mężczyzna sam da sobie radę, a dziecku trzeba poświęcić cały swój czas i siły, bo ono jest takie małe i nieporadne. To wielki błąd. Dlaczego tak się dzieje? Między innymi dlatego, że miłość do męża wymaga pokory, a do dziecka nie. „Mąż marudzi, że mu zupa nie smakuje, a jak dam dziecku mleko, to z uśmiechem wypije” – komentują panie. Mąż się często nie zgadza, sprzeciwia, upiera, a żona się wtedy irytuje, bo nie może przeforsować swojego punktu widzenia. Natomiast w relacji z dzieckiem to mama jest panią sytuacji. To o wiele łatwiejsze. I dlatego niejednokrotnie kobieta, której się z mężem nie układa, całe emocje przenosi na dzieci.

I podporządkowuje im całą swoją codzienność, jakby zapominając o mężu. Nie tędy jednak wiedzie droga do szczęścia w małżeństwie…

Ks. P.P.: − Trzeba mieć świadomość, że kobietę i mężczyznę łączy sakrament. Dzieci zresztą kiedyś odejdą z domu, a mąż w nim zostanie. I często dzieje się tak, że gdy po 20 latach syn czy córka opuszczają dom, to mąż zauważa, że jest w nim jakaś kobieta, a żona, że jakiś mężczyzna. Bo do tej pory wszystko było u nich podporządkowane dzieciom. Gdy pytam małżonków: kiedy ostatnio położyliście dzieci spać i obejrzeliście ciekawy film przy butelce dobrego wina, to odpowiadają: co też ksiądz mówi, nie ma czasu, robota i robota. Wtedy myślę sobie: uważajcie, żebyście roboty nie mieli, ale na sali sądowej…

JP: − Dzieci potrzebują miłości mamy i taty, której nie da się niczym zastąpić. Ale bardziej niż tej miłości potrzebują one miłości rodziców do siebie. Dziecko musi wiedzieć, że mama i tata są dla siebie najważniejsi. Jeśli natomiast relacja rodziców lub chociażby jednego z nich z dzieckiem staje się dla nich ważniejsza niż ze współmałżonkiem, to dzieje się tragedia. Dziecko szybko orientuje się w sytuacji i za chwilę stanie się domowym tyranem.

Częściej ten problem dotyczy chyba kobiet, które w konsekwencji wychowują tzw. maminsynków?

J.P.: − Takie matki, dla których dziecko jest cudowną lokatą uczuć, doprowadzają do tego, że jest ono jakby uwięzione w jej uczuciach. W przypadku chłopców skutecznie niszczy to ich przyszłą męską karierę. Jego uczucia do mamy będą konkurencyjne w stosunku do uczuć żywionych do narzeczonej, a potem żony. Pochodną nadopiekuńczości mamusi może być także to, że mężczyzna boi się wejść w małżeństwo i podjąć odpowiedzialność za swoją rodzinę. Jednak ma ochotę na doświadczenie przyjemności seksualnej. Prostą konsekwencją jest próba wyzwolenia seksu z okowów „tej okropnej rodziny”. Pomysł, że można żyć razem w tzw. wolnym związku, bez ślubu i bez żadnej odpowiedzialności, jest tchórzostwem, wręcz dezercją mężczyzn właśnie przed odpowiedzialnością.

Ks. P.P.: − Tymczasem jednym z najważniejszych zadań mężczyzny jest ochrona kobiety przed demonem, a to jego „ochroniarstwo” zaczyna się już przed ślubem. Pamiętam świadectwo pewnej pary, która nie była jeszcze małżeństwem. Dziewczyna spędziła noc z ukochanym. Rano wstali, udając, że nic się nie stało i było cudownie, ale w rzeczywistości każde z nich miało ogromnego kaca moralnego. On przyznał mi się, że wtedy miał w głowie tylko jedno, żeby ona już sobie poszła, bo strasznie dręczyły go wyrzuty sumienia i chciał pobiec do spowiedzi. Gdy wszedł do kościoła, zobaczył, że ona klęczy przy konfesjonale, spowiada się i bardzo płacze. Jako że zainicjował wspólne spędzenie nocy, bardzo go to poruszyło i powiedział sobie wówczas, że jego kobieta już nigdy nie będzie się musiała przez niego spowiadać. Bo genialnym narzeczonym jest ten chłopak, który nigdy nie wpędzi dziewczyny w grzech, wielkie wyrzuty sumienia i cierpienie duchowe. To wyraz wielkiego szacunku i miłości.

Niestety coraz bardziej popularne staje się takie bycie razem przed ślubem, jak to się mówi „na próbę”. Nie jest to chyba jednak najlepszy test na dobrego małżonka?

J.P.: − Okazuje się, że ludzie, którzy przed ślubem zamieszkali „na próbę”, bardzo często nie zawierają jednak małżeństwa. Albo trwają przez długie lata w takim wolnym związku, albo się rozchodzą. Wbrew pozorom wspólne mieszkanie wcale nie przygotowuje do małżeństwa. Co zastanawiające, związki ludzi, którzy zamieszkali razem przed ślubem, są mniej trwałe niż małżeństwa osób, które w ten sposób się nie „próbowały” .

Trzeba też podkreślić, że wolny związek jest też z założenia wolny od dzieci. A jeśli się już pocznie nowe życie, to często mężczyzna nie chce go przyjąć, dając dziewczynie wybór: albo dziecko, albo ja. I wówczas matka ma do wyboru: albo osierocić dziecko, albo je zabić. Zgadzając się na wolny związek, dziewczyna powinna mieć więc świadomość, że z dużym prawdopodobieństwem może stanąć przed takim wyborem.

To przerażające! Na szczęście są jeszcze na świecie porządni faceci…

J.P.: − Zauważam u mężczyzn zdrowy odruch. Mają już dosyć bycia wiecznymi dziećmi, takimi piotrusiami panami oraz podopiecznymi własnych żon czy matek. Oni chcą być prawdziwymi mężczyznami. Najpierw starają się dowiedzieć, co to znaczy być prawdziwym facetem z krwi i kości, a potem podejmują konkretne działania w tym kierunku.

Te działania powinna jednak poprzedzać przede wszystkim modlitwa.

Ks. P.P.: − Tak, ona ma przeogromną siłę. Bardzo często zaraz po ślubie żona i mąż modlą się razem, a potem zaczynają czynić to oddzielnie. Później dochodzi do tego, że mężczyzna przestaje się modlić i modli się tylko żona, a to już nie jest to. Dlatego trzeba powiedzieć jasno: z największym „kalibrem mocy duchowej” mamy do czynienia, gdy żona i mąż razem omadlają swoje drogi.

A co w sytuacji, kiedy w małżeństwie już się pojawiły trudności?

Ks. P.P.: − Wówczas małżonkowie nie powinni wstydzić się prosić o pomoc. Niestety, większość par, gdy zaczyna im się „sypać” małżeństwo, nie prosi o pomoc, tylko dość szybko decyduje się na rozwód. Dlatego, kiedy przychodzą do mnie młodzi ludzie przed zawarciem związku małżeńskiego i mają wątpliwości, czy to małżeństwo będzie udane, czy wytrwają, pytam ich m.in., czy mają już „apteczkę ratunkową” na wypadek gdyby dopadł ich kryzys.

Jak można przygotować taką apteczkę?

Ks. P.P.: − Do takiej „małżeńskiej apteczki” należy włożyć książkę, która kiedyś wstrząsnęła ich życiem w sensie duchowym, płytę z konferencjami, które do nich trafiły, adres do księdza mającego na nich wpływ i numer telefonu domu rekolekcyjnego. Można oczywiście powkładać jeszcze inne rzeczy, chociażby numer telefonu do wujka, którego się boją (śmiech) i z którego zdaniem się liczą, czy kilka listów miłosnych z czasów narzeczeństwa i płytę DVD z zapisem składania przysięgi małżeńskiej. To wszystko trzeba trzymać na półce i jak się zacznie źle dziać, po prostu po to sięgnąć. Może pomoże.

Zanim dojdzie do sytuacji, gdy będziemy musieli sięgnąć po naszą apteczkę, warto chyba jednak stosować profilaktykę?

J.P.: − Służą temu inicjatywy takie jak na przykład grupy ludzi pracujących na KUL-u. Zapoczątkowali oni program Tato.net, którego celem jest inspirowanie oraz formowanie mężczyzn do stawania się coraz bardziej zaangażowanymi ojcami. Organizują oni m.in. wyjazdy weekendowe taty z synem lub taty z córką albo też samych mężczyzn, którzy chcą „doszkolić się” w byciu mężczyzną i ojcem.

Mam nadzieję, że pomagają w tym również seminaria, które prowadzę w różnych miejscach Polski. Spotyka się na nich grupa mężczyzn, zazwyczaj dość liczna, którzy przez cały dzień słuchają konferencji i dyskutują o wizji męskości i ojcostwa, opierając się na nauce Kościoła. Pomocą może być w tym lektura encykliki bł. Jana Pawła II Familiaris consortio, w której bardzo dokładnie nakreśla sylwetkę męża i ojca. Ważne jest też przełożenie tych wskazań na codzienną praktykę. A często okazuje się to być trudnym wyzwaniem dla tych, którzy nie wynieśli z domu dobrych wzorców. Ostatnio na przykład podczas spotkania w Ełku, kiedy zapytałem ok. 100 obecnych tam mężczyzn, średnio w wieku blisko 40 lat, który z nich widział ojca przytulającego czy całującego mamę albo mówiącego jej coś miłego, twierdząco odpowiedziało zaledwie dwóch. Jeśli więc ci mężczyźni w swoich domach nie widzieli takich gestów, muszą się najpierw ich nauczyć, następnie zacząć je wykonywać – dopiero potem „wejdą” im one do środka, w ich osobę.

Wydaje się, że mężczyzn w ciągłym dorastaniu do odpowiedzialnego ojcostwa powinien wspierać także Kościół, który przecież stawia na rodzinę. A jednak w kościelnych ławkach siedzą głównie panie. Gdzie szukać przyczyn tego stanu rzeczy?

Ks. P.P.: − O tym ciekawie pisze David Murrow w swojej książce Mężczyźni nienawidzą chodzić do kościoła. Zauważa w niej, że duszpasterstwo jest w dużym stopniu skierowane do kobiet. Kobieta idzie w niedzielę do kościoła „jak na skrzydłach”. Kazania mówią głównie o relacjach, np. o tym, że „Jezus jest blisko ciebie, chce się z tobą spotkać” i przez to są częściej skierowane do kobiet. Pamiętajmy, że niejeden mężczyzna ma problem, bo żona „zdradza” go z Kościołem. Żona biega ciągle do kościoła, słucha ciągle kościelnego radia. Niejeden mężczyzna odbiera to tak, że Bóg zabrał mu żonę. Żeby to jeszcze był inny mężczyzna, to można by z nim powalczyć. Ale jak walczyć z Bogiem?

Panowie boją się też, że Kościół zabierze im to, co tak lubią: śmiech, radość, seks. Dla nich w kościele trzeba zachowywać się według trzech „S”: stój, słuchaj, śpiewaj. Słuchałem już nieraz zwierzeń mężczyzn: „Proszę księdza, żona mnie przekupiła i poszliśmy na spotkanie grupy modlitewnej”. − I co? „W życiu już tam nie pójdę, kazali mi robić dwie najstraszniejsze rzeczy dla faceta”. – Proszę Pana, na spotkaniu grupy modlitewnej, jakie rzeczy? „Kazali mi trzymać drugiego faceta za rękę i zachęcali, żebym się otworzył i opowiadał, najlepiej o moich grzechach”.

Sporo tych męskich obaw. Może się więc wydawać, że Kościół to nie miejsce dla nich?

Ks. P.P.: − Według niektórych mężczyzn Kościół jest dla „słabiaków”. Oni mają inną religię, to siła i duma. Dlatego: Panowie, szukajcie, twórzcie duszpasterstwa dla mężczyzn! Może wspólny wyjazd w góry czy na kajaki? Módlcie się do św. Józefa, bo Kościołowi dzisiaj bardzo potrzeba mężczyzn. Przeprowadzone badania wskazują, że jeśli cała rodzina jest niewierząca i nawróci się w niej żona, to w 17 proc. pociąga za sobą do Boga resztę rodziny. Jeśli natomiast nawróci się mężczyzna, dzieje się tak w 93 proc. Taka jest siła świadectwa mężczyzn.

Posted in Ks. Piotr Pawlukiewicz, Małżeństwo i rodzina, Religia, Wywiady | Leave a Comment »

Transmisja Modlitwy Koronki do Miłosierdzia Bożego z Sanktuarium w Łagiewnikach

Posted by tadeo w dniu 3 Wrzesień 2011

https://skydrive.live.com/?cid=2bdbd0a8b54a35a6&sa=980948141#cid=2BDBD0A8B54A35A6&id=2BDBD0A8B54A35A6%2138258

http://www.youtube.com/watch?v=O9eJpvq4e6UZobacz także:

Zobacz także: 

Posted in Miłosierdzie Boże, Religia | Leave a Comment »

Wezwania do Matki Miłosierdzia

Posted by tadeo w dniu 2 Wrzesień 2011

Posted in Matka Boża, Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Muzyka religijna, Religia | Leave a Comment »

Biblijne ABC

Posted by tadeo w dniu 1 Wrzesień 2011

Zbiór artykułów o Biblii, historii powstawania świętych ksiąg oraz egzegezie biblijnej

Ojciec o sercu matki

W kręgu Biblii

Końcowe lata życia św. Pawła

Trzecia podróż misyjna św. Pawła

Gospodarzyć w raju

Druga podróż misyjna św. Pawła

Pierwsza podróż misyjna św. Pawła

Szabatowanie

List od Boga

Ojciec Pio a Pismo Święte

Biblijne ABC

http://glosojcapio.pl/index.php?option=com_content&task=category&sectionid=16&id=59&Itemid=81

Posted in BIBLIA, Religia | Leave a Comment »

Otwórz tę księgę

Posted by tadeo w dniu 1 Wrzesień 2011

Omówienia poszczególnych ksiąg biblijnych pomocne w ich odczytaniu i interpretacji.

Księga Kapłańska

Księga Ezechiela

Księga Hioba

http://glosojcapio.pl/index.php?option=com_content&task=category&sectionid=16&id=96&Itemid=81

 

Posted in BIBLIA, Religia | Leave a Comment »

Jak czytają Pismo Święte

Posted by tadeo w dniu 1 Wrzesień 2011

Zobacz, jak znani ludzie czytają Pismo Święte. O osobistej lekturze Pisma Świętego mówią: prof. Anna Świderkówna, Marcin Jakimowicz, Antonia Krzysztoń. Z wypowiedzi siostry Klary dowiesz się również, jak taka lektura wygląda w zakonie kontemplacyjnym.

Anna Świderkówna

Antonina Krzysztoń

Marcin Jakimowicz

Siostra Klara

http://glosojcapio.pl/index.php?option=com_content&task=category&sectionid=16&id=58&Itemid=81

Posted in BIBLIA, Religia | Leave a Comment »

Postaci biblijne

Posted by tadeo w dniu 1 Wrzesień 2011

Podstawowa wiedza na temat postaci występujących na kartach Starego i Nowego Testamentu.

Paweł z Tarsu

Abraham

Dawid

Jozue

Melchizedek

http://glosojcapio.pl/index.php?option=com_content&task=category&sectionid=16&id=97&Itemid=81

Szymon Mag

Posted in BIBLIA, Religia | Leave a Comment »

Młodzi o Ojcu Pio

Posted by tadeo w dniu 1 Wrzesień 2011

Zapomniany Ojciec Pio

W dzieciństwie, próbując swoich sił czytelniczych, sięgnęłam po biografię Ojca Pio i doszłam do opisów dręczenia go przez szatana. Nie byłam w stanie sama tego pojąć, bardzo się bałam i długo próbowałam zapomnieć o książce i jej bohaterze… 

Wciąż za mało uwagi poświęcam obecności Ojca Pio w moim życiu. A jest to obecność konkretna, choć subtelna. Ciepła i życzliwa, a zarazem wymagająca i nieugięcie stawiająca w prawdzie.

Image
Fot. M. Morajda

 

O tym, co naprawdę zawdzięczam Ojcu Pio, dowiem się pewnie już „po tamtej stronie”, dziś natomiast dostrzegam pewien zarys jego działania w moim życiu.

Jakiś czas temu modliłam się do niego o łaskę stałego spowiednika. Wiem, że nie musiałam czekać na wysłuchanie mojej prośby, natomiast na spełnienie jej według moich oczekiwań – owszem. Kiedy więc dłuższy czas pozostawałam bez kierownika duchowego (a, jak później zrozumiałam, był to etap potrzebny), Ojciec Pio sam towarzyszył mi duchem i pomagał wzrastać. Pewnego razu podczas rekolekcji w domu poświęconym jego opiece, gdy szukałam znaków jego obecności, trudno było mi wyjść ze zdumienia, gdy pewien nieznajomy zakonnik wręczył mi, ot tak, obrazek z wizerunkiem Ojca Pio i koronką do Najświętszego Serca Pana Jezusa, którą Święty odmawiał codziennie w intencji osób proszących go o modlitwę. A ja szukałam takiej formy modlitwy… Był to podarunek od Ojca Pio.

Jednak nie zawsze moja relacja z nim była taka błogosławiona. Jeszcze niedawno wolałam zwracać się do innych świętych, a może nawet unikałam Ojca Pio. Myślałam sobie pół żartem, że pewnie jest bardzo zajęty, skoro taki popularny, więc i ja nie będę zawracać mu głowy…

Być może przyczyną takiego podejścia była pewna sytuacja z dzieciństwa, kiedy, próbując swoich sił czytelniczych z każdą napotkaną książką, sięgnęłam po biografię Ojca Pio i doszłam do opisów dręczenia go przez szatana. Jako dziecko nie byłam w stanie tego sama pojąć, bardzo się bałam i długo próbowałam zapomnieć o książce i jej bohaterze… A może w rzeczywistości powodem mojego przerażenia były raczej opisy i zdjęcia stygmatów Ojca Pio…?

Niezgłębione misterium miłości do Chrystusa po ukrzyżowanie, którego nie można jedynie biernie obserwować, wciąż jeszcze pozostaje dla mnie zadaniem…

Dziękuję Ojcu Pio w szczególności za słowa, które otrzymałam jako odpowiedź w momencie stawiania znaku zapytania co do mojej przyszłości. Są one dla mnie ciągle aktualnym, uniwersalnym drogowskazem: „Trzeba być mocnym, aby stać się wielkim: oto nasza powinność. Życie jest walką, z której nie możemy się wycofać, lecz w której musimy zwyciężyć”. Ojciec Pio jest dla mnie przewodnikiem duchowym, który ciągle dodaje mi otuchy, ale również poucza i domaga się pokory, sam jednocześnie pozostając w cieniu Najwyższego.

Magda Jagiełło

Odczytywanie znaków czasu

Nieraz zastanawiam się nad sensem istnienia człowieka… Lubię odkrywać tajemnice, które on w sobie kryje.

W moim środowisku niezbyt często mówi się o Ojcu Pio, ale wiem, że był włoskim zakonnikiem, który całe swoje życie poświęcił posłudze innym ludziom. Postrzegam go jako uosobienie dobra i tajemnicy, bowiem jego życie to szereg fascynujących do dzisiaj doświadczeń i myśli, które wciąż zachęcają do odkrywania. To, co myślał i robił, miało na pewno ścisły związek z boską tajemnicą. Według mnie był on posłannikiem Boga, który chcąc nam pokazać wielkość naszego Zbawiciela, co jakiś czas zsyła na ziemię kogoś, kto na obraz i podobieństwo Chrystusa jest świadkiem najwyższych prawd, stanowiąc drogowskaz ku odkupieniu i świętości.

Image
fot. K. Kowalczyk

Ojciec Pio przede wszystkim kojarzy mi się ze stygmatami, które są symbolem bólu i cierpień, jakich doznał Jezus Chrystus w ostatnich godzinach ziemskiego życia. Ich wymowa jest głęboka, ale przez każdego katolika powinna być odczytywana jednoznacznie, jako jeden ze znaków obecności wśród nas Syna Bożego. W naszej wierze chrześcijańskiej wciąż więcej jest niedowiarków niż wierzących, dlatego stygmaty, które gołym okiem można było zobaczyć u Ojca Pio, wywoływały wśród ludzi szereg wątpliwości i pytania: Czy nie są one wytworem ludzkiej wyobraźni? Czy nie mają innego niż boskie pochodzenia? W ten sposób wiara ponownie została wystawiona na próbę, stając się współczesnym Forum Romanum.

W wierze tkwi tajemnica, bowiem jest to stan, który nie może być do końca objęty ludzkim rozumowaniem, ponieważ wiara wychodzi ponad racjonalność człowieka, przekracza jej granice. Jako wierzący cały czas jesteśmy „karmieni” boską tajemnicą, która pozostaje dla nas nieodkryta, zaś nasza egzystencja opiera się na odczytywaniu znaków czasu, które podpowiadają nam, jaką drogą iść ku szczęśliwości. Według mnie takim znakiem był Ojciec Pio. On pokazywał, że poszliśmy w złą stronę, ale jeszcze mamy szansę zawrócić i skręcić w odpowiednią ścieżkę, na której znajdziemy wartości i zasady etyczne zbliżające nas i przygotowujące na spotkanie z Bogiem.

Mnie, młodego, 22-letniego człowieka, powoli zaczyna zadziwiać postać Ojca Pio, który, naznaczony stygmatami bólu i cierpienia, stał się wiernym świadkiem wiary w Chrystusa. Z ranami na dłoniach i stopach przypomniał ludziom, czym jest odkupienie. To wyróżnienie godne jest Bożego posłannika, który ma za zadanie pokazać siłę obecności Boga wśród nas.

Nieraz zastanawiam się nad przyczyną i sensem istnienia człowieka… Lubię odkrywać tajemnice, które on w sobie kryje. Czasami myślę, że chyba każdy z nas jest elementem systemu tajemnic potrzebnym do zbudowania makiety naszego ziemskiego żywota.

 Mariusz Jasiołek

Potrafił przejrzeć człowieka na wylot

 

 

 Gdy czekałam w kolejce do spowiedzi w krakowskim kościele kapucynów, a Ojciec Pio „zerkał” na mnie z obrazu, miałam ochotę zapytać: „Co widzisz?”. Czy mógłby odpowiedzieć: „Obraz i podobieństwo Boże”?

Ojciec Pio to jeden z moich ulubionych świętych. Pewnie dlatego na studiach najczęściej chodziłam do krakowskiego kościoła kapucynów. Ojciec Pio spoglądał tam na mnie z obrazu w kaplicy pojednania. Miejsce dla niego idealne – przecież tyle godzin spędzał w konfesjonale, ofiarując ludziom Boże przebaczenie, pokój, delikatnie odsłaniając tajniki Bożego miłosierdzia, nawet przed największym grzesznikiem…

Image
fot. K.Broda

Szczególnie jednak Ojciec Pio jest mi bliski w Eucharystii. Ta sprawowana niegdyś przez niego zyskała nawet określenie „Msza Ojca Pio” – jak nazwa własna – bo choć nie mogła od innych Mszy różnić się wykonywanymi gestami czy wypowiadanymi słowami, była inna niż wszystkie, szczególna, niezwykła. W tej odprawianej przez Ojca Pio Eucharystii najsilniej rysował się wymiar paschalny – obdarzony stygmatami zakonnik doświadczał cierpienia Zbawiciela. Całym sobą przeżywał tragedię Kalwarii, świadomy owoców, jakie płyną z przyjętego dobrowolnie, w imię Chrystusa, cierpienia. Gdy pojawiał się przed wiernymi w szatach liturgicznych, jakby znikała odległość w czasie i przestrzeni pomiędzy ołtarzem a Golgotą. Eucharystia była najważniejszym elementem Jego duchowości, centrum sprawowanej przez niego posługi kapłańskiej, stanowiła całe jego życie. Bardzo poruszyły mnie słowa, które znalazłam wśród jego zachowanych zapisków: „Świat mógłby istnieć bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy Świętej”.

Ludzie uczestniczący w celebrowanych przez niego obrzędach mawiali: „Wygląda jak Jezus”. Przesada? Niekoniecznie. Myślę, że autentyczna miłość do liturgii, zwłaszcza do Eucharystii, odnawia w człowieku prawdziwy Boży obraz i podobieństwo – czyli wszystko, co od zawsze było mu przeznaczone, a przez głupotę grzechu się w nim rozmywa, traci wyrazistość. Eucharystia – sakrament sakramentów – to pełnia łaski. A dla łaski nie ma przecież rzeczy niemożliwych.

Żałuję, że nie miałam możliwości udziału w Eucharystii, którą sprawował Ojciec Pio. Zastanawiam się, co by mi powiedział, gdybym uklękła przy kratkach konfesjonału, w którym spowiadał. Podobno potrafił przejrzeć człowieka na wylot, umiał zaglądać w ludzkie dusze. Co by zobaczył w mojej?

Gdy czekałam w kolejce do spowiedzi w krakowskim kościele kapucynów, a Ojciec Pio „zerkał” na mnie z obrazu, miałam ochotę zapytać: „Co widzisz?”. Czy mógłby odpowiedzieć: „Obraz i podobieństwo Boże”? Może. Ale przypomniałby mi zapewne od razu, że to, co dane, jest nam zawsze także zadane. Taka jest logika łaski, której nie wolno zmarnować.

Mimo że nigdy nie uczestniczyłam w Eucharystii sprawowanej przez Ojca Pio, a jego poranione stygmatami ręce nigdy nie podały mi Jezusa ukrytego w Chlebie, ten święty nauczył mnie o Nim więcej niż ktokolwiek. I uczy nadal. Ilekroć przychodzę na Mszę Świętą lub uzyskuję przebaczenie ofiarowane mi przez posługę Kościoła, tylekroć myślę, że Ojciec Pio jest obok mnie. Przecież Kościół, walcząc o świętość, korzysta z zasług wszystkich – Najświętsza Ofiara przypomina o tym najmocniej, bo obecne jest na niej całe Niebo. Eucharystia to dar Emmanuela – Boga z nami. Z Nim są wszyscy Jego święci. Dzięki temu „nieobecność” Ojca Pio wśród nas jest wciąż trwającą i tylko trochę zmienioną obecnością.

 Małgorzata Janiec

Redaktor cyklu „Młodzi o Ojcu Pio” – Dorota Kumorek

„Głos Ojca Pio” [69/3/2011]

http://glosojcapio.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=2945&Itemid=94

Posted in Ojciec Pio, Religia | Leave a Comment »

Święty Rafał Kalinowski – Ojciec Rafał od świętego Józefa

Posted by tadeo w dniu 30 Sierpień 2011

Cześć 1. http://www.stowarzyszeniefidesetratio.pl/Presentations0/Kalinowski1.pdf

Cześć 2. http://www.stowarzyszeniefidesetratio.pl/Presentations0/Kalinowski2.pdf

Święty Rafał Kalinowski

Józef Kalinowski urodził się 1 września 1835 r. w Wilnie. Na chrzcie otrzymał imię Józef. Jego ojciec był profesorem matematyki na Uniwersytecie Wileńskim. Po ukończeniu z wyróżnieniem Instytutu Szlacheckiego w Wilnie (1843-1850), Józef podjął studia w Instytucie Agronomicznym w Hory-Horkach koło Orszy. Zrezygnował z nich po dwu latach. W 1855 r. przeniósł się do Mikołajewskiej Szkoły Inżynierii Wojskowej w Petersburgu, gdzie uzyskał tytuł inżyniera. Jednocześnie wstąpił do wojska. Wtedy właśnie przestał przystępować do sakramentów świętych, do kościoła chodził rzadko, przeżywał rozterki wewnętrzne, a także kłopoty związane ze swoją narodowością, służbą w wojsku rosyjskim i zdrowiem. Wciąż jednak stawiał sobie pytanie o sens życia, szukając na nie odpowiedzi w dziełach filozoficznych i teologicznych. Po ukończeniu szkoły (1855) został adiunktem matematyki i mechaniki budowlanej oraz awansował do stopnia porucznika. W 1859 r. opuścił Akademię i podjął pracę przy budowie kolei żelaznej Odessa-Kijów-Kurs. Po roku przeniósł się na własną prośbę do Brześcia Kujawskiego, gdzie pracował jako kapitan sztabu przy rozbudowie twierdzy. Czując, że zbliża się powstanie, podał się do dymisji, aby móc służyć swoją wiedzą wojskową i umiejętnościami rodakom. Został członkiem Rządu Narodowego i objął stanowisko ministra wojny w rejonie Wilna. W końcu zdecydował się na wyjazd do Warszawy, gdzie chciał podjąć leczenie i miał nadzieje na znalezienie pracy. Z powodów zdrowotnych otrzymał zwolnienie z wojska w maju 1863 r.
Święty Rafał KalinowskiJednocześnie, wspierany modlitwami matki i rodzeństwa, przeżywał nawrócenie religijne, m.in. pod wpływem lektury Wyznań św. Augustyna: nie tylko wrócił do praktyk religijnych, ale przejawiał w nich szczególną gorliwość. Gdy wybuchło powstanie styczniowe, mając świadomość jego daremności, ale zarazem nie chcąc stać na uboczu, gdy naród walczy, przyłączył się do powstania. Sprzeciwiał się niepotrzebnemu rozprzestrzenianiu się walk. W liście do brata pisał: „Nie krwi, której do zbytku przelało się na niwach Polski, ale potu ona potrzebuje”.
Po upadku powstania powrócił do Wilna, gdzie 24 marca 1864 r. został aresztowany i osadzony w więzieniu. W wyniku procesu skazano go na karę śmierci. W więzieniu otaczała go atmosfera świętości. Wskutek interwencji krewnych i przyjaciół, a także z obawy, że po śmierci Polacy mogą uważać Józefa Kalinowskiego za męczennika i świętego, władze carskie zamieniły mu wyrok na dziesięcioletnią katorgę na Syberii. Przez pewien czas przebywał w Nerczyńsku, potem w Usole nad Anga, następnie w Irkucku i Smoleńsku. Podczas pobytu na Syberii oddziaływał na współtowarzyszy swoją głęboką religijnością, zadziwiał niezwykłą wprost mocą ducha, ujmował cierpliwością i delikatnością, wspierał dobrym słowem i modlitwą, czuwał przy chorych, pocieszał i podtrzymywał nadzieję. Dzielił się z potrzebującymi nie tylko skromnymi dobrami materialnymi, ale również bogactwem duchowym. Bolał go fakt, że wielu zesłańców nie posiadało żadnej wiedzy religijnej. Szczególnie chętnie katechizował dzieci i młodzież.
Po ciężkich robotach Józef Kalinowski powrócił do kraju w 1874 r. Uzyskał paszport i wyjechał na Zachód jako wychowawca młodego księcia Augusta Czartoryskiego, beatyfikowanego przez Jana Pawła II w 2003 r. Opiekował się nim przez trzy lata. W lipcu 1877 r., mając już 42 lata, Józef Kalinowski wstąpił do nowicjatu karmelitów w Grazu (Austria), przybierając zakonne imię Rafał od św. Józefa. Po studiach filozoficznych i teologicznych na Węgrzech, złożył śluby zakonne i otrzymał święcenia kapłańskie 15 stycznia 1882 r. w Czernej koło Krakowa. W kilka miesięcy później został przeorem klasztoru w Czernej. Urząd ten pełnił przez 9 lat. Przyczynił się w znacznej mierze do odnowy Karmelu w Galicji. W 1884 r. został założony z jego inicjatywy klasztor karmelitanek bosych w Przemyślu, 4 lata później we Lwowie, a na przełomie 1891-1892 roku – klasztor ojców wraz z niższym seminarium w Wadowicach.
Wiele godzin spędzał w konfesjonale – nazywano go „ofiarą konfesjonału”. Miał niezwykły dar jednania grzeszników z Bogiem i przywracania spokoju sumienia ludziom dręczonym przez lęk i niepewność. Przeżyty w młodości kryzys wiary ułatwiał mu zrozumienie błądzących i zbuntowanych przeciwko Bogu. Nikogo nie potępiał, ale starał się pomagać. Zawsze skupiony, zjednoczony z Bogiem, był człowiekiem modlitwy, posłuszny regułom zakonnym, gotowym do wyrzeczeń, postów i umartwień.
Zmarł 15 listopada 1907 r. w opinii świętości w Wadowicach. Jego relikwie spoczywają w kościele karmelitów w Czernej. Za życia i po śmierci cieszył się wielką sławą świętości. Bez reszty oddany Bogu, umiał miłować Go w drugim człowieku. Potrafił zachować szacunek dla człowieka i jego godności nawet tam, gdzie panowała pogarda. Dlatego uważany jest za patrona Sybiraków.
Beatyfikował go Jan Paweł II w 1983 r. podczas Mszy świętej na krakowskich Błoniach; kanonizacji dokonał w Rzymie w roku 1991, podczas jubileuszowego roku czterechsetlecia śmierci św. Jana od Krzyża, założyciela zakonu karmelitów. Św. Rafał Kalinowski jest patronem oficerów i żołnierzy, orędownikiem w sprawach trudnych i beznadziejnych.W ikonografii Święty przedstawiany jest podczas modlitwy, w habicie karmelity.

Posted in Religia | Leave a Comment »

 
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 431 obserwujących.