WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Religia’ Category

Na chłopski rozum rzecz biorąc

Posted by tadeo w dniu 5 lutego 2012

w drodzeWacław Oszajca SJ / „W Drodze”
 

(fot. DaveWilsonPhotography/flickr.com)

Mniej martwiłbym się o wierzących i niepraktykujących, a bardziej o tych praktykujących, co do których zachodzi obawa, że owszem praktykują, ale wbrew ich gorącym zapewnieniom, nie wierzą.

Chłopski, to znaczy wieśniaczy, wiejski, właściwy kulturze agrarnej, a nie wyłącznie męski. Chłopskim rozumem z całą pewnością odznaczały się moja babka i mama, jak też wiele kobiet z mojej wsi. To dlatego przed żniwami urządzano świniobicie. W tym roku u nas, w następnym u sąsiadów, bo trzeba pamiętać, że lodówki nie zawsze były. Mięso więc solono, wekowano, wędzono, bo musiało go starczyć co najmniej na najbliższe dwa, trzy miesiące. Kiedy zaś zboże dojrzało już do zżęcia, nastawał święty czas. Ciężka praca wymaga dobrego jedzenia. Na zsiadłym mleku z kartofelkami i koperkiem żniwiarz długo nie pociągnie. Musiało być mięso również… w piątek. I nie było zmiłuj, żadna gospodyni nie odważyłaby się wysłać chłopa w pole bez wałówki.
Jednocześnie na tej samej wsi wszechwładnie panowało tabu, które nakazywało w piątki bezwzględnie pościć, a którym z kolei zawiadywał proboszcz. I jeśli był nim ktoś, kto rozumiał dany sobie świat, w niedzielę ogłaszał, że daje dyspensę od mięsa na trzy najbliższe piątki, a jeśli ktoś już post piątkowy złamał, to niech pobożnie zmówi różaniec. Tym sposobem proboszcz ratował swój honor i autorytet Kościoła, a zarazem, jak sądzę, chcąc nie chcąc, otwierał parafianom oczy na podstawową ewangeliczną prawdę: „To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu. Zatem Syn Człowieczy jest panem szabatu” (Mk 2,27-28).
Podobnie jak w żniwa, postępowano wtedy, gdy nagle w piątek zjawili się goście. Wstąpił stryj z żoną i zięciem, bo akurat wracali z miasta i po drodze im było. A że gość w dom, Bóg w dom, natychmiast wyciągano z pieca patelnię, krojono słoninę, a jeszcze lepiej boczek, i smażono jajecznicę. A do jajecznicy trzeba było też postawić coś mocniejszego. Owszem, spowiadano się z tego grzechu, ale bez większych ceregieli. Z bardzo prostego powodu, który pewnego piątku jasno wyeksplikował nasz sąsiad. Przecież sam Pan Jezus, kiedy na weselu zabrakło wina, to choć już weselnicy byli napici, wina im przymnożył.
Piątek z koniaczkiem

Przejdźmy do czasów współczesnych. Proszę bardzo, piątkowe, nawet wielkopiątkowe, postne menu. Na przystawkę krewetki tygrysie z patelni, zupa żółwiowa, na drugie łosoś w papilotach, na deser tort orzechowy, no i do tego odpowiednie wino, a na koniec koniaczek. Tym, których na to stać, należałoby życzyć Wielkiego Piątku przez wszystkie dni tygodnia przez cały okrągły rok. Następna kwestia będzie dotyczyć nie tylko niektórych, ale wielu. Co mają zrobić, jak świętować swoje urodziny i imieniny ci, którym, na nieszczęście, przyszło się urodzić w marcu, po połowie lutego, czy na początku kwietnia, kiedy z całą pewnością trwa wielki post? Jak każdy ci nieszczęśnicy chcieliby zaprosić przyjaciół i krewnych, jeśli nie do domu, to do restauracji. Zasiąść, jak Pan Bóg przykazał, do stołu, pogościć się, potańczyć. „Jak Pan Bóg przykazał” nie jest w tym wypadku jedynie chwytem retorycznym. Przecież, tak wynika z Ewangelii, najłatwiej i najczęściej Jezusa można było spotkać przy stole. I przy całej zakłamanej złośliwości tych, którzy Go oskarżali o obżarstwo i opilstwo, nie czynili tego bezpodstawnie. Skoro tak, skoro urodziny i imieniny to również przypomnienie Bożej dobroci wyrażonej w darowanym nam życiu i wszczepieniu w Kościół, to w imię czego tak obdarowanych mamy prawo pozbawiać radości stołu zarówno tego domowego, jak też konsekwentnie kościelnego, Pańskiego?
A co na to apostoł?

Posłuchajmy zatem wypowiedzi człowieka, który z całą pewnością wie, co mówi. Odznaczył się bowiem wielką gorliwością w zwalczaniu inaczej myślących – po heretycku. Ścigał tych, w jego mniemaniu bezbożnych liberałów wywrotowców, bezlitośnie, aresztował, wlókł przed sędziów, doprowadzał do egzekucji. Jednym słowem, był to naprawdę człek pobożny, bardzo pobożny i bardzo praktykujący, ani na milimetr nie odstępujący od swoich przekonań. I tenże człowiek, po upływie nawet niezbyt długiego czasu, będzie tak oto pouczał zwaśnionych na tle poglądów i praktyk religijnych swoich współwyznawców. „Tego, kto jest słaby w wierze, przyjmijcie bez roztrząsania poglądów. Jeden jest przekonany, że może jeść wszystko, słaby natomiast spożywa jarzyny. Ten, kto je wszystko, niech nie lekceważy tego, który czegoś nie je. Ten zaś, kto nie je wszystkiego, niech nie osądza tego, który je. Bóg przecież go przyjął. Ty natomiast kim jesteś, że osądzasz czyjegoś sługę? To, czy on stoi, czy upada, jest sprawą jego Pana. Ostoi się jednak, ponieważ Pan ma moc go podtrzymać. Ktoś znowu wyróżnia jeden dzień spośród innych, dla innego wszystkie są równie ważne. Niech każdy zostanie przy swoim przekonaniu” (Rz 14,1-5). Tak, to siglum mówi samo za siebie, chodzi o Pawła Apostoła.
A przykazania, durniu!

No właśnie, przykazania? Te kościelne, mniej więcej takie, jak je dzisiaj znamy, jeśli znamy, pojawiły się dość późno, bo w XVI wieku. Czyli wtedy, gdy Kościół stał się instytucją masową, ale też coraz bardziej skonfliktowaną. Zatem ich celem było zdyscyplinowanie katolików. Ten zabieg, jeśli się powiódł, to tylko po części. Na pewno nie zapobiegł rozbiciu Kościoła. Nie bez powodu przecież kłócono się o związek wiary z uczynkami i odwrotnie. Dzisiaj możemy powiedzieć, że dla jakiejś części, a może dla wielu katolików, przykazania kościelne w formie mniej lub bardziej uproszczonej stanowią jedyne kryterium przynależności do Kościoła.

Wygląda to mniej więcej tak. Raz do roku do spowiedzi i komunii, oczywiście najlepiej pod koniec Wielkiego Tygodnia, bo ma to być „wielkanocny sakrament”. W niedzielę na mszę, oczywiście wtedy, gdy się to uzna za stosowne, a na pewno wtedy, gdy trzeba uprosić u Boga jakąś tak zwaną łaskę, czyli poprawę zdrowia, zdanie egzaminów, szczęśliwą podróż, a już z całą pewnością wtedy, gdy lekarz powie: Niestety, z tą chorobą, na tym etapie, współczesna medycyna jeszcze sobie nie radzi, tak jak byśmy sobie tego życzyli. Oczywiście uważa się, że takich zachowań oczekuje Bóg, który przecież lubi, gdy Jego dzieci proszą Go o pomoc, żąda też tego Kościół, gdyż wynikają one z jego doktryny. Mówiąc najkrócej, uważa się te mniemania za naukę Kościoła.
Pobożniejsi, chcący sprostać takim wymaganiom, mają oczywiście dodatkowe zmartwienie. Zadają więc pytania w rodzaju: Ile razy mam iść do spowiedzi, by w każdą niedzielę przystępować do komunii? A gdy się już wyspowiadam i przypomnę sobie jakiś grzech, to co mam zrobić, bo nie wiem, czy jest on lekki, czy ciężki? Nie wiem, bo nie wiem, czy gdy to robiłem, to chciałem to robić z całą świadomością? Czy byłem wolny? Nie wiem, bo kto z nas jest tak całkiem wolny? A gdy do tych gorzkich wątpliwości dojdą jeszcze sprawy związane z szóstym i dziewiątym przykazaniem Bożym, trudno o większe nieszczęście.
Wróćmy więc do Apostoła Pawła. Według niego o tym, czy jakieś działanie ma sens, czy nie, decyduje to, czy między chrześcijaninem a Chrystusem istnieje nić zaufania. Choćby tak cienka, jak włos. Tymczasem my, starsi Kościoła, wychodzimy z założenia, że mamy zawsze do czynienia z gotowymi już, o najwyższej próbie, chrześcijanami, katolikami w szczególności, i stawiamy wymagania, nie licząc się z tym, że mamy przed sobą ludzi wcale nieprzekonanych, a tylko przymuszonych. Oczywiście przesadzam, ale chodzi mi o wydobycie na wierzch zjawiska, które być może leży u podstaw kruszenia się obecnej formy istnienia Kościoła. Mówiąc inaczej, żądamy od naszych sióstr i braci zachowań, nie bacząc na ich przekonania. Wbrew temu, co, jak słyszeliśmy, mówi Paweł Apostoł: „Tego, kto jest słaby w wierze, przyjmijcie bez roztrząsania poglądów”. To nie znaczy, że poglądy to rzecz mało ważna. Znaczy tylko tyle, że do poglądów dochodzi się, idąc często okrężną drogą – jak sam Paweł. Wiara jest procesem, również wtedy, a może przede wszystkim wtedy, gdy jest mocno ugruntowana.
A miłosierdzie?

„Gdybyście zrozumieli, co znaczą słowa: Miłosierdzia chcę, a nie ofiary, nie potępialibyście niewinnych. Bo Syn Człowieczy jest Panem szabatu” (Mt 12,7-9). Gdzie jak gdzie, ale miłosierdzia – niemodne to dzisiaj słowo, choć nie jego treść – można doświadczyć jedynie wśród przyjaciół i oczywiście w rodzi-nie, choć i tam nie zawsze. Miłosierdzie jest bowiem taką odmianą miłości, która, owszem, czeka na odpowiedź, zdradzona cierpi, ale istnieć nie przestaje. Mówiąc inaczej, miłosierdzie jest miłością wzgardzoną, a to znaczy, że ten, kto tak kocha, kochać nie przestaje nigdy. Tak kochający w swoim nastawieniu do drugiego jest niezmienny. W związku z tym nie tylko nie daje się odepchnąć, nawet za cenę życia, ale nie czeka też na prośby, na podziękowania, pochwały, gdyż „rozumie”, czego ten drugi potrzebuje. Jeśli tak, to naprawdę miłosierny jest jedynie Bóg.
Spróbujmy zatem na przykazania popatrzeć inaczej. Nie od strony zakazów i nakazów, ale bardziej ludzkiej, a co za tym idzie, również Boskiej. Wyobraźmy sobie, choć będzie to trudne lub wprost niemożliwe, taką oto sytuację. Ni stąd, ni zowąd twoja dorosła córka lub syn, mieszkający dwie ulice dalej, zadaje ci pytanie: „Tato, ile razy w roku powinienem ciebie odwiedzać, ile rozmów powinniśmy odbyć, żebyś nadal uważał mnie za swoje dobre dziecko?”. Albo inaczej. „Mamo, o co chodzi, przecież odwiedzam cię we wszystkie święta, czasem nawet w tygodniu do ciebie wpadam. Nie zapominaj też, że dopłacam ci do czynszu i lekarstw. Poza tym, mam tyle pracy i innych obowiązków, że nie wyrabiam na zakrętach”. Wyobraźmy sobie, że wreszcie do spotkania doszło, rozmowa przebiegła w bardzo miłej, grzecznej atmosferze, niemniej nic z niej poważnego nie wynikło. Pouśmiechaliśmy się do siebie, pogadaliśmy o przysłowiowej pogodzie, pochwaliliśmy tort i na tym koniec.
Niestety, czasami bywa jeszcze inaczej, o wiele gorzej. Dzieci wpadają do rodziców nieomal codziennie, i to z bardzo konkretnych powodów. „Kochani, w sobotę idziemy na bal, popilnujecie dzieci, prawda?”. „Przykro mi o tym mówić, ale do pierwszego jeszcze dwa tygodnie, a ja mam w portfelu jedynie dwadzieścia złotych”. „Mamo, Jasio ma katar, a ja muszę, no wiesz, umówiłam się z koleżankami na kawę, weź taksówkę i przyjedź. Boli cię głowa? Weź tabletkę, tę, którą ci dałam dwa tygodnie temu, to ci szybko przejdzie”. Jednym słowem, do spotkania rodziców i dzieci, w tych przypadkach, dochodzi jedynie wtedy, gdy dzieci mają jakąś sprawę do załatwienia, gdy potrzebują pomocy, a więc dla jakiejś korzyści. W myśl starego porzekadła: Jak bida, do Żyda, jak po bidzie, precz Żydzie.
Nieszczęsny skutek zachowywania przykazań

Nie wiem, może to zbyt daleko idący osąd, ale wydaje się, że doszło już do tego, że za pomocą przykazań Bożych i kościelnych oraz zarządzeń administracyjnych zaczynamy wymuszać na ludziach udział w praktykach religijnych. I tak to, co powinno wypływać z przekonania, zaczyna być czymś zewnętrznym, nie naszym, ale nam narzuconym. Oczywiście poddajemy się tej przemocy, bo dotąd nie mieliśmy innego wyjścia. Dotąd, bo dzisiaj już takie wyjście mamy. Parafia przestała być monopolistą. Przestała być jedyną instytucją organizującą nie tylko życie religijne mieszkających na jej terenie, ale również życie społeczne i polityczne. Przez całe wieki to nie kto inny, ale proboszcz pełnił funkcje, które dzisiaj pełnią urzędy stanu cywilnego i zakłady pogrzebowe. Proboszcz, chrzcząc niemowlę, wprowadzał je nie tylko do kościelnej społeczności, ale, i chyba przede wszystkim, do społeczeństwa. A kiedy ochrzczony dorósł, bez proboszcza też nie mógł się obyć, bo przecież do dziś mówimy, że to ksiądz daje ślub. No i kiedy umarł, to proboszcz decydował, gdzie i jak ma być pochowany. Obecnie nawet tak religijne czynności jak bierzmowanie i w jeszcze większym stopniu pierwszy pełny udział w mszy też się sprywatyzowały, zeświecczały i stały się jedynie okazją do rodzinno-towarzyskich spotkań.
Mając to na uwadze, trudno się dziwić nie tylko pytaniom już wymienionym: „Ile razy do spowiedzi, żeby w każdą niedzielę, czy też codziennie, można było przystępować do komunii?”, „Czy kaszanka to wędlina?”, „Czy gdy mi zabraknie pięciu minut do końca postu eucharystycznego, to mogę, czy nie mogę przystąpić do Stołu Pańskiego?”. Poza tymi pytaniami spotykamy też inne, o wiele poważniejsze. „Po co w ogóle mam chodzić do kościoła, skoro w domu czy nawet w parku mogę znacznie lepiej się pomodlić i wymodlić?”. Wbrew pozorom tym pytaniom też trudno się dziwić, a tym bardziej nimi się gorszyć, oburzać na nie i traktować je jako przejaw co najmniej religijnego zobojętnienia. Przecież ciężko przez całe wieki pracowaliśmy na taki rezultat. Wolno, nie wolno, ale nawet jeśli nie wolno, to jest władza, która może mi pozwolić na to, by zakazane było dozwolone. Mówi się, nie bez racji, że jakie pytanie, taka odpowiedź. Odpowiadamy więc: „Raz w miesiącu do spowiedzi i wtedy, jak się nie popełni grzechu śmiertelnego, można codziennie do komunii”, „Masz imieniny w poście, jaki problem, proś proboszcza o dyspensę”. Kłopot w tym, że takie podejście do relacji człowiek – Kościół – Bóg sprowadza nas na manowce. Bóg staje się wielkim, wszechwidzącym i wszechwiedzącym policjantem, a my, starsi Kościoła, Jego urzędnikami, wykonawcami Jego woli. Przez to zredukowanie chrześcijaństwa nawet nie do katalogu przykazań Bożych i kościelnych, ale do kilku nakazów i zakazów związanych z kuchnią i sypialnią doprowadziliśmy, jak mniemam, do tego, że liturgia Kościoła najpierw się sprywatyzowała, a następnie oderwała od Kościoła.
Teologia i prawo nie bez winy

Na nasze nieszczęście to sprywatyzowanie i wyalienowanie liturgii z Kościoła twórczo uzasadniła teologia i prawo. I tak chrzest związaliśmy z grzechem pierworodnym, Komunię z przyjęciem Jezusa do swego serca, bierzmowanie z dojrzałością, małżeństwo z przyznaniem prawa do współżycia seksualnego bez grzechu, kapłaństwo ze szczególnym poświęceniem Bogu na służenie Mu „nie-podzielnym sercem”, namaszczenie chorych w najlepszym wypadku traktujemy jako ostatnią deskę ratunku przed śmiercią, a sakramentowi pokuty nadaliśmy charakter rozprawy sądowej, ostatnio zaś wizyty u psychologa. Mimo wszystko te źle postawione pytania: „Wolno, nie wolno?”, „Ile razy i kiedy?”, „Już grzech, czy jeszcze nie?” wcale nie są głupimi pytaniami. Przeciwnie, wskazują na niedolę wielu chrześcijan, i to zapewne nie tylko rzymskich katolików.
Że tak jest, wskazuje wspomniane już powiedzenie: „Wolę się modlić w do-mu, w parku, przy muzyce, siedząc czy leżąc, ale nie w kościele”. To znaczy, że niepraktykujących wcale przez to samo nie można zaliczyć do niewierzących. Jeśli tak, to znaczy, że jest lepiej, niż myślimy. Skoro ci, których w kościele nie uświadczysz nawet od wielkiego dzwonu, zachowali wiarę, to znaczy, że zachowali to najważniejsze – więź z Bogiem, tę najbardziej prawdziwą, intymną, którą tylko można wyznać, jak wyznaje się miłość czy przyjaźń, a nigdy, bez narażenia się na religijny, duchowy ekshibicjonizm, ostentacyjnie deklarować. Mniej zatem martwiłbym się o wierzących i niepraktykujących, a bardziej o tych praktykujących, co do których zachodzi obawa, że owszem praktykują, ale wbrew ich gorącym zapewnieniom, nie wierzą.
Owszem, nie sposób nie podziwiać gorliwości współczesnych i dawnych ze-lotów w przestrzeganiu mnóstwa nakazów i zakazów, jak też ich wiary w to, że dzięki tym wysiłkom, w nagrodę otrzymają, a raczej zarobią na niebo, ale nie sposób też nie zauważyć, że ta jurydyczna pobożność i sprawiedliwość potrafi, nie tylko w sferze religijnej, doprowadzić do tragedii. Jak mam zaufać Bogu, który za zjedzoną w Wielki Piątek, dzień Bożego tryumfu nad złem, skwarkę, gotów jest strącić człowieka do piekła, i to na zawsze? Jak mam zaufać Bogu, który zakazuje przetaczania krwi, a tym samym oczekuje ode mnie, że skażę na śmierć moje dziecko? Jak mam zaufać Kościołowi, konkretnie proboszczowi, i jak mam postrzegać parafię jako wspólnotę, skoro jestem traktowany jak klient, nabywca, petent?
Niemiecki teolog Karl Rahner SJ stwierdza: „Kościół okazuje wyrozumiałość w zastosowaniu wielu czysto kościelnych norm (udzielanie dyspensy; epika, to znaczy wyrozumiała interpretacja intencji prawodawcy, uważana jest za cnotę; powszechnie przyjmuje się zasadę, że prawo czysto kościelne nie obowiązuje w przypadku szczególnej niedogodności i dolegliwości)”. Chciałoby się dodać, że byłoby dobrze, gdyby normy prawa czysto kościelnego nie tylko nie obowiązywały w szczególnie trudnych przypadkach, ale w sytuacjach szczególnie szczęśliwych zobowiązywały do podtrzymywania tegoż szczęścia.
Wacław Oszajca – ur. 1947, jezuita, poeta, eseista, publicysta prasowy i radiowy, autor licznych książek, kaznodzieja, mieszka w Warszawie.

http://www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/zycie-i-wiara/art,564,na-chlopski-rozum-rzecz-biorac.html

Posted in Religia | 2 komentarze »

Skuteczny Uzdrowiciel

Posted by tadeo w dniu 5 lutego 2012

Każdy z nas jest uwikłany w jakiś grzech. Każdy ma jakąś słabość, z którą nie potrafi wygrać, która wciąż sprowadza go do parteru. Często powtarzamy, że zrobilibyśmy wszystko, żeby sobie z tymi problemami poradzić. Naprawdę?

Egoizm, pycha, życie w kłamstwie – wymieniać grzechy, które dotyczą ogromnej większości z nas można długo. Wszyscy jesteśmy grzesznikami, a jeśli ktoś myśli, że już się nawrócił i wszystko jest z nim dobrze, to niech lepiej na siebie uważa, bo samozadowolenie i uśpienie czujności w walce ze swoimi słabościami jest najprostszą i najszybszą drogą do ponownego upadku.
Jednak takich zadowolonych „świętych” jest na tym świecie bardzo mało. Zdecydowanie więcej jest tych, którzy nie potrafią uwolnić się od swoich słabości. Skoro nie potrafimy, to musi istnieć jakiś powód tej ciągle powtarzającej się bezsilności. Jeżeli go zlokalizujemy, to jesteśmy już w połowie drogi do sukcesu.
Po pierwsze: chcieć
Job przemówił w następujący sposób: „Czyż nie do bojowania podobny byt człowieka? Czy nie pędzi on dni jak najemnik? Jak niewolnik, co wzdycha do cienia, jak robotnik, co czeka zapłaty. Zyskałem miesiące męczarni, przeznaczono mi noce udręki. Położę się, mówiąc do siebie: «Kiedyż zaświta i wstanę?» Lecz noc wiecznością się staje i boleść mną targa do zmroku”.
Job 7,1-4
Zawsze gdy myślimy, że jesteśmy w beznadziejnej sytuacji, gdy nie mamy już sił i pomysłów na walkę z naszymi słabościami, warto wracać do historii Hioba.
Ten człowiek przeżył prawdziwą katorgę, doświadczył ogromnego cierpienia, ale nie zwątpił. Straty i cierpienia nie załamały w nim wiary. Okazał się wzorem cierpliwości. I to jest to, czego bardzo często nam brakuje. Chcielibyśmy, aby nasze problemy znikały od razu, bez większego wysiłku – jak za dotknięciem magicznej różyczki.
Bóg potrzebuje naszej współpracy i chce żebyśmy mu zaufali, ale przede wszystkim my musimy chcieć zostawić za sobą nasze grzechy i słabości.

 

Po drugie: zaufać
Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest.
Mk 1,32-34
Jeżeli tylko będziemy naprawdę chcieli zacząć żyć wolni od grzechu, to możemy być pewni, że zgłaszając się do Jezusa po pomoc, trafiamy pod właściwy adres. Dzisiejsza Ewangelia mówi jasno – On może uzdrowić każdego i ma władzę nad złymi duchami, On może rozkazywać złu, a ono jest mu posłuszne.
Chrystus nie tylko ma władzę i moc, która wystarcza, aby uwolnić nas z naszych zniewoleń, On również pokazał nam jak skutecznie możemy to zrobić. Recepta jest bardzo prosta – tak jak On bezwarunkowo zaufać Ojcu. Jeśli to zrobimy – wszystko jest możliwe. Dosłownie wszystko.
Tylko jak zawsze pozostaje pytanie – czy my chcemy Mu zaufać i czy wolimy prawdziwą (ale wymagającą) wolność, od naszego wygodnego, miłego i spokojnego życia?

 

Posted in Religia | Leave a Comment »

Ludzkie krzyże

Posted by tadeo w dniu 5 lutego 2012

Był człowiek, który narzekał na swoje życie. Skarżył się, że jest mu ciężko, bo mieszkanie niewygodne, za ciemne, za ciasne, że dochody za małe, że jego rówieśnicy, którzy podobne szkoły ukończyli, zarabiają daleko więcej niż on. Mówił, że innym jest łatwiej żyć, że lepiej dają sobie radę ze złymi ludźmi, z trudnymi okolicznościami, że im wszystko układa się korzystnie, a jemu jest źle i to z roku na rok coraz gorzej. Twierdził, że gdyby się urodził kilkadziesiąt lat wcześniej albo kilkadziesiąt lat później, to wtedy na pewno byłoby wszystko inaczej. Chodził wciąż smutny, skwaszony, zniechęcony.
Razu pewnego, gdy spał, śniło mu się, że ktoś go budzi. Otworzył oczy i zobaczył postać stojącą koło’jego łóżka. Chociaż nigdy Anioła nie spotkał, wiedział, że to jest Anioł. Nie czul w sobie żadnego lęku. Anioł stał nad nim, jakby czekając na jego przebudzenie. A gdy spostrzegł, że on już nie śpi, łagodnym zapraszającym ruchem dał mu znak, aby wstał:
– Wstań proszę – powiedział.
Człowiek ów, wcale tym nie zdziwiony, podniósł się z łóżka. Stanął obok tajemniczego gościa. Popatrzył pytająco na niego. A wtedy Anioł z uśmiechem powiedział:
– Pójdź, proszę, ze mną.
Człowiek spytał go nieśmiało:
– Dokąd chcesz, żebyśmy poszli?
– Zaraz zobaczysz – odpowiedział Anioł.
Podążył więc za nim. Anioł wiódł go przez jego mieszkanie, wyprowadził go na klatkę schodową i zaczął wstępować po schodach na górę. Człowiek wciąż nie wiedział, dokąd idą i co to ma wszystko znaczyć, ale nie śmiał pytać. Był tylko pewny, że to chodzi o jakąś bardzo ważną sprawę, która go bezpośrednio dotyczy. Postępował w milczeniu za Aniołem coraz bardziej ciekawy, dokąd wiedzie go ten wysłannik Boga. Szli długo po schodach, aż stanęli przed drzwiami. W pierwszej chwili nie mógł zorientować się, dokąd drzwi prowadzą, ale za moment poznał, że; to drzwi wiodące na jego strych. Anioł otworzył drzwi i weszli do wnętrza. Wtedy człowiek zobaczył, że to wcale nie jest strych jego domu. To była wielka sala, pod której ścianami stały nagromadzone krzyże – tysiące, dziesiątki tysięcy, nieprzeliczona ilość; krzyże były różne, dziwne: ogromne, małe i całkiem maleńkie, proste i ozdobne, ze złota i z drewna, malowane, heblowane, wysadzane drogimi kamieniami i całkiem zwyczajne, cięte z brzozy. Przyglądał się uważnie tym krzyżom. Każdy z nich był inny. Czasem zdawało mu się, że znalazł dwa identyczne, ale później zauważał, że tak nie jest, że różnią się pomiędzy sobą przynajmniej jakimś szczegółem.
Po chwili człowiek przełamując nieśmiałość spytał Anioła:
– Skąd tu tyle krzyży? Po co tu stoją? Do kogo należą? Usłyszał jego głos:
– To są ludzkie krzyże.
– Ludzkie krzyże? – powtórzył człowiek, niewiele z tego rozumiejąc.
– Każdy musi jakiś nieść – mówił dalej Anioł.
– Ach tak. Teraz rozumiem, dlaczego tyle tych krzyży i dlaczego każdy z nich jest inny. Ale po co przyszliśmy tutaj? Anioł o odpowiedział:
– Pan Bóg polecił mi, abym ciebie tu przyprowadził.
– Pan Bóg? – zdziwił się ów człowiek. – Dlaczego?
– Narzekasz na swój krzyż. Mówisz, że ci bardzo ciężko z nim iść. Bóg zezwolił, abyś tu przyszedł i wybrał sobie inny krzyż, jaki tylko zechcesz, i żebyś z tym nowym krzyżem szedł dalej przez życie nie narzekając.
Człowiek słuchał tego, co Anioł mówił, prawie nie wierząc swoim uszom. W końcu powiedział:
– Czyż to jest możliwe, żeby Wielki Bóg chciał się zajmować takim człowiekiem jak ja?
– Pan Bóg naprawdę przysłał mnie do ciebie – potwierdził Anioł.
– Będę mógł wybrać krzyż taki, jaki tylko zechcę? – spytał wciąż jeszcze nieufny.
– Tak. Naprawdę – powtórzył Anioł jego słowa. – Możesz wybrać l taki krzyż, jaki tylko zechcesz.
– I będę mógł z nim iść przez całe życie? – pytał człowiek, chcąc się upewnić.
– Tak. Będziesz mógł iść z nim, jeżeli tylko zechcesz, przez całe Twoje życie – Odpowiedział mu Anioł.
Człowiek wiedział już, który krzyż wybierze. Piękny, złoty krzyż przyciągał jego wzrok od pierwszej chwili. Pomyślał: „Wreszcie będę miał wspaniałe życie”. Spytał nieśmiało Anioła wskazując na ten krzyż:
– Czy mogę go wziąć? Anioł skinął głową:
– Tak.
Uradowany człowiek podbiegł do upatrzonego krzyża, objął go mocno, aby go włożyć na swoje ramiona, ale nadaremnie. Nie potrafił go nawet, ruszyć. Krzyż był bardzo ciężki. Mimo to człowiek nie chciał z niego zrezygnować. Wytężył wszystkie siły. Nic nie pomogło. Krzyż nawet nie drgnął. Zaskoczony tym i rozczarowany powiedział do Anioła:
– Za ciężki.
– Spróbuj znaleźć inny, który będzie lepszy dla ciebie – powiedział spokojnie Anioł. Człowiek rozejrzał się po sali i skierował w stronę innego krzyża, również złotego, choć nie tak dużego, który też wcześniej już spostrzegł. Krzyż ten był wysadzany wspaniałymi kamieniami, ozdobiony wyszukanym ornamentem. Podszedł do niego, z trudem położył go sobie na ramiona. Zrobił z nim parę kroków i przekonał się, że niestety ten też jest za ciężki, a poza tym dokuczliwie gniotą go w ramiona te wspaniałe ozdoby i drogie kamienie, które go tak zachwycały. Odezwał się trochę do siebie, trochę do Anioła:
– Jest niemożliwe, żebym mógł z nim iść dłuższy czas.
– Znajdziesz na pewno krzyż bardziej dla ciebie odpowiedni. Tylko nie zniechęcaj się – pocieszył go Anioł.
Człowiek rozglądnął się w poszukiwaniu i po chwili podszedł do krzyża też złotego, który był o wiele mniejszy. Faktycznie, był on również o wiele lżejszy, ale za krótki. Gdy ułożył go sobie na ramionach i zaczął z nim iść, krzyż ten tłukł go po nogach i plątał mu krok. Odłożył go na miejsce. Wziął inny krzyż, ale ten mu też nie odpowiadał. Potem spróbował nieśćinny i znowu inny. Coraz bardziej nerwowo, już nie chodził, ale biegał po tej ogromnej sali szukając krzyża dla siebie. Czas płynął, a on wybierał i wybierał bez końca. Wciąż nie mógł znaleźć krzyża, z którego byłby zadowolony. Bo były za długie albo za krótkie, za ciężkie, albo zbyt uciskały go ozdoby, albo po prostu nie podobały mu się w kształcie lub kolorze. Już zdawało mu się, że nie zdecyduje się na żaden, że nie znajdzie dla siebie .odpowiedniego. Przyszło mu nawet do głowy, że może przez zapomnienie czy przeoczenie nie zrobiono stosownego krzyża dla niego. I gdy był na skraju rozpaczy, że będzie musiał wziąć krzyż jaki bądź, pierwszy lepszy, wtedy wreszcie znalazł taki, który był odpowiedni dla niego. Wszystko mu się w nim podobało: i ciężar, i długość, kolor, ozdoby. Wszystko było takie, jak chciał. Był świetny, najlepszy. Uszczęśliwiony podszedł z tym krzyżem do Anioła i powiedział:
– Znalazłem.
– Cieszę się, że znalazłeś – odrzekł Anioł.
Człowiek ów, jakby z obawy, by mu tego krzyża nie odebrano, powtórzył:
– Tak, ten mi odpowiada. Proszę de, pozwól mi z tym krzyżem iść przez całe życie. Anioł uśmiechnął się tajemniczo:
– Dobrze a potem dodał – A czy ty wiesz, że to jest twój krzyż? Człowiek patrzył z niepokojem na Anioła nie rozumiejąc, o co chodzi. Wreszcie zapytał:
– Nie wiem, o czym mówisz? Wtedy Anioł powiedział mu wyraźnie:
– Ten krzyż, który znalazłeś, to jest twój krzyż. To jest ten sam, który od początku życia niesiesz na swoich ramionach.

ks. M. Maliński

Posted in Religia | Leave a Comment »

Jak odnaleźć sens życia? – s. prof. Zofia. J. Zdybicka (KUL)

Posted by tadeo w dniu 5 lutego 2012

Jak odnaleźć sens życia? – wykład wygłoszony w Stowarzyszeniu Fides et Ratio w Krakowie przez Siostrę Prof. Zofię J. Zdybicką – podczas II konferencji poświęconej dziełu O. prof. M. A. Krąpca pt.:”Człowiek otwarty na Boga, świat i Ojczyznę”. Kraków 2009.
Realizacja: Stanisław Papież.
Montaż: Robert.
Stowarzyszenie Fides et Ratio w Krakowie.

Posted in Filmy religijne, Religia | Leave a Comment »

Modlitwa o cud

Posted by tadeo w dniu 15 stycznia 2012

Modlitwa o cud. pps

Posted in Filmy i slajdy, Religia | Leave a Comment »

Czy żyjemy w świecie Harrego Pottera

Posted by tadeo w dniu 15 stycznia 2012

Niestety tak gdyż ta książka zwiodła miliony dzieci i młodzieży
wprowadzając w pokusy diabelskie praktyk okultystycznych New Age.

http://gloria.tv/?media=243881

Posted in Filmy religijne, Religia | Leave a Comment »

O.Augustyn Pelanowski-Błędy są potrzebne

Posted by tadeo w dniu 12 stycznia 2012

Posted in Filmy religijne, Religia | Leave a Comment »

Spotkanie z egzorcystą- ks. Piotr Glas

Posted by tadeo w dniu 12 stycznia 2012

Konferencja ks. Piotra Glasa, egzorcysty pracującego w Anglii, o pracy księży egzorcystów i o egzorcyzmach, o wpływie szatana na współczesny świat i ludzi. Rejestracja video: 29 lipca 2011 rok, rekolekcje Ruchu Czystych Serc, Gródek nad Dunajcem. Realizacja: ks. Sławomir Kostrzewa http://www.rcs.org.pl http://www.milujciesie.org.pl

Posted in Filmy i slajdy, Filmy religijne, Religia | Leave a Comment »

Opętanie – o. Marek Dettlaff

Posted by tadeo w dniu 12 stycznia 2012

O tym, czym jest opętanie, opowiada o. Marek Dettlaff OFM Conv egzorcysta.

Posted in Filmy i slajdy, Filmy religijne, Religia | Leave a Comment »

Wzrastanie w swietosci o. Fabian Blaszkiewicz

Posted by tadeo w dniu 9 stycznia 2012

http://www.duszpasterstwotalent.pl/mp3-fabian-blaszkiewicz/

Posted in Religia | 1 Comment »

Byt a prawda, dobro i piękno. Problematyka zła i wartości

Posted by tadeo w dniu 9 stycznia 2012

Wstęp do Metafizyki – z największym polskim filozofem O. prof. Mieczysławem Albertem Krąpcem – rozmawia ks. prof. Andrzej Maryniarczyk SDB 
za: Fundacja Lubelska Szkoła Filozofii Chrześcijańskiej.

Posted in Filmy religijne, Religia | Leave a Comment »

Czego boi sie szatan

Posted by tadeo w dniu 3 stycznia 2012

Rozmowy z niektórymi egzorcystami.

Diabeł – opętanie przez złego.

Program stara się przedstawić opis złego ducha, jego pochodzenie i występowanie w świecie, od czasu kuszenia Adama i Ewy w raju, po współczesność. Najlepsi specjaliści w tej tematyce mówią o jego mocy i taktyce, celach i ograniczeniach. Opisują, jak szatan działa przez pokusy, dręczenie, porażenie, omotanie i opętanie. Widzowie dowiedzą się, kim są jego ulubione ofiary, poznają jego przewrotność oraz przekonają się, kto może wpaść w jego sidła. Dokument przedstawia świat spirytyzmu, tarot, astrologię, satanizm i inne formy okultyzmu.

 

Przeczytaj także: ZARYS KATOLICKIEJ DEMONOLOGII

Posted in Filmy religijne, Religia | Leave a Comment »

Gdzie Jest Twoje Serce – dr Bohumir Żiwczak ”Znajdź ponownie swoje serce ”.

Posted by tadeo w dniu 1 stycznia 2012

Konferencje dla mężczyzn „Znajdź ponownie swoje serce” 18-20 listopada 2011 http://mezczyzni.net

cz. 1 –  Gdzie Jest Twoje Serce – http://gloria.tv/?media=233497

cz. 2 – Czy Bóg ma Serce – http://gloria.tv/?media=233561

cz.3 – Żyć w wolności cz.1  – http://gloria.tv/?media=233578

cz.4 – Żyć w wolności cz.2 – http://gloria.tv/?media=233507

Konferencje dla mężczyzn: „Znajdź ponownie swoje serce” 18-20 listopada 2011. Weekend dla mężczyzn poprowadził dr Bohumir Żiwczak. Dorastał w czasach reżimu komunistycznego na Słowacji, potajemnie praktykując swoją wiarę katolicką jako nastolatek. Gdy komunizm upadł w 1989 r. Bohusz i jego żona Alena rozpoczęli pracę jako liderzy świeccy, przyczyniając się do budowania „Rzeki Życia” – wspólnoty misyjnej. Współpracuje z redemptorystami i silną siecią wspólnot w byłych krajach komunistycznych w których przeprowadzał misje parafialne, szkoły ewangelizacji, głosił Ewangelię na całej Słowacji, Polsce, Łotwie, Litwie, Rumunii, Kazachstanie.
Bohusz służy jako koordynator krajowy Renewal Ministeries dla Kazachstanu, a także uczy duchowości na Katolickim Uniwersytecie w Rużomberoku jako członek Departamentu Misji Bohus i jego żona mieszkają w Podolińcu wraz z czworgiem dzieci.
http://mezczyzni.net

Posted in Filmy religijne, Religia | Leave a Comment »

Pol­skie wi­gi­lie

Posted by tadeo w dniu 29 grudnia 2011

W Pol­sce Wi­gi­lia przez wie­ki by­ła dniem szcze­gól­nym, uro­czy­stym jak ma­ło któ­ry w ro­ku. Uświę­co­nym tra­dy­cją wy­ba­cza­nia so­bie wza­jem­nych ura­zów, dzie­le­niem się opłat­kiem, cza­sem spę­dza­nym ra­zem, wspól­nym śpie­wem ko­lęd, „wy­pra­wą” na Pa­ster­kę – czę­sto pie­szo, przez śnież­ne za­spy (bo i zi­my by­wa­ły tę­gie), zwy­kle ca­ły­mi ro­dzi­na­mi. Pre­zen­ty, otocz­ka ma­te­rial­na by­ły mniej waż­ne. Waż­ne by­ło za­cho­wa­nie tra­dy­cji, przy­po­mnie­nie, że tej no­cy na świat zstą­pił Bóg. 

Dziś, „po­stę­po­we” me­dia lan­su­ją wy­jaz­dy na świę­ta pod pal­my – po­ka­zu­jąc przy­kła­dy „gwiazd”, któ­re za­pew­nia­ją, że naj­lep­szą Wi­gi­lię spę­dza się na Ka­ra­ibach czy w Taj­lan­dii (a w wer­sji dla mniej za­moż­nych w Egip­cie) prze­gry­za­jąc kre­wet­ki al­bo „na zim­no” – po­pi­ja­jąc grzań­ca po ca­łym dniu sza­leństw na nar­ciar­skim sto­ku; kie­dy ze­wsząd sły­szy­my, że naj­waż­niej­sze są od­po­wied­nio eks­klu­zyw­ne pre­zen­ty, ele­ganc­ki stół (broń Bo­że z bia­łym ob­ru­sem i sia­nem pod nim – toż to ta­kie „drob­no­miesz­czań­skie”), już nikt nie mó­wi, jak świę­ty był ten wie­czór, ile trze­ba by­ło od­wa­gi, sil­nej wo­li i de­ter­mi­na­cji, że­by ob­cho­dzić Wi­gi­lię. Nikt nie mó­wi, ja­kie by­ły pol­skie wi­gi­lie. A prze­cież by­ły za­wsze – w cza­sie no­cy oku­pa­cji, w pie­kle na zie­mi urzą­dzo­nym Po­la­kom w obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych i ła­grach, gdzie za śpiew ko­lę­dy pła­ci­ło się ży­ciem, w każ­dym za­kąt­ku zie­mi, gdzie przy­szło wał­czyć pol­skim żoł­nie­rzom. Chle­bem z bra­ku opłat­ka dzie­li­li się żoł­nie­rze wy­klę­ci i więź­nio­wie ubec­kich ka­tow­ni. Po woj­nie nie raz by­wa­ło bied­nie, chłod­no i głod­no, by­wa­ły wi­gi­lie prze­pła­ka­ne – w ro­ku 1970, 1976, w sta­nie wo­jen­nym 1981 ro­ku, kie­dy roz­dzie­la­no nie raz na la­ta ca­łe ro­dzi­ny, ale za­wsze by­ły. I ni­g­dy nie cho­dzi­ło w nich o pre­zen­ty, ja­kość po­traw czy de­ko­ra­cje na sto­le. Cho­dzi­ło o coś wię­cej. 

Orzeł z bru­kwi w pie­kle na zie­mi

Oku­pa­cja nie­miec­ka i ra­dziec­ka by­ła zbrod­nią prze­ciw­ko pol­skie­mu na­ro­do­wi, zbrod­nią do dziś nie roz­li­czo­ną, za któ­rą nikt nie za­pła­cił. Ty­sią­ce ro­dzin już pod­czas pierw­szej oku­pa­cyj­nej wi­gi­lii pu­ste na­kry­cie przy sto­le zo­sta­wia­ło dla ko­goś bli­skie­go – aresz­to­wa­ne­go, za­gi­nio­ne­go al­bo za­mor­do­wa­ne­go. By­ło bied­nie – za­miast dwu­na­stu dań, czę­sto tyl­ko jed­no, na cu­dem zdo­by­tych cho­in­kach – ozdo­by wy­cię­te z ga­zet, zro­bio­ne z szy­szek le­śnych (je­śli ktoś miał bli­sko las), za­miast ko­lo­ro­wych pre­zen­tów – drew­nia­ki i su­kie­necz­ka dla lal­ki uszy­ta z gał­gan­ków a za­miast cze­ko­lad i man­da­ry­nek – ka­wa­łek chle­ba z mar­mo­la­dą. I dzie­ci by­ły prze­szczę­śli­we je­śli ten chleb z mar­mo­la­dą do­sta­ły, al­bo ta­ki przy­smak, jak ka­wa­łek cu­kru. Rzad­ko zda­rza­ły się ta­kie cu­da, jak li­to­ści­wy nie­miec­ki żoł­nierz, któ­ry od­dał ma­lu­chom swo­ją przy­dzia­ło­wą cze­ko­la­dę. Tam­tych wi­gi­lii, kie­dy do sto­łu za­sia­da­ło kil­ka ro­dzin stło­czo­nych na co dzień w jed­nej chat­ce czy miesz­ka­niu nikt z ich uczest­ni­ków ni­g­dy nie za­po­mniał. 

By­ły jed­nak miej­sce, gdzie na­wet w wi­gi­lię lu­dziom urzą­dza­no pie­kło na zie­mi. Tak jak w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym w Oświę­ci­miu, gdzie 24 grud­nia 1940 ro­ku podczas pierw­szej Wi­gi­lii po za­ło­że­niu obo­zu, Niem­cy usta­wi­li na pla­cu ape­lo­wym ol­brzy­mią cho­in­kę i przy­ozdo­bi­li ją ko­lo­ro­wy­mi elek­trycz­ny­mi lamp­ka­mi. Pod nią opraw­cy po­ło­ży­li… cia­ła więź­niów zmar­łych w cza­sie ape­lu oraz pod­czas pra­cy. Po­wie­dzie­li, że to „pre­zent” dla ży­ją­cych. Za­bro­ni­li na­wet śpie­wu ko­lęd. Rok póź­niej w Wi­gi­lię za­bi­li 300 ra­dziec­kich jeń­ców, któ­rzy nie mie­li na­wet si­ły iść. O 18.00 przy trza­ska­ją­cym 30stop­nio­wym mro­zie zor­ga­ni­zo­wa­li dodatkowy apel, wła­śnie „z oka­zji Wi­gi­lii” – je­go trak­cie za­mar­z­ło 42 oso­by. 

W 1942 ro­ku – zno­wu usta­wi­li cho­in­kę i zno­wu po­ło­ży­li pod nią cia­ła za­mor­do­wa­nych lu­dzi. A jed­nak – po­mi­mo strasz­li­wej gro­zy, po­mi­mo nie­ludz­kie­go gło­du, śmier­tel­ne­go zmę­cze­nia – więź­nio­wie or­ga­ni­zo­wa­li wi­gi­lie. O wie­cze­rzy nie by­ło mo­wy – opła­tek za­stę­po­wa­li chle­bem od­ję­tym od ust i od­kła­da­nym przez kil­ka dni i śpie­wa­li ko­lę­dy. Wi­told Pi­lec­ki w cza­sie swej obo­zo­wej wi­gi­lii na prze­my­co­nej do blo­ku cho­in­ce umie­ścił bia­łe­go or­ła wy­cię­te­go z bru­kwi. Z bru­kwi, którą ko­na­ją­cy z gło­du odło­ży­li, że­by zro­bić z niej pol­ski sym­bol. I tak by­ło przez ca­ły czas ist­nie­nia obo­zu. W 1944 ro­ku uda­ło się na­wet od­pra­wić tam pa­ster­kę a ko­bie­ty z obo­zu Bir­ke­nau zro­bi­ły pre­zen­ty dla dzie­ci z obo­zo­we­go szpi­ta­la – ze skraw­ków ma­te­ria­łu uszy­ły im 200 za­ba­wek. W miej­scu, gdzie by­ło lu­dzi tyl­ko nu­me­ry, każ­dą pod­pi­sa­ły imie­niem i na­zwi­skiem dziec­ka, do każ­dej wło­ży­ły „sło­dy­cze” – dwa ka­wał­ki cu­kru al­bo lan­dryn­ki. 

W so­wiec­kich ła­grach za pró­bę zor­ga­ni­zo­wa­nia Wi­gi­lii ka­ra­no kar­ce­rem, zwięk­sze­niem dzien­nych „norm” al­bo do­ło­że­niem kil­ku lat do wy­ro­ku. A jed­nak i tam Po­la­cy or­ga­ni­zo­wa­li wi­gi­lie – po ci­chut­ku, za­miast opłat­ka dzie­ląc się chle­bem za­cho­wa­nym z gło­do­wych dzien­nych ra­cji. Gu­staw Her­ling-Gru­ziń­ski wspo­mi­nał wi­gi­lię czte­rech Po­la­ków, któ­rzy do­sta­li na­wet pre­zent – pra­cu­ją­ca przy wy­rę­bie la­su ro­dacz­ka po­da­ro­wa­ła im wła­sno­ręcz­nie ha­fto­wa­ne chu­s­tecz­ki do no­sa – w ła­grze – nie­sły­cha­ny, nie­spo­ty­ka­ny luk­sus, tym więk­szy, że wy­ma­gał po­świę­ce­nia cze­goś dla więź­nia naj­cen­niej­sze­go – kil­ku go­dzin wy­po­czyn­ku. By­ła i okrut­niej­sza Wi­gi­lia – Wi­gi­lia, któ­rej Po­la­cy nie prze­ży­li. 24 grud­nia 1944 ro­ku wie­czo­rem do wsi Ih­ro­wi­ca na Po­do­lu, za­miesz­ka­łej przez Po­la­ków wtar­gnę­ło UPA i oko­licz­ni ukra­iń­scy chło­pi. Przy wi­gi­lij­nych sto­łach be­stial­sko za­mor­do­wa­li 89 oso­by. Cie­li ich sie­kie­ra­mi, pi­ła­mi do drew­na, kłu­li ba­gne­ta­mi. W pierw­szej ko­lej­no­ści zgi­nę­li Po­la­cy zna­ni z pa­trio­tycz­nej po­sta­wy oraz miej­sco­wy ksiądz – Sta­ni­sław Szcze­pan­kie­wicz, któ­ry po usły­sze­niu pierw­szych strza­łów ban­de­row­ców bi­ciem w dzwon ostrzegł miesz­kań­ców. Ukra­iń­cy je­go i je­go dwie sio­stry za­rą­ba­li sie­kie­ra­mi. Nie­licz­ni Po­la­cy, któ­rym uda­ło się uciec do la­su al­bo któ­rych schro­ni­li z na­ra­że­niem ży­cia miesz­ka­ją­cy w tej sa­mej wsi Ukra­iń­cy, w pierw­szy dzień Świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia, kie­dy Chur­chill za­sia­dał do świą­tecz­nej pie­cze­ni, po­grze­ba­li za­mor­do­wa­nych i opu­ści­li ro­dzin­ną wieś. Nikt ni­g­dy nie upo­mniał się tam­tą wi­gi­lij­ną krew i nikt za tę zbrod­nię nie od­po­wie­dział, cho­ciaż wszy­scy wie­dzie­li, kto nią do­wo­dził. 

Tak tam­tą Wi­gi­lię wspo­mi­nał świa­dek ukra­iń­skiej zbrod­ni – Mie­czy­sław Al­bert Krą­piec: 

W tym cza­sie z ple­ba­ni do­cho­dzi­ły do nas wy­raź­ne od­gło­sy roz­bi­ja­nych drzwi i okien. Wa­le­nie sie­kie­ra­mi prze­pla­ta­ło się z trza­skiem wy­ła­my­wa­ne­go drew­na. Po ja­kimś cza­sie usły­sze­li­śmy strasz­li­wy la­ment ko­biet od Bia­ło­wą­sów „Głą­bów”. By­ła tam bab­cia, mat­ka, trzy cór­ki i miesz­ka­ją­ca z ni­mi za­przy­jaź­nio­na na­uczy­ciel­ka z Ce­bro­wa. W cza­sie na­pa­du ucie­kły na strych za­my­ka­jąc za so­bą właz. Te­raz pa­li­ły się żyw­cem, gdyż Ukra­iń­cy pod­pa­li­li ich dom. Te­go wo­ła­nia Bo­ga i lu­dzi o po­moc opi­sać nie po­tra­fię. To był ja­kiś kosz­mar. Chwi­la­mi dłoń­mi za­ty­ka­łem uszy. Do koń­ca ży­cia nie za­po­mnę ich prze­ra­żo­nych, wręcz osza­la­łych z bó­lu krzy­ków. Ko­bie­ty te do­zna­ły pie­kła na zie­mi

Pal­ma ja­ko cho­in­ka 

Dziś do Be­tle­jem przy­jeż­dża­ją w Bo­że Na­ro­dze­nie Po­la­cy ja­ko tu­ry­ści. Żoł­nie­rze Ar­mii An­der­sa, któ­rzy wi­gi­lij­nym opłat­kiem ła­ma­li się po­śród afry­kań­skich pia­sków, któ­rzy by­li tak bli­sko miejsc opi­sa­nych w Bi­blii, od­da­li­by wszyst­ko, że­by być w kra­ju a nie pod pal­mą uda­ją­cą cho­in­kę z lamp­ka­mi z gilz od na­boi kara­bi­no­wych na­peł­nio­nych pa­li­wem i pod­pa­lo­nych i „bomb­ka­mi” – czoł­ga­mi wy­cię­ty­mi z ko­lo­ro­we­go pa­pie­ru. In­ne tu świę­ta od na­szych. Nie ma ani śnie­gu, ani cho­inek. Trud­no zresz­tą, aby Świę­ta ob­cho­dzi­li w tym sa­mym na­stro­ju do ja­kie­go przy­wy­kli­śmy w Kra­ju. Świę­ta spę­dzo­ne z da­le­ka od swych naj­bliż­szych, od swych do­mostw, od Kra­ju, nie mo­gą być dla nas tem, cze­go – daj Bo­że – za­zna­my już w przy­szłym ro­ku. Los ten dzie­lą dziś wszy­scy Po­la­cy, w Kra­ju, w Szko­cji, w To­bru­ku, w głę­biach so­wiec­kie­go Związ­ku, w obo­zach jeń­ców. Jesteśmy si­łą i prze­mo­cą bru­tal­ną roz­dzie­le­ni, i gdy dziś z bla­skiem pierw­szej gwiaz­dy za­sią­dzie­my do sto­łów wi­gi­lij­nych, to my­śli na­sze prze­mie­rzać bę­dą ty­sią­ce i ty­sią­ce ki­lo­me­trów, by po­łą­czyć się ze swo­imi.- mó­wi­li. I tyl­ko ko­lę­dy mo­gli śpie­wać po la­tach w ro­syj­skich ła­grach peł­ną pier­sią. By­ła to ich je­dy­na ra­dość. 

Tato, sły­szysz mnie?

Po woj­nie by­ło nie­wie­le le­piej. Nie cho­dzi o to, że w zruj­no­wa­nym kra­ju pa­no­wa­ła wciąż bie­da, że na wi­gi­lij­nych sto­łach nie by­ło dwu­na­stu dań, że pod­sta­wo­wym da­niem był śledź a Po­la­kom wma­wia­no, że Wi­gi­lia to prze­ży­tek, że nikt jej nie ob­cho­dzi i nie urzą­dza. Cho­dzi o at­mos­fe­rę gro­zy w Pol­sce, o to, że na­wet w ta­ki dzień mo­gli przyjść (i zda­rza­ło się, że przy­cho­dzi­li) że dla wie­lu lu­dzi niewiele się zmie­ni­ło – spę­dza­li Wi­gi­lię w ubec­kich wię­zie­niach, ukry­ci w la­sach al­bo z na­ra­że­niem ży­cia swe­go i bli­skich prze­kra­da­jąc się do ro­dzin, by cho­ciaż kil­ka chwil spę­dzic z żo­na­mi i dziec­mi al­bo uści­skac ro­dzi­ców. Ta­kie wła­śnie by­ły wi­gi­lie żoł­nie­rzy wy­klę­tych. Gdy już na­praw­dę nie mo­gli pójść do ro­dzin, gdy nie­bez­pie­czeń­stwo po­ka­za­nia się we wsi by­ło zbyt wiel­kie, oko­licz­ni go­spo­da­rze fur­man­ka­mi wie­czo­rem, gdy by­ło już ciem­no do­star­cza­li im je­dze­nie, miej­sco­wy ksiądz prze­ka­zy­wał opłat­ki i tak świę­to­wa­li Nar­dze­nie Pań­skie. Ksiądz Sta­ni­sław Sie­ra aresz­to­wa­ny ja­ko kle­ryk w li­sto­pa­dzie 1950 ro­ku za przy­na­leż­ność do So­li­da­cji Ma­ryj­nej w ubec­kim wię­zie­niu spę­dził sie­dem mie­się­cy, w tym tak­że Świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Po la­tach tak wspo­mi­nał ich prze­bieg: Przed Wi­gi­lią od­kła­da­li­śmy z zu­py ziem­nia­ki i mar­chew, do­da­wa­li­śmy ce­bu­lę i czo­snek, i tak po­wsta­wa­ła sa­łat­ka wi­gi­lij­na. By­ło prze­mó­wie­nie, mo­dli­twa i ży­cze­nia. Po spo­ży­ciu przy­go­to­wa­ne­go po­sił­ku za­nu­ci­li­śmy ko­lę­dę: „Ci­cha noc, świę­ta noc…”. Po chwi­li usły­sze­li­śmy śpiew ko­lęd w ca­łym wię­zie­niu. Na­gle na pla­cu An­drze­ja roz­le­gło się na­wo­ły­wa­nie chłop­ca: 

-­ Ta­to, ta­to, sły­szysz mnie? Wszy­scy wy­buch­nę­li­śmy pła­czem. Każ­de­mu przy­po­mniał się dom ro­dzin­ny. Wie­czo­rem roz­po­czę­ło się nada­wa­nie al­fa­be­tem Mor­se’a ży­czeń do są­sia­dów. Ścia­ny nie dzie­li­ły już, lecz łą­czy­ły. Pu­ka­nie „mor­sem” by­ło su­ro­wo za­bro­nio­ne i gro­zi­ło do­sta­niem się do kar­ce­ru. 

Wie­lu spę­dza­ło Wi­gi­lię sa­mot­nie – w ce­li śmier­ci, za­sta­na­wia­jąc się czy zo­ba­czą jesz­cze ra­nek, czy nie spę­dzą Pa­ster­ki już w nie­bie. I cza­sa­mi przy­cho­dzi­li. Wy­cią­ga­li z cel i roz­strze­li­wa­li. Wte­dy pu­ste miej­sce przy sto­le też nie za­wsze by­ło dla nie­spo­dzie­wa­ne­go go­ścia ale dla ko­goś dro­gie­go, o któ­rym ro­dzi­ny nic nie wie­dzia­ły. Cza­sem wy­sła­ły pacz­kę do wię­zie­nia, zo­sta­wia­ły miej­sce i by­ły my­śla­mi z oj­cem czy mę­żem, nie wie­dząc, że już nie ży­je. Wciąż by­li Po­la­cy, któ­rzy swo­ją Wi­gi­lię spę­dza­li w so­wiec­kich ła­grach, dzie­ląc się za­osz­czę­dzo­nym z gło­do­wych ra­cji chle­bem i le­piąc z nie­go szop­ki, że­by cho­ciaż przez chwi­lę po­czuć się jak kie­dyś, jak na wol­no­ści. 

Dla wie­lu ro­dzin Wi­gi­lia by­ła wspo­mnie­niem ich za­bi­tych bli­skich – ofiar po­znań­skie­go czerw­ca 1956, bun­tu ro­bot­ni­ków zma­sa­kro­wa­nych w dniach 14 – 19 grud­nia 1970 ro­ku na Wy­brze­żu, gór­ni­ków za­strze­lo­nych w sta­nie wo­jen­nym tuż przed Bo­żym Na­ro­dze­niem, tych co zgi­nę­li w „wy­pad­kach”, wpa­dli pod sa­mo­cho­dy, spa­da­li ze scho­dów al­bo to­nę­li. Wi­gi­lia by­ła dniem pa­mię­ci o nich, o któ­rych nie moż­na by­ło wal­czyc ani o któ­rych nie wol­no by­ło mó­wić. 

Klę­ka­li w śnie­gu 

W la­tach osiem­dzie­sią­tych by­ło jak za­wsze – zor­ga­ni­zo­wa­nie Wi­gi­lii wy­ma­ga­ło fan­ta­stycz­nej po­my­sło­wo­ści, tzw. „zna­jo­mo­ści” i spo­ro szczę­ścia. Po­la­cy od lat otrza­ska­ni ze zdo­by­wa­niem pod­sta­wo­wych pro­duk­tów ja­koś so­bie ra­dzi­li. By­ła jed­nak w tam­tym cza­sie Wi­gi­lia szcze­gól­na – Wi­gi­lia sta­nu wo­jen­ne­go 1981 ro­ku. Tuż przed nią zgi­nę­li lu­dzie – gór­ni­cy na Ślą­sku. Gór­ni­cy z ko­pal­ni Piast straj­ko­wa­li – świa­do­mie pod­ję­li de­cy­zję o po­zo­sta­niu pod zie­mią, gdzie ich wie­cze­rza skła­da­ła się ka­wał­ka chle­ba i ja­błek. In­ter­no­wa­ni i aresz­to­wa­ni dzie­li­li się tym, co mie­li – ka­wał­kiem chle­ba, owo­cem przy­sła­nym przez żo­nę al­bo okru­cha­mi opłat­ka, któ­rym po­sy­py­wa­li chleb. I tyl­ko ko­lę­dy na prze­kór wła­dzy, na prze­kór za­ka­zom śpie­wa­li peł­ną pier­sią. Tam­te­go wie­czo­ru na jed­ną noc zo­sta­ła znie­sio­na go­dzi­na po­li­cyj­na – tłu­my lu­dzi po­szły na Pa­ster­kę obo­jęt­nie mi­ja­jąc pa­tro­le mi­li­cji, ZO­MO i woj­ska. I tyl­ko je­den czło­wiek wziął opła­tek i po­szedł do nich, trak­to­wa­nych przez spo­łe­czeń­stwo jak wro­go­wie. W tam­tą Wi­gi­lię ksiądz Je­rzy Po­pie­łusz­ko z opłat­kiem w dło­ni po­szedł do żoł­nie­rzy pa­tro­lu­ją­cych uli­ce War­sza­wy. Jak wspo­mi­na­ła An­na Sza­niaw­ska – klę­ka­li oni w śnie­gu i pła­ka­li, że ich nie po­tę­pia, spo­wia­da­li się i prze­pra­sza­li. 

Po­tem jesz­cze raz zmie­nił się cha­rak­ter pol­skich Wi­gi­lii – ro­dzi­ny roz­dzie­la­ła przy­mu­so­wa emi­gra­cja – po­li­tycz­na al­bo ta „za chle­bem”. Nie był te­le­fo­nów, ma­ili, In­ter­ne­tu – co z te­go, że na sto­le po­ja­wił się przy­sła­ny w pacz­ce tuń­czyk i ame­ry­kań­ska cze­ko­la­da, sko­ro ro­dzi­na nie by­ła ra­zem. I jak kie­dyś by­ły ro­dzi­ny za­sia­da­ją­ce do wie­cze­rzy ty­sią­ce ki­lo­me­trów od sie­bie, ma­rzą­ce, że­by w koń­cu spę­dzić Świę­ta ra­zem. 

Oby­śmy nie za­po­mnie­li 

Dziś to wszyst­ko wy­da­je się złym snem, kosz­ma­rem w któ­ry nie chce uwie­rzyć ani o któ­rym nie chce słu­chać mło­de po­ko­le­nie. Dziś już nie­wie­le osób wspo­mi­na ra­dość, ja­ką da­wa­ło zwy­kłe by­cie ra­zem te­go dnia – bez kar­pia, po­ma­rań­czy i dwu­na­stu dań. Dziś w wio­dą­cych me­diach sły­chać na­rze­ka­nia „ce­le­bry­tów”, że przy­go­to­wa­nie Świąt jest mę­czą­ce, że Wi­gi­lia to spek­takl i naj­le­piej wy­je­chać z do­mu, spę­dzić ten czas mod­nie zry­wa­jąc z „drob­no­miesz­czań­ską” tra­dy­cją za­sia­da­nia do sto­łu za­sta­wio­ne­go po­st­ny­mi da­nia­mi i „uda­wa­nie” że czu­je się coś do zgro­ma­dzo­nych przy nim lu­dzi. Co­raz czę­ściej Po­la­kom pro­po­nu­je się wy­jaz­dy za­gra­nicz­ne, po­praw­ność po­li­tycz­na na­ka­zu­je mó­wić o „świę­tach” czy też „wa­ka­cjach zi­mo­wych” by­le tyl­ko od­rzec Bo­że Na­ro­dze­nie z je­go re­li­gij­ne­go cha­rak­te­ru. Na szczę­ście wciąż jesz­cze więk­szość Po­la­ków nie wy­obra­ża so­bie te­go je­dy­ne­go wie­czo­ru w ro­ku bez opłat­ka, sian­ka pod ob­ru­sem, po­st­nych dań i zgro­ma­dzo­nej za sto­łem ca­łej ro­dzi­ny. Wciąż je­ste­śmy go­to­wi po­ko­nać set­ki ki­lo­me­trów by­le być te­go wie­czo­ru ra­zem. I oby tak po­zo­sta­ło. Oby­śmy już ni­g­dy nie prze­ży­wa­li tak strasz­nych Wi­gi­lii jak by­ło to jesz­cze kil­ka­na­ście czy na­wet kil­ka lat te­mu. Oby­śmy pa­mię­ta­li, jak waż­ny był dla Po­la­ków ten dzień, jak wbrew wszyst­kim i wszyst­kie­mu po­tra­fi­li go czcić. I oby na za­wsze po­zo­stał dla nas jed­nym z naj­waż­niej­szych dni w ro­ku. 

Al­do­na Za­or­ska 

Źró­dło: 

http://www.​swiadkowiehistorii.​pl 

Alek­san­der Ścios „Pol­skie wi­gi­lie” http://www.​rodkanet.​com

Posted in Religia | Leave a Comment »

Litza (Robert Friedrich) mówi o krzyżu, którego się nie wstydzi

Posted by tadeo w dniu 28 grudnia 2011

Posted in Nie wstydzę się JEZUSA, Religia, Wywiady | Leave a Comment »