WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Religia’ Category

ŚWIADECTWO NAWRÓCENIA

Posted by tadeo w dniu 23 lutego 2012

http://gloria.tv/?media=212036

Reklamy

Posted in Religia | Leave a Comment »

List pasterski na Wielki Post arcybiskupa Józefa Michalika

Posted by tadeo w dniu 23 lutego 2012

List pasterski na Wielki Post arcybiskupa Józefa Michalika

Audio

Zobacz także:  

Ks. abp Józef Michalik

Wywiad: ks. abp Józef Michalik

Posted in Religia | Leave a Comment »

Środa Popielcowa

Posted by tadeo w dniu 21 lutego 2012

ImageŚroda Popielcowa rozpoczyna w Kościele katolickim Wielki Post, czyli czterdziestodniowe przygotowanie do Uroczystości Zmartwychwstania. Okres Wielkiego Postu jest dla wiernych wezwaniem do odnowienia życia i wewnętrznego nawrócenia.

 

Środa Popielcowa (Popielec) swą nazwę wywodzi z obrzędu posypywania głów popiołem. W obecnej liturgii symbolicznemu gestowi, towarzyszą wypowiadane przez kapłana słowa: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz” lub „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Popiół pochodzi z ubiegłorocznych gałązek, niesionych w Niedzielę Palmową podczas procesji.

Tradycja posypywania głów popiołem na znak pokuty pojawiła się w VIII wieku. W XI wieku papież Urban II uczynił go obowiązującym zwyczajem w całym Kościele. Wówczas postanowiono, że popiół będzie pochodził z palm poświęconych w Niedzielę Palmową z ubiegłego roku.

W Środę Popielcową wszystkie osoby, które ukończyły 14 lat, obowiązuje wstrzemięźliwość, zaś osoby pełnoletnie do 60 roku życia – post ścisły, co oznacza, że mogą spożywać jeden posiłek do syta i dwa skromniejsze. Prawo kanoniczne nie nakłada na wiernych obowiązku uczestniczenia w tym dniu w Eucharystii, chociaż jest to powszechną praktyką, z której nie powinno się rezygnować bez ważnej przyczyny. 

W okresie Wielkiego Postu w każdy piątek w kościołach odprawia się nabożeństwo drogi krzyżowej, w niedzielę natomiast Gorzkie Żale. Kolorem liturgicznym jest fiolet.

http://glosojcapio.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=852&Itemid=96

Przeczytaj także: Po co nam Wielki Post?

U progu kolejnego Wielkiego Postu trzeba sobie uświadomić stan własnej duszy, własną małość i grzeszność. Nie poprzestawajmy na posypaniu głowy popiołem.

Coraz większą popularnością, również w Polsce, cieszą się baseny, siłownie, gabinety odnowy biologicznej. Nie tylko ludzie młodzi, ale i ci w sile wieku spacerują, uprawiają gimnastykę, by być w dobrej kondycji fizycznej. Czy jednak sprawne ciało jest w perspektywie życia wiecznego najważniejsze?

Posted in Religia | 1 Comment »

Sekty – co warto wiedzieć? – Paweł Królak

Posted by tadeo w dniu 20 lutego 2012

Sekty – co warto wiedzieć? – Paweł Królak. pdf

Posted in Książki (e-book), Religia | 1 Comment »

O najgorszej zbrodni.

Posted by tadeo w dniu 18 lutego 2012

Obejrzałam dziś Uwagę i… Aż mnie zmroziło…

Kobieta publicznie mówi o dwóch morderstwach, których dokonała w przeszłości. Tak jakby to było nic takiego, ot wyjście na zakupy albo do fryzjera. Przyznaje się do tego, bo wie, że nic jej za to nie grozi. Nie ma kary za zamordowanie swojego dziecka w swoim łonie. Nie rozumiem dlaczego nie ma kary! Zamordowanie swojego dziecka jest czynem najgorszym z możliwych. Kobieta dokonująca takiej zbrodni powinna ponieść karę o wiele większą niż mężczyzna zabijający kogoś na ulicy. Czemu nie posługujemy się Kodeksem Hammurabiego? Oko za oko, ząb za ząb. Śmierć za śmierć. Skoro kobieta morduje swoje dziecko, które cierpi w ogromnych męczarniach to sama powinna ponieść taką samą karę. Człowiek jest człowiekiem od momentu poczęcia. Kara za zamordowanie dziecka w łonie matki powinna być taka sama jak po urodzeniu dziecka. To, że dziecka w łonie matki nie widać, nie znaczy, że go nie ma, że nie istnieje. To już w pierwszym dniu zostają określone takie cechy jak: płeć, kolor oczu, włosów i skóry, tendencja do wysokiego lub niskiego wzrostu, dobre zdrowie lub skłonność do określonych chorób, a w 21 dniu zaczyna bić serce poczętego dziecka i kształtuje się mózg. W 6 tygodniu tworzy się szkielet dziecka. Funkcjonują już nerki, płuca, wątroba i serce. Rejestruje się już fale elektromagnetyczne wysyłane przez mózg.

Matka jest odpowiedzialna za swoje dziecko. To nie jest jej ciało, z którym może zrobić co chce. To jest nowe życie, nowy człowiek i nie może z nim zrobić co chce. To niewinna bezbronna istota, która ufa swojej matce. Chce kochać i być kochana. Chce być szczęśliwa. Ma prawo do życia!

Artykuł III Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka ONZ głosi: „Każdy człowiek ma prawo do życia, wolności i bezpieczeństwa swej osoby”. Czy te podstawowe prawa człowieka są respektowane dzisiejszym świecie? Niestety nie. Bardzo to jest smutne. Tyle dzieci jest mordowanych. Jest powszechne zezwolenie społeczeństwa na dokonywanie tych zbrodni. Kobiety chwalą się, że zamordowały swoje dzieci, a na większości ludzi nie robi to wrażenia. Na jakim ja świecie żyję???

Posted in Religia | Leave a Comment »

Znalezione w sieci

Posted by tadeo w dniu 18 lutego 2012

„Wiara bez dobrych czynów 

jest jak drzewo bez owoców.

Miłość bez dobrych czynów

jest jak matka bez dzieci.

Modlitwa bez dobrych czynów

jest jak ptak bez skrzydeł.”

Posted in Religia, Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Brak czasu dla Pana Boga

Posted by tadeo w dniu 16 lutego 2012

Rysunkowe refleksje nad utraconym czasem.

Posted in Religia | Leave a Comment »

Historia Sanktuarium Maryjnego w Kodniu

Posted by tadeo w dniu 15 lutego 2012

Historia Sanktuarium i cudownego obrazu Matki Bożej Kodeńskiej jest ściśle związana z rodem Sapiehów. Jednak cała historia zaczyna się znacznie, znacznie wcześniej…
Swój początek ma już w VI wieku, kiedy na piotrowym tronie w Rzymie zasiada papież Grzegorz Wielki. W prywatnej kaplicy papieskiej jak przekazują podania miała wówczas znajdować się cudowna figura Matki Bożej. bazylika.jpgPapież Grzegorz Wielki (którego postać widzimy w ołtarzu po lewej stronie od obrazu, z trójramiennym krzyżem) postanowił podarować swojemu przyjacielowi bp Leandrowi (postać za papieżem Grzegorzem Wielkim) tę figurę.
Fanfary na odsłonięcie:
Posłuchaj

oltarz.jpg

Biskup umieścił ją w sanktuarium w miejscowości Guadelupe w Hiszpani. Stąd dwa tytuły Matki Bożej : Matka Boża Gregoriańska oraz Matka Boża z Gwadelupy.Jak podaje legenda figurę tę miał wyrzeźbić św. Łukasz Ewangelista (postać z prawej strony z wizerunkiem Matki Boskiej). ednak jest to tylko legenda, mimo której to właśnie św. Łukasz Ewangelista uznawany jest po dziś dzień za najbardziej „maryjnego” Apostoła Chrystusa. Stąd jego ścisły związek z Maryją w tym przekazie. W czasie gdy bp Leander zabierał ofiarowaną mu figurę Matki Bożej przez papieża Grzegorza Wielkiego, pojawia się czwarta ważna postać w całej tej historii. Jest nią postać bp. Augustyna z Canterbury, który miał wielki talent malarski. Nie jest to ten św. Augustyn z Hippony, który  nawrócił się m.in. za przyczyną swej matki i bp. Ambrożego a był autorem m.in. znanego dzieła pt. „Wyznania”.
Na podstawie figury Matki Bożej podarowanej bp. Leandrowi, św. Augustyn namalował obraz, który od tego czasu widniał w papieskiej kaplicy. Umieszczony został tam aż do czasów papiestwa Urbana VIII i Mikołaja Sapiehy zw. Pobożnym.
Czwarty w kolejności właściciel Kodnia Książe Mikołaj Sapieha zwany Pobożnym, rozpoczął budowę świątyn. W trakcie jej  budowy zachorował. Mikołaj Sapieha miał wtedy 42 lata. Na wskutek wylewu krwi, doznał paraliżu. Budowa świątyni została przerwana z powodu choroby księcia. Po paru miesiącach, żona Anna namówiła księcia na pielgrzymkę do Rzymu. Książę, który w młodości studiował w Rzymie i dobrze Rzym zna chętnie się zgodził na wyjazd do Rzymu. Przygotowano wyprawę konną, bo tylko takie środki lokomocji wówczas były. Po dwóch miesiącach dojechali szczęśliwie do Rzymu, gdzie książę Sapieha został przyjęty przez Ojca św. Urbana VIII.W trakcie audiencji papież zaprosił księcia na Mszę św. do swojej prywatnej kaplicy, gdzie książę w ołtarzu tej kaplicy zobaczył właśnie ten obraz Matki Bożej, na który mamy szczęście aktualnie patrzeć tutaj w kodeńskiej świątyni. Jak tradycja nam przekazała w czasie Mszy św. odprawianej przez Ojca Świętego Urbana VIII, książę Sapieha doznał cudownego uzdrowienia Po paru miesiącach paraliżu podniósł się o własnych siłach. Dziękując Matce Bożej za cudowne uzdrowienie, postanowił sobie za wszelką cenę obraz Matki Bożej zabrać ze sobą do Kodnia. Jednak Ojciec Święty nie wyraził na to zgody i wówczas Mikołaj Sapieha zw. Pobożnym, wpada na niepobożny sposób. obraz MBK.jpgPrzekupuje zakrystiana papieskiego. Obiecuje mu 500 złotych dukatów a ten w nocy wykrada obraz z kaplicy papieskiej, wręcza go księciu, za co otrzymuje wynagrodzenie zgodnie z umową. Książę natychmiast w nocy ucieka z obrazem z Rzymu, spodziewając się pościgu. Rzeczywiście po zauważeniu kradzieży, pościg ruszył za księciem, ale temu udało się szczęśliwie uciec z obrazem Matki Bożej. Wówczas Ojciec św. Urban VIII, ukarał księcia, rzucając na niego klątwę kościelną (zakaz wstępu do świątyni, zakaz uczestniczenia we Mszy św. zakaz przystępowania do spowiedzi i Komunii św.). Książę bardzo boleśnie przeżył tę karę kościelną, ale nadal uciekał z obrazem do Kodnia. Na przyjęcie obrazu 8-tysięcznyy wówczas Kodeń został pięknie przygotowany (dekoracje, orkiestry, armaty). Obraz Matki Bożej został uroczyście wprowadzony do kaplicy zamkowej 15 września 1631 roku. Do kaplicy, gdyż kościół był w trakcie budowy.
Gdy książę dokończył budowy tej Bazyliki pięknie ją wyposażył. Wówczas obraz Matki Bożej przeniesiono do tej świątyni do głównego ołtarza. Książę jako wyklęty z Kościoła, nie mógł wejść do tej świątyni, więc prywatnie wchodził do pomieszczeń nad zakrystią i przez okienko spoglądał na obraz Matki Bożej i w ten sposób przez okienko się modlił. Trwało to trzy lata. Po trzech latach książę udał się na sejm, na którym rozgorzała dyskusja, gdy król Władysław IV chciał zawrzeć związek małżeński z protestantką, co według niektórych groziło Polsce zalewem protestantyzmu.

nawiedzenie.jpgW tej sprawie zabrał też głos książę Sapieha i z wielką mocą przekonywał króla, żeby tego nie czynił, grożąc przy tym zerwaniem sejmu. Król ustępuje – odstępuje od powziętego wcześniej zamiaru, ostatecznie żeniąc się z córką cesarza Austrii, Renatą Cecylią. Wówczas to Nuncjusz Papieski w Polsce – Visconti – obecny na sejmie postanowił pomóc księciu. Napisał list do Ojca św. Urbana VIII, prosząc go o darowanie kary i pozostawienie obrazu Matki Bożej w Kodniu. Urban VIII przychylił się do prośby, zdjął karę kościelną i obraz po wsze czasy darował Sapiehom i Kodniowi. Zażądał tylko, żeby Książę Sapieha w ramach pokuty odbył podróż do Rzymu. Książę podjął osobistą decyzję, po modlitwie przed obrazem Matki Bożej i pieszo powędrował z Kodnia do Rzymu /2300 km/.
W Rzymie został znów przyjęty przez Ojca św. Urbana VIII i tym razem obdarowany Relikwiami Świętych (kości świętych męczenników i wyznawców).Według kronik przywiózł ze sobą do Kodnia około 100 Relikwii Świętych, które umieścił w tej Bazylice. Z biegiem czasu część relikwii została rozkradziona, ale około 60 ocalało i są umieszczone w bocznym ołtarzu. Znajdują się one w specjalnych relikwiarzach za szybami on góry do dołu ołtarza, który przedstawia męczeństwo św. dk. Szczepana. Poginęły dokumentacje i dlatego w tej chwili nie wiemy jakiego Świętego relikwie tutaj zostały. Jedyną dokumentacja potwierdzającą autentyczność relikwii jest dokument dotyczący czaszki św. Feliksa. Św. Feliks był papieżem i męczennikiem.

Obraz Matki Bożej był koronowany koronami papieskimi w roku 1723. Była to trzecia koronacja obrazu na terenach dawnej Polski: pierwsza koronacja koronami papieskimi miała miejsce na Jasnej Górze – 1717, potem w Trokach k/Wilna – 1718 i  w Kodniu – 15 sierpnia 1723 r. Papieskie korony z 1723 są zabezpieczone. Na obrazie Matki Bożej umieszczono nowe korony, w roku jubileuszowym 2000-nym. Podlasie ufundowało Matce Bożej nowe korony, które poświęc1ł ks. bp senior Jan Mazur.
sw_Jozef.jpgPodczas rozbiorów Polski car ukarał Kodeń za to, że mieszkańcy Kodnia brali udział w Powstaniu Styczniowym  w 1864. Za to car pozbawił Kodeń praw miejskich oraz zlikwidował parafię rzymsko-katolicką. Z świątyni wszystko zostało usunięte, wywiezione i to nieraz bardzo daleko: główny ołtarz do Opinogóry na Mazowsze, pięć ołtarzy do Kadzidła na Kurpiach, duży obraz św. Anny z bocznej kaplicy do katedry w Łomży, oraz pozostałe ołtarze, obrazy do pobliskich parafii.
Sam cudowny obraz carscy żołnierze zapakowali do skrzyni i końmi przewieźli do Białej Podlaskiej i potem pociągiem do Częstochowy na Jasną Górę. Tam cudowny obraz Matki Bożej Kodeńskiej przebywał 52 lata w Kaplicy Serca Pana Jezusa w Bazylice Jasnogórskiej. Dzisiaj przy kaplicy Serca Pana Jezusa jest pamiątkowa tablica zaś w Wieczerniku ołtarz z dużym obrazem Matki Bożej Kodeńskiej na pamiątkę tego pobytu na Jasnej Górze.

Żołnierze carscy świątynię zamienili na cerkiew prawosławną i w tej świątyni ponad 30 lat modlili się prawosławni, zaś wierni kościoła rzymsko-katolickiego gromadzili się w Kaplicy św. Wawrzyńca na cmentarzu.
W 1905 roku prawosławni opuścili tę Świątynię i wówczas w Kodniu pojawił się ksiądz rzymsko-katolicki. Wysiadł na stacji Kodeń dzisiaj za Bugiem na Białorusi, przeszedł przez most na Bugu i szedł w kierunku świątyni. Na łące przy Kalwarii stoi pamiątkowy krzyż, bo w tym właśnie miejscu witano tego kapłana. Po śmierci kapłan ten spoczął niedaleko Bazyliki pod Krzyżem misyjnym koło Bazyliki.

W roku 1927  ks. bp Przeździecki, ordynariusz siedlecki sprowadził do Kodnia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Gdy pierwsi nasi ojcowie przybyli do Kodnia, zastali puste mury tej Bazyliki. Udało im się odzyskać ołtarz główny z Opinogóry. Ołtarz był odnowiony i przy¬-gotowany na przyjęcie Cudownego Obrazu Matki Bożej. Zaś cały dzisiejszy wystrój Bazyliki był robiony od nowa. Artysta profesor Marian Kiersnowski rzeźbił przez 16 lat dla tej Bazyliki: ambona, balaski, stalle, figura Serca Pana Jezusa, stacje Drogi Krzyżowej, cztery boczne ołtarze, organy. Wyrzeźbił też figurę Matki Bożej Kodeńskiej, którą umieszczono na jego grobie tutaj w Kodniu.
Cudowny obraz Matki Boże ks. bp Przeździecki zabrał z Jasnej Góry, przewiózł do Warszawy a tam obraz był odnowiony przez profesora Rutkowskiego, następnie przez dwa miesiące przebywał w archikatedrze warszawskiej. Gdy ksiądz biskup chciał zabrać obraz do Kodnia, mieszkańcy Warszawy chcieli, żeby obraz został w Warszawie i wówczas, żeby nie było wielkiego zamiesza¬nia, ksiądz biskup zdecydował o przewiezieniu obrazu na zamek królewski w Warszawie, gdzie ks. Prymas Hlond przed tym obrazem odebrał biret kardynalski. Następne ks. Bp Przeździecki po cichu w nocy przewiózł obraz do katedry siedleckiej. Tam obraz był ponad miesiąc czasu. Z Siedlec bardzo uroczyście obraz Matki Bożej był przewożony do Kodnia  (6 białych koni w specjalnym powozie). Tysiące ludzi szło z obrazem Matki Bożej od Siedlec do Kodnia. Na trasie cudowny obraz zatrzymał się w Zbuczynie, Międzyrzecu Podlaskim, Białej Podlaskiej, Horbowie i Terespolu.

3 września 1927 roku pod wieczór po 52-ch latach cudowny obraz Matki Bożej szczęśliwie wrócił do Kodnia. Przez całą noc obraz Matki Bożej przebywa na tzw. „Placencję”, gdzie dzisiaj jest park i gdzie na wzgórzu stoi kapliczka, wyjeżdżając z Kodnia w kierunku Terespola. W tym miejscu, gdzie jest kapliczka przez całą noc z 3/4 września 1927 przebywał cudowny obraz przed którym modliły się tysiące pielgrzymów. 4 września 1927 r. mszę św. przed cudownym obrazem odprawił ks. Kardynał Adam Sapieha z Krakowa, który pochodził z rodu Sapiehów kodeńskich. Po tej Mszy św. obraz Matki Bożej przeniesiono do Bazyliki i umieszczono w głównym ołtarzu. Króluje tu w Kodniu po dziś dzień – Matka Boża Podlasia, ta która sprawia jedność.
Obraz Matki Bożej Kodeńskiej w dużej rozdzielczości – pobierz

http://www.koden.com.pl/sanktuarium,s,1.html

Zobacz także:

Zapraszam do obejrzenia spaceru wirtualnego po Sanktuarium Maryjnym w Kodniu.

Pielgrzymka do Kodnia

Sanktuarium Maryjne w Kodniu

Odpust w Kodniu

Orkiestra z Kodnia

Ogród Zielny Matki Bożej w Kodniu

Kodeń

Kodeń 500 lat

Przeczytaj: 

BŁOGOSŁAWIONA WINA – ZOFIA KOSSAK

Posted in Matka Boża, Moja mała Ojczyzna, Religia | Otagowane: | 2 Komentarze »

Matka Boża Ostrobramska – Królową Świata i POLSKI

Posted by tadeo w dniu 12 lutego 2012

Zaraz po Neapolu, jezuici w Wilnie, przejęli inicjatywę rozgłaszania wszystkim, jak Maryja nas – Polaków wyróżniła pośród narodów tego świata, zwłaszcza przez ich współbrata Sługę Bożego o. Juliusza Mancinellego.

Obraz Matki Bożej Ostrobramskiej jest pierwszym „wcieleniem” objawień o. Mancinellego. 

Pani prof. Kałamajska-Saeed w swej pracy doktorskiej opublikowanej w Warszawie przez PWN w 1983 r. stwierdza, że artyści z Krakowa projektując obraz dla Wilna w 1620 r.  (niecałe dwa lata po śmierci Mancinellego), byli „zapatrzeni”wizerunek Maryi, w cysterskim wtedy opactwie BLEDZEW, uczynili go wierną kopią z odwrócona twarzą.


Według innych fachowców jak w oryginalnym Jej obrazie w GUADALUPE, w Meksyku.

Le cinque apparizioni della Vergine di Guadalupe Egidio Ridolfo s.j.

Come integrazione all’articolo di Maria di Lorenzo su Guadalupe (Juan Diego e il mistero di Guadalupe) ecco la „cronaca” delle apparizioni, quattro a Juan Diego (canonizzato da Giovanni Paolo II il 30 luglio 2002) e una allo zio Juan Bernardino.

Prima apparizione

Nel giorno di sabato 9 dicembre del 1531 Juan Diego, di buon mattino, andava dal suo villaggio verso Santiago Tlatelolco. Mentre passava per la collina del Tepeyac fu colpito da un armonioso canto di uccelli. Incuriosito sale verso la cima e lì vede una nube bianca risplendente circondata da un arcobaleno.

W Wilnie, w 1635 r., najwyższy ówczesny tamtejszy władca, Wielki Kanclerz, Książę, Albrecht Stanisław Radziwiłł, w powiązaniu także z jezuitami, i u nich, publikuje , niezwykły starodruk pt. „Dyskurs nabożny…”, powołując się na osobisty kontakt z Mancinellim, że od niego osobiście słyszał, jak Maryja wielokrotnie kazała mu się tytułować KRÓLOWĄ POLSKI.

Oryginał skopiowałem w Warszawie w 2005 r., w Bibliotece Uniwersyteckiej, w dziale starodruków, wcześniej, przede mną, nikt się tam nim się nie zainteresował. Według Estreichera z 1915 r., ten starodruk został drukiem wznowiony zaraz następnego roku, tj. 1636, w tym samym Wilnie, a trzeci raz wydrukowano go w Krakowie, w 1651 r. To świadczy, że jego treść wtedy wzbudzała wielkie zainteresowanie i potwierdza niezwykłą ówczesną więź Krakowa z Wilnem.


Najpierw, w 2004 r., to pierwsze wydanie wileńskie znalazłem w Poznaniu w Bibliotece Raczyńskich. I tamże go czytając, zdziwiło mnie, że nie ma nic z tego o czym mówiły inne współczesne publikacje. Jeszcze bardziej zaskoczył mnie brak zakończenia. Rok później w Warszawie odkryłem, że wyrwano około 70 ostatnich stron, i to akurat od tego co wyżej zamieściłem gdzie, autor powołuje się osobistą znajomość z Mancinellim, i że od niego osobiście słyszał jak Maryja kazała mu się nazywać KRÓLOWĄ POLSKI. Ówczesny dyrektor, tejże biblioteki, wyjaśnił mi, że to wyrwanie, zostało dokonane około sto lat temu – podczas zaborów.

Wotywny kościół Matki Boskiej Ostrobramskiej – KRÓLOWEJ POLSKI – dziękczynieniem Bogu za wyzwolenie Lwowa 1918 – 2-V-1938

Powstał, gdzie od wschodniej strony padł bolszewicki granat w r. 1920

Mozajkowy obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej, wykonany został przez brata T. J. Pieczonkę z Krakowa. Kościół pomieścić może w swym wnętrzu do 2200 osób. Pod względem swej objętości należy do największych kościołów we Lwowie.
Wzniosła, przepiękna i uroczystość konsekracji odbyła się w dniu 2-go maja 1937, w przededniu rocznicy Konstytucji Majowej. Dokonał jej ówczesny metropolita Lwowski ks. abp Bolesław Twardowski.

Wśród głębokiego i uroczystego nastroju uklękli wszyscy zebrani, powtarzając słowa Roty, które dźwięcznym a donośnym głosem odczytał mjr Józef Klink. Padały powoli twarde, potężne słowa ślubowania: Wielka Boga-Człowieka Rodzico i Panno Najświętsza, Królowo Polski! My, Zarząd Miejski stołecznego miasta Lwowa, Związek Obrońców Lwowa z listopada 1918 roku, Mieszczaństwo lwowskie i Zjednoczenie Chrześcijańskich Związków Zawodowych, zawsze Synowi Twojemu, Tobie i Ojczyźnie naszej wierni — pod przewodnictwem naszego Arcypasterza padamy w świątyni Tobie poświęconej przed Twoimi łaskami słynącym Obrazem, wylewając uczucia serca naszego, pełni wdzięczności za pomoc Twą i opiekę w ciężkich zmaganiach naszych o przynależność naszego Miasta i kresów wschodnich do Rzeczypospolitej. Obieramy Ciebie, Królowę całej Polski… Ślubujemy, że w obronie Lwowa i całości Państwa Polskiego zawsze czuwać i walczyć będziemy, zaś wszystkie dziś przyjęte zobowiązania naszym następcom przekażemy.

Przed świątynią z tarasu przemówił do zebranych przed nią pułków gen. Tokarzewski, dowódca O. K., zaznaczając na wstępie „że przed chwilą w imieniu załogi Lwowa złożył jako wotum odznaki pułków lwowskich u stóp Królowej Korony Polskiej. Z zarania dziejów naszej państwowości głęboka cześć i serdeczne przywiązanie świetlistymi i najcenniejszymi promieniami łączyły wielkość Polski z nieziemskim symbolem i potęgą najmiłościwszej Matki świata”.
Od samego początku tym kościołem we Lwowie bezpośrednio zarządzali księża Salezjanie. Ówczesnym wtedy Prymasem naszej Ojczyzny był też ich współbrat, ks. abp August Hlond, ten sam, który zaraz po wojnie 19-III-1947 r. swym dekretem ogłosił Matkę Bożą Rokitniańską, Królową Polski i Ziem Odzyskanych, a 22-X-1948 r. został podstępnie zamordowany w sposób do dzisiaj niewyjaśniony i dalej to nikogo nie interesuje.

Także marszałek Józef Piłsudski nosił ryngraf Matki Bożej Ostrobramskiej na wszelkich uroczystościach, i to nie z pobożności, bo takim nigdy nie był, tylko wobec ludzi, aby pokazać, że czci i szanuje naszą KRÓLOWĄ POLSKI, o czym tamże symbolicznie mówi jedna z koron na Jej głowie, bo druga, przypomina, że jest KRÓLOWĄ ŚWIATA.

Aleksander Medyński napisał książkę pt. „Kościół Matki Boskiej Ostrobramskiej na Łyczakowie” i wydał ją u Salezjanów we Lwowie, w 1938 r.
Ks. Stanisław Maciątek TJ jest m. in. źródłem informacji o objawieniach z 1617 r. zawartych miesięczniku „Kółko Różańcowe”, redagowanym przez sługę Bożego ks. Ignacego Kłopotowskiego, nr 8 (1923), s. 10-12, i powtórzonym w następnym roku.

NMP Królowa Polski

Matka Boska Królowa Polski

Dn. 28-XI-2009 r. ks. Ksawery Wilczyński, Koszuty Małe 5, 62-400 Słupca, tel. 63 277 25 35 lub 507 015 885 koszutym@wp.pl

Przeczytaj także: 

Obraz Matki Bożej Ostrobramskiej

Posted in Matka Boża, Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Religia | 3 Komentarze »

Choroba ciała

Posted by tadeo w dniu 11 lutego 2012

 (fot. tentencents/flickr.com)

Było tam wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i z Jeruzalem oraz z nadmorskich okolic Tyru i Sydonu; przyszli oni, aby Go słuchać i znaleźć uzdrowienie ze swoich chorób (Łk 6,17-18)

W powszechnej świadomości wiernych Lourdes kojarzy się głównie z cudownymi uzdrowieniami. A mnie intryguje fakt, że Bernadetta, która sama cierpiała na gruźlicę, chociaż widziała Matkę Bożą i piła cudowną wodę, nie została uwolniona od choroby. I nawet tego wielce nie pragnęła. Co więcej, z czasem miała się coraz gorzej. Nikt jakoś o tym głośno nie mówi. Nadto, przyznam, że z pewnym zakłopotaniem wysłuchałem słów Maryi wypowiedzianych do świętej podczas jednego z objawień: „Nie obiecuję ci szczęścia na tym świecie, lecz w przyszłym”. Szokujące i niewygodne stwierdzenie jak na nasze czasy, kiedy wielu wierzących uważa, że zdrowie w życiu najważniejsze. Tymczasem wiara wcale nie gwarantuje powodzenia, zdrowia, pomyślności i idylli, tak jak często byśmy tego oczekiwali.

Mimo to chorzy są tutaj uprzywilejowani i rzucają się w oczy. Podczas mszy przed grotą patrzę na długie rzędy wózków inwalidzkich. Doznaję małego wstrząsu. Wpatrując się z górnego placu w setki ludzkich cierpień, powykrzywianych lub zastygłych w bezruchu twarzy, z rękami mozolnie wznoszonymi w geście usilnego błagania, czuję się nieswojo. Póki co nic poważnego mi nie dolega, myślę sobie. Skoro jestem jeszcze fizycznie zdrowy, czy to znaczy, że Bóg dał mi więcej, a im mniej? Czy powinienem dziękować za zdrowie, a skoro tak, to za co oni powinni podziękować? Chyba nie tędy droga. Choroby fizyczne doskwierają, bolą, czujemy je w zmysłach. Choroby ducha ujawniają się i wydają swoje żniwo czasem dopiero po latach Matka Elżbieta Czecka z Lasek, która sama straciła wzrok, mawiała, że „ślepota duchowa bywa poważniejszym problemem niż ślepota duchowa”.

Na terenie sanktuarium dzieje się to samo co w Ewangelii. Do Jezusa, bo przecież to On uzdrawia, a nie Maryja, przychodzą chorzy, oblegają Go zewsząd, licząc na ulgę i uleczenie. Ale Chrystus często zwraca uwagę, że uzdrowienia są jednie znakami, potwierdzeniem istnienia niewidzialnej rzeczywistości, zapowiedzią tego, co dopiero w pełni nadejdzie.

U nikogo w Lourdes nie zauważyłem jednak takiej żarliwości i szczerości modlitwy jak u tych chorych. Co prawda, jeśli chodzi o stwierdzone fizyczne uzdrowienia, to obecnie nie zdarzają się one zbyt często. Same statystyki nie wystarczyłyby więc, by skłonić te rzesze sparaliżowanych, powykręcanych i nieruchomych do pojawienia się w Lourdes. Dlaczego więc przybywają? Czy nadal mają nadzieję na uzdrowienie? Zapewne tak. Ale może i na coś więcej.

Zupełnie przypadkiem, trochę jak reporter, pytam panią siedzącą na wózku, dlaczego pozwoliła się przywieźć pod grotę massabielską. Odpowiada, że tutaj czuje, iż Bóg jest blisko.

Doświadcza Jego solidarności z jej własnym cierpieniem. Wie, że Bóg przejmuje się jej losem, i z takim przekonaniem może spokojnie wracać do domu. Jej wypowiedź robi na mnie wielkie wrażenie. Okazuje się, że nie wszyscy stoją tutaj w kolejce po cud. Godzą się z tym, że nie zostaną uleczeni, odkrywając głębszy wymiar swego cierpienia. I wcale nie widać na ich twarzach rezygnacji.

Jessica Hausner, austriacka reżyserka, nakręciła niedawno film o fenomenie Lourdes. Przygląda się temu miejscu na chłodno, z pozycji niezaangażowanego obserwatora. Analizuje wszystko od podszewki. Stawia pytanie o wiarę. Ostatecznie dochodzi do wniosku, że Bóg musi być kapryśny, podobny do greckich bogów, skoro rozdziela swoje łaski tak „nierównomiernie”. Nie wiadomo, dlaczego jednym daje, innym zabiera. Dlatego, jej zdaniem, cuda są takie ambiwalentne, niewytłumaczalne. Ciekawe jednak, że Jezus uzdrawia na ciele paralityka, któremu wcześniej odpuścił grzechy, dopiero na widok niewiary faryzeuszów. Jakby prawdziwa wiara nie potrzebowała żadnych cudów, bo „cuda to są obrazki w książkach, piękne obrazki” – pisze Georges Bernanos. Poza tym, dziesięciu trędowatych zostało oczyszczonych. Jeden przyszedł podziękować. Nawet cuda nie zawsze zmieniają człowieka.

Fragment pochodzi z książki: Duchowa pielgrzymka do Lourdes

27 osobistych refleksji wskazuje szlak duchowej wędrówki dla każdego, kto tęskni za prostotą, szuka uzdrowienia, kocha życie…

Czytaj dalej…

Posted in Matka Boża, Religia | Leave a Comment »

Matka Boska Gietrzwałdzka

Posted by tadeo w dniu 10 lutego 2012

Matka Boska Gietrzwałdzka. pdf

Przeczytaj także:

 NMP Krolowa Polski w Gietrzwaldzie_przedruk z 1883 .pdf

Posted in Matka Boża, Religia | Leave a Comment »

Faryzeusz i celnik

Posted by tadeo w dniu 9 lutego 2012

KRZYSZTOF OSUCH SJ
Faryzeusz i celnik

Jezus powiedział do niektórych, co ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili, tę przypowieść: Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam. Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: Boże, miej litość dla mnie, grzesznika. Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony (Łk 18,9-14).

Adresatem Jezusowej przypowieści o faryzeuszu i celniku są „niektórzy”.
Są to ci, którzy ufają sobie i są przekonani o swojej sprawiedliwości. Cechuje ich także pogardzanie innymi.

Jezus w tej przypowieści mocno piętnuje zarówno pogardzanie innymi, jak i uważanie siebie za sprawiedliwego w oparciu jedynie o swoje dobre uczynki.

Pokazuje też i chwali piękno modlitwy skruszonego celnika.
Można z góry założyć, że Jezusowa przypowieść dotyczy także i nas, gdyż każdy bywa w głębi serca usposobiony bądź to (raczej) jak faryzeusz, bądź to (raczej) jak celnik.

Faryzeusz i celnik w nas.

Oto dwaj mężczyźni wchodzą do świątyni, by się modlić.
Faryzeusz jest pewny siebie. Wyróżnia się wiedzą religijną, pobożnością i rygorystycznym wypełnianiem tego, co nakazywało Prawo.

Cieszy się on uznaniem wśród ludzi.

Celnik jest jego przeciwieństwem.
Owszem, wyróżnia go (pewno za sprawą zdzierstwa i oszustwa) stan posiadania i to, że jako kolaborujący z okupacyjną władzą Rzymu jest pogardzany.

Gdy jednak obaj staną przed Bogiem ujawni się rzecz zdumiewająca; „rzecz”, którą widzi i ocenia tylko Pan patrzący na serce (por. 1 Sm 16, 7).

Faryzeusz zaczyna swą modlitwę od podziękowania Bogu za to, że wynik jego (pewno częstych) porównywań z innymi ludźmi jest wysoce zadowalający: Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik.

Nie zająknąwszy się ani jednym słowem na temat swoich grzechów i grzeszności, przystępuje do wyliczenia swoich dobrych czynów i zasług:Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam.

Sądzi, że po takiej modlitwie może spokojnie wstać i dalej pędzić żywot człowieka porządnego, który nadal porównuje się ze złoczyńcami, osądza ich i z tego czerpie poczucie wyższości i bycia sprawiedliwym w oczach Boga.

A celnik? Ten nie przeocza i nie przemilcza swych grzechów. Być może łatwiej przychodzi mu ujrzeć i uznać swoje grzechy, gdyż są ewidentne i wytykane palcami przez innych.

Jest zatem dla niego jasne, że z żalem i skruchą winien powiedzieć Bogu przede wszystkim o swoich grzechach, które go od Niego oddzielają.
W poczuciu swej niegodności uniża siebie i staje gdzieś w tyle świątyni… Nie śmie on nawet oczu wznieść ku niebu. Bije się w piersi i mówi: Boże, miej litość dla mnie, grzesznika.

Jak widać, celnik nie wdaje się w porównywanie siebie z innymi. Nie słychać, by osądzał innych. Uwagę Boga kieruje zdecydowanie ku swojej grzeszności. Nie próbuje on jakoś usprawiedliwiać swoich grzechów, na przykład mówiąc Bogu o gorszych od siebie. Po prostu wyznaje swą grzeszność i zawodność swego serca, które odczuwa ciężar skutków grzechu pierworodnego.

Przypowieść kończy się w ten sposób: Powiadam wam: Ten (czyli celnik) odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony.

Te dwa usposobienia, o których mówi przypowieść, różnią się bardzo. Od tego, czy jest się jak faryzeusz, czy jak celnik, zależy bardzo dużo.

Faryzeusz odgradza się od Boga, zaś celnik otwiera się na Jego zbawcze działanie.
Pan Jezus chce nas dzisiaj zachęcić do uważnego wglądu w siebie, do zreflektowania i – jeśli trzeba – do nawrócenia, do zmiany sposobu myślenia.

Wniosek

A zatem jakie wnioski winniśmy wyciągnąć z Jezusowej nauki? – To oczywiste. Powinniśmy wytropić w sobie postawę faryzeusza. Skoro przez całe ziemskie życie atakują nas ciemności grzechu i my im nieraz ulegamy, to nie opowiadajmy – Bogu i sobie, także innym ludziom – „bzdur”, że oto jesteśmy właściwie już bezgrzeszni, doskonali i sprawiedliwi. I że jesteśmy lepsi od innych; że możemy nad kimkolwiek górować i innymi pogardzać.Kto żywi takie przekonanie i z takiej pozycji zwraca się do Boga i z takiej pozycji myśli o bliźnich, ten „po uszy” tkwi w grzechu i ani myśli odwrócić się od niego. Ktoś taki żyje życiem niemiłym Bogu i Bóg czeka na jego nawrócenie.

W świetle dzisiejszej perykopy winniśmy być wyostrzyć uwagę, gdy wzbiera w nas faryzejska pewność siebie; gdy smakuje nam uczucie górowania nad tymi, którzy wydają się nam wielkimi grzesznikami. Nie jest dobrze, gdy oskarżając innych i mówiąc Bogu, jakie to zło czynią inni, chcemy „zapunktować”, chcemy w taki marny sposób (wstrętny w oczach Boga) wydać się lepszymi i sprawiedliwymi w obliczu Boga!

Efekt faryzejskich zabiegów jest zgoła przeciwny od zamierzonego. Wcale przez to nie jawimy się Boga jako mili, usprawiedliwieni. Wręcz przeciwnie. Dopiero wejście i przyswojenie sobie postawy celnika uczyni nas w oczach Boga – miłymi, sprawiedliwymi. Kimś, kogo można przygarnąć. Komu można okazać bezmiar przebaczenia, świętości i podarowanej nieskalaności (por. Ef 1, 4).

O faryzeuszu nieco dokładniej

Warto nieco dokładniej przyjrzeć się faryzeuszowi. Także dlatego, by wskutek braku refleksji nie stać się bezmyślnym i tępym naśladowcą fatalnej postawy serca faryzeusza.

Może mieliśmy czasem ochotę zapytać, czego właściwie brakuje faryzeuszowi, skoro ma on na swoim koncie wiele dobrych uczynków i wyróżnia się zaletami charakteru, a ponadto wyróżnia wiedzą religijną i staraniem o życie moralne.

Jego modlitwa świadczy o tym, że jest on człowiekiem „sprawiedliwym” w tym sensie, że stara się o zachowanie przepisów Prawa i o wykonywanie dobrych uczynków. Jest imponujące to, co zwykł czynić faryzeusz z epoki Jezusa: pościł zgodnie z zaleceniami (a może nawet więcej), pomagał innym poprzez jałmużny. Umiał też. .. podziękować Bogu za wszystko, co otrzymywał, i za wszystko, co było w nim dobre! Czy nie ma w tym dobra i piękna? Jest. Jednak nie ma tu czegoś, co być powinno, bo jest najważniejsze!

Rzeczywiście, faryzeusz na pierwsze wejrzenie wydaje się być ideałem prawego Izraelity, jednak w jego (za „ciasno” pojętej) sprawiedliwości zabrakło czegoś bardzo ważnego, a nawet najważniejszego!

Zabrakło podobieństwa do Boga w żywieniu i okazywaniu miłosiernej miłości wobec grzeszników.

Bóg ma tę Miłość nadobficie, niejako w nadmiarze. Faryzeuszowi bardzo jej brakuje.

Słońce, wielki dar Boga, wschodzi nad każdym człowiekiem (por. Mt 5, 45). Nad każdym bez różnicy. Dzieje się tak nie bez powodu i nie bez woli Stwórcy. Słońce ogrzewa wszystkich.

O wiele bardziej takim duchowym Słońcem, które do wszystkich dociera i wszystkich swoimi promieniami przenika, jest miłosierna Miłość Boga.

Bóg nigdy nie wycofuje swej życzliwości wobec nikogo z tych, których stworzył na swój obraz i podobieństwo. Bóg, w odróżnieniu od faryzeusza, nie mówi o nikim, że ktoś jest Jego „gorszym dzieckiem”. W oczach Ojca niebieskiego nie ma „gorszych dzieci Boga”. Bóg do wszystkich mówi językiem miłości, która pozyskuje, pociąga i ocala. Oczywiście, dotyczy to także samego faryzeusza.

Na razie odszedł on nieusprawiedliwiony, ale wystarczy jeden akt odwrócenia się od jego grzechu, a od razu stanie się on sprawiedliwy, pojednany z Ojcem. Odczuje smak i wspaniałość miłosiernej miłości Boga Ojca.

Słońce emituje swe promienie nieustannie i w kierunku wszystkich. Podobnie rozchodzą się promienie Boskiej Miłości. A jak jest z nami? I czy naszego upodobnienia się do Słońca i do Boga nie należy zacząć od pokornej prośby celnika: Boże, miej litość dla mnie, grzesznika.

o. Krzysztof Osuch SJ
Częstochowa, 1 marca 2008 AMDG et BVMH

http://mateusz.pl/mt/ko/ko-fic.htm

Posted in Religia | Leave a Comment »

Związek na próbę

Posted by tadeo w dniu 7 lutego 2012

„Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera — na próbę”  – Jan Paweł II

Wśród młodych osób stosunkowo częstym zjawiskiem jest tworzenie związków, bez przekonania, że z czasem one będą mogły przekształcić w piękną miłość na całe życie. Łączymy się w pary bo anuż coś „zaskoczy”, bo nie wypada być samotnym w towarzystwie, bo miło jest mieć bliską osobę, bo odczuwamy głód emocjonalny i z wielu innych, podobnych powodów. „Chodzenie” z chłopakiem lub dziewczyną jest fajne i przyjemne: dlaczegoż więc by tego nie robić? Niestety związki „na próbę” mają swoją drugą, negatywną stronę. Większość z nich jest skazanych na porażkę, zaś angażowanie się w nie odbywa się ze szkodą dla obydwu osób.

Każdy, nawet najbardziej lichy związek, pozostawia ślad emocjonalny w naszej psychice, w naszym sercu…

Jeśli zakładamy, że związek jest na próbę, to trochę tak, jakbyśmy z góry nie dawali mu szans na rozwój. Posłużę się przykładem: jeśli sportowiec nie wierzy w swoje możliwości, to raczej nie zdobędzie medalu olimpijskiego. Będzie mu bowiem brakować motywacji do ciężkiego treningu, do poświęcania dodatkowego czasu, pieniędzy na rozwój kariery, do postawienia wszystkiego na jedną kartę. Podobnie jest z miłością. Jeśli związek jest na „próbę”, to w mniejszym lub większym stopniu zakładamy, że może się nie udać. W takim przypadku nie dajemy z siebie wszystkiego. Testujemy, próbujemy, ale nie angażujemy się w stu procentach. Wyżej niż swojego chłopaka/dziewczynę stawiamy swoich przyjaciół, pasje, naukę, karierę zawodową, mówiąc sobie w myślach: Przecież z naszego związku może nic nie być, to nie poświecę dla niego innych spraw. Unikamy poważnych rozmów, żeby przypadkiem nie zaangażować się zbyt mocno i nie utrudnić sobie późniejszego wycofania się. Przy pierwszym większym konflikcie, kryzysie, łatwo się poddajemy. Nasze przekonanie, że związek może się nie udać okazuje się samospełniającą się prognozą.

Większość osób angażujących się w związki bez miłości, myśli głównie o teraźniejszości i o tym, że teraz będzie się im przyjemniej żyło. Przyszłość wydaje się czymś odległym, choć gdzieś tam z tyłu głowy mogą przewijać się myśli, że jeśli by im się nie ułożyło, to najwyżej za jakiś czas się rozstaną. Nic się stanie, każdy pójdzie swoją drogą…W rzeczywistości nasze obecne decyzje mogą nam kiedyś przynieść bardzo bolesne skutki. Warto pomyśleć o nich zawczasu… Każdy, nawet najbardziej lichy związek, pozostawia ślad emocjonalny w naszej psychice, w naszym sercu. Nie znam pary, która nie weszłaby na jakiś stopień intymności ze sobą. Nawet jeśli dwoje partnerów nie współżyje seksualnie, to pocałunki, przytulanie się do siebie, trzymanie się za ręce, spędzanie dużej ilości czasu ze sobą, zwierzenia z osobistych spraw, bardzo zbliżają do siebie. Im dłużej trwa związek tym ta więź jest silniejsza. W konsekwencji, jak za jakiś czas dojdziemy do wniosku lub utwierdzimy się w tym, że to nie jest „to”, że kompletnie się różnimy, mamy odmienne systemy wartości, marzenia, oczekiwania, że nic się nie zmienia w naszej relacji na lepsze — co w związku „na próbę” jest nader prawdopodobne — to okaże się, że będzie nam bardzo ciężko zerwać ze sobą. Niektórzy z przyzwyczajenia, z powodu tej więzi zawrą ślub-  z dużą dozą prawdopodobieństwa skazując się na cierpienie na całe życie. Ci, zaś którym uda się przełamać i zakończyć ten związek, w mniejszym stopniu, ale także będą cierpieć. Co jakiś czas będą mogły nawiedzać ich wspomnienia, tęsknoty i myśli: Czy dobrze zrobiłem?, a jeśli uda im się ponownie z kimś związać, to do nowego związku mogą przenosić obrazy poprzednich.

Angażując się w związek „na próbę” warto pomyśleć nie tylko o sobie, ale też drugiej osobie. A co jeśli ona, traktuje ten związek znacznie poważniej niż ja? Nigdy nie możemy być pewnie, że tak nie jest. Nawet gdy ona zachowuje się z dystansem do nas, może to wynikać z tego że nie chce się przyznać, że jej zależy, widząc że my mamy jakieś wątpliwości. Możemy więc być zupełnie nieświadomi, że nasz chłopak, dziewczyna po cichu ma nadzieję, że będziemy z sobą już do końca życia. Jeśli on, ona tak pochodzi do związku, to będzie bardzo cierpieć, gdy w którymś momencie uznamy, że nasze uczucia się nie rozwinęły i trzeba zakończyć „próbę”. Nie mamy prawa dla swojej przyjemności narażać kogoś na wielki ból i krzywdę.

Decydując się na chodzenie z kimś „na próbę”, nie tylko ryzykujemy cierpienie swoje i drugiej osoby, ale odbieramy też sobie i jej szansę na szczęście, uniemożliwiając poznanie kogoś innego, z kim moglibyśmy się związać na zawsze a nie „na próbę”. „Porządny” chłopak czy dziewczyna nie zainteresuje się kimś kto jest zajęty. Może się więc okazać, że spotkamy kogoś, kto wyda się nam szalenie atrakcyjny, z kim będziemy dzielić wartości i marzenia , ale ta osoba w ogóle nie zwróci na nas uwagę, bo akurat będziemy uwiązani relacją bez przyszłości. Nie marnujmy swojego czasu oraz czasu drugiej osoby.

Co więcej  jeśli angażowaliśmy się w kilka związków „na próbę”, jeśli „skaczemy z kwiatka na kwiatek”, musimy się liczyć z tym, że przylgnie do nas opinia niedojrzałych osób, które nie traktują relacji miłosnych poważnie. I gdy kiedyś spodobamy się komuś szlachetnemu, to nawet jeśli akurat w danym momencie będziemy pozostawać bez związku, ta osoba może bać się zaangażowania w znajomość z nami, nie mogąc być pewnym czy nie jest tylko kolejną zabawkę w naszych rękach.

W końcu „chodząc” z kimś kogo nie kochamy zwyczajnie tą osobę oszukujemy i okłamujemy. Nikt angażujący się w taki związek nie mówi: „Wiesz ja Cię nie kocham, ja jestem z Tobą, tak tylko na próbę”. Raczej zachowujemy się tak jakbyśmy mieli poważne zamiary. W konsekwencji kłamiemy swoimi słowami: używamy zwrotów takich jak „Skarbie”, „Kochanie”, „Kocham Cię”, mimo że te słowa nie mają potwierdzenia w tym kim dla nas jest ich odbiorca oraz kłamiemy swoim ciałem. Obejmując drugą osobę, całując ją, wyrażamy jej fizycznie miłość, choć naszym umysłem mówimy „Wcale Cię nie kocham”. Przypomina to sytuację, w której spotykamy kogoś kogo tak naprawdę nie lubimy, ale udajemy jak to wspaniale, że się spotykamy. Uśmiechamy się do tej osoby, ale w głębi ducha myślimy sobie: chciałbym być gdzie indziej. Chodzenie z kimś kogo nie kocham jest czymś bardzo podobnym. Jest to po prostu kłamstwo. Jako chrześcijanin łamię w ten sposób ósme przykazanie, jako człowiek uczę się nieuczciwości. Miłość dla większości osób jest jedną z najważniejszych spraw w życiu. Jeśli okłamujemy kogoś w tym względzie, jest to bardzo poważny występek.

Nie chcę powiedzieć, że związek „na próbę”  nie ma szans się udać. Sam znam pary, które dojrzały i których relacja przekształciła się w miłość. Niestety jednak znacznie częściej spotykam osoby, które rozwijając relację w ten sposób tylko się poraniły. Niektórzy wielokrotnie. Po co nam to? Nawet bowiem jeśli któryś kolejny związek „wypali”, to będzie to okupione wcześniejszym cierpieniem, krzywdą, ranami swoimi i innych osób oraz wieloma kłamstwami. To chyba nie jest najlepszy pomysł na szukanie szczęścia i budowanie miłości…

Zbigniew Kaliszuk

opr. mg/mg

http://www.opoka.org.pl/biblioteka/I/IP/zk_naprobe.html

Posted in Małżeństwo i rodzina, Religia | Leave a Comment »

Święci i świętość

Posted by tadeo w dniu 5 lutego 2012

ImageAbuna Jakub

Image

Ambroży

 Image

Anicet Kopliński i towarzysze

Image

Aniela Salawa

Anioł z Acri

Benedykt z Nursji

Image

Bernard z Clairvaux

Święty Cyryl Jerozolimski I fot. archiwum

Cyryl Jerozolimski

Image

Dominik Guzman

Image

Dorota z Mątowów

Feliks z Cantalice

Fidelis z Sigmaringen

Franciszek Salezy

Image

Franciszek z Asyżu

Image

Honorat Koźmiński

Ignacy z Santhia

Jadwiga Królowa

Image

Jan Bosko

Jan Chrzciciel

Image

Jan Kapistran

Jan Leopold Tyranowski

Święty Jan od Krzyża

Jan od Krzyża

Jeremiasz z Wołoszczyzny

Image

Jerzy Popiełuszko

Joanna Beretta Molla

Image

John Henry Newman

Józef z Leonessy

Image

Józef z Nazaretu

Image

JudaTadeusz i Szymon Gorliwy

Karolina Kózkówna

 Image

Klara z Asyżu

 Image

Klemens Rzymski

Konrad z Parzham

Leopold Mandić

Image

Leopold z Alpandeire

ImageLudwik-Maria Grignion de Montfort

 Image

Marcin z Tours

Marek z Aviano

Maria i Luigi Beltrame Quattrocchi

Maria Magdalena Martinengo

 Image

Mariano Roasenda

Marta Robin

Mikołaj z Gesturi

Pier Giorgio Frassati

 fot. www.parafia-kazimierz.augustianie.pl

Rita

Image

Sancja Szymkowiak

Serafin Kaszuba

Serafin z Sarowa

Image

Stanisław Kazimierczyk patron zabieganych

Stanisław Kostka

Image

Stanisława Leszczyńska

Teresa od Dzieciątka Jezus

Teresa z Avila

 Image

Tomasz z Akwinu

Image

Walenty

Wawrzyniec z Brindisi

Weronika Giuliani

Image

Weronika Giuliani

http://glosojcapio.pl/index.php?option=com_content&task=category&sectionid=12&id=51&Itemid=75&limit=50&limitstart=0

Posted in Religia, Święci obok nas | 1 Comment »

Na chłopski rozum rzecz biorąc

Posted by tadeo w dniu 5 lutego 2012

w drodzeWacław Oszajca SJ / „W Drodze”
 

(fot. DaveWilsonPhotography/flickr.com)

Mniej martwiłbym się o wierzących i niepraktykujących, a bardziej o tych praktykujących, co do których zachodzi obawa, że owszem praktykują, ale wbrew ich gorącym zapewnieniom, nie wierzą.

Chłopski, to znaczy wieśniaczy, wiejski, właściwy kulturze agrarnej, a nie wyłącznie męski. Chłopskim rozumem z całą pewnością odznaczały się moja babka i mama, jak też wiele kobiet z mojej wsi. To dlatego przed żniwami urządzano świniobicie. W tym roku u nas, w następnym u sąsiadów, bo trzeba pamiętać, że lodówki nie zawsze były. Mięso więc solono, wekowano, wędzono, bo musiało go starczyć co najmniej na najbliższe dwa, trzy miesiące. Kiedy zaś zboże dojrzało już do zżęcia, nastawał święty czas. Ciężka praca wymaga dobrego jedzenia. Na zsiadłym mleku z kartofelkami i koperkiem żniwiarz długo nie pociągnie. Musiało być mięso również… w piątek. I nie było zmiłuj, żadna gospodyni nie odważyłaby się wysłać chłopa w pole bez wałówki.
Jednocześnie na tej samej wsi wszechwładnie panowało tabu, które nakazywało w piątki bezwzględnie pościć, a którym z kolei zawiadywał proboszcz. I jeśli był nim ktoś, kto rozumiał dany sobie świat, w niedzielę ogłaszał, że daje dyspensę od mięsa na trzy najbliższe piątki, a jeśli ktoś już post piątkowy złamał, to niech pobożnie zmówi różaniec. Tym sposobem proboszcz ratował swój honor i autorytet Kościoła, a zarazem, jak sądzę, chcąc nie chcąc, otwierał parafianom oczy na podstawową ewangeliczną prawdę: „To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu. Zatem Syn Człowieczy jest panem szabatu” (Mk 2,27-28).
Podobnie jak w żniwa, postępowano wtedy, gdy nagle w piątek zjawili się goście. Wstąpił stryj z żoną i zięciem, bo akurat wracali z miasta i po drodze im było. A że gość w dom, Bóg w dom, natychmiast wyciągano z pieca patelnię, krojono słoninę, a jeszcze lepiej boczek, i smażono jajecznicę. A do jajecznicy trzeba było też postawić coś mocniejszego. Owszem, spowiadano się z tego grzechu, ale bez większych ceregieli. Z bardzo prostego powodu, który pewnego piątku jasno wyeksplikował nasz sąsiad. Przecież sam Pan Jezus, kiedy na weselu zabrakło wina, to choć już weselnicy byli napici, wina im przymnożył.
Piątek z koniaczkiem

Przejdźmy do czasów współczesnych. Proszę bardzo, piątkowe, nawet wielkopiątkowe, postne menu. Na przystawkę krewetki tygrysie z patelni, zupa żółwiowa, na drugie łosoś w papilotach, na deser tort orzechowy, no i do tego odpowiednie wino, a na koniec koniaczek. Tym, których na to stać, należałoby życzyć Wielkiego Piątku przez wszystkie dni tygodnia przez cały okrągły rok. Następna kwestia będzie dotyczyć nie tylko niektórych, ale wielu. Co mają zrobić, jak świętować swoje urodziny i imieniny ci, którym, na nieszczęście, przyszło się urodzić w marcu, po połowie lutego, czy na początku kwietnia, kiedy z całą pewnością trwa wielki post? Jak każdy ci nieszczęśnicy chcieliby zaprosić przyjaciół i krewnych, jeśli nie do domu, to do restauracji. Zasiąść, jak Pan Bóg przykazał, do stołu, pogościć się, potańczyć. „Jak Pan Bóg przykazał” nie jest w tym wypadku jedynie chwytem retorycznym. Przecież, tak wynika z Ewangelii, najłatwiej i najczęściej Jezusa można było spotkać przy stole. I przy całej zakłamanej złośliwości tych, którzy Go oskarżali o obżarstwo i opilstwo, nie czynili tego bezpodstawnie. Skoro tak, skoro urodziny i imieniny to również przypomnienie Bożej dobroci wyrażonej w darowanym nam życiu i wszczepieniu w Kościół, to w imię czego tak obdarowanych mamy prawo pozbawiać radości stołu zarówno tego domowego, jak też konsekwentnie kościelnego, Pańskiego?
A co na to apostoł?

Posłuchajmy zatem wypowiedzi człowieka, który z całą pewnością wie, co mówi. Odznaczył się bowiem wielką gorliwością w zwalczaniu inaczej myślących – po heretycku. Ścigał tych, w jego mniemaniu bezbożnych liberałów wywrotowców, bezlitośnie, aresztował, wlókł przed sędziów, doprowadzał do egzekucji. Jednym słowem, był to naprawdę człek pobożny, bardzo pobożny i bardzo praktykujący, ani na milimetr nie odstępujący od swoich przekonań. I tenże człowiek, po upływie nawet niezbyt długiego czasu, będzie tak oto pouczał zwaśnionych na tle poglądów i praktyk religijnych swoich współwyznawców. „Tego, kto jest słaby w wierze, przyjmijcie bez roztrząsania poglądów. Jeden jest przekonany, że może jeść wszystko, słaby natomiast spożywa jarzyny. Ten, kto je wszystko, niech nie lekceważy tego, który czegoś nie je. Ten zaś, kto nie je wszystkiego, niech nie osądza tego, który je. Bóg przecież go przyjął. Ty natomiast kim jesteś, że osądzasz czyjegoś sługę? To, czy on stoi, czy upada, jest sprawą jego Pana. Ostoi się jednak, ponieważ Pan ma moc go podtrzymać. Ktoś znowu wyróżnia jeden dzień spośród innych, dla innego wszystkie są równie ważne. Niech każdy zostanie przy swoim przekonaniu” (Rz 14,1-5). Tak, to siglum mówi samo za siebie, chodzi o Pawła Apostoła.
A przykazania, durniu!

No właśnie, przykazania? Te kościelne, mniej więcej takie, jak je dzisiaj znamy, jeśli znamy, pojawiły się dość późno, bo w XVI wieku. Czyli wtedy, gdy Kościół stał się instytucją masową, ale też coraz bardziej skonfliktowaną. Zatem ich celem było zdyscyplinowanie katolików. Ten zabieg, jeśli się powiódł, to tylko po części. Na pewno nie zapobiegł rozbiciu Kościoła. Nie bez powodu przecież kłócono się o związek wiary z uczynkami i odwrotnie. Dzisiaj możemy powiedzieć, że dla jakiejś części, a może dla wielu katolików, przykazania kościelne w formie mniej lub bardziej uproszczonej stanowią jedyne kryterium przynależności do Kościoła.

Wygląda to mniej więcej tak. Raz do roku do spowiedzi i komunii, oczywiście najlepiej pod koniec Wielkiego Tygodnia, bo ma to być „wielkanocny sakrament”. W niedzielę na mszę, oczywiście wtedy, gdy się to uzna za stosowne, a na pewno wtedy, gdy trzeba uprosić u Boga jakąś tak zwaną łaskę, czyli poprawę zdrowia, zdanie egzaminów, szczęśliwą podróż, a już z całą pewnością wtedy, gdy lekarz powie: Niestety, z tą chorobą, na tym etapie, współczesna medycyna jeszcze sobie nie radzi, tak jak byśmy sobie tego życzyli. Oczywiście uważa się, że takich zachowań oczekuje Bóg, który przecież lubi, gdy Jego dzieci proszą Go o pomoc, żąda też tego Kościół, gdyż wynikają one z jego doktryny. Mówiąc najkrócej, uważa się te mniemania za naukę Kościoła.
Pobożniejsi, chcący sprostać takim wymaganiom, mają oczywiście dodatkowe zmartwienie. Zadają więc pytania w rodzaju: Ile razy mam iść do spowiedzi, by w każdą niedzielę przystępować do komunii? A gdy się już wyspowiadam i przypomnę sobie jakiś grzech, to co mam zrobić, bo nie wiem, czy jest on lekki, czy ciężki? Nie wiem, bo nie wiem, czy gdy to robiłem, to chciałem to robić z całą świadomością? Czy byłem wolny? Nie wiem, bo kto z nas jest tak całkiem wolny? A gdy do tych gorzkich wątpliwości dojdą jeszcze sprawy związane z szóstym i dziewiątym przykazaniem Bożym, trudno o większe nieszczęście.
Wróćmy więc do Apostoła Pawła. Według niego o tym, czy jakieś działanie ma sens, czy nie, decyduje to, czy między chrześcijaninem a Chrystusem istnieje nić zaufania. Choćby tak cienka, jak włos. Tymczasem my, starsi Kościoła, wychodzimy z założenia, że mamy zawsze do czynienia z gotowymi już, o najwyższej próbie, chrześcijanami, katolikami w szczególności, i stawiamy wymagania, nie licząc się z tym, że mamy przed sobą ludzi wcale nieprzekonanych, a tylko przymuszonych. Oczywiście przesadzam, ale chodzi mi o wydobycie na wierzch zjawiska, które być może leży u podstaw kruszenia się obecnej formy istnienia Kościoła. Mówiąc inaczej, żądamy od naszych sióstr i braci zachowań, nie bacząc na ich przekonania. Wbrew temu, co, jak słyszeliśmy, mówi Paweł Apostoł: „Tego, kto jest słaby w wierze, przyjmijcie bez roztrząsania poglądów”. To nie znaczy, że poglądy to rzecz mało ważna. Znaczy tylko tyle, że do poglądów dochodzi się, idąc często okrężną drogą – jak sam Paweł. Wiara jest procesem, również wtedy, a może przede wszystkim wtedy, gdy jest mocno ugruntowana.
A miłosierdzie?

„Gdybyście zrozumieli, co znaczą słowa: Miłosierdzia chcę, a nie ofiary, nie potępialibyście niewinnych. Bo Syn Człowieczy jest Panem szabatu” (Mt 12,7-9). Gdzie jak gdzie, ale miłosierdzia – niemodne to dzisiaj słowo, choć nie jego treść – można doświadczyć jedynie wśród przyjaciół i oczywiście w rodzi-nie, choć i tam nie zawsze. Miłosierdzie jest bowiem taką odmianą miłości, która, owszem, czeka na odpowiedź, zdradzona cierpi, ale istnieć nie przestaje. Mówiąc inaczej, miłosierdzie jest miłością wzgardzoną, a to znaczy, że ten, kto tak kocha, kochać nie przestaje nigdy. Tak kochający w swoim nastawieniu do drugiego jest niezmienny. W związku z tym nie tylko nie daje się odepchnąć, nawet za cenę życia, ale nie czeka też na prośby, na podziękowania, pochwały, gdyż „rozumie”, czego ten drugi potrzebuje. Jeśli tak, to naprawdę miłosierny jest jedynie Bóg.
Spróbujmy zatem na przykazania popatrzeć inaczej. Nie od strony zakazów i nakazów, ale bardziej ludzkiej, a co za tym idzie, również Boskiej. Wyobraźmy sobie, choć będzie to trudne lub wprost niemożliwe, taką oto sytuację. Ni stąd, ni zowąd twoja dorosła córka lub syn, mieszkający dwie ulice dalej, zadaje ci pytanie: „Tato, ile razy w roku powinienem ciebie odwiedzać, ile rozmów powinniśmy odbyć, żebyś nadal uważał mnie za swoje dobre dziecko?”. Albo inaczej. „Mamo, o co chodzi, przecież odwiedzam cię we wszystkie święta, czasem nawet w tygodniu do ciebie wpadam. Nie zapominaj też, że dopłacam ci do czynszu i lekarstw. Poza tym, mam tyle pracy i innych obowiązków, że nie wyrabiam na zakrętach”. Wyobraźmy sobie, że wreszcie do spotkania doszło, rozmowa przebiegła w bardzo miłej, grzecznej atmosferze, niemniej nic z niej poważnego nie wynikło. Pouśmiechaliśmy się do siebie, pogadaliśmy o przysłowiowej pogodzie, pochwaliliśmy tort i na tym koniec.
Niestety, czasami bywa jeszcze inaczej, o wiele gorzej. Dzieci wpadają do rodziców nieomal codziennie, i to z bardzo konkretnych powodów. „Kochani, w sobotę idziemy na bal, popilnujecie dzieci, prawda?”. „Przykro mi o tym mówić, ale do pierwszego jeszcze dwa tygodnie, a ja mam w portfelu jedynie dwadzieścia złotych”. „Mamo, Jasio ma katar, a ja muszę, no wiesz, umówiłam się z koleżankami na kawę, weź taksówkę i przyjedź. Boli cię głowa? Weź tabletkę, tę, którą ci dałam dwa tygodnie temu, to ci szybko przejdzie”. Jednym słowem, do spotkania rodziców i dzieci, w tych przypadkach, dochodzi jedynie wtedy, gdy dzieci mają jakąś sprawę do załatwienia, gdy potrzebują pomocy, a więc dla jakiejś korzyści. W myśl starego porzekadła: Jak bida, do Żyda, jak po bidzie, precz Żydzie.
Nieszczęsny skutek zachowywania przykazań

Nie wiem, może to zbyt daleko idący osąd, ale wydaje się, że doszło już do tego, że za pomocą przykazań Bożych i kościelnych oraz zarządzeń administracyjnych zaczynamy wymuszać na ludziach udział w praktykach religijnych. I tak to, co powinno wypływać z przekonania, zaczyna być czymś zewnętrznym, nie naszym, ale nam narzuconym. Oczywiście poddajemy się tej przemocy, bo dotąd nie mieliśmy innego wyjścia. Dotąd, bo dzisiaj już takie wyjście mamy. Parafia przestała być monopolistą. Przestała być jedyną instytucją organizującą nie tylko życie religijne mieszkających na jej terenie, ale również życie społeczne i polityczne. Przez całe wieki to nie kto inny, ale proboszcz pełnił funkcje, które dzisiaj pełnią urzędy stanu cywilnego i zakłady pogrzebowe. Proboszcz, chrzcząc niemowlę, wprowadzał je nie tylko do kościelnej społeczności, ale, i chyba przede wszystkim, do społeczeństwa. A kiedy ochrzczony dorósł, bez proboszcza też nie mógł się obyć, bo przecież do dziś mówimy, że to ksiądz daje ślub. No i kiedy umarł, to proboszcz decydował, gdzie i jak ma być pochowany. Obecnie nawet tak religijne czynności jak bierzmowanie i w jeszcze większym stopniu pierwszy pełny udział w mszy też się sprywatyzowały, zeświecczały i stały się jedynie okazją do rodzinno-towarzyskich spotkań.
Mając to na uwadze, trudno się dziwić nie tylko pytaniom już wymienionym: „Ile razy do spowiedzi, żeby w każdą niedzielę, czy też codziennie, można było przystępować do komunii?”, „Czy kaszanka to wędlina?”, „Czy gdy mi zabraknie pięciu minut do końca postu eucharystycznego, to mogę, czy nie mogę przystąpić do Stołu Pańskiego?”. Poza tymi pytaniami spotykamy też inne, o wiele poważniejsze. „Po co w ogóle mam chodzić do kościoła, skoro w domu czy nawet w parku mogę znacznie lepiej się pomodlić i wymodlić?”. Wbrew pozorom tym pytaniom też trudno się dziwić, a tym bardziej nimi się gorszyć, oburzać na nie i traktować je jako przejaw co najmniej religijnego zobojętnienia. Przecież ciężko przez całe wieki pracowaliśmy na taki rezultat. Wolno, nie wolno, ale nawet jeśli nie wolno, to jest władza, która może mi pozwolić na to, by zakazane było dozwolone. Mówi się, nie bez racji, że jakie pytanie, taka odpowiedź. Odpowiadamy więc: „Raz w miesiącu do spowiedzi i wtedy, jak się nie popełni grzechu śmiertelnego, można codziennie do komunii”, „Masz imieniny w poście, jaki problem, proś proboszcza o dyspensę”. Kłopot w tym, że takie podejście do relacji człowiek – Kościół – Bóg sprowadza nas na manowce. Bóg staje się wielkim, wszechwidzącym i wszechwiedzącym policjantem, a my, starsi Kościoła, Jego urzędnikami, wykonawcami Jego woli. Przez to zredukowanie chrześcijaństwa nawet nie do katalogu przykazań Bożych i kościelnych, ale do kilku nakazów i zakazów związanych z kuchnią i sypialnią doprowadziliśmy, jak mniemam, do tego, że liturgia Kościoła najpierw się sprywatyzowała, a następnie oderwała od Kościoła.
Teologia i prawo nie bez winy

Na nasze nieszczęście to sprywatyzowanie i wyalienowanie liturgii z Kościoła twórczo uzasadniła teologia i prawo. I tak chrzest związaliśmy z grzechem pierworodnym, Komunię z przyjęciem Jezusa do swego serca, bierzmowanie z dojrzałością, małżeństwo z przyznaniem prawa do współżycia seksualnego bez grzechu, kapłaństwo ze szczególnym poświęceniem Bogu na służenie Mu „nie-podzielnym sercem”, namaszczenie chorych w najlepszym wypadku traktujemy jako ostatnią deskę ratunku przed śmiercią, a sakramentowi pokuty nadaliśmy charakter rozprawy sądowej, ostatnio zaś wizyty u psychologa. Mimo wszystko te źle postawione pytania: „Wolno, nie wolno?”, „Ile razy i kiedy?”, „Już grzech, czy jeszcze nie?” wcale nie są głupimi pytaniami. Przeciwnie, wskazują na niedolę wielu chrześcijan, i to zapewne nie tylko rzymskich katolików.
Że tak jest, wskazuje wspomniane już powiedzenie: „Wolę się modlić w do-mu, w parku, przy muzyce, siedząc czy leżąc, ale nie w kościele”. To znaczy, że niepraktykujących wcale przez to samo nie można zaliczyć do niewierzących. Jeśli tak, to znaczy, że jest lepiej, niż myślimy. Skoro ci, których w kościele nie uświadczysz nawet od wielkiego dzwonu, zachowali wiarę, to znaczy, że zachowali to najważniejsze – więź z Bogiem, tę najbardziej prawdziwą, intymną, którą tylko można wyznać, jak wyznaje się miłość czy przyjaźń, a nigdy, bez narażenia się na religijny, duchowy ekshibicjonizm, ostentacyjnie deklarować. Mniej zatem martwiłbym się o wierzących i niepraktykujących, a bardziej o tych praktykujących, co do których zachodzi obawa, że owszem praktykują, ale wbrew ich gorącym zapewnieniom, nie wierzą.
Owszem, nie sposób nie podziwiać gorliwości współczesnych i dawnych ze-lotów w przestrzeganiu mnóstwa nakazów i zakazów, jak też ich wiary w to, że dzięki tym wysiłkom, w nagrodę otrzymają, a raczej zarobią na niebo, ale nie sposób też nie zauważyć, że ta jurydyczna pobożność i sprawiedliwość potrafi, nie tylko w sferze religijnej, doprowadzić do tragedii. Jak mam zaufać Bogu, który za zjedzoną w Wielki Piątek, dzień Bożego tryumfu nad złem, skwarkę, gotów jest strącić człowieka do piekła, i to na zawsze? Jak mam zaufać Bogu, który zakazuje przetaczania krwi, a tym samym oczekuje ode mnie, że skażę na śmierć moje dziecko? Jak mam zaufać Kościołowi, konkretnie proboszczowi, i jak mam postrzegać parafię jako wspólnotę, skoro jestem traktowany jak klient, nabywca, petent?
Niemiecki teolog Karl Rahner SJ stwierdza: „Kościół okazuje wyrozumiałość w zastosowaniu wielu czysto kościelnych norm (udzielanie dyspensy; epika, to znaczy wyrozumiała interpretacja intencji prawodawcy, uważana jest za cnotę; powszechnie przyjmuje się zasadę, że prawo czysto kościelne nie obowiązuje w przypadku szczególnej niedogodności i dolegliwości)”. Chciałoby się dodać, że byłoby dobrze, gdyby normy prawa czysto kościelnego nie tylko nie obowiązywały w szczególnie trudnych przypadkach, ale w sytuacjach szczególnie szczęśliwych zobowiązywały do podtrzymywania tegoż szczęścia.
Wacław Oszajca – ur. 1947, jezuita, poeta, eseista, publicysta prasowy i radiowy, autor licznych książek, kaznodzieja, mieszka w Warszawie.

http://www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/zycie-i-wiara/art,564,na-chlopski-rozum-rzecz-biorac.html

Posted in Religia | 2 Komentarze »