WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Religia’ Category

Faryzeusz i celnik

Posted by tadeo w dniu 9 lutego 2012

KRZYSZTOF OSUCH SJ
Faryzeusz i celnik

Jezus powiedział do niektórych, co ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili, tę przypowieść: Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam. Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: Boże, miej litość dla mnie, grzesznika. Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony (Łk 18,9-14).

Adresatem Jezusowej przypowieści o faryzeuszu i celniku są „niektórzy”.
Są to ci, którzy ufają sobie i są przekonani o swojej sprawiedliwości. Cechuje ich także pogardzanie innymi.

Jezus w tej przypowieści mocno piętnuje zarówno pogardzanie innymi, jak i uważanie siebie za sprawiedliwego w oparciu jedynie o swoje dobre uczynki.

Pokazuje też i chwali piękno modlitwy skruszonego celnika.
Można z góry założyć, że Jezusowa przypowieść dotyczy także i nas, gdyż każdy bywa w głębi serca usposobiony bądź to (raczej) jak faryzeusz, bądź to (raczej) jak celnik.

Faryzeusz i celnik w nas.

Oto dwaj mężczyźni wchodzą do świątyni, by się modlić.
Faryzeusz jest pewny siebie. Wyróżnia się wiedzą religijną, pobożnością i rygorystycznym wypełnianiem tego, co nakazywało Prawo.

Cieszy się on uznaniem wśród ludzi.

Celnik jest jego przeciwieństwem.
Owszem, wyróżnia go (pewno za sprawą zdzierstwa i oszustwa) stan posiadania i to, że jako kolaborujący z okupacyjną władzą Rzymu jest pogardzany.

Gdy jednak obaj staną przed Bogiem ujawni się rzecz zdumiewająca; „rzecz”, którą widzi i ocenia tylko Pan patrzący na serce (por. 1 Sm 16, 7).

Faryzeusz zaczyna swą modlitwę od podziękowania Bogu za to, że wynik jego (pewno częstych) porównywań z innymi ludźmi jest wysoce zadowalający: Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik.

Nie zająknąwszy się ani jednym słowem na temat swoich grzechów i grzeszności, przystępuje do wyliczenia swoich dobrych czynów i zasług:Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam.

Sądzi, że po takiej modlitwie może spokojnie wstać i dalej pędzić żywot człowieka porządnego, który nadal porównuje się ze złoczyńcami, osądza ich i z tego czerpie poczucie wyższości i bycia sprawiedliwym w oczach Boga.

A celnik? Ten nie przeocza i nie przemilcza swych grzechów. Być może łatwiej przychodzi mu ujrzeć i uznać swoje grzechy, gdyż są ewidentne i wytykane palcami przez innych.

Jest zatem dla niego jasne, że z żalem i skruchą winien powiedzieć Bogu przede wszystkim o swoich grzechach, które go od Niego oddzielają.
W poczuciu swej niegodności uniża siebie i staje gdzieś w tyle świątyni… Nie śmie on nawet oczu wznieść ku niebu. Bije się w piersi i mówi: Boże, miej litość dla mnie, grzesznika.

Jak widać, celnik nie wdaje się w porównywanie siebie z innymi. Nie słychać, by osądzał innych. Uwagę Boga kieruje zdecydowanie ku swojej grzeszności. Nie próbuje on jakoś usprawiedliwiać swoich grzechów, na przykład mówiąc Bogu o gorszych od siebie. Po prostu wyznaje swą grzeszność i zawodność swego serca, które odczuwa ciężar skutków grzechu pierworodnego.

Przypowieść kończy się w ten sposób: Powiadam wam: Ten (czyli celnik) odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony.

Te dwa usposobienia, o których mówi przypowieść, różnią się bardzo. Od tego, czy jest się jak faryzeusz, czy jak celnik, zależy bardzo dużo.

Faryzeusz odgradza się od Boga, zaś celnik otwiera się na Jego zbawcze działanie.
Pan Jezus chce nas dzisiaj zachęcić do uważnego wglądu w siebie, do zreflektowania i – jeśli trzeba – do nawrócenia, do zmiany sposobu myślenia.

Wniosek

A zatem jakie wnioski winniśmy wyciągnąć z Jezusowej nauki? – To oczywiste. Powinniśmy wytropić w sobie postawę faryzeusza. Skoro przez całe ziemskie życie atakują nas ciemności grzechu i my im nieraz ulegamy, to nie opowiadajmy – Bogu i sobie, także innym ludziom – „bzdur”, że oto jesteśmy właściwie już bezgrzeszni, doskonali i sprawiedliwi. I że jesteśmy lepsi od innych; że możemy nad kimkolwiek górować i innymi pogardzać.Kto żywi takie przekonanie i z takiej pozycji zwraca się do Boga i z takiej pozycji myśli o bliźnich, ten „po uszy” tkwi w grzechu i ani myśli odwrócić się od niego. Ktoś taki żyje życiem niemiłym Bogu i Bóg czeka na jego nawrócenie.

W świetle dzisiejszej perykopy winniśmy być wyostrzyć uwagę, gdy wzbiera w nas faryzejska pewność siebie; gdy smakuje nam uczucie górowania nad tymi, którzy wydają się nam wielkimi grzesznikami. Nie jest dobrze, gdy oskarżając innych i mówiąc Bogu, jakie to zło czynią inni, chcemy „zapunktować”, chcemy w taki marny sposób (wstrętny w oczach Boga) wydać się lepszymi i sprawiedliwymi w obliczu Boga!

Efekt faryzejskich zabiegów jest zgoła przeciwny od zamierzonego. Wcale przez to nie jawimy się Boga jako mili, usprawiedliwieni. Wręcz przeciwnie. Dopiero wejście i przyswojenie sobie postawy celnika uczyni nas w oczach Boga – miłymi, sprawiedliwymi. Kimś, kogo można przygarnąć. Komu można okazać bezmiar przebaczenia, świętości i podarowanej nieskalaności (por. Ef 1, 4).

O faryzeuszu nieco dokładniej

Warto nieco dokładniej przyjrzeć się faryzeuszowi. Także dlatego, by wskutek braku refleksji nie stać się bezmyślnym i tępym naśladowcą fatalnej postawy serca faryzeusza.

Może mieliśmy czasem ochotę zapytać, czego właściwie brakuje faryzeuszowi, skoro ma on na swoim koncie wiele dobrych uczynków i wyróżnia się zaletami charakteru, a ponadto wyróżnia wiedzą religijną i staraniem o życie moralne.

Jego modlitwa świadczy o tym, że jest on człowiekiem „sprawiedliwym” w tym sensie, że stara się o zachowanie przepisów Prawa i o wykonywanie dobrych uczynków. Jest imponujące to, co zwykł czynić faryzeusz z epoki Jezusa: pościł zgodnie z zaleceniami (a może nawet więcej), pomagał innym poprzez jałmużny. Umiał też. .. podziękować Bogu za wszystko, co otrzymywał, i za wszystko, co było w nim dobre! Czy nie ma w tym dobra i piękna? Jest. Jednak nie ma tu czegoś, co być powinno, bo jest najważniejsze!

Rzeczywiście, faryzeusz na pierwsze wejrzenie wydaje się być ideałem prawego Izraelity, jednak w jego (za „ciasno” pojętej) sprawiedliwości zabrakło czegoś bardzo ważnego, a nawet najważniejszego!

Zabrakło podobieństwa do Boga w żywieniu i okazywaniu miłosiernej miłości wobec grzeszników.

Bóg ma tę Miłość nadobficie, niejako w nadmiarze. Faryzeuszowi bardzo jej brakuje.

Słońce, wielki dar Boga, wschodzi nad każdym człowiekiem (por. Mt 5, 45). Nad każdym bez różnicy. Dzieje się tak nie bez powodu i nie bez woli Stwórcy. Słońce ogrzewa wszystkich.

O wiele bardziej takim duchowym Słońcem, które do wszystkich dociera i wszystkich swoimi promieniami przenika, jest miłosierna Miłość Boga.

Bóg nigdy nie wycofuje swej życzliwości wobec nikogo z tych, których stworzył na swój obraz i podobieństwo. Bóg, w odróżnieniu od faryzeusza, nie mówi o nikim, że ktoś jest Jego „gorszym dzieckiem”. W oczach Ojca niebieskiego nie ma „gorszych dzieci Boga”. Bóg do wszystkich mówi językiem miłości, która pozyskuje, pociąga i ocala. Oczywiście, dotyczy to także samego faryzeusza.

Na razie odszedł on nieusprawiedliwiony, ale wystarczy jeden akt odwrócenia się od jego grzechu, a od razu stanie się on sprawiedliwy, pojednany z Ojcem. Odczuje smak i wspaniałość miłosiernej miłości Boga Ojca.

Słońce emituje swe promienie nieustannie i w kierunku wszystkich. Podobnie rozchodzą się promienie Boskiej Miłości. A jak jest z nami? I czy naszego upodobnienia się do Słońca i do Boga nie należy zacząć od pokornej prośby celnika: Boże, miej litość dla mnie, grzesznika.

o. Krzysztof Osuch SJ
Częstochowa, 1 marca 2008 AMDG et BVMH

http://mateusz.pl/mt/ko/ko-fic.htm

Reklamy

Posted in Religia | Leave a Comment »

Związek na próbę

Posted by tadeo w dniu 7 lutego 2012

„Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera — na próbę”  – Jan Paweł II

Wśród młodych osób stosunkowo częstym zjawiskiem jest tworzenie związków, bez przekonania, że z czasem one będą mogły przekształcić w piękną miłość na całe życie. Łączymy się w pary bo anuż coś „zaskoczy”, bo nie wypada być samotnym w towarzystwie, bo miło jest mieć bliską osobę, bo odczuwamy głód emocjonalny i z wielu innych, podobnych powodów. „Chodzenie” z chłopakiem lub dziewczyną jest fajne i przyjemne: dlaczegoż więc by tego nie robić? Niestety związki „na próbę” mają swoją drugą, negatywną stronę. Większość z nich jest skazanych na porażkę, zaś angażowanie się w nie odbywa się ze szkodą dla obydwu osób.

Każdy, nawet najbardziej lichy związek, pozostawia ślad emocjonalny w naszej psychice, w naszym sercu…

Jeśli zakładamy, że związek jest na próbę, to trochę tak, jakbyśmy z góry nie dawali mu szans na rozwój. Posłużę się przykładem: jeśli sportowiec nie wierzy w swoje możliwości, to raczej nie zdobędzie medalu olimpijskiego. Będzie mu bowiem brakować motywacji do ciężkiego treningu, do poświęcania dodatkowego czasu, pieniędzy na rozwój kariery, do postawienia wszystkiego na jedną kartę. Podobnie jest z miłością. Jeśli związek jest na „próbę”, to w mniejszym lub większym stopniu zakładamy, że może się nie udać. W takim przypadku nie dajemy z siebie wszystkiego. Testujemy, próbujemy, ale nie angażujemy się w stu procentach. Wyżej niż swojego chłopaka/dziewczynę stawiamy swoich przyjaciół, pasje, naukę, karierę zawodową, mówiąc sobie w myślach: Przecież z naszego związku może nic nie być, to nie poświecę dla niego innych spraw. Unikamy poważnych rozmów, żeby przypadkiem nie zaangażować się zbyt mocno i nie utrudnić sobie późniejszego wycofania się. Przy pierwszym większym konflikcie, kryzysie, łatwo się poddajemy. Nasze przekonanie, że związek może się nie udać okazuje się samospełniającą się prognozą.

Większość osób angażujących się w związki bez miłości, myśli głównie o teraźniejszości i o tym, że teraz będzie się im przyjemniej żyło. Przyszłość wydaje się czymś odległym, choć gdzieś tam z tyłu głowy mogą przewijać się myśli, że jeśli by im się nie ułożyło, to najwyżej za jakiś czas się rozstaną. Nic się stanie, każdy pójdzie swoją drogą…W rzeczywistości nasze obecne decyzje mogą nam kiedyś przynieść bardzo bolesne skutki. Warto pomyśleć o nich zawczasu… Każdy, nawet najbardziej lichy związek, pozostawia ślad emocjonalny w naszej psychice, w naszym sercu. Nie znam pary, która nie weszłaby na jakiś stopień intymności ze sobą. Nawet jeśli dwoje partnerów nie współżyje seksualnie, to pocałunki, przytulanie się do siebie, trzymanie się za ręce, spędzanie dużej ilości czasu ze sobą, zwierzenia z osobistych spraw, bardzo zbliżają do siebie. Im dłużej trwa związek tym ta więź jest silniejsza. W konsekwencji, jak za jakiś czas dojdziemy do wniosku lub utwierdzimy się w tym, że to nie jest „to”, że kompletnie się różnimy, mamy odmienne systemy wartości, marzenia, oczekiwania, że nic się nie zmienia w naszej relacji na lepsze — co w związku „na próbę” jest nader prawdopodobne — to okaże się, że będzie nam bardzo ciężko zerwać ze sobą. Niektórzy z przyzwyczajenia, z powodu tej więzi zawrą ślub-  z dużą dozą prawdopodobieństwa skazując się na cierpienie na całe życie. Ci, zaś którym uda się przełamać i zakończyć ten związek, w mniejszym stopniu, ale także będą cierpieć. Co jakiś czas będą mogły nawiedzać ich wspomnienia, tęsknoty i myśli: Czy dobrze zrobiłem?, a jeśli uda im się ponownie z kimś związać, to do nowego związku mogą przenosić obrazy poprzednich.

Angażując się w związek „na próbę” warto pomyśleć nie tylko o sobie, ale też drugiej osobie. A co jeśli ona, traktuje ten związek znacznie poważniej niż ja? Nigdy nie możemy być pewnie, że tak nie jest. Nawet gdy ona zachowuje się z dystansem do nas, może to wynikać z tego że nie chce się przyznać, że jej zależy, widząc że my mamy jakieś wątpliwości. Możemy więc być zupełnie nieświadomi, że nasz chłopak, dziewczyna po cichu ma nadzieję, że będziemy z sobą już do końca życia. Jeśli on, ona tak pochodzi do związku, to będzie bardzo cierpieć, gdy w którymś momencie uznamy, że nasze uczucia się nie rozwinęły i trzeba zakończyć „próbę”. Nie mamy prawa dla swojej przyjemności narażać kogoś na wielki ból i krzywdę.

Decydując się na chodzenie z kimś „na próbę”, nie tylko ryzykujemy cierpienie swoje i drugiej osoby, ale odbieramy też sobie i jej szansę na szczęście, uniemożliwiając poznanie kogoś innego, z kim moglibyśmy się związać na zawsze a nie „na próbę”. „Porządny” chłopak czy dziewczyna nie zainteresuje się kimś kto jest zajęty. Może się więc okazać, że spotkamy kogoś, kto wyda się nam szalenie atrakcyjny, z kim będziemy dzielić wartości i marzenia , ale ta osoba w ogóle nie zwróci na nas uwagę, bo akurat będziemy uwiązani relacją bez przyszłości. Nie marnujmy swojego czasu oraz czasu drugiej osoby.

Co więcej  jeśli angażowaliśmy się w kilka związków „na próbę”, jeśli „skaczemy z kwiatka na kwiatek”, musimy się liczyć z tym, że przylgnie do nas opinia niedojrzałych osób, które nie traktują relacji miłosnych poważnie. I gdy kiedyś spodobamy się komuś szlachetnemu, to nawet jeśli akurat w danym momencie będziemy pozostawać bez związku, ta osoba może bać się zaangażowania w znajomość z nami, nie mogąc być pewnym czy nie jest tylko kolejną zabawkę w naszych rękach.

W końcu „chodząc” z kimś kogo nie kochamy zwyczajnie tą osobę oszukujemy i okłamujemy. Nikt angażujący się w taki związek nie mówi: „Wiesz ja Cię nie kocham, ja jestem z Tobą, tak tylko na próbę”. Raczej zachowujemy się tak jakbyśmy mieli poważne zamiary. W konsekwencji kłamiemy swoimi słowami: używamy zwrotów takich jak „Skarbie”, „Kochanie”, „Kocham Cię”, mimo że te słowa nie mają potwierdzenia w tym kim dla nas jest ich odbiorca oraz kłamiemy swoim ciałem. Obejmując drugą osobę, całując ją, wyrażamy jej fizycznie miłość, choć naszym umysłem mówimy „Wcale Cię nie kocham”. Przypomina to sytuację, w której spotykamy kogoś kogo tak naprawdę nie lubimy, ale udajemy jak to wspaniale, że się spotykamy. Uśmiechamy się do tej osoby, ale w głębi ducha myślimy sobie: chciałbym być gdzie indziej. Chodzenie z kimś kogo nie kocham jest czymś bardzo podobnym. Jest to po prostu kłamstwo. Jako chrześcijanin łamię w ten sposób ósme przykazanie, jako człowiek uczę się nieuczciwości. Miłość dla większości osób jest jedną z najważniejszych spraw w życiu. Jeśli okłamujemy kogoś w tym względzie, jest to bardzo poważny występek.

Nie chcę powiedzieć, że związek „na próbę”  nie ma szans się udać. Sam znam pary, które dojrzały i których relacja przekształciła się w miłość. Niestety jednak znacznie częściej spotykam osoby, które rozwijając relację w ten sposób tylko się poraniły. Niektórzy wielokrotnie. Po co nam to? Nawet bowiem jeśli któryś kolejny związek „wypali”, to będzie to okupione wcześniejszym cierpieniem, krzywdą, ranami swoimi i innych osób oraz wieloma kłamstwami. To chyba nie jest najlepszy pomysł na szukanie szczęścia i budowanie miłości…

Zbigniew Kaliszuk

opr. mg/mg

http://www.opoka.org.pl/biblioteka/I/IP/zk_naprobe.html

Posted in Małżeństwo i rodzina, Religia | Leave a Comment »

Święci i świętość

Posted by tadeo w dniu 5 lutego 2012

ImageAbuna Jakub

Image

Ambroży

 Image

Anicet Kopliński i towarzysze

Image

Aniela Salawa

Anioł z Acri

Benedykt z Nursji

Image

Bernard z Clairvaux

Święty Cyryl Jerozolimski I fot. archiwum

Cyryl Jerozolimski

Image

Dominik Guzman

Image

Dorota z Mątowów

Feliks z Cantalice

Fidelis z Sigmaringen

Franciszek Salezy

Image

Franciszek z Asyżu

Image

Honorat Koźmiński

Ignacy z Santhia

Jadwiga Królowa

Image

Jan Bosko

Jan Chrzciciel

Image

Jan Kapistran

Jan Leopold Tyranowski

Święty Jan od Krzyża

Jan od Krzyża

Jeremiasz z Wołoszczyzny

Image

Jerzy Popiełuszko

Joanna Beretta Molla

Image

John Henry Newman

Józef z Leonessy

Image

Józef z Nazaretu

Image

JudaTadeusz i Szymon Gorliwy

Karolina Kózkówna

 Image

Klara z Asyżu

 Image

Klemens Rzymski

Konrad z Parzham

Leopold Mandić

Image

Leopold z Alpandeire

ImageLudwik-Maria Grignion de Montfort

 Image

Marcin z Tours

Marek z Aviano

Maria i Luigi Beltrame Quattrocchi

Maria Magdalena Martinengo

 Image

Mariano Roasenda

Marta Robin

Mikołaj z Gesturi

Pier Giorgio Frassati

 fot. www.parafia-kazimierz.augustianie.pl

Rita

Image

Sancja Szymkowiak

Serafin Kaszuba

Serafin z Sarowa

Image

Stanisław Kazimierczyk patron zabieganych

Stanisław Kostka

Image

Stanisława Leszczyńska

Teresa od Dzieciątka Jezus

Teresa z Avila

 Image

Tomasz z Akwinu

Image

Walenty

Wawrzyniec z Brindisi

Weronika Giuliani

Image

Weronika Giuliani

http://glosojcapio.pl/index.php?option=com_content&task=category&sectionid=12&id=51&Itemid=75&limit=50&limitstart=0

Posted in Religia, Święci obok nas | 1 Comment »

Na chłopski rozum rzecz biorąc

Posted by tadeo w dniu 5 lutego 2012

w drodzeWacław Oszajca SJ / „W Drodze”
 

(fot. DaveWilsonPhotography/flickr.com)

Mniej martwiłbym się o wierzących i niepraktykujących, a bardziej o tych praktykujących, co do których zachodzi obawa, że owszem praktykują, ale wbrew ich gorącym zapewnieniom, nie wierzą.

Chłopski, to znaczy wieśniaczy, wiejski, właściwy kulturze agrarnej, a nie wyłącznie męski. Chłopskim rozumem z całą pewnością odznaczały się moja babka i mama, jak też wiele kobiet z mojej wsi. To dlatego przed żniwami urządzano świniobicie. W tym roku u nas, w następnym u sąsiadów, bo trzeba pamiętać, że lodówki nie zawsze były. Mięso więc solono, wekowano, wędzono, bo musiało go starczyć co najmniej na najbliższe dwa, trzy miesiące. Kiedy zaś zboże dojrzało już do zżęcia, nastawał święty czas. Ciężka praca wymaga dobrego jedzenia. Na zsiadłym mleku z kartofelkami i koperkiem żniwiarz długo nie pociągnie. Musiało być mięso również… w piątek. I nie było zmiłuj, żadna gospodyni nie odważyłaby się wysłać chłopa w pole bez wałówki.
Jednocześnie na tej samej wsi wszechwładnie panowało tabu, które nakazywało w piątki bezwzględnie pościć, a którym z kolei zawiadywał proboszcz. I jeśli był nim ktoś, kto rozumiał dany sobie świat, w niedzielę ogłaszał, że daje dyspensę od mięsa na trzy najbliższe piątki, a jeśli ktoś już post piątkowy złamał, to niech pobożnie zmówi różaniec. Tym sposobem proboszcz ratował swój honor i autorytet Kościoła, a zarazem, jak sądzę, chcąc nie chcąc, otwierał parafianom oczy na podstawową ewangeliczną prawdę: „To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu. Zatem Syn Człowieczy jest panem szabatu” (Mk 2,27-28).
Podobnie jak w żniwa, postępowano wtedy, gdy nagle w piątek zjawili się goście. Wstąpił stryj z żoną i zięciem, bo akurat wracali z miasta i po drodze im było. A że gość w dom, Bóg w dom, natychmiast wyciągano z pieca patelnię, krojono słoninę, a jeszcze lepiej boczek, i smażono jajecznicę. A do jajecznicy trzeba było też postawić coś mocniejszego. Owszem, spowiadano się z tego grzechu, ale bez większych ceregieli. Z bardzo prostego powodu, który pewnego piątku jasno wyeksplikował nasz sąsiad. Przecież sam Pan Jezus, kiedy na weselu zabrakło wina, to choć już weselnicy byli napici, wina im przymnożył.
Piątek z koniaczkiem

Przejdźmy do czasów współczesnych. Proszę bardzo, piątkowe, nawet wielkopiątkowe, postne menu. Na przystawkę krewetki tygrysie z patelni, zupa żółwiowa, na drugie łosoś w papilotach, na deser tort orzechowy, no i do tego odpowiednie wino, a na koniec koniaczek. Tym, których na to stać, należałoby życzyć Wielkiego Piątku przez wszystkie dni tygodnia przez cały okrągły rok. Następna kwestia będzie dotyczyć nie tylko niektórych, ale wielu. Co mają zrobić, jak świętować swoje urodziny i imieniny ci, którym, na nieszczęście, przyszło się urodzić w marcu, po połowie lutego, czy na początku kwietnia, kiedy z całą pewnością trwa wielki post? Jak każdy ci nieszczęśnicy chcieliby zaprosić przyjaciół i krewnych, jeśli nie do domu, to do restauracji. Zasiąść, jak Pan Bóg przykazał, do stołu, pogościć się, potańczyć. „Jak Pan Bóg przykazał” nie jest w tym wypadku jedynie chwytem retorycznym. Przecież, tak wynika z Ewangelii, najłatwiej i najczęściej Jezusa można było spotkać przy stole. I przy całej zakłamanej złośliwości tych, którzy Go oskarżali o obżarstwo i opilstwo, nie czynili tego bezpodstawnie. Skoro tak, skoro urodziny i imieniny to również przypomnienie Bożej dobroci wyrażonej w darowanym nam życiu i wszczepieniu w Kościół, to w imię czego tak obdarowanych mamy prawo pozbawiać radości stołu zarówno tego domowego, jak też konsekwentnie kościelnego, Pańskiego?
A co na to apostoł?

Posłuchajmy zatem wypowiedzi człowieka, który z całą pewnością wie, co mówi. Odznaczył się bowiem wielką gorliwością w zwalczaniu inaczej myślących – po heretycku. Ścigał tych, w jego mniemaniu bezbożnych liberałów wywrotowców, bezlitośnie, aresztował, wlókł przed sędziów, doprowadzał do egzekucji. Jednym słowem, był to naprawdę człek pobożny, bardzo pobożny i bardzo praktykujący, ani na milimetr nie odstępujący od swoich przekonań. I tenże człowiek, po upływie nawet niezbyt długiego czasu, będzie tak oto pouczał zwaśnionych na tle poglądów i praktyk religijnych swoich współwyznawców. „Tego, kto jest słaby w wierze, przyjmijcie bez roztrząsania poglądów. Jeden jest przekonany, że może jeść wszystko, słaby natomiast spożywa jarzyny. Ten, kto je wszystko, niech nie lekceważy tego, który czegoś nie je. Ten zaś, kto nie je wszystkiego, niech nie osądza tego, który je. Bóg przecież go przyjął. Ty natomiast kim jesteś, że osądzasz czyjegoś sługę? To, czy on stoi, czy upada, jest sprawą jego Pana. Ostoi się jednak, ponieważ Pan ma moc go podtrzymać. Ktoś znowu wyróżnia jeden dzień spośród innych, dla innego wszystkie są równie ważne. Niech każdy zostanie przy swoim przekonaniu” (Rz 14,1-5). Tak, to siglum mówi samo za siebie, chodzi o Pawła Apostoła.
A przykazania, durniu!

No właśnie, przykazania? Te kościelne, mniej więcej takie, jak je dzisiaj znamy, jeśli znamy, pojawiły się dość późno, bo w XVI wieku. Czyli wtedy, gdy Kościół stał się instytucją masową, ale też coraz bardziej skonfliktowaną. Zatem ich celem było zdyscyplinowanie katolików. Ten zabieg, jeśli się powiódł, to tylko po części. Na pewno nie zapobiegł rozbiciu Kościoła. Nie bez powodu przecież kłócono się o związek wiary z uczynkami i odwrotnie. Dzisiaj możemy powiedzieć, że dla jakiejś części, a może dla wielu katolików, przykazania kościelne w formie mniej lub bardziej uproszczonej stanowią jedyne kryterium przynależności do Kościoła.

Wygląda to mniej więcej tak. Raz do roku do spowiedzi i komunii, oczywiście najlepiej pod koniec Wielkiego Tygodnia, bo ma to być „wielkanocny sakrament”. W niedzielę na mszę, oczywiście wtedy, gdy się to uzna za stosowne, a na pewno wtedy, gdy trzeba uprosić u Boga jakąś tak zwaną łaskę, czyli poprawę zdrowia, zdanie egzaminów, szczęśliwą podróż, a już z całą pewnością wtedy, gdy lekarz powie: Niestety, z tą chorobą, na tym etapie, współczesna medycyna jeszcze sobie nie radzi, tak jak byśmy sobie tego życzyli. Oczywiście uważa się, że takich zachowań oczekuje Bóg, który przecież lubi, gdy Jego dzieci proszą Go o pomoc, żąda też tego Kościół, gdyż wynikają one z jego doktryny. Mówiąc najkrócej, uważa się te mniemania za naukę Kościoła.
Pobożniejsi, chcący sprostać takim wymaganiom, mają oczywiście dodatkowe zmartwienie. Zadają więc pytania w rodzaju: Ile razy mam iść do spowiedzi, by w każdą niedzielę przystępować do komunii? A gdy się już wyspowiadam i przypomnę sobie jakiś grzech, to co mam zrobić, bo nie wiem, czy jest on lekki, czy ciężki? Nie wiem, bo nie wiem, czy gdy to robiłem, to chciałem to robić z całą świadomością? Czy byłem wolny? Nie wiem, bo kto z nas jest tak całkiem wolny? A gdy do tych gorzkich wątpliwości dojdą jeszcze sprawy związane z szóstym i dziewiątym przykazaniem Bożym, trudno o większe nieszczęście.
Wróćmy więc do Apostoła Pawła. Według niego o tym, czy jakieś działanie ma sens, czy nie, decyduje to, czy między chrześcijaninem a Chrystusem istnieje nić zaufania. Choćby tak cienka, jak włos. Tymczasem my, starsi Kościoła, wychodzimy z założenia, że mamy zawsze do czynienia z gotowymi już, o najwyższej próbie, chrześcijanami, katolikami w szczególności, i stawiamy wymagania, nie licząc się z tym, że mamy przed sobą ludzi wcale nieprzekonanych, a tylko przymuszonych. Oczywiście przesadzam, ale chodzi mi o wydobycie na wierzch zjawiska, które być może leży u podstaw kruszenia się obecnej formy istnienia Kościoła. Mówiąc inaczej, żądamy od naszych sióstr i braci zachowań, nie bacząc na ich przekonania. Wbrew temu, co, jak słyszeliśmy, mówi Paweł Apostoł: „Tego, kto jest słaby w wierze, przyjmijcie bez roztrząsania poglądów”. To nie znaczy, że poglądy to rzecz mało ważna. Znaczy tylko tyle, że do poglądów dochodzi się, idąc często okrężną drogą – jak sam Paweł. Wiara jest procesem, również wtedy, a może przede wszystkim wtedy, gdy jest mocno ugruntowana.
A miłosierdzie?

„Gdybyście zrozumieli, co znaczą słowa: Miłosierdzia chcę, a nie ofiary, nie potępialibyście niewinnych. Bo Syn Człowieczy jest Panem szabatu” (Mt 12,7-9). Gdzie jak gdzie, ale miłosierdzia – niemodne to dzisiaj słowo, choć nie jego treść – można doświadczyć jedynie wśród przyjaciół i oczywiście w rodzi-nie, choć i tam nie zawsze. Miłosierdzie jest bowiem taką odmianą miłości, która, owszem, czeka na odpowiedź, zdradzona cierpi, ale istnieć nie przestaje. Mówiąc inaczej, miłosierdzie jest miłością wzgardzoną, a to znaczy, że ten, kto tak kocha, kochać nie przestaje nigdy. Tak kochający w swoim nastawieniu do drugiego jest niezmienny. W związku z tym nie tylko nie daje się odepchnąć, nawet za cenę życia, ale nie czeka też na prośby, na podziękowania, pochwały, gdyż „rozumie”, czego ten drugi potrzebuje. Jeśli tak, to naprawdę miłosierny jest jedynie Bóg.
Spróbujmy zatem na przykazania popatrzeć inaczej. Nie od strony zakazów i nakazów, ale bardziej ludzkiej, a co za tym idzie, również Boskiej. Wyobraźmy sobie, choć będzie to trudne lub wprost niemożliwe, taką oto sytuację. Ni stąd, ni zowąd twoja dorosła córka lub syn, mieszkający dwie ulice dalej, zadaje ci pytanie: „Tato, ile razy w roku powinienem ciebie odwiedzać, ile rozmów powinniśmy odbyć, żebyś nadal uważał mnie za swoje dobre dziecko?”. Albo inaczej. „Mamo, o co chodzi, przecież odwiedzam cię we wszystkie święta, czasem nawet w tygodniu do ciebie wpadam. Nie zapominaj też, że dopłacam ci do czynszu i lekarstw. Poza tym, mam tyle pracy i innych obowiązków, że nie wyrabiam na zakrętach”. Wyobraźmy sobie, że wreszcie do spotkania doszło, rozmowa przebiegła w bardzo miłej, grzecznej atmosferze, niemniej nic z niej poważnego nie wynikło. Pouśmiechaliśmy się do siebie, pogadaliśmy o przysłowiowej pogodzie, pochwaliliśmy tort i na tym koniec.
Niestety, czasami bywa jeszcze inaczej, o wiele gorzej. Dzieci wpadają do rodziców nieomal codziennie, i to z bardzo konkretnych powodów. „Kochani, w sobotę idziemy na bal, popilnujecie dzieci, prawda?”. „Przykro mi o tym mówić, ale do pierwszego jeszcze dwa tygodnie, a ja mam w portfelu jedynie dwadzieścia złotych”. „Mamo, Jasio ma katar, a ja muszę, no wiesz, umówiłam się z koleżankami na kawę, weź taksówkę i przyjedź. Boli cię głowa? Weź tabletkę, tę, którą ci dałam dwa tygodnie temu, to ci szybko przejdzie”. Jednym słowem, do spotkania rodziców i dzieci, w tych przypadkach, dochodzi jedynie wtedy, gdy dzieci mają jakąś sprawę do załatwienia, gdy potrzebują pomocy, a więc dla jakiejś korzyści. W myśl starego porzekadła: Jak bida, do Żyda, jak po bidzie, precz Żydzie.
Nieszczęsny skutek zachowywania przykazań

Nie wiem, może to zbyt daleko idący osąd, ale wydaje się, że doszło już do tego, że za pomocą przykazań Bożych i kościelnych oraz zarządzeń administracyjnych zaczynamy wymuszać na ludziach udział w praktykach religijnych. I tak to, co powinno wypływać z przekonania, zaczyna być czymś zewnętrznym, nie naszym, ale nam narzuconym. Oczywiście poddajemy się tej przemocy, bo dotąd nie mieliśmy innego wyjścia. Dotąd, bo dzisiaj już takie wyjście mamy. Parafia przestała być monopolistą. Przestała być jedyną instytucją organizującą nie tylko życie religijne mieszkających na jej terenie, ale również życie społeczne i polityczne. Przez całe wieki to nie kto inny, ale proboszcz pełnił funkcje, które dzisiaj pełnią urzędy stanu cywilnego i zakłady pogrzebowe. Proboszcz, chrzcząc niemowlę, wprowadzał je nie tylko do kościelnej społeczności, ale, i chyba przede wszystkim, do społeczeństwa. A kiedy ochrzczony dorósł, bez proboszcza też nie mógł się obyć, bo przecież do dziś mówimy, że to ksiądz daje ślub. No i kiedy umarł, to proboszcz decydował, gdzie i jak ma być pochowany. Obecnie nawet tak religijne czynności jak bierzmowanie i w jeszcze większym stopniu pierwszy pełny udział w mszy też się sprywatyzowały, zeświecczały i stały się jedynie okazją do rodzinno-towarzyskich spotkań.
Mając to na uwadze, trudno się dziwić nie tylko pytaniom już wymienionym: „Ile razy do spowiedzi, żeby w każdą niedzielę, czy też codziennie, można było przystępować do komunii?”, „Czy kaszanka to wędlina?”, „Czy gdy mi zabraknie pięciu minut do końca postu eucharystycznego, to mogę, czy nie mogę przystąpić do Stołu Pańskiego?”. Poza tymi pytaniami spotykamy też inne, o wiele poważniejsze. „Po co w ogóle mam chodzić do kościoła, skoro w domu czy nawet w parku mogę znacznie lepiej się pomodlić i wymodlić?”. Wbrew pozorom tym pytaniom też trudno się dziwić, a tym bardziej nimi się gorszyć, oburzać na nie i traktować je jako przejaw co najmniej religijnego zobojętnienia. Przecież ciężko przez całe wieki pracowaliśmy na taki rezultat. Wolno, nie wolno, ale nawet jeśli nie wolno, to jest władza, która może mi pozwolić na to, by zakazane było dozwolone. Mówi się, nie bez racji, że jakie pytanie, taka odpowiedź. Odpowiadamy więc: „Raz w miesiącu do spowiedzi i wtedy, jak się nie popełni grzechu śmiertelnego, można codziennie do komunii”, „Masz imieniny w poście, jaki problem, proś proboszcza o dyspensę”. Kłopot w tym, że takie podejście do relacji człowiek – Kościół – Bóg sprowadza nas na manowce. Bóg staje się wielkim, wszechwidzącym i wszechwiedzącym policjantem, a my, starsi Kościoła, Jego urzędnikami, wykonawcami Jego woli. Przez to zredukowanie chrześcijaństwa nawet nie do katalogu przykazań Bożych i kościelnych, ale do kilku nakazów i zakazów związanych z kuchnią i sypialnią doprowadziliśmy, jak mniemam, do tego, że liturgia Kościoła najpierw się sprywatyzowała, a następnie oderwała od Kościoła.
Teologia i prawo nie bez winy

Na nasze nieszczęście to sprywatyzowanie i wyalienowanie liturgii z Kościoła twórczo uzasadniła teologia i prawo. I tak chrzest związaliśmy z grzechem pierworodnym, Komunię z przyjęciem Jezusa do swego serca, bierzmowanie z dojrzałością, małżeństwo z przyznaniem prawa do współżycia seksualnego bez grzechu, kapłaństwo ze szczególnym poświęceniem Bogu na służenie Mu „nie-podzielnym sercem”, namaszczenie chorych w najlepszym wypadku traktujemy jako ostatnią deskę ratunku przed śmiercią, a sakramentowi pokuty nadaliśmy charakter rozprawy sądowej, ostatnio zaś wizyty u psychologa. Mimo wszystko te źle postawione pytania: „Wolno, nie wolno?”, „Ile razy i kiedy?”, „Już grzech, czy jeszcze nie?” wcale nie są głupimi pytaniami. Przeciwnie, wskazują na niedolę wielu chrześcijan, i to zapewne nie tylko rzymskich katolików.
Że tak jest, wskazuje wspomniane już powiedzenie: „Wolę się modlić w do-mu, w parku, przy muzyce, siedząc czy leżąc, ale nie w kościele”. To znaczy, że niepraktykujących wcale przez to samo nie można zaliczyć do niewierzących. Jeśli tak, to znaczy, że jest lepiej, niż myślimy. Skoro ci, których w kościele nie uświadczysz nawet od wielkiego dzwonu, zachowali wiarę, to znaczy, że zachowali to najważniejsze – więź z Bogiem, tę najbardziej prawdziwą, intymną, którą tylko można wyznać, jak wyznaje się miłość czy przyjaźń, a nigdy, bez narażenia się na religijny, duchowy ekshibicjonizm, ostentacyjnie deklarować. Mniej zatem martwiłbym się o wierzących i niepraktykujących, a bardziej o tych praktykujących, co do których zachodzi obawa, że owszem praktykują, ale wbrew ich gorącym zapewnieniom, nie wierzą.
Owszem, nie sposób nie podziwiać gorliwości współczesnych i dawnych ze-lotów w przestrzeganiu mnóstwa nakazów i zakazów, jak też ich wiary w to, że dzięki tym wysiłkom, w nagrodę otrzymają, a raczej zarobią na niebo, ale nie sposób też nie zauważyć, że ta jurydyczna pobożność i sprawiedliwość potrafi, nie tylko w sferze religijnej, doprowadzić do tragedii. Jak mam zaufać Bogu, który za zjedzoną w Wielki Piątek, dzień Bożego tryumfu nad złem, skwarkę, gotów jest strącić człowieka do piekła, i to na zawsze? Jak mam zaufać Bogu, który zakazuje przetaczania krwi, a tym samym oczekuje ode mnie, że skażę na śmierć moje dziecko? Jak mam zaufać Kościołowi, konkretnie proboszczowi, i jak mam postrzegać parafię jako wspólnotę, skoro jestem traktowany jak klient, nabywca, petent?
Niemiecki teolog Karl Rahner SJ stwierdza: „Kościół okazuje wyrozumiałość w zastosowaniu wielu czysto kościelnych norm (udzielanie dyspensy; epika, to znaczy wyrozumiała interpretacja intencji prawodawcy, uważana jest za cnotę; powszechnie przyjmuje się zasadę, że prawo czysto kościelne nie obowiązuje w przypadku szczególnej niedogodności i dolegliwości)”. Chciałoby się dodać, że byłoby dobrze, gdyby normy prawa czysto kościelnego nie tylko nie obowiązywały w szczególnie trudnych przypadkach, ale w sytuacjach szczególnie szczęśliwych zobowiązywały do podtrzymywania tegoż szczęścia.
Wacław Oszajca – ur. 1947, jezuita, poeta, eseista, publicysta prasowy i radiowy, autor licznych książek, kaznodzieja, mieszka w Warszawie.

http://www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/zycie-i-wiara/art,564,na-chlopski-rozum-rzecz-biorac.html

Posted in Religia | 2 Komentarze »

Skuteczny Uzdrowiciel

Posted by tadeo w dniu 5 lutego 2012

Każdy z nas jest uwikłany w jakiś grzech. Każdy ma jakąś słabość, z którą nie potrafi wygrać, która wciąż sprowadza go do parteru. Często powtarzamy, że zrobilibyśmy wszystko, żeby sobie z tymi problemami poradzić. Naprawdę?

Egoizm, pycha, życie w kłamstwie – wymieniać grzechy, które dotyczą ogromnej większości z nas można długo. Wszyscy jesteśmy grzesznikami, a jeśli ktoś myśli, że już się nawrócił i wszystko jest z nim dobrze, to niech lepiej na siebie uważa, bo samozadowolenie i uśpienie czujności w walce ze swoimi słabościami jest najprostszą i najszybszą drogą do ponownego upadku.
Jednak takich zadowolonych „świętych” jest na tym świecie bardzo mało. Zdecydowanie więcej jest tych, którzy nie potrafią uwolnić się od swoich słabości. Skoro nie potrafimy, to musi istnieć jakiś powód tej ciągle powtarzającej się bezsilności. Jeżeli go zlokalizujemy, to jesteśmy już w połowie drogi do sukcesu.
Po pierwsze: chcieć
Job przemówił w następujący sposób: „Czyż nie do bojowania podobny byt człowieka? Czy nie pędzi on dni jak najemnik? Jak niewolnik, co wzdycha do cienia, jak robotnik, co czeka zapłaty. Zyskałem miesiące męczarni, przeznaczono mi noce udręki. Położę się, mówiąc do siebie: «Kiedyż zaświta i wstanę?» Lecz noc wiecznością się staje i boleść mną targa do zmroku”.
Job 7,1-4
Zawsze gdy myślimy, że jesteśmy w beznadziejnej sytuacji, gdy nie mamy już sił i pomysłów na walkę z naszymi słabościami, warto wracać do historii Hioba.
Ten człowiek przeżył prawdziwą katorgę, doświadczył ogromnego cierpienia, ale nie zwątpił. Straty i cierpienia nie załamały w nim wiary. Okazał się wzorem cierpliwości. I to jest to, czego bardzo często nam brakuje. Chcielibyśmy, aby nasze problemy znikały od razu, bez większego wysiłku – jak za dotknięciem magicznej różyczki.
Bóg potrzebuje naszej współpracy i chce żebyśmy mu zaufali, ale przede wszystkim my musimy chcieć zostawić za sobą nasze grzechy i słabości.

 

Po drugie: zaufać
Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest.
Mk 1,32-34
Jeżeli tylko będziemy naprawdę chcieli zacząć żyć wolni od grzechu, to możemy być pewni, że zgłaszając się do Jezusa po pomoc, trafiamy pod właściwy adres. Dzisiejsza Ewangelia mówi jasno – On może uzdrowić każdego i ma władzę nad złymi duchami, On może rozkazywać złu, a ono jest mu posłuszne.
Chrystus nie tylko ma władzę i moc, która wystarcza, aby uwolnić nas z naszych zniewoleń, On również pokazał nam jak skutecznie możemy to zrobić. Recepta jest bardzo prosta – tak jak On bezwarunkowo zaufać Ojcu. Jeśli to zrobimy – wszystko jest możliwe. Dosłownie wszystko.
Tylko jak zawsze pozostaje pytanie – czy my chcemy Mu zaufać i czy wolimy prawdziwą (ale wymagającą) wolność, od naszego wygodnego, miłego i spokojnego życia?

 

Posted in Religia | Leave a Comment »

Ludzkie krzyże

Posted by tadeo w dniu 5 lutego 2012

Był człowiek, który narzekał na swoje życie. Skarżył się, że jest mu ciężko, bo mieszkanie niewygodne, za ciemne, za ciasne, że dochody za małe, że jego rówieśnicy, którzy podobne szkoły ukończyli, zarabiają daleko więcej niż on. Mówił, że innym jest łatwiej żyć, że lepiej dają sobie radę ze złymi ludźmi, z trudnymi okolicznościami, że im wszystko układa się korzystnie, a jemu jest źle i to z roku na rok coraz gorzej. Twierdził, że gdyby się urodził kilkadziesiąt lat wcześniej albo kilkadziesiąt lat później, to wtedy na pewno byłoby wszystko inaczej. Chodził wciąż smutny, skwaszony, zniechęcony.
Razu pewnego, gdy spał, śniło mu się, że ktoś go budzi. Otworzył oczy i zobaczył postać stojącą koło’jego łóżka. Chociaż nigdy Anioła nie spotkał, wiedział, że to jest Anioł. Nie czul w sobie żadnego lęku. Anioł stał nad nim, jakby czekając na jego przebudzenie. A gdy spostrzegł, że on już nie śpi, łagodnym zapraszającym ruchem dał mu znak, aby wstał:
– Wstań proszę – powiedział.
Człowiek ów, wcale tym nie zdziwiony, podniósł się z łóżka. Stanął obok tajemniczego gościa. Popatrzył pytająco na niego. A wtedy Anioł z uśmiechem powiedział:
– Pójdź, proszę, ze mną.
Człowiek spytał go nieśmiało:
– Dokąd chcesz, żebyśmy poszli?
– Zaraz zobaczysz – odpowiedział Anioł.
Podążył więc za nim. Anioł wiódł go przez jego mieszkanie, wyprowadził go na klatkę schodową i zaczął wstępować po schodach na górę. Człowiek wciąż nie wiedział, dokąd idą i co to ma wszystko znaczyć, ale nie śmiał pytać. Był tylko pewny, że to chodzi o jakąś bardzo ważną sprawę, która go bezpośrednio dotyczy. Postępował w milczeniu za Aniołem coraz bardziej ciekawy, dokąd wiedzie go ten wysłannik Boga. Szli długo po schodach, aż stanęli przed drzwiami. W pierwszej chwili nie mógł zorientować się, dokąd drzwi prowadzą, ale za moment poznał, że; to drzwi wiodące na jego strych. Anioł otworzył drzwi i weszli do wnętrza. Wtedy człowiek zobaczył, że to wcale nie jest strych jego domu. To była wielka sala, pod której ścianami stały nagromadzone krzyże – tysiące, dziesiątki tysięcy, nieprzeliczona ilość; krzyże były różne, dziwne: ogromne, małe i całkiem maleńkie, proste i ozdobne, ze złota i z drewna, malowane, heblowane, wysadzane drogimi kamieniami i całkiem zwyczajne, cięte z brzozy. Przyglądał się uważnie tym krzyżom. Każdy z nich był inny. Czasem zdawało mu się, że znalazł dwa identyczne, ale później zauważał, że tak nie jest, że różnią się pomiędzy sobą przynajmniej jakimś szczegółem.
Po chwili człowiek przełamując nieśmiałość spytał Anioła:
– Skąd tu tyle krzyży? Po co tu stoją? Do kogo należą? Usłyszał jego głos:
– To są ludzkie krzyże.
– Ludzkie krzyże? – powtórzył człowiek, niewiele z tego rozumiejąc.
– Każdy musi jakiś nieść – mówił dalej Anioł.
– Ach tak. Teraz rozumiem, dlaczego tyle tych krzyży i dlaczego każdy z nich jest inny. Ale po co przyszliśmy tutaj? Anioł o odpowiedział:
– Pan Bóg polecił mi, abym ciebie tu przyprowadził.
– Pan Bóg? – zdziwił się ów człowiek. – Dlaczego?
– Narzekasz na swój krzyż. Mówisz, że ci bardzo ciężko z nim iść. Bóg zezwolił, abyś tu przyszedł i wybrał sobie inny krzyż, jaki tylko zechcesz, i żebyś z tym nowym krzyżem szedł dalej przez życie nie narzekając.
Człowiek słuchał tego, co Anioł mówił, prawie nie wierząc swoim uszom. W końcu powiedział:
– Czyż to jest możliwe, żeby Wielki Bóg chciał się zajmować takim człowiekiem jak ja?
– Pan Bóg naprawdę przysłał mnie do ciebie – potwierdził Anioł.
– Będę mógł wybrać krzyż taki, jaki tylko zechcę? – spytał wciąż jeszcze nieufny.
– Tak. Naprawdę – powtórzył Anioł jego słowa. – Możesz wybrać l taki krzyż, jaki tylko zechcesz.
– I będę mógł z nim iść przez całe życie? – pytał człowiek, chcąc się upewnić.
– Tak. Będziesz mógł iść z nim, jeżeli tylko zechcesz, przez całe Twoje życie – Odpowiedział mu Anioł.
Człowiek wiedział już, który krzyż wybierze. Piękny, złoty krzyż przyciągał jego wzrok od pierwszej chwili. Pomyślał: „Wreszcie będę miał wspaniałe życie”. Spytał nieśmiało Anioła wskazując na ten krzyż:
– Czy mogę go wziąć? Anioł skinął głową:
– Tak.
Uradowany człowiek podbiegł do upatrzonego krzyża, objął go mocno, aby go włożyć na swoje ramiona, ale nadaremnie. Nie potrafił go nawet, ruszyć. Krzyż był bardzo ciężki. Mimo to człowiek nie chciał z niego zrezygnować. Wytężył wszystkie siły. Nic nie pomogło. Krzyż nawet nie drgnął. Zaskoczony tym i rozczarowany powiedział do Anioła:
– Za ciężki.
– Spróbuj znaleźć inny, który będzie lepszy dla ciebie – powiedział spokojnie Anioł. Człowiek rozejrzał się po sali i skierował w stronę innego krzyża, również złotego, choć nie tak dużego, który też wcześniej już spostrzegł. Krzyż ten był wysadzany wspaniałymi kamieniami, ozdobiony wyszukanym ornamentem. Podszedł do niego, z trudem położył go sobie na ramiona. Zrobił z nim parę kroków i przekonał się, że niestety ten też jest za ciężki, a poza tym dokuczliwie gniotą go w ramiona te wspaniałe ozdoby i drogie kamienie, które go tak zachwycały. Odezwał się trochę do siebie, trochę do Anioła:
– Jest niemożliwe, żebym mógł z nim iść dłuższy czas.
– Znajdziesz na pewno krzyż bardziej dla ciebie odpowiedni. Tylko nie zniechęcaj się – pocieszył go Anioł.
Człowiek rozglądnął się w poszukiwaniu i po chwili podszedł do krzyża też złotego, który był o wiele mniejszy. Faktycznie, był on również o wiele lżejszy, ale za krótki. Gdy ułożył go sobie na ramionach i zaczął z nim iść, krzyż ten tłukł go po nogach i plątał mu krok. Odłożył go na miejsce. Wziął inny krzyż, ale ten mu też nie odpowiadał. Potem spróbował nieśćinny i znowu inny. Coraz bardziej nerwowo, już nie chodził, ale biegał po tej ogromnej sali szukając krzyża dla siebie. Czas płynął, a on wybierał i wybierał bez końca. Wciąż nie mógł znaleźć krzyża, z którego byłby zadowolony. Bo były za długie albo za krótkie, za ciężkie, albo zbyt uciskały go ozdoby, albo po prostu nie podobały mu się w kształcie lub kolorze. Już zdawało mu się, że nie zdecyduje się na żaden, że nie znajdzie dla siebie .odpowiedniego. Przyszło mu nawet do głowy, że może przez zapomnienie czy przeoczenie nie zrobiono stosownego krzyża dla niego. I gdy był na skraju rozpaczy, że będzie musiał wziąć krzyż jaki bądź, pierwszy lepszy, wtedy wreszcie znalazł taki, który był odpowiedni dla niego. Wszystko mu się w nim podobało: i ciężar, i długość, kolor, ozdoby. Wszystko było takie, jak chciał. Był świetny, najlepszy. Uszczęśliwiony podszedł z tym krzyżem do Anioła i powiedział:
– Znalazłem.
– Cieszę się, że znalazłeś – odrzekł Anioł.
Człowiek ów, jakby z obawy, by mu tego krzyża nie odebrano, powtórzył:
– Tak, ten mi odpowiada. Proszę de, pozwól mi z tym krzyżem iść przez całe życie. Anioł uśmiechnął się tajemniczo:
– Dobrze a potem dodał – A czy ty wiesz, że to jest twój krzyż? Człowiek patrzył z niepokojem na Anioła nie rozumiejąc, o co chodzi. Wreszcie zapytał:
– Nie wiem, o czym mówisz? Wtedy Anioł powiedział mu wyraźnie:
– Ten krzyż, który znalazłeś, to jest twój krzyż. To jest ten sam, który od początku życia niesiesz na swoich ramionach.

ks. M. Maliński

Posted in Religia | Leave a Comment »

Jak odnaleźć sens życia? – s. prof. Zofia. J. Zdybicka (KUL)

Posted by tadeo w dniu 5 lutego 2012

Jak odnaleźć sens życia? – wykład wygłoszony w Stowarzyszeniu Fides et Ratio w Krakowie przez Siostrę Prof. Zofię J. Zdybicką – podczas II konferencji poświęconej dziełu O. prof. M. A. Krąpca pt.:”Człowiek otwarty na Boga, świat i Ojczyznę”. Kraków 2009.
Realizacja: Stanisław Papież.
Montaż: Robert.
Stowarzyszenie Fides et Ratio w Krakowie.

Posted in Filmy religijne, Religia | Leave a Comment »

Modlitwa o cud

Posted by tadeo w dniu 15 stycznia 2012

Modlitwa o cud. pps

Posted in Filmy i slajdy, Religia | Leave a Comment »

Czy żyjemy w świecie Harrego Pottera

Posted by tadeo w dniu 15 stycznia 2012

Niestety tak gdyż ta książka zwiodła miliony dzieci i młodzieży
wprowadzając w pokusy diabelskie praktyk okultystycznych New Age.

http://gloria.tv/?media=243881

Posted in Filmy religijne, Religia | Leave a Comment »

O.Augustyn Pelanowski-Błędy są potrzebne

Posted by tadeo w dniu 12 stycznia 2012

Posted in Filmy religijne, Religia | Leave a Comment »

Spotkanie z egzorcystą- ks. Piotr Glas

Posted by tadeo w dniu 12 stycznia 2012

Konferencja ks. Piotra Glasa, egzorcysty pracującego w Anglii, o pracy księży egzorcystów i o egzorcyzmach, o wpływie szatana na współczesny świat i ludzi. Rejestracja video: 29 lipca 2011 rok, rekolekcje Ruchu Czystych Serc, Gródek nad Dunajcem. Realizacja: ks. Sławomir Kostrzewa http://www.rcs.org.pl http://www.milujciesie.org.pl

Posted in Filmy i slajdy, Filmy religijne, Religia | Leave a Comment »

Opętanie – o. Marek Dettlaff

Posted by tadeo w dniu 12 stycznia 2012

O tym, czym jest opętanie, opowiada o. Marek Dettlaff OFM Conv egzorcysta.

Posted in Filmy i slajdy, Filmy religijne, Religia | Leave a Comment »

Wzrastanie w swietosci o. Fabian Blaszkiewicz

Posted by tadeo w dniu 9 stycznia 2012

http://www.duszpasterstwotalent.pl/mp3-fabian-blaszkiewicz/

Posted in Religia | 1 Comment »

Byt a prawda, dobro i piękno. Problematyka zła i wartości

Posted by tadeo w dniu 9 stycznia 2012

Wstęp do Metafizyki – z największym polskim filozofem O. prof. Mieczysławem Albertem Krąpcem – rozmawia ks. prof. Andrzej Maryniarczyk SDB 
za: Fundacja Lubelska Szkoła Filozofii Chrześcijańskiej.

Posted in Filmy religijne, Religia | Leave a Comment »

Czego boi sie szatan

Posted by tadeo w dniu 3 stycznia 2012

Rozmowy z niektórymi egzorcystami.

Diabeł – opętanie przez złego.

Program stara się przedstawić opis złego ducha, jego pochodzenie i występowanie w świecie, od czasu kuszenia Adama i Ewy w raju, po współczesność. Najlepsi specjaliści w tej tematyce mówią o jego mocy i taktyce, celach i ograniczeniach. Opisują, jak szatan działa przez pokusy, dręczenie, porażenie, omotanie i opętanie. Widzowie dowiedzą się, kim są jego ulubione ofiary, poznają jego przewrotność oraz przekonają się, kto może wpaść w jego sidła. Dokument przedstawia świat spirytyzmu, tarot, astrologię, satanizm i inne formy okultyzmu.

 

Przeczytaj także: ZARYS KATOLICKIEJ DEMONOLOGII

Posted in Filmy religijne, Religia | Leave a Comment »