WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • Tylko przestańmy mówić: ten kraj, w tym kraju, tutaj, ci ludzie. Zacznijmy mówić tak, jak Pan Bóg przykazał, jak o matce: Ojczyzno ma, moja, kochana, poraniona, więc tym bardziej kochana. Moja, to znaczy taka, którą się kocha, którą się po rękach całuje, przed którą się klęka, której się służy, której się z czcią opowiada, której się nie okrada, dla której się pracuje, dla której się cierpi i umiera, jak trzeba. To nie inni mają tak zrobić, to nie oni, tam na górze, ale my. Inaczej na nic wszystko. Na nic ta rana i na nic te ofiary. Nasza Ojczyzna mocno krwawi i ból nie ustaje w naszych sercach, ale zapewniamy pachołków Moskwy i Berlina, i tych, co służą „mamonie” – jeszcze nie zginęła, póki my żyjemy. Póki pracujemy dla dobra naszej Ojczyzny. Póki kochamy i pamiętamy.

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Religia’ Category

Młodzi o Ojcu Pio

Posted by tadeo w dniu 1 Wrzesień 2011

Zapomniany Ojciec Pio

W dzieciństwie, próbując swoich sił czytelniczych, sięgnęłam po biografię Ojca Pio i doszłam do opisów dręczenia go przez szatana. Nie byłam w stanie sama tego pojąć, bardzo się bałam i długo próbowałam zapomnieć o książce i jej bohaterze… 

Wciąż za mało uwagi poświęcam obecności Ojca Pio w moim życiu. A jest to obecność konkretna, choć subtelna. Ciepła i życzliwa, a zarazem wymagająca i nieugięcie stawiająca w prawdzie.

Image
Fot. M. Morajda

 

O tym, co naprawdę zawdzięczam Ojcu Pio, dowiem się pewnie już „po tamtej stronie”, dziś natomiast dostrzegam pewien zarys jego działania w moim życiu.

Jakiś czas temu modliłam się do niego o łaskę stałego spowiednika. Wiem, że nie musiałam czekać na wysłuchanie mojej prośby, natomiast na spełnienie jej według moich oczekiwań – owszem. Kiedy więc dłuższy czas pozostawałam bez kierownika duchowego (a, jak później zrozumiałam, był to etap potrzebny), Ojciec Pio sam towarzyszył mi duchem i pomagał wzrastać. Pewnego razu podczas rekolekcji w domu poświęconym jego opiece, gdy szukałam znaków jego obecności, trudno było mi wyjść ze zdumienia, gdy pewien nieznajomy zakonnik wręczył mi, ot tak, obrazek z wizerunkiem Ojca Pio i koronką do Najświętszego Serca Pana Jezusa, którą Święty odmawiał codziennie w intencji osób proszących go o modlitwę. A ja szukałam takiej formy modlitwy… Był to podarunek od Ojca Pio.

Jednak nie zawsze moja relacja z nim była taka błogosławiona. Jeszcze niedawno wolałam zwracać się do innych świętych, a może nawet unikałam Ojca Pio. Myślałam sobie pół żartem, że pewnie jest bardzo zajęty, skoro taki popularny, więc i ja nie będę zawracać mu głowy…

Być może przyczyną takiego podejścia była pewna sytuacja z dzieciństwa, kiedy, próbując swoich sił czytelniczych z każdą napotkaną książką, sięgnęłam po biografię Ojca Pio i doszłam do opisów dręczenia go przez szatana. Jako dziecko nie byłam w stanie tego sama pojąć, bardzo się bałam i długo próbowałam zapomnieć o książce i jej bohaterze… A może w rzeczywistości powodem mojego przerażenia były raczej opisy i zdjęcia stygmatów Ojca Pio…?

Niezgłębione misterium miłości do Chrystusa po ukrzyżowanie, którego nie można jedynie biernie obserwować, wciąż jeszcze pozostaje dla mnie zadaniem…

Dziękuję Ojcu Pio w szczególności za słowa, które otrzymałam jako odpowiedź w momencie stawiania znaku zapytania co do mojej przyszłości. Są one dla mnie ciągle aktualnym, uniwersalnym drogowskazem: „Trzeba być mocnym, aby stać się wielkim: oto nasza powinność. Życie jest walką, z której nie możemy się wycofać, lecz w której musimy zwyciężyć”. Ojciec Pio jest dla mnie przewodnikiem duchowym, który ciągle dodaje mi otuchy, ale również poucza i domaga się pokory, sam jednocześnie pozostając w cieniu Najwyższego.

Magda Jagiełło

Odczytywanie znaków czasu

Nieraz zastanawiam się nad sensem istnienia człowieka… Lubię odkrywać tajemnice, które on w sobie kryje.

W moim środowisku niezbyt często mówi się o Ojcu Pio, ale wiem, że był włoskim zakonnikiem, który całe swoje życie poświęcił posłudze innym ludziom. Postrzegam go jako uosobienie dobra i tajemnicy, bowiem jego życie to szereg fascynujących do dzisiaj doświadczeń i myśli, które wciąż zachęcają do odkrywania. To, co myślał i robił, miało na pewno ścisły związek z boską tajemnicą. Według mnie był on posłannikiem Boga, który chcąc nam pokazać wielkość naszego Zbawiciela, co jakiś czas zsyła na ziemię kogoś, kto na obraz i podobieństwo Chrystusa jest świadkiem najwyższych prawd, stanowiąc drogowskaz ku odkupieniu i świętości.

Image
fot. K. Kowalczyk

Ojciec Pio przede wszystkim kojarzy mi się ze stygmatami, które są symbolem bólu i cierpień, jakich doznał Jezus Chrystus w ostatnich godzinach ziemskiego życia. Ich wymowa jest głęboka, ale przez każdego katolika powinna być odczytywana jednoznacznie, jako jeden ze znaków obecności wśród nas Syna Bożego. W naszej wierze chrześcijańskiej wciąż więcej jest niedowiarków niż wierzących, dlatego stygmaty, które gołym okiem można było zobaczyć u Ojca Pio, wywoływały wśród ludzi szereg wątpliwości i pytania: Czy nie są one wytworem ludzkiej wyobraźni? Czy nie mają innego niż boskie pochodzenia? W ten sposób wiara ponownie została wystawiona na próbę, stając się współczesnym Forum Romanum.

W wierze tkwi tajemnica, bowiem jest to stan, który nie może być do końca objęty ludzkim rozumowaniem, ponieważ wiara wychodzi ponad racjonalność człowieka, przekracza jej granice. Jako wierzący cały czas jesteśmy „karmieni” boską tajemnicą, która pozostaje dla nas nieodkryta, zaś nasza egzystencja opiera się na odczytywaniu znaków czasu, które podpowiadają nam, jaką drogą iść ku szczęśliwości. Według mnie takim znakiem był Ojciec Pio. On pokazywał, że poszliśmy w złą stronę, ale jeszcze mamy szansę zawrócić i skręcić w odpowiednią ścieżkę, na której znajdziemy wartości i zasady etyczne zbliżające nas i przygotowujące na spotkanie z Bogiem.

Mnie, młodego, 22-letniego człowieka, powoli zaczyna zadziwiać postać Ojca Pio, który, naznaczony stygmatami bólu i cierpienia, stał się wiernym świadkiem wiary w Chrystusa. Z ranami na dłoniach i stopach przypomniał ludziom, czym jest odkupienie. To wyróżnienie godne jest Bożego posłannika, który ma za zadanie pokazać siłę obecności Boga wśród nas.

Nieraz zastanawiam się nad przyczyną i sensem istnienia człowieka… Lubię odkrywać tajemnice, które on w sobie kryje. Czasami myślę, że chyba każdy z nas jest elementem systemu tajemnic potrzebnym do zbudowania makiety naszego ziemskiego żywota.

 Mariusz Jasiołek

Potrafił przejrzeć człowieka na wylot

 

 

 Gdy czekałam w kolejce do spowiedzi w krakowskim kościele kapucynów, a Ojciec Pio „zerkał” na mnie z obrazu, miałam ochotę zapytać: „Co widzisz?”. Czy mógłby odpowiedzieć: „Obraz i podobieństwo Boże”?

Ojciec Pio to jeden z moich ulubionych świętych. Pewnie dlatego na studiach najczęściej chodziłam do krakowskiego kościoła kapucynów. Ojciec Pio spoglądał tam na mnie z obrazu w kaplicy pojednania. Miejsce dla niego idealne – przecież tyle godzin spędzał w konfesjonale, ofiarując ludziom Boże przebaczenie, pokój, delikatnie odsłaniając tajniki Bożego miłosierdzia, nawet przed największym grzesznikiem…

Image
fot. K.Broda

Szczególnie jednak Ojciec Pio jest mi bliski w Eucharystii. Ta sprawowana niegdyś przez niego zyskała nawet określenie „Msza Ojca Pio” – jak nazwa własna – bo choć nie mogła od innych Mszy różnić się wykonywanymi gestami czy wypowiadanymi słowami, była inna niż wszystkie, szczególna, niezwykła. W tej odprawianej przez Ojca Pio Eucharystii najsilniej rysował się wymiar paschalny – obdarzony stygmatami zakonnik doświadczał cierpienia Zbawiciela. Całym sobą przeżywał tragedię Kalwarii, świadomy owoców, jakie płyną z przyjętego dobrowolnie, w imię Chrystusa, cierpienia. Gdy pojawiał się przed wiernymi w szatach liturgicznych, jakby znikała odległość w czasie i przestrzeni pomiędzy ołtarzem a Golgotą. Eucharystia była najważniejszym elementem Jego duchowości, centrum sprawowanej przez niego posługi kapłańskiej, stanowiła całe jego życie. Bardzo poruszyły mnie słowa, które znalazłam wśród jego zachowanych zapisków: „Świat mógłby istnieć bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy Świętej”.

Ludzie uczestniczący w celebrowanych przez niego obrzędach mawiali: „Wygląda jak Jezus”. Przesada? Niekoniecznie. Myślę, że autentyczna miłość do liturgii, zwłaszcza do Eucharystii, odnawia w człowieku prawdziwy Boży obraz i podobieństwo – czyli wszystko, co od zawsze było mu przeznaczone, a przez głupotę grzechu się w nim rozmywa, traci wyrazistość. Eucharystia – sakrament sakramentów – to pełnia łaski. A dla łaski nie ma przecież rzeczy niemożliwych.

Żałuję, że nie miałam możliwości udziału w Eucharystii, którą sprawował Ojciec Pio. Zastanawiam się, co by mi powiedział, gdybym uklękła przy kratkach konfesjonału, w którym spowiadał. Podobno potrafił przejrzeć człowieka na wylot, umiał zaglądać w ludzkie dusze. Co by zobaczył w mojej?

Gdy czekałam w kolejce do spowiedzi w krakowskim kościele kapucynów, a Ojciec Pio „zerkał” na mnie z obrazu, miałam ochotę zapytać: „Co widzisz?”. Czy mógłby odpowiedzieć: „Obraz i podobieństwo Boże”? Może. Ale przypomniałby mi zapewne od razu, że to, co dane, jest nam zawsze także zadane. Taka jest logika łaski, której nie wolno zmarnować.

Mimo że nigdy nie uczestniczyłam w Eucharystii sprawowanej przez Ojca Pio, a jego poranione stygmatami ręce nigdy nie podały mi Jezusa ukrytego w Chlebie, ten święty nauczył mnie o Nim więcej niż ktokolwiek. I uczy nadal. Ilekroć przychodzę na Mszę Świętą lub uzyskuję przebaczenie ofiarowane mi przez posługę Kościoła, tylekroć myślę, że Ojciec Pio jest obok mnie. Przecież Kościół, walcząc o świętość, korzysta z zasług wszystkich – Najświętsza Ofiara przypomina o tym najmocniej, bo obecne jest na niej całe Niebo. Eucharystia to dar Emmanuela – Boga z nami. Z Nim są wszyscy Jego święci. Dzięki temu „nieobecność” Ojca Pio wśród nas jest wciąż trwającą i tylko trochę zmienioną obecnością.

 Małgorzata Janiec

Redaktor cyklu „Młodzi o Ojcu Pio” – Dorota Kumorek

„Głos Ojca Pio” [69/3/2011]

http://glosojcapio.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=2945&Itemid=94

Posted in Ojciec Pio, Religia | Leave a Comment »

Święty Rafał Kalinowski – Ojciec Rafał od świętego Józefa

Posted by tadeo w dniu 30 Sierpień 2011

Cześć 1. http://www.stowarzyszeniefidesetratio.pl/Presentations0/Kalinowski1.pdf

Cześć 2. http://www.stowarzyszeniefidesetratio.pl/Presentations0/Kalinowski2.pdf

Święty Rafał Kalinowski

Józef Kalinowski urodził się 1 września 1835 r. w Wilnie. Na chrzcie otrzymał imię Józef. Jego ojciec był profesorem matematyki na Uniwersytecie Wileńskim. Po ukończeniu z wyróżnieniem Instytutu Szlacheckiego w Wilnie (1843-1850), Józef podjął studia w Instytucie Agronomicznym w Hory-Horkach koło Orszy. Zrezygnował z nich po dwu latach. W 1855 r. przeniósł się do Mikołajewskiej Szkoły Inżynierii Wojskowej w Petersburgu, gdzie uzyskał tytuł inżyniera. Jednocześnie wstąpił do wojska. Wtedy właśnie przestał przystępować do sakramentów świętych, do kościoła chodził rzadko, przeżywał rozterki wewnętrzne, a także kłopoty związane ze swoją narodowością, służbą w wojsku rosyjskim i zdrowiem. Wciąż jednak stawiał sobie pytanie o sens życia, szukając na nie odpowiedzi w dziełach filozoficznych i teologicznych. Po ukończeniu szkoły (1855) został adiunktem matematyki i mechaniki budowlanej oraz awansował do stopnia porucznika. W 1859 r. opuścił Akademię i podjął pracę przy budowie kolei żelaznej Odessa-Kijów-Kurs. Po roku przeniósł się na własną prośbę do Brześcia Kujawskiego, gdzie pracował jako kapitan sztabu przy rozbudowie twierdzy. Czując, że zbliża się powstanie, podał się do dymisji, aby móc służyć swoją wiedzą wojskową i umiejętnościami rodakom. Został członkiem Rządu Narodowego i objął stanowisko ministra wojny w rejonie Wilna. W końcu zdecydował się na wyjazd do Warszawy, gdzie chciał podjąć leczenie i miał nadzieje na znalezienie pracy. Z powodów zdrowotnych otrzymał zwolnienie z wojska w maju 1863 r.
Święty Rafał KalinowskiJednocześnie, wspierany modlitwami matki i rodzeństwa, przeżywał nawrócenie religijne, m.in. pod wpływem lektury Wyznań św. Augustyna: nie tylko wrócił do praktyk religijnych, ale przejawiał w nich szczególną gorliwość. Gdy wybuchło powstanie styczniowe, mając świadomość jego daremności, ale zarazem nie chcąc stać na uboczu, gdy naród walczy, przyłączył się do powstania. Sprzeciwiał się niepotrzebnemu rozprzestrzenianiu się walk. W liście do brata pisał: „Nie krwi, której do zbytku przelało się na niwach Polski, ale potu ona potrzebuje”.
Po upadku powstania powrócił do Wilna, gdzie 24 marca 1864 r. został aresztowany i osadzony w więzieniu. W wyniku procesu skazano go na karę śmierci. W więzieniu otaczała go atmosfera świętości. Wskutek interwencji krewnych i przyjaciół, a także z obawy, że po śmierci Polacy mogą uważać Józefa Kalinowskiego za męczennika i świętego, władze carskie zamieniły mu wyrok na dziesięcioletnią katorgę na Syberii. Przez pewien czas przebywał w Nerczyńsku, potem w Usole nad Anga, następnie w Irkucku i Smoleńsku. Podczas pobytu na Syberii oddziaływał na współtowarzyszy swoją głęboką religijnością, zadziwiał niezwykłą wprost mocą ducha, ujmował cierpliwością i delikatnością, wspierał dobrym słowem i modlitwą, czuwał przy chorych, pocieszał i podtrzymywał nadzieję. Dzielił się z potrzebującymi nie tylko skromnymi dobrami materialnymi, ale również bogactwem duchowym. Bolał go fakt, że wielu zesłańców nie posiadało żadnej wiedzy religijnej. Szczególnie chętnie katechizował dzieci i młodzież.
Po ciężkich robotach Józef Kalinowski powrócił do kraju w 1874 r. Uzyskał paszport i wyjechał na Zachód jako wychowawca młodego księcia Augusta Czartoryskiego, beatyfikowanego przez Jana Pawła II w 2003 r. Opiekował się nim przez trzy lata. W lipcu 1877 r., mając już 42 lata, Józef Kalinowski wstąpił do nowicjatu karmelitów w Grazu (Austria), przybierając zakonne imię Rafał od św. Józefa. Po studiach filozoficznych i teologicznych na Węgrzech, złożył śluby zakonne i otrzymał święcenia kapłańskie 15 stycznia 1882 r. w Czernej koło Krakowa. W kilka miesięcy później został przeorem klasztoru w Czernej. Urząd ten pełnił przez 9 lat. Przyczynił się w znacznej mierze do odnowy Karmelu w Galicji. W 1884 r. został założony z jego inicjatywy klasztor karmelitanek bosych w Przemyślu, 4 lata później we Lwowie, a na przełomie 1891-1892 roku – klasztor ojców wraz z niższym seminarium w Wadowicach.
Wiele godzin spędzał w konfesjonale – nazywano go „ofiarą konfesjonału”. Miał niezwykły dar jednania grzeszników z Bogiem i przywracania spokoju sumienia ludziom dręczonym przez lęk i niepewność. Przeżyty w młodości kryzys wiary ułatwiał mu zrozumienie błądzących i zbuntowanych przeciwko Bogu. Nikogo nie potępiał, ale starał się pomagać. Zawsze skupiony, zjednoczony z Bogiem, był człowiekiem modlitwy, posłuszny regułom zakonnym, gotowym do wyrzeczeń, postów i umartwień.
Zmarł 15 listopada 1907 r. w opinii świętości w Wadowicach. Jego relikwie spoczywają w kościele karmelitów w Czernej. Za życia i po śmierci cieszył się wielką sławą świętości. Bez reszty oddany Bogu, umiał miłować Go w drugim człowieku. Potrafił zachować szacunek dla człowieka i jego godności nawet tam, gdzie panowała pogarda. Dlatego uważany jest za patrona Sybiraków.
Beatyfikował go Jan Paweł II w 1983 r. podczas Mszy świętej na krakowskich Błoniach; kanonizacji dokonał w Rzymie w roku 1991, podczas jubileuszowego roku czterechsetlecia śmierci św. Jana od Krzyża, założyciela zakonu karmelitów. Św. Rafał Kalinowski jest patronem oficerów i żołnierzy, orędownikiem w sprawach trudnych i beznadziejnych.W ikonografii Święty przedstawiany jest podczas modlitwy, w habicie karmelity.

Posted in Religia | Leave a Comment »

Sanktuaria w miniaturze w Częstochowie

Posted by tadeo w dniu 29 Sierpień 2011

W wyrobisku dawnego kamieniołomu w Złotej Górze w Częstochowie powstał Park Miniatur Sakralnych. Można zobaczyć 15 z 17 zaplanowanych obiektów, m.in. sanktuarium w Lourdes, Ostrą Bramę w Wilnie, Bazylikę św. Jana na Lateranie w Rzymie.

Posted in Filmy religijne, Matka Boża, Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Religia | Leave a Comment »

Życiorys św. Maksymiliana Marii Kolbego

Posted by tadeo w dniu 24 Sierpień 2011

Rajmund urodził się 8 stycznia 1894 roku w Zduńskiej Woli koło Łodzi, z małżonków Juliusza Kolbego († 1914) i Marianny z Dąbrowskich († 1946).

W dniu urodzin otrzymał Chrzest święty w kościele parafialnym pw. Wniebowzięcia NMP. Był drugim z kolei dzieckiem Kolbów. Rodzice trudnili się tkactwem chałupniczym, ale z powodu ciężkich warunków materialnych byli zmuszeni zwinąć warsztat i przenieść się do Łodzi, potem do Pabianic, gdzie ojciec pracował w fabryce, a matka prowadziła sklepik i pracowała jako położna (ok. 1897).

Rodzice Rajmunda należeli do III Zakonu św. Franciszka. Ojciec, ogarnięty szczerym patriotyzmem, chętnie czytał swoim synom patriotyczne książki. Chłopcy „zarażeni” od ojca najchętniej bawili się w rycerzy i rysowali na płotach polskie orły. Pierwsze nauki pobierali w domu rodzinnym.

Rajmund jako chłopiec lubił także nieraz i poswawolić. Pewnego dnia w takiej sytuacji zawołała z wyrzutem matka: „Mundziu, co z ciebie będzie!?”. Słowa te utkwiły mu długo w pamięci. Powoli chłopiec poważniał. Kiedy miał 12 lat, ukazała mu się Najświętsza Maryja Panna, trzymająca w rękach dwie korony: białą i czerwoną. Zapytała chłopca, czy je chce, a równocześnie dała mu do zrozumienia, że korona biała oznacza czystość, a czerwona męczeństwo. „Odpowiedziałem, że chcę. Wówczas Matka Boża mile na mnie spojrzała i znikła”. Było to w kościele parafialnym w Pabianicach.

W 1907 roku franciszkanie konwentualni ze Lwowa prowadzili w Pabianicach misje. Rajmund wraz ze swoim starszym bratem Franciszkiem, postanowił wstąpić do franciszkanów. Obaj przedarli się przez granicę z zaboru rosyjskiego do zaboru austriackiego, do Lwowa, gdzie wstąpili do małego seminarium franciszkanów konwentualnych. W trzy lata potem podążył za nimi brat najmłodszy, Józef. Lwów przypomniał Rajmundowi czasy, kiedy to w katedrze lwowskiej przed cudownym obrazem Matki Bożej łaskawej król polski, Jan Kazimierz, ogłosił Maryję Królową Polski i złożył na Jej ręce ślubowanie (1656). Przed tym samym obrazem postanowił i on także poświęcić się Maryi. „Z twarzą pochyloną ku ziemi – napisze w swoich pamiętnikach – obiecałem Najświętsza Maryi Pannie, królującej na ołtarzu, że będę walczył dla Niej. Jak? – nie wiedziałem, ale wyobrażałem sobie walkę orężem materialnym”.

Szybko jednak doszedł do przekonania, że walki zbrojnej nie da się pogodzić ze stanem duchownym, który sobie zamierzał obrać. Postanowił zatem zrezygnować z kapłaństwa i poświęcić się jako żołnierz walce w obronie Ojczyzny. Wtedy to właśnie na terenie Austrii tworzyły się podziemne organizacje wojskowe, mające na celu wyzwolenie Polski spod okupantów. Tworzyły się legiony polskie. Kiedy Rajmund z bratem byli już zdecydowani, przybyła do nich w odwiedziny matka. Skoro jej wyjawili swój zamiar, wtedy wyznała, że wraz z ojcem postanowiła poświęcić się na wyłączną służbę Bożą. Rajmund uznał w tym dla siebie znak woli Bożej, że ma pozostać. Poprosił też niebawem o przyjęcie do nowicjatu (1910). W rok potem złożył śluby czasowe.

Ponieważ w małym seminarium ukończył klasę ósmą gimnazjalną, w roku 1912 przełożeni wysłali go na dalsze studia do Krakowa. Stąd wszakże ze względu na jego niezwykłe zdolności skierowano go jeszcze tego samego roku 1912 do Rzymu, gdzie zamieszkał w międzynarodowym kolegium serafickim. Równocześnie uczęszczał na znany uniwersytet papieski, prowadzony przez jezuitów, Gregorianum. Studia filozoficzne (1912-1915), jak i teologiczne (1915-1919) uwieńczył dwoma doktoratami. Rajmund okazywał nadto wybitne uzdolnienia matematyczno-fizyczne. Napisał artykuł pt. Etereoplan o pojeździe międzyplanetarnym.

Dnia 1 listopada 1914 roku Kolbe złożył profesję uroczystą, w czasie której dodał sobie imię Maria. Dnia 28 kwietnia 1918 roku Kolbe otrzymał święcenia kapłańskie. Rzym był dla o. Kolbego opatrznościowy. W stolicy chrześcijaństwa zrozumiał, że nie tylko Polska, ale i cały świat powinien należeć do Chrystusa. W 1917 roku przypadały dwie rocznice, które o. Kolbemu dały wiele do myślenia: 400-lecie wystąpienia Marcina Lutra i 200-lecie powstania masonerii. Dwie te okazje wykorzystali wrogowie Kościoła dla zamanifestowania do niego nienawiści. Burmistrz Rzymu, Żyd, Ernest Nathan, został wielkim mistrzem masońskim. Zarządził on obchody z czarnym sztandarem giordanobrunistów, na którym był znak Lucyfera, depczącego św. Michała Archanioła. W czasie pochodu wołano: „Diabeł będzie rządził w Watykanie, a papież będzie jego szwajcarem (gwardzistą; sługą)”. Maksymilian jako świadek patrzył z najwyższym bólem i oburzeniem, jak można było w Wiecznym Mieście dopuścić do takiej prowokacji. Jeszcze więcej drażniła go obojętność tłumu gapiów, nie reagującego na to bluźnierstwo. Równocześnie w tym samym roku 1917 świat katolicki obchodził rocznicę 75-lecia objawienia się NMP Alfonsowi Ratisbonne.
Wspomniane wypadki natchnęły Maksymiliana, ażeby utworzyć z jednostek najbardziej bojowych i oddanych Maryi Niepokalanej rodzaj bractwa, które by skupiało w swoich szeregach wszystkich ludzi, którym sprawa królestwa Bożego na ziemi leży na sercu. W porozumieniu zatem z przełożonymi i po naradzie ze spowiednikiem w tym samym roku 1917, gdy był jeszcze subdiakonem, założył wśród swoich kolegów Rycerstwo Niepokalanej (Militia Immaculatae).

W 1919 roku o. Maksymilian powrócił do Polski. Bardzo się ucieszył, że jest już wolna. Postanowił dołożyć wszystkich sił, by była królestwem Niepokalanej. Zaczął więc werbować ochotników do Rycerstwa Niepokalanej. W styczniu 1922 roku zaczął wydawać w Krakowie Rycerza Niepokalanej. Przełożeni jednak w obawie, że o. Kolbe zadłuży klasztor, wysłali go do Grodna, gdzie Święty założył zaraz drukarnię. Pracował niestrudzenie nad nowym dziełem, które uważał za program swojego życia. Ale też owoce rychło okazały się w całej pełni: w 1927 roku Rycerz Niepokalanej wychodził już w nakładzie 70 000 egzemplarzy, a liczba członków Milicji Niepokalanej (MI) wzrosła do 126 000 członków.

Prawdziwy wszakże rozmach nastąpił dopiero wtedy, gdy o. Kolbe przeniósł swoje dzieło do Teresina, 42 km od Warszawy. W roku 1927 założył tu Niepokalanów. Kiedy wybuchła wojna światowa w 1939 roku, klasztor w Niepokalanowie liczył 13 ojców, 18 kleryków nowicjuszów, 527 braci profesów, 82 kandydatów na braci i 122 chłopców w małym seminarium. Był to więc największy klasztor w owych latach na świecie i jeden z największych, jakie znają dzieje Kościoła.

http://www.franciszkanie.pl/galeria.php?mode=pokaz&id=20&n=10&m=100%" src="http://www.kolbe.pl/images/malydziennik.jpg" alt="" align="left" border="0" hspace="10" />Nakład Rycerza Niepokalanej doszedł do 750 000 egzemplarzy, Rycerzyk Niepokalanej dla dzieci miał nakład 221 000 egzemplarzy, Mały Dziennik osiągnął już cyfrę 137 000 egzemplarzy, a jego wydanie niedzielne 225 000 egzemplarzy. Od roku 1938 Niepokalanów posiadał własną radiostację. Nie obywało się oczywiście bez trudności. Prasa wolnomyślna robiła wszystko, by dzieło ośmieszyć i odstręczyć od niego przyjaciół, ale twór Niepokalanej pokonywał wszystkie przeszkody.

W 1930 roku o. Kolbe opuszcza Niepokalanów i w towarzystwie 4 współbraci za zezwoleniem przełożonego generalnego udaje się do Japonii, do miasta Nagasaki, gdzie zakłada drugi Niepokalanów. W 1931 roku otworzył tam nowicjat, a w 1936 roku małe seminarium.

W tym roku Rycerz Niepokalanej w języku japońskim miał już nakład 65 000 egzemplarzy. „Szaleniec Boży” zamierzał otworzyć podobne do Niepokalanowa polskiego i japońskiego ośrodki w całym świecie ku chwale Niepokalanej i rozszerzeniu Jej królestwa na ziemi. To jednak było piekłu za wiele. Bohaterskie życie miał Święty zakończyć jeszcze piękniejszą śmiercią. Czerwona korona męczeństwa była już blisko.

Właśnie o. Maksymilian powrócił do kraju, by podeprzeć Niepokalanów polski, który w czasie jego nieobecności przeżywał kryzys. I kiedy wszystko ponownie zaczęło iść z dynamicznym rozmachem, wybuchła wojna, a po niej nastała noc okupacji.

Dnia 19 września Niemcy przystąpili do likwidacji Niepokalanowa. Wraz z o. Kolbe pozostali bracia zostali również aresztowani i umieszczeni w obozie w Amtlitz (między 24 września a 8 listopada). Stąd wywieziono ich do Ostrzeszowa (od 9 listopada do 8 grudnia 1939 roku). W samą uroczystość Niepokalanej, 8 grudnia, nastąpiło zwolnienie z obozu.

O. Kolbe natychmiast powrócił do Niepokalanowa. Tu zajął się przygotowaniem 3000 miejsc dla wysiedlonych z Poznańskiego, wśród których Żydów było 2000. Zorganizował nieustanną adorację Najśw. Sakramentu, otworzył warsztaty naprawy zegarków i rowerów, wystawił kuźnię i blacharnię, zorganizował krawczarnię i dział sanitarny. 17 lutego 1941 roku gestapo zabrało o. Kolbego do Warszawy na osławiony Pawiak. 25 maja 1941 roku wywieziono go do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Otrzymał numer 16 670.

Pod koniec lipca 1941 roku uciekł jeden z więźniów z bloku o. Kolbego. Wściekły komendant nakazał zwołać na plac cały blok i co dziesiątego wytypowanego przez siebie więźnia skazał na śmierć głodową, w specjalnie na to przygotowanym bunkrze. Wśród przeznaczonych na śmierć znalazł się Franciszek Gajowniczek. Nieszczęśliwy westchnął, że musi opuścić żonę i dzieci. Wtedy stała się rzecz, która zdumiała katów. Z szeregu wyszedł o. Kolbe i prosił, by jego skazano na śmierć zamiast Gajowniczka, który stał obok niego. Na pytanie: kim jest? odparł, że jest kapłanem katolickim. Jest samotny, a Gajowniczek ma żonę i dzieci. Poszedł na śmierć wraz z 9 towarzyszami do bloku śmierci, nr 13. Bunkier, który dotąd był miejscem przekleństw i rozpaczy, pod przewodnictwem o. Maksymiliana stał się przybytkiem Bożej chwały. Modlono się i śpiewano nabożne pieśni. Przyzwyczajony do głodu o. Kolbe przeżył w bunkrze dwa tygodnie bez kruszyny chleba i kropli wody. Wreszcie oprawcy dobili go zastrzykiem fenolu. Stało się to 14 sierpnia, w wigilię Wniebowzięcia Najśw. Maryi Panny 1941 roku. O. Kolbe miał zaledwie 47 lat.

Dnia 17 października 1971 roku papież Paweł VI dokonał osobiście uroczystejbeatyfikacji Męczennika w obecności dziesiątków tysięcy wiernych z całego świata i ponad 3000 pielgrzymów polskich. Dnia 10 października 1982 roku Ojciec święty Jan Paweł II dokonał jego kanonizacji.

Kult św. Maksymiliana rozszedł się lotem błyskawicy po Polsce. Diecezja koszalińsko-kołobrzeska ogłosiła go swoim patronem. W Zduńskiej Woli, dzięki inicjatywie miejscowego proboszcza, powstał Ośrodek Pamięci św. Maksymiliana. Zachował się tu szczęśliwie dom rodzinny Świętego przy ulicy jego imienia. Św. Maksymilian Maria Kolbe pozostanie w dziejach Kościoła w Polsce jako jedna z najpiękniejszych jego postaci. Człowiek, który zaufał Niepokalanej, nie zawiódł się, bo zawieść się nie mógł. Do roku 1982 ku czci Świętego wystawiono w Polsce 61 kościołów i kaplic, a za granicą – 35.

Z tekstu Księdza Wincentego Zaleskiego SDB „Święci na każdy dzień”, Wydawnictwo Salezjańskie, Warszawa 1998

http://www.kolbe.pl/zyciorys.php

Posted in Religia, SYLWETKI, Święci obok nas | Otagowane: | 1 Comment »

Wywiad z ks. Markiem Rybińskim (Tunezja) i ks. Tomaszem Łukaszukiem (Madagaskar), misjonarzami …

Posted by tadeo w dniu 24 Sierpień 2011

http://pl.gloria.tv/?media=132043

Posted in Filmy i slajdy, Filmy religijne, Podróże, Religia | Leave a Comment »

Ojciec Pio – rozważania na miesiąc wrzesień

Posted by tadeo w dniu 23 Sierpień 2011

foto.jpeg (8387 bytes)Ojciec Pio – rozważania na miesiąc wrzesień. pps

Zobacz także: Myśli Św. Ojca Pio na cały rok

Posted in Ojciec Pio, Religia | Leave a Comment »

Święty Ojciec Pio Orędzie dla Świata

Posted by tadeo w dniu 20 Sierpień 2011

Posted in Ojciec Pio, Religia | Leave a Comment »

TAJEMNICA MARYI I BERNADETTY

Posted by tadeo w dniu 20 Sierpień 2011

Miejsca święte są na ziemi licznie reprezentowane… Do najbardziej znanych należy niewątpliwie francuskie Lourdes. Jego tajemnica wiąże się ze św. Bernadettą, która stała się pośredniczką w odkrywaniu Bożego przekazu dla tej ziemi, dla całego świata. Szukamy przeto śladami tajemnicy – miejsca i świętej osoby – głębszego misterium, w którym objawia się Bóg o ludzkim obliczu…

Tajemnica ziemi

Rozpoczynamy tropem odkrytym przez Vittorio Messoriego, znanego dziennikarza i dociekliwego poszukiwacza w sprawach związanych z wiarą chrześcijańską. W swej godnej polecenia książce, przełożonej ostatnio na język polski (Opinie o Maryi, Warszawa 2007), zastanawia się on nad tym, jak ziemia, na której leży Lourdes, została przygotowana do przyjęcia wizji maryjnych. Okazuje się, że ślady prowadzą w odległą przeszłość.

Oto w 1062 roku powstał dokument, do dzisiaj zachowany. Jest to hołd wasalny hrabiego Bernarda, pana regionu Bigorre, do którego należało Lourdes. Hrabia zobowiązał się do corocznej daniny na rzecz sanktuarium maryjnego Le Puy w Masywie Centralnym na znak, iż obiera Madonnę za Panią swoją i swoich ziem. Dokument nie mówi, co skłoniło hrabiego do takiej decyzji. Istnieje jednak wcześniejsza  tradycja, sięgająca czasów Karola Wielkiego i związana z twierdzą, która także dzisiaj góruje nad Lourdes. W owych czasach twierdza była zajęta przez muzułmanów, a gdy cesarz próbował ją zdobyć, udało się to w końcu nie zbrojnie, tylko… cudownie. Towarzyszący cesarzowi biskup Le Puy udał się do saraceńskiego wodza ze słowami: „Ponieważ nie chcesz ustąpić przed żadnym człowiekiem, ustąp przed pewną Panią – przed Matką Bożą czczoną w Le Puy”. Poruszony łaską muzułmanin zgodził się na rozejm, a następnie ze swym wojskiem udał się z pielgrzymką do sanktuarium maryjnego, gdzie złożył przyniesione zioła i kwiaty, prosząc o chrzest i zmienił imię Mirat na Lordus, co dało nazwę twierdzy i położonej u jej podnóża miejscowości Lourdes… Odtąd na znak oddania się Maryi co roku odbywała się stąd pielgrzymka do Le Puy. Zwyczaj trwał aż do roku 1829, kiedy to po raz ostatni grupa dziewcząt z Lourdes złożyła swe dary Matce Bożej z Le Puy jako Pani Lourdes.

Messori powołuje się na kolejne fakty. To, że Lourdes i hrabstwo Bigorre jest „własnością Maryi”, zostało potwierdzone uroczyście w Paryżu przez parlament, który w ten sposób rozstrzygnął spór między kanonikami z Le Puy a królem Anglii. Krótko potem, w 1307 roku, miasto Le Puy zrzekło się swych „praw” do hrabstwa na rzecz korony francuskiej. Królowie Francji stali się, zgodnie z umową, nie tyle posiadaczami, ile wasalami i zarządcami ziemi Maryi. Lenna zależność Lourdes od Matki Bożej została zakwestionowana dopiero przez króla „mieszczanina”, Ludwika Filipa Orleańskiego, który po rewolucji lipcowej 1830 roku objął władzę we Francji. Znamienne, że w tym samym roku, krótko przed wybuchem rewolucji, zaczęły się wizje Maryi w Paryżu, w kaplicy przy rue du Bac, gdzie następnie 27 listopada 1830 roku Matka Boża poprosiła o wykonanie medalika, nazywanego Cudownym Medalikiem i związanego z tajemnicą niepokalanego poczęcia. Wydarzenia miały ciąg dalszy w roku 1858, gdy Niepokalana pojawiła się w Lourdes. Zanim rozważymy teologiczną stronę Jej wizji, zauważmy za Messorim, który sam odwołuje się do uwag innego autora: lenne prawa Maryi do ziemi Lourdes obowiązywały jeszcze przez 30 lat od złożenia ostatniej daniny, czyli pomimo zakwestionowania przetrwały do początku roku 1859. To znaczy, że Niepokalana jakby w ostatniej chwili potwierdziła swoje prawa do tej ziemi, na której mieli Ją odtąd czcić nie tylko ludzie miejscowi, ale pielgrzymi napływający z całego świata!

Jednakże ziemia Lourdes, oddana Maryi, stała się także miejscem sławnym z innych praktyk… Gdy Bernadetta zaczęła widzieć tajemniczą postać, przesłuchujący ją księża próbowali wmówić, że może była to czarownica, skoro: „Wszyscy słyszeli o czarownicach w Lourdes”. Ponadto grota Massabielle, gdzie zaczęły się wizje, miała w okolicy złą sławę – służyła do usuwania nieczystości. Może dlatego także zachowanie się Bernadetty w czasie wizji, gdy już obserwowały ją tłumy, budziło zgorszenie. Dziewczyna, modląca się na kolanach i wpatrzona w niewidoczną dla innych postać, nagle pada na ziemię i ją całuje. Później, kiedy powróciła do przytomności z uprzedniej ekstazy, wyjaśniła dziwne zachowanie jako odpowiedź na prośbę tajemniczej Pani. Powiedziała Ona dziewczynce: „Proś Boga o nawrócenie grzeszników”. A następnie: „Ucałuj ziemię jako pokutę za grzeszników”. Nazajutrz Bernardetta jeszcze bardziej zadziwiła świadków kolejnej wizji. Widzieli, jak w ekstazie wspina się na kolanach do groty, grzebie w ziemi, bierze ją do ust, maże się nią, pluje, zrywa i gryzie liście pobliskich roślin… Zgorszyli się nawet ci, którzy dotąd byli gotowi bronić dziewczynki przed zarzutami halucynacji lub oszustwa. Co to miało znaczyć?

Tajemnica źródła

Sama Bernadetta wyjaśniła później: „Pani powiedziała mi: »Pójdź do źródła napić się i umyć«. Nie widząc nigdzie wody, ruszyłam w stronę Gave. Ale ona palcem pokazała mi, żebym poszła pod skałę. Znalazłam tam trochę wody podobnej do błota: tak mało, że ledwie mogłam nabrać jej w rękę. Trzy razy ją wylewałam, taka była brudna. Za czwartym razem mogłam już wypić”.

Powyższe zdarzenie miało miejsce rankiem 25 lutego 1858 roku (wszystkie wizje, także dalej opisane, miały miejsce w tym roku). Nadal nie było jasne, o co tu chodziło. Na zarzut: „Wiesz, że mają cię za wariatkę, bo robisz takie rzeczy?” – Bernadetta powtórzyła wcześniejsze słowo Pani, odpowiadając: „To za grzeszników”. A tego samego dnia po południu jedna z kobiet przychodzących do groty wbiła kij pośrodku błotnistej kałuży wygrzebanej przez Bernadettę. Z miejsca zaczęła wypływać woda, coraz obfitsza i czystsza… Okazało się później, objaśnia Messori, że źródło tam było, tyle że nie mogło znaleźć ujścia. Badania pokazały, że dziewczyna, pouczona przez Maryję, zrobiła zagłębienie w ziemi dokładnie w miejscu, w którym woda próbowała wydostać się na zewnątrz.

Właśnie źródło stało się najbardziej znanym i trwałym znakiem wizji w Lourdes. Sam początek był znaczący, jak opisuje wybitny francuski mariolog René Laurentin: „Błoto, co przemienia się w czystą wodę… Ludzie zaczynają rozumieć to posłanie nawołujące do nawrócenia grzeszników”. Źródło jest odtąd miejscem cudownych uzdrowień, nie tylko fizycznych, ale i duchowych, prowadzących do nowego życia w duchu wiary. Badania wody wykazały, że jest ona po prostu bardzo czysta i nie różni się z chemicznego punktu widzenia od wody z innych strumieni. Dobrze rozumiała to Bernadetta, która później oznajmiła: „To nie woda może was uzdrowić. Lecz wasza wiara. Woda jest tylko znakiem”.

Słowa świętej z Lourdes przypominają znaczenie wody w inicjalnym sakramencie wiary chrześcijańskiej – chrzcie świętym. Zewnętrzne zanurzenie w wodzie jest sakramentalnym (skutecznym i sprawczym!) znakiem wewnętrznego zanurzenia się w misterium (po łacinie: sacramentum) Jezusa Chrystusa, Syna Boskiego Ojca w Duchu Świętym. Otwieramy się tu na tajemnicę, którą sam Jezus zapowiedział w ewangelicznej rozmowie z Nikodemem: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego (J 3,5).

W ostatniej Ewangelii jeszcze dwa razy powraca złączenie wody z tajemnicą Ducha Świętego. Najpierw Jego przyjęcie zostało zapowiedziane, gdy Jezus podczas pobytu w świątyni zawołał donośnym głosem: „Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie – niech przyjdzie do Mnie i pije! Jak rzekło Pismo: Strumienie wody żywej popłyną z jego wnętrza”. Zaś ewangelista skomentował słowa Jezusa tak: A powiedział to o Duchu, którego mieli przyjąć wierzący w Niego; Duch bowiem jeszcze nie był [dany], ponieważ Jezus nie został jeszcze uwielbiony (J 7,37n).

Następnie, w cieniu krzyża, dzięki przyjęciu Maryi do siebie Jan, umiłowany uczeń, mógł doświadczyć otwartego znaku Ducha Świętego, gdy z przebitego wnętrza Jezusa wypłynęła krew i woda (J 19,34). W oczach ucznia wskazywało to bliskie spełnienie wcześniejszej zapowiedzi: Strumienie wody żywej popłyną z jego wnętrza… Potwierdzają to dalsze słowa – kolejne wypełnienie Pisma, które przewidziało: Będą patrzeć na Tego, którego przebili (19,37). Spojrzenie na Przebitego wiązało się w proroctwie z wylaniem Ducha pobożności i z wytryśnięciem źródła na obmycie grzechów (Za 12,10; 13,1). Duch, którego Jezus oddał na krzyżu, objawi się w pełni po Jego uwielbieniu przez Ojca, jednak Jego pierwszym znakiem było wytryśnięcie z Jezusowego boku krwi i wody. Późniejsze świadectwo wyraźnie łączy te elementy, głosząc o Chrystusie, że przyszedł przez wodę i krew, i Ducha (1J 5,6). Tradycja Ojców widziała zaś w przebiciu Jezusowego boku na krzyżu otwarcie Jego Serca i początek Kościoła, opisany w innym świadectwie jako wylanie Ducha Świętego na wspólnotę uczniów z Maryją (Dz 1-2).

Tajemnica „prostaczki”

Stopniowo wypływamy na głębię tajemnicy Lourdes i Bernadetty… Źródło wody naprowadziło na tajemnicę Ducha Świętego działającego w odpuszczeniu grzechów, ale głębiej – w objawieniu mądrości Bożej miłości, rozlanej w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany (Rz 5,5). Bóg odsłania swą tajemnicę ludziom prostym, a szczególnie dzieciom. Przypomniał o tym Jezus, gdy rozradował się w Duchu Świętym i rzekł: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom” (Łk 10,21). Należała do nich Bernadetta…

Messori wymownie charakteryzuje dziewczynę z okresu, gdy dane jej były wizje Maryi: „…czternastolatka (choć badający ją lekarze stwierdzili, że rozwój jej organizmu zatrzymał się na wieku dwunastu lat i która ze względu na niedożywienie nie stała się jeszcze kobietą); chora na astmę; cierpiąca na różne dolegliwości żołądkowe; zamknięta i nieśmiała introwertyczka; analfabetka i zgodnie z opinią jednego z członków rodziny nierozgarnięta; bez żadnego religijnego wykształcenia (nie miała pojęcia o tajemnicy Trójcy Świętej); pochodząca z najuboższej rodziny w mieście”.

Tajemnicy tej ewangelicznej prostaczki nie rozumieli ciekawscy z wielkiego świata, którzy słysząc o wydarzeniach w Lourdes, usiłowali na własne oczy zobaczyć wizjonerkę wybraną przez Maryję. Pewna paryska dama była zgoła zgorszona, że Matka Boża mogła znaleźć upodobanie w osobie tak prymitywnej… A przecież jej prostota czyniła poruszające wrażenie na ludziach otwartych na nią, niezatrzymujących się na powierzchni zjawisk. Czy Bernadetta nie była podobna do samej Maryi, niepozornej, ubogiej dziewczyny z Nazaretu, zwłaszcza w ukryciu, które towarzyszyło Jej „osłonięciu” przez Ducha Świętego w tajemnicy poczęcia Syna Bożego (por. Łk 1,35)? Niepokalane poczęcie Jezusa dokonało się, gdy Maryja była poślubiona Józefowi, ale jeszcze z nim nie mieszkała. Zgodnie z obyczajem żydowskim znaczyło to, że osiągnęła już wiek uzdalniający prawnie do małżeństwa, czyli miała dwanaście lat, ale – mówiąc słowami Messoriego – „nie stała się jeszcze kobietą”, by mogła zamieszkać ze swym mężem.

Ewangeliczna prostota dziewczyny z Lourdes upodabniała ją do Niepokalanej także w postawie związanej z widzeniami. Gdy po zakończeniu wizji stanęła w końcu także przed biskupem, który chciał ją zobaczyć, poproszono, by sprecyzowała, w jaki sposób Maryja wymówiła swe imię… Laurentin, powołując się na źródłowe świadectwa, tak to opisuje: „Bernadetta wstaje, rozpościera ramiona, a dłonie złącza. W tym uduchowionym, lecz pełnym prostoty geście coś jest. Po twarzy starego biskupa spłynęły dwie łzy. Po przesłuchaniu, głęboko jeszcze wzruszony, powiedział do wikariusza generalnego: Czy widział ksiądz to dziecko?” A rzeźbiarz, któremu Bernadetta powtórzyła ten gest, aby mógł go uwiecznić w figurze Niepokalanej, wyznał później: „Nigdy nie widziałem czegoś równie pięknego… Ani Fra Angelico, ani Perugino, ani Rafael nie namalowali nigdy nic tak słodkiego, a zarazem głębokiego jak spojrzenie tej młodej naiwnej dziewczyny, cierpiącej w widoczny sposób na płuca”.

Zjednoczenie wizjonerki z Osobą, którą widziała, było tak ścisłe, że nasuwa myśl o utożsamieniu: kto ją zobaczył, zobaczył i Niepokalaną… To wrażenie zostaje dodatkowo potwierdzone, gdy Bernadetta przekazała po raz pierwszy wyjawione jej imię. Choć zostało ono wypowiedziane w jej ojczystym języku, dialekcie pirenejskim, dziewczyna nie rozumiała go i żeby nie zapomnieć, powtarzała je sobie w drodze do proboszcza. Gdy wbiegła do niego, zawołała: „Jestem Niepokalane Poczęcie”. Proboszcz oniemiał. Już miał odpowiedzieć: „Ty zarozumiała dziewczyno, ty jesteś Niepokalanym Poczęciem?” – ale powoli zaczęło do niego docierać oślepiające światło. Można to pojąć jedynie w prostocie Bożego dziecka, najpełniej otwartego na Bożą tajemnicę.

Jestem Niepokalane Poczęcie

Tak, imię tajemniczej postaci, którą widziała Bernardetta, było zaskakujące: Jestem Niepokalane Poczęcie. Wydawało się, że Maryja nie może nosić takiego imienia. Podsuwano wizjonerce inne wersje: „Jestem niepokalaną Dziewicą”, lub „Dziewicą niepokalanie poczętą”, w ostateczności: „Jestem Maryją, Niepokalanym Poczęciem”. Ale dziewczyna, która sama nie pojmowała tajemniczego imienia, była pewna, że przekazała je wiernie. Później utarło się, że chodzi o figurę retoryczną, jak gdy zamiast „to bardzo białe” mówi się: „to sama biel”. Podobnie niepokalanie poczęta Maryja zasługiwałaby na miano Niepokalanego Poczęcia. Można przyjąć te rozważania, ale dalszego wyjaśnienia wymaga kwestia, czym jest „sama świętość” objawiająca się w świętym poczęciu Niepokalanej. Zauważmy jeszcze: zanim postać ukazująca się Bernadetcie wyjawiła na jej prośbę swe imię, dziewczynka mówiła o Niej w rodzimym dialekcie: Aquero („To”), jakby kryło się tu „coś” więcej aniżeli Maryja. Wskazuje na to również imię postaci – „Jestem Niepokalane Poczęcie” najwyraźniej obejmuje Niepokalaną, ale się do Niej nie ogranicza…

Widzieliśmy, że misterium imienia w przedziwny sposób objęło Bernadettę, która jako pierwsza je posłyszała. Wyjawienie imienia dokonało się w 25 marca, w uroczystość Zwiastowania Pańskiego, kiedy Kościół upamiętnia dziewicze i niepokalane poczęcie Jezusa. Zatem imię Jestem Niepokalane Poczęcie jest otwarte na Niego, wcieloną Mądrość Bożą, która przyszła na świat przez poczęcie w Maryi „za sprawą Ducha Świętego”. Jeśli na tle Starego Testamentu przyjmujemy, że Boska Mądrość odróżnia się od Ojca, to w świetle Nowego Testamentu znaczy, że jest ona wspólnotą pozostałych Boskich Osób, nie tylko Syna Bożego, w którym się wcieliła, lecz i Ducha Świętego, który także bywał utożsamiany z Mądrością, jak świadczy wśród Ojców Kościoła św. Ireneusz z Lyonu (por. KKK 292). W imieniu Jestem Niepokalane Poczęcie mamy przeto wskazanie na Mądrość jako niestworzony, święty Początek w Boskim Ojcu, jakby Poczęcie, złączone z tajemnicą drugiej i trzeciej Osoby. Zaś od strony stworzonej, różnej od Osób Boskich, imię Niepokalane Poczęcie jako pojawiające się w żeńskiej postaci wskazuje Maryję, która poczęła w sposób niepokalany Syna Bożego, bo została przygotowana do przyjęcia Go przez swoje niepokalane poczęcie.

Przybliżamy się do pierwszej odpowiedzi, czym jest owa świętość objawiająca się w świętym poczęciu Niepokalanej. To święta Mądrość, określana już w Starym Testamencie jako Duch Święty (Mdr 9,17; por. 7,22). Dlatego Maryja, która została „osłonięta” przez Ducha Świętego nie tylko w poczęciu Syna, ale już u początku swego życia, zasługuje na to, by nosić Jego imię. Dodajmy, że to zaskakujące wyjaśnienie wcale nie jest nowe. Jako pierwszy podał je św. Maksymilian Maria Kolbe, który całe swe życie poświęcił Niepokalanej. Imię wyjawione w Lourdes intrygowało go przez długie lata. Wcześnie zauważył: „»Niepokalanie Poczęta « – można trochę zrozumieć, ale »Niepokalane Poczęcie« pełne jest pocieszających tajemnic”. Ciągłe powracanie do misterium imienia doprowadziło go do wyjaśnienia, które znalazł w ostatnim dniu na wolności, 17 lutego 1941 roku, kiedy został aresztowany, by w końcu oddać życie w obozie śmierci. Zatem objaśnienie świętego stanowi jakby testament pozostawiony dla nas, abyśmy jego śladem udali się w dalszą drogę.

W swej argumentacji Maksymilian  wyszedł od tajemnicy Ducha Świętego jako „Owocu miłości Ojca i Syna”. Jak owocem miłości stworzonej jest poczęcie stworzonego życia, tak Duch jako owoc miłości Bożej jest poczęciem niestworzonym, pierwowzorem wszelkiego poczęcia życia we wszechświecie: „Duch więc to poczęcie przenajświętsze, nieskończenie święte, niepokalane”. Drugim elementem tajemnicy jest jedność Niepokalanej z Duchem Świętym; w ślad za średniowieczną tradycją Maksymilian nazywa Maryję Oblubienicą Ducha Świętego. To prowadzi do wniosku: „Jeżeli w stworzeniach oblubienica otrzymuje nazwę oblubieńca, dlatego że do niego należy, z nim się jednoczy, do niego upodabnia i staje się w zjednoczeniu z nim czynnikiem twórczym życia, o ile bardziej nazwa Ducha Przenajświętszego, Poczęcie Niepokalane, jest nazwą Tej, w której On żyje miłością płodną w całym porządku nadprzyrodzonym”.

Światło dla świata

Lourdes kojarzy się światu przede wszystkim ze źródłem wody, która działa cuda. Jednak uzdrawiająca moc oczyszczająca zwłaszcza ludzkie serca jest oznaką działania Ducha Świętego. Na Niego przeto wskazują znaki zapraszające do przyjęcia Go do swego wnętrza. Przypomnijmy uderzający początek wizji (11 lutego). Bernadetta przygotowywała się do przejścia przez wodę w pobliżu groty, gdy wtem usłyszała „szum, jakby uderzenie gwałtownego wichru”, po czym w otworze groty pojawiło się „łagodne światło”, a w nim tajemnicza postać, jeszcze bez słów. Później, przy sobotniej spowiedzi, opisała księdzu swoje przeżycie, dodając, że widziała „coś białego, co miało postać pani”. Spowiednika zdumiały zwłaszcza słowa poprzedzające wizję; pomyślał o znaku Ducha Świętego w dniu Pięćdziesiątnicy (Dz 2,2) i nie pojmował, jakim cudem dziewczynka użyła słów przekraczających jej poziom. Dodajmy, że to początkowe działanie Ducha Świętego dopełniło się w najważniejszej wizji, w której zostało objawione: „Jestem Niepokalane Poczęcie”.

Duch Święty jako Niepokalane Poczęcie wyraża tajemnicę miłości w Bogu. Refleksję św. Maksymiliana możemy dopełnić w świetle biblijnym. Duch Święty jest nie tylko „Owocem” miłości Ojca i Syna, jak to wyraża tradycyjna formuła Jego pochodzenia od Ojca „i Syna” (Filioque). Ludzkie poczęcie Syna „za sprawą Ducha Świętego” pokazuje, że również o Synu można powiedzieć, że pochodzi od Ojca „i Ducha” (Spirituque). Tę drugą, dopełniającą prawdę rozpoznajemy zarówno w niepokalanym poczęciu Jezusa, jak i Maryi, gdzie w ludzkim wymiarze objawia się tajemnica samego Boga. Syn poczęty w miłości (Duchu Świętym) rodzi się z Ojca. Dlatego zamiast mówić: Syn Boży jest rodzony w miłości przez Ojca, można powiedzieć: w Świętym Poczęciu Syn Boży jest rodzony przez  Ojca. Podobnie mówi Prolog Ewangelii Jana: „W Początku było Słowo (…) u Boga”. Również tu możemy znaleźć ukrytą tajemnicę Ducha jako Niepokalanego Poczęcia – Początku, który jest dalej opisany jako łono Ojca (1,18), z którego wychodzi i do którego wraca Syn-Słowo. Niepokalane Poczęcie jako miłość w Bogu przybiera szczególną postać w Maryi. Jak Syn wcielił się w Jezusie, tak Duch Święty, który pozostaje bezcielesny, odsłonił się w Maryi właśnie jako Święte Poczęcie – nie tylko w poczęciu Jej Syna, lecz i w Jej niepokalanym poczęciu.

W świetle intuicji św. Maksymiliana możemy dodać, że imię postaci z Lourdes, Jestem Niepokalane Poczęcie, jako imię Ducha Świętego jest uszczegółowieniem pierwotnego imienia Boga – Jestem (por. Wj 3,14n). W tym pierwszym, fundamentalnym imieniu zawiera się cała tajemnica przyszłego objawienia, także nowotestamentowe: „Bóg jest miłością”. Skoro zaś Duch Święty jest Niepokalanym Poczęciem w Bogu właśnie jako miłość, to najgłębszy sens imienia Jestem Niepokalane Poczęcie wskazuje: „Jestem Miłość”…

Gdy św. Maksymilian odkrył tajemnicę Niepokalanego Poczęcia jako Ducha Miłości, było to w dniu, kiedy zakończył swój pobyt w Niepokalanowie, by wejść na drogę, która zaprowadziła go do Auschwitz. A Duch Miłości, rozpoznany w tajemnicy Niepokalanego Poczęcia na początku nowej drogi, jeszcze pełniej objawił się na końcu, już nie w refleksji teologicznej, ale w największym świadectwie miłości – w oddaniu życia za bliźniego. Znamienne że właśnie to świadectwo rozsławiło Maksymiliana. Tak jego światło zaświeciło przed ludźmi (por. Mt 5,14n). A kogo chwalą ci, którzy rozpoznają dobro jego ofiary? Czy wysławiają Niepokalaną, której się oddał, czy wysławiają miłość, wymowną dla wszystkich niezależnie od wyznawanej wiary, bo Duch Miłości tchnie kędy chce? Może również ci, którzy ciągle jeszcze nie wierzą w Chrystusa i nie doceniają Jego Matki, ale już uznają „pocieszającą tajemnicę” świadectwa świętego, rozpoznają w końcu prawdę odkrytą przez niego w ostatnim dniu w Niepokalanowie… Może wtedy symbolem XX wieku stanie się nie totalitarny obóz koncentracyjny Auschwitz, złowrogi znak upodlenia człowieka, ale klasztor w Niepokalanowie, dzieło Ducha Miłości pod znakiem Niepokalanego Poczęcia?

Jacek Bolewski SJ

http://www.ms.ecclesia.org.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=91&Itemid=47

Posted in Matka Boża, Religia | Leave a Comment »

Ksiądz Jerzy

Posted by tadeo w dniu 18 Sierpień 2011

Matka ks.Popieuszki:”Oni nie z synem walczyli, ale z Bogiem walczyli…”

http://pl.gloria.tv/?media=185708

Posted in Filmy - Polecam, Filmy dokumentalne, Filmy religijne, Religia, SYLWETKI, Święci obok nas | Otagowane: | Leave a Comment »

Rocznica śmierci św. Maksymiliana Kolbego

Posted by tadeo w dniu 13 Sierpień 2011

W niedzielę, 14 sierpnia, mija 70. rocznica śmierci św. Maksymiliana Kolbego. Na Placu Apelowym w KL Auschwitz, miejscu jego męczeństwa, Mszy św. z udziałem biskupów Polski i Niemiec będzie przewodniczył kard. Stanisław Dziwisz. Obchody odbędą się także w Harmężach i Niepokalanowie.

Międzynarodowe Obchody 70. rocznicy śmierci św. Maksymiliana rozpoczną się w sobotę, 13 sierpnia. W Oświęcimskim Centrum Kultury franciszkanie zorganizowali sympozjum naukowe zatytułowane „Ocalić człowieczeństwo. Św. Maksymilian i jemu podobni”. Wezmą w nim udział m.in. generał franciszkanów o. Marco Tasca OFMConv z Rzymu, prowincjał prowincji św. Antoniego z USA James Mc Curry OFMConv i prowincjał krakowskiej prowincji franciszkanów o. Jarosław Zachariasz OFMConv. Wystawę poprzedzającą sympozjum otworzył biskup bielsko-żywiecki Tadeusz Rakoczy.
Główne uroczystości ku czci Świętego rozpoczną się w niedzielę, 14 sierpnia, o godz. 8.00 w Centrum św. Maksymiliana w Harmężach. Śmierć o. Kolbego i jego narodziny dla nieba upamiętni nabożeństwo „Transitus”. Z kościołów parafialnych w Oświęcimiu i Harmężach wyruszą piesze pielgrzymki do byłego niemieckiego obozu Auschwitz. Obie pielgrzymki spotkają się przy Bloku Śmierci, a delegacje odwiedzą celę śmierci św. Maksymiliana i złożą tam kwiaty. O godz. 10.30 na Placu Apelowym rozpocznie się Msza św. polowa pod przewodnictwem metropolity krakowskiego kard. Stanisława Dziwisza. W uroczystościach weźmie też udział m.in. abp Ludwig Schick z Niemiec, arcybiskup Bambergu. Wśród polskich biskupów będą: kard. Franciszek Macharski z Krakowa, metropolita katowicki abp Damian Zimoń, biskup diecezji bielsko-żywieckiej Tadeusz Rakoczy i biskup tarnowski Wiktor Skworc. Obecni będą też prowincjałowie i biskupi franciszkańscy z innych krajów, m.in. Boliwii, Brazylii, Słowenii. Zwieńczeniem uroczystości 70. rocznicy śmierci o. Kolbego będzie apel o pokój dla świata.
W klasztorze franciszkanów w Niepokalanowie zostanie wystawiona teatralna opowieść o życiu i śmierci św. Maksymiliana Kolbego „Rycerz Niezłomny” według scenariusza i reżyserii Anny Osławskiej. W poniedziałek, 15 sierpnia, będzie można dodatkowo zwiedzać klasztor-wydawnictwo zbudowane przez o. Maksymiliana. O godz. 13.00 metropolita warszawski kard. Kazimierz Nycz będzie przewodniczył Mszy św. dziękczynnej za życie i dzieło o. Maksymiliana. Koncelebrować ją będą także biskupi z Polski i Niemiec oraz generał franciszkanów i prowincjałowie trzech polskich prowincji franciszkańskich.
Szczegółowy program obchodów, patrz tutaj:
W Zakonie Braci Mniejszych Konwentualnych w Polsce od 14 sierpnia 2010 r. do 15 sierpnia 2011 r. trwa Rok Kolbiański. Wydarzenia rocznicowe zostały jednak rozciągnięte w czasie ze względu na to, że senatorowie RP zdecydowali w październiku 2010 r. o ogłoszeniu roku 2011 Rokiem św. Maksymiliana Marii Kolbego. Senatorowie w uchwale podkreślili m.in., iż myśl społeczna Świętego i jego ofiara mają szczególne znaczenie dla wciąż odradzającego się społeczeństwa obywatelskiego.
Więcej na temat św. O. Maksymiliana Kolbe, patrz tutaj.
List Konferencji Wyższych Przełożonych Zakonów Męskich w Polsce na niedzielę 14 sierpnia 2011, patrz tutaj.
W Gdyni, Ojcowie Franciszkanie w ramach 70. rocznicy męczeńskiej śmierci św. Maksymiliana Marii Kolbego zapraszają na uroczystą koronację łaskami słynącego obrazu Matki Bożej Królowej, Matki Nadziei, namalowanego przez ucznia św. o. Maksymiliana, br. Felicissimusa. Koronacji dokona Abp Sławoj Leszek Głódź w archidiecezjalnym sanktuarium św. Maksymiliana w gdyńskim kościele pw. św. Antoniego przy ul. Ujejskiego 40 (Wzgórze św. Maksymiliana) podczas uroczystej mszy świętej o godz. 10.00. W ten sposób potwierdzi on, że Obraz Matki Bożej jest godzien szczególnej czci ze względu na łaski, których Maryja udziela modlącym się przed nim.
Polecam również film pt. Droga Maksymiliana, patrz tutaj.

Mariusz Roman / kapucyni.pl
[Fot. M. Roman]

Posted in Filmy - Polecam, Filmy dokumentalne, Filmy religijne, Religia, SYLWETKI | Otagowane: | Leave a Comment »

Filomena – opowieść księdza Vianneya

Posted by tadeo w dniu 12 Sierpień 2011

http://pl.gloria.tv/?media=183877

Posted in Filmy religijne, Religia | Leave a Comment »

Śladami „ukrytej stygmatyczki” s. Wandy Boniszewskiej

Posted by tadeo w dniu 9 Sierpień 2011

By jawnym stało się to, co ukryte

Każdego roku bujwidzcy parafianie spotykają się na dorocznym odpuście ku czci św. Ignacego Loyoli w kaplicy w Pryciunach. Na tegoroczny odpust, w niedzielę, 1 sierpnia, zgromadziło się ponad pół tysiąca osób przybyłych nie tylko z bujwidzkiego starostwa, ale i Wilna oraz okolicznych miejscowości.

Z inicjatywy miejscowego proboszcza ks. Ryszarda Pieciuna została zorganizowana do pryciuńskiej kaplicy piesza pielgrzymka, której jednym z celów było przypomnienie działalności i przesłania s. Wandy Boniszewskiej.

Po raz pierwszy z Bujwidz do Pryciun odbyła się piesza pielgrzymka w celu przypomnienia przesłania s. Wandy Boniszewskiej

Rozgłos kaplica w Pryciunach zdobyła w połowie lat 90., kiedy to ówczesny metropolita Wrocławia ks. kard. Henryk Gulbinowicz przyjechał, by poświęcić kaplicę, w której był ochrzczony, a którą mieszkańcy bujwidzkiego starostwa odrestaurowali po latach sowieckiego reżimu. Kolejny raz głośno o Pryciunach było już po roku 2003, kiedy to staraniem ks. Jana Pryszmonta ukazała się książka pt. „Ukryta stygmatyczka” o doświadczeniach mistycznych Wandy Boniszewskiej ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów. Wtedy to parafianie uświadomili sobie, jak wielki dar w postaci osoby s. Wandy otrzymała Wileńszczyzna. Do dzisiaj są świadkowie, którzy pamiętają siostrę Wandę, jej katechezy oraz przygotowania dzieci i młodzieży do sakramentów.

Mimo że nie zachował się dom, w którym mieszkały siostry w Pryciunach, pamięć o s. Wandzie jest żywa wśród starszych mieszkańców oraz przekazywana młodszym pokoleniom. To właśnie młodzi stali się pomysłodawcami tegorocznej pielgrzymki „Śladami s. Wandy Boniszewskiej. Bujwidze – Pryciuny 2010”.

„Siostrę Wandę odkryłem po przeczytaniu książki ks. Jana Pryszmonta. Swoim odkryciem tej świątobliwej zakonnicy, jej powiązaniami z Bujwidzami, podzieliłem się z parafianami podczas dorocznego odpustu w pryciuńskiej kaplicy. Obiecałem wówczas i sobie, i wiernym, że dołożę starań, aby pamięć o niej była tutaj szerzona – powiedział proboszcz parafii bujwidzkiej ks. Ryszard Pieciun. Zauważył też, że pomysł pielgrzymki „podpatrzył” u swoich parafian, którzy w ubiegłym roku prywatnie wybrali się pieszo do Pryciun.

„Niepisany” cud

Maria Chmielewska z domu Mikłaszewicz, której rodzice mieszkają w miejscowości Kamienny Most nieopodal Bujwidz, wspomina, jak to przed dwoma laty podczas odpustu ku czci św. Ignacego Loyoli usłyszała podczas kazania o s. Wandzie. „Zaczęliśmy wówczas czytać o niej książki, rozważać jej posłannictwo – wspominała Maria. – Natomiast w ubiegłym roku przyjechała do mnie w gościnę koleżanka z Polski, chora na stwardnienie rozsiane. Myślę, że to Duch Święty tak zadziałał, żeśmy z naszą rodziną wybrali się najpierw do Żwinian, gdzie mieszka po dzień dzisiejszy jedna z sióstr od aniołów Irena Kardis ze swoją siostrą, a potem z tymi starszymi paniami wybrałyśmy się do Pryciun. Taka była ta nasza pierwsza rodzinna pielgrzymka. Cieszę się, że proboszcz zorganizował pielgrzymkę na skalę parafialną”.

Pierwsza, aczkolwiek nieoficjalna, pielgrzymka miała swoją oprawę: mieszkanki z Żwinian dzieliły się wspomnieniami o s. Wandzie, była wspólna modlitwa. Natomiast córka Marii Chmielewskiej, 10-letnia Marta postanowiła, że skoro idą z pielgrzymką, więc powinni mieć plakat. Na kartkach z kalendarza wypisała wówczas „Pielgrzymka śladami s. Wandy Boniszewskiej 18 czerwca 2009. Kamienny Most – Żwiniany – Pryciuny”. Ten pierwszy plakat znajduje się obecnie w archiwum Sióstr od Aniołów w Wilnie. „Chciałabym się podzielić doświadczeniem mojej koleżanki – opowiada Maria. – Po powrocie do Warszawy, kiedy przyszła na badania, lekarka zauważyła, że zmiany w mózgu się cofnęły. Szybko też stwierdziła, że pierwotna diagnoza była prawdopodobnie błędna. Natomiast my uważamy, że być może jest to „niepisany” cud za wstawiennictwem s. Wandy”.

W zorganizowaniu pielgrzymki pomocni byli członkowie Wspólnoty Bujwidzkiej. Na zaproszenie księdza proboszcza do Bujwidz przybyły siostry ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów z placówek w Kalwarii Wileńskiej, w Nowej Wilejce oraz z Polski. Podczas wspólnej drogi opowiedziały o swojej pracy i działalności z młodzieżą. Prowadzony przez s. Marię zespół „Nazaret” z parafii św. Kazimierza w Nowej Wilejce zatroszczył się o oprawę muzyczną podczas nabożeństwa.

Cierpienie wpisane w prześladowanie Kościoła

Po drodze pątnicy wysłuchali również konferencji o życiu s. Wandy Boniszewskiej. Wygłosiła ją dr Irena Mikłaszewicz, która swoją pracę doktorską poświęciła badaniom polityki sowieckiej wobec Kościoła Katolickiego na Litwie. Prelekcja o życiu s. Wandy była także świadectwem osobistego doświadczenia znajomości jej rodziny z zakonnicą. „Dorastałam w cieniu s. Wandy, kiedy to słuchałam opowiadań mojej mamy o pracy siostry z dziećmi w szkole, organizowaniu adoracji i nabożeństw w pryciuńskiej kaplicy” – mówiła Irena Mikłaszewicz, zwracając uwagę, że pielgrzymka odbywa się w przededniu rocznicy złożenia ślubów wieczystych przez s. Wandę. Wydarzenie to miało miejsce 2 sierpnia 1933 roku. Mówczyni, opowiadając o życiu s. Wandy, zwróciła się do pielgrzymujących razem z dorosłymi dzieci. Podała przykład, że już w wieku 7 lat Wanda potrafiła dostrzec u siebie wady charakteru i skutecznie je zwalczać.

Dr Anna Mroczek z Ireną Kardis i jej siostrą.

Życie siostry Wandy, a szczególnie jej doświadczenia mistyczne przypadły na trudny dla Kościoła okres prześladowań przez reżim sowiecki. Zlecona przez Chrystusa misja ofiarowania swego życia za kapłanów, cierpienia za nich była niezrozumiana i nieprzyjęta przez najbliższe otoczenie siostry. Świadkowie, którzy pamiętają Wandę Boniszewską z Pryciun, mówią, że nikt nic nie wiedział o stygmatach. Wiedzieli tylko, że często chorowała.

„Mam nadzieję, że uda się to nasze dzisiejsze pielgrzymowanie przerodzić w stałą tradycję” – mówił proboszcz, dodając, że liczy też na współpracę w tym zakresie z siostrami. Owszem zanim Kościół oficjalnie nie wypowie się w sprawie objawień i doświadczeń mistycznych s. Wandy Boniszewskiej publiczny kult wśród wiernych nie jest dozwolony. Tym niemniej pozwala się na prywatne nabożeństwa za orędownictwem s. Wandy. Siostry od Aniołów prowadzą też archiwum, spisując wspomnienia świadków oraz łaski doznane za jej wstawiennictwem.

Na pielgrzymce była także siostra Elżbieta, która od 10 lat pracuje na misjach w Kamerunie. Podczas wspólnej drogi podzieliła się doświadczeniem pracy w Afryce.

Przysięga na drodze

Nim pielgrzymi dotarli do celu swojej pielgrzymiej wędrówki, przy kaplicy w Pryciunach zebrało się wielu wiernych. Mieszkanka Pryciun Józefa Sienkiewicz od lat sprząta w kaplicy. Na doroczną uroczystość przybyła z córką, przynosząc z ogrodu kwiaty, by upiększyć kaplicę na Mszę św. Zapytana o wydarzenia sprzed 60 lat, wspominała, że dobrze pamięta współpracę sióstr z miejscową ludnością. „Całe życie spędziłam w tej miejscowości, za mąż wyszłam za sąsiada, tutaj wychowaliśmy nasze dzieci… Zależy mi bardzo na odnowieniu tego zakątka, na przetrwaniu pamięci o pracy sióstr w Pryciunach” – zwierzyła się pani Józefa.

Nie mogło podczas uroczystości zabraknąć pani Ireny Kardis, mieszkanki sąsiednich Żwinian, należącej do Zgromadzenia Sióstr od Aniołów, dzielącej wraz z siostrami los wygnania do sowieckich łagrów pracy. „Swoje powołanie do zgromadzenia porównuję z powołaniem św. Pawła, które odbyło się na drodze – opowiada pani Irena. – Jako młoda dziewczyna często brałam udział w nabożeństwach organizowanych przez siostry. Szczególnie piękne były adoracje organizowane przed Wielkanocą przy grobie Jezusa przez s. Wandę. Pewnego dnia, gdy szłam do kaplicy na adorację poczułam wewnętrzne pragnienie poświęcenia się służbie Bogu. Uklękłam wówczas na drodze i przyrzekłam Jezusowi, że wstąpię do zgromadzenia”.

Grób Wandy Boniszewskiej na cmentarzu w Skolimowie (dzielnica Konstancin Jeziorna)

Ofiara i świadectwo życia

Podczas Mszy św. s. dr Anna Mroczek wygłosiła zebranym katechezę nt. życia duchowego s. Wandy Boniszewskiej. W swoim przekazie skupiła się na kilku kwestiach wynikających z przesłania zakonnicy. Po pierwsze, to ofiarowanie życia za innych. „Dzisiaj ta kwestia jest dla nas bardzo istotna, ponieważ współcześni ludzie nie zastanawiają się nad tym. Każdy raczej skupia się nad tym, by jak najwięcej zaczerpnąć korzyści dla siebie” – tłumaczyła s. Anna. Kolejna kwestia posłannictwa s. Wandy – to ofiarowanie cierpienia za kapłanów, co kontrastuje ze współczesnymi realiami. Dzisiaj, gdy jest niszczony kapłański autorytet, siostra Wanda podnosi rangę kapłaństwa. „Życie s. Wandy zachęca nas do życia w taki sposób, by inni, patrząc na nas, wiedzieli, że Bóg istnieje” – zauważyła s. Anna, porównując sytuację Wandy Boniszewskiej z ewangelią Chrystusa, gdy Jezus mówi, że tylko w swojej Ojczyźnie prorok nie jest uznany, dlatego też z powodu niedowiarstwa współziomków mało zdziałał tam znaków i cudów.

Fest „na całego”

Doroczny odpust swoją obecnością zaszczyciły również władze samorządu rejonu wileńskiego z mer Marią Rekść na czele. Obecny był przewodniczący AWPL, europoseł Waldemar Tomaszewski, poseł na Sejm RL, prezes ZPL Michał Mackiewicz oraz jego zastępca Stanisław Pieszko. Ponieważ Wileńszczyzna słynie ze staropolskiej gościnności, zatroszczono się, by fest odbył się „na całego”. Towarzystwo Miłośników Bujwidz z Mirosławem Gajewskim na czele wraz z bujwidzkim kołem ZPL, któremu przewodzi starosta gminy Marian Naruniec, zorganizowały święto. Po uroczystym nabożeństwie na uczestników święta czekał poczęstunek: pączki, kwas i kasza z kuchni polowej. Dla ochłody były stoiska z lodami, piernikami oraz cukierkami, bez których bodajże żaden odpust na Wileńszczyźnie się nie obejdzie. Najmłodszych pociągała loteria bez przegranej.

Rozpowszechniano także wydane w tym roku dzienniczki s. Wandy Boniszewskiej. Natomiast wielu z mieszkańców okolicznych miejscowości zobowiązywało się do modlitwy o oficjalne przyznanie przez Kościół przeżyć mistycznych „ukrytej stygmatyczki”.

Teresa Worobiej

Na zdjęciach: po raz pierwszy z Bujwidz do Pryciun odbyła się piesza pielgrzymka w celu przypomnienia przesłania s. Wandy Boniszewskiej; dr Anna Mroczek z Ireną Kardis i jej siostrą.
Fot. autorka

S. Wanda Boniszewska urodziła się 20 maja 1907 roku koło Nowogródka. W 1924 r. została przyjęta do Zgromadzenia Sióstr od Aniołów. W latach 1933-1950 mieszkała w Pryciunach. W tym też czasie w sposób szczególny doświadczyła męki Chrystusa. Nosiła bowiem na swoim ciele krwawiące rany, otwierające się na jej rękach, nogach i boku podczas duchowych przeżyć. Siostry w Pryciunach były obecne do roku 1950, kiedy to za ukrywanie jezuity – ks. Antoniego Ząbka zostały aresztowane i wywiezione do przymusowych obozów pracy w ZSRR. Po zwolnieniu z obozu w roku 1956 s. Wanda wróciła do Polski. Tam mieszkała do śmierci w roku 2003.

http://www.tygodnik.lt/201032/bliska2.html

Więcej:

Wanda Boniszewska – Stygmatyczka

Wspominając s. Wandę

Posted in Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Religia, SYLWETKI | 1 Comment »

Konferencja pt. „św. Maksymilian Maria Kolbe – Rycerz niezłomny w służbie rodzinie”

Posted by tadeo w dniu 8 Sierpień 2011

Posted in Filmy religijne, Religia | 1 Comment »

Wanda Boniszewska – Stygmatyczka

Posted by tadeo w dniu 6 Sierpień 2011

Spektakl opowiada o Wandzie Broniszewskiej, która od 17. roku życia należała do bezhabitowego Zgromadzenia Sióstr od Aniołów. Od 1934 r. nosiła na ciele stygmaty Męki Pańskiej: między innymi rany od gwoździ na dłoniach i stopach, a na głowie od korony cierniowej, oraz ślady biczowania na plecach. Przed wojną ukrywała stygmaty. Z ich powodu po wojnie funkcjonariusze sowieckiego aparatu bezpieczeństwa prześladowali duchowną, zamykali ją w więzieniach, a potem w szpitalach psychiatrycznych i bezskutecznie próbowali leczyć.http://video.anyfiles.pl/Wanda+Boniszewska+-+Stygmatyczka/Kino+i+TV/video/54233

Grób Wandy Boniszewskiej na cmentarzu w Skolimowie (dzielnica Konstancin Jeziorna k/Warszawy)

Przeczytaj także:

Siostra Wanda Boniszewska i nawróceni oprawcy

DRUGIE NAWRÓCENIE WANDY BONISZEWSKIEJ

Cicha pośredniczka

Śladami „ukrytej stygmatyczki” s. Wandy Boniszewskiej

Wspominając s. Wandę

Życie na krzyżu W trzecią rocznicę śmierci s. Wandy Boniszewskiej

Słowa Pana Jezusa o kapłaństwie i życiu zakonnym skierowane do s. Wandy Boniszewskiej

Posted in Filmy religijne, Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, POLECAM, Religia | 2 Comments »

Gdy cisza jest całym światem

Posted by tadeo w dniu 5 Sierpień 2011

Ania nie lubi dużo mówić, bo jest to dla niej uciążliwe. Kiedy spotyka się ze znajomymi, którzy również są głusi, nie mówi w ogóle. Również jeśli widzi się z osobą słyszącą, która potrafi „migać”, tylko czasami przestawia się na mówienie. To wszystko zależy od stopnia rozumienia przez tę osobę nadawanych przeze nią komunikatów w PJM – Polskim Języku Migowym. Jednak przede wszystkim to kwestia przyzwyczajenia.

Z Anią B. spotykam się późnym czerwcowym popołudniem. Nie jesteśmy jednak same – towarzyszy nam pani Marta M., tłumacz i wykładowca języka migowego z Polskiego Związku Głuchych. Będzie naszym pośrednikiem, naszym medium w rozmowie, która dla mnie byłaby zbitką głosek i sekwencją ruchów, których nie jestem w stanie pojąć.

Image

fot. Voce di Padre Pio

Świat bez dźwięków
Ania nie słyszy od urodzenia. Dla niej barierą jest świat dźwięków, który istnieje tylko w jej wyobraźni, będąc czymś na kształt wewnętrznych odgłosów, gdyż ona nie wie i nigdy nie zrozumie, co to znaczy słyszeć, więc nie ma do czego porównać swoich wrażeń. Jej świat jest bezszelestny, cichy, ale inny od ciszy, którą znają ludzie słyszący. Ania czuje na przykład towarzyszący muzyce rytm, jednak nie są to doznania, na których skupia swoją uwagę. Ważniejszą rolę bowiem spełnia zmysł wzroku i dotyku.

Rodzice Ani są osobami słyszącymi, a ona pierwszą osobą głuchą w rodzinie. Dlatego kiedy przyszła na świat ponad dwadzieścia lat temu, nie wiedzieli, co robić, jak postępować z głuchym dzieckiem, nie znali języka migowego. Od początku uczyli córkę mowy, posyłali do poradni logopedycznej. Dziewczynka odczytywała ich słowa z ruchu warg, rozumiała je, ale nie umiała odpowiedzieć. Stąd tuż przed jej piątymi urodzinami rodzice postanowili rozpocząć naukę języka migowego. Niestety w tamtych czasach literatura specjalistyczna nie była szeroko dostępna, więc potrzebną wiedzę czerpali z rozmów z osobami „ze środowiska” oraz przez obserwację.

Mówienie to ciężka praca
Mimo że Ania jako pierwszy poznała język polski, mówi: – Język migowy jest dla mnie bardziej naturalny niż mówiony, nauka mowy jest ciężką pracą. To „miganie” jest językiem ludzi głuchych, nie mowa. Bardzo trudno nauczyć się mowy bez słuchu. Podczas pierwszego treningu głosu logopeda tłumaczył mi, jak ułożyć usta, żeby wywołać poszczególne głoski: a, b, c… Dla słyszących mowa jest automatycznym sposobem wyrażania myśl, natomiast my najpierw musimy przyswoić sobie zasady odpowiedniego oddychania podczas wymowy, a dopiero potem nauczyć się wydobywać z siebie głos. Następny etap to wypowiadanie słów. Polega on na łączeniu dźwięku z desygnatem bądź etykietą, na której napisany jest wyraz. Powtarzanie słów jest monotonne i nudne, a trwa do momentu przyswojenia poprawnej wymowy nazwy danego przedmiotu.

Nauka mowy u Ani trwała bardzo długo – aż do liceum. Teraz wykorzystuje zdobyte umiejętności, co nie znaczy, że nie poznaje nowych słów, jednak ich nauka przebiega automatycznie, jak u każdego z nas.

Wyrazić siebie
– Moi rodzice znają mój głos, więc nie mają najmniejszego problemu z interpretacją tego, co mówię. Moja mowa jest może niewyraźna, ale osoby, które na co dzień mają ze mną kontakt, rozumieją mnie. Kiedy spotykam się z obcymi ludźmi, muszę się starać, by mówić wyraźnie. Jeśli chcę np. w obcym mieście zapytać, jak dojść na daną ulicę, staram się to wyraźnie powiedzieć. Przebywanie jednak ze słyszącymi i rozmowa z nimi nie stanowi dla mnie problemu. Mam koleżanki słyszące, które znają mnie od dziecka i one rozumieją mnie bez żadnych problemów. Wszystko zależy od sytuacji i osoby, z którą mam kontakt.

Ania otwarcie przyznaje jednak: – Nie lubię dużo mówić, bo jest to dla mnie uciążliwe. Kiedy spotykam się ze znajomymi, którzy również są głusi, nie mówię w ogóle. Również jeśli widzę się z osobą słyszącą, która potrafi „migać”, tylko czasami przestawiam się na mówienie. To wszystko zależy od stopnia rozumienia przez tę osobę nadawanych przeze mnie komunikatów w PJM – Polskim Języku Migowym. Jednak przede wszystkim to kwestia przyzwyczajenia – dodaje z uśmiechem.

Ania zdaje sobie sprawę, że inni głusi mają problem z mówieniem i jest to dla nich bariera nie do pokonania. Wtedy milkną. Powody są różne: naukę mowy rozpoczęli zbyt późno, są nieśmiali, wstydzą się tego, że mówią „bełkotliwie”.

– U głuchych występuje niewątpliwie bariera związana z mówieniem. Język polski jest dla nas językiem obcym, choć ja nie jestem tutaj dobrym przykładem, bo przecież nauka mowy trwała u mnie od najwcześniejszych lat. Ponieważ byłam wychowana w dwujęzyczności ani jeden, ani drugi język nie przysparza mi problemów. Uczyłam się mówić i „migać” mniej więcej w tym samym czasie, więc moja sytuacja diametralnie różni się od położenia osób, których mowa nie do końca jest zrozumiała – twierdzi Ania.

Sytuacja dla głuchego dziecka jest komfortowa, jeśli ma głuchych rodziców. Wtedy istnieje pewność, że jego pierwszym językiem będzie PJM. Natomiast w słyszących rodzinach zazwyczaj dziecko uczy się tylko mowy i zdarza się tak, że… nie poznaje języka migowego.

Marzenia i plany
Ania dzięki staraniom swoich rodziców, wsparciu wspaniałej wychowawczyni ze szkoły podstawowej, a także własnemu uporowi studiuje dziś ze słyszącymi. Jest na piątym roku Inżynierii Środowiska. Znakomicie koegzystuje z innymi studentami, choć potrzebuje tłumacza języka migowego, który towarzyszy jej na wykładach i ćwiczeniach. Nie jest to jednak dla niej nic wielkiego, a życie, jakie prowadzi, niczym nie różni się od stylu innych studentek. Chodzi na imprezy, lubi kino. Jej bariera rozmyła się wraz z pogodzeniem się z rzeczywistością, w której żyje. Jeśli w ogóle było to dla niej jakimkolwiek ograniczeniem.

Ania nie ma do nikogo żalu, że urodziła się głucha. Nigdy nikogo nie obwiniała o taki stan rzeczy – ani Boga, ani rodziców, ani nawet genetyki. Dla niej głuchota jest czymś zupełnie normalnym, nie uważa jej za kalectwo. Złości się, kiedy ktoś postrzega ją jako niepełnosprawną. Najlepszym dowodem na to jest, że w tym roku kończy studia na kierunku, na który nie dostaje się wiele słyszących osób.

Wierzy w siebie, ma swoje marzenia i plany – jak każdy z nas. Lubi podróżować, interesuje się fotografią, frapuje ją także tematyka dotycząca problemów osób niesłyszących, kultura głuchych oraz PJM – Polski Język Migowy.

Joanna Kupiec

 

„Głos Ojca Pio” [58/4/2009]

Posted in Religia, Świadectwa | Leave a Comment »

 
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 429 obserwujących.