WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • Tylko przestańmy mówić: ten kraj, w tym kraju, tutaj, ci ludzie. Zacznijmy mówić tak, jak Pan Bóg przykazał, jak o matce: Ojczyzno ma, moja, kochana, poraniona, więc tym bardziej kochana. Moja, to znaczy taka, którą się kocha, którą się po rękach całuje, przed którą się klęka, której się służy, której się z czcią opowiada, której się nie okrada, dla której się pracuje, dla której się cierpi i umiera, jak trzeba. To nie inni mają tak zrobić, to nie oni, tam na górze, ale my. Inaczej na nic wszystko. Na nic ta rana i na nic te ofiary. Nasza Ojczyzna mocno krwawi i ból nie ustaje w naszych sercach, ale zapewniamy pachołków Moskwy i Berlina, i tych, co służą „mamonie” – jeszcze nie zginęła, póki my żyjemy. Póki pracujemy dla dobra naszej Ojczyzny. Póki kochamy i pamiętamy.

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Polskie Kresy’ Category

Po obu stronach granicy. Dzieci z chlewu

Posted by tadeo w dniu 2 Październik 2011

Mowa o szerokim pasie ziemi, gdzie Polska graniczy z obwodem Kaliningradzkim, Litwa, Bialorusia i Ukraina. Na tych ziemiach, zarowno po polskiej, jak i wschodniej stronie panuje bodaj najwieksza bieda, jaka spotkalam podczas moich podrozy – bieda zarowno materialna, jak i moralna. Ofiara tej patologii spolecznej padaja przede wszystkim dzieci.

Dzieci ulicy, to rzecz powszednia. Zebrza, bo nie maja co jesc, kradna, gdzie sie tylko da, aby zaspokoic swoje potrzeby, narkotyzuja sie, aby na godzin pare zapomniec o tragicznej rzeczywistosci i wlasnym okaleczeniu. Spia w ciemnych katach bram, w zaulkach ulic, w ruinach starych domow, na opustoszalych skwerach, zima zas na klatkach schodowych, w kanalach, tulac sie do kanalizacyjnych rur ogrzewczych, na wysypiskach smieci w wielkich metalowych kontenerach, gdzie mozna zagrzebujac sie gleboko w smietnisku znalezc schronienie przed mrozem.

– Wracalem kiedys wieczorem do kosciola z odwiedzin u parafian, a tu widze, kontener na smieci sie rusza – opowiada ksiadz Stanislaw z obwodu kaliningradzkiego. – Myslalem, ze to szczury. Zdjalem pokrywe, zeby je laska przepedzic, patrze, a tu dwie pary dzieciecych oczu wpatruja sie we mnie z przerazeniem.

Ktos opowiadal mi o dziecku zyjacym wsrod stada miejskich pol-dzikich psow. W zimowe noce, zbite w jedna gromade psy, ogrzewaly sie nawzajem cieplem wlasnych cial; wsrod nich spal chlopiec.

W nieprzebytych jeszcze do dzis litewskich lasach znaleziono kilka lat temu – a raczej, zlapano – dziecko, ktore przez pol roku zylo tam samotnie, porzucone przez matke, zywiac sie roslinami, owadami, spijajac rose z lisci drzew. Naukowcy powiedzieli, ze cos takiego zdarza sie raz na kilka milionow, ze dziecko w tych warunkach potrafi przetrwac: “musi byc bardzo inteligentne i obdarzone prawie zwierzecym instynktem samozachowawczym”. Spotkalam i badalam to dziecko, gdy mialo juz 5 lat; mieszkalo juz wtedy w litewskim sierocincu (“Wiadomosci”, 30 kwiecien, 2004; “Gazeta”, 24-26 pazdziernik, 2003). Probowano pozniej dojsc, kto jest matka dziewczynki. Zidentyfikowano na koniec jakas kobiete, alkoholiczke i narkomanke, ktora przyznala sie, ze juz troje dzieci pozostawila bez opieki.

Jednak nie jest latwo pomoc tym dzieciom, gdy probuje sie je wprowadzic w tzw. cywilizowany swiat. Trudno nam czynic to z Kanady, co zrozumiale, chociaz zbieramy pieniadze na leczenie chorych dzieci, ale trudno tez ludziom dobrej woli tam, na miejscu. Wspaniala role spelniaja tu polskie siostry zakonne z roznych zgromadzen. Ale i im nie przychodzi to latwo.

Czesto dzieci, jesli zdrowe i od lat juz przywykle do radzenia sobie na ulicy, nie chca zaakceptowac wejscie do naszej cywilizacji. – Po co dbac o higiene, myc rece przed posilkiem, po co czyscic zeby, uczyc sie pisac, czytac, modlic…Kradziez staje sie przygoda, narkotyki i alkochol zaczynaja byc koniecznoscia. Kiedys, jeden z takich chlopcow, juz pozornie przystosowany do zycia w sierocincu, powiedzial do mnie:

– Pamietam, jak umieral moj dziadek. Umierajac blogoslawil mnie i oddawal w opieke Matce Przenajswietrzej… Moja babcia juz wtedy nie zyla… No i co z tego? Zlitowal sie ktos nade mna?! Nie zlitowal. Przeczekam tu zime i na wiosne pojde sobie… fajnie jest miec swoje pieniadze; jak gdzies jest trafi okazja.

Adaptacja dzieci jest trudna. A nawet, jesli sie udaje, czesto odzywajace sie stare kontakty psuja wszystko, co siostry zbudowaly z takim trudem. Pamietam w Mamonowie, malej miejscowosci pod Kaliningradem, gdzie polskie siostry z zakonu sw. Katarzyny zalozyly sierociniec dla dzieci ulicy, zamieszkala dziewczynka, ktora przez lata dlugie rodzice wykorzystywali do zaopatrywania ich w alkochol i narkotyki zmuszajac dziecko do ulicznej prostytucji. Zaczelo sie, gdy mala miala zaledwie kilka lat. Bito ja, gdy odmawiala wyjscia na ulice. Bito, gdy chowala sie w smietnikach, gdzie ojciec zawsze ja odnalazl.

Gdy wreszcie matka po pijanemu zabila ojca i sama znalazla sie w wiezieniu, dziecko wziely do siebie siostry z Mamonowa. Dziewczynka miala wtedy 9 lat. Byla milczaca, spokojna, nie plakala. Predko dostosowala sie do wymagan nowego domu. Wkrotce swoim przykladem stala sie wzorem dla innych dzieci. Pomagala siostrom, zajmowala sie mlodszymi dziecmi, z ktorymi byly klopoty, potrafila do nich przemowic i wytlumaczyc. Byla tylko “troche inna” – nie umiala sie razem z rowiesnikami beztrosko bawic, nie umiala sie smiac. Wszystko bylo w porzadku, dopoki matka nie napisala do niej z wiezienia: “Nie mam za co kupic farby do wlosow i lakieru do paznokci. Zarob, kup i przyslij mi do wiezienia.” Dziewczynka miala juz wtedy 13 lat. Jakze ma utrzymac rownowage psychiczna przy bombardowaniu jej takimi listami? A siostry zakonne musza jej listy przekazywac, bo takie sa przepisy – “nie wolno utrudniac kontaktow matki z dzieckiem”. Nazywa sie to resocjalizacja matki w wiezieniu.

Tereny przygraniczne – to przewaznie tereny po-PGR-owskie i po-kolchozowe. Dzis wielkie, panstwowe, czy kolchozowe gospodarstwa rolne juz nie istnieja. W wiekszosci pozostaly w tych miejscach jedynie rozwalajace sie zabudowania i ugory. Ludzie powyjezdzali, pojedyncze osoby tylko zostaly i probuja przy domach cos zasadzic albo pracuja w pobliskim miescie dojezdzajac autobusem. Rolnictwo i ogrodownictwo w ogromnej czesci upadlo.

– To jest wlasnie grzech Gorbaczowa – mowia dawni mieszkancy lub sasiedzi z miasta – za szybko chcial wprowadzic kapitalizm. Nikt sie przez lata nie zajal ani tymi ludzmi, ani ziemia. Dopiero teraz gdzieniegdzie zaczyna sie cos dziac. – Rzeczywiscie, z samochodu widc ciagnace sie kilometrami nieuzytki.

Chodze po wsi ukrainskiej i pytam, w ktorych chatach mieszkaja najbiedniejsi. Ludzie mowia o biedzie, wskazuja mi chaty.

– Najbiedniejsi przewaznie sa tam, gdzie nie ma studni w obejsciu – mowia. – Musza chodzic po wode na droge, studnie budowali tylko bogatsi gospodarze i tak juz zostalo.

Nie zawsze mam szczescie, szukajac tych najbardziej potrzebujacych. Trzeba byc ostroznym. Odwiedzam chaty z ksiedzem z pobliskiego kosciola, on zna tych ludzi, od lat wsrod nich pracuje.

– Od czasu, gdy pozwolono odprawiac tu nabozenstwa i oddano kosciol – opowiada – Pzed tym trzeba bylo cichaczem, w prywatnych mieszkaniach…

Maly ogrodek, a w nim same chwasty. Mieszka tu stara kobieta i jej niedorozwiniety, dorosly juz syn. Ksiadz informuje mnie, ze odwiedza tych ludzi regularnie i przynosi zywnosc, “bo inaczej umarliby z glodu”. Pytam, dlaczego nie zasadzili niczego w ogrodku.

– A co by zasadzic? – odpowiada kobieta pytaniem na pytanie.
– Na przyklad pomidory – mowie – syn by skopal ziemie, razem byscie posadzili pomidory, kartofle, marchew…Byloby przynajmniej latem co jesc.
– Co by tam belo, pani – macha niedbale reka stara kobieta odziana w podarte brudne lachy – syn je niespelna, sama pani widzi, gdzie on by tam kopol! Narobilby sie ino i co z tego? Kartofle by stonka zjodla, pomidory tyz, nie warto probowac. On zreszta nie zdatny do kopania… jo tyz nie przywyklo do robienia w ziemi…
– A do czego zescie przywykli? – pytam uparcie.
– On krowy ganiol na pastwisko, jo doila. Sowchoz tu bel z bydlem. Cale zycie tak zeszlo, nic inszego sie nie robilo. Kazdy miol swoje do roboty.

To nie byl odosobniony przypadek bezradnosci; moze ktos powie – takze lenistwa. W tej samej wsi spotkalam rowniez innych Polakow, ktorzy ze swojego ogrodka potrafili czerpac zyski. Potrafili schludnie utrzymac mieszkanie, hodowac drob, zbudowac nawet wlasna obore.

Patologii spolecznej jest masa. Ujemne skutki najbardziej dotykaja dzieci. Rola polskich siostr zakonnych w opiece nad nimi nie da sie z niczym porownac. Jest to cicha, mrowcza, pelna poswiecenia praca – poswiecenia bez rozglosu, bez oczekiwania na pochwaly, bez orderow, bez artykulow w prasie. Ludzie patrza na te prace, jak na rzecz zwykla. Ocieram sie o te siostry wracajace z “wycieczki” po zaulkach miasta z gromada obdartych, glodnych dzieci. Niektore znalazly w opuszczonych chalupach.

– Teraz to jeszcze nic – mowi jedna z siostr – zawsze ktos podrzuci cos do zjedzenia. Ale przyjdzie zima i mroz; dzieci nie napala pod kuchnia, bo nie bedzie czym.

– To tylko siostry – odpowiada przewodnik na pytanie ktoregos z zainteresowanych turystow, ktorzy do Kaliningradu (dawny Krolewiec) przyjechali ogladac nieliczne ocalale zabytki miasta. – Wracaja do siebie ze znalezionymi dziecmi.

“Tylko siostry…” – mysle – nieznane swiete, nie oczekujace nagrod, nie spodziewajace sie uslyszec slow uznania, podziwu, pochwaly. Wykonuja swa prace w poczuciu spelnianego obowiazku. Nawet do glowy im nie przychodzi, ze to cos nadzwyczajnego, niecodziennego w dzisiejszej rzeczywistosci. Jakze bym chciala, zebysmy my, tu w Toronto, mogli sie nad tym zastanowic.

Nie przez przypadek po polskiej stronie siostry zakladaja swe osrodki w poblizu granicy. W ten sposob mozna probowac pomoc w pracy tym zakonom, ktore sa juz po tamtej stronie. Z Wasilkowa przewozona jest pomoc do siostr w Grodnie na Bialorusi, zajmujacych sie bezdomnymi i dziecmi ulicy. Osrodek siostr w Braniewie sle pomoc do siostr w Mamonowie w Obwodzie Kaliningradzkim. Jesli ma sie watpliwosci, czy pomoc dotrze do Grodna lub Mamonowa, przeslac mozna paczke do Wasilkowa lub Braniewa, a potem zadzwonic tylko i sprawdzic, czy juz doszla i czy udalo sie przewiezc rzeczy przez granice.

Z Braniewem kontakty nawiazalismy zaraz po mojej bytnosci w sierocincu w Mamonowie. Do Mamonowa przez granice trudno mi sie bylo przedostac. Zatrzymano mnie na granicy i przetrzymywano przez dlugie godziny z niklymi szansami na rychle uwolnienie: moj paszport wydany w Polskim Konsulacie w Toronto uznano za “podejrzany”. Od tego czasu kontaktujemy sie z Mamonowem jedynie poprzez siostry z Braniewa.

Ale w Braniewie tez jest bieda, chociaz to polska strona. W ogromnym ubostwie zyje wiekszosc wielodzietnych rodzin tego przygranicznego miasta i okolic; bezrobocie na terenach po-PGR-owskich jest ogromne. Siostry dziekuja za kazda wyslana paczke z odzieza.

Braniewo, to jeszcze nie wszystko. Obok Braniewa jest Bisztynek – zaklad dla ludzi w znacznym stopniu uposledzonych. Wiekszosc to dzieci i mlodziez. Nikt tu nie przychodzi w odwiedziny. Nasz przyjazd byl czyms niecodziennym. Wiele pacjentow jest lezacych, zanieczyszczajacych sie, bez slownego kontaktu z otoczeniem. Ale przeciez tacy ludzie tez zyja na naszej planecie, chociaz o nich nie myslimy. Siostry pracuja przy nich, karmia ich, myja, wywoza na spacer, sadzaja pod drzewami, otulaja, mowia do nich, spelniaja najczarniejsze konieczne poslugi.

I wlasnie Bisztynek zapadl w mojej pamieci rownie gleboko, jak dwuletni chory chlopiec znaleziony przeze mnie kilka lat temu pod Kijowem na Ukrainie, albo ksiadz z glebokimi ranami na nogach, ktory z narazeniem zycia pelnil przez lata swa pasterska sluzbe wsrod Polakow na Bialorusi zanim za te “przewiny” dostal sie do radzieckich wiezien i lagrow, a potem – po powrocie do swoich parafian – dlugo jeszcze chodzil na tych nogach nie potrafiac rozstac sie z ludzmi i ziemia, z ktorej wyrosl.

Tutaj w Bisztynku, przy granicy z Kaliningradem, znaleziono w chlewie dzieci. Przez lata zyly razem ze swiniami.

Dziewiecioro ich bylo – opowiada siostra Barbara – czterech chlopcow i piec dziewczynek, wszystkie karlowate. Zabudowania gospodarskie, razem z mieszkalnymi, byly tam w ruinie. Do nastepnych PGR-owskich osiedli, rowniez opuszczonych, bylo dziesiatki kilometrow odleglosci. Wydawalo sie, ze nikt od dawna tam nie bywal, a jednak… Ktos zadzwonil na policje, moze turysta walesajacy sie latem po okolicy, moze sasiad szukajacy towarzystwa. Ktos zadzwonil i powiedzial, ze tam w chlewie sa chyba nie tylko swinie. Tam sa wsrod tych swin… takze dzieci.

– Potem odkryto, ze w zabudowaniach mieszkala kobieta – alkoholiczka i narkomanka. Ile z urodzonych dzieci umarlo, ile sie z tymi swiniami “wychowalo”, nikt tego nie wie. Kobieta nie pamietala, ile razy rodzila… moze zreszta kobiet bylo wiecej, tego tez nikt nie dojdzie.

– Wszystkie dziewczynki przywieziono wtedy do nas – mowi dalej siostra. – Chlopcow odstawiono do analogicznego zakladu prowadzonego przez zakonnikow, tu niedaleko. – Staralysmy sie, aby to rodzenstwo moglo sie ze soba widywac, ale nikle byly uczuciowe wiezi rodzinne wsrod tych dzieci, za wyjatkiem blizniaczek. Te dzieci nie zyly dlugo. Dzisiaj zyje juz tylko trojka. Gdy je przywieziono, Tereska miala przypuszczalnie okolo 10 lat. Kiedy zmarla jej siostra blizniaczka, myslalysmy, ze Terska z rozpaczy odejdzie razem z nia. Chodzila kolo niej, dotykala, glaskala, poklepywala, potem szturchala, szarpala, ciagnela za reke, probowala podniesc … Nie mogla zrozumiec smierci.

Patrze na Tereske, w jej niebieskie jak niezapominajki oczy i robi mi sie przykro. Ilez to dziecko musialo przezyc, nikt sie nigdy nie dowie.

– Zadne z tych dzieci nigdy nie nauczylo sie mowic – ciagnie swa relacje siostra – Trudno bylo im takze nauczyc sie jesc lyzka i widelcem, a nawet jesc trzymajac chleb w reku. Jeszcze dzis, choc uplynelo od tego czasu juz szereg lat, najchetniej jadlyby buzia wprost z talerza. Ale Tereska jest bardzo posluszna, czego nie mozna powiedziec o jej mlodszej siostrze, z ktora mamy mase klopotow; ktos musi stale przy niej byc, zeby czegos nie zpsocila. Teresce wystarczy powiedziec raz. Zmartwienie jest tylko, ze choruje na serce, jak one wszystkie

Tereska pije duzymi halstami herbate z kubka i zaczyna sie krztusic. Siostra Barbara ja uspakaja: “Nie tak duzo, po trochu”. Nogi Tereski kiwaja sie wysoko nad podloga, gdy siedzi na krzesle. Nic nie mowi, rozglada sie ciekawie po pokoju. Zastanawiam sie, czym moglabym jej sprawic przyjemnosc. Juz wiem – zostal duzy misio, ktorym bawily sie dzieci z Litwy, gdy mialam je tu w leczeniu. Przynosze go i podaje Teresce. Blekitne oczy Tereski rozjasnia na chwile radosc. Wyciaga rece, bierze misia, ale za chwile nie wie, co ma z nim zrobic.

– Misia sie przytula – mowie, bo nic innego nie przychodzi mi do glowy, co moglabym powiedziec. – Tereska przyglada mi sie przez chwile, probujac najwidoczniej zrozumiec. Nagle chwyta misia w ramiona i tuli do siebie. Jej buzia promienieje.

– No podziekuj pani – prosi siostra. Tereska milczy. – No, powiedz dziekuje. – Tereska probuje wydobyc z siebie jakis dzwiek. Nie latwo to przychodzi. Cos w rodzaju cichego pomruku wychodzi wreszcie z jej ust.

Teraz, gdy to pisze, staje mi przed oczyma obraz Tereski z misiem w ramionach i jej oczy tak niebieskie, jak tylko mozna sobie wyobrazic najbardziej przejrzysty blekit nieba. I pamietam mysl, ktora przemknela wtedy przez moj umys: przeciez tego dziecka matka nigdy nie przygarnela do serca.

Dr Jadwiga Wojtczak

Expatria zacheca wszystkich Panstwa do skladania donacji na rzecz pomocy dzieciom najbardziej pokrzywdzinym przez los (haslo: “Tereska”). Za kazda, nawet najmniejsza kwote bedziemy wdzieczni. Przypominamy, ze Expatria wydaje pokwitowania zwalniajace z podatku.

http://expatria.pl/index.php?stsid=48&kid=4

Przeczytaj także: 

U przyjaciół w Bogdanowie

Przez Litwę, Białoruś, Rosję i Ukrainę

List z Bogdanowa

Sierociniec Siostry Leokadii

VII Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński – reportaż

W obwodzie żytomierskim

Po obu stronach granicy. Dzieci z chlewu

W hołdzie pomordowanym polskim oficerom

Chrystus Brachiłowski

Cmentarz w Lidzie

Leczenie dzieci chorych na gruźlice – Szpital w Otwocku

Sieroctwo społeczne

Pomóżmy dzieciom z Mołdawii

Nasi Darczyńcy

Posted in Podróże, Polskie Kresy, Reportaż | Leave a Comment »

Kościół Matki Boskiej Ostrobramskiej we Lwowie.

Posted by tadeo w dniu 26 Wrzesień 2011

Kościół Matki Boskiej Ostrobramskiej we Lwowie.

Kościół Matki Boskiej Ostrobramskiej we Lwowie został wzniesiony w 1934 roku na przedmieściu Łyczakowskim ufundowany przez społeczeństwo Lwowa w podzięce Matce Boskiej za opiekę nad Lwowem w czasie walk o miasto w latach 1918 -1920. Poprzez nazwę kościoła taką, a nie inną, chciano zaznaczyć, że Lwów i Wilno to dwa kresowe miasta stojące na straży Rzeczpospolitej, broniące wiary katolickiej i polskości. Stanął w miejscu dokładnie tam, gdzie od strony wschodniej padł pierwszy granat bolszewicki wystrzelony na Lwów w 1920 r. Inicjatorem wzniesienia świątyni był metropolita lwowski abp Dr Bolesław Twardowski.

We frontonie głównego portalu świątyni, w jego części środkowej, na wysokości drugiej kondygnacji, wbudowana została otwarta kaplica, obramowana kamiennymi kolumnami.

 W kaplicy umieszczono obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej, wykonany przez T. J. Pieczonkę z Krakowa.

Był kościołem garnizonowym szczególnie ukochanego przez Lwowiaków 14 pułku Ułanów Jazłowieckich.  Stojący na wzgórzu pozwalał wychodzącym z kościoła zachwycać się wspaniałą panoramą miasta.
Zarządzany był przez księży Salezjan.

Po wkroczeniu Sowietów do Lwowa i usunięciu księży Salezjanów z kościoła M.B.Ostrobramskiej, świątynię zamieniono na magazyn, otoczono drutami; przed kościołem ustawiono na topornym cokole sowiecki czołg w charakterze pomnika.
W latach 90-tych zwrócony Salezjanom wschodniego obrządku, obecnie służy jako grecko-katolicka cerkiew Opieki Przenajświętszej Bogurodzicy (Pokrowy).

Z 41 kościołów rzymsko-katolickich we Lwowie w okresie międzywojennym czynnych jest obecnie tylko 3: Katedra łacińska z cudownym obrazem Matki Boskiej Łaskawej, przed którym składał swe śluby król polski Jan Kazimierz, kościół św. Antoniego na Łyczakowie  oraz mały kościółek p.w Niepokalanego Poczęcia N.M.Panny na Zamarstynowie.

Więcej: Kościół Matki Boskiej Ostrobramskiej na Łyczakowie – Aleksander Medyński

Przeczytaj także:  

Matka Boża Ostrobramska – Królową Świata i POLSKI

Posted in Matka Boża, Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polskie Kresy | 3 Comments »

OBRAZY MATKI BOŻEJ PRZYWIEZIONE PO II WOJNIE ŚWIATOWEJ Z KRESÓW WSCHODNICH

Posted by tadeo w dniu 26 Wrzesień 2011

Na mocy układów z Jałty i Poczdamu po zakończeniu II Wojny Światowej zostały wytyczone w Europie nowe granice wielu państw. Polska utraciła prawie połowę przedwojennego terytorium – czyli Kresy Wschodnie, zyskała dużo mniej – czyli Ziemie Zachodnie i Północne. Przesunięcie Polski „na zachód” zostało połączone z przemieszczeniem wielu milionów ludzi. Sowieci bardzo szybko wcielali postanowienia jałtańskie w czyn i choć działania wojenne jeszcze trwały, tuż za frontem posuwały się rzesze bezdomnych, tzw. „repatriantów”, którzy mieli zająć zniszczone tereny Ziem Odzyskanych. Na Wschodzie pozostawili zagospodarowane przez wieki wsie i miasta, gdzie w ciągu 600 lat polskiej obecności były tworzone i gromadzone nieprzebrane skarby materialne i kulturalne.

MATKA BOŻA OSTROBRAMSKA

Wyjeżdżając z rodzinnych stron wychodźcy mieli prawo wziąć tylko najkonieczniejsze przedmioty, pomocne w przeżyciu długotrwałej podróży w nieznane. Transportowano ich towarowymi pociągami, przeważnie w odkrytych wagonach. Wyjeżdżano zwykle całymi rodzinami lub parafiami, aby w nowych miejscach osiedlić się wspólnie.

Oprócz przynaglania ze strony władz sowieckich impulsem do szybkiego opuszczenia Kresów były potworne mordy dokonywane przez Ukraińców, którzy przeprowadzali czystkę etniczną. Na przestrzeniach zamieszkanych w ciągu długich wieków przez ludność wielu religii, kultur i jeżyków zapanowała istna apokalipsa.

Matka Boża Zwycięska z Mariampola na Podolu (obecnie we Wrocławiu)

I zadziwia, że w tych dramatycznych okolicznościach społeczność polska opuszczająca strony rodzinne zabrała nie tylko najkonieczniejsze rzeczy osobiste, ale mimo zakazów, często z narażeniem życia wywiozła też z kresowych świątyń wiele cennych przedmiotów kultu religijnego: święte obrazy, krzyże, relikwiarze, ratując je tym samym przed pewną zagładą. Wierzono też w opiekuńczą moc cudownych ikon, pamiętano, że stanowią one często pamiątki historyczne. Przed ołtarzami kresowych świątyń bowiem wodzowie i królowie niegdyś się modlili i składali sztandary pokonanych nieprzyjaciół Ojczyzny. Przedmioty kultu ratowali wywożąc z Kresów biskupi i kapłani, zakonnicy i ludzie świeccy, pragnąc utrzymać tym samym choć symboliczną więź z rodzinną ziemią. Troska o korzenie, o zachowanie ciągłości pokoleń, to motywy działań ówczesnych wychodźców.

Matka Boska Berdyczowska (kopia w Jaworzu koło Bielska Białej)

Opuszczane przez Polaków kościoły ulegały dewastacji. Miejscowa ludność prawosławna i niestety grekokatolicka dążyła do zatarcia śladów polskości i katolicyzmu. Celowo były niszczone wiec zabytkowe wnętrza; palono, rąbano ołtarze, rzeźby, obrazy bez względu na ich wartość artystyczną. Budynki sakralne zamieniono na sale kinowe, muzea ateizmu lub składy materiałów budowlanych. Należy więc żałować, że Polacy opuszczający Kresy mogli uratować tylko znikomą liczbę bezcennych skarbów sakralnych i pamiątek narodowych.

Dziś, ponad 50 lat po zakończeniu wojny, nie jest jeszcze w pełni znana lokalizacja ocalonych przedmiotów. Przyczyniła się do tego cenzura, która nie pozwalała mówić o Lwowie czy Wilnie, Wołyniu czy Podolu. Przez długie lata kresowe tematy stanowiły tabu. Wyrosły więc pokolenia Polaków, które zagadnień Utraconej Ziemi nie znają. Obecnie, po zniesieniu cenzury, ukazują się nieliczne publikacje poświęcone pojedynczym zabytkom lub ich zespołom znajdującym się w niektórych diecezjach. Są to artykuły w czasopismach, foldery lub druki zwarte. Brak jednak nadal ujęcia całościowego, z tej racji więc podjęłam poszukiwania rozproszonych po całej Polsce przywiezionych z kresowych świątyń przedmiotów kultu. Badania te są trudne, a wyniki jeszcze niepełne, lecz pozwalają na pierwsze uogólnienia.

Ustaliłam lokalizację 200 przedmiotów kultu, z tego 50% znajduje się na Śląsku Górnym i Dolnym. Drugie wielkie skupisko utworzyło się na południu kraju, ponadto w województwach warszawskim i gdańskim. Tymi pamiątkami został więc wyznaczony wielki szlak wygnańczy i określona geografia osadnictwa „repatriantów” na ziemiach Polski pojałtańskiej.

 Matka Boża Pięknej Miłości z Ropienki (obecnie Polańczyk)

Według dotychczasowych obliczeń zabytki kresowe znajdują się w 41 miastach i w 63 wsiach. Można wiec wnioskować, że chłopi polscy uratowali ich więcej, a w swej głębokiej wierze szukali wsparcia u Boga w dniach ciężkich doświadczeń wygnania z ojcowizny.

Znaczna liczba przedmiotów kultu religijnego znalazła się we Wrocławiu (13), Warszawie (8) i w Gdańsku (6), czyli tam, gdzie były największe zniszczenia. Zrujnowane świątynie wchłonęły je szybko, były one zalążkiem wyposażenia odbudowywanych obiektów. Kraków stanowił główną bazę dla wychodźców, z tego powodu znajduje się tam 18 kresowych zabytków.

Z dotychczasowych ustaleń wynika, że przywieziono sakralne pamiątki z 92 kresowych miast i wsi.

W omawianym zbiorze przedmiotów kultu na pierwszy plan wysuwa się wielka grupa zabytków maryjnych – 143 obrazy i rzeźby. Z kultem Pana Jezusa wiąże się 19 zabytków, z kultem Świętych Pańskich 28 obrazów, reszta to relikwiarze, krucyfiksy czy drobne przedmioty, do których się modlono.

Tak znacząca przewaga obrazów i rzeźb związanych z Matką Bożą może świadczyć o maryjnych cechach religijności polskiej. W Niej widziano niezawodną Orędowniczkę i Opiekunkę w czasach rzezi, pogromów i zsyłek na Kresach. Ona także towarzyszyła wiernym czcicielom w tułaczce.

Zbiór 143 obrazów i rzeźb maryjnych jest bardzo zróżnicowany. Są to koronowane, obite srebrną szatą ogólnie czczone wizerunki, jak i mało dotychczas znane, ale bliskie sercom wygnańców wyobrażenia Madonny.

Zabytki te pochodzą z rozmaitych epok. Noszą cechy gotyku, renesansu, baroku, rokoka lub stylów późniejszych. Ich układ ikonograficzny, symbolika zostały podyktowane nie tylko wymogami sztuki, ale też względami religijnymi. Jako nośniki idei podlegały określonym rygorom.

Od początku chrześcijaństwa trwał spór wśród teologów czy matka Boża była jedynie Matką Jezusa jako człowieka, czy Matką Boga-Człowieka.

Spór ten rozstrzygnął w 431 roku Sobór w Efezie. Przyjęto wówczas dla Niej tytuł THEOTOKOS. Uznano tym samym, że jest Matką Boga, a nie tylko Jezusa-postaci historycznej. Ten ścisły związek Matki i Syna sławi najbardziej rozpowszechniony typ ikony zwany HODEGETRIA, przedstawiający Bogurodzicę z Dzieciątkiem na ręce. Matka wskazuje na Syna, Syn na Matkę. Ikony poczęto tworzyć na Wschodzie od VI w. W Polsce najlepiej oddaje ten typ obraz Matki Boskiej Częstochowskiej.

 MATKA BOŻA ZBARASKA (obecnie w Prałkowcach k/Przemyśla)

 W zespole obrazów przywiezionych z kresowych świątyń jest znaczna liczba takich właśnie ujęć. Wśród nich najstarszą kopię przywieziono ze Zbaraża (XVI w.), jest w Przemyślu, z kościoła ormiańskiego ze Stanisławowa (XVII w.), odbiera cześć w Gdańsku, z Biłki Szlacheckiej (XVII w.), jest w Grodźcu na Opolszczyźnie, tę z Łopatynia (XVIII w. płaczącą) czczoną w Wójcicach, z Sokala jest w Krakowie, a ze Złoczowa (XIX w.) w Tarnowie (por. Powiernik Rodzin 10 (1998) nr 4).

Drugi wzorzec dla twórczości artystycznej, polecany przez synody w XVII wieku oprócz Matki Boskiej Częstochowskiej, stanowił obraz Matki Boskiej Śnieżnej znajdujący się w Rzymie. Ponieważ w 1571 roku papież Pius V oddał Jej pod opiekę losy bitwy pod Lepanto, w której Liga Święta pokonała Turków, kopie obrazu rozpowszechniły się też u nas, ze względu na ciągłe zagrożenie tureckie, zwłaszcza na Kresach.

Matka Boża Latyczowska (obecnie w Lublinie)

Matka Boska z Latyczowa znajduje się obecnie w Lublinie (XVI w), kopie Matki Bożej Berdyczowskiej są w Warszawie i w Łodzi. Z Kochawiny przybyła do Gliwic, od oo. Jezuitów ze Lwowa do Wrocławia, w Wabienicach jest ze Złotego Potoku na Podolu (XVII w.).

Obrazy wzorowane na ikonie Jasnogórskiej oraz na wizerunkach Matki Bożej Śnieżnej, stanowiące wspólnie grupę zwaną HODEGETRIA, powstały w pracowniach malarskich Częstochowy, Krakowa i Lwowa. Różnią się między sobą szczegółami, nie zawsze są zaznaczone blizny na twarzy Madonny Częstochowskiej, różne mają akcesoria: berło, różaniec, kwiat. Matka trzyma Dziecko na prawej albo lewej ręce. Rozmaitość ujęć stanowi specyfikę polską, ale generalnie kanon, hieratyczność postaci zostają zachowane. W całości zbioru maryjnych obrazów kresowych jest to grupa najliczniejsza.

Matka Boska z kościoła ormianskiego w Łyścu k/Stanisłowawa (obecnie w Gliwicach)

Ze względu na układ ikonograficzny można wyróżnić 10 grup wizerunków. Na obrazach przedstawiających Matkę Bożą Miłującą Dzieciątko obejmuje szyję Maryi i przytula do jej twarzy policzek- to ELEUSA. Najpiękniejszy wizerunek przywieziono do Wrocławia z Mariampola, król Sobieski był z Nią pod Wiedniem. W Chełmie Lubelskim jest z Mielnicy na Wołyniu (XVI- XVII), kopia Matki Bożej Poczajowskiej z Krystonopola znajduje się u o.o. Bazylianów w Warszawie. Piękna Madonna z Dzieciątkiem, prawdopodobnie pędzla Stanisława Wyspiańskiego, przywieziona z kościoła Marii Magdaleny ze Lwowa trafiła do Muzeum Archidiecezji Częstochowskiej.

Jedna z grup przedstawia Matkę Bożą Tronującą. Do nie należą m. inn. Madonna z Bołszowca z XVII w. znajdująca się obecnie w Gdańsku. jest to piękna kopia obrazu Matki Bożej pod Jabłonią z pracowni Łukasza Cranacha Starszego. Zwrócona do modlących profilem słucha ich próśb, Dzieciątko stoi na Jej kolanach. W Poznaniu jest matka Boża Różańcowa od o.o. Dominikanów z Tarnopola, w Warszawie z Żółkwi (XVI w). Matka Boża bez Dzieciątka to wizerunki grupy kolejnej. Należą do nie przede wszystkim liczne kopie obrazów Matki Boskiej Ostrobramskiej przywiezione głównie z Wilna i ze Lwowa, gdzie jako wotum wystawiono Jej kościół w okresie międzywojennym z wdzięczności za odzyskanie niepodległości. Lwowskiemu obrazowi zrobiono we Wrocławiu replikę ołtarza, wileńskiemu replikę Ostrej Bramy. Z Otyni przywieziono obraz przedstawiający Wniebowzięcie Matki Boskiej, a zrujnowany kościół został przebudowany przez repatriantów na wzór otyckiego.

Figurka Pani Jazłowieckiej (obecnie w Szymanowie w pow. sochaczewskim gm.Teresin)

Szczególnie piękne są wizerunki Matki Bożej adorowanej. Przykładem może być przywieziony ze Lwowa do Lubaczowa obraz Matki Boskiej Łaskawej, przed którym niegdyś składał pamiętne śluby Jan Kazimierz. Koronowany obraz Matki Boskiej Świętomichalskiej, uważany przez 50 lat za zaginiony, zawieszono ostatnio w katedrze wileńskiej. Madonnę adorującą Dzieciątko ukazał artysta na obrazie przywiezionym z Biłki Szlacheckiej pod Lwowem do Grodźca na Opolszczyźnie. Tylko 5 figur Maryi przybyło z Kresów, m. inn. ze Lwowa od o.o.. Dominikanów Matka Boska Jackowa, która jest w Krakowie, z Jazłowca czczona w Szymanowie i lwowski posąg Madonny z Dzieciątkiem koronowany w 1995 roku w Twardogórze.

OBRAZ MATKI BOŻEJ POCIESZENIA z SOKALA  (obecnie w Hrubieszowie)

Odrębną grupę stanowią wizerunki Matki Boskiej Bolesnej. Są to przede wszystkim liczne ikony Matki Boskiej Nieustającej Pomocy, na których przedstawiono narzędzia męki Pana Jezusa wokół postaci Maryi i Dzieciątka: ze Lwowa jest w Krakowie, drugi w Kaliszu, a ze Stanisławowa w Polanicy Zdroju. Inne ujęcia przywieziono z Monasterzyk do Bogdanowic pod Opolem, a z wołyńskiego Niewirkowa do Świątnik. Przedstawienie Świętej Rodziny reprezentują obrazy: Ucieczka do Egiptu z Biłki Szlacheckiej, czy Pokłon Pasterzy z Oleska obecnie w Sędziszowie. Podział zgromadzonego przeze mnie materiału na grupy tematyczne pozwala stwierdzić, że dzięki ofiarności repatriantów zostały uratowane skarby kultury wielkiej wartości. Umożliwia też porównanie z zasobami ogólnopolskimi wizerunków maryjnych, które również podzielił na grupy Wincenty Zalewski w swoim dziele Sanktuaria polskie (1988).Dalsze poszukiwania kresowych wizerunków pozwolą zapewne na uszczegółowienie wniosków.

Obraz Matki Boskiej Zwycięskiej z Lwowa – obecnie w kościele św. Mikołaja w Gdańsku

Walorami przywiezionych zabytków są ich wiek oraz wystrój. Jako przykłady można podać pochodzącą z XIII w. figurę Matki Boskiej Jackowej, ikonę Matki Boskiej Zwycięskiej z XIVw, która jest obecnie w Gdańsku, odbierającą cześć w Lubaczowie Matkę Boską Łaskawą z XVI w. przywiezioną z Klewania do Skwierzyny Madonnę z XVII w. zabytkowy obraz z Rzęsny Polskiej czczony w Kondratowej z XVIII w.,statuę Pani Jazłowieckiej powstałą w XIX stuleciu. Omawiane przedmioty kultu noszą cechy różnych stylów i wskazują, jak w poszczególnych epokach kształtował się rozwój religijności maryjnej. Wystrój przywiezionych obrazów, bogate nieraz szaty i liczne wota są również zabytkami sztuki. Srebrne blachy okrywające ,święte postacie są pięknymi grawerowane, zdobne drogimi kamieniami. Ale niektóre wizerunki noszą ,lady rabunku. Odnawiane przez wiernych, nie zawsze mają wartość.

 Matka Boża Łaskawa z kościoła ormiańskiego w Stanisławowa (obecnie w Gdańsku)

Srebrna pozłacana sukienka z XVIII w. zdobi obraz Matki Bożej Łaskawej z ormiańskiego kościoła w Stanisławowie, znajdujący się w Gdańsku, drewniana sukienka okrywa kopię Matki Bożej Berdyczowskiej w Jaworzu. Obraz z Rawy Ruskiej przywieziony do Lubyczy ma korony i różaniec z pereł. Srebrna szata i 100 zabytkowych wot to ozdoby Madonny Śniatyńskiej. Matka Boża z Nawarii, która jest w Urazie ma sukienkę z tektury, bo srebrna została skonfiskowana w czasach austriackich.

Szczególnym wyróżnieniem cudownych wizerunków jest koronacja. W Polsce pierwsza uroczystość koronacyjna odbyła się w 1717 roku w Częstochowie. Również w zespole wizerunków maryjnych związanych z Kresami są Madonny koronowane i to w rozmaitych okresach historycznych. Na Kresach Rzeczypospolitej Obojga Narodów w latach 1718-1772 wymienić należy obrazy z następujących miejscowości w kolejności koronacji: Troki 1718, Sokal 1724, Podkamień 1727, Żyrowice 1730, Łuck 1749, Wilno (M.B. Świętomichalska)1750, Lwów 1751, Berdyczów 1756, Białynicze 1761- łącznie 9 wizerunków. W okresie zaborów w latach 1773-1918 były to: Poczajów 1773, Lwów (M.B.Łaskawa)1776, Bołszowice 1777, Łatyczów 1779, Międzyrzecz Ostrowski 1779, Szydłów na Żmudzi 1786, Lwów (M.B. Pocieszenia) 1905, Kudryńce 1909, Kochawina 1912- łącznie 9 obrazów.

Różańcowa Pani Żółkiewska (obecnie w Warszawa – Służew).

W II Rzeczypospolitej, w latach 1918-1939 trzeba wymienić: Rudki 1921, Wilno -Ostra Brama 1927, Żółkiew 1929, Stanisławów (M.B. Ormiańska) 1937, Jazłowiec 1939 – łącznie 5 zabytków kultu. Po II wojnie do 1995 ukoronowane obrazy kresowe: z Dobromila, który jest w Jodłówce 1075, z Łopatynia, obecnie w Wójcicach (1986), z Łyśca przywieziony do Gliwic (M.B Ormiańska 1989), z Mariampola obecnie we Wrocławiu (1989). ze Lwowa czczony w Kaliszu (M.B. Nieustającej Pomocy 1991), w Białymstoku 1995 (kopia M.B. Ostrobramskiej ), z Tarkowa (1991) przywieziona do Łukawca i lwowska figura Matki Bożej, która jest w Twardogórze (1995)- łącznie 8 obrazów. Jeśli się zważy, że w obrzędzie koronacji wyraża się szczególna cześć wybranych wizerunków, na podkreślenie zasługuje ciągłość tego kultu w dziejach Polski i jej Kresów. Łącznie wyróżniono 31 kresowych wizerunków, co stanowi około 18 % wszystkich koronowanych maryjnych przedmiotów kultu w Polsce w ciągu prawie 300 lat.

 Obraz Madonny w Międzyrzeczu Ostrogskim

Jak z badań wynika 10 koronowanych obrazów Madonny pozostało poza obecnymi granicami Kraju, w tym 4 na Litwie: w Trokach, Szydłowie i 2 w Wilnie, 4 na Ukrainie: w Łęcku, Berdyczowie, w Międzyrzeczu Ostrogskim i w Poczajowie, 2 na Białorusi: w Białyniczach i w Żyrowicach. Rozmaity jest ich los: wiszą w kościołach katolickich, 3 w cerkwiach prawosławnych, Matka Boska Białynicka po 1924 roku znalazła się w muzeum, Łucka spłonęła (1925). Pełnią one nadal ważne funkcje kultowe, świadczą też o polskim tam władaniu przez wiele wieków. Repatrianci przywieźli kopie tych obrazów: Żyrowicka jest w Białowieży, Berdyczowska w Jaworzu i w Łodzi, Poczajowska w Warszawie. Wiszą w kościołach, a wizerunki Matki Bożej Ostrobramskiej w każdym niemal domu polskim.

Matka Boża Bieszczadzka z Rudek k/Lwowa (obecnie w Jasieniu k.Ustrzyk Dolnych)

Madonny kresowe mają rozmaite imiona, które podkreślają życzliwość dla modlącego się człowieka, a więc: Matka Boska Pocieszenia, Łaskawa, Nieustającej Pomocy, a przywiezioną z Bołszowca zwać można Cierpliwie Słuchającą. Imiona zależą też od akceroriów zdobiących obrazy: Szkaplerzna, Różańcowa, z Różą. Ale są też nazwy nowe. Lwowska Madonna z kościoła OO. Jezuitów stała się we Wrocławiu Patronką Robotników i Solidarności, przywieziona z Biłki Szlacheckiej do Grodźca to Opiekunka Sybiraków. U Jej stóp gromadzą się podczas ogólnopolskich zjazdów. Jej obraz wyhaftowano na sztandarach sybirackich obok Częstochowskiej i Ostrobramskiej.

Przywiezione z Kresów obrazy gwarantują ciągłość kultu. Mimo zniszczenia dawnych kościołów i parafii, a także dokumentacji są nieraz jednym śladem ich istnienia na Utraconej Ziemi. Dawni parafianie tworzą różnego typu struktury normalne, np. Związek Potoczan. To jest fenomen, skupienie się dawnych i nowych wiernych wokół cudownego wizerunku przywiezionego niegdyś z Kresów. Funkcje integracyjne zaznaczają się zwłaszcza w dniach odpustów i pielgrzymek. Obecnie, gdy już można jeździć na Wschód, usiłują dawni parafianie odbudować zniszczone tam kościoły, dbają o ich wyposażenie, przywożą kopie cudownych obrazów. Odnawiają cmentarze gdzie są groby przodków.

Matka Boża Nieustającej Pomocy u Sióstr Karmelitanek Bosych we Lwowie (obecnie w Kaliszu)

Wokół kresowych wizerunków powstały nowe sanktuaria i wydawnictwa. Przypomniano dawne pieśni , obyczaje, obrzędy. Ogromne nieszczęścia, które kresowa ludność przeżyła podczas wojny i wygnania ze stron rodzinnych sprawiły, że ich religijność cechuje w wielu przypadkach ludowe widzenie świata, gdy zatarta została granica między sacrum a profanum i płynne jest przejście między światem realnym oraz niematerialnym. Obydwa światy przenikają się wzajemnie. Odbija się to zwłaszcza w licznych opowieściach, legendach. Oprócz dawnych, przywiezionych z Kresów, powstają nowe. Np. w dni powodzi w dolinie Odry, gęsto zamieszkanej przez ludność kresową, wierni gromadzili się w kościołach wokół świętych wizerunków, wspólnie modlono się. Widziano, jak Matka Boża Zatrzymywała fale, chmury, deszcz. Wierzono, że chroniła domy.

Matka Boża Bołszowiecka (obecnie w Gdańsku)

W Polsce jest obecnie około 500 cudownych obrazów maryjnych. Kresowe wizerunki stanowią ponad 28 %. W dziele uratowania ich wielką zasługę mają wygnańcy z Utraconej Ziemi. Należy tylko żałować, że to co przywieźli, stanowi znikomą- cząstkę zaginionych bezpowrotnie skarbów.

Prof. Maria Pawłowiczowa

http://www.humanfamilies.com/Powiernik/98/nr1098.htm#ob http://www.humanfamilies.com/Powiernik/98/nr1198.htm#obra

Przeczytaj:

Święte wizerunki Wschodu i Zachodu z kolekcji o.P. Ferko OCD

Wygnane i odnalezione

Skarby z Kresów

Madonny Kresowe w świątyniach Warszawy

Jazłowiecka Biała Pani

Obraz Matki Bożej Ostrobramskiej

Zobacz także: 

Sanktuarium Pierwszej Rzeczypospolitej

Posted in Historia, Matka Boża, Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polskie Kresy | 17 Comments »

Zabili nas w Wigilię – mord UPA w Ihrowicy

Posted by tadeo w dniu 25 Wrzesień 2011

Ksiądz Stanisław Szczepankiewicz, proboszcz parafii Ihrowica, został zamordowany ciosami siekiery w Wigilię 1944 roku. Gdy banderowcy wyrąbywali drzwi na plebanię, do końca dzwonił sygnaturką, co uratowało życie wielu jego parafianom.

http://www.dlapolski.pl/12/29/zabili-nas-w-wigilie-mord-upa-w-ihrowicy/

Zobacz także: Zapomnij o Kresach

Posted in Historia, Polskie Kresy | 1 Comment »

CF Ukrainski Rapsod TRAILER 1 1080 2D STEREO SUBTITLES

Posted by tadeo w dniu 25 Wrzesień 2011

Posted in Polskie Kresy | 2 Comments »

Lwów. Tak tańczy młodzież na Rynku we Lwowie

Posted by tadeo w dniu 25 Wrzesień 2011

Posted in Muzyka, Podróże, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Tak tańczy młodzież na Rynku we Lwowie

Posted by tadeo w dniu 24 Wrzesień 2011

Posted in Polskie Kresy | Leave a Comment »

Warszawskie nazwiska kresowe

Posted by tadeo w dniu 18 Wrzesień 2011

http://instytut.ovh.org/publika/war-nazw-kresowe.pdf

Posted in Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polskie Kresy | Leave a Comment »

72. rocznica agresji sowieckiej na Polskę

Posted by tadeo w dniu 17 Wrzesień 2011

Wojska sowieckie przekraczają polską granicę, fot. videofact.com

Dzisiaj, 17 września, przypada kolejna rocznica sowieckiej agresji na Polskę. 72 lata temu, w niedzielę o świcie, Polskę, zmagającą się z napaścią niemiecką, niespodziewanie zaatakowały wojska sowieckie. W myśl założeń paktu Ribbentrop-Mołotow państwo polskie podzielono pomiędzy Niemcy a Związek Radziecki. Rozpoczął się IV rozbiór Polski.

Jak powiedział „Wilnotece” prezes Wileńskiego Klubu Kombatantów Armii Krajowej Wacław Pacyno, stołeczne obchody 72. rocznicy agresji sowieckiej ograniczą się do złożenia wieńców i oddania hołdu trzem członkom warty honorowej przy Mauzoleum Marszałka Józefa Piłsudskiego na wileńskiej Rossie, którzy zginęli od kul. wkraczających do Wilna sowietów.

Podczas uroczystości, które rozpoczną się w sobotnie południe przy Grobie Matki i Serca Syna, minutą ciszy zostaną uczczeni trzej żołnierze Wojska Polskiego: Piotr Stacirowicz, Wincenty Salwiński i Wacław Sawicki. Według wilnian starszego pokolenia zostali oni zastrzeleni 18 września 1939 roku przez wkraczających do Wilna żołnierzy sowieckich.

Tymczasem zdaniem prof. dr. hab. Czesława Grzelaka, polskiego historyka zajmującego się wydarzeniami września 1939 roku, bohaterska śmierć żołnierzy polskich mija się z prawdą historyczną i jest niczym innym jak tylko miejską legendą. Nie zmienia to jednak faktu, że ciągle żywa pamięć o wydarzeniach września 1939 roku powinna zostać zachowana.

Cześć poległym Bohaterom!

Posted in Historia, Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polityka i aktualności, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Karpaty Wschodnie

Posted by tadeo w dniu 14 Wrzesień 2011

http://www.karpatywschodnie.pl/forum/viewthread.php?forum_id=2&thread_id=149

Posted in Podróże, Polskie Kresy, Wspomnienia | Leave a Comment »

Dawnych wspomnień czar czyli o polskich kresowych piosenkarkach i piosenkarzach

Posted by tadeo w dniu 4 Wrzesień 2011

Dawnych wspomnień czar, dawnych piosenek czar i ich wykonawców, pochodzących z byłych polskich Kresów – a dzisiaj (po 1945 r.) terenów Litwy, Łotwy, Białorusi i Ukrainy, a więc obecnie z zagranicy – chociaż na pewno nie pochodzących z obczyzny, powspominajmy sobie podczas zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia – oryginalny prezent pod choinkę przygotował nam Marian Kałuski. 

…….

Polskie obrzędy i zwyczaje okresu Bożego Narodzenia to nie tylko obrzędy ściśle religijne, chociaż te oczywiście dominują. Stare powiedzenie mówi: „Na święty Szczepan (drugi dzień świąt), każdy sobie pan”. I rzeczywiście. Kolędnicy i nie tylko oni napełniali i może ciągle napełniają gwarem, śpiewem i muzyką wsie, miasteczka i przedmieścia większych miast. Ze świeckich elementów tych zabaw można wspomnieć chociażby to, że chłopcy w ten dzień wyśpiewywali dziewczętom tzw. pieśni zalecankowe, czyli miłosne. A miłość była i jest częstym elementem wielu piosenek. Także piosenek śpiewanych przez polskie piosenkarki i piosenkarzy.
Świat, a my wraz za nim gnamy naprzód w zawrotnym tempie. Dzisiejsze piosenki, chociaż niektóre z nich są równie przyjemne dla ucha, są jakże inne od tych z lat międzywojennych czy lat czterdziestych, pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku. Przypuszczam, że dla wielu z nas to piosenki naszej młodości.
Jako prezent pod choinkę prezentuję tutaj niektóre tytuły tych piosenek i ich wykonawców. Najpierw tych z Kresów, czyli z bliskiej zagranicy.
……………
Z okresu międzywojennego i wojennego należy wspomnieć trzy piosenkarki: Hankę Ordonównę (1902-1950), Martę Mirską (1920-1991) i Zofię Terne (1909-1987). Pierwsze dwie co prawda urodziły się w Warszawie, ale ich życie związało się z Wilnem.
Hanka Ordonówna (właściwie Maria Anna Tyszkiewicz, z domu Pietruszyńska) była gwiazdą warszawskiego kabaretu Qui pro Quo, gdzie pod kierunkiem Fryderyka Jarosy,ego wykształciła swój niepowtarzalny styl aktorski. Sławę, nieprzemijającą do wybuchu wojny, dało jej wykonanie piosenki „Miłość ci wszystko wybaczy” (Henryk Wars, „Oldlen” – Julian Tuwim), którą pierwszy raz zaśpiewała w filmie „Szpieg w masce” z 1933 roku. Piosenka ta stała się jak gdyby jej wizytówką. Jest wykonywana przez różnych piosenkarzy po dziś dzień. Z innych jej licznych przebojów znana jest po dziś dzień także piosenka „Szczęście raz się uśmiecha” (Henryk Wars, Emanuel Schlechter). W 1931 roku Hanka Ordonówna wyszła za mąż za hrabiego Michała Tyszkiewicza (1903-1974), ziemianina, urzędnika MSZ, autora tekstów piosenek. Był on właścicielem majątku w Orynianach koło Wilna. Po włączeniu Wilna do Litwy w 1939 roku zamieszkali w Wilnie, biorąc udział w polskim życiu kulturalno-towarzyskim; Ordonówna wykonywała swoje przeboje. W czerwcu 1940 roku Litwa została włączona do Związku Sowieckiego i Ordonówna wraz z mężem znaleźli się w szponach NKWD; ona została wywieziona do łagru w Uzbekistanie. Z sowieckiego domu niewoli wyszli wraz z Armią Polską gen. Władysława Sikorskiego. W Uzbekistanie ciężko zachorowała, co skróciło jej życie.
Marta Mirska była popularną piosenkarką w latach 40. i 50. XX w. Była pierwszą wykonawczynią m.in. przeboju „Pierwszy siwy włos” (1957), wykonywanego po dziś dzień i znanego przez to milionom Polaków w kraju i na emigracji. Swą karierą w zasadzie rozpoczęła w Wilnie podczas II wojny światowej.
Natomiast Zofia Terne była dzieckiem Kresów. Urodziła się 3 lutego 1909 roku w Równem na Wołyniu. Ukończyła Konserwatorium Lwowskie w klasie fortepianu i śpiewu i tak jak Ordonówna występowała w bardzo znanym warszawskim kabarecie Qui pro Quo, a później m.in. w „Cyruliku Warszawskim” 1935-39. Nazywana była małym słowikiem Warszawy. Do jej najbardziej znanych piosenek należały: „Coclico”, „Kiedy będziesz zakochany”, „Nikt tylko ty”, „Panna Marysia telefonistka”, „Pokoik na Hożej”, „Rebeka” i przede wszystkim „Kiedy znów zakwitną białe bzy” i „Mała kobietko czy wiesz…?” – śpiewane po dziś dzień oraz sentymentalna piosenka o Lwowie „Tyle jest miast”. 1940-41 występowała w zespole polskim we Lwowie, a następnie w teatrze 2 Korpusu Polskiego gen. W. Andersa. Od 1945 roku mieszkała w Londynie, śpiewając w zespołach teatralno-kabaretowych Mariana Hemara oraz współpracowała z sekcjami polskimi Radia BBC i Radia Wolna Europa. Pamiętam bardzo dobrze jej występy w radiu Wolna Europa w programach Mariana Hemara.
Okres powojenny przyniósł upowszechnienie piosenkarstwa na niespotykaną dotychczas skalę. Działo się to w ramach upowszechniania kultury – w tym kultury muzycznej, a pomogło w tym również powszechność radia w naszym życiu, a następnie (od końca lat 50.) telewizji.

Wśród popularnych piosenkarek i piosenkarzy tego okresu nie zabrakło Polaków pochodzących z Kresów i Polaków urodzonych na obczyźnie. Z piosenkarek pochodzących z Kresów były to: Halina Kunicka, Helena Majdaniec, Joanna Rawik, Ada Rusowicz, Teresa Tutinas i Natasza Zylska; a z piosenkarzy: Janusz Gniatkowski (na zdj.), Edward Hulewicz, Zenon Jaruga, Stanisław Jopek, Jonasz Kofta, Janusz Laskowski, Kazimierz Łabudź, Tadeusz Miller, Czesław Juliusz Niemen, Marian Rentgen, Mieczysław Wojnicki, Adam Wysocki i Wiktor Zatwarski. 

Jednak jeszcze w okresie międzywojennym lub wojennym rozpoczęli swą karierę jako piosenkarze Kazimierz Łabudź, Marian Rentgen, Mieczysław Wojnicki i Adam Wysocki. 
Marian Rentgen (1888-1940), urodzony w Bochni koło Lwowa, zadebiutował we lwowskim kabarecie „Ul” w 1912 roku, a od 1919 roku występował w kabaretach warszawskich, m.in. Miraż, Perskie Oko i w latach 1935-39 w Cyruliku Warszawskim. Ten bardzo popularny piosenkarz zginął w Katyniu w 1940 roku; był zmoblizowany do wojska w 1939 roku jako oficer farmaceuta (ukończył farmację na Uniwersytecie Lwowskim w 1913 r.).
Kazimierz Łabudź (1909-2001), pochodzący z Dyneburga (dziś Łotwa) i Adam Wysocki (1907-1978), urodzony w Kopyczyńcach w woj. tarnopolskim (Galicja Wschodnia, dziś Ukraina) występowali przed wojną w słynnym warszawskim zespole rewelersów – Chórze Dana. Po wojnie Łabudź był członkiem zespołu 4 Asy, a następnie solistą Operetki Warszawskiej (1949-83). Natomiast Adam Wysocki po opuszczeniu Chóru Dana w 1937 roku, rozpoczął karierę solową. Występował w teatrzykach rewiowych, m. in. w „Bandzie” oraz nagrywał płyty. Po wojnie do 1950 roku nagrywał płyty w wytwórni „Muza”, występował solo oraz w Chórze Szacha. W latach 50. i 60. występował w programach estradowych Polskiego Radia, m. in. w „Podwieczorku przy mikrofonie”. W swoim repertuarze przedwojennym i powojennym miał dziesiątki popularnych piosenek, jak np. „Betty”, „Eurydyka”, „Fredzio”, „Gdy bałałajka gra”, „Karuzela”, „Nadejdzie dzień”, „Platynowe blondynki”, „Polka lwowska”, „Pani Kowalska”, „Raz koniaczek, raz buziaczek”, Śpij moje serce”, „Tamara”, „Wielkie pranie”, „Caballero”, „Francois”, „Jest taki jeden skarb”, „Mazowieckie Noce”, „Twoja piosenka”, „Warszawa, ja i ty”.

Natomiast Mieczysław Wojnicki (1919-2007), rodem z Częstochowy, jako piosenkarz zadebiutował w Teatrze Polskim w Wilnie w 1944 roku. Unieśmiertelnił się w historii polskiej piosenki takimi przebojami z lat 60., jako pierwszy ich wykonawca, jak: „Kaczuszka i mak” (do której napisał słowa), „Jabłuszko pełne snu”, „Zakochani są wśród nas” czy „W maleńkiej kawiarence”. Kto z nas nie zna tych piosenek i sobie ich nie nuci?
Ze Lwowa pochodzi Halina Kunicka (ur. 1938), jedna z największych piosenkarek polskich lat 60. i 70. XX w. Piosenki pisali specjalnie dla niej m.in. Wojciech Młynarski, Agnieszka Osiecka i Ernest Bryll. Artystka sięga też po klasykę przedwojennego kabaretu i romanse rosyjskie. Jej dwanaście płyt, w tym trzy Złote, uzyskało łącznie ponad milion sprzedanych egzemplarzy. Spośród wielu jej przebojów nie sposób nie wymienić: „Czumbałałajkę” „Lato, lato, lato czeka:::”, „To były piękne dni”, „Upływa szybko życie”, „Moja piosenka”, „Niech no tylko zakwitną jabłonie” czy „Ballada o dobrej żonie” (wykonanie razem z mężem Lucjanem Kydryńskim”. Koncertowała w całej Polsce, a także dla emigrantów polskich w Europie, Izraelu, USA i Kanadzie i w Australii.

Z Wilna Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego i Józefa Piłsudskiego pochodziły dwie kolejne gwiazdy powojennej piosenki polskiej: Ada Rusowicz i Natasza Zylska.
Ada (właśc. Adriana) Rusowicz (1944-1991), dała się poznać jako wokalistka zespołu Niebiesko-Czarni. W 1968 roku zdobyła tytuł najpopularniejszej wokalistki roku. Najbardziej znane jej przeboje to: „Masz u mnie plus” (w duecie ze swoim mężem Wojciechem Kordą), „Duży błąd”, „Czekam na miłość”, „Mogło być inaczej”, „Hej dziewczyno hej”, „Za daleko mieszkasz miły”, „Mój pierwszy walc”, „Nie pukaj do moich drzwi”, „Wczesny zmierzch nad Sanokiem”, „Po to przyszedłeś na świat”, „Gdzie niesiesz swe 20 lat”, „Fatamorgana”, „Musisz się zakochać” i „Świniorz”. Pamiętamy ją także z filmu „Mocne uderzenie” (1966).
Nataszę Zylską (1933-1995) pamiętają bardziej konserwatywni w upodobaniach melomani, a więc ci z lat 50. XX w. Wtedy to był zenit popularności tej piosenkarki, która śpiewała nam wtedy takie nieśmiertelne przeboje jak: „Kasztany”, „Mexicana”, „Czekolada”, „Baja Bongo” czy „Piotruś”. Często występowała z inną gwizdą polskiej piosenki, jednak odmiennej płci i nie rodem z Wilna, ale ze Lwowa – Januszem Gniatkowskim. 
Dzieckiem Wołynia była wokalistka rockowa, nazywana „królową twista” Helena Majdaniec (ur. w 1941 r. w Mylsku, pow. Zdołbunów) i piosenkarka Teresa Tutinas (ur. 1943 r. w Zdołbunowie).

Helena Majdaniec wylansowała takie znane po dziś dzień przeboje jak: „Rudy rydz”, „Jutro będzie dobry dzień”, „Czarny Ali-Baba”, „Happy end” czy „Zakochani są wśród nas”. Od 1968 roku była emigrantką, mieszkając na stałe we Francji. Pochowana została jednak w Szczecinie, dokąd wyjechała z rodzicami po wypędzeniu ich po wojnie z Wołynia i gdzie się wychowała i gdzie debiutowała w 1962 roku w klubie studenckim „Pinokio”. Jej imię nosi Teatr Letni w tym mieście.

Teresa Tutinas debiutowała w teatrzyku studenckim „Kalambur” we Wrocławiu, gdzie powstały pierwsze piosenki pisane specjalnie dla niej, z myślą o jej specyficznych walorach głosowych (silna, szeroka skala głosowa). Jej największa popularność przypadła na lata 60. i 70. XX wieku (poza krajem występy za granicą). Na kolejnych Krajowych Festiwalach Piosenki Polskiej w Opolu zdobyła główne nagrody za piosenki „Na całych jeziorach ty” oraz „Gorzko mi”. Jednak jej największymi przebojami były piosenki: „Jutro Warszawa” (z filmu „Paryż – Warszawa bez wizy”), „Gorzko mi”, „Na deszczowe dni” i „Na całych jeziorach ty”. Również i ona wyemigrowała z kraju – do Szwecji w 1981 roku, gdzie ciągle mieszka. Dla tamtejszych Polaków śpiewa w Domu Polskim i w Konsulacie RP w Sztokholmie.
Z piosenkarzy ze Lwowa pochodzili lub pochodzą: Janusz Gniatkowski (ur. 1928), Stanisław Jopek (1935-2006), Zbigniew Kurtycz (ur. 1919), Tadeusz Miller (1915-1947) i Wiktor Zatwarski (ur. 1935).

Mój najbardziej ulubiony polski piosenkarz – Janusz Gniatkowski w dzieciństwie należał do chóru kościelnego w swoim rodzinnym mieście. Wyrzucony ze Lwowa, zamieszkał z rodzicami w Katowicach. Był, obok Mieczysława Fogga, najpopularniejszym piosenkarzem lat 50. i pierwszej połowy lat 60. XX wieku. Bywał nazywany polskim Bingiem Crosbym. No bo też cudownie śpiewał. I to nie tylko na licznych koncertach w kraju i przed mikrofonem radiowym, ale także Polakom w USA, Kanadzie i w mojej Australii. Gniatkowski wylansował w połowie i drugiej połowie lat 50. tak cudownie melodyjne i niezapomniane przeboje jak: „Apassionata”, „Arrivederci Roma”, „Błękitny mały kwiat”, „Bolero”, „Dwie paczki papierosów”, „Gelsomina”, „Kobieta i mężczyzna” (duet z Nataszą Zylską), „Most na rzece Kwai”, „Pieśń miłości”, „Piosenka kubańska”, „Pozory mylą”, „Spokojnej nocy”, „Tylko serce nie uśnie”, „Indonezja”, „Mexicana”, „Bella Bella Donna” (duet z Janem Dankiem), „Vaya con Dios” (duet z Janem Dankiem), „Volare”, „Wrocławskie gwiazdy”, „Za kilka lat” czy „Zimowa piosenka”. Popularność i pamięć o nim jest tak wielka wśród polskich melomanów, że we wrześniu 2007 roku odbył się I Festiwal Piosenek Janusza Gniatkowskiego, a we wrześniu 2008 roku drugi taki festiwal, w których również sam artysta brał udział, ku wielkiej uciesze widowni. Wcześniej, bo w 2004 roku w Filharmonii Częstochowskiej obchodzono 50-lecie jego działalności artystycznej; koncert transmitowała TVP. Natomiast w czerwcu 2008 roku odbył się uroczysty koncert z okazji 80. urodzin Janusza Gniatkowskiego, z występem samego Jubilata, który zaśpiewał m.in. najsłynniejszy swój utwór w rytmie beguine „Apassionata”.
Tak, „Apassionata” w wykonaniu Gniatkowskiego to raritas dla ucha. Pamiętam moje pierwsze z nią spotkanie. W 1957 roku pojechałem na wakacje do wujostwa w Karpaczu. Mieli oni tylko co kupiony adapter i trochę płyt gramofonowych – po jednej piosence na stronie, jak to wówczas było. Na trzech płytach były piosenki: „Apassionata” i „Arrivederci Roma”, „Piosenka kubańska” i „Indonezja” oraz „Bella Bella Donna” i „Vaya con Dios”. Kiedy siedziałem sam w domu (ciocia i wujek pracowali, a ja nie byłem na żadnej wycieczce) bez przerwy słuchałem tych piosenek, które nauczyłem się na pamięć. Prawie zaraz po przyjeździe do Australii w 1964 roku w polskim sklepie Contal Co. w Melbourne kupiłem sobie płyty z tymi piosenkami, wyprodukowane przez polską firmę Carinia Records w Sydney. Mam je po dziś dzień i często je słucham. Zaraził się nimi również mój syn, szczególnie właśnie „Apassionatą”.

Stanisław Jopek, jako tenor, w 1952 roku został wybrany spośród kilku tysięcy kandydatów do Państwowego Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca „Mazowsze”, gdzie po nauce w 1956 roku rozpoczął pracę artystyczną jako śpiewak-solista. W „Mazowszu” występował ponad 40 lat, wykonując nie tylko piosenki ludowe, ale też pieśni Chopina i Moniuszki i polskie kolędy. Największą popularność w kraju i podczas licznych występów za granicą przyniosła mu właśnie w jego wykonaniu pieśń „Furman”. Pamiętam jak wielkie brawa otrzymał na występie „Mazowsza” w Melbourne w 1967 roku. Stanisław Jopek był ojcem bardzo znanej polskiej piosenkarki jazzowej Anny Marii Jopek.

Zbigniew Kurtycz, piosenkarz, gitarzysta i kompozytor i nie tylko…, jest synem dyrygenta lwowskiej orkiestry mandolinistów Hejnał. Nauczył on Zbigniewa gry na skrzypcach i gitarze, która stała się jego głównym instrumentem. Występował w wielu zespołach muzycznych, m.in. we lwowskiej big bandzie. Podczas II wojny światowej w zespole artystycznym III Dywizji Karpackiej (1944 r.), z którą przeszedł szlak bojowy jako żołnierz armii gen. Władysława Andersa. W 1946 roku wrócił do Polski, ale już bez jego rodzinnego Lwowa. Osiadł więc w Warszawie, występując m.in. z orkiestrą jazzową Zbigniewa Wróbla i z zespołem 1000 Taktów Muzyki Jazzowej Zygmunta Krasińskiego, w Polskim Radiu („Podwieczorek przy mikrofonie”), prowadził kawiarnię muzyczną „Pod gwiazdami” w Warszawie i od 1966 w duecie z żoną Barbarą Dunin, śpiewając m.in. jazz, rock and roll i balady. Skomponował m.in. „Jadę do ciebie tramwajem” (słowa Janusz Odrowąż) oraz „Wołam cię” (słowa M. Walewski). Wylansował wiele nowych przebojów, m.in. „Kocham śpiew” i „Pomarzyć dobra rzecz”. Jednak jego największym przebojem jest ciągle popularna piosenka „Cicha woda” (muzyka Eddie Rozner, słowa Ludwik Jerzy Kern), którą zaśpiewał jako pierwszy. Nagrał kilka płyt; występował za granicą. W 2006 roku otrzymał wyróżnienie Złote Liście Retro wspólnie z małżonką. – Przed wojną był piłkarzem słynnej Pogoni Lwów (jako junior), wicemistrzem Polski juniorów w 1937 roku.

Tadeusz Miller karierę artystyczną rozpoczął zaraz po wojnie jako solista rozgłośni szczecińskiej Polskiego Radia. Stylem i barwą głosu przypominał Mieczysława Fogga, co już samo w sobie sprawiało, że stał się bardzo popularnym piosenkarzem; śpiewał również piosenki z jego repertuaru, jak np. „Jesień” czy „Zapomniana piosenka”. W swej krótkiej karierze (zm. w 1947) zdążył nagrać dla Poznańskiej Fabryki Płyt Gramofonowych „Mewa” ok. 60 popularnych piosenek. Tak popularnych (m.in. przeboje: „Pieśń o matce”, „Bluzeczka zamszowa”, „Bajeczki śpią”, „Zapomniana piosenka”, „Mały biały domek”, „Zielony kapelusik”, „Portowe światła”, „Czy pamiętasz tę noc w Zakopanem”, „Jesień”, „Tango Notturno” czy „Śpij syneczku”) i tak ładnie śpiewanych, że później wiele nagrań Millera przekopiowano na płyty „Polskich Nagrań” i szły one w całą Polskę.

Wiktor Zatwarski to piosenkarz i aktor filmowy. Jako piosenkarz odniósł sukces na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu w 1969 roku, otrzymując nagrodę Brązowego Pierścienia za wykonanie piosenki „Jak na lato”. Jeszcze w tym samym roku na VII Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu dostał wyróżnienie za piosenkę „Srebrne wesele”. W latach 1969-1977 występował, poza festiwalami w Kołobrzegu i Opolu, także na festiwalach piosenki w Zielonej Górze i Sopocie.

Z Wilna pochodził Zenon Jaruga (1912-2004), który po przymusowym opuszczeniu swego rodzinnego miasta w 1945 roku zamieszkał w Toruniu, gdzie pracował do 1977 roku jako spiker, a później reżyser w Toruńsko-Bydgoskiej (później Bydgoskiej) Rozgłośni Radiowej. Jako piosenkarz związał się z poznańskim zespołem „rewellersów” Cztery Asy, był wraz z Mieczysławem Wojnickim i Zygmuntem Radwanem członkiem „Trio Rewelersów Jarugi” oraz nawiązał współpracę z Fabryką Płyt Gramofonowych „Mewa” Mieczysława Wejmana w Poznaniu, wykonując dla niej modne przeboje oraz piosenki przedwojenne, jak np. „Niebieskie oczy” czy „Przebrzmiała pieśń”. W jego repertuarze solowym były takie przeboje i piosenki jak: „A ja mam tylko ciebie”, „Biała orchidea”, „Ameryka”, „Argentyna”, „Błękitne bolero”, „Czarnoksiężnik”, „Za oknem śnieg”, „ Powiedz mi mój księżycu”, „Razem w świat”, „Walc hawajski”, lwowska „Zaczarowana gitara”, „Los”, „Domek z kart”, „Piosenkę znam tylko jedną” czy „Piosenka o szczęściu”. W ogłoszonym w latach 80. przez radiową „Trójkę” plebiscycie na przebój czterdziestolatków Jurga zajął pierwsze miejsce z piosenką „Czarnoksiężnik”.

Na Grodzieńszczyźnie (dziś Białoruś) urodziły się dwie wielkie indywidualności polskiej sceny estradowej – piosenkarze Janusz Laskowski i gwiazdor nad gwiazdorami Czesław Niemen. 

Czesław Juliusz Niemen, właśc. Czesław Juliusz Wydrzycki (ur. w 1939 w Starych Wasiliszkach koło Grodna) był nie tylko wielkim piosenkarzem, ale również kompozytorem i multiinstrumentalistą. Obdarzony był głosem o szerokich możliwościach, zarówno jeśli chodzi o skalę, jak i możliwości intonacyjne i brzmieniowe. Uważany za jedną z największych indywidualności polskiej sceny rockowej, zawsze był w awangardzie docierających do Polski kolejnych stylów muzycznych, jednocześnie tworząc swoją własną, całkowicie autonomiczną muzykę. Do Polski przybył dopiero w 1958 roku, podczas drugiego wysiedlania Polaków z Kresów w latach 1957-58, zamieszkując w Gdańsku. Pseudonim „Niemen”, a potem jako urzędowe nazwisko miało mu przypominać kraj lat dziecinnych spędzonych nad Niemnem. W Gdańsku zadebiutował w klubie studenckim Żak. W 1963 roku wystąpił na pierwszym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. A chociaż nie zdobył wówczas żadnej nagrody jego piosenka „Wiem że nie wrócisz” i wkrótce potem kolejnej jego piosence „Czy mnie jeszcze pamiętasz” stał się bardzo popularny w całej Polsce. Wkrótce tę popularność powiększył dynamiczny utwór „Czy wiesz?” i sentymentalna ballada „Pod papugami”, popularna po dziś dzień. Jego piosenka „Dziwny jest ten świat” stała się najbardziej znany z polskich protest-songów lat 60; również i ona jest popularna po dziś dzień. W 1975 roku nagrał całkowicie elektroniczny album Katharsis, stawiający go w jednym rzędzie z takimi awangardowymi muzykami i grupami jak Tangerine Dream, Klaus Schulze i Vangelis. Jego twórczość stała się znana również na Zachodzie, szczególnie w krajach anglosaskich. – W Polsce jego gwiazda nadal świeci i będzie świecić długo jasnym blaskiem. Od 2004 roku imię Czesława Niemena nosi Promenada w Częstochowie i ronda w Bielsku-Białej i Sopocie. W maju 2008 roku Publiczneme Gimnazjum nr 2 w Strzelcach Opolskich otrzymało imię Czesława Niemena; podczas tej uroczystości z udziałem jego żony – Małgorzaty Niemen – odsłonięto również pomnik piosenkarza.

Janusz Laskowski, właśc. Jan Adam Laskowski, (ur. w 1946 w Pożarkach, pow. Wołkowysk), który swoją karierę piosenkarską rozpoczął w latach 60., zdobył popularność wieloma piosenkami, jak np. „Beata z Albatrosa”, „Żółty jesienny liść”, „Na opolskim rynku”, „Wszystko chłopcy jest O’K”, „Śnił mi się rodzinny dom” i „Świat nie wierzy łzom”. Jednak najpopularniejszą piosenką po dziś dzień są „Kolorowe jarmarki”, za którą otrzymał Nagrodę Dziennikarzy i Nagroda Publiczności na Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu 1977 roku. Często puszcza ją w eter polski program państwowego radia etnicznego SBS w Australii. Piosenki te zajmowały wysokie pozycje na radiowych i telewizyjnych listach przebojów. Otrzymał również Złotą i Platynową płytę. Laskowski wielokrotnie koncertował dla Polonii w Europie, a także w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Australii.

Także i Wołyń (dziś Ukraina) nie poskąpił nam znanych polskich piosenkarzy. W krainie tej urodzili się Edward Hulewicz i Jonasz Kofta. 
Edward Hulewicz (ur. 1937 w Bereźnie, pow. Kostopol) to piosenbkarz estradowy, ale także kompozytor, autor tekstów, dziennikarz muzyczny i założyciel w 1965 roku znanego zespołu Tarpany (w którym śpiewały m.in. Halina Frąckowiak i Halina Żytkowiak). Jako piosenkarz zadebiutował w latach 60. XX w. Tam wylansował swój przebój „Siała baba mak”. Piosenka ta kilkakrotnie zwyciężyła w popularnej audycji Telewizyjna Giełda Piosenki. Z kolei w zespole Heliosi wylansował przeboje „Obietnice”, „Zaczekaj aż opadnie mgła” i „Dwa złote warkocze”. Na fali popularności zespołu „Tarpany” Hulewicz prowadził własną audycję w Polskim Radiu oraz występował w licznych programach polskiej telewizji. W 1971 roku rozpoczął karierę solową. Piosenki pisali dla niego m.in. Katarzyna Gärtner, Jarosław Kukulski, Jan Pietrzak i Ernest Bryll. Dokonał szeregu nagrań płytowych, z których część stała się przebojami. Z Katarzyną Gärtner nagrał na jej płycie „Na szkle malowane” utwór „Hej baby baby” (tekst Ernest Bryll); z Antonim Kopfem „Nie sądź mnie”; z Ryszardem Poźniakiem „Żona Padrona Blues”, „Odwieczny znicz”, „Powróż mi”, „ Dzięki tobie”; z Jarosławem Kukulskim „Za zdrowie pań”; z Adamem Skorupką „Serdeczne życzenia”, „Za to wszystko co przed nami”, „Klucze szczęścia”; z Edmundem Bergiem „Ty potrafisz”, „Zgubiłem się po drodze”, „Znów ryzyka brak”, „Ludzie są…”. Poza tym wspólnie z Jarosławem Kukulskim przez kilka lat objeżdżał Polskę z koncertami (z udziałem Anny Jantar). Koncertował także dla Polonii w USA i Kanadzie.
Jonasz Kofta właśc. Janusz Kofta (ur. 1942 w Mizoczu, pow. Zdołbunów – zm. 1988) to kolejna wybitna postać polskiej sceny kabaretowej i poetyckiej: poeta, dramaturg, satyryk i także piosenkarz. Swój życiowy sukces rozpoczął w warszawskim klubie Hybrydy – w jego kabarecie i teatrze. Potem współpracował z Teatrem Syrena i kabaretem „Pod Egidą”, m.in. ze Stefanem Friedmannem (cykle „Dialog na cztery nogi” i „Fachowcy”) i Janem Pietrzakiem („Duety liryczno-prozaiczne”), z pismami „Szpilki”, „Radar”, „Płomyk” i „Polityka” oraz od 1964 roku z Polskim Radiem (Program III). Spod jego pióra wyszły teksty popularnych przebojów: „Wakacje z blondynką”, „Radość o poranku”, „Jej portret”, „Pamiętajcie o ogrodach”, „Taką cię wymyśliłem”, „Popołudnie” czy „Szary poemat” i sam był wykonawcą wielu popularnych przebojów. W polskiej Australii najbardziej znana jest piosenka „Pamiętajcie o ogrodach”. Obok Jeremiego Przybory, Agnieszki Osieckiej i Wojciecha Młynarskiego był jednym z najwybitniejszych i najważniejszych twórców kultywujących formę piosenki poetyckiej.

Jak widzimy udział Kresów w polskim życiu piosenkarskim w okresie międzywojennym i po 1945 roku był bardzo duży.

Marian Kałuski

http://www.kworum.com.pl/drukuj.php?uid=2946

Posted in Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polskie Kresy, ZASŁUŻENI WILNIANIE | 1 Comment »

Wspomnienia zza Buga ~ 1921-1945 – Zofia Pawłowska

Posted by tadeo w dniu 1 Wrzesień 2011

Kim jestem? Polką, ur. 1921 r., żyjącą do 1945 r. na terenie ZSRR. Przeżyłam głód, czystki, zesłania, II wojnę i PRL. Teraz chcę o tym opowiedzieć, bo pamięć jest najważniejsza. Elektroniczną wersję pamiętnika prowadzi mój wnuk. Wszystkie zapiski pamiętnika zrobione zostały ręcznie, w szkolnych zeszytach. On je przepisuje.


Redaktor

 Całość strony redaguje ja, od autorki pochodzi jeno tekst. Wspomnienia będę umieszczał w częściach co dwa dni, czasami może codziennie. Księga pierwsza ma ok. 100 stron A4, więc jest co dzielić. Jeżeli ktoś ma jakieś pytania do Zofii Pawłowskiej to proszę śmiało pytać, postaram się uzyskać na nie odpowiedź.

Kontakt e-mail: zofiapawlowska@tlen.pl

Spis treści:  

Wstęp

 – 1.1 – Piękne Podole i komunizm

 – 1.2 – Arużje jest? – pierwsze tortury

 – 2.1 – Rozkułaczanie

 – 2.2 – Zabili konie

 – 3.1 – Pani nie przyszła na lekcje

 – 3.2 – Msza pożegnalna

 – 3.3 – Rabunek do ostatniego ziarnka

 – 3.4 – Kot przy zamkniętej komórce

 – 4.1 – Ojciec ucieka

 – 4.2 – Rok 1933

 – 4.3 – Głód

 – 4.4 – Śmierć (i życie) w mieście

  -5.1 – Pora żniw

 – 5.2 – Orszak pogrzebowy

 – 5.3 – Dlaczego ocalałam?

 – 5.4 – Ojciec wraca

 – 6.1 – Błogosławieństwo pracy

 – 6.2 – Portret Pawlika Morozowa

 – 7.1 – Zepchani do bydlęcych wagonów

 -7.2 – Ognisko w cerkwii

 – 7.3 – Nowy „dom”

 – 7.4 – Szukając szkoły

 – 7.5 – Nowa zabawka

 – 8.1 – Wiosenna odwilż

 – 8.2 – Kolejna ucieczka

 – 8.3 – Mijając wymarłe wsie

 – 8.4 – Pociągiem do Połtawy

 – 9.1 – Machina terroru

 – 9.2 – Duch pod oknem

 – 9.3 – Umrzeć aby życ

10.1 – Znowu chce się żyć!

 – 10.2 – Wrzesień 1939 roku

 – 10.3 – Niewłaściwa narodowość

 – 11.1 – Bombowce nad miastem

 – 11.2 – Pakunki z chlebem

  -11.3 – W niemieckiej niewoli

- 11.4 – Na rodzinnej ziemi

- 12.1 – Śmierć z honorem

- 12.2 – Wracają „swoi”, a z nimi strach

- 12.3 – „Dobrowolne” zesłania

- 12.4 – Pociąg z polskim wojskiem

- 12.5 – W wojsku „polskim”

- 13.1 – Końce i początki

- 13.2 – Powroty

- Epilog

… -Stare zdjęcia

… – Interludium

Wstęp

W roku 1921 kiedy Rosję nękały najrozmaitsze zamieszki, powstania, bunty i rewolucje przyszłam na świat. Urodziłam się po to by powiększyć i tak już niemałą liczbę istnień ludzkich, których los był nie do pozazdroszczenia. I ja stałam się „szczęśliwą” obywatelką pierwszego państwa na kuli ziemskiej, które miało być Rajem na Ziemi, komunistycznym rajem. Jeszcze wówczas mieliśmy swój kościół pod wezwaniem świętej Anny. W księgach parafialnych zostałam zarejestrowana jako Zofia Okińska, z matki Karoliny i ojca Błażeja.

Jak to się stało, że najpierw Lenin, a po jego śmierci Stalin tworzyli to państwo rzekomego dobrobytu i równości, a powstał ogromny obóz niewolniczy?

Dlaczego tak się stało? Czy ich zamiary i pragnienia były szczere?

Jeżeli przeżyłam straszną gehennę, to chyba Bóg tak chciał. Dlatego muszę mówić, by świat dowiedział się, by poznał prawdę o ludziach mordowanych, głodzonych i torturowanych. Czy to nie zakrawa na cud, że jedynie mój ojciec ocalał spośród sześciorga rodzeństwa? Zginęli dziadkowie, zginęły rodziny z dziećmi. Dwóch kuzynów żyje jeszcze gdzieś daleko w stepach Kazachstanu – zapomniani przez Boga i ludzi. W tym czasie gdy ich rodzice ginęli byli jeszcze dziećmi, i o dziwo przetrwali, wytrzymali głód, chłód i poniewierkę!

Pragnę opisać dzieje mojej rodziny i dzieje jednej polskiej wioski na ukraińskim Podolu. Kiedyś w czasach mojego dzieciństwa wieś nosiła nazwę Greczany, powiat Płoskirów, województwo (po dzisiejszemu) Kamieniec Podolski. Była to duża i zamożna wieś. Obecnie wioski już nie ma, a miasto nosi nazwę Chmielnicki na pamiątkę rebelii, którą wzniecił Bogdan Chmielnicki.

1.1 – Piękne Podole i komunizm

Byłam jedynym dzieckiem moich rodziców, więc kochali mnie jak tylko jedynaczkę kochać można. Przeżyłam najpierw najszczęśliwsze, a później najokrutniejsze, najsmutniejsze lata dzieciństwa. Bardzo wcześnie nauczyłam się walczyć o życie i przetrwanie. Los chciał, że walkę wygrałam – po prostu miałam szczęście. Niewielu nas ocalało. Miłość i przywiązanie do rodzinnych stron pozostały mi na całe życie. Ciągle i ciągle powraca tęsknota za utraconą Ojczyzną, bo Podole ma coś w sobie takiego, że się o nim nie zapomina.Było to dawniej urodzajne, szczęśliwe i ukwiecone miejsce na ziemi. Każda pora roku była piękna, urokliwa i cudowna. Zima otulała idealną bielą osiedla ludzkie, otoczone drzewami owocowymi, na których śnieg i szron tworzyły koronkowy pejzaż. Błękitnawy lód na rzece Boh w promieniach porannego słońca mienił się wszystkimi kolorami tęczy. Dzieci z miasta i ze wsi ślizgały się po tym lodzie – nawet w niedzielę idąc do kościoła nie przechodziłyśmy przez most.Wiosna przychodziła również od rzeki. Pękały lody, kry odpływały do morza, a słońce grzało coraz mocniej. Wiosna szła z początku trochę nieśmiało, ze śpiewem ptactwa i klekotem bocianów, ale już w kwietniu królowała niepodzielnie na łąkach, w sadach i w polu.Cudownie pachniały pokryte bielą kwiecia – sady owocowe i białe czeremchy na łąkach. Pracowite pszczółki uwijały się zbierając miód i brzęcząc nieustannie. Łąki, pola, zagajniki i las żyły pełnią życia. Wszystko śpiewało, cieszyło się ciepłem i słońcem. Czarna jak heban ziemia parowała, pachniała wiatrem, świeżością i przyszłym urodzajem. Wokół wiejskich chat, w sadach owocowych śpiewały słowiki, a wtórował im głos kukułek. Staw i rzeka żyły również bujnym życiem. Żabki urządzały wieczorami swoiste koncerty, kumkając w różnych tonach i na wiele głosów. Tak było… Było wesoło, było pięknie. Moje wczesne dzieciństwo było szczęśliwe i wesołe.Gdy kukułki przestawały kukać – zaczynało się lato. Zbliżały się żniwa, sianokosy i zbiór owoców. Dawniej żniwa rozpoczynały się procesją. Pola pszeniczne lśniły w słońcu jak najprawdziwszy złoty kruszec. Cała wieś wyjeżdżała w pole. Sierpami i kosami zbierali ludzie plon swojej pracy. żaden kłos, żadne ziarnko nie miało prawa się zmarnować. Tu i ówdzie rozlegał się śpiew żeńców i kosiarzy.Tak było kiedyś – tyle zapamiętałam będąc dzieckiem. Doskonale pamiętam widok z okna mojego pokoju. Zimową porą podziwiałam zachody słońca. Ogniście czerwona tarcza wynurzała się zza kościoła. Cały kościół wydawał się płonąć czerwonym słonecznym blaskiem tak długo, aż słońce nie wzniosło się ponad nim. Wtedy wspaniałe zjawisko znikało. Patrzyłam na wschody słońca – cud budzącego się dnia – z ogromnym zachwytem i zauroczeniem. Był to dla mnie najprawdziwszy „cud”.Kiedy kościół przez komunistów został zburzony i pozostały jedynie sterczące mury i gruzy, zjawisko budzenia się dnia stało się niesamowicie makabryczne i upiorne. Słońce tak samo jak dawniej wynurzało się na horyzoncie, zapalając gruzy i kikuty zburzonych murów, krzyży. Letnie mgły znad rzeki tworzyły milczące postacie duchów białych i czerwonawych. Gdy słońce wznosiło się wyżej – duchy ginęły w obłokach, ulatywały do nieba. Wspomnienia radosne przeplatają się ze smutnymiW późniejszym czasie wesołych wspomnień już nie było. Lata 1928 i 1930 były już tak ciężkie i okrutne, że wspomnienia wywołują uczucie grozy. Tak jakby bajkowy potwór szedł i wszystko kruszył, niszczył i palił. Wielkimi i szybkimi krokami zbliżał się ten potwór do mojej rodziny, do mojej wsi. Bardzo hałaśliwe i kolorowe było to monstrum. Wszystkie słupy ogłoszeniowe w miastach, płoty i ściany wiejskich chat obklejano bardzo czerwonymi plakatami, na których widniał napis:

ELEKTRYCZNOŚĆ + KOLEKTYWIZACJA = KOMUNIZM

1.2 – Arużje jest? – pierwsze tortury

Zaczęło się wyniszczanie tego co zostało odbudowane po wojnie i rewolucji. Okres „NEPU”.Lata dwudzieste nie były takie niszczycielskie jak późniejsze. W okresie tej odwilży mieliśmy nawet polską szkołę, do której uczęszczałam. Rodzice moi wybudowali nową chatę murowaną i obszerniejszą niż stara. Wkrótce wszystko zostało zniszczone.Bardzo chytrze – za pomocą „ruskiej smykałki” zaczynała się kolektywizacja. Jak spowodować dobrowolne oddanie przez ludzi do kołchozu swojego mienia – nieraz dorobku kilku pokoleń? Najskuteczniejszy okazał się głód. Dalej wszystko odbywało się jak w upiornej bajce…Pamiętam niedzielne popołudnie wczesnej jesieni. Do naszego domu wtargnęli tak zwani aktywiści, w asyście uzbrojonych po zęby milicjantów.- Arużje u was jest? – rozległ się brutalny okrzyk.Towarzysze przyszli po broń. Szukali jej wszędzie, chociaż dobrze wiedzieli, że broni nie mamy. Niszczyli piece, wybijali okna, burzyli ściany. Po ich odejściu mieszkanie wyglądało jak po bombardowaniu, czy trzęsieniu ziemi. Pierze z podartych poduszek, pył ze zrujnowanych pieców i ścian fruwały po całym mieszkaniu i tamowały oddech.Okazało się, że moi rodzice mieli szczęście, ponieważ broni u nas nie znaleziono – oczywiście tej sprytnie podrzuconej przez aktywistów. Oznaczało to chwilowe odroczenie śmierci. W przeciwnym wypadku nie było już ratunku. Wtedy zginęli dwaj najstarsi bracia mojego ojca – Józef i Michał. Nigdy rodzina nie dowiedziała się jaką śmierć im zgotowano. Nie wiedzieliśmy czy byli torturowani, czy bardzo cierpieli, czy może od razu zostali rozstrzelani? Zwłok rodzinie nie oddano.Tej pierwszej rewizji nie zapomnę do śmierci. Będąc dzieckiem bita byłam jak osoba dorosła. Nie było dla mnie taryfy ulgowej. Co myśleli ci obcy ludzie, którzy tak znęcali się nad nami? Nigdy przedtem ich nie widzieliśmy. Zażądali od ojca długiego sznura. On pewnie myślał, że go powieszą, ale nie nadszedł jeszcze jego czas. Sznurem zbiry związały ojca i dziadka (razem). Leżeli teraz obaj na podłodze. Byli bardzo dobrym celem do kopania i bicia. My – kobiety klęczałyśmy twarzą do ściany. Starałam się nie płakać, ale moje wysiłki były bezskuteczne. Im boleśniej byłam bita tym głośniej płakałam. Może siepacze pragnęli bym straciła przytomność, bo moje jęki denerwowały ich. W końcu wywlekli nas z domu i zamknęli w kurniku.Dopiero głęboką nocą przyszedł sąsiad, który uniknął rewizji, rozwiązał ojca i dziadka, a nas wypuścił. Przy świetle zobaczyłyśmy jak zmasakrowani byli nasi panowie. Niszcząca rewizja, po której mieszkanie wymagało gruntownego remontu, była tylko „małą” próbą tego, co czekało nas w niedalekiej przyszłości.Sytuacja była niepewna i groźna. Nic nie wskazywało, że nastąpi uspokojenie, że ludzie poczują się choć odrobinę bezpieczniejsi. Strach i niepewność jutra były ciągle naszym udziałem. Najrozmaitszych rewizji było więcej. Aktywiści poszukiwali złota, biżuterii, obcej waluty. Wydrukowano ogromne arkusze obligacji państwowych. To był rzekomo bardzo „szlachetny cel”. Pieniądze miały być przeznaczone na uprzemysłowienie i elektryfikację kraju. Jeżeli ktoś nie był w stanie wykupić owych obligacji automatycznie stawał się wrogiem ludu, a los jego był przesądzony.

Wieśniacy sprzedawali inwentarz żywy i martwy, ale to na nic. Pieniędzy bowiem było wciąż mało. Ilość papierów rosła tak długo, aż nie pogrążyła biedaka w lochach GRU. Aresztowanych wywożono do miasta i ślad za nimi ginął. W tamtych ciężkich czasach sądów nie było. Ludzie ginęli, a upominać się o nich nie było u kogo. Jeżeli ktoś miał szczęście i został zwolniony lub uniknął aresztu to zyskiwał kilka dni życia, ale dług za niewykupione obligacje figurował w aktach miejscowych dygnitarzy.

Oprócz obligacji nakładano rozmaite podatki i sztrafy o tak wysokich kwotach, że uregulowanie ich stawało się fizyczną niemożliwością. Długi rosły w błyskawicznym tempie i w nieskończoność. Przeważnie przekraczały wartość całego mienia razem z gruntami.

2.1 – Rozkułaczanie

Rok 1930. Zbiory w tym roku zapowiadały się bardzo dobrze. Pola pszeniczne lśniły w słońcu i mogły cieszyć gdyby nie terror i prześladowania. Ogromne zadłużenia pożerały wszystko. Zboże już do nas nie należało. Ciężka praca na swoim była katorgą. Wylany pot i łzy były „zapłatą” za kilka dni życia.

Niektórzy łudzili się jeszcze, próbowali oszukać władze. Schowany woreczek pszenicy lub żyta stawał się śmiertelną pułapką. Aktywiści czujni i gorliwi zawsze znajdowali zboże schowane w słomie lub nawet w ziemi. Wiadomo czym to groziło! Takich przestępców rozstrzeliwano na miejscu zbrodni. I wówczas rodzina potajemnie, bez rozgłosu chowała nieboszczyka – jednego lub dwóch – w zależności od inwencji „dygnitarzy”.Taka śmierć miała nawet cechy dodatnie. Człowiek został po ludzku i w trumnie pochowany, a nie wrzucony do zbiorowych mogił gdzieś w stepie lub w głębi leśnej puszczy.Zima przełomu lat 1930/1931 była ciężka jak „ołów” i bardzo smutna. Czekaliśmy na wiosnę, na słońce łudząc się, że może w końcu coś się zmieni, przyjdzie opamiętanie. Owszem, wiosna nadeszła piękna i słoneczna. Ziemia wdzięczna za ludzki trud obiecywała dobry urodzaj. Sady kwitły i pachniały. Łąki, rzeka i staw pulsowały mnogością życia. Wieśniacy pomimo, że byli męczeni i zabijani wyszli w pole. Ciesząc się wiosną orali, siali i sadzili.Na wsi jednak było cicho i smutno. Młodzież nie zbierała się wieczorami i nie śpiewała. Jeszcze tak niedawno dziewczyny i chłopaki śpiewali piękne polskie piosenki, a w maju cała wieś śpieszyła na majowe nabożeństwo i śpiewanie pieśni maryjnych. Smutek i strach paraliżowały wszystkich – nawet dzieci. Śpiewanie polskich piosenek, a szczególnie pieśni religijnych było zabronione (srogo zapreszczeno).Baliśmy się więzienia, z którego nie było powrotu. Nawet za śpiewanie groziła śmierć, a w najlepszym wypadku obóz na dalekiej północy. Dużo młodzieży pożegnało się z życiem, a ci, którzy zostali bali się własnego cienia. Od czasu do czasu znajdowano zmasakrowane zwłoki, wrzucone do stawu, lub w zarośla. Winowajcy tych mordów byli oczywiście nieznani. Chowaliśmy więc te ciała na naszym wiejskim cmentarzu sparaliżowani strachem i bezsilnością.Minęła wiosna, przyszło gorące lato, a z nim żniwa. Ciężka praca w czasie żniw nie zdołała zagłuszyć tęsknoty do spokoju i bezpieczeństwa. Pragnęliśmy tego jak głodny chleba, a spragniony napoju. Nadchodziła następna zima, a z nią mrożące krew w żyłach wieści, które podawano sobie z ust do ust. Były one tak groźne, że zdawały się być nieprawdopodobne. Straszny był okres przymusowej kolektywizacji i niszczenia gospodarstw indywidualnych. Ze szczególną zaciekłością i furią niszczono zamożniejszych rolników. Byliśmy „wrogami ludu”, kontrrewolucjonistami,kułakami. Wciąż czekaliśmy, co będzie, co stanie się z nami – niepewni dnia, ani godziny.Mroźna i śnieżna zima nie powstrzymała aktywistów. I nadjechali od strony stacji ludzie obcy, mówiący po ukraińsku. Widocznie polskie wioski szły na pierwszy ogień. Cóż to byli za ludzie… Wyciągali z naszych obór krowy sztuka po sztuce, jak swoje własne. Nie pytali o pozwolenie! Nie pomagały prośby, ani płacz dzieci i kobiet. Aktywiści byli nieczuli. Oni robili co im zleciła „wierchuszka”. Robili swoje. Plan musiał być wykonany.Matka, klęcząc w śniegu błagała o litość. „Zostawcie chociaż jedną krowę!” Ale nic nie wybłagała. Ojciec czuł się bezsilny. Nie mógł jednak dłużej tego ścierpieć. Bierne patrzenie na jawną grabież w biały dzień było ponad jego siły. Długo się nie zastanawiając zamknął oborę z ostatnią krową, a klucz rzucił do śniegu.W tej rozpaczy nie pomyślał o sobie i o tym, co mogło się stać. A stało się. Towarzysze rzucili się na ojca jak sfora rozwścieczonych dzikich bestii. Bili, popychali, rzucili na śnieg i dalej kopali ciężkimi buciorami. Wszyscy byliśmy bici nie wyłączając mnie, ale ojciec ucierpiał najbardziej.Druga banda siepaczy rozkułaczała naszych bliskich sąsiadów – Ziembickich. Im udało się uniknąć bicia i znęcania fizycznego. Słychać jedynie było ryk wywlekanych krów. Z daleka sprawiało to wrażenie jakby gospodarze bardzo chętnie komuś oddawali swój dobytek. A oni nieszczęśni, powiązani sznurami, z zakneblowanymi ustami leżeli na śniegu i patrzyli bezsilni na to, co się działo. Kobiety z dziećmi były uwięzione w mieszkaniu. Jedynie przez okna mogły patrzeć na podwórze, jeżeli były jeszcze w stanie patrzeć na taką grabież i zniszczenie.

Nasze podwórze wyglądało jak pobojowisko. W zdeptanym, zakrwawionym śniegu musiałam szukać klucza.
– Szukaj bękarcie, szukaj, bo jak nie znajdziesz to cię zabiję! – odgrażał się wąsaty rudzielec.
Tej czerwonej, przepitej twarzy nie zapomnę nigdy! Drżałam ze strachu i zimna, grzebałam w tym śniegu, ale klucza nie znalazłam. Nawet, kiedy drzwi od obory zostały wyważone i ostatnią krowę wyciągnięto, ja dalej musiałam szukać i grzebać rękami w śniegu. Okrutny, półprzytomny, mongołowaty rudzielec prawie dotrzymał słowa. Nie zabił mnie, ale jego kopniak był tak potężny, że odleciałam kawałek jak gumowa piłka. Towarzysze do takich bezsensownych, bestialskich czynów brali ludzi nie za bardzo rozwiniętych umysłowo, ale za to rozwiniętych fizycznie.

Głęboki śnieg zamortyzował trochę mój upadek. Nie złamałam ręki, ani nogi, jedynie byłam posiniaczona i dosyć długo nie mogłam usiąść. Jakie to dziwne, ale nawet poczułam się zadowolona, gdy siepacze nareszcie odjechali ciągnąc za sobą nasze bydełko. Już ich nie było, już przestali się znęcać. Duża obora stała pusta. Nawet drzwi nikt nie zamykał – bo i po co? W stajni została jeszcze para koni i zdaje się, że był źrebak.

Ojciec był bardzo pobity. Do samej wiosny wylizywał się z ran. Wezwany lekarz nie stwierdził złamań. Kręgosłup był bardzo poturbowany. Na plecach widziałam ogromną siną plamę, która stopniowo zmieniała kolory. Musiało jednak być coś uszkodzone, bo „krzyż” bolał go do końca życia, a życie nie było słodkie ani łatwe. Boże, jak ja wszystko dokładnie pamiętam…

2.2 – Zabili konie

Życie nie tylko na wsi stało się koszmarem, ale i w mieście nie było inaczej. Zamożni kupcy, rzemieślnicy, a nawet lekarze zostali pozbawieni własnego mienia i wywiezieni do obozów lub zabici. Sklepy, pracownie i zakłady rzemieślnicze stały się własnością państwa i równocześnie przestawały pełnić swoje funkcje. Wszystko nagle zszarzało, zbiedniało, a sklepy pozamykano, bo przecież nie było towaru.

Święta Bożego Narodzenia – dawniej uroczyste i rodzinne – minęły w smutku – były bardzo ubogie. Mroźna zima niosła ze sobą beznadziejność i zdawała się nie mieć końca. Kiedy wreszcie nadeszły święta Wielkiej Nocy, gdy było trochę cieplej, znowu zapomniałam o wszystkim i próbowałam cieszyć się słońcem i ciepłem.

Śpiewaliśmy „Wesoły nam dziś dzień nastał..”, chociaż wesoły to on wcale nie był, ale przyszła utęskniona wiosna. Znowu jak zawsze, jak od wieków wieśniacy pracowali w polu, jakby nic się nie wydarzyło. Mały promyczek radości błyszczał jeszcze w ciemnym tunelu rzeczywistości. Gdzieś w środku lata ten mały promyczek nagle zgasł. Calutką wieś ogarnęło przerażenie i rozpacz. To już nie było rozkułaczenie kilku gospodarzy, jak to się działo na początku zimy. Tragedia dotknęła prawie wszystkich.

Otóż służba weterynaryjna – już państwowa, nie prywatna – otrzymała zadanie zlikwidowanie nosacizny u koni w naszej wsi. Nikt się takiego czegoś nie spodziewał i nie przeczuwał, zwłaszcza, że konie były zdrowe. Chyba nawet diabli nie wymyśliliby czegoś okrutniejszego. Rzekomo zapanowała epidemia nosacizny. „Spece” w białych kitlach chodzili po wsi i wyprowadzali ze stajni co ładniejsze i młodsze zwierzęta. Konie stare, wypracowane pozostały. Ten straszliwy i makabryczny czyn nie oszczędził żadnego gospodarza, a żniwa były tuż, tuż.

Spontaniczny opór i walka bezbronnej ludności z milicją uzbrojoną po zęby skończyła się bardzo tragicznie. I znowu chowaliśmy na naszym wiejskim cmentarzu, który błyskawicznie się rozrastał, następne ofiary nierównej walki. Dla zwiększenia strachu i rozpaczy towarzysze przywiązywali bardziej opornych do koni. Galop dla uwiązanej ofiary kończył się śmiercią. Zmasakrowane zwłoki leżały w przydrożnych rowach i nawet ich pochować nie było wolno. Martwe ciała ludzkie obdarte ze skóry stały się żerem dla mrówek i much.

Konie również pomordowano w bestialski sposób. Daleko od wioski, w polu, wykopano ogromny dół. I to nie jeden, aby wszystkie konie mogły się zmieścić. Koni było dużo, bo i wieś była duża. Fachowcy znający się na rzeczy zrobili nawet drewniany pomost, po którym wpędzano konie do dołów.

Utratę koni przeżyłam bardzo boleśnie, ponieważ rosłam wśród ludzi, którzy kochali te zwierzęta. Ja również je kochałam, szczególnie kasztan był moim ulubieńcem. Zawsze uważałam, że konie są najbardziej inteligentnymi i pojętnymi stworzeniami. Zawsze nosiłam w kieszeni fartuszka kilka kostek cukru. Łakomczuchy wiedziały o tym i upominały się o swój smakołyk. Nie mogłam się pogodzić z tym, że tych stworzeń już nie było. Zdawało mi się, że to jakiś makabryczny sen, że gdy się przebudzę, znowu będzie jak dawniej.

Ale niestety nie był to sen. Wchodziłam do pustej stajni, stawałam przy żłobie, w którym leżały jeszcze resztki siana i płakałam, a łzy były gorzkie i piekące. O Boże, jak mi było ciężko, smutno i bardzo źle. Po tylu latach, gdy obecnie o tym piszę nie mogę powstrzymać łez. Okrutne to były czasy.

Od pewnego czasu działo się ze mną coś okropnego. Od kiedy leżałam w cuchnącym kurniku, a później kiedy patrzyłam na zmasakrowaną, okrwawioną twarz ojca, którego uwielbiałam, zapalił się we mnie płomień nienawiści. Nienawidziłam ludzi w mundurach, nienawidziłam miejscowych działaczy partyjnych, których czasami spotykałam na drodze idąc do szkoły. Po ostatniej zbrodni koniobicia do grona znienawidzonych doszli jeszcze ludzie w białych kitlach.

To było straszne. Dziecko potrafiło tak bardzo nienawidzić. Mimo woli ściskałam pięści aż do bólu, a łzy męki płynęły z oczu i jęk wydobywał się z piersi. Na całe długie życie zapamiętałam wszystkie doznane w dzieciństwie krzywdy. Bardzo bolesne i nigdy nie zagojone rany bolą do dziś i uwierają gdzieś głęboko w sercu jak zapiekłe guzy.

Bardzo ciężkie żniwa były tego lata, a szczególnie ciężka była zwózka zboża do stodoły. Ojciec z dziadkiem zaprzęgali się do wozu drabiniastego zamiast koni i ciągnęli urodzaj do domu. My kobiety popychałyśmy z tyłu ten pojazd z ludzkim zaprzęgiem. Nie wiem czy pomagałam, czy przeszkadzałam, ale musiałam tam być. Żadne trudności nie zdołały przeszkodzić w sprzątaniu urodzaju. To już leżało w naturze chłopa. Nic się nie zmarnowało! Jesienna orka i zasiewy zbóż ozimych stały się niemożliwe. W żadnej wsi ukraińskiej nie traktowano ludzi tak brutalnie jak nas. To nas wcale nie dziwiło – byliśmy przecież Polakami. Łachymazurypolskie świniekułaki to przezwiska, które nam doklejano w każdej sytuacji.

W naszych stronach zimy były zawsze mroźne i śnieżne. W lepszych czasach to ludziom nie przeszkadzało, ale w tamtych – było dodatkową udręką. Ziębiła zima, ziębił wschodni i północny wiatr. Zimno promieniowało z Moskwy – z Kremla. Wszystkie nowe zarządzenia, ukazy tchnęły mrozem. Dygnitarze na Kremlu mieli serca z lodu. Towarzysz Stalin wyróżniał się wśród swoich pomocników szczególnym okrucieństwem. Tak widocznie musiało być.

Tak więc zaczynała się chłodna i głodna zima. Zboże wprawdzie w stodole jeszcze było, ale już do nas nie należało. Mieliśmy przecież masę długów za niewykupione obligacje. Wszystkie młyny i wiatraki – dawniej prywatne, również zarekwirowano, a więc nie było gdzie zemleć mąki. W wielkiej tajemnicy ojciec skonstruował prymitywny młyn – żarna, na których mieliliśmy mąkę. Ten prowizoryczny młynek schowany był w ciemnym kątku spiżarni. Podczas mielenia mąki siadałam przy oknie i pilnowałam, by ktoś niepewny nie zjawił się w pobliżu. Była również stępa – prymitywne urządzenie do robienia kaszy.

Chleb i kaszę więc robiliśmy sami. Gorzej było z omastą. Nie było mleka, nie było tłuszczu, bo trzodę też zabrano – pusta obora, pusta stajnia i puste chlewy. O przepraszam – zostały kury.

3.1 – Pani nie przyszła na lekcje

Rok 1931/32. Znowu wspominam zimę bardzo mroźną i śnieżną, a święta Bożego Narodzenia smutne i coraz bardziej uboższe. Oprócz grubej mąki mielonej na żarnach i kaszy nie mieliśmy nic. Przymusowy post przez całą zimę nie był najlepszy dla zdrowia. Z nastaniem wiosny byłam blada i skłonna do omdleń. Ale nikt się tym nie przejmował.

Jednak na przekór wszelkiemu złu chłop znowu pojawił się w polu. Jeszcze nie został ostatecznie złamany, jeszcze podniósł się z klęczek i poniżenia. Uprawialiśmy swoją ziemię, bo kochaliśmy ją bardzo. Bez niej nie wyobrażaliśmy sobie życia. Cała wieś sobie pomagała. Nasza praca obficie zroszona potem, była zawsze ciężka. Teraz ten ciężar był podwojony. Na wsi pozostały jedynie stare szkapy. Na polach pojawiły się wychudzone krowy, orzące czarną ziemię. Ciepła, deszczowa wiosna sprzyjała biednym ludziom. I znowu jak za dobrych czasów pola pokryły się zielenią. Odłogów było mało. Zapowiadał się umiarkowany urodzaj.W naszym domu było bardzo smutno. Ojciec, mama oraz dziadkowie (rodzice mamy) byli tak zmęczeni ciężką pracą, że zwalali się z nóg. Moja pomoc była niewielka. Miałam wyrzuty sumienia, że nie mam tyle siły by być pożyteczna, by im dorównać. Wolnego czasu nie marnowałam jednak na zabawy. W tamtych czasach dzieci nie umiały się bawić, nie umiały się śmiać. Czasy przypominające bajkowy koszmar nie sprzyjały beztroskiej zabawie, baraszkowaniu.Po drugich dziadkach (rodzicach ojca) został drogocenny spadek – dużo polskich książek. Były tam również książki rosyjskie (poezja Puszkina, Lermontowa i innych oraz powieści Gogola, Turgieniewa, Tołstoja, Leskowa). Wszystkie te skarby trzeba było ukryć w bezpiecznym miejscu. Dorośli nie mieli na to czasu, ani sił. Ja i mój stryjeczny brat Staś zobowiązaliśmy się zająć schowaniem tych zbiorów.Miejsce w samym szczycie strychu, gdzie światło z okna już nie sięgało wydało nam się doskonałym schowkiem. Przykryliśmy je starymi meblami, powypychanymi fotelami oraz różnymi niepotrzebnymi rupieciami. Wtedy to zaczęło się nasze dokształcanie, czyli czytanie pięknej literatury polskiej. Każdą wolną chwilę wykorzystywaliśmy na czytanie. Najmilszą mi była Maria Konopnicka, nowele Bolesława Prusa i Henryka Sienkiewicza. W zimie czytałam w domu przy świetle kopcącej naftowej lampy. Ani zaczerwienione łzawiące oczy, ani zakopcona twarz nie powstrzymały mnie przed czytaniem. Chłonęłam słowo polskie całą swoją istotą, całym sercem i duszą. Im bardziej byliśmy prześladowani za polskość, tym dobitniej podkreślaliśmy swoją narodowość. To samo odczuwały dzieci. Dlatego też i czytanie było takie zachłanne. Liczyło się każde słowo, każda zapamiętana na całe życie myśl, treść i sens przeczytanej lektury.W późniejszych latach, kiedy zostaliśmy wywiezieni ze stron rodzinnych i już nie mieliśmy prawa rozmawiać po polsku, ja wciąż wspominałam chwile na zacisznym strychu i przy kopcącym płomyczku – jako najmilsze.Czytania i pisania w języku polskim nauczyłam się w czasie „odwilży”, w okresie NEP-u. Wtedy jeszcze mieliśmy polską szkołę i nauczycieli z prawdziwego zdarzenia. Właśnie z nimi poznawaliśmy piękno języka polskiego, mowy naszych ojców i dziadów – mowy ojczystej.Ale już z początkiem lat trzydziestych polskie szkoły przestały istnieć, utraciły swoje funkcje i przeznaczenie. Stały się ogłupiającymi stalinowskimi zbiorowiskami małych obywateli, z których mieli wyrastać ludzie bez woli, ludzie bez sumienia i bojaźni Bożej. Nie myślące istoty po ideologicznym „praniu mózgu”, zdolne tylko do ciężkiej pracy. Zatrudniały one licznych agitatorów, pseudopedagogów; prawdziwi nauczyciele nie mieli w nich prawa bytu. Większość z nich została wymordowana, państwa Majewskich również spotkał ten los.Mój Boże… ileż to narodu tak wyginęło, ile zwłok pospiesznie chowanych kryje ziemia na Podolu.Pani Majewska, moja nauczycielka była piękną kobietą. Miała w sobie wiele ciepła i uroku, którymi jednała sobie dorosłych i dzieci. Praca z dziećmi i młodzieżą była jej prawdziwą miłością. Oprócz nauczania z pasją oddawała się prowadzeniu chórku i kółka tanecznego. Uczyła śpiewać polskie piosenki. Wieczorami w świetlicy szkolnej zbierała się wiejska młodzież. Śpiewano, tańczono, recytowano wiersze i wszystko po polsku.

Pan Majewski – dyrektor szkoły, oprócz nauczania zajmował się sprawami wsi, sprawami rolniczymi, dokształcaniem chłopów. Uczył nowoczesnego gospodarzenia, hodowli bydła i trzody. Ale to minęło bezpowrotnie. Pozostało tylko wspomnienie.

Tej samej nocy, kiedy w naszym domu była pierwsza rewizja zginęli zamęczeni na śmierć. W poniedziałek po pamiętnej niedzieli, gdy przyszłam do szkoły, naszej pani nie było, nie zjawiła się w klasie. Z początku czekaliśmy na nią. Kiedy czekanie coraz bardziej się wydłużało dzieci straciły cierpliwość, zaczęły wychodzić z klasy i szukać opiekunki. Podsłuchiwaliśmy, co się dzieje w innych klasach, w innych pomieszczeniach. W pokoju nauczycielskim nie było nikogo. Meble i książki leżały porozrzucane w nieładzie, a krzesła były połamane i porozrzucane. Po drugiej stronie podwórza-boiska w mieszkaniach nauczycieli panowała złowroga cisza. Zgromadziliśmy się przy drzwiach wejściowych, ale żadne nie miało odwagi przekroczyć progu.

Dopiero z ojcem, którego wezwałam weszliśmy do mieszkania państwa Majewskich. To co zobaczyłam odebrało mi mowę, a serce „podeszło do gardła”. Mieszkanie wyglądało jak pobojowisko. Wszędzie była krew i rozsypane pierze. Na nodze przewróconego stołu zauważyłam strzępy sukni, w której tyle razy widziałam naszą Panią. W kuchni, na drzwiach, na ścianach była zakrzepła krew. Zwłok w mieszkaniu nie było. Dużo krwi na podłodze i ślady przy drzwiach wskazywały, że ciała z mieszkania zostały usunięte.

Słodko-mdły zapach krwi paraliżował oddech i zmysły. Byłam bliska omdlenia. W naszej szkole było więcej nauczycieli, ale oprócz państwa Majewskich nie pamiętam nikogo więcej. Nie wiadomo dlaczego?
– Z nauczycieli pewnie nikt nie ocalał – powiedział ojciec – za dużo jest krwi.

Po drugiej stronie ulicy w „kułackim” domu, którego właściciele zginęli, mieścił się „sielsowiet”, czyli cała władza. Tam zakomunikowano nam, że nauczyciele pochodzili ze Lwowa, z faszystowskiej Polski, że byli oni szpiegami, wrogami władzy radzieckiej. Dlatego właśnie spotkała ich zasłużona kara. Na pytania gdzie znajdują się ciała odpowiedzi nie było.

Taki był koniec. Nie było już nauczycieli polskich i szkoła już nie była polska. Dopiero na wiosnę zjawili się nowi nauczyciele. Rozpoczęła się nauka w języku rosyjskim i ukraińskim jako dodatkowym. Niewiele nas nauczono, ale regularnie przepychano do następnych klas. Nikogo nie obchodził los polskich dzieci. Najlepiej by było gdybyśmy poumierali. Hitler inaczej postępował. On przynajmniej nie udawał dobroczyńcy i nie maskował się. Truł i palił w krematoriach. My umieraliśmy sami, nie sprawialiśmy kłopotu naszym władzom.

   

3.2 – Msza pożegnalna

Tej samej zimy aresztowano księdza Kwaśniewskiego – duszpasterza z kościoła pod wezwaniem świętej Anny w Płoskirowie. Ksiądz był bardzo odważny, bo często modlił się publicznie za spokój dusz państwa Majewskich i innych ofiar. W kazaniach potępiał przemoc i bezprawie.

Bardzo „modne” w tym okresie rewizje odbywały się również w kościele i na plebani. Konfiskowano książki, rabowano mienie. Ksiądz był bity i poniżany. Bardzo często odprawiał mszę świętą z posiniaczoną i opuchniętą twarzą, z obandażowanymi rękami, silnie utykając. Wierni doradzali mu, aby się ratował ucieczką do Polski. Do granicznej rzeki Zbrucz było bardzo blisko, a po drugiej stronie rzeki już inny świat.Jednak ksiądz o tym nie chciał słuchać.
– Dobry pasterz nie zostawi swojej owczarni – mówił.
Został z nami do końca. Twierdził, że nie boi się niczego. Z podziwem patrzyłam na jego odwagę, na wielkie poświęcenie dla nas, dla idei. On musiał dać przykład oporu, naród bowiem został całkowicie ubezwłasnowolniony. Strach przed cierpieniem, przed śmiercią przeważał nad godnością i rozsądkiem. Taka postawa, takie zachowanie księdza dodawało siły. Do niego zwracaliśmy nasze serca i umysły. Będąc w kościele czułam się bezpieczna.Mimo zakazu władz, myląc czujność tajniaków chodziliśmy na lekcje religii. Cały rok 1931 trwały przygotowania do I Komunii Świętej. Narażeni na niebezpieczeństwo ukradkiem przystąpiliśmy do pierwszej spowiedzi i przyjęliśmy Najświętszy sakrament. Wszystko odbywało się potajemnie, późnym wieczorem. Kościół na noc został zamknięty, ale w zakrystii przy nikłym promyczku świeczki odbywała się nasza uroczystość, nasze pierwsze w życiu przyjęcie sakramentu I Komunii Świętej.Dziewczynki nie miały na sobie białych szat, ani wianków na głowach, chłopcy również ubrani byli w codzienne ubranka. Wszystkie ubiory były ciemne i ponure jak jesienny późny wieczór. Nawet niebo nam sprzyjało. Nie było na nim ani księżyca, ani gwiazd. Jakże ponure, a jednocześnie wzniosłe uczucie przepełniało moje serce.Odczuwałam również radość, że wszystko udało się, że tajniacy nie zdołali nas zaatakować. Z pewnością siedzieli gdzieś w zacisznym miejscu i raczyli się gorzałą. Oni zawsze byli pijani. To im dodawało odwagi. Każda rewizja, każda grabież, zabójstwo nie odbyłoby się tak bezwzględnie, bezczelnie, z tak chamskim tupetem, gdyby nieruskaja wodka.Tej samej ciemnej, zapłakanej jesieni stało się to, czego najbardziej się obawialiśmy. Ksiądz Kwaśniewski został uwięziony. Czuliśmy się tak jakby zabrano nam serce i duszę. Nie pomagały żadne prośby i pisma z ogromną ilością podpisów. Księdza nie wypuszczono. Udało się tylko uprosić, by odprawił mszę pożegnalną.Tego dnia był siarczysty mróz i zamieć śnieżna. Ludność miasta i wsi potokiem płynęła do kościoła. Jeszcze na dworze była noc, gdy i nasza rodzina tam przyszła. Świątynie ogrzewaliśmy własnymi oddechami, toteż mrozu nie odczuwało się. Czekaliśmy na rozpoczęcie nabożeństwa modląc się i śpiewając. Wokół kościoła i na placu rynkowym zebrały się ogromne rzesze wiernych. Kościół nie mógł wszystkich zmieścić. W czekaniu trwaliśmy, aż słońce na niebie uniosło się wysoko, była to z pewnością pora obiadowa.Słońce cudownie oświetlało wnętrze świątyni i rozmodlonych ludzi. Obrazy na ścianach: Pan Jezus ukrzyżowany, Matka Boża, Św. Anna – patronka kościoła mieniły się w promieniach zimowego słońca złocistym blaskiem. Nagle ustał śpiew, a rozległ się głośny szept. Ze wszystkich prawie ust jednocześnie wyrwało się: ksiądz. A on blady, wychudzony, z zapadniętymi policzkami i zawiązanym okiem, chwiejąc się przechodził przez kościół. Po chwili rozpoczęła się msza święta.Najmniejszy ruch księdza powodował ostre niesamowite brzęczenie kajdan, którymi był skuty. Szaty liturgiczne jakoś dziwnie i żałośnie luźno wisiały na wychudzonej postaci. To, co wówczas przeżyłam nie potrafię opisać. Nawet płakać nie mogłam. Usta miałam wyschnięte, język zesztywniał tak, że nie mogłam z siebie wydusić słowa. Po twarzach obecnych płynęły łzy. Pomimo wszystko kościół grzmiał śpiewem i modlitwą.

Ja oniemiała i skruszona zastanawiałam się czy Bóg to widzi, czy słyszy? Czy wołanie nasze do niego dotrze? Msza święta bardzo szybko dobiegła końca. Nie było kazania, na które tak bardzo wszyscy czekali, nie otrzymaliśmy komunii św. Umundurowani despoci, którzy stali po obu stronach ołtarza, natychmiast włożyli kapłanowi kajdany na ręce i szybko zaciągnęli do zakrystii. To wszystko odbywało się błyskawicznie i w popłochu. Towarzysze bali się nas i mieli rację.

W kościele powstało zamieszanie. Wzburzona ludność usiłowała uwolnić księdza, odebrać go oprawcom, ale natychmiast odezwali się szpicle i agenci znajdujący się wśród nas w kościele. Rozpoczęła się walka. Poszły w ruch kolby rewolwerów, „dubinki” i baty. Wokół kościoła, na rynku rozgorzała nierówna walka na śmierć i życie. Żołdaki konno wjechały w klęczący, rozmodlony tłum. Tratowali bezbronnych. Zamiast śpiewu odezwał się pisk kobiet, dzieci i trzask karabinów. W tym czasie księdza wciągnięto do samochodu i wywieziono.

Ta smutna i tragiczna uroczystość była ostatnim spotkaniem z księdzem. Wiosną 1932 roku rozniosła się pogłoska, że Polska wykupiła go od ZSRR za grube pieniądze. Myślę, że niewielu w to wierzyło. Jakiś czas potem kościół ogołocono ze świętych obrazów i wystroju. Następnie, by nie dopuścić do gromadzenia się wiernych cały przykościelny plac otoczono drutem kolczastym. Byliśmy sami, bezbronni, a świat o nas nic nie wiedział.

Aż pewnej nocy rozległ się okropny huk wybuchu. To władze wysadziły w powietrze kościół. Pozostał po nim głęboki lej i gruzy, sterczące jak uniesione ręce wołające o pomstę do nieba. Pomimo, że nie było kapłana i nie było świątyni, my nadal zbieraliśmy się, klękaliśmy wokół gruzów i modliliśmy się. W miejscu, gdzie znajdował się ołtarz nieznane ręce stawiały duży drewniany krzyż. Stał tylko jeden dzień. Na następny ktoś stawiał nowy.

Pokonali nas, ale kłopotu również mieli sporo. Walka z nami trwała dosyć długo.

3.3 – Rabunek do ostatniego ziarnka

Władze nie pozwalały również gromadzić się na naszym cmentarzu, w małym kościółku. Drzwi zostały zabite ogromnymi gwoździami, a drut kolczasty na zewnątrz pełnił odstraszającą rolę. Taki sam los spotkał prawosławną cerkiew oraz żydowską synagogę. W naszej miejscowości towarzysze byli bardzo gorliwi. W całej Rosji dużo kościołów ocalało, i chociaż nie pełniły one roli świątyni to jednak istnieją do dnia dzisiejszego. My nie mieliśmy tego szczęścia. Myślę, że gdyby nie istniało tylu nadgorliwców to ludzi zginęłoby o wiele milionów mniej. Bardzo ciężkie to były czasy.

Wydaje mi się, że po prostu cudem ocalałam, że cudem żyję. Gorzej być przecież nie mogło. Zamykam oczy i myślę, szukam we wspomnieniach lepszych, spokojniejszych chwil, ale nie znajduję. Nic dziwnego, że ludzie popełniali samobójstwa i tracili zmysły. I chociaż granica na Zbruczu była bardzo blisko to ucieczki udawały się niewielu ludziom.Pojmany przez wojsko uciekinier umierał w strasznych męczarniach. Niektórych przybijano do krzyża jak Jezusa, albo do podłogi i zostawiano na tak długo, aż nieszczęśnik wyzionął ducha. Dlatego rzadko uciekaliśmy. Strach przed cierpieniem był silniejszy od pragnienia wolności.To była jesień, może listopad, a może początek grudnia 1932 roku. Noce były mroźne, ziemia zamarznięta, ale śniegu jeszcze nie napadało. Północny wiatr gonił zeschłe liście, a granatowe chmury na niebie wisiały nad nami bardzo nisko. Zapadła bardzo głęboka noc. Tylko wiatr huczał w kominie. Cała wieś pogrążona we śnie, ale to nieprawda, to tylko złudzenie.Coś się dzieje, bo psy szczekają zajadle. Już od rana zjeżdżało się mnóstwo furmanek z sąsiednich wsi. Stały w bojowym szyku obok sielsowietu. Wieś milczy i lękiem czeka na nowy cios. Kto go otrzyma? Rodzice i dziadek chcą uciekać, ale dokąd? Przecież wszędzie jest tak samo. Później okazało się, że nasz dom otoczony był ze wszystkich stron i ucieczka nie udałaby się.Na podwórze wjechały wozy. Pozaświecano naftowe lampy. Zrobiło się jasno jak w biały dzień. Towarzysze rozmawiają po ukraińsku, to znaczy, że nie są z naszej wsi. Jedynie Pytlak, bliski sąsiad i jego kompan od kieliszka są tutejsi. Obaj rządzą tu i dokazują. Wszyscy są pijani.Rodziców i dziadków natychmiast zakuto w kajdany i wyprowadzono tak szybko, że nie zdążyliśmy się pożegnać. Zostałam sama wśród pijanej, niebezpiecznej tłuszczy. Byłam więc mimowolnym świadkiem rabunku na ogromną skalę, całkowitego zniszczenia i ostatecznej ruiny naszego domu. Ta grabież nazywała się rozkułaczaniem, akcją pod „mietiołku”, czyli rabunek do ostatniego ziarnka.Długa, ciemna, późnojesienna noc i chłód złagodziły strach. Pozostała tylko piekąca nienawiść i ogromna pogarda dla tych ludzi. Pijani towarzysze nie zwracali na mnie uwagi, nie byłam bita. Obserwowałam co się dzieje i zapamiętałam to na całe życie. Byłam wówczas prawie dorosła, zresztą moje pokolenie na Ukrainie nie miało dzieciństwa.Kiedy towarzysze obładowani ubiorami wynosili je z domu na wóz, ja „kradłam” z kufrów co popadło i chowałam gdzie się dało – pod łóżka, za szafę, a nawet do pieca. Patrzyłam z nienawiścią i obrzydzeniem jak oni wyrywali sobie z rąk ubrania i inne rzeczy, które im się bardziej podobały. Szczególnie zawzięcie walczyli o moje ubiory. Pewnie w domu również mieli dzieci i chcieli je w te rzeczy ubrać.Napracowali się w ciągu długiej nocy. Zmęczeni, szczęśliwi i zadowoleni z dobrze wykonanego zadania szykowali się do odejścia. Dom został ogołocony ze wszystkiego. W pokojach było pusto i „głośno”, bo echo odzywało się z każdego kąta. Wszystko zostało zabrane – nawet meble. Nad ranem, gdy furmanki długo nie wracały po następny dobytek towarzysze niecierpliwili się i niszczyli wszystko pozostałe. Na środku kuchni leżały stosy pogiętych, pokaleczonych garnków i skorupy łatwo tłuczących się naczyń: szklanek, filiżanek, dzbanków i talerzy. Taborety, krzesła, półki i kredensy rozbijano siekierami. Nawet kwiaty doniczkowe poniszczono, połamano i wyrzucono. Wszędzie, w każdym pokoju leżały połamane krzesła, podarta pościel, a w oknach wisiały strzępy firan.

Wszystkie wozy odjechały. Teraz towarzysze ochoczo zabrali się do wiśniowej nalewki, którą znaleźli w kredensie. Gdy wypili całą zawartość butli to już z trudem utrzymywali się na nogach. W ten sposób uczcili koniec ciężkiej pracy. Pomimo, że byli pijani, pilnowali mnie bym nie uciekła. Naradzali się co ze mną zrobić. Mogli mnie nawet zabić, ale uniknęłam śmierci. Znowu miałam szczęście? Nie wiem.

- Zamknijmy ją w komórce – powiedział jeden z nich – niech siedzi i czeka wiosny.

Tak też się stało. Żebym od razu nie umarła z głodu, nasypali mi do kąta siemienia konopnego. Z komórki już wydostać się nie mogłam. Drzwi zamknęli i zabili gwoździami, a okna nie było. Strasznie ciemno, zimno i pusto było w tej komórce. Nie odczuwałam zmęczenia, chociaż nie spałam całą noc.

Ze śpiewem i pijanym bełkotem aktywiści opuścili nasz dom. Zapanowała złowroga cisza. Zaczęłam bać się tej ciszy i ciemności. W żaden sposób nie mogłam powstrzymać płaczu. Właściwie to ja nie płakałam, oczy same zachodziły mgłą, bardzo ciemną mgłą. Czułam niesamowite zimno, bo towarzysze na odchodnym zdjęli ze mnie sweter i rozzuli. Byłam tylko w bieliźnie i boso, a lodowata podłoga piekła mnie zimnym ogniem.

Po pewnym czasie poczułam głód i bolesny ucisk w dołku. Z zimna, głodu drżałam jak liść. Że też ja musiałam tego wszystkiego doświadczyć i to zapamiętać.

3.4 – Kot przy zamkniętej komórce

Nie wiem czy myślałam, czy nawet myśleć nie mogłam, ale coraz bardziej stygłam. Od rodziców i dziadków nie spodziewałam się ratunku. Byłam pewna, że już nie żyją. W końcu przypomniałam sobie, że gdzieś w kącie leży siemię. Usiadłam na nim, bo wydawało mi się, że jest cieplejsze. Gryzłam je wyciskając sok. Uczucie głodu znikało, źle poczułam pragnienie. Bardzo chciało mi się pić, ale wody nie było.

Nagle z pokoju obok usłyszałam miauczenie kota. Podczas grabieży wystraszone kocisko uciekło z domu. Prawdopodobnie głód zmusił je do powrotu. Domyśliłam się, że pewnie przez szczelinę niedomkniętych drzwi Szaruś dostał się do pokoju. W dwójkę byłoby nam raźniej, ale cóż! – ja byłam dla niego nieosiągalna, drzwi były zabite gwoździami.Moje wołanie jeszcze bardziej spotęgowało beznadziejność sytuacji. Kot miauczał, drapał pazurkami drzwi, a ja nie mogłam nic zrobić! Później znowu zapanowała cisza. Szaruś miał większe szanse niż ja. Gdyby Burek do mnie przyszedł, może pomógłby, albo kogoś przyprowadził. Piesek jednak milczał.Zostałam sama. Czułam dreszcze przebiegające po całym ciele – jeszcze żyłam. Kiedy przestałam cokolwiek odczuwać zapadłam w sen, a może straciłam przytomność? Chyba nie. Śniłam, miałam ciężki sen. Wydawało mi się, że gdzieś płynę, że uciekam, że ktoś bardzo zły goni mnie i lada moment schwyta. Ja nie mogę już uciekać, nie mogę… Duszę się… I koniec, i nic tylko nicość i cisza. Błogi spokój. Tak mogło zostać. Może byłoby lepiej, bo wszystkie lęki i cierpienia zniknęłyby, ale stało się inaczej.Kiedy obudziłam się, zobaczyłam pochylonych nad sobą rodziców i babcię. Jakoś dziwnie byli mi obojętni. Nie cieszyłam się jakbym wszystko zapomniała. Dopiero po dłuższej chwili zaczęłam odzyskiwać pamięć. Obojętnie patrzyłam na ich radość. Cieszyli się, że wróciła mi przytomność, że znowu jestem z nimi. Był nawet lekarz, ale ja go nie pamiętam. Później znowu straciłam przytomność. Znowu nawiedzały mnie koszmarne majaki i zwidy.Dopiero po kilku dniach całkowicie odzyskałam przytomność i… pamięć. Przypomniałam sobie czarną noc i siebie wśród pijanych łotrów. Leżałam w ciepłej pościeli, przykryta pierzyną. Przecież dobrze pamiętam, że wszystkie pierzyny i poduszki zabrano i wywieziono. Stał się jednak cud. Jedna pierzyna ocalała. Po prostu spadła z wozu i zawisła na bramie, a towarzysze po nią już nie wrócili. Byli zbyt zmęczeni i pijani.To, co przeżyłam w tę mroźną noc musiało się odbić na moim zdrowiu. Byłam poważnie chora. Lekarz stwierdził zapalenie dróg oddechowych i moczowych. Dziadek również był ciężko chory, leżał w drugim pokoju. Było z nim bardzo źle. Pobity do utraty przytomności, opuchnięty, cichutko jęczał. Bardzo mi go było żal. Cierpiał nie tylko z powodu odniesionych ran. Nie mógł znieść tego, że cały majątek, praca wielu lat, zostały w tak bestialski sposób zniszczone.Chorowaliśmy całą zimę. Ja wyzdrowiałam, ale dziadek nigdy nie wrócił do zdrowia.
W ciągu tej zimy wieś została całkowicie zniszczona. Już nie tylko „kułacy” byli wywłaszczani, ale i reszta gospodarzy. To była tak zwana przymusowa kolektywizacja. Dla nikogo nie było ulg. Zboże, zwierzęta, narzędzia rolnicze zwożono do kołchozu, który nie posiadał żadnych obór dla bydła, trzody, ani stajni dla koni. Naprędce sklecono drewnianą prowizoryczną zagrodę pod gołym niebem i umieszczono tam zwierzęta, a na dworze panował ostry mróz. Był to bowiem sam środek zimy.Zwierzęta zamarzały w błocie i odchodach. Siano, a nawet słoma zostały również zgnojone. Ludzie o normalnych zmysłach nie byli w stanie patrzeć na takie zniszczenie. Wieś znowu się zbuntowała.Nasza sąsiadka, pani Misztal, była organizatorką tego zrywu. Ona już nie liczyła się z niczym, nie miała wyboru. Walczyła jak ranne zwierzę – mąż ciężko chory na gruźlicę, drobne dzieci bez chleba, bez kropli mleka. Łudziła się biedna, że uda jej się odebrać majątek. Z grabiami, widłami, kosami szli ludzie do zagrody, zabierali stworzenia. Towarzysze jak szczury pochowali się w kryjówkach i czekali na pomoc milicji.

Na drugi dzień oddziały wojska i milicji zjechały do wsi. I znowu był pogrom, pożary. I znowu lała się krew. Który to już raz? Wszystkie zwierzęta wróciły do zagrody. Czyjeś nieznane, litościwe ręce odwiązywały je i wypędzały w pole, ale i w polu nie było dla nich pożywienia. Pola, łąki i las leżały przykryte grubą warstwą śniegu. Ginęły więc na tym śniegu. Tylko ptactwo z głośnym krakaniem unosiło się w powietrzu, czując świeży żer. To czarne wrony. Te miały ucztę!

Za karę, czyli za to, że ludzie upomnieli się o swoje, cała wieś została rozkułaczona „pod mietiołkę”. Wszyscy, bez wyjątków, nawet ci, którzy wcześniej rozkułaczali innych, byli objęci tą akcją. Zboże zwożono na stację, na dworzec kolejowy i zsypywano w piramidalne kopce. Wagonów oczywiście nie było, a jeżeli nawet stały jakieś puste to były przeznaczone na inne, ważniejsze cele. Tak więc zboże, ziemniaki, różne warzywa leżały sobie na mrozie. Śnieg te dobra obficie przysypał.

Na wiosnę przygrzało słoneczko, popadał deszcz i białe piramidy pięknie się zazieleniły, aż w końcu wszystko zgniło. Pracę ludzką, chleb powszedni zmarnowano.

Wieś zacichła, zamilkła. Nawet psy przestały szczekać. A może ich już nie było? Nasz piesek zginął przecież, dlaczego i inne psy miały ocaleć? Nie pamiętam gdzie się podział nasz kot, nasz Szaruś. To dziwne? Wszystko tak dobrze pamiętam, a o kocie zapomniałam? Musiał gdzieś uciec z głodnego domu.

4.1 – Ojciec ucieka

Szybkimi krokami zbliżała się zagłada – rok 1933.

Mniej więcej od roku 1929 uczyłam się życia w nowym ustroju socjalistycznym. Poznawałam życie z najgorszej jego strony. Wiedziałam już, że siła, tupet i odwaga ogrywają najważniejszą rolę. Słabi, zrezygnowani i wrażliwi nie mieli żadnych szans na przetrwanie. Właśnie rok 1933 ostatecznie utwierdził mnie w tym przekonaniu.

Zaczynał nas nękać prawdziwy głód. Dom był całkowicie pusty. Nie było w nim ani ziarnka zboża, ani odrobiny tłuszczu. Długa i bardzo ostra zima dopełniła reszty. W kąciku spiżarni stały żarna – teraz całkowicie bezużyteczne. Towarzysze nie zabrali ich.

Ojciec na razie nie poddawał się, jeszcze walczył. To był bardzo dobry i szlachetny człowiek. Bardzo kochałam ojca. Ubóstwiałam wręcz tego człowieka. On był dla mnie wszystkim. I nie tylko dla mnie. Wszyscy – cała rodzina wierzyła w niego i kochała go, a on starał się nie zawieść naszego zaufania. Ojciec miał zawód, dzięki któremu udawało się przeżyć – był szewcem. Lubił swój zawód. Obuwie zrobione jego ręką było ładne i wygodne. W dawnych, dobrych czasach buciki, które wyszły z pod jego rąk były piękne, miękkie, lekkie – były dziełami sztuki. Ale wtedy obuwia nowego nikt nie szył i nie kupował. Sklepy z obuwiem i ze skórami już dawno nie istniały. Wobec tego ojciec reperował i przerabiał stare obuwie. Z dwóch lub trzech zniszczonych potrafił stworzyć jedną „nową” parę butów. Ludzie cieszyli się i płacili czym mogli. Często robił za „Bóg zapłać”, bo przecież nie wszyscy mieli czym płacić.

Aż trudno uwierzyć, że wbrew wszystkim przeciwnościom i ludzkiemu barbarzyństwu nasza rodzina przez początkowy okres nie głodowała. Ja po ostatnim „nalocie” szybko odzyskałam siły i byłam zdrowa. Ale to nie mogło tak trwać. My nie byliśmy przeznaczeni do normalnego życia. Miejscowe władze nie mogły na to pozwolić. Byliśmy przecież Polakami, ludźmi gorszej kategorii. Bardzo szybko więc nastąpił kolejny cios.

Chociaż poczynania władzy były tajne, a tajemnice pilnie strzeżone, to jednak zdarzały się przecieki. Właśnie ktoś – jakiś dobry człowiek, pomimo, że był komunistą, przyniósł wiadomość, że ojciec wkrótce będzie uwięziony. To już trzeci z rodzeństwa. Co robić? Zapadła decyzja! – trzeba uciekać! Może się uda!

- Dobrowolnie jak zwierzę nie pójdę na stracenie, nie poddam się – powiedział ojciec – będę uciekał.

Ta złowieszcza wiadomość zelektryzowała całą rodzinę. Zaczęło się nocne czuwanie, ponieważ aresztowania zawsze odbywały się w nocy. Ojciec sypiał jak zaszczuty zwierz. W każdej chwili był przygotowany do ucieczki. Spał siedząc. Dzień i noc miał na nogach obuwie, a wierzchnie okrycie leżało pod ręką. Czuwanie trwało dosyć długo – nic się nie działo, było spokojnie. Powstała nikła nadzieja, że był to fałszywy alarm.

Nadzieja jest jednak tylko nadzieją – i szybko pryska. Pewnej bezksiężycowej nocy rozległo się głośne łomotanie do drzwi. Ogromny strach i rozpacz sparaliżowały wszystkich. Gdy dobijanie się do drzwi stawało się coraz bardziej natarczywe, zrozumieliśmy, że ratunku już nie ma. Matka wystraszona i półżywa ze strachu szła do drzwi, a ojciec w ślad za nią. W duchu winił siebie, że dał się zaskoczyć.

Opowiadał nam po kilku latach, że wtedy postanowił nie czynić oporu i poddać się. Gdyby tak postąpił to pewnie niechybnie by zginął.

W ostatnim ułamku sekundy jednak uskoczył w bok. Drzwi otworzyły się na całą szerokość i zasłoniły go. Oprawcy szybko wbiegli do mieszkania nie sprawdzając luki za drzwiami. Ojciec wykorzystując ten moment nieuwagi zniknął w ciemnej smudze nocy. Pochmurne, bezksiężycowe niebo ułatwiło jego ucieczkę. Milicjanci szukali w każdym pokoju, w każdym kąciku mieszkania, na podwórzu, a on był już daleko poza zasięgiem ich wzroku.

Czy ucieczka udała się? Nie wiedzieliśmy. Nie zmieniało to faktu, że zostaliśmy sami… Matko Boża co z nami będzie?! Jak sobie poradzimy?!

Nadeszła wiosna. Jakże była inna od poprzednich. Nikt nie wyjeżdżał w pole, nikt nie cieszył się słońcem i kwitnącymi sadami. Zostaliśmy złamani. Już nigdy nie mieliśmy się podnieść z tego pogromu.

Zaczął się straszliwy głód…

4.2 – Rok 1933

Nasz dom był pusty, głodny i niegościnny. Dziadek opuchł – był umierający.

- Chciałbym przed śmiercią pokosztować barszczu, albo kawałeczka chleba – prosił.

Chodziłam po łąkach i szukałam pokrzyw lub lebiody na zupę dla konającego dziadka. Ale nawet chwastów nie starczało dla wszystkich głodujących. Tylko soli czarnej, bydlęcej, było w domu pod dostatkiem. Dziadkowi nie wolno było nawet solić, ponieważ nerki miał odbite. Może dlatego był opuchnięty?

Dorośli zapominali o nas dzieciach. Najpierw umierały niemowlęta i mniejsze dzieci, a później reszta ludzi. Dzieci w moim wieku jeszcze żyły i usiłowały się ratować. Całą gromadą chodziliśmy do lasu. Szukaliśmy korzonków. Znikałam z domu na cały dzień i dopiero o zmierzchu, zmęczona, brudna i wciąż bardzo głodna wracałam. Nikt nie pytał gdzie byłam i co robiłam.

Pewnego razu odłączyłam się od grupy. Po prostu zabrakło mi sił. Znalazłam się na „cholernym” cmentarzu. Tu jeszcze nie byłam. Miejsce to było bowiem odwiedzane tylko po to, aby się pomodlić. Wielki kamienny krzyż górował nad polami. To było miejsce przeklęte, osnute wieloma opowieściami, legendami i odstraszało dorosłych i dzieci. Tu podobno dusze zmarłych na straszliwą chorobę – cholerę – wciąż jeszcze błąkają się wśród grobów i pól strasząc nocną porą spóźnionych podróżnych.

Ja również się bałam. Najpierw modliłam się klęcząc na zimnej i wilgotnej ziemi. Dopiero później weszłam za bramę cmentarną. Rósł tutaj piękny młody szczaw, ciesząc oczy soczystą zielenią. Między zeschłymi zeszłorocznymi liśćmi i łodygami wyrastała młoda, pokryta srebrzystym puchem parzydeł, bujna pokrzywa. Cieszyłam się taką obfitością „warzyw”. Babcia ugotuje dużo szczawiowej zupy, może i dziadek trochę zje.

Nie przyznałam się, gdzie nazbierałam tyle zieleniny. Nawet nikt o to nie pytał. Zupa pachniała wiosną, ale smak miała nieszczególny. Nie było w niej bowiem ani łyżki śmietany, ani jajka. Rzadka lura koloru brunatnego była cierpka, ale jedliśmy ją chwaląc za zapach i smak, bo innej smaczniejszej nie było z czego ugotować.

Z nastaniem cieplejszych dni i zbliżającego się lata zabrakło nawet chwastów. Nawet na cmentarzu ludzie wyrwali wszystko do gołych korzeni. W lesie zaczynała kwitnąć biała akacja. To dopiero była uczta. Jedliśmy ten kwiat całymi garściami. Słodkie i pachnące grona kwiatów minimalnie zagłuszały uczucie głodu. A ja ciągle byłam głodna. Opychanie się chwastami i kwiatami drzew wywoływało różne choroby, a szczególnie krwawą dyzenterię. Umieraliśmy w okropnych męczarniach.

Muchy wielkie, czarne i zielonkawo błyszczące były wszędzie i roznosiły różne choroby. Całe roje niczym pszczoły przenosiły się z jednych zwłok na drugie. Najpierw bydło, które padło zimową porą było siedliskiem tych wielkich tłustych much, później – ludzkie zwłoki. Okropny i nie do zniesienia odór unosił się wszędzie.

Taka była wiosna 1933 roku.

Nieobsiane pola leżały odłogiem i zarastały chwastami. Zbóż ozimych również prawie nie było. Konie, krowy i trzoda wydeptały, wyryły je, szukając pokarmu pod śniegiem. Nowo powstałe kołchozy tylko częściowo obsiały pola ziołami leczniczymi. Zboża na siew przecież nie było. Zamiast żyta, pszenicy, buraków cukrowych rosła szałwia, mięta, rumianek.

Głodująca ludność była bezpłatną siłą roboczą na tych rumiankowo-miętowych plantacjach. Ja również tam pracowałam razem z dorosłymi. Za całodzienną pracę od świtu do nocy dostawało się małą skibkę czarnego jak ziemia chleba i miarkę płynu zwanego barszczem. Po takim posiłku nie odczuwałam sytości, ale jeszcze żyłam. Pół kromki zostawiałam dla dziadka i babci bo oni nie mogli iść do pracy. Dziadek był coraz bardziej chory, a babcia musiała się nim opiekować. Starała się coś gotować, coś wymyślała, bo inaczej nie wyżyłaby. Tarkowała gołe kolby kukurydzy i piekła z tej „mąki” placki.

Dziadek kategorycznie odmawiał jedzenia tych „rarytasów”.
– Wolę umrzeć niż jeść trociny – mówił.

Świat zamienił się dla nas w piekło. W końcu maja zaczęły się upały, szczególnie uciążliwe właśnie tego lata. Czułam, że tracę resztki sił. Tak bardzo wychudłam, że można mnie było objąć dziecięcymi dłońmi w pasie i jeszcze był luz. Dziadkowi nagle się polepszyło. Opuchlizna zniknęła. Myślałam, że on nareszcie wyzdrowiał. Jadł nawet placki z plew i brunatną zupę z chwastów, ale był wciąż głodny. Byliśmy bezradni.

W takich ciężkich chwilach zawsze myślałam o ojcu. Gdzie on się znajduje? Czy żyje jeszcze? A może go pojmali i już nie ma wśród żywych. On na pewno nie pozwoliłby dziadkowi umierać śmiercią głodową. Z pod ziemi wydostałby kromkę chleba dla ciężko chorego, dla umierającego. Mogłam o tym tylko pomarzyć.

Dziadek musiał pić niesłoną, mętną ciecz zwaną przez babcię zupą, a łzy spływały mu po wychudzonej, bardzo bladej zarośniętej twarzy. Po paru dniach nie wytrzymał i poszedł do pracy na plantację ziół. Mama usiłowała przekonać go, że kułaków do pracy nie przyjmują. Ja jedna z całej rodziny miałam przywilej i prawo do pracy, ale już nie mogłam pracować. Z głodu i wycieńczenia słaniałam się na nogach. Oczy zachodziły mgłą, a w uszach słyszałam dzwonki i szum.

Dziadek dotarł jakoś do plantacji, ale chleb mu już nie był potrzebny. Tam na polach wśród ziół i kwiatów rumianku upadł i już się nie podniósł. Dobrzy ludzie powiadomili nas. Dopiero wieczorem przywieźliśmy go do domu. Już na drugi dzień pochowaliśmy dziadka w trumnie i całkiem po bożemu. I chociaż nie było księdza to jednak pogrzeb był uroczysty. Były nasze modlitwy, nasza rozpacz i żal.

Tydzień później żadnych pogrzebów już nie było. Zakopywano umarłych w masowych grobach bez trumien, bez modlitwy, bez żalu. Zbyt dużo było umarłych. Nie starczało czasu ani sił na litość i żal. Śmierć spowszedniała i przestała wzbudzać głębsze uczucia.

4.3 – Głód

Umieranie z głodu nazywano zdychaniem. Następną kandydatką do zdychania w naszej rodzinie byłam ja. Czułam śmierć blisko siebie. Już puchłam, a szczególnie twarz i nogi. Przestałam się bronić. Poddałam się. Uratował mnie przypadek.

Jak codziennie, jak zawsze, czułam straszny głód, który skręcał wszystkie wnętrzności. Pomału powlokłam się na łąkę z zamiarem szukania korzonków. Zauważyłam, że woda na stawie opadła. Szłam po grząskim błocie z trudem wyciągając opuchnięte nogi. Szukałam młodej, słodkiej trzciny. Nagle wielka radość! Widzę ryby leżące w błocie lub pluskające w małych kałużach. Byli już tam ludzie i zbierali je. Ja również nazbierałam pełny fartuszek.

Zmęczyłam się bardzo. Oczy zachodziły mgłą, a w uszach dzwoniło i szumiało, ale wróciłam do domu z rybami. Babcia rozpłakała się z radości na widok mojego „połowu”. Natychmiast zabrała się do czyszczenia i gotowania. Smakowało wyśmienicie.

Później dowiedziałam się od dorosłych skąd wzięło się tyle ryb na zalanych łąkach. Po prostu był to okres godów i ryby wypłynęły na ciepłą, płytką wodę, a gdy ona nagle opadła nie zdążyły wrócić do nurtu rzeki. Ryb było mnóstwo. Na połów ruszyła cała wieś, ale wszyscy mieli szczęście. Gdy wszystkie ryby zostały wyzbierane szukaliśmy piskorzy w głębszych rowach i rozpadlinach, gdzie woda jeszcze była. Piskorzy było najwięcej i jedliśmy je najdłużej. To była prawdziwa „manna z nieba”, a może cud! Gdyby dzidek doczekał tej chwili żyłby na pewno.

Ryby były naszym codziennym pożywieniem. Trwało to może tydzień, może trochę dłużej. Dość, że poczułam się silniejsza. Ustąpił szum w uszach i oczy przestały zachodzić mgłą. Czułam się jednak bardzo dziwnie. Zdawało mi się, że sama stałam się rybą. Wszędzie prześladował mnie nieprzyjemny rybi zapach. Coś w tym było, bo mama z babcią też pachniały rybami, więc nie był to mój wymysł.

Gdy ryby się skończyły byłam nawet zadowolona. Po paru dniach ponownego głodowania przykry zapach znikł wraz z nikłymi siłami, które dzięki rybom odzyskałam. Chudej i wynędzniałej do pracy nie przyjęto. Jakie to straszne słowo:GŁÓD!

Po długich poszukiwaniach mama nareszcie znalazła pracę. Została salową w szpitalu Czerwonego Krzyża. Praca była ciężka. Dyrekcja szpitala, w którym leczono elitę partyjną i dygnitarzy, nie rozpieszczała swoich podwładnych. Kobiety nie wytrzymywały tam długo – zwalniały się nagminnie. Tylko dzięki temu mama dostała tę „posadę”. Wygłodzona i wychudzona do ostateczności resztkami sił ciągnęła to jarzmo. Uchwyciła się tej pracy jak tonący brzytwy. Gdzie indziej nie przyjmowano kułaków. To była jedyna szansa i nadzieja utrzymania się przy życiu. Tutaj miała całodzienne utrzymanie.

Czasami brała mnie ze sobą do pomocy. Myłam wtedy korytarze i schody wejściowe, zamiatałam podwórze. Za tę pracę dostawałam miseczkę smacznej zupy, a to znaczyło dla mnie bardzo wiele. Babcia w tym czasie miała najgorzej, ale wytrzymała, nie umarła. Miseczka wyżebranej zupy kosztowała nas wiele upokorzeń. Mama często wycierała łzy, bo kucharki nie szczędziły nam obelżywych słów i wyzwisk.

Czułam się niepotrzebna i winna łez mamy. Byłam ciężarem. Chwilami zazdrościłam ojcu i dziadkowi… Przestałam chodzić do szpitala. W domu było coraz gorzej. Nawet plewy i omłócone kolby kukurydzy skończyły się. W stodole była jeszcze słoma i właśnie ze słomy owsianej babcia gotowała „rosół”. Podobno (według zapewnień babci) bardzo pożywny, ale niestety po tym rosole uczucie głodu było jeszcze silniejsze.

Mama uparcie trwała na swoim „stanowisku” sprzątaczki. Była to rozpaczliwa chęć przeżycia za wszelką cenę. Kręciła się w tym kieracie niczym zwierzę, któremu zawiązano oczy. W ogóle nie zjawiała się w domu, bo prawdopodobnie nie miała czasu. Spała w jakiejś komórce i wciąż służyła. Usługiwała w dzień i w nocy. W dzień sprzątała, prała, zmywała, a w nocy czuwała nad ciężko chorymi. Za tę harówkę miała wyżywienie. O żadnej zapłacie nie było wówczas mowy.

W głodnym, pustym i niegościnnym domu zostałyśmy we dwie. Babcia już była duchowo przygotowana na najgorsze i mnie stopniowo usiłowała przygotować na śmierć.
– Nie bój się śmierci – mówiła z troską w głosie – Wszystko co jest najgorsze, ból, tęsknota, samotność, strach to jeszcze życie. Śmierć niesie ze sobą ukojenie i spokój. To wieczny sen. Po śmierci będzie ci dobrze. Nie będziesz głodna i opuszczona. Wszystko co jest złem przepadnie. Nie bój się jej, ona jest jedynie sprawiedliwa.

Słuchałam ze strachem tych smutnych pouczeń, ale nie potrafiłam uwierzyć, poddać się i biernie czekać na śmierć. Stałam się jeszcze bardziej czujna i ostrożna. Uciekałam z domu. Szukałam ratunku w polu, w lesie. Po kilkudniowej włóczędze zjawiałam się w domu i wtedy nasze powitania były bardzo czułe i radosne. Jeszcze żyjemy. Jeszcze jesteśmy. Trwałyśmy w uścisku, a ciche łkanie nie pozwalało mówić. Nie było wymówek, nie było karania.

Na kolację piłyśmy zieloną zupę z chwastów i kładłyśmy się spać. Po przespanej nocy znowu uciekałam, ale już trochę umyta. Wyglądałam tak, że w lustrze nie poznawałam siebie. Byłam jak bardzo blade i wychudzone stworzenie. Tylko otwarte i wytrzeszczone oczy dominowały na sino-bladej twarzy, a czoło gładkie i nieproporcjonalnie wielkie błyszczało jak trupia czaszka. Babcia patrząc na moją umytą twarz cicho szeptała modlitwę jak nad nieboszczykiem, a łzy słone i gorące płynęły po jej zmarszczkami pooranej twarzy. W takich chwilach nie mogłam płakać, chociaż jestem, a właściwie byłam beksą. Szybko zamykałam za sobą drzwi i już mnie w domu nie było.

Pewnego razu, będąc na włóczędze w mieście, zobaczyłam, że na targu sprzedaje się suche drzewo, na podpałkę. Przecież my mamy w domu dużo drzewa – pomyślałam. Dachy na pustych oborach, stajni, chlewni i kurniku – wszystko było drewniane.

Rozbiórkę rozpoczęłyśmy od stodoły. Babcia rąbała drzewo i wiązała w małe wiązanki, a ja na plecach zanosiłam na targ i sprzedawałam. Za utargowane grosiki mogłam już coś kupić – przede wszystkim kawałek chleba. Stawałam w długiej kolejce i czekałam.

Chleb był czarny i bardzo lepki, ale jednak pachniał chlebem. Ten zapach, tak miły i apetyczny dla nas, przyprawiał o zawrót głowy. Kiedy nareszcie miałam go w ręku dzieliłam po połowie i swoją porcję natychmiast zjadałam. W takich chwilach czułam się szczęśliwa, a życie znowu nabierało sensu.

4.4 – Śmierć (i życie) w mieście

W tym czasie prawie codziennie miałyśmy po małym kawałeczku chleba, ale ani ja, ani babcia nie odczuwałyśmy poprawy i nie byłyśmy silniejsze. Nasze organizmy były już tak bardzo wycieńczone, że tak małe kromki były niewystarczające. Było z nami nadal bardzo źle, ale śmierć oddaliła się nieco.

Moje handlowanie było tragiczną szkołą życia. Siedziałam przy swoim towarze na gorącym, wygrzanym przez słońce bruku i patrzyłam na życie i na śmierć, które były ciągle obok siebie, splatały się ze sobą. Śmierć niestety była silniejsza.

Widziałam tyle śmierci, tyle okropności, że jest aż nie do uwierzenia. Na wsi ludzie umierali w swoim domu, w pościeli lub na podwórzu i nikt ich nie oglądał. W mieście było dużo przyjezdnych, szukających ratunku w obcym mieście. To oni właśnie umierali na jezdniach i chodnikach. Widziałam mnóstwo konających. Widziałam dzieci osierocone, dzieci porzucone przez rodziców – już nieżywe – i nieco starsze, żebrzące, proszące o okruszynę chleba. A dawać nie było komu.

Nikt nie opiekował się nimi. Były samotne i opuszczone. Czy ja czułam się inaczej? Przecież oprócz babci nie miałam właściwie nikogo, a babcia przestawała walczyć, załamywała się. Każdy mógł się załamać. Dużo ludzi popełniało samobójstwa. Matka, która traciła dzieci, a męża zabili towarzysze, nie chciała żyć.

Zwłoki ludzkie leżały wszędzie. Jeździł duży, drabiniasty wóz, na który ludzie wyglądający jak trupy, wrzucali zmarłych. Na wozie zwłoki zastygłe w różnych pozach wyglądały jak ścięte konary, których nie udało się równo ułożyć. Nikogo już nie przerażała śmierć. Wszyscy jakby nagle zastygli w obojętności, pozbawieni ludzkich odruchów i odczuć. Jedynie głód był wszechobecny i żywy.

Patrząc na śmierć myślałam o Bogu. Gdzie On teraz jest? Czy to wszystko widzi? A może i Bóg umarł z głodu?

Ja również zobojętniałam. Będąc ciągle wśród umarłych przestałam się ich bać! Brzydziłam się. Ohydny zapach rozkładających się ciał przyprawiał o mdłości! Nie myślałam o jutrze. Żyłam dniem dzisiejszym. Czasami myślałam o własnej śmierci. Nie chciałam umierać na ulicy. Gdyby jeszcze pochowano mnie w trumnie, to nawet bym była szczęśliwa. Dziadek to miał szczęście!

Jakoś nie przypominam sobie czy padały deszcze. Pamiętam tylko gorące, suche powietrze i roje czarnych, spasionych, tłustych much i białe robactwo pełzające po chodnikach. Myślę, że ludzie umierali nie tylko z głodu, ale również od chorób. Od upału, a może z wycieńczenia, moje ciało pokryło się wrzodami. Nawet nie pamiętam czy te wrzody mnie bolały. Widziałam wiele zwłok pokrytych właśnie takimi czyrakami.

Byłam świadoma, że śmierć chodzi za mną krok w krok, że czeka tylko na odpowiednią chwilę. Zżyłam się z nią chyba, bo przestałam drżeć na myśl o śmierci. Do wszystkiego można się przyzwyczaić i zacząć myśleć, że tak powinno być. Czasami buntowałam się! Ohydne muchy doprowadzały mnie do rozpaczy. Biedni ludzie umierali z krwawą pianą na ustach, na brudnym zaśmieconym chodniku, a muchy bezczelnie, jeszcze za życia, żywiły się ich nędznymi resztkami ciała.

Takie widoki wzbudzające litość i współczucie, a jednocześnie odrazę towarzyszyły mi zawsze. Nie mogłam się od nich uwolnić. Nawet we śnie widziałam umierających – muchy były wielkie, kosmate i ogromnymi kłami odrywały ciało od kości. Budziłam się zlana potem, brakowało mi tchu. Czułam się jak bezpański kot, niepotrzebny nikomu, który niedługo padnie z głodu. Załamywałam się stopniowo i w końcu nie miałam ani sił, ani ochoty by móc chodzić na targ. Babcia była fizycznie silniejsza ode mnie i ona zajęła się handlowaniem.

Nagle wszystko odmieniło się. Pewnego razu jakiś sympatyczny człowiek kupił u niej cały zapas wiązeczek drzewa. Cicho powiedział, że ma do sprzedania bardzo dobre mięso. Stał się cud! Po raz drugi ratunek nadszedł w samą porę. Już w tym samym dniu jadłyśmy mięso i piłyśmy rosół.

Bóg jeden wiedział co to było za mięso. Kolorem trochę przypominało wołowinę, ale było trochę ciemniejsze. Czy to było ważne? Zupy z mięsem i młodymi warzywami smakowały jak za dobrych czasów. Po mięsie tak samo jak po rybnej diecie trochę odżyłam. W ogrodzie podrosła marchew, wczesna kapusta, a nawet ogórki. Życie znowu nabierało sensu.

Znowu chodziłam na targ. Na słupie energetycznym w samym centrum miasta wisiał od pewnego czasu wielki, czarny głośnik zamontowany w czasie mojej nieobecności. Rozlegała się z niego bardzo głośna i wesoła muzyka i śpiew tak, że ludzie z trudem porozumiewali się między sobą. Przeważnie były to „czastuszki” (przyśpiewki).

Żyć stało łutsze, żyć stało wieselej – rozlegał się potężny głos z tuby. Zatykałam uszy, broniłam się, ale to było niemożliwe. Musieliśmy się przyzwyczaić do hałasu, zobojętnieć nań tak jak na głód i śmierć.

W mieście był to najgorszy okres. Śmierć zbierała wielkie żniwo, a wozy drabiniaste bez przerwy jeździły po mieście i wsi wywożąc zmarłych do dołów. Tam ludzie za kromkę chleba spełniali smutny obrządek. Władza bała się epidemii. Oprócz smrodu rozkładających się ciał w powietrzu unosił się ostry zapach chlorowanego wapna.

Dygnitarze, ludzie partii, nie cierpieli głodu. Oni mieli swój sklep, w którym można było kupić dosłownie wszystko, ale nie za ruble, a za złoto i dolary. Tylko elita miała prawo kupować za ruble, to biedni musieli płacić dolarami lub złotem. Osobiście widziałam jak ludzie dostatnio ubrani, czyści i dobrze odżywieni wynosili ze sklepu duże pakunki w szarym papierze.

Często dzieci stawały przy oknie wystawowym i patrzały na rozmaite pyszności: szynki, kiełbasy, słodycze. Głodne, wynędzniałe, słaniające się na nogach stałyśmy przy oknie i wzrokiem syciłyśmy głód. Od patrzenia na nieosiągalne jadło robiło się słabo i jeszcze bardziej głodno. Kiedy gromadka dzieci zwiększała się, wychodziła pani z miotłą i goniła nas.

- A kysz, a kysz śmierdziuchy i głodomory – krzyczała wymachując miotłą.

Byłyśmy rzeczywiście brudne i śmierdzące. Nie pamiętam żebym się kąpała w ciągu całego gorącego lata. Myłam jedynie wychudzoną twarz, a i to nie codziennie. Owrzodzone ciało na pewno wyglądało odrażająco, ale mnie to nie wzruszało. Czy komukolwiek na mnie zależało? Już jako dziecko czułam ogromną samotność. Bardzo pragnęłam miłości, matczynej miłości!

5.1 – Pora żniw

Nadeszła gorąca pora żniw. Dawniej były one świętem. Pomimo ciężkiej i znojnej pracy były radością. W roku 1933 żniwa nadeszły niezauważone. Walka o życie i przetrwanie zatarła, zniszczyła wszystko co kiedyś było ważne, co było radością, świętem, tradycją. Nikt we wsi nie myślał nawet o żniwach. Wszyscy wiedzieli, że ziemia już do nas nie należy, że nie mamy prawa mieć jakiejkolwiek własności.

Zapowiadało się, że zboże zostanie w polu i zmarnuje się, nie było bowiem wystarczającej ilości ludzi do pracy. Część zmarła z głodu, część gdzieś wyjechała, ratując życie, a niektórzy pracowali na plantacjach ziół.

Władza jednak dostała „prykaz”. Urodzaj musiał być zebrany. Po wsi biegał naganiacz – „diesiatnik” i wzywał na żniwa. Nawet kułacy musieli iść do pracy, chociaż jeszcze przed miesiącem nie mieli prawa. Nie wolno było „zachęty” zignorować, bo groziły kary. Głód wcale nie osłabił represji, wprost przeciwnie, stały się one jeszcze bardziej brutalne. Ja i babcia też poszłyśmy do pracy. Dwa sierpy naostrzone już leżały na stole, a babcia kończyła szyć moją spódnicę na podszewce – spódnicę worek.

W polu nie było tak źle, bo już od samego rana stał duży wojskowy kocioł pełny gęstej jęczmiennej zupy. I chociaż nie wyglądała ona apetycznie (była sinawa) to smakowała wyśmienicie. Kilkanaście kobiet w szeregu żęło sierpami żyto, a dzieci znosiły snopy i stawiały w półkopki.

Moja spódnica-worek przydała się. Co piękniejsze kłosy wrzucałam do środka przez kieszeń, a trofeum zanosiłam do domu. Po tygodniu pracy miałyśmy już woreczek żyta i woreczek pszenicy. Było również trochę jęczmiennej kaszy wystanej w długich kolejkach. Był to skarb nie byle jaki. Przecież w ubiegłym roku nie zostało w domu nawet ziarenka.

Pewnego poranka naganiacz przyłapał na „kradzieży” kłosów chłopca trochę starszego ode mnie. Musiał biedny ponieść okrutną karę. Dorosłych za taki czyn rozstrzeliwano, a on ze względu na młody wiek został wybatożony. Słyszałam jak jęczał z bólu, patrzyłam na pociętą batem koszulinę i krew na jego chudych dziecięcych plecach. Od tego czasu ze strachu przestałam chodzić na żniwa.

Czasem babcia wyprosiła dla mnie zupy. Będąc sama w domu nie siedziałam bezczynnie. Zwłaszcza, że byłam silniejsza niż wiosną (to pewnie zasługa mięsa – szkoda, że miałyśmy je tak krótko). Chciałam być użyteczna. Gotowałam zupę, którą częstowałam babcię po jej powrocie do domu. Sprzątanie warzyw z ogrodu też należało do mnie. Nareszcie czułam się potrzebna, pomocna i dlatego szczęśliwa. Czułam się dorosła i za coś odpowiedzialna.

Wyludniona wieś nie zdążyła zebrać wszystkich zbóż. Nawet naganiacze byli bezsilni. Dużo zboża pozostało w polu. Znowu marnowało się. Jak na złość padały deszcze. Nadeszła pamiętna niedziela. Niebo wypogodziło się. Pomimo jesieni zapowiadał się ciepły, a nawet gorący dzień – dzień babiego lata.

Chociaż niedziela była dniem roboczym, babcia odważnie została w domu. Modliłyśmy się klęcząc przed małym, cudem ocalałym obrazkiem Matki Bożej Berdyczowskiej. Czułam się odprężona. Nawet strach przycichł. Najważniejsze było to, że nie czułam głodu, bo już z samego rana zjadłam jarzynową zupę. Było w niej dużo marchewki, pietruszki i apetycznie pachniała koperkiem. Biegłam do ogrodu pilnować dyń. Dynie rosły w miejscu, gdzie miały być ziemniaki. Zamiast sadzeniaków do dołków wkładano trochę grubsze obierki z kiełkami. One nad podziw pięknie powschodziły. Na naszej urodzajnej czarnej glebie urosłyby na pewno i byłoby na zimę trochę ziemniaków, ale tak się nie stało. Ktoś bardzo głodny, a może złośliwy powyrywał wszystkie krzaki. Na tym miejscu babcia posadziła dynie. I o dziwo urodzaj był wspaniały. Całe poletko pokryło się dużą ilością wielkich złocistych dyń. Na zmianę pilnowałyśmy tych skarbów.

Dalej u sąsiadów rosły bujne konopie. Idąc zauważyłam, że ze środka poletka konopi unosi się dym. Bardzo zdziwiona i ciekawa szybko znalazłam się tuż przy ognisku. To co ujrzałam było tak makabryczne i nieludzkie, że nie potrafię opisać co poczułam będąc wszak jeszcze dzieckiem. Na samym środku grządki leżała rozścielona płachta, a na niej zwłoki małego dziecka, któremu matka bardzo nieudolnie i chyba bardzo tępym nożem obcinała chudą żółtą nóżkę. Trochę dziecięcego ciałka już gotowało się w garnuszku. Starsza córeczka mieszała łyżką zawartość garnuszka. Wyraźnie widziałam wynurzającą się rączkę.

Zimno mi się zrobiło, chociaż ranek był ciepły. Straciłam władzę w nogach, które ugięły się pode mną. Zjawili się jacyś ludzie, sąsiedzi, których ściągnął złowieszczy dym. Z trudem doszłam do domu. Tam z przerażenia i grozy zwymiotowałam wszystko, co rano zjadłam. Babcia myślała, że mam kłopoty z żołądkiem i szybko dała mi gorzki napój z piołunu, który służył jako lekarstwo na rozmaite biegunki. Gorzki napój przywrócił mi równowagę i jako taką przytomność. Wymioty ustąpiły i mogłam już opowiedzieć, co widziałam.

5.2 – Orszak pogrzebowy

Kiedy przyszłyśmy do ogrodu było tam już bardzo dużo ludzi. Makabryczna wiadomość szybko się rozeszła. Cały ogród został doszczętnie zdeptany. Wojsko lub milicja również znajdowało się przy ognisku. Dopadli półżywą, nieszczęśliwą ofiarę i bili, popychali, kopali, a ona nie odezwała się ani słowem. Leżała na ziemi, a ciałem jej wstrząsał dreszcz. Ona chyba była w agonii.

Co odczuwała? Czy bardzo cierpiała? Jak bardzo musiała być głodna!? Woskowo-żółta twarz bez kropli krwi nie wyrażała nic.

Żołnierze postawili ją na nogi i przywiązali do pleców resztki martwego dziecka. Nie miała siły poruszać się, ciągle upadała, a oni znowu i znowu stawiali ją na nogi. Dlaczego nie rozumieli, że ona umierała? W końcu pociągnęli ją za ręce, które wydały mi się bardzo długie. Bose, chude i owrzodzone nogi zamiatały uliczny kurz. Palce krwawiły, ale ona pewnie nie czuła już nic.

Dziwiłam się, że ta nędzna istota, ten kościotrup ma w sobie jeszcze krew. Pamiętam wyraz jej wielkich niebieskich oczu. Na twarzy żółtej jak wosk tylko rozwarte oczy błyszczały martwym niesamowitym blaskiem. Starszą córeczkę niósł milicjant w cywilnym ubraniu, a może był to jakiś dobry, litościwy człowiek. Nie znałam go. Nie był z naszej wioski.

My – ludność z wioski szliśmy z tyłu. Był to niezwykły orszak pogrzebowy. Z początku szliśmy milcząc. Panowała ciężka cisza. Słychać było jedynie kroki mundurowych, stukot ich ciężkich butów. Przygniatająca cisza była nie do zniesienia.

Ktoś w tłumie zaintonował pobożną, smutną pieśń pogrzebową, a cały orszak natychmiast podchwycił śpiew. Niosło się wołanie, płynęła pieśń nad sadami, chatami i gdzieś daleko odbijała się jękiem i echem. Wygłodzeni i bezsilni nie mogliśmy nadążyć za milicją. Zostaliśmy kawałek z tyłu. Kiedy dowlekliśmy się pod dom posterunku milicji, drzwi były już zamknięte i kobiety z dzieckiem już nie widzieliśmy.

Nie wróciliśmy do domów. Staliśmy pod drzwiami, a ludzi przybywało coraz więcej. Nikt nas nie przeganiał. Śpiew i odmawianie różańca nie przeszkadzało towarzyszom. Ale skoro tylko słowa modlitwy przemieniły się w wołanie „chleba, chleba” i „nie chcemy zdychać” – drzwi posterunku natychmiast się otworzyły. Wyszła władza uzbrojona po zęby. Rozległ się brutalny, ostry krzyk: „Won, bo będziemy strzelać”.

Nie odczuwałam lęku, a może nie zdawałam sobie sprawy czym to grozi. Stałam razem z grupką dzieci w pierwszym szeregu. Dorośli stali za nami i chyba zlękli się, bo wołanie „chleba” ustało. Zapanowała cisza. Czekałam na wystrzały. Tym razem jednak nie strzelano. Tłum stopniowo topniał. Kiedy obejrzałam się, zobaczyłam, że dorośli już odeszli. Na placu pozostały dzieci. Moja babcia stała tuż za mną.
– Już jest po pogrzebie. Chodź do domu – powiedziała cicho.

Wracając do domu nie rozmawiałyśmy. Cóż mogłyśmy mówić. Nie było takich słów, które by choć w części oddawały stan naszego samopoczucia: żałobę, smutek i beznadziejność. Całe ciało drżało. Czułam bicie serca w każdej cząsteczce ciała oraz ogromne zmęczenie.

Ciężki jesienny i jeszcze gorący dzień trwał nieskończenie. Zdawało się, że już nigdy nie będzie miał końca. W domu nerwy całkowicie odmówiły mi posłuszeństwa. Doszłam do łóżka, a dalej pamięć się urwała.

Gdy w nocy otworzyłam oczy, zobaczyłam babcię czuwającą przy mnie. W domu pachniało zupą. Piłyśmy odżywczy płyn i rozmawiałyśmy o minionym dniu, o życiu i śmierci.

Owa kobieta – sprawczyni tragicznego czynu, już nie żyła. Nawet umierając nie miała spokoju. Ona konała, podczas gdy milicjanci ciągnęli ją na posterunek. Zaledwie przed kilku laty była piękna, młoda, szczęśliwa i bogata. Pochodziła z Płoskirowa, z rodziny zamożnych mieszczan. Jej rodzice i rodzeństwo zginęli pierwsi jako „pomieszczyki” – wyzyskiwacze, czy jakoś w tym rodzaju. Ocalała wtedy, tylko dlatego, że wyszła za mąż na wsi i zapomniano o niej. Czy warto było męczyć się jeszcze kilka lat i umrzeć śmiercią głodową?

Jej teść, bogaty gospodarz z naszej wsi, nawet nasz niedaleki sąsiad, pan Łoza był bardzo zamożny. Miał nawet młyn wodny. On również zginął wraz z synami jako kułak. Synowa z Płoskirowa znów ocalała z tego rodzinnego pogromu. Opiekowała się chorą teściową i dwojgiem własnych dzieci. Po śmierci teściowej wyrzucono ją na bruk. Oprócz dwóch małych dziewczynek nie miała już nikogo i nic. Bez dachu nad głową, bez środków do życia tułała się po cudzych kątach. Żyła na łasce całej wsi. Opiekowaliśmy się nią dopóki sami nie staliśmy się nędzarzami. Kiedy nadeszła wiosna, a ludzie zaczęli umierać z głodu – zniknęła. Prawdopodobnie żebrała po innych miastach i wsiach. W końcu wróciła do nas i umarła razem z młodszym dzieckiem. To dziecko już nie żyło, kiedy ona je gotowała. Przeżyła piekło na ziemi…

Mój Boże, już tyle lat minęło, a ja pamiętam to tak dokładnie jakby działo się wczoraj. Noc pogodna, pełnia księżyca, a my obie – ja z babcią, siedzimy na progu mieszkania i rozmawiamy. Cała wieś zastygła wtedy w wielkiej ciszy.

5.3 – Dlaczego ocalałam?

Gdy obecnie wracam myślami do tamtych dni, to dochodzę do wniosku, że powinnam być wdzięczna losowi. Nie wiem dlaczego ocalałam? Czy to było szczęście, czy przypadek? Szczęściem na pewno było to, że miałam wspaniałą i czułą babcię (matkę mamy). Umiała mną pokierować. Nauczyła wiele, na przykład takich ważnych wtedy rzeczy jak odróżniania jadalnych chwastów od niejadalnych. Jakże często były one naszym pożywieniem. Nauczyła mnie wytrwałości, cierpliwości i pokory.

Aby utrzymać nas przy życiu chwytała się różnych sposobów. Piekła placki z plew, gotowała zupę z lebiody, pokrzywy, a nawet z owsianej słomy. Wszystkie te namiastki pożywienia były właściwie niejadalne, ale nie były trujące. Oszukiwałyśmy nasze żołądki i wciąż zwyciężałyśmy śmierć.

A najważniejsze było to, że ona mnie bardzo kochała. Jej miłość pomagała mi przetrwać. Często uciekałam z głodnego domu, ale stęskniona wracałam i widziałam jej radość, że ja jeszcze żyję. Nie chciałam umierać, by nie sprawić jej bólu. Gdybym umarła, ona nie zniosłaby tego. Miłość i przywiązanie to najlepszy sposób na życie.

Drugim szczęściem był dach nad głową. Ja już byłam prawie dorosła i było mnie wszędzie pełno: w polu, w lesie, na łąkach. Wszędzie szukałam ratunku i czasami ratunek nadchodził. Widocznie los tak chciał.

Piękna, rudowłosa, o białej twarzy i niebieskich oczach, pani Łozowa nie mogła wyżyć. Dwoje malutkich dzieci, którymi się opiekowała, wiązały jej ręce. Przecież one nie mogły odżywiać się chwastami. Brak własnego kąta dopełnił reszty. To musiało się tak skończyć. Aż nie do uwierzenia, ale tak niestety było. Nie tylko ona, ale cała jej rodzina zginęła. Tylko jakiś daleki krewny ocalał – to było wszystko.

Moja rodzina również została straszliwie „przetrzebiona”. Z siedmiorga rodzeństwa został tylko ojciec i najmłodszy brat – stryj Wojtek, który zmarł jak człowiek – śmiercią naturalną. W tę noc kiedy zmarła pani Łozowa przysięgłyśmy sobie, że nie damy się śmierci, że obronimy się.

Ucieszyłam się, że babcia przestała przygotowywać mnie do śmierci. Wierzyłam jej. Ona była dla mnie ostoją, była wszystkim. Już nigdy więcej nie uciekałam z domu, żeby nie przysparzać jej dodatkowych zmartwień, których jej nie brakowało. Mijała straszna i smutna niedziela. Oby nigdy nie powtórzyło się coś tak makabrycznego.

Od poniedziałku walczyłyśmy o jeszcze jeden dzień życia. Przypadkowo na strychu nad oborą znalazły się, zapomniane przez wszystkich, suche, żółte liście tytoniu. Ojciec pewnie je tam schował. Był to bardzo dobry i chodliwy towar. Teraz miałyśmy więcej pieniędzy, ale nie było co za nie kupić. Nawet człowiek, od którego dostawałyśmy mięso znikł jeszcze przed żniwami. Jego mieszkanie stało puste, a w drzwiach wisiała kartka, że był to spekulant i oszust. Był – to znaczy, że już go nie ma, czyli znikł jak wszyscy.

Żniwa musiały się skończyć z powodu deszczu. W czasie upalnego lata nie chciało mu się padać, ale za to jesienią nadrabiał straty. Część zbóż zimową porą stratowało bydło, część jednak zebrano. Reszta mokła i gniła. Takie słabe zbiory nikogo nie martwiły. Wszystko to było państwowe.

Pewnego deszczowego dnia naczalstwo obwieściło zebranie. Stawiennictwo, jak zwykle, było obowiązkowe. Z duszą na ramieniu zajęliśmy miejsce w szkolnej świetlicy. Bardzo bałam się o babcię. Przecież tylko ona mi została. Zebranie okazało się niegroźne, a nawet obiecujące i korzystne. Otóż wszyscy, którzy pracowali w polu, dostaną zapłatę w postaci ziarna. Było to dla ludzi zaskoczeniem. Kto by pomyślał, że towarzysze zdobędą się na taki „wspaniałomyślny” czyn. Co prawda pola i zboże należało do nas, ale jak dotychczas to wszystko nam zabierano, a tu niespodziewanie będą nam płacić. Jakoś nie chciało się wierzyć. Może to tylko żart? Przecież całe lato na plantacji ziół pracowaliśmy za skibkę czarnego chleba i miseczkę zupy.

Po paru dniach babcia przyniosła w koszyku trochę ziarna. Niewiele tego było. Ja w swojej spódnicy na podszewce więcej nakradłam. Zapasy na zimę jednak odrobinę powiększyły się. Z ogrodu zebrałyśmy trochę kukurydzy, buraków, marchwi i dużo pięknych dyń. Piwnica już nie świeciła pustką.

Najważniejszą rzeczą było szukanie opału. Drzew we własnym lesie i na łące nie wolno było ścinać. Została tylko ubiegłoroczna słoma i dalsza rozbiórka zabudowań i płotów. Będziemy ogrzewać mieszkanie tylko w bardzo mroźne dni i tylko jedno pomieszczenie. Kilka razy udało się nam przywieźć z lasu chrustu małym ręcznym wózkiem, i to było wszystko.

O nieszczęsnym chruście dowiedziało się naczalstwo. Natychmiast zjawiło się u nas dwóch milicjantów, jak zwykle z karabinami. Szukali kradzionego drzewa. Znowu był strach, że skonfiskują nasze skromne zapasy. Zabraliby je na pewno, ale na szczęście – nie znaleźli. Na nasze głowy posypały się razy, wyzwiska i przekleństwa.

Nadchodziła znowu ciężka zima. Czułam się bardzo dziwnie. Nic mnie nie bolało, ale odczuwałam ogromne osłabienie, zawroty głowy, a nawet miałam omdlenia. Wieczorem poruszałam się po omacku. Byłam ślepa. Na szczęście rano odzyskiwałam wzrok. Trzeba było powiadomić mamę. Ona przecież nie wiedziała czy jeszcze żyjemy.

W takich beznadziejnych chwilach zawsze myślałam o ojcu. Gdzie on teraz jest? Czy żyje? Czy myśli o nas? Dlaczego tak długo milczy? A mógł naprawdę wrócić. We wsi tej jesieni był względny spokój. Nikogo na razie nie zamykali i nie zabijali. Niektórzy powrócili z tułaczki i nie karano ich. Bardzo dużo było śmierci i towarzysze pozwolili trochę odetchnąć, odpocząć.

Była już jesień – deszczowa i chłodna pora roku. Ojciec niestety wciąż milczał, ale ja wciąż nie traciłam nadziei. Wierzyłam, że szczęście jeszcze mnie nie opuściło. A szczęście to miałam nie byle jakie, ciągle żyłam i to tylko się liczyło.

5.4 – Ojciec wraca

Pewnej deszczowej nocy ktoś cichutko zapukał do okna. To był ojciec!!! Wyczekiwany, tyle razy opłakiwany, kochany, najdroższy ojciec wrócił do nas. W tę szczęśliwą noc jeszcze dobrze nie widziałam jego twarzy, bo mgła – kurza ślepota zasłaniała mi cały świat. Tuliłam się do niego, całowałam chłodną, szorstką twarz, która pachniała wiatrem. Czułam słony smak łez. Ojciec płakał!

- Co oni z wami zrobili – szeptał. Zastanawiałam się kto to byli ci „oni”.
– Dlaczego jesteście takie wychudzone? – padały szybkie pytania.
– Gdzie reszta rodziny?
Babcia płacząc opowiadała, a on słuchał, a płacz nie pozwalał mu mówić.
– Przecież przysyłałem wam pieniądze? – denerwował się.

Żadnych pieniędzy, żadnych listów nie otrzymywaliśmy. Żadna korespondencja do nas nie dochodziła, pewnie ginęła w drodze lub już na miejscu przeznaczenia.

Ukraina odcięta była od całego świata i chyba nikt nie wiedział co się tutaj działo. Ciężko zarobione kopiejki, które ojciec wysyłał nie spełniły swojego przeznaczenia. One miały decydować o życiu i śmierci. Mimo wszystko przetrwaliśmy. Jeszcze tej samej nocy po raz pierwszy od tylu miesięcy jadłam prawdziwy chleb, a nie czarne lepioszki. Tak smacznego chleba już chyba w życiu nie jadłam więcej. Ojciec przywiózł również kilka pszennych, białych bułeczek, smalec, a nawet odrobinę cukru. Osłodzona woda i chleb ze smalcem smakowały jak najwykwintniejsze danie świąteczne. Zapach chleba wypełnił całą izbę.

Poczułam się nad wyraz szczęśliwa i bezpieczna, jak nigdy dotąd. Gdy późnym rankiem obudziłam się, zobaczyłam w domu mamę. Byliśmy nareszcie razem. Brakowało tylko dziadka. W niektórych domach wymarli wszyscy, mieliśmy szczęście, nie da się zaprzeczyć. Mama nie głodowała tak bardzo jak my, ale również wyglądała nędznie. Ciężka praca, a przede wszystkim ciągłe niedosypianie zrobiły takie same spustoszenie jak głód. W tamtych ciężkich czasach, nawet nieopłacalna praca w szpitalu była jakimś ratunkiem. Otóż mama przynosiła ze szpitala różne lekarstwa, odżywki, oraz tran. Przecież w żadnej aptece nie kupilibyśmy tych leków. Kuracja przebiegała sprawnie. Stopniowo wracałam do zdrowia. Piłam lekarstwa i jadłam wszystko, co choć trochę nadawało się do jedzenia.

Ojciec będąc w republice białoruskiej nie cierpiał głodu. Wtedy, gdy na oślep uciekał też była późna jesienna pora. Dla niego podróż pociągiem, a później piechotą nie była lekka, ani bezpieczna, a koniec jej był nieznany. Wszystko zakończyło się jednak szczęśliwie. Granica między radziecką Ukrainą i Białorusią była strzeżona niczym granica wrogiego mocarstwa, ale ojcu nawet dokumentów nie sprawdzano. Znowu ten przysłowiowy łut szczęścia? Z pracą też nie było kłopotów. W jakimś nowoutworzonym kołchozie pracował jako cieśla przy budowie chlewni. Luksusów tam nie było, jednak takiego głodu jak na Ukrainie nie przeżywał, dlatego też nie wiedział, że ludność u nas masowo umierała. Gazety o tym nie pisały, listy nie dochodziły. Byliśmy od siebie odcięci oceanem milczenia i tajności.

Zima roku 1933/34 zbliżała się jednak nieubłaganie i znowu niosła nieznane. Ludzie nadal umierali, ale nie tylko z głodu. Gruźlica, tyfus, czerwonka były przyczyną licznych zgonów. Śmierć była nienasycona. Na zaśmieconych, pokrytych kałużami i marznącym błotem ulicach leżały zwłoki dorosłych i dzieci, teraz tylko nie łaziły po nich muchy. Im było już za zimno.

Nadal było bardzo źle, skromne zapasy szybko topniały. Nawet ojciec bał się zimy. Ja nie miałam obuwia, a także ciepłego zimowego okrycia. Wciąż chodziłam boso po marznącym błocie. Ale od czego pomysłowość ojca. Z jakichś starych chodaków – zniszczonych i wydeptanych, zrobił dla mnie śmieszne haczykowate „buty”, ale bosa już nie byłam. Ze starej, walającej się po strychu kapoty babcia uszyła płaszcz. Nareszcie miałam ciepło. Znowu zaczęłam handlować – nosiłam na plecach drzewo. Za zarobione kopiejki kupowałam kaszę i czarny chleb.

Dodatkowo jedna plaga gnębiła mnie i babcię. Były to wszy. Wybieranie ich z głowy, tak zwane iskanie, nic nie pomagało. Żadnych środków do zwalczania tego robactwa nie było. Ubranie można było wygotować, ale głowę? Stanęło na tym, że warkocze zostaną obcięte, babcia już była ogolona. Po namyśle mama postanowiła spróbować tępić wszy naftą. Środek okazał się bardzo skuteczny, ale był zbyt silny. Skóra na głowie pokryła się bąblami od poparzenia, ale warkocze zostały uratowane.

Gdy popadał pierwszy śnieg i mróz na dobre skuł całą ziemię przyszło nowe nieszczęście. Tym ciosem była ciężka choroba ojca. Skąd zimową porą wzięła się czerwonka? Muchy już przecież wyginęły. Przypuszczam, że w lecie zapobiegała jej gorzka herbata z piołunu, lecz teraz jej nie piliśmy. Z ojcem było bardzo źle. A że nie mieliśmy pościeli, to leżał on na ubiegłorocznej słomie. Chowając się po kątach płakałam i prosiłam Boga o ratunek. Wiedziałam, że ludzie zarażeni tą chorobą niechybnie umierali. I znowu szpital okazał się pomocny. Mama przynosiła jakieś lekarstwa, które ojciec pił, a my czekaliśmy na cud ocalenia. I ojciec wyzdrowiał. Po chorobie wychudzony – już bardziej podobny do nas – stracił nadzieję, zwłaszcza, że dom znowu był pusty.

Pewnego razu za utargowane kopiejki kupiłam żółty, kukurydziany chleb, który był jak zwykle niedopieczony i bardzo się kruszył. Aby donieść do domu żółte, wilgotne okruchy kupiłam „Prawdę”, w którą je zapakowałam. I o dziwo gazeta przydała się. Były w niej bowiem opisy wspaniałych sukcesów partii i rządu. Chełpiono się wykonaniem i przekroczeniem planów na odcinku kolektywizacji i tym podobne. Pisano, że błędy, które popełniono były nieuniknione, a nawet potrzebne, ponieważ na błędach partia zdobywa doświadczenie i uczy się rządzić krajem. Kułacy i „pomieszczyki” zostali wyniszczeni. Tyle – mniej więcej – zrozumiałam, z tego co czytał ojciec.

Minęło znowu kilka „normalnych dni”, bardzo ciężkich i głodnych. Nikt nic nie wiedział i niczego dobrego się nie spodziewał. Aż tu nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, nasz mały wiejski sklep ożył. Na regałach znalazł się świeży, pachnący chleb. Po drugiej stronie stały worki z kaszą, mąką, grochem. Codziennie rano przywożono świeże mleko. Pod sklepem ustawiały się długie kolejki. Jeżeli zakupy się udały, to na obiad mieliśmy duże, z jasnej mąki – kluchy na mleku. Każde z nas dostawało porcję tych pyszności. Błyskawicznie zjadłam michę kluchów i wcale nie czułam sytości. Jak to się mogło zmieścić w moim, zdawałoby się niedużym brzuchu.

Nareszcie zjawiłam się w szkole. Teraz dopiero zobaczyłam jak mało dzieci ocalało. Było nas o połowę mniej. Aż nie do uwierzenia, że w ciągu wiosny i lata zmarło aż tyle. Ci, którzy przeżyli, stopniowo powracali do tego świata. Nikt chyba nie zaprzeczy, że staliśmy się wybrańcami losu. A ilu zmarło dorosłych… Żadne statystyki (później) nie podały tego w miarę dokładnie. Ginęliśmy jak muchy. A kto kiedykolwiek liczył padłe muchy? Od jesieni 1932 roku do późnej jesieni 1933 roku żadne z dzieci nie chodziło do szkoły, czyli cały długi rok szkolny, ale jakimś cudem, wszyscy bez wyjątku byliśmy w następnej klasie!?

Zdawałoby się, że wszystko złe zostało za nami. I chociaż głód nie doskwierał już tak bardzo, to jednak życie toczyło się w wielkiej nędzy i niedostatku. Prawdziwy chleb był w sklepie prawie codziennie, ale nie było go za co kupić.

Ojciec bardzo długo poszukiwał pracy, ale poszukiwał nadaremnie. Jako kułak i wróg narodu nie miał prawa do pracy. Zresztą pracy nie miało wielu innych. Tylu ludzi zginęło, a mimo to dla ocalałych zajęcia nie było. W końcu jednak ojciec zaczął pracować w fabryce jako tragarz. Nie trwało to długo. Uszkodzony w czasie tortur kręgosłup natychmiast dał o sobie znać. Pewnego razu tata upadł niosąc worek cukru i natychmiast został zwolniony, jako uchylający się od pracy, z tak zwanym „wilczym biletem”, czyli ujemną charakterystyką. Z takim papierem już na pewno nie miał szans na pracę.

Tak skończyła się kariera mojego ojca, a żyć trzeba było dalej. Jako szewc nie miał racji bytu, bo nie było z czego szyć obuwia. Należało wymyślić coś innego. Z sąsiadem – panem Rykanowskim, również kułakiem poszli do miasta z podstawowymi narzędziami szukać zajęcia. Od domu do domu chodzili prosząc ludzi o jakąkolwiek pracę. Byli po prostu żebrakami. Rąbali drzewo, zamiatali podwórza, wywozili nieczystości. Trochę za wykonaną pracę, trochę z litości dostawali marne grosze, ale chleb w domu już był.

Przyszły święta „Bożego Narodzenia”, o których zapomnieliśmy. Dorośli na pewno pamiętali, ale dzieciom nic się nie mówiło.

6.1 – Błogosławieństwo pracy

Nadeszła wiosna 1934 roku. Już w kwietniu przestałam chodzić do szkoły. Musiałam iść do pracy – zarabiać na życie, a miałam wówczas skończone 13 lat. Bez przeszkód zostałam przyjęta do pracy na dworcu kolejowym Greczany. Nie wymagano od dzieci żadnych papierów lub charakterystyk.

Zamiatałam perony, pieliłam chwasty na torach. Brygady dziecięce kopały rowy i nosiły drewniane podkłady kolejowe. Była to bardzo ciężka praca. Wracałam do domu półżywa. Dopiero gdy nastała zima, a ziemia zamarzła, brygady dziecięce rozwiązano.

Byłam tak chuda i wysuszona, że po raz drugi w życiu nie poznawałam siebie. Z lusterka patrzyła na mnie twarz dorosłej, zmęczonej osoby, a nie dziecka. Bardzo okrzepłam, zahartowałam się, byłam w miarę silna. Zarobiłam niewiele, ale kupiono mi płaszcz, wprawdzie nie nowy, ale jeszcze w dobrym stanie. Od ojca dostałam „nowe” buty, przerobione ze starych. Wyglądałam trochę schludniej.

Dopiero późną jesienią zjawiłam się w szkole. Byłam już w następnej klasie! W czasie zimy szkoła nie była ogrzewana. Zanosiłyśmy się od kaszlu. Nadal panowały choroby, a śmierć wciąż nie miała dość.

Zbliżały się następne święta Bożego Narodzenia. Obchodziliśmy je bardzo uroczyście – na kolację wigilijną zaprosiliśmy sąsiadów. Zamiast opłatka mieliśmy czarny chleb. Przełamaliśmy się nim i złożyliśmy sobie najserdeczniejsze życzenia wszystkiego najlepszego. Do samego rana śpiewaliśmy kolędy i modliliśmy się, dziękując Bogu za ocalenie.

Czuliśmy się wybrańcami losu i ludźmi bardzo szczęśliwymi. Przecież w naszej wiosce, niegdyś dużej i zamożnej, ocalało mniej niż połowa ludności. Były wioski, dalej od miasta, gdzie nie ocalał nikt. Hitler mordował ludzi inaczej. Budowanie wielkich fabryk śmierci oraz krematoriów było przedsięwzięciem kosztownym. W komunistycznym państwie, rządzonym rzekomo przez robotników i chłopów, gdzie z głośników nieustannie płynęła wesoła muzyka i słowa o szczęściu, o radości życia, nikt nas masowo nie zabijał. Ludzie umierali bez niczyjej pomocy – całymi wioskami, całymi dzielnicami w miastach.

Taki zamierzony, lub niezamierzony sposób zabijania nie kosztował nic. Kiedy głód ustał, ludzie nie szukali winnych. Byliśmy szczęśliwi, że żyjemy. A winnych przecież nie było, zwłaszcza, że o głodzie nie wolno było mówić.

Dzisiejsi historycy i badacze liczą ile to ludzi zmarło na Ukrainie. W tamtych czasach nikt nas nie liczył, ani żywych, ani tym bardziej umarłych. Wydawało się, że jest to niemal zakazane. Umieraliśmy, bo tak trzeba było, umieraliśmy planowo. Może nawet z tego tytułu ktoś otrzymał order „Czerwonej Gwiazdy”?

Całą długą zimę nasza szczęśliwa czwórka dzielnie walczyła o przetrwanie. Szczęście uśmiechało się do nas. Otóż w Płoskirowie został otwarty warsztat szewski, tak zwanaartel, w której ojciec otrzymał pracę. Na razie reperowano obuwie. Za tę pracę płacono niewiele, ale chleb znowu w domu był.

Z nastaniem wiosny zaczęto szyć kobiece i dziecięce sandałki – płótniaczki, drewniaczki, a nawet męskie półbuty. Siłą rzeczy zarobki zwiększyły się nieco. Zapowiadało się, że będzie nam trochę lżej.

Mama również dostała pracę przy wydobywaniu torfu. Miała dosyć harówski w szpitalu. Była to ciężka praca, którą wykonywały wyłącznie kobiety i dzieci. Mężczyźni pełnili kierownicze stanowiska jako kierownicy, brygadziści i poganiacze.

Mama pracowała nie skarżąc się na los i jakoś wytrzymała do późnej jesieni. Jako przodownica pracy dostała nawet bezpłatnie opał na zimę. Cieszyliśmy się, że nie trzeba będzie kraść chrustu we własnym lesie. Życie stawało się znośniejsze. Sklepy przemysłowe i z ubraniami nadal nie istniały, ale na bazarze było wszystkiego pełno.

6.2 – Portret Pawlika Morozowa

Rzeczy zrabowane w czasie rozkułaczania i przymusowej kolektywizacji leżały gdzieś w ukryciu i czekały na odpowiedni czas, czekały na ludzkie zapomnienie. Mama starała się kupować rzeczy najbardziej potrzebne. To zubażało naszą i tak biedną spiżarnię. Trzeba było bardzo oszczędzać, by znowu móc związać koniec z końcem, ale ja mimo to cieszyłam się bardzo gdy w domu pojawiło się coś ładnego i potrzebnego.

Przestały mnie męczyć myśli o głodzie i śmierci. Stopniowo wymazywałam z pamięci cierpienie i udrękę. Czułam się bezpieczna, ale jak długo? Zdawało się, że naczalstwo i GPU zapomniało o ojcu. Nie byliśmy przez nich nachodzeni. W sąsiedniej wsi przybyło dużo ludzi obcych, przeważnie Rosjan, którzy zamieszkali w kułackich chatach lub w tych, których mieszkańcy wymarli z głodu.

Rosjanie uważali nas za ludzi niższej kategorii. Z niepojętą nienawiścią ubliżali nam jadowicie, nazywając Lachami, Polaczkami lub Mazurami. Nie mogłam pojąć jak słowo Polak lub Mazur mogło być wyzwiskiem. Przecież żyliśmy tu zawsze i ta wieś była naszą wsią, a kraj – naszą ojczyzną. Miejscowi Ukraińcy i Żydzi zawsze nazywali nas Mazurami, ale nie czuliśmy się przez to gorszymi.

Jakaś ciężka atmosfera wisiała w powietrzu. Prasa, radio piętnowały i oczerniały Polskę – faszystowską (?!), a Polacy napiętnowani zostali piętnem ludzi niebezpiecznych, zdrajców, wrogów ludu, zwłaszcza, że Polska była tak blisko.

Przeczuwaliśmy, że nowe zło zbliża się nieuchronnie, ale nikt nie potrafił przewidzieć, co ono ze sobą przyniesie. Znowu najbardziej zagrożony był ojciec. Czy nastąpią nowe aresztowania? Jak ratować ojca? Przecież to dzięki ojcu życie stawało się względnie znośnym. Były pieniądze, był chleb. Stopniowo zrzucaliśmy z siebie podarte, żebracze łachmany. Stawaliśmy się podobni do normalnych ludzi.

Ja oczywiście chodziłam jeszcze do szkoły, ale już w Płoskirowie. Cóż to była za szkoła!? Istne muzeum gipsowych figur. Na korytarzu stały białe postacie Lenina i Stalina oraz różnych rozmiarów popiersia. Na ścianach wisiały kolorowe plakaty, na których Stalin po ojcowsku tulił dzieci różnych narodów i kolorów skóry. Na innych robotnicy i chłopi obdarowywali Stalina kwiatami i dziękowali mu za wszystko co dla nich uczynił. Kiedy tak patrzyłam na plakaty, na uśmiechnięte białe gipsowe postacie, to mimo woli myślałam, że to co przeżyliśmy, chyba nie było jego dziełem, że to ktoś inny – bardzo zły i obcy, bez zezwolenia i wiedzy Stalina dopuścił się zbrodniczych czynów. Przecież wódz tak mile uśmiecha się do dzieci.

Dzieliłam się swoimi myślami i spostrzeżeniami z rodzicami, a oni nic nie mówili tylko z politowaniem kiwali głowami i smutno się uśmiechali. Dopiero po wielu latach zrozumiałam, że nie mogli wówczas nic powiedzieć. Bali się mnie. W tamtych czasach jakieś bezmyślne i niewinne dziecięce paplanie bardzo często kończyło się uwięzieniem lub śmiercią rodziców lub sąsiadów.

Nikt nikomu nie ufał. Żona bała się męża, mąż bał się żony. W obecności dzieci dorośli rozmawiali bardzo ostrożnie. Dzieci były niebezpieczne. Takim właśnie gierojem, który wydał własnych rodziców i stał się przyczyną ich śmierci był Pawlik Morozow, nazywany przez nas „Pawka”. W szkole zachęcano dzieci by brały z niego przykład.

Co myślałam wtedy o jego czynie? Potępiałam go oczywiście, ale jednocześnie współczułam. Propaganda, ciągłe wychwalanie jego postępku, mówienie o nim jak o bohaterze, zasiały ziarno zła w dziecięcych umysłach. Dorośli starali się o nim nie mówić, szczególnie pośród dzieci.

Portrety Pawlika wisiały obok portretów Lenina i Stalina. On był nawet ładnym chłopcem, a głód nie odbił piętna na jego twarzy. Buzia uśmiechała mu się od ucha do ucha, czego nie można było powiedzieć o naszych wciąż smutnych twarzach. Niektóre dzieci uważały, że to wielki zaszczyt wisieć tak blisko portretu Józefa Wisarionowicza. Tak myślały dzieci dygnitarzy partyjnych, bo i one uczęszczały do naszej szkoły.

Chociaż głodu już nie było, to znamię cierpienia i strachu jeszcze nie znikło. Zbyt długo trwało zmaganie się ze śmiercią, z niewielkimi chwilami odpoczynku, który decydował o przeżyciu (dieta rybna). Na uśmiech trzeba jeszcze było zaczekać.

7.1 – Zepchani do bydlęcych wagonów

Nadszedł rok 1935. Po mroźnej i niespokojnej zimie nastało ciepłe i pogodne pod każdym względem lato. Ten naprawdę spokojny czas miał nawet swoją nazwę -pieredyszka.

Zajęci walką o byt nie przestawaliśmy być czujni. Po tylu latach nauczyliśmy się omijać przeszkody i zagrożenia. Sporadyczne ucieczki, wymykanie się z rąk oprawców opłacało się. Na ogromnych przestworzach Kraju Rad można się było chwilowo ukryć, zawieruszyć. Wystarczyło mieć dowód osobisty (paszport) bez zbędnych, niejasnych adnotacji i bezpieczeństwo na parę miesięcy było pewne, lecz nie dłużej.

Dla ludzi samotnych, nie obarczonych rodziną i obowiązkami było to rozwiązaniem dobrym. Opiekunowie i ojcowie rodzin takich szans nie mieli. Musieli poddać się losowi, jeżeli nie chcieli, by ich najbliżsi ginęli.

Okres żniw i wytężonej pracy rolników był zawsze najspokojniejszy. Ten spokój nie był przypadkowy, pozwalał bowiem zebrać plony. Uważam, że było to bardzo chytre i podstępne. Żniwa jednak nie trwały długo, nadchodziła jesień. Kto miał szczęście i odwagę, ten wyjeżdżał, po prostu uciekał. Jednak takich szczęśliwców nie było wielu.

Kto nie miał stałej pracy to już nie mógł nigdzie się urządzić z powodu polskości. Narodowość polska stała się uciążliwym balastem i przeszkodą do życia. Jakże Józef Wissarionowicz nienawidził Polaków! Niektórzy twierdzili, że on mścił się za 1920 rok, za „cud nad Wisłą”. Myślę, że było w tym trochę prawdy, bo żadna mniejszość narodowa nie była tak zawzięcie niszczona jak właśnie Polacy.

Był pochmurny, jesienny dzień. Od samego rana siąpił chłodny deszcz. Mimo brzydkiej pogody towarzysze biegali po wsi i oznajmiali, że niektóre rodziny zostaną deportowane w głąb Rosji. Moi rodzice również podlegali pod ten paragraf. Ojciec dostał papier, z którego wynikało, że mieszkanie nasze skonfiskowano za jakieś długi, a my z powodu polskości musimy opuścić teren przygraniczny. Nasza obecność, przy samej granicy z Polską, zagraża rzekomo bezpieczeństwu państwa. Musimy natychmiast szykować się do drogi.

Bydlęce wagony już stały na stacji. Płakali ludzie i płakało niebo! Na nic więc była walka z głodem i ogromna chęć życia. Ci, którzy zesłani byli w latach 1929-1932 nigdy nie dali znaku życia. Byliśmy więc przygotowani na najgorsze. Ależ krótki był okres wypoczynku, pieredyszki.

Nie szykowaliśmy się, nie było właściwie co szykować. Parę pakunków z pościelą i ubraniem – to było wszystko. Nie było nawet wystarczającej ilości chleba. Ale czy miało to jakieś znaczenie? Przyjaciele, ludzie, którzy mieli na razie szczęście i zostawali na miejscu przynieśli trochę żywności.

Niektórzy doradzali ucieczkę, zwłaszcza, że milicja była nieobecna lub gdzieś ukryta.
– Dwoje młodych i silnych ludzi da sobie radę – mówili.
A co się stanie ze mną i z babcią – myślałam zrozpaczona.

Mimo woli wsłuchiwałam się w te rozmowy i było mi smutno, przykro i beznadziejnie. Jestem niepotrzebna, jestem ciężarem, zawalidrogą. Byłam jedynym dzieckiem, a mimo to czułam się wtedy zbędna i niepotrzebna. Rodzice nie uciekli. Jakże byli bezradni i bezsilni.

- Jeżeli mamy ginąć to wszyscy razem – zdecydował ojciec.
Wkrótce nadjechał wóz i stanął przed naszym domem. Czas wyruszać w drogę.

Ogarnął mnie paniczny strach. Słyszałam jak dzwonią mi zęby. Byłam pewna, że jedziemy na stracenie. Trzej bracia ojca żegnali się z nami „na zawsze”. To pożegnanie sprawdziło się – bracia już nigdy więcej się nie spotkali. W 1936 roku i oni zostali wywiezieni aż na Kazachstan i tam zginęli z głodu i zimna. Od 1930 do 1936 roku zginęło w naszej rodzinie siedem osób razem z dziadkami (rodzicami ojca). Ginęły również niemowlęta, ale już nie pamiętam ile było śmierci tych najmniejszych i najbardziej bezbronnych.

Na ulicy Kamienieckiej, prowadzącej do dworca, nasz wóz dołączył do całej kolumny pojazdów. Jechało nas wielu, a ludzie z miasta i ze wsi odprowadzali zesłańców. Milicja (o dziwo!) nie rozpędzała odprowadzających. Kolumna furmanek z zesłańcami posuwała się po woli mokrym brukiem i była wybitnie polska.

Ogromny tłum ze śpiewem „Święty Boże, święty mocny..” szedł wytrwale aż do stacji kolejowej. Ostatni raz objawiliśmy towarzyszom, że jesteśmy Polakami. Jeszcze raz staraliśmy się potwierdzić naszą polskość, nie pomni na nic. Było nam wszystko jedno.

Wagony bydlęce już stały, a lokomotywa dyszała potężnie. Bardzo szybko wrzucono ludzi do wagonów, pociąg ruszył i oddalał się. Opuszczaliśmy rodzinne strony, a śpiew stopniowo cichł. Co nas jeszcze czeka? Dokąd nas zawiozą?

W wagonach było bardzo ciasno i duszno. Małe otwory imitujące okienka były zakratowane drutem kolczastym. Od czasu do czasu ktoś stawał na bagażach i patrzył na zasnuty mgłą, oddalający się świat. Na napotkanych stacjach dołączano nowe wagony z Polakami. Bardzo wolno posuwaliśmy się na wschód.

Pociąg zatrzymywał się na bocznych torach i stał nieraz nawet po kilka dni. Zdawało się, że podróż nigdy się nie skończy, że tu zginiemy. Gdyby tak się stało, to nikt nie odpowiadałby za to. Grunt, że byłoby nas trochę mniej.

Wagony cuchnęły niczym kloaka. Z nastaniem mrozów cierpieliśmy również z powodu zimna. Całe ubranie przesiąknięte było smrodem, okropnym trupim odorem. Latem 1933 roku nawąchałam się tego dostatecznie dużo. Ciekawa byłam co przewożono tymi wagonami? Zwłoki ludzkie, czy padłe zwierzęta?

Tylko na niektórych stacjach pozwalano nabrać kipiatku (wrzątku). Dopiero teraz zrozumieliśmy, jakie dobrodziejstwo wyświadczyli nam sąsiedzi i przyjaciele, którzy ofiarowali trochę żywności. Po raz drugi „zdychalibyśmy” z głodu, ponieważ na stacjach nie wolno było wysiadać. To był pociąg wiozący zbrodniarzy.

Potrzeby fizjologiczne załatwialiśmy nad otworem w podłodze, w czasie jazdy pociągu. Mijane stacyjki były tak małe, ubogie i zaniedbane, że z pewnością nie było tam żadnych sklepów z żywnością. Im bardziej posuwaliśmy się na wschód, tym bardziej dokuczał chłód, a w wagonie nie było przecież żadnego urządzenia ogrzewającego.

Śniegi pokryły pola, a szron zdobił drzewa, krzewy i chwasty. Osiedla ludzkie wyglądały coraz nędzniej. Chyba nawet przed rewolucją ich mieszkańcom nie powodziło się najlepiej.

Ojciec wyciął w deskach wagonu otwór, aby wpuścić trochę świeżego powietrza. Ten otwór służył również jako małe okienko do obserwacji świata, który nieubłaganie zostawał za nami. Wioski i stacje spotykaliśmy coraz rzadziej i teren stawał się coraz mniej zadrzewiony. Osady te wyglądały jak obornik wywieziony w pole i rozrzucony na małe kupki. Dym wydobywał się z tych małych, pokrytych śniegiem kopczyków.

Co to były za osiedla? Kto mieszkał i żył tak nędznie w szarym polu? A może to byli zesłani wygnańcy? Tu jednak nas nie wyładowano. Jechaliśmy dalej i czekaliśmy na jakiś koniec.

7.2 – Ognisko w cerkwii

W naszym wagonie nie było małych dzieci, ale w innych płakały tak żałośnie, że nie sposób było wytrzymać – krajało się serce. Na długich postojach, w szczerym polu, płacz maluczkich doprowadzał do rozpaczy. Byliśmy szczęśliwi, że pociąg znowu ruszał. Stukot kół i klekot starych, sfatygowanych wagonów zagłuszał żałosny płacz dzieci i jęki rodziców.

Później dowiedzieliśmy się, że dużo dzieci i osób starszych zmarło w czasie podróży. „Stróże porządku” zabierali od zrozpaczonych rodziców drobne, martwe ciałka i wymęczone, wychudzone ciała staruszków. Bóg jeden wiedział co oni z tymi zwłokami robili? Mówiono, że wyrzucali je na pole – przecież to żadna sensacja. Żyliśmy w Związku Radzieckim, a tam w każdym miejscu w ziemi lub na powierzchni leżały zwłoki ludzkie. Naród jednak wciąż się odradza i znowu jest nas bardzo dużo.

Nareszcie równina skończyła się. Pokazały się najpierw nieduże, a potem coraz większe pagórki, góry.
– Jedziemy w kierunku Uralu – powiedział ojciec.

Naraz całkiem niespodziewanie pociąg zatrzymał się. Konwojenci biegali od wagonu do wagonu i ogłaszali koniec podróży. Wyładowano nas prosto na śnieg, a pociąg z pustymi wagonami odjechał. Na zimnie i mrozie czekaliśmy bardzo długo, aż przyjechały sanie.

Zawieziono nas do miasteczka – Troickoje obwód Woroszyłowgrodzki. Była to jeszcze Ukraina. Stacja kolejowa nosiła nazwę Łantratowka. Już sam budynek stacji nie wróżył nic dobrego. Napis był ledwie czytelny. Tynk poodpadał od ścian i gdzie niegdzie wyzierała czerwona, przedrewolucyjna cegła. Na każdym kroku widoczna była bieda i nędza. Ludność wyglądała gorzej niż źle. Byliśmy więc u celu, lecz nie na dalekiej północy, na Sybirze, a na Ukrainie.

- Jeśli żyją tutaj ludzie, to my również będziemy potrafili – powiedział ojciec. – Cieszmy się i dziękujmy Bogu, że nie wylądowaliśmy w tundrze lub na ziemi Franciszka Józefa – dodał z uśmiechem. Poczuliśmy się raźniej, ba – byliśmy wdzięczni losowi za to, że znowu uśmiechnął się do nas.

Ale czy to był „uśmiech losu”?

Tutejsza zabiedzona ludność okazała się bardzo serdeczna. Wszyscy wyrażali chęć pomocy. Małymi saniami dojechaliśmy do centrum miasteczka. Zostaliśmy wysadzeni na placu obok dużej, ładnej cerkwi. Konie dostały siana a woźnice ukryli się gdzieś przed zimnem. Zimowy, ponury dzień dobiegał końca, a my niecierpliwie czekaliśmy, co będzie dalej. Mroźny, suchy śnieg pokrywał białym całunem ludzi i ich bagaże. Było tak zimno, że aż robiło się słabo i sennie.

Ojciec poszedł szukać jakiegoś ratunku, ale nie uszedł za daleko. Na każdym rogu stała milicja, byliśmy więc pod stałą obserwacją naszych „opiekunów”. Żeby było śmieszniej, sprawdzali dokumenty, których nikt nie miał. Jeszcze w domu paszporty-dowody osobiste były odebrane. Na tłumaczenie, że zamarzniemy na śniegu i mrozie milicjanci odpowiadali szyderczym i złośliwym śmiechem.

Przypadkowi przechodnie doradzili byśmy poszli do cerkwi. Skorzystaliśmy z tej rady. Kiedy ciężkie cerkiewne drzwi zamknęły się za nami z łoskotem ogarnęło mnie przerażenie. Było tam pełno gryzącego oczy dymu. Czaiło się nowe niebezpieczeństwo. Czyżby pułapka? Może to tutaj nastąpi koniec? Cofnęłam się, zostawiłam rodziców, chciałam uciekać, ale nie potrafiłam otworzyć ciężkich drzwi. Zesztywniałe na mrozie ręce były nieposłuszne.

Gdy oczy przyzwyczaiły się do ciemności, zobaczyłam ludzi siedzących wokół płonącego ogniska. O Boże! do czego to doszło! W cerkwi płonęło ognisko! I chociaż dym uchodził przez częściowo powybijane szyby, to oczy bardzo łzawiły i czułam nieprzyjemną gorycz w ustach. Buzujące ciepło ogniska jednak nęciło. Babcia wyciągając ręce nad ogniskiem, grzała się i prosiła Boga o wybaczenie, przecież jesteśmy tylko ludźmi.

Późną nocą zjawili się milicjanci i kazali ludziom, którzy tu byli przed nami, wychodzić z cerkwi. Oni również byli zesłańcami – Niemcy nadwołżańscy. Ich zabrano i my teraz zajęliśmy miejsce przy ognisku. Była to straszna noc, najgorsza od chwili opuszczenia domu.

Przez powybijane okna wpadało mroźne powietrze wraz z gwiazdkami śniegu. Zesztywnieliśmy z zimna, zwłaszcza, że skończył się opał. Nareszcie nadszedł upragniony ranek, ale i on nie polepszył beznadziejnej sytuacji.

Mamie udało się kupić kawałek chleba. Miejscowa ludność nazywała go szerscianym. To był dziwny, jęczmienny chleb pieczony razem z plewami, które kłuły jak sierść dzikiego zwierza. Oprócz chleba nic więcej nie sprzedawano. Ludzie tamtejsi byli nadzwyczaj dobrzy. Starali się jakoś pomagać i ulżyć naszej niedoli. Z pobliskiej olejarni dostaliśmy wiadro wrzątku.

Gdzieś około południa znowu byliśmy na saniach. Jechaliśmy dalej w nieznane głębokim jarem, po obu stronach którego wznosiły się kredowe góry. U podnóża gór szumiały na wietrze zeschłe trzciny i wysoka błotna trawa. Po kilku godzinach wyjechaliśmy na otwartą przestrzeń. Tu wiatr przenikał aż do kości. Krótki zimowy dzień chował się za górami.

Aby rozgrzać się trochę, biegłam przy saniach aż do zmęczenia. Biegli również rodzice. Jedynie babcia nie miała już sił na rozgrzewkę. Zmęczone, obolałe nogi odmawiały już posłuszeństwa. Nie skarżyła się i nie narzekała, taka była zawsze. Po wyrazie jej smutnych oczu i pobladłej twarzy wiedziałam, że cierpi, ale jak mogłam ulżyć jej cierpieniu? Sama moja litość i miłość nie wystarczały.

W czasie tej podróży odmroziła palce obu nóg. Już do końca życia odczuwała tego skutki. Przy najmniejszym ochłodzeniu palce puchły i czerwieniały. Nareszcie późną nocą dotarliśmy na miejsce przeznaczone dla nas.

Naszym oczom ukazała się nieduża, tonąca w ciemnościach wieś. Sanie sunęły długą, całkowicie pustą ulicą. Po jej obu stronach majaczyły niskie, ciemne i ponure chatynki, w przeważającej większości puste, bez okien i drzwi. Mijaliśmy je jednak, aż znaleźliśmy się na końcu wsi.

Dalej była już tylko pusta ciemna przestrzeń.

7.3 – Nowy „dom”

W oddali stał biały jak duch pałacyk, siedziba dawnych panów. Stał samotnie i bielą swą rozjaśniał ponury mrok nocy. Cały ten widok, na tle granatowego nieba był jak przerażająco-upiorny krajobraz z zaświatów.

Bałam się bardzo. Zdawało mi się, że jakieś nieziemskie siły zawiozły nas wprost do piekła. Mimo strachu i zmęczenia podświadomie czekałam na odrobinę ciepła i odpoczynku, ba, nawet marzyłam o umyciu się. Przecież tyle tygodni nie widzieliśmy ani wody, ani mydła. Niestety pozostało to tylko w sferze marzeń.

Piękny pałacyk, z balkonem i kolumienkami okazał się kompletną ruiną. Tam gdzie kiedyś znajdowały się okna i drzwi były jedynie postrzępione, sypiące tynk otwory, w których gwizdał wiatr.

- To jest wasze mieszkanie – powiedział milicjant – Tu zostaniecie na zawsze wy polskie szczury!
A więc i tutaj trzeba znosić obelgi.

Długim korytarzem dzielącym pokoje bez drzwi, prowadził nas milicjant do naszego „lokum”. W nim były jeszcze drzwi, ale nie było okien. Podłogi również nie było, a na piasek przez otwory okienne nawiało śniegu. W rogu pokoju, przy drzwiach, stał biały kaflowy piec, jakimś cudem ocalały. Brakowało w nim jedynie drzwiczek. Był nawet opał. Na podwórzu przed gankiem leżała sterta słonecznikowych łodyg, przysypana śniegiem. To nie był przypadek. Na rozkaz władz to miejsce szykowano dla kogoś, może dla nas?

Tak więc wyglądała nasza nowa przystań życiowa. Jak mamy żyć w tych warunkach, gdzie się ogrzejemy? Wszystkie trzy zalałyśmy się łzami. Ojciec, wieczny optymista, pocieszał, że lepsze nawet takie życie niż śmierć, jeszcze na razie żyjemy.

Gdy milicjanci odeszli zjawiła się natychmiast miejscowa ludność. Mimo nocy i chłodu przyszli zobaczyć, kogo tu przywieźli. A więc jednak mieszkał ktoś w tej wiosce. Byli to bardzo biedni ludzie, przeważnie kobiety. Ich ubrania składały się ze starych, brudnych kufajek. Podarty i poprzecierany materiał tworzył podłużne paski-wstążki, które powiewały na wietrze niczym indiańskie ozdoby. Oni przeżyli niejedną biedę, niejeden głód i aż nadto dobrze znali gorzki smak życia, dlatego byli współczujący i życzliwi.

Wszyscy zostaliśmy przyjęci pod ich skromny i ubogi dach i dostaliśmy po garnuszku gorącej wody. Spałam bardzo długo w chatce na sianie, odsypiałam całą męczącą podróż. W tym czasie nasze lokum zostało wysprzątane. Rodzice wyrzucili śnieg, okna zostały zasłonięte trzcinami, których było tu pod dostatkiem, a w kącie leżała sterta ostrej, błotnej trawy. To była nasza pościel i ochrona przed zimnem.

W piecu paliło się bez przerwy, ale ciepła w tym pomieszczeniu nie było. Pozatykane sianem i trzcinami okna nie przepuszczały nawet najmniejszego promyczka światła. Panowała ciemność i ziąb jak w grobie. Świeczki lub lampy naftowej nie można było ani kupić, ani pożyczyć. Jedynym oświetleniem był płonący piec, który rzucał migoczące światło na ponure wnętrze pokoju. Jak będziemy żyć, co będzie jutro?

Codzienny, bardzo skromny posiłek gotowała mama, na dwóch cegiełkach. Niebawem zabrakło pieniędzy na chleb i kaszę, a to było nasze podstawowe pożywienie. Czyżbyśmy zostali wywiezieni z rodzinnych stron tylko po to, by tutaj zginąć z zimna i głodu? Dlaczego i po co? W roku 1933 wyginęli tu prawie wszyscy, jedynie kilka rodzin gnieździło się w czworakach obok pałacu. Wieś była wyludniona. To była Ukraina, głód zrobił swoje. Polacy i Ukraińcy to, zdawało się dwie najbardziej znienawidzone nacje. Nie oszczędzano nas, tępiono, ale my mimo wszystko jeszcze żyliśmy.

Bardzo szybko zaprzyjaźniliśmy się z miejscową ludnością. Ojciec reperował im obuwie – starym zwyczajem, ze starych robił nowe, a oni coś niecoś płacili, trochę za usługę, a trochę z litości. Inaczej niechybnie zginęlibyśmy z głodu.

Była tam również „rodzina”, składająca się z przygarbionego, starszego pana i kobiety. Do nich chodziłam bardzo często, aby się umyć i trochę pogrzać nogi. Kobiecina imieniem Dunia opowiadała o swoim życiu. Kiedyś była nawet szczęśliwa i wesoła, ale w latach przymusowej kolektywizacji, tak niedawno temu, straciła wszystko. Razem z mężem, ojcem i dwójką dzieci zostali wywłaszczeni i pozbawieni środków do życia. Nadszedł głód, który nie oszczędzał nikogo, więc dzieci musiały umrzeć.

Po śmierci córek mąż Duni poszedł w świat. Może był to odruch rozpaczy, a może ucieczka przed śmiercią. Od tego czasu minęły już dwa lata, a on nie dawał znaku życia. Na pewno zginął jak wielu innych. Biedna, nieszczęśliwa kobieta wciąż popłakiwała i czekała na powrót męża. Na życie zarabiała pracując razem ze swoim ojcem w nowym kołchozie. Było tam kilka krów, które ocalały i dwie czy trzy pary koni. Te właśnie konie przywiozły nas z miasteczka.

Dla nas pracy już nie było, szczególnie w porze zimowej. Dunia pracowała jako dojarka i czasem udawało jej się przemycić szklankę mleka. Miała taką płaską, fikuśną butelkę, którą mogła bardzo łatwo schować. Podziwiałam pomysłowość, pracowitość i spryt Duni.

Mimo, że chatka była malutka, jednoizbowa, to było w niej bardzo czysto. Na ścianach wisiały wycinanki z gazet. Półki do naczyń kuchennych ozdobione były papierowymi serwetkami, obrus na stole też był gazetowy. Chatka Duni miała jeszcze tę jedną zaletę, że zaraz obok niej znajdowała się studnia (nasz pałac takiego luksusu nie posiadał). Może kiedyś istniało ujęcie wody, ale zostało zniszczone. Nosiliśmy więc wodę z daleka, albo po prostu topiliśmy śnieg.

7.4 – Szukając szkoły

Po kilku dniach pobytu w wiosce powstał jeszcze jeden problem. Otóż musiałam koniecznie chodzić do szkoły. „Prikazu” władz nie można było zignorować, bo groziły kary wraz z pozbawieniem rodziców praw rodzicielskich. I znowu sytuacja bez wyjścia, bo w promieniu kilkudziesięciu kilometrów nie było żadnej szkoły.

Chodziłam po wsi i szukałam pomieszczeń, które choć trochę przypominałyby szkołę. Nic takiego nie znalazłam. Wieś była dużym cmentarzyskiem. W zniszczonych chatkach hulał wiatr i zrywał resztki poszycia z dachów. Czułam, że grozi mi pójście dodietdomu, czyli przytułku dla dzieci, ale nawet nie bałam się. Po tym wszystkim co przeżyłam nic już nie mogło mnie przestraszyć.

Rodzice jednak postanowili szukać ratunku, nie tylko dla mnie, ale i dla całej rodziny, ponieważ znowu groziła nam śmierć z głodu i zimna. Do późnej nocy szeptali, naradzali się co czynić i jak się ratować.

Nazajutrz wczesnym rankiem, razem z ojcem podążałam do miasteczka szukać szkoły i pracy. Brnęliśmy w głębokim śniegu przez zaspy i wyboje. Od wszechogarniającej bieli aż oczy bolały. Zmęczyliśmy się okropnie, ale jeszcze przed zapadnięciem zmierzchu dotarliśmy do miasteczka. Nie zabłądziliśmy. Góry były nam drogowskazem. Na horyzoncie ukazała się ciemna, ponura mieścina – Troickoje.

Oglądane po raz drugi wydawało się bardziej podobne do wsi, niż do miasta. Jedynie cerkiew i komin fabryki oleju górowały nad domami, ale tu już było życie – ludzie na ulicach, dym z kominów, gwar. Jakaś otucha wstąpiła w nasze serca.

Ale oprócz nadziei nie mieliśmy nic. Wczesny zimowy zmrok zapadał bardzo szybko, a mroźny wiatr przeszywał ciało na wskroś. Marzyłam o odpoczynku i szklance gorącej wody. Bałam się nadchodzącej nocy. Nawet nasze nowe mieszkanie (na wsi), bez okien, było jakimś schronieniem, bo tutaj byliśmy na ulicy, nikomu nieznani, niepotrzebni i obcy.

Ojciec milczał. Szliśmy pustą ulicą ciągnącą się wzdłuż torów kolejowych. Kierowaliśmy się na dworzec. Tu dostaliśmy po szklance wrzątku. Bardzo brudna, zaśmiecona siemieczkami (słonecznikiem), mroczna i zadymiona poczekalnia była przepełniona. Ludzie czekający na jakieś pociągi, albo po prostu bezdomni ogrzali ten przybytek nędzy. Z trudem znaleźliśmy skrawek wolnego miejsca na posadzce, pod ścianą.

Zmęczona i głodna drzemałam. Ojciec również miał oczy zamknięte, ale czy spał? Właściwie to usnąć tutaj było niemożliwością, ponieważ czarny, obrośnięty facet, w wyświechtanej kufajce chodził między podróżnymi i lagą szturchał śpiących. Nie wiem po co on to robił i dlaczego w Związku Radzieckim na każdej, nawet najmniejszej stacji, tak postępowano.

Rano odszukaliśmy szkołę, która mieściła się w centrum miasteczka. Przyjęcie mnie w poczet uczniów odbyło się bardzo szybko, bez kłopotów. W następnym dniu już mogłam zacząć naukę. Największym problemem było znalezienie dla mnie jakiegoś mieszkania, jakiegoś kącika przy rodzinie.

Chodzenie od domu do domu na nic się zdało. Ostatnią deską ratunku był domRajispołkomu (rejonowy komitet wykonawczy). Może władza nam coś doradzi? Przecież oni decydują o wszystkim. Z duszą na ramieniu przekroczyliśmy próg tego państwowego urzędu, o którym zawsze baliśmy się nawet myśleć.

Urzędnicy zaskoczeni byli naszą wizytą. Ojciec bardzo szybko opowiedział o co nam chodzi, ale nie potrafiono nam nic doradzić. Wyszliśmy więc z urzędu zmęczeni, zrezygnowani, z zamiarem natychmiastowego powrotu na wieś. Szliśmy środkiem jezdni, bo chodniki tonęły w śniegu. Tylko gdzie niegdzie widziałam ślady przy wejściach do domów. Nikt nie sprzątał i nie odrzucał śniegu. Nadejdzie wiosna, to sam stopnieje.

Nagle za nami rozległ się krzyk!
– Hej wy, Polaczki wracajcie, rozkazuję wam natychmiast wracać!

Struchlałam, a wszystka krew uciekła mi do serca. Stanęłam jak wryta i patrzyłam na ojca. Wydawał się być spokojny, ale też zastygł w miejscu. Milicjant wciąż wzywał nas do powrotu. W końcu zniecierpliwiony sam podszedł do nas.

Był zirytowany naszym nieposłuszeństwem. Chwycił ojca za rękaw i pociągnął za sobą, a on odwrócił się jeszcze i powiedział tylko:
– Żegnaj!

Wciąż stałam w miejscu i miałam wrażenie, że nogi przymarzły mi do śniegu. To moja wina – myślałam – To dla mnie weszliśmy w samą paszczę wilka. To znaczy, że nie uniknę domu dziecka. Gdyby nie ja, rodziców nie byłoby tutaj, uciekliby na koniec świata.

Czułam się winna. Jak z tym żyć? Co powiem mamie i babci? Nie, ja do domu nie wrócę. Pójdę do władzy i powiem, niech mnie również zamkną razem z ojcem. I o dziwo nogi zrobiły się znowu posłuszne. Szłam szybko do urzędu.

7.5 – Nowa zabawka

Już miałam chwycić za klamkę, gdy nagle drzwi otworzyły się. Zobaczyłam ojca w towarzystwie żołdaka, który kilkanaście minut temu, w brutalny sposób zaciągnął go do biura. Ojciec po swojemu wesoło mrugnął i uśmiechnął się. Zrozumiałam, że na razie nic mu nie grozi. Uspokoiłam się i czekałam.

Za chwilę wiedziałam już, że mój problem mieszkaniowy został rozwiązany. Otóż jeden z dygnitarzy przyjmie mnie do swojego domu, w którym będę miała kącik do nauki i miejsce do spania. Zapłaty od ojca nie żądano, dlatego, że miałam się opiekować dwojgiem dzieci – bliźniaków. To były warunki o jakich nam się nawet nie śniło. Byliśmy przecież bez grosza, a ja żadnej pracy się nie bałam.

Byłam jednak ostrożna. Milicjant zaprowadził nas do nowego drewnianego domu, różniącego się od innych schludnością i rozmiarem. Przywitała nas młoda jeszcze kobieta, ubrana w kwiecistą podomkę. Pierwszą jej czynnością było, bardzo upokarzające dla mnie, sprawdzenie czy aby nie jestem zawszona. Na moje szczęście, dzięki Duni, byłam względnie czysta, chociaż po ciężkiej podróży i warunkach mieszkaniowych mogło być inaczej.

Do „domu” już nie wróciłam. Ojciec kupił jeszcze trochę żywności, oddał ostatnie kopiejki jakie miał i rozstaliśmy się. Po raz pierwszy zostałam całkiem sama wśród obcych ludzi. Z początku nie miałam czasu zastanawiać się nad swoją sytuacją. Oglądałam i podziwiałam duże mieszkanie. We wszystkich pokojach ściany pokryte były wzorzystymi kilimami.

W jednym z pokoi dostałam mały kącik do spania i nauki. To był właśnie pokój bliźniaków, moich przyszłych podopiecznych. Od razu przekonałam się, że dzieci dadzą mi porządną szkołę. Jakimiś szpilkami, czy może igłami, kłuły mnie gdzie popadło.

Moja mimowolna obrona, cofanie się pod ścianę, zasłanianie rękoma wywoływało u dzieci, a szczególnie u mamy, wesoły uśmiech i zadowolenie. Była ona wyraźnie dumna ze swoich pociech. Cała trójka wybornie bawiła się moją bezbronnością. I tak już pozostało. Codziennie odbywały się takie zabawy, a dzieci miały ciągle jakieś nowe pomysły. W jednym dniu było szczypanie, w drugim gryzienie lub kopanie. Miałam wrażenie, że dzieci były przez kogoś szkolone, bo kopniaki zawsze trafiały w bolesne miejsca, w kostkę, w kolano.

Ojciec dzieci, oficer służby bezpieczeństwa, był nawet dobry. Czasami, gdy już nie wytrzymywałam i bliska byłam płaczu, bronił mnie przerywając wesołą zabawę z czego mama nie była zadowolona. Mimo to ojca bardzo się bałam. Uprzejmy i sztucznie serdeczny rozmawiał ze mną tak jakbym była przesłuchiwana. Przypuszczam, że on nie umiał inaczej rozmawiać, ze względu na swoją funkcję w milicji.

Książki i zeszyty kupione za ostatnie kopiejki chowałam w drewutni. Na razie dzieci tam nie chodziły. Żywiłam się jęczmiennym chlebem, herbatą i odciąganym mlekiem. Nie miałam określonych pór posiłków. Jadłam wtedy, gdy zdołałam coś kupić lub jeśli ojciec mi coś przyniósł. Czasami w jadłodajni udawało się kupić rosolniku lub krupniku, który smakował mi bardzo, ale nie zdarzało się to często.

Najgorsze były ciągłe upokorzenia i tęsknota. Ona nigdy mnie nie opuszczała. Była ze mną wszędzie: w szkole, na ulicy, a nawet we śnie. Często zastanawiałam się, dlaczego w czasie głodu w 1933 roku tak kurczowo trzymałam się życia. Znowu przecież głodowałam i na dodatek nie byłam „kimś” tylko „czymś”, byłam zabawką dla małych urwisów, a do obrony nie miałam prawa. Jeżeli życie pozostanie takim na zawsze, to czy warto w ogóle żyć?

Pewnego razu chodząc bez celu ulicami znalazłam się obok niestrzeżonego przejazdu kolejowego. Nadchodził długi, długi pociąg towarowy. Myślałam bardzo szybko – moje życie wydawało się całkiem bezsensowne i niepotrzebne. W jednej chwili przestanę być wiecznie głodna, już nie będę igraszką dla bliźniaków, a w szkole przestanę być upokarzana z powodu ogromnych zaległości w nauce i wreszcie przestanę się bać przytułku dla sierot.

W miarę zbliżania się pociągu odczuwałam coraz większe drżenie ziemi pod stopami, ogłuszał mnie huk. Nagle w ostatniej chwili ogarnął mnie lęk. Jakiś mimowolny impuls, instynkt samozachowawczy, kazał mi się cofnąć. Znajdowałam się tuż przy pędzących wagonach, bardzo blisko turkoczących kół. Pęd powietrza przewrócił mnie na śnieg.

Po chwili ocknęłam się. Przy mnie stali ludzie, a pociągu już nie było.
– Jak mogłaś być taka nieostrożna. Miałaś szczęście, że żyjesz! – słyszałam karcące głosy.
Wstałam i bez słowa odeszłam zawstydzona swoim postępkiem. Od tej chwili nawet w najcięższych chwilach nie wróciła do mnie myśl o samobójstwie.

Pewnego razu nie mogłam już dłużej znieść znęcania się nade mną malców, rozpłakałam się i wyszłam z mieszkania. Od tego czasu na kwaterę wracałam już tylko na noc.

Lekcje odrabiałam w świetlicy. Zaprzyjaźniłam się z dziećmi, z którymi przebywałam wszystkie wolne chwile. Kiedy świetlicę zamykano, szłam na dworzec kolejowy, siadałam przy oknie i czytałam aż do zmierzchu. Tak płynął wolnym nurtem dzień za dniem.

8.1 – Wiosenna odwilż

Nadchodziła szara, późna wiosna roku 1936. Byłam już prawie dorosła, miałam piętnaście lat. U nas wiosna szła wśród zieleni, ze śpiewem ptactwa, kumkaniem żabek, tutaj – była szara i smutna. Ludzie również szarzy, brudni, przygnębieni jakby nie dostrzegali nadejścia najpiękniejszej pory roku.

Moje życie poprawiło się również. Ojciec jak zwykle troskliwy i zaradny przeniósł się ze wsi do miasteczka. Pracował w arteli szewskiej, wynajął dla siebie kącik przy rodzinie. Mnie również przyjęli życzliwi i dobrzy ludzie. Było w tym domu ciasno i biednie, ale swojsko. Proszę mi wierzyć, że tak skromnych, wrażliwych ludzi nie spotykało się często; może dlatego tak masowo umierali w 1933 roku. Ufali każdemu, z każdym dzielili się najmniejszym kawałeczkiem chleba, a następnego dnia sami umierali z głodu. Taka niestety jest sprawiedliwość. I słusznie, że ma zawiązane oczy.

Wkrótce okazało się, że usilne pisanie listów dało efekty. Jakiś niezauważony przez cenzora list dotarł do adresata, i z rodzinnych stron nadeszła dosyć spora paczka z cebulą. To pospolite, rozpowszechnione warzywo, dla nas było rarytasem i lekarstwem. Wszyscy podziwiali dorodność i aromat pomarańczowych kul. I chociaż paczka wydawała się duża, to jednak była zbyt mała, bowiem trzeba było podzielić się tymi pysznościami z ludźmi. Przecież oni także dzielili się z nami wszystkim co posiadali, a nie było tego wiele.

Czekaliśmy na wiosnę z tęsknotą, ale ona nie przynosiła nic dobrego. Śnieg topniał i odsłaniał szarą wyboistą drogę, w której potworzyły się kałuże, wypełnione kredową mazią. Zamoczone w niej obuwie robiło się całkiem białe.

Wśród tego smutnego krajobrazu znowu trzeba było coś wymyślić, aby się ratować. Rodzice usilnie poszukiwali mieszkania dla całej rodziny. Na wsi chaty stały puste, ale tu w miasteczku nie, więc było to zadanie trudne. Ojciec ze swoim zawodem stał się bardzo popularny. On zresztą miał kilka fachów. Znał się doskonale na stolarce, pracował również jako cieśla, murarz, tynkarz. Po prostu złota rączka.

Zawsze go podziwiałam, nie tylko za wszechstronne zdolności, ale za dobroć serca i wieczny optymizm. Życie rzucało mu tyle kłód pod nogi, że jego zdolności nie były wykorzystywane.

Najpraktyczniejszym okazał się zawód szewca. Wykonywane przez ojca obuwie podobało się miejscowym elegantkom i elicie rządzącej. Był kamasznikiem i szewcem. Naprawdę starał się i wyczarowywał najrozmaitsze fasony. Pracy miał bardzo dużo. Miejscowi szewcy byli tak mierni, że ojciec nie mógł za wiele liczyć na ich pomoc.

Po surowiec trzeba było jeździć do większego miasta. Ojciec jako fachowiec był delegowany po takie zakupy do Doniecka, a nawet do Charkowa. To podsunęło myśl, by upomnieć się o dowód osobisty, który w takich podróżach był nieodzowny.

I udało się! Były trudności i sprzeciwy, ale w końcu władze zmuszone zostały potrzebą i koniecznością, by uczynić zadość prośbie ojca. I co ciekawe, ojciec potrafił wzbudzić zaufanie towarzyszy. Myślę, że to humor, talent do rozśmieszania, bo on umiał żartować, opowiadać dowcipy. Ta umiejętność wielokrotnie ratowała go z opresji.

W krótkim czasie najprawdziwszy dowód, na kilkuletni okres, stał się własnością ojca. I tak w beznadziejnej sytuacji promyczek szczęścia rozjaśnił mrok. Nawet mieszkanie dla całej rodziny się znalazło. Tak jakby tylko czekało na nas.

Na skraju miasteczka, nie wiadomo dlaczego, stała zapomniana przez wszystkich chatka. Ale ojciec z Boską pomocą potrafił sklecić drzwi z różnych klinów i deseczek. Jakże śmieszne były te drzwi – różnokolorowe, wypukło-wklęsłe współczesne dzieło sztuki.

Kredy i gliny mieliśmy pod dostatkiem, dlatego ściany połataliśmy grubymi kawałkami kredy, a po wygładzeniu pomalowaliśmy kilkakrotnie na biało. Mieszkanie stało jasne i gotowe. To nic, że małe. Po tylu miesiącach przebywania w ruinach pałacu ta mała chatynka wydawała się cudownym azylem i przytułkiem.

Nie było w niej drewnianej podłogi, lecz klepisko z udeptanej gliny. Takie podłogi były tutaj w wielu chatach, nawet w miasteczku. Co sobotę gospodynie „odświeżały” je krowim nawozem, który pełnił rolę farby. Nawóz krowi był bardzo ceniony, bowiem krów było tu niewiele.

Nareszcie byliśmy razem, a ja miałam swoją ukochaną babcię – opiekunkę i powierniczkę. Mama również znalazła pracę, jako sprzątaczka w fabryce oleju. Biedna mama, nie miała zawodu i nie była taka zdolna jak ojciec. Musiała więc zawsze pracować ciężko, a zarabiała tyle co kot napłakał. Mimo to była zadowolona, bo nawet na to „stanowisko” chętnych nie brakowało. Miała również przydział oleju, co nie było obojętne.

Po kilku miesiącach chłodu, głodu, upokorzeń i rozpaczy wszystko z nadejściem wiosny i lata zmieniło się na lepsze. Jak małe były nasze wymagania i jak bardzo potrafiliśmy się cieszyć z byle czego. Znowu podnosimy głowy i z ufnością spoglądamy w przyszłość. Na jak długo?

Wiosna, kochana wiosna wynagradzała zimową niedolę. Nawet stanie w kolejkach po chleb przestało być takim uciążliwym. We własnej, małej chatynce zrobiło się wesoło. Dzięki pomysłowości ojca mieliśmy nawet nieduży „stół”, zbity ze starych desek. Przykryty gazetami służył do wszystkiego. Teraz jadaliśmy przy stole, odrabiałam lekcje przy stole, pisałam listy przy stole… Ważny to był mebel.

Mnóstwo listów wysyłałam co tydzień, a odpowiedzi nie było. Byliśmy odizolowani od ludzi i świata, ale jeszcze żyliśmy i to się tylko liczyło. Nareszcie nadszedł długo oczekiwany list z Płoskirowa. „Kamienny mur” jednak miał gdzieś małe pęknięcie, przez które przeleciała do nas smutna wiadomość. Może dlatego doszedł, bo był bardzo tragiczny.

Dowiedzieliśmy się, że trzej bracia ojca zostali wywiezieni aż na Kazachstan. Serce mi mówiło, że kuzyna Stasia, z którym uczyłam się po polsku, z którym czytałam polskie książki, już nigdy nie zobaczę. To przeczucie było prorocze. Staszek przeżył następny głód i chłód na stepach Kazachstanu. Głowę złożył jednak jako żołnierz Armii Czerwonej w obronie „Ojczyzny” i batiuszki Stalina. Zginął tu, w Polsce, przy forsowaniu Odry.

Kto jeszcze został w ojczystej wsi? Kogo zły los jeszcze oszczędził? To były pytania, na które nikt nie znał odpowiedzi. Nasza rodzina, wbrew wszystkim przeciwnościom losu, odzyskiwała poczucie człowieczeństwa. Było nam teraz znacznie lepiej. Cieszył malutki własny kąt, cieszyły białe ściany, cieszyła podłoga pomalowana krowim nawozem.

Ojciec z każdej podróży przywoził coś potrzebnego do domu. W Charkowie na bazarze kupowało się przedmioty wiadomego pochodzenia. To kułacy byli ich posiadaczami. W naszym domu pojawiło się kilka porcelanowych talerzy, kilka filiżanek. Na półeczce przykrytej serwetką z gazety zdobiły ubogą izdebkę. Jedzenie i picie z tych naczyń smakowało inaczej.

Przypominały się dawne dobre czasy.

8.2 – Kolejna ucieczka

Nasz „dobrobyt” nie podobał się miejscowym władzom. Również tamtejsza ludność nam zazdrościła. Ojciec czasem żartował, że mogą nas drugi raz rozkułaczyć. Władza wszak nie mogła dopuścić, by zesłańcy czuli się ludźmi. Nie podobało się również to, że tak szybko wstajemy z klęczek – przecież byliśmy Polakami, narodem napiętnowanym, byliśmy wrogami ludu i władzy radzieckiej.

- Trzeba uciekać, gdzie oczy poniosą, i to szybko – mówił ojciec. – Zgubić się gdzieś daleko, w takim miejscu, by nas nikt nie znalazł. Rosja jest ogromna, znajdę się dla nas miejsce spokojne i bezpieczne – twierdził uparcie.

Jeszcze się łudził, miał nadzieję. A może oszukiwał się, by nas pocieszyć? Wiadomo przecież było, że Rosja to jeden wielki obóz niewolniczy, potężny gułag. Każdy zakątek, każdy skrawek ziemi podlegał kontroli. Wszędzie: w tajdze, tundrze, na bezkresnych stepach Kazachstanu, a nawet na dalekiej północy – Ziemi Franciszka Józefa i innych wyspach podbiegunowych leżała kosmata ręka towarzysza Stalina.

Tak więc tata obejrzał jeszcze naszą chatynkę, naprawił, co się dało i za kilka dni, niekontrolowany, wyjechał jak wolny człowiek, bo miał przecież dowód osobisty. Dopiero po paru dniach wyszło na jaw, że porzucił pracę i rodzinę. Mama starała się przekonać naczalstwo, że uciekł do kochanki. Nie wiadomo – uwierzono jej, czy nie.

Mijało upalne lato a od ojca nie było żadnej wiadomości. Niewielkie oszczędności szybko topniały; mama często popłakiwała i chyba w końcu sama uwierzyła, że zostałyśmy porzucone.

Na polach kołchozowych dojrzewały słoneczniki – były one tam podstawową rośliną uprawną. Zboża na kredowych polach nie udawały się zupełnie. Na małych działkach przydomowych sadzono nawet ziemniaki, ale urodzaj był gorzej niż mizerny. Jeszcze względnie dobrze rodziły kawony i melony. Żeby ulżyć matce zaczęłam pracować w kołchozie. Uczestniczyłam w słonecznikowych zbiorach, później przy zbiórce kawonów, melonów, i tak aż do późnej jesieni.

Zaczęły się przygotowania do zimy a ojciec wciąż milczał. Wysuszone na słońcu i wietrze łodygi słonecznikowe miały nam służyć jako opał, a popiół jako środek piorący. Zresztą wszyscy go tutaj używali zamiast mydła i proszku, to też bielizna wyglądała jak szare szmaty. Z nadejściem jesieni życie stawało się koszmarem. Zesłańcy, przeważnie mężczyźni, wciąż uciekali. Pojmanych bez skrupułów rozstrzeliwano, ale to nie odstręczało odważnych.

Pewnego jesiennego wieczoru zjawiła się w naszej chatce Dunia, sąsiadka i przyjaciółka ze wsi. Była chora i podróż wyczerpała ją bardzo. Wciąż milczała, dopiero gdy nasyciła głód gorącą zupą i napiła się miętowej herbaty, język jej się rozwiązał.

Wyjęła z kieszeni wymięty, sfatygowany list. Na pewno długo go nosiła nie wiedząc, co z nim począć – czy go oddać władzom, czy nam? Jednak nad strachem przeważyła dobroć. Przyniosła nam list od ojca, mimo swojej choroby. Co to była za radość, jakie wielkie szczęście! Ojciec żyje i nie zapomniał o nas! Cieszyłyśmy się ogromnie.

Dunia przez łzy, które spływały po jej policzkach, blado uśmiechała się do nas. Nie uczestniczyła w naszej radości – jej mąż nie napisał, nie powrócił. A jedyny mężczyzna w domu, dziadek, zmarł latem. Została sama jak palec. Byłyśmy jej wdzięczne za poświęcenie i odwagę, że nas nie zdradziła i nie oddała listu naczalstwu, choć wiedziała, jakie niebezpieczeństwo jej grozi. Zamieszkała więc u nas i poszukiwała pracy w miasteczku.

Ojciec pisał, że jest w Połtawie, wynajął mieszkanie i pracuje w swoim zawodzie. Bardzo prosił, żeby babcia do niego przyjechała. Znowu odetchnęłyśmy pełną piersią, powróciła nadzieja i wiara w Opatrzność.

Babcia uradowana szykowała się do podróży. Zaczęło się chodzenie po sklepach i poszukiwanie jakiegoś miękkiego obuwia na jej chore nogi. W sklepach jak zwykle były pustki. Zamiast zimowych butów pojawiły się złociste sandałki letnie, szyte z szat liturgicznych. Gęsto przetykane srebrnymi i złotymi nićmi błyszczały na półkach i rozjaśniały ponure wnętrze.

Po długich tygodniach stania w kolejkach, wyczekiwania na jakiś towar, szczęście uśmiechnęło się do ludzi. Nadeszła niewielka ilość towaru, ale mama stała blisko lady, więc kalosze dostała. To była podstawa, bo babcia miała miękkie walonki uszyte przez ojca ze starej kufajki. Jedno zmartwienie miałyśmy z głowy.

Drugim, ważniejszym problemem była sama podróż. Przecież babcia nie potrafiła mówić po rosyjsku. Wszystko rozumiała, potrafiła nawet czytać, ale nie wymówiła jednego ruskiego słowa. Miała do tej mowy straszne uprzedzenie. Nie potrafiliśmy jej przekonać, że mówiąc po rosyjsku miałaby łatwiejsze życie. Lecz babcia nawet tutaj, na zesłaniu, podczas zakupów czy rozmowy z tutejszą ludnością zawsze była Polką. I była z tego bardzo dumna.

Jechać jednak chciała. Pierwszy raz samotnie wybierała się w podróż, ale była wesoła i dobrej myśli. Wszystko zakończyło się szczęśliwie. Nasza dzielna babcia bez szwanku dotarła na miejsce.

Zostałyśmy z mamą w dwójkę w naszej chałupinie, którą cieszyłyśmy się latem, a która teraz nie zdawała egzaminu. Jesienne deszcze i słoty przemoczyły ściany. Od wilgoci potworzyły się na nich czarne plamy pleśni. Palenie łodygami ze słonecznika nie bardzo pomagało. Zapowiadała się więc już druga pod rząd ciężka zima.

Kiedy nadeszły mrozy ściany naszej chatki pokryły się grubym szronem. Mieszkałyśmy jak w śniegowym, eskimoskim domku. Było nam bardzo zimno i ciężko. Żywność i woda zamarzały jak na dworze. W nocy tuliłyśmy się do siebie i ogrzewały własnymi ciałami. Zostało tylko wspomnienie gorącego lata. Dunia również nas opuściła, w swojej chatce miała ciepło.

8.3 – Mijając wymarłe wsie

Gdzieś w środku zimy nadeszła wiadomość od ojca, wzywał nas do siebie. Trzeba natychmiast jechać do Połtawy, pod podany adres. To dzięki Duni, która przynosiła nam te radosne wiadomości. A radość nasza była ogromna. Pomału zaczęłyśmy się szykować do podróży.

Trzeba było się jakoś zabezpieczyć, zrobić małe zapasy żywności, a to nie należało do łatwych. Sklepy świeciły pustkami, ale coś tam kupiłyśmy. Czekała nas niebezpieczna podróż. Trzeba przemierzyć kawał drogi pieszo, by wyjść ze strzeżonego dniem i nocą obszaru – ze strefy zesłańców.

Mama wzięła w fabryce kilka dni urlopu, celem zmylenia czujności, by natychmiast nas nie poszukiwano. W ciągu tych paru dni uciekłybyśmy trochę i może nawet uniknęłybyśmy pościgu. Została nam jeszcze doba. Musimy zdecydować – uciekać czy zostać?

W razie wpadki mama natychmiast zginie. Ciarki przeszły mi po plecach. A ja? Ja, jako nieletnia byłam w lepszym położeniu. Na razie będę żyła, ale państwo odpowiednio zaopiekuje się mną – groziłby mi poprawczak, czyli więzienie dla nieletnich. To już lepsza natychmiastowa śmierć.

Rozmawiałyśmy całą noc i stanęło na tym, że zaryzykujemy. Może się uda? Dopiero nad ranem zmorzył mnie niespokojny sen, a mama w ogóle nie zmrużyła oczu. Gdy się obudziłam było już późne popołudnie, a nasze skromniutkie bagaże zostały spakowane. Na dworze coś się zmieniło. Śnieg był miękki i nie skrzypiał pod nogami, a szron na ścianach skurczył się i był ciemniejszy, wilgotny. Przyszła chwilowa odwilż.

Korzystając z ładniejszej aury, wyruszyłyśmy. Jeszcze tylko krótka modlitwa, bolesny skurcz serca i wyruszamy w nieznane. Czy unikniemy pogoni, czy Bóg zachowa nas przy życiu? Pragnienie wyrwania się z piekła niewoli było silniejsze od strachu i śmierci.

Małe okienko zasłoniłyśmy firanką, chatkę zamknęłyśmy na kij, i w drogę. Idąc znowu modlę się i proszę Boga o opiekę. Pochmurne niebo i ciemności sprzyjają ucieczce. Na niebie nie widać ani jednej gwiazdki, która by nas prowadziła, tylko od czasu do czasu zza chmur wypływa okrągły księżyc. Na plecach mamy worki-plecaki z niezbędnymi rzeczami i chlebem. Całe nasze postacie otulają ciepłe chusty, które w 1932 roku ocalały, schowane pod łóżko i teraz tak się przydały.

Bez żalu opuściłyśmy miejsce zesłania i naszą „eskimoską” chatkę.
– Nie oglądaj się – upomina mama – żebyśmy nigdy nie musiały tu wrócić!

Ulice są całkiem puste, ale strach nas goni. Idziemy bardzo szybko. Po minięciu miasteczka czujemy już zmęczenie. Trzeba zwolnić, by starczyło sił do końca do końca podróży. Do świtu przeszłyśmy spory kawał drogi, kierując się według drogowskazów. Jesteśmy szczęśliwe, że nam się udaje. Na drodze napotykamy wymarłą wieś. Dopóki nie widać ludzi, których boimy się jak śmierci, idziemy dalej. Ale zmęczenie daje już o sobie znać. Trzeba koniecznie odpocząć, zwłaszcza, że noc minęła, a w dzień wszędzie czyha niebezpieczeństwo. Wybieramy jedną z pustych chat. Przytulone do siebie mocno zasypiamy.

Kiedy się budzę, mama już nie śpi. Za oknem znowu jest noc. Zjadamy po kromce chleba i ruszamy w dalszą drogę. Po przespaniu całego dnia czuję się spokojna i bezpieczna. Noc jest jaśniejsza niż poprzednia a księżyc pokazuje nam kierunek.

Naraz dolatuje z oddali tętent koni.
– To na pewno patrol! – mówi mama. – Czyżby już tutaj miał być koniec naszej ucieczki?

Aż dziw, że strach nie zmniejszył przytomności umysłu. Oczyma szukamy miejsca do schronienia, ale oprócz wysokich traw i ubiegłorocznych zeschłych trzcin nic nie widzimy. Z drogi szybko skręcamy w rów i kierujemy się na trzciny. Zamarznięty śnieg łamie się pod nogami, a ślady na nim są głębokie i świeże. Już w trzcinach kładziemy się na śnieg i czekamy – ciemne dwie postacie widoczne z daleka aż za bardzo. Nie ma cudów – zauważą nas!

Strach jest tak wielki, że drży całe ciało, zęby głośno dzwonią. Wściekła byłam na siebie, dlaczego tak drżę? Co to jest z tymi zębami? Mama przecież również się bała, ale wydawała się być spokojną – leżąc na zlodowaciałym śniegu modliła się cichutko. Ja nawet modlić się nie mogłam.

Jeźdźcy nieubłaganie zbliżali się do naszej kryjówki. I nagle stał się cud! Duża granatowa chmura zasłoniła księżyc. Na chwilę zapanowała zupełna ciemność. Nie widać było świeżych śladów na śniegu i ciemnych postaci na śniegu. Patrol mija nas. Chyba tym razem jesteśmy uratowane.

Stopniowo ustępuje skurcz serca. Teraz i ja modlę się, prosząc Boga o ratunek, który już nadszedł. Czekamy jeszcze chwilę i dopiero, kiedy tętent zupełnie się oddalił wychodzimy na drogę. Mama patrzy jeszcze chwilę na naszą śnieżną kryjówkę.
– Gdyby nie ta wielka chmura, którą przywiał północny wiatr, byłoby już po nas! – szepnęła. – Przecież byłyśmy całkiem widoczne.

Zapamiętałam sobie to wydarzenie na całe życie. Czarna chmura stała się naszym ratunkiem. Coś napełniło nas nadzieją i otuchą, może to była opatrzność. Ktoś niewidzialny czuwał nad nami.

Szybko idziemy dalej, aż do zmęczenia. Mijamy następną wieś, prawie wymarłą. Jedynie kilka chatek żyje. Poznajemy to po wydeptanym śniegu i oknach. Chaty z żywymi ludźmi otulone były trzcinami, które chroniły przed wiatrem i mrozem.

Na końcu wsi stała chatka, nawet nie brzydka, w której były okna, ale nikt tu nie mieszkał, nikt nie wydeptał śniegu.
– Tu odpoczniemy – postanowiła mama.

Grzęźniemy w wysokim śniegu. Powoli odsunęłyśmy wyjęte z zawiasów drzwi i weszłyśmy do środka. Oczom naszym ukazał się niesamowity widok. Dwa białe szkielety ludzkie, okryte jakimiś łachmanami leżały obok siebie zagradzając przejście.

- Wszelki duch Pana Boga chwali – szepnęła mama i dała mi znak ręką. Wzywała mnie. – Chodź, chodź, nie bój się, to tylko umarli.

Nagle z ulicy doszedł stukot kopyt końskich i głośna rozmowa. A więc to już następny patrol tej nocy. Nie ma czasu na strach, na zastanawianie się. Z sieni szybko wchodzimy do izby i zastygamy w bezruchu za resztkami drzwi.

Słychać odgłos kroków, padają drzwi wejściowe! Idą, idą! Złapią nas! Naraz rozległ się ochrypły, zdławiony strachem krzyk.
– Uciekajmy, tu są trupy, szkielety!
Wystraszeni milicjanci uciekli, wsiedli na konie i galopem popędzili przed siebie. A my uklękłyśmy obok zbielałych kości, modląc się i płacząc na przemian.

Modliłyśmy się za dusze zmarłych śmiercią głodową, które w tak niesamowity sposób uratowały nas tej nocy. Spałyśmy tutaj cały dzień, pewne, że nic złego nam się nie stanie. Naszego snu pilnowały dwa duchy.

8.4 – Pociągiem do Połtawy

Dalsza podróż nie była już taka szczęśliwa. Ślady zacierał padający śnieg, a gwiazdy i księżyc zasłoniły chmury. Zaczęłyśmy błądzić. Powracałyśmy w to samo miejsce po kilka razy. W końcu dotarłyśmy do jakiegoś lasu.

Czy to ze strachu, czy ze zmęczenia, działo się z nami coś niedobrego. Częściowo z głodu i pragnienia zapadałam w dziwne odrętwienie. Teraz nawet nie mogę sobie przypomnieć co to był za las. Czy on w ogóle istniał? Karłowate, nierówno porosłe drzewa z powyginanymi konarami, przypominały książkową ilustrację bajek. Widziałam nawet duchy. Jakieś dwie śnieżnobiałe sarny, a może kozy figlowały między drzewami. Doprawdy do dziś nie umiem wytłumaczyć tego zjawiska. Nie wiem czy była to halucynacja czy rzeczywistość. Byłam już tak zmęczona, głodna i wyczerpana, że mogły to być widziadła. Moje nogi, a szczególnie stopy, bolały i „paliły ogniem”.

Nareszcie jednak niebo wypogodziło się. Może przestaniemy błądzić. Nie wiedziałyśmy, nie przeczuwałyśmy, że stacja kolejowa była bardzo blisko. Nagle posłyszałam gwizd lokomotywy i swojski zapach dymu. Następnie zza mgły wyłoniły się zabudowania stacji. Było nią Urazowo, do którego tak długo błądząc, szłyśmy. Wymęczone dotarłyśmy do celu.

Była tu woda, kipiatok. Wysuszona staruszka w brudnej i podartej kufajce sprzedawała ten życiodajny płyn. Po raz pierwszy w życiu czułam słodki smak wody. Nigdy dotąd tego tak nie doceniałam. Dla mnie woda była zawsze bez smaku.

Tutaj już nie było patroli. Pilnie strzeżona strefa z zesłańcami została za nami. Teraz trzeba było zdobyć bilety do Charkowa. Mama ostrożnie zlustrowała całą poczekalnię, a ja podeszłam do kasy i bez żadnych przeszkód kupiłam dwa bilety. Z biletami w ręku, szczęśliwa i dumna podeszłam do mamy.

Nagle w ciągu paru minut z zaszczutego zwierzęcia stałam się człowiekiem. Uśmiechnięte oczy mamy mówiły same za siebie. Jesteśmy pełnoprawnymi obywatelami tego kraju, normalnymi pasażerami i wolno nam chyba usiąść w poczekalni. Ostrożność jednak nie zawadzi. Usiadłyśmy na posadzce, bo tak wszyscy siedzieli, albo – leżeli. Byłyśmy blisko drzwi – w razie niebezpieczeństwa łatwiej będzie uciekać.

Na szczęście kontroli akurat w tym momencie nie było. Nie wiadomo dlaczego nie wolno było spać. Chodził między ludźmi brodaty kolejarz i haczykowatym kijem budził śpiochów. Jeżeli ktoś uparcie i na nowo zasypiał, to ów kolejarz wyrzucał go z poczekalni. Bałam się i brodacza i jego kija, więc w krytycznych chwilach sama wychodziłam na powietrze. To była ciężka walka z głodem, zimnem, strachem i przede wszystkim – zmęczeniem.

Nareszcie nadszedł nasz pociąg. Wagony nie były zbyt przepełnione. Przed odpoczynkiem musiałam opatrzyć nogi, które były w okropnym stanie; pęcherze na stopach popękały, a z ran sączyła się krew. Zmęczenie jednak wzięło górę i mimo pulsującego bólu usnęłam. Nie wiem, jak długo spałam. Na następnych stacjach wsiadali nowi pasażerowie, zaczął tworzyć się ścisk. Musiałam włożyć buty na obolałe nogi i cicho siedziałam drzemiąc.

Miejsce zesłania było już daleko, Charków blisko. Gwizd parowozów, zgrzyt wagonów, zwiastował koniec jednej części podróży. Wysiadłam z pociągu i kulejąc doszłam do poczekalni. Tu było pełno narodu, przy kasach biletowych ogromne kolejki. Nie było miejsca do siedzenia a obrzęknięte nogi pulsowały bólem. Każdy krok był katorgą, w butach czułam mokro od krwi.

Cierpiałam stojąc w kolejce po bilety, podczas gdy mama, również kuśtykając, chodziła po poczekalni i obserwowała czy przy kasach nie żądają dowodów osobistych. Tak, niestety! Wyrywkowo sprawdzali dokumenty. Wpadłam w panikę – co robić? Czyżby cały nasz wysiłek miał pójść na marne? Może trzeba wracać a może nawet stanie się najgorsze.

Zrozumiałam w mig, co nas czeka i wówczas nogi odmówiły mi posłuszeństwa, świat zawirował, pociemniało w oczach… Kiedy odzyskałam przytomność, zobaczyłam obce twarze pochylające się nade mną. Leżałam na ławce bez płaszcza a głowa ociekała wodą. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, zapomniałam o podróży, głodzie i ścisku w sercu. Przez chwilę byłam nieobecna na tym nieludzkim świecie i było mi z tym dobrze.

Okazało się, że moje omdlenie nas uratowało; bez kolejki i sprawdzania dowodów dostałam dwa bilety do Połtawy. Myślę, że był to czyjś odruch współczucia – nasz wygląd wszak był opłakany. Ale najważniejsze, że znowu byłyśmy uratowane, kolejny raz uśmiechnęło się do nas szczęście. Wolę nie myśleć, co stałoby się, gdyby nas pojmano.

Obie chore, zmęczone do granic wytrzymałości, zmieszałyśmy się z masą ludzką, która po brzegi wypełniała wielką poczekalnię dworcową. Na gazetach, łachmanach lub wprost na betonie siedzieli i leżeli podróżni. Duszący zapach dymu z machorki, fetor brudu i potu był nie do zniesienia, ale na dworze było bardzo zimno. Po krótkiej odwilży znowu przycisnął mróz.

Oczekiwanie na pociąg do Połtawy trwało bardzo długo, a może tylko mi się tak zdawało, czułam się bowiem coraz gorzej. A jak czuła się mama? Przestałam reagować na cokolwiek.

Kiedy pociąg nadszedł i wsiadłyśmy do wagonu, odetchnęłam z ulgą. Już nie pamiętam, czy był to dzień, czy może noc. Dostrzegałam ludzi w naszym wagonie, ale byli oni gdzieś daleko, okryci falującą mgłą. Wreszcie dotarłyśmy na miejsce. Był to koniec podróży, ale mi się zdawało, że nigdy nie osiągniemy żadnego celu. Na stacji wykrzesałam z siebie nędzne resztki sił i szłam za mamą, a nogi z trudem szurały po ziemi. Ojca na stacji nie było; przecież nie został przez nas powiadomiony. Widocznie jeszcze nie dość wycierpiałyśmy – trzeba było nadal błądzić.

Powłócząc nogami dotarłyśmy do parku i tu się zaczęły nasze poszukiwania. Chodziłyśmy wokół niego a obelisk ze zrywającym się do lotu ptakiem ukazywał się nam z różnych stron. Nie miałyśmy odwagi pytać ludzi. W końcu przyszło opamiętanie, skręciłyśmy we właściwą ulicę.

Na dalekim przedmieściu była nasza przystań i koniec męki. Kiedy drzwi mieszkania się otworzyły i zobaczyłam w nich babcię, nerwy rozluźniły się, przestały być posłuszne. Upadłam i straciłam poczucie rzeczywistości.

Gdy obecnie, po przeszło sześćdziesięciu latach wspominam te chwile, to nie mogę pozbyć się wrażenia, że same byśmy tego nie dokonały. Ktoś musiał czuwać nad nami. Takie ucieczki bowiem bardzo niewielu się udawały, większość ginęła. Szczególne niebezpieczeństwo groziło młodym, starszych prawie nie kontrolowano. Nasze błądzenie po wymarłych, bezludnych wsiach, zmęczenie i choroba nie złamały odwagi, uporu i chęci wyrwania się z żelaznych kleszczy niewoli. Oszukałyśmy znienawidzonenaczalstwo – jeszcze teraz odczuwam satysfakcję i radość. Ktoś przecież musiał ocaleć. Nawet w najniebezpieczniejszych sytuacjach pojedynczym osobom udaje się wyrwać z zaklętego kręgu. I jestem ogromnie wdzięczna losowi, przeznaczeniu i nie wiem komu jeszcze, że to szczęście stało się właśnie naszym udziałem.

9.1 – Machina terroru

Chwilowo uratowani znowu zaczynamy od nowa. Który to już raz od 1932 roku? – teraz jest przecież 1937. Dzięki staraniom obojga rodziców zaczęliśmy żyć nawet na niezłym, jak na tamte warunki „poziomie”. Mieliśmy maleńki, słoneczny pokoik w drewnianym domku na przedmieściach Połtawy. Niedaleko błyszczała w zimowym słońcu rzeka Worskła.

W pokoiku nie mieliśmy mebli, ale było ciepło i przytulnie. Sypialiśmy i jedliśmy posiłki wprost z podłogi. Syn właścicielki, dyrektor, przyjął mamę do pracy w wielkim kombinacie mięsnym. Dzięki temu mieliśmy prawie codziennie zupy na kościach, a na oknie w werandzie mroził się salceson. Te wszystkie pyszności mama kupowała w kiosku przyzakładowym. Czasami udawało się przemycić kawałeczek mięsa, a nawet kiełbasy. W sklepach w mieście były wtedy straszne pustki. Czyli znowu dopisał nam łut szczęścia?

Połtawa była bardzo ładnym miastem, tym bardziej kochanym, że przyjęło nas – tułaczy – jak swoich. Wszędzie wokół odczuwało się historię; tu przecież Szwedzi ponieśli sromotną klęskę. Tyle tam było pamiątek, tyle zabytków. Ogromny kurhan i mogiły poległych ozdobiono różowym marmurem. Obok kurhanu stał olbrzymi kościół (a może cerkiew), ale wtedy świątynia ta była w opłakanym stanie i służyła do przechowywania zboża. Dalej ciągnęła się topolowa aleja, a za nią rozległy park. Latem na jego zacisznych polanach Cyganie rozkładali swoje namioty, rozpalali ogniska i niósł się ich smutny, rzewny śpiew. Miasto porastały bujne drzewa, kamieniczki „starego miasta” były barwne i ukwiecone. Ludność rozśpiewana, z poczuciem humoru, była nam bardzo bliska. Czułam się jak w domu, jak w Płoskirowie.

Ale sklepy, jak wszędzie, świeciły pustkami, albo w ogóle były pozamykane. Za chlebem również stało się w kolejkach, z tym, że był to prawdziwy chleb – wielkie, okrągłe bochenki z pszennej razowej mąki pachniały jak za dawnych czasów. Kawałek za miastem, w szczerym polu, znajdował się pchli targ, zwany przez miejscową ludnośćtułkuczka. Można tam było kupić dosłownie wszystko. Towary były nieznanego pochodzenia. Sklepy państwowe były przecież puste, a na targu sprzedawano całkiem nowe rzeczy i kupony materiału, które choć były drogie, to szły jak woda. Kto miał pieniądze, ten był ubrany i syty. Najbogatsi byli oczywiście komuniści, ale trzeba przyznać, że takiej nędzy, jak w Troickoje, czy Karłowie, tutaj się nie spotykało.

Dziękowałam Bogu za to wszystko. Ciągle i od nowa wracałam myślą do tego, że nad naszą rodziną czuwa Opatrzność. Chociaż przeżyliśmy tyle złego: biedę, głód, wygnanie i prześladowania, to przecież wciąż byliśmy razem i czuliśmy się dobrze. Tylko dziadka nie było już z nami.

Wiosna w Połtawie była cała w zieleni i kwiatach. Wszędzie pachniały bzy, maj mienił się wszystkimi kolorami tęczy. Pracy w mieście nie brakowało, bo została wybudowana fabryka włókiennicza. Mama dostała dowód osobisty, czyli stała się pełnoprawnym obywatelem, a tym samym człowiekiem. Ojciec jako dobry fachowiec potrafił zarobić na dostatnie życie, a mama zaopatrywała nas w żywność. Do naszego pokoiku powrócił śmiech i wesele.

Ale szczęśliwi, nie głodni i względnie bezpieczni byliśmy tylko do jesieni 1937 roku. Tak krótko!

Na samych wierzchołkach władzy już wcześniej działy się tragiczne wydarzenia. W pierwszym rzędzie na stracenie szli ludzie znajdujący się na najwyższych szczeblach drabiny rządowej. W Pałacu kremlowskim, w Radzie Najwyższej wykryto bowiem „wrogów rewolucji”, wrogów władzy radzieckiej, płatnych agentów kapitalizmu.

Głośno było o Bucharynie, Trockim i innych, którzy „zdradzili” Kraj Rad. Na murach i słupach ogłoszeniowych wisiały plakaty, na których ogromna ręka towarzysza Jeżowa wyciskała krew z „wrogów ludu”. W tym żelaznym uścisku wili się i ociekali krwią ludzie znani i nieznani, ludzie zwykli i ci postawieni najwyżej, a wszystko to było przedstawione bardzo realistycznie.

Ministrem spraw wewnętrznych był wówczas towarzysz Wyszyński, Polak. Znowu powrócił strach, zaczęło być głośno o masowych aresztowaniach. Na pierwszy ogień poszli nauczyciele, inżynierowie, lekarze, kadra oficerska, literaci i ludzie narodowości nie rosyjskiej, a w szczególności Polacy.

Piękne lato mijało i mijała radość i spokój.

Była już późna jesień, gdy wybraliśmy się wszyscy do miasta, zobaczyć co się dzieje. Był dzień wolny od pracy (wychodnoj). Na co dzień gwarne i ludne miasto wyglądało jak wymarłe. Przy więzieniu natomiast stała bardzo długa kolejka, która szybko posuwała się do przodu. Tutaj dopiero było głośno! Ludzie płakali, prosili o litość i chociaż jakąś krótką wiadomość o najbliższych. Stróże porządku obojętni, nieczuli i niedostępni rzadko komu udzielali informacji.

Wstrząśnięci bezmiarem nieszczęść powróciliśmy do domu, ale i tutaj już nie zastaliśmy spokoju. Rozkręcona machina terroru działała bardzo szybko. Syn naszej gospodyni – dyrektor mięsnego kombinatu – został tej nocy aresztowany. Właśnie noce były zawsze najgorsze; terror lubił noc.

W naszym pokoiku, znowu jak przed laty, zaczęło się nocne czuwanie. Po kolei, po parę godzin dyżurowaliśmy przy oknie, z którego widać było całą ulicę. Po uwięzieniu kierownika spółdzielni szewskiej rodzice postanowili uciekać, znowu uciekać. Ale dokąd? Ciągle była nadzieja, że dobry los pozwoli się ukryć. Dotychczas przecież ucieczki udawały się.

Najpierw wyjechał ojciec szukać bezpiecznego miejsca. Wybrał małe miasteczko Mirhorod. Za parę dni wyjechaliśmy wszyscy.

9.2 – Duch pod oknem

I znowu zaczynamy od zera. Dla ojca znalazła się praca w spółdzielni szewskiej, a mama zaczęła pracę w szpitalu jako salowa. Mieszkanie wynajęliśmy na wsi. Był to wąski pokoik z drewnianą pryczą i okrągłym piecykiem do ogrzewania i gotowania strawy. Byle przetrwać najgorsze, byle nie dać się schwytać.

Ta ucieczka okazała się jednak błędem. W małym miasteczku jako Polacy byliśmy bardzo widoczni. Nie trzeba było długo czekać. Zaledwie po kilku dniach pracy ojciec wieczorem nie wrócił do domu. Tym razem cios zadano w biały dzień. To był najokrutniejszy i najboleśniejszy cios. Zdawało mi się, że nie potrafimy żyć bez ojca. On przecież był dla nas wszystkim…

W szkole zabrakło nauczycieli, w fabrykach – fachowców. Życie jednak toczyło się dalej. Tak samo jak w czasie głodowania w 1933 roku, tak i teraz z ulicznych głośników radiowych płynęła skoczna i wesoła muzyczka, a także hymny pochwalne na cześć wodza rewolucji, ojca, nauczyciela i opiekuna narodów, towarzysza Józefa Wissarionowicza.

Matka załamała się całkowicie. Wychodziła codziennie do pracy, ale w szpitalu jej nie było. Gdzieś błąkała się zagubiona, wylękniona, bez iskierki nadziei. Nie wiadomo czy w ogóle coś jadła, czy spała? Z twarzą pociemniałą, wychudzoną i wzrokiem bez wyrazu nie odpowiadała na pytania. Milczała.

Lekarz stwierdził depresję i ogólne załamanie. Choroba wymagała leczenia szpitalnego. Wbrew wszelkiej logice okazało się to ratunkiem. Był to mimowolny, niezamierzony unik przed więzieniem, a w konsekwencji przed śmiercią. Wczesną wiosną, a był to już rok 1938, mama opuściła szpital, ale czy była zdrowa? Nadal milczała i była obojętna na to co się wokół niej działo. Wciąż szukała jakiegoś oparcia, ratunku i w ostateczności wróciła do Połtawy. Za kilka dni w ślad za nią pojechała babcia.

W takich to okolicznościach straciłam obojga rodziców, straciłam naprędce sklecony dom rodzinny. Zostałam sama i chociaż byłam dorosła, to żadnej pracy nie dostałam. A mogłabym przecież pracować w szpitalu jak mama…

Nie miałam więc żadnych środków do życia. Na szczęście z pokoiku mnie nie wyrzucono. Chodziłam nadal do szkoły i nie dawałam poznać po sobie, że jest mi źle. Parę groszy, które wygrzebałam w kieszeniach i portmonetce były właściwie zerem. Zawsze jednak trafiałam na ludzi dobrych. Taką była moja gospodyni – właścicielka mieszkania. Zawsze kiedy wracałam ze szkoły miała dla mnie talerz pożywnej zupy, a na kolację szklankę mleka.

Starałam się jej odwdzięczać za dobroć serca. Byłam w tej rodzinie czymś w rodzaju służącej. Przestałam wierzyć w dobry i łaskawy los. Czas mijał, dni się dłużyły. Czułam się bardzo samotnie. Nie pamiętam, żebym miała jakieś przyjaciółki. A może wszyscy odsunęli się ode mnie?

Bez przerwy myślałam o ojcu; jak się czuje, czy torturowany cierpi. Tak bardzo pragnęłam, żeby jego cierpienia nie trwały długo. Nie wierzyłam w jego powrót – z piekła nikt jeszcze nie wrócił. Mama z babcią również milczały. Jeden, jedyny list pisany ręką babci, bardzo mało czytelny, dostałam wkrótce po jej wyjeździe. Miałam więc ich adres i bardzo dużo pisałam, a one milczały.

Całe szczęście, że praca u gospodarzy pochłaniała cały mój czas. Po ciężkim dniu usypiałam kamiennym snem. Pewnej nocy śniło mi się, że ktoś puka do okna, a później do drzwi. W oknie, przy świetle księżyca ujrzałam twarz ojca. Ogarnął mnie lęk. Pewnie już nie żyje, a to jest jego duch!?

Ta myśl odebrała mi całą siłę. Nie mogłam się obudzić, nie miałam siły wstać, żeby otworzyć drzwi. Zrobiła to właścicielka mieszkania. Ojciec żywy, nie duch, wszedł do pokoiku, i nie był to wcale sen. Cóż to było za spotkanie! Padliśmy sobie w objęcia i tak trwali. Płakałam ze szczęścia i ojciec płakał i nie wstydził się swoich łez. Wychudzona twarz, przedwcześnie zbielałe włosy i bardzo smutne oczy nadawały jego twarzy wyraz męczeństwa. Poznałam, że cierpiał niemało, przeżył gehennę, ale wrócił!

Długo ze mną nie zabawił. Zjadł trochę, ogolił się i umył i jeszcze tej samej nocy wyjechał do mamy. Gdyby został do rana byłby po raz drugi aresztowany. Wczesnym rankiem zjawiła się milicja. Przyszli po ojca. Przeszukali całe obejście. Nikt z domowników nie zdradził, że ojciec był u mnie, a ja uparcie twierdziłam, że nikogo w nocy nie widziałam. Postawili więc wartę przy domu i czekali.

Dopiero po kilku dniach warta została usunięta, ale niespodziewane najścia ciągle się pojawiały. Ja listownie powiadomiłam babcię o tych wizytach. Jakie to szczęście, że milicja zgubiła trop, że nie znała adresu.

Dopiero w 1939 roku dowiedziałam się, w jaki sposób ojcu udało się wyjść z więzienia. Otóż w czasie procesu sądowego, podstawiony, fałszywy świadek cofnął zeznania złożone pod presją. Wszystko zostało zanotowane. Dzięki temu ojciec odzyskał wolność, chociaż oskarżenia były bardzo poważne. Groziłaby za nie kara śmierci.

Ojciec rzekomo siał wrogą propagandę – przeciw państwu sowieckiemu. Twierdził podobno, że Polska zmieni swoje granice i będzie sięgała od Morza Czarnego do Bałtyku. „Świadek”, który nie podpisał się pod fałszywymi zeznaniami, nigdy już nie powrócił do domu. Zginął w więzieniu, albo obozie. W tamtych czasach za uczciwość, prawdomówność, czyste sumienie i godność płaciło się najwyższą cenę.

Tata wrócił do Połtawy, ale nie było tam bezpiecznie. Będąc Polakiem nie miał żadnych szans, zwłaszcza, że był ścigany. Listy gończe na pewno zostały rozesłane. Zameldowanie w miejscu zamieszkania równało się wyrokowi śmierci, a bez meldunku nie było pracy. I w ten sposób kółko się zamykało. Wytworzyła się sytuacja bez wyjścia.

Nawet mama, rzekomo wyleczona, mogła być w każdej chwili zaaresztowana. To nic, że pracowała. Zarobki w lakierni fabryki meblowej były tak niskie, że obie z babcią dosłownie głodowały.

Hasło „KTO NIE PRACUJE, TEN NIE JE” nie dotyczyło Polaków. Polak pracował, ale jeść nie musiał. Mieszkanie składające się z ciemnej komórki bez pieca i okna dopełniało reszty. Gdzie gotowały wodę i posiłki? Jak mogły żyć w takich warunkach? A jednak przetrwały! Jak wiele może znieść człowiek?!

W takich lub podobnych sytuacjach niektórzy decydowali się na zbiorowe samobójstwa. Łaskawsza była natychmiastowa śmierć niż powolne konanie w obozie, lub zdychanie z głodu.

9.3 – Umrzeć aby żyć

Ojciec chciał pójść na milicję, bo innego wyjścia nie dostrzegał. Jedynie śmierć mogła być wyzwoleniem i ratunkiem. Trzeba było umrzeć żeby żyć!

Ciemna komórka z nikłą świeczuszką wygląda jak mogiła – tata leży na marach, blady, wychudzony, naprawdę podobny do nieboszczyka, a sąsiedzi pomagają mamie i babci opłakiwać jego śmierć. Znalazła się nawet trumna z nieheblowanych desek.

Pod nieobecność „gości” żałobnych mama nasypuje do trumny jakiegoś balastu i zabija ją gwoździami. W ten sposób ojciec jest chwilowo uratowany. Schował się pod pryczą i czeka. Dwukołowym ręcznym wózkiem zawieziono trumnę na cmentarz…

Mama rozpaczała ogromnie, przecież znowu wytworzyła się sytuacja bez wyjścia. Co robić dalej? Jak żyć będąc umarłym? Jedynie ucieczka wchodzi w rachubę. Wychudzony, wymęczony torturami ojciec, uciekał w świat. Najważniejsze było to, że oddali mu dowód osobisty, w nim zapomnieli wnieść niekorzystne wpisy i adnotację o aresztowaniu. Fakt ten zakrawał niemalże na cud. Bałagan w urzędach, brak ludzi do pracy, ludzi z kwalifikacjami sprzyjał ściganym i napiętnowanym.

Mama zawczasu sprzedała ostatnią drogocenną pamiątkę, chowaną zawsze na czarną godzinę. Ona właśnie nadeszła – złoty łańcuszek z krzyżykiem, pamiątkę Pierwszej Komunii Świętej trzeba było poświęcić. Nazajutrz po pogrzebie zjawili się przedstawiciele władzy, ale spóźnili się trochę. Od tej chwili przestali również i mnie nachodzić.

Ojciec znowu uciekał ciemną nocą. I znowu udało się wyrwać z zaklętego kręgu. Jechał dalekobieżnym pociągiem na południe. W niekończącej się podróży przemierzył ogromne przestrzenie Kraju Rad. Był na Krymie, na Kaukazie i w Kazachstanie. Najdłużej zabawił w Azji Środkowej. Tam czuł się najbezpieczniej.

Na stacjach wysiadał tylko po to, by trochę zarobić na życie i dalszą wędrówkę. Na bazarach rozkładał swój prowizoryczny warsztat szewski, wprost na poboczu ulicy i reperował obuwie. W ten sposób zarabiał na chleb. Kiedy zauważał coś podejrzanego to natychmiast zwijał swój kramik i uciekał. Nigdy nie korzystał z hoteli, a tym bardziej z prywatnych kwater. Nie było go właściwie nigdzie. Po prostu nie istniał dla nikogo. Najbezpieczniej czuł się w pociągach. Odpoczywał również w lasach lub na cmentarzach między zaroślami. Śpiąc czuwał. Nie cierpiał z powodu chłodów, bo było to już lato 1938 roku. Mył się i prał w rzekach i strumieniach. W żadnym miejscu nie przebywał długo, nie zawierał znajomości. Bez przerwy czytał gazety, a szczególnie „Prawdę”. Czasami w środkach masowego przekazu można było wyłowić wzmianki o nowej polityce rządu. Coś w końcu musiało się zmienić. Ciągłe mordowanie własnego narodu nie mogło trwać zbyt długo, nastąpiłaby zagłada, a tego Stalin chyba nie chciał…

Ja byłam wciąż sama i musiałam dawać sobie radę. Byłam sierotą. W końcu musiałam wrócić do Połtawy, ponieważ tam łatwiej było o pracę. W dzień pracowałam, a wieczorami uczęszczałam do szkoły. Rząd zadbał o to, by sieroty mogły się dokształcać, jeśli któreś tego chciało. Mieszkałam razem z mamą i babcią wciąż w tej samej komórce bez okna.

Pracowałam gdzie popadło: w zakładzie włókienniczym, w kołchozie, oraz w fabryce mebli. Tą absurdalną fabrykę pamiętam do dziś; wyrabiano tam wąskie, jednodrzwiowe szafki ze słabo wyheblowanych desek, lub niskie szafki nocne, zwane „tumboczkami”. Komu te śmieszne meble były potrzebne? W pracy byłam dyskryminowana, podobnie jak rodzice, ciążyła przecież na mnie jak garb polska narodowość.

Ciasnota mieszkaniowa spowodowała, że zdecydowałam się na przytułek. Byłam w nim krótko, ale zdążyłam doświadczyć jeszcze jednego „dobrodziejstwa” państwa rządzonego rzekomo przez robotników i chłopów. Krótko mówiąc wpadłam z „deszczu pod rynnę”.

Od dwunastego roku życia ciężko pracowałam na swoje utrzymanie, ale do nowych warunków nie sposób się było przyzwyczaić. Żyliśmy jak zwierzęta. Nie można się temu dziwić, bo przecież te dzieci nie miały własnego domu, nie znały matczynej miłości. Ich domem była ulica, a sypialnią – klatki schodowe, kanały, a czasem dworzec kolejowy. Dla nich liczyła się tylko siła i chytrość.

Nie cała młodzież oczywiście, znajdowała się w przytułkach. Chłopcy woleli zostawać na wolności, trudniąc się rozbojem. Dzicy i zezwierzęceni napadali na ludzi, nawet w biały dzień i na najbardziej uczęszczanych ulicach. Tylko nieliczni z nich ułożyli sobie normalne życie.

Egzystencja w przytułku była urozmaicona pod każdym względem. Zawsze panował tu hałas i kłótnie. Najgorsze jednak i zarazem najohydniejsze były szczury i pluskwy. Te ostatnie spadały na nas wprost z sufitu, a w pościeli było ich mnóstwo. Szczury – inteligentne, wścibskie i natrętne łaziły sobie bezkarnie pod łóżkami i po stole. Nie bały się nas i nawet nie próbowały uciekać.

Z odżywianiem również nie było najlepiej. Nie byłam wybredna i jadłam wszystko co dostałam. Z obrzydzeniem jednak wspominam kapuśniak ze zgniłej kapusty zwany „szczy”. Okropne również były solone i cuchnące ryby. Ten „przysmak” jadałyśmy na surowo.

Takie odżywianie, okropny stan sanitarny sprzyjały rozwojowi różnych chorób, nawet tyfusu, który zbierał tu obfite żniwo, ale ja jakoś go uniknęłam. Niestety już od świerzbu nie udało mi się uchronić. Ta, zdawałoby się niewinna i nie zagrażająca życiu choroba była dosyć dokuczliwa. Najgorsze były noce. Swędzące krosty między palcami i na brzuchu nie dawały usnąć. Nie umieliśmy sobie z tym poradzić, a wychowawcy lekceważyli problem.

Jedna z dziewczynek – spryciara i złodziejka, ukradła w kuchni butelkę esencji octowej, którą posmarowałyśmy sobie chorą skórę. Efekt był fatalny. Poparzyłyśmy skórę, a świerzb pozostał, potworzyły się niegojące, mokre rany.

Kiedy choroba zaatakowała prawie cały przytułek, drgnęło czyjeś sumienie. Zaczęła się przeciwświerzbowa kuracja. W silnie ogrzanym pomieszczeniu smarowałyśmy się wzajemnie brunatną maścią o przykrym i ostrym zapachu. Po kilku smarowaniach zostałam wyleczona. Ubranie i pościel wydezynfekowane. U niektórych dziewczyn choroba powróciła i od nowa powtarzałyśmy kurację. Stałam się ostrożna, bałam się powrotu choroby. Bardzo często uciekałam z przytułku, pomimo kar, a czasami nawet chłosty. Zwiedziłam każdy kąt, każdą ulicę i poznałam Połtawę bardzo dokładnie.

Na jednej z takich wędrówek poznałam sympatyczną starszą panią, Marię Pawłownę. Miałyśmy o czym rozmawiać, łączyły nas bowiem podobne przeżycia. Mąż pani Marii pochodził z Polski, z Buska Zdroju. Ona natomiast z zamożnej ukraińskiej rodziny. Przed wojną i rewolucją byli bogaci, trudnili się kupiectwem. Młodzi poznali się w kurorcie w Busku i on przyjechał w ślad za ukochaną aż do Połtawy. Żyli chyba szczęśliwie. Mieli troje dzieci: dwie córki i syna.

W 1937 roku mąż z synem i jednym zięciem zostali zaaresztowani i straceni. Pani Maria została z córką Heleną, nauczycielką głuchoniemych. Obie bardzo cierpiały po stracie aż trzech mężczyzn. Najstarsza córka – Zofia była zamężna z prokuratorem, zagorzałym ideowcem i komunistą, i mieszkała osobno. Pani Maria mówiła, że to ten zięć był złym duchem i nie mało przyczynił się do śmierci jej najbliższych. Nienawidziła go ogromnie, a jednocześnie bardzo się bała.

Ja również bałam się tego człowieka, bardzo dziwnego, nieczułego, który miał jakieś „klapki na oczach”. Nie widział, albo nie chciał widzieć ile złego dzieje się wokół. Czy on rozumiał to, że był ślepym wykonawcą i katem w bestialskim procesie mordowania narodu na wielką skalę?!

10.1 – Znowu chce się żyć!

Z początkiem jesieni przestałam odwiedzać swoich nowych przyjaciół, ponieważ bardzo podupadłam na zdrowiu. Stałam się ociężała, leniwa i obojętna na wszystko. Nawet szczury i pluskwy już tak bardzo mnie nie denerwowały. Bardzo kaszlałam, nocami pociłam się i opadałam z sił. Przestałam chodzić do pracy i do szkoły. Leżałam w łóżku, na pogiętych sprężynach, które uwierały niemiłosiernie i nie chciało mi się nawet myśleć.

Chyba nie było ze mną najlepiej. Przyjaciele jednak nie zapomnieli o mnie. Zabrali mnie do swojego domu. Kierownictwo Dietdomu pozbyło się mnie bardzo chętnie. Zarzucono mi lenistwo i nieposłuszeństwo. Chora i leniwa byłam im ciężarem. Teraz już nie pamiętam, czy poszłam o własnych siłach, czy zaniesiono mnie.

Znalazłam się w czystym i ciepłym pomieszczeniu, a panie Maria i Helena opiekowały się mną troskliwie. Już nie czułam się opuszczona i nikomu niepotrzebna. Mimo, że byłam chora to jednak pragnęłam chorować jak najdłużej i być choć odrobinę kochaną, odczuwać czyjeś zatroskanie. Bałam się powrotu do przytułku; wolałam umrzeć niż tam się znowu znaleźć.

Tymczasem choroba nie ustępowała. Miałam nadzieję, że gdy skończę 18 lat, a choroba zostanie wyleczona, to zacznę nowy etap życia, już jako osoba dorosła. Marzyła mi się ucieczka w świat, tak jak to uczynił ojciec. Zazdrościłam mu wolności. Ciągle o nim myślałam. Czy on żyje jeszcze i gdzie teraz przebywa?

W czasie trwania choroby marzyłam. Zawsze czegoś pragnęłam, ale to wszystko było nieosiągalne. Z nastaniem wiosny i ciepła choroba zaczęła ustępować. Po wielu latach, gdy mieszkałam już w Polsce, prześwietlenie rentgenowskie wykazało małe zwapnienie na lewym płucu… Chorowałam wtedy na gruźlicę.

Dopiero na wiosnę wstałam i poszłam do szkoły. Chodziłam już do dziesiątej klasy. Niewiele umiałam, ale nigdy nie powtarzałam klas. Jeszcze tylko jeden rok i będę dorosła, mogąc w pełni decydować o sobie. Po chorobie już nie wróciłam do przytułku, zostałam u pań Marii i Heleny.

Nadeszło ciepłe lato. Było bardzo przyjemnie. W dni wolne od pracy chodziłyśmy z panią Heleną do kina, do teatru. Moja przyjaciółka ze swoich starych ubrań i sukien szyła dla mnie jako taki przyodziewek. W łachmanach, które posiadałam wstyd było gdziekolwiek się pokazać. Ubrana mniej więcej przyzwoicie byłam nieodłączną towarzyszką pani Heleny. Znowu chciało się żyć! Ja nawet wynajęłam się do pracy w ogrodnictwie, przy pielęgnacji, a później zbiorze warzyw. Miałyśmy teraz świeże pomidory, kawony i inne warzywa. Napełniałyśmy nimi piwnice. Szykowałyśmy się do zimy.

Późną jesienią wracając ze szkoły po raz drugi w życiu spotkałam „ducha”. Wrócił tatuś. Najmilszy, najwspanialszy, bardzo kochany i drogi. Wiedział, gdzie mnie szukać i czekał cierpliwie, aż wyjdę ze szkoły. Trudno opisać, jaką radość przeżyłam wówczas. Ucałowałam szorstką, męską twarz, przedwcześnie zbielałą głowę.

Ojciec był bardzo męski i przystojny. Mimo, że żył jak włóczęga bez domu, bez rodziny, w ciągłej podróży – przytył. Twarz mu się wygładziła, wyładniała. Bardzo mi się podobał. Jak zawsze pełen optymizmu był wesoły i pogodny. Zdawało mi się, że wcale nie nadrabiał miną.

Spytałam się, czy bardzo się boi.
– Nastąpiła minimalna odwilż, coś w rodzaju pieredyszki – odpowiedział. – Już nie będę uciekał!

Trzeba się było więc przystosować do nowych warunków. W miejscu zamieszkania mamy, ojciec nie mógł się pokazać. Tam przecież umarł i został pochowany. Musiał jednak gdzieś pracować, aby żyć. Podjął bardzo odważną decyzję.

- Pójdę do arteli szewskiej! Tam nie wiedzą nic o mojej śmierci – powiedział.

I rzeczywiście nikt tam nic nie wiedział. Pamiętali tylko nagły wyjazd do Mirhorodu i nic więcej. Dawni współpracownicy powitali go z radością, bo brakowało ludzi do pracy. Dużo starych znajomych zaaresztowano i pewne było, że już nie wrócą.

Ojciec od razu zaczął pracować, a że nie miał mieszkania zostawał na noc w stróżówce. W taki bardzo szczęśliwy i prosty sposób znalazło się względnie bezpieczne miejsce. Kierownik zapomniał zameldować ojca w miejscu pracy, więc nadal nie istniał on w żadnych aktach i dokumentach państwowych jako żywy.

Represje i mordy przygasły. Wszystkie ciosy spadały na naród falami, jak pulsujący ból, który raz się nasila, a następnie – łagodnieje. Nie znaczy to jednak, że strach minął. Ojciec bał się władzy, bał się zwykłych ludzi, bał się aby go ktoś ze wsi nie rozpoznał. Celowo ulokował się w warsztacie w samym kącie – był właściwie niewidoczny. Do miasta wychodził tylko wtedy, gdy było to nieodzowne. Jedzenie i picie przynosiła mama. Razem z babcią nadal mieszkała na wsi w ciemnej komórce, ale to nic! Przecież jeszcze żyły i to się tylko liczyło!

W jakiś, właściwy chyba tylko dla nas sposób byliśmy ludźmi szczęśliwymi. Od roku 1932, czyli początku represji, jedynie dziadek nam zginął…

10.2 – Wrzesień 1939 roku

Teraz ja miałam najlepiej. Mieszkałam u pań Marii i Heleny i nawet obecnie wspominam te czasy z rozrzewnieniem i łezką w oku. Pani Maria Pawłowna umiała stworzyć atmosferę prawdziwego rodzinnego ciepła, czego u mnie w domu nie dało się już odtworzyć.

Mama traktowała mnie jak osobę obcą, wręcz niepotrzebną, ale ojciec nadal był dobry i czuły pomimo, że stał się więźniem z wyboru. On nigdy nie wrócił do mamy jako mąż i ojciec. Nie miał takiej możliwości, przecież teoretycznie nie żył, nie był nigdzie zameldowany. W swojej stróżówce żył, pracował i nawet nieźle zarabiał. Dostawałam od niego pieniądze na życie i na ubranie. Mogłam się więc lepiej ubrać i wszędzie pokazać, nie wzbudzając współczucia i nie odczuwając upokorzenia.

W roku 1939 ukończyłam dziesięciolatkę. Aż się dziwię, że to nastąpiło. Co ja wówczas umiałam? Niewiele. Otrzymałam świadectwo, na którym aż roiło się od trójek, ale ja wiedziałam, że te trójki też są jeszcze naciągane. Pani Helena w wolnych chwilach douczała mnie. Traktowała mnie jak córkę. Bardzo chciała, bym podjęła studia.

- Nie masz nic do stracenia, musisz spróbować – mówiła. – Jeśli nie zdasz egzaminów to będziesz pracowała, bo żyć trzeba.

Po długim namyśle i wahaniach złożyłam dokumenty do Instytutu Pedagogicznego i czekałam na egzaminy. Pierwszy był z matematyki. Podobno tematy nie były wcale trudne, ale nie dla mnie. Byłam ciemna jak przysłowiowa „tabaka w rogu”. Siedziałam nad czystą kartką i zerkałam na swojego sąsiada i podziwiałam go. Poznać było, że ma wszystko w małym paluszku.

W istocie bardzo szybko skończył, a idąc oddać pracę podrzucił mi brudnopis. Wystarczyło tylko przepisać. To mnie nawet bawiło. Cieszyłam się, że bodaj choćby raz w życiu „nabiję kogoś w butelkę”, i to porządnie. Bardzo spokojnie oddałam pracę i wyszłam na korytarz.

Mój nowy znajomy stał przy oknie i chyba czekał na mnie, był ciekaw czy skorzystałam z pomocy. Poznaliśmy się. On pochodził z Kremieńczuka i był sierotą. Wychowywał go przytułek dla chłopców. Jego rodzice zginęli. Z biegiem czasu zawiązała się między nami przyjaźń, a może nawet miłość, równie tragiczna co całe moje życie. Pokochałam swojego chłopca i on mnie pokochał. Oboje nie byliśmy rozpieszczani przez życie i może dlatego nasza miłość była czysta i dziecięca. Nic nas nie obchodził cały świat. Żyliśmy własnym szczęściem. Młodość brała górę nad wszystkim.

Zły los nie oszczędził nas jednak. Mój przyjaciel przestał przychodzić na spotkania i na wykłady. Wraz z paru innymi studentami przepadł. Nigdy go już nie zobaczyłam… Lochy NKWD były bardzo przepastne. Widocznie był zbyt mądry i szlachetny, nie pasował, nie mógł żyć w tak podłym świecie. Przez jakiś czas poszukiwałam go, łudziłam się, że wróci. Niestety bramy piekła zatrzasnęły się za nim na zawsze. Bardzo tęskniłam i wyczekiwałam, ale tym razem cud nie chciał się zdarzyć. Ojciec miał więcej szczęścia.

Życie toczyło się dalej, starymi wytartymi torami. I tak musiało być.

Nadszedł upalny – jak rzadko kiedy – wrzesień 1939 roku. Ta gorąca jesień zamiast radować, stała się przekleństwem dla całego świata.

Zaczęła się II wojna światowa.

Polska, tak bardzo mi droga, a jednocześnie tajemnicza i nieznana, była pierwszą ofiarą tego straszliwego kataklizmu. Słuchałam radia w wydaniu sowieckim, które wcale nie ukrywało zadowolenia i radości z powodu napaści Hitlera na Polskę. I już 17 września wojska sowieckie uderzyły na Polskę ze wschodu. Sojusznik Hitlera pośpieszył mu z pomocą. Władze Związku Radzieckiego nazwały ten akt agresji wojną „wyzwoleńczą”.

„Wyzwalamy spod jarzma polskich panów zachodnią Ukrainę i Białoruś!” – głosiła prasa i radio.

„Wyzwoliciele” pachnący krwią i dymem wracali z wojny obładowani walizami łupów. Wrócił również zięć pani Marii. Ogromne dobra zdobył w czasie „wyzwalania”. Niektóre, a szczególnie ubiory, były tak piękne, że ja takich nigdy jeszcze nie widziałam. „Kochany” zięciulek będąc politrukiem miał prawo i przywilej kursowania z Ukrainy do Polski i odwrotnie. Przywoził coraz więcej. Jego zachłanność nie miała granic, był nienasycony.

Zimę i wiosnę też miał bardzo pracowitą. Trudnił się bowiem, wywózką Polaków na Sybir i Kazachstan. O nas – Polakach urodzonych w ZSRR – chwilowo zapomniano. To był następny, krótki okres wytchnienia, a my staraliśmy się go jak najlepiej wykorzystać.

W 1940 roku ojciec wynajął dla nas nowe mieszkanie. Mama z babcią z radością opuściły ponurą komórkę bez okna. Mieliśmy teraz duży słoneczny pokój z kuchnią i werandą. Ja z żalem opuściłam panią Marię Pawłownę i panią Helenę. Dla ojca nic się nie zmieniło. On nadal bał się mieszkać z nami i pozostał w swojej stróżówce.

Chwilowo zapomniani przez władze byliśmy jednak ostrożni, niebezpieczeństwo bowiem istniało nadal. Ja, gdybym nie była kobietą, zginęłabym bez wieści tak jak mój chłopiec. A może żyję dlatego, że w czasie najokrutniejszych prześladowań byłam niepełnoletnia?

Ten szczęśliwy okres musiał się jednak skończyć. Skoro tylko ukończyłam 18 lat stałam się bardzo widoczna. Obozy pracy potrzebowały nowej krwi.

10.3 – Niewłaściwa narodowość

Mój Boże jak ja to dokładnie pamiętam. Może lżej byłoby mi, gdyby przeszłość zatarła się w mojej pamięci, ale niestety, ja to wszystko widzę jak na dłoni. Zło było wielkie, powszechne i niewiarygodne dla kogoś, kto sam tego nie doświadczył. Ogarnęło cały naród. Nie potrafię tego opisać. Brak mi słów.

Szliśmy na zagładę jak baranki na rzeź. Nikt się nie bronił i nie sprzeciwiał. Czasami ktoś odważył się uciekać, ale ucieczki nie każdemu się udawały. Mój ojciec, moja rodzina należeliśmy do nielicznej grupki ocalonych. Dlaczego? Czy nie stała się jakaś niesprawiedliwość? Czym zasłużyliśmy na takie wyróżnienie? Dlaczego los był dla nas tak łaskawy?

Liczna rodzina wyginęła. Duża polska wieś Greczany już dawno nie istnieje, a ja jestem, a ja pomimo swoich sędziwych lat wciąż żyję. Mój umysł nie może tego ogarnąć. Wobec tych pomordowanych czuję jakąś nieuzasadnioną winę. Byłam nawet więziona, ale uwolniono mnie!

Właśnie z chwilą ukończenia osiemnastu lat trafiłam do więzienia.

Musiałam mieć dowód osobisty, bez którego życie w czasie wojny było niemożliwe. Zrobiłam więc trzy zdjęcia, a metrykę urodzenia miałam, więc zdawałoby się, że po opłaceniu jakichś tam kosztów otrzymam dowód. Ale to tylko z początku wyglądało na takie proste.

W wyznaczonym czasie zgłosiłam się po odbiór dokumentu. Okazało się, że nie jest jeszcze zrobiony. W rubryce narodowość zostawiono puste miejsce. Miałam kilka minut czasu na zastanowienie się i wybranie dla siebie narodowości. Właściwie to wyboru nie miałam. Liczyła się jedynie narodowość rosyjska.

Ja rzecz jasna na to się nie zgodziłam i natychmiast brutalnie wciągnięto mnie do ciemnej, wilgotnej, cuchnącej kloaką celi, w podziemiach urzędu NKWD. Znalazłam się w okropnej, oślizłej izolatce. Była pusta. Stało tam jedynie cuchnące wiadro zastępujące ubikację. Tak właśnie rozpoczęło się moje dorosłe życie…

Nie wiem jak długo siedziałam oparta o wilgotną ścianę. Czasem było tutaj zupełnie ciemno, a czasem świecono tak ostrym światłem, że nawet z zamkniętymi oczyma czułam piekący ból pod powiekami. Długo bym chyba nie wytrzymała. Po przebytej chorobie nie byłam zbyt silna i odporna, szczególnie na chłód.

Kiedy ciemności zamieniały się w ostre światło, mrużąc oczy szukałam śladów po kulach na brudnych ścianach. Ale tutaj chyba nie rozstrzeliwano. Próbowałam czytać zatarte napisy. Były tam jakieś strzępki słów, całkowicie niezrozumiałe. Służba więzienna powycierała i pozdrapywała mozolnie napisane słowa: jakieś skargi, przekleństwa, a może nawet modlitwy, żeby tacy jak ja i następni po mnie nie mogli nic przeczytać.

W tej scenerii myślałam o ojcu, który przesiedział w takich, albo jeszcze gorszych warunkach całą zimę. I chociaż był już na wolności, nie miałam okazji i sposobności zapytać go, jak się czuł i co przeżywał będąc „wrogiem narodu”, więźniem politycznym. Myślę, że unikał rozmów na takie tematy. Widziałam na nogach blizny po ranach. Musiał więc być okrutnie bity i katowany.

Oparta o ścianę, wzywałam jakiegoś dobrego ducha, któryby mnie uratował. Okrutnie się bałam! Bałam się tortur, ciemności, ostrego światła i śmierci, bo ona mogła nadejść w każdej chwili.

I jak tu nie wierzyć w skuteczność modlitwy?! Po kilku dniach i nocach wyszłam na wolność zachowując w dowodzie narodowość polską. Nie było to moją zasługą. Po prostu los tak chciał. Kto nie siedział w więzieniu, w ciemnej izolatce, nie potrafiłby chyba cieszyć się wolnością, powrotem do dziennego światła, do słońca, do prawdziwych ludzi, tak, jak cieszyłam się ja.

Oczy łzawiły, przyzwyczajały się do słońca, a może płakałam z radości? Przestałam nawet odczuwać głód. Nie jadłam przecież tyle dni. Gdyby mnie pani Maria nie podtrzymywała, nie prowadziła, nie wyszłabym z urzędu o własnych siłach.

Dopiero w domu dowiedziałam się, dlaczego miałam tyle szczęścia, że opuściłam mury więzienia. Dobrym duchem okazał się zięć pani Marii. To dzięki jej prośbom zostałam uratowana. Jak dużo mogła zdziałać taka ważna osobistość – żołnierz i działacz polityczny.

Wolnością jednak nie cieszyłam się za bardzo. Zrozumiałam bowiem, że będąc pełnoletnią mogę być w każdej chwili uwięziona. Jako „dziecko” bałam się przytułku, a już jako dorosła bałam się wszystkiego, bałam się śmierci. Moja sytuacja więc, pogorszyła się znacznie.

Ucieczką ratować się nie mogłam. To ojciec umiał się wymykać oprawcom. Było mu łatwiej, był mężczyzną i miał zawód, dzięki któremu mógł jakoś żyć, a ja? Kim ja właściwie byłam? Co umiałam? Jako kobieta obawiałam się złych ludzi, mężczyzn z ich chorobliwym pożądaniem. Oprócz tego bałam się terroru.

Najważniejsze jednak było to, że odzyskałam wolność, że nie trafiłam do obozu, gdzie przestaje się być człowiekiem. A najważniejsze było to, że zachowałam polskość.

11.1 – Bombowce nad miastem

Nadeszło lato 1941 roku. Jakże było ono piękne i pogodne. Miejskie ulice i parki wyładniały, pachniały zielenią, kwiatami i świeżością. Chciało się żyć. Byłam młoda i marzyłam o szczęściu, radości. Serce jednak ściskał bolesny kurcz, gdy przypominał mi się mój chłopak. Ale czas goi rany i ja również pomału zapominałam o nim, zacierały się w pamięci rysy jego twarzy. Musiałam o nim mniej myśleć, mniej tęsknić.

Jakieś odrodzenie odczuwałam nie tylko ja. Coś się zmieniło, było jakby inaczej. Nawet materialnie poprawiło się odrobinę. Sklepy przestały świecić pustkami. Kolejki skróciły się nieco, ale nie znikły. Tak mało potrzebowaliśmy, by nareszcie poczuć się ludźmi. Bardzo dobrze pamiętam niedzielne popołudnia. Deptak w centrum miasta zapełniał się ludźmi, przeważnie młodzieżą.

Spacerowaliśmy, wszędzie słychać było śmiech. Cieszyliśmy się życiem. Było mi w tym czasie dobrze, czułam się bezpieczna. Dwa kina – mieszczące się na tej samej ulicy – zapełniały się widzami. W tym czasie wyświetlano amerykański film pod tytułem „Wielki walc”, o życiu i twórczości Johanna Straussa, z piękną muzyką. Pierwszy raz oglądałam nie rosyjski film. Zresztą jego oglądalność była ogromna, zwłaszcza, że bilety nie były drogie. Ja oglądałam go kilka razy i za każdym razem wydawał mi się ciekawszy. Byłam oczarowana, zachwycona. Zapominałam o szarości życia. Troski odchodziły, zło przestawało się liczyć. Młodość brała górę nad nieciekawą prozą życia.

Snułam różne plany na przyszłość. Jesienią zamierzałam studiować, ale niestety nie sądzone mi było zostać nauczycielką, o czym zawsze marzyłam. Bo oto naraz, niespodziewanie, jak grom z jasnego nieba wybuchła nowa wojna. Sojusznik Stalina – Adolf Hitler – złamał wszystkie pakty pisane i niepisane bez wypowiedzenia wojny przekraczając granice ZSRR. Zostaliśmy zdradzeni i oszukani, a Stalin zawiódł się na Hitlerze ogromnie.

Nie pomogła żywność odbierana od ust własnemu narodowi, nie pomogły nie kończące się transporty z ropą naftową, węglem i innymi dobrami. Tak się złożyło, że mieszkaliśmy w pobliżu torów kolejowych i musieliśmy patrzeć na długie pociągi ciągnące na zachód cysterny z ropą, białe chłodnie z mięsem, masłem, wagony z żywym bydłem i Bóg jeden wiedział czym jeszcze! I nic to nie pomogło. Stalinowi pozostał tylko własny naród, którego on niestety nie rozpieszczał.

Wojska hitlerowskie prawie bez walki zajmowały coraz to nowe terytoria ZSRR. Nie mogłam zrozumieć dlaczego wojska sowieckie bez boju, bez walki cofały się w popłochu? Tyle lat wpajano dzieciom, młodzieży, a nawet dorosłym, że Armia Radziecka jest silna, niezwyciężona i nikt jej nie pokona. Zrozumiałam, że był to tylko mit, bajki dla małych dzieci. Nagle wszystko runęło jak domek z kart.

Czułam się oszukana, bo naprawdę wierzyłam propagandzie w tym względzie. Przecież Rosja wygrała wojnę z Polską, Finlandia również okazała się słabsza. Ale czy tak rzeczywiście było? Dopiero ojciec wytłumaczył mi, że w wojsku sowieckim brak dowódców i strategów, bo zostali wymordowani w czasie największej czystki w latach 1936-38, że Stalin musi szkolić nowe kadry oficerskie, jeżeli chce zwyciężać, jeśli chce liczyć się na świecie.

Przed wkroczeniem wojsk hitlerowskich do Połtawy przeżyliśmy straszliwy nalot. Kilka razy w ciągu nocy nadlatywały bombowce i siały wokół zniszczenie. Najbardziej ucierpiał dworzec kolejowy i większe zakłady przemysłowe. Znowu ginęli niewinni ludzie. Ze zgrozą patrzyłam na płonące miasto, które pokochałam i zrozumiałam, że nie wolno nam marzyć, planować coś naprzód, bo znajdzie się ktoś taki, kto szybko ukróci nasze nadzieje.

W dziwnych czasach upływało moje dzieciństwo i młodość. Co za los? Czy kiedyś jeszcze będę żyła jak człowiek?

Nazajutrz po bombardowaniu wkroczyły wojska niemieckie. Nie słyszałam żadnych odgłosów walki. To był ponury, deszczowy, jesienny dzień. Niemcy nie wkroczyli sami. Prowadzili ze sobą ogromne rzesze jeńców. Deszcz ze śniegiem oblepiał wycieńczone postacie, szkielety ludzkie. Umieszczono ich na wielkim placu, na którym przed wojną odbywały się uroczystości 1-szo majowe, albo obchody rocznicy Rewolucji Październikowej. Plac pośpiesznie ogrodzono drutem kolczastym, ale nikt nie pomyślał, żeby zbudować jakieś pomieszczenia dla ludzi. I tak zostało do końca.

Przeżyłam głód w 1933 roku, widziałam konających z głodu, ale widok mokrych, brudnych, leżących w błocie, konających z głodu i zimna był nie do zniesienia. Nie potrafię tego opisać. Śnieg, marznące błoto, a w tym błocie ludzie pokurczeni jak robactwo. Na czterech rogach placu stanęły wieżyczki wartownicze, a na nich w dzień i w nocy Niemcy pełnili warty.

Jeżeli któryś z jeńców miał jeszcze siłę, odwagę i próbował zbliżyć się do ogrodzenia to natychmiast zostawał rozstrzelany. Staraliśmy się ulżyć tym biedakom, ale było to prawie niemożliwe. Niektórzy rzucali kawałki chleba przez ogrodzenie. Wygłodzeni więźniowie rzucali się na chleb. Powstawała kotłowanina, bo jeden drugiemu wyrywał jedzenie z rąk, a wartownicy tylko na to czekali. Po serii wystrzałów wszystko cichło, a kawałki chleba mieszały się z błotem i krwią. Tak to się przeważnie kończyło.

Ci, którzy najbardziej walczyli o chleb już go nie potrzebowali, a następni woleli już nie ryzykować. Oni wciąż jeszcze bali się śmierci.

11.2 – Pakunki z chlebem

Z każdym dniem było tych „chłopców” coraz mniej. Znowu jak dawniej zwłoki wywożono gdzieś w pola, do zbiorowych mogił. Ludzie pojmani w czasie łapanek kopali doły i zasypywali zmarłych. Gdzieś w głębi serca odzywało się głupie sumienie.

Jak to tak może być, by jedni żyli, mieli chleb, ciepły kąt, a drudzy ginęli? Trzeba koniecznie ich ratować! Może chociaż kilka osób ocaleje. Myślę, że dla uspokojenia sumienia usiłowałam coś robić, nie czekać z założonymi rękami.

Pewnego razu po naradzie, ja i moje trzy przyjaciółki postanowiłyśmy działać. Pakunki z chlebem, sucharami i cukrem trzeba było jakoś podać jeńcom. Może chociaż paru z nich przedłużymy życie i oczywiście – cierpienie. Do dziś nie wiem czy to było mądre.

Chęć niesienia pomocy jednak, okazała się silniejsza od rozsądku. Miałyśmy zamiar dziewczęcą młodością i żartami uśpić czujność Niemca. I prawie się nam to udało. Paczki w szarym papierze z łatwością udało się przerzucić przez zasieki w zacienione miejsce. Żartowałyśmy i wygłupiałyśmy się jak niemądre. Dziwnie to wyglądało, bo bardzo słabo znałyśmy język niemiecki, ale wartownikowi się chyba podobało, bo zaśmiewał się do rozpuku. Jeszcze chwila i spokojnie mogłybyśmy odejść, ale niestety kilku niesamowicie brudnych, zarośniętych i najbardziej zdesperowanych spośród więźniów-kościotrupów rzuciło się na paczki wyrywając je sobie. Dlaczego tak robili? Przecież wiedzieli co ich czeka, nie był to przecież pierwszy raz? Myślę, że niesamowity głód i zimno odebrały im zdrowy rozsądek. Oni już nie byli podobni do normalnych ludzi. A może było to po prostu samobójstwo?

Rozległy się strzały. Polała się krew. Pierwszy odruch – ucieczka! Rozpierzchłyśmy się w różne strony, ale Niemcy zablokowali wszystkie ulice wokół placu i motorami, samochodami gonili i wyłapywali wszystkich znajdujących się na ulicach. Ta łapanka nie trwała długo. Załadowano wielu ludzi na więzienny, ciężarowy samochód, a nas razem z nimi.

Ulice opustoszały. Samochód ruszył. Nikt nie wiedział dokąd nas wiozą. Każdy myślał o najgorszym. Ale nie było aż tak źle. Nie jechaliśmy długo. Samochód zatrzymał się nagle. Rozległ się zgrzyt otwieranych drzwi i brutalne okrzyki rozwścieczonych Niemców.

- Raus, raus, schnell, schnell – wrzeszczał nie młody już Niemiec.

Poznałam miejsce do którego nas przywieziono. Zobaczyłam szereg starych, drewnianych baraków, wybudowanych jeszcze prze swoich. Nie tak dawno w tych barakach więziono „politycznych”. Zbudowano je bardzo pośpiesznie i niezbyt dokładnie. Więzienia były w tym czasie bardzo przepełnione. Tu właśnie nas wyrzucono.

Strach mnie ogarnął. We wnętrzu baraków było brudno, cuchnęło pleśnią i zgnilizną. Podwójne prycze straszyły swoim wyglądem. Okropnie się czułam, bo uświadomiłam sobie, że łapankę sprowokowały cztery głupie i naiwne dziewczyny. Nie tylko nikomu nie pomogłyśmy, ale przede wszystkim poważnie zagroziłyśmy życiu swojemu i wielu innych ludzi. I jak się z tym pogodzić i przyznać do tego? Wszyscy by nas przecież znienawidzili. Jakież to było tragiczne i jednocześnie głupie.

Nie miałyśmy czasu zastanawiać się i rozmyślać, bo trzeba było szukać jakiegoś ratunku. Zbliżała się noc, a w barakach było mokro, zimno i odrażająco. Odruchowo tuliliśmy się do siebie ogrzewając się wzajemnie własnymi ciałami. Taka była pierwsza noc.

Nawet wartownicy pomarzli. Oni zresztą nie mieli najcieplejszych ubrań na sobie. Ich płaszcze wojskowe i mundury nie były przystosowane do chłodów. Może to właśnie przesądziło o tym, że skoro świt opuściliśmy niegościnne baraki i czwórkami niczym wojsko wróciliśmy do miasta. Nasze nowe lokum znajdowało się teraz w szkole, bo przecież dzieci wówczas do szkoły nie chodziły.

Pomyślałam sobie, że znowu zrobiłam głupstwo nie uciekając z baraków. Na pewno niektórzy to zrobili, a ja głupia trzęsłam się z zimna zamiast korzystać z dogodnej sytuacji. Przecież nie byliśmy nigdzie zanotowani. Nikt o nas nic nie wiedział. Pomimo młodości czułam, że siły mam coraz mniej. Byłam głodna. Już mijała doba od ostatniego posiłku. Myślałam o rodzicach. Oni wiedzieli dokąd poszłam, a babcia pomagała mi nawet robić pakunki. Na pewno poszukują mnie.

Miałam nadzieję, że coś się odmieni. Nie chciałam wierzyć, że zginę. Nie chciałam znaleźć się w sytuacji ludzi, którym chciałyśmy pomóc. Całe szczęście, że opuściliśmy baraki. To nie dla nas Niemcy to zrobili. To im było zimno i niebezpiecznie. Nas było dużo więcej niż strażników. Ze zniszczonych przez czas i ludzi baraków ucieczka nie przedstawiałaby żadnej trudności.

W szkole mieliśmy dach nad głową, było nam trochę cieplej, a Niemcy mieli nas wszystkich za drzwiami pod kluczem. Jedną ciężką noc miałam za sobą i wciąż czekałam na ratunek. Szwaby nie traciły czasu. Wygoleni, umyci i prawie pachnący wyśmiewali się z nas, bo po ciężkiej, nieprzespanej nocy nie wyglądaliśmy najlepiej.

Zaczęła się segregacja. Ładniejsze i młodsze dziewczyny z jednej strony, a brzydsze i starsze z drugiej. Z mężczyznami Niemcy nie zadawali sobie tyle trudu i zachodu. Ja niestety trafiłam do drugiej żeńskiej grupy. Widocznie mój wygląd zewnętrzny nie był korzystny. Nie podobałam się Niemcowi. Nawet moje blond włosy nie zostały zauważone. Czułam się upokorzona i gorsza! Zapamiętałam to na całe życie.

Grupa ładniejszych dziewcząt trafiła do kasyna niemieckiego i do sprzątania koszar, a my gorsze myłyśmy podłogi, malowałyśmy ściany i drzwi. Niemcy bowiem, szykowali pomieszczenia dla wojsk, których się spodziewali.

Jak długo wytrzymam bez jedzenia? Oczy zachodziły mgłą, w uszach szumiało. Zbliżała się następna noc i co dalej? Gdy jedna z dziewcząt zemdlała narobiłyśmy szumu. Przecież w końcu muszą nam dać coś do jedzenia, bo nie będziemy mogły pracować.

11.3 – W niemieckiej niewoli

Już po zapadnięciu zmroku szykowałyśmy się w jednej z klas do odpoczynku. Nagle otworzyły się drzwi i poczułam miły zapach chleba. Równe cegiełki-foremki chleba ułożył Niemiec na stole i dzielił każdej po połowie. Już nigdy w życiu nie jadłam tak smacznego chleba jak wówczas.

Później jadłyśmy również zupy z kotła wojskowego. Same je gotowałyśmy z ziemniaków i buraków dostarczanych przez mężczyzn z pobliskiego kołchozu. Przeżyłam następny ścisły post, bo zupy były bez żadnej omasty, ale i tak miałyśmy lepiej niż jeńcy na placu defilad.

Dostawałyśmy nawet mydło, którym jednak nie można się było umyć. Twarde kamyczki szarego koloru nie myły, a zdrapywały brud. Byłyśmy więc niedomyte, albo raczej brudne. Tego nie można było powiedzieć o Szwabach. Oni myli się i golili codziennie, zawsze więc byli czyści.

Sprzątanie w szkole szybko się skończyło i wyszliśmy na ulicę. Tu był ogrom pracy, bo ciężkie czołgi i samochody rozjeździły już i tak złe drogi. Dopiero wówczas rodzice odnaleźli mnie. Cieszyli się ogromnie, ale i ja byłam szczęśliwa, że ich mam i że jest ktoś jeszcze na tym świecie, komu na mnie zależy.

Czasami udawało się im podrzucić trochę żywności, a to znaczyło dla mnie tyle co życie. Może to komuś wydawać się dziwne, ale z Niemcami łatwiej się było dogadać niż ze swoimi, szczególnie ze stróżami porządku. Jakiś komplement, miłe spojrzenie, uprzejme słowo, a do tego jakaś drobna łapówka w postaci owoców rozbrajała ich. Przecież mimo wszystko oni również byli ludźmi. Może tęsknili za domem, za rodziną. W czasie krótkiego odpoczynku opowiadali o sobie, o swojej ojczyźnie, o rodzinie. Zawiązywała się wątła nić przyjaźni. Ruski wartownik niestety nie mógłby się zwierzać, ani przyjaźnić. Od niemowlęcia mieliśmy zakodowany strach i nieufność. Według ruskich wszędzie czaił się wróg. Zrozumiałam, że za wszelką cenę trzeba wejść w łaski wartowników. Może się to w przyszłości przydać.

Zbliżała się zima. Noce były mroźne, zaczął padać śnieg. W zimie na przełomie 1941 i 1942 roku śniegi były bardzo obfite. Wówczas to przerzucono nas na lotnisko do oczyszczania pasów startowych, ale teraz miałyśmy cieplejsze mieszkanie. Rodzice nie mieli już do mnie dostępu. Zresztą tutaj tak beznadziejnie nie było. Czasami miałyśmy nawet chleb, no i oczywiście zupy z kotła, ale pożywniejsze.

Na lotnisku byliśmy odcięci od świata. Tylko czasami docierał nikły okruch wiadomości. Byłam ciekawa co dzieje się z chłopcami na placu. Jak oni się czują? A oni niestety wszyscy zginęli. Niemcy nawet nie zadawali sobie trudu by chować ich w zbiorowych mogiłach. Zwłoki po prostu były palone. Układano rząd sosnowych konarów i rząd zwłok. Wszystko oblewano benzyną i paliło się ognisko ludzkie.

Zatykałam uszy by jak najmniej słuchać takich okropności. Ci sami wymuskani Niemcy, którzy niemal z tkliwością opowiadali nam o swoich dzieciach, w tym wypadku zachowywali się jak dzikie bestie w ludzkim ciele.

Ciężka praca przy sprzątaniu śniegu, wyrąbywaniu lodu powodowała ogromne wycięczenie, które zagłuszało odruch nienawiści i chęć zemsty. Wieczorem zasypiałam szybko i spałam na twardych deskach kamiennym snem. Z nadejściem wiosny czułam się bardzo źle. Wychudzona, z pociemniałą cerą, na pewno urodą nie grzeszyłam. Najgorsze były oczy. Powieki pokrywały się „jęczmieniami”. Gdy jeden się goił to natychmiast tworzył się następny. Może to z zimna, może z wycieńczenia, brudu, a może po prostu od mycia się piaskowym mydłem.

Bałam się owrzodzeń na całym ciele, tak jak to było w okresie głodu w 1933 roku. Gdyby tak się stało, to Niemcy nie patyczkowaliby się ze mną. Zostałabym rozstrzelana. Ale dzięki Bogu nadeszła ciepła i słoneczna wiosna. Śniegi i lody stopniały, a my przestałyśmy być potrzebne na lotnisku. Znowu wróciłyśmy na drogę. Zasypywałyśmy wyboje i kałuże, a ja często widywałam ukradkiem ojca albo matkę. Oni zawsze w jakimś rowie lub zaroślach zostawiali pakunek z żywnością.

Może promienie słoneczne, a może odrobina żywności od rodziców stała się dobrodziejstwem dla moich oczu. Przestałam odczuwać swędzenie powiek i „jęczmienie” stopniowo ustępowały. Z kawałka lusterka patrzyła na mnie opalona na złoty kolor, nawet nie brzydka twarz dziewczyny, bo miałam już wówczas 21 lat.

Przerzucono naszą kobiecą brygadę do pracy w kołchozie. Spałyśmy bardzo wygodnie w stodole na słomie, a owoców i warzyw było pod dostatkiem. Wartownicy niemieccy nie byli dla nas źli. Kilku z nich już nie pierwszej młodości, bardzo pięknie mówiło po polsku. Oni prawdopodobnie pochodzili ze Śląska i z pewnością byli Polakami, chociaż o tym nigdy nie wspominali. Na mnie – Polkę patrzyli łaskawszym okiem.

Kilka razy ojciec rozmawiał z jednym z nich. Szkoda, że nawet nie pamiętam jego imienia. Domyślałam się, że był Polakiem. Często z nim rozmawiałam i prosiłam, żeby pomógł mi wyrwać się z obozu. Przeczuwałam, że ojciec również powoli działa w tym kierunku, zwłaszcza, że to właściwie nie był jeszcze jakiś rygorystyczny obóz. Nie nosiliśmy nawet pasiaków. Dlatego moje ubranie i obuwie zniszczyło się doszczętnie. Z nastaniem lata chodziłam boso. Nie należało to do przyjemności. Miałam poobijane palce u nóg, a stopy stwardniały niczym podeszwy.

W końcu nadeszła upragniona wolność. Wiele poświęcenia, pieniędzy i odwagi ze strony rodziny, a szczególnie ojca kosztowało moje wykupienie, ale wszystko się udało. W domu nareszcie porządnie umyta zaczynałam wszystko od nowa…

11.4 – Na rodzinnej ziemi

Już po kilku dniach czułam się wypoczęta i szczęśliwa. To nic, że wojna trwała. Starałam się o niej nie myśleć. Materialnie nie było nam źle, może nawet lepiej niż przed wojną. Ojciec zarabiał nieźle, bo Niemcy doceniali jego szewski fach, mama zaś pracowała w szpitalu w którym znajdowali się ranni Niemcy i również coś wnosiła do domowego budżetu.

Nawiązaliśmy nawet łączność z resztkami Polaków z rodzinnej wioski. Hania Dyjak, daleka krewna ze strony mamy pisała, że mieszkanie nasze stoi puste i niszczeje. Te kilka słów wystarczyło, by obudzić w rodzicach nadzieje na odzyskanie własności i powrotu do rodzinnych stron. Jedynym tematem w czasie wieczornych rozmów była rodzinna wieś, dom rodzinny, cmentarze, wspomnienia i wspomnienia!

Rozmowy rodziców denerwowały mnie trochę, ponieważ się już przyzwyczaiłam do tutejszej sympatycznej ludności. Połtawa to przecież takie ładne miasto. Miałam kochaną Marię Pawłownę, jej córkę Helenę, która darzyła mnie matczyną miłością, miałam swoje przyjaciółki. Był też Instytut Pedagogiczny, który koniecznie pragnęłam ukończyć i zdobyć upragniony tytuł nauczycielki. Może po wojnie będę jeszcze studiowała? Przecież ta zawierucha nie będzie trwała wiecznie i Niemcy wrócą do siebie.

Znowu snułam marzenia, ale bałam się obiecywać sobie zbyt wiele. Na nic zdały się moje protesty i udowadnianie słusznych racji. Ojca i mamę ciągnęła ziemia rodzinna, własny kąt, cmentarze i Bóg jeden wiedział co jeszcze!? Jak postanowili, tak zrobili. Ojciec sprzedał nie tak dawną kupioną chałupinę i jeszcze inne rzeczy, i za te pieniądze udało się kupić u Cyganów starą szkapinę i lichutki wóz.

Byłam ogromnie rozczarowana i zawiedziona. Potrzebne i z trudem zdobyte rzeczy, a nawet chałupę zamieniono na politowania godny zaprzęg. Może ojciec chciał uciec z tamtych stron, bo musiał się ciągle ukrywać? Jako nieboszczyk nie mógł egzystować normalnie, nie mógł się nawet zameldować. W domu nie mówiło się o tym. To był temat jakby wstydliwy, jakby dotyczył tylko i wyłącznie ojca.

Ruszając w drogę pożegnaliśmy się z przyjaciółmi i sąsiadami. Lato 1942 roku było ciepłe i pogodne, a podróż nie byłaby bardzo zła, gdyby nie „wpadka”. Niemcy bowiem, dołączyli nas do taboru cygańskiego i pędzili gdzieś do obozu, a później do pieca… Znowu śmierć wystawiła swoje kły.

Szybka jazda i wyboje na drogach nadwerężyły nasz środek transportu do tego stopnia, że pękło koło i wóz zatrzymał się na środku drogi. Niemcy szaleli ze złości, a ojciec dostał kilka razy harapem po plecach. Ja prosiłam, błagałam by nas zostawiono. Już wtedy mogłam się z nimi dobrze porozumieć, bo nauczyłam się trochę mówić będąc w obozie. I co ciekawe, że z okupantem chociaż z trudem, ale można się było dogadać, czego nie udałoby się nigdy ze swoimi. Ciągle to podkreślam i do znudzenia powtarzam.

Pozbyliśmy się resztek pieniędzy przeznaczonych na żywność, ale nasz wóz zepchnięto na pobocze, a tabor pojechał dalej. Znowu cud? Ludzie z pobliskiego kołchozu pomogli i za parę godzin koło zostało wymienione i ruszyliśmy dalej. Trzeba było zachować jak największą ostrożność. Jechaliśmy teraz bocznymi drogami, a na mostach tylko ojciec znajdował się na wozie, my natomiast podążaliśmy za nim w pojedynkę i w rozproszeniu. To nie rzucało się tak bardzo w oczy.

Gorzej było z jedzeniem. Głód doskwierał, a kupić nie mieliśmy za co. Pieniądze oddaliśmy przecież Niemcom. Żebraliśmy więc jak ostatni nędzarze, ale byliśmy coraz bliżej celu. Podróż przedłużyła się trochę, ale w końcu dotarliśmy na miejsce. Po tylu latach poniewierki, aż trudno było uwierzyć, że znowu jesteśmy w rodzinnej wsi, na rodzinnej ziemi i we własnych kątach.

Remont mieszkania był nieodzowny i znowu dobrzy ludzie pomagali. Gdy nareszcie weszliśmy do czystego lokum radości nie było końca, tak w nim było jasno i tyle przestrzeni. Ile razy od roku 1932 zaczynaliśmy od początku? Liczyłam i nie mogłam się doliczyć. Najbliższej rodziny już nie było. W ciągu tych lat krewni wyginęli lub zostali gdzieś wywiezieni. Zostały tylko polskie sieroty, jakimś cudem ocalone. Niektórzy już urośli, wydorośleli i walczyli za Ojczyznę lub byli tanią siłą roboczą, jak ich ojcowie, ale teraz służyli Niemcom. Moja cała rodzina również pracowała, by żyć i by uniknąć wywózek na przymusowe roboty do Niemiec lub do obozu. Jedni wywozili, a teraz drudzy czynią to samo. Jakie to było wtedy „modne”.

Ciężarowymi samochodami przyjeżdżali na wieś Niemcy, którzy wyszukiwali dorodniejszą młodzież, a sołtys niestety rad, nierad musiał im pomagać. Odbywał się werbunek ludzi, przede wszystkim na przymusowe roboty do Rzeszy. Uciekinierów szybko wyłapywano, bo w naszych stronach nie za bardzo było się gdzie schronić. Lasy iglaste na czarnej ziemi nie rosły, a liściaste zostały doszczętnie wytrzebione.

W czasie werbunku, tak samo jak w czasie łapanki Szwaby bardzo dobrze się zabezpieczali. Wszędzie, na każdym rogu stał uzbrojony wartownik, który mógł w każdej chwili uciekiniera zabić. Oprócz Niemców służbę wartowniczą pełnili Węgrzy. Byli bardzo gorliwi i bardzo trudno było ich oszukać. Niemcy natomiast byli łasi na złoto. Czasami udawało się wykupić pojedyncze osoby.

Po takich łapankach i werbunkach ludność ogołocona była doszczętnie. Okupanci zabierali tylu ludzi ilu zdołał pomieścić samochód, który natychmiast odjeżdżał na zachód – w odwrotnym kierunku niż wywozili swoi. I ślad za nimi ginął.

Po wojnie parę osób wróciło tylko po to by natychmiast trafić do więzienia lub obozu sowieckiego. Tacy ludzie nie mogli żyć, przecież oni widzieli inny świat. Pomimo działań wojennych na pewno zauważyli różnice poziomu życia w Rosji i w Niemczech. Przecież przed wojną wmawiano nam, że za granicami ZSRR panuje zacofanie, nędza i głód. I właśnie za to, że poznali prawdę musieli zginąć.

Bałam się łapanek, a gorzki smak życia w obozie poznałam w Połtawie. Jedynym ratunkiem przed wywózką była praca, którą udało mi się dostać na dworcu kolejowym, jako tragarz (nosilszczyk). Dźwigałam ciężkie walizy z łupami. Niemcy bowiem wracali do domu na urlopy i wieźli nagrabione rzeczy łącznie z obrazami i ikonami.

Niemiecki szef zastrzegł sobie, bym schludnie, a nawet względnie ładnie wyglądała, bo inaczej zostanę zwolniona i utracę tak lukratywną posadę. Ładniejsze ubrania niestety zniszczyły mi się w obozie, albo zamieniłam je na kawałek chleba! Mając więc jedną tylko sukienkę szanowałam ją bardzo. Jeśli zabrudziłam, to prałam wieczorem po pracy, rano prasowałam i już biegłam do pracy czysta i schludna jak żądał szef. To prawdopodobnie budziło zaufanie.

Zarabiałam niewiele, to ojciec utrzymywał rodzinę, a i ludziom pomagał. Nigdy nie odmówił nikomu pomocy, ale i sąsiedzi, pomimo, że nie Polacy potrafili być wdzięczni.

Dostaliśmy od sąsiada cielaka – byczka, bardzo chudego. Na skórze miał mnóstwo dziwnych narośli. Wydawało się, że to zwierzę niedługo pożyje, ale spróbować nie zawadziło. Dobra opieka, pachnące siano w żłobie, a nawet trochę czegoś treściwego odmieniło go. Stopniowo gubił guzy, przytył, urósł i stał się naszą maskotką.

12.1 – Śmierć z honorem

Kończyło się szczęśliwe lato, nadchodziła jesień i zima. Gromadziliśmy opał, chociaż lasu już nie było. Na łąkach przy rowach melioracyjnych rosły wysokie wierzby i to one ten opał stanowiły. Na bazarze kupiłam zielony, pomimo, że już nie nowy, ale ładny płaszcz zimowy. Ojciec wyczarował za starych piękne nowe buty. Tylko on to potrafił. Ze starego białego swetra zrobiłam ciepły beret i szalik na szydełku i już byłam ubrana. Szef nie będzie mi ubliżał, że wyglądam niechlujnie.

Nadeszły Święta Bożego Narodzenia i Nowego 1943 Roku. Zdawało mi się, że bieda chwilowo nas omijała. Mieliśmy własny, ciepły kąt, a dom był czysty i nie głodny. Po wielu, wielu latach nareszcie bez strachu śpiewaliśmy kolędy, a na stole stały naczynia ze świątecznymi potrawami. Były ryby smażone, ryby w galarecie, kutia z miodem, uszka z kapustą. Czyż to nie luksus? Wciąż przecież trwała wojna. Ludzie wciąż ginęli, a u nas w domu taki dobrobyt.

Oprócz tego w chlewiku stoi maskotka, czarno-biały byczek, przyzwyczajony do ludzi i rozpieszczany przez nas wszystkich, a szczególnie przeze mnie. Mówiłam, że jest inteligentny, tylko nie umie mówić. Nawet w pracy mniej dźwigałam, bo kto miał zamiar wrócić do domu, ten wrócił na święta. Spóźnialskich było mało.

Święta mijały szybko, a życie toczyło się dalej. Praca, praca, bardzo ciężka praca wypełniała całe dnie, a nawet noce. Najgorsze były zmiany nocne. Pracowałyśmy we dwie. Gdy ja pracowałam w nocy moja rówieśnica – Zosia Olanin z Płoskirowa w dzień, i tak na zmianę. W nocy częściej zatrzymywały się pociągi z rannymi. Nareszcie i dla Niemców wojna stała się krwawa. O każde miasto, o każdą wieś, o każdy skrawek ziemi toczyły się zacięte walki. Lała się krew i to nie tylko nasza, ginęli również Niemcy.

Mrozy stały się naszymi sprzymierzeńcami.
– A dobrze wam tak – myślałam. – To za młodzież, która zginęła na placu w Połtawie i nie tylko. To za męki i śmierć w obozach. To za Żydów mordowanych bez końca.

Miałam wrażenie, że Niemcy wstydzili się swoich porażek. Oni, zwycięzcy „bogowie wojny” przewożeni byli w bydlęcych wagonach, nie starczało dla nich wagonów osobowych. Przyszła pora i na nich – nareszczie! Musieli cierpieć i umierać, bo Hitler tak chciał. Dopóki byli młodzi i zdrowi, dopóty byli potrzebni. Stawali się mięsem armatnim. Cóż może znaczyć krzyż zasługi i order, gdy żołnierz zostaje ranny?

Ohydne i bluźniercze „Gott mit uns” na pojazdach. Po co zasłaniali się Bogiem?
Ale tacy to oni byli, niczym Krzyżacy w dawnych wiekach. Powoli, ale skutecznie karta się jednak odwracała. Musiało to nastąpić wcześniej czy później. Zima najbardziej dawała się im we znaki, a była długa i ciężka również dla mnie. Denerwowały mnie i męczyły ciężkie walizy i paki. Każdy Niemiec coś targał – czego nie zdążyli zniszczyć komuniści, to wywieźli hitlerowcy.

Prawie codziennie jechały transporty z rannymi. Ci oprócz ran nie mieli nic, żadnych bagaży. Zima powoli odchodziła. Topniały śniegi i lody, a słońce przygrzewało coraz mocniej. Słoneczne, jasne dni ożywiały całą przyrodę. Ja również wtedy czułam się doskonale, zapominając o wojnie.

Nasza maskotka, byczek był tłuściutki, wesoły i zadziorny.
– Czas najwyższy zamienić go na krowę, bo w końcu nas pobodzie – powiedział ojciec.

Za parę dni zamiast byczka, w obórce stała chuda i nędzna biało-czerwona krowa. To zwierzę okazało się bardzo spokojne i niewybredne. Miało duży apetyt i szybko odzyskiwało „formę”. Szef rzeźni miał rację, żądając od ojca dopłaty. Ona u kogoś po prostu z trudem przetrwała zimę, głodowała i dlatego tak wychudła. Liczyło się jedynie to, że mieliśmy swoje mleko.

Tak więc w czasie niemieckiej okupacji zaczęliśmy żyć jak ludzie. Czy to nie śmieszne? Niemcy zajęci sobą i swoimi porażkami na froncie nie interesowali się naszym dobytkiem i tak zostało. A może to dzięki sołtysowi, który chronił swoich?

Jak już wspomniałam krowa odżyła, wyładniała i dawała dużo mleka. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dobrze nam się powodziło. Może jeszcze przed rokiem 1933? Mleka i przetworów starczało nie tylko dla nas, można było nawet trochę sprzedać. Ludzie przychodzili do nas do domu i kupowali.

Znajomi Żydzi z miasta nie mieli pieniędzy, ale po kryjomu dostali od babci mleka albo masła. Niemcy pod karą śmierci zabraniali wspomagać Żydów, ale babcia nie pomna na zakazy i zastraszanie robiła swoje. Jeszcze gdy byłam w obozie nauczyła się dyskretnie i niepostrzeżenie podrzucać paczki, pakowane w szary, nie rzucający się w oczy papier, w krzaki lub zarośla. Na pewno nie każdy pakunek trafił do osoby dla której był przeznaczony, ale ktoś biedny na pewno skorzystał.

Na nic się jednak zdała babcina pomoc. Tego lata bowiem, całą społeczność żydowską miasteczka Płoskirów, Niemcy wymordowali w parę dni. Już zawczasu zostały wykopane długie niczym okopy, doły. Ludzie spodziewali się, że hitlerowcy coś knują. Niektórzy twierdzili, że są to faktycznie okopy, bo cofający się okupant zamierza tutaj stawić odpór nacierającym wojskom.

Żydzi jednak wiedzieli co ich czeka. Niektórzy popełniali samobójstwa. Bardzo znany i ceniony lekarz (niestety nie pamiętam jego nazwiska), który ostatnio leczył rannych Niemców, zginął wraz z rodziną. To było rodzinne samobójstwo. Mąż, żona i dwoje dzieci usnęli przy stole zastawionym trunkami i jadłem. Odświętnie ubrani, z gwiazdami Dawida na piersiach siedzieli z głowami opartymi na stole. Nieletnie dzieci pewnie się nawet nie domyślały, że umierają. W takich pozycjach zastał ich woźny, który przyszedł sprawdzić, dlaczego lekarz nie zjawił się w pracy.

Lekarz, mądry i szlachetny człowiek nie pozwolił, by oprawcy drwili I szydzili z ludzi w chwili śmierci. Umarł jak bohater, jak człowiek wolny. A pogrzeb miał taki, na jaki z pewnością zasłużył. Wszyscy, całe niemal miasto i wieś szli w kondukcie, a orkiestra grała marsz żałobny Chopina. Zewsząd słychać było płacz, to pewnie łkali ci, którym uratował życie. Sam jednak musiał zginąć.

Mimo, że cmentarz żydowski wyglądał dzięki faszystom jak pobojowisko, to właśnie tam pochowaliśmy naszego dobroczyńcę. Znalazł się nawet kamieniarz, który wykuł na nagrobku napis po hebrajsku, zgodnie z ostatnią wolą doktora.

12.2 – Wracają „swoi”, a z nimi strach

Pogrzeb był tak spontanicznym widowiskiem, że Niemcy poczuli się wobec nas bezsilni, zwłaszcza, że to głównie niemieccy pacjenci stracili lekarza. Niektórzy łudzili się jeszcze, że to smutne wydarzenie powstrzyma faszystów przed mordem Żydów, którzy jeszcze ocaleli.

Wkrótce się okazało, jak bardzo się mylili. Po paru dniach gruchnęła bowiem wieść, że spędzono Żydów na plac przy ulicy Kamienieckiej. Na tą wiadomość ruszyliśmy biegiem do miasta. Czułam się, jakbym spieszyła im na ratunek. Gdy dotarliśmy na miejsce, oczom ukazały się zawczasu wykopane doły, rzekomo okopy, które teraz miały spełnić swą haniebną funkcję, grzebiąc dziesiątki niewinnych ofiar. Żydzi już szli na rzeź w milczeniu, bez słowa skargi, pogodzeni z losem. Po obu stronach szeregu kroczyli uzbrojeni po zęby faszyści. Szukałam wśród skazańców znajomych twarzy, ale oni wszyscy wydawali mi się znajomi i bliscy.

Zaczęłam głośno płakać. W tej chwili zobaczyłam wykrzywioną w nienawiści twarz Niemca, który potraktował mnie takim kopniakiem, że upadłam z siłą na ziemię, kalecząc kolana. To już drugi raz w życiu zostałam tak potraktowana.

Dalej już nie szłam; zabrakło siły. Zastanawiałam się tylko, dlaczego oni się nie bronili, dlaczego szli pokornie, jak baranki? I czy świat o tym wszystkim wiedział? A gdzie byli ci, którzy nim rządzili? Nie po raz pierwszy buntowałam przeciwko złu tego świata. Nie poszłam dalej za tymi, którzy za chwilę będą zabici, nie chciałam uczestniczyć w tym makabrycznym orszaku.

Tłumaczyłam się krwawiącymi kolanami, ale tak naprawdę ja się po prostu bałam. Bałam się, że nie będę potrafiła opanować płaczu i pohamować napiętych do granic nerwów. Śmiertelnie lękałam się Niemców, a jednocześnie czułam do nich olbrzymią odrazę, złość i nienawiść. Brzydziłam się tymi potworami. Myślę, że wojna zabiła w nich wszelkie ludzkie uczucia. Ileż to krwi wsiąknęło w ziemię? Może dlatego jest ona taka czarna i urodzajna.

Wróciłam do pustego domu, bo cała rodzina była jeszcze w mieście. To jeszcze bardziej potęgowało beznadzieję i rozpacz. Płakałam tak długo, aż zmęczona z opuchniętymi oczami usnęłam. Dopiero późnym wieczorem wrócili rodzice z babcią, ale ja nie chciałam słuchać relacji z masakry niewinnych ludzi, kobiet, dzieci i starców. W poniedziałek jakby nic się nie wydarzyło stawiłam się do pracy.

Brzydziłam się sobą, że służę takim potworom, ale czy miałam jakieś wyjście?
Całe życie wydawało mi się bezsensowne. Jak daleko sięgałam pamięcią wciąż było beznadziejnie, wciąż trwała walka o każdy dzień życia. To był już rok 1943 a walka rozpoczęła się już w roku 1930. Dziwny wydał mi się świat. Jedni ginęli, drudzy już podrastali, a jeszcze inni rodzili się. Tylko po to by oprawcy mieli materiał, mieli ludzi na których okrutnie i bezkarnie się wyżywali. Pola i lasy usiane były masowymi grobami na których niewidzialne ręce stawiały krzyże, znaki kaźni i męczeństwa.

W takiej ponurej atmosferze mijało lato. Ojciec nie był już ścigany i jemu to zawdzięczamy „dobrobyt”. Z dużego ogrodu zebraliśmy plony. Ziemniaki urodziły bardzo ładnie, mieliśmy więc wszelkie warzywa. Pomimo mojej nienawiści do Niemców byłam im w jakiś sposób wdzięczna za życie bez głodu. W naszej wiosce prawie w każdym domu była krowa albo koza i głodu nikt nie cierpiał.

Komuniści natomiast nie tolerowali dobrobytu. Zadowoleni byli tylko wówczas, gdy panował strach, głód i nędza. Tylko w takich okolicznościach mieli nas wszystkich w garści.

Nadchodziła zima – druga na rodzinnej ziemi. Ja wciąż pracowałam na stacji kolejowej i zaobserwowałam, że najeźdźcy nie czuli się dobrze na rosyjskim terytorium. Klimat również im nie służył. Długie pociągi z rannymi jechały na zachód codziennie. Wojsko wykrwawione i zdziesiątkowane cofało się. Faszyści wracali do siebie, a wyglądali nędznie. Już nie było wkoło nich atmosfery czystości i zadbania.

W święta Bożego Narodzenia i Nowego Roku 1944 w domu było bardzo przyjemnie. Mieliśmy nawet opłatek! Ktoś przemycił go do nas. Ja już nie pamiętałam, kiedy ostatnio mieliśmy opłatek na święta. Patrzyłam na delikatny cieniutki biały chleb z podziwem i zachwytem. Tyle było w nim świętości i boskości, że lękałam się wziąć go do ust. Dobry nastrój był jednak chwilowy i wybitnie świąteczny.

Po Nowym Roku zeszłam na ziemię. Wojna była coraz bardziej krwawa, a linia frontu znowu zbliżała się do nas. Bardzo często maruderzy albo dezerterzy ukradkiem podchodzili do osiedli ludzkich i kradli, co tylko wpadło im w ręce – drób, jajka i inne produkty. Niemcy starszego rocznika, którzy byli tu władzą robili to samo. Zabierali cielęta, krowy a nawet drób. Prawdopodobnie ta żywność miała trafić na front dla walczącego wojska.

Dawało się wyczuć, że wojska niemieckie oprócz chłodu cierpią również głód i wciąż cofają się. Z dnia na dzień okupant stawał się coraz bardziej nieprzyjemny, jeżeli można to tak określić. Niemcy zdawali sobie prawdopodobnie sprawę, że są to ich ostatnie dni na Ukrainie. Krótko więc trwało nasze spokojniejsze i odrobinę dostatniejsze życie. Z wszystkim co mieliśmy, a dużo tego nie było, chowaliśmy się. Najtrudniej było z krową, ale jakoś się udawało.

W takiej atmosferze pełnej strachu i niepewności mijała zima. Wraz z wiosną przybliżała się linia frontu. Już nawet słychać było odgłosy walki. Niemieckie władze uciekły w popłochu i panice zanim nadeszły wojska. Baliśmy się frontu, nalotów, ale nic takiego się nie wydarzyło. Niepotrzebnie siedzieliśmy godzinami w schronach wykopanych w ziemi.

Pod osłoną nocy faszystowskie wojska uciekły bez walki. Nie słyszałam żadnego strzału. Dopiero nazajutrz wkroczyły wojska sowieckie. Po tylu latach okupacji wrócili „swoi”. Z jednej strony byliśmy szczęśliwi, że okupanci opuścili nasz kraj, z drugiej – powrócił strach przed rodzimą władzą. Powitaliśmy ich bardzo uroczyście chlebem i solą, czekając jak zachowa się nasza władza.

Oficerowie mieli naramienniki na mundurach, a na głowach wielkie okrągłe czapki. Wyglądali bardzo dostojnie, prawie jak oficerowie carskiego wojska. Szeregowi byli również schludnie ubrani. To już nie było nędzne głodne i obdarte wojsko jakie widziałam na początku wojny.

Miałam nadzieję, że cała polityka władzy także zmieniła się i że nie będą to zmiany powierzchowne. Niektórzy przebąkiwali coś nawet o wolności religii. Na zapas martwiłam się, że nie mamy księdza a kościoły i cerkwie zostały zburzone.

Niestety były to tylko złudne nadzieje. Bardzo szybko, bo po tygodniu przyjechali do naszej wsi komisarze do walki z kontrrewolucją i – o zgrozo! – znowu zakwaterowali się w naszej chacie. Powrócił strach. Stłoczeni w kuchni czekaliśmy na najgorsze. Pokoje zostały zajęte przez towarzyszy na biuro i sypialnie. Ojca w domu już nie było – ukrywał się. Na szczęście wiosna była ciepła i można było spać na dworze.

Zaczęły się przesłuchania i tortury. Więzienia znowu zapełniły się „przestępcami”, zdrajcami i wrogami ludu. Przesłuchiwano nie tylko Polaków, zresztą Polaków już prawie nie było.

Wciąż dziwiłam się i pytałam, komu i jakie korzyści przynosi nieustanna przemoc i niszczenie własnego narodu? Niemcy też mordowali, ale oni byli obcy. Po co niszczyć własny naród już i tak zdziesiątkowany przez wojnę? Ludzie przecież będą potrzebni. Trzeba odbudowywać kraj po wojennych zniszczeniach.

Stare zdjęcia

Mały przerywnik. W związku z przeszłością babci niewiele zachowało się pamiątek materialnych. Jednak babcia zdołała ocalić kilka starych zdjęć, przedstawiających osoby jej najbliższe.

Najstarsze zachowane zdjęcie pochodzi z roku 1930 i przedstawia młodą Zofię Pawłowską w towarzystwie rodziców – Błażeja Okińskiego i Karoliny Najduk. Babcia nie wspomina o tym wprost we wspomnieniach, ale oczywiście w czasach opisanych nosiła nazwisko panieńskie: Zofia Okińska. Błażej był z rodu szlacheckiego, natomiast Karolina była prostą, chłopską córką. Co ciekawe – fotograf uciął matkę babci, nie wiadomo dlaczego. Dostarczył zdjęcie wybrakowane. Babcia nigdy nie dowiedziała się dlaczego. Natomiast pani BasiaM sugeruje, że zapewne zdjęcie było mojej prababce potrzebne do jakiegoś dokumentu. Jest to wielce prawdopodobne. Dziękuję za tę podpowiedź!

APC 1 - 2015.02.21 16.50 - 001.3d

Ocalało też na szczęście zdjęcie obojga rodziców, już bez żadnych wad i usterek. Jednak z okresu zdecydowanie późniejszego, to jest z lat czterdziestych. Dokładna data zrobienia zdjęcia jest nieznana. Zapewne została ołówkiem zapisana z tyłu zdjęcia, bo widać tam przypominające pismo pozostałości, jednak już całkowicie nieczytelne. Proszę przyjrzeć się charakterystycznej zmianie wizerunku Błażeja Okińskiego, jak wyraźnie zaznacza się na jego obliczu zmiana sytuacji i położenia rodziny w ciągu tych lat.

APC 2 - 2015.02.21 16.53 - 001.3d

Trzecim zachowanym zdjęciem z tamtych czasów jest portret ukochanych opiekunek babci z Połtawy: pań Marii i Heleny Markiewicz. Babcia do dziś wspomina, że mogła u nich zostać i byłaby szczęśliwa. Dlatego to zdjęcie także ocaliła i zawsze trzymała blisko siebie.

APC 3 - 2015.02.21 16.55 - 001.3d

Poza tymi zdjęciami babcia mówi, że istnieje jeszcze jedno, zrobione w czasach jej wczesnego dzieciństwa, w Greczanach na łące. Niestety wygląda na to, że gdzieś się zapodziało. Mam nadzieję, że uda nam się je znaleźć – wtedy także je pokażę Wam. Przejrzę też stare rodzinne albumy. Możliwe, że uda się odszukać inne, już nawet w rodzinnej pamięci zaginione zdjęcia. Oczywiście obiecuję, że w takim wypadku oczywiście wkleję je tutaj.

Natomiast po publikacji odpowiedniego odcinka planuję umieścić tutaj skany książeczek pamiątkowych i zdjęcia odpowiadających im medali, które babcia zdobyła w czasie jej wojskowej kariery. Jest tam m. in. medal za udział w bitwach o Berlin.

Cały ten wpis proszę potraktować jako przerywnik-ciekawostkę przed wznowieniem odcinków.

 

12.3 – „Dobrowolne” zesłania

Odbudowa i owszem zaczęła się od razu. Nie było możliwości, aby ktokolwiek odważył się nie pracować lub pracować na swoim i dla siebie. Slogan: „kto nie pracuje ten nie je” obowiązywał tak samo jak przed wojną. Cała wielka Rosja stała się ogromny obozem pracy niewolniczej bez drutów kolczastych i krematoriów.

Znowu zawitał głód, powróciła głodowa śmierć. Ci, którzy dzisiaj grzebali zmarłych umierali jutro. Niepotrzebne więc były egzekucje, gazy trujące ani piece do spalania zwłok. Taka zagłada nie kosztowała ani kopiejki, może jedynie z wyjątkiem wapna chlorowanego, którym masowo oblewano stosy zwłok.

Nikt nigdy nie będzie w stanie obliczyć ile narodu zginęło przy budowie Białomor kanału, przy budowie metra w Moskwie, Kijowie, ile przepadło na Kołymie, w Kazachstanie, na wyspach Bieguna Północnego i w bardzo wielu innych miejscach zagłady. Po wojnie do tego grona doszli jeszcze Polacy z zachodniej Ukrainy i Białorusi. Dochodziły wieści o prześladowaniach i wywózkach Tatarów, Czeczenów, Niemców Nadwołżańskich i innych mniejszości narodowych.

My również spodziewaliśmy się takiego losu. Ani jeden dzień, ani jedna noc nie były spokojne i bezpieczne. Ojciec trwał w ciągłym pogotowiu. Miał wciąż spakowane najpotrzebniejsze rzeczy. Znowu zamierzał uciekać, chociaż jego zdrowie nie było już takie jak dawniej.

Wszyscy pracowaliśmy dla „dobra ojczyzny” – tak to się pięknie nazywało. Mama wróciła do pracy w szpitalu, ojciec – w swoim zawodzie, a ja na dworcu kolejowym w kancelarii. Pierwszy raz podjęłam się takiej pracy i to dzięki sąsiadce Rosjance, która przed wojną pracowała w księgowości. Wieczorami dużo mi tłumaczyła, uczyła jak naliczać wypłaty dla pracowników, jak prowadzić księgowość i w ogóle jak pracować w biurze.

Bardzo mi pomogła, ale w tamtych czasach sama umiejętność nie wystarczała. Potrzebna był bardzo wielka cierpliwość i pomysłowość. Bałam się, że nie podołam temu wyzwaniu. Pierwsza praca umysłowa, a ja orłem nie byłam. Prawda, od dziecka pracowałam, ale zawsze tylko fizycznie. Za wszelką cenę jednak musiałam wszystko szybko pojąć. Dużego wyboru zresztą nie miałam.

Na szczęście wszystko się jakoś układało. Sam naczelnik stacji trochę mi dopomógł. Był to jeszcze dosyć młody sympatyczny człowiek, przed którym odczuwałam respekt. Moje księgowe początki były trudne zwłaszcza, że w każdym miejscu odczuwało się ogromne braki. Nie miałam papieru, atramentu nie było teczek. Całe szczęście, że okupant zostawił stosy szarego, pakowego papieru. W stosach brudnej makulatury wyszukiwałam całe kawałki i prasowałam.

Dla jednej osoby pracy było tak dużo, że zajęta byłam od świtu do nocy. W końcu naczelnik zlitował się i zatrudnił jeszcze jedną osobę. Była to ładna i rezolutna czarnulka, ukraińska dziewczyna o imieniu Luba. Jaka szkoda, że nie zapamiętałam jej nazwiska. Nie było nam dane zaprzyjaźnić się, pracowałyśmy razem bardzo krótko. Wiem tylko, że była sierotą, niechętnie jednak mówiła o swojej rodzinie. Może celowo unikała tego tematu.

Gdzieś w końcu lipca obie dostałyśmy pismo od władz z rejonu, że „dobrowolnie” zgadzamy się pracować przy budowie syberyjskiej kolei żelaznej. Co za diabelska sztuczka! Odmowa zrobiłaby ze mnie „wroga ludu”, a wówczas nie wiadomo co by się stało. Przed wojną miliony wrogów ludu zginęło w najrozmaitszy sposób.

Następnego dnia przyjęto do pracy dwie dziewczyny, które musiałam przeszkolić. Luba do pracy nie przyszła. Nikt o jej zniknięciu nic nie wiedział, a wszyscy udawali, że się nic nie stało. Już nigdy jej więcej nie zobaczyłam. Luba była odważna i czasem potrafiła powiedzieć kilka słów często gorzkiej prawdy prosto w twarz. Ta cywilna odwaga nie mogła się podobać. Ja taką odwagą nie grzeszyłam, może dlatego przetrwałam?

Po zniknięciu Ukrainki czułam się osamotniona, bezbronna i osaczona. Stałam się więźniem strzeżonym dzień i noc. Dziwiło mnie, że poświęcano mojej osobie tyle uwagi i zachodu. Wciąż szukałam jakiegoś wyjścia z tej opresji, ale nie wiedziałam co robić. Nagle przyszedł mi do głowy pomysł by ochotniczo zgłosić się do wojska! Było to lepsze niż Sybir, praca ponad siły i powolne konanie. Rodzice przyznali mi rację.

Aby ten pomysł zrealizować potrzebowałam czasu i choć odrobinę wolności. Komendant wojenny w Płoskirowie urzędował w godzinach przedpołudniowych. W tym czasie i ja pracowałam i do tego byłam pod strażą. Chciałam zachorować i dostać zwolnienie lekarskie, ale jak na złość choroby w tamtym czasie nie imały się mnie. Nie mogłam się więc wyrwać z biura ani na chwilę. Mama przynosiła nawet ze szpitala jakieś cuchnące płyny nieznanego pochodzenia, które piłam. Później czułam się okropnie, ale gorączki nie miałam i zwolnienia nie dostawałam.

Wyglądało na to, że ratunek oddala się. W końcu zdobyłam się na desperacki krok. Poparzyłam sobie prawą rękę gorącym tłuszczem. Wyglądało to okropnie, ale dostałam tylko zastrzyki przeciw zakażeniu i na tym się skończyło! Dalej musiałam być w pracy.

Na „dobrowolne” zesłania wytypowano już wszystkie resztki polskiej młodzieży. Dzieci i starszych zostawiono na szczęście w spokoju. Wywózki całymi rodzinami przestały się widocznie opłacać. Moja koleżanka i daleka krewna Teofila, również była objęta tą akcją. Starałyśmy się być razem, to dodawało odwagi i było odrobinę raźniej. Byłyśmy takie młode! Wspólne rozmowy lub czytanie książek trwały nieraz całą noc, czas nieuchronnie uciekał.

Wydawało się, że ostatni promyk nadziei zgasł, gdy pewnego dnia, nie wiadomo jak udało nam się zmylić straże i wymknęłyśmy się do Komendy Wojskowej. Wszystko poszło doskonale! Za butelkę samogonu otrzymałyśmy powołanie do wojska. Nie zastanawiałyśmy się wówczas czy było to dla nas lepsze wyjście niż niewolnicza praca w lasach Syberii. A przecież wojna trwała nadal i na wszystkich frontach masowo ginęli ludzie.

Pocieszałyśmy się jedynie, że mogłyśmy chociaż w niewielkim stopniu zadecydować o własnym losie, obojętnie jaki by on nie był.

12.4 – Pociąg z polskim wojskiem

Los pomimo wszystko uśmiechnął się do nas. W tym samym czasie, w tym samym dniu przejeżdżał przez stację Greczany pociąg z polskim wojskiem. Była to w większości polska młodzież wracająca z zesłania. Naszego szczęścia nie da się opisać! Mogli nas zabrać ze sobą! Nawet powołania do wojska, które nas kosztowały tyle nerwów stały się niepotrzebne.

Wróciłyśmy domu pożegnać się z rodziną. W czasie pakowania przypadkowo spojrzałam przez okno i ścierpłam ze strachu. Ulicą zbliżało się do naszego domu dwóch uzbrojonych wojskowych albo milicjantów. A więc stało się! Idą po nas. Na ucieczkę było już za późno, słychać było ich ciężkie buciory przed domem. Co robić? – myślałam zrozpaczona. Trzeba jednak próbować!

Instynktownie schowałyśmy się na strychu. W pokoju zostały otwarte plecaki i torby podróżne. Może ich nie zauważą? Ze strychu nasłuchiwałam co się dzieje na dole. Milicjanci szukali nas wszędzie, przewracali meble, trzaskali drzwiami. Słyszałam płacz mamy. Wyszli na chwilę na podwórze i już cieszyłam się, że się udało. Ale oni niestety powrócili i weszli na strych. Wszystko skończone! Nie udało się! – pomyślałam.

Strach brał górę nad rozsądkiem. Już chciałam wyjść z ukrycia i poddać się, ale moja przyjaciółka pociągnęła mnie za rękaw tak silnie, że osunęłam się na podłogę i leżąc czekałam. Na strychu było ciemnawo i prawie pusto. Walało się parę starych mebli i niepotrzebnych gratów, a w samym szczycie stało kilka snopów równo poukładanej i związanej słomy, pociemniałej ze starości. Za dawnych lat kiedy zboże żęto jeszcze sierpami lub koszono kosami, a młócenie odbywało się za pomocą cepów powstawały takie równe wielkie snopy. Nazywaliśmy je okłotami. Zdaje mi się, że tę nazwę zapożyczyliśmy z języka ukraińskiego – okołot. Żyliśmy tutaj, a ojczyzną naszą było Podole na Ukrainie.

To z takiej słomy dziadek (ojciec mamy) wyczarowywał różne piękne i potrzebne rzeczy i sprzęty: kapelusze na upalne lato, lekkie ozdobne koszyczki na pieczywo, maty, a nawet wysokie pojemniki na zboże. W takich właśnie słomiennikach wzmocnionych wiklinowymi witkami rodzice przechowywali fasolę, ziarno kukurydzy lub dyni.

W tych pociemniałych i osnutych pajęczyną okłotach była nasza kryjówka. Milicjanci przeklinając, penetrowali strych. Leżałam bez czucia i słyszałam głośne bicie własnego serca. Po rozwalaniu staroci przyszedł czas na kłucie snopów bagnetami. Osiadły wieloletni kurz unosił się w powietrzu potęgując półmrok. Dusiłyśmy się. Tak bardzo się bałam. Co się stanie jak bagnet zanurzy się w moim ciele? Czy wytrzymam tę próbę? Czy zabiją nas od razy, czy tylko poranią? Chciałam stać się prochem, kurzem czymś niewidocznym. Bo właściwie co myśmy sobą reprezentowały? Dwie młode niedoświadczone dziewczyny, a państwo i władza zadaje sobie tyle trudu by nas ujarzmić. Nie mogło mi się to pomieścić w głowie!

Dławiący i duszący kurz okazał się zbawienny. Oprawcy zaczęli potężnie kichać i kaszleć i przeklinając opuścili strych. Do dziś nie pojmuję dlaczego nas nie znaleźli? Wydaje mi się, że nie mogło to być takie trudne. Być może nie chcieli nas znaleźć, być może człowieczeństwo wzięło górę nad zezwierzęceniem. Milicjanci rozkaz wykonali i nie ponosili odpowiedzialności dalej. Tak myślę dziś, ale jaka była prawda już nigdy się nie dowiem.

Gdybym sama tego nie przeżyła nie uwierzyłabym, tak cudowne i zdawałoby się proste było to ocalenie. Skoro tylko milicjanci opuścili nasz dom, szybko ruszyłyśmy w drogę. Uciekałyśmy między ogrodami, między grządkami, między rzędami wysokiej kukurydzy i konopi. Nie było nas prawie widać. Byle dalej, byle do stacji. Ale tutaj… zobaczyłyśmy jedynie tylną część pociągu coraz szybciej oddalającą się ze stacji. Zabrakło kilku minut.

W pierwszej chwili nie wiedziałam co począć, gdzie teraz szukać ratunku. Tliła się we mnie tylko świadomość, że nie można się załamywać to może oznaczać najgorsze. Szybko postanawiamy dogonić pociąg samochodem. Stoimy na drodze i próbujemy zatrzymać jakikolwiek samochód jadący w kierunku Polski. Kilka aut minęło nas, lecz po chwili stanęła łaskawie obok rozklekotana ciężarówka z workami. Wgramoliłyśmy się szybko na pakę szczęśliwe, że gonimy pociąg.

Na jakiejś stacji przed granicą skład zatrzymał się. My również wysiadłyśmy płacąc uczynnemu kierowcy. Patrząc na siebie śmiałyśmy się i płakały równocześnie. Łzy szczęścia mieszały się z cementem z ciężarówki, którą jechałyśmy. Całe byłyśmy umorusane tym białym pyłem. Opylone, zapłakane i szczęśliwe znalazłyśmy się wśród polskich żołnierzy. Śmiechu i żartów było co nie miara, ale nas to nie obchodziło, zapomniałam o wstydzie i skrępowaniu.

Po umyciu przedstawiono nas żołnierzowi, który się nami zajął. Trafiłyśmy do dziewczęcego wagonu. Jego pasażerki wracały do Polski i cieszyły się, że za chwilę pociąg przekroczy granicę i wszyscy znajdziemy się w Ojczyźnie. Nareszcie w ukochanej Polsce!

Byłam znowu w bydlęcym wagonie, który przypomniał mi tragiczne wydarzenia z dzieciństwa, ale teraz to było coś zupełnie innego. Dziewczęta przyjęły nas do swego grona bardzo serdecznie, a my opowiadałyśmy o naszych tarapatach i szczęśliwej ucieczce. Ja wciąż miałam chorą rękę – pamiątkę po symulowanym poparzeniu. Rana bolała mnie i paprała się. Szczególnie palce wskazujący i serdeczny dawały mi się we znaki. Nasze nowe towarzyszki powiadomiły lekarza, który zajął się mną. Byłam niemile zaskoczona, bo medyk okazał się nie być Polakiem i na dodatek cuchnął alkoholem.
– Dlaczego nie Polak? – zadawałam sobie pytanie.

Na tej małej stacyjce, której nazwy nie pamiętam pociąg stał bardzo krótko. Niebawem ruszyliśmy dalej na zachód, a ja nareszcie poczułam się bezpieczna. Dopiero wtedy uzmysłowiłam sobie, że nie żegnałam się z rodziną tak jak powinna się żegnać jedyna córka z kochanymi rodzicami. Nie było w tym pospiesznym rozstaniu ani krzty serdeczności. Nikt nie uronił ani jednej łzy. Żałuję, że nie było wtedy ojca, on ciągle się ukrywał.

Nie odczuwałam tęsknoty za domem rodzinnym, którego właściwie nigdy nie miałam, a ojczyzna nie była mi znana. Kraj rodzinny był dla mnie okrutną macochą. Do dwunastego roku życia byłam kochana i czułam się szczęśliwa a zarazem potrzebna. Później wszystko się zmieniło. Zmienili się ludzie. Staliśmy się obojętni i nieczuli na krzywdę innych, a czasem nawet na cierpienia najbliższych. Każdy ratował się na własną rękę i jeśli się udało to chwała mu za to. Ja również byłam podobna.

Obojętna, zimna i ostrożna. Życie mnie tego nauczyło i życie tego ode mnie wymagało. Myślę sobie, że ekstremalne warunki i ciągłe zagrożenia sprawiają, że stajemy się inni, niepodobni do siebie. Nawet śmierć przez swoją masowość, powszechność i ciągłą obecność – obojętnieje, chociaż boimy się jej. Ale to może raczej tylko zwierzęcy instynkt.

Nie wiem czy miałam racje myśląc w ten sposób?

12.5 – W wojsku „polskim”

Bezpiecznie siedziałam na podłodze bydlęcego wagonu i słuchałam miarowego stukotu kół i śpiewu dziewcząt. Zrobiło mi się błogo i z oczu popłynęło parę łez. Zdziwiło mnie, że mogę jeszcze płakać. Dawno już przestałam się rozczulać nad sobą i nad innymi. A współpasażerki śpiewały polskie piosenki, których ja w ogóle nie znałam. Cieszyły się, że wracają i że na zawsze opuściły nieludzką ziemię. Większość z nich zostawiła kogoś z najbliższych, nierzadko zakopanego w syberyjskiej zmarzlinie. Poczułam się częścią tego zespołu, prawie żołnierzem jadącym na front.

Dojechaliśmy do małej stacyjki zwanej Sumy i opuściliśmy wagony. Nocowaliśmy w lesie w namiotach. Przed snem odbył się capstrzyk i odśpiewano „Rotę”. Rano, zaraz po śniadaniu wojsko ruszyło w dalszą trasę. W czasie marszu marzyła mi się ucieczka. Marzenia jednak nie nabrały realnego kształtu. Nie miałam dokąd uciekać. Byłam tu obca i kraj był mi obcy i nieznany.

Wieczorem dotarliśmy do mety, a moje nogi były w opłakanym stanie. Pięty poocierałam do krwi. Przypomniała mi się ucieczka z zesłania. Piękna i ciepła pogoda nastrajała jednak optymistycznie, zwłaszcza, że następnego dnia był zaplanowany odpoczynek. Raniutko obudziły mnie głośne dzwony kościelne. Była to niedziela i ludzie spieszyli na poranną mszę świętą. Po wielu latach tułaczki, bez księdza i bez Kościoła ogromnie zapragnęłam uczestniczyć we mszy, zmieszać się z tutejszą ludnością i być jedną z nich.

Niestety moje pragnienie nie miało się ziścić. Podziwiałam tylko grupki ludzi pięknie i odświętnie ubranych, spieszących na nabożeństwo. A my mieliśmy się stawić do dowódcy, którego nikt jeszcze nie znał i nie widział. Dowództwo bowiem nie jechało razem z nami „eszelonem”. Idąc z koleżanką do sztabu dowiedziałam się, że to miasteczko nosi nazwę Lubartów. A więc Polska…

Wtedy to, w tę niedzielę obie dostałyśmy umundurowanie wojskowe. Co ciekawe – nigdy już nie spotkałam dziewcząt z którymi przyjechałam do Polski. One zniknęły. Prawdopodobnie tylko jechały z wojskiem, a w wojsku służyć nie miały zamiaru. Wracały po prostu do rodzin.

Było mi przykro, że zostałyśmy tylko dwie. Osierocone Polki z Rosji, słabo i z ruskim akcentem mówiące po polsku. Znowu odczułam swoją odmienność i niższość. To bolało. W tym samym dniu poznałam dowództwo mojej jednostki – 4 Brygady Saperów II Armii Wojska Polskiego. Byłam zaskoczona, a nawet zaszokowana tym, że było ono w rękach sowieckich oficerów, którzy absolutnie nie znali języka polskiego. Polakami było tylko kilku oficerów niższej rangi. Miałam wrażenie, że to kpina z nas wszystkich, którzy łudzili się, że wojsko jest polskie. To nie był jednak zły sen, takie były fakty.

Ponieważ dobrze znałam język rosyjski i mówiłam po polsku, dlatego przydzielona zostałam do pracy w sztabie. Otrzymałam dwa słowniki: polsko-rosyjski i rosyjsko-polski. Wyglądało na to, że zostałam tłumaczem. Moja koleżanka rozpoczęła pracę jako łączniczka.

Po paru dniach ruszyliśmy dalej, bliżej Warszawy. Wydawało mi się, że spieszymy na pomoc walczącej stolicy. Dotarliśmy nawet całkiem blisko, ale dalej nie posunęliśmy się ani na krok. Jednostka rozlokowała się obok jakiejś małej wioseczki i tu zostaliśmy długo. Jedzenie pogarszało się z dnia na dzień. Zbliżała się jesień i zaczęły się deszczowe chmurne dni. Ziemianki często były podtapiane. Sztab i służba zdrowia mieściły się w wiejskich chatach, nie w ziemiankach. Obie z koleżanką mieszkałyśmy również w wiejskiej chacie. Nie była ogrzewana, więc zimno było prawie tak jak na dworze. W czasie snu okrywałyśmy się szynelami, bo żadnych koców ani pościeli nie było.

Ja jakoś trzymałam się, ale moja koleżanka zachorowała na zapalenie płuc. Była bardzo chora i odwożono ją do szpitala w Siedlcach. Bardzo się o nią martwiłam, bałam się, że nie przeżyje. Bezradnie stałam na drodze i patrzyłam na odjeżdżający samochód, który zabierał jedyną bliską mi osobę. Myślałam o domu, o rodzicach, o babci, która była dla mnie bardzo opiekuńcza i dobra, a którą bardzo kochałam.
Całe życie walczyłam ze złem, uciekałam od niego, szukałam schronienia i ratunku. Ale czy znalazłam? Czy moja ucieczka do wojska nie była pomyłką?

Jedynym przytulnym miejscem był sztab, mieszczący się wiejskiej chacie. Tutaj było sucho i ciepło. Codziennie rano żołnierze przynosili meldunki ze wszystkich kompanii. Bardzo nędznie wyglądała ta młodzież, jeszcze tak niedawno rozśpiewana i szczęśliwa z powrotu do kraju, do domu, do Polski. Deszcze, zimno, złe odżywianie poczyniły spustoszenie. Między kartkami brulionów z meldunkami bardzo często znajdowałam jeszcze żywe, pełzające wszy. Czułam się okropnie i współczułam biednym żołnierzom.

A Warszawa wciąż walczyła, cierpiała i pewnie czekała na pomoc. Niestety nasze wojsko ani drgnęło. Gniliśmy w podtopionych ziemiankach, a wszy nas zjadały. Rosyjscy dowódcy mieli swoje tajne rozkazy, o których polscy żołnierze nie mieli pojęcia. Nie potrafiłam pojąć, dlaczego tak długo tkwimy tutaj i na co czekamy. Stolica walczy i woła o pomoc!

Każdy, kto otwarcie kwestionował dziwne zarządzenia znikał bez śladu. Skąd ja to znam? Bardzo wielu młodych, świeżo przyjętych do wojska ludzi dezerterowało. Prości, wiejscy chłopcy nie rozumieli, nie wiedzieli co ich czeka. Przeważnie znajdowano ich w domu rodzinnym. Koniec był prozaiczny zarazem i tragiczny. Sąd wojenny i śmierć. A Rosjanie czynili to z nieukrywaną przyjemnością. Czy nie było to zbyt okrutne? Ale wojna ma swoje prawa…

Nadeszła zima i zasypała ziemianki śniegiem. Szerzyły się choroby, a za nimi kroczyła śmierć. Znowu śmierć. W samym środku zimy nadszedł rozkaz wymarszu. Od razu pojawiła się nadzieja na lepsze, bo gorzej już chyba być nie mogło. Młodzież chciała walczyć, odczuć smak wojny, bo nasza jednostka jeszcze nie uczestniczyła w żadnych, choćby małych potyczkach.

Z zachodu, z kierunku stolicy, nie słyszeliśmy już odgłosów walki. Zdawaliśmy sobie sprawę, że Warszawa padła. Tę klęskę, oprócz dowództwa, przeżywaliśmy wszyscy. Odczuwaliśmy odpowiedzialność za ten pogrom. Bezczynne gnicie w ziemiankach i jakieś dziwne nieludzkie wyczekiwanie w pobliżu rozpaczliwie walczącego miasta uważaliśmy za zbrodnię ludobójstwa.

Nie znałam się na polityce ani na strategii, ale zrozumiałam, że Polacy zostali oszukani i zdradzeni. Nie potrzeba wielkiej mądrości aby to pojąć! Nasz „przyjaciel” i sojusznik znowu pokazał wilcze kły, a świat to zaakceptował. Śmiałkowie, którzy mieli odwagę mówić o tym otwarcie, znikali z naszych szeregów. Znany mi to stary i wypróbowany sposób pozbywania się ludzi śmiałych ale niewygodnych.

Gdzie ja jestem? Czy jest to Polska, o której z wielką czułością, prawie ze świętością opowiadała mi babcia? Gdzie znajdę kres zła? Czy uda mi się wyjść z zaklętego kręgu? Przestałam w cokolwiek wierzyć i żałowałam, że się tutaj znalazłam. Czy warto było narażać siebie i bliskich dla ułudy i tych wartości, które były moim udziałem od dzieciństwa. Gdzie znajduje się prawda i sens życia?

Z chwilą wymarszu warunki aprowizacyjne zmieniły się bardzo. Wojsko jadło teraz smaczniejsze zupy, w których zauważało się kawałeczki mięsa z konserwy „świnaja tuszonka”. Przed samym wymarszem Teofila wróciła ze szpitala jako tako zdrowa. Jechaliśmy ciężarowym samochodem z plandeką, która trochę chroniła przed wiatrem. Nie było to dla Teofili najlepsze, ale innej możliwości nie miałyśmy.

I oto widzimy Warszawę. Na razie była to Praga. Tu nie wyglądało jeszcze źle, ale kiedy po lodzie i pontonowym moście przeszliśmy na drugą stronę Wisły, włosy ze zgrozy stanęły na głowie. Zamiast miasta zobaczyłam morze ruin i sterczące wypalone kikuty domów.

Trudno było uwierzyć, że człowiek może do tego stopnia niszczyć nie tylko ludzi, ale i martwe przedmioty. W imię czego można się do czegoś takiego posunąć? Jak bardzo wydawały się podobne te dwa narody – jeden ze wschodu, drugi z zachodu. To coś strasznego makabrycznego, ze człowiek staje się bezrozumną bestią. W zwyrodnialczych rękach człowiek staje się potworem, który niszczy wszystko na swojej drodze, nawet martwą przyrodę i kamienie.

Miasto umarłe, miasto widmo, powitało nas obojętnie i zimno. Tylko podmuchy mroźnego wiatru i zapach spalenizny mówiły, że jesteśmy na ziemi. Po co tutaj przybyliśmy? Zjawiliśmy się o wiele za późno. Miasto-ruina już nie potrzebowało pomocy. Tutaj nie było z kim walczyć ani czego bronić.

Nasze dowództwo, nie wstydząc się tego sformułowania nazwało wkroczenie do Warszawy wyzwoleniem. Jakie wyzwolenie, co i kogo wyzwoliliśmy, z kim walczyliśmy? A czy było to zwycięstwo czy klęska? Niemcy zrobili swoje i odeszli. Nie byli już naszymi wrogami. Pozostało tylko rozminowanie gruzów i wykopywanie zwłok, nierzadko spalonych na węgiel.

13.1 – Końce i początki

W Warszawie nie zostaliśmy długo; nie było potrzeby dłużej tkwić w ruinach. Pamiętam, że minęliśmy Kutno i inne polskie miasta, między innymi Kraków, który szczęśliwie ocalał.

Najbardziej zapamiętałam Wrześnię chyba dlatego, że w środku zimy zobaczyłam w kwiaciarni wiosenne kwiaty: tulipany, żonkile i inne. Dla mnie obywatelki Związku Radzieckiego graniczyło to z cudem. Kwiaty w środku zimy w tym wojennym czasie – nie do pomyślenia. Znalazłam się jakby w innym świecie. Zdawało mi się, że tu nareszcie zaczyna się Polska, że opowieści babci zaczęły się ziszczać.

A wojna gorzała coraz większym płomieniem. Faszyści bronili się zajadle, ale pod naporem wojsk sowieckich i polskich musieli się cofać. Walka o Wrocław pochłonęła wiele młodzieży. A ja pisałam wciąż listy do ich rodzin z meldunkami o śmierci, bohaterskiej śmierci, synów i braci.

Ogrom śmierci i zniszczeń był przerażający. Od dziecka patrzyłam na śmierć, ale wciąż nie potrafiłam się z nią pogodzić. Każda śmierć zabierała najlepszych, najmłodszych i najbardziej bezbronnych. W czasie głodu najwięcej umierało dzieci, a na wojnie ginęli młodzi ludzie, sam kwiat narodu. Jakie monstrum na świecie potrzebuje tyle krwi i ofiar? Odpowiedzi na to pytanie nigdy nie było i tak już pozostanie. Jakiś żądny władzy psychopata wszczyna walkę, której potem nie sposób zatrzymać. A niewinna krew wciąż użyźnia polską ziemię i nie tylko polską.

Koniec wojny zastał nas w Czechosłowacji. To było wielkie święto, 9-ego Maja 1945 roku. Ludzie się cieszyli, a przyroda nam wtórowała. Piękne kwiaty, soczysta zieleń tryskały energią i szczęściem. Koniec wojny – koniec umierania i cierpienia. Stopniowo cofaliśmy się, ale niestety walczyliśmy nadal z pojedynczymi grupkami faszystów, którzy ukryci w lasach i bunkrach atakowali znienacka. Rzeź trwała nadal, jak długo jeszcze?

Na terenach, które w przyszłości przyłączono do Polski postoje trwały dłużej. Miasteczka i wioski były całkowicie wyludnione. Czasami tylko spotykaliśmy ludzi ukrywających się w piwnicach lub na strychach. Były to przeważnie kobiety i dzieci.
Los kobiet był tragiczny w tych czasach. Schwytane przez Sowietów, niczym zwierzęta przeważnie ginęły. Zbiorowy gwałt na oczach kolegów i dowódców był na porządku dziennym i uchodził bezkarnie. Po takich bestialskich czynach kobiety ginęły a jeśli jeszcze tliło się w którejś życie to oprawcy ją dobijali. Miałam wrażenie, że jednak za mało cierpieliśmy, za mało ginęliśmy.

Byłam też świadkiem innych zbrodni sowieckich żołnierzy. Wyszukiwali oni najokazalsze dzielnice w miastach i je podpalali. Oblewali benzyną klatki schodowe, a do mieszkań wrzucali płonące pochodnie. Ogień obejmował całe ulice i osiedla. Płonęły miasta, które wcześniej uniknęły otwartej walki. Żołnierze z naszej jednostki usiłowali gasić umyślnie wzniecane pożary, ale było to niemożliwe z powodu braku wody i sprzętu. Nasi żołnierze próbowali burzyć płonące budynki aby przerwać potok ognia, ale to również okazało się nieskuteczne. Rosjanie zajadle pilnowali swojego dzieła zniszczenia. Z bronią gotową do strzału odpędzali śmiałków i dalej siali spustoszenie. Najpiękniejsze dzielnice wyglądały jak spalona Warszawa. Rosjanie prześcigali się w niszczeniu.

Całe lato jednostka zmieniała miejsca postoju. Stacjonowaliśmy w Częstochowie, Busku-Zdroju, Tarnowie, aż w końcu zatrzymaliśmy się w Poznaniu. Tu zastała nas demobilizacja. Obie z przyjaciółką miałyśmy prawo zostać w Polsce, więc podążyłśmy na zachód, na tak zwane Ziemie Odzyskane.

Od rodziców otrzymywałam rozpaczliwe listy. Po raz drugi wyrzucono ich z własnego domu, w którym urządzono porodówkę. Sterani życiem tułali się po cudzych kątach. Postanowiłam zabrać ich i babcię do Polski, bo miałam teraz do tego prawo.

Na wiosnę 1946 roku rodzice przyjechali do mnie do Gorzowa Wielkopolskiego. Najgorzej czuła się babcia, zmarła w następnym roku. Ojciec z ciężką chorobą płuc męczył się jeszcze do roku 1957, ale nie było to życie tylko męczarnia i wegetacja. Matka żyła do roku 1979, zmarła na wylew krwi do mózgu. I tak skończyło się życie w męce poniewierce i prześladowaniach.

W Polsce nie było lekko, ale przestaliśmy być ścigani jak najgorsi złoczyńcy, już nie byliśmy więzieni. Jednak w wymarzonej Ojczyźnie rodzice nie odnaleźli spokoju, zadowolenia ani tak zwanego szczęścia. Młodość, energię, zdrowie i chęć do życia zostawili w Związku Radzieckim. Pozostała tylko gorycz, żal za zmarnowanym życiem, choroby przywiezione ze wschodu i czekanie na śmierć.

Ja byłam młoda i inaczej patrzyłam na życie. O dawnej ojczyźnie przestałam myśleć, przecież ona obeszła się ze mną okrutnie jak macocha z upiornej bajki. Nigdy jednak nie straciłam z nią kontaktu. Coś mnie tam ciągnęło. Bardzo mało ocalało tam Polaków. Nawet ci, którzy jeszcze żyją przestali być prawdziwymi Polakami. Przede wszystkim znikła polska mowa, jedynie nieliczni starzy ludzie ją pamiętają.

13.2 – Powroty

W roku 1975 zostałam zaproszona przez daleką krewną do Chmielnicka czyli dawnego Płoskirowa. Mojej rodzinnej wioski już nie zastałam. Ocalała tylko stacja kolejowa o tej nazwie. Młodzi już nie wiedzą, że była tu kiedyś polska wieś, były ukwiecone łąki, był staw w którym roiło się od ryb. Nie było również liściastego lasu z wiekowymi dębami i bukami.

Zaproszenie otrzymałam wczesną wiosną, ale przyjechałam pod koniec czerwca. Pragnęłam zobaczyć dojrzewające sady wiśniowe, dawniej całe czerwone od obfitości owoców oraz skosztować soczystych papierówek. Kiedyś rosły one przy każdej chacie. Jeszcze nawet nie zajechałam na miejsce a już domyśliłam się, że ich tam nie będzie. Będąc w Kijowie na bazarze byłam zaszokowana wysokimi cenami na owoce wątpliwej jakości. W sklepach państwowych owoców w ogóle nie dostrzegłam.

Kiedy dotarłam na miejsce, i wysiadłam z pociągu przeraziłam się. Dokąd ja przyjechałam i czego tu szukam? Poczułam nieodpartą chęć natychmiastowego powrotu. Zawsze raził mnie nieporządek, brudne i zaniedbane polskie ulice, ale to co tutaj zobaczyłam nie dało się w ogóle opisać.

Pamiętam moje miasteczko z lat dziecięcych. Czy było bardzo piękne? Nie wiem, może to tylko moje oczy dziecka widziały go ładnym i przyjaznym bo i życie było przyjemne i dostatnie. Teraz poczułam się obco. Na placu przed dworcem powitał mnie duży pomnik Bogdana Chmielnickiego. To chyba jest dobre miejsce dla niego i on tutaj się czuje doskonale. Przecież to tutaj walczył on przeciw Wiśniowieckiemu, a Kozactwo i awanturnicy byli jego sojusznikami.

Miasto Płoskirów nie mogło zostać przy starej nazwie, bo Polaków tu nie ma. Kamieniec Podolski na razie istnieje, może dlatego, że stoi na litej skale. Jest tam jeszcze wysoki turecki minaret na szczycie którego Polacy umieścili figurę Matki Boskiej. Są jeszcze ruiny baszt, o których tak pięknie pisał Henryk Sienkiewicz. Gdy tak dumałam pod postacią Chmielnickiego nadjechali moi krewni. Aż dziw, że ocaleli.

Rodzinnej wioski nie poznałam, zamiast białych chat w wiśniowych sadach zobaczyłam betonowe miasto bez zieleni, zimne, niegościnne i obce. Ale o dziwo moja chata stoi taka jak dawniej. Ząb czasu jej nie wyszczerbił. Mieszkają w niej dwie rosyjskie rodziny. Nie ma jedynie zabudowań gospodarskich. Stodołę rozebrałyśmy z babcią jeszcze w 1933 roku. Reszty dokonał czas i ludzie. Ulica nadal nazywa się Wiśniowa, chociaż nie zauważyłam na niej ani jednego drzewka owocowego.

Już w pierwszym dniu dowiedziałam się od odkryciu ogromnej zbiorowej mogiły. Podczas burzenia starych budynków w piwnicach dawnego NKWD odkopano cmentarzysko. Jak to się mogło stać, że cała okoliczna ludność oglądała ten zbiorowy grób. Piwnice w których od roku 1937 leżały zwłoki pomordowanych były szczelnie zabetonowane i pokryte smołą. Bez dostępu powietrza ludzkie ciała jeszcze nie były rozłożone.

Kiedy buldożer usunął piętro i zburzył piwnicę robotnicy ujrzeli stosy ciał. Bezmiar zbrodni odsłonięty został w całej swojej grozie. Służby bezpieczeństwa nie były na to przygotowane i już nie były w stanie ukryć tego przed ludźmi. Całe miasteczko zbiegło się, by zobaczyć tą wielką mogiłę. Niektórzy próbowali szukać bliskich. Po białej kaszmirowej chuście, rozpoznano znaną przodownicę pracy, która w roku 1936 lub 1937 została odznaczona Złotą Gwiazdą za zasługi. Po odbiór medalu jeździła osobiście, aż do Moskwy. Cóż z tego, ostatecznie znalazła się między swoimi uśmiercona strzałem w tył głowy.

Aby opanować sytuację milicja zamknęła ulicę, a ludzi rozpędzała pałkami i gazem łzawiącym. Duszący zapach gazu i odrażające wyziewy rozkładających się ciał mieszały się ze sobą. Milicja dopiero pod osłoną nocy wywiozła zwłoki w pole za miasto. W tym miejscu gdzie znajdowała się zbiorową mogiła wybudowano duży sklep „Uniwermag”. Byłam w tym sklepie, coś kupowałam, ale w pamięci ciągle miałam wspomnienie wymordowanych ludzi.

W gościnie byłam bardzo krótko. Wracałam do Polski z żalem i uczuciem wielkiej krzywdy nie tylko w odniesieniu do siebie, ale do całej społeczności polskiej, która już przestała istnieć.

Podobno każdy naród po wojnach, klęskach żywiołowych czy kataklizmach odradza się i zaczyna żyć od nowa. Ale tamtejsi Polacy już nigdy się nie odbudują. Nie ma dla nich miejsca na tamtej ziemi. Może w Kazachstanie, na Syberii czy w Azji Środkowej żyją Polacy, ale oni wolą wyrzec się swej narodowości i wiary katolickiej. Zbyt wiele wycierpieli za polskość i za religię.

Tak się złożyło, że po roku odwiedziłam stryjecznego brata w Kazachstanie. Wyjeżdżałam z domu w połowie maja. Wiosna tego roku była chłodna i deszczowa. Spodziewałam się, że na miejscu będzie jeszcze zimniej. Ale nie zgadłam. Jechałam pociągiem, żeby więcej zobaczyć. Podróż trwała cały tydzień. W miarę jak pociąg zbliżał się do celu stawało się coraz cieplej i cieplej. Gdy Dojeżdżałam do stacji Taincza co w przekładzie znaczy „jałowa krowa” było już tak gorąco, że pootwierane okna nie przynosiły ochłody. Suchy stepowy wiatr tworzył powietrzne trąby, które niosły chmury czarnego słonego pyłu.

Mój brat Leon Okiński czekał na mnie na stacji. Tylko ja opuszczałam pociąg, to ułatwiło nam poznanie się, bo myśmy się przecież w ogóle nie znali. Brat zamierzał rozpoznać mnie po fotografii, ale nie było to potrzebne. Zbliżała się wietrzna i ciemna noc. Ta noc wydawała się bardzo ponura, choć na niebie migotały gwiazdy. Do domu jechaliśmy bardzo długo. W czasie podróży widziałam na polach pracujących ludzi – Polaków i Niemców. Obywał się siew zbóż jarych. Światła samochodów i ciągników rozjaśniały ciemności. Ludzie pracowali na zmianę dzień i noc. Potrzebny był pośpiech, bo wiosna, jak w Polsce była spóźniona.

Droga bez osiedli ludzkich wydawała się pusta i monotonna. Późną nocą dotarliśmy do wsi Jasna Polana w której po dziś dzień mieszka mój brat. Jest to ta ziemia w której żyją ostatni Polacy ze wsi Greczany. Jest to północny Kazachstan, rejon Taincza, Kokczetawska Obłaść. Kiedy tam przebywałam nie było tak źle zwłaszcza, że Leon był dyrektorem dużego sowchozu. Innym ludziom również się powodziło. Wszyscy mieszkali w nowych schludnych domkach jednorodzinnych budowanych za Breżniewa. Możnaby pomyśleć, że Breżniew nie był złym człowiekiem. Czy ja tak myślałam?

Ziemia w Kazachstanie jest równie żyzna i czarna jak na Podolu, ale letnie upały i susza, a w zimie mrozy sięgające –40 C nie sprzyjają rolnictwu i nie rozpieszczają mieszkańców równiny. Bez przerwy wieje wiatr, a pył wciska się w najmniejsze szczeliny. We wsi są jeszcze ziemianki w których mieszkali zesłańcy z 1936 roku. Ci którzy przeżyli chętnie opowiadali o początkach życia na tym pustkowiu. Ponieważ przemierzyli ogromną odległość, dlatego dotarli na miejsce dopiero późną jesienią. Może to nawet nie było zamierzone.

Zesłańców spotkała bezkresna pustynia, wielki step pełen kurzu, mrozu i znowu śmierci. Wszędzie podąża za ludźmi nieubłagana śmierć. Szukali chociaż małego drzewka, znaku życia ale nie ujrzeli. Dopadała więc ich śmierć bezwzględna i zabierała najpierw dzieci i starszych, a później nie pogardziła nikim. Ci którzy przeżyli kopali pazurami czarną ziemię i budowali głębokie jamy w których byli trochę osłonięci od wiatru. Czekali na cud, który nie nadchodził. Wody również brakowało, ale ludzie wciąż się bronili. W odległości kilkunastu kilometrów od ziemianek młodzi chłopcy znaleźli błękitne jezioro. Nieprzytomni z radości biegli do obozu po naczynia. Każdy kto miał jeszcze siłę pobiegł do jeziora napić się wody, jak mówili przed śmiercią i wtedy nastąpiło najgorsze. Jezioro oszukało ich, bo woda w nim błękitna i bardzo czysta była… słona. Najpierw ludzie zawieźli ich na pustynię a teraz Bóg o nich zapomniał, a śmierć była nienasycona.

Co silniejsi i zdrowsi szukali ludzkich osiedli i w końcu udało się. Ktoś szczęśliwy znalazł osadę Kazachów; nawiązał się kontakt. Ludzie bardzo biedni pomagali biedniejszym od siebie. Powstał handel wymienny. Później okazało się, że oprócz Polaków byli tam również Niemcy, których wyrzucono z pociągu w innym miejscu. Zesłańcy zjednoczyli się i powstało osiedle Jasna Polana. Mężczyźni kopali ziemianki, a kobiety gotowały słoną wodę- produkowały sól, za którą dostawali pitną wodę i suchary. Taki był początek oswajania „cylinnych” ziem – odłogów.

W roku 1940 dołączyli do nich Polacy z zachodniej Ukrainy i Białorusi. Zesłańcy z tej wywózki nie mieli już tak źle, bo przybyli na gotowe. Później dołączyli do nich Tatarzy i Czeczeńcy. Ci pierwsi z trudem, ale jakoś przyzwyczaili się do tamtejszego klimatu i warunków życiowych. Czeczeńcy – dumny i hardy naród nie potrafili żyć na zesłaniu. Zresztą oni traktowani byli przez władze jak zdrajcy i kolaboranci. Podobno służyli w niemieckiej żandarmerii, jednak zginęło ich równie dużo jak Polaków.

Obok chrześcijańskiego cmentarza widziałam zbiorowe mogiły Czeczeńców. Przypuszczam, że ich również masowo rozstrzeliwano, ale o tym wstydliwie się przemilcza. Nawet mój brat niechętnie wracał do tych wspomnień.
W czasie mojej gościny życie płynęło tam normalnie jak wszędzie w ZSRR, może nawet lepiej. Jasna Polana szczyciła się tym, że mieszkańcy w czynie społecznym wybudowali kotłownię do centralnego ogrzewania. Zimą każdy po kolei tam pracował, by w mieszkaniach było ciepło pomimo mrozów. Wieś miała również swoją piekarnię, fryzjera i szkołę. Przyznam się, że nawet mi się u nich podobało. Jedynie wszechobecne pustkowie i ogromne odległości między osiedlami były uciążliwe.

Opuszczałam tą ziemię z pewną radością. Wiedziałam, że nigdy tam nie wrócę, tak samo zresztą jak do Płoskirowa. Tęsknota za ojczyzną przestawała być bolesna. A jednak mimo wszystko nieproszone łzy napływały do oczu. Nie płakałam z powodu utraconego kraju, przegranego dzieciństwa i młodości, płakałam nad losem Polaków, którzy ginęli albo wyrzekali się samych siebie. Płakałam z powodu obojętności świata, który nie chciał widzieć cierpienia całych narodów. Przez łzy widziałam brzozowe lasy, mokradła zostawały w tyle.

Mijaliśmy Brześć, za chwilę będę w Polsce. Ciepły zachodni wiatr muskał moje gorące skronie i zapłakane oczy. Ja wróciłam, ale oni muszą tam zostać. Dla nich wszystko jest zamknięte.

Epilog

Życie już się kończy. Zawsze uciekałam od zła i biedy, ale czy uciekłam? Bieda wszędzie mnie doganiała.

Nawet internowania w roku 1981 w stanie wojennym nie ominęły mojej rodziny. Osobiście tego nie doświadczyłam, ale moja córka była więziona.

Tak samo jak kiedyś w roku 1937 szukaliśmy uwięzionego ojca, tak teraz szukałam córki. Z moim zięciem objechaliśmy całe miasto, ale bez skutku. Nigdzie nie otrzymaliśmy żadnej informacji, tak samo szydzono z nas jak wtedy podczas stalinowskiego terroru.

Jedyną moją radością i pociechą są dzieci i wnuki. Cieszę się, że chociaż tyle los mi ofiarował.

A może to jest najważniejsze?

Zofia Pawłowska, z domu Okińska

Gorzów Wlkp.
lata 90-te

Interludium

Wspomnienia spisane przez babcię, obejmujące okres do 1945 r., skończyły się. Podzielone na prawie 50 odcinków pokazały gorzką historię Zofii Okińskiej-Pawłowskiej.

Dziękuję serdecznie wszystkim, którzy czytali Wspomnienia. Strona tego bloga została wyświetlona niemal 30 tysięcy razy! To niesamowity wynik, w tak krótkim czasie. Wasze zainteresowanie przerosło nasze (babci i moje) najśmielsze oczekiwania! To naprawdę wspaniałe i podnoszące na duchu – są ludzie, którym zależy, którzy interesują się historią zwykłych, prostych ludzi; Polaków.

Ponadto chciałem podziękować bardzo gorąco wszystkim, którzy zostawili swoje wpisy pod kolejnymi odcinkami. Wszystkie komentarze zawsze drukowałem i przynosiłem babci do przeczytania. Na początku nie mogła uwierzyć, że tyle dobrych słów ludzie znajdują, że Wspomnienia się podobają. Ale kiedy znosiłem kartka po kartce, dzień w dzień, nie pozostawało jej nic innego jak uwierzyć :-) Co przy ilości Waszych wpisów i tempie publikacji nie zajęło dużo czasu.

Jeden z czytelników – gschab – w swoim wpisie prosi o ciąg dalszy. Tak jak pisałem już, ciąg dalszy istnieje. Są to trzy grube zeszyty ręcznego pisma, które zawierają opowieść o dalszych losach mojej babci. O jej karierze w wojsku, o tym jak to się stało, że osiadła na Ziemiach Odzyskanch, o jej dalszym życiu…

Aktualnie jestem w trakcie przepisywania owego „drugiego tomu” Wspomnień na komputerze. Z racji licznych zajęć niestety idzie mi to bardzo powoli, ale jednak do przodu. Ciągle rozważam wraz z babcią, czy ta część może zostać opublikowana, lub w jakim wymiarze. Chodzi oczywiście o to, że ta część wspomnień dotyka już współczesnych losów rodziny, czasami konkretnych osób, a nie historii.

Niemniej obiecuję, że będę pamietał o tym, że wierni czytelnicy zawsze się znajdą, jeżeli w końcu postanowimy „drugi tom” opublikować.

Na koniec chciałbym wspomnieć o tym, że powoli podejmuję próbę wydania „pierwszego tomu” Wspomnień. Kończę obróbkę ostateczną tekstu źrodłowego, który będzie owym tekstem modelowym, na potrzeby wydawnictwa. Jeżeli uda się coś osiągnąć, jeżeli Wspomnienia jakimś cudem trafią pomiędzy książkowe okładki, nie omieszkam o tym Was poinformować!

Nie żegnam się więc, bloga nie zamykam. Nie obiecuję jednak także rychłego powrotu z kolejnymi odsłonami Wspomnień. Ale kto wie… Może jeden odcinek, raz na tydzień, zacznie się ukazywać już niedługo?

Na koniec – raz jeszcze dziękuję. Za wszystko – za dobre słowo, za pamieć, za modlitwę. Bóg zapłać!

Posted in Historia, Książki (e-book), Polskie Kresy, Wspomnienia | 9 Comments »

BezPrzesady

Posted by tadeo w dniu 12 Sierpień 2011

http://bezprzesady.pl/

Posted in Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, POLECAM, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Wspomnienia z Syberii – fragment – Ewa Felińska DROGA DO BEREZOWA Z Kijowa przez Tułę do Kazania

Posted by tadeo w dniu 5 Sierpień 2011

Roku 1839, dnia 11 marca, według starego stylu, opuściłam Kijów. Słońce rzucało promienie z wysoka, mimo to mróz trzymał mocno i nie było żadnych oznak zbliżającej się wiosny.

W najdłuższą podróż mego życia wybrałam się zatem saniami. Zamarznięty Dniepr przebywszy po lodzie, konie zaraz puściły się cwałem. Raz i drugi spojrzałam za siebie, ale Kijowa już widać nie było. Nic nie było widać. W pierwszych dobach „podróży” opuszczała mnie cała odwaga, gdy tylko spoglądałam za siebie. Przerażało porównanie nikłej cząstki drogi przebytej z ogromem przestrzeni do pokonania. Ale człowiek do wszystkiego się przyzwyczaja. Po tygodniu podróż wydawała mi się tak naturalna jak wszystkie codzienne czynności. Nic już nie czułam- ani bólu, ani żalu, wstrętu, czy bodaj zniecierpliwienia.

Ciągły dźwięk dzwonka pocztowego, uczepionego u sań i wstrząsy tychże, zapadających się w doły, jamy, zaspy, skaczących na twardym śniegu, początkowo poruszały wszystkie nerwy. Z czasem jednak sprawiły, że zapadłam w rodzaj sennego letargu, z którego wyrywały mnie tylko postoje. Po to jedynie, aby ból głowy i wszystkich poobijanych członków przypominał na chwilę, że to wszystko dzieje się naprawdę. Nie było jednak czasu, aby się nad sobą litować. Bo już przenikliwy dzwonek pocztowy wzywał do dalszej jazdy, więc sanie leciały przed siebie bez opamiętania, to wpadając, to wyskakując ze śnieżnych przepaści, coraz dalej, dalej i dalej… Dzień podawał nocy, a noc dniowi owo tętnienie dzwonka.

Nie umiem spać w drodze, toteż pierwsze doby podróży wydawały mi się nieznośne. Wreszcie, skrajnie wyczerpana, weszłam na postoju do domu pocztowego i padłam bez czucia na ławę. Nie mogłam spać, ale przez parę godzin żadna siła by z tej ławki nie podniosła mego odrętwiałego ciała. Próżno podoficer- przewodnik, stojąc nade mną, nalegał na dalszą jazdę. Jak znarowiony koń, który nie rusza z miejsca, nie chcąc, czy nie mogąc, nie wiem do dziś, nawet nie drgnęłam. Wreszcie dozorca poczty, rosyjski oficer, widząc w jakim jestem stanie, zażądał od przewodnika instrukcji dotyczących mojej osoby. Okazało się, że ze względu na płeć i wiek przysługują mi prawa, o których przewodnik mnie nie poinformował, a które teraz mi odczytano. Od tej pory podróż stała się znośniejszą, gdyż ode mnie zależało, kiedy będę mogła wypocząć.
Kiedy ktoś ma upragniony cel, niecierpliwi się, droga mu się dłuży, ciekaw jest, co zastanie u jej kresu. Ze mną rzecz się miała zgoła inaczej. Nic mnie na przód nie pchało, wręcz przeciwnie. Nic nie ciekawiło w miejscu do którego miałam przybyć, nic, ani nikt tam nie czekał. Miało to tę dobrą stronę, że podróż mi się nie dłużyła. Moje godziny mogły sobie upływać jak chciały. Ja wsiadałam do sań, wysiadałam, wsiadałam, wysiadałam…a posuwanie naprzód było stanem spoza mojej świadomości.

Nie podróżowałam sama. Wraz ze mną z Kijowa wyruszyły pani Paulina Wilczopolska i panna Józefa Rzążewska. Miejsce ich przeznaczenia było inne niż moje, ale aż do Tobolska miałyśmy jechać jedną drogą.

Tak oto, przebywszy część guberni czernihowskiej ze stolicą w Orle, poprzez rozległe stepy nad Oką, przybyłam do Tuły. Na postoju skorzystałam z gościny domu pocztowego, aby się ogrzać i posilić. W izbie pocztowej zastałam pewnego żołnierza z mińskiego pułku piechoty, który jak się okazało, stacjonował jakiś czas w naszej wiosce. Poczułam się, jakbym spotkała starego znajomego. Wspólne wspomnienia, mimo iż osoby tej wcale nie znałam, wiele znaczą wśród obcych na obcej ziemi, więc porozmawialiśmy parę chwil.
W tej samej izbie mieścił się sklepik. Tuła to stolica rosyjskiej produkcji wyrobów żelaznych. Rozmaite cudeńka nęciły podróżnych przepięknym blaskiem. Zapragnęłam nabyć coś pamiątkowego i zarazem przydatnego w kraju, do którego zmierzałam, a o którym nie słyszałam jakoś, żeby słynął z rękodzieła.
Gdy już z wielkim zadowoleniem oglądałam nożyk, nożyczki, pieczątkę z dewizą drzewa jodłowego i parę innych fraszek, które nabyłam, poczułam, że ktoś wciska mi do ręki zwitek papieru. Obejrzałam się i zobaczyłam, że żołnierz znajomy rzuca mi porozumiewawcze spojrzenie. Tajemnica obudziła moją ciekawość i gdy tylko mogłam zachować dyskrecję, przeczytałam, co następuje:
„ Oszukują was, tu kurs pieniędzy zupełnie inny. Zapłaciliście dwa ruble nadto. Abyście nie ulegali więcej podobnym oszukaństwom, przyłączam tablicę kursu monet.” Gdy nadarzyła się okazja, żołnierz objaśnił mi, że tu żadna moneta, ani papierowa, ani srebrna, ani miedziana, nie ma wartości normalnej. Moneta srebrna przeliczana była tylko i wyłącznie na papierową, a ta z kolei w jakiś urojony sposób na kopiejki tak, że bez ogromnej wprawy bądź tablicy kursu nie sposób było tej łamigłówki rozwikłać. Logika ni znajomość arytmetyki na nic się nie mogły przydać. Mówiło się dwanaście, tąż monetą płaciło dziesięć i warunki umowy dopełnione. Dlaczego? Tego do dziś nie pojmuję. Wdzięczna byłam życzliwemu żołnierzowi wielce. Choć nadpłaconych pieniędzy już nie odzyskałam, gdyż kupiec zniknął natychmiast, poczuwszy monetę w kieszeni, to jednak w trakcie całej dalszej podróży nauka owa i tabliczka wielce mi się przydały.
Bardzo chciałam obejrzeć Tułę i zwiedzić fabrykę wyrobów żelaznych i broni, ale nieubłagany głos dzwonka pocztowego i złowieszcze zawodzenie mojego przewodnika „ dalej, dalej…” skutecznie sparaliżowały moje chęci. Widziałam tylko, że Tuła jest pięknym miastem o szerokich ulicach. Miejscowe wyroby, balkony, płotki, bramy odlewane z żelaza nadają mu niespotykaną świeżość i wdzięk. Natomiast niezmierna przestrzeń stepu dookoła, okrytego śniegiem, wygląda jak prześcieradło. Nic tego krajobrazu nie urozmaica, ani lasy, ani miasteczka, ani zameczki. Tylko smętne wierzby sterczą gdzieniegdzie nad gościńcem. Nie mam z tej długiej drogi żadnych przyjemnych wrażeń.

Minąwszy w końcu Riazań, zbliżyliśmy się do sławnej w miejscowych podaniach puszczy muromskiej. Bardów swoich znalazłam w osobach pocztylionów i dozorców poczt. Ich niestrudzona wyobraźnia, bardziej lub mniej poetycka, ale zawsze skłonna do orientalnej przesady, coraz to tworzy nowe opowieści, ubarwia dawne wypadki, podaje za nowinę to, co zdarzyło się lata temu. Ciekawe to były historie, ale jakoś nie budziły we mnie tych emocji, którym ulegali moi towarzysze i przewodnicy. Nawet wręcz uroczyste opatrywanie broni przed wjechaniem w puszczę nie robiło na mnie wrażenia. Moje położenie sprawiło, że doszłam do pewnego kresu, nabyłam dziwnej niezależności, która pozwala obojętnie patrzeć na rzeczy, w innej sytuacji budzące niepokój, czy nawet grozę. Nazwałabym ten stan rozkoszą nieszczęścia.
Puszczę przebyliśmy jak tylko można najspokojniej. Dla mnie zaś prawdziwą przyjemnością i odmianą po niezmierzonej, nudnej przestrzeni stepów, było znaleźć się między drzewami. Zamiast oczekiwanych zbójców spostrzegłam tylko wielką obfitość cietrzewi. Szelest ich skrzydeł to jedyny dźwięk, który przerywał głuchą ciszę lasu. Jako nieodrodna córka starodawnych litewskich myśliwców, mało nie wyskoczyłam z sań na widok tych pięknych ptaków, nie wiadomo, po co. Chyba z wielkiego podziwu, bądź wielkiej chciwości. We mnie krew się gotowała, a one spokojnie siedziały na drzewach tuż przy gościńcu. Obojętnym wzrokiem patrzyły na przejeżdżających, jakby urągając naszej niemocy i niedołężności.

Konie tym czasem leciały dalej, dalej…

Opuściliśmy szczęśliwie srogą puszczę, zbliżyliśmy do brzegów Wołgi i przybyliśmy do sławnego ze swego jarmarku Niższego Nowogrodu. Widok był niecodzienny. Dwa miasta, rozdzielone korytem Wołgi. Jedno z nich pełne ruchu i życia, drugie porządne, czyste, bez oznak opustoszenia ale ciche i nieruchome, zasypane śniegiem. Śpiąca królewna. Nie mogę odgadnąć. Czy pomorek dopiero co ubił mieszkańców tych murów? Wszystko tu świeże a jednak martwe. Wreszcie zaspokojono moją ciekawość. Otóż to właśnie jest część miasta, w której raz do roku odbywa się sławny jarmark, w 1817 roku przeniesiony tu z Makarjewa, stąd do dziś zwany makarjewskim. Śpiąca królewna budzi się wtedy na pięć niedziel. Wówczas przenosi się do niej całe życie miasta, zjeżdżają niezliczeni goście. Domy, domki, szałasy – wszystko to napełnione ludem i zawalone towarami. Nic dziwnego. W krótkim czasie pięciu niedziel Północ spotyka się tu z Południem. Wołga, łącząca morze Bałtyckie z Kaspijskim, przynosi płody Europy i Azji. Kałmucy, Persowie, Bucharcy przybywają z owocami swojej ziemi i wyrobami przemysłu. Chińskie karawany ciągną z herbatą i jedwabiem, kupcy syberyjscy wiozą futra i drogie kamienie. Przemysł zaś europejski, za te surowe bogactwa azjatyckie, dostarcza, co ma najwykwintniejszego ze swych wyrobów. Ta mała przestrzeń, dziś leżąca w odrętwieniu, to miejsce, które zbliża i brata mnóstwo narodów, różniących się obyczajami, religią, kolorem skóry, językiem, fizjonomią i cywilizacją, rozdzielonych całym miąższem kuli ziemskiej. Która królewna nie zgodziłaby się za cenę wiecznego snu, budzić raz w roku do życia pełnego, wolnego i doskonałego, aby więcej przeżyć, niż jej siostra przez cały rok?

W Niższym Nowogrodzie uzupełniliśmy nasze zapasy dobrym chlebem i bułkami. Z powodu Wielkiego Postu na postojach nie było nic bowiem oprócz barszczu z olejem i postną kaszą, a to kuchnia naprawdę bardzo skromna.
Wreszcie w Wielką Sobotę dotarliśmy do Kazania. Zarówno ja, jak i moje równie zgłodniałe i znużone towarzyszki, zapragnęłyśmy skorzystać z przysługującego nam prawa i choć przez dwa dni Wielkanocne odpocząć. Przewodnikowi pomysł ten odpowiadał, więc opuścił nas, aby załatwić potrzebne formalności. Czekałyśmy w saniach, aż zmrok zapadł. Chłód, głód, znużenie i klątwy pocztyliona dokuczyły już tak bardzo, że wreszcie po ponad czterech godzinach nawet nasi aniołowie stróże ugięli się i zajechaliśmy do oberży. Była dziesiąta wieczór. W ciepłej izbie zapragnęłyśmy tylko jednego. W kilka minut spałyśmy głęboko, a rozesłany na podłodze dywan i poduszka pod głową spełniły najgorętsze z naszych życzeń.
O godzinie pierwszej w nocy przewodnik rozbudził nas, zawiadamiając, że dopełnił formalności, w związku z czym natychmiast mamy przenieść się do przygotowanej kwatery. Prośby nic nie dały. Trzeba było opuścić ciepły pokój, zebrać rzeczy i ruszać na nowe mieszkanie. Jedyną pociechę stanowiła myśl, że w końcu przez dwa dni wygodnie odpoczniemy. Czekał na nas grzeczny oficer, który poradził sobie nawet ze znalezieniem koni w środku nocy. Godzina druga minęła, gdy zajechałyśmy do wyznaczonej kwatery. Skoro tylko weszłyśmy, taka wilgoć i stęchlizna uderzyły nasze powonienia, że nie było możliwości odetchnąć. Ściany pokryte niezliczoną ilością owadów, znanych w Rosji jako tarakany, na Litwie zaś pod nazwą prusaków. Jak oficerowie między szeregowymi, poruszały się między nimi tarakany czarne, różniące się od pierwszych wielkością i kolorem.

– Panie oficerze, pozwólcie nam zanocować w saniach.
– Chciałem jak najlepiej. Była jeszcze, co prawda druga kwatera do wyboru, ale zimna, a ta jest ogrzana. Panie zaś jesteście zziębnięte…
– Chcemy do zimnej!- Zawołałyśmy jednogłośnie.

Oficer wybiegł, przerwać rozładowywanie sań, ale konie już wyprzęgnięto. Poszłyśmy zatem pod przewodnictwem żołnierza piechotą. Izba, chociaż zimna, okazała się czysta i sucha. Oficer pożegnał się i odszedł, a my zaczęłyśmy na nowo mościć się do snu. Świtało, ale wiedząc, że cały dzień wypoczynku przed nami, kazałyśmy pozamykać okiennice i rzuciłyśmy się na pościel.
Rozbudziło nas pukanie do drzwi.
– Pan policmajster chce się widzieć! – zawołał za drzwiami głos naszego przewodnika.
Zahartowane rozmaitymi wypadkami, w parę minut byłyśmy gotowe przyjąć niespodziewaną wizytę. Policmajster bardzo grzecznie zapytał, czy kwatera nam odpowiada i czy dobrze spałyśmy. Odpowiedziałyśmy równie grzecznie, żeśmy zupełnie kontente.

– Ponieważ panie musiały się już wywczasować, trzeba, abyście dziś jeszcze odjechały.

Spojrzałyśmy tylko jedna na drugą, bo słów nam zabrakło. Tyle zachodu i bezsenna noc i tyle nam z tego. Postanowiłam zawalczyć o nasze prawa.

– Wie pan urzędnik, że mamy przywilej wypoczynku wedle naszego uznania w miastach guberni i naprawdę, nie nadużywamy go?
– Tak, tak, wszakże zdaje mi się, że panie należycie odpoczęły i spodziewam się, że dalsza podróż im nie zaszkodzi.

Nie było z kim i o czym mówić. Policmajster spodziewał się może próśb i skarg, ale nie doczekawszy, zezwolił nam jeszcze na kilkugodzinny pobyt w mieście, pożegnał się grzecznie i poszedł. A my postanowiłyśmy mocno, więcej o taki wypoczynek nie prosić. Zażądałyśmy natychmiastowego odjazdu. Tylko, że wszyscy świętowali Wielkanoc i nikomu się w drogę nie spieszyło- ani urzędnikom, ani pocztylionom. Siedziałyśmy więc na tłumokach, nie wiedząc, co ze sobą począć. Raptem drzwi się otworzyły i weszła jakaś dama, podeszła wiekiem, której nazwiska nie pamiętam. Powiedziała, że jest wdową po pułkowniku wojsk rosyjskich i kiedyś kwaterowała z mężem w okolicach Warszawy, po czym pozostały jej przemiłe wspomnienia. Znając nasze położenie, zapragnęła wyrazić swoje współczucie i według miejscowego zwyczaju, powitać nas czerwonym jajkiem. Pogawędziłyśmy pół godziny z życzliwą damą, a po jej wyjściu, jak wygłodniałe zwierzęta rzuciłyśmy się łapczywie na kraszanki. Znaczyły one dla naszego apetytu tyle, co mucha dla psa, gdyż przecież pułkownikowa nie wiedziała, że symboliczne jajeczka mają zaspokoić olbrzymi głód. Obudziły w dodatku jeszcze tęsknotę, za rodziną, przyjaciółmi, spotkaniami towarzyskimi. Ale z tymi obrazami pamięć przywołała natychmiast inne. Zaczęły nam się jawić tłuste szynki, prosięta, kiełbasy, nadzienia, baby, mazurki. Jednym słowem wszystkie posilne jadła i łakocie stanęły żywo w naszej wyobraźni, namalowane przez zgłodniały żołądek niby pędzlem kochanka – artysty. Udajemy się zatem do naszego podoficera i prosimy, aby posłał na rynek po szynki, kiełbasy i ciasta.

– Nie ma dzisiaj targu. Do tego w tym kraju takich rzeczy na targu nie sprzedają.
– Więc nigdzie jeść dostać nie można?
– Nie wiem.
– A ty i twoi towarzysze łykacie powietrze?
– Jedzenie dla siebie zamówiliśmy u gospodyni tutejszego domu.
– To zamówże i dla nas.
– Paniom może nie smakować
– Wolne żarty! Głodny nie wybrzydza.

No i poszedł, załatwiać także i nasz interes. My tymczasem nie mogłyśmy sobie darować, że w naszych stronach w tę wspaniałą uroczystość panuje taka obfitość od pałacu do najnędzniejszej chałupy. Najuboższy, ale i najbogatszy, pospieszy powitać podróżnego, podzielić się święconym, poczęstować mięsem, czy go brakuje, czy też zbywa. Bo gość w dom, to Bóg w dom. Westchnęłam po cichu do Boga, aby nigdy nie dopuścił, by cudzoziemszczyzna wygnała od nas ten obyczaj narodowy, bratający przyrodzoną gościnność z religijnymi obrzędami.

Po pewnym czasie przychodzi do pokoju gospodyni, kazańska mieszczka i zaprasza nas na dół, abyśmy same mogły wybrać sobie potrawy. Z całą przy tym prostodusznością prosi nas, abyśmy zechciały się pokazać zgromadzonym u niej gościom, którzy z wielką przyjemnością i zainteresowaniem pooglądaliby Polki.
Oj, została zraniona nasza miłość własna, gdyśmy pojęły, że oto właśnie mamy zrobić z siebie widowisko dla potomków Tatarów. Ale zgodziłyśmy się, bo przecież ci Tatarzy nic nas nie obchodzili a dla nas również byli widowiskiem. Za widowisko widowisko, taki jest ten świat. W dodatku czekali z poczęstunkiem.
Zanim zeszłyśmy do naszej publiczności, oporządziłyśmy mocno sfatygowane dwutygodniową podróżą stroje, starając się udziwnić je przy tym jak najbardziej.
Na dole dostałyśmy miejsca honorowe za stołem, odpowiedziałyśmy na kilka nic nie znaczących pytań, ale rozmowa ta nijak nie zaspokaja głodu- ani umysłowego, ani głodu żołądka tym bardziej. Rozglądam się w miarę nieznacznie dookoła w poszukiwaniu jadła ale nawet zapachu nie czuję. Znajduję jedynie na przeciwległym stole zakrytym białym obrusem, który był, zdaje się jedyną oznaką święta, trzy talerzyki. Na jednym z nich leży zmarzłe jabłko, pokrojone cienko i ocukrzone, na drugim rodzynki a na trzecim jakieś ziarenka w kasztanowatej łupince (to, jak się dowiedziałam, tak zwane orzechy cedrowe z Syberii). Pytam w końcu gospodynię, czy może nam dać coś do jedzenia, nie rodzynki, które stają w gardle, tylko jakieś mięso na przykład. Wówczas z wielkim zdziwieniem dowiedziałam się, że w Rosji nie ma zwyczaju przygotowywania na Wielkanoc zimnych mięsiw, ciast i innych smakołyków, jak u nas. Jednym słowem, nic zgoła.
Posiliłyśmy się w końcu barszczem z mięsem, który kazałyśmy przynieść do naszej izby na górze.

Konie pocztowe przyszły pod wieczór, tylko dokumenty pozostawały jeszcze w rękach urzędników. Nasz podoficer zwijał się jak w ukropie, ale papierów nie dostał. Noc przesiedzieliśmy w oczekiwaniu, drzemiąc na tłumokach. Pocztylion zniecierpliwiony odjechał. Nad ranem wrócił przewodnik i choć papierów nie było nadal, kazał zaprzęgać. Miał nadzieje, że przejeżdżając koło kwatery urzędnika, zastanie go u siebie i sprawę załatwi. Wyjechaliśmy. Okazało się, że po bezsennej nocy urzędnik dopiero układa się na spoczynek, więc kilka kolejnych godzin spędziliśmy, czekając na ulicy pod jego domem. Ranek był prześliczny. Powitaliśmy wschód słońca nad Kazaniem.
Przedświt ludnego miasta, budzącego się do życia, ma w sobie coś nadzwyczaj przykuwającego uwagę. Ludzie, którzy budzą się pierwsi, to osobna familia z własnym obliczem. Na czole każdego jakby wypisana gotowość do pracy i potrzeba zarobku. Oni muszą przygotować wygodne przebudzenie bardziej rozpieszczonym dzieciom swego miasta.
Wychylając głowę z powozu, rozglądałam się w miarę możliwości. Kazań jest piękny i obszerny. Ulice w nim szerokie, brukowane, gmachy murowane, piękne domy. Jest uniwersytet, obserwatorium, są gimnazja i fabryki rozmaite. Ślady tatarskiego panowania znikły tu zupełnie za sprawą cywilizacji europejskiej. Nic nie przypomina, że depce się ziemie Tatarów, żyjących niegdyś z najazdów, napadów i łupiestwa.

Czas upłynął, urzędnik się przebudził, papiery zwrócił i bez przeszkód puściliśmy się w dalszą podróż.

Przez Ural

Gubernia kazańska rozciąga się zarówno nad prawym jak i lewym brzegiem Wołgi. Kraina ta ma oblicze całkowicie azjatyckie. Wioski drewniane jeżą się drewnianymi minaretami. Zamieszkuje je wielka rozmaitość narodów. Czeremisi, Mordwinowie, Czuwasze, Woljacy, Wogulicze, Tatarzy (tych jest zdaje się najwięcej),każdy przemawia odmiennym językiem, odróżnia się religią, obyczajami i ubiorem. Wśród rozlicznych strojów bieleje gdzieniegdzie turban na głowie mułły, to znów powiewa zasłona, którą kobiety twarz osłaniają. Gdybym chciała wyliczać wszystkie ubiory, które uderzyły mnie swoją oryginalnością, nigdy bym nie skończyła. Nie mając pod ręką papieru ani pióra, wrażenia schwycone w przelocie notowałam tylko w pamięci.
Cały ubiór Tatarek to najczęściej długie koszule, z przodu haftowane kolorowymi włóczkami. Tatarzy, nie należący do stanu duchownego, ubierają się niemal tak samo, jak u na Żydzi starszej daty. Strój ich składa się z kaftana o krótkich rękawach, bez fałd z tyłu i na przedzie, oraz ze szpiczastej czapki z dużymi skrzydłami, podszytej futrem. Inni noszą szlafroki i krymki na głowie.

Na każdej stacji pocztowej otaczał nas ciekawski lud. Najpierw przypatrywano się nam, potem sprzętom, przy czym szczególnie kobiety musiały dotknąć wszystkiego po kolei. Chętnie się na to godziłyśmy, gdyż tak samo byłyśmy ciekawe niezwykle oryginalnych ubiorów owych nadwołżańskich nimf.
Co postój, to wydawało się nam, że w innym jesteśmy kraju. W jednym miejscu kobiety nosiły na głowie niby tablice, piętrzące się prostopadle nad czołem, a naszywane mnóstwem drobnych, srebrnych i złotych monet. Monety te przy każdym poruszeniu głowy wydawały brzęk. Gdzie indziej ozdobą był niby diadem w kształcie półksiężyca, tak wykrojony, że zadarte końce tworzyły niby rożki, a upstrzony przy tym cały różnymi drobnymi kamykami i odłamkami kruszców. Na piersi nosiły złote i srebrne monety rozmaitej wielkości, dziurkowane i nawleczone na sznurek, tak że tworzyły rodzaj bogatych naszyjników.
Na jednej ze stacji, gdzieś między Kazaniem a Permem, raczej z ciekawości niż z grzeczności, przyszedł nas powitać Głowa wioski, wraz z małżonką. Był to Tatar już niemłody, ale czerstwy. Żonie, okrytej od stóp do głów obszerną suknią i zawojem, widać było tylko twarz. Ale cóż to była za twarz! Tak nabielona i naróżowana, brwi tak mocno wykreślone jakąś czarną masą, że wyglądała raczej na maskę bądź lalkę. Przez chwilę wydało mi się, że jestem na maskaradzie, ale czym prędzej powściągnęłam głupkowate zdziwienie, aby poprowadzić w miarę poważną i grzeczną rozmowę.
Świadoma już nieco obyczajów tatarskich, zagadnęłam Muzułmanina:

– Wiele masz żon?
– Cztery.
– To dlaczego nie przyprowadziłeś wszystkich?
– Tamte są stare i brzydkie, nigdzie ich ze sobą nie biorę, a ta ma tylko trzydzieści dwa lata- odpowiedział dumnie małżonek.
– Wiele masz dzieci?
– Czterech tylko synów, a aż dziewięć córek- westchnął ciężko stary i pokiwał głową.
– Pewnie ładne, wkrótce weźmiesz za nie dużo pieniędzy- pocieszyłam smutnego staruszka
– Gdzie tam, tyle kosztowało dziewięciu wykarmienie, ze chyba mi się to nie zwróci- odparł mi poważnie główny rachmistrz rodziny.

Tak oto posuwając się naprzód wśród ludności coraz to odmiennej, przez ziemię będącą jeszcze niedawno Królestwem Kazańskim, dotarliśmy do Permu.
Perm, dziś stolica guberni, to miasto liche i mało ludne. Podobno liczy tylko kilka tysięcy mieszkańców. Nie więcej niż pięćdziesiąt lat temu było nędzną wioszczyną, którą dopiero w 1781 roku rząd rosyjski wyznaczył na stolicę. Perm leży nad rzeką Kamą i jest jakby podnóżem Uralu. Wyminąwszy zatem miasto, wjechaliśmy w sławny łańcuch górski.

W poprzek Ural ma dość znaczną szerokość. Jadąc z Permu do Jekaterynburga przebywa się go skosem, toteż trudno długość tej drogi jednoznacznie określić. Pnąc się z góry na górę, jedzie się mil kilkadziesiąt gościńcem wyrównanym dobrze, jak wszystkie rządowe drogi rosyjskie. Góry owe okryte całe lasem i kolosalnymi kamieniami, których najbardziej wiekowe drzewa nie są w stanie przysłonić. Olbrzymie bryły sterczą pojedynczo, jedna obok drugiej, łyse, nieruchome, jak zaklęte olbrzymy, urągając swą nagością wichrom i śniegom, które tylko się o nie rozbijają. Inne piętrzą się w piramidy i fantastyczne kształty, jakby jakaś gigantyczna ręka dla zabawy cisnęła jedne na drugie, niby dziecko śnieżki.

Cały Ural poryty jest kopalniami. Nazywają je tu zawodami. Jedne należą do rządu, inne do rosyjskich magnatów. Jakby wnętrzności ziemi otworzyły swoje skarby dla pracowitych zwolenników przemysłu. Najwięcej wydobywa się żelaza i miedzi, ale także w niemałej ilości drogie kamienie i szlachetne kruszce. Osady robotników, zatrudnionych w kopalniach to ogromne wsie, wyglądające jak piękne miasteczka. Aż serce rośnie, gdy patrzy się na dwieście, trzysta domów, obszernych, zbudowanych ze smakiem, o jednakowej formie i proporcji, a świeżych jakby wszystkie razem dopiero co powstały. Ani jednej nikczemnej, ubogiej chatki. Tu nie ściska serca widok nędznej lepianki obok wspaniałego pałacu. Człowiek mimo woli zaczyna się zastanawiać nad potęgą przemysłu, oświeconego rozumem i wspartego wytrwałą pracą,. Nad potęgą, która pozwoliła pośrodku pustyni wydźwignąć niby za sprawą czarodziejskiej różdżki, nie zbyteczne gmachy, służące li tylko zadowoleniu próżności jednego człowieka, tylko wesołe domki, zaspokajające potrzeby tysięcy uczciwie pracujących rodzin.

Na postojach spotkałam ciekawe świadectwo umiłowania sztuki przez ten lud, na co dzień pracujący w kopalniach. Są to widoczki z malowaną (zwykle dość nędznie) figurą świętego lub świętych. Cały urok tych widoczków zależy od pejzażu, w którym rzeczona figura się znajduje. Otóż, pejzaże owe układane są wypukło z bryłek kamieni samorodnych, nieszlifowanych, w najprzeróżniejszych kolorach. I tak: topazy białe, dymione i rozmaitej barwy, ametysty, akwamaryny, krwawniki, szmaragdy, chalcedony i wiele innych razem tworzą efekt, który sprawia, że obrazom tym nie można odmówić oryginalności, a nawet piękna.

To, po której stronie Uralu jesteśmy, poznać można po biegu rzek, które zaczynają należeć do innego systemu. Dotąd rzeki mające swe źródła w górach spływały na zachód i tam kierowały się, jedne na południe, wlać swe wody do Morza Kaspijskiego, drugie na północ, gdzie tonęły w lodowatych wodach Północy. Teraz przeciwnie, wody płyną na wschód, tworząc dorzecze olbrzymiego Obu.
Jednym z dopływów Obu jest Iset, nad którym leży przepiękny Jekatarynburg, pierwsze miasto, które ukazuje się oczom po przejechaniu pasma Uralu. Miasto należy do guberni permskiej, ale bez porównania przewyższa swoją stolicę pod każdym względem. Założony niedawno, bo dopiero w roku 1723, jest zbudowany z rozmachem i gęsto zaludniony. Mieści się w nim główny zarząd górnictwa i mennica państwa. Radabym dłużej się tu zatrzymać i przyjrzeć życiu i funkcjonowaniu miasta, jego fabrykom kruszcowym, wyrobom, sposobowi życia zamożnych mieszkańców. Ale nie ode mnie zależało zaspokajanie moich chęci.
W Jekaterynburgu za bardzo przystępną cenę można nabyć szlachetne kamienie. Ametysty, opale, chalcedony, chryzolity, kryształy górskie, topazy, akwamaryny, szmaragdy i mnóstwo innych, tylko oszlifowane, przygotowane do oprawienia, delikatnie oprawione – wszystkie niemal same wchodzą w ręce.

Jak ów głodny Arab na pustyni, który znalazłszy wór pereł, kopnął go z pogardą, mówiąc „ To tylko perły”, tak i ja spojrzałam obojętnie, i pojechałam dalej.

W Jekaterynburgu spotkała nas niemiła niespodzianka. Dotąd sunęłyśmy saniami po dość dobrej drodze. Z racji, iż dążyliśmy na północny wschód, wydawało się, że warunki te nie ulegną zmianie, przynajmniej do Tobolska. Tymczasem niemało się zdziwiliśmy, widząc pod końskimi kopytami szare i rzadkie błoto. Stanęliśmy na kwaterze, a nasz przewodnik poszedł rozeznać się w sytuacji. Wrócił z przykrą wiadomością, iż dalej śniegu nie ma, więc musimy porzucić sanie. Nie stać nas było mnie i towarzyszek na najlichszy bodaj powóz, więc trzeba było zdecydować się na perekładną, czyli wózek pocztowy.
Nie było nad czym się zastanawiać. Wygodne sanie wspaniałomyślnie odkupił za dosłownie kilka rubli gospodarz domu, w którym zatrzymałyśmy się z towarzyszkami. Powiedział, ze czyni to tylko przez wzgląd na nasze trudne położenie i wręczył ruble przewodnikowi. My zaś przełożyłyśmy nasze rzeczy na pocztowe wózki i ruszyłyśmy dalej.

Komuś, kto nigdy nie jechał czymś podobnym, mogę wydać się zbyt wybredna i rozpieszczona, gdy powiem, że wózek taki jest niewygodny. Trudno, proszę mnie usprawiedliwić, jestem tylko kobietą i to nieszczególnie zahartowaną w rozmaitych fizycznych przeciwnościach. Jest niewygodny nie do wytrzymania. Krótki, zatem trzęsący niewymownie, płytki i przodem uniesiony tak, że niemal nie sposób utrzymać w nim równowagi. Każdy zaś wstrząs powoduje wyrzucenie pasażera w górę na ćwierć łokcia, co w końcu sprawia ból, wyciskający łzy z oczu. (Ów wózek pocztowy, to nic innego jak osławiona kibitka.)
Zaraz za miastem znaleźliśmy znowu na gościńcu całkowicie pokrytym śniegiem. Co więcej, cała okolica, jak okiem sięgnąć spowita jest w biel. Zagaduję woźnicę i ze zdumieniem dowiaduję się, że nigdzie więcej na drodze do Tobolska błota nie ma. Podobno wzbudziliśmy sensację wśród pocztylionów, zaopatrując się w wózki zamiast sań.
Zorientowałam się, ze padliśmy ofiarą nieporozumienia lub, co gorsza, oszustwa. Każę zatrzymać konie, wołam podoficera i cóż się okazuje? Że nasz przewodnik swoją sensację na temat śniegu usłyszał nie od kogo innego, a właśnie od tego samego człowieka, który kupił nasze sanie. Teraz zaś, nie chcąc wyjść na fryca, posyła dwóch żandarmów z powrotem do Jekaterynburga z rozkazem przyprowadzenia sań, bądź odzyskania ich na drodze prawnej. My tymczasem jedziemy do następnej stacji, gdzie z wielką ulgą zatrzymujemy się na dłuższy przymusowy odpoczynek, oczekując powrotu żandarmów.

Wrócili wreszcie. Bez sań. Wspaniałomyślny kupiec zdobyczy z rąk nie wypuścił, a wyższa instancja, do której się odwołano, orzekła, ze towar sprzedano, pieniądze wzięto, więc umowa została dopełniona i zrywać jej nikt nie ma prawa. Ot i tyle, dodać tylko trzeba kilka rubli straconych na wynajęcie koni pod żandarmów.

Szczęście, że z wózków mogłyśmy przesiąść się na sanie pocztowe. Już nigdzie więcej na drodze do Tobolska nie musiałyśmy zamieniać ich na wózki, gdyż sanna była wyśmienita. Śnieg zaczął podpływać wodą z gór spływającą w pierwszych promieniach wiosennego słońca, dopiero pod sam koniec drogi, co nie przeszkadzało dokończyć jej w saniach. Jedna tylko okoliczność stała się mniej sprzyjająca. Otóż, ponieważ sanie nie były nasze tylko pocztowe, toteż co stacja musiałyśmy swój bagaż przenosić z jednych na inne. Niby drobna to niedogodność, ale dla mnie, jadącej bez służby, było to duże utrudzenie. Stąd mój wniosek, że pewna klasa kobiet w naszym społeczeństwie jest chowana po prostu źle – w całkowitej zależności od osoby najemnej. Cóż, późno, bo późno, ale postanowiłam nadrabiać moje zaległości, póki nadarzała się taka wyśmienita okazja.

Półmetek w Tobolsku

Wreszcie wjechaliśmy do guberni tobolskiej. Tobolsk był jeszcze daleko, około tysiąca wiorst (ponad 1000 km) przed nami, ale potrafiłam już objąć wyobraźnią te przestrzenie. Poza tym, najtrudniej osiągnąć połowę drogi, zwłaszcza bardzo długiej i uciążliwej. Potem każdy krok przybliża do celu i choćby ten cel nie był szczególnie nęcący, jest to rodzaj ulgi, jaką odczuwa chory, gdy go z boku na bok przekręcą.

Przez pustkowia jechaliśmy aż do Tiumienia, oddalonego od Tobolska o wiorst 250 (ok. 270 km). Jest to miasteczko powiatowe, może poszczycić się odlewnią dzwonów i kilkoma innymi fabrykami. Przez środek miasta przepływa rzeka Tara. Wiąże się z nią pewna historia. Otóż, gdy w roku, jak mi się zdaje, 1835 Następca Tronu Rosyjskiego (Aleksander II Romanow) zwiedzał Syberię, wody Tary wezbrały. Wtedy mieszkańcy Tiumienia wykonali łódź, którą przewieźli Najjaśniejszego Monarchę przez rzekę. Łódź ta ma dach i boki obite wewnątrz zieloną wełnianą materią, białe firanki osłaniają ją dookoła. Nad krzesłem tronowym, obitym pąsowym adamaszkiem zawieszono portret i imię Najjaśniejszego Monarchy. Ławeczki łódź okalają. Najznamienitsi tiumieńczanie mieli zaszczyt w owej pamiętnej epoce służyć Dostojnemu Podróżnemu za przewoźników. On odwdzięczył się, racząc na krawędzi łodzi pozostawić swój własnoręczny podpis i pozwolił zarazem umieścić tam w długim szeregu nazwiska dziesięciu kupców, którzy Go przewozili. Wdzięczni tiumieńczanie ów napis za szkło oprawili, a dla łodzi zbudowali osobny dom, w którym jest pod kluczem chroniona, niczym relikwia.

W Tobolsku, tej stolicy zachodniej Syberii, stanęliśmy okrągły miesiąc od wyjazdu z Kijowa – 11 kwietnia.

Po tak długiej podróży z ukontentowaniem znalazłam się w wygodnym pokoju gościnnicytobolskiej, czyli tutejszego zajazdu dla podróżnych. Nareszcie zamilkł natrętny dzwonek pocztowy, który wciąż wołał „dalej, dalej…”, nareszcie mój czas należał do mnie. Tak mi się przynajmniej wydawało, gdy rozważyłam wszelkie okoliczności. Z Tobolska bowiem nie ma innej drogi do Berezowa, niż korytem rzeki – zimą po lodzie, latem na statkach.
Tymczasem lody zaczęły topnieć, wody huczeć i Irtysz wezbrał tak, że według wszelkiego prawdopodobieństwa czekał nas przynajmniej miesiąc odpoczynku.

Zastałyśmy tu towarzystwo częściowo mi znane, częściowo jeszcze nie, ale serdeczne i kojące w pewien sposób tęsknotę za bliskimi. Oto, kto przed nami stanął w Tobolsku: były mieszkaniec Wielkopolski, major Szreder, niegdyś towarzysz broni Seweryna Krzyżanowskiego, Antoni Pawsza z Wołynia, Konstanty Wolicki, Onufry Pietraszkiewicz z Wilna, Ignacy Strumiłło z Wołynia, Stanisław i Rafał Kiersnowscy z nowogródzkiego. Tuż przed nami przybył Karol hrabia Marchocki.
Już trzy dni bawiłyśmy w Tobolsku i dzięki życzliwym ludziom pomału
zaczęłam się zadomawiać w tym mieście. Raptem nas wszystkie – mnie i dwie moje towarzyszki – wezwano do cywilnego gubernatora, który oświadczył, że odpoczęłyśmy dostatecznie i czas nam niezwłocznie odjechać do miejsc przeznaczenia. Dla moich współpodróżniczek miała to być Tarra, powiatowe miasteczko guberni tobolskiej, leżące również nad brzegiem Irtyszu. Moje przeznaczenie było mniej łaskawe – Berezów, położony względem Tarry tysiąc siedemset wiorst (ponad 1800 km) na północ, zatem niezrównanie przykrzejszy pod różnymi względami, przede wszystkim zaś z powodu klimatu. Mimo tego, panna Józefa Rżążewska zażądała zmiany swego miejsca pobytu na Berezów i pozwolenie otrzymała. Zrobiła to ze względu na moją osobę. Żadne tłumaczenia, ni nalegania nie zdołały odwieść jej od raz podjętej decyzji.

17 kwietnia pożegnałyśmy z żalem naszych znajomych. Wyruszyłyśmy, wciąż jeszcze saniami, po lodzie Irtyszu do Berezowa. Droga była najeżona trudnościami. Z nadbrzeżnych gór, hucząc, leciały strumienie i napełniały koryto rzeki. Lód trzymał się jeszcze brzegów, więc konie brnęły w wodzie, która go pokrywała. Przez to pocztylion kilka razy wjechał w przerębel do pojenia bydła i byłby konie potopił, gdyż nie widział drogi. Za obstawę miałyśmy dwóch berezowskich kozaków z rozkazem od gubernatora, aby udzielono im pomocy, gdy tylko zajdzie taka potrzeba. Od wioski do wioski konwojowało nas zatem ciągle kilku konnych z drągami, którymi co raz wyciągali sanie z jakiejś jamy lub śniegu. Mimo ich wysiłków, nie zdołaliśmy przebyć w ciągu dnia jednej stacji. Trzeba było zanocować na drodze.
Nazajutrz w południe stanęliśmy w zamieszkałym przez ruskich osadników Bronikowie, oddalonym od Tobolska o 36 wiorst (ok. 38,5 km). Tutaj kończy się droga lądowa i dalej na północ posuwać się można tylko korytem rzeki.

uwspółcześniła
Marta Gambin-Żbik

http://ewafelinska.pl/wspomnienia-z-syberii-fragment-2/

Posted in Polacy na Syberii, Polskie Kresy, Wspomnienia | 1 Comment »

KRESY PAMIĘCI – Wilno i Lwów

Posted by tadeo w dniu 27 Lipiec 2011

Podole, Wołyń, Polesie, Nowogródczyzna, Wileńszczyzna… Ogromny pas ziem na wschodzie II Rzeczypospolitej. Ziemi zrośniętej z Koroną wielosetletnią historią . Dla pokoleń naszych dziadów i ojców były źródłem wielkiej dumy . Na tym szmacie ziemi przez wieki działy się bowiem rzeczy wyjątkowo ważne dla całej Polski. Tu zatrzymywano niezwykle groźne nawały wrogów , tu tworzono rzeczy niespotykane gdzie indziej , tu rodzili się także ci ,bez których dzisiaj nie sposób wyobrazić sobie naszej historii i kultury. Ten obszar ziem skrzących się wszelkim bogactwem, głównie kulturowym , był także szczególnym natchnieniem dla wszelkiego rodzaju sztuki. Słowem, przez bezmiar wieków, było to miejsce szczególnie płodne i znaczące.

Czy jednak dzisiaj powinno się powracać ,choćby myślą, do czegoś, co już od ponad półwiecza znajduje się poza granicą naszego państwa? Czy taka retrospekcja nie jest wynikiem jedynie śmiesznych wręcz niezdrowych sentymentów tych, którzy nie potrafią żyć w normalnej rzeczywistości ?

 Otóż trzeba sobie uzmysłowić, że pozostawiliśmy tam nie tylko serce, jak uczyniło to odchodzące już pokolenie Hemara czy Makuszyńskiego, ale wiele konkretnych ,materialnych, zabytków, które przetrwały nawet niszczycielskie czasy ZSRR i o które  często dbają teraz ich obecni właściciele ,a o których istnieniu – nie wie często nie tylko nasza młodzież, ale i jej rodzice. Te zabytki są naszą przepustką do europejskiej historii kultury. Naszym wielkim wkładem w to, z czego Europa może być dumna.

 Są nimi nie tylko poszczególne obiekty architektoniczne, jak choćby kościółek w Podhorcach, do zwiedzenia którego przyjeżdżały niegdyś zachodnie wycieczki, ale wielkie miasta ,jak np. Lwów, czy Wilno, przed wojną nazywane Paryżem Europy.

Czy można o tym zapomnieć? Czy należy o tym zapomnieć? Jak można nie pamiętać o uśmiechniętej Najświętszej Pannie w obrazie nowogródzkiegokościoła , do którego szedł za zwrócone życie podziękować Bogu Mickiewicz? Jak zapomnieć ten niezwykły klejnot zwany kościołem świętej Anny, który w poetycki sposób Napoleon chciał przenieść z Wilna do Paryża? Jak nie pamiętać murów Chocimia czy Kamieńca, Okopów Świetej Trójcy, czy Międzybóża?

Po co odwracać się plecami od niezwykłego Oleska, w którym urodził się Jan III Sobieski, czy Żółkwi, którą uczynił ,dla pamięci swego wielkiego pradziada, naszym narodowym sanktuarium ?

Tej Żółkwi, która aż tak bardzo kłuła w oczy sowietów, że przemianowali ją na Nesterow.

Mamy zapomnieć o dworku Słowackiego w Krzemieńcu wtulonym w cień Góry Królowej Bony, którym szczycą się Ukraińcy , czy o pieczołowicie odtworzonym rodzinnym domu Mickiewicza w Zaosiu, który podźwignęli z niepamięci Białorusini?

 Komu zagraża nasza pamięć skoro niczego nie żąda poza nawoływaniem do poznania?

A przecież, jak mawiał Gloger „ Obce rzeczy wiedzieć dobrze jest – swoje ,obowiązek.” Czemu więc tak niewiele wydaje się albumów prezentujących wspominane miejsca? Czemu prawie milczy telewizja, która powinna propagować nasze narodowe osiągnięcia?

Skąd młodzież ma wiedzieć skoro starsi nie wiedzą?

Z czego ma być dumna, skoro nie ma żadnych punktów odniesień, nie zna ,nie rozumie polskiego dorobku.

Puste właściwie dla współczesnego Polaka nazwy : Buczacz, Brześć , Grodno, Łuck, Tarnopol,  Stanisławów, Podhorce,  Podkamień, Jazłowiec,  Świrz, itd. z trudem bywają odnajdywane na mapie . Zresztą po co je odnajdywać? ”To gdzieś tam w Rosji, czy na Ukrainie, Białorusi…”- obrusza się lekceważąco uczeń, całkiem nie pojmując po co ma zapamiętywać tak nie istotne według niego miejsca.

 Trudno się więc dziwić, że w zestawieniu tej często porażającej niewiedzy o własnym dziedzictwie, z pięknem Zachodniej Europy rodzą się paraliżujące, niszczące go kompleksy. Jest wtedy szczególnie podatny na wmówienie sobie, znikomości i pogardy dla własnego narodu. By temu chociaż trochę zaradzić spróbujemy  odbyć wędrówkę po miejscach i zdarzeniach, po kresach naszej narodowej pamięci, by zburzyć ich egzotykę i przywrócić je wreszcie codzienności.

Z cyklu: Wspomnienia – /3/ ( monotypia )- Ryszard Sziler

WILNO

Z cyklu: Wspomnienia – /3/ ( monotypia )- Ryszard Sziler

 To jedno ze szczególnych miejsc porzuconych przez naszą zbiorową pamięć i poniekąd naszą wyobraźnię . Miejsc, od których odwracamy się plecami już od blisko siedemdziesięciu lat.

Tam w perspektywie oddalenia, ponad naszym zapomnieniem nieodmiennie od wieków , jakby na przekór historii, góruje Ostra Brama , ze Złotą Panną pochyloną w serdecznym zamyśleniu nad nami wszystkimi i szczególnie nad swoim miastem.

To w tym miejscu Mater Misericordiae, jak na obrazie Piotra Stachiewicza „ Modlitwa pielgrzyma” wsłuchuje się bez odrazy w nasze odwieczne prośby. Tuli nas do siebie i oddaje swemu Synowi.

Ciągle Ta sama…Ta, do której zwracał się ,nie tak dawno zresztą ,wielki poeta polski zapomniany dziś przez nas prawie tak samo jak i Wilno :

 Maryjo, Bogarodzico,

Matko cierpiących nędzarzy,

Co nad Jagiełłów stolicą

W bramie stanęłaś na straży!

Spojrzyj na tłumy skruszone,

Co klęczą u stóp tej bramy:

Matko! Pod Twoją obronę

Z pokorą się uciekamy…

Człowiek , który to napisał leży teraz w cmentarnej ziemi Rossy i nadal modli się za nas pozostawionymi przez siebie strofami, których, dodajmy, nikt już prawie nie chce czytać . Co , powiedzmy sobie szczerze, bierze się stąd, że szkoła polska od lat uporczywie nie chce pamiętać o Ludwiku Kondratowiczu – Syrokomli.

Okazuje się , że po czasie wielkiego wynarodowienia Polaków, można zapomnieć prawie o wszystkim, w tym nawet o znaczeniu Wilna dla naszej kultury, nie sposób jednak zapomnieć o Pani Ostrobramskiej, zawsze w jakiś sposób obecnej w polskiej świadomości.

Bo Ją to przede wszystkim zabrali w swoich sercach, uważając za największy swój skarb, tułający się od 1945 roku wilnianie i przekazali go nam w rozlicznych kopiach, na przekór wszystkiemu, co się wydarzało .

O Wilnie pisano przez całe wieki, właściwie od chwili jego powstania.

Zachwycano się jego położeniem i zabytkami. Ze wzruszeniem wspominano znaczących dla Polski ludzi z nim związanych , jak też i wydarzenia historyczne, których było świadkiem. Ślady tych poczynań można znaleźć wszędzie od literatury pięknej po publicystykę . Od chociażby „Wilna” Jerzego Remera w znaczącej serii „Cudów Polski”, po resztki tych działań przedstawionych chociażby w „Małym leksykonie wileńskiej Rossy” prezentowanym przez Wydawnictwo Polskie w Wilnie w 1998 roku, więc każdy może po nie sięgnąć.

Rzecz jednak nie w ilości wydawnictw , a w zainteresowaniu tematem. W tym, że dla współczesnego Polaka, a dla młodzieży szczególnie, wychowanej bez mocnego poczucia przynależności historycznej i jedności ze światem swoich dziadków, Wilno staje się coraz bardziej miejscem egzotycznym, takim jak Lwów ,Grodno czy Łuck. W najlepszym wypadku jednym z pojęć kwitowanych słowami : „Coś tam może i było, ale się skończyło.”

Otóż niekoniecznie, bo przeszłość albo jest w nas, albo nie ma jej wcale.

Naszą tragedią jest teraz to, że poza obecnymi granicami Polski pozostały ważne, jeśli nie największe, polskie osiągnięcia w dziedzinie kultury. Przez wieki bowiem z różnych powodów inwestowaliśmy w rozwój ziem, które leżały na peryferiach kraju. Tu więc pozostały resztki naszej rzeczywistej wielkości, którą koniecznie należy przypominać pro publico bono.

Jej wyznacznikiem są dzisiaj najczęściej tylko zabytki architektury, a to dlatego, że one najdłużej opierają się destrukcyjnej działalności czasu i ludzkiej niegodziwości.

Zniknęło więc wszystko to co ulotne, a rzeczywiście ważne, niestety łącznie z ludźmi; a pozostała pamięć zamknięta w kamieniu. Trochę podobna do malowanego kiedyś akropolu w Atenach, szarego dziś, choć być może szlachetniejszego przez tę właśnie szarość.

Wędrując więc teraz po Wilnie i wyzbywając się niepotrzebnej raczej nostalgii ; bo nie o to tu przecież chodzi do kogo miasto należy , ale co zawiera – zachwyćmy się pięknem, które nasi przodkowie potrafili stworzyć lub inicjować i które, jak chociażby znane nam na co dzień zabytki Krakowa, świadczą dobitnie o naszej przynależności do rodziny wielkich twórców kultury europejskiej. Czego jakby szczególnie ostatnio oduczono naszą młodzież.

Wiec chlubą miasta są głównie kościoły. Tak jak i w całej Polsce. To one znaczą nasze ślady po wszystkich miejscach ziemi. Są też naturalnie na Podolu, Wołyniu , w Koronie i na Litwie. Głównie te siedemnastowieczne , kiedyśmy uwierzyli wreszcie w swoją szczególną wartość, zanim ją zabrał zaraz wiek następny.

Opowiedzmy tu o nich trochę, choć naszym celem nie jest tworzenia tutaj bedekera po Wilnie . W oczy rzuca się głównie barok ( kierunek, który tak mocno odcisnął się w polskiej kulturze, że mimo ciągłego pomniejszania jego roli, trudno ją sobie bez niego wyobrazić ) , więc Katedra, a w niej kaplica św. Kazimierza (C.Tencalla), dekoracja stiukatorska P.Perti`ego, freski Danckersa de Rij i Palloniego „ Otwarcie trumny św. Kazimierza” i „Wskrzeszenie dziewczynki”, a także popiersie biskupa Jerzego Tyszkiewicza.

Następnie kościół Bernardynek z nagrobkiem Krzysztofa Sapiehy.

Potem kościół św. Piotra i Pawła na Antokolu z amboną a także ołtarzami głównym i ołtarzem w transepcie oraz unikatowymi dekoracjami stiukowymi : figuralną P.Perti`ego i ornamentalną J.Galli`ego. Wreszcie kościół św. Teresy według projektu Tencalla no i – Ostra Brama w resztce murów, które kiedyś broniły wrogom dostępu do miasta.

Że miejsce miało z dawna swój niepowtarzalny klimat wynika po części z ujmującego serce krajobrazu . Jedynego i niepowtarzalnego, który zapełnialiśmy przez wieki, tak jak całe Kresy, naszymi marzeniami . Mniej lub bardziej mądrymi.

Trzy góry sterczą nad miastem : pierwsza najniższa, okrągła u podstawy, szpiczasta u szczytu, to Zamkowa, z tą Gedyminową basztą i szczątkami murów( którą teraz uważa się za symbol Republiki Litewskiej – ( R.Sz. ) Druga, oddzielona od niej wąskim korytem Wilejki, wyższa, dość stroma, u góry rozległa i płaska, to Trzykrzyska, zwana tak od trzech krzyży, które tam od wieków stawiano na pamiątkę trzech Franciszkanów, których pogańscy Litwini na tej górze do trzech krzyży przywiązali i zrzucili do Wilejki/…/Trzecia góra , mniejsza znowu nazywa się Bekieszową od Bekiesza przyjaciela króla Stefana Batorego – pisano kiedyś.

 

Wilno było sercem Litwy i Mekką Korony .

Przykładem choćby album zdjęć ( 1858 – 1915 ) Stanisława Filiberta , gdzie czytamy :

„ Wilno przełomu XIX i XX wieku było miastem o atmosferze dworu ziemiańskiego. Ton nadawała mu drobna szlachta i wywodząca się z tej warstwy miejska inteligencja…”

 

Ziemianie przez cały wiek poprzedni tutaj się zbierali, kiedy musieli z jakiś powodów porzucić swe siedlisko.

To tu kwitła kultura, którą chciała zabić Rosja. Raz wreszcie i na zawsze, żeby nie drażniła…

Pamiętacie Państwo tę niegdyś popularną podmiejską piosenkę lwowską z lat trzydziestych ubiegłego wieku? Tą , która wiele tłumaczy, chociażby w tej strofie : ” On jest ś Wilna – szyk bon ton„…Cóż, no tak właśnie do niedawna było…

A teraz, co można ważnego powiedzieć o Mieście ?

Chyba to, że po prostu – jest jeszcze. Bliskie chociaż odległe ? Dziwne lecz domowe. Takie samo ja Kraków tylko w obcej ziemi …

Wsłuchajmy się w echa dawnych zachwyceń, które więcej powiedzą niż najnowszy przewodnik, jaki można przecież zawsze przeczytać :

 „ Rozrzucone nad brzegami Wilji i Wilejki wśród wyniosłych wzgórz posiada Wilno najpiękniejsze położenie z wszystkich wielkich miast polskich, a zarazem tak wiele zabytków architektury, że czynią one z Wilna prawdziwe muzeum. W harmonijnym skojarzeniu pierwiastków piękna przyrody i sztuki leży niezwykły urok miasta. Lesiste wzgórza, strzeliste wieże i majestatyczne kopuły kościołów ( w liczbie 43 ), parowy i wąwozy obok labiryntu zaułków i ulic starego miasta, pnących się po zboczach wzgórz, oraz koloryt czerwieni dachów, tonących w zieleni ogrodów – oto elementy składające się na swoisty charakter grodu Jagiellonów”

Podaje Encyklopedia Powszechna Gutenberga z 1932 roku. Ten urokliwy klimat, możemy dziś odnaleźć może tylko już w Sandomierzu i Kazimierzu Dolnym.

O tym że nas Wilno pamięta, krzyczą tu kamienie.

Każdy kamień, to pamięć; a oto chyba najważniejszy zbudowany z niego pomnik : kościół św. Anny wzniesiony na jednym z zakoli Wilenki w latach 1495 – 1500.

O kościółku św. Anny nie ma co mówić, każdy wie, że to cacko tak misterne, jakby było relikwiarzem robionym ze złota, a nie budynkiem z cegieł; każdy słyszał, że Napoleon żałował, że go na ręku nie mógł przewieźć do Paryża, każdy widział ( dziś zapytalibyśmy, czy aby naprawdę wie , czy naprawdę widział ? – ( R.Sz. ) na rysunkach i rycinach jego prześliczne okno i te gałązki i włókna ceglane, które je otaczają , rozchodzą się, łączą znowu; w kamieniu nie widzi się piękniejszych gotyckich koronek , w cegle chyba nic równego nie ma na całym świecie. Jest to bujność i elegancja i fantazja kwiecistego gotyku, ale też utrzymana w mierze, tak daleka od hiszpańskiego zbytku i przeładowania, albo od zbytecznej manierowanej cienkości i delikatności, że nic bardziej harmonijnego, nic doskonalszego być nie może. I czemu ta doskonałość nie stała się wzorem , typem, czemu podług niej nie wyrobił się osobny styl gotycki polski ? – pisze i pyta St. Tarnowski we wspomnieniach „Z wakacji” wydanych w Krakowie w 1888 roku.

Polskość była tu, i jest jeszcze, choć biedna i pogardzana przez Polskę po 1945 roku.

Ale ona trwa nadal mimo straszliwych represji sowietów i niechęci Litwinów. Żeby to rozumieć trzeba pamiętać, że przecież według spisu ludności , który władze polskie przeprowadziły w 1919 roku na 128476 mieszkańców Wilno zamieszkiwało: Polaków 56,09 %, Żydów 36,2 %, Rosjan 3,15%, Litwinów 2,26%, Białorusinów 1,38 %, innych 0,92%. Tak było też i wcześniej.

A potem Polaków wywieziono na nieludzką katorgę, a miasto programowo zapomniano.

Chociaż przecież :

Wilno słynęło posiadaniem w katedrze grobu św. Kazimierza, królewicza polskiego, wnuka Jagiełły, obrazem cudownym Matki Bożej Ostrobramskiej i akademią jezuicką, z której utworzono potem za Śniadeckich i kuratorii księcia Adama Czartoryskiego znakomity uniwersytet. W Wilnie zasiadał trybunał Wielkiego Księstwa Litewskiego.– co zauważa Zygmunt Gloger w „Geografii historycznej ziem dawnej Polski”.

 

Kościół św. Jana! Dawny uniwersytecki, ten sam co z małego Jagiełłowego przebudował i powiększył Batory; ten sam przy którym osadził Jezuitów; ten sam gdzie mieszkał rządził i kazał Skarga./…/ Te mury , które go otaczają to Uniwersytet Wileński,/…/ może najbardziej wzruszający z wileńskich pomników. Więc to tu ? Tu Czacki i książę Adam, tu Śniadeccy i Grodek i Borowski, tu Gołuchowski i ten uczeń tyle od mistrzów większy (!) tu na tym dziedzińcu może młodzież litewska przyglądała się ciekawie po raz pierwszy „ koronnemu Lelewelowi”, kiedy do niej zajechał. Tu po tych gankach i korytarzach wołali ludzie jedni na drugich niezapomnianymi imionami Zana, Czeczota, Domejki, Odyńca. Tu i Euzebiusz Słowacki i doktor B`ecu i ta ciemna szkolna sala, którą wspomina ich syn i pasierb. I tu nade wszystko Mickiewicz. Tu kolebka polskiej poezji, dla niej nie ma miejsca pamiętniejszego, świętszego niż to! - pisze znów Tarnowski .

Powinniśmy to pamiętać, prawda ?

W końcu , albo jesteśmy spadkobiercami Wielkiej Polski, albo prawie nas nie ma. Chodzi tu, podkreślmy z całą mocą, nie o restytucję granic, a o przywrócenie pamięci, o co jeśli nie zaniedbamy, to przyszłe pokolenia mogą nam tego zaniedbania nie darować.

Więc znów, choć tylko myślą, wędrujmy za Niemen…, niech się nas nie wstydzą nasi pradziadowie .

Niech naszą pamięć prowadzi obwieszczający zmartwychwstanie wysmukły anioł, z grobu Izy Salmonowiczówny, ten który dobrze wie, gdzie leży serce Marszałka Piłsudskiego i jego matki, i wskaże je nam, bo my przecież nie całkiem już to wiemy. Pomyślmy też, może przez moment, jak daleko nam do tych harcerzy, którzy do końca swego młodego życia trwali przy tym grobie , aż je zgasiły kule sowieckich żołdaków…

LWÓW

 

Zacznijmy może od miasta, które obchodziło nie tak dawno 750 lecie swego powstania.

To na jego tarczy herbowej zapisano znamienne zdanie : „Leo semper fidelis” ( Lwów zawsze wierny).

Plik:M. Łaskawa.JPG

To tutaj 1 kwietnia 1656 roku w katedrze przed Obrazem matki Bożej Łaskawej padły, jedne z najważniejszych w naszych dziejach ,słowa:

„Wielka Boga-Człowieka Matko, o Przeczysta Panno! Ja, Jan Kazimierz (…) u stóp Twoich najświętszych na kolana padając , obieram Ciebie dzisiaj za Patronkę moją i moich państw Królową, i polecam Twojej szczególnej opiece a obronie siebie samego i moje Królestwo Polskie(…) i wszystek mój lud..”

Jak burzliwe są dzieje tego miasta świadczą chociażby nazwy, którymi go oznaczano : Lwihorod, Lwów, Leopolis, Lemberg, ponownie Lwów a obecnie – Lwiw. Mówią one znacząco o jego przynależności do wielo-kulturowej społeczności, która zawsze go zamieszkiwała, chociaż prawem swej lokalizacji należał pierwotnie do jednego z „grodów czerwieńskich „ a wiec polskich, zagarniętych nam przez Ruś w 981 roku ,jak podaje latopis Nestora, a odzyskanych definitywnie dopiero przez Kazimierza Wielkiego.

Niezależnie jednak do kogo formalnie należał Lwów, ze względu na swoje szczególne położenie na skrzyżowaniu prastarych szlaków migracyjnych i kupieckich zasiedlany był przez różne narodowości. Dane na przykład z 1927 roku mówią, że liczył on wtedy prawie ćwierć miliona mieszkańców ( było to przed przyłączeniem gmin podmiejskich), z czego około 65 % liczyła ludność polska, trochę ponad 10 % ruska, jak nazywano wówczas Ukraińców, około 24 % żydowska, a niewiele ponad 1 % przypadało na inne narodowości, głownie Ormian, Karaimów, Greków i Niemców. Wszystkie te nacje odcisnęły ty swój ślad, ten ulotny , w niezwykłym klimacie miasta, znanym już tylko z opisów i materialny , widoczny najbardziej w kamiennych budowlach.

Nie darmo już w średniowieczu nazywano Lwów Rzymem i Wenecją Północy. Bogacące się szybko na handlu z Bliskim i Dalekim Wschodem miasto z wieku na wiek rozrastało się i piękniało swymi budowlami. Jak mówi jego wielki miłośnik Jerzy Janicki : Lwowianom „ po latach przestały już wystarczać umiejętności rodzimych muratorów, zwabiać więc poczęli architektów z Italii, rzeźbiarzy z Niemiec, malarzy z Francji. Żyć im się zamarzyło nie tylko bogato, ale i kulturalnie, wystawnie i wygodnie zarazem, dzięki czemu już w końcu XIV wieku posiadał Lwów rzadkie podówczas w Europie urządzenia , jak wodociągi, łaźnie, szpitale, kanały i bruki. Kto tam wtedy do Lwowa nie zjeżdżał(…) I Włoch Pietro di Barbona, który wkrótce zasłynął budową wieży przy cerkwi Wołoskiej, zwanej powszechnie wieżą Korniaktowską, bo ją Grek rodem z Krety, Korniakt, ufundował, a którą to wieżę bez cienia przesady równają znawcy z najpiękniejszymi campanillami Florencji.Inny jeszcze Pietro – Italus .Ten też projektem wieży się wsławił , tyle że przy katedrze Ormianskiej.

Nawet jeśli nie opuszczając rynku poprzestać tylko na Czarnej Kamienicy albo domu Bandinellich, gdzie w 1627 pierwszą założono pocztę, czy kamienicy konsula weneckiego, pojąć można poetę Sebastiana Klonowica, który oniemiały pysznością budowli, strojnością mieszczek , bogactwem kramów, zachwyt swój zawarł w patetycznym wersecie :”Chyba wszystkie skarby świata zwożą w ten gród graniczny sanie północy i łodzie oceanu”. Nie masz epoki ani stylu, który by swej pieczęci odciśniętej na bruku lwowskim nie ostawił. Barokiem pieczętują się Jezuici i Dominikanie, gotykiem – katedra Łacińska, flamandzkim renesansem –Arsenał Królewski, orientalnym stylem – katedra Ormiańska, empire –Ossolineum, klasycyzmem – Kolegium Pijarów. Istnym klejnotem rokoka jest cerkiew świętego Jura, dzieło Bernardo Merettiniego, zwanego Meretynem.”

Jak czarodziejski tort przygotowany na ucztę dla naszych oczu prezentuje się Kaplica Boimów zbudowana w 1615 roku dla uczczenia Męki Pańskiej . Jej zewnętrzne ściany pokrywa niezwykła tkanka płaskorzeźb, której analogii trudno by szukać we współczesnej nam Polsce. Jakiejś jej przytłumione podobieństwa można odnaleźć jedynie w zdobnictwie kamienic Przybyłów w Kazimierzu nad Wisłą, powstałych zresztą w tym samym okresie.

Plik:Lwów - główna brama Cmentarza Łyczakowskiego około 1900 r.jpgW naszej wędrówce po Lwowie, nie można także pominąć Miasta Umarłych- Łyczakowskiego Cmentarza ,porównywalnego swym pięknem do paryskiego Pere Lachaise . Spacerując alejkami tego niecodziennego parku odnajdujemy  wśród wspaniałych nagrobków nazwiska z wielkiego panteonu narodowego. Leżą tu przecież Konopnicka, Zapolska, Grottger, Łoziński, Goszczński ,Wolska i wielu, wielu innych , a także- Orlęta …wszyscy spragnieni naszej pamięci, która jest przecież także formą modlitwy…

Żegnając to nasze niecodzienne miasto zamyślmy się przez chwilę nad słowami Kornela Makuszyńskiego wypowiedzianymi w „Uśmiechu Lwowa”,w 1934 roku : „ Lwów miał zawsze duszę radosną i rozśpiewaną. Przewalały się nad nim burze (…) żelaznym zębem wojna gryzła jego mury ,gromy biły w jego wieże, a jego dusza jakąś żarliwą wiarą przepojona zawsze śpiewała. Ledwie przygasła łuna pożarów(…)z niego już biła łuna radosnej dumy, że oto raz jeszcze nie wiadomo który spełnił swój rycerski obowiązek; ze postawiony na straży u kresów Rzeczypospolitej nigdy nie zasnął(…) Nie ma w Rzeczypospolitej miasta bardziej promienistego, choć wiele jest w niej miast bohaterskich z Warszawą na czele(…)Nie ma miasta bardziej gotowego do śmiertelnej ofiary, do zaparcia się do ostatniego tchu.(…)Lwowscy ludzie ,zaprawieni w srogich przeciwnościach(…)poznają się wszędzie po powadze w spojrzeniu i uśmiechu na ustach.(…) I trzeba wiedzieć, że nie ma takiej na świecie biedy, której by we Lwowie nie umiano zmienić w piosenkę!”

I jakże można zapomnieć Lwów ?

http://zmojejwyspy.salon24.pl/308296,kresy-pamieci

Zobacz także:

KRESY PAMIĘCI – Wilno

OBRAZY MATKI BOŻEJ PRZYWIEZIONE PO II WOJNIE ŚWIATOWEJ Z KRESÓW WSCHODNICH

Posted in Historia, Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polskie Kresy | 2 Comments »

 
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 426 obserwujących.