WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Polskie Kresy’ Category

Szukają swoich korzeni

Posted by tadeo w dniu 3 lipca 2012


 Pochodzą z Białorusi, Ukrainy i Litwy. Przez kilkanaście dni będą im towarzyszyć rówieśnicy z Polkowic, Głogowa oraz Wschowy. Rozpoczęła się XIII Letnia Akademia Kultury i Języka Polskiego, która ponownie umożliwi młodzieży z Kresów Wschodnich zgłębiać kulturę oraz historię Polski.

Zobacz także: Szukają swoich korzeni – Głogów

<< Będą tęsknić   |   Wykład o polityce >>

http://www.tv.master.pl/informacja.php?news=22927,Szukaja-swoich-korzeni

Reklamy

Posted in Polskie Kresy | Leave a Comment »

Wspomnienia kresowianki – Aldona Gawecka

Posted by tadeo w dniu 3 lipca 2012

Urodziłam się w Wilnie i jestem z tego niesłychanie dumna. Uważam Wilno za jedno z najpiękniejszych miast na świecie, a widziałam wiele niezwykłych miejsc w Europie, Ameryce i Australii. 

okladka-wspomnienia-aa

Krótka rozmowo o książce Aldony Gaweckiej, urodzonej w Wilnie. Autorka jest emerytowanym nauczycielem akademickim UW, członkiem Towarzystwa Przyjaźni Polsko – Francuskiej. Mieszka w Warszawie (na Żoliborzu) i w Paryżu (na Montmartrze). W swych wspomnieniach o „Kraju lat dziecinnych”, rodziców, przyjaciół, autorka podkreśla, że zależy jej na swoistym „powtórnym przeżywaniu” czasu, który minął a także na przechowaniu w pamięci pewnych postaw, które wydają się jej cenne (na przykład – wielokrotnie przywoływana na kartach „Wspomnień kresowianki” mama pani Aldony w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji potrafiła znaleźć ziarenko dobra).

„Wspomnienia kresowianki” przywołują wczesne dzieciństwo autorki spędzone przed II wojną światową i w jej trakcie na terenie obecnej Białorusi, we wsi Nowosiółki, w pobliżu jeziora Narocz. Miejsce to zamieszkałe przez Polaków i Białorusinów, katolików i prawosławnych (podobnie jak białorusko-polska i katolicko-prawosławna była rodzina autorki) jest z jednej strony baśniową krainą dzieciństwa, a z drugiej obrazem niepowtarzalnej rzeczywistości, która minęła. 

Książka Aldony Gaweckiej (ponieważ jest pamięcią dziecka jakim była w opisywanych czasach autorka) nie analizuje, nie ocenia rzeczywistości, która ją otaczała, tylko szczerze, bezpretensjonalnie i z wdziękiem o niej opowiada. 

Przeczytaj także: 

KRESOWIANKA NA ŻOLIBORZU – rozmowa z Aldoną Gawecką

Posted in Polskie Kresy, Wspomnienia | 1 Comment »

JA TAM BYŁEM …Józef Ignacy Kraszewski Modlitewnik, [Paryż 1853]

Posted by tadeo w dniu 21 czerwca 2012

W dniach 14 – 17 września odbyła się pielgrzymka do Wilna i okolic. Udział wzięło 36 osób. Wyjazd ten dostarczył wszystkim niezapomnianych przeżyć, szczególnie Msza św. odprawiona przez naszego Księdza Proboszcza przed obrazem Matki Bożej Ostrobramskiej.
„Któż z nas nie zna tej łagodnej i pięknej twarzy Maryi Dziewicy, z pełnym miłosierdzia i litości obliczem, która od kilku wieków patrzy na stare Giedyminowe Wilno i stoi na straży u bram Jego? Modliliśmy się do Niej w dzieciństwie, przyklękaliśmy przed Jej obrazem w młodości, a w wieku dojrzalszym, wracając do drogich uczuć pierwszych, wiąże nas z tym wizerunkiem cudownym pobożność, a zarazem wspomnienia (…).
Wchód do kaplicy przez klasztor został urządzony, mała bowiem liczba pobożnych w szczupłym jej obrębie pomieścić się może. Lud przywykły modlić się z ulicy pod gołym niebem, klęka na bruku z pokorną modlitwą. Od dawnych czasów we zwyczaju było i jest po dziś dzień, że nikt nie przechodzi i nie przejeżdża przez bramę nie odkrywszy głowy. Nawet ludzie obcych wyznań, zmuszeni są stosować się do tego starodawnego zwyczaju (…).
Nieraz zdarzyło mi się w różnych porach przechodzić przez Ostrą Bramę, nigdym nie zastał ulicy pustej, zawsze chociaż kilku klęczących modliło się, prosząc opieki u Tej, która jest opiekunką wszystkich cierpiących (…). W żadnym kościele nie potrafim modlić się tak, jak się modlim na chłodnym bruku w tej ulicy ucieczki. Źaden kościół może nie nawrócił tylu i nie natchnął tyle zbawiennych myśli ludziom, ile ta maleńka kapliczka nad starożytną wzniesiona bramą (…).
Na wiosnę mieszkańcy Wilna i jego okolic tłumnie tu się gromadzą: rolnik od pługa, rzemieślnik od warsztatu, śpieszą do Ostrej Bramy na czterdziestogodzinne nabożeństwo, ludność zamożniejsza gromadnie bierze także udział w pobożności ludu. Tłumno wtedy w kościele i na ulicy (…).
Najbardziej uroczyście obchodzono w końcu listopada uroczystość Opieki NMP. Z tej okazji (…) przez ośm dni kościół i ulice przepełnione są ludem; wieczorna litania, bez względu na przykrą porę roku, liczy codziennie po kilka tysięcy modlących się (…).
Ostatni dzień, a raczej ostatni wieczór, w którym się odbywają konkluzyjne nieszpory, mało ma sobie podobnych w całem chrześcijaństwie w Europie. Cała niemal ludność wileńska wysypuje się na ulicę, zajmuje kościół, galerię i zalewa ogromną przestrzeń od Ostrej Bramy, prawie aż do ratuszowego placu. A cała brama i cała ulica rzęsiście iluminowana, zdają się przez te ognie wyrażać powszechny zapał serc ku Tej, której opieki święto się obchodzi. Nieszpory odbywają się w kościele. Po ich ukończeniu, kapłan celebrujący, zwykle biskup wileński pontyfikalnie ubrany, wchodzi do ostrobramskiej kaplicy.
Artyści co przedniejsi, jakich Wilno posiada, wykonują litanię przy towarzyszeniu orkiestry miejscowej. Po skończonej litanii pasterz wezwawszy pomocy Bożej zwraca się ku ludowi i przez wszystkich widziany, błogosławi modlących się i miasto. Nastaje uroczysta cisza; przy rzęsistych ogniach iluminacji widać, jak te kilkanaście tysięcy wiernych, jednym ożywione uczuciem, upada na kolana. Całe Wilno się modli”.

Józef Ignacy Kraszewski
Modlitewnik, [Paryż 1853]

http://www.salezjanie-tolkmicko.pl/zaloczniki/poddzialy/biuletyn%20informacyjny%202009%20-%20pa%C5%BAdziernik.pdf

Posted in Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polskie Kresy | 4 Komentarze »

Wygnanie zwane repatriacją – (Wspomnienia Podolan wygnanych z Ojczyzny w latach 1944-1946)

Posted by tadeo w dniu 15 czerwca 2012

http://www.wbc.poznan.pl/Content/8347/Biuletyn+Spec+nr6+Wysiedlenie.pdf

Przeczytaj także: 

Nieznana droga do ojczyzny. Problem transportu repatriantów z Litwy i Ukrainy do Polski

Posted in Polskie Kresy, Wspomnienia | Leave a Comment »

Nieznana droga do ojczyzny. Problem transportu repatriantów z Litwy i Ukrainy do Polski

Posted by tadeo w dniu 15 czerwca 2012

http://miedzybrodzki.com/art/Nieznana-droga-do-ojczyzny.pdf

Przeczytaj także:

Wygnanie zwane repatriacją – (Wspomnienia Podolan wygnanych z Ojczyzny w latach 1944-1946)

Posted in Historia, Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polskie Kresy | 1 Comment »

Droga do Ostrej Bramy – film dokumentalny

Posted by tadeo w dniu 12 czerwca 2012

W 2004 roku minęła 60. rocznica przeprowadzonej przez Armię Krajową akcji „Burza” na Wileńszczyźnie i dokonanej podczas niej zbrojnej operacji pod kryptonimem „Ostra Brama”. Widzowie poznają przebieg i tragiczny finał tych działań oraz wraz z uczestnikami operacji i historykiem Jarosławem Wołkonowskim prześledzą etapy zdobywania samego Wilna. Poznają także powody, dla których uczestnicy walk podjęli próbę zdobycia miasta, oraz wartości, którymi kierowali się w życiu, emocje i nadzieje, jakie im towarzyszyły. Po raz pierwszy usłyszymy relacje akowców zamieszkałych do dnia dzisiejszego na Białorusi i Litwie. Realizatorzy dokumentu podejmują próbę oceny realizacji tych planów.

Historyczny dokument zrealizowany dla uczczenia 60. rocznicy operacji pod kryptonimem „Ostra Brama” i akcji „Burza” na Wileńszczyźnie. Wspominają świadkowie tamtych wydarzeń, ludzie, którzy wówczas szli do boju, by bronić swej ojczyzny – Polski. Opowiadają o swoich odczuciach, emocjach i wielkich nadziejach, o motywach działania, wartościach, którymi kierowali się w życiu, ze łzami w oczach wskrzeszają pamięć poległych współtowarzyszy broni. Po raz pierwszy usłyszymy relacje byłych żołnierzy AK, którzy do dnia dzisiejszego mieszkają w Wilnie, jak Zygmunt Łunkiewicz, Mieczysław Bokiej, Wacław Pacyno, Jan Mickiewcz. Rejestrując wypowiedzi uczestników operacji, a także historyka dra Jarosława Wołkonowskiego, prof. Adama Dobrońskiego z uniwersytetu w Białymstoku, Kazimierza Krajewskiego z IPN-u i in., autorzy dokumentu podjęli próbę przedstawienia kolejnych etapów zdobywania Wilna. Przy realizacji filmu wykorzystano archiwalne zdjęcia, materiały ze zbiorów: Centralnego Archiwum Wojskowego w Warszawie, Okręgu Nowogródzkiego i Wileńskiego, Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Twórcą planu operacji „Ostra Brama” był oficer Nowogródzkiego Okręgu Maciej Kalinkiewicz. Plan został zaakceptowany w Komendzie Głównej Armii Krajowej. Pierwsze oddziały wileńskie AK powstały latem 1943 r., a ich liczebność znacznie się zwiększyła przed akcją „Burza” i operacją „Ostra Brama”, kiedy nastąpił masowy napływ ochotników, którzy porzucali domy, rodziny, by walczyć o polskie Wilno i zająć przed wkroczeniem Armii Czerwonej. W dniach 7 do 13 lipca 1944 roku podczas operacji „Ostra Brama” zginęło około 500 AK-owców. Akcja „Burza” na Wileńszczyźnie zakończyła się aresztowaniem i deportacją około 5 tysięcy żołnierzy AK.

Posted in Filmy dokumentalne, Historia, Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Ponary – film dokumentalny

Posted by tadeo w dniu 12 czerwca 2012

Film dokumentalny poświęcony największej masakrze ludności cywilnej na Kresach Wschodnich II Rzeczpospolitej, czyli ludobójstwu, do którego doszło między lipcem 1941 a lipcem 1944 roku w Ponarach pod Wilnem. O tej zbrodni opowiadają zarówno historycy, jak i świadkowie tamtych wydarzeń oraz potomkowie pomordowanych.

Na podstawie zapisków polskiego dziennikarza udało się odtworzyć wiele szczegółów zdarzeń, jakie miały miejsce w Ponarach. Oblicza się, że litewscy szaulisi wymordowali tam ponad 100 tysięcy osób. Większość z nich stanowili obywatele polscy pochodzenia żydowskiego, przetransportowani z getta wileńskiego oraz innych miejscowości Wileńszczyzny. Najprawdopodobniej uśmiercono ich ok. 80 tysięcy. W ponarskim lesie znalazła swój kres wielowiekowa historia żydowskiej diaspory miasta zwanego przez wyznawców judaizmu „Jerozolimą Lituanii”. W Ponarach zgładzono również warstwę przywódczą społeczności polskiej w Wilnie, przedstawicieli elit, profesorów uniwersytetu, naukowców, żołnierzy AK, księży, studentów. Zginęła większość działaczy młodzieżowej organizacji konspiracyjnej Związek Wolnych Polaków. Według różnych szacunków zastrzelonych Polaków mogło być od 12 do 20 tysięcy. Eksterminacja objęła też Cyganów i rosyjskich starowierców. Wśród ofiar znaleźli się również jeńcy sowieccy i litewscy komuniści.

http://www.tvp.pl/historia/rocznice-i-wydarzenia/ii-wojna-swiatowa/wideo/fakty/ponary-film-dokumentalny/481622

Cz.1 – http://www.youtube.com/watch?v=ngzYXdpHlug

Cz.2 – http://www.youtube.com/watch?v=HJ-BJqU5P4M

Posted in Filmy dokumentalne, Historia, Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polskie Kresy | 1 Comment »

Ponary – przemówienie Zbigniewa Sulatyckiego

Posted by tadeo w dniu 12 czerwca 2012

Przemówienie Zbigniewa Sulatyckiego przed odsłonięciem i poświęceniem płaskorzeźby dedykowanej Polakom pomordowanym w Ponarach w latach 1941 — 1944 w Katedrze Drohiczyńskiej dn. 10.06.2012.

Przeczytaj:„Jeśli my zapomnimy o nich, to Ty, Boże zapomnij o nas…”! – Ze Zbigniewem Sulatyckim, kapitanem Żeglugi Wielkiej, rozmawia ks. Łukasz Gołębiewski

Zobacz:

Ponary – film dokumentalny

Przeczytaj także:

Józef Mackiewicz, Ponary – Baza

Ponure Ponary wileńskie

Posted in Historia, Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polskie Kresy | Otagowane: | Leave a Comment »

UŁANI JAZŁOWIECCY – DOROCZNY PATROL UŁANÓW JAZŁOWIECKICH DO KLASZTORU W JAZŁOWCU

Posted by tadeo w dniu 8 czerwca 2012

Spełniając prośbę rtm. Zygmunta Godynia, redaktora „Przeglądu”, który, apelując o artykuł, wyraził się: „aby pamięć o tym nie zaginęła”, zebrałem dostępny mi materiał do opracowania jednej z najpiękniejszych kart tradycji 14. Pułku Ułanów Jazłowieckich, związanej z kultem do Matki Bożej Jazłowieckiej. Na materiały te złożyły się wyjątki z komunikatów Koła Półkowego oraz relacje i wspomnienia byłych uczestników patrolu: płka Stefana Starnawskiego, rtm. Gerarda Korolewicza, rtm. Władysława Tychanowicza i rtm. Zbigniewa Żurowskiego.

Szczególnym dowodem tego kultu był „Patrol Jazłowiecki’. O tym patrolu, jako ciekawym zjawisku powiązania życia żołnierskiego z życiem klasztoru, chciałbym przede wszystkim przypomnieć.

Początków powstania i przyczyn samego kultu szukać należy jeszcze w szarży pod Jazłowcem, w czasie walk 1919r. W rzeczywistości nie była to – w pojęciu klasycznym – jedna szarża, lecz trzydniowa bitwa, w czasie której szarżowano wielokrotnie, a która, pod nazwą boju pod Jazłowcem, weszła do kart historii pułkowej.

Wśród uczestników tego boju żywa była legenda, że … „w najkrytyczniejszej chwili walki z przeważającymi siłami wroga, nad klasztorem, w wieńcu białych obłoków, zjawiła się jasna postać Najświętszej Marii Panny, okrywająca płaszczem klasztor, a z dłoni Jej spływały ku ziemi snopy jasno-złocistych promieni, obejmujące ułanów, którzy w aureoli tych promieni szli do swej decydującej szarży”.

Jednym z tych, który jakoby widział to zjawisko, był ułan-ochotnik 2-go szwadronu Władysław Nowacki*. W obliczu katastrofy ślubował, że po szczęśliwym zakończeniu wojny powróci tutaj do klasztoru, by osobiście złożyć hołd Niepokalanej.

Po zawieruszy wojennej, już jako porucznik, Nowacki przepojony kultem do Matki Boskiej Jazłowieckiej, postanowił wypełnić ślub i złożyć jej hołd, choć w dość niezwykły sposób. Jak to się odbyło pozwalam sobie zacytować relację ówczesnego dowódcy szwadronu, późniejszego płka Kazimierza Plisowskiego.

„Działo się to w 1925r., w brzasku zimnego, jesiennego poranka, kiedy Lwów spoczywał jeszcze we śnie, a brać ułańska w koszarach Łyczakowskich mocno dochrapywała ostatnie kwadranse przed pobudką. Z bramy koszarowej pułku wymknął się ułan w pełnym, żołnierskim rynsztunku bojowym, na pięknym, mocnym szpaku (a nazwa rumaka brzmiała „Mocny”). Jesienny wietrzyk lekko poruszał proporczykiem na lancy, trzymanej silną dłonią ułańską. Koń idący raźnym stępem, ułan o pięknym dosiadzie i jakimś specjalnie skupionym wyrazie oblicza – stanowił piękny obrazek.

Nic dziwnego, bo właśnie był to porucznik Nowacki, który w duszy i sercu wiózł w darze to, co miał najcenniejszego – wierność i miłość ułana Jazłowieckiego dla Najjaśniejszej Panienki Jazłowieckiej. Wiózł, by dar swój złożyć u jej stóp w kaplicy Klasztoru Jazłowieckiego.

Por. Nowacki odbył marsz swój do Jazłowca, odległego o 150km od Lwowa, konno, sam, bez luzaka. Na noclegi zatrzymywał się gdzieś w odosobnionych zagrodach wiejskich.
Swojego ukochanego towarzysza, „Mocnego” sam czyścił i karmił. Na wszelkie uprzejme zaproszenia okolicznego ziemiaństwa, jak też za proponowaną pomoc za strony ludności, serdecznie dziękował, lecz jej nie przyjmował.

Wielkie zdziwienie a zarazem poruszenie wywarło przybycie na podwórzec klasztorny w Jazłowcu samotnego ułana Jazłowieckiego. Gdy dowiedziano się, w jakim celu przybywa, wzruszenie opanowało obecne siostry klasztorne. Niespodziewany gość był przyjęty ze czcią i wielkim uznaniem.

Dnia następnego została odprawiona uroczysta msza św. na intencję pułku. Por. Nowacki odbył spowiedź i przystąpił do komunii świętej. Po mszy, por. Nowacki złożył jako votum lancę z proporcem Jazłowieckim i tekst Modlitwy Ułana Jazłowieckiego**. Lanca została umieszczona przy ołtarzu, tuż obok statuły Matki Boskiej Niepokalanego Poczęcia.

Następnego dnia por. Nowacki wyruszył w drogę powrotną, odbywając ją w tych samych warunkach jak do klasztoru. Dopiero po powrocie zameldował o powodach swej kilkudniowej nieobecności w pułku.

O tym, jak serdecznie i z jakim szacunkiem witany był w pułku, opisywać nie będę. Ten piękny, głęboki w swej treści czyn por. Nowackiego został przyjęty przez pułk i zaliczony do tradycji pułkowej.

Odtąd co roku, na dzień 8 grudnia, udawała się delegacja do klasztoru Jazłowieckiego. W skład delegacji wchodzili w pierwszym rzędzie oficerowie najmłodszej promocji oraz ułani najmłodszego rocznika. Por. Nowacki, wyruszając ze Lwowa do Jazłowca, nie wiedział o tym, że wypełniając swoje ślubowanie, spełnia równocześnie wizje zakonnicy.

W kronice klasztoru SS. Niepokalanek w Jazłowcu istnieje zapisek pod nazwą: „Wizja zakonnicy”. Czytamy tam, że na kilkanaście lat przed wybuchem I Wojny Światowej, wtedy gdy jeszcze mało kto śmiałby myśleć o upadku Habsburgów, gdy białe siostry, cichsze niż myślenie, szły jak co dzień na poranne modły do kaplicy, wypadła ku nim wzburzona, biała jak one, mistyczka gorąca patriotka.

„widziałam ich we śnie – mówiła przejęta. Jak żywi. Wjeżdżali tu na dziedziniec. Na pewno polscy ułani! Poznałam ich po czapkach. Mieli chorągiewki na lancach. Na pewno polscy ułani!”

Dla podtrzymania powstałej tradycji, co roku wyruszał ze Lwowa do Jazłowca patrol. Skład patrolu regulował rozkaz dowódcy pułku, wyznaczający imiennie uczestników. W skład jego wchodzili:

– oficerowie najmłodszej promocji (w tym dca patrolu);

– inni oficerowie, różnych stopni, nowo do pułku przydzieleni (ta grupa wyjeżdżała do Jazłowca pociągiem);

– dwaj trębacze;

– po dwóch (najlepszych) ułanów z każdego szwadronu.

Wyjeżdżali z takim wyliczeniem, aby przybyć do Jazłowca wieczorem 7-go grudnia. Jeden z uczestników patrolu dzieli się z nami wspomnieniami, które poniżej przeczytamy.

„… Od wczesnego ranka są w marszu. Lesiste wzgórza przesłoniły „słup graniczny” Lwowa – Czartowską Skałę. Droga wije się, raz w górę, raz w dół, i znów pod górę. Po zmarzłej drodze stukocze wartki kłus. Podkowy krzywo stają na chropowatej grudzie. Odpryskują odbite hacelami grudki. Konie kiwają łbami, czasem ślizgają się. Ludzie i konie wchłaniają nozdrzami mroźne powietrze. Ułani miarowo unoszą się w siodłach. Nad łbami koni pasma jasno-żółtych otoków. Jeszcze wyżej łopocą proporce u szczytów lanc.

Pierwszy z nich zwalnia, odwraca na ułanów młodą, zarumienioną twarz. Kłębem pary buchnęła garść słów komendy: Stę – pem!

Jada po obu stronach drogi. Z podświadomości jednego z trzech podporuczników wróciło echo niedawnej rozmowy…- „Mówię Panu zupełnie poważnie. Nawet zazdroszczę Panu, że ma Pan przed sobą to, co ja przeżyłem dwa lata temu”. Mówił to wczoraj ten barczysty porucznik, kpiarz i zawadiaka.

Nieprawdopodobna pielgrzymka. Coś tak szczególnego, jak obok, na Wołyniu, zabłąkane z Azji, kwitnące azalie. Myśl przeplotły słowa dowódcy pułku, kiedy ich wyprawiał: „Poznacie jedna z najwspanialszych tradycji kawalerii … Będziecie dumni, że nosicie nasze barwy. Będziecie godni tych, co wtedy, za ten klasztor, za Podole, i nie Tylkowa same Podole…”

W głębokiej koleinie koń się potknął. Jeździec instynktownie oddał mu wodze. Dalej snuła się myśl. On – obcy. Niedawno rzucony w te strony – tylko rozkazem. Dwaj inni to synowie tej ziemi. Obecnie zbliżał się do czegoś, czego jeszcze nie pojmował w głębi.

Gdzieś ze środka węża, czerniawy ułan przełknął ślinę i zagadał swego sąsiada, ze szwadronu szlachty zagrodowej. Mówił swoim polsko-rusińskim dialektem.

„Ta, czy to prawda, szczo wasz porucznik bude babie raport zdawać?”. „Każe prawda – odparł zapytany – ta tylko, że to nie baba, a Matka Henerałowa”. Ułan chwilę milczał, a potem znów zapytał: „A jaka ona Henerałowa, taj bez wojska?” – „Ta ty, jak widzę, ciłkom durnyj! Ty nic nie uważał, albo spał, jak nasz porucznik wszystko mówił na ostatnim pohadanku. Ta ty pewno też nie znajesz, dlaczego u nas w pułku insze modlitwy spiwajuł jak w cały wojsku?”.

Znowu puścili się w ostry kłus. W Przemyślanach, na rynku, jakiś polityczny wiec. Wcięli się w tłum, ubrany w kożuchy i czarne baranice. Rozstępują się przed piersiami kasztanów. Smagłe chłopy spoglądają spodełba na zbrojny patrol. Ocierają się o siebie synowie jednej ziemi: ci w rogatywkach i ci w kożuchach.

Blisko zmierzch. Tylko patrzeć kiedy ukaże się dwór. Już tam majaczą światła. Spodziewają się ich. A później, na dobranoc, pani domu powie im: „Jutro nie będzie trzeba panów budzić. Zobaczycie! Każdy sam się zrywa. Tak z niecierpliwości”.

Z pierwszego noclegu wstąpili w puszystą ponowę. Skrzysto było i kopnie. Za jarem Zgniłej Lipy wzgórzyście i leśno. Został się z nimi Narajów. W jarze Złotej Lipy – Brzeżany. Za miastem uderzyły w oczy stawy. Z dala nieme, z bliska – szumiące i wzburzone. Ostatni bunt wody, którą w twardź skuje krzepnący, siwy mróz.

Został zamek Sieniawskich. W koło wstaje przeszłość. Stara, największa z hetmańskich dni – twierdza. Tędy chadzali twórcy potęgi. Otwarty, czarowny kraj, rycerska szkoła pokoleń. Na noc w lutiatyckim dworze. Śmieje się do nich chłopiec, syn ułańskiego pułkownika. Chce iść w ślady ojca…

Trzeci dzień, jak wczoraj, biały i mroźny. Z Podhajec, doliną, podchodzili w górę. Gdy weszli na wierchowinę, zobaczyli płaskowzgórze, równe, dalekie. Serce bije mocniej. Chciałoby się prędzej, prędzej. Nie wytrzymał, dał znak – w galop! Potem doliną Koropca. W Monasterzyskach postój na rynku. Blisko siebie – kościół i cerkiew. Z hojności jednej ręki, jednakowo barokowe, jak bratnie konary tego samego pnia.

Już w mroku podjeżdżali do Jezierzan. Spóźnieni! Zaraz rozwidli się droga. Do wsi pojechałbyś prosto, do dworu – aleją starych akacji. Kilkoma oknami jaśnieje dom. Spodziewają się ich również. Będą, jak na minionych etapach, pokazywać im w książce domowej podpisy tych z poprzednich patroli. Już zatroszczono się o konie i ludzi.

pałac Błażowskich - klasztor

Pod belkowym stropem jadalni przeplątają się z mundurami państwo Dwerniccy i ojciec pani domu, dawny właściciel. Może umyślnie dziś przybył w odwiedziny. Dwaj chłopcy siedzą najniżej. Patrzą w oficerów jak w tęczę. Trzy pokolenia!

Pan Dwernicki objaśnia: „Starszy pójdzie do 2-go Ułanów, w barwy pradziadka, młodszy – w ślady ojca, do naszego pułku”. Po kolacji zaczyna się oglądanie pamiątek. W gabinecie – panorama Stoczka, a pod nią na krzyż: karabela i szabla. Obie po generale. Dalej, portret generała na siwym Drabczyku. Tu, białe sukno z rabatów munduru, tam, plik pożółkłych listów. „Korespondencja z Lafayetem” – objaśnia pan domu. Długo w noc gwarzyli przy kominku. Ujmujący, straszny pan rozgadał się, rozpamiętywał… Pierwszy sejm, mrzonka autonomii Galicji… „Walczyliśmy o pełne przyłączenie. Nie dopuszczaliśmy nawet do pozoru oderwania!”

Rano opuszczamy gościnny dom. Dopiero teraz spostrzegli, że nowy i że stoi na części podmurówki po starym. Tu nie pierwszyzna – odbudowywać. Odprowadzają ich trzej Dwerniccy. Każdy towarzyszy jednemu z gości. Ojciec jedzie pierwszym, a za nim małe figurki synów. „Ja tez pojadę tą trasą” – rozgadał się młodszy, gdy w tem ogromna gałąź zsunęła go z siodła. „Panie poruczniku, proszę mi pomóc…, prędko”. Gramoli się już wyprostowany. „Ale proszę, niech Pan nikomu o tym nie opowiada” – pochyla się zarumieniona buzia chłopaka. Za chwile zegnają się. Obaj chłopcy Śmieja się i kiwaj ręką za jadącymi w białą płaszczyznę.

A teraz wprost na Buczacz! Nad nimi, na prawo, folwark, wyżej – bryły ruin zamku. Mijają oblodzoną studzienkę. Narosła na niej fantastyczna, szklana piana. Jakaś okutana kobiecina ślizga się ku niej. Na koromyśle dyndają wiadra. Nagle bach! Upadła! „Zapatrzyła się na nas” – wybuchają śmiechem ułani.

Teraz pójdą równolegle do Strypy. Już ostatni skok. Czerni się daleki, zwarty las. Tam Jazłowiec! Rośnie świadomość bliskości niezwykłego zetknięcia. W prowadzącym wzbiera ona najsilniej. „Chłopcy” – Odwraca się dowódca. „Teraz zrobimy próbę odpowiedzi Matce Generalnej. No, tak jak was uczyli” … „Czołem ułani!” „Czołem Matko Henerałowo!”. – „Źle! Generalna! Nie Henerałowa! Jeszcze raz!”. Odpowiedzieli jak poprzednio.

„Nie rozumieją różnicy” – mruknął młody oficer do kolegów. „Dla nich Henerałowa i koniec”.

„A takoj bude baba odbirały” – myślał ułan w środkowej trójce, ale już nie śmiał pytać sąsiada.

Już niedaleko. Niżej błysnęły blachy pokryć klasztornych budynków.

„Stój! Z koni! Poprawić siodłanie, sprawdzić troczenie, rozwinąć proporce!”.

Wkrótce przesunęli się przez miasteczko i zaczęli podchodzić pod górę. Minęli kapliczkę z posągiem Jazłowieckiej. Jakby wyszła im naprzeciw, na wzgórek. Teraz już szli przez czeluść obronnej bramy. Kasztany ślizgają się. Chyba idą fosą, bo w drugiej wieży, pod herbami, wyraźna brama. Spoczywa wysoko. Musiał być ku niej podjazd lub zwodzony most.

W dowódcy patrolu łomocze serce, aż sam się dziwi. On, zawsze pewny siebie przed frontem ułanów, nigdy nie stropiony żadnym egzaminem, żadnym generałem, spokojnie rozmawiający z Prezydentem R. P. i Naczelnym Wodzem, teraz prawie drżał na myśl, że ma złożyć raport – kobiecie.

Weszli trójkami na dziedziniec. Na przeciwległym murze – posąg Niepokalanej. Dwie bramy po bokach. Jadą wprost. Wtem ciężka brama rozpękła się i… otworzyła się pomalutku. Z ciszy, jakby nieziemskie – wyszły… Niby zjawy – białe i błękitne. Szły ku nim płynnie, jak z obrazu.

„Patrol – stój”. Błysnął szablą. „Baczność! Lance, szable – w dłoń! Pre-zen-tuj – broń! Na prawo – patrz!”.

Stali naprzeciw siebie. Kobiety i mężczyźni. Nie! Niepokalanki i – ułani. Nie! Coś więcej! Dwie idee. Dwa symbole. Dowódca podjechał ku bramie. Zalśnił salutem szabli.

„Matko Generalna!” – rzucił ku biało błękitnej grupie. „Podporucznik… (serce waliło jak młotem, czuł, że dopiero mówiąc swe nazwisko, opanowuje drżenie głosu) 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich melduje posłusznie… (pewnym już teraz i opanowanym głosem wyrąbał skład patrolu), aby tradycji stało się zadość”.

Znów zamigotał srebrem głowni. Podniosło się na nich spojrzenie surowej, suchej, kobiecej twarzy.

„Czołem ułani!” – rzekł stanowczy, kobiecy głos. W mury, gromko uderzyła chóralna odpowiedź.

„Dowódca patrolu!” – ozwał się z grupy inny żeński głos – „z konia do mnie!”. Siostra Laureta, niegdyś kapral z obrony Lwowa, stała przy matce generalnej wysmukła, prosta, omal żołnierska. Jedno za drugim, sprawnie padały zlecenia. Lance ustawiono przy figurze. Kwatera w skrzydle, u kapelana. Kilku odprowadziło konie. Jeden został z karabinami, tylko przy szablach wrócili na dziedziniec.

Brama, zamknięta dla świata, nieprzekraczalna, z papieskiej wyjątkowej dyspensy dla nich jednych, jedynych – o-twar-ta! Prowadzi siostra Laureta. Przeszli koło furtianki. Z wolności – w zamknięty świat. W korytarzach głucho słychać ich krok i brzęk ostróg.

Na piętrze – boczna nawa kaplicy. Półmrok i cicho. Nie widać dobrze głównego ołtarza. W konfesjonale majaczy postać białego ojca-kapłana. Klękają kolejno. Są szczególnie przygotowani…, zdrożeni pielgrzymką…, skupiona myśl…, szept. Nagle doleciał szelest. Tam wchodzą zakonnice i wychowanki. Nie widać ich, ale wyczuwa się ich obecność. Kaplica napełnia się.

Idą do konfesjonału, po jednemu, przed główny ołtarz. Wchodzą z nawy przed kobiecy tłum. Przesuwają się i klękają przed NIĄ! Stoi przed tabernakulum, w ołtarzowej niszy, biały posąg w błękitnym płaszczu. Pełga płomień wiecznej lampy. Wokół szaro i skromnie. Nawet giną w niszy dwa barwne proporce. To z szarży – wota Nowackiego. Jeden wyraźnie rozdarty kulami. Wśród wotów, po bokach, Znak Pułkowy. A tam, „Krzyż Walecznych”? Nie. To siostry Laurety – „Orlęta”. Za plecami wstaje głos chóralnej modlitwy w obliczu Niepokalanej, stojącej w aureoli – tu, w pobliżu postrzelanych proporców.

A nazajutrz – słoneczny, grudniowy dzień. Kaplica pełna bieli. Jakbyś z dworu wniósł niewieści śnieg. Pierwsze, ozdobione zakonnym błękitem. Przed nimi, na białym, ciężkim fotelu – Matka Generalna. W prezbiterium – front ułanów. Wysunięci do przodu trzej młodzi podporucznicy, nowicjusze pułku. Przed nimi, specjalnie przybyły ich dowódca.

Żołnierskość, wprowadzona w kult. W gorejącej jaźni ich wspólny zwornik – posąg Niepokalanej. Myśl śledzi mszę białego kapłana… I kiedy szedł od nich ku balaskom, gdzie klęczały białe habity, pochylał się przed każdą z nich. Przyjmują ten sam Pański Chleb.

zamek i klasztor od str. Nowosiółki

I teraz trzema męskimi głosami rzucili w stropy swoją silną pieśń. Jak wtedy tamten, co tu melodię złożył – razem z proporcami. Po kilku tonach wzmogli ją ułani, a potem rozbrzmiał dźwięk organów i potężny chór:

Do Cię swe modły zanosim ułani:

Odwróć, ach odwróć los nasz srogi.

I by radosną była jako uśmiech dziecka,

Spraw to najświętsza panno Jazłowiecka.

Kończyli gromko:

Daj, by ułana ostatnim westchnieniem

Było – móc polec, polec w Jej potrzebie,

Aby Jej strzała nie tknęła zdradziecka

Spraw to najświętsza Panno Jazłowiecka.

Teraz podeszły białe nowicjuszki. Młode jak oni. Jarzące gromnice w rękach, opuszczone oczy. Ślubują! Mówią swe imiona: „Ja…, z własnej, nie przymuszonej woli.” – stanowczo i pewnie wypowiadają słowa. Skłon głowy przed Matką Generalną, której przeźroczyste ręce spoczywają na poręczach białego fotela. Jedna po drugiej, z łaski swej wewnętrznej mocy, którą daje im wiara. Dopełnia się!

Jakże niezwykła jest ta chwila. Przeczuci kiedyś przez jedną z takich białych sióstr, stoją tu żywym wcieleniem jej fantastycznej wizji. Stoją jak tamten, co ślubował w szarży, wybrany duchem zmarłej do zniszczenia snu.

Dwa profile, oba surowe. Dwie dyscypliny, obie z własnej, nie przymuszonej woli. Obie z zapału! Splatają się w jeden zgodny warkocz – w niespożyte PRZYMIERZE!”.

Przeczytaj także:

Jazłowiecka Biała Pani

Modlitwa Ułana Jazłowieckiego

autor:  Łukasz Sałaciński

http://www.dobroni.pl/rekonstrukcje,ulani-jazlowieccy-doroczny-patrol-ulanow-jazlowieckich-do-klasztoru-w-jazlowcu,1611

Posted in Polskie Kresy, Wspomnienia | 7 Komentarzy »

CUDOWNY WIZERUNEK MATKI BOŻEJ ŁASKAWEJ ze Stanisławowa

Posted by tadeo w dniu 6 czerwca 2012

W starych murach miasta Gdańska
blask rozsiewa Gwiazda Nowa
Pani Łaskawa Ormiańska
z Kresów, ze Stanisławowa.
Smutki koi, łzy ociera
w trudnych sprawach dobrze radzi.
Łaski Syna na nas zlewa
do bram nieba nas prowadzi.
Dolę swych tułaczych dzieci
Ona najlepiej zrozumie,
najczulej i najskuteczniej
zawsze też pocieszyć umie. czytaj całość…

Słowami tej pieśni wierni parafii Św. Apostołów Piotra i Pawła w Gdańsku oddają hołd Matce Bożej Łaskawej w Jej cudownym wizerunku pochodzącym ze Stanisławowa. Po trudnym okresie bolesnych doświadczeń związanych z przebiegiem drugiej wojny światowej i koniecznością opuszczenia polskich ziem na Wschodzie, wizerunek ten dotarł wraz z grupą przesiedleńców na czele ze swoim duszpasterzem, śp. Ks. Prałatem Kazimierzem Filipiakiem na tereny dzisiejszej Rzeczpospolitej. Przymuszeni do wysiedlenia mieszkańcy Stanisławowa musieli zostawić wszystko, co posiadali. Zabierali ze sobą tylko to, co dla nich było najważniejsze. Nic więc dziwnego, że pośród najcenniejszych dla nich pamiątek znalazły się rzeczy najświętsze, które kształtowały ich życie i na zawsze wpisały się w ich historię. Skarbem dla nich najcenniejszym był obraz Matki Bożej Łaskawej. Był on bowiem nie tylko zewnętrznym wyrazem ich religijności, ale też znakiem potwierdzającym ich tożsamość, ponieważ pochodzili z miasta, które nazywane było „Grodem Dziewicy.”

1. Historia miasta Stanisławowa i kościoła NMP

Pierwszymi mieszkańcami tego kresowego grodu byli Ormianie. Przybyli oni do tego grodu ok. 1654 r. z Kamieńca Podolskiego i Mołdawii. Do ich osiedlenia w tym miejscu przyczynił się Andrzej Potocki, kasztelan krakowski, który w roku 1663 ufundował też dla nich pierwszy kościół. Była to niewielka drewniana konstrukcja, którą później przebudował jego syn, Józef Potocki, kasztelan poznański. Ostatecznie doprowadził on do wybudowania w Stanisławowie, w 1762 r. nowej, murowanej świątyni. Niestety, kościół ten spłonął na skutek pożaru, jaki nawiedził to miasto, dnia 28 września 1868 r. Odbudował go w przeciągu dwóch kolejnych lat ówczesny proboszcz stanisławowski, a późniejszy ormiański arcybiskup lwowski, ks. Izaak Isakowicz. Kolejnym ciosem, który doprowadził odrestaurowany kościół do poważnej znów destrukcji był rozwój wydarzeń militarnych, związanych z przebiegiem pierwszej wojny światowej. Zniszczenia, które one spowodowały były tak wielkie, że odbudowa świątyni zajęła niemal całe dwudziestolecie międzywojenne.
Wzniesiony w stylu barokowym i wielokrotnie odbudowywany na skutek licznych zniszczeń, kościół NMP w Stanisławowie wyróżniał się pod względem harmonii zapisanej w jego architekturze oraz dzięki bogatej gamie pięknych rzeźb i malowideł. Z tego względu był on uznawany za jeden z nadzwyczajnych zabytków sztuki sakralnej i kultury polskiej na odległych rubieżach Rzeczpospolitej. Najcenniejszym jednak, pod względem religijnym, był w tym kościele cudowny wizerunek Matki Bożej Łaskawej, umieszczony w głównym ołtarzu, bogato rzeźbionym i ozłoconym ornamentem.

http://www.piotripawel.diecezja.gda.pl/sanktuarium/Flash/wedrowka.swf

2. Historia cudownego obrazu Matki Bożej Łaskawej

Początki dziejów tego obrazu nie są dokładnie udokumentowane. Powszechnie uznaje się, ze jest on wierną kopią jasnogórskiego wizerunku, tylko bez blizn na twarzy Bogurodzicy. Tę opinię potwierdza najstarsza pieśń związana z tym obrazem: „Ciebie pobożny malarz w Częstochowie z żywej Łukasza skopiował ręki.” Dlatego, Maryję obecną w tym stanisławowskim wizerunku, wierni zamiennie nazywali raz Łaskawą, raz Częstochowską. Według najstarszych kronik parafialnych, obraz ten miał skopiować jakiś pobożny 70-letni malarz dla pisarza ormiańskiej gminy w Stanisławowie, Dominika, który został uleczony z choroby oczu podczas modlitwy na Jasnej Górze. Namalowany w Częstochowie, na upamiętnienie tego cudownego uzdrowienia, obraz stał się niebawem czymś więcej, niż zwykłą kopią jasnogórskiej ikony. W roku 1742, pisarz Dominik, ujrzał bowiem na tym obrazie płynące łzy. Poruszony tym widokiem, przyniósł obraz do stanisławowskiego kościoła. Tam powtórzyło się to wydarzenie, dnia 22 sierpnia tego samego roku. Świadkami ponownego popłynięcia łez z oczu Matki Bożej byli tym razem licznie zebrani na modlitwie wierni. Zjawisku temu mogła się przyjrzeć również specjalna komisja kościelna, ponieważ w czasie, gdy miała ocenić to wydarzenie, na obrazie raz jeszcze pojawiły się łzy. Badania tej komisji potwierdziły obecność prawdziwych łez, dlatego uznano to zjawisko za nadzwyczajne. Użyta do otarcia tych łez chusta, stała się odtąd relikwią, zwaną tuwalnią, którą zaczęli całować, w każdą sobotę, rano i wieczorem, wierni ze Stanisławowa oraz przybywający tam pielgrzymi. Od tego czasu coraz liczniejsze cuda dokonywały się w tym miejscu. Ich potwierdzeniem były liczne wota umieszczone w stanisławowskim kościele, zarówno w ołtarzu, obok cudownego wizerunku Matki Bożej, jak również na ścianach tej świątyni. Sam wizerunek zaś został wkrótce obudowany srebrnymi, barokowymi ramami. Również tło obrazu zostało wypełnione srebrnym pokryciem, a postacie Matki Bożej i Dzieciątka Jezus, korony i suknie zostały wykonane ze srebra pozłoconego i kunsztownie ozdobionego. Korony te i suknie jeszcze bardziej ubogacono, gdy stanisławowski obraz został uznany za cudowny przez Stolicę Apostolską, która też wydała stosowny dekret, upoważniający Pasterza miejsca, arcybiskupa lwowskiego obrządku ormiańskiego, Józefa Teodorowicza, do koronacji tego wizerunku. Ten podniosły akt koronacyjny miał miejsce w Stanisławowie, w dniu 30 maja 1937 r. ( Fotografie z koronacji cudownego obrazu Matki Bożej Łaskawej ) Niedługo jednak cudowny wizerunek Matki Bożej Łaskawej, zwanej też Płaczącą, pozostał w tym miejscu. Wygnani na skutek przemian politycznych, dokonujących się w Europie pod drugiej wojnie światowej, mieszkańcy Stanisławowa, opuszczając swoje miasto, zabrali ze sobą również swoją Matkę. Nikt bowiem lepiej nie mógł ich zrozumieć, jak właśnie Ta, u której widzieli płynące z oczu łzy. Ona więc im towarzyszyła w rozpoczętej tułaczce i odprowadzała do nowych miejsc zamieszkania, zgodnie ze słowami śpiewanej na Jej cześć pieśni:

Dolę swych tułaczych dzieci
Ona najlepiej zrozumie,
najczulej i najskuteczniej
zawsze też pocieszyć umie.
Smutki koi, łzy ociera
w trudnych sprawach dobrze radzi.
Łaski Syna na nas zlewa
do bram nieba nas prowadzi.

3. Początki sanktuarium Matki Bożej Łaskawej w Gdańsku

Cudowny wizerunek Matki Bożej Łaskawej dzielił losy polskich przesiedleńców ze Stanisławowa, którzy na odzyskanych ziemiach szukali dla siebie nowego miejsca zamieszkania i znajdowali go w różnych miejscowościach. Trzeba było w końcu znaleźć godne miejsce dla samego wizerunku. Tym szczególnym i zarazem niełatwym zadaniem zajął się śp. Ks. Prałat Kazimierz Filipiak. Szukając świątyni dla Maryi, jednocześnie chciał znaleźć miejsce dla swojej kapłańskiej służby. Nie wyobrażał sobie bowiem innej możliwości, bo nadal chciał realizować swoje posługiwanie u boku Matki Bożej, tak, jak to czynił w Stanisławowie. Po wielu nieudanych próbach poszukiwania na południu i na zachodzie Polski, przybył do gdańskiej diecezji gdzie w końcu przyjął go ówczesny biskup miejsca, Edmund Nowicki. Mimo wielkiej przychylności i serdecznej gościnności, biskup ten nie mógł niczego więcej zaproponować ks. Filipiakowi, jak tylko zniszczony podczas bombardowania na zakończenie drugiej wojny światowej kościół św. Ap. Piotra i Pawła w Gdańsku. W ocalonej po bombardowaniu zakrystii tego kościoła, ks. Filipiak utworzył kaplicę, gdzie umieścił cudowny wizerunek Matki Bożej Łaskawej i rozpoczął tam sprawować liturgię w obrządku ormiańskim. Natomiast, w przylegającej do kaplicy i jedynej ocalonej od zniszczeń wojennych nawie północnej kościoła rozpoczęto sprawować liturgię w obrządku łacińskim i erygowano w końcu parafię.
Odbudowa zniszczonej świątyni trwała bardzo długo, aż wreszcie 10 września 2006 r. odbyła się jej rekonsekracja. Obecny proboszcz parafii, ks. Prałat Cezary Annusewicz, który najwięcej przyczynił się do odbudowy zniszczonego kościoła, podjął się dzieła budowy głównego ołtarza, w którym umieszczono cudowny obraz Matki Bożej Łaskawej. Uroczystej intronizacji tego cudownego wizerunku dokonał Ks. Abp. Tadeusz Gocłowski 18 sierpnia 2007 r., ( Fotografie z intronizacji cudownego obrazu Matki Bożej Łaskawej ) powołując jednocześnie do istnienia nowe sanktuarium maryjne naszej diecezji. Wydarzenie to miało miejsce w 70 rocznicę koronacji tego cudownego obrazu. Zbieżność tych dat oraz sam fakt obecności cudownego obrazu Matki Bożej Łaskawej w naszym kościele łączy się z powszechnym przekonaniem o doniosłym znaczeniu tego szczególnego wydarzenia.
Nikt bowiem nie wątpi, że właśnie dzięki przybyciu tego cudownego obrazu do zniszczonego kościoła w Gdańsku, jego odbudowa – choć długa i bardzo trudna – została pomyślnie ukończona.
Wczytując się w historię cudownego wizerunku Matki Bożej Łaskawej, a zwłaszcza próbując zrozumieć jego powojenne dzieje, trudno pominąć też jedną myśl, która znajduje potwierdzenie w naszych religijnych i patriotycznych przekonaniach. Obraz ten jest przecież wierną kopią Częstochowskiej Madonny. Kiedyś przebywał na kresach wschodnich, łącząc tamte ziemie z duchową stolicą Polski. Po bolesnych doświadczeniach związanych najpierw z rozbiorami Rzeczpospolitej, a później z okresem drugiej wojny światowej, stanisławowski obraz dotarł w końcu do Gdańska. W tym miejscu pozostał, choć wcześniej próbowano dla niego znaleźć miejsce gdzie indziej. Nie da się tego faktu zinterpretować na zasadzie tzw. zbiegu okoliczności. Widać bowiem w tym wszystkim zamysł Boży. Obecność cudownego wizerunku Matki Bożej ze Stanisławowa w kościele św. Ap. Piotra i Pawła w Gdańsku przypomina nie tylko jego historyczny związek z Jasną Górą. Obraz ten dzisiaj łączy północ i południe Polski, oddając w opiekę Maryi całą naszą Ojczyznę. W wymowny sposób realizuje się więc to, co zostało już dawno zawarte w przekonaniach naszych ojców i jest z dumą wyrażone w słowach śpiewanej przez nas ku Jej czci pieśni: „Od Bałtyku, po gór szczyty, kraj nasz płaszczem Jej okryty…”

ks. Czesław Hybel

http://www.piotripawel.diecezja.gda.pl/sanktuarium/historia_sanktuarium.html

Przeczytaj także:

MATKA BOŻA ŁASKAWA

OBRAZY MATKI BOŻEJ PRZYWIEZIONE PO II WOJNIE ŚWIATOWEJ Z KRESÓW WSCHODNICH

Posted in Matka Boża, Polskie Kresy, Religia | 1 Comment »

Matka Boża Latyczowska

Posted by tadeo w dniu 6 czerwca 2012

Ks. Adam Przywuski

 Wysłuchaj artykuł

Matko z Latyczowa dalekiego Podola
z kościoła który wznieśli rycerze
z daniny od każdego końskiego kopyta
historią jak sztandarem okryta
Tułaczko Wygnanko
co w skromnej kaplicy w Lublinie
z nami żyjesz
módl się za nami
Ks. Jan Twardowski

Z dziejów Latyczowa

Miasto Latyczów (na Ukrainie) rozciąga się na otoczonej wzgórzami podolskiej równinie, u ujścia rzeki Wołk do Bugu. O założeniu miasta nie ma pewnych wiadomości. Latyczów, wraz z całym Podolem, w 1366 r. został włączony przez króla Kazimierza III Wielkiego do Królestwa Polskiego. Około 1430 r. wybudowano w Latyczowie drewniany kościół pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i erygowano parafię rzymskokatolicką. Kościół i całe miasto zostały spalone w 1453 r. podczas napadu Tatarów. Ciągłe najazdy Tatarów uniemożliwiały rozwój miasta. 
Pod koniec XVI wieku do Latyczowa przybyli z Rzymu dominikanie z kopią obrazu Matki Bożej Śnieżnej, którą otrzymali w darze od papieża Klemensa VIII, z błogosławieństwem na pracę misyjną. W 1832 r. klasztor Dominikanów został ukazem carskim skasowany, a zakonnicy wywiezieni. 
Parafię przejęli księża diecezjalni, którzy nie szczędzili starań, aby odnowić świątynię i zachować w niej dawne pamiątki. 
W 1933 r. z rozkazu Sowietów zamknięto latyczowską świątynię i rozpoczął się proces strasznej dewastacji. Dopiero w 1989 r. wierni odzyskali kościół i dzięki pomocy, głównie Polaków, dokonuje się proces odbudowy sanktuarium.

Cudowny obraz Matki Bożej Latyczowskiej

Obraz Matki Bożej w Sanktuarium Latyczowie.

Obraz namalowany około połowy XVI wieku, według wzoru słynnego wizerunku Matki Bożej Śnieżnej Salus Populi Romani z bazyliki Sanata Maria Maggiore w Rzymie, przywieziony z Rzymu między 1594 a 1597.  Nie są znane ani autor, ani miejsce powstania obrazu. Od początku obecności w latyczowskiej świątyni obraz zasłynął wieloma cudami. Dominikanie zabrali obraz do Lwowa (do kościoła pw. Bożego Ciała), chroniąc go podczas rozruchów powstańczych, jakie wybuchły pod wodzą Bohdana Chmielnickiego w 1648 r. 

Cudowny obraz powrócił do Latyczowa w 1722 r. W 1778 r. papież Pius VI wydał dekret o jego koronacji i przysłał z Rzymu złote korony. 
W czasie I wojny światowej obraz był chroniony przez jakiś czas w Winnicy (Pietniczany), następnie powrócił do Latyczowa. Nieco później znalazł się w Warszawie. Wreszcie decyzją władz kościelnych w listopadzie 1935 r. został umieszczony w katedrze w Łucku, gdzie w okresie międzywojennym cieszył się wielkim kultem. W 1945 r., w obawie przed kradzieżą lub profanacją, cudowny obraz został wywieziony przez siostry ze Zgromadzenia Służek Najświętszej Maryi Panny do Lublina, gdzie do dzisiaj przebywa w zakonnej kaplicy przy ul. I Armii Wojska Polskiego 9. Latyczowską Panią odwiedzają dawni i nowi czciciele, upraszając Jej orędownictwa i opieki. Wspomnienie 5 sierpnia.

Sanktuarium i parafia dziś

Sanktuarium Matki Bożej Latyczowskiej, Królowej Podola i Wołynia, odzyskuje dawną świetność, utraconą przez lata planowej dewastacji. Od 1994 r. do latyczowskiej świątyni pielgrzymują każdego roku wierni diecezji kamieniecko-podolskiej. Świadczy to o rozwoju kultu Latyczowskiej Pani i żywej wierze ludu w Jej duchową obecność. Dorośli, młodzież i dzieci przynoszą do Maryi swoje troski. W tym świętym miejscu doznają pocieszenia i umocnienia. Z polecenia bp. Jana Olszańskiego w 1995 r. podjęto starania o powrót cudownego wizerunku do Latyczowa. Papież Jan Paweł II ustanowił dzień 6 lipca w diecezji kamieniecko-podolskiej świętem Matki Bożej Latyczowskiej. 
Od września 2003 r. dzieło duchowej i materialnej odbudowy sanktuarium Matki Bożej w Latyczowie prowadzi ks. Adam Przywuski. Z Księdzem Wikariuszem i Siostrami Loretankami pracują duszpastersko wśród miejscowej, ok. 500-osobowej, wspólnoty wiernych, dojeżdżają też do 11 wspólnot w okolicznych wioskach. W zrujnowanym klasztorze podominikańskim z XVIII wieku obecny proboszcz organizuje dom rekolekcyjny, bardzo potrzebny diecezji kamieniecko-podolskiej. Pragnieniem parafian jest, aby dom rekolekcyjny był zarazem domem pielgrzyma dla coraz liczniej przybywających na Podole Polaków. 
W 2006 roku przypadł jubileusz 400-lecia sanktuarium. W związku z tym, że prawa międzynarodowe nie pozwalają na powrót do Latyczowa obrazu, który znajduje się w Lublinie, Legat Papieski i przedstawiciele Episkopatu Polski przekażali dla latyczowskiego sanktuarium kopię obrazu Salus Populi Romani z rzymskiej Bazyliki Matki Bożej Większej, pobłogosławioną 28 maja 2006 r. w Krakowie przez Ojca Świętego Benedykta XVI. 

http://www.niedziela.pl/artykul_w_niedzieli.php?doc=nd200627&nr=13

Zobacz: 

Pielgrzymka rowerowa do Kamieńca Podolskiego w Sanktuarium Matki Bożej Latyczowskiej.

Przeczytaj także: 

OBRAZY MATKI BOŻEJ PRZYWIEZIONE PO II WOJNIE ŚWIATOWEJ Z KRESÓW WSCHODNICH

Posted in Matka Boża, Polskie Kresy, Religia | 2 Komentarze »

Obraz Matki Boskiej Berdyczowskiej – patronki Konfederatów Barskich – w Jaworzu koło Bielska Białej

Posted by tadeo w dniu 6 czerwca 2012

Po śmierci króla Polski Augusta III Sasa wybuchł spór o następstwo tronu. Jedno stronnictwo dążyło do tego, aby królem został kolejny Sas, drugie zaś promowało na tron Stanisława Augusta Poniatowskiego. Przy wsparciu Rosji on właśnie został królem (1764) i podjął szereg reform, m.in. narzucone przez Rosję równouprawnienie dysydentów z katolikami. W proteście opozycja zawiązała w Barze na Podolu konfederację (29 XI 1768). Był to zbrojny związek szlachty skierowany przeciwko królowi oraz przeciw ingerencji Rosji w sprawy polskie. Hasłem konfederatów była obrona wiary katolickiej i niezawisłości kraju.

Na czele konfederacji stanął biskup kamieniecki – Adam Krasiński. Marszałkiem wojskowego związku został Józef Pułaski, który zaprzysiągł też trzech swoich synów. Konfederacja liczyła na pomoc Turcji, Francji, Austrii oraz Saksonii. Turcja wypowiedziała Rosji wojnę (1768), Francja dawała konfederatom pomoc pieniężną, przysłała też grupę oficerów, Austria pozwalała tworzyć bazy na swoim terenie. Ruch konfederacki szybko się rozszerzał, objął Małopolskę i Wielkopolskę (1768) oraz Litwę (1769). Masowo przyłączała się do niego szlachta. Z konfederatami walczyły wojska rosyjskie i królewskie.

Cofając się przed przemocą, zamknęli się konfederaci w Berdyczowie. Była tam silna twierdza broniąca Kresów południowych Polski (miała 60 armat). Obroną dowodził Kazimierz Pułaski. Po siedemnastu dniach oblężenia twierdza poddała się z powodu braku amunicji i żywności

W twierdzy znajdowało się sławne sanktuarium maryjne. Cudowny obraz Matki Boskiej Berdyczowskiej był piękną, szesnastowieczną kopią rzymskiego obrazu z kościoła Santa Maria Maggiore, która w 1756 r. została ukoronowana za zgodą papieża Benedykta XIV. Rosjanie po zajęciu twierdzy zabrali armaty oraz zrabowali nieprzebrane skarby zgromadzone przez karmelitów w sanktuarium. Pozostawili tylko ogołocony cudowny obraz. Wówczas konfederaci obrali Madonnę Berdyczowską za swoją patronkę. Liczne kopie tego wizerunku znajdowały się odtąd w ich polowych ołtarzach.

Po upadku Berdyczowa konfederaci cofali się na zachód. Kolejno opanowali Lwów, Kraków, Tyniec, Lanckoronę i Częstochowę. Prowadzili walki partyzanckie w Karpatach, gdzie skupili znaczne siły. I tak, stale cofając się pod naporem wojsk rosyjskich, dotarli do granic Śląska Cieszyńskiego. Tutaj w górach zachowały się do dziś konfederackie szańce.

W 1769 r. powstała naczelna władza konfederacka, tzw. Generalność, z siedzibą w Preszowie na Słowacji, która później przeniosła się do Cieszyna. Główną rolę odgrywali w niej : bp. Adam Krasiński, Ignacy Bohusz i Teodor Wessel. W Cieszynie wśród zabytkowych kamienic Rynku wyróżnia się dawny hotel „Pod Złotą Koroną” (dziś „Pod Jeleniem”). W latach 1769-1772 gościli w nim konfederaci barscy. Należy założyć, że pozostawili po sobie w kościele parafialnym ( na dzisiejszym placu Teatralnym) jakieś pamiątki, być może też obraz Matki Boskiej Berdyczowskiej. Świątynia spłonęła jednak w 1789 r. doszczętnie wraz z zabudową miasta Cieszyna. Konfederaci mieszkali ponadto w Bielsku i w Białej, w Bażanowicach i we Frysztacie. Szukali tu przez dłuższy lub krótszy czas schronienia w czasie walk z Rosjanami.

Według „Pamiętnika” księżnej Teofili z Jabłonowskich Sapieżyny, przebywali w Cieszynie: Józef Sapieha, generalny regimentarz Wielkiego Księstwa Litewskiego, książę wojewoda wileński Karol Radziwiłł „Panie Kochanku”, hetman litewski Michał Ogiński, regimentarz generalny koronny Joachim Potocki. Z Frysztatu przyjeżdżały: wojewodzina inflancka Anna hrabina Szembekowa i podczaszyna litewska Teresa Potocka ; z Bażanowic przybywał wojewoda rawski – Gronowski. Być może był tu też nieraz komendant Kazimierz Pułaski. Przeciętnie około 40 osób spotykało się każdego dnia na obradach. Toczyły się one zwykle od godz. 1100 do 2000. Przebywali tu również oficerowie francuscy oraz wysłannik króla Francji generał de Viomenil. W ich otoczeniu byli też oficerowie austriaccy jako gospodarze miejsca. Polscy arystokraci składali nieraz kurtuazyjne wizyty baronostwu Celestom, Sułkowskim w Bielsku, czy Wielopolskim w Żywcu.

W Cieszynie, jako ognisku Generalności, zbiegały się wieści z Turcji, Wiednia, z Paryża. Tutaj też zapadła decyzja o zdetronizowaniu króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, a na tron Polski wysunięto Fryderyka Augusta Saskiego (1770). Następnie Generalność ogłosiła akt bezkrólewia. W związku z tym w 1771 r. dokonano próby porwania króla Stanisława Augusta Poniatowskiego w celu zmuszenia go do dobrowolnego zrzeczenia się tronu. Zamach się nie udał. Stał się jednak bezpośrednią przyczyną pierwszego rozbioru Polski. Zaniepokojone mocarstwa ościenne oskarżyły bowiem Polskę o anarchię. Skutkiem I rozbioru Rzeczpospolita utraciła na rzecz zaborców 1/3 terytorium oraz 1/3 mieszkańców.

Do Cieszyna dotarły złe wieści o porozumieniu się dworu austriackiego z rosyjskim i pruskim w sprawie stłumienia konfederacji i rozbioru ziem polskich. Francja odwołała swoich oficerów, wojsko austriackie zaczęło rozbrajać konfederatów. Generalności kazano opuścić Cieszyn, w przeciwnym wypadku komenda austriacka groziła aresztowaniem. Książę Karol Radziwiłł wyjechał do Pragi, hetman Ogiński z Miączyńskim, marszałkiem bełzkim Brzostowskim i biskupem Giedroyciem do Żyliny, Sapiehowie zaś do Opawy. We Frysztacie spotkali uchodzącą z Bażanowic rodzinę wojewody rawskiego – Gronowskiego. Kolaska Sapiehów złamała się pod Ostrawą. Tak wśród kłopotów i paniki uchodzili pierwsi polscy emigranci polityczni. Udali się do Saksonii, Szwajcarii lub Francji. Niektórzy po pewnym czasie powrócili do kraju, jak np. Adam Krasiński, biskup kamieniecki.

Ocena konfederacji barskiej przez badaczy jest niejednolita, głównie jednak negatywna. W okresie czterech lat walk z wojskami rosyjskimi przeważały klęski. Konfederatów barskich tłumnie zsyłano na Sybir. Talentem dowódczym szczególnie wyróżnił się Kazimierz Pułaski. Po upadku konfederacji przebywał na emigracji w Saksonii, Turcji i we Francji. W 1777 r. wyjechał do Ameryki. Zasłużył się tam w okresie walk o niepodległość. Mianowany generałem brygady i dowódcą kawalerii w 1778 r., zorganizował kilkusetosobowy legion. W maju 1779 r. zmusił Brytyjczyków do odstąpienia od oblężenia Charlestonu. Zmarł na skutek odniesionych ran podczas szturmu na Savannach. W 1779 roku uznano go za bohatera narodowego Stanów Zjednoczonych. Rocznica jego śmierci – 11 X – jest obchodzona jako Dzień Pułaskiego.

Obrońcy konfederacji barskiej zwracają uwagę, że było to pierwsze ogólnopolskie powstanie w obronie niepodległości kraju skierowane przeciwko Rosji i jej ingerencji w sprawy polskie. Podkreślają też, że z konfederacją jest związana bardzo bogata poezja patriotyczna, polityczna, okolicznościowa i liryka religijna. Pisarze romantyczni stworzyli wyidealizowany obraz konfederacji, m.in. Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki.

Ponieważ konfederacja barska była ruchem szeroko w Polsce rozpowszechnionym, w wielu miastach i wsiach znajdują się po nim pamiątki. Rozsiane są zwłaszcza w różnych wersjach obrazy patronki konfederatów – Matki Boskiej z Berdyczowa. Postać Madonny w glorii promieni słonecznych lub wśród kwiatów jest ukazywana na półksiężycu. Zawsze u dołu obrazu znajduje się Orzeł Biały, z herbem Litwy -Pogonią – umieszczonym na piersiach Orła. Jeden z takich obrazów jest też na Śląsku Cieszyńskim, w Jaworzu koło Bielska. Tajemnicę stanowi jego pochodzenie. Ciągle budzi ciekawość badaczy osoba ofiarodawcy tego wizerunku dla wiejskiego kościoła. A poza tym intryguje data powstania obrazu uwidoczniona na nim – 1806 rok, która sugeruje, że nie jest on pamiątką pozostawioną przez konfederatów, lecz wspomnieniem o nich. Tadeusz Kukiz, autor wielu prac o obrazach maryjnych z kresowym rodowodem, sądzi, że nie wszyscy konfederaci opuścili Śląsk. Ktoś z nich został i zamówił ten obraz, aby przypomnieć dawnych bohaterów. Badacz ten ustalił też, że autorem obrazu z Jaworza jest Jan Fignowski, malarz z Żywca, który wzorował się na miedziorycie Verhelsta działającego w XVIII wieku w Augsburgu. Postać Madonny w słonecznej aureoli została ukazana na półksiężycu. U dołu wizerunku umieszczono Orła Białego. Na szarfie widnieje napis: „Imago sum Berdiczov a Bened. PP.XIV Coronata” (Wizerunek NMP Berdyczowskiej przez Papieża Benedykta XIV koronowany). Kukiz sądzi jednak, że malarz z Żywca nie był dobrze zorientowany w historii Polski, gdyż zamiast herbu Litwy – Pogoni – umieścił na piersi Orła inicjał „IR”, co powszechnie długo odczytywano jako „Joannes Rex”, wiążąc obraz z osobą Jana III Sobieskiego.

Kolejny opis obrazu znajduje się w Katalogu zabytków sztuki w Polsce. Zaznaczono tu, że w kościele w Jaworzu, w klasycystycznym ołtarzu bocznym z I połowy XIX w., znajduje się obraz Matki Boskiej Berdyczowskiej w drewnianej sukience. Z innej relacji zaś wynika, że podczas renowacji tego wizerunku w 1907 r. okazało się, że artysta z Żywca zastosował tu oryginalną technikę. Obraz bowiem jest płaskorzeźbą, a jedynie twarze Dzieciątka i Maryi zostały namalowane. Na drzeworyt nałożył niegdyś Fignowski listki szlachetnego metalu. W 1907 r. malarz i złotnik dokonywali więc renowacji zabytku.

Nieco nowych informacji o fundatorze obrazu można uzyskać analizując materiały poświęcone dziejom kościoła p.w. Opatrzności Bożej w Jaworzu, gdzie omawiane dzieło się znajduje od 1806 roku.

Jaworze to wieś rozległa i rozdrobniona. Pierwszym właścicielem całego Jaworza był Jerzy Ludwik baron Laszowski herbu Nałęcz (1718-1787). Był on ewangelikiem i ufundował w tej wsi kościół ewangelicki. Laszowski miał córkę Julię (1754-1817) i syna Jerzego Adama (1751-1792). Julia wyszła za mąż za katolika, barona Arnolda Saint Genois (1734-1804), właściciela majątku Bażanowice, pułkownika i szambelana cesarskiego. Zamieszkali w Baden (Weikersdorf) pod Wiedniem i tam się urodził ich syn Filip Ludwik (1790-1857).

Gdy brat Julii zmarł w młodym wieku, Jaworze na licytacji kupił w 1793 roku mąż Julii, baron Arnold. Odtąd rodzina mieszkała w Jaworzu, gdzie został wybudowany w stylu klasycystycznym pałac, istniejący do dziś. Baron Arnold podjął też budowę kościoła katolickiego, murowanego w miejsce starego, drewnianego. Zaczął tę budowę w 1802 r., ukończył ją w 1803 r., a kościół poświęcono w 1804 r. Zachowała się kamienna tablica erekcyjna z datą 1802 z herbem Nałęcz Laszowskich oraz rodziny Saint Genois. Baron Arnold zmarł nagle w 1804 r., miał 70 lat. Jego żona Julia kontynuowała wykończenie kościoła. Syn Filip miał dopiero 14 lat. Tak więc można założyć, że to baron Arnold budując kościół, zamówił do jego ołtarza u Fignowskiego w Żywcu obraz Matki Boskiej z Berdyczowa, który jednak znalazł się w nowej świątyni dopiero w 1806 roku, już po śmierci fundatora.

Należy jeszcze zapytać, dlaczego właśnie wizerunek Matki Boskiej Berdyczowskiej wybrał dla swojego kościoła? Może było to wspomnienie o konfederatach barskich, z którymi jako młody oficer austriacki stykał się w Cieszynie? A może to pamięć o rodzinie Gronowskich, która mieszkała niegdyś w jego rodowym majątku w Bażanowicach, a gdy wygnano konfederatów ze Śląska Cieszyńskiego, w popłochu musiała uciekać? Leopold Szersznik odtwarzający dzieje rodów szlachty cieszyńskiej, ustalił, że majątek Bażanowice należał do dziadka grafa Arnolda, kolejno do jego brata, a końcu był własnością samego Arnolda. Czyli to oni właśnie w swej rezydencji gościli polską rodzinę związaną z konfederacją, która znalazła azyl na Śląsku. I wtedy zapewne baron Arnold zetknął się z dewocjonaliami, przywiezionymi z Polski, w tym i z kopią obrazu z Berdyczowa. Dlatego ją właśnie postanowił upamiętnić. To jest próba wyjaśnienia tej zagadki, ale aura tajemnicy nadal ten wizerunek otacza, z czego autorka koncepcji zdaje sobie sprawę.

http://www.parafia.brynow.katowice.pl/news.php?readmore=1183

Przeczytaj także: 

„Ukraińska Częstochowa”

OBRAZY MATKI BOŻEJ PRZYWIEZIONE PO II WOJNIE ŚWIATOWEJ Z KRESÓW WSCHODNICH

 

Posted in Matka Boża, Polskie Kresy, Religia | 4 Komentarze »

Sanktuarium Matki Bożej Jazłowieckiej

Posted by tadeo w dniu 1 czerwca 2012

Sanktuarium N.M.P. Jazłowieckiej znajduje się w położonym około 50 km od Warszawy klasztorze Sióstr Niepokalanek w Szymanowie w pow. sochaczewskim gm.Teresin) . To tu, od 24 VI 1946 r., Pani Jazłowiecka – „Wygnanka z Jazłowca”, „Jazłowiecka Biała Pani”, jak Ją często nazywano, obrała sobie nową siedzibę. 

 Cudowny posąg Niepokalanej dłuta Tomasza Oskara Sosnowskiego został wykonany w Rzymie na prośbę Założycielki Zgromadzenia bł. Matki Marceliny Darowskiej i sprowadzony do Jazłowca (diecezja lwowska).

Dnia 10.08.1883 r. został poświęcony przez bł. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego. Od chwili przybycia do Jazłowca statua Najświętszej Maryi Panny obdarzana była szczególną czcią. Przed nią siostry składały swoje zakonne śluby, a uczennice prowadzonej przez siostry szkoły składały swoje przyrzeczenia sodalicyjne. Przed wizerunkiem Madonny modliły się rodziny sióstr i mieszkańcy miasteczka.

Statua Matki Bożej pełna dostojeństwa, blasku i wewnętrznego skupienia, wyrażająca dziewiczą czystość i dar macierzyństwa przyciągała do siebie licznych czcicieli. W 1919 roku po słynnej szarży ułańskiej pod Jazłowcem dołączyli do nich także żołnierze 14 Pułku Ułanów Wojska Polskiego, którzy przybrali nazwę 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich. 


Słynący cudami i łaskami wizerunek Niepokalanej został ukoronowany 9 VII 1939 r. przez ks. Kardynała Augusta Hlonda,Prymasa Polski, w asyście biskupów, duchowieństwa, przedstawicieli władz państwowych, generalicji, 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich, sióstr i ich wychowanek oraz niezliczonej rzeszy pielgrzymów. Ukoronowana Madonna w trudnym czasie II wojny światowej wspierała ze wzgórza jazłowieckiego walczących na wszystkich frontach żołnierzy i opiekowała się polskimi rodzinami.

W 1946 r., po zmianie granic Polski, posąg został przewieziony do Szymanowa, aby tu, u wrót stolicy czuwać nad Ojczyzną, by nieść pomoc i nadzieję.

Pierwsza klasztorna kaplica mieściła się na parterze pałacu. Wejście do znajdowało niej się naprzeciw kluczowych drzwi wejściowych. A kaplica potem mieściła się u wylotu korytarza wiodącego z holu na prawo.
Początkowa kaplica z biegiem lat nie wystarczała na potrzeby sióstr jak i pielgrzymów, tak siostry więc podjęły decyzję o budowie oddzielnej kaplicy. W 1997 powstał roku projekt rozbudowy sanktuarium. Wykonanie planu takiego rozpoczęto wmurowaniem kamienia węgielnego w 1999 roku, poświęconego 9 czerwca 1997 roku w Krośnie przez papieża bł. Jana Pawła II, a zakończono dnia 31 lipca 2002 roku poświęceniem kaplicy.

Dzisiejsze sanktuarium jest przestrzenne i znacznie jasne. Ściana główna, która jest tłem dla cudownego wizerunku, jest w części licznej pokryta trawertynem o ciepłym kolorze. Cokół, na którym umieszczona jest figura, ołtarz i ambonka robione są z surowego trawertynu. Kamienna część ściany z stron trzech otoczona jest dużymi taflami szkła. W dużą prezbiterium płaszczyznę zabudowaną mosiężną kratą z siateczką pozłacaną zdobią wota dziękczynne. Lewa ściana sanktuarium ma 72 drobne okienka z pastelowymi odcieniami luksferów o niebieskim kolorze. Po przeciwnej witrynie umiejscowione są malowane stacje Drogi Krzyżowej. Posadzka w wyłożona prezbiterium jest kamieniem w kolorze ciemnej zieleni, a pozostała gresem w odcieniu perłowym. Tabernakulum i lampka wieczna przeniesione są ze starego sanktuarium, tak jak reszta wyposażenia.


W sanktuarium obchodzone są dwa odpusty: w dzień Matki Bożej Jazłowieckiej, 9 lipca, i na Niepokalane Poczęcie Najświętszej Maryi Panny, 8 grudnia. 
W dniu 25 czerwca 2002 roku biskup łowicki Alojzy Orszulik formalnie wydał dekret, w którym przyklasztorny kościół pw. Matki Bożej Jazłowieckiej w Szymanowie ustanowił jako „Sanktuarium ku czci matki Bożej Niepokalanej zwanej Panią Jazłowiecką”.

Przeczytaj także:

Jazłowiecka Biała Pani

Przewiezienie posągu Pani Jazłowieckiej do Szymanowa

U Jazłowieckiej Pani

OBRAZY MATKI BOŻEJ PRZYWIEZIONE PO II WOJNIE ŚWIATOWEJ Z KRESÓW WSCHODNICH

Zobacz:

Posted in Matka Boża, Polskie Kresy, Religia | 2 Komentarze »

KRESY PAMIĘTAMY

Posted by tadeo w dniu 16 Maj 2012

KRESY PAMIĘTAMY – pdf

Posted in Historia, Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Wędrówki po Kresach – Rośnie młode pokolenie Polaków

Posted by tadeo w dniu 8 Maj 2012

Rozpoczęcie roku szkolnego

Najwięcej Polaków w Szepietówce mieszka w dzielnicy zwanej potocznie Szanghajem. Dlaczego akurat tak się nazywa, tego dokładnie nikt nie wie i specjalnie się nad tym nie zastanawia. Szanghaj to Szanghaj i już. Dzielnica leży na uboczu miasta i przypomina wieś. By do niej trafić, trzeba samochodem skręcić za kościołem, a przed zdewastowanym polskim cmentarzem w prawo i pojechać kilka kilometrów szosą wśród lasów, w stronę torów kolejowych. Szanghaj leży po obu ich stronach. Dlaczego Polacy akurat tu się osiedlili, też dokładnie nie wiadomo. Większość z nich stanowi element napływowy. Co prawda pochodzą z tych terenów, ale znaczna ich część ma za sobą często tragiczne przejścia, w tym zesłanie do Kazachstanu. Jedną z nich jest Bronisława Kaczorowska, urodzona rok przed wybuchem na Ukrainie Wielkiego Głodu w 1932 r. Była najstarszym dzieckiem Teofila i Dominiki Danilewiczów. Jej matka z domu nazywała się Radziechowska. Mieszkali we wsi Hendriwka w polskim rejonie autonomicznym zwanym Marchlewszczyzną. Kaczorowska cudem przeżyła Wielki Głód, w trakcie którego zaczęła puchnąć i nawet kochający ją rodzice przestali wierzyć, że przeżyje.
Rodzinie udało się jednak przetrwać głód. Kolejne niebezpieczeństwo zawisło nad rodziną Danilewiczów w 1936 r., gdy władze sowieckie przystąpiły do likwidacji Marchlewszczyzny, wywożąc mieszkających w niej Polaków do Kazachstanu i najbardziej opornych rozstrzeliwując na miejscu. Ojciec pani Bronisławy nie czekał aż nocą zastukają do jego chaty funkcjonariusze GPU. Postanowił z rodziną przenieść się do Szepietówki, gdzie można było dostać pracę przy wyrębie lasów. Te przenosiny były oczywiście najzwyczajniejszą ucieczką.

Pierwszy dzwonek

W czasach sowieckich przenosić się z miejsca na miejsce wolno było tylko za specjalnym zezwoleniem. Chłop był de facto niewolnikiem, który poza obszar rejonu mógł wyjechać tylko z „komandirowką”. Początkowo więc rodzina Danilewiczów żyła jak „bieżeńcy”, ukrywając się w lesie. Pod korzeniem zwalonego drzewa pan Teofil urządził coś w rodzaju szałasu, w którym zamieszkał z rodziną. Dla Danilewiczów były to straszne czasy. Żywili się grzybami, jagodami, a gdy ich nie było – trawą, ziołami i korą drzew. Ich los poprawił się, gdy pan Teofil dostał pracę w lesie. Dobrzy ludzie pomogli mu ją otrzymać ukrywając fakt, że uciekł przed wywózką. Po pewnym czasie rodzinie przydzielono mieszkanie. Umieszczono ich w zbiorczym baraku, w którym żyły jeszcze cztery inne rodziny. W porównaniu jednak z „ziemlanką” stanowił on dla Danilewiczów prawdziwy pałac. Później ojciec zbudował niewielką chatynkę. Pani Bronisława do szkoły nie chodziła. Musiała zajmować się młodszym rodzeństwem. Miała ona wówczas już jedenaścioro rodzeństwa. Rodzice byli głęboko wierzący i z radością przyjmowali każdego potomka.
– Wychowywali nas na osoby wierzące i stale przypominali nam, że jesteśmy Polakami, że Polak i katolik to jedno – wspomina pani Bronisława. – Ojciec starał się nas sam uczyć po polsku. Z książeczki do nabożeństwa nauczył mnie czytać i modlić się w ojczystym języku, za co mu jestem bardzo wdzięczna. Ja swoje dzieci także wychowałam na Polaków, choć było to trudne. Trzeba było jeździć do kościoła w Połonnem, choć my i tak mieliśmy do niego stosunkowo blisko…
Obecnie pani Bronisława chodzi z trudem, od dawna jest emerytką i dzieli losy najstarszego pokolenia mieszkańców Ukrainy. Modlitwa to główne jej zajęcie. Nie jest już w stanie chodzić do kościoła, o odrodzenie którego w Szepietówce walczyła wraz z innymi Polakami z Szanghaju. W jej chacie zaczęła formować się pierwsza grupa Polaków walczących o rejestrację parafii w Szepietówce.
– Początkowo modliliśmy się w mojej chacie – wspomina pani Bronisława. – Zapraszałam na Mszę św. wszystkich sąsiadów, o których wiedziałam, że są wierzący. Później zaczęliśmy spotykać się w innych chatach. Chętnych do udziału we Mszy św. z tygodnia na tydzień było bowiem coraz więcej. Ksiądz Antoni kazał nam zbierać się w takich, które miały podwórka, by wszyscy chętni mogli uczestniczyć w odprawianej w chacie Mszy św. Po pewnym czasie za radą ks. Antoniego urządziliśmy plac z ołtarzem, na którym zbierało się po kilkaset osób. Jednocześnie zaczęliśmy walczyć o budowę kościoła. Po długich staraniach udało się nam uzyskać zgodę i przystąpiliśmy do wznoszenia świątyni. Wraz z dorosłymi dziećmi chodziłam pomagać ks. Stanisławowi Szyrokoradiukowi. Podobnie wszyscy Polacy z Szanghaju. Dziś raz w miesiącu przyjeżdża do mnie kapłan, by mnie wyspowiadać i udzielić Komunii św. Jestem z tego bardzo zadowolona, bo będę mogła odejść jako Polka i katoliczka.
Wiera Duda reprezentuje w Szepietówce najmłodsze pokolenie Polaków, od którego będzie zależeć ich przyszłość w tym mieście.
– Kiedy byłam jeszcze dzieckiem, polskość w naszej rodzinie nie była podkreślana przez moich rodziców – wspomina. – W rodzinie nikt na co dzień nie mówił po polsku. Dziadek trochę znał ten język. Babcia jeździła do czynnego kościoła w Połonnym. U dziadka było jednak sporo polskich książek, z których sama mogłam się uczyć języka polskiego. Do matury nauczyłam się go na tyle, że postanowiłam, iż zostanę nauczycielką i będę uczyć dzieci języka polskiego, by nie musiały dochodzić do jego znajomości z takim trudem, jak ja. Dostałam się na studia na Uniwersytet w Równem, gdzie ukończyłam Instytut Słowianoznawstwa, zdobywając dyplom nauczyciela języka polskiego i angielskiego. Zaczynałam od nauczania angielskiego w Liceum w Szepetówce jako przedmiotu obowiązkowego. Polskiego uczyłam na zajęciach fakultatywnych.
W 2008 r. Wiera podjęła się nauczania dzieci w Grudniawce. Dojeżdża do tej miejscowości trzy razy w tygodniu. Wychodzi z domu tuż po szóstej. Wraca o szesnastej, ale po drodze zazwyczaj wstępuje do kościoła i wtedy jest w domu sporo później. Często pada z nóg, ale bynajmniej nie chce uchodzić za bohaterkę, czy „siłaczką” niosącą polskim dzieciom kaganek oświaty. Robi po prostu to, co lubi.
– Wiejskie dzieci są bardzo otwarte i chętnie się uczą – podkreśla. – Nie są zniszczone przez współczesną cywilizację. Praca z nimi bardzo się mi podoba. W sumie w szkole w Grudniawce mam 24 godziny języka polskiego. Łącznie uczę dwieście pięćdziesięcioro dzieci. Sto z nich pochodzi z Grudniawki, a pozostali z okolicznych miejscowości, w których mieszka sporo Polaków. Są to Czerwony Cwit, Rudnia Nowenka, Klimentowyczy i Bronki.
Entuzjazmu pani Wierze można istotnie pozazdrościć. Szkoła wiejska w Grudniawce znaczenie różniła się od liceum w Szepietówce. Była zaniedbana i funkcjonowała zupełnie po sowiecku.
– Polecano mi zajmować się tylko uczniami zdolnymi, którzy coś potrafią a machnąć ręką, na tych, którzy do nauki nie mają talentu – mówi Wiera Duda. – Tak postępują bowiem wszyscy nauczyciele i nie powinnam się wyłamywać. Obiecałam sobie, że ja taka nie będę. Zaczęłam intensywnie pracować m.in. z uczniem z szóstej klasy, który w wyniku panującej w szkole praktyki nie umiał czytać i pisać po polsku. Zamiast liter rysował kółka. Po kilku miesiącach poznał już łaciński alfabet i zaczął czytać i pisać po polsku na elementarnym poziomie. Podobnie było z dwiema dziewczętami, które dopiero po pewnym czasie przyznały się, że nie nauczyły się wiersza, który im zadałam, bo nie umieją czytać po polsku. Gdy się nimi zajęłam bardzo szybko nauczyły się czytać w języku przodków. Stały się bardzo aktywne na lekcjach. Z dziećmi trzeba po prostu dużo pracować żeby osiągnąć efekt.
Wiera Duda należy też do Rejonowego Oddziału Związku Polaków na Ukrainie, kierowanego przez Walentynę Pasiecznik. Pani prezes jest bardzo zadowolona z pracy Wiery. Uważa, że bardzo mało jest nauczycieli tak oddanych dzieciom. Dlatego chce, by Wiera uzupełniła swoje wykształcenie w Polsce, na studiach podyplomowych w Lublinie. Wtedy jeszcze lepiej będzie mogła służyć polskiej społeczności.
– Zależy nam bardzo, żeby ukończyła studia z zakresu nauczania początkowego – podkreśla. – Wtedy bowiem będziemy mogli z jej umiejętności korzystywać także w Szkole Polskiej w Szepietówce, do powstania której dążymy.

tekst i fot. Marek A. Koprowski

http://www.zrodlo.krakow.pl/rocznik-2011/numer-33-2011/wedrowki-po-kresach/

Posted in Historia, Polskie Kresy, Wspomnienia | Leave a Comment »