WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • Tylko przestańmy mówić: ten kraj, w tym kraju, tutaj, ci ludzie. Zacznijmy mówić tak, jak Pan Bóg przykazał, jak o matce: Ojczyzno ma, moja, kochana, poraniona, więc tym bardziej kochana. Moja, to znaczy taka, którą się kocha, którą się po rękach całuje, przed którą się klęka, której się służy, której się z czcią opowiada, której się nie okrada, dla której się pracuje, dla której się cierpi i umiera, jak trzeba. To nie inni mają tak zrobić, to nie oni, tam na górze, ale my. Inaczej na nic wszystko. Na nic ta rana i na nic te ofiary. Nasza Ojczyzna mocno krwawi i ból nie ustaje w naszych sercach, ale zapewniamy pachołków Moskwy i Berlina, i tych, co służą „mamonie” – jeszcze nie zginęła, póki my żyjemy. Póki pracujemy dla dobra naszej Ojczyzny. Póki kochamy i pamiętamy.

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Moja mała Ojczyzna’ Category

Łomaskie Strony

Posted by tadeo w dniu 29 Wrzesień 2013

APC - 2013.09.29 08.28 - 001.3d

http://www.lomazy.eu/lomaskiestrony.html

1   Link   Łomaskie strony nr 38   Link  Łomaskie strony – wydanie specjalne 8
2   Link   Łomaskie strony nr 37 38
3   Link   Łomaskie strony nr 36 176
4   Link   Łomaskie strony nr 34 149
5   Link   Łomaskie strony nr 33 143
6   Link   Łomaskie strony nr 32 122
7   Link   Łomaskie strony nr 31 135
8   Link   Łomaskie strony nr 30 125
9   Link   Łomaskie strony nr 29 119
10   Link   Łomaskie strony nr 28 109
11   Link   Łomaskie strony nr 27 107
12   Link   Łomaskie strony nr 26 102
13   Link   Łomaskie strony nr 25 111
14   Link   Łomaskie strony nr 24 187
15   Link   Łomaskie strony nr 23 171
16   Link   Łomaskie strony nr 22 149
17   Link   Łomaskie strony nr 21 147
18   Link   Łomaskie strony nr 20 152
19   Link   Łomaskie strony nr 19 278
20   Link   Łomaskie strony nr 18
21   Link   Łomaskie strony nr 17 139
22   Link   Łomaskie strony nr 16 260
23   Link   Łomaskie strony nr 15 243
24   Link   Łomaskie strony nr 14 221
25   Link   Łomaskie strony nr 13 222
26   Link   Łomaskie strony nr 12 202
27   Link   Łomaskie strony nr 11 212
28   Link   Łomaskie strony nr 10 203
29   Link   Łomaskie strony nr 9 210
30   Link   Łomaskie strony nr 8 401
31   Link   Łomaskie strony nr 7 302
32   Link   Łomaskie strony nr 6 329
33   Link   Łomaskie strony nr 5 316
34   Link   Łomaskie strony nr 4 235
35   Link   Łomaskie strony nr 3 242
36   Link   Łomaskie strony nr 2 262303
37   Link   Łomaskie strony nr 1

APC - 2013.09.29 08.36 - 001.3d

Posted in Czasopisma, Moja mała Ojczyzna | 2 Comments »

Na Podlasiu – Obrazki z ostatnich czasów – skreślił nadbużanin (Gazeta Krakowska)

Posted by tadeo w dniu 29 Wrzesień 2013

APC - 2013.09.29 15.56 - 001.3d

-1-

Rozdział I

Był pochmurny i ciemny dzień zimowy. Jak okiem zajrzeć, biały całun okrywał ziemię, sanny wszakżenie było, drogi więc, pełne wody i rozmięszanego ześniegiem błota, czerniały z daleka, jak olbrzymie szaty na tle białych półszare, ołowiane chmury bałwaniły się po niebie, a mgła wieszając w powietrzu, szaremi smugami wlokła się po polach. Zakryte szarym, nieco przejrzystym tumanem,wśród którego przebijała się gdzieniegdzie blada zieloność sośniny, lasy tworzyły jakieś ciemne, mdłe, onieokreślonej barwie i kształtach cienie, zamykające w koło ścieśniony widnokrąg. Stada wron, kracząc przeraźliwie, ulatywały po samotnych zagonach; wróble świergotały smutnie na wierzbach przy drodze, zlatując czasami szukać w błocie zgubionego może przez wiozących zboże podróżnych ziarnka, a z dala dolatywało szczekanie psa lub ryk wypuszczonej na podwórze krowy.

Dzień, choć dżdżysty i wilgotny, był jednak zimnym; ze szarych chmur sypała od czasu do czasu biała kaszka; mroźny wiatr pociągał z północy,obiecując przymrozek na jutro; w wioskach i odosobnionych sadybach dymy w miejsce wzbijać sig prosto ku górze, snać obciążone wilgocią kładły się po ziemi, zaciemniając bardziej jeszcze ołowianej barwy powietrze; na drodze marzło, a rzadki podróżny klął, na czem świat stoi, przylegające do kół błoto.

Jeżeli jednak na tyle starczyło mu cierpliwości, że jadąc, czyli raczej wlokąc się gościńcem od Białej, dobił do miejsca, gdzie na rozchodzących się drogach stała murowana, biało otynkowana kapliczka, w której wnętrzu przed posążkiem św. Jana Nepomucena bezustannie gorzała lampka, mógł odetchnąć swobodnie, bo zza mgły i tumanów wlokącego się dymu wyjrzała grupa domostw, zwiastująca miasteczko, w którem mógł odpocząć po rzeczywistych w tej porze trudach podróży.

Jak wysunięta placówka, ukazywał się naprzód na lewo olbrzymi wiatrak z nadłamaną nieco śmigą (skrzydło wiatraka), zanim w oddali spowinięte mgłą majaczały krzyże cmentarza i połyskiwała obita blachą kopuła łacińskiego kościółka; nieco ku środkowi ponad dachy skromnych domostw wynosiła się pękato bóżnica; główny plan obrazu wreszcie zajmowały większe i mniejsze domki i domy, kryte gontem lub słomą, gęsto ocienione obnażonemi obecnie z liści drzewami,których nagie konary, spowinięte w szarym płaszczumgły i dymu, jako fantastyczne widma, sterczały wysoko ku górze.

Tak się przedstawiało oczom wędrowca miasteczko Łomazy w bialskim powiecie, dawne, bo jeszcze pierwszych Jagiellonów pamiętające; odwiedzone wreszcie przez Kazimierza Jagiellończyka, jadącego na sejm do Brześcia Litewskiego; upamiętnione w końcu bitwą z czasów konfederacyi Barskiej, w której poległ Franciszek Puławski. Dziś z miasta zdegradowano je na osadę; nowe prawa kazały naczelnikowi jego w miejsce munduru z czerwonym kołnierzem, pikielhauby (skórzany hełm, obity blachą zakończony szpicem) , zdobnej w herb guberni i szpady z feldcechem (złota lub srebrna taśma przy szpadzie), nosić tylko łańcuch mosiężny z medalem na szyi.

Degradacya ta nie przeszkadzała wszakże obywatelom jego, czującym swą godność, zwać się mieszczanami i uważać się za coś lepszego od mieszkańców okolicznych wiosek, czego im zresztą nikt zaprzeczać nie myślał, i co w obywatelch tak słynnego miejsca zupełnie było naturalnem.  Wędrowiec jednak napróżno by szukał w Łomazach śladów tej głębokiej starożytności; nic tam nie pozostało takiego, co by ją wskazać mogło; jednem słowm, było to sobie miasteczko ani mniej, ani więcej brudne od innych, jakich zresztą tysiące w naszej Polsce widzieć można.

– 2 –

Rozdział II

Przebiwszy się od wspomnionej kapliczki do pierwszych domów miasteczka wjeżdżało się na obszerny plac, reprezentujący rynek, na którym dwa razy do roku odbywały się jarmarki, a co Niedzielę zwyczajne targi, różniące się od poprzednich tem jedynie, że trochę mniej na nich było ścisku, hałasu, pijanych i błota. Pomijając okalające rynek różnego kształtu i wielkości domy z ganeczkami lub bez nich, nie mogąc za mgłą dojrzeć krzyżów niegdyś unickiej, dziś schizmatyckiej cerkwi, naprzód uderzała oczy na prawo ogromna rajtszula (szkoła jazdy), zbudowana dla kwaterujących tu jeszcze w czasie Krymskiej wojny kawalergardów ( najważniejszy rangą żołnierz)  moskiewskich,  obecnie służąca kozackiej artyleryi; ulokowany na środku rynku rząd sklepów, różnemi kolorami malowanych, w końcu długi z facyjatą (pomieszczenie mieszkalne na poddaszu) dom z gankiem na filarach, mieszczący w sobie austeryją (karczma, szynk), cukiernią, restauracyją, winiarnią, handel korzenny, łokciowy, bilard, sprzedaż szuwaksu (czarna pasta do butów)  itd., słowem wszystko co ku potrzebie i przyjemności tak mieszkańców b. miasta, jako też i okolicy służyć mogło.

Już z daleka idącego od rynku gościa z niebieskich okiennic witały napisy: „Sprzedaż trunków” — „Pradaża pitiej” i szybko otworzona malowana brama zajazdu. Kto zaś, obszedszy dom z drugiej strony, stanął przed głównem wejściem, ujrzał pod balkonem facyjaty, na którym zwykle odbywały poobied‐ nią siestę żony moskiewskich oficerów, dwa sklepy. Pierwszym była właściwa winiarnia, cukiernia itd., o czem wszem wobec i każdemu z osobna oznajmiały z niebieskich drzwi na bronzowo malowanych blachach złotemi literami napisy. Na jednej z blach stało: „Handel win i korzenny, F. F. B”, co miało znaczyć „Froim Fajgeulaum”, na drugiej zaś blasze moskiewski napis: „Pradaża win i korniej”, tudzież powtórzona moskiewskiemi literami cyfra Szanownego kupca: „F. F. B.” zastąpiła dawniejszy, który opiewał: „Figi, Rozynki, Migdałów, Muszkatołowe Gałkie.” Pamiętający jeszcze ów dawny napis, istniejący w czasach, kiedy moskiewszczyzna nie rozszerzyła się tak jeszcze na nieszczęśliwym Podlasiu, nieraz zapewne westchnęli, ujrzawszy tę zmianę nad tem, że moskiewskie „Korni” wystraszyły „Figi, Rozynki i Migdałów”, razem nawet z „Muszkatałowem Galkiem”.

Drugim był sklep specyjalnie łokciowy i norymbergski, trzymany przez synową, czy dalszą kuzynkę szanownych Froima i Faigi Fajgenbaum, co każdy mógł się dowiedzieć z czerwonej tablicy nad drzwiami, na której żółte z szaremi brzegami litery mówiły przechodniom, że tu jest „Handel towarów łokciowe”, czyli „Pradaża łoktiowych wieszczej”. Po tej głównej ozdobie całego miasta nic już w rynku, a bodaj i w całych Łomazach na szczególną uwagę nie zasługuje, nawet i kancelaryja gminna z orłem dwugłowym nad drzwiami, nawet moskiewska szkółka, do której nikt nie chodzi, nawet jedyna murowana w tem mieście kamienica, należąca do kupca                    en gros (sprzedaż kupno) zboża i drzewa, bankiera okolicznych, szlachciców Grubego Jankla.

— Tak powyżej wymienione rzeczy i wiele innych, jak np. zawalające rynek i niektóre ulice stosy drzewa i świeżo powyrabianych gontów, któremu to przemysłowi wielu starozakonnych obywateli Łomaz się oddaje, błyszczące talerze mosiężne przed domem felczera, wysychająca w niektórych miejscach latem rzeczka Zielawa z mostem, na drewnianych slupach opartym, różnokolorowo malowane domy, niewiasty mojżeszowego wyznania, siedzące poważnie za straganami na rynku i handlujące wszystkiem, od obważanków i makagigi (ciastko z masy karmelowej, miodu i maku z dodatkiem orzechów i migdałów)  do nici, igieł i wstążek, drewniany koń przy rajtszuli, na którego wskakiwać się uczą kozacy; wszystko to blednie wobec „ Handlu win i towarów łokciowe.”

Ale, prawda, jest jeszcze jedna, raczej dwie rzeczy, czyli osoby warte widzenia w Łomazach. Być w Rzymie i nie widzieć papieża, jest to zupełnie to samo, co zwiedzając Łomazy, nie poznać Abrama Kaca.

– 3 – 

Abram Kac jest nie tylko czysto łomazkim typem, ale zarazem osobliwością tego miejsca. Wielka szkoda, że rysy tego męża nie mogą być przekazane potomności; cóż robić, pomimo usilnych próśb, Abram Kac nie pozwolił zdjąć z siebie portretu; dlaczego — to już jego tajemnica. Abram Kac jest to obywatel mojżeszowego, ma się rozumieć, wyznania, posiadający dom w rogu rynku, będący równie, jak on oryginalnym. Dom ten podparty w kilku miejscach, trzymający się nieco na bakier, wygląda zupełnie, jak jego właściciel, kiedy kilka kieliszków kartoflanki wleje pod jarmułkę; pomimo to jednak doskonale mieszkać w nim można, tak samo, jak właściciel jego, pomimo kartoflanki pod jarmułką, walecznie, choć nieco z ukosa, gruntuje łomazkie błoto.

Abram Kac robi wszystko i nic, handluje wszystkiem i niczem, w życiu swojem więcej nad pół rubla razem pewnie nie posiadał; pomimo to żyje, prosperuje doskonale i ciągle jest zajętym. Ktoby spotkał szanownego obywatela tego, biegnącego przez rynek w chałacie, złożonym z większej daleko ilości łat, niż materyjału pierwotnego, z którego powstał, a którego koloru najbieglejszy nawet malarz odgadnąć by nie potrafił, w koniecznie przydeptanych patynkach (drewniane nakładki na buty), włożonych na bose nogi, jarmułce, podobnej do kawałka juchtowej skóry, czapce niedającego się opisać kształtu, z rozpuszczoną na wiatr gęstą i długą siwą, czyli raczej kilku kolorów brodą; ten przysiągłby, że od człowieka tego co najmniej losy Europy, albo chociaż moskiewskiego carstwa zależą.

Abram Kac sprzedaje wszystko, zacząwszy od mięsa, starych butów, cygar, tytoniu itd., a skończywszy na wołach, krowach, koniach, nawet kawałkach roli. Kupuje tak samo wszystko, co tylko mu chcą sprzedać. Robi interes nieraz na kilkaset rubli, a zarabia na nim złotówkę.

Pochodzi to ztąd, że nie mając pieniędzy, jest raczej pośrednikiem, niż rzeczywistym kupcem; zawsze jednak jako taki występuje. Trzeba go widzieć, kiedy schwyciwszy w jatce na kredyt ćwiartkę baraniny lub cielęciny, pędzi z nią do którego z dworów wiejskich w okolicy. ‐ Jasz pan Dobrozij kupi bahaniny? ni? — woła, pakując się do salonu, choćby na bal nawet trafił; nic bowiem go nie detonuje; w zapale handlu dostanie się wszędzie i nie ustąpi, aż zrobi swoje. Wypchnięty za drzwi, włazi oknem, wyrzucony przez okno, jest w stanie dostać się kominem, zmęczy, znudzi, doprowadzi do wściekłości tego, na kogo się uweźmie, baraninę wszakże sprzeda.

Zadowolony wraca do Łomaz, od których często o kilka wiorst (nieco ponad jeden kilometr) się oddalił, oddaje wzięte pieniądze rzeźnikowi, swój zarobek wynoszący 10 lub 20 groszy przepija i biegnie za drugim interesem. Pod wieczór zrobił kilka mil drogi, zwiedził wszystkie wioski w okolicy, zarobił dwa złote., które natychmiast przepiwszy, zasypia, jeżeli nie w domu, to na środku rynku lub w rowie przy drodze. Na drugi dzień wstawszy, to samo rozpoczyna życie.

Jako dodatni rys charakteru Abrama wspomnieć należy, że nie było przykładu, aby czy to sam kiedy co ukradł, czy też kradzioną rzecz kupił lub przechował. Za wzięte na kredyt rzeczy natychmiast sprzedawszy je, płaci, kontentując się małym zarobkiem; dla niego bowiem dość, jeżeli ma na obwarzanek i wódkę co dzień, a na kugiel (babka ziemniaczana) i śledzia, lub parę piskorzy w szabas. Zadowolniony zupełnie z życia, jakie prowadzi, zdaje się, że inaczej nawet żyćby nie potrafił.

Drugą osobistością łomazką, choć w innym nieco rodzaju, jest krawiec Moszko, technicznie zwany pijakiem. Nazwisko to dostało mu się z dwóch przyczyn, raz że pije znacznie lepiej od Abrama Kaca, powtóre dla odróżnienia od drugiego krawca Moszka trzeźwego, będącego, jak on, obywatelem łomazkim. Nizkiego wzrostu, ubrany w tabaczkowy chałat, z takiegoż koloru brodę i z tabakierką w kieszeni, Moszko pijak jest zawsze w dobrym humorze. Nikt nigdy nie widział go rozgniewanego lub smutnego, a kiedy jeszcze z pół kwarty kartoflanki wychyli, wtedy weselszego nad niego człowieka nie tylko na Podlasiu, ale w całej Koronie Polskiej, wraz z W. Ks. Litewskiem, wszystkich Rusiach i Żmudzi nie znajdzie.

Nosząc się znacznie porządniej, nawet elegancko naprzeciw Abrama Kaca, nie może obejść się wszakże bez koniecznych łat na łokciach i strzępów na brzegach poły chałata. Nic to wszakże dziwnego; nikt przecież nie widział szewca w całych butach, jakżeż więc Moszko, będąc krawcem, mógłby mieć zupełnie cały chałat?

– 4 –

Moszko jednak rzemiosło krawieckie uważa za przydatek; głównym bowiem zajęciem jego dzierżawa ogrodów owocowych. Z nadejściem wiosny, kiedy drzewa pokrywają się bujnym kwiatem, nie może już dosiedzieć w miasteczku, coś bowiem gwałtem go pędzi na wieś. Zaczyna więc peregrynacyją po okolicznych ogrodach, oglądając, który z nich najlepszy plon wróży i układa się o dzierżawę.

Dobiwszy targu i ulokowawszy się w ogrodzie, wygląda, jak odrodzony. Szczęśliwy, wesół, z nieodłączną tabakierką w ręku i butelką w kieszeni, bimbuje sobie wśród księżycowej letniej nocy, spacerując około obciążonych owocami drzew. Do miasteczka rusza jedynie na szabas i Niedzielę, aby na targu sprzedać zabrane z sobą frukta. Nie byłoby dla niego większego nieszczęścia. jak nie dzierżawić latem żadnego ogrodu. Dzierżawa ta stała się drugiem życiem jego, potrzebą konieczną, niezbędną. Moszko bez ogrodu w lecie, to anomalia, to coś takiego, czego nawet przedstawić sobie nie można. Gdyby nic nazywał się pijakiem, zwano by go pewnie sadownikiem. Prócz ogrodu, ukochał jeszcze drugą rzecz, która mu właśnie nazwisko dała, t.j. Gorzałkę. Szpagatówka nawet, jak się zdaje, o wiele milszą mu, niż pierworodny Wełwe, kierujący się na rabina, wielkie światło Izraela w projekcie.

Moszko swego Wełwe jednak bardzo kocha; zawczasu cieszy się, jak do niego ludzie z dalekich stron kiedyś schodzić się będą, jak ongi do rabina w Kocku, od którego wszakże będzie nauczniejszym. Choć szpagatówka często płata mu figle i naraża czasem na nieprzyjemne kolizye ze strażą ziemską lub wójtowską władzą, nieraz zaprowadzi na noc do miejskiej kozy, Moszko wszakże będąc wyższym nad drobne dolegliwości świata tego, nie łamie raz zaprzysiężonej jej wiary. Wyspawszy się w kozie, wychodzi z niej prosto do szynku, gdzie zalawszy robaka, następnie poprawiwszy na kuraż, wymyśla na wójta, ławników, straż ziemską, ba! nawet samego starszego strażnika.

Władze też, tak rządowe, jak municypalne, znając pod tym względem Moszka, zwykle patrzą na wszystko przez szpary, i w takim razie tylko sprzątają go z ulicy, jeżeli szanowną swą osobą założy się w poprzek, czem utrudnia komunikacyję. Leżącego zaś pod ścianą lub w rowie zostawiają w spokoju. Moszko jest równie uczciwym i rzetelnym, jak Abram Kac; w tem zaś go przewyższa, że nie jest tak uprzykrzonym i nudnym, owszem, pełen zawsze delikatności, grzeczny i przyzwoity. Za nic w świecie nie ruszy, co do niego nie należy; można mu śmiało powierzyć złoto nawet, ale wódki nie. Widząc przed sobą wódkę, skosztować jej musi; oprzeć się podobnej chęci, jest to nad jego siły.

Pociąg ten spłatał mu też raz dotkliwego figla. We dworze, gdzie Moszko ogród dzierżawił, w jednym z pokojów, od którego często otwierano okno, stały na półce butelki z różnemi nalewkami. Widok ich nie mógł nie znęcić Moszka, który nie posiadał bynajmniej siły św. Antoniego do opierania się pokusom, toteż wkradał się do pokoju i nadpijał z butelek. Dostrzeżono tego ubytku, a domyślając się, czyja to sprawka, wsypano do jednej z flaszek proszek emetykowy (środek na przeczyszczenie), inne zaś popieczętowano.

Moszko spróbował zaprawionej wódki, spróbował jej czeladnik jego, i… nie trzeba mówić, jaki skutek wywarła. Czeladnik uciekł na drugi dzień do Łomaz i nie chciał wrócić więcej; Moszko został, ale przez długi czas nikomu z domowych nie pokazywał się na oczy; wkrótce jednak dobry humor jego wziął górę i cierpliwie znosił żarty z tego wypadku, który wkrótce stał się głośnym w okolicy.

Aj waj! — mówił — ja miślał, że umrę; nic a nic nie wieział, co to takiego. A mój czeladnik, to tylko leżał w krzakie i stękał i krzyczał gewałt. Niedawno, jak ja buł w Przegalinie, tam przyjeżdżał jeden pan aż z pud Włodawy, i wun, jak mnie tylko zobaczuł, tak pita: Czy to ten Moszko, co pił wudkie z hamatykiem? i wszystkie się śmieją, a mnie takie wstyd.

-5-

Zimą Moszko także nie dosiedzi, lecz peregrynuje po dworach za robotą. Choć obszywa tylko parobków i oficyjalistów, gdyż talent jego krawiecki bynajmniej z Chabou, ani Starkmanem z Warszawy rywalizować nie może, jest jednak zawsze persona grata. Pan, pani, panicze, panienki, wszyscy Moszka lubią, bo wszystkich ubawi, rozweseli, każdemu coś ciekawego opowiedzieć potrafi. Jest on chodzącą gazetą okolicy; wie, gdzie kto się urodził, umarł, ożenił, rozwiódł, kupił czy sprzedał majątek; ile która panna ma posagu, a nawet lat, kawaler czy wdowiec, wszystkich bowiem zna i nowin zawsze posiada zapasy. Wieczorem, kiedy cała rodzina zasiędzie przy kipiącym samowarze, Moszko zakropiwszy jednym i drugim kieliszkiem robaka, popijając podaną mu przez panią domu herbatę, opowiada różne ciekawości z okolicy.

Plotkarzem wszakże nie jest, nikogo nie obmawia, on wszystkich szanuje i wszystkich szczery przyjaciół. Jako człowiek już nie młody, żył głównie ze starszem pokoleniem okolicznej szlachty, z których wielu umarło, młodszych szanuje; ale to już nie jego panowie. Także miał swoich księży między proboszczami unickimi i łacińskimi, lecz Moskale ich powyganiali. To też wspominając niekiedy zmarłych i nieobecnych:

— Nie ma już moich panów i moich księży — mówi, ocierając łzę poczciwy żydzina. Jest także wielkim politykiem; będąc gdzie we dworze, pilnie dowiaduje się, co stoi na gazetach, a wszystkie zmiany na horyzoncie europejskim gorąco bierze do serca. Ma się rozumieć, patryotnik Moskali nie lubi, choć żyje z nimi w zgodzie, trzymając się przysłowia: Panu Bogu świeczkę, djabłu ożóg.

W czasie wojny prusko-francuzkiej, której przebiegiem nie wiadomo dlaczego nasi żydkowie tak silnie się interesowali i niepowodzenia Francuzów brali do serca; nikt bardziej od Moszka nie był kolejami walki zajęty; nikt pilniej od niego nie zbierał wiadomości, ani też większych nie budował nadziei. Było to jakoś zimą, w parę tygodni po wzięciu Metzu, Moszko przyszedszy do jednego dworu około Łomaz, zastał syna gospodarza domu z gazetą w ręku, naznaczającego szpilkami na mapie placu boju położenie obu armii.

— Co ślichać? proszę panicza, jak tam Francuzy? — zapytał.

— Doskonale — odrzekł tenże — pobili ogromnie Prusaków.

—Aj waj! — krzyknął uradowany Moszko — jak to buło; niech panicz będzie łaskawy psiecita.

Młody człowiek patrząc w gazetę, przeczytał następną depeszę, która, jak mówił, tam się znajdować miała.

—„Donoszą z Wersalu: „Armia francuzka wylądowała w Gdańsku i zdobyła trzy pruskie fortece: Bochnią, Wieliczkę i Drezno. Bazaine, znajdujący się w Dreźnie, przebrany za żyda z kramikiem — uciekł’.”

— Aj waj! aj waj! — krzyczał Moszko, tańcując z radości po pokoju — chwała Bogu! co tych Prusaków… zbili. Aj waj! Ny, ma szczęście ten Błazun, co uciekł; jemuby zaraz powiesili? prawda paniczu?

— Z pewnością — odrzekł młody człowiek. —Ale jemu złapi i powieszą; Moszko mówi, co jemu powieszą, bo to ganew, szwarc jur, zbójnik. Nu, nu, będzie teraz Prusakom. Jak to paniczu, Bochnią, Wieliczkę i. . . .

— I Drezno — podpowiedział młody człowiek — a wylądowali w Gdańsku.

— Tak, tak, wysiadli w Gdańskie, sy git — mówił Moszko.

— Ale niech panicz lepiej napisze, bo ja zapomnę. Ja zaraz wracam do Łomaz i prosto idę do ks. S., wun jeszcze nima gazete; jak jemu powiem, to wun się będzie cieszył, chyba mnie kieliszek wudkie da za to. Jako objaśnienie dodać należy, że Moszko był już nieco ciętym; pod wpływem więc szpagatówki radość z powodzeń francuzkich była jeszcze większą. Młody człowiek napisał przeczytaną depeszę, a Moszko łyknąwszy na drogę, poleciał do Łomaz. Ks. S., ówczesny proboszcz unicki w Łomazach, należał do rzędu księży, których Moszko nazywał swoimi; śpieszył zatem co prędzej podzielić się znim dobrą wiadomością. W kilka dni potem Moszko zjawił się znów w tym dworze.

— No cóż? — pytano go — bardzo się cieszył ksiądz S.? Dostałeś kieliszek wódki za depeszę?

— Aj wajl — odrzekł, krzywiąc się Moszko,— co panicz robi, co ja miał wstydu, to strach. Jak ksiądz przeczytał, tak śmieje się i mówi: Moszku, jaki ty głupi, toż to nie fortece i nie w Prusach te miasta. Ale jegomościuniu, ja mówię toż tak stało na gazetach. A ksiądz mówi: Aj, jaki ty głupi Moszku, tostrach; toż z ciebie kpią, a ty wierzysz. A tu przyszłapani i panny i wszystkie czytają i śmieją się iwołają: Moszku, jaki ty głupi! A mnie takie wstyd.Już ja teraz nic nie wierzę.

Takie i tym podobne figle, robione z Moszkiem, nie tylko go nie obrażają, ani humoru mu nie psują, ale także nie przeszkadzają politykować i nosić, jak dawniej, nowin po dworkach, które zawsze odwiedza jako prawdziwy przyjaciół.

– 6 –

Rozdział III

Wewnątrz miasta Łomaz panowało tradycyjne w czasie zimowych odwilży błoto. Choć dachy pokrywała gruba warstwa śniegu, na ulicach jednak utworzyła się gęsta, czarna masa, na przebycie której nielada siły i odwagi trzeba było. Na środku rynku w potworzonych jeziorach pluskały się gęsi i kaczki, a w rozrobionej zaś czarnej masie rozkoszowały się nierogate stworzenia. Parę rogatych i brodatych stało melancholijnie zadumanych; bo na całym obszarze rynku, ani nawet na bocznych ulicach nie było ani jednego włościańskiego wozu, z któregoby nieco słomy wyciągnąć można było, ani jednego konia z torbą na głowie, którą przegryzszy, dostałoby się nieco obroku na dodatek do podanej na śniadanie miotły.

Rowami, ciągnącemi się po obu stronach ulic, reprezentującemi rynsztoki i kanalizacyą miejską, płynęła z szumem woda ku wielkiej uciesze nie tylko gęsi i kaczek, ale – także młodych obywateli mojżeszowego wyznania, stawiających na niej młynki, lub spławiających kunsztownie z resztek gontów, przez tate wyrabianych, zbudowane tratwy i czółenka, ku pożytkowi zaś niewiast Izraela, mających pod ręką wodę do prania bielizny, mycia garnków i inne domowe potrzeby.

Pomimo że brzydka zimna pora i trudność w przebywaniu ulic nie zachęcały nikogo do porzucenia ciepłej chaty, jednak przed domem naznaczonym tablicą z dwugłowym orłem, gdzie mieściła się kancelaryja wójta gminy, stała spora gromada ludzi. Byli to mieszkańcy Łomaz, oczekujący przybycia naczelnika ziemskiej straży z Białej. Zbrojne apostolstwo bowiem przycichnąwszy nieco latem, znów z jesienią z nową siłą rozpoczęte, trwało bezustannie. Swiętojurca Gomela, który zajął w Łomazach miejsce wygnanego do Galicyji szanownego księdza Starkiewicza, niejednokrotuie skarżył się do władz o brak zupełny dochodów z parafiji.

Pogardzając odstępcą parafijanie, żadnych od niego posług religijnych nie żądali; cerkiew stała zawsze pustkami; to wszystko więc chciwemu popowi, zmuszonemu ograniczać się na samej tylko pensyi, bardzo się nie podobało. W skutek powtarzanych zatem skarg przybywał naczelnik zaprowadzić porządek. Epifan Iwanowicz Gubanjew, jeden z gorliwsżych apostołów schizmy na Podlasiu, niegdyś oficer piechoty, obecnie naczelnik straży ziemskiej z Biały, przewyższył gorliwością przełożonych i kolegów swoich i pozostanie na długo w pamięci wieśniaków. Łomazy były jednem z pierwszych pól popisu jego gorliwości, na którą bardzo wiele rozmaitych przyczyn się składało. Sławny pijak i karciarz, przez to wiecznie w długach i bez grosza przy duszy, musiał koniecznie szukać bocznych dochodów, bo pensyja nie wystarczała.

Żydzi za długi jej nie aresztowali, nie z braku chęci wprawdzie, lecz z obawy przed panem naczelnikiem, któryby tysiącznymi sposobami dokuczyć i zemścić się za to potrafił, tylko w dniu wypłaty topniała ona zwykle na zielonym stoliku. Grając zaś zwykle z równymi sobie, lub wyższymi nawet czynem, nie mógł grać na kredkę, przez to często bywał w ambarasie, nieraz nawet wielkim, mianowicie w środku kwartału. Do pensyi było daleko; żydki albo unikali spotkania z panem naczelnikiem, albo grzecznie odnawiali pożyczki, klnąc się na duszę, ciało, żony i bachory, że poniosszy wielkie straty w handlu, grosika nie mają przy duszy, pomimo więc najszczerszej chęci wygodzenia p. naczelnikowi, któremu lepiej, jak samym sobie wierzą, nic pożyczyć nie mogą.

Nie mając zaś takiego prawdziwie moskiewskiego sprytu w wynajdywaniu źródeł dochodu, jak jego kolega i przełożony naczelnik powiatu Aleszko, łapówek dostawał nie wiele, chciał zatem gorliwością w sprawie nawracania Unitów zasłużyć sobie nagratyfikacyą, lub orderek jaki, do którego by pensya przywiązaną była. Ściągane z Unitów kontrybucye, w których Aleszko dozwalał mu udziału, nie wystarczały. Jedna część z nich musiała iść do guberni, z drugiej partem leoninam zatrzymywał Aleszko, dopiero resztę dzielono między niego i paru urzędników z kancelaryi gubernatorskiej, których pomoc i dyskrecyja do tego geszeftu potrzebną była.

W dodatku gorliwością tą chciał zmyć ciążące na nim podejrzenie rządu i dawne pułkowe grzeszki. Jeszcze jako oficer, będąc nadzwyczaj liberalnych,nawet nihilistycznych przekonań, należał do spisku oficerskiego przed 1863 rokiem. Udział ten wykryto; choć więc się wykręcić potrafił, był zawsze padazritielen.

– 7 –

Mając styczność z kasą pułkową, potrzebując zaś wiecznie pieniędzy, nadruszył takową, co jeszcze byłoby niczem, w moskiewskim bowiem rządzie kradzieże rządowych pieniędzy są na porządku dziennym, ale wykryła się nadto jakaś gruba i brudna szacherka,
hańbiąca nawet moskiewskie szlify, do których bardzo wiele rzeczy przysycha, nie odbierając bynajmniej blasku.
Oddany pod sąd, usiłował zastrzelić się; nie dokazał tego jednak i tylko nieszkodliwie się skaleczył.

Wyleczono go; przy staraniach potrafił jakoś tę sprawę zatuszować; z pułku wszakże wystąpić musiał, bo groziło haniebne wypędzenie. Przeszedł więc do policyji i został naczelnikiem straży ziemskiej Bialskiego powiatu.
Tak więc były spiskowiec, liberał, stał się policyjentem, vulgo szpiegiem; te dwie, bowiem nazwy w Moskwie mają jedno znaczenie.
Pomimo to jednak, czasami przy kartach i kieliszku w gronie zaufanych, kiedy jedna i druga wypróżniona butelka posyła pod stół, Gubanjew odzywał się liberalnie. Przyznając się do gruzińskiego pochodzenia, wołał:
— Wa mnie wolnaja krow kipitl
Po wytrzeźwieniu się liberalne przekonania szły w kąt, wolna krew przestawała się burzyć, a pseudo Gruziniec i nihilista Gubanjew był tylko zwyczajnym strażnikiem, czyhającym na każde podejrzane słówko i robiącym donosy, aby pozyskać względy rządu i co zatem idzie,
orderek i gratyfikacją.

Wybrawszy się na misyją do Łomaz polecił wójtowi zebrać mieszczan przed kancelaryją, gdzie go też od kilku godzin oczekiwali. Choć był w mieście, nie pokazywał się jednak; zajechawszy bowiem do dowódzcy stojącej tu kozackiej bateryji, pokrzepiał się śniadaniem przed
rozpoczęciem apostolstwa, które miało przysporzyć dochodów popowi Gomele.

Rozdział IV.

W kwaterze pułkownika kozackiej bateryji gwarno było i wesoło. Prawie wszyscy oficerowie byli zebrani, gdyż mieli wraz z dowódzcą asystować przy czynnościach Gubanjewa i udzielać mu pomocy. Tymczasem zajadano smacznie i suszono liczne kieliszki.
– Nu para nam uże gaspada — odezwał się Gubanjew, kończąc kieliszek wina.
– Nie śpieszcie się jeszcze, Epifan Iwanowicz — rzekł pułkownik — jeszcze wcześnie; mieszczanie się pewnie jeszcze nie zebrali.
– To nie może być — odrzekł Gubanjew — kazałem im zgromadzić się na godzinę ósmą, a teraz już blizko jedenasta, muszą zatem być wszyscy.
– Wsio rawno, niech poczekają trochę — powiedział pułkownik — czort pobieri mużyków, a my możem jednę i drugą jeszcze butelkę wypić.
– Jabym był nie od tego — odrzekł Gubanjew — wolę przecież czas spędzać w miłem towarzystwie, jak męczyć się i objadać z tym przeklętym narodem. No szto diełat — służba, zresztą trzeba raz skończyć te przeklętą sprawę.
– To też jak się mużyki na zimnie wystoją, będą mięksi — rzekł pułkownik.
– Już ja i tak z tymi sukinsynami poradzę — mruknął Gubanjew — zaciskając pięść.
– Czy tylko pewni tego jesteście, Epifan Iwanowicz? — zapytał jeden z oficerów — mużyki twarde bestyje. nie łatwo ugiąć się dadzą.
– No już ja poradzę — bądźcie spokojni — odpowiedział Gubanjew.
– Czyby nie lepiej było — odezwał się drugi z oficerów, znany Kalinin — zarządzić egzekucyją? to środek może praktyczniejszy od innych, bo chłopu najciężej płacić.
To mówiąc, uśmiechnął się, przyszły mu bowiem na myśl dobre interesa, jakie robił na egzekucyjach. Z nich to potrafił sobie zebrać ładny kapitalik, kupić powóz i trójkę koni, nadto strojić żonę, na co by pensyja porucznikowska nie wystarczyła. Wieśniacy podlascy płacili suknie jedwabne i biżuteryje pani Kalininowej, jak również karty, konie, szampańsie i różne inne przyjemności panu.
– Egzekucyje na później — odrzekł Gubanjew — pierwej użyjemy innych środków.
Tymczasem służba nalała kieliszki, wzięto się do kończenia proponowanej przez pułkownika butelki, a gawędka przeskoczywszy na inne zupełnie pole, wybiła z głowy towarzystwu czekających mieszczan. Wtem wszedł kozak, meldując, że do p. naczelnika przyszedł wójt miejscowy.
– Niech wejdzie — rzekł Gubanjew.
Kozak wyszedł, a na jego miejsce ukazał się wójt łomazki Karpowicz, który oddawszy głęboki pokłon, pokornie zatrzymał się we drzwiach.

Był to tęgi wysoki chłop, z dużą czarną brodą, z fizyjognomii podobny do kacapa, które to podobieństwo zwiększało chytre, złośliwe spojrzenie. Karpowicz należał do tych nielicznych, którzy stawszy się wiernymi sługami caratu, ulegszy poprzednio obietnicom Moskwy, dopomagali jeszcze do ciemiężenia swojich. Renegat zawsze bywa najpodlejszą istotą, wstydząc się odstępstwa, mści się za nic na tych, co uczciwymi pozostali; chciałby prześladowaniem do tego samego ich skłonić, aby przez to siebie we własnych oczach usprawiedliwić.

– 8 –

Najsroższych zawsze mieliśmy prześladowców w zmoskwiczonych Polakach.Karpowicz należał do ich liczby; na szczęście niskie stanowisko, jakie zajmował, nie pozwalało mu robić wiele złego, starał się jednak, ile możności, najwięcej dokuczyć mieszkańcom rządzonej przez siebie gminy.

— Nu sztóż? — zapytał Gubanjew.

— Czy Wasze Wysoko Błahorodje — zapytał z ukłonem Karpowicz — każe jeszcze czekać mieszczanom, bo już chcą się rozchodzić

— Ach padlecy! — krzyknął Gubanjew — jak śmieją, kiedy kazałem czekać?

— Ja też to im powtarzam — odrzekł Karpowicz — ale oni mówią, że czekają od ósmej godziny, a tu blisko południe, więc nie chcą dłużej. — Sukinsyny ! — rzekł Gubanjew — którzyż to tak mówią?

— A już to ci, Wasze Wysoko Błahorodje — odpowiedział Karpowicz — co nie tylko sami najbardziej nieposłuszni Władzy, ale jeszcze innych podburzają.

— O wielu ich jest — odrzekł wójt — już ja na miejscu Waszemu Wysoko Błahorodje wszystkich wskażę. Ale same główne herszty to Teodor Derlukiewicz, Cydejko, Szatałowicz i kilku innych.

— Sukinsyny, ja im dam! — rzekł Gubanjew. Dwóch młodych oficerów kozackiej artyleryji, niedawno przybyłych z nad Donu, stało na boku, rozmawiając po cichu.

— Patrzno, jaka to podła fizyjognomija u tego wójta — szepnął jeden do drugiego.

— Perekińczyk zawsze padlecom — odszepnął tamten.

— Jabym dał jemu naprzód skosztować pletni, a kozakom przykazałbym, aby ręki nie żałowali — szepnął znów pierwszy.

— Oj warto — odszepnął drugi — sprawiedliwiej daleko wziąść jego pod pletnie, niż tych, których skarży; bo tamci ludzie porządni, a on padlec.

— Dziwię się, że Gubanjew go słucha — szepnął pierwszy. — Jabym łotrowi zęby wybił i za drzwi wyrzucił. Alboż Gubanjew lepszy — odrzekł drugi.

— Dla czegóż służy w ziemskiej straży? Powiedz, czy byś przeszedł z bateryji do policyji, nawet na wyższy stopień?

— Ma się rozumieć, że nie — rzekł pierwszy.

— Lepiej być smarowozem, albo chlebopiekiem, niż policyjantem.

— No, para uż gaspoda — odezwał się Gubanjew, wstając i biorąc czapkę.

— Czy pójdziesz? — zapytał pierwszy z młodszych oficerów kolegi.

— A to po co? — odrzekł zapytany — czy to tak przyjemnie patrzeć, jak mordować będą biednych ludzi! To rzecz takich Gubanjewów, nie moja, ja idę do domu.

— I ja z tobą — rzekł pierwszy — obejdzie się tam bez nas. Towarzystwo całe wyszedszy z kwatery pułkownika, ruszyło ku kancelaryji, z wyjątkiem tych dwóch oficerów, którzy odłączywszy się od reszty, skręcili w boczną uliczkę.

Rozdział V

Zbliżywszy się do kancelaryji, Gubanjew przyśpieszył kroku i wpadł w środek gromady mieszczan, oczekujących jego przybycia.

— Gdie Fiedor Derlukiewicz? etot buntowszczyk — zapytał.

— Jestem — odrzekł, występując wezwany.

— Ty sukinsyn, padlec! — wrzasnął ze wściekłością, przyskakując do niego Gubanjew.

— Czom nie chrestisz dietiej? — I nie czekając odpowiedzi, schwycił Derlukiewicza za brodę i zaczął bić po twarzy.

— Hej! bieritie jewo! — krzyknął na kozaków, których kilkunastu odkomenderowanych pod jego rozkazy stało z pletniami w pogotowiu. Rzucili się wezwani, porwano nieszczęśliwego, obalono na ziemię, a ściągnąwszy z niego ubranie, zaczęto na znak Gubanjewa siec. On tymczasem rzucił się na jakiegoś staruszka, stojącego na boku i zaczął go bić po twarzy.

— Ty sukinsyn! — wołał — czom nie chrestisz dietiej?

— Ależ ja nie mam małych dzieci, Wielmożny naczelniku — wołał bity, któremu krew się ustami rzuciła.

— Moji synowie dawno już żonaci, nie tylko pochrzczeni.

— Wriosz padlecl — wrzeszczał Gubanjew — uderzywszy jeszcze kilka razy starego, tak że się obalił, zaczął deptać obcasami po głowie.

— Hej, wójtl — krzyknął — zaraz zabrać mu dzieci i zanieść do cerkwi.

— Wasze Wysokobłahorodje — rzekł wójt, podstępując — on prawdę powiedział; małych dzieci nie ma. Starszy syn ma przeszło 40 lat, a młodszy 30.

— Tak — rzekł Gubanjew — odstępując od leżącego na ziemi pokrwawionego starca.

— Nu, aszibsia, paszoł won starik — dodał, kopiąc go nogą. Stary nie wstawał, kazał więc dwom strażnikom odnieść go do domu.

– 9 –

Derlukiewicza tymczasem bito; Gubanjew przyskoczył do niego i zapytał, czy ochrzci dzieci, lecz nie odbierając odpowiedzi, zaczął go kopać nogą, nakazując kozakom, aby lepiej ćwiczyli. Nahajki krajały ciało, krew płynęła strumieniem; wreszcie musiano zaprzestać egzekucyji, bo bity zemdlał, więc odniesiono go.

— Bieri etawo! — krzyknął Gubanjew, wskazując pierwszego z brzegu, którego kozacy pochwyciwszy, zaczęli siec. On zaś tymczasem rzucał się na mieszczan, szarpał za brody i włosy i bił po twarzach. Wreszcie zziajany, umęczony musiał się wstrzymać. Kozacy tymczasem wskazanego ćwiczyli.

— Etawo! krzyknął, wskazując innego i znów rozpoczęła się egzekucyja.

— Tego bijcie, dobrze — dodał wójt — to mój kum. Gubanjew nie mógł dostać na miejscu; lecz bolały go już ręce od kilkogodzinnego bicia; podniósł więc kamień ze ziemi i nim bił po twarzach i głowach stojących, nadto coraz to innego wskazywał kozakom do ćwiczenia. Lecz i bicie kamieniem zmęczyło go; stanął więc i dyszał. Kilkunastu oćwiczonych leżało bez zmysłów, Gubanjew znów wskazał nowego. — Nie żałujcie ręki i pletni — dodał wójt — to mój siostrzeniec.

— Ty kto takoj?! — krzyknął nagle Gubanjew na jednego z mieszczan.

— Cydejko — odrzekł tenże. — Ach ty sukinsyn! buntowszczyk! — wrzeszczał Gubanjew i rzucił się na niego trzymanym w ręku kamieniem.

Mieszczanin począł uciekać. Gubanjew porwał kawał cegły z ziemi i rzuciwszy za nim, ugodził go w plecy, następnie drugim kamieniem w głowę. Padł ugodzony, a ten przyskoczywszy do niego, zaczął deptać nogami i tłuc obcasami. Zadowolony wreszcie, zostawił okrwawionego Cydejkę i przyskoczył do innego, chcąc go w twarz uderzyć. Zmordowane jednak ręce odmówiły posłuszeństwa; chciał wymyślać, lecz zachrypł już nod ciągłego krzyku, schwycił go więc oburącz za włosy, a nachyliwszy raz i drugi, ukąsił w twarz.

Tymczasem ćwiczono ciągle. Pułkownik i oficerowie stali, patrząc z zadziwieniem na szaleństwa Gubanjewa. Pewne zakłopotanie malowało się w ich twarzach; nie spodziewali się przy czemś podobnym asystować i czuli, że część hańby tych postępków na nich, jako świadków, spływa. Pojmowali, że można było ćwiczyć nawet do śmierci, kiedy taki był rozkaz, lecz należało przecie zachować choć jakiekolwiek formy sprawiedliwości, pytać przecież pierwej o co, dać jakiś rozkaz, a dopiero nieposłusznych karać. Lecz kazać ćwiczyć pierwszego z brzegu, nie wiadomo za co i po co, brać interes rządowy, jeszcze taki, który go zupełnie nic obchodzić nie może, tak do serca; żeby aż samemu rzucać się na ludzi, nadto jak żak jakiś rzucać kamieniami lub kąsać, jak pies, to już za wiele.

Było to tak okropne poniżenie, sponiewieranie własnej godności, że nawet dla niewolniczych żołdaków moskiewskich zdawało się haniebnym.

— On wściekły albo szalony być musi — rzekł jeden z oficerów do drugiego.

— Kanieczno — odrzekł tamten — człowiek przy zdrowych zmysłach takby przecież nie dokazywał.

— Za wiele pił dziś rano u pułkownika — odezwał się trzeci.

— Nawet najwięcej upiwszy się, takby nic szalał — dodał czwarty — gdyby nie był wściekłym albo waryjatem,

— Bądź co bądź — odezwał się inny – będę wiedział teraz, że koło Epifana Iwanowicza niebezpiecznie, bo kusajetsia kak sobaka.

— Prawdziwie bieszennaja sobaka — mruknął pierwszy. Noc już się zbliżyła, dość było oćwiczonych, dość osobiście obił Gubanjew, kilku nawet pokąsał, nie stało kamieni do rzucania, zmęczony, zziajany, zachrypnięty, stanął i dyszał ciężko. Zbliżył się pułkownik.

— Epifan Iwanowicz — rzekł — dajcie już pokój dzisiaj, reszta na jutro, chodźmy lepiej na herbatę.

— Charaszo — odrzekł Gubanjew — rzeczywiście będzie już dość na dziś.

Paszli won padlecy — krzyknął na mieszczan — jutro o ósmej zebrać się znowu. Ty wójt, w dwie godzin ściągnąć po dziesięć rubli z dyma kontrybucyi i przynieść do mnie.

Wydawszy te rozkazy, odszedł z pułkownikiem i oficerami; mieszczanie także co prędzej zaczęli się rozchodzić.

– 10 –

Rozdział VI

— Fu kak umajałsia — rzekł Gubanjew, padszy na krzesło w kwaterze pułkownika, gdzie już czekała herbata i stoliki do kart.

— Wy bo to zanadto na seryo bierzecie — rzekł jeden z oficerów.

— Inaczej nie można — odrzekł Gubanjew — tych sukinsynów należy koniecznie przestraszyć.

— Ale czy to pomoże? — zapytał drugi.

— Zobaczycie, że pomoże — rzekł Gubanjew.

— No, dajmy temu pokój — odezwał się pułkownik,któremu rozmowa o widzianych niedawno scenach nie była przyjemną.

— Siadajmy lepiej do herbaty,a może zagramy w karty.

— Charaszo — zawołał Gubanjew, któremu się oczy na widok zielonego stolika zaiskrzyły.

— Ale czemuten bestja wójt nie przychodzi? — mruknął, dotykając pustej kieszeni.

Wtem wszedł dieńszczyk, meldując wójta; Gubanjew wybiegł do przedpokoju, gdzie tenże czekał.

— Oto kontrybucyja Wasze Wysokobłahorodje —rzekł z ukłonem Karpowicz, podając paczkę asygnat.

— Charaszo — rzekł Gubanjew — biorąc ją i chowając do kieszeni — ruszaj sobie.

— A kwitu Wasze Wysokobłahorodje nie da? —zapytał wójt.

— Nie potrzeba — odrzekł — paszoł won!  Wójt wyszedł, Gubanjew wesoły wrócił do pokoju i siadł za zielonym stolikiem, rzucając na karty wziętą kontrybucją. Grano do północy, popijając herbatę z rumem, którego dolewano sowicie, lecz szczęście jakoś niesłużyło Gubanjewowi i kontrybucyja przeszła w ręce kozackich oficerów.

Na drugi dzień w asystencyi strażników i kozaków stanął wśród zgromadzanych przed kancelaryją mieszczan.

— Na kalenja! — wrzasnął, rzucając się między nichi okładając pięścią, kogo dosięgnął.

— Stawtie ich na kalenja — krzyczał na Moskali. Wkrótce zmuszono wszystkich zebranych uklęknąć.

— Budiete chadit w cierkow sukinsyny!? — krzyczał.

Kilka nieśmiałych głosów odezwało się:

— Budiem.— Budiete chrestit dietiej? — wołał.

— Budiem — rzekło znów kilku.

— Budiete posłuszny naczalstwu?

— Budiem — odrzeknięto.

— Nu, pomnitie pawinowatsia — wrzeszczał Gubanjew, chodząc wśród klęczących i kopiąc niektórych nogami.

— Pomnitie pawinowatsia! bo ja wsiech was zasieku.

Z temi słowami wsiadł na bryczkę i odjechał do Biały. Dzikość Gubanjewa, ani też groźby jego nic wiele skutkowały; choć bowiem kilkoro dzieci ochrzczono, choć kilku słabszego ducha zaczęło uczęszczać do cerkwi, ogół jednak pozostał ten sam; kiedy zaśprzyszło do zbierania podpisów na schizmę, obmówiono ich.

Rozpoczęto egzekucyą wojskową w sposób dobrze Podlasianom znajomy, która kilka tygodni nieszczęśliwych mieszczan dręczyła. Zabierano zboże i inwentarze, ściągano kontrybucje, fantowano ich, wielu poszło dowięzienia, skąd następnie wysłano ich na Sybir. Kilkanaście rodzin do zupełnej nędzy przyprowadzono; nic to jednak nie pomogło; kilku zaledwie znalazło się słabszych, co dało podpisy. Gubanjew za gorliwość okazaną nie tylko w Łomazach, ale i innych wioskach Bialskiego powiatu, nie został tak wynagrodzonym jak się spodziewał.

Dostał wprawdzie jakiś orderek; ale niższego stopnia, przy którym pensyi żadnej nie było i tylko trzysta rubli gratyfikacyji, którą nadto tego samego dnia przegrał do urzędnika z biura gubernatora, co mu ją doręczył.
Strasznie więc był niekontent, choć z drugiej strony pocieszało go, że ostatecznie zatuszowano ową sprawę pułkową, co mu tyle kłopotu robiła.
Śmiano się z niego, że za uderzenie jedne w twarz nie dostał nawet całej półtory kopiejki, t. j. trzech groszy polskich, za taką więc zapłatę nie warto się było fatygować. Uczciwsi zaś Moskale dali mu przydomek: bieszennoj sobaki, tj, wściekłego psa.

Przeczytaj także: 

Parafia Rzymskokatolicka Św. Apostołów Piotra i Pawła w Łomazach – Romuald Szudejko

Historia Łomaz – Bolesław Górny

Dzieje Huszczy – Tadeusz Jeruzalski

Długosz o Łomazach

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna | 4 Comments »

Historia Łomaz – Bolesław Górny

Posted by tadeo w dniu 28 Wrzesień 2013

APC - 2013.09.29 14.30 - 001.3d

Już na początku wieku XV była tu niewielka wioska, którą Kazimierz Jagiellończyk w roku 1447 odłączył od starostwa parczewskiego, województwa lubelskiego i przyłączył do ziemi brzeskiej, a więc Litwy. Wywołało to niezadowolenie panów polskich w stosunku do króla i zarzuty, że król bardziej sprzyja Litwie, niż Koronie. Łomazy są pamiętne w naszych dziejach sejmowych, gdyż dostąpiły zaszczytu, że tu właśnie odbyły się dwa sejmy Polski i Litwy. Powody tego były następujące.

W roku 1451 król Kazimierz Jagiellończyk zwołał sejm Polaków i Litwinów do Parczewa. Na sejm ten jednak nie chciał przybyć żaden z Litwinów dopóki im glejt bezpieczeństwa nie będzie wydany. Król chcąc przełamać upór i nieufność Litwinów sam wyjechał z Parczewa do Łomaz i tu sprowadził z Brześcia posłów litewskich i namówił ich do zjechania się z Polakami w Brześciu. Podobnie było w roku 1464. Posłowie litewscy do Parczewa, a polscy do Brześcia nie chcieli się zebrać na wspólny sejm. Dlatego też zjechali się po pewnych targach posłowie tak polscy jak i litewscy w miesiącu listopadzie do Łomaz, gdzie odbywały się obrady. Z powodów wzajemnych niechęci zjazd nie dał spodziewanych nadziei w sprawie pogodzenia Korony i Litwy.

Specjalne zasługi dla Łomaz, gdy chodzi o ich rozbudowę, położył Mikołaj Radziwiłł, starosta brzeski, a późniejszy wojewoda wileński oraz marszałek i kanclerz wielki litewski, który otaczał Łomazy specjalną opieką i doprowadził je do znacznego wzrostu.
W roku 1568 otrzymały Łomazy, jako istniejące już wówczas miasto, od króla Zygmunta Augusta prawo magdeburskie oraz herb: wilczą głowę i orle nogi.

???????????????????????????????????????????

Mapa starostwa brzeskiego w końcu XV wieku.

W tym też roku otrzymały Łomazy, jako miasto królewskie, uwolnienie od wszelkich opłat i powinności do roku 1570, prawo do pobierania mostowego i targowego myta. Miasto otrzymało prawo do posiadania własnej miary, wagi, woskobojni i kramów oraz prawo do targów miejskich tygodniowych co niedziela i czwartek, a następnie jarmarków na św. Piotra i Wszystkich Świętych. Mieszczanie zostali zobowiązani do budowy mostu na gościńcu wileńskim, utrzymania grobli i mostów oraz wybudowania własnym kosztem ratusza.

Miasto było wówczas dość obszerne, gdyż jak podaje Dymitr Sapieha, rewizor królewski, w 1566 liczyło kilka ulic, z których należy wymienić: Brzeską, Wileńską, Międzyrzecką, Parczewską, Podręczną i Ku Mostowi. Były też w tym czasie Łomazy dość dużym osiedlem żydowskim, gdyż w pobliskiej Białej Radziwiłłowie wydali zakaz osiedlania się Żydów ponad ściśle określoną ilość.
W protokóle lustracji królewszczyzn z roku 1682 wymieniono, że w skład starostwa brzeskiego wchodziły m. in. dobra klucza łomaskiego z miastem Łomazy oraz wójtostwem ortelskim. Według inwentarza ekonomii brzeskiej z 1784 r. w mieście Łomazach znajdowały się: fara, cerkiew unicka i bożnica – poza innymi budynkami.

Pod Łomazami w r. 1769 zginął w bitwie konfederatów barskich z Moskalami Franciszek Pułaski, brat Kazimierza Pułaskiego.

Już w roku 1451 istniał w Łomazach kościół parafialny, który spłonął w r. 1657. Następny powstał w r. 1657, lecz również spłonął w r. 1783. W tymże roku ufundował w Łomazach kościół król Stanisław August Poniatowski, ale i ten spalił się w r. 1795. Wybudowany w roku 1852 kościół drewniany uległ kasacie w r. 1875 i został zamieniony na cerkiew. Obecny kościół murowany pod wezwaniem św. Piotra i Pawła powstał w latach 1906 -1911 kosztem parafian i staraniem księdza Antoniego Śliwińskiego.

APC - 2013.09.28 23.55 - 001.3d

W okresie walk religijnych, po roku 1863, Łomazy przechodziły kilkakrotnie prześladowanie za wiarę katolicką. Gdy władze rosyjskie wprowadziły rosyjskie kazania do cerkwi unickiej – lud w Łomazach ściągnął księdza z kazalnicy wołając: „ Tyś ksiądz rządowy, a nie nasz! Powiedz, ile ci Moskale zapłacili, my ci damy 10 razy więcej, byłeś był tylko naszym księdzem”.
Innym razem wyrzucono popa z plebanii i zamknięto cerkiew. Gdy wzywano na śledztwo – nikt z wezwanych nie zastosował się do polecenia władz, a ołtarzyście, który stanął do śledztwa, spalono dom, niedopuszczając do uratowania niczego.
Toteż przez dwa tygodnie w Łomazach trwało batożenie opornych rózgami i nahajkami kozackimi tak, że lała się krew. Musiano płacić wysokie kontrycucje, a 30 gospodarzy wywieziono do Rosji, gdzie większość skończyła swój żywot w więzieniu.

Około roku 1880 istniała w Łomazach większa fabryka świec oraz garbarnia. W roku 1863 Łomazy biorą czynny udział w powstaniu styczniowym. St. Zieliński w swym dziele p.t . „Boje i potyczki 1863 – 1864″ – podaje, że „ dnia 23 stycznia 1863 r. Aleksander Szaniawski wraz z ks. Nawrockim i Czapińskim wpadli w nocy na czele oddziału z 250 powstańców złożonym – do Łomaz. Ułani pułku smoleńskiego, którzy stali w sile 200 koni w miasteczku, nieprzygotowani, zostali tak nagle wśród ciemnej i dżdżystej nocy zaatakowani, że nie zdążywszy nawet osiodłać koni, zbiegli się na rynku. Tu powstańcy uderzyli na nich z kosami, co taki wśród jazdy popłoch wywołało, że pędem, w rozsypce wymknęła się z wymknęła się z miasta i uciekła do Międzyrzeca.

Szaniawski zabrał do niewoli wachmistrza i trzech żołnierzy, wziął rzędy na 70 koni oraz broń i amunicję.
Strat w ludziech nie było”. W dwudziestoleciu międzywojennym działał tu aktywnie ruch ludowy ZMW „Wici”. Podczas II wojny światowej Łomazy były ośrodkiem ruchu oporu.

Tak oto historię Łomaz opisał Bolesław Górny w „ Monografii Powiatu Bialskiego, Województwa Lubelskiego” (rozdział 7. Łomazy s. 65-67)

Przeczytaj także:

Długosz o Łomazach

Parafia Rzymskokatolicka Św. Apostołów Piotra i Pawła w Łomazach – Romuald Szudejko

Na Podlasiu – Obrazki z ostatnich czasów – skreślił nadbużanin (Gazeta Krakowska)

Dzieje Huszczy – Tadeusz Jeruzalski

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna | 4 Comments »

Sowieci 17 września 1939 roku we wspomnieniach

Posted by tadeo w dniu 17 Wrzesień 2013

Rosja agresja wrzesien 17 marsz

17 września granice Polski przekroczyła Armia Czerwona. – Nie spodziewaliśmy się uderzenia ze wschodu – przyznaje Skolimowski. Sowieci w Białej Podlaskiej pojawili się kilka dni później. – Zaczęli od dokładnego rabowania. Wywozili zboże z koszar, a ponieważ mieli straszne samochody, to gubili to, co zabrali. Droga cała była pokryta zbożem – przywołuje obrazy sprzed lat.

– Byłem bardzo ciekawskim dzieckiem, zaglądałem, gdzie się dało – przyznaje Sidorczuk z Międzyrzeca. – Zawsze zastanawiałem się, dlaczego w mieście najpierw pojawili się Rosjanie, skoro to Niemcy napadli na Polskę. To było już po 20 września. Od strony Sitna szła cała chmara Rosjan. Mieli wozy konne – wspomina. Nie mógł się wówczas oprzeć pokusie, żeby nie zajrzeć do tych wozów. – I co zobaczyłem? Że te ich niby armaty, to tak naprawdę drągi z lasu owinięte płótnem. Pamiętam, że mieli brezentowe cholewy na nogach, ale ślady zostawiali jak niedźwiedzie. Czemu? Palce odbijały się na ziemi, bo w butach nie było podeszwy – mówi Sidorczuk. Pamięta, że nieśli karabiny na sznurkach, a ubrani byli w długie płaszcze do kostek. Do pasa mieli przyczepiony kociołek, do którego wrzucali ziemniaki z łupinami, dolewali wody i podgrzewali to sobie nad ogniskiem. – Moja babcia dobrze mówiła po rosyjsku. Spytała ich, dokąd idą. Odpowiedzieli, że na Warszawę „połubić pamieszczika”. A pamieszczik to ten, co miał białe ręce, i takiego trzeba było pod ścianą postawić – wyjaśnia.

– Tacy byli – potwierdza Andrzej Kamiński z Motwicy w gminie Sosnówka. – Kiedy przyjechali do wsi i wyszedł do nich organista, nie chcieli z nim gadać, dopóki nie zdjął krawatu – opowiada. 
Kilka dni później Sowieci pojawili się też w Radzyniu Podlaskim. – Oddział ten nie stacjonował w mieście, a udał się w kierunku Łukowa. Pamiętam, że dołączyło do nich część młodych Żydów – podkreśla Borysiewicz. Także mieszkańcy Białej Podlaskiej pamiętają, jak głównie młodsi Żydzi zrobili Sowietom uroczystą bramę powitalną i wychodzili do nich z czerwonymi opaskami na ramionach. – Polacy z niechęcią wówczas patrzyli na zachowanie Żydów – przyznaje Jan Łukijańczuk. 

Sowietów, już z późniejszego czasu, pamięta Alina Sadownik. – Byli strasznie głodni, wychudzeni i byle jak ubrani. Jak się na nich patrzyło, ciężko było odmówić czegoś do jedzenia. Byli brudni, biedni, zmarznięci. Którejś zimy przyszedł do nas taki jeden Rosjanin. Pamiętam, że było wtedy strasznie zimno, a on miał rozpruty but, a w nim pełno śniegu. Kiedy mama dała mu coś do jedzenia, ojciec przy piecu wysuszył mu ten but i naprawił dziurę. Następnej zimy Ruscy przyszli do nas z karabinami i zaczęli krzyczeć, żeby ojciec oddał im swoją broń. Myśleli, że jak wrócił z wojny, to musi mieć karabin. Nie zapomnę do końca życia, jak nam grozili, że zaraz nas zastrzelą. Naprawdę myślałam, że za chwilę to zrobią. Ale w tym momencie weszło do domu chyba jeszcze ze dwóch Rosjan. Jeden z nich spojrzał na mojego ojca i do tego, co nas straszył, powiedział: „Idti, nie strielaj! Eto charoszij czieławiek”. Tata w pierwszej chwili go nie poznał, ale zaraz się okazało, że był to ten sam, któremu mój ojciec naprawił buta – opowiada ze wzruszeniem pani Alina. – Od tamtej pory Rosjanie nas nie nękali.

Przeczytaj także: 17 września 1939 – mogło być inaczej

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Wspomnienia | Leave a Comment »

Konstantynów: Kładka Gnojno – Niemirów już za rok

Posted by tadeo w dniu 25 Sierpień 2013

smallNa początku czerwca komisja konkursowa powołana przez Urząd Gminy w Mielniku wybrała koncepcję kładki pieszo – rowerowej przez Bug usytuowanej w Niemirowie. Po wybudowaniu połączy Niemirów z Gnojnem po naszej stronie. Ucieszy to mieszkańców gminy Mielnik i Konstantynów. Będzie to najdłuższa tego typu konstrukcja wstęgowa w Polsce. Trwa opracowanie dokumentacji budowlanej, uzyskanie zgody budowlanej i przygotowania do przetargu. Wiosną 2014 r. powinny rozpocząć się prace budowlane. Kładka powinna zostać otwarta na jesień przyszłego roku. Koszt inwestycji to ponad 6.8 mln zł.

a415 maja 2013 r. upłynął termin składania ofert do konkursu na opracowanie koncepcji architektoniczno – technicznej kładki pieszo – rowerowej przez rzekę Bug, w miejscowościach Niemirów – Gnojno. Jego przedmiotem było opracowanie koncepcji ww. kładki, wraz z zagospodarowaniem terenu bezpośrednio do niej przylegającego oraz połączenia ciągiem ścieżek rowerowych w granicach opracowania konkursowego. Ostatecznie do konkursu wpłynęło 21 zgłoszeń. 9 z nich zostało odrzuconych już na samym początku, ze względu na niespełnianie warunków zawartych w opisie Konkursu. Z pozostałych 12-stu, do ostatniego etapu konkursu zostało wybranych 10 projektów. – Celem członków sądu konkursowego było wybranie projektu kładki, która zwiększy atrakcyjność turystyczną Gmin: Mielnik i Konstantynów, ułatwi życie okolicznym mieszkańcom, a zarazem będzie obiektem funkcjonalnym, trwałym, niepowtarzalny i dopasowany do otoczenia – mówią dziś wójtowie: Adam Tobota (Mielnik) iRomuald Murawski (Konstantynów).

a2W trakcie burzliwych obrad członkowie jury oceniali projekty biorąc pod uwagę kryteria: techniczno-konstrukcyjne – rozwiązania zaproponowane w projektach, miały gwarantować bezpieczeństwo użytkowników i żeglugi, ekonomiczne funkcjonowanie, niezawodność, być dostosowane do ruchu pieszych, jak również zapewniać swobodny dostęp rowerzystom i sporadycznie samochodom, takim jak pojazdy operacyjne policji, pogotowia ratunkowego, etc., zapewniać także ekonomiczne funkcjonowanie. Spełnienie tego kryterium w 50% decydowało o
całości oceny danego projektu oryginalność i walory estetyczne – przy ocenianiu projektów pod kątem estetyczności, członkowie sądy konkursowego zwracali szczególną uwagę na spójność zaproponowanych rozwiązań projektowych, z istniejącym krajobrazem.

a3W konkursowych zgłoszeniach istotne były również kwestie finansowe, stąd też wymagane było przedstawienie kompletnego kosztorysu na kwotę zbliżoną do rynkowej ceny jej wykonania. Inwestor, czyli Gmina Mielnik, na budowę kładki ma zabezpieczone 7 milionów zł. Przewodniczącym sądu konkursowego był znany autorytet w branży mostowej Marek Łagoda.

Dane techniczne powstającego obiektu:
Rozpiętość przęseł: 91 m + 135 m + 91 m
Długość kładki (z przyczółkami) – 317.45 m
Światło kładki – 310 m
Szerokość pomostu 4.3 m (6.2 m nad pylonami)
Szerokość użytkowa 3.5 m (5.5 m nad podporami w miejscach widokowych)

Kładka zostanie specjalnie oświetlona. Oświetlenie wyposażone zostanie w sterowanie automatyczne iluminacji kładki oraz oświetlenie trasy pieszo – rowerowej z czujnikiem zmierzchu.

Na 6 mln 822 tysiące zł opiewa kosztorys kładki Niemirów – Gnojno 
Mielnik na ten rok ma wpisane 4,3% wartości inwestycyjnej z prawie 7 milionów zł. Nadal prowadzone będą negocjacje cenowe. Realizacja przeprawy prowadzona będzie poprzez zamówienie w trybie ustawy PZP, tzw. „zamówienie z wolnej ręki” i muszą się odbyć negocjacje. Jeśli wykonawca nie obniży ceny, istnieje możliwość i prawo do normalnego przetargu nieograniczonego, czyli szukania potencjalnego wykonawcy na rynku ogólnopolskim i europejskim.

Ideą jest zakończenie wszelkich prac, uzyskanie decyzji i pozwoleń potrzebnych do realizacji przedsięwzięcia, do końca 2013 r. i jak najszybsze wyłonienie wykonawcy projektu. Daje to możliwość rozpoczęcia budowy kładki już w 2014 r. Budowa kładki pieszo – rowerowej Niemirów – Gnojno jest współfinansowana ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego, w ramach Programu Operacyjnego Rozwój Polski Wschodniej na lata 2007-2013. Jest ona również częścią projektu pn. „Trasy rowerowe w Polsce Wschodniej – Województwo Podlaskie”, realizowanego w ramach działania V.2 „Trasy rowerowe”, Oś priorytetowa V „Zrównoważony rozwój potencjału turystyczne go opartego o warunki naturalne” Programu Operacyjnego Rozwój Polski Wschodniej.

WIĘCEJ O KŁADCE NA BUGU NIEMIRÓW – GNOJNO w BIULETYNIE INFORMACYJNYM GMINY MIELNIK – LINK

http://radiobiper.info/2013/08/22/konstantynow-kladka-gnojno-niemirow-juz-za-rok/

Posted in Moja mała Ojczyzna | Leave a Comment »

Kodeń Sapiehów: jego kościoły i starożytny obraz Matki Boskiej Gwadalupeńskiej (de Guadalupe)

Posted by tadeo w dniu 28 Maj 2013

APC - 2013.05.28 17.31 - 001.3d

http://bbc.mbp.org.pl/dlibra/docmetadata?id=22&from=pubstats

Przeczytaj także:

Błogosławiona wina – Zofia Kossak

Posted in Historia, Książki (e-book), Moja mała Ojczyzna | 1 Comment »

Studzianka

Posted by tadeo w dniu 26 Maj 2013

Meczet  w Studziance przed 1915 r

Miejscowość położona jest na południe od Białej Podlaskiej nad rzeką Zielawą. W przeszłości tędy przebiegał trakt z Krakowa przez Piszczac i Brześć do Wilna. To dawna królewska wieś, od XVII wieku zamieszkana przez Tatarów za sprawą króla Jana III Sobieskiego. Za zaległy żołd i wybitne zasługi dla I Rzeczpospolitej darował Tatarom ziemie. Jeszcze w 1915 roku we wsi był meczet lecz został spalony przez wycofujących się Kozaków. Obecnie w tym miejscu stoi szkoła.
Po Tatarach pozostał jedynie mizar. Jest on oddalony od wsi, zadrzewiony i prowadzi do niego droga polna. Zachowały się liczne nagrobki z napisami w języku arabskim z wyrytymi półksiężycami. Znajdują się tu groby rodu Azulewiczów, którzy od pokoleń byli żołnierzami I Rzeczpospolitej. Również Abramowiczów, Bielaków i wielu innych wybitnych polskich Tatarów. W 2005 roku po raz pierwszy odbył się w Studziance festyn przypominający tatarską przeszłość wsi. Warto odwiedzić tę miejscowość w poszukiwaniu śladów Tatarów na Podlasiu Południowym.

Przeczytaj także: ZARYS DZIEJÓW MIEJSCOWOŚCI STUDZIANKA

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna | 3 Comments »

Kościeniewicze

Posted by tadeo w dniu 26 Maj 2013

W XVII wieku Lew Sapieha nabył wójtostwo królewskie Ortel ze wsiami Lubenka, Kościenków ( później Kościeniewicze ) i Kniaziami ( Koszoły ). Nazwa „Kościeniewicze” pochodzi od sformułowania „koście nie wiadomo czyje”;, co znajduje uzasadnienie w pamiątkowym kurhanie usypanym po I wojnie światowej ze szczątków bohaterskich polskich żołnierzy, poległych podczas I wojny światowej.

W 1761 r. należały Kościeniewicze do Stefana Rusieckiego. Potem właścicielem był Ignacy Oziembłowski, następnie jego córka Aniela, która wyszła za mąż za Marcina Chociszewskiego. W 1783 r. wieś jest własnością Kunegundy z Józefowiczów i Józefa Bielaka.

W 1795 r. syn Józefa Salomon Bielak otrzymał połowę majątku Kościeniewicze. Resztę majątku odłączono na rzecz probostwa (65 włók). W 1829 r. Bielak wydzierżawią majątek Mariannie z Jeziorkowskich Wykowskiej. W 1842 r. wydziela z północy części swego majątku nowy folwark i nazywa go Nowa Wieś, albo Zagościniec (274 morgi). W 1872 r. majątek zostaje sprzedany Janowi Ługowskiemu szlachcicowi z Tucznej.

W 1878 r. gmina Kościeniewicze liczyła 3.113 mieszkańców i 13. 927 morgów ziemi. Gmina ta obejmowała wioski: Bokinka Królewska, Dąbrowica Duża i Mała, Janówka, Kościeniewicze, Mańkowice, Ortel Królewski, Wiski, Wyczółki, Wólka Kościeniewicka i Zagościniec. W ostatnich latach XIX w. działalność polityczną prowadził Stefan Bielak, syn Macieja, ur. w Kościeniewiczach w 1868 r. Zajmował się kolportażem nielegalnej pracy m.in. Robotnika) współpracował z Józefem Piłsudskim. W 1897 r. Rosjanie wywieźli go w głąb Rosji, gdzie umarł. Na pamięć zasługuje także Karol Raczyński, który w okresie prześladowań po powstaniu styczniowym udzielał schronienia księdzu katolickiemu, aby pod osłoną nocy mógł odprawiać Mszę Świętą i udzielać Sakramentów prześladowanym mieszkańcom wsi Kościeniewicz i okolic.
Parafia Kościeniewicze.

Kościółek Unicki ( 1673 -1682 ) w Kościeniewiczach został ufundowany przez Annę z Szujskich – Rusiecką, dziedziczkę Kościeniewicz. Była to cerkiew p.w. św. Eliasza. W 1872 r. cerkiew została zamknięta i pozostawiona bez opieki. Po 1918 r. była kościołem filialnym parafii Piszczac. W 1922r cerkiew została wyświęcona na kościół, parafia Kościeniewicze została erygowana ponownie w 1930 r. przez biskupa podlaskiego Henryka Przeździeckiego.
Zagościniec.

W 1867 r. Kajetan Sadowski, właściciel majątku w Zalutyniu, wydał za mąż córkę Emilię za Jana Ługowskiego, szlachcica z Tucznej. Swemu zięciowi pomógł odkupić od Macieja Bielaka, za 5.850 rubli, leżący obecnie w granicach Kościeniewicz folwark Zagościniec.

Drewniany dwór wzniesiono w 1870 r. Na wschód od dworu znajdowała się część gospodarcza: czworak, wozownia, stajnia, obora, spichrz, stodoła i budynek inwentarski.
Przed frontem dworu urządzono eliptyczny podjazd obsadzony drzewami. Za dworem rozciągał się sad.

Na początku lat 1970 całe gospodarstwo przejęła Barbara Wroczyńska, która usiłuje przywrócić założeniu, przynajmniej częściowo, charakter, jaki posiadało ono w czasach jej pradziadów

Dziękuję Piotrowi Buczyńskiemu za pomoc w opracowaniu tematu.

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna | 2 Comments »

Historia rodziny Telechoń

Posted by tadeo w dniu 22 Luty 2013

   IMG043

Mój pradziadek nazywał się Jan Telehuj urodził się około 1837 roku, był podlaskim Unitą, mieszkał we wsi Żminne gmina Suchowola pow. Radzyń Podlaski. Za odmowę przyjęcia wiary prawosławnej około 1875 roku został aresztowany i osadzony w siedleckim więzieniu skąd wraz z innymi opornymi został wywieziony do chersońskiej guberni w Rosji gdzie przebywał pod nazwiskiem Jan Teleguj. W 1887 roku aresztowano jego całą rodzinę tj. żonę Helenę z Mirończuków,  jego sześciu synów: Ignacego, Teodora, Andrzeja, Grzegorza, Sylwestra, Mikołaja oraz córkę Katarzynę. Wszystkich wywieziono do orenburskiej guberni do wsi Buterska w gminie Iwankowa powiat Czelabińsk.  Pozostawioną  w Polsce ziemię, budynki gospodarcze z wyposażeniem, oraz cały inwentarz przekazano prawosławnemu ławnikowi Klimowi Romaniukowi w nagrodę za prześladowanie Unitów. 

Z biegiem lat synowie jak i córka zakładają swoje rodziny: Ignacy żeni się z Heleną Zaniewicz i zamieszkuje w mieście Czelabińsk  w którym Ignacy pracuje na kolei, Mój dziadek Teodor żeni się z Apolonią Osikowską wnuczką Unity Antoniego Morgunowicza wywiezionego w 1874 roku z miasteczka Łomazy i zamieszkują w miasteczku Złotoust, Katarzyna wychodzi za mąż za Ludwika Zaniewicza wywiezionego ze wsi Łubenka w parafii Łomazy jest on synem Stefana, Andrzej żeni się z Józefą Rudewicz, Sylwester żeni się  z Teklą Bartoszuk córką Unity Józefa Bartoszuka  wywieziono ich ze wsi Krzewica parafii Międzyrzec powiat Radzyń Podlaski,  zamieszkują po ślubie w mieście Czelabińsk, Mikołaj żeni się z Marianną Marczuk córką Unity ze wsi Horodyszcze gmina Wisznice, zaś syn Grzegorz zaginął w Syberii. Rodzina Teleonów (Teleguj) przebywała na wygnaniu trzydzieści siedem lat,.

Powrotu do kraju nie doczekali się gdyż zmarli na wygnaniu: Jan z żoną Heleną ich syn Teodor z żoną Apolonią, syn Grzegorz który zginął, nowo narodzone dzieci: Jan Teleguj syn Ignacego i Heleny z Zaniewiczów, Konstantyn Teleguj syn Sylwestra i Tekli  z Bartoszuków, Julian Teleguj syn Mikołaja i Marianny z Marczuków. Na stałe  w Rosji pozostała najstarsza córka Sylwestra i Tekli, Maria która wyszła za mąż za Jurija Gach. Mój Tata Edward Teleon syn Teodora i Apoloni do kraju wrócił w 1922 jako sierota mając 12lat. Do kraju wróciło takgże jego czterech stryjów i stryjenka Katarzyna z rodzinami.

Informuję, że obecnie z kuzynem opracowujemy bardziej szczegółową historię rodziny Teleonów. Podczas kompletowania materiałów do opisu losów naszej rodziny, szczególnie podkreślony jest  wątek ” męczeństwa unitów na Podlasiu”. Posiadamy dokumenty, zdjęcia i przedmioty świadczące o pobycie naszych przodków na zesłaniu za wiarę w Czelabińsku w Rosji. Prosimy osoby, którym ten temat jest bliski, lub potomków zesłańców za wiarę unicką a których dziadkowie lub rodzice powrócili do Polski o kontakt celem wymiany informacji.  Może ktoś jest zainteresowany historią Listów Unickich z Guberni Orenburskiej, pisanych do ks. Chodkowskiego, które w roku 1893 w części opublikował w swoich książkach. Wiem gdzie znajdują rękopisy Jest ponad 1000 stron listów, które uważam, że mogą dużo wnieść do historii Męczeństwa Podlaskich Unitów.

Osoby zainteresowane proszę o kontakt e-mail:  teleon.andrzej@gazeta.pl

Serdecznie pozdrawiam
Andrzej Teleon

Przeczytaj także: 

Dzieje Parafii Greckokatolickiej w Parczewie – Andrzej Teleon

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Unici, Wspomnienia | 3 Comments »

„Męczeńskie Podlasie” w wybranych utworach literatury polskiej na przełomie XIX i XX wieku

Posted by tadeo w dniu 24 Styczeń 2013

APC - 2013.01.24 16.51 - 001.3d

„Męczeńskie Podlasie” w wybranych utworach literatury polskiej na przełomie XIX i XX wieku.pdf

Przeczytaj także: 

Z ziemi chełmskiej – Władysław Reymont

Do swego Boga – Stefan Żeromski

Unia Brzeska i Unici w Krolestwie Polskim – Dylagowa.pdf

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Unici | 2 Comments »

Podsumowania sezonu rowerowego 2012 w BKR

Posted by tadeo w dniu 15 Styczeń 2013

 Podsumowania sezonu rowerowego 2012 w Bialskim Klubie Rowerowym! Podróż w niedaleką przeszłość, ponowne przeżywanie przygód! To był sezon! Nowe przygody, nowe przyjaźnie, nowe wyzwania! To coś więcej niż przejażdżki rowerowe!

Posted in Moja mała Ojczyzna, Pielgrzymki rowerowe | Leave a Comment »

Maria Konopnicka

Posted by tadeo w dniu 16 Listopad 2012

..Pratulinie! Drelowie! Włodawo! Łomazy!
Stoicie wy mi w oczach jako męczeństw
obrazy,
Wy, których jęk ostatni słyszan był aż w
Rzymie ….
Z czcią i z boleścią wasze kładę tutaj imię.
…Tak pątnik, na którego czeka długa droga,
Klęka u chaty swojej lipowego proga,
Schyla głowę i duchem przywołuje ciszy
Imiona drogie ojców, braci, towarzyszy,
I zawiesza na piersiach święcone szkaplerze,
I krzyż kładzie na czole i kij pątny bierze.

Maria Konopnicka

Posted in Moja mała Ojczyzna, Wiersze | Leave a Comment »

Krwawe łzy unitów polskich – Teodor Jeske-Choiński (1919)

Posted by tadeo w dniu 18 Październik 2012

Plik:Krwawe łzy unitów polskich 005.jpg

http://pl.wikisource.org/wiki/Krwawe_%C5%82zy_unit%C3%B3w_polskich

Księgarnia Krajowa K. Prószyńskiego
w Warszawie,

ulica Warecka, liczba domu 12.


1919.

I.
W tysiąc lat po narodzeniu Pana Jezusa patrjarchowie greccy, mieszkający w Konstantynopolu, doprowadzili do rozbicia jedności Kościoła chrześćjańskiego. Przestali oni uważać papieża za swego zwierzchnika i pociągnęli za sobą większą część podległych sobie chrześćjan. W ten sposób jedyny przedtém Kościół chrześćjański rozpadł się na dwa Kościoły: Zachodni czyli Rzymski, którego zwierzchnikiem jest papież, i Wschodni czyli Grecki, któremu przewodzi patrjarcha mieszkający w Konstantynopolu. Takie rozbicie jedności Kościoła CHrystusowego bolało wszystkich zacnych chrześćjan, więc też od dawna szukali oni sposobu na to, aby znów jedność nastała. Jakoż w roku 1439, na zjeździe biskupów w mieście Florencji we Włoszech, część greckich katolików połączyła się z Kościołem rzymsko-katolickim. Takie same połączenie, nazwane z łacińska uńją nastąpiło w Polsce w roku 1596, na zjeździe w Brześciu-Litewskim.
Odtąd też katolicy rusińscy żyli już w zgodzie z katolikami polskimi i uważali się wszyscy za jedną rodzinę. Gdy naprzykład zabrakło w jakiéj wsi księdza polskiego, wyręczał go ksiądz unicki, słuchał spowiedzi, chrzcił dzieci, dawał śluby małżeńskie i grzebał umarłych. To samo działo się w cerkwiach unickich. Księdza unickiego zastępował tam nieraz ksiądz polski. Nie było więc różnicy między „łacinnikami“ a „unitami“. Unita chodził za procesjami łacińskiemi, nosił chorągwie, odmawiał po polsku modlitwy i słuchał polskich kazań. Nikt też w Polsce nie prześladował unitów, bo też i nie miał za co.
Aliści Polska utraciła wolność i znaczna jéj część wraz z całą Litwą i Rusią zabrali pod swe panowanie Rossjanie. Wnet też zaczęli oni prześladować unitów, a najpierw na Litwie i Rusi. Długo Rossjanie pastwili się tam nad unitami, aż wkońcu doprowadzili do zniesienia uńji i wszystkich unitów na Litwie i Rusi przyłączyli przemocą lub podstępem do cerkwi prawosławnéj. Nie ruszali jednak jeszcze wtedy tych unitów, którzy mieszkali na Podlasiu i w ziemi Chełmskié. Tam unici żyli sobie spokojnie i szczęśliwie aż do roku 1865.
Aż nagle i na nich spadł niespodziewany, okrutny grom, usiłujący ich rozbić na strzępy. Za co, na co? Niczém nie zgrzeszyli, byli bogobojnymi katolikami i uczciwymi, pracowitymi ludźmi. Komuż to przyszło do głowy kopać, bić, obdzierać z mienia, wysyłać na Sybir, zabijać wkońcu niewinnych, szlachetnych ludzi? Przecież nie Polakom; Rossjanie-to zaczęli znęcać się nad nimi, bo chcieli ich zmusić do zrzucenia z siebie, ze swojego sumienia, wiary przodków i do przejścia na prawosłaẃje.
To nierozumne i nieuczciwe odrywanie unitów od wiary ich przodków, od Kościoła katolickiego, od Ojca Świętego czyli papieża, wymyślił rossyjski książę Czerkaski, z pochodzenia Tatar. Będąc władcą nad wszystkiemi sprawami duchownemi w mocarstwie rossyjskiém miał możność wykonać swe niecne zamiary. Nie o dusze unitów szło mu, jéno o zdobycie gorliwością na urzędzie łaski cesarza, który obsypywał chętnie wierne swoje sługi orderami, godnościami i pieniędzmi, albo majątkami ziemskimi, zwanemi „majoratami“.
W nieuczciwej robocie Czerkaskiemu służyła gromada podrzędnych urzędników, chudopachołków, którzy po powstaniu w roku 1863 rzucili się łapczywie na Polskę i Litwę, aby się u nas dobrze obłowić. Gromadzie téj zdawało się, że unici pójdą za jéj rozkazami bez oporu, że poddadzą się jéj rozporządzeniom z pokorą, jak stado wystraszonych owiec.
Omylili się… Unici podlascy, szczerzy katolicy i Polacy, stanęli murem i bronili po bohatersku, jak dawni męczennicy chrześćjańscy z czasów cesarstwa Rzymskiego, swojéj wiary i narodowości. Czerkaski, zmiarkowawszy, że przecenił swe siły, że go unici polscy nie słuchają, że robią to, co uważają za swój obowiązek, postanowił nastraszyć ich prześladowaniem biskupów. Arcybiskupa warszawskiego księdza Felińskiego, jednego z najlepszych najszlachetniejszych kapłanów polskich, pozbawił władzy nad owczarnią katolicką i kazał go wywieźć na wygnanie do Jarosławia w Rossji. To samo stało się z jego następcą, biskupem Rzewuskim; wysłano go do Astrachania.
Księdzu Szymańskiemu, biskupowi djecezji Podlaskiéj, zabronił Czerkaski odwiedzać parafję unicką, bo unici witali biskupów łacińskich z taką samą radością, z jaką witali swego biskupa unickiego mieszkającego w Chełmie. Uważali się za takich samych katolików, jak katolicy łacińscy.
Ale nie dość było Czerkaskiemu prześladowania biskupów. Obawiając się działalnoności[1] kapłanów naszych, pozamykał klasztory męzkie i żeńskie i zagarnął dobra, majątki, należące do klasztorów i seminarjum duchownych; przerabiał kościoły katolickie na cerkwie prawosławne i osadzał przy nich prawosławnych popów; zniósł w roku 1867 katedrę biskupią w Janowie podlaskim i nakazał biskupowi Szymańskiemu mieszkać w Łomży. Poniewierki téj nie mógł znieść sędziwy książę Kościoła. Podłość Czerkaskiego zabiła go; umarł rozżalony.
Pozbywszy się biskupów i zakonników, wziął się Czerkaski do proboszczów świeckich. Zakazał im chrzcić dzieci unickie, słuchać ich ojców i matek spowiedzi, zaślubiać pary małżeńskie, chować umarłych unitów na cmentarzach katolickich. Księży odważnych, którzy nie chcieli słuchać jego rozkazów i zakazów, karał pieniężnie, więzieniem, albo nawet wygnaniem na Syberję.
Ostro bez litości obchodził się Czerkaski z duchowieństwem łacińskim, a do unickiego zbliżał się z obłudnę grzecznością szczwanego lisa. Wmawiał w księży unickich, że, jako Rusini, są braćmi Rossjan, że powinni być ich przyjaciółmi i pozbyć się swej wiary i połączenia z katolikami. I wmawiał w nich, że kięża polscy szkodzą im, bo odrywają ich od braci prawosławnych, a zlewają z Polakami.
Nie udawała mu się jednak sztuka dopóty, dopóki biskup unicki ksiądz Kaliński, bogobojny, prawy, wielkoduszny starzec czuwał nad swą owczarnią. Deremnie[2] kusił Czerkaski biskupa pieniędzmi, podsuwając mu 10 tysięcy rubli. Biskup Kaliński nie dał się otumanić pozostał katolikiem unitą i Polakiem, choć za tę odwagę zapłacił gorzko. Czerkaski kazał go wywieźć dnia 21 września 1866 roku, aż do Wiatki za Wołgę. Tam biskup Kaliński zastał już drugiego męczennika, wileńskiego biskupa, księdza Adama Krasińskiego. Jak nikczemne wysłanie zabiło biskupa Szymańskiego, tak zabiło także biskupa Kalińskiego. Obaj byli męczennikami za wiarę katolicką.
Usunąwszy z placu boją głównych obrońców wiary katolickich, Czerkaski uczynił biskupem unickim w Chełmskiém Wójcickiego, człowieka znanego z podłości, i sprowadził z Galicji, z pod panowania Austrji, gromadę księży unickich chciwych na pieniądze i sprzedawczyków, wrogich Polakom i Polsce. Czerkaski rozdał im najlepsze probostwa na Podlasiu i w ziemi Chełmskiéj, aby mu służyli z pokorą. Rozkazał im przerabiać kościoły katolicko-unickie na cerkwie prawosławne, usuwać z nich wszystkie sprzęty kościelne katolickie (ołtarze, organy, chorągwie, obrazy, dzwonki, komże, konfesjonały), które nie są używane w cerkwiach prawosławnych. Uczciwi księża uniccy nie poddali się rozporządzeniom Czerkaskiego, stawili mu opór. Tych opornych kapłanów: Adama Artychowicza, Feliksa Bańkowskiego, Jana Budziłowicza, Djakowskiego Porfira, Eustachiewicza Jana, Filewicza Porfira, Futasewicza Nikanora, Antoniego Grabowicza, Hanytkiewiczów Cyprjana i Faustyna, Horoszewicza Andrzeja, Kalińskich Henryka, Ludwika i Walerego, Kalinowskiego Mikołaja, Karpowicza Grzegorza, Koncewicza Jerzego, Kurkiewicza Franciszka, Kozłowskiego Józefata, Ładę Justyna, Żukowskiego Michała, Pocieja Antoniego, Pyszczyńskiego Ignacego, Sieniewicza Ignacego, Sierocińskiego Jana, Śmigielskiego Jana, Starkiewicza Emiljana, Szelemetkę Jana, Szokalskiego Leona, Szymańskiego Pawła, Terlikiewicza Leona, Ulanickiego Longina, Wachowicza Stefana, Wasilewskiego Klemensa, Zatkalika Aleksandra, Zarembę Konstantego, Zradzińskiego Demetra, Żypowskich Andrzeja, Jakóba i Tomasza — wypędzono z kraju i osadzano w więzieniach, aby nie przeszkadzali robocie prawosławnych Rossjan.
Oprócz wypędzonych albo uwięzionych księży unickich, mających wstręt do prawosławia, cierpiało mnóstwo innych jeszcze opornych kapłanów. Około 214-tu starszych księży unickich umarło z powodu prześladowań. Zabił ich strach przed dzikością rozjuszonych Rossjan.
Daremnie jednak straszyła ta dzikość lud unicki prześladowaniem księży. Prześladowanie rozmyślne księży zepsuło robotę Czerkaskiego, bo oburzyło na niego całe włościaństwo podlaskie i chełmskie. Zamiast poddać się zachciankom rządu rossyjskiego, oświadczyli włościanie, że nie będą nigdy prawosławnymi, bo są i będą zawsze katolikami i Polakami i nie sprzeniewierzą się swojéj wierze choćby mieli przypłacić życiem.
I wielu z nich przypłaciło życiem przywiązanie swoje do wiary ojców. Rząd rossyjski, rozwścieczony na włościan unickich, rzucił się na nich, jak podrażnione dzikie zwierzę, jął szarpać ich jakby kłami i toczyć ich krew.
Od roku 1867 zaczęło się na Podlasiu okrutne prześladowanie unitów polskich.

II Do jednéj wsi podlaskiéj przyszło wojsko rossyjskie i zażądało od unitów kluczy od ich świątyni. Unici domyślili się odrazu, po co ci zbrojni ludzie przyszli do nich, bo wiedzieli, że rząd rossyjski postanowił przerobić ich kościół katolicki na cerkiew prawosławną, wyrzucić z niego ołtarze, monstrancje, organy, konfesjonały i chorągwie.
Przywiązani duszą i sercem do swéj świątyni katolickiéj, nie chcieli unici wpuścić do niéj burzycieli prawosławnych. Cała wieś: mężczyźni, kobiéty i dzieci, starzy i młodzi, — otoczyła swój kościół, zasłoniła go swojém ciałem.
— Czego chcecie od nas? — przemówił do żołnierzy najstarszy, sędziwy unita. — Jesteśmy tak samo, jak wy, wyznawcami CHrystusa Pana i modlimy się tak samo, jak wy, do Niego.
— Stul pysk! — krzyknął na niego jeden z oficerów kozackich, — bo ci go zamknę na zawsze! Słuchać nas pokornie jest waszym obowiązkiem, tak samo, jak naszym — słuchać rozkazów naszych dowódców! Rozkazano nam otworzyć wasze katolickie kościoły i zabrać z nich katolickie sprzęty. Więc dawajcie klucze czémprędzéj, jeżeli nie chcecie zapoznać się z naszemi kolbami i nahajkami!
— Wstydźcie się znieważać świątynię chrześćjańską, dotykać brudnemi rękami sprzętów poświęconych, dotykanych tylko przez kapłanów! Czy nie bojicie się piekła i szatanów? — rzekł sędziwy unita
— Nie damy kluczy! nie damy! — rozległo się w gromadzie unickiéj. — Kościół jest naszą własnością, nie pozwolimy go zbezcześcić!
Jak podrażniony wilk rzucił się oficer na starca i uderzył tak mocno pięścią, że zwalił go z nóg.
— Podły! Kat! — zawołali unici. — Wstydź się znęcać się nad słabym starcem! Pan Bóg cię ukarze!
Oficer pienił się.
— Zabierzcie się do tych krnąbrych, opornych sług rzymskiego papieża! — zawołał do swoich żołnierzy. — Pokażcie im, kto mocniejszy, — oni, czy my!
Jak stado głodnych wilków rzucili się żołnierze rossyjscy na unitów i bili ich kolbami karabinów, nie oszczędzając kobiét, ani dzieci. Padali na ziemię starcy, dorośli włościanie, chłopcy: padały kobiéty zamężne, dziewczęta i dzieci. Nie płakały niewiasty, kwiliły tylko dzieci.
Bijąc kolbami unitów i unitki, wrzeszczeli żołdacy:
— Poddajcie się, bądźcie posłuszni najjaśniejszemu carowi, róbcie to, co wam każemy, bośmy mocniejsi od was!
Moc żołnierska nie przeraziła bezbronnych unitów. Znosili bez jęku okrucieństwa. Milczeli.
Ich milczenie podrażniło jeszcze bardziéj oficera.
— Nahajki, nahajki! — zawołał.
Jakiś łotr, Klimienko, podjął się téj dzikiéj, nikczemnéj roboty, bił nahajką unitów, póki nie pomdleli. Sto, dwieście, trzysta, nawet czterysta uderzeń spadało na grzbiety prześladowanych unitów. Zemdlonych, pozbawionych przytomności cucił okrutny kat zimną wodą, a gdy ocucił, bił daléj. Niejeden z tych poniewieranych, Bogu ducha winnych nieszczęśników, zasnął na zawsze, skonał pod nahajkami.
Siłą, toporami zdruzgotali, wyłamali żołnierze rossyjscy drzwi kościoła i zniszczyli święte sprzęty katolickie.
To samo działo się w wielu innych wsiach.
Aby zmusić unitów do przejścia na prawosłaẃje, rozstawiono wojsko po wszyststkich[3] parafjach unickich, wszystkich wsiach i miasteczkach, i nakazano dostarczać mu darmo żywność. Nie pytając się, czy im wolno albo niewolno kraść i rabować cudze mienie, zabierali żołnierze wszystko, co im wpadło w ręce. Zabierali unitom krowy, cielęta, owce, wieprze, drób’, zboże, wydzierali wszystko chciwie, drwiąc z bezsilnych włościan.
Działo się to we wszystkich parafjach podlaskich. Wszystkie parafje jęczały pod obuchem dzikich okrutników.
Ale nie zrzekły się wiary przodków.


III. Wielkiemi gromadami przybywało do parafij unickich wojsko rossyjskie, zalewając sobą wszystkie wioski i miasteczka. W każdéj chałupie mieszkało po kilku żołdaków.
Wchodząc do wioski albo do miasteczka, oświadczali ludzie zbrojni, że przychodzą jako przyjaciele, jako życzliwi współwiercy, bo przecież unici są rusinami, a rusini są krewniakami Rossjan, więc powinni być prawosławnymi, jak byli dawniéj, przed uńją, czyli przed połączeniem się z Kościołem rzymsko-katolickim i z Polską. Tak gadać nauczył ich Czerkaski.
Zdawałoby się, że tacy „przyjaciele“ i „krewniacy“ będą się obchodzili z unitami grzecznie, po ludzku, po przyjacielsku. Stało się jednak inaczéj…
Razem z wojskiem przybywało do parafij unickich mnóstwo urzędników, polujących na sute łapówki.
Wpada oto do parafji naczelnik Klimienko z kozakami, zwołuje wszystkich włościan w jedno miejsce i pyta, czy chcą przejść na prawosłaẃje.
— Unitami jesteśmy od trzystu już lat. Głową naszą jest Ojciec Święty mieszkający w Rzymie, po polsku mówimy, a nie po rossyjsku, więc jesteśmy katolikami i Polakami i takimi pozostaniemy, — odpowiedzieli gromadnie włościanie.
„Życzliwy“ niby swoim „krewniakom“ Klimienko zaczerwienił się jak podrażniony indyk i krzyknął na kozaków:
— Pokażcie tym buntownikom, jak trzeba być posłusznym rządowi, jak trzeba poddać się władzy. Wypędźcie z nich batogami głupotę rzymską i zarozumiałość polską!
Zaledwie wybuchnął z jego chrapliwego gardła dziki rozkaz, leżeli już unici na ziemi. Dwóch kozaków usiadło na ich karkach i nogach, a trzeci bił nahajką.
Tryskała krew z ciał, rzuconych na ziemię, ciche, tłumione jęki wydobywały się z piersi, ale usta milczały. Po każdéj setce okrutnych uderzeń, ryczał Klimienko:
— A co!? Czy chceciep rzejść[4] na prawosłaẃje!? Śpieszcie się z rozumną odpowiedzią, bo nahajka wisi jeszcze nad wami!
Ale wiszące nad nimi nahajki nie złamały oporności unitów. Stękając pod razami okrutnego bata, modlili się, zamiast poddać się Moskalom.
— Boże, Boże, zmiłuj się nad nami! Tobie służymy, a nie urzędnikom cara.
Klimienko pienił się, jak opętany.
— Nie dosyć wam batów!? — wrzeszczał. — Poczekajcie, obmyślę dla was skuteczniejsze nahajki!
Obmyślił rzeczywiście nowe męczeństwo, jeszcze straszniejsze.
Przyszła zima… Śnieżną pierzyną okryła ziemię wypoczywającą po wiosennéj, letniéj i jesiennéj pracy. Od czasu do czasu huczała wichura i łamała drzewa.
Z téj chwili skorzystał Klimienko, aby zdruzgotać opór unitów.
Przybywszy z kozakami do jakiejś parafji, wypędził na pole całą ludność, mężczyzn, kobiéty i dzieci, i rozkazał im stać w śniegu z twarzą zwróconą do wiatru.
— No, teraz będzie wam ciepło w białym puchu! — urągał ten łotr bez serca. — Może się wam zechce śpiewać w tym ślicznym puchu katolickie pieśni!..
Przez całe trzy tygodnie trzymał nieszczęśliwych katolików na mrozie, pytając ich ciągle, czy chcą przejść na prawosłaẃje. A gdy milczeli, kazał ich bić i zabijać nahajkami. Starsi, słabsi, nie mogąc znieść kąpieli śnieżnéj, wichrów i batów, żegnali się z ziemią. Umierali, odchodzili na skrzydłach męczenników chrześćjańskich przed tron Pana Boga, gdzie skarżyli się na okrucieństwo prześladowców. Marły także dzieci, których delikatne ciało odrywała nahajka od kości.
Na taki potworny pomysł mógł się zdobyć tylko człowiek obłąkany, albo szatan.
Szatanem był ten ohydny Klimienko. Tysiące ludzi niewinnych zakatował, albo wysłał na Sybir, gdzie w krótkim czasie umierali z nędzy i głodu.
Jego djabelski pomysł nie poskutkował. Bici, kopani, poniewierani unici nie porzucili wiary katolickiéj. Woleli umierać!..
Tu i ówdzie przeszedł na prawosłaẃje jakiś tchórzliwy albo chciwy łask rządu rossyjskiego, ale takich tchórzów lub chciwców było niewielu.


IV. Nie mogąc sobie dać rady z unitami, wzięli się Rossjanie do ich dzieci niemowlęcych. Postanowili chrzcić dzieci choćby przemocą w cerkwiach prawosławnych i wychowywać je w swych szkołach, bo myśleli, że w ten sposób wydrą z rąk katolickich nowe pokolenie, które będzie im służyło. Siłą, gwałtem chwytali dzieci unickie i wlekli je do cerkwi prawosławnych. Kozacy i szpiegi przetrząsali wszystkie domy unickie, szukając w nich niemowląt, które nie umiały, nie mogły bronić się w kołysce.
Ale i ten nowy pomysł urzędników i szpiegów rossyjskich trafił, jak kosa na kamień. Matki unickie, zmiarkowawszy, do czego dążą nieproszeni popi, ukrywały dzieci w stodołach, piwnicach, albo w lasach. Kozacy i strażnicy bili nieraz kobiéty bez litości, ale one wolały umrzeć, aniżeli chrzcić dzieci swoje w cerkwi prawosławnéj.
— Będziemy płacili składki na prawosławne szkoły, jeżeli rząd rossyjski tak nakazuje, ale dzieci naszych nie chcemy wychowywać w tych szkołach, — mówiły unitki, kiedy je zmuszano do przerabiania swoich dzieci na wrogów wiary katolickiéj.
Rossyjscy urzędnicy używali najrozmaitszych sposobów, aby zniszczyć wiarę katolicką na Podlasiu. Przekonawszy się, że nahajki nie skutkują, próbowali zjednać sobie ubogich unitów pieniędzmi i tak oto ich kusili:
— Jeżeli wrócicie do naszéj prawosławnéj wiary, to damy wam dużą pomoc od rządu, abyście nie byli głodni i żyli w dostatku.
Wabik ten jednak był daremny, bo nawet najubożsi nie chcieli sprzedać wiary swojéj za podłe srebrniki.
Więc wrócili znów urzędnicy do nahajki. Naczelnik ich tak się rozwścieklił, że pochwycił sam za gardło jedną z opornych kobiét, Anastazję Stefaniukową, rzucił ją na ziemię i kazał bić.
— Wyrzecz się wiary katolickiéj, stań się prawosławną niewiastą, a przestanę cię męczyć! — tak napominał nieszczęśliwą unitkę.
Ona, oblana cała krwią, rzucając się na ziemi, jak ryba wydobyta z wody, odpowiadała:
— Gdybyście mnie tak nawet codzień bić mieli, dopóki by mi życia i tchu starczyło, zawsze wam to samo odpowiem, że prawosłaẃja waszego nie przyjmę, do waszego popa nie pójdę i dzieci biednych do waszego chrztu nie zaniosę! Amen…
„Amen“ było jéj ostatniém słowem. Konała powoli pod okrutnym batem kozackim i wyzionęła szlachetnego ducha.
Takich bohaterek katolickich, takich męczenniczek, godnych pamięci i czci na setki lat, było dużo, dużo na Podlasiu.
Znalazł się czasem pomiędzy kozakami jakiś żołnierz lepszego serca, który bijąc na rozkaz naczelnika nieszczęsną ofiarę spuszczał nahajkę lekko, ostróżnie, aby nią nie ranić. Dobroć taką niejeden z tych ludzi sam przypłacił bólem. Naczelnik, spostrzegłszy jego litość, kazał i jemu wsypać sto batów.
Czterech naczelników, raczéj zbirów (Klimienko, Kutanin, Walawskaj i Gaławinskaj) znęcało się nad unitami, spodziewając się od rządu petersburskiego za tę djabelską robotę nagrody w pieniądzach i orderach. Wynagrodzi ich za tę robotę — piekło…
Okrucieństwo urzędników doprowadziło wielu unitów do rozpaczy, a kilku aż do obłędu. Obłęd pochwycił pomiędzy innymi Józefa Koniuszewskiego, mieszkającego we wsi Kłodzie w powiecie bialskim. Człowiek ten, znany w całéj okolicy z pracowitości, uczciwości i bogobojności, posiadał tylko dwa morgi gruntu. Miał żonę, tak samo jak on pracowitą, uczciwą i żarliwą katoliczkę, oraz dwoje dzieci. Jedno ochrzcił sam z wody, bo nie chciał go zanieść do cerkwi, którą po wywiezieniu prawego proboszcza, księdza Emiljana Starkiewicza, obsługiwał jakiś odszczepieniec.
Czynownicy rossyjscy rozkazali wójtowi zmusić Koniuszewskiego do ochrzczenia dziecka w cerkwi prawosławnéj karami pieniężnemi, gdyby się opierał. Bogobojny unita, wierny kościołowi katolickiemu, nie chciał się poddać temu rozkazowi i bronił się przed nim. Za ten opór zapłacił pierwszego dnia jako karę 2 złote polskie, drugiego dnia 5 złotych, trzeciego 10 złotych. Czwartego dnia miał zapłacić 20 złotych, których już nie miał, bo był ubogim rolnikiem. Więc zdarto z niego sukmanę. Piątego dnia drażniono go nową karą, a gdy znów nie mógł jéj zapłacić, aresztowano go, bito i wygrażano.
Biedny człowiek, wiedząc, co go czeka, bo patrzył własnemi oczyma na śmierć wielu już swych spółwyznawców, stracił odwagę i męztwo i postanowił zejść z tego świata razem z całą rodziną. Wolał umrzeć szybko, choćby w płomieniach ognia, aniżeli wolno pod nahajką. Aby mu władza nie przeszkadzała w jego zamiarach udał, że poddaje się rozkazom prawosławja i prosił o kilka dni swobody, aby się mógł przygotować do chrztu swego dziecka.
Wywiódł Rossjan w pole…
Bo oto wieczorem jednego z tych dni ujrzano we wsi pożar. Stodoła Koniuszewskiego stała w płomieniach… Zdumieni sąsiedzi pobiegli na pomoc szanowanemu sąsiadowi. Zdumieli się jeszcze bardziéj, gdy z ognistego słupa tryskały dwa głosy, męzki i żeński, śpiewające pobożne pieśni. Głosy te, coraz słabsze, gasły, aż wkońcu zamilkły.
Daremnie usiłowali sąsiedzi ratować stodołę biedaka. Zostały wkrótce tylko zgliszcza. A pod temi zgliszczami znaleziono zwłoki Koniuszewskiego, jego żony i dzieci…
Straszna śmierć ubogich, pobożnych unitów… Tylko obłęd lub rozpacz mogły wywołać tak niezwykłe samobójstwo.
Śmierć ta spadnie na sumienie działaczy rossyjskich, którzy pastwili się nad unitami.
Pastwili się oni nietylko nad tymi, którzy nie chcieli przejść do prawosławnéj wiary, albo nie zgodzili się na chrzest dzieci swoich w cerkwiach prawosławnych, ale pastwili się nawet nad nieboszczykami. Nocą chwytali zastygłe ciała umarłych i grzebali je na cmentarzach prawosławnych, czego unici nie chcieli. I unici posługiwać się też potém musieli ciemnością nocy, aby odkopywać zwłoki unitów pogrzebanych przez popów i pochować je na cmentarzu katolickim.
Ciemności nocy służyły im jeszcze do wykonania tajemnego oporu, pozwalały im modlić się w ich kościołach.
Działacze rossyjscy, zamknąwszy, opieczętowawszy cerkwie grecko-katolickie i wypędziwszy z nich księży katolickich, byli przekonani, że złamali zawziętość „opornych“ i zmusili ich do modlenia się w cerkwiach prawosławnych, bo tylko te świątynie stały otworem dla upartych „buntowników“. Omylili się jeszcze raz.
Ciemne noce patrzyły spokojnie na niezwykłe widowisko. Oto około północy, kiedy już strażnicy rossyjscy, zwykle pijani, chrapali w łóżkach, wysuwało się z chat unickich mnóstwo mężczyzn, starszych i młodych, i zbliżali się ostróżnie do swojego kościoła, zamkniętego i opieczętowanego. Drzwiami wejść do niego nie mogli „oporni“, zdradziłoby ich bowiem złamanie pieczęci. Cichą stopą skradali się starzy i młodzi niosąc z sobą rydle i młoty. Doszedłszy do kościoła rozstawiali dokoła niego czujnych stróżów, aby ich ostrzegali, gdyby się który strażnik obudził i przerwał im pracę.
Zamiast drzwiami, trzeba się było dostawać do świątyni przez groby kościelne. Do tych grobów można było dojść dopiero po zrobieniu podkopu pod murami.
Aż do świtu pracowali „oporni“ bez przerwy, ryli się powoli jak krety w ziemi. O świcie zacierali ślady swéj roboty i wracali do domu. Po kilku tygodniach takiéj nocnéj pracy dotarli nareszcie podkopem do wnętrza kościoła, nie spostrzeżeni przez strażników i szpiegów. Brakło im tylko kapłanów, aby się mogli modlić po swojemu. Nie wszyscy księża tak samo oporni, jak oni, chcieli się narażać rządowi rossyjskiemu, co można im przebaczyć, bo nie wszyscy ludzie rodzą się z duszą odważną, bohaterską. Znalazło się jednak kilku kapłanów katolickich, którzy woleli umrzeć na Syberji albo w więzieniach, aniżeli zjednać sobie łaskę prawosławnych działaczy uległością, posłuszeństwem.
Na pomoc księżom odważnym przybyło na Podlasie kilku zakonników katolickich z Galicji. Aby nie zwrócić na siebie uwagi szpiegów, ubierali się w suknie handlarzy i szli od wsi do wsi, niby jako wędrowni kupcy. Nosili na plecach skrzynki z różnemi towarami, potrzebnemi włościanom, a pod temi towarami ukrywali sprzęty kościelne, potrzebne im w nabożeństwie. Aby zaś nie wpaść w mściwe ręce popów prawosławnych, nieufających obcym przybyszom, odwiedzali ich także jako handlarze i nabywali od nich wieprze i bydło.
Ci księża zakonni spełniali gorliwie obowiązki kapłańskie, narażając się bez trwogi na zemstę Rossjan. Oni to głównie odprawiali dla odważnych „opornych“ nabożeństwa nocne w kościołach zamkniętych i opieczętowanych. Ściszonym głosem modlili się wraz z unitami, błagając o pomoc w téj okrutnéj wojnie prawosłaẃja z wiarą katolicką.


V. W pierwszych dniach kwietnia, przed Wielkanocą, wlokło się w nocy ku lasom Kolembrodzkim w powiecie radzyńskim tysiące wózków włościańskich. Wlokły się pomału różnemi drogami, przystając często, bo drogi były jeszcze zalane wodami, a tu i ówdzie zasypane resztkami mokrych śniegów zamierającéj zimy. Liche, jako-tako sklecone mostki trzeszczały pod wózkami, a znużone koniska zapadały nieraz w błoto i kałuże, których niebrak czasu odwilży na Podlasiu.
Na wózkach włościańskich, gdy jadą na jarmark do miasta, bywa zwykle wesoło i ludzie na nich są gadatliwi; te liczne zaś wózki, które zdążały w noc ciemną do lasów Kolembrodzkich, milczały, jakby szły na pogrzeb. Od czasu do czasu odezwał się ktoś, zaczął coś opowiadać, ale zamykał mu zaraz gębę głos ostry:
— A cicho tam! milczeć! Czy nie wiecie, co by nas czekało, gdyby nas szpiegi moskiewskie podsłuchały? Wiecie przecież, że te psy węszą wszędzie, że śledzą nas nawet w nocy!
Tak napominał gromadę wędrowców sędziwy włościanin, jadący na przedzie. Głos jego był ostry, surowy, ale ściszony, a słowa szły szybko od wózka do wózka, podawane z ust do ust.
Czasami zatrzymywał się na drodze cały łańcuch wózków i ludzie nasłuchiwali uważnie. Gdy pochwycono zdaleka turkot jakiego wozu lub tętent galopujących koni, wózki zjeżdżały pośpiesznie z drogi i ukrywały się w szerokich, głębokich rowach, zarośniętych gęstemi krzakami. Milczeli ludzie jakby umarli, milczały także konie, jakby rozumiały, co przestraszyło ich gospodarzy. Dopiero gdy obcy wóz lub galopujący jezdcy minęli ukryte wózki i odbieżeli daleko, wyrajała się znów cała czereda na drogę i jechała daléj ku lasom.
— Pan Bóg czuwał nad nami, bo oślepił tych, cośmy ich widzieli, — odezwał się na nowo głos sędziwego starca. — To byli żandarmi, szukający, kogoby pożreć. Dziękujmy za tę łaskę Panu Bogu.
I znów przechodziły stłumione słowa sędziwego starca z wózka do wózka, powtarzane półgłosem, podawane z ust do ust. Wszystkie usta poruszały się i dziękowano Panu Bogu cichą modlitwą za Jego opiekę.
Któż to byli ci ludzie, jadący gromadą ku wielkim borom Kolembrodzkim? Czego w nich szukali? Nie na łowy przecież jechali…
Byli to unici podlascy. Jechali na odpust. Jechały ich tysiące z całéj okolicy do świątyni, któréj murami były leśne drzewa, a stropem nocne niebo gwiazdami pokryte. Do téj to ukrytéj od oka nieprzyjaciół świątyni nieśli unici swoje troski, swoje rozpacze, swoje bóle i nędze. Tam, w tym ogromnym, czarnym borze będą ich pocieszali kapłani katoliccy, przybyli w przebraniu wędrownych handlarzy, dodadzą im otuchy w ich strasznéj niedoli, modlić się będą za nich…
Wjechali i weszli nareszcie w bór i odetchnęli spokojniéj, czując się już bezpieczni w morzu niebotycznych drzew. Posuwali się ostróżnie, krok po kroku, aby nie zabłądzić, bo ciemności nocy zasłaniały im drogę i ścieżki. Prowadzili ich leśnicy, obyci z lasami, znający tu każdą ścieżkę. Idąc w milczeniu, robili wrażenie gromady duchów.
Dokuczało im zimno nocne. Więc uradowali się, gdy ujrzeli buchający płomień Pośpieszyli, aby się ogrzać. Niedługo jednak cieszyli się ogniem.
— Któż to rozniecił ten ogień bez pozwolenia przewodnika? — zawołał jeden z leśników. — Widać go tak daleko, że mogą dostrzedz Moskale i otoczyć nas wojskiem. Gasić ogień, gasić natychmiast i daléj w głąb’ lasu, gdzie będziemy bezpieczni!
Zgaszono szybko buchający płomień i poszli „oporni“ unici tam, dokąd im wskazano.
Przyszli nareszcie do miejsca, gdzie się miało odbyć tajemne nabożeństwo katolickie. Powitało ich tam na wzgórzu mnóstwo ognisk i łoskot młotów i siekier. Kilkunastu ludzi budowało ołtarz dla oczekiwanych księży.
Szerokiém kołem rzuciła się znaczna większość pobożnych wędrowców na ziemię w pobliżu ogni, aby wypocząć po dalekiéj drodze i wzmocnić się snem. Czuwali nad nimi starsi, czujni, ostróżni, badający okolicę.
— Czy droga, którą nadejdą księża, bezpieczna? — zapytał jeden z nich drugiego.
A drugi odbowiedział:[5]
— Niéma obawy. Przyjdą do nas przez mokradła, prowadzi ich Lewczuk, który zna najlepiéj wszystkie drogi bezpieczne i niebezpieczne.
— A czy zamknęliście Moskalom drogę?
— Nie dotrą do nas, bo zburzyliśmy mosty, przez które musieliby przejść.
— Chwałaż Ci, Panie!…
Po jakimś czasie zawołał pierwszy przewodnik z radością:
— Jadą! jadą już!..
— Któż jedzie? — zapytał drugi.
— Ktoby inny, jeżeli nie księża!
— Nie widzę ich.
— I ja nie widzę, ale słyszę!
— Słyszysz? Gdzie?
— Nadstaw ucha, a będziesz słyszał.
— Słyszę tylko krzyk dzikich kaczek, które uciekają z jakiegoś mokradła.
— Uciekają, bo ich księża spłoszyli. Któżby inny, jak nie oni, brodził w bagnach przed wschodem słońca?
— Prawda, prawda! — cieszył się także drugi opiekun swych współwierców. — Trzeba budzić naszych.
Świt zaczął rozpraszać ciemności nocy i rozwiewać szare mgły, unoszące się nad bagnami i jeziorami.
— Wstawać! wstawać! — rozkazywali przewodnicy. — Nabożeństwo zacznie się wkrótce!
Przebudzeni pielgrzymi przecierali oczy i zrywali się szybko z ziemi.
Wszystkie oczy zwróciły się w stronę namiotu, w którym znajdował się ołtarz. Szerokiém kołem otoczyły namiot kobiéty z dziećmi. Za niemi stanęli mężczyźni poszeptując zcicha.
Nagle zamilkło koło męzkie i żeńskie i padli wszyscy na kolana. Bo oto z namiotu zsunęły się zakrywające go kilimy i odsłoniły ołtarz i kapłana, który piął się wolno na wzniesienie po drewnianych schodach.
Kapłan, dotarłszy do stołu ołtarza, zwrócił się twarzą do unitów i błogosławił ich ze łzami w oczach.
Płakali unici i unitki, jéno nie z bólu, lecz z radości. Bowiem już od dawna nie oglądali nieszczęśni swoich ołtarzy i swoich kapłanów.
— Jezu Chryste, Jezu, zmiłuj się nad nami! Panie, przywróć nam nasze kościoły, nasze cmentarze i naszych kapłanów! — modliły się kobiéty.
— Wybaw nas z pęt okrutnéj niewoli, wybaw od władców, co nie znają litości, co chcą odmienić nam dusze nasze, zatruwają serca, a mienie nasze nam odbierają! Panie, powróć nam wolność, zabierz tych, co znęcają się nad nami, okaż sprawiedliwość swoją! Z Polską chcemy być zawsze połączeni i na zawsze być Polakami! — tak modlili się mężczyźni.
Kapłan odprawił nabożeństwo, a zakończywszy je, błogosławił lud wierny monstrancją i pocieszał życzliwemi słowy kochającego ojca.
— Nie obawiajcie się, nie płaczcie, nie rozpaczajcie, albowiem CHrystus Pan nie opuści wiernego ludu i powróci wam wszystko, czego słusznie pragniecie. Ci których z pomiędzy was wysłała nienawiść prawosławnych na drugi, inny, lepszy świat, mieszkają już w raju i patrzą na was z góry okiem braci i proszą Boga o szczęście dla was. Być nie może, aby Pan Bóg nie zwracał uwagi na barbarzyństwo naszych ciemięzców. Oto powiadam wam, że przyjdzie czas sądu i kary dla nich, a dla was pociechy i szczęścia! Nadejdzie czas, że powrócicie do kościołów swoich, nasza ojczyzna, Polska nasza, przytuli was znowu do swego łona, a miłować was będzie więcéj nad inne dzieci swoje, boście męczennicy za świętą wiarę naszą i za nieszczęsną naszą ziemię! Nie płaczcie! Pan Bóg otrze wasze łzy gorzkie.
Pokrzepieni pociechą kapłana, z nową nadzieją w sercu podnieśli się unici z kolan i śpiewali pieśni nabożne.
Kilka dni pracowali księża w lasach, narażając się na pomstę prawosławnych działaczów.
Odprawiali nabożeństwa, chrzcili gromadami dzieci chrztu świętego spragnione, łączyli małżeńskim ślubem pary młodych unitów i unitek.
Pocieszeni, pokrzepieni, biedni „oporni“ unici wracali znów pod osłoną nocy, cichaczem, do domów swoich i walczyli daléj z przemocą, ufając, że nadejdzie czas tryumfu.
I nadszedł…
Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy…


VI. Nie mogąc złamać oporu unitów i zjednać ich dla siebie, rząd rossyjski użył na nich nowego sposobu. Oto w roku 1874 zniósł uńję na ziemiach, które miał w swéj mocy, i wszystkich unitów oraz ich dzieci i wnuki rozkazał przyłączyć gwałtem, czy chcą, czy nie chcą, do cerkwi prawosławnéj.
Po dłuższéj przerwie zawrzało znowu na ziemi unickiéj. Wójtowie latali po wsiach od domu do domu i rozkazywali ojcom i matkom chrzcić natychmiast dzieci w cerkwiach prawosławnych. A trzeba wiedzieć, że w gminach unickich wójtem mógł być tylko prawosławny i wierny sługa rządu carskiego, albo człek ciemny zupełnie, którym naczelnik powiatu mógł kręcić we wszystkie strony, jak mu się podobało. Ojcowie na rozkaz wójtów odpowiadali milczeniem i tylko matki bladły trzęsąc się ze strachu, jak w febrze, bo już wiedziały, że nowe zacznie się prześladowanie. Odważniejsze jéno kobiéty odzywały się tu i ówdzie i zaklinały:
— Nie damy wam naszych dzieci, nie damy!
— Nie dacie!? — ryczeli wójtowie, — zobaczymy, kto będzie mocniejszy: czy my, czy wy!
Tę nową walkę prawosłaẃja z unitami polskimi opisał barwnie i doskonale sławny pisarz polski Władysław Rejmon-[6] w książce wydanéj pod nagłówkiem „Z zietmi[7] chełmskiéj“. Wybrał on wieś Hrudy i opowiedział dokładnie wszystko, co o niéj słyszał z ludzkich opowiadań.
Wójtowie widząc, że ich rozkazy nie skutkują, chcieli wtargnąć ze swymi pachołkami do chat, aby wydrzeć z rąk matek dzieci. Daremnie jednak stukali do drzwi.
— Otwierać! otwierać! — wrzeszczeli, bijąc pięściami i butami we drzwi.
Drzwi ani drgnęły, głos ludzki nie odezwał się ze środka, ujadały tylko psy, miauczały koty.
— Gdzież się te przeklęte baby podziały? — krzyczeli pieniąc się ze złości wójtowie. — Trzeba dostać się do chaty, do piwnicy, bo tam się pewnie ze swemi bachorami ukryły!
Pachołkowie zaczęli walić młotami we drzwi i okna, zastawione skrzyniami i szafami. Ledwie jednak zaczęli tę dziką robotę, odskakiwali od drzwi i okien, jak oparzeni. Byli rzeczywiście oparzeni. Bowiem z okien i otwieranych drzwi lał się na nich, na ich głowy i gęby wrzący ukrop.
— A niech je jasny piorun zatrzaśnie, te zuchwałe baby! — mruczeli pachołkowie. — Ślepie nam zniszczą, kłaki ze łba wydrą, drągiem wybiją nam zęby z pyska, gnaty połamią! Niéma rady, trzeba im dać spokój i zmykać.
— Pewnie, że trzeba dać pokój téj warjackiéj bitwie z babami, — powiedział wójt, równie jak jego sługi dbały o swe zdrowie. — Trzeba sprowadzić wojsko. Niech się ono bije z temi jędzami.
Kobiéty hrudzkie, dowiedziawszy się, że do ich parafji przybędą wkrótce kozacy, aby wydrzeć z ich rąk dzieci i zawlec do chrztu w cerkwi prawosławnéj, przygotowały się do nowéj, niezwykłej walki.
Wojsko zbliżało się do Hrud, trąbiąc i wyśpiewując dzikie pieśni kozackie, a kobiéty unickie wybierały się tymczasem ukradkiem w drogę, a płakały pocichu, ocierając łzy pokryjomu, i szeptały do mężów:
— Pamiętajcie o nas, dostarczajcie nam i dzieciom pożywienia. Bór ukryje nas od tych zbójów.
Wojsko przybyło do wsi i dowódca rozkazał unitkom przyjść natychmiast ze wszystkiemi dziećmi do cerkwi prawosławnéj po chrzest popi.
Zdziwiło się wojsko, zdziwił się dowódca. Ani jedna kobiéta nie stawiła się w cerkwi. Więc rzucili się kozacy na domy hrudzkie, aby pokazać unitkom, jacy to oni mocni, potężni. Zdziwili się jeszcze bardziéj. Bowiem chaty były puste, jakby w nich wszyscy powymierali. Nie znaleźli pod żadnym dachem ani jednéj matki, ani jednego dziecka…
— Gdzie wasze baby, gdzie wasze warchlaki!? — huknął pułkownik na mężów i ojców.
Włościanie milczeli. Jeden tylko z nich, odważny, odezwał się:
— A szukajcie ich sobie. Jesteście przecież od nas mędrsi i mocniejsi, jak się wam zdaje.
Kozacy zaczęli szukać po wsi, w piwnicach, w rowach i na polach, ale napróżno. Kobiéty i dzieci ze wsi wpadły jak kamień w wodę. Wściekali się kozacy, że nie mogą odkryć ich schroniska.
A kobiéty zaszyły się w gąszcze ogromnego lasu. Morze niebotycznych drzew zasłoniło je od dzikości kozaków. Nocą skradali się mężowie do czarnego boru, zanosząc pożywienie żonom i dzieciom.
Jakiś szpieg wywąchał nareszcie kryjówkę kobiét.
Zamiast przeszukać gąszcze lasu, wojsko odcięło oporne unitki od wsi i od mężów. Rozstawili się żołnierze długim sznurem wzdłuż lasu, aby nie dopuścić do ukrytych kobiét żywności.
— Głód będzie mędrszy i mocniejszy od nas, — uczył pułkownik żołnierzy. — Gdy babom dokuczy zanadto pusty żołądek, wygramolą się same z leśnych kryjówek i będą żebrały, aby ich warchlaki ochrzcić czémprędzéj w naszéj cerkwi.
Czekało wojsko tydzień, dwa tygodnie, trzy tygodnie i dłużéj na skrajach lasu, ale nie wywabiło głodem ani jednéj unitki.
— Chyba pozdychały już z głodu! — mruczał pułkownik pod wąsem. — Niech je djabli porwą! Niéma co czekać…
Znużone długiém a próżném strażowaniem wojsko zwinęło swój długi sznur strażniczy i opuściło Hrudy ze wstydem. Uciekali jak zmyci. Kobiéty pobiły ich bez walki…
Gdy wojsko opuściło wieś, wracały unitki z dziećmi do domów. Głód nie złamał ich woli, nie wysłał ich na drugi świat. Odcięte od mężów i od żywności, ratowały życie swoje i dzieci od głodowéj śmierci leśnemi korzonkami i żołędziami. Nędzna była ta strawa, wyczerpały się siły matek i dzieci, ale nikt od niéj nie umarł.
Ze łzami w oczach, z bólem w sercu witali włościanie hrudzcy żony i dzieci. Bowiem były one wraz z dziećmi tak wygłodzone i osłabione, iż wyglądały jak widma, gdy wracały wieczorem do domu.
— Nie smućcie się, nie płaczcie, bo widzicie przecież, że żyjemy i z nami dzieci, — pocieszały mężów bohaterskie kobiéty, podobne do męczenniczek z pierwszych wieków chrześćjaństwa.
— Nie martwcie się, — mówiły jeszcze, — nasza wiara nie zginie, nie przejdzie na prawosłaẃje. Pan Bóg ukarze wkońcu tych, którzy się nad nami pastwią i usiłują nas oderwać od wiary katolickiéj i Polski. Którzy z nas nie umrą pod nahajkami i w więzieniach, zostaną tém, czém jesteśmy.


VII. Kara Boska spadła w istocie na Rossję…
Mała Japońja uderzyła żelazną pięścią w ogromne, pyszne mocarstwo z taką siłą, iż ten olbrzym carski zachwiał się ciężko raniony. Czego się niewielu spodziewało, stało się rzeczywistością. Dawid japoński pobił, pokonał rossyjskiego Goljata. A klęska wojenna wstrząsnęła narodem rossyjskim. Wszystko, co tliło tam na dnie sumień ludzkich, wszystkie żale do niesprawiedliwego rządu i niecnych urzędników buchnęły nagle, jak wielki płomień. I zachwiał się tron carski. Przerażony cesarz wraz ze swymi ministrami musiał zgodzić się na przebudowę państwa i nadanie wolności narodowi.
Było to w roku 1905. W kwietniu ogłoszono nagle ukaz cesarski o wolności wiary. Stało się nareszcie to, czego spodziewali się, na co czekali prześladowani unici. Działacze prawosławni, katy i szpiegi musieli usunąć się z wiosek i miasteczek podlaskich, unici zaś odetchnęli swobodnie i mogli już żyć po swojemu. Radość niewymowna zapanowała we wszystkich parafjach unickich i lud gromadnie, całemi tysiącami jął garnąć się jawnie pod skrzydła Kościoła świętego.
Dla prześladowców była to niespodzianka. Myśleli, że katolicy na Podlasiu prawie zupełnie już są wytępieni, nie spodziewali się tak męzkiego oporu, takiéj nadludzkiéj wytrwałości. Ale lud podlaski pokazał, że umie się bronić i nie pozwoli się połknąć nawet takim olbrzymom, jakim była Rossja. To też nie zginie ten lud i teraz, gdy się wyciągają po niego chciwe szpony prawosławnéj Ukrajiny. Nie zginie i pozostanie zawsze polskim i katolickim.

KONIEC.

http://pl.wikisource.org/wiki/Krwawe_%C5%82zy_unit%C3%B3w_polskich

Przeczytaj także:

UNICI

Unici podlascy w latach 1875 -1905

Prześladowania unitów na terenie dzisiejszej gminy Łomazy

Towarzystwo Opieki nad Unitami (TOnU)

Bohaterstwo unickiej rodziny Koniuszewskich

Posted in Historia, Książki (e-book), Moja mała Ojczyzna, Unici | 5 Comments »

Towarzystwo Opieki nad Unitami (TOnU)

Posted by tadeo w dniu 18 Październik 2012

W XIX wieku przed likwidacją obrządku unickiego przez rosyjskiego zaborcę zdecydowana większość mieszkańców wsi Dąbrowica Wielka i w jej okolicach (oprócz Tucznej, która była w 100% katolicka) należała do kościoła unickiego (parafia miała siedzibę w Choroszczynce). Likwidacja unii na Podlasiu nastąpiła po upadku powstania styczniowego (1864r.). Unici nie mieli innego wyboru niż przyjąć religię prawosławną, ponieważ zgodnie z obowiązującym prawem zabroniono unitom przechodzenia do kościoła katolickiego. A ponieważ unici nie chcieli dobrowolnie przechodzić na prawosławie, rosyjski zaborca „nawracał opornych siłą”.  Szczególnie Pratulin, Drelów, Łomazy, Hrud i Kłoda doznały niesłychanej przemocy od strony zaborcy. W okresie największego ucisku na Podlasiu, w latach 1874-76 w ramach „nawracania” na prawosławie zabito ponad 80 unitów, wywieziono na Sybir ponad 580 osób, nakładano kontrybucję, dokonywano gwałtów, zabijano bydło.

W tej sytuacji narodził się ruch obrony przed nasilającymi się represjami. Na przełomie XIX i XX wieku działalność na rzecz unitów przyjęła zorganizowane formy. Szkolnictwo odegrało tu znaczącą rolę. W 1896 roku w Warszawie, z inicjatywy Ligi Narodowej powołano wśród duchowieństwa rzymskokatolickiego tajną organizację – Collegium Secretum.  W jego skład weszli przedstawiciele diecezji z Królestwa Polskiego.  Collegium Secretum zajęło się przede wszystkim organizacją życia religijnego unitów. Z  inicjatywy członków tej organizacji było wydawane czasopismo „Wiara i Ojczyzna”, a także opublikowano broszurę: „Rady dla Unitów”. Szczególnie ta ostatnia cieszyła się sporą popularnością wśród „opornych”.  Zawierała bowiem szereg wskazówek dotyczących praktyk religijnych, np chrztów, pogrzebów, nauki religii itp.  W 1899 roku powstało Towarzystwo Oświaty Narodowej.

Natomiast koordynatorem działań religijnych i narodowych na rzecz obrony unitów było powstałe w 1903 roku Towarzystwo Opieki nad Unitami (TOnU). Zastąpiło ono dotychczasowe Towarzystwo Oświaty Narodowej. Do czołowych działaczy TOnU na obszarze guberni siedleckiej należeli Zenobiusz Borkowski z Brześcia, Wiktor Walewski z Białej Podlaskiej, Władysław Rytel z Siedlec oraz Andrzej i Józefa Błyskoszowie – unici z powiatu włodawskiego.

Głównymi celami działalności TOnU były powstrzymywanie wiary katolickiej, nauka pisania i czytania po polsku oraz szerzenie mowy polskiej. W celu umożliwienia unitom udziału w nabożeństwach katolickich, TOnU organizowało w lasach nielegalne zgromadzenia z udziałem księży katolickich i działaczy narodowych.  Czynny udział w pracach Towarzystwa brali udział księża, unici, ziemianie, a także członkowie Ligi Narodowej. Towarzystwo informowało o panującej sytuacji na Podlasiu, a także o prześladowaniach. TOnU prowadziło dystrybucję tajnych druków, ulotek podtrzymujących opór i wzywających do bojkotu prawosławia.

Na jednej z ulotek zostały zapisane znamienne, a zarazem pokrzepiające słowa: „My, unici jedyni wśród ludów chrześcijańskich pozbawieni jesteśmy wolności religii i wypędzani przez bezbożnego Moskala z własnych naszych świątyń. Nie wolno nam słuchać nauk księży katolickich z kazalnic, konfesjonały przed nami zamknięte, zamknięte dobroczynne źródła sakramentów jako to chrztu, spowiedzi, małżeństwa. Nieludzki Moskal odpędza katolickiego kapłana, nawet od śmiertelnego łoża unity. […] A jednak, mimo tych okropnych prześladowań, które spadły na nas unitów razem z niewolą moskiewską stoimy twardo przy wierze rzymskokatolickiej. Idąc śladem apostołów męczenników i wyznawców, którzy raczej woleli śmierć niż splamić swą duszę odstępstwem i my bracia unici spełniamy przykazania Kościoła katolickiego skrycie, ale rzetelnie. Nie złamały nas krwawe lata rządów cara Aleksandra II, tego fałszywego oswobodziciela, co nasłał na ukochane Podlasie, na piękną Ziemię Lubelską tysiące łotrów i pierwszy poważył się strachem, batem i ogniem karabinów wyrwać nam skarb najdroższy człowieka – wiarę świętą”

W wyniku działań TOnU sprawa unicka nabrała rozgłosu w Europie. W 1904 roku do Rzymu udała się delegacja „opornych”, która złożyła na ręce papieża Piusa X petycję podpisaną przez 56 500 osób. Podpisy były deklaracją przynależności do Kościoła rzymsko-katolickiego.  W przededniu ogłoszenia ukazu tolerancyjnego  liczba „opornych” – według danych szacunkowych kręgów cerkiewnych – sięgała około 100 000. Należy przyjąć, iż co najmniej taka grupa ludności nie zaakceptowała istniejącego od trzydziestu lat prawnego przypisania ich do prawosławia.  „Oporni”, pozostając pod wpływem wspomnianych wyżej polskich organizacji kościelnych i świeckich, identyfikowali się z nimi.

Po ogłoszeniu ukazu tolerancyjnego, na mocy którego ludność unicka, której przed 30 latu narzucono prawosławie, mogła decydować sama o swojej przynależności wyznaniowej.  Nastąpiło wówczas masowe i spontaniczne przechodzenie “opornych” z prawosławia na katolicyzm.

Nastąpiło też wówczas nasilenie działalności  Towarzystwo Opieki nad Unitami.  TOnU w odezwie z maja 1905 roku, licznie rozkolportowanej wśród „opornych” wyjaśniało przyczyny wydania przez cara ukazu tolerancyjnego. Wśród nich na pierwszym miejscu stawiano klęskę Rosji w wojnie z Japonią oraz zacięty opór unitów.  Po wybuchu wojny rosyjsko-japońskiej Towarzystwo Opieki nad Unitami zapowiada szybkie przywrócenie wolności religijnej, wzywa do porzucania cerkwi prawosławnych i przejścia na katolicyzm oraz bojkotu szkół rządowych i cerkiewnych.  W innej odezwie, zatytułowanej „Do braci Unitów”, TOnU wskazywało, że ukaz tolerancyjny nie jest wynikiem łaskawości cara, lecz z uporem wywalczoną zdobyczą samych unitów, okupioną krwią męczeńską mieszkańców Podlasia.

Wśród czołowych działaczy w Towarzystwie Opieki nad Unitami znane są mi. następujące osoby występujące w moim drzewie genealogicznymJózef Czernik (działający na terenie Mokran Starych i Derło k/Pratulina pochodzący z Bokinki Królewskiej), Eliasz Niedźwiedź z Bokinki Królewskiej oraz Jan Marczuk z Piszczaca.  Na bazie TOnU  powstała na Podlasiu Polska Macierz Szkolna.

Zmiany przynależności wyznaniowej miały też doniosłe znaczenie dla kształtowania się świadomości narodowej dawnych unitów.  Prawosławie porzucała niekiedy ludność całych wsi i parafii i tym samym przeradzały się one w wielkie manifestacje polskości. Wybierając katolicyzm identyfikowali się oni również z polskością i poczuli się Polakami, pomimo że na co dzień wielu z nich posługiwało się dialektem ruskim.

Przeczytaj także:

UNICI

Unici podlascy w latach 1875 -1905

Prześladowania unitów na terenie dzisiejszej gminy Łomazy

Krwawe łzy unitów polskich – Teodor Jeske-Choiński (1919)

Bohaterstwo unickiej rodziny Koniuszewskich

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Unici | 4 Comments »

Wędrówki z księgą ruskiego latopisu – nasze historyczne korzenie.

Posted by tadeo w dniu 12 Wrzesień 2012

Автор: Jerzy HAWRYLUK

Księgę tę pisano trzysta lat. Dwanaście pokoleń przekazywało sobie z rąk do rąk wiekopomne pióro. Przekazywało, aby utrwalić dzieje dawno minionych dni. Utrwalić słowem w pamięci tych, którzy żyli. Tych, którzy żyją. I tych, którzy żyć będą. To słowa Leonida Machnowcia historyka, który na współczesny język ukraiński przetłumaczył księgę rozpoczynającą się słowami Lietopiseć ruskij s Bohom poczynajem… Otwiera ją powstała na początku XII w. w Kijowie opowieść mnicha Nestora mająca wyjaśnić otkudu jest’ poszła Ruskaja zemla (Powieść lat minionych), a kontynuują dwie kolejne historiograficzne kompilacje, nazywane przez historyków Latopisem kijowskim i Latopisem halicko-wołyńskim. Tutaj właśnie znaleźć możemy najdawniejsze pisane wzmianki o najstarszych podlaskich grodach – Drohiczynie, Bielsku, Mielniku i o rozgrywających się wówczas wydarzeniach. Najbardziej interesująca będzie oczywiście trzecia część Latopisu ruskiego, która powstawała w bezpośrednim sąsiedztwie naszego regionu, na dworach ruskich książąt w Chełmie i Włodzimierzu. Niech więc ta prastara księga stanie się naszym przewodnikiem po najdawniejszych dziejach naszej podlaskiej ojczyzny.

Najczęściej, bo kilkanaście razy, na kartach latopisów wspominany jest Drohiczyn. Pierwsza wzmianka o tym grodzie dotyczy wydarzeń z 1142 r. Wówczas to wielki książę kijowski Wsewołod Olegowicz wynagradzał swoich braci i kuzynów wspomagających go w walce o władzę w stolicy Rusi: On daje nam po grodzie – Brześć i Drohiczyn, Czortoryjsk i Kleck… Tak więc Drohiczyn wyłania się z mroków historii jako ośrodek administrowania pewnym terytorium, mającym być udziałem jednego z członków panującej dynastii. Nadaje mu to pozycję równorzędną w stosunku do Brześcia, który w źródłach historycznych pojawia się już w początkach XI w. Archeolodzy jednak twierdzą, iż metryka drohiczyńskiego grodu także sięga pierwszej połowy XI w., zaś osadnictwo ruskie było tu obecne już kilka wieków wcześniej.

Jak wynika z ich badań, zarówno w VI-IX w., a więc przed wejściem terytorium Podlasza w skład państwa ruskiego, jak i w X-XIV w. było ono kolonizowane przez ludność z terenu północno-zachodniej Ukrainy, głównie z Wołynia. Wprawdzie w starszej literaturze archeologicznej wysuwano przypuszczenia, że okolice Brześcia, Drohiczyna i Bielska kolonizowane były przez Dregowiczów, lecz wraz z postępem badań teza ta została odrzucona jako bezpodstawna. Podkreślał to Jerzy Wiśniewski, autor hasła Podlasie w czwartym tomie wydanego przez Polską Akademię Nauk Słownika starożytności słowiańskich, stwierdzając, iż przybywali tu od południa brzegiem Bugu wraz z ekspansją książąt ruskich Rusini wołyńscy, a nie, jak niektórzy sądzili, północno-wschodni Dregowicze.

Wnioski wysnute przez archeologów na podstawie zabytków kultury materialnej potwierdzają też badania podlaskiego folkloru, wykazującego genetyczną wieź z kulturą ludową Ukraińców Wołynia. Jak stwierdza petersburski muzykolog, prof. Igor Macijewski, który prowadził tu badania z inicjatywy lubelskiej fundacji „Muzyka Kresów”: Najwięcej cech wspólnych jest z Wołyniem i Polesiem, chociaż znajdujemy masę paraleli z Huculszczyzną, Bojkowszczyzną, a nawet z Kubaniem, bardzo dużo z Podolem. Można powiedzieć, iż bliższy związek jest z Wołyniem niż z Polesiem, można więc Wołyń i Podlasze uważać za jeden „wielki Wołyń”. Podlaska otwartość na wpływy z kierunku południowego zwróciła uwagę etnografa Wiktora Dawydiuka z Łucka, który podkreślał, że: kultura Podlasza ma wiele cech halickich, czego nie ma na naszym Polesiu. Na napływ ludności z terenu ziemi halickiej wskazują też pozostałości kultury materialnej – np. XI-wieczne domostwa zbadane w osadzie koło grodziska w Haćkach są identyczne z budynkami mieszkalnymi występującymi w dorzeczu Bohu, Dniestru i Prutu.

Charakter związków etnicznych i kulturowych wynikał z samego położenia regionu, izolowanego od północnego-wschodu pasem puszcz i bagien, otwartego natomiast na penetrację osadniczą ze strony południowo-wschodniej – naturalnym szlakiem komunikacyjnym był tu Bug. Od końca X w. obszar ten stał się północno-zachodnią forpocztą i „oknem na Europę” księstwa kijowskiego, ważnym punktem strategicznym, zarówno w politycznych, jak i gospodarczych stosunkach Rusi z sąsiadami. Tutaj bowiem zbiegały się szlaki wodne i lądowe łączące Kijów i Wołyń z ziemiami polskimi (Mazowszem, Pomorzem, Wielkopolską) i bałtyjskimi (Prusami, Jaćwieżą, Litwą). Krystyna Musianowicz, która w latach 50. prowadziła wykopaliska w Drohiczynie, pokusiła się nawet o stwierdzenie: Miasto Drohiczyn, w świetle przeprowadzonych archeologicznych badań, rysuje się jako faktora handlowa Kijowa czy Halicza.

Jednak najstarszym i największym ośrodkiem grodowym nad środkowym biegiem Bugu był Brześć, który wg XV-wiecznego historiografa polskiego Jana Długosza stanowił bramę do ziem ruskich. Przypadające na koniec X i początek XI w. walki o tzw. Grody Czerwieńskie i Brześć zakończyły się ostatecznym odzyskaniem tych terytoriów przez Jarosława Mądrego. Ustalona wówczas granica rusko-polska przetrwała do połowy XIV w., gwarantując religijną i kulturową integrację naszego regionu z Rusią.

Do połowy XII w. Drohiczyn i Brześć należały do stołecznej dzielnicy kijowskiej (księstwa kijowskiego). Wkrótce jednak oba grody przeszły w ręce linii książąt władających Wołyniem i weszły w skład księstwa wołyńskiego. Proces rozdrobnienia pomiędzy liczną dynastię książąt ruskich nie ominął również Wołynia. Doszło nawet do wyodrębnienia się Brześcia i Drohiczyna w niezależne księstwa. W Drohiczynie rządził Wasylko syn Jaropołka (zm. w 1177 r.), po nim zaś książę, którego imienia nie znamy.

Rozbicie księstwa wołyńskiego przezwyciężył u schyłku XII w. książę włodzimierski Roman Mstisławicz. W 1199 r. objął on także władzę w Haliczu kładąc podwaliny pod silny organizm państwowy, zwany powszechnie Rusią Halicko-Wołyńską (lub Halicko-Włodzimierską), która przejęła spuściznę polityczną Rusi Kijowskiej. Roman zdobył wpływ na Kijów i osadził tam zależnego od siebie księcia. Zupełnie więc słuszne było określanie go przez zachodnioeuropejskich kronikarzy mianem króla Rusinów (Romanus Rex Ruthenorum). Po tragicznej śmierci Romana w 1205 r. nastąpił okres zamętu i walki o władzę, jednak synom Romana – Danielowi i Wasylkowi udało się ponownie zjednoczyć odziedziczone po ojcu ziemie. Nastąpił wówczas trwający ponad sto lat okres stabilnego bytu politycznego Rusi Halicko-Wołyńskiej.

Z osobą księcia Daniela wiążą się kolejne latopisarskie wzmianki o Drohiczynie. W 1235 r. najechał go książę Konrad Mazowiecki, niedawny sojusznik Daniela i udało mu się zająć Drohiczyn i Mielnik. Nie zatrzymał on jednak tych grodów w swoich rękach, lecz w 1237 r. nadał odłamowi rycerskiego zakonu tzw. braci dobrzyńskich*, który nie zgodził się na połączenie ze sprowadzonym przez Konrada na pogranicze pruskie Zakonem Rycerskim Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego, zwanym popularnie Krzyżakami. Już jednak w następnym, 1238 roku Drohiczyn powrócił we władanie Romanowiczów: Gdy nastała wiosna, ruszyli oni we dwóch [Daniel i Wasylko] na Jaćwingów. I przyszli do Brześcia, ale rzeki napełniły się wodą, i nie mogli iść na Jaćwingów. Daniel rzekł: „Nie godzi się dzierżyć naszą ojcowiznę Krzyżowcom-Templariuszom, to jest Salomonowcom”. I poszli na nich z wielką siłą i zdobyli gród Drohiczyn w miesiącu marcu, i mistrza ich Brunona schwytali, i wojów wzięli w niewolę, i powrócili obaj do Włodzimierza. W kilka lat później Daniel wzniósł w Drohiczynie przepiękną cerkiew na chwałę Świętej Bogurodzicy, która w grudniu 1253 r. stała się miejscem kolejnego ważnego wydarzenia historycznego – jego koronacji na króla Rusi: Przyjął więc Daniel od Boga koronę w grodzie Drohiczynie, gdy szedł na wojnę przeciwko Jaćwingom, z synem swoim Lwem i z Ziemowitem, księciem lackim.

Zgodnie z legendą w drohiczyńskim grodzisku należało szukać podziemnego lochu prowadzącego do sąsiedniego Mielnika. Jest to oczywiście tylko legenda, ale wskazuje na fakt rzeczywisty – ścisły związek obu nadbużańskich grodów. Również w Mielniku główną pamiątką jego ruskich początków jest grodzisko usytuowane nad Bugiem. Pierwszą wzmiankę o grodzie spotykamy w Latopisie ruskim pod 1258 r., gdy przybył do niego książę Daniel Romanowicz – i pomodliwszy się Bogu Świętemu, Spasowi Zbawicielowi, a to ikona, która jest w grodzie Mielniku w cerkwi świętej Bogurodzicy i teraz jest w wielkiej czci, dał mu obietnicę Daniel-król ozdobić ją we wszelaki sposób. Ikona Spasa nie zachowała się do dnia dzisiejszego. Przypuszcza się, że została ona przeniesiona na górę w uroczysku Suminszczyna koło wsi Hrabarka (Grabarka), która od XVIII w. zaczęła przekształcać się w największy ośrodek kultowy Podlasza, co jest związane ze szczególnie uroczystym obchodzeniem święta Przemienienia Pańskiego, czyli Spasa (6/19 sierpnia).

W odróżnienia od Mielnika Bielsk związany był bardziej z Brześciem. Pierwsza wzmianka o tym grodzie pojawia się w Latopisie ruskim pod 1253 r. (historycy korygują ją na 1252 r.), przy opisie wojny z litewskim księciem Mendogiem. Gród bielski powstał u przejścia przez dolinę rzeki Białej, w miejscu gdzie ujście rzeczki Lubki stwarzało dogodny punkt obrony oraz kontroli rozwidlenia dróg. Obok Suraża, Brańska i Grodna należał on do systemu grodów osłaniających ziemie ruskie przed Jaćwingami. Jak wynika z badań archeologicznych przeprowadzonych w 1997 r. na terenie ulicy Zamkowej, osada zasiedlona przez ludność ruską istniała tu już w X w. (znaleziono tu m.in. pozostałości korczagi (amfory) służącej do przechowywania wina z fragmentem napisu wykonanego cyrylicą).

Bielsk przez cały wiek XIII pozostawał razem z Brześciem przy wołyńskich włościach młodszego brata Daniela, księcia Wasylka (zm. w 1269 r.) i jego syna Włodzimierza (zm. w 1288 r.). Włodzimierz zasłynął jako władca wielce dbający o nadanie świetności swym grodom. W latopisie zapisano m.in.: Także i w Bielsku wyposażył on cerkiew w ikony i księgi, wspomina się też o istnieniu w Bielsku domu – rezydencji, w której książę przebywał w czasie objazdu swych włości.

Gdy ktoś siedemset-osiemset lat temu podróżował z Bielska na północ, mógł przekroczyć Narew i minąwszy na jej prawym brzegi niewielki gród (obecnie na gruntach wsi Zajączki) dotrzeć do najdalej na północny zachód wysuniętego grodu ruskiego – Suraża, założonego w końcu XI w. Tędy właśnie prowadziła droga do Jaćwieży, do której dotrzeć można było poprzez mazowiecką Wiznę.

Osiągnąwszy dzięki wysiłkom Daniela i Wasylka pozycję najsilniejszego państwa w regionie, czego nie pozbawił jej też mongolski najazd, Ruś Halicko-Wołyńska uważana była zarówno przez samych jej mieszkańców, jak i sąsiednie państwa europejskie za spadkobierczynię politycznych tradycji Kijowa i całej Ziemi Ruskiej. Tak więc pisząc o Danielu Romanowiczu ruski latopisarz określa go jako księcia wielkiego, który władał ze swym bratem Ziemią Ruską – Kijowem i Włodzimierzem, i Haliczem, i innymi krajami. […] Jego zaś ojciec [Roman] był cesarzem w Ziemi Ruskiej, który ukorzył Ziemię Połowiecką i wojował przeciwko innym różnym krajom. Również dla władców zachodnich Daniel Romanowicz był Jaśnie Oświeconym Królem Rusi (tytuł ten, po koronacji w Drohiczynie, był jedynym praktycznym skutkiem prowadzonych w latach 1246-1254 pertraktacji Daniela z papieżem Innocentym IV w sprawie zorganizowania wyprawy krzyżowej państw katolickich przeciwko mongolskiej Złotej Ordzie). Symbolicznego tytułu „car”, „cesarz” używano w latopisie nie tylko w stosunku do Romana czy Daniela Romanowicza, lecz też i Włodzimierza Wasylkowicza, którego osobiste włości (zachodnia część Wołynia i ziemia brzeska z Bielskiem) były stosunkowo niewielkie. Syn i następca Daniela – Lew (zm. ok. 1308 r.), chociaż nie koronowany, na zachodzie Europy uważany był za władcę równorzędnego ówczesnym królom. Tytułu króla Rusi używał natomiast jego syn Jerzy, za panowania którego (zm. ok. 1315 r.) Ruś Halicko-Wołyńska, według ówczesnych kronikarzy, kwitła bogactwem i sławą.

Po tragicznej śmierci jego wnuka, Jerzego II (1340), terytorium Rusi Halicko-Wołyńskiej, po kilkudziesięcioletniej walce pomiędzy władcami Polski i Wielkiego Księstwa Litewskiego, zostało podzielone pomiędzy tych wzrosłych w siłę sąsiadów. Lecz na zbudowanym przez cztery stulecia fundamencie ruskich tradycji politycznych, religijnych i kulturowych dalej rozwijało się narodowe i społeczne życie kolejnych pokoleń halickich, chełmskich, wołyńskich i podlaskich Rusinów.

Ziemia ruska Podlasze
Od 1999 roku terytorium nad Bugiem i Narwią znajduje się w granicach woj. podlaskiego, które powołano w ramach ostatniej reformy administracyjnej. Zgodnie z ogólnodostępną informacją posiada ono herb oraz flagę, która składa się czterech równej szerokości pasów – białego, czerwonego, żółtego oraz błękitnego. Jest to więc ni mniej ni więcej tylko połączenie polskich i ukraińskich barw narodowych. Można wprawdzie zauważyć, że obecna ukraińska flaga ma odwrotny układ barw, ale utrwalił się on dopiero w pierwszych dziesięcioleciach XX w., gdy dorobiono „ludową” legendę, że symbolizują one błękitne niebo nad łanem pszenicy. W rzeczywistości ukraińskie barwy narodowe mają pochodzenie czysto feudalne i są pochodne od koloru herbu władców Rusi Halicko-Wołyńskiej – żółtego lwa na błękitnej tarczy (podobnie jak barwy polskie są pochodne od białego orła na czerwonej tarczy herbowej).

Obecność żółci i błękitu w barwach obecnej jednostki terytorialnej, która swoją nazwą nawiązuje do województwa podlaskiego, powstałego na początku XVI w., jest jak najbardziej na miejscu. Nie można bowiem zapominać, że zrębem terytorialnym tego dawnego województwa była brzesko-drohiczyńska część niegdysiejszej Rusi Halicko-Wołyńskiej. Wprawdzie już od lat 30. XIV w. tereny nad środkowym biegiem Bugu i Narwią znalazły się pod zwierzchnictwem książąt litewskich, nie zmieniło to jednak faktu, że ziemie skupione wokół Brześcia, Drohiczyna i Bielska uważane były powszechnie za Ruś.

Szczególnie wymowny jest tekst traktatu zawartego w 1379 r. pomiędzy wielkim księciem litewskim Jagiełłą Olgierdowiczem i podległym mu udzielnym księciem trockim Kiejstutem Giedyminowiczem a Zakonem Krzyżackim. Traktat ten miał zabezpieczać przed krzyżackimi najazdami część włości Kiejstuta, a mianowicie kraje ruskie – Wołkowysk, Suraż, Drohiczyn, Mielnik, Brześć, Kamieniec oraz kraj Grodna. Widzimy tu więc wyraźne rozróżnienie pomiędzy obszarem należącym uprzednio do Rusi Halicko-Wołyńskiej a ziemią grodzieńską, która już w XIII w. znalazła się we władaniu książąt litewskich (od 1289 r. do Rusi Halicko-Wołyńskiej należał też Wołkowysk). Również w późniejszym dokumencie Jagiełło, już jako król polski, miasto Międzyrzecz (obecnie Międzyrzec Podlaski) określa jako miejscowość w ziemi naszej ruskiej, w okręgu drohiczyńskim.

Państwo powszechnie zwane „Litwą” w drugiej połowie XIV w. składało się z szeregu księstw rządzonych przez liczną dynastię potomków księcia Giedymina, w większym lub mniejszym stopniu uznających zwierzchnią władzę wielkiego księcia Olgierda Giedyminowicza, a później jego syna Jagiełły. Ziemie nad Bugiem i Narwią, oderwane od Rusi Halicko-Wołyńskiej jeszcze za życia ostatniego jej władcy Jerzego II (ok. 1336 r.), zostały przyłączone do księstwa trockiego, w którym władał Kiejstut Giedyminowicz (zm. 1382), a później jego syn Witold. Będąc w konflikcie z Witoldem, Jagiełło pozbawił go ojcowizny i w 1391 r. oddał ziemię naszą drohiczyńską z zamkami i okręgami Drohiczyn, Mielnik, Suraż, Bielsk w lenno mazowieckiemu księciu Januszowi I. Wprawdzie dość szybko powróciły one we władanie Witolda, lecz książę Janusz aż do swej śmierci (1429 r.) właśnie z racji czasowego posiadania wymienionych grodów tytułował się jako książę senior ziemi mazowieckiej i ruskiej. Również jego następca Bolesław IV używał tytułu księcia Mazowsza i Rusi, a nawet w 1440 r., wykorzystując zamęt po zabójstwie ówczesnego wielkiego księcia litewskiego Zygmunta Kiejstutowicza zajął ziemie, które przez pewien czas należały do Janusza I (utracił je w 1444 r.). Bolesław, nadając przywilej dla szlachty okolic Suraża określił ten teren mianem ziemi ruskiej suraskiej.

Ziemią ruską nasz region był nie tylko dla litewskich, mazowieckich i polskich władców, ale i dla dawnych dziejopisarzy. XIV-wieczny kronikarz niemiecki Wigand z Marburga pisał m.in., że w 1373 r. wicekomtur krzyżacki von Elner obrócił się ze swymi na Ruś i przybył do nieostrzeżonej ziemi bielskiej, gdzie bezskutecznie próbował zdobyć zamek bielski. Również XV-wieczny polski historiograf Jan Długosz, chociaż w opisie dziejów Podlasza dopuścił się znacznych przeinaczeń, potwierdzał położenie tego terenu w historycznych granicach Rusi. Opisując w swoich Rocznikach krzyżackie najazdy w drugiej połowie XIV w. Długosz stwierdza, iż ich celem były okręgi ruskie Drohiczyn, Mielnik i Brześć. Natomiast piszący w sto lat później Maciej Stryjkowski, swe główne dzieło zatytułował Kronika polska, litewska, żmudzka i wszystkiej Rusi Kijowskiej, Moskiewskiej, Siewierskiej, Wołyńskiej, Podolskiej, Podgórskiej, Podlaskiej etc. (1582). Także w większości źródeł urzędowych cztery parafie katolickie – bielska, brańska, łubińska i wyszkowska aż do 1580 r. zwane były ogólnie parafią ruską. Jest więc faktem niezaprzeczalnym, iż ziemie nad Bugiem i Narwią w XIV-XVI w. w powszechnej świadomości były integralną częścią Rusi, dzieląc jej dziejowe losy. Już jednak w drugiej połowie XIV w. większość ziem, które niegdyś tworzyły Ruś Kijowską, znajdowała się pod władzą litewskiej dynastii Giedyminowiczów.

W spisanej na początku XII w. Powieści lat minionych Litwa wymieniona została wśród plemion płacących daninę Rusi. Ale już w następnym stuleciu widzimy Litwę jako twór o charakterze państwowym, zdolny do skutecznej akcji militarnej wobec sąsiadów, podejmujący wyprawy zbrojne zarówno na podbijane przez niemiecki Zakon Kawalerów Mieczowych ziemie łotewskie, jak też ruskie i polskie. Z tego okresu mamy pierwszy zapis o litewskim najeździe na Wołyń (1208 lub 1209 r.), któremu sprzyjało rozprzężenie po śmierci Romana Mstisławicza.

Najprawdopodobniej wtedy też pod władzę Litwy trafiła tzw. Ruś Czarna z Grodnem i Nowogródkiem, w którym w 1253 r. koronował się litewski książę Mendog.

Zawładnięcie Rusią Czarną okazało się wówczas jedynym sukcesem litewskiej ekspansji w kierunku południowym, gdyż zatrzymała ją szybka konsolidacja Rusi Halicko-Wołyńskiej przez Daniela Romanowicza. Natomiast około 1245 r. bratankom Mendoga udało się opanować Połock. W pierwszej połowie XIV w., za panowania wielkiego księcia Giedymina (1315-1341) nastąpiło ponowne rozszerzenie terytorium państwa litewskiego, do którego włączone zostały też Witebsk, Mińsk, Turów, Pińsk, Brześć i Drohiczyn. Największe jednak sukcesy w poszerzaniu swego zwierzchnictwa na ziemie dawnej Rusi Kijowskiej odniesione zostały przez Giedyminowych synów, którzy sięgnęli po Wołyń, Podole, ziemię kijowską i siewiersko-czernihowską.

Na sukces złożył się cały szereg czynników politycznych, które sprawiły, że działania te nie miały charakteru zbrojnego konfliktu z miejscową ludnością ruską. Ważne znaczenie miał też fakt, iż litewscy książęta byli w znacznym stopniu zruszczeni, zarówno pod względem kultury, jak i religii, co było nieuniknione, skoro już w pierwszej połowie XIV w. większość rządzonych przez nich terytoriów znajdowała się poza litewskim obszarem etnicznym. Także wielki książę litewski Olgierd Giedyminowicz (1345-1377) – jeśli powołać się na opinię jednego z historyków polskich – ze sposobu życia i obyczajów był właściwie Rusinem.

Za rządów Olgierda jego ogromne państwo – Wielkie Księstwo Litewskie, Ruskie i Żmudzkie (w literaturze określane skrótowo jako Wielkie Księstwo Litewskie, co w znacznej mierze fałszuje jego rzeczywisty multietniczny charakter) przypominało w znacznym stopniu tracącą polityczną spójność XII-wieczną Ruś Kijowską, z tym że stołeczny ośrodek nowego imperium znajdował się w Wilnie. Podobieństwo było tym większe, że zarówno terytorialna przewaga ziem ruskich, jak też wyższy poziom ich rozwoju społeczno-gospodarczego i prawno-politycznego oraz kulturalnego powodowały szybkie ruszczenie się zarówno rządzącej dynastii, jak i związanej z nią litewskiej elity.

Sytuacja w państwie litewsko-ruskim uległa znaczącej zmianie po śmierci Olgierda, gdy wbrew zasadom rodowego starszeństwa tron wielkoksiążęcy odziedziczył jego młodszy syn Jagiełło. Doprowadziło to do konfliktów z innymi członkami dynastii Giedyminowiczów, zwłaszcza z trockim księciem Kiejstutem (zamordowanym w 1382 r. z rozkazu Jagiełły) i jego synem Witoldem, który zaczął szukać pomocy u Krzyżaków – śmiertelnego wroga Litwy i Żmudzi. Przed Jagiełłą otwarła się jednak możliwość umocnienia swojej pozycji poprzez związek z Polską, również szukającą sojusznika do walki z Krzyżakami i nie posiadającą męskiego następcy tronu. W 1385 r. w Krewie zawarta została unia polsko-litewska, na mocy której Jagiełłę powoływano na tron polski oddając mu za żonę królową Jadwigę. Z kolei Jagiełło przyrzekł przyjęcie wraz z całym ludem litewskim chrztu w obrządku łacińskim i wcielenie swego państwa do Korony Polskiej.

Mająca miejsce w latach 1386-1387 realizacja postanowień unii krewskiej zmieniła stosunki pomiędzy Litwinami a Rusinami. W 1387 r. Jagiełło specjalnym dekretem nakazał wszystkim Litwinom, a więc i tym, którzy przyjęli już uprzednio prawosławie, podporządkowanie się zwierzchnictwu łacińskiej hierarchii kościelnej. Również wyłącznie katolicy mogli być objęci poszczególnymi przywilejami królewskimi, poszerzającymi zakres swobód stanowych. Wprawdzie wcielenie do Korony Polskiej nie zostało zrealizowane, ale na skutek działań Jagiełły, a zwłaszcza Witolda, który od 1392 r. rządził w Wilnie jako namiestnik Jagiełły, a później sam ogłosił się wielkim księciem (1398), od schyłku XIV w. Wielkie Księstwo wstąpiło na drogę przekształcania się z federacji ziem rządzonych przez książąt z rodu Giedymina w państwo scentralizowane. Elitą polityczną, na której opierała się władza wielkiego księcia, miało stać się obdarzone przywilejami możnowładztwo i bojarstwo wyznania katolickiego, a więc wyłącznie pochodzenia litewskiego.

Wielkoksiążęce rządy Jagiełły i Witolda miały też bezpośredni wpływ na sytuację demograficzną na terenie Podlasza. Nadanie przez Jagiełłę w 1391 r. ziemi drohiczyńskiej mazowieckiemu księciu Januszowi otworzyło drogę do kolonizacji jej zachodniej części przez szlachtę mazowiecką, przeważnie drobną i pod względem majątkowym niewiele różniącą się od chłopów, ale bardzo liczną. Odzyskawszy ten teren na początku XV w. Witold zagarnął także pewne skrawki dawnego terytorium mazowieckiego (np. Święck, Wysokie Mazowieckie, ziemie na północ od rz. Narwi). Następstwem tego przesunięcia na zachód granicy ówczesnej ziemi drohiczyńskiej, a także mazowieckiej kolonizacji szlacheckiej, która sięgnęła do orientacyjnej linii Drohiczyn – Boćki – Samułki nad Narwią, było powstanie zdecydowanej przewagi liczebnej szlachty polskiej (mazowieckiej).

Nowa sytuacja polityczna miała też wpływ na skład narodowościowy ludności miast podlaskich, z których większość rozwinęła się z ruskich osad przygrodowych. Ich mieszkańcy początkowo podlegali takim samym przepisom prawnym i podatkowym jak ludność wiejska, co zmieniło dopiero nadanie praw miejskich opartych na wzorach niemieckich. Wprawdzie na terenie Rusi Halicko-Wołyńskiej prawo niemieckie zaczęto stosować już w pierwszej połowie XIV w., ale bardzo sporadycznie (przed 1324 r. otrzymał je stołeczny Włodzimierz, a w 1339 r. Sanok). Również władcy litewscy prawa miejskie nadawali początkowo tylko największym ośrodkom – przed końcem XIV w. otrzymały go tylko Wilno, Kowno, Troki oraz Brześć (w 1390 r.). Były to największe ośrodki handlu i produkcji rzemieślniczej, leżące w zachodniej, najlepiej rozwiniętej gospodarczo części państwa litewsko-ruskiego. Szerokie upowszechnienie praktyki lokowania starych i nowo powstających osad na prawie niemieckim nastąpiło więc dopiero w XV w.

Chcąc ściągnąć na Podlasze nowych osadników z zachodu Witold zimą 1429/1430 r. ustanowił wójtów w Drohiczynie i w Bielsku (wójtowi bielskiemu nakazał osadzać lud rzymskiego obrządku wyłącznie… to jest Polaków i Niemców, ale bez szkody dla mieszkających tu Rusinów). Początkowo więc prawo miejskie obejmowało jedynie nowych osadników, pochodzenia przeważnie polskiego. Dlatego też przez pewien czas funkcjonowały obok siebie dwie osady, z których jedna podlegała nadal urzędnikom hospodarskim (wielkoksiążęcym), druga zaś wójtowi. Sytuacja taka panowała w Bielsku, gdzie po 1430 r. obok starej osady, zwanej Zamkową, Starym Miastem lub Miastem Ruskim powstała osada Poświącińska (z kościołem fundowanym również w 1430 r. przez Witolda). Dopiero przywilej na pełne prawo miejskie magdeburskie, wydany w 1495 r. przez Aleksandra Jagiellończyka, połączył te osady w jeden organizm miejski: Miastu naszemu Bielskowi w ziemi drohiczyńskiej darujemy na wieczne czasy prawo magdeburskie w zupełnej jego obszerności i mocy. … Wójta więc słuchać powinni wszyscy miasta osadnicy, tak naszego obrządku, jako też Rusini.

W Drohiczynie osadnicy na prawie niemieckim osadzeni zostali na prawym brzegu Bugu, gdzie już w 1392 r. Witold ufundował pierwszy kościół katolicki, stąd tę część miasta zwano Lacką Stroną, zaś część lewobrzeżną Ruską Stroną. Dopiero w 1498 r. wielki książę Aleksander nadał prawo miejskie dla ogółu mieszkańców: zważając, że w niektórych miastach W. Ks. Litewskiego mieszczanie żyją w niezgodzie z powodu różnicy praw i zwyczajów, wypływających z wyznania obrzędów łacińskiego i greckiego, pragnąc przeto zaprowadzić między nimi dobre porozumienie i jedność, obdarzamy tak jednych jak i drugich, po obu stronach rzeki mieszkających, prawem magdeburskim. Pospólstwo z wójtem corocznie wybiorą 8 rajców wyznania łacińskiego i tyluż greckiego, ci zaś wspólnie z wójtem obiorą z grona swego dla obu wyznań po 1 burmistrzu.

Podział na stronę „lacką” i „ruską” widzimy też w położonym na obu brzegach Narwi Surażu. W Brańsku istniały dwie równoległe ulice – Ruska i Lacka (później zwana Kościelną), które wychodziły z rynku i prowadziły do świątyń – pierwsza do cerkwi, druga do kościoła. Także w Siemiatyczach możemy zaobserwować pierwotny podział na część ruską i lacką. Najstarsza część osady siemiatyckiej związana była ze wzgórzem, na którym usytuowana jest cerkiew św. Piotra i Pawła. Około połowy XV w. na przeciwległym brzegu rzeczki Muchawiec zaczęła powstawać nowa osada zasiedlana przez ludność polską, dla której ufundowano w 1456 r. kościół katolicki. Ludność ruska osiedliła się też w Wysokim (Mazowieckim), a więc na zachód od dawnej granicy Rusi. Znajdował się tu Ruski Rynek, na którym stała cerkiew.

Oceniając proces wprowadzania samorządu miejskiego w miastach podlaskich polski historyk I. T. Baranowski stwierdzał: Zaprowadzenie prawa niemieckiego w miastach podlaskich, wzmożenie się wśród nich katolicyzmu, kulturalne wysiłki Bony, stosunki handlowe z Polską i Prusami – musiały powoli zmienić typ starych grodów: Drohiczyna, Bielska, Suraża i Brańska i nadać im bardziej zachodnioeuropejski charakter. Odtąd miasta podlaskie różniły się od polskich głównie pod względem narodowościowym. Gdy w polskich miastach mieszczaństwo niemieckiego pochodzenia stanowiło część znaczną, zwłaszcza zamożniejszej części ludności, wśród mieszczaństwa podlaskiego nie znajdziemy prawie nazwisk o brzmieniu germańskim; ludność miast składa się prawie wyłącznie z rdzennych mieszkańców Rusinów i z napływowych „Lachów”.

Polacy osiedlali się przede wszystkim w miastach położonych najbardziej na zachód, zwłaszcza w Brańsku i Surażu, które w chwili obecnej są już całkowicie spolonizowane. Jednak sporządzony w 1558 r. spis dzierżawców włók miejskich w obu miastach świadczy, iż Rusini i tu stanowili co najmniej połowę ludności miejskiej, zdecydowanie przeważając w wielu okolicznych wsiach, zwłaszcza koło Brańska. Znaczny odsetek ludności polskiej miał Drohiczyn. Ludność ruska zdecydowanie przeważała natomiast w XVI-wiecznym Bielsku, Mielniku i mniejszych miastach we wschodniej części ziemi bielskiej (Narew, Boćki, Kleszczele). Np. bielska rada miejska w pierwszej połowie XVI w. składała się prawie wyłącznie z Rusinów. Rola mieszczan-Rusinów nie maleje tu i wiekach następnych – w dokumentach spotykamy wielu z nich w funkcjach burmistrzów i rajców.

Jednak włączenie w 1569 r. woj. podlaskiego do Korony Polskiej i postępująca w ślad za tym polonizacja życia publicznego odbiła się też na praktyce samorządu bielskiego. Opisując w pierwszej połowie XIX w. znajdujące się w ratuszu archiwum miejskie, historyk Józef Jaroszewicz zwrócił uwagę, że najstarsza z zachowanych ksiąg miejskich do połowy 1591 r. pisana była wyłącznie w języku ruskim, w ciągu następnych 14 lat pojawiła się pewna ilość dokumentów polskich, zaś od połowy 1609 r. wszystkie dokumenty były pisane już po polsku. Mimo to królewski przywilej z 1649 r., ustanawiający w Bielsku trzy coroczne czterotygodniowe jarmarki naznaczał ich daty nie według kalendarza gregoriańskiego, używanego przez Kościół katolicki lecz juliańskiego (ruskiego), a święta wyznaczające początek poszczególnych jarmarków odpowiadały parafialnym świętom w poszczególnych cerkwiach bielskich (Troickiej, Preczysteńskiej i Bohojawleńskiej).

Oczywiście decydujące znaczenie w kształtowaniu się ogólnej mapy stosunków etnicznych w regionie miało osadnictwo wiejskie. Na przełomie XIV i XV w. rozpoczął się tu proces ponownego zasiedlania terenów wyludnionych podczas niedawnych wojen polsko-litewskich i krzyżackich najazdów, a później też obszarów leśnych. Z większym lub mniejszym nasileniem trwał on aż do schyłku XVIII w., doprowadzając do ukształtowania się trzech obszarów etnicznych – polskiego, ukraińskiego (ruskiego) i białoruskiego.

Spośród widocznych obecnie granic etnicznych na północ od Bugu najwcześniej ukształtowała się granica pomiędzy ludnością ukraińską i polską, czemu sprzyjał brak przeszkód naturalnych. Jak już wiemy granica ta przebiegała na wschód od dawnej granicy pomiędzy Rusią a Mazowszem, według orientacyjnej linii Drohiczyn – Boćki – Samułki nad Narwią. Obszar na wschód od tej linii zasiedlony był przez ludność ruską (etnicznie ukraińską), która przetrwała okres wojennych zniszczeń. Zasiedlała ona także tereny na zachód od tej linii, głównie okolice Brańska, a nawet okolice mazowieckiego Wysokiego. Kolonizacja ukraińska w XV-XVI w. sięgnęła również daleko na północ od dawnych granic Rusi brzesko-drohiczyńskiej. Wiązało się to z podporządkowaniem starostwu bielskiemu rozległych obszarów za rz. Narwią, położonych przy granicy ziemi grodzieńskiej (po 1513-20 r. była to granica woj. podlaskiego i trockiego). Jednakże ludność ukraińska, która osiedlona została na północ od Suraża – okolice Choroszczy, Tykocina i Knyszyna, aż pod Goniądz, z czasem zasymilowała się z liczniej napływającą ludnością polską lub białoruską.

O wiele później kształtować się zaczęła granica pomiędzy osadnictwem ukraińskim i białoruskim, przebiegająca teraz na północ od rz. Narwi i na zachód od rz. Narewki. Wynikało to z faktu, że jeszcze w XV w. oba obszary etniczne nie stykały się ze sobą. Oddzielał je szeroki pas puszczański, który ciągnął się od Kamieńca w kierunku północnym wzdłuż późniejszej granicy woj. podlaskiego (Puszcza Kamieniecka, później nazwana Białowieską, a także Bielska, Wołpiańska, Grodzieńska i Goniądzka). Dopiero przekroczenie tej puszczańskiej bariery przez ludność białoruską dało początek kształtowaniu się granic etnicznych – białorusko-ukraińskiej i białorusko-polskiej.

Zasiedlanie obszarów puszczańskich przez ludność białoruską odbywało się dwiema drogami – przez stopniowy wyrąb kompleksów leśnych wzdłuż ich wschodniej granicy, która wskutek tego przesuwała się coraz bardziej na południowy zachód, a także poprzez osadnictwo na zachodnich skrajach obszarów leśnych, a więc wzdłuż granicy pomiędzy ziemią bielską i grodzieńską.

Właśnie w ten drugi sposób na początku XVI w. powstały dobra Białystok i Dojlidy, zasiedlone przez ludność z okolic Lidy, dobra zabłudowskie, zasiedlone przez ludność białoruską z okolic Brzostowicy Wielkiej, jak również dobra Gródek, będące wyspą w środku puszczy. Zasiedlane przez ludność białoruską dobra zabłudowskie sąsiadowały już bezpośrednio z obszarem zwartego osadnictwa ukraińskiego, które przekroczyło Narew, sięgając granicy pomiędzy woj. podlaskim i trockim. Tak więc granica administracyjna stała się tu jednocześnie granicą etniczną.

Na wschód od dóbr zabłudowskich znajdowało się należące do woj. nowogródzkiego starostwo jałowskie, również kolonizowane przez ludność białoruską. Rozwijające się tu drobne osadnictwo puszczańskie przy ujściu rz. Łupianki do Narwi doprowadziło już w początku XVII w. do zetknięcia się nurtu osadniczego spod Wołkowyska z ukraińskim osadnictwem bielskim koło Narwi. W pierwszej połowie XVII w. nastąpił także rozwój osadnictwa białoruskiego (ludność znad Świsłoczy) pomiędzy Narwią a Narewką, gdzie powstały wsie Narewka (późniejsze Grodzisko), Lewkowo, Łuka, Siemianówka i Mikłaszewo. W ten sposób przekroczyło ono górną Narew i dotarło do brzegów Narewki, nad którą nastąpiło bezpośrednie zetknięcie się z ludnością ukraińską.

Zarysowane w XV-XVII w. granice obszaru zamieszkanego przez ludność etnicznie ukraińską w następnych wiekach uległy tylko niewielkim zmianom. Zmiany te polegały przede wszystkim na polonizacji najbardziej wysuniętych na zachód wysepek ludności ukraińskiej wśród otoczenia polskiego. Lecz straty terytorialne i demograficzne na zachodzie rekompensowały postępy osadnictwa na terenie Puszczy Bielskiej, która została prawie całkowicie wytrzebiona i na skraju Puszczy Białowieskiej (ówczesny pow. kamieniecki), gdzie w XVIII w. powstała m.in. wieś Hajnowszczyzna, która dała początek obecnej Hajnówce.

Dokonane w drugiej połowie XIV w. połączenie Rusi brzesko-drohiczyńskiej z sąsiadującymi z nią od północy trockimi włościami księcia Kiejstuta było działaniem mechanicznym, niezgodnym z naturalnymi kierunkami ciążenia regionu. Wyraźną odrębność tego terytorium widzimy we wspominanym już dokumencie litewsko-krzyżackim z 1379, gdzie miano krajów ruskich odnoszono wyłącznie do obszaru należącego uprzednio do Rusi Halicko-Wołyńskiej, zaś sąsiadującą z nim część księstwa trockiego określano jako kraj Grodna. Mieszkańców tych terytoriów dzielono na Rusinów i Grodnian. Na ten podział nakładały się też warunki naturalne w postaci szerokiego granicznego pasa niezamieszkanej puszczy, na co zwracał uwagę m. in. Długosz, wspominając o pustkowiach rozciągających się pomiędzy Grodnem a Bielskiem, jak też historycy współcześni (np. Alina Wawrzyńczyk podkreśla: w przeszłości nie zaznaczył się związek ziemi brzeskiej z Rusią Czarną. Naturalnym kierunkiem otwarcia, był natomiast południowy wschód, a więc Wołyń i Ziemia Kijowska, z którymi łączyły go zarówno Bug, jak też rzeczno-wodny szlak łączący Brześć z Kijowem (Muchawiec, Prypeć, Dniepr), co przesądzało o pierwotnej osadniczej i politycznej penetracji z tego kierunku).

Logicznym następstwem istniejącej sytuacji było przekształcenie na początku XVI w. południowej części woj. trockiego (powstało w 1413 r. po likwidacji udzielnego księstwa trockiego) w odrębną jednostkę administracyjną, którą w dokumencie z 1513 r. określono jako województwo podlaskie, brzeskie i inne. W 1520 r. Zygmunt I wystawił kolejny dokument o utworzeniu nowego województwa obejmującego powiaty drohiczyński, brzeski, bielski, kamieniecki, mielnicki i kobryński, motywując ten krok trudnościami w zarządzaniu przez urzędników trockich tak odległym obszarem.

Nazwa Podlasze, którą zaczęto określać nowe województwo, powstała stosunkowo późno, gdyż w pisanych po rusku dokumentach Wielkiego Księstwa Litewskiego pojawia się dopiero w końcu XV w. W pierwszych dziesięcioleciach XVI w. zaczynamy ją spotykać też w dokumentach polskich – w wersji łacińskiej brzmiała Podlachia, zaś w ówczesnej polszczyźnie – Podlasze, jednak z powodu zmian fonetycznych zachodzących w języku polskim przybrała z czasem formę Podlasie (podobnie jak staropolska wisznia stała się wiśnią). Korzystając z tego zniekształcenia pierwotnej nazwy naszego regionu, niektórzy „specjaliści” do dzisiaj próbują dowodzić, że powstała ona na określenie ziem położonych „pod lasami”. Jest to nielogiczne nie tylko z historycznego ale i filologicznego punktu widzenia, gdyż brzmiałaby ona wówczas nie Podlasie a Podlesie (podobnie jak Polesie). Rzeczywiste pochodzenie nazwy Podlasze zostało już dawno wyjaśnione w literaturze specjalistycznej, wystarczy więc sięgnąć do klasycznych już dzieł polskich historyków – Józefa Jaroszewicza, Aleksandra Jabłonowskiego czy Zygmunta Glogera. I tak już 150 lat temu bielszczanin J. Jaroszewicz stwierdzał, że kraina ta w okresie przyjmowania nowej nazwy, nie nazywa się Podlasiem, jakby pod lasami litewskimi położona, bo i sama była lesistą, ale Podlaszem t.j. krajem, który tylko graniczył z Lachami, lecz przez Lachów pierwotnie zaludnionym nie był, chociaż Lachowie dość wcześnie na mocy podbojów pretensje do tego kraju rościć zaczęli.

Jednak mimo pozostawania w granicach Wielkiego Księstwa Litewskiego Podlasze ulegało z racji swego położenia silnym wpływom ze strony Mazowsza, co odbiło się zwłaszcza na składzie narodowościowym stanu szlacheckiego jego części zachodniej, gdzie przeważała szlachta mazowiecka. Natomiast zasiedlone przez Rusinów tereny wokół Drohiczyna, Bielska i bardziej na wschód były własnością wielkoksiążęcą i zamieszkiwała je przeważnie ludność chłopska. Dlatego też szlachta ruska była tu niezbyt liczna.

Zachodnia i południowa granica woj. podlaskiego, będąca jednocześnie granicą Wielkiego Księstwa z Koroną Polską, nie była dokładnie oznaczona. Powodowało to ciągłe zatargi o przynależność mniejszych lub większych obszarów. W 1546 r. podjęto próbę dokładnego określenia granic przez wspólną komisję litewsko-polską. Nie zakończyło to jednak sporów, które znalazły swe odbicie chociażby podczas sejmu polskiego w 1558 r. Powołując się na Kronikę Marcina Kromera wśród ziem, które miały niegdyś należeć do Polski, a dopiero później zostały zagarnięte przez Wielkie Księstwo Litewskie, posłowie wymieniali nie tylko pograniczne obszary woj. podlaskiego, ale i Wołyń. Z dążeniami do odebrania Podlasza i Wołynia łączyły się też dążenia do wyegzekwowania od strony litewskiej postanowień unijnych, zgodnie z którymi Wielkie Księstwo miało być złączone z Polską. Do tego bowiem czasu podpisywane już kilkakrotnie umowy unijne pozostawały bez realizacji, a oba państwa w rzeczywistości łączyła jedynie osoba wspólnego władcy, który w Litwie był hospodarem (wielkim księciem) zaś w Polszcze – królem. Przekształceniu luźnego związku obu państw w ścisły związek polityczny sprzeciwiali się magnaci litewscy i ruscy, którzy jako panowie rada odgrywali decydującą rolę w państwie. Jednak sytuacja polityczna, która zaistniała w latach 1562-1563 – masowe poparcie idei unii przez szlachtę Wielkiego Księstwa, pragnącą korzystać z podobnych praw jak uprzywilejowana szlachta polska i klęski w wojnie Moskwą, zmusiła ich do zmiany stanowiska.

Zwołany w 1569 r. do Lublina wspólny sejm polsko-litewski, mający doprowadzić do ścisłej unii obu państw, musiał znaleźć kompromis pomiędzy inkorporacyjnymi dążeniami najradykalniejszej części polskich egzekucjonistów (chcieli oni nawet nazwę Litwa zastąpić Nową Polską) a zasadą równorzędnego związku państw, bronioną przez stronę litewską. Pierwsze sześć tygodni wspólnych obrad sejmowych nie przyniosło jednak żadnego porozumienia i 1 marca 1569 r. przedstawiciele możnowładztwa litewskiego potajemnie opuścili Lublin. Demonstracja ta nie niczego dała, doprowadziła natomiast do oderwania od Wielkiego Księstwa większości ziem etnicznie ukraińskich. Bowiem z chwilą wyjazdu magnatów litewsko-ruskich na początku dziennym obrad sejmowych stanęła sprawa poruszana dotąd mimochodem – spór o Wołyń i Podlasze. Tutaj trzeba zaznaczyć, że w ramach przeprowadzonej w 1566 r. reformy administracyjno-prawnej dokonany został podział woj. podlaskiego na dwie części, co było niewątpliwie odbiciem istniejącej różnicy prawnego położenia stanu szlacheckiego. „Cieszące się” prawem polskim ziemie drohiczyńska, mielnicka i bielska pozostały przy nazwie woj. podlaskiego, zaś wschodnią część połączono z Pińszczyzną tworząc nowe województwo – brzeskie (brześciańskie).

Praktycznie włączenie okrojonego woj. podlaskiego i Wołynia do Korony Polskiej stało się faktem dokonanym już w dniu wyjazdu panów litewskich, a dalsze dyskusje dotyczyły tylko spraw formalnych. Ostatecznego skorygowania przywileju inkorporacyjnego dla woj. podlaskiego dokonano 21 marca. Zygmunt August, motywując inkorporację tym, iż rzekomo Ziemia Podlaska… przed przeszłemi czasy zupełnym a całym prawem do Korony polskiej zawsze należała, wcielał woj. podlaskie do Korony zrównując go w prawach z innymi ziemiami państwa polskiego. Nie znajdujemy w tym dokumencie żadnych wzmianek o szlachcie ruskiej, co zdecydowanie odróżnia go od analogicznego przywileju dla Wołynia, w którym wyraźnie zaznacza się, że wszelkie akta grodzkie i ziemskie oraz korespondencja z kancelarią królewską mają być prowadzone w języku ruskim. Wynikało to oczywiście z faktu, że wcześniej dokonane nadanie szlachcie podlaskiej prawa polskiego odsunęło język ruski na drugi plan.

Natomiast godne podkreślenia jest silne poczucie wspólnoty wśród szlachty ruskiej Wołynia i woj. brzeskiego, co zostało zamanifestowane właśnie podczas obrad sejmu lubelskiego. Włączenie do Korony woj. podlaskiego i wołyńskiego, stało się bowiem dopiero pierwszym etapem okrojenia terytorialnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Wkrótce na porządku dziennym stanęła sprawa przyłączenia do Korony Kijowszczyzny i Bracławszczyzny (co uczyniono), a także woj. brzeskiego, czego domagała się szlachta wołyńska. Według listu starosty żmudzkiego Chodkiewicza z 31.V.1569 r., Wołyńcy podali tego między posły, że Kijów i Brześć im należy, a zwłaszcza p. Bokij – wywodzi po Narew i Jasiołdę, Pińsk, Kobryń też do Wołynia życząc, czego Polacy popirać chcą. Podobne informacje znajdujemy w liście podskarbiego litewskiego Naruszewicza z 11 czerwca, w którym skarży się, że: panowie Wołyńcy… i Brześć Litewski wszystek i Pińsk także, aż po Jasiołdę rzekę odgraniczają.

Widzimy tu więc wyraźne dążenie do zachowania integralności ziem etnicznie ukraińskich. Mimo upływu ponad dwóch stuleci od upadku państwa halicko-wołyńskiego i oddzielenia ziemi brzeskiej od Wołynia granicami administracyjnymi – najpierw pomiędzy księstwem trockim Kiejstuta a wołyńskim Lubarta, później granicami pomiędzy województwami – świadomość przynależności obu tych ziem do jednego obszaru historyczno-etnicznego była silnie ugruntowana. Jest to tym bardziej oczywiste, że działania posłów wołyńskich były zbieżne z postawą szlachty brzeskiej, o czym donosił Naruszewicz w liście z 5 czerwca: Posłom powiatu brzesckiego nie kazała [tzn. zabroniła] bracia [szlachta] wracać do domu bez jakiejkolwiek uniej [unii]; i tego snać dokładając, że się nie chcą rozrywać z bracią swoją pany wołyńskiemi, między któremi i pany Podlaszany w samem środku siedzą. Jeśliby zaś unia nie doszła do skutku, żalił się Naruszewicz, umyślili odrywać się od tej nieszczęśliwej ojczyzny swej.

1 lipca 1569 r. dokonał się akt unii Wielkiego Księstwa Litewskiego i Korony Polskiej, zakładający powstanie Rzeczypospolitej Obojga Narodów, rządzonej przez wspólnie wybieranego władcę i jeden wspólny sejm. Woj. brzeskie nie zmieniło swej przynależności, pozostając w „Litwie”, co współczesny historyk polski J. Bardach skomentował: Ziemia brzeska pozostała przy Wielkim Księstwie, zapewne także dlatego, że unia lubelska stwarzała z ziemiami ruskimi inkorporowanymi do Korony taką łączność, którą szlachta uznała za wystarczającą.

Tak więc dążenia strony polskiej do opanowania ziem Rusi Halicko-Wołyńskiej zostały w końcu zrealizowane – nawet ponad plan, gdyż przyłączono też Kijowszczyznę i Bracławszczynę. Woj. podlaskie stało się częścią ziem koronnych i pod względem organizacji oraz zasad obowiązującego prawa zostało całkowicie upodobnione do ziem polskich. Nie zmieniło to jednak sytuacji etnicznej, gdyż pomimo polonizacji szlachty ruskiej, a częściowo też mieszczaństwa chłopski wiejski ogół pozostał przy swojej ukraińskiej mowie, ludowej kulturze i ruskiej wierze.

http://nadbuhom.pl/art_0083.html

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna | Leave a Comment »

 
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 428 obserwujących.