WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • Tylko przestańmy mówić: ten kraj, w tym kraju, tutaj, ci ludzie. Zacznijmy mówić tak, jak Pan Bóg przykazał, jak o matce: Ojczyzno ma, moja, kochana, poraniona, więc tym bardziej kochana. Moja, to znaczy taka, którą się kocha, którą się po rękach całuje, przed którą się klęka, której się służy, której się z czcią opowiada, której się nie okrada, dla której się pracuje, dla której się cierpi i umiera, jak trzeba. To nie inni mają tak zrobić, to nie oni, tam na górze, ale my. Inaczej na nic wszystko. Na nic ta rana i na nic te ofiary. Nasza Ojczyzna mocno krwawi i ból nie ustaje w naszych sercach, ale zapewniamy pachołków Moskwy i Berlina, i tych, co służą „mamonie” – jeszcze nie zginęła, póki my żyjemy. Póki pracujemy dla dobra naszej Ojczyzny. Póki kochamy i pamiętamy.

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for the ‘Moja mała Ojczyzna’ Category

Długosz o Łomazach

Posted by tadeo w dniu 29 Wrzesień 2013

Nazwa „Łomazy” pojawia się po raz pierwszy w dziele Jana Długosza „Roczniki, czyli kroniki sławnego Królestwa Polskiego” w księdze XII. Długosz parokrotnie wymienia tu nazwę wsi Łomazy. Musiał być ważny powód, żeby w tak wielkim dziele historycznym poświęcać szczególną uwagę wsi rozciągniętej nad rzeczką Zielawą. Czytajmy więc Długosza.
Jest rok 1444. Pod Warną ginie król Polski Władysław (zwany odtąd pośmiertnie Warneńczykiem). W Polsce – bezkrólewie. Tron musi być obsadzony. Kraj obejmuje zawierucha polityczna, grożąca wojną domową.
Jest dwóch kandydatów: Piast, książę mazowiecki Bolesław, i książę litewski Kazimierz, syn Jagiełły i brat Warneńczyka.

Kazimierz Jagiellonczyk.jpg

Szczęśliwie dochodzi do ugody. Kandydatem do tronu zostaje książę litewski. Ale Kazimierz nie kwapi się do rychłego przyjęcia korony, a jednocześnie grozi wojną, jeśli tron Polski obejmie ktoś inny. Jednakże nie mówi „nie”.
Zwleka. Wobec tego panowie polscy „ustanawiają uroczystośćm świętego Michała (29.09.1446 r.) na zjazd generalny w Parczowie” (J. Długosz, Roczniki).
Strona polska, nie chcąc narażać honoru i prestiżu Litwinów na szwank, proponuje Kazimierzowi przybycie do Parczowa (obecnie Parczewa), a „gdyby to dla niego było trudne, by z Brześcia Ruskiego nie zaniedbał spotkania z prałatami i panami we wsi Połubice albo Łomazy, jako miejscowościach położonych po­ środku między Parczowem a Brześciem.” (J.Długosz, Roczniki)
We wrześniu 1446 roku Polacy przybywają do Parczewa, zaś Litwini z Kazimierzem do Brześcia. Opis tego wydarzenia zamieszcza Długosz w podrozdziale zatytułowanym tak: „Kazimierz, by oderwać od Królestwa Polskiego Łuck i Olesno, okazuje się opornym w przyjęciu Królestwa Polskiego, co gdy jednak z zafrasowaniem zostało przyjęte, dwie duże wsie, a mianowicie: Łomazy i Połubice oddaje Litwinom” (J. Długosz,Roczniki).
Litwini zastrzegli, że warunkiem przyjęcia korony jest zwrócenie Litwie przez Polskę Podola i Wołynia, niegdyś ziem litewskich, a obecnie władanych przez Królestwo. Polacy ten warunek kategorycznie odrzucali. Żądali natomiast „zatwierdze­nia praw i wolności Królestwa Polskiego” (J. Długosz, Roczniki). Atmosfera była napięta. Nieufni Litwini, bojąc się zdrady i podstępu ze strony Polaków, nie ruszają się z Brześcia. Panowie polscy muszą jednakże doprowadzić rzecz do końca… Wysyłają do Brześcia pełnoprawną reprezentację, by sprawę definitywnie rozstrzygnąć. Stanęło na tym, że Kazimierz przyjął koronę. Podole i Wołyń pozostały przy Polsce, zaś prawa i wolności Królestwa – Kazimierz, Król Polski i Wielki Książę Litewski – potwierdził. Litwini poczuli się oszukani. Kazimierz Jagiellończyk, jako wybitny polityk, chcąc wykazać, iż nie traci z oka interesów Litwy, podejmuje pierwszą królewską decyzją, a mianowicie: „Wyjeżdżając z Brześcia, polecił oderwać od tenu­ ty parczowskiej (starostwa dzierżawnego – przyp. M.T.) i przyłą­czyć do tenuty brzeskiej wsie Łomazy, Połubice i inne, które jego ojciec i brat, królowie polscy dzierżyli spokojnie.” (tzn. w pełni praw, bez żadnych roszczeń z innych stron – przyp. MT)
(J. Długosz, Roczniki).
W ten sposób Łomazy stały się przedmiotem rozgrywki politycznej.

APC - 2013.09.29 17.57 - 001.3d
Mieszkańcy Łomaz układali się do snu wieczorem w Polsce, a rankiem zbudzili się na Litwie. Polacy tego królowi nie zapomnieli. Dali temu wyraz na zjeździe piotrkowskim, który odbył się we wrześniu 1459 roku. Był to zjazd burzliwy, mogący się skończyć obaleniem króla, gdyby nie zbrojni Kazimierza. Jeden z polskich posłów krzyczał: „Ode­rwałeś od Królestwa Polskiego zna­komitą łucką ziemię Królestwa i wiele wsi w pobliżu Brześcia, i oddałeś we władanie Litwinów, a wypędziwszy nas przyznałeś tę świetną ziemię i wspomniane wsie panom, którzy do nich nie mają prawa.” (J. Długosz, Roczniki). Król nie ustąpił. Zjazd się rozjechał.
Natomiast Litwini trwali przy swoim. Kwestii odzyskania ziem na Podolu i Wołyniu nie odpuszczali. Tę sprawę zamierzano rozstrzygnąć w 1464 r. na „zjeździe w Parczowie, który miał się odbyć w dzień świętego Marcina, z dostojnikami litewskimi.” (J. Długosz, Kroniki).
Sprawy nie rozstrzygnięto: „Ponieważ Litwini, którzy przybyli do Brześcia Ruskiego, ociągali się z przybyciem do Parczowa, odbyto więc częściowy zjazd jednych i drugich członków rady w obecności króla Kazimierza we wsi Łomazy. Jako że na nim nie można było w ogóle mówić o ziemi podolskiej i łuckiej – o jed­nej z nich Litwini twierdzili, że jest ich, a o drugiej Polacy mó­wili słusznie, że należy do nich – z jednej strony z powodu nieodpowiedniości miejsca, a z drugiej z braku pogody, odłożo­no tę sprawę na drugi rok.” (J. Długosz, Roczniki).
Nie można się oprzeć wrażeniu, że Jagiellończyk, będąc wytrawnym politykiem, posłużył się „nieodpowiednim miejscem” – Łomazami – żeby żadne wiążące decyzje nie zapadły. Wielokrotnie zresztą korzystał z odwlekania rozwiązań kwestii doraźnych, nie chcąc osłabiać władzy królewskiej. Tyle Długosz.

Plik:POL gmina Łomazy COA.svg

Herb Łomaz

Warto wiedzieć, jak było i skąd przychodzimy. Albowiem: „wczoraj jest to dziś, tylko trochę dalej” (C.K.Norwid)

Opracowanie Mieczysław Trochimiuk, historyk, artysta, senator I kadencji Senatu III RP

Przeczytaj także:

 Historia Łomaz – Bolesław Górny

Łomazy – historia

Parafia Rzymskokatolicka Św. Apostołów Piotra i Pawła w Łomazach – Romuald Szudejko

Na Podlasiu – Obrazki z ostatnich czasów – skreślił nadbużanin (Gazeta Krakowska)

Dzieje Huszczy – Tadeusz Jeruzalski

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna | 4 Comments »

Parafia Rzymskokatolicka Św. Apostołów Piotra i Pawła w Łomazach – Romuald Szudejko

Posted by tadeo w dniu 29 Wrzesień 2013

Plik:Lomazy-kosciol.jpg

Aby zrozumieć człowieka

Trzeba sięgnąć w głąb jego tajemnicy,

żeby zrozumieć Naród –

trzeba przyjść do jego Sanktuarium.

Jan Paweł II

Z Kościołem Rzymskokatolickim należy wiązać proces przemian cywilizacyjnych i osadniczych na Podlasiu począwszy od czasów piastowskich. Oprócz wielu elementów o charakterze świadomościowym było to osadnictwo na dziewiczych terenach, zagospodarowywanie licznych połaci ziemi, tworzenie skupisk ludzkich oraz wznoszenie kościołów i innych obiektów sakralnych o przeznaczeniu obronnym. I chociaż Podlasie traktowane było z dawna jako ziemie przygraniczne na wschodnich rubieżach Polski, to z jednej strony położenie (miedzy Wisłą a Bugiem), z drugiej naturalne zainteresowanie władców Polski, a przede wszystkim chęć rozszerzania terytorium wpływu i bezpieczeństwa wyznaczała łączność Podlasia z innymi terenami nadwiślańskimi.
Łomazy są tu dobrym przykładem pogranicza i mieszania się wpływów osadnictwa i ludności Polski, Litwy, Rusi oraz chociażby Jadźwingów.

Czasy najdawniejsze do 1795 r.

Pierwszą próbę chrystianizacji Podlasia podjął w latach 1255-1257 papież Aleksander IV organizując osobną diecezję w Łukowie, mianując biskupem do misji chrystianizacyjnej wśród Jadźwingów i schizmatyków, czyli Rusinów Bartłomieja z Pragi. Niestety intensywne zabiegi Zakonu Krzyżackiego w lecie roku 1257 wstrzymały poczynania organizacyjne, a w efekcie udaremniły ostatecznie realizację tych planów. Bartłomiejowi cofnięto pełnomocnictwo pod pozorem jakoby wkraczał w kompetencje misyjne Krzyżaków w Prusach i na Litwie. W roku 1358 utworzono odrębnie dla Podlasia diecezję łucką, a biskupi na jedną ze swoich siedzib z racji położenia wybrali Janów Podlaski (daw. Prochów). Pierwszymi dekanatami były; łukowski z parafiami Ulan i Radzyń oraz parczewski z Parczewem i Czemiernikami. (Właściwie biskupstwo w Łucku podzielono pierwotnie na dwa archidiakonaty i na dwa oficjalaty. Teren dzisiejszych Łomaz obejmował archidiakonat brzeski i oficjalat w Janowie. Następnie w roku 1554 Podlasie podzielono na trzy okręgi, z których janowski obejmował Łomazy. W roku 1589 podzielono biskupstwa na dekanaty – Łomazy znalazły się w dekanacie brzeskim, ale już w 1630 roku znalazły się w dekanacie Janów Podlaski – w 1673 roku proboszczem łomaskim był dziekan janowski ks. Andrzej Sienicki).

Dzieje Łomaz, dziś osady gminnej, w przeszłości wsi, miasta i siedziby dóbr królewskich, sięgają czasów bardzo odległych. Nie jest do końca rozpoznana sama nazwa, którą jedni tłumaczą jako pochodną od przezwiska Łomaza – Łomazy (np. Piotr Łomazki – w 1631 roku wójt miasta Łomazy); inni nazwę wywodzą od łoziny – wierzby, której na tym terenie wśród lasów i bagien było bardzo dużo. Powierzchniowe badania archeologiczne potwierdzają istnienie zorganizowanej społeczności ludzkiej w rejonie Łomaz już w epoce kamienia i brązu – około 4 tysięcy lat temu. Istotne są tu ślady grodziszcza z okresu grodów stożkowatych w pobliskim Dokudowie, podobne pierwotne umiejscowienie Łomaz (w widłach Zielawy i Grabanki) oraz pobliskiego Rossosza (w widłach Zielawy i Muławy). Do dzisiaj w rejonie zbiegu Zielawy i Grabanki znajduje się spory obszar łąk i pól o nazwie „Cerkowisko” (od cerkwi?) i tamże „Głuch” – 80-arowy obszar, cmentarz, na którym jeszcze w okresie międzywojennym znajdowano polne kamienie z wykutymi znakami krzyża rzymskokatolickiego, łącznie ponad 50 mogił. Sensacją archeologiczną w ostatnich dniach marca 2001 roku było odkrycie – przy okazji budowy sali gimnastycznej przy miejscowym Zespole Szkół – dobrze zachowanych grobów z czasów ciałopalenia zmarłych i naczyń z okresu rzymskiego (V-II w. p.n.e.). Stanowiska archeologiczne znalazły się prawie w centrum osady na placu po byłej cerkwi prawosławnej/unickiej. Daje to z jednej strony dowód na istnienie od bardzo dawna obiektu sakralnego w pierwszych siedzibach mieszkańców Łomaz, wiedząc o tym, że do początków XIX wieku zmarłych chowano wokół obiektów kultu religijnego.

Swój rozwój zawdzięczają Łomazy przede wszystkim unii polsko-litewskiej w Krewie 1385 r. i położeniu na szlaku Wilno-Brześć-Błotków (dzisiaj Terespol; przeprawa przez Bug) – do Gniezna, Poznania i Krakowa. W rytmie po 20 lub co 40 km lokowano miejsca noclegowe i przystankowe. Stąd m.in. rozwój Piszczaca, Łomaz, Polubicz, Parczewa, Lubartowa i dalej Lublina.

W 1447 roku Kazimierz Jagiellończyk odłączył Łomazy od starostwa parczewskiego w województwie lubelskim, czyli od Polski i do ekonomii brzeskiej, czyli do Litwy przyłączył, przy czym, jak mówią źródła historyczne, Łomazy były wcześniej w spokojnym posiadaniu ojca i brata Kazimierza Jagiellończyka i była tu prawosławna cerkiew oraz kościół katolicki. W XV wieku domy mieszkalne były małe, budowane z drewna i gliny, kryte słomą.
Budynki gospodarcze często miały ściany z pionowych drągów, przeplatane chrustem, dachy kryte trzciną. W 1451 roku odbyto w Łomazach posiedzenie sejmu polsko-litewskiego. Na zwołane do Parczewa obrady nie chcieli przybyć posłowie litewscy, żądając pisemnego zabezpieczenia ich osób, majątku i swobodnego przejazdu, oczekując na decyzje w Brześciu. Król, chcąc zdobyć przychylność i ufność Litwinów, przyjechał z Parczewa do Łomaz. Tu doszło do właściwych obrad i narad. Podobnie było zresztą w roku 1 464, kiedy to w drodze kompromisu Łomazy stały się ponownie miejscem obrad sejmowych, chociaż jesień nie sprzyjała obradom; Łomazy nie miały dość pomieszczeń na zakwaterowanie licznie zgromadzonych posłów, gości i służby. Zapewne w podzięce za gościnność i dla nadania rangi miejscowości w 1451 roku za sprawą króla Kazimierza IV Jagiellończyka w Łomazach utworzono parafię wyznania rzymskokatolickiego.

APC - 2013.09.29 11.18 - 001.3d
Można to rozpatrywać w kategoriach świadomej polityki, bowiem w XV wieku na Podlasiu utworzono m.in. parafie w Mordach – 1408r., Hadynowie 1413r., Janowie Podlaskim 1428, Sarnakach 1430, Ruskowie 1440, Niemojkach 1448, Malowej Górze 1464, Górkach 1471r, Miedzyrzecu Podlaskim 1477 r.
Sposób urządzenia parafii w tamtym czasie nie jest znany. Wiadomo, iż obejmowała ona swoim zasięgiem, oprócz osady Łomazy, także majątek królewski o tej samej nazwie z siedzibą ulokowaną przy obecnej drodze Łomazy-Huszcza. Proboszczowie utrzymywali się głownie z uprawy ziemi i dziesięciny, środki te musiały wystarczyć też na utrzymanie wszystkich obiektów kościelnych i parafialnych. Według stanu z 1566 roku łomaska parafia posiadała na cele kultu religijnego i na potrzeby probostwa wydzielone place i ogrody w Łomazach przy obecnej ul. Budzyń o powierzchni łącznej 3,45 ha po obu stronach ulicy. Dzisiaj jest to tzw. „kościelisko” – miejsce po rozebranym w końcu XIX wieku kościele. Jest ono upamiętnione kamienną grotą z fundacji parafian, postawioną staraniem proboszcza ks. kanonika Antoniego Bubeły.

W 1566 roku Łomazy zostały „na nowo posadowione”, wraz z dokonaniem tzw. pomiary włócznej. Staraniem wojewody wileńskiego, marszałka ziemskiego, kanclerza wielkiego litewskiego i starosty brzeskiego Mikołaja Krzysztofa Radziwiłła (zwanego „ Czarnym”) przeprowadzono komasację gruntów, dokonano zmiany kształtów i miejsca posadowienia miejscowości. Łomazy zorganizowano na planie regularnego czworoboku z centralnie usytuowanym Rynkiem tj. placem przeznaczonym na cotygodniowe targi i organizowane dwa razy w roku (w Święto Patronów Parafii Św. Apostołów Piotra i Pawła oraz w Dzień Zaduszny) jarmarki. W tym czasie w sąsiedniej Lubence było 27, a w Studziance mieszkało ponad 50 rodzin chłopskich. Jeszcze jako wieś Łomazy posiadały 1470 prętów gumiennych, a także grunty uprawne (1 pręt = 1 morga = 72 ary i 40 m kw; 30 morgów = 1 włóka miary chełmińskiej). Było 681 placów siedzibnych – 106 wolnych i 575 zabudowanych. Mieszkało 4 cieśli, 5 kołodziejów, 2 krawców, ślusarz, kuśnierz, młynarz, reszetnik, miodosytnik i piwowar. Były też wiatraki i karczmy. Do usytuowanych w majątku królewskim spichlerzy dostarczano zboże z okolicznych dóbr ziemskich. Do Łomaz należały trzy zaścianki rozciągnięte od prawego brzegu Zielawy do Lubenki, Huszczy i Rowin. Tak urządzone otrzymały w 1568 roku od króla Zygmunta II Augusta prawa miejskie na prawie magdeburskim wraz z herbem i określeniem podatków. Źródłem utrzymania parafii rzymskokatolickiej były nadania ziemi oraz daniny nakładane na parafian.

Z dochodów parafii finansowano wydatki liturgiczne i kościelne oraz działalność oświatową i różne formy pomocy. W kręgu parafii pozostawały przynależne do ówczesnego starostwa łomaskiego miasto Łomazy oraz wsie: Wortel (dzisiaj Ortel Królewski), Koscziankowo (Kościniewicze),Lubienka (Lubenka), Studziana (Studzianka), Kniazia (Koszoły), Hoscza (Huszcza), Thuczna (Tuczna), Bokinina (Bokinka Królewska), Kopytnik, Dobrinka (Dobrynka), Poloski (Połoski), Dobrowicza Więtssa (Dąbrowica Duża), Korosconka (Koroszczynka). W 1569 roku na Sejmie Lubelskim zarządzono przeprowadzenie lustracji wcielonej do Królestwa części Podlasia, także Łomaz. Stad wiemy, że w 1570 roku w mieście Łomazy pod kościół rzymskokatolicki i cerkiew zajętych było 40 prętów gruntu (96 arów miary chełmińskiej) oraz poza miastem 22 włóki ziemi różnego rodzaju, czyli 447 ha i 86 arów.

APC - 2013.09.29 11.00 - 001.3d

Szczególne zasługi dla parafii rzymskokatolickiej w Łomazach położył Władysław IV Waza (1587–1632). On to ufundował nowy budynek kościelny w miejsce starego, który uległ naturalnemu zużyciu, był już zbyt mały na potrzeby wiernych. W specjalnym przywileju określił prawa, obowiązki i własności parafii. Parafia została zwolniona od wszelkich opłat miejskich i podatków na rzecz skarbu królewskiego. Mieszczanie posiadający ziemię użytkowaną rolniczo byli obowiązani płacić dziesięcinę wynoszącą 60 snopów żyta zwyczajowej wielkości z każdej włóki pola zasianego oziminą.
Dziesięcinę tę każdy rolnik obowiązany był dostarczyć własnym transportem do plebanii bezpośrednio z pola zaraz po zżęciu i wysuszeniu. Rolnicy z okolicznych wsi mieli wyznaczoną dziesięcinę w ilości od 1 do 4 kop z włóki. Dwór i majątek królewski Łomazy dawał na wino i wosk oraz na utrzymanie sługi kościelnego 50 złotych rocznie. Parafia utrzymywała szpital i bakałarza dla kształcenia dzieci miejskich.

Okres rozkwitu Łomaz zamykają: najpierw przeniesienie stolicy Polski do Warszawy (1596) i spadek znaczenia traktu komunikacyjnego Wilno – Brześć – Lublin – Kraków na rzecz m.in. Białej Podlaskiej, Międzyrzeca i dalej do Warszawy oraz spalenie Łomaz w 1657 roku. Chociaż fakt pożaru jest odnotowywany przez wszystkich, to jednak trudno jest dzisiaj ustalić, czy byli to Szwedzi (potop szwedzki 1655-
1660), czy, co bardziej prawdopodobne, żołnierze księcia Siedmiogrodu Rakoczego (w roku 1657 napadł aż na Brześć). Jako przyczynę spalenia podaje się odmowę wypłaty okupu nałożonego przez Szwedów na Łomazy. Spalony został kościół katolicki, cerkiew prawosławna, ratusz i większość zabudowań mieszkańców – ludność kryła się po bagnach. I chociaż następny, również drewniany kościół wzniesiono jeszcze tego samego roku, to w wyniku grabieży miasta zginęło wielu mieszkańców, liczne żniwo zebrała też towarzysząca okresowi wojen cholera. Warto dodać, że w 1658 roku biskup łucki Jan Wydżga w sprawozdaniu do Stolicy Apostolskiej z dnia 15 marca donosił, że nowy kościół także został zrujnowany.

Być może to były przyczyny, dla których Jan Kazimierz dał dodatkowo na uposażenie parafii 9 morgów różnego rodzaju gruntów i 30 placów w mieście. Istotnym potwierdzeniem było zwolnienie od wszelkich podatków, opłat miejskich i na rzecz skarbu państwa. To zapewne dało asumpt do odnowy świątyni, naprawienia szkód i jej przetrwania do 1783 roku. Liczyła się ofiarność parafian i ówczesnego proboszcza ks. Karwowskiego (występuje w dokumentach datowanych na 1677r.). Odbudowano też cerkiew prawosławną, która od 1682 roku zaczęła funkcjonować jako świątynia unicka.

APC - 2013.09.29 18.10 - 001.3d
Wydaje się jednak, że te działania pozwoliły parafii na względną stabilność finansową, skoro w 1673 roku pożyczyła łomaskim Żydom 1000 ówczesnych złotych polskich. Obowiązujące w Białej Podlaskiej „de non tolerandis judeis” powodowało stale trwające osadnictwo żydowskie m.in. w Łomazach. W 1673 Żydzi rozpoczęli budowę własnej szkoły, która w zamyśle była też bożnicą, tj. miejscem kultu religijnego wyznania mojżeszowego.

Na jej budowę pożyczyli od ówczesnego proboszcza łomaskiego i dziekana janowskiego księdza Andrzeja Sienickiego powyższą kwotę: „ . . . . od której sumy my tedy sami teraźniejsze starsi i po nas następujące całym kahałem naszym łomaskim i sukcesorowie nasi powinni będą Xiedzu Andrzejowi Sienickiemu i sukcesorom Jmci, lubo Im tę mianowaną sumę komu zapisze, w każdy rok monetą, aby w sobie żadnego braku nie miała prowizji sto złotych polskich płacić, oddawać i dosyć czynić wiecznymi i potomny czasy, któremu płaceniu tej Prowizji złotych sto poczyna się w dzień św. Marcina święta rzymskiego według nowego kalendarza w roku da Pan Bóg przyszłym 1674 . . . . . .”.
Bożnica była do chwili rozbiórki w 1942 roku posadowiona na placu zajmowanym dzisiaj przez miejscowy ośrodek zdrowia. Żydzi wspomnianą prowizję płacili regularnie do 1795 roku, za rządów austriackich prowizję do roku 1809 wypłacała bialska kasa cyrkularna; potem wpłaty zaniechano zarówno ze środków państwowych, jak też przez łomaską gminę żydowską. Od czasów umiejscowienia kirkutu (cmentarza) wyznania mojżeszowego w Łomazach . . . . . „za mogiłki i drogę kirkutową kahał łomaski winien był dawać do probostwa łomaskiego na światło rocznie dwa kamienie surowego łoju, a później gdy w daninie był opornym . . . . . . . . . kahał łomaski znaglony został, oddawał i oddaje do probostwa choć nieregularnie corocznie po dwa kamienie łoju surowego na światło”.

W drugiej połowie XVII wieku mieszkańców Łomaz było stosunkowo mało. Mieszczan łomaskich razem z ludnością napływową i Żydami około roku 1684 było nie więcej niż 245 dymów, tj. licząc do 6 osób na jeden dym–dom około 1500 osób.
Dzięki staraniom najpierw ks. Łukasza Wnorowskiego (był wg. ks. kanonika Romana Soszyńskiego proboszczem w Łomazach – na mocy prezenty królewskiej dnia 3 lutego 1702r.), a następnie ks. Wszczonowskiego parafia rzymskokatolicka w Łomazach uzyskała 8 czerwca 1711 roku od króla Augusta II potwierdzenie dotychczasowych przywilejów, praw i obowiązków nadanych przez Władysława IV i Jana Kazimierza (kserokopia w aktach parafii), dodatkowo z obowiązkiem utrzymania bakałarza dla „ ćwiczenia młodych dziatek wiejskich”. Ponieważ do Łomaz na jarmarki i targi przyjeżdżali m.in. Bojkowie czyniąc liczne szkody przepędzanym bydłem i końmi; na proboszczu łomaskim spoczął obowiązek reperacji mostu na Zielawie w zamian zamostowe w wysokości pół garnca soli od każdej furmanki Bojków w dni targowe na rzecz probostwa. Do dzisiaj przechowuje się w kościele w Łomazach dwie bardzo cenne pamiątki z tego okresu.

APC - 2013.09.29 11.29 - 001.3d

Pierwsza to kielich mszalny z 1759 roku z napisem: Franciszek Max. Łojewski syn Teodora i Anastazji. Za dusze tychże swoich rodziców i dusze moje. Za dusze wszystkich swoich krewnych, za dusze przyjaciół, za dusze dobrodziejów. Fund. kielich, fund. Łojewski. Dat. 1759. Druga to monstrancja z wyrytym z boku napisem: „ Anno: 1763.K.L. (inicjały nie do rozszyfrowania). Proboszczem w tym czasie był ksiądz
Tadeusz Dominik Jabłoński zmarły w 1779 roku, po nim proboszczem został Jakub Jamiołkowski – aż do 1839 roku.
Rok 1769 przynosi Konfederację Barską – wstępuje do niej m.in. generał, Tatar Józef Bielak, właściciel majątku rolnego w pobliskich Koszołach razem ze swoim liczącym 300 żołnierzy i oficerów pułkiem.
Kwaterowali oni w Łomazach na przełomie czerwca i lipca: tutaj też stoczyli we wrześniu bitwę. Rozegrała się ona prawdopodobnie w rejonie pola o nazwie „ Głuch” i zginął w niej Franciszek – brat Kazimierza Pułaskiego, późniejszego generała i bojownika o wolność Stanów Zjednoczonych Ameryki. Poległych w bitwie pochowano bądź na „ Głuchu”, bądź na pobliskim cmentarzu mahometańskim w Studziance.
W 1783 roku z nieznanych przyczyn spłonął kościół parafialny, drewniany. Nowy, także drewniany, został jeszcze w tym samym roku postawiony z fundacji Stanisława Augusta Poniatowskiego. Był usytuowany na tzw. kościelisku przy dzisiejszej ul. Budzyń.
Po drugiej stronie istniały zabudowania plebalne. W tym czasie znacznemu zmniejszeniu uległa „ dziesięcina” wnoszona na rzecz kościoła rzymskokatolickiego.
Podskarbi nadworny Antoni Tyzenhaus odebrał łomaskim mieszczanom część gruntów i przydzielił dworowi królewskiemu. Mieszczanie nie płacili dziesięciny z gruntów, których nie użytkowali, a zarządcy majątku królewskiego nie byli obowiązani do wnoszenia daniny snopowej. Ustalony w II połowie XVIII wieku podział dóbr królewskich na klucze i gubernie wyniósł Łomazy do rangi siedziby majątkowej guberni królewskiej, która miała 8 kluczy majątkowych, 6 folwarków, 38 wsi i 3 miasta.

APC - 2013.09.29 11.33 - 001.3dMogiła konfedratów barskich poległych w bitwie pod Łomazami 15 września 1769, Głuch koło Studzianki

Ostatni okres niepodległości Polski lat 1791–1795 był bardzo burzliwy dla Łomaz. Nie obyło się bez różnych szykan, rabunków i zniszczeń majątku mieszkańców i miejscowych instytucji. Przez Łomazy przechodziły wojska polskie, rosyjskie i austriackie – co
wiązało się z dostarczaniem kwater, podwód oraz żywności dla ludzi i koni. W dniu 19 czerwca 1775 roku spłonął podpalony prawdopodobnie przez Moskali kościół rzymskokatolicki, plebania i budynki gospodarcze probostwa. Bieda była tak wielka, że
następny postawiono dopiero w 1852 roku, mało było też katolików łacinników; podówczas w parafii przeważali unici.

Z tego okresu pochodzi urodzony 24 czerwca 1773 roku w Łomazach Józef Hornowski. Był wojskowym – służbę rozpoczął jako kanonier artylerii pieszej litewskiej w 1791r. , w 1795r. był porucznikiem legionów włoskich; w 1807 roku został szefem batalionu 3 pułku piechoty Księstwa Litewskiego, w 1809 roku pułkownikiem 17 pułku, w 1816 roku został generałem brygady  dowodząc drugą brygadą pierwszej dywizji piechoty. Był kawalerem krzyża wojskowego i Legii Honorowej. Uczestniczył we wszystkich wojnach cesarstwa napoleońskiego; w 1809 roku bronił twierdzy Praga, pod Berezyną został wzięty do niewoli. Zmarł 18 maja 1817r.

Inne wyznania w rejonie Łomaz do 1795 r. – słów kilka.

Od dawna istniała w Łomazach cerkiew prawosławna. Wiadomo, że w 1566 roku posiadała ona swoją  świątynię usytuowaną między dzisiejszymi ulicami Podrzeczną i Szkolną, na placu dzisiejszego Zespołu Szkół. Przy cerkwi był cmentarz. Łączna powierzchnia terenów parafialnych wynosiła 97 arów. Prawosławni wg lustracji z 1570 roku posiadali jeszcze obok Łomaz dwie włóki ziemi użytkowanej rolniczo.
W 1596 roku podczas Unii Brzeskiej doszło do połączenia na ziemiach polskich kościoła rzymsko-katolickiego i prawosławnego; ten odłam kościoła prawosławnego zaczęto nazywać grekokatolickim lub greckounickim, zaś wyznawców unitami. Widoczne różnice między rzymskimi katolikami a unitami polegały na możliwości odprawiania modłów i mszy świętych w języku ojczystym wiernych oraz zawieranie związków małżeńskich przez duchowieństwo niższych szczebli. Co istotne, cerkiew unicka w Łomazach po odbudowie z
okresu potopu szwedzkiego, erygowana została pod wezwaniem św. Apostołów Piotra i Pawła w 1688 roku staraniem królewskim – podobnie jak kościół wyznania rzymskokatolickiego. Z biegiem lat do kościoła grekokatolickiego zaczęły przenikać obrzędy i zwyczaje stosowane w kościołach łacińskich tak, że już w XVII wieku wierni nie widzieli jakichkolwiek różnic w obrzędach. Zawierano tzw. mieszane związki małżeńskie, dzieci chrzczono w zależności od potrzeby chwili, w jednym lub drugim kościele; powszechnie widziano pomoc wzajemną duchownych obu wyznań. Unici czuli się katolikami, zapominając o prawosławnych korzeniach. Istotna była stała polonizacja tych ziem, które od 1385 roku znalazły się w centrum ogromnego Królestwa Polski i Litwy.

Przypuszczalnie od czasów Władysława Jagiełły w Łomazach zaczęli osiedlać się Żydzi. Od zarania trudniąc się handlem i rzemiosłem, żyli w pełnej koegzystencji z innymi mieszkańcami Łomaz. Po zbudowaniu bożnicy założyli istniejący do dzisiaj cmentarz wyznania żydowskiego – kirkut, a liczba ich stale rosła do kilkuset w końcu XVIII w.
W pobliskiej Studziance i Ortelu Królewskim w XVI i XVII wieku zaczęto osadzać (i nadawać majątki ziemskie) za zasługi wojenne Tatarów. Kilkanaście rodzin do 1915 roku miało tu swój meczet (dzisiaj plac szkolny) i cmentarz – mizar. Tatarzy prowadzili wojowniczy tryb życia – w domach pozostawały kobiety prowadząc podupadające majątki, mężczyźni zaś uprawiali rzemiosło wojenne. Stąd ich asymilacja
w miejscowym społeczeństwie i całkowite spolszczenie do czasów II wojny światowej.

Po utracie niepodległości : 1795–1918.

W wyniku III rozbioru Polski Łomazy znalazły się pod panowaniem Austrii, podobnie jak cała parafia w cyrkule bialskim, gubernatorstwie lwowskim. W 1809 roku Łomazy weszły do Księstwa Warszawskiego w składzie powiatu bialskiego departamentu siedleckiego. W wyniku przegranej wojny Napoleona z Rosją, od 1813 roku należały do zaboru rosyjskiego. Na mocy Kongresu Wiedeńskiego – w Królestwie Polskim – Kongresowym – Łomazy weszły do obwodu bialskiego województwa podlaskiego (Siedlce). Pierwotnie władze rosyjskie rozważały przeniesienie siedziby obwodu z Białej Podlaskiej do Łomaz, bowiem Łomazy były siedzibą dekanatu unickiego.
Około roku 1805 został utworzony w Łomazach nowy, istniejący do dzisiaj cmentarz miejski przy ul. Wielkobrzeskiej (dzisiaj ul. Brzeska) „. . .wspólny z obrządkiem greckim i również wspólnym kosztem wszystkich parafian dylami w słupy nowo oparkowany, do niego od ulicy jest brama otwierająca się podwójnie z daszkiem na dwóch słupach”.

Było to wynikiem i tego, iż nie istniała wówczas (do 1852 roku) odrębna świątynia rzymskokatolicka, a łacinnicy modlili się w cerkwi unickiej. Katolikom udostępniono kościół unicki, tutaj ksiądz Jakub Jamiołkowski odprawiał nabożeństwa dla rzymskich katolików, stale
przechowywał przedmioty potrzebne dla odprawiania nabożeństw i świadczeń posług religijnych. Jednakże
w 1812 roku część liczącego trzydzieści pięć tysięcy żołnierzy korpusu rosyjskiego podążającego z południa w stronę Warszawy wtargnęła do Łomaz. Znajdujący się w ich składzie Baszkirzy obrabowali mieszkańców Łomaz, nie omijając kościoła unickiego. Katolikom zrabowali szaty liturgiczne i bieliznę kościelną. Bieda w Łomazach była tak wielka, iż nikt nie myślał o postawieniu odrębnej świątyni dla rzymskich katolików.

W dniu 30 czerwca 1818 roku Ojciec Św. Pius VII dekretem „ Ex imposita Nobis” utworzył diecezję janowską czyli podlaską z siedzibą biskupów ordynariuszy w Janowie Podlaskim. W diecezji tej znalazła się łomaska parafia przypisana do dekanatu Międzyrzec
Podlaski. Po reorganizacjach w 1835 roku znalazła się w dekanacie bialskim.

APC - 2013.09.29 18.12 - 001.3d
W 1822 roku powstał „ Inwentarz Probostwa Łomazkiego przez Dziekana Powiatu Bialskiego i Burmistrza Miasta Łomaz w roku 1822 sporządzony i podpisany”. Dokument w sposób całościowy opisuje stan posiadania parafii.
Składała się ona z miasta Łomazy oraz wsi: Lubenka, Szenejki (dzisiaj część wsi Studzianka), Jusaki, Studzianka, Kozły, Korczówka, Krasówka, Ortel Królewski, Ortel Książęcy i Perkowice. Probostwo miało 6 włók i jedną morgę (łącznie ok. 100 ha) ziemi ornej
wraz z łąkami i zaroślami; 30 placów i dodatkowo jeden pod plebanią.
Na gruntach uprawiano i wysiewano: pszenicę – 16 garnców; żyto – 10 korców; jęczmień – 3 korce; owies – 5 korców; grykę – 1 korzec i
16 garnców; konopie i len po 4 garnce, ziemniaki – 1 0 korców (po 1819 r.: 1garniec – 4litry, 1korzec – 128litrów). Siana zbierano 10 konnych wozów. Z przynależnej dziesięciny: ze Studzianki i Ortela Królewskiego od Tatarów nie zbierano nic; z pozostałych po kopie żyta z włóki z miasta Łomaz, ze dworu łomaskiego, z gruntów Stawiszcze otrzymano w 1822 roku 44 kopy snopów żyta. Dodatkowo dwór dał na wosk i wino złotych polskich cztery.
Plebania była drewniana z tarcic, kryta słomą, z gankiem i kominkiem z cegły. Posiadała następujące pomieszczenia: sień, pokój, alkierz (mały podłużny pokój) i garderóbkę w używaniu proboszcza oraz: izbę czeladną, alkierz (drugi) i komórkę. Plebania
miała ogrzewanie piecowe z cegły, szabaśnik do pieczenia chleba, podłogi z desek. Do zabudowań usytuowanych wokół plebanii należały: stodoła drewniana w części z bali drewnianych, a częściowo z chrustu, do niej przyległa druga stodoła – szopa dobudowana
z chrustu, obora z chrustu z dostawnym poddaszem, oddzielna szopa z chrustu, spichlerz z przegrodami w rzędy z drewna bitego, do spichlerza przyległa stajnia na konie oraz „ wozowienka”, dwa chlewy – jeden z tarcicy i jeden z chrustu – wszystkie budynki kryte słomą.

W dziedzińcu plebalnym blisko bramy prowadzącej z ulicy Małobrzeskiej jest studnia drzewem sosnowym w kostkę oprawna przyzwoicie ocembrowana, do niej socha sosnowa, żuraw ze sworzniem drewnianym i klucz na łańcuchu z kubłem okutym, przy tym koryto nowe do pojenia koni i bydła.

Wśród tzw. apparatów kościelnych, czyli przedmiotów liturgicznych, parafia rzymskokatolicka w Łomazach posiadała 14 ornatów, kapę i bursę. Z bielizny kościelnej obrusów na ołtarze starych 16, komża, paski do alb – 8. Przy tej pozycji odnotowano, że w roku 1812 po obrabowaniu cerkwi unickiej wszelka lepsza bielizna kościelna, a mianowicie alby, przez Baszkirów została zrabowana. Probostwo posiadało srebrne: monstrancję, puszkę na komunikanty, kielich z paterą, naczynia na oleje święte oraz dwa krzyże ołtarzowe, oprócz tego chorągiew z wyobrażeniem św. Jakuba, kamień marmurowy pod kielich z relikwiami. Do tego cztery mszały, z których jeden najdował się w Korczówce do odprawiania tam Mszy Św.

APC - 2013.09.29 13.32 - 001.3d
Stan finansowy parafii w ówczesnych czasach oddają dwa stwierdzenia z cytowanego tu inwentarza: ”. . .Lubo teraźniejszy proboszcz ksiądz Jakub Jamiołkowski, obejmując Probostwo w mieście Rządowym Łomazach po św. p. księdzu Tadeuszu Dominiku Jabłońskim w roku 1779, żadnego inwentarza ani sprzętów gospodarskich nie zastał, chcąc jednak dać przykład następcom z majątku zapracowanego na inwentarz wieczny zapisuje krowę jedną z cielęciem, lub gotowy pieniądz na kupno onej złotych polskich 36. . .”.
Probostwo z mocy decyzji Dyrekcji Skarbowej departamentu Siedleckiego w roku 1822 płaciło następujące podatki: podymne – 94 zł i 16 gr.,, Subsidium charitativum – 8 zł, składki do Towarzystwa Ogniowego 3 zł i 10 gr., Liwerunki (podatek na utrzymanie wojska)– 58 zł i 2 gr., 8 złotych składki na nauczyciela – razem 171 zł i 28 groszy.

Nie było finansowych warunków do budowy odrębnej od unickiej świątyni rzymskokatolickiej w Łomazach, a w 1828 roku – 18 września ówczesny proboszcz pisał do biskupa w Janowie Podlaskim, że mieszkańcy parafii Łomazy, aby nie dawać ofiar pieniężnych na mający się budować kościół, z powodu biedy i bliskości religijnej z unitami, masowo przeszli na obrządek grekokatolicki w liczbie 1836 osób. Przy
kościele rzymskokatolickim pozostały jedynie 42 osoby. Parafia unicka liczyła wówczas około 3000 osób, łomaska gmina wyznaniowa żydowska do 1000.
Szczegółowo m.in. w Korczówce były 22 domy i 125 mieszkańców; w Lubence odpowiednio 43 i 342; w mieście Łomazy 293 i 1917; w Szenejkach 7 i 42; w Kozłach 67 i 383; w Studziance 42 i 282; w Jusakach 4 i 30.
W 1834 roku pobudowano na cmentarzu na koszt kasy rządowej i przy pomocy wszystkich mieszkańców\wspólną dla unitów i rzymskich katolików drewnianą kaplicę pod wezwaniem świętego Jana Ewangelisty.
Kaplica kryta gontami przetrwała do dnia dzisiejszego i jest jedynym zabytkiem z XIX wieku na tym terenie.
Od listopada 1839 roku do listopada 1845r. proboszczem był ks. Franciszek Parafiński, po nim w latach 1845-1846 Józef Gierałtowski, następnie Wojciech Białecki – 1846 – od lutego do lipca; Franciszek Niemira od lipca 1846 do sierpnia 1848; Franciszek Remiszewski od sierpnia do listopada 1848r., Bolesław Grzybowski od listopada 1848 do 1860 roku; Franciszek Krasiński od 1860 do maja 1866r.; Onufry Fedorowicz od maja do listopada 1866r.; Ignacy Głuchowski od listopada 1866 do marca 1876; Maksym Budzyński od marca 1876 do końca 1878 r. i był to ostatni proboszcz parafii rzymskokatolickiej w Łomazach do czasów ukazu tolerancyjnego w 1905r.
Wspomniany wyżej ks. Franciszek Karasiński był świadkiem jednej z potyczek w Łomazach, która miała miejsce dnia 27 stycznia 1863 r. w okresie powstania styczniowego. Tegoż dnia 50 powstańców stanęło przed łomaskim kościołem oczekując błogosławieństwa kapłańskiego. Tam zostali napadnięci przez 60 ułanów moskiewskich pod dowództwem Czerkiesa.
„ Wytrzymawszy dwie salwy, sformowali się nasi poza ogrodzeniem cmentarnym i zaczęli stamtąd prażyć Moskali tyralierskim ogniem. Spostrzegłszy się najeźdźcy, że gorąco, a przystęp do cmentarza trudny, pierzchli w nieładzie, lżej ranni, a mający jeszcze konie pod sobą, unieśli życie. Trupów zostało na placu 7, koni 2, a dwa żywe wzięto. Moskale potem napadli na procesję, lecz odparci zostali”.
W 1852 roku wreszcie odbudowano na starym miejscu drewniany kościół katolicki „ po zgorzałym kościele w fundamentach, gdzie znajduje się sklep (piwnica) przez ogień zupełnie zrujnowany i zniszczony” staraniem księdza Bolesława Grzybowskiego.
Rosła też liczba wiernych – około roku 1866 było ich w parafii ponad 850. Kościół ten władze carskie w ramach walki z katolikami kilkakrotnie zamykały – pierwszy raz w 1875 roku, a proboszcza wydalono.

Ostatnim proboszczem i administratorem był Maksym Budzyński, zmarły i pochowany na miejscowym cmentarzu. Ostatecznie parafię i świątynię zlikwidowano w 1888r., miejscowy kościół rozebrano i wywieziono do Paszenek koło Jabłonia. Drewno prawdopodobnie zużyto na budowę rosyjskiej szkoły w tej miejscowości (w dokumencie powizytacyjnym Parafii Łomaskiej sporządzonym przez księdza biskupa Czesława Sokołowskiego – sufragana podlaskiego – z dnia 2 czerwca 1921 roku jest zapis, że materiał z tego kościoła został zużyty na budowę prawosławnej cerkwi; potwierdzenie w inwentarzu parafialnym z 27 kwietnia 1924 roku z zaznaczeniem, że cerkiew ta została zbudowana w Paszenkach, w radzyńskim powiecie).

Do rozbiórki kościoła sprowadzono wojsko, żołnierze nie chcieli rozpocząć prac dopóki nie zostanie wyniesiony  z niego Najświętszy Sakrament i inne symbole kultu religijnego. Nikt nie chciał wziąć do rąk Najświętszego Sakramentu, nawet przywołani do pomocy łomascy Żydzi. Księdza od dawna już nie było, nie było też duchownych unickich – a parafia rzymskokatolicka została przypisana do św. Anny w Białej Podlaskiej. Naprędce sprowadzono księdza z Białej Podlaskiej, który wyniósł różne akcesoria kościelne. Z kościoła tego uratowano istniejące do dzisiaj bardzo cenne przedmioty i pamiątki. Oprócz wcześniej wymienionych monstrancji i kielicha mszalnego uratowano jeszcze: feretron z obrazami świętego Mikołaja i św. Jana; duży krzyż drewniany z figurą Chrystusa Ukrzyżowanego; drewniany krzyż procesyjny z pierwszej połowy XIX wieku.

APC - 2013.09.29 18.16 - 001.3d

Inne wyznania w XIX wieku: prześladowania unitów. W 1832 roku ludność Łomaz liczyła prawie 2250 osób; Żydów było 516. W 1860 roku w 309 domach mieszkalnych było 2370 mieszkańców, z tego ponad 1200 narodowości żydowskiej, a parafia unicka w Łomazach liczyła 3000 wiernych.
Należały do niej Łomazy, Kopytnik, Lubenka, Kozły, Studzianka i Rossosz, w którym była filialna kaplica. Rok 1907 to 345 domów mieszkalnych i 3188 mieszkańców – z tego około 50 prawosławnych, pozostali po połowie to Żydzi i rdzenni mieszkańcy Łomaz – katolicy. Taki stan wymuszał koegzystencję wyznaniową i nigdy nie doszło w tym czasie w Łomazach do incydentów miedzy poszczególnymi religiami. Katolicy modlili się w cerkwi unickiej lub w swojej świątyni, unici podobnie, Żydzi w bożnicy i w postawionej w1870 roku murowanej synagodze. Łomazy pozostawały siedzibą parafii unickiej – były też siedzibą dekanatu unickiego.
Tu mieściły się władze Żydowskiej Gminy Wyznaniowej, potem Okręgu Bóżniczego. Tatarzy skupiali się wokół meczetu w pobliskiej Studziance asymilując się z ludnością polską.

APC - 2013.09.29 13.30 - 001.3d
Jednakże po 1864 roku na Łomazy spadły represje za udział w Powstaniu Styczniowym. Najpierw straciły one prawa miejskie i zostały
zdegradowane do rzędu tzw. osad, następnie szczególną uwagę zwrócono na miejscową parafię unicką.
Do tej parafii należało w 1863 roku 3156 wiernych a w 1866 roku 3048 – 1526 mężczyzn i 1522 kobiet. Proboszczem parafii unickiej w Łomazach był w tym czasie ks. dziekan Mikołaj Kalinowski, a wikariuszem Ignacy Pyszczyński.
Kiedy w 1867r. Rosjanie proponowali unitom zmiany unifikacyjne z prawosławiem, ks. Mikołaj Kalinowski nie był im przeciwny. Gdy zaczął je wprowadzać w Łomazach, parafianie stanowczo się sprzeciwili. Zamknęli cerkiew unicką i nie pozwolili na wprowadzenie projektowanych nowości. Specjalne komisje policyjne z Białej przyjeżdżały kilkakrotnie do Łomaz dla przeprowadzenia śledztwa, wykrycia i schwytania przywódców buntu. Śledztwo nie wskazało winnych, gdyż, jak opisał to ks. Pruszkowski: „Parafianie szli tłumnie i zeznawali, że jednakowo winni, że wszyscy są gotowi odpowiadać i razem ponosić karę… Przez dwa tygodnie trwały batożenia i indagacyjne roboty, gdyż wszyscy parafianie byli winni i wszyscy chętnie przyznawali się do swojej winy. Krew lała się nieustannie i dopiero po dwóch tygodniach mordercy spracowani i pomęczeni zaniechali swojej roboty i odjechali z niczym. Do strzeżenia cerkwi, diaka i proboszcza pozostali Kozacy. Miasteczko, oprócz srogiej daniny krwi swojej, męczarni, wołów na rzeź dla żołnierstwa, furmanek na bezcelowe służebności, musiało zapłacić 20 000 ówczesnych złotych polskich kary ściągniętej drogą przymusowej licytacji”.
Ks. Mikołaj Kalinowski, widząc heroiczny opór i poświęcenie unitów łomaskich sprawom wiary, twardo stanął po stronie greckokatolickiego kościoła. Został karnie przeniesiony na proboszcza do Konstantynowa; w 1873 roku był dziekanem w Janowie Podlaskim; internowany przebywał w Kielcach pod dozorem policji – zmarł na wygnaniu.

Unici nie chodzili do swojej cerkwi aż do nominacji ks. Aleksandra Starkiewicza, byłego prefekta szkół bialskich, na proboszcza Łomaz. Miał on całkowite zaufanie parafian i wszyscy uczestniczyli w normalnych nabożeństwach. Za to został bardzo szybko usunięty z parafii i wydalony za granicę.

Kiedy przysłano promoskiewskiego księdza, który zaczął wprowadzać prawosławne obrzędy i zwyczaje, łomascy unici ściągnęli go z ambony nie dopuszczając do odprawiania modłów. Przed naczelnikiem żandarmerii, przysłanym celem przeprowadzenia śledztwa, stanęło trzystu ludzi krzycząc, że nie ulegną przed sprzedającymi wiarę. Gdy zaczęto aresztować „najwinniejszych”, tłum rzucił się na strażników policyjnych. Nikt z chłopów nie złożył zeznań, a słudze kościelnemu, który stanął do zeznań, spalono dom, nie pozwalając na uratowanie czegokolwiek.

Często zmuszano do kwaterowania rosyjskich wojsk w tzw. „opornych wsiach unickich”. Wojsko żyło w prywatnych budynkach i kosztem mieszkańców. W 1874 roku naczelnik pow. bialskiego Aleszko i naczelnik straży ziemskiej Gubaniew przyprowadzili ze sobą 3 roty wojska i 300 Kozaków. Wezwali łomaskich unitów do przejścia na prawosławie. Wobec odmowy zastosowano zbiorowe batożenie ludności od 16. do 80. roku życia: jednorazowo po 300-400 kozackich nahajek. Poza tym zgoniono mieszkańców na plac i trzymano całymi dniami bez wody na zimnie i mrozie. Przez 10 zimowych tygodni carscy żołnierze zjedli wszystkie bydło, trzodę, owce, drób i zboże. Majątek ruchomy zabezpieczono na wynoszącą 150 000 ówczesnych rubli kontrybucję.

APC - 2013.09.28 23.55 - 001.3d
Innym razem Aleszko i Gubaniew zegnali na plac w Łomazach unitów z całej parafii. Kobiety i dziewczęta oddzielono od mężczyzn i zamknięto w ujeżdżalni koni. Aleszko i Gubaniew zwrócili się z pytaniem do zgromadzonych i otoczonych wojskiem mężczyzn, czy dobrowolnie podpiszą akt przyjęcia prawosławia. Po otrzymaniu odmowy wydali Kozakom rozkaz wejścia do maneżu i zrobienia z kobietami „co im się tylko podoba”.

Kozacy natychmiast ruszyli do kobiet. Zgromadzeni mężczyźni nie mogli obronić swoich córek, żon i matek; słysząc pierwsze krzyki, zrozpaczeni natychmiast podpisali dokument o przyjęciu prawosławia.
Zastosowano inny rodzaj represji: najpierw zamordowano dwóch mieszkańców miasteczka, a innych opornych zaczęto wywozić w głąb Rosji – do guberni chersońskiej, a w latach 1887-88 do guberni orenburskiej – łącznie wywieziono z Łomaz 77 osób, z Lubenki 31, z Kozłów 12, z Kopytnika 5 i to zarówno unitów jak i rzymskich katolików.

Z Łomaz wywieziono księży Aleksandra Starkiewicza i Ignacego Pyszczyńskiego oraz rodziny Bieleckich, Kardasiewiczów, Kuczyńskich, Morgunowiczów, Charyckich, Tyszewskich, Jaroszuków – Jaroszewskich, Olszańskich. Wywożono także pojedyncze osoby w latach 1874 –1875. Byli to: Cydejko Filip, Gicewicz Aleksander, Gicewicz Michał, Krywczuk Jakub, Marchewicz Antoni, Raczyński Tomasz, Sinkiewicz Jan, Szatałowicz Andrzej, Szatałowicz Antoni, Szostakiewicz Jan, Szostakiewicz Joachim, Terlikiewicz Jan i Filip, Żukowski Leon – prawie nikt nie wrócił z zesłania… Zaraz potem cerkiew unicką zmieniono na prawosławną, zamknięto też kościół katolicki, ale i tak nikt na modlitwy i nabożeństwa do cerkwi nie przychodził.

Pozbawieni możliwości „legalnego wyznawania wiary” – chrzczenia dzieci, zawierania związków małżeńskich, odprawiania mszy katolicy i unici poprzez tajnych, a przysyłanych do Łomaz emisariuszy organizowali konspiracyjne punkty kontaktowe i msze święte np. w lesie Sumierz blisko Kozłów, czy w karczmie leśnej Grabowszczyzna przy drodze Huszcza – Wólka Kościniewicka. Cerkiew spłonęła w nieznanych okolicznościach – prawdopodobnie podpalona przez żołnierzy carskich – w 1896 roku.

W jej miejsce (byłej cerkwi unickiej ‐ red.) postawiono w 1903 roku w Łomazach cerkiew prawosławną, murowaną w centrum parku.
Dziwnym trafem w tej cerkwi znalazł się Cudowny Obraz Chrystusa Króla ze świątyni unickiej. Legenda głosiła, że przyniósł go do niej nieznany żołnierz, który wracając z wojny urządził sobie jeden z noclegów w pobliskim lesie. Przyśniła się mu Matka Boska, która kazała mu przekazać obraz do tej świątyni, której dzwony jako pierwsze usłyszy. Żołnierz obraz przekazał duchownym unickim w Łomazach. Obraz był bardzo czczony przez unitów nie tylko z parafii Łomazy, ale i południowego Podlasia. Zjeżdżali się oni ze wszystkich stron, szczególnie w dni odpustowe i w czasie ważniejszych świąt, bowiem modlitwy przynosiły cuda.  Do cerkwi prawosławnej i tak nikt nie chodził: pop uciekł z Łomaz w 1915 roku razem z wojskami carskimi; budynek rozebrano w 1929 roku, a cegłę z rozbiórki wykorzystano na budowę miejscowej szkoły i mieszkań dla zawodowej kadry podoficerskiej i oficerskiej 34 Pułku Piechoty w Białej Podlaskiej.
W chwili rozbiórki cerkwi Cudowny Obraz Chrystusa Króla (znajduje się do dzisiaj w bocznym ołtarzu łomaskiego kościoła) oraz trzy inne obrazy niewiadomego pochodzenia: obraz Matki Bożej (z racji zużycia znajduje się dzisiaj w muzeum Diecezjalnym w Siedlcach), obraz Chrystusa Zmartwychwstałego i Ostatnią Wieczerzę przeniesiono do kościoła katolickiego.

Po 1905 roku prawosławnych w Łomazach nie było. W latach 1906‐1912 ochrzczono w tym wyznaniu w Łomazach 45 dzieci, 13 par zawarło związek małżeński. Dla porównania w 1907 roku było w Łomazach 1773 katolików rzymskich (ani jednego unity);
w całej parafii 6108 katolików i 357 prawosławnych (administracja carska i żołnierze).
Od chwili ukazu tolerancyjnego w 1905r. do odzyskania niepodległości w parafii rzymsko‐katolickiej w Łomazach zarejestrowano:
APC - 2013.09.29 12.19 - 001.3d

Początek XX wieku

Natychmiast po ukazie tolerancyjnym z 1905 roku rozpoczęto w Łomazach legalne życie religijne. Przybyły administrator parafii rzymskokatolickiej ks. Antoni Śliwiński – pierwsze nabożeństwa odprawiał w sali posiedzeń sądu rejonowego. Realizując zamysł postawienia murowanej świątyni w centrum Łomaz najpierw na ofiarowanych przez Mikołaja Wołosowicza, Michała Denekę i Jana
Uścińskiego a położonych obok siebie placach, postawiono w Łomazach drewnianą kaplicę.

W latach 1906 –1911 umiejscowiono tu funkcjonujący do dzisiaj kościół. Budowę przeprowadzono własnym sumptem i staraniem parafian. Opodatkowali się oni po 100 do 200 złotych od gospodarstwa w parafii z terminem spłaty w ciągu pięciu lat. Deklarowaną kwotę można było odrobić w ciągu pięciu lat, co wielu czyniło. Ponadto większość prac na zasadzie dodatkowej przeprowadzano społecznie; dostarczano własne materiały budowlane; tutaj systemem polowym wypalono cegłę na mury kościelne.

Nieco później wybudowano murowaną plebanię, a drewnianą kaplicę rozebrano. Najbardziej lapidarnie opisał świątynię w swoim pamiętniku ks. Leon Kalinowski – proboszcz parafii łomaskiej w 1924 roku; „.. Kościół murowany z cegły kształtu krzyżowo – podłużnego nosi na sobie cechy stylu gotyckiego. Składa się z prezbiterium, trzech naw oddzielonych od siebie filarami, chóru, zakrystii, 2 skarbców, 3 przedsionków i kaplicy. We wszystkich tych częściach kościół posiada sklepienia cementowe, posadzkę w kwadraty białe i czarne oprócz chóru, gdzie jest podłoga sosnowa. Długość kościoła wynosi 45 metr., szerokość 25 metr., wysokość sklepienia 14 i ½ metr., a najwyższy szczyt kościoła wynosi 65 metr. wysokości”.

Ksiądz Antoni Śliwiński był administratorem a następnie proboszczem do 9 lipca 1913 roku; potem proboszczem był od 9.07.1913 do 23.04.1915 ks. Władysław Szyszko, po nim znowu ksiądz Śliwiński od 25 kwietnia 1915 roku do 2 lipca 1920. Tuż po ponownym objęciu funkcji proboszcza ks. Śliwiński był jednym ze świadków spalenia Łomaz w dniu 15 sierpnia 1915 r.

APC - 2013.09.29 13.41 - 001.3d
Zostały one podpalone przez cofające się wojska carskiej Rosji i zniszczone w prawie 90%. Kościół i plebania ocalały tylko dlatego, że były murowane i kryte ceramiczną dachówką. (Ocalała kaplica cmentarna posadowiona w centrum cmentarza).
Proboszcza Kozacy aresztowali; związali mu ręce, przytroczyli do końskiego siodła i pognali pieszo przez Brześć, aż do Pińska na Polesiu. Tam będący przy sztabie kozackiego pułku Polak – pułkownik Lucjan Żeligowski doprowadził do uwolnienia duchownego.

Ksiądz Śliwiński wrócił do Łomaz po około dwóch tygodniach i od razu po zmianie okupacji z rosyjskiej na niemiecko-austriacką rozpoczął budowanie zrębów polskości. Był inicjatorem i współorganizatorem w Łomazach szkoły powszechnej, przewodniczącym rady
pedagogicznej a razem z bratem i organistą Stanisławem Patkowskim nauczycielem. Był organizatorem domu ludowego w Łomazach i biblioteki w 1917 r., pomagał bratu swojemu Franciszkowi w organizowaniu w rejonie Łomaz Polskiej Organizacji Wojskowej; zakładał w 1919 roku Spółdzielnię Spożywców „Społem”. Ksiądz Śliwiński w końcu listopada 1918 roku został b. ciężko pobity przez niemieckich żołnierzy – husarzy śmierci i zapewne to było powodem jego śmierci w 1920 roku.
Cieszył się ogromnym szacunkiem, uznaniem i autorytetem – został pochowany w Łomazach, a jego grób znajduje się obok miejscowego kościoła przed głównym wejściem, na placu parafialnym.

Kościół p.w. Apostołów św. Piotra i Pawła - Łomazy

Po odzyskaniu niepodległości zaczęło kwitnąć życie religijne. Warto odnotować pierwsze bierzmowanie z czerwca 1921 – 941 osób przez
ks.biskupa Czesława Sokołowskiego i drugie z sierpnia 1925 – 314 osób przez ks. biskupa Henryka Przeździeckiego; trzecie w 1932 roku
znowu przez biskupa Sokołowskiego – 426 osób. Tylko w dziesięcioleciu 1928 –1938 ochrzczono 1197 osób, 424 zawarły związek małżeński, dla porządku odnotowano 628 zgonów. Nowego kształtu nabrało Bractwo Różańcowe i kółka Żywego Różańca, rozpoczęły działalność: Zgromadzenie Braci i Sióstr Trzeciego Zakonu Świętego Franciszka, Bractwo Najświętszego Sakramentu, Bractwo Nauki Chrześcijańskiej, Stowarzyszenie Młodzieży Katolickiej, Bractwo Straży Honorowej Serca Jezusowego, Milicja Niepokalanej, Stowarzyszenie Kobiet i Mężów Katolickich, a od 1936 roku Stowarzyszenie „Caritas” i Akcja Katolicka.
Według stanu z końca 1922 roku do parafii należały: Łomazy, Kozły, Burwin, Krasówka, Studzianka, Lubenka, Jusaki, Bielany.

W stosunku do stanu z 1822 roku odłączyły się Ortele – Królewski i Książęcy oraz Korczówka i Perkowice. Opisany stan jest adekwatny do dnia dzisiejszego włączając powstałe w latach trzydziestych wsie Szymonowo i Zarzeka, a granice parafii pozostają niezmienne od 1
stycznia 1928 roku.

APC - 2013.09.29 13.51 - 001.3d
Kolejnym proboszczem parafii rzymskokatolickiej w Łomazach był ks. Walenty Jankowski – od 10.05.1938 do 5.06.1941. On to
przeprowadził parafian przez początkowe lata II wojny światowej. Do Łomaz w 1939 roku najpierw wkroczyły wojska sowieckiej Rosji,
a dopiero w końcu października okupanci niemieccy. W tym przejściowym okresie bolszewicy m. in. aresztowali sługę kościelnego
Piotra Łojewskiego, a grupa nieodpowiedzialnych miejscowych Żydów dokonała najścia na kościół rzymskokatolicki i plebanię.

W kościele zniszczono część szat liturgicznych i przedmiotów kultu religijnego, w plebanii zniszczono część dokumentów. Jest to jedyny,
znany autorowi, fakt zachwiania bardzo dobrych stosunków polsko-żydowskich na tym terenie na przestrzeni ponad 500 lat koegzystencji obu nacji.
Ważnym momentem dla parafii było zakupienie 16 – głosowych organów w 1941 roku (znajdują się w użyciu do dzisiaj). Umieszczona na nich pamiątkowa tabliczka informuje: „Staraniem ks. proboszcza Jankowskiego, Mikołaja Wołosowicza i rady parafialnej, a kosztem
parafian, w czasie wojny roku 1941 stanęły te organy”. W początkowym okresie hitlerowcy na potrzeby wojenne zabrali trzy większe dzwony – został tylko najmniejszy, tzw. sygnaturka.

Ksiądz proboszcz Jankowski został 5 czerwca 1941 roku aresztowany przez gestapo z Białej Podlaskiej. Prawdopodobnie został
zadenuncjowany za sprzyjanie odrodzeniu Polski przez agenta gestapo Kazimierza Bieguńskiego (ówczesnego sekretarza gminy
Łomazy, następnie wójta gminy Piszczac). Został on rozstrzelany w lipcu 1943 roku z wyroku Sądu Polski Podziemnej. Ksiądz Jankowski był przez kilka tygodni więziony w lochach przy ul. Hanki Sawickiej w Białej, następnie w Lublinie; później w obozach w Oświęcimiu i Dachau. W tym ostatnim został zamordowany 1 5 października 1942 roku; miał 41 lat.

W pierwszą  niedzielę września 1992 roku staraniem ks. proboszcza Antoniego Bubeły odsłonięto w kościele umiejscowioną na jednym z filarów pamiątkową tablicę o treści: Ś.P. Ks. Walenty Jankowski, Proboszcz ParafiiŁomazy ur. 14.II.1901. Zginął śmiercią męczeńską w obozie koncentracyjnym w Dachau 15. X. 1942 r. – W 50 roczn. śmierci 1942 – 1992 wdzięczni parafianie. Warto dodać, iż w Dachau zginął również jeden z poprzednich proboszczów parafii łomaskiej, ks. Leon Kalinowski. Data śmierci 21 czerwca1942 r.; miał 58 lat.

APC - 2013.09.29 14.00 - 001.3d

Od 15 sierpnia 1941 roku do 31 sierpnia 1947 roku proboszczem w Łomazach był ks. mgr Franciszek Chwedoruk. Jemu przyszło kierować parafią w 1942 roku, kiedy to żandarmeria niemiecka w dniu 18 sierpnia dokonała zbiorowego mordu na prawie 2 tys. Żydów  (w tym 1250 z Łomaz) w miejscowym lesie Chały.
W latach 1939 – 1944 przeciętna roczna liczba urodzeń (chrztów) w parafii oscylowała wokół 1 00; związków małżeńskich zawierano 30-40
(w 1939 roku tylko 15); zgonów zarejestrowano od 43 w 1939 roku do 156 w 1941 i 115 w 1942 roku (epidemia tyfusu plamistego).
Łomazy zostały opanowane przez wojska sowieckie w dniach 24 i 25 lipca 1944 roku. Na wieży kościelnej Niemcy urządzili punkt
obserwacyjny. To spowodowało, że artyleria sowiecka zaczęła ostrzeliwać kościół. Uszkodzono organy, kilka pocisków wbiło się w mury świątyni, uszkodzono odłamkami obraz św. Piotra i Pawła – uszkodzona była wieża, dach i ściany. Naruszono też księgi kościelne – rejestry aktów urodzeń, ślubów i zgonów. Jednakże wszystkie straty bardzo szybko usunięto i naprawiono. Jako swoistą
pamiątkę pozostawiono w zachodniej ścianie kościoła, po zewnętrznej stronie ściany bocznej fragment armatniego pocisku, który tu trafił w świątynię.

Czasy współczesne (1945 – 2001)

W 1945 roku wykonano nowy kolejny boczny ołtarz gotycki z obrazem przedstawiającym św. Antoniego trzymającego maleńkiego Jezusa. Były zatem cztery boczne ołtarze: wyżej opisany, obok niego drugi z obrazem Matki Boskiej Karmiącej oraz po tzw. kobiecej stronie świątyni ołtarz z obrazem św. Teresy i drugi z obrazem Chrystusa Najświętszego Serca Jezusowego.
Dwa najstarsze uległy naturalnemu zużyciu. Obrazy po nich znajdują się w prezbiterium, a boczne dwa ołtarze są poświęcone św. Teresie i św. Antoniemu.
Po wojnie reaktywowano większość parafialnych organizacji religijnych, w tym m.in. 53 kółka Żywego Różańca i oddział stowarzyszenia
„Caritas”. Staraniem księdza Chwedoruka, ze składek parafian, ufundowano nowy dzwon kościelny, odlany po części z gilz po pociskach zebranych w parafii na ten cel. Na dzwonie znajduje się napis: Imię moje Franciszek. Odlała mnie Śląska Odlewnia Dzwonów we Wrocławiu. Głoszę Bogu chwałę, ludziom dobrej woli – pokój. Parafia Łomazy 1947 rok. Dzwon wisi do dzisiaj w wieży kościelnej, jego waga – 505 kilogramów.
Od 1 września 1947 do 31 sierpnia 1949 roku proboszczem parafii był ks. kanonik Konstanty Grzybowski. Poświęcił się on szczególnie umacnianiu życia religijnego parafian. Powstało m. in. Arcybractwo Straży Honorowej; Zgromadzenie III Zakonu Św. Franciszka, a liczba kółek różańcowych wzrosła do 63 (odnotowano 9 męskich i 7 dzieci szkolnych).

APC - 2013.09.29 13.59 - 001.3d
Kolejnym proboszczem od 1 września 1949 – do 2 września 1958 roku był ks. Franciszek Ołdakowski – bardzo dobry organizator
działalności religijnej, duszpasterskiej i społecznej, sprawny administrator. Organizował misje święte (m. in. w 1950 roku przez OO. Kapucynów z Warszawy); dokonywał bieżących remontów i napraw, wypożyczył stodołę parafialną na garaże łomaskiego kółka rolniczego; sprowadził do Łomaz zakonnice – Siostry Rycerki Chrystusa Króla. W 1956 roku zakupiono do kościoła dwie figury: Matki Boskiej z Lourdes i Chrystusa Króla. Z dniem 2 września 1958 roku ks. proboszcza przeniesiono do parafii w Leopoldowie k/ Ryk.

APC - 2013.09.29 14.08 - 001.3d

Od 3 września 1958 r. proboszczem parafii rzymskokatolickiej w Łomazach został ks. Adolf Wlaźlacki. Urodzony 24 kwietnia 1906 r., święcenia kapłańskie otrzymał 29.06.1932 r., do Łomaz został przeniesiony z parafii Komarówka Podlaska. W tym czasie zelektryfikowano Łomazy, także kościół, plebanię, organistówkę, przysposobiono organy kościelne do napędu elektrycznego.

W 1961 r. zostało zmienione pokrycie dachowe na kościele. Ceramiczną dachówkę zamieniono na ocynkowaną blachę, którą następnie
pomiedziowano. W 1963 r. parafię wizytował sufragan diecezji siedleckiej czyli podlaskiej ks. biskup Wacław Skomorucha – z sakramentu bierzmowania skorzystało 544 osób, a podczas następnej wizyty w 1970 roku 318 osób.
Do roku 1975 staraniem księdza Wlaźlackiego, w głównym ołtarzu kościoła umieszczono nowe, metalowe tabernakulum – obustronnie złocone, z rzeźbionymi drzwiczkami – poświęcone przez ks. biskupa Jana Mazura; wykonano nowy, dębowy, wolnostojący ołtarz główny, stojący w prezbiterium – przy tym ołtarzu odprawiane są msze święte, a kapłani stoją odwróceni twarzą do wiernych. Parafia liczyła wtedy 3164 wiernych – 100% mieszkańców.
Godny odnotowania jest fakt, że w 1977 r. parafia wydała nieodpłatne zezwolenie na wykonanie na placu parafialnym zapasowego odwiertu głębinowej studni pod potrzeby ogólnowiejskiego wodociągu. W 1981 r. podjęto inicjatywę zawieszenia krzyży w budynkach państwowych.
Najwcześniej zawieszono z inicjatywy Komitetu Rodzicielskiego w Studziance – 24 stycznia, a w szkole w Łomazach 17 marca 1981 roku.
Ksiądz proboszcz Adolf Wlaźlacki z dniem 20 sierpnia 1982 r. przeszedł na emeryturę; zamieszkał w budynku służby kościelnej – tzw. „Organistówce”. Był ogólnie szanowany, cieszył się wielkim poważaniem wśród wszystkich mieszkańców. Dokonał bardzo wiele, zarówno w sprawach duszpasterskich, jak też administracyjno – gospodarczych parafii. Został wyniesiony do godności prałata. Zmarł w dniu 20 lutego 1986r. i pochowany na miejscowym cmentarzu parafialnym.

APC - 2013.09.29 14.10 - 001.3d
Od dnia 20 sierpnia 1982 roku proboszczem został ks. Antoni Bubeła (ur. 1.01.1935 r. w Czeberakach; święcenia kapłańskie otrzymał w dniu 28.06.1960 r.) – kanonik, z-ca dziekana dekanatu Biała Podlaska Południe. Parafia liczy niezmiennie ponad 3000 mieszkańców (wiernych); należą do niej Łomazy, Studzianka, Bielany, Krasówka, Szymonowo, Lubenka, Kozły i Jusaki –Zarzeka.

W tym okresie parafia przyjęła obraz Jana Atanazego Błyskosza z Krakowa – artysty malarza – przedstawiający Pana Jezusa Cierpiącego, Ubiczowanego (Ecce Homo) wg wzoru niedokończonego obrazu Brata Alberta (Adama Chmielowskiego). (Rodzice ofiarodawcy są pochowani na miejscowym cmentarzu: ojciec był uczestnikiem II wojny światowej, walczył nad Bzurą – zmarł w randze podpułkownika Wojska Polskiego). W 1986 roku rzeźbiarz ludowy z Łomaz Franciszek Sadownik przekazał świątyni dwa drewniane krzyże dużego formatu, z wyrzeźbionym ukrzyżowanym Chrystusem – zawieszone nad konfesjonałami w bocznych nawach.
Ks. kanonik A. Bubeła szczególną wagę przywiązywał do życia duchowego parafii.
W dniach 8 – 14 września 1985 roku parafia była nawiedzona przez kopię Cudownego Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej (misje św.
sprawowali Ojcowie Werbiści); w dniach 12 – 14 grudnia 1986 roku Rekolekcje Adwentowe prowadził ks. mgr Roman Piętka – proboszcz parafii unickiej w Kostomłotach, dla przypomnienia korzeni wiary i męczeństwa unitów łomaskich; w 1987 roku odbyły się rekolekcje powołaniowe – do dzieła Duchowej Pomocy Powołaniom zapisały się 142 osoby; przez cały 1988 rok kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej nawiedzała rodziny parafii. Corocznie odbywały się pielgrzymki parafian do Czestochowy, Lichenia, Leśnej Podlaskiej i Kodnia.

W roku 1986 staraniem ks. Antoniego Bubeły przeprowadzono remont organów kościelnych i 10– głosowej fisharmonii – producent firma Adolf Homan Warszawa – 1909 ( znane są jeszcze dwie inne fisharmonie będące własnością parafii – jedna pochodząca z dawnego kościoła przy ul. Budzyń – prawdopodobnie z XIX w., o nie ustalonej dacie zakupu – przechowywana najpierw w kaplicy
cmentarnej, wyremontowana społecznym sumptem przez Józefa Wołosowicza z Łomaz a przechowywana przez wikariuszy parafii i druga z fundacji Mikołaja Łojewskiego – pięciogłosowa z 1924 roku przekazana do kościoła w Kolembrodach gm. Komarówka Podlaska).

APC - 2013.09.29 14.16 - 001.3d
W 1988 roku staraniem ks. proboszcza ponownie ustawiono po remoncie krzyż drewniany przed szkołą podstawową.
Ma on swoją legendę związaną z prześladowaniami miejscowych unitów. Został postawiony w nocy w 1903 roku przez miejscowych katolików dla umocnienia wiary przed spaloną cerkwią unicką. Carscy żołnierze, po kilku dniach ścinając piłą krzyż, zauważyli wyciekający czerwono-brązowy sok. Myśląc, że to krew Chrystusa, zamiaru poniechali.
Ślady po cięciu zostały zachowane do dnia dzisiejszego.
W 1989 roku rozpoczęła działalność, przy wydatnej, stałej pomocy parafii i ks. proboszcza, Orkiestra Dęta OSP, widoczna nie tylko przy okazji świąt i uroczystości w miejscowej świątyni, ale też na terenie całego województwa jak również Polski. Od 1990 roku na placu będącym własnością parafii reaktywowano cotygodniowe targi w Łomazach.
Odbywają się one w każdy wtorek, a użyczenie placu Zarządowi Gminy (około 20 arów) nastąpiło bezpłatnie.
W 1991 roku dokonano poświęcenia na starym placu kościelnym tzw. „kościelisku”, przy ul. Budzyń w Łomazach, groty z figurą Matki Bożej i pamiątkową tablicą: „W tym miejscu stał Kościół Katolicki rozebrany z nakazu władz carskiej Rosji w 1888r. – rok 1991”.

Także w 1991 roku dokonano odsłonięcia i poświęcenia pomnika T. Kościuszki przed szkołą w Łomazach. Czekał on z różnych
względów na posadowienie ponad 70 lat. Dopiero zgodna inicjatywa ówczesnego wójta Stefana Jarockiego i miejscowych parafian zaowocowała oddaniem czci wybitnemu patriocie polskiemu i patronowi szkoły.
W 1994 roku w miejscowości Krasówka społecznym staraniem mieszkańców oddano do użytku kaplicę modlitewną (jedyną w parafii – wieś oddalona od Łomaz o około 10 km).

APC - 2013.09.29 14.19 - 001.3d
Świątynia w Łomazach została wzbogacona o witraże. W prezbiterium umieszczono jeden przedstawiający św. Krzysztofa – patrona podróżnych i drugi ze św. Kazimierzem – wzorem roztropności, czystości i miłosierdzia.
W latach 2000–2003 w oknach ołtarzy bocznych wykonane zostały witraże czterech Ewangelistów: Mateusza, Marka, Łukasza i Jana.

W parafii działają w tym czasie m. in. Zespół Charytatywny, Zespół Synodalny Osób Starszych, Parafialna Rodzina Różańcowa, Jasnogórska Rodzina Różańcowa, Bractwo Różańcowe, Kółka Różańcowe, Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży.
W 1996 roku łomaską świątynię ze względu na neogotycki styl i wyniosłą wieżę (jedną z najwyższych na Podlasiu) wpisano do rejestru
zabytków. Jest tam również pounicka kaplica cmentarna.
8 lipca 2004r. ks. kanonik Antoni Bubeła przechodzi na emeryturę. W uznaniu za zasługi 13 czerwca 2010r. odznaczony zostaje medalem
„Zasłużony dla Powiatu Bialskiego”.
Nowym proboszczem zostaje ks. Adam Kamecki.

Z czasopisma Łomaskie Strony wybrał Tadeusz Czernik

Przeczytaj także: 

Długosz o Łomazach

Na Podlasiu – Obrazki z ostatnich czasów – skreślił nadbużanin (Gazeta Krakowska)

Łomazy – historia

Dzieje Huszczy – Tadeusz Jeruzalski

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna | 6 Comments »

Łomaskie Strony

Posted by tadeo w dniu 29 Wrzesień 2013

APC - 2013.09.29 08.28 - 001.3d

http://www.lomazy.eu/lomaskiestrony.html

1   Link   Łomaskie strony nr 38   Link  Łomaskie strony – wydanie specjalne 8
2   Link   Łomaskie strony nr 37 38
3   Link   Łomaskie strony nr 36 176
4   Link   Łomaskie strony nr 34 149
5   Link   Łomaskie strony nr 33 143
6   Link   Łomaskie strony nr 32 122
7   Link   Łomaskie strony nr 31 135
8   Link   Łomaskie strony nr 30 125
9   Link   Łomaskie strony nr 29 119
10   Link   Łomaskie strony nr 28 109
11   Link   Łomaskie strony nr 27 107
12   Link   Łomaskie strony nr 26 102
13   Link   Łomaskie strony nr 25 111
14   Link   Łomaskie strony nr 24 187
15   Link   Łomaskie strony nr 23 171
16   Link   Łomaskie strony nr 22 149
17   Link   Łomaskie strony nr 21 147
18   Link   Łomaskie strony nr 20 152
19   Link   Łomaskie strony nr 19 278
20   Link   Łomaskie strony nr 18
21   Link   Łomaskie strony nr 17 139
22   Link   Łomaskie strony nr 16 260
23   Link   Łomaskie strony nr 15 243
24   Link   Łomaskie strony nr 14 221
25   Link   Łomaskie strony nr 13 222
26   Link   Łomaskie strony nr 12 202
27   Link   Łomaskie strony nr 11 212
28   Link   Łomaskie strony nr 10 203
29   Link   Łomaskie strony nr 9 210
30   Link   Łomaskie strony nr 8 401
31   Link   Łomaskie strony nr 7 302
32   Link   Łomaskie strony nr 6 329
33   Link   Łomaskie strony nr 5 316
34   Link   Łomaskie strony nr 4 235
35   Link   Łomaskie strony nr 3 242
36   Link   Łomaskie strony nr 2 262303
37   Link   Łomaskie strony nr 1

APC - 2013.09.29 08.36 - 001.3d

Posted in Czasopisma, Moja mała Ojczyzna | 2 Comments »

Na Podlasiu – Obrazki z ostatnich czasów – skreślił nadbużanin (Gazeta Krakowska)

Posted by tadeo w dniu 29 Wrzesień 2013

APC - 2013.09.29 15.56 - 001.3d

-1-

Rozdział I

Był pochmurny i ciemny dzień zimowy. Jak okiem zajrzeć, biały całun okrywał ziemię, sanny wszakżenie było, drogi więc, pełne wody i rozmięszanego ześniegiem błota, czerniały z daleka, jak olbrzymie szaty na tle białych półszare, ołowiane chmury bałwaniły się po niebie, a mgła wieszając w powietrzu, szaremi smugami wlokła się po polach. Zakryte szarym, nieco przejrzystym tumanem,wśród którego przebijała się gdzieniegdzie blada zieloność sośniny, lasy tworzyły jakieś ciemne, mdłe, onieokreślonej barwie i kształtach cienie, zamykające w koło ścieśniony widnokrąg. Stada wron, kracząc przeraźliwie, ulatywały po samotnych zagonach; wróble świergotały smutnie na wierzbach przy drodze, zlatując czasami szukać w błocie zgubionego może przez wiozących zboże podróżnych ziarnka, a z dala dolatywało szczekanie psa lub ryk wypuszczonej na podwórze krowy.

Dzień, choć dżdżysty i wilgotny, był jednak zimnym; ze szarych chmur sypała od czasu do czasu biała kaszka; mroźny wiatr pociągał z północy,obiecując przymrozek na jutro; w wioskach i odosobnionych sadybach dymy w miejsce wzbijać sig prosto ku górze, snać obciążone wilgocią kładły się po ziemi, zaciemniając bardziej jeszcze ołowianej barwy powietrze; na drodze marzło, a rzadki podróżny klął, na czem świat stoi, przylegające do kół błoto.

Jeżeli jednak na tyle starczyło mu cierpliwości, że jadąc, czyli raczej wlokąc się gościńcem od Białej, dobił do miejsca, gdzie na rozchodzących się drogach stała murowana, biało otynkowana kapliczka, w której wnętrzu przed posążkiem św. Jana Nepomucena bezustannie gorzała lampka, mógł odetchnąć swobodnie, bo zza mgły i tumanów wlokącego się dymu wyjrzała grupa domostw, zwiastująca miasteczko, w którem mógł odpocząć po rzeczywistych w tej porze trudach podróży.

Jak wysunięta placówka, ukazywał się naprzód na lewo olbrzymi wiatrak z nadłamaną nieco śmigą (skrzydło wiatraka), zanim w oddali spowinięte mgłą majaczały krzyże cmentarza i połyskiwała obita blachą kopuła łacińskiego kościółka; nieco ku środkowi ponad dachy skromnych domostw wynosiła się pękato bóżnica; główny plan obrazu wreszcie zajmowały większe i mniejsze domki i domy, kryte gontem lub słomą, gęsto ocienione obnażonemi obecnie z liści drzewami,których nagie konary, spowinięte w szarym płaszczumgły i dymu, jako fantastyczne widma, sterczały wysoko ku górze.

Tak się przedstawiało oczom wędrowca miasteczko Łomazy w bialskim powiecie, dawne, bo jeszcze pierwszych Jagiellonów pamiętające; odwiedzone wreszcie przez Kazimierza Jagiellończyka, jadącego na sejm do Brześcia Litewskiego; upamiętnione w końcu bitwą z czasów konfederacyi Barskiej, w której poległ Franciszek Puławski. Dziś z miasta zdegradowano je na osadę; nowe prawa kazały naczelnikowi jego w miejsce munduru z czerwonym kołnierzem, pikielhauby (skórzany hełm, obity blachą zakończony szpicem) , zdobnej w herb guberni i szpady z feldcechem (złota lub srebrna taśma przy szpadzie), nosić tylko łańcuch mosiężny z medalem na szyi.

Degradacya ta nie przeszkadzała wszakże obywatelom jego, czującym swą godność, zwać się mieszczanami i uważać się za coś lepszego od mieszkańców okolicznych wiosek, czego im zresztą nikt zaprzeczać nie myślał, i co w obywatelch tak słynnego miejsca zupełnie było naturalnem.  Wędrowiec jednak napróżno by szukał w Łomazach śladów tej głębokiej starożytności; nic tam nie pozostało takiego, co by ją wskazać mogło; jednem słowm, było to sobie miasteczko ani mniej, ani więcej brudne od innych, jakich zresztą tysiące w naszej Polsce widzieć można.

– 2 –

Rozdział II

Przebiwszy się od wspomnionej kapliczki do pierwszych domów miasteczka wjeżdżało się na obszerny plac, reprezentujący rynek, na którym dwa razy do roku odbywały się jarmarki, a co Niedzielę zwyczajne targi, różniące się od poprzednich tem jedynie, że trochę mniej na nich było ścisku, hałasu, pijanych i błota. Pomijając okalające rynek różnego kształtu i wielkości domy z ganeczkami lub bez nich, nie mogąc za mgłą dojrzeć krzyżów niegdyś unickiej, dziś schizmatyckiej cerkwi, naprzód uderzała oczy na prawo ogromna rajtszula (szkoła jazdy), zbudowana dla kwaterujących tu jeszcze w czasie Krymskiej wojny kawalergardów ( najważniejszy rangą żołnierz)  moskiewskich,  obecnie służąca kozackiej artyleryi; ulokowany na środku rynku rząd sklepów, różnemi kolorami malowanych, w końcu długi z facyjatą (pomieszczenie mieszkalne na poddaszu) dom z gankiem na filarach, mieszczący w sobie austeryją (karczma, szynk), cukiernią, restauracyją, winiarnią, handel korzenny, łokciowy, bilard, sprzedaż szuwaksu (czarna pasta do butów)  itd., słowem wszystko co ku potrzebie i przyjemności tak mieszkańców b. miasta, jako też i okolicy służyć mogło.

Już z daleka idącego od rynku gościa z niebieskich okiennic witały napisy: „Sprzedaż trunków” — „Pradaża pitiej” i szybko otworzona malowana brama zajazdu. Kto zaś, obszedszy dom z drugiej strony, stanął przed głównem wejściem, ujrzał pod balkonem facyjaty, na którym zwykle odbywały poobied‐ nią siestę żony moskiewskich oficerów, dwa sklepy. Pierwszym była właściwa winiarnia, cukiernia itd., o czem wszem wobec i każdemu z osobna oznajmiały z niebieskich drzwi na bronzowo malowanych blachach złotemi literami napisy. Na jednej z blach stało: „Handel win i korzenny, F. F. B”, co miało znaczyć „Froim Fajgeulaum”, na drugiej zaś blasze moskiewski napis: „Pradaża win i korniej”, tudzież powtórzona moskiewskiemi literami cyfra Szanownego kupca: „F. F. B.” zastąpiła dawniejszy, który opiewał: „Figi, Rozynki, Migdałów, Muszkatołowe Gałkie.” Pamiętający jeszcze ów dawny napis, istniejący w czasach, kiedy moskiewszczyzna nie rozszerzyła się tak jeszcze na nieszczęśliwym Podlasiu, nieraz zapewne westchnęli, ujrzawszy tę zmianę nad tem, że moskiewskie „Korni” wystraszyły „Figi, Rozynki i Migdałów”, razem nawet z „Muszkatałowem Galkiem”.

Drugim był sklep specyjalnie łokciowy i norymbergski, trzymany przez synową, czy dalszą kuzynkę szanownych Froima i Faigi Fajgenbaum, co każdy mógł się dowiedzieć z czerwonej tablicy nad drzwiami, na której żółte z szaremi brzegami litery mówiły przechodniom, że tu jest „Handel towarów łokciowe”, czyli „Pradaża łoktiowych wieszczej”. Po tej głównej ozdobie całego miasta nic już w rynku, a bodaj i w całych Łomazach na szczególną uwagę nie zasługuje, nawet i kancelaryja gminna z orłem dwugłowym nad drzwiami, nawet moskiewska szkółka, do której nikt nie chodzi, nawet jedyna murowana w tem mieście kamienica, należąca do kupca                    en gros (sprzedaż kupno) zboża i drzewa, bankiera okolicznych, szlachciców Grubego Jankla.

— Tak powyżej wymienione rzeczy i wiele innych, jak np. zawalające rynek i niektóre ulice stosy drzewa i świeżo powyrabianych gontów, któremu to przemysłowi wielu starozakonnych obywateli Łomaz się oddaje, błyszczące talerze mosiężne przed domem felczera, wysychająca w niektórych miejscach latem rzeczka Zielawa z mostem, na drewnianych slupach opartym, różnokolorowo malowane domy, niewiasty mojżeszowego wyznania, siedzące poważnie za straganami na rynku i handlujące wszystkiem, od obważanków i makagigi (ciastko z masy karmelowej, miodu i maku z dodatkiem orzechów i migdałów)  do nici, igieł i wstążek, drewniany koń przy rajtszuli, na którego wskakiwać się uczą kozacy; wszystko to blednie wobec „ Handlu win i towarów łokciowe.”

Ale, prawda, jest jeszcze jedna, raczej dwie rzeczy, czyli osoby warte widzenia w Łomazach. Być w Rzymie i nie widzieć papieża, jest to zupełnie to samo, co zwiedzając Łomazy, nie poznać Abrama Kaca.

– 3 – 

Abram Kac jest nie tylko czysto łomazkim typem, ale zarazem osobliwością tego miejsca. Wielka szkoda, że rysy tego męża nie mogą być przekazane potomności; cóż robić, pomimo usilnych próśb, Abram Kac nie pozwolił zdjąć z siebie portretu; dlaczego — to już jego tajemnica. Abram Kac jest to obywatel mojżeszowego, ma się rozumieć, wyznania, posiadający dom w rogu rynku, będący równie, jak on oryginalnym. Dom ten podparty w kilku miejscach, trzymający się nieco na bakier, wygląda zupełnie, jak jego właściciel, kiedy kilka kieliszków kartoflanki wleje pod jarmułkę; pomimo to jednak doskonale mieszkać w nim można, tak samo, jak właściciel jego, pomimo kartoflanki pod jarmułką, walecznie, choć nieco z ukosa, gruntuje łomazkie błoto.

Abram Kac robi wszystko i nic, handluje wszystkiem i niczem, w życiu swojem więcej nad pół rubla razem pewnie nie posiadał; pomimo to żyje, prosperuje doskonale i ciągle jest zajętym. Ktoby spotkał szanownego obywatela tego, biegnącego przez rynek w chałacie, złożonym z większej daleko ilości łat, niż materyjału pierwotnego, z którego powstał, a którego koloru najbieglejszy nawet malarz odgadnąć by nie potrafił, w koniecznie przydeptanych patynkach (drewniane nakładki na buty), włożonych na bose nogi, jarmułce, podobnej do kawałka juchtowej skóry, czapce niedającego się opisać kształtu, z rozpuszczoną na wiatr gęstą i długą siwą, czyli raczej kilku kolorów brodą; ten przysiągłby, że od człowieka tego co najmniej losy Europy, albo chociaż moskiewskiego carstwa zależą.

Abram Kac sprzedaje wszystko, zacząwszy od mięsa, starych butów, cygar, tytoniu itd., a skończywszy na wołach, krowach, koniach, nawet kawałkach roli. Kupuje tak samo wszystko, co tylko mu chcą sprzedać. Robi interes nieraz na kilkaset rubli, a zarabia na nim złotówkę.

Pochodzi to ztąd, że nie mając pieniędzy, jest raczej pośrednikiem, niż rzeczywistym kupcem; zawsze jednak jako taki występuje. Trzeba go widzieć, kiedy schwyciwszy w jatce na kredyt ćwiartkę baraniny lub cielęciny, pędzi z nią do którego z dworów wiejskich w okolicy. ‐ Jasz pan Dobrozij kupi bahaniny? ni? — woła, pakując się do salonu, choćby na bal nawet trafił; nic bowiem go nie detonuje; w zapale handlu dostanie się wszędzie i nie ustąpi, aż zrobi swoje. Wypchnięty za drzwi, włazi oknem, wyrzucony przez okno, jest w stanie dostać się kominem, zmęczy, znudzi, doprowadzi do wściekłości tego, na kogo się uweźmie, baraninę wszakże sprzeda.

Zadowolony wraca do Łomaz, od których często o kilka wiorst (nieco ponad jeden kilometr) się oddalił, oddaje wzięte pieniądze rzeźnikowi, swój zarobek wynoszący 10 lub 20 groszy przepija i biegnie za drugim interesem. Pod wieczór zrobił kilka mil drogi, zwiedził wszystkie wioski w okolicy, zarobił dwa złote., które natychmiast przepiwszy, zasypia, jeżeli nie w domu, to na środku rynku lub w rowie przy drodze. Na drugi dzień wstawszy, to samo rozpoczyna życie.

Jako dodatni rys charakteru Abrama wspomnieć należy, że nie było przykładu, aby czy to sam kiedy co ukradł, czy też kradzioną rzecz kupił lub przechował. Za wzięte na kredyt rzeczy natychmiast sprzedawszy je, płaci, kontentując się małym zarobkiem; dla niego bowiem dość, jeżeli ma na obwarzanek i wódkę co dzień, a na kugiel (babka ziemniaczana) i śledzia, lub parę piskorzy w szabas. Zadowolniony zupełnie z życia, jakie prowadzi, zdaje się, że inaczej nawet żyćby nie potrafił.

Drugą osobistością łomazką, choć w innym nieco rodzaju, jest krawiec Moszko, technicznie zwany pijakiem. Nazwisko to dostało mu się z dwóch przyczyn, raz że pije znacznie lepiej od Abrama Kaca, powtóre dla odróżnienia od drugiego krawca Moszka trzeźwego, będącego, jak on, obywatelem łomazkim. Nizkiego wzrostu, ubrany w tabaczkowy chałat, z takiegoż koloru brodę i z tabakierką w kieszeni, Moszko pijak jest zawsze w dobrym humorze. Nikt nigdy nie widział go rozgniewanego lub smutnego, a kiedy jeszcze z pół kwarty kartoflanki wychyli, wtedy weselszego nad niego człowieka nie tylko na Podlasiu, ale w całej Koronie Polskiej, wraz z W. Ks. Litewskiem, wszystkich Rusiach i Żmudzi nie znajdzie.

Nosząc się znacznie porządniej, nawet elegancko naprzeciw Abrama Kaca, nie może obejść się wszakże bez koniecznych łat na łokciach i strzępów na brzegach poły chałata. Nic to wszakże dziwnego; nikt przecież nie widział szewca w całych butach, jakżeż więc Moszko, będąc krawcem, mógłby mieć zupełnie cały chałat?

– 4 –

Moszko jednak rzemiosło krawieckie uważa za przydatek; głównym bowiem zajęciem jego dzierżawa ogrodów owocowych. Z nadejściem wiosny, kiedy drzewa pokrywają się bujnym kwiatem, nie może już dosiedzieć w miasteczku, coś bowiem gwałtem go pędzi na wieś. Zaczyna więc peregrynacyją po okolicznych ogrodach, oglądając, który z nich najlepszy plon wróży i układa się o dzierżawę.

Dobiwszy targu i ulokowawszy się w ogrodzie, wygląda, jak odrodzony. Szczęśliwy, wesół, z nieodłączną tabakierką w ręku i butelką w kieszeni, bimbuje sobie wśród księżycowej letniej nocy, spacerując około obciążonych owocami drzew. Do miasteczka rusza jedynie na szabas i Niedzielę, aby na targu sprzedać zabrane z sobą frukta. Nie byłoby dla niego większego nieszczęścia. jak nie dzierżawić latem żadnego ogrodu. Dzierżawa ta stała się drugiem życiem jego, potrzebą konieczną, niezbędną. Moszko bez ogrodu w lecie, to anomalia, to coś takiego, czego nawet przedstawić sobie nie można. Gdyby nic nazywał się pijakiem, zwano by go pewnie sadownikiem. Prócz ogrodu, ukochał jeszcze drugą rzecz, która mu właśnie nazwisko dała, t.j. Gorzałkę. Szpagatówka nawet, jak się zdaje, o wiele milszą mu, niż pierworodny Wełwe, kierujący się na rabina, wielkie światło Izraela w projekcie.

Moszko swego Wełwe jednak bardzo kocha; zawczasu cieszy się, jak do niego ludzie z dalekich stron kiedyś schodzić się będą, jak ongi do rabina w Kocku, od którego wszakże będzie nauczniejszym. Choć szpagatówka często płata mu figle i naraża czasem na nieprzyjemne kolizye ze strażą ziemską lub wójtowską władzą, nieraz zaprowadzi na noc do miejskiej kozy, Moszko wszakże będąc wyższym nad drobne dolegliwości świata tego, nie łamie raz zaprzysiężonej jej wiary. Wyspawszy się w kozie, wychodzi z niej prosto do szynku, gdzie zalawszy robaka, następnie poprawiwszy na kuraż, wymyśla na wójta, ławników, straż ziemską, ba! nawet samego starszego strażnika.

Władze też, tak rządowe, jak municypalne, znając pod tym względem Moszka, zwykle patrzą na wszystko przez szpary, i w takim razie tylko sprzątają go z ulicy, jeżeli szanowną swą osobą założy się w poprzek, czem utrudnia komunikacyję. Leżącego zaś pod ścianą lub w rowie zostawiają w spokoju. Moszko jest równie uczciwym i rzetelnym, jak Abram Kac; w tem zaś go przewyższa, że nie jest tak uprzykrzonym i nudnym, owszem, pełen zawsze delikatności, grzeczny i przyzwoity. Za nic w świecie nie ruszy, co do niego nie należy; można mu śmiało powierzyć złoto nawet, ale wódki nie. Widząc przed sobą wódkę, skosztować jej musi; oprzeć się podobnej chęci, jest to nad jego siły.

Pociąg ten spłatał mu też raz dotkliwego figla. We dworze, gdzie Moszko ogród dzierżawił, w jednym z pokojów, od którego często otwierano okno, stały na półce butelki z różnemi nalewkami. Widok ich nie mógł nie znęcić Moszka, który nie posiadał bynajmniej siły św. Antoniego do opierania się pokusom, toteż wkradał się do pokoju i nadpijał z butelek. Dostrzeżono tego ubytku, a domyślając się, czyja to sprawka, wsypano do jednej z flaszek proszek emetykowy (środek na przeczyszczenie), inne zaś popieczętowano.

Moszko spróbował zaprawionej wódki, spróbował jej czeladnik jego, i… nie trzeba mówić, jaki skutek wywarła. Czeladnik uciekł na drugi dzień do Łomaz i nie chciał wrócić więcej; Moszko został, ale przez długi czas nikomu z domowych nie pokazywał się na oczy; wkrótce jednak dobry humor jego wziął górę i cierpliwie znosił żarty z tego wypadku, który wkrótce stał się głośnym w okolicy.

Aj waj! — mówił — ja miślał, że umrę; nic a nic nie wieział, co to takiego. A mój czeladnik, to tylko leżał w krzakie i stękał i krzyczał gewałt. Niedawno, jak ja buł w Przegalinie, tam przyjeżdżał jeden pan aż z pud Włodawy, i wun, jak mnie tylko zobaczuł, tak pita: Czy to ten Moszko, co pił wudkie z hamatykiem? i wszystkie się śmieją, a mnie takie wstyd.

-5-

Zimą Moszko także nie dosiedzi, lecz peregrynuje po dworach za robotą. Choć obszywa tylko parobków i oficyjalistów, gdyż talent jego krawiecki bynajmniej z Chabou, ani Starkmanem z Warszawy rywalizować nie może, jest jednak zawsze persona grata. Pan, pani, panicze, panienki, wszyscy Moszka lubią, bo wszystkich ubawi, rozweseli, każdemu coś ciekawego opowiedzieć potrafi. Jest on chodzącą gazetą okolicy; wie, gdzie kto się urodził, umarł, ożenił, rozwiódł, kupił czy sprzedał majątek; ile która panna ma posagu, a nawet lat, kawaler czy wdowiec, wszystkich bowiem zna i nowin zawsze posiada zapasy. Wieczorem, kiedy cała rodzina zasiędzie przy kipiącym samowarze, Moszko zakropiwszy jednym i drugim kieliszkiem robaka, popijając podaną mu przez panią domu herbatę, opowiada różne ciekawości z okolicy.

Plotkarzem wszakże nie jest, nikogo nie obmawia, on wszystkich szanuje i wszystkich szczery przyjaciół. Jako człowiek już nie młody, żył głównie ze starszem pokoleniem okolicznej szlachty, z których wielu umarło, młodszych szanuje; ale to już nie jego panowie. Także miał swoich księży między proboszczami unickimi i łacińskimi, lecz Moskale ich powyganiali. To też wspominając niekiedy zmarłych i nieobecnych:

— Nie ma już moich panów i moich księży — mówi, ocierając łzę poczciwy żydzina. Jest także wielkim politykiem; będąc gdzie we dworze, pilnie dowiaduje się, co stoi na gazetach, a wszystkie zmiany na horyzoncie europejskim gorąco bierze do serca. Ma się rozumieć, patryotnik Moskali nie lubi, choć żyje z nimi w zgodzie, trzymając się przysłowia: Panu Bogu świeczkę, djabłu ożóg.

W czasie wojny prusko-francuzkiej, której przebiegiem nie wiadomo dlaczego nasi żydkowie tak silnie się interesowali i niepowodzenia Francuzów brali do serca; nikt bardziej od Moszka nie był kolejami walki zajęty; nikt pilniej od niego nie zbierał wiadomości, ani też większych nie budował nadziei. Było to jakoś zimą, w parę tygodni po wzięciu Metzu, Moszko przyszedszy do jednego dworu około Łomaz, zastał syna gospodarza domu z gazetą w ręku, naznaczającego szpilkami na mapie placu boju położenie obu armii.

— Co ślichać? proszę panicza, jak tam Francuzy? — zapytał.

— Doskonale — odrzekł tenże — pobili ogromnie Prusaków.

—Aj waj! — krzyknął uradowany Moszko — jak to buło; niech panicz będzie łaskawy psiecita.

Młody człowiek patrząc w gazetę, przeczytał następną depeszę, która, jak mówił, tam się znajdować miała.

—„Donoszą z Wersalu: „Armia francuzka wylądowała w Gdańsku i zdobyła trzy pruskie fortece: Bochnią, Wieliczkę i Drezno. Bazaine, znajdujący się w Dreźnie, przebrany za żyda z kramikiem — uciekł’.”

— Aj waj! aj waj! — krzyczał Moszko, tańcując z radości po pokoju — chwała Bogu! co tych Prusaków… zbili. Aj waj! Ny, ma szczęście ten Błazun, co uciekł; jemuby zaraz powiesili? prawda paniczu?

— Z pewnością — odrzekł młody człowiek. —Ale jemu złapi i powieszą; Moszko mówi, co jemu powieszą, bo to ganew, szwarc jur, zbójnik. Nu, nu, będzie teraz Prusakom. Jak to paniczu, Bochnią, Wieliczkę i. . . .

— I Drezno — podpowiedział młody człowiek — a wylądowali w Gdańsku.

— Tak, tak, wysiadli w Gdańskie, sy git — mówił Moszko.

— Ale niech panicz lepiej napisze, bo ja zapomnę. Ja zaraz wracam do Łomaz i prosto idę do ks. S., wun jeszcze nima gazete; jak jemu powiem, to wun się będzie cieszył, chyba mnie kieliszek wudkie da za to. Jako objaśnienie dodać należy, że Moszko był już nieco ciętym; pod wpływem więc szpagatówki radość z powodzeń francuzkich była jeszcze większą. Młody człowiek napisał przeczytaną depeszę, a Moszko łyknąwszy na drogę, poleciał do Łomaz. Ks. S., ówczesny proboszcz unicki w Łomazach, należał do rzędu księży, których Moszko nazywał swoimi; śpieszył zatem co prędzej podzielić się znim dobrą wiadomością. W kilka dni potem Moszko zjawił się znów w tym dworze.

— No cóż? — pytano go — bardzo się cieszył ksiądz S.? Dostałeś kieliszek wódki za depeszę?

— Aj wajl — odrzekł, krzywiąc się Moszko,— co panicz robi, co ja miał wstydu, to strach. Jak ksiądz przeczytał, tak śmieje się i mówi: Moszku, jaki ty głupi, toż to nie fortece i nie w Prusach te miasta. Ale jegomościuniu, ja mówię toż tak stało na gazetach. A ksiądz mówi: Aj, jaki ty głupi Moszku, tostrach; toż z ciebie kpią, a ty wierzysz. A tu przyszłapani i panny i wszystkie czytają i śmieją się iwołają: Moszku, jaki ty głupi! A mnie takie wstyd.Już ja teraz nic nie wierzę.

Takie i tym podobne figle, robione z Moszkiem, nie tylko go nie obrażają, ani humoru mu nie psują, ale także nie przeszkadzają politykować i nosić, jak dawniej, nowin po dworkach, które zawsze odwiedza jako prawdziwy przyjaciół.

– 6 –

Rozdział III

Wewnątrz miasta Łomaz panowało tradycyjne w czasie zimowych odwilży błoto. Choć dachy pokrywała gruba warstwa śniegu, na ulicach jednak utworzyła się gęsta, czarna masa, na przebycie której nielada siły i odwagi trzeba było. Na środku rynku w potworzonych jeziorach pluskały się gęsi i kaczki, a w rozrobionej zaś czarnej masie rozkoszowały się nierogate stworzenia. Parę rogatych i brodatych stało melancholijnie zadumanych; bo na całym obszarze rynku, ani nawet na bocznych ulicach nie było ani jednego włościańskiego wozu, z któregoby nieco słomy wyciągnąć można było, ani jednego konia z torbą na głowie, którą przegryzszy, dostałoby się nieco obroku na dodatek do podanej na śniadanie miotły.

Rowami, ciągnącemi się po obu stronach ulic, reprezentującemi rynsztoki i kanalizacyą miejską, płynęła z szumem woda ku wielkiej uciesze nie tylko gęsi i kaczek, ale – także młodych obywateli mojżeszowego wyznania, stawiających na niej młynki, lub spławiających kunsztownie z resztek gontów, przez tate wyrabianych, zbudowane tratwy i czółenka, ku pożytkowi zaś niewiast Izraela, mających pod ręką wodę do prania bielizny, mycia garnków i inne domowe potrzeby.

Pomimo że brzydka zimna pora i trudność w przebywaniu ulic nie zachęcały nikogo do porzucenia ciepłej chaty, jednak przed domem naznaczonym tablicą z dwugłowym orłem, gdzie mieściła się kancelaryja wójta gminy, stała spora gromada ludzi. Byli to mieszkańcy Łomaz, oczekujący przybycia naczelnika ziemskiej straży z Białej. Zbrojne apostolstwo bowiem przycichnąwszy nieco latem, znów z jesienią z nową siłą rozpoczęte, trwało bezustannie. Swiętojurca Gomela, który zajął w Łomazach miejsce wygnanego do Galicyji szanownego księdza Starkiewicza, niejednokrotuie skarżył się do władz o brak zupełny dochodów z parafiji.

Pogardzając odstępcą parafijanie, żadnych od niego posług religijnych nie żądali; cerkiew stała zawsze pustkami; to wszystko więc chciwemu popowi, zmuszonemu ograniczać się na samej tylko pensyi, bardzo się nie podobało. W skutek powtarzanych zatem skarg przybywał naczelnik zaprowadzić porządek. Epifan Iwanowicz Gubanjew, jeden z gorliwsżych apostołów schizmy na Podlasiu, niegdyś oficer piechoty, obecnie naczelnik straży ziemskiej z Biały, przewyższył gorliwością przełożonych i kolegów swoich i pozostanie na długo w pamięci wieśniaków. Łomazy były jednem z pierwszych pól popisu jego gorliwości, na którą bardzo wiele rozmaitych przyczyn się składało. Sławny pijak i karciarz, przez to wiecznie w długach i bez grosza przy duszy, musiał koniecznie szukać bocznych dochodów, bo pensyja nie wystarczała.

Żydzi za długi jej nie aresztowali, nie z braku chęci wprawdzie, lecz z obawy przed panem naczelnikiem, któryby tysiącznymi sposobami dokuczyć i zemścić się za to potrafił, tylko w dniu wypłaty topniała ona zwykle na zielonym stoliku. Grając zaś zwykle z równymi sobie, lub wyższymi nawet czynem, nie mógł grać na kredkę, przez to często bywał w ambarasie, nieraz nawet wielkim, mianowicie w środku kwartału. Do pensyi było daleko; żydki albo unikali spotkania z panem naczelnikiem, albo grzecznie odnawiali pożyczki, klnąc się na duszę, ciało, żony i bachory, że poniosszy wielkie straty w handlu, grosika nie mają przy duszy, pomimo więc najszczerszej chęci wygodzenia p. naczelnikowi, któremu lepiej, jak samym sobie wierzą, nic pożyczyć nie mogą.

Nie mając zaś takiego prawdziwie moskiewskiego sprytu w wynajdywaniu źródeł dochodu, jak jego kolega i przełożony naczelnik powiatu Aleszko, łapówek dostawał nie wiele, chciał zatem gorliwością w sprawie nawracania Unitów zasłużyć sobie nagratyfikacyą, lub orderek jaki, do którego by pensya przywiązaną była. Ściągane z Unitów kontrybucye, w których Aleszko dozwalał mu udziału, nie wystarczały. Jedna część z nich musiała iść do guberni, z drugiej partem leoninam zatrzymywał Aleszko, dopiero resztę dzielono między niego i paru urzędników z kancelaryi gubernatorskiej, których pomoc i dyskrecyja do tego geszeftu potrzebną była.

W dodatku gorliwością tą chciał zmyć ciążące na nim podejrzenie rządu i dawne pułkowe grzeszki. Jeszcze jako oficer, będąc nadzwyczaj liberalnych,nawet nihilistycznych przekonań, należał do spisku oficerskiego przed 1863 rokiem. Udział ten wykryto; choć więc się wykręcić potrafił, był zawsze padazritielen.

– 7 –

Mając styczność z kasą pułkową, potrzebując zaś wiecznie pieniędzy, nadruszył takową, co jeszcze byłoby niczem, w moskiewskim bowiem rządzie kradzieże rządowych pieniędzy są na porządku dziennym, ale wykryła się nadto jakaś gruba i brudna szacherka,
hańbiąca nawet moskiewskie szlify, do których bardzo wiele rzeczy przysycha, nie odbierając bynajmniej blasku.
Oddany pod sąd, usiłował zastrzelić się; nie dokazał tego jednak i tylko nieszkodliwie się skaleczył.

Wyleczono go; przy staraniach potrafił jakoś tę sprawę zatuszować; z pułku wszakże wystąpić musiał, bo groziło haniebne wypędzenie. Przeszedł więc do policyji i został naczelnikiem straży ziemskiej Bialskiego powiatu.
Tak więc były spiskowiec, liberał, stał się policyjentem, vulgo szpiegiem; te dwie, bowiem nazwy w Moskwie mają jedno znaczenie.
Pomimo to jednak, czasami przy kartach i kieliszku w gronie zaufanych, kiedy jedna i druga wypróżniona butelka posyła pod stół, Gubanjew odzywał się liberalnie. Przyznając się do gruzińskiego pochodzenia, wołał:
— Wa mnie wolnaja krow kipitl
Po wytrzeźwieniu się liberalne przekonania szły w kąt, wolna krew przestawała się burzyć, a pseudo Gruziniec i nihilista Gubanjew był tylko zwyczajnym strażnikiem, czyhającym na każde podejrzane słówko i robiącym donosy, aby pozyskać względy rządu i co zatem idzie,
orderek i gratyfikacją.

Wybrawszy się na misyją do Łomaz polecił wójtowi zebrać mieszczan przed kancelaryją, gdzie go też od kilku godzin oczekiwali. Choć był w mieście, nie pokazywał się jednak; zajechawszy bowiem do dowódzcy stojącej tu kozackiej bateryji, pokrzepiał się śniadaniem przed
rozpoczęciem apostolstwa, które miało przysporzyć dochodów popowi Gomele.

Rozdział IV.

W kwaterze pułkownika kozackiej bateryji gwarno było i wesoło. Prawie wszyscy oficerowie byli zebrani, gdyż mieli wraz z dowódzcą asystować przy czynnościach Gubanjewa i udzielać mu pomocy. Tymczasem zajadano smacznie i suszono liczne kieliszki.
– Nu para nam uże gaspada — odezwał się Gubanjew, kończąc kieliszek wina.
– Nie śpieszcie się jeszcze, Epifan Iwanowicz — rzekł pułkownik — jeszcze wcześnie; mieszczanie się pewnie jeszcze nie zebrali.
– To nie może być — odrzekł Gubanjew — kazałem im zgromadzić się na godzinę ósmą, a teraz już blizko jedenasta, muszą zatem być wszyscy.
– Wsio rawno, niech poczekają trochę — powiedział pułkownik — czort pobieri mużyków, a my możem jednę i drugą jeszcze butelkę wypić.
– Jabym był nie od tego — odrzekł Gubanjew — wolę przecież czas spędzać w miłem towarzystwie, jak męczyć się i objadać z tym przeklętym narodem. No szto diełat — służba, zresztą trzeba raz skończyć te przeklętą sprawę.
– To też jak się mużyki na zimnie wystoją, będą mięksi — rzekł pułkownik.
– Już ja i tak z tymi sukinsynami poradzę — mruknął Gubanjew — zaciskając pięść.
– Czy tylko pewni tego jesteście, Epifan Iwanowicz? — zapytał jeden z oficerów — mużyki twarde bestyje. nie łatwo ugiąć się dadzą.
– No już ja poradzę — bądźcie spokojni — odpowiedział Gubanjew.
– Czyby nie lepiej było — odezwał się drugi z oficerów, znany Kalinin — zarządzić egzekucyją? to środek może praktyczniejszy od innych, bo chłopu najciężej płacić.
To mówiąc, uśmiechnął się, przyszły mu bowiem na myśl dobre interesa, jakie robił na egzekucyjach. Z nich to potrafił sobie zebrać ładny kapitalik, kupić powóz i trójkę koni, nadto strojić żonę, na co by pensyja porucznikowska nie wystarczyła. Wieśniacy podlascy płacili suknie jedwabne i biżuteryje pani Kalininowej, jak również karty, konie, szampańsie i różne inne przyjemności panu.
– Egzekucyje na później — odrzekł Gubanjew — pierwej użyjemy innych środków.
Tymczasem służba nalała kieliszki, wzięto się do kończenia proponowanej przez pułkownika butelki, a gawędka przeskoczywszy na inne zupełnie pole, wybiła z głowy towarzystwu czekających mieszczan. Wtem wszedł kozak, meldując, że do p. naczelnika przyszedł wójt miejscowy.
– Niech wejdzie — rzekł Gubanjew.
Kozak wyszedł, a na jego miejsce ukazał się wójt łomazki Karpowicz, który oddawszy głęboki pokłon, pokornie zatrzymał się we drzwiach.

Był to tęgi wysoki chłop, z dużą czarną brodą, z fizyjognomii podobny do kacapa, które to podobieństwo zwiększało chytre, złośliwe spojrzenie. Karpowicz należał do tych nielicznych, którzy stawszy się wiernymi sługami caratu, ulegszy poprzednio obietnicom Moskwy, dopomagali jeszcze do ciemiężenia swojich. Renegat zawsze bywa najpodlejszą istotą, wstydząc się odstępstwa, mści się za nic na tych, co uczciwymi pozostali; chciałby prześladowaniem do tego samego ich skłonić, aby przez to siebie we własnych oczach usprawiedliwić.

– 8 –

Najsroższych zawsze mieliśmy prześladowców w zmoskwiczonych Polakach.Karpowicz należał do ich liczby; na szczęście niskie stanowisko, jakie zajmował, nie pozwalało mu robić wiele złego, starał się jednak, ile możności, najwięcej dokuczyć mieszkańcom rządzonej przez siebie gminy.

— Nu sztóż? — zapytał Gubanjew.

— Czy Wasze Wysoko Błahorodje — zapytał z ukłonem Karpowicz — każe jeszcze czekać mieszczanom, bo już chcą się rozchodzić

— Ach padlecy! — krzyknął Gubanjew — jak śmieją, kiedy kazałem czekać?

— Ja też to im powtarzam — odrzekł Karpowicz — ale oni mówią, że czekają od ósmej godziny, a tu blisko południe, więc nie chcą dłużej. — Sukinsyny ! — rzekł Gubanjew — którzyż to tak mówią?

— A już to ci, Wasze Wysoko Błahorodje — odpowiedział Karpowicz — co nie tylko sami najbardziej nieposłuszni Władzy, ale jeszcze innych podburzają.

— O wielu ich jest — odrzekł wójt — już ja na miejscu Waszemu Wysoko Błahorodje wszystkich wskażę. Ale same główne herszty to Teodor Derlukiewicz, Cydejko, Szatałowicz i kilku innych.

— Sukinsyny, ja im dam! — rzekł Gubanjew. Dwóch młodych oficerów kozackiej artyleryji, niedawno przybyłych z nad Donu, stało na boku, rozmawiając po cichu.

— Patrzno, jaka to podła fizyjognomija u tego wójta — szepnął jeden do drugiego.

— Perekińczyk zawsze padlecom — odszepnął tamten.

— Jabym dał jemu naprzód skosztować pletni, a kozakom przykazałbym, aby ręki nie żałowali — szepnął znów pierwszy.

— Oj warto — odszepnął drugi — sprawiedliwiej daleko wziąść jego pod pletnie, niż tych, których skarży; bo tamci ludzie porządni, a on padlec.

— Dziwię się, że Gubanjew go słucha — szepnął pierwszy. — Jabym łotrowi zęby wybił i za drzwi wyrzucił. Alboż Gubanjew lepszy — odrzekł drugi.

— Dla czegóż służy w ziemskiej straży? Powiedz, czy byś przeszedł z bateryji do policyji, nawet na wyższy stopień?

— Ma się rozumieć, że nie — rzekł pierwszy.

— Lepiej być smarowozem, albo chlebopiekiem, niż policyjantem.

— No, para uż gaspoda — odezwał się Gubanjew, wstając i biorąc czapkę.

— Czy pójdziesz? — zapytał pierwszy z młodszych oficerów kolegi.

— A to po co? — odrzekł zapytany — czy to tak przyjemnie patrzeć, jak mordować będą biednych ludzi! To rzecz takich Gubanjewów, nie moja, ja idę do domu.

— I ja z tobą — rzekł pierwszy — obejdzie się tam bez nas. Towarzystwo całe wyszedszy z kwatery pułkownika, ruszyło ku kancelaryji, z wyjątkiem tych dwóch oficerów, którzy odłączywszy się od reszty, skręcili w boczną uliczkę.

Rozdział V

Zbliżywszy się do kancelaryji, Gubanjew przyśpieszył kroku i wpadł w środek gromady mieszczan, oczekujących jego przybycia.

— Gdie Fiedor Derlukiewicz? etot buntowszczyk — zapytał.

— Jestem — odrzekł, występując wezwany.

— Ty sukinsyn, padlec! — wrzasnął ze wściekłością, przyskakując do niego Gubanjew.

— Czom nie chrestisz dietiej? — I nie czekając odpowiedzi, schwycił Derlukiewicza za brodę i zaczął bić po twarzy.

— Hej! bieritie jewo! — krzyknął na kozaków, których kilkunastu odkomenderowanych pod jego rozkazy stało z pletniami w pogotowiu. Rzucili się wezwani, porwano nieszczęśliwego, obalono na ziemię, a ściągnąwszy z niego ubranie, zaczęto na znak Gubanjewa siec. On tymczasem rzucił się na jakiegoś staruszka, stojącego na boku i zaczął go bić po twarzy.

— Ty sukinsyn! — wołał — czom nie chrestisz dietiej?

— Ależ ja nie mam małych dzieci, Wielmożny naczelniku — wołał bity, któremu krew się ustami rzuciła.

— Moji synowie dawno już żonaci, nie tylko pochrzczeni.

— Wriosz padlecl — wrzeszczał Gubanjew — uderzywszy jeszcze kilka razy starego, tak że się obalił, zaczął deptać obcasami po głowie.

— Hej, wójtl — krzyknął — zaraz zabrać mu dzieci i zanieść do cerkwi.

— Wasze Wysokobłahorodje — rzekł wójt, podstępując — on prawdę powiedział; małych dzieci nie ma. Starszy syn ma przeszło 40 lat, a młodszy 30.

— Tak — rzekł Gubanjew — odstępując od leżącego na ziemi pokrwawionego starca.

— Nu, aszibsia, paszoł won starik — dodał, kopiąc go nogą. Stary nie wstawał, kazał więc dwom strażnikom odnieść go do domu.

– 9 –

Derlukiewicza tymczasem bito; Gubanjew przyskoczył do niego i zapytał, czy ochrzci dzieci, lecz nie odbierając odpowiedzi, zaczął go kopać nogą, nakazując kozakom, aby lepiej ćwiczyli. Nahajki krajały ciało, krew płynęła strumieniem; wreszcie musiano zaprzestać egzekucyji, bo bity zemdlał, więc odniesiono go.

— Bieri etawo! — krzyknął Gubanjew, wskazując pierwszego z brzegu, którego kozacy pochwyciwszy, zaczęli siec. On zaś tymczasem rzucał się na mieszczan, szarpał za brody i włosy i bił po twarzach. Wreszcie zziajany, umęczony musiał się wstrzymać. Kozacy tymczasem wskazanego ćwiczyli.

— Etawo! krzyknął, wskazując innego i znów rozpoczęła się egzekucyja.

— Tego bijcie, dobrze — dodał wójt — to mój kum. Gubanjew nie mógł dostać na miejscu; lecz bolały go już ręce od kilkogodzinnego bicia; podniósł więc kamień ze ziemi i nim bił po twarzach i głowach stojących, nadto coraz to innego wskazywał kozakom do ćwiczenia. Lecz i bicie kamieniem zmęczyło go; stanął więc i dyszał. Kilkunastu oćwiczonych leżało bez zmysłów, Gubanjew znów wskazał nowego. — Nie żałujcie ręki i pletni — dodał wójt — to mój siostrzeniec.

— Ty kto takoj?! — krzyknął nagle Gubanjew na jednego z mieszczan.

— Cydejko — odrzekł tenże. — Ach ty sukinsyn! buntowszczyk! — wrzeszczał Gubanjew i rzucił się na niego trzymanym w ręku kamieniem.

Mieszczanin począł uciekać. Gubanjew porwał kawał cegły z ziemi i rzuciwszy za nim, ugodził go w plecy, następnie drugim kamieniem w głowę. Padł ugodzony, a ten przyskoczywszy do niego, zaczął deptać nogami i tłuc obcasami. Zadowolony wreszcie, zostawił okrwawionego Cydejkę i przyskoczył do innego, chcąc go w twarz uderzyć. Zmordowane jednak ręce odmówiły posłuszeństwa; chciał wymyślać, lecz zachrypł już nod ciągłego krzyku, schwycił go więc oburącz za włosy, a nachyliwszy raz i drugi, ukąsił w twarz.

Tymczasem ćwiczono ciągle. Pułkownik i oficerowie stali, patrząc z zadziwieniem na szaleństwa Gubanjewa. Pewne zakłopotanie malowało się w ich twarzach; nie spodziewali się przy czemś podobnym asystować i czuli, że część hańby tych postępków na nich, jako świadków, spływa. Pojmowali, że można było ćwiczyć nawet do śmierci, kiedy taki był rozkaz, lecz należało przecie zachować choć jakiekolwiek formy sprawiedliwości, pytać przecież pierwej o co, dać jakiś rozkaz, a dopiero nieposłusznych karać. Lecz kazać ćwiczyć pierwszego z brzegu, nie wiadomo za co i po co, brać interes rządowy, jeszcze taki, który go zupełnie nic obchodzić nie może, tak do serca; żeby aż samemu rzucać się na ludzi, nadto jak żak jakiś rzucać kamieniami lub kąsać, jak pies, to już za wiele.

Było to tak okropne poniżenie, sponiewieranie własnej godności, że nawet dla niewolniczych żołdaków moskiewskich zdawało się haniebnym.

— On wściekły albo szalony być musi — rzekł jeden z oficerów do drugiego.

— Kanieczno — odrzekł tamten — człowiek przy zdrowych zmysłach takby przecież nie dokazywał.

— Za wiele pił dziś rano u pułkownika — odezwał się trzeci.

— Nawet najwięcej upiwszy się, takby nic szalał — dodał czwarty — gdyby nie był wściekłym albo waryjatem,

— Bądź co bądź — odezwał się inny – będę wiedział teraz, że koło Epifana Iwanowicza niebezpiecznie, bo kusajetsia kak sobaka.

— Prawdziwie bieszennaja sobaka — mruknął pierwszy. Noc już się zbliżyła, dość było oćwiczonych, dość osobiście obił Gubanjew, kilku nawet pokąsał, nie stało kamieni do rzucania, zmęczony, zziajany, zachrypnięty, stanął i dyszał ciężko. Zbliżył się pułkownik.

— Epifan Iwanowicz — rzekł — dajcie już pokój dzisiaj, reszta na jutro, chodźmy lepiej na herbatę.

— Charaszo — odrzekł Gubanjew — rzeczywiście będzie już dość na dziś.

Paszli won padlecy — krzyknął na mieszczan — jutro o ósmej zebrać się znowu. Ty wójt, w dwie godzin ściągnąć po dziesięć rubli z dyma kontrybucyi i przynieść do mnie.

Wydawszy te rozkazy, odszedł z pułkownikiem i oficerami; mieszczanie także co prędzej zaczęli się rozchodzić.

– 10 –

Rozdział VI

— Fu kak umajałsia — rzekł Gubanjew, padszy na krzesło w kwaterze pułkownika, gdzie już czekała herbata i stoliki do kart.

— Wy bo to zanadto na seryo bierzecie — rzekł jeden z oficerów.

— Inaczej nie można — odrzekł Gubanjew — tych sukinsynów należy koniecznie przestraszyć.

— Ale czy to pomoże? — zapytał drugi.

— Zobaczycie, że pomoże — rzekł Gubanjew.

— No, dajmy temu pokój — odezwał się pułkownik,któremu rozmowa o widzianych niedawno scenach nie była przyjemną.

— Siadajmy lepiej do herbaty,a może zagramy w karty.

— Charaszo — zawołał Gubanjew, któremu się oczy na widok zielonego stolika zaiskrzyły.

— Ale czemuten bestja wójt nie przychodzi? — mruknął, dotykając pustej kieszeni.

Wtem wszedł dieńszczyk, meldując wójta; Gubanjew wybiegł do przedpokoju, gdzie tenże czekał.

— Oto kontrybucyja Wasze Wysokobłahorodje —rzekł z ukłonem Karpowicz, podając paczkę asygnat.

— Charaszo — rzekł Gubanjew — biorąc ją i chowając do kieszeni — ruszaj sobie.

— A kwitu Wasze Wysokobłahorodje nie da? —zapytał wójt.

— Nie potrzeba — odrzekł — paszoł won!  Wójt wyszedł, Gubanjew wesoły wrócił do pokoju i siadł za zielonym stolikiem, rzucając na karty wziętą kontrybucją. Grano do północy, popijając herbatę z rumem, którego dolewano sowicie, lecz szczęście jakoś niesłużyło Gubanjewowi i kontrybucyja przeszła w ręce kozackich oficerów.

Na drugi dzień w asystencyi strażników i kozaków stanął wśród zgromadzanych przed kancelaryją mieszczan.

— Na kalenja! — wrzasnął, rzucając się między nichi okładając pięścią, kogo dosięgnął.

— Stawtie ich na kalenja — krzyczał na Moskali. Wkrótce zmuszono wszystkich zebranych uklęknąć.

— Budiete chadit w cierkow sukinsyny!? — krzyczał.

Kilka nieśmiałych głosów odezwało się:

— Budiem.— Budiete chrestit dietiej? — wołał.

— Budiem — rzekło znów kilku.

— Budiete posłuszny naczalstwu?

— Budiem — odrzeknięto.

— Nu, pomnitie pawinowatsia — wrzeszczał Gubanjew, chodząc wśród klęczących i kopiąc niektórych nogami.

— Pomnitie pawinowatsia! bo ja wsiech was zasieku.

Z temi słowami wsiadł na bryczkę i odjechał do Biały. Dzikość Gubanjewa, ani też groźby jego nic wiele skutkowały; choć bowiem kilkoro dzieci ochrzczono, choć kilku słabszego ducha zaczęło uczęszczać do cerkwi, ogół jednak pozostał ten sam; kiedy zaśprzyszło do zbierania podpisów na schizmę, obmówiono ich.

Rozpoczęto egzekucyą wojskową w sposób dobrze Podlasianom znajomy, która kilka tygodni nieszczęśliwych mieszczan dręczyła. Zabierano zboże i inwentarze, ściągano kontrybucje, fantowano ich, wielu poszło dowięzienia, skąd następnie wysłano ich na Sybir. Kilkanaście rodzin do zupełnej nędzy przyprowadzono; nic to jednak nie pomogło; kilku zaledwie znalazło się słabszych, co dało podpisy. Gubanjew za gorliwość okazaną nie tylko w Łomazach, ale i innych wioskach Bialskiego powiatu, nie został tak wynagrodzonym jak się spodziewał.

Dostał wprawdzie jakiś orderek; ale niższego stopnia, przy którym pensyi żadnej nie było i tylko trzysta rubli gratyfikacyji, którą nadto tego samego dnia przegrał do urzędnika z biura gubernatora, co mu ją doręczył.
Strasznie więc był niekontent, choć z drugiej strony pocieszało go, że ostatecznie zatuszowano ową sprawę pułkową, co mu tyle kłopotu robiła.
Śmiano się z niego, że za uderzenie jedne w twarz nie dostał nawet całej półtory kopiejki, t. j. trzech groszy polskich, za taką więc zapłatę nie warto się było fatygować. Uczciwsi zaś Moskale dali mu przydomek: bieszennoj sobaki, tj, wściekłego psa.

Przeczytaj także: 

Parafia Rzymskokatolicka Św. Apostołów Piotra i Pawła w Łomazach – Romuald Szudejko

Historia Łomaz – Bolesław Górny

Dzieje Huszczy – Tadeusz Jeruzalski

Długosz o Łomazach

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna | 4 Comments »

Historia Łomaz – Bolesław Górny

Posted by tadeo w dniu 28 Wrzesień 2013

APC - 2013.09.29 14.30 - 001.3d

Już na początku wieku XV była tu niewielka wioska, którą Kazimierz Jagiellończyk w roku 1447 odłączył od starostwa parczewskiego, województwa lubelskiego i przyłączył do ziemi brzeskiej, a więc Litwy. Wywołało to niezadowolenie panów polskich w stosunku do króla i zarzuty, że król bardziej sprzyja Litwie, niż Koronie. Łomazy są pamiętne w naszych dziejach sejmowych, gdyż dostąpiły zaszczytu, że tu właśnie odbyły się dwa sejmy Polski i Litwy. Powody tego były następujące.

W roku 1451 król Kazimierz Jagiellończyk zwołał sejm Polaków i Litwinów do Parczewa. Na sejm ten jednak nie chciał przybyć żaden z Litwinów dopóki im glejt bezpieczeństwa nie będzie wydany. Król chcąc przełamać upór i nieufność Litwinów sam wyjechał z Parczewa do Łomaz i tu sprowadził z Brześcia posłów litewskich i namówił ich do zjechania się z Polakami w Brześciu. Podobnie było w roku 1464. Posłowie litewscy do Parczewa, a polscy do Brześcia nie chcieli się zebrać na wspólny sejm. Dlatego też zjechali się po pewnych targach posłowie tak polscy jak i litewscy w miesiącu listopadzie do Łomaz, gdzie odbywały się obrady. Z powodów wzajemnych niechęci zjazd nie dał spodziewanych nadziei w sprawie pogodzenia Korony i Litwy.

Specjalne zasługi dla Łomaz, gdy chodzi o ich rozbudowę, położył Mikołaj Radziwiłł, starosta brzeski, a późniejszy wojewoda wileński oraz marszałek i kanclerz wielki litewski, który otaczał Łomazy specjalną opieką i doprowadził je do znacznego wzrostu.
W roku 1568 otrzymały Łomazy, jako istniejące już wówczas miasto, od króla Zygmunta Augusta prawo magdeburskie oraz herb: wilczą głowę i orle nogi.

???????????????????????????????????????????

Mapa starostwa brzeskiego w końcu XV wieku.

W tym też roku otrzymały Łomazy, jako miasto królewskie, uwolnienie od wszelkich opłat i powinności do roku 1570, prawo do pobierania mostowego i targowego myta. Miasto otrzymało prawo do posiadania własnej miary, wagi, woskobojni i kramów oraz prawo do targów miejskich tygodniowych co niedziela i czwartek, a następnie jarmarków na św. Piotra i Wszystkich Świętych. Mieszczanie zostali zobowiązani do budowy mostu na gościńcu wileńskim, utrzymania grobli i mostów oraz wybudowania własnym kosztem ratusza.

Miasto było wówczas dość obszerne, gdyż jak podaje Dymitr Sapieha, rewizor królewski, w 1566 liczyło kilka ulic, z których należy wymienić: Brzeską, Wileńską, Międzyrzecką, Parczewską, Podręczną i Ku Mostowi. Były też w tym czasie Łomazy dość dużym osiedlem żydowskim, gdyż w pobliskiej Białej Radziwiłłowie wydali zakaz osiedlania się Żydów ponad ściśle określoną ilość.
W protokóle lustracji królewszczyzn z roku 1682 wymieniono, że w skład starostwa brzeskiego wchodziły m. in. dobra klucza łomaskiego z miastem Łomazy oraz wójtostwem ortelskim. Według inwentarza ekonomii brzeskiej z 1784 r. w mieście Łomazach znajdowały się: fara, cerkiew unicka i bożnica – poza innymi budynkami.

Pod Łomazami w r. 1769 zginął w bitwie konfederatów barskich z Moskalami Franciszek Pułaski, brat Kazimierza Pułaskiego.

Już w roku 1451 istniał w Łomazach kościół parafialny, który spłonął w r. 1657. Następny powstał w r. 1657, lecz również spłonął w r. 1783. W tymże roku ufundował w Łomazach kościół król Stanisław August Poniatowski, ale i ten spalił się w r. 1795. Wybudowany w roku 1852 kościół drewniany uległ kasacie w r. 1875 i został zamieniony na cerkiew. Obecny kościół murowany pod wezwaniem św. Piotra i Pawła powstał w latach 1906 -1911 kosztem parafian i staraniem księdza Antoniego Śliwińskiego.

APC - 2013.09.28 23.55 - 001.3d

W okresie walk religijnych, po roku 1863, Łomazy przechodziły kilkakrotnie prześladowanie za wiarę katolicką. Gdy władze rosyjskie wprowadziły rosyjskie kazania do cerkwi unickiej – lud w Łomazach ściągnął księdza z kazalnicy wołając: „ Tyś ksiądz rządowy, a nie nasz! Powiedz, ile ci Moskale zapłacili, my ci damy 10 razy więcej, byłeś był tylko naszym księdzem”.
Innym razem wyrzucono popa z plebanii i zamknięto cerkiew. Gdy wzywano na śledztwo – nikt z wezwanych nie zastosował się do polecenia władz, a ołtarzyście, który stanął do śledztwa, spalono dom, niedopuszczając do uratowania niczego.
Toteż przez dwa tygodnie w Łomazach trwało batożenie opornych rózgami i nahajkami kozackimi tak, że lała się krew. Musiano płacić wysokie kontrycucje, a 30 gospodarzy wywieziono do Rosji, gdzie większość skończyła swój żywot w więzieniu.

Około roku 1880 istniała w Łomazach większa fabryka świec oraz garbarnia. W roku 1863 Łomazy biorą czynny udział w powstaniu styczniowym. St. Zieliński w swym dziele p.t . „Boje i potyczki 1863 – 1864” – podaje, że „ dnia 23 stycznia 1863 r. Aleksander Szaniawski wraz z ks. Nawrockim i Czapińskim wpadli w nocy na czele oddziału z 250 powstańców złożonym – do Łomaz. Ułani pułku smoleńskiego, którzy stali w sile 200 koni w miasteczku, nieprzygotowani, zostali tak nagle wśród ciemnej i dżdżystej nocy zaatakowani, że nie zdążywszy nawet osiodłać koni, zbiegli się na rynku. Tu powstańcy uderzyli na nich z kosami, co taki wśród jazdy popłoch wywołało, że pędem, w rozsypce wymknęła się z wymknęła się z miasta i uciekła do Międzyrzeca.

Szaniawski zabrał do niewoli wachmistrza i trzech żołnierzy, wziął rzędy na 70 koni oraz broń i amunicję.
Strat w ludziech nie było”. W dwudziestoleciu międzywojennym działał tu aktywnie ruch ludowy ZMW „Wici”. Podczas II wojny światowej Łomazy były ośrodkiem ruchu oporu.

Tak oto historię Łomaz opisał Bolesław Górny w „ Monografii Powiatu Bialskiego, Województwa Lubelskiego” (rozdział 7. Łomazy s. 65-67)

Przeczytaj także:

Długosz o Łomazach

Parafia Rzymskokatolicka Św. Apostołów Piotra i Pawła w Łomazach – Romuald Szudejko

Na Podlasiu – Obrazki z ostatnich czasów – skreślił nadbużanin (Gazeta Krakowska)

Dzieje Huszczy – Tadeusz Jeruzalski

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna | 4 Comments »

Sowieci 17 września 1939 roku we wspomnieniach

Posted by tadeo w dniu 17 Wrzesień 2013

Rosja agresja wrzesien 17 marsz

17 września granice Polski przekroczyła Armia Czerwona. – Nie spodziewaliśmy się uderzenia ze wschodu – przyznaje Skolimowski. Sowieci w Białej Podlaskiej pojawili się kilka dni później. – Zaczęli od dokładnego rabowania. Wywozili zboże z koszar, a ponieważ mieli straszne samochody, to gubili to, co zabrali. Droga cała była pokryta zbożem – przywołuje obrazy sprzed lat.

– Byłem bardzo ciekawskim dzieckiem, zaglądałem, gdzie się dało – przyznaje Sidorczuk z Międzyrzeca. – Zawsze zastanawiałem się, dlaczego w mieście najpierw pojawili się Rosjanie, skoro to Niemcy napadli na Polskę. To było już po 20 września. Od strony Sitna szła cała chmara Rosjan. Mieli wozy konne – wspomina. Nie mógł się wówczas oprzeć pokusie, żeby nie zajrzeć do tych wozów. – I co zobaczyłem? Że te ich niby armaty, to tak naprawdę drągi z lasu owinięte płótnem. Pamiętam, że mieli brezentowe cholewy na nogach, ale ślady zostawiali jak niedźwiedzie. Czemu? Palce odbijały się na ziemi, bo w butach nie było podeszwy – mówi Sidorczuk. Pamięta, że nieśli karabiny na sznurkach, a ubrani byli w długie płaszcze do kostek. Do pasa mieli przyczepiony kociołek, do którego wrzucali ziemniaki z łupinami, dolewali wody i podgrzewali to sobie nad ogniskiem. – Moja babcia dobrze mówiła po rosyjsku. Spytała ich, dokąd idą. Odpowiedzieli, że na Warszawę „połubić pamieszczika”. A pamieszczik to ten, co miał białe ręce, i takiego trzeba było pod ścianą postawić – wyjaśnia.

– Tacy byli – potwierdza Andrzej Kamiński z Motwicy w gminie Sosnówka. – Kiedy przyjechali do wsi i wyszedł do nich organista, nie chcieli z nim gadać, dopóki nie zdjął krawatu – opowiada. 
Kilka dni później Sowieci pojawili się też w Radzyniu Podlaskim. – Oddział ten nie stacjonował w mieście, a udał się w kierunku Łukowa. Pamiętam, że dołączyło do nich część młodych Żydów – podkreśla Borysiewicz. Także mieszkańcy Białej Podlaskiej pamiętają, jak głównie młodsi Żydzi zrobili Sowietom uroczystą bramę powitalną i wychodzili do nich z czerwonymi opaskami na ramionach. – Polacy z niechęcią wówczas patrzyli na zachowanie Żydów – przyznaje Jan Łukijańczuk. 

Sowietów, już z późniejszego czasu, pamięta Alina Sadownik. – Byli strasznie głodni, wychudzeni i byle jak ubrani. Jak się na nich patrzyło, ciężko było odmówić czegoś do jedzenia. Byli brudni, biedni, zmarznięci. Którejś zimy przyszedł do nas taki jeden Rosjanin. Pamiętam, że było wtedy strasznie zimno, a on miał rozpruty but, a w nim pełno śniegu. Kiedy mama dała mu coś do jedzenia, ojciec przy piecu wysuszył mu ten but i naprawił dziurę. Następnej zimy Ruscy przyszli do nas z karabinami i zaczęli krzyczeć, żeby ojciec oddał im swoją broń. Myśleli, że jak wrócił z wojny, to musi mieć karabin. Nie zapomnę do końca życia, jak nam grozili, że zaraz nas zastrzelą. Naprawdę myślałam, że za chwilę to zrobią. Ale w tym momencie weszło do domu chyba jeszcze ze dwóch Rosjan. Jeden z nich spojrzał na mojego ojca i do tego, co nas straszył, powiedział: „Idti, nie strielaj! Eto charoszij czieławiek”. Tata w pierwszej chwili go nie poznał, ale zaraz się okazało, że był to ten sam, któremu mój ojciec naprawił buta – opowiada ze wzruszeniem pani Alina. – Od tamtej pory Rosjanie nas nie nękali.

Przeczytaj także: 17 września 1939 – mogło być inaczej

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Wspomnienia | Leave a Comment »

Konstantynów: Kładka Gnojno – Niemirów już za rok

Posted by tadeo w dniu 25 Sierpień 2013

smallNa początku czerwca komisja konkursowa powołana przez Urząd Gminy w Mielniku wybrała koncepcję kładki pieszo – rowerowej przez Bug usytuowanej w Niemirowie. Po wybudowaniu połączy Niemirów z Gnojnem po naszej stronie. Ucieszy to mieszkańców gminy Mielnik i Konstantynów. Będzie to najdłuższa tego typu konstrukcja wstęgowa w Polsce. Trwa opracowanie dokumentacji budowlanej, uzyskanie zgody budowlanej i przygotowania do przetargu. Wiosną 2014 r. powinny rozpocząć się prace budowlane. Kładka powinna zostać otwarta na jesień przyszłego roku. Koszt inwestycji to ponad 6.8 mln zł.

a415 maja 2013 r. upłynął termin składania ofert do konkursu na opracowanie koncepcji architektoniczno – technicznej kładki pieszo – rowerowej przez rzekę Bug, w miejscowościach Niemirów – Gnojno. Jego przedmiotem było opracowanie koncepcji ww. kładki, wraz z zagospodarowaniem terenu bezpośrednio do niej przylegającego oraz połączenia ciągiem ścieżek rowerowych w granicach opracowania konkursowego. Ostatecznie do konkursu wpłynęło 21 zgłoszeń. 9 z nich zostało odrzuconych już na samym początku, ze względu na niespełnianie warunków zawartych w opisie Konkursu. Z pozostałych 12-stu, do ostatniego etapu konkursu zostało wybranych 10 projektów. – Celem członków sądu konkursowego było wybranie projektu kładki, która zwiększy atrakcyjność turystyczną Gmin: Mielnik i Konstantynów, ułatwi życie okolicznym mieszkańcom, a zarazem będzie obiektem funkcjonalnym, trwałym, niepowtarzalny i dopasowany do otoczenia – mówią dziś wójtowie: Adam Tobota (Mielnik) iRomuald Murawski (Konstantynów).

a2W trakcie burzliwych obrad członkowie jury oceniali projekty biorąc pod uwagę kryteria: techniczno-konstrukcyjne – rozwiązania zaproponowane w projektach, miały gwarantować bezpieczeństwo użytkowników i żeglugi, ekonomiczne funkcjonowanie, niezawodność, być dostosowane do ruchu pieszych, jak również zapewniać swobodny dostęp rowerzystom i sporadycznie samochodom, takim jak pojazdy operacyjne policji, pogotowia ratunkowego, etc., zapewniać także ekonomiczne funkcjonowanie. Spełnienie tego kryterium w 50% decydowało o
całości oceny danego projektu oryginalność i walory estetyczne – przy ocenianiu projektów pod kątem estetyczności, członkowie sądy konkursowego zwracali szczególną uwagę na spójność zaproponowanych rozwiązań projektowych, z istniejącym krajobrazem.

a3W konkursowych zgłoszeniach istotne były również kwestie finansowe, stąd też wymagane było przedstawienie kompletnego kosztorysu na kwotę zbliżoną do rynkowej ceny jej wykonania. Inwestor, czyli Gmina Mielnik, na budowę kładki ma zabezpieczone 7 milionów zł. Przewodniczącym sądu konkursowego był znany autorytet w branży mostowej Marek Łagoda.

Dane techniczne powstającego obiektu:
Rozpiętość przęseł: 91 m + 135 m + 91 m
Długość kładki (z przyczółkami) – 317.45 m
Światło kładki – 310 m
Szerokość pomostu 4.3 m (6.2 m nad pylonami)
Szerokość użytkowa 3.5 m (5.5 m nad podporami w miejscach widokowych)

Kładka zostanie specjalnie oświetlona. Oświetlenie wyposażone zostanie w sterowanie automatyczne iluminacji kładki oraz oświetlenie trasy pieszo – rowerowej z czujnikiem zmierzchu.

Na 6 mln 822 tysiące zł opiewa kosztorys kładki Niemirów – Gnojno 
Mielnik na ten rok ma wpisane 4,3% wartości inwestycyjnej z prawie 7 milionów zł. Nadal prowadzone będą negocjacje cenowe. Realizacja przeprawy prowadzona będzie poprzez zamówienie w trybie ustawy PZP, tzw. „zamówienie z wolnej ręki” i muszą się odbyć negocjacje. Jeśli wykonawca nie obniży ceny, istnieje możliwość i prawo do normalnego przetargu nieograniczonego, czyli szukania potencjalnego wykonawcy na rynku ogólnopolskim i europejskim.

Ideą jest zakończenie wszelkich prac, uzyskanie decyzji i pozwoleń potrzebnych do realizacji przedsięwzięcia, do końca 2013 r. i jak najszybsze wyłonienie wykonawcy projektu. Daje to możliwość rozpoczęcia budowy kładki już w 2014 r. Budowa kładki pieszo – rowerowej Niemirów – Gnojno jest współfinansowana ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego, w ramach Programu Operacyjnego Rozwój Polski Wschodniej na lata 2007-2013. Jest ona również częścią projektu pn. „Trasy rowerowe w Polsce Wschodniej – Województwo Podlaskie”, realizowanego w ramach działania V.2 „Trasy rowerowe”, Oś priorytetowa V „Zrównoważony rozwój potencjału turystyczne go opartego o warunki naturalne” Programu Operacyjnego Rozwój Polski Wschodniej.

WIĘCEJ O KŁADCE NA BUGU NIEMIRÓW – GNOJNO w BIULETYNIE INFORMACYJNYM GMINY MIELNIK – LINK

http://radiobiper.info/2013/08/22/konstantynow-kladka-gnojno-niemirow-juz-za-rok/

Posted in Moja mała Ojczyzna | Leave a Comment »

Kodeń Sapiehów: jego kościoły i starożytny obraz Matki Boskiej Gwadalupeńskiej (de Guadalupe)

Posted by tadeo w dniu 28 Maj 2013

APC - 2013.05.28 17.31 - 001.3d

http://bbc.mbp.org.pl/dlibra/docmetadata?id=22&from=pubstats

Przeczytaj także:

Błogosławiona wina – Zofia Kossak

Posted in Historia, Książki (e-book), Moja mała Ojczyzna | 1 Comment »

Studzianka

Posted by tadeo w dniu 26 Maj 2013

Meczet  w Studziance przed 1915 r

Miejscowość położona jest na południe od Białej Podlaskiej nad rzeką Zielawą. W przeszłości tędy przebiegał trakt z Krakowa przez Piszczac i Brześć do Wilna. To dawna królewska wieś, od XVII wieku zamieszkana przez Tatarów za sprawą króla Jana III Sobieskiego. Za zaległy żołd i wybitne zasługi dla I Rzeczpospolitej darował Tatarom ziemie. Jeszcze w 1915 roku we wsi był meczet lecz został spalony przez wycofujących się Kozaków. Obecnie w tym miejscu stoi szkoła.
Po Tatarach pozostał jedynie mizar. Jest on oddalony od wsi, zadrzewiony i prowadzi do niego droga polna. Zachowały się liczne nagrobki z napisami w języku arabskim z wyrytymi półksiężycami. Znajdują się tu groby rodu Azulewiczów, którzy od pokoleń byli żołnierzami I Rzeczpospolitej. Również Abramowiczów, Bielaków i wielu innych wybitnych polskich Tatarów. W 2005 roku po raz pierwszy odbył się w Studziance festyn przypominający tatarską przeszłość wsi. Warto odwiedzić tę miejscowość w poszukiwaniu śladów Tatarów na Podlasiu Południowym.

Przeczytaj także: ZARYS DZIEJÓW MIEJSCOWOŚCI STUDZIANKA

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna | 3 Comments »

Kościeniewicze

Posted by tadeo w dniu 26 Maj 2013

W XVII wieku Lew Sapieha nabył wójtostwo królewskie Ortel ze wsiami Lubenka, Kościenków ( później Kościeniewicze ) i Kniaziami ( Koszoły ). Nazwa „Kościeniewicze” pochodzi od sformułowania „koście nie wiadomo czyje”;, co znajduje uzasadnienie w pamiątkowym kurhanie usypanym po I wojnie światowej ze szczątków bohaterskich polskich żołnierzy, poległych podczas I wojny światowej.

W 1761 r. należały Kościeniewicze do Stefana Rusieckiego. Potem właścicielem był Ignacy Oziembłowski, następnie jego córka Aniela, która wyszła za mąż za Marcina Chociszewskiego. W 1783 r. wieś jest własnością Kunegundy z Józefowiczów i Józefa Bielaka.

W 1795 r. syn Józefa Salomon Bielak otrzymał połowę majątku Kościeniewicze. Resztę majątku odłączono na rzecz probostwa (65 włók). W 1829 r. Bielak wydzierżawią majątek Mariannie z Jeziorkowskich Wykowskiej. W 1842 r. wydziela z północy części swego majątku nowy folwark i nazywa go Nowa Wieś, albo Zagościniec (274 morgi). W 1872 r. majątek zostaje sprzedany Janowi Ługowskiemu szlachcicowi z Tucznej.

W 1878 r. gmina Kościeniewicze liczyła 3.113 mieszkańców i 13. 927 morgów ziemi. Gmina ta obejmowała wioski: Bokinka Królewska, Dąbrowica Duża i Mała, Janówka, Kościeniewicze, Mańkowice, Ortel Królewski, Wiski, Wyczółki, Wólka Kościeniewicka i Zagościniec. W ostatnich latach XIX w. działalność polityczną prowadził Stefan Bielak, syn Macieja, ur. w Kościeniewiczach w 1868 r. Zajmował się kolportażem nielegalnej pracy m.in. Robotnika) współpracował z Józefem Piłsudskim. W 1897 r. Rosjanie wywieźli go w głąb Rosji, gdzie umarł. Na pamięć zasługuje także Karol Raczyński, który w okresie prześladowań po powstaniu styczniowym udzielał schronienia księdzu katolickiemu, aby pod osłoną nocy mógł odprawiać Mszę Świętą i udzielać Sakramentów prześladowanym mieszkańcom wsi Kościeniewicz i okolic.
Parafia Kościeniewicze.

Kościółek Unicki ( 1673 -1682 ) w Kościeniewiczach został ufundowany przez Annę z Szujskich – Rusiecką, dziedziczkę Kościeniewicz. Była to cerkiew p.w. św. Eliasza. W 1872 r. cerkiew została zamknięta i pozostawiona bez opieki. Po 1918 r. była kościołem filialnym parafii Piszczac. W 1922r cerkiew została wyświęcona na kościół, parafia Kościeniewicze została erygowana ponownie w 1930 r. przez biskupa podlaskiego Henryka Przeździeckiego.
Zagościniec.

W 1867 r. Kajetan Sadowski, właściciel majątku w Zalutyniu, wydał za mąż córkę Emilię za Jana Ługowskiego, szlachcica z Tucznej. Swemu zięciowi pomógł odkupić od Macieja Bielaka, za 5.850 rubli, leżący obecnie w granicach Kościeniewicz folwark Zagościniec.

Drewniany dwór wzniesiono w 1870 r. Na wschód od dworu znajdowała się część gospodarcza: czworak, wozownia, stajnia, obora, spichrz, stodoła i budynek inwentarski.
Przed frontem dworu urządzono eliptyczny podjazd obsadzony drzewami. Za dworem rozciągał się sad.

Na początku lat 1970 całe gospodarstwo przejęła Barbara Wroczyńska, która usiłuje przywrócić założeniu, przynajmniej częściowo, charakter, jaki posiadało ono w czasach jej pradziadów

Dziękuję Piotrowi Buczyńskiemu za pomoc w opracowaniu tematu.

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna | 2 Comments »

Historia rodziny Telechoń

Posted by tadeo w dniu 22 Luty 2013

   IMG043

Mój pradziadek nazywał się Jan Telehuj urodził się około 1837 roku, był podlaskim Unitą, mieszkał we wsi Żminne gmina Suchowola pow. Radzyń Podlaski. Za odmowę przyjęcia wiary prawosławnej około 1875 roku został aresztowany i osadzony w siedleckim więzieniu skąd wraz z innymi opornymi został wywieziony do chersońskiej guberni w Rosji gdzie przebywał pod nazwiskiem Jan Teleguj. W 1887 roku aresztowano jego całą rodzinę tj. żonę Helenę z Mirończuków,  jego sześciu synów: Ignacego, Teodora, Andrzeja, Grzegorza, Sylwestra, Mikołaja oraz córkę Katarzynę. Wszystkich wywieziono do orenburskiej guberni do wsi Buterska w gminie Iwankowa powiat Czelabińsk.  Pozostawioną  w Polsce ziemię, budynki gospodarcze z wyposażeniem, oraz cały inwentarz przekazano prawosławnemu ławnikowi Klimowi Romaniukowi w nagrodę za prześladowanie Unitów. 

Z biegiem lat synowie jak i córka zakładają swoje rodziny: Ignacy żeni się z Heleną Zaniewicz i zamieszkuje w mieście Czelabińsk  w którym Ignacy pracuje na kolei, Mój dziadek Teodor żeni się z Apolonią Osikowską wnuczką Unity Antoniego Morgunowicza wywiezionego w 1874 roku z miasteczka Łomazy i zamieszkują w miasteczku Złotoust, Katarzyna wychodzi za mąż za Ludwika Zaniewicza wywiezionego ze wsi Łubenka w parafii Łomazy jest on synem Stefana, Andrzej żeni się z Józefą Rudewicz, Sylwester żeni się  z Teklą Bartoszuk córką Unity Józefa Bartoszuka  wywieziono ich ze wsi Krzewica parafii Międzyrzec powiat Radzyń Podlaski,  zamieszkują po ślubie w mieście Czelabińsk, Mikołaj żeni się z Marianną Marczuk córką Unity ze wsi Horodyszcze gmina Wisznice, zaś syn Grzegorz zaginął w Syberii. Rodzina Teleonów (Teleguj) przebywała na wygnaniu trzydzieści siedem lat,.

Powrotu do kraju nie doczekali się gdyż zmarli na wygnaniu: Jan z żoną Heleną ich syn Teodor z żoną Apolonią, syn Grzegorz który zginął, nowo narodzone dzieci: Jan Teleguj syn Ignacego i Heleny z Zaniewiczów, Konstantyn Teleguj syn Sylwestra i Tekli  z Bartoszuków, Julian Teleguj syn Mikołaja i Marianny z Marczuków. Na stałe  w Rosji pozostała najstarsza córka Sylwestra i Tekli, Maria która wyszła za mąż za Jurija Gach. Mój Tata Edward Teleon syn Teodora i Apoloni do kraju wrócił w 1922 jako sierota mając 12lat. Do kraju wróciło takgże jego czterech stryjów i stryjenka Katarzyna z rodzinami.

Informuję, że obecnie z kuzynem opracowujemy bardziej szczegółową historię rodziny Teleonów. Podczas kompletowania materiałów do opisu losów naszej rodziny, szczególnie podkreślony jest  wątek ” męczeństwa unitów na Podlasiu”. Posiadamy dokumenty, zdjęcia i przedmioty świadczące o pobycie naszych przodków na zesłaniu za wiarę w Czelabińsku w Rosji. Prosimy osoby, którym ten temat jest bliski, lub potomków zesłańców za wiarę unicką a których dziadkowie lub rodzice powrócili do Polski o kontakt celem wymiany informacji.  Może ktoś jest zainteresowany historią Listów Unickich z Guberni Orenburskiej, pisanych do ks. Chodkowskiego, które w roku 1893 w części opublikował w swoich książkach. Wiem gdzie znajdują rękopisy Jest ponad 1000 stron listów, które uważam, że mogą dużo wnieść do historii Męczeństwa Podlaskich Unitów.

Osoby zainteresowane proszę o kontakt e-mail:  teleon.andrzej@gazeta.pl

Serdecznie pozdrawiam
Andrzej Teleon

Przeczytaj także: 

Dzieje Parafii Greckokatolickiej w Parczewie – Andrzej Teleon

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Unici, Wspomnienia | 3 Comments »

„Męczeńskie Podlasie” w wybranych utworach literatury polskiej na przełomie XIX i XX wieku

Posted by tadeo w dniu 24 Styczeń 2013

APC - 2013.01.24 16.51 - 001.3d

„Męczeńskie Podlasie” w wybranych utworach literatury polskiej na przełomie XIX i XX wieku.pdf

Przeczytaj także: 

Z ziemi chełmskiej – Władysław Reymont

Do swego Boga – Stefan Żeromski

Unia Brzeska i Unici w Krolestwie Polskim – Dylagowa.pdf

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Unici | 2 Comments »

Podsumowania sezonu rowerowego 2012 w BKR

Posted by tadeo w dniu 15 Styczeń 2013

 Podsumowania sezonu rowerowego 2012 w Bialskim Klubie Rowerowym! Podróż w niedaleką przeszłość, ponowne przeżywanie przygód! To był sezon! Nowe przygody, nowe przyjaźnie, nowe wyzwania! To coś więcej niż przejażdżki rowerowe!

Posted in Moja mała Ojczyzna, Pielgrzymki rowerowe | Leave a Comment »

Maria Konopnicka

Posted by tadeo w dniu 16 Listopad 2012

..Pratulinie! Drelowie! Włodawo! Łomazy!
Stoicie wy mi w oczach jako męczeństw
obrazy,
Wy, których jęk ostatni słyszan był aż w
Rzymie ….
Z czcią i z boleścią wasze kładę tutaj imię.
…Tak pątnik, na którego czeka długa droga,
Klęka u chaty swojej lipowego proga,
Schyla głowę i duchem przywołuje ciszy
Imiona drogie ojców, braci, towarzyszy,
I zawiesza na piersiach święcone szkaplerze,
I krzyż kładzie na czole i kij pątny bierze.

Maria Konopnicka

Posted in Moja mała Ojczyzna, Wiersze | Leave a Comment »

Krwawe łzy unitów polskich – Teodor Jeske-Choiński (1919)

Posted by tadeo w dniu 18 Październik 2012

Plik:Krwawe łzy unitów polskich 005.jpg

http://pl.wikisource.org/wiki/Krwawe_%C5%82zy_unit%C3%B3w_polskich

Księgarnia Krajowa K. Prószyńskiego
w Warszawie,

ulica Warecka, liczba domu 12.


1919.

I.
W tysiąc lat po narodzeniu Pana Jezusa patrjarchowie greccy, mieszkający w Konstantynopolu, doprowadzili do rozbicia jedności Kościoła chrześćjańskiego. Przestali oni uważać papieża za swego zwierzchnika i pociągnęli za sobą większą część podległych sobie chrześćjan. W ten sposób jedyny przedtém Kościół chrześćjański rozpadł się na dwa Kościoły: Zachodni czyli Rzymski, którego zwierzchnikiem jest papież, i Wschodni czyli Grecki, któremu przewodzi patrjarcha mieszkający w Konstantynopolu. Takie rozbicie jedności Kościoła CHrystusowego bolało wszystkich zacnych chrześćjan, więc też od dawna szukali oni sposobu na to, aby znów jedność nastała. Jakoż w roku 1439, na zjeździe biskupów w mieście Florencji we Włoszech, część greckich katolików połączyła się z Kościołem rzymsko-katolickim. Takie same połączenie, nazwane z łacińska uńją nastąpiło w Polsce w roku 1596, na zjeździe w Brześciu-Litewskim.
Odtąd też katolicy rusińscy żyli już w zgodzie z katolikami polskimi i uważali się wszyscy za jedną rodzinę. Gdy naprzykład zabrakło w jakiéj wsi księdza polskiego, wyręczał go ksiądz unicki, słuchał spowiedzi, chrzcił dzieci, dawał śluby małżeńskie i grzebał umarłych. To samo działo się w cerkwiach unickich. Księdza unickiego zastępował tam nieraz ksiądz polski. Nie było więc różnicy między „łacinnikami“ a „unitami“. Unita chodził za procesjami łacińskiemi, nosił chorągwie, odmawiał po polsku modlitwy i słuchał polskich kazań. Nikt też w Polsce nie prześladował unitów, bo też i nie miał za co.
Aliści Polska utraciła wolność i znaczna jéj część wraz z całą Litwą i Rusią zabrali pod swe panowanie Rossjanie. Wnet też zaczęli oni prześladować unitów, a najpierw na Litwie i Rusi. Długo Rossjanie pastwili się tam nad unitami, aż wkońcu doprowadzili do zniesienia uńji i wszystkich unitów na Litwie i Rusi przyłączyli przemocą lub podstępem do cerkwi prawosławnéj. Nie ruszali jednak jeszcze wtedy tych unitów, którzy mieszkali na Podlasiu i w ziemi Chełmskié. Tam unici żyli sobie spokojnie i szczęśliwie aż do roku 1865.
Aż nagle i na nich spadł niespodziewany, okrutny grom, usiłujący ich rozbić na strzępy. Za co, na co? Niczém nie zgrzeszyli, byli bogobojnymi katolikami i uczciwymi, pracowitymi ludźmi. Komuż to przyszło do głowy kopać, bić, obdzierać z mienia, wysyłać na Sybir, zabijać wkońcu niewinnych, szlachetnych ludzi? Przecież nie Polakom; Rossjanie-to zaczęli znęcać się nad nimi, bo chcieli ich zmusić do zrzucenia z siebie, ze swojego sumienia, wiary przodków i do przejścia na prawosłaẃje.
To nierozumne i nieuczciwe odrywanie unitów od wiary ich przodków, od Kościoła katolickiego, od Ojca Świętego czyli papieża, wymyślił rossyjski książę Czerkaski, z pochodzenia Tatar. Będąc władcą nad wszystkiemi sprawami duchownemi w mocarstwie rossyjskiém miał możność wykonać swe niecne zamiary. Nie o dusze unitów szło mu, jéno o zdobycie gorliwością na urzędzie łaski cesarza, który obsypywał chętnie wierne swoje sługi orderami, godnościami i pieniędzmi, albo majątkami ziemskimi, zwanemi „majoratami“.
W nieuczciwej robocie Czerkaskiemu służyła gromada podrzędnych urzędników, chudopachołków, którzy po powstaniu w roku 1863 rzucili się łapczywie na Polskę i Litwę, aby się u nas dobrze obłowić. Gromadzie téj zdawało się, że unici pójdą za jéj rozkazami bez oporu, że poddadzą się jéj rozporządzeniom z pokorą, jak stado wystraszonych owiec.
Omylili się… Unici podlascy, szczerzy katolicy i Polacy, stanęli murem i bronili po bohatersku, jak dawni męczennicy chrześćjańscy z czasów cesarstwa Rzymskiego, swojéj wiary i narodowości. Czerkaski, zmiarkowawszy, że przecenił swe siły, że go unici polscy nie słuchają, że robią to, co uważają za swój obowiązek, postanowił nastraszyć ich prześladowaniem biskupów. Arcybiskupa warszawskiego księdza Felińskiego, jednego z najlepszych najszlachetniejszych kapłanów polskich, pozbawił władzy nad owczarnią katolicką i kazał go wywieźć na wygnanie do Jarosławia w Rossji. To samo stało się z jego następcą, biskupem Rzewuskim; wysłano go do Astrachania.
Księdzu Szymańskiemu, biskupowi djecezji Podlaskiéj, zabronił Czerkaski odwiedzać parafję unicką, bo unici witali biskupów łacińskich z taką samą radością, z jaką witali swego biskupa unickiego mieszkającego w Chełmie. Uważali się za takich samych katolików, jak katolicy łacińscy.
Ale nie dość było Czerkaskiemu prześladowania biskupów. Obawiając się działalnoności[1] kapłanów naszych, pozamykał klasztory męzkie i żeńskie i zagarnął dobra, majątki, należące do klasztorów i seminarjum duchownych; przerabiał kościoły katolickie na cerkwie prawosławne i osadzał przy nich prawosławnych popów; zniósł w roku 1867 katedrę biskupią w Janowie podlaskim i nakazał biskupowi Szymańskiemu mieszkać w Łomży. Poniewierki téj nie mógł znieść sędziwy książę Kościoła. Podłość Czerkaskiego zabiła go; umarł rozżalony.
Pozbywszy się biskupów i zakonników, wziął się Czerkaski do proboszczów świeckich. Zakazał im chrzcić dzieci unickie, słuchać ich ojców i matek spowiedzi, zaślubiać pary małżeńskie, chować umarłych unitów na cmentarzach katolickich. Księży odważnych, którzy nie chcieli słuchać jego rozkazów i zakazów, karał pieniężnie, więzieniem, albo nawet wygnaniem na Syberję.
Ostro bez litości obchodził się Czerkaski z duchowieństwem łacińskim, a do unickiego zbliżał się z obłudnę grzecznością szczwanego lisa. Wmawiał w księży unickich, że, jako Rusini, są braćmi Rossjan, że powinni być ich przyjaciółmi i pozbyć się swej wiary i połączenia z katolikami. I wmawiał w nich, że kięża polscy szkodzą im, bo odrywają ich od braci prawosławnych, a zlewają z Polakami.
Nie udawała mu się jednak sztuka dopóty, dopóki biskup unicki ksiądz Kaliński, bogobojny, prawy, wielkoduszny starzec czuwał nad swą owczarnią. Deremnie[2] kusił Czerkaski biskupa pieniędzmi, podsuwając mu 10 tysięcy rubli. Biskup Kaliński nie dał się otumanić pozostał katolikiem unitą i Polakiem, choć za tę odwagę zapłacił gorzko. Czerkaski kazał go wywieźć dnia 21 września 1866 roku, aż do Wiatki za Wołgę. Tam biskup Kaliński zastał już drugiego męczennika, wileńskiego biskupa, księdza Adama Krasińskiego. Jak nikczemne wysłanie zabiło biskupa Szymańskiego, tak zabiło także biskupa Kalińskiego. Obaj byli męczennikami za wiarę katolicką.
Usunąwszy z placu boją głównych obrońców wiary katolickich, Czerkaski uczynił biskupem unickim w Chełmskiém Wójcickiego, człowieka znanego z podłości, i sprowadził z Galicji, z pod panowania Austrji, gromadę księży unickich chciwych na pieniądze i sprzedawczyków, wrogich Polakom i Polsce. Czerkaski rozdał im najlepsze probostwa na Podlasiu i w ziemi Chełmskiéj, aby mu służyli z pokorą. Rozkazał im przerabiać kościoły katolicko-unickie na cerkwie prawosławne, usuwać z nich wszystkie sprzęty kościelne katolickie (ołtarze, organy, chorągwie, obrazy, dzwonki, komże, konfesjonały), które nie są używane w cerkwiach prawosławnych. Uczciwi księża uniccy nie poddali się rozporządzeniom Czerkaskiego, stawili mu opór. Tych opornych kapłanów: Adama Artychowicza, Feliksa Bańkowskiego, Jana Budziłowicza, Djakowskiego Porfira, Eustachiewicza Jana, Filewicza Porfira, Futasewicza Nikanora, Antoniego Grabowicza, Hanytkiewiczów Cyprjana i Faustyna, Horoszewicza Andrzeja, Kalińskich Henryka, Ludwika i Walerego, Kalinowskiego Mikołaja, Karpowicza Grzegorza, Koncewicza Jerzego, Kurkiewicza Franciszka, Kozłowskiego Józefata, Ładę Justyna, Żukowskiego Michała, Pocieja Antoniego, Pyszczyńskiego Ignacego, Sieniewicza Ignacego, Sierocińskiego Jana, Śmigielskiego Jana, Starkiewicza Emiljana, Szelemetkę Jana, Szokalskiego Leona, Szymańskiego Pawła, Terlikiewicza Leona, Ulanickiego Longina, Wachowicza Stefana, Wasilewskiego Klemensa, Zatkalika Aleksandra, Zarembę Konstantego, Zradzińskiego Demetra, Żypowskich Andrzeja, Jakóba i Tomasza — wypędzono z kraju i osadzano w więzieniach, aby nie przeszkadzali robocie prawosławnych Rossjan.
Oprócz wypędzonych albo uwięzionych księży unickich, mających wstręt do prawosławia, cierpiało mnóstwo innych jeszcze opornych kapłanów. Około 214-tu starszych księży unickich umarło z powodu prześladowań. Zabił ich strach przed dzikością rozjuszonych Rossjan.
Daremnie jednak straszyła ta dzikość lud unicki prześladowaniem księży. Prześladowanie rozmyślne księży zepsuło robotę Czerkaskiego, bo oburzyło na niego całe włościaństwo podlaskie i chełmskie. Zamiast poddać się zachciankom rządu rossyjskiego, oświadczyli włościanie, że nie będą nigdy prawosławnymi, bo są i będą zawsze katolikami i Polakami i nie sprzeniewierzą się swojéj wierze choćby mieli przypłacić życiem.
I wielu z nich przypłaciło życiem przywiązanie swoje do wiary ojców. Rząd rossyjski, rozwścieczony na włościan unickich, rzucił się na nich, jak podrażnione dzikie zwierzę, jął szarpać ich jakby kłami i toczyć ich krew.
Od roku 1867 zaczęło się na Podlasiu okrutne prześladowanie unitów polskich.

II Do jednéj wsi podlaskiéj przyszło wojsko rossyjskie i zażądało od unitów kluczy od ich świątyni. Unici domyślili się odrazu, po co ci zbrojni ludzie przyszli do nich, bo wiedzieli, że rząd rossyjski postanowił przerobić ich kościół katolicki na cerkiew prawosławną, wyrzucić z niego ołtarze, monstrancje, organy, konfesjonały i chorągwie.
Przywiązani duszą i sercem do swéj świątyni katolickiéj, nie chcieli unici wpuścić do niéj burzycieli prawosławnych. Cała wieś: mężczyźni, kobiéty i dzieci, starzy i młodzi, — otoczyła swój kościół, zasłoniła go swojém ciałem.
— Czego chcecie od nas? — przemówił do żołnierzy najstarszy, sędziwy unita. — Jesteśmy tak samo, jak wy, wyznawcami CHrystusa Pana i modlimy się tak samo, jak wy, do Niego.
— Stul pysk! — krzyknął na niego jeden z oficerów kozackich, — bo ci go zamknę na zawsze! Słuchać nas pokornie jest waszym obowiązkiem, tak samo, jak naszym — słuchać rozkazów naszych dowódców! Rozkazano nam otworzyć wasze katolickie kościoły i zabrać z nich katolickie sprzęty. Więc dawajcie klucze czémprędzéj, jeżeli nie chcecie zapoznać się z naszemi kolbami i nahajkami!
— Wstydźcie się znieważać świątynię chrześćjańską, dotykać brudnemi rękami sprzętów poświęconych, dotykanych tylko przez kapłanów! Czy nie bojicie się piekła i szatanów? — rzekł sędziwy unita
— Nie damy kluczy! nie damy! — rozległo się w gromadzie unickiéj. — Kościół jest naszą własnością, nie pozwolimy go zbezcześcić!
Jak podrażniony wilk rzucił się oficer na starca i uderzył tak mocno pięścią, że zwalił go z nóg.
— Podły! Kat! — zawołali unici. — Wstydź się znęcać się nad słabym starcem! Pan Bóg cię ukarze!
Oficer pienił się.
— Zabierzcie się do tych krnąbrych, opornych sług rzymskiego papieża! — zawołał do swoich żołnierzy. — Pokażcie im, kto mocniejszy, — oni, czy my!
Jak stado głodnych wilków rzucili się żołnierze rossyjscy na unitów i bili ich kolbami karabinów, nie oszczędzając kobiét, ani dzieci. Padali na ziemię starcy, dorośli włościanie, chłopcy: padały kobiéty zamężne, dziewczęta i dzieci. Nie płakały niewiasty, kwiliły tylko dzieci.
Bijąc kolbami unitów i unitki, wrzeszczeli żołdacy:
— Poddajcie się, bądźcie posłuszni najjaśniejszemu carowi, róbcie to, co wam każemy, bośmy mocniejsi od was!
Moc żołnierska nie przeraziła bezbronnych unitów. Znosili bez jęku okrucieństwa. Milczeli.
Ich milczenie podrażniło jeszcze bardziéj oficera.
— Nahajki, nahajki! — zawołał.
Jakiś łotr, Klimienko, podjął się téj dzikiéj, nikczemnéj roboty, bił nahajką unitów, póki nie pomdleli. Sto, dwieście, trzysta, nawet czterysta uderzeń spadało na grzbiety prześladowanych unitów. Zemdlonych, pozbawionych przytomności cucił okrutny kat zimną wodą, a gdy ocucił, bił daléj. Niejeden z tych poniewieranych, Bogu ducha winnych nieszczęśników, zasnął na zawsze, skonał pod nahajkami.
Siłą, toporami zdruzgotali, wyłamali żołnierze rossyjscy drzwi kościoła i zniszczyli święte sprzęty katolickie.
To samo działo się w wielu innych wsiach.
Aby zmusić unitów do przejścia na prawosłaẃje, rozstawiono wojsko po wszyststkich[3] parafjach unickich, wszystkich wsiach i miasteczkach, i nakazano dostarczać mu darmo żywność. Nie pytając się, czy im wolno albo niewolno kraść i rabować cudze mienie, zabierali żołnierze wszystko, co im wpadło w ręce. Zabierali unitom krowy, cielęta, owce, wieprze, drób’, zboże, wydzierali wszystko chciwie, drwiąc z bezsilnych włościan.
Działo się to we wszystkich parafjach podlaskich. Wszystkie parafje jęczały pod obuchem dzikich okrutników.
Ale nie zrzekły się wiary przodków.


III. Wielkiemi gromadami przybywało do parafij unickich wojsko rossyjskie, zalewając sobą wszystkie wioski i miasteczka. W każdéj chałupie mieszkało po kilku żołdaków.
Wchodząc do wioski albo do miasteczka, oświadczali ludzie zbrojni, że przychodzą jako przyjaciele, jako życzliwi współwiercy, bo przecież unici są rusinami, a rusini są krewniakami Rossjan, więc powinni być prawosławnymi, jak byli dawniéj, przed uńją, czyli przed połączeniem się z Kościołem rzymsko-katolickim i z Polską. Tak gadać nauczył ich Czerkaski.
Zdawałoby się, że tacy „przyjaciele“ i „krewniacy“ będą się obchodzili z unitami grzecznie, po ludzku, po przyjacielsku. Stało się jednak inaczéj…
Razem z wojskiem przybywało do parafij unickich mnóstwo urzędników, polujących na sute łapówki.
Wpada oto do parafji naczelnik Klimienko z kozakami, zwołuje wszystkich włościan w jedno miejsce i pyta, czy chcą przejść na prawosłaẃje.
— Unitami jesteśmy od trzystu już lat. Głową naszą jest Ojciec Święty mieszkający w Rzymie, po polsku mówimy, a nie po rossyjsku, więc jesteśmy katolikami i Polakami i takimi pozostaniemy, — odpowiedzieli gromadnie włościanie.
„Życzliwy“ niby swoim „krewniakom“ Klimienko zaczerwienił się jak podrażniony indyk i krzyknął na kozaków:
— Pokażcie tym buntownikom, jak trzeba być posłusznym rządowi, jak trzeba poddać się władzy. Wypędźcie z nich batogami głupotę rzymską i zarozumiałość polską!
Zaledwie wybuchnął z jego chrapliwego gardła dziki rozkaz, leżeli już unici na ziemi. Dwóch kozaków usiadło na ich karkach i nogach, a trzeci bił nahajką.
Tryskała krew z ciał, rzuconych na ziemię, ciche, tłumione jęki wydobywały się z piersi, ale usta milczały. Po każdéj setce okrutnych uderzeń, ryczał Klimienko:
— A co!? Czy chceciep rzejść[4] na prawosłaẃje!? Śpieszcie się z rozumną odpowiedzią, bo nahajka wisi jeszcze nad wami!
Ale wiszące nad nimi nahajki nie złamały oporności unitów. Stękając pod razami okrutnego bata, modlili się, zamiast poddać się Moskalom.
— Boże, Boże, zmiłuj się nad nami! Tobie służymy, a nie urzędnikom cara.
Klimienko pienił się, jak opętany.
— Nie dosyć wam batów!? — wrzeszczał. — Poczekajcie, obmyślę dla was skuteczniejsze nahajki!
Obmyślił rzeczywiście nowe męczeństwo, jeszcze straszniejsze.
Przyszła zima… Śnieżną pierzyną okryła ziemię wypoczywającą po wiosennéj, letniéj i jesiennéj pracy. Od czasu do czasu huczała wichura i łamała drzewa.
Z téj chwili skorzystał Klimienko, aby zdruzgotać opór unitów.
Przybywszy z kozakami do jakiejś parafji, wypędził na pole całą ludność, mężczyzn, kobiéty i dzieci, i rozkazał im stać w śniegu z twarzą zwróconą do wiatru.
— No, teraz będzie wam ciepło w białym puchu! — urągał ten łotr bez serca. — Może się wam zechce śpiewać w tym ślicznym puchu katolickie pieśni!..
Przez całe trzy tygodnie trzymał nieszczęśliwych katolików na mrozie, pytając ich ciągle, czy chcą przejść na prawosłaẃje. A gdy milczeli, kazał ich bić i zabijać nahajkami. Starsi, słabsi, nie mogąc znieść kąpieli śnieżnéj, wichrów i batów, żegnali się z ziemią. Umierali, odchodzili na skrzydłach męczenników chrześćjańskich przed tron Pana Boga, gdzie skarżyli się na okrucieństwo prześladowców. Marły także dzieci, których delikatne ciało odrywała nahajka od kości.
Na taki potworny pomysł mógł się zdobyć tylko człowiek obłąkany, albo szatan.
Szatanem był ten ohydny Klimienko. Tysiące ludzi niewinnych zakatował, albo wysłał na Sybir, gdzie w krótkim czasie umierali z nędzy i głodu.
Jego djabelski pomysł nie poskutkował. Bici, kopani, poniewierani unici nie porzucili wiary katolickiéj. Woleli umierać!..
Tu i ówdzie przeszedł na prawosłaẃje jakiś tchórzliwy albo chciwy łask rządu rossyjskiego, ale takich tchórzów lub chciwców było niewielu.


IV. Nie mogąc sobie dać rady z unitami, wzięli się Rossjanie do ich dzieci niemowlęcych. Postanowili chrzcić dzieci choćby przemocą w cerkwiach prawosławnych i wychowywać je w swych szkołach, bo myśleli, że w ten sposób wydrą z rąk katolickich nowe pokolenie, które będzie im służyło. Siłą, gwałtem chwytali dzieci unickie i wlekli je do cerkwi prawosławnych. Kozacy i szpiegi przetrząsali wszystkie domy unickie, szukając w nich niemowląt, które nie umiały, nie mogły bronić się w kołysce.
Ale i ten nowy pomysł urzędników i szpiegów rossyjskich trafił, jak kosa na kamień. Matki unickie, zmiarkowawszy, do czego dążą nieproszeni popi, ukrywały dzieci w stodołach, piwnicach, albo w lasach. Kozacy i strażnicy bili nieraz kobiéty bez litości, ale one wolały umrzeć, aniżeli chrzcić dzieci swoje w cerkwi prawosławnéj.
— Będziemy płacili składki na prawosławne szkoły, jeżeli rząd rossyjski tak nakazuje, ale dzieci naszych nie chcemy wychowywać w tych szkołach, — mówiły unitki, kiedy je zmuszano do przerabiania swoich dzieci na wrogów wiary katolickiéj.
Rossyjscy urzędnicy używali najrozmaitszych sposobów, aby zniszczyć wiarę katolicką na Podlasiu. Przekonawszy się, że nahajki nie skutkują, próbowali zjednać sobie ubogich unitów pieniędzmi i tak oto ich kusili:
— Jeżeli wrócicie do naszéj prawosławnéj wiary, to damy wam dużą pomoc od rządu, abyście nie byli głodni i żyli w dostatku.
Wabik ten jednak był daremny, bo nawet najubożsi nie chcieli sprzedać wiary swojéj za podłe srebrniki.
Więc wrócili znów urzędnicy do nahajki. Naczelnik ich tak się rozwścieklił, że pochwycił sam za gardło jedną z opornych kobiét, Anastazję Stefaniukową, rzucił ją na ziemię i kazał bić.
— Wyrzecz się wiary katolickiéj, stań się prawosławną niewiastą, a przestanę cię męczyć! — tak napominał nieszczęśliwą unitkę.
Ona, oblana cała krwią, rzucając się na ziemi, jak ryba wydobyta z wody, odpowiadała:
— Gdybyście mnie tak nawet codzień bić mieli, dopóki by mi życia i tchu starczyło, zawsze wam to samo odpowiem, że prawosłaẃja waszego nie przyjmę, do waszego popa nie pójdę i dzieci biednych do waszego chrztu nie zaniosę! Amen…
„Amen“ było jéj ostatniém słowem. Konała powoli pod okrutnym batem kozackim i wyzionęła szlachetnego ducha.
Takich bohaterek katolickich, takich męczenniczek, godnych pamięci i czci na setki lat, było dużo, dużo na Podlasiu.
Znalazł się czasem pomiędzy kozakami jakiś żołnierz lepszego serca, który bijąc na rozkaz naczelnika nieszczęsną ofiarę spuszczał nahajkę lekko, ostróżnie, aby nią nie ranić. Dobroć taką niejeden z tych ludzi sam przypłacił bólem. Naczelnik, spostrzegłszy jego litość, kazał i jemu wsypać sto batów.
Czterech naczelników, raczéj zbirów (Klimienko, Kutanin, Walawskaj i Gaławinskaj) znęcało się nad unitami, spodziewając się od rządu petersburskiego za tę djabelską robotę nagrody w pieniądzach i orderach. Wynagrodzi ich za tę robotę — piekło…
Okrucieństwo urzędników doprowadziło wielu unitów do rozpaczy, a kilku aż do obłędu. Obłęd pochwycił pomiędzy innymi Józefa Koniuszewskiego, mieszkającego we wsi Kłodzie w powiecie bialskim. Człowiek ten, znany w całéj okolicy z pracowitości, uczciwości i bogobojności, posiadał tylko dwa morgi gruntu. Miał żonę, tak samo jak on pracowitą, uczciwą i żarliwą katoliczkę, oraz dwoje dzieci. Jedno ochrzcił sam z wody, bo nie chciał go zanieść do cerkwi, którą po wywiezieniu prawego proboszcza, księdza Emiljana Starkiewicza, obsługiwał jakiś odszczepieniec.
Czynownicy rossyjscy rozkazali wójtowi zmusić Koniuszewskiego do ochrzczenia dziecka w cerkwi prawosławnéj karami pieniężnemi, gdyby się opierał. Bogobojny unita, wierny kościołowi katolickiemu, nie chciał się poddać temu rozkazowi i bronił się przed nim. Za ten opór zapłacił pierwszego dnia jako karę 2 złote polskie, drugiego dnia 5 złotych, trzeciego 10 złotych. Czwartego dnia miał zapłacić 20 złotych, których już nie miał, bo był ubogim rolnikiem. Więc zdarto z niego sukmanę. Piątego dnia drażniono go nową karą, a gdy znów nie mógł jéj zapłacić, aresztowano go, bito i wygrażano.
Biedny człowiek, wiedząc, co go czeka, bo patrzył własnemi oczyma na śmierć wielu już swych spółwyznawców, stracił odwagę i męztwo i postanowił zejść z tego świata razem z całą rodziną. Wolał umrzeć szybko, choćby w płomieniach ognia, aniżeli wolno pod nahajką. Aby mu władza nie przeszkadzała w jego zamiarach udał, że poddaje się rozkazom prawosławja i prosił o kilka dni swobody, aby się mógł przygotować do chrztu swego dziecka.
Wywiódł Rossjan w pole…
Bo oto wieczorem jednego z tych dni ujrzano we wsi pożar. Stodoła Koniuszewskiego stała w płomieniach… Zdumieni sąsiedzi pobiegli na pomoc szanowanemu sąsiadowi. Zdumieli się jeszcze bardziéj, gdy z ognistego słupa tryskały dwa głosy, męzki i żeński, śpiewające pobożne pieśni. Głosy te, coraz słabsze, gasły, aż wkońcu zamilkły.
Daremnie usiłowali sąsiedzi ratować stodołę biedaka. Zostały wkrótce tylko zgliszcza. A pod temi zgliszczami znaleziono zwłoki Koniuszewskiego, jego żony i dzieci…
Straszna śmierć ubogich, pobożnych unitów… Tylko obłęd lub rozpacz mogły wywołać tak niezwykłe samobójstwo.
Śmierć ta spadnie na sumienie działaczy rossyjskich, którzy pastwili się nad unitami.
Pastwili się oni nietylko nad tymi, którzy nie chcieli przejść do prawosławnéj wiary, albo nie zgodzili się na chrzest dzieci swoich w cerkwiach prawosławnych, ale pastwili się nawet nad nieboszczykami. Nocą chwytali zastygłe ciała umarłych i grzebali je na cmentarzach prawosławnych, czego unici nie chcieli. I unici posługiwać się też potém musieli ciemnością nocy, aby odkopywać zwłoki unitów pogrzebanych przez popów i pochować je na cmentarzu katolickim.
Ciemności nocy służyły im jeszcze do wykonania tajemnego oporu, pozwalały im modlić się w ich kościołach.
Działacze rossyjscy, zamknąwszy, opieczętowawszy cerkwie grecko-katolickie i wypędziwszy z nich księży katolickich, byli przekonani, że złamali zawziętość „opornych“ i zmusili ich do modlenia się w cerkwiach prawosławnych, bo tylko te świątynie stały otworem dla upartych „buntowników“. Omylili się jeszcze raz.
Ciemne noce patrzyły spokojnie na niezwykłe widowisko. Oto około północy, kiedy już strażnicy rossyjscy, zwykle pijani, chrapali w łóżkach, wysuwało się z chat unickich mnóstwo mężczyzn, starszych i młodych, i zbliżali się ostróżnie do swojego kościoła, zamkniętego i opieczętowanego. Drzwiami wejść do niego nie mogli „oporni“, zdradziłoby ich bowiem złamanie pieczęci. Cichą stopą skradali się starzy i młodzi niosąc z sobą rydle i młoty. Doszedłszy do kościoła rozstawiali dokoła niego czujnych stróżów, aby ich ostrzegali, gdyby się który strażnik obudził i przerwał im pracę.
Zamiast drzwiami, trzeba się było dostawać do świątyni przez groby kościelne. Do tych grobów można było dojść dopiero po zrobieniu podkopu pod murami.
Aż do świtu pracowali „oporni“ bez przerwy, ryli się powoli jak krety w ziemi. O świcie zacierali ślady swéj roboty i wracali do domu. Po kilku tygodniach takiéj nocnéj pracy dotarli nareszcie podkopem do wnętrza kościoła, nie spostrzeżeni przez strażników i szpiegów. Brakło im tylko kapłanów, aby się mogli modlić po swojemu. Nie wszyscy księża tak samo oporni, jak oni, chcieli się narażać rządowi rossyjskiemu, co można im przebaczyć, bo nie wszyscy ludzie rodzą się z duszą odważną, bohaterską. Znalazło się jednak kilku kapłanów katolickich, którzy woleli umrzeć na Syberji albo w więzieniach, aniżeli zjednać sobie łaskę prawosławnych działaczy uległością, posłuszeństwem.
Na pomoc księżom odważnym przybyło na Podlasie kilku zakonników katolickich z Galicji. Aby nie zwrócić na siebie uwagi szpiegów, ubierali się w suknie handlarzy i szli od wsi do wsi, niby jako wędrowni kupcy. Nosili na plecach skrzynki z różnemi towarami, potrzebnemi włościanom, a pod temi towarami ukrywali sprzęty kościelne, potrzebne im w nabożeństwie. Aby zaś nie wpaść w mściwe ręce popów prawosławnych, nieufających obcym przybyszom, odwiedzali ich także jako handlarze i nabywali od nich wieprze i bydło.
Ci księża zakonni spełniali gorliwie obowiązki kapłańskie, narażając się bez trwogi na zemstę Rossjan. Oni to głównie odprawiali dla odważnych „opornych“ nabożeństwa nocne w kościołach zamkniętych i opieczętowanych. Ściszonym głosem modlili się wraz z unitami, błagając o pomoc w téj okrutnéj wojnie prawosłaẃja z wiarą katolicką.


V. W pierwszych dniach kwietnia, przed Wielkanocą, wlokło się w nocy ku lasom Kolembrodzkim w powiecie radzyńskim tysiące wózków włościańskich. Wlokły się pomału różnemi drogami, przystając często, bo drogi były jeszcze zalane wodami, a tu i ówdzie zasypane resztkami mokrych śniegów zamierającéj zimy. Liche, jako-tako sklecone mostki trzeszczały pod wózkami, a znużone koniska zapadały nieraz w błoto i kałuże, których niebrak czasu odwilży na Podlasiu.
Na wózkach włościańskich, gdy jadą na jarmark do miasta, bywa zwykle wesoło i ludzie na nich są gadatliwi; te liczne zaś wózki, które zdążały w noc ciemną do lasów Kolembrodzkich, milczały, jakby szły na pogrzeb. Od czasu do czasu odezwał się ktoś, zaczął coś opowiadać, ale zamykał mu zaraz gębę głos ostry:
— A cicho tam! milczeć! Czy nie wiecie, co by nas czekało, gdyby nas szpiegi moskiewskie podsłuchały? Wiecie przecież, że te psy węszą wszędzie, że śledzą nas nawet w nocy!
Tak napominał gromadę wędrowców sędziwy włościanin, jadący na przedzie. Głos jego był ostry, surowy, ale ściszony, a słowa szły szybko od wózka do wózka, podawane z ust do ust.
Czasami zatrzymywał się na drodze cały łańcuch wózków i ludzie nasłuchiwali uważnie. Gdy pochwycono zdaleka turkot jakiego wozu lub tętent galopujących koni, wózki zjeżdżały pośpiesznie z drogi i ukrywały się w szerokich, głębokich rowach, zarośniętych gęstemi krzakami. Milczeli ludzie jakby umarli, milczały także konie, jakby rozumiały, co przestraszyło ich gospodarzy. Dopiero gdy obcy wóz lub galopujący jezdcy minęli ukryte wózki i odbieżeli daleko, wyrajała się znów cała czereda na drogę i jechała daléj ku lasom.
— Pan Bóg czuwał nad nami, bo oślepił tych, cośmy ich widzieli, — odezwał się na nowo głos sędziwego starca. — To byli żandarmi, szukający, kogoby pożreć. Dziękujmy za tę łaskę Panu Bogu.
I znów przechodziły stłumione słowa sędziwego starca z wózka do wózka, powtarzane półgłosem, podawane z ust do ust. Wszystkie usta poruszały się i dziękowano Panu Bogu cichą modlitwą za Jego opiekę.
Któż to byli ci ludzie, jadący gromadą ku wielkim borom Kolembrodzkim? Czego w nich szukali? Nie na łowy przecież jechali…
Byli to unici podlascy. Jechali na odpust. Jechały ich tysiące z całéj okolicy do świątyni, któréj murami były leśne drzewa, a stropem nocne niebo gwiazdami pokryte. Do téj to ukrytéj od oka nieprzyjaciół świątyni nieśli unici swoje troski, swoje rozpacze, swoje bóle i nędze. Tam, w tym ogromnym, czarnym borze będą ich pocieszali kapłani katoliccy, przybyli w przebraniu wędrownych handlarzy, dodadzą im otuchy w ich strasznéj niedoli, modlić się będą za nich…
Wjechali i weszli nareszcie w bór i odetchnęli spokojniéj, czując się już bezpieczni w morzu niebotycznych drzew. Posuwali się ostróżnie, krok po kroku, aby nie zabłądzić, bo ciemności nocy zasłaniały im drogę i ścieżki. Prowadzili ich leśnicy, obyci z lasami, znający tu każdą ścieżkę. Idąc w milczeniu, robili wrażenie gromady duchów.
Dokuczało im zimno nocne. Więc uradowali się, gdy ujrzeli buchający płomień Pośpieszyli, aby się ogrzać. Niedługo jednak cieszyli się ogniem.
— Któż to rozniecił ten ogień bez pozwolenia przewodnika? — zawołał jeden z leśników. — Widać go tak daleko, że mogą dostrzedz Moskale i otoczyć nas wojskiem. Gasić ogień, gasić natychmiast i daléj w głąb’ lasu, gdzie będziemy bezpieczni!
Zgaszono szybko buchający płomień i poszli „oporni“ unici tam, dokąd im wskazano.
Przyszli nareszcie do miejsca, gdzie się miało odbyć tajemne nabożeństwo katolickie. Powitało ich tam na wzgórzu mnóstwo ognisk i łoskot młotów i siekier. Kilkunastu ludzi budowało ołtarz dla oczekiwanych księży.
Szerokiém kołem rzuciła się znaczna większość pobożnych wędrowców na ziemię w pobliżu ogni, aby wypocząć po dalekiéj drodze i wzmocnić się snem. Czuwali nad nimi starsi, czujni, ostróżni, badający okolicę.
— Czy droga, którą nadejdą księża, bezpieczna? — zapytał jeden z nich drugiego.
A drugi odbowiedział:[5]
— Niéma obawy. Przyjdą do nas przez mokradła, prowadzi ich Lewczuk, który zna najlepiéj wszystkie drogi bezpieczne i niebezpieczne.
— A czy zamknęliście Moskalom drogę?
— Nie dotrą do nas, bo zburzyliśmy mosty, przez które musieliby przejść.
— Chwałaż Ci, Panie!…
Po jakimś czasie zawołał pierwszy przewodnik z radością:
— Jadą! jadą już!..
— Któż jedzie? — zapytał drugi.
— Ktoby inny, jeżeli nie księża!
— Nie widzę ich.
— I ja nie widzę, ale słyszę!
— Słyszysz? Gdzie?
— Nadstaw ucha, a będziesz słyszał.
— Słyszę tylko krzyk dzikich kaczek, które uciekają z jakiegoś mokradła.
— Uciekają, bo ich księża spłoszyli. Któżby inny, jak nie oni, brodził w bagnach przed wschodem słońca?
— Prawda, prawda! — cieszył się także drugi opiekun swych współwierców. — Trzeba budzić naszych.
Świt zaczął rozpraszać ciemności nocy i rozwiewać szare mgły, unoszące się nad bagnami i jeziorami.
— Wstawać! wstawać! — rozkazywali przewodnicy. — Nabożeństwo zacznie się wkrótce!
Przebudzeni pielgrzymi przecierali oczy i zrywali się szybko z ziemi.
Wszystkie oczy zwróciły się w stronę namiotu, w którym znajdował się ołtarz. Szerokiém kołem otoczyły namiot kobiéty z dziećmi. Za niemi stanęli mężczyźni poszeptując zcicha.
Nagle zamilkło koło męzkie i żeńskie i padli wszyscy na kolana. Bo oto z namiotu zsunęły się zakrywające go kilimy i odsłoniły ołtarz i kapłana, który piął się wolno na wzniesienie po drewnianych schodach.
Kapłan, dotarłszy do stołu ołtarza, zwrócił się twarzą do unitów i błogosławił ich ze łzami w oczach.
Płakali unici i unitki, jéno nie z bólu, lecz z radości. Bowiem już od dawna nie oglądali nieszczęśni swoich ołtarzy i swoich kapłanów.
— Jezu Chryste, Jezu, zmiłuj się nad nami! Panie, przywróć nam nasze kościoły, nasze cmentarze i naszych kapłanów! — modliły się kobiéty.
— Wybaw nas z pęt okrutnéj niewoli, wybaw od władców, co nie znają litości, co chcą odmienić nam dusze nasze, zatruwają serca, a mienie nasze nam odbierają! Panie, powróć nam wolność, zabierz tych, co znęcają się nad nami, okaż sprawiedliwość swoją! Z Polską chcemy być zawsze połączeni i na zawsze być Polakami! — tak modlili się mężczyźni.
Kapłan odprawił nabożeństwo, a zakończywszy je, błogosławił lud wierny monstrancją i pocieszał życzliwemi słowy kochającego ojca.
— Nie obawiajcie się, nie płaczcie, nie rozpaczajcie, albowiem CHrystus Pan nie opuści wiernego ludu i powróci wam wszystko, czego słusznie pragniecie. Ci których z pomiędzy was wysłała nienawiść prawosławnych na drugi, inny, lepszy świat, mieszkają już w raju i patrzą na was z góry okiem braci i proszą Boga o szczęście dla was. Być nie może, aby Pan Bóg nie zwracał uwagi na barbarzyństwo naszych ciemięzców. Oto powiadam wam, że przyjdzie czas sądu i kary dla nich, a dla was pociechy i szczęścia! Nadejdzie czas, że powrócicie do kościołów swoich, nasza ojczyzna, Polska nasza, przytuli was znowu do swego łona, a miłować was będzie więcéj nad inne dzieci swoje, boście męczennicy za świętą wiarę naszą i za nieszczęsną naszą ziemię! Nie płaczcie! Pan Bóg otrze wasze łzy gorzkie.
Pokrzepieni pociechą kapłana, z nową nadzieją w sercu podnieśli się unici z kolan i śpiewali pieśni nabożne.
Kilka dni pracowali księża w lasach, narażając się na pomstę prawosławnych działaczów.
Odprawiali nabożeństwa, chrzcili gromadami dzieci chrztu świętego spragnione, łączyli małżeńskim ślubem pary młodych unitów i unitek.
Pocieszeni, pokrzepieni, biedni „oporni“ unici wracali znów pod osłoną nocy, cichaczem, do domów swoich i walczyli daléj z przemocą, ufając, że nadejdzie czas tryumfu.
I nadszedł…
Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy…


VI. Nie mogąc złamać oporu unitów i zjednać ich dla siebie, rząd rossyjski użył na nich nowego sposobu. Oto w roku 1874 zniósł uńję na ziemiach, które miał w swéj mocy, i wszystkich unitów oraz ich dzieci i wnuki rozkazał przyłączyć gwałtem, czy chcą, czy nie chcą, do cerkwi prawosławnéj.
Po dłuższéj przerwie zawrzało znowu na ziemi unickiéj. Wójtowie latali po wsiach od domu do domu i rozkazywali ojcom i matkom chrzcić natychmiast dzieci w cerkwiach prawosławnych. A trzeba wiedzieć, że w gminach unickich wójtem mógł być tylko prawosławny i wierny sługa rządu carskiego, albo człek ciemny zupełnie, którym naczelnik powiatu mógł kręcić we wszystkie strony, jak mu się podobało. Ojcowie na rozkaz wójtów odpowiadali milczeniem i tylko matki bladły trzęsąc się ze strachu, jak w febrze, bo już wiedziały, że nowe zacznie się prześladowanie. Odważniejsze jéno kobiéty odzywały się tu i ówdzie i zaklinały:
— Nie damy wam naszych dzieci, nie damy!
— Nie dacie!? — ryczeli wójtowie, — zobaczymy, kto będzie mocniejszy: czy my, czy wy!
Tę nową walkę prawosłaẃja z unitami polskimi opisał barwnie i doskonale sławny pisarz polski Władysław Rejmon-[6] w książce wydanéj pod nagłówkiem „Z zietmi[7] chełmskiéj“. Wybrał on wieś Hrudy i opowiedział dokładnie wszystko, co o niéj słyszał z ludzkich opowiadań.
Wójtowie widząc, że ich rozkazy nie skutkują, chcieli wtargnąć ze swymi pachołkami do chat, aby wydrzeć z rąk matek dzieci. Daremnie jednak stukali do drzwi.
— Otwierać! otwierać! — wrzeszczeli, bijąc pięściami i butami we drzwi.
Drzwi ani drgnęły, głos ludzki nie odezwał się ze środka, ujadały tylko psy, miauczały koty.
— Gdzież się te przeklęte baby podziały? — krzyczeli pieniąc się ze złości wójtowie. — Trzeba dostać się do chaty, do piwnicy, bo tam się pewnie ze swemi bachorami ukryły!
Pachołkowie zaczęli walić młotami we drzwi i okna, zastawione skrzyniami i szafami. Ledwie jednak zaczęli tę dziką robotę, odskakiwali od drzwi i okien, jak oparzeni. Byli rzeczywiście oparzeni. Bowiem z okien i otwieranych drzwi lał się na nich, na ich głowy i gęby wrzący ukrop.
— A niech je jasny piorun zatrzaśnie, te zuchwałe baby! — mruczeli pachołkowie. — Ślepie nam zniszczą, kłaki ze łba wydrą, drągiem wybiją nam zęby z pyska, gnaty połamią! Niéma rady, trzeba im dać spokój i zmykać.
— Pewnie, że trzeba dać pokój téj warjackiéj bitwie z babami, — powiedział wójt, równie jak jego sługi dbały o swe zdrowie. — Trzeba sprowadzić wojsko. Niech się ono bije z temi jędzami.
Kobiéty hrudzkie, dowiedziawszy się, że do ich parafji przybędą wkrótce kozacy, aby wydrzeć z ich rąk dzieci i zawlec do chrztu w cerkwi prawosławnéj, przygotowały się do nowéj, niezwykłej walki.
Wojsko zbliżało się do Hrud, trąbiąc i wyśpiewując dzikie pieśni kozackie, a kobiéty unickie wybierały się tymczasem ukradkiem w drogę, a płakały pocichu, ocierając łzy pokryjomu, i szeptały do mężów:
— Pamiętajcie o nas, dostarczajcie nam i dzieciom pożywienia. Bór ukryje nas od tych zbójów.
Wojsko przybyło do wsi i dowódca rozkazał unitkom przyjść natychmiast ze wszystkiemi dziećmi do cerkwi prawosławnéj po chrzest popi.
Zdziwiło się wojsko, zdziwił się dowódca. Ani jedna kobiéta nie stawiła się w cerkwi. Więc rzucili się kozacy na domy hrudzkie, aby pokazać unitkom, jacy to oni mocni, potężni. Zdziwili się jeszcze bardziéj. Bowiem chaty były puste, jakby w nich wszyscy powymierali. Nie znaleźli pod żadnym dachem ani jednéj matki, ani jednego dziecka…
— Gdzie wasze baby, gdzie wasze warchlaki!? — huknął pułkownik na mężów i ojców.
Włościanie milczeli. Jeden tylko z nich, odważny, odezwał się:
— A szukajcie ich sobie. Jesteście przecież od nas mędrsi i mocniejsi, jak się wam zdaje.
Kozacy zaczęli szukać po wsi, w piwnicach, w rowach i na polach, ale napróżno. Kobiéty i dzieci ze wsi wpadły jak kamień w wodę. Wściekali się kozacy, że nie mogą odkryć ich schroniska.
A kobiéty zaszyły się w gąszcze ogromnego lasu. Morze niebotycznych drzew zasłoniło je od dzikości kozaków. Nocą skradali się mężowie do czarnego boru, zanosząc pożywienie żonom i dzieciom.
Jakiś szpieg wywąchał nareszcie kryjówkę kobiét.
Zamiast przeszukać gąszcze lasu, wojsko odcięło oporne unitki od wsi i od mężów. Rozstawili się żołnierze długim sznurem wzdłuż lasu, aby nie dopuścić do ukrytych kobiét żywności.
— Głód będzie mędrszy i mocniejszy od nas, — uczył pułkownik żołnierzy. — Gdy babom dokuczy zanadto pusty żołądek, wygramolą się same z leśnych kryjówek i będą żebrały, aby ich warchlaki ochrzcić czémprędzéj w naszéj cerkwi.
Czekało wojsko tydzień, dwa tygodnie, trzy tygodnie i dłużéj na skrajach lasu, ale nie wywabiło głodem ani jednéj unitki.
— Chyba pozdychały już z głodu! — mruczał pułkownik pod wąsem. — Niech je djabli porwą! Niéma co czekać…
Znużone długiém a próżném strażowaniem wojsko zwinęło swój długi sznur strażniczy i opuściło Hrudy ze wstydem. Uciekali jak zmyci. Kobiéty pobiły ich bez walki…
Gdy wojsko opuściło wieś, wracały unitki z dziećmi do domów. Głód nie złamał ich woli, nie wysłał ich na drugi świat. Odcięte od mężów i od żywności, ratowały życie swoje i dzieci od głodowéj śmierci leśnemi korzonkami i żołędziami. Nędzna była ta strawa, wyczerpały się siły matek i dzieci, ale nikt od niéj nie umarł.
Ze łzami w oczach, z bólem w sercu witali włościanie hrudzcy żony i dzieci. Bowiem były one wraz z dziećmi tak wygłodzone i osłabione, iż wyglądały jak widma, gdy wracały wieczorem do domu.
— Nie smućcie się, nie płaczcie, bo widzicie przecież, że żyjemy i z nami dzieci, — pocieszały mężów bohaterskie kobiéty, podobne do męczenniczek z pierwszych wieków chrześćjaństwa.
— Nie martwcie się, — mówiły jeszcze, — nasza wiara nie zginie, nie przejdzie na prawosłaẃje. Pan Bóg ukarze wkońcu tych, którzy się nad nami pastwią i usiłują nas oderwać od wiary katolickiéj i Polski. Którzy z nas nie umrą pod nahajkami i w więzieniach, zostaną tém, czém jesteśmy.


VII. Kara Boska spadła w istocie na Rossję…
Mała Japońja uderzyła żelazną pięścią w ogromne, pyszne mocarstwo z taką siłą, iż ten olbrzym carski zachwiał się ciężko raniony. Czego się niewielu spodziewało, stało się rzeczywistością. Dawid japoński pobił, pokonał rossyjskiego Goljata. A klęska wojenna wstrząsnęła narodem rossyjskim. Wszystko, co tliło tam na dnie sumień ludzkich, wszystkie żale do niesprawiedliwego rządu i niecnych urzędników buchnęły nagle, jak wielki płomień. I zachwiał się tron carski. Przerażony cesarz wraz ze swymi ministrami musiał zgodzić się na przebudowę państwa i nadanie wolności narodowi.
Było to w roku 1905. W kwietniu ogłoszono nagle ukaz cesarski o wolności wiary. Stało się nareszcie to, czego spodziewali się, na co czekali prześladowani unici. Działacze prawosławni, katy i szpiegi musieli usunąć się z wiosek i miasteczek podlaskich, unici zaś odetchnęli swobodnie i mogli już żyć po swojemu. Radość niewymowna zapanowała we wszystkich parafjach unickich i lud gromadnie, całemi tysiącami jął garnąć się jawnie pod skrzydła Kościoła świętego.
Dla prześladowców była to niespodzianka. Myśleli, że katolicy na Podlasiu prawie zupełnie już są wytępieni, nie spodziewali się tak męzkiego oporu, takiéj nadludzkiéj wytrwałości. Ale lud podlaski pokazał, że umie się bronić i nie pozwoli się połknąć nawet takim olbrzymom, jakim była Rossja. To też nie zginie ten lud i teraz, gdy się wyciągają po niego chciwe szpony prawosławnéj Ukrajiny. Nie zginie i pozostanie zawsze polskim i katolickim.

KONIEC.

http://pl.wikisource.org/wiki/Krwawe_%C5%82zy_unit%C3%B3w_polskich

Przeczytaj także:

UNICI

Unici podlascy w latach 1875 -1905

Prześladowania unitów na terenie dzisiejszej gminy Łomazy

Towarzystwo Opieki nad Unitami (TOnU)

Bohaterstwo unickiej rodziny Koniuszewskich

Posted in Historia, Książki (e-book), Moja mała Ojczyzna, Unici | 5 Comments »

 
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 429 obserwujących.