WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for 8 marca, 2020

POLSKI CHŁOP O ŻYDACH

Posted by tadeo w dniu 8 marca 2020

„Toteż gdyby żydzi chcieli na gruncie siedzieć i pracować, to dziś wszystka ziemia w Galicji do nich należałaby, byliby zupełnymi panami kraju, a chłopi, jak szlachta, byliby u nich w służbie i pracowaliby za parobków. Zaraz po pańszczyźnie byłaby nastała gorsza jeszcze dla całej ludności chrześcijańskiej żydowszczyzna. W Dzikowie na przykład nie ma tego kawałka chłopskiego gruntu, żeby nie był w rękach żydowskich, żeby nie był drogo wykupiony, a w innych wsiach było zupełnie to samo. Ale żydzi nie chcieli trudnić się gospodarstwem i ciężko pracować i woleli wielkie zyski, jakie im dawał handel gruntami przepłacanymi przez chłopów.”

 

Zchłopskiej perspektywy

„Pamiętniki włościanina od pańszczyzny do dnia dzisiejszego” urodzonego w 1842 roku Jana Słomki, są fascynującym świadectwem czasów w których przyszło żyć ich autorowi, czyli drugiej połowy XIX w. i pierwszych trzech dekad wieku XX. Co w nich takiego ciekawego? Przede wszystkim to, że spisał je polski chłop. Co za tym idzie poznajemy świat z chłopskiej perspektywy. To rzecz bardzo rzadka i późno pojawiająca się w polskiej literaturze.

Słomka, przez kilka dekad wójt sąsiadującej z Tarnobrzegiem wsi Dzików, był bystrym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości. A że pamięć mu na starość służyła, to przekazał nam mnóstwo szczegółów świata, który już dziś nie istnieje. Nie tylko dlatego, że czasy się zmieniły. Nie istnieje również dlatego, że zmieniły się stosunki narodowościowe w Tarnobrzegu i jego okolicy. W wyniku eksterminacji Żydów dokonanej przez Niemców w czasie II wojny światowej, tereny te zamieszkują dziś w przytłaczającej większości Polacy. Tak też było przez większość historii tych ziem, licząc od powstania Polski, aż do połowy XIX wieku. Między rokiem 1853 a 1910 nastąpiła jednak gwałtowna ekspansja żywiołu żydowskiego. I to tak jeśli chodzi o samą liczbę ludności, jak i jej znaczenie ekonomiczne. W samym Tarnobrzegu w 1853 roku były ledwie 23 domy żydowskie na 116 ogółem. W 1910 roku domów tych było 359 na ogólną liczbę 496. W tym samym czasie liczba katolickich domów wzrosła z 93 do ledwie 137.

Jak żyło się ludziom w tak gwałtownie zmieniającym się świecie? Co czuli ci, którzy obserwowali zmiany własnościowe w swojej okolicy? Obserwowali utratę pozycji katolików ze wszystkich warstw społecznych: chłopów, mieszczan, szlachty. W końcu, w jaki sposób to się odbyło? Na te i wiele innych pytań znajdujemy odpowiedzi w pamiętnikach Słomki.

Fragmenty pamiętników Jana Słomki

Tematyka żydowska przewija się właściwie przez całe to dzieło, dlatego niezbędna stała się selekcja materiału. Wybrałem z niego najciekawszy i najobfitszy w szczegóły rozdział piąty z wydania II, które miało miejsce w 1929 roku. Cytuję go poniżej niemal w całości.

„Handel tak na wsi, jak w mieście był prawic wyłącznie w rękach żydów. Po karczmach wsiowych siedzieli tylko żydzi i prócz wódki mieli na przekąskę obwarzanki i bułki, które sami piekli, nadto gomółki z sera i śledzie. Przytem sprzedawali ubocznie sól, tytoń do fajek, zapałki, igły, tasiemki, krajki do opasywania się, — ale towaru tego mieli zawsze bardzo niewiele, zazwyczaj mieścił się wszystek w małej paczce, schowanej za szynkwasem.

Wsiowi ludzie jednak kupowali towar taki najczęściej od żydów i żydówek, domokrążców, obnoszących w opałce igły, tasiemki, krajki, zapałki, trochę pieczywa, przyczem też nigdy nie brakło wódki. Każdą wieś obchodziło stale kilku takich handlarzy czy handlarek ,dochodzących z miasta, więc prawie codzień do każdego domu które z nich zaszło. Znali bardzo dobrze swoje wsie i ludzi, byli też w każdym domu witani zawsze, jak dobrzy znajomi.

Za towar tak w karczmie jak domokrążcom rzadko kiedy płacili pieniędzmi, najczęściej dawały gospodynie jajka, kasze, kości i szczecinę ze świń, trochę jakiegoś zboża lub coś z drobiu, był to więc handel wymienny bardzo dla żydów popłatny. Toteż domokrążcy, choć byli nędznie odziani, obdarci i narzekali na biedę, mieli, jak się nieraz pokazywało, ładną gotówkę. Najwięcej zarabiali zawsze od tych, co wódkę lubili. Jeżeli gospodarz i gospodyni nie pili oboje, tylko jedno z nich, n. p. gospodyni, to dostawała wódkę skrycie przed gospodarzem i w skrytości też płaciła różnemi produktami domowemi.


W mieście trudnili się handlem prawie wyłącznie żydzi. Był on zresztą bardzo nędzny, skoro koło r. 1860 nie było w Tarnobrzegu nawet dziesięciu lichutkich sklepików, mieszczących się w domach drewnianych.

W paru sklepikach — prócz tego, co można było kupić u domokrążców wsiowych, — były płótna kolorowe, chusteczki, wstążki, płótna domowe, czapki, fajki, w których się wtedy chłopi bardzo kochali, grzebienie, cyganki, świeczki łojowe. Wszystko to prócz płótna białego, nabywanego od chłopów, sprowadzane było wozami z Tarnowa, dokąd pewnie przychodziło z przemysłowych krajów austrjackich. U paru innych żydów było zboże, które sprzedawali najwięcej w dni targowe, wystawiając w workach na rynek. Wreszcie na parę lat przed r. 1860 nastał pierwszy sklep z żelazem, gdzie było żelazo w kawałkach dla kowali, nadto rynki, żeleźniaki, kociołki, wewnątrz niewybielane. Zapasy towarowe we wszystkich tych sklepach były bardzo skromne, wartość ich nie dochodziła pewnie do 100 złr [złotych reńskich].

Najwięcej było karczem, czyli »szynków« z wódką, z których główny mieścił się u Joska w ratuszu, prócz tego był drugi na przeciwnym końcu ratusza i kilka innych, rozrzuconych po mieście, a więcej znacznie było nadto pokątnych, w których chłopi upijali się również dobrze, jak w pierwszych.

Pieczywo sprzedawali żydzi na podcieniach, które były naokoło rynku, a stanowił je wypust mniej więcej 2 metry przed każdym domem. Na rynku sprzedawali garnki, miski, łyżki drewniane, jak również cebrzyki, konewki, niecki, sita, przetaki, rzeszota, czyli »rajtaki«, sprowadzane z pod Majdanu kolbuszowskiego. […]


Chłopi handlem zupełnie się nie zajmowali, uważali go za zajęcie żydowskie, na którem — jak mówili — tylko żyd wyjść może. Handlu się wstydzili i wyśmialiby chłopa, który by chciał handlować. Przywozili tylko i przynosili na targ do miasta: zboże, ziemniaki, kaszę, jarzyny, drób, jaja, nabiał, wyroby przemysłu domowego i wszystko sprzedawali przeważnie żydom, którzy tem dalej handlowali i zyski z tego ciągnęli. Często chłopi kupowali drogo od żydów na wiosnę zboże, które w jesieni za psie pieniądze żydom sprzedali. Zresztą nie było dawniej szkół i chłop do handlu nie był zdatny, poprostu nie umiał liczyć. […]

Dopiero po powstaniu Towarzystwa Kółek Rolniczych w r. 1882 zaczęły się mnożyć po wsiach sklepiki Kółek Rolniczych i prywatne sklepiki chrześcijańskie. Obecnie w każdej wsi jest już taki sklepik, a w większych wsiach bywa ich nawet parę, wobec których żydowskie nie mogą się często utrzymać i znikają ze wsi. Również po miasteczkach powstały porządne sklepy chrześcijańskie.


Co do kredytu za pańszczyzny [do 1848 roku] — jak słyszałem od dziadków i innych, bardzo mało kto u kogo pożyczał, a jeżeli już kogoś przycisnęła potrzeba, że musiał pożyczyć na podatek lub jaki inwentarz, to mógł najczęściej coś wskórać kum u kuma albo sąsiad u sąsiada i to bez żadnego procentu, do żydów nie zwracali się jeszcze chłopi o pożyczki, bo nawet żaden żyd nie pożyczyłby wówczas chłopu.

Ale jak ja zapamiętałem, to pożyczkami trudnili się jedynie żydzi na podpisy u rejenta, czyli skrypta rejentalne i na weksle. Nie było jeszcze kas żydowskich opartych na statutach, zatwierdzonych przez władzę, tylko każdy pożyczał prywatnie. Brali wielkie procenta, bo 50 procent i więcej, jak się kto zgodził płacić jakiś procent, wolno było brać. Więc procent płaciło się według umowy, a jeżeli w terminie dług nie był spłacony, to osobno za grzeczność, za poczekanie wybierali żydzi od dłużników jajka, kury, cielęta, ziarno itp.

Jeżeli zaś kto na takiej grzeczności nie chciał się znać lub nie miał na to i upadał majątkowo, to przystępowali do egzekucji, za mniejsze długi zajmując ruchomości, za większe zaś opisując całą realność, po czym następowała licytacja. Do licytacji stawali tylko żydzi, chłopi się na tym początkowo nie rozumieli i licytacji unikali. Żydzi zaś gdy zmiarkowali, że na tym bardzo dobry interes, badali naprzód w sądzie, gdzie będzie licytacja, jechali na miejsce i licytowali w porozumieniu z sobą.

Brali też od dłużników za bezcen grunta, domy i co się dało wyciągnąć, strasząc, że jak dobrowolnie nie pogodzą, to wszystko na licytacji będą mieli sprzedane. W Tarnobrzegu zasłynęli z takiej lichwy żydzi: Szpirn, Szajnok, Tafel, Dawid i inni mniejsi spólnicy i naganiacze tych wielkich lichwiarzy. Ostatni z nich, Dawid, odznaczający się silną budową ciała, chełpił się przytem zawsze, że się nikogo nie boi, bo ma szerokie plecy.


Przez taką lichwę zrujnowali żydzi prawie połowę gospodarzy, bo w każdej gminie znalazło się dużo lekkomyślnych, którzy brali pożyczki i nic za to nie nabywali, ale po większej części na pijatykę obracali. I tacy nawet prędzej mogli dostać pożyczkę niż porządniejsi, bo godzili się łatwo płacić taki procent, jaki żydzi chcieli. Oni zaś wiedzieli między sobą, ile kto był gdzie winien, jaką wartość przedstawia jego majątek i pożyczali dotąd, dopóki majątek wystarczał na pokrycie kapitału, procentu i kosztów egzekucji.

W samym Dzikowie wydziedziczyli prawie ze wszystkim trzech gospodarzy osiemnastomorgowych, a mianowicie: Józefa Słomkę, Wojciecha Łuczaka i Michała Sadrakułę, zamieszkałych w przysiółku Podłęże; czterech gospodarzy sześciomorgowych, a to: Józefa Gronka, Pawła Krzyżka, Józefa Wójcikowskiego i Michała Grycha; z większej zaś lub mniejszej części majątku wydziedziczyli: Michała Ozycha, Jana Wiącka, Józefa Zmarzłego, Stanisława Antończyka, Michała Grębowca i wielu innych.

Jakim sposobem podówczas żydzi brali chłopów do łapki, nawet za drobne długi, niech posłuży za przykład to, jak robili z Michałem Grębowcem, moim sąsiadem. Miał on sześć morgów dobrego gruntu i porządne zabudowania gospodarskie. Był chłop robotny, nie pijak, bo jeżeli wypił czasem kieliszek wódki, to przy robocie lub jakiejś okazji; długu zaciągać nie miał potrzeby, bo zadowalał się najzupełniej tym, co z gruntu zebrał, więc nikomu nie był winien ani grosza. Jedną miał tylko wadę, że z żoną był czasem w niezgodzie i nieraz się dobrze pobił, ale to przechodziło jak burza i znowu sobie sprzyjali. W kłótni żona zawsze mu wypominała, chcąc mu dokuczyć, że cały majątek jej, bo ona wprowadziła na gospodarstwo inwentarz jako wiano.

Z tej niezgody małżeńskiej skorzystali żydzi. Ściągali Grębowca do siebie, częstowali wódką, mówiąc przytem: »Ny, Michale, co wam żona mówi, że majątek nie wasz, my się was nie boimy, choć tak żona gada, jak wam pieniędzy trzeba, to wam pożyczymy, niech się żona przekona, że wasz jest majątek, a lepiej was będzie szanować«. Tak wmówili w chłopa, że pożyczał po 5 do 10 złr., a za każdym razem prowadzili go do notariusza, czyli rejenta, zawierali tam akt dłużny, biorąc zawsze za świadków policjantów z Tarnobrzega, znanych wówczas pijaków. W ciągu paru miesięcy zmieniali ciągle u rejenta skrypta dłużne, dopisywali nowe pożyczki i wysokie procenta, w końcu zrobili z Grębowcem akt na pożyczkę wynoszącą 600 złr. I miał płacić na rok 60 złr. od sta.

Wtenczas dopiero wyprowadzili sądową komisję na opisanie realności Grębowca i zabezpieczenie na niej wspomnianej kwoty. Żona narobiła gwałtu, gdzie, kiedy i na co tyle pożyczał, on też zmiarkowawszy, że mu grozi ruina majątkowa, zaczął płakać, za włosy się targać, krzycząc:« Olaboga, co ony ze mną zrobiły!« Po odejściu komisji zacząłem go wypytywać, jak tyle długu narobił, pokazało się, że na te 600 złr. wybrał gotówką około 50 złr. I to u tych samych żydów przepił, do tego nie umiał zupełnie rachować, nie wiedział, co znaczy 600 złr.

Poszedłem z nim i z żoną do rejenta, rozpowiedziałem tam, ile Grębowiec wybrał tytułem pożyczki, że za grosz z tych pieniędzy nic nie kupił, na to rejent powiada, że swego czasu zwracał mu uwagę i kazał żonę zawołać, ale Grębowiec wtedy odrzekł: »Diabli żonie do tego, to jest mój grunt po moim ojcu«; bo tak go żydzi nauczyli gadać. Mówił dalej rejent, że teraz wszystko przepadło, bo aktu notarialnego nikt nie może obalić, doradził tylko, żeby Grębowiec sprzedał zaraz część gruntu i zaraz dług zaspokoił, bo inaczej narosną koszta i procenta i nie zostanie ani przy zagonie: żydzi wszystko sprzedadzą i z domu go wygonią. Grębowiec usłuchał i to była najlepsza rada, sprzedał zaraz dwie morgi najlepszego gruntu, nadającego się pod ogrody, i zapłacił cały dług, bo żydzi nie chcieli nic opuścić, i w ten sposób uratował resztę gospodarstwa.

To wywłaszczenie chłopów z majątków trwało tak długo, aż wyszła ustawa przeciw lichwie, zabraniająca brania wielkich procentów. Wtedy sąd zaczął prześladować i karać lichwiarzy i nastała jakby pomsta Boża nad nimi, bo zaczęli upadać, a niektórzy nawet w biedzie wymarli, inni też niekoniecznie w dostatku dożyli, a pozostałe po nich rodziny są dzisiaj zupełnie biedne. Przyszła też kreska na wspomnianego Dawida, który się chełpił szerokimi plecami. Przyłapany został na oszustwie, mianowicie, że dopisał na wekslu jakiejś kobiecie z Żupawy dużo większą sumę, niż należało. Sąd w Tarnobrzegu wytoczył mu śledztwo i przymknął w areszcie razem ze wspólnikami, co w mieście wywołało wielki harmider, bo prawie oni pierwsi dostali się do aresztu. Dopiero od tego czasu żydzi-lichwiarze zmiękli i bali się, a sąd coraz lepiej brał się do nich i poskramiał ich.


Jednakże w owym czasie nie tylko chłopi tracili majątki, i wiele rodzin włościańskich poszło w ruinę i ślad po nich zaginął, ale tak samo, a nawet gorzej działo się z mieszczaństwem i szlachtą.

Jak zapamiętałem, to jeszcze koło roku 1870 w Tarnobrzegu wielka część miasta zasiedlona była przez mieszczan-katolików, którzy siedzieli tu widocznie z dziada pradziada i byli dość zamożni. Trudnili się różnymi rzemiosłami, a najwięcej szewstwem, stolarstwem, krawiectwem i masarstwem, prócz tego zaś i gospodarstwem rolnym, bo mało było takich, żeby nie mieli gruntu własnego od 1 do 3 mórg. Chowali wieprze, krowy, a niektórzy mieli i woły, których używali do roboty. Mieli też swoje własne domy i to przy głównym rynku, a żydowskie były na tyłach miasta.

A obecnie zabrali, obsiedli to wszystko żydzi i miasto zżydziało zupełnie, tak że zaledwie cząstka dawnych mieszczan się zachowała i to na krańcach miasta, a w rynku żaden z tych dawniejszych mieszczan nie ma realności.

Dziś śladu nie ma po dawnych najpierwszych obywatelach tarnobrzeskich, po Zderskim, Jajkiewiczu, Rutynie, po Łubowiczu, Pomykalskim, Dutkiewiczu, po Gwizdalskim, Lachiewiczu, mających dawniej domy przeważnie w rynku, i innych pomniejszych, których nie wyliczam. Wprawdzie niektóre z wymienionych nazwisk jeszcze się w Tarnobrzegu znajdują, ale nie wywodzą się w prostej linii od wyliczonych wyżej obywateli.

Dopiero w ostatnich czasach mieszczaństwo tarnobrzeskie zaczyna się na nowo dźwigać, a to głównie dzięki napływowi do miasta ludzi nowych i rzutkich, a widać także, że i potomkowie dawniejszych mieszczan w młodszym pokoleniu zaczynają lepiej garnąć się do życia, podnoszą się, pozbywają dawnych wad, szczególnie pijaństwa, i nabywają realności, i w ten sposób znaczenie mieszczaństwa znowu się powoli podnosi. W ostatnich dwudziestu latach przeszło nawet na powrót w ręce chrześcijańskie kilka domów w rynku.


Również długa jest litania obszarów dworskich, które potracili dawni panowie; za mojej bowiem pamięci przeszły w żydowskie ręce następujące dwory w powiecie tarnobrzeskim: Chwałowice, Orzechów, Witkowice, Skowierzyn, Wrzawy z przyległościami, Żabno, Pniów, Dąbrówka, Antoniów, Motycze poduchowne, Gorzyce, Zalesie gorzyckie, Zarzekowice, Koćmierzów, Kajmów, Machów, Nagnajów. I nawet słuch wśród ludu zaginął zupełnie po możnych niegdyś panach, właścicielach tych dworów: po baronach Horochach, po Trojackim, Bilskim, Wiktorze, Cetnarskim, Zaklice i innych. Dwory od nich wykupili żydzi i albo dotąd na tych majątkach siedzą, albo rozparcelowali je z wielkim zyskiem między chłopów.

Nic to nie pomogło, że właściciele dworów posiadali rozległe obszary ziemi najlepszej gleby i ładne lasy, że mieli spłatę za pańszczyznę; a później za propinację, że płacili względniejszy podatek gruntowy, że byli wolni od podatków gminnych, że posiadali znaczne przywileje polityczne i pierwszeństwo wszędzie!

Szczególniej głośnym było zmarnotrawienie rozległych dóbr baranowskich przez hr. Krasicką, która tak nie umiała godzić dochodów z rozchodami, że wkrótce długi przeniosły wartość jej ogromnego majątku i wierzyciele, którzy już nie mogli odebrać swych należności, spowodowali — jak wieść niosła — jej przyaresztowanie. Kręcili się koło niej ustawicznie żydzi i wyjeżdżali za nią nawet za granicę, narzucając się z gotowymi pieniędzmi na różne wybryki, które następnie z dużym procentem ściągali i dobrze się stąd bogacili. Wybrali od niej za bezcen lasy na morgi do wycięcia drzewa; jeździłem do tych lasów, to widziałem, jak co kilkadziesiąt morgów stał kupiec żyd z młotem do odbijania drzewa i wołał : »Hop, hop, jedźcie do mojej morgi« ! Co mogła, wyprzedawała, tak że z pałacu baranowskiego nawet posadzki marmurowe żydzi zabrali. Szczęściem, że dobra po niej wraz z starożytnym zamkiem baranowskim kupił na licytacji Polak Dolański.

Niemniej głośną była później sprzedaż dóbr wrzawskich, a krakowska gazeta »Diabeł«, wyśmiewająca i karcąca błędy ludzkie, zwracając się wtedy przeciw sprzedawczykowi hr. Horochowi pisała między innymi: »Narobiłeś dużo wrzawy, zaprzedając żydom Wrzawy«. Były to bowiem dobra mające najlepszą glebę, wyborne łąki i sporo bogatego sosnowego lasu, a nadto w skład dóbr tych wchodziły bujne kępy, tj. wikliny nadrzeczne po prawym brzegu Wisły i obu brzegach Sanu; więc gdy się wieść rozeszła, że Wrzawy żydom sprzedane, niejeden nie mógł sobie tego w głowie wytłumaczyć, jak można było takie dobra utracić.

Bliżej znany mi jest przebieg sprzedaży Kotowej Woli przez Franciszka Popiela.

Był on rządcą u starego Dolańskiego w Sokolnikach, następnie kupił na własność Kotową Wolę. Znany był w powiecie jako wzorowy gospodarz.

Poznałem go w czasie klasowania gruntów w Kotowej Woli i sąsiednich wsiach, gdy komisja klasyfikacyjna przez kilka dni korzystała z gościny w jego dworze. Był bardzo gościnny, prowadził najchętniej rozmowę o gospodarstwie. Rozwijał u siebie wszystkie gałęzie gospodarstwa: uprawę roli, hodowlę bydła, ogrodnictwo, pszczelnictwo.

Ale gospodarowanie już mu ciążyło, chciał więc sprzedać majątek i przenieść się do Krakowa na spoczynek. Ogłosił więc sprzedaż, ale zaznaczał, że sprzeda tylko katolikowi, nie żydowi. Do kupna zgłaszali się chłopi, ale nie byli w stanie przystąpić do kupna całego majątku, na który składały się pola orne, łąki. las, budynki, inwentarz, wszystko razem wartości 230 000 złr.

Chciał to jednak nabyć Lejzor Wahl, najbogatszy wówczas kupiec w Tarnobrzegu, a ponieważ Popiel z żydami traktować nie chciał, Lejzor zwrócił się do mnie i prosił, żebym zgodził i zadatkował te dobra i jemu je następnie odstąpił. Na zadatek wręczył mi 15 000 złr. I obiecywał dobre wynagrodzenie, a robił to wszystko w cztery oczy ze mną, tak żeby nawet żona moja o tym nic nie wiedziała, ażeby sekret nie wydał się.

Ale gdy zastanowiłem się nad tym, widziałem, że byłoby to kupno podstępne, którym splamiłbym swój honor. Oświadczyłem więc Lejzorowi, że się tej sprawy nie podejmuję i oddałem owe 15 000 złr. Później zawsze mi to wymawiał, że przeze mnie nie doszedł do kupna Kotowej Woli.

W jakiś czas potem rozeszła się wiadomość, że Popiel Kotową Wolę sprzedał, więc gdy wracałem razem z komisarzem Swobodą z komisji reklamacyjnej gruntów z Rozwadowa, wstąpiliśmy do niego na pożegnanie.

Popiel opowiadał wtedy, że dobra swoje sprzedał i uwolnił się od ciężaru gospodarowania, tylko jedno — jak mówił — gryzie go i gryźć będzie jak mól do grobowej deski: że dobra sprzedał żydowi.

Starał się usprawiedliwić, co go skłoniło do tego kroku. Mówił, że jacyś złodzieje wdarli mu się w nocy do ogrodu i zniszczyli pasiekę, którą bardzo lubił, wyłupali plastry, a pszczoły rozłaziły się po całym ogrodzie. Wpadł wtedy w złość, a że z natury był prędki, jedną bryczkę posłał po rejenta do Rozwadowa, a drugą po Rachmiela Kanarka, który także chciał kupić Kotową Wolę.

Gdy to opowiadał, wyjawiłem mu, jak mnie Lejzor namawiał na to kupno i już miałem w rękach 15 000 złr. na zadatek, na to on zerwał się od stołu, chwycił mnie za ramiona i zawołał: »Przyjacielu, czemuś tego nie zrobił, byłbyś mnie wybawił od tego, co mnie gryzie i gryźć będzie, byłbym przynajmniej uczynił zadość postanowieniu, że dobra sprzedam katolikowi«. Rozpłakał się przytem jak dziecko. […]

Popiel przeniósł się następnie do Krakowa, gdzie umarł i majątek swój w znacznej części zapisał na cele narodowe i dobroczynne.

Z czasem dwory w powiecie tak poznikały, że większa własność nie mogła nawet wybrać dwunastu członków ze swojej kurii do Rady Powiatowej w Tarnobrzegu i wybierała ich spoza swego grona. Z żydów zaś, będących właścicielami obszarów dworskich, jedynie Rachmiel Kanarek brał udział w działalności i ofiarności obywatelskiej polskiej, za co miał uznanie w powiecie; inni zaś, jak cały ogół żydowski, trzymali się wobec spraw polskich oddzielnie, jako osobne społeczeństwo.

Naturalnie tak chłopi i mieszczanie, jak i szlachta sami przede wszystkim ściągali na siebie los, jakiemu ulegli. Chłopów i mieszczan — obok lichwy — gubiło i rujnowało straszne pijaństwo, gnuśność i ciemnota; a panowie, choć mieli naukę, to rachować nie umieli czy nie chcieli i rozchody na zbytki były u nich większe niż dochody.

Nie smakował im żaden wytwór domowy, krajowy, choćby nawet był lepszy od zagranicznego, sami też wojażowali po zagraniczu, trzymali różnych oficjalistów na wysokich pensjach. Uważali to za ujmę dla szlachcica, gdyby był inaczej żył, tj. rozumnie, według dochodów. Była w tym pycha, za którą przyszła kara Boża.

Za wszystkich: za chłopów, mieszczan i szlachtę myśleli żydzi — jak się to i teraz często trafia — oni wszystkim stanom faktorowali i za to majątki garnęli dla siebie.


Zbliżenie między żydami i katolikami było dawniej większe niż obecnie, ale dlatego, że katolicy więcej u żydów przesiadywali, gościli się i popijali, a żydzi mogli więcej z katolików żyć i wyzyskiwać ich.

Szczególnie wielkie zbliżenie było między żydami wsiowymi a chłopami i często dzieci takich żydów, wychowując się wśród dzieci chłopskich, chrzciły się w końcu. Najczęściej młode żydówki przyjmowały w ten sposób chrzest i wychodziły za parobków i synów gospodarskich. I to trafiało się prawie w każdej wsi. Ale ogół żydów występował przeciw temu zawsze bardzo wrogo i chrzest musiał się odbywać potajemnie, a »przechrzta« musiał się przed nimi z początku ukrywać.

Wnosząc z tego, co starsi opowiadali, to już za pańszczyzny głównie w karczmach żydowskich skupiało się życie chłopskie. Jak swego już nie było, to kradli, co się dało, na pańskim, i skradzione nieśli nocą do żyda, którego pan we wsi osadził i trzymał, i za to pili.

Za mojej pamięci był zwyczaj, że jak kto dał na mszę świętą za zmarłych, na dobry urodzaj albo na inną intencję, to na tę mszę zapraszał dziś na jutro sąsiadów, kumów, przyjaciół, wysyłając w tym celu po wsi swoje dzieci, a po mszy św. zapraszał wszystkich na podziękowanie za to, że się zeszli i modlili na jego intencję, do domu albo do karczmy i częstował, wódką i przekąską. Niektórzy na taką ucztę, jeżeli miała się odbyć w domu, zapraszali także księdza.

Każdy gospodarz zamawiał dwie lub trzy msze święte do roku i po każdym nabożeństwie było poczęsne, które niejeden przedłużył sobie do wieczora i dobrze sobie podpił.

A byłem już kilkanaście lat gospodarzem [mowa o latach 70. XIX w.], gdy w Dzikowie i innych wsiach był jeszcze zwyczaj, że karczmarze jeździli po kolędzie, każdy wstępował do »swoich gospodarzy«, którzy u niego byli stałymi gośćmi, to jest pili.

Po Dzikowie jeździł najwięcej Salomon Szrajber z Tarnobrzega.

Wszedłszy do izby zaczynał od życzenia: »Daj Boże szczęście, żeby się tu powodziło, iżby wszyscy byli zdrowi, pieniądze mieli i żeby tu niczego nie brakowało — przychodzę tu z kolędą«. I od razu nalewał do kieliszka wódkę, którą miał z sobą, a więcej było na wozie, i częstował po kolei wszystkich obecnych, poczynając od gospodarza i gospodyni, dawał po kieliszku dzieciom pomijając tylko najmniejsze, sługom, a nieobecnych kazał przywoływać, dogadując przytem: »Jak szanuję stół, to i stołowe nogi, ja tu wszystkich chcę potraktować, bo ten dom szanuję, niech go pamiętają wszyscy, żem tu był po kolędzie«. Gospodarzowi i gospodyni nalewał jeszcze po drugim i trzecim kieliszku i zachęcał: »Pijcie, pijcie, niech wam będzie na zdrowie, ja wam nie żałuję«, a gdzie spodziewał się lepszej kolędy, zostawiał jeszcze mniejszą lub większą flaszkę wódki.

Za to gospodarz dawał mu znowu od siebie kolędę, zazwyczaj ćwierć lub pół korca jakiegoś ziarna: żyta, jęczmienia, pszenicy, owsa, czego miał więcej, a znowu gospodyni dawała od siebie jaja, kaszę jaglaną, kurę, słowem, coś ze swego kobiecego gospodarstwa. Wsypywali to zaraz do worka, który żyd trzymał gotowy pod pachą, i ładowali na wóz, czekający przed domem. Gdy tak całą wieś objechał, to wszyscy mniej lub więcej byli wódką zamroczeni, tylko on był trzeźwy i wywoził ze wsi dobry wóz ziarna.

Dawanie tej kolędy było uważane jakby za powinność i kto by dał mało ziarna, to mu Szrajber przed drugimi wypominał; a kto był szczodry, takiego chwalił, żeby i drugich do hojności zachęcić. Taka objażdżka odbywała się dwa razy do roku: raz po Godnich świętach, »po kolędzie«, drugi raz po świętach Wielkanocnych, »po święconym«.

Wesela odbywały się także głównie w karczmach. Wprost od ślubu zajeżdżali wszyscy z całą paradą weselną do karczmy żydowskiej, bo w całej okolicy nie było nigdzie wtedy innego domu do zabaw. Na innych wsiach zajeżdżali do swoich karczem wsiowych, dzikowskie zaś wesela, ponieważ we wsi karczmy nie było, jak i dotąd nie ma, zajeżdżały do karczem w Tarnobrzegu, będących zresztą w bliskości, bo miasto ze wsią domami się styka. Z Dzikowa zajeżdżali najwięcej do Salomona Szrajbra, którego dom do dziś dnia jeszcze stoi, ale tak się już obniżył, że wnet okna dostaną do ziemi.

Kto miał sprawić wesele, to już zawczasu, na tydzień mniej więcej, zamawiał miejsce w karczmie. Zresztą karczmarze, mając z tego ładny zysk, sami przychodzili do gospodarza i ofiarowywali miejsce u siebie, wypytując się przytem, kto jest zaproszony i doradzając, żeby jeszcze tego lub owego zaprosić, o kim wiedzieli, że lubi się zabawić i można od niego dobrze utargować: »Przecie go nie można pominąć, to porządny gospodarz: on ma syna, córkę, on was znowu zaprosi, to trza z ludźmi żyć«.

Był też zwyczaj, że gdy wesele zajechało przed karczmę, starosta zarządzał, żeby nikt z wozów nie schodził, aż żyd wyszedł z flaszką i pobłogosławił najprzód państwo młodych, życząc im szczęścia, a potem dał wszystkim na dworze po kieliszku, wtedy dopiero weselnicy z wozów złazili, a grajkowie grali na dworze, aż wszyscy goście weszli do karczmy.


Wódką raczyli żydzi tylko chrześcijan, sami jej nie pili i jest to wielką rzadkością widzieć żyda pijanego.

Jeżeli jakiś wyszynk lub sklepik żydowski miał odbiorców tylko z kilku domów, to już się potrafił utrzymać, już mu to wystarczało, żeby mógł istnieć. Jeden szynkarz tarnobrzeski, który miał dziesięciu gospodarzy pijących u niego, mówił, że woli, żeby jemu wszystko się spaliło i przepadło niż tym gospodarzom, bo oni są jego żywicielami i trzymają go na nogach.

Żyli przytem bardzo oszczędnie i gdyby katolicy chcieli ich naśladować, to wszystkie majątki byłyby w ich rękach. Mówią, że biedniejsi żydzi nie jedzą z rana, aż coś zarobią, tj. coś sprzedadzą z zarobkiem.

Ci żydzi, którzy majątki od szlachty wykupywali, początkowo przeważnie biedni, żyli skromnie nawet i wtedy, gdy stali się już dziedzicami, i na przykład nigdy nie widziałem ani słyszałem, by który z nich wyprawiał bale, które we dworach szlacheckich były częste, nie trzymali też takiej drogiej administracji, która cały dochód zabiera, ale gospodarowali czasem może aż z przesadną oszczędnością.

Na przykład o Hauserze, który tak się dorobił, że kupił Kajmów i Machów, opowiadali, że trzymał jednego żydka, któremu w pieniądzach dawał podobno tylko 3 złr. na tydzień, a ten w jednej osobie był rządcą, ekonomem, karbownikiem, a nawet polowym, i każdy, kto miał jakiś interes do dworu, musiał do tego żydka się udawać, bo sam Hauser dojeżdżał tam tylko na kontrolę z Tarnobrzega.

Opowiadali dalej, że żona tego ekonoma chcąc się swemu dziedzicowi przypochlebić, zładowała mu przez parę razy barszcz, który mu tak posmakował, że po powrocie do Tarnobrzega nie czuł się głodnym i nie jadł tego, co mu własna żona podała. Ta dopytywała się męża, dlaczego nie chce jeść, a gdy się dowiedziała, że w Machowie jada barszczyk z »jajkiem i ze śmietankiem«, oburzyła się strasznie, że żona ekonoma lepszy barszcz sobie gotuje i lepiej żyje niż ona dziedziczka i ekonoma tego, wraz z żoną i dziećmi, ze dworu wygnała. Jest w tym nauka, jak się żydzi oszczędnością rządzą, że tylko tu wydają grosz, gdzie tego niezbędna potrzeba wymaga.


Jak tylko zapamiętałem, katolicy zawsze na żydów narzekali i narzekają, a przytem nieraz wyśmiewali się i wyśmiewają z ich różnych wad, żartując i robiąc im nawet różne figle, ale cóż z tego wszystkiego: żyd był i jest na wszystko cierpliwy, a katolicy szli i idą zawsze do żydów i dają się im wyzyskiwać na różne sposoby, i ci się bogacą, choć ciężko nie pracują.

Żyd dotąd ulega katolikowi i pozwala naśmiewać się z siebie i płatać sobie najnieprzyjemniejsze figle, dopóki widzi u katolika pieniądze w kieszeni i majątek, ale jak już wszystko wyssie i wyzyska, to się lepiej z katolika wyśmieje i za drzwi go wyrzuci.

Na to można by przytoczyć niejeden przykład. Był w Dzikowie gospodarz jeden dosyć zamożny, który lubiał drwić z żydów, ale zachodził zawsze do żydowskich szynków i żydzi korzystali z niego przy każdej sposobności. Raz uderzył szynkarza w twarz za to, że nie chciał dać mu piwa, żądając naprzód zapłaty. Żyd się z tego rozchorował, wniósł skargę do sądu, ale potem skargę cofnął, gdy chłop obiecał przepić za to w szynku 5 złr.

I przepił tyle zaraz w towarzystwie z drugimi, a gdy chciał dalej pić i szynkarz żądał znowu zapłaty z góry, palnął go znowu w twarz i powiada: »Przedtem zwaliłem cię w jedną stronę, a dziś w drugą, bobyś głowę krzywo nosił, a tak to ci się naprostuje«. Zrobił się straszny gwałt i krzyk, ale na tym się skończyło, bo żyd znowu się przeprosił, gdy chłop dalej do niego na pijatykę zachodził.

I dopóki się chłop lepiej miał, żyd przyjmował go w szynku, usługiwał mu i znosił wszelkie przezwiska, jakie chłopu ślina do gęby przyniosła i dopiero jak majątek od niego wyzyskał, wyrzucał go za drzwi. Skończyło się na tym, że ten zamożny gospodarz umarł w wielkiej biedzie i poniewierce, a żyd ma obecnie jedną z największych kamienic w Tarnobrzegu i dobrze mu się powodzi.


Handel prowadzili żydzi najczęściej w sposób oszukańczy, nierzetelnie. Kupujący zawsze musiał się obawiać, że żyd mu nie doważy, nie domierzy, że da gorszy towar, za drogo policzy, oszuka przy wydawaniu reszty itp. Z łatwością dawali towar na kredyt i przyuczali niejednego do borgów [kredytów]. Żyd zachęcając do kupna, z góry zaznaczał, że da towar bez pieniędzy, że się o pieniądze nie pyta, skoro jednak należności na czas nie otrzymał, wnosił bezwzględnie skargę do sądu i ściągał sobie dług z kosztami, a jeżeli liczył na krótką pamięć odbiorcy, to mu do długu coś przypisał i większej kwoty domagał się.

W handlu zawsze też prawie chodziło żydom głównie o to, ażeby wziąć pieniądze bez względu na to, czy towar dobry, nie zepsuty, czy wyjdzie kupującemu na pożytek.

Za mojej pamięci zaszło w Tarnobrzegu parę głośniejszych wypadków, które świadczyły, jaka to bywała obsługa żydowska w handlu. Jeden szczególnie narobił dużo wrzawy.

Raz stróż miejski, pełniący wartę nocną w zimie, zajrzał do piekarni żydowskiej przez okno niedostatecznie zasłonięte. Widział wtedy, jak żyd, piekarz, rozebrał się i mył się szczotką w ciepłej wodzie, a następnie czeladnik wodę tę wlał do dzieży do ciasta. I z takiego to ciasta jedli potem chleb kupujący. Stróż doniósł o tym do sądu, sprawa toczyła się w Rzeszowie. Pokazało się, że żyd, który się mył w tej ciepłej wodzie, miał parchy. Został on wtedy zasądzony, a piekarnia jego zamknięta.


Oświata u żydów była początkowo bardzo niska, byli na ogół głupsi od katolików.

W mieście wielu było takich, co polskiego języka nie znali i nie można się było z nimi zmówić, albo inni byli tacy, co język polski łamali i kaleczyli gorzej, niż to jest obecnie, i narażali się z tego powodu na śmiechy i drwiny.

Dzieci żydowskie uczyły się tylko na Talmudzie, a nauka ta odbywała się po domach grupami i była prowadzona przez żydków, którzy już sami coś umieli. Starali się o to, ażeby każde dziecko przykazania Mojżeszowe znało.

Do oświaty polskiej byli bardzo niechętni i gdy nastawały szkoły i przymus szkolny, zachowywali się względem szkoły z większym oporem niż najciemniejsi chłopi i woleli płacić kary, niż posyłać dzieci swoje do szkoły. Bo mówili, że dzieci ich muszą się uczyć przykazań Mojżeszowych, a jak się będą uczyć po polsku, to tamtego się nie nauczą. Mówili też, że co im potrzebne, to umią, bo jak potrafią porachować, to wystarczy.

W tarnobrzeskiej szkole były ciągle nakładane kary na zaniedbujących posyłanie dzieci na naukę i z kar tych pokrywały się wydatki na urządzenia szkolne. Kary te żydzi płacili, a dzieci do szkoły nie posyłali.

Dopiero potem zrozumieli korzyści z oświaty i dzisiaj już zapełniają szkoły powszechne w Tarnobrzegu i cisną się do szkół średnich i wyższych, a następnie zajmują zyskowne stanowiska.

W pierwszych latach po ustaniu pańszczyzny [czyli po 1848 roku], gdy lud był ciemny, bez oświaty, żyd tak niejednego potrafił przyciągnąć do siebie i ugłaskać swoim sprytem, pożyczką, borgiem, wódką, że na razie zdawało się chłopu, że to jest jego najlepszy przyjaciel, ale nim się mógł przerachować, to już jego gospodarstwo za rok, dwa poszło na licytację i stało się własnością żyda.

Jednak to dla żydów było za mało, bo jak mówi przysłowie: »Dziad dziada panem nie zrobi«. Dopiero panowie, dziedzice wielkich obszarów dworskich, dali żydom szerokie pole do zdobycia pieniędzy i wielkich majątków. Panowie wprowadzali żydów do każdej wioski, obsadzali po karczmach, dali im do rąk propinację [prawo do produkcji i sprzedaży alkoholu], a ci mając sposobność zalewać ciemnemu ludowi mózgi, rozpoczęli gospodarkę rabunkową i stopniowo wciskali się do dworów na faktorów, dostawców, kupców lasów, bydła, łąk, gruntów itd., a w niedługim czasie cały dwór dostawał się żydom.

Toteż gdyby żydzi chcieli na gruncie siedzieć i pracować, to dziś wszystka ziemia w Galicji do nich należałaby, byliby zupełnymi panami kraju, a chłopi, jak szlachta, byliby u nich w służbie i pracowaliby za parobków. Zaraz po pańszczyźnie byłaby nastała gorsza jeszcze dla całej ludności chrześcijańskiej żydowszczyzna. W Dzikowie na przykład nie ma tego kawałka chłopskiego gruntu, żeby nie był w rękach żydowskich, żeby nie był drogo wykupiony, a w innych wsiach było zupełnie to samo.

Ale żydzi nie chcieli trudnić się gospodarstwem i ciężko pracować i woleli wielkie zyski, jakie im dawał handel gruntami przepłacanymi przez chłopów. Osiadali na stałe tylko w miastach i miasteczkach, wykupując realności od mieszczan polskich, więc w paru dziesiątkach lat ludność miastowa zupełnie się zmieniła — jak po wielkiej wojnie [pierwszej wojnie światowej].


Za mojej pamięci przyszli da największych majątków w Tarnobrzegu: Lejzor Wahl, Dawid Engelberg i Mosiek Hauser. Lejzor Wahl, jak zapamiętałem, był z początku biednym, miał skromny szynk z wódką w tym miejscu, gdzie obecnie dom Chruściela. Chodził wtedy po Dzikowie i wybierał za wódkę jaja, drób, zboże itp., a z Podłęża ćwierciami nieraz dźwigał zboże na plecach. Tym, co chcieli pić, a nie mieli pieniędzy, odpowiadał, że on się o pieniądze nie pyta i daje na kredyt. Oddacie mi — mówił — jak będziecie mieli, albo oddacie zbożem z nowego«. I zapijało się u niego wielu takich, co nie byli nałogowymi pijakami; ale mieli głównie tę wadę, że lubili towarzystwo, zabawę, a przytem nie cenili czasu i zaniedbywali gospodarkę. Wahl miał znajomości po wszystkich wsiach okolicznych, o każdym gospodarzu wiedział na co go stać, jaki będzie miał zbiór i na konto tego dawał mu pić. Brał za to z nowego zboża ćwierciami i korcami; z dalszych wsi przywozili mu je na furach.

Nosili mu też zboże ukradkiem, w nocy, a on zawsze szynkował, jeżeli tylko był interes. Opowiadał mi jeden gospodarz z Dzikowa, który lubiał sobie głowę wódką zaprószyć, że jeżeli chciał Lejzora w nocy wyciągnąć z łóżka, to pukał do drzwi i mówił z przyciskiem, jakby coś dźwigał: »Otwórz; bo mi ciężko!« Lejzor wtedy uchylił drzwi, a on się wsuwał do szynku i pił, choć czasem nic nie przynosił. I tym się chwalił, że żyda oszukał, ale sam na tym tak wyszedł, że stracił cały majątek, złożony z sześciu morgów dobrego gruntu, i był w końcu tylko wyrobnikiem, nędzne życie prowadził.

Ze zboża w ten sposób zebranego miał Lejzor cały magazyn. Mieściło się ono w stancjach przy szynku i na strychu, bo pijak nie tylko zboże przyniósł, ale i na strych wydźwigał, gdy mu szynkarz kazał. Na wiosnę zaś, na przednówku, który u pijaków był corocznie, kupowali je u niego ci sami, którzy mu je znosili, a że pieniędzy nie mieli, więc najczęściej oddawali dopiero z nowego, za korzec, dwa itp. A ponieważ Lejzor dawał też chętnie pożyczki pieniężne i wódkę na kredyt, więc mówili o nim, że to żyd wygodny i dobry«.

Z chłopów przyszedł w ten sposób do znacznego majątku, a gdy następnie wziął się do dzierżawienia propinacji u hrabiego i do handlu drzewem, kupując lasy dworskie na morgi i wyprawiając budulec Wisłą do Gdańska, dorobił się takiego majątku, że liczną swoją rodzinę, synów i córki, wyposażył grubymi wianami, po kilkadziesiąt tysięcy reńskich, i potem jeszcze wspierał w interesach, gdy które stało licho, a gdy umarł, zostało po nim jeszcze 300000złr. po większej części na długach u chłopów i panów, które potem wdowa po nim ściągała, nie przepuszczając nikomu, i rozdzielała dalej między dzieci i wnuki.

Dawid Engelberg miał sklep korzenny i lepsze trunki, a przytem także zwyczajny szynk dla chłopów. Trzymał też pocztę prywatną, jeszcze wtedy, gdy posłaniec chodził z Tarnobrzega do Rzeszowa, a potem do Majdanu. Mosiek Hauser zaś miał pierwszy handel żelazny w Tarnobrzegu i handlował głównie z dworami. Następnie do spółki z Wahlem i Engelbergiem dzierżawił propinację i prowadził handel drzewem. Tak Engelberg, jak Hauser zgromadzili nie mniejsze majątki niż Wahl. Hauser kupił dwie wsie nadwiślańskie: Kajmów i Machów. Dzieci i wnuki swoje hojnie wywianowali.

Ci bogacze stanowili też za życia kasę dla żydów uboższych, bo innych kas podówczas nie było. Pożyczali biedniejszym żydkom na różne interesa i handle, ale na tym nie wychodzili już tak dobrze, bo ci ich najczęściej zarywali.

Wszyscy trzej a szczególnie Engelberg mieli opinię żydów porządnych; dbali o powagę, w interesach nie zarywali i dłużników nie wodzili po sądach. Zbogacili się — można powiedzieć — dlatego, że byli zapobiegliwi, a ludzie byli głupi, kwitło pijaństwo i nie było handlów chrześcijańskich.

O ile mi wiadomo, to te wielkie majątki po nich rozpłynęły się. Dzieci i wnuki prowadziły dalej interesa i handle, jak oni, ale kiepsko, i traciły na tym. O ile są w Tarnobrzegu i znam ich, to są nie bogaci, ale owszem niezamożni, zrównali się z chudobniejszymi i w znacznej części wymarli. Jeden tylko Lam, zięć Hausera, posiadał gruby majątek, a to dzięki temu, że dzierżawił propinację i rafinerię u hrabiego.

W ogóle teraz [w latach 20. XX w.] trudniej żydom tak się bogacić. Mogą się w handlu mieć lepiej i żyć lepiej niż np. chłop na roli lub niższy urzędnik, ale w tak krótkim czasie tak ogromnych majątków nie zbierają, a zaczęło się to od tego czasu, gdy szkoły nastały i ludzie zmądrzeli, gdy zaczęło upadać pijaństwo i ludzie mniej się bawili i gdy zaczęły powstawać kółka rolnicze i sklepy chrześcijańskie.

Obecnie do najbogatszych, prócz Lama, należą jeszcze Salomon Korn, który początkowo miał tylko sklepik i był niebogatym, dopiero, gdy się wziął do handlu ziemią, do kupna gruntów chłopskich i parcelacji folwarków i dworów, doszedł do wielkiego majątku. Mniej bogatym od niego jest Beniamin Federbusch, którego ojciec robił sukmany chłopom i który początkowo był zwyczajnym żydkiem, z którym nikt się nie liczył, ale gdy zaczął handlować gruntami, kupować, sprzedawać, wymieniać, przyczem bywał na śledztwie sądowym, doszedł do takiego majątku, że go stać było na dziesiątki tysięcy koron i ma kamienicę w rynku.”

Dr Radosław Sikora

Tematy pokrewne:

„O przyczynach nienawiści ludu ruskiego do Żydów”

„Polski inteligent o Żydach”

„Brudny jak polski Żyd – czyli niemiecki Żyd o polskich”

„Czy Polska powinna domagać się odszkodowań od Izraela?”

„Kolaboracja Żydów ze Szwedami w Krakowie”

„Żydzi w okresie szwedzkiego „potopu” – zdrajcy, szpiedzy i wierni poddani”

„Terytorium Polski pod względem wojskowym – żydzi”

„Postęp czy regres, czyli czego możemy zazdrościć pańszczyźnianym chłopom”

„Sieroty po Rzeczpospolitej”

„Dlaczego lewica powinna uwielbiać polską szlachtę, choć jej nienawidzi”

„Polski chłop o dziedzicu”

„Za jednego bitego dam siedmiu niebitych, czyli o roli chłosty w armii rosyjskiej XVIII i XIX w.”

„Najomszczyki”

„Dobre umieranie”

https://kresy.pl/kresopedia/oczami-polskiego-zyda/

Posted in Historia | Leave a Comment »

ŻYDZI WOBEC POWSTANIA STYCZNIOWEGO NA PODLASIU. Z PAMIĘTNIKA POLSKIEGO SZLACHCICA.

Posted by tadeo w dniu 8 marca 2020

„Żydzi widząc, że powstanie zamiast rozwijać się i potęgować, upada, chwycili się procederu szpiegostwa w nadziei robienia dobrych interesow.”

Postawa ludności żydowskiej wobec Powstania Styczniowego jest niezmiernie ciekawa, ale niestety mało znana. Pamiętnik Juliana Borzyma (Julian Borzym, Pamiętnik podlaskiego szlachcica, Łomża 2018) oświetla to zagadnienie. W tym czasie gospodarzył on w majątku ojca we wsi Wierzbowizna, około 55 km na południowy zachód od Białegostoku. Ojciec przed laty brał udział w Powstaniu Listopadowym, więc tradycje powstańcze nie były Borzymom obce. W 1863 r. do walki stanął jeden z braci (młodszy, mający wówczas 21 lat, Antoni), a drugi (starszy, dwudziestotrzyletni Julian) zajął się ojcem i gospodarką. Najstarszy, Edward, zmarł bowiem już w 1862 r. Z pamiętników Juliana wyłania się obraz początkowego zaufania do Żydów, które wkrótce przerodziło się w wielkie rozczarowanie.

 

Zanim wybuchło Powstanie Styczniowe, dochodziło do wielkich manifestacji na tle religijnym. Wówczas to księża wygłaszali patriotyczne kazania i co ciekawe [ortografia i pisownia oryginalna]:

„Do kościołów, szczególniej na kazania, bardzo licznie przychodzili i Żydzi, którzy okazywali wielki patryjotyzm i łączyli się z narodem. Kaznodzieja spostrzegłszy ich między słuchaczami, zręcznie wtrącał fakta ze Starego testamęntu, ubarwiając dosadnie improwizowanemi przez siebie porównaniami, chwaląc łączenie się ich w celu wywalczenia swobody.” (s.109)

22 stycznia 1863 roku wybuchło Powstanie. I tak:

„Lud od razu wezbrał nie do opisania. Zbrojono się w co kto mógł i miał, wywlekano dubeltówki, pojedynki, pistolety, stare pałasze i obsadzano kosy, bezbronni liczyli na uzbrojenie się po rozbrojeniu moskali. Sprowadzonej broni nie było.” (s. 122)

 

Wówczas to Żydzi stanęli po stronie Polaków:

„Żydzi z całym zapałem szyli umundurowanie, buty i czapki dostawiali do kawaleryi i.t.p. Posługiwano się nimi z całym zaufaniem.” (s. 123)

Niedługo trwał ów „romans” Żydów z polskością. Już w marcu-kwietniu tego samego roku:

„Moskale ośmieleni słabszym działaniem [powstańców], a odkrywszy manewr rozwięzywania partyi [oddziałów wojsk powstańczych], zaczęli działać odważniej i energiczniej. Wzięli głównie za zadanie nie dopuszczać ponownego zebrania się partyi i w tym celu zaczeli wyławiać maruderów i w ogule młodych ludzi bez określonego zajęcia. Dopomagali im w tym Żydzi. Żydzi widząc, że powstanie zamiast rozwijać się i potęgować, upada, chwycili się procederu szpiegostwa w nadziei robienia dobrych interesow. Wojsko ruskie [czyli rosyjskie] zostało podzielone na małe oddziały, czyli jak oni nazywali otrady. Każdy taki oddział został oddany pod dowództwo wyszukanego oficera o iście zwierzęcych instynktach, prócz tego przy każdym oddziale, był jeden lub dwóch Żydów spiegów, którzy informowali dowódcę, najczęściej improwizując i komponując oskarżenia, a że Żydzi pod czas manifestacyi [religijnych, które miały miejsce przed wybuchem Powstania] okazywali wielki patryjotyzm, więc w zaufaniu niestrzezono się ich, ale owszem byli dopuszczeni do wspułudziału w ruchu całego narodu. Kiedy odwrócili chorągiewkę, więc skorzystali z posiadanych wiadomości. Naprowadzali otrady i wskazywali winnych, którzy byle czem wspierali powstanie, a kiedy zabrakło im takich wiadomości, komponowali obwinienia na zamożniejszych mieszkańców, uprzedzając pierwej przez swych agientów i żądając okupu, brali pieniądze, zboże i różne fanty. Napadali nawet nieznanych sobie. Wyglądało to jak by żyd był dowódcą oddziału nie oficer. Taki oficer najczęściej pijany, jak zwierz wściekły wpadał do wsi i kazał batożyć bez miłosierdzia: gospodarza, jego żonę, synów, lub córki i służbę, niby do przyznania <gdie miateżniki skaży> [mów, gdzie buntownicy]” (s. 131)

 

O mały włos i sam autor pamiętnika nie podzieliłby tego losu, gdyby na wieść o nadchodzącym wojsku, nie uciekł przez pola do innej wsi. Do jego zaś wsi (Wierzbowizny) przybył oddział rosyjski z towarzyszącym im Żydem:

„Jakosz po mym zniknięciu, moskale zajęli gumno. Oficer ze spiegiem na pierwszy ząb trafił na roztropnego parobka Piszczatowskiego, którego zapytał <Gdie wasz pomieszczyk> [gdzie wasz dziedzic]. Piszczatowski odpowiedział <pan tylko co tu był u nas i wyszedł za stodołę>. Na to spieg żyd krawiec znajomy [zawołał]. <Aj waj wielmożny naczelniku, on łże, trzeba jemu dać nahajkiem, to on prawde powie>. <Albo co>, Piszczatowski odparł, <co ci nasz pan winien, on do niczego [do żadnych działań powstańczych] nie należy, siedzi doma i pilnuje gospodarstwa>. Żyd, <aj waj, on wszystko łże, jego pan, to największy miaternik [buntownik], on w partyi nie buł, ale to Komitet [członek Komitetu, czyli władz powstańczych] do niego tylko Komitety przyjeżdżali po radę i dyspozycyję. Temu chłopu trzeba dać nahajką on wszystko powie>. Piszczatowski na to [do rosyjskiego dowódcy] <Wielmożny naczelniku ja prawdę mówię, niech Wielmożny naczelnik się tu wszystkich spyta, a ten żyd że tak bresze [brednie gada, łże, szkaluje] na naszego pana, bo ma złość [na niego], pare tygodni szył naszemu panu kamizelkę i ukradł srebrną łyżeczkę, pan go wyprał po mordzie i łyżeczką odebrał, za to on się teraz mści i trudzi wielmożnego naczelnika i wojsko>. Żyd zaczoł się kręcić, drzeć za głowę, ręce łamać i wołać <Aj gwałt z nahajkiem jemu, z nahajkiem>.

[Na co dowódca oddziału]

<- I ty niedowiarku rozkazujesz Wielmożnemu naczelnikowi, niby to Wiel. Naczelnik twój podwładny, tobi zbić mordy za fałszywy donos, ale szkoda ręki Wiel. naczelnika na tego złodzieja!>” (s. 133)

 

Tym razem skończyło się szczęśliwie, gdyż w tym momencie wpadł żołnierz z listem do oficera. Po jego przeczytaniu rosyjski dowódca nakazał opuścić Wierzbowiznę i ruszyć do Krasowa.

Innym razem szczęście dopisało ojcu i siostrze autora wspomnień, którą Żyd przed oficerem rosyjskim fałszywie oskarżył, że jest kochanką jednego z wyższych dowódców Powstania. O mało nie doszło do jej obicia rózgami, ale nowy rozkaz i tym razem odwołał cały oddział do Krasowa.

Po jakimś czasie rosyjscy oficerowie zaczęli się orientować, że Żydzi oskarżają nie tylko prawdziwych powstańców, czy osoby z nimi związane. Wówczas:

„Spiegi żydzi już nie mieli takiego głosu i [nie tak jak poprzednio dawano im] wiary. Poznano się na nich, że dla własnej korzyści obwiniając, przysparzają tylko niepotrzebnej roboty i pisaniny komissyjom, więc po części przestano ich słuchać.” (s. 139)

 

Gdy Powstanie wygasało, część powstańców zaczęła się ukrywać. Robili to często wśród drobnej szlachty podlaskiej, „która nie zmieniła usposobienia” (s. 178). Gdzieniegdzie operował oddział powstańców, który poskramiał masy przed powszechną kolaboracją z Rosjanami. Jak pisał Borzym:

„W naszej okolicy Górski ze swoją kawaleryją trzymał się jeszcze. Za Bugiem Ks. Brzóska był najgłośniejszy. Od czasu do czasu, dało się słyszeć, że takiego to żyda, śpiega, albo mieszkańca zdrajcę powieszono, co nabawiało strachu innych.” (s. 191)

A że i sami Rosjanie przestali bezkrytycznie ufać Żydom, skala donosicielstwa spadła:

„Komisyje wojenne przekonawszy się że wielu na donosy żydowskie było wziętych zupełnie niewinnie, poleciły naczelnikom otradów niezawsze słuchać żydów, ale dopiero po przeprowadzeniu ślestwa, winnego areśtować, albo areśtować tylko na rozkaz Naczelnika komisyi, wskazane indywiduum, które okazało się winne ze ślestwa innych osób lub jest potrzebne do zeznania. A co najbardziej wstrzymywało denuncjacyję, to to, że jeżeli szpieg fałszywy zrobił donos, był areśtowany, albo obity porządnie po mordzie.” (s. 191-192)

 

Dzięki temu, kolejna próba oskarżenia autora pamiętnika, skończyła się fatalnie dla donosiciela:

„Zaledwie Baniewicz [dowódca oddziału rosyjskiego kwaterującego w Krasowie] rozkwaterował się, zjawił się u niego żyd śpieg z denuncjacyją na mnie, ofiarując swe usługi.

Baniewicz słuchał cierpliwie żyda, który opowiadał o mnie straszne rzeczy, że ja jestem jednym z Komitetu warszawskiego, że jestem wielki mieteżnik, że za mnie Baniewicz dostanie medal, a jemu Wielki Jenerał podziękuje i.t.d.

Baniewicz spytał żyda spokojnie, jak daleko mieszkam. Żyd zapewniał, że Wierzbowizna od Krassowa nie dalej jak 2 wiorsty [ok. 2 km], że jeszcze dziś można by mnie wziąść. Wówczas podszedł do żyda, wziął go za brodę, szarpnoł i znaczną część wyrwawszy, zaczoł okropnie żyda bić, mówiąc: <wot tiebie Borzym sukin syn, skaży im nagrada>. Zbił żyda, skopał nogami i wyrzucił za drzwi, na ziemię obalając. Żyd wyjechał jak na sankach na dwór z sieni po progu i kamieniach pod progiem, tłukąc głową. W tym nadszedł feldfebel z raportem do rotnego [Baniewicza], a zobaczywszy żyda wyjeżdżającego z rozrzuconemi nogami pod progiem zapytał:

– Czto ty jewrej?

– Aj waj naczelnik mnie zbił panie żołnierz, zabił na śmierć.

Feldfebel dowiedziawszy się od żyda, że to Rotny tak go uczęstował, więc kopnoł butem w łep wołając, <ty chrystopodawiec uchodi, a to ubiju w smiert, maszennik>.

Zdarzenie to, tak wielki miało wpływa na korzyść moją, że mogłem śmiało uważa się za nietykalnego i spokojnego ze strony śpiegów.” (s. 192-193)

 

Nie miał tyle szczęścia brat autora, Antoni. Ale to już zupełnie inna historia i nie wiąże się bezpośrednio z tematem tego artykułu. Kończąc, warto wspomnieć i o tych Żydach, którzy z bronią w ręku stanęli po stronie powstańców. Nie było ich jednak wielu. W trakcie Powstania Styczniowego przez szeregi wojska polskiego przeszło ok. 150 tys. ludzi, z czego zidentyfikowano zaledwie 174 Żydów (co stanowi 0,116% ze 150 tys.). W tym czasie populacja Królestwa Polskiego  wynosiła ok. 5 mln ludzi, z czego Żydzi w Królestwie stanowili około 13% ludności. Więc choć co ósmy mieszkaniec Królestwa był Żydem, to w powstańczym wojsku jeden Żyd przypadał na około 860 żołnierzy.

Dr Radosław Sikora

 

Tematy pokrewne:

„Kolaboracja Żydów ze Szwedami w Krakowie”

„Żydzi w okresie szwedzkiego potopu – zdrajcy, szpiedzy i wierni poddani”

„Czy Polska powinna domagać się odszkodowań od Izraela?”

„O przyczynach nienawiści ludu ruskiego do Żydów w XVII – XVIII w.”

„Oczami polskiego Żyda”

„Dola i niedola żydowskiego dzierżawcy”

„Brudny jak polski Żyd – czyli niemiecki Żyd o polskich”

„Polski chłop o Żydach”

„Polski inteligent o Żydach”

„Terytorium Polski pod względem wojskowym – żydzi”

https://kresy.pl/kresopedia/zydzi-wobec-powstania-styczniowego-na-podlasiu-z-pamietnika-polskiego-szlachcica/?utm_source=notification&utm_medium=browser&fbclid=IwAR3DU-A4wnw1dVzRUbGLGNcjP6PFFoDcXyrfEzXnOo-9bFd2YQ8jorDXJwo

Posted in Historia | Leave a Comment »