WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for Styczeń 2020

Wschód : Mosty na kresy

Posted by tadeo w dniu 28 stycznia 2020

Posted in Filmy dokumentalne, Historia | Leave a Comment »

Ukraina Nasze kresy

Posted by tadeo w dniu 27 stycznia 2020

Posted in Filmy dokumentalne | Leave a Comment »

„Kresy” – film dokumentalny

Posted by tadeo w dniu 27 stycznia 2020

„Kresy” są drugim fabularyzowanym filmem dokumentalnym, który wyprodukowała „Gazeta Lubuska”. Rok temu odbyła się premiera dokumentu „Wydarzenia Zielonogórskie 1960. Bitwa o Dom Katolicki”.

Film ten jest pięknym dopełnieniem cyklu kresowych artykułów, które od lat ukazują się na łamach „Gazety Lubuskiej”. Obraz jest naprawdę dziełem naszych Czytelników. To oni występują w tym dokumencie, ale przede wszystkim to ich opowieści złożyły się na jego scenariusz. „KRESY” to film, który upamiętnia tragedię ludzi oddzielonych od korzeni, upokorzonych i zmuszonych do opuszczenia swoich domów. Ten film jest hołdem dla nich i ich bliskich, którzy stracili życie w tym strasznym czasie i na zawsze pozostali na Kresach Wschodnich. Autorami scenariusza są Dariusz Chajewski i Witold Głowacki, reżyserem Rafał Bryll.

 

Przeczytaj także:

Kresy. Ostatni świadkowie.

Posted in Filmy dokumentalne, Historia, Polskie Kresy | Leave a Comment »

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: MAGDALENA DZIERŻAK

Posted by tadeo w dniu 26 stycznia 2020

 

W rubryce «Ocaleni od zapomnienia» niejednokrotnie opisywaliśmy sytuację, w której znaleźli się miejscowi Polacy po ustanowieniu władzy radzieckiej na Wołyniu w 1939 r. Bardzo trudne położenie mieli wówczas «służący kultów religijnych», jak nazywali ich przedstawiciele nowej władzy, w tym zakonnicy. Większość mnichów z katolickich klasztorów na Wołyniu pochodziła z centralnych regionów Polski oraz z Galicji. Poprzez swoją działalność wzmacniali Kościół katolicki na Kresach Wschodnich, co było jednym z ważnych kierunków polityki polskiego rządu w tym regionie. Po przyjściu ateistycznych władz radzieckich ich obecność w zachodnich obwodach USRR była niepożądana, ponieważ traktowano ją jako agitację antyradziecką.

Władze radzieckie niszczyły nie tylko katolickie klasztory i kościoły. Kirchy i synagogi zamieniały na gospodarcze i administracyjne budynki wpisując je w ewidencjach jako porzucone. Do takich zaliczono też Klasztor Sióstr Dominikanek w Annowoli w powiecie kostopolskim. Z powodu braku środków na funkcjonowanie klasztoru zakonnice próbowały powrócić do swoich rodzin, niejednokrotnie nielegalnie przekraczając granicę radziecko-niemiecką. Nie mogły uczynić tego legalnie, gdyż władze radzieckie nie dawały na to pozwolenia.

Zakonnica Magdalena Dzierżak, która próbowała wrócić do rodziny mieszkającej na terenie okupowanym przez Niemcy, została aresztowana właśnie podczas nielegalnego przekroczenia granicy.

Magdalena Dzierżak urodziła się w 1899 r. we wsi Chmielnik (obecnie województwo podkarpackie) w rodzinie miejscowych chłopów. Jej ojciec Wojciech posiadał 5 ha ziemi. Zmarł w 1927 r. Matka Magdaleny zmarła w 1930 r. W aktach archiwalnych nie zachowały się o niej inne informacje. Bracia Paweł (ur. w 1890 r.) i Stefan (ur. w 1897 r.) mieszkali w Chmielniku.

W 1914 r. Magdalena ukończyła siedem klas szkoły powszechnej. W 1916 r. zapisała się na kurs krawiecki. Już po dwóch miesiącach samodzielnie zaczęła pracować w swoim zawodzie. W 1921 r., jak wynika z akt śledztwa, postanowiła poświęcić się służbie Bogu i przybyła do Klasztoru Dominikanek w Wielowsi w powiecie tarnobrzeskim (Wielowieś to obecnie osiedle w Tarnobrzegu w województwie podkarpackim), gdzie przebywała do 1939 r. Według innych danych do 1929 r. Magdalena przebywała w klasztorze w Mielżynie (obecnie województwo wielkopolskie).

W czerwcu 1939 r. skierowano ją do Klasztoru Sióstr Dominikanek w Annowoli w powiecie kostopolskim na Wołyniu. Tu zastała ją II wojna światowa i sowiecka aneksja wschodnich województw RP.

Na początku lutego 1940 r. władze radzieckie postanowiły urządzić w budynku klasztornym w Annowoli radę wiejską i szkołę. Pozostawszy bez dachu nad głową Magdalena postanowiła wrócić do swojej rodziny, która wówczas mieszkała na terenie Generalnego Gubernatorstwa.

Została aresztowana 25 czerwca 1940 r. Oskarżono ją o to, że próbując opuścić tereny ZSRR miała na celu przekazanie wywiadowi niemieckiemu ważnych informacji szpiegowskich. Zarzuty były absurdalne: Magdalenę Dzierżak oskarżano o to, że jadąc na Wołyń w czerwcu 1939 r. jakoby nielegalnie przekroczyła granicę między Niemcami a ZSRR. Według śledczych pracowała dla wywiadu niemieckiego. Zakonnica nie przyznała się do winy i próbowała wyjaśnić funkcjonariuszom NKWD, że w czerwcu 1939 r. nie przekraczała żadnej granicy, ponieważ powiat kostopolski, do którego przybyła, znajdował się na terenie należącym do II Rzeczypospolitej. Czyli poruszała się po terenie jednego państwa.

Dzierzak 1

Przypuszczamy, że o losie Magdaleny Dzierżak zadecydowało jednak przede wszystkim to, że była katolicką zakonnicą. Decyzją Kolegium Specjalnego NKWD ZSRR z dnia 27 września 1940 r. Magdalena Dzierżak została uznana za «element społecznie niebezpieczny» i skazana z art. 80 КК USRR (nielegalne przekroczenie granicy) na pięć lat obozów pracy licząc od 25 czerwca 1940 r. Według dokumentów przechowywanych w archiwum karę odbywała w obozie «Sybłag».

Dzierzak 2

Dzierzak 3

Szukając dodatkowych informacji o Magdalenie Dzierżak trafiliśmy na artykuł Wojciecha Grzelaka «Płomień pośród lodu» opublikowany na stronie «Kuriera Galicyjskiego». Według autora siostra Brygida, a właśnie takie imię zakonne wybrała Magdalena Dzierżak, trafiła na Sybir w czerwcu 1940 r. (przypominamy, że decyzja Kolegium Specjalnego NKWD ZSRR o skazaniu Magdaleny Dzierżak zapadła 27 września 1940 r.). Wojciech Grzelak informuje, że siostra Brygida przebywała na zesłaniu w syberyjskim mieście Ojrot Tura (obecnie Gornoałtajsk). Ze względu na słaby stan zdrowia pracowała w szwalni, a nie przy spławie drewna, jak inne wywiezione na Sybir zakonnice. W domu, w którym zamieszkała, zesłańcy gromadzili się na modlitwę. W 1946 r. władze podjęły decyzję o repatriacji polskich zesłańców z Ojrot Tura. W czerwcu tego roku ciężko chora Magdalena Dzierżak razem z innymi zesłańcami wyruszyła pociągiem z Bijska do Polski. Miesiąc później pociąg z repatriantami przybył do Rawy Ruskiej, gdzie w czasie zmiany wagonów siostra Brygida zmarła. Została pochowana w Zamościu.

Według postanowienia Prokuratury Obwodu Rówieńskiego z dnia 31 sierpnia 1989 r. Magdalena Dzierżak została zrehabilitowana.

Dzierzak 4

Tetiana SAMSONIUK

P. S.: Materiały rubryki «Ocaleni od zapomnienia» zostały opracowane przez Tetianę Samsoniuk na podstawie akt radzieckich organów ścigania, przechowywanych w Państwowym Archiwum Obwodu Rówieńskiego, w zbiorach Zarządu KGB Ukraińskiej SRR w Obwodzie Rówieńskim (1919–1957) oraz w Archiwum Zarządu Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Będziemy wdzięczni, jeżeli odezwą się Czytelnicy, krewni lub bliscy bohaterów naszej rubryki, którzy posiadają o nich dodatkowe informacje.

CZYTAJ TAKŻE:

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: STANISŁAW OSTROWSKI

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: JAN KRÓL

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: ALFRED AUSOBSKI

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: FELIKS SĘCZKOWSKI

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: JULIAN KRÓL

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: MICHAŁ MICKIEWICZ

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: STANISŁAW CAŁA

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: JAN JUCZEWSKI

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: JEWLAMPIJ HRYHORJEW

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: WALERIAN ŚLIWIŃSKI

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: NINA OSSOWSKA

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: OLIMPIUSZ MAZUR

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: MECHEL GLASS

http://www.monitor-press.com/pl/2-pol/artyku-y/8125-24919.html

Posted in Historia, Polskie Kresy, Wspomnienia, Świadectwa | Leave a Comment »

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: Przednówek i wołyńska bieda

Posted by tadeo w dniu 26 stycznia 2020

Jeden z bliskich mojemu sercu świaszczenników opowiadał mi
ciekawą historię, która wydarzyła się naprawdę.

A było to tak.

Huta 20 04

Tu kiedyś była wieś Seidlisko. Fot. Janusz Horoszkiewicz.

Po wymianie kilku listów przyjechał do niego Polak z Kanady, kiedyś mieszkający blisko Huty Stepańskiej. Chciał przed śmiercią zobaczyć miejsca ze swojego dzieciństwa. W drodze opowiadał, jak wyglądała jego ojczysta chata.
Stara, wisząca furtka, studnia, a przy niej koryto, w chacie wielki piec, a przy nim ławka, na której zawsze siedział dziadek. Jechali i jechali, aż dojechali. Przedwojenne doły na drodze gruntowej zamienione zostały na «wilcze doły» w asfalcie.
Lasy takie same, łąki i pola również. Wszystko dokładnie poznawał, każdy zakręt. Mówił, gdzie skręcić i gdzie się zatrzymać. O dziwo dom stoi, niespalony, a za nim stodoła ta sama. Stara furtka jakby też identyczna. Weszli na podwórko, zobaczyli studnię i koryto. Ruszyli do chaty, a w niej wielki piec i dziadek siedzący na ławce. Kiedy wracali, przybysz powiedział: «Panie Boże, dzięki Ci, żeś mnie stąd zabrał, bo bym na tej ławce do
śmierci przesiedział».
Kiedy świaszczennik skończył, wtedy ja opowiedziałem mu swoją historię. Jak to napisał do mnie wnuk gospodarza z Wyrki. W liście było o wielkim i bogatym gospodarstwie dziadka, nowych budynkach, pięknych koniach i bryczce.
Zaciekawiony opowieścią, zapytałem śp. Władysławę Onuchowską, ur. w 1925 r.: «Jakie to było gospodarstwo, słyszałem, że bardzo bogate?»
«Tam koza słomę z dachu na wiosnę jadła, bo nie mieli jej co dać» – odpowiedziała.
Nieurodzajna ziemia, zacofane rolnictwo, wielkie odległości od miast powodowały powszechną biedę. Ziemia na północnym Wołyniu wydawała nędzny plon. Nieurodzajna «popielica» to słowo często używane przy opisach pól, na niej nic nie rosło. Jedynie hodowla oparta na wypasach dawała jakikolwiek przychód, ale i łąk brakowało. Jak ktoś wyhodował świnie czy miał nadmiar mleka, to nie było tego komu sprzedać.
Żyd zanim kupił cielę, siedem razy przychodził go oglądać, aż gospodarz zmuszony potrzebami obniżał cenę. Kraj podnosił się z zacofania zaborów, ale mógł liczyć jedynie na własne siły.
Zanim otwarto kamieniołom w Janowej Dolinie, uruchomiono młyny, tartaki, wiejskie mleczarnie, sanatorium «Słone Błoto», pocztę, szkołę, sklepy itp., życie nie oferowało nic, tylko samą biedę.
W okolicach Bożego Narodzenia czuć już było objawy niedostatku. Biedni, wcześniej pracujący u zamożniejszych gospodarzy, zjadali zapłatę.
Skoro świt w okresie «kolędy» dzieci wyruszały po domach, aby śpiewaniem zarobić kilka groszy.

Huta 20 03

Chutor na Wołyniu. Fot. S. Mataszewski.

 

Wiele z nich musiało szybko wracać do domu, by mama uzbierane przez nich grosiki mogła dać dla innych przychodzących kolędników.

Naród Wołyński żyjący w wielkiej pobożności przyjmował też z należnym szacunkiem kolędującego księdza. Była to cała ceremonia, wtedy już było widać, u kogo jest bogactwo, a u kogo nędza. Pod dom zajeżdżały sanie: na jednych ksiądz z ministrantami, a na następnych kościelny zbierający o arę. Zwyczajowo dawano żyto, kościelny licząc garnce (3,3 l.) zapisywał o ary. Tak jak w sklepie, żeby ukryć niedostatek pieniędzy
zwracano się do sprzedawcy słowami «proszę ćwierć funta cukru» (brzmiało to lepiej niż 10 dekagramów), tak o arowane zboże liczono na pół czetwiertyka (4 garnce) lub pół ośmina (16 garncy). Niejednokrotnie ksiądz wydawał polecenie, aby odwiedzanemu gospodarzowi zostawić czetwiertyk zboża. Nie wróżyło to niczego dobrego, a zima jeszcze długo miała trwać.

Nadchodząca po kilku miesiącach wiosna niosła nadzieję, roztopy studziły jednak radość. Nie można było nigdzie się ruszyć, na huciańskich równinach rozpościerało się morze wody, która nie mogła wsiąknąć w zmrożoną ziemię. Trwało to tygodniami.
Jak zgodnie oceniają świadkowie, przynajmniej co piąte gospodarstwo cierpiało biedę.
W maju z reguły zaczynało im brakować zboża na chleb. Dla krów też nie starczało pokarmu, łamano w lesie gałęzie grabowe i karmiono młodymi liśćmi głodne zwierzęta. Dochodziło do kradzieży zboża z komór, w okolicy praktykowano podkopy pod podwaliną. Psy spod bud zamykano jako wartowników w komorach.

Rozpoczynała się wędrówka głodnych za jedzeniem. Najpierw nie wiadomo skąd przychodzili żebracy, otrzymywali po kawałku chleba, kubku mleka albo wyjątkowo cienki pasek słoniny. To było wszystko, na co mogli liczyć. Odpoczywali i szli dalej. Torba na kiju, przewieszona przez plecy, nigdy nie była napełniona, podarte przez psy portki dopełniały obrazu biedy. Potem po prośbie, z grupy cierpiących niedostatek, wyruszały miejscowe wdowy. Ich majątkiem była gromada dzieci, dług u Żyda i sekwestrator na
karku. Brakowało wdowom wszystkiego, ale prosiły co najwyżej o zboże na odrobek. Gospodarze nie odmawiali, wiedzieli, że będą mieli tanią siłę roboczą na ten rok i następny. Doraźne pożyczki sąsiedzkie były na porządku dziennym, z tym że kobiety pożyczały chleb i produkty potrzebne do obiadu, a mężczyźni resztę. Nigdy też kobieta nie pożyczała pieniędzy, nawet nie przyszłoby im to do głowy, tak jak i konia do pracy czy piły do lasu.
Całkiem biednemu jednak nie chciano pożyczać, bo z czego odda. Biedak ratował się ja mógł: dla ścielenia pod zwierzętami ściągano słomę z budynków, zaczynając rozbiórkę dachu od przybudówek. Dzieci wysyłane były po żar z pieca, aby rozpalić pod kuchnią.
Do Dawidowiczów z Tchorów przychodził «po prośbie» syn sąsiadki Jadwigi Cybulskiej, Franek.Mówił: «Ciotko, mama prosiła rosołu z ogórków». Dawidowiczowa dokładała ogórka, a nawet dwa.
Jutro pójdzie do drugiej «ciotki», a pojutrze przyjdzie po kapustę: «Jak Wam, ciotko, zbywa, to mama kapusty prosi, i jak macie, to łyżkę masła jeszcze dajcie do zasmażki i troszkę mąki». Kiedy przychodził czas, to szli całą rodziną pomagać w pole, odrabiać «rosół» i kapustę.
Jadwiga była wdową po Brusile. Na wspólnym wiejskim wygonie, gdzie pasiono krowy,
wybudowali sobie budkę, nie chatkę. Miała braci Zygmunta i Andrzeja, ale oni też byli biedni, nie mogli nic pomóc. Kiedy szła po ludziach pomagać w wykopkach, ci przyjmowali ją do pomocy z litości. Jako zapłatę otrzymywała ziemniaki, których nie miała gdzie trzymać, układała je więc pod łóżkiem. Po śmierci męża wyszła za Cybulskiego, a może i nie mieli ślubu, na pewno jednak mieli córkę Rozalię. Przy ich budce nie było nawet kozy.

Huta 20 02

Dzieci z Wołynia.

 

Na Tchorach jeszcze w latach dwudziestych XX wieku znajdowała się ostatnia zamieszkała kurna chata. Należała do wdowy Franciszki Kownackiej i ośmiorga jej dzieci. Ognisko w środku chaty palone w palenisku zastępowało kuchnię do gotowania i piec do grzania. Wszędzie pełno było czarnej sadzy, a wnętrze miało zapach wędzarni. Syn Karola Dawidowicza Dionizy czuł sympatię do córki wdowy, Feliksy, spotykali się w sekrecie. Jego matka Petronela ani myślała z takiej biednej rodziny brać synową. Wydawało jej się, że wybiła Dionizemu romans z głowy.
Ten jednak mamy nie słuchał i polazł z panną na gonty pełne sadzy, pod strzechą. Jednego niedzielnego poranka wszystkich obudził krzyk matki: «Duchu przenajświętszy, Boże, gdzieś ty chodził?!» Domownicy poderwani z łóżek zobaczyli czarnego czorta w białych poduszkach.
Dionizy nocą po randce cicho wsunął się do łóżka czarny od sadzy. Miłość skończyła się nagle i bez dyskusji. Kownaccy wybudowali w końcu piec z kominem, ale chata nie zmieniła kształtu, a życie niewiele różniło się od wcześniejszego.
Kiedy przyszli sowieci, brat Feliksy, Władysław, doniósł na Dionizego, że naśmiewa się z władzy radzieckiej, za co ten został skazany na osiem lat zesłania.

Ludność wszelkimi sposobami dążyła do poprawy swej egzystencji i bytu. Powoli najczarniejsza bieda odchodziła. Pojawiły się pierwsze domy kryte gontami i blachą, coraz częściej gospodarze na niedzielne msze przyjeżdżali «wasążkami», a nawet bryczkami, ubrani w garnitury, a ich żony w modne sukienki. Jadący wyprzedzali idących na mszę boso, którzy u Konstantego Skrzybalskiego przy studni płukali nogi i zakładali buty, przed wejściem do kościoła.
Wspomniany na wstępie wnuk rozmawiał ze swoim dziadkiem. Ja też zapytałem mojego Taty Szczepana, jak wyglądał kościół w Hucie Stepańskiej, a On mi odpowiedział: «Nie pamiętam, byłem tylko jeden raz, bo nie miałem butów do kościoła». Dziadek nie należał do biednych gospodarzy, to jak żyli biedacy?

Huta 20 01Wiosna na polach. Zdjęcie udostępnione autorowi przez śp. Feliksa Trusiewicza

Tekst i zdjęcia: Janusz HOROSZKIEWICZ
Na zdjęciach:

1. Tu kiedyś była wieś Seidlisko. Fot. Janusz Horoszkiewicz.

2. Chutor na Wołyniu. Fot. S. Mataszewski.

3. Dzieci z Wołynia.

Przedwojenne zdjęcia

http://www.monitor-press.com/pl/2-pol/artyku-y/8125-24919.html/

Czytaj także:

CZYTAJ TAKŻE:

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: GAJOWY I KOCHANKA

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: CYGANIE I WIELKA UCZTA W HUCIE STEPAŃSKIEJ

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: HRABIA WORCELL – WŁAŚCICIEL STEPANIA

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: ŻYDZI – NASI ODWIECZNI SĄSIEDZI

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: WOJNA Z BOLSZEWIKAMI

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: KOŚCIÓŁ W KAZIMIERCE

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: WYJAZDY ZA WIELKĄ WODĘ

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: KOLONIE W OKOLICY HUTY STEPAŃSKIEJ

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: CARSCY DEZERTERZY

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: PIOSENKA O PIĘKNEJ HELENIE

Zobacz także:

Posted in Polskie Kresy | Leave a Comment »

Polskie miejscowości na Ukrainie i w Mołdawii.

Posted by tadeo w dniu 26 stycznia 2020

1. Mieszkańcy mówiący w 90% w języku polskim: Strzelczyska i Łanowice koło Sambora. Niedaleko Mościska.

2. Aleksandrówka nieopodal Kamieńca Podolskiego,

3. Biłka Szlachecka – wieś polska, koło Lwowa,

4. Biełka – osada, powiat nowogradwołyński, gmina kurneńska

5. Adamówka, Adamowska Huta (Józefówka) – powiat               nowogradwołyński, gmina Kurne

6. Ziatyniec: wieś, powiat nowogradwołyński, gmina Rochaczów – https://kuriergalicyjski.com/rozmaitosci/2500-kres-kresw-wyludniaj-si-polskie-wsie-na-woyniu

7. Styrcza, najbardziej polska wieś w Mołdawii – https://podrozujacarodzina.pl/styrcza-polska-wies-w-moldawii/

8. Perełką wśród polskich śladów w północnej Mołdawii jest Tîrnova [rum. wym. Tarnowa także Bielce

9. Wieś Słoboda Raszkowo (dawne Księdzowo)

10. Wsie Obwodu Lwowskiego: Sielec, Biłka Krolewska, Podhorce, Kłodno Wielkie, Czernica, Kukizow, Rychcice, Matkow, Stulsko, Sasow, Laszki Murowane (Polish)

<Proszę o dalsze uzupełnianie listy tych miejscowości>

Posted in Polskie Kresy | Leave a Comment »

Reportaż. Zbrodnia UPA w Mucznem

Posted by tadeo w dniu 25 stycznia 2020

15 sierpnia 1944 roku w Mucznem, w Bieszczadach, na terenie leśniczówki Brenzberg bandy UPA okrutnie wymordowały 74 Polaków. Byli to mieszkańcy okolicznych wiosek m.in.: leśnicy, księża oraz dzieci, którzy ukrywali się przed ukraińskimi nacjonalistami. Polacy umierali w męczarniach, nigdy nie zostali pochowani, a ich ciała wchłonął las.

 

Posted in Filmy dokumentalne, Historia, Reportaż | Leave a Comment »

Dawne Bieszczady

Posted by tadeo w dniu 25 stycznia 2020

W tym filmie jest wszystko, cała esencja Bieszczadów ….oraz ich tragizm .

„Wspaniały dokument, którego nie sposób nie oglądać po wielekroć. Okrutna historia. Ludzie ludziom starli z powierzchni ziemi wieki ich historii i kultury materialnej.Ja w swych wędrówkach po bieszczadzkich bezdrożach oglądałem jedynie fundamenty i drzewa owocowe, świadectwo życia które przerwała akcja Wisła. Ludzie, to ta część pracy Stwórcy, która Mu się nie najlepiej udała.”

 

Posted in Filmy dokumentalne, Reportaż | Leave a Comment »

Największa banderowska zbrodnia w Bieszczadach

Posted by tadeo w dniu 25 stycznia 2020

 MAŁO KTO O TYM SŁYSZAŁ, MY MUSIMY O TYM PAMIĘTAĆ!

fot: Roman Szuchewycz / źródło: WIkipedia Commons fot: Roman Szuchewycz / źródło: WIkipedia Commons

 

O tej zbrodni nie ma wzmianki nawet w monografii Szczepana Siekierki, Henryka Komańskiego i Krzysztofa Bulzackiego „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie lwowskim 1939–1947” wydanej we Wrocławiu w 2006 roku.

 

Pierwszy napisał o niej znany dziennikarz rzeszowski Andrzej Potocki, autor kilkunastu książek i reportaży telewizyjnych emitowanych przez TVP Rzeszów. Jak do tego doszło, wyjaśnił mi dopiero list nadesłany do mnie mailem 23 października 2010 roku przez leśnika, pana Antoniego Derwicha. Pan Derwich pisał m.in.:

Jestem Polakiem (co w dzisiejszych czasach trzeba jasno powiedzieć), a także leśnikiem, ratownikiem górskim i przewodnikiem beskidzkim. Ponieważ ostatnie 26 lat przeżyłem w Dolinie Górnego Sanu – ta ziemia stała się dla mnie małą ojczyzną. Tutaj napotykałem różnych ludzi, którzy na „bieszczadzianizmie” znali się jak każdy na medycynie i polityce… M.in. pana Alojzego Wiluszyńskiego i Szulima Brajera. Obaj pochodzą z Tarnawy (z Niżnej – p. Brajer, z Tarnawy Wyżnej – p. Alojzy). Są mniej więcej równolatkami (obecnie po ok. 86 lat). Losy ich potoczyły się zupełnie różnie z powodu ustalenia na rzeczce San granicy pomiędzy naszymi zaborcami w październiku 1939 r. Szulim żył pod okupacją sowiecką, Wiluszyński – pod niemiecką. Sowieci wprowadzili natychmiast porządek bolszewicki i strefę przygraniczną wysiedlili, niszcząc jednocześnie wszystkie zabudowania w strefie 600–800 m. Po ucieczkach z obozów, epizodzie jakiejś partyzantki, przeróżnych perypetiach p. Brajer osiadł w Izraelu. Był raz tutaj w Tarnawie, z trudem poznając teren i miejsce po rodzinnym domu… Pan Alojzy Wiluszyński po kilku próbach dotarł na Muczne w roku 1988 i następnie w 1989. Byliśmy na miejscu jego rodzinnego domu, na szczycie Jeleniowatego, na cmentarzu w Dźwiniaczu Górnym. Pan Alojzy złożył mi relację z tamtych wojennych czasów, a zwłaszcza z lata 1944 r. Prosił mnie wtedy, abym jeszcze tego nie upubliczniał, więc trochę zaskoczył mnie tekst p. A. Potockiego, któremu przekazywałem tę wiedzę na zasadzie przewodnickich ciekawostek. Każdy szanujący się przewodnik ma zbiór takich osobistych perełek i z lubością opowiada je klientom, ale ich nie publikuje. Od kilku miesięcy mam przyzwolenie p. Alojzego na upublicznienie wspomnień. W roku ubiegłym, z okazji 65. rocznicy Rzezi Wołyńskiej i tragicznych losów ludzi żyjących w 1944 r. nad górnym Sanem, postanowiłem uczcić pamięć o pomordowanych wówczas Polakach przez ustawienie krzyża i skromnej informacji na górze Jeleniowaty, gdzie 15 sierpnia 1944 (w dzień Wniebowzięcia Matki Boskiej) upowcy w sobie właściwy bestialski sposób wymordowali 74 bezbronne osoby – Polaków, tak tutejszych jak i uciekinierów przed frontem i Ukraińcami. Ze swoim zamiarem podzieliłem się z miejscowym nadleśniczym, p. Janem Mazurem i dzięki jego zaangażowaniu ustawiono na tym miejscu kilkutonowy kamień z tablicą pamiątkową, wyniosły dębowy krzyż, które z rocznym opóźnieniem (procedury) uroczyście poświęcono i odsłonięto (16 września 2010). Wcześniejsze przygotowanie uczczenia tego miejsca wstrzymywał brak innych dowodów, potwierdzających relację p. Wiluszyńskiego. Jednocześnie trwają przygotowania do wmurowania w nowo wybudowanym kościółku w Tarnawie Niżnej tablicy upamiętniającej śmierć wszystkich Polaków z wiosek górnego Nadsania. Tekst tej tablicy przewiduje zamieszczenie nazwisk rodzin pomordowanych. Do chwili obecnej udało się (chodzi o mieszkańców wsi: Żurawin, Połoninne, Dydiowa, Łokieć, Dźwiniacz Górny, Tarnawa Niżna i Wyżna, Bukowiec, Beniowa i Sokoliki) ustalić nazwiska: Czarnków, Gabcychów, Gdowskich, Hryniaków, Kochańców, Królów, Wiluszyńskich. Byłbym niezmiernie wdzięczny za ewentualne uzupełnienie tej skromnej listy.

 

Pomimo iż od połowy lat 70. rokrocznie wędrowałem przez Bieszczady, także przez miejsc, do których obecnie wstęp jest wzbroniony i toczyłem tam wiele rozmów z ich mieszkańcami, nikt o tej zbrodni nie wspomniał, nie mogłem więc pomóc panu Antoniemu Derwichowi w ustaleniu nazwisk ofiar. Nie wiem też, czy coś pomogło opublikowanie tego apelu w drugim wydaniu mojej książki „UPA w Bieszczadach” w 2010 roku.
W przesłanej mi relacji Alojzego Wiluszyńskiego napisał:

„Urodziłem się w Tarnawie Wyżnej w rodzinie polskiej szlachectwa zagrodowo-ziemskiego. Ojciec mój, Michał, był oficerem Legionów Piłsudskiego. Gospodarstwo nasze rozciągało się pasem od Sanu, przez torfowiska w kierunku południowym, między potokami i miało powierzchnię ok. 50 ha. Do szkoły powszechnej chodziłem do Tarnawy Niżnej, a gimnazjum ukończyłem we Lwowie. Wybuchła wojna. W drugim tygodniu napaści hitlerowskiej w 1939 roku wkroczyły wojskowe oddziały hitlerowskie, uroczyście witane przez ludność ukraińską. Kiedy po 17 września ustalono granicę na Sanie, rozpoczęła się wzmożona wywózka ludności do sowieckich łagrów i hitlerowskich obozów zagłady. Skutkowało to ucieczkami za linię graniczną Sanu przez góry Rozsypaniec, Halicz, pod Tarnicą, do wsi Łubna i Bystre na stronie węgierskiej. Osobiście przeprowadziłem od października 1939 do czerwca 1941 roku ok. 180 osób, w tym polskich oficerów. Rozpoczęła również działalność OUN. Komitet OUN mieścił się u nas w Tarnawie Wyżnej, na wzgórzu, w gęsto zabudowanej części wsi zwanej Cehła (Syhła). Jednym z głównych działaczy tego komitetu był Wasyl Kość – Kostiw, którego dwaj synowie byli elewami szkoły oficerskiej UPA. Posterunek policji (ukraińskiej) był w Tarnawie Niżnej, gdzie stacjonowała także placówka gestapo. Z wioski tej pochodził Iwan Szwed – jeden z późniejszych kurennych. Jak wiemy, 14 października 1942 roku powstała UPA. Powstała na Polesiu, Wołyniu, ale i u nas stosunkowo szybko poczuli ludzie represje, zwłaszcza pogróżki i pobicia Lachów stawały się coraz częstsze. Upowcy zapowiedzieli rzeź wszystkich Lachów. Początkiem tej akcji miał być sygnał widoczny z daleka – płonący stos na Pikuju. Od maja 1944 r. zaczęli Polacy dostawać wyroki śmierci. Były to krótkie kartki papieru ze stałą treścią wypisaną na maszynie, gdzie po słowach: „…skazuje się na karę śmierci” dopisywano ołówkiem kopiowym nazwisko skazanego lub całej rodziny. Taki też wyrok otrzymała i moja cała rodzina. Kartki przylepione na studni i na oknie. Wyrok podpisany był przez OUN i UPA z Sambora. Mimo obecności działającej dość intensywnie partyzantki wyroki takie były wykonywane. Tak zginął m.in. stryj pana Ludwika Gdowskiego z Tarnawy Niżnej, legionista i uczestnik wojny polsko–sowieckiej. Rozrąbano go toporem na progu swojego domu. Zapanował terror i permanentny strach, gdyż strzał mógł paść do każdego i w każdej chwili.

 

W marcu 1944 r. z karpackim rajdem zawędrował na Muczne duży oddział partyzantki radzieckiej Kowpaka. „Dziadek” prowadził ożywioną działalność. Na wspominanej Koniarce działało partyzanckie zrzutowisko i lądowisko „kukuruźników”. Jednym z dowódców u Kowpaka był Polak o ps. „Orlik” – działający najczęściej w rejonie Sianki–Borynia. (…)

 

Przyszedł dzień 15 sierpnia 1944 r. We dworze w Tarnawie Wyżnej kwaterował sztab UPA, a we wsi pancerna jednostka niemiecka. Kowpak w tym dniu odszedł z całym oddziałem na południe. W Mucznem, w budynku, który nazywaliśmy „nadleśnictwo”, zatrzymały się 74 osoby narodowości polskiej, które uchodziły przed zalewem represji i linią frontu. UPA, czując się bezkarnie, otoczyła budynek i wszyscy zostali zabici. Było tam dużo kobiet i dzieci. Pastwiono się nad ofiarami. Wszyscy chyba mieli odrąbane głowy. Na koniec upowcy zapowiedzieli, że przez tydzień zwłoki mają leżeć niepochowane – dla ostrzeżenia innych Lachów. W następną noc nad ranem (czyli już 17 sierpnia 1944) po kryjomu wróciłem do domu. Musiałem zachowywać jak największa ostrożność, gdyż ludzie wiedzieli o mojej działalności, no i byłem Polakiem. Widok, jaki zastałem, budził grozę. Po całej mojej rodzinie pozostały tylko plamy krwi, a dom splądrowano i obrabowano. Ciał najbliższych, wywiezionych do pobliskich wąwozów, nigdy już nie odnalazłem. Z mojej rodziny zginęli rodzice Michał i Emilia, siostra Ewa, siostra Stefania i jej mąż, Jan Kochaniec. Tego bestialskiego mordu dokonała bojówka pod dowództwem Iwana Szweda (nadterminowy kapral Wojska Polskiego narodowości ukraińskiej, zam. Tarnawa Niżna), Współwinny zbrodni był pop grekokatolicki Iwan Iwanio, parafia Tarnawa Wyżna. Pop gwarantował mojej rodzinie bezpieczeństwo (jego syn Josef, absolwent Politechniki Lwowskiej, był w kierownictwie sztabu UPA). Pop w ten sposób uśpił naszą czujność i wystawił moją rodzinę na śmierć. Nadmieniam, że Iwan Szwed przy pomocy policji ukraińskiej dokonał likwidacji ludności żydowskiej w potoku w wąwozie Roztoki-Borsuczyny. (Alojzy Wiluszyński, Warszawa 2009. Ostatni opisywany fakt A.W. przekazuje dopiero w 2009, pozostały tekst jest pisany przy mnie jeszcze w roku 1991 – A.D.).
Pan Derwich pisze dalej: „Po 46 latach od tego zdarzenia los zetknął mnie z mieszkańcem Tarnawy Wyżnej, Alojzym Wiluszyńskim. Jego relacja nie mogła być wtedy opublikowana, ponieważ p. Alojzy nie wyraził na to zgody. Obecnie można już pokrótce przedstawić tamte tragiczne chwile. A. Wiluszyński, niespełna dwudziestolatek, należał do kilkunastoosobowego oddziału samoobrony, dowodzonego przez podporucznika Armii Krajowej z Turki. Wobec przytłaczającej ilości przeciwników, grupka samoobrony mogła tylko lawirować w ciągłej ucieczce, starając się ocalić życie: Rankiem (18 sierpnia) przemykaliśmy się pomiędzy bukami grzbietem Jeleniowatego. Dowódca miał jakąś informację do sprawdzenia u leśnika na Brenzbergu. Do zabudowań podchodziliśmy bardzo ostrożnie. Dokoła panowała cisza mącona intensywnym brzękiem much. Napotkaliśmy ciało zabitego człowieka i naraz okazało się, że wśród traw i opłotków wciąż znajdywano następne. Były kobiety, mężczyźni, dzieci. Nikt nie był zabity z broni palnej. Z trudem udawało się rozpoznać kogoś znajomego, wielu z nich to musieli być bieżeńcy z dalszych stron. Widać było sutannę duchownego i mundury leśników. Ciała nosiły ślady okrutnych tortur i bestialskiej śmierci. Musiało mieć to miejsce jakieś 2–3 dni temu. Ktoś zaczął liczyć ofiary, ktoś zaczął szukać łopat. Dowódca małym aparatem fotograficznym robił pospiesznie zdjęcia, przynaglając jednoczenie do jak najszybszego opuszczenia miejsca zbrodni obawiając się, że zostaną prowokacyjnie oskarżeni. Naliczyliśmy 74 osoby. Ktoś nieśmiało zaoponował – jemu udało się doliczyć 75 ofiar. Nie liczono ponownie. Zmówiliśmy modlitwę za zmarłych. Lasami, w poprzek doliny Roztok, doszliśmy do Koniarki pod Haliczem. Tam dowódca rozwiązał oddział. Każdy miał przetrwać na własną rękę. (…)

Leśnicy z Nadleśnictwa Stuposiany i członkowie Stowarzyszenia Górnego Sanu odczuli potrzebę upamiętnienia tamtego okrutnego czasu i wystąpili z inicjatywą ustawienia krzyża i tablicy na Brenzbergu. Po przeprowadzeniu stosownej procedury i uzyskaniu pozwoleń administracyjnych kilkutonowy głaz piaskowca z tablicą oraz piękny dębowy krzyż zajęły miejsce na polanie. Uporządkowano także najbliższe otoczenie, ustawiono tablicę informacyjną, poprawiono stan ścieżki i 16 września 2010 roku ksiądz proboszcz miejscowej parafii w asyście dwóch kapłanów odprawił nabożeństwo oraz poświęcił miejsce pamięci, a liczna gromada leśników – w tym uczestnicy 110 Zjazdu Polskiego Towarzystwa Leśnego, mieszkańcy okolicznych osad, harcerze – oddali hołd Ofiarom (Antoni Derwich, Muczne, 18 września 2010 r.).

 

Głównie dzięki inicjatywie Antoniego Derwicha obelisk i krzyż stanęły na Jeleniowatym – grzbiecie górskim w okolicy Mucznego koło Stuposian. Na pomniku wyryty został napis: „Pamięci 74 Polaków bestialsko pomordowanych przez ukraińskich nacjonalistów”. W rozmowie z Antonim Derwichem dziennikarz pyta:

— Czy postawienie krzyża i obelisku może dziś zakłócić stosunki z Ukraińcami, którzy inaczej patrzą na UPA?
— To zależy od odbiorców. Naszym obowiązkiem jest zachować pamięć o rodakach, w dodatku krajanach. Obłudnym byłoby twierdzić, że zmarli z nieznanych przyczyn, kiedy sprawcy zbrodni są znani. Wskazanie ich jest obowiązkiem moralnym.
— Ustawienie pomnika nie jest nawoływaniem do jakichkolwiek rozliczeń?
— Absolutnie nie! Nie nawołujemy do ukarania winnych, nie potępiamy nikogo. Po prostu czcimy pamięć osób cywilnych i bezbronnych, którym nie dano szans na przetrwanie. Mamy do tego prawo. To jest nasz obowiązek. Potwierdzeniem tego jest fakt naszej opieki nad zniszczonymi cmentarzami wiejskimi w Dźwiniaczu Górnym, Bukowcu, Beniowej i w Siankach. Na cmentarzach spoczywają dawni mieszkańcy tych wiosek: Rusini (jeszcze nie byli wtedy Ukraińcami) i Polacy. Uważam, że tak należy postępować, nie wdając się politykę i zaszłości historyczne
.

 

Na forum dyskusyjnym skomentował to internauta „starek bieszczadzki”: „Proszę zwrócić uwagę, jak probanderowska agresywna ofensywa wpędziła nas Polaków w mroczny zaułek. Dziennikarz nie pyta pana Derwicha o bestialsko pomordowaną grupę 74 Polaków, w większości kobiet i dzieci, ale o to, czy broń Boże postawienie im pomnika nie urazi uczuć Ukraińców! Każdy uczciwy Ukrainiec przyjdzie pod ten pomnik zmówić modlitwę i złożyć kwiaty. Tylko wyzbyty człowieczeństwa poplecznik zbrodniarzy może »obrazić się«. O co? Czy chodzi tutaj o działaczy ZUwP? Jeden z dyżurujących na portalach internetowych już odezwał się, udając Polaka. Za chwilę zapewne dołączy »w drugiej osobie«, aby wyciągnąć jakąś »dyżurną« miejscowość, w której zginęli Ukraińcy, »równoważyć konflikt«, wracać do Rusi (ale nie do Gotów, jak robili to historycy III Rzeszy). Dlatego proponuję, aby nie wdawać się w jałowe dyskusje z doktrynerami Doncowa. Nie tylko na Ukrainie, ale także w Polsce już każdy faszysta z OUN i zbrodniarz z UPA ma swój pomnik. Nie mają go tysiące polskich cywilnych ofiar, bo najczęściej wyrżnięte i wyrąbane zostały całe rodziny i nie ma kto tego zrobić. A przecież jesteśmy narodem chrześcijańskim i w imię tych wartości zadbajmy o pamięć naszych rodaków, którzy umierali w trudnych do wyobrażenia męczarniach, a ich pamięć i mogiły są bezczeszczone. Pan Derwich i leśnicy bieszczadzcy dali przykład”.

 

Alfred Steinhardt, który ukrywał się w tym czasie m.in. na stacji kolejowej w Sokolikach opowiadał, że był świadkiem, jak ogarnięci trwogą ludzie uciekali do lasów, mając nadzieję że w leśniczówce znajdą względny spokój. Uciekali pieszo i furmankami. Byli to głównie starcy, kobiety i dzieci… Po kilku dniach w Sokolikach pojawił się chłopiec, syn jednego z leśników. Chłopak powiedział, że na leśniczówkę był napad. Ukraińcy wymordowali wszystkich ukrywających się Polaków. On ocalał, bo był wcześnie rano w lesie, a kiedy wracał do leśniczówki usłyszał okrzyki. Ukryty za drzewami widział morderców i ofiary, słyszał ich krzyki i płacz. Chłopak przeczekał kilka dni w Sokolikach, aż wreszcie nie wytrzymał dręczącej go niepewności i poszedł do lasu zobaczyć, jaki los spotkał jego rodzinę. I znowuż minęło kolejnych kilka dni. Miejscowy chłop przyszedł do Sokolik z ostrzeżeniem przed kolejnymi napadami, jak też z wiadomością, że właśnie ten chłopak „od leśnika” został przez upowców pochwycony, poddany torturom, a potem zamordowany.

 

Nasuwa się pytanie: dlaczego IPN, zajmujący się nawet pojedynczymi zabójstwami osób narodowości ukraińskiej, nie zainteresował się zbrodnią w Brenzbergu-Mucznem? Grzegorz Motyka, pisząc książkę „Tak było w Bieszczadach”, jako pracownik IPN o niej nie wspomniał. Umierają ostatni, a i tak nieliczni ocaleli polscy świadkowie zbrodni dokonanych przez ukraińskich nacjonalistów. Dla potomnych pozostaną spreparowane wspomnienia zbrodniarzy, także tych, którzy nigdy nie byli sądzeni i nie ponieśli żadnej kary, którzy teraz przyjeżdżają do Polski i stawiają nielegalnie panteony chwały poległym w walce z polską samoobroną lub WOP swoim „towarzyszom broni”. Powstają opracowania „historyczne” naukowców ukraińskiego pochodzenia, głównie na polskich uczelniach i wydawane kosztem polskich podatników. Praktycznie bez wyjątku pisane z opcji probanderowskiej, relatywizujących zbrodnię ludobójstwa ukraińskich faszystów dokonaną, zgodnie z podstawowym założeniem doktrynalnym OUN, na bezbronnej cywilnej ludności polskiej. Co prawda „depolonizacja”, czyli fizyczne i duchowe wyniszczenie Polaków i wszelkich śladów ich cywilizacji na Kresach przyniosło jednocześnie zniszczenie kultury i humanizmu na tym terenie, ale było to także zgodne z doktryną Doncowa, która nakazuje, że lud ma być ciemny i całkowicie posłuszny „elicie” przywódczej. Na Wołyniu tę „ciemnotę” ukraińskiego ludu „elita” przywódcza OUN-UPA skutecznie wykorzystała przeciwko ludności polskiej i to w sposób niezwykle barbarzyński.

 

Banderowska manipulacja o „rozdrapywaniu ran” miała miejsce w Bieszczadach już rok wcześniej, gdy 3 października 2009 roku na cmentarzu komunalnym w Ustrzykach Dolnych odsłonięty został pomnik upamiętniający pomordowanych przez OUN-UPA na Kresach Wschodnich i w Bieszczadach. Mszę poprzedzającą jego odsłonięcie odprawił ks. Tadeusz Pater, cudem ocalały podczas rzezi w Rumnie. Ustrzycki obelisk jest – jak mówił prezes Stowarzyszenia Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów Szczepan Siekierka – 30 pomnikiem na ziemiach polskich upamiętniającym ofiary OUB-UPA.

 

— Są głosy sprzeciwiające się takim uroczystościom. Mówi się, że niepotrzebne rozdrapywanie ran, że należy żyć przyszłością – mówił prezes „HT – 1951”Wiesław Cybruch. – Żadna przyszłość nie będzie dobra, jeśli nie będzie oparta na pamięci, na szacunku dla zmarłych i żywych. Pokazywanie zbrodni to nie rozdrapywanie ran, ale obnażanie zła. Czy ofiary mordów zostały przeklęte, a zbrodniarze odnieśli zwycięstwo? Nasze milczenie, bierność świadczyłaby, że tak się stało. Ale jest inaczej. Pamiętamy! (…)

— Czy istnieje potrzeba odsłaniania kolejnej tablicy, stawiania kolejnego pomnika? Odpowiedź jest prosta: istnieje. Ten pomnik to symbol prawdy – powiedział ustrzycki burmistrz Henryk Sułuja. – Dobrze byłoby, by narody, które kiedyś żyły razem, były dobrymi sąsiadami, współpracowały ze sobą, aby nigdy nie doszło do takich tragedii.

— To jest pomnik w hołdzie pomordowanym i ku przestrodze żywym – mówi Bolesław Ćwiarowicz, który mieszkał w Zabużu i – jak sam mówi – cudem ocalał w czasie pacyfikacji przez UPA jego rodzinnej miejscowości. (Tadeusz Szewczyk: Whołdzie pomordowanym, ku przestrodze żywym; w: „Gazeta Bieszczadzka” z 16 października 2009).

 

Polacy, stawiając pomnik ofiarom, gęsto tłumaczą się, że nie jest to rozdrapywanie ran, jakaś demonstracja polityczna, ale normalne, wynikające z głębokich wartości humanistycznych, wartości chrześcijańskich uczczenie pamięci ofiar, często swoich najbliższych. Boją się posądzenia ich o jakieś złe intencje. Pomników ofiar w Polsce stoi trzydzieści. Nielegalnie postawionych pomników katom jest w Polsce ponad 150 i neofaszyści ukraińscy nie mają żadnych obiekcji moralnych. Kto stworzył taki klimat w naszej ojczyźnie? Mija 10 lat od odsłonięcia pomnika w Ustrzykach Dolnych i to „nierozdrapywanie ran” skończyło się kilkuletnim już zakazem ekshumacji polskich ofiar ukraińskiego ludobójstwa na terenie obecnej Ukrainy, i nic nie wskazuje na zmianę tego barbarzyństwa.

 

W tym roku 15 sierpnia minie 75.rocznica największej zbrodni popełnionej przez UPA na bezbronnych polskich uciekinierach usiłujących ukryć się i ocalić życie w bieszczadzkich ostępach. Do 2010 roku nad tą zbrodnią panowała cisza i gdyby jej nie przerwali bieszczadzcy leśnicy, z panem Antonim Derwichem na czele, trwałaby nadal.

Napisane przez Stanisław Żurek

https://polskaniepodlegla.pl/magazyn-patriotyczny/item/20599-malo-kto-o-tym-slyszal-my-musim?fbclid=IwAR2qs8_Kr5FojGLHi_kt4PeEwNa58AEQ4rbdkev2M91ykVfV3GT65BIp2Jw

Zobacz także:

Reportaż. Zbrodnia UPA w Mucznem

Posted in Historia | Leave a Comment »

„BIAŁA ARMIA” GENERAŁA PLECHAVICIUSA 

Posted by tadeo w dniu 24 stycznia 2020

 

„Wilk” zbliżył się do licznych jeńców i w krótkich słowach tłumaczonych na język litewski wyraził im uczucie pogardy społeczeństwa polskiego, walczącego o swoją wolność, dla niemieckich służalców, którymi okazali się żołnierze gen. Plechaviciusa. Wskazując na trupy litewskie, powiedział na zakończenie: „To jest naprawdę nagroda dla tych, którzy służą wrogom wolności niosącym jarzmo niewoli dla Polaków i Litwinów”.

Na przełomie 1943 i 1944 r. na Wileńszczyźnie zaczęła tworzyć się bardzo dynamicznie polska konspiracja. Oddziały Armii Krajowej przejęły kontrolę nad całym terenem. W rękach okupantów pozostały tylko szlaki komunikacyjne bronione przez umocnione punkty oporu. Niemcy, nie mając sił do walki z Polakami, postanowili posłużyć się Litwinami. Ci pod zwierzchnictwem niemieckim utworzyli tzw. Formacje Miejscowe, na czele których stanął generał Povilas Plechavicius. 24 listopada 1943 r. Niemcy zebrali 45 działaczy, którzy uchwalili , że formacje wojskowe są potrzebne „do walki z bandytyzmem” (czytaj z AK), litewscy działacze postawili jednak warunek, że na czele nowych formacji powinni stanąć litewscy oficerowie. Niemcy początkowo odrzucili ten warunek, ale ostatecznie się zgodzili. Na czele litewskich sił stanął gen. Povilas Plechavicius, urodzony w 1890 r. , który 17 grudnia 1926 r. w stopniu majora stanął na czele zamachu stanu, za co w 1927 r. został nagrodzony funkcją szefa sztabu generalnego. To on prowadził z Niemcami negocjacje w sprawie litewskich Formacji Miejscowych, które działać miały tylko na obszarze Litwy. Do formacji zgłosiło się 30 tys. ochotników, co przewyższało potrzeby. Niemcy zaplanowali bowiem zorganizowanie 20 litewskich batalionów.

Miały zwalczać bandy

Na temat sił litewskich w Meldunku Delegatury Rządu RP na Kraj do Rządu Polskiego w Londynie z maja 1944 r. czytamy m.in.: „Litwini, szczególnie odłam nacjonalistyczny, pokładali duże nadzieje w organizowanych przez Plechaviciusa w porozumieniu z Niemcami, litewskich oddziałach ochotniczych, traktując je jako zaczątek armii narodowej. „Wojsko” to w założeniu swoim miało służyć obronie samego terytorium Litwy przez zwalczanie wszelkiego rodzaju band oraz partyzantki polskiej. Stosunek jednak Niemców do tych oddziałów jest nieufny. Wydano dotąd broń tylko dla 7 tys. żołnierzy, a każdy otrzymał tylko po 7 naboi. Wobec tego wśród Litwinów nastąpiło już rozczarowanie, co do znaczenia tych oddziałów, przekonali się bowiem, że Niemcy dopuszczą do ich rozwoju tylko w ramach własnych potrzeb i w tym zakresie będą je wykorzystywać …”.

Kilka batalionów Formacji Miejscowych skierowano na Wileńszczyznę do walki z Armią Krajową. Podzielono je na kilka grup i polecono im jednocześnie uderzyć na kilka zgrupowań AK, by opanować teren.

Krwawy terror

Jak wspomina mjr Edmund Banasikowski, marsz Litwinów był słabo ubezpieczony, ale towarzyszył „mu krwawy terror”, marsz ten: „znaczony był zgliszczami palonych wsi i trupami ich mieszkańców mordowanych na miejscu za współpracę z naszą partyzantką”. Do pierwszego starcia między AK a oddziałami Plechaviciusa doszło pod Graużyszkami i Taboryszkami. 10 batalion korpusu Plechaviciusa skręcił do wsi Sieńkowszczyzna z traktu Oszmiana-Graużyszki i zaczął bez powodu mordować cywilnych mieszkańców i palić zabudowania. Pluton por. Żagla z 8 Brygady, idąc na pomoc mordowanej wsi z furią uderzył na Litwinów. Zanim ruszyły inne plutony. „Jarema rzucił do walki jeszcze 9, 12 i 13 Brygadę. Litwini zostali otoczeni i wzięci do niewoli. Rozbrojono ich i rozebrano z mundurów. Przeprowadzono dochodzenie i ustalono winnych zamordowania 8 polskich chłopów. Osoby te zostały rozstrzelane. Rannych żołnierzy litewskich odtransportowano Do szpitala w Oszmianie. Litwini stracili łącznie 36 żołnierzy, 12 ciężko i 26 lekko rannych. Straty polskie wyniosły 3 zabitych i 20 rannych.

Z oficerami litewskimi spotkał się komendant Okręgu „Wilk” gen. Aleksander Krzyżanowski. Z jego rozkazu mjr Banasikowski zredagował ostrzeżenie, które każdy z litewskich oficerów musiał podpisać. Do ostrzeżenia dołączona została ich lista. Ostrzeżenie zaś brzmiało następująco: „Jeśli raz jeszcze wymienieni oficerowie korpusu Plechaviciusa wpadną w polskie ręce w walkach przeciwko oddziałom Armii Krajowej, będą traktowani jako niemieccy kolaboranci i zbrodniarze wojenni i jako tacy zostaną oddani pod polski wojskowy sąd polowy”.

Twarda decyzja „Wilka”

„Wilk” w następstwie pierwszej bitwy z Litwinami podjął decyzję o rozbiciu pozostałych jednostek Plechaviciusa, które wkroczyły na Wileńszczyznę. Opracowany został plan uderzenia  nas bataliony litewskie, skoncentrowane w Murowanej Oszmiance i Tołminowie. Zadanie to miała wykonać pięciobrygadowa grupa uderzeniowa pod dowództwem mjr „Jaremy” czyli mjr dr Czesława Dębickiego Inspektora Inspektoratu F.

Zobacz także: Tajny pakt Hitler-Smetona?

Atak na Murowaną Oszmiankę nastąpił 12 maja o 23.00. Rozpoczęła go 8 Brygada „Tura”. Bez większego oporu zajęła jedną trzecią miasteczka i wzięła do niewoli 80 jeńców. Pozostałe brygady spóźniły się jednak z atakiem i natarcie żołnierzy „Tura” ugrzęzło. Nie atakowany z innych kierunków przeciwnik skierował większość sił przeciwko nim. Sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy do akcji wkroczyły z marszu pozostałe brygady. Litwini stawiali jednak twardy opór. Mieli dobrze przygotowane stanowiska ogniowe. Brygada „Szczerbca”, atakująca z zachodu, poniosła duże straty. Sam „Szczerbiec” został ranny w rękę. Większość sił litewskich zdołała się z miasteczka wycofać w kierunku północno-zachodnim. W czasie ataku wzięto 70 jeńców, ale sukces był częściowy. Całkowitym sukcesem zakończyła się natomiast akcja w Tołminowie. 13 Brygada „Nietoperza” znakomicie wykorzystała element zaskoczenia i przeciwnik nie zdążył zorganizować skutecznej obrony. Oficerowie nie zdążyli wydać rozkazów, bo zostali wzięci do niewoli. W środku wsi Litwini próbowali stawić opór, ale nie zdołali go zorganizować. Oprócz jeńców Polacy zdobyli duże ilości broni i amunicji, żywności i mundurów.

 

Walka w obu miejscowościach zakończyła się o godz. 2 w nocy 13 maja. Wszyscy jeńcy litewscy zostali zgromadzeni na rynku w Murowanej Oszmiance i ustawieni w podkowę. Jak wspomina mjr Edmund Banasikowski: „W blasku dopalających się domów widać było leżące gęsto na ulicach ciała zabitych nieprzyjaciół”.

„biała armia”

„Wilk” zbliżył się do licznych jeńców i w krótkich słowach tłumaczonych na język litewski wyraził im uczucie pogardy społeczeństwa polskiego, walczącego o swoją wolność, dla niemieckich służalców, którymi okazali się żołnierze gen. Plechaviciusa. Wskazując na trupy litewskie, powiedział na zakończenie: „To jest naprawdę nagroda dla tych, którzy służą wrogom wolności niosącym jarzmo niewoli dla Polaków i Litwinów”.

„Jarema” kazał następnie rozmundurować Litwinów. W bieliźnie i boso wracali do domów. Z tego powodu w pamięci mieszkańców Wileńszczyzny oddziały Plechaviciusa zapisały się jako „biała armia”. Utracili oni 70 zabitych i 130 rannych. W kolumnie jeńców maszerowało ich 150. Polacy utracili 12 zabitych. Mieli też 20 rannych. Niemcy postawą Litwinów byli rozwścieczeni. Urządzili w Oszmianie defiladę rozmundurowanych żołnierzy. Na czele tej defilady szli oficerowie, którym Niemcy, by jeszcze bardziej ich upokorzyć, kazali nieść w rękach miotły do zamiatania. 

 

Był to początek końca formacji Plechaviciusa. 15 maja Niemcy aresztowali generała razem ze sztabem. Jego podwładni zostali rozbrojeni. Niektórzy stawili opór. 84 z nich zginęło w starciach z Niemcami. 52 oficerów i ponad tysiąc szeregowców zesłano do obozów koncentracyjnych. Około trzech tysięcy wcielono do niemieckich formacji obrony przeciwlotniczych. Reszta rozproszyła się.

Marek A. Koprowski

https://kresy.pl/kresopedia/biala-armia-generala-generala-plechaviciusa/

Posted in Historia, Uncategorized | Leave a Comment »

ŻYDZI WOBEC POWSTANIA STYCZNIOWEGO NA PODLASIU. Z PAMIĘTNIKA POLSKIEGO SZLACHCICA.

Posted by tadeo w dniu 24 stycznia 2020

 

„Żydzi widząc, że powstanie zamiast rozwijać się i potęgować, upada, chwycili się procederu szpiegostwa w nadziei robienia dobrych interesów.”

Postawa ludności żydowskiej wobec Powstania Styczniowego jest niezmiernie ciekawa, ale niestety mało znana. Pamiętnik Juliana Borzyma (Julian Borzym, Pamiętnik podlaskiego szlachcica, Łomża 2018) oświetla to zagadnienie. W tym czasie gospodarzył on w majątku ojca we wsi Wierzbowizna, około 55 km na południowy zachód od Białegostoku. Ojciec przed laty brał udział w Powstaniu Listopadowym, więc tradycje powstańcze nie były Borzymom obce. W 1863 r. do walki stanął jeden z braci (młodszy, mający wówczas 21 lat, Antoni), a drugi (starszy, dwudziestotrzyletni Julian) zajął się ojcem i gospodarką. Najstarszy, Edward, zmarł bowiem już w 1862 r. Z pamiętników Juliana wyłania się obraz początkowego zaufania do Żydów, które wkrótce przerodziło się w wielkie rozczarowanie.

Zanim wybuchło Powstanie Styczniowe, dochodziło do wielkich manifestacji na tle religijnym. Wówczas to księża wygłaszali patriotyczne kazania i co ciekawe [ortografia i pisownia oryginalna]:

„Do kościołów, szczególniej na kazania, bardzo licznie przychodzili i Żydzi, którzy okazywali wielki patryjotyzm i łączyli się z narodem. Kaznodzieja spostrzegłszy ich między słuchaczami, zręcznie wtrącał fakta ze Starego testamęntu, ubarwiając dosadnie improwizowanemi przez siebie porównaniami, chwaląc łączenie się ich w celu wywalczenia swobody.” (s.109)

22 stycznia 1863 roku wybuchło Powstanie. I tak:

„Lud od razu wezbrał nie do opisania. Zbrojono się w co kto mógł i miał, wywlekano dubeltówki, pojedynki, pistolety, stare pałasze i obsadzano kosy, bezbronni liczyli na uzbrojenie się po rozbrojeniu moskali. Sprowadzonej broni nie było.” (s. 122)

 

Wówczas to Żydzi stanęli po stronie Polaków:

„Żydzi z całym zapałem szyli umundurowanie, buty i czapki dostawiali do kawaleryi i.t.p. Posługiwano się nimi z całym zaufaniem.” (s. 123)

Niedługo trwał ów „romans” Żydów z polskością. Już w marcu-kwietniu tego samego roku:

„Moskale ośmieleni słabszym działaniem [powstańców], a odkrywszy manewr rozwięzywania partyi [oddziałów wojsk powstańczych], zaczęli działać odważniej i energiczniej. Wzięli głównie za zadanie nie dopuszczać ponownego zebrania się partyi i w tym celu zaczeli wyławiać maruderów i w ogule młodych ludzi bez określonego zajęcia. Dopomagali im w tym Żydzi. Żydzi widząc, że powstanie zamiast rozwijać się i potęgować, upada, chwycili się procederu szpiegostwa w nadziei robienia dobrych interesow. Wojsko ruskie [czyli rosyjskie] zostało podzielone na małe oddziały, czyli jak oni nazywali otrady. Każdy taki oddział został oddany pod dowództwo wyszukanego oficera o iście zwierzęcych instynktach, prócz tego przy każdym oddziale, był jeden lub dwóch Żydów spiegów, którzy informowali dowódcę, najczęściej improwizując i komponując oskarżenia, a że Żydzi pod czas manifestacyi [religijnych, które miały miejsce przed wybuchem Powstania] okazywali wielki patryjotyzm, więc w zaufaniu niestrzezono się ich, ale owszem byli dopuszczeni do wspułudziału w ruchu całego narodu. Kiedy odwrócili chorągiewkę, więc skorzystali z posiadanych wiadomości. Naprowadzali otrady i wskazywali winnych, którzy byle czem wspierali powstanie, a kiedy zabrakło im takich wiadomości, komponowali obwinienia na zamożniejszych mieszkańców, uprzedzając pierwej przez swych agientów i żądając okupu, brali pieniądze, zboże i różne fanty. Napadali nawet nieznanych sobie. Wyglądało to jak by żyd był dowódcą oddziału nie oficer. Taki oficer najczęściej pijany, jak zwierz wściekły wpadał do wsi i kazał batożyć bez miłosierdzia: gospodarza, jego żonę, synów, lub córki i służbę, niby do przyznania <gdie miateżniki skaży> [mów, gdzie buntownicy]” (s. 131)

 

O mały włos i sam autor pamiętnika nie podzieliłby tego losu, gdyby na wieść o nadchodzącym wojsku, nie uciekł przez pola do innej wsi. Do jego zaś wsi (Wierzbowizny) przybył oddział rosyjski z towarzyszącym im Żydem:

„Jakosz po mym zniknięciu, moskale zajęli gumno. Oficer ze spiegiem na pierwszy ząb trafił na roztropnego parobka Piszczatowskiego, którego zapytał <Gdie wasz pomieszczyk> [gdzie wasz dziedzic]. Piszczatowski odpowiedział <pan tylko co tu był u nas i wyszedł za stodołę>. Na to spieg żyd krawiec znajomy [zawołał]. <Aj waj wielmożny naczelniku, on łże, trzeba jemu dać nahajkiem, to on prawde powie>. <Albo co>, Piszczatowski odparł, <co ci nasz pan winien, on do niczego [do żadnych działań powstańczych] nie należy, siedzi doma i pilnuje gospodarstwa>. Żyd, <aj waj, on wszystko łże, jego pan, to największy miaternik [buntownik], on w partyi nie buł, ale to Komitet [członek Komitetu, czyli władz powstańczych] do niego tylko Komitety przyjeżdżali po radę i dyspozycyję. Temu chłopu trzeba dać nahajką on wszystko powie>. Piszczatowski na to [do rosyjskiego dowódcy] <Wielmożny naczelniku ja prawdę mówię, niech Wielmożny naczelnik się tu wszystkich spyta, a ten żyd że tak bresze [brednie gada, łże, szkaluje] na naszego pana, bo ma złość [na niego], pare tygodni szył naszemu panu kamizelkę i ukradł srebrną łyżeczkę, pan go wyprał po mordzie i łyżeczką odebrał, za to on się teraz mści i trudzi wielmożnego naczelnika i wojsko>. Żyd zaczoł się kręcić, drzeć za głowę, ręce łamać i wołać <Aj gwałt z nahajkiem jemu, z nahajkiem>.

[Na co dowódca oddziału]

<- I ty niedowiarku rozkazujesz Wielmożnemu naczelnikowi, niby to Wiel. Naczelnik twój podwładny, tobi zbić mordy za fałszywy donos, ale szkoda ręki Wiel. naczelnika na tego złodzieja!>” (s. 133)

 

Tym razem skończyło się szczęśliwie, gdyż w tym momencie wpadł żołnierz z listem do oficera. Po jego przeczytaniu rosyjski dowódca nakazał opuścić Wierzbowiznę i ruszyć do Krasowa.

Innym razem szczęście dopisało ojcu i siostrze autora wspomnień, którą Żyd przed oficerem rosyjskim fałszywie oskarżył, że jest kochanką jednego z wyższych dowódców Powstania. O mało nie doszło do jej obicia rózgami, ale nowy rozkaz i tym razem odwołał cały oddział do Krasowa.

Po jakimś czasie rosyjscy oficerowie zaczęli się orientować, że Żydzi oskarżają nie tylko prawdziwych powstańców, czy osoby z nimi związane. Wówczas:

„Spiegi żydzi już nie mieli takiego głosu i [nie tak jak poprzednio dawano im] wiary. Poznano się na nich, że dla własnej korzyści obwiniając, przysparzają tylko niepotrzebnej roboty i pisaniny komissyjom, więc po części przestano ich słuchać.” (s. 139)

 

Gdy Powstanie wygasało, część powstańców zaczęła się ukrywać. Robili to często wśród drobnej szlachty podlaskiej, „która nie zmieniła usposobienia” (s. 178). Gdzieniegdzie operował oddział powstańców, który poskramiał masy przed powszechną kolaboracją z Rosjanami. Jak pisał Borzym:

„W naszej okolicy Górski ze swoją kawaleryją trzymał się jeszcze. Za Bugiem Ks. Brzóska był najgłośniejszy. Od czasu do czasu, dało się słyszeć, że takiego to żyda, śpiega, albo mieszkańca zdrajcę powieszono, co nabawiało strachu innych.” (s. 191)

A że i sami Rosjanie przestali bezkrytycznie ufać Żydom, skala donosicielstwa spadła:

„Komisyje wojenne przekonawszy się że wielu na donosy żydowskie było wziętych zupełnie niewinnie, poleciły naczelnikom otradów niezawsze słuchać żydów, ale dopiero po przeprowadzeniu ślestwa, winnego areśtować, albo areśtować tylko na rozkaz Naczelnika komisyi, wskazane indywiduum, które okazało się winne ze ślestwa innych osób lub jest potrzebne do zeznania. A co najbardziej wstrzymywało denuncjacyję, to to, że jeżeli szpieg fałszywy zrobił donos, był areśtowany, albo obity porządnie po mordzie.” (s. 191-192)

 

Dzięki temu, kolejna próba oskarżenia autora pamiętnika, skończyła się fatalnie dla donosiciela:

„Zaledwie Baniewicz [dowódca oddziału rosyjskiego kwaterującego w Krasowie] rozkwaterował się, zjawił się u niego żyd śpieg z denuncjacyją na mnie, ofiarując swe usługi.

Baniewicz słuchał cierpliwie żyda, który opowiadał o mnie straszne rzeczy, że ja jestem jednym z Komitetu warszawskiego, że jestem wielki mieteżnik, że za mnie Baniewicz dostanie medal, a jemu Wielki Jenerał podziękuje i.t.d.

Baniewicz spytał żyda spokojnie, jak daleko mieszkam. Żyd zapewniał, że Wierzbowizna od Krassowa nie dalej jak 2 wiorsty [ok. 2 km], że jeszcze dziś można by mnie wziąść. Wówczas podszedł do żyda, wziął go za brodę, szarpnoł i znaczną część wyrwawszy, zaczoł okropnie żyda bić, mówiąc: <wot tiebie Borzym sukin syn, skaży im nagrada>. Zbił żyda, skopał nogami i wyrzucił za drzwi, na ziemię obalając. Żyd wyjechał jak na sankach na dwór z sieni po progu i kamieniach pod progiem, tłukąc głową. W tym nadszedł feldfebel z raportem do rotnego [Baniewicza], a zobaczywszy żyda wyjeżdżającego z rozrzuconemi nogami pod progiem zapytał:

– Czto ty jewrej?

– Aj waj naczelnik mnie zbił panie żołnierz, zabił na śmierć.

Feldfebel dowiedziawszy się od żyda, że to Rotny tak go uczęstował, więc kopnoł butem w łep wołając, <ty chrystopodawiec uchodi, a to ubiju w smiert, maszennik>.

Zdarzenie to, tak wielki miało wpływa na korzyść moją, że mogłem śmiało uważa się za nietykalnego i spokojnego ze strony śpiegów.” (s. 192-193)

 

Nie miał tyle szczęścia brat autora, Antoni. Ale to już zupełnie inna historia i nie wiąże się bezpośrednio z tematem tego artykułu. Kończąc, warto wspomnieć i o tych Żydach, którzy z bronią w ręku stanęli po stronie powstańców. Nie było ich jednak wielu. W trakcie Powstania Styczniowego przez szeregi wojska polskiego przeszło ok. 150 tys. ludzi, z czego zidentyfikowano zaledwie 174 Żydów (co stanowi 0,116% ze 150 tys.). W tym czasie populacja Królestwa Polskiego  wynosiła ok. 5 mln ludzi, z czego Żydzi w Królestwie stanowili około 13% ludności. Więc choć co ósmy mieszkaniec Królestwa był Żydem, to w powstańczym wojsku jeden Żyd przypadał na około 860 żołnierzy.

Dr Radosław Sikora

 

Tematy pokrewne:

„Kolaboracja Żydów ze Szwedami w Krakowie”

„Żydzi w okresie szwedzkiego potopu – zdrajcy, szpiedzy i wierni poddani”

„Czy Polska powinna domagać się odszkodowań od Izraela?”

„O przyczynach nienawiści ludu ruskiego do Żydów w XVII – XVIII w.”

„Oczami polskiego Żyda”

„Dola i niedola żydowskiego dzierżawcy”

„Brudny jak polski Żyd – czyli niemiecki Żyd o polskich”

„Polski chłop o Żydach”

„Polski inteligent o Żydach”

„Terytorium Polski pod względem wojskowym – żydzi”

https://kresy.pl/kresopedia/zydzi-wobec-powstania-styczniowego-na-podlasiu-z-pamietnika-polskiego-szlachcica/?fbclid=IwAR2hV7AqEFj2GnPz6-ZgoDJ20NzUrGEgu5pTs3d2RlRQUOwjUd1jf-p8F8o

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Uncategorized | Leave a Comment »

DULCISSIMA NA RANY

Posted by tadeo w dniu 3 stycznia 2020

 „Wszystko jest łaską, również to, że jestem głupia. Dla świata można być głupim, ważne jest to, że u Boga jest się dzieckiem” 

Znalezione obrazy dla zapytania Dulcissima

S. M. Dulcissima to imię zakonne. Naprawdę nazywała się Helena Hoffmann. Urodziła się 7 lutego 1910 r. w Zgodzie, dzielnicy Świętochłowic. Ceglany, śląski familok, w którym mieszkała, stoi do dziś. Była zwyczajną dziewczynką. „Nie było dnia, żebym czegoś nie zbroiła” — napisała wspominając dzieciństwo. Miała charakter. Kiedy ksiądz głoszący w jej parafii rekolekcje tłukł pięścią w ambonę, Helenka oburzona takim zachowaniem podłożyła mu pod obrus pinezki. Kiedy wykryto sprawcę, dziewczynka odpowiedziała śmiało: „Ja to zrobiłam, bo nie wolno tak tłuc pięścią w domu, gdzie mieszka Pan Jezus. Nasi księża tak nie robią”. Kiedyś, pracując na polu, wykopała medalion z wizerunkiem św. Teresy z Lisieux. Wydarzenie znamienne, bo kanonizowana w tym właśnie czasie Teresa miała stać się jej duchową przewodniczką, nawiedzając ją wielokrotnie w snach i widzeniach. W 1927 r. Helena wstąpiła do zgromadzenia Sióstr Maryi Niepokalanej. Po dwóch latach pojawiły się pierwsze objawy ciężkiej choroby. Zaczęły się silne bóle głowy, połączone z okresową utratą przytomności. Trudności w chodzeniu, bezsenność, paraliże, depresje, wreszcie utrata wzroku — to wszystko było dla s. Dulcissimy okazją do ofiarowania się Bogu. W 1933 r. znalazła się w klasztorze w Brzeziu koło Raciborza. Tu spędziła swoje ostatnie lata. Mieszkańcy wsi szybko zorientowali się, że ta przygnieciona cierpieniem zakonnica jest kimś niezwykłym. Od dnia jej śmierci 18 maja 1936 r. do klasztoru wciąż napływają świadectwa łask, przypisywanych wstawiennictwu s. Dulcissimy.

Dwa lata temu rozpoczął się jej proces beatyfikacyjny.

Jest taka miejscowość, której najważniejszą obywatelką jest zakonnica, dwudziestosześcioletnia dziewczyna o łagodnych oczach i uśmiechu dziecka. Taką ją zapamiętano i choć od jej śmierci mija właśnie 65 lat, kochają ją tu wszyscy.

Nieświeckie słowo

— Miałam ciążę pozamaciczną. Nie wiedziałam, co to jest — opowiada Marta Pokracka z Brzezia. — Normalnie pracowałam na polu, aż nagle zasłabłam — kiwa głową, wspominając wydarzenia sprzed prawie czterdziestu lat. W ciężkim stanie trafiła do szpitala i od razu na stół operacyjny. Czuła, że jest źle, ale wydawało jej się, że nie może teraz umierać. Martwiła się o męża i sześciomiesięczną córkę. — Dulcissimo, trzymaj Ty te noże — zdążyła powiedzieć przed zapadnięciem w narkozę. Była trzecia w nocy, kiedy poczuła, że ktoś poklepuje ją w policzki. Nad nią stała zakonnica-pielęgniarka, która asystowała przy operacji. — Niech się pani obudzi, proszę się obudzić! — wołała natarczywie. — Co to takiego powiedziała pani przed operacją? To nie było świeckie słowo — zapytała, gdy pacjentka otwarła oczy. Chora wymamrotała, że Dulcissima to imię zmarłej w 1936 roku siostry zakonnej z Brzezia, którą wszyscy mieszkańcy proszą o wstawiennictwo, wierząc, że to święta. Zakonnica spojrzała wymownie na leżącą. — To był cud, że pani przeżyła — powiedziała krótko. Kiedy Marta Pokracka opuszczała szpital, chciała podziękować lekarzowi. — Niech mi pani nie dziękuje. To było coś nadprzyrodzonego — usłyszała w odpowiedzi.

Wszyscy na grób

Masywna wieża z czerwonej cegły góruje nad Brzeziem, dawniej nadodrzańską wsią, dziś dzielnicą Raciborza. Naprzeciw wejścia do kościoła stoi okazały sarkofag z kamienia. Na granitowej płycie napis: „Oblubienica Krzyża, sługa Boża S. M. Dulcissima”. Przy grobie wciąż płoną znicze. Jakaś kobieta w średnim wieku stoi zadumana, wpatrując się w sarkofag. Mężczyzna, który z nią przyszedł, mocuje się z wazonem, do którego próbuje wepchnąć przyniesiony bukiet kwiatów. Widzę łzy w oczach mężczyzny. Po chwili przychodzi dziewczynka z pobliskiej podstawówki i stoi z rękami złożonymi jak do Pierwszej Komunii. Dołączają do niej kolejne dzieci z torbami na plecach. Nieruchomieją przez chwilę, robią znak krzyża i odchodzą. Po trzech minutach przed grobem staje pochylona staruszka. Zatrzymuje się obok niej młoda kobieta. Modlą się.

— Tu prawie bez przerwy ktoś się modli. Coraz częściej przyjeżdżają z daleka, pojedynczo albo grupami, czasem autobusami, czasem na rowerach — mówi proboszcz Antoni Pieczka. — Dzięki siostrze Dulcissimie ludzie tu są wyczuleni na modlitwę. — wtóruje mu kapelan sióstr, ks. Józef Cop.

Daj im dużo, dużo

Wszystko zaczęło się wtedy, kiedy po ludzku powinno było się skończyć — 18 maja 1936 roku. Rankiem, kiedy rozdzwoniły się kościelne dzwony, siostra Dulcissima wydała ostatnie tchnienie. Choć zaledwie dwudziestosześcioletnia, dojrzała do nieba jak mało kto. W ciągu dziewięciu lat zakonnego życia przecierpiała morze męki, ale nie było w tym cierpieniu rezygnacji. Była przekonana, że Jezus prosi ją o przyjęcie pokuty za innych. Utwierdzały ją w tym przekonaniu częste wizje świętej Teresy z Lisieux, która od dzieciństwa była jej przewodniczką. W „tereskowy” sposób widziała rzeczywistość. „Wszystko jest łaską, również to, że jestem głupia. Dla świata można być głupim, ważne jest to, że u Boga jest się dzieckiem” — napisała w jednym z listów. Była dzieckiem, a dziecku Bóg niczego nie odmawia.

Wręcz zachłannie pragnęła wynagradzać za ludzkie grzechy. — Daj mi dusze, dusze, dusze! Są takie drogie, kosztują tak wiele! — dyszała nękana atakami drążącej ją choroby. — Za kapłanów, za Zgromadzenie… — powtarzała. W ostatnich tygodniach przed śmiercią wołała do siebie ludzi świeckich. — To są dusze… Muszę je też zawołać. Wszystkie powinny przyjść — tłumaczyła opiekunce, siostrze Lazarii. Krótko przed śmiercią modliła się: — Jezu, daj księdzu proboszczowi i parafii dużo… daj im dużo, Jezu, daj im dużo.

Ludzie wiedzieli, że ta młoda, zgięta od bólu, ale mimo to prawie zawsze uśmiechnięta kobieta modli się za nich. Nic dziwnego, że pogrzeb zgromadził dosłownie wszystkich mieszkańców Brzezia. Do dziś świadkowie tamtego wydarzenia wspominają, że wyglądało to raczej na wesele niż uroczystość żałobną. — Ona była przecież dzieckiem. Wtedy nie nosi się żałoby. — tłumaczył brzeski proboszcz.

Będę się opiekować

Grób siostry Dulcissimy stał się od samego początku miejscem zupełnie spontanicznego kultu. — My tam tylko ziemię dosypywałyśmy — śmieją się siostry ze zgromadzenia Maryi Niepokalanej. Trzeba było dosypywać, bo ludzie brali tę ziemię w przekonaniu o jej szczególnych właściwościach. — Jak w trzydziestym dziewiątym chłopcy szli na wojnę, to im matki robiły takie woreczki i zaszywały do nich ziemię. Wszyscy wrócili. Ale wtedy ten grób był do połowy wybrany! — opowiada Gertruda Twardowska. Ona też była świadkiem szczególnego wydarzenia, kiedy krótko po wojnie odwiedziła klasztor. Siostra Lazaria, przyjaciółka i opiekunka Dulcissimy, nie miała nic do jedzenia, a musiała nakarmić kilkanaście dziewcząt z nowicjatu. Poszła do kaplicy i zawołała w desperacji: „Dulcissimo, przecież obiecałaś, że będziesz się nami opiekować, a ja tu nie mam tym dzieciom co dać jeść!” — W tym momencie ktoś zadzwonił do drzwi. Ja otwieram, a tam elegancki pan z ogromnymi bochnami chleba — opowiada pani Gertruda. — „Miałem to tu oddać”, powiedział. Wzięłam te chleby i pobiegłam po siostrę. Wychodzimy na ganek, rozglądamy się — nikogo. Jakby się w ziemię zapadł.

Sposób na czeki

Przekonanie o sile wstawiennictwa Sługi Bożej (ten tytuł przysługuje s. Dulcissimie od czasu otwarcia przed dwoma laty procesu beatyfikacyjnego) jest powszechne.

Kunegunda Grycman pamięta siostrę Dulcissimę. Jej wstawiennictwo przez całe życie traktuje jako rzecz naturalną. — Jak ja ją za dziecka znałam, czemu by mi i dzisiaj nie pomogła? — mówi z pewnością w głosie. Podobne przekonanie podzielają przedstawiciele młodszych pokoleń. Anna Krzykała z Raciborza zachwyciła się siostrą Dulcissimą. — Mam poczucie wielkiej więzi z nią — zapewnia. Kilka lat temu, przed świętami Bożego Narodzenia, zaginęła jej książeczka czekowa. „Znalazca” mógł wyczyścić jej konto, a na każdym czeku zrobić tysiąc złotych debetu. Razem byłoby tego ponad 20 tysięcy. — Przerażona, od razu z tą sprawą zwróciłam się do siostry Dulcissimy. Modliłam się gorąco, dałam na Mszę — wspomina. — Zablokowałam konto, ale święta i tak miałam zepsute. Po świętach poszłam do banku. Tam od razu mnie wołają. „No tak, mam debet”, myślę sobie. A oni zwracają mi czeki i mówią, że przyniósł je jakiś elegancki pan z prośbą o oddanie ich właścicielce. Nie przedstawił się, nie chciał też powiedzieć, gdzie je zalazł — śmieje się pani Anna.

Dużo cię czeka

Na klasztornej werandzie siedzi wiekowa zakonnica. Z trudem unosząc głowę, spogląda na mnie łagodnymi oczyma. — To siostra Dulcissima — przedstawia mi ją jedna z sióstr. — Otrzymała to imię po śmierci Sługi Bożej — wyjaśnia, widząc moją zdziwioną minę. Przysiadam się i pytam, jak się to stało, że akurat jej przypadło to imię. — Och, ja bardzo chciałam mieć to imię — mówi z uśmiechem. — Siostrę Dulcissimę widziałam kilka razy, jeszcze przed pójściem do klasztoru. Ale kiedy tu przyszłam, ona już nie żyła, a wszyscy opowiadali, że to była taka święta zakonnica. Więc tak modliłam się, żebym dostała jej imię, że aż przełożona pytała: „Co ty tak siedzisz w tej kaplicy?”. Ale nie powiedziałam, o co się modlę. Przed obłóczynami przyjechała matka generalna. „Jakie imię chcesz przyjąć?”, zapytała. Ja jej mówię, żeby ona sama wybrała je dla mnie, to będę wiedziała, że to wola Boża. Więc ona mi mówi: „Dulcissima”. Dla mnie to był cud. Kiedy dowiedziała się o tym siostra Lazaria, wzięła mnie na bok i powiedziała: „Wiesz, że ciebie dużo czeka”.

— I stało się tak? — pytam. — Stało się tak — potwierdza siostra, ale nie wdaje się w szczegóły. — Ale jak jest ciężko, to ja zawsze mówię: „Dulcissimo, czemu zapominasz o mnie?” I ona pomaga — mówi wzruszona.

https://opoka.org.pl/biblioteka/T/TH/THO/s_dulcissima.html

www.kki.net.pl/~dulcissima/

Posted in SYLWETKI, Wspomnienia, Święci obok nas | Leave a Comment »

Słoneczne chwile

Posted by tadeo w dniu 1 stycznia 2020

…Tęskno mi Boże do świata,
Tamtego prostego sprzed lat…

Piękna i wzruszająca tęsknota za minionym światem.

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba i na zewnątrz

Tęskno mi Boże do świata,
Tamtego prostego sprzed lat.
Gdzie brat kochał brata,
A ludzie mieli mniej wad.

Gdzie telewizor był czarno-biały,
A w sklepach było niewiele.
Dzieci się tam uśmiechały,
Ludzie żyli jak przyjaciele.


Ulice życiem tętniły,
A owoc miał słodki smak.
Człowiek każdy był miły,
Tego świata jest mi brak.


Prądu w domu nie było,
Lecz żyć się jakoś dało.
Spokojniej się wtedy żyło,
Dziś ciągle wszystkiego mało.


Dziś człowiek swe życie traci,
W pośpiechu i pocie czoła.
I choć się w końcu wzbogaci,
To i tak mało mu woła.


I umrze życia nie znając,
Bo tylko dążył do celu.
Rodzinę swą zostawiając,
By mieć więcej w portfelu.


Kiedyś ludzie też pracowali,
Ale najważniejsza była rodzina.
O przyszłość tak się nie bali,
Dzisiejszy świat to kpina.


Jest wszystko co się zamarzy,
O nic walczyć nie trzeba.
Trudno o dobrych lekarzy,
Nie zjesz pysznego chleba.


Nie ma dobrej muzyki,
Tej co ludzi rozbawia.
Świat jest pełen krytyki,
Radości ludzi pozbawia.


Tęskno mi Boże do świata,
Tamtego prostego sprzed lat.
Dziś brat zabija brata,
I ludzie są pełni wad.

Zielińska-Krogulska Kamila

Posted in Wiersze | Leave a Comment »