PIS już rządzi czas jakiś, uznałem więc, że wypadałoby zacząć wyciągać jakieś generalne wnioski, tym bardziej, że powód – rozhuśtanie prawno-polityczne państwa – jest do tego wręcz wymarzony. Myślałem nawet długo, niewiele wymyśliłem, żeby więc nie myśleć na próżno, pomyślałem o zaczerpnięciu inspiracji od tak zwanego elektoratu.

Obserwując tak zwany elektorat, szybko spostrzegłem zalążki trendu, w myśl którego wzmaga się rozczarowanie „dobrą zmianą” wśród wielu zdeklarowanych jej zwolenników. Czym bardziej rośnie temperatura wokół konfliktu o Trybunał, tym więcej głosów, że za ostro, że nie ma wspólnoty, że państwo jest rozwalane, itd.

Ok., nie mam z tym problemu, awantura jest ogromna, wydarzenia dzieją się bezprecedensowe, PIS można krytykować, a ja sam siebie nie zaliczałem nigdy do grona elektoratu twardego, próbując moje poglądy warunkować raczej analitycznie niż tożsamościowo, logicznym byłoby więc, że mam wszelkie predyspozycje, żeby się tą „dobrą zmianą” rozczarować, bo w sumie miała być dobra zmiana, a jest mało produktywna nawalanka z Trybunałem. W sobie się zawziąłem, uruchomiłem potężne pokłady wewnętrznej przekory, myśleć zacząłem ponownie i nijak nie wymyśliłem, że powinienem dołączyć do grona malkontentów.

PIS poszedł na zwarcie z Trybunałem świadomie, co można oceniać krytycznie. Ocena każdej decyzji wymaga jednak rozważenia alternatywy. Żeby skrytykować Jarosława Kaczyńskiego za wywołanie niepotrzebnej wojny, trzeba przeanalizować skutki podjęcia decyzji odwrotnej, bo jakąś przecież podjąć było trzeba.

Co by się stało, gdyby PIS zgodził się na dwóch sędziów dla siebie i na tym spór zakończył? Moim zdaniem już można o tym orzec z dużą dozą pewności – „dobra zmiana” byłaby drobną zmianą. Teoretycznie różnica niewielka (prawie takie same litery), praktycznie zmieniłoby się wszystko, bo rząd musiałby rządzić bez ustaw. To, jak bardzo Trybunał poszedł po bandzie, lekceważąc obowiązującą go ustawę, pokazuje, że istotnie był w zamyśle organem opozycyjnym i dokładnie temu służył łamiący konstytucję skok Platformy na pięciu sędziów, w którym przecież i prezes Rzepliński, i wiceprezes Biernat uczestniczyli.

Jarosław Kaczyński to odczytał trafnie, a jako że jest politykiem, który chce kształtować rzeczywistość, postanowił się temu przeciwstawić. Co zrobił? Ano, jak prześledzimy na spokojnie merytoryczne zakręty tego sporu, zapominając o zajadłej retoryce, zobaczymy, że to PIS jest tu stroną, która cały czas działa zgodnie z prawem.

PIS skonwalidował uchwały poprzedniego Sejmu, do czego miał prawo, bo były one po prostu błędnie procedowane. Do wyboru pięciu sędziów Platforma wykorzystała dwie różne podstawy prawne (ustawę o TK i Regulamin Sejmu) i, co najważniejsze, to nie był błąd, który wynikał z jakiegoś tam niedopatrzenia, ale z faktu, że PO chciała koniecznie zdążyć z wyborem pięciu sędziów i właśnie taki błędny sposób procedowania im to umożliwiał.

Potem Trybunał wydał zupełnie kuriozalny wyrok „zakresowy”, że trzech sędziów powołała PO w porządku, a dwóch nie. Zostawmy jednak tę sprawę, bo mimo że wyrok jest bez sensu, nawet takie wyroki trzeba szanować.

Co zrobił PIS? Otóż przy całej niepotrzebnie zajadłej retoryce… uszanował ten wyrok i go opublikował, tylko że on był bez znaczenia, bo Sejm problem wyboru sędziów już rozwiązał, konwalidując błędnie uchwalone uchwały Sejmu poprzedniego, do czego miał prawo. Wybór sędziów, którego dokonała PO, został, nieprawniczo, ale obrazowo rzecz ujmując, cofnięty, bo był po prostu nieprawidłowo przeprowadzony. Sejm wybrał nowych sędziów, a prezydent odebrał od nich ślubowanie. Wszystko zgodnie ze sztuką.

Zostało powołanych pięciu nowych sędziów, którzy przeszli całą wymaganą procedurę, uwieńczoną pamiętnym nocnym ślubowaniem u prezydenta. I w tym momencie dochodzi do sytuacji bezprecedensowej, bo prezes Rzepliński nie dopuszcza ich do orzekania (najpierw wszystkich, później tylko trzech). Niebywałość sytuacji polega na tym, że prezes TK nie jest w stanie podać podstawy prawnej, na mocy której nie dopuszcza sędziów do orzekania, tym samym wprowadza do sporu prawnego anarchię. Do tego momentu, chociaż spór był ostry, toczył się w granicach prawa – każda ze stron miała lepsze bądź gorsze argumenty. Ale prezes Rzepliński zdecydował się działać bez argumentów!

Dopiero w reakcji na to PIS uchwalił nową ustawę o TK. Uchwalił ją, bo był przekonany, że to zakończy sprawę. Ustawa jest kontrowersyjna, ale reguluje wyłącznie te obszary, które regulowała poprzednia ustawa. Idę o zakład, że politykom partii rządzącej nawet przez myśl nie przeszło, że Trybunał może zrobić taki numer, żeby tę ustawę po prostu zlekceważyć i postawić się ponad wszelkim prawem. To, co autorytety prawnicze wymyśliły, czyli „orzekanie wyłącznie na podstawie Konstytucji”, jest po pierwsze wymysłem (bo czegoś takiego po prostu nie ma, a Konstytucja wyraźnie odsyła do ustawy), po drugie, jest uznaniem de facto sądowniczej tyranii, bo oznacza, że sędziowie Trybunału Konstytucyjnego nie podlegają żadnemu prawu ani nie są ograniczani żadną procedurą, mogą w każdej chwili uznać, że zaczną orzekać w oparciu o Konstytucję i w dowolnym składzie obalić dowolną ustawę w każdym momencie, pozbawiając jej w dodatku domniemania konstytucyjności.

To Trybunał Konstytucyjny anarchizuje państwo, nie PIS. To prezes Rzepliński jest jedyną osobą w tym sporze, która nie potrafi wskazać podstawy prawnej swojego działania (niedopuszczanie sędziów). Dlatego, choćbym nawet i chciał się na ten PIS zdenerwować, chłodna analiza, którą próbowałem wyżej przedstawić, prowadzi mnie do wniosku, że konflikt ten, chociaż smutny i niszczący, jest nieunikniony, jeżeli „dobra zmiana” ma być zmianą rzeczywiście dobrą, a nie drobną.

Zapraszam na FB

https://www.facebook.com/t.laskus

Zapraszam do śledzenia na TT

https://twitter.com/tomeklaskus

http://tomek.laskus.salon24.pl/701028,dobra-zmiana-miala-byc-drobna-czyli-stawka-sporu-o-tk