Kiedyś nie mieliśmy komputerów ani smartfonów, a w kątach naszych pokoi nie zalegały niepotrzebne zabawki. Mieliśmy za to szczęśliwe dzieciństwo.

Dziś dzieci teoretycznie mają wszystko. Wszystko to, czego my, ich rodzice nie mieliśmy 30 lat temu. Upragnione zabawki są przecież na wyciągnięcie ręki. Podobnie jak laptopy, tablety, smartfony. Zajęcia dodatkowe – jakie tylko sobie wymarzy maluch. A raczej rodzic zatroskany o przyszłość swej latorośli. Tylko czy to sprawia, że nasze dzieci są szczęśliwsze niż my trzy dekady temu?

Do dziś pamiętam wiele z prezentów, które pojawiły się pod choinką. Pierwszą i jedyną lalkę Barbie (to była tenisistka), regalik dla lalek (z maleńkimi książeczkami) czy ozdobną futrzaną poduchę z biedronką. Pamiętam też rozkładany straganik, na którym układało się rzędami malutkie owoce i warzywa. Pilnowałam go jak oka w głowie, żeby przypadkiem jakiś drobny element się nie zgubił. Wątpię, żeby dziś dzieci z równą czułością wspominały którąś z zabawek piętrzących się w kątach domów, upychanych do ozdobnych pudeł i szuflad pod łóżkami, rzucanych w kąt w pięć minut po otrzymaniu. Mam wrażenie, że w tej dziedzinie dzisiejsi rodzice często nie dają maluchom szansyna marzenia z obawy, że dzieci mogłyby czegoś nie mieć, ze strachu, że z powodu braku mogą być nieszczęśliwe. A dziś bywają nieszczęśliwe głównie z powodu braku miłości.

Z dzieciństwa pamiętam też, że zaraz po przyjściu ze szkoły starałam się jak najszybciej odrobić lekcje, żeby móc polecieć na podwórko i pobawić się z koleżankami w dom, pograć w gumę, w klasy, chowanego lub podchody, ewentualnie – przy braku bardziej oryginalnych pomysłów – zwyczajnie potrenować akrobacje na trzepaku. Kiedy ostatnio wspominałyśmy z koleżanką te salta w przód i w tył (przy których nikomu nigdy nic się nie stało), moja najstarsza córka zapytała: „A co to jest trzepak?”, doprowadzając nas tym do śmiechu przez łzy.

Dziś większość dzieci zamiast bawić się na podwórku, spotyka się na portalach społecznościowych. Zamiast skakać na skakance, zajmuje się lajkowaniem cudzych postów lub czeka na lajki pod własnymi. Albo publikują, albo sprawdzają, co inni opublikowali. Te lajki często budują poczucie własnej wartości, zaś wyznacznikiem funkcjonowania w grupie rówieśniczej jest to, ile ma się lajków pod zdjęciem, kto i ile razy skomentował dany wpis itp. Kiedyś największą karą dla malucha był zakaz wyjścia na dwór. Dziś wielu dzieciom największą przykrość sprawia konieczność oderwania się od ekranu komputera lub wypuszczenia z ręki smartfona.

Kiedyś mieliśmy sporo czasu na śmiech i bieganie. Dziś dzieci są w ciągłym niedoczasie. Ledwo zdążą wrócić ze szkoły, już przychodzi pora na zajęcia dodatkowe. Przecież trzeba od najmłodszych lat uczyć się pięciu języków, tańczyć w balecie (lub – co dziś coraz modniejsze – na rurze), grać na skrzypcach lub pianinie, jeździć konno, grać w tenisa, trenować karate lub gimnastykę artystyczną i koniecznie jeszcze zajmować się czymś oryginalnym, czym nie zajmuje się nikt inny. I do tego jeszcze napięty plan zajęć w soboty, żeby przypadkiem dziecko nie miało okazji zacząć się nudzić. Tylko w całym tym szaleństwie często zapominamy, że po takiej porcji doznań dzieci są tak umęczone, że nie mają już siły, by się zwyczajnie pobawić.

Dlatego należę do tych mam, które często pytają: „A może pójdziecie na dwór?”. I nie wpadam w histerię, gdy w wirze zabawy ktoś mi na chwilę zniknie z oczu, bo przeważnie zaraz znajdzie się za drzewem lub pod zjeżdżalnią. Bo beztroska zabawa na świeżym powietrzu to zdrowie, a nie – jak uważa wielu rodziców – strata czasu. Mam wrażenie, że dziś dzieciom, które mają „wszystko”, którym rodzice chcą zapewnić idealny start w przyszłość, coś się odbiera. Dorośli po prostu kradną im dzieciństwo.

Dlatego z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Państwu jak najwięcej czasu spędzanego z dziećmi na spacerach i przy grach planszowych, wspólnych rozmów, zamiast wsłuchiwania się w szum płynący z telewizora, życzę chwili na odpoczynek i wytchnienie, zwolnienie w biegu bez celu i umiejętności zauważania rzeczy naprawdę ważnych.