Komitet Obrony Dekoracji lub – jak kto woli – Komitet Obrazy Demokracji to – oczywiście – ciało śmieszniejsze niż ustawa przewiduje. Coś pomiędzy Bareją a Monty Pythonem, kto nie wierzy – niech sobie poszpera w Internecie i znajdzie np. facebookowe wpisy członków. Słowo daję – młodzieżówka Platformy z Wąchocka (nie obrażając słynnego miasteczka) wespół z pamiętnym Kononowiczem nie daliby rodakom tyle radości, co cały ten KOD, organ więdnący, zanim jeszcze stanął na nogi. No, ale członki są dumne. Paść można ze śmiechu.

Jedno, co nie śmieszy, to fakt, że ludzie ci mają rację. Tak – polska demokracja jest zagrożona i trzeba jej dziś bronić z całych sił. Największym zagrożeniem dla niej, jej wrogiem puchnącym z nienawiści jest jednak nie nowa ekipa rządowa, która w Polsce przywraca demokratyczne zasady (owszem – jednocześnie dotkliwie karząc tych, którzy je łamali), ale – mainstreamowe media.

Już słyszę klaunów przeróżnej maści krzyczących, że dziś mainstreamem są „w Sieci”, „Gazeta Polska”, TV Republika, Radio Maryja czy „Do Rzeczy”. Każdy, choćby średnio naoliwiony mózg ogarnia tę prostą prawdę, iż mainstream to media tzw. Salonu, czyli w dużej części nastawionego antypolsko establishmentu, dla którego Polska jest wyłącznie polem trzepania kapuchy i areną lewackich eksperymentów. Ten właśnie mainstream – „Gazeta Wyborcza”, „Newsweek”, „Polityka”, TVN, TVN24, polityczne audycje Radia Zet i RMF, ale także, co boli szczególnie – TVP i Polskie Radio, ten właśnie mainstream zawieszony był przez długie lata na reklamach fundowanych nie tylko przez spółki z udziałem skarbu państwa, ale także wielkie firmy, które wiedziały, że z władzą POPSL lepiej żyć w zgodzie, bo mściwa i bezczelna bywa okrutnie.

Fakt ten, połączony z innym – takim mianowicie, iż w mediach tych wciąż pracują w dużej części „resortowe dzieci”, ich krewni i znajomi, ludzie wychowywani na studiach dziennikarskich przez zakochaną w sobie i nienawidzącą każdego, kto myśli o życiu, świecie i Polsce inaczej – michnikowszczyznę, przyniósł polskiej demokracji efekty opłakane. Lustrację wstrzymano, a ściślej – skompromitowano ją esbeckimi piórami, mikrofonami i kamerami. Jedyną drogą awansu w największych mediach stała się droga, przepraszam szanowne panie, per rectum. Ileż się naoglądałem młodzieży spijającej starej gwardii z dzioba każdą bzdurę, każdy antypisowski żarcik, każdy wulgaryzm wobec „Kaczafiego”. I za każdym razem pytałem sam siebie – kim chcą zostać ci młodzi ludzie? Eunuchami starych, ustawionych cyników? Presstytutkami biznesu? Nową gwardią postkomunistycznych tłustych misiów? Bo dziennikarzem zostać w ten sposób się nie da…

A jednak zostali. Stają dziś ramię w ramię ze starymi, sprzedajnymi kołkami bez grama przyzwoitości, wciąż zapatrzonymi w kilku guru, którzy wolą komunistycznych generałów od tych, z którymi siedzieli w celach. I wyją. I grzmią. I jęczą. Za pieniądze. Za obietnice lepszego życia, gdy tylko ta nowa, straszna władza odejdzie pod naporem medialnych czołgów. No i ze strachu – że jeśli dziś opowiedzą się za uczciwością i prawdą, jutro mogą pożegnać się z pracą. Bo tej w mainstreamie będzie coraz mniej, gdy przestaną już do niego płynąć miliony ze źródeł okołorządowych i firm pod władzę podwieszonych.

Wszystko to razem sprawia, że ludzie pokroju Tomasza Lisa, Pawła Wrońskiego czy Jakuba Sobieniowskiego stali się dla polskiej demokracji najpoważniejszym zagrożeniem. Bo żadna demokracja nie poradzi sobie z problemami współczesnego świata i społeczeństwa, jeśli jej IV władza będzie tak skorumpowana, sprzedajna i „spresstytuowana” przez świat polityki i biznesu.

Przykłady można podawać do rana, wystarczy kilka: problem imigrantów – większość Polaków nie chce ich przyjęcia, Salon grzmi, że musimy; problem Trybunału Konstytucyjnego – większość Polaków wie, że to Platforma złamała zasady, Salon grzmi, że to PiS łamie zasady, gdy próbuje to cofnąć; problem sześciolatków w szkołach; problem emerytur; problem wspomożenia najbiedniejszych; problem głodnych dzieci – wszystkie te problemy w opinii większości Polaków wymagają natychmiastowych rozwiązań.

Ale salonowy mainstream wespół z byłą władzą twierdzą coś zupełnie przeciwnego. Dzieci nie głodują, sześciolatki marzą o szkole, emeryci nie chcą mieć wyboru – słyszymy to ciągle. Można by zażartować, że to i tak cud, iż taka IV władza łaskawie zgodziła się na przeprowadzenie wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Tyle że na ich wynik zgodzić się już nie chce. Wygrał Duda, ale powinien być jak Komorowski. Wygrało PiS, ale realizować musi program (a raczej bezprogramowość) Platformy. Niszczenie zasad rządzących Trybunałem Konstytucyjnym przez PO – dobre, bo wali w PiS. Odkręcanie tej żenady plus ukaranie niszczących – złe, bo wali w PO. I tak w kółko.

Na koniec zaś Tomasz Lis ogłasza konieczność polskiego „Majdanu”. Na Majdanie lała się krew, ginęli młodzi ludzie, Ukrainiec strzelał do Ukraińca – tego chce dla nas naczelny „Newsweeka”. Kto jest zatem zagrożeniem demokracji? Kto wychował mordercę Cybę? Kto tuszował wtedy powody jego nienawiści? Kto nie uznaje wyniku wyborów i kto wzywa do rozlewu krwi?

Mam nadzieję, iż polska demokracja jest już na tyle dojrzała, że poradzi sobie ze swoimi największymi wrogami – aparatczykami Salonu mającymi Polaków za „tępe bydło” (to określenie jednego ze zwolenników KOD). I z prawdziwą troską dodam – uważajcie, panie i panowie z mainstreamu, by wasze prowokacje nie skończyły się tak, jak dla wybranych śmiałków słynne gonitwy byków. Ludzi chorych z nienawiści nie brakuje bowiem po żadnej stronie barykady, a wy, swoimi, za przeproszeniem, pierdołami o wychodzeniu na ulice, naprawdę igracie i z ogniem, i z prawdziwą ulicą.