Nie wiem, jak Państwo, ale ja pogodziłem się już z porażką człowieka, któremu ufało 130 procent społeczeństwa, a drugie 130 chciało oddać mu córkę za żonę. Wyszło jak wyszło, nie myli się tylko ten, kto nic nie robi, a pan Bronisław robił dużo, by nie rzec – za dużo, jak na swoje wątłe ostatecznie możliwości. Łzy się do oczu cisną (jak ludzie do biura „Dudapomocy”) – w końcu pięć lat żeśmy takiego prezydenta mieli i nikt już tego z podręczników historii nie wymaże.

Jedno tylko, co boli, to fakt, że nikt do pana prezydenta nie wyciągnął pomocnej dłoni, gdy można się było jeszcze wycofać – z klasą i godnością osobistą, bez zaciśniętych pięści i kilku innych organów. Nie było nikogo. A ci, którzy mogli pomóc, czyli zastępy aparatczyków zatrudnianych na dziennikarskich etatach, woleli milczeć. Oczywiście – nie milczeć tak „w ogóle”, bo wielu z nich nic innego nie robiło przez ostatnie tygodnie, tylko snuło opowieść o Bronku swojaku, z którym i konie można kraść, i Giertycha puścić w galop bez przeszkód. Tu o inne milczenie chodzi – wtedy, gdy kandydat PO błądził, gdy przegrywał debaty (lista biedaków, według których wygrał obie, jest do wglądu na Twitterze). Nie sztuka, jak się okazuje, tylko władzy kadzić, ale i w chwili klęski pozwolić jej z klęską tą stanąć oko w oko, dać szansę na wyciągnięciewniosków i w przyszłości lepsze, skuteczniejsze zagrania. Niestety (dla pana Bronisława) takich ludzi wokół niego zabrakło. A dziś? Może sobie surfować po sieci (wszak dzięki kampanii wie już o Internecie niemało) i łamiąc kolejną klawiaturę na prezydenckim jeszcze niedawno biurku, rzucać jak grochem o ścianę wschodnią: „Jak oni, k…, nagle po tych wyborach wszyscy zmundrzeli?!”.

Bo rzeczywiście – jeszcze dzień przed ciszą wyborczą jaśnie państwo salonowe karnie kładło wszystkie ręce na pokład, ale już w kilka chwil po wstępnych wieściach o porażce Bronisława Komorowskiego, zmundrzeli, panie, i panowie także, że ho ho ho. Cud jakiś? Gwałtowne nawrócenie na widzenie spraw takimi, jakie są? Odwrót od zaślepienia blaskiem apanaży i wpływów? Jak nic. Nagle przyłożyli ucho do ziemi i usłyszeli, o czym szumią wierzby płaczące. Cud mniemany, czyli Peowiacy i Mundrale. Jednak nie jest tak fajnie, jak myśleli. Jednak nie jest tak ekstra i super. Jednak mogłoby być lepiej, jednak powinno. Jednak ta Platforma to jakaś nędza i bida… A ten Komorowski? Bez-na-dzie-ja. Wczoraj nasz guru, nasz Bronek kochany z dwustoma procentami zaufania, które i na nas światłem Jego Ekscelencji promieniowało promilami politycznego geniuszu. Dziś – gburowaty leniuch, słoń w składzie porcelany, histeryk, niemota, szaleniec…

Oddajmy zatem jaśnie państwu głos, nie pastwiąc się nad nim cytatami wcześniejszymi, stojącymi w sprzeczności z niedawnymi odkryciami niżej wymienionych, jeszcze niżejPO-chylonych. Mądry Polak po szkodzie? To i salon taaaki mundry po porażce!

Monika Olejnik:

Pan prezydent pytał: „Andrzej Duda? A kto to jest?”. Jak widać, przeciwnika nie należy lekceważyć. Platforma powinna sobie uświadomić, że to właściwie ona sama przegrała, a nie Komorowski. Poniosła konsekwencje za aferę taśmową, za wypowiedzi polityków PO, łącznie z Elżbietą Bieńkowską. (…) Pan prezydent w czasie kampanii niestety pokazał, że nie potrafi rozmawiać z ludźmi. (…) Prezydent zaczął obiecywać, ale ludzie już mu nie wierzyli. Bronisławowi Komorowskiemu chyba do końca życia będzie się śniła pani Jowita, która wisiała na jego plecach i podpowiadała, co ma robić.

Jacek Żakowski:

Ludzie władzy mówią z zewnątrz, jakby przylecieli z kosmosu. Hasło: „Bliżej ludzi” to doskonałe hasło dla kandydata Marsjan. Jak ludzie mówią „Bliżej ludzi”, to znaczy, że im się w głowach pomieszało (…). Prezydent robił histeryczne ruchy podczas kampanii przed drugą turą.

Cezary Michalski:

Platforma, zawsze kiedy pytało się o jej błędy, spóźnienia, niedoróbki, częstowała nas przypowieścią o „smutnym realizmie”, który ciąży nad naszym „krajem dla dorobku”. Mnie to oczywiście zawsze przekonywało (…). Ale nie mnie trzeba było przekonać, tylko ludzi ode mnie młodszych, bardziej niecierpliwych (…). Pozostaje jednak pytanie, co było „realizmem” w języku i praktyce rządzenia Platformy, a co łatwizną i błędem?.

Ewa Siedlecka (o nowej ustawie o Trybunale Konstytucyjnym):

Poprawki, jakie wnosiła PO, skłaniają do postawienia pytania, na ile wolno ingerować w procedury zabezpieczające działanie konstytucyjnego organu, by zabezpieczyć partyjny interes. (…) To nie kwestia elegancji czy pragmatyzmu, lecz zasad, które mają być jednakowe dla wszystkich, niezależnie od politycznych wiatrów. Te zasady zabezpieczają demokrację. Ich łamanie to psucie państwa.

I tak dalej, i tym podobne. Nie miejmy jednak złudzeń – to „odkrycia” o krótkim terminie ważności, a ich przyczyną jest nadmierny szok powyborczy. Już za chwilę ludzie ci otrząsną się po zderzeniu z demokracją, którą mordują w białych rękawiczkach pod telewizyjnymi i prasowymi szyldami. Już za moment przypomną sobie, że już jesienią czekają ich wybory parlamentarne, których przegrać nie mogą. Więc ponownie uruchomią całą tę mainstreamową maszynerię opluwająco-osłaniającą, puszczą ją na pełne obroty i z cygarkami w zębach czekać będą pierwszych dobrych wieści z lokali wyborczych. A że nic dwa razy się nie zdarza, tym razem łomot będzie ostateczny.