Emocje, co zrozumiałe, są jeszcze duże, ale powinny lada moment wrócić do względnej normy. Andrzej Duda został Prezydentem i muszę przyznać, że jestem z niego cholernie dumny.
Powiem szczerze. Nie bardzo mam chęć na jakieś polityczne analizy tego co się stało nie tylko wczoraj, ale w ogóle tego co działo się w ostatnich miesiącach wokół polskiej polityki. Latami czytałem tony analiz, przepowiedni, proroctw i całego tego towaru, który produkują tzw. eksperci. To wszystko jest bardzo ciekawe, zajmujące, ale co z tego, skoro raczej nigdy nie znajduje odbicia w rzeczywistości. Serio, nie mam już serca do udawania, że widzę i rozumiem z polityki więcej niż ten, kto to przez przypadek czyta moje wypociny w internecie. Pięć lat temu zginął w katastrofie Lech Kaczyński. To wtedy, kończący właśnie swą przygodę z Prezydenturą Bronisław Komorowski, mało nóg nie połamał w drodze do prezydenckich komnat, a chwilę później, gdy ledwie odsapnął, pierwsze co przyszło mu do głowy to rozpętanie wojny ideologicznej wokół Krzyża. Mija te pięć lat i powoli widzimy coraz więcej. Pan Andrzejek spod Krzyża pięć lat później ściska się z nikim innym jak z Komorowskim właśnie, ale temu to nic nie pomaga, następuje bolesna porażka – choć ja wierzę, że był to raczej akt łaski dla zagubionego człowieka i wyjdzie mu ta nauka na dobre. Od razu ostrzegę co wrażliwszych, że będzie tu dużo odniesień do Boga, kto chce może wcześniej opuścić salę. Tak więc gdybym chciał jakoś spuentować te pięć minionych prezydenckich lat to chyba musiałbym sięgnąć po Stary Testament, a konkretnie przywołać tu werset z Księgi Ozajasza:

Oni wiatr sieją, zbierać będą burzę.
Zboże bez kłosów nie dostarczy mąki,
jeśliby nawet dało, zabierze ją obcy.

W tę wyborczą niedzielę udałem się wcześnie rano do kościoła. Niestety, nie był to mój dzień. Mam nadzieję, że nie tylko mnie czasem coś takiego spotyka. Mimo, że pustych ławek było sporo, to ja postanowiłem nie siadać. Wtedy też odezwał się mój kręgosłup i moje myśli zamiast skupić się na sednie, uciekały sobie gdziekolwiek chciały. Co chwilę przestępowałem z nogi na nogę i zacząłem wreszcie robić to co najgorsze, czyli obserwować z zainteresowaniem ludzi w ławkach. W końcu byłem już tak zły na siebie, że uznałem, że najlepiej będzie jeśli wyjdę albo skupię się na śnieżnobiałym sklepieniu. Tak czasami bywa. I wtedy jakoś tak samoistnie ośmieliłem się odezwać do Boga. Przeprosiłem za moje zachowanie i nieśmiało poprosiłem o to, żebym wieczorem jednak dostał jakiś fajny prezent. W pierwszej chwili, gdy już prośba została wysłana, stwierdziłem, że jest nie tylko zdecydowanie spóźniona, ale i w jakiś tam sposób bezczelna. Otóż kiedy już wróciłem do Boga, jakoś tak przez długi czas nie mogło mi przejść przez usta przyznanie się do tego mojej mamie. Moja mama to klasyczny moher, a ja, przez wiele lat życia beznadziejny poganin, byłem głuchy na jej dobre rady. Nie raz i nie dwa mój „racjonalizm” musiał być dla niej, nazwijmy to oględnie, przykry. No i w końcu, gdy się przełamałem i wykrztusiłem to kiedyś tam, w zasadzie stojąc już w drzwiach mieszkania rodziców i żegnając się, moja mama zareagowała całkowitym luzem. Modliłam się o to dwadzieścia lat – tylko tyle powiedziała. Moja mama modliła się o łaskę wiary dla mnie przez dwadzieścia lat proszę państwa. Tyle trzeba było zachodu, by się udało. Tymczasem ja wyskakuję z tym prezentem na niedzielę wieczór i to jeszcze kiwając się z nogi na nogę. Ale i tak się udało. Oczywiście nie dzięki mnie.

Nie będę udawał, że od pierwszego dnia, gdy ogłoszono, że kandydatem na Prezydenta będzie Andrzej Duda byłem przekonany o zasadności tego ruchu. To znaczy od samego początku miałem jakieś takie wewnętrzne przekonanie, że lepszego kandydata PiS nie mógł wydelegować, ale jakiś niecny głos podpowiadał mi: nie, to się nie uda, zagadają go, zagrają swoje „złote przeboje” i będzie po sprawie. Musiałem więc wykonać sporo roboty, żeby tę swoją wątłą wiarę w pozytywny obrót spraw codziennie jakoś podbudowywać. I dosłownie na jakiś tydzień przed drugą turą jechałem pociągiem do pracy i wówczas postanowiłem odpalić w telefonie Pismo Święte. Akurat byłem przy Mateuszu. Jeśli ktoś czasem zagląda do Nowego Testamentu, to doskonale zdaje sobie sprawę, że Jezus często łajał swoich uczniów za zbyt małą wiarę. Łajał – tak, to słowo jest tu jak najbardziej na miejscu. Jezus uzdrowił chłopca, który był epileptykiem. Jednak dla jego uczniów wciąż było za mało, być tam przy nim i na własne oczy widzieć prawdziwy cud.