WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Na Podlasiu – Obrazki z ostatnich czasów – skreślił nadbużanin (Gazeta Krakowska)

Posted by tadeo w dniu 29 września 2013


APC - 2013.09.29 15.56 - 001.3d

-1-

Rozdział I

Był pochmurny i ciemny dzień zimowy. Jak okiem zajrzeć, biały całun okrywał ziemię, sanny wszakżenie było, drogi więc, pełne wody i rozmięszanego ześniegiem błota, czerniały z daleka, jak olbrzymie szaty na tle białych półszare, ołowiane chmury bałwaniły się po niebie, a mgła wieszając w powietrzu, szaremi smugami wlokła się po polach. Zakryte szarym, nieco przejrzystym tumanem,wśród którego przebijała się gdzieniegdzie blada zieloność sośniny, lasy tworzyły jakieś ciemne, mdłe, onieokreślonej barwie i kształtach cienie, zamykające w koło ścieśniony widnokrąg. Stada wron, kracząc przeraźliwie, ulatywały po samotnych zagonach; wróble świergotały smutnie na wierzbach przy drodze, zlatując czasami szukać w błocie zgubionego może przez wiozących zboże podróżnych ziarnka, a z dala dolatywało szczekanie psa lub ryk wypuszczonej na podwórze krowy.

Dzień, choć dżdżysty i wilgotny, był jednak zimnym; ze szarych chmur sypała od czasu do czasu biała kaszka; mroźny wiatr pociągał z północy,obiecując przymrozek na jutro; w wioskach i odosobnionych sadybach dymy w miejsce wzbijać sig prosto ku górze, snać obciążone wilgocią kładły się po ziemi, zaciemniając bardziej jeszcze ołowianej barwy powietrze; na drodze marzło, a rzadki podróżny klął, na czem świat stoi, przylegające do kół błoto.

Jeżeli jednak na tyle starczyło mu cierpliwości, że jadąc, czyli raczej wlokąc się gościńcem od Białej, dobił do miejsca, gdzie na rozchodzących się drogach stała murowana, biało otynkowana kapliczka, w której wnętrzu przed posążkiem św. Jana Nepomucena bezustannie gorzała lampka, mógł odetchnąć swobodnie, bo zza mgły i tumanów wlokącego się dymu wyjrzała grupa domostw, zwiastująca miasteczko, w którem mógł odpocząć po rzeczywistych w tej porze trudach podróży.

Jak wysunięta placówka, ukazywał się naprzód na lewo olbrzymi wiatrak z nadłamaną nieco śmigą (skrzydło wiatraka), zanim w oddali spowinięte mgłą majaczały krzyże cmentarza i połyskiwała obita blachą kopuła łacińskiego kościółka; nieco ku środkowi ponad dachy skromnych domostw wynosiła się pękato bóżnica; główny plan obrazu wreszcie zajmowały większe i mniejsze domki i domy, kryte gontem lub słomą, gęsto ocienione obnażonemi obecnie z liści drzewami,których nagie konary, spowinięte w szarym płaszczumgły i dymu, jako fantastyczne widma, sterczały wysoko ku górze.

Tak się przedstawiało oczom wędrowca miasteczko Łomazy w bialskim powiecie, dawne, bo jeszcze pierwszych Jagiellonów pamiętające; odwiedzone wreszcie przez Kazimierza Jagiellończyka, jadącego na sejm do Brześcia Litewskiego; upamiętnione w końcu bitwą z czasów konfederacyi Barskiej, w której poległ Franciszek Puławski. Dziś z miasta zdegradowano je na osadę; nowe prawa kazały naczelnikowi jego w miejsce munduru z czerwonym kołnierzem, pikielhauby (skórzany hełm, obity blachą zakończony szpicem) , zdobnej w herb guberni i szpady z feldcechem (złota lub srebrna taśma przy szpadzie), nosić tylko łańcuch mosiężny z medalem na szyi.

Degradacya ta nie przeszkadzała wszakże obywatelom jego, czującym swą godność, zwać się mieszczanami i uważać się za coś lepszego od mieszkańców okolicznych wiosek, czego im zresztą nikt zaprzeczać nie myślał, i co w obywatelch tak słynnego miejsca zupełnie było naturalnem.  Wędrowiec jednak napróżno by szukał w Łomazach śladów tej głębokiej starożytności; nic tam nie pozostało takiego, co by ją wskazać mogło; jednem słowm, było to sobie miasteczko ani mniej, ani więcej brudne od innych, jakich zresztą tysiące w naszej Polsce widzieć można.

– 2 –

Rozdział II

Przebiwszy się od wspomnionej kapliczki do pierwszych domów miasteczka wjeżdżało się na obszerny plac, reprezentujący rynek, na którym dwa razy do roku odbywały się jarmarki, a co Niedzielę zwyczajne targi, różniące się od poprzednich tem jedynie, że trochę mniej na nich było ścisku, hałasu, pijanych i błota. Pomijając okalające rynek różnego kształtu i wielkości domy z ganeczkami lub bez nich, nie mogąc za mgłą dojrzeć krzyżów niegdyś unickiej, dziś schizmatyckiej cerkwi, naprzód uderzała oczy na prawo ogromna rajtszula (szkoła jazdy), zbudowana dla kwaterujących tu jeszcze w czasie Krymskiej wojny kawalergardów ( najważniejszy rangą żołnierz)  moskiewskich,  obecnie służąca kozackiej artyleryi; ulokowany na środku rynku rząd sklepów, różnemi kolorami malowanych, w końcu długi z facyjatą (pomieszczenie mieszkalne na poddaszu) dom z gankiem na filarach, mieszczący w sobie austeryją (karczma, szynk), cukiernią, restauracyją, winiarnią, handel korzenny, łokciowy, bilard, sprzedaż szuwaksu (czarna pasta do butów)  itd., słowem wszystko co ku potrzebie i przyjemności tak mieszkańców b. miasta, jako też i okolicy służyć mogło.

Już z daleka idącego od rynku gościa z niebieskich okiennic witały napisy: „Sprzedaż trunków” — „Pradaża pitiej” i szybko otworzona malowana brama zajazdu. Kto zaś, obszedszy dom z drugiej strony, stanął przed głównem wejściem, ujrzał pod balkonem facyjaty, na którym zwykle odbywały poobied‐ nią siestę żony moskiewskich oficerów, dwa sklepy. Pierwszym była właściwa winiarnia, cukiernia itd., o czem wszem wobec i każdemu z osobna oznajmiały z niebieskich drzwi na bronzowo malowanych blachach złotemi literami napisy. Na jednej z blach stało: „Handel win i korzenny, F. F. B”, co miało znaczyć „Froim Fajgeulaum”, na drugiej zaś blasze moskiewski napis: „Pradaża win i korniej”, tudzież powtórzona moskiewskiemi literami cyfra Szanownego kupca: „F. F. B.” zastąpiła dawniejszy, który opiewał: „Figi, Rozynki, Migdałów, Muszkatołowe Gałkie.” Pamiętający jeszcze ów dawny napis, istniejący w czasach, kiedy moskiewszczyzna nie rozszerzyła się tak jeszcze na nieszczęśliwym Podlasiu, nieraz zapewne westchnęli, ujrzawszy tę zmianę nad tem, że moskiewskie „Korni” wystraszyły „Figi, Rozynki i Migdałów”, razem nawet z „Muszkatałowem Galkiem”.

Drugim był sklep specyjalnie łokciowy i norymbergski, trzymany przez synową, czy dalszą kuzynkę szanownych Froima i Faigi Fajgenbaum, co każdy mógł się dowiedzieć z czerwonej tablicy nad drzwiami, na której żółte z szaremi brzegami litery mówiły przechodniom, że tu jest „Handel towarów łokciowe”, czyli „Pradaża łoktiowych wieszczej”. Po tej głównej ozdobie całego miasta nic już w rynku, a bodaj i w całych Łomazach na szczególną uwagę nie zasługuje, nawet i kancelaryja gminna z orłem dwugłowym nad drzwiami, nawet moskiewska szkółka, do której nikt nie chodzi, nawet jedyna murowana w tem mieście kamienica, należąca do kupca                    en gros (sprzedaż kupno) zboża i drzewa, bankiera okolicznych, szlachciców Grubego Jankla.

— Tak powyżej wymienione rzeczy i wiele innych, jak np. zawalające rynek i niektóre ulice stosy drzewa i świeżo powyrabianych gontów, któremu to przemysłowi wielu starozakonnych obywateli Łomaz się oddaje, błyszczące talerze mosiężne przed domem felczera, wysychająca w niektórych miejscach latem rzeczka Zielawa z mostem, na drewnianych slupach opartym, różnokolorowo malowane domy, niewiasty mojżeszowego wyznania, siedzące poważnie za straganami na rynku i handlujące wszystkiem, od obważanków i makagigi (ciastko z masy karmelowej, miodu i maku z dodatkiem orzechów i migdałów)  do nici, igieł i wstążek, drewniany koń przy rajtszuli, na którego wskakiwać się uczą kozacy; wszystko to blednie wobec „ Handlu win i towarów łokciowe.”

Ale, prawda, jest jeszcze jedna, raczej dwie rzeczy, czyli osoby warte widzenia w Łomazach. Być w Rzymie i nie widzieć papieża, jest to zupełnie to samo, co zwiedzając Łomazy, nie poznać Abrama Kaca.

– 3 – 

Abram Kac jest nie tylko czysto łomazkim typem, ale zarazem osobliwością tego miejsca. Wielka szkoda, że rysy tego męża nie mogą być przekazane potomności; cóż robić, pomimo usilnych próśb, Abram Kac nie pozwolił zdjąć z siebie portretu; dlaczego — to już jego tajemnica. Abram Kac jest to obywatel mojżeszowego, ma się rozumieć, wyznania, posiadający dom w rogu rynku, będący równie, jak on oryginalnym. Dom ten podparty w kilku miejscach, trzymający się nieco na bakier, wygląda zupełnie, jak jego właściciel, kiedy kilka kieliszków kartoflanki wleje pod jarmułkę; pomimo to jednak doskonale mieszkać w nim można, tak samo, jak właściciel jego, pomimo kartoflanki pod jarmułką, walecznie, choć nieco z ukosa, gruntuje łomazkie błoto.

Abram Kac robi wszystko i nic, handluje wszystkiem i niczem, w życiu swojem więcej nad pół rubla razem pewnie nie posiadał; pomimo to żyje, prosperuje doskonale i ciągle jest zajętym. Ktoby spotkał szanownego obywatela tego, biegnącego przez rynek w chałacie, złożonym z większej daleko ilości łat, niż materyjału pierwotnego, z którego powstał, a którego koloru najbieglejszy nawet malarz odgadnąć by nie potrafił, w koniecznie przydeptanych patynkach (drewniane nakładki na buty), włożonych na bose nogi, jarmułce, podobnej do kawałka juchtowej skóry, czapce niedającego się opisać kształtu, z rozpuszczoną na wiatr gęstą i długą siwą, czyli raczej kilku kolorów brodą; ten przysiągłby, że od człowieka tego co najmniej losy Europy, albo chociaż moskiewskiego carstwa zależą.

Abram Kac sprzedaje wszystko, zacząwszy od mięsa, starych butów, cygar, tytoniu itd., a skończywszy na wołach, krowach, koniach, nawet kawałkach roli. Kupuje tak samo wszystko, co tylko mu chcą sprzedać. Robi interes nieraz na kilkaset rubli, a zarabia na nim złotówkę.

Pochodzi to ztąd, że nie mając pieniędzy, jest raczej pośrednikiem, niż rzeczywistym kupcem; zawsze jednak jako taki występuje. Trzeba go widzieć, kiedy schwyciwszy w jatce na kredyt ćwiartkę baraniny lub cielęciny, pędzi z nią do którego z dworów wiejskich w okolicy. ‐ Jasz pan Dobrozij kupi bahaniny? ni? — woła, pakując się do salonu, choćby na bal nawet trafił; nic bowiem go nie detonuje; w zapale handlu dostanie się wszędzie i nie ustąpi, aż zrobi swoje. Wypchnięty za drzwi, włazi oknem, wyrzucony przez okno, jest w stanie dostać się kominem, zmęczy, znudzi, doprowadzi do wściekłości tego, na kogo się uweźmie, baraninę wszakże sprzeda.

Zadowolony wraca do Łomaz, od których często o kilka wiorst (nieco ponad jeden kilometr) się oddalił, oddaje wzięte pieniądze rzeźnikowi, swój zarobek wynoszący 10 lub 20 groszy przepija i biegnie za drugim interesem. Pod wieczór zrobił kilka mil drogi, zwiedził wszystkie wioski w okolicy, zarobił dwa złote., które natychmiast przepiwszy, zasypia, jeżeli nie w domu, to na środku rynku lub w rowie przy drodze. Na drugi dzień wstawszy, to samo rozpoczyna życie.

Jako dodatni rys charakteru Abrama wspomnieć należy, że nie było przykładu, aby czy to sam kiedy co ukradł, czy też kradzioną rzecz kupił lub przechował. Za wzięte na kredyt rzeczy natychmiast sprzedawszy je, płaci, kontentując się małym zarobkiem; dla niego bowiem dość, jeżeli ma na obwarzanek i wódkę co dzień, a na kugiel (babka ziemniaczana) i śledzia, lub parę piskorzy w szabas. Zadowolniony zupełnie z życia, jakie prowadzi, zdaje się, że inaczej nawet żyćby nie potrafił.

Drugą osobistością łomazką, choć w innym nieco rodzaju, jest krawiec Moszko, technicznie zwany pijakiem. Nazwisko to dostało mu się z dwóch przyczyn, raz że pije znacznie lepiej od Abrama Kaca, powtóre dla odróżnienia od drugiego krawca Moszka trzeźwego, będącego, jak on, obywatelem łomazkim. Nizkiego wzrostu, ubrany w tabaczkowy chałat, z takiegoż koloru brodę i z tabakierką w kieszeni, Moszko pijak jest zawsze w dobrym humorze. Nikt nigdy nie widział go rozgniewanego lub smutnego, a kiedy jeszcze z pół kwarty kartoflanki wychyli, wtedy weselszego nad niego człowieka nie tylko na Podlasiu, ale w całej Koronie Polskiej, wraz z W. Ks. Litewskiem, wszystkich Rusiach i Żmudzi nie znajdzie.

Nosząc się znacznie porządniej, nawet elegancko naprzeciw Abrama Kaca, nie może obejść się wszakże bez koniecznych łat na łokciach i strzępów na brzegach poły chałata. Nic to wszakże dziwnego; nikt przecież nie widział szewca w całych butach, jakżeż więc Moszko, będąc krawcem, mógłby mieć zupełnie cały chałat?

– 4 –

Moszko jednak rzemiosło krawieckie uważa za przydatek; głównym bowiem zajęciem jego dzierżawa ogrodów owocowych. Z nadejściem wiosny, kiedy drzewa pokrywają się bujnym kwiatem, nie może już dosiedzieć w miasteczku, coś bowiem gwałtem go pędzi na wieś. Zaczyna więc peregrynacyją po okolicznych ogrodach, oglądając, który z nich najlepszy plon wróży i układa się o dzierżawę.

Dobiwszy targu i ulokowawszy się w ogrodzie, wygląda, jak odrodzony. Szczęśliwy, wesół, z nieodłączną tabakierką w ręku i butelką w kieszeni, bimbuje sobie wśród księżycowej letniej nocy, spacerując około obciążonych owocami drzew. Do miasteczka rusza jedynie na szabas i Niedzielę, aby na targu sprzedać zabrane z sobą frukta. Nie byłoby dla niego większego nieszczęścia. jak nie dzierżawić latem żadnego ogrodu. Dzierżawa ta stała się drugiem życiem jego, potrzebą konieczną, niezbędną. Moszko bez ogrodu w lecie, to anomalia, to coś takiego, czego nawet przedstawić sobie nie można. Gdyby nic nazywał się pijakiem, zwano by go pewnie sadownikiem. Prócz ogrodu, ukochał jeszcze drugą rzecz, która mu właśnie nazwisko dała, t.j. Gorzałkę. Szpagatówka nawet, jak się zdaje, o wiele milszą mu, niż pierworodny Wełwe, kierujący się na rabina, wielkie światło Izraela w projekcie.

Moszko swego Wełwe jednak bardzo kocha; zawczasu cieszy się, jak do niego ludzie z dalekich stron kiedyś schodzić się będą, jak ongi do rabina w Kocku, od którego wszakże będzie nauczniejszym. Choć szpagatówka często płata mu figle i naraża czasem na nieprzyjemne kolizye ze strażą ziemską lub wójtowską władzą, nieraz zaprowadzi na noc do miejskiej kozy, Moszko wszakże będąc wyższym nad drobne dolegliwości świata tego, nie łamie raz zaprzysiężonej jej wiary. Wyspawszy się w kozie, wychodzi z niej prosto do szynku, gdzie zalawszy robaka, następnie poprawiwszy na kuraż, wymyśla na wójta, ławników, straż ziemską, ba! nawet samego starszego strażnika.

Władze też, tak rządowe, jak municypalne, znając pod tym względem Moszka, zwykle patrzą na wszystko przez szpary, i w takim razie tylko sprzątają go z ulicy, jeżeli szanowną swą osobą założy się w poprzek, czem utrudnia komunikacyję. Leżącego zaś pod ścianą lub w rowie zostawiają w spokoju. Moszko jest równie uczciwym i rzetelnym, jak Abram Kac; w tem zaś go przewyższa, że nie jest tak uprzykrzonym i nudnym, owszem, pełen zawsze delikatności, grzeczny i przyzwoity. Za nic w świecie nie ruszy, co do niego nie należy; można mu śmiało powierzyć złoto nawet, ale wódki nie. Widząc przed sobą wódkę, skosztować jej musi; oprzeć się podobnej chęci, jest to nad jego siły.

Pociąg ten spłatał mu też raz dotkliwego figla. We dworze, gdzie Moszko ogród dzierżawił, w jednym z pokojów, od którego często otwierano okno, stały na półce butelki z różnemi nalewkami. Widok ich nie mógł nie znęcić Moszka, który nie posiadał bynajmniej siły św. Antoniego do opierania się pokusom, toteż wkradał się do pokoju i nadpijał z butelek. Dostrzeżono tego ubytku, a domyślając się, czyja to sprawka, wsypano do jednej z flaszek proszek emetykowy (środek na przeczyszczenie), inne zaś popieczętowano.

Moszko spróbował zaprawionej wódki, spróbował jej czeladnik jego, i… nie trzeba mówić, jaki skutek wywarła. Czeladnik uciekł na drugi dzień do Łomaz i nie chciał wrócić więcej; Moszko został, ale przez długi czas nikomu z domowych nie pokazywał się na oczy; wkrótce jednak dobry humor jego wziął górę i cierpliwie znosił żarty z tego wypadku, który wkrótce stał się głośnym w okolicy.

Aj waj! — mówił — ja miślał, że umrę; nic a nic nie wieział, co to takiego. A mój czeladnik, to tylko leżał w krzakie i stękał i krzyczał gewałt. Niedawno, jak ja buł w Przegalinie, tam przyjeżdżał jeden pan aż z pud Włodawy, i wun, jak mnie tylko zobaczuł, tak pita: Czy to ten Moszko, co pił wudkie z hamatykiem? i wszystkie się śmieją, a mnie takie wstyd.

-5-

Zimą Moszko także nie dosiedzi, lecz peregrynuje po dworach za robotą. Choć obszywa tylko parobków i oficyjalistów, gdyż talent jego krawiecki bynajmniej z Chabou, ani Starkmanem z Warszawy rywalizować nie może, jest jednak zawsze persona grata. Pan, pani, panicze, panienki, wszyscy Moszka lubią, bo wszystkich ubawi, rozweseli, każdemu coś ciekawego opowiedzieć potrafi. Jest on chodzącą gazetą okolicy; wie, gdzie kto się urodził, umarł, ożenił, rozwiódł, kupił czy sprzedał majątek; ile która panna ma posagu, a nawet lat, kawaler czy wdowiec, wszystkich bowiem zna i nowin zawsze posiada zapasy. Wieczorem, kiedy cała rodzina zasiędzie przy kipiącym samowarze, Moszko zakropiwszy jednym i drugim kieliszkiem robaka, popijając podaną mu przez panią domu herbatę, opowiada różne ciekawości z okolicy.

Plotkarzem wszakże nie jest, nikogo nie obmawia, on wszystkich szanuje i wszystkich szczery przyjaciół. Jako człowiek już nie młody, żył głównie ze starszem pokoleniem okolicznej szlachty, z których wielu umarło, młodszych szanuje; ale to już nie jego panowie. Także miał swoich księży między proboszczami unickimi i łacińskimi, lecz Moskale ich powyganiali. To też wspominając niekiedy zmarłych i nieobecnych:

— Nie ma już moich panów i moich księży — mówi, ocierając łzę poczciwy żydzina. Jest także wielkim politykiem; będąc gdzie we dworze, pilnie dowiaduje się, co stoi na gazetach, a wszystkie zmiany na horyzoncie europejskim gorąco bierze do serca. Ma się rozumieć, patryotnik Moskali nie lubi, choć żyje z nimi w zgodzie, trzymając się przysłowia: Panu Bogu świeczkę, djabłu ożóg.

W czasie wojny prusko-francuzkiej, której przebiegiem nie wiadomo dlaczego nasi żydkowie tak silnie się interesowali i niepowodzenia Francuzów brali do serca; nikt bardziej od Moszka nie był kolejami walki zajęty; nikt pilniej od niego nie zbierał wiadomości, ani też większych nie budował nadziei. Było to jakoś zimą, w parę tygodni po wzięciu Metzu, Moszko przyszedszy do jednego dworu około Łomaz, zastał syna gospodarza domu z gazetą w ręku, naznaczającego szpilkami na mapie placu boju położenie obu armii.

— Co ślichać? proszę panicza, jak tam Francuzy? — zapytał.

— Doskonale — odrzekł tenże — pobili ogromnie Prusaków.

—Aj waj! — krzyknął uradowany Moszko — jak to buło; niech panicz będzie łaskawy psiecita.

Młody człowiek patrząc w gazetę, przeczytał następną depeszę, która, jak mówił, tam się znajdować miała.

—„Donoszą z Wersalu: „Armia francuzka wylądowała w Gdańsku i zdobyła trzy pruskie fortece: Bochnią, Wieliczkę i Drezno. Bazaine, znajdujący się w Dreźnie, przebrany za żyda z kramikiem — uciekł’.”

— Aj waj! aj waj! — krzyczał Moszko, tańcując z radości po pokoju — chwała Bogu! co tych Prusaków… zbili. Aj waj! Ny, ma szczęście ten Błazun, co uciekł; jemuby zaraz powiesili? prawda paniczu?

— Z pewnością — odrzekł młody człowiek. —Ale jemu złapi i powieszą; Moszko mówi, co jemu powieszą, bo to ganew, szwarc jur, zbójnik. Nu, nu, będzie teraz Prusakom. Jak to paniczu, Bochnią, Wieliczkę i. . . .

— I Drezno — podpowiedział młody człowiek — a wylądowali w Gdańsku.

— Tak, tak, wysiadli w Gdańskie, sy git — mówił Moszko.

— Ale niech panicz lepiej napisze, bo ja zapomnę. Ja zaraz wracam do Łomaz i prosto idę do ks. S., wun jeszcze nima gazete; jak jemu powiem, to wun się będzie cieszył, chyba mnie kieliszek wudkie da za to. Jako objaśnienie dodać należy, że Moszko był już nieco ciętym; pod wpływem więc szpagatówki radość z powodzeń francuzkich była jeszcze większą. Młody człowiek napisał przeczytaną depeszę, a Moszko łyknąwszy na drogę, poleciał do Łomaz. Ks. S., ówczesny proboszcz unicki w Łomazach, należał do rzędu księży, których Moszko nazywał swoimi; śpieszył zatem co prędzej podzielić się znim dobrą wiadomością. W kilka dni potem Moszko zjawił się znów w tym dworze.

— No cóż? — pytano go — bardzo się cieszył ksiądz S.? Dostałeś kieliszek wódki za depeszę?

— Aj wajl — odrzekł, krzywiąc się Moszko,— co panicz robi, co ja miał wstydu, to strach. Jak ksiądz przeczytał, tak śmieje się i mówi: Moszku, jaki ty głupi, toż to nie fortece i nie w Prusach te miasta. Ale jegomościuniu, ja mówię toż tak stało na gazetach. A ksiądz mówi: Aj, jaki ty głupi Moszku, tostrach; toż z ciebie kpią, a ty wierzysz. A tu przyszłapani i panny i wszystkie czytają i śmieją się iwołają: Moszku, jaki ty głupi! A mnie takie wstyd.Już ja teraz nic nie wierzę.

Takie i tym podobne figle, robione z Moszkiem, nie tylko go nie obrażają, ani humoru mu nie psują, ale także nie przeszkadzają politykować i nosić, jak dawniej, nowin po dworkach, które zawsze odwiedza jako prawdziwy przyjaciół.

– 6 –

Rozdział III

Wewnątrz miasta Łomaz panowało tradycyjne w czasie zimowych odwilży błoto. Choć dachy pokrywała gruba warstwa śniegu, na ulicach jednak utworzyła się gęsta, czarna masa, na przebycie której nielada siły i odwagi trzeba było. Na środku rynku w potworzonych jeziorach pluskały się gęsi i kaczki, a w rozrobionej zaś czarnej masie rozkoszowały się nierogate stworzenia. Parę rogatych i brodatych stało melancholijnie zadumanych; bo na całym obszarze rynku, ani nawet na bocznych ulicach nie było ani jednego włościańskiego wozu, z któregoby nieco słomy wyciągnąć można było, ani jednego konia z torbą na głowie, którą przegryzszy, dostałoby się nieco obroku na dodatek do podanej na śniadanie miotły.

Rowami, ciągnącemi się po obu stronach ulic, reprezentującemi rynsztoki i kanalizacyą miejską, płynęła z szumem woda ku wielkiej uciesze nie tylko gęsi i kaczek, ale – także młodych obywateli mojżeszowego wyznania, stawiających na niej młynki, lub spławiających kunsztownie z resztek gontów, przez tate wyrabianych, zbudowane tratwy i czółenka, ku pożytkowi zaś niewiast Izraela, mających pod ręką wodę do prania bielizny, mycia garnków i inne domowe potrzeby.

Pomimo że brzydka zimna pora i trudność w przebywaniu ulic nie zachęcały nikogo do porzucenia ciepłej chaty, jednak przed domem naznaczonym tablicą z dwugłowym orłem, gdzie mieściła się kancelaryja wójta gminy, stała spora gromada ludzi. Byli to mieszkańcy Łomaz, oczekujący przybycia naczelnika ziemskiej straży z Białej. Zbrojne apostolstwo bowiem przycichnąwszy nieco latem, znów z jesienią z nową siłą rozpoczęte, trwało bezustannie. Swiętojurca Gomela, który zajął w Łomazach miejsce wygnanego do Galicyji szanownego księdza Starkiewicza, niejednokrotuie skarżył się do władz o brak zupełny dochodów z parafiji.

Pogardzając odstępcą parafijanie, żadnych od niego posług religijnych nie żądali; cerkiew stała zawsze pustkami; to wszystko więc chciwemu popowi, zmuszonemu ograniczać się na samej tylko pensyi, bardzo się nie podobało. W skutek powtarzanych zatem skarg przybywał naczelnik zaprowadzić porządek. Epifan Iwanowicz Gubanjew, jeden z gorliwsżych apostołów schizmy na Podlasiu, niegdyś oficer piechoty, obecnie naczelnik straży ziemskiej z Biały, przewyższył gorliwością przełożonych i kolegów swoich i pozostanie na długo w pamięci wieśniaków. Łomazy były jednem z pierwszych pól popisu jego gorliwości, na którą bardzo wiele rozmaitych przyczyn się składało. Sławny pijak i karciarz, przez to wiecznie w długach i bez grosza przy duszy, musiał koniecznie szukać bocznych dochodów, bo pensyja nie wystarczała.

Żydzi za długi jej nie aresztowali, nie z braku chęci wprawdzie, lecz z obawy przed panem naczelnikiem, któryby tysiącznymi sposobami dokuczyć i zemścić się za to potrafił, tylko w dniu wypłaty topniała ona zwykle na zielonym stoliku. Grając zaś zwykle z równymi sobie, lub wyższymi nawet czynem, nie mógł grać na kredkę, przez to często bywał w ambarasie, nieraz nawet wielkim, mianowicie w środku kwartału. Do pensyi było daleko; żydki albo unikali spotkania z panem naczelnikiem, albo grzecznie odnawiali pożyczki, klnąc się na duszę, ciało, żony i bachory, że poniosszy wielkie straty w handlu, grosika nie mają przy duszy, pomimo więc najszczerszej chęci wygodzenia p. naczelnikowi, któremu lepiej, jak samym sobie wierzą, nic pożyczyć nie mogą.

Nie mając zaś takiego prawdziwie moskiewskiego sprytu w wynajdywaniu źródeł dochodu, jak jego kolega i przełożony naczelnik powiatu Aleszko, łapówek dostawał nie wiele, chciał zatem gorliwością w sprawie nawracania Unitów zasłużyć sobie nagratyfikacyą, lub orderek jaki, do którego by pensya przywiązaną była. Ściągane z Unitów kontrybucye, w których Aleszko dozwalał mu udziału, nie wystarczały. Jedna część z nich musiała iść do guberni, z drugiej partem leoninam zatrzymywał Aleszko, dopiero resztę dzielono między niego i paru urzędników z kancelaryi gubernatorskiej, których pomoc i dyskrecyja do tego geszeftu potrzebną była.

W dodatku gorliwością tą chciał zmyć ciążące na nim podejrzenie rządu i dawne pułkowe grzeszki. Jeszcze jako oficer, będąc nadzwyczaj liberalnych,nawet nihilistycznych przekonań, należał do spisku oficerskiego przed 1863 rokiem. Udział ten wykryto; choć więc się wykręcić potrafił, był zawsze padazritielen.

– 7 –

Mając styczność z kasą pułkową, potrzebując zaś wiecznie pieniędzy, nadruszył takową, co jeszcze byłoby niczem, w moskiewskim bowiem rządzie kradzieże rządowych pieniędzy są na porządku dziennym, ale wykryła się nadto jakaś gruba i brudna szacherka,
hańbiąca nawet moskiewskie szlify, do których bardzo wiele rzeczy przysycha, nie odbierając bynajmniej blasku.
Oddany pod sąd, usiłował zastrzelić się; nie dokazał tego jednak i tylko nieszkodliwie się skaleczył.

Wyleczono go; przy staraniach potrafił jakoś tę sprawę zatuszować; z pułku wszakże wystąpić musiał, bo groziło haniebne wypędzenie. Przeszedł więc do policyji i został naczelnikiem straży ziemskiej Bialskiego powiatu.
Tak więc były spiskowiec, liberał, stał się policyjentem, vulgo szpiegiem; te dwie, bowiem nazwy w Moskwie mają jedno znaczenie.
Pomimo to jednak, czasami przy kartach i kieliszku w gronie zaufanych, kiedy jedna i druga wypróżniona butelka posyła pod stół, Gubanjew odzywał się liberalnie. Przyznając się do gruzińskiego pochodzenia, wołał:
— Wa mnie wolnaja krow kipitl
Po wytrzeźwieniu się liberalne przekonania szły w kąt, wolna krew przestawała się burzyć, a pseudo Gruziniec i nihilista Gubanjew był tylko zwyczajnym strażnikiem, czyhającym na każde podejrzane słówko i robiącym donosy, aby pozyskać względy rządu i co zatem idzie,
orderek i gratyfikacją.

Wybrawszy się na misyją do Łomaz polecił wójtowi zebrać mieszczan przed kancelaryją, gdzie go też od kilku godzin oczekiwali. Choć był w mieście, nie pokazywał się jednak; zajechawszy bowiem do dowódzcy stojącej tu kozackiej bateryji, pokrzepiał się śniadaniem przed
rozpoczęciem apostolstwa, które miało przysporzyć dochodów popowi Gomele.

Rozdział IV.

W kwaterze pułkownika kozackiej bateryji gwarno było i wesoło. Prawie wszyscy oficerowie byli zebrani, gdyż mieli wraz z dowódzcą asystować przy czynnościach Gubanjewa i udzielać mu pomocy. Tymczasem zajadano smacznie i suszono liczne kieliszki.
– Nu para nam uże gaspada — odezwał się Gubanjew, kończąc kieliszek wina.
– Nie śpieszcie się jeszcze, Epifan Iwanowicz — rzekł pułkownik — jeszcze wcześnie; mieszczanie się pewnie jeszcze nie zebrali.
– To nie może być — odrzekł Gubanjew — kazałem im zgromadzić się na godzinę ósmą, a teraz już blizko jedenasta, muszą zatem być wszyscy.
– Wsio rawno, niech poczekają trochę — powiedział pułkownik — czort pobieri mużyków, a my możem jednę i drugą jeszcze butelkę wypić.
– Jabym był nie od tego — odrzekł Gubanjew — wolę przecież czas spędzać w miłem towarzystwie, jak męczyć się i objadać z tym przeklętym narodem. No szto diełat — służba, zresztą trzeba raz skończyć te przeklętą sprawę.
– To też jak się mużyki na zimnie wystoją, będą mięksi — rzekł pułkownik.
– Już ja i tak z tymi sukinsynami poradzę — mruknął Gubanjew — zaciskając pięść.
– Czy tylko pewni tego jesteście, Epifan Iwanowicz? — zapytał jeden z oficerów — mużyki twarde bestyje. nie łatwo ugiąć się dadzą.
– No już ja poradzę — bądźcie spokojni — odpowiedział Gubanjew.
– Czyby nie lepiej było — odezwał się drugi z oficerów, znany Kalinin — zarządzić egzekucyją? to środek może praktyczniejszy od innych, bo chłopu najciężej płacić.
To mówiąc, uśmiechnął się, przyszły mu bowiem na myśl dobre interesa, jakie robił na egzekucyjach. Z nich to potrafił sobie zebrać ładny kapitalik, kupić powóz i trójkę koni, nadto strojić żonę, na co by pensyja porucznikowska nie wystarczyła. Wieśniacy podlascy płacili suknie jedwabne i biżuteryje pani Kalininowej, jak również karty, konie, szampańsie i różne inne przyjemności panu.
– Egzekucyje na później — odrzekł Gubanjew — pierwej użyjemy innych środków.
Tymczasem służba nalała kieliszki, wzięto się do kończenia proponowanej przez pułkownika butelki, a gawędka przeskoczywszy na inne zupełnie pole, wybiła z głowy towarzystwu czekających mieszczan. Wtem wszedł kozak, meldując, że do p. naczelnika przyszedł wójt miejscowy.
– Niech wejdzie — rzekł Gubanjew.
Kozak wyszedł, a na jego miejsce ukazał się wójt łomazki Karpowicz, który oddawszy głęboki pokłon, pokornie zatrzymał się we drzwiach.

Był to tęgi wysoki chłop, z dużą czarną brodą, z fizyjognomii podobny do kacapa, które to podobieństwo zwiększało chytre, złośliwe spojrzenie. Karpowicz należał do tych nielicznych, którzy stawszy się wiernymi sługami caratu, ulegszy poprzednio obietnicom Moskwy, dopomagali jeszcze do ciemiężenia swojich. Renegat zawsze bywa najpodlejszą istotą, wstydząc się odstępstwa, mści się za nic na tych, co uczciwymi pozostali; chciałby prześladowaniem do tego samego ich skłonić, aby przez to siebie we własnych oczach usprawiedliwić.

– 8 –

Najsroższych zawsze mieliśmy prześladowców w zmoskwiczonych Polakach.Karpowicz należał do ich liczby; na szczęście niskie stanowisko, jakie zajmował, nie pozwalało mu robić wiele złego, starał się jednak, ile możności, najwięcej dokuczyć mieszkańcom rządzonej przez siebie gminy.

— Nu sztóż? — zapytał Gubanjew.

— Czy Wasze Wysoko Błahorodje — zapytał z ukłonem Karpowicz — każe jeszcze czekać mieszczanom, bo już chcą się rozchodzić

— Ach padlecy! — krzyknął Gubanjew — jak śmieją, kiedy kazałem czekać?

— Ja też to im powtarzam — odrzekł Karpowicz — ale oni mówią, że czekają od ósmej godziny, a tu blisko południe, więc nie chcą dłużej. — Sukinsyny ! — rzekł Gubanjew — którzyż to tak mówią?

— A już to ci, Wasze Wysoko Błahorodje — odpowiedział Karpowicz — co nie tylko sami najbardziej nieposłuszni Władzy, ale jeszcze innych podburzają.

— O wielu ich jest — odrzekł wójt — już ja na miejscu Waszemu Wysoko Błahorodje wszystkich wskażę. Ale same główne herszty to Teodor Derlukiewicz, Cydejko, Szatałowicz i kilku innych.

— Sukinsyny, ja im dam! — rzekł Gubanjew. Dwóch młodych oficerów kozackiej artyleryji, niedawno przybyłych z nad Donu, stało na boku, rozmawiając po cichu.

— Patrzno, jaka to podła fizyjognomija u tego wójta — szepnął jeden do drugiego.

— Perekińczyk zawsze padlecom — odszepnął tamten.

— Jabym dał jemu naprzód skosztować pletni, a kozakom przykazałbym, aby ręki nie żałowali — szepnął znów pierwszy.

— Oj warto — odszepnął drugi — sprawiedliwiej daleko wziąść jego pod pletnie, niż tych, których skarży; bo tamci ludzie porządni, a on padlec.

— Dziwię się, że Gubanjew go słucha — szepnął pierwszy. — Jabym łotrowi zęby wybił i za drzwi wyrzucił. Alboż Gubanjew lepszy — odrzekł drugi.

— Dla czegóż służy w ziemskiej straży? Powiedz, czy byś przeszedł z bateryji do policyji, nawet na wyższy stopień?

— Ma się rozumieć, że nie — rzekł pierwszy.

— Lepiej być smarowozem, albo chlebopiekiem, niż policyjantem.

— No, para uż gaspoda — odezwał się Gubanjew, wstając i biorąc czapkę.

— Czy pójdziesz? — zapytał pierwszy z młodszych oficerów kolegi.

— A to po co? — odrzekł zapytany — czy to tak przyjemnie patrzeć, jak mordować będą biednych ludzi! To rzecz takich Gubanjewów, nie moja, ja idę do domu.

— I ja z tobą — rzekł pierwszy — obejdzie się tam bez nas. Towarzystwo całe wyszedszy z kwatery pułkownika, ruszyło ku kancelaryji, z wyjątkiem tych dwóch oficerów, którzy odłączywszy się od reszty, skręcili w boczną uliczkę.

Rozdział V

Zbliżywszy się do kancelaryji, Gubanjew przyśpieszył kroku i wpadł w środek gromady mieszczan, oczekujących jego przybycia.

— Gdie Fiedor Derlukiewicz? etot buntowszczyk — zapytał.

— Jestem — odrzekł, występując wezwany.

— Ty sukinsyn, padlec! — wrzasnął ze wściekłością, przyskakując do niego Gubanjew.

— Czom nie chrestisz dietiej? — I nie czekając odpowiedzi, schwycił Derlukiewicza za brodę i zaczął bić po twarzy.

— Hej! bieritie jewo! — krzyknął na kozaków, których kilkunastu odkomenderowanych pod jego rozkazy stało z pletniami w pogotowiu. Rzucili się wezwani, porwano nieszczęśliwego, obalono na ziemię, a ściągnąwszy z niego ubranie, zaczęto na znak Gubanjewa siec. On tymczasem rzucił się na jakiegoś staruszka, stojącego na boku i zaczął go bić po twarzy.

— Ty sukinsyn! — wołał — czom nie chrestisz dietiej?

— Ależ ja nie mam małych dzieci, Wielmożny naczelniku — wołał bity, któremu krew się ustami rzuciła.

— Moji synowie dawno już żonaci, nie tylko pochrzczeni.

— Wriosz padlecl — wrzeszczał Gubanjew — uderzywszy jeszcze kilka razy starego, tak że się obalił, zaczął deptać obcasami po głowie.

— Hej, wójtl — krzyknął — zaraz zabrać mu dzieci i zanieść do cerkwi.

— Wasze Wysokobłahorodje — rzekł wójt, podstępując — on prawdę powiedział; małych dzieci nie ma. Starszy syn ma przeszło 40 lat, a młodszy 30.

— Tak — rzekł Gubanjew — odstępując od leżącego na ziemi pokrwawionego starca.

— Nu, aszibsia, paszoł won starik — dodał, kopiąc go nogą. Stary nie wstawał, kazał więc dwom strażnikom odnieść go do domu.

– 9 –

Derlukiewicza tymczasem bito; Gubanjew przyskoczył do niego i zapytał, czy ochrzci dzieci, lecz nie odbierając odpowiedzi, zaczął go kopać nogą, nakazując kozakom, aby lepiej ćwiczyli. Nahajki krajały ciało, krew płynęła strumieniem; wreszcie musiano zaprzestać egzekucyji, bo bity zemdlał, więc odniesiono go.

— Bieri etawo! — krzyknął Gubanjew, wskazując pierwszego z brzegu, którego kozacy pochwyciwszy, zaczęli siec. On zaś tymczasem rzucał się na mieszczan, szarpał za brody i włosy i bił po twarzach. Wreszcie zziajany, umęczony musiał się wstrzymać. Kozacy tymczasem wskazanego ćwiczyli.

— Etawo! krzyknął, wskazując innego i znów rozpoczęła się egzekucyja.

— Tego bijcie, dobrze — dodał wójt — to mój kum. Gubanjew nie mógł dostać na miejscu; lecz bolały go już ręce od kilkogodzinnego bicia; podniósł więc kamień ze ziemi i nim bił po twarzach i głowach stojących, nadto coraz to innego wskazywał kozakom do ćwiczenia. Lecz i bicie kamieniem zmęczyło go; stanął więc i dyszał. Kilkunastu oćwiczonych leżało bez zmysłów, Gubanjew znów wskazał nowego. — Nie żałujcie ręki i pletni — dodał wójt — to mój siostrzeniec.

— Ty kto takoj?! — krzyknął nagle Gubanjew na jednego z mieszczan.

— Cydejko — odrzekł tenże. — Ach ty sukinsyn! buntowszczyk! — wrzeszczał Gubanjew i rzucił się na niego trzymanym w ręku kamieniem.

Mieszczanin począł uciekać. Gubanjew porwał kawał cegły z ziemi i rzuciwszy za nim, ugodził go w plecy, następnie drugim kamieniem w głowę. Padł ugodzony, a ten przyskoczywszy do niego, zaczął deptać nogami i tłuc obcasami. Zadowolony wreszcie, zostawił okrwawionego Cydejkę i przyskoczył do innego, chcąc go w twarz uderzyć. Zmordowane jednak ręce odmówiły posłuszeństwa; chciał wymyślać, lecz zachrypł już nod ciągłego krzyku, schwycił go więc oburącz za włosy, a nachyliwszy raz i drugi, ukąsił w twarz.

Tymczasem ćwiczono ciągle. Pułkownik i oficerowie stali, patrząc z zadziwieniem na szaleństwa Gubanjewa. Pewne zakłopotanie malowało się w ich twarzach; nie spodziewali się przy czemś podobnym asystować i czuli, że część hańby tych postępków na nich, jako świadków, spływa. Pojmowali, że można było ćwiczyć nawet do śmierci, kiedy taki był rozkaz, lecz należało przecie zachować choć jakiekolwiek formy sprawiedliwości, pytać przecież pierwej o co, dać jakiś rozkaz, a dopiero nieposłusznych karać. Lecz kazać ćwiczyć pierwszego z brzegu, nie wiadomo za co i po co, brać interes rządowy, jeszcze taki, który go zupełnie nic obchodzić nie może, tak do serca; żeby aż samemu rzucać się na ludzi, nadto jak żak jakiś rzucać kamieniami lub kąsać, jak pies, to już za wiele.

Było to tak okropne poniżenie, sponiewieranie własnej godności, że nawet dla niewolniczych żołdaków moskiewskich zdawało się haniebnym.

— On wściekły albo szalony być musi — rzekł jeden z oficerów do drugiego.

— Kanieczno — odrzekł tamten — człowiek przy zdrowych zmysłach takby przecież nie dokazywał.

— Za wiele pił dziś rano u pułkownika — odezwał się trzeci.

— Nawet najwięcej upiwszy się, takby nic szalał — dodał czwarty — gdyby nie był wściekłym albo waryjatem,

— Bądź co bądź — odezwał się inny – będę wiedział teraz, że koło Epifana Iwanowicza niebezpiecznie, bo kusajetsia kak sobaka.

— Prawdziwie bieszennaja sobaka — mruknął pierwszy. Noc już się zbliżyła, dość było oćwiczonych, dość osobiście obił Gubanjew, kilku nawet pokąsał, nie stało kamieni do rzucania, zmęczony, zziajany, zachrypnięty, stanął i dyszał ciężko. Zbliżył się pułkownik.

— Epifan Iwanowicz — rzekł — dajcie już pokój dzisiaj, reszta na jutro, chodźmy lepiej na herbatę.

— Charaszo — odrzekł Gubanjew — rzeczywiście będzie już dość na dziś.

Paszli won padlecy — krzyknął na mieszczan — jutro o ósmej zebrać się znowu. Ty wójt, w dwie godzin ściągnąć po dziesięć rubli z dyma kontrybucyi i przynieść do mnie.

Wydawszy te rozkazy, odszedł z pułkownikiem i oficerami; mieszczanie także co prędzej zaczęli się rozchodzić.

– 10 –

Rozdział VI

— Fu kak umajałsia — rzekł Gubanjew, padszy na krzesło w kwaterze pułkownika, gdzie już czekała herbata i stoliki do kart.

— Wy bo to zanadto na seryo bierzecie — rzekł jeden z oficerów.

— Inaczej nie można — odrzekł Gubanjew — tych sukinsynów należy koniecznie przestraszyć.

— Ale czy to pomoże? — zapytał drugi.

— Zobaczycie, że pomoże — rzekł Gubanjew.

— No, dajmy temu pokój — odezwał się pułkownik,któremu rozmowa o widzianych niedawno scenach nie była przyjemną.

— Siadajmy lepiej do herbaty,a może zagramy w karty.

— Charaszo — zawołał Gubanjew, któremu się oczy na widok zielonego stolika zaiskrzyły.

— Ale czemuten bestja wójt nie przychodzi? — mruknął, dotykając pustej kieszeni.

Wtem wszedł dieńszczyk, meldując wójta; Gubanjew wybiegł do przedpokoju, gdzie tenże czekał.

— Oto kontrybucyja Wasze Wysokobłahorodje —rzekł z ukłonem Karpowicz, podając paczkę asygnat.

— Charaszo — rzekł Gubanjew — biorąc ją i chowając do kieszeni — ruszaj sobie.

— A kwitu Wasze Wysokobłahorodje nie da? —zapytał wójt.

— Nie potrzeba — odrzekł — paszoł won!  Wójt wyszedł, Gubanjew wesoły wrócił do pokoju i siadł za zielonym stolikiem, rzucając na karty wziętą kontrybucją. Grano do północy, popijając herbatę z rumem, którego dolewano sowicie, lecz szczęście jakoś niesłużyło Gubanjewowi i kontrybucyja przeszła w ręce kozackich oficerów.

Na drugi dzień w asystencyi strażników i kozaków stanął wśród zgromadzanych przed kancelaryją mieszczan.

— Na kalenja! — wrzasnął, rzucając się między nichi okładając pięścią, kogo dosięgnął.

— Stawtie ich na kalenja — krzyczał na Moskali. Wkrótce zmuszono wszystkich zebranych uklęknąć.

— Budiete chadit w cierkow sukinsyny!? — krzyczał.

Kilka nieśmiałych głosów odezwało się:

— Budiem.— Budiete chrestit dietiej? — wołał.

— Budiem — rzekło znów kilku.

— Budiete posłuszny naczalstwu?

— Budiem — odrzeknięto.

— Nu, pomnitie pawinowatsia — wrzeszczał Gubanjew, chodząc wśród klęczących i kopiąc niektórych nogami.

— Pomnitie pawinowatsia! bo ja wsiech was zasieku.

Z temi słowami wsiadł na bryczkę i odjechał do Biały. Dzikość Gubanjewa, ani też groźby jego nic wiele skutkowały; choć bowiem kilkoro dzieci ochrzczono, choć kilku słabszego ducha zaczęło uczęszczać do cerkwi, ogół jednak pozostał ten sam; kiedy zaśprzyszło do zbierania podpisów na schizmę, obmówiono ich.

Rozpoczęto egzekucyą wojskową w sposób dobrze Podlasianom znajomy, która kilka tygodni nieszczęśliwych mieszczan dręczyła. Zabierano zboże i inwentarze, ściągano kontrybucje, fantowano ich, wielu poszło dowięzienia, skąd następnie wysłano ich na Sybir. Kilkanaście rodzin do zupełnej nędzy przyprowadzono; nic to jednak nie pomogło; kilku zaledwie znalazło się słabszych, co dało podpisy. Gubanjew za gorliwość okazaną nie tylko w Łomazach, ale i innych wioskach Bialskiego powiatu, nie został tak wynagrodzonym jak się spodziewał.

Dostał wprawdzie jakiś orderek; ale niższego stopnia, przy którym pensyi żadnej nie było i tylko trzysta rubli gratyfikacyji, którą nadto tego samego dnia przegrał do urzędnika z biura gubernatora, co mu ją doręczył.
Strasznie więc był niekontent, choć z drugiej strony pocieszało go, że ostatecznie zatuszowano ową sprawę pułkową, co mu tyle kłopotu robiła.
Śmiano się z niego, że za uderzenie jedne w twarz nie dostał nawet całej półtory kopiejki, t. j. trzech groszy polskich, za taką więc zapłatę nie warto się było fatygować. Uczciwsi zaś Moskale dali mu przydomek: bieszennoj sobaki, tj, wściekłego psa.

Przeczytaj także: 

Parafia Rzymskokatolicka Św. Apostołów Piotra i Pawła w Łomazach – Romuald Szudejko

Historia Łomaz – Bolesław Górny

Dzieje Huszczy – Tadeusz Jeruzalski

Długosz o Łomazach

Komentarze 4 to “Na Podlasiu – Obrazki z ostatnich czasów – skreślił nadbużanin (Gazeta Krakowska)”

  1. […] Na Podlasiu – Obrazki z ostatnich czasów – skreślił nadbużanin (Gazeta Krakowsk… […]

  2. […] Na Podlasiu – Obrazki z ostatnich czasów – skreślił nadbużanin (Gazeta Krakowsk… […]

  3. […] Na Podlasiu – Obrazki z ostatnich czasów – skreślił nadbużanin (Gazeta Krakowsk… […]

  4. […] Na Podlasiu – Obrazki z ostatnich czasów – skreślił nadbużanin (Gazeta Krakowsk… […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

 
%d blogerów lubi to: