WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Dźwig Pani Ani

Posted by tadeo w dniu 9 października 2012


Nocą zsunęła się ze szpitalnego łóżka. Doczołgała pod okno. Opierając się o stołek, mozolnie wdrapała na parapet. Od betonowego chodnika dzieliły ją trzy piętra. W ostatniej chwili nieznajoma ręka docisnęła jej w połowie bezwładne ciało do framugi.

Taboryski domek Krepsztulów leży na zupełnym końcu wsi. Kiedyś okolicę porastały urokliwe lasy. Dziś po horyzont ciągną się pola. Zimą jest tu mało przyjaźnie. Latem – przeciwnie – żal wyjeżdżać. Gdyby tutejsze serpentyny kocich łbów potrafiły mówić – zapewne duszkiem wymieniłyby tysiące gości z Polski i z Litwy, którzy w ciągu ostatnich lat przyjechali tu w odwiedziny. A wszyscy walili jak w dym do jednej osoby – pani Anny Krepsztul. Malarki. Historia jej życia to opowieść o sile ducha. Tak ogromnej, że słuchaczom ciarki przechodzą po plecach.

W czasie wojny cała rodzina z narażeniem życia przechowywała Mowsze Katza. Nieszczęśnik uszedł Niemcom podczas wielkiej obławy. Wówczas to niemal cała taboryska społeczność żydowska została pognana do Jaszun i zamordowana. Mowsze miał szczęście. Dotarł do domu swego przyjaciela Stanisława Krepsztula, ojca Anny. Tu go przygarnęli. Do końca wojny całe dnie spędzał w kryjówce urządzonej pod zagrodą dla owiec w stodole. Nocami przychodził do domu. W Jaszunach zginęła jego ukochana żona i maleńkie dziecko. Ciągle miał wyrzuty sumienia, że nie poległ wówczas z nimi. Pani Anna wspomina: Ojciec mu tłumaczył, że życie trzeba za wszelką cenę ocalić. Nawet wtedy, gdy wydaje się ono kompletną beznadzieją. Później te słowa ukochanego tatki wiele razy jak potężny dzwon zabrzmią w jej dorosłym życiu. Paradoksalnie lekcje nadziei udzielane o zmroku roztrzęsionemu Mowsze wiele lat później kilkukrotnie uratowały życie małej wówczas Ani.

Po wojnie pan Katz pozostał na Litwie. Wziął sobie nową żonę, ale ta pierwsza pozostała największą miłością jego życia. Z Krepsztulami nie przestał się przyjaźnić. A oni także pozostali w Taboryszkach. Do Polski wyjechał jedynie syn – Henryk. Decyzję podjął Józef. To nie sztuka być Polakiem w Polsce. Zostaniemy.

Tymczasem stan zdrowia Anny się pogarszał. Diagnoza nie dawała złudzeń – gruźlica kości. Cierpiała na nią też jej matka. Na nieszczęście choroba córki okazała się znacznie cięższa. Bywało, że całe tygodnie spędzała w łóżku. Właśnie podczas jednego z takich momentów ojciec dał jej papier i kredki. Zaczęła rysować. Chęć zabicia nudy w mgnieniu oka przerodziła się w pasję. Dziś, goszcząc w jej małym domu w Taboryszkach, nie sposób oderwać wzroku od płócien, które szczelnie pokrywają całe ściany. Malowanie zapewne wiele razy uratowało jej życie. To prawdopodobnie ono zmobilizowało ją do niesłychanej wprost dyscypliny, jaką narzuciła swemu choremu ciału. Opowieści o pierwszych próbach organizowania wystaw brzmią dziś jak dobre żarty.

Państwowa komisja z Wilna była nieusatysfakcjonowana obrazami, bo nie dopatrzyła się na nich choćby cienia… kołchozowego budynku. A dojarki nie mogłaby pani namalować? – pytano zachęcająco. Malarka machała ręką i cierpliwie czekała na lepsze czasy. Gdy narodził się pomysł restauracji Uniwersytetu imienia Stefana Batorego, Anna Krepsztul jak oszalała malowała obrazy – dziesiątki obrazów. Wszystkie powędrowały za ocean, by na aukcji zasilić uczelniany fundusz. Gdy zrodził się pomysł uczczenia objawień Jezusa Miłosiernego, znowu postawiono na panią Krepsztul. Na początku zadanie ją przeraziło – miała skopiować ogromny obraz „Jezu ufam Tobie” (wizerunek trafił w końcu do Wilna w Kanadzie). By tego dokonać, przez z górą dwa tygodnie malowała wiszące nad sobą płótno. Dała radę.

Ale były też chwile, gdy z pogardą patrzyła na swój los. Cierpienie, świadomość kompletnego uzależnienia od innych, przekonanie o tym, iż jest się dla nich ciężarem, a w końcu także żal za tym, co nigdy nie nastąpi – dobijały. Najtrudniej było wówczas, gdy dowiedziała się, że już nigdy nie będzie chodzić. Nocą zsunęła się ze szpitalnego łóżka. Doczołgała pod okno. Opierając się o stołek, mozolnie wdrapała na parapet. Od betonowego chodnika dzieliły ją trzy piętra. W ostatniej chwili nieznajoma ręka docisnęła jej w połowie bezwładne ciało do framugi. Gdy opadły emocje, rozpoznała w wybawicielce zaprzyjaźnioną lekarkę. Tej nocy przyrzekła, że nigdy nie targnie się na życie. Zacisnęła zęby i ujarzmiła swe kalectwo.

Niezastąpiony okazał się brat Henryk. Uczynił z taboryskiego domu poligon doświadczalny sprzętów dla niepełnosprawnych. Leżąca na wózku Anna może, nie wychodząc z sypialni, za pomocą systemu dźwigni otwierać drzwi gościom. Specjalny dźwig napędzany prądem pomaga jej przenosić się z wózka na łóżko i odwrotnie. Nawet sznur do wieszania bielizny został zmechanizowany – by tylko ułatwić jej życie. Sprzętami w domu pani Krepsztul zachwycili się swego czasu Szwedzi. Nakręcili nawet film dokumentalny o tym, jak osoba niepełnosprawna może zapewnić sobie samodzielność. Później skopiowali pomysły – i w Szwecji rozpoczęto produkcję dźwigów takich jak ten zamontowany przy łóżku pani Anny.

Anna Krepsztul po dziś dzień mieszka sama w Taboryszkach. Ludzie okrzyknęli ją nadworną malarką Ostrobramskiej 

Ps. Anna Krepsztul zmarła 12 października 2007 roku, została pochowana na cmentarzu w rodzimych Taboryszkach.

http://www.panstwo.net/1178-dzwig-pani-ani

Katarzyna Gójska-Hejke

Przeczytaj także: Odeszła Anna Krepsztul

Advertisements

Jedna odpowiedź to “Dźwig Pani Ani”

  1. […] Dźwig Pani Ani […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: