WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for 30 września, 2012

ZENON KŁACZKIEWICZ, „OCALIĆ OD ZAPOMNIENIA”

Posted by tadeo w dniu 30 września 2012

Szamotuły 2008-08-03

 Nalibocka

Dzieje się ta cała historia na Kresach Wschodnich, w bardzo malowniczej Puszczy Nalibockiej. Tam wśród lasów i łąk oraz dużej ilości rzeczek i rzeczułek zamieszkiwali ludzie polskiego pochodzenia i innych narodowości pomieszanych przez różne wojny. Jak wiemy z historii, to Polska była bez przerwy zamieszana w jakieś wojny, w większości obronne ale i zaborcze też bywały. W zasadzie  tam na kresach najczęściej przetaczały się działania wojenne, z ruskimi czy kozakami ukraińskimi, albo najazdy tatarskie lub szwedzkie, te najazdy też dotarły na kresy wschodnie Polski. Po każdej takiej wojnie pozostawały jakieś naleciałości innych narodowości.  Najbardziej, czy może najwięcej, na Kresach Wschodnich zamieszkiwało narodowości żydowskiej. Były  rody znakomite z dawniejszej szlachty herbowej, i te  mniej znane. Ludność mniej znana, chłopska  zajmowała  się rolnictwem, leśnictwem i hodowlą z dala od centrali, od królów i magnatów.  Podczas kiedy było spokojniej od jakichkolwiek wojen, wiedli ciche spokojne życie. Z pokolenia na pokolenie przekazywali swoje mniejsze lub większe majątki  i swoją  kulturę i zamiłowania. Żenili się nieraz  z bardzo blisko spokrewnionymi, nie lubili mieszać w swoje rody obcych, żeby nie trzeba było dzielić się posiadanym majątkiem.

Czytaj dalej:  

https://kresy24.pl/zenon-klaczkiewicz-ocalic-od-zapomnienia/

Przeczytaj także: Pacyfikacja Naliboków 6 sierpnia 1943 r

Posted in Książki (e-book), Polskie Kresy, Wspomnienia | Leave a Comment »

IRENA BUJALSKA, „TAK BYŁO”

Posted by tadeo w dniu 30 września 2012

Publikacja za zgodą p. Ireny Bujalskiej. Pierwotna wersja książki: „Nieuchronność polskich losów (wojenne dzieje zwykłej polskiej rodziny). Do komputerowego wydruku przygotował śp. p. Zbigniew .

APC - 2013.04.11 22.26 - 001.3d

http://kresy24.pl/31675/irena-bujalska-tak-bylo/

https://tadeuszczernik.files.wordpress.com/2013/05/irena-bujalska.doc

WARSZAWA  1996    

Pamięci ukochanej, nieprzeciętnej

MATKI

oraz cieniom rzeszy polskich

zesłańców na Wschód

poświęcam

APC - 2013.04.11 22.30 - 001.3d

http://kresy24.pl/31675/irena-bujalska-tak-bylo/

http://www.polskieradio.pl/80/998/Artykul/820292,Tak-bylo-%E2%80%A6-reportaz-Barbary-Grebeckiej-

Posted in Książki (e-book), Polskie Kresy, Wspomnienia | Leave a Comment »

BOHDAN NIELUBOWICZ, „KRESOWA WAROWNIA” – Kamieniec Podolski

Posted by tadeo w dniu 30 września 2012

        

 z 1692 r. Fot. Miedziorytu z Muzeum Czartoryskich w Krakowie

       

Baszta ręką Boga zbudowana – tak określano ongiś, wzniesioną na pionowych skałach nad bystrym Smortyczem. Mowa tu o Kamieńcu Podolskim, do którego zbliżamy się od strony Zaleszczyk.

Jestem pod wrażeniem  uroczej ziemi podolskiej, jej majestatycznego krajobrazu, jakby bezkresnego stepu, zoranego głębokimi jarami. Jak pisał piewca Podola Wincenty : „W jarach kraj ku rzekom spada / Ziemia głuchym językiem gada… Lecz gdy wymkniesz się z parowu/ Skały znikają, szum ustaje./ Jakbyś był na stepie znów./ Równo, cicho znów na łanie…”.

Stare miasto

Wjeżdżamy do Kamieńca przez wysoki  most nad Smortyczem i kierujemy się ku centrum starego miasta. Historyczną warownię otacza wokół głęboko wcięty kanion rzeki w postaci prawie zamkniętej pętli. Tak więc stare miasto ulokowało się jakby na płaskiej „górze stołowej”, podciętej ze wszystkich stron przepastnymi urwiskami. Mimo woli nasuwa się porównanie do hiszpańskiego , oblanego wokół wodami Tagu.

Mijamy małe parterowe białe domki, tonące w zieleni ogrodów. Nad przepastnymi skałami dostrzegam kamienną basztę, jakby przylepioną do ściany jak jaskółcze gniazdo. Jedziemy w kierunku rynku centrum historycznego Kamieńca. Według lustracji z 1670 roku miał on ogółem 614 domów, 31 kamienic, 9 jatek rzeźniczych, 63 sklepy piekarskie, 7 sukienniczych i 28 świątyń chrześcijańskich, w tym12 katolickich. Zabudowa miejska Kamieńca zajmowała ok. 120 ha, a więc był niewiele mniejsza od starego Krakowa.

Dziś miast jest nieco pustawe, dużo  tu zieleni. Na rozległym „polskim rynku” rozsiadł się wśród zieleni drzew renesansowy ratusz z arkadami i wysoką wieżą, zwieńczoną charakterystycznym kamiennym balkonem. Kilkanaście starych kamieniczek otacza wielki plac, część z nich jest wyremontowana i kolorowa. W pobliżu kilku kościołów i kaplic, w tym kościoł katedralny  św. Piotra i Pawła oraz mocno podniszczony kościół i klasztor dominikanów.

Ratusz na Polskim Rynku. Fot.Google Panoramio

Wystrój kościoła katedralnego barokowy. Z ciekawostek – ażurowa kamienna kazalnica turecka, sprowadzona z Konstantynopola i umieszczona pierwotnie w kościele dominikańskim. W boczne prawej nawie zaskakuje dobrze zachowany pomnik nagrobny z białego marmuru.   Na marach młoda dziewczyna i poniżej napis: „Laura dziewica/ Zgasła w lat kwiecie/ cudowne jej lice/ W lepszym są świecie”.

Przed katedrą kamienny minaret z gankiem, zakończony półksiężycem, na którym umieszczono pozłocistą figurę Matki Boskiej. Niedaleko rynku polskiego nieco mniejszy „ormiański” z licznymi starannie odnowionymi kamieniczkami. Niektóre jakby przeniesione z podwawelskiej ulicy Kanoniczej  w Krakowie. Bok rynku zajmuje wielkie gmaszysko, to dawna siedziba władz gubernatorskich. Opodal masywna wieża katedry ormiańskiej oraz resztki arkad.

Stare kamieniczki na Polskim Rynku. Fot.m Google Panoramio

Katedra z minaretem i figurą Matki Boskiej. Fot. Google Panoramio

Przechodzimy w kierunku zachodnim, mijamy kościół i resztki murów obronnych miasta a raczej wzniesionego tu bastionu. Przed nami wspaniała sylwetka zamku kamienieckiego, nazywanego też twierdzą. Wysokie mury najeżone 12 basztami, poniżej pionowa ściana skalna i szumiący w dole bystry Smortrycz. Po wąskim i wysokim moście kamiennym dochodzimy do bramy obronnej zamku. Za chwilę jesteśmy już na jego dziedzińcu.

Widać tu rękę konserwatora. Większość baszt pokryta dachami, od wewnętrznej strony murów liczne drewniane ganki. Z zachodnich flanków zamku można podziwiać rozległe umocnienia ziemne zamku dolnego. W niewielkim parterowym budyneczku regionalne muzeum, nic nie mówiące o przesławnej historii miasta. W jednej z przybramnych baszt głęboka studnia z wielkim „deptakowym kołowrotem”.

Złota figura Matki Boskiej na minarecie przed katedrą.Fot.Google Panoramio

Widok na zamek od strony miasta. Fot. Google Panoramio

 – dziedziniec Zamku, mały biały budyneczek to regionalne muzeum.Fot.Google PanoramioWielka armata w murze zamku. Fot. Google Panoramio

Nieco o przeszłości

Ze względu na swe obronne i strategiczne walory  był obiektem pożądania wielu nacji. W XII wieku wchodził w skład księstwa halickiego. Potem dzierżyli go długo w swych rękach Tatarzy. Następnie przypadł książętom ruskim Koriatowiczom. W roku 1404 miasto zdobył książę Witold, następnie usadowili tu się Polacy. Trwał długi spór o warowny gród z Litwą, zakończony wcieleniem Kamieńca w 1432 r. do Polski. Pierwszym namiestnikiem został Piotr Szafraniec.

, Zamek od strony Zamku Dolnego (kompleks umocnień ziemnych).Fot.Google Panoramio

Rywalizacja ormiańsko – żydowska

Już w tym okresie miasto zamieszkiwali Polacy, Rusini i Ormianie. Ciekawe, że ci byli wyraźnie faworyzowani w przeciwieństwie do Żydów. W Polowie XV wieku Ormianie uzyskali przywilej handlu suknem i innymi towarami. Przywileje te potwierdzali kolejni królowie polscy. W roku 1665 zrównano ich we wszystkich przywilejach z Polakami i Rusinami.

Zadziwiająco odmiennie układały się losy ludności żydowskiej. Wraz z Cyganami miała ona zakaz osiedlania się w warowni i trzymilowej okolicy. Żydzi mogli przebywać w obrębie grodu najwyżej trzy dni. Kilkakrotnie na żądanie mieszkańców, rugowano Żydów z miasta. Jeszcze za panowania Augusta II zapadł wyrok, by Żydzi w ciągu 24 godzin ustąpili z Kamieńca i to pod karą utraty mienia i wolności. Opróżnione domostwa przekazano miastu, a bożnicę zburzono. Wszystkie te restrykcje nie na wiele się zdały, gdyż Żydzi w dalszym ciągu przenikali do miasta. Dopiero w 1848 r. uzyskali od władz carskich prawo osiedlania się.  Szybko zdominowali liczebnie pozostałe nacje i pod koniec XIX w, stanowili już 40 % mieszkańców.

Czas klęski

Miasto nieprzerwanie pozostawało w rekach polskich do drugiej połowy XVII wieku, broniąc się skutecznie przed atakami Turków, Tatarów i Kozaków. Wielokrotne usiłowania Chmielnickiego opanowania Kamieńca spełzły na niczym. Utrata miasta, tak wzruszająco opisana przez Sienkiewicza w „Panu Wołodyjowskim” miała miejsce w sierpniu 1672 r. Pod mury warowni podciągnęły wojska tureckie, wspomagane przez Tatarów i Kozaków Doroszenki. Oblężenie trwało zaledwie kilka dni. Załoga twierdzy liczyła 1600 do 2000 ludzi, a atakujących było 150 000! Odparto z trudem kilka zaciekłych szturmów, jednak po założeniu min pod cztery baszty i wysadzeniu w powietrze bramy zamku, zapadła decyzja o poddaniu się. W trakcie podpisywania kapitulacji dowódca artylerii zamkowej  wysadził część zamku w powietrze. Według jednego z pamiętnikarzy w zwałach gruzu miało zginąć 500 obrońców.

Przed triumfalnym wjazdem sułtana Mahometa V do zdobytej twierdzy i miasta postrącano krzyże z kościołów, a  ulice skropiono krwią zabitych zwierząt. Orszak sułtański tratował kopytami końskimi święte obrazy, usunięte z kościołów i rzucane na bruk. Sam sułtan jechał na tarantowym (białym w czarne plamy) rumaku, przybrany w zieloną szatę. Poprzedzała go świta dostojników tureckich. Orszak minął rynek ormiański i polski i zatrzymał się przed katedrą, do której sułtan wjechał konno. Tu w jego obecności, obrzezano schwytanego polskiego chłopa. W ten sposób dokonano przemiany świątyni chrześcijańskiej na meczet sułtański.

Okupacja turecka zakończyła się po 27 latach. W jej trakcie pięć świątyń przeznaczono na meczety, dwie na stajnie, jedną na koszary, cztery włączono do nowych obwarowań miejskich, a trzy oddano do dyspozycji pozostałym w mieście chrześcijanom.

W okresie międzywojennym Kamieniec Podolski pozostawał w Związku Sowieckim w odległości zaledwie 9 km od Okopów św. Trójcy, leżących już na terytorium Polski u zbiegu Zbrucza i Dniestru.

Kamieniec Podolski, Brama Miejska króla Batorego wzniesiona w 1582 r. Fot. Google Panoramio

Kamieniec Podolski – dwie miejskie baszty obronne. Fot. Google Panoramio

Bohdan Nielubowicz

Posted in Podróże, Polskie Kresy | Leave a Comment »

BOHDAN NIELUBOWICZ, „ŚW.ŚW.PIOTR I PAWEŁ NA ANTOKOLU”

Posted by tadeo w dniu 30 września 2012

 W moim archiwum zachowało się 19 oryginalnych zdjęć o formacie pocztówkowym fotografa wileńskiego E. Zdanowskiego z 1930 roku. Przedstawiają one wnętrza kościoła Św. Piotra i Pawła w Wilnie na Antokolu. Zdjęcia te były w posiadaniu mojego ojca Bronisława Nielubowicza (1880-1955) inżyniera architekta. Ojciec mój był  wielkim miłośnikiem Wilna, a szczególnie jego zachwyt, jako artysty i konserwatora zabytków, budziły wspaniałe wnętrza barokowego wystroju tego kościoła. 

 

   Wielki znawca Wilna,  profesor Uniwersytetu Wileńskiego im. St. Batorego i autor przewodnika „ przewodnik krajoznawczy”  tak pisze o  kościele Antokolskim: „Jedynym, lecz zato olśniewająco wspaniałym przedstawicielem sztuki kościelnej w drugiej połowie XVII w. jest wyjątkowy wprost w swej wartości artystycznej kościół św. Piotra i Pawła na Antokolu (1668-1684 r.), nie mający równego sobie w całej Polsce jako kompozycja wnętrza” i dalej zauważa: „Jakże blado i anemicznie w porównaniu z wnętrzem kościoła św. Piotra i Pawła wygląda jego daleka kuzynka, , pokryty stiukami Fontanny z końca XVIII w.”

    Fundatorem kościoła wileńskiego był Michał  (1624-1682) magnat litewski, syn Stefana Paca, referendarza w. litewskiego i następnie podskarbiego w. litew. i podkanclerza litew. Fundator był hetmanem polnym litewskim i wojewodą wileńskim. Budowę kościoła i nadzór nad jego budową powierzył Janowi Zaorowi  (Zaorowiczowi) polskiemu architektowi z Krakowa.

Nie była to pierwsza budowla sakralna w tej części Wilna. Wznoszono tu kolejno aż dwa kościoły drewniane, pierwszy spłonął w 1594 roku a drugi, budowany w latach 1609 –16r., został prawie całkowicie zniszczony w czasie wojny moskiewskie (1655-61 r.). 

   Wzniesienie nowego kościoła było przez fundatora traktowane jako votum dziękczynienia za koniec wojny i uratowanie mu życia. Wznoszenie na Antokolu kompleksu sakralnego rozpoczęto od budowy klasztoru kanoników luterańskich, a następnie przystąpiono do wznoszenia samego kościoła. Całość zabudowań otoczono murem obronnym z czterema flankującymi basztami. Kościół ma połączenie z położonym na zapleczu klasztorem krużgankiem arkadowym z krytym korytarzem.

  Fasada kościoła posiada dwie kondygnacje i zwieńczona jest ozdobnym barokowym szczytem z herbem Paców i sentencją łacińską „Regina pacis funda nos In pace” (Królowo pokoju umocnij nas w pokoju). Wyższą kondygnację frontu kościoła projektant wzbogacił w balkony i kolumienki  a całość fasady ograniczył dwustronnymi wieżyczki, zwieńczonymi hełmami. W planie i układzie kościół jest w kształcie jezuickiego krzyża z centralną wielką kopułą na skrzyżowaniu naw, tworzących krzyż łaciński. W obu nawach bocznych są dwa ołtarze: Ołtarz Pięciu Ran Chrystusa i Ołtarz NMP Łaskawej. W obu nawach bocznych jest szereg kaplic. Wnętrze kościoła głównie rozświetlają  okna  kopuły centralnej.

    Sławne sztukaterie zdobiące wnętrze kościoła wykonał  lub Peretti, włoski barokowy rzeźbiarz i architekt, uważany za jednego z czołowych rzeźbiarzy europejskich na progu XVIII w. Urodził się w  w Szwajcarii w  1648 r. i zmarł w Wilnie w 1714 r. Kształcił się we Florencji. Pracował razem z Giovannno Maria Gllli’m z Mediolanu, który wraz ze swymi współpracownikami dodawał ozdobniki wokół jego rzeźb. Przy zdobieniu wnętrza kościoła brało udział około 300 rzemieślników, sprowadzonych z Warszawy, którzy uprzednio zajęci byli przy restauracji  zamku Królewskiego.

  Przytoczmy tu ocenę artystyczną wnętrza świątyni  prof. J.Kłosa: …”Porywające swym przepychem wnętrze, pokryte stiukowymi rzeźbami o wartości wyższej sztuki. Nieprzebrane, iści barokowe bogactwo motywów zdobniczych figuralnych (przeszło 2000 postaci ludzkich) w pierwszej chwili oszałamia zachwyconego widza; lecz rozrzutność ta ujęta jest w tak mocne karby regularnego układu, dokonanego ręką wytrawnego mistrza, że całość przedziwnie harmonijna i spokojna mimo akcentów w szczegółach, ani przez chwilę nie robi wrażenia przeładowania. Przyczynia się do tego w znacznym stopniu jednolita białość ścian oraz stiuków, ożywiona dyskretnym kontrastem malowideł umieszczonych na sklepieniach nawy głównej (autor  z Rzymu), jak również skoncentrowanie oświetlenia wnętrza przez wysoko wyniesiona kopułę o wielkich oknach”

   Niestety przedwczesna śmierć fundatora (1682 r.) nagle przerwała prace i artyści nie mogli dokończyć przewidywanego najdoskonalszego elementu zdobniczego kościoła, jakim miał być ołtarz główny. Pozostał on w skromniej postaci. Obecnie w bogato ozdobionym prezbiterium umieszczono obraz  Franciszka Smuglewicza „Pożegnanie św. św. Piotra i Pawła” (1804 r.) oraz cztery figury proroków, dłuta K. Jelskiego.

   W roku 1803 odnowienie kościoła powierzono Janowi Baretko i Mikołajowi Piano z Mediolanu. Ich dziełem jest ambona w kształcie łodzi i dwa ołtarze boczne w stylu późnego rokoka. Na początku XX w. zawieszono wspaniały żyrandol w kształcie łodzi żeglownej. Ma on pochodzić z manufaktury weneckiej, ale niektórzy uważają, że został wykonany w Lipawie.

   Fundator kościoła kazał się pochować pod progiem świątyni. Mówi o tym umieszczona przed wejściem do kościoła płyta nagrobna z napisem „Hic jacet peccator” (Tu leży grzesznik). W przedsionku kościoła są dwa wielkie bębny (litaury) – kotły muzyczne, złożone z półkuli miedzianych pokrytych napiętą skórą. Podobno mają one być  zdobyte przez fundatora z pod Chocimia.

Bohdan 

http://archiwum-kresowe.kresy24.pl/737-bohdan-nielubowicz-sw-sw-piotr-i-pawel-na-antokolu

Zobacz także: 

Posted in Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Podróże | Leave a Comment »

BOHDAN NIELUBOWICZ, „ZAMEK CHOCIMSKI”

Posted by tadeo w dniu 30 września 2012

Droga z Kamieńca Podolskiego biegnie prosto na południe do dawnego miasteczka kresowego . Położonego już nad prawym brzegiem rzeki.  pod Żwańcem tworzy duże zakole, by dalej na wschód przebijać się szaleńczymi pętlami przez górzyste Podole. Po paru minutach jazdy nasz autobus dociera do Chocimia.

 

 Kilka krętych uliczek i wydostajemy się na  otwartą przestrzeń nad brzegiem Dniestru. Wóz nasz zatrzymuje się przy małej budce z pamiątkami i prasą. Znajduję i natychmiast kupuję niewielką książeczkę „Hotinskaja Wijna”, wydaną przez Akademię Nauk Ukrainy w 1951 r. Z tyłu na oprawie wybita zabawna dziś cena – 5 kopiejek. W kiosku nie ma żadnych folderów ani fotografii.

Ruszamy na piechotę w stronę zamku. W eksponowanym miejscu na postumencie wielka brązowa rzeźba, wyobrażająca postać hetmana kozackiego P. Konaszewicza – Sahajdacznego, ukraińskiego bohatera, z buławą w ręku i szablą przy boku.

Przed nami ziemny wał z kamienną basztą bramą. Po drodze mijamy jeszcze potężny bastion i wydostajemy się na otwartą przestrzeń. Na prawo na wzniesieniu stary stylowy  budynek z zamkniętą na głucho restauracją dla turystów. Obok starannie odnowiony XIX-wieczna cerkiewka o klasycystycznej architekturze (z nietypowymi – pozbawionymi cebulowatości kopułami). Przed nami roztacza się rozległy widok na zamek i płynący u jego stóp .

Twierdza nad Dniestrem

Zamek wydaje się być w dobrym stanie technicznym, większość budowli mieszkalnych i obronnych jest wyremontowana. Jedynie narożna baszta na  prawo nie została zrekonstruowana. Widoczne są jedynie resztki jej przyziemia.

Co nieco o historii zamku

W połowie XIII wieku książęta ruscy wznieśli tu drewniane umocnienia otoczone palisadą i wykopali głęboką fosę. Jednak ta prymitywna forteczka uległa z biegiem czasu spaleniu.

Prawdopodobnie umocnienia murowane  wzniesiono dopiero w drugiej połowie XIV wieku, gdy rejon ten znajdował się pod władaniem książąt mołdawskich, lenników Węgier.

Dopiero za czasów panowania księcia mołdawskiego Stefana III Wielkiego przystąpiono do rozbudowy fortecy. To za jego czasów wybudowano kaplicę i gotycki pałac od strony Dniestru. Podobno wzniósł on potężne 6 metrowe mury, osiągające wysokość do 40 m. Jego również dziełem było wybudowanie trzech wież.

Pod koniec XVI wieku zamek chocimski dostał się pod panowanie turecki. Stacjonowali tu janczarowie tureccy. W roku 1538 umocnienia chocimskie zdobył  hetman Jan Tarnowski. Na skutek zniszczeń jakie powstały przy zdobywaniu twierdzy – Polacy wyburzyli zniszczoną dawną  południową część zamku i wznieśli ją 20-25 dalej na południe. Również Polacy wybudowali (1540-1544 r.) nową bramę i most zwodzony.

Tu bronili się Polacy i Kozacy

    odgrywał ważną rolę strategiczną w tej części Europy. Stanowił bowiem ufortyfikowane przedmoście na ważnym szlaku handlowym, wiodącym z  mołdawskich Jass, przez  w głąb Rzeczypospolitej. Tu w czasie panowania Zygmunta III Wazy wojska polskie stoczyły ważną bitwę obronną z Turkami (1621 r.).

Wojskami polskimi dowodził sławny pogromca Szwedów spod Kircholmu, leciwy już hetman Jan Chodkiewicz. Zwierzchnictwo nad Kozakami sprawował hetman Piotr . Obóz polsko-kozacki rozłożył się na prawym brzegu Dniestru, wokół zamku  Zajmował znacznie większą powierzchnię niż dzisiaj zachowane zewnętrzne fortyfikacje wokół fortecy chocimskiej. Dla ochrony tyłów wybudowano niedaleko zamku most na Dniestrze. Umożliwiał komunikację ze stroną polską i dostarczanie posiłków oraz żywności z pobliskiego Kamieńca.

Chodkiewicz zaprowadził bardzo surową dyscyplinę. Kazał ściąć niesfornego rotmistrza, który nie chciał wyjść na czaty. Sekretarz hetmana  wspomina, że gdy wojsko miało obawy co do długiego i ciężkiego oblężenia, hetman miał powiedział: „Nie bójcie się, skończymy je prędzej niż słoninę waszą zjecie”.

Sułtańskie słonie i murzyni

Pod  ściągnął sam sułtan Osman II. Według przesadzonych wieści wiódł 300 tys. Turków i 100 tys. Tatarów, a nadto 260 dział polowych, nie wliczając w to dział oblężniczych. W  rzeczywistości armia jego liczyła ok. 100 tys. ludzi i 62 działa. Jak pisali kronikarze, cztery słonie dźwigały namioty cesarskie, a 10 tys. wielbłądów niosło prowiant i zaopatrzenie dla armii sułtana. Wojsko polsko-kozackie po raz pierwszy miało sposobność zetknąć się z zastępami Murzynów w turbanach.

Drugiego września 1621 r. „całe pole i pagórki zaległy namiotami, między którymi  świetnie się odznaczał, czerwony cesarski, w środku taboru (…) więcej do pysznego pałacu niż namiotu miał podobieństwo, pełno w nim było sal, pokojów, drogimi kamieniami i kobiercami obity i  wysłany (…) przed namiotem sułtana stały one cztery słonie, co przydźwigały jego namiot. Z zawieszonymi na grzbietach dzwonami, dla dawania znaku do poruszeń wojskami. Zbudowano z boku wysoką wieżę, aby z niej sułtan mógł patrzeć na obroty swoich wojsk w czasie harców i bitew, gdy sam nie brał w nich udziału”.

Ośrodkiem polskiej obrony nie był sam zamek a raczej obóz polsko-kozacki. Otoczony był 8-mio kilometrowym łukiem szańców ziemnych, dochodzących obustronnie do Dniestru.

Zmagania polsko-tureckie trwały od 2 września do 5 października. Liczne szturmy napastników zostały odparte. 24 września na zamku zmarł hetman Jan Chodkiewicz, Przed śmiercią przekazał dowództwo Stanisławowi Lubomirskiemu. Obecny w Chocimiu królewicz Władysław, złożony febrą, nie brał udziału w walkach. Brak żywności, pasz i amunicji doskwierał obleganym i atakującym. Obopólne wyczerpanie doprowadziło do rozpoczęcia rokowań. Gdy podpisywano układ pokojowy, w polskim obozie podobno została już tylko jedna beczka prochu.

 dał koronę Sobieskiemu

   W 1673 r., za panowania Michała Korybuta, odwróciły się role pod Chocimiem. Tym razem obozem chocimskim władał dowódca turecki Husajn Pasza. Dysponował on 30-tysięczną armią i 50 działami. Atakował natomiast marszałek  hetman wielki koronny Jan Sobieski. Stał również na czele 30 tys. ludzi i rozporządzał 65 działami. Walki trwały zaledwie dwa dni (10 i 11 listopada). W drugim dniu oddziały polskie wdarły się na wały i sforsowały obronę turecką. Duże siły polskie wtargnęły do oblężonego obozu. Zagroziło to odcięciem tureckiej załogi od mostu, przerzuconego przez . Należy pamiętać, że lewy brzeg z twierdzą w Kamieńcu Podolskim należał od niedawna do Turcji. Nastąpił straszliwy popłoch wśród Turków, wszyscy rzucili się w kierunku mostu, który załamał się pod ich naporem. Armia turecka została całkowicie rozgromiona. Lekka jazda polska i mołdawska, która przeprawiła się wpław przez Dniepr, wycięła niedobitki wojsk tureckich, zmykające w kierunku twierdzy kamienieckiej

Bohdan Nielubowicz

Posted in Historia, Podróże, Polskie Kresy | Leave a Comment »

Wyjątki wspomnień ks. Prałata Stanisława Porębskiego z pobytu na odosobnieniu ks. Prymasa Stefana Wyszyńskiego w klasztorze sióstr nazaretanek w Komańczy (1955/56).

Posted by tadeo w dniu 30 września 2012

Wybrał i przygotował do druku Bohdan Nielubowicz

Wspomnienia z pobytu ks. Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Komańczy spisał miejscowy ksiądz kościoła rzymskokatolickiego ks. Prałat Stanisław Porębski (1909 – 1978). Po zgonie autora, rękopis był przechowywany na plebanii  w Komańczy. W okresie stanu wojennego miejscowy proboszcz ks. Burek udostępnił rękopis ks. Porębskiego redaktorce i wydawcy pisma drugiego obiegu dla internowanych „Skrót” pani Joannie Wierzbickiej z Warszawy. Przebywała ona wówczas w Komańczy celem nawiązania kontaktu z internowanymi w pobliskim Nowym Łupkowie. Oficjalnym celem pobytu było filmowanie filmu telewizyjnego o tematyce przyrodniczej przez ekipę  TVP.

1 grudnia, 1955 r. (czwartek)

Rękopis zachował się na plebani w formie trzech brulionów. Obejmują one okres od 1 grudnia 1955 roku do 11 grudnia 1956 roku. Brulion pierwszy zaginął. Dotyczył pobytu ks. Prymasa w Komańczy od 29 października do 30 listopada 1955 roku. Zachowany tekst obejmuje 175 stron maszynopisu i obejmuje 333 dni pobytu ks. Prymasa Wyszyńskiego w Komańczy. Jedynie 9 dni jest pozbawione zapisu aktualnych wydarzeń, związanych z pobytem ks. Kardynał na internowaniu w KomańczyMszę świętą miał ks. Kardynał o godz.. 7/15. Przed południem odbył spacer na górę pod klasztorem. Wieczorem przyjechał ks. prałat Piotrkowski z Warszawy. Do kolacji zasiedli: ks. Prymas, ks. Prałat Piotrkowski, kuracjusz ks. F. Turbiarz i ja. Rozmowa toczyła się między ks. Kardynałem a ks. prałatem; mówiono o kościołach warszawskich ich odbudowie i prowadzonej w nich katechizacji. /…/ Ks. Kardynał wspomniał o akademickiej młodzieży warszawskiej, nazwał ją „moją młodzieżą”. Ze wzruszeniem wspominał o zaskakującej akcji tej młodzieży, mianowicie pewnego dnia przychodzi kilku młodych ludzi i prosi ks. Kardynała o 500 egzemplarzy Pisma Świętego – Nowego Testamentu. Po spełnieniu ich prośby, poszli na wieś, odwiedzali poszczególne domostwa, włączali się do prac domowych i gospodarczych, jak pieczenie chleba i pomoc przy żniwach. Przeprowadzali rozmowy i na koniec wręczali Pismo Święte, pouczając jak z niego korzystać. Z tej pięknej akcji młodzież sporządziła niezmiernie ciekawe sprawozdanie. Wszystko to opowiedział ks. Kardynał.

 18 lutego, 1956 (sobota)

Temperatura o godz. 8-mej -22 st. C. Przy kolacji rozmawiamy o bieżących sprawach, o wiadomościach z prasy. W Moskwie odbywa się właśnie XX Zjazd Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego – KPZR. Pisma podają przemówienie I Sekretarza  Chruszczowa.  Jest to jak zwykle niezmiernie długi tekst, tasiemcowe kolumny cyfr. Prymas mówi, że zagłębił się w fotelu i w tym przemówieniu i o całym świecie zapomniał. Podziwiać trzeb cierpliwość i dociekliwość ks. Prymasa przy studiowaniu tego przemówienia, na pewno mało jest dygnitarzy w Polsce, którzy tak dokładnie go przeczytali, jak to uczynił ks. Prymas. Wspomniał ktoś z rodziny ks. Prymasa, że jakiś dygnitarz partyjny wypowiedział zdanie, że najlepiej Polsce zna Marksa ks. Wyszyński. Wypowiedź nie pozbawiona w dużej mierze słuszności, bo kto miałby tyle samozaparcia i pracowitości dla przestudiowania pism Marksa. Przy kolacji przeczytałem również ze „Stolicy”, tygodnik, z dn. 19. II.1956 r., bardzo ciekawą wiadomość (druga strona u góry). Otóż pod przewodnictwem naczelnego architekta Warszawy inż. J. Sigalina odbyła się wycieczka urbanistów po Warszawie. Uczestnicy    przejechali 125 km. Autor opisując to podaje takie sformułowanie: „Ważne jest również to – fascynująca brzydota naszego miasta”. Zdanie to zrobiło duże wrażenie nie tylko na nas wszystkich, ale i na ks. Prymasie. Zaczął wiele mówić o Stolicy, a między innymi: „Wystarczy skręcić w bok z jakiejkolwiek ulicy, aby zobaczyć gruzy, nieuporządkowane place”. Bronił trochę ks. Prymas architektów i urbanistów, mówiąc, że są gonieni zadaniami i nie mają czasu na spokojne planowanie. Kiedyś skarżył się do Niego jeden z architektów Biura Odbudowy Stolicy, że czasami zejdą i dwa dni i nie wpadnie żaden dobry koncept do głowy, gdy tymczasem każdy prawie architekt ma ściśle wyznaczony harmonogram prac i zadań do realizacji na każdy dzień. Krytykował ks. Prymas niektóre z dzielnic, jak np. Mirów. Wspomniał następnie o planach wyburzenia klasztoru i kościoła ss. wizytek, a to w związku z zamierzoną budową gmachu NIK-u i pomnika. W związku z tym ks. Prymas nie chciał w żaden sposób dopuścić do wyburzenia kościoła i klasztoru. W związku z tym zaprosił do siebie inż. Kniewskiego i odbył z nim aż trzygodzinną rozmowę. Później jednak tego planu zaniechano. Zdaniem ks. Prymasa klasztor i kościół ss. wizytek to wartościowy pod względem architektonicznym obiekt zabytkowy, nieomal cudem ocalały z zawieruchy wojennej, więc jak można ze spokojem rozważać jego wyburzenie. Z drugiej strony ks. Prymas przypisuje architektom dużą zasługę w ratowaniu wielu zabytków, wśród nich również kościołów.

20 lutego, 1956 r. (poniedziałek)

/…/ Po przyjściu do domu z trudem udało mi się uruchomić motor od agregatu prądotwórczego. Pracował blisko półtora godziny. Dzięki temu było u ks. Prymasa światło elektryczne. W tych dniach miał przyjechać ks. prałat Piotrkowski z Warszawy; niestety nie zjawił się, zapewne nie otrzymał przepustki. Podobno ks. biskup Karczmarek powrócił do więzienia, ostatnio przebywał na urlopie zdrowotnym.

22 lutego, 1956 r. (środa)

Przed południem o. gwardian i ja zakładaliśmy nową instalację elektryczna w pokoju ks. Prymasa. Stare przewody wymienialiśmy na nowe, przywiezione przez o. gwardiana z parafii w Jaśle. Przy obiedzie było wino ofiarowane przez ks. Prymasa dla „elektryków”. Sam Fundator także wypił jedną lampkę. /…/

 Komańcza – klasztor sióstr Nazaretanek – autor: Joanna Siegel

 25 lutego, 1956 r. (sobota)

Nadal mróz, o godz. 8-ej temperatura wynosiła -18 st. C. Ale w ciągu dnia było piękne słońce. Ks. Prymas opowiadał wieczorem o spacerze, który uznał za bardzo udany. Wieczorem dyskutowaliśmy nad tą częścią przemówienia Chruszczowa, w której mówił o tym, że przekształcenia krajów demokracji kapitalistycznych mogą się odbyć bez rewolucji, drogą parlamentarną. Ks. Prymas wyraził pogląd, że dziś, w ścisłym słowa znaczeniu, krajów kapitalistycznych, o jakich pisał Marks w XIX w., już nie ma. Tam gdzie jest kodeks pracy, tam nie ma tego rodzaju ustroju społecznego. Polska przedwrześniowa miała bardzo dobry kodeks pracy, wzorowany na niemieckim. Istniały umowy zbiorowe, zawierane przez związki zawodowe z pracodawcami. Przedstawiciel związku zawodowego interweniował nawet w groszowych, niesłusznych potrąceniach wynagrodzenia pracownikowi. Związek występował również na rozprawach sądowych jako strona w imieniu pracowników. Nadmieniał dalej ks. Prymas, że Marks przewidywał stałe pomniejszanie się liczby właścicieli, tymczasem obserwuje się wręcz coś przeciwnego. Dzięki skutecznej ochronie pracobiorców, ich sytuacja materialna stale poprawia się. Dowodem tego jest np. większa liczba robotników, którzy nabywają parcele i budują własne domki jednorodzinne. Przykładem tego stanu rzeczy jest np. Belgia.

 2 marca, 1956 r. (pierwszy piątek)

Ks. Prymas był obecny na chórku na nabożeństwie pierwszo-piątkowym. /…/ Od rana szaleje wichura ze śnieżycą i zadymką. Na nabożeństwo przyszło około 30 osób. Ks. Prymas powiedział: „Podziwiam tych ludzi, że na taką śnieżycę przyszli”./…/. Wieczorem przy kolacji opowiadał ks. Prymas bezimiennie o różnych księżach apostatach. Powiedział, że w diecezji warszawskiej jest ich najwięcej, ale we Włoszech ich liczba jest znacznie większa niż w Polsce. Mówił także do ks. Turbiarza i mnie o katolicyzmie niemieckim. Jego zdaniem, trzeba bezstronnie przyznać, że był on bardzo dobrze zorganizowany, było dużo wydawnictw katolickich, wspaniale był zorganizowany „Caritas Verband” z ogromną centralą we Fryburgu. Tak przynajmniej było do wojny tj. do 1939 r.

Codziennie ks. Kardynał karmi zgłodniałe ptaszki. Karmnik znajduje się na balkonie obok mieszkania ks. Prymasa. Przylatują: sojki, trznadle, sikorki i kowaliki.

3 marca, 1956 r. (sobota)

/…/. Opowiedział ks. Prymas taką ciekawostkę ze świata dyplomacji z okresu przedwojennego. Zdaje się w 1933 r. pojechał minister spraw zagranicznych Józef Beck z małżonką do ZSRR. W rozmowie z ministrem Litwinowem pani Beckowa siliła się na rozmowę po francusku, nie bardzo jej to szło, dlatego któryś z dygnitarzy radzieckich powiedział do niej: „Niech pani mówi do niego po polsku, przecież to jest polski Żyd z Białegostoku”.

13 marca, 1956 r. (wtorek)

Dziś rano o godz. 9/15 dowiedzieliśmy się o śmierci Bolesława Biureta, I-go Sekretarza PZPR. Wiadomość spadła na nas jak grom z jasnego nieba, nic bowiem nie pisano o jego chorobie. Bolesław Bierut zmarł 12 marca w Moskwie o godz. 21/30. Komunikat lekarski głosi, że w końcu lutego Bierut rozchorował się na grypę, następnie wywiązało się zapalenie płuc i dnia 11 marca, a więc w przeddzień zgonu, nastąpił zawał serca. O śmierci Bieruta dowiedzieliśmy się z naszego radia. Ks. Prymas powiedział przy kolacji: „Jak chcecie to wierzcie, a jak nie, to nie, ale powiem wam: Ostatniej nocy śnił mi się Bierut. Z jakimś drugim księdzem byłem u Bieruta. Pożegnaliśmy się nawet bardzo grzecznie, a kiedy już wychodziłem, Bierut okazał chęć pójścia ze mną, trochę mi było głupio, ale wyszliśmy razem. Na ulicy okazało się, że jesteśmy w Lublinie. Szliśmy od Racławickiej ku Krakowskiemu Przedmieściu. Bierut przeszedł na ukos przez jezdnię i nagle gdzieś zniknął mi z oczu. Oglądam się i już go nie zobaczyłem”

 14 marca, 1956 r. (środa)

/…/. Opowiedział ks. Prymas, jak to było z zaopatrzeniem na śmierć Marszałka Piłsudskiego. Nawiasem wspomniał, że miał On ogromną adorację do matki Boskiej Ostrobramskiej, której obraz wisiał nad jego łóżkiem. Marszałek brał udział w koronacji Matki Boskiej Ostrobramskiej w Wilnie. W trakcie uroczystości lał niesamowity deszcz, oficerowie przynieśli mu parasol, którego jednak Piłsudski nie przyjął, tylko z gołą głową wytrzymał do końca. Zdaniem ks. Prymasa Piłsudski doceniał rolę religii w życiu państwowym. Natomiast z socjalizmem nie było najlepiej. Po zamachu stanu z 1926 roku przyszedł do Piłsudskiego socjalista, dziennikarz M. Niedziałkowski, wysłany przez socjalistów dla nawiązania kontaktu z Piłsudskim. Wtedy Marszałek powiedział do niego: „Słuchaj mały – tak mu zawsze mówił, jako krewnemu – ja do stacji Wolnośćjechałem czerwonym wozem, a teraz wysiadam i wy sobie dalej jedzcie sami”. A oto szczegóły związane z zaopatrzeniem Piłsudskiego na śmierć: „Kiedyś na przyjęciu weselnym u Sieroszewskiego, był ks. prałat Kuryłowicz – nie wiem czy nazwisko dobrze napisałem – i wówczas Piłsudski z tymi słowami zwrócił się do ks. prałata: Tak to pięknie wszystko ks. prałat urządził, dlatego, jak kiedyś przyjdzie moja ostania godzina, to chciałbym żeby ks. prałat mnie zaopatrzył. Ks. Kuryłowicz o tym pamiętał i kiedy wezwano go do umierającego Marszałka, był on już nieprzytomny i nie mówił, ale pod wpływem zastrzyku dr Stefanowskiego odzyskał na moment przytomność. Usiłował się przeżegnać oraz popatrzeć na wiszącą nad łóżkiem Madonnę Ostrobramską. Ks. prałat dał mu rozgrzeszenie exteremam unctionem”. „Tak było, nic więcej, ani mniej, bo to mi opowiedział sam ks. prałat” – dodał ks. Prymas, kończąc opowiadanie.

 19 kwietnia, 1956 r. (czwartek)

Przy stole rozmowa toczy się na tematy ogólne. Ks. Prymas wspomina swoje przygody samochodowe. Mówi również o swym pobycie w Stoczku i Prudniku. Z Prudnika prosił o dwie książki, a to „Ptaki naszych gór” i „Ptaki naszych lasów”. Przez te tytuły chciał donieść rodzinie i księżom, że znajduje się w Polsce w rejonie górzystym i zalesionym.

29 kwietnia, 1956 r. (niedziela)

Oto żarty opowiedziane przez ks. Prymasa przy obiedzie: Przyszedł Żyd do rabina i skarży się, że ma jedynego syna, przeznaczył dla niego wielki sklep i fabrykę wody sodowej oraz dolary, tymczasem spotkało go wielkie nieszczęście, bo ten syn się wychrzcił. Rabin wysłuchał te skargi i z wielkim smutkiem powiedział: Ty wiesz, to rzeczywiście wielkie nieszczęście, ale ty wiesz – Jahwe też miał jedynego syna i on też mu się wychrzcił. A oto druga anegdota: Przyszedł Żyd do rabina i skarży się, że już w domu wytrzymać nie może, tyle ma kłopotów z żoną i dziećmi, poradź rabe, bo już chyba zwariuję, nie mogę w domu wytrzymać. Rabin pomyślał i zapytał: a kogo ty jeszcze masz? Mam teściową. Weź ją do domu i przyjdź za tydzień. Po tygodniu Żyd płacze, że nie może już wytrzymać. Rabe  pyta: a co ty jeszcze masz? Mam kozę. No to ją weź do domu. A po tygodniu znów to samo, kazał mu wziąć jeszcze psa a potem polecił mu wyrzucić z domu kolejno: psa, kozę i teściową. Po pozbyciu się żywego inwentarza i teściowej Żyd uradowany dziękował gorąco rabemu za dobrą radę, że  teraz ma idealny spokój w domu. /…/.

7 maja, 1956 r. (poniedziałek)

Przed południem wycieczka na Jawornik, uczestnicy ekspedycji: ks. Prymas, ks. prałat, o. gwardian, ks. Turbarz i ja. Z powrotem wracaliśmy przez lasy. Oczywiście ja prowadziłem, chwilami obawiałem się, że zabłądzę, ale szczęśliwie przeprowadziłem dostojne towarzystwo, wychodząc na drugi most kolejowy. Ks. Turbarz i ks. Prymas byli trochę zmęczeni. Ks. Prymas dziękował mi za piękną wycieczkę. Jest On wspaniałym kompanem w góry, chodzi dobrze, nie męczy się, rozkoszuje się pięknymi widokami, no i zabiera na drogę pomarańcze i dobre czekoladki. /…/.

20 czerwca, 1956 r. (środa)

Panie Marysia i Janka (rodzina ks. Prymasa) nie otrzymały już przedłużenia przepustek. Ważność ich kończy się 23 czerwca to jest w niedzielę i w dniu tym będą zmuszone opuścić Komańczę. W Sanoku utrzymują się pogłoski, że strefa nadgraniczna w Komańczy zostanie zniesiona. /…/. Kiedyś, niedawno, ks. Prymas zażartował: „Pan Bóg odłączył mię od księży, a otoczył babami, no to trudno, trzeba cierpieć”. Niewątpliwie Pani Marysia i Janka prowadzą notatki, zapisują każde słowo ks. Prymasa, przy stole najwyraźniej rzucają pytania, aby wysondować zdanie ks. Prymasa na różne zagadnienia. Obie są inteligentne i mądre, więc na pewno potrafią to zrobić. Mają przy tym dużo okazji, bo przebywają razem w domu i na wycieczkach.

3 sierpnia, 1956 r. (piątek)

     Imieniny ks. Prymasa. Odprawiłem Mszę św. W intencji Solenizanta. Ks. Prymas wysłuchał nabożeństwa na chórku. Oficjalne życzenia składamy w mieszkaniu Dostojnego Solenizanta o godz. 11 przed południem. Czekaliśmy na przyjazd ks. gwardiana. Uczestniczyli w tej uroczystości: ks. biskup Jop, ks. biskup Wilczyńki, Ojciec ks. Prymasa, Pani Stanisława, Pan Czesław (szwagier), Pani Danusia i Włodzio (bratanica i bratanek ks. Prymasa), ks. dziekan A. Porębski, o. gwardian Półchłopek, ks. prałat Kulczyk i ja. Pierwszy ja przemówiłem, następnie ks. dziekan i ks. biskup Jop. Na wstępie przeczytałem list, jaki otrzymałem od ks. dziekana Edwarda Zagórskiego z Jarocina Poznańskiego, następnie złożyłem życzenia w imieniu swoim i parafii. Tekst mojego przemówienia załączam. Po naszych życzeniach zabrał głos ks. Prymas. Mówił dużo o potrzebie miłości wrogów i nieprzyjaciół /…/. Potem częstował ks. Prymas czekoladkami, oglądaliśmy zrobione przeze mnie fotografie z naszych wspólnych wycieczek. Podczas obiadu zabrał głos ks. biskup Wilczyński. Obiad, stosownie do życzenia Solenizanta był bez wina /…/.

4 sierpnia, 1956 r. (sobota)

    Przy obiedzie ks. biskup Tomaka opowiadał najrozmaitsze żarty i anegdoty. Ks. biskup Barda nie był u mnie i nic nie pytał, za co mam do niego wielki żal. Chciałem poruszyć sprawę zaopatrzenia mieszkania ks. Prymasa w porządniejsze meble, trzeba koniecznie kupić kanapę, parę foteli itp. Tak samo agregat prądotwórczy zaczyna się psuć, należałoby pomyśleć o tym, żeby utrzymać w dalszym ciągu prąd w mieszkaniu ks. Prymasa. Niestety nie ma, z kim o tym mówić. O ks. Prymasie nie ma się, kto zatroszczyć, choć Kościół dysponuje jeszcze funduszami. Nie chodzi o luksus, ale chyba Prymas Polski, i to taki Prymas, zasługuje na lepszą kanapę w pokoju, aniżeli ta, która tu jest, której każda sprężyna w inną stronę sterczy./…/.

     6 sierpnia, 1956 r. (poniedziałek)

     Wycieczka do Duszatynia; uczestnicy: Ks. Prymas, ks. biskup Wilczyński, o. gwardian, s. Narcyza, s. Bogumiła, Pani Danusia, Włodzio i ja. Wyszliśmy z domu o godz. 8/15, wróciliśmy o 20/15, a więc wyprawa trwała równych 12 godzin. Przy Jeziorkach Duszatuńskich pozostał ks. Prymas, s. Bogumiła i Włodzio, reszta towarzystwa weszła na Chryszczatą. Jeziora bardzo podobały się ks. Prymasowi. Był On jednak najbardziej zmęczoną osobą i w drodze powrotnej, już blisko Komańczy, narzekał na serce a nawet usiadł na chwilę na ziemi, aby odpocząć. Zmartwiliśmy się tym bardzo, okazało się, że trasa była za długa i zbyt uciążliwa dla ks. Prymasa. Przy kolacji robił wrażenie bardzo wyczerpanego, nie polecił przychodzić Pani Danusi i Włodziowi na apel jasnogórski, gdyż zaraz położył się do łóżka.

11 sierpnia, 1956 r. (sobota)

     Dał mi ks. Prymas do przeczytania maszynopis Jerzego Zawieyskiego pt. „Miecz obusieczny”. Jest to dramat osnuty na tle historii Tomasza Morusa, z tym, że wprowadzony jest do niego wątek aresztowania ks. Prymasa we wrześniu 1953 roku.

4 września, 1956 r. (wtorek)

     Jesteśmy tylko we troje: ks. Prymas, Włodzio i ja. Prymas ma codziennie dwugodzinną konwersację francuską z przebywającą tu czasowo s. Lidią. Ks. Prymas wyczytał w „Le Croix” ciekawą wiadomość, a mianowicie, że sztab wojsk Układu Warszawskiego znajduje się w Tatrach po stronie czechosłowackiej.

12 września, 1956 r. (środa – Nomini B. Mariae)

     Imieniny Matki Przełożonej. Około godz. 10 rano przyjechał samochodem, ten sam człowiek, który przed rokiem przywiózł do Komańczy ks. Prymas. Kto to jest – nie wiemy. Przeprowadził z Matką Przełożoną wywiad, rzucał różne pytania, jak np. Jak się czuje gość, kiedy wraca do Warszawy?. czy czego potrzebuje? Itp. Matka Przełożona odpowiadała przeważnie monosylabami.

23 września, 1956 r. (niedziela)

     /…/ Przed kolacją poruszył ks. Prymas kwestię pisania przez Niego listów do różnych ludzi. Powiedział między innymi, że niektórzy, zapewne z Episkopatu, są przeciwko temu, tłumacząc, że to może sprawić wrażenie, że ks. Prymas jest wolny. Ja jednak – powiedział ks. Prymas – nie podzielam tego zdania. „Ja nie mogę z tego zrezygnować, to jest w tej chwili moja ambona i mój konfesjonał i Wszystko. Życie ucieka, na co mam czekać? Jakim byłbym księdzem, gdybym z tych możliwości duszpasterskich, jakie mam nie skorzystał?”.

5 października, 1956 r. (piątek)

     Spacer po obiedzie we dwoje na grzyby w stronę Jawornika. Dziś znowu przelatywał samolot bardzo nisko nad lasem. Widzieliśmy czterokrotny ten przelot, tam i z powrotem od Sanoka w stronę południowo – zachodnią. Wygląda to jakby las był patrolowany./…/.

10 października, 1956 r. (środa)

     Rano o godz. 5/49 pojechałem odwiedzić Mamusię i zawieźć jej miód. Ks. Prymas powiedział mi wczoraj po kolacji:  „Ja zastąpię ks. proboszcza, odprawię Mszę św., ochrzczę, a i do chorego pojadę, jak trzeba będzie”. I w istocie ks. Prymas ochrzcił dziecko Władysława Jamrozika  z  Czystogarbu.

12 października, 1956 r. (piątek)

     Śniadanie, obiad i kolacja przeciągają się dość długo. Ks. biskup Korszyński opowiada stare dzieje; wspomina z ks. Prymasem wspólnych znajomych księży i biskupów. Mówiąc o jednym z księży biskupów, ks. Prymas powiedział: „On szanował człowieka, a to wielka zaleta u zwierzchnika”. Była to mowa o dawniejszym Ordynariuszu włocławskim, któremu doniesiono, że ks. Prymas, ówczesny profesor, jest lewicowcem w kwestii robotniczej. Biskup wezwał do siebie ks. dr profesora Wyszyńskiego. Kiedy wszedł ks. Prymas do gabinetu przełożonego i usiadł, zobaczył na biurku poukładane swoje książki, jedna na drugiej. Uśmiechnął się, bo wiedział już, o co chodzi – zobaczył ten uśmiech ks. biskup, także się uśmiechnął i na ten temat nie było w ogóle mowy.

27 października, 1956 r. (sobota)

     Dzień upływa nam pod wrażeniem i oczekiwaniem na szybki wyjazd ks. Prymasa do Warszawy. Stosownie do życzenia ks. Prymasa ma przyjechać po niego Jego samochód z Miodowej. /…/. Na Węgrzech rozgorzały walki, ponieważ rzekomo Rząd Węgier wezwał na pomoc Wojsko Radzieckie. Armia Sowiecka wkroczyła na Węgry – ludność chwyciła za broń, leje się krew za wolność, o zrzucenie jarzma niewoli bolszewickiej. Ks. Prymas wyraża zdanie, że jeszcze jeden dowód na to, co zrobiła Rosja z narodami Europy Wschodniej i jak te narody pragną wolności. /…/. Po obiedzie ks. Prymas dał się sfotografować z s. Kleofasą i s. Malwiną. Siostra Kleofasa sprzątała u ks. Prymasa, jest to cichutka, pracowita, nadzwyczaj dobra zakonnica z iści macierzyńską, dziecinną miłością i troskliwością usługiwała ks. Prymasowi. /…/. Paliła w piecyku w zimie niemal cały dzień, przygotowywała kąpiel ks. Prymasowi itp./…/. Siostra Malwina od refektarza, również z wielką troskliwością podawała jajówkę (jajecznicę). /…/. S. Malwina przynosiła nie tylko jajówkę, bo i kaszę i fasolę i wątróbkę. /…/. Skoro już mowa o zdjęciach z ks. Prymasem, to muszę wspomnieć, że i mnie spotkało to wyróżnienie, /…/ bo po obiedzie zostałem sfotografowany z ks. Prymasem i to kilka razy moim aparatem przez P. Danusię i aparatem P. Marysi.

28 października, 1956 r. (niedziela – Chrystusa Króla)

     Wielki dzień dla Kościoła Katolickiego w Polsce i dla Polski. Doniosły moment powrotu ks. Prymasa do Warszawy. Dla nas garstki mieszkańców klasztoru, to jest dla sióstr dla mnie, rozstanie z Dostojnym Gościem tamtą wielką radość przysłania ból i smutek rozstania i pożegnania. To nasza cena, którą płacimy za ten Wielki Dar Niebios, dar Chrystusa Króla, przeczystą Matkę Boską Jasnogórską. Mała to cena, inni płacili niepomiernie więcej, ale i ta cena kosztuje dużo. Wyczekiwaliśmy chwili powrotu ks. Prymasa na Stolicę Prymasowską, modliliśmy się o tę łaskę, ale kiedy przyszło, to odezwał się egoizm – chcielibyśmy zatrzymać kochanego i drogiego nam ks. Prymasa przy sobie. Wydaje się, że ten rok czasu pobytu z nami ks. Prymasa to za mało.

Oto zdarzenia tego pamiętnego dnia. Zaświecił ks. Prymas u siebie już o godz. 4/30 rano. Ponieważ nie wiedziałem kiedy nastąpi wyjazd, dlatego przed wyjściem do pociągu 5/35 rano (jechałem do kościoła filialnego w Kulesznym) zapukałem, żeby się pożegnać z naszym Dostojnym Gościem. Ks. Prymas pakował drobiazgi do szuflad. Przyjął mnie, nawet w tak nieodpowiedniej porze, grzecznie. Powiedziałem krótko, że nie zawiodłem zaufania podczas ataków ze Strony Urzędu Bezpieczeństwa. Rozmowy przeprowadzane w drodze do szkoły w Kulesznym, Turzyńsku czy Rzepedzi zbywałem byle czym. Powiedziałem im, że właśnie ks. Prymas jest przyjacielem tych prostych najbiedniejszych obywateli. Ks. Prymas uspokajał mnie; „Bracie to musiało być” – domyślał się, więc, że byłem indagowany. Przykre to były dla mnie chwile.

Rano przyjechał P. Zenon Kliszko. Odjazd nastąpił o godz. 11 przed południem. Koło klasztoru była garstka ludzi, którzy pozostali po nabożeństwie. Ks. Prymas wsiadł do samochodu obok kotłowni – z domu wyszedł bocznymi drzwiami. Ludzie uklękli na przyjęcie Błogosławieństwa Prymasowskiego. Przy punkcie kontrolnym WOP-u, koło przystanku Komańcza-Letnisko było kilku żołnierzy z dowódcą placówki, porucznikiem Przybyłowiczem  na czele. Na widok samochodów, wyjeżdżających  spod  mostu kolejowego od klasztoru, szlaban został podniesiony. Żołnierze i Porucznik salutowali. W Komańczy pozostała Pni Danusia, zajęła się pakowaniem książek i innych rzeczy.

W domu panuje nastrój żalu i smutku z powodu pożegnania drogiej, bliskiej Osoby, ale żal ten pomieszany z radością niewymowną z powodu powrotu na stolicę Prymasowską trzymanego przez trzy lata w odosobnieniu ks. Prymasa dr Stefana Wyszyńskiego. Dziwny to  nastrój którym pomieszany jest smutek, ból i żal z radością i szczęściem. Bratanica ks. Prymasa pozostała u nas do dnia 5 listopada 1956 roku.

http://archiwum-kresowe.kresy24.pl/2315-bohdan-nielubowicz-wyjatki-ze-wspomnien-ks-pralata-stanislawa-porebskiego-z-pobytu-na-odosobnieniu-ks-prymasa-stefana-wyszynskiego-w-klasztorze-siostr-nazaretanek-w-komanczy-195556

Zdjęcia – http://www.polskiekrajobrazy.pl/Joanna_Siegel/Galeria/547:Koma%C5%84cza/3134:Komancza_klasztor_siostr_Nazaretanek.html

Posted in SYLWETKI, Wspomnienia | Otagowane: | 5 Komentarzy »

Stan Borys – Jaskółka uwięziona (Opole 1973)

Posted by tadeo w dniu 30 września 2012

Posted in Muzyka | Leave a Comment »

Policzyłem: pod hasłem „Obudź się Polsko” było 145-180 tysięcy, może więcej. Mają prawo do poczucia sukcesu, to społeczeństwo obywatelskie. Analiza Zaremby

Posted by tadeo w dniu 30 września 2012

Fot. wPolityce.pl

Kiedy wychodziłem z domu, TVP Info dramatycznie relacjonowała blokadę budynku telewizji na Placu Powstańców. Pikieta miała nie wpuścić pary gości: profesora Kazimierza Kika i profesora Antoniego Kamińskiego.

Relacja obu profesorów przez telefon wprowadziła jednak komplikację: Kamińskiego do telewizji nie wpuściła policja. Kik został zatrzymany przez manifestantów. Wszystko odbyło się więc zgodnie z logiką: umiarkowanie konserwatywny profesor Kamiński mówił o dzisiejszej demonstracji „Obudź się Polsko”  o wiele bardziej wyrozumiale niż lewicowy profesor Kik. Ale nawet ten ostatni podkreślał spokojne, wręcz uprzejme zachowanie  pikietowiczów, którzy chcieli swoją akcją apelować do publicznej telewizji o obiektywne relacje.

Ale  żarty na bok: w 45 minut później docieram na Rondo De Gaulle’a. Właśnie kończy się msza. Podejmuję decyzję: nie tyle pójdę z manifestacją, ile obejrzę ją całą – spod dawnego Domu Partii przerobionego na giełdę.

Stoję przez kolejne dwie godziny obserwując ludzkie morze. Widzę czoło pochodu (wyrusza około 15.15) i oglądam też jego koniec (około 17.15)  Dokonuję prowizorycznych obliczeń. Po konsultacji ze znajomym uznaję, że przypada po 20-25 osób na sekundę. To daje mi łącznie 145-180 tysięcy. Choć mogło być i trochę więcej, pamiętajmy: demonstracja jest na początku cieńsza, pod koniec idzie już także chodnikiem.

To ważne obliczenia. Rozmawiałem z wieloma z tych, którzy mnie mijali. Jedno się powtarzało prawie zawsze: „na pewno powiedzą w telewizji, że było nas kilka tysięcy”. Tym razem zresztą nie powiedzą.  I TVN-owskie Fakty i Wadomości TVP nie podadzą żadnej liczby, ale będą podkreślać długość pochodu.

Po tych dwóch godzinach czoło jest już na Placu Zamkowym, koniec wciąż na Nowym Świecie – między Placem Trzech Krzyży i Rondem de Gaulle’a. A wielka grupa związkowców z Podkarpacia nawet zawraca czując, że dalej się już nie przeciśnie, że cały Trakt Królewski jest zakorkowany. Tysiące ludzie nie usłyszą swoich liderów przemawiających na koniec demonstracji.

Idą cały czas: wszystkie stany, regiony, pokolenia. Choć jednak przeważają skromne ubrania, ogorzałe robotnicze twarze, widać, że manifestuje ta część Polski, która ma bardziej pod górkę. Naturalnie każdy segment  tego pochodu jest inny: grupy prowadzone przez księży z przewagą starszych kobiet, przeplatają się z kolumnami maszerującymi w takt bębnów, często w pracowniczych kurtkach i pod sztandarami „Solidarności”.

Jedni skandują (furorę robi hasło: „Lepiej być moherem niż Tuska frajerem”), inni śpiewają nabożne pieśni, blisko czoła, gdzie idą działacze PiS rozbrzmiewa z głośnika Jan Pietrzak ze swoim „Żeby Polska była Polską”. Czasem idą całe rodziny. Młody mężczyzna, który mnie zagaduje, przedstawia mi żonę, dzieci, rodzeństwo, teściów.

Pewna starsza kobieta, która też ze mną rozmawia, nie może pojąć: Tylu tu ludzi, więc ich (Platformy) koniec musi być bliski. Tłumaczę, że tak wcale być nie musi. Tamci, oni, po prostu nie wychodzą na ulice, są ociężałym, ale realnym kolosem.

Ale jest też sporo ludzi młodych, z tego gatunku, którzy z dumą naklejają znaczki Polski Walczącej, ci idą częściej na początku pochodu.

– Zobacz ile ładnych dziewczyn – zagaduje mnie przypadkowo spotkany znajomy.

Jak by nie oceniać poszczególne hasła czy skojarzenia tych demonstrantów to w pewnym sensie najaktywniejsza, najbardziej przejęta losem Polski część społeczeństwa.  Autentyczne społeczeństwo obywatelskie. Przed wyjściem w zaskakująco obiektywnej relacji TVN 24, kobiety pytane, po co tu przyszły, mówią jak Pietrzak: żeby Polska była Polską.

– Panie redaktorze, tylko niech pan to opisze po polsku – grozi mi żartobliwe palcem starszy pan.

Wiem, o co mu chodzi. Czuję też, że tamte kobiety oddają sens  swojej motywacji. I czuję się tu jak w domu.

Obserwuję transparenty. Są wszelkiego typu: takie o zdrajcach i takie o Matce Boskiej. Ja najbardziej doceniam te niekonwencjonalne, czasem dowcipne, czasem dające do myślenia. Widzę tabliczkę: „Ciemnogród jest tam, gdzie nie ma Boga” i całkiem inny „Słońce Peru nas przypala”. Ktoś inny napisał: „Krętactwami i przewrotnością w wyjaśnianiu swoich afer PO poddaje w wątpliwość inteligencję swego wyborcy”. Ale bezkonkurencyjny jest pastisz słynnego plakatu wzywającego do czujności. Tyle że palec do ust przykłada… Monika Ilejnik, w dodatku namalowana. Podpis brzmi: „Nie zaprzeczaj oficjalnej wersji wydarzeń, bo będziesz z PiS”.

Jeszcze po wielu godzinach, kiedy oglądam zaskakująco wyważoną, jakby pochylającą czoło wobec siły zdarzeń,  relację w TVN i bardziej złośliwą w Wiadomościach brzmią mi w uszach piszczałki, trąbki, bębny i okrzyki. Ci ludzie wierzą w lepszą Polskę, bardziej moralną i lepiej rządzoną. Mówią o tym często zaskakująco staroświeckim językiem. Dopiero w telewizji widzę polityczne przemówienia. Nawet ojciec Rydzyk, nie całkiem bohater z mojej bajki, jawi mi się zaskakująco sympatycznie.

A teraz dwie łyżki dziegciu. Zawsze odczuwałem sympatię do „Solidarności”. Kiedy na początku lat 90. część prawicy próbowała budować tożsamość na walce ze związkami, przestrzegałem: w Polsce to czynnik równowagi społecznej. „Solidarność” zachowała zaskakująco dużo witalności. Robi to do czego jest powołana: upomina się o ludzi.

Pytanie tylko o sens tak silnego zrostu związku zawodowego z siłami politycznymi, na dokładkę nazywającymi się prawicą. Widzę związkowy transparent: „Precz ze śmieciowymi umowami”. I przypominam sobie niedawną wizytę w Krakowie u moich znajomych prowadzących firmę konserwatorską. Są w sferze „nadbudowy” bardziej konserwatywni ode mnie. Głosują  na PiS.

Ale na moje nieśmiałe zastrzeżenia do śmieciowych umów, wybuchają śmiechem.

– Gdybyśmy ponosili pełne koszty pracy, musielibyśmy zwolnić wszystkich swoich pracowników. Nie wytrzymalibyśmy – mówią.

Takie głosy są nie mniej istotne niż wystąpienia pokrzywdzonych przy budowie obiektów na Euro podwykonawców czy nadal niezadowolonego paprykarza.

Jest i uwaga inna: aby dostać się z Pragi do centrum Warszawy ,musiałem przejść pieszo most Poniatowskiego. Patrzyłem na pomykających rowerzystów, na młodych ludzi, którzy obsiedli barek przy dworcu Powiśle.  To był całkiem inny świat, który być może nigdy nie spotka się ze światem tych, co maszerowali.

To nie jest wyzwanie dla zwykłych demonstrantów: oni mają prawo do satysfakcji. Policzyli się, zamanifestowali siłę i przywiązanie do tego co dla nich najdroższe: do własnej Ojczyzny. Ale to wyzwanie dla ich liderów. Ktoś niósł na demonstracji listę „dopalaczy dla lemingów”: były tam TVN, Newsweek, Wprost, Polityka, oczywiście Gazeta Wyborcza. Ale kto się zatroszczy o samych lemingów?

http://wpolityce.pl/dzienniki/jeden-taki/37346-policzylem-pod-haslem-obudz-sie-polsko-bylo-145-180-tysiecy-moze-wiecej-maja-prawo-do-poczucia-sukcesu-to-spoleczenstwo-obywatelskie-analiza-zaremby

Przeczytaj także:

Co dziś widziałem podczas manifestacji? Twarze. Nasze twarze. „Także twarzy osób młodych, bardzo młodych i przybyłych, wraz z rodzicami dzieci”

Posted in Polityka i aktualności | Leave a Comment »