WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for 17 grudnia, 2011

Kresowa Atlantyda – Stanisław S. Nicieja

Posted by tadeo w dniu 17 grudnia 2011

Redakcja nto zaproponowała mi, abym w cyklu artykułów pt. „Moje Kresy” podzielił się z Czytelnikami trwającą od ponad trzydziestu lat wielką przygodą intelektualną związaną z odkrywaniem ziem, które Polska jako państwo utraciła na wschodzie w 1945 roku.

Lwowianin Stanisław Lem z małżonką w towarzystwie Haliny i Stanisława Niciejów, Kraków 1999 r.

Lwowianin Stanisław Lem z małżonką w towarzystwie Haliny i Stanisława Niciejów, Kraków 1999 r. (fot. fot. archiwum Stanisława S. Niciei)

Redakcja nto zaproponowała mi, abym w cyklu artykułów pt. „Moje Kresy” podzielił się z Czytelnikami trwającą od ponad trzydziestu lat wielką przygodą intelektualną związaną z odkrywaniem ziem, które Polska jako państwo utraciła na wschodzie w 1945 roku. Celem tej publikacji, której idea narodziła się w redakcji nto, ma być odkrywanie polskiej „kresowej Atlantydy” zatopionej w odmętach niepamięci poprzez długotrwałe działanie cenzury PRL. Tej mitycznej swoistej wyspy młodzieńczych doznań i nostalgii setek tysięcy ludzi, których często okrutny los rzucił na Śląsk. A przybyli tu z okolic Lwowa, Tarnopola, Stanisławowa czy Kołomyi i skupiają się dzisiaj w towarzystwach kresowych, by wspominać, śpiewać swoje pieśni, wracać pamięcią do swoich przodków i korzeni rodzinnych.Temat to fascynujący i rozległy, trudny do ogarnięcia myślą niczym ocean. Długo wahałem się ze względu na nadmiar obowiązków, które mnie w ostatnim czasie przygniatają, ale też nie wiedziałem, jakim kluczem się posłużyć. W końcu powiedziałem: spróbuję. Ale będzie to rzecz niejednorodna, w redakcyjnym ujęciu swoista wielobarwna mozaika. Czasem będzie to minireportaż, innym razem felieton bądź zapis rozmowy z przygodnie spotkanym człowiekiem w pociągu czy na stacji benzynowej, czasem cytat listu albo e-maila, który trafił do mojej skrzynki pocztowej, albo opis zdjęcia, które znalazłem na strychu bądź kupiłem na jarmarku staroci i próbuję ustalić, kto i w jakich okolicznościach je zrobił. Nie będę unikał ulubionej przeze mnie biografii ciekawych ludzi, tych znanych już w historii, z najwyższej półki, i tych, o których nikt dotychczas nie wspomniał w najmniejszej publikacji. Czasem będę zachowywał się niczym Polski Czerwony Krzyż, który zajmował się poszukiwaniem zaginionych w historii ludzi i będę zwracał się do Czytelników o pomoc w interpretacji zdjęcia bądź wyjaśnienia biograficznej zagadki.
Czy ta formuła się sprawdzi? Nie wiem – ryzyko moje i redakcji. W jednym muszę tylko Czytelników uprzedzić – nie potrafię tego cyklu utrzymać w regularnym rytmie z tygodnia na tydzień. Pracuję obecnie nad dużą książką, bardzo dla mnie ważną i wymagającą absolutnej dyscypliny, uczestniczę w dziesiątkach spotkań z Czytelnikami w całej Polsce. Prowadzę jednocześnie wykłady na moim uniwersytecie oraz pochłania mnie sprawa ochrony i renowacji zabytków. Kontakt z Czytelnikami jest mi niezbędny, bo cenię sobie ich wielką pomoc w mojej pracy, często detektywistycznej. Doświadczyłem już tej pomocy przy pisaniu książek o Łyczakowie, Lwowskich Orlętach i zamkach kresowych. Ale tak jak nieregularnie korzystam z archiwów i biblioteki naukowej, tak samo nieregularnie będę korzystał z pomocy Czytelników i z góry za tę pomoc bardzo dziękuję.

Lwowskie przyjaźnie

Minęło dwadzieścia lat od ukazania się mojej książki dokumentacyjnej o cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie, która – ku mojemu zupełnemu zaskoczeniu – stała się absolutnym bestsellerem, książką roku 1989, po którą ustawiały się w księgarniach kolejki. Rozeszła się w nakładzie trudno wyobrażalnym – 250 tysięcy egzemplarzy. Była szeroko komentowana i recenzowana w prasie, radiu, telewizji, m.in. przez Jerzego Waldorffa, Stanisława Lema, Aleksandra Gieysztora, Tomasza Nałęcza i Ryszarda Kapuścińskiego.

Wywołała emocje i następstwa nieprzewidywalne. Przeżyłem największą przygodę intelektualną swego życia, będąc na setkach spotkań autorskich od Sanoka po wyspę Wolin, od Zgorzelca po Ełk oraz w dużych skupiskach Kresowiaków: w Londynie, Paryżu, Monachium, Genewie, Nancy. Uświadomiłem sobie, jak mocna jest legenda i magia Kresów Wschodnich oraz mit Lwowa – miasta „Semper Fidelis”, jak przechodzi z ojca na syna.

Książki o lwowskim Łyczakowie i Orlętach otworzyły przede mną domy i przyjaźnie tak wspaniałych lwowiaków jak: Jerzy Janicki – wybitny polski scenarzysta, autor świetnych seriali telewizyjnych „Dom” i „Polskie drogi”, który stał się dla mnie drugim ojcem.

To on nazwał mnie adoptowanym dzieckiem Lwowa, mimo że – urodzony po wojnie na Dolnym Śląsku – nie miałem rodzinnie nic wspólnego z Kresami (rodzice pochodzą z Wadowic). To on zaprosił mnie do współpracy w realizacji serii filmów dokumentalnych o zamkach i twierdzach kresowych Rzeczypospolitej, realizowanych dla telewizji Polonia. Podobnie potraktował mnie Adam Hanuszkiewicz – wybitny polski aktor i reżyser teatralny, długoletni dyrektor Teatru Narodowego w Warszawie, twórca niezapomnianego Teatru Telewizji, eksperymentator, autor głośnej adaptacji „Balladyny” z jeżdżącymi po scenie hondami, który później często na moje zaproszenie gościł w Opolu.

Wtedy też zaczęła się moja bliska znajomość ze Stanisławem Lemem – jednym z najbardziej znanych na świecie polskich pisarzy, i Wojciechem Kilarem – kompozytorem, którego muzyka filmowa trafiła na ekrany całego świata, bo trzeba pamiętać, że była ilustracją do filmów m.in. Francisa Copolli, Andrzeja Wajdy czy Kazimierza Kutza. Wszyscy oni zostali później doktorami honoris causa Uniwersytetu Opolskiego i bardzo sobie tę godność cenili.

Otworzyły się też przede mną domy: Kazimierza Górskiego – twórcy wielkości polskiej piłki nożnej w latach 70. XX wieku, Andrzeja Hiolskiego – wybitnego śpiewaka operowego, Jerzego Matuszkiewicza i Andrzeja Kurylewicza – wspaniałych jazzmanów i kompozytorów wielkich przebojów i muzyki do filmów „Stawka większa niż życie”, „Wojna domowa” czy „Polskie drogi”, Ryszarda Kapuścińskiego – genialnego reportera, który swoimi książkami otarł się o Nagrodę Nobla, Włady Majewskiej – londyńskiej muzy Mariana Hemara, Renaty Andersowej – żony generała, zwycięzcy spod Monte Casino, prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego i Jana Nowaka Jeziorańskiego, którego wuj – generał, powstaniec – spoczywa na Łyczakowie.

Poznałem setki lwowiaków, których nie sposób tutaj wymienić z nazwiska. Uzyskiwałem od nich informacje, relacje, wspomnienia, a z ich archiwów domowych fotografie i różne dokumenty rodzinne zadziwiającej wartości. Rozrastało się moje archiwum, które stanowiło fundament kolejnych kresowych książek.

Właściwie do dziś nie ma tygodnia, abym od rodzin Kresowiaków nie otrzymał jakiejś informacji, zdjęcia, dokumentu, czy zapytania o ich bliskich. Dzięki temu udaje się wyrwać z zapomnienia ludzkie czyny, dramaty, osiągnięcia i sukcesy. Rozjaśniają się tajemnice biograficzne wielu Kresowiaków.

 Żona Piotra Mikolascha z córką.

Żona Piotra Mikolascha z córką. (fot. fot. archiwum Stanisława S. Niciei)

Apteka Mikolascha i Łukasiewicz

Ostatnio realizując, niestety już bez Jerzego Janickiego, który zmarł przed rokiem, film o Ignacym Łukasiewiczu, ojcu przemysłu naftowego, wykorzystałem część moich kresowych dokumentów, pisząc komentarz. Oto krótka historia lwowskich aptekarzy.

Lwów zawsze miał szczęście do uczonych i artystów. Sławili jego piękno i oryginalność wierszami, obrazami, sztychami, opowiadaniami i uczonymi księgami. A było i jest, o czym pisać. Bo w mieście tym był zawsze wysyp talentów. Nazwiska jego mieszkańców trafiały do najbardziej opiniotwórczych leksykonów i encyklopedii świata: matematycy – Stefan Banach czy Stanisław Ulam – współtwórca bomby wodorowej; pisarze – Zbigniew Herbert czy Adam Zagajewski; malarze – Artur Grottger czy Jan Styka; muzycy – Adam Didur czy Wojciech Kilar. To są tylko niektórzy lwowiacy o sławie ponadeuropejskiej.

Wśród wielu profesji miał też Lwów sławnych w Europie aptekarzy; Erbarowie, Torosiewiczowie i Mikolaschowie. Szczególnie to ostatnie nazwisko zostało wpisane na karty światowych wynalazków.
Piotr Mikolasch (1805-1873) był właścicielem słynnej lwowskiej apteki „Pod Złotą Gwiazdą”, mającej siedzibę w centrum miasta przy ulicy Kopernika. Apteka miała znakomite wyposażenie, a personel wysoki prestiż. A trzeba pamiętać, że ówczesne apteki były wytwórniami różnych mikstur, nie tylko leczniczych, ale również kosmetycznych.

Piotr Mikolasch, wywodzący się ze starej, pochodzenia węgierskiego, lwowskiej rodziny, był szlachetnym, mądrym człowiekiem. Wyławiał młode talenty i pomagał zdobywać im uniwersyteckie wykształcenie. Taki talent odkrył w młodym aptekarzu z Łańcuta, który wyszedł świeżo z lwowskiego więzienia za swoją działalność konspiracyjną przeciwko zaborcom austriackim. Nie bał się zatrudnić tego, jak mówiły o nim władze – „wywrotowca politycznego” i ryzykując, uczynił go swoim asystentem. Po pewnym czasie wysłał go na studia farmaceutyczne do Krakowa i Wiednia, a potem stworzył mu we Lwowie doskonałe warunki do prowadzenia eksperymentów.

I to właśnie w aptece Mikolascha Ignacy Łukasiewicz (1822-1882) dokonał jednego z najsłynniejszych w tym czasie w Europie wynalazków, który spowodował przewrót w technice oświetlania mieszkań, ulic i gmachów na całym świecie. Odkrył niezwykłe właściwości ropy naftowej i wspólnie ze świetnym lwowskim rzemieślnikiem – blacharzem Piotrem Bratkowskim skonstruował pierwszą lampę naftową.
Dziś, kiedy nie możemy sobie wyobrazić, jak można było żyć, nie mając w domu oświetlenia elektrycznego, telewizora czy komputera, równie trudno przychodzi nam uświadomić sobie, że nie tak dawno, bo w sumie przed 150 laty, ludzkość nie tylko nie znała żarówki elektrycznej, ale tonąc w mrokach, oświetlała mieszkania kopcącymi świecami czy łuczywem.

Lampa naftowa wprowadziła rewolucję w oświetleniu. To dopiero w 1853 roku we Lwowskim Szpitalu Powszechnym przeprowadzono pierwszą na świecie operację w nocy przy lampie naftowej. Wcześniej pacjent musiał czekać do rana, bo w mrokach i przy kopcącym łuczywie żaden lekarz nie podejmował się operacji na otwartym organizmie. Od wynalazku Łukasiewicza zaczyna się światowa kariera ropy naftowej, bez której trudno sobie wyobrazić cywilizację XX wieku.

A zaczęło się, jak to bywa z wynalazkami, od banalnego przypadku. Do apteki Mikolascha przybył kupiec spod Borysławia, Abraham Schreiber, i przyniósł flaszkę rudawego płynu. Trafił akurat na dyżur aptekarza Łukasiewicza, który właśnie wrócił z Krakowa świeżo po studiach farmaceutycznych, i rozegrała się scena, która ma w literaturze różne zapisy.

Tak oto mogła wyglądać rozmowa według jednej z wersji literackich:
Schreiber: Panie Łukasiewicz, niech pan tylko spojrzy. Przywiozłem tu butelkę tłustego, kleistego płynu. Pływa on u nas w Borysławiu po wodzie przy źródłach. Gdy ktoś tam kopie większą studnię, to zamiast wody trafia na taką maź. Chłopi nazywają to ropą. Czuję, że w tej ropnej mazi jest alkohol. Czy nie można by z tego zrobić wódki?

Łukasiewicz: Wódki? Skąd to panu przyszło do głowy?
Schreiber: Chłopi używają tej cieczy przy schorzeniach i do smarowania kół w swoich wozach. Jakby to oczyścić, to może byłaby z tego wódka, a jako wódkę to każdy by to kupił. A wtedy to będzie interes, który postawi mnie i pana na nogi.

I tak oto lwowski aptekarz Ignacy Łukasiewicz podjął się destylacji ropy naftowej z zamiarem, aby uzyskać z tego źle pachnącego płynu alkohol. W efekcie odkrył naftę, która dała mu później sławę i pieniądze. Po konsultacje do niego przyjeżdżali nawet wysłannicy Rockefellera z Ameryki, by się uczyć technik destylacji ropy. Bo w tym czasie odkryto też ropę w Pensylwanii w okolicach Tytusville. Łukasiewicz stał się jednym z najbogatszych Polaków, który umiał się swym bogactwem dzielić z bliźnimi. Był jednym z najhojniejszych filantropów, który przyczynił się do podniesienia dobrobytu na Podkarpaciu. Dziś jego imię noszą liczne polskie szkoły, w tym Politechnika Rzeszowska, i ulice. W miejscach, w których pracował, stoją jego pomniki.

W historii Polski to jeden z wielkich Kresowiaków. Za życia był honorowym członkiem wielu prestiżowych organizacji i towarzystw. Nawet w podopolskim Prószkowie, gdzie była słynna Królewska Akademia Rolnicza, w uznaniu zasług bractwo studenckie przyjęło go do swego grona jako członka honorowego.

Mieczysław Łazowski – właściciel lwowskiej apteki "Pod Orłem”. Dziadek Wojciecha Łazowskiego, obecnie mieszkańca Düsseldorfu.

Mieczysław Łazowski – właściciel lwowskiej apteki „Pod Orłem”. Dziadek Wojciecha Łazowskiego, obecnie mieszkańca Düsseldorfu. (fot. fot. archiwum Stanisława S. Niciei)

Przywracanie pamięci o Łazowskich

Przed tygodniem od pana Wojciecha Łazowskiego z Duesseldorfu otrzymałem pękatą przesyłkę z reprodukcjami fotografii. Wiedząc, że pracuję nad scenariuszem do filmu o Ignacym Łukasiewiczu, w którym będzie o lwowskich aptekarzach, pan Wojciech – urodzony w 1941 roku we Lwowie, po wojnie osiadły w Chorzowie, a od roku 1989 mieszkaniec Duesseldorfu – przysłał mi dokumentację o zupełnie zapomnianej świetnej rodzinie swoich przodków, lwowskich aptekarzy, którzy byli właścicielami apteki „Pod Orłem” na rogu ulicy Gródeckiej i Leona Sapiehy we Lwowie.

Najbardziej znanymi z nich byli wybitni polscy farmaceuci Tytus Łazowski, zmarły w 1894 roku, i jego syn Mieczysław Łazowski, zm. w 1931 roku – obaj spoczywają na cmentarzu Łyczakowskim. Z tej rodziny wywodzi się prof. Lech Trzeciakowski – wybitny polski ekonomista i działacz państwowy, ekspert „Solidarności” i minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.

Dzięki tym materiałom będę mógł wprowadzić do swojej najnowszej książki losy rodziny Łazowskich i wyrwać z kompletnego zapomnienia jeszcze jedną rodzinę, która zapisała piękną kartę w dziejach Lwowa i Kresów Wschodnich.

Profesor Stanisław Nicieja –  rektor Uniwersytetu Opolskiego.

Posted in Historia, Polskie Kresy, Wspomnienia, Świadectwa | 5 Komentarzy »

Anonimowy reportaż z międzywojennej Polski.

Posted by tadeo w dniu 17 grudnia 2011

Znany amerykański magazyn „Life”, który ukazywał się od 1883 do 2007 roku, udostępnił swoje archiwa w „Google Books”. Z fotoreportażu o Polsce, zamieszczonego w „Life”  29 sierpnia 1938 roku, wyłania się nieco inny kraj, niż ten, który mitologizujemy jako II RP.

1

Fotoreportaż jest – niestety – anonimowy. Nosi tytuł „Poland: Rich Men, Poor Men in the Land of Fields”, czyli „Bogaci i biedni w Krainie Pól”, a z nagłówka dowiadujemy się, że w „powojennym państwie polskim” dominują „nieszczęście, duma i strach”. Warto zauważyć, że w 1938 roku, 20 lat po odzyskaniu niepodległości, nadal mówiono o naszym kraju jako o „kraju powojennym”, podobnie, jak III RP nadal nazywana jest często „krajem postkomunistycznym”.

Autor rozpoczyna swój reportaż zdjęciem granicy sowiecko-polskiej. Po stronie „Kraju Rad” widać bramę powitalną i napis: „witajcie robotnicy zachodu”. Zamieszcza m.in. relację z leżącej na polsko-bolszewickiej granicy miejscowości Swierynowo. Jej mieszkańcy opowiedzieli autorowi reportażu – co ten chętnie, lecz z zapewne zbyt dobrą wiarą zanotował  – że by znaleźć się po polskiej stronie granicy upili radzieckich strażników granicznych, a ci przesunęli swoje posterunki o kilkaset metrów. Granica Polski i ZSRR jest, jak pisze autor, „hermetycznie zamknięta”.

Kraj Pól w kształcie meduzy ma najniższy standard życia w Europie

„Polska oznacza Kraj Pól. Jest tak duża, jak Hiszpania, a kształtem przypomina meduzę” – czytamy w artykule. Autor przypomina, że „Polska została zrekonstruowana jako republika jedyne 20 lat temu przez prezydenta USA Woodrow Wilsona”. Ocenia, że jej „historia jako narodu jest starsza i bardziej chwalebna, niż Niemiec czy Rosji”, ale zarazem – jak zauważa – Polska posiada „najniższy standard życia w Europie”.

„Kraj Pól” nawiedzają klęski głodu. 40 procent obywateli nie umie czytać ani pisać. Ale najważniejszą rzeczą, która determinuje sytuację geopolityczną Polski jest fakt, że kraj ten leży między Niemcami a Rosją. Kraj „jest podminowany wiecznym strachem przed tymi dwoma wielkimi zagrożeniami na raz”.

Autor uważa, że „Polacy nienawidzą Rosjan, ponieważ Polacy są dobrymi katolikami, a bolszewicy – areligijni. I dlatego, że Rosja tyranizowała Polskę przez 200 lat”. Obrony przed Rosją upatruje autor w prypeckich bagnach, które „separują kraj od ZSRR” (to tylko częściowo prawda – poleskie bagna Prypeci mogą dzielić rosyjski front na dwie części, ale nie izolują zupełnie Polski od Moskwy). Od Niemiec natomiast – zauważa autor – nic Polski nie oddziela.

Autor nazywa nasz kraj „szakalem przy niemieckim lwie”. „Gdy Niemcy zajęły Austrię” – przypomina autor – „Polacy próbowali zająć Litwę” (faktycznie, anschluss Austrii zbiegł się w czasie z polskimi manifestacjami, podczas których wykrzykiwano „Wodzu, prowadź nas na Kowno” i z polskim naciskiem na Litwę, który doprowadził do wymuszenia na Kownie nawiązania oficjalnych stosunków). Kiedy Niemcy zajęli Czechy, Polska odkroiła swój „ochłap szakala”: Śląsk Cieszyński. „Traktat z Francją, która w największej części zapłaciła za powstanie polskiej armii stał się martwy” – zauważa autor i dodaje, że Polska, kraj bez przyjaciół (prawdą jest, że ze wszystkich sąsiadów, dobre stosunki Polska miała wyłącznie z Rumunią, a od 1939 roku z Węgrami i w miarę niezłe z Łotwą. Z Litwą i Czechosłowacją byliśmy na noże. ZSRR i Niemcy żywotnie nam zagrażały), musi teraz po prostu wierzyć, że Hitler nie odbierze jej siłą korytarza łączącego Polskę z morzem. Autor pisze także o polskiej idei geopolitycznej i o próbach tworzenia „bloku neutralnego”: od Skandynawię przez kraje bałtyckie po Bałkany.

2

Oficjalną głową Kraju Pól jest prezydent Mościcki. Jednak ponad jego zdjęciem umieszczono fotografię  Śmigłego-Rydza, opisanego jako „dyktator”.  Obaj dżentelmeni, jak informuje autor, rywalizują ze sobą.

Kraj Pól, gdzie „konie wykonują pracę ciężarówek, a szable – czołgów”

Osobny dział poświęcony został armii polskiej, a dział ten rozpoczyna się leadem głoszącym, że w Polsce „konie wykonują pracę ciężarówek, a szable – czołgów”.  Autor (przypomnijmy -ponad rok przed wrześniem 1939 roku) pisze, że „francuski marszałek Foch przewidział, że kolejna wielka wojna Europy zacznie się w Polsce”. Autor twierdzi, że podział Europy na małe państewka przyczynia się do tego, że Hitler może je teraz łatwo jedno po drugim połykać (z perspektywy roku 1938 mapa Europy Środkowej upstrzonej niewielkimi państwami była faktycznie czymś nowym). „Jedyna nadzieja Polski” – czytamy w artykule – „to przerośnięta armia”.

Autor zauważa, że w Polsce jest bardzo niewiele ciężarówek, czołgów, samolotów i dział. „Polska jednak” –  pisze autor – „hoduje dużo koni. Dzięki temu kraj ten posiada 40 pułków kawalerii na 90 piechoty, co stanowi największy taki stosunek w Europie”. „Każdy pułk kawalerii dysponuje czterema lekkimi karabinami maszynowymi i czterema ciężkimi, które ostrzeliwują się z wózków konnych w pełnym galopie”. Autor sugeruje, że techniki tej Polacy nauczyli się na wojnie 1920 roku, doceniając zalety bojowe bolszewickich taczanek.

Polacy – przypomina autor – pokonali „Morawian, Czechów, Węgrów, Litwinów,Krzyżaków, Tatarów i Turków”. Zniszczyli Zakon Krzyżacki i mogli zniszczyć Moskwę carów. Pokonali Iwana Groźnego. Klęską Polski była dumna, liberalna, frywolna arystokracja, której kłótnie starły Polskę z mapy Europy w 1795 roku”.

Polska wieś to kolejny dział reportażu. Na zdjęciach widzimy Korfantego i Witosa na wygnaniu w Czechosłowacji, zabiedzone polskie wiejskie dzieci i slums w podwarszawskich Markach zamieszkany przez ludzi, których eksmitowano z zajmowanego lokalu. Na zdjęciu wykonanym w mieście Mir (obecnie Białoruś) widać wiejski, ubogi krajobraz zdominowany przez kościelną wieżę, na co zwraca uwagę podpis pod zdjęciem.

Gospodarkę Polski autor reportażu określa jako „tragedię”.

polish peasants

„Większość polskiej ziemi należy do wielkich magnatów” – w XVII wiecznym tonie pisze autor, choć pamiętać należy, że przedwojenna reforma rolna, która m.in. zakładała wykup ziem od obszarników i parcelację jej, faktycznie nie została w pełni zrealizowana. „Wielu wieśniaków nigdy nie ogląda mięsa, chleba, mleka, żyje tylko na ziemniakach. Rosnąca rzesza bezrolnych chłopów zaludnia miejskie slumsy albo zastanawia się nad rewolucją”. Rząd, czytamy w artykule, pragnie za ich pomocą zindustrializować Polskę, popiera więc przenoszenie się chłopów do miast, ale „miasta są prawie całkowicie zmonopolizowane przez 3 miliony polskich Żydów”. „Obecny antysemityzm w Polsce, kraju o tradycji tolerancji dla  Żydów, ma raczej ekonomiczne, niż rasowe oblicze” – czytamy.

Dyskretny urok polskiej arystokracji, która brodzi w błocie

Kolejny rozdział dotyczy „czarującej arystokracji”, która „posiada większość ziemi, żyje na wysokim poziomie” i płaci służbie – jak wyliczył autor – równowartość 20 amerykańskich centów dziennie. Ulubioną rozrywką polskich arystokratów są polowania. „Czar polskiej arystokracji, piękno jej kobiet, odwaga jej mężczyzn są ogólnie znanymi faktami. Ale tak, jak niewielu Amerykanów jest w stanie wyobrazić sobie nędzę polskiej wsi, gdzie czteroosobowa rodzina żyje często za 180 dolarów rocznie, tak niewielu Amerykanów może wyobrazić sobie splendor bogatego polskiego establishmentu”. – czytamy. Wielkie nazwiska szlacheckie wynotowane przez autora reportażu to Potoccy, Radziwiłłowie, Sapiehowie, Poniatowscy, Zamoyscy, Czartoryscy, Krasińscy, Sanguszkowie, Chodkiewiczowie – „w większości potomkowie bohaterów”. „Bogacze siedzą w  wyniosłych ławach w kościołach katolickich, wracają do swoich wspaniałych domów eleganckimi samochodami, które do połowy kół zanurzone są w błocie” – czytamy.

polish aristocracy

Kraj Pól rządzony przez trupa

Osobny dział poświęcony jest „wielkiemu umarłemu” – marszałkowi Piłsudskiemu. „Martwy dyktator nadal rządzi Polską” – pisze autor, co znajduje zresztą potwierdzenie w polskiej przedwojennej publicystyce, w której często wspominano, że Polska rządzona jest przez trumnę Piłsudskiego (a po śmierci Romana Dmowskiego, trumna ideologa endecji również dołączyła do „rządzących”).

– „Piłsudski uważał, że Polska nie jest jeszcze gotowa na demokrację i pozostawił niekompletną konstytucję ograniczającą uprawnienia parlamentu”. „Smutnym faktem jest, że Polska nadal żyje swoją przeszłością” – pisze autor reportażu.

„Słabość Polski ujawniła się po raz pierwszy w XVII wieku, gdy każdy poseł mógł zgłosić weto w sejmie i w ten sposób zakończyć każdą dyskusję i zablokować parlament. Dziś natomiast każdy polski poseł może zakończyć każdą dyskusję cytując cokolwiek, co powiedział Piłsudski. Karą za wyrażanie się bez odpowiedniego szacunku o marszałku mogą być nawet trzy lata w więzieniu” – czytamy. Autor reportażu opisuje celebrę, z jaką żegnano zmarłego przywódcę: „jego pomnikiem jest kopiec wzniesiony przez miliony Polaków, z których każdy rzucił nań garść ziemi” – pisze o Kopcu Piłsudskiego w Krakowie. „Jego serce pochowane zostało u stóp matki w Wilnie. Jego mózg oddano doktorom, by ci dowiedzieli się, cóż to za cud sprawił, że tak świetnie działał. Jego krypta znajduje się obok grobów królewskich na Wawelu”.

Kraj Pól w bałaganie oczekuje na krach. Taki lub inny

Kolejny dział dotyczy polityki państwa. Autor reportażu nie widział polskiej przyszłości w jasnych barwach. Wspomina pokrótce o ministrze finansów Kwiatkowskim, „którego zadaniem jest przekształcenie rolniczej Polski w kraj przemysłowy” i o budowie „wielkiego bałtyckiego portu w Gdyni i wielkiego okręgu przemysłowego w południowej Polsce w okolicach Sandomierza”, zamiast jednak zapowiadanego przez polską propagandę „planu piętnastoletniego”, którego istnienia autor w ogóle nie odnotował, spodziewał się raczej chłopskiej rewolty albo… zamachu stanu przeprowadzonego przez Józefa Becka, który to polityk w „life’owskim” reportażu nabiera cech demonicznych.

plan-pięcioletni

„Strajk chłopski albo zamach stanu oznacza wojnę domową, a wojna domowa prawdopodobnie oznacza obcą interwencję” – głosi nagłówek tej części artykułu.

„Polska polityka to bałagan” – pisze autor. – „Od 1918  do 1926 Polska miała demokratyczną konstytucję wzorowaną na amerykańskiej. Później nadeszła dyktatura Piłsudskiego, ograniczenia nakładane na partie polityczne i, w 1935, nowa konstytucja, która dawała władzę „klice pułkowników”. Klika ta opierała się ona częściowo na „arystokratach, którzy przyczynili się do walki o polską wolność”. Jak uważa autor, posiada ona poparcie jednej trzydziestej populacji. Na jej liberalnym skrzydle znajduje się prezydent Mościcki oraz „dyktator”  (cudzysłów za oryginałem) Śmigły Rydz.

Kolejnymi rozgrywającymi są szef MSZ Józef Beck i Bogusław Miedziński, kontrolujący dużą część prorządowej prasy. „Żaden z nich nie jest przed nikim odpowiedzialny” – zauważa autor. – „Beck jest nazywany jednym z posiadających najmniej skrupułów politykiem w Europie. Oskarżany jest o szantaże, wiązany z morderstwami, o zagrabienie wielkiej fortuny i ekspediowanie z Polski w złotych sztabkach”.

Autor oskarża Becka o bycie zwolennikiem przeprowadzenia faszystowskiego zamachu stanu, ale twierdzi też, że polityk „nie jest niemieckim pionkiem”. „Jego ostatnim pomysłem jest blok neutralnych narodów oraz pakt pięciu mocarstw, mający powiązać Polskę z Niemcami, Włochami, Francją i Anglią”. Beck i pułkownicy dzielą, według autora, opinię, że „Polacy nie są gotowi do tego, by się rządzić sami, dlatego muszą być prowadzeni przez arystokratów. Są w naturalny sposób wspierani i finansowani przez wielkich feudalnych obszarników (sic!), jak Potoccy, Radziwiłłowie, Sapiehowie, Lubomirscy – książęce rody, które kiedyś władały wielkimi obszarami, obecnie znajdującymi się w granicach Rosji Sowieckiej”. Jak twierdzi autor, „obszarnicy ci” nadal liczą na odzyskanie tych ziem, Sowieci tymczasem podburzają „ich chłopów”, jak to ujmuje, do rewolucji podobnej do tej, która miała miejsce w Rosji. Autor uważa, że „mogą oni oddać Niemcom korytarz, jeśli ci pomogą im odzyskać Litwę, Białoruś i Ukrainę”. Jak bardzo autor się mylił, pokazała historia. Niemiecka sugestia, że „morze Czarne też jest morzem” została przez Becka zignorowana, a sam szef MSZ wygłosi za parę miesięcy słynne przemówienie w Sejmie, w którym zapowie, że „nie oddamy nawet guzika od munduru”.

"Demoniczny" Józef Beck/Agencja Forum„Demoniczny” Józef Beck/Agencja Forum

Autor reportażu o „Kraju Pól” przesadza nieco ze znaczeniem arystokracji w Polsce jako stanu społecznego, bo choć faktycznie posiadała ona duży prestiż w II RP, to w obiegu elit funkcjonowały wpływowe osoby wywodzące się spoza tej warstwy, jak choćby bogaci przemysłowcy i przedsiębiorcy. Demokratyczna konstytucja marcowa zakazała ponadto oficjalnego używania arystokratycznych tytułów. Inna sprawa, że polskie mieszczaństwo było słabe, a chłopstwo – spauperyzowane, toteż naturalnym źródłem zasilającym polskie elity była właśnie arystokracja i miejska ludność pochodzenia żydowskiego, najczęściej jednak silnie spolonizowana i z polskością się utożsamiająca.

Jeśli chodzi o „tęsknotę polskiej arystokracji”  za swoimi dziedzinami leżącymi w Rosji Sowieckiej i o zdominowanie polskiej polityki przez jej interesy, to dobrze jest przypomnieć, że Polska w Traktacie Ryskim sama zrzekła się części ziem I RP (np. Mińszczyzny), obawiając się, że nie będzie potrafiła zasymilować tak wielkiej rzeszy ludności, która nie jest ludnością etnicznie polską. Obawy były zresztą słuszne, bowiem Polska nie radziła sobie i z tymi mniejszościami, nad którymi przyszło jej panować.

Autor uważa, że „Polacy są niepoprawnymi indywidualistami” i wszystko może się tu zdarzyć: nawet „faszystowski Obóz Zjednoczenia Narodowego”, jak pisze, w chwili, gdy zaczął prowadzony być przez przez generała Skwarczyńskiego „przeszedł na lewą stronę”. „Większość świetnych polskich polityków znajduje się w opozycji, a niektórzy, jak Wincenty Witos czy Wojciech Korfanty, wyjechali z kraju, by uniknąć uwięzienia z powodów politycznych” – twierdzi. Niektórzy, jak Józef Haller czy Władysław Sikorski powiązani są z – jak czytamy w artykule – „antysemicką endecją”.

III_kontra_Ktore_lepsze_3359678„Wielkim pytaniem jest, czy Polska pozwoli Witosowi powrócić do kraju i czy Beckowi uda się przeprowadzić swój zamach stanu. Jeśli tak, prawdopodobnie wtrąci on Polskę do politycznego obozu Niemiec. Jeśli jednak Witos nie powróci, Polskę może czekać strajk chłopski, który sparaliżuje kraj. Zamach stanu albo masowe protesty mogą oznaczać wojnę domową. A interwencja Niemiec i Rosji w Polsce sprawi, że ich interwencja w Hiszpanii będzie wyglądała, jak dziecinna gra” – i choć wybuch wojny nie pozwolił nam się przekonać, czy „demoniczny” Beck faktycznie zamierzał objąć dyktatorską władzę i czy w Polsce wybuchłaby rewolucja społeczna, to w ostatnim punkcie autor miał faktycznie rację. Tym bardziej, że, jak napisał: „Jest powód do interwencji. Obecna Polska jest krajem, w którym żuje około 6 milionów Rosjan-Ukraińców [tak w oryginale] i Białorusinów, którzy żyją na około jednej piątej całego terenu Polski”. Narody te, jak pisze autor, „domagają się swoich praw mniejszościowych bez większych sukcesów:. O wiele bardzie „żywotna mniejszość” to milion Niemców, których „fuehrerem jest senator Weisner”. „Jego postulaty autonomii dla Niemców są cokolwiek zabawne” – czytamy – „bo Niemcy rozrzuceni są po całej Polsce i w dużym stopniu wyznają antynazistowskie poglądy”. Poza tym w Polsce żyją „trzy miliony Żydów, którzy, mimo protestów Polaków, nadal noszą tradycyjne ubiory i fryzury. Grupa ta jest, jak uważa autor, „najbardziej uciśnioną, podległą i żyjącą bez nadziei grupą ludności w całej Polsce”.

Uderz w stół, a nożyce się odezwą. W kolejnym numerze „Life”, w dziale „listy do redakcji”, ukazał się list oburzonych przedstawicieli amerykańskiej Polonii, którzy zaatakowali artykuł uznając co za „niesprawiedliwy” i antypolski. Pewne rzeczy się, jak widać, nie zmieniają.

Ziemowit Szczerek

Przeczytaj artykuł na „Google Books”

http://klid.pl/ramka/4058/anonimowy-reportaz-z-miedzywojennej-polski/

Posted in Historia | Leave a Comment »

Dzisiejsza szkoła produkuje zadowolonych z siebie nieuków. Tak, proszę Państwa, szkolnictwo publiczne w Polsce skończyło się

Posted by tadeo w dniu 17 grudnia 2011

rys. Andrzej Krauze

Artykuł został opublikowany w „Naszym Dzienniku”.

Raz po raz dochodzą nas słuchy, czym tak naprawdę premier Tusk się nie interesuje, do czego nie ma głowy. Podobno nie czuje zagadnień wojskowych, służba zdrowia go nudzi – z wyjątkiem byłej minister zdrowia, którą lubi, szkolnictwo wyższe kojarzy mu się z profesorkami, których nie cierpi, infrastruktura naziemna go nie dotyczy, bo lata samolotem. Przypominanie jego zainteresowań ekonomią – w czasie podnoszenia podatków i składek oraz rozkwitu i rolowania długu publicznego – może być uznane jedynie za złośliwość. Z tej wyliczanki ostają się jedynie sport i polityka zagraniczna, lecz wyłącznie na użytek własny.

Edukacji na liście zainteresowań oczywiście też nie ma. Tą samodzielnie zajęła się w ciągu ostatnich czterech lat Katarzyna Hall i zrobiła to szalenie skutecznie. Konsekwentnie dokończyła reformę z końca lat dziewięćdziesiątych, kończąc jednocześnie sensowność jakichkolwiek rozważań nad edukacyjnym walorem obecnego systemu oświaty. Teraz już żadnych złudzeń być nie może – publiczna szkoła zapewnia społeczne upośledzenie i szans, by go uniknąć, należy szukać poza nią.

Myli się jednak ten, kto zakłada, że ten destrukcyjny cel osiągnięto wskutek nieróbstwa. MEN w ostatnich czterech latach zrobiło naprawdę wiele, by, po pierwsze, cel ten osiągnąć – było w tym konsekwentne i zdeterminowane – a po drugie, by cel ten stał się trwałą, postępową zdobyczą.

Co oczywiste, MEN nie głosiło swego celu wprost, dlatego – by go odtworzyć – należy wziąć wszystkie nadawane przez ministerstwo hasła i pojęcia związane z edukacją i odwrócić ich znaczenie. Metoda ta zresztą może okazać się równie przydatna przy badaniu dorobku reszty ministerstw czy rządu w całości. Przyjrzyjmy się więc, może nie wszystkim, lecz tym najbardziej nachalnym hasłom, stosując do nich proponowaną metodę.

Jakość edukacji

Jak najwyższemu poziomowi jakości edukacji podporządkowane były wszystkie działania resortu, nie tylko w sprawach podstaw programowych, ale także w budowaniu założeń reformy nadzoru pedagogicznego oraz zasad przeprowadzania egzaminów zewnętrznych. Wypadałoby temu przyklasnąć, bo niby komu miałoby zależeć na niskiej jakości edukacji. Wątpliwości jednak pojawiają się w momencie, gdy ktoś dociekliwy zacznie się dopytywać, czym tę jakość mierzyć. MEN wychodzi z założenia, że nikt w Polsce nie potrafi tego zrobić, dlatego odsyła nas do wyników badań PISA (Programme of International Student Assessment).

Co PISA bada? Otóż na test ten składa się „badanie umiejętności czytania i interpretacji tekstów literackich, naukowych, prasowych, komunikatów, tabel”, dochodzą do tego „umiejętności matematyczne w zastosowaniu do problemów bliskich życiu” oraz „rozumowanie w naukach przyrodniczych”, przy czym jeden z naczelnych edukatorów na łamach „Gazety Wyborczej” trochę ubolewa, że w tym ostatnim punkcie „czasem niezbędna jest elementarna wiedza”. Ale zasadniczo test bazuje na bliżej nieokreślonych umiejętnościach czy jeszcze bardziej mglistych kompetencjach, a nie wiedzy. Wiedza została uznana za główny ciężar polskiej szkoły i – zaglądając do podstaw programowych opracowanych przez zespół minister Hall – można uznać, że ciężar ów został już ostatecznie zrzucony. Tak więc nie po wiedzę posyłamy nasze dzieci do szkół, a po zbiorowy sukces w postaci awansu w badaniu PISA. Badaniu, którego założenia uznawane są już powszechnie za wadliwe, zbyt wąskie, odpowiedzialne za produkcję wtórnego analfabetyzmu i sprowadzające szkołę do ośrodka przygotowań pod kolejne egzaminy zewnętrzne, które niczego nie pokazuje oprócz słusznie przyjętego kierunku uczenia pod egzaminy. Jeśli jednak egzaminy te wypadają wciąż nie najlepiej, to wniosek, jaki wyciągała z tego minister Hall – a w upływającej kadencji wyciągała go pięciokrotnie – polegał na dymisji szefa Centralnej Komisji Egzaminacyjnej. Tak mierzoną jakość edukacji weryfikuje najlepiej obraz studentów pierwszego roku na wszystkich kierunkach. Studenci ci nie mają nie tylko wiedzy, ale także podstawowych kompetencji, choćby umiejętności poszukiwania podstawowych informacji, w których – jak dobitnie pokazuje PISA – są z roku na rok przecież coraz lepsi.

Edukacja zapewniająca rozwój

Dlatego też uczelnie w Polsce zamieniają się w kursy podstawowe. Dotyczy to wszystkich kierunków, bo walec minister Hall przejechał również po podstawach programowych przedmiotów przyrodniczych i ścisłych – obok znanych szerzej protestów uznanych autorytetów z dziedziny historii i polonistyki równie mocno buntowali się matematycy, fizycy, chemicy, nauczyciele akademiccy wyższych szkół politechnicznych. Oczywiście jednak tak samo nieskutecznie, bo – jak słyszeliśmy z ust światłych edukatorów – szkoła przeładowana książkową wiedzą hamuje rozwój ucznia. Szkoła zapewni mu ten rozwój, pytając go o zdanie, jakie są jego zainteresowania (bo oczywiście nie można nic narzucać – bo to nie po partnersku), zachęcając go jedynie do czytania, a nie każąc mu czytać, pytając go, co chce w szkole robić bądź nie robić. A na koniec zada pytanie, czy czuje się rozwinięty. Nie, to niestety nie jest żart – dokument podsumowujący czterolecie swej działalności Katarzyna Hall rozpoczyna prezentacją wyników badań ankietowych dotyczących odczuć ucznia wobec szkoły. Największy, bo prawie dwukrotny skok, odnotowano przy stwierdzeniu:

W szkole naprawdę się rozwijam, czuję, że idę naprzód.

I to stwierdzenie kończy dyskusję, ma przekonać największych niedowiarków, bo skoro same dzieci tak mówią, to jak nie, jak tak? Mam nadzieję, że podobną drogą nie pójdzie minister zdrowia i nie nakaże pytać pacjenta, jak uważa, co lekarz powinien teraz zrobić, jakich leków użyć, jaki zabieg przeprowadzić? Tylko, broń Boże, niczego mu – uczniowi, pacjentowi – nie narzucać, bo to przemoc, która gasi kreatywność, zubaża i stanowi przejaw niczym nieuzasadnionej, wpędzającej we frustrację wyższości.

Różnorodność i innowacyjność

Doprawdy niepojętym jest przekonanie, że zniesienie przymusu uwalnia w człowieku nieskończone siły twórcze, erupcję ukrytych talentów. Zdrowy rozsądek podpowiada, że sytuacja taka w większości skutkować będzie beztroskim pogrążeniem się w lenistwie bądź niewyszukanej zabawie. To niemądre przekonanie jest dogmatem edukatorów pani Hall, a jego zbawienny skutek zadekretowany jest w niezliczonej ilości dokumentów produkowanych przez władze oświatowe. Co ciekawe, jednak innowacyjność i różnorodność ma być wyłącznie skutkiem działalności oświatowej, natomiast sama ta działalność ma być w pełni zunifikowana. Zapewnia to nowy model sprawowania nadzoru pedagogicznego, w którym nie ma już zobowiązania do „inspirowania nauczycieli do innowacji pedagogicznych, metodycznych i organizacyjnych”. Łatwiej ten fakt zrozumieć, uwzględniając jedyne zadanie, jakie stawia się nowym organom nadzoru pedagogicznego, mającym w przyszłym roku zastąpić kuratoria. Ma to być badanie jakości edukacji, o której pisałem wcześniej. „Inspektorzy jakości edukacji”, jak ich nazwała była minister, będą więc oficjalnie za wyniki tych badań odpowiadać, stąd też będą żywotnie zainteresowani, by na ich terenie nie pojawił się jakiś nauczyciel odstający od normy, mogący zaburzyć swą inwencją odpowiedni poziom wyników, który sam w sobie gwarantuje przecież innowacyjność dziecka. Po co więc innowacyjność nauczycielowi? Może po to, by pokazać, że jego pomysł na nauczanie daje znacznie lepsze i wartościowsze wyniki? Po co różnorodność nauczycielom, skoro mają być tylko ustami podstawy programowej?

Skądinąd frapujące jest to, że za rozkwitanie dzieci w innowacyjności i różnorodności bierze się ekipa twardogłowych edukatorów, którzy niczym się od siebie nie różnią, bo jedyne, co potrafią, to nieustanne powtarzanie kilku odartych już dawno z jakiegokolwiek znaczenia zawsze tych samych zdań wystarczających za odpowiedź na każde możliwe pytanie o szkołę, a ich innowacyjność poparta jest nie wiadomo czym, bo z pewnością nie autorstwem choćby jednego z tych przytaszczonych z zagranicy zdań-zaklęć.

Dialog i otwartość

Zarzut dotyczący przycinania nauczycieli według jednego wzoru zaczerpnąłem z listu otwartego zawierającego silny protest Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich przeciw reformatorskiemu ferworowi MEN. Rektorzy ponad stu najlepszych polskich uczelni porównali działania minister Hall do praktyk z PRL. W ministerstwie nie zrobiło to oczywiście na nikim wrażenia, bo panującą tam normą jest to, że dialog i otwartość rządzących tam decydentów ma swoje granice. Granice te wyznaczane są przekonaniami tychże decydentów – wszystko, co jest z nimi niezgodne, w tych granicach się nie mieści.

Te same zasady dotyczą nie tylko ekspertów, lecz także związków zawodowych – w tym przypadku poza granicą tolerancji znajdują się wszystkie związki – od „Solidarności” po ZNP – których zdanie przy każdorazowej zmianie prawa było całkowicie lekceważone. MEN nie rozmawia również z rodzicami – zwłaszcza po ich bezczelnym, bo masowym proteście w sprawie sześciolatków – wychodząc z założenia, że wie znacznie lepiej od rodziców, co dla ich dzieci jest naprawdę dobre. Pani minister nie wdawała się też w niepotrzebne według niej dyskusje z sejmową komisją do spraw edukacji, wychodząc z założenia, że nikt – choćby zobowiązany do tego na mocy Konstytucji – kontrolować jej nie będzie, a działania pośrednie parlamentarzystów, interpelacje i zapytania zbywała odpowiedziami, których wartość jest niemożliwa do oddania w kulturalnych słowach.

Te wzorce dialogu i otwartości przeniesione zostały do szkół, co ma zapewnić realizację kolejnego postulatu.

Radosna szkoła

Czyli szkoła bez nieprzyjemnych, opresyjnych treści, bez nikomu niepotrzebnej, bo smutnej historii i znajomości kanonu równie przygnębiającej literatury narodowej, a wkrótce zapewne bez krzyża i lekcji religii. Brak wiedzy można przecież nadrobić kreatywnością. Na przykład w Krakowie jedna z uczennic w egzaminacyjnej charakterystyce jednej z postaci w „Kamieniach na szaniec” rozpisywała się o Zośce, która była zadbaną dziewczyną, choć z problemami w domu. Za ten egzamin poleciał ze stanowiska szef CKE, bo do pytania nie został dołączony fragment tekstu.

Szkoła ma być radosna nawet wbrew twardym danym opisującym lawinowy wzrost zachowań agresywnych, zwłaszcza wśród uczniów gimnazjów. Ma być radosna zarówno dla uczniów, jak i dla nauczycieli, którzy w obliczu eskalacji przemocy pozostają samotni. Świadczy o tym choćby zachowanie krakowskiego kuratorium odwołującego się do sądu pracy od wyroku II instancji uniewinniającego nauczycielkę, która była świadkiem głośnego w mediach ataku nożowniczki na swoją szkolną koleżankę. Nauczycielka ta zachowała się idealnie zgodnie z procedurami i szkoleniami prowadzonymi przez policję (została nawet przez policję pochwalona po zdarzeniu), czym postawiła kuratorium w kłopotliwej sytuacji poradzenia sobie z trudnym zjawiskiem. Natomiast nauczyciel z Lubelszczyzny, który interweniował podczas bójki i wykręcił jednemu ze sprawców palec, ukarany został naganą. Te absurdalne sytuacje to tylko skromny wgląd w szeroki proces dalszej degradacji zawodu nauczyciela.

W ramach programu „Radosna szkoła” buduje się przyszkolne place zabaw w barwach tożsamych z barwami logo rządzącej partii. Tak daleko nie szedł nawet Bierut.

Szkoła bliżej ucznia

Powyższe hasło jest tytułem wspomnianego już dokumentu będącego podsumowaniem działalności minister Hall i będącego jednocześnie inauguracją jej kampanii wyborczej do Sejmu RP, która zakończyła się w sposób, jaki być może jeszcze Państwo pamiętają. Co ważne – oba te kampanijne wydarzenia mają podobną wagę merytoryczną. W dokumencie tym nie wspomniano oczywiście o niezliczonych likwidacjach szkół, bo za to odpowiadają przecież samorządy. Oględnie wspomniano natomiast, że edukatorów dochodziły jakieś słuchy o problemach z przystosowaniem szkół dla sześciolatków. Tyle że za to odpowiadają także samorządy oraz rodzice, którzy nie zareagowali na wezwanie minister do czynu społecznego – kto z rodziców cieśla, kto hydraulik, niech społecznie w wolnym czasie przystosuje szkołę do potrzeb. Mówiąc oględnie, oba te zjawiska raczej szkoły uczniowi nie przybliżają.Zasadniczo MEN przyjęło następującą taktykę – decentralizować problemy, centralizować spodziewane profity, czyli międzynarodowe pochwały za sukcesy w badaniach PISA, oraz zyskowną pieczę nad polityką podręcznikową.

Nowoczesność

W związku z podręcznikami szykowana jest innowacja – e-podręcznik. Propozycja ta niebezpiecznie przypomina jednak obietnice zalania szkół darmowymi, nowoczesnymi gadżetami w postaci laptopów, czytników, palmtopów i czego tam jeszcze, co przyrzekano hojnie rozdać do czasu spektakularnego ściągnięcia spodni. Po tym wydarzeniu obietnice się skończyły. W ich realizację zresztą nikt przy zdrowych zmysłach nigdy nie wierzył, bo pamięć o tysiącach niezrealizowanych obietnic tego rządu zdążyła się rozpowszechnić. Darmowe laptopy były czytelnym znakiem łączności ministerstwa edukacji z przyjętą linią rządu – najpierw zapowiedzieć, a potem nic nie zrobić. Konsekwentnie realizowana była również druga naczelna zasada rządowa – najpierw zrobić, a potem nic o tym nie mówić. Tak było choćby ze skandaliczną sprawą centralizacji wrażliwych danych dotyczących uczniów w Systemie Informacji Oświatowej.

Minister Hall nie powiedziała też nigdy wprost najważniejszego – jakich absolwentów życzyłaby sobie po zreformowanej przez siebie szkole. Mówiła oczywiście sporo, posługując się wypunktowanym wyżej bełkotliwym żargonem, jestem jednak przekonany, że sama w to nie wierzyła. Pytanie więc pozostaje otwarte. Odpowiedzi na nie udzielali wszyscy jej poprzednicy, mający ambicję do zmian w oświacie. Warto przytoczyć jedną taką odpowiedź, będącą wstępem do międzywojennej ustawy o systemie oświaty, stanowiącej podstawę tzw. reformy jędrzejewiczowskiej. Przytaczam w całości:

Ustawa niniejsza wprowadza takie zasady ustroju szkolnictwa, które mają Państwu ułatwić organizację wychowania i kształcenia ogółu na świadomych swego obowiązku i twórczych obywateli Rzeczypospolitej, obywatelom tym – zapewnić jak najwyższe wyrobienie religijne, moralne, umysłowe i fizyczne oraz jak najlepsze przygotowanie do życia, zdolniejszym zaś i dzielniejszym jednostkom ze wszelkich środowisk umożliwić osiągnięcie najwyższych szczebli naukowego i zawodowego wykształcenia.

I nie był to żaden maskujący prawdziwe intencje bełkot, tylko szczere przekonanie przedwojennego ministra o pożądanym przez niego kierunku edukacji publicznej. Takiej szkoły minister Hall nie chce, bo byłaby to szkoła nienowoczesna. Jaka jest więc naprawdę ta jej nowoczesna wizja szkoły i jej absolwenta? Wiele wskazuje na to, że ma to być szkoła produkująca zadowolonych z siebie nieuków, którzy mają sobie w życiu radzić sami, choć nikt ich do tego nie przygotuje, która nie wychowuje, uginając się pod dyktatem chama z ostatniej ławki, mająca zapewnić swoim uczniom przede wszystkim brak wymogów i brak stresu, fundująca w nieodległej przyszłości wykorzenioną z tradycji jednorodną społeczność konsumentów dumnych ze swojej ignorancji, podatnych na zewnątrzsterowność, niczym specjalnie się nieinteresujących frustratów, mających jednak zawsze słuszny i jeden światopogląd. Tak, proszę Państwa, szkolnictwo publiczne w Polsce skończyło się.

Portret: Ryszard Legutko

Ryszard Legutko

(ur. 1949 r.), profesor filozofii, wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego (Instytut Filozofii), prezes Ośrodka Myśli Politycznej w latach 1992-2005, w latach 2005-2007 wicemarszałek Senatu RP, w 2007 r. Minister Edukacji Narodowej, w latach 2007-2009 Sekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta RP, od 2009 r. poseł do Parlamentu Europejskiego, gdzie pełni funkcję szefa delegacji posłów Prawa i Sprawiedliwości zasiadających we frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Autor książek „Platona krytyka demokracji” (1990), „Spory o kapitalizm” (1994), „Tolerancja. Rzecz o surowym państwie, prawie natury, miłości i sumieniu” (1997, Nagroda Ministra Edukacji Narodowej), „Traktat o wolności” (2007), „Esej o duszy polskiej” (2008), przekładów dialogów Platona wraz z komentarzem naukowym „Fedon” (1995), „Eutyfron” (1998), „Obrona Sokratesa” (2003), wyborów esejów i felietonów „Bez gniewu i uprzedzenia” (1989, Nagroda PEN Clubu), „Nie lubię tolerancji” (1993), „Etyka absolutna i społeczeństwo otwarte” (1994, Nagroda im. Andrzeja Kijowskiego), „Frywolny Prometeusz” (1995), „I kto tu jest ciemniakiem” (1996), „Czasy wielkiej imitacji” (1998), „Złośliwe demony” (1999), „O czasach chytrych i prawdach pozornych” (1999), „Society as a Departament Store” (wydanie amerykańskie, 2002), „Raj przywrócony” (2005), „Podzwonne dla błazna” (2006).

http://wpolityce.pl./artykuly/19978-dzisiejsza-szkola-produkuje-zadowolonych-z-siebie-nieukow-tak-prosze-panstwa-szkolnictwo-publiczne-w-polsce-skonczylo-sie

Posted in Młodzi, wykształceni... | Leave a Comment »

Faktów ws. katastrofy przybywa – politycy PO umywają ręce?

Posted by tadeo w dniu 17 grudnia 2011

 Z protokołów zeznań świadków, do których dotarła „Gazeta Polska Codziennie”, jednoznacznie wynika, że akredytowany przy MAK-u płk Edmund Klich w kluczowym momencie odsunął od smoleńskiego śledztwa specjalistę meteorologa ppłk. Mirosława Milanowskiego. Zrobił to na żądanie Moskwy – ppłk Milanowski zebrał dowody świadczące o odpowiedzialności Rosjan za katastrofę smoleńską. Politycy koalicji wobec nowych faktów umywają ręce. 

Ppłk Mirosław Milanowski w kwietniu 2010 r. zajmował stanowisko specjalisty ds. bezpieczeństwa lotów MON. Jak wynika z zeznań chor. Marcina G. (nazwisko do wiadomości redakcji), dyżurnego meteorologa z Wojskowego Biura Meteorologicznego, ppłk. Milanowskiemu około południa 10 kwietnia przekazano szczegółowe dane na temat sytuacji pogodowej w Smoleńsku. Mając już te dane, ppłk Milanowski razem z grupą śledczych wyjechał do Smoleńska, aby na miejscu uczestniczyć w dochodzeniu.


Kluczowe przesłuchanie

13 kwietnia 2010 r. polscy prokuratorzy z udziałem ppłk. Milanowskiego przesłuchiwali Michaiła Radgowskiego, naczelnika stacji meteorologicznej jednostki wojskowej w Smoleńsku. Szczegółowo opisywał on pogarszającą się pogodę przed lądowaniem Tu-154M z polskim prezydentem, jego małżonką i towarzyszącą im delegacją.

„O godz. 9.26 (czasu moskiewskiego – red.) zaobserwowałem kolejną zmianę pogody (…). O godz. 9.40 zaobserwowałem kolejną zmianę pogody: powstała mgła. Poinformowałem natychmiast służby meteorologiczne Jednostki Wojskowej nr 21350, skąd otrzymałem ostrzeżenie przed wichurą. Dane pogodowe poniżej minimum meteorologicznego lotniska (…). Ok. godz. 10 odczytałem wskazania przyrządów (…), dane te drogą telefoniczną przekazałem do wiadomości pododdziałowi służby meteorologicznej Jednostki Wojskowej nr 21350 i służbie meteorologicznej Dowództwa Lotnictwa Transportu Wojskowej w Moskwie” – zeznał Michaił Radgowski.

Gdy Michaił Radgowski zaczął mówić o danych przekazanych do stanowiska dowodzenia w Moskwie, na podstawie których lotnisko w Smoleńsku powinno zostać natychmiast zamknięte, płk Edmund Klich w trybie natychmiastowym odwołał z przesłuchania ppłk. Milanowskiego i tym samym uniemożliwił naszemu specjaliście zadawanie szczegółowych pytań.

„Informacja śledczego: o godz. 18.50 od specjalisty ds. bezpieczeństwa lotów Inspektoratu Bezpieczeństwa Lotów Ministerstwa Obrony Rzeczpospolitej Polskiej Mirosława Milanowskiego otrzymano oświadczenie o konieczności jego natychmiastowego uczestnictwa w naradzie, w związku z czym nie może on uczestniczyć w dalszym przesłuchaniu świadka (…)” – czytamy w protokole przesłuchania Radgowskiego z 13 kwietnia 2010 r.

Na żądanie Rosjan

Śledczy kontynuowali przesłuchanie Radgowskiego 14 kwietnia, ale już bez obecności ppłk. Milanowskiego, którego Klich odwołał na żądanie Aleksieja Morozowa, zastępcy gen. Tatiany Anodiny, szefowej MAK-u.

Jak wynika z wypowiedzi Edmunda Klicha, na posiedzeniu komisji obrony narodowej Morozow kilkakrotnie żądał od niego odsunięcia od śledztwa ppłk. Milanowskiego. Ostatecznie ppłk Milanowski nie uczestniczył w śledztwie, wszedł natomiast w skład komisji Jerzego Millera.

– Pan Milanowski pracował dla Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, która opracowała raport końcowy, przedstawiający przebieg i przyczyny katastrofy smoleńskiej. Zatem należy domniemywać, że raport ten zawiera wszystkie istotne zagadnienia, które komisja, a więc i pan Milanowski, miała do przekazania. Jednocześnie proszę mieć na uwadze odrębność prokuratury wojskowej i Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego w zakresie wyjaśniania przyczyn katastrofy smoleńskiej – stwierdził płk Zbigniew Rzepa z Naczelnej Prokuratury Wojskowej.

Po publikacji w „Gazecie Polskiej” stenogramów rozmowy płk. Edmunda Klicha z ówczesnym ministrem obrony narodowej Bogdanem Klichem odbyło się nadzwyczajne posiedzenie zespołu badającego okoliczności smoleńskiej tragedii. Jej przewodniczący Antoni Macierewicz (PiS) oraz obecne w Sejmie rodziny ofiar katastrofy złożyły wniosek o zwołanie posiedzenia komisji obrony narodowej, na co nie zgodził się Stefan Niesiołowski, przewodniczący komisji.

Umywają ręce

Zapytaliśmy polityków, dlaczego koalicjanci nie reagują w żaden sposób na ujawnione przez nas stenogramy?

– Dlatego, że jeszcze nie jest to na tyle nośny ładunek emocjonalny i polityczny, że w tym obszarze powinna jeszcze dyskutować właściwa dla sprawy komisja. Tam powinniśmy przenosić pierwsze reakcje na ten materiał i weryfikację. A nie od razu w formie debat plenarnych dodatkowo sączyć emocje, często wokół materiału, który przez którąś ze stron jest kwestionowany. Ponieważ więc materia dotyczy funkcjonowania ministra obrony narodowej, jest właściwa dla sprawy Komisja Obrony Narodowej i tam warto byłoby ten materiał odsłuchać i przeanalizować. Tam należałoby potwierdzić jego zawartość, zinterpretować zawarte tam stanowiska oraz oceny – mówi Janusz Piechociński (PSL).

Politycy PO odpowiadają wprost:

– Nie wiem. Trudno mi się do tego ustosunkować – mówi nam Paweł Olszewski (PO). Posłanka Małgorzata Kidawa-Błońska przyznała, że nie czytała zapisu rozmowy. Zaznaczyła, że jeżeli na tych taśmach coś jest nie w porządku, to zapewne zajmą się tym odpowiednie instytucje. Byli to nieliczni posłowie koalicji, którzy chcieli skomentować nasze ustalenia. Wielu polityków PO wprost odmówiło nam wypowiedzi na ten temat.

Dorota Kania

http://wiadomosci.wp.pl/title,Faktow-ws-katastrofy-przybywa-politycy-PO-umywaja-rece,wid,14092411,wiadomosc.html?ticaid=1d92e

Posted in Katastrofa smoleńska | Leave a Comment »

Od Mieszka do współczesności

Posted by tadeo w dniu 17 grudnia 2011

http://gdn.republika.pl/polmap/index.html

Posted in Historia | Leave a Comment »

Gargas o niszczeniu dowodów po 10/04/10: Rosjanie wybijali łomami szyby, używali koparek, spychaczy. Miażdżyli szczątki

Posted by tadeo w dniu 17 grudnia 2011

Fot. PAP/Andrzej Hrechorowicz

 

Z Anitą Gargas, laureatką Nagrody Wolności Słowa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich  o śledztwie dziennikarskim w sprawie katastrofy smoleńskiej na portalu SDP.PL rozmawia Błażej Torański. Poniżej fragment: 

Anita Gargas – dziennikarka śledcza, z wykształcenia matematyczka. Pracuje w „Gazecie Polskiej”. Była szefem redakcji publicystyki i reportażu oraz wicedyrektorem ds. publicystyki TVP1.Autorka programu „Misja specjalna”. Wcześniej pracowała w „Ozonie”, w „Nowym Świecie” i w „Tygodniku Solidarność”. Jest autorką filmu śledczego – „10.04.10” – poświęconego wyjaśnieniu przyczyn katasrofy smoleńskiej.

Jadwiga Kaczyńska mówi w Pani filmie „10.04.10”: „Wydaje mi się, że to nie była zwykła katastrofa”. Pani też tak się wydaje?

Jestem pewna, że to nie była zwykła katastrofa. Przekonałam się o tym w Smoleńsku, gdzie byłam dwa razy. Po raz pierwszy z ekipą „Misji specjalnej” we wrześniu 2010 roku. Już na początku uderzyło nas, na jak małym obszarze doszło do katastrofy. Trzy długości tupolewa na dwie i pół długości jego skrzydeł. Ten skrawek ziemi można było prawidłowo zabezpieczyć, zebrać wszystkie dowody: szczątki ofiar i samolotu. Stało to w sprzeczności z tym, co słyszeliśmy, że nie udało się dobrze zabezpieczyć tego terenu, ponieważ był zbyt rozległy. Jeszcze w maju pielgrzymi odnajdowali fragmenty wraku i ciał. Z kolei relacje świadków – którzy coś widzieli lub słyszeli tego feralnego dnia – były rozbieżne z tym, co mówili przedstawiciele państwa. A już koronnym argumentem stały się zdobyte przez nas filmy i zdjęcia z miejsca katastrofy, zarejestrowane przez pierwszy tydzień. Pokazywały one metodyczne niszczenie przez stronę rosyjską najważniejszego dowodu w sprawie: wraku samolotu. Rosjanie wybijali łomami szyby, butami deptali miejsca, które powinni zabezpieczyć specjaliści. Używali koparek, spychaczy, stalowych lin. Miażdżyli szczątki. Nie można już było stwierdzić, na jakiej wysokości doszło do awarii – jeśli w ogóle do niej doszło – i kiedy nastąpiło zderzenie z ziemią.

Która z wersji jest Pani bliższa: o błędach ludzi, awarii silnika, zamachu?

Zebrane przez nas dowody wskazywały, że o ile nie mamy pewności, że doszło do zamachu, to mamy stuprocentową pewność, że doszło do mataczenia w śledztwie. Z jakiego powodu, skoro rzekomo wszystko było w porządku i o katastrofie zdecydował tylko błąd pilotów, którzy uparli się, aby wylądować?

Największą siłą „10.04-10” są dowody na zacieranie śladów i kneblowanie ust świadkom, zastraszanie ich. Sparaliżowani strachem ludzie zatrzaskiwali przed Panią drzwi.

Po wrześniu 2010 byłam w Smoleńsku jeszcze raz: w lutym 2011 roku. Dotarłam do świadków, których wcześniej nie przesłuchała ani prokuratura polska, ani rosyjska, ani komisja badająca wypadek. Odnaleźliśmy bez problemu naocznych świadków ostatnich sekund lotu tupolewa. Ludzie ci się nie znają, gdzie indziej pracują i mieszkają, ale ich relacje były spójne, uzupełniały się. Wynika z nich, że kiedy samolot był kilkanaście metrów nad ziemią, doszło do dziwnego zdarzenia.

Za ogonem tupolewa, jak mówili, pojawił się ogień. Jakby pięciometrowa kometa, żółtko gigantycznego jaja.

Mówili o rozbłysku, jakby wybuchu, ale używali różnych porównań w zależności od kąta widzenia. Nie zajęła się tym ani komisja Millera, ani MAK. Niewątpliwie nie była to normalna reakcja samolotu. Argumentowano, że jak pilot dodaje mocy silnikowi, to pojawia się słup iskier. Jednak z takim zjawiskiem mamy do czynienia wyłącznie w samolotach wojskowych, a nie pasażerskich. W TU-154 czegoś takiego nie ma. Pytanie, skąd to się wzięło? Prawdopodobnie coś, co miało związek ze środkowym silnikiem, kluczowym dla sterowności samolotu. Czy to była awaria? Czy rezultat działania osób trzecich, co można nazwać krótko: zamachem.

Film realizowała Pani już po ogłoszeniu raportu MAK – zasznurował ludziom usta.

Rzeczywiście zamknęli się. We wrześniu rozmawiali o wiele chętniej, zapraszali do domów, gawędzili. W lutym mieliśmy już poczucie, że zostali zastraszeni i byli uprzedzani o naszym przyjściu. Grożono im odpowiedzialnością za to, co powiedzą, straszono więzieniem.

W „10.04.10” nie wypowiadają się politycy, urzędnicy, eksperci państwowi, tylko zwykli ludzie. Zwyczajni ludzie nie kłamią?

Nie, bo nie mają w tym interesu. Dlaczego ci Rosjanie mieliby nas okłamywać? Jeśli już zdecydowali się na rozmowę, to – jak myślę – po to, aby jak najszybciej ujawnić prawdę! Mają bowiem poczucie winy za zmowę milczenia swych ojców i dziadów 70 lat temu wokół zbrodni w lasach katyńskich w pobliżu Smoleńska. Wydaje mi się, że nadal ciąży nad nimi odium i nie chcieli, aby historia zatoczyła koło.

Zwyczajni niezwyczajni przed kamerą wypowiadali się odważnie. Nie wie Pani, jakie ponieśli konsekwencje?

Nie utrzymujemy z nimi kontaktu, nie telefonujemy, nie mejlujemy, ale tylko dlatego, żeby nie przysparzać im dodatkowych kłopotów. Mamy świadomość, że z pewnością są inwigilowani, zwłaszcza po tym, jak film trafił na ekrany. Bo już po pierwszej naszej wizycie we wrześniu autor filmiku z miejsca katastrofy, na którym słychać strzały, zmuszony został do porzucenia pracy w warsztacie samochodowym. Musiał odejść, by przeżyć. Teraz pracuje na drugim krańcu Smoleńska. Niełatwo było do niego dotrzeć.

Co prokuratura zrobiła z materiałem dowodowym, który podsuwa film? Z  zeznaniami ludzi?

Ujawnię portalowi SDP, że złożyłam w prokuraturze dowody: film z wypowiedziami świadków, nagrania, niepublikowane zdjęcia. Wyraźnie wskazują one na metodyczne niszczenie wraku. Nic z tym nie zrobiono. Śledztwo utknęło w martwym punkcie.

Nie jesteśmy więc na drodze prawdy?

Jesteśmy. Przełomowym momentem mogą być ujawnione przez „Gazetę Polską Codziennie” nagrania z rozmów Bogdana Klicha z Edmundem Klichem. Wynika z nich, że strona polska niestety współuczestniczyła w ukrywaniu prawdy o odpowiedzialności Rosjan za katastrofę. Rząd polski dysponował żelaznymi dowodami, co do procedur zobowiązujących stronę rosyjską do zamknięcia lotniska w razie bardzo złej pogody. A pogoda była o wiele gorsza niż przewidują normy.
Dlaczego do dzisiaj telewizja publiczna, kierowana przez człowieka „Solidarności” i byłego dziennikarza „Niedzieli” nie wyemitowała „10.04.10”?

Nie wiem. To jest dla mnie bolesne, bo jestem przekonana, że wyjaśnienie okoliczności śmierci prezydenta Rzeczpospolitej to jeden z najważniejszych obowiązków każdego dziennikarza. Dziwi mnie, że instytucja, która ma do wypełnienia także misję publiczną, eliminuje – z powodów politycznych – temat tak oczywisty. Boli mnie zwłaszcza to, że filmy i książki o katastrofie smoleńskiej kolportowane są tylko w drugim obiegu. Krzepiące jest natomiast, że drugi obieg zaczyna się rozwijać niezależnie od woli władzy i z konieczności przejmuje obowiązki mediów publicznych. Ale dlaczego mamy tolerować fakt, że media publiczne nie wypełniają swych konstytucyjnych obowiązków?

Historia zatoczyła koło i wolne słowo – jak w PRL – znowu znajduje swą przestrzeń jedynie w salkach katechetycznych?

Ładnie pan to ujął. Ale muszę też dodać, że w drugim obiegu film „10.04.10” obejrzało już ok. 4 mln osób. Wyemitowały go dwie kablówki i żadna inna telewizja. Mam więc wrażenie, że telewizja publiczna pozbawia się możliwości zdobycia potężnej widowni, a co za tym idzie – pieniędzy z reklam.

Z czego wynikają ataki na Panią ze strony środowiska dziennikarskiego? Zwłaszcza po materiałach o katastrofie smoleńskiej? Z zazdrości? Zawiści? Zakłamania?

Mam wrażenie, że dziennikarze, którzy nieustępliwie dążą do wyjaśnienia wszystkich okoliczności katastrofy są odbierani przez środowisko, jako wyrzut sumienia. Pokazujemy, że wbrew wszystkiemu, idąc pod prąd, można robić swoje, dążyć do prawdy. Że nie trzeba zerkać na aktualne układy polityczne. Że można realizować dziennikarstwo śledcze, dotykające mechanizmów rządzenia państwem. Że można patrzeć władzy na ręce. Chcę przypomnieć, że zostałam wyrzucona z telewizji publicznej, kiedy nadal rządził tam PiS. Jesteśmy wyrzutem sumienia dla dziennikarzy, którzy uważają, że należy skulić ogon pod siebie i bezrefleksyjnie wypełniać wszystkie polecenia przełożonych. Nawet jeśli są one sprzeczne z etyką dziennikarską, zdrowym rozsądkiem czy po prostu z prawdą.

http://wpolityce.pl./wydarzenia/19947-gargas-o-niszczeniu-dowodow-po-100410-rosjanie-wybijali-lomami-szyby-uzywali-koparek-spychaczy-miazdzyli-szczatki

Posted in Katastrofa smoleńska | Leave a Comment »

Co się stało z naszym krajem?

Posted by tadeo w dniu 17 grudnia 2011

Skład nowego parlamentu wiele mówi o dzisiejszej Polsce i Polakach, nasuwając historyczne skojarzenia. Wracamy do rzeczywistości znanej z PRL-u? A może nie odeszliśmy od niej tak daleko, jak nam się wydawało?

Kolejny raz ponad połowa Polaków nie była zainteresowana, kto będzie rządził ich państwem. Mimo to 9 października 2011 roku przejdzie do polskiej historii. Jedni wyniki wyborów powitali z entuzjazmem, że „jest siła polityczna, która wreszcie przyłoży Kościołowi”. Inni boleśnie doświadczyli, że jeśli lewica, to nie socjalna, ale tylko liberalna i antychrześcijańska. Wielu cieszyło się, że lęk rodaków przed rządami PiS-u okazał się silniejszy niż kontynuacja nieudolnych rządów PO, a nieco mniej liczni przeżyli frustrację po szóstej z rzędu porażce.

Próżno szukać wśród nich jedności. A że właśnie święcimy 11 listopada, przytoczę słowa znakomitego – ignorowanego przez mainstream – barda Lecha Makowieckiego: „Przez 20 lat II RP Jozef Piłsudski potrafił z trzech diametralnie różnych, ukształtowanych przez zaborców rodaków stworzyć jeden wspaniały naród. Twórcom III RP udało się w podobnym czasie skutecznie Polaków podzielić” (za: „Uważam Rze” 33/2011). Tak jak obecnie, podzieleni nie byliśmy nawet w czasach głębokiego komunizmu. A sytuacja wielu kluczowych dziedzin życia w Polsce każe pytać parafrazą słynnej „Naszej klasy” Jacka Kaczmarskiego: co się stało z naszym krajem?

NOWE STARE ELITY? 

– Przed rokiem 1918 i po nim mieliśmy sytuację łatwiejszą. Cel, jaki wtedy stawał przed Polakami, był dla nich jasny: jednolite, silne państwo. W 1989 roku natomiast panował zamęt co do celów. U początku II Rzeczypospolitej Polacy różnili się w wielu ważnych kwestiach: społecznych, ekonomicznych, w tym jak rozwiązać relacje z sąsiadami, jednak w kwestii suwerenności Polski nie było zasadniczych różnic. I widać to było m.in. w edukacji. Młodzież wyrastała na polskiej poezji romantycznej i nikt tego kanonu nie podważał – tłumaczy prof. Zdzisław Krasnodębski, socjolog i filozof społeczny Uniwersytetu w Bremie. Jaką edukację mamy dziś? Coraz uboższą listę czytanych tylko we fragmentach lektur i jedną lekcję historii tygodniowo.

– Po 40 latach komunizmu Polskę czekały przemiany bardziej jeszcze gruntowne niż po wyjściu spod zaborów. Struktury państwa były bardziej zniszczone. Zrobiono z nas zatomizowaną masę; zniszczono całkowicie polskie elity, a na ich miejsce władza ludowa stworzyła elity nowe, które po 1989 roku w znacznej części się spod komunizmu wyzwoliły. Ale to wszystko są ludzie, którzy dobrze w tym reżimie funkcjonowali, korzystali z jego mecenatu i tworzyli na jego potrzeby. Tak było np. z Andrzejem Wajdą, który zaczynał od filmu „Pokolenie” (1954). Na przykładzie Czesława Miłosza można z kolei prześledzić, jak bardzo ulegali ideologii. Miłosz także w pewnym momencie się wyzwolił, ale co z tego, skoro do końca życia pozostał człowiekiem lewicy? I takie są w dużej mierze dzisiejsze elity. Były oczywiście także przykłady chlubne, jak Zbigniew Herbert, ale to nie zmienia ich całościowego obrazu – przyznaje prof. Krasnodębski.


W miejsce autorytetów
Polakom daje się dziś celebrytów

– Te elity mają inne priorytety niż budowa państwa czy ustalanie granic. Wzmacnianie suwerenności Polski to dla nich anachronizm. A za przykładem elit idą zwykli ludzie. W efekcie dzisiejsi Polacy w większości zajmują się jedynie swoim życiem – niezainteresowani polityką, widzący świat przez seriale telewizyjne i „Taniec z gwiazdami”. To wyznacza poziom ich aspiracji. W miejsce autorytetów mają celebrytow. Ale tak jest na świecie wszędzie. Jest też grono osób politycznie aktywnych, świadomych, kiedyś nazywanych inteligencją, grono bardzo jednak podzielone. Są w końcu tacy, którzy szanują historię i patriotyzm, ale Piłsudski to dla nich nie jest wzór na dzisiejsze czasy – podkreśla prof. Krasnodębski.


DLA KOGO NAJWAŻNIEJSZA? 

Rząd polskich dusz dzierżą dziś tacy ludzie jak Kuba Wojewódzki czy Daniel Olbrychski i Marek Kondrat. Pierwszy z nich woła za Norwidem: „Niechże nie uczą mię, gdzie ma ojczyzna” i jednocześnie przekonuje, że „podejrzany jest stan umysłowy człowieka liderującego tłumkowi, który dzisiaj śpiewa >>Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie<<”. Ten to przedstawiciel współczesnej elity kulturalnej w styczniu tego roku o Januszu Palikocie mówił, że jest „ożywczym strumykiem”, „w tym, co robi, jest masa precyzyjnego, inteligentnego zdrowego rozsądku, a przy tym nie szkodzi nikomu”. Olbrychski „z ogromną radością przyjmuje fakt, że ktoś taki istnieje”, bo Palikot „na jakikolwiek temat zabierał głos, było to fachowe i przemyślane”.

Z kolei Marek Kondrat nie wahał się młodzieży na Przystanku Woodstock 2010 tłumaczyć: „Polska nie jest najważniejsza. Najważniejsze jest życie. To, żeby być z niego zadowolonym. Nikt nie będzie mnie stawiał pod pręgierzem wyborów, że albo jestem patriotą, albo nie jestem. Patriotyzm to rzecz intymna. Jesteśmy gromadą ludzi. Dopiero w drugiej kolejności Europejczykami, a potem Polakami. A patriotyzm to nic innego, jak spacer po kraju, po zmysłach. Mamy niestety taką schedę po romantyzmie, że wydaje nam się, że wiemy, jak ma żyć cały naród. A ja przecież nie wiem, co czuje ktoś, kto mieszka w Kutnie”.


Na uroczystościach patriotycznych 15 sierpnia 2010 r. w Ossowie
miejsca dla VIP-ów świeciły pustkami (fot. ks. Henryk Zieliński)

W niespełna cztery miesiące po tragedii smoleńskiej Kondrat żalił się młodym ludziom, że „w przekonania polityków wkrada się mistycyzm, jakieś dziady, palenie zniczy” i radził: „Zyskałem wolność dzięki pieniądzom. Mówi się, że szczęścia nie dają, ale druga teoria mówi, że należy się o tym samemu przekonać”.

Całą tę „naukę” portal Onet.pl należący do grupy kapitałowej TVN SA skomentował jako „mądry patriotyzm”. Czy – idąc jego śladem – można się dziwić, że namaszczony przez większość tej elity obecny Prezydent RP – historyk z wykształcenia – sadzi błędy ortograficzne, mówi o Konstytucji 3 Maja jako drugiej – a nie pierwszej! – w Europie, o żołnierzach polskich maszerujących przed 400 laty po Placu… Czerwonym i o „Stefanie Karolu Wyszyńskim”? Tym bardziej nie dziwi, że Polacy – ci, którzy głosowali – ponad miesiąc temu dokonali tak różnych, zaskakujących wyborów politycznych?
POLAK POTRAFIWiele informacji o nas i naszych postawach dostarcza „Diagnoza społeczna 2011” – raport o warunkach i jakości życia Polaków przygotowany przez zespół pod kierunkiem prof. Janusza Czapińskiego. Wynika z niego, że – jak w czasach Polski Ludowej – jesteśmy zadziwiająco zaradni i odporni na życie z chudym portfelem. Chociaż tempo wzrostu naszych dochodów w ciągu ostatnich dwóch lat spadło pięciokrotnie, uważamy, że żyje nam się coraz lepiej. Wzrosło zadowolenie z większości ważnych dla nas spraw, w tym z naszego stanu zdrowia. Spadło też nasilenie stresu życiowego.Z „Diagnozy” wynika m.in., że przez ostatnie dwa lata zwiększył się, choć nieznacznie, odsetek gospodarstw domowych żyjących poniżej minimum egzystencji (480 zł/os.). Gospodarstwa deklarujące, że z wielką trudnością wiążą koniec z końcem, stanowią 18 proc. ogółu. W latach 2009-2011 znacząco wzrósł odsetek gospodarstw domowych, które – aby odłożyć na poważniejsze zakupy – muszą żyć bardzo oszczędnie. W tym samym czasie najsilniej wzrósł odsetek tych, których stałe dochody nie pozwalały na zaspokojenie bieżących potrzeb lub które korzystały z pomocy Kościoła i opieki społecznej. W marcu 2011 roku prawie 63 proc. gospodarstw nie posiadało własnych oszczędności, a tych, które zaoszczędziły równoważność dochodów z od jednego do trzech miesięcy jest ponad 33 proc.

Myli się jednak ten, kto uważa, że Polak narzeka. Wbrew powyższym wynikom mamy w badaniu 80 proc. bardzo i dosyć szczęśliwych rodaków! Poziom naszego życia – co było głównym, przedwyborczym komunikatem autorów „Diagnozy” dla społeczeństwa – nieustannie pnie się w górę. Poziom zaś naszego dobrostanu psychicznego, w dużej mierze zależny od posiadania pracy, której nie ma dziś – w zależności od wykształcenia – 20 do 30 proc. osób do w wieku do 24 lat, należy do najwyższych od 1991 roku! To dopiero paradoks!

LĘK PRZED REAGOWANIEM

– Dzisiejsze postawy Polaków przypominają mi te z lat 80. ubiegłego wieku. W walce z komunizmem aktywna była mniejszość. Ludzie stali w wielogodzinnych kolejkach po wszystko, ale jakoś to akceptowali przez swoją bierność. Dzisiaj jest podobnie, a nawet gorzej. Dawniej można było się zasłaniać strachem – mówi prof. Krasnodębski.

Przypomina się oparta na faktach anegdota o mieszkańcach wsi, którzy zgodnie zagłosowali na kandydatów, na których „głosowali wszyscy”, a w dzień po wyborach wykupili wszystko, co było w GS-ie, bo „teraz to już będzie tylko gorzej”.

Jednak nadal strach w nas jest, czego dowodem może być odpuszczenie sobie przez większość społeczeństwa sprawy katastrofy smoleńskiej. – Polacy mają nieuświadomiony, głęboki lęk przed przyjęciem do wiadomości, że ta tragedia nie jest i prawdopodobnie nie zostanie w pełni wyjaśniona. I to – nie rozstrzygając winy ani jej zakresu – dotyczy odpowiedzialności zarówno Rosjan, jak i demokratycznie wybranej władzy w Polsce. Powrót do poszukiwania odpowiedzi na pytania o przebieg i przyczyny tej tragedii jest bardzo trudny, bo dotyczy relacji polsko-rosyjskich i odpowiedzialności demokratycznie wybranych, polskich polityków – tłumaczy socjolog dr Barbara Fedyszak-Radziejowska.

Tu z kolei przypomina się opowiedziana przed pół rokiem przez Rafała Ziemkiewicza historia jego podroży pociągiem, który stanął na kilka godzin w szczerym polu. Pasażerowie poświęcili ten czas nie refleksji nad fatalnym zarządzaniem polskimi kolejami, ale psioczeniu z tego powodu na PiS. Bo to nikogo do niczego nie zobowiązuje.

– Brakuje tego, co jest podstawą każdej demokracji – że demos, czyli naród, kontroluje władzę. Stąd w mediach można usłyszeć kompletnie odwracające rzeczywistość hasła typu: „Tusk nic nie zrobił przez cztery lata, bo mu PiS nie pozwolił”. To myślenie rodem z PRL-u, kiedy mówiono, że „reakcja nie pozwala się rozwijać socjalizmowi”. W ten sposób można wytłumaczyć wszystko. I próbować (jak Onet.pl – przyp. RM) czarować rzeczywistość, nadając informacji o żądaniach Ruchu Palikota, by usunąć krzyż z sali plenarnej Sejmu RP, tytuł: „Kaczyński chce wywołać kolejną awanturę o krzyż”. Oczywiście jest i ta „gorsza”, stawiająca pytania część Polski, która wyjdzie 11 listopada z domu i coś zamanifestuje, ale ona tę „lepszą” większość tylko utwierdzi w przekonaniu, że ta druga to coś niebezpiecznego. Niestety, nawet w Kościele pojawiają się podobne podziały, kiedy niektórzy hierarchowie uważają, że tylko PO chronić będzie Kościół i Polskę przed barbarzyńskim PiS-em – ocenia prof. Krasnodębski.


NASZ KAPITAŁ SPOŁECZNY 

Symbolem nowego-starego porządku w Polsce są dzisiejsze związki zawodowe. W początku lat 80. były dowodem na nasz kapitał społeczny, podłożem, na którym umieliśmy ze sobą współpracować, ufać sobie wzajemnie. Dziś należy do nich 10-15 proc. Polaków i – choć notowania „Solidarności” w Polsce stopniowo rosną – w sondażach zaufania publicznego są na szarym końcu.

– Marginalizacja związków zawodowych i wmówienie Polakom, że są one symbolem PRL-u, jest dramatycznym faktem. Do dyskusji o warunkach pracy w Polsce zaprasza się dziś częściej przedstawicieli Business Centre Club, „Lewiatana”, stowarzyszeń pracodawców, niż działaczy związkowych – zwraca uwagę dr Fedyszak- Radziejowska. – Po 1989 roku, nawet w czasach silnej „Solidarności”, rządzący, media i elity podtrzymywały, a nawet kreowały pod różnymi pretekstami mit, że związki zawodowe są barierą transformacji, że generując roszczenia utrudniają reformę w Polsce. Polacy bezrefleksyjnie przyjęli to za prawdę, dlatego ta bardzo ważna instytucja obywatelska, która dbałaby o demokratyczne, partnerskie stosunki między pracodawcami i pracownikami, jest tak osłabiona – tłumaczy dr Fedyszak-Radziejowska. I dodaje: Podczas gdy w krajach z ustabilizowaną, dobrą demokracją na pytanie, czy większości ludzi można ufać, „tak” odpowiada 60-70 proc. obywateli, w krajach z przeszłością totalitarną odpowiedź twierdzącą daje 20-25 proc. pytanych. I tak jest też w Polsce. W odróżnieniu od innych krajów bloku wschodniego mieliśmy szesnaście miesięcy niebywałej aktywności obywatelskiej w czasie tzw. festiwalu „Solidarności”, gdy darzyliśmy się wzajemnym zaufaniem i tworzyliśmy struktury samoorganizacji społecznej. Ale w to wszystko uderzył stan wojenny, niszcząc zaufanie i wiarę w skuteczność wspólnego działania. Do dzisiaj mamy problem z odbudowaniem kapitału społecznego.


MENTALNOŚĆ KALEGO 

Dobitnym przykładem słabości polskiej demokracji jest obraz naszych mediów i wymiaru sprawiedliwości. „Trzecia władza”, jak każda władza, winna być kontrolowana społecznie. Tymczasem sądy są niemal poza wszelką kontrolą. Widać to na każdym kroku np. w procesach o zniesławienie, gdzie zapadają nieprawdopodobne wyroki.

– Okazuje się, że można nazwać prezydenta Rzeczypospolitej „chamem” i sprawa jest umorzona, a innym razem zapada wyrok skazujący Jarosława Marka Rymkiewicza, który posunął się do sugestii, czyli nie stwierdzenia, że redaktorzy „Gazety Wyborczej” są „duchowymi spadkobiercami Komunistycznej Partii Polski” – komentuje zasiadający przez ostatnie 22 lata w ławach Senatu jego były wicemarszałek Zbigniew Romaszewski. Wraz z nim zniknie z parlamentu założona przez niego w 1989 roku Komisja Praw Człowieka i Praworządności.

– W PRL-u najpierw był człowiek, a potem znajdowano mu paragraf. Po 1989 roku uczono nas, że dopóki nie jesteś skazany, obowiązuje zasada domniemania niewinności. Teraz mamy powrót do komuny – mówi Romaszewski. Za przykład daje przypadek Piotra Staruchowicza, autora hasła: „Donald, matole, twój rząd obalą kibole”.

– Staruchowicz został zatrzymany 1 sierpnia pod zarzutem rzekomego rozboju i prokuratura zawnioskowała trzymiesięczny areszt, który obecnie został przedłużony o kolejne trzy miesiące. W sprawie jest zaledwie kilku świadków do przesłuchania, a wciąż się ciągnie – relacjonuje marszałek Romaszewski.

W PRL-u najpierw był człowiek,
a potem znajdowano mu paragraf.
Teraz do tego wracamy

Poszło o spoliczkowanie przez „Starucha” – jak kryminalizowano go w oczach Polaków, nazywając na łamach prasy „hersztem i bandytą” – piłkarza Jakuba Rzeźniczka. Obaj znają się dobrze i szybko się ułożyli, nie było więc żadnego prywatnego oskarżenia, jednak – nie wiedzieć czemu – prokuratura wszczęła o to sprawę z urzędu. Z czyjej inspiracji?

– A iluż ludzi leży pobitych w szpitalach i nie mogą liczyć na proces, ponieważ sąd nie widzi szkodliwości czynu. Dałem poręczenie, że Staruchowicz będzie się pojawiał w prokuraturze i nie będzie przeszkadzał w śledztwie – mówi Romaszewski. – W zamian media wylały na mnie pomyje, że wspieram bandytów i kiboli. Żyjemy w nowym, księżycowym świecie, a przy tym nie dopracowaliśmy się żadnego mechanizmu gwarantującego, że kreujące ten świat media będą zachowywały pewne standardy etyczne – twierdzi.

O mentalności Kalego, jaką przesiąkły mainstreamowe media, można było szerzej przeczytać w poprzednim numerze „Idziemy”.

PALIKOT I KOŚCIÓŁ 

Choć w poprawnych politycznie mediach nie brakuje rzucanych jako samospełniające się przepowiednie wizji polskiego Kościoła w kryzysie, nasz stosunek do Boga i Kościoła w ostatnich latach nie uległ radykalnej zmianie. Nasuwa się jednak pytanie: jak w kraju niosącym dziedzictwo kard. Stefana Wyszyńskiego i Jana Pawła II trzecią siłą w parlamencie mógł zostać Ruch Palikota?

– Mnie to także zastanawia, ale trzeba sobie uświadamiać, że praktykujących Polaków jest nieco mniej niż połowa. Dojście do głosu radykalnych antyklerykałów nie jest i pewnie nie stanie się żadnym przełomem – mówi ks. prof. Janusz Mariański, kierownik Katedry Socjologii Moralności w Instytucie Socjologii KUL-u, autor niezwykle wartościowej w tym względzie pracy „Katolicyzm polski – ciągłość i zmiana”.

W Polsce nie wykształciły się
niemal żadne poza Kościołem
niezależne, trwałe struktury.
Dlatego nigdy
nie będzie on zostawiony w spokoju

– Pamiętajmy, że to w Polsce zabito w 1989 roku księży Niedzielaka, Suchowolca i Zycha, i do dziś nie wiemy, kto ich zamordował. A przecież zrobili to jacyś Polacy, zapewne wywodzący się, lub związani ze służbami PRL. Są wśród nas liczne środowiska, które od tamtego czasu wciąż wpływają na kształt debaty publicznej używając języka wrogości i pogardy wobec Kościoła. To nie jest i nigdy nie była większość, ale ona była i jest, a teraz udaje, że z postkomunizmem nie ma nic wspólnego i przebiera się w kostium europejski – mówi dr Fedyszak-Radziejowska.O wadze, ale i słabości Kościoła w Polsce mówi także prof. Krasnodębski. – W Polsce nie wykształciły się niemal żadne poza Kościołem niezależne, trwałe struktury. Dlatego tak łatwo „dożynać” różne „watahy”, ale nie Kościół. I dlatego nigdy nie zostanie on zostawiony w spokoju. Z tym większym uznaniem i sympatią trzeba popatrzeć na pracę w parafiach szeregowych duchownych, którzy są z patriotyczną, zwykłą częścią ludu polskiego – przekonuje.

JEDNO DRZEWO 

„Nasza klasa” Jacka Kaczmarskiego mimo upływu czasu wciąż wiele mówi o Polakach i dzisiejszej Polsce: „są odpowiedzialni, mają w życiu cele, w miarę są normalni, ale przecież to niewiele”. Jak więc mogą zatroszczyć się o Polskę i Kościół?

– Róbmy swoje, to co do nas należy, w sposób rzetelny, uczciwy i odpowiedzialny. Inwestujmy w rodzinę. Jeśli nie zabraknie w niej codziennego, chrześcijańskiego świadectwa rodziców, nie będzie problemów z dziećmi, z ich wiarą i podejściem do porządku wartości. I to będzie nasza służba Polsce – mówi zagadnięty o to, co po wyborach, ks. prałat Edward Żmijewski, proboszcz parafii Matki Bożej Zwycięskiej w Rembertowie.

Stwierdzenie, że nikt z nas nie zdejmie obowiązku ciężkiej pracy dla ojczyzny, nie jest romantycznym banałem powtarzanym corocznie 11 listopada. Piłsudski dbał nie o pi-ar, ale o Polskę i Polaków. Chociaż „własne pędy, własne liście zapuszczamy każdy sobie”, pamiętajmy, że „to w końcu jedno i to samo drzewo”.

Radek Molenda
radoslaw.molenda(at)idziemy.com.pl
Idziemy nr 46 (323), 13 listopada 2011 r.
fot. ks. Henryk Zieliński/Idziemy

Posted in POLECAM, Polityka i aktualności | Leave a Comment »