WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for 29 listopada, 2011

Ks. Pawlukiewicz – O adwencie

Posted by tadeo w dniu 29 listopada 2011

Posłuchaj także: 

ks.Pawlukiewicz- I Niedziela Adwentu – homilia z 2010-11-28 .mp3

Posted in Ks. Piotr Pawlukiewicz | Leave a Comment »

Egzorcysta – „Joga jest dziełem Szatana”

Posted by tadeo w dniu 29 listopada 2011

– Wielu myśli, że ćwiczy jogę w celach relaksacyjnych, ale ona prowadzi do hinduizmu – twierdzi znany włoski egzorcysta, ksiądz Gabriele Amorth.

"Joga jest dziełem Szatana"fot. sxc.hu/cc

Duchowny przestrzegł przed niektórymi praktykami wschodnimi, takimi jak joga, która jest jego zdaniem „dziełem Szatana”.

– Praktyki wschodnie, pozornie nieszkodliwe, bywają podstępne i groźne – twierdzi Amorth. – Wszystkie religie orientalne są bowiem oparte na fałszywej wierze w reinkarnację.

Na słowa egzorcysty dotyczące jogi zareagowali natychmiast przedstawiciele stowarzyszeń jej miłośników we Włoszech. – Joga praktyką satanistyczną? To oskarżenie nie mieści się w głowie – ocenia założycielka federacji jogi Vanda Vanni.

– To nie jest religia, ani nawet praktyka duchowa. Joga naucza i opiera się na wolności, na wewnętrznym poszukiwaniu; to droga poznania, która nie dotyka w ogóle sfery metafizycznej i wrażliwości religijnej czy duchowej – dodaje.

„Harry Potter prowadzi do zła”

W opinii księdza Amortha niebezpieczna jest także lektura książek o Harrym Potterze, które – jak zauważa – „sprzedawane są także w katolickich księgarniach, mimo że promują czary”.

– Uważa się, że to nieszkodliwy tekst dla młodzieży, ale on prowadzi do czarów, a zatem do zła – twierdzi. – Także w przypadku Harry’ego Pottera Szatan działał w sposób ukryty i przebiegły, pod płaszczykiem nadzwyczajnych mocy, magii, zaklęć.

Ksiądz Amorth jest założycielem i honorowym prezesem Światowego Stowarzyszenia Egzorcystów.

Posted in Religia | Leave a Comment »

ZBARAŻ LEKCJA HISTORII I PATRIOTYZMU

Posted by tadeo w dniu 29 listopada 2011

„ZBARAŻ LEKCJA HISTORII I PATRIOTYZMU”

Posted in Historia, Reportaż | Leave a Comment »

BŁ. KSIĄDZ JERZY POPIEŁUSZKO – Fakty nieznane

Posted by tadeo w dniu 29 listopada 2011

O tym nie mówi się na głos. Przemilcza i ukrywa , jak inne tragedie, które dzieją się wokół nas. 

Twarz ks. Popiełuszki była tak zmasakrowana tak, że trudno było Go rozpoznać. Relacja ks. Grzegorz Kalwarczyk odtwarza przerażające szczegóły. Między innymi ks. Kalwarczyk przytacza fragment wypowiedzi lekarza: „Stwierdził, że w swojej praktyce lekarskiej nigdy nie dokonywał sekcji zwłok, które wewnętrznie byłyby tak uszkodzone, jak było to w przypadku wnętrza ciała Księdza Jerzego”
I jeszcze jeden nieujawniony w czasie zeznań lekarza przeprowadzającego autopsję fakt, że podczas tortur wyrwano Księdzu Jerzemu język.
Od 22 lat w dziwnych okolicznościach giną ludzie, którzy próbują dociec prawdy o zamordowaniu księdza Jerzego Popiełuszki. Kto i dlaczego sabotuje śledztwo w sprawie „zbrodni stulecia”?„Przestań gadać, albo skończysz w Wiśle jak twój brat” – te słowa wielokrotnie słyszał w słuchawce telefonu Józef Popiełuszko – brat księdza Jerzego.

To właśnie on swoimi zeznaniami pomagał śledczym IPN-u w wyjaśnieniu prawdy o zbrodni na kapelanie „Solidarności”. Szantażyści domagali się od niego i jego najbliższych, aby nie rozmawiali z prokuratorami, niczego nie pamiętali i nie mówili na temat księdza. Kilkakrotnie grozili im śmiercią.
Józef Popiełuszko był nieustraszony w dążeniu do ustalenia prawdy o śmierci brata. Za swoją wytrwałość zapłacił wielką tragedią. W 1996 r. w białostockim szpitalu zmarła jego żona – Jadwiga Popiełuszko. W akcie zgonu, jako przyczynę śmierci wpisano lakoniczną formułę: „Zatrucie alkoholem metylowym” . To zdumiewająca przyczyna, bowiem pani Popiełuszko znana była jako osoba niepijąca. Zadziwia również zawartość alkoholu w jej krwi, przekraczająca o wiele dawkę śmiertelną. Mimo próśb rodziny, nie udało się wykonać sekcji zwłok, która wskazałaby prawdziwą przyczynę zgonu. Na jej rękach zauważyłem malutkie ślady po igłach, w okolicach żył. Wskazywały one, że ktoś wstrzyknął tej pani do żył truciznę w formie stężonego alkoholu – opowiada „Polskiemu Radiu” pragnący zachować anonimowość lekarz z białostockiego szpitala, który jako jeden z pierwszych oglądał ciało zmarłej. – Potem przełożo ny naciskał mnie, abym nikomu o tym nie wspominał i jak najszybciej zapomniał o sprawie.
Zastraszanie Józefa Popiełuszki i tajemnicza śmierć jego małżonki to zaledwie jeden z wielu tragicznych epizodów brutalnej gry służb specjalnych PRL-u. Jej celem od początku jest zamknięcie ust wszystkim osobom, które mogłyby podważyć oficjalną wersję zbrodni na księdzu Jerzym Popiełuszce. Gra zaczęła się w kilka dni po męczeńskiej śmierci „kapelana Solidarności” i nieprzerwanie trwa do dziś. „Polskie Radio” odtworzyło kulisy jednej z największych mistyfikacji ostatnich lat.

Sekrety płetwonurka

Oficjalna wersja śledztwa dotycząca odnalezienia zmasakrowanych zwłok księdza jest kłamstwem. To Krzysztof Mańko – płetwonurek z Wrocławia – już 26 października 1984 roku, w godzinach popołudniowych, jako pierwszy odnalazł w Wiśle i wyłowił ciało księdza Popiełuszki. To, co działo się kilka godzin później, wiadomo dzięki zeznaniom osób obecnych w tym dniu na tamie. Zwłoki zostały ponownie wyłowione przez płetwonurków, a następnie zaczepione do pontonu i holowane w ten sposób do brzegu. Tam, gdzie znajdowała się chwilowa baza płetwonurków i ekipy poszukiwawczej, podjechał samochód marki „Nysa” i do niego zostały załadowane zwłoki – czytamy w protokole przesłuchania Andrzeja Czerwińskiego – włocławskiego płetwonurka. Dzięki m.in. tym zeznaniom, prokuratorzy IPN ustalili, że człowiekiem, który pierwszy wydobył zwłoki księdza był Krzysztof Mańko.
Krewni płetwonurka, do których dotarliśmy, opowiadają, że po tym wydarzeniu Mańko czegoś panicznie się bał. Nie chciał z nikim rozmawiać, zamknął się w sobie, a w końcu wyszedł z domu i więcej nie wrócił.
Otrzymał paszport i 1 listopada 1984 roku wyjechał z Polski. Dziś mieszka i pracuje w Grecji. Po 2000 roku udało mu się skutecznie uniknąć
Jako ministrant w rodzinnej parafii Suchowola
2) spotkania ze śledczymi Instytutu Pamięci Narodowej. Ten człowiek posiada wiedzę, która może się okazać kluczowa do odtworzenia przebiegu zbrodni – mówią prokuratorzy którzy prowadzili śledztwo w sprawie zamordowania kapłana. – Tylko ten płetwonurek mógłby pomóc w ustaleniu co działo się z ciałem księdza przed jego ostatecznym wydobyciem z Wisły w dniu 30 października. Sam Mańko do dziś milczy i nie chce wracać do Polski.
Dzięki zeznaniom pracowników włocławskiej tamy, śledczy IPN-u odkryli, że po 26 października przeprowadzona została pierwsza sekcja zwłok kapłana. Tymczasem z zeznań włocławskich prokuratorów, którzy w 1984 r. prowadzili sprawę, wynika, że sekcję tą wykonał anatomopatolog ze Szpitala Wojewódzkiego w Bydgoszczy. Żadna przesłuchiwana osoba nie była jednak w stanie przypomnieć sobie jego nazwiska. W szpitalnym archiwum nie zachował się protokół tej sekcji (choć prawo nakazuje trzymać takie dokumenty przez 20 lat)

Równie tajemnicze są okoliczności śmierci Tadeusza Kowalskiego*.

Kowalski – rybak z włocławskiej spółdzielni „Certa” – miał zwyczaj wieczorami kłusować po Wiśle. Towarzyszyli mu w tym kolega i szwagier. 25 października 1984 r., ok. godz. 22.00, Kowalski i jego dwaj towarzysze widzieli jak tajemniczy mężczyźni wrzucają do zalewu ciało księdza Popiełuszki. Byli tak blisko, że zwłoki kapłana omal nie wpadły do ich łódki. Trzej mężczyźni obiecali sobie milczenie. Bali się o swoje życie. To, co widzieli, powtórzyli dopiero prokuratorom IPN.
Kilka tygodni po złożeniu zeznań, Kowalski trafił do szpitala, gdzie po kilku dniach umarł. W akcie zgonu, jako przyczynę wpisano „zatrucie alkoholem metylowym”. To zdumiewające, bo tak samo określono powód śmierci Jadwigi Popiełuszkowej. Biorąc pod uwagę datę śmierci, rodzaj choroby i okres pobytu w szpitalu, należałoby przyjąć, że Kowalski zatruł się alkoholem podczas hospitalizacji. Znajomi pamiętają go jako człowieka cieszącego się udanym życiem rodzinnym, szczęśliwego, zdrowego. Czy to możliwe, aby szczęśliwy mężczyzna po 50tce popełnił samobójstwo, upijając się zatrutym alkoholem? Wyjaśnienie tej sprawy może być bardzo trudne, bo sekcji zwłok Kowalskiego nie przeprowadzono, choć jego rodzina starała się o to.

Cień KGB
Cień szansy na wyjaśnienie prawdy o zbrodni miał Andrzej Grabiński – w okresie PRL-u znany obrońca opozycjonistów, podczas „procesu toruńskiego” oskarżyciel posiłkowy reprezentujący rodzinę Popiełuszków. Grabiński – świetnie wykształcony prawnik – od początku dostrzegał rażące błędy w postępowaniu sądowym, które nie doprowadziło do wyjaśnienia prawdy. Mecenas – niezadowolony z tego, że sąd nie wykrył prawdziwych inicjatorów zbrodni – zapowiedział apelację. Gdyby do tego doszło, sąd wyższej instancji musiałby ponownie przeprowadzić cały proces. To zaś mogło zniweczyć cały plan wielkiej mistyfikacji.
Kilka dni przed upływem terminu złożenia apelacji, w domu na Saskiej Kępie należącym do rodziny Grabińskich wybuchła bomba, w wyniku czego zginęła 25-letnia Małgorzata Grabińska. W trakcie śledztwa okazało się, że właściciel domu nie był słynnym mecenasem, a zbieżność ich nazwisk była przypadkowa. Do dziś nie ustalono czy była to próba zastraszenia czy zamordowania adwokata. Szanse na wyjaśnienie tej sprawy są znikome, bo po 1989 r. zaginęły materiały z tego śledztwa.
30 listopada 1984 roku w Białobrzegach – niewielkiej miejscowości przy trasie Kraków – Warszawa wydarzył się tajemniczy wypadek drogowy. Ok. godz. 20. w jadącego od strony Krakowa fiata uderzył rozpędzony Jelcz. Na miejscu zginęli dwaj pasażerowie fiata i ich kierowca.
Milicjanci ograniczyli się tylko do tego, by wpisać w protokole, że podróżujący fiatem nie mieli żadnych szans, a kierowca ciężarówki uciekł z miejsca wypadku. Nie wszczęto żadnego dochodzenia, by wyjaśnić okoliczności wypadku, nie podjęto również jakiejkolwiek próby odnalezienia ciężarówki, ani zidentyfikowania jej kierowcy. Nie przesłuchano żadnych świadków zderzenia, choć tragiczne zderzenie dobrze widziało kilku okolicznych mieszkańców.
„O tym wypadku dowiedziałem się dzień wcześniej, wieczorem, jeszcze zanim się wydarzył” – opowiada Stefan Bratkowski – pisarz i dawny działacz opozycji. „Byłem tylko ciekaw jaką przyczynę wymyślą. Kiedy prasa podała, że był to wypadek samochodowy, nie miałem żadnych wątpliwości, że było to sfingowane morderstwo”. O mającym wydarzyć się wypadku, Bratkowskiego poinformował jego przyjaciel – nieżyjący już warszawski prawnik Bogumił Studziński. Szef ochrony gen. Jaruzelskiego – płk Artur Gotówko mówił w 1991 r.: „Tam, w Białobrzegach, ofiarom nie dano żadnych szans. Wiem jak to się robi.” Prokuratorzy IPN, którzy podjęli ten wątek, szybko odkryli, że ciężarówka staranowała fiata dokładnie według metod uczonych na specjalnych kursach NKWD, a potem KGB i GRU.
W wypadku w Białobrzegach zginęli dwaj oficerowie MSW – płk Stanisław Trafalski i major Wiesław Piątek. Wracali z południa Polski, gdzie przez kilka poprzednich tygodni badali wcześniejszą działalność i powiązania Grzegorza Piotrowskiego, Leszka Pękali i Waldemara Chmielewskiego. Ze wszystkich czynności sporządzali szczegółowe raporty i notatki, które wieźli w bagażniku fiata. Dokumentacji tej nigdy nie odnaleziono. Nie ma o nich również żadnej wzmianki w protokołach powypadkowych. Zachowały się natomiast niektóre ich notatki sporządzane podczas pracy w Krakowie i Tarnowie i pozostawione w tamtejszych aktach operacyjnych. Przez przypadek nie zostały zniszczone w latach 1989-1990, dzięki czemu potem przejął je IPN. Notatki te dotyczą działalności Grzegorza Piotrowskiego wymierzonej w Kościół i księży. Pozwalają poznać istotne szczegóły z życia głównego mordercy kapelana „Solidarności”.

Wakacje z agentem
Kim naprawdę był Grzegorz Piotrowski? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba cofnąć się do pamiętnego lata 1982 r., kiedy kapitan SB wyjechał na wakacje do Bułgarii. Jak wynika z zachowanych w IPN notatek (sporządzonych przez Trafalskiego i Piątka na podstawie relacji świadków i SB-ków znających Piotrowskiego), na granicy rumuńsko –
3) bułgarskiej spotkał się na krótko z oficerem KGB, który przedstawił się pseudonimem Stanisław i nawiązał z nim współpracę. W trakcie „procesu toruńskiego” opowiadał o tym Adam Pietruszka, lecz sąd nie uwierzył w jego zeznania.
W IPN zachował się dokument „Wyjazdy i przyjazdy za lata 1971 – 1989 pracowników IV Departamentu”. Wynika z nich, że urzędnicy IV Departamentu MSW regularnie wyjeżdżali na spotkania z przedstawicielami V Zarządu Głównego KGB (zarząd ten odpowiedzialny był za zwalczanie dywersji i walkę ideologiczną). Spotkania te odbywały się w Moskwie i Czechosłowacji. Udział w nich brał m.in. Piotrowski. Potwierdzają to szczegółowe raporty z przebiegu tych spotkań. Co istotne – nie zachowały się żadne notatki Piotrowskiego z innych jego spotkań z KGB – nawet z feralnego spotkania w 1982 r. Jeśli ustalenia Trafalskiego i Piątka są prawdziwe – oznacza to, że Piotrowski kontaktował się z KGB bez wiedzy swoich zwierzchników, co z kolei znaczy, że rosyjskie służby specjalne miały swojego tajnego agenta w najbliższym otoczeniu gen. Kiszczaka. W tej sytuacji Kiszczak, który zdecydował, że zabójcy księdza trafią na długie lata do więzienia, wyznaczając do realizacji zbrodni Piotrowskiego, eliminował w swoim otoczeniu wtyczkę obcego wywiadu.
Ks. Jerzy Popiełuszko przy sutannie znaczek orła w koronie.


Haki na Kiszczaka

Jak wynika z archiwalnych dokumentów MSW zgromadzonych podczas śledztwa lubelskiego IPN, jeszcze w 1984 r. podjęte zostały 3 operacje „Teresa”, „Trawa” i „Robot”. Ich celem była inwigilacja skazanych i ich rodzin oraz uniemożliwienie im ujawnienia nawet rąbka prawdy o zbrodni. Osobą nadzorującą tą zakrojoną na szeroką skalę inwigilację był Stanisław Ciosek – wówczas minister ds. związków zawodowych, po transformacji ambasador RP w Moskwie, do listopada 2005 r. główny doradca ds. zagranicznych Aleksandra Kwaśniewskiego. W IPN zachowały się raporty Cioska dla najważniejszych przywódców PRL-u, w których minister szczegółowo informuje o zachowaniu skazanych w celach.
Z ustaleń śledztwa IPN-u wynika, że Chmielewskiego, Pękalę i Piotrowskiego odwiedzał w więzieniach zastępca Kiszczaka – gen. Zbigniew Pudysz. To właśnie on na przemian groził i obiecywał esbekom, że resort o nich nie zapomni, a za odegranie do końca trudnej roli w zbrodni, każdy z nich otrzyma nagrodę. Tak się też stało. Trzej esbecy zostali objęci wszystkimi amnestiami dla więźniów politycznych pod koniec lat 80. Dzięki temu każdy z nich odsiedział mniej niż jedną trzecią kary (Chmielewski 4 lata z 14, Pękala 4,5 roku z 15 lat). Dodatkowo wszyscy bardzo często wychodzili na przepustki. Natomiast okres pobytu w więzieniu, wszystkim czterem esbekom skazanym w Toruniu zaliczono do stażu pracy, dzięki czemu dziś mogą za ten okres pobierać resortowe emerytury. To zdumiewająca koincydencja, bowiem nigdy wcześniej, ani później nie zdarzyło się, aby komukolwiek pobyt w więzieniu zaliczono do stażu pracy. Decyzję o tym aprobowa ł osobiście w 1990 r. gen. Czesław Kiszczak. Wszystkie te szokujące informacje odkryli prokuratorzy IPN.

Spośród wszystkich skazanych, największa nagroda miała przypaść Grzegorzowi Piotrowskiemu. Zachowanie Piotrowskiego wskazuje, że początkowo także on wierzył w resortowe obietnice.

Złudzenia stracił dopiero w 1989 r. po kolejnej rozmowie z Pudyszem, kiedy zorientował się, że jego wiedza staje się niebezpieczna dla niego samego. Podczas kolejnej przepustki napisał gruby na kilkadziesiąt stron raport z działań SB przeciwko księdzu Popiełuszce. Za pośrednictwem żony – Janiny Pietrzak – kilka kopii tego raportu zdeponował u najbliższych znajomych.

„Najprawdopodobniej wyjaśnienie kpt. G. Piotrowskiego zawierało rzeczywistą wersję zdarzeń związanych z osobą księdza Jerzego” – czytamy w notatce IPN z lutego 2004 r. Jak ustalili śledczy IPN-u, za pośrednictwem Pudysza, Piotrowski miał w 1989 r. przekazać Kiszczakowi wiadomość, że jeśli zginie – raport ujrzy światło dzienne. Jedna z kopii tego raportu dotarła również do mieszkania Pietruszków. To znikło – powiedziała Róża Pietruszka do syna. Dialog ten zarejestrowały urządzenia podsłuchowe założone w ich mieszkaniu w ramach operacji „Teresa”. Taśmy z nagraniami przejęli prokuratorzy IPN.

4) Zadusić śledztwo
W czerwcu 1990 roku śledztwo w sprawie „zbrodni stulecia” podjął lubelski prokurator Andrzej Witkowski – wówczas i dziś jeden z najlepszych w kraju prokuratorów od spraw zabójstw. W rok później, po żmudnym śledztwie, zamierzał postawić zarzuty gen. Czesławowi Kiszczakowi. Nie zdążył gdyż sprawę odebrał mu minister sprawiedliwości Wiesław Chrzanowski. Chrzanowski – w latach 70. tajny współpracownik SB o pseudonimie „Zuwak”, w roku 1986 przewerbowany przez Departament I MSW (wywiad zagraniczny) – do dziś nie chce się wypowiadać na temat tej decyzji i osób, które go do niej skłoniły.
Prokuratorzy IPN ustalili, że na ministra naciskał w tej sprawie Mieczysław Wachowski – sekretarz stanu w kancelarii Lecha Wałęsy oraz generałowie Kiszczak i Jaruzelski. Próbowaliśmy porozmawiać o tym z Mieczysławem Wachowskim, jednak nie wyraził zgody na spotkanie.
W wyjaśnieniu prawdy nie pomogła również powołana w 1990 r. sejmowa komisja do spraw zbadania zbrodni MSW. Komisji przewodniczył Jan Maria Rokita – dziś jeden z liderów Platformy Obywatelskiej. To właśnie do niego zgłosiła się Róża Pietruszka z dokumentami na temat sprawy księdza Jerzego. Rokita w sposób wulgarny zbył żonę pułkownika, a dokumentów nie przyjął.
Nieznana prawda o śmierci ks. Jerzego Popiełuszki
Wiele wskazuje na to, że przed morderstwem kapłana przez pięć dni więziono i torturowano na terenie bazy wojsk sowieckich koło Kazunia. W latach 90. oraz 2003-2004 śledztwo prowadził prokurator z Lublina Andrzej Witkowski. Dwukrotnie odsuwano go od sprawy, zazwyczaj wtedy, gdy udawało mu się zebrać nowy materiał dowodowy. Obecnie śledztwo jest nadal prowadzone przez prokuratorów IPN.
Jednak to Witkowskiemu udało się ustalić wiele nowych faktów, dotyczących przebiegu zdarzeń, w wyniku których doszło do śmierci księdza. W sposób fundamentalny podważają one całą dotychczasową wiedzę na temat zamordowania ks. Jerzego. Oficjalna wersja jego śmierci była wersją skonstruowaną przez aparat władzy w PRL, a ściślej jego zbrojne ramię, czyli Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.
Elektryzował tłumy
Na scenie politycznej PRL ks. Jerzy Popiełuszko pojawił się w latach 1981-1982 jako duszpasterz aktywnie wspierający strajkujących robotników Solidarności. Jego kazania podczas mszy za ojczyznę elektryzowały tłumy. W krótkim czasie kościół św. Stanisława na Żoliborzu stał się mekką patriotyzmu. Na celowniku SB ks. Popiełuszko znalazł się we wrześniu 1982 r., gdy Wydział IV Stołecznego Urzędu Spraw Wewnętrznych (SUSW) w Warszawie zaczął prowadzić sprawę o krypt. „Popiel”. Początkowe efekty działań SB okazały się mizerne, bo nie udawało się zdobyć żadnych ważnych informacji. Tymczasem kazania ks. Jerzego coraz mocniej ukazywały obłudę i zakłamanie komunistycznego systemu.
W lipcu 1983 r. jedno z nich zrelacjonowano Wojciechowi Jaruzelskiemu. Zazwyczaj opanowany generał wpadł w furię. Natychmiast wezwał do siebie szefa MSW gen. Czesława Kiszczaka i oznajmił mu wprost: „Zrób coś z nim, niech przestanie szczekać” (te słowa są udokumentowane w aktach sprawy „Trawa”, znajdujących się obecnie w zasobach IPN). Kiszczak potraktował wypowiedź przełożonego jako polecenie służbowe. Na naradzie w MSW z udziałem m.in. generałów Zenona Płatka i Władysława Ciastonia poinformowany o małej efektywności dotychczasowych działań w sprawie „Popiel” polecił opracowanie planu operacyjnego „dotarcia” do otoczenia ks. Jerzego. Zebrani uznali także, że istnieje konieczność podjęcia wobec księdza wspomagających działań dezintegracyjnych, licząc na jego ewentualne nerwowe załamanie. Od tego momentu wszelkie operacje dotyczące osoby Popiełuszki znalazły się pod bezpośrednim nadzorem gen. Kiszczaka. Zwe rbować i wysłać do Watykanu
Wedle dokumentów archiwalnych z zasobów IPN, które odnalazł zespół kierowany przez prokuratora Witkowskiego, formalnie sprawę działań wobec księdza przejęła od SUSW w Warszawie grupa kpt. Grzegorza Piotrowskiego z Wydziału VI Departamentu IV MSW, odpowiadającego za dezinformację i dezintegrację w Kościele.
Poza nękaniem księdza przez podrzucenie mu nielegalnej literatury i amunicji do prywatnego mieszkania znacznie ważniejsze było ulokowanie informatora w bezpośrednim otoczeniu kapłana. W lutym 1984 r. funkcjonariuszom SB udało się zarejestrować jako „Desperata” osobistego kierowcę Popiełuszki – Waldemara Chrostowskiego. „Desperat” mógł dostarczać SB świeżych informacji o działalności księdza oraz pomóc w realizacji strategicznego planu, jakim był werbunek kapłana. Pomysł zwerbowania ks. Popiełuszki – jako informatora SB – pojawił się wiosną 1984 r. Gen. Kiszczak, w przeszłości szef wywiadu wojskowego, był przekonany, że zwerbowanie księdza zneutralizuje go, a być może uda się też jego osobę wykorzystać w rozgrywkach z opozycją. Latem 1984 r. w trakcie spotkań z przedstawicielami Episkopatu Polski gen. Kiszczak uznał, że inną koncepcją rozwiązania problemu ks. Jerzego, która mogłaby zostać zaakceptowana zar� �wno przez stronę rządową, jak i przez episkopat, było wysłanie go za granicę. Przy czym Kiszczak sądził, że optymalnym rozwiązaniem byłoby połączenie werbunku z równoczesnym wysłaniem ks. Jerzego na studia do Rzymu. Wysłanie zwerbowanego uprzednio księdza do Watykanu przyniosłoby gen. Kiszczakowi ogromny sukces. Służby specjalne PRL umieściłyby agenta w najważniejszym wówczas miejscu dla wszystkich komunistycznych wywiadów – w samym centrum Kościoła katolickiego. I nieważne byłyby jego rzeczywiste możliwości operacyjne w Rzymie i to, czy Popiełuszko miałby rzeczywisty dostęp do Jana Pawła II lub do jego najbliższego otoczenia. Ważne było przede wszystkim to, że taki 5)sukces operacyjny na pewno wzmacniałby pozycje polskich służb w komunistycznym bloku. KGB pomimo podejmowania usilnych starań nie posiadało wartościowej agentury w Watykanie.
Pogrzeb Księdza Jerzego Popiełuszki. Trumna przykryta biało-czerwoną polską flagą narodową.
Czesław Kiszczak mógłby więc się pochwalić swym sukcesem przed towarzyszami radzieckim, co niewątpliwie umacniałoby jego pozycję na Kremlu. Pamiętać trzeba, że szef MSW rywalizował z nadzorującym aparat bezpieki z ramienia Biura Politycznego KC PZPR gen. Jerzym Milewskim, którego pozycja na Kremlu nadal wydawała się mocna.
Początkowo nie było planu zabicia księdza
Te wszystkie aspekty były niesłychanie ważne dla Kiszczaka. Niezależnie od działań SB zmierzających do wypracowania „pozycji werbunkowej” szef MSW postanowił sam zainspirować możliwość wysłania księdza do Rzymu. W jednej z rozmów z arcybiskupem warszawskim Bronisławem Dąbrowskim Kiszczak wyszedł z „niezobowiązującym” pomysłem wysłania ks. Popiełuszki do Rzymu, przedstawiając to jako najlepsze rozwiązania problemu niepokornego kapłana. Zasugerował też, że taki ruch ze strony Kościoła na pewno polepszyłby atmosferę w relacjach rząd – episkopat. Abp Dąbrowski przedstawił pomysł prymasowi Józefowi Glempowi, który nie zaakceptował go, ale i nie odrzucił. Jednak z biegiem czasu prymas sam zaczął rozważać takie posunięcie. Efektem subtelnej inspiracji gen. Kiszczaka było to, że jesienią 1984 r. zarówno abp Dąbrowski, jak i prymas Glemp zaczęli skłaniać się ku decyzji o wysłaniu ks. Jerzego do Rzymu. Wyrażony przez Popiełuszkę opór w przeprowadzonych z nim przez hierarchów rozmowach na ten temat, a przede wszystkim złożona przez księdza deklaracja pozostania ze swoją „owczarnią”, w relacjach kościelnych mogły być jedynie potwierdzeniem, że rzeczywiście należy go wysłać za granicę. Polski Kościół zakładał raczej bierny opór niż otwarte demonstrowanie politycznego sprzeciwu wobec rządzącego w PRL reżimu.
Z powyższego biegu zdarzeń wynika, że polskie MSW nie przyjęło planu zabicia księdza. Zamierzało jedynie zwerbować go i wysłać do Rzymu. Oczywiście, kierownictwo MSW zdawało sobie sprawę z tego, że zwerbowanie Popiełuszki może być niezwykle trudne. Wiedział to gen. Kiszczak, stąd dopuszczał w planowanych działaniach werbunkowych sytuację, w której ksiądz zostanie doprowadzony do stanu „bliskości śmierci”, ale mimo wszystko zachowa życie. Fakt ten został potwierdzony w zeznaniach funkcjonariuszy byłego Departamentu IV już na początku lat 90., gdy po raz pierwszy podjęto śledztwo.

Sprawa priorytetowa
Zbliżał się październik 1984 r. Realizująca pierwszoplanowe zadania operacyjne grupa kpt. Grzegorza Piotrowskiego była coraz bardziej zdeterminowana.
Hart ducha i odwaga ks. Jerzego zadziwiły esbeków. Nie potrafili zrozumieć źródła jego nadprzyrodzonej siły. Zbliżały się urodziny ministra Kiszczaka (19 października) i kpt. Piotrowski wiedział doskonale, że sfinalizowanie werbunku kapłana byłoby znakomitym prezentem dla szefa MSW. Jego przełożony gen. Płatek, zapisał wówczas w swoim służbowym kalendarzu (odnalezionym później przez prokuratora Witkowskiego): „nadchodzi 19, a oni chcą”. Sprawa ks. Popiełuszki była priorytetowa.
Przy tym Piotrowski i jego ludzie nie zdawali sobie sprawy, że szef MSW nakazał już kilka tygodni wcześniej inwigilowanie całego zespołu przez grupy operacyjne Wojskowej Służby Wewnętrznej (WSW). Gen. Kiszczak już od dawna bowiem nie ufał kpt. Piotrowskiemu, podejrzewając go o konsultowanie działań operacyjnych z KGB. Piotrowski spotykał się z przedstawicielami KGB w Bułgarii i we Lwowie. Dla gen. Kiszczaka szczególnie podejrzane były kontakty kapitana z gen. Michajłowem, rezydentem KGB w Warszawie, odpowiedzialnym za sowieckie działania w Polsce. Piotrowski co prawda wiedział od swojego kolegi Kościuka z Biura Techniki MSW, że jest śledzony, jednak nie bardzo chciał dać wiarę tym informacjom (notabene Kościuka niebawem aresztowano i skazano za ujawnienie tajemnicy państwowej).

Ostatnia msza i porwanie
Kiedy nadszedł 19 października 1984 r., grupa kpt. Piotrowskiego wiedziała, że ksiądz zamierza pojechać do Torunia,
6) gdzie odprawi mszę w intencji ojczyzny w kościele Braci Męczenników Polskich. W ostatniej chwili Jacka Lipińskiego, kierowcę Popiełuszki, zamienił „Desperat” (Waldemar Chrostowski), który bardzo chciał jechać razem z księdzem. Od momentu wyjazdu z Warszawy kpt. Piotrowski był informowany o miejscu znajdowania się księdza i na bieżąco kontaktował się z dyrektorem Departamentu IV gen. Zenonem Płatkiem, który z kolei o sytuacji informował ministra Kiszczaka. Gdy wieczorem ks. Jerzy odprawiał mszę w toruńskim kościele, kpt. Piotrowski z kompanami siedzieli w stojącym w pobliżu kościoła służbowym fiacie 125p, czekając na podróż powrotną kapłana do Warszawy.

Ks. Popiełuszko od początku 1982 r. odprawiał Msze św. za Ojczyznę w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie

Decyzja o rozpoczęciu akcji została wydana Piotrowskiemu przez gen. Płatka. Kilkadziesiąt metrów od kościoła, w którym ks. Jerzy odprawiał swoją ostatnią mszę, znajdowały się samochody z ubranymi po cywilnemu żołnierzami WSW, prowadzącymi inwigilację grupy kpt. Piotrowskiego.
Fakt ten na początku lat 90. potwierdził jeden z szefów WSI prokuratorowi Witkowskiemu, udostępniając dzienniki prowadzonych przez WSW inwigilacji. Gdy ks. Jerzy po zakończeniu mszy wsiadł do swojego volkswagena golfa, za którego kierownicą siedział „Desperat”, miał realną szansę uciec czyhającym na niego esbekom. Tak się jednak nie stało. Na trasie z Torunia do Warszawy, w okolicy Górska, volkswagen księdza mimo jego sprzeciwu zatrzymał się przed jadącym za nim fiatem 125p Piotrowskiego. Kapitan i jego koledzy wepchnęli ks. Jerzego do bagażnika swojego samochodu.
Tymczasem „Desperat” z założonymi kajdankami wsiadł do środka, lokując się obok kierowcy. Po drodze podczas jazdy udało mu się, nie ponosząc żadnych obrażeń, rzekomo wyskoczyć z pędzącego auta. Jak później ustalił prok. Witkowski, kajdanki były spiłowane i umożliwiały wyzwolenie się z nich, zaś uszkodzona w trakcie skoku z samochodu poła marynarki została odcięta ostrym narzędziem. Sam skok z samochodu po przeprowadzeniu wizji lokalnej przez prokuratora Witkowskiego okazał się niewykonalny przy prędkości wskazanej na procesie toruńskim przez „Desperata”. Kaskader biorący udział w rekonstrukcji zdarzeń złamał rękę i odniósł poważne potłuczenia.

„Operacyjne” niepowodzenie
Tymczasem auto esbeków z szamocącym się w bagażniku księdzem jechało dalej. Pierwszy postój zaplanowano w ruinach zamku toruńskiego, gdzie w trakcie śledztwa odnaleziono różaniec kapłana. Jednak ten ważny dowód ukryto w śledztwie.
W trakcie postoju oprawcy rozpoczęli „zmiękczanie” księdza za pomocą pałki. Następny dłuższy postój zaplanowano w jednym ze starych bunkrów wojskowych w rejonie Kazunia. Tutaj ludzie Piotrowskiego kontynuowali działania, jeszcze bardziej brutalnie. Nad ranem półprzytomnego księdza przejęła inna grupa operacyjna. Kpt. Piotrowski ze swoimi kompanami wracał do Warszawy wściekły z powodu „operacyjnego” niepowodzenia i pełen obaw co do dalszych losów przedsięwzięcia. Tymczasem ksiądz znalazł się w rękach innego zespołu. Czy była to jakaś grupa z kontrwywiadu lub wywiadu wojskowego, czy była to inna grupa operacyjna MSW? Poszlaki uzyskane w śledztwie wskazują na „wojskowych”, którzy na prośbę gen. Kiszczaka śledzili wszelkie działania grupy kpt. Piotrowskiego od momentu mszy w kościele toruńskim.


Grupa kpt. Grzegorza Piotrowskiego uprowadziła ks. Popiełuszkę wieczorem 19 października 1984 r. w okolicy Górska na trasie Toruń – Warszawa. Wepchnęli kapłana do bagażnika swojego fiata 125p i pojechali w kierunku Torunia. Podczas dwóch postojów – w ruinach zamku toruńskiego i następnie w starym bunkrze wojskowym w okolicy Kazunia – rozpoczęli brutalne „zmiękczanie” księdza za pomocą pałki.

Kiedy ksiądz zakończył życie?
Jak wyglądały losy księdza w następnych dniach i kto dalej się nim „zajmował”? Na pewno kontynuowano brutalny proces werbunku, nie stroniąc od bicia i grożenia śmiercią. Poszlaki wskazują także, że w dniach 20-25 października ksiądz mógł przebywać na terenie jednej z sowieckich jednostek w rejonie Kazunia, gdzie znajdowała się m.in. ekspozytura KGB.

W tym czasie kilkadziesiąt tysięcy ludzi resortu przeczesywało okoliczne tereny, mając do dyspozycji wszelkie środki, jakimi dysponowało wówczas Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Trwały akcje poszukiwawcze o krypt. „Przeszukanie” i „Sutanna”. Komunikaty radiowe i telewizyjne informowały o zaginięciu księdza, tak jakby władza zupełnie nie wiedziała, co się stało. 20 października organy ścigania szukały sprawców
7) porwania, gdy tymczasem poruszali się oni w gmachu MSW przy ul. Rakowieckiej. Był to pierwszy element kłamstwa ze strony MSW i gen. Kiszczaka.
Jak wyglądała styczność księdza z radzieckimi towarzyszami z KGB, tego nie wiemy i prawdopodobnie już się nie dowiemy.

Odnalezione ciało księdza jednoznacznie wskazywało, że był on fizycznie maltretowany znacznie dłużej, niż mógłby to robić Grzegorz Piotrowski ze swoimi kompanami. Dotychczasowe ustalenia wskazują, że 25 października 1984 r. ks. jeszcze żył. W tym właśnie dniu u lekarza leczącego kapłana pojawiło się dwu osobników z MSW z zapytaniem, jakie leki brał ksiądz i jakie dawki, sugerując zarazem, że wszystko jest z nim w porządku. Przerażona pani doktor udzieliła niezbędnych informacji tajemniczym osobnikom.
Kiedy więc ksiądz zakończył życie? Wiele poszlak wskazuje, że miało to miejsce 25 października 1984 r. Wątpliwości mogą dotyczyć jedynie godziny zgonu. Prof. André Horve z jednego z uniwersytetów paryskich sugeruje również datę po 25 października 1984 r., opierając swój pogląd na podstawie oględzin zdjęć zwłok ks. Popiełuszki, jakie zdobył „Paris Match”. Prof. Horve wskazuje jednocześnie na wiele innych obrażeń księdza, których nie podano w oficjalnych komunikatach. Krótko mówiąc, jego opinia kwestionuje ustalenia prof. Marii Byrdy, która prowadziła oględziny medyczne zwłok księdza.

Gen. Kiszczak: „Dziś musi się znaleźć”
26 października ludzie gen. Kiszczaka lokalizują zwłoki w Wiśle po raz pierwszy. Fakt ten potwierdza zeznanie jednego z prokuratorów, któremu wydano polecenie wyjazdu i przeprowadzenia czynności na miejscu zdarzenia. Wówczas zwłoki księdza zostały wydobyte z wody i poddane oględzinom przez medyka, czego nie ujawniono na procesie toruńskim, następnie z powrotem wrzucone do Wisły. Szef Biura Śledczego MSW płk Zbigniew Pudysz konsultuje sprawę publicznego ujawnienia zwłok księdza i dalszych szczegółów związanych z kierunkiem śledztwa.
30 października gen. Kiszczak przylatuje helikopterem na tamę we Włocławku wraz ze swoim orszakiem i buńczucznie oznajmia zebranym ekipom poszukiwawczym: „Dziś musi się znaleźć”. Do akcji ruszają płetwonurkowie, którzy mają ujawnić i wydobyć zwłoki. Lokalizacja i wydobycie ciała księdza 30 października 1984 r. są również scenariuszem w detalach skonstruowanym przez MSW. Wystarczy wspomnieć, że inna ekipa nurków ujawniła zwłoki księdza w wodzie, a inna je wydobyła. Jeszcze przez wiele lat biorący udział w akcji płetwonurkowie będą poddawani naciskom ludzi gen. Kiszczaka. Nawet po 1989 r. wielu z nich będzie się bało złożyć zeznania przed prokuratorem prowadzącym śledztwo, obawiając się o swoje życie. Wersję odnalezienia zwłok księdza uzupełnia fakt, że ani Piotrowski, ani jego koledzy nie byli w stanie na procesie toruńskim precyzyjnie określić miejsca ich porzucenia. Leszek Pietrzak

BŁ KSIĄDZ JERZY POPIEŁUSZKO (1947–1984)
Ksiądz Jerzy Popiełuszko urodził się 14 września 1947 roku w Okopach k. Suchowoli na ziemi białostockiej, w święto Podwyższenia Krzyża Świętego. Był czwartym dzieckiem w rodzinie państwa Marianny i Władysława Popiełuszków. Dwa dni później został ochrzczony w kościele parafialnym w Suchowoli. Matka jeszcze w stanie błogosławionym ofiarowała Go na służbę Bogu.
24 czerwca 1965 r. – Prymas Polski ks. kard. Stefan Wyszyński przyjmuje Go do Warszawskiego Wyższego Seminarium Duchownego.
1966-1968 – jako alumn odbywa służbę wojskową w specjalnej jednostce dla kleryków w Bartoszycach.

28 maja 1972 r. – przyjmuje święcenia kapłańskie z rąk ks. kard. Wyszyńskiego w katedrze św. Jana Chrzciciela w Warszawie. Przyjmuje funkcję wikariusza w parafii Świętej Trójcy w Ząbkach

20 maja 1980 r. – rozpoczyna posługę w parafii św. Stanisława Kostki w Warszawie na Żoliborzu.
31 sierpnia 1980 r. – strajk w Hucie „Warszawa”. Ksiądz Jerzy odprawia tam Mszę św. na prośbę ks. kard. Wyszyńskiego.

17 stycznia 1982 r. – po raz pierwszy przewodniczy Mszy Świętej za Ojczyznę w kościele św. Stanisława Kostki.

18 września 1983 r. – organizuje pierwszą pielgrzymkę ludzi pracy na Jasną Górę.

19 października 1984 r. – uprowadzenie przez funkcjonariuszy SB
30 października 1984 r. – ciało Kapłana zostaje wydobyte z Zalewu Wiślanego we Włocławku.

3 listopada 1984 r. – w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie odbywa się pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki.

6 czerwca 2010r, w WARSZAWIE – ODBYŁA SIĘ BEATYFIKACJA KS. JERZEGO POPIELUSZKI

Źródło:

http://poznajmy-prawde.blog.onet.pl/Nieznane-fakty-dot-smierci-ks-,2,ID437997262,n

Posted in Afery i przekręty, Historia, Religia, Święci obok nas | Otagowane: | Leave a Comment »

Nieobecni są najbliżej.

Posted by tadeo w dniu 29 listopada 2011

Przewodnik KatolickiKatarzyna Jarzembowska

Czasem zostają po nich strzępy notatek, jakiś sweter lub szalik, fotel powycierany na łokciach, zdjęcie z twarzą bez rumieńca, obrączka… Zmarli wcale nie odchodzą. Oni tylko „wymykają się naszym oczom”.

Lubię wiersze ks. Twardowskiego. Trzymam kilka tomików na szafce przy łóżku, nie obawiając się, że jakieś nadęte słowa wykipią nocą spomiędzy sfatygowanych kartek. W Abecadle dziewięćdziesięciolatka – tam, gdzie mowa o umieraniu – znajdują się jedne z piękniejszych wersów. Że śmierć jest miłości potrzebna. Że jak sól ją utrwala. Że ukochani umarli są blisko i we śnie na palcach podchodzą. Poezja… Niestety, w prozie życia trudno uwierzyć (tak bez zdradzieckiej nutki zwątpienia), że śmierć nie jest naszym wrogiem, że można na nią spojrzeć w duchu nadziei, a nie jak na katastrofę, która zdarza się zawsze w niewłaściwym miejscu.

Kiedy podczas przysięgi małżeńskiej mówi się o tym, że „cię nie opuszczę aż do śmierci”, to ten kres nie mieści nam się w głowie. Po prostu. Potem obrączka matowieje – polerowana na kolejne „lecia”. Ile ich będzie? Dla niektórych kilka, dla innych kilkadziesiąt. Póki nie staniesz się wdową. Lub wdowcem.

Podjęłam dzieło męża

– Mąż był geografem – wspomina Hanna Marchlik. – Poznaliśmy się na balu biologów, chociaż ani ja, ani on nie lubiliśmy tańczyć. Właściwie Tadeusz znalazł się na tym balu przypadkiem – koledzy przyszli w garniturach, a on – dość oryginalnie – w swetrze… Był z urodzenia chełmianinem, ja urodziłam się w Bydgoszczy, choć moja rodzina pochodziła także z tamtych stron. No i na parkiecie zgadaliśmy się, że może warto się bliżej poznać, skoro mamy nieomal wspólne korzenie. Tak się zaczęło: na balu biologów, podczas tańca, który nam nie wychodził… Za rok trafiliśmy na bal geografów. W ogóle muszę się pochwalić, że mąż w 1970 r. był najlepszym studentem na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Imponował mi swoją wiedzą. Był bardzo oczytany. Nasz dom jest zresztą w dalszym ciągu wypełniony książkami. Biblioteczka domowa liczy… jakieś 2 tys. tomów.

Staż małżeński Hanny i Tadeusza to  24 lata. Zawsze wszystko robili razem: planowali, pracowali, wypoczywali, podróżowali. Chociaż rachunki i rozliczenia podatkowe były osobistą pasją Tadeusza – żona patrzyła na „papiery” z dużą dozą nieufności. Rok 1995 zamknął pewien etap jej życia. Jej i dwóch dorastających córek (miały wtedy 14 i 16 lat). – Mąż bardzo krótko chorował, więc nie miałam czasu na refleksję: co by było, gdyby…

Pierwsze tygodnie były bardzo trudne, ale dużo dała mi modlitwa. Nie pozwoliła zwątpić. Miałam również dzieci, o które musiałam zadbać. Właściwie… nie było czasu na to, żeby wylewać łzy. Człowiek z zapuchniętymi oczami jest zmęczony i gorzej funkcjonuje. Niektórzy radzili mi zostać w domu. Uporać się z bólem w czterech ścianach. Nie brałam tego pod uwagę. Za dużo rzeczy było do zrobienia.

Hannę wspierał jej ojciec – potem dowiedziała się, że trochę wątpił w to, że sama da sobie radę. Chociaż jego matka – też jako wdowa – wychowywała sześcioro dzieci. – Pomyślałam, że nie ja jedna straciłam męża, że takich jak ja są tysiące. To – w jakimś sensie – podtrzymywało mnie na duchu. Miałam wtedy 47 lat. Owszem, stało się coś dramatycznego, ale wiedziałam, że trzeba iść naprzód. To przekonanie dała mi wiara, która nie jest przecież wiarą człowieka smutnego, tylko radosnego. Bo śmierć tak naprawdę niczego nie kończy…

Tadeusz Marchlik był człowiekiem czynu – angażował się w życie parafialne, społeczne, polityczne… Był pierwszym redaktorem gazetki „Wspólnota”, która ukazuje się do dziś w bydgoskiej parafii Chrystusa Króla, piastował stanowisko przewodniczącego zarządu wojewódzkiego Stowarzyszenia Civitas Christiana, w 1989 r. uzyskał mandat posła na sejm kontraktowy.

– Po śmierci męża ksiądz proboszcz zapytał mnie, czy nie chciałabym kontynuować jego dzieła. Odpowiedziałam mu wówczas, że taka dobra to nie jestem… Przez pierwsze miesiące chciałam ochłonąć po tej stracie. Ale w miarę upływającego czasu docierała do mnie konieczność „przejęcia pałeczki” i ocalenia tego, co zapoczątkował. Jedna z pierwszych próśb dotyczyła udziału w komitecie organizacyjnym  III Biegu Sztafetowego im. ks. Jerzego Popiełuszki. Miałam też napisać reportaż z trasy. Wcześniej zajmował się tym Tadeusz i choć towarzyszyłam mu w poprzednich biegach, nie byłam przekonana, że zrobię to tak dobrze jak on. To była moja pierwsza „wdowia aktywność”.

Tadeusz Marchlik na rok przed śmiercią rozpoczął w gazecie redagowanie działu komentatorskiego „Widziane z Błonia”. W 1994 r. – kiedy Akcja Katolicka w Polsce nie była jeszcze erygowana – na pierwszej stronie jednego z numerów napisał tekst W kierunku Akcji Katolickiej. Hanna nosi go do dziś jako „osobistą relikwię”. Nic więc dziwnego, że kiedy dwa lata później proboszcz ogłosił, że poszukuje osób chętnych do współtworzenia grupy inicjatywnej, zgłosiła się i ona. – Po prostu wiedziałam, że gdyby mąż żył, to na pewno by poszedł. Więc nie mogłam nie podjąć pewnych rzeczy – także w jego imieniu. Mój udział w życiu Kościoła stawał się naturalny. Dzisiaj działam w szeregach Akcji Katolickiej i Civitas Christiana. Poza tym… lubię podróżować. Uczę się języka hiszpańskiego i – w miarę możliwości – odwiedzam Hiszpanię, gdzie mieszka młodsza córka. Chciałabym również wrócić do malowania. Czuję, że jakieś furtki są wciąż otwarte.

Powtórne zamążpójście? Tego nie brała pod uwagę… Może w początkowym okresie – i to tylko dlatego, że nie potrafiła samodzielnie zrobić wielu – typowo męskich – rzeczy. Nie oglądała się jednak za nikim. – Postanowiłam, że nawet gdyby ktoś bardzo interesujący starał się o moje względy, to nie. Trzymałam na dystans potencjalnych kandydatów, ostentacyjnie nosząc obrączkę…

Nosi ją do dziś.

Dlaczego tak szybko?

Zdzisław Marach poznał żonę – jak to zazwyczaj bywa – przez przypadek. Właśnie wrócił z wojska. Jego matka i Halinka razem pracowały. – Pamiętam tę wycieczkę zakładową do Kórnika, jakby to było wczoraj… W drugim autokarze jechała dopiero co poznana dziewczyna, która w sierpniu 1973 r. została moją żoną. Ks. Paweł Matausz, który udzielał nam ślubu, powiedział, że najlepiej jest, kiedy żona męża, a mąż żonę poznaje przez całe życie. Perspektywa każdego kolejnego dnia, który może przynieść coś nowego, wnosi do małżeństwa jakąś świeżość. Tak było z nami. Ponadto zawsze łączyła nas wspólna droga. Nigdy nie musieliśmy stawać obok siebie i zastanawiać się, w którą stronę pójść. To było najwspanialsze, a potem najtrudniejsze w tym rozstaniu…

Pierwsze myśli po śmierci? Na pewno pytanie: dlaczego tak szybko? Choroba nie dawała sygnałów, że Halina może odejść w niespełna 23 dni od momentu zawiezienia do szpitala. Miała 58 lat. – Nie mogłem uwierzyć w to, co się stało. Co dalej? – pytałem sam siebie. Wszystkie najdrobniejsze rzeczy w domu przypominały żonę. Wydawało się, że nie sprostam obowiązkom, które ona na co dzień wykonywała. To była dla mnie bariera nie do pokonania. Jednak czas pokazał, że ze wszystkim można się uporać. Z perspektywy ponad trzech lat widzę, że często nie docenia się codziennego – wydawałoby się zwyczajnego – wysiłku drugiego człowieka. Trzeba zachować równowagę – pomagać sobie w najdrobniejszych pracach, chociażby w opłatach rachunków, czego zawsze pilnowała żona. Potem takie niby drobiazgi mogą nas przerosnąć…

Odejście najbliższej osoby jest pewną cezurą – momentem granicznym wyznaczającym koniec jednej i początek następnej epoki. Czy gorszej? Na pewno innej – uszczuplonej przez nieobecność tego kogoś, ale bogatszej w nowe relacje z innymi ludźmi. – Po śmierci żony nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Szukałem zajęć, które by zagłuszyły i wypełniły pustkę. Postanowiłem, że nie będę siedzieć w miejscu. Pierwszym wyzwaniem był wyjazd do Wilna – do Ostrej Bramy. Znalazłem się blisko Matki Bożej. Przemyślałem parę spraw. Potem wziąłem kurs na Suwałki – rodzinne strony mojej żony. Znalazłem tam prawdziwe wsparcie, na które ciągle mogę liczyć. Wielką pociechą są również wnuki. To esencja życia.

Zdzisław Marach podkreśla, że czas jest mimo wszystko najlepszym lekarstwem. Goi rany. Czy rozgląda się za „towarzystwem”? Myśli o kolejnym związku są jeszcze za trudne. Nie mógłby stanąć przy ołtarzu, ale… – Coś z tym życiem trzeba zrobić. Nie wystarczą tylko wyjścia do teatru czy opery. Człowiekowi jest potrzebna kłótnia i godzenie się. Te drobne codzienne okruchy, których smaku – za życia bliskich – tak często nie doceniamy…

Ślub po raz drugi

Leszek był starszy od Małgorzaty (nie chce ujawniać nazwiska) o dwa lata. Poznali się w technikum rolniczym. – Chciałam być gwiazdą. Wybrałam się pierwszy raz na wieś w obcasach. A tu śnieg i zaspy po kolana. On przyjechał po mnie… traktorem. Był po prostu wspaniały – pracowity, wyrozumiały, bezkonfliktowy. Zostaliśmy małżeństwem w lipcu 1981 r.

Leszek zachorował na ziarnicę złośliwą w 1993 r. Mimo zastosowanej chemii jego stan z tygodnia na tydzień się pogarszał. Zmarł dwa lata później. Miał 35 lat. Małgorzata – 33. Osierocił dwoje kilkuletnich dzieci. – Mój świat się zawalił. Na szczęście, nie do końca legł w gruzach – a to jedynie za sprawą życzliwych ludzi – rodziny i przyjaciół. To oni wspierali mnie przez pierwsze lata, również materialnie. W natłoku codziennych obowiązków zadawałam sobie standardowe pytanie: dlaczego ja?

Obraziłam się na Pana Boga. Chodziłam do kościoła, ale… czułam się pokrzywdzona. No i siedziałam na cmentarzu – dziewczynki mogły wtedy porozmawiać z tatą. To był ciężki czas. Jednak musiałam żyć dalej.

Małgorzacie nie brakowało mężczyzny. Może tylko było jej smutno, kiedy córki wychodziły na plac zabaw lub szły na noc do babci, a ona zostawała sama. Wtedy gryzła samotność. Niby ma się znajomych, ale przecież oni też żyją swoim życiem. Ile można się narzucać?

Andrzej zaglądał do przychodni, w której pracowała. Też był wdowcem. Jego żona zginęła tragicznie w wypadku samochodowym. Został sam z dwójką synów. Poznali się w maju 1998 r. i na początku wcale nie myśleli o małżeństwie. Bali się reakcji dzieci – czy zaakceptują ich i siebie nawzajem. – Jesteśmy osobami wierzącymi i takie życie ze sobą bez sakramentu było… niezręczne. Mieszkaliśmy w centrum – na terenie parafii katedralnej. Dzieci udzielały się w kościele – chłopcy byli nawet lektorami. No i przyszła pierwsza wspólna kolęda. Na szczęście, trafiliśmy na wspaniałego księdza, który zapytał… czy mamy zamiar odwiedzić kancelarię parafialną. Odpowiedzieliśmy, że tak. Zbliżał się również czas Pierwszej Komunii Świętej naszych najmłodszych dzieci. Czuliśmy, że trzeba coś z tym zrobić, żeby być w porządku wobec siebie i Boga. Ślub odbył się 9 kwietnia 1999 r.

Potem wcale nie było łatwo. Małgorzata przyznaje, że zdarzały się i trudne dni. Przerastał ją ogrom obowiązków. Do pracy zawodowej doszedł jeszcze etat w domu – trzeba było zająć się czwórką dzieci. Ugotować, wyprasować, posprzątać, sprawdzić lekcje. Warto było. Dzisiaj jest szczęśliwa.

Dagmara, córka Małgorzaty i Leszka, pamięta tatę. – Dobry, wyrozumiały, mądry. Wyjątkowy – wylicza. Pamięta też mamę – zapracowaną, ale też skupioną na dzieciach. – Najpierw była praca, a po niej już tylko my. Kiedy zabrakło taty, mama starała się tak nam wypełnić czas, byśmy nie czuły jego nieobecności. Marzyłam wtedy o rowerze. Z pensją mamy i naszą rentą po tacie nie było to łatwe. Jednak kiedy wróciłam z wakacji, na balkonie zobaczyłam nie jeden, a trzy rowery! Mama kupiła je dla nas i dla siebie – żebyśmy mogły razem spędzać czas.

W ogóle Dagmara dużo pamięta – także pierwsze spotkanie z Andrzejem. – To, co mnie uderzyło, to ogromne podobieństwo do mojego taty. Długo nie mogłam zasnąć. Mama przygotowywała nas, że to coś poważniejszego. Nie chciałam, żeby była sama. Życie zbyt szybko ucieka, a samotność to niekoniecznie dobra sprawa…

Z tą samotnością – także wdowią – bywa różnie. Często budzi się niepokój: co ja sama lub sam zrobię w pustym domu? Ale – jak podejmuje wątek ks. Twardowski – w tym lęku jest nasz upadek. „Bo samotność rozpoczyna się nie wtedy, kiedy ludzie od nas odchodzą, ale kiedy my odchodzimy od ludzi”.

Z wiary wypływa nadzieja

Ks. Janusz Tomczak, proboszcz bydgoskiej parafii św. Jana Apostoła i Ewangelisty, w której działa duszpasterstwo wdów i wdowców:

Okres żałoby może stać się przeraźliwym krzykiem gniewu wypływającym z poczucia zranienia, skrzywdzenia, odsunięcia na bok, uznania bezwartościowości, pozbawienia należnego uznania. Krzyk ten jest tym bardziej zasadny, gdy taka osoba ma poczucie, że jej „wnętrze” – mimo zaistniałej sytuacji – jest jeszcze pełne energii. Energia ta, niestety, nie ma już celu, do którego mogłaby dążyć. Dlatego do codziennego życia coraz częściej zakrada się nuda, która staje się udręką. Jest to czas ogołocenia i strat. Rodzi się poczucie coraz większych ograniczeń. Wielu czuje, że musi się wycofać i zgodzić na życie w odcięciu od świata, bez wsparcia uczuciowego czy duchowego. A przecież człowiek poczyna się i rodzi do życia we wspólnocie. Jeżeli brakuje mu ludzi, z którymi mógłby tworzyć więzi, wtedy coraz bardziej odchodzi z tego świata – w świat urojeń, wspomnień, a wreszcie w świat wieczności. Często logiczne argumenty i zdrowy rozsądek nie pomagają przeżyć trudnego okresu straty – czasu żałoby.

Dlatego wiara odkrywana na nowo w duszpasterstwie wdów i wdowców, niczym cieniutka nić, daje nadzieję, która pozostaje i trwa. Pomaga odkryć inną radość, inną pełnię, pomimo poczucia żałoby. Nie ma już konieczności udowadniania komukolwiek czegokolwiek, wkładania masek, z którymi później trudno żyć, grania kogoś zupełnie obcego. Odkrycie, że jestem słaby i nie muszę udawać kogoś innego – mocnego, wyzwala i przenosi na grunt wyciszenia. Odnajduje się wtedy to, co się zgubiło, dążąc – na przykład – do władzy i sukcesu. Dzięki jedności z Bogiem można przetrwać trudne momenty, okresy wyrzeczeń, smutku i żałoby. Jeżeli całe życie uczę się przyjmować różne straty, także te niewielkie, gdy jestem „adeptem małej szkoły podnoszenia się z codziennych utrapień”, dużo łatwiej podjąć trud wielkiej straty. Powoli też widzę, że mogę stworzyć wspólnotę małżeńską z inną osobą, co jest możliwe pomimo balastu życiowych cierpień. Mogę podjąć się zadania stworzenia katolickiego małżeństwa z drugim człowiekiem. Pomocą w rozwianiu wątpliwości może być szczera rozmowa z duszpasterzem w biurze parafialnym lub podczas spowiedzi.

Prof. Aleksander Araszkiewicz, kierownik Katedry Psychiatrii Collegium Medicum UMK, członek Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego:

– Osamotnienie jest jednym z bardzo istotnych czynników, które zwiększają ryzyko choroby w postaci depresji czy nawet zaburzeń psychotycznych. Jeżeli ktoś żyje kilkadziesiąt lat z drugą osobą i w pewnym momencie zostaje sam, to traci grunt pod nogami. Ten aspekt osamotnienia jest niezwykle dramatyczny.  Samobójstwa w wieku podeszłym (a ich liczba jest dość wysoka) dokonują się najczęściej wśród osób samotnych – po stracie. Postronnym obserwatorom trudno uwierzyć, jak głęboko może przeniknąć ból i jak obezwładniający może być brak perspektyw na dalsze życie – już bez tego drugiego człowieka. Z różnorodnych danych wynika, że kobiety łatwiej radzą sobie ze stratą niż mężczyźni. Jest to nawet taki polski syndrom – mężczyźni gorzej znoszą stan rozpaczy i osamotnienia, są bardziej nieporadni, co w konsekwencji doprowadza do depresji, a nawet śmierci. Bywa i tak, że rok po śmierci żony umiera mąż. To znaczy – wszystkie mechanizmy aktywizujące, które dotąd normalnie funkcjonowały, teraz wręcz przyspieszają proces starzenia się, wyłączenia i w konsekwencji – śmierć. Czyli – odchodzę za swoją żoną, bo bez niej nie mogę dalej żyć. Nie w rozumieniu jakiegoś zamachu na życie, ale w pojęciu filozoficznym – nie mam po co żyć, bo moje życie było związane tylko z nią.

Posted in Małżeństwo i rodzina, POLECAM, Religia, Reportaż, Wspomnienia | Leave a Comment »

Już czas! – komentarze na każdy dzień adwentu

Posted by tadeo w dniu 29 listopada 2011

Fabian Błaszkiewicz SJ – pisarz, rekolekcjonista. Ekspert w dziedzinie rozwoju osobistego, motywacji i osiągania sukcesów. Duszpasterz młodzieży, artystów i biznesmenów. Założyciel wspólnoty Magis w Nowym Sączu. Muzyk, performer, DJ.

Więcej: Już czas!

 

Posted in Filmy religijne, Religia | Leave a Comment »

Na szlaku życia św. Siostry Faustyny

Posted by tadeo w dniu 29 listopada 2011

 

Na szlaku życia św. Siostry Faustyny

        Szlak  życia św.  Siostry Faustyny obejmuje miejscowości i najważniej- sze miejsca, w których przebywała Apostołka Bożego Miłosierdzia. Nawie- dzają je pielgrzymi, by dotknąć miejsc naznaczonych jej obecnością i prze- żyć spotkanie  ze  Świętą,  z  jej  doświadczeniem Boga i  przykładem  życia i misją głoszenia orędzia Miłosierdzia.

Mapa

Możesz przejść do wybranego miejsca na szlaku:
Głogowiec – Świnice
Aleksandrów Łódzki
Łódź
Ostrówek gm. Klembów
Warszawa
Skolimów
Kraków
Kiekrz
Płock – Biała
10 Częstochowa
11 Wilno
12 Walendów – Derdy
13 Rabka

1. GŁOGOWIEC – ŚWINICE

        Głogowiec

 Na pograniczu Wielkopolski i Ma- zowsza, w okolicach Łęczycy, par. Świnice Warckie, znajduje się wieś Głogowiec. Tutaj Marianna i Stani- sław Kowalscy zakupili kilka mor- gów pola od  państwa  Olejniczaków i 1900 roku pobudowali, z charak- terystycznego dla tej okolicy ka- mienia rożniatowskiego, skromny, parterowy  dom  i  zabudowania  gospodarcze.  W  domu była tylko jedna iz- ba, sień i kuchnia, która w zimie służyła także jako warsztat ciesielski ojca. W tym małym, ciasnym, ale własnym domu przyszło na świat dziesięcioro dzieci, a wśród nich Prorok naszych czasów niosący światu orędzie Miło- sierdzia.
Rodzina  Kowalskich  utrzymywała się z niewielkiego gospodarstwa rol- nego i pracy ciesielskiej ojca. Choć w domu żyło się bardzo skromnie i na wiele rzeczy nie było pieniędzy, to nie brakło ich na rzeczy potrzebne do życia duchowego: w izbie na naczelnym miejscu był ołtarzyk z pasyjką i fa- jansowymi figurkami Serca Jezusa i Maryi, święte obrazy na ścianach oraz niewielka biblioteczka z książkami religijnymi. Pan Bóg w tym domu był na pierwszym miejscu, co wyrażało się nie tylko w wystroju domu, ale przede wszystkim w codziennym życiu rodziny: w modlitwie, pracy i świadectwie życia rodziców. W takiej atmosferze wzrastała Helenka Kowalska, która wyniosła z domu nie tylko umiejętność pracy, ale także, a może przede wszystkim wiarę, miłość do Boga i drugiego człowieka.
Dzisiaj rodzinny dom św. Siostry Faustyny należy do parafii. Urządzono w nim muzeum, w którym zgromadzono przedmioty, mające oddać klimat tamtych czasów i życia rodziny Kowalskich. Zabudowania gospodarcze i te- ren wokół domu przystosowano dla potrzeb pielgrzymów.

        Świnice Warckie

         Z Głogowca  do kościoła para- fialnego w Świnicach Warckich jest około dwa kilometry. To stara para- fia, licząca ponad 700 lat. Jej zało- życielem, fundatorem pierwszego kościoła i całej wsi był arcybiskup gnieźnieński  Jakub  Świnka,  jedna z najwybitniejszych postaci śred- niowiecza. W okresie rozbicia dziel- nicowego zasłynął jako obrońca polskości; polecając duchowieństwu, aby kazania i modlitwy z ludem odprawiane były w języku ojczystym.
Pierwsza wzmianka o Świnicach  pochodzi z 1301 roku. Wieś położona blisko szlaków handlowych dość dynamicznie musiała się rozwijać, skoro już w roku 1458 określano ją jako miasto, które posługiwało się herbem rodowym Jakuba Świnki, znanym w wielu krajach Europy. Herb ten przedstawia rękę dziewczyny w paszczy dzika, a legenda wyjaśnia, że tą dziewczyną była sarmatka, która w Rzymie za wiarę chrześcijańską została skazana na pożarcie przez zwierza, ale rozerwała mu paszczę i w ten sposób ocaliła swe życie. Poza tą wzmianką Świnice zawsze występowały jako wieś. W XIX wieku do nazwy dodano drugi człon: Warckie, ze względu na bliskość rzeki Warty i przynależność do powiatu warckiego. Wieś do początku XVI wieku należała do arcybiskupów gnieźnieńskich, a potem do kilku rodów, między innymi do Byszewskich, Umińskich, Świnickich i Zarębów.
Pierwszy drewniany  kościół pod wezwaniem św. Gotarda został wznie- siony przypuszczalnie już 1300 roku z fundacji abpa Jakuba Świnki. W roku 1592 zastąpiono go nowym, również drewnianym, a w roku 1828 pobudowano trzeci kościół, który w kilka dni po poświęceniu spłonął wraz z plebanią, dzwonnicą, schroniskiem dla starców i zabudowaniami gospodarczymi. Odtąd na 30 lat Świnice przyłączone zostały do sąsiedniej parafii, a na miejscu była tylko mała kaplica.
Obecny kościół pod  wezwaniem  św.  Kazimierza  królewicza,  ufundo- wany przez ówczesnego właściciela Świnic Kazimierza Karwowskiego i para- fian, pochodzi z 1859 roku. W prezbiterium i jednonawowym wnętrzu kościoła są trzy barokowe ołtarze. W ołtarzu głównym jest obecnie obraz Jezusa Miłosiernego (dar stowarzyszenia „Faustinum”), a wcześniej był obraz Matki Bożej  Częstochowskiej,  który  przeniesiono  do  lewego bocznego ołtarza. W ołtarzu bocznym po prawej stronie umieszczono obraz św. Siostry Faustyny, a obraz patrona kościoła, św. Kazimierza, przeniesiono do górnej części tego ołtarza. Przy tym ołtarzu znajduje się ozdobny relikwiarz św. Siostry Faustyny i chrzcielnica, przy której została ochrzczona.
W tym kościele Helenka Kowalska modliła się, uczestniczyła w Eucha- rystii, nabożeństwach z wystawieniem Najświętszego Sakramentu i przystę- powała do spowiedzi. Zachował się konfesjonał, który jest niemym świadkiem jej dziecięcych spotkań z Bogiem w tym sakramencie miłosierdzia. Gdy miała 7 lat, w tej świątyni w czasie nieszporów doświadczyła po raz pierwszy w sposób namacalny miłosiernej miłości Boga, co po latach odczytała jako wezwanie do służby Bożej. Kiedy jako zakonnica odwiedziła ciężko chorą matkę, przybyła też do tej świątyni. Jak bardzo się mogłam modlić w tym kościółku – zapisała w „Dzienniczku” – Przypomniałam sobie wszystkie łas- ki, które w tym  miejscu otrzymałam, a których wówczas nie rozumiałam i tak często nadużywałam; i dziwiłam się sama sobie, jak mogłam być tak zaśle- piona. Kiedy tak rozważałam i ubolewałam nad swoją ślepotą, nagle ujrzałam Pana Jezusa jaśniejącego pięknością niewymowną – i rzekł do mnie łaska- wie: „Wybranko Moja, udzielę ci jeszcze większych łask, abyś była świad- kiem przez całą wieczność nieskończonego miłosierdzia Mojego” (Dz. 400).
Po beatyfikacji i kanonizacji Siostry  Faustyny wzrosło  zainteresowanie jej rodzinnymi stronami. 25 września 2002 roku ordynariusz włocławski bp Bronisław Dębowski podniósł kościół parafialny do rangi diecezjalnego sanktuarium Chrztu i Narodzin św. Siostry Faustyny. W 2005 roku rozpoczęto rozbudowę kościoła, w pobliżu którego Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia wybudowało klasztor kontemplacyjny, aby w nim spełniło się jej pragnienie głoszenia światu orędzia o miłości miłosiernej Boga do człowieka przez modlitwę i ofiarę.

s. M. Elżbieta Siepak ZMBM

——————————-
„Orędzie Miłosierdzia”, nr 61 (2007), s. 10-11

powróć do góry – menu szlaku

2. ALEKSANDRÓW ŁÓDZKI

 Okolica miasteczka szczyci się dość długą i ciekawą historią, a na- wet  prehistorią  sięgającą ok. 6000 lat p. n. e., o której mówią odkrycia archeologów. Nas interesuje powsta- nie samego miasta i jego życie na początku XX wieku, gdyż właśnie wtedy przebywała w nim Helenka Kowalska.
Założycielem  miasta  był  Rafał  Bratoszewski,  polski  szlachcic herbu Sulima, który około 1798 roku kupił dobra ziemskie w Brużycy Wielkiej nieopodal Zgierza i na nieurodzajnej, piaszczystej i słabo zalesionej części tych dóbr, na wzgórzu przy drodze Zgierz – Lutomiersk około roku 1816 postanowił założyć nową osadę typu miejskiego, nastawioną na produkcję tkanin wełnianych. Zaangażowany przez fundatora Austriak Bernard von Schuttenbach opracował projekt architektoniczny osady tkackiej: wytyczył obszerny rynek z ratuszem i świątyniami oraz sieć prostopadłych ulic z par- terowymi drewnianymi domkami dla tkaczy. W tym samym roku rozpoczęto budowę kościoła katolickiego, który z uwagi na Patrona fundatora miejskiej osady i kościoła (Rafała Bratoszewskiego) otrzymał wezwanie św. Rafała Archanioła. Budowę kościoła ukończono za dwa lata, potem wybudowano ratusz i stopniowo także inne obiekty użytku publicznego (jatki), a także świątynię protestancką, gdyż do Aleksandrowa przybyło wielu osadników niemieckich wyznania ewangelickiego, a także Żydów.
22 marca  1822 roku Rada Administracyjna Królestwa Polskiego nadała osadzie prawa miejskie i nazwę Aleksandrów na cześć panującego wówczas cara rosyjskiego i jednocześnie króla polskiego Aleksandra I, pogromcy Napoleona. Nadanie praw miejskich i herbu (litera „A” na murze = miasto Aleksandra) podniosło rangę osady, która niezwykle dynamicznie się rozwijała (szybciej niż Łódź i Zgierz) jako ośrodek przemysłu tkackiego. Produkowano w nim imponujące ilości sukna, w które zaopatrywało się wojsko, miejscowa ludność i które w znacznych ilościach wysyłano na eksport. Na początku XIX wieku w Aleksandrowie w przydomowych warsztatach pracowało już ponad 200 sukienników, farbiarzy, producentów płótna i tasiemkarzy.
Po śmierci  Rafała  Bratoszewskiego  (1824), właścicielami Aleksandro- wa, dzięki małżeństwu jedynej jego córki Julii, została rodzina Kossowskich herbu Dołęga, która jednak nie dbała o dobro miasta, nie inwestowała w jego rozwój, raczej starała się czerpać z niego jak największe zyski. Także wy- darzenia historyczne, zaangażowanie mieszkańców Aleksandrowa w powsta- nie listopadowe i styczniowe, przyczyniały się do stopniowego upadku mias- ta, co w konsekwencji doprowadziło do utraty praw miejskich w 1869 roku.
Gdy do Aleksandrowa przyjechała  Helenka  Kowalska,  liczył on ponad 8 200 mieszkańców, w tym 34% Polaków, którzy byli katolikami, 37% Niem- ców, przeważnie protestantów, i 29% Żydów, którzy mieli w tym miasteczku ważny ośrodek religijny z siedzibą rabinów chasydzkich – cadyków. Osada po utracie praw miejskich pozostawała nie tyle ośrodkiem przemysłu sukienniczego, co dziewiarsko-pończoszniczego. Od początku powstania miasta używano nazwy: Aleksandrów Fabryczny lub Łęczycki, dopiero od czasu przywrócenia praw miejskich w roku 1924 Aleksandrów zaczęto określać jako Łódzki i tak jest do dzisiaj.

        U państwa Bryszewskich

         Niedaleko od rynku, przy ulicy Parzęczewskiej 30 (dziś 1 Maja 7), zakupili posiadłość państwo Bry- szewscy. W nowym, pobudowanym przez nich domu, na parterze od strony ulicy prowadzili sklep z pie- czywem, a w podwórzu mieli piekar- nię, w której zatrudniali kilku pra- cowników. Obok domu był także niewielki  ogródek,  na  którym   później  dobudowano  drugą  część  domu. W 1915 roku urodził im się jedyny syn Zenon, potrzebowali więc pomocy do prowadzenia domu i opieki nad dzieckiem. Helenka Kowalska przyjechała do nich w 1921 roku z polecenia siostry pani Bryszewskiej, Janiny Ługowskiej, która  dobrze  znała rodzinę  Kowalskich,  gdyż  wraz  z  mężem  mieszkała w przylegającym do Głogowca Rogowie.
Mama w sklepie  załatwiała  klientów  – wspominał po latach Zenon Bry- szewski – a Helenka sprzątała, pomagała gotować, musiała pozmywać, śmieci wyrzucić, wody przynieść, bo wodociągów nie było. Podawała też jedzenie pracownikom piekarni, którzy byli na wyżywieniu rodziców. A jak czas  pozwalał,  to mnie  zabawiała. Pracy  musiała  mieć  bardzo  dużo, bo w domu były cztery izby, sklep i piekarnia. Na ten wolny czas Helenki czekał mały Zenek, który lubił, jak mu opowiadała różne bajki i historie  z  życia, np. o dziedzicu, który po śmierci przychodził i ludzie go widzieli. Siadała wtedy na kozetce, na której spała, w kuchni pod oknem i brała na kolana synka Bryszewskich lub on siadał na małym krzesełku obok niej i tak sobie rozmawiali, a właściwie, to Helenka opowiadała, a Zenek z zadowoleniem jej słuchał. Wieczorem wszyscy klękali do pacierza, a w październiku obowiąz- kowo odmawiali różaniec.
W niedziele  i święta chodzili do kościoła św. Rafała, który wówczas był jednonawowy i nie miał wieży. W tym kościele Helenka Kowalska najprawdopodobniej przyjęła sakrament bierzmowania, gdyż w tym czasie parafię wizytował biskup i przy tej okazji udzielał sakramentu dojrzałości chrześcijańskiej.
Z około rocznym  pobytem Helenki  u  państwa Bryszewskich wiąże się jedno ważne wydarzenie, które w znacznym stopniu wpłynęło na dojrzewanie jej powołania zakonnego. Otóż, pewnego dnia przez okno w kuchni, które wychodziło na podwórze z piekarnią, zobaczyła wielką jasność. Trzeźwo myśląc, sądziła, że się pali i narobiła krzyku właśnie wtedy, gdy piekarze wkładali chleb do pieca. Pracownicy wybiegli, ale alarm okazał się fałszywy, w podwórzu nie było ognia. Helenka jednak mocno to przeżyła, trzeba było wzywać lekarza, a potem dać znać rodzicom. Zaniepokojeni Kowalscy wysłali najstarszą córkę Józefę, by się czegoś więcej dowiedziała. Helenka pytana o to wydarzenie, oświadczyła krótko, że widziała jasność, ale więcej nie chciała mówić. Prosiła tylko,  by powiedzieć  rodzicom, że głupia nie jest i że w tym domu już niedługo zostanie. Rzeczywiście, niedługo po tym wydarzeniu opuściła Aleksandrów i powróciła do Głogowca, by prosić rodziców o pozwolenie na wstąpienie do klasztoru.
Kilka miesięcy po  beatyfikacji Siostry Faustyny, 27 września 1993 roku na domu państwa Bryszewskich umieszczono tablicę upamiętniającą pobyt Helenki Kowalskiej w tym domu, którą ufundował Ksiądz Proboszcz i Czci- ciele.

s. M. Elżbieta Siepak ZMBM

——————————-
„Orędzie Miłosierdzia”, nr 62 (2007), s. 10-11.

powróć do góry – menu szlaku

3. ŁÓDŹ

 Przejdź do łódzkiego szlaku opracowanego na oddzielnej stronie.

powróć do góry – menu szlaku

4. OSTRÓWEK GM. KLEMBÓW

         Helenka  Kowalska   przyjechała do Ostrówka w lipcu 1924 roku. Za- mieszkała w domu państwa Lipszy- ców i pracowała jako pomoc domo- wa. Stąd wyruszała na poszukiwanie klasztoru do Warszawy i tutaj przez rok zarabiała na skromny posag. Pani Aldona Lipszycowa wspominała, że Helenka  wspaniale  wywiązywała  się z powierzonych obowiązków, traktowana była jak członek rodziny, dlatego tak trudno było się z nią pożegnać po roku pracy. Jej osoba zawsze kojarzyła się w tym domu z pieśnią, którą często śpiewała: „Jezusa ukrytego mam Sakramencie czcić”.
Na  Mszę  świętą   i  nabożeństwa   chodziła  do  kościoła  parafialnego w Klembowie. W czerwcu 1925 roku złożyła w nim prywatny ślub czystości. Tak to wydarzenie opisała w „Dzienniczku”: Było [to] w czasie oktawy Bożego Ciała. Bóg napełnił duszę moją światłem wewnętrznym głębszego poznania Go, jako najwyższego dobra i piękna. Poznałam, jak bardzo mnie Bóg miłuje. Przedwieczna jest miłość Jego ku mnie. Było to w czasie nieszporów – w prostych słowach, które płynęły z serca, złożyłam Bogu ślub wieczystej czystości. Od tej chwili czułam większą zażyłość z Bogiem, Oblubieńcem swoim. Od tej chwili uczyniłam celkę w sercu swoim, gdzie zawsze przestawałam z Jezusem (Dz. 16).
Kościół, który pamięta to  wydarzenie,  pochodzi z pierwszej połowy XIX wieku, zbudowany w stylu klasycystycznym w l. 1823-1829 przez gen. Franciszka Żymierskiego, dziedzica dóbr klembowskich, w miejscu świątyni spalonej w czasach insurekcji Kościuszkowskiej. Pierwszy drewniany kościół pod wezwaniem św. Klemensa pochodził z XIV wieku, gdy Klembów należał do Książąt Mazowieckich. W Klembowie od 1862 roku była stacja kolejowa przy linii: Warszawa-Petersburg.
Wieś Ostrówek jest największą miejscowością w gminie Klembów, woj. mazowieckie, powiat wołomiński). Położona jest 36 km od Warszawy na terenie Równiny Wołomińskiej, Kotliny Warszawskiej i Niziny Mazowieckiej wśród lasów, gdzie znajduje się rezerwat dębów „Dębina”. Ostrówek należał do parafii św. Klemensa w Klembowie. Obecnie ma parafię i własny kościół pw. NMP Matki Kościoła, wybudowany w latach 1982-1985.

powróć do góry – menu szlaku

5. WARSZAWA

 W tym mieście można by nawet wytyczyć szlak Apostołki Bożego Miłosierdzia, bo z jej pobytem w sto- licy związany jest nie tylko klasztor Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej  Miłosierdzia przy ul. Żytniej i dawna kaplica Zgromadzenia, a dziś parafia Miłosierdzia Bożego i św. Faustyny, ale także inne miejsca.
W  ogóle  pierwszym  miejscem  w  Warszawie, którego dotknęły stopy Świętej, był dawny dworzec: Warszawa Główna, dziś Muzeum Kolejnictwa (ul. Towarowa 1). Zachowały się w nim m. in. stare rozkłady jazdy, w których można sprawdzić przyjazdy pociągów z Łodzi. W ciągu dnia było ich kilka, bo łączyły wielki ośrodek przemysłowy, jakim była Łódź, ze stolicą kraju. Wszystko wskazuje  na to,  że Helenka Kowalska  przyjechała do Warszawy w 1924 roku pociągiem, który według rozkładu jazdy przyjeżdżał na dwo- rzec Warszawa Główna o  godzinie 1735. Zdaje się to potwierdzać, gdy pisze w  „Dzienniczku”:  Kiedy  wysiadłam  z  pociągu i spojrzałam,  że każdy  idzie w swoją stronę, lęk mnie ogarnął: co z sobą robić? Gdzie się zwrócić, nie mając nikogo znajomego? I rzekłam do Matki Bożej: „Maryjo, prowadź mnie, kieruj mną”. Natychmiast usłyszałam w duszy te słowa, ażebym wyjechała poza miasto, do pewnej wioski, tam znajdę nocleg bezpieczny, co też uczyniłam i tak zastałam, jak mi Matka Boża powiedziała (Dz. 11). Musiała być już wieczorna pora, skoro Matka Boża kierowała ją do wioski na bez- pieczny nocleg.

        W kościele św. Jakuba

         Naprzeciwko  Dworca Głównego przy ulicy Nowogrodzkiej był przystanek Elektrycznej Ko- lei Dojazdowej (EKD), nazywanej też Warszaw- ską Koleją Dojazdową, która w ruchu podmiejs- kim kursowała na trasie: Warszawa Główna, Warszawa Towarowa, Włochy, Utrata, Prusz- ków, przez Milanówek, Grodzisk aż do Skiernie- wic. Helenka Kowalska musiała skorzystać z tej elektrycznej kolei, by wyjechać do  najbliższej  wioski  (do której – nie wiemy), a następnego dnia raniutko wysiąść przy kościele Św. Jaku- ba, przy którym wówczas był jej przystanek. Na drugi dzień raniusieńko – zapisała w „Dzienniczku” – przyjechałam do miasta  i  weszłam  do pierwszego  kościoła, jaki  spotkałam, i zaczęłam się modlić o dalszą wolę Bożą. Msze święte wychodziły jedna po drugiej. Podczas jednej Mszy świętej usłyszałam te słowa: „Idź do tego kapłana i powiedz mu wszystko, a on ci powie, co masz dalej czynić”. Po skończonej Mszy świętej poszłam do zakrystii i opowiedziałam  wszystko,  co  zaszło  w  duszy mojej, i prosiłam o wskazówkę, gdzie wstąpić, do jakiego klasztoru (Dz. 12). Tym kapłanem był ks. Jakub Dąbrowski,  który  wcześniej pracował  w Klembowie i tam przyjaźnił się z rodziną Lipszyców, zamieszkałą w Ostrówku. W cza- sie rozmowy   z   Helenką Kowalską  poradził  jej,  by zatrzymała się właśnie u państwa Lipszyców, którzy potrzebowali pomocy do dzieci, i stamtąd wyru- szała na poszukiwanie klasztoru. Zaopatrzył ją w karteczkę do swoich znajomych, w której napisał, że nie zna jej, ale życzy, żeby się nadała.
Kościół  pod  wezwaniem Św. Jakuba na Ochocie przy ul. Grójeckiej 38 był wówczas w pierwszej fazie budowy, którą rozpoczęto w 1918 roku, po erygowaniu parafii przez abpa Aleksandra Kakowskiego. Kościół, z cha- rakterystyczną wieżą o podstawie kwadratu, według projektu Oskara Sosnowskiego, ukończono w 1939 roku. Świątynia wzniesiona w stylu neoromańskim posiada trzy nawy. Na zakończeniu naw bocznych znajdują się kaplice: Matki Bożej oraz Najświętszego Sakramentu. W czasie Powstania Warszawskiego kościół został znacznie uszkodzony, a podczas bombardowania zginął pierwszy proboszcz parafii ks. Jakub Dąbrowski. Po wojnie kościół został odbudowany i konsekrowany przez kard. Stefana Wyszyńskiego (1960).

        W klasztorze na Żytniej

 W lipcu 1924 roku Helenka Ko- walska trafiła do klasztoru Zgro- madzenia Sióstr Matki Bożej Miło- sierdzia przy ul. Żytniej i po rozmo- wie z przełożoną domu m. Michaelą Moraczewską została wstępnie przyjęta do klasztoru, jednak z po- wodu braku posagu przez rok po- została jeszcze na służbie w Os- trówku u państwa Lipszyców. 1 sierpnia 1925 roku przekroczyła progi klauzu- ry  w  tym  domu,  który był  kolebką  Zgromadzenia.  Tutaj  bowiem m. Tere- sa Ewa z książąt Sułkowskich hrabina Potocka założyła pierwszy Dom Miłosierdzia, który 1 listopada 1862 roku poświęcił abp Zygmunt Szczęsny Feliński. W tym klasztorze Siostra Faustyna spędziła część postulatu, junioratu, III probację; tu zatrzymywała się, gdy zmieniała miejsca pobytu czy przyjeżdżała na rozmowy z przełożoną generalną.
W klasztorze początkowo była drewniana kaplica, która szybko okazała się zbyt mała dla sióstr i wychowanek, dlatego wzniesiono większą – murowaną, która została poświęcona 8 grudnia 1873 roku. To właśnie do tej kaplicy weszła Helena Kowalska, aby zapytać Pana domu tego, czy ją przyjmuje. Jeszcze za życia św. Faustyny, przed wybuchem II wojny światowej, kaplica została gruntownie przebudowana i 6 sierpnia 1938 roku na nowo poświęcił ją bp Stanisław Gall. W roku 1942 w kaplicy został powieszony obraz Jezusa Miłosiernego pędzla Stanisława Batowskiego. Podczas wojny siostry niosły pomoc ludności cywilnej, także pochodzenia żydowskiego,  a  miały  ku  temu  wiele okazji,  bo  klasztor  znajdował  się w sąsiedztwie Getta. Po upadku Powstania  Warszawskiego  na Woli siostry i wychowanki zostały wywiezione do obozów, a klasztor i kaplicę Niemcy doszczętnie spalili. W okresie powojennym władze komunistyczne przez wiele lat nie pozwalały odbudować kaplicy i macierzystego klasztoru Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Kardynał Stefan Wyszyński aktem z 15 grudnia 1980 roku erygował parafię pod wezwaniem Miłosierdzia Bożego i przydzielił jej jako kościół parafialny byłą kaplicę sióstr Zgro- madzenia Matki Bożej Miłosierdzia. W 1998 roku tytuł parafii został posze- rzony o imię błogosławionej, a następnie świętej Faustyny. W prezbiterium kościoła znajduje się obraz Jezusa Miłosiernego, który nawiedził wszystkie parafie archidiecezji warszawskiej przed Wielkim Jubileuszem roku 2000.
Siostry odbudowały również swój klasztor, który nadal  pełni funkcję do- mu generalnego Zgromadzenia oraz domu formacyjnego dla postulatu.

        Na Grochowie

         W 1929 roku Siostra Faustyna została skierowana do powstające- go   drugiego   domu  Zgromadzenia w Warszawie na Grochowie przy ul. Hetmańskiej 44. Tam, wówczas na peryferiach Warszawy, Zgromadze- nie zakupiło dwuhektarową parcelę z  myślą  o  wypoczynku  dla  sióstr i dziewcząt z zakładu przy ul. Żyt- niej.  W 1927 roku  postawiono  prowizoryczny  dom  mieszkalny (baraczek), a potem urządzono ogród i  cieplarnię.  Pomagała  w  tym miejscowa ludność i najbliższy sąsiad Antoni Dobraczyński. Początkowo w domu na Grochowie przebywało na stałe tylko kilka sióstr, a inne siostry i dziewczęta mieszkały w nim okresowo. W czerwcu 1929 roku do pracy w tym domu została przydzielona Siostra Faustyna, która akurat skończyła zastępstwo w kuchni w domu Zgromadzenia w Wilnie. Na Grochowie nie była jednak długo, gdyż już 7 lipca tego roku została wysłana do domu Zgromadzenia w Kiekrzu, by zastąpić w kuchni chorą siostrę. Chociaż w tym domu była tak krótko, to zdążyła sobie zaskarbić serca wychowanek, które obiecywały, że pójdą za nią do kolejnego domu. W „Dzienniczku” Siostra Faustyna opisuje także maleńki epizod, związany z rekreacyjnym wyjazdem do tego domu z klasz- toru przy ul. Żytniej w dzień Bożego Narodzenia (Dz. 42).
Dzisiaj na Grochowie przy ul. Hetmańskiej siostry prowadzą  duży Dom Pomocy Społecznej dla samotnych i starszych kobiet. W kaplicy zakonnej mieści się obraz Jezusa Miłosiernego pędzla Ludomira Ślędzińskiego z 1954 roku, który wygrał konkurs organizowany przez ks. Michała Sopoćkę i został zaakceptowany do publicznego kultu przez Konferencję Episkopatu Polski. Natomiast w Kaplicy Domu Pomocy Społecznej umieszczono obraz beaty- fikacyjny i kanonizacyjny św. Siostry Faustyny pędzla Heleny Tchórzewskiej.

        W kaplicy Sióstr Rodziny Maryi na Żelaznej

 W bliskim sąsiedztwie klasztoru Zgromadzenia Matki Bożej Miłosier- dzia przy ul. Żytniej 3/9, znajduje się posesja Zgromadzenia Sióstr Rodziny Maryi (wejście od ulicy Że- laznej) z kaplicą, do której wchodzi się od strony ulicy Żytniej. W tej kaplicy przynajmniej raz modliła się św.   Siostra   Faustyna.   Było   to w 1932 roku, gdy do Warszawy przyjechała na trzecią probację przed śluba- mi wieczystymi. Od półtora roku Jezus w objawieniach przekazywał jej wielką misję Miłosierdzia: polecił namalowanie obrazu i ustanowienie w całym Kościele święta Miłosierdzia. Siostra Faustyna, pełniąca w klasztorze do tej pory obowiązki kucharki, czuła się niezdolna do spełnienia tych zadań, dlatego chciała się od nich usunąć. Kiedy była adoracja u sióstr rodziniarek – relacjonuje w „Dzienniczku swój pobyt w kaplicy Sióstr Rodziny Maryi –wieczorem poszłam z jedną z naszych sióstr na tę adorację. Zaraz kiedy weszłam do kapliczki, obecność Boża ogarnęła moją duszę. Modliłam się tak, jak w pewnych momentach, bez słowa mówienia. Nagle ujrzałam Pana, który mi powiedział: „Wiedz o tym, że jeżeli zaniedbasz sprawę malowania tego obrazu  i  całego  dzieła  Miłosierdzia,  odpowiesz za wielką liczbę dusz w dzień sądu”.  Po tych  słowach  Pana  jakaś  bojaźń wstąpiła w duszę moją i lęk. Nie mogłam się uspokoić sama w sobie. Brzmiały mi te słowa: Tak, to mam nie tylko za siebie odpowiadać w dzień sądów Bożych, ale i za inne dusze. Te słowa głęboko wryły się w serce moje. Kiedy wróciłam do domu (”¦),upadłam na twarz przed Najświętszym Sakramentem i powiedziałam Panu: „Wszystko uczynię, co będzie w mej mocy, ale Cię proszę, Ty zawsze bądź ze mną i daj mi moc do spełnienia woli Twojej świętej, bo Ty wszystko możesz, a ja nic sama z siebie” (Dz. 154).

s. M. Elżbieta Siepak ZMBM

——————————-
„Orędzie Miłosierdzia”, nr 65 (2001), s. 10-11.

powróć do góry – menu szlaku

6. SKOLIMÓW

         W tej podwarszawskiej miejscowości Sios- tra   Faustyna   przebywała   jako   postulantka w pierwszym okresie pobytu w Zgromadzeniu. Wysłali ją tam przełożeni wraz z dwiema sios- trami na krótki pobyt pod koniec sierpnia 1925 roku dla podratowania zdrowia. W tej miejsco- wości Zgromadzenie wynajmowało bowiem willę, która była przeznaczona na wypoczynek dla sióstr i wychowanek. Dzisiaj trudno zlokalizo- wać ten dom, w którym przebywała Siostra Faustyna, natomiast kościół parafialny pamięta jej obecność, gdyż w nim uczestniczyła w co- dziennej Eucharystii. Z czasu pobytu w Skolimowie Siostra Faustyna jeszcze jako  Helena  Kowalska  zapamiętała wizję  czyśćca,  której opis pozostawiła w swym w „Dzienniczku” (Dz. 20).
Skolimów  to  dawna  wieś  rycerska  z  XV  wieku,  a obecnie dzielnica Konstancina-Jeziorny w woj. mazowieckim, powiecie piaseczyńskim. Wieś miała charakter letniskowy, w której na leśnych parcelach przy piasz- czystych ulicach, wśród drzew wzniesiono piękne wille. Na początku XX wieku (1903) wzniesiono także kościół pw. Matki Bożej Anielskiej, który fundowali posesjonaci okolicznych willi: nie tylko katolicy, ale także ewangelicy czy izraelici.

powróć do góry – menu szlaku

7. KRAKÓW

 Przejdź do krakowskiego szlakuopracowanego na oddzielnej stro- nie.

powróć do góry – menu szlaku

8. KIEKRZ

 Przejdź do szlaku nad Jeziorem Kierskim opracowanego na oddziel- nej stronie.

powróć do góry – menu szlaku

9. PŁOCK – BIAŁA

        W Płocku

 Podążając śladami św. Siostry Faustyny, jedziemy do Płocka, mia- sta, w którym rozpoczęła się jej wielka, prorocka misja. Przyjechała do klasztoru Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy Sta- rym Rynku 14/18 w maju lub czerw- cu 1930 roku. Tutaj siostry prowa- dziły słynny w tym mieście zakład „Anioła Stróża”, w którym wychowywały dziewczęta „upadłe”, jak się wtedy mówiło.  Początki  posługi  miłosierdzia  w  tym miejscu  wiążą  się  z osobą m. Kolumby Łabanowskiej i bł. bpa Antoniego Juliana Nowowiejskiego, który jeszcze jako kapłan założył zakład dla biednych dziewcząt i zgromadzenie bezhabitowe „Bożej Miłości” dla prowadzenia w nim pracy wychowawczej. Ten Instytut w 1899 roku połączył się z doświadczonym w takiej pracy apostolskiej Zgromadzeniem Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia i od tego czasu zakład „Anioła Stróża” pomyślnie się rozwijał. Przebywało w nim początkowo około 50 pokutnic, a gdy otworzono filię domu w Białej koło Płocka – nawet ponad 100 wychowanek, które w zależności od uzdolnień pracowały pod kie- runkiem sióstr w pralni, szwalni, pracowni haftu lub na gospodarstwie w Bia- łej. Życie sióstr i podopiecznych toczyło się wokół modlitwy i pracy, która nie tylko była głównym źródłem utrzymania zakładu, ale także ważnym środkiem wychowawczym, przygotowującym dziewczęta do godnego życia w społe- czeństwie. Zakład cieszył się uznaniem Kościoła, władz Miasta i miesz- kańców Płocka. Wielkim opiekunem i przyjacielem domu był abp Julian Nowowiejski, o czym świadczy m. in. jego książka wydana pod tytułem: „Dzieje Instytutu Matki Bożej Miłosierdzia”. W 1918 roku klasztor i zakład „Anioła Stróża” przy Starym Rynku odwiedził ks. Achilles Ratti, późniejszy papież Pius XI.
Do tego klasztoru  matka generalna Michaela wysłała Siostrę Faustynę, przeznaczając do pracy w sklepie piekarniczym. Tak się układały okolicz- ności – tłumaczyła sytuację jej częstych przenosin – że Siostrę Faustynę trzeba było często przesuwać na coraz to inne placówki, tak że pracowała niemal w każdym domu Zgromadzenia. I tak, po niedługim pobycie w War- szawie przy ul. Żytniej i na Grochowie, znowu została przeniesiona do Płocka, a stamtąd na krótki czas do Białej, która jest kolonią rolną domu płockiego. Głównym jej zajęciem w Płocku, aż do chwili trzeciej probacji, była praca w sklepie przy sprzedawaniu pieczywa z miejscowej piekarni. W tym sklepie codziennie zaopatrywało się w pieczywo wielu mieszkańców Płocka, których niezwykle życzliwie obsługiwała Siostra Faustyna. Niektórzy po bardzo wielu latach wspominali dobre bułki i chleb podane ręką dobrej siostry. Gdy zachodziła potrzeba, Siostra Faustyna zastępowała też siostry w kuchni czy piekarni, o czym świadczą ich wspomnienia.
Klasztor Zgromadzenia położony jest nad Wisłą w starej części miasta, które ma bardzo bogatą historię sięgającą X-XI wieku. Już wtedy zbudowano tu drewniany gród, który był wczesnopiastowskim centrum administracyjnym. W 1075 roku erygowana była diecezja płocka, a w 1144 wzniesiono kościół katedralny,  w  którym  pochowani   są  władcy  Polski:  Władysław   Herman i Bolesław Krzywousty. W kruchcie katedry jest kopia słynnych brązowych Drzwi Płockich, wykonanych w Magdeburgu w 1154 roku. O historii tego miasta mówią mury zamku książęcego z XIV wieku i opactwo bene- dyktyńskie. W Rynku i przy starych ulicach jest wiele historycznych kamienic z reprezentacyjnym ratuszem, który był miejscem ostatniego posiedzenia Sejmu Królestwa Polskiego w 1831 roku i do tej pory jest siedzibą władz miejskich. Gotycki rodowód ma też kościół farny pod wezwaniem św. Bartłomieja z 1356 roku, który w historii był wielokrotnie przebudowywany, a po osunięciu się skarpy, gdy częściowo runął do Wisły, jego bryłę skrócono i dobudowano wejście w stylu barokowym od strony Rynku. Można przypuszczać, że w tych miejscach w Płocku była i św. Siostra  Faustyna,  bo  siostry z  domu  przy  Starym  Rynku  uczestniczyły w uroczystościach w katedrze czy kościele farnym, który był dla nich kościołem parafialnym. Z okien swojej celi oglądała natomiast słynną „Małachowiankę”, czyli najstarszą z istniejących w Polsce szkół średnich, założoną w 1180 roku. W podziemiach średniowiecznego skrzydła budynku mieści się muzeum szkolne z fragmentami architektury romańskiej i gotyc- kiej, a w gotyckiej wieży – obserwatorium astronomiczne.

         W  tym  mieście, w klasztorze przy Starym Rynku   miało  miejsce historyczne  dla  kultu  Miłosierdzia Bożego wydarzenie, mianowicie pierwsze objawienie Jezusa Miło- siernego, które rozpoczęło publi- czną misję Siostry Faustyny. O tym wydarzeniu tak napisała w swym „Dzienniczku”: Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchy- lenia szaty na piersiach  wychodziły dwa wielkie  promienie,  jeden  czerwony, a drugi blady. W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. Po chwili powiedział mi Jezus: „Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie. Obiecuję, że dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie. Obiecuję także, już tu na ziemi, zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, a szcze- gólnie w godzinę śmierci. Ja sam bronić ją będę jako swej chwały (Dz. 47-48). To wydarzenie upamiętnia figura Jezusa Miłosiernego postawiona w miejscu dawnej oficyny, w której mieszkały siostry. Z tego placu można zejść do Muzeum, które zostało urządzone przez siostry w podziemiach. Ukazuje ono historię domu płockiego, jego życie i pracę, o czym świadczą autentyczne zdjęcia i eksponaty, a nade wszystko autentyczna piekarnia, do której zachodziła i gdzie czasami pewnie pracowała św. Siostra Faustyna.
W klasztorze  płockim Siostra  Faustyna  usłyszała także polecenie Je- zusa dotyczące ustanowienia Święta Miłosierdzia w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Z jej biografii i „Dzienniczka” wiemy, ile trudu i cierpienia musiała znieść, by wiernie wypełniać te i inne polecenia Jezusa. Tu jednak, w tym klasztorze rozpoczął się ten „świetlisty szlak”, na którym Jezus stopniowo przekazywał jej prorocką misję przypomnienia światu prawdy o Jego miło- siernej miłości do każdego człowieka.
W roku 1950 władze  komunistyczne  wywiozły siostry z klasztoru płoc- kiego do domu filialnego w Białej, a klasztor i zakład „Anioła Stróża” upaństwowiły. Po 40 latach, w stanie zrujnowanym, powrócił do Zgromadzenia, które z pomocą Urzędu Miasta i indywidualnych ofiarodawców odbudowywało ten  historyczny obiekt.  Wraz z  zamieszkaniem w nim sióstr i otwarciem kaplicy rozpoczął się w tym miejscu na nowo kult Bożego Miłosierdzia. W Roku Jubileuszowym (2000) abp Stanisław Wielgus podniósł tę kaplicę do rangi diecezjalnego Sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Stała się ona miejscem głoszenia i wypraszania miłosierdzia dla świata, celem wielu pielgrzymek z kraju i spoza jego granic. Dziś na miejscu objawień planowana jest budowa kościoła dla Sanktuarium oraz odpowiedniego zaplecza dla pielgrzymów, formacji apostołów Bożego Miłosierdzia i dzieła miłosierdzia wobec osób potrzebujących moralnej pomocy.

s. M. Elżbieta Siepak ZMBM

——————————-
„Orędzie Miłosierdzia”, nr 66 (2008), s. 10-11.

        W Białej

 Siostra Faustyna została skierowana  do tego  domu  na  jakiś czas w 1930 roku, gdy przebywała w Płocku. Wia- domo, że zajmowała się m. in.  ubie- raniem  kaplicy, zastępując  w  tym  obowiązku s. Teklę. W pewnym dniu – zapisała w „Dzienniczku” – nazrywa- łam najpiękniejszych róż, aby ubrać pokój pewnej osobie. Kiedy się zbliży- łam do ganku – ujrzałam Pana Jezusa stojącego w tym ganku, który mnie zapytał łaskawie: „Córko Moja, komu niesiesz  te  kwiaty?”  Milczenie  moje  było odpowiedzią  dla Pana, ponieważ w tej chwili poznałam, że miałam bar- dzo subtelne przywiązanie do tej osoby, którego przedtem nie dostrzega- łam.  Natychmiast  Jezus  znikł. W tej chwili rzuciłam  te  kwiaty  na  ziemię  i  poszłam  przed  Najświętszy   Sakrament z sercem przepełnionym wdzię- cznością za tę łaskę poznania siebie (Dz. 71).

Wieś Biała położona jest w  odległości 10 km  od Płocka.  Tam Zgroma- dzenie w 1928 roku zakupiło 45 ha lichej ziemi ze zniszczonymi zabudowaniami  z myślą  utworzenia zaplecza  gospodarczego  dla klasztoru i Zakładu „Anioła Stróża w Płocku. Rok później odremontowany budynek oraz kaplica zostały poświęcone, stanowiąc filię klasztoru w Płocku. Zamieszkały w nim siostry, które prowadziły gospodarstwo, wraz z wychowankami, dostar- czając do Płocka zboże, mleko, mięso i jarzyny. Po likwidacji przez władze komunistyczne klasztoru w Płocku i Zakładu „Anioła Stróża” 22 czerwca 1950 roku siostry zostały przewiezione do Białej. W tym roku upaństwowiono także ziemię należącą do Zgromadzenia w Białej, pozostawiając niewielką część majątku i zabudowania. Dom w Białej stał więc samodzielnym klasz- torem (nowy budynek), w którym z czasem utworzono Dom Samotnej Matki.

powróć do góry – menu szlaku

10. CZĘSTOCHOWA

         Dworzec   kolejowy,   klasztor Zgromadzenia przy ul. Św. Barbary 9/11 oraz  Jasna Góra – to miejsca w Częstochowie, których dotknęły kiedyś stopy św. Siostry Faustyny. Pierwszy raz przyjechała tu po złożeniu ślubów wieczystych, gdy z Krakowa jechała do Wilna. Było to pod koniec maja 1933 roku.Miałam pozwolenie wstąpić do Częstochowy – zanotowała w „Dzienniczku” –Po raz pierwszy ujrzałam Matkę Bożą kiedy poszłam rano o godzinie piątej na odsłonięcie obrazu. Modliłam się bez przerwy do godziny jedenastej i zda- wało mi się, że dopiero co przyszłam. Matka, tamtejsza Przełożona, przysłała po mnie siostrę, żebym przyszła na śniadanie, i martwiła się, że się spóźnię na pociąg. Wiele mi powiedziała Matka Boża. Oddałam Jej swoje śluby wieczyste, czułam, że jestem Jej dzieckiem, a Ona mi Matką. Nic mi nie odmówiła, o co Ją prosiłam (Dz. 260).
Drugi raz Siostra Faustyna przyjechała tu  na  początku  listopada 1935 roku, gdy  z  s. Antoniną  wracała  do  Wilna  po  rekolekcjach  odprawionych w Krakowie. Z tego pobytu nie pozostawiła dłuższej notatki, jedynie informacje o tym, że było to w sobotę i że modliła się przed cudownym obrazem Matki Bożej na Jasnej Górze.
Częstochowa powstała prawdopodobnie w XI wieku. W latach 1370-1393 stanowiła lenno Władysława Opolczyka, który w 1382 ufundował klasztor paulinów.  Ze  względu  na  peryferyczne  położenie klasztoru jasnogórskiego i nękających go najazdów, królowie z rodu Wazów (którzy szczególnie umiłowali sobie klasztor częstochowski) zdecydowali się obwarować go nowoczesnymi fortyfikacjami z bastionami, które uczyniły z Jasnej Góry jedną z potężniejszych twierdz Rzeczypospolitej. Jasna Góra zasłynęła ze zwycięstwa w czasie potopu szwedzkiego, gdy mała załoga klasztoru pod dowództwem o. Augustyna Kordeckiego odparła ataki przeważających wojsk szwedzkich. Kult Matki Bożej na Jasnej Górze nieustannie wzrastał, dlatego Częstochowa uznawana jest przez wieki za duchową stolicę Polski.
U stóp  Jasnej  Góry,  przy  ul.  Św.  Barbary 9/11, znajduje się klasztor Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, w którym od 1908 roku siostry prowadziły „Zakład Opieki Najświętszej Maryi Panny” dla dziewcząt potrzebujących moralnej odnowy, a z czasem także hotelik dla pielgrzymów. W latach II wojny światowej siostry przeżyły wysiedlenie, a po wojnie odbu- dowały zniszczoną kaplicę i pozostałe obiekty. W czasach komunistycznych (1955) zakład wychowawczy dla dziewcząt został przekształcony na Zakład Leczniczo-Wychowawczy dla chłopców i dziewcząt opóźnionych w rozwoju umysłowym. Na terenie Zakładu została zorganizowana dla nich szkoła podstawowa,  z  której  korzystały także dzieci z upośledzeniem umysłowym z Częstochowy.

powróć do góry – menu szlaku

11. WILNO

 Śladami świętej Siostry Faustyny przybywamy do Wilna. Po raz pier- wszy do tego pięknego miasta Sios- tra Faustyna przyjechała w lutym 1929 roku, by przez cztery mie- siące zastąpić w kuchni siostrę wyjeżdżającą na III probację, a po- tem w maju 1933 roku skierowana do pracy w ogrodzie. Ten drugi pobyt trwał blisko trzy lata i był niezwykle ważny dla Apostołki Bożego Miłosierdzia nie tylko ze względu na jej życie duchowe, ale i na misję. Tutaj bowiem spotkała obiecaną od Boga pomoc w osobie spowiednika ks. Michała Sopoćki i tutaj otrzymała od Jezusa ważne zadania.
Pierwsze historyczne wzmianki  o Wilnie pochodzą  z  1323 roku, kiedy twórca Wielkiego Księstwa Litewskiego – Giedymin wzniósł drewniany zamek i przeniósł tu stolicę z Trok. Najświetniejszy okres w dziejach miasta to czasy zygmuntowskie. Powstała wówczas mennica, arsenał, młyny, most na Wilejce, liczne szpitale i pałace. Pracowali tu architekci i rzeźbiarze włoscy (Jan Cini, Jan Maria Padovano). Wilno stało się miastem wielu narodowości (Litwini, Polacy, Rusini, Żydzi, Niemcy, Włosi, Ormianie, Tatarzy). W 1579 król Stefan Batory założył Akademię prowadzoną przez jezuitów, co stało się zalążkiem Uniwersytetu Wileńskiego.

        Na Antololu

         Siostry osiedliły  się  w  Wilnie dzięki życzliwości księżnej Marii Michałowej Radziwiłłowej. Ciekawe są okoliczności wyboru miejsca pod przyszłą fundację dla Zgromadze- nia. Księżna Radziwiłłowa wysłała do Wilna swą pełnomocniczkę Annę Kuleszę, która miała dokonać wybo- ru obiektu i  dokonać jego  zakupu. W trosce o sumienne wypełnienie obowiązku, gdy wahała się pomiędzy dwie- ma lokalizacjami, rozpoczęła nowennę do Pana Jezusa, prosząc o widoczny znak, który  wskazywałby  na właściwy wybór miejsca. W pierwszych dniach tej modlitwy miała niezwykły sen: zobaczyła, jak modli się  przed  cudowną  figurą  Pana  Jezusa  w  kościele  św. Piotra  i  Pawła. W pewnym momencie spostrzegła, że Pan Jezus wyszedł z kościoła, poprowadził ją ulicą Senatorską, a zatrzymując się, wskazał palcem na posiadłość rosyjskiego generała Bykowskiego. Pani Kulesza, upewniona przez ks. proboszcza, że ten sen może być oczekiwanym znakiem, o który prosiła Pana, nie zwlekając, 16 lutego 1908 roku nabyła tę posesję dla Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Posesja znajdowała się na Antokolu – dzielnicy Wilna, która jest jedną z najdawniej zamieszkanych części  miasta.  Antokol  słynął  z  przepięknych  rezydencji  możnowładców i magnatów, wśród których warto wspomnieć ród Sapiehów czy Słuszków. Siostry wprowadziły się do zakupionego domu przy ul. Senatorskiej 25 (dziś Grybo 29) już w maju 1908 roku i zaczęły przystosowywać go do potrzeb zakładu dla pokutnic. Już rok później w domu przebywało ponad dwadzieścia wychowanek. Skromne utrzymanie zapewniała pralnia, piekarnia i pracownia haftu. Szybko też rosła liczba pokutnic, w pewnych okresach było ich nawet sześćdziesiąt. Jednocześnie dom stale borykał się z trudnościami materialnymi. Warunki pogorszyły się jeszcze wraz z wybuchem I wojny światowej, bo było zna- cznie mniej zamówień na prace zarobkowe. Poza tym spłonął  jeden  z  do- mów  mieszkalnych,  który  udało się odbudować dopiero w 1928 roku. Warunki w domu wileńskim poprawiły się w okresie międzywojennym. Fundacja posiadała kilka skromnych budynków, w których były: kaplica, mieszkania dla sióstr i ok. 90 wychowanek oraz pracownie. Dom utrzymywał się z wypieku chleba i prania bielizny dla szpitala wojskowego oraz z uprawy kilkuhektarowego gospodarstwa i ogrodu. Ale trudności, może nawet poważ- niejsze, powróciły w czasie II wojny światowej. We wrześniu  1940  roku  wła- dze  upaństwowiły  zakład,  siostry przebywały w więzieniu na Łukiszkach, potem znalazły pracę w szpitalach albo u osób prywatnych także poza Wil- nem (Wołokumpia). W 1946 roku zlikwidowano dom Zgromadzenia i ostatnie siostry jako repatriantki powróciły do Polski.
To właśnie  w  czasie tych kilku spokojnych lat pomiędzy wojnami przy- była do wileńskiego domu św. Siostra Faustyna. Szczególnie ważny okazał się jej drugi pobyt  na  Antokolu. Przyjechała  tuż  po ślubach wieczystych, 27 maja 1933 roku, by być ogrodniczką. Po krakowskich gmachach, jak pisze w „Dzienniczku”, zabudowania klasztorne w Wilnie robiły wrażenie „maleńkich chałupek”. Najuboższa była drewniana „dacza”, w której znajdowały się sypialnie sióstr, a z drugiej strony z osobnym wejściem mieszkanie kapelana. Nowy obowiązek, którego nigdy wcześniej nie pełniła, był dla Siostry Faustyny nie lada wyzwaniem, ale ufnie zdała się na pomoc Bożą i wskazówki życzliwych ludzi. Większym zmartwieniem było dla niej spełnienie misji, którą powierzył jej Jezus. Czekała na obiecanego przez Niego kapłana, który miał jej pomóc w realizacji zlecanej misji. Kapłanem tym okazał się ks. Michał Sopoćko, który w tamtym okresie był cotygodniowym spowiednikiem sióstr na Antokolu. Początkowo ks. Sopoćko był zaskoczony tym, co powiedziała mu Siostra Faustyna, niedowierzał, wreszcie poddał ją pewnym próbom, które wiele ją kosztowały. Zasięgał też rady przełożonej m. Ireny Krzyżanowskiej co do życia Siostry Faustyny i po- prosił o zbadanie jej zdrowia psychicznego i fizycznego. Dopiero po otrzyma- niu pochlebnych opinii i stwierdzeniu zdrowia psychicznego przez dr Helenę Maciejewską, raczej z ciekawości niż z przekonania, ks. Sopoćko zaangażował się w sprawę malowania obrazu Jezusa Miłosiernego.
Po spełnieniu tego zadania, Pan Jezus objawił Siostrze Faustynie kolej- ne zadania. W uroczystość Zesłania Ducha Świętego, 9 czerwca 1935 roku będąc w ogrodzie usłyszała: Będziesz wypraszać z towarzyszkami swymi miłosierdzie dla siebie i świata. Początkowo nie była pewna, czy dobrze zrozumiała słowa Pana Jezusa. Idea zakładania nowego zgromadzenia przestraszyła Siostrę  Faustynę,  rozpoczął  się  dla  niej  czas wielu cierpień i biernych nocy ducha. Jednocześnie z polecenia spowiednika, przełożonych i abpa Romualda Jałbrzykowskiego miała czekać. Dopiero pod koniec życia zrozumiała, że Panu Jezusowi nie chodziło tylko o jedno zgromadzenie zakonne, które by głosiło i wypraszało miłosierdzie, ale o ruch w Kościele, który skupia zakony czynne i kontemplacyjne, kapłanów i rzesze ludzi świeckich. Dziś wiemy już, że objawienie wileńskie stało się początkiem Apostolskiego Ruchu Bożego Miłosierdzia obecnego już na całym świecie.
W domu wileńskim miało też miejsce inne wydarzenie,  przez które Pan Jezus podarował nam modlitwę  na  uśmierzenie  gniewu Bożego. W piątek, 13 września 1935 roku Siostra Faustyna w swojej celi miała wizję Anioła, który przyszedł, by ukarać ziemię. Zaczęła żarliwie się modlić, ale stając przed Bożym majestatem nie śmiała powtórzyć błagania o odsunięcie kary. Wtedy usłyszała wewnętrznie słowa, którymi się modliła i zobaczyła bezsilność Anioła. Następnego dnia Pan Jezus pouczył ją, jak ma odmawiać tę modlitwę, którą nazywamy Koronką do Miłosierdzia Bożego, a wkrótce przekazał Siostrze Faustynie wielkie obietnice, jakie związał z ufnym odmawianiem tej modlitwy.
Przebywając  w  domu  wileńskim  Siostra  Faustyna być może przy ja- kiejś okazji nawiedziła przepiękny barokowy kościół parafialny pw. św. Piotra i Pawła, który powstał w latach 1668 – 1675 z fundacji hetmana wielkiego litewskiego Michała Kazimierza Paca, jako wotum za ocalenie życia w cza- sie rokoszu Lubomirskiego. Budowlę zaprojektował Jan Zaor z Krakowa. Wewnątrz znajduje się ok. 2000 rzeźb czołowych artystów włoskich Pietro Pertiego i Jana Gali a także malowidła Michelangelo Palloniego. Jest to jeden z najpiękniejszych kościołów Wilna, którego nie można ominąć chodząc śladami św. Siostry Faustyny w tym mieście.

        Przy ul. Rasu 6

 Podążając śladami św. Siostry Faustyny, kontynuujemy podróż po Wilnie. Z Antokolu, gdzie był klasz- tor Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, przenosimy się do cen- trum miasta, by nawiedzić miejsca związane z pobytem w nich Apos- tołki Miłosierdzia Bożego i dziełem, które jej Jezus polecał. Najpierw skierujemy nasze kroki na ul. Rasu 6, gdzie pod okiem Siostry Faustyny malowany był pierwszy obraz Jezusa Miłosiernego. Chodzi o budynek, który był  kapelanią  przy  klasztorze  sióstr  wizytek i kościele pw. Serca Bożego. W nim w latach 30. XX wieku na pierwszym piętrze mieszkał ks. Michał Sopoćko, a na parterze malarz Eugeniusz Kazimirowski. W okresie powojen- nym  budynek  wchodził  w  kompleks  więzienny,  a  dziś mieszkają w nim Siostry Jezusa Miłosiernego.
Ksiądz Michał Sopoćko zaciekawiony, jak  będzie  wyglądał  wizerunek Pana Jezusa według wizji Siostry Faustyny, poprosił o namalowanie obrazu właśnie Eugeniusza Kazimirowskiego. Ten znany w środowisku wileńskim malarz kształcił się w Krakowie w pracowniach Łuszczkiewicza, Axentowicza i Wyczółkowskiego oraz we Lwowie, Monachium i Paryżu. Ostateczny szlif malarski uzyskał w 1900 roku w Akademii św. Łukasza w Rzymie. Z Wilnem związał się na trwałe po roku 1914. Był długoletnim wykładowcą Seminarium Nauczycielskiego, dekoratorem teatralnym oraz członkiem zarządu Wi- leńskiego Towarzystwa Niezależnych Artystów Sztuk Plastycznych. Malował głównie pejzaże i portrety, ale sięgał też po tematykę religijną.
Malowanie  obrazu Jezusa Miłosiernego rozpoczęło się w styczniu 1934 roku i odbywało się w wielkiej dyskrecji. Ażeby nie zwracać uwagi sióstr – wspominała przełożona m. Irena Krzyżanowska – odnośnie wewnętrznych przeżyć Siostry Faustyny,  w każdą  sobotę  w  godzinach rannych chodziłam z nią na Mszę świętą do Ostrej Bramy, a po Mszy świętej wstępowałyśmy do artysty malarza, któremu Siostra Faustyna udzielała dokładnych informacji, jak powinien wymalować obraz miłosiernego Pana Jezusa. W czerwcu 1934 obraz Jezusa Miłosiernego był gotowy, ale Siostra Faustyna nie była z niego zadowolona. Skarżąc się Jezusowi mówiła: Kto Cię wymaluje tak pięknym, jakim jesteś? W odpowiedzi usłyszała:: Nie w piękności farby ani pędzla jest wielkość tego obrazu, ale w łasce Mojej (Dz. 313). Ksiądz Sopoćko początkowo umieścił ten obraz w korytarzu sióstr bernardynek przy kościele św. Michała. Ale w Wielkim Tygodniu 1935 roku Siostra Faustyna zdecydowanie oświadczyła, że Pan Jezus żąda, by Jego wizerunek był wystawiony w Ostrej Bramie na czas triduum kończącego Jubileusz Odkupienia świata. Wkrótce dowiedziałem się – wspominał ks. Sopoćko – że będzie owo triduum, na które ksiądz proboszcz ostrobramski, kanonik Stanisław Zawadzki, prosił mię, bym wygłosił kazanie. Zgodziłem się pod warunkiem umieszczenia owego obrazu jako dekoracji w oknie krużganku, gdzie wyglądał imponująco i zwracał uwagę wszystkich bardziej niż obraz Matki Boskiej. Siostra Faustyna przeżyła wielką radość, widząc spełnienie życzeń Jezusa, bo obraz został publicznie uczczony i to w dniu, który On wybrał na święto Miłosierdzia. Ksiądz Sopoćko głosił kazanie o tym największym przymiocie Boga, a ona sama ujrzała, jak Jezus na obrazie przybrał żywą postać, a Jego promienie przenikały do serc ludzi przybyłych na tę uroczystość.

        W Ostrej Bramie

         Nie  bez  znaczenia   jest  też miejsce pierwszego wystawienia obrazu Jezusa Miłosiernego – Sank- tuarium  Matki  Bożej  Miłosierdzia w Ostrej Bramie. Ostra Brama zo- stała wybudowana w XVI wieku wraz z murami  miejskimi  jako  pierwsza z bram miasta. Przez nią prowadził trakt do Miednik, Oszmiany i Miń- ska, stąd początkowo zwana była Bramą Miednicką, a także „Zaranną”. Później nazwano ją Ostrą ze względu na południowy kraniec miasta zwany właśnie Ostrym. W bramie umieszczono obraz Matki Bożej, który już w XVII wieku cieszył się wielką czcią. Opiekę nad nim przejęli karmelici posługujący w przylegającym do Ostrej Bramy kościele św. Teresy. W 1671 wybudowano drewnianą kaplicę, która po niespełna pięćdziesięciu latach spłonęła. Na jej miejscu w roku 1829 zbudowano nową, murowaną, w stylu neoklasycznym. O wielkiej miłości Wilnian do Matki Bożej Ostrobramskiej świadczą cho- ciażby bardzo liczne wota. Już w XVIII wieku Matka Boża otrzymała, prawdopodobnie od cechu złotników, piękną suknię wykonaną z pozłacanego srebra. W wieku XX obraz  był dwukrotnie  koronowany papieskimi  koronami, a Matce Bożej Ostrobramskiej nadano tytuł Matki Miłosierdzia.
W marcu 1936 roku Siostra  Faustyna  na  stałe  wyjechała z Wilna, ale ks. Sopoćko kontynuował jej misję w tym mieście. Na wszelkie sposoby starał się propagować nabożeństwo do Bożego Miłosierdzia, a także zgłębiał teologiczną wiedzę na temat tej tajemnicy. W Wilnie pozostały więc inne miejsca związane nie tyle z samą Siostrą Faustyną, co z misją zleconą jej przez Pana Jezusa. Warto wspomnieć tu o kościele św. Michała Archanioła, gdyż to właśnie w nim, od 1937 roku do czasu zamknięcia kościoła w 1948 roku, wisiał obraz Jezusa Miłosiernego. W miejscu tego kościoła i klasztoru sióstr bernardynek znajdował się kiedyś średniowieczny pałac rodziny Sapiehów. Wielki hetman litewski i wojewoda wileński, Lew Sapieha, podarował pałac bernardynkom i dostosował  budowlę  do  potrzeb  klasztoru. W latach 1594-1596 zbudował przy klasztorze kościół pod wezwaniem Świętego Michała Archanioła. W 1933 kościół i klasztor poddano renowacji, niestety w 1948 roku został zamknięty, a od 1956 pełni rolę muzeum architektury.
Po zamknięciu kościoła św. Michała,  jego  wyposażenie,  a więc także obraz Jezusa Miłosiernego, przeniesiono do kościoła Świętego Ducha. Pierwotnie był to drewniany kościół wzniesiony za czasów króla Władysława Jagiełły. Po pożarze w 1441 roku odbudował go Kazimierz Jagiellończyk. Od początku XVI wieku opiekowali się kościołem dominikanie, których spro- wadził do Wilna Aleksander Jagiellończyk. W drugiej połowie XVIII wieku dokonano kolejnej przebudowy kościoła nadając mu obecny wygląd zewnętrzny. Od czasu zamknięcia klasztoru przez władze carskie w 1844 roku, kościół pełni funkcje kościoła parafialnego. Wewnątrz znajdują się liczne freski i obrazy, wśród nich cenne malowidło „Apoteoza Ducha Świętego” z XIX wieku. W tym kościele pierwszy wizerunek Jezusa Miłosiernego  przechowywano  najpierw  jako  depozyt  kościoła św. Michała, a od 1985  roku  przez  10 lat  obraz  był  wystawiony  do  publicznego kultu w bocznym ołtarzu.
28  września  2005  roku  decyzją  metropolity  wileńskiego  A. Bačkisa obraz Jezusa Miłosiernego został  przeniesiony  do  kościoła Świętej  Trójcy. W tym miejscu kościół istniał już w XV wieku i był wtedy prawdopodobnie drewniany. Nie ma pewnych wiadomości, kiedy wzniesiono kościół murowany.  W  1536  roku  król  Zygmunt  I  ufundował  przy kościele szpital. W początkach XIX władze zamieniły kościół w cerkiew prawosławną i po przebudowie zatracił on prawie zupełnie swój pierwotny wygląd. Sto lat później zwrócono go katolikom, którzy poddali go renowacji. Dzisiaj kościół Świętej Trójcy jest sanktuarium Miłosierdzia Bożego.

s. M. Natanaela Czajkowska ZMBM

——————————-
„Orędzie Miłosierdzia”, nr 68 (2008) i 69 (2009), s. 10-11.

powróć do góry – menu szlaku

12. WALENDÓW – DERDY

        W Walendowie

 W listopadzie 1934 roku Siostra Faustyna wyjechała z Płocka do Warszawy, by odbyć „trzecią pro- bację” – czas bezpośredniego przy- gotowania do złożenia ślubów wie- czystych. Przełożeni wysłali ją do Walendowa, by przed rozpoczęciem tego etapu formacji odprawiła oś- miodniowe rekolekcje, które prowa- dził o. Edmund Elter, jezuita. Ten światły kapłan jako pierwszy upewnił ją, że jest na dobrej drodze, że jej objawienia pochodzą od Boga i że to On sam powierza jej wielką misję. Po ośmiodniowych rekolekcjach Siostra Faustyna wyjechała z Walendowa. Po raz drugi przyjechała tu na kilka tygodni pod koniec marca 1936.
Folwark  w  Walendowie  został  ofiarowany  Zgromadzeniu Matki Bożej Miłosierdzia przez hr. Gustawa Przeździeckiego w 1896 roku. Teren obejmo- wał sporo ziemi, stawy, młyn, zabudowania gospodarcze i dom mieszkalny. Od chwili przejęcia folwarku stale przebywało w nim kilka sióstr, które doglądały gospodarstwa. Pomagała im służba folwarczna, której pensje wypłacała przełożona z pobliskich Derd. W 1908 roku rozpoczęła się budowa zakładu dla dziewcząt i domu zakonnego, do którego siostry wprowadziły się dopiero w kwietniu 1913 roku po opuszczeniu Derd. W czasie I wojny światowej gospodarstwo zostało całkowicie zniszczone, jednak zakład nadal działał, w 1920 roku przebywało w nim ponad sześćdziesiąt wychowanek. Dla  potrzeb  zakładu i folwarku Zgromadzenie wybudowało obszerną kapli- cę, a właściwie kościół, który 12 września 1934 roku konsekrował abp Stanisław Gall.
Od marca 1936  roku funkcjonowała  w Walendowie Penitencjarna Kolo- nia Rolna. Tworzyły ją skazane na karę więzienia kobiety od osiemnastego do trzydziestego roku życia, które Ministerstwo Sprawiedliwości chciało uchronić od złego wpływu recydywistek i dać im możliwość powrotu do normalnego życia. Plan dnia penitencjarek przewidywał pracę, naukę i od- poczynek. Edukacja obejmowała czytanie i pisanie, higienę oraz roboty ręczne.  Kobiety  wykonywały  prace  domowe,  a  wiosną i latem pomagały w gospodarstwie, w sadzie i w pasiece. Miały dość dużo swobody, mogły rozwijać się intelektualnie i fizycznie. Dużą rolę w ich wychowaniu odgrywała nauka religii i udział w religijnych praktykach. Działalność kolonii przerwała wybuch II wojny światowej, ale już w 1940 roku pojawiły się kobiety przysyłane przez władze więzienne z Warszawy. Od 1944 roku okupanci przysyłali  do  Walendowa  nieletnie  dziewczęta  skazane na umieszczenie w domu poprawczym. W czasie wojny siostry włączyły się w pomoc uchodźcom, ukrywały na terenie zakładu wiele osób, także pochodzenia żydowskiego. W trakcie powstania warszawskiego przez dwa miesiące odwiedzały przejściowy obóz w Pruszkowie, aby wyciągać z niego kogo tylko mogły. Dowoziły też żywność i odzież. Z powodu wielkiej liczby uchodźców niemożliwa była w tamtym czasie praca w zakładzie. Siostrom nigdy nie udało się powrócić w pełni do prowadzenia domu miłosierdzia dla dziewcząt, gdyż w marcu 1950 roku majątek Walendów został przejęty przez skarb Państwa, a ośrodek zamieniono na Zakład Specjalny dla Kobiet Umysłowo Upośledzonych, którymi  siostry  zajmowały  się  aż  do  2006 roku. Obecnie w Walendowie mieści się rodzinny dom dziecka, w którym dzieci i młodzież doświadczają opiekuńczej miłości i przygotowują się do samodzielnego życia.

        W Derdach

         Wróćmy jednak do naszej wę- drówki śladami Sekretarki Bożego Miłosierdzia. Po kilku tygodniach pobytu w Walendowie (marzec- kwiecień 1936) Siostra Faustyna została skierowana do pobliskich Derd. Wcześniej była tam z wizytą w roku 1932 po rekolekcjach odpra- wianych w Walendowie. Gdy przy- jechała do Derd w 1936 roku, powierzono jej obowiązek gotowania posiłków dla kilku sióstr i ponad trzydziestu wychowanek. Pobyt w tym klasztorze uważała za wypoczynek, gdyż nie miała zbyt wielu zajęć, dwie godziny po południu poświęcała  na leżakowanie  (ówczesna  metoda leczenia gruźlicy), a niektóre ćwiczenia duchowne mogła odprawiać w pobliskim lesie wdychając czyste i świeże powietrze. Siostry, które tam z nią przebywały, pozostawiły piękne wspomnienia o niej. Ówczesna przełożona s. Serafina Kukulska opowiadała po latach: [Siostra Faustyna] do pomocy w kuchni miała dziewczynę, neofitkę, bardzo przykrego usposobienia, z którą nikt nigdzie nie chciał współpracować, i właśnie ta dziewczyna pracując z Siostrą Faustyną zmieniła się nie do poznania. Taki miała cichy, ale Boży wpływ na grzeszne dusze.
Derdy to historycznie trzeci  dom  Zgromadzenia w Polsce. Znajduje się kilkanaście kilometrów od Warszawy w piaszczystej, otoczonej lasami okolicy. Siostra Faustyna opisała je w liście do ks. Michała Sopoćki z 10 maja 1936 roku: Nasz domek derdoski jest naprawdę jak z bajki wyjęty. Wokoło otoczony lasem, nie ma w pobliżu żadnych zabudowań, cisza i spo- kój. Wszystko pomaga do skupienia ducha, ptaszęta leśne przerywają tę ciszę i swym szczebiotem wielbią Stwórcę swego. We wszystkim, co mnie otacza, widzę Boga. Ziemię w  Derdach  podarowała Zgromadzeniu  hr. Maria z Tyzenhauzów  Przeździecka.  Siostry  przybyły  tam  w  grudniu 1881 roku i nazwały  nową  placówkę  Domem  Opieki  św. Józefa.  Przełożoną  została m. Aniela Popławska. Derdy  początkowo  miały  być domem  wypoczynko- wym dla sióstr i dziewcząt z domu warszawskiego. Szybko się jednak usamodzielniły i prowadziły oddzielny dom miłosierdzia, w którym począt- kowo przebywało dwadzieścia wychowanek, a w 1906 było ich już dziewięć- dziesiąt. W 1913 roku siostry musiały opuścić Derdy i wraz z dziewczętami przeniosły się do Walendowa. Do Derd powróciły w 1932 roku na zaproszenie księżnej Zofii Świętopełk-Czetwertyńskiej. Przed siostrami stanęło zadanie odremontowania zniszczonych w czasie wojny budynków. Po dwóch latach można już było poświęcić kaplicę, w której co jakiś czas Mszę świętą odprawiał kapelan z Walendowa albo proboszcz parafii w Magdalence. W tym czasie Derdy stanowiły filię domu walendowskiego. Siostry prowadziły dom miłosierdzia dla młodszych dziewcząt, dla których zorganizowano nauczanie w zakresie szkoły podstawowej. Do 1938 roku przyjmowano prywatnie zgłaszane dziewczynki, potem także i te, które do zakładu kierowała Opieka Społeczna miasta Warszawy. Po II wojnie światowej, która była bardzo ciężkim okresem  w  historii  domu,  Derdy  nie  uniknęły  losu  Walendowa. W 1950 roku gospodarstwo zostało upaństwowione, a zakład przekształcono na ośrodek specjalny dla dziewczynek umysłowo upośledzonych. Po likwidacji tego zakładu Zgromadzenie w 1995 roku otwarło przedszkoleJutrzenka, a w 1999 roku Dom Rekolekcyjny Miłosierdzie.

s. M. Natanaela Czajkowska ZMBM

——————————-
„Orędzie Miłosierdzia”, nr 70 (2009), s. 10-11.

powróć do góry – menu szlaku

13. RABKA

 Siostra Faustyna przyjechała do Rabki 29 lipca 1937 roku i przeby- wała w tym domu Zgromadzenia do 10 sierpnia 1937 roku, a więc tylko kilkanaście dni. Mikroklimat rab- czański służący tak wielu ludziom, nie sprzyjał Siostrze Faustynie.Jednak tutaj czuję się tak źle ze zdrowiem, że jestem zmuszona zostawać  w  łóżku – zanotowała  w  „Dzienniczku” (Dz. 1201).  Z jej pobytem w tej uzdrowiskowej miejscowości wiąże się jeden ciekawy epizod, o którym tak pisała w swym „Dzienniczku”. Święty Józef zażądał, abym miała do niego nieustanne nabożeństwo. Sam mi powiedział, abym odmawiała codziennie trzy pacierze i raz Pomnij. Patrzył się z wielką życzliwością i dał mi poznać, jak  bardzo jest  za  tym  dziełem,  obiecał  mi  swą  szczególniejszą  pomoc i opiekę. Codziennie  odmawiam  te  żądane modlitwy i czuję Jego  szcze- gólną  opiekę  (Dz. 1203).  O  pobycie  Siostry  Faustyny w Rabce przypo- mina tablica umieszczona przy wejściu do klasztoru. Zachował się także pokój, w którym przebywała.
Rabka  jest  znaną  miejscowością  uzdrowiskową. Solanki rabczańskie znane były już w XIII wieku i wykorzystywano je prawdopodobnie dla potrzeb klasztoru Cystersów, na terenie dóbr których leżała Rabka. W wyniku badań w 1858 r. stwierdzono, że miejscowe solanki są jednymi z najsilniejszych solanek jodowo-bromowych w Europie. Dlatego już w 1864 roku otwarto pierwszy Zakład Kąpielowo-Leczniczy, a w osiem lat później otwarto Zakład Leczenia Dzieci. Specyficzny mikroklimat i wody lecznicze spowodowały, że Rabka szybko rozwijała się, zwłaszcza jako uzdrowisko do leczenia schorzeń układu oddechowego, krążenia oraz gruźlicy.
Z tych względów do  Rabki  przybyła  także  św.  Siostra  Faustyna. Za- mieszkała w domu Zgromadzenia przy ul. Słowackiego 12, który od 1931 roku służył siostrom i wychowankom dla celów wypoczynkowych, ale w nie- długim czasie stał się także miejscem opieki nad dziećmi. Początkowo dom „Loretto” w Rabce był filią klasztoru krakowskiego. W czasie II wojny światowej siostry zostały wysiedlone z „Loretto” przez Niemców, ale powróciły do niego w 1945 roku i zorganizowały w nim „Dom Dziecka” dla 20 dziewczynek, który został zlikwidowany w 1962 roku. Od 1946 roku „Loretto” jest samodzielnym domem Zgromadzenia, w którym aktualnie siostry prowadzą przedszkole.

http://www.faustyna.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=327&Itemid=61

Posted in Św. Faustyna | Leave a Comment »