WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for 6 Maj, 2011

Kniaźa – czasopismo mieszkańców wsi Koszoły

Posted by tadeo w dniu 6 Maj 2011

3.

  Link   Kniaża nr 1

49

2.

  Link   Kniaża nr 2

52

               3.     Link   Kniaża nr 3

               4.     Link   Kniaża nr 4

               5.     Link   Kniaża nr 5

http://bbc.mbp.org.pl/dlibra/doccontent?id=1567&dirids=1

http://bbc.mbp.org.pl/dlibra/doccontent?id=1293

http://bbc.mbp.org.pl/dlibra/doccontent?id=1567&dirids=1

http://bbc.mbp.org.pl/dlibra/doccontent?id=1921&dirids=1

Posted in Czasopisma, Moja mała Ojczyzna | 4 Komentarze »

Historia wsi Bokinki Królewskiej

Posted by tadeo w dniu 6 Maj 2011

Cześć powiatu brzeskiego  w II połowie   XVI wieku (zobacz inne mapy)

Powstanie nazwy Bokinka związane jest według mieszkańców z legendą według której : „ Dawno temu przyjechał w te strony król wraz z dworem na polowanie. Zwierza było w bród, szumiały tutaj przecież nieprzebyte puszcze, poprzetykane nielicznymi osiedlami ludzkimi. Orszak rozłożył się obozem na niewielkiej polanie, wokół której stało kilka chałup. Mieszkańcy wioski służyć mieli za przewodników i naganiaczy, wiedzieli gdzie szukać zwierza. Wieczorem rozłożono obóz, nazajutrz miało odbyć się polowanie. Król wyruszył z myśliwymi skoro świt, w puszczy panowała cisza, wszystko spowite było gęstym tumanem mgły.

sarenka

Nagle król dostrzegł między drzewami pięknego jelenia, ostrożnie napiął łuk, wycelował i już miał wypuścić strzałę, gdy nadbiegł jeden z kmieci, krzycząc : – Panie, nie strzelaj bo Kinga! Władca opuścił łuk, wśród drzew zamajaczyła postać dziewczyny, to była Kinga, jego córka. Król nagrodził mieszkańców osady, która na pamiątkę nazwana została „Bokinga”.

zapomniana?

Na przestrzeni dziejów wieś nazywała się Wola Bokinna, Wólka Bokinna, Bokinka, obecnie nosi nazwę Bokinki Królewskiej. Nazwa „Królewska” pochodzi od przynależności wsi, przez kilka wieków ziemie te były własnością króla (tzw. królewszczyzna)

Stary dom

Udokumentowane wzmianki o osadzie sięgają połowy XVI wieku. W XVIII wieku wieś należała do tatarskiej rodziny Bielaków.

Obok katolików Bokinkę zamieszkiwali też unici. W czasie prześladowań wyznawców tego obrządku we wsi działał zorganizowany przez Eliasza Niedźwiedzia Komitet Obrony Byłych Unitów. W 1926 roku z inicjatywy Niedźwiedzia powstał Związek Strzelecki.

 

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna | 2 Komentarze »

Pielgrzymka Piesza z Suwałk do Wilna (Ostrej Bramy) w 2010 roku.

Posted by tadeo w dniu 6 Maj 2011

Międzynarodowa Piesza Pielgrzymka Suwałki – Wilno każdego roku ściąga najwięcej uczestników. Organizowana jest przez księży salezjanów przy parafii Matki Bożej Miłosierdzia w Suwałkach.

Przedstawiam filmy z ostatnich 5 dni pielgrzymki grupy żółtej (ale nie tylko).

https://www.youtube.com/playlist?list=PLNpTMJt8FMtl83MILxj9AlHrPVRRgXiaq

 

Posted in Filmy - Polecam, Filmy i slajdy, Filmy religijne, Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Pielgrzymka Suwałki - Wilno | 2 Komentarze »

Osadnictwo tatarskie w dawnych gminach Łomazy i Kościeniewicze oraz biografia gen.Józefa Bielaka

Posted by tadeo w dniu 6 Maj 2011

Zasłużony rotmistrz tatarski Aleksander Ułan otrzymała na mocy kilku przywilejów króla Augusta II z lat 1711 – 1730 cząstki, a później całą wieś Koszoły. Przywilejem z 1727 roku król August II nadał rotmistrzowi tatarskiemu Mustafie Montuszowi dużą wieś Ortel.

Także za panowania króla August III również sypały się na Tatarów nadania ziemskie na Podlasiu. Otrzymywali oni najczęściej ziemie puste, bez poddanych chłopów, ale zdarzały się także wsie zamieszkałe przez ludność chrześcijańską. Najstarszym śladem osadnictwa tatarskiego na obszarze parafii Piszczac jest nadanie 6 włók ziemi we wsi Wyczółki Mustafie Montuszowi za zasługi wojenne. Dokument ten został wystawiony 15 kwietnia 1751 roku. Montuszowie ziemię tę utrzymali aż do 1805 roku. W 1759 roku król August III nadał ziemię porucznikowi Samuelowi Czymbajewiczowi w dwóch osadach podlaskich w Połoskach i Dąbrowicy Wielkiej. W 1762 roku rotmistrz Bohdan Ułan otrzymał 10 włók ziemi we wsi Ortel.

Nadania ziemskie królów saskich w znacznym stopniu wzmocniły osadnictwo tatarskie. Tatarzy zadomowili się na tym terenie, wznieśli domy i meczety, a z biegiem lat założyli liczne cmentarze tzw.miziary. Pomyślny rozwój wsi i folwarków tatarskich przerwały rozbiory Polski.

W czasie walk z Prusami w latach 1761-1762  odznaczył się młodziutki dwudziestoletni wówczas chorąży Józef Bielak, późniejszy generał i bohater wojny obronnej z Rosją. Zaraz po tej wojnie w 1762 roku został mianowany pułkownikiem wojsk litewskich i otrzymał jako donację wieś Koszoły a 1783 roku wieś Kościeniewicze i Wólkę.

http://bbc.mbp.org.pl/dlibra/doccontent?id=113&dirids=1

Przeczytaj także: 

Koszoły

Koszoły w rękach tatarskich dowódców

Kniaźa – czasopismo mieszkańców wsi Koszoły

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna | 5 Komentarzy »

Prześladowania unitów na terenie dzisiejszej gminy Łomazy

Posted by tadeo w dniu 6 Maj 2011

…..Ziemio podlaska, drogo krwią polską nabyta,

Polskim ludem obsiana, jak ziarnem żyta,

…………………………………………………………………

Na terenie dzisiejszej gminy Łomazy, podobnie jak na całym Podlasiu  i pograniczu wschodnim mamy do czynienia z  występowaniem ludności rożnych nacji, różnych religii. Byli tu w przeszłości katolicy, prawosławni, mahometanie i wyznawcy religii mojżeszowej. Zawarcie unii religijnej katolików z prawosławiem prowadziło na tych terenach do zacieśniania stosunków, unifikowania kulturowego, współpracy. Wierni obu obrządków (rzymscy i greccy katolicy) zawierali ze sobą mieszane związki małżeńskie, dzieci z tych małżeństw chrzczono w jednym lub drugim kościele w zależności od woli rodziców nie widząc różnic w obrzędach. To samo dotyczyło spowiedzi. Istniała współpraca wśród duchownych obu obrządków tak, że np. unicki ksiądz z Koszoł gm. Łomazy Znikomar Pierocki chrzcił dzieci katolickie w Huszczy w czasie nieobecności w tej parafii księdza Brodzickiego. Z biegiem czasu i lat następuje pełna identyfikacja narodowościowa; katolik i unita to Polacy – równoprawni i tożsami kulturowo. Dopiero zabór rosyjski Podlasia prowadzi do prześladowań religijnych. Unici zostali przez władzę carską uznani za prawosławnych, a to utożsamiano  nie tylko z wyrzeczeniem swojego Kościoła, ale również z przyjęciem obywatelstwa Rosji (po roku 1875 wszystkich unitów oficjalnie uznano za Rosjan). Istotę problemu obrazuje fakt, że na 75.948 mieszkańców powiatu bialskiego w 1858 roku było: katolików 22.666, greko-unitów 42.755, Żydów 10.383, mahometan 101, ewangelików 30 i prawosławnych 13 osób.

                     Prześladowania prowadzono kilkoma drogami. Ukazem carskim z 28 listopada 1864 roku skasowano w Królestwie Polskim wszystkie klasztory, zakonników i zakonnice wydalono za granicę, majątek skonfiskowano. Duchownym obrządku rzymsko-katolickiego nakazano, aby nie wtrącali się do spraw kościoła unickiego, nie uczęszczali na nabożeństwa unickie, nie wykonywali żadnych posług religijnych unitom: nie udzielali komunii św., nie chrzcili dzieci, nie chowali zmarłych. Od 1.01.1868 akta stanu cywilnego sporządzano tylko w j. rosyjskim. W 1875r. zabroniono duchownym katolickim, organistom i zakrystianom roznosić opłatki przed świętami Bożego Narodzenia do domów rodzin unickich i mieszanych. Zabroniono najmować unitów do prac w czasie prawosławnych świąt. Zabroniono używać w modlitwie słów „Królowo Korony Polskiej – módl się za nami”. Nie wolno było bez uprzedniego zezwolenia stawiać krzyży katolickich przy drogach lub w miejscach publicznych. Wszystkie dzieci małżeństw mieszanych uznano urzędowo za prawosławne. Zabroniono chować zmarłych na cmentarzach bez udziału popa. Nakazano unitom zawieranie związków małżeńskich tylko w cerkwi prawosławnej. Za prawosławne uznawano nawet te rodziny, kiedy jedynie podejrzewano, że ktoś kiedyś mógł być w tej rodzinie wyznania prawosławnego. Z pracy zwalniano urzędników – wyznawców unii.

Wśród innych form „nawracania” na prawosławie unitów wskazać należy na organizowanie zbiorowego przechodzenia na inną wiarę, zamianę cerkwi unickich na prawosławne, niszczenie kościołów, kary cielesne, kary pieniężne indywidualne i zbiorowe, kwaterowanie wojsk carskich w opornych wioskach, zabójstwa, morderstwa, kary więzienia i wydalanie z kraju, wywożenie w głąb Rosji. Stanowcze nasilenie prześladowań unitów nastąpiło po Powstaniu Styczniowym w 1867 r. Najpierw zażądano od proboszczów unickich pisemnych potwierdzeń przejścia na prawosławie. Opornych karano poprzez wstrzymanie wypłat rządowych wynagrodzeń, usuwanie z parafii, więzienie, wydalanie za granicę. Proboszcz unicki z Dokudowa ksiądz Walery Kaliński był kilkakrotnie więziony, następnie wydalony z kraju – zmarł na wygnaniu. Podobny los spotkał księdza Tomasza Żypowskiego – proboszcza z Kolembród. Proboszcz Parafii Unickiej w Łomazach Aleksander Starkiewicz (prefekt bialskich szkół) był kilkakrotnie więziony w Siedlcach; wydalony z kraju zmarł w Galicji. Podobny los spotkał dziekana dekanatu bialskiego ks. Mikołaja Kalinowskiego, proboszcza łomaskiego, który zmarł na wygnaniu w Kielcach około 1887 r. Innego z proboszczów łomaskich ks. Ignacego Pyszczyńskiego internowano a następnie zesłano do guberni augustowskiej, podobnie Jana Mazanowskiego administratora parafii w Korczówce – proboszcza parafii unickiej Witoroż. Tak samo traktowano księży katolickich. Za sprzyjanie unitom, udzielanie im posług religijnych i inną działalność dla dobra kościoła katolickiego np. ks. Kazimierz Dmochowski – proboszcz katolicki z Rossosza został wywieziony na Syberię.

                     Najstraszniejsze były jednak akcje represyjne skierowane przeciw zwykłym obywatelom. W 1867 roku zaczęto w łomaskiej cerkwi unickiej wprowadzać zmiany i reformy prawosławne. Mieszkańcy miasta sprzeciwili się, zamknęli cerkiew i nie pozwolili księdzu na wprowadzenie nowości. Nie pomogły różne carskie komisje śledcze chcące wykryć i schwytać przywódców oporu. Parafianie  łomascy szli tłumnie do śledztwa i zeznawali, że wszyscy są jednakowo winni, że wszyscy są jednakowo gotowi odpowiadać i jednakowo ponosić karę. Wtedy na pomoc wezwano wojsko – część mieszkańców aresztowano, innych karano batożeniem od 400 do 600 nahajek na plecy. Wszyscy jednakże nawet po otrzymaniu kary odpowiadali, że do kościoła unickiego chodzić będą; że na Sąd Boży prędzej staną zabici, niż pójdą do sprofanowanej cerkwi. Śledztwo i batożenie trwały przez dwa tygodnie, a miasto Łomazy oprócz wołów i innej żywności dla wojska, podwód i furmanek musiało jeszcze zapłacić 20.000 ówczesnych złotych polskich kary ściągniętej poprzez przymusową licytację dobytku.

Kiedy jednak do kościoła w Łomazach przysłano promoskiewskiego księdza, który zaczął wprowadzać prawosławne zmiany mieszkańcy ściągnęli go z ambony krzycząc: „ Tyś ksiądz rządowy, a nie nasz! Powiedz, ile ci Moskale zapłacili, my ci damy dziesięć razy więcej, byłeś tylko był naszym księdzem”. Na rozpoczęcie śledztwa przed naczelnikiem żandarmerii carskiej stawiło się trzystu ludzi krzycząc, że nie zmienią wiary.  Gdy rozpoczęto aresztowania, tłum rzucił się na strażników policyjnych. Słudze kościelnemu, który stanął do śledztwa spalono dom, nie dopuszczono do uratowania czegokolwiek. W tymże 1874 roku karnie zakwaterowano w Łomazach wojsko carskie.  „Wojsko nie czekało kiedy mu włościanie jeść dadzą, lecz brało woły, krowy, barany rżnęło, gotowało, piekło i jadło; czego nie zdołało zjeść, wyrzucało, nie dając nawet resztek ludowi i znowu rżnęło nowe sztuki bydła. Oficerowie posyłali całe ćwierci mięsa z tych wołów dla swoich żon i dzieci, część sprzedawali. Gdy uprzykrzyło im się mięso wołowe i baranina rżnęli wieprze, a gdy i to się przejadło, łapali drób i sporządzali sobie wedle gustu. Innych legumin, jak mąki, kaszy , soli, chleba, masła, mleka itp., musiały także gromady dostarczać, ile zarządano”. Jeszcze inny sposób to wymuszanie zbiorowego przejścia na prawosławie. Jednego razu (także w 1784 r.) naczelnik powiatu bialskiego Aleszko i naczelnik straży ziemskiej Gubaniew przyprowadzili do Łomaz trzy roty wojska i 300 kozaków z nakazem zmuszenia mieszkańców przejścia na prawosławie. Wobec odmowy zastosowano zbiorowe bicie ludności od 16 do 80 roku życia. Jednorazowo można było otrzymać od 300 do 400 nahajek. Mieszkańców zganiano na plac i przez kilka dni trzymano na mrozie bez pożywienia i wody, bez odpowiedniego ubrania. Trwało tak przez 10 zimowych tygodni – zjedzono wszystko bydło, trzodę chlewną, owce, drób i zboże a domowe sprzęty, konie, wozy i odzież zostały zabrane na opłacenie kontrybucji. Unici jednak twardo stali przy swojej wierze.  Sołtysa łomaskiego po odmowie podpisania dokumentu „O dobrowolnym przejściu na prawosławie” bito, rozebrano, zdzierano paskami z niego skórę i rany posypywano solą. Mimo tych męczarni nie poddał się i jednak przeżył.

Wymiar potworny „nawracania” w Łomazach polegał na jeszcze innym sposobie. Pewnego razu carscy oprawcy zgonili na plac wszystkich mężczyzn i kobiety. Kobiety zamknięto na maneżu końskim pytając jednocześnie mężczyzn, czy podpiszą przejście na prawosławie. Wobec odmowy wydano kozakom rozkaz, by z zamkniętymi kobietami zrobili „co im się tylko podoba”. Zgromadzeni na placu mężczyźni nie mogąc obronić swoich matek, żon i córek – słysząc ich krzyki – zrozpaczeni natychmiast podpisali wskazane dokumenty o dobrowolnym przejściu na prawosławie. Podobne represje spotkały też inne wsie unickiej parafii łomaskiej: Lubenkę (Lubienkę),Kozły, Kopytnik. Kościoły unickie w Łomazach, Korczówce i Koszołach mimo oporu wiernych zamieniono na prawosławne cerkwie, podobny los spotkał kościoły rzymsko-katolickie, przeprowadzono kasatę wielu parafii. Wtedy pojawiły się tajne punkty, gdzie przyjeżdżający potajemnie duchowni udzielali wiernym sakramentów i innych posług religijnych. Szerzej znanym był taki punkt w lesie Sumierz na pograniczu wsi Kozły i Kolembrody. Inny leżący blisko Łomaz to karczma miedzy lasami Grabowszczyzna i Ziajkowizna przy drodze Huszcza – Wólka Kościniewicka (na skrzyżowaniu z drogą do Koszoł).

Władze carskie robiły wszystko, aby jedynym miejscem modlitwy mogła być tylko prawosławna cerkiew. Najbardziej opornych wywożono na zesłania w głąb Rosji głównie do guberni orenburskiej, potem do chersońskiej, jekaterynosławskiej i saratowskiej. Z Łomaz wywieziono około 100 osób, przeważnie całymi rodzinami, a z całej parafii unickiej Łomazy ponad 120.Pozwolono im na powrót do Łomaz dopiero po przejsciu na prawosławie . Nikt jednak nie pozostał dobrowolnie – wielu zmarło w czasie internowania – na wojnie lub w drodze. Część z nich powróciła dopiero po I wojnie światowej. Stan taki trwał w zasadzie do tzw. ukazu tolerancyjnego 1905 roku, który zezwalał na swobodę wyznawania wiary unitom i katolikom. Wszyscy unici łomascy przeszli do kościoła rzymskokatolickiego.

 

 

Maria Konopnicka: 

...Pratulinie! Drelowie! Włodawo! Łomazy!

Stoicie wy mi w oczach jako męczeństw obrazy,

Wy, których jęk ostatni słyszan był aż w Rzymie ….

Z czcią i z boleścią wasze kładę tutaj imię.

…Tak pątnik, na którego czeka długa droga,

Klęka u chaty swojej lipowego proga,

Schyla głowę i duchem przywołuje ciszy

Imiona drogie ojców, braci, towarzyszy,

I zawiesza na piersiach święcone szkaplerze,

            I krzyż kładzie na czole i kij pątny bierze.

Czytaj także:

UNICI

Krwawe łzy unitów polskich – Teodor Jeske-Choiński (1919)

Towarzystwo Opieki nad Unitami (TOnU)

Bohaterstwo unickiej rodziny Koniuszewskich

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Religia, Unici | 6 Komentarzy »

Studzianka – mizar czyli cmentarz muzułmański

Posted by tadeo w dniu 6 Maj 2011

Jeśli chcecie poszukać swoich korzeni np. tatarskich, to polecam zwiedzenie dwóch cmentarzy tatarskich na Podlasiu Południowym czyli tzw. mizarów. Jeden znajduje się koło Łomaz w miejscowości Studzianka, drugi znajduje się w Zastawku koło Lebiedziewa. Jedziemy więc do Łomaz. Tu skręcamy w kierunku na Piszczac i po przejechaniu około 4 km. znajdziemy się w Studziance.
Mizar, czyli cmentarz tatarski, znajduje się na niewysokim wzgórzu. położonym na końcu wsi – prowadzi do niego polna droga, obok której jest kapliczka i tablica informacyjna z napisem „cmentarz mahometański”. Drogą tą dojdziemy do sosnowego zagajnika, gdzie za ogrodzeniem, wśród wysokich traw, napotkamy tatarskie mogiły – jakże odmienne od katolickich. Rzucające się w oczy nagrobki; najprostsze są zwykle z nieociosanymi kamieniami polnymi bez napisów, jeszcze inne zwieńczone  półkoliście: na górze wyraźnie  wyżłobiony półksiężyc z gwiazdami; na nich nekrolog w języku arabskim, poniżej w  języku polskim.
„Tu spoczywają zwłoki Macieja Azulewicza, dziedzica Studzianki, kolatora meczetu, majora od ułanów. Pułkownika świętej pamięci, szefa pułku byłych wojsk polskich Jakuba Azulewicza”.
Nieboszczyka układano w grobie głową ku zachodowi, aby w dniu Sądu Ostatecznego, powstawszy z grobu, mógł skierować się prosto na wschód. Usypaną mogiłę okładano kilkoma  kamieniami, których liczba powinna być nieparzysta. U głowy i w nogach stawiano po jednym większym kamieniu.
Chodząc po tym niezwykłym cmentarzu, zastanawiamy się skąd się ci ludzie wzięli na Podlasiu? Czy byli lojalnymi obywatelami dawnej Rzeczypospolitej? W informatorze „Śladami Tatarów na Podlasiu” Stanisław Jadczak stwierdza, że osiedlanie się Tatarów na Podlasiu nastąpiło w dwóch etapach. Pierwszy miał miejsce za króla Jana III Sobieskiego, następny  za Sasów. W XVIII wieku w rękach tatarskich były następujące wioski i majątki na Podlasiu: Małaszewicze, Lebiedziew, Dąbrowica, Kościeniewicze, Koszoły , Wólka Kościeniewicka, Studzianka,.
Do najwybitniejszych i najzamożniejszych rodów tatarskich na tym terenie, według monografii ” Tatarzy Polscy – Dzieje, Obrzędy, Legendy, Tradycje” autorstwa P. Borawskiego i A. Dubowskiego, należeli Azulewicze, Achmatowicze, Bielakowie, Buczaccy , Koryccy i Sobolewscy. Napisy i epitafia na nagrobkach świadczą o wielowiekowym przywiązaniu Tatarów do swej nowej Ojczyzny, ich zaangażowaniu w działalność na rzecz regionu, ich zasługach – najczęściej wojennych. Wojna była ich żywiołem. Brali udział we wszystkich wojnach, potyczkach, powstaniach. Wymieniana wcześniej monografia podaje przykład Amurata  Achmatowicza, którego za udział w powstaniu styczniowym zesłano na Syberię. Z zesłania powrócił on pieszo do rodzinnej Studzianki po ogłoszeniu amnestii w 1878 roku.


Prawdziwych Tatarów już nie ma w naszej części Podlasia. Spolonizowali się, przyjmując polską mowę, obyczaje, zmieniając nazwiska. Do imienia własnego lub nazwy miejscowości dodawali końcówkę „ski” lub „cki”, albo też ruską końcówkę „icz” do imienia swego ojca (np. Józefowicz itd.). Ich jedynym łącznikiem z przodkami była ich wiara – islam obrządku sunnickiego z elementami wierzeń tureckich ludów koczowniczych i zwyczajami miejscowej ludności chrześcijańskiej.

http://agnostos.blog.onet.pl/Studzianka-mizar-czyli-cmentar,2,ID292176257,n

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna | Leave a Comment »

Jabłeczna – prawosławna duchowa twierdza

Posted by tadeo w dniu 6 Maj 2011

Plik:Jableczna-042.jpg

Miejscem, które należy odwiedzić jest klasztor (monaster) św. Onufrego w Jabłecznej – miejscowości leżącej w odległości kilku kilometrów na północ od Sławatycz. ” W ciągu swej już niemal 500 – letniej historii monaster zachował wierność Prawosławiu i pozostał ważnym ośrodkiem duchowości, kultury , oświaty i dzieła miłosierdzia nie tylko dla prawosławnej ludności ukraińskiej Podlasia i Chełmszczyzny. Wszystkie te funkcje monaster wykonuje i dziś, będąc ważnym ośrodkiem życia religijnego Cerkwi prawosławnej w
Polsce i jednym z siedmiu istniejących dzisiaj prawosławnych ośrodków w RP” – czytamy w monografii .”Monaster św . Onufrego w Jabłecznej” autorstwa G. Kuprianowicza  i
K. Leśniewskiego.
Jedziemy zatem do Sławatycz (od strony Lublina, Radzynia), następnie skręcamy w lewo i po kilku kilometrach znajdziemy się w Jabłecznej. Drogowskaz ze znakiem „zabytek” i napisem „Zespół Klasztorny”  nakazuje nam skręt w prawo. Po przebyciu około 3 km zobaczymy srebrzystą ,cebulkę” kopuły cerkwi klasztornej . Cebulasty kształt kopuły jest w tradycji rosyjskiej odzwierciedleniem płomiennej modlitwy wiernych, a jej koliste linie ukazują jednoczących się we wspólnocie ludzi. Wkrótce staniemy przed bramą z ikoną i napisem w języku starosłowiańskim. Po przekroczeniu bramy znajdziemy się na dziedzińcu, z którego ścieżki wiodą do cerkwi i do budynku klasztornego.
Początki monasteru nie są dokładnie znane. Legenda mówi o ikonie św . Onufrego, która przypłynęła  tu nie wiadomo skąd i tu się zatrzymała . Na miejscu znalezienia ikony zbudowano klasztor. Według wymienianej już monografii monaster istniał już w 1498 roku.
Murowana cerkiew klasycystyczna została zbudowana w 1840 roku na p1anie krzyża greckiego. Posiada ona cenne wyposażenie: ikonę św . Onufrego na desce oraz rokokową ikonę Matki Boskiej – celowo nie podaję dat ich powstania w nadziei, iż Szanowny Czytelniku zechcesz sam  tu przyjechać i dowiedzieć się „u źródła”.
Różnice doktrynalne między Kościołem Prawosławnym a Kościołem RzymskoKatolickim są następujące. Kościół Prawosławny nie uznaje dogmatów katolickich, ogłoszonych po VII Soborze, tj. dogmatu o pochodzeniu Ducha Świętego od Syna (Filioque), o pierwszeństwie Apostoła Piotra wśród innych apostołów, o jurysdykcyjnym prymacie papieża jako widzialnej głowy całego Kościoła, o nieomylności papieża, o czyścu, o niepokalanym poczęciu Matki Boskiej i o wniebowzięciu Matki Boskiej .
Prawosławnej wierze i życiu nieodłącznie towarzyszy ikona. Ikona to nie tylko obraz o pewnej treści artystycznej, ale jest to przede wszystkim obiekt umożliwiający nawiązanie głębokiego i intymnego kontaktu z Bogiem – zatem musi być namalowana zgodnie z nauczaniem Kościoła Prawosławnego. Zapewne większość z Państwa nie wie, że wyznawcy Prawosławia mają swój różaniec, różniący się od katolickiego – nazywa się on CZOTKI i jest wykonywany z włóczki. Z niej formuje się coś w rodzaju paciorków . Typowe ich ilości to 30, 50, 100.

http://agnostos.blog.onet.pl/Jableczna-prawoslawna-duchowa-,2,ID297067224,n

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna | Leave a Comment »

CEBULA JAKO LEKARSTWO

Posted by tadeo w dniu 6 Maj 2011

Oto coś bardzo przydatnego, z czym się kiedyś zetknęłam w życiu. Kiedy byłam dzieckiem, widziałam jak starsi ludzie używali cebuli w poniższy sposób. Nie wiedziałam, że stosowano to też w innych krajach. Zamierzam teraz rozłożyć po domu cebule, ażeby zapobiec grypie i zobaczyć, co się będzie działo. Jeśli wy też spróbujecie, pamiętajcie, żeby jej już nie używać do gotowania, lecz wyrzucić.

W 1919 grypa zabiła 40 milionów ludzi. Pewien lekarz odwiedzał farmerów, starając się im pomóc zwalczyć grypę. Wiele rodzin farmerskich zaraziło się grypą i była duża umieralność wśród nich. Ku swojemu zaskoczeniu pośród tych chorych rodzin lekarz znalazł jedną, która była absolutnie zdrowa. Zapytał co takiego zastosowali, że pozostali zdrowi. Żona farmera odpowiedziała, że porozmieszczała po pokojach w domu nieobrane cebule na talerzach (prawdopodobnie mieli tylko dwa pokoje). Doktor nie mógł uwierzyć i poprosił o jedną z tych cebul, żeby zbadać ją pod mikroskopem. Otrzymał cebulę, a kiedy włożył ją pod mikroskop stwierdził, że zawiera ona wirusa grypy. Najwyraźniej wchłonęła ona wirusa, co pozwoliło rodzinie zachować zdrowie.

Kolejną historię usłyszałam od mojej fryzjerki w AŻ. Powiedziała, że kilka lat temu wielu jej pracowników chorowało na grypę, jak również wielu spośród jej klientów. Następnego roku umieściła kilka misek z cebulami w różnych miejscach salonu. Ku jej zaskoczeniu żaden z jej pracowników nie zachorował. A więc to musi działać.

Rada, jaka wynika z tej historii jest taka, by kupić jakąś ilość cebuli i umieścić ją w miskach po domu. Jeżeli pracujecie w biurze, umieśćcie jedną albo dwie cebule pod biurkiem, albo nawet na nim. Spróbujcie i obserwujcie, co się będzie działo. Zrobiliśmy to u siebie w ubiegłym roku i nie złapaliśmy żadnej grypy.

Jeżeli to pomoże wam i waszym bliskim, to tylko się cieszyć. Jeśli natomiast już zachorujecie na grypę, to cebula złagodzi jej przebieg. Tak czy inaczej, co macie do stracenia? Raptem kilka dolarów.

A teraz P.S. Posłałam tę wiadomość do mojej przyjaciółki w Oregonie, która przysyła mi materiały na temat zdrowia. Oto co mi odpowiedziała:

Dziękuję ci, że mi to przypomniałaś. Nie słyszałam o historii farmera, ale sama doświadczyłam kiedyś zapalenia płuc i byłam bardzo chora. Natknęłam się na artykuł, gdzie radzono, żeby ściąć obydwa końce cebuli, nabić cebule na widelec z jednego końca, wsadzić widelec do pustego słoika (lub dzbanka) i umieścić słoik (dzbanek) obok chorego pacjenta na noc. W artykule poinformowano, że cebula będzie czarna rano od zarazków. I rzeczywiście tak właśnie się stało! Cebula uległa zniszczeniu, a ja zaczęłam czuć się lepiej.

O jeszcze innym wariancie przeczytałam w tym artykule: że cebule i czosnek umieszczone dookoła pokoju uratowały swego czasu wielu ludzi przed czarną ospą (dżumą? – black plague).Tak cebula, jak i czosnek mają potężne antybakteryjne, antyseptyczne własności.

Dziękuję za ten artykuł. To mi przypomniało jak mój najstarszy syn często się zaziębiał, kiedy był mały. Pewna kobieta poradziła mi, bym pokroiła cebulę i natarła nią jego pierś. Cebula stała się czarna, a mój syn wkrótce poczuł się lepiej.

Posted in Zdrowie jest najważniejsze | 1 Comment »

Prześladowanie kościoła unickiego przez władze carskie i bohaterstwo jego obrońców

Posted by tadeo w dniu 6 Maj 2011

Kościelna Unia biskupów prawosławnych z terenu Rzeczypospolitej z Kościołem rzymskim, została zawarta w Rzymie 23 grudnia 1595 r., za pontyfikatu Klemensa VIII. Postanowienia jej ogłoszono w Brześciu n/ Bugiem (wówczas Lite­wskim) w cerkwi św. Mikołaja, 9 października 1596 r. Jej sygnatariuszami stali się: metropolita kijowski biskup Michał Rahoza oraz biskupi: Cyryl Terlecki — władyka łucki, Hipacy Pociej — włady­ka włodzimierski, Leonty Pełczycki — władyka piński, Grzegorz Zahorski — władyka połocki i Dionizy Zbirujski — władyka chełmski.

Prześladowanie kościoła unickiego przez władze carskie i bohaterstwo jego obrońców doc

Unia Brzeska skutecznie odbudowała jedność Kościoła, o którą modlił się Chrystus w Wieczerni­ku, w przeddzień swojej krzyżowej śmierci. Prosił wówczas Ojca, aby wierzący w Niego byli jedno, na wzór tej jedności, jaka jest w Bogu w Trójcy Świętej Jedynym (por. J 17, 21). To Boże dzieło, podjęte przez sygnatariuszy Unii Brzeskiej w sposób całkowicie wolny i z moty­wów czysto religijnych, od samego początku było naznaczone cierpieniem. Już sam fakt ogłoszenia Unii Brzeskiej dokonywał się w atmosferze zdecy­dowanej kontestacji ze strony jeszcze niedawnych zwolenników tej idei. Przeciwnicy Unii, z księciem Konstantym Wasylem Ostrogskim na czele, wspie­rani przez bpa Gedeona Bałabana ze Lwowa, zor­ganizowali antysynod w Brześciu. Uczestnicy tego antysynodu, któremu przewodniczył, rzekomy delegat patriarchy Carogrodu (wówczas patriar­chat wakował), Grek Nikifor, wyklęli biskupów unickich i zdecydowanie odrzucili ich zobowiąza­nia wobec Stolicy Apostolskiej.

Szlachta prawosławna z województw kijow­skiego, wołyńskiego i bracławskiego, wspomaga­na przez bractwa cerkiewne i protestantów, przez swoich przedstawicieli w Sejmie warszawskim, doprowadziła do uchwalenia w 1609 roku ustawy sejmowej, uznającej prawa Cerkwi prawosławnej w Rzeczypospolitej. Jedenaście lat później, w 1620 roku, patriarcha aleksandryjski Teofanes powraca­jąc z Moskwy, wy konsekrował nowych biskupów prawosławnych, w tym metropolitę kijowskiego. Chociaż zostało tu w sposób bardzo wyraźny zignorowane prawo króla do wyznaczania kandy­datów na biskupów, to nowo wykonsekrowani bi­skupi prawosławni zaczęli spełniać swoją paster­ską posługę. Odrodziła się w ten sposób hierarchia prawosławna. Zostały utworzone, równoległe do unickich, prawosławne struktury kościelne. Obok siebie, w tym samym mieście, pasterzują teraz dwaj biskupi: prawosławny i unicki. Niestety, co­raz bardziej wzrasta wzajemna wrogość między prawosławnymi i unitami.

Na fali wzmacniającej się i upowszechniającej nienawiści wobec Unii dokonało się męczeństwo św. Jozafata Kuncewicza, unickiego arcybiskupa połockiego, zamordowanego w Witebsku w 1623 roku. Skutki tego męczeństwa okazały się jednak błogosławione. Witebsk otrząsnął się duchowo. Moralny sprawca tej zbrodni, biskup prawosław­ny na Białorusi, Melecjusz Smotrycki, w trzy lata po dramacie witebskim, złożył na ręce unickiego metropolity wileńskiego Welamina Rutskiego ka­tolickie wyznanie wiary. Witebsk stał się unicki.

Rozbiory Polski w XVIII w. sytuację unitów znacznie pogorszyły. Rusyfikacyjne plany carów rosyjskich przewidywały możliwość wykorzysta­nia Cerkwi prawosławnej do ich realizacji. Wpły­wy Cerkwi prawosławnej zaś byłyby o wiele większe przez przywrócenie prawosławiu unitów. Stąd też car Mikołaj I, realizując koncepcję znisz­czenia Unii, wypracowaną przez byłego kapłana unickiego, ks. Józefa Siemaszkę, specjalistę w Pe­tersburgu od spraw unijnych, w 1839 roku włączył, sposobem administracyjnym, do Cerkwi prawo­sławnej wszystkie diecezje unickie na terenie swego Imperium. Na terenie Królestwa Polskiego, które­go królem był car rosyjski, pozostała jedyna unicka diecezja chełmska.

Prześladowania unitów w tej diecezji dokony­wały się według scenariusza wypracowanego w Petersburgu. Najpierw były zarządzenia rząd­ców diecezji a zwłaszcza samozwańczych admini­stratorów w Chełmie, posłusznych władzy car­skiej, aby z cerkwi unickich usunąć wszystko, co się łączy z liturgią łacińską, zatem organy, konfe­sjonały, monstrancje, dzwonki itp. — To kojarzyło się im z polskością. Urzędnicy carscy zaś nama­wiali, aby unici dobrowolnie przyjęli religię cara. Potem stosowano groźby i ściągano drakońskie kontrybucje. A gdy to nie przynosiło oczekiwa­nych rezultatów więziono „opornych” lub zsyłano ich na Sybir. Wreszcie uciekano się do użycia broni i morderstw. Parafia – tak rozumowali prześladow­cy Unii – przestawała być katolicką przez sam fakt zainstalowania w niej duchownego, uległego rusyfikującym i proprawosławnym zarządzeniom carskim.

Zasadniczo w każdej parafii prześladowa­nie rozpoczynało się od oczyszczania obrządku unickiego z wszelkich elementów pochodzących z liturgii łacińskiej.

Unicka parafia w Ostrowiu Lubelskim, licząca ok. 2500 wiernych, przeżyła takie oczysz­czenie przed 1874 rokiem. Gdy jednak wprowa­dzono antyunickiego proboszcza parafianie usunęli go z plebanii. Pułkownik Tur domagał się przepro­sin skrzywdzonego duchownego. Unici odważyli się wypowiedzieć swoje zdanie. „ Panie naczelni­ku, dotychczas słuchaliśmy was, bo byliśmy jak głupi, nie wiedząc czego od nas chcecie. Mówili­ście nam oddajcie organy, bo to polskie i że więcej od nas nic nie chcecie. Usłuchaliśmy was i dla spokojności oddaliśmy wam nasze organy. Później po­wiedzieliście — wyrzućcie jeszcze polskie śpiewy, bo to nie wasze. Zaprzestaliśmy i religijnych śpie­wów i pozwoliliśmy wyrzucić z cerkwi polskie książki nabożne. Kazaliście dalej usunąć z naszej cerkwi kazania polskie a wprowadziliście ruskie. Przystaliśmy i na to, chociaż nie rozumieliśmy rus­kiej mowy, słuchaliśmy jednak waszych nauk. Te­raz nam głosicie, że już nie będziemy mieć mon­strancji, procesji, świąt dawnych, dawnego użycia mszału i dzwonków i każecie usuwać ołtarze z cerkwi, a wnosić wasze prestoły. Na to my już przystać nie możemy, bo już wiemy czego chcecie. Popa waszego weźcie sobie, on nie nasz ksiądz i do cerkwi go więcej nie wpuścimy. Powiadacie, że w naszej cerkwi wszystko polskie. A gdzież jest Boskie? Toć my w cerkwi nie Polskę ani Polaków czcimy, ale Boga. Toć my nie Żydzi jesteśmy, tylko Polacy, żyjemy i pracujemy na polskiej ziemi i po polsku chcemy modlić się jak nas ojcowie”. Reakcja Tura? „Myślałem, że będę miał do czynienia z ludźmi. Widzę teraz, że jesteście bydłem zuchwa­łym i niewdzięcznym względem cesarza”. Unici odpowiedzieli: „Przeciwnie, my dawniej byliśmy jak głupie bydło i popędzaliście nas jak chcieliście, ale dziś my wiemy co nam mówić i czynić wypada i nie lękamy się odpowiedzialności. Popa nie prze­prosimy. Bo to on powinien przeprosić Pana Boga i nas. On złamał ślub i przysięgę złożoną papieżo­wi. On zdeptał świętą wiarę katolicką w Boga, on splamił nasze ołtarze w cerkwi, on nas zdradził i wam nas wydał”. Odpowiedzią było batożenie ludzi.

Również we Włodawie unici usunęli du­chownego prawosławnego z probostwa. Naczelnik Kotzube zobowiązał dowódcę Tura do upokorze­nia „zuchwałych” unitów. Konnica poszła szarżą na zgromadzonych przy świątyni. Były tam także matki z dziećmi. Wszyscy padli na kolana i twarze, a śpiewając pobożne pieśni trwali przy „swojej matce cerkwi”. Wszyscy byli gotowi ponieść śmierć męczeńską. Pułkownik Tur kazał bezbron­nych tratować i batożyć a najbardziej opornych związać i jako złoczyńców odesłać do więzienia w Białej Podlaskiej.

Kozacy niszczyli gospodarstwa i owoce pracy, i tak już biednych ludzi. Zabierano nie tylko bydło i zboże, ale także odzież a nawet pościel. Brano wszystko, co mogłoby się przydać wojsku, albo dla zdobycia pieniędzy u miejscowych lichwiarzy. Po zniszczeniu zasobów gospodarczych znikały też parkany, płoty i drzewo budulcowe, które gos­podarze gromadzili na konieczne remonty budyn­ków, lub budowę nowych. Wszystko spalono.

Urzędnicy carscy w przeprowadzaniu swo­ich rusyfikacyjnych planów wykorzystywali Cer­kiew prawosławną. Traktowali ją instrumentalnie. Nie uszanowano nawet rzeczy najświętszych, jak sakramenty święte, zwłaszcza chrztu i sakramentu pokuty. Niejednokrotnie kozacy nachodzili domy unitów i porywali nowo narodzone dzieci, by je zanieść do chrztu do duchownego prawosław­nego. Dla wielu rodzin był to prawdziwy dramat.

Tak było między innymi we wsi Dziadkowskie w parafii Mszanna. Przyjechał tam duchow­ny prawosławny z diakami, aby chrzcić unickie dzieci w „obrzędzie cerkiewnym”. Na wiadomość o tym wszystkie domy we wsi zostały zamknięte. Drzwi tarasowano sprzętami domowymi a okna zabijano deskami. Te domowe twierdze rozbijało wezwane wojsko. Żołnierze zaczęli wyciągać dzie­ci, ukryte w piecach chlebowych, na strychach a nawet w kominach. Matki broniły swoich po­ciech z rozpaczliwą determinacją, grożąc nawet, że są gotowe własnymi rękami je udusić a do chrztu prawosławnego dzieci nie oddadzą. Kiedy donie­siono o tym duchownemu, ten przekonał naczelni­ka, że należy zaniechać chrztu pod przymusem. Tym razem się udało! Zresztą wszystkie dzieci by­ły już ochrzczone przez katolickich kapłanów, któ­rzy swoją misję spełniali potajemnie.

Symbolem determinacji i wierności Kościo­łowi katolickiemu, a jednocześnie niemocy wobec brutalności i bezwzględności władz carskich jest rodzina Koniuszewskich ze wsi Kłoda w par. Horbów. Józef Koniuszewski był rolnikiem. Będąc czło­wiekiem spokojnym, trzeźwym i pracowitym, własnym wysiłkiem pobudował sobie domek i nie­wielką stodołę. Gospodarząc na kilku morgach zie­mi, które otrzymał na mocy uwłaszczenia, wie­dział, że dla swojej rodziny wypracuje utrzymanie. Ożenił się i stał się ojcem dwojga dzieci. Starsze ochrzcił w cerkwi unickiej. Z młodszym postąpił podobnie, ale kolejny ukaz carski, wydany w tym czasie domagał się, aby to dziecko ochrzcić w re­ligii cara. Koniuszewscy zdecydowanie odmówili. Najpierw były pogróżki urzędników carskich, potem dotkliwe kary pieniężne. Wreszcie dokonano licytacji sprzętu domowego i zwierząt gospodar­skich. To doprowadziło rodzinę do skrajnej nędzy. Koniuszewscy jednak się nie załamali. Wiedzieli, ze nie mogą sprzeniewierzyć się swojej katolickiej religii ani też poddać się niesprawiedliwości car­skiego prawodawstwa.

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia w 1874 roku. Koniuszewscy dowiedzieli się, że dziecko zostanie odebrane im siłą i ochrzczone w cerkwi prawosławnej. Postanowili do tego nie dopuścić. Zdecydowali się na dramatyczne rozwiązanie tej, nie do rozwiązania sprawy. Dokonali samospale-nia. Skryli się w stodole, którą następnie podpalili. Tam znaleźli śmierć. Ci ludzie, osaczeni przez urzędników carskich, rozumieli, że tak stają się miłą Bogu ofiarą. Uciekając przed śmiercią ducha i przed odstępstwem od katolicyzmu, woleli po­nieść śmierć w płomieniach.

W akcjach antyunijnych wykorzystywano również sakrament pokuty. Przymuszano unitów, by korzystali ze spowiedzi u duchownych pra­wosławnych. Niejednokrotnie siłą ciągnięto do spowiedzi w cerkwi. Wymuszone, więc tylko czy­sto zewnętrzne zbliżenie się do spowiadającego duchownego, było traktowane jako dobrowolne odstąpienie od Unii i przystąpienie do prawo­sławia.

Kiedy używano perswazji skutek najczęściej był negatywny. Gdy naczelnik Klimenko pytał Prokopa, jednego z mieszkańców wioski Próchen-ki, czy będzie chodził do prawosławnej spowiedzi, ten zdecydowanie zaprzeczył. Wówczas naczelnik kazał go zbić nahajkami. Zaprzestano go bić do­piero wówczas, gdy obolały starzec obiecał spo­wiadać się w cerkwi; nigdy później ze spowiedzi w cerkwi prawosławnej nie korzystał. Wcale do niej nie chodził.

Każde nieposłuszeństwo „opornych” było karane biciem, albo dotkliwymi kontrybucjami. Najbardziej dotkliwą karą, bo jednocześnie rujnu­jącą gospodarczo całe miejscowości, był obowiązek kwaterowania przez kilka tygodni, czasem nawet kilka miesięcy, sotni kozackich. Tak było m.in. w S wór ach, które były wsią zamożniejszą niż inne okoliczne wioski. Dwie roty piechoty stacjonowały tu prawie przez dwa lata, w 1874 i 1875 roku. Dla­tego Swory wkrótce znalazły się na granicy nędzy. Dzieci poczęły umierać z głodu. Ale duch religijny mieszkańców i stałość w wierze nie słabły. Wzbu­dzały podziw nawet u prześladowców.

Władze wojskowe zaś dostrzegły, że stacjonu­jący tu żołnierze są mniej brutalni. Odnotowały to urzędowe oświadczenia dowódców, którzy dono­sili swoim przełożonym o „demoralizacji wojska w Sworach”. Rzeczywiście, niektórzy żołnierze tu stacjonujący zaczęli dostrzegać dziejącą się nie­sprawiedliwość i doświadczali siły religijnej wiary mieszkających tu ludzi. Dostrzegali też, że prosta i żywa wiara unitów, która kształtowała ich szarą i bardzo trudną codzienność, była źródłem ich mocy w płaceniu niesprawiedliwych kontrybucji. Unici byli gotowi poświęcić swój majątek w obro­nie katolickiej wiary. Umieli za nią cierpieć a na­wet byli gotowi za wiarę przelać krew. Duch chrześcijańskiej miłości obecny w ich życiu, także w odniesieniu do prześladowców, oświecał tych ostatnich i ich cywilizował. Dlatego załogi wojsko­we były tu wymieniane co dwa miesiące.

Wydarzenie pratulińskie

W klimacie planowych prześladowań w całej unickiej diecezji chełmskiej, zatem na Podlasiu i w Ziemi Chełmskiej, zaistniało Wydarzenie Pratulińskie. W Pratulinie zastosowano podobne me­tody jak w wielu innych parafiach unickich. Chcia­no „na siłę” unitów uczynić wyznawcami religii cara. Wierni zdecydowanie sprzeciwiali się tym usiłowaniom. Doszło tu do otwartej i publicznej konfrontacji z Kutaninem, carskim naczelnikiem powiatu konstantynowskiego, który zażądał, aby unici przekazali swoją świątynię nowemu probosz­czowi, wyznaczonemu przez władze rządowe. Lud nie godził się na rządowego proboszcza. Na­czelnik dał kilka dni do namysłu. Wrócił do Pratulina 24 stycznia 1874 r. z sotnią kozaków pod dowództwem pułkownika Steina, niemieckiego luteranina. Przy cerkiewce zebrała się prawie cała parafia. Naczelnik zażądał kluczy, by otworzyć cerkiew i wprowadzić nowego proboszcza, anty-unitę, ks. Leontyna Urbana. Zebranych straszył wojskiem, które ustawiono tuż za parkanem przy­kościelnym.

Nerwowe pertraktacje nie rozwiązały sprawy. „Panie naczelniku — powiedział Daniel Karmasz, jeden z autorytetów parafialnych, dziś błogosła­wiony Męczennik — gdyście zabierali nam organy zaręczałeś nam, że rząd nie ma zamiaru narzucać nam prawosławia. Powiedziałeś, że gdyby kto kie­dy od nas lub od naszej cerkwi zażądał czegoś więcej, to wtedy możemy wszyscy, starzy i mło­dzi, wziąć kołki i za wieś przepędzić każdego, choćbyś ty sam był wtrącającym się do naszej wia­ry i cerkwi. Tyś sam więc nas nauczył i upoważnił, że dziś stoimy w obronie naszej cerkwi i wiary, gdy nam przez popa chcecie narzucić prawosła­wie a cerkiew świętą sprofanować. Dziś sądzisz, panie, swoją własną sprawę i swoje słowa. Nie wzięliśmy jednak kołków jakieś ty nam nakazał, wolimy stać i umrzeć bezbronni, przy świętym progu naszej cerkwi”.

Pułkownik Stein tymczasem wydał rozkazy i przegrupował żołnierzy. Ci ustawiali bagnety na karabinach, chcąc przemocą zająć unicką świąty­nię. Wśród jej obrońców byli dawni żołnierze z carskiej armii. Oni znali zasady wojskowego rze­miosła. Wiedzieli, ze prawem jest zabroniona bru­talność wojska. Dlatego Feliks Osypiuk, nie tak dawno jeszcze służący w armii cara, powiedział: „Wiemy, że według postanowienia carskiego niko­go bić nie wolno. Dlatego, jeśli napadać nas i bić będziecie, będziemy się bronić, czym kto może. Ale jeśli car upoważnił was do zabijania nas, lud gotowy jest zginąć za Boga i wiarę i nie cofnie się ani kroku przed śmiercią”. Wojsko jednak prze­kroczyło parkan i bijąc łudzi kolbami karabinów oraz kłując bagnetami torowało sobie drogę do cerkwi. Odpowiedzią na brutalność kozaków były rzucone kamienie i bojowo podniesione, znalezio­ne w pobliżu, kołki.

Pułkownik Stein wycofał nieco poturbowa­nych żołnierzy. Rozkazał teraz rozwinąć sztandar wojskowy, nabić broń i zatrąbić „do ataku”. Ude­rzono w bębny. Padł rozkaz strzelania. Daniel Karmasz, który trzymał duży krzyż zawołał do współobrońców świątyni: „Odrzućcie wszystko, kołki i kamienie, pod kościół. To nie bitwa o ko­ściół. To walka za wiarę i za Chrystusa!” Ktoś za­intonował pieśń: Kto się w opiekę… Padła komen­da: ognia! Padły strzały. Upadł zabity Wincenty Lewoniuk. Śmiertelnie został postrzelony Daniel Karmasz. Upadł na krzyż, który jeszcze przed chwilą trzymał wysoko nad głowami. Krzyż pod­niósł Ignacy Frańczuk z Derła, ale i on zaraz martwy osunął się na ziemię. Śmiertelna kula dosięgła 19-letniego Aniceta Hryciuka z Zaczepek, który przyniósł obrońcom jedzenie. Wychodząc z domu powiedział: „może i ja będę godny, że mnie za­biją”. Teraz leżał martwy. Jego martwe ciało pod­niósł z ziemi Filip Geryluk, sąsiad młodego mę­czennika, wołając do kozaków: „już narobiliście mięsa, możecie go mieć więcej, bo wszyscy jesteś­my gotowi umrzeć za naszą wiarę”. Za chwilę sam padł rażony kulą. Onufrego Wąsy luka, który rok temu za 800 rubli został wykupiony od służby wojskowej, kula trafiła w głowę, rozrywając czasz­kę. Świadkami jego śmierci była żona i matka, któ­ra opłakiwała swego syna. — „Matko, nie płaczcie swego syna jak ja nie płaczę straty męża — pocie­szała synowa; wszak on ani za zbrodnię, ani za występek został zabity. Owszem, cieszmy się, że poległ za wiarę. O, gdybym ja była godna umrzeć z nim.” Od kuł kozackich zginęło na miejscu dzie­więciu unitów, czterech ciężko rannych umarło tej samej doby w domach.

Masakra zapewne trwałaby dłużej, gdyby nie wypadek postrzelenia żołnierza przez współ-atakującego kozaka. Przerwano więc ogień. Teraz żołnierze bez przeszkód dotarli do drzwi cerkwi, które otworzyli przy pomocy siekiery.

Do świątyni wprowadzono rządowego probo­szcza. Tymczasem rozproszony lud zbierał swoich rannych, których było ok. 180 osób. Ciała zabitych zaś leżały na cmentarzu przez całą dobę. Potem pogrzebano je, bezładnie wrzucając do wspólnej mogiły, którą zrównano z ziemią, aby nie pozo­stawić żadnego śladu po pochówku. Miejscowi lu­dzie jednak dobrze zapamiętali to miejsce.

KU CHWALE OŁTARZY

Proces unickich Męczenników z Pratulina z 1874 roku rozpoczął się w roku 1918. Rozpoczął go pierwszy ordynariusz wskrzeszonej Diecezji Siedleckiej bp Henryk Przeździecki. W 1938 roku powołał Diecezjalny Trybunał Kanoniczny i mia­nował w Rzymie postulatorem tej sprawy francisz­kanina o. Wojciecha Topolińskiego.

Proces kompletowania materiałów przerwała nagła śmierć bpa Przeździeckiego w 1939 roku. Śmierć ordynariusza i wybuch II wojny światowej oraz rządy komunistyczne w powojennej Polsce uniemożliwiły kontynuację kanonicznego docho­dzenia. Zostało ono podjęte dopiero w 1964 roku przez biskupa Ignacego Świrskiego. Rok później przesłano do Rzymu, do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, całą dokumentację. Kongregacja po przestudiowaniu tego materiału uznała go za niewystarczający. Zażądała bardziej dokładnego opracowania, które by pełniej ukazało historyczne tło męczeństwa Unitów w Pratulinie. Chodziło głównie o dotarcie do urzędowych dokumentów przechowywanych w archiwach polskich i zagra­nicznych, zwłaszcza carskich i dyplomatycznych i wykazanie, że męczeństwo w Pratulinie było fa­ktem natury religijnej, a nie skutkiem działań po­litycznych czy konsekwencją walk o charakterze narodowym.

Dopiero po 1989 roku zaistniała możliwość dotarcia do interesujących dokumentów. Na pro­śbę biskupa Jana Mazura kilku historyków, znaw­ców historii XIX w., przeprowadziło kwerendę w Watykanie — prof. H. Dylągowa, KUL, w Pary­żu — prof. J. Skowronek, UW, w Archiwum w Krakowie — dr T. Krawczak, UW, ks. mgr B. Błoński WSD oraz w Moskwie, Petersburgu i Siedlcach — dr U. Głowacka-Maksymiuk, Archi­wum Państwowe w Siedlcach. Zebrane dokumen­ty potwierdziły powszechne przekonanie wier­nych na Podlasiu, że prześladowania Unitów i męczeństwo w Pratulinie dokonywały się z mo­tywów religijnych.

Prof. H. Dylągowa przygotowała dokument, odpowiadający wymaganiom promotora wiary. W oparciu o to opracowanie, postulator procesu w Rzymie, ks. dr Marian Babula, michaelita, przy­gotował „Positio”, które w liczbie 40 egzemplarzy w wersji włoskiej, biskup Jan Mazur 23 czerwca 1995 r. przekazał Ojcu Świętemu i Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w Rzymie. Dołączył jed­nocześnie   list,   podpisany   17   czerwca   1995   r. w Szczecinie przez uczestników konferencji ple­narnej Episkopatu Polski, którzy prosili Papieża, by jeśli to możliwe, sprawa Męczenników z Pratulina mogła być rozpatrzona w trybie specjalnym i zakończona w roku jubileuszu 400-lecia zawarcia Unii Brzeskiej. Podobne prośby, z własnej inicjaty­wy, wysłali biskupi greckokatoliccy z Przemyśla (abp J. Martyniak) i ze Lwowa (kard. M. Lubaczi-wski). Także wyżsi przełożeni zakonów męskich skierowali  do  Ojca  Świętego  podobną  prośbę. W Watykanie przyjęto je pozytywnie.

Sprawa Męczenników z Pratulina została rozpatrzona przez Komisję teologów 26 stycznia 1996  r. Dali oni pozytywne oceny, wskazując, że męczeństwo Wincentego Lewoniuka i XII Towa­rzyszy jest faktem dokonanym z motywów niena­wiści władzy carskiej do wiary katolickiej wyzna­wanej  przez  Unitów  i  ich  stałości w  obronie jedności Kościoła przez nieugięte trwanie przy Oj­cu Świętym.

Podobną ocenę wydała również Komisja Kar­dynałów, której przewodniczył kard. Achile Silve-strini, prefekt Kongregacji Kościołów Wschodnich. Jej posiedzenie odbyło się 16 kwietnia 1996 r. W dniu 24 czerwca 1996 r. odbyło się przed Papie­żem czytanie przygotowanego przez Kongregację Spraw Kanonizacyjnych „Dekretu o męczeństwie Sług Bożych z Pratulina”. Papież Jan Paweł II ten Dekret zatwierdził. Dochodzenie beatyfikacyjne zostało w ten sposób oficjalnie zakończone.

Ojciec Święty wyznaczył termin beatyfikacji Sług Bożych Wincentego Lewoniuka i XII Towa­rzyszy na 6 października 1996 r. Był to dzień na­wiązujący do daty ogłoszenia Unii Brzeskiej, która przed 400 laty dała początek Kościołowi unickiemu.

Błogosławieni męczennicy z Pratulina

Ojciec Święty Jan Paweł II, w niedzielę 6 paź­dziernika 1996 r., w Rzymie, dokonał beatyfikacji Męczenników z Pratulina, Wincentego Lewoniuka i 12 Towarzyszy. Jednocześnie do chwały ołtarzy wyniósł polską niepokalankę, s. Marię Marcelinę Darowską, Irlandczyka Edmunda Ignacego Rice i franciszkankę z Hiszpanii, s. Marię Annę Mogas Fontcuberta.

Uroczystości beatyfikacyjne zgromadziły ty­siące wiernych z Irlandii, Włoch, Hiszpanii, Ukrainy i wielu innych krajów świata. Z Polski przybyło około 5 tyś. pielgrzymów z różnych diecezji, w tym ponad 3 tyś. z Diecezji Siedleckiej. Uczest­nikami uroczystości beatyfikacyjnych byli wszyscy alumni siedleckiego Wyższego Seminarium Duchownego, którzy dostąpili zaszczytu pełnienia asy­sty liturgicznej podczas Mszy św. beatyfikacyjnej.

Z Ojcem Świętym Eucharystię koncelebrowało kilkudziesięciu kardynałów, arcybiskupów, bisku­pów i kapłanów. Wśród nich byli m. in. Prymas Polski kard. Józef Glemp, metropolita krakowski kard. Franciszek Macharski, sekretarz Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych abp Edward Nowak, łaciński metropolita lwowski, abp Marian Jawor-ski, ordynariusz siedlecki bp Jan Wiktor Nowak, unicki metropolita przemysko-warszawski, abp Jan Martyniak oraz biskup pomocniczy ordyna­riusza siedleckiego bp Henryk Tomasik i obaj bis­kupi seniorzy z Siedlec: bp Jan Mazur i bp Wacław Skomorucha.

Zaszczytu, koncelebrowania Mszy św. beatyfi­kacyjnej z Papieżem dostąpili także przedstawiciele duchowieństwa diecezjalnego, w osobach wicepostulatora procesu beatyfikacyjnego, ks. Franciszka Juchimiuka, ks. Andrzeja Filipiuka, proboszcza parafii Pratulin, ks. Juliana Jóźwika, dyrektora Wydziału Duszpasterskiego Kurii Siedleckiej i ks. Kazimierza Matwiejuka, prawnuka błogosławio­nego Konstantego Łukaszuka.

Prośbę o dokonanie beatyfikacji skierował do Papieża biskup Jan Wiktor Nowak. Ojciec Święty wypowiedział uroczystą formułę beatyfikacyjną. Mówił w niej, że po wysłuchaniu biskupów, z któ­rych diecezji pochodzili Słudzy Boży, jak również innych braci w episkopacie i Kongregacji ds. Kanonizacyjnych, mocą Apostolskiej Władzy teraz ogłasza dotychczasowe Sługi Boże Błogosławio­nymi Kościoła Chrystusowego. Papież wyznaczył jednocześnie daty liturgicznych wspomnień nowych Błogosławionych. Liturgiczne wspomnienie błogo­sławionego Wincentego Lewoniuka i 12 Towarzy­szy zostało wyznaczone na dzień 23 stycznia.

Bezpośrednio po liturgicznej formule beaty­fikacyjnej zostały odsłonięte wizerunki nowych Błogosławionych, umieszczone na frontonie Waty­kańskiej Bazyliki św. Piotra. Delegacje z Polski, Irlandii i Hiszpanii złożyły Ich relikwie przy ołta­rzu papieskim.

Ojciec Święty w homilii mówił o doniosłości i aktualności przykładu Błogosławionych z Pratu-lina, tak w wymiarze osobistego przeżywania Chrystusa, jak również w trosce o jedność Jego Ko­ścioła. Nawiązując do ewangelicznej przypowieści Chrystusa, z niedzielnej Liturgii słowa, o winnicy, którą zagrabili niesprawiedliwi rolnicy, bijąc i za­bijając sługi prawowitego właściciela winnicy (por. Mt 21, 35) odniósł jej sens do Męczenników z Pra-tulina mówiąc: „Czyż ten sam los nie stał się udziałem Wincentego Lewoniuka i jego Towarzy­szy, Męczenników z Podlasia? Jako wierni słudzy Pana, pełni ufności w moc Jego łaski, dali świadec­two swojej przynależności do Kościoła katolickie­go w wierności własnej tradycji wschodniej. Uczynili to z pełną świadomością i nie zawahali się zło­żyć ofiary z życia na potwierdzenie swego odda­nia Chrystusowi. Nie szczędząc siebie, Męczenni­cy z Pratulina bronili nie tylko świątyni przed którą ponieśli śmierć, ale także Kościoła, który Chrystus zawierzył apostołowi Piotrowi; tego Ko­ścioła, którego czuli się częścią jako żywe kamienie. Przelali swą krew zjednoczeni z Bożym Synem, wyrzuconym z winnicy i zabitym (por. Mt 21, 39) dla zbawienia i pojednania człowieka z Bogiem. Wyniesieni dzisiaj na ołtarze Wincenty Lewoniuk i jego 12 Towarzyszy, przez swój przykład i wsta­wiennictwo, zapraszają nas wszystkich, abyśmy mężnie kontynuowali wędrówkę ku pełnej jedności całej rodziny uczniów Chrystusa w duchu wska­zań ekumenicznych Soboru Watykańskiego”.

Opracow. na podstawie: ks. dr hab. Kazimierz Matwiejuk
„Błogosławieni Męczennicy z Pratulina”, Siedlce 1995.

Bibliografia:

1.  Bojarski Jan (ks. J. P. B), Czasy Nerona w XIX wie­ku pod rządem moskiewskim czyli      Prawdziwe Neronowskie   prześladowanie   Unii   w   diecezji chełmskiej, wyd. II, Lwów      1885, t. II.

2.  Dylągowa H., Unia Brzeska i Unici w Królestwie Polskim, Warszawa 1989.

3.  Dylągowa H., Dzieje Unii Brzeskiej, Olsztyn 1996.

4.  Jan Paweł II, Encyklika „Ut unum sint”, Pallottinum 1995.

5.  Jan Paweł II, List do Mirosława Iwana S. R. E. Kard.   Lubacziwskiego   Arcybiskupa         Większego Lwowa dla Ukraińców, Wiadomości Diecezji Sied­leckiej 11 (1995) 347-349.

6.  Matwiejuk K., Pratulin, narodziny dla nieba Sług Bożych Wincentego Lewoniuka i 12      Towarzyszy, Warszawa-Siedlce 1995.

7.  Męczennicy Podlasia w świetle współczesnej na­uki, pr. zb. (red. Marian Zdzisław      Stepulak), Siedl­ce 1995.

8.  Positio super martyrio Yincentii Lewoniuk et XII Sociorum, Roma 1995.

9.  Pruszkowski J., Martyrologium czyli Męczeństwo unii św. na Podlasiu, Woodbridge, N. J.      1983.

10.  Reymont W. St., Z ziemi chełmskiej, Warszawa 1990.

11.  Soszyński R., 400-lecie Unii Brzeskiej, Michaline-um 1996.

12.  Unici Podlascy, t. I, Martyrologia Unitów Podla­skich w świetle najnowszych badań        naukowych, Siedlce 1996.

13.  Unici Podlascy, t. V, „Zanim wróciła Polska”. Mar­tyrologium ludności unickiej na        Podlasiu w latach 1866-1905 w świetle wspomnień, (wybór i oprac. Tadeusz Krawczak),        Warszawa 1994.

http://www.diecezja.siedlce.pl/historia.php?i=533

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Religia, Unici | Leave a Comment »

Sierpniowe wspomnienia – Elżbieta Gawlas

Posted by tadeo w dniu 6 Maj 2011

Ten tekst jest pisany krwią, buntem, zawiedzionymi nadziejami. Krzykiem i  rozpaczą. Bezsilnością niknącej tradycji. To tekst będący kopalnią niechcianej wiedzy. Wiedzy wypieranej przez współczesną, taktyczną sklerozę. Opisujący rzeczywistość oglądaną z  niezafałszowanej pozycji naocznego świadka. Obserwatora tamtych, strajkowych, sierpniowych dni. Szczegółowy, lecz nie nudny, bo fascynujący to zapis. To dokument przeznaczony dla historyków. I  nie tylko: dla ludzi wrażliwych, dla tych, co jeszcze wiedzą, co to niefarbowana miłość do kraju ojczystego. Co to honor.

Nie jest to zwyczajny tekst. To jest zapis chwil minionych i  skwapliwie zapomnianych. Wadą dla ludzi młodych, przyzwyczajonych do tekstów krótkich, powierzchownych, by nie rzec – lakonicznych, jest jego DŁUGOŚĆ wymagająca intelektualnego wysiłku. Natomiast długość jego, dla mnie jest zaletą.
Dla obecnie młodych ludzi, ludzi wychowanych z 
 dala od samodzielnego myślenia, od samodzielnego kojarzenia faktów i  wysnuwania logicznych wniosków z  przeszłości, tekst ten jest już niestrawny, egzotyczny, nie do przyjęcia, zawiera bowiem informacje sprzeczne z  ich NOWOCZESNYMI poglądami, treści „niekompatybilne” z  oszalałym, szczurzym pędem ku Zachodowi.
Polecam tekst Pani Elżbiety Gawlas, materiał do zastanowienia się nad sobą, pisany z 
 myślą o  naszej przyszłości.

Marek Jastrząb


Strajk w gdańskiej Stoczni im. Lenina 1980. Fot. T. Michalak

„Pan ich nie zna, pan nie wie, do czego oni są zdolni – powtarza bez przerwy nauczycielka przybyła na pomoc na samym początku strajku. Oczy ma pełne łez.”
Cytat ten znalazłam w  książce „Gdańsk 1980 – Oczyma świadków” (wyd. Polonia Book Fund LTD, Londyn 1980) w  artykule napisanym przez Bernarda Guetta z  Le Mond, którego miałam przyjemność poznać podczas strajku. Zdania te odnoszą się do mojej osoby i  stały się dla mnie inspiracją do podjęcia próby spisania tego, co przeżyłam. Czy będzie to zadanie proste? Na pewno nie. Zbyt glęboko odczułam naszą rewolucję, by móc spojrzeć na nią z  pewnego dystansu. Zbyt boleśnie przeżywam dramat powojennych losów mojej Ojczyzny.

Należę do rodziny głęboko patriotycznej, której walka o  wolność Kraju rozpoczęła się chyba już w  powstaniu listopadowym. Jej członkowie ginęli na obu frontach II Wojny Światowej. Walczyli w  konspiracji, ginęli na Pawiaku, Cytadeli i  byli w  Oświęcimiu. Nie ominął ich los syberyjskich zesłańców. Przeszli bojowy szlak z  Andersem, aż pod Monte Cassino. Nikt po 1945 roku nie zaakceptował statusu PRL.
Z moich ust pierwsze „nie” padło, gdy miałam 8 lat. W  drugiej klasie szkoły podstawowej nauczycielka języka polskiego kazała nam nauczyć się czytać tekst pt. „Przyjaźń”. Następnego dnia, wywołana do odpowiedzi, zdesperowana odrzekłam, że czytać nie będę. Zdumienie tej kobiety było niezmierne. Znała mnie od dziecka jako bardzo posłuszną dziewczynkę… Podeszłam do jej biurka i  z płaczem wyszeptałam na ucho, że mój dziadek zginął niewinnie na Syberii – i  o takiej przyjaźni nie sposób czytać.
Świadoma sytuacji politycznej stałam się w  12 roku życia. Był początek wiosny. Z  moim nieżyjącym już teraz Ojcem, bardzo często odbywaliśmy dalekie spacery, podczas których ze ściśniętym sercem słuchałam partyzanckich opowieści. I  tak pewnego dnia zanotowałam w  pamięci slowa: „Nasz Kraj jest w  niewoli sowieckiej”. Wiedza ta zadecydowała o  dalszych moich losach. Poznański Czerwiec i  Październik 1956 roku pamiętam jak przez mgłę. Robotnicy. Strajk – manifestacje – zabici – ranni… Do dzisiaj mam przed oczyma scenę z  ponurej klasy, w  której zdjęto nam krzyż. Przynosiliśmy z  domu własne i  wieszaliśmy kolejno, w  miarę jak nam je zdejmowano. Skończyły się tego roku dni rozpoczynane modlitwą.
Potem był rok 1968. Już jako studentka Studium Nauczycielskiego poszłam pod „Żaka” w  Gdańsku na wieczorną manifestację popierającą walkę warszawskich studentów o  Wolność.
Atak milicji, pobite pałkami koleżanki – oto była odpowiedź władz.

Przełomowym miesiącem w  moim życiu był Grudzień 1970 roku. W  styczniu 1971 roku pisałam:

Pierwszy dzień nowego roku. Co nam przyniesie? Nie wiemy. Czy będzie dalszym ciągiem walki słusznej i  sprawiedliwej? Dość zakłamania. Musi zwyciężyć Prawda. Nie zapomnę nigdy o  tragicznych dniach grudnia ubiegłego roku. Krwawe zajścia na terenie Gdańska i  Gdyni, Elbląga, Szczecina i  Słupska to jedne z  najczerniejszych kart historii powojennej. Rozkaz strzelania do strajkujących i  manifestujących robotników i  sprowadzenie na nich czołgów – to straszliwa zbrodnia, której nie można zapomnieć i  przejść obok niej obojętnie. Kochani robotnicy wzięli na siebie ciężar walki za tchórzliwych i  słabych. Poszły prawie wszystkie zakłady produkcyjne miasta, zjednoczyły się w  jednym wspólnym dążeniu. Szli zwartym szeregiem przez ulice Gdańska do Komitetu Wojewódzkiego, którego podpalenia byłam świadkiem, do Związków Zawodowych, pod Komendę Milicji. Poszli pod Politechnikę, przepraszali za Marzec. Doszło do walk, padli zabici – 350 osób? – i  ranni. Milicja chowała do wspólnych grobów. Wiele osób, które udały się na pogrzeb bliskich, zaginęło. W  Gdyni miała miejsce rzeź. Strzelano do bezbronnych, uciekających, w  plecy; do podróżnych wysiadających z  kolejki elektrycznej. Ulicą Świętojańską na czele pochodu niesiono na drzwiach zwłoki chłopca – ucznia liceum. Padła od kuli 16-letnia dziewczyna niosąca narodowy polski sztandar. Postrzelono 12-letniego chłopca, który niósł w  siatce produkty spożywcze. Obydwie nogi amputowano. Milicjant zglosił się do szpitala po siatkę, ale lekarz nie wydał dowodu zbrodni…

Straszliwy odwet na milicjantach. W  Oruni – przedmieściach Gdańska – znaleziono podczas Świąt Bożego Narodzenia dwóch funkcjonariuszy z  poderżniętymi gardłami. W  Gdańsku – jednego z  odciętą głową, posługiwano się scyzorykiem i  żyletkami. W  Gdyni zamordowano, obcięto mu uszy i  wyłupiono oczy. To nieliczne straszne szczegóły z  pamiętnych dni grudniowych. Sączona od lat wzajemna nienawiść przyniosła krwawe żniwo.

Prasa kłamie. Sprawdzają się słowa znajomego lekarza: „źle postawione, będzie zawsze się walić”. W  czasie minionych wydarzeń milicjanci wpadali do szpitali, mordowali leżących na łóżkach rannych. Lekarze musieli ich ukrywać. W  więzieniach aresztowani musieli przechodzić wzdłuż szpalerów funkcjonariuszy, bito ich pałkami, słabsi padali, wielu dobijano. Znajoma pielęgniarka mówi: „Do celi po brzegi wypełnionej więźniami – o  głodzie stali – usiąść nie było gdzie – dwie doby – wrzucono 12-letniego chłopca, krew płynęła ustami i  uszami. Współwięźniowie pluli na chusteczki, żeby zrobić okład. Skonał na ich rękach.” Brat koleżanki był świadkiem śmierci młodej, ciężarnej kobiety pod gąsienicami czołgu. Zemdlał.

Tak trudno otrząsnąć się z  minionych przeżyć, tak trudno mówić o  tym, co tak niewypowiedzianie boli. Stale krwawiąca rana. Na widok munduru uciekam na drugą stronę ulicy. 16 stycznia 1971 roku robotnicy Stoczni Gdańskiej podjęli strajk. Domagają się m.in. oddania pod sąd grudniowych zbrodniarzy. Stocznia w  Gdyni otoczona wojskiem. W  „Głosie Wybrzeża” podano listę osób zabitych – 28. Kto ma w  to wierzyć? Pewien milicjant po pijanemu przyznał, że chowano pomordowanych w  workach z  folii w  Piaśnicy. Krążą pogłoski o  strajku generalnym.

Tyle zapisów sprzed dziesięciu lat. W  międzyczasie był dramat Ursusa i  Radomia w  1976 roku. Przyczyny i  skutki te same co w  Poznaniu, Gdańsku i  Gdyni.

I tak nadszedł historyczny już rok 1980.

W styczniu odczuwało się nadchodzącą burzę. Pewnego dnia wyrwało mi się: „Do końca roku to wszystko pęknie”. Spełniły się słowa, choć wydarzenia nadeszły wcześniej niż przypuszczałam. Czułam, że skończył się czas krytyki, a  nadszedł czas działania.
Słyszalam o  działalności Wolnych Związków Zawodowych, licznych aresztowaniach Lecha Wałęsy [które okazały się fikcją – 2003], podsłuchu u  Ani Walentynowicz.
Cieszyła mnie ich działalność.

W piątek 15 sierpnia Mama moja przyszła do domu z  płaczem – Stocznia strajkuje. [Była świadkiem zastrzelenia 18 stoczniowców 15 grudnia 1970 roku pod II bramą Stoczni Gdańskiej – 2003. Sama pracowała w  budynku dyrekcji stoczni 35 lat.] Wiadomość przyjęłam spokojnie. Powiedziałam tylko – nareszcie! Natychmiast zdecydowałam, że muszę znaleźć się wśród tych, których bracia ginęli w  Grudniu 70 roku. Świadoma byłam, że może spotkać mnie ten sam los. Moja decyzja była jednak nieodwołalna. Kupiłyśmy 4 siatki chleba i  pojechałyśmy pod bramę Stoczni Gdańskiej. Po drugiej stronie – tłumy robotników i  strajkowa straż. Ze łzami witałam nowych bohaterów. Nie mogli mnie jednak wpuścić.
W sobotę niepokojąca wieść: strajk zakończony. Jeszcze tego samego dnia: protestują nadal w  obronie praw mniejszych zakładów. Niedziela rano – Msza Święta. Po południu poszłam do zaprzyjaźnionej rodziny. Tam dowiedziałam się, że o  dwudziestej odbędzie się zebranie Komitetu Strajkowego. Umówiłam się z  Januszem, że wprowadzi mnie na stocznię.

Przed bramą byłam za piętnaście czwarta. Tłumy ludzi po obu stronach bramy. Nie mogąc doczekać się na mojego przewodnika, przecisnęłam się jak najbliżej wejścia. W  pewnym momencie usłyszałam, że ktoś mówi po angielsku. Był to dziennikarz z  Austrii. Zaofiarowałam mu swoją pomoc jako tłumaczka i  tak znalazłam się po drugiej stronie, wśród strajkujących. Czułam zapewne to samo, co Aleksandra Banasiak w  Poznaniu w  56 roku. Udaliśmy się razem do dużej sali BHP. Była tam już grupa ludzi, gromadzono się na zebranie. Usiadłam z  boku w  pobliżu stołu prezydialnego.

Posiedzenie rozpoczął Lech Wałęsa, obok siedział Bogdan Borusewicz. Dyskutowano nad postulatami. Zaczęłam na wyrwanej z  notesu kartce wypisywać własne. W  pierwszym punkcie umieściłam wolne, demokratyczne wybory do Sejmu. Ostatni, 21, był podobny do postulatów węgierskich robotników w  1956 roku, o  czym dowiedziałam się później z  broszury „Budapeszt – 100 dni nadziei”: dobrowolność uczenia się języka rosyjskiego. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że tego typu żądania będą z  listy usuwane. Lechu i  Bogdan po przeczytaniu mojej kartki odwrócili się i  uważnie popatrzyli na radykała w  spódnicy.
Zabranie trwało do godziny 23-ciej, z  udziałem 27 przedstawicieli różnych zakładów. W  przerwie przeniosłam się obok do małej salki i  podjęłam rozmowę z  uczestnikiem Ruchu Obrony Praw Człowieka i  Obywatela, Jankiem Zapolnikiem. Przedstawiłam mu własną wizję podobnego pokojowego ruchu rewindykacyjnego w  innych krajach socjalistycznych i  republikach radzieckich. Mój rozmówca był zaskoczony tym rozmachem i  optymizmem.
Wróciłam do domu o  24, by następnego ranka z  siatkami pełnymi chleba wrócić do stoczni bez trudności.

Za bramą spotkałam reportera z  Francji, pochodzenia polskiego, Mariana Kafarskiego. Dalej poszliśmy razem. W  dużej sali plenarnej zaofiarowałam swoją pomoc przy robieniu kanapek. Potem przeniosłam się do stołu prezydialnego, gdzie razem z  pewną młodą, ułomną (po Heine Medine) kobietą z  Niezależnej Oficyny Wydawniczej zbierałyśmy postulaty od zgłaszających się delegatów.
Zebranie Komitetu Strajkowego. Podniosły nastrój. Szłam wszędzie tam, gdzie mogłam być najbardziej użyteczna. Jako pierwsza zajęłam się bardzo pracochłonnym wydawaniem przepustek. Przez 18 godzin bez przerwy rejestrowałam zgłaszające się zakłady pracy, doszłam pierwszego dnia do 187. Następne godziny były koszmarne. Wiedziałam, że jeśli nie będziemy zdecydowani, wywiozą nas z  kraju masowo pociągami. Poszłam do Wałęsy, po krótkiej rozmowie zaproponował mi, bym została jego sekretarką.
Zaczęłam stopniowo podpowiadać, jak należy zorganizować prace prezydium. Pewne moje propozycje zaakceptowano – dwa razy dziennie posiedzenie. Tego dnia o  23 z  trudem pozbierałam w  małej salce rozproszonych członków. Protokołowałam zebranie. W  pewnym momencie zasugerowałam, że należy przewidzieć powstanie Ogólnopolskiego Komitetu Strajkowego. Była to moja wizja przyszłej Krajowej Komisji Porozumiewawczej. Tej nocy w  ogóle nie spałam. Do rana próbowałam na czysto przepisać protokół. Około 2 w  nocy zwrócił moją uwagę człowiek siedzący na przeciwko punktu informacyjnego. Na piersiach miał duży ryngraf, a  w ręce – krótkofalówkę. Ostrzegłam strajkujących, zaczęliśmy się porozumiewać, mówiąć sobie wszystko na ucho. Byliśmy świadomi obecności agentów. Podejrzanego osobnika usunięto z  terenu stoczni, potrojono straże. Podobno powiedziałam: „Czy wiecie, co za chwilę może się tu stać? Czy wiecie, co ludziom grozi?” Dopiero następnego dnia dowiedziałam się, że szykowano desant. [W 1996 roku gdy leżałam w  szpitalu w  Gdańsku powiedziano mi, że tamtej nocy był desant. Do dziś są ślady od siekier na drzwiach].
Po 36 godzinach wytężonej pracy, w  południe przeszłam do miasta przez bramę, którą przejeżdżają zwykle pociągi z  węglem. [Stało się to już po tym, jakJoanna Gwiazda krzyknęła „Lechu – agentem”.] Nie bałam się. Na rogu ulicy dostrzegłam ukryty samochód milicyjny. Obłożona byłam cała ulotkami i  miałam przy sobie kasetę z  oryginalnym nagraniem z  krwawego poranka w  Gdyni z  16 grudnia 1970 roku. Udając spokój minęłam ich, poszłam do rodziny.

Zdenerwowanie osiągnęło punkt kulminacyjny. Opowiadając przejścia minionej nocy, zacinałam się. Przespałam godzinę, po czym pobiegłam do ks.Jankowskiego. Nic nie wiedział o  zaistniałej sytuacji. Wróciłam do domu, nakarmiłam moje pieski i  wbrew prośbom rodziny, udałam się ponownie na teren stoczni. Spałam tej nocy od 3 do 6 rano w  małej salce na parterze, gdzie wisiał krzyż, razem z  Anią Walentynowicz i  innymi strajkującymi robotnikami.

Trudno jest mi teraz szczegółowo odtworzyć wszystkie te wspaniałe, choć tak trudne dni. Pochłonięta pracą, nie mogłam wiele dostrzec. W  pewnym momencie stwierdziłam, że ten niesamowity w  swojej pokojowej wymowie strajk, zmienia swój nastrój. Skoczna muzyka przez głośniki, występy aktorów. Było to dla mnie przykre. Poprosiłam, by nadmiernie eksploatowany hymn narodowy zastąpić „Rotą”. Udało mi się namówić aktorów, żeby zaintonowali tę pieśn.Wszyscypowstali, wielu robotników miało łzy w  oczach.

Nadszedł dzień, kiedy władze postanowiły podjąć pertraktacje z  Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym. Napięcie wzrastało. Pojawili się z  Warszawy eksperci, premier Jagielski ze swoją ekipą. Irytowala mnie jego rzekoma indolencja, niedoinformowanie. Pan premier przyznał, że nie czyta „Trybuny Ludu”, ale uszczypliwe uwagi w  biuletynie „Solidarność” dostrzegł. Widocznie uznał, że to ciekawsza lektura. Ciągłe wyjazdy do Warszawy po instrukcje, czy można tak decydować, a  może inaczej. Irytująca blokada telefoniczna Gdańska i  bzdurne tłumaczenie przyczyn. Wielu z  nas czuło, że interwencji nie będzie. To wzmacniało ducha. Niepokoiły wieści o  aresztowaniach w  Warszawie, Krakowie i  Wrocławiu. Nikt z  nas nie miał czasu słuchać jałowych przemówień telewizyjnych. Wiadomość o  usunięciu Pieńkowskiego przyjęłam obojętnie, tylko nagle gdzieś zniknęli eksperci.
Rozmowy toczą się dalej. Jest upalnie. Dyrektor Gniech na moją prośbę wydaje wiatraczek. Stajemy się gwiazdami filmu dokumentalnego „Robotnicy 80”.
Eksperci wpływają na złagodzenie postulatów. Pojawia się punkt o  przewodniej sile partii. Burzy się we mnie wszystko. To przecież akceptowanie bezprawia w  konstytucji i  w życiu! Kiedy wynika kwestia KOR-u, Lech zabrania o  nim mówić, rzucam się do niego: „Bierzesz na swoje sumienie życie tych ludzi!” „Tak – biorę wszystkich.” Wzburzona, zrozpaczona opuszczam salę. Dyskusja, przeprosiny. Nie wracam. Nie mogę jednak opuścić stoczni. Jakaś przemożna siła trzyma mnie na posterunku. Pracuję nadal w  punkcie informacyjnym. O  2 w  nocy wracam do domu. Z  pomocą przchodzą mi Iwona i  Stefan ze Stoczni Północnej.

Rano nadawano muzykę poważną i  pieśni patriotyczne. Byłam radiowcom z  Warszawy wdzięczna za zrozumienie sytuacji. We wtorek kontynuowałam wydawanie przepustek. Delegaci niecierpliwie domagali się jak najszybciej, a  ich napływ był coraz większy – 360 zakładów, 478, 632. We czwartek liczba ich osiagnęła 786. Zmęczenie i  napięcie nerwowe wzrastało. W  południe przybiegł Wałęsa i  wręczyl mi plik obrazków z  kościoła prosząc, bym zrobiła z  nich przepustki. Odłożyłam je na bok i  dalej robiłam na kartkach.

Ostatni dzień strajku. Podpisanie porozumienia. Nie rozumiem radości delegatów i  ich owacji. Ten kompromis jest dla mnie przegraną, zapowiedzią dalszej ciężkiej walki. Ze smutkiem i  niepokojem wychodzę z  opustoszałej już Stoczni Gdańskiej. Zabrakło ostatniej modlitwy. Jestem głęboko rozczarowana. Tak bardzo pragnęłam, by zło zostało wykorzenione do konca.

Następny tydzień nie przyniósł wytchnienia. Już o  6 rano w  poniedziałek stawiłam się na ulicy Marchlewskiego [dzisiaj Romana Dmowskiego] w  nowej siedzibie Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”. Weszliśmy do byłego, prywatnego mieszkania, które pozbawiono wszelkich sprzętów. Szybko pojawiły się stoliki, po jednym w  kazdym pokoju, krzesła. Zaczęła się praca. Trzy dni wielogodzinnego odbierania telefonów. Wyczuliłam się na podsłuch, co spowodowało zabawną sytuację podczas wizyty u  Prymasa Wyszyńskiego. Po wejściu do salonu, gwałtownie drgnęłam: „Tu jest podsłuch” – na co ze śmiechem ksiądz sekretarz: „Proszę pani, od trzydziestu paru lat.”

Przenosimy się do Hotelu Morskiego. Próbuję uporządkować całą dokumentację. Mam własny pokoik, obecnie rezyduje w  nim Wałęsa. Po tygodniu dochodzi do niezawinionego przeze mnie konfliktu między mną a  „wodzem”. Wstawiam się za młodym robotnikiem, byłym członkiem Komitetu Strajkowego Stoczni Gdańskiej, który niesprawiedliwie zostaje pozbawiony pracy. Lechu, jak zawsze impulsywny, zostaje źle poinformowany. Opuszczam swoje stanowisko. Odchodzę bez żalu. Na posiedzeniu „Krajówki” Lechu przeprasza mnie, przesyłając piękną wiązankę kwiatów, przez całą salę. Chce bym wróciła. Za późno. Muszę wrócić do pracy w  szkole.
Odtąd bywam w  MKZ często, podejmuję działalność społeczną w  Komitecie Więzionych za Przekonania, w  Dziale Interwencji. Prowadzę korespondencję z  więzionymi. Zostaję honorowym członkiem Koła Kombatantów AK „Solidarność”.

I nagle 25 sierpnia 1981, w  rocznicę wielkiego strajku, wszystko się kończy. Zostaję pozbawiona pracy, nie wypłacają mi ostatniej pensji, środków do życia, kartek na żywność. Dowiaduję się o  nakazach aresztowań w  niedzielę przed wyjazdem, który miał trwać tylko 5 dni. Na Okęciu celnik zabiera mi moje drukowane nocami pismo „Libertad”.

Wiedeń – obóz – emigracja.


Po 23 latach mogę jedynie napisać: Gdybym tylko mogła, chciałabym przeżyć to jeszcze raz. Byliśmy wspaniałą jednością. Bano się nas, tak jak boją się dzisiaj. Teraz, bogatsza w  wiedzę, podpowiadałabym inaczej.

Toronto, Kanada
2003-08-09


W Sierpniu 80 wszystkie karty były rozdane, ale kto o  tym wiedział, kto rozumiał? Ja nie. A  właśnie wtedy Marylka Płońska powiedziała słowa, które mimo upływu 28 lat doskonale pamiętam: „Oni tu wszyscy przyjechali z  teczkami ministrów pod pachą.” Oni – Kuronie, Mazowieckie, Celińskie, Stelmachowskie, Geremki, Cywińskie – nacyjnie ta sama rodzina, której wtedy tak nie postrzegałam. Bo przecież ich ponoć nie ma.

Rozmowa z  Elżbietą

Przez osiem lat szalała na tym Forum Elżbieta Gawlas.
Roznosiła sensacyjne teksty – czasem bardzo nieprawdopodobne.
Niczym huragan, przemieszczała się pomiędzy witrynami internetowymi, by wzywać do walki o  Polskę.
Niezawisła i  sprawiedliwa Polska jest dla Elżbiety obsesją z  której nie potrafi się wyzwolić.

Przyznam, że wiele razy grzmiałem na Elżbietę – że zasypuje mnie masą tekstów, które nie są zweryfikowane. A  ja mam ograniczony czas do ich analizy.
Pokłóciliśmy się również w  momencie – gdy w  szaleńczej decyzji, Elżbieta chciała kandydować w  wyborach prezydenckich, nie mając żadnego zaplecza.
Przez lata prosiłem też Elżbietę by dbała o  swoje zdrowie.

Dziś Elżbieta jest bardzo poważnie chora.
Co jakiś czas rozmawiamy telefonicznie.
Kilka dni temu Elżbieta zaczęła mi tłumaczyć wątki z  książki Pawła Zyzaka pod tytułem “Lech Wałęsa – idea i  historia”.
A w  niej Krzysztof Wyszkowski w  bardzo negatywnym świetle opisał Elżbietę insynuując że mogła być wtyką esbecji.

Ten sam Krzysztof Wyszkowski – który dziś podkreśla, że Lech Wałęsa był agentem SB.

Co takiego strasznego miała zrobić Elżbieta?
W szalonym pomyśle chciała porwać Wałęsę ze Stoczni, uważając że jego działanie jest niebezpieczne.

Co by się stało – gdyby Lech Wałęsa zniknął?!!
To jest podstawowe pytanie.
Po prostu strajkiem pokierowałaby inna osoba.
Na pewno nie załamałoby to strajku.

Wyszkowski musi się zdecydować w  swoich insynuacjach.
Bo gdyby rzeczywiście doszło do usunięcia Wałęsy z  Komitetu Strajkowego to dziś nie mielibyśmy tylu problemów społecznych.
Jeżeli rozkład PRL-u był z  góry zaplanowany to każdy inny przewodniczący strajku spełniłby swoją rolę.
Z tym, że być może mielibyśmy inteligentniejszego solidarnościowego prezydenta.

Gdyby Elżbieta działała na polecenie tajnych służb to nie konsultowałaby swojego pomysłu z  członkiem Komitetu Strajkowego bo w  ten sposób by się dekonspirowała.

Dlatego więc insynuując w  sprawie Elżbiety a  jednocześnie walcząc przeciw Wałęsie, Wyszkowski postępuje wedle wałęsowskiej zasady „jestem za, a  nawet przeciw”.

W sierpniu 1980 roku ja nie miałem najmniejszej wątpliwości, że strajki na Wybrzeżu są inspirowane przez SB.
Nie spodziewałem się jednak, że tak dalece kontrolowano ten ruch, jak wskazują ujawnione dziś dokumenty.

Działania Elżbiety – które nieraz wydawały się szalone – po czasie okazują się strzałem w  dziesiątkę.

To – co napisał Zyziak w  swojej książce, bardzo boli Elżbietę.
Nie dokonał najbardziej oczywistej kwerendy w  archiwum IPN na temat Elżbiety. Nie sprawdził jej teczki.
A ja – kilka lat temu – na prośbę Elżbiety, dzwoniłem do IPN w  Gdańsku z  pytaniem – czy może przejrzeć swoje akta w  Konsulacie – w  Toronto.
Elżbieta ma bowiem „status pokrzywdzonej”.

Zachowały się dokumenty na temat agenturalnej działalności Jaruzelskiego w  latach czterdziestych. Zachowały się materiały o  działalności „Bolka”.
Ale nie ma niczego przeciwko Elżbiecie.

Wyszkowski powinien się wstydzić.
Tym bardziej – że na 25-lecie pierwszej Solidarności – w  budynku NOT pozował z  Elżbietą do prywatnego zdjęcia – które ja sam zrobiłem.
Nieodpowiedzialne obrażanie ludzi poświęcających swoje życie dla Polski, w  celu wzbudzenia sensacji, jest haniebnym postępowaniem.

P.S.
W każdej kulturze istnieje instytucja modlitwy za kogoś.
Jest to forma przekazywania własnej energii na rzecz jakiejś osoby.
Elżbieta jest bardzo poważnie chora.
Proszę wszystkich o  oddanie cząstki energii Elżbiecie, albo jak kto woli ….. o  modlitwę za Elżbietę.

Artur Łoboda, 10 lutego 2011

http://egawlas.homeunix.net/solidarnosc/sierpniowe_wspomnienia/index,pl.html

Posted in Historia, Książki (e-book), Wspomnienia, Świadectwa | Leave a Comment »

W czym najlepiej tworzyć swoje filmiki?

Posted by tadeo w dniu 6 Maj 2011

Post Mg czy avi???
Avi nie kompresuje tak bardzo jak mpg ale znowu pliki mają koszmarne wielkości! W czym najlepiej tworzyć swoje filmiki? I jakich kodeków używacie w Pinnaclu żeby jakość np. pokazu zdjęć odtwarzanych na TV była znośna (o żylecie nie mówię, bo jakoś kiepsko mi to wychodzi).
Post Re: Mpg czy avi???
mw71 napisał(a):
W czym najlepiej tworzyć swoje filmiki? I jakich kodeków używacie w Pinnaclu żeby jakość np. pokazu zdjęć odtwarzanych na TV była znośna…
Na forum mądrale.pl nie wiedzieli?
mw71 nie tylko w Pinnacle, ale w ogóle w każdym programie do montażu film SD przechwytujemy do DV. Podkreślam do DV, bo AVI to pojęcie tak ogólne że – nic nie znaczy. Przechwycony materiał montujemy nadal w DV bez dalszej kompresji. Dopiero gotowy projekt kompresujemy do mpeg2, z bitrate 7500 / 8500kbps i poddajemy authoringowi. To „katechizm” filmowca. Tak uzyskujemy najlepszą jakość. Jeżeli piszesz że mimo wszystko coś tak nie do końca z tą jakością, to musisz spełnić jeszcze parę warunków:
– filmując czy robiąc zdjęcia zadbaj o silne światło na „planie filmowym”, o stabilność trzymania kamery (statyw mocno polecany), o kąt padania światła (zasady podobne w filmowaniu jak w fotografii)…
– filmy odtwarzaj w telewizorze CRT PAL
– jeżeli już nie masz takiego, to posługuj się odtwarzaczem który umożliwia interpolację do HD, (większość odtwarzaczy z wyjściem HDMI spełnia ten warunek)
– używaj odpowiedniej wersji swojego programu, (nie wszystkie mają kodek mpeg2 dobrej jakości), lub używaj zewnętrznego kodeka o jakości lepszej niż w Twoim programie
– zdjęcia użyte do pokazu przed „włożeniem ich” do programu przytnij / przeskaluj do rozdzielczości typowej dla DVD w zewnętrznym programie graficznym, może być nawet IrfanView, a w programie zastosuj do nich filtr antyflicker
To oczywiście nie wszystko, ale zachowując tylko te zasady, jeżeli nie masz zamieszania w kodekach, otrzymasz dobry obraz.
Post Re: Mpg czy avi???
kotin, no właśnie nie wiem co z tymi kodekami. Mam jakieś pakiety K-Lite codeck Pack, ACE Mega CoDeCs Pack, divX i teraz bądź mądry które z czego korzystają i co wywalić żeby to wszystko działało. W sumie rozumiem z tego że jak po zmontowaniu filmu chcę go wyeksportować to najpopularniejszy jest export do Mpg2, a kodeki ustawić na wybór automatyczny czy jakieś konkretne powinny być, bo później odtwarzacz DVD w TV krzyczy, że nie otworzy bo nie ma kodeka.
Post Re: Mpg czy avi???
Pinnacle jest nawet bardziej niż inne programy do montażu wrażliwe na „obce” kodeki. Regułą jest nie mieszanie funkcji komputera multimedialnego – otwierającego najbardziej nawet egzotyczne kodeki, z komputerem do montażu. Albo jedno, albo drugie, albo kłopoty. Jak już musisz to dodawaj kodeki osobne, nie w paczkach, po jednym i obserwuj czy czegoś nie zepsuły. W razie problemu korzystaj z systemowej funkcji przywracanie systemu i / lub zainstaluj Pinnacle jeszcze raz, żeby nadpisało pliki .dll innych kodeków. Pinnacle ma z resztą wystarczający zestaw własnych kodeków, które razem z tymi zawartymi już w systemie wystarczają do większości naszych pomysłów.
PS DVD to pliki VOB oparte o kompresję mpeg2 – nic się w tej mierze nie zmieniło mam nadzieję?
Wpisz w „szukaj” nick kolegi jurekwejh lub tutaj i poczytaj Jego odpowiedzi dotyczące Pinnacle. Trudno znaleźć w internecie lepsze źródło informacji o tym programie.
_________________
Post Re: Mpg czy avi???
kotin, no wiem, właśnie przygotowuje się do zakupu kompa tylko do montażu ale póki co… W kwestii filmów to wolę nie zapisywać jako płyty DVD Video. Preferuję po prostu pliki bo więcej można upchać na płycie. Tylko właśnie avi czy mpg? Avi zajmują dużo miejsca ale za to jakość jest lepsza. Co do kodeków to masz rację. Muszę to jeszcze raz chyba zrobić na gołym systemie.
Post Re: Mpg czy avi???
Trochę OT – ja bardziej lubię klasyczne DVD, bo czytają to wszystkie odtwarzacze. Tylko niektóre czytają Divxy itp. W Divx można zapisywać dla oszczędności miejsca na dysku twardym, ale też tylko mniej ważne materiały, których już nie będziemy używać, a tylko oglądać, bo powtórny montaż Divx to mocna utrata jakości. Nie archiwizuj ważnych dla Ciebie filmów na płytkach DVD, po potrafią one po kilku latach nie odtwarzać już filmów. To nie płytki tłoczone fabrycznie niestety.
Filmy dla mnie ważne archiwizuję na kasetkach od kamery, lub na twardym dysku jako mpeg2 CBR, bo wtedy nie ma utraty jakości przy powtórnym montażu. To znaczy jest mała strata jakości, akceptowalna.
Post Re: Mpg czy avi???
No tak ale jak montujesz z DV materiał i renderujesz całość jako mpg to na dzień dobry sporo tracisz, bo to jednak kompresja mpg a nie avi!
Post Re: Mpg czy avi???
mw71 napisał(a):
No tak ale jak montujesz z DV materiał i renderujesz całość jako mpg to na dzień dobry sporo tracisz, bo to jednak kompresja mpg a nie avi!
No to nowość jakaś. :lol: Nie – jak robię montaż w DV i gotowy projekt zapisuję do mpeg2 / DVD to nie ma specjalnej różnicy między obrazem z kamery, a obrazem tak zakodowanego obrazu na płytce DVD.
Różnicę taką natomiast widać bardziej po zapisaniu filmu do Divx, a jeszcze bardziej po jego powtórnym montażu.
PS Co konkretnie masz jako AVI na myśli?
Post Re: Mpg czy avi???
Dla uściślenia – Kotin miał (raczej) na myśli divxy kompresowane na potrzeby transferu w necie. Jak się divxa czy xvida zrobi z b. niskim współczynnikiem kompresji to raz, i tak będzie znacznie mniejszy od mpeg-dvd, dwa będzie mieć jakość zbliżoną do oryginału.
Post Re: Mpg czy avi???
czyli rozumiem, że jak na samym początku robię ustawienia nowego projektu to w preferencjach ustawień audio i wideo powinno być jako renderowanie ustawione DV do wyprowadzenia na taśmę (a nie mpg), a jak już będę chciał wyprowadzić gotowy film to powinienem ustawić typ pliku na MPEG-2 z ustawieniem „zgodne z DVD”, czy tak? (a nie żadne avi, divX czy inne?)
Post Re: Mpg czy avi???
Zgadza się. Projekt ma być taki jak format zapisu w kamerze. Potem eksport od razu do mpeg-dvd, albo do avi dv (wszystko zgodne z projektem) i dopiero tego avika traktujemy zewnętrznym encoderem (np: Cinema Craft, MainConcept, Procoder) tworząc mpeg-dvd (kodowanie mpeg w programach do montażu nie zawsze wychodzi zadowalająco). Na końcu autoring (ten punkt można pominąć, jeśli nie ma potrzeby tworzenia menu, a encoder (np. Procoder) umożliwia zapis struktury dvd (samoczynne uruchomienie filmu, brak menu).
Post Re: Mpg czy avi???
no dobra, inne pytanie ale podobne. W Heroglyphie zrobiłem sobie reklamę, parę efektów jakieś napisy, logo. Chcę to wyeksportować (mogę tylko tu do avi) tak żebym w Pinnaclu mógł dołożyć do tego podkład muzyczny. I przy eksporcie mam opcję ustawień jakich kodeków użyć. Są jakieś Microsoftu, Intela, Cinapacku i inne. Co mam tu ustawić żeby bez problemu otworzył to w Pinnaclu, bo jako avi w odtwarzaczu czyta bez problemy, a wprogramie nie chce otworzyć?
Post Re: Mpg czy avi???
U mnie pokazuje też wszystkie kodeki Canopusa, w tym DV, bo w czasie instalacji „poprosiłem” mojego Heroglypha żeby był wtyczką Neo.
Jeżeli Twój nie integruje się z programem, to jest dobry darmowy kodek DV PanasonicaLINK. Jak go będziesz miał w systemie, to Heroglyph powinien go zobaczyć. Najwyżej zainstaluj kodek, a potem powtórnie Heroglypha. Innym wyjściem jest konwersja do DV, czy innego zrozumiałego dla Pinnacle kodeka w innym programie, na przykład w VirtualDub.
Próbuj. Nie mam teraz Studio, więc nie pomogę więcej.

Posted in Porady różne | Leave a Comment »

Ala Boratyn – Nie pytaj mnie ( Porque te vas)

Posted by tadeo w dniu 6 Maj 2011

Polska wersja piosenki z filmu „Nakarmić kruki”

Wersja oryginalna: Jeanette porque te vas

Tekst piosenki :


Skąd, mam na dłoniach nieba ślad?
Nie pytaj mnie.

Jak mogłam zgubić się wśród ulic, które znam?
Nie pytaj mnie.

O czym w środku dnia potrafię śnić?
Nie pytaj mnie.

Gdy wśród przechodniów nagle staje, zamiast iść.
Nie pytaj mnie.

Czuje, że sama sobie tego nie zmyśliłam,
Kolejnej z dróg, szukając znów.
Czuję jak w moim sercu rodzi się nadzieja,
Gdy biegnę już, kolejną z dróg.

Skąd ja twoje tajemnice znam?
Nie pytaj mnie.

I o czym myślę kiedy patrzę w twoją twarz.
Nie pytaj mnie.

Kto mnie uczył zatrzymywać czas?
Nie pytaj mnie.

I czemu nocą czarne słońca w oczach mam?
Nie pytaj mnie.

Czuję, że sama sobie tego nie zmyśliłam,
Kolejnej z dróg, szukając znów.
Czuję jak w moim sercu rodzi się nadzieja,
Gdy biegnę już, kolejną z dróg.

Czuję, że sama sobie tego nie zmyśliłam,
Kolejnej z dróg szukając znów.
Czuję jak w moim sercu rodzi się nadzieja,
Gdy biegnę już, kolejną z dróg.
Kolejną z dróg (x3)

Posted in Muzyka | Leave a Comment »

Szeremietiew: Komorowski nie ma moralnego prawa kandydować. To on nasłał na mnie WSI

Posted by tadeo w dniu 6 Maj 2011

Wojskowe służby rozpoczęły inwigilowanie mnie. Byłem śledzony. I dziś wiem, że szukano na mnie haków. To wszystko działo się na polecenie Bronisława Komorowskiego. 

Szeremietiew: Komorowski nie ma moralnego prawa kandydować. To on nasłał na mnie WSI

Romuald Szeremietiew, odwołany w atmosferze skandalu z MON, po latach sąd oczyścił go ze wszystkich zarzutó(© Fot. Marcin Obara/Polskapresse)

„Komorowski powiedział, że jeżeli pomylił się co do Pana, jeśli Pan jest niewinny, to będzie go to kosztowało karierę polityczną”

Dwa Ognie

O tym, czym jest „walenie pingwina”, dlaczego Sikorski jest emocjonalnie niestabilny, co wspólnego z nami ma „kundlizm”, kim jest Szary Mietek i czym różni się lotnisko Wnukowo od Szeremietiewo, z Romualdem Szeremietiewem rozmawiają Anita Werner (TVN 24) i Paweł Siennicki

Ile Pan waży?
95 kilogramów.

 Jak duży hak jest potrzebny, żeby załatwić 95-kilogramowego faceta?

Ważne jest, o co się go zahaczy. Mnie oskarżono, że jestem łapówkarzem, dla polityka to nokautujące uderzenie.

 I co zostało z tego haka?

Nic. Zupełnie nic. Po latach sądy uniewinniły mnie ze wszystkich zarzutów. Ale plan się powiódł: załatwiono mnie, zniknąłem

Dlaczego Pana załatwiono?
W rządzie Jerzego Buzka, gdy ministrem obrony był najpierw Janusz Onyszkiewicz, a po nim Bronisław Komorowski, odpowiadałem za zakupy uzbrojenia i sprzętu wojskowego. A to jest towar, który daje sprzedającym duże zyski, i pojawiają się ludzie, którzy chcą załatwić swoje interesy.

 I co się stało? Handlarze bronią uknuli intrygę, żeby Pana zniszczyć?

Podstawą poprawy polskich sił zbrojnych powinno być wyposażenie dostarczane przez polski przemysł. Trzeba kupować myśl techniczną, licencję, ale niekoniecznie gotowe produkty. Tymczasem znaczna część decydentów uważała: kupujmy broń na Zachodzie i kropka. Ja mówiłem: w porządku, ale rozwijamy polski przemysł obronny. Obcym producentom broni nie zależy, żeby Polska miała własne efektywne wytwórnie uzbrojenia. Były różne lobby interesów nieakceptujące tego. I toczyła się bardzo brutalna gra. Wojskowe służby rozpoczęły inwigilowanie mnie. Byłem śledzony. I dziś wiem, że szukano na mnie haków. To wszystko działo się na polecenie Bronisława Komorowskiego

Pan był zbyt naiwny?
No nie, wiedziałem, że polityka bywa brutalna. Że to gra dla tzw. twardych zawodników. Byłem na to przygotowany, zresztą przecież przesiedziałem prawie 4 lata w ciężkim więzieniu w PRL-u. Ubecy napisali w swojej opinii, że jestem typem, którego niepodobna skaptować. A tymczasem mnie załatwiono, i to skutecznie.

Ci, którzy Pana załatwili, byli lepsi od funkcjonariuszy SB?
Byli inni, chociaż metoda jakby podobna. W czasach PRL-u było jasne: tam jest wróg, tu przyjaciel. Tu załatwili mnie teoretycznie swoi, którzy okazali się gorszym wcieleniem dawnego zła.

Kto Pana załatwił?
Po co to państwu?

Chcemy wiedzieć, czy ludzie, którzy stali za oskarżeniem Pana, piastują dziś najważniejsze funkcje w państwie.
Tak.

Chcemy poznać ich nazwiska.

Nie chcę się mścić. To dla mnie żadna przyjemność. Bardziej od zemsty zajmuje mnie, że tak wiele spraw związanych z naszym bezpieczeństwem jest źle załatwionych. To mnie naprawdę niepokoi i irytuje.

 Jak długo zna Pan Bronisława Komorowskiego? 

I co Pan dziś czuje na dźwięk tego nazwiska?

Zgrzyta mi.


Dlaczego?

Mam złe doświadczenia. W 2001 roku obaj tworzyliśmy kierownictwo MON. On_był ministrem, ja pierwszym zastępcą i jego najbliższym współpracownikiem. Wcześniej tworzyłem program AWS w części dotyczącej obrony, gdy rozpadła się koalicja z UW, premier zdecydował, że ministrem zostanie Bronek. Chciałem wtedy odejść z resortu, ale przekonał mnie, żebym został. Mówił: „jak to będzie wyglądać, że ja przychodzę, a ty odchodzisz. To są przecież sceny balkonowe. Zostało nam półtora roku, jesteśmy z tej samej formacji, będziemy razem reformować wojsko”. Zostałem.

 Co było później? 

Cóż, minister wysłał na mnie WSI.

 Co to znaczył wysłał?

Wojskowe służby rozpoczęły inwigilowanie mnie. Byłem śledzony. I dziś wiem, że szukano na mnie haków.

 Na polecenie Komorowskiego?

Tak.

Ale to akurat nic dziwnego. Przecież był Pan wiceministrem odpowiedzialnym za zakupy broni. Może martwił się o Pana?
Czym innym jest rutynowa, zgodna z prawem osłona kontrwywiadowcza, a czym innym aktywna inwigilacja. Tę akcję WSI uruchomił minister. A byliśmy z Komorowskim przecież takimi „towarzyszami broni” z czasów PRL.

Co się stało z towarzyszem broni Bronisławem Komorowskim?
Dziwnie się zachował. Jeśli nie chciał ze mną pracować, to mógł mnie odwołać, a zaczął inwigilować.

 A tak użyto WSI, które zbierały na Pana haki?

Tak. Może ktoś Komorowskiemu zasugerował, że jestem przestępcą, i on w to uwierzył.

Czy możliwe, że Bronisławem Komorowskim kierowały jednak niskie pobudki?

To kwestia jego sumienia.

 Ale rozmawiamy o obecnym marszałku Sejmu, który ma wielkie szanse zostać kandydatem na prezydenta i głową państwa.

Może uważał mnie za konkurenta w ministerstwie, a ktoś mu podpowiedział: poszukajmy czegoś na Szeremietiewa. Oglądałem jego konferencję prasową, gdy ogłaszał moją dymisję. Promieniał ze szczęścia. Ale też powiedział w innych okolicznościach, że będzie szczęśliwy, kiedy się okaże, że jestem niewinny.

 Powiedział też, że ogłoszenie zarzutów w prasie wobec Pana przeszkodziło w zdobyciu dowodów. 

To akurat jest bardzo dziwne. Dwa, trzy tygodnie przed wybuchem afery Bronek powiedział mi, że ukaże się niedobry dla mnie artykuł w jednej z dużych gazet. Mówię mu: no wiesz, zajmuję się polityką, wiec zdaję sobie sprawę, że co pewien czas ukazują się różne rzeczy. Ale on na to: nie, to będzie poważna sprawa. Zapytał, czy jestem w stanie wytłumaczyć się z budowy domu. 

Rzeczywiście budowałem dom. I wytłumaczyłem się, później, przed skarbówką. Powiedział ponadto po odwołaniu mnie: mam wiedzę, nie mam dowodów.

 Komorowski powiedział też, że jeżeli pomylił się co do Pana, jeśli Pan jest niewinny, to będzie go to kosztowało karierę polityczną. I co?

Nic. Teraz mówi, że nie podejmował takiego zobowiązania. Może zapomniał.

I Pan w to wierzy? 
Nie. Może się po prostu wtedy pogubił, a teraz stara się o tym zapomnieć, skoro nie ma dobrego wytłumaczenia dla swojego zachowania.

Komorowski zachował się honorowo?
Kodeks Boziewicza mówi o zdolności honorowej. Bronisław Komorowski jej nie ma.

Co to znaczy, że nie ma się zdolności honorowej?
Jeśli ktoś nie miał zdolności honorowej, to nie mógł być wyzwany na pojedynek i traktowało się go jak powietrze.

Czyli Bronisław Komorowski wiedział, że wobec Pana przygotowywane są oskarżenia, które po latach sąd obalił?
Musiał o tym wiedzieć. Dziś nawet wiem, dlaczego tak się to potoczyło.

Dlaczego?
Można postawić pewną hipotezę. MON zapowiadało duże przetargi na trzy rodzaje broni: samolot, transporter opancerzony i przeciwpancerny pocisk kierowany. Wszystko na jakieś dwadzieścia parę miliardów. Miałem przeprowadzić przetargi, a Komorowski to uniemożliwił.

 Generał Sławomir Petelicki powiedział o Panu: „temu człowiekowi wyrządzono wielką krzywdę, obawiano się, że doprowadzi do rozstrzygnięcia przetargów zbrojeniowych, zanim skończy się kadencja rządu AWS-u. Na ten przetarg chrapkę miał SLD”.

Generałowi więcej wolno, a ja jestem tylko porucznikiem. Ale, rzeczywiście, odwołanie mnie ze stanowiska sprawiło, że wszystko przeszło awansem na następny rząd. Kto inny już dokonywał tych zakupów. Odwołanie mnie w atmosferze skandalu sprawiło, że ten cel został osiągnięty.

Bronisław Komorowski działał pod czyimś wpływem?

Mogło tak być.

 WSI?

Raczej nie.

 Czy Komorowski dał się zmanipulować WSI?

Był uwikłany – moim zdaniem – w grę, ale tym wikłającym nie były WSI.

 A kto?

Ktoś, kto był zainteresowany, żeby nie było niespodzianek w tych przetargach.

Lobbyści firm zbrojeniowych? 
Powiedzmy raczej: ludzie i ośrodki zainteresowani przetargami.

Komorowski działał w interesie lobbystów?
Nienormalnie to wygląda, przyznaję.

Teraz Bronisław Komorowski chce kandydować na prezydenta.
Dziwię mu się.

Dlaczego?
Biorąc pod uwagę jego tradycje rodzinne, to powinien się trochę inaczej zachować. Gdy okazało się, że podejrzewał mnie niesłusznie, to należałoby powiedzieć: przepraszam cię, pomyliłem się. Pewnie uznałbym, że sprawa jest załatwiona.

Komorowski Pana przeprosił? 

Nie. I dlatego w jego sytuacji nie odważyłbym się kandydować na najważniejszy urząd w państwie.

Czy sprawa Szeremietiewa obciąża sumienie Komorowskiego?
Powinna obciążać. Jest takie rosyjskie przysłowie: lubisz katasia, lubi i sanoczki wozit (lubisz zjeżdżać na sankach, to musisz też je ciągnąć pod górkę).

Czy Bronisław Komorowski ma moralne prawo do tego, żeby kandydować na prezydenta?
 Uważam, że nie. Ale ja nie jestem jego sędzią, to jest kwestia jego sumienia, no i wyborców.

Ile paszportów miał Pana współpracownik Zbigniew Farmus, za którym wysłano śmigłowce na Bałtyk, aby mógł aresztować go UOP?
Dwa. Polski i kanadyjski.

Mówiono o czterech paszportach, o tym, że ucieka z kraju. 

To nieprawda. Przez te wszystkie lata stawiał się na każde wezwanie sądu. Z jego aresztowania zrobiono cyrk i wmawiano, że łapią szpiega.

Kto zrobił ten cyrk?
Decyzje o wysłaniu śmigłowców, zawracaniu promu, na którym podróżował Farmus, podjął Bronisław Komorowski. Dziś Farmus jest zniszczonym człowiekiem.

Bronisław Komorowski będzie pewnie czytał ten wywiad. Może chce mu Pan coś przekazać?
Powiem tak: niczego od ciebie nie chcę i staram się o tobie zapomnieć.

Nie chce Pan przeprosin?
A po co? Skoro on nie odczuwa takiej potrzeby. Nie chcę użalać się na sobą i obnosić się z tym, czego doświadczyłem.

Kim jest zatem Bronisław Komorowski?
Biednym człowiekiem. Dostrzegam też dysonans między tym, jak go odbieram, a tym, jak on siebie sam prezentuje.

Co to znaczy?
On prezentuje się jako człowiek odpowiedzialny, umiarkowany, z konserwatywnym systemem wartości i odwołujący się do patriotyzmu. A dostrzegam w tym coś na kształt hipokryzji.

Mógłby Pan zaufać Komorowskiemu?
To wykluczone. Raz mu zaufałem, to wystarczy.

Co Pan myśli o Radosławie Sikorskim?

Dziwny młodzian.

Młodzian?
No właśnie. Długo go znam i czasami wydaje mi się, że jest w nim ciągle, mimo upływu lat, taka młodzieńcza emocjonalna niestabilność. Na szczęście jego żona wygląda na stanowczą, więc jeżeli ona go stabilizuje, to może jest w porządku.

 Ale na czym jeszcze polega jego młodzieńczość? 

To latanie F-16, skoki na spadochronie. Latałem na kilku samolotach, ale bez kamer i prasy. Kiedyś przyjechałem do 6. Brygady Powietrzno-Desantowej. Proponują skok ze spadochronem w tzw. tandemie, z asekuracją. Odmówiłem. No i te radykalne zmiany w poglądach i opiniach. Sikorski przeszedł dla mnie zaskakującą ewolucję.

 Chciał wieszać komunistów na drzewach?

Prawie. Chciał rozliczać bardzo surowo. Z takiego radykała zmienił się w łagodnego, ugodowego człowieka zapraszającego Rosję do NATO. Irytują mnie dziś jego język i zachowanie. Sikorski to dziwny młodzian. Długo go znam i czasami wydaje mi się, że jest w nim taka młodzieńcza emocjonalna niestabilność. Na szczęście jego żona wygląda na stanowczą

 Jakie?

Wypowiada słowa nielicujące z zajmowanym stanowiskiem. Szef MSZ używa niedyplomatycznego języka. To nie uchodzi. Być może zostało w nim coś z dawnego korespondenta wojennego w Afganistanie, a może to jest jakaś świadomie przyjęta metoda pokazywania, że się jest gorliwszym członkiem PO niż inni.

Sikorski i Komorowski byli zafascynowani służbami wojskowymi?
Chyba tak. Cywile, którzy nigdy nie służyli w wojsku, łatwo ulegają czarowi munduru. Obserwowałem to zjawisko na przykładzie wielu. Ulega temu ktoś taki spoza wojska, któremu wojskowi cały czas „walą pingwiny”.

Co to znaczy „walić pingwina”?

Oficer staje na baczność, stuka obcasami i melduje: „tak jest, panie ministrze, ma pan rację, panie ministrze”. Wszyscy salutują, meldują i minister cywil w końcu zaczyna wierzyć, że jest genialny. Komfortowa sytuacja.

Sikorski i Komorowski zachorowali na „walenie pingwina”?

Być może.

A jakie haki mogą być na Radka Sikorskiego?

Był korespondentem wojennym brytyjskiej prasy w czasach zimnej wojny. Trudno sobie wyobrazić, żeby człowiek, który wyjechał z PRL, mógł bez takiego „błogosławieństwa”, np. tajnych służb brytyjskich, jeździć po świecie. Ale to jest wiedza, której nie jesteśmy tu w stanie zweryfikować.

Kto wygra: Komorowski czy Sikorski?
PO źle wytypowała kandydatów.

Bo?
Obaj mają jakieś problemy. A są w Platformie ludzie lepiej nadający się na stanowisko prezydenta RP.

 A kto w tych wyborach prezydenckich ma Pana głos? 

Jeszcze nikt.

 Jest Pan zniechęcony do polityki?

Nie, nawet się zastanawiam, czy do niej nie wrócić.

 Jak?

Kilku znajomych namawia mnie do startu w wyborach na prezydenta Warszawy. Nie wykluczam, że spróbuję. Może w stolicy będzie prezydent wybrany nie dlatego, że popiera go jakaś potężna partia.

Czyją specjalnością jest dziś polityka hakowa?
W polskiej polityce wszystkich. A mój przypadek dowodzi, że każdego można unicestwić.

 Tak po żołniersku. Co Panu zrobiono? 

Draństwo.

Bał się Pan o swoje życie?

Był taki moment. Myślałem tak: przecież niczego nie znajdą, a skoro tak potężna machina została uruchomiona, to najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdybym nie żył. Mam pozwolenie na broń. W trakcie przeszukania mojego gabinetu w MON zabrano mi ją z mojego sejfu. A później, mimo że byłem podejrzany o popełnienie poważnych przestępstw, tę broń mi oddano. W jednym z ważnych tygodników przeczytałem: gdyby Szeremietiew miał honor, toby palnął sobie w łeb. Wtedy przypomniały mi się słowa mojego dziadka: „Romek, pamiętaj, martwi nie mają racji”.

 W Pana sprawie był jeden reżyser?

O nie, tam był łańcuszek tzw. ludzi dobrej woli. To była przecież bardzo potężna operacja, cały aparat państwowy był zaangażowany.

 W Polsce hasają obce służby?

Oczywiście, że tak. Skoro nasz wschodni sąsiad ma ambicje odbudowania pozycji mocarstwowej, to powinien interesować się naszym krajem. Im bardziej okazuje nam lekceważenie, tym bardziej jest nami zainteresowany. Rosja tak ma. Jesteśmy dla niej bardzo ważni.

Czytał Pan raport o likwidacji WSI?
Tak. Ale ja nie demonizuję WSI.

 Naprawdę?

Nie warto. Można i trzeba reformować służby i można je nawet rozwiązywać, ale tego typu operacji nie robi się z hałasem i przy otwartej kurtynie. Mówiąc obrazowo: narzuca się na wszystko koc i pod nim operuje się skalpelem. Tymczasem ustawiono pieniek na rynku przy fontannie i toporkiem odcinano nogi, ręce, głowy.

 Co Pan myśli o polskich elitach?

Polacy, jako naród, mają kompleks. Myślimy, że jesteśmy słabi i nie jesteśmy w stanie się obronić. W okresie międzywojennym zawarliśmy sojusz z Francją, bo to był jedyny gwarant naszego bytu państwowego. Jesteśmy w podobnej sytuacji, nie tak dramatycznej w sensie geopolitycznym, ale nadal nie możemy obyć się bez gwaranta naszego bezpieczeństwa. A taka gwarancja, jak wiemy z 1939 r., może być zawodna.

 Miejsce Francji zajęły USA?

Oczywiście. Tylko że dodatkowo czas Polski Ludowej wytworzył w wielu zdolność do serwilizmu. Mnie bardzo irytuje, że Polacy objawiają w relacjach z innymi, jak to kiedyś określił Melchior Wańkowicz, „kundlizm”. Kundel to sympatyczne stworzenie, ale co jest największym jego pragnieniem? Mieć pana. Wiem, że jesteśmy słabsi, ale mamy swoją wartość, mamy polski interes narodowy i musimy rozmawiać z najsilniejszymi bez kompleksów.

 Dużo jest „kundlizmu” w relacjach z Amerykanami?

Sporo. I żeby było jasne: jestem twardym zwolennikiem sojuszu z USA. Ale powinniśmy dbać o wszechstronne zabezpieczenia, które sprawią, że nie znajdziemy się w takiej sytuacji jak we wrześniu 1939 r. Nie zapominajmy, że w Jałcie był nie tylko Stalin, ale także prezydent USA.

Ktoś mówi jeszcze do Pana Szary Mietek?

O tak. Raz ktoś zwrócił się do mnie „panie Mieczysławie”, bo skoro mówią na mnie Szary Mietek, to myślał, że to moje imię. Ale inny rozmówca rozśmieszył mnie serdecznie. Moje nazwisko brzmi tak samo jak lotnisko w Moskwie, Szeremietiewo. Ten ktoś zwrócił się do mnie „panie Wnukow”. Rzeczywiście, jest w Moskwie lotnisko Wnukowo.

Czytaj także:  Jestem zamieszany w kradzież roweru

Posted in Bronisław Komorowski, Polityka i aktualności, Wywiady | Leave a Comment »

Polski punkt widzenia – 05.02.2011 – gen. bryg. Sławomir Petelicki

Posted by tadeo w dniu 6 Maj 2011

Rozmowa z gen. Sławomirem Petelickim, twórcą i byłym dowódcą jednostki GROM.

Posted in Filmy i slajdy, Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Ojciec Pio – rozważania na miesiąc maj

Posted by tadeo w dniu 6 Maj 2011

foto.jpeg (8387 bytes)

Ojciec Pio – rozważania na miesiąc maj pps

Zobacz także: Myśli Św. Ojca Pio na cały rok

Posted in Ojciec Pio, Religia | Leave a Comment »