WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for Kwiecień 29th, 2011

Historia wsi Dąbrowicy Dużej – mojej małej Ojczyzny

Posted by tadeo w dniu 29 kwietnia 2011

Historia Dąbrowica Duża

Historia wsi Dąbrowicy Dużej – mojej małej Ojczyzny. doc

Reklamy

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna, Prywatne | Leave a Comment »

Mycie skraca życie? Szokujące wyniki badań

Posted by tadeo w dniu 29 kwietnia 2011

Bierzesz prysznic każdego dnia? Płuczesz jamę ustną po szczotkowaniu zębów? Te pozornie zdrowe nawyki mogą być niebezpieczne – informuje serwis dailymail.co.uk


Każdy z nas zdaje sobie sprawę z tego, że szkodliwe dla zdrowia jest picie alkoholu, palenie papierosów, czy zajadanie się fast-foodami. Najnowsze badania wskazują jednak, że nawet pozornie niegroźne i wręcz dobre nawyki mogą okazać się niebezpieczne dla zdrowia.

Zdaniem ekspertów popełniamy każdego dnia 7 grzechów:

Grzech nr 1: zbyt częste mycie się

Według doktora Nicka Lowe z w Cranley Clinic w Londynie przeciętny człowiek myje się zbyt często.

– Gorąca woda w połączeniu ze zwykłym mydłem może zaburzyć naturalne natłuszczenie skóry. Doprowadzi to do suchości, pękania i często nawet infekcji. Większość z nas nie powinna się codziennie myć.

– Ale jeśli kogoś przeraża perspektywa zaniechania codziennego prysznica, niech przynajmniej używa chłodnej wody – mówi dr Lowe.

Aby uniknąć negatywnych następstw codziennego mycia, eksperci doradzają stosowanie kosmetyków, których bazą są nawilżające olejki, a nie mydło.

Grzech nr 2: osiem godzin snu w ciągu nocy

Zdaniem profesora Jima Horne z Loughborough University’s Sleep Research Centre ta nowoczesna koncepcja, jakoby powinno się spać 8 godzin w ciągu doby, może tylko pogłębić uczucie zmęczenia.

– O wiele więcej korzyści mogą nam przynieść codzienne drzemki w ciągu dnia – mówi profesor Horne. – Co więcej, cztery 15-minutowe drzemki w ciągu dnia mogą nas bardziej odprężyć niż dodatkowe godziny snu w nocy – dodaje.

Uczony wyjaśnił, że setki lat temu podział doby na krótkie drzemki był czymś zupełnie normalnym – ludzie sypiali m.in. po obiedzie, ale także budzili się w ciągu nocy, na kilka godzin przed nadejściem świtu. W sumie przesypiali 8 godzin dziennie. – Jeśli jaskiniowcy przesypialiby całe noce, to niechybnie zostaliby pożarci – żartuje profesor Horne.

– Przeświadczenie, że wstawanie w ciągu nocy jest czymś złym, może negatywnie wpłynąć na jakość naszego snu – dodaje.

Grzech nr 3: płukanie zębów płynem do higieny jamy ustnej

– Płyny do płukania jamy ustnej wypłukują z niej fluorki, które są dodawane do past i chronią nasze zęby na wiele godzin – mówi doktor Phil Stemmer, dentysta z The Fresh Breath Centre w Londynie. – W zasadzie powinno się zaniechać spożycia jakichkolwiek płynów przez przynajmniej pół godziny po umyciu zębów – dodaje.

Co ciekawe dr Stemmer zaleca, aby powstrzymać się od zwilżenia szczoteczki przed nałożeniem pasty. Powodem jest tutaj skuteczność składników, zawartych w paście do zębów, która maleje wraz ze wzrostem wilgoci w jamie ustnej.

Nie powinno się także myć zębów od razu po posiłku. Uzasadnieniem jest tutaj działalność cukrów i kwasów, które czasowo osłabiają nasze szkliwo. – Jeśli umyjesz swoje zęby za wcześnie, naruszysz szkliwo – dodaje dr Stemmer. Wobec tego powinno się szczotkować zęby pół godziny po zjedzeniu posiłku. Przez ten czas szkliwo stwardnieje i mycie go nie uszkodzi.

– Najlepszy zwyczaj, jaki można sobie wypracować, to mycie zębów przed posiłkami, a tuż po nich – płukanie jamy ustnej odświeżającym płynem – podsumowuje dr Stemmer.

Grzech nr 4: sedes wymusza na nas przyjęcie nienaturalnej pozycji

Zdaniem ekspertów nowoczesne sedesy nie są dla nas odpowiednie. Według nich powinniśmy załatwiać swoje potrzeby kucając – w ten sposób zmniejszymy wysiłek, towarzyszący tej czynności. Zaletą takiej pozycji jest zmniejszone ryzyko wystąpienia problemów z jelitami, takich jak hemoroidy czy choroba uchyłkowa jelit.

Warto zaznaczyć, że osoby, które mają problemy z jelitami, mogą w prosty sposób dostosować się do tej niecodziennej porady – podstawiając pod sedes niewielki podest, na którym oprą stopy. Dzięki temu uda im się uzyskać pozycję zbliżoną do kucania.

Grzech nr 5: sprzątanie

Naukowcy z USA przebadali 100 osób pod kątem wypełniania obowiązków, związanych z prowadzeniem domu. Okazało się, że osoby, które przejęły pełnię tych obowiązków, mają za wysokie ciśnienie. Zdaniem uczonych przyczyną takiego stanu rzeczy jest stres, który towarzyszy tym obowiązkom, a konkretnie – ich właściwemu wykonaniu.

Warto również zauważyć, że częste stosowanie detergentów, zwłaszcza tych o intensywnym zapachu, w spray’u, może wywołać astmę.

Grzech nr 6: nieprawidłowe oddychanie

– Jako dzieci w oddychanie angażowaliśmy przeponę, dzięki czemu całe płuca wypełniały się powietrzem. Wraz z wiekiem przestaliśmy oddychać w sposób najbardziej wydajny – twierdzi Neil Shah, psychoterapeuta i dyrektor Stress Management Society.

Zdaniem psychoterapeuty, możliwy jest powrót do poprzedniego, lepszego dla nas sposobu oddychania – wystarczy wykonywać codziennie ćwiczenia, polegające na „pompowaniu” jamy brzusznej i jednoczesnym utrzymaniu klatki piersiowej w stabilnej pozycji.

Grzech nr 7: odpoczynek po obiedzie

– Jeśli po posiłku jesteśmy nieaktywni, albo jemy tuż przed pójściem spać, to zjedzony posiłek odłoży się w organizmie pod postacią tłuszczu – mówi Claire MacEvilly z Human Nutrition Research laboratory na Uniwersytecie Cambridge.

Zdaniem MacEvilly kluczem do tego, aby przemiana materii zachodziła w sposób prawidłowy, jest 20-minutowy spacer po każdym posiłku.

http://wiadomosci.onet.pl/nauka/mycie-skraca-zycie-szokujace-wyniki-badan,1,4257861,wiadomosc.html

Posted in Porady różne, Zdrowie jest najważniejsze | Leave a Comment »

JASNOGÓRSKIE ŚLUBY NARODU POLSKIEGO – Paweł Bromski

Posted by tadeo w dniu 29 kwietnia 2011

PIERWSZY CUD, KTÓRY ODMIENIŁ POWOJENNĄ POLSKĘ 

Niedzielna uroczystość w Watykanie jest niewątpliwie ukoronowaniem cudu pojawienia się w naszym życiu Papieża Polaka – kolejnego cudu, którego doświadczył nasz kraj, po cudzie odzyskania przez Polskę niepodległości, po „Cudzie nad Wisłą” oraz po Jasnogórskich Ślubach Narodu Polskiego.

   Myślę więc, że przy okazji beatyfikacji Jana Pawła II   powinniśmy także wspomnieć o innych historycznych wydarzeniach, których rola w życiu Narodu i Państwa polskiego była w swoim czasie równie ważna i równie niezwykła jak niedzielna uroczystość w Watykanie.

    Bez wątpienia jednym z takich wydarzeń były Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego z 26 sierpnia 1956 roku. Ukazały one po raz pierwszy, że Naród Polski, dzięki m.in. swej wierze katolickiej i wierności Kościołowi katolickiemu potrafił, na 22 lata przed wyborem Kard. Karola Wojtyły na Tron Piotrowy oraz na 24 lata przed pojawieniem się Solidarności, chociaż w części, wyzwolić się z pęt totalitaryzmu komunistycznego.

  Po śmierci Józefa Stalina (5 marca 1953 r.), w ZSRR i w niektórych jego państwach satelitarnych, rozpoczął się proces tzw. „destalinizacji”. W Polsce proces ten odbywał się pod mianem „odwilży” a od 1955 r. w społeczeństwie polskim, towarzyszyło mu widoczne ożywienie religijne.

  Obchodzone w latach 1955-1956 narodowe jubileusze: trzechsetna rocznica obrony Częstochowy przed Szwedami i trzystulecie ślubów Jana Kazimierza – zaowocowały całym szeregiem organizowanych na Jasnej Górze czuwań, pielgrzymek, wystaw, prelekcji i apeli do społeczeństwa.

  Rocznice te, zainspirowały uwięzionego Prymasa Polski, Kardynała Stefana Wyszyńskiego, do opracowania programu religijnego, którego celem „była obrona wiary narodu mocami Matki Najświętszej przed wojującym ateizmem politycznym”.

   W ówczesnym państwie komunistycznym, jakim była PRL, program ten, obok treści religijnej, zawierał niezwykle ważne i nośne akcenty polityczne. Opierał się bowiem na idei aktu oddania się każdego Polaka w niewolę Maryi, za wolność Kościoła i Polski.

   Licząc na głębokie przywiązanie Polaków do tradycji historycznej i symboli narodowych, Kardynał Wyszyński, postanowił skupić uwagę Narodu na Jasnej Górze i wykorzystać, dominujący w katolicyzmie polskim maryjny akcent religijności, do duchowego zjednoczenia Polaków pod „skrzydłami” Kościoła.

   16 maja 1956 roku Prymas Polski ułożył w Komańczy, która była ostatnim, czwartym miejscem jego uwięzienia, tekst Ślubów Jasnogórskich, dostosowując treść ślubów Jana Kazimierza do ówczesnej sytuacji w Polsce, i 22 maja, w wielkiej tajemnicy, przekazał tekst ślubowania na Jasną Górę, na ręce przeora o. Jerzego Tomzińskiego oraz generała paulinów o. Alojzego Wrzalika.

    Centralna uroczystość święta Matki Boskiej Częstochowskiej odbywała się, jak co roku, w dniu 26 sierpnia. W tym dniu, w 1956 roku, na Jasną Górę przybyło milion pielgrzymów. Było to największe, od zakończenia wojny, zgromadzenie i manifestacja polskiego społeczeństwa. Pielgrzymi, w imieniu całego Narodu, wraz z Episkopatem Polski, złożyli Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego. W treści ślubowania zawarte były niezwykle – jak na owe czasy – słowa, bardzo ważne i znaczące, tak z religijnego, jak i politycznego punktu widzenia.

Ślubowanie zawierało m.in. następujące sformułowania:

   „Królowo Polski! Odnawiamy dziś śluby przodków naszych i Ciebie za Patronkę naszą i za Królową Narodu polskiego uznajemy.

   Zarówno siebie samych, jak i wszystkie ziemie polskie i wszystek Lud polecamy Twojej szczególnej opiece i obronie…

   Przyrzekamy uczynić wszystko, co leży w naszej mocy, aby Polska była rzeczywistym Królestwem Twoim i Twojego Syna, poddanym całkowicie pod Twoje panowanie w życiu naszym osobistym, rodzinnym, zawodowym i społecznym…

   Przyrzekamy Ci umacniać w rodzinach Królowanie Syna Twego Jezusa Chrystusa, bronić czci Imienia Bożego, wszczepiać w umysły i serca dzieci ducha Ewangelii i miłości ku Tobie, strzec prawa Bożego, obyczajów chrześcijańskich i ojczystych.

   Przyrzekamy Ci wychowywać młode pokolenie w wierności Chrystusowi, bronić przed bezbożnictwem i zepsuciem i otoczyć opieką rodzicielską”.

   Tekst Ślubowania odczytał, w zastępstwie wciąż uwięzionego Prymasa S.Wyszyńskiego, biskup Michał Klepacz. Milion ślubujących pielgrzymów odpowiadało po każdym przeczytanym przez niego wersecie przysięgi słowami: „Królowo Polski, przyrzekamy”.

   Podniosły i uroczysty nastrój ślubowania, oprócz magii miejsca i ogromnej rzeszy ludzi oraz obecności całego Episkopatu Polski, potęgował dodatkowo widok pustego fotela wystawionego przy Ołtarzu, przeznaczonego dla nieobecnego, wciąż więzionego przez komunistyczne władze, Prymasa Polski i leżąca na nim symboliczna wiązanka biało-czerwonych róż.

   Te niezwykłe przeżycia religijne i obecność dawno nie widzianych symboli, zrobiły ogromne wrażenie na uczestnikach uroczystości. Za ich pośrednictwem miliony Polaków zrozumiało i doceniło wagę tego wydarzenia. Społeczeństwo polskie, hierarchia kościelna, opinia międzynarodowa oraz niestety, także władze komunistyczne – słowem wszyscy – ujrzeli geniusz myśli Kardynała Wyszyńskiego, gdyż Jasnogórskie Śluby Narodu uświadomiły ówczesnemu społeczeństwu, że w obliczu totalitarnego ucisku fundamentem oporu i obrony ludzkiej godności jest prawo moralne. I tylko ono może stanowić rzetelną podstawę dla ustroju państwa i życia społecznego.

   Po latach, Kardynał Wyszyński nazwał te wydarzenia „prawdziwym cudem pod Jasną Górą”, bowiem Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego wywołały, kolejny po Poznańskim Czerwcu 1956 r, wstrząs w psychice zniewolonego narodu. W ich następstwie dokonały się nagłe zmiany w postawach religijnych, moralnych i społecznych ówczesnych Polaków oraz, co za tym idzie, w sytuacji Kościoła katolickiego w Polsce oraz w stosunkach państwo – Kościół, a ogólnie mówiąc – w sytuacji wewnętrznej totalitarnego państwa.

   Niewątpliwie, komunistyczne władze doznały, pierwszej tak dotkliwej i widocznej, porażki psychologicznej w rywalizacji o „rząd dusz” w Polsce. Była to bolesna porażka komunistów, nie tylko w sferze ideologicznej, gdyż miała ona o wiele bardziej poważne konsekwencje w sferze politycznej. Ówczesnej władzy trudno było sobie uzmysłowić, że w dziesięć lat po wprowadzeniu ustroju „wiecznej szczęśliwości”, ogromna część Narodu, składając Jasnogórskie Śluby, wyraziła jednocześnie swoje „votum separatum” wobec komunistycznych rządów i komunistycznego systemu wartości.

   Natomiast w stosunkach państwo – Kościół katolicki, dzień 26 sierpnia 1956 roku przyniósł możliwość całkowitego odrzucenia przez Kościół i Episkopat jawnej kontroli prowadzonej wcześniej przez reżimowe władze. Kościół odzyskał nie tylko swą niezależność wobec państwa ale także, dzięki tej niezależności, uzyskał możliwość rozpoczęcia kontrofensywy religijnej o możliwych już, wyraźnych akcentach politycznych.

  Jasnogórskie Śluby Narodu rozpoczęły więc wielką ofensywę religijno – polityczną Kościoła w Polsce. Misja ta przez całe lata rzucała groźne wyzwanie komunistycznemu państwu oraz ideologii komunistycznej i zmierzała wprost ku wypełnieniu świadomości jednostkowej i zbiorowej Polaków pierwiastkami religijnymi. Jej prostą konsekwencją był wybór Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową. Po latach, Ojciec Święty, Jan Paweł II, w kazaniu wygłoszonym 26 sierpnia 1990 roku w Castel Gandolfo, przypominając Śluby Narodu Polskiego, powiedział: „Ślubowanie Jasnogórskie mieści w sobie także, rzec można <<polską kartę praw człowieka>>. Jako pierwsze uwydatnia prawo człowieka do życia od pierwszej chwili jego zaistnienia”.

   Ponadto, Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego, po raz pierwszy, wyraźnie ukazały siłę Kościoła i Narodu oraz moralną i doktrynalną słabość komunizmu. Następne lata potwierdziły, że komuniści, którzy w czasach „stalinowskich” nie umieli przeciwstawić myśli Kardynała Wyszyńskiego niczego poza siłą sowieckich czołgów i bagnetów, w dalszym ciągu nie potrafili zaproponować Polakom niczego atrakcyjnego.

   Podczas Jasnogórskich Ślubów i bezpośrednio po nich „katolicyzm polski przeżywał jedno ze swych największych uniesień duchowych”. Niewiele osób, poza Kard.S.Wyszyńskim, zdawało sobie wówczas sprawę, że ten sukces Kościoła i to społeczne uniesienie, które mu towarzyszy, staną się początkiem trwałych i wszechstronnych przeobrażeń społeczeństwa polskiego oraz, że staną się jednym z fundamentów odzyskania prawdziwej niepodległości przez Państwo polskie.

Dlatego warto pamiętać o Ślubach Jasnogórskich Narodu Polskiego oraz o postaci, bez której nie byłoby, być może, niedzielnej uroczystości, Kardynale Stefanie Wyszyńskim, także w chwili gdy święcimy dzień „wyniesienia na ołtarze” Papieża Polaka Jana Pawła II. Należy pamiętać o wszystkich tych „cudach”, które doprowadziły wprost do zwycięstwa nad komunistycznym totalitaryzmem w całej Europie. Należy o nich pamiętać, jako o fundamentalnych wydarzeniach w dziejach Polski na drodze do niepodległości.

http://pawelbromski.nowyekran.pl/post/12476,jasnogorskie-sluby-narodu-polskiego

Posted in Historia, Religia | Otagowane: | Leave a Comment »

Вишнёвый сад

Posted by tadeo w dniu 29 kwietnia 2011

© 2011 Kot Bazyl



Posted in Muzyka | Leave a Comment »

Młody wykształcony – Zawiedziony

Posted by tadeo w dniu 29 kwietnia 2011

W numerze 18-tym czasopisma Angora ukazał się list młodego, wykształconego przedsiębiorcy do pana Premiera. Udostępniam list ten niniejszym, niechaj krąży ku oświeceniu POzostałych.

„Jestem młodym wykształconym przedsiębiorcą, który od 2008 roku próbuje prowadzić własną działalność gospodarczą w postaci sklepu spożywczego w centrum dużego miasta. Tworzę miejsca pracy dla ośmiu osób, regularnie opłacam podatki, ZUS-y, zezwolenia, wypłaty dla pracowników jednocześnie sam pracuję od rana do nocy.

W 2007 roku poszedłem na wybory z podniesioną głową, sadząc, że po raz pierwszy odnalazłem partię, której program pokrywa się z moimi oczekiwaniami. Niższe podatki, ułatwienia dla przedsiębiorców, jednomandatowe okręgi wyborcze, likwidacja podatku Belki i spokój w polityce – to były hasła, które przyciągnęły mnie do Pańskiej partii, jak i w ogóle do głosowania. Nigdy nie przypuszczałem, ze będą to jedynie puste słowa i nic nieznacząca kiełbasa wyborcza. Zapewne to naiwność wynikająca z młodości. Rzeczywistość jednak pokazała prawdziwą twarz.

W ciągu czterech lat Platforma Obywatelska nie zrobiła nic, aby ułatwić życie mikroprzedsiębiorcom, którzy tworzą około 40% miejsc pracy w gospodarce oraz około 30% wartości PKB. Mikroprzedsiębiorstwa, czyli zatrudniające do dziewięciu osób, praktycznie zawsze płacą podatki w Polsce, w przeciwieństwie do dużych korporacji. Ostatnio przepchana „ustawa śmieciowa” przelała czarę goryczy. Pozwolę wymienić wszystkie utrudnienia stworzone przez Pański rząd i Sejm, które odczuwa moja firma, bo być może nie każdy jest tego świadomy:

1. Platforma Obywatelska podniosła podstawową stawkę podatku VAT do 23%, co poważnie odbiło się na obrotach w małych sklepach.

2. Platforma Obywatelska zlikwidowała możliwość odliczania podatku VAT od paliwa zakupionego do samochodów osobowych wykorzystywanych w działalności gospodarczej. Podatek VAT przestał być podatkiem pośrednim. Jeżdżąc firmowym osobowym autem, muszę dodawać VAT od paliwa do ceny końcowej towaru.

3. Platforma Obywatelska w bardzo szybkim trybie wprowadziła zmiany w stawkach podatku VAT i jednocześnie w klasyfikacji PKWiU (która to przyporządkowuje stawki podatku do konkretnych towarów), nie dając ŻADNEGO okresu przejściowego ani przygotowawczego łącząc zmiany VAT i PKWiU w jednym terminie 1.01.2011 r.

4. Ustalone stawki podatku VAT zostały przypisane bez większego sensu, np. pączek zamrożony ma 8% VAT, a rozmrożony już 23% VAT. Poprzez proces rozmrożenia jego wartość wzrosła co najmniej 15%, zapewne to cudowne polskie powietrze tak działa.

5. Minister Finansów, magister Jan Vincent Rostowski, nie przedłużył ważności starych „zielonych” i „niebieskich” akcyz na alkohol, wprowadzając nowe „brązowe”. Nigdzie nie było informacji o tych zmianach, każdy skupiał się na zmianie VAT-u i PKWiU, a ja w nowym roku 2011 pozostałem z towarem na kilka tysięcy złotych, którego nie mogę sprzedawać.

6. Platforma Obywatelska wprowadziła ustawę o niebezpiecznych odpadach, która nakłada na przedsiębiorcę karę w wysokości 10 tys. złotych przypadku niezłożeni zbiorczego zestawienia bądź spóźnienia choćby o jeden dzień. Jednocześnie termin składania zestawień został przyspieszony z 31 marca na 15 marca, bez szerszej kampanii informacyjnej.

7. Platforma Obywatelska tworzy podatek bankowy, który w prosty sposób zostanie przełożony na NAS – przedsiębiorców, a drobny fakt, że polski oddział VISA pobiera najwyższą w Europie prowizję za płatności kartami od przedsiębiorców, rządu już nie interesuje.

8. Platforma Obywatelska wprowadza nieprzemyślane prawo, nie zachowując okresu vacatio legis w żadnym z przypadków.

Jakieś ułatwienia? Platforma Obywatelska chwali się, że wprowadziła „jedno okienko” do obsługi firm w urzędzie i możliwość zawieszenia działalności./ I co z tego? Jak większość przedsiębiorców, Urząd Miasta odwiedzam bardzo rzadko, a czy firmę założę w godzinę czy w dwa dni, nie robi większej różnicy. Zawieszać firmy także nie planuję. Rząd przewiduje również możliwość otwierania spółek przez Internet. Jest to bardzo dobry pomysł, tylko zanim rozwinę na tyle przedsiębiorstwo, aby zamienić je w spółkę, to w wyniku działań rządu prawdopodobnie zbankrutuję.

Nie piszę tego listu jako części kampanii wyborczej przeciwko Platformie Obywatelskiej, ponieważ nie planuję głosować w tych wyborach ani na PiS, ani na PO, SLD czy PSL. Piszę go, ponieważ mam dosyć obłudy rządzących polityków , którzy z jednej strony przedstawiają nam zieloną wyspę i jak to wiele pomogli polskiej przedsiębiorczości, a drugiej „po cichu” wrzucają buble prawne i wyciągają ręce po pieniądze. Żałuję, że w ostatnich wyborach prezydenckich oddałem głos na Bronisława Komorowskiego. Gdyby wygrał jego rywal, przynajmniej wetowałby tak szkodliwe rozwiązania, jakie wprowadza rząd. Zapewne Platforma Obywatelska wraz z PSL pomogły dużym koncernom poprzez zwolnienia z podatków i tworzenie specjalnych stref ekonomicznych. Małe przedsiębiorstwa nie mają takich możliwości i są traktowane jak maszynki do wyciągania pieniędzy. Dopóki politycy nie zaczną traktować NAS jak równych partnerów, regularnie płacących podatki w Polsce i tworzących miejsca pracy, dopóty nie planuję brać udziału w glosowaniu – chyba że oddając głos nieważny w ramach protestu. Niestety jest to także pogląd większości przedsiębiorców, przedsiębiorców, z którymi mam kontakt.

PRZEDSIĘBIORCA ”

————————–

Jedyne, co można dodać, Przedsiębiorco…

To coś, czego słuchać przykro….

A NIE MÓWILIŚMY !

http://doomster.nowyekran.pl/post/12431,mlody-wyksztalcony-zawiedziony

Posted in Młodzi, wykształceni..., POLECAM, Polityka i aktualności, Standardy TuskoLandii, Świadectwa | Leave a Comment »

Pokolenie Jana Pawła II

Posted by tadeo w dniu 29 kwietnia 2011

Kolumbowie – tak niekiedy nazywa się pokolenie, do którego należał Karol Wojtyła. Urodzili się już po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, po latach zaborów.

Dorastali tuż przed wybuchem następnej wojny, musieli dojrzewać w bardzo przyspieszonym tempie.

Gdy w maju 1920 r. w domu przy ul. Kościelnej w Wadowicach urodził się mały Lolek, nikt nie mógł przypuszczać, że kilkadziesiąt lat później zostanie papieżem. Ani że miasteczko stanie się słynne. Dziś turyści i pielgrzymi szukają w Wadowicach atmosfery miejsc, gdzie wychowywał się Karol Wojtyła. Rodzina, w tym ojciec – oficer Wojska Polskiego, miejscowi duszpasterze, ale także – to bardzo ważne – atmosfera szkoły, do której chodził – wszystko to, nie tylko zdaniem miejscowego proboszcza księdza infułata Jakuba Gila, miało największy wpływ na kształtowanie młodego Karola.
Jedyne w Wadowicach gimnazjum, z tradycją od 1866 r., ściągało elitę okolicy, przychodzili tu najzdolniejsi. Profesorowie mieli poczucie, że mają wyjątkową młodzież, dlatego wyjątkowo się nią zajmowali, uważa ks. Gil. Poświęcali jej dużo czasu.
– Eugeniusz Mróz, kolega szkolny i sąsiad Karola Wojtyły, mówił mi niedawno, że ówczesna młodzież była inna niż ta obecna – podkreśla ksiądz Gil. – Miała w sobie entuzjazm związany z tym, że przecież dopiero niedawno ojczyzna odzyskała niepodległość po wielu latach rozbiorów. Było czuć radość z wolności.
Ważna dla kształtowania się młodych ludzi była też – jak sądzi ks. Jakub Gil – ówczesna patriotyczna atmosfera miasteczka: patriotyczna, ale nie zaściankowa. – Wadowice przeżywały przyspieszony, jak na tę okolicę, rozwój. Takie instytucje jak sąd, urzędy, szkoła, wojsko, sklepy i rzemiosło były ważne, miasto promieniowało na okolicę – mówi.

Spłacali dług
Gdy 18 maja 1920 r. urodził się Karol Wojtyła, czas dla Polski był szczególny. Państwo, które niedawno odzyskało niepodległość, toczyło wojnę o przetrwanie z Rosją bolszewicką. Po wielu latach Wojtyła – już jako papież Jan Paweł II – wracał do okoliczności historycznych swoich narodzin. Zrobił to także w czasie pobytu w podwarszawskim Radzyminie w czerwcu 1999 r.
Po modlitwie na cmentarzu bohaterów wojny polsko-bolszewickiej, papież złożył im hołd.
– Urodziłem się w 1920 r., w maju, w tym czasie, kiedy bolszewicy szli na Warszawę. I dlatego noszę w sobie od urodzenia wielki dług w stosunku do tych, którzy wówczas podjęli walkę z najeźdźcą i zwyciężyli, płacąc za to swoim życiem – mówił Jan Paweł II. – Tu, na tym cmentarzu, spoczywają ich doczesne szczątki. Przybywam tu z wielką wdzięcznością, spłacając dług za to, co od nich otrzymałem.
Ponad 90-letni wówczas uczestnik bitwy pod Radzyminem Józef Hartman-Hartowski powiedział wtedy Katolickiej Agencji Informacyjnej, że po przeżyciu tej chwili może spokojnie umrzeć.
O Radzyminie papież mówił też później, na warszawskiej Pradze.
– Ciągle żywa w naszych sercach jest pamięć o bitwie warszawskiej. Zawsze myślę, co by było, gdyby nie było tego Radzymina, tego cudu nad Wisłą – zastanawiał się. Dług, o którym mówił Jan Paweł II, spłacało całe jego pokolenie.

Kamienie na szaniec
Kilka miesięcy młodsi od Karola Wojtyły byli: Tadeusz Zawadzki ps. Zośka, Aleksy Dawidowski, ps. Alek i Jan Bytnar, ps. Rudy, żołnierze Grup Szturmowych Szarych Szeregów, bohaterowie kultowej dziś książki „Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego.
Kiedy w marcu 1943 r. w czasie starcia z niemiecką policją został ranny, a wkrótce aresztowany „Rudy”, „Zośka”, harcmistrz i podporucznik AK, szef GS, podejmuje szybką decyzję – trzeba odbić przyjaciela i podkomendnego. Tak dochodzi do słynnej Akcji pod Arsenałem. „Rudego” udaje się odbić, jednak wskutek obrażeń odniesionych podczas tortur, kilka dni później umiera. Tego samego dnia umarł także „Alek”, wskutek ran postrzałowych odniesionych podczas akcji. „Zośka” przeżył ich tylko o kilka miesięcy, zginął w miejscowości Sieczychy. A jego z kolei o rok przeżył równolatek Karola Wojtyły, Zdzisław Racki ps. Rad, podharcmistrz, podporucznik, uczestnik Powstania Warszawskiego w szeregach 2. kompanii „Rudy” batalionu „Zośka”, nazwanych tak na ich cześć. Poległ 8 sierpnia 1944 r. w walkach w rejonie ul. Żytniej.
Nieco młodszy od nich Jan Rodowicz, ps. Anoda, żołnierz GS, żył o 5 lat dłużej. Ten uczestnik Powstania Warszawskiego, później żołnierz II konspiracji podczas brutalnego śledztwa w siedzibie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego najpewniej został wyrzucony z czwartego piętra przez okno. Powojenna Polska niewiele, oprócz śmierci lub więzienia, miała do zaoferowania tysiącom ludzi z pokolenia Kolumbów, takich jak „Anoda”.

Bez dwójmyślenia
„Alek”, „Rudy” i „Zośka” poznali się w Gimnazjum im. Stefana Batorego w Warszawie. W 1939 r. zdali maturę. Ich piękne plany szybko stały się nieaktualne – wybuchła wojna. To ona była przeżyciem, które ukształtowało ich świadomość i tożsamość w największym stopniu.
Ci, którzy przeżyli a zostali poetami, pisarzami, artystami, przesiąknięci byli, co potem podkreślali badacze, katastrofizmem. Rzeczywistość wojenna nie pozwalała im – pisano – cieszyć się młodością, szczęściem czy miłością.
Ani wolnością – warto dodać. Po 20 latach niepodległości było kilka lat wojny i okupacja, a potem kilkadziesiąt lat wasalnych rządów komunistów.
Na ogół pokolenie urodzonych już w okresie międzywojennym, a dojrzewających tuż przed wojną, potem zdało egzamin z patriotyzmu, przyznaje prof. Jerzy Eisler, historyk z IPN.
– To pokolenie urodzone w niepodległej Polsce było patriotycznie wychowywane. Do tego w podobnym duchu wychowywał ich dom, szkoła, harcerstwo, Kościół. Wszystkie te instytucje przemawiały jednym głosem. To był logiczny, zwarty przekaz – mówi Eisler. – Bez dwójmyślenia, charakterystycznego dla PRL. Było to pokolenie przygotowane w etosie poświęcenia.

Pokolenie Solidarności
Lech Bądkowski był starszy od Karola Wojtyły o cztery miesiące. Walczył m.in. w bitwie nad Bzurą, a po przedostaniu się na Zachód, jako żołnierz Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich, walczył pod Narwikiem, za co został odznaczony Virtuti Militari. Miał temperament polityka, ale w PRL nie mógł uczestniczyć w jawnej polityce. Spalał się jako dziennikarz i pisarz.
W latach 70. nawiązał współpracę z opozycją, związał się z Ruchem Młodej Polski. W sierpniu 1980 r. nie mógł nie wziąć udziału w strajkach. Był członkiem prezydium MKS w Stoczni Gdańskiej, jego rzecznikiem i członkiem grupy negocjującej Porozumienia Gdańskie. Po 13 grudnia 1981 r. nie zaprzestał działalności związkowej i publicystycznej – był autorem wielu tekstów w prasie podziemnej. Zmarł na raka w 1984 r. Jego pogrzeb był wielką manifestacją przeciwko reżimowi Jaruzelskiego.
– Był typowym inteligenckim przedstawicielem pokolenia Kolumbów. Dziecko II Rzeczypospolitej, rówieśnik Jana Pawła II, został całkowicie ukształtowany przez ducha Niepodległej – twierdzi poseł Jarosław Sellin, dawny działacz RMP, autor opracowania o Bądkowskim. – Miał cechy typowego pomorskiego inteligenta. Raczej pozytywista niż romantyk. Raczej realista niż marzyciel. Raczej człowiek kompromisu niż politycznego zacietrzewienia. Patriota polski, ale z silnym zamiłowaniem do małej ojczyzny – Pomorza.
Wiesław Chrzanowski (ur. 1923), w latach 80. doradca Solidarności, a w III RP minister sprawiedliwości i marszałek sejmu, walczył w Powstaniu Warszawskim w batalionie „Gustaw” wywodzącym się z tej części Narodowej Organizacji Wojskowej, która scaliła się z AK. I on, i jego koledzy byli negatywnie nastawieni do powstania, ale gdy przyszedł rozkaz, nie było mowy o dyskusjach. Liczył się obowiązek.
– W pierwszych dniach był niesamowity entuzjazm. Ale przed końcem już tak nie było. Gdy byłem ranny i leżałem w szpitalu, widziałem, jak ludność starała się wywieszać białe kapitulacyjne flagi. A przecież wtedy jeszcze kapitulacji nie było. Wówczas w szpital uderzyły „ryczące krowy” i większość chorych i personelu zginęła – opowiada prof. Chrzanowski, który po wojnie odczuł ciężką rękę komunistów: sześć lat spędził w więzieniu.

Urodzeni z JP2
– Rodzice ludzi z tego pokolenia byli wychowywani na literaturze romantycznej i przekazywali to swoim dzieciom – zwraca uwagę prof. Eisler. – Ta lektura uzupełniona Sienkiewiczem, Żeromskim z pewnością miała wpływ na nich, na ich postępowanie i wybory. Na to, że byli też pokoleniem o wielkiej wrażliwości społecznej. Poruszała ich niesprawiedliwość i bieda.
Rozumieli, że trzeba coś z tym zrobić, że Polskę trzeba modernizować, że patriotyzm to także budowa bardziej sprawiedliwego państwa. Niestety, historia tak się potoczyła, jak się potoczyła. Stało się inaczej niż marzyli, wielu nie zostało lekarzami, naukowcami, inżynierami, urzędnikami. Swój egzamin musieli zdawać w zupełnie innych warunkach. A wielu z tych najwartościowszych zginęło, trafiło do więzień, straciło zdrowie, zostało wywiezionych do łagrów.
Warszawskie Centrum Myśli Jana Pawła II przed kilkoma laty zorganizowało spotkanie urodzonych tego samego dnia, co papież. Pokolenie JP2 poznaje ludzi z pokolenia Jana Pawła II – takie było przesłanie tego spotkania. W Warszawie udało im się znaleźć tylko kilkoro.
– Po wyborze Karola Wojtyły na papieża dowiedziałam się, że urodziłam się tego samego dnia co on. Odebrałam to jak przesłanie. Zmieniłam się. Byłam pielęgniarką i bardzo zaangażowałam się w pomoc starszym – opowiadała Janina Pęcińska, jedna z trójki przybyłych na spotkanie 90-latków.
Ich losy były różne, mają różne osobowości, ale większość walczyła w Powstaniu Warszawskim, była w AK.
– Widać doskonale różnicę w podejściu do życia ich i obecnego młodego pokolenia, pogrążonego w marazmie, które wydaje się żyć bez autorytetów – mówi Zofia Sokołowska z Centrum, sama z tzw. pokolenia JP2. – Dla mnie ci starsi, często dziś niedołężni ludzie, są niesamowici. A najbardziej frapujące jest to, ile jest w nich energii wewnętrznej, ile jest w nich życia.

Wojciech Dudkiewicz

Źródło: Tekst pierwotnie opublikowano w Tygodniku Solidarność, na Nowym Ekranie publikujemy za zgodą Jerzego Kłosińskiego, Redaktora Naczelnego T.S

http://fiatowiec.nowyekran.pl/post/12449,pokolenie-jana-pawla-ii

Posted in Jan Paweł II, Polityka i aktualności, Świadectwa | Leave a Comment »

Prof. Dudek: wielu ludzi na dźwięk słowa „Kaczyński” wpada w amok

Posted by tadeo w dniu 29 kwietnia 2011

Z prof. Antonim Dudkiem rozmawia Mateusz Zimmerman:

Antoni Dudek, fot. Robert Kowalewski/Agencja Gazeta

Antoni Dudek, fot. Robert Kowalewski/Agencja Gazeta

– Najważniejsza przyczyna katastrofy smoleńskiej to bałagan, wszechobecny w całym polskim aparacie państwowym. Odpowiedzialność za to ponoszą wszystkie dotychczasowe rządy, bo niektóre obszary funkcjonowania państwa od 20 lat się nie zmieniły – mówi prof. Antoni Dudek* w pierwszej części wywiadu dla Onet.pl. Jak zaznacza w dalszej części rozmowy: „W Polsce istnieje zjawisko fobii antypisowskiej, a ściślej: anty-kaczystowskiej. To czasem przybiera formy chorobowe. Wielu ludzi na dźwięk słowa »Kaczyński« wpada w amok, tracąc po prostu zdolność trzeźwego osądu”.

– Czy po roku od katastrofy smoleńskiej to, co najważniejsze, już o niej wiadomo? Możemy się jeszcze czegoś ważnego dowiedzieć?

– Na kilka pytań odpowiedzi nie ma nadal, a zupełnie wszystkiego z pewnością nie dowiemy się nigdy. Nowe informacje będą wypływać jeszcze po latach. Z mediów katastrofa również szybko nie zniknie, bo po prostu duża część opinii publicznej jest tą sprawą zainteresowana. Apogeum tego zainteresowania będziemy przeżywać jesienią, bo przecież sprawa ma wyraźny kontekst wyborczy. Będziemy już wtedy prawdopodobnie znać raport komisji Millera, a do tego mam przeczucie graniczące z pewnością, że strona rosyjska ogłosi wyniki swojego śledztwa akurat w ostatnich dniach kampanii.

– W jakim celu?

– Niedawny incydent z tablicą pozbawił mnie złudzeń – Rosjanie zupełnie cynicznie grają sprawą Smoleńska. Jeśli tablica się stronie rosyjskiej nie podobała, można ją było zdjąć co najmniej od listopada. Ale zdjęto ją w przeddzień rocznicy po to, żeby podgrzać atmosferę. Zaognianiem konfliktu wewnętrznego w Polsce Rosjanie są żywotnie zainteresowani. Wychodzi im to na razie znakomicie i będą grać tą sprawą tak długo, jak się da. A da się co najmniej do jesiennych wyborów w Polsce.

– Na swoim blogu w Salonie24 sformułował Pan pogląd, że Smoleńsk zaciąży na stosunkach polsko-rosyjskich na długie lata.

– Kilka tygodni po katastrofie odbyła się w Warszawie, w ISP PAN, debata intelektualistów i naukowców na temat znaczenia, jakie Smoleńsk będzie mieć dla nastrojów społecznych i relacji z Rosją. Pamiętam, że oprócz mnie tylko prof. Mirosław Karwat, politolog, twierdził, że ta katastrofa spowoduje gigantyczny podział społeczny, głębszy niż dotychczas. A do tego odbije się fatalnie na relacjach polsko-rosyjskich. Inni naukowcy wyrażali natomiast mniej lub bardziej otwarcie nadzieje, że zacznie się pojednanie i w kraju, i w stosunkach z Rosją. Miałem wrażenie, że żyją w zupełnie innej rzeczywistości niż ja i chyba to, co wydarzyło się po wyborach prezydenckich, dobitnie pokazuje kto miał w tej kwestii rację. Przesilenie w dwustronnych relacjach nastąpi zapewne w momencie ogłoszenia efektów pracy rosyjskich organów, które badają katastrofę. Jakoś dziwnie jestem przekonany, że te wyniki będą przypominać ustalenia MAK. A z kolei raport komisji Millera uwzględni pewien stopień odpowiedzialności strony rosyjskiej. Później zaczną się awantury o (nie)przekazywanie wraku, czarnych skrzynek itd. Podsycanie ostrego konfliktu politycznego w Polsce bardzo Rosjanom odpowiada.

 Na czym polegają tutaj ich interesy?

– Na utrzymaniu wpływów. Oczywiście nie chodzi o zbudowanie zależności w takiej formie, jaką był PRL, tylko o to, by Polska generowała zyski – na przykład jako jeden ze znaczących odbiorców rosyjskiego gazu i ropy, a w dalszej perspektywie: jako obszar ekspansji w całym sektorze energetycznym. Kreml ten cel konsekwentnie realizuje, ale niezbędny jest mu do tego nieustanny spór w Polsce, brak konsensusu np. w polskiej polityce wschodniej. I oczywiście budowanie w Europie Zachodniej obrazu Polski jako kraju maniakalnych rusofobów. Jeśli Smoleńsk jako źródło wywierania takiego wpływu się wyczerpie, to pojawią się nowe sprawy – taki wniosek mi podpowiada obserwacja stosunków Polska-Rosja od czasów odejścia Jelcyna.

– Co według Pana było główną przyczyną katastrofy polskiego tupolewa?

– Najważniejsza przyczyna to wszechogarniający bałagan, dotykający całego polskiego aparatu państwowego. Niezależnie od tego, że stronę rosyjską uważam za współodpowiedzialną – Rosjanie mogli po prostu zamknąć to lotnisko i nie zgodzić się na lądowanie, nawet za cenę narażenia się potem na nieprzyjazne wypowiedzi ze strony prezydenta Kaczyńskiego. Ale zdecydowanie większa część odpowiedzialności spoczywa na państwie polskim – można tylko dyskutować, na których konkretnie urzędnikach i którego resortu czy kancelarii. Po pierwsze: ktoś doprowadził do tego, że na pokładzie znalazła się taka a nie inna grupa ludzi. Po wtóre: ktoś zdecydował, że samolot powinien tam właśnie wylądować, pomimo że szereg przesłanek wskazywał, by tego nie robić. Ten urzędniczy bałagan już wcześniej rodził w Polsce liczne negatywne konsekwencje, Smoleńsk jest natomiast konsekwencją najbardziej dramatyczną.

– Mamy więc do czynienia z katastrofą państwa i w wymiarze personalnym – bo zginął szereg najważniejszych polskich polityków i urzędników – i w wymiarze organizacyjnym. Uważa Pan, że odpowiedzialność spoczywa na rządzie Donalda Tuska?

– Ona spoczywa na rządach w tym kraju w ogóle. Na Tuska akurat padło. Można sobie doskonale wyobrazić sytuację, w której 10 kwietnia spada samolot z Tuskiem – wybranym 5 lat wcześniej na prezydenta – podczas gdy trzy dni wcześniej Jarosław Kaczyński jako premier spotkał się z Putinem… To nie jest tak, że ta katastrofa była niemożliwa pod innymi rządami, a akurat pod tymi stała się prawdopodobna. Przypomnijmy sobie wypadek helikoptera z Leszkiem Millerem na pokładzie.

– Jarosław Kaczyński wprost stwierdził, że „za jego rządów do takiej katastrofy by nie doszło”.

– Trudno, by mówił coś innego. On albo jakikolwiek inny polityk. Mieliśmy już bardzo wielu premierów i to nie jest kwestia jednego czy drugiego – są po prostu takie obszary funkcjonowania polskiego państwa, które się od 20 lat nie zmieniły. Żaden z premierów nie miał dość odwagi, by powiedzieć: „Polacy, przywódcy naszego państwa nie mogą latać dziadowskimi samolotami, bo to nie jest kwestia ich dobrego samopoczucia, ale prestiżu państwa, którego jesteście obywatelami. Dlatego jeszcze w tym roku kupię nowoczesne samoloty, nawet gdyby moja partia miała z tego powodu przegrać wybory”.

Spójrzmy na przykład z ustrojowej perspektywy na to zamieszanie, które doprowadziło do rozdzielenia wizyt w Katyniu. W 1990 r. wprowadzono bez głębszej refleksji powszechne wybory prezydenckie. Prezydent ma w tym układzie politycznym bardzo mocną legitymację i w naturalny sposób zaczyna walczyć o swoje miejsce we władzy wykonawczej z premierem, za którym stoi z kolei większość parlamentarna. Całe ostatnie dwudziestolecie to jest historia takich konfliktów między kolejnymi prezydentami a kolejnymi premierami. Wyobraźmy sobie, że w roku 1990 zostaje podjęta jedna z dwóch możliwych decyzji: albo system konsekwentnie prezydencki, albo parlamentarno-gabinetowy, w którym prezydent ma wyłącznie symboliczne uprawnienia. Prawdopodobnie dwie dekady później mielibyśmy tylko jeden lot do Smoleńska… Oczywiście to mógł być ten feralny lot, ale chodzi mi tylko o pokazanie, jakiego typu problemy zrodziła w Polsce dwugłowa egzekutywa.

– Prof. Machcewicz, mówiąc ostatnio w „Polityce” o historycznym wymiarze tragedii smoleńskiej, stwierdził, że wywołała ona niespotykaną w Polsce „eksplozję irracjonalnego myślenia”. Jak Pan się odnosi do wysypu spiskowych teorii „objaśniających” katastrofę?

– Przede wszystkim nie zgadzam się z poglądem, że akurat teraz doszło do jakiejś eksplozji takiego sposobu myślenia. Mamy może do czynienia z jego nasileniem, ale taka mentalność była już wcześniej w polskiej polityce obecna, co najmniej od późnego PRL-u. Jakiś profesor – nazwisko chyba przez litość zapomniałem – dowodził niegdyś, że celem strategicznym planu Balcerowicza (w którym zresztą Balcerowicz miał być tylko marionetką) jest sprowadzenie populacji w Polsce do poziomu 10 milionów obywateli. Ale niektórzy wierzą, że ten plan jest naprawdę realizowany, bo tak odczytują obecną zapaść demograficzną… Dawniej ten sposób myślenia ulegał pewnemu rozproszeniu, trudno mu było się przebić do masowego odbioru – filtrem były tu tradycyjne media, do których jednak nie każdego wariata się wpuszcza. Dzisiaj natomiast w internecie zwolennicy teorii spiskowych mogą wypisywać różne rzeczy. Katastrofa smoleńska jest obszarem, w którym te teorie się skupiają jak w soczewce, ale nie brakuje ich również w innych dziedzinach.

– O Pańską ocenę prezydentury Lecha Kaczyńskiego chciałbym zapytać trochę prowokacyjnie: czy Polacy na fali żałoby uznawaliby tę prezydenturę za lepszą, niż ona w istocie była, gdyby PiS nie wywyższał dziś zmarłego prezydenta jako „męża stanu”?

– Lech Kaczyński był na prostej drodze, by przegrać wybory prezydenckie i nie wierzę, by w ostatnich miesiącach urzędowania udało mu się odwrócić sondażowe tendencje. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że gdyby nie zginął w Smoleńsku, to ocena jego prezydentury byłaby niska. Miał potężny negatywny elektorat i prawdopodobnie tylu Polaków, ilu głosowało w lipcu roku 2010 przeciw jego bratu, głosowałoby również w październiku przeciw niemu. Tak się złożyło, że akurat za Komorowskim. Budowanie przez PiS mitu Lecha Kaczyńskiego dziś jest z punktu widzenia tej partii racjonalne. A czy się uda? W Polsce istnieje zjawisko fobii antypisowskiej, a ściślej: anty-kaczystowskiej. To czasem przybiera formy chorobowe. Wielu ludzi na dźwięk słowa „Kaczyński” wpada w amok, tracąc po prostu zdolność trzeźwego osądu. I bez względu na to, czy PiS próbowałby budować taki mit, czy nie – to by chyba niewiele w społecznej ocenie prezydenta Kaczyńskiego zmieniło.

– To znaczy, że Lech Kaczyński nie trafi na pomniki?

– Trafi i na pomniki, i na tablice z nazwami ulic. Pytanie tylko: kiedy? Tu zadziała bowiem inny mechanizm, który porównałbym z przypadkiem Władysława Sikorskiego. Oceniam Sikorskiego jako premiera bardzo nisko. Natomiast przez fakt jego tragicznej śmierci zrodził się mit Sikorskiego jako niezłomnego wodza, podlany teorią, według której Sowieci go zabili, by sobie ułatwić podbój Polski. Tak jakby Sikorski mógł stanąć za Bugiem i zatrzymać dywizje Stalina… To jest myślenie irracjonalne, magiczne. Jest dużo bardziej prawdopodobne, że Sikorski politycznie skończyłby jak Mikołajczyk. Ale zginął tragicznie, więc naród pokochał Sikorskiego, albo raczej jego mit. I tak będzie również działać mit Lecha Kaczyńskiego. Przy czym chcę jasno zaznaczyć, że ja Kaczyńskiego oceniam znacznie lepiej niż dwóch jego poprzedników.

– Lepiej – czyli jak?

– To był jedyny z naszych prezydentów, który próbował budować jakieś intelektualne fundamenty dla urzędu. Np. seminaria w Lucieniu świadczyły o tym, że czegoś się próbował o świecie dowiedzieć. Szkoda, że nie starał się nieco częściej zapraszać tam ludzi o radykalnie odmiennych poglądach, choć bywali tam też np. Aleksander Smolar czy Paweł Śpiewak. Szkoda, że Lecha Kaczyńskiego ograniczały też różne osobiste awersje. Ale jako prezydent chciał się uczyć, czego absolutnie nie można powiedzieć ani o jego dwóch poprzednikach, ani – jak dotąd – o jego następcy. A poza tym: polityka wschodnia. Dobrze oceniam koncepcję, natomiast gorzej – realizację. Nie zawsze była przemyślana, czego przykładem była demonstracyjna próba budowy sojuszu państw zagrożonych rosyjskim ekspansjonizmem. Albo decyzja o zakupie rafinerii w Możejkach. To „dzieło” Lecha Kaczyńskiego było zupełnie chybione. Jemu się wydawało, że Polska może na Wschodzie zdziałać więcej niż rzeczywiście mogła. Gdyby Orlen – zamiast kupować rafinerię – wydał te środki na fundację finansującą promowanie polskiej kultury na Wschodzie, Rzeczpospolita znacznie lepiej by na tym wyszła.

– Napisał Pan na swoim blogu, że tragedia w Smoleńsku znajdzie swoje miejsce w narodowej mitologii. Czy zrodzi się jakiś pozytywny mit? Czy wywieszanie flag w kolejne rocznice katastrofy to nie jest jakaś celebracja zdarzenia, które w gruncie stanowi dla polskiego państwa powód do wstydu?

– Ale nasza historia jest takimi epizodami usiana. W moim przekonaniu włączenie Smoleńska do narodowej mitologii będzie mieć różne fazy. Z biegiem lat – mówię tu o co najmniej dekadzie – katastrofa zostanie też wyłączona z kontekstu bieżącej walki politycznej. Ludzie będą wywieszać flagi, ale dalej będą się spierać tak, jak się dziś niektórzy wciąż spierają o powstanie warszawskie. Zostając przy tym porównaniu: ja uważam, że powstanie było pozbawione sensu, natomiast jestem zwolennikiem tego, by dziś istniało muzeum powstania. Oczywiście przy założeniu, że będzie w tym muzeum prowadzona na jego temat dyskusja, a nie kult.

– Jak kult tej katastrofy miałby wyglądać?

– W debacie na temat Smoleńska pojawiają się takie głosy: zamachu wprawdzie nie było, ale o bałaganie w polskim państwie też nie wspominajmy, bo jest wtórny – ważna jest natomiast ofiara, poświęcenie, klamra łącząca to zdarzenie z Katyniem itd. I podobny nurt pojawia się w rozmowach o powstaniu: mówmy o bohaterstwie powstańców, moralnym zwycięstwie, a nie o tym, że to było przedsięwzięcie, które spowodowało około 200 tysięcy ofiar, głównie wśród ludności cywilnej. Przed laty pojawiła się nawet w Polsce legenda, że gdyby nie powstanie, to Stalin zrobiłby z Polski 17. republikę radziecką. A to jest niemożliwe do zweryfikowania. Można równie dobrze powiedzieć, że za powstanie warszawskie najbardziej powinni być nam wdzięczni… Niemcy. Bo gdyby Armia Czerwona nie zatrzymała ofensywy pod Warszawą, tylko ruszyła na Rzeszę już jesienią 1944 r., to pewnie doszłaby do Renu. I potem wszyscy Niemcy zostaliby zamknięci w wielkiej NRD.

– Czy nie obawia się Pan, że ten smoleński mit ofiary i poświęcenia spełni funkcję tyleż wyłączną, co zastępczą? Będzie można w ogóle w takim kontekście dyskutować o ogólnopaństwowym bałaganie, który do tej katastrofy doprowadził?

– To się nie wyklucza. Cały problem z polską debatą publiczną polega na tym, że ona jest wykluczająca. Spójrzmy na mit Wałęsy – istnieją jego apologeci i demaskatorzy. Jedni i drudzy wychodzą z założenia, że polski bohater narodowy musi być bohaterem bez skazy. Ale ten bohater jednak ma swoje za uszami. I wyznawcy jego mitu krzyczą: to jest atak na imponderabilia! Przecież Wałęsa był, jest i będzie bez skazy… Z drugiej strony odzywają się demaskatorzy tego mitu: no, może Wałęsa miał jakieś tam zasługi, ale najważniejsze jest to, co ma za uszami. I to trzeba przekuć w młot, którym się go wbije w ziemię. Bo w obu przypadkach mianownik jest wspólny: bohater musi być bez skazy. Słowem: powinniśmy dyskutować i o tym, i o tym.

Koniec części pierwszej

*Prof. dr hab. Antoni Dudek – historyk i politolog, wykładowca na Uniwersytecie Jagiellońskim, członek Rady Instytutu Pamięci Narodowej. Autor szeregu publikacji na temat historii PRL i III Rzeczypospolitej, m.in. „PRL bez makijażu”, „Reglamentowana rewolucja” i „Historia polityczna Polski 1989-2005”

W drugiej części wywiadu dla Onet.pl prof. Dudek opowie o jesiennych wyborach, jałowości dzisiejszego podziału politycznego w kraju, zagrożeniach dla polskiej demokracji, „Polactwie” oraz o tym, kto dziś naprawdę rządzi w Polsce i dlaczego nie są to politycy.

Rozmawiał Mateusz Zimmerman

http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/prof-dudek-wielu-ludzi-na-dzwiek-slowa-kaczynski-w,3,4255365,wiadomosc.html

Posted in Polityka i aktualności, Wywiady | Leave a Comment »

Polskiej demokracji nie zagraża Kaczyński, tylko Polactwo”

Posted by tadeo w dniu 29 kwietnia 2011

– Jesienią możemy mieć kampanię, jakiej dotąd nie oglądaliśmy. Ale i tak dzisiejszy podział polityczny jest jałowy, bo politycy nie rozwiązują najważniejszych problemów kraju. Te problemy narastają i jeśli zmaterializują się w formie kryzysu np. energetycznego, to najważniejsze podmioty dzisiejszej sceny politycznej mogą z niej zostać po prostu wymiecione. Oby wielka zmiana, do której polska polityka dojrzewa, dokonała się ewolucyjnie – mówi prof. Antoni Dudek* w drugiej części wywiadu dla Onet.pl.

Podział na stronę pro- i anty-PiS-owską konstytuuje dziś polską scenę polityczną. Pan twierdzi, że ten podział jest jałowy i wyłącznie symboliczny. Czy to znaczy, że nie odzwierciedla realnych różnic społecznych?

Jest realny w tym sensie, że faktycznie mamy do czynienia ze sporem mniej więcej trzech czwartych aktywnego obywatelsko społeczeństwa z ok. jedną czwartą. PR-owcy nie wyssali z palca tego, że mamy w Polsce kilka milionów ludzi, którzy czują się tu wyobcowani, zmarginalizowani. Ale warto zastrzec, że ten konflikt dotyczy tylko Polaków zaangażowanych w sprawy polityczne, przynajmniej w tym znaczeniu, że uczestniczą w wyborach.

Dlaczego warto to zastrzec?

Bo w polskim społeczeństwie funkcjonuje jeszcze inny, szerszy podział. Ci aktywni politycznie to mniej więcej połowa obywateli. I jest też druga połowa, której spór między PiS a PO czy jakikolwiek inny w ogóle nie obchodzi, są poza nim. Czy rządzi Komorowski, czy Kaczyński, czy Pawlak – ich to nie interesuje.

Przed wojną w spisach powszechnych pojawiała się taka kategoria: „tutejszy”. Tak odpowiadali z reguły niektórzy chłopi na Kresach Wschodnich, zapytani przez rachmistrzów o przynależność narodową. Dzisiaj w Polsce mamy „tutejszych”, których po prostu obchodzi nic albo niewiele. Rafał Ziemkiewicz użył wobec nich określenia „Polactwo” – uważam je za bardzo celne.

Wróćmy więc do podziału politycznego i społecznego wśród tych Polaków, dla których on ma znaczenie. Co jest w nim jałowego?

Nie prowadzi do żadnego finału, który rozumiem jako powstanie jakiegoś pola porozumienia. Konflikt jest rozgrywany i rozkręcany zgodnie z zasadą: wszystko albo nic. Czyli np. w wizji Jarosława Kaczyńskiego nie chodzi tylko o to, by wygrać wybory, ale o to, by przywódcy Platformy trafili przed trybunały i zostali osądzeni. Nie chcę „wchodzić w głowę” Kaczyńskiego i spekulować, czy może tylko tak mówi, a myśli inaczej. Ale obok niego jest masa ludzi, którzy myślą właśnie w taki sposób – i to również jest istotne.

Smoleńsk wzmocnił ten jałowy podział, a najbliższe wybory nic w nim nie rozstrzygną, choć może dojść do pewnego przesilenia. Uwaga opinii publicznej będzie skoncentrowana wciąż na tym konflikcie, zamiast na bardzo poważnych problemach kraju. Infrastruktura, szkolnictwo, służba zdrowia, dług publiczny, gospodarka – to są tematy uboczne, bo opinia publiczna jest zapatrzona w to, co się dzieje pod Pałacem.

Odpowiadają za to obie strony sporu?

To środowisko PiS czyni z tego temat numer jeden, natomiast druga strona odpowiada na to w sposób zupełnie niezrozumiały, próbując odwrócić od tematu publiczną uwagę. Stąd posunięcia tak idiotyczne jak np. sprzątanie zniczy spod Pałacu, czy opór przed postawieniem w centrum Warszawy pomnika poświęconego ofiarom katastrofy.

To czasem przypomina spór dwóch zacietrzewionych przedszkolaków, z których żaden nie chce ustąpić.

Powiedział Pan niedawno, że jesienna kampania wyborcza może przebić ostrością wszystkie, które widzieliśmy w ostatnich latach. Do jakich rozmiarów może zostać zaostrzony konflikt? Pytam o to zwłaszcza w kontekście zabójstwa Marka Rosiaka w łódzkim biurze PiS.

Ciągle mam nadzieję, że tamto morderstwo jest anomalią, a nie objawem tendencji. Z tego punktu widzenia za korzystne uważam – paradoksalnie – rocznicowe obchody 10 kwietnia. Spodziewałem się dużo poważniejszych ekscesów – nie doszło do nich. Po zabójstwie w Łodzi miałem obawę, czy nie pojawi się w czyjejś głowie pomysł powołania bojówek partyjnych, pod hasłem „państwo nas nie broni – musimy się bronić sami”. To byłby powrót do złej międzywojennej tradycji w polskiej polityce, ale nic takiego się nie stało. Wciąż istnieje na szczęście po obu stronach pewna zdolność do samoograniczenia.

Skąd więc obawa o to, co się będzie działo w jesiennej kampanii?

Istnieją dwie interpretacje przedwyborczych posunięć Jarosława Kaczyńskiego. Jedna z nich mówi, że PiS liczy na zwycięstwo w dopiero następnych wyborach i teraz co najwyżej zwiera szeregi wokół przywódcy. To by znaczyło, że Kaczyński szykuje się do „długiego marszu” i jesienią nie będzie walczyć na śmierć i życie.

Ale moja obawa wynika z tego, że podzielam odmienną interpretację. Dla Kaczyńskiego to te wybory są ostatnią szansą na odzyskanie władzy. Jeśli PO, po swoim ewentualnym zwycięstwie, poszłaby dalej w obcinaniu dotacji na partie polityczne, to mógłby nastąpić szybki koniec Prawa i Sprawiedliwości, które bez tych dotacji nie przetrwa jako licząca się partia. Kaczyński w związku z tym może teraz rzucić do walki absolutnie wszystkie siły. Przy takim scenariuszu będziemy mieć kampanię, jakiej dotąd nie oglądaliśmy.

„To nie jest nasze państwo” – mówią dzisiaj zwolennicy Kaczyńskiego. W Pańskiej „Historii politycznej Polski 1989-2005” przewijała się z kolei obserwacja, że istnieje w Polsce duży potencjał niezgody na porządek demokratyczny w ogóle. Jak się do tego ma bunt, który się dziś rozwija pod auspicjami PiS? Należy jedno z drugim łączyć?

Sprowadzanie głównego zagrożenia dla demokracji w Polsce do PiS uważam za demagogię. Jarosław Kaczyński w Polsce już rządził i nie podzielam najbardziej histerycznych ocen tego okresu, mówiących o „pełzającym autorytaryzmie”. Polska nie zamieni się w dyktaturę, nawet jeśli PiS jesienią wygra wybory.

Jeśli więc to zagrożenie gdzieś tkwi, to w czym go należy upatrywać?

Właśnie we wspomnianym „Polactwie”, które dziś się niczym nie interesuje, bo po prostu żyje mu się dobrze – niezależnie od powszechnego w Polsce narzekania. Ale któregoś dnia „Polactwo” może stwierdzić, że żyje mu się gorzej. I z zupełnie socjalnych pobudek odda władzę komuś, kto już potem niekoniecznie będzie ją chciał oddać.

Z różnych badań, robionych w Polsce przez ostatnie 20 lat, wynika że 30-50 proc. badanych byłoby gotowych poprzeć władzę autorytarną. Swobody polityczne są dla tej grupy wtórne wobec np. bezpieczeństwa socjalnego. To bez wątpienia jest groźne, ale nie dotyczy przede wszystkim PiS.

Nie dostrzega Pan w tej partii tendencji antydemokratycznych?

Problemem mogą być ci politycy Prawa i Sprawiedliwości, którzy uznają, że Kaczyński jest za mało skuteczny.

Ale nie widzę zagrożenia w samym Jarosławie Kaczyńskim, bo uważam go za polityka rozumiejącego, mimo trudnego charakteru, wartość demokracji. Ma on za to wyjątkowy dar do niefortunnych wypowiedzi, które temu zaprzeczają. Podczas własnych rządów wspomniał, że razem z bratem mogą wymyślić coś takiego, że nie będą się musieli władzą dzielić… Czegoś takiego, nawet żartem, polityk w demokracji nie może powiedzieć!

Porównywanie dziś PiS do przedwojennej endecji wciąż uważam za grube nadużycie, ale rzeczywiście może zadziałać mechanizm podobny do ówczesnego. A więc np. po wyborach wygranych przez Platformę ktoś w PiS powie: przegraliśmy, bo Kaczyński był za słaby i czas na założenie nowej partii – nie takiej jak PJN, tylko czegoś dokładnie przeciwnego, bardziej radykalnego. Na tej zasadzie w latach 30. ze Stronnictwa Narodowego wyłonił się ONR, który otwarcie dążył do zaprowadzenia dyktatury nacjonalistycznej w miejsce sanacyjnej.

Ale to musiałoby się odbyć na gruncie napięć dużo poważniejszych niż te wokół Smoleńska, np. poważnego kryzysu ekonomicznego.

Skoro o kryzysie mowa – jak długo może bez niego trwać ten państwowy bałagan, o którym Pan wspominał?

Moim zdaniem problemy związane z niewydolnością państwa narastają. Mam hipotezę, że punkt zapalny leży w systemie energetycznym. Mówiąc ściślej: pewnego dnia w którejś ze starych, wysłużonych polskich elektrowni strzeli blok energetyczny. Nie z powodu sabotażu, nie z powodu czyjejś nieodpowiedzialności, tylko z najzwyklejszego zmęczenia materiału. To może być początek reakcji łańcuchowej, bo energii pewnie też nie będziemy w stanie importować – system przesyłania prądu jest w jeszcze bardziej opłakanym stanie niż same elektrownie.

Jaki byłby skutek?

Powtórka z późnego PRL, czyli tzw. 10. stopień zasilania. Młodzi tego nie pamiętają, więc wyjaśnię, że chodzi o lokalne i czasowe wstrzymywanie dostaw prądu. Oczywiście mowa o odbiorcach indywidualnych, bo wielkie zakłady przemysłowe dotknie to w pierwszej kolejności. Współczuję rządowi, który będzie wtedy u władzy – bo to może być moment, w którym Polacy spojrzą swojemu państwu głęboko w oczy i zaczną szukać winnych.

Mam obawę, że kiedy zmaterializują się takie problemy jak kryzys energetyczny albo finansowy, dotąd chowany pod dywan, to główne podmioty naszej dzisiejszej sceny politycznej zostaną z niej po prostu zmiecione. Czołowi polscy politycy nie rozwiązują bowiem narastających problemów kraju, a dynamika, jaką uzyskaliśmy po wejściu do UE, powoli się wyczerpuje. Dlatego uważam, że polska polityka dojrzewa do wielkiej zmiany. Oby ona się dokonywała ewolucyjnie.

Może być inaczej?

Nie są nierealne wybory, w których wygra ktoś zupełnie dzisiaj nieznany. I np. zgarnie większość konstytucyjną, pozostawiając na scenie co najwyżej niedobitki PiS i PO. Mam tylko nadzieję, że nie będzie to jakiś populistyczny, antydemokratyczny ruch „Polactwa”, choć i tego bym nie wykluczył.

Ta diagnoza może być oczywiście błędna, a konieczność generalnej wymiany polityków nie musi się dziś wydawać wyraźna. Z jednego powodu: na razie, mimo wszystkich problemów o których mówimy, kondycja kraju wydaje się niezła. Kilka państw w Europie ma dużo poważniejsze problemy gospodarcze, pociągi też w Polsce jeszcze jeżdżą – można sądzić, że wszystko „jakoś” się trzyma.

Ważne, by znikli ministrowie-partacze, a pojawili się tacy, którzy będą w stanie naprawdę kontrolować swoje resorty.

A kto je dzisiaj kontroluje?

Wielu ludzi ulega złudzeniu, że politycy. Ja od wielu lat głoszę tezę, że Polską rządzą w istocie urzędnicy średniego szczebla, którzy się nie zmieniają wraz ze zmianą władzy. Podkreślając to nie wzywam do masowych czystek w ministerstwach po każdych wyborach, tylko do tego, by partie polityczne zaczęły inwestować – w think tanki, w ludzi gotowych do zajmowania stanowisk średniego szczebla w najróżniejszych urzędach.

Dopóki to się nie stanie, dopóty partie będą mieć iluzję rządzenia. Nie jest sztuką zostać ministrem, sztuką jest realnie kontrolować ministerstwo.

Do porażki z urzędnikami premier Tusk sam się niedawno przyznał.

Ostatni moment, w którym polski aparat urzędniczy był gotów na ustępstwa – oczywiście ze strachu przed czystkami – to był początek lat 90. Potem było już tylko trudniej. Wystarczy np. poczytać wspomnienia Kuronia o tym, jak bohatersko „zdobywał” Ministerstwo Pracy.

Przykład Tuska to kwintesencja. Tak wygląda bezradność premiera, za którym stoi większościowy rząd, wobec machiny biurokratycznej. Ten niegdyś liberalny polityk mówił, że nie dopuści do rozrostu machiny państwowej. Potem bohatersko ogłaszał, że redukuje administrację o 10 proc., czyli mniej więcej o tyle, o ile ona urosła już w czasach jego rządów. Dzisiaj przyznaje, że i tego nie jest w stanie zrobić.

Jeśli premier nie jest w stanie, to kto jest?

Rozmawiał Mateusz Zimmerman

*Prof. dr hab. Antoni Dudek – historyk i politolog, wykładowca na Uniwersytecie Jagiellońskim, członek Rady Instytutu Pamięci Narodowej. Autor szeregu publikacji na temat historii PRL i III Rzeczypospolitej, m.in. „PRL bez makijażu”, „Reglamentowana rewolucja” i „Historia polityczna Polski 1989-2005”

W pierwszej części wywiadu dla Onet.pl prof. Dudek opowiadał, dlaczego doszło do katastrofy smoleńskiej; jakie interesy mają Rosjanie w rozgrywaniu sprawy katastrofy oraz o tym, dlaczego prezydent Kaczyński trafi na pomniki, a smoleńska tragedia – do narodowej mitologii.

http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/polskiej-demokracji-nie-zagraza-kaczynski-tylko-po,1,4257116,wiadomosc.html


Posted in Polityka i aktualności, Wywiady | Leave a Comment »