WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for Kwiecień 19th, 2011

SkyDrive

Posted by tadeo w dniu 19 kwietnia 2011

http://cid-2bdbd0a8b54a35a6.skydrive.live.com/home.aspx?sa=980948141

Reklamy

Posted in Prywatne | Leave a Comment »

Ratujmy Polskę – Rekolekcje patriotyczne. Ks. dr hab. Piotr Natanek.mp4

Posted by tadeo w dniu 19 kwietnia 2011

Nagranie archiwalne z 2009 roku

http://gloria.tv/?media=66501

http://gloria.tv/?media=58176

Posted in Religia | Leave a Comment »

Ratujmy Polske – patriotyczne Rekolekcje. Ks. dr hab. Piotr Natanek

Posted by tadeo w dniu 19 kwietnia 2011

 Nagranie archiwalne z 2009 roku

http://gloria.tv/?media=66731

http://gloria.tv/?media=58292

Posted in Religia | Leave a Comment »

Smoleńsk 10.04.10 i Boże Miłosierdzie – ks. Michał Olszewski SCJ

Posted by tadeo w dniu 19 kwietnia 2011

Kazanie wygłoszone w Święto Bożego Miłosierdzia, dzień po katastrofie smoleńskiej, Kraków-Płaszów 11.04.2010

http://gloria.tv/?media=145208

Posted in Katastrofa smoleńska, Religia | Leave a Comment »

Ks. Stanisław Małkowski, Homilia 17-IV-2011, Jasna Góra

Posted by tadeo w dniu 19 kwietnia 2011

Cz.1  http://gloria.tv/?media=147495

Cz.2  http://gloria.tv/?media=147493

Posted in Filmy i slajdy, Religia | Leave a Comment »

Znalezione w sieci

Posted by tadeo w dniu 19 kwietnia 2011

"Kto nie szanuje swojej przeszłości, ten nie jest godzien swojej teraźniejszości, więc nie ma prawa do przyszłości" - Piłsudski

 „Kto nie szanuje swojej przeszłości, ten nie jest godzien swojej teraźniejszości, więc nie ma prawa do przyszłości” – Piłsudski

Posted in Historia, Nieokrzesane myśli, Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Stała audycja o Litwie w internetowym Radiu WNET

Posted by tadeo w dniu 19 kwietnia 2011

http://www.radiownet.pl/#/etery/litwa-bliska-nieznajoma

Logo Radia WNET
Co dwa tygodnie, we wtorki, na antenie radia WNET można słuchać audycji Pauliny Ciuckiej „Litwa bliska nieznajoma”.

Tematem „W kręgu dawnych wierzeń pogańskich” 9 listopada 2010 roku internetowe Radio WNET wprowadziło na swoją antenę stałą audycję „Litwa bliska nieznajoma”, prowadzoną przez Paulinę Ciucką, absolwentkę bałtystyki Uniwersytetu Warszawskiego. Audycja jest skierowana do wszystkich interesujących się Litwą.

„Audycja od początku miała mieć charakter publicystyczny, więc nawet gości z kręgów akademickich zachęcam do dzielenia się ze słuchaczami ciekawostkami. Wszystko po to, żeby „Litwa…” była ciekawa i przystępna w odbiorze. Wydawało mi się na początku, że temat jest na tyle wąski i niepopularny, że skończy się najwyżej na kilkunastu odsłonach. Mam nadzieję, że myliłam się” – mówi Paulina Ciucka.

Gośćmi audycji „Litwa bliska nieznajoma” byli już między innymi: Tomasz Kuba Kozłowski z Domu Spotkań z Historią – znawca Kresów, Tomas Venclova – litewski poeta i publicysta, Jurgis Giedrys – Attache Kultury Litwy w Warszawie. Audycje są od niedawna urozmaicane lekcjami języka litewskiego, prowadzonymi przez Agnieszkę Rembiałkowską – lektora języka litewskiego z Uniwersytetu Warszawskiego. Wkrótce ruszy też serwis informacyjny.

„Staram się, żeby goście pokazali „swoją” Litwę, po to, by słuchacz ukształtował własną opinię na jej temat. Kto wie, może nawet zechce sam poznać ten kawałek świata? Litwa dla Polaka to wciąż egzotyka – sąsiadka bliska nieznajoma właśnie” – dodaje prowadząca.

Audycji „Litwa Bliska Nieznajoma” można słuchać we wtorki, co dwa tygodnie, o godzinie 21.00 czasu polskiego na

http://www.radiownet.pl/#/etery/litwa-bliska-nieznajoma

www.radiownet.plhttp://www.wilnoteka.lt/pl/artykul/stala-audycja-o-litwie-w-internetowym-radiu-wnet

Posted in Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Radio w internecie, Radio WNET | Leave a Comment »

Kto by nie chciał powracać do Wilna?

Posted by tadeo w dniu 19 kwietnia 2011

Skąd Litwini wracali? Z nocnej wracali wycieczki… Wieszcz też by pewnie chętnie wrócił, bo kto by nie chciał wracać do Wilna? Ale nie mógł. Chyba na szczęście. Miłosz mógł. Ale już nie chciał. Czyżby wieszcze też z każdym wiekiem mądrzeli? Kiedyś nie mogłem zrozumieć dawnych wilniuków, którzy nie chcieli przyjeżdżać do Wilna. Upadła komuna, odeszli (albo i nie) komuniści, granica przestała istnieć (formalnie), wspólna (także formalnie) Europa – nic tylko odwiedzać kraj lat szczenięcych. A oni – nie i już. Nie ma już TAMTEGO Wilna, nie mamy po co i dokąd wracać, konfrontacja ze współczesną rzeczywistością może być zbyt bolesna – różne były wymówki. Niektórzy zdecydowali się na powrót dopiero niedawno, za namową młodszych pokoleń. Inni trwali lub trwają w tym zacięciu do końca. Przewrażliwienie? Lęk przed utratą wyimaginowanej Arkadii? Syndrom pokolenia wydziedziczonego?

Jak można nie chcieć wracać do Wilna? Do NASZEGO WILNA? Z tą młodzieńczą i romantyczną postawą jechało się na studia do Polski, by wciąż do Wilna wracać. Mimo że pierwsze lata niepodległości nie napawały optymizmem, a przepaść między Wilnem a Warszawą w latach 90. była olbrzymia, to jednak dopiero po powrocie człek czuł się „u siebie”. Władze się zmieniały, ustroje, geopolityka – ale to wszystko nie przeszkadzało być na Wileńszczyźnie „u siebie”, odwiedzać na Zaduszki mogił kilku pokoleń przodków i utwierdzać się w przekonaniu, że tu jest „moje miejsce pod słońcem”.Pierwszym poważnym wyzwaniem była finalizacja studiów i pytanie: Co dalej? A raczej: Gdzie dalej? Na liście pomysłów na życie Wilno pozostawało pod nr 1. Trochę zrządzeniem losu czy wolą Boga, ale ten pierwszy „poważny” powrót do Wilna naładowany był dużą dozą optymizmu, nadziei, wiary w siebie i w przyszłość. Wiadomo – jakoś to będzie. No i jakoś było. Raz lepiej, raz gorzej, ale zawsze – u siebie.Te wspomnienia i refleksje powróciły ostatnio, gdy po kilku tygodniach włóczęgi po „nienaszej” Europie człek po raz kolejny wracał – na swoje. Wlokąc jeszcze kilka metrów za autem pamięć włoskiego słońca i letniej wręcz zieleni, ciepła i beztroski francuskiej prowincji, zazdrośnie podejrzanego niemieckiego i austriackiego „ordnungu”, gdzie nawet wiosna nie jest w stanie obnażyć dorocznego bałaganu czy jesiennych zaniedbań. Trochę pewniej można się było poczuć już za Odrą, chociaż widok budujących się dróg i prawdziwa autostrada – w Polsce wciąż ewenement – były niezbitym dowodem, że świat się zmienia.Wystarczyło jednak włączyć radio, by się przekonać, że nie aż tak szybko, jak by się chciało. Akurat „radiowo” wypadło uczestniczyć w obchodach rocznicy 10 kwietnia i ciągła zmiana stacji pomiędzy Świebodzinem a Ogrodnikami nie pozostawiała złudzenia: Co miało łączyć – podzieliło. Wzajemne ujadanie i skakanie sobie do gardeł urosło do rangi narodowego sportu, ale czy to oznacza, że Polska jest podzielona? Piłka nożna także ma tu rangę „narodową”, ale jakoś wyniki nie powalają na kolana… Wygląda jednak na to, że nawet w przeddzień przewodnictwa w UE Polska jest zajęta wyłącznie sobą, własną realną lub urojoną schizofrenią polityczną, przez co wolą-niewolą wszystkich dokoła, nawet sąsiadów ma – krótko mówiąc – gdzieś. No, może nie wszystkich – ostatnio na topie jest Rosja. Litwa? Któż by zawracał sobie głowę jakąś Litwą. Typowo polskie zadufanie i arogancja? A sąsiadom to może i na rękę.Na efekty nie przyszło długo czekać.

Litwę czuć jeszcze przed granicą, ale już na „etnicznie litewskich ziemiach”, jak podkreślają litewscy narodowcy: na stacji „Orlenu” w Augustowie zamarznięta kałuża. Jakże wymowne i symboliczne. Zero wiosny. A jeszcze przed kilkoma dniami żegnały nas przekwitające sady Italii. Zjednoczona Europa?

Dla Syrokomli w połowie XIX w. dwa wyjazdy poza gubernię wileńską do innych dzielnic dawnej Rzeczypospolitej (w tym poza granicę Cesarstwa Rosyjskiego) były przeżyciem wręcz metafizycznym. Już za Niemnem, w Królestwie Polskim czuł się jak za granicą, tylko się dziwił, że wynajęty furman, wiozący go przez Puszczę Augustowską, na wszelkie próby podjęcia pogawędki odburkiwał „ne suprantu”. Po powrocie lirnik Wileńszczyzny zwierzał się kompanom przy kieliszku, że bawić się, to by zawsze jeździł do Warszawy, ale żyć i tworzyć, to by zawsze wracał do Wilna. Bo kto by nie chciał wrócić do Wilna?

Jeszcze gdzieś do Olity słychać polską „Jedynkę” i „Zetkę”. Aha, no i „Radio Maryja”, jakże by inaczej. Polscy obserwatorzy załamują ręce, że Polska nie była tak podzielona nawet za Sanacji, że piłsudczycy i narodowcy – przeciwnicy na śmierć i życie – mieli więcej wspólnych wartości niż obecny polski Po-PiS. A może po prostu więcej autorytetu? Już tylko krok do myśli, że być może przydałaby się nowa Bereza Kartuska – tylko kto kogo miałby „wychowywać”?

Z refleksją, że to nie od międzywojnia, tylko od czasów Baru i Targowicy w Polsce jednak niewiele się zmieniło, przełączam radio na stacje litewskie …i „miód na serce”: Tomaszewski znów coś rzekł, więc z eteru lecą kolejne zarzuty, ubolewania, skargi i oskarżenia. Tym razem elita litewskich komentatorów próbuje negować zapaść w stosunkach polsko-litewskich, ale pomiędzy wersami wiesza kolejną psinę na polskiej partii i jej liderze, przy czym dość zgodnie. Nie ma to jak wspólny, swój wróg, przy którym można zapomnieć o własnych błędach i bolączkach. Na niektóre wypowiedzi słuchaczy o Polakach to by warto było nałożyć „piii…” – ale po co? Toż to normalne. Vox populi. Miłość do Polaków ze wszystkich stron leje się szerokim i ujętym w eleganckie słowa strumieniem. Chcą nam pomóc… Nie chcemy przejść jezdni? Musimy, wszak ktoś lepiej wie, w jakim kierunku mamy zmierzać. Tyle że dzieciakom nie każą nosić czerwonych – tfu! – trójkolorowych chust na szyi. I kto powie, że nic się nie zmieniło, tylko centrala przeniosła się z Moskwy do Brukseli?

Welcome in Lithuania! Witamy w domu!

Przypominam sobie, jak jeszcze wyjeżdżając z Litwy, kupowaliśmy kawę na jednej z ostatnich litewskich stacji paliw. „Dobra, i taniej niż w Wilnie!” – żona była mile zaskoczona. „U nas wszystko lepiej niż w Wilnie” – dumnie wypina się sprzedawca-suvalkietis i zaraz dodaje: „Taniej, lepiej… i Polaków nie ma!”. „No, ja akurat jestem Polką, jeżeli to panu przeszkadza” – żona nie owija w bawełnę. „Nie, Pani świetnie mówi po litewsku, nie to co wSzalczininkai” – zdeprymowany suvalkietis próbuje ratować sytuację z nadzieją, że to tylko babska przekora. W tej chwili uchylają się drzwi i wpada córka: „Mamo, czy tu jest toaleta, chcę do toalety!” – woła od progu po polsku. Sprzedwca nagle przypomina sobie o jakiejś niezwłocznej sprawie na zapleczu. A mnie się przypomina, jak w latach 20. władze Litwy po cichu, ale skutecznie, depolonizowały litewską część Suwalszczyzny. Za wsparcie, jakiego udzielała miejscowa ludność wojskom polskim w walce z bolszewikami. I za powstanie sejneńskie. Czy dziś ktoś pamięta o losie wsi Warwiszki? Pirciupie, Koniuchy – to tak, to wszak faszyści i komuniści pacyfikowali te wsie. A Warwiszki? Tam o pomnik byłoby trudno.

Mijając Orany, zastanawiam się, czy bezkarnie zburzony przez lokalne władze pomnik ku czci polskich żołnierzy poległych w 1920 r. to już sprawa zamknięta? Było święte oburzenie i ksiądz, który ze świętą obłudą twierdził, że pomnik grozi zawaleniem, i obietnice władz, że odbudują, i interwencja polskiej dyplomacji. Ale czas robi swoje i – jak to bywa w przypadku dyplomacji (wiadomo której) – na słowach się skończyło. Skuteczność? To przywilej Litwinów. Tym się różnimy: my lubimy z ułańską fantazją gonić króliczka – oni go łapią. Tak po prostu. I zwykle po cichu. Raz ustawą, raz buldożerem, ale europejsko i bezpardonowo. I potem kwik, że duży krzywdzi małego. To się nazywa strategiczne partnetrstwo w sosie polsko-litewskim. Dyplomacja zna zasady etykiety: Po konsumpcji, szczególnie gdy danie jest niesamczne, należy zrobić dobrą minę, nawet jeżeli gorzkie kęsy z trudem przechodziły przez gardło, udać, że nic się nie stało i szybko pozamiatać brudy pod dywan. Ażeby kolejne pokolenia miały się czym zajmować. Grunt – nie przyznawać się do porażki. No bo jak to? Wielki kraj przewodniczący Unii dostał kosza od małego wrednego sąsiada? Gdzie tam, to my łaskawie przymknęliśmy oko, dla wspólnego dobra, dla przyszłości… Naszych biją? Przesada. Albo sami winni.

I jak tu nie bić? Mijając Olkieniki, zwykle człek czuł się już „u siebie” – Wileńszczyzna. I Radio „Znad Wilii” już słychać. Dowiaduję się, że grupa litewskich intelektualistów (raptem kilka nazwisk) wystąpiła z listem w obronie litewskich Polaków. Włos zaczyna się jeżyć i radość bliskości domu (po pięciu dniach spędzonych w aucie) gdzieś wyparowuje. Tak źle jeszcze nie było. Przez ostatnich 20. lat żaden litewski polityk, dziennikarz, intelektualista czy inna postać publiczna nie śmiała choćby dobrym słowem wesprzeć autochtonów Wileńszczyzny, przyznać, że chociaż w czymś mają rację. Z miejsca zostałaby spalona i porządny Litwin by jej ręki nie podał. A tu litewskie środowisko katolickie z czymś takim… Czyli jest naprawdę źle. Tak źle, że po kilku latach nagonki i ataków, a szczególnie po kilku ostatnich tygodniach brutalnego kopania przez wszystkie media, zaczynamy budzić litość. Pod koniec lat 30. w „naszej Europie” (szczególnie z „lewej”, „postępowej” strony) także zaczynały się pojawiać głosy w obronie Żydów…

Kiedyś wędrowaliśmy z kamerą wileńsko-kresowym tropem przez RPA. Tak, w Południowej Afryce też spotkaliśmy wielu wilniuków! Niektórzy nawet chcieli odwiedzić Wilno po latach, ale… Było to kilka lat po upadku Apartheidu i obserwując demokratyczne zmiany w tym kraju, uświadomiłem sobie, że podobnie musiała wyglądać Rosja bolszewicka lat 20., gdy lud przejmował w swoje ręce kwitnący kraj. Szczególnie zapadł mi w pamięć jeden obrzydliwy, pewnie afrykanerski kawał, chętnie powtarzany przez miejscowych Polaków związanych z branżą turystyczną (gdzie to safari…). Otóż „jaka jest różnica w RPA między turystą a rasistą? Nie wiecie? Dwa tygodnie”. Kiedyś ten kawał wydawał mi się bardzo afrykański. Dziś już nie. Pamiętam, w jak bardzo prolitewskim i otwartym nastroju wracałem do Wilna po studiach w połowie lat 90., jak bardzo miałkie, lokalne i zaściankowe wydawały się wówczas polsko-litewskie animozje i problemy litewskich Polaków. Europa, ba – cały świat – stał przed nami otworem, a tu jakieś widma Żeligowskiego?!

Na parkingu centrum handlowego pod Berlinem podszedł do nas pewien Litwin. Zobaczył litewskie rejestracje i chciał pogadać z rodakami. Kiedyś woził emigrantów z Litwy do Europy (sic!), potem został w stolicy Niemiec. Pracuje na czarno i nie wiąże dużych nadziei z rychłym otwarciem przez Niemcy swego rynku pracy. „Powrót na Litwę? Po co? Broniłem się przed wyjazdem z rodzinnego Kowna, ale teraz już nie wrócę. Nie wierzę, że kiedyś tam będzie tak jak tu. Nawet podobnie. To inny świat. Jak już zarobię? Też nie wrócę. Tym bardziej. Rodzina na razie tam, ale jak tylko kupię własny kąt, zaraz ją sprowadzę. Przede wszystkim z myślą o dzieciach. O ich przyszłości”. „Wam tam w stolicy to pewnie lepiej, więc szczekacie na emigrantów, a ja się cieszę, że mam już to wszystko gdzieś” – podsumowuje. Zaczynam żałować rzuconych od niechcenia pytań.

Moje dzieciaki głośno odliczały ostatnie kilometry do Wilna. Niecierpliwie czekały na spotkanie z dziadkami i ukochanym psem. Kto pierwszy go uściska? Czy bardzo tęsknił? Czy tak jak oni, do swych łóżek i zabawek? Rozbebeszony, od lat zaniedbany asfalt ogromnymi dziurami broni wjazdu na podwórko jak panfiłowcy Moskwy. Wiadomo – kryzys.

Kolejny powrót, ale jakiś inny. Kto by nie chciał powracać do Wilna?!
Nareszcie u siebie. Tylko jak długo jeszcze?

http://www.wilnoteka.lt/pl/artykul/kto-nie-chcial-powracac-do-wilna

Posted in Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Wspomnienia | 1 Comment »

Ukraińcy na Południowym Podlasiu – Paweł SZEPELUK

Posted by tadeo w dniu 19 kwietnia 2011

Ilu Ukraińców mieszka na Południowym Podlasiu nikt nie jest w stanie policzyć. Spróbuję chociaż częściowo wyjaśnić dlaczego dokładność nie jest możliwa. Najbardziej kłamliwym źródłem byłyby informacje z dokumentów urzędowych opracowywanych przy wydawaniu dowodów osobistych, gdyż z uporem starano się udowodnić, iż ludność miejscowa jest jednonarodowa, tzn. polska. Każdy kto napisał, iż jest Ukraińcem, nie tylko spotykał się z, najdelikatniej mówiąc, „nieprzychylnym” stosunkiem, był też tak długo przekonywany, aby napisał, że jest Polakiem aż to zrobił. Gdy był nadzwyczaj uparty i nie chciał podpisać się, iż jest Polakiem, niekiedy doradzano mu aby napisał, iż jest Białorusinem. Mimo to i tak nie miał gwarancji, że uwzględniono go jako nie-Polaka. Osiągnięto zamierzony cel i wyjątkiem jest, aby ktoś z Ukraińców miał w tych dokumentach podaną swoją rzeczywistą narodowość—jest ich nie więcej niż ułamek procenta. Większość jednak nie protestowała, godziła się na to, wolała zresztą, aby w dokumentach nie było śladu ich narodowości. Teraz, gdy sytuacja zmieniła się na lepsze, dalej nie podaje się swej narodowości. Długo i konsekwentnie zaszczepiany strach silnie się zadomowił, nie ma też pewności, jaka polityka w stosunku do mniejszości narodowych będzie w przyszłości.

Wyznacznikiem narodowości nie jest też wyznanie, chociaż według przynależności konfesyjnej można określić przybliżoną ilość Ukraińców. Większość ludności, która ma pełną świadomość narodową, albo tylko „drzemiącą” to prawosławni. Jakaś świadomość jeszcze istnieje w neounickiej parafii w Kostomłotach. Przejawy ukraińskości zdarzają się wśród ludności, która po ukazie carskim o tolerancji religijnej z 1905 r., pamiętając, iż dawniej była unicką, lecz nie mając możliwości powrotu do tego wyznania, przeszła dobrowolnie albo była zmuszona przyjąć obrządek łaciński. Zdarzają się także formalni rzymokatolicy w pełni, albo częściowo, świadomi swej ukraińskiej narodowości. Istnieją grupy prawosławnych uważających się za Polaków, chociaż ukraińską świadomość mieli jeszcze ich ojcowie. Prawie w każdej wsi, gdzie prawosławni są w większości mieszka jedna, dwie osoby z dawnej Galicji, które weszły w związki małżeńskie z Podlasiankami lub Podlasianami podczas zamieszkiwania na ziemiach, na które przesiedlono ich w czasie akcji „Wisła”. Ci w większości są narodowo uświadomieni. Zdarzają się także przedstawiciele innych małych liczebnie wyznań ze świadomością ukraińską, a także rzymokatolicy, którzy przesiedlili się tu z Polesia.
Język, który powinien być najważniejszym wyznacznikiem także nie zawsze nim jest. Znam niejedną osobę, która nie włada językiem ukraińskim, ale uważa się za Ukraińca, a także niejedną, która lepiej włada ukraińskim niż polskim i szczerze wierzy, iż jest Polakiem, bo jest rzymokatolikiem, a bywa, że i prawosławnym, bo wmówiono jej, że skoro urodziła się w Polsce to jest narodowości polskiej.
Żaden, nawet anonimowy, spis ludności nie wykaże jaka jest świadomość narodowa, a tym bardziej ilu jest Ukraińców, gdyż ludzie nie wierzą, iż w Polsce można uważać się za Ukraińca bez narażania się na nieprzyjemności, a nawet dyskryminacje (w jawnej lub też ukrytej formie), zaś doświadczenie historyczne pokazuje, że niezależnie od tego jaki będzie ustrój państwowy, czy to będzie państwo polskie czy rosyjskie, czy krótka okupacja niemiecka, ludność ukraińska zawsze ponosi straty i jest ofiarą każdej polityki państwowej. Takiego myślenia, wyciągania takich wniosków nauczyło właśnie doświadczenie dziejowe. Stąd też wywodzą się pewne zasady postępowania. Tak więc, chociaż ludność ukraińska Południowego Podlasia niejednokrotnie w przeszłości przekonywująco dowodziła swego przywiązania do ojczystego języka, kultury, tradycji, a także religii, chociaż do dzisiaj ludność ta zachowała — głęboko w sercu — narodowy kod, to woli ona nie zmieniać swego zachowania. Czyli zachowując swą świadomość, na zewnątrz stara się nie pokazywać swej ukraińskości. Swą rzeczywistą świadomość narodową ujawniają tylko przed swoimi bliskimi znajomymi—tak jak i oni Ukraińcami. I takie zachowanie można zrozumieć i usprawiedliwić.
Żałować należy tylko jednego. Tego, iż na przekór wszystkiemu nie jest tu prowadzona bardziej zauważalna, chociaż by tylko zaznaczona, działalność kulturalna. Taka, która u jednych podtrzymywałaby świadomość narodową, utwierdzała ich w kulturze narodowej, innym — zagubionym lub zdezorientowanym — pomagałaby przyjść do jedynego właściwego wniosku co do swego rodowodu.
W minionych wiekach rdzenna ludność Południowego Podlasia nazywała siebie ruską. Około początku XX w. słowo to zaczęło funkcjonować równolegle ze słowem Ukrainiec, później zaś ustąpiło przed nim. Niektórzy rdzenni mieszkańcy tej ziemi nadal nazywają siebie ruskimi. Jednak, podobnie jak w minionych wiekach, ludzie ci nie utożsamiają się z Rosjanami lub Białorusinami. Dla nich ich rodowód tożsamy jest z ukraińskim. Chociaż, oczywiście, bywają jak wszędzie wyjątki. Zdarza się też przypadkowo, iż ktoś określa swoją narodowość jako „chachłacką”, „tutejszą” lub „prawosławną”. Nie wgłębiając się w historyczno-socjologiczne aspekty funkcjonowania takich określeń, co do jednego można być pewnym — nie są one nawet pozornym powodem do kalkulacji o ewentualnej obecności rosyjskiego czy białoruskiego elementu miejscowego. Terminy te są tu identyczne z terminem „naród ukraiński”.
A jakie bywają od tego wyjątki. Otóż, zdarza się, iż ktoś nawet przed bliskim sąsiadem udaje, iż nie zna swej narodowości. Nie brakuje także przykładów na to, iż ludzie świadomi swego ukraińskiego pochodzenia, chcą o nim jak najszybciej zapomnieć. Podporządkowują temu swe zachowanie i zdarzą się, iż staja się oni bardziej „polscy” niż rdzenni Polacy. Właśnie oni, aby udowodnić swą polskość, starają się najbardziej dokuczać świadomym Ukraińcom, przeszkadzać im i zabraniać jakiejkolwiek działalności ukraińskiej. Rozpowszechniają oni także pewne teoryjki o „polskości” ludności ukraińskiej Południowego Podlasia. Niektóre z tych pseudoteorii sprowadzają się do takich twierdzeń: ten, kto urodził się w granicach Polski jest narodowości polskiej; na Południowym Podlasiu funkcjonuje nie język ukraiński lecz „chachłacki”, który jest mieszaniną języka polskiego, rosyjskiego i białoruskiego; tutejsi prawosławni to zniszczeni Polacy; unici z Podlasia byli Polakami i walczyli o polskość; ten, kto przyjął katolicyzm jest Polakiem; jacy w ogóle mogą być Ukraińcy, jeżeli u nich nie było państwa z własnym imieniem; Ukraińcy — to tylko greko-katolicy, my tutaj jesteśmy prawosławni; wywieźli nas z ojczystych ziem z powodu Ukrainy, lecz gdybyśmy mówili, że jesteśmy ruscy, wtedy by nas nie wywozili; po co robić Ukrainę, czy po to aby znowu bieda się przyplątała? Nie warto nawet wspominać dalej tych kazuistycznych głupot i niedorzeczności.
Ukraińska świadomość narodowa na Południowym Podlasiu mieści się w skali: od pełnej, poprzez zerową — do narodowego
zaprzaństwa i zaliczania siebie do polskiej narodowości. W dziejach były także próby narzucenia rdzennej ludności miejscowej świadomości białoruskiej. Świadectwem jednej z takich prób było w okresie międzywojennym podporządkowanie organizacyjnych struktur komunistycznych (bardzo tu nielicznych) Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi, chociaż członkowie tej organizacji na Południowym Podlasiu za Białorusinów siebie nadal nie uważali. Nieudana próba pojawiła się także w czasie okupacji niemieckiej, gdy wójtami na tym obszarze naznaczono kilku Białorusinów, przywiezionych spoza Podlasia, którzy namawiali ludzi do „zapisywania” się Białorusinami. W okresie powojennym w niektórych gazetach także próbowano określać nas Białorusinami. Biała Podlaska i okolice mogły prowadzić wymianę kulturalną tylko z Białoruską Socjalistyczną Republiką Radziecką. Koncertowały tu zespoły wyłącznie z BSRR, które przyjeżdżały naturalnie z rosyjskimi pieśniami. Do Białej Podlaskiej zawitał nawet jeden z najaktywniejszych działaczy białoruskich — Sokrat Janowicz. Jego wystąpienia miały tu wpływ jedynie na nielicznych, przypadkowych ludzi. Znacznie silniejszy był wpływ procesu rusyfikacji, którzy przysporzył tu pewnej biedy.
Na obecny stan języka ukraińskiego i świadomości na tym obszarze miały wpływ wydarzenia, o których opowiem w skrócie. Możliwe, iż wyjaśnienie to w pewnej mierze obroni Podlasian przed „oskarżeniami” za taki właśnie stan kondycji narodowej, usprawiedliwi w pewnym stopniu ich zachowanie (oczywiście jeżeli komuś takie usprawiedliwianie jest potrzebne).
Do początku XIX w. język ukraiński na Południowym Podlasiu nie zaznał znacznych strat terytorialnych. Tylko poszczególni przedstawiciele inteligencji, właściciele wsi byli spolonizowani, lub odchodzili już od swego języka, kultury i religii na stronę polską. Po unii brzeskiej na Południowym Podlasiu kontynuowała swe istnienie tylko niewielka wysepka prawosławia — w okolicy monasteru w Jabłecznej. Większość ludności to byli unici. Na początku ubiegłego stulecia do Cerkwi unickiej zaczęła wlewać się obrzędowość łacińska. Do życia cerkiewno-religijnego i kazań coraz częściej wprowadzany był język polski. Duchowieństwo w stosunkach pomiędzy sobą także często korzystało z języka polskiego. Natomiast po 1830 r. zaczęła się rusyfikacyjna polityka caratu wobec unitów. Szybko zaczęła się zmniejszać ilość parafii unickich. Główną przyczyną było to, iż pewne gromady ludności ukraińskiej, zatrwożone tą polityką i bojąc się przeciągania ich na prawosławie w obcej dla nich rosyjskiej formie, przeszły na obrządek łaciński, do którego już się przyzwyczaiły. Chociaż długo nie uważali się za Polaków to jednak w którymś pokoleniu stali się Polakami. Aby tak się stało aktywnie pracowało duchowieństwo polskie.
Następne uderzenie nastąpiło po 1863 r., gdy rząd rosyjski zorientował się, iż w Cerkwi unickiej następuje przyśpieszona polonizacja, czemu sprzyjała pewna autonomia tzw. Kongresówki. Wówczas rozpoczął się proces „depolonizacji”. Miał on dwa nurty. Jeden, prowadzony tylko przez pojedyncze oświecone umysły, nie zadawał żadnych szkód Ukraińcom, bo wprowadzał on w cerkwiach kazania i nauczanie religii w języku ojczystym, co ludność przyjmowała z przychylnością. Opór stawiała tylko część księży, która żyła już polskim duchem. Drugi nurt — to rusyfikacja, wprowadzanie do Cerkwi nie obrządku bizantyńsko-słowiańskiego lecz reformowanego rosyjskiego, rosyjskiej wymowy tekstów liturgicznych i języka rosyjskiego do życia cerkiewno-religijnego i do szkoły. Za tym stała rosyjska administracja i żandarmeria. Na Południowe Podlasie wprowadzono nowe oddziały wojsk rosyjskich. Tak samo było też na Chełmszczyźnie. Ludność przejawiała niezadowolenie, a gdy zaczęło się „przeciąganie” na prawosławie we wspomnianej formie — zaczęła się buntować. Buntowali się też uniccy duchowni, zachęcając też ludzi do protestów. „Depolonizacja” przekształciła się w rusyfikację. Taka działalność czynników rosyjskich doprowadziła do tego, iż przy umiejętnej polityce polskich księży na obrządek łaciński przeszło kilka dziesiątków, a może i setek tysięcy rdzennej ludności Południowego Podlasia. Co prawda, długo jeszcze trzymała się ona swego języka ukraińskiego, lecz przy konsekwentnie prowadzonej przez Polaków polityce teraz jest już spolonizowana i może nawet nie domyśla się swego pochodzenia.
Część unitów mimo wszystko nie przeszła ani na prawosławie, ani też na katolicyzm łaciński. W sytuacji gdy Cerkiew prawosławna stała się narzędziem rusyfikacji (chociaż jednocześnie chroniła przed polonizacja), a duchowieństwo rzymskokatolickie nadal prowadziło swoją polonizacyjną działalność, Ukraińcy znaleźli się w sytuacji prawie bez wyjścia. Ci, którzy upierali się przy unii wiele wycierpieli. W 1905 r. car zezwolił na tolerancję religijną, lecz można było wybierać tylko między prawosławiem i rzymskim katolicyzmem. I znów dalsze dziesiątki czy setki tysięcy Podlasian, przy umiejętnej polityce polskiego kleru stały się rzymokatolikami. Skutek: po jakimś czasie zamarła w nich świadomość narodowa. Język żył jeszcze dziesiątki lat.
W 1914 r. granica etniczna i językowa pomiędzy Ukraińcami a Polakami na Południowym Podlasiu przechodziła orientacyjnie wzdłuż linii łączącej miasta Mielnik nad Bugiem z Międzyrzeczem, dalej z Radzyniem i wzdłuż teraźniejszego kanału Wieprz-Krzna. Oczywiście, z obu stron znajdowały się polskie i ukraińskie wysepki. Ukraińcom zadano jednak następny cios. W 1915 r. ustępujące przed Niemcami wojska rosyjskie wysiedliły z Południowego Podlasia 80% całej ludności. Wielu zmarło na wygnaniu, zwłaszcza ci, których przesiedlono do Kazachstanu oraz, jak u nas mówiono, do „ciepłych krajów” (południowa część Imperium Rosyjskiego). Niektórzy na zawsze osiedli na cudzej ziemi. Przesiedleńcy (bieżency) mieli możliwość bliższego poznania języka rosyjskiego i kultury. Zmniejszyła się wówczas liczba tych, którzy wierzyli, iż ruski na Podlasiu i russkij— to ten sam naród. Coraz częściej zaczęto używać słowa Ukrainiec, aby odróżnić się od russkich.
W 1918 r. wojska, które przebywały na Podlasiu, wywiozły w głąb Polski następne kilkanaście tysięcy Ukraińców, którzy uchowali się tutaj. O granicy pomiędzy Ukrainą i Polską, którą na papierze ustanowiono w Brześciu, nikt z Podlasian nie wiedział, a nawet i dzisiaj nie wiedzą. Podlasie było wyludnione, a więc i oczyszczone z rdzennego elementu ukraińskiego, co wykorzystywali Polacy, osiedlając się tutaj.
Ludzie, których wysiedlono do Imperium Rosyjskiego, zaczęli wracać już po rewolucji. W 1920 r. zobaczyli oni, iż ich domy są spalone, a na ich miejscu zaczyna rozrastać się las. Na tym jednak nie koniec. Młoda Polska także zaczęła gwałtem przeciągać „innowierców” — tym razem z prawosławia na rzymski katolicyzm. Zabierano prawosławnym cerkwie, zamieniając je na kościoły. Akcja spotkała się z oporem. Miał on różne następstwa. Na przykład we wsi Dokudów koło Białej Podlaskiej ludność zgodziła się (chociaż nie wszyscy) przejść na rzymski katolicyzm, jednak pod warunkiem, iż patronem parafii nadal będzie ta sama święta. Mamy więc teraz kościół „świętej Paraskei”. Chociaż w Koszołach (gmina Łomazy) buntu nie było, to jednak ludzie długo płakali, jak im być teraz Polakami i jak nauczą się języka polskiego. Jeszcze i teraz ludzie z Koszołów, mający ponad 50 lat, znają gwarę ukraińską i rozmawiają nią, lecz już wyłącznie w domu. Przestało funkcjonować nauczanie języka ukraińskiego, a takie podczas I wojny światowej w kilku wsiach istniało. Zanim w 1938 r. nastąpiła akcja masowego niszczenia cerkwi, rozebrano cerkiew w Kijowcu (gmina Zalesie), a z uzyskanych cegieł zbudowano szkołę, natomiast z cerkiewnych cegieł z Łomazów zbudowano budynki dla wojska w Białej Podlaskiej. Ponieważ proces „przepędzania” na rzymski katolicyzm tych, którzy nadal pozostawali przy prawosławiu, nie przyniósł pełnego sukcesu z powodu przywiązania do obrzędowości wschodniej, zaczęto tworzyć parafie neounickie. Było to łatwiejsze. Do dzisiaj istnieje jeszcze jedna parafia neounicka w Kostomłotach. W jaki sposób wykonywała i wykonuje ona zadanie polonizacji — to już oddzielna i bardzo niejednoznaczna kwestia.
W okresie międzywojennym na Południowym Podlasiu istniało wiele organizacji ukraińskich, także politycznych. Były wśród nich: „Ridna Chata”, „Proswita”, „Selrob”, spółdzielnie ukraińskie {kooperatywy). Ich działaczom żyło się nielekko. W 1939 r. razem z Armią Czerwoną, która na pewien czas zajęła Południowe Podlasie, przeszli za Bug ci, którzy wierzyli w komunizm. O wojnie i Akcji „Wisła” nie będę już wspominał.
Przesiedleni w 1947 r. w większości nie powrócili do dzisiaj. Najczęściej powracano do tych wsi, które były spalone. Tam bowiem nikt nie zajmował ukraińskich domów, bo ich po prostu nie było. Miejscami odłogowała niezajęta ziemia. W latach 50-ch i 60-ch ludzie, którzy powrócili z uporem domagali się swych praw. Na zebraniach wiejskich do przedstawicieli władz powiatowych bardzo często zwracali się w języku ukraińskim. Także dzieci byłych wysiedleńców rozmawiały po ukraińsku, również w szkole, po polsku zaś tylko na lekcjach. Tak było w Międzylesiu (Meżyłystiu), gdzie się uczyłem.
Później wszystko powoli przycichło. Chociaż zdarzało się, iż w niektórych wsiach gościł chór Ukraińskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego z Lublina lub „Czerwona Trojanda”, także z Lublina. Zdarzało się też, iż objazdowe „kino” UTSK pokazało ukraiński film. Tam, gdzie takie wypadki bywały ludność jest bardziej świadoma narodowo. W ostatnich latach w niektórych wsiach występowały z koncertami także zespoły z Ukrainy, o co zadbało koło Związku Ukraińców w Polsce, działające we Włodawie.
Chociaż na Południowym Podlasiu nie istnieje żadna organizacja ukraińska, to mimo wszystko niekiedy na jakiejś uroczystości grupa kobiet zaśpiewa jedną lub dwie pieśni ukraińskie, czy też weźmie udział w jakimś przeglądzie folklorystycznym i otrzyma wyróżnienie właśnie za wykonanie ukraińskiej pieśni.
Istnieją wsie, w których Ukraińcy stanowią większość. Tak jest jednak tylko w kilkunastokilometrowym pasie nad Bugiem i to nie we wszystkich miejscach. W miejscowościach oddalonych od tej strefy mieszka po kilka, a czasem nawet po jednej ukraińskiej rodzinie. Najdalej na zachód położona wieś, o której wiem, iż mieszkają tam prawosławni (nie wiem, jaka jest ich świadomość narodowa), to Szóstka koło Międzyrzecza. Kilka lat temu miałem możliwość słyszeć jak mówi się po ukraińsku w takich oddalonych od Bugu miejscowościach jak Cełujki (północno-zachodni skraj gminy Biała Podlaska) i Swory (gm. Biała Podlaska), a także w Wólce Korczewskiej (zachodnia część gminy Łomazy). Wcześniej myślałem, iż tam nikt już nie posługuje się językiem ukraińskim. Pojedyncze słowa ukraińskie, takie jak czuhun (żeliwo), słyszałem we wsi Żelizna (gmina Drelów). Jeden z mieszkańców Drelowa mówił mi: My to właściwie byliśmy Ukraińcami.
Najbardziej zatrważające jest jednak to, iż rodzice uczą małe dzieci mówić tylko po polsku. Tłumaczą, iż to dlatego, aby nie miały one trudności w szkole i nie zaznały nieprzyjemności. Potem, gdy dziecko podrośnie, mówi już tylko po polsku. W ten sposób doszło do sytuacji, że we wsiach, gdzie większość stanowią Ukraińcy, młodzież prawie zawsze i wszędzie rozmawia po polsku. Niektórzy księża prawosławni także, poza cerkwią, niemal powszechnie mówią po polsku. Od czasu, gdy powołana została prawosławna diecezja lubelsko-chełmska z biskupem Ablem, w niektórych parafiach zachodzą pewne zmiany. Częściej usłyszeć można kazania w języku ukraińskim. Po ukraińsku często mówi też władyka Abel. Widoczne jest też jego zainteresowanie bractwem prawosławnym.
Bractwo takie odnowiło swą działalność, organizuje się także tam, gdzie bywa, że proboszcz jest przeciwny wszelkim zorganizowanym formom życia, nie mówiąc już o czymś ukraińskim. Bractwo na Południowym Podlasiu, jak na swoje skromne możliwości, robi wiele. Są organizowane spotkania, czasem noworoczne zabawy „Małanki”, wyjazdy na łemkowskie „Watry” lub do Sopotu na festiwal. Daje ono możliwość nabycia książek ukraińskich czy też gazet, w których pisze się o sprawach ukraińskich. Daje to jakieś nadzieje na przyszłość.
Nadzieję budzi także powołany niedawno do życia w Bielsku Podlaskim Związek Ukraińców Podlasia, którego działacze są zainteresowani rozszerzeniem swojej działalności na Płd. Podlasie.
Cieszy także to, iż koło ZUwP we Włodawie (leży ona na skraju Południowego Podlasia, chociaż można ją zaliczyć także do Chełmszczyzny) przezwycięża kryzys, który jeszcze przeżywa. Spodziewam się, iż w tej sytuacji kontynuowana będzie pomoc dla wsi okolic Matiaszówki i Jabłecznej.
Własnych aktywistów Południowe Podlasia na razie właściwie nie ma. A może oni są, tylko że aktywni i świadomi Ukraińcy po prostu się nie znają, nie mają ze sobą kontaktu? Mam jednak nadzieję, iż Ukraińcy z Południowego Podlasia, mimo że rozpędzani okrutnymi wichrami historii doznali wielkich strat, są jeszcze zdolni odnaleźć się, powrócić do ojczystych źródeł i z dumą bronić dobrego imienia swego narodu. Imienia narodu, który ma, podobnie jak i 1000 lat temu, swe państwo.

Paweł SZEPELUK

tłumaczenie J.H. Biała Podlaska, 1992 r

Posted in Historia, Moja mała Ojczyzna | 2 Komentarze »

Trójca Święta Andrieja Rublowa i ks. Pawlukiewicz

Posted by tadeo w dniu 19 kwietnia 2011

Trójca Święta Andrieja Rublowa  – z kaplicy z Korbielowa.

Ciekawie o niej powiedział ks. Pawlukiewicz:

„ Jedna z najsłynniejszych ikon świata – Trójca Święta Andrzeja Rublowa – przedstawia Boga jako trzech aniołów siedzących przy stole. Obraz nasycony jest głęboka symboliką, ale jeden znak przemawia szczególnie mocno. Każdy z aniołów siedzi przy jednym boku stołu. Przy czwartym boku, tym od strony patrzącego na ikonę, nie siedzi nikt. To puste miejsce czeka na ciebie. Bóg, Trójca Święta czeka na ciebie przy stole, gdzie jest pokój, harmonia i jedność. Ale gdzie można znaleźć drogę, która do tego stołu prowadzi? (…) Jezus Chrystus jest drogą, która wiedzie do domu miłości Trzech. To On wprowadza do tajemnicy Boga wszystkich, którzy pozwolą Mu wziąć się za ręce. A tak dzieje się zwłaszcza na każdej mszy świętej. Jest ona czymś więcej niż tylko spektaklem Bożej miłości. Eucharystie można porównać do sytuacji, kiedy głodne i wystraszone dzieci przyglądają się z daleka wspaniałej uczcie bogatych ludzi. W pewnym momencie ktoś z ucztujących wstaje, podchodzi do dzieci, przytula i zaprasza do stołu. Często przychodzimy do kościoła z sercem pełnym żalu i goryczy. Co się na tym świecie porobiło, jakie to czasy nastały – mówimy. Przychodzą do kościoła żony, które usłyszały od mężów słowo „żegnaj”. Przychodzą dzieci, których rodzicielska miłość objawia się tylko w banknotach. Eucharystia sprawowana jest w domach opieki społecznej, gdzie w niedzielne popołudnia starzy ludzie daremnie wyglądają przez okna swoich dorosłych dzieci. Im wszystkim Chrystus mówi: chodź, ja cię przygarnę do stołu miłości, tej prawdziwej, która nie stawia warunków”.


Posted in Ks. Piotr Pawlukiewicz, Religia | Leave a Comment »

Czy jesteście święci ?

Posted by tadeo w dniu 19 kwietnia 2011

Przed kilku laty uczestniczyłem w spotkaniu ewangelizacyjnym, na którym pewien świecki człowiek zadał zgromadzonym słuchaczom konkretne pytanie:

– Czy jesteście święci ?

Ludzie zaczęli spoglądać niepewnie na siebie, a na ich twarzach malował się wyraz zakłopotania. Prowadzący spotkanie nie dawał jednak za wygraną.

– Czy jesteś święty ? – zapytał młodego mężczyznę siedzącego w pierwszym rzędzie.

Wyrwany znienacka do odpowiedzi rzekł:

– No…no… próbuję być święty.

Takiej odpowiedzi udzieliłoby chyba wielu z obecnych na sali, bowiem duża część ludzi, gdy usłyszała te słowa, zaczęła potakująco kiwać głowami. Wtedy pytający zwrócił się do swojego rozmówcy z poleceniem:

– Próbuj wstać !

Kiedy ów powstał z krzesła, tamten rzekł:

– Nie powiedziałem ci: „wstań”, ale: „próbuj wstać”.

Człowiek ten usiadł, a potem …znowu wstał. I tym razem jednak prowadzący spotkanie był niezadowolony.

– Ty przecież wstałeś, a ja powiedziałem ci: „próbuj wstać”.

– Jak to mam „próbować wstać”? – pytał zmieszany słuchacz. – Albo siedzę, alko wstaję.

Co to znaczy: „próbować wstać”?

I wtedy padła odpowiedź, która jest dla wszystkich bardzo ważnym pytaniem:

– A co to znaczy” „próbować być świętym”? Albo jesteś w konkretnej chwili święty, albo nie jesteś.

Drogi czytelniku. Odłóż na chwilę tę książeczkę, spójrz na zegarek i zapytaj samego siebie: „Czy teraz, o tej godzinie, w tej chwili jestem święty? Czy mojego sumienia nie obciąża jakiś poważny grzech, czy nie trwam w jakimś złym uporze?

Może jestem z kimś skłócony, postanowiłem nie odzywać się do niego? Czy nie planuję niczego złego? Czy po prostu mogę teraz spojrzeć Jezusowi w oczy?”.

Jeżeli tak, to jesteś święty! A jeżeli nie? Jeżeli między tobą a Bogiem jest jakiś mur grzechu? To co wtedy?

Są takie dwa słowa, które w naszym życiu duchowym toczą ze sobą swego rodzaju walkę.

Słowo „próbować” i słowo „natychmiast”. Słowo „natychmiast pojawia się w Ewangeliach dwadzieścia siedem razy.

Natomiast słowo „próbować” jest użyte tylko raz, gdy Jezus mówi do Żydów: „Nie próbujcie sobie mówić: Abrahama mamy za Ojca” (Łk.3,8). Poza tym Jezus nie wypowiada go nigdy.

I dlatego ważnym momentem w życiu duchowym każdego chrześcijanina jest chwila postanowienia:

„Będę święty, muszę zostać świętym! Właśnie teraz! Natychmiast”.

Bowiem jak mówi Ewangelia: „Ludzie gwałtowni zdobywają królestwo Boże” (Mt 11,12)

Przeczytałem kiedyś, że gdy ma się pięć lat, to zazwyczaj żyje się w przeświadczeniu, że tatuś potrafi zrobić wszystko. Gdy ma się lat piętnaście, to wydaje się, że jednak na wielu sprawach tata się nie zna. W wieku dwudziestu pięciu lat często wyraża się opinię, że ojciec jest życiowym nieudacznikiem. Za dziesięć lat dochodzi się do wniosku, że jednak nie jest on taki głupi. A po jego śmierci nierzadko mówi się: „mój ojciec był wspaniałym człowiekiem”.

I tak to bywa z obiektywizmem naszych sądów…

Pod warunkiem, że są  NASZE !

Jezus nakazuje nam, byśmy nikogo nie sądzili, bo tylko Bóg zna człowieka do końca.

Jakże często dostrzegamy, że ktoś jest złośliwy, chciwy, że posiada taką czy inną wadę.

Odruchowo wydajemy wyrok, odsuwamy się. A czy jesteśmy pewni, że wiemy wszystko? Czy znamy dzieciństwo swojego szefa w pracy? Problem sąsiada?

Historia dobrego łotra pokazuje nam, jak Jezus potrafi uratować nawet wielkiego zbrodniarza. Dopóki człowiek żyje, Jezus w niego wierzy. I my powinniśmy postępować podobnie.

Naszym powołaniem jest wydobywać dobro z drugiego człowieka. Jest to niezmiernie trudne, bo jest ono często ukryte pod zwałami grzechu, bardzo, bardzo głęboko. I chcąc je wydobyć, rozdmuchać, musimy się niekiedy przedzierać przez świat słabości i zła w drugim człowieku. Każdy z nas ma bowiem taką trójwarstwową budowę. Na wierzchu – piękne opakowanie. Zawsze je sobie pokazujemy przy pierwszym spotkaniu. Ale gdy przyjdzie z kimś dłużej pomieszkać, gdy zaczynamy ze sobą na co dzień pracować, to dość szybko pod tym pięknym opakowaniem zaczynamy dostrzegać w drugim człowieku jego słabości. Bo i one przecież są w każdym z nas. Wtedy przychodzą pierwsze rozczarowania, „wychodzi szydło z worka”.

Ludzie często zakochują się w bohaterach seriali telewizyjnych, uwielbiają postacie z pierwszych stron gazet. Ale jest tak chyba dlatego, że telewizor można wyłączyć, gazetę odłożyć na bok, a z matką, ojcem, bratem, siostrą tak się nie da postąpić. Z nimi trzeba żyć. Oni mają swoje gusty, upodobania, kompleksy, słabości, plany i zamierzenia. I z tym wszystkim wchodzą w nasze życie.

Musimy jednakże również pamiętać, że nie każde postępowanie drugiego człowieka, które wydaje się nam niemoralne, musimy natychmiast usprawiedliwiać.

W relacjach z innymi ludźmi powinna zawsze kierować nami wzajemna miłość, dobro nasze i dobro bliźniego. Są takie sytuacje, kiedy dla dobra drugiego człowieka nie możemy udawać, że nic się nie stało i puszczać sprawę w niepamięć. Każdy bowiem, kto obraża czy poniża drugiego, czyni krzywdę temu człowiekowi, ale także i samemu sobie.

Wypowiadając kłamliwe słowa, oszczerstwa, zachowując się niemoralnie, grzeszy i kompromituje siebie. I aby zmyć ten brud, aby móc z powrotem powiedzieć o sobie: „jestem prawym człowiekiem”, musi sam przeprosić i rzecz naprawić.

Posted in POLECAM, Religia, Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Dyskusje – teologia dla prostaczków (forum)

Posted by tadeo w dniu 19 kwietnia 2011

ICHTIS.FC
Forum Wspólnoty ICHTIS z Wrocławia

Dyskusje – teologia dla prostaczków


Grażyna – 02-05-07, 22:42
Temat postu: teologia dla prostaczków


Nie wiem, gdzie to umieścić, ale myślę, że przydałby się temat, w którym umieszczalibyśmy różne takie tam… Co nam daje do myślenia. Czasami słyszymy może takie historyjki, które w sposób obrazowy pokazują pewne prawdy teologiczne. Tłumaczą tak na chłopski rozum, dla prostaczków :562: . Jak ktoś zadaje trudne pytanie, wtedy można tę trudną do określenia rzeczywistość przybliżyć mu właśnie taką jakby „przypowieścią”, „parabolą”, „alegorią”, jejku nie wiem…

Pewnie ten tekst już znacie. Ale ja odkryłam go ostatnio (www.e-wangelizacja.waw.net.pl) i wydaje mi się on fajny. Bo coś mi przypomina :] :

„W brzuchu ciężarnej kobiety były bliźniaki. Pierwszy zapytał się drugiego:
– Wierzysz w życie po porodzie?
– Jasne. Coś musi tam być. Mnie się wydaje, że my właśnie po to tu jesteśmy, żeby się przygotować na to co będzie potem.
– Głupoty. Żadnego życia po porodzie nie ma. Jak by miało wyglądać?
– No nie wiem, ale będzie więcej światła. Może będziemy biegać, a może jeść buzią…?
– No to przecież nie ma sensu! Biegać się nie da! A kto widział żeby jeść ustami! Przecież żywi nas pępowina.
– No ja nie wiem, ale zobaczymy mamę a ona się będzie o nas troszczyć.
– Mama? Ty wierzysz w mamę? Kto to według Ciebie w ogóle jest?
– No przecież jest wszędzie wokół nas… Dzięki niej żyjemy. Bez niej by nas nie było.
– Nie wierzę! Żadnej mamy jeszcze nie widziałem, czyli jej nie ma…
– No jak to? Przecież Ona nas kocha. Jak jesteśmy cicho, możesz posłuchać jak dla nas śpiewa, albo poczuć jak głaszcze nasz świat. Wiesz, ja myślę, że prawdziwe życie dopiero przed nami…i zobaczysz jak Ona nas kocha…”

PS A tak nawiązując do tego motywu. Br. Rafał Szymkowiak napisał w swojej nowej książce („Ekstremalnie wypasione rekolekcje”): „Krzyż jest mostem, który prowadzi do nowego życia. Przyjmując krzyż i umierając razem z Jezusem, razem z nim rodzimy się do nowego życia. Jest to bardzo podobne do narodzin małego dziecka. Wydaje się nam, że rzeczywistość, w której żyjemy, jest jedyną z możliwych. Wszystko ładnie poukładane i na czas. Przez pępowinę dostajemy pożywienie, słyszymy głos uderzeń serca matki – jest świetnie. Jednak poród, choć jest związany z cierpieniem, wprowadza nas w inną rzeczywistość. Dopiero po przejściu tej granicy zaczynamy żyć prawdziwie. Mały człowiek, który nie przechodzi przez wspomnianą bramę i z jakichś powodów nie może się urodzić, umiera”.


macio – 02-05-07, 23:22


Podoba m się ta historia :D


Zielona Paulina – 03-05-07, 12:22


ej niezła naprawdę :629:


Grażyna – 03-05-07, 13:35


Wiem, że większość to już zna. Słynne „Opowiadanie o motylu” (www.holyspiritbarrie.ca).

„Jednego dnia, mały motyl zaczął wykluwać się z kokonu; mężczyzna usiadł i przyglądał się jak motyl przeciska swoje ciało przez ten malutki otwór. I wtedy motyl jakby się zatrzymał. Tak jakby zaszedł tak daleko jak mógł i dalej już nie miał sił. Więc mężczyzna postanowił mu pomóc: wziął nożyczki i rozciął kokon. Motyl wyszedł dalej bez problemu. Miał za to wątłe ciało i bardzo pomarszczone skrzydła. Mężczyzna kontynuował obserwacje, ponieważ spodziewał się, że w każdej chwili skrzydła motyle zaczną grubieć, powiększać się dzięki czemu motyl będzie mógł odlecieć i zacząć żyć. Tak się nie stało! Motyl spędził resztę życia czołgając się po ziemi z mizernym ciałem i pomarszczonymi skrzydłami. Do końca życia nie był w stanie latać. Człowiek w całej swej życzliwości i dobroci nie wiedział, że walka motyla z kokonem była bodźcem dla jego skrzydeł i dzięki temu motyl był w stanie latać, gdy tylko pokona opór kokonu.
Czasem walka to to, czego nam w życiu potrzeba. Jeśli Bóg pozwala nam iść przez życie bez jakichkolwiek problemów to może to zrobić z nas słabeuszy. Nie bylibyśmy tak silni jak moglibyśmy. Nie być w stanie do latania.
Prosiłem o siłę… Bóg dał mi przeciwności losu, aby zrobić mnie silnym.
Prosiłem o mądrość… Bóg dał mi problemy do rozwiązania.
Prosiłem o dobrobyt… Bóg dał mi mózg i krzepę.
Prosiłem o odwagę. Bóg dał mi przeszkody do pokonania.
Prosiłem o miłość…Bóg dał mi ludzi w kłopocie, aby im pomóc.
Prosiłem o przychylność… Bóg dał mi okazję do wykazania się.
„Dostałem nie to co chciałem…
Ale dostałem wszystko czego było mi trzeba.”


Zielona Paulina – 03-05-07, 13:40


Po prostu mnie to ujęło..Grażynko dziękuję ! właśnie sobie coś uświadomiłam!!!! :przytul:


Grażyna – 03-05-07, 13:56


Z „Dziennika pisanego mocą” M. Jakimowicza:

„W zabitej dechami mieścinie zjawił się pewnego dnia nieznajomy człowiek i nad potężnym wodospadem rozciągnął długą linę. Na gapiów nie musiał czekać, zaraz otoczyła go szemrząca gromadka. „Linoskoczek” – szeptała większość. „Samobójca” – machali rękoma pozostali. Ten zaś bez zbędnych wyjaśnień odezwał się do gromadki: „Kto z Państwa wierzy, że przejadę z taczką nad wodospadem, tam i z powrotem?” „Nonsens – pomyśleli wszyscy – taczka ciężka, wodospad groźny, a lina taka długa… Nie, to niemożliwe”. Facet wziął taczkę i pewnie przejechał z nią po linie. Stanął przy grupce zdziwionych niedowiarków i zapytał: „A kto z Państwa uwierzy, że mogę pokonać tę samą trasę, gdy w taczce będzie siedział ktoś z Was?”. „Świetny był przed chwilą, to i z większym ciężarem spokojnie sobie poradzi, wierzymy” – niemal jednogłośnie odpowiedzieli zebrani. „Pan też wierzy?” – linoskoczek podszedł do pierwszego z brzegu mężczyzny (ten, jak mu się wydawało, krzyczał najgłośniej). „Jasne, po tym co widziałem… Wierzę!” – padła odpowiedź. „Tak? To proszę bardzo…” – linoskoczek zapraszającym gestem wskazał taczkę.
Jezus nie pyta „Czy Ty we mnie wierzysz?”. On przychodzi i mówi: „Wsiadaj, ja prowadzę”. Wtedy dopiero zaczyna się prawdziwa jazda”.

Podobną historię przytaczał br. Rafał Szymkowiak na rekolekcjach adwentowych w tamtym roku. Dodał jeszcze zakończenie:
„Gdzieś w pewnym momencie – jak ja to mówię po poznańsku – zza winkla wychodzi dziewczynka. 8 lat. „Ja!”. Konsternacja… I rzeczywiście dziewczynka weszła do tej taczki, została przewieziona tam i z powrotem, po schodkach zeszła na dół… Ludzie zdziwieni! W końcu jedna kobieta się pyta w gronie wszystkich obserwatorów: „Czy ty, dziecko, się nie bałaś???” Ta mała się uśmiechnęła i mówi: „Proszę pani, przecież to jest mój tatuś. Nic mi się nie stanie. Robimy ten numer już piętnaście razy.”


Grażyna – 04-05-07, 11:23


Z fajnej pocztówki :wesoly: :

„Sen miałem wczoraj. Sen jeden z niewielu, jakie ma pamięć zachować zezwoli. Plaża ogromna, dziewicza się ściele, a na niej Jezus, kroczący powoli. Ujrzał mnie nagle. Przywołał do siebie. Wiec szliśmy brzegiem, wśród ciszy i blasku. Pogoda cudna – ni chmurki na niebie, tylko za nami dwa ślady na piasku. Nagle się niebo całunem nakrywa. Jak na ekranie widzę życie moje. Scena po scenie szybko się rozgrywa, przywodząc przeszłe radości i znoje. My wciąż idziemy równym, wolnym krokiem, niebiański ekran wciąż me życie toczy, chronologicznie, każdy rok za rokiem. To się uśmiechnę, to znów przymknę oczy. Nagle niechcący do tyłu spojrzałem: raz ślad się urwał, to znów podwójny, lecz się Jezusa zapytać nie śmiałem. Na niebie właśnie nadszedł okres wojny. Te przerwy w śladach spokoju nie dały! Patrzyłem w niebo obojętnym okiem, myśląc dlaczego ślady się zrywały? A szliśmy przecież stale równym krokiem. Wreszcie ciekawość wzięła mnie w okowy. Spytałem: „Panie! Czemu nasze ślady raz są podwójne – pojedyncze znowu, bo wytłumaczyć tego nie dam rady?” „Synu – Pan rzeknie – gdy jesteś w swym życiu w niebezpieczeństwie, albo też udręce, ja czuwam stale, a czuwam w ukryciu i w tych momentach biorę cię na ręce…”


Grażyna – 05-05-07, 19:32


O posłuszeństwie (www.jasno.alleluja.pl)

„Kiedyś pewnemu człowiekowi przyśnił się Bóg mówiący, że ma dla niego pracę. Pokazał On ogromny kamień przed domem i wyjaśnił, że ma pchać ten kamień ze wszystkich sił. Człowiek zgodził się. Jednak po wielu miesiącach pracy kamień nie ruszył się ani o milimetr. Szatan próbował wmówić mu, że to nie ma sensu. A człowiek prawie się do tego przekonał, jednak zapytał Boga:
– Co jest nie tak? Dlaczego mi się nie udaje?
A Bóg odparł:
– Prosiłem cię, byś mi służył, a ty się zgodziłeś. Kazałem ci pchać kamień. Nie wspominałem, że masz go przesunąć. Teraz myślisz, że zawiodłeś, ale spójrz: masz mocne ręce, masywne nogi, silne ramiona. Poprzez wysiłek stałeś się silny i odporny. Nie przesunąłeś kamienia, ale twoim powołaniem było posłuszeństwo. To robiłeś, więc teraz ja, mój przyjacielu, przesunę kamień.
Zwykle używamy intelektu, aby odgadnąć czego chce Pan. A On chce tylko służby.
Ćwicz wiarę, która porusza góry, ale wiedz, że to Bóg je poruszy.
Kiedy wszystko zdaje się iść źle, ‚po prostu pchaj’.”


Grażyna – 05-05-07, 21:59


Zaufanie (www.ewangelista.pl/readarticle.php?article_id=21.pl)

„W nocy zapalił się nieoczekiwanie dom. Rodzice uciekając w popłochu, nie zauważyli, że ich najmłodsza pociecha gdzieś się zawieruszyła; pięcioletni chłopiec w ostatniej chwili uciekł na poddasze.
Teraz, gdy cały dom stoi już w płomieniach, wszelka pomoc z zewnątrz nie ma żadnych szans. Nagle na górze otwiera się okno, staje w nim dziecko i woła rozpaczliwie o ratunek. Ojciec rozkazuje krótko:
– Skacz!
Chłopiec jednak widzi tylko dym i płomienie, boi się, ale słysząc głos ojca, odpowiada:
– Tatusiu, ja nie widzę Ciebie!
Ojciec na to krzyczy z całych sił:
– Ale ja widzę Ciebie, to wystarczy; Skacz!
I chłopiec skoczył prosto w ratujące ramiona ojca.
Często tak zdarza się w naszym, życiu, że nie potrafimy wykonać zdecydowanego kroku do przodu, że nie potrafimy radykalnie zmienić swojego życia, choć czujemy takie przynaglenie ze strony Boga.
Dlaczego zapominamy wtedy, ze On czuwa nad tym, żeby nic złego się nam nie stało?
Może i Ty dziś nie widzisz Niebiańskiego Ojca pośród dymów trosk codziennych. Nawet jeśli Go nie widzisz, zawołaj: Ratuj mnie Ojcze! Wtedy usłyszysz Jego pełen miłości, ale też i stanowczości głos: „Ja Ciebie widzę, to wystarczy; Skacz !”


Grażyna – 05-05-07, 22:18


Martin Buber, „Opowieści Chasydów” (http://www.mateusz.pl/rekolekcje/adwent2004/as/cz4.htm):

„Opowieść o rabinie Izaaku, synu Jekla z Krakowa: Po latach ubóstwa, które to nigdy nie zachwiały jego wiarą w Boga, przyśnił mu się ktoś, kto podpowiedział mu, aby udał się do Pragi i szukał skarbu pod mostem królewskim. Kiedy sen powtórzył się po raz trzeci, rabin Izaak, syn Jekla, przygotował się do podróży i przybył do Pragi. Ale most był strzeżony dzień i noc i nie zdołał rozpocząć kopania. Niemniej przychodził tu każdego ranka i spacerował do wieczora, wyczekując okazji. Wreszcie kapitan straży, który go zauważył, zapytał grzecznie, czy szuka tutaj czegoś, czy może czeka na kogoś. Rabin Izaak opowiedział mu o tym, co mu się przyśniło i przywiodło z daleka. Kapitan roześmiał się: „I to z powodu snu, biedaku, zdarłeś buty, aby przybyć tutaj! Gdybym i ja uwierzył w to, co mi się przyśniło, wyruszyłbym w poszukiwaniu skarbu do Krakowa i kopałbym pod piecem w pokoju jakiegoś Żyda – Izaaka, syna Jekla, tak się nazywa! Izaak, syn Jekla! Mogę sobie tylko wyobrazić, jak wędruję od domu do domu i poszukuję kogoś, kto w połowie nazywa się Izaak, a w drugiej połowie Jekl”. I zaśmiał się po raz drugi. Rabin Izaak skłonił się, wrócił do domu i wykopał skarb spod swojego pieca…”


Grażyna – 05-05-07, 22:58


www.ewangelista.pl/readarticle.php?article_id=8

„Na krawędzi dnia, gdzieś pomiędzy jawą a snem znalazłem się w pokoju. Jedyne, co tam zobaczyłem to niekończące się rzędy małych, prostokątnych szufladek. Kartoteka. Zajmowała ona całą ścianę. Podszedłem bliżej i zobaczyłem, że każda szufladka jest opatrzona odpowiednim napisem. Pierwszy, który przykuł mój wzrok brzmiał: Ludzie, których lubiłem?. Otworzyłem szufladkę i zacząłem przeglądać kartki ze środka. Rozpoznawałem imiona umieszczone na nich: Ania, Andrzej, Marta… Zamknąłem szybko tą szufladkę.
Nagle uświadomiłem sobie, gdzie jestem. Ten pokój, te niezliczone rzędy szufladek to brutalny katalog systemu mojego życia. Na tysiącach posegregowanych karteczek zapisane były wszystkie czynności, myśli i słowa mojego dwudziestoletniego życia; nawet te, o których sam dawno już zapomniałem. Uczucie niesamowitości i ciekawości mieszało się z przerażeniem gdy otwierałem kolejne szufladki. Jedne przynosiły radość, ciepłe wspomnienia inne uczucie tak wielkiego wstydu, że aż musiałem się obejrzeć za siebie by sprawdzić, czy nikt mnie nie widzi… Przegroda z napisem: Przyjaciele?, była tuż obok: Przyjaciele, których zdradziłem?. Niektóre napisy były mi znane, inne mniej, jeszcze inne wydawały mi się zupełnie obce. Książki, które przeczytałem? Kłamstwa, które mówiłem? Dowcipy, z których się śmiałem?. Wstrząsająca była dokładność zawartych na kartkach informacji… Rzeczy, które robiłem w złości? Rzeczy, które mruczałem pod nosem na moich rodziców?. Nie było mi do śmiechu. Wciąż zaskakiwały mnie czytane zdania.
Niektórych kart było więcej, niż chciałem, innych mniej niż miałem nadzieję. Czy to możliwe, że podczas 20 lat życia zapisałem sobie te wszystkie karteczki? Jednak każda z nich była prawdą, każda zapisana moim pismem, opatrzona moim podpisem. Gdy wysunąłem szufladkę: piosenki, które słuchałem? uświadomiłem, że ona nie ma końca. Zamknąłem ją szybko. Wstydziłem się. Nie tego jakich piosenek słuchałem, tylko tego, ile czasu poświęciłem na ich słuchanie…
Nagle mój wzrok padł na szufladkę opatrzoną napisem: pożądliwe myśli?. Wysunąłem ją tylko na centymetr aby nie widzieć całej jej długości. Przeczytałem jedną karteczkę. Byłem zaszokowany jej dokładnością. Czułem się wręcz ohydnie wiedząc, że nawet tak krótki moment mojego życia został zarejestrowany. Poczułem w sobie obezwładniającą wściekłość, wręcz bezsilność… Wiedziałem tylko jedno – nikt nigdy nie może dowiedzieć się o istnieniu tego pokoju! Muszę go zniszczyć!!!
W przerażającej złości szarpnąłem kartoteką. Jej rozmiar nie był ważny. Musiałem ją zniszczyć… a jednak nie udało się. Karteczki były niezniszczalne. Byłem bezradny. Włożyłem pojedyncze szufladki na swoje miejsca. Wiedziałem, że nie dam rady… Oparłem się o ścianę i ciężko westchnąłem. Dopiero wtedy zobaczyłem szufladkę z napisem: ludzie, z którymi podzieliłem się Ewangelią?. Jej uchwyt był bardziej lśniący niż pozostałe, prawie nietknięty. Z przykrością stwierdziłem, że jej długość nie jest większa niż 4 centymetry. Mogłem policzyć jej kartki na palcach jednej ręki. Po moich policzkach potoczyły się łzy. Poczułem w sercu ból i zacząłem się trząść. Padłem na kolana i płakałem jak mały dzieciak. Płakałem ze wstydu, z przerażającego mnie wstydu… Rzędy szufladek rozmazywały się w moich oczach. Nie, nie, nikt nigdy nie może się dowiedzieć o istnieniu tego pokoju!!! Muszę go zniszczyć i zamknąć na klucz… Gdy otarłem łzy, zobaczyłem, że nie jestem sam. W kącie pokoju stał ON…
NIE, NIE, TYLKO NIE ON! NIE TU! KAŻDY, TYLKO NIE JEZUS!!!
Bezsilnie patrzyłem, jak otwierał szufladki i czytał ich zawartość. Gdy wreszcie zmusiłem się, aby spojrzeć mu w oczy… zobaczyłem smutek. Smutek jeszcze większy niż mój własny. Dlaczego On musiał je wszystkie przeczytać? Wreszcie odwrócił się w moją stronę i popatrzył na mnie. Patrzył na mnie z wielkim współczuciem, nie było to jednak współczucie, które mnie denerwowało. Spuściłem wzrok i znów zacząłem płakać. Jezus podszedł do mnie i objął mnie. Mógł tyle powiedzieć – ale On milczał. Nagle zaczął płakać razem ze mną. Wstał i podszedł do kartoteki. Otworzył pierwszą z brzegu szufladkę, po kolei wyjmował z niej obciążające mnie kartki. Moje imię wpisane na nich przykrywał swoim podpisem. – Nie!!! – krzyknąłem. Chciałem wyrwać te kartki., – Nie!, nie!?- Jego imienia nie powinno tam być! Ale tak było. Pisane taką głęboką czerwienią, taką ciemną, taką żywą. Imię Jezusa zakrywało moje na coraz większej ilości kartek. Było pisane krwią. Jezus otwierał kolejne szufladki uśmiechając się do mnie smutno i podpisywał, podpisywał, podpisywał… Zamknął ostatnią szufladkę, podszedł do mnie, położył swoją rękę na moim ramieniu i powiedział:
WYKONAŁO SIĘ…
Wstałem i On wyprowadził mnie z pokoju. Nie było żadnych zamków w drzwiach. Żadnych zamków – gdyż jest jeszcze wiele pustych kart do zapisania… Nie ma już obciążających mnie kart w tamtym pokoju, a moje życie nie dobiegło jeszcze do końca…”


Grażyna – 05-05-07, 23:56


http://www.kerygma.pl/main.php?op=7&go=3#top

„Pewnej kobiecie przyśniło się, że za ladą w jej ulubionym sklepiku stał Pan Bóg. „To Ty, Panie Boże!” – zakrzyknęła uradowana. „Tak to ja” – odpowiedział Bóg. „A co u Ciebie można kupić?” – zapytała kobieta. „U mnie można kupić wszystko” – padła odpowiedź. „W takim razie poproszę o dużo zdrowia, szczęścia, miłości, powodzenia i pieniędzy”.
Pan Bóg uśmiechnął się życzliwie i oddalił na zaplecze, aby przynieść zamówiony towar. Po dłuższej chwili wrócił z malutką, papierową torebeczką. „To wszystko?!” – wykrzyknęła zdziwiona i rozczarowana kobieta. „Tak, to wszystko” – odpowiedział Bóg i dodał „Czyżbyś nie wiedziała, że w moim sklepie sprzedaje się tylko nasiona?”


Grażyna – 06-05-07, 13:39


http://www.e-wangelizacja.waw.net.pl/texty.html

„Pewnego razu potężny król zwołał wszystkich czarodziejów, mędrców i kapłanów swego królestwa, żądając, aby pokazali mu Boga. Zagroził im najokropniejszymi karami, jeżeli nie będą w stanie tego uczynić. Zdesperowani biedacy wyrywali sobie włosy z głów, nie wiedząc, co uczynić. Wtedy zjawił się pewien pasterz, który obwieścił wszystkim, że może rozwiązać ten problem. Pospiesznie przedstawiono go królowi. Pasterz zaś zaprowadził króla na taras i pokazał mu słońce. – Spójrz na nie! – powiedział.
Po chwili król zamknął oczy, wołając:
– Chcesz mnie oślepić?
– Mój Boże! Słońce jest jedynie małą cząstką Stwórcy – powiedział wówczas pasterz – nawet nie jedną iskrą Jego blasku… Jak możesz myśleć o tym, by twoje oczy spoczęły na Nim samym?”


prałat – 07-05-07, 00:16


Grażinn napisał/a:
Martin Buber, „Opowieści Chasydów”

wspaniała książka!!!!


Grażyna – 07-05-07, 00:51


Bajka o zasmuconym smutku :(
http://przyjazn.alleluja.pl/tekst.php?numer=28554

„Po piaszczystej drodze szła niziutka staruszka. Chociaż była już bardzo stara, to jednak szła tanecznym krokiem, a uśmiech na jej twarzy był tak promienny, jak uśmiech młodej, szczęśliwej dziewczyny. Nagle dostrzegła przed sobą jakąś postać. Na drodze ktoś siedział, ale był tak skulony, że prawie zlewał się z piaskiem. Staruszka zatrzymała się, nachyliła nad niemal bezcielesną istotą i zapytała: „Kim jesteś?” Ciężkie powieki z trudem odsłoniły zmęczone oczy, a blade wargi wyszeptały: „Ja? … Nazywają mnie smutkiem” „Ach! Smutek!”, zawołała staruszka z taką radością, jakby spotkała dobrego znajomego. „Znasz mnie?”, zapytał smutek niedowierzająco. „Oczywiście, przecież nie jeden raz towarzyszyłeś mi w mojej wędrówce. „Tak sądzisz …, zdziwił się smutek, „to dlaczego nie uciekasz przede mną. Nie boisz się?” „A dlaczego miałabym przed Tobą uciekać, mój miły? Przecież dobrze wiesz, że potrafisz dogonić każdego, kto przed Tobą ucieka. Ale powiedz mi, proszę, dlaczego jesteś taki markotny?” „Ja … jestem smutny.” odpowiedział smutek łamiącym się głosem. Staruszka usiadła obok niego. „Smutny jesteś …”, powiedziała i ze zrozumieniem pokiwała głową. „A co Cię tak bardzo zasmuciło?” Smutek westchnął głęboko. Czy rzeczywiście spotkał kogoś, kto będzie chciał go wysłuchać? Ileż razy już o tym marzył. „Ach, … wiesz …”, zaczął powoli i z namysłem, „najgorsze jest to, że nikt mnie nie lubi. Jestem stworzony po to, by spotykać się z ludźmi i towarzyszyć im przez pewien czas. Ale gdy tylko do nich przyjdę, oni wzdrygają się z obrzydzeniem. Boją się mnie jak morowej zarazy.” I znowu westchnął. „Wiesz …, ludzie wynaleźli tyle sposobów, żeby mnie odpędzić. Mówią: tralalala, życie jest wesołe, trzeba się śmiać. A ich fałszywy śmiech jest przyczyną wrzodów żołądka i duszności. Mówią: co nie zabije, to wzmocni. I dostają zawału. Mówią: trzeba tylko umieć się rozerwać. I rozrywają to, co nigdy nie powinno być rozerwane. Mówią: tylko słabi płaczą. I zalewają się potokami łez. Albo odurzają się alkoholem i narkotykami, byle by tylko nie czuć mojej obecności.” „Masz rację,”, potwierdziła staruszka, „ja też często widuję takich ludzi.” Smutek jeszcze bardziej się skurczył. „Przecież ja tylko chcę pomóc każdemu człowiekowi. Wtedy gdy jestem przy nim, może spotkać się sam ze sobą. Ja jedynie pomagam zbudować gniazdko, w którym może leczyć swoje rany. Smutny człowiek jest tak bardzo wrażliwy. Niejedno jego cierpienie podobne jest do źle zagojonej rany, która co pewien czas się otwiera. A jak to boli! Przecież wiesz, że dopiero wtedy, gdy człowiek pogodzi się ze smutkiem i wypłacze wszystkie wstrzymywane łzy, może naprawdę wyleczyć swoje rany. Ale ludzie nie chcą, żebym im pomagał. Wolą zasłaniać swoje blizny fałszywym uśmiechem. Albo zakładać gruby pancerz zgorzknienia.” Smutek zamilkł. Po jego smutnej twarzy popłynęły łzy: najpierw pojedyncze, potem zaczęło ich przybywać, aż wreszcie zaniósł się nieutulonym płaczem. Staruszka serdecznie go objęła i przytuliła do siebie. „Płacz, płacz smutku.”, wyszeptała czule. „Musisz teraz odpocząć, żeby potem znowu nabrać sił. Ale nie powinieneś już dalej wędrować sam. Będę Ci zawsze towarzyszyć, a w moim towarzystwie zniechęcenie już nigdy Cię nie pokona.” Smutek nagle przestał płakać. Wyprostował się i ze zdumieniem spojrzał na swoją nową towarzyszkę: „Ale … ale kim Ty właściwie jesteś?” „Ja?”, zapytała figlarnie staruszka uśmiechając się przy tym tak beztrosko, jak małe dziecko. „JA JESTEM NADZIEJA!”


Grażyna – 07-05-07, 01:58


Lazurowa grota (Bruno Ferrero)
http://przyjazn.alleluja.pl/tekst.php?numer=28724

„Był człowiekiem biednym i prostym. Wieczorem po dniu ciężkiej pracy, wracał do domu zmęczony i w złym humorze. Patrzył z zazdrością na ludzi, jadących samochodami i na siedzących przy stolikach w kawiarniach.
– Ci to mają dobrze – zrzędził, stojąc w tramwaju w okropnym tłoku. – Nie wiedzą, co to znaczy zamartwiać się… Mają tylko róże i kwiaty. Gdyby musieli nieść mój krzyż!
Bóg z wielką cierpliwością wysłuchiwał narzekań mężczyzny. Pewnego dnia czekał na niego u drzwi domu.
– Ach to Ty, Boże – powiedział człowiek, gdy Go zobaczył. – Nie staraj się mnie udobruchać. Wiesz dobrze, jak ciężki krzyż złożyłeś na moje ramiona.
Człowiek był jeszcze bardziej zagniewany niż zazwyczaj. Bóg uśmiechnął się do niego dobrotliwie.
– Chodź ze Mną. Umożliwię ci dokonanie innego wyboru – powiedział.
Człowiek znalazł się nagle w ogromnej lazurowej grocie. Pełno było w niej krzyży: małych, dużych, wysadzanych drogimi kamieniami, gładkich, pokrzywionych.
– To są ludzkie krzyże – powiedział Bóg. – Wybierz sobie jaki chcesz.
Człowiek rzucił swój własny krzyż w kąt i zacierając ręce zaczął wybierać. Spróbował wziąć krzyż leciutki, był on jednak długi i niewygodny. Założył sobie na szyję krzyż biskupi, ale był on niewiarygodnie ciężki z powodu odpowiedzialności i poświęcenia. Inny, gładki i pozornie ładny, gdy tylko znalazł się na ramionach mężczyzny, zaczął go kłuć, jakby pełen był gwoździ. Złapał jakiś błyszczący srebrny krzyż, ale poczuł, że ogarnia go straszne osamotnienie i opuszczenie. Odłożył go więc natychmiast. Próbował wiele razy, ale każdy krzyż stwarzał jakąś niedogodność.
Wreszcie w ciemnym kącie znalazł mały krzyż, trochę już zniszczony używaniem. Nie był ani zbyt ciężki ani zbyt niewygodny. Wydawał się zrobiony specjalnie dla niego. Człowiek wziął go na ramiona z tryumfalną miną.
– Wezmę ten! – zawołał i wyszedł z groty.
Bóg spojrzał na niego z czułością. W tym momencie człowiek zdał sobie sprawę, że wziął właśnie swój stary krzyż ten, który wyrzucił, wchodząc do groty.
„Jak noc nad ranem, tak życie staje się coraz jaśniejsze w miarę, jak przeżywamy, a przyczyna każdej rzeczy wreszcie się wyjaśnia” (Richter)”.

PS Ktoś mądry mi kiedyś powiedział, że Pan Bóg nie wkłada człowiekowi na ramiona krzyża cięższego od takiego, który ten człowiek jest w stanie udźwignąć…


Grażyna – 07-05-07, 02:01


Sukces (Bruno Ferrero)
http://przyjazn.alleluja.pl/tekst.php?numer=28726

„Na pokładzie pewnego statku płynącego do Stanów Zjednoczonych wracał pewien misjonarz, który spędził wiele lat w Chinach oraz znany śpiewak, który był tam tylko dwa tygodnie. Kiedy dopłynęli do Nowego Jorku, misjonarz ujrzał wielki tłum wielbicieli oczekujących powrotu śpiewaka.
– Panie, nie pojmuję tego – mruknął rozgoryczony nieco.
– Poświęciłem Chinom czterdzieści dwa lata mojego życia, a on tam był tylko przez dwa tygodnie i jego witają serdecznie w domu tysiące ludzi, a na mnie nie czeka absolutnie nikt. Pan odpowiedział:
– Synu, skąd ta gorycz? Przecież nie jesteś jeszcze w domu”.


Grażyna – 07-05-07, 02:18


A to konkluzja opowiadania „Przebaczenie” Bruno Ferrero:

„Każdy z nas związany jest z Bogiem, pewną nitką.
Kiedy popełniamy grzech, ta nić się przerywa.
Ale kiedy ubolewamy nad naszą winą – Bóg zawiązuje na nitce supełek
i w ten sposób staję się ona krótsza. Przebaczenie zbliża nas do Boga.”
http://przyjazn.alleluja.pl/tekst.php?numer=28737


Grażyna – 07-05-07, 02:23


Autor ten sam

„Pewien święty, przechodząc kiedyś przez miasto, spotkał dziewczynkę w podartym ubranku, który prosiła o jałmużnę. Zwrócił się wtedy do Boga:
– Panie, dlaczego pozwalasz na coś takiego? Proszę Cię, zrób coś.
Wieczorem w dzienniku telewizyjnym zobaczył mordujących się ludzi, oczy konających dzieci i ich biedne wycieńczone ciała. I znów zwrócił się do Boga:
– Panie, zobacz ile biedy. Zrób coś!
Nocą, święty człowiek usłyszał głos Pana, który mówił:
– Zrobiłem już coś: stworzyłem ciebie!”
http://przyjazn.alleluja.pl/tekst.php?numer=28740


Grażyna – 07-05-07, 02:55


I jeszcze raz ten sam…

Profesor i przewoźnik
http://przyjazn.alleluja.pl/tekst.php?numer=34805

„Pewnego dnia jeden z najsławniejszych profesorów uniwersytetu, kandydat do nagrody Nobla, dotarł nad brzeg jeziora. Poprosił przewoźnika, by go wziął do swej łodzi na przejażdżkę po jeziorze. Dobry człowiek zgodził się. Gdy byli już daleko od brzegu, profesor zaczął go wypytywać.
Znasz historię? Nie ! A więc jedna czwarta twego życia stracona.
Znasz astronomię ? Nie. A więc dwie czwarte twego życia poszły na marne.
Znasz filozofię ? Nie. A więc trzy czwarte twego życia są stracone.
Nagle niespodziewanie zaczęła szaleć okropna burza. Łódka na środku jeziora kołysała się jak mała łupinka orzecha. Przewoźnik przekrzykując ryk wiatru zapytał profesora:
– Umie pan pływać ?
– Nie – odpowiedział profesor.
– A zatem całe pana życie jest stracone …

Jest wiele dróg, zazwyczaj bardzo pięknych i pociągających, które prowadzą do śmierci. Jedna jedyna droga jest drogą życia. To droga Boża. Nie trać nigdy z oczu tego, co jest rzeczywiście najważniejsze”.


Grażyna – 07-05-07, 03:01


I dla urozmaicenia znowu on…

Niepotrzebne drzewo
http://przyjazn.alleluja.pl/tekst.php?numer=29630

„W odległym zakątku świata, w gęstym lesie, znajdowała się drabinka. Była to zwykła drabina, zrobiona z wysuszonego i zużytego drewna. Była otoczona świerkami, modrzewiami i brzozami Wspaniałymi drzewami. Pośród nich wydawała się naprawdę nędzna. Drwale który pracowali w lesie, pewnego dnia dotarli tam. Spojrzeli na drabinę z politowaniem. „Co to za tandeta?” – zawołał jeden. „Nie nadaje się nawet na opał” – powiedział drugi. Jeden z nich chwycił za siekierę i rozwalił drabinę dwoma uderzeniami. Rozpadła się w jednej chwili. Była rzeczywiście do niczego. Drwale oddalili się, śmiejąc się szyderczo. Była to jednak drabina, po której co wieczór wspinał się ludzik, zapalający gwiazdy. Od tej nocy, niebo nad lasem pozbawione było gwiazd.

Również w tobie istnieje drabina. W porównaniu z tyloma rzeczami, które są ci ofiarowane codziennie, jest niczym. Jest to jednak drabina, która służy do zapalania gwiazd na twoim niebie. Oto jest nazwa: Modlitwa”.


Grażyna – 07-05-07, 03:08


zgadnijcie, kto to napisał…

List miłosny
http://przyjazn.alleluja.pl/tekst.php?numer=28729

„Pewna księżniczka dostała na urodziny od swego narzeczonego ciężką, choć niezbyt dużą paczkę, o dziwnym okrągłym kształcie. Zaciekawiona rozpakowała szybciutko i znalazła w środku… kulę armatnią. Rozczarowana, ze złością rzuciła ją na podłogę. Wtedy pękła zewnętrzna czarna powłoka i ukazała się mniejsza kula w pięknym srebrzystym kolorze. Księżniczka podbiegła i ujęła ją w dłonie. Obracając ją, przypadkowo przycisnęła lekko w pewnym punkcie jej powierzchnię. I oto srebrna otoczka otworzyła się, odsłaniając wspaniałą złotą szkatułkę. Teraz księżniczka łatwo otworzyła złote pudełeczko, w środku którego na miękkiej czarnej materii spoczywał cudowny pierścionek, połyskujący brylancikami tworzącymi dwa słowa: KOCHAM CIĘ.

Wielu ludzi myśli: Pismo święte to nie dla mnie. Jest zbyt trudne, nie potrafiłbym nic zrozumieć. Lecz jeśli ktoś zdobędzie się na wysiłek zdarcia pierwszej „warstwy” poprzez skupienie i modlitwę, za każdym razem odkryje nowe i zaskakujące wspaniałości. A przede wszystkim zostanie bezgranicznie zadziwiony jednoznacznością biblijnego boskiego posłania: BÓG CIĘ KOCHA”.

PS Fragment rekolekcji br. R. Szymkowiaka z dnia 11.12.2006 (Autor pozwolił rozpowszechniać nagrania):
„Ta miłość (…) sprawia, że człowiek widzi wszystko całkiem inaczej. Spogląda normalnie na swoje życie i okazuje się, że to co przed tym odkryciem było dla niego niewidoczne, staje się widoczne. Jedną z takich rzeczy jest Słowo Boże. To znaczy ktoś, kto odkrywa Boga jako Miłość, już nie patrzy na tą Księgę przez pryzmat kurzu na niej będącego. Ona może gdzieś tam jest postawiona na półce, ale patrzy na tą Księgę i mówi, że jest Księga o Miłości, która mówi, jak żyć. Dlaczego Księga o Miłości? My mówimy: jest Stary Testament i Nowy Testament. Ale to słowo „testamentum” tak naprawdę oznacza „przymierze”. Bóg zawiera z Izraelem stare przymierze i zawiera z Kościołem nowe przymierze. I gdybyśmy mieli tak naprawdę powiedzieć, co zostało opisane w tej Księdze, to moglibyśmy powiedzieć, że tak naprawdę została opisana tutaj miłość Boga do Izraela. I miłość Boga do Kościoła. Ojcowie Kościoła w pierwszych wiekach istnienia żywego ciała, jakim jest Kościół, mówili, że Chrystus na krzyżu zaślubin dokonał z Kościołem. Trochę (tu słowo wypadło, bo nie rozumiałam, co się nagrało…) to może tak nieopatrznie rozumieć, ponieważ słowo „Kościół” w języku polskim jest rodzaju męskiego, natomiast w języku greckim jest w rodzaju żeńskim. A więc ta Księga jest Księgą, w której zostało zapisane, jak bardzo Bóg pokochał człowieka. Przecież ty jesteś Kościołem. To nie instytucja, ale żywe kamienie. W tej Księdze jest napisane, jak Bóg bardzo ciebie ukochał. W tej Księdze jest zapis słów proroka Ezechiela, który to prorok tak opisuje ową relację Boga do człowieka. Pisze on tak: „Oto Ja przechodziłem obok ciebie i ujrzałem cię (…). Rzekłem do ciebie (…): żyj, rośnij! (…) Ale byłaś naga i bez okrycia. Przechodziłem obok ciebie i ujrzałem cię. Był to twój czas, czas miłości. Rozciągnąłem połę płaszcza mego nad tobą i zakryłem twoją nagość. Związałem się z tobą przysięgą i wszedłem z tobą w przymierze (…) – stałaś się moja” (Ez 16, 6-7a.8). Bóg w swojej miłości zarzuca płaszcz na każdego z nas. Jest to płaszcz, który ma zakryć naszą nagość, ale też z innej strony ma nas chronić. Ten płaszcz, to jest to wszystko, co ma uczynić nas jeszcze bardziej niewinnymi. Co ma ochronić ową miłość przed oczami innych ludzi. Ten płaszcz, byśmy mogli powiedzieć inaczej, jest płaszczem różnych wskazań, przykazań, w których Pan Bóg mówi do nas: żyj w ten sposób, a będziesz szczęśliwy. Zakładam na ciebie płaszcz, by cię ochronił. Ale przyjmij go. To będzie płaszcz przykazań, wskazań, które są gdzieś zawarte w Ewangelii. To będzie wszystko, co ma chronić naszą relację do Pana Boga, ma ochronić tą miłość. Bóg zakłada płaszcz po to, abyśmy my, żyjąc w tym płaszczu, przyjmując te przykazania, te zasady, mogli być światłem dla innych, świecić przykładem wręcz. Bo gdy ktoś się tak najpierw zachłyśnie naprawdę miłością Pana Boga i żyje tym wszystkim, co Bóg przynosi, to to widać. (…)”
Jakby ktoś chciał przesłuchać całe rekolekcje, to ja mam je nagrane. Warto :D .


Grażyna – 07-05-07, 03:25


Kto ma jego książkę? Przyznać się :064: … Achre?

Kazanie Świętego Franciszka
http://przyjazn.alleluja.pl/tekst.php?numer=29637

„Pewnego dnia święty Franciszek, wychodząc z klasztoru, napotkał brata Ginepro. Był on bardzo prostym, dobrym, człowiekiem i święty Franciszek bardzo go kochał. Spotkawszy go, poprosił:
– Bracie Ginepro, pójdź ze mną, będziemy głosić kazania.
– Ojcze mój – odpowiedział brat. – Wiesz przecież, że jestem mało wykształcony. Czy mogę więc przemawiać do ludzi?
Święty Franciszek nalegał jednak i brat Ginepro wreszcie się zgodził. Wędrowali przez całe miasto modląc się w ciszy za wszystkich tych, którzy pracowali w warsztatach i ogrodach. Uśmiechali się do dzieci, szczególnie tych bardzo biednych. Zamieniali kilka słów z najstarszymi. Dotykali chorych. Pomogli pewnej kobiecie dźwigać ciężki dzban z wodą.
Kiedy przemierzyli już kilkakrotnie całe miasto, święty Franciszek powiedział:
– Bracie Ginepro, czas, byśmy powrócili do klasztoru.
– A nasze kazanie?
– Wygłosiliśmy je już…. Wygłosiliśmy… – odpowiedział ze śmiechem Święty.

Jeśli twoje ubranie jest przesiąknięte zapachem mchu, nie ma potrzeby byś mówił o tym wszystkim. Zapach będzie mówił sam za siebie. Najlepszym kazaniem jesteś ty sam”.

:rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:

Dobra, idę spać… Ach, te bezsenne noce :/ … A Wy wejdźcie sobie na http://przyjazn.alleluja.pl/ – tam jest full tych opowiadań :D . Polecam, warto ;D . A teraz już zwijam żagle :p . Dobranoc wszystkim:*


Grażyna – 07-05-07, 12:59


A to już z „Ekstremalnie wypasionych rekolekcji” br. R. Szymkowiaka (polecam wszystkim :!: :D )

„Pewien gospodarz miał pięknego konia, który wzbudzał zazdrość sąsiadów. Pewnego razu koń znikł. Sąsiedzi pocieszali go, mówiąc, że współczują mu, ponieważ spotkało go wielkie nieszczęście. Jednak człowiek ten powiedział: „Szczęście? Nieszczęście? Bóg to wie!”. Po kilku tygodniach koń pojawił się , przyprowadzając gospodarzowi stado dzikich koni. Bliscy przychodzili do niego i gratulowali wielkiego szczęścia, jakie go spotkało. Na co gospodarz oczywiście powtarzał swoją starą śpiewkę: „Szczęście? Nieszczęście? Bóg to wie!”. Po kilku tygodniach syn gospodarza chciał ujeździć jednego z przyprowadzonych koni, spadła z niego i złamał obie nogi. I znów ludzie przychodzili i współczuli gospodarzowi, który powtarzał swoje: „Szczęście? Nieszczęście? Bóg to wie!”. W krótkim czasie po tym wydarzeniu wybuchła wojna. Wielu młodych ludzi zostało wcielonych do armii i zginęło. Sąsiedzi, patrząc na gospodarza, mówili: „Jakie to szczęście, że twój syn połamał nogi! Nie mógł iść walczyć i w ten sposób przeżył!”. Na co gospodarz odpowiadał: „Szczęście? Nieszczęście? Bóg to wie!”.
Opowiastka ta, choć bardzo prosta, pokazuje nam, że nigdy nie wiemy, jakie skutki przyniesie brak, którego w danej chwili doświadczamy. Jednak zawsze musimy być świadomi, że może być to nasza szansa na lepsze życie. W takich sytuacjach należy pamiętać, co dane doświadczenie pokazuje mi o samym sobie. Jak przez tę sytuacje mogą się zmienić moje relacje z innymi ludźmi i postawa względem siebie. Co mi daje to doświadczenie w postrzeganiu świata, w którym żyję, a także jak to, co się dzieje w moim życiu, wpływa na moją postawę względem Boga. Kiedy patrzymy na niesamowite cierpienie samego Jezusa, wydaje się nam, że jest ono bezsensowne”.


Grażyna – 16-06-07, 00:14


Dlaczego kobiety płaczą

„- Dlaczego płaczesz? – młody chłopiec zapytał swą mamę.
– Ponieważ jestem kobietą, odpowiedziała mu.
– Nie rozumiem, odpowiedział.
Ona go przytuliła i rzekła: …i nigdy się nie dowiesz, ale nie martw się to normalne.
Później chłopiec spytał swojego Ojca, dlaczego Mama płacze bez powodu?
Wszystkie kobiety płaczą bez powodu. …było to wszystko co mógł mu odpowiedzieć.
Mały chłopiec urósł i stał się mężczyzną i wciąż nie wiedzą dlaczego kobiety płaczą. Nareszcie uklęknął złożył ręce i zapytał: Boże… Dlaczego kobiety płaczą (tak łatwo)?
A Bóg mu odpowiedział…
…Kiedy tworzyłem kobietę postanowiłem ją uczynić wyjątkową. Stworzyłem jej ramiona na tyle silne by mogła dźwigać ciężar całego świata! Dałem jej nadzwyczajną siłę, pozwalającą jej rodzić dzieci jak również znosić odrzucenie, spowodowane czasem przez jej własne dzieci! Dałem jej stanowczość, która pozwala jej na opiekę nad rodziną i przyjaciółmi.
Niestraszna jej choroba!
Stworzyłem ją wrażliwą, aby kochała wszystkie dzieci, nawet wtedy, gdy jej własne ją bardzo skrzywdzą!
Dałem jej siłę, aby opiekowała się swoim mężem mimo jego wad, Zrobiłem ją z żebra swego męża, tak, aby chroniła jego serce!
Dałem jej mądrość, aby wiedziała, że dobry mąż nigdy nie skrzywdzi swej żony. Czasem jednak testuje jej siłę i wytrwałość żony w wierze w niego. Synu, na sam koniec…
Dałem jej również łzę do wypłakania. Jest to jej jedyna słabość! Jeśli kiedyś zobaczysz, że płacze, powiedz jej jak bardzo ją kochasz i jak wiele robi dla innych. I jeśli nawet wciąż płacze, sprawiłeś, że poczuła się o wiele lepiej.
Ona jest wyjątkowa!”


Iggi – 11-08-07, 22:22


Grażinn, jesteś cudowna. Jesteś darem :*


Grażyna – 13-08-07, 00:09


Yyyyyyyyy… dziękuję… ale… wierz mi, nie jestem…

Pier d’Aubrigy

Prawdziwe bogactwo

„W pewnej wsi jeden z jej mieszkańców zgromadził tyle bogactw, że mógł się uważać za najbogatszego ze wszystkich.
Ponieważ mógł dysponować pieniędzmi i kupił sobie muła, pomyślał więc o podróży Przybył do kraju o wiele większego niż jego kraina i ujrzał dom o wiele piękniejszy od własnego.
– Czyj to dom? – spytał. – Czyżby jakiegoś boga?
– Najbogatszego człowieka w tym kraju – brzmiała odpowiedź.
Wieśniak wrócił w swoje strony i tak ciężko pracował, harował, zapracowywał się, aż wreszcie mógł wybudować sobie siedzibę taką, jak tamta, którą podziwiał.
Tym razem nabył konia i karetę, po czym pojechał do miasta. Tam zaś domów takich, jak jego, były setki. Dziesiątki z nich były nieporównanie piękniejsze. A cóż powiedzieć o pałacu króla? Nawet pracując przez całe życie, w dzień i w nocy nie mógłby współzawodniczyć z takim bogactwem.
Kiedy wracał do domu, smutny i przybity, w wehikule złamało się koło, a koń padł z wyczerpania. Wieśniak musiał więc podróżować pieszo. Kiedy zapadła noc, ujrzał w oddali światełko; był to dom świętego pustelnika.
Wieśniak wszedł i od razu uderzyło go panujące tam wielkie ubóstwo.
– Kim jesteś i czym się zajmujesz – spytał eremitę – że mieszkasz w tak nędznym domostwie?
– To mi wystarcza – odrzekł pustelnik. – A ty z kolei, dlaczego nie jesteś szczęśliwy?
– Bo co, czy to widać?
– Widać to po twoich oczach. Szukają czegoś, czego tu nie ma: bogactwa.
– A jednak, jakież ja widziałem bogactwa! Pustelnik powiedział:
– Czy o zmroku zauważyłeś świetliki na łąkach? Łudzą się, że oświetlają cały świat, ale ich pycha znika, kiedy gwiazdy pojawiają się na niebie. Także one sądzą, że oświetlają niebo. Ale zaledwie ukaże się księżyc, znikają powoli i ze smutkiem. Także księżyc łudzi się, że zalewa ziemię swoim światłem, ale kiedy wschodzi słońce – ledwo go widać na niebie. Gdyby ci, co chwalą się swoim bogactwem, pomyśleli o tych prostych sprawach, odnaleźliby stracony uśmiech.
Wieśniak uśmiechnął się, ale na jego twarzy malowało się jeszcze trochę smutku.
Wówczas eremita powiedział doń:
– Czy wiesz, że w stosunku do mnie jesteś królem?
– No, nie przesadzajmy. Z pewnością mam dom piękniejszy od twojego, trochę odłożonego grosza i…
– Nie o tym mówię – powiedział pustelnik i przybliżył lampę do swojego wynędzniałego ciała; nie miał nóg.
Wówczas wieśniak, który miał się uśmiechnąć – zapłakał”.


Grażyna – 13-08-07, 00:18


Bruno Ferrero
Pisanie na piachu

„Uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę, którą pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: «Nauczycielu, tę kobietę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz?».
Mówili to wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć. Lecz Jezus nachyliwszy się pisał palcem po ziemi” (J 8,3-6).
Niezwykły to wyrok! Sędzia pisze go palcem po piasku… Wystarczy wieczorny wiatr, by wszystko zostało zmazane.
Jezus dobrze wie, kim są oskarżyciele.
„A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: «Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień». I powtórnie nachyliwszy się pisał na ziemi. Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych aż do ostatnich” (J 8,7-9).
Po chwili plac już był pusty. Kobieta stała przed nim sama. Jezus wstał. Podniósł na nią wzrok.
„Podniósłszy się, rzekł do niej: «Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?» A ona odrzekła: «Nikt, Panie!» Rzekł do niej Jezus: «I Ja ciebie nie potępiam. – Idź, a od tej chwili już nie grzesz!»” (J 8,10-11).
Wyrok jak wieczorny wiatr, który zmazuje wszystko…
Znajdziemy zawsze ludzi, którzy będą wszystko czynić, aby skłonić nas do uwierzenia, że Bóg jest jedynie policjantem, pilnującym nas przez cały dzień i noc. Tak jakby Bóg przez cały dzień i noc pisał i utrwalał wszystko w swojej wielkiej księdze: nasze błędy i nasze grzechy oraz przewinienia, nasze dobre i źle uczynki…
Ale dlaczego Bóg miałby być względem nas zawsze surowy lub dlaczego miałby występować przeciwko nam? Czyż jest naszym nieprzyjacielem? Dlaczego więc istnieją ludzie, którzy pragną widzieć w Bogu jedynie kogoś, kto liczy i podsumowuje? Bóg nie jest maszyną! Chcecie mieć dowód? Jedyną księgą, na której Bóg czynił swoje zapisy był piach… Jeśli zgubiliście coś pośród tego piasku, spróbujcie odnaleźć!
Piach jest odporny na wszystko, piach zapomni o wszystkim, piach wszystko wymaże… Na piachu nic nie pozostanie, wszystko zostanie z niego zmazane. Jezus zapisuje na piachu. Stoi przed nim grzeszna kobieta. Jezus pisze na piachu, ponieważ jej grzech został już przebaczony”.


Maciuś – 13-08-07, 13:16


naprawde jestes darem. Jestes bardzo uzdolniona :) . Tyle czytasz, szykasz i zarazem nam pomagasz. Wilkie Ci dzieki … no … poprostu :przytul: :*


Grażyna – 13-08-07, 14:06


http://adonai.pl/opowiadania/duchowe/?id=74
Stare polne ptaki

„Był sobie kiedyś Georg Thomas – pastor w małym mieście Nowej Anglii. Pewnego niedzielno-wielkanocnego poranka przyniósł do kościoła zardzewiałą, pogiętą, starą klatkę na ptaki i postawił ją na kazalnicy.
Brwi wszystkich się podniosły ze zdziwienia a w odpowiedzi pastor Thomas zaczął mówić: Szedłem wczoraj przez miasto i zobaczyłem małego chłopca idącego w moim kierunku i wymachującego tą klatką na ptaki.
Na dnie klatki leżały trzy dzikie ptaszki, drżące z zimna i strachu. Zatrzymałem się i zapytałem:
– Co tam masz, synu?
– Tylko kilka starych ptaków – odpowiedział chłopak.
– Co zamierzasz z nimi zrobić? – zapytałem.
– Wziąć je do domu i się pobawić nimi – odpowiedział.
– Podokuczam im trochę, później powyrywam pióra żeby je przestraszyć. Będę się dobrze bawił.
– No, ale prędzej czy później znudzą ci się te ptaki. Co wtedy zrobisz?
– No, mam koty. – powiedział mały chłopak – One lubią ptaki. Zaniosę je im.
Pastor milczał przez chwilę.
– Ile chcesz za te ptaki, synu?
– Co? Chyba pan nie chce tych ptaków. To tylko szare, stare polne ptaki. Nawet nie śpiewają. Nawet nie są ładne!
– Ile? – ponownie zapytał pastor.
Chłopiec zmierzył pastora jak gdyby był szalony i odpowiedział:
– 10 dolarów?
Pastor sięgnął do kieszeni i wyciągnął 10-cio dolarowy banknot.
Wręczył go chłopcu. W mgnieniu oka chłopak zniknął. Pastor podniósł klatkę i delikatnie doniósł ją do końca alejki gdzie było drzewo i trochę trawy.
Położywszy klatkę na ziemi, otworzył drzwiczki i delikatnie uderzając o szczebelki zachęcał ptaki to wyjścia, uwalniając je. To wyjaśniło, dlaczego ta klatka znajdowała się na kazalnicy. I wtedy pastor opowiedział tę historię.

Pewnego dnia szatan i Jezus mięli rozmowę. Szatan właśnie wrócił z Edenu i chwalił się:
– Tak, właśnie złapałem cały świat ludzi tam na dole.
Zastawiłem na nich pułapkę, zwabiłem ich. Wiedziałem, że nie będą mogli się oprzeć. Mam ich wszystkich!
– Co zamierzasz z nimi zrobić? – zapytał Jezus.
– No, zamierzam się nimi pobawić! Nauczę ich jak się żenić, wychodzić za mąż a potem rozwodzić, jak nienawidzić i wykorzystywać siebie nawzajem, jak pić, palić i przeklinać.
Nauczę ich jak wynaleźć broń i bomby i zabijać siebie nawzajem. Ale będzie zabawa! – odpowiedział szatan.
– A co zrobisz, kiedy skończysz? – zapytał Jezus.
– No, zabiję ich wszystkich – odpowiedział dumnie szatan.
– Ile za nich chcesz? – zapytał Jezus.
– Chyba nie chcesz tych ludzi. Oni nie są dobrzy.
Po co, Ty ich weźmiesz a oni Cię znienawidzą Będą pluć na Ciebie, przeklinać Cię aż w końcu Cię zabiją.
Chyba nie chcesz tych ludzi!
– Ile? – zapytał ponownie Jezus.
Szatan spojrzał na Jezusa i zadrwił:
– Całą Twoją krew, łzy i Twoje życie.
Jezus odpowiedział:
– WYKONANE!
I wtedy zapłacił cenę.

Pastor podniósł klatkę, otworzył drzwiczki i wyszedł zza kazalnicy”.


Grażyna – 13-08-07, 14:17


http://adonai.pl/opowiadania/duchowe/?id=60

Dostrzec człowieka

„Niedziela jak co tydzień. Ludzie idą na mszę. Te same twarze, Ci sami ludzie. Ale jest ktoś nowy. Do kościoła wchodzi w łachmanach, pijany zataczający się starszy człowiek, Chce uklęknąć ale przewraca się. Wszyscy odsuwają się z obrzydzeniem. Wreszcie udało mu się jakoś uklęknąć.
To klęcząc to przewracając się i mamrocząc coś pod nosem przetrwał tak całą mszę.
Wszyscy wyszli a on jeszcze został. Pod kościołem została grupka osób która głośno dyskutowała na temat pijaka, że smród że po co on tu przyszedł. Obok stał zakonnik odziany kapturem którego nigdy tu nie widzieli. W pewnym momencie zakonnik odezwał się.
– Dlaczego krytykujecie tego pijanego, dlaczego nie spojrzycie na siebie. On pragnął tu przyjść. Pragnął choć chwilę spędzić z Bogiem Jego pragnienie było tak silne że pierwszy raz w swoim życiu odstawił butelkę od ust i poszedł do kościoła na mszę żeby porozmawiać z Bogiem.
A czy pragnienie któregoś z Was było tak silne? Czy zostawilibyście coś bardzo ważnego tak jak dla niego była ważna ta butelka i przyszlibyście tu?
Czy Wasze pragnienie byłoby równie silne? Jego ofiara została przyjęta. A Wasza którzy tylko krytykować umiecie? Kogo zobaczyliście w nim – pijaka, łachmaniarza? A Bóg dojrzał w nim człowieka, dojrzał istotę którą umiłował.
Po czym oddalił się i znikł im z oczu…”


Grażyna – 13-08-07, 14:19


Marcin Melon
Lustro

„W dalekim kraju wśród pięknych ośnieżonych górskich szczytów mieszkał pewien człowiek. Dawno temu opuścił miasto, w którym pracował jako profesor na uniwersytecie. Był przez wszystkich szanowany i doceniany jako fachowiec, mimo to nie czuł się szczęśliwy. Po jakimś czasie postanowił zostawić swoją pracę, sprzedał dom, w który mieszkał i udał się w góry, abym tam z dala od cywilizacji podziwiać piękno przyrody i pisać wiersze. Pisanie sprawiało mu wielką radość. Z dala od zgiełku ulic i dymiących kominów czuł, że jest bliżej natury i bliżej Boga. Tam odnalazł swoje szczęście. Wreszcie rozbił to, o czym marzył.
Do jego chaty rzadko zaglądali ludzie, czasem tylko jacyś zabłąkani turyści, którzy zboczyli z górskiego szlaku, prosili go o nocleg. Jednak rano skoro tylko pierwsze promienie słońca wyjrzały zza górskich szczytów – udawali się w dalszą drogę.
Po kilku latach takiego mieszkania w odosobnieniu, mężczyzna odczuł głęboko potrzebę udania się do miasta. Długo walczył z tymi myślami, w końcu postanowił się tam udać. Wyjął z komody resztki pieniędzy, który pozostały mu jeszcze z czasów, gdy był profesorem na uczelni i poszedł do miasta. Tam na jednym ze straganów kupił sobie lustro, chciał bowiem wiedzieć jak wygląda, a w chacie, w górach nie posiadał tego przedmiotu. W mieście zabawił zaledwie kilka godzin i pośpiesznie wrócił w góry.
Od ostatniej wędrówki do miasta codziennie rano bohater przeglądał się w lustrze, chcą wiedzieć jak wygląda.
Minęło kilka miesięcy i mężczyzna znów poczuł ochotę na to, by udać się do miasta. Ruszył więc ponownie w drogę, którą pokonywał wcześniej.
Tym razem nie robił zakupów. Przechodząc ulicą spotkał jednego ze swoich kolegów, który też był profesorem na uniwersytecie. Opowiedział mu o tym, że kilka miesięcy temu kupił lustro, aby wiedzieć jak wygląda. Znajomy profesor popatrzył na niego i rzekł:
– Jeśli chcesz wiedzieć naprawdę kim jesteś, nie patrz w lustro, ono pokaże tylko twoje ciało. Patrz na wyraz twarzy człowieka, który z tobą rozmawia. Wtedy ujrzysz swoje wnętrze, i to kim naprawdę jesteś”.


Grażyna – 13-08-07, 14:24


http://adonai.pl/opowiadania/duchowe/?id=77

Z tradycji islamskiej
Stworzone dla siebie

„Pewien człowiek powiedział do proroka:
– Trudno mi uwierzyć w Bożą miłość.
– Dlaczego?
– Ponieważ nie czuję się jej godzien.
– Co to ma do rzeczy? Jeśli miłość Boża wychodzi ci z serca, nie możesz wątpić, że także Bóg odczuwa miłość do ciebie, nie możesz klaskać jedną ręką. Przecież kiedy spragniony woła: „Gdzież jest ta wspaniała woda?”, woda krzyczy: „Gdzież jest ten, który jej pragnie?”


Grażyna – 13-08-07, 14:36


http://adonai.pl/opowiadania/rodzinne/?id=32
Dłoń i piasek

„Trzynastoletni Tomek spacerował plażą razem ze swą matką.
W pewnej chwili zapytał:
– Mamo, jak można zatrzymać przyjaciela, kiedy w końcu uda się go zdobyć?
Matka zastanowiła się przez chwilę, potem schyliła się i wzięła dwie garście piasku. Uniosła obie ręce do góry; zacisnęła mocno jedną dłoń: piasek uciekał jej między palcami i im bardziej ściskała pięść, tym szybciej wysypywał się piasek. Druga dłoń była otwarta: został na niej cały piasek.
Tomek patrzył zdziwiony, potem zawołał:
– Rozumiem!”


Grażyna – 13-08-07, 15:00


Rabindranath Tagore
Ostateczna ugoda

“»Szukam, kto by mnie kupił!« wołałem, idąc rankiem po brukowanym gościńcu.
Ukazał się król z mieczem w dłoni, jadący na wozie bojowym.
Wziął mnie za rękę i rzekł: »Kupię cię za swoją potęgę«.
Ale potęga jego była niczym i odjechał na swoim rydwanie.
W upalne południe drzwi domów były szczelnie pozamykane.
Szedłem krzywym zaułkiem.
Wyszedł starzec z workiem złota.
Zastanowił się i powiedział: »Kupię cię za pieniądze«.
Zaczął jedną po drugiej odważać swoje monety, ale ja pokazałem mu plecy.
Nadszedł wieczór. Żywopłot wokół ogrodu obsypany był kwieciem.
Wyszła piękna dziewczyna i powiedziała: »Kupię cię za jeden uśmiech«.
Uśmiech jej zblakł i roztopił się we łzach, i samotna odeszła na powrót w ciemność.
Słońce miotało na piasku i fale morskie załamywały się kapryśnie wzdłuż brzegu.
Dziecko siedziało bawiąc się muszelkami.
Podniosło głowę i jak gdyby mnie rozpoznało i rzekło: »Kupię cię za nic«.
Więc dla zabawy ugodziłem się z dzieckiem i stałem się przez to wolnym człowiekiem”.


Maciuś – 13-08-07, 21:47


:) Mała Wielka Grażynka :)


Grażyna – 15-08-07, 16:40


http://wiara6.republika.pl/dowcipy.htm

„O krzewie ciernistym
Pewien poganin zapytał rabbiego:
– Dlaczego Bóg wybrał ciernisty krzew aby rozmawiać z Mojżeszem?
– Gdyby wybrał drzewo laurowe albo krzew owocowy, zapytałbyś o to samo.
Nie ma takiego miejsca, w którym nie ma Boga.

O braku czasu
Mistrz opowiedział uczniom o człowieku, który odmówił mu wspólnej medytacji:
– Ten człowiek przypomina mi drwala, który marnował czas i siły, ponieważ pracował tępą siekierą, twierdząc, że nie ma czasu jej naostrzyć.

O modlitwie
Mędrzec polecił uczniowi, by przyniósł wodę w drucianym koszyku.
Ten kilkakrotnie napełniał koszyk, ale zanim dotarł na miejsce nie było w nim ani kropelki.
Wtedy rzekł:
– Nie przyniosłeś wody, ale oczyściłeś koszyk. Z modlitwą jest tak samo.

Dwaj mnisi (kolejna wersja ;) )
Jeden mnich pomógł pięknej dziewczynie przejść przez błoto.
Wieczorem współtowarzysz zapytał:
– Dlaczego ją przeniosłeś? my mnisi nie możemy zbliżać się do kobiet.
– Zostawiłem ją na skrzyżowaniu, a ty wciąż ją niesiesz.

O garnku
Uczeń zapytał mistrza o sposób skłonienia nieprzyjaciół do współpracy.
Mistrz odpowiedział:
– Ucz się od zwykłego garnka. Jego dno nie jest w stanie pojednać ognia i wody, ale nakłania je do owocnej współpracy”.


Grażyna – 03-09-07, 16:37


Bruno Fererro
Semafor

„Babcia weszła do kościoła, trzymając za rękę wnuczka. Odszukała spojrzeniem czerwoną lampkę, wskazującą, gdzie znajduje się tabarnakulum z Najświętszym Sakramentem.
Uklęknęła i zaczęła się modlić.
Dziecko oczyma wodziło od babci do czerwonej lampki, od lampki do babci. W pewnym momencie zniecierpliwiło się : „Babciu! Gdy pojawi się kolor zielony, wyjdziemy, dobrze?”.

Ta lampka nigdy nie stanie się zielona. Nieustannie powtarza :”Zatrzymaj się!”. Jest tam skała. Jedyna prawdziwa skała, na której istoty ludzkie znajdują oparcie. Jedyny postój, który daje prawdziwy odpoczynek. „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”. Jedyne kazanie Jezusa:”Nawracajcie się! Oto bowiem królestwo Boże jest pośród was”. Jest pośród nas. Ilu z was to jednak zauważą?”


Grażyna – 05-09-07, 00:11


Wczoraj była Eucharystia w kościele na Kruczej w intencji trzech liceów: V, VII i VIII. I kazanie wygłosił taki fajny franciszkanin, o. Radek. Opowiedział taką historyjkę (ja to próbuję odtworzyć z pamięci, bo nie znalazłam w necie oryginału…):

Rok nie był urodzajny, a więc rolnik mógł zebrać tylko jeden worek pszenicy. Szedł właśnie, aby sprzedać go na targu, by za otrzymane pieniądze pożyć choć parę dni, gdy na drodze stanął Jezus. Jezus mówi:
– Oddaj mi swój worek pszenicy.
– Ale Panie Jezu, Ty przecież wiesz, że mam tylko ten jeden… Wiesz, jaki trudny był ten rok… Pozwól, że dam Ci po prosu garść ziarna… – i wyjął z worka garść dla Jezusa. Jezus trzymał w dłoniach otrzymaną pszenicę, po czym zwrócił się do rolnika:
– Teraz Ja dam Tobie. Otwórz swoje dłonie.
I Jezus zwrócił mu darowane ziarno, które stało się złotem. Rolnik popatrzył na worek pszenicy i zapłakał.

Morał był taki, że Jezus pragnie, abyśmy Jemu powierzyli całe nasze życie. On chce całych nas, ze wszystkim – nawet, jak w tym worku są rzeczy niefajne, śmierdzące – po prostu grzechy. Bierze całość i przemienia w złoto…


Jarek – 18-10-07, 22:19
Temat postu: nazywaj to katechezą i rób z tym, co chcesz.


„Czy ty pamiętasz,
Jak będąc razem
Podążaliśmy na równi z czasem
On nie miał dla nas znaczenia
Kochałem ciebie
A ty mnie
Świat obdarzał nas swym pięknem
W nim miłość nie umierała
Nie mogę
Bez ciebie żyć
Pragnę wciąż o tobie śnić
I tobą oddychać o poranku
Odeszłaś za wielki mur
Tam istnieje cisza i Bóg
Jemu poświeciłaś się

Jeden znak- od ciebie
Pamięć ma- dla ciebie

Ref. Proszę cię, byś była
Byś tuż przy mnie żyła
To też radość jest
Proszę cię wróć do mnie
Jednak jest czas wspomnień
Ty wśród sióstr swych, a ja sam

Ciało i duch
Nie wiedzą, jak trwać
Chciałoby się prosić o śmierć
Bez ciebie to nie to samo
Przed nami było tyle planów
Powołanie zrobiło swoje
Czasami myślę
By znaleźć odwagę
I rozbić twego zakonu bramę
To nie jest takie łatwe
Ty jesteś tam
Rozdzielił nas Pan
Jesteś Jemu przeznaczona
Musze z tym pogodzić się”

Chciałoby się powiedzieć: jeden wielki żal, jeden wielki smutek i smak wspomnień. To, co mogło być naprawdę piękne, nie znalazło miejsca, by zaistnieć…
Napisałem ten tekst do piosenki niedługo po lipcowych rekolekcjach. Jest on jak gdyby rozszerzeniem zdania, którego autorem jest mój kolega z Oleśnicy. A powiedział on: „fajne i naprawdę ludzkie dziewczyny często idą do zakonu.” Można by tu rozważać stwierdzenie, że powołanie czasem stanowi górę nad zwykłą, ludzką i wspaniałą miłością.
Pamiętam, jak sam, będąc jeszcze małym podrostkiem (dziś nadal jestem mały, mimo wieku) zarzekałem się, że moim powołaniem jest Bóg, że moim powołaniem jest życie konsekrowane z dala od ludzi. Oni mnie też tam widzieli, patrząc się jednocześnie na zachowanie i styl bycia. Myślałem o tym, dopóki nie poznałem drugiego człowieka, potem kolejnego, następnego i tak do dzisiaj. Nie wiem, dlaczego, ale ten człowiek stał się jak gdyby przeszkodą na tej drodze i próbowałem go usunąć, ale nie dało rady… Zaparł się w sercu… Nawet nie wiedziałem, jak bardzo stanie się on dla mnie ważny pomimo wszystko. Pomimo wszystko…
Po rekolekcjach w Sędziszowie poważnie zastanowiłem się nad tym wszystkim, w ogóle nad całym swoim życiem. Wyciągnąłem wtedy wniosek: „powołanie do życia i miłości”, którego obraz pojawił się dużo wcześniej, tylko nie było motywacji, by go ostatecznie przyjąć. Pan Bóg dał mi dostatecznie dużo łaski, bym to pojął i za to Mu dziękuję. Dlatego te rekolekcje nazwałem „nowym początkiem”…
Co do zdania mojego kolegi, które zacytowałem na początku… Na rekolekcjach Cracov City Tour mieliśmy zaszczyt spotkać siostry „bezwelonowe” (czy to czasem nie były jadwiżanki? Mało istotne) Bądź co bądź te siostry (może to zabrzmi teraz typowo po męsku) były naprawdę fajne i sympatyczne z twarzy i charakteru. I sądziłem tak nie tylko ja, ale też reszta chłopaków. (cdn)


Grażyna – 19-10-07, 00:25


Elegia o powołaniu do życia zakonnego??? Myślę, że należy pisać o tym raczej hymny pochwalne na cześć Pana.


Gutek – 19-10-07, 07:09


Co do Jarka nie wiem moze ja zle to odbieram ale co ty wszytko piszesz to sie opiera na kobietach tu znikal tu cos tam odeszal ?? nie wiem Tu byla fajna cos o Bogu napiszesz. hmm nie wiem, czy bardziej ci zależy na Bogu czy na kobietach, bo czasem odbieram to tak, że masz więcej pretensji do Boga niż miłości.


Jarek – 19-10-07, 09:25


(cd)

Dwa razy zachęcano mnie, bym wstąpił do klasztoru. Powiem, że takie życie mnie nawet fascynuje, ale z drugiej strony nie jestem silnym człowiekiem, i żal byłoby zostawiać to, co zbudowałem i co być może uda mi się jeszcze zbudować. Zakon lub seminarium stałyby się wtedy dla mnie taką przerwą w życiu (przynajmniej ja to tak odbieram). Broniłem się wtedy stwierdzeniem, które zawsze będę powtarzał, ilekroć usłyszę coś podobnego (może nie za każdym razem tak dokładnie):
„Każdy ma swoją drogę do świętości. Mówi się, ze najpełniej się ona realizuje w kapłaństwie, czy zakonie. Realizuje sie w każdym przypadku. Przecież Papież kanonizował piekarza, kowala, szefca i wielu innych, którzy mieli rodziny i zarabiali na życie. A świętymi są dlatego, bo byli naprawdę super, byli dobrzy i otwarci na drugiego człowieka. Każdy z nich pomagał, jak tylko mógł. Byli dobrzy i ofiarni- to główne zasługi, jakie można takim przypisać.” I zgodzili się z tym… Więcej nie pytali…
W skrócie, jak powiedział mój znajomy pallotyn: „Nie musowo ci nakładać habit, czy sutannę. Jeśli jesteś dobrym człowiekiem, to ubranie nie wprowadzi żadnych zmian, ani też nie pogorszy. Będziesz taki sam.” Tymi słowami ostatecznie ugruntował moje przekonanie. Jestem dziś wdzięczny ludziom, którzy mnie powstrzymali od przekroczenia tych bram, choć przez ten ostatni czas naprawdę wiele straciłem (chyba juz sie powtarzam). Może uda mi sie tyle samo zyskać na nowo? Powoli przestaje sie poddawać…

(cdn)


Grażyna – 19-10-07, 13:24


O. Kazimierz Lubowicki, misjonarz, napisał taki wiersz-modlitwę:

„Dziękuję Ci, Chryste, Dobry Pasterzu,
za kapłanów,
którzy żyją pod urokiem
ewangelicznego orędzia,
w serdecznej zażyłości z Tobą,
lgnąc do Ciebie
jak przyjaciel do przyjaciela.

Dziękuję Ci, bardzo dziękuję za kapłanów,
którzy nie myślą o sobie
lecz dla Ciebie i tylko dla Ciebie
wędrują w spiekocie od wioski do wioski,
jedzą to, co im podadzą,
śpią tam, gdzie każą,
uczą się dziwnych języków,
zwyczajów i praw
po to tylko, by daleko stąd
znano Ciebie i kochano.

Niech ktoś spośród młodych
zauważy
tę ich zwyczajną, codzienną
Miłość
ku Tobie
i niech pójdzie ich drogą”.

To tak nawiązując do ostatniej mojej wypowiedzi.

Jarek napisał/a:
„fajne i naprawdę ludzkie dziewczyny często idą do zakonu.” Można by tu rozważać stwierdzenie, że powołanie czasem stanowi górę nad zwykłą, ludzką i wspaniałą miłością.

Ja osobiście cieszę się, że tak jest :) . Świat się dziwi, że fajne dziewczyny i fajni faceci oddają całe swoje życie Panu Bogu, świat nie może pojąć, jak to jest, że właśnie tacy zgadzają się na celibat, ubóstwo, posłuszeństwo. A ci kapłani, bracia, siostry zakonne są właśnie świadectwem dla tego świata, że jest Ktoś – Pan Bóg – któremu watro się całkowicie poświęcić, że seks, kasa i inne przyjemności tego świata nie są drogą do szczęścia. W oczach świata są po prostu głupcami… A jakiś ksiądz mądrze kiedyś powiedział, że prawdziwy, szczery śmiech można usłyszeć tylko za murami klasztoru :) .

(Chyba trochę zboczyliśmy z tematu)


Gutek – 19-10-07, 13:32


:) no Grazynka dobrzze to ubrałas w slowa ja sie wlasnie zastanawialem jak to napisac a Bog nie wybiera z wygladu nas lecz z serca wszyscy jestesmy stworzeni na podobiejstwo wiec kazdy w jego oczach jest „ładny” tylko my oceniamy ludzi a ten brzytki ten ma krzyw nogi to niech idzie moze do zakonu :) ))))))))))) . Czasem trudno nie oceniac ale kto znas jest doskonały :(


Jarek – 19-10-07, 15:53


Takie przemyślenie pokazuje, jak bardzo sie od siebie wszyscy różnimy, a do jednego celu dochodzimy, tylko każdy inaczej. Ty inaczej i ja, ale kontynuję… ;)

(cd)
Podążam dalej, staram sie nie odwracać głowy, “nie rozpamiętywać wydarzeń minionych”, nabierać tej miłości, począwszy od zwykłej znajomości, a jednocześnie staram sie być na bieżąco z okrutnymi czynami i sprawami, do których jest zdolny zły człowiek, który nie czuje Boga w sercu. Marzy mi się często, by, tak jak Chrystus do takich sie skierować, mając tym samym wsparcie kogoś, kto kocha… Miłość to motywacja do działania, do życia i świadectwa.
Niedawno w Bykowie (kto oglądał “Celownik” niedawno to wie, o co chodzi) zabito łopatą młodego człowieka i zakopano w gaiku świerkowym niedaleko miejsca zbrodni. Zamordowany był oleśniczaninem… Chciał tylko odzyskać pieniądze, które mu ukradziono z jego konta, a otrzymał kilka ciosów łopatą. Bezwzględność… Człowiek wrażliwy nie wiedziałby, jak żyć w czymś takim i uciekałby jak najdalej. Ja niestety taki jestem, ale czy uciekam? Wierzę, że ty nie uciekasz… W przeciwieństwie do co niektórych moich znajomych, którzy seminarium traktują właśnie jako ucieczkę od tego wszystkiego i z dala patrzą sie na to. A czy Chrystus nie żył też w takiej rzeczywistości, gdzie były wojny, zabójstwa itp.? Żył… Nie odchodził ani na dłuższą chwilę (przynajmniej tak rozumiem z tego, co już przeczytałem w tej Świętej Księdze).
Ten świat jest takim, w którym można łączyć w sobie pragnienie Boga, pragnienie człowieka i pragnienie miłości (podając po raz kolejny Bezdomnych, jako przykład), ale tez być na bieżąco z tym, do czego zdolny jest zły człowiek.

(cdn)


prałat – 19-10-07, 16:57


przypominam, że jest to forum, a nie blog. takie odczucie mam.


Achre junior – 19-10-07, 18:57


I ja również.


dzwonek – 20-10-07, 00:45


cóż, wasze odczucia są zgodne z tym jak się rzeczy mają. to ważne…

fajnie, że ten temat jest


Jarek – 20-10-07, 20:07


(cd)

Zapytaj sie swojego serca:
Czy warto unikać miłości?
Czy uciekam od złych ludzi? Jeśli tak, to dlaczego nie staram sie im pomóc?
Czy dobro czyjegoś serca mnie drażni?
Czy jestem obojętny (wiedząc, że odwrotnością dobra nie jest zło, a obojętność)?
Czemu nie otwieram sie na nowych ludzi?
Dlaczego tak często wątpię w siebie, w Boga, a przede wszystkim drugiego człowieka, który bądź co bądź podobno jest obrazem tego Boga na ziemi?
Czym jest dla mnie wspólnota: wybawieniem, rekaksem czy tylko odpoczynkiem? A może nauką otwartości?
Czym jest dla mnie miłość, jakiej tam doświadczam?
Umiem żyć?
Umiem kochać?
To czemu uciekam?
(taki rachunek sumienia praktykuję od pewnego czasu- spróbuj i ty. pomoż też tak drugiej osobie)
Przez poznanie drugiego człowieka poznaję też nowego siebie… Czy czasem nie bronie sie przed tym?
Napisałem to dlatego, by spróbować przynajmniej pokazać, że miłość jest dla każdego i zanim sie jej nie doświadczy, to ciężko jest ocenić siebie i wybrać właściwą drogę. Dam głowę, że zaraz znajdzie sie ktoś, który będzie udowadniał, ze po co sie produkuję, że nietematycznie, ze jestem nowicjuszem i tak dalej. Możliwe… Ale to jest właśnie to, co pojąłem w ciszy klasztornej, a potem w czasie “rekolekcji po rekolekcjach” (Sędziszów)…

(cdn)


Grażyna – 21-10-07, 10:22


Nie wiem, czy koncepcja tego tematu jest jeszcze aktualna, ale znalazłam fajne stronki :) . Wiem, że język nie robi Wam różnicy, więc nie będę go kaleczyć tłumacząc.

www.jewishmag.co.il

„In a town near to Rabbi Zushia, there was a rabbinical college. The students were studying the Talmud and came to the passage that said: „we must thank G-d for the good as well as the bad.” The students were puzzled. Thanking G-d for the good, that’s understandable and reasonable; but thanking G-d for the bad? That didn’t make any sense. They brought this question to the attention of the dean of the college. He stroked his long beard and pondered the question. „Yes, this is a question that only Rabbi Zushia can answer. Go to his house and ask him!” The students decided to go immediately. Rabbi Zushia lived outside of the town. They walked beyond the town’s limits and entered into the wooded forest. Following a narrow path, they soon arrived at a run-down shack that was Rabbi Zushia’s abode. The windows were broken, the roof looked in need of repair and the walls were badly cracked. As Rabbi Zushia greeted them and led them in, they saw the abject poverty in which Rabbi Zushia lived. The chairs were wobbly and few. The other furnishings were shoddy and in poor repair. Rabbi Zushia apologized for not having any thing to offer them to eat but perhaps a glass of hot water would be sufficient. The students explained that they had come to ask him this question. „Why does it say in the Talmud that we must thank G-d for the good as well as the bad?” Rabbi Zushia asked them, „Why come to me to ask me that question. I also can not understand it. Nothing bad has ever happened to me. Is it possible that G-d does anything bad?”


Grażyna – 21-10-07, 10:29


www.inspirationalstories.com

Sin
„One of the disconcerting – and delightful teachings of the Master was: „God is closer to sinners than to saints.” This is how he explained it: „God in heaven holds each person by a string. When you sin, you cut the string. Then God ties it up again, making a knot and thereby bringing you a little closer to him. Again and again your sins cut the string and with each further knot God keeps drawing you closer and closer.”

Comprehension
„Every word, every image used for God is a distortion more than a description.”
„Then how does one speak of God?”
„Through Silence.”
„Why, then, do you speak in words?”
At that the Master laughed uproariously He said, „When I speak, you mustn’t listen to the words, my dear. Listen to the Silence.”

Insinuation
The Master claimed he had a book that contained everything one could conceivably know about God. No one had ever seen the book till a visiting scholar, by dint of persistent entreaty, wrested it from the Master. He took it home and eagerly opened it – only to find that every one of its pages was blank. „But the book says nothing,” wailed the scholar. „I know,” said the Master contentedly. „But see how much it indicates!”

God Made Part of Me
„Can you tell me who made you?” the pastor asked the small boy. The Youngster thought a moment. Then he looked up at the pastor and said, „God made part of me.” „What do you mean, part of you?” asked the pastor. „Well,” answered the boy, „God made me little. I grew the rest myself.”
„Growing the rest” is a lifetime job for everyone”.


Grażyna – 21-10-07, 10:33


http://www.inspirationalstories.com/1/199.html

„A college student was in a philosophy class, where there was a class discussion about whether or not God exists, The professor had the following logic:
„Has anyone in this class heard God?”
Nobody spoke.
„Has anyone in this class touched God?”
Again, nobody spoke.
„Has anyone in this class seen God?”
When nobody spoke for the third time, he simply stated, „Then there is no God.”
The student did not like the sound of this at all, and asked for permission to speak. The professor granted it, and the student stood up and asked the following questions of his classmates:
„Has anyone in this class heard our professor’s brain?”
Silence.
„Has anyone in this class touched our professor’s brain?”
Absolute silence.
„Has anyone in this class seen our professor’s brain?”
When nobody in the class dared to speak, the student concluded,
„Then, according to our professor’s logic, it must be true that our professor has no brain!”


Zielona Paulina – 21-10-07, 11:49


hehe;d


Jarek – 21-10-07, 13:57


(cd)końcówka…

Jesteś skupiony na modlitwie (dobrze to widzę), a jaki jesteś poza spotkaniem? Czy można ciebie dotknąć i wtedy? Nie zmieniasz się czasem w kogoś innego? Jeżeli tak, to znaczy że jesteśmy tacy sami (ja jeszcze walczę), a jeżeli jest inaczej, to znak, że jesteś prawdziwym człowiekiem z krwi i kości, który (mam taką nadzieję) kocha.
Zanim wzniesiesz ręce, zanim wybierzesz drogę, pomyśl nad sobą, nad tym kim jesteś. Z całą prawdą… I nie uznawaj, jako herezji tych myśli, które z rekolekcji wyciągnięte.


Jarek – 23-10-07, 20:46


Niedawno odebrałem ze skrzynki internetowej wiadomość dotyczącą usunięcia pewnego tekstu z forum(wyniku nieprzemyslenia i wygłupu z nieznanym skutkiem). Możliwe, że popełniłem mały błąd jeśli chodzi o pewną od niechcenia napisaną myśl i za to przepraszam, ale to mało istotne. Treść tej wiadomości wprawiła mnie jednak w niemałe zdumienie i szok. Pisało: “(…)nie jest to myśl, która powinna przyświecać ludziom z naszym światopoglądem.” Naszym światopoglądem… Górnolotne słowa? Prawdę rzekłszy, poczułem się jak heretyk(zresztą nie pierwszy raz), jak ktoś niższej rasy, kto rzeczywiście jest inny, jak ktoś, kto musi być taki sam, jak wszyscy, a przecież niczym sie nie różnię, też głoszę Imię Pana, tylko może nieco inaczej. Wydało mi sie też słuszne poruszenie poniższego tematu, który ma charakter bardziej refleksyjny, niż naukowy.

… I nagle pojawia się ktoś, kto myśli inaczej, ma inny pogląd na życie, tym samym burząc spokój zwykłych obywateli. Inna jest jego filozofia, inne są jego dni, inny jest jego świat, a przybył po to, by się nim podzielić, by pokazać to, co może być dla kogoś naprawdę nowe.
(Mt 6; 2, 4) „Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się pytało ze zdziwieniem: Skąd On to ma? I co to za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce.”(…) „Tylko w swojej ojczyźnie wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony.”
Lekceważony i nie słuchany przez nikogo… Tak jest.
Ponad 2000 lat temu Słowo Boże, głoszone przez Jezusa było całkowitą obczyzną dla mieszkańców tamtejszego, że sie tak wyrażę- świata. Ludzie nie wiedzieli, co mieli myśleć na jego temat, tak patrząc sie w tej chwili czysto analitycznie i egzegetycznie na teksty ewangelii- raz wierzyli, raz nie. Z czego to wynikało? Być może odnajdywali w tym Słowie tylko to, co ich dotyczy, a pomijali jego ogólny sens, jakim było Królestwo Boże. Dla niektórych z nich owo Królestwo było abstrakcją- herezją! Dopiero, jak przysłuchiwali sie częściej, to zaczęli rozumieć i wierzyć. Dopiero, gdy zawisł na krzyżu, to Go poznali… POPATRZMY NA DZISIEJSZE HEREZJE…
Takim pospolitym przykładem może być moralność, która jest herezją dla kogoś, kto od lat prowadzi się nieporządnie. Alkohol, zabawy do późnej nocy… Tańce w nocnych klubach… Zetknąłem się z tym… Dziś ciesze sie, że to był tylko chwilowy “załam”, że modlitwa, a potem wejście we wspólnotę pomogło mi sie zmotywować i odejść jak najszybciej od tego. Ale jednocześnie stałem sie kimś właśnie w rodzaju heretyka dla kogoś, kto dalej praktykuje tę metodę na życie. I kiedy chce mu pomóc, widze krzyż…
Religie świata? Najbardziej krzykliwy i modny przykład na herezje dzisiejszego dnia i rzeczywistości. Chrześcijanie i muzułmani… Jedni dla drugich heretykami i niewierzącymi… Ciekawe, nie? To dowód na to, jak bardzo siebie wzajemnie nie rozumiemy i przez to sie oddzielamy od siebie. Z jednej strony śmierć za wiarę, którą to śmierć dyktuje rozum, a z drugiej strony ta Miłość, głoszona od wieków i Królestwo.
Heretykiem jest też ksiądz… Oczywiście dla kogoś, kto patrzy sie tylko na niego z punktu zarobkowego, a nie na to, co mówi. I w ten sposób też traktuje sie tych, którzy naprawdę są z prawdziwego zdarzenia i chęci kapłanami- sługami Boga na Ziemi. Stereotyp? A może różne natury ludzi?
Chodziłem w tym roku po kolędzie w jednym z bloków w swojej parafii. Ksiądz zasiedział sie trochę w jednym z mieszkań, a ja zapukałem do następnego. Dziś już wiem, że niebezpiecznie jest pukać w takie miejsce, na jakie trafiłem. Drzwi otworzył mi z hukiem średniego wieku, masywny gość. Ja już miałem wersje powitania przygotowaną dawno. Gość zaczął krzyczeć na całą bramę, że niby znowu “czarnuchy przyszły kraść”, że “pozabija”, “niech wypier…” itd. Wywalił na mnie wszystkie swoje żale i wrócił do mieszkania, trzaskając drzwiami. Dało się jeszcze słyszeć: “niech tylko ten czarnuch tu zejdzie, to zrobię mu z d… (…)”- mało istotne, jakie epitety sie dalej posypały. Pomyślałem sobie, że lepiej jest zostać na tym piętrze i asekurować, bo gdyby spełnił swoje słowa, to by było nieciekawie. Jak sie potem okazało, facet był terrorystą całej bramy… A co do księdza, to trochę go znałem i w porównaniu do innych, którzy, ze tak powiem: “przewinęli sie przeze mnie w parafii”, to nie był on do końca idealny(pomimo, tego sie dogadywaliśmy)… Ale, cóż…
Na forum strony www.znajomi.pl trafiłem na temat herezji. Wypowiedzi młodych ludzi raz wprawiały mnie w przerażenie, raz w konsternację :566: – sam nie do końca wiedziałem, co jest co. Dużo młodych ludzi patrzy na wszystko pod kątem realiów życia i stąd pochodzą pytania typu: “co by było, gdyby ktoś zaczął pisać drugą część Nowego Testamentu, twierdząc, że mówi do niego Duch Św?”. Albo: “(…)a jeśli stwarzałby nas wyłącznie Bóg,(…)to także i negatywne cechy pochodzą od niego. A może stworzył nas na spółkę z Szatanem?” Kto inny twierdzi, że istnieje “bajka z tymi bogami”. Są też tacy, którzy męczą sie, szukając, jak to zostało nazwane “dowodów na istnienie Boga” w książkach Arystotelesa, Sokratesa i wielu innych. I tu wkraczamy w elementy filozofii, a nie wiary i nauki o Bogu. A znowuż nauka o Bogu wyłamuje sie bądź co bądź z filozofii. Tak wiec koło sie zamyka… Sugeruje, co by wejść na powyższą stronę, odnaleźć w dziale WIARA temat “w kwestii Boga- herezja goni herezję” i przeczytać sobie wypowiedzi ludzi, do których każda wspólnota ewangelizacyjna kieruje Słowo Boże. Chyba, że juz byłeś na tej stronie i czytałeś… Albo nie jesteś ciekawy… Brak ciekawości zamyka serce na wszystko, co wokoło- to nie jest zdrowe… Warto chyba zobaczyć, z jakim oporem można sie spotkać… Z oporem na Słowo, które dzisiaj serio jest traktowane, jak herezję, a ci, którzy je głoszą, są w oczach innych nienormalni… Spotkałem sie z tym.
Wsłuchując sie w melancholijny kawałek zespołu Green Day pt: “Working Class Hero” cieszyłem sie z jednego :) , mianowicie z tego, że Pan Bóg mówi poprzez ludzi do wszystkich, do każdego z nas. I tak prawdę mówiąc, zasady nauczania, głoszenia Słowa są istotne, ale gdyby uczyć sie zasad, to by sie zapomniało o tym, że każdemu jest dana odrębna natura. Przez zasady człowiek czasem zapomina o tym, kim naprawdę jest… Musiałby być naprawdę silny, by to połączyć. Nie ma konieczności, by sie uczyć mówienia do drugiej osoby o Panu Bogu, bo przecież każdy to potrafi, chociaż znam paru, którzy z Panem Bogiem mieli styczność wiele lat temu podczas komunii świętej i to wszystko. Dziś są takimi balowiczami, jak TEDE, czy Peja…
Szczerze? Mi przez zasady ciężko było odnaleźć Pana Boga. W książkach go nie widziałem. W kościele? Gdzieś sie tam przewijał… Odnalazłem go dopiero przez utęsknione serce i cisze, o której juz kiedyś wspominałem. Ta cisza, która została mi podarowana, nakłania do przemyśleń. Dziś mam kolegę satanistę, punka, skina i paru takich, którzy z Panem Bogiem nie są za pan brat. I kiedy do nich mówię o doświadczeniach obecności Jezusa, zdaję sobie sprawę, że nie przyjmą tego do wiadomości, ale wysłuchają i zrozumieją. Może to przez to, że sie znamy od lat…? I wiem dobrze, że kroczę troszkę inną droga do Chrystusa, może czasem bardziej zakręconą, ale to też droga. I jestem dumny, że mogę w ten sposób, nieważne, czy to jest odbierane, jako herezję, inny światopogląd, nietematyczną wypowiedź itp. Zanim oceni sie kogoś, jako heretyka, może warto go najpierw poznać? I przybliżyć do siebie, by on zrozumiał ciebie, a ty jego…
Panu Bogu dziękuję za wszystkich ludzi, nieważne, jacy są… I modlę sie za heretyków o zrozumienie i doświadczenie przez serce… :D


Achre junior – 23-10-07, 22:45


mam pomysł. pod tekstem, poproszę streszczenie… :P tak w sumie to przeczytam powyższą wypowiedź, ale w weekend, bo czas będzie.


Gutek – 24-10-07, 11:35


hmmm ciekawi mnie to co napisales i tak sobie mysle:
1. czy ty sie utożsamiasz z Jezusem bo mi sie tak wydaje po tym co napisałes
2 czy przemyslałeś to co napisales???


pwsp – 24-10-07, 11:58


Mnie też takie podobne do Gutka odczucie ogarnęło – Czy Ty czasem nie utożsamiasz się z Panem Jezusem?


prałat – 24-10-07, 12:30


no fajnie, rozumiem że jesteśmy wstrętnymi prześladującymi heretykami, tak? (bo niewiele rozumiem z tego, szczerze mówiąc). czy co?

radzę przemyśleć kilka razy to, co się pisze. i radzę bardzo poważnie. i nie jest to kwestia tępienia kogoś, kto ma inne poglądy, tylko utrzymania elementarnego porządku na forum.


Achre junior – 24-10-07, 13:48


właśnie przeczytałem.

1. Z jakiego forum? w sensie od nas?
2.

Jarek napisał/a:
I nagle pojawia się ktoś, kto myśli inaczej, ma inny pogląd na życie, tym samym burząc spokój zwykłych obywateli. Inna jest jego filozofia, inne są jego dni, inny jest jego świat, a przybył po to, by się nim podzielić, by pokazać to, co może być dla kogoś naprawdę nowe.

Polecam Króla Rogera. :P

3. Co ma do rzeczy kolęda?
4.

Jarek napisał/a:
Dopiero, jak przysłuchiwali sie częściej, to zaczęli rozumieć i wierzyć. Dopiero, gdy zawisł na krzyżu, to Go poznali..

O co chodzi?? Może rozwiniesz?
5.

Cytat:
I tak prawdę mówiąc, zasady nauczania, głoszenia Słowa są istotne, ale gdyby uczyć sie zasad, to by sie zapomniało o tym, że każdemu jest dana odrębna natura
Cytat:
Mi przez zasady ciężko było odnaleźć Pana Boga. W książkach go nie widziałem. W kościele? Gdzieś sie tam przewijał… Odnalazłem go dopiero przez utęsknione serce i cisze, o której juz kiedyś wspominałem

Może inni gdzie indziej Go odnaleźli?

I na koniec:

Jarek napisał/a:
Panu Bogu dziękuję za wszystkich ludzi, nieważne, jacy są… I modlę sie za heretyków o zrozumienie i doświadczenie przez serce…
Łk 18, 10-13 napisał/a:
«Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: „Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam”. Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika!”

dzwonek – 24-10-07, 17:35


prałat napisał/a:
radzę przemyśleć kilka razy to, co się pisze. i radzę bardzo poważnie. i nie jest to kwestia tępienia kogoś, kto ma inne poglądy, tylko utrzymania elementarnego porządku na forum.

:| utrzymania porządku? który bedzie mial miejsce, kiedy ty bedziesz rozumal, tak?


dzwonek – 24-10-07, 18:10


Również zastanawiam się czego dotyczyła wstawka z kolędą…
Tymczasem…

Jarek napisał/a:
Na forum strony www.znajomi.pl trafiłem na temat herezji. Wypowiedzi młodych ludzi raz wprawiały mnie w przerażenie, raz w konsternację :566: – sam nie do końca wiedziałem, co jest co. Dużo młodych ludzi patrzy na wszystko pod kątem realiów życia i stąd pochodzą pytania typu: “co by było, gdyby ktoś zaczął pisać drugą część Nowego Testamentu, twierdząc, że mówi do niego Duch Św?”.

W przerażenie wprawiło cię pytanie oparte na podstawie rozpatrywania realiów życia. A ty, przepraszam, żyjesz, wbrew realiom? realia pochodzą od słowa realność. Nie żyjesz w świecie realnym?

Jarek napisał/a:
Są też tacy, którzy męczą sie, szukając, jak to zostało nazwane “dowodów na istnienie Boga” w książkach Arystotelesa, Sokratesa i wielu innych. I tu wkraczamy w elementy filozofii, a nie wiary i nauki o Bogu. A znowuż nauka o Bogu wyłamuje sie bądź co bądź z filozofii. Tak wiec koło sie zamyka…

Jeżeli twierdzisz, że filozofia,czyli rozumowanie dedukcyjne jest opozycyjna wobec wiary, to sprzeciwiasz się
1. Ewangelii
2. Nauce Kościoła Katolickiego
i prostej zasadzie, że jeśli w wierze nie posługujesz się rozumem, to wiara nie istnieje, bo człowiek nie ma innej oficjalnie stwierdzonej zdolności poznawczej.

Jarek napisał/a:
Sugeruje, co by wejść na powyższą stronę, odnaleźć w dziale WIARA temat “w kwestii Boga- herezja goni herezję” i przeczytać sobie wypowiedzi ludzi, do których każda wspólnota ewangelizacyjna kieruje Słowo Boże. Chyba, że juz byłeś na tej stronie i czytałeś… Albo nie jesteś ciekawy… Brak ciekawości zamyka serce na wszystko, co wokoło- to nie jest zdrowe…

Czy to stwierdzenie implikuje osobom niezainteresowanym tą stroną chorobę?

Jarek napisał/a:
I tak prawdę mówiąc, zasady nauczania, głoszenia Słowa są istotne, ale gdyby uczyć sie zasad, to by sie zapomniało o tym, że każdemu jest dana odrębna natura. Przez zasady człowiek czasem zapomina o tym, kim naprawdę jest… Musiałby być naprawdę silny, by to połączyć.

Z tej wypowiedzi wynika, że
1.zasady głoszenia Słowa powodują że człowiek może zapomnieć o tym kim naprawdę jest.
2. każdy ma odrębną naturę –> uczenie się zasad może być wystąpieniem przeciwko swojej naturze
Abstrachując od tego czy nie istnieje coś tkiego jak natura ludzka, która jest wspólna…hm…ludziom, to jesteś pewein że to właśnie chciałeś powiedziec?

Jarek napisał/a:
Nie ma konieczności, by sie uczyć mówienia do drugiej osoby o Panu Bogu, bo przecież każdy to potrafi, chociaż znam paru, którzy z Panem Bogiem mieli styczność wiele lat temu podczas komunii świętej i to wszystko. Dziś są takimi balowiczami, jak TEDE, czy Peja…

no…


Jarek – 24-10-07, 19:29


Na wstepie powiem, że się bardzo cieszę :064: :629: ! Mianowicie dlatego, że coś się wreszcie dzieje na tym forum, że wreszcie dochodzi do jakichś konkretnych dyskusji, a nie wymian pojedynczych zdań, pojedynczych monologów, pochwał itd, choć to też ważne…
;) Na wstępie chciałbym pogratulować wobec wszystkich użytkowników forum Arche- Dżuniorowi jako pierwszemu bardzo ładnej postawy, na pewno lepszej od prałata, Gutka i pwsp. :] :607: Wreszcie konkret… „przeczytałem, a teraz się pytam i kontratakuję…” Podziwiam i jak dawniej na egzaminie maturalnym lub na przyszłej magisterce spróbuję odpowiedzieć- wybronić się.

1. Z jakiego forum? W sensie od nas?
Tak. W sensie od forum „ichtisu”, ale ta kwestia już została wyjaśniona.

2. Polecam Króla Rogera.
Dzięki, postaram się przeczytać. Podaj tylko autora. :)
Co do wstępu w moim tekście:
Wykładowca egzegezy biblijnej, gdyby zapytano się go o znaczenie przybycia Chrystusa i ludzka reakcje na to wydarzenie, powiedziałby podobnie. To jest czysta interpretacja i każdy ludzki rozum odbiera ją inaczej, ja właśnie w ten sposób też pojmuję ogólny sens ewangelii. Nie znaczy to jednak, że jestem przeciwko Chrystusowi. A piszę tak dlatego, bo za rok na studiach czeka mnie egzegeza biblijna- analiza i interpretacja Świętego Tekstu.

3. Co ma do rzeczy kolęda?
Zwykły przykład podejścia niektórych ludzi, nie znających Kapłanów(przytoczyłem go, mając na względzie swoje środowisko).

4. O co chodzi? Może rozwiniesz?
I znowu podejście z jednej strony analityczne, a z drugiej wyciągniecie z tego wniosku.
Jezus, mówiąc o Królestwie, wiedział, że nie każdy Mu wierzy. Niejednokrotnie chciano Go przecież przyłapać na bluźnierstwie, na kłamstwie, prawda? I tak całkiem serio(nie boję się odważnych stwierdzeń, niejednokrotnie cenzurowanych): Jego śmierć uzmysłowiła ludziom, że Królestwo, to nie farsa, a najprawdziwsza prawda, wskazuje na to choćby cytat celnika z Ewangelii św. Marka. A potem ten wspaniały cud zmartwychwstania. Tak ujmując to po ludzku: wiele rzeczy, zasłyszanych na początku wydaje się kłamliwych i oszukańczych, a potem, kiedy zobaczy się dowód na ich prawdziwość, to ocena i dalsze patrzenie ulegają zmianie. Można by to nazwać podejściem czysto ”Didymosowskim”.

5. Może inni gdzieś indziej go odnaleźli?
Znam bezczelnych i chamskich ludzi, pełnych niewiary, którzy by powiedzieli: w barze, gwiazdach?
Dzisiaj jakieś trzy godziny temu, przygotowując się do tej riposty- przemyślanej (specjalnie dla prałata, którego pozdrawiam :p :607: ), przeczytałem świadectwo Gutka(również pozdrawiam :607: ). Wiele mi ono dało. Szczęśliwe małżeństwo w istocie jest wynikiem Bożego działania i pokazuje, że Pana Boga można odnaleźć wszędzie. Naprawdę wszędzie… Aczkolwiek wydaje mi się, że każdy odnajduje go podług swojej własnej potrzeby, podług miejsca, w ktorym chciałby, by On zaistniał. Jeden szuka w kościele, a znajduje niespodziewanie; Gutek niby ateista, a jednak poszukiwał, choć tam, gdzie nie ttrzeba- a odnalazł Go w drugim człowieku :) ; ja szukałem w ciszy i teraz mogę już mysleć o człowieku. Tutaj swojego stwierdzenia nie mam zamiaru zmieniać.

6. (Łk.18. 10- 13)
Przeczytałem. :)
Zastanawiałem sie kiedyś, czy podział ludzi pod wieżą Babel, nie wpłynął czasem na to, że ludzie nie tyle nie rozumieli siebie nawzajem(choć i to odbija sie dzisiaj często wśrod nas), ale też to, że stali się dla siebie nawzajem bardzo obcy. Dziś naprawde każdy z nas ma inne przekonanie i tak wprost: czy nie jesteśmy tu jeden dla drugiego heretykiem?? :566: Kimś zupełnie innym?? „Bo ty nie myslisz jak ja, a ja nie myślę, jak ty…” Fajna rzecz, nie?
A ogólnym przykazaniem jest miłość, ktora nie wyklucza nawet heretyka :064:


Jarek – 24-10-07, 19:36


Dzwoneczku, ty na moja riposte jeszcze poczekasz, bo w tej chwili odczuwam wewnetrzna potrzebę :) , by pomóc pewnej osobie i jeżeli tego nie zrobię jeszcze dzisiaj, to bede sie z tym naprawdę źle czuł :(


Grażyna – 24-10-07, 19:57


Jarek napisał/a:
Dzięki, postaram się przeczytać. Podaj tylko autora.

Libretto: Karol Szymanowski i Jarosław Iwaszkiewicz


Natek – 24-10-07, 21:23


Ale bardzo trudno zdobyć, więc najlepiej po prostu iść do opery albo pożyczyć ode mnie kasetę video z nagraniem :p


Jarek – 24-10-07, 21:36


Wiecie, kochane panie… myślałem o Królu Rogerze, ktorego sugerował mi Achre J. :p ;) Czy wam też o to chodzi?? :566:


Natek – 24-10-07, 21:49


No ba! W końcu Marcinek był na wystawieniu tej opery wtedy, kiedy i ja. :)

(Jarku, jeśli nie wiesz – Achre J. nosi imię Marcin ;) – pozdro dla Braciszka :) )


Jarek – 24-10-07, 21:55


Wiem, tylko lubie sobie w ten sposób pożartować :p . To pożycz te kasetę.


Natek – 25-10-07, 14:21


Ok, przyniosę, tylko jak mi ją Ojciec odda – pogonię go. ” src=”http://forum.ichtis.fc.pl/images/smiles/chytry.gif” alt=”:>” align=”top” border=”0″ /> ;)


baśka – 25-10-07, 22:30


Cytat:
Brak ciekawości zamyka serce na wszystko, co wokoło- to nie jest zdrowe…

niekoniecznie…ciekawość np.czegoś złego lub np.(pseudo)religii innej niz „nasza” może skończyć się niefajnie.możesz się na tyle w to wkręcić ze później odrzucisz wszystko co kiedys było dla ciebie najważniejszymi wartościami,i możesz zakładac ze „wreszcie”(po raz kolejny)znalazłeś właśnie to COŚ czego szukałeś ale będzie to tylko kolejna sztuczka Złego.

Cytat:
Warto chyba zobaczyć, z jakim oporem można sie spotkać… Z oporem na Słowo, które dzisiaj serio jest traktowane, jak herezję, a ci, którzy je głoszą, są w oczach innych nienormalni… Spotkałem sie z tym.

myślę ,że to całkowicie normalne że tak jest:
Dlatego proszę, abyście się nie zniechęcali prześladowaniami, jakie znoszę dla was, bo to jest właśnie waszą chwałą. EF3,13

I wszystkich, którzy chcą żyć zbożnie w Chrystusie Jezusie, spotkają prześladowania. Tymczasem ludzie źli i zwodziciele będą się dalej posuwać ku temu, co gorsze, błądząc i [innych] w błąd wprowadzając. 2TM3,12.13.

my sami w Kościołach Bożych chlubimy się wami z powodu waszej cierpliwości i wiary we wszystkich waszych prześladowaniach i uciskach, które znosicie2Tes1,4

Dlatego mam upodobanie w moich słabościach, w obelgach, w niedostatkach, w prześladowaniach, w uciskach z powodu Chrystusa2Kor12,10

Zewsząd znosimy cierpienia, lecz nie poddajemy się zwątpieniu; żyjemy w niedostatku, lecz nie rozpaczamy; znosimy prześladowania, lecz nie czujemy się osamotnieni, obalają nas na ziemię, lecz nie giniemy. 2Kor4,8.9.

nie wiem czy dodać cos jeszcze…ja osobiście tego doświadczam i to fajne jest…i co z tego,że w oczach innych są (również i ja) nienormalni?jeśli ktos poznał Chrystusa,to zna również swoja wartoś,więc te prześladowania są rzeczywiście naszą chwałą i chlubą i są one nam bardziej potrzebne niż „głaskanie po główce” i myśle że wielu z nas woli Życie z Jezusem i prześladowaniami,niż tylko „zwykłe” życie pełne udawanych radości,które naprawde jest puste i jałowe…


Jarek – 26-10-07, 16:50


Wreszcie mogę i Tobie, Dzwoneczku Haneczku kochana ripostować, albowiem pomocy pewnej duszy udzieliłem i czuję się już uradowany(przynajmniej na razie).

Patrząc się na twoje stwierdzenia zauważyłem cos ciekawego, jeśli chodzi o wspólnotę, choć zakładam, że mogę się mylić, ale to tylko spostrzeżenie. Po pierwsze: olbrzymie różnice natur… Prawda? Prawda. Nie zaprzeczajmy temu. Po drugie(bądźmy szczerzy, żeby potem nie było niedomówień :) ): te różnice sprawiają być może między innymi to, że kiedy ktoś napisze świadectwo, bądź podejmie jakiś hardcorowy temat(choćby ten mój tekst o herezji), to albo ktoś doszukuje się w nim akcentów tylko i wyłącznie chrystocentrycznych, a jeżeli ich brak, to wyraża swój ból albo tego w ogóle nie czyta, a jeśli już to tylko pochwali, że „dobrze, w porządku, jest ok.” lub też, jak mi się to zdarzyło, a z czym już doszedłem do porozumienia mam nadzieję :) – nie znając dobrze danego człowieka- ocenia się, że chce on z siebie uczynić Zbawiciela(nakreślam, że ktoś, kto tak myśli, myli się o 181 stopni i 45 minut) albo nietematyczność, brak porządku itd. Ok. Trzeba sie jeszcze temu dokładniej przyjrzeć, moze niektóre słowa ulegną potem zmianie. Ale bądźmy sobie równi. Wspaniale się zachował Marcinek, teraz Ty, a potem Basieńka, mam nadzieję, że ktoś jeszcze. To świadczy o właściwym podejściu do kogoś, a nie od razu ocenianiu i zarzucaniu czegokolwiek. Więc…

W przerażenie wprawiło cię pytanie oparte na podstawie rozpatrywania realiów życia. A ty, przepraszam, żyjesz, wbrew realiom? realia pochodzą od słowa realność. Nie żyjesz w realnym świecie?

Wypowiedzi tych młodych ludzi z forum strony, którą podałem, naprawdę mnie zaszokowały. Mogłem też w co niektórych słowach zobaczyć, jak mało było w danej rodzinie nacisku na wychowanie religijne(zakładam, że taki jeden z drugim umie znak krzyża, bo jak chodziłem do gimnazjum, to- całkiem serio- Kuba, Jarek (inny Jarek- Chwała Bogu), Przemek, czy ktoś tam jeszcze zapominali się i żegnali lewą ręką, że nie wspomnę o nieznajomości modlitw). To jest niestety świat realny… Jeden chodzi do kościoła i na religię z przymusu- „bo mama kazali”, drugi dosłownie „olewa” to wszystko z góry i ucieka w swój świat(marihuana, dragonball itp.), inny jawnie prezentuje swoją negatywną postawę, kpiąc w oczy z katechety. I my się na to patrzymy… To jest właśnie ten realny świat(choć zepsuty), którego się uczymy. W tym świecie możemy odnaleźć Pana Boga, ale jeżeli ktoś nie chce, jak nieraz to słyszałem, jeżeli uważa, że to bajka, a mądruje się na forum „znajomych” na Jego temat, to trudno. Wczoraj, wracając z Wrocity, spotkałem się w autobusie z kolegą z mojego osiedla. Opowiedział mi na swoim przykładzie, czym jest świat realny. Mówił, że liczą się w nim pieniądze, studia, praca, dobry byt, emerytura, rodzina, i- podług religii katolickiej- chodzenie do kościoła. Czy tylko „chodzenie”? „Ok.”- mówię- „chodzenie, ale czy widzisz w tym wg. Ciebie świecie realnym miejsce dla Pana Boga, bo z tego, co powiedziałeś, to nie ma tego miejsca dla Niego.” Nie uzyskałem odpowiedzi na to pytanie do końca trasy…

Jeżeli twierdzisz, że filozofia,czyli rozumowanie dedukcyjne jest opozycyjna wobec wiary, to sprzeciwiasz się
1. Ewangelii
2. Nauce Kościoła Katolickiego
i prostej zasadzie, że jeśli w wierze nie posługujesz się rozumem, to wiara nie istnieje, bo człowiek nie ma innej oficjalnie stwierdzonej zdolności poznawczej.

Może tego wyraźnie nie zaznaczyłem, ale cały akapit, z którego wyjęłaś to stwierdzenie, a potem powyższy wniosek, jest streszczeniem tego, co widziałem na tym forum, wiec powyższa aluzja pojawiła się chyba tylko dlatego, bo zaistniało przypuszczenie, że to stwierdzenie wyszło bezpośrednio ode mnie Rozumiem podejrzenie :) . Ale widzisz… Nigdy nie sprzeciwiłem się Ewangelii ani Nauce Kościoła :przytul:(pomimo wcześniejszego zbłąkania), aczkolwiek właśnie rozumem usiłuję dojść, o co chodzi i czy znajduje to miejsce w tym, jak już wspomniałem- zepsutym świecie, gdzie istnieją ostatnie bastiony wiary i miłości. A to ostatnie zdanie wyjąłem z kontekstu fragmentu wypowiedzi mojego wykładowcy filozofii, który powiedział, a wręcz krzyknął: „Macie teraz nie myśleć jak teologowie, tylko jak filozofowie! :rotfl: ” A przepraszam bardzo, co to za różnica?Nieduża… Przecież jedno wywodzi się od drugiego i jedno korzysta z elementów drugiego, nie?

Czy to stwierdzenie implikuje osobom niezainteresowanym tą stroną chorobę?

Po tej aluzji zastanowiłem się chwilę i przyznaję- trochę się zagalopowałem, jak każdy(nawet Roman G) czasami :D . Ale nic nie poradzę na to, że często zakładam z góry i narzekam na brak jakiejkolwiek ciekawości ze strony kolegów i koleżanek tym, co zasugeruję, czym się chce podzielić :/ . Cieszy mię, ze to się zmienia… :064: A odnosząc się do tego, co napisałaś, to cały czas sugeruję się swoim środowiskiem, a zapominam, że gdzie indziej może być zupełnie inaczej. A jeśli chodzi o ciekawość, to wydaje mi się, że istnieją dwie choroby: nadmierna ciekawość i brak ciekawości. Odnoszę wrażenie, że czasami dobrze jest być pośrodku… Mieć ten dystans…

Z tej wypowiedzi wynika, że
1.zasady głoszenia Słowa powodują że człowiek może zapomnieć o tym kim naprawdę jest.
2. każdy ma odrębną naturę –> uczenie się zasad może być wystąpieniem przeciwko swojej naturze
Abstrachując od tego czy nie istnieje coś tkiego jak natura ludzka, która jest wspólna…hm…ludziom, to jesteś pewein że to właśnie chciałeś powiedziec?

Hmm… Można by powiedzieć, że troszeczkę nie przemyślałem(przemęczenie? :595: :rotfl: ), ale spróbuję to dokładniej sprecyzować.
Widzisz… Można by to porównać do rysunku, stworzonego przez pana Leonarda da Vinci(poznaliśmy się na czacie internetowym :D :] :p ), który badał też jego nie tylko zewnętrzną ale także wewnętrzną naturę, czyli to, co powinien mieć. Już widać nawiązanie do podstawowych słów, jakie nieraz padają w różnorakich spisanych zasadach: „powinien, trzeba, musi, wypada”. Gdyby do tego modelu, stworzonego przez pana da Vinci dopisać zasady i cechy, jakie dany ideał człowieka mógłby posiadać, to łatwo można dojść do wniosku, że był i jest tylko jeden taki ideał: Bóg- Człowiek. Nam daleko do tego ideału(nawet niedawno ktoś ze wspólnoty mi to uzmysłowił), ale naprawdę nie zapominajmy, że każdy jest inny i „aj owszem”, brat zakonny :607: , ksiądz :607: , czy ktoś inny :607: uczą się zasad, ale tak, żeby, jak mi to powiedział kolega z seminarium (dosłownie zacytuję) „nie zatracić się, nie zwatpić, nie dostać kołomyi”- po prostu tylko zrozumieć, a i tak w późniejsze głoszenie Słowa naprawdę wplatają element swojej osobowości, która bądź co bądź nie zanika i odnosząc się tutaj do myśli, nie pamiętam, kto ją wypowiedział, najwyżej potem ktoś przypomni, że „jeżeli chce się zostać kapłanem, bądź zakonnikiem, trzeba zostawić siebie daleko z tyłu, a przyoblec się w Chrystusa”, można jasno stwierdzić, że to jest bardzo trudne. To jest ujęte w Ewangelii, ale ktoś to powiedział bardzo pięknie, chyba Augustyn ;p . Uciekliśmy od tematu tej herezji, ale trudno.

Jeśli chodzi o ostatnią aluzję, dotycząca TEDEgo i Peji, to moge jeszcze dopisac paru innych chłopaków z podziemia, na przykład Donia, Libera, Meza… :rotfl: ;)


Natek – 26-10-07, 17:05


Jarek napisał/a:
Ale nic nie poradzę na to, że często zakładam z góry i narzekam, że brak jakiejkolwiek ciekawości ze strony kolegów i koleżanek tym, co zasugeruję, czym się chce podzielić . Cieszy mię, ze to się zmienia…

Ależ przecież jak się nie skomentuje posta, to to nie jest równoznaczne z tym, że on nie zainteresował czy nie skłonil do przemyśleń!!!!!


Jarek – 26-10-07, 19:23


Została mi jeszcz Basieńka… ;) :064:

Z tą ciekawością, to już wyzej wspomniałem, jak to nie raz jest. Szkodzi nie tylko brak ciekawości, ale też nadmierna ciekawość i dobrze jest być pośrodku.
I czytałem te cytaty z Biblii, ktore przytoczyłaś. Dzięki :* :przytul: . Ja z kolei przedstawię tu wiersz, który napisałem rok temu, a ktory powstał w bardzo cięzkim okresie mego życia. Nie mogłem sie wtedy zupełnie odnaleźć, zatraciłem wiarę we wszystko. I ten utwór uznałem za hymn każdego wątpiącego i niewierzącego, kazdego człowieka, któremu cięzko jest zrozumieć i dostrzec sercem. Należałem do takich…
(ktokolwiek go przeczyta, niech nie odbiera go dosłownie…)

Chrystus zapomniany
Jezus Chrystus… może ktoś go zna?
Czy to hydraulik?
Wokalista jakiegoś zespołu?
A może komornik?
Sam nie wiem…
Bo przecież na oczy go nie widziałem…
A słyszałem, że istnieje
Taki ktoś.
To musi być jakaś szycha,
Skoro tak go rozsławiają…
Pewnie ma miliony wielbicielek
I jest cholernie bogaty…
A kobiety lecą na pieniądze…
Ktoś słyszał,
Że odcisnął on dłoń
Na Alei Gwiazd.
Ale kto to jest?
Słyszał ktoś o nim,
Bo ja go nie znam,
A wiem, że gdzieś mieszka…
Jak przyjedzie rozdawać autografy,
To dajcie mi znać…

Nie przyjedzie,
Bo gdzieś głosi swoje słowo,
Ale po co?
Przecież świat chce czynów…
Gdzieś indziej czyni cuda,
Tylko dlaczego?
Świat już w cuda nie wierzy…
Gdzie indziej rozdaje swoje ciało i krew…
Na co mu to…
Tylko rozdzierać sobie skórę
I utaczać sobie krwi.
Przecież to jest śmierć natychmiastowa…
Człowiek by tak nie mógł,
Bo okazałby się samobójcą.
A ten Chrystus chyba nim był,
Skoro tak postępował…

Niby darzył miłością wszystkich jednakowo,
A potem na jakimś krzyżu zawisł.
Co to za sztuka, ktoś powie…
Aktor z niego był doskonały,
Tylko w filmie były możliwe takie sztuczki,
Jak przebijanie sobie dłoni
I stóp.
Chciałbym go zobaczyć,
Chciałbym ujrzeć te rany,
Chciałbym zobaczyć jego legitymację
Nauczyciela.
Wtedy może uwierzę…

Chrystus jest dzisiaj zapomniany…
Jego kult jest sztuczny,
Nie ma w nim szczerej modlitwy,
Ofiary…
Wszystko schematyczne
I przymusowe…
Ci, którzy to robią,
Sami nie wiedzą,
Czy on istnieje.
Nikt nie wierzy z własnego poczucia,
Z własnego serca…
Mówi się,
Że gdy nie ma już w co wierzyć,
To wtedy można jeszcze wierzyć właśnie w Niego.
Nie jest pierwszy…

On sam pewnie żałuje,
Że ten świat jest pełen niewiary,
Że brakuje na nim tej miłości,
O której kiedyś mówił…
Zapomnieli…
O Nim także…
I ja też nie pamiętam Jego…

Możliwe, że kiedyś przyjdzie,
W końcu coś o tym wspominał…
Niby na jakiejś chmurze ma zejść
I zabrać nas do domu.
Pytają ludzie,
Jak duży ten dom
I czy pomieści miliardy…

Nie to jest ważne…
Nieważna jest
Dziś dla ludzi miłość, którą głosił,
Ani jakieś tam słowo
Bez pokrycia.
Dla wszystkich ludzi liczy się tylko to,
By Go wreszcie zobaczyć na własne oczy…
Przypomnieć sobie o Nim…


kisieL – 26-10-07, 20:55


Jarek napisał/a:
Opowiedział mi na swoim przykładzie, czym jest świat realny. Mówił, że liczą się w nim pieniądze, studia, praca, dobry byt, emerytura, rodzina, i- podług religii katolickiej- chodzenie do kościoła. Czy tylko „chodzenie”? „Ok.”- mówię- „chodzenie, ale czy widzisz w tym wg. Ciebie świecie realnym miejsce dla Pana Boga, bo z tego, co powiedziałeś, to nie ma tego miejsca dla Niego.” Nie uzyskałem odpowiedzi na to pytanie do końca trasy…

I taką uznajesz definicję realnego świata? Na podstawie wypowiedzi przypadkowo spotkanego w MPK znajomego? Bo wierz mi – w moim realnym świecie również niezwykle ważne są pieniądze, studia, komfortowy byt, ale nie wyobrażam sobie mojego „realnego świata” bez Boga w nim.

Dążę do tego, że ilu ludzi, tyle ich subiektywnych obrazów „realnego świata” i opieranie jakiegokolwiek rozumowania na jednym, można powiedzieć – losowym (i chyba w tym wypadku odpowiadającym Twoim przekonaniom) takim obrazie jest pozbawione sensu. Bo kto inny podstawi sobie swój obraz „realnego świata” i reszta rozumowania zabrzmi dla niego bezsensownie.


Jarek – 26-10-07, 21:18


Wydaje mi sie, że zapomniałem postawić znak zapytania w jednym z zacytowanych przez ciebie zdań z mojej wypowiedzi. ;)
Teraz, brachu powiedz mi, czy jeżeli w ten sposób sie pytam drugiego człowieka, wg ciebie przypadkowo spotkanego, (po pierwsze nie w MPK ale w linii 504 z Wro do Oleśnicy- bez przeinaczeń), a którego znam od dobrych paru lat w ten sposób o świat realny, to to musi być odbierane, że od razu stawiam swoje przekonanie na czyjejś wypowiedzi? Guzik prawda. Rozmawialiśmy, postawiłem normalne zwykłe pytanie o miejsce na Boga w jego życiu, a również w definicji świata realnego, którą podał i to wszystko. Twoja wypowiedź z kolei tu mi nasunęła twoje watpliwości w to, czy wierze w istnienie Pana Boga. A nie? :D . Gdyby było ze mną inaczej, niż jest w tej chwili :064: , to bym nie przychodził do wspólnoty, prawda?
I po co ten bulwers? :p :]


kisieL – 26-10-07, 22:00


1. Z Twojej wypowiedzi wynika, że taką definicję „świata realnego” przyjmujesz.
2. Z mojej wcale nie ma wynikać, że wątpię w Twoją wiarę w istnienie Pana Boga. Nie wiem skąd to wywnioskowałeś.


Jarek – 26-10-07, 22:20


I takim, ktorzy nie mają w tym momencie racji też ustępuję :D ;) . Oj, nie pogadasz… :p . Tak to jest, jak sie wyraźnie, dużymi literami nie sprecyzuje o co chodzi ;) :p


kisieL – 26-10-07, 22:57


ehh… jak rozumiem nikt poza Tobą racji mieć nie może… :566:

I zasadniczo to chyba cały czas o to chodzi… aby w Twoich wypowiedziach „wyraźnie, dużymi literami było sprecyzowane o co chodzi”. Bo duża część, jest długaśna, zagmatwana i sens się w tym rozmywa.


Grażyna – 27-10-07, 01:11


Pocieszne są te nasze dyskusje :hahaha: .

Jarek napisał/a:
Fachowa ewangelizacja? Skad takie pojęcie i teoria?

„Wtedy przemówił Jan: «Mistrzu, widzieliśmy kogoś, jak w imię Twoje wypędzał złe duchy, i zabranialiśmy mu, bo nie chodzi z nami». Lecz Jezus mu odpowiedział: «Nie zabraniajcie; kto bowiem nie jest przeciwko wam, ten jest z wami»” (Łk 9, 49-50).

Hmm… Jedni lubią udawać intelektualistów i wymagają od księdza filozoficznych kazań na poziomie profesorskim, inni się nawracają słuchając pięknego przeklinania w wykonaniu br. Justyna Rusina. Jedni nazywają nasz wspólnotowy zespół „tresowanymi małpami”, inni zostają po Mszy, by dłużej słuchać Waszych aksamitnych głosików. Jedni leżą krzyżem przed Panem Bogiem, a inni chcą Pana Jezusa przyjacielsko klepać po ramieniu. Jedne babcie w kościele reagują na facetów w czarnych skórach krzykiem „szatany przyjechały!” – jak opowiadał br. Rafał Szymkowiak – a inni głęboko przeżywają rockową Drogę Krzyżową przez nich przygotowaną. Można by tak długo wyliczać, pokazując różne drogi, jakimi ludzie podążają do Boga. Dowcip polega na tym, że każda ze stron czasami próbuje przekonać tę drugą, że właśnie jej sposób głoszenia Ewangelii jest najskuteczniejszy… Na szczęście jest wiele wspólnot i ruchów, i każdy może znaleźć dla siebie tę drogę, na której chce wzrastać. Napisałeś:

Jarek napisał/a:
Na kursie lektorskim było nas trzech „hipisów”. Dobrze to pamiętam. I za każdym razem ksiądz do nas standardowym: „Krzysiek, Jarek, Rafał- do jasnej cholerki, zetnijcie te włosy, bo was nie dopuszczę do promocji!” A my to olewaliśmy…

Jeśli troska o Twój fenotyp jest dla Ciebie ważniejsza niż obowiązek posłuszeństwa moderatorowi LSO, to po prostu znajdź sobie wspólnotę parafialną, gdzie kwestia fryzury nikogo nie poróżnia. Ale nie olewaj…

Jarek napisał/a:
Nie ma konieczności, by sie uczyć mówienia do drugiej osoby o Panu Bogu, bo przecież każdy to potrafi, chociaż znam paru, którzy z Panem Bogiem mieli styczność wiele lat temu podczas komunii świętej i to wszystko. Dziś są takimi balowiczami, jak TEDE, czy Peja…

Ja nie potrafię… I mówię to serio na podstawie mojego osiemnastoletniego doświadczenia. I już nie wiem, co mi gorzej wychodzi: werbalne czy niewerbalne mówienie drugiemu o Jezusie. Co do hip-hopowców – skąd wiesz, czy po cichu nie rapują sobie „Gramatiki”:
„Teraz kilka pacierzy, mam nadzieję, że wysłuchasz;
Liczę na to, bo właśnie strach do mych drzwi puka.
To normalna skrucha, gdy ma się chwile słabości,
Pamiętasz, jak dążyłem do doskonałości?
Pewny swojej mądrości, niewidzący swoich wad.
(…)
Boże, zastanawiam się, ile mój czas będzie płynął,
A gdybym zginął, to opiekuj się moja rodziną.
Człowiek stwarza pozory, boi się, że życie przegra,
Bo każdy ma chwile, że się po cichu żegna”.

Jarek napisał/a:
Jeśli chodzi o ostatnią aluzję, dotycząca TEDEgo i Peji, to moge jeszcze dopisac paru innych chłopaków z podziemia, na przykład Donia, Libera, Meza…

Łatwo nam żonglować nazwiskami… Też stwarzam sobie podobne listy :/ … Ale na szczęście Pan Bóg zna serca i nie kieruje się tą naszą subiektywną taksonomią :) .

Co do realności świata… Mam wrażenie, że żyję w swoim świecie ułudy. Albo w co najmniej trzech światach. Ale nie mam zdolności filozoficznych, więc tego wątku nie rozwinę.


Natek – 27-10-07, 11:15


Jarek napisał/a:
Nie ma konieczności, by sie uczyć mówienia do drugiej osoby o Panu Bogu, bo przecież każdy to potrafi, chociaż znam paru, którzy z Panem Bogiem mieli styczność wiele lat temu podczas komunii świętej i to wszystko. Dziś są takimi balowiczami, jak TEDE, czy Peja…

Ja myślę, że trochę jednak trzeba, bo inaczej można zrobić wiecej złego niż dobrego. Nie chodzi mi o to, że bez jakiś wskazówek czy „nauk” :hahaha: nie powinno się mówić o Jezusie!!!!!Tylko kiedy np. zaczęłam głosić Go mojej Mamie, to efekt był taki, że się tylko bardziej zraziła do Kościoła i do dziś twierdzi, że jestem w sekcie…… :607: . No i się potem dowiedziałam, że nie należy od razu opowiadać o spoczynku w Duchu czy modlitwie językami i nie należy zamęczać kogoś gadaniem przez godzinę o swoim nawróceniu, ciesząc się przy tym jak wariat ;D :D itd. itp. To tylko taki przykład, ale wczoraj właśnie na kazaniu Proboszcz mówił, jak to św. Paweł po swoim nagłym nawróceniu od razu poszedł głosić i narobił wiecej szkody niż pożytku. Jak już jemu nie poszło tak od razu, to co dopiero nam ;D . Po co tworzono by Szkołę Nowej Ewangelizacji??? Myślę, że każdy może głosić i to jest naturalne, bo chyba wszyscy ludzie choć czasem rozmawiają o Panu Bogu, wierze, Kościele itd., ale też by skutecznie głosić, niezbędne jest nieraz (poza pewnym wyczuciem, którego mi np. w podanym przykładzie z mojego życia zabrakło) odpowiednie „przygotowanie”.

Ufff, ale się rozpisałam. :p To jeszcze trochę w takim razie. :p

kisieL napisał/a:
1. Z Twojej wypowiedzi wynika, że taką definicję „świata realnego” przyjmujesz.

Ja nie odnisłam takiego wrażenia, Lesiu.

kisieL napisał/a:
I zasadniczo to chyba cały czas o to chodzi… aby w Twoich wypowiedziach „wyraźnie, dużymi literami było sprecyzowane o co chodzi”. Bo duża część, jest długaśna, zagmatwana i sens się w tym rozmywa.

No tu już się z Tobą zgadzam.
Mówiąc jezykiem polonistycznym ;) :D : Jarku, musisz popracować nad stylem i logiką swoich wypowiedzi.
Tylko żeby nie było, że Cię ochrzaniam, po prostu pomogłoby to innym użytkownikom forum. Ja rozumiem, że czasem człowiek jest zmęczony, ale lepiej wtedy może odłożyć pisanie do następnego razu albo się na chwilę jeszcze mocno skupić. (Wiem, nie zawsze realne, masz do czynienia z wiecznie rozkojarzoną i zmęczoną osobą. :p )


Natek – 27-10-07, 11:22


Jarek napisał/a:
Jeśli chodzi o ostatnią aluzję, dotycząca TEDEgo i Peji, to moge jeszcze dopisac paru innych chłopaków z podziemia, na przykład Donia, Libera, Meza…

Ja się tam na hip-hopie nie znam (to się tak pisze w ogóle? ;D ), ale z tego, co wiem, to akurat Mezo w niektórych swoich piosenkach mówi o Panu Bogu bardzo „ładnie” i z punktu widzenia człowieka wierzącego. Z tego, co pamiętam… :p

Grażinn napisał/a:
Co do realności świata… Mam wrażenie, że żyję w swoim świecie ułudy. Albo w co najmniej trzech światach. Ale nie mam zdolności filozoficznych, więc tego wątku nie rozwinę.

Cytując Marcinka: „jak wyżej”. ;D


Jarek – 27-10-07, 22:43


Grażinn napisał/a:
Pocieszne są te nasze dyskusje :hahaha: .

Mi jakoś na początku nie było do śmiechu… :zly: Ale przynajmniej to forum stało sie wreszcie ciekawsze, tak mi sie wydaje. To co? Jeszcze ze dwa takie burzliwe tematy… ;) ? Mam duży repertuar :p :) i nie chodzi o to, by kogoś oczerniać i wytykać niewłasciwe cechy osobowości na podstawie tekstu, tylko podejść do tego racjonalnie. I wam za to dziękuję dziewczyny :* :przytul:


Jarek – 27-10-07, 23:17


Grażinn napisał/a:
Jeśli troska o Twój fenotyp jest dla Ciebie ważniejsza niż obowiązek posłuszeństwa moderatorowi LSO, to po prostu znajdź sobie wspólnotę parafialną, gdzie kwestia fryzury nikogo nie poróżnia. Ale nie olewaj…

Tu sprostowanie. Kurs lektorski miałem sześć lat temu. :) Dziś sie wiele zmieniło i nowy moderator ma już komu tłumaczyć kwestię wyglądu, a ja sie rzadko z nim spotykam, bo mało służę. Wyłączyłem się trochę z tego… Tak zwany wolny strzelec ;)


Achre junior – 27-10-07, 23:51


Grażiin napisał/a:
Łatwo nam żonglować nazwiskami… Też stwarzam sobie podobne listy n … Ale na szczęście Pan Bóg zna serca i nie kieruje się tą naszą subiektywną taksonomią n .

Zgadzam się… hmm…

Mt 7, 1-6 napisał/a:
Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą. Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz?Albo jak możesz mówić swemu bratu: Pozwól, że usunę drzazgę z twego oka, gdy belka [tkwi] w twoim oku? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka twego brata. Nie dawajcie psom tego, co święte, i nie rzucajcie swych pereł przed świnie, by ich nie podeptały nogami, i obróciwszy się, was nie poszarpały

co do punktu 4. ostatniego mojego postu w tym temacie, to dalej nie rozumiem o co chodzi.
Co do punktu 5. to chciałem zasugerować że np ja odnalazłem go m.in. poprzez książki, zasady, regułki, a przede wszystkim w kościele (Kościele).

Jarek napisał/a:
Patrząc się na twoje stwierdzenia zauważyłem cos ciekawego, jeśli chodzi o wspólnotę, choć zakładam, że mogę się mylić, ale to tylko spostrzeżenie. Po pierwsze: olbrzymie różnice natur… Prawda? Prawda. Nie zaprzeczajmy temu. Po drugie(bądźmy szczerzy, żeby potem nie było niedomówień n ): te różnice sprawiają być może między innymi to, że kiedy ktoś napisze świadectwo, bądź podejmie jakiś hardcorowy temat(choćby ten mój tekst o herezji), to albo ktoś doszukuje się w nim akcentów tylko i wyłącznie chrystocentrycznych, a jeżeli ich brak, to wyraża swój ból albo tego w ogóle nie czyta, a jeśli już to tylko pochwali, że „dobrze, w porządku, jest ok.” lub też, jak mi się to zdarzyło, a z czym już doszedłem do porozumienia mam nadzieję n – nie znając dobrze danego człowieka- ocenia się, że chce on z siebie uczynić Zbawiciela(nakreślam, że ktoś, kto tak myśli, myli się o 181 stopni i 45 minut) albo nietematyczność, brak porządku itd. Ok. Trzeba sie jeszcze temu dokładniej przyjrzeć, moze niektóre słowa ulegną potem zmianie. Ale bądźmy sobie równi. Wspaniale się zachował Marcinek, teraz Ty, a potem Basieńka, mam nadzieję, że ktoś jeszcze. To świadczy o właściwym podejściu do kogoś, a nie od razu ocenianiu i zarzucaniu czegokolwiek. Więc…

poproszę o sens tego w jednym zdaniu.

Jarek napisał/a:
wiec powyższa aluzja pojawiła się chyba tylko dlatego, bo zaistniało przypuszczenie,

Czyżby powrót do retoryki pana Kaczyńskiego, Jarku? :diabelek:


dzwonek – 30-10-07, 21:25


Achre junior napisał/a:
Czyżby powrót do retoryki pana Kaczyńskiego, Jarku? :diabelek:

LITOŚCI!!!!!!!!!! Powiedziałabym, że zgłoszę cię do moderatora, ale ty chyba nim jesteś. Grrr….


Grażyna – 15-12-07, 17:12


Z książki „Bóg dobry aż tak? O Bożym miłosierdziu myśli kilka”, ks. P. Pawlukiewicz

„Kilka lat temu odwiedziłem pewną starszą panią. Gdy tylko wszedłem do jej skromnej kawalerki, od razu zauważyłem odświętnie nakryty stół. Widok był naprawdę wzruszający: stary obrus, a na nim poszczerbione talerzyki i kubeczki, każdy inny. Przy talerzykach leżały aluminiowe łyżeczki. Na środku stołu stał większy talerz z jakimiś herbatnikami, obok owoce i wazonik ze sztucznymi kwiatami.
– A cóż to za przyjęcie? – zapytałem.
– A, dziś są moje imieniny! Dzieci do mnie przyjdą! – odpowiedziała mi z uśmiechem.
– A zapraszała pani dzieci?
– Nie, nie zapraszałam. Przyjdą bez zaproszenia. Przecież to imieniny mamy!
Siedziałem u tej pani jedną godzinę, potem drugą. Nie przyszedł nikt. Do końca życia nie zapomnę, jak ta staruszka chowała do kredensu te kubeczki i talerzyki, mówiąc sama do siebie:
– Chyba coś im wypadło. Pewnie przyjdą jutro.
Nigdy nie zapomnę łez, jakie miała wtedy w oczach. I ona, i ja wiedzieliśmy, że jutro też nikt nie przyjdzie.
Dedykuję tę historyjkę tym, którzy lekko i z uśmiechem mówią: „Nie byłem na mszy, bo działka, bo grzyby, bo rodzina dom mnie przyjechała. Ale to przecież drobiazg. Nic się nie stało”.


Grażyna – 16-12-07, 00:07


Z powyższej książki:

„Przed kilku laty uczestniczyłem w spotkaniu ewangelizacyjnym, na którym pewien świecki człowiek zadał zgromadzonym słuchaczom konkretne pytanie:
– Czy jesteście święci?
Ludzie zaczęli spoglądać niepewnie na siebie, a na ich twarzach malował się wyraz zakłopotania. Prowadzący spotkanie nie dawał jednak za wygraną.
– Czy jesteś święty? – zapytał młodego mężczyznę siedzącego w pierwszym rzędzie.
Wyrwany znienacka do odpowiedzi rzekł:
– No… no… próbuję być święty.
Takiej odpowiedzi udzieliłoby chyba wielu z obecnych na sali, bowiem duża część ludzi, gdy usłyszała te słowa, zaczęła potakująco kiwać głowami. Wtedy pytający zwrócił się do swojego rozmówcy z poleceniem:
– Próbuj wstać!
Kiedy ów powstał z krzesła, tamten rzekł:
– Nie powiedziałem ci: „wstań”, ale: „próbuj wstać”.
Człowiek ten usiadł, a potem… znowu wstał. I tym razem jednak prowadzący spotkanie był niezadowolony.
– Ty przecież wstałeś, a ja powiedziałem ci: „próbuj wstać”.
– Jak to mam „próbować wstać?” – pytał zmieszany słuchacz. – Albo siedzę, albo wstaję. Co to znaczy: „próbować wstać”?
I wtedy padła odpowiedź, która jest dla nas wszystkich bardzo ważnym pytaniem:
– A co to znaczy: próbować być świętym”? Albo jesteś w konkretnej chwili święty, albo nie jesteś.
(…) Czy teraz, o tej godzinie, w tej chwili jestem święty? Czy jestem w stanie łaski uświęcającej? Czy mojego sumienia nie obciąża jakiś poważny grzech, czy nie trwam w jakimś złym uporze? Może jestem z kimś skłócony, postanowiłem nie odzywać się do nikogo? Czy nie planuję niczego złego? Czy po prostu mogę teraz spojrzeć Jezusowi w oczy?”


Grażyna – 18-12-07, 22:44


Z jakiejś takiej gazety pt. „Znaki czasu” (zgaduję, że protestancka :D )

Jaskiniowcy

„Dawno temu (a może wcale nie tak dawno) żyło sobie plemię w ciemnej, zimnej jaskini. Była tak zimna, że jej mieszkańcy aż płakali z zimna i ciągle na nie narzekali. l to wszystko, co w tej sprawie robili. Nic innego nie przychodziło im do głowy. Z jaskini dochodziły tylko smutne głosy, bo radość nie była znana jej mieszkańcom. W jaskini unosił się duch śmierci, ale ludzie o tym nie wiedzieli, bo nawet nie znali życia. Pewnego dnia zobaczyli w ciemności obcego przybysza, który się do niech odezwał tymi słowy:
— Usłyszałem wasze wołania. Wiem, jak jest wam zimno i ciemno. Pomogę wam.
Zaskoczeni jaskiniowcy zamilkli. Nikt nigdy im czegoś takiego nie zaproponował.
— Skąd mamy wiedzieć, że możesz nam pomóc? — zapytali.
— Zaufajcie mi — odpowiedział przybysz. — Mam to, czego potrzebujecie.
Jaskiniowcy spoglądali w ciemność na obcego, a on zaczął właśnie coś układać na ziemi. Co chwilę oddalał się, wracał i dalej coś układał.
— Co tam robisz?! — krzyknął jeden z zaniepokojonych mieszkańców jaskini.
Obcy nic nie odpowiedział.
— Co tam układasz?! — krzyknął głośniej inny jaskiniowiec, l znów nie było odpowiedzi.
— Odpowiedz wreszcie! — domagał się trzeci.
— Nie obawiajcie się. Powiedziałem, że mam to, czego wam potrzeba — odpowiedział, a potem pochylił się nad stertą leżącą u jego stóp i… zapalił ją. Drewno momentalnie się zajęło ogniem. Płomienie wyskoczyły w górę. Jaskinię wypełniło światło.
Przestraszeni jaskiniowcy cofnęli się i odwrócili od ognia.
— Zgaś to! — krzyczeli. — Nie chcemy na to patrzeć, to boli.
— Na początku światło zawsze razi w oczy, ale potem pomaga — odpowiedział przybysz. — Zbliżcie się. Ból wkrótce minie.
— Ja się na pewno nie zbliżę — powiedział jeden z mieszkańców jaskini.
— Ani ja — rzekł drugi. — Tylko głupiec może ryzykować patrzenie na coś takiego.
— Czyżbyście woleli nadal tkwić w ciemności i zimnie? — pytał przybysz, stojąc obok ognia. — Nie wierzcie obawom. Uwierzcie w światło.
Ludzie stali w małych grupkach, zasłaniali oczy i milczeli. A przybysz stojący obok ogniska zapraszał:
— Tutaj jest ciepło, chodźcie, zobaczcie sami.
— On ma rację — odezwała się z tyłu jedna z mieszkanek jaskini i zaczęła przesuwać się w kierunku ognia. — Teraz naprawdę jest cieplej. Mogę nawet otworzyć oczy i widzę — radośnie ogłosiła pozostałym, wstąpiwszy w pierścień światła. — O, jak tu ciepło — zachęcała, czując, jak opuszcza ją zimno. — Chodźcie tutaj, wszyscy! Też poczujecie to ciepło — zapraszała.
— Zamilcz, kobieto! — krzyknął jeden z jaskiniowców. — To szaleństwo. Nawet nie próbuj nas do tego namawiać. Zostawcie nas i weźcie swoje światło ze sobą. Kobieta spojrzała na przybysza i zapytała:
— Dlaczego oni nie chcą podejść?
— Wybierają zimno, bo tylko to znają — odpowiedział obcy. Dlatego wolą pozostać w zimnie i ciemności. Nie znają światła, więc się go boją.
— l będą tak dalej żyli, w ciemności? — zapytała.
— Tak, będą żyli w ciemności — odpowiedział. Kobieta zamilkła, po czym zaczęła na przemian patrzeć a to w ciemność, a to na przybysza.
— Czy zamierzasz opuścić ognisko? — zapytał. Kobieta po chwili zastanowienia odpowiedziała:
— Nie. Nie mogłabym już ścierpieć tego zimna. Po chwili dodała:
— Ale nie mogę też znieść myśli, że mój lud nadal pozostaje w ciemności.
— Nie musisz — powiedział przybysz, sięgając do ogniska po rozpalony patyk. — Weź to i zanieś swojemu ludowi. Powiedz im, że to jest światło, że jest go jeszcze więcej, że światło daje ciepło. Powiedz im, że światło jest wszystkim, czego pragną.
Kobieta wzięła mały płomyk i wstąpiła między cienie jaskini.
Opr. A.S. na podstawie tekstu nieznanego autora”.


Grażyna – 25-12-07, 16:22


Z jakiejś książki ks. Janusza Pasierba

„W filmie „O jeden most za daleko” młody oficer amerykański rozmawia przed bitwą ze starszym od siebie sierżantem. Chłopiec boi się i prosi sierżanta, by dał mu słowo, że on, ten młody oficer… nie zginie. Sierżant po dłuższym wahaniu daje obietnicę. Po bitwie widzimy sierżanta, jak w poprzek linii frontu pędzi drogą przez las, pośród zabitych odszukuje porucznika, zabiera bezwładne ciało, kluczy pod ostrzałem między drzewami, dowozi do swoich i, ryzykując sąd wojenny, zmusza pistoletem pułkownika chirurga, by wyjął z potwornie okaleczonej głowy odłamek… I dopiero wtedy dowiadujemy się, że konający został uratowany, wbrew wszelkim nadziejom.
Dawno nie widziałem filmu, który by pokazywał lepiej, jak odbywa się nasze zbawienie, jak karkołomnie Jezus dotrzymuje danego nam słowa”.


Jarek – 07-01-08, 21:36


Z pamiętnika księdza Włodzimierza Sedlaka(pamiętnik ten ma dosyć ciekawy tytuł, mianowicie „Antek z Ćmielowa”). Możliwe, że ktoś już to zna… :)

„Kryzys może wszędzie zawitać, nawet tam, gdzie go za bardzo nie pożądają. Jestem jakoś przygnębiony, czymś przybity do samej ziemi. Dawną wesołość życia i humor pokazuje przy innych, a w samotności jestem bezdennie smutny. Cos sie w tym życiu wywróciło na opak. Musze, biedaczysko, zaczynać od poczatku, trzeba sie uczyć dobroci, ukochania świętej sprawy. Jednak chyba pierwotne powołanie- cisza klasztoru, ustronie kamedułów- było mi przeznaczone. Z dawnej duszy sielankowej, cichej, poetyckiej został jeno szum wichru, huk morslich fal, poezja pracy, warkot maszyn. Trudno jednak wrócić z raz wyżlobionej koleiny życia. Zbyt wiele stałem sie generałem, dyktatorem, lisem, wołem, za mało kapłanem dla duszy człowieka. Przerost życia zewnętrznego nad wewnętrznym, walka Boga z człowiekiem w duszy.
Wracam powoli z podboju świata, jeszcze miewam sny o potędze, tylko wielkość zaczynam dostrzegać na razie w codziennych zwyczajnych zajęciach, przynajmniej tymczasem, dalej Bóg jeden zna drogi życia każdego człowieka. Zdaje sie, że ofensywa apatii, przytłoczenia traci na sile. Wrócę do formy i jak dawniej- życia, więcej życia, łapać, co jest; dopiero potem szukać, co może być. Wykorzystanie pierwszej okazji, polityka, spryt, walka, zawodnictwo, wyścig, nieboszczyka trzeba wskrzesić- wstawaj durak! Na wspomnienia umrzyka nie ma czasu! Rządzić, kierować tłumem! Prywatne sprawy, rodzina, dom- z drogi, co innego jest ważniejsze! Walka o byt, silniejszy, sprytniejszy zwycięża, słabszy idzie na dno. Zaczynam motor puszczać w ruch. Już dawno nie czułem tyle zapału, wiary, otuchy i ochoty. Coś zaczął, Panie, błogosław do końca.”


baśka – 08-03-08, 18:39


Pewnemu chłopcu śniło się, że wszedł do ogromnego sklepu, w którym za ladą stał anioł.
– Co tutaj sprzedajecie? – zapytał chłopiec.
– Wszystko, czego pan sobie życzy – odparł uprzejmie anioł.
Chłopiec zaczął wymieniać:
– Chciałbym zakończenia wszystkich wojen na całym świecie, więcej sprawiedliwości dla wykorzystywanych, tolerancji i życzliwości dla obcych, więcej miłości w rodzinach, pracy dla bezrobotnych, głębszego poczucia wspólnoty w Kościele i… i…
Anioł przerwał:
– Przykro mi, proszę pana, ale widocznie źle mnie pan zrozumiał. My nie sprzedajemy owoców, lecz jedynie nasiona.

Bruno Ferrero


Grażyna – 23-05-08, 22:27


Z „Dziejów duszy” św. Teresy od Dzieciątka Jezus:

„Tak, ja wiem, że “ten, któremu mniej odpuszczono, mniej MIŁUJE”, ale wiem i to, że Jezus odpuścił mi więcej niż św. Magdalenie, ponieważ odpuścił mi z góry, powstrzymując mnie od upadku. Ach! jakże pragnęłabym móc wypowiedzieć to, co czuję!… Oto przykład, który choć trochę myśl moją wytłumaczy. — Przypuśćmy, że syn biegłego lekarza napotykając na swej drodze kamień, wywraca się na nim i upadając, łamie sobie któryś z członków; przybyły natychmiast ojciec podnosi go z miłością, opatruje jego rany wszystkimi znanymi sobie sposobami; wkrótce syn całkowicie wyleczony okazuje mu swą wdzięczność. Dziecko to niewątpliwie miało powody, by kochać swego ojca. Ale przypuśćmy jeszcze inną ewentualność. — Ojciec wiedząc, że na drodze jego syna znajduje się kamień, wyprzedza go spiesznie i niespostrzeżenie ten kamień usuwa. Syn ów, otoczony tak przewidującą miłością, nie WIEDZĄC o nieszczęściu, z którego go ojciec wybawił, nie okaże mu swej wdzięczności i będzie go mniej kochał, niż gdyby został przez niego uleczony… jeśli się jednak dowie, jakiego niebezpieczeństwa uniknął, czyż nie będzie go kochał tym więcej Otóż ja jestem owym dzieckiem, przedmiotem uprzedzającej miłości Ojca, który zesłał swoje Słowo nie po to, by odkupił sprawiedliwych, ale grzeszników. On chce, abym Go kochała za to, że odpuścił mi nie tylko wiele, ale WSZYSTKO. Nie czekał, aż Go ukocham bardziej niż św. Magdalena, lecz chciał, bym ZROZUMIAŁA, że ukochał mnie miłością przedziwnie uprzedzającą, i w zamian kochała Go teraz do szaleństwa!…”


Grażyna – 10-08-08, 22:53


Z „Kazań radiowych” ks. Piotra Pawlukiewicza

„Pewien człowiek poprosił Pana Boga, aby pokazał mu piekło. Bóg zaprowadził go do pięknej sali, gdzie stały obficie zastawione stoły. Za stołami siedzieli bardzo głodni i smutni ludzie. W rękach trzymali za długie, nienaturalnie długie łyżki, którymi nie mogli nabrać z talerzy do ust. Wtedy ów człowiek rzekł do Pana Boga: A teraz pokaż mi niebo. Pan Bóg pokazał mu taką samą salę i takie same stoły. Za stołami siedzieli ludzie, którzy w rękach trzymali bardzo długie, za długie łyżki. Jednak ci ludzie byli najedzeni i radośni, ponieważ odkryli, że długimi łyżkami mogą się karmić nawzajem.
(…) Kto zaczyna dzień od pytania: „Co zrobić, żebym dzisiaj był szczęśliwy”, ten będzie zasypiać w smutku. Ten, kto zajmie się szczęściem drugiego, może być pewny, że szybko odnajdzie własne”.


Grażyna – 10-08-08, 22:56


Nie wiem, czy można tu wstawić obrazek, ale chyba wszyscy znamy „Trójcę Świętą” Rublowa – tę z kaplicy z Korbielowa. Ciekawie o niej powiedział ks. Pawlukiewicz:

„ Jedna z najsłynniejszych ikon świata – Trójca Święta Andrzeja Rublowa – przedstawia Boga jako trzech aniołów siedzących przy stole. Obraz nasycony jest głęboka symboliką, ale jeden znak przemawia szczególnie mocno. Każdy z aniołów siedzi przy jednym boku stołu. Przy czwartym boku, tym od strony patrzącego na ikonę, nie siedzi nikt. To puste miejsce czeka na ciebie. Bóg, Trójca Święta czeka na ciebie przy stole, gdzie jest pokój, harmonia i jedność. Ale gdzie można znaleźć drogę, która do tego stołu prowadzi? (…) Jezus Chrystus jest drogą, która wiedzie do domu miłości Trzech. To On wprowadza do tajemnicy Boga wszystkich, którzy pozwolą Mu wziąć się za ręce. A tak dzieje się zwłaszcza na każdej mszy świętej. Jest ona czymś więcej niż tylko spektaklem Bożej miłości. Eucharystie można porównać do sytuacji, kiedy głodne i wystraszone dzieci przyglądają się z daleka wspaniałej uczcie bogatych ludzi. W pewnym momencie ktoś z ucztujących wstaje, podchodzi do dzieci, przytula i zaprasza do stołu. Często przychodzimy do kościoła z sercem pełnym żalu i goryczy. Co się na tym świecie porobiło, jakie to czasy nastały – mówimy. Przychodzą do kościoła żony, które usłyszały od mężów słowo „żegnaj”. Przychodzą dzieci, których rodzicielska miłość objawia się tylko w banknotach. Eucharystia sprawowana jest w domach opieki społecznej, gdzie w niedzielne popołudnia starzy ludzie daremnie wyglądają przez okna swoich dorosłych dzieci. Im wszystkim Chrystus mówi: chodź, ja cię przygarnę do stołu miłości, tej prawdziwej, która nie stawia warunków”.

http://forum.ichtis.fc.pl/printview.php?t=585&start=0

Posted in POLECAM, Porady różne, Religia | 4 Komentarze »

MNIEJSZE ZŁO I ZŁO USPRAWIEDLIWIONE

Posted by tadeo w dniu 19 kwietnia 2011

Jest dobro i zło… i jeżeli w tym znaczeniu te dwa PRAWDZIWE pojęcia są oczywistościami to są jednostronne.

Cały tragizm III RP polega na tym, przez 20 lat tak zrelatywizowano pojęcia dobra i zła, że w niektórych  a może większości umysłach zakodowane zostały np. pojęcia mniejszego zła lub zła, które w pewnych okolicznościach może stać się nawet dobrem.

Ponadto uwolniono nas  od samodzielności myślenia i ocen fundując powierzchowną ideę kolorowej w swojej masie, uśmiechniętej i bezmyślnej europejskości. 

Perz można na polu wyplenić, ale co zrobić z mózgiem, który nie pracuje samodzielnie.

W tym kontekście III RP jest nawet bardziej podła niż PRL, gdzie wróg był wrogiem a sprzymierzeniec sprzymierzeńcem, co powodowało jednoczenie się Narodu przeciw władzy PRL oraz powszechną nienawiść do Sowietów.

Dzisiaj dla większości nas  i oligarchii rządzącej oczywistości nie są oczywistościami, ale pojęciami, których charakter etyczny można oceniać z różnych punktów widzenia: skrótowo i skrajnie np. przecież skorzystanie z usług prostytutki wcale nie jest takie złe… nie dość że odstresowuje i powoduje, iż będę w sumie lepszym/szczęśliwszym mężem i ojcem… ale jeszcze wspomogę finansowo dziwkę! Ba… nauczę się od niej „sztuczek”, które wykorzystam w igraszkach z żoną i ona też będzie szczęśliwsza! 

Po tym tekście dodaj jeszcze; zło usprawiedliwione, bo nie wiem czy twoja żona dowiadując się, że jej mąż z paniami lekkich obyczajów trenuje sztukę jej posuwania, uzna to za dobro; moralne, etyczne i estetyczne. Ciekawi mnie i to, cobyś ty zrobił gdybyś się dowiedział, że twoja żona, by ciebie uszczęśliwić w łożu usprawnia sztukę ujeżdżania ciebie z sąsiadami, kolegami z pracy, panami do wynajęcia za twoje ciężko zarobione pieniądze, by im w ten sposób podziękować za sztukę dla sztuki.

 P.S
Niech Państwo w wolnym czasie (np. rozgrzewając rano silnik samochodu) zastanowią się czy zdrada (po przysiędze wierności) może być relatywizowana dobrem Szlachetnych Pań Lekkich Obyczajów. 

Posted in Nieokrzesane myśli, Porady różne, Religia, Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Krótka charakterystyka Okręgu Wileńskiego Armii Krajowej w okresie od lipca 1944 do lipca 1948

Posted by tadeo w dniu 19 kwietnia 2011

Historia oporu żołnierzy wileńskich wobec władzy komunistycznej rozpoczęła się jeszcze w lipcu 1944 r., kiedy to blisko 15 tysięcy żołnierzy AK rozpoczęło powstanie na własnym terytorium, znane w historiografii jako akcja „Burza”. Jego szczytowym osiągnięciem było zajęcie, wspólnie z oddziałami nadciągającej Armii Czerwonej, Wilna. Operacja „Ostra Brama” (bo taki miała kryptonim) ukazała odwagę i patriotyzm polskich oddziałów, ich przydatność na polu walki, lecz fakt ten był niczym wobec planów Stalina. Wkrótce bowiem „sojusznicy” pokazali swoje prawdziwe oblicze. Wojska NKWD rozbroiły i aresztowały żołnierzy polskich. Tylko nielicznym udało się ujść. Częściowo ocalała także siatka konspiracyjna. Ocaleni oficerowie z ppłk. Julianem Kulikowskim „Ryngrafem” na czele zaczęli od razu odbudowywać Okręg. Nowym zadaniem, na miejscu dotychczasowej dywersji, stała się obrona ludności cywilnej przed wkraczającym terrorem. Organizowano zamachy na najgroźniejszych konfidentów, tworzono leśne oddziały, mające chronić ludność w terenie. Pełną parą pracowała wileńska komórka legalizacji*, zaopatrując AK-owców, i nie tylko ich, w fałszywe dokumenty. NKWD wprowadziło terror na niespotykaną dotychczas skalę. Aresztowano tysiące osób, tysiące wywieziono na Wschód. Aresztowania nie uniknął nawet Komendant Okręgu – „Ryngraf”, podobnie jak jego następca – mjr Stanisław Heilman „Wileńczyk”. Ostatecznie komendę przejął i sprawował ją do końca istnienia Okręgu ppłk Antoni Olechnowicz „Pohorecki”. Ten stan trwał aż do kwietnia 1945 r. Ogłoszenie postanowień jałtańskich, oddających te ziemie Rosji, rozwiązanie AK postawiło pytanie – co dalej? Utrzymanie się w terenie okazało się niemożliwe. Postanowiono więc ewakuować Okręg wraz z ludnością cywilną na terytoria pozostałe przy Polsce. Sprawnie przeprowadzona ewakuacja zakończyła się sukcesem. Utrzymano struktury organizacyjne, ocalono skarbiec, uratowano wiele osób przed nieuchronnym aresztowaniem. Wkrótce na nowych terytoriach rozpoczęto odbudowywanie siatki konspiracyjnej. Wróg bowiem pozostawał ten sam. Władze w Warszawie były całkowicie podporządkowane Moskwie. Odtworzona siatka nawiązała kontakt ze Sztabem Naczelnego Wodza i podporządkowała mu się bezpośrednio. Od tego momentu Okręg Wileński funkcjonował jako siatka konspiracyjna władz emigracyjnych w Londynie. Zajmował się działalnością samopomocową dla swoich podkomendnych, odtwarzał kadry potrzebne dla odtwarzanego w przyszłości Wojska Polskiego (wierzono bowiem niezmiennie w kolejny konflikt, który przyniesie upragnioną niepodległość), prowadził działalność wywiadowczo-informacyjną. Okręgowi podporządkowane też były oddziały partyzanckie pod komendą sławnego dowódcy mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. 5 i 6 Wileńskie Brygady działały na terenie Pomorza, Warmii, wschodnich Mazur, Białostocczyzny i wschodniego Podlasia, stając się dla tamtejszej komunistycznej administracji bardzo poważnym przeciwnikiem. Pierwszy poważny kryzys Okręg przeszedł w kwietniu 1946 r. Zwerbowanie wtedy przez polski aparat terroru agenta w szeregach konspiracji, pozwoliło na zadanie pierwszych dotkliwych ciosów (m.in. aresztowano i rozstrzelano 17-letnią sanitariuszkę z 5 Brygady Wileńskiej AK Danutę Siedzik „Inkę”). Zawieszono wtedy działalność na blisko pół roku. Ocaliło to podstawy organizacji. Siatka odbudowała się jednak i wznowiła dalszą pracę konspiracyjną. Odtworzono łączność z polskim kierownictwem w Londynie i Paryżu, dalej prowadzono wywiad, pomagano finansowo żołnierzom Okręgu, produkowano fałszywe dokumenty. Ograniczono jedynie działalność partyzancką. Niejako osobno utworzono dwie odrębne siatki. Pierwsza z nich to Ośrodek Mobilizacyjny Okręgu Wileńskiego AK. Miał on za zadanie odtwarzać struktury konspiracyjne wśród żołnierzy, nie tylko zresztą wileńskiego podziemia. Żołnierze i oficerowie nie mieli prowadzić żadnej bieżącej działalności (dla tej powstały w ramach Okręgu Wileńskiego specjalne grupy dywersyjne, których celem były akcje na konfidentach czy akcje ekspriopiacyjne), a jedynie stanowić potencjalny zalążek przyszłej polskiej armii. Druga siatka miała zajmować się działalnością wywiadowczą. Na jej czele stanął por. Zygmunt Szymanowski „Bez”. Siatka ta zbierała w latach 1947-1948 bardzo szczegółowe informacje dotyczące działalności militarnej, gospodarczej, politycznej i społecznej w kraju. Meldunki przesyłane do Londynu były tam bardzo wysoko oceniane. Działalność Okręgu zakończyła się w lipcu 1948 r., kiedy to w wyniku olbrzymiej operacji, Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego rozbiło jego struktury ostatecznie. Tzw. „Akcja X” objęła swym zasięgiem kilkadziesiąt tysięcy ludzi, ponad 6000 zostało aresztowanych, z tego co najmniej 50 skazano na karę śmierci i wyroki wykonano. Czym był Okręg Wileński w najnowszej historii Polski? Pomijając już legendę, jaką pozostawiły po sobie wileńskie oddziały partyzanckie (do dzisiaj żywa na terenach ich działalności), Okręg był w 1948 r. najliczniejszą zorganizowaną opozycją antykomunistyczną. Liczył blisko 500 osób, zdecydowanych podjąć na nowo walkę zbrojną. Jego działalność wywiadowcza funkcjonowała na bardzo wysokim poziomie, o czym świadczą pochwały przesyłane z Londynu oraz gwałtowna działalność służb bezpieczeństwa w Polsce. Jednocześnie dbano o swoich podwładnych, ułatwiając im start w ciężkich czasach, wspomagając ich materialnie, kierując na studia. O jego sile niech zaświadczy jeszcze jeden fakt: w 1979 r. w dokumentacji osobowej ciągle zapisywano dawnym członkom Okręgu Wileńskiego informację o ich przynależności, co stawało się swoistym „wilczym biletem” w życiu, w totalitarnej Polsce.

dr Piotr Niwiński – Oddziałowe Biuro Edukacji Publicznej IPN Gdańsk

http://w.icm.edu.pl/ak/txt/wilenAK44-48.htm

Posted in Historia, Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna | Leave a Comment »

Miłosierdzie a sprawiedliwość

Posted by tadeo w dniu 19 kwietnia 2011

Jeżeli oczekujesz od Boga upomnienia się o sprawiedliwość wobec każdego człowieka, musisz przyjąć także sprawiedliwy wyrok za własne i niejednokrotnie grzeszne życie. Ale Bóg w swoim miłosierdziu daje ci szansę miłości, abyś mógł okazać się przed nim niewinny. Jest to wielki dar Boga Ojca dla naszych czasów. Czy chcesz, aby tak się stało, chcesz się uniewinnić i być czystym? Jest tylko jeden sposób, abyś mógł to osiągnąć – jeżeli uwierzysz w Jego Syna i w to, co dla ciebie zrobił w swoim niezgłębionym miłosierdziu.

Każdy człowiek jest grzeszny mniej lub więcej, ale grzeszy i nie da sobie sam rady z grzechem nigdy. Bóg doskonale to wie i daje łaskę, jaka ma być ucieczka przed potępieniem wiecznym, jest nią Miłosierdzie Boże. Bóg nie chce karać zbolałej ludzkości chodź winy są duże i czara goryczy się powoli przelewa to mimo to kocha nas i przebacza zawsze, gdy go o to poprosimy, bo prawdziwa miłość nie karze, lecz przebacza. Sprawiedliwość nie zna litości jest taka, na jaką sobie zasługuje każdy z nas a więc zawsze jest prawdziwa w stosunku do tego, co zrobiliśmy. Z sprawiedliwości będą zadowoleni ci, którzy byli głęboko moralnymi i naprawdę Bogobojnymi ludźmi, a co z tymi, którzy takimi nie byli? A no właśnie maja ostatnią deskę ratunku na to, aby się zmienić i oczyścić w Miłosierdziu Bożym by nie być poddanymi sprawiedliwości Bożej, która może się okazać dla nich straszna. Sprawiedliwość Boża na sądzie ostatecznym nie dla wszystkich jednak okaże się zgubna, nie dla tych, którzy byli ludźmi sprawiedliwymi i tych, którzy uciekali się do Jego miłosierdzia. Jezus obiecał, że kto ucieknie się do jego miłosierdzia nie będzie karany choćby był grzesznikiem zatwardziałym, lecz to musi być ucieczka prawdziwie głęboka z żalem za grzechy i z prośbą o przebaczenie. Dobrą drogą do tego celu jest kult Miłosierdzia Bożego, który został wylany na ludzkość przez św. Faustynę. 

Miłosierdzie jest sprawiedliwością Bożą. A sprawiedliwość ludzka czym jest? A czym jest miłosierdzie Boże? – W gruncie rzeczy też nie wiemy, ale spodziewamy się, że jest to szczególna sprawiedliwość, skora do wybaczania. Czy ojciec musi ukarać syna, w imię sprawiedliwości, jeśli ten, szczerze ukorzony, żałujący tego co zrobił, szczerze przepraszający, prosi o wybaczenie? Wreszcie jaką miarą mierzyć, słuszną skądinąd karę?

Czytaj także

SPRAWIEDLIWOŚĆ CZY MIŁOSIERDZIE ?

MIŁOSIERDZIE POPRZEDZAJĄCE SPRAWIEDLIWOŚĆ

Zobacz: Miłosierdzie a sprawiedliwość Boża (Nie wszyscy będą zbawieni….)

Posted in Miłosierdzie Boże, Religia | 2 Komentarze »