WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Józef Czapski “Na nieludzkiej ziemi” (fragment)

Posted by tadeo w dniu 8 kwietnia 2011


Posłuchaj także: Józef Czapski – Na nieludzkiej Ziemi [Audiobook PL]

Józef Czapski,Malarz, rysownik, pisarz, eseista, krytyk. Urodził się w 1896 w Pradze, zmarł w 1993 w Maisons-Laffitte, we Francji. Jako oficer rezerwy został wzięty do niewoli 27 września 1939 roku. Przebywał w obozie w Starobielsku, potem przez rok w Griazowcu pod Wołogdą. Po amnestii w 1941 roku,na zlecenie generała Andersa poszukiwał zaginionych polskich oficerów, stykał się z wieloma osobami więzionymi i z przedstawicielami władz radzieckich.

Po zakończeniu wojny pozostał na emigracji. Jest autorem dwóch publikacji związanych z pobytem na terenie Związku Radzieckiego. Pierwsza — Wspomnienia starobielskie jest relacją z pobytu w obozie, druga Na nieludzkiej ziemi (mająca kilka wydań zagranicznych i wydana w kraju w drugim obiegu) jest pisana z pozycji człowieka, wykonującego polecenie zebrania największej liczby danych o polskich oficerach, których grobów poza Katyniem nie odnaleziono do chwili obecnej.

Na nieludzkiej ziemi

Czapski

Minęły święta. W wielkiej zimnej sali sztabu Armii Polskiej w Buzułuku zaczęła się znowu praca, nieustanny ruch, klepanie na maszynie. Wniesiono z powrotem nasze stoły i skrzynki kartotek.

Do Buzułuku tak samo jak do Tocka, ale w mniejszych ilościach i przeważnie pojedynczo lub małymi grupami przybywali Polacy z więzień i obozów.

28 grudnia przyszedł do nas na salę por. Sołczyński. Nie z północy, jak większość, ani ze wschodu czy z południa, jak ci z Kołymy i Turkiestanu, ale z zachodu, z Artiemowska pod Starobielskiem, poprzez Stalingrad. Stamtąd w tym okresie nie przybył jeszcze nikt.

Nie robił już na nas wrażenia wygląd wynędzniałych jeńców w fufajkach. Byliśmy bardzo otrzaskani, ale oficer, który wszedł wówczas na naszą jasną empirową salę, nie był normalnie „wynędzniały”. Małego wzrostu, z głowiną okrągłą na chudziutkiej szyi, por. Sołczyński robił naprawdę wrażenie kościotrupa w porwanej fufajce. Drobne rysy, papierowo-biała cera, głębokie oczodoły pod wysokim, bardzo białym czołem, zupełnie zapadłe policzki — to nie była głowa żywego człowieka, to była czaszka, która z niezrozumiałych powodów ożywiona jasnymi oczami jeszcze żyła.

Porucznik Sołczyński z 77 p.p. miał 31 lat i był studentem na czwartym roku Politechniki Warszawskiej. Najbardziej nieoczekiwane dla nas było wówczas to, że niektórzy go znali przelotnie ze Starobielska, jeszcze w styczniu 1940 roku.

Zresztą pierwsza moja nadzieja, że będzie on mógł nam dać informacje o naszych starobielskich kolegach z lat 1939-1940 zaraz się rozwiała. Był on rzeczywiście w Starobielsku w styczniu 1940, ale trzy dni tylko, przywieziono go z 12 innymi. Od nich wówczas mieliśmy pierwsze rzeczywiste dane, jak wygląda okupacja sowiecka, pomimo że trzynastkę nowoprzybyłych odseparowano natychmiast. Po trzech dniach wywieziono ich z obozu w niewiadomym dla nas kierunku i z niewiadomych powodów.

Teraz, kiedy przyszedł do nas do Buzułuku, był w dziwnym, jakby przedśmiertnym podnieceniu. O swoich przejściach, o ostatniej wędrówce mówił wiele i wciąż wracał do  j e d n e g o tematu: pozostawił w Stalingradzie półżywych kolegów, błagał o natychmiastową pomoc dla nich, o ratunek. Tak jak do nas przyszedł, wyczerpany do ostatnich granic sił, miał niepohamowaną potrzebę podzielenia się tym, co przeszedł, opowiadał precyzyjnie, gorączkowo, jakby się bał, że o czymś zapomni, że czegoś nie dopowie, opowiadał nam, których widział pierwszy raz, wszystko jak najbliższym braciom, do których dobrnął u progu śmierci, po okrutnych mękach.

Jego historię zanotowałem z miejsca.

Opowiadanie porucznika Sołczyńskiego

„Raniony na froncie zostałem przygarnięty w Haliczu przez nieznajomego kolejarza, który mnie do swego mieszkania przyjął i pielęgnował. Doniesiono bolszewikom o moim istnieniu. Zostałem aresztowany i przewieziony do więzienia w Stanisławowie. Zamknięto mnie w celi z 12 kolegami, z którymi się już nie rozstawałem przez dwa lata poprzez wszystkie więzienia, aż po Artiemowsk. Większość z naszej trzynastki była złapana przy przekradaniu się przez granicę, wszystko wojskowi, poza trzema cywilami — Stanisławem Burzyńskim — inżynierem rolnikiem; sędzią — Józefem Bronikowskim ze Stanisławowa i Józefem Menelem, obywatelem ziemskim, znanym hodowcą koni spod Stanisławowa.

Poza tym wszystko wojskowi — kpt. Antoni Pawlikowski, por. Oskar Schab, obaj z Centrum Wyszkolenia Artylerii Pomiarowej z Wesołej pod Warszawą, por. Stanisław Rusznica ze Stanisławowa, ppor. Józef Szostak, student Akademii Górniczej w Krakowie, por. Bronisław Grabowski, pchor. Józef Cepak z łączności, pchor. Bolesław Wisz, majster wojskowy, sierżant Tadeusz Kotynia oraz mgr praw ppor. Podłużny z Halicza^

Ze Stanisławowa zostaliśmy wywiezieni przez Lwów, Kijów, Stalino, Donbas, Charków, Woroszyłowgrad. Do Starobielska przybyliśmy po parotygodniowej podróży. Przybyliśmy tam wysłani przez prokuratora ze Stanisławowa. Komendant obozu jednak uznał, że decyzja prokuratora go nie obowiązuje i nie przyjął nas. Zapakowano nas wskutek tego znowu do stoiypinki i odesłano z powrotem do Stanisławowa. Powstał spór kompetencyjny. Stanisławski prokurator w sporze z komendantem starobielskim zdecydował jednak postawić na swoim i 23 marca wysłał nas powtórnie ze Stanisławowa do Starobielska. Dotarliśmy jednak tylko do Artiemowska o 130 km od Starobielska i tam nas zatrzymano i zamknięto w celi.

Od tego czasu bez przerwy aż do 12 października 1941 roku, a więc półtora roku, pozostawiono nas w Artiemowsku. Warunki były ciężkie. Siedziało nas w celi 3×3 m — 26 osób w kucki, jeden na drugim, przeważnie Polacy. Nie dano nam w tym czasie ani jednej gazety, nie wiedzieliśmy, co się na świecie dzieje. Jedyny sposób uzyskania wiadomości to było wyciąganie strzępów gazet z kału, z wychodka, do którego nas wypuszczano wyłącznie dwa razy dziennie. Odczyszczając je, dowiadywaliśmy się czegoś.

Gdy po roku wybuchła wojna niemiecko-sowiecka nikt nam o tym nie powiedział, ale zdwojono straż na korytarzu i co noc robiono zaciemnienia tak, żeśmy się domyślali. Kiedyśmy się zapytali dozorcy, czy nie ma wojny z Niemcami, odpowiedział ze złością: — Was pobiliśmy w trzy dni, Giermańców pobijemy w pięć!

2 sierpnia odwiedził nas prokurator tamtejszego woroszyłowgradzkiego rejonu, obchodził naszą celę i wypytywał wszystkich kolejno, za co siedzą. Zirytowałem się i powiedziałem mu:

—  Biłem waszych przyjaciół Niemców, za to siedzę.

—  Nigdy Niemcy nie byli naszymi przyjaciółmi — skoczył prokurator — a was sprzedał Beck i dlatego siedzicie.

Dopiero we wrześniu ze skrawka gazety dowiedzieliśmy się o tworzeniu Armii Polskiej i o tym, że Kot jest ambasadorem. Z dnia na dzień czekaliśmy zmiany. Przypuszczaliśmy tylko, że szybkie postępy armii niemieckiej mogą uniemożliwić naszą ewakuację. Nie przeczuwaliśmy, że w Artiemowsku pozostawią wszystko, ale zabiorą więźniów.

Któregoś dnia wyprowadzono nas w liczbie tysiąca, uszykowano w czwórki, dano po kilogramie chleba, po jednej rybie i kazano maszerować.

Wyszliśmy z więzienia. Otoczył nas 107 pułk konwojowy pieszo, na koniach i z psami. Było również wśród nas 80 kobiet, w tym jedna Polka ze Lwowa, blondynka o zmiętej twarzy, zdaje się, że prostytutka.

Przechodząc przez ulice Artiemowska spotykaliśmy się z wielkim współczuciem. Rzucano nam chleb, nawet bułki. Z dwóch stron chodnika biegło kilkanaście kobiet, płakały, chciały się dostać za kordon, bo miały wśród więźniów swoich bliskich. Bito je kolbami i odrzucano. Tak maszerowaliśmy bez przerwy do godziny 6 wieczorem w bardzo trudnym, błotnistym terenie. O godzinie 6 na wzgórku zbito nas w kupę i pozwolono nam usiąść. Nie dano nam nic jeść ani pić. Jeden z Rosjan — więźniów poprosił o wodę.

— Masz wodę! — odpowiedział konwojent na koniu i zaczął proszącego okładać szablą. Nie tylko wówczas nie dano nam ani kropli wody, ale i na drugi dzień nie dano nam nic do picia, przy tym jeden z dowódców konwoju zaznaczył nam na początku, że jeśli 5 procent nas wszystkich uda mu się doprowadzić do celu podróży, to będzie z górą wystarczające. Byłem strasznie spragniony, wziąłem kawałek chleba, żułem i nie mogłem połknąć przez kilkanaście minut z powodu niedostatecznej ilości śliny. Ślina zrobiła się jakaś biała i bardzo gęsta.

Psy były używane przez konwojentów od pierwszego dnia, nie spuszczano ich ze smyczy, bo by ludzi zagryzły, ale podpuszczano je do idących, którzy zwalniali kroku lub iść nie chcieli, czy nie mogli. Pies rwał spodnie więźnia, gryzł i więzień zdobywał się na ostatni wysiłek, szedł dalej.

Po marszu bez przerwy od godziny 10 do 6 wieczorem zarządzono pauzę, przesiedzieliśmy na dworze bez pożywienia, bez wody, zbici w gromadę, od godziny 6 wieczorem do 6 nad ranem w dotkliwym zimnie, a od trzeciej rano w deszczu. Potem ruszyliśmy dalej.

Nie dawano nam w dalszym ciągu wody do picia. Głód, resztka chleba, ktOrą miałem, nie przechodziła przez gardło, szalone pragnienie doprowadziło mnie do zupełnego upadku sił, zacząłem odstawać od kolumny. Błoto było takie, że trzeba było dźwigać po parę kilo na oblepionych nogach. Przed oczami zaczęły mi krążyć czarne płatki. W pewnym momencie, idąc pod górę upadłem.

Leżałem bez sił zupełnie.

Gdy wstałem wreszcie, po przejściu kilku dalszych metrów przybliżył się do mnie ppor. Podłużny i dał mi kilka kostek cukru, swój schowany żelazny zapas. Ten cukier mnie zbawił. Czarne płaty znikły i przy pomocy Podłużnego, o którego ramię się opierałem, zacząłem znowu iść. Uratował mi życie.

Rosjanie, którzy z nami szli, należeli przede wszystkim do dwóch kategorii więźniów. W większości byli to bandyci, tzw. żuliki. Stanowili zwarte, bezwzględne zespoły i terroryzowali całą resztę jeńców.

Już w drugim dniu wędrówki rzucili się w drodze na kilku towarzyszy i okradli ich ze wszystkiego. Mnie tego dnia wyrwano z rąk ostatni kawałek chleba.

Drugą kategorię stanowili tzw. progulszczyki; dla wielu z nich termin kary kończył się za tydzień czy dwa. Niejeden był zaaresztowany za spóźnienie się do pracy o kwadrans czy pół godziny, jeden miał jeszcze wszystkiego dwa dni do odsiedzenia. Powiedziano im, że będą zwolnieni po przyjściu na miejsce i pędzono ich około 700 kilometrów, aż do Stalingradu. Nie przypuszczam, by wielu z nich wyżyło.

Od godziny 10 zaczął padać śnieg. Była to wielka dla nas radość, brać garście śniegu i choć trochę ugasić pragnienie! Przeszliśmy tego dnia 30 km. Na noc umieszczono nas w kołchozie, w szkole powszechnej i w kilku budynkach sąsiednich. Tam dowiedzieliśmy się, że dwa dni przed nami przechodził podobny konwój, składający się również z 1000 ludzi w przybliżeniu, także z artiemowskiego więzienia.

W sali 6×7 metrów, gdzie mnie umieszczono, było 60-70 więźniów. W następnej sali, większej, około 100. Nie dali nam znowu nic do jedzenia ani picia. Na stronę wypuszczano zaledwie 10 osób, więcej nie pozwalano. Wszyscy załatwiali się przy drzwiach, tak że powstało gnojowisko powyżej kostek.

Tej nocy z 13 na 14 umarł na naszej sali pierwszy z transportu, obywatel polski, Żyd. Umarł na serce. Został również postrzelony więzień Rosjanin, który się ukrył na strychu. Zwalono go rannego na drugi dzień na wóz, który szedł z partią do przyszłego postoju, gdzie zrzucony z wozu wyczołgał się do baraku i tegoż wieczoru skonał. Dopiero 14 rano przy wyjściu wniesiono nam przez większą salę parę wiader wody. Wybuchła natychmiast dzika bijatyka o tę wodę, ani jedno wiadro nie zostało do naszej sali doniesione.

14  października wieczorem doszliśmy do Diubalcewa — wielkiej stacji węzłowej. Nocowaliśmy znów w szkole. Na drugi dzień o godzinie 8 rano pozwolono nam wyjść na zewnątrz i obmyć się śniegiem. Jeden z NKWD wyjął z kubła garść odpadków, były to jakieś kawałki wątroby, resztki mięsa i rzucił tę garść na salę. Znów zaczęła się bójka. Jeden z Ukraińców, wielki chłop, chwycił większy ochłap mięsa i chciał go natychmiast połknąć. Drugi więzień, chcąc go wyrwać, rozdarł mu głęboko wargę w dwóch miejscach na obu końcach otworu ust.

15  października o godzinie 11 kazano nam wychodzić na oblodzone podwórze. Mieli wydawać chleb na dworze. Było mroźne słońce, większość wyszła. Zostało kilku Polaków oraz kilku Ukraińców. Ja się trzymałem z kpt. Pawlikowskim oraz por. Schabem. Podniosłem się do wyjścia, oni również. Ale tknięty jakimś przeczuciem usiadłem na ziemi i powiedziałem, że nie pójdę. Dwa razy wracał por. Grabowski, który był komendantem naszej polskiej grupy i prosił na wszystko, żebym nie utrudniał mu pracy, żebym wyszedł i pobrał chleb.

Wiedziałem, że za chwilę, kiedy wyjdę na zewnątrz, ustawią nas w szeregu, puszczą psy i będę musiał iść.

Widziałem przez okno, że każdy otrzymał kawałek chleba dwustugramowy, nie ruszyłem się jednak. Po wyjściu większości przyszli dozorcy i zaczęli bić kolbami po plecach obecnych i wyrzucać na zewnątrz. Kiedy wstałem, jeden z nich chwycił mnie za kołnierz i wlókł jakieś 10 metrów na korytarz.

Uderzyłem głową w próg, przygryzłem zębami wargę i zaczęła mi się sączyć krew z ust. Konwojent, gdy zobaczył krew na ustach, powiedział tylko: „Pewnie zdechnie” — popchnął mnie w piersi i zostawił. W korytarzu i w innych salach leżeli inni, podobnie jak ja nieruchomi, bezsilni, zrezygnowani na wszystko”. Co do mnie, czułem się nawet wówczas lepiej, a jeżeli się uparłem, żeby się nie ruszać, to dlatego, że miałem jakąś wewnętrzną pewność, że to jedyny ratunek. Rzeczywiście, gdybym się nie był uparł, pędzony pieszo jak inni nie doszedłbym na pewno.

Kolumna ruszyła. Do pilnowania pozostałych 32, wśród których było 14 Polaków, pozostawiono 8 konwojentów.

O godzinie 1 po południu usłyszeliśmy dalekie odgłosy artyleryjskie. Myśleliśmy, że to lekka artyleria z frontu, że może posuwają się Niemcy, może już przestaną nas pędzić. Ale to była tylko artyleria przeciwlotnicza.

Wieczorem przysłano samochód, który wiózł ryby dla transportu. Zabrał on jeszcze 4 Rosjan i 2 Polaków, którzy dali się namówić, bo im obiecano 200 gramów chleba i kawał ryby. Jeden z tych Polaków, jak sobie przypominam, nazywał się Czeczot.”

— Czeczot — pytam ze zdziwieniem. — Jak wyglądał?

Według opisu por. Sołczyńskiego stwierdziłem, że to ten sam młody por. Czeczot, szczupły, sympatyczny blondyn, z którym wywożono mnie podczas likwidacji Starobielska nr 1 półtora roku wcześniej. Leżeliśmy wówczas we dwójkę jakieś 7 dni, zapchani na najwyższe piętro przedziału naszej stotypinki (nie było tam mowy o siedzeniu, można było tylko leżeć). Ostrzegano mnie przed nim, że miał kontakty z bolszewikami, że mógł donosić. Nie bardzo w to wierzyłem wówczas. Był inteligentny, pochodził ze skromnej ziemiańskiej rodziny z Wileńszczyzny, o pięknej filomackiej tradycji, zdaje się, że szczerze radykalizował. Wiózł ze sobą wówczas gruby tom Uwag Lenina, pisanych na marginesie jego lektur o kapitalizmie międzynarodowym. Przez te dni przeleżane  „na strychu” naszego przedziału, w dziki upał, sporośmy przegadali. Żywo mi opowiadał o chłopach, z którymi wiele przestawał, o swoich wędrówkach młodzieńczych po moczarach i lasach. Ku naszemu zdziwieniu wysadzono go o parę stacji wcześniej niż nas. Już na wolności dowiedziałem się, że go odesłano z powrotem do Starobielska. Starobielsk był wówczas przepełniony, ponad 20000 więźniów politycznych, mężczyzn i kobiet, tzw. Starobielsk nr 2. Czeczot mieszkał jednak w specjalnych, o wiele wygodniejszych warunkach. Przypuszczam, że bolszewicy spodziewali się zrobić z niego „swojego człowieka”, być może szczerze się do komunizmu skłaniał, albo tylko w pewnym momencie wykazał brak charakteru, czy zwyczajnie się załamał. Teraz od por. Sołczyńskiego dowiedziałem się o dalszych jego losach. Temu zagubionemu, miłemu chłopakowi na nic się nie przydało studiowanie Lenina i taka czy inna, mniej lub więcej szczera czy wyrachowana gra z bolszewikami. Jak tylu innych, pędzonych w bestialski sposób, musiał i on zginąć na okrutnym szlaku.

„Po wywiezieniu i tych paru więźniów, zostało nas w Diubalcewie 26, w tym 12 Polaków. Wieczorem dostaliśmy 200 gramów chleba i była to ostatnia porcja aż do Stalingradu, konwojenci nam powiedzieli, że żadnej racji dla nas nie mają, bo racje są w kolumnie, która poszła w kierunku na Lichaj. Zawieziono nas na stację, wsadzono do wagonu towarowego, który zamknięto i ruszyliśmy tegoż wieczoru. Ale trasy codzienne były bardzo krótkie, po kilkanaście kilometrów. Tory były straszliwie zawalone, brak lokomotyw. Z mojej dawnej trzynastki byli ze mną Mencel, Bronikowski i Kotynia. W tej drodze dołączył do nas i bardzo się z nami zżył pułkownik Ludwik Miłkowski, lekarz emerytowany, dentysta ze Lwowa, dyrektor gimnazjum w Ostrogu Ostrowskim, wachmistrz żandarmerii Witold Kasiński z Łucka oraz polonista ze szkoły Rejtana z Warszawy.

Miłkowski, nadzwyczaj sympatyczny staruszek, był szefem sanitarnym DOK Lwów w czasie, gdy dowódcą DOK był gen. Sikorski. Jeszcze w 1939 roku z nim korespondował. Ten 64-letni człowiek był żonaty i miał dwóch chłopców, których wspominał z rozrzewnieniem.

Jechaliśmy to w towarowych zamkniętych wagonach, to na odrutowanych odkrytych lorach. Raz wsadzono nas do wagonu zawalonego beczkami z ogórkami. Zrobiliśmy dziurę w beczce i żywiliśmy się tymi ogórkami. Chleba nie dostawaliśmy wcale. Jedliśmy także surową kukurydzę z pola, którą nam ludność rzucała. Na stacji Lichaj czekaliśmy 5-6 dni i tam znowu doznaliśmy od ludności sporo współczucia. Rzucano nam kukurydzę, a nawet raz rzucono kawałki sucharów. W drodze konwojenci pozwalali nam brać wodę. Wyżyliśmy tylko dzięki temu, że konwojenci kradli dla nas. Kazano im nas dowieźć żywych, a racji dla nas nie mieli. Zresztą nie wiem, czy to było tak konieczne, byśmy dojechali wszyscy żywi. Raz jeden z konwojentów się upił i wraz z kolegami zaczął strzelać do zamkniętego wagonu, w którym nas trzymali. Jedna kula trafiła w głowę rolnika, Polaka, sympatycznego osadnika i zabiła go na miejscu. Był on przez szereg lat w Ameryce, był patriotą i chłopskim działaczem. Mencel naiwnie powtarzał: „No, z tego musi być dochodzenie”. A tu zostawili nam trupa na całą noc, rano wynieśli i nic.

Po kilku dniach pobytu w Lichaju udało się żulikom, którzy chodzili po wodę (nam Polakom nie pozwalano), ukraść trochę ziarna pszenicy i żyta. Dali nam wspaniałomyślnie to surowe ziarno do gryzienia, jedliśmy chciwie — głód robił swoje.

Nie mieliśmy nic ciepłego w brzuchu od wyjścia z Artiemowska, przy tym ziarno i ogórki doprowadziły do tego, że wszyscy dostali krwawej biegunki. Wszyscy bez wyjątku. Trzech na tę biegunkę zmarło pod Stalingradem w mojej obecności — wzór poczciwości, dr Tomaszek ze Stanisławowa, Szulc, starszy konduktor, bardzo wartościowy działacz społeczny oraz wachmistrz Kasiński z Łucka. Dr Tomaszek nam wyjaśniał, że to przeszło miesięczne życie bez ciepłej strawy i bez ciepłej wody wywołuje ten ostry nieżyt kiszek.

Dopiero 22 listopada wyprowadzono nas z wagonu i przewieziono do baraku odległego o 11  km od miasta.

Na drugi dzień po południu przyjechała z odległej o 100 km od Stalingradu stacji grupa z naszej partii artiemowskiej, którąśmy pożegnali w Diubalcewie. Nie mogli już dalej iść pieszo.

Pierwsze słowa, z którymi zwrócił się do mnie jeden z przybyłych, Rosjanin, którego poznałem w ciągu wspólnej podróży,  były:  „Wasze szczęście, wszyscy wasi wyginęli”.

I każdy, kto przychodził, powtarzał to samo, że wszyscy Polacy zginęli po drodze, że nie ma już ani jednego. Nie dawaliśmy temu wiary. Na drugi dzień nadeszła reszta. Do baraku 7×12 m, w którym były 4 rzędy prycz piętrowych, wtłoczono około 300 więźniów. W ogóle przeznaczono dla przybyszów dwa sąsiadujące baraki. Byli niepodobni do ludzi. Z dwóch partii po 1000 ludzi przybyło nie więcej jak 550, przy tym przeciętnie, tylko w naszym baraku umierało 10-15 dziennie.”

Mój rozmówca milknie na dłuższą chwilę, jakby się namyślał, jakby szukał słów i potem znowu trochę gorączkowo, ale bardzo rzeczowo mówi dalej:

„Żaden nie miał butów, nogi owinięte gałganami. Były już wówczas mrozy dwudziestostopniowe, wszyscy oczy mieli tak zapadnięte, że nie było ich prawie widać. Twarze zarośnięte, dziury zamiast policzków, nie myci od przeszło miesiąca, jak zresztą my wszyscy. Po rozlokowaniu rozszedł się po sali okropny odór, większość miała odmrożone nogi z potwornie cuchnącymi ranami, ciało gniło.

Pierwszego dnia ciągle szukałem Polaków. Był tylko jeden, młody czołgista z Białegostoku z objawami pomieszania zmysłów, bez butów, z odmrożonymi nogami. Nieustannie się trząsł. Gdy pytałem go o innych, całą odpowiedzią było ciągłe powtarzanie: „Zimno mi, zimno”.

Pytałem wszystkich o naszych towarzyszy. Wciąż mówiono mi to samo: „Wszyscy zginęli”.

Pytałem dosłownie dziesiątki ludzi i oto co mi się udało z tych potwierdzających się wzajemnie opowiadań dowiedzieć.

Najwięcej wyginęło w czasie przemarszu na stepach między Donem a Wołgą. Pewnego dnia, około 25 października cała kolumna doszła w stepie wieczorem do miejsca odległego od najbliższego kołchozu o 75 km. Konwojenci dla ostatecznie wyczerpanych ludzi zarządzili odpoczynek. W dużym ogrodzeniu dla krów, bez dachu, w saraju, jak to tam nazywano, trzymano wszystkich pięć dni i pięć nocy. Bez jedzenia, mrozy dochodziły do dwudziestu kilku stopni. Więźniowie łamali ogrodzenie, rozpalali ogniska. Żuliki silną i zwartą masą obsiadali ognisko, wypychając słabszych, między nimi Polaków, na zewnątrz. Wobec tego, że Polacy byli pomimo wszystko przeważnie – lepiej ubrani, żuliki zdzierali z nich ubrania, zostawiając ich w koszulach i kalesonach.

W tej zagrodzie na śniegu zmarł porucznik Stanisław Rusznica, oficer piechoty z mojej trzynastki. A także kpt. Antoni Pawlikowski, którego charakterystyczne narciarskie spodnie z automatycznymi zamkami widziałem na jednym z więźniów.

Szóstego dnia postoju w saraju przywieźli jakieś mięso końskie i ugotowali strawę dla więźniów w ilości po kubku mięsa z kaszą na osobę i potem kazali dalej maszerować. 60 oświadczyło, że dalej iść nie mogą, byli wśród nich Polacy. Ustawiono tych 60, zbliżył się do nich dowódca konwoju, nie żądał by szli razem, kazał im jedynie iść po wodę dla siebie do pobliskiej studni. Tym, którzy ruszyli po wodę kazano dołączyć do kolumny i pędzono siłą dalej, szczując jak zwykle psami. Czternastce, która się nie ruszyła (był w niej plut. Drożdziuk) kazano na śniegu sią rozebrać do naga i przejść za pobliski domek. Jeden z Ukraińców opowiadał mi dokładnie, że zaraz potem usłyszał 14 strzałów. Rozstrzeliwania nie widzieli. Ale w kilkanaście minut po strzałach tenże Ukrainiec widział, jak więźniowie rozrywali między sobą ubrania uprowadzonych za domek.

Pochód ruszył wówczas dalej. Coraz więcej ubywało z szeregów. Wtedy umarł ppor. Podłużny, który mi uratował życie, oddając mi swój zapas cukru. Stoi mi jak żywy przed oczami. Miał wijące się blond włosy, miłą twarz, był synem chłopa na paru morgach, skończył uniwersytet, utrzymując się korepetycjami, był aplikantem w Haliczu, rodziców jego wywieziono w głąb Rosji. Umarł wówczas również pchor. Wisz, pchor. Cepak, nie mam danych co do śmierci ppor. Schaba. Najdłużej trzymał się por. Tadeusz Grabowski, do którego konwojenci i dowódca ze względu na to, że władał dobrze rosyjskim jeżykiem poczuli sympatię.

Ale i on zginął już za Donem o 110 km od Stalingradu.

W ciągu tygodnia po przyjściu tych resztek z obu transportów dzień w dzień konwojenci sprawdzali akta i wywoływali nazwiska. Żadnej nie było ewidencji umarłych, statystyki; kiedy wywoływano nazwisko takiego, który umarł, to sami więźniowie przeważnie odpowiadali: „Padoch” lub „Został w saraju”.

Przez pierwsze dwa tygodnie pobytu w baraku otrzymywaliśmy 300 gramów chleba, poza tym przynoszono nam 2-3 wiadra wody. Chleb wydawano zwykle na dworze: ustawiano nas w kolejce i każdy dostawał po kawałku. My, Polacy zjadaliśmy go natychmiast, przed wejściem do baraku, bo każdemu, który wracał z chlebem w ręku wyrywali go po drodze silniejsi. Było bardzo trudno ten chleb tak szybko przełykać, pomagaliśmy sobie zwilżając go śniegiem.

Pewnego dnia nie wyprowadzili nas na zewnątrz i chleb rozdawali w baraku. Wszystkim nam kazano usiąść na pryczach z nogami spuszczonymi. Konwojenci szli z workami chleba i rozdawali po kolei. W przejściu na ziemi leżał nagi więzień, konał. Już był do naga ograbiony przez kolegów, oczy miał zamknięte i robił dziwnie płynne ruchy rękami i nogami. Ktoś z eskorty powiedział: „Dla niego niepotrzebny chleb, on i tak zdechnie” i widocznie zawahał się przez sekundę, komu ten chleb oddać. Kilkunastu więźniów rzuciło się błyskawicznie ku temu kawałkowi chleba, depcząc, tratując w straszny sposób konającego, zmarł po pół godzinie.

O wodę toczyła się stale walka, głównie chorzy jęczeli o wodę. Błagali. Oddawali za nią swój chleb. Radziliśmy sobie w ten sposób, że w czasie porannych porządków (wyprowadzano nas wtedy i wynoszono trupy) zbieraliśmy śnieg w szmaty i jedliśmy ten śnieg w baraku. Sprytniejsi mieli cały proceder. Sypali śnieg w szmaty, z których kroplami skapywała woda. Ten skroplony śnieg sprzedawali za chleb. Po paru dniach zbieranie śniegu było utrudnione, bośmy już wszystek śnieg, który był bliżej baraków, wyzbierali.

Były wówczas silne mrozy; jednego dnia wychodząc na podwórze zwróciłem uwagę na dziwne pnie drzew przy domu. Powiedziałem Kotyni, co to za dziwne drzewo liliowego koloru, pewno obdarte z kory, wykrzywione konary. Podeszliśmy bliżej. To wcale nie były konary, to były zamarznięte członki nagich trupów ludzkich, które tak sterczały ze śniegu. Konwojenci chwytali je za nogi, ciągnęli przez śnieg i rzucali do w pobliżu nas znajdującej się jamy. Od tego czasu szukaliśmy śniegu na innym miejscu, a nie tam, gdzie rzucano trupy.

Co noc słyszeliśmy charczenie słabszych lub konających, duszonych przez sąsiadów, którzy zdzierali z umarłych ubranie, sprzedając je za ehleb.

Opowiadałem już o jednym Polaku, który został przy życiu, czołgiście z Białegostoku. Otóż w dwa dni po przyjściu partii ze stepu, gdy wychodziłem podczas porannych porządków, nasz czołgista się nie pokazał. Za to zobaczyliśmy jego płaszcz na plecach jednego sąsiada z pryczy. Został prawdopodobnie, jak wielu innych, doduszony przez kolegów i rozebrany do naga.

Codziennie wynoszono kilkanaście nagich trupów z baraku. Jedyni Polacy, którzy pozostali, to było tych paru, którzy ze mną razem przebyli drogę z Diubalcewa w wagonach.

Ale i ci zaczęli po kolei umierać. Pierwszy w baraku z Polaków umarł najlepszy, dr Tomaszek. Był już zupełnie wyczerpany biegunką, ani węgiel, ani nafta mu nie pomogły. Po nim umarł Kasiński (…) potem przyszła kolej na Szulca. Dwie godziny przed śmiercią prosił mnie o wodę. Właśnie się dowiedziałem z kawałka gazety, że Sikorski jest w Moskwie. Powiedziałem mu to. Szulc, który zawsze tak namiętnie wszystkim co polskie się interesował, machnął już teraz tylko ręką.

Rozchorowali się poważnie Mencel i Bronikowski. Garstka nasza szybko topniała.

Nie widziałem trupa wynoszonego w jakimkolwiek ubraniu. Zdzierano z nich wszystko przed wyniesieniem z sali.

Po paru dniach pobytu w baraku „zamieszkaliśmy” wszyscy Polacy razem. Z początku leżeliśmy na górnej pryczy, lecz musieliśmy po paru dniach pójść pod pryczę, bo już Mencel nie miał sił na pryczę się wdrapywać. Leżeliśmy upchani jak psy, mając od podłogi do desek ponad nami najwyżej 50 centymetrów wysokości. Ja i Kotynia byliśmy najsilniejsi, więc ułożyliśmy się na skrajach, żeby móc się lepiej bronić, a gdy nam próbowali zdzierać ubrania, tośmy kopali. W środku położyliśmy Menela, Bronikowskiego i Miłkowskiego. Zanim wzięliśmy Miłkowskiego między siebie, mieli z nim żuliki specjalną zabawę. Ukradziono mu jego wysokie buty kawaleryjskie ze świetnej skóry. Miały one na tamte warunki cenę bajońską, więc sprzedano je dozorcy i Miłkowski chodził boso. Ale nie dość na tym, żuliki codziennie zdzierali z niego ubranie, a po dwóch godzinach przynosili mu je z powrotem, sprzedając mu za porcję chleba jego własne ubranie po to, by je na drugi dzień znowu ukraść.

Z chwilą gdyśmy go położyli między siebie, pod pryczami, zabawa żulików się skończyła. Nie zapomnę jednej z ostatnich rozmów z Miłkowskim, opowiadał mi o swoich dzieciach, zaczął mi dziękować za opiekę złapał nagle za rękę i mnie, takiego szczeniaka, w rękę pocałował. [Opowiadać mu coraz trudniej, widać, że go łzy ściskają za gardło]. Więc to mnie wzruszyło, rozpłakałem się, no i jego znów w rękę pocałowałem.

(…)

Jeśli chodzi o mnie, od pierwszego grudnia straciłem apetyt. Nie mogłem zjeść nawet tego chleba, który mi dawali. Nie mogłem przełknąć tej solonej ryby, miałem gorączkę na pewno ponad 38 stopni, zapadłem na płuca, przy tym miałem owrzodzenie jamy ustnej, co mi uniemożliwiało przełykanie. Od pierwszych dni grudnia zaczęło się wywoływanie niektórych, jeżeli wywoływany jeszcze żył, mówiono: Sobirajties s wieszczami.

11 grudnia usłyszałem swoje nazwisko i sobirajties s wieszczami. Zerwałem się, nie zdążyłem się nawet pożegnać prawdziwie, tylko Kotynia za mną zawołał:  „Pamiętaj o nas!”.

Zaprowadzili nas do biura, dali dwa kilogramy chleba, kilogram ryb, 45 rubli i powiedzieli, że jestem wolny.

Przy wyjściu przewróciłem się dwa razy ze słabości, potem nabrałem trochę sił. Jeden z dozorców wskazał mi drogę do odległego o trzy kilometry tramwaju, którym miałem się dostać do Stalingradu. Ta podróż jeszcze nie była łatwa. Te pierwsze wrażenia, kiedy zbliżałem się do tramwaju, nie miałem sił podnieść nogi na stopień.

— Nu starik, skariej — powiedziała mi kobieta, która sprzedawała bilety. Spytałem ją, ile ona myśli, że ja mam lat. Powiedziała mi, że 50, a ja mam 31 i zawsze śmiano się ze mnie przed wojną, że wyglądam na 18. Na stacji czekałem na pociąg od 11 do 16 grudnia, wkręciłem się do jakiejś kompanii nowozaciężnej, gdzie było dużo Żydów z Rumunii i z Polski, więc dostawałem chleb. Potem jechałem wszelkimi sposobami, otwartymi lorami, gdzie zdawało się, że zamarznę z zimne, a raz to nawet osobowym wagonem. Wagon był zatłoczony, wpakowali mnie do tego wagonu, wepchnęli od tyłu, a ja straciłem resztkę sił i upadłem. Jeden milicjant roześmiał się i wtedy mnie wziął gniew i powiedziałem mu, żeby się nie śmiał.

— To z waszej winy jestem taki, jaki jestem. I wtedy cały wagon zamilkł. Dojechałem do Kujbyszewa do ambasady, tam mnie skierowano do Buzułuku. Ja tak ciągnąłem do was ostatnimi siłami, bo chciałem umrzeć przy was. To nie o ten chleb chodzi, co mi dajecie, czy pieniądze, ale widzieć choć jednego człowieka chciałem, by mi okazał współczucie …

(…) Niech pan mi wierzy, ja nie jestem histeryk, ale trochę się … wzruszyłem”.

(…)

Moskwa

(…)

Poprzez listy generała Andersa dotarłem do generała Żukowa i Reichmana, bezpośrednio podległych Berii i Mierkułowowi. (…)

Zacząłem od zaniesienia listów na Łubiankę. Do wnętrza wielkich gmachów tej centrali NKWD (…) w ogóle mnie nie dopuszczono, skierowując do jakiegoś domu położonego o wiele dalej. (…) Po wyczekaniu się, wyjaśnieniu przez okienko personaliów i celu mojej wizyty, skierowano mnie telefonicznie do innej poczekalni, już ogrzewanej, gdzie młodemu tryskającemu zdrowiem enkawudziście w mundurze musiałem znowu wyjaśnić cel mojej wizyty. To, że generał Sikorski z generałem Andersem byli przyjęci u Stalina zaledwie dwa miesiące temu, że organizacja armii polskiej była wszędzie propagowana, a fotografie generała Andersa znajdowały się w pismach ilustrowanych było reklamą, która — jak sądziłem — ułatwi mi chociaż wstępne kroki. Liczyłem na to, że listy, które miałem rozkaz osobiście doręczyć obu generałom, otworzą mi  przynajmniej drzwi do nich. Na moją prośbę jednak, bym te listy mógł osobiście wręczyć, spotkałem się z uśmiechem prawie ubawionym młodego enkawudzisty i ze stanowczą odmową; jedyne co mi wolno było zrobić, to wręczyć oba pisma jemu i czekać cierpliwie na odpowiedź. Pod tym względem nie mogło być żadnych wyjątków, żadne z mojej strony tłumaczenia nie mogły zachwiać żelaznej instrukcji…

Zaraz po wyjściu z poczekalni NKWD udałem się do misji brytyjskiej (…) zostałem przyjęty z największą uprzejmością. Po wyjaśnieniu celu mojej podróży przeprowadzono mnie do gabinetu szefa misji. Był nim generał MacFarlan, dowódca spod Dunkierki, potem obrońca jednego z bardziej zagrożonych odcinków wybrzeża angielskiego. (…)

Usiedliśmy na kanapie. Generał władający świetnie francuskim wysłuchał mnie uważnie. Nic pomóc mi nie mógł poza tym, że pozwolił mi w misji pracować i tam złożyć papiery, których w hotelu wolałem nie trzymać. Ostrzegał, że trafić do wodzów NKWD, Mierkułowa i Berii jest prawie niemożliwe, że on sam musi na takie spotkania czekać tygodniami.

(…)

Po Anglikach i Erenburgu pozostało mi jedno: czekać odpowiedzi z Łubianki. Czekałem szereg dni coraz niecierpliwiej. Pisanie tekstów memoriału zajęło mi pierwszych parę dni, potem znalazłem pewnego cudzoziemca, który mi ten tekst po rosyjsku na maszynie przepisał. (…)

Pewnej nocy obudził mnie telefon z Łubianki: mam się stawić w tej samej co wówczas poczekalni o takiej i takiej godzinie dnia następnego, będę przeprowadzony stamtąd do generała Reichmana.

O umówionej godzinie przyszedłem do znanej mi już brudnej i zimnej poczekalni na parterze. Czekał na mnie spasiony urzędnik w wysokiej czapce z siwego karakułu i w takimże karakułowym kołnierzu. Trochę gogolowski Cziczikow z wyglądu. Po krótkiej kontroli papierów przejechaliśmy wzdłuż kilkunastu domów, zatrzymując się przed głównym wejściem centralnego gmachu Łubianki. Zdziwiła mnie nieoczekiwana elegancja wejścia. Wysokie szklane drzwi, jaskrawoczerwony puszysty dywan, warta z karabinami złożona z paru wysokich żołnierzy, w świetnie dopasowanych, długich po kostki płaszczach i spiczastych czapkach.

Przy wejściu znowu staranna kontrola papierów, korytarze. Winda i znowu korytarze. Wpuszczono mnie do skromnego saloniku–poczekalni. Tu odkryłem ze zdziwieniem czekającego również na przyjęcie byłego bolszewickiego komendanta naszego obozu w Griazowcu pod Wołogdą, majora Chodasa.

(…)

Został on teraz przyjęty kwadrans przede mną. Przypadek? Może musiał złożyć o mnie raport? Chyba dlatego był wezwany. Potem przyszła kolej na mnie.

Pokój o dużych kotarach z dywanem. Reichman szczupły, niedużego wzrostu, o rasowej twarzy i wypielęgnowanych rękach, usadził mnie po przywitaniu naprzeciwko okna. Przy całej rozmowie asystuje w zupełnym milczeniu, siedząca pod światło, przy kotarze okna osoba trzecia, również w mundurze NKWD. Reichman wygląda na zimnego, bardzo opanowanego człowieka. Przyjmuje mnie poprawnie i chłodno. Podczas całej wizyty nie dojrzałem ani jednego gestu, czy nawet wyrazu, nie usłyszałem ani jednego słowa nie obrachowanego. Na suchej twarzy względnie młodego, łysiejącego blondyna nie było cienia takiej czy innej reakcji.

Podaję mu memoriał, w memoriale tym ustalam dokładnie liczby oficerów i szeregowych wziętych do niewoli z bronią w ręku i umieszczonych w obozach w Starobielsku i w Ostaszkowie. Stwierdzam, że Kozielsk miał w chwili rozładowania, w kwietniu 1940 r. około 5000 jeńców, z których około 4500 oficerów wszystkich stopni. (Była to w przybliżeniu cyfra ofiar katyńskich, według obliczeń zrobionych później na podstawie dokumentów w 1945 r.). Stwierdzam dalej, że Ostaszków miał w chwili rozpoczęcia rozładowania 6670 ludzi, z których 380 oficerów, a Starobielsk 3 920, wśród których zaledwie kilkudziesięciu podchorążych i cywilów, reszta zaś wszystko oficerowie. Dodałem, że z ogólnej sumy tych 15000 odnalazło się około 400 ze wszystkich trzech obozów, zgrupowanych od maja 1940 roku w Pawliszczew-Borze, potem zaś w Griazowcu pod Wołogdą.

Reichman czyta najuważniej, wodząc dobrze zaostrzonym ołówkiem po każdym wierszu, po każdym słowie, ja zaś śledząc bieg jego ołówka czytam przez ramię z nim razem:

„Od dnia ogłoszenia „amnestii” dla wszystkich polskich jeńców i więźniów, 12.VIII.1941 r. przeszło prawie sześć miesięcy (…) do polskiej armii, napływają grupami i w pojedynkę polscy oficerowie i żołnierze uwolnieni z więzień i obozów, oficerowie i żołnierze, którzy byli zatrzymani przy próbach przejścia przez granicę po wrześniu 1939 r., albo aresztowani w terenie, ale nie bacząc na „amnestię”, pomimo kategorycznej obietnicy danej w październiku 1941, przez samego Stalina naszemu ambasadorowi Kotowi zwrócenia nam jeńców, pomimo kategorycznego rozkazu, wydanego przez Stalina w obecności głównodowodzącego polską armią gen. Sikorskiego oraz gen. Andersa 4.XII.1941 r. odnalezienia i uwolnienia wszystkich jeńców ze Starobielska, Kozielska i Ostaszkowa, nie ma ani jednego jeńca ze Starobielska, Kozielska i Ostaszkowa — poza wyżej wspomnianą grupą griazowiecką i kilku dziesiątkami uwięzionych oddzielnie, a uwolnionych jeszcze we wrześniu 1941, który by wrócił — nie doszło do nas ani jedno wezwanie o pomoc od jeńców wojennych z wyżej wspomnianych obozów. Wypytując tysiące wracających z obozów i więzień kolegów, nie otrzymaliśmy żadnych pewnych danych o ich miejscu przebywania poza słuchami z drugiej ręki: o przesłaniu na Kołymę przez Buchtę Nachodkę sześciu do dwunastu tysięcy oficerów i podoficerów w 1940 r., o koncentracji więcej niż pięciu tysięcy oficerów w kopalniach Franciszka Józefa, o zesłaniu na Nową Ziemię, Kamczatkę i Czukotkę, o tym, że na 180 km od Piostrej Drestwy (Kołyma) pracowało latem 1940 r. 630 oficerów, jeńców z Kozielska, że widziano 150 ludzi w oficerskich mundurach na północ od rzeki Sośwy około Gari (na wschód od Uralu), że polscy jeńcy, oficerowie, byli wywiezieni na ogromnych barkach, holowanych (po 1700 do 2000 ludzi na każdej) na północne wyspy i że trzy barki zatonęły na Morzu Barentsa. Ani jedna z tych pogłosek nie jest dostatecznie potwierdzona, chociaż wieści o wyspach północnych i o Kołymie wydają się najbardziej prawdopodobnymi”.

Ile przesianych, odrzuconych wersji, ile wypytywanych, zbadanych przesłuchanych nędzarzy, w porwanych fufajkach, w Kujbyszewie, w naszej chłodnej, drewnianej budce w Tocku, w Czkałowie, żeby napisać tych parę zdań, myślę sobie, spoglądając ukradkiem na tekst, po którym Reichman beznamiętnie wodził ołówkiem.

„My wiemy, z jaką dokładnością każdy jeniec był zarejestrowany. (…) Jak sprawa każdego z nas z licznymi zapisanymi zeznaniami była zachowana w teczkach ze sprawdzonymi fotografiami i dokumentami, my wiemy, do jakiego stopnia starannie i dokładnie prowadziło te prace NKWD: tak że nikt z nas, jeńców wojennych nie przypuszcza ani na minutę, by miejsce przebywania 15 000 (piętnastu tysięcy), w tym ośmiu tysięcy oficerów, mogło być nie znane wyższym instancjom NKWD. Czy solenna obietnica samego Stalina, jego kategoryczny rozkaz wyjaśnienia losu byłych polskich jeńców nie pozwala nam mieć nadziei, że przynajmniej będziemy wiedzieli, gdzie się znajdują nasi bojowi towarzysze, a jeżeli zginęli, to jak i gdzie to się stało?”

Śledzę twarz i ruchy Reichmana, żaden muskuł mu nie drga, tak samo spokojnie przesuwa utemperowanym ołówkiem po wierszach. Następowało potem możliwie dokładne liczbowe zestawienie. Memoriał kończył się następująco:

„Opierając się na tych danych, ilość oficerów, którzy nie powrócili ze Starobielska, Kozielska i Ostaszkowa, wynosi 8300 ludzi. Wszyscy oficerowie polskiej armii (formowanej w Rosji sowieckiej), których ilość 1 stycznia 1942 wynosiła 2300 ludzi, byli zamknięci albo internowani na Litwie, Łotwie i Estonii, lecz nie byli jeńcami wojennymi (z wyjątkiem wspomnianych 400 griazowczan). Nie będąc w stanie z równą dokładnością określić ogólnej liczby wszystkich, co nie wrócili, podajemy wyłącznie ilość jeńców Kozielska, Starobielska i Ostaszkowa, w większości oficerów, gdyż ilość tę stwierdzić mogliśmy ze względną dokładnością. Rozszerzając według decyzji Stalina i gen. Sikorskiego naszą armię na południe ZSRR, odczuwamy coraz silniej brak tych ludzi, tracimy w nich najlepszych specjalistów wojskowych, najlepszy zespół dowódczy. Nie potrzebuję dowodzić, do jakiego stopnia zaginięcie tych towarzyszy bojowych utrudnia nam robotę nad stworzeniem zaufania naszej armii do Związku Sowieckiego, zaufania, które jest tak konieczne dla zdrowego rozwoju wzajemnych stosunków dwóch sojuszniczych armii w walce ze wspólnym wrogiem”.

Reichman skończył czytać. Do ostatniej chwili prowadził ołówkiem po czytanych wierszach, nic nie przekreślił, nic nie zaznaczył.

Odpowiada mi sucho, nie patrząc mi w oczy, że to nie jest jego dział, że on o tym nie wie nic, ale że dla gen. Andersa jest gotów sprawę tę zbadać (nawiesti sprawki), żebym poczekał, że za parę dni, gdy tylko się dowie, da mi znać.

W cieniu kotary siedzi wciąż ten drugi, wysoki, barczysty i niemy.

Proszę generała, by mi umożliwił audiencję u Berii czy Mierkułowa, dodaję jeszcze parę uwag, uściśleń, mówię może zbyt gorączkowo, chcąc go odruchowo, beznadziejnie, zarazić ludzką stroną tej sprawy.

Generał Reichman odpowiada mi z tą samą lodowatą, lakoniczną uprzejmością. Nie przypuszcza, żebym mógł widzieć Mierkułowa czy Berię. Zresztą Mierkułow wyjechał. Również gen. Żuków, do którego list drugi od Generała przekazałem razem z listem do Reichmana, pojechał właśnie do Turkiestanu w sprawach wojska polskiego i nie wiadomo, kiedy wróci.

Audiencja skończona.

Widząc, że nic nie wydobędę, nic nie wydębię z tego precyzyjnego urzędnika NKWD, ociągam sią z wyjściem, od tak dawna przygotowywałem się do tej rozmowy. Ale nie widzę żadnej możliwości przedłużenia wizyty. Z lodowatą uprzejmością pożegnany, wychodzę po ściszającym każdy krok dywanie.

„Nie znam się na tej sprawie, to nie mój dział” — powiedział mi gen. Reichman. Ale ja znam sztabowego oficera, który przeszedł przez Łubiankę i był przez tegoż gen. Reichmana badany. Ja wiem, że p. Reichman od dawna prowadził dział polski na Łubiance i że nie może nie wiedzieć, co się stało z 15000 jeńców wojennych, którzy stanowili trzon oficerów i szeregowych wziętych we wrześniu 1939 roku do niewoli z bronią w ręku.

Spotykam na korytarzu wychodzącego właśnie Chodasa. Razem wychodzimy z Łubianki i dochodzimy do placu Dzierżyńskiego. Wspominam mu Griazowiec, zapraszam na obiad, staram się nawiązać jakąś rozmowę. Może tu mi się uda uchwycić jakąś nitkę, zdobyć jakiś ślad.

Ale Chodas gna coraz szybciej po oblodzonym chodniku na placu Dzierżyńskiego, czuję, że wystrzega się mnie jak diabeł święconej wody, że skorzysta- z pierwszego pretekstu, żeby się ze mną rozstać. Odmawia uprzejmie ale najkategoryczniej jakiegokolwiek spotkania, tłumacząc się, że nie mieszka obecnie w Moskwie.

Wracam do Metropolu. Cóż mi pozostaje? Czekać zmiłowania, czekać wezwania Reichmana.

(…)

Zbliżał się termin mego prawa pobytu w Moskwie, minęło już 12 dni, nie miałem żadnych wiadomości od Reichmana.

Pewnego dnia położyłem się wcześniej i zasnąłem. Nagle telefon: była dopiero godzina 24. Zbudzony z głębokiego snu, zdaje mi się, że to już 8 rano. Kto przy telefonie? Generał Reichman. Mówi mi, że telefonował trzykrotnie do mnie, że telefonował do administracji, że się dziwi, jak mogli nie dać mi znać o tym (?), że chciał się ze mną widzieć osobiście, ale że niestety nazajutrz rano wyjeżdża i niestety nie zdąży. Wszystko to tonem nadzwyczaj przyjaznym, ujmującym, nawet ciepłym. Mówi mi dalej, że w mojej sprawie informował się i dano mu wiadomość, że wszystkie materiały, tyczące jeńców polskich przekazano z NKWD do NKID (Narodnyj Komisariat Inostrannych Dieł), że radzi mi wracać do Kujbyszewa i tam zwrócić się do tow. Wyszyńskiego lub tow. Nowikowa. — Czy ktoś się do nich zwracał — pyta naiwnie.

Już zupełnie rozbudzony, rozumiem wszystko. Reichman wybrał najłatwiejszy pozór, żeby mnie spławić, nie obrażając gen. Andersa, o którego mu wówczas chodziło. Ani chwili nie wątpię, że kłamał, opowiadając mi, że telefonował uprzednio trzykrotnie. Dyrekcja jednego z dwóch hoteli, w których wolno mieszkać cudzoziemcom, na wpół pustego i natkanego enkawudzistami dałaby mi niewątpliwie natychmiast znać o telefonie takiego dygnitarza.

Czuję, że ostatnia nić zrywa mi się w ręku, odpowiadam generałowi, że nasz ambasador zwracał się do tych panów w tej sprawie już nie raz ale osiem razy, że Stalin w grudniu i listopadzie dał obietnicę wypuszczenia poszukiwanych, że przecież to wszystko umieściłem w memoriale jemu wręczonym, który w mojej obecności czytał.  Reichman na to, że słyszał, jakoby wielu jeńców spływało ostatnio do wojska z różnych miejsc, jak np. z Irkucka.

—  Wiem o tym dobrze — odpowiadam — że napływają, ale to wszystko nie ci, nie te aresztowania, nie te obozy.

—  Ach, rzeczywiście — odpowiada — jaka szkoda, że nie jestem w tej sprawie dostatecznie zorientowany i nie mogę służyć wskazówkami.

Tłumaczy mi dalej jeszcze, że cała administracja NKWD wyjechała do Kujbyszewa, że ponadto nie mógł tego przedstawić wyższym czynnikom, bo towarzysze Mierkułow i Żuków wciąż nie wracają. Dodaje, że polecił tow. Chłopowowi, któremu w NKID musiałem przedstawić moje papiery, przedłużyć mi dokument pobytu w Moskwie, gdzie „naturalnie” mogę pozostać, ile sobie życzę. Radzi mi jednak powrót do Kujbyszewa oraz porozumienie się z Wyszyńskim — na tym rozmowa się kończy. Staram się jeszcze przedstawić zupełną bezpłodność naszych rozmów w tej sprawie z Wyszyńskim, ale Reichman już rozmowę o wiele zresztą dłuższą niż ta, którą prowadził ze mną na Łubiance, urywa, mimo że utrzymuje ją do końca w tonie prawie serdecznym.

Zostaję znów sam przed milczącym telefonem, na szklanym blacie eleganckiego stolika, wśród foteli z niebieskiego pluszu. Ten przerwany telefon przekreśla nie tylko sens mojej podróży do Moskwy, ale również moje wielomiesięczne i płonne przygotowania do tej podróży.

Nie zdobyłem żadnych wieści, nie wiem nadal, czy żyją i gdzie się znajdują moi koledzy. Nie mam już w Moskwie drzwi, do których mógłbym pukać z nadzieją, że mi je otworzą. Co się tyczy Reichmana, nie mam wątpliwości, że nie chce nic powiedzieć właśnie dlatego, że coś wie, czego powiedzieć nie może.

Wersja nagłego wyjazdu, nocny telefon, którym mnie obudził, dają mu wszelkie plusy, a mnie wszystkie minusy. Nie mam czasu nawet przygotować odpowiedzi, kończy się więc na tym, że muszę przyjąć wyrok do wiadomości i wyjechać nie tylko z pustymi rękami, ale jeszcze z poczuciem, że mi dano do zrozumienia „nie pchaj się do sprawy, gdzie i tak ci nic nie powiemy”.

Decyduję się na wyjazd z Moskwy.

Paryż, 1962

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

 
%d blogerów lubi to: