WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for 8 kwietnia, 2011

Dyboski Roman – 7 lat w Rosji i na Syberii

Posted by tadeo w dniu 8 kwietnia 2011

Dyboski Roman – 7 lat w Rosji i na Syberii – pdf

Posted in Książki (e-book) | Leave a Comment »

Listy starego diabła do młodego – CLIVE STAPLES LEWIS

Posted by tadeo w dniu 8 kwietnia 2011

Listy starego diabła do młodego. pdf

Posted in Książki (e-book), Religia | Leave a Comment »

Święty Ojciec Pio

Posted by tadeo w dniu 8 kwietnia 2011

 

Franciszkanin, pierwszy stygmatyzowany kapłan w historii Kościoła, będzie prawdopodobnie uznany wkrótce  za jednego z największych świętych naszego wieku. Przykładnie posłuszny, olbrzym wiary, pokorny w każdym doświadczeniu, cierpiał nieprzerwanie przez 50 lat, tak w swym ciele jak i w duchu, cierpienia Męki Chrystusa. Ponieważ nigdy nie odmawiał niczego Boskiemu Zbawicielowi, został obdarzony w zamian wspaniałymi i licznymi charyzmatami.

DZIECIŃSTWO
Francesco Forgione urodził się 25 maja 1887 w wiosce Pietrelcina (Benevent) na południu Włoch. Jego rodzice Grazio Forgione i Maria-Giuseppa De Nunzio pobrali się w 1881 roku. Mieli ośmioro dzieci, z których pięcioro przeżyło. Francesco był drugim z ocalałej piątki. Życie w Pietrelcinie nie było łatwe i trudno było znaleźć tam pracę wystarczająco wynagradzaną, aby stawić czoła potrzebom licznej rodziny. To dlatego ojciec musiał opuścić ojczyznę 2 razy (udał się do Buenos Aires w latach 1898-1905 i do Nowego Jorku w latach 1910-1917), by zapewnić rodzinie środki do życia.
Rodzice Francesco byli dobrymi chrześcijanami, ale nie okazywali demonstracyjnie pobożności. Tymczasem Francesco od pierwszych lat był niezwykle pobożny jak na dziecko w swoim wieku. Mając 11 lat spontanicznie poświęcił się Bogu i swemu świętemu patronowi – Franciszkowi z Asyżu. Już w młodym wieku cieszył się widoczną obecnością swego anioła stróża i korzystał z tego całe życie. Od 5 roku życia doświadczał ekstaz i wizji, szczególnie Dziewicy Maryi. Francesco nie chciał bawić się z kolegami, bo wygadywali bluźnierstwa, używali nieprzyzwoitych słów. Mając 8 może 9 lat zaczął się biczować żelaznym biczem, aby ?cierpieć jak Jezus?. Biczował się aż do krwi. Musiał jednak też walczyć z duchami diabelskimi, które dręczyć go będą przez całe życie, nie mogąc mu wybaczyć, że wyrwał im tak wiele dusz. Już w wieku kilku lat miewał we śnie wizje demonów: ukazywały mu się pod przerażającymi postaciami i nie mógł potem zasnąć. Nieco później, gdy wracał ze szkoły, jakiś mężczyzna często zagradzał mu drogę do domu. Wystarczyło, że uczynił znak krzyża lub pojawiał się bosy rówieśnik – anioł stróż, aby ta postać znikła.
W końcu 1902 roku ukazała mu się osoba dostojna i bardzo piękna, jaśniejąca jak słońce i rzekła: ?Chodź za Mną, bo musisz walczyć jako mężny wojownik?. Został zaprowadzony na pole. Z jednej strony byli ludzie bardzo piękni, ubrani całkiem na biało, a z drugiej ? ludzie o straszliwym wyglądzie, ubrani na czarno. Francesco ujrzał wtedy, jak zbliża się do niego osoba obrzydliwa gigantycznych rozmiarów. Jaśniejąca postać zachęciła go do podjęcia walki z potworem. Młody człowiek poprosił o uniknięcie tego, ale otrzymał odpowiedź: ?Musisz walczyć. Odwagi! Pozostanę blisko ciebie i nie pozwolę, byś został pokonany.” Walka była straszliwa, lecz z pomocą jaśniejącej postaci Francesco odniósł zwycięstwo.
Promienna postać położyła na jego głowie koronę, potem podniosła go mówiąc: ?Inna, piękniejsza zostanie dla ciebie zachowana, jeśli będziesz potrafił walczyć z tym bytem z ciemności… Będę blisko ciebie i pomogę ci zawsze, aby za każdym razem udało ci się go pokonać.? Ojciec Pio za każdym razem zwyciężał, lecz czasem kosztowało go to bardzo drogo.
Biograf o. Alberto d’Apolito tak wspomina, jakie walki toczył o. Pio już w klasztorze: ?My, braciszkowie, bywaliśmy często budzeni ze snu w środku nocy przerażającym odgłosem rzucanych mocno łańcuchów, zgrzytem żelaza, krzykami i jękami dochodzącymi z celi numer 5, w której przebywał o. Pio. Chłopcy naciągali kołdry na głowy, drżąc ze strachu. O. Pio, pragnąc ich uspokoić, zapewniał, że demon nie będzie ich dręczył ani nie zrobi im nic złego, że całą złość i nienawiść kieruje ku niemu. Raz jeden z chłopców rzekł, chcąc uchodzić za śmiałka: ?Gdyby mi się ukazał, przegoniłbym go precz”. Na to odrzekł o. Pio: ?Nie wiesz, co mówisz. Gdybyś ujrzał demona, umarłbyś z przerażenia.”

SYN ŚW. FRANCISZKA
Francesco w bardzo młodym wieku usłyszał Boże wezwanie, ściśle: wezwanie, by wstąpić do Zakonu franciszkańskiego. Zdecydował wspaniałomyślnie nań odpowiedzieć. Rozpoczął postulat w styczniu 1903 r. (miał wtedy 15 i pół roku) w nowicjacie w Morcone (Benevent). W wigilię tego dnia nasz Pan złożył mu wizytę w rodzinnym domu ze Swą Najświętszą Matką. Przyobiecali mu szczególną miłość.
Od początku Francesco okazał się wzorowym przybyszem. Wyznał to nawet pewnego dnia przełożony jego matce: ?Proszę pani, pani syn jest dla nas zbyt dobry. Nie ma wad i przestrzega reguły lepiej niż my.” Przy końcu rekolekcji, które wieńczyły postulat, Francesco został przyjęty jako nowicjusz i przyjął habit św. Franciszka. Było to 22 stycznia 1904 roku. Nadano mu imię ?Pio”, odtąd stał się ?bratem Pio z Pietrelciny”. Po roku wyjechał dalej się kształcić do innego klasztoru, w Pianisi (Campobasso). Po zdaniu egzaminów z filozofii został wysłany do San Marco La Catola, gdzie złożył uroczyste śluby, a potem udał się do Serracapriola studiować teologię. Potem zaś wysłano go już do San Giovanni Rotondo, leżącego u stóp góry Gargan. Z wyjątkiem kilku miesięcy służby wojskowej w okresie wojny 1914-18, pozostał tam całe życie.
Wkrótce brat Pio został dotknięty tajemniczą chorobą, która zadała mu ogromne cierpienie: silne poty, gwałtowne bóle głowy, bardzo wysoka gorączka dochodząca do 48 st. C, a raz nawet wyższa! Nie wytrzymywał tego żaden termometr. Lekarze nic z tego nie rozumieli. W dodatku dotknęły go skrupuły. Uznał we wszystkich tych mękach ataki diabelskie i zaczął poznawać noc zmysłów taką, jaką opisywał św. Jan od Krzyża. Wobec tych niewyjaśnionych boleści przełożony powziął decyzję, w roku 1909, o odesłaniu go ?na jakiś czas” do rodzinnej wioski, Pietrelciny, sądząc, że wiejski klimat szybko postawi go na nogi. Czasem wydawało się, że jego stan powracał do normy, jednak w inne dni pogarszał się. Również zmagania z diabłem były jego codziennym losem. Nieprzyjaciel ukazywał mu wszystkie jego zmyślone ?niewierności” i usiłował go przekonać, że jest potępiony. Na wiosnę 1910 roku stan brata Pio tak się pogorszył, iż nawet on sam sądził, że bliska jest jego ostatnia godzina. W rzeczywistości miał przeżyć jeszcze 58 lat… Czując się źle, poprosił przełożonych o łaskę wcześniejszych święceń kapłańskich. I tak 10 sierpnia 1910 roku został wyświęcony na kapłana w katedrze w Benevent, w obecności matki. Ojciec przebywał wówczas w Ameryce. Odtąd stał się i na zawsze już pozostał Padre Pio i to pod tym imieniem wkrótce poznał go cały świat. Poświęcił się Bogu jako ofiara wynagradzająca za grzechy świata. Coraz bardziej stawało się jasne, że Pan łaskawie wejrzał na tę wspaniałomyślną ofiarę złożoną przez młodego zakonnika. W tym okresie otrzymał niewidoczne stygmaty. Miał 23 lata.

UKSZTAŁTOWANIE NA WZÓR CHRYSTUSA
Tak Padre Pio pisał o tym do swego kierownika duchowego: ?Wczoraj wieczorem stało się ze mną coś, czego nie potrafię wyjaśnić ani pojąć. Na środku dłoni pokazało się trochę czegoś czerwonego w kształcie centyma. Towarzyszył temu także mocny i ostry ból… Ten ból był bardziej odczuwalny w środku lewej ręki i jeszcze trwa. Także w stopach czuję lekki ból. To zjawisko powtarza się prawie od roku…” (8. 09.1911) Długo ukrywał te doświadczenia, nim ośmielił się o nich mówić…
Miał wrażenie, że jego ręce, stopy i bok przeszywał miecz. On sam pogrążał się w Męce Chrystusa. W każdy czwartek przeżywał agonię w Getsemani, w piątek ? biczowanie, ukoronowanie cierniem, następnie drogę krzyżową i ukrzyżowanie.
Od 20 września 1918 roku aż do śmierci we wrześniu 1968 roku (to znaczy dokładnie przez 50 lat) stygmaty staną się widoczne, a cierpienia Męki będą stałe i już nie ograniczone do okresu od czwartku do soboty. Oto jak w kilku słowach o. Pio opisuje to wydarzenie kierownikowi duchowemu:
„Spowiadałem naszych chłopców wieczorem 5 sierpnia, gdy zostałem nagle napełniony krańcowym lękiem na widok niebiańskiej postaci, która ukazała się oczom mej duszy. Trzymała w ręce coś w rodzaju broni podobnej do bardzo długiej włóczni, mającej grot dobrze wyostrzony i wydawało się, że z tego szpica wydobywał się ogień. Widzenie tego wszystkiego i baczna obserwacja wspomnianej osobistości, która rzuca z całą gwałtownością w moją duszę wspomnianą broń, było czymś zupełnie wyjątkowym. Z trudem wydałem jęk i czułem, że umieram. Powiedziałem chłopcu, aby się oddalił, ponieważ czułem się źle i nie miałem siły, by kontynuować spowiedź. Ta męka trwała nieprzerwanie aż do 7 sierpnia… Widziałem nawet moje wnętrzności: rozrywane i wyciągane tą bronią. Wszystko zostało wydane na pastwę żelaza i ognia. Od tego dnia zostałem śmiertelnie zraniony. (21.08.1918)
20 września tego samego roku doszło do innego wydarzenia. Tak w miesiąc później o. Pio opisał je swemu kierownikowi duchowemu: ?Siedziałem na chórze po odprawieniu Mszy św., kiedy owładnęła mną jakaś ociężałość, podobna do słodkiego snu. Wszystkie moje wewnętrzne i zewnętrzne zmysły, a także dusza pogrążyły się w nieopisanym ukojeniu. Kiedy trwałem w takim stanie, zobaczyłem obok tajemniczą postać, podobną do tej, którą widziałem już 5 sierpnia, z tą różnicą, że ta miała ręce, stopy i bok ociekające krwią. Widok ten przeraził mnie. Doznałem uczuć, których nigdy nie zdołam opisać. Poczułem, że umieram i umarłbym, gdyby Pan nie podtrzymał tłukącego się w piersiach serca. Kiedy tajemnicza postać znikła, spostrzegłem, że moje dłonie, stopy i bok przebity ociekają krwią. Proszę sobie wyobrazić mękę, jakiej wówczas doznałem i doznaję nieustannie każdego dnia. Rana serca krwawi obficie, zwłaszcza od wieczora w piątek do soboty rano. Obawiam się, że umrę z upływu krwi, jeśli Pan nie wysłucha moich jęków i nie odejmie mi tych ran. Niech mi zostawi ból i mękę, lecz niechaj odejmie mi te znaki zewnętrzne, które sprawiają mi nieopisane i nie do wytrzymania zawstydzenie i upokorzenie.”
Mimo tej gorącej prośby, z którą skutecznie zwracało się do Boga wielu stygmatyków, o. Pio nie został wysłuchany. Wola Boża była inna w stosunku do jego osoby: stygmaty były widoczne aż do końca jego życia.
Pomimo nakazów zachowania milczenia o tej sprawie, nałożonych przez przełożonych, nowina rozniosła się lotem błyskawicy. Zakonnika poddano badaniom lekarskim. Chirurdzy zauważyli okrągłe zaczerwienienie skóry na obu dłoniach. Kiedy te miejsca dotykali zauważalna była błona, zaś na wierzchu dłoni jakby pustka. Na obydwu stopach obszar okrągły o średnicy około 2 cm, a pod nim pustka. W boku rana w kształcie krzyża o ramionach 7 i 3 cm. Stygmaty były więc ranami głębokimi. Wydawało się, że zadały je ogromne gwoździe. Z tych ran, które wywoływały okrutne cierpienia cały czas sączyła się krew, która często pachniała. Lekarz musieli wyznać, że nauka nie potrafi wyjaśnić zranień, które nigdy nie ulegają zakażeniu ani się nie goją. Stwierdzili, że wyjaśnienia trzeba szukać w sferze nadprzyrodzonej. W roku 1919 nasz Pan uprzedził ojca Pio, że znaki te nosić będzie 50 lat i tak się też stało. Znikły 22 września 1968 r., w przeddzień jego śmierci.

PO CO STYGMATY?
Idąc w ślady św. Pawła ojciec Pio miał dopełnić we własnym ciele braki męki Chrystusa (por. Kol 1,14) Jeden z biografów sławnego franciszkanina, ojciec Derobert, powiedział: ?W swym miłosierdziu i mądrości Bóg pragnął przy Swoim Synu współodkupicieli, którzy wzorem Dziewicy Maryi pomogliby Mu zbawić świat. To dlatego można powiedzieć, że szaleństwo Krzyża jest najwyższą mądrością… Stygmatyk spod góry Gargan jest więc jedynie przedłużeniem Ukrzyżowanego z Kalwarii.?
Z pokory ojciec Pio nie chciał, żeby jego stygmaty były widoczne. Zasłaniał je.

WSTRZĄSAJĄCA MSZA ŚW. OJCA PIO
Opinia świętości Ojca, charyzmaty, jakimi został obdarzony, szczególnie dar czytania w sumieniach bardzo szybko przyciągnęły do San Giovanni Rotondo tłumy pielgrzymów. Nikt, kto tam przybył, nie chciał odejść bez uczestniczenia we Mszy św. sprawowanej przez stygmatyzowanego kapucyna. Ta Msza św. była w istocie odprawiana w sposób wyjątkowy w skali świata. Przybywali ludzie zewsząd, z całej Europy, z Ameryki, a nawet z Japonii. Niektórzy przyjeżdżali tylko po to.
Przybywające autokary czasem o drugiej, czasem o trzeciej w nocy, dowoziły wielką ilość pielgrzymów. Zaskakiwał ich widok placu kościelnego już zapełnionego ludźmi, oczekującymi na Mszę św. o godz. 5 rano! Cierpliwe oczekiwanie na otwarcie drzwi o 4.45 wypełniało odmawianie różańca.
Msza św. jest zawsze i wszędzie ponowieniem w sposób bezkrwawy ofiary Chrystusa na Kalwarii. Po cóż więc przybywać akurat na tę, którą sprawował kapucyn? Właśnie dlatego, że kiedy ojciec Pio odprawiał Mszę św. odczuwalny był jego ścisły i głęboki związek z Ukrzyżowanym z Kalwarii, który ofiarowywał się Ojcu, jako ofiara wynagradzająca za grzechy świata. Działał naprawdę w imieniu Chrystusa. On był naprawdę człowiekiem Bożym świadczącym całym zachowaniem o obecności Boga. Nosił w swym ciele jak jego boski Wzór krwawiące znaki ukrzyżowania. Wielu wiernych, a nawet kapłanów orzekło, że dopiero w San Giovanni Rotondo pojęli sens Najświętszej Ofiary. Celebracja trwała długo. Rzadko krócej niż 2 godziny, czasem o wiele dłużej. Kiedy sprawował Eucharystię prywatnie dochodziła nawet do 6-7 godzin! Jednak ci, którzy brali w niej udział, byli nią tak pochłonięci, że nie odczuwali mijającego czasu. Przełożeni musieli nakazać ojcu Pio, aby Msza nie trwała dłużej niż jedną godzinę. Najświętsza Ofiara była centrum jego życia. To była dla niego równocześnie okazja do ogromnej radości i do niewyrażalnej boleści. Przeżywał bowiem całą Mękę od Getsemani aż do ukrzyżowania. Do zakrystii prowadziło go, podtrzymując, dwóch współbraci, bo jego przeszyte stopy wywoływały straszliwe cierpienia. Kiedy odprawiał Mszę św. miało się wrażenie ? i to była prawda ? że przygniata go ciężar grzechów świata. Ofiarowywał Ojcu wszystkie intencje, jakie mu polecano, a było ich wiele. Jeśli mógł pośredniczyć w uzdrowieniu ludzi z tak wielu cierpień fizycznych i duchowych to działo się tak dlatego, że on brał je na siebie. Kiedy wypowiadał słowa Konsekracji często wypowiadał każde słowo dwa razy. Czy chciał być pewien, że wypowiedział je właściwie? ?Hoc… hoc… est… est.. enim… enim… Corpus… Corpus… meum… meum…?
Oto kilka pytań, jakie postawiono mu w związku ze Mszą św.:
– Ojcze, jakie dobrodziejstwa otrzymujemy uczestnicząc we Mszy św.?
Nie można ich zliczyć. Poznamy je dopiero w Raju.
–  Czym jest dla Ojca Msza św.?
Świętym związkiem z Męką Jezusa. Moja odpowiedzialność jest wyjątkowa w świecie (dodawał roniąc łzy).
– Co jest w Ojca Mszy św.?
Cała Kalwaria!
– Ojcze, proszę powiedzieć, co Ojciec przeżywa w czasie Mszy św.
Wszystko, co Jezus zniósł w czasie Swej Męki, także i ja cierpię w sposób niedoskonały, w takim stopniu, w jakim to dopuszczone dla stworzenia ludzkiego…
– Czy w czasie Boskiej Ofiary bierze Ojciec na siebie nasze nieprawości?
Nie można uczynić inaczej, bo to stanowi część Boskiej Ofiary.
– W jakiej chwili cierpi Ojciec najbardziej w czasie Mszy św.?
Cierpienie stale rośnie, ale przede wszystkim od Konsekracji do Komunii św.
– Czy Ojciec powtarza też słowa, które Jezus wypowiedział na krzyżu?
Choć niegodnie, czynię to.
– A do kogo mówi Ojciec „Niewiasto, oto syn Twój”?
Mówię do Maryi: „Oto synowie Twego Syna”.
– Czy Najświętsza Panna jest obecna, aby uczestniczyć w Ojca Mszy św.?
A sądzicie, że Ona nie zajmuje się sprawami Swego Syna?
– Kto jeszcze jest obecny przy ołtarzu?
Cały Raj…
– Czy chciałby Ojciec móc odprawiać więcej niż jedną Mszę św. w ciągu dnia?
Gdyby to zależało jedynie ode mnie, nigdy nie odchodziłbym od ołtarza…
*
O. Bernard Romagnoli napisał:
?Kiedy po raz pierwszy uczestniczyłem we Mszy św. odprawianej przez o. Pio w momencie konsekracji zauważyłem na jego twarzy pewne ruchy i skurcze, które wtedy wydały mi się trochę dziwne, ale później, zastanawiając się nad tym, zrozumiałem, że przeżywał on w owej chwili mękę Ukrzyżowanego. Rzeczywiście, było wiadomo, że podczas Mszy św. ojciec Pio przeżywał na nowo mękę Jezusa, ofiarę miłości i cierpienia.”
Kard. Siri stwierdził:
?Odnawiała się w nim, na ile to możliwe w kimś, kto nie jest Synem Bożym, męka Jezusa Chrystusa.”
To wszystko ? ojciec Pio cały zawiera się w tym stwierdzeniu.
Kard. Parente napisał: ?Ojciec Pio w swej nadzwyczajności i tajemnicy odtwarza na nowo Chrystusa – Miłość ofiarowaną za życie ludzkości.”
Długo można by tak ciągnąć wypowiedzi, lecz i te już wystarczą, by odkryć uczucia ojca Pio i móc sobie wyobrazić, dlaczego tak wielka liczba ludzi przybywała i to z tak daleka, by uczestniczyć w jego Mszy św. i także by zrozumieć, dlaczego trwała ona tak długo.

CHARYZMATY OJCA PIO
Pan obdarzył swego sługę charyzmatami tak licznymi, jak i zróżnicowanymi. Wspomnieliśmy już o jego zażyłości z aniołem stróżem. Niebieski towarzysz pomagał mu odeprzeć szatańskie ataki, a kiedy nie pomagał mu dostatecznie… obrywało mu się. Ojciec Pio wysyłał swego anioła stróża w różnych sprawach do różnych osób i również prosił różne osoby, by u niego załatwiały różne sprawy za pośrednictwem swych aniołów. I udawało się to cudownie! Święty zakonnik znał jedynie swój neapolitański dialekt, włoski i łacinę, której uczył się w czasie studiów. Tymczasem mógł słuchać spowiedzi we wszystkich językach świata. Kiedy pytano go, jak to możliwe, stwierdzał: ?To bardzo proste. Mój anioł stróż wszystko mi tłumaczy!”

DAR CZYTANIA W DUSZY
Padre Pio miał, podobnie jak święty proboszcz z Ars, dar czytania w duszach. Nie można było nic przed nim ukryć i to przynosiło ulgę wielu penitentom, którzy przystępowali do spowiedzi. Ojciec przypominał grzechy ich życia nawet te całkowicie zapomniane, ale też nie oszczędzał penitentom zbawczego upokorzenia wyznania ich. Często te spowiedzi były początkiem nawróceń. Ten czy tamten przybyły z ciekawości lub z zamiarem wykpienia lub zdemaskowania jakiegoś oszustwa, a znajdował się sam nie rozumiejąc jak na klęczkach przy konfesjonale dokonując spowiedzi generalnej, całkiem niespodziewanie, a potem odchodził z wewnętrzną radością, jakiej nigdy wcześniej nie znał.
Liczni są ateiści i masoni, którzy po nawróceniu gorliwie popierali stygmatyka. Przyjąwszy zakład pewien adwokat, znany mason, udał się pewnego dnia do San Giovanni Rotondo. Ojciec Pio rozmawiał z kilkoma osobami. Widząc go, zostawił rozmówców i podszedł do niego mówiąc: ?Jak to? Pan tutaj? Przecież pan jest masonem!” Kiedy mężczyzna to potwierdził, O. Pio zapytał: ?A jakie zadanie ma masoneria?” ? ?Zwalczać Kościół” ? padła odpowiedź. I nagle adwokat odczuł w sobie miłość Boga do oddalonych od Niego. Wyspowiadał się i rozpoczął nowe życie.
I tak nawróceni lekarze, prawnicy, dziennikarze gorliwie bronili stale oczernianego i wyśmiewanego zakonnika.
Kiedyś zdarzyło się, że zabito pewnego człowieka, a morderca nie został ukarany, bo zbrodni nigdy nie udało się wyjaśnić. Przyszedł jednak do spowiedzi. Ale nie powiedział o swej zbrodni. Na koniec ojciec Pio zapytał: ?To wszystko, mój synu?” Mężczyzna milczał, choć ojciec powtórzył trzy razy pytanie. Spowiednik pogrążył się w modlitwie, potem wziął mężczyznę za ramię i zaprowadził do kościoła. Tam grzesznik zemdlał, bo w ławce ujrzał człowieka, którego zabił! Kiedy odzyskał przytomność ojciec Pio zaprowadził go z powrotem do konfesjonału, gdzie ten wyznał swą winę. Odszedł rozgrzeszony.
Kiedy pytano ojca Pio, jaką ma misję do spełnienia na ziemi, odpowiadał: ?Jestem spowiednikiem”. Spowiadał 16-17 godzin dziennie, w wyjątkowych wypadkach nawet do 19 godzin! A wszystko to bez jedzenia. Zresztą i tak przyjmował nikłe racje. Trzeba było zorganizować specjalną służbę porządkową przy jego konfesjonale. Jeden z braci rozdzielał kartki z numerami.
?Stał się cud ? wyznała kiedyś pewna włoska dama ? mój mąż się wyspowiadał! Nie chciał się udać w podróż do San Giovanni Rotondo, prosiłam go, by ofiarował mi ją jako prezent urodzinowy. Najpierw wpadł w gniew, a potem przystał na moje pragnienie, mówiąc: Ale nie każ mi iść do spowiedzi.? Mężczyzna uczestniczył we Mszy św. Ojca, a po niej pośpieszył do zakrystii i upadł na kolana. Wrócił do małżonki z rozradowaną twarzą” ?Gotowe. Wyspowiadałem się.” Nie rozumiał przyczyny. Nie potrafił rzec nic innego jak tylko: ?Cóż chcesz, po tej Mszy św. nie mogłem się nie wyspowiadać. To było silniejsze ode mnie. Czułem się do tego przymuszony. Tu wszystkim kieruje jakby niewidzialna ręka.?
Jedna z osób, która napisała biografię Ojca, Maria Winowska, opowiada, jak pewnego dnia jakiś kupiec z Genui przybył do San Giovanni Rotondo po 52 godzinach podróży, wioząc list, który kazano mu dostarczyć ojcu Pio. Ten spojrzawszy na niego powiedział: ?Czy chcesz się wyspowiadać? Kiedy byłeś ostatnio w spowiedzi?” ? ?Kiedy miałem siedem lat!” ? ?A kiedy przestaniesz prowadzić to ohydne życie?” Mężczyzna poczuł, że jest zdemaskowany, wyspowiadał się i jego serce napełniła radość.
Ojciec Pio przejawiał czasem anielską łagodność wobec penitentów, a czasem surowość, która mogła się wydawać przesadna. Pewna Angielka uklękła kiedyś przy jego konfesjonale: ?Dla pani nie mam czasu” ? powiedział jej zamiast powitania. Przygnębiona kobieta powróciła po 5 dniach, aby usłyszeć te same słowa. Po upływie dwudziestu dni ojciec przyjął ją mówiąc: ?Biedna ślepa, zamiast uskarżać się na surowość z mojej strony powinnaś postawić sobie pytanie, jakże Miłosierdzie może cię przyjąć po tak wielu latach świętokradztw… Czyż dla zachowania szacunku nie przystępowałaś do Komunii św. u boku męża i matki w stanie grzechu śmiertelnego?”
Kobieta zalała się łzami. Rozpoczął się jej wielki powrót do Boga.
Straszliwy widok przedstawiał o. Pio cierpiący w konfesjonale. Często jak proboszcz z Ars płakał, tak wielkim przerażeniem napawał go grzech. Mawiał: Nigdy nie zostanie zrozumiane, co znaczy buntować się przeciw Bogu.
Nie lubił też rozróżniania grzechów śmiertelnych od grzechów powszednich. Dla niego każdy grzech był straszny, bo był odrzuceniem miłości Bożej. Wolałby umrzeć tysiąc razy niż ujrzeć, jak błoto grzechu dotyka jego duszy. W konfesjonale ze wszystkich sił walczył, żeby penitent pojął Kim był Ten, którego miłość grzesząc znieważył. Jego współbracia zastanawiali się, dlaczego przy konfesjonale tak wiele dusz traktował surowo. Zrozumieli, że postępuje tak z natchnienia Bożego.
On, który miał dar jasnowidzenia w stosunku do innych, żył sam niemal ciągle w nocy duszy. Istnieją listy, które kierował do różnych kierowników duchowych. Za każdym razem mówił im o swej wielkiej niegodności, przekonany o tym, że wielce obraża Boga, lękał się utraty wiary. Często myślał, że z powodu swych grzechów zostanie na wieczność potępiony. Te diabelskie pokusy były z pewnością dopuszczone przez Boga, aby go doświadczyć, jak i po to, żeby zwiększyć jego zasługi oraz po to, by rozwinąć jego pokorę. To było potrzebne, gdyż już za życia wszyscy uznali go za świętego: nosił stygmaty, odprawiał Mszę św. tak jak nikt na świecie, co dnia czynił cuda. Każdemu groziłoby wpadnięcie w pychę.

DAR BILOKACJI
Inny z jego darów to dar bilokacji. Istnieją dowody na to, że od czasu wystąpienia z armii w r. 1916 ojciec Pio nigdy nie opuścił San Giovanni Rotondo, a jednak był widziany w wielu miejscach na świecie, nawet w Kalifornii…
Przytoczmy najpierw wydarzenie opisane przez franciszkańskiego biografa. Za czasu pontyfikatu Piusa XI z powodu licznych przejawów zazdrości, ludzie Kościoła oskarżyli go o uchybienia, których nigdy nie popełnił. Święte Oficjum (obecnie: Kongregacja Nauki Wiary), bez głębszego badania zastosowała wobec niego surowe sankcje zakazując mu publicznie odprawiać Mszę św., spowiadać, pisać do duchowych synów i córek. Pomimo to lud, wiedząc, że był to święty, nadal przybywał tłumnie do San Giovanni Rotondo. Zastanawiano się nad suspendowaniem go, co oznaczałoby zakaz odprawiania Mszy św. nawet prywatnie. Aby podjąć tę ważką decyzję Święte Oficjum zebrało się w komplecie, w obecności Papieża. Podczas dyskusji tego szacownego gremium ujrzano, jak wchodzi kapucyn z dłońmi ukrytymi w rękawach. Szedł krokiem powolnym, lecz pewnym. Zakonnik podszedł wprost do Papieża i zanim któryś z kardynałów mógł się odezwać upadł do nóg Papieża, ucałował jego stopy i wyraził błaganie: ?Ojcze Święty, dla dobra Kościoła i dusz nie pozwól im tego uczynić”. Poprosił o błogosławieństwo, wstał i wyszedł. Niektórzy kardynałowie zapytali strażników, dlaczego ? pomimo oficjalnego zakazu ? pozwolili wejść temu mnichowi. Oszołomieni powiedzieli, że nie widzieli nikogo.
Pius XI zakazał im mówić o tym komukolwiek, natychmiast przerwał spotkanie i nakazał jednemu z kardynałów udać się do San Giovanni Rotondo, by zapytał Gwardiana, gdzie znajdował się ojciec Pio w dniu spotkania i w jego godzinie. Dodał stanowczym tonem: Powiedzcie mu, że może swobodnie odprawiać Mszę św. w kościele. Gwardian zapewnił kardynała, że o. Pio wcale nie opuszczał klasztoru i że w godzinie spotkania udał się na chór odmówić Oficjum.
Inne wydarzenia przytacza o. Cataneo, także biograf ojca Pio. Pewnego dnia stygmatyk zatrzymał się przed oknem na korytarzu klasztornym. Nagle przejęty odległą wizją zamarł. Jeden ze współbraci przechodząc ujrzał go, pocałował w rękę, lecz ojciec niczego nie zauważył. Współbrat usłyszał, jak wypowiadał słowa rozgrzeszenia… W kilka dni potem Gwardian otrzymał telegram z podziękowaniem za przysłanie do Turynu ojca Pio, który rozgrzeszył chorego w chwili śmierci. A przecież on nie opuścił klasztoru…
W czasie II wojny światowej pewien generał, Bernardo Rossini, z bazy wojskowej w pobliżu Bari, dowiedziawszy się, że magazyn wojskowy znajduje się tuż obok San Giovanni Roitondo zorganizował wypad, by go zniszczyć. Stanął na czele eskadry, lecz przybywszy w pobliże celu ujrzał wznoszącego się z ziemi zakonnika z podniesionymi rękoma, który zabraniał mu wstępu. Stacje samolotów nie odpowiadały. Bomby spadły w inne, bezpieczne miejsce, samoloty zaś zawróciły do bazy. Po jakimś czasie generał, który nie był wierzący, usłyszał o mnichu z klasztoru w San Giovanni Rotondo, który dokonywał cudów. Postanowił się tam udać, aby go zobaczyć… i rozpoznał w nim zakonnika, którego widział w górze. Ojciec położył mu rękę na ramieniu, mówiąc dobrodusznie: ?A więc to ty chciałeś nas wszystkich zabić?” Generał był zaskoczony, lecz zwyciężyło go spojrzenie ojca Pio. Nawrócił się.
Można przytoczyć setki poświadczonych nawet przez biskupów i kardynałów, kapłanów oraz przez osoby świeckie przypadków bilokacji.

DAR UZDRAWIANIA
Ojciec Pio miał też charyzmat uzdrawiania. Zawsze powtarzał: ?To nie ja uzdrawiam, lecz Pan. Ja się tylko modlę.” Albo: ?To nie moja sprawa, lecz Matki Bożej”. Jakże wysłuchiwana była jego modlitwa!… Święci są zawsze pokorni.
W noc Bożego Narodzenia w roku 1939 urodziła się mała dziewczynka Gemma de Giorgi ? bez źrenic. Była więc skazana na to, że nigdy nie będzie widzieć. Miała 6 może 7 lat, kiedy jej rodziców odwiedziła ciocia zakonnica. Poradziła im udać się do ojca Pio. Napisała do niego, a on odpisał: ?Droga córko, zapewniam cię, że będę się modlił za dziewczynkę.” Babcia towarzyszyła jej do San Giovanni Rotondo. Po Mszy św. obydwie udały się do spowiedzi. Była to pierwsza spowiedź dziewczynki i babcia chciała, aby korzystając ze spotkania z o. Pio przystąpiła do I Komunii św.
Ponieważ podczas spowiedzi dziecko nie pomyślało o tym, by poprosić o uzdrowienie, babcia postanowiła to uczynić. Ojciec Pio odpowiedział jej: ?Zachowaj ufność, córko. Dziewczynka nie powinna płakać, a ty nie powinnaś się niepokoić. Gemma widzi i ty o tym się dowiesz.”
Dziewczynka przystąpiła do I Komunii, podczas której O. Pio uczynił jej znak krzyża na oczach. Wracając pociągiem Gemma zauważyła, że widzi. Gdy udano się z nią do lekarza, stwierdził, że dziecko widzi nie mając źrenic! Nie potrafił tego wyjaśnić. Ukończyła studia, podjęła pracę. Dziś widzi nadal, stawiając czoła logice nauki.
Sześciomiesięczne niemowlę było w beznadziejnym stanie. Jego matka postanowiła pokusić się o to, co niemożliwe, aby spróbować ocalić dziecko. Postanowiła je zawieźć do ojca Pio. Podróż była długa i jak można było się obawiać dziecko umarło w drodze. Wiara matki nie zachwiała się. Owinęła dziecko w kilka pieluszek i włożyła je… do walizki. Przybywszy do San Giovanni Rotondo pobiegła do kościoła i stanęła z niewiastami oczekującymi na spowiedź. Gdy nadeszła jej kolej upadła na kolana przed ojcem i otwarła walizkę. W kościele był nawrócony lekarz. Orzekł, że jeśli dziecko nie umarłoby od swej choroby, to udusiłoby się w walizce. Na widok małego ciała ojciec Pio głęboko się wzruszył. Wzniósł oczy ku niebu i zaczął się modlić, potem powiedział do zalanej łzami matki, której płacz słychać było w całym kościele: ?Dlaczego krzyczysz tak głośno? Czy nie widzisz, że twój syn śpi?? Dziecko istotnie spokojnie spało.

NIEZWYKŁE ZAPACHY
Można tu wspomnieć jeszcze o jednym charyzmacie ojca Pio, o którym jego duchowi synowie i córki świadczą do dziś: o zapachach. Niektórzy mistycy wydzielali zapachy i nie można się tu powstrzymać przed myślą o ludowym wyrażeniu dotyczącym osoby, która prowadziła przykładne życie i o której mówi się, że umarła wydzielając zapach świętości [po polsku mówimy częściej: ?w opinii świętości” ? przyp. red.]. Jeśli chodzi o ojca Pio tysiące osób dały o tym świadectwo: zapach często zapowiadał uzdrowienie lub szczególną łaskę (oznaczały dar specjalnej opieki, nawrócenie drogiej osoby itd.). Miły zapach rozchodził się w jego obecności lub z przedmiotów, które były przez niego pobłogosławione lub po prostu dotknięte doświadczano nawet w odległości tysięcy kilometrów. To były głównie zapachy kwiatów: lilii, fiołków, róż, jaśminu i inne. Zapach mógł pojawić się nagle i nagle zniknąć. Czasem wystarczyło pokazać kilka przeźroczy z jego życia, by cała sala wypełniła się niezwykłym zapachem.
Zapach lilii był często spostrzegany jako znak uzdrowienia. Tak było we wrześniu 1951 r. z naczelnikiem stacji kolejowej w Rzymie. Został tak uprzedzony o mającym się dokonać cudzie wyzdrowienia z raka gardła, podczas gdy udzielono mu już wiatyku. W ostatniej chwili dano mu do ucałowania zdjęcie ojca Pio. Wszyscy członkowie rodziny, którzy uczestniczyli w tym, poczuli utrzymujący się miły zapach. Byli pomiędzy nimi też niewierzący. Umierający, który od dawna nie potrafił mówić, odezwał się nagle: ?Zdejmijcie te wszystkie bandaże, jestem zdrowy.”
Czasem działo się to w czasie Mszy św., czasem w konfesjonale. Jego rany, które powinny były wydzielać woń rozkładającej się krwi, wydzielały miły zapach.
Innym razem ojcowie franciszkanie, wracając pociągiem z San Giovanni Rotondo odczuli w przedziale zapach. Towarzysze podróży zastanawiali się, co to mogło być. Zjawisko towarzyszyło im aż do Rzymu.
Jeden z braci posiadał cukier pobłogosławiony przez ojca Pio i napełniał on takim zapachem jego celę, że Gwardian dopytywał się, skąd on pochodzi, bo można go było odczuć nawet na korytarzu. Nie dało się tego ukryć przed przełożonymi.
W pewnym klasztorze franciszkańskim był chory jeden z braci. Poprosił swego współbrata, jednego z biografów ojca Pio, aby przyniósł mu nagranie głosu Ojca. Zaledwie zaczął słuchać, a już celę wypełnił przenikliwy zapach. Ojciec Pio przyniósł tak pociechę cierpiącemu bratu.

DAR PROROCTWA
Wśród innych charyzmatów można przytoczyć dar proroctwa. Wiele zapowiedzi już się zrealizowało, m. in. ta dana młodemu Karolowi Wojtyle, że będzie Papieżem… Także dar niewidzialności, niejako przeciwieństwo daru bilokacji. Gdy niestosowni goście przychodzili do niego z niegodziwą intencją, zdarzało się, że mijali go nie dostrzegając go. Dopiero po ich odejściu można było ponownie dostrzec ojca Pio. Miał on też często kontakt z duszami w Czyśćcu. Przychodziły prosić, aby modlił się o ich uwolnienie. Zdarzało mu się pocieszać osoby niespokojne o los zmarłego. Mówił im, że ich bliski jest zbawiony lub że przebywa już w chwale nieba.

DOM ULGI W CIERPIENIU
Miłość ojca Pio dla braci i sióstr nie miała granic. Prosił dla nich i często otrzymywał łaskę uzdrowienia, lecz czasem niebo nie udzielało tej łaski i smucił się tymi, którzy nie zostali uzdrowieni. Zastanawiał się: ?Wielu otrzymuje od Pana w sposób widowiskowy uzdrowienie z ich chorób. Ci jednak, którzy nie znajdują się w tym planie, czy są skazani na noszenie krzyża swych boleści? Czy nie można dla nich nic uczynić?”
Ojciec mówił, że w każdym chorym trzeba dostrzec obraz Chrystusa cierpiącego i uczynić wszystko, aby im ulżyć. To tak przyszła mu myśl, by powstało dzieło nazwane ?Domem Ulgi w Cierpieniu”. I tak w czasie trwającej wojny, 9 stycznia 1940 roku zrodziło się w celi pokornego zakonnika dzieło, które miało być wkrótce znane na całym świecie. Jak wskazuje nazwa nie miał to być zwykły szpital, bo w takim budynku troską otacza się jedynie ciało. Ojciec Pio pragnął, aby w tym Domu leczono też serce i duszę, z myślą o słowach Nauczyciela: ?To, co uczyniliście najmniejszemu z Moich braci, Mnieście uczynili.” Budowę opóźniła wojna, jednak kiedy powrócił pokój, zaczęły zewsząd napływać ogromne sumy, szczególnie z Ameryki. Trzeba było podjąć znaczące prace i to dopiero w 1956 można było otworzyć drzwi do szpitala największego i najnowocześniejszego w Europie. Sale szybko się zapełniły tym bardziej, że opieka lekarska była darmowa, bogaci płacili za biednych, a dobrze się mający za chorych. Lekarze i personel nie otrzymywali wynagrodzenia.
W maju 1987 roku Papież Jan Paweł II odwiedził ten szpital.

DIABELSKIE ATAKI
Ojciec Pio nie mógł wyrywać tysięcy dusz piekłu, aby nie odczuć zemsty tego, którego nazwał ?niebieskobrodym”. Szatan ukazywał się więc stale albo sam, albo za pośrednictwem swych ? jak ich nazwał Ojciec ? ?kozaków”. Pochlebstwa i brutalności przeplatały się: zrzucanie z łóżka, bezlitosne bicie, przewracanie wszystkiego co miał w celi, rozlewanie atramentu na otrzymane listy tak, iż nie można było ich odczytać. Wszystkie te próby miały go pogrążyć w rozpaczy. Biedny ojciec był nieraz tak zmaltretowany, że sądził, iż umiera. Pewnego dnia przyszedł do niego z wizytą człowiek przypominający kierownika duchowego, utrzymując, że chce go wyspowiadać. Zdziwiony jego dziwnym wyglądem i niemiłym zapachem o. Pio rzekł: ?Zawołaj: niech żyje Jezus!” Gość zniknął, zostawiając za sobą woń siarki. Kiedy uwalniał opętanych i wtedy ?niebieskobrody” protestował i zadawał mu nowe udręki. Wyobraźnia tego, którego Chrystus nazwał Księciem tego świata wydaje się nieograniczona. Doszło nawet do tego, że pewnego dnia szatan zasiadł w konfesjonale Ojca Pio i oświadczył młodej dziewczynie, że jest potępiona. Ona zaś, załamana poszła odszukać Gwardiana. Ten zrobił gorzkie wyrzuty ojcu Pio. Łatwo mu było się wytłumaczyć, skoro nie opuszczał swej celi. Dziewczyna powróciła i wyspowiadana przez ojca Pio odeszła uspokojona.
To także szatan popchnął niektórych ludzi do zniesławienia stygmatyka aż zakazano mu sprawować publicznie Najświętszą Ofiarę oraz spowiadać. Zbyt dobrze wiedział szatan, ile kosztowało go działanie ojca Pio. Te diabelskie machinacje trwały jednak tylko przez dziesięć lat. Na końcu zawsze zwycięża Bóg.
Nieprzyjaciel przeciwstawił mu nawet współbraci. Dom Ulgi w Cierpieniu otrzymywał znaczące dary pieniężne. Przez statuty ojciec Pio był ich gwarantem aż do śmierci. Tymczasem niektóre domy kapucynów popadły w ruinę i usiłowały część wpływów przeznaczyć na zasilenie swych finansów. Ojciec Pio się na to nie zgadzał, dlatego również dotknęło go zniesławienie.

KONIEC KALWARII
22 września 1968 roku stygmaty wyryte przed 50 lat znikły. Od r. 1919 ojciec Pio wiedział, że to będzie znak, iż pójdzie na spotkanie z Tym, któremu poświęcił całe życie przyjmując bez zastrzeżeń wszelkie cierpienia fizyczne i duchowe, które mu się podobało zesłać, aby pomóc nawrócić grzeszników i otworzyć Niebiosa wielkiej liczbie spośród nich. I rzeczywiście 23 września 1968 r. o 2.30 odszedł do tego, który posłużył się nim w sposób tak niezwykły. Jeszcze w przeddzień odprawił Mszę św. i spowiadał aż do wieczora. Ponad 100 tys. ludzi uczestniczyło w pogrzebie. Mszę św. celebrowało 35 kapłanów i 2 biskupów.
Dziś, z Nieba, Ojciec Pio nadal wyprasza wszelkie rodzaje cudów, tak samo jak za życia. A jego zapach nie raz wskazuje, że jest z nami. Proces beatyfikacyjny jest zakończony i można nie bez słuszności przypuszczać, że w historii Kościoła uzna się go wkrótce za jednego z największych świętych i to nie tylko naszego wieku.
L. Couëtte

Na podst.: Stella Maris nr 9/97 str. 1-4 (Niezwykłe życie Padre Pio (1887-1968); Żyjący wizerunek Jezusa ukrzyżowanego) oraz nr 10/97 str. 10-14. Przekł. z fr.: E.B.

2) Modlitwa o wyniesienie na ołtarze Sł. B. Ojca Pio

O Jezu, źródło łask i miłosierdzia, Ofiaro za grzeszników, pobudzony miłością do naszych dusz, Któryś dobrowolnie poniósł śmierć za nas na krzyżu, prosimy Cię pokornie o uwielbienie na ziemi, jak i w niebie, Sługi Bożego Ojca Pio z Pietrelcina, który tak żywo uczestniczył w Twoich cierpieniach, ukochał Cię tak silnie i tak dużo uczynił dla dobra dusz ludzkich.
Prosimy Cię zatem gorąco o przyznanie nam przez wstawiennictwo Ojca Pio łaski…………, którą usilnie pragniemy osiągnąć według Twej Bożej woli. Amen.
Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… 3 x i Chwała Ojcu…

3) OFIARA EUCHARYSTYCZNA OJCA PIO

Nie sposób zliczyć publikacji na temat znanego na całym świecie kapucyna, tak hojnie obdarowanego przez Niebo. Z jednej z nich przytaczamy fragment, który wskazuje dobitnie na to, że Ojciec Pio całą swą osobą i przez całe swe życie dawał świadectwo tego, czym jest naprawdę Najświętsza Ofiara oraz ukazujący, iż nie bez przyczyny można go nazwać prawdziwym męczennikiem Eucharystii…
?…?Gdy jestem przy ołtarzu – mówił – mam wrażenie, że chyba się skończę; czuję jak mnie pochłania i pali jakiś ogień. Nie mogę tego opisać; co to wszystko oznacza, sam nie wiem”.
Mówił o tym dogłębnie wstrząśnięty, wszak wiedział, jak niepojętych rzeczy dokonuje Pan za jego przyczyną. Czuł się uprzywilejowany, ponieważ jak podkreślał, codziennie przyjmował Jezusa ?przy stole aniołów”. Był nienasycony owego chleba aniołów, choć musiał z tego powodu staczać długotrwałe walki z kusicielem, który starał się go zbić z tropu, zaniepokoić, odebrać duchową radość. Cóż, ów nieprzyjaciel wiedział doskonale, jakie korzyści przynosi Ojcu Pio codzienne celebrowanie Eucharystii, wielkich doznawał duchowych rozkoszy przyjmując Komunię św. Nawet postronni świadkowie widzieli, jak jego oblicze i serce płonęły jakimś niezwykłym żarem, a na twarzy malowała mu się przedziwna przyjemność i słodycz. Jedynym jego pragnieniem w takich chwilach było, aby mógł na zawsze pozostać w takim zjednoczeniu z Bogiem; czuł się wówczas tak, jakby znalazł się już w raju.
Pio zwykł mawiać, że na świecie mogłoby nie świecić słońce, nigdy jednak nie może zabraknąć Mszy św. Tysiącom ludzi przybywającym do San Giovanni Rotondo utkwił w pamięci ów niezwykły obraz wpatrującego się godzinami w krzyż zakonnika. Tajemnica cierpienia łączyła ich obydwu. Nad ołtarzem wisiał przykuty do krzyża Bóg-Człowiek. Poniżej, przykuty do ołtarza słaniał się kapłan. Zwieszona z krzyża głowa Chrystusa i wyciągnięta w górę twarz Jego ucznia – taką scenę zapamiętywał każdy. Modląc się ów uczeń płakał. Łkanie wstrząsało jego ciałem. Jakiż to rzadki, niecodzienny widok w katolickich kościołach. Od czasów proboszcza z Ars, Jana Vianneya, możemy lepiej zrozumieć, co czuje kapłan celebrujący na ołtarzu dramat Golgoty, a zarazem misterium dziękczynienia za zbawienie.
Ojciec Pio długo przygotowywał się na to spotkanie z Jezusem. Od godziny drugiej w nocy już nie spał. Jak mawiał: ?Nigdy nie ma dość czasu, aby dobrze przygotować się do Komunii św.”. Odczuwał głód i wielkie pragnienie, aby posiąść Najwyższe Dobro, a kiedy już zjednoczy się z Nim, miał wielką ochotę powiedzieć Jezusowi: ?Już dosyć! Już więcej nie potrafię pomieścić, przyjąć!” Zdawało mu się, że już nie jest na tym świecie. Nie pragnął niczego więcej, tylko tego, aby ten stan trwał jak najdłużej.
Sądził, że każdy przeżywa podobnie to spotkanie z Synem Bożym w Najświętszym Sakramencie, a zwłaszcza duchowni. Bolał niezmiernie, kiedy się przekonał, że wielu nie czuje tego żaru w duszy, odprawiając czy uczestnicząc w Mszy św. jak w nie różniącym się niczym zebraniu ludzi…
…Z biegiem lat stało się już żelaznym zwyzajem, tak w lecie jak i w zimie, że Pio odprawiał Mszę św. o 5 rano. Dlatego już od godz. 2 gromadzili się ludzie przed drzwiami kościoła, modląc się i śpiewając oczekiwali świtu. O godz. 4 było ich już tylu, że wystarczyło, by zapełnić połowę kościoła. Kto przychodził później, niewiele mógł zobaczyć. To była dla pielgrzymów dodatkowa ofiara, któż jednak nie chciał dostać się jak najbliżej ołtarza?
Kiedy o wpół do piątej otwierano kościół, wierni zdobywali go szturmem. W jednym momencie pobożna rzesza zamieniała się w rozbiegany tłum, każdy pędził w upatrzone miejsce, rozpychano się z krzykiem, walczono o każdy dogodny skrawek w świątyni. Dopiero z chwilą pojawienia się Ojca Pio zamierał tumult, udawało się porządkowym zaprowadzić spokój. Odtąd już nikt nie musiał nikomu zwracać uwagi. Cisza ogarniała wszystkich.
Zanim jednak zakonnik pojawił się przy ołtarzu klęczał dłuższy czas w zakrystii. Nie miał tam jednak spokoju. Wielu księży oraz ludzi protegowanych przedkładało mu swoje prośby i potrzeby. Pio kiwał głową ze zrozumieniem, słuchał jakby jednym uchem, myślał bowiem o swojej duchowej ofierze, którą łączył z ofiarą Chrystusa. Opóźniał odprawienie Mszy, bardzo wolno ubierał się w szaty mszalne, przyklękał co chwilę i na krótki czas zatapiał się w modlitwie. Podkreślał wielokrotnie, że nie czuje się godny odprawiać Najświętszej Ofiary, płakał z tego powodu, drżał na ciele. A później, poruszając się z trudem, wychodził z zakrystii do ołtarza. Każdy krok sprawiał mu ból, słaniał się pod jakimś niewidzialnym ciężarem, poruszał bardzo wolno rękami. Mimo ogromnego cierpienia, idąc na słaniających się nogach, potrafił stać za ołtarzem po kilka godzin. Kiedy go poproszono, by to wyjaśnił, odpowiedział: ?Odprawiając Mszę św. nie odczuwam zmęczenia, ponieważ nie stoję na nogach, lecz wiszę na krzyżu razem z Jezusem, jako Jego pomocnik w wielkim dziele zbawienia. To Pan tak sprawił, nie z powodu jakichś moich zasług, ale wyłącznie ze swojej najwyższej dobroci”. Mszę odprawiał najczęściej przy głównym ołtarzu. Kilkuset pielgrzymów mogło z bliska przyglądać się, jak modli się w skupieniu, jak od czasu do czasu chwyta się za skronie pragnąc złagodzić ból głowy, czy jak mówiono: zwolnić ucisk cierniowej korony. Pod koniec życia nie potrafił schylić się, by ucałować ołtarz.
Wielu próbowało opisać sposób odprawiania Mszy przez Ojca Pio, jednak ludzka mowa, mimo najumiejętniej dobranych słów, nie może oddać tego, co jest istotą eucharystycznej Ofiary, co dokonywało się za przyczyną tego zakonnika w ludzkich sercach. Wielu, którzy przybywali do San Giovanni Rotondo, nie miało pojęcia, że uczestnictwo w Mszy może wzbudzić taki entuzjazm. Opowiadali potem z wypiekami na twarzy, że Ojciec Pio za ołtarzem przestawał być zwyczajnym kapłanem; przeobrażał się w świadka Chrystusowej Ofiary; był uczestnikiem cierpień na Golgocie, ukrzyżowanym mistycznie razem z Jezusem.
W czasie Mszy na twarzy Ojca Pio malował się głęboki wyraz cierpienia, całe ciało przebiegały skurcze, przy każdym powstaniu z przyklęknięcia wydawało się, jakby przygniatał go ogromny ciężar.
Ktoś się wyraził, że Pio nie odprawiał Mszy, to nie było sprawowanie obrzędu. On brał udział w misterium Golgoty, był jej współofiarnikiem. Potwierdzają to jego słowa. Na pytanie braci: ?Kto nam po twojej śmierci będzie służył takim wzorem?” odpowiedział: ?Pójdziecie pod tabernakulum, tam spotkacie Jezusa, a z Nim także mnie”. Czy te słowa należy rozumieć dosłownie, czy ktoś nie uzna ich za bluźnierstwo?
Kiedy np. w czasie Mszy wpadał w ekstazę, zwłaszcza na Gloria lub Credo, odnosiło się wrażenie, że ogląda na własne oczy to, o czym w modlitwie mówi, że rozmawia z kimś, kogo tylko on sam widzi. Jego twarz odzwierciedlała te wewnętrzne doznania. Można było tylko się dziwić, dlaczego tak rzadko gościła w tych chwilach na jego twarzy radość. Najczęściej rysowało się na niej cierpienie.
Kiedy przerywał modlitwy i wpadał w ekstazę, uczestnicy Mszy przeżywali podobne chwile wewnętrznego uniesienia, jak gdyby także im udzielała się łaska. Iluż nawróciło się pod jego wpływem! Pod koniec II wojny światowej, tuż po wyzwoleniu Rzymu, setki żołnierzy amerykańskich otrzymały specjalne zezwolenia, by pojechać do San Giovanni Rotondo i uczestniczyć w Mszy Ojca Pio. Wielu z nich przechodziło z protestantyzmu na katolicyzm. Takie było widzialne oddziaływanie niewidzialnego Boga.
Wielkie wrażenie czyniły również łzy, które spływały mu po twarzy. Mokrą od łez i potu chusteczką obcierał oczy i skronie, by po chwili kontynuować Mszę. Potem, na Ofiarowanie, podnosił patenę oraz kielich i wypowiadał prośby, które przez niego składali pielgrzymi. Na ołtarzu leżały karteczki i koperty, które zawierały modlitwy o różne dary i łaski; także polecał Bogu swoich duchowych synów i córki. Długą listę ich imion wymieniał z pamięci.
Najtrudniej przeżywał moment Przeistoczenia. Cierpiał w dwójnasób. Rysy twarzy wyostrzały się, oczy zapadały w głąb, walczył ze sobą, z ran wypływała mu świeża krew. W tajemniczy sposób przeżywał na sobie konanie Chrystusa. W ciszy zalegającej kościół można było usłyszeć jego powtarzające się wezwanie: ?Jezu, miłosierdzia”.
Zwłaszcza w okresie Wielkiego Postu jego cierpienia w czasie Przeistoczenia nasilały się. Ekstazy następowały jedna po drugiej, trwały po pięć i więcej minut. Nieraz ciszę kościoła przerywał czyjś szloch albo okrzyk: ?wierzę”. Nierzadko słowa konsekracji wypowiadał z trudem, kilkakrotnie je rozpoczynał i jakby cofał się w pół słowa, marszczył brwi, pochylał głowę, zdawało się, że przygniatał go jakiś ciężar, że sposobi się do walki z kimś mocniejszym. Strużki potu spływały mu po czole, choć mogła być akurat zima. Porównanie do agonii jest chyba najbardziej trafne i tak dość często określano w książkach te chwile. On sam stawał się w tym momencie męczennikiem i dopiero kiedy uniósł w górę Hostię, rysy twarzy stawały się miękkie, promieniał spokojem. Zanim jednak uniósł Hostię w górę, brał ją w rękę, trzymał długo, milczał, odkładał, sięgał po chusteczkę, by wytrzeć płynące łzy, i znowu brał Hostię, pogrążał się w ekstazie, i wreszcie, po długiej ciszy, płaczliwym głosem wypowiadał słowa konsekracji. Podobnie czynił z kielichem. Chwile te nikomu nie dłużyły się, cisza panowała przejmująca, wielu wstrzymywało oddech. To było misterium, w którym brali udział wszyscy.
W czasie Komunii setki ludzi próbowało dopchać się do Ojca Pio, wielu przystępowało do Komunii: dopiero po Mszy, gdy zakonnik sam ją rozdzielał przy głównym ołtarzu. Była to okazja by z bliska: zobaczyć tylko jego palce, bowiem dłoń okrywał długi wykrochmalony rękaw alby. W czasie Mszy komunikował jedynie dzieci pierwszokomunijne oraz osoby tzw. uprzywilejowane: wybranych duchowych synów i córki, małżonków z okazji obchodzenia rocznicy ślubu, zakonników…
Bywało, że niektóre osoby pomijał. Pominięci wiedzieli dlaczego, głos sumienia bywał najlepszą pamięcią. Czasem zdarzało się odwrotnie, ktoś nie miał odwagi przystąpić do Komunii. Kiedy np. jeden z mężczyzn powiedział do niego: ?Ojcze, nie jestem godzien przystąpić do Komunii św.”, odparł: ?Co mówisz – godzien, kto właściwie jest godzien! Nikt! Wszystko jest łaską i miłosierdziem”.
Wróćmy jednak do opisu Mszy, do momentu, w którym następowało dziękczynienie. Ojciec Pio bowiem nie skąpił czasu na modlitwę. Uważał ją za rzecz świętą i nietykalną, za najbardziej wewnętrzną sferę w człowieku, którą każdy powinien w drugim uszanować. Najlepiej świadczą o tym przykłady. Kiedy jeden z dziennikarzy ze ?Stampa Sera” stał wśród tłumu wiernych modlących się razem z Ojcem Pio i notował w pamięci różne sprawy do artykułu, usłyszał nagle głos zakonnika: ?Synu, czy to jest odpowiednia chwila do zabawiania się notatkami? Źle czynisz wzniecając tyle hałasu dokoła księdza, który się modli.”
Pomińmy w tym wydarzeniu umiejętność czytania w myślach, jaką Pio posiadał. Ważne jest co innego: obrona wewnętrznej sfery ducha, którą różni żądni sensacji ludzie nieświadomie niszczyli. Ten nadzwyczajny zakonnik był jak czuły odbiornik krótkofalowy, który odbiera wszystkie fale. Dlatego tak łatwo można było zakłócić jego ?pasmo odbioru”, zdenerwować bezmyślnością, błahostkami, natarczywością… Chociaż jego wnętrze można porównać do duchowej twierdzy, to najmniejszy poruszony kamień w tej budowli chwiał nią, rozpraszał wewnętrzne skupienie. Działo się tak dlatego, ponieważ Padre Pio nie pracował jedynie nad własną doskonałością, nie modlił się czy cierpiał dla siebie, ale czynił to z myślą o innych, zwłaszcza o tych, którzy, znaleźli się na jego drodze, których mu zlecono do nawrócenia czy uzdrowienia.
Dziękczynienie nie kończyło się razem z Mszą. Ojciec Pio klęczał najpierw długo w zakrystii, a potem szedł na swoje miejsce w chórze. Jak pisał w liście do o. Augustyna: ?Po Mszy św. zostałem z Jezusem na dziękczynieniu. Jakaż to była niebiańska rozmowa! Serce Jezusa i moje złączyły się w jedno. Biły już nie dwa serca, ale tylko jedno. Moje serce znikło jak kropelka wchłonięta przez ocean” (18.04.1912).
Umęczone wieloletnim bólem ciało było jakby skarbnicą duchowych owoców; w nim, podobnie jak w Chrystusie, trwała wieloletnia agonia, tajemnicze współcierpienie z Jezusem, przynoszące tyle nadzwyczajnych łask dla innych. Aby jednak być tak oddany innym, musiał wyzuć się z samego siebie, wyzwolić i niejako pozbawić wszystkiego, co nie ma związku z Bogiem. Jego życie przemieniło się w totalną modlitwę, w obcowanie z Bogiem niemal ?twarzą w twarz”, co przynależy już osobom zbawionym. To było powołanie do współodkupienia, które wyniszczało go stopniowo pogrążając coraz głębiej w tajemnicy paschalnej. Pascha była rzeczywistością, w którą włączył się całym sobą, stała się jego codziennym chlebem. ?Miłość doskonałą ? mówił ? nabywa się dzięki posiadaniu przedmiotu tej miłości. Dlatego wstępowanie na Kalwarię jest owocne, choć się o tym nie wie”. Wyznawał ponadto: ?Jestem ukrzyżowany z miłości!”…?

http://www.zaufaj.com/component/content/article/94.html

 

Posted in Ojciec Pio, Religia | 1 Comment »

Józef Czapski “Na nieludzkiej ziemi” (fragment)

Posted by tadeo w dniu 8 kwietnia 2011

Posłuchaj także: Józef Czapski – Na nieludzkiej Ziemi [Audiobook PL]

Józef Czapski,Malarz, rysownik, pisarz, eseista, krytyk. Urodził się w 1896 w Pradze, zmarł w 1993 w Maisons-Laffitte, we Francji. Jako oficer rezerwy został wzięty do niewoli 27 września 1939 roku. Przebywał w obozie w Starobielsku, potem przez rok w Griazowcu pod Wołogdą. Po amnestii w 1941 roku,na zlecenie generała Andersa poszukiwał zaginionych polskich oficerów, stykał się z wieloma osobami więzionymi i z przedstawicielami władz radzieckich.

Po zakończeniu wojny pozostał na emigracji. Jest autorem dwóch publikacji związanych z pobytem na terenie Związku Radzieckiego. Pierwsza — Wspomnienia starobielskie jest relacją z pobytu w obozie, druga Na nieludzkiej ziemi (mająca kilka wydań zagranicznych i wydana w kraju w drugim obiegu) jest pisana z pozycji człowieka, wykonującego polecenie zebrania największej liczby danych o polskich oficerach, których grobów poza Katyniem nie odnaleziono do chwili obecnej.

Na nieludzkiej ziemi

Czapski

Minęły święta. W wielkiej zimnej sali sztabu Armii Polskiej w Buzułuku zaczęła się znowu praca, nieustanny ruch, klepanie na maszynie. Wniesiono z powrotem nasze stoły i skrzynki kartotek.

Do Buzułuku tak samo jak do Tocka, ale w mniejszych ilościach i przeważnie pojedynczo lub małymi grupami przybywali Polacy z więzień i obozów.

28 grudnia przyszedł do nas na salę por. Sołczyński. Nie z północy, jak większość, ani ze wschodu czy z południa, jak ci z Kołymy i Turkiestanu, ale z zachodu, z Artiemowska pod Starobielskiem, poprzez Stalingrad. Stamtąd w tym okresie nie przybył jeszcze nikt.

Nie robił już na nas wrażenia wygląd wynędzniałych jeńców w fufajkach. Byliśmy bardzo otrzaskani, ale oficer, który wszedł wówczas na naszą jasną empirową salę, nie był normalnie „wynędzniały”. Małego wzrostu, z głowiną okrągłą na chudziutkiej szyi, por. Sołczyński robił naprawdę wrażenie kościotrupa w porwanej fufajce. Drobne rysy, papierowo-biała cera, głębokie oczodoły pod wysokim, bardzo białym czołem, zupełnie zapadłe policzki — to nie była głowa żywego człowieka, to była czaszka, która z niezrozumiałych powodów ożywiona jasnymi oczami jeszcze żyła.

Porucznik Sołczyński z 77 p.p. miał 31 lat i był studentem na czwartym roku Politechniki Warszawskiej. Najbardziej nieoczekiwane dla nas było wówczas to, że niektórzy go znali przelotnie ze Starobielska, jeszcze w styczniu 1940 roku.

Zresztą pierwsza moja nadzieja, że będzie on mógł nam dać informacje o naszych starobielskich kolegach z lat 1939-1940 zaraz się rozwiała. Był on rzeczywiście w Starobielsku w styczniu 1940, ale trzy dni tylko, przywieziono go z 12 innymi. Od nich wówczas mieliśmy pierwsze rzeczywiste dane, jak wygląda okupacja sowiecka, pomimo że trzynastkę nowoprzybyłych odseparowano natychmiast. Po trzech dniach wywieziono ich z obozu w niewiadomym dla nas kierunku i z niewiadomych powodów.

Teraz, kiedy przyszedł do nas do Buzułuku, był w dziwnym, jakby przedśmiertnym podnieceniu. O swoich przejściach, o ostatniej wędrówce mówił wiele i wciąż wracał do  j e d n e g o tematu: pozostawił w Stalingradzie półżywych kolegów, błagał o natychmiastową pomoc dla nich, o ratunek. Tak jak do nas przyszedł, wyczerpany do ostatnich granic sił, miał niepohamowaną potrzebę podzielenia się tym, co przeszedł, opowiadał precyzyjnie, gorączkowo, jakby się bał, że o czymś zapomni, że czegoś nie dopowie, opowiadał nam, których widział pierwszy raz, wszystko jak najbliższym braciom, do których dobrnął u progu śmierci, po okrutnych mękach.

Jego historię zanotowałem z miejsca.

Opowiadanie porucznika Sołczyńskiego

„Raniony na froncie zostałem przygarnięty w Haliczu przez nieznajomego kolejarza, który mnie do swego mieszkania przyjął i pielęgnował. Doniesiono bolszewikom o moim istnieniu. Zostałem aresztowany i przewieziony do więzienia w Stanisławowie. Zamknięto mnie w celi z 12 kolegami, z którymi się już nie rozstawałem przez dwa lata poprzez wszystkie więzienia, aż po Artiemowsk. Większość z naszej trzynastki była złapana przy przekradaniu się przez granicę, wszystko wojskowi, poza trzema cywilami — Stanisławem Burzyńskim — inżynierem rolnikiem; sędzią — Józefem Bronikowskim ze Stanisławowa i Józefem Menelem, obywatelem ziemskim, znanym hodowcą koni spod Stanisławowa.

Poza tym wszystko wojskowi — kpt. Antoni Pawlikowski, por. Oskar Schab, obaj z Centrum Wyszkolenia Artylerii Pomiarowej z Wesołej pod Warszawą, por. Stanisław Rusznica ze Stanisławowa, ppor. Józef Szostak, student Akademii Górniczej w Krakowie, por. Bronisław Grabowski, pchor. Józef Cepak z łączności, pchor. Bolesław Wisz, majster wojskowy, sierżant Tadeusz Kotynia oraz mgr praw ppor. Podłużny z Halicza^

Ze Stanisławowa zostaliśmy wywiezieni przez Lwów, Kijów, Stalino, Donbas, Charków, Woroszyłowgrad. Do Starobielska przybyliśmy po parotygodniowej podróży. Przybyliśmy tam wysłani przez prokuratora ze Stanisławowa. Komendant obozu jednak uznał, że decyzja prokuratora go nie obowiązuje i nie przyjął nas. Zapakowano nas wskutek tego znowu do stoiypinki i odesłano z powrotem do Stanisławowa. Powstał spór kompetencyjny. Stanisławski prokurator w sporze z komendantem starobielskim zdecydował jednak postawić na swoim i 23 marca wysłał nas powtórnie ze Stanisławowa do Starobielska. Dotarliśmy jednak tylko do Artiemowska o 130 km od Starobielska i tam nas zatrzymano i zamknięto w celi.

Od tego czasu bez przerwy aż do 12 października 1941 roku, a więc półtora roku, pozostawiono nas w Artiemowsku. Warunki były ciężkie. Siedziało nas w celi 3×3 m — 26 osób w kucki, jeden na drugim, przeważnie Polacy. Nie dano nam w tym czasie ani jednej gazety, nie wiedzieliśmy, co się na świecie dzieje. Jedyny sposób uzyskania wiadomości to było wyciąganie strzępów gazet z kału, z wychodka, do którego nas wypuszczano wyłącznie dwa razy dziennie. Odczyszczając je, dowiadywaliśmy się czegoś.

Gdy po roku wybuchła wojna niemiecko-sowiecka nikt nam o tym nie powiedział, ale zdwojono straż na korytarzu i co noc robiono zaciemnienia tak, żeśmy się domyślali. Kiedyśmy się zapytali dozorcy, czy nie ma wojny z Niemcami, odpowiedział ze złością: — Was pobiliśmy w trzy dni, Giermańców pobijemy w pięć!

2 sierpnia odwiedził nas prokurator tamtejszego woroszyłowgradzkiego rejonu, obchodził naszą celę i wypytywał wszystkich kolejno, za co siedzą. Zirytowałem się i powiedziałem mu:

—  Biłem waszych przyjaciół Niemców, za to siedzę.

—  Nigdy Niemcy nie byli naszymi przyjaciółmi — skoczył prokurator — a was sprzedał Beck i dlatego siedzicie.

Dopiero we wrześniu ze skrawka gazety dowiedzieliśmy się o tworzeniu Armii Polskiej i o tym, że Kot jest ambasadorem. Z dnia na dzień czekaliśmy zmiany. Przypuszczaliśmy tylko, że szybkie postępy armii niemieckiej mogą uniemożliwić naszą ewakuację. Nie przeczuwaliśmy, że w Artiemowsku pozostawią wszystko, ale zabiorą więźniów.

Któregoś dnia wyprowadzono nas w liczbie tysiąca, uszykowano w czwórki, dano po kilogramie chleba, po jednej rybie i kazano maszerować.

Wyszliśmy z więzienia. Otoczył nas 107 pułk konwojowy pieszo, na koniach i z psami. Było również wśród nas 80 kobiet, w tym jedna Polka ze Lwowa, blondynka o zmiętej twarzy, zdaje się, że prostytutka.

Przechodząc przez ulice Artiemowska spotykaliśmy się z wielkim współczuciem. Rzucano nam chleb, nawet bułki. Z dwóch stron chodnika biegło kilkanaście kobiet, płakały, chciały się dostać za kordon, bo miały wśród więźniów swoich bliskich. Bito je kolbami i odrzucano. Tak maszerowaliśmy bez przerwy do godziny 6 wieczorem w bardzo trudnym, błotnistym terenie. O godzinie 6 na wzgórku zbito nas w kupę i pozwolono nam usiąść. Nie dano nam nic jeść ani pić. Jeden z Rosjan — więźniów poprosił o wodę.

— Masz wodę! — odpowiedział konwojent na koniu i zaczął proszącego okładać szablą. Nie tylko wówczas nie dano nam ani kropli wody, ale i na drugi dzień nie dano nam nic do picia, przy tym jeden z dowódców konwoju zaznaczył nam na początku, że jeśli 5 procent nas wszystkich uda mu się doprowadzić do celu podróży, to będzie z górą wystarczające. Byłem strasznie spragniony, wziąłem kawałek chleba, żułem i nie mogłem połknąć przez kilkanaście minut z powodu niedostatecznej ilości śliny. Ślina zrobiła się jakaś biała i bardzo gęsta.

Psy były używane przez konwojentów od pierwszego dnia, nie spuszczano ich ze smyczy, bo by ludzi zagryzły, ale podpuszczano je do idących, którzy zwalniali kroku lub iść nie chcieli, czy nie mogli. Pies rwał spodnie więźnia, gryzł i więzień zdobywał się na ostatni wysiłek, szedł dalej.

Po marszu bez przerwy od godziny 10 do 6 wieczorem zarządzono pauzę, przesiedzieliśmy na dworze bez pożywienia, bez wody, zbici w gromadę, od godziny 6 wieczorem do 6 nad ranem w dotkliwym zimnie, a od trzeciej rano w deszczu. Potem ruszyliśmy dalej.

Nie dawano nam w dalszym ciągu wody do picia. Głód, resztka chleba, ktOrą miałem, nie przechodziła przez gardło, szalone pragnienie doprowadziło mnie do zupełnego upadku sił, zacząłem odstawać od kolumny. Błoto było takie, że trzeba było dźwigać po parę kilo na oblepionych nogach. Przed oczami zaczęły mi krążyć czarne płatki. W pewnym momencie, idąc pod górę upadłem.

Leżałem bez sił zupełnie.

Gdy wstałem wreszcie, po przejściu kilku dalszych metrów przybliżył się do mnie ppor. Podłużny i dał mi kilka kostek cukru, swój schowany żelazny zapas. Ten cukier mnie zbawił. Czarne płaty znikły i przy pomocy Podłużnego, o którego ramię się opierałem, zacząłem znowu iść. Uratował mi życie.

Rosjanie, którzy z nami szli, należeli przede wszystkim do dwóch kategorii więźniów. W większości byli to bandyci, tzw. żuliki. Stanowili zwarte, bezwzględne zespoły i terroryzowali całą resztę jeńców.

Już w drugim dniu wędrówki rzucili się w drodze na kilku towarzyszy i okradli ich ze wszystkiego. Mnie tego dnia wyrwano z rąk ostatni kawałek chleba.

Drugą kategorię stanowili tzw. progulszczyki; dla wielu z nich termin kary kończył się za tydzień czy dwa. Niejeden był zaaresztowany za spóźnienie się do pracy o kwadrans czy pół godziny, jeden miał jeszcze wszystkiego dwa dni do odsiedzenia. Powiedziano im, że będą zwolnieni po przyjściu na miejsce i pędzono ich około 700 kilometrów, aż do Stalingradu. Nie przypuszczam, by wielu z nich wyżyło.

Od godziny 10 zaczął padać śnieg. Była to wielka dla nas radość, brać garście śniegu i choć trochę ugasić pragnienie! Przeszliśmy tego dnia 30 km. Na noc umieszczono nas w kołchozie, w szkole powszechnej i w kilku budynkach sąsiednich. Tam dowiedzieliśmy się, że dwa dni przed nami przechodził podobny konwój, składający się również z 1000 ludzi w przybliżeniu, także z artiemowskiego więzienia.

W sali 6×7 metrów, gdzie mnie umieszczono, było 60-70 więźniów. W następnej sali, większej, około 100. Nie dali nam znowu nic do jedzenia ani picia. Na stronę wypuszczano zaledwie 10 osób, więcej nie pozwalano. Wszyscy załatwiali się przy drzwiach, tak że powstało gnojowisko powyżej kostek.

Tej nocy z 13 na 14 umarł na naszej sali pierwszy z transportu, obywatel polski, Żyd. Umarł na serce. Został również postrzelony więzień Rosjanin, który się ukrył na strychu. Zwalono go rannego na drugi dzień na wóz, który szedł z partią do przyszłego postoju, gdzie zrzucony z wozu wyczołgał się do baraku i tegoż wieczoru skonał. Dopiero 14 rano przy wyjściu wniesiono nam przez większą salę parę wiader wody. Wybuchła natychmiast dzika bijatyka o tę wodę, ani jedno wiadro nie zostało do naszej sali doniesione.

14  października wieczorem doszliśmy do Diubalcewa — wielkiej stacji węzłowej. Nocowaliśmy znów w szkole. Na drugi dzień o godzinie 8 rano pozwolono nam wyjść na zewnątrz i obmyć się śniegiem. Jeden z NKWD wyjął z kubła garść odpadków, były to jakieś kawałki wątroby, resztki mięsa i rzucił tę garść na salę. Znów zaczęła się bójka. Jeden z Ukraińców, wielki chłop, chwycił większy ochłap mięsa i chciał go natychmiast połknąć. Drugi więzień, chcąc go wyrwać, rozdarł mu głęboko wargę w dwóch miejscach na obu końcach otworu ust.

15  października o godzinie 11 kazano nam wychodzić na oblodzone podwórze. Mieli wydawać chleb na dworze. Było mroźne słońce, większość wyszła. Zostało kilku Polaków oraz kilku Ukraińców. Ja się trzymałem z kpt. Pawlikowskim oraz por. Schabem. Podniosłem się do wyjścia, oni również. Ale tknięty jakimś przeczuciem usiadłem na ziemi i powiedziałem, że nie pójdę. Dwa razy wracał por. Grabowski, który był komendantem naszej polskiej grupy i prosił na wszystko, żebym nie utrudniał mu pracy, żebym wyszedł i pobrał chleb.

Wiedziałem, że za chwilę, kiedy wyjdę na zewnątrz, ustawią nas w szeregu, puszczą psy i będę musiał iść.

Widziałem przez okno, że każdy otrzymał kawałek chleba dwustugramowy, nie ruszyłem się jednak. Po wyjściu większości przyszli dozorcy i zaczęli bić kolbami po plecach obecnych i wyrzucać na zewnątrz. Kiedy wstałem, jeden z nich chwycił mnie za kołnierz i wlókł jakieś 10 metrów na korytarz.

Uderzyłem głową w próg, przygryzłem zębami wargę i zaczęła mi się sączyć krew z ust. Konwojent, gdy zobaczył krew na ustach, powiedział tylko: „Pewnie zdechnie” — popchnął mnie w piersi i zostawił. W korytarzu i w innych salach leżeli inni, podobnie jak ja nieruchomi, bezsilni, zrezygnowani na wszystko”. Co do mnie, czułem się nawet wówczas lepiej, a jeżeli się uparłem, żeby się nie ruszać, to dlatego, że miałem jakąś wewnętrzną pewność, że to jedyny ratunek. Rzeczywiście, gdybym się nie był uparł, pędzony pieszo jak inni nie doszedłbym na pewno.

Kolumna ruszyła. Do pilnowania pozostałych 32, wśród których było 14 Polaków, pozostawiono 8 konwojentów.

O godzinie 1 po południu usłyszeliśmy dalekie odgłosy artyleryjskie. Myśleliśmy, że to lekka artyleria z frontu, że może posuwają się Niemcy, może już przestaną nas pędzić. Ale to była tylko artyleria przeciwlotnicza.

Wieczorem przysłano samochód, który wiózł ryby dla transportu. Zabrał on jeszcze 4 Rosjan i 2 Polaków, którzy dali się namówić, bo im obiecano 200 gramów chleba i kawał ryby. Jeden z tych Polaków, jak sobie przypominam, nazywał się Czeczot.”

— Czeczot — pytam ze zdziwieniem. — Jak wyglądał?

Według opisu por. Sołczyńskiego stwierdziłem, że to ten sam młody por. Czeczot, szczupły, sympatyczny blondyn, z którym wywożono mnie podczas likwidacji Starobielska nr 1 półtora roku wcześniej. Leżeliśmy wówczas we dwójkę jakieś 7 dni, zapchani na najwyższe piętro przedziału naszej stotypinki (nie było tam mowy o siedzeniu, można było tylko leżeć). Ostrzegano mnie przed nim, że miał kontakty z bolszewikami, że mógł donosić. Nie bardzo w to wierzyłem wówczas. Był inteligentny, pochodził ze skromnej ziemiańskiej rodziny z Wileńszczyzny, o pięknej filomackiej tradycji, zdaje się, że szczerze radykalizował. Wiózł ze sobą wówczas gruby tom Uwag Lenina, pisanych na marginesie jego lektur o kapitalizmie międzynarodowym. Przez te dni przeleżane  „na strychu” naszego przedziału, w dziki upał, sporośmy przegadali. Żywo mi opowiadał o chłopach, z którymi wiele przestawał, o swoich wędrówkach młodzieńczych po moczarach i lasach. Ku naszemu zdziwieniu wysadzono go o parę stacji wcześniej niż nas. Już na wolności dowiedziałem się, że go odesłano z powrotem do Starobielska. Starobielsk był wówczas przepełniony, ponad 20000 więźniów politycznych, mężczyzn i kobiet, tzw. Starobielsk nr 2. Czeczot mieszkał jednak w specjalnych, o wiele wygodniejszych warunkach. Przypuszczam, że bolszewicy spodziewali się zrobić z niego „swojego człowieka”, być może szczerze się do komunizmu skłaniał, albo tylko w pewnym momencie wykazał brak charakteru, czy zwyczajnie się załamał. Teraz od por. Sołczyńskiego dowiedziałem się o dalszych jego losach. Temu zagubionemu, miłemu chłopakowi na nic się nie przydało studiowanie Lenina i taka czy inna, mniej lub więcej szczera czy wyrachowana gra z bolszewikami. Jak tylu innych, pędzonych w bestialski sposób, musiał i on zginąć na okrutnym szlaku.

„Po wywiezieniu i tych paru więźniów, zostało nas w Diubalcewie 26, w tym 12 Polaków. Wieczorem dostaliśmy 200 gramów chleba i była to ostatnia porcja aż do Stalingradu, konwojenci nam powiedzieli, że żadnej racji dla nas nie mają, bo racje są w kolumnie, która poszła w kierunku na Lichaj. Zawieziono nas na stację, wsadzono do wagonu towarowego, który zamknięto i ruszyliśmy tegoż wieczoru. Ale trasy codzienne były bardzo krótkie, po kilkanaście kilometrów. Tory były straszliwie zawalone, brak lokomotyw. Z mojej dawnej trzynastki byli ze mną Mencel, Bronikowski i Kotynia. W tej drodze dołączył do nas i bardzo się z nami zżył pułkownik Ludwik Miłkowski, lekarz emerytowany, dentysta ze Lwowa, dyrektor gimnazjum w Ostrogu Ostrowskim, wachmistrz żandarmerii Witold Kasiński z Łucka oraz polonista ze szkoły Rejtana z Warszawy.

Miłkowski, nadzwyczaj sympatyczny staruszek, był szefem sanitarnym DOK Lwów w czasie, gdy dowódcą DOK był gen. Sikorski. Jeszcze w 1939 roku z nim korespondował. Ten 64-letni człowiek był żonaty i miał dwóch chłopców, których wspominał z rozrzewnieniem.

Jechaliśmy to w towarowych zamkniętych wagonach, to na odrutowanych odkrytych lorach. Raz wsadzono nas do wagonu zawalonego beczkami z ogórkami. Zrobiliśmy dziurę w beczce i żywiliśmy się tymi ogórkami. Chleba nie dostawaliśmy wcale. Jedliśmy także surową kukurydzę z pola, którą nam ludność rzucała. Na stacji Lichaj czekaliśmy 5-6 dni i tam znowu doznaliśmy od ludności sporo współczucia. Rzucano nam kukurydzę, a nawet raz rzucono kawałki sucharów. W drodze konwojenci pozwalali nam brać wodę. Wyżyliśmy tylko dzięki temu, że konwojenci kradli dla nas. Kazano im nas dowieźć żywych, a racji dla nas nie mieli. Zresztą nie wiem, czy to było tak konieczne, byśmy dojechali wszyscy żywi. Raz jeden z konwojentów się upił i wraz z kolegami zaczął strzelać do zamkniętego wagonu, w którym nas trzymali. Jedna kula trafiła w głowę rolnika, Polaka, sympatycznego osadnika i zabiła go na miejscu. Był on przez szereg lat w Ameryce, był patriotą i chłopskim działaczem. Mencel naiwnie powtarzał: „No, z tego musi być dochodzenie”. A tu zostawili nam trupa na całą noc, rano wynieśli i nic.

Po kilku dniach pobytu w Lichaju udało się żulikom, którzy chodzili po wodę (nam Polakom nie pozwalano), ukraść trochę ziarna pszenicy i żyta. Dali nam wspaniałomyślnie to surowe ziarno do gryzienia, jedliśmy chciwie — głód robił swoje.

Nie mieliśmy nic ciepłego w brzuchu od wyjścia z Artiemowska, przy tym ziarno i ogórki doprowadziły do tego, że wszyscy dostali krwawej biegunki. Wszyscy bez wyjątku. Trzech na tę biegunkę zmarło pod Stalingradem w mojej obecności — wzór poczciwości, dr Tomaszek ze Stanisławowa, Szulc, starszy konduktor, bardzo wartościowy działacz społeczny oraz wachmistrz Kasiński z Łucka. Dr Tomaszek nam wyjaśniał, że to przeszło miesięczne życie bez ciepłej strawy i bez ciepłej wody wywołuje ten ostry nieżyt kiszek.

Dopiero 22 listopada wyprowadzono nas z wagonu i przewieziono do baraku odległego o 11  km od miasta.

Na drugi dzień po południu przyjechała z odległej o 100 km od Stalingradu stacji grupa z naszej partii artiemowskiej, którąśmy pożegnali w Diubalcewie. Nie mogli już dalej iść pieszo.

Pierwsze słowa, z którymi zwrócił się do mnie jeden z przybyłych, Rosjanin, którego poznałem w ciągu wspólnej podróży,  były:  „Wasze szczęście, wszyscy wasi wyginęli”.

I każdy, kto przychodził, powtarzał to samo, że wszyscy Polacy zginęli po drodze, że nie ma już ani jednego. Nie dawaliśmy temu wiary. Na drugi dzień nadeszła reszta. Do baraku 7×12 m, w którym były 4 rzędy prycz piętrowych, wtłoczono około 300 więźniów. W ogóle przeznaczono dla przybyszów dwa sąsiadujące baraki. Byli niepodobni do ludzi. Z dwóch partii po 1000 ludzi przybyło nie więcej jak 550, przy tym przeciętnie, tylko w naszym baraku umierało 10-15 dziennie.”

Mój rozmówca milknie na dłuższą chwilę, jakby się namyślał, jakby szukał słów i potem znowu trochę gorączkowo, ale bardzo rzeczowo mówi dalej:

„Żaden nie miał butów, nogi owinięte gałganami. Były już wówczas mrozy dwudziestostopniowe, wszyscy oczy mieli tak zapadnięte, że nie było ich prawie widać. Twarze zarośnięte, dziury zamiast policzków, nie myci od przeszło miesiąca, jak zresztą my wszyscy. Po rozlokowaniu rozszedł się po sali okropny odór, większość miała odmrożone nogi z potwornie cuchnącymi ranami, ciało gniło.

Pierwszego dnia ciągle szukałem Polaków. Był tylko jeden, młody czołgista z Białegostoku z objawami pomieszania zmysłów, bez butów, z odmrożonymi nogami. Nieustannie się trząsł. Gdy pytałem go o innych, całą odpowiedzią było ciągłe powtarzanie: „Zimno mi, zimno”.

Pytałem wszystkich o naszych towarzyszy. Wciąż mówiono mi to samo: „Wszyscy zginęli”.

Pytałem dosłownie dziesiątki ludzi i oto co mi się udało z tych potwierdzających się wzajemnie opowiadań dowiedzieć.

Najwięcej wyginęło w czasie przemarszu na stepach między Donem a Wołgą. Pewnego dnia, około 25 października cała kolumna doszła w stepie wieczorem do miejsca odległego od najbliższego kołchozu o 75 km. Konwojenci dla ostatecznie wyczerpanych ludzi zarządzili odpoczynek. W dużym ogrodzeniu dla krów, bez dachu, w saraju, jak to tam nazywano, trzymano wszystkich pięć dni i pięć nocy. Bez jedzenia, mrozy dochodziły do dwudziestu kilku stopni. Więźniowie łamali ogrodzenie, rozpalali ogniska. Żuliki silną i zwartą masą obsiadali ognisko, wypychając słabszych, między nimi Polaków, na zewnątrz. Wobec tego, że Polacy byli pomimo wszystko przeważnie – lepiej ubrani, żuliki zdzierali z nich ubrania, zostawiając ich w koszulach i kalesonach.

W tej zagrodzie na śniegu zmarł porucznik Stanisław Rusznica, oficer piechoty z mojej trzynastki. A także kpt. Antoni Pawlikowski, którego charakterystyczne narciarskie spodnie z automatycznymi zamkami widziałem na jednym z więźniów.

Szóstego dnia postoju w saraju przywieźli jakieś mięso końskie i ugotowali strawę dla więźniów w ilości po kubku mięsa z kaszą na osobę i potem kazali dalej maszerować. 60 oświadczyło, że dalej iść nie mogą, byli wśród nich Polacy. Ustawiono tych 60, zbliżył się do nich dowódca konwoju, nie żądał by szli razem, kazał im jedynie iść po wodę dla siebie do pobliskiej studni. Tym, którzy ruszyli po wodę kazano dołączyć do kolumny i pędzono siłą dalej, szczując jak zwykle psami. Czternastce, która się nie ruszyła (był w niej plut. Drożdziuk) kazano na śniegu sią rozebrać do naga i przejść za pobliski domek. Jeden z Ukraińców opowiadał mi dokładnie, że zaraz potem usłyszał 14 strzałów. Rozstrzeliwania nie widzieli. Ale w kilkanaście minut po strzałach tenże Ukrainiec widział, jak więźniowie rozrywali między sobą ubrania uprowadzonych za domek.

Pochód ruszył wówczas dalej. Coraz więcej ubywało z szeregów. Wtedy umarł ppor. Podłużny, który mi uratował życie, oddając mi swój zapas cukru. Stoi mi jak żywy przed oczami. Miał wijące się blond włosy, miłą twarz, był synem chłopa na paru morgach, skończył uniwersytet, utrzymując się korepetycjami, był aplikantem w Haliczu, rodziców jego wywieziono w głąb Rosji. Umarł wówczas również pchor. Wisz, pchor. Cepak, nie mam danych co do śmierci ppor. Schaba. Najdłużej trzymał się por. Tadeusz Grabowski, do którego konwojenci i dowódca ze względu na to, że władał dobrze rosyjskim jeżykiem poczuli sympatię.

Ale i on zginął już za Donem o 110 km od Stalingradu.

W ciągu tygodnia po przyjściu tych resztek z obu transportów dzień w dzień konwojenci sprawdzali akta i wywoływali nazwiska. Żadnej nie było ewidencji umarłych, statystyki; kiedy wywoływano nazwisko takiego, który umarł, to sami więźniowie przeważnie odpowiadali: „Padoch” lub „Został w saraju”.

Przez pierwsze dwa tygodnie pobytu w baraku otrzymywaliśmy 300 gramów chleba, poza tym przynoszono nam 2-3 wiadra wody. Chleb wydawano zwykle na dworze: ustawiano nas w kolejce i każdy dostawał po kawałku. My, Polacy zjadaliśmy go natychmiast, przed wejściem do baraku, bo każdemu, który wracał z chlebem w ręku wyrywali go po drodze silniejsi. Było bardzo trudno ten chleb tak szybko przełykać, pomagaliśmy sobie zwilżając go śniegiem.

Pewnego dnia nie wyprowadzili nas na zewnątrz i chleb rozdawali w baraku. Wszystkim nam kazano usiąść na pryczach z nogami spuszczonymi. Konwojenci szli z workami chleba i rozdawali po kolei. W przejściu na ziemi leżał nagi więzień, konał. Już był do naga ograbiony przez kolegów, oczy miał zamknięte i robił dziwnie płynne ruchy rękami i nogami. Ktoś z eskorty powiedział: „Dla niego niepotrzebny chleb, on i tak zdechnie” i widocznie zawahał się przez sekundę, komu ten chleb oddać. Kilkunastu więźniów rzuciło się błyskawicznie ku temu kawałkowi chleba, depcząc, tratując w straszny sposób konającego, zmarł po pół godzinie.

O wodę toczyła się stale walka, głównie chorzy jęczeli o wodę. Błagali. Oddawali za nią swój chleb. Radziliśmy sobie w ten sposób, że w czasie porannych porządków (wyprowadzano nas wtedy i wynoszono trupy) zbieraliśmy śnieg w szmaty i jedliśmy ten śnieg w baraku. Sprytniejsi mieli cały proceder. Sypali śnieg w szmaty, z których kroplami skapywała woda. Ten skroplony śnieg sprzedawali za chleb. Po paru dniach zbieranie śniegu było utrudnione, bośmy już wszystek śnieg, który był bliżej baraków, wyzbierali.

Były wówczas silne mrozy; jednego dnia wychodząc na podwórze zwróciłem uwagę na dziwne pnie drzew przy domu. Powiedziałem Kotyni, co to za dziwne drzewo liliowego koloru, pewno obdarte z kory, wykrzywione konary. Podeszliśmy bliżej. To wcale nie były konary, to były zamarznięte członki nagich trupów ludzkich, które tak sterczały ze śniegu. Konwojenci chwytali je za nogi, ciągnęli przez śnieg i rzucali do w pobliżu nas znajdującej się jamy. Od tego czasu szukaliśmy śniegu na innym miejscu, a nie tam, gdzie rzucano trupy.

Co noc słyszeliśmy charczenie słabszych lub konających, duszonych przez sąsiadów, którzy zdzierali z umarłych ubranie, sprzedając je za ehleb.

Opowiadałem już o jednym Polaku, który został przy życiu, czołgiście z Białegostoku. Otóż w dwa dni po przyjściu partii ze stepu, gdy wychodziłem podczas porannych porządków, nasz czołgista się nie pokazał. Za to zobaczyliśmy jego płaszcz na plecach jednego sąsiada z pryczy. Został prawdopodobnie, jak wielu innych, doduszony przez kolegów i rozebrany do naga.

Codziennie wynoszono kilkanaście nagich trupów z baraku. Jedyni Polacy, którzy pozostali, to było tych paru, którzy ze mną razem przebyli drogę z Diubalcewa w wagonach.

Ale i ci zaczęli po kolei umierać. Pierwszy w baraku z Polaków umarł najlepszy, dr Tomaszek. Był już zupełnie wyczerpany biegunką, ani węgiel, ani nafta mu nie pomogły. Po nim umarł Kasiński (…) potem przyszła kolej na Szulca. Dwie godziny przed śmiercią prosił mnie o wodę. Właśnie się dowiedziałem z kawałka gazety, że Sikorski jest w Moskwie. Powiedziałem mu to. Szulc, który zawsze tak namiętnie wszystkim co polskie się interesował, machnął już teraz tylko ręką.

Rozchorowali się poważnie Mencel i Bronikowski. Garstka nasza szybko topniała.

Nie widziałem trupa wynoszonego w jakimkolwiek ubraniu. Zdzierano z nich wszystko przed wyniesieniem z sali.

Po paru dniach pobytu w baraku „zamieszkaliśmy” wszyscy Polacy razem. Z początku leżeliśmy na górnej pryczy, lecz musieliśmy po paru dniach pójść pod pryczę, bo już Mencel nie miał sił na pryczę się wdrapywać. Leżeliśmy upchani jak psy, mając od podłogi do desek ponad nami najwyżej 50 centymetrów wysokości. Ja i Kotynia byliśmy najsilniejsi, więc ułożyliśmy się na skrajach, żeby móc się lepiej bronić, a gdy nam próbowali zdzierać ubrania, tośmy kopali. W środku położyliśmy Menela, Bronikowskiego i Miłkowskiego. Zanim wzięliśmy Miłkowskiego między siebie, mieli z nim żuliki specjalną zabawę. Ukradziono mu jego wysokie buty kawaleryjskie ze świetnej skóry. Miały one na tamte warunki cenę bajońską, więc sprzedano je dozorcy i Miłkowski chodził boso. Ale nie dość na tym, żuliki codziennie zdzierali z niego ubranie, a po dwóch godzinach przynosili mu je z powrotem, sprzedając mu za porcję chleba jego własne ubranie po to, by je na drugi dzień znowu ukraść.

Z chwilą gdyśmy go położyli między siebie, pod pryczami, zabawa żulików się skończyła. Nie zapomnę jednej z ostatnich rozmów z Miłkowskim, opowiadał mi o swoich dzieciach, zaczął mi dziękować za opiekę złapał nagle za rękę i mnie, takiego szczeniaka, w rękę pocałował. [Opowiadać mu coraz trudniej, widać, że go łzy ściskają za gardło]. Więc to mnie wzruszyło, rozpłakałem się, no i jego znów w rękę pocałowałem.

(…)

Jeśli chodzi o mnie, od pierwszego grudnia straciłem apetyt. Nie mogłem zjeść nawet tego chleba, który mi dawali. Nie mogłem przełknąć tej solonej ryby, miałem gorączkę na pewno ponad 38 stopni, zapadłem na płuca, przy tym miałem owrzodzenie jamy ustnej, co mi uniemożliwiało przełykanie. Od pierwszych dni grudnia zaczęło się wywoływanie niektórych, jeżeli wywoływany jeszcze żył, mówiono: Sobirajties s wieszczami.

11 grudnia usłyszałem swoje nazwisko i sobirajties s wieszczami. Zerwałem się, nie zdążyłem się nawet pożegnać prawdziwie, tylko Kotynia za mną zawołał:  „Pamiętaj o nas!”.

Zaprowadzili nas do biura, dali dwa kilogramy chleba, kilogram ryb, 45 rubli i powiedzieli, że jestem wolny.

Przy wyjściu przewróciłem się dwa razy ze słabości, potem nabrałem trochę sił. Jeden z dozorców wskazał mi drogę do odległego o trzy kilometry tramwaju, którym miałem się dostać do Stalingradu. Ta podróż jeszcze nie była łatwa. Te pierwsze wrażenia, kiedy zbliżałem się do tramwaju, nie miałem sił podnieść nogi na stopień.

— Nu starik, skariej — powiedziała mi kobieta, która sprzedawała bilety. Spytałem ją, ile ona myśli, że ja mam lat. Powiedziała mi, że 50, a ja mam 31 i zawsze śmiano się ze mnie przed wojną, że wyglądam na 18. Na stacji czekałem na pociąg od 11 do 16 grudnia, wkręciłem się do jakiejś kompanii nowozaciężnej, gdzie było dużo Żydów z Rumunii i z Polski, więc dostawałem chleb. Potem jechałem wszelkimi sposobami, otwartymi lorami, gdzie zdawało się, że zamarznę z zimne, a raz to nawet osobowym wagonem. Wagon był zatłoczony, wpakowali mnie do tego wagonu, wepchnęli od tyłu, a ja straciłem resztkę sił i upadłem. Jeden milicjant roześmiał się i wtedy mnie wziął gniew i powiedziałem mu, żeby się nie śmiał.

— To z waszej winy jestem taki, jaki jestem. I wtedy cały wagon zamilkł. Dojechałem do Kujbyszewa do ambasady, tam mnie skierowano do Buzułuku. Ja tak ciągnąłem do was ostatnimi siłami, bo chciałem umrzeć przy was. To nie o ten chleb chodzi, co mi dajecie, czy pieniądze, ale widzieć choć jednego człowieka chciałem, by mi okazał współczucie …

(…) Niech pan mi wierzy, ja nie jestem histeryk, ale trochę się … wzruszyłem”.

(…)

Moskwa

(…)

Poprzez listy generała Andersa dotarłem do generała Żukowa i Reichmana, bezpośrednio podległych Berii i Mierkułowowi. (…)

Zacząłem od zaniesienia listów na Łubiankę. Do wnętrza wielkich gmachów tej centrali NKWD (…) w ogóle mnie nie dopuszczono, skierowując do jakiegoś domu położonego o wiele dalej. (…) Po wyczekaniu się, wyjaśnieniu przez okienko personaliów i celu mojej wizyty, skierowano mnie telefonicznie do innej poczekalni, już ogrzewanej, gdzie młodemu tryskającemu zdrowiem enkawudziście w mundurze musiałem znowu wyjaśnić cel mojej wizyty. To, że generał Sikorski z generałem Andersem byli przyjęci u Stalina zaledwie dwa miesiące temu, że organizacja armii polskiej była wszędzie propagowana, a fotografie generała Andersa znajdowały się w pismach ilustrowanych było reklamą, która — jak sądziłem — ułatwi mi chociaż wstępne kroki. Liczyłem na to, że listy, które miałem rozkaz osobiście doręczyć obu generałom, otworzą mi  przynajmniej drzwi do nich. Na moją prośbę jednak, bym te listy mógł osobiście wręczyć, spotkałem się z uśmiechem prawie ubawionym młodego enkawudzisty i ze stanowczą odmową; jedyne co mi wolno było zrobić, to wręczyć oba pisma jemu i czekać cierpliwie na odpowiedź. Pod tym względem nie mogło być żadnych wyjątków, żadne z mojej strony tłumaczenia nie mogły zachwiać żelaznej instrukcji…

Zaraz po wyjściu z poczekalni NKWD udałem się do misji brytyjskiej (…) zostałem przyjęty z największą uprzejmością. Po wyjaśnieniu celu mojej podróży przeprowadzono mnie do gabinetu szefa misji. Był nim generał MacFarlan, dowódca spod Dunkierki, potem obrońca jednego z bardziej zagrożonych odcinków wybrzeża angielskiego. (…)

Usiedliśmy na kanapie. Generał władający świetnie francuskim wysłuchał mnie uważnie. Nic pomóc mi nie mógł poza tym, że pozwolił mi w misji pracować i tam złożyć papiery, których w hotelu wolałem nie trzymać. Ostrzegał, że trafić do wodzów NKWD, Mierkułowa i Berii jest prawie niemożliwe, że on sam musi na takie spotkania czekać tygodniami.

(…)

Po Anglikach i Erenburgu pozostało mi jedno: czekać odpowiedzi z Łubianki. Czekałem szereg dni coraz niecierpliwiej. Pisanie tekstów memoriału zajęło mi pierwszych parę dni, potem znalazłem pewnego cudzoziemca, który mi ten tekst po rosyjsku na maszynie przepisał. (…)

Pewnej nocy obudził mnie telefon z Łubianki: mam się stawić w tej samej co wówczas poczekalni o takiej i takiej godzinie dnia następnego, będę przeprowadzony stamtąd do generała Reichmana.

O umówionej godzinie przyszedłem do znanej mi już brudnej i zimnej poczekalni na parterze. Czekał na mnie spasiony urzędnik w wysokiej czapce z siwego karakułu i w takimże karakułowym kołnierzu. Trochę gogolowski Cziczikow z wyglądu. Po krótkiej kontroli papierów przejechaliśmy wzdłuż kilkunastu domów, zatrzymując się przed głównym wejściem centralnego gmachu Łubianki. Zdziwiła mnie nieoczekiwana elegancja wejścia. Wysokie szklane drzwi, jaskrawoczerwony puszysty dywan, warta z karabinami złożona z paru wysokich żołnierzy, w świetnie dopasowanych, długich po kostki płaszczach i spiczastych czapkach.

Przy wejściu znowu staranna kontrola papierów, korytarze. Winda i znowu korytarze. Wpuszczono mnie do skromnego saloniku–poczekalni. Tu odkryłem ze zdziwieniem czekającego również na przyjęcie byłego bolszewickiego komendanta naszego obozu w Griazowcu pod Wołogdą, majora Chodasa.

(…)

Został on teraz przyjęty kwadrans przede mną. Przypadek? Może musiał złożyć o mnie raport? Chyba dlatego był wezwany. Potem przyszła kolej na mnie.

Pokój o dużych kotarach z dywanem. Reichman szczupły, niedużego wzrostu, o rasowej twarzy i wypielęgnowanych rękach, usadził mnie po przywitaniu naprzeciwko okna. Przy całej rozmowie asystuje w zupełnym milczeniu, siedząca pod światło, przy kotarze okna osoba trzecia, również w mundurze NKWD. Reichman wygląda na zimnego, bardzo opanowanego człowieka. Przyjmuje mnie poprawnie i chłodno. Podczas całej wizyty nie dojrzałem ani jednego gestu, czy nawet wyrazu, nie usłyszałem ani jednego słowa nie obrachowanego. Na suchej twarzy względnie młodego, łysiejącego blondyna nie było cienia takiej czy innej reakcji.

Podaję mu memoriał, w memoriale tym ustalam dokładnie liczby oficerów i szeregowych wziętych do niewoli z bronią w ręku i umieszczonych w obozach w Starobielsku i w Ostaszkowie. Stwierdzam, że Kozielsk miał w chwili rozładowania, w kwietniu 1940 r. około 5000 jeńców, z których około 4500 oficerów wszystkich stopni. (Była to w przybliżeniu cyfra ofiar katyńskich, według obliczeń zrobionych później na podstawie dokumentów w 1945 r.). Stwierdzam dalej, że Ostaszków miał w chwili rozpoczęcia rozładowania 6670 ludzi, z których 380 oficerów, a Starobielsk 3 920, wśród których zaledwie kilkudziesięciu podchorążych i cywilów, reszta zaś wszystko oficerowie. Dodałem, że z ogólnej sumy tych 15000 odnalazło się około 400 ze wszystkich trzech obozów, zgrupowanych od maja 1940 roku w Pawliszczew-Borze, potem zaś w Griazowcu pod Wołogdą.

Reichman czyta najuważniej, wodząc dobrze zaostrzonym ołówkiem po każdym wierszu, po każdym słowie, ja zaś śledząc bieg jego ołówka czytam przez ramię z nim razem:

„Od dnia ogłoszenia „amnestii” dla wszystkich polskich jeńców i więźniów, 12.VIII.1941 r. przeszło prawie sześć miesięcy (…) do polskiej armii, napływają grupami i w pojedynkę polscy oficerowie i żołnierze uwolnieni z więzień i obozów, oficerowie i żołnierze, którzy byli zatrzymani przy próbach przejścia przez granicę po wrześniu 1939 r., albo aresztowani w terenie, ale nie bacząc na „amnestię”, pomimo kategorycznej obietnicy danej w październiku 1941, przez samego Stalina naszemu ambasadorowi Kotowi zwrócenia nam jeńców, pomimo kategorycznego rozkazu, wydanego przez Stalina w obecności głównodowodzącego polską armią gen. Sikorskiego oraz gen. Andersa 4.XII.1941 r. odnalezienia i uwolnienia wszystkich jeńców ze Starobielska, Kozielska i Ostaszkowa, nie ma ani jednego jeńca ze Starobielska, Kozielska i Ostaszkowa — poza wyżej wspomnianą grupą griazowiecką i kilku dziesiątkami uwięzionych oddzielnie, a uwolnionych jeszcze we wrześniu 1941, który by wrócił — nie doszło do nas ani jedno wezwanie o pomoc od jeńców wojennych z wyżej wspomnianych obozów. Wypytując tysiące wracających z obozów i więzień kolegów, nie otrzymaliśmy żadnych pewnych danych o ich miejscu przebywania poza słuchami z drugiej ręki: o przesłaniu na Kołymę przez Buchtę Nachodkę sześciu do dwunastu tysięcy oficerów i podoficerów w 1940 r., o koncentracji więcej niż pięciu tysięcy oficerów w kopalniach Franciszka Józefa, o zesłaniu na Nową Ziemię, Kamczatkę i Czukotkę, o tym, że na 180 km od Piostrej Drestwy (Kołyma) pracowało latem 1940 r. 630 oficerów, jeńców z Kozielska, że widziano 150 ludzi w oficerskich mundurach na północ od rzeki Sośwy około Gari (na wschód od Uralu), że polscy jeńcy, oficerowie, byli wywiezieni na ogromnych barkach, holowanych (po 1700 do 2000 ludzi na każdej) na północne wyspy i że trzy barki zatonęły na Morzu Barentsa. Ani jedna z tych pogłosek nie jest dostatecznie potwierdzona, chociaż wieści o wyspach północnych i o Kołymie wydają się najbardziej prawdopodobnymi”.

Ile przesianych, odrzuconych wersji, ile wypytywanych, zbadanych przesłuchanych nędzarzy, w porwanych fufajkach, w Kujbyszewie, w naszej chłodnej, drewnianej budce w Tocku, w Czkałowie, żeby napisać tych parę zdań, myślę sobie, spoglądając ukradkiem na tekst, po którym Reichman beznamiętnie wodził ołówkiem.

„My wiemy, z jaką dokładnością każdy jeniec był zarejestrowany. (…) Jak sprawa każdego z nas z licznymi zapisanymi zeznaniami była zachowana w teczkach ze sprawdzonymi fotografiami i dokumentami, my wiemy, do jakiego stopnia starannie i dokładnie prowadziło te prace NKWD: tak że nikt z nas, jeńców wojennych nie przypuszcza ani na minutę, by miejsce przebywania 15 000 (piętnastu tysięcy), w tym ośmiu tysięcy oficerów, mogło być nie znane wyższym instancjom NKWD. Czy solenna obietnica samego Stalina, jego kategoryczny rozkaz wyjaśnienia losu byłych polskich jeńców nie pozwala nam mieć nadziei, że przynajmniej będziemy wiedzieli, gdzie się znajdują nasi bojowi towarzysze, a jeżeli zginęli, to jak i gdzie to się stało?”

Śledzę twarz i ruchy Reichmana, żaden muskuł mu nie drga, tak samo spokojnie przesuwa utemperowanym ołówkiem po wierszach. Następowało potem możliwie dokładne liczbowe zestawienie. Memoriał kończył się następująco:

„Opierając się na tych danych, ilość oficerów, którzy nie powrócili ze Starobielska, Kozielska i Ostaszkowa, wynosi 8300 ludzi. Wszyscy oficerowie polskiej armii (formowanej w Rosji sowieckiej), których ilość 1 stycznia 1942 wynosiła 2300 ludzi, byli zamknięci albo internowani na Litwie, Łotwie i Estonii, lecz nie byli jeńcami wojennymi (z wyjątkiem wspomnianych 400 griazowczan). Nie będąc w stanie z równą dokładnością określić ogólnej liczby wszystkich, co nie wrócili, podajemy wyłącznie ilość jeńców Kozielska, Starobielska i Ostaszkowa, w większości oficerów, gdyż ilość tę stwierdzić mogliśmy ze względną dokładnością. Rozszerzając według decyzji Stalina i gen. Sikorskiego naszą armię na południe ZSRR, odczuwamy coraz silniej brak tych ludzi, tracimy w nich najlepszych specjalistów wojskowych, najlepszy zespół dowódczy. Nie potrzebuję dowodzić, do jakiego stopnia zaginięcie tych towarzyszy bojowych utrudnia nam robotę nad stworzeniem zaufania naszej armii do Związku Sowieckiego, zaufania, które jest tak konieczne dla zdrowego rozwoju wzajemnych stosunków dwóch sojuszniczych armii w walce ze wspólnym wrogiem”.

Reichman skończył czytać. Do ostatniej chwili prowadził ołówkiem po czytanych wierszach, nic nie przekreślił, nic nie zaznaczył.

Odpowiada mi sucho, nie patrząc mi w oczy, że to nie jest jego dział, że on o tym nie wie nic, ale że dla gen. Andersa jest gotów sprawę tę zbadać (nawiesti sprawki), żebym poczekał, że za parę dni, gdy tylko się dowie, da mi znać.

W cieniu kotary siedzi wciąż ten drugi, wysoki, barczysty i niemy.

Proszę generała, by mi umożliwił audiencję u Berii czy Mierkułowa, dodaję jeszcze parę uwag, uściśleń, mówię może zbyt gorączkowo, chcąc go odruchowo, beznadziejnie, zarazić ludzką stroną tej sprawy.

Generał Reichman odpowiada mi z tą samą lodowatą, lakoniczną uprzejmością. Nie przypuszcza, żebym mógł widzieć Mierkułowa czy Berię. Zresztą Mierkułow wyjechał. Również gen. Żuków, do którego list drugi od Generała przekazałem razem z listem do Reichmana, pojechał właśnie do Turkiestanu w sprawach wojska polskiego i nie wiadomo, kiedy wróci.

Audiencja skończona.

Widząc, że nic nie wydobędę, nic nie wydębię z tego precyzyjnego urzędnika NKWD, ociągam sią z wyjściem, od tak dawna przygotowywałem się do tej rozmowy. Ale nie widzę żadnej możliwości przedłużenia wizyty. Z lodowatą uprzejmością pożegnany, wychodzę po ściszającym każdy krok dywanie.

„Nie znam się na tej sprawie, to nie mój dział” — powiedział mi gen. Reichman. Ale ja znam sztabowego oficera, który przeszedł przez Łubiankę i był przez tegoż gen. Reichmana badany. Ja wiem, że p. Reichman od dawna prowadził dział polski na Łubiance i że nie może nie wiedzieć, co się stało z 15000 jeńców wojennych, którzy stanowili trzon oficerów i szeregowych wziętych we wrześniu 1939 roku do niewoli z bronią w ręku.

Spotykam na korytarzu wychodzącego właśnie Chodasa. Razem wychodzimy z Łubianki i dochodzimy do placu Dzierżyńskiego. Wspominam mu Griazowiec, zapraszam na obiad, staram się nawiązać jakąś rozmowę. Może tu mi się uda uchwycić jakąś nitkę, zdobyć jakiś ślad.

Ale Chodas gna coraz szybciej po oblodzonym chodniku na placu Dzierżyńskiego, czuję, że wystrzega się mnie jak diabeł święconej wody, że skorzysta- z pierwszego pretekstu, żeby się ze mną rozstać. Odmawia uprzejmie ale najkategoryczniej jakiegokolwiek spotkania, tłumacząc się, że nie mieszka obecnie w Moskwie.

Wracam do Metropolu. Cóż mi pozostaje? Czekać zmiłowania, czekać wezwania Reichmana.

(…)

Zbliżał się termin mego prawa pobytu w Moskwie, minęło już 12 dni, nie miałem żadnych wiadomości od Reichmana.

Pewnego dnia położyłem się wcześniej i zasnąłem. Nagle telefon: była dopiero godzina 24. Zbudzony z głębokiego snu, zdaje mi się, że to już 8 rano. Kto przy telefonie? Generał Reichman. Mówi mi, że telefonował trzykrotnie do mnie, że telefonował do administracji, że się dziwi, jak mogli nie dać mi znać o tym (?), że chciał się ze mną widzieć osobiście, ale że niestety nazajutrz rano wyjeżdża i niestety nie zdąży. Wszystko to tonem nadzwyczaj przyjaznym, ujmującym, nawet ciepłym. Mówi mi dalej, że w mojej sprawie informował się i dano mu wiadomość, że wszystkie materiały, tyczące jeńców polskich przekazano z NKWD do NKID (Narodnyj Komisariat Inostrannych Dieł), że radzi mi wracać do Kujbyszewa i tam zwrócić się do tow. Wyszyńskiego lub tow. Nowikowa. — Czy ktoś się do nich zwracał — pyta naiwnie.

Już zupełnie rozbudzony, rozumiem wszystko. Reichman wybrał najłatwiejszy pozór, żeby mnie spławić, nie obrażając gen. Andersa, o którego mu wówczas chodziło. Ani chwili nie wątpię, że kłamał, opowiadając mi, że telefonował uprzednio trzykrotnie. Dyrekcja jednego z dwóch hoteli, w których wolno mieszkać cudzoziemcom, na wpół pustego i natkanego enkawudzistami dałaby mi niewątpliwie natychmiast znać o telefonie takiego dygnitarza.

Czuję, że ostatnia nić zrywa mi się w ręku, odpowiadam generałowi, że nasz ambasador zwracał się do tych panów w tej sprawie już nie raz ale osiem razy, że Stalin w grudniu i listopadzie dał obietnicę wypuszczenia poszukiwanych, że przecież to wszystko umieściłem w memoriale jemu wręczonym, który w mojej obecności czytał.  Reichman na to, że słyszał, jakoby wielu jeńców spływało ostatnio do wojska z różnych miejsc, jak np. z Irkucka.

—  Wiem o tym dobrze — odpowiadam — że napływają, ale to wszystko nie ci, nie te aresztowania, nie te obozy.

—  Ach, rzeczywiście — odpowiada — jaka szkoda, że nie jestem w tej sprawie dostatecznie zorientowany i nie mogę służyć wskazówkami.

Tłumaczy mi dalej jeszcze, że cała administracja NKWD wyjechała do Kujbyszewa, że ponadto nie mógł tego przedstawić wyższym czynnikom, bo towarzysze Mierkułow i Żuków wciąż nie wracają. Dodaje, że polecił tow. Chłopowowi, któremu w NKID musiałem przedstawić moje papiery, przedłużyć mi dokument pobytu w Moskwie, gdzie „naturalnie” mogę pozostać, ile sobie życzę. Radzi mi jednak powrót do Kujbyszewa oraz porozumienie się z Wyszyńskim — na tym rozmowa się kończy. Staram się jeszcze przedstawić zupełną bezpłodność naszych rozmów w tej sprawie z Wyszyńskim, ale Reichman już rozmowę o wiele zresztą dłuższą niż ta, którą prowadził ze mną na Łubiance, urywa, mimo że utrzymuje ją do końca w tonie prawie serdecznym.

Zostaję znów sam przed milczącym telefonem, na szklanym blacie eleganckiego stolika, wśród foteli z niebieskiego pluszu. Ten przerwany telefon przekreśla nie tylko sens mojej podróży do Moskwy, ale również moje wielomiesięczne i płonne przygotowania do tej podróży.

Nie zdobyłem żadnych wieści, nie wiem nadal, czy żyją i gdzie się znajdują moi koledzy. Nie mam już w Moskwie drzwi, do których mógłbym pukać z nadzieją, że mi je otworzą. Co się tyczy Reichmana, nie mam wątpliwości, że nie chce nic powiedzieć właśnie dlatego, że coś wie, czego powiedzieć nie może.

Wersja nagłego wyjazdu, nocny telefon, którym mnie obudził, dają mu wszelkie plusy, a mnie wszystkie minusy. Nie mam czasu nawet przygotować odpowiedzi, kończy się więc na tym, że muszę przyjąć wyrok do wiadomości i wyjechać nie tylko z pustymi rękami, ale jeszcze z poczuciem, że mi dano do zrozumienia „nie pchaj się do sprawy, gdzie i tak ci nic nie powiemy”.

Decyduję się na wyjazd z Moskwy.

Paryż, 1962

Posted in Książki (e-book) | Leave a Comment »

Ekonomia i polityka – Ludwig von Mises

Posted by tadeo w dniu 8 kwietnia 2011

Ekonomia i polityka – Ludwig von Mises

Posted in Gospodarka i Ekonomia, Książki (e-book) | Leave a Comment »

Akwarium [Wiktor Suworow]

Posted by tadeo w dniu 8 kwietnia 2011

Akwarium

Akwarium [Wiktor Suworow] pdf

Posted in Książki (e-book) | Leave a Comment »

ZARYS HISTORYCZNY DZIEJÓW DIECEZJI SIEDLECKIEJ

Posted by tadeo w dniu 8 kwietnia 2011

Diecezja Podlaska, erygowana bullą Piusa VII „Ex imposita Nobis” 30.VI.1818 r. podczas swych ponad 170-letnich dziejów odegrała w historii Kościoła w Polsce znaczną rolę ze względu na problem unicki i fakt, że rząd carski traktował ją jako teren eksperymentów swej polityki wobec Kościoła w Królestwie Polskim.Dotychczasowe jej dzieje dzielą się na trzy okresy:I. okres (1818-1867) – od erekcji do kasaty przez rząd carski,II. okres (1867-1918) – pod rządami biskupów i administratorów lubelskich,III. okres (1918 do obecnych czasów) – dzieje wskrzeszonej diecezji.

I. DZIEJE DIECEZJI PODLASKIEJ OD EREKCJI DO KASATY PRZEZ RZĄD CARSKI (1818-1867)

RZĄDY BISKUPA FELIKSA ŁUKASZA LEWIŃSKIEGO

Pierwszym biskupem podlaskim został sufragan włocławski, FeliksŁukasz in Levino Lewiński, prekonizowany przez papieża Piusa VII dnia 30 marca 1819 r. Początkowo powierzył on administrację nowo powstałej diecezji ks. Adamowi Kukielowi, proboszczowi parafii św. Mikołaja w Międzyrzecu Podl., a dopiero 8.IX.1819 r. odbył ingres do katedry janowskiej obejmując osobiście urzędowanie. Czekała go trudna praca organizacji diecezji, ale stanął na wysokości zadania, bo miał już pewne doświadczenie z Włocławka. Na wstępie rozpoczął starania u rządu carskiego o zwrot zamku dawnych biskupów łuckich, a gdy te nie przyniosły skutku, kupił w 1821 r. majątek Zakrze koło Łosic, gdzie zamieszkał, a do Janowa dojeżdżał w święta i dla załatwienia ważniejszych spraw. Lewiński podzielił diecezję na 11 dekanatów: bialski, garwoliński, janowski, łaskarzewski, łukowski, międzyrzecki, parczewski, siedlecki, stężycki i węgrowski. Zgodnie z zarządzeniem bulli „Ex imposita Nobis” mianował 12 członków kapituły katedralnej janowskiej, co natrafiło na trudności ze strony rządu rosyjskiego; utworzył dwa oficjalaty w Międzyrzecu i Węgrowie oraz przyjął pod swoją władzę znajdujące się na terenie nowej diecezji dwa seminaria duchowne: w Janowie i Węgrowie. Dał się poznać bp Lewiński jako opiekun biednych, przyjął nawet urząd prezesa wojewódzkiego towarzystwa dobroczynności, które powstało w Siedlcach. Zmarł 5.IV.1825 r. w miejscowości Święte, w diecezji kujawskiej; został pochowany w grobach katedry włocławskiej.

RZĄDY BISKUPA JANA MARCELEGO GUTKOWSKIEGO

Drugim biskupem podlaskim był Jan Marceli de Gutkowo Gutkowski – przedtem dominikanin, kapelan wojsk napoleońskich i naczelny kapelan wojsk polskich Królestwa Kongresowego. Protegowany na biskupstwo przez w. księcia Konstantego, wbrew dotychczasowej opinii liberała stał się gorliwym obrońcą praw Kościoła. Sakrę biskupią otrzymał 1.X.1826 r. Jako pasterz diecezji zwrócił uwagę na wychowanie w seminarium i dbał o poziom intelektualny oraz moralny duchowieństwa poprzez kongregacje dekanalne i egzaminy kleru. W listach pasterskich podkreślał zadania kapłanów w trudnych dla Kościoła czasach, wizytował parafie żywo interesując się poziomem religijnym. Osobną kartę działalności biskupa Gutkowskiego stanowi jego walka z rządem rosyjskim w obronie religii i praw Kościoła. Występował w obronie małżeństw katolickich, nie zgodził się na zakaz rządowy, zabraniający duchowieństwu rzymskokatolickiemu udzielania posług religijnych unitom oraz na konfiskatę książki Józefa Hermana Schmidta pt. „Zgodność i różność między zachodnim i wschodnim Kościołem, czyli pomysł ku połączeniu odstępczej cerkwi greckiej z Kościołem rzymskokatolickim”. Biskup podlaski korespondował z rządem w ostrej, nietaktownej formie, co szczególnie drażniło urzędników carskich. Wstrzymano mu pensję, podejrzewano o niepoczytalność, skarżono do Stolicy Apostolskiej. O swoim postępowaniu informował Gutkowski nuncjusza wiedeńskiego za pośrednictwem przebywającego na wygnaniu biskupa Skórkowskiego, a taka korespondencja była zabroniona. Treść tej korespondencji dostała się w ręce rządu rosyjskiego oraz emigracji polskiej, która publikowała te listy we Francji. Biskup janowski urastał na bohatera wobec patriotów polskich za granicą, władze rosyjskie przekonywały się, że jest on wrogiem caratu i domagały się u papieża usunięcia go z diecezji. Lecz Stolica Apostolska nie chciała się na to zgodzić, Gutkowskiego tylko upominała, by był ostrożniejszy w korespondencji z rządem. Dwa fakty przechyliły szalę na niekorzyść biskupa janowskiego. Pierwszym z nich była rewizja u ks. Kazimierza Dobrowolskiego, gdzie znaleziono odpis listu nuncjusza wiedeńskiego do Gutkowskiego, a drugim faktem – ostra odpowiedź biskupa podlaskiego komisji spraw wewnętrznych odnośnie do żądania sprawozdania dotyczącego bractw i stowarzyszeń religijnych. Car Mikołaj I wydał więc rozkaz usunięcia Gutkowskiego z Janowa. Aresztowano go w nocy z 28 na 29 kwietnia 1840 r. i wywieziono do Ozieran w guberni mohylowskiej, a 17 maja powiadomił rząd o tym fakcie Stolicę Apostolską. W odpowiedzi na to kardynał sekretarz stanu dwukrotnie złożył protest. Po długich rokowaniach Stolicy Ap. z rządem rosyjskim papież Grzegorz XVI wystosował do Gutkowskiego breve, w którym, biorąc pod uwagę dobro Kościoła, zachęcał go, aby się zrzekł biskupstwa podlaskiego. Gutkowski do stosował się do rady papieża i 19.V.1842 r. zrzekł się dobrowolnie biskupstwa janowskiego. Skutkiem tego zwolniony z wygnania wyjechał w 1843 r. do Lwowa, a w 1856 r. został tytularnym arcybiskupem marcjanopolitańskim. Zmarł we Lwowie 3.X.1863 r. i tam został pogrzebany. Do czasu nominacji nowego biskupa podlaskiego rządy diecezją sprawowali: Kanonik Kapituły Janowskiej, ks. Bartłomiej Radziszewski (do 19.V.1855 r.), a po nim kanonik tejże kapituły, regens seminarium duchownego, Józef Twarowski.

RZĄDY BISKUPA BENIAMINA SZYMAŃSKIEGO

Po 17-letnim osieroceniu diecezji podlaskiej trzecim jej biskupem został prowincjał i komisarz generalny kapucynów, o. Piotr Paweł Beniamin Szymański, prekonizowany 18.IX.1856 r., konsekrowany 1.II.1857 r. w Warszawie, ingres do katedry janowskiej odbył 7.VI.1857 r. Szymański objął rządy diecezją w trudnych warunkach politycznych i religijnych: w kraju wzrastały nastroje rewolucyjne przeciwko caratowi, życie religijne było przez Rosję paraliżowane, a uwaga rządu skierowana na Podlasie jako zaporę prawosławia i ośrodek unii, którą za wszelką cenę chciano zniszczyć. Pierwszą czynnością biskupa było oddanie diecezji opiece Matki Bożej i wprowadzenie nabożeństwa majowego. Następnie skompletował kapitułę, zorganizował konsystorz i seminarium. Specjalną troską otoczył duchowieństwo parafialne: zorganizował dlań rekolekcje i wydał szereg zarządzeń dla podniesienia karności wśród kleru. W trosce o dobro owczarni wizytował parafie i polecił urządzać misje ludowe oraz rekolekcje parafialne. Corocznie wydawał wielkopostny list pasterski, nawołujący do pokuty, a zwłaszcza do wystrzegania się pijaństwa. Sprowadził z Rzymu do katedry janowskiej relikwie św. Wiktora męczennika. Otaczał opieką unitów przez zachęcanie do wzajemnego udziału w nabożeństwach i udzielania posług religijnych. Jeśli chodzi o postawę patriotyczną biskupa Szymańskiego, to ujawniła się ona zarówno przed powstaniem, jak i po powstaniu styczniowym. Przed powstaniem sprzeciwiał się biskup zarządzeniom rosyjskim utrudniającym klerowi katolickiemu kontakt z Rzymem i w ogóle z zagranicą oraz krępującym wykonywanie zadań duszpasterskich, po powstaniu zaś starał się złagodzić terror stosowany przez Rosję wobec społeczeństwa polskiego m. in. wobec duchowieństwa. Nie potępił i nie zdegradował ks. Stanisława Brzóski, choć  rząd stanowczo się tego domagał. Tymczasem rząd carski ograniczył swobodę zakonów, a w 1864 r. przeprowadził ich kasatę. W diecezji podlaskiej skasowano 16 klasztorów męskich i 6 domów sióstr felicjanek. Odebrano biskupowi, kapitule i seminarium dobra, stanowiące ich utrzymanie, a potem i pensję państwową. Zabroniono Szymańskiemu wizytacji pasterskich i w ogóle wyjazdów z Janowa, gdzie otoczono go siecią szpiegowską dopatrując się w każdym posunięciu tendencji antyrządowych. Biskup mimo to załatwiał najważniejsze sprawy diecezjalne i nierespektował roszczeń rosyjskich. W tym czasie zdecydowano w Petersburgu, bez porozumienia z Rzymem, znieść diecezję podlaską. Car Aleksander II ukazem z dnia 22 maja 1867 r. skasował ją, a jej terytorium przyłączył do diecezji lubelskiej. Dnia 12 sierpnia tegoż roku wywieziono biskupa Szymańskiego z Janowa do Łomży i umieszczono w klasztorze kapucynów, gdzie zmarł 15.I.1868 r.

II. DIECEZJA PODLASKA POD RZĄDAMI BISKUPÓW I ADMINISTRATORÓW LUBELSKICH (1867-1918)

Po urzędowym skasowaniu diecezji janowskiej przez władze carskie biskup Szymański oddał jej zarząd ówczesnemu wikariuszowi kapitulnemu diecezji lubelskiej, ks. prałatowi Kazimierzowi Sosnowskiemu. Póżniejsi biskupi i administratorzy lubelscy, powołując się na brak kapituły katedralnej podlaskiej, która mogłaby wybrać wikariusza kapitulnego, zwracali się do metropolity warszawskiego i od niego każdorazowo otrzymywali nominacje na administratorów diecezji podlaskiej. Dopiero dnia 30 grudnia 1889 r. papież Leon XIII przyłączył kanonicznie diecezję janowską do lubelskiej. W tym czasie osierocona diecezja podlaska przeżywała ciężkie chwile. Zlikwidowano janowskie seminarium duchowne, wywieziono resztę zakonnic, a ostrze prześladowania skierowano szczególnie przeciwko unii. Razem z unitami, choć w mniejszym stopniu, cierpiał Kościół obrządku łacińskiego. Rząd rosyjski zabierał na rzecz prawosławia nie tylko cerkwie unickie, ale także zagarnął 17 kościołów łacińskich; w 1875 r. zabrano kościół Paulinów w Leśnej, gdzie znajdował się cudowny obraz Matki Bożej; zabrano też kościół w Kodniu zezwalając na wywiezienie cudownego obrazu Matki Boskiej na Jasną Górę. Kler obrządku łacińskiego śpieszył z pomocą prześladowanym unitom, przez co narażał się na ciężkie kary. Jeśli chodzi o biskupów lubelskich tego okresu, to największe zasługi dla ratowania unii i Kościoła katolickiego w ogóle położył biskup Franciszek Jaczewski pochodzący z Podlasia. Odbywał on wizytacje kanoniczne, bronił unitów i zwalczał popieranych przez Rosję mariawitów.

III. DZIEJE WSKRZESZONEJ W 1918 R. DIECEZJI PODLASKIEJ

RZĄDY BISKUPA HENRYKA PRZEŹDZIECKIEGO

Papież Benedykt XV, biorąc pod uwagę zmiany polityczne w Europie w wyniku pierwszej wojny światowej i potrzeby religijne narodu polskiego, który odzyskał niepodległość, bullą z dnia 24.IX.1918 r. wskrzesił diecezję podlaską, a na jej biskupa wyznaczył ks. Henryka Przeździeckiego, zasłużonego kapłana archidiecezji warszawskiej. Przeździecki, konsekrowany 17.XI.1918 r. w Warszawie, objął rządy diecezją 30.XI.1918 r., a ingres do katedry janowskiej odbył 5.I.1919 r. Mianował konsultorów diecezjalnych, pierwszych członków kapituły, zorganizował kurię i sąd biskupi. Na wstępie zaistniały trudności lokalowe. Władze państwowe zajmowały dawne gmachy diecezjalne w Janowie. Dzięki staraniom popartym przez ówczesnego nuncjusza apostolskiego, Achillesa Rattiego, część gmachów wróciła do dyspozycji biskupa. Po remoncie urządzono kurię, a 8. X.1919 r. otwarto uroczyście seminarium duchowne w Janowie. Organizacja pracy duszpasterskiej we wskrzeszonej diecezji napotykała wielkie trudności. Wojna światowa pozostawiła po sobie zniszczenie nie tylko materialne, lecz i moralne. Trzeba było odzyskać zabrane przez prawosławie kościoły, budować nowe i remontować zniszczone. W ciągu niespełna pięciu lat powstało w diecezji 66 nowych parafii, przybyło 106 kościołów, tak że w r.1923 diecezja dzieliła się na 18 dekanatów,181 parafii, miała 262 kapłanów i ok. 640 tysięcy wiernych.Celem przygotowania młodzieży męskiej do kapłaństwa założył biskup Przeździecki w 1923 r. Gimnazjum i Liceum Biskupie w Siedlcach pod wezwaniem św. Rodziny. Szkoła ta wydała wielu kandydatów do kapłaństwa i zwiększyła w społeczeństwie polskim liczbę światłych jednostek o poglądzie katolickim. Do ożywienia religijności przyczyniły się zakony i zgromadzenia oraz nowo powstałe organizacje i bractwa religijne. Wydarzeniem wielkiej wagi w organizacji diecezji i w uporządkowaniu prawodawstwa był synod diecezjalny w Janowie w dniach 28-30 VIII.1923 r. Materiał do obrad przygotowały starannie powołane w tym celu uprzednio specjalne komisje. Ułożono 266 statutów, w których zostało zamknięte całe życie religijne i prawne diecezji. Położenie miasta biskupiego na krańcu diecezji i warunki komunikacyjne z Janowem przemawiały za tym, aby przenieść stolicę biskupią do Siedlec. Papież Pius XI bullą „Pro recto et utili” z dnia 25.I.1924 r. przeniósł stolicę biskupą z Janowa do Siedlec wynosząc kościół parafialny pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia NMP w Siedlcach do godności katedry. W Konstytucji apostolskiej „Vixdum Poloniae unitas” z 28.X.1925 r., nadającej nowe granice terytorialne diecezjom w Polsce Diecezja Janowska czyli Podlaska otrzymała nową nazwę – Siedlecka czyli Podlaska. Seminarium duchowne zaś pozostało w Janowie aż do drugiej wojny światowej. Szczególne zasługi położył biskup Przeździecki w akcji unijnej, rozwijającej się we wschodnich diecezjach Polski w latach 1923-1939 czyli w tzw. neounii. Po wskrzeszeniu diecezji podlaskiej w 1918 r. wielu prawosławnych z jej terenu przeszło na łono Kościoła przyjmując obrządek łaciński. Wkrótce jednak zaczęły napływać do biskupa delegacje z petycjami o wskrzeszenie im parafii unickich ze wschodnim obrządkiem. W międzyczasie dyskutowano w episkopacie polskim nad formą unii, jaką należałoby wprowadzić we wschodnich połaciach kraju. Ostatecznie przyjęto plan biskupa Przeździeckiego, wypracowany przez jezuitów, że na terenach dawnego zaboru rosyjskiego, gdzie tego ludność zażąda lub znajdą się ku temu warunki, będą erygowane parafie obrządku wschodniego, obsługiwane przez kapłanów tegoż obrządku, ale zależne od jurysdykcji miejscowego biskupa łacińskiego. Dnia 10.XII.1923 r. Stolica Apostolska plan zatwierdziła, stworzono obrządek zwany wschodnio-słowiańskim lub bizantyńskim i powstała wschodnia gałąź zakonu jezuitów, którzy rozpoczęli swoją pracę misyjną w lipcu 1924 r. na Podlasiu. W ślady jezuitów poszły inne zakony (redemptoryści, kapucyni, oblaci) i potworzyły odłamy w obrządku wschodnim. W początkowym okresie istnienia neounii praca misyjna opierała się na zakonnikach oraz na kilku kapłanach świeckich, nawróconych z prawosławia. Aby zasilić neounię własnym klerem, powstało w 1928 r. Papieskie Seminarium Wschodnie w Dubnie. Jeśli chodzi o placówki unijne na Podlasiu, to pierwszą z nich była parafia Hola, założona w 1924 r., a poza tym powstały parafie neounickie: w Białej Podl., Bublu, Dokudowie, Kodniu, Kostomłotach, Pawłowie, Szóstce, Terespolu i Zabłociu. Biskup Przeździecki uczestniczył w krajowych i zagranicznych konferencjach unijnych. Przez cały czas swych rządów popierał unię: podkreślał jej znaczenie w listach pasterskich, organizował współpracę obu obrządków, corocznie zwoływał konferencje kapłanów wschodniego obrządku, na których omawiano problemy dotyczące akcji unijnych. W seminarium janowskim istniała sekcja unijna, przygotowująca alumnów do przyszłej współpracy ze wschodnim obrządkiem. Do ważniejszych wydarzeń w życiu religijnym Podlasia za pontyfikatu biskupa Przeździeckiego należy jeszcze zaliczyć: sprowadzenie w 1927 r. cudo-wnego obrazu Matki Bożej Leśniańskiej z Łomży do Leśnej oraz sprowadzenie obrazu Matki Boskiej Kodeńskiej z Częstochowy do Kodnia, a także Kongres Eucharystyczny w Siedlcach (28-30. VI.1929). Biskup Przeździecki był także sekretarzem episkopatu Polski. Zmarł podczas wizytacji pasterskiej w Ortelu Królewskim 9. V.1939 r.

RZĄDY BISKUPA CZESŁAWA SOKOŁOWSKIEGO

Po śmierci Henryka Przeździeckiego kapituła podlaska w dniu 16 maja 1939 r. powierzyła rządy diecezją biskupowi sufraganowi, Czesławowi Sokołowskiemu, jako wikariuszowi kapitulnemu. W trzy i pół miesiąca po objęciu przezeń rządów wybuchła druga wojna światowa i nastała tragiczna okupacja hitlerowska, która zatopiła naród i Kościół polski w morzu nieszczęść. Przed biskupem stanęły trudne i ciężkie obowiązki w tej wyjątkowej sytuacji. Otrzymawszy za pośrednictwem nuncjusza apostolskiego w Berlinie 27.VI.1940 r. nominację na administratora apostolskiego z prawami biskupa rezydencjalnego, Sokołowski starał się podołać obowiązkom, jakie Opatrzność włożyła na jego barki. Po likwidacji seminarium duchownego w Janowie, biskup uczynił wszystko, aby alumni mogli kontynuować swe studia filozoficzno-teologiczne w Siedlcach. Zwrócił szczególną uwagę na wizytacje parafii, niosąc pociechę religijną i błogosławieństwo umęczonemu społeczeństwu Podlasia. W tym celu wyjednał u Stolicy Apostolskiej dla mianowanych przez siebie wikariuszy generalnych szczególne przywileje, co miało mu ułatwić wizytacje parafii. Wikariuszami generalnymi byli prałaci: ks. Jan Grabowski, ks. Aleksander Lipiński i ks. Andrzej Szklarski. Sam biskup niezmordowanie docierał do najbardziej oddalonych parafii. Diecezja siedlecka za administracji biskupa Sokołowskiego stała się azylem dla wyrzuconych przez reżim hitlerowski ze swoich parafii i diecezji księży zachodnich województw polskich. Biskup wszystkich gościnnie przyjmował przydzielając im stanowiska w parafiach. Administrację diecezji sprawował do chwili nominacji przez Stolicę Apostolską na biskupa podlaskiego ks. Ignacego Świrskiego. Wówczas wyjechał z Siedlec i zamieszkał w Michalinie pod Warszawą, gdzie zmarł 11.XI.1951 r. Pochowany został na Bródnie w Warszawie.

RZĄDY BISKUPA IGNACEGO ŚWIRSKIEGO

Niespełna rok po zakończeniu II wojny światowej diecezja siedlecka otrzymała biskupa rezydencjalnego w osobie ks. Ignacego Świrskiego, byłego profesora Akademii Duchownej w Petersburgu, profesora Uniwersytetu Wileńskiego, a ostatnio rektora seminarium duchownego w Białymstoku. Mianowany biskupem przez Piusa XII dnia 12.IV.1946 r., konsekrowany 30.VI.1946 r., uroczysty ingres do katedry siedleckiej odbył dnia 4.VII.1946 r. Pasterzowanie Świrskiego przypadło na trudne, powojenne czasy. Druga wojna światowa przyniosła zniszczenie nie tylko materialne, ale i moralne. Za inspiracją i pomocą biskupa zaczęto odbudowywać kościoły parafialne. Odbudowano katedrę siedlecką, mocno uszkodzoną przez działania wojenne. Udało się też odzyskać rezydencję biskupią przy ul. Piłsudskiego w Siedlcach. Aby podnieść moralnie diecezjan, zarządził biskup misje na całym Podlasiu. Prowadzili je nie tylko zakonnicy, ale i dobrane zespoły kaznodziejów spośród kleru diecezjalnego. Przez szereg lat przeprowadzał biskup wizytacje kanoniczne. Zorganizował także szeroką akcję charytatywną obejmując nią szczególnie najbardziej biednych i nieszczęśliwych. Zakreślił również plan zwalczania pijaństwa, jednej z głównych naszych wad narodowych, propagując urządzanie wesel bez wódki, na które przesyłał nowożeńcom specjalne błogosławieństwo pasterskie. Stolica Apostolska przydzieliła biskupowi Świrskiemu sufragana w osobie wieloletniego profesora i rektora seminarium, ks. Mariana Jankowskiego. Bp Jankowski prekonizowany 19.I.1948 r., konsekrowany w Siedlcach przez kard. Augusta Hlonda 18.IV.1948 r., zmarł podczas wizytacji kanonicznej w Hrudzie 6.VI.1962 r.; pochowany na siedleckim cmentarzu. Po śmierci bpa Jankowskiego Stolica Apostolska mianowała nowym sufraganem podlaskim ks. Wacława Skomoruchę, zasłużonego ojca duchownego, profesora i wicerektora seminarium. Prekonizowany 21.XI.1962 r., sakrę biskupią otrzymał w katedrze siedleckiej z rąk prymasa Polski, kard. Stefana Wyszyńskiego, w dniu 21.IV.1963 r. Biskup Świrski w ostatnich dwóch latach swego pontyfikatu ciężko chorował. Zmarł 25.III.1968 r. w Siedlcach i został pochowany w podziemiach miejscowej katedry, w grobowcu obok bpa Przeździeckiego. Po jego śmierci wikariuszem kapitulnym został bp sufragan Wacław Skomorucha, który rządził diecezją do chwili objęcia władzy pasterskiej przez biskupa Jana Mazura.

RZĄDY BISKUPA JANA MAZURA

Jan Mazur, ur. 5.VI.1920 r. w Płoskiem (dawny powiat zamojski), wyświęcony na kapłana 26.VI.1949 r. w Lublinie, mianowany biskupem tytularnym bladyjskim i sufraganem lubelskim – konsekrowany 6.VIII.1961 r. w katedrze lubelskiej – został przeniesiony przez papieża Pawła VI na stolicę biskupią podlaską, którą objął kanonicznie 24.X.1968 r., a 17 listopada tegoż roku odbył uroczysty ingres do katedry siedleckiej. Od początku swych rządów położył wielki nacisk na rozwój duszpasterstwa w diecezji. Poza wizytacjami kanonicznymi często wyjeżdżał do różnych parafii, gdzie celebrował Msze św. i głosił kazania. Organizował i przewodniczył uroczystościom i akcjom duszpasterskim. Podczas prawie 28-letnich rządów biskupa Jana Mazura odbyły się następujące uroczystości, które przyczyniły się do odnowy życia religijnego:

1. 150-lecie Diecezji Podlaskiej (1969);

2. 50-lecie Podlaskiego Seminarium Duchownego (1969);

3. 250-rocznica koronacji Cudownego Obrazu Matki Bożej w Kodniu nad Bugiem (1973);

4. Misje Najśw. Serca Jezusowego we wszystkich parafiach diecezji, przeprowadzone przez jezuitów (1976-77);

5. 50-lecie powrotu Cudownego Obrazu Matki Boskiej Kodeńskiej z Częstochowy do Kodnia (1977).

6. 50-lecie powrotu Cudownego Obrazu Matki Boskiej Leśniańskiej z Łomży do Leśnej Podlaskiej (1977);

7. Peregrynacja kopii Obrazu Matki Bożej Kodeńskiej po wszystkich parafiach diecezii (1980-81);

8. 350-lecie pobytu Cudownego Obrazu Matki Boskiej w Kodniu (1981);

9. Koronacja Cudownego Obrazu Matki Bożej z Dzieciątkiem w Woli Gułowskiej (5.IX.1982);

10. 300-lecie zjawienia Obrazu Matki Bożej Leśniańskiej (3-4 IX 1983 r.);

11. 25-lecie sakry biskupa Jana Mazura (21.IX.1986);

12. 25-lecie sakry biskupa Wacława Skomoruchy (17.IV.1988);

13. Konsekracja biskupa Alojzego Orszulika – drugiego sufragana 8.XII.1989 r. w katedrze siedleckiej;

14. Poświęcenie nowego gmachu Wyższego Seminarium Duchownego w Nowym Opolu (24.VI.1990);

15. Koronacja Cudownego Obrazu Matki Bożej w Orchówku (2.IX.1990 r.);

16. 50-lecie kapłaństwa biskupa Wacława Skomoruchy (23.IX.1990);

17. 30-lecie sakry biskupa Jana Mazura (22.IX.1991);

18. Konsekracja biskupa Henryka Tomasika – nowego sufragana – w Rzymie (6.I.1993);

19. Uroczysta Msza Św. biskupa Henryka Tomasika w katedrze siedleckiej (2.II.1993);

20. 30-lecie sakry biskupa Wacława Skomoruchy (25.IV.1993);

21. 25-lecie rządów Diecezją Siedlecką biskupa Jana Mazura (25.IX.1993);

22. Peregrynacja figury Matki Bożej Fatimskiej (24.II-2.III.1996).

Świątynie w Kodniu, Leśnej Podl. i Parczewie otrzymały tytuły bazylik mniejszych.

W latach 1968-1996 wybudowano 54 nowe kościoły, 4 kościoły rozbudowano, wybudowano 110 kaplic mszalnych oraz 144 plebanie i domy parafialne, erygowano 23 parafie, dobudowano skrzydło do gmachu seminaryjnego przy ul. 1 Maja w Siedlcach, gdzie obecnie mieści się bursa dla chłopców i Katolickie Radio Podlasia. Gmach dawnego Gimnazjum i Liceum Biskupiego przebudowano na dom księży emerytów oraz przeprowadzono kapitalny remont budynku Spółdzielni “Viribus Unitis” przy ul. Floriańskiej 5 w Siedlcach. Dzięki fundacji ks. infułata Antoniego Chojeckiego z USA i innym ofiarodawcom w latach 1986-1990 zbudowano w Nowym Opolu nowoczesne Seminarium Duchowne im. Jana Pawła II, które poświęcił prymas Polski kardynał Józef Glemp 24.VI.1990 r. Jako przewodniczący Komisji Episkopatu do spraw trzeźwości biskup Jan Mazur z wielkim zaangażowaniem walczył z plagą pijaństwa w naszym narodzie.Zgodnie z zaleceniem Soboru Watykańskiego II powołał w 1974 r. Radę Kapłańską i Radę Duszpasterską; dnia 26 listopada 1989 r. otworzył uroczyście w katedrze siedleckiej II Synod Diecezji Podlaskiej, który trwa przez działalność powołanych komisji i w specjalnych akcjach duszpasterskich. Realizuje się także Polski Synod Plenarny. W Rzymie toczył się zaawansowany proces beatyfikacji Męczenników Podlaskich, w związku z czym odbyły się w 1974 r. szczególne uroczystości z racji setnej rocznicy męczeństwa unitów w Drelowie i Pratulinie. Dobiegło końca opracowanie historyczne tych faktów. Dnia 18 maja 1990 r. nastąpiła ekshumacja szczątków męczenników pratulińskich i złożenie ich w miejscowym kościele, a 28.VIII.1991 r. powstało Stowarzyszenie Pamięci Unitów Podlaskich „Martyrium”, które zorganizowało w Pratulinie w latach 1992-1995 „Dzień Świadectwa Wiary” – modłów o rychłą beatyfikację.Dzięki staraniom biskupa Jana Mazura został pomyślnie zakończony proces beatyfikacyjny w 1995 roku. Bulla Jana Pawła II „Totus Tuus Poloniae Populus” (25.III.1992) zmieniła nazwę diecezji na „Siedlecką” i włączyła ją do nowo powstałej metropolii lubelskiej oraz zmniejszyła jej terytorium dekanaty: sokołowski, sterdyński i węgrowski oraz część dekanatu janowskiego, łosickiego i liwskiego, zostały dołączone do diecezji drohiczyńskiej. W związku z tym nastąpiły nowe rozgraniczenia dekanalne w Diecezji Siedleckiej. W miejsce dekanatu liwskiego powstał grębkowski, dekanat bialski podzielono na południowy i północny, z włodawskiego wydzielono dekanat hański, a z garwolińskiego – osiecki. Podzielono na dwa dekanat łukowski. Diecezja miała wtedy 23 dekanaty. Ze względu na wiek (75 lat) określony prawem kanonicznym, Ojciec Święty Jan Paweł II, z dniem 25.III.1996 r. zwolnił biskupa Jana Mazura z urzędu, a nowym ordynariuszem Diecezji Siedleckiej mianował biskupa Jana Nowaka.

RZĄDY BISKUPA JANA WIKTORA NOWAKA

Jan Wiktor Nowak, ur. 5.X.1931 r. w Toruniu, wyświęcony na kapłana 25.V.1956 r. w Gnieźnie, w latach 1958-1966 odbył studia specjalistyczne w Paryżu i Rzymie uwieńczone doktoratem z teologii moralnej. Od roku 1966 wykładał etykę, teologię moralną i język francuski w Prymasowskim Wyższym Seminarium Duchownym w Gnieźnie i 12 lat był rektorem tegoż seminarium. Mianowany biskupem tytularnym Gemelleńskim w Byzacenie i pomocniczym Archidiecezji Gnieźnieńskiej otrzymał sakrę biskupią 25.III.1982 roku. Był wikariuszem generalnym archidiecezji i wikariuszem biskupim dla miasta Bydgoszczy oraz proboszczem parafii farnej pw. św. Marcina i św. Mikołaja w Bydgoszczy, a także członkiem Papieskiej Komisji „Iustitia et Pax” i przewodniczącym Komisji Episkopatu Polski ds. Zakonnych. Dnia 25 marca 1996 r. został mianowany Biskupem Siedleckim, 28 marca objął kanonicznie diecezję, a 21 kwietnia tegoż roku odbył uroczysty ingres do katedry siedleckiej. Ks. Biskup Jan Wiktor Nowak zastał ukończony proces beatyfikacyjny unitów – męczenników podlaskich z Pratulina i zajął się bezpośrednim przygotowaniem do beatyfikacji: powołał specjalny Komitet, zarządził szereg nabożeństw oraz pielgrzymek do Pratulina. Z racji 400-lecia Unii Brzeskiej i bliskiej perspektywy beatyfikacji, w dniach 12-13 czerwca 1996 r. odbyła się 283 Konferencja Plenarna Episkopatu Polski w gmachu Wyższego Seminarium Duchownego Diecezji Siedleckiej. W przeddzień konferencji (11 czerwca) zostało odprawione uroczyste nabożeństwo w Pratulinie z udziałem 67 biskupów, na czele z Prymasem Polski, Kardynałem Józefem Glempem, kilkuset księży, zakonów i wielkiej rzeszy wiernych Podlasia. Dnia 6 października 1996 r., na placu przed bazyliką Św. Piotra w Rzymie, podczas uroczystej Mszy Św. koncelebrowanej, Ojciec Święty Jan Paweł II ogłosił Wincentego Lewoniuka i 12 Towarzyszy – męczenników z Pratulina – błogosławionymi. Z tej racji przybyło do Wiecznego Miasta ponad dwa tysiące pielgrzymów z Diecezji Siedleckiej: biskupi, kapłani, klerycy, zakonnicy, zakonnice i wierni świeccy. Wśród licznych darów przekazano Ojcu Świętemu relikwie męczenników i ziemię pratulińską. W dniu 7 października, w bazylice Św. Piotra, została odprawiona dziękczynna Msza Św. koncelebrowana pod przewodnictwem Ks. Prymasa Polski, z udziałem duchowieństwa i wiernych z Podlasia, a 9 października – w bazylice Św. Pawła – również Msza Św. dziękczynna za beatyfikację, której przewodniczył i homilię wygłosił ordynariusz siedlecki – Biskup Jan Wiktor Nowak. Pielgrzymi podlascy zwiedzili Rzym, Monte Cassino, Asyż i inne miasta włoskie. W związku z tym epokowym wydarzeniem w dziejach diecezji, celem przygotowania do trzeciego millennium chrześcijaństwa w lutym 1997 r., zaczęły się w parafiach misje ewangelizacyjne, prowadzone przez powołany zespół kapłanów diecezjalnych i zakonnych, połączone z peregrynacją relikwii błogosławionych męczenników, krzyża pratulińskiego i kopii obrazu Matki Bożej Leśniańskiej. Dnia 23 stycznia (wspomnienie liturgiczne błogosławionych męczenników podlaskich) we wszystkich parafiach diecezji odprawiają się msze święte dziękczynne, a centralne nabożeństwo w katedrze siedleckiej. W niedzielę, 31 maja 1998r., w uroczystość Zesłania Ducha Świętego, odbyło się doroczne nabożeństwo w Pratulinie, podczas którego udzielono bierzmowania około 500 młodzieży – przedstawicielom diecezji – z racji Roku Ducha Świętego.W 1998 r., odbyły się pierwsze diecezjalne kongresy :10 – 17 maja – Kongres Powołań, 22 – 24 maja – Kongres Różańcowy i 22 -25 października – Kongres Ruchów i Stowarzyszeń Katolickich z udziałem Księdza Kardynała Prymasa Józefa Glempa i Hanny Suchockiej. Przy końcu października 1998 r., gościła u Księdza Biskupa Ordynariusza delegacja episkopatu francuskiego do kontaktów z episkopatem polskim. Ci trzej biskupi francuscy wzięli udział w koncelebrze w katedrze siedleckiej 28.X., z racji uroczystości Św. Apostołów Szymona i Tadeusza, patronów naszej diecezji. Z biskupami siedleckimi koncelebrowali również: Sławoj Leszek Głódź – biskup polowy i Piotr Krupa – biskup pomocniczy z Pelplina. Nastąpiły intensywne przygotowania do Wizyty Jana Pawła II w Siedlcach 10 czerwca 1999 roku. Biskup Ordynariusz dekretem z dnia 5 stycznia 1999 r., powołał Komitet złożony z duchownych i świeckich oraz specjalne Komisje (zespoły) zajmujące się konkretnymi sprawami organizacyjnymi. Dnia 23 stycznia 1999 r., po Mszy św. koncelebrowanej w katedrze siedleckiej, dokonał promocji Karty uczestnictwa w duchowym przygotowaniu Wizyty Apostolskiej Jana Pawła II w Diecezji Siedleckiej. Karty te zostały przekazane duchowieństwu i wiernym. Na terenie diecezji zbudowano pięć pomników Jana Pawła II: w Międzyrzecu Podlaskim, Stoczku Łukowskim, Siedlcach, Białej Podlaskiej i w Łukowie. Dnia 10 czerwca 1999 roku odbyła się oczekiwana wizyta apostolska Jana Pawła II w Siedlcach. Na błoniach siedleckich zgromadziło się ponad 500 tysięcy ludzi, nie tylko z siedleckiej i innych diecezji Polski, ale i z zagranicy – z Ukrainy, Białorusi i Rosji. Ojciec Święty przyleciał o godz. 10.00 i przewodniczył Mszy Św. koncelebrowanej z udziałem duchowieństwa obrządku łacińskiego i unickiego. W przemówieniach podkreślił bohaterstwo unitów-męczenników podlaskich i zachęcił do ich naśladowania w wierze i moralności chrześcijańskiej. Po nabożeństwie przejechał ulicami Siedlec do budynku Kurii Diecezjalnej, gdzie spożył obiad, a potem nawiedził katedrę i odleciał do Drohiczyna. Biskup Jan Wiktor Nowak wprowadził diecezję w trzecie tysiąclecie chrześcijaństwa przez nabożeństwa, które rozpoczęły się na Boże Narodzenie 1999 r. i szereg związanych z tym praktyk religijnych (np. odpusty jubileuszowe) -w 2000 roku. Z inicjatywy biskupa zostało zbudowane obok katedry siedleckiej Centrum Charytatywno-Duszpasterskie, które poświecił Nuncjusz Apostolski, arcybiskup Józef Kowalczyk, 26 maja 2001 roku. W lipcu 2001 roku biskup Nowak ciężko zachorował i przez 8 miesięcy nie był zdolny do pracy. Zmarł 25 marca 2002 roku – po 6-ciu latach pasterzowania w Diecezji Siedleckiej i został pochowany w podziemiach katedry. Do czasu kanonicznego objęcia diecezji przez biskupa Zbigniewa Kiernikowskiego rządy sprawował biskup Henryk Tomasik jako administrator.

DOTYCHCZASOWE RZĄDY BISKUPA ZBIGNIEWA KIERNIKOWSKIEGO

Zbigniew Kiernikowski, ur. 2. VII. 1946 r. w Szamarzewie k. Wrześni, wyświęcony na kapłana 6. VI. 1971 roku w Sokolnikach, odbył studia specjalistyczne

w Papieskim Instytucie Biblijnym w Rzymie, uwieńczone tytułem doktora nauk biblijnych. W latach 1981-86 wykładał homiletykę i nauki biblijne oraz pełnił funkcję prefekta studiów i wicerektora w Prymasowskim Wyższym Seminarium Duchownym w Gnieźnie. Prowadził nadto wykłady w Wyższym Seminarium Duchownym Zgromadzenia Księży Ducha Świętego w Bydgoszczy oraz w Prymasowskim Instytucie Kultury Chrześcijańskiej w Gnieźnie i Bydgoszczy. W roku 1986 został ponownie skierowany do Rzymu, gdzie pełnił urząd wicerektora, a od 1987 r. rektora Papieskiego Instytutu Polskiego – domu, w którym dzisiaj mieszka blisko 60 księży studentów z polskich diecezji, odbywających specjalistyczne studia na papieskich uczelniach w Rzymie. Sam też od 15 lat wykłada nauki biblijne w Papieskim Uniwersytecie Urbaniańskim i od 10 lat w Papieskim Uniwersytecie św. Tomasza – Angelicum. W marcu 2001 roku habilitował się w Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Jest też wykładowcą nauk biblijnych w Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Autor wielu publikacji o charakterze naukowym i popularno-naukowym. Od lat związany z Ruchem Światło-Życie i Drogą Neokatechumenalną. Wielokrotnie prowadził rekolekcje dla kapłanów, seminarzystów, a także dla biskupów. Szczególnie dużo troski poświęca formacji sióstr zakonnych. W swoim posługiwaniu dużą uwagę zwraca na liturgię w życiu chrześcijańskim i troszczy się o aspekt formacyjny życia chrześcijańskiego. Wyrazem tego są m.in. cykle konferencji radiowych nadawanych poprzednio w Radiu Watykańskim, a obecnie w Katolickim Radiu Podlasie. W Wielki Czwartek, 28. III. 2002 r. Jan Paweł II mianował Księdza Zbigniewa Kiernikowskiego Biskupem Siedleckim. Sakry biskupiej udzielił mu kardynał Angelo Sodano – Sekretarz Stanu Stolicy Apostolskiej, 20 maja 2002 r. w bazylice św. Piotra w Rzymie. Kanoniczne objęcie diecezji miało miejsce w Siedlcach 24 maja, a uroczysty ingres do katedry siedleckiej 7 czerwca 2002 roku, z udziałem kardynała Józefa Glempa – Prymasa Polski, arcybiskupa Józefa Kowalczyka – Nuncjusza Apostolskiego w Polsce i innych biskupów oraz duchowieństwa i wiernych z diecezji siedleckiej i zagranicy. Po ingresie wszedł Ks. Biskup Kiernikowski w tryb zajęć związanych z zarządzaniem diecezją i duszpasterstwem. Zostały zorganizowane uroczystości z racji 75 rocznicy powrotu Obrazu Matki Bożej Kodeńskiej i Obrazu Matki Bożej Leśniańskiej. Nawiązując do historycznego szlaku peregrynacja kopii Obrazu Matki Bożej Kodeńskiej przeszła przez Siedlce (katedra), Zbuczyn, Międzyrzec Podlaski (parafia św. Mikołaja), Białą Podlaską (parafia Narodzenia NMP), Terespol do Kodnia, w dniach 2-8 września 2002 roku, a Obraz Matki Bożej Leśniańskiej – przez Siedlce (parafia św. Stanisława), Mordy, Łosice, Kornicę do Leśnej Podlaskiej, w dniach 24-29 września 2002 roku.

(opracował ks. Franciszek Dudka)

ZARYS HISTORYCZNY DZIEJÓW DIECEZJI SIEDLECKIEJ » ZARYS HISTORYCZNY DZIEJÓW DIECEZJI SIEDLECKIEJ

Posted in Religia | Leave a Comment »

TU ES CHRISTUS (Promo)

Posted by tadeo w dniu 8 kwietnia 2011

http://gloria.tv/?media=142749

Posted in Jan Paweł II, Muzyka, Muzyka religijna, Religia | Leave a Comment »

PIEKŁO – ks. P.Pawlukiewicz (Katechizm Poręczny)

Posted by tadeo w dniu 8 kwietnia 2011

http://gloria.tv/?media=144051

Zobacz także: PIEKŁO – Dlaczego ludzie do niego trafiają

Posted in Ks. Piotr Pawlukiewicz, Religia | Leave a Comment »

Pro Patria Mori by CrusadeNR4

Posted by tadeo w dniu 8 kwietnia 2011

Posted in Filmy i slajdy, Katastrofa smoleńska | Leave a Comment »

Dobre Rady

Posted by tadeo w dniu 8 kwietnia 2011

Dobre Rady pps

Posted in Filmy i slajdy, Porady różne | Leave a Comment »

Święty Ojciec Pio

Posted by tadeo w dniu 8 kwietnia 2011

Święty Ojciec Pio pps

Posted in Filmy i slajdy, Ojciec Pio, Religia | Leave a Comment »

Najlepszy email roku

Posted by tadeo w dniu 8 kwietnia 2011

Najlepszy email roku pps

Posted in Filmy i slajdy, Religia | Leave a Comment »

Mistyczne schody

Posted by tadeo w dniu 8 kwietnia 2011

Tajemnicze schody. pps

Zobacz: CUDOWNE SCHODY ŚW. JÓZEFA

Przeczytaj także: Tajemnicze schody

Posted in Filmy i slajdy, Filmy religijne, Religia | Leave a Comment »

Losy Polaków na wschodzie – Piętno zesłania

Posted by tadeo w dniu 8 kwietnia 2011

„Losy Polaków na wschodzie – Piętno zesłania” to oryginalna, dłuższa i o wiele bogatsza w szczegóły wersja artykułu „Piętno zesłania, napisanego w grudniu 2003, w ramach olimpiady „Losy Polaków na wschodzie”.

Losy Polaków na wschodzie – Piętno zesłania

Ocalić przez pamięć

„Piętno” – złowrogie i niepokojące słowo ; blizna, trauma od której uwolnić się niepodobna, ale i znak przeszłości zarazem posiadający walor przestrogi, monitu o pamięć i szacunek. Temat – „Piętno” zesłania. Rodzinna, sąsiedzka, lokalna spuścizna sybiracka – stał się dla mnie impulsem do podjęcia długich rozmów z Dziadkami. Ogólnikowe dotąd, powierzchowne wyobrażenia o ich bolesnej przeszłości dopełnione zostały świadectwami przeżyć. Owe rozmowy zainicjowały jednocześnie moje nowe spojrzenie na historię, odbieraną już nie tylko przez pryzmat faktów i dat, lecz ludzkich emocji, lęków i dylematów. Dzięki „historii żywej” obecnej w relacjach Dziadków, idei „ocalenia przez pamięć” kształtowałam zarazem własną tożsamość, odkrywając nowe płaszczyzny zakorzenienia, kręgi kultywowanych w rodzinie wartości, determinujących niegdyś postawę i ideały Dziadka. W 1939 roku bez wahania przejął on kolejną pałeczkę trwającej od pokoleń sztafecie walk niepodległościowych i martyrologii.

Niespisana dotąd historia

W szare, jesienne popołudnie spotkałam się z Dziadkiem. Poczęstował mnie herbatą, usiadł naprzeciwko mnie i ujrzałam jego jeszcze niebieskie oczy i dobroduszny uśmiech. Włączyłam dyktafon. Dziadek wolno rozpoczął swoją opowieść, a ja coraz intensywniej zanurzałam się w jego „Innym świecie”. Wiedziałam, że przed laty jego historyczna edukacja odbywała się właśnie za pośrednictwem słuchanej w domowym zaciszu epickiej opowieści, gawędy kształtującej wyobrażenia o przeszłości.

Kiedy jeszcze miałem nadzieję…

W chwili wybuchu II wojny światowej, tj. w dniu 1 września 1939 roku znajdowałem się wraz z rodzicami i obiema siostrami Krystyną i Teresą w Wilnie. Rozpoczynałem właśnie rok szkolny 1939/40 jako uczeń drugiej klasy liceum matematyczno-fizycznego im. Króla Zygmunta Augusta. Moi koledzy z klasy i cała polska młodzież, nastawieni byliśmy bardzo bojowo, wierząc w zwycięstwo nad odwiecznym wrogiem – Niemcami. Z uwagą i niepokojem wysłuchiwaliśmy wiadomości radiowych z frontu, najczęściej niestety niepomyślnych. Przewaga Niemców zarówno tak w liczebności armii jak i w sprzęcie bojowym była olbrzymia. Późniejsze obietnice o pomocy dla Polski ze strony Francji i Anglii okazały się płonne. Poza formalnym wypowiedzeniem wojny Niemcom przez te kraje nic więcej nie działo się. Poważnym ciosem w plecy, który ostatecznie przesądził o losach tej wojny, było uderzenie bolszewików od wschodu w dniu 17 września 1939 roku, mimo że między Polską a ZSRR istniał podpisany i nie zerwany formalnie, przez żadną ze stron, pakt o nieagresji. Ten haniebny napad był efektem podpisanego uprzednio tajnego porozumienia pomiędzy ministrami spraw wewnętrznych ZSRR i Niemiec – Mołotowem i Ribbentropem, który określaliśmy mianem czwartego rozbioru Polski. Wojska sowieckie weszły do Wilna w nocy z 17-go na 18-ty września. Po paru dniach ze sklepów znikła żywność, ubrania i inne towary.

W tym miejscu narracja Dziadka jest zgodna z oceną Ksawerego Pruszyńskiego (1) – „…a ci co na wschodzie Polski widzieli jeszcze wylew innych wojsk, ciemnych, obdartych, nieufnych, głodnych (…) zalewających nasze miasta sołdacką szarańczą, wiedzieli (…). To podpełzła raz jeszcze Azja, sama w upodleniu żyjąca, innym upodlenie niosąca”.

Był to trudny okres dla Polaków, okupacja sowiecka wdzierała się niejako we wszystkie strefy naszej egzystencji. Ludzie znajdowali zatrudnienie tylko przy ciężkich pracach fizycznych. Jeszcze we wrześniu bolszewicy przekazali Wilno Litwie. Sytuacja gospodarcza poprawiła się, ale wrogość Litwinów wobec Polaków i ogromne trudności ze zdobyciem jakiejkolwiek pracy pozostały. Z konieczności ludzie sprzedawali na rynku różne cenne przedmioty zakupione często z trudem w ciągu minionych lat. Tak było i w mojej rodzinie.

Po przejęciu szkoły przez władze litewskie chciano wydalić z pracy wszystkich polskich wykładowców. W tej sytuacji ja i inni uczniowie okupowaliśmy budynek szkoły co zakończyło się sukcesem. Litwini zgodzili się pozostawić wykładowców polskich z tym, że dodatkowo musieliśmy się uczyć języka litewskiego. Dyrektorem szkoły został Litwin.

Ojciec mój w tym czasie zdobył pracę przy ładowaniu piaskiem wagonetek na budowie hydroelektrowni Turniszki koło Wilna. Tak minął rok 1939. W połowie maja 1940 roku złożyłem egzamin maturalny. W dniu rozdawania świadectw do Wilna ponownie wkroczyły wojska sowieckie. Prezydent Litwy Smetona uciekł do Niemiec a Litwa oficjalnie „poprosiła” o włączenie jej w skład ZSRR. Podobnie zresztą stało się z Łotwą i Estonią. Porozumienie Mołotowa z Ribbentropem dopełniło się.

Początki współpracy z podziemiem

Jeszcze we wrześniu 1939 roku zaczęły tworzyć się zalążki tajnej organizacji wojskowej mającej na celu walkę z wrogiem. Była to Służba Zwycięstwu Polski (SZP) podporządkowana rządowi emigracyjnemu w Londynie i kierowana przez generała Tokarzewskiego-Karaszewicza. Tajne zajęcia na terenie Wilna prowadzili wojskowi, którym udało się wrócić z frontu, a także rezerwiści. Do organizacji wstąpiłem wraz z liczną grupą moich kolegów z byłej II klasy liceum oraz z innych szkół. Zajęcia odbywały się najczęściej w niedzielę lub sobotę, poza miastem w rejonie wzgórz Karolińskich i w innych miejscach. Żadnych działań wojskowych oczywiście nie było. Zapoznawaliśmy się z różnymi rodzajami broni, orientowaniem się w terenie, itp. Wiele wiadomości na ten temat wynieśliśmy ze szkoły średniej (trzy lata przysposobienia wojskowego w gimnazjum i liceum) oraz miesięcznego obozu szkoleniowego PW w Grandziczach nad Niemnem koło Grodna. W dni wolne od zajęć w SZP pracowałem z ojcem przy budowie hydroelektrowni w Turniszkach. Jesienią 1940 roku na usilną prośbę ojca zapisałem się na I rok studiów – fizyka na Uniwersytecie Witolda Wielkiego (dawny Uniwersytet Stefana Batorego). Nauka w języku, który słabo znałem, nie była łatwa. Korzystałem z polskich skryptów napisanych przez polskich profesorów USB. Poziom wykładów nie był zbyt wysoki, toteż korzystając ze skryptów i bazując na solidnej wiedzy wyniesionej z ukończonego niedawno liceum, zdałem cząstkowe egzaminy z matematyki, chemii i fizyki.

Życie w mieście stawało się coraz bardziej trudne i niebezpieczne, panowała atmosfera strachu i niepewności. Wiosną i latem 1940 roku rozpoczęły się masowe wywózki Polaków do Kazachstanu, Uzbekistanu i na Syberię. Mieliśmy już przygotowane worki z sucharami, jako prowiant na długą drogę. W miastach i wsiach Wileńszczyzny wywózki odbywały się nocą. Los ten spotkał setki tysięcy ludzi. Oszczędził moją najbliższą rodzinę, ale już rodzina mojego ojca, mieszkającą o około 50 km od Wilna utraciła w ten sposób 8 osób, ocalało tylko dwóch braci. Jeden z nich – Edward był w tym czasie w odwiedzinach u nas, a drugi – Bronisław – jako ksiądz mieszkał w Wilnie na plebanii. Wszystko to działo się dokładnie na kilka dni przed wybuchem wojny niemiecko-rosyjskiej w lecie 1941 roku.

Za parę dni, tj. 22 czerwca 1941 roku wojska niemieckie natarły na ZSRR i bardzo szybko posuwały się naprzód. W tej sytuacji rodzice moi polecili mi, abym wraz z bratem ciotecznym Edwardem pojechał rowerem do odległej o 50 km wsi zobaczyć, co stało się z jego rodziną i ewentualnie pomóc jej. Po przybyciu na miejsce dowiedzieliśmy się o tragedii, wszyscy zostali wywiezieni w głąb ZSRR. Nie wróciłem już do Wilna lecz zostałem w Sokołojciach, pomagając Edwardowi w gospodarstwie. Tego samego roku mój ojciec, mama i dwie siostry także przyjechali na wieś. Życie w Wilnie ze względu na wrogi stosunek Litwinów do Polaków i bardzo trudne warunki materialne stawało się trudne i niebezpieczne. Rok 1941 upłynął mnie i mojej rodzinie na ciężkiej pracy na roli.

Ruch podziemny od chwili wybuchu wojny uległ zmianie – w styczniu 1940 roku, Służbę Zwycięstwu Polski przemianowano na Związek Walki Zbrojnej (ZWZ), który był już organizacją bardziej masową. W lutym 1942 roku ZWZ przemianowano na Armię Krajową.

Moja działalność w AK

W marcu 1942 roku zetknąłem się bezpośrednio z ludźmi działającymi w AK, którzy wciągnęli mnie w działalność tej organizacji. Byli to szczerzy, odważni i gorący patrioci, oddani bez reszty sprawie Polski. Złożyłem przysięgę i stałem się członkiem siatki AK-owskiej opatrzonej kryptonimem „Wyspa” i działającej na terenie Ostrowca Wileńskiego i okalającego go powiatu. Wtedy zdarzyła się tragedia, która na pewien czas wyłączyła mnie z aktywnej działalności w AK – ojciec zginął w wypadku. Pochowaliśmy go na wiejskim cmentarzu w pobliżu jego rodzinnej miejscowości. Dziś po cmentarzu nie pozostał ślad. Na jego miejscu Rosjanie zbudowali kołchoz.

Pierwsze moje działania w AK polegały przede wszystkim na zdobywaniu broni, której ciągle było zbyt mało. W pobliżu wsi, w której mieszkała moja matka z siostrami znajdowała się wieś o nietypowej nazwie Palestyna. W okresie pobytu Rosjan (1939-1941) zbudowano tam na dużym, odkrytym terenie lotnisko wojskowe wraz z zabudowaniami pomocniczymi, gdzie stacjonowały rosyjskie samoloty wojskowe. Po wybuchu wojny niemiecko-rosyjskiej w 1941 roku, w przeddzień wkroczenia Niemców na te tereny ktoś podpalił znajdującą się obok lotniska stodołę należącą do osadnika niemieckiego. To spowodowało natychmiastowe pojawienie się dużej liczby niemieckich samolotów. Były to bombowce pikujące, które w krótkim czasie zniszczyły wszystkie samoloty sowieckie. Wykorzystując ten moment, wraz z bratem ciotecznym i księdzem Bronkiem wybrałem się nocą na poszukiwanie broni. Wśród zabitych i rannych znaleźliśmy kilka sztuk krótkiej broni palnej (nagany) i dwa km-y (pepesze). Był to bardzo udany wypad. Następnego dnia rano byli tam już Niemcy.

Moja działalność na rzecz AK polegała też na podsłuchu audycji BBC nadawanych z Londynu w języku polskim. Za posiadanie aparatu radiowego groziła kara śmierci, a więc słuchać mogłem tylko nocą. Akumulatory do zasilania aparatu energią elektryczną ładowałem w ten sposób, że na specjalnie zbudowanym stojaku z drewna umieszczałem stary rower, z którego zdjąłem tylną oponę. Paskiem skórzanym łączyłem koło z prądnicą samochodową przymocowaną do podłogi, „przejeżdżałem” w ten sposób dziesiątki kilometrów, aby naładować akumulatory. Za antenę służył mi długi kawałek drutu łączący radio z końcem żurawia studziennego znajdującego się na podwórzu. Z uzyskanych wiadomości sporządzałem przez kalkę biuletyny i rozsyłałem je dalej. Po kilku dniach od wspomnianego nalotu na lotnisko w Palestynie, Niemcy wykorzystali je, magazynując tam skrzynie granatów lotniczych, bomb i amunicji karabinowej oraz beczki z benzyną i olejem maszynowym. Rzeczą wprost nieprawdopodobną było, że przy tak dużej ilości nagromadzonego sprzętu wojskowego, Niemcy pozostawili do pilnowania zaledwie kilkuosobową grupę żołnierzy. Domyślaliśmy się, że przyczyną tego był bardzo szybki marsz Niemców w głąb Rosji. Na polecenie siatki AK „Wyspa” udało mi się wywieźć z terenu lotniska dużą ilość amunicji karabinowej i sporą ilość skrzynek z granatami lotniczymi (w każdej skrzynce były 24 granaty), m.in. dzięki aktywnemu współudziałowi brata ciotecznego – Edwarda. Dokonaliśmy tego w czasie bardzo śnieżnej i mroźnej zimy w 1943 roku podjeżdżając saniami w pobliże samego lotniska. Granaty przerabiałem następnie na miny, które służyły nam do niszczenia torów kolejowych i wysadzania pociągów niemieckich jadących na front wschodni (akcja w pobliżu stacji kolejowej Gudogaje na wiosnę 1943 roku). Większe akcje o charakterze zbrojnym rozpoczęły się wczesną wiosną 1944 roku. Brała w nich aktywny udział siatka „Wyspa”. Do nich należy zaliczyć udaną akcję na magazyn niemiecki w Ostrowcu i posterunek policji obsadzony przez Białorusinów. W obu tych wypadkach zdobyliśmy kilkanaście sztuk karabinów (mausery), broń krótką, lornetki, sporo amunicji, a także szoferskie spodnie gumowane i kilkanaście maszynek do strzyżenia włosów.

Pierwszego kwietnia 1944 roku siatka „Wyspa” uczestniczyła w kilkugodzinnej poważnej akcji zbrojnej na garnizon niemiecki w Ostrowcu. Brały tam też udział inne ugrupowania AK, np.: „Żejmian” i „Jurand”. Były to już ostatnie działania „Wyspy”, w których brałem udział. W drugiej połowie kwietnia nasza siatka została przyłączona do Pierwszego Zgrupowania AK podległego majorowi Olechnowiczowi – pseudonim „Pohorecki”, jako oddział ochrony sztabu. Staliśmy się w ten sposób oddziałem leśnym, dowodzonym przez por. Wilhelma Dietmayera – pseudonim „Wilczur”. Przejście do oddziału Wilczura trwało pewien czas, ponieważ siatka „Wyspa” rozrzucona była na dość dużym terenie. W początkach maja 1944 roku oddział był już w pełni zorganizowany i działał na obszarze obejmującym Ostrowiec, Wormiany, Kotłówkę i inne miejscowości. Poza drobniejszymi potyczkami z napotkanymi oddziałami niemieckimi większych walk nie było, aż do wybuchu akcji „Ostra Brama”. Front niemiecko-rosyjski zbliżał się do granic dawnej Rzeczypospolitej, a sytuacja AK na terenie Wileńszczyzny i innych ziemiach wschodnich stawała się coraz bardziej niejasna i niepewna. Tę niepewność pogłębiała jeszcze pamięć o agresywnym zachowanie się ZSRR wobec Polski w roku 1939. Przecież drugą wojnę światową wywołali nie tylko Niemcy, ale i Rosja Sowiecka, dzięki podpisanemu znacznie wcześniej układowi Ribbentrop-Mołotow. Naczelne dowództwo AK z Londynu i podlegli im działacze AK z Warszawy dążyli do tego, aby oddziały AK z terenu Wileńszczyzny i Nowogródczyzny, działając wspólnie, zdobyły Wilno, zanim oddziały sowieckie zbliżą się do tego miasta. Zgodnie z tym założeniem przygotowywał się naczelny dowódca AK na okręg Wileński – generał Krzyżanowski, pseudonim „Wilk”. Sądzono, że Niemcy mocno osłabieni walkami na froncie wschodnim nie będą się zbyt mocno bronić. Wywiad AK-owski był jednak dość słaby, a łączność między oddziałami, rozrzuconymi na dużym terenie, nie najlepsza. Front walki zbliżał się szybciej do miasta niż poprzednio przypuszczano, dlatego też gen. Krzyżanowski „Wilk” podjął decyzję o przyśpieszeniu ataku na garnizon niemiecki w Wilnie o jeden dzień – tj. z 7-go na 6-ty lipca 1944 roku. Popełnił jednak poważny błąd, zwalniając niektórych dowódców brygad by mogli pożegnać się z rodzinami. Rozesłani natychmiast gońcy nie zdołali w porę dotrzeć do odległych niekiedy rejonów, aby powiadomić o wcześniejszym rozpoczęciu działań. W pełni przygotowany był oddział miejski w Wilnie, ale niestety i Niemcy również.

Akcja wojskowa AK „Ostra Brama” rozpoczęła się wieczorem 6 lipca. Oddział mój wkroczył do miasta od strony północno-wschodniej i od razu napotkał na ciężki ogień skierowany na nas ze stojącego niedaleko pociągu pancernego oraz nieustanne ataki samolotów bombowych. Walka trwała do rana, nie posunęliśmy się ani o krok. Straty wśród żołnierzy I Zgrupowania, a więc i mojego oddziału były duże i w tej sytuacji dowództwo postanowiło wycofać się. Następnego dnia wieczorem dotarliśmy do Wołkorabiszek – miejsca postoju gen. Krzyżanowskiego – „Wilka”. Samego „Wilka” w Wołkorabiszkach nie było. W Wilnie byli już Rosjanie i „Wilk” pojechał na rozmowy do gen. Czerniachowskiego, głównodowodzącego rosyjskiego frontu północnego. Miał mu zaproponować wspólne obsadzenie odcinka frontu. Rozmowy początkowo były przyjazne. Czerniachowski godził się na propozycje „Wilka”, ale ostatecznie podpisanie porozumienia uzależnił od obecności i zgody całego sztabu „Wilka”.

„Wilk” – gen. Krzyżanowski przyjął propozycję i powiadomił o tym swoich sztabowców. Na końcowe spotkanie z gen. Czerniachowskim przybyła tylko część dowódców brygad. Reszta z nich słusznie zwietrzyła podstęp i uniknęła spotkania. Na końcową naradę Czerniachowski sam osobiście się nie stawił, budynek otoczyło NKWD (Narodowy Komitet do Spraw Wewnętrznych) i wszyscy zostali aresztowani. Do Wołkorabiszek przybiegł goniec i powiadomił o tym co się stało. Pozostali dowódcy AK zarządzili odwrót swoich oddziałów do puszczy Rudnickiej, na południowy-zachód od Wilna. Tam oddziały miały się połączyć i utworzyć pokaźną siłę, która zmusiłaby Rosjan do rozmów. Tak więc po intensywnym, dwudniowym marszu lasami, bo śledziły nas bez przerwy samoloty bolszewickie, z poranionymi do krwi nogami dotarłem wraz z resztą partyzantów do oddziałów na skraju puszczy Rudnickiej. Samoloty rozrzuciły ulotki, że mamy wyjść z lasu i złożyć broń a oni „zagwarantują” nam swobodny powrót do domu. Wieczorem tego samego dnia puszcza otoczona została przez zmotoryzowane oddziały bolszewickie a próby rozmów z nimi (biała chustka na kiju) spełzły na niczym, strzelano do nas, nie pozwalając się zbliżyć. W tej sytuacji dowódcy poszczególnych oddziałów partyzanckich polecili ukryć broń i pojedyńczo przemykać się do Wilna.

Wraz z dwoma braćmi Dowlaszami wyruszyłem w kierunku wsi Rudniki, aby zdobyć trochę żywności bo od dwóch dni, poza sucharami, nic nie jedliśmy. Wszyscy trzej mieliśmy jeszcze przy sobie broń krótką i nie weszliśmy bezpośrednio do wsi, lecz mijaliśmy ją za rzędem stodół. W pewnej chwili zza stodoły wyskoczył uzbrojony sowiecki „bojec” i zapytał, czy jesteśmy partyzantami, gdy otrzymał odpowiedź twierdzącą rzekł – „nu charaszo, stupajtie damoj”. Nie zastanawiając się zbytnio, weszliśmy do wsi, a tam natychmiast doskoczyła nas cała masa sowieckich, skośnookich „bojców”. Rozbroili nas i zapędzili do jednej ze stodół, w której były już setki partyzantów. Tak zakończył się mój „rozdział partyzancki”, a zaczęła się niewola. Rosjanie złamali obowiązujący jeszcze traktat ryski przyznający ziemie północno-wschodnie (łącznie z Wilnem) Polsce i zabraniający wcielania do obcej armii lub aresztowań za walkę w obronie Rzeczypospolitej. Traktat ten został formalnie unieważniony dopiero w Jałcie.

Sowiecka niewola

Następnego dnia uformowano z nas kilka długich dwuszeregów pilnowanych gęsto przez setki skośnookich żołnierzy NKWD z dziesięciostrzałowymi karabinami z lunetami. Ruszyliśmy w kierunku Miednik Królewskich odległych o około 30 km. Dotarliśmy tam późnym wieczorem.

W Miednikach była stara twierdza, a jej mury sięgały wysokości 8-10 metrów. Bezpośrednia ucieczka z twierdzy była prawie niemożliwa. Okazja taka nadarzała się tylko podczas napełniania beczek wodą, która znajdowała się poza twierdzą. Podejmowano liczne próby ucieczki, ale tylko nielicznym spośród 5 tysięcy zgromadzonych tam jeńców udało się odzyskać wolność. Jako wyżywienie otrzymywaliśmy „suchoj pajok” (suchy prowiant) i wodę. Spaliśmy na gołej ziemi, przykrywając się czym kto miał. Po paru dniach przyjechał do twierdzy berlingowski oficer o nazwisku Soroka. Wszedł na podstawiony mu stołek i mówił językiem będącym mieszaniną rosyjskiego i polskiego. Agitował nas do wstępowania w szeregi armii Berlinga. Na jego wojskowej czapce znajdował się orzełek, ale bez korony. Orzeł w koronie zawsze symbolizował Polskę dumną, niepodległą, obejmującą również Kresy będące wbrew geograficznemu położeniu centrum polskiej tradycji. Oficer został więc zwyczajnie wygwizdany.

Pewnego dnia, nocą, rozrzucono ulotki zawiadamiające nas o tworzeniu armii gen. Andersa. Część uwierzyła, większość natomiast przyjęła to jako sowiecką propagandę mającą zapobiec ewentualnym ucieczkom.

Po 10 dniach pobytu w twierdzy miednickiej wypuszczano nas małymi grupami, po kilka osób na zewnątrz. Tam przeprowadzano szczegółową rewizję i zabierano niemal wszystko – zegarki, pasy skórzane, scyzoryki a nawet żyletki. Tylko niewielu zdołało coś przemycić. Ja miałem to szczęście, że udało mi się przenieść na zewnątrz dwie maszynki do strzyżenia włosów przymocowane bandażem do obu ud. Uformowano z nas kilka długich kolumn i pod silną strażą NKWD wyruszyliśmy w morderczą drogę. Po wielu godzinach pociąg zatrzymał się na stacji kolejowej Kiena. Tam nastąpił parogodzinny postój w oczekiwaniu, jak się później okazało, na wagony towarowe.

Miała wtedy miejsce pewna śmieszna sytuacja. Jeden z oficerów NKWD zauważył, że mam prawie nowe, polskie buty oficerskie i „zaproponował” mi zamianę na rosyjskie buty i woreczek – „wieszczewoj mieszok” z sucharami. Chętnie się zgodziłem, bo moje buty stały się ciasne, opuchnięte nogi miałem poranione. Buty, które od niego dostałem były w niezłym stanie i pasowały „jak ulał”. Suchary dla zgłodniałego żołądka okazały się również cenną zdobyczą.

Po paru godzinach nadeszły dwuosiowe wagony towarowe a w każdym z nich ulokowano po 50 osób. Wagony zamknięto i zaplombowano. Ścisk panował tak duży, że część z nas musiała stać, aby inni mogli siedzieć. I tak na zmianę. Każdy wagon miał budkę zwaną „brekiem”, w której siedział uzbrojony żołnierz NKWD.

Był ogromy skwar drugiej połowy lipca, do jedzenia dostawaliśmy suchą, soloną rybę i mały kawałek czarnego jak smoła chleba lub suchar, a wody jak na lekarstwo. Wybuchła biegunka, z wagonu wypuszczano nas tylko jeden raz dziennie. Całe szczęście, że jeden z nas przemycił scyzoryk, którym mozolnie wydłubaliśmy dziurę w kącie wagonu. Zaduch i fetor w wagonie był okropny. Podróż w takich warunkach trwała 10 dni. Gdy otwarto wreszcie drzwi wagonu oczom naszym ukazał się budynek stacyjny, a na nim napis Kaługa.

Po przemarszu przez miasto dotarliśmy do dużego placu przylegającego do szeregu budynków przypominających olbrzymie garaże (rzeczywiście, były to garaże dla czołgów). W budynkach stały rzędami trzypoziomowe prycze. I tu zdarzyła się sytuacja ponownie mająca związek z butami, która tym razem mogła się dla mnie źle skończyć. Byłem jedynym, który miał na nogach sowieckie buty. Jeden z oficerów NKWD oskarżył mnie o zabicie rosyjskiego żołnierza i dopiero moje długie tłumaczenia i oświadczenia kolegów z wagonu pomogły. Tego samego dnia pogoniono nas do „bani” (łaźnia) i ostrzyżono, gdzie trzeba (to znaczy wszędzie). Dostaliśmy skąpy obiad złożony z małego kawałka czarnego chleba, talerzyka wodnistej zupy i łyżki kaszy. Na kolację było podobnie.

Następnego dnia rozpoczęły się przesłuchania. Podobnie jak i mnie pytano wszystkich o pseudonimy, oddziały w których się służyło, nazwiska dowódców, zastępców itd. Ja i większość moich kolegów nie mówiliśmy prawdy. Na zwołanym apelu powiadomiono nas, że otrzymamy przeszkolenie wojskowe i wejdziemy w skład pułku strzelców pod dowództwem pułkownika Jermołowa. Na nasze uwagi, że jesteśmy obywatelami polskimi i nie można nas siłą wcielać do armii ZSRR odpowiadano, że jesteśmy „pod ich opieką” i wspólnie będziemy bić Niemców. Rozdano nam stare rosyjskie karabiny (oczywiście bez amunicji), maski gazowe i w niezłym stanie mundury drelichowe.

Zaczął się okres podłej, sowieckiej mistyfikacji. Pobudka każdego dnia była o szóstej rano, rozmieszczone w barakach głośniki wyły na „cały regulator” hymn „sowieckiego sojuza”. Po tym mycie, krótka gimnastyka i bardzo skromne śniadanie – wiadro zupy na 10 osób i najczęściej jaglana kasza, 500g czarnego chleba musiało wystarczyć na cały dzień. Po śniadaniu wymarsz na odległe pole ćwiczeń, najczęściej był to parokilometrowy bieg w maskach przeciwgazowych a następnie musztra, bój na bagnety (przeciwnikami były kukły ze słomy) itd. Powrót do koszar na głodowy obiad także odbywał się biegiem. Po obiedzie wymarsz do centrum Kaługi na rozbiórkę, uszkodzonych w czasie bombardowań, cerkwi. Każdy z nas musiał przynieść do koszar po 6 cegieł na specjalnie przygotowanych nosiłkach z drutu. Po takiej całodziennej harówce kładłem się na pryczę i momentalnie zasypiałem. I nic mi się nie śniło, chyba tylko chleb. Po paru tygodniach takiej pracy ponad siły stałem się niewrażliwy nawet na ukąszenia pcheł, których na pryczach były tysiące.

Na początku września próbowano „wtłoczyć” nam do głowy rosyjski tekst przysięgi wojskowej. Była to przysięga na wierność Stalinowi, toteż odmówiliśmy złożenia jej. Była to decyzja odruchowa i oczywista. Wizję Rosji barbarzyńskiej i dzikiej, zredukowanej do symbolu Sybiru, ja i moi towarzysze uważaliśmy za jedną z najważniejszych wartości naszego dziedzictwa. W tej mądrości tkwił zakaz jakichkolwiek kompromisów z Rosją, tak carską jak i sowiecką. Po paru dniach odebrano nam wcześniej wydane mundury drelichowe a dostaliśmy w zamian stare, porwane łachmany, które trzeba było samodzielnie naprawiać.

W drugiej połowie września opuściliśmy baraki w Kałudze. Padła komenda – kierunek, dworzec kolejowy. Wszystkim cisnęło się do głowy pytanie : dokąd jedziemy” ? Po pewnym czasie już wiedzieliśmy, na wschód. I znowu wtłoczono nas w towarowe wagony a zmordowane, zalatujące smrodem postacie na wyścigi szukały w nich jakiejś szpary, szerokiej na tyle by pomieścić skulone ciało.

Po kilku dniach byliśmy na miejscu, przed nami ciągnął się gęsty las. Uformowano cztery bataliony pracy, ja znalazłem się w drugim, w pobliżu miejscowości Charłampiejewo. Pierwsze dni wypełnione były ryciem długich dołów w ziemi i budową prowizorycznych ziemianek, w których przyszło nam mieszkać. Rozdano piły i siekiery do wyrębu lasu. Początkowo norma dzienna na dwóch pracujących wynosiła 10m3 drewna popiłowanego i ustawionego w sztable (metry). Była to tak wygórowana norma, że po pewnym czasie zmniejszono ją do 8m3. Na obiad wracaliśmy dopiero po wykonaniu normy, najczęściej wieczorem. Na półce nad pryczą czekała miska zimnej lury z jednym ziemniakiem i łyżką kaszy. Czasami była to twarda jak deska suszona ryba z robakami w środku. W styczniu 1945 roku tak osłabłem, że znalazłem się w szpitalu polowym. Diagnoza – „destrifieja wtoroj stepieni” (osłabienie II stopnia). Po raz drugi trafiłem do tego szpitala z objawami odmrożenia palców lewej stopy i obu rąk.

Takich jak ja było wielu. Bardzo często budzono nas w nocy do ładowania wagonów spiłowanym drewnem, czasami do trzech razy w tygodniu. Te metrowe pniaki trzeba było niekiedy przenosić na odległość 50-100 metrów. W zimie brnęło się w głębokim śniegu. Mróz dochodził do minus 50°C, jak człowiek splunął, to na ziemię spadał lód. Taka gehenna trwała do końca listopada 1945 roku, po czym wywieziono nas do Kirowa koło Smoleńska a stamtąd, po paru tygodniach, do Białej Podlaskiej. Nie wszyscy wrócili…

Tak zakończył się mój pobyt w Rosji sowieckiej.

Dziadek umilkł, ta daleka przeszłość stała się mu nagle tak przejmująco bliska i tak dotkliwa, że bałam się odezwać. Na usta cisnęło się wiele pytań, ale wyczuwałam, że Dziadek jest teraz tam – z ojcem, towarzyszami niedoli, rozmawia z najbliższymi i rąbie drewno w pięćdziesięciostopniowym mrozie rosyjskiej zimy. Nie miałam prawa przerywać mu tego spotkania. Wiedziałam, że jeszcze do tego wrócimy. Po cichu wyszłam. Babcia siedząca w pokoju obok i przysłuchująca się opowieści męża miała łzy w oczach :

– Dziecko – powiedziała. – nie pytaj już go o nic więcej. Wiem, że bardzo dużo przeżył i nie powiedział ci o wszystkim, bo jest to dla niego zbyt trudne i bolesne. Jeśli będzie chciał, może jeszcze Ci o tym opowie. Przeżył ból i głód, i straszną niepewność czy kiedykolwiek powróci do swoich, do Polski. W warunkach, w jakich przeżył ostatni rok na wschodzie stracił wielu przyjaciół, ale też i została zachwiana jego wiara w ludzką lojalność i przyjaźń. Zniszczeni, upodleni, załamani wewnętrznie towarzysze kierowali się wyłącznie odruchami instynktu przetrwania. Często była to bezwzględna walka o życie. Nie każdy potrafił zachować, w tak ekstremalnych warunkach, godność i człowieczeństwo. To dla wielu było trudniejsze od walki o byt. Rany na ciele zabliźniają się, a okaleczona dusza boli całe życie – zakończyła Babcia.

W książce „Inny świat” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego opisane jest życie łagierników, takich jak mój Dziadek. Pytałam go później wielokrotnie :

– Dlaczego nie zdobyłeś się na to, aby podzielić się z Mamą, ze mną swoimi doświadczeniami ?

Odpowiedział mi wówczas :

– Przecież czytałaś „Inny świat”, to było życie moje i wielu tysięcy innych ludzi.

Nie zadaję już natarczywych pytań. Szanuję wymowne milczenie Dziadka. Już wiem, że wobec potworności ówczesnej rzeczywistości, słowo staje się bezradne. Najważniejsza pozostaje dla mnie świadomość : Dziadek zdał egzamin ze swego człowieczeństwa, ale rozumie i tych, dla których okazał się on na zesłaniu zbyt trudny.

Dziadek wrócił do Polski 6 stycznia 1946 roku. Nie miał kłopotu z odnalezieniem matki i sióstr dzięki pewnemu Białorusinowi, z którym byli zaprzyjaźnieni przed wojną jego rodzice. W czasie wojny wcielono go do armii radzieckiej i dzięki niewyjaśnionemu splotowi okoliczności dowiedział się on o miejscu pobytu Dziadka w łagrze. To od niego Dziadek uzyskiwał informacje o losie swojej rodziny, a następnie o jej przyjeździe po wojnie do Torunia. Moja mama powiedziała mi, że matka Dziadka, moja prababcia Władysława, nie poznała syna w drzwiach mieszkania.

Był zupełnie inny, jakim go pamiętała. Stał przed nią wychudzony, straszący żebrami szkieletu człowiek z ogoloną głową i nienaturalnie dużą, napuchniętą, siną twarzą. Gdy Dziadek odezwał się – mamo – ona zaszlochała.

Latem 1946 roku rodzina Dziadka przebywała na wakacjach w Piławie. W tym czasie otrzymała zaproszenie na ślub ich przyjaciela Witka Klonowskiego, który miał odbyć się w Toruniu. Wszyscy oprócz niego wrócili do Torunia. W domu czekało już na nich UB z pistoletami. Postawiono im zarzut udziału w tajnej, antypaństwowej organizacji, co było nieuzasadnione. Zaczęły się kilkudniowe przesłuchania zakończone aresztowaniem m.in. szwagra Dziadka, Mariana Jabłońskiego (członka Szarych Szeregów). Został on wypuszczony z aresztu dzięki interwencji ówczesnego wiceministra zdrowia Kożusznika, który był przyjacielem kuzyna mojej prababci, Józefa Henelta (obecnie 99-letniego staruszka mieszkającego w USA, rzeźbiarza, którego rzeźba – popiersie gen. Władysława Sikorskiego znajduje się, według informacji uzyskanej od siostry Dziadka, w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie). Pozostałych aresztowanych zwolniono dopiero po roku z powodu braku dowodów winy.

Strach przed represjami powodował, że Dziadek ukrywał swoją przeszłość i przynależność do AK. Z tej przyczyny bał się poszukiwać pracy. Pomogła mu p. Sztukowska – adwokat, znajoma jego rodziców z Litwy. Załatwiła Dziadkowi fałszywe dokumenty, z których wynikało, że wrócił do Polski w ramach repatriacji. Jego prawdziwa historia – AK, aresztowanie, pobyt w Kałudze – została starannie zaszyta w poduszce i pieczołowicie przechowywana jeszcze przez wiele lat.

W latach 1956-68 ministrem spraw wewnętrznych był Mieczysław Moczar. W pewnym momencie swoich rządów zaczął tracić poparcie. Chcąc podnieść uznanie w oczach narodu wydał rozporządzenie o przyznawaniu Srebrnych Krzyży Zasługi z Mieczami tym Polakom, którzy tak jak Dziadek oficjalnie „byli” w czasie wojny żołnierzami armii radzieckiej. Dziadek i jego przyjaciel z Kaługi, Marian Czerniawski (obecnie emerytowany profesor Wydziału Chemii UMK w Toruniu), nie pojechali do Warszawy po odbiór tych odznaczeń.

Babcia, podobnie jak Dziadek, również pochodziła z Wileńszczyzny. Jej rodzice mieli duży majątek w Hermaniszkach, niedaleko Lidy. Jej rodziny również nie ominął okrutny los wojenny. Babci ojciec jako ziemianin został aresztowany przez Rosjan w 1939 roku i podczas celowo uknutej przez Sowietów rzekomej ucieczki z więzienia zastrzelony. Brat cioteczny Babci, członek żandarmerii AK, został osadzony w Miednikach. Podczas ucieczki z twierdzy Rosjanie złapali go i ponownie aresztowali. Dostał wyrok dożywotniego więzienia i przewieziono go do łagrów w głąb Rosji. W 1953 roku po śmierci Stalina został wypuszczony, na mocy ogłoszonej amnestii, lecz powrót do Polski miał zakazany. Rodzina miała z nim początkowo kontakty listowe, które później urwały się i ślad po nim zaginął.

Rodzina Babci od strony matki, Stefanowiczowie (mieszkający w pobliżu Lidy), podzieliła los wielu Polaków, żyjących w ZSRR z piętnem kułaków. Wywieziono ich do Kazachstanu w 1951 roku. Przyczyną deportacji był fakt posiadania majątku. Z jej opowiadań wynika, że na spakowanie całego dobytku dano im niecałą godzinę. Warunki transportu do Kazachstanu były nieludzkie, niemal analogiczne do opisywanych przez Dziadka. Stefanowiczowie zostali osadzeni w kołchozie, w bardzo złych warunkach. Poruszanie się po okolicy mieli ograniczone, chociaż nikt ich specjalnie nie pilnował, gdyż na stepie ucieczka wydawała się nierealna. Stefanowiczowie i inni deportowani kułacy pracowali przy zbiorze bawełny, kukurydzy i innych pracach polowych. Warunki były bardzo trudne, latem temperatura przekraczała nawet 40°C, a zimą, chociaż była stosunkowo łagodna, marźli w nieogrzewanych barakach. Do ocieplania wykorzystywali wszystko – chwasty, ukradzione drewno, a nawet zwierzęce odchody zmieszane z trawą, formowane w kształcie kostek i suszone. Były okresy, że przymierali głodem. Podkradanie nocą żywności od miejscowych Kazachów niejednokrotnie ratowało ich od śmierci głodowej. Niestety śmierci nie uniknęła Babci ciotka, wówczas jeszcze młoda kobieta, zostawiając męża z trójką dzieci.

W 1956 roku dzięki usilnym staraniom Babci i jej siostry udało się sprowadzić do Polski część rodziny z Kazachstanu. Mimo oficjalnych gwarancji ze strony rządu o udzieleniu repatriantom zapomóg pieniężnych i pomocy w otrzymaniu mieszkania, Stefanowiczowie nic nie otrzymali. Po powrocie zamieszkali z moimi Dziadkami w Toruniu. To nie był dla nich okres wielkiej radości i entuzjazmu, szczególnie dla młodych kilkunastoletnich dzieci. Mimo bardzo trudnego życia w Kazachstanie pozostał w nich sentyment do tamtych krajobrazów, pieśni, innego smaku i zapachu. Z czasem zżyli się z rdzenną ludnością, która ich zaakceptowała i polubiła. Ciężkie życie dla wszystkich mieszkańców kazachskiego stepu jednoczyło tych ludzi mimo odrębności narodowych, kulturowych i religijnych. Babcia mówiła, że po tych kilku latach pobytu wrócili wynędzniali, zawszawieni, ale przede wszystkim mentalnie zmienieni. To spowodowało, że było im bardzo ciężko zasymilować się w nowym środowisku mimo wsparcia rodziny. Izolowali się od otoczenia, nie przejawiali chęci nawiązania kontaktów z innymi ludźmi. Czy była to swojego rodzaju depresja wynikająca z nostalgii za tamtymi stronami ?, czy obawa przed nową cywilizacją jakże inną niż ta, w której przyszło im żyć przez 6 lat ?

Wszyscy, którzy po latach pobytu w sowieckich łagrach, czy kołchozach wracali do Polski byli ze swoistym stygmatem traumatycznych doświadczeń. Piętnem każdego z nich była droga przez mękę. Czekanie na śmierć, ale i jednocześnie walka o życie. Śmierć tysięcy więźniów była skutkiem zabijania nieludzką pracą i głodem.

Gustaw Herling-Grudziński w rozmowie z Włodzimierzem Boleckim(2) określa totalitaryzm jako doskonały system absolutnego niszczenia człowieka, odarcia go z godności i wszelkich wartości. Unicestwiano miliony ludzi traktując ich instrumentalnie do realizacji swoich „szatańskich” idei. Łagier był narzędziem zabijania ludzi przez władze sowieckie. Ofiarami ludobójstwa padali ludzie niewygodni klasowo, politycznie, ideologicznie i narodowościowo. Łagiernicy w sowieckich obozach, w odróżnieniu od obozów niemieckich, umierali często bardzo długo. Na ostateczną śmierć musieli sobie zapracować wieloletnią, morderczą pracą do całkowitego ubezwłasnowolnienia, które przychodziło wraz ze strachem, przerażeniem, bólem i głodem. Był to pierwszy etap śmierci – zastrzyk znieczulający – przed drugim i ostatecznym etapem, który nie zawsze przychodził szybko. I to było szatańskim pomysłem Sowietów, wykorzystującym ludzkie, poruszające się ciała do pracy na granicy ich wytrzymałości. Istoty, które już nie żyły, a jeszcze nie były trupami.

Systemy polityczne XX wieku stworzyły doskonałą strukturę wzajemnego wyniszczania się ludzi. I tu Gustaw Herling-Grudziński ostrzega, że im więcej ludzi nie dostrzega okropności tej spuścizny XX wieku, to tym większa jest obawa, że totalitaryzm w udoskonalonej formie może się powtórzyć.

Kazimierz Kaz-Ostaszewicz w swojej książce „Długie drogi Syberii” (3) pisze –„należało żyć tak i postępować tak, aby wygrać każdy dzień od nowa…”. Przeszkodę stanowiły często sumienie, godność, moralność i lojalność. Nie każdego było stać aby dochować im wierności. Ale czy nam można osądzać ludzi, którzy znaleźli się w tak ekstremalnych warunkach ? – tym bardziej mnie i mojemu pokoleniu, którzy jedynie intuicyjnie wczuwamy się w tamten koszmar ludzkich istnień. To „dzieło” i ich sprawcy przez wiele lat okryci byli szczelną tajemnicą. Rosja sowiecka ukrywała przed światem swoje prawdziwe oblicze, lecz czas odsłonił tę okrutną prawdę, a historia ją osądza. Dla wielu jednak zbyt późno. Kazimierz Kaz-Ostaszewicz napisał – „Niestety, ironią w sądach historii jest to, że prawie nigdy wyroków nie słyszą ci, którzy zginęli. Czas podobno leczy, najczęściej jednak przykrywa ziemią…” (3).

Ewelina Marzec, grudzień 2003

Losy Polaków na wschodzie doc

Posted in Historia, Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polacy na Syberii, Polskie Kresy, Wspomnienia | Leave a Comment »