WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for 21 marca, 2011

Orędzie Prezydenta

Posted by tadeo w dniu 21 marca 2011

 http://pl.gloria.tv/?media=138900

Posted in Filmy i slajdy, Kabarety i rozrywka, Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Trzy gramy zamieniają pancerną ścianę w plazmę

Posted by tadeo w dniu 21 marca 2011

Rosjanie z powodzeniem prowadzą prace nad bronią kinetyczną

rozwijane dotąd przede wszystkim w USA

Niewielkie pociski wyrzucane z elektromagnetycznej wyrzutni osiągają prędkość 6,25 km/s. Płytka ze stalowej blachy uderzona taką bronią natychmiast wyparowuje, zamieniając się w plazmę.

Eksperci Instytutu Wysokich Temperatur z laboratorium w podmoskiewskiej Szaturze zademonstrowali wyrzutnię o napędzie elektromagnetycznym, pozwalającą rozpędzić niewielki pocisk o rozmiarach tabletki i wadze 3 gramów do tak ogromnej prędkości, że potrafi on dokonać ogromnych zniszczeń, mimo że nie przenosi żadnego ładunku wybuchowego. Ma to kolosalne znaczenie w ewentualnych zastosowaniach wojskowych. Okręt lub czołg wyposażone w tego typu broń nie przewoziłyby prochu ani innych niebezpiecznych materiałów. Trudniej jest zniszczyć pojazd, na którym nie ma co pod wpływem ostrzału wybuchnąć.
Rosyjska stacja NTV pokazała eksperyment, w którym przed wyrzutnią ustawiono trzy płytki z metalowej blachy o średnicy pomarańczy i grubości około milimetra. Po wystrzeleniu w ich stronę pocisku pierwsza płytka całkowicie zniknęła. Ogromna energia kinetyczna pędzącego kawałka metalu rozgrzała blachę do temperatury, w której żelazo nie tylko paruje (2750 st. C), ale zamienia się w plazmę, czyli stan, w którym elektrony odrywają się od jąder atomowych. Druga płytka, przez którą przeleciał pocisk, została rozdrobniona w metalowe wióry. Pozostała jedynie trzecia, przebita na wylot.
Obecnie Rosjanom udało się osiągnąć prędkość wyższą niż możliwa do uzyskania przez pociski balistyczne. – W naszym laboratorium badawczym największa szybkość to 6,26 kilometra na sekundę. To bardzo blisko do pierwszej prędkości kosmicznej – mówi, pokazując wyrzutnię, Alieksiej Szurupow, dyrektor ośrodka. Pierwsza prędkość kosmiczna wynosi 7,91 km/s. Jest to prędkość potrzebna, żeby ciało pokonało przyciąganie ziemskie i zaczęło poruszać się po orbicie. Gdyby rosyjską „tabletkę” udało się rozpędzić do takiej prędkości, mogłaby krążyć wokół Ziemi, o ile nie natrafi na żadne przeszkody. Otwiera to perspektywę zastosowań tej technologii do niszczenia celów bardzo odległych, także znajdujących się w kosmosie.

Szyna – pocisk – szyna
Technologia zastosowana w wyrzutni elektromagnetycznej oparta jest na dość prostych podstawach teoretycznych. Prawa fizyki rządzące wzbudzaniem pola magnetycznego pod wpływem przepływu prądu i ruchem ciał w tym polu znane są od XIX wieku, a obecnie naucza się ich w szkołach. Pocisk wykonany jest z materiału przewodzącego lub przynajmniej nim pokryty, a przy tym posiada własny ładunek elektryczny. Umieszczony jest pomiędzy dwoma szynami podłączonymi do prądu. Dzięki zamknięciu obwodu układ szyna – pocisk – szyna staje się elektromagnesem. Pole magnetyczne powoduje z kolei, że naładowany elektrycznie przedmiot rozpędza się.
Jednak to, co jest takie proste w teorii, nie od razu może być zastosowane zgodnie z oczekiwaniami wojskowych chcących mieć skuteczną broń i uzyskać przewagę nad konkurentami, a potencjalnie przeciwnikami. Podstawowy problem to zasilanie. Ogromna energia, z jaką porusza się pocisk, nie wzięła się znikąd. Szyny są zasilane elektrycznością, a tę trzeba do nich dostarczyć, i to z bardzo dużą prędkością, nieosiągalną dla publicznych i przemysłowych sieci przesyłowych. W Szaturze używa się kilkuset przemyślnie połączonych akumulatorów, których cały zapas energii jest uwalniany w ciągu niecałej sekundy. Z tego powodu wyrzutnie broni kinetycznej nie mogą być obecnie instalowane w czołgach lub na okrętach wojennych. Także możliwości wyrzutni stacjonarnych są słabsze od oferowanych przez technikę rakietową.
Inne problemy techniczne wynikają z wielkości energii, jaka w bardzo krótkim czasie skupia się w małym pocisku. Na jego styku z szynami pojawia się ogromna temperatura, szybko niszcząca szyny. Siły wytwarzane przez pole magnetyczne stawiają również wyrzutniom trudne wymagania konstrukcyjne. Potęguje je dodatkowo fakt przekraczania przez pocisk bariery prędkości dźwięku.
Pierwsze próby zastosowania zjawisk magnetycznych do celów wojskowych pojawiły się już podczas I wojny światowej. Badania nad tym prowadzili bez powodzenia Niemcy, a Francuz Louis Fauchon-Villeplee opatentował „aparat elektryczny do wyrzucania pocisków”. Podczas kolejnej wojny w III Rzeszy gotowy był prototyp działa przeciwlotniczego o napędzie elektromagnetycznym, jednak upadek Niemiec i zakończenie wojny przerwały projekt.
Do badań nad wyrzutniami elektromagnetycznymi powrócono następnie w latach 50. w Australii, później przejęli je Brytyjczycy. To do nich należy rekord prędkości pocisku kinetycznego wynoszący 20 km/s. Dotyczył jednak bardzo małego ładunku bez siły niszczącej. Obecnie najbardziej zaawansowaną technologią wyrzutni elektromagnetycznych dysponuje amerykańska Marynarka Wojenna, dla której pracują ośrodki badawcze w Virginii oraz uniwersytetu w Austin, w Teksasie. Prowadzone są testy z wyrzutnią pocisków o masie 3,2 kg, które osiągają prędkość 2,5 km/s. Ich energia kinetyczna wynosi 9 megadżuli. To wystarczy, żeby przebić pancerz czołgu. Z myślą o niszczycielach klasy USS Zumwald, które wejdą do służby w 2013 roku, projektowane są wyrzutnie nadające pociskom energię 11 megadżuli, o prędkości 5,8 km/s. W założeniach mają trafiać w cele odległe o 200 mil morskich (370 km) z dokładnością do 5 metrów. Ostatnie ujawnione testy tej broni odbyły się w 2008 roku, zaś jej dalszy rozwój jest objęty tajemnicą.
Prace nad bronią kinetyczną to przykład na współczesne oblicze wyścigu zbrojeń pomiędzy największymi militarnymi potęgami świata. Układy rozbrojeniowe nakładają ograniczenia w rozwoju broni atomowej, międzynarodowy konsensus zakazuje prac nad chemicznymi i biologicznymi środkami rażenia. W tej sytuacji oprócz rozwoju broni konwencjonalnej trwają poszukiwania sposobów wojskowego zastosowania wszelkich znanych zjawisk i praw natury. Każde państwo liczy na to, że dzięki odkryciom swoich naukowców wejdzie w posiadanie unikalnej technologii dającej przewagę nad konkurencją.

Piotr Falkowski

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110321&typ=sw&id=sw03.txt

Posted in Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Manipulacje nawet w błahych sprawach – Zbigniew Kuźmiuk

Posted by tadeo w dniu 21 marca 2011

1. To co napisał Prezydent Komorowski w księdze kondolencyjnej ambasady Japonii w Warszawie, zapewne nie ujrzało by światła dziennego, gdyby nie spostrzegawczość wielu internautów.

Na większości portali natychmiast zostały wyeksponowane dwa „byki” zrobione przez Prezydenta w jednozdaniowym wpisie zawierającym żal i współczucie dla Japończyków dotkniętych skutkami trzęsienia ziemi i fal tsunami, a teraz i wybuchów na terenie jednej z elektrowni atomowych.

Takich wpisów osoby publiczne nie dokonują od tak sobie jak się to mówi „ z głowy czyli z niczego”. Są one wcześniej przygotowywane (w tym przypadku przez Kancelarię Prezydenta ), a osoba która tego wpisu dokonuje, dostaje „gotowca” z tekstem wpisu.

W tej sytuacji te dwa poważne błędy ortograficzne, popełnione przez Prezydenta Komorowskiego w wyrazach „bulu” i „nadzieji”, po raz już chyba n-ty obnażają jego słabości intelektualne i edukacyjne.

Po kampanii wyborczej i wręcz codziennie zdarzających się gafach Komorowskiego, a to dotyczących powodzian, szacunku dla kobiet , wyjścia Polski z NATO, czy kwestii i problemów ekonomicznych, nie miałem wątpliwości co to będzie za prezydentura. Wpis w ambasadzie Japonii specjalnie mnie nie zdziwił, ani nie zaskoczył. Ale to co się stało po jego ujawnieniu, rzeczywiście każe się zastanowić nad jakością polskiej demokracji i kierunkiem w którym ona zmierza.

2. Wprawdzie zapytany przez dziennikarzy na konferencji prasowej o tę wpadkę Prezydenta Komorowskiego, Premier Jarosław Kaczyński tylko zażartował, że w następnej kampanii wyborczej ,trzeba będzie kandydatom na Prezydenta organizować dyktanda, ale dalej sprawy potoczyły się już tak , jak toczą się w Polsce od wielu miesięcy.

Natychmiast znaleźli się usłużni dziennikarze ,którzy wyciągnęli wpis do księgi pamiątkowej z jakiejś restauracji, dokonany w 2006 roku przez ówczesnego Premiera Jarosława Kaczyńskiego.

Premier Kaczyński dziękował w nim za miły pobyt i obiad. Nad literą „d” napisanej przez Kaczyńskiego z niewyraźnym „brzuszkiem” wyrazu „obiad”, znalazł się ogonek litery „y” wyrazu „miły”, który umieszczony został w górnym wierszu wpisu.

Dziennikarze Super Expressu, którzy dwa lata temu zmanipulowali ten wpis, publikując zdjęcie tylko wyrazu „obiad”, jakoby napisanego przez „t” na końcu wyrazu, ponoć już za tę manipulację przepraszali.

Teraz znowu sięgnięto po to sfałszowane zdjęcie wpisu Kaczyńskiego w restauracji i zestawiono to z dwoma ortograficznymi „bykami” Komorowskiego, w tekście wpisu kondolencyjnego w ambasadzie Japonii.

Tak ustawiona informacja, została opublikowana we wszystkim mediach elektronicznych, tak przedstawiali ją prawie wszyscy dziennikarze zabierający głos w tej sprawie. Wszystko to z komentarzem ,że wszyscy politycy popełniają błędy ortograficzne, wszyscy są jednakowo niedouczeni.

W podobny sposób zabrał głos sam sprawca tego skandalu czyli Prezydent Komorowski, który najpierw przeprosił za swoje błędy, a następnie ustosunkował do wymyślonego przez dziennikarzy błędu Jarosława Kaczyńskiego.

3. Na szczęście już tego samego dnia na portalu www. Niezalezna. pl znalazł się opis tego fałszerstwa z pełnym zdjęciem wpisu Kaczyńskiego, które nie zostawia już żadnych wątpliwości, że nie miał on żadnych problemów z napisaniem wyrazu „obiad”. Zresztą znając przymioty umysłu Kaczyńskiego, trudno było sobie wręcz wyobrazić, aby mógł popełnić taki błąd.

Cała sprawa nie zasługiwałaby na uwagę, gdyby nie użyto aż takiej piramidy kłamstw i tylu różnych instytucji, aby tylko osłabić wymowę tego co zrobił Prezydent Komorowski. Jeżeli w takich sprawach wykorzystuje się i kłamstwa i usłużnych dziennikarzy, to jak wygląda manipulowanie opinią publiczną w innych, znacznie poważniejszych kwestiach?

http://zbigniewkuzmiuk.salon24.pl/289270,manipulacje-nawet-w-blahych-sprawach

Posted in Bronisław Komorowski, Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Stefan Niesiołowski – Prawda w oczy kole?‏

Posted by tadeo w dniu 21 marca 2011

Fragment programu – „Rozmowy niedokonczone” TV Trwam – 2005

Posted in Filmy i slajdy, Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Za co młodzi pokochali PiS

Posted by tadeo w dniu 21 marca 2011

Prawo i Sprawiedliwość zaczyna przyciągać najmłodszy elektorat. Dla pokolenia Facebooka PiS nie musi być obciachem – czytamy w tygodniku „Newsweek”. – Mam wrażenie, że dziś prawdziwym obciachem jest przyznawanie się do popierania PO – mówi jedna z rozmówczyń tygodnika.

Ostatnie badania politycznych preferencji Polaków pokazują poważne zmiany. Młodzi zaczynają odwracać się od PO, a kierują się w stronę PiS. Według badań GfK Polonia np. wśród najmłodszego elektoratu (20-29 lat) PiS ma już przewagę. 33% ankietowanych zagłosowałoby na to ugrupowanie, a na PO 29%.

– Przełom nastąpił 10 kwietnia – mówi Maciej Roszkowski, 22-latek z podwarszawskiego Pruszkowa. – Tego dnia poczułem zagrożenie. Skoro najważniejszym osobom w państwie przytrafiło się coś takiego, to w ogóle nie można mówić o bezpieczeństwie kraju – dodaje.

Obecnie głównym argumentem dla młodych jest brak perspektyw i pracy. W chwili obecnej w Polsce pół miliona młodych osób nie ma pracy. To o połowę więcej niż 3 lata temu. A co trzeci bezrobotny, to absolwent uczelni wyższej. Dlatego chcą zmian.

Studenci przypominają też, że t o właśnie PO chce im uniemożliwić bezpłatne studia na drugim kierunku. Ponadto jako pierwsza partia rządząca przymierzała się też do kontroli internetu.

http://wiadomosci.wp.pl/kat,8174,title,Za-co-mlodzi-pokochali-PiS,wid,13242627,wiadomosc_prasa.html

Posted in Młodzi, wykształceni..., Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Czasy tuskie – Jerzy Terpiłowski

Posted by tadeo w dniu 21 marca 2011

Obecne czasy jako żywo przywodzą na myśl kontrowersyjny rozdział historii Polski z lat 1697–1763, poprzedzający upadek Rzeczypospolitej. Niektórzy nazywają to, co się obecnie dzieje w Polsce – mimo upływu lat oraz odmiennego kształtu stosunków społecznych – powtórką z XVIII wieku.

Mieliśmy podówczas unię personalną z Saksonią, której terytorium można porównać do Kaszub, a obszar jej stolicy, Drezna – do aglomeracji dzisiejszej Kościerzyny. Obie krainy zamieszkują potomkowie zachodnich Słowian. Serbołużyczanin Stanisław Tillich jest premierem Saksonii, a Kaszub Donald Tusk – Rzeczypospolitej Polskiej.
Saksończyka Augusta Wettyna wybrano królem Polski w drodze wyborczych machinacji. Nie grał w piłkę nożną jak Donald Tusk, lecz świetnie jeździł konno i strzelał, a najsprawniej podbijał serca dam. Lubiono go i wróżono mu pomyślną przyszłość. W połączeniu pod swym berłem Saksonii i Polski upatrywał możliwości powstania europejskiego mocarstwa.

Donald Tusk chciałby, aby Polska stała się regionem potężnej Europy.
Forsując Augusta na władcę, pogwałcono żelazną zasadę I RP, wedle której szlachta polska „aż do gardeł swoich nie chciała Niemca” (uważając, że traktować będzie Polaków po macoszemu). W początkach jego panowania odzyskano jednak Podole. Wyniszczone wojnami i najazdami Tatarów, prawie wyludnione, ale pamiętane jako niegdysiejszy polski Nowy Świat. Był to spektakularny sukces porównywalny do pierwszych dwu lat panowania Donalda Tuska, kiedy to Polska pozostawała „zieloną wyspą na morzu światowego kryzysu”. Jednak wkrótce niepowodzenia zaczęły spadać lawinowo na głowę Augusta oraz jego poddanych, tak jak rośnie obecnie dług publiczny nad głowami nas wszystkich. August pożyczał od Rosji, zastawił u Prusaków Elbląg za długi i nie protestował, kiedy Fryderyk III, lennik korony polskiej mianował się w Królewcu królem Prus. Donald wyprzedaje co się da, łącznie ze zdrowiem Polaków, z pocztą, koleją i innymi usługami publicznymi oraz potulnie zgadza się na ustalenia unijnych komisarzy dyskryminujące polskie rolnictwo w proporcjach dopłat. Jednak zarówno beztroskie decyzje króla jak rozpaczliwe decyzje premiera były i są chybione.
Obaj władcy podobnie nie zrozumieli tradycji narodowej polskiej. Jakkolwiek August z zapałem rzucał się w objęcia polskich dam (ponoć najlepsza szkoła obcego języka), a Donald miał kilkuletni flirt z historią zakończony dyplomem – obaj uważali polskość za pojęcie pozbawione mocy sprawczej kreowania swego image. Pierwszemu nie chciało się nawet nauczyć polskiego, drugi za młodu pisywał wiersze wyłącznie po kaszubsku, a polskość kojarzy mu się z pustką, ze śmiesznym teatrem nienormalności z nieuzasadnionymi urojeniami. „Polska to pokój przechodni wynajęty w Europie” – napisał w tekście „Polak rozłamany” opublikowanym w miesięczniku „Znak” w listopadzie 1987 roku.

I jeden, i drugi chciałby rządzić niepodzielnie. Za Augusta taki kanon obowiązywał powszechnie, ale jego saski korpus był zbyt słaby, więc żeby dorównać europejskim standardom, król skłócał wzajemnie szlachtę polską i litewską. Kokietował Piotra I, a od Litwinów wyjednał uznanie władzy nieograniczonej. Donald, rządząc w PO jak satrapa – ograniczony w swych zapędach zasadami ustrojowymi – parł do stołka premiera, wdzięcząc się przed mass mediami (wyrażającymi interesy obcych potęg) w nadziei ich pozyskania i szczuł je na PiS. Natężenie zaś obecnej walki politycznej ma dla Rzeczypospolitej podobnie fatalne skutki, jak niegdyś poróżnienie braci w unii polsko-litewskiej.
Donald z lenistwa (wakacje w Dolomitach) i z naiwnej wiary w pozytywne efekty gładzenia Angeli po łapkach oraz obłapywania się z Władimirem, zaniedbał starań o rzetelne śledztwo w sprawie przyczyn narodowej klęski pod Smoleńskiem. August, ufając w dobre intencje Fryderyka Pruskiego oraz Piotra I, oddał Polskę w strefę wpływów obydwu rosnących w siłę sąsiadów i tracił czas na bale i łowy.

Ani królowi, ani premierowi nie można odmówić wielu zalet. Jednak głupsi i słabsi od nich nie poczynili Polsce tyle szkód, co oni. Nie mówiąc już o mniejszych i nie tak przystojnych. Zrealizowaliby może część swych zamierzeń (Augusta były przynajmniej klarowne, a Donalda nie są oczywiste, bo wikła je przyjęta w naszych czasach przedziwna odmiana quasi-demokracji, w której nic nie jest takie, jak być powinno, ani takie jak się wydaje, i w której można mówić i pisać o wszystkim, tylko nie o tym właśnie), gdyby nie to, że władcy ościennych krajów przerastali ich formatem. A – żeby zacytować współczesnego nam oksfordczyka – „władca może być niski, ale nie może być mały”. Piotr I i Władimir Putin, Fryderyk Pruski i Angela Merkel, Ludwik XIV i Nikolas Sarkozy, Karol XII, Ahmadineżad irański oraz Beniamin Netaniahu (zapamiętajcie tę ostatnią trójcę) – wszyscy byli lub są, bez względu na swoje przywary, postaciami z najwyższej półki.
August ubrdał sobie na przykład, że nic prostszego, jak sprzymierzyć się z wielkim dla Rosji Piotrem I w celu pognębienia małej Szwecji. Ale królem tego kamienistego kraju był utalentowany wódz Karol XII, który zanim go w końcu po latach wyniszczającej (Polskę) wojny nie dopadnięto pod Połtawą (gdzie Uppsala i Rzym a gdzie Połtawa i Krym!) zafundował Polsce drugi szwedzki potop, ograbił Drezno i o mało nie zdruzgotał fundamentów rosyjskiego imperium. Ale najgorsze było to, że podczas gdy Gucio umknął, chwilowo abdykując, Litwa (a także część polskich elit) nabrała zwyczaju garnąć się pod chętne skrzydła Moskwy.

Donald natomiast dał się uwieść Angeli i w rezultacie port w Szczecinie zostanie zablokowany przez rosyjsko-niemiecką rurę. Bezgranicznie zaufał Władimirowi, w związku z czym ten nie tylko wyciągnął wszystkie możliwe korzyści z naszej narodowej klęski pod Smoleńskiem, ale także zainscenizował spektakl ośmieszający Rzeczpospolitą, aby przekonać świat, że Polacy nie potrafią się sami rządzić. Kopiując postępowanie Katarzyny Wielkiej i jej następców, wykazał się w tym przypadku lepszą znajomością historii niż nasz kaszubski magister.
Wiemy, ile złego wyrządziły Polsce rządy Augusta, ale nie wiadomo, co nam jeszcze wywinie Donald. Ostatnio (24 lutego br.) zawarł przymierze wojskowe z Beniaminem Netaniahu. Nie znamy szczegółów tego porozumienia, ale nie można wykluczyć, że do wolnej elekcji uwikła nas w konflikt z Iranem. Nie mamy przyobiecanej tarczy, jednak mass media z „GW” na czele przypomną nam, że jesteśmy przedmurzem chrześcijaństwa. Polska zawłaszczy pospołu z żydowskimi braćmi irańską ropę! Na Teheran! Co tam Ahmadineżad!

Ten zaś, jak niegdyś Karol XII, skontruje słabszego z napastników. Donald będzie miał wprawdzie do dyspozycji miliony patriotów, ale ani jednego, który mógłby przeciwdziałać irańskim rakietom.
Matko Boska! Co ja wieszczę?! Jeszcze znowu coś wywieszczę. Przecież prawie całe nasze wojsko jest już w sąsiadującym z Iranem Afganistanie!
A skoro już o wojsku… Pod koniec wojny ze Szwecją w arsenale koronnym Polski było 6 dział obsługiwanych przez 42 oficerów i 90 szeregowców. Później – pomimo że wszystkie państwa sąsiadujące z Polską zbroiły stutysięczne armie, a Fryderyk Pruski, kiedy mu brakowało rekruta, porywał polskich chłopów – ograniczono środki budżetowe w armii koronnej na 18, a w litewskiej na 6 tys. żołnierzy. Obecnie psychoanalityk drużyny Donalda puszy się zawodową armią, ale nikt nawet nie śmie pytać o jej liczebność, a chętnych brakuje nawet do sił rezerwowych.

Z powszechnego obowiązku obrony zrezygnowano, bo nie ma pieniędzy na to, żeby każdy Polak umiał posługiwać się bronią. Natomiast w Rzeszy i w Federacji Rosyjskiej wszystkie roczniki odchodzą do rezerwy nie wcześniej niż nauczą się organizować falę słabszym od siebie. Bundeswehra zaprasza polską młodzież (patrz: porywanie rekruta w XVIII wieku). Nadzieja, że przed kimś obronią nas Sasi, o pardon: Nasi – czyli NATO, jest płonna. Testem na nią była klęska pod Smoleńskiem, w której – jak wiadomo – poległo prawie całe dowództwo polskiej flanki północnoatlantyckiego sojuszu. Czy ktoś z tej organizacji bąknął o dochodzeniu, bo przecie nie o odwecie?
August wprowadzał na terytorium kraju obce wojska, które panoszyły się w Polsce jak chciały, zabierając ludziom dobytek i naruszając ich godność. Donald modli się o symboliczną choćby obecność amerykańskich wojskowych w Polsce. Ale w Europie niszczące kraje przemarsze armii zastąpiono ofensywami medialnymi. W związku z tym świadomość Polaków – w znacznym stopniu zniekształconą przez półwiecze komunistycznej propagandy – niszczą obecnie bezkarnie mass media podporządkowane obcym siłom kruszącym po trochu fundamenty narodowej tradycji. Czy działania tuskie choćby w najmniejszym stopniu usiłowały kiedykolwiek ograniczać ich wpływy? Ależ skąd!

Panowanie obu opisywanych władców deprawowało i deprawuje poddanych, którzy obserwując swych panów, naśladują ich obyczaje i kopiują afery uchodzące we dworze na sucho. „Panowie biorą pieniądze na zapychanie własnych kieszeni, obywatele na pokrycie własnego niedostatku – pisał Jarochowski o saskich czasach. – Tylko tępi przywódcy nie krępują się niczym w polityce wewnętrznej. Łatwiej wyzyskiwać poddanych niż rozumnie gospodarować i wdrażać reformy”. Czy pisarz wieszczył o tym, co dzieje się obecnie?
Wszak znowu obowiązuje u nas formuła saskich zapustów, każdy myśli wyłącznie o sobie, urządza się i kombinuje. Partyjni baronowie zaplątani są po uszy w aferach, samorządowi watażkowie tak skorumpowani, że ledwie trzymają się na nogach. Miastowi malwersanci wznoszą na wsi wykwintne rezydencje, ale szamba instalują w starych studniach, zanieczyszczając system wodny okolicy. Rolnicy nie przestrzegają ochronnej strefy przy opryskach i innych środków ostrożności. Truskawki opylają wieczorem pestycydem, a rano wiozą je na targ, bo przecież: „każdy chce zarobić”.

Kiedy kraj znajduje się na drodze wiodącej ku upadkowi, to jego obywatele intuicyjnie polecają się Opatrzności Boskiej. Tak było w czasach saskich i tak jest obecnie. Stąd być może wywodzi się niezmienna ofiarność najbardziej świadomych swej polskości ludzi dla Kościoła. Te ofiary nie ustrzegły nas niegdyś od upadku państwowości, ale przecież – w jakiś cudowny sposób – w znacznej części z nas żyje jeszcze wolna Polska.
Dobrze, gdy chrześcijański naród ufa w Opatrzność. Nie powinien jednak czuć się zwolniony od codziennego przeciwdziałania klęsce. W czasach saskich uświadamiał to Polakom Stanisław Konarski, podkreślając wartość niepodległości, która wtedy była jeszcze czymś oczywistym. Postulował między innymi, aby sprawy Polski były rozwiązywane przez samych Polaków. Ci – jakkolwiek się z nim zgadzali – to stosowanie zalecanego postępowania wydawało się im przedwczesne. Nasi osiemnastowieczni rodacy kierowali się bowiem głównie potrzebą chwili, tak samo, jak wielu nam współczesnych.

Jerzy Terpiłowski

Pisarz, jest prezesem Stowarzyszenia Pospolite Ruszenie dla Ochrony Tradycji Narodowej Polskiej, członkiem Société Européenne de Culture.

http://tysol.salon24.pl/289362,czasy-tuskie

Posted in Historia, Polityka i aktualności, Standardy TuskoLandii | Leave a Comment »

Brakuje 900 mln zł – wiceminister usłyszy zarzuty

Posted by tadeo w dniu 21 marca 2011

Wiceminister Andrzej P. został wezwany do prokuratury, na ogłoszenie zarzutów w śledztwie dotyczącym nacisków na dyrektora krakowskiego Urzędu Kontroli Skarbowej. W ich efekcie krakowski urząd odpuścił Rafinerii Trzebinia 900 milionów złotych podatku akcyzowego w związku z handlem paliwem. O sprawie informuje tvn24.pl

Wice minister ma stawić siew prokuraturze 24 marca by usłyszeć m.in. zarzuty z art. 231 kodeksu karnego, czyli przekroczenie uprawnień lub niedopełnienie obowiązków.

 

Andrzej P. to obecny podsekretarz stanu, Generalny Inspektor InformacjiFinansowej, Generalny Inspektor Kontroli Skarbowej i Pełnomocnik Rządu do Spraw Zwalczania Nieprawidłowości Finansowych na Szkodę Rzeczypospolitej Polskiej lub Unii Europejskiej.

http://politykier.pl/kat,1025797,wid,13244634,wiadomosc.html

Posted in Afery i przekręty, Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Zorganizowana przestępczość operacyjna

Posted by tadeo w dniu 21 marca 2011

Autor Leszek Szymowski

W trakcie obrad Okrągłego Stołu i transformacji ustrojowej tajne służby PRL zadbały o stworzenie silnych struktur zorganizowanej przestępczości, które miały być wykorzystywane przez służby w nowej Polsce. To dlatego w każdejgłośnej zbrodni politycznej po 1989 r. obok zorganizowanej przestępczości pojawia się wątek służb specjalnych…

tt

Rozmowy przy Okrągłym Stole zostały zaplanowane latem 1988 r. Historia wykorzystywania zorganizowanej przestępczości przez służby specjalne PRL zaczęła się prawie dwie dekady wcześniej. We wczesnych latach 70. w
Gdyni,  w znanym z piosenek Lady Pank klubie „Maxim”, młody, silnie zbudowany Nikodem Skotarczak został zatrudniony jako ochroniarz. Czytacie Państwo „Dziennikarskie Archiwum X” – Wydział Śledczy „Gazety Finansowej” 

Agent i ojciec chrzestny

Praca w nocnym klubie cieszącym się popularnością wśród lokalnych rzezimieszków umożliwiła mu nawiązywanie dalszych znajomości. Młody człowiek bardzo szybko zprzyjaźnił się z szefami złodziejskich szajek i wpływowymi

przestępcami na Wybrzeżu, by wkrótce zostać ochroniarzem jednego z gdańskich bossów, a później jego prawą ręką. Początki jego kariery przypadły na czas reform Gierka i chwilowego dobrobytu. W pustych dotychczas

sklepach pokazały się lodówki, pralki i telewizory. Budowano coraz więcej mieszkań, a po drogach jeździło coraz więcej samochodów. W wyższych sferach pojawiła się moda na auta z krajów zachodniej Europy, które nielicznym szczęśliwcom udało się sprowadzić. Tę modę wykorzystał „Nikoś”. Wraz z kilkoma kolegami zajął się przemytem aut skradzionych w Niemczech. Z dokumentów zachowanych w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej wynika, że Skotarczak już w połowie lat 70. został informatorem gdańskiej Służby Bezpieczeństwa, a potem także Wojskowej Służby Wewnętrznej. Używał pseudonimów „Nikoś” i „Nikodem”. W konsekwencji SB udzielała mu cichej pomocy w przemycie pojazdów. W zamian oficerowie bezpieki i wojska kupowali od „Nikosia” luksusowe audi, mercedesy i volkswageny. Jego klientami byli również dygnitarze PZPR ze szczebla wojewódzkiego i centralnego. – Służby specjalne PRL-u bardzo często wykorzystywały przestępców do swoich gier – mówi Henryk Piecuch, autor książek o służbach specjalnych. – Dzięki temu przestępcy mogli czuć się bezkarnie. Ten układ przynosił korzyści obu stronom – dodaje. Skotarczak wspomógł finansowo Lechię Gdańsk. Klub piłkarski odbił się od dna i przez pewien czas święcił tryumfy, zaś sam gangster został odznaczony tytułem „Zasłużonego Obywatela Gdańska”. Był człowiekiem wyjątkowo inteligentnym, przebiegłym i elokwentnym. Rozmowy prowadził w sposób kulturalny, miał szeroką wiedzę o świecie, powoływał się na różne znajomości, choć nigdy nie używał nazwisk. „Nikoś” został zastrzelony w kwietniu 1998 r., najprawdopodobniej dlatego, że był niewygodnym świadkiem w sprawie zabójstwa gen. Papały. Schedę po nim przejął na krótko Kazimierz Hedberg  – przestępca związany z SB.

Ferajna z Pruszkowa 

Gdy na Pomorzu Nikodem Skotarczak piął się po szczeblach przestępczej kariery, konkurencyjna dla niego grupa powoli rodziła się w podwarszawskim Pruszkowie. Ci, którzy ją tworzyli, byli młodymi ludźmi z
małego, robotniczego miasteczka pod Warszawą. W dorosłość wchodzili w drugiej połowie lat 80. na pruszkowskim Żbikowie, które nie różniło się niczym od setek podobnych osiedli w PRL-u: przytłaczające, szare, brudne,socrealistyczne blokowiska z małymi, ciasnymi mieszkaniami, które dla ich rodziców były szczytem marzeń. Typowa dla tamtych czasów senność, nuda i monotonia były tym trudniejsze do zniesienia, że pozbawione jakichkolwiek perspektyw. – Młodzież mogła albo kształcić się i czekać na lepsze jutro, albo zająć działalnością przestępczą – opowiada Andrzej W., emerytowany milicjant z Pruszkowa, który w latach 80. rozpracowywał grupy kryminalne. – Oni wybierali to drugie – dodaje. Z danych zawartych w kartotekach policyjnych wynika, że w latach 80. wszyscy późniejsi liderzy gangu byli znani milicji dzięki pospolitym przestępstwom: pobiciom, wyłudzeniom pieniędzy, drobnym kradzieżom.

O tym jak rodził się gang pruszkowski dużo mówią zeznania Jarosława Sokołowskiego ps. „Masa”, który później uzyskał status świadka koronnego i uniknął kary, w zamian za zeznania obciążające byłych wspólników, zwłaszcza Wojciecha Kiełbińskiego ps „Kiełbasa” – Wojciecha Kiełbińskiego poznałem w dzieciństwie, pochodziliśmy z jednego miasta – mówił „Masa” prokuratorom Elżbiecie Grześkiewicz i Jerzemu Mierzewskiemu 15 czerwca 2000 r.

„Kiełbasa” miał charyzmę. Koledzy, którzy lgnęli do niego, ufali mu i byli gotowi wykonać każde jego polecenie. Z czasem młody mężczyzna stał się niekwestionowanym liderem młodzieży w pruszkowskim półświatku. W roku1988 został szefem małej grupy przestępczej działającej na terenie Pruszkowa i okolic. Z zeznań „Masy” wynika, że na początku zajmowali się kradzieżami benzyny ze stacji i srebra z zakładów jubilerskich.

Pod koniec lat 81, gang kierowany przez „Kiełbasę” poszerzył swoją działalność. Wtedy grupa zajmowała się napadami na tiry z przemycanym towarem. Głównie były to alkohol, papierosy i sprzęt elektroniczny. – Największeprzebicie było na alkoholu i papierosach – mówił „Masa” przesłuchującym go śledczym. Z jego zeznań wynika, że gang opracował nową metodę kradzieży tego towaru, który później był sprzedawany na bazarach w całym Mazowszu. – Sposób działania polegał na tym, że na początku ktoś z grupy (…) kontaktował się z handlarzem pod pozorem zakupu towaru. Następnie kilku ludzi spotykało się w umówionym miejscu, w hotelu lub w restauracji, tam pokazywano temu człowiekowi, że mamy pieniądze na zakup towaru. On wtedy dawał sygnał do magazynu gdzie był samochód z towarem, potem odchodziliśmy nie dając mu pieniędzy lub dostawał kanapkę, tzn. plik pociętego papieru zawierającego z zewnątrz kilka prawdziwych banknotów. W tym czasie samochód, który wyjechał z magazynu, był przejmowany przez naszych ludzi. Potem samochód był ukrywany w dziupli, a towar sprzedawany.

Pod egidą „Barabasza” 

Takich kilkuosobowych grup jak ta, kierowana przez Wojciecha Kiełbińskiego, w całym Pruszkowie było kilkanaście. Od wszystkich haracz pobierał Ireneusz P. ps. „Barabasz” – od połowy lat 70. szef lokalnych złodziei i włamywaczy. – „Barabasz” miał świetne układy z tutejszymi milicjantami i esbekami – opowiada emerytowany funkcjonariusz z Pruszkowa. – Dlatego unikał zawsze wpadek i nalotów – dodaje. Nasz rozmówca twierdzi, że część przestępców opłacała się milicji i SB w zamian za informacje o zbliżających się działaniach. Funkcjonariusze zamykali więc cinkciarzy, handlarzy walutą i drobnych złodziei, z którymi nie mieli nic wspólnego. W ten sposób eliminowali konkurencję „swoich” przestępców. – W czasach PRL-u wszędzie funkcjonowali równi i równiejsi i tak samo było w półświatku – opowiada Andrzej W. – Wpływowi przestępcy, milicjanci i esbecy, którzy udawali, że walczą z sobą, popołudniami spotykali się przy wódce i robili „interesy”. Dzięki temu mechanizmowi, „Barabasz” i skupieni wokół niego przestępcy przez całe lata byli bezkarni.

Układ ten okazał się korzystny dla każdej ze stron: milicjanci zatrzymywali drobnych złodziejaszków, zyskując tym premie i awanse, esbecy przyjmowali łapówki i zyskiwali wpływy. Osobną korzyścią dla wszystkich był podziałtowarów przemyconych do Polski przez wprawnych złodziei, przy cichej akceptacji esbeków. Ludzie „Barabasza” mogli więc za cichą zgodą władz dokonywać kolejnych przestępstw. On sam zaś mógł być pewien, żeprotektorzy w SB pomogą mu utrzymać w półświatku pozycję lidera.

Ten pierwszy, pruszkowski układ trwał przez lata, a przerwała go dopiero śmierć „Barabasza”. Wiosną 1989 r. rozpędzona Łada, którą kierował, wypadła z drogi między Pruszkowem a Komorowem. Przestępcy szeptali, że zawypadkiem stali konkurenci gangstera. Czy tak było faktycznie, tego nie wiadomo, gdyż prokuratura szybko uznała, że wypadek „Barabasza” był zdarzeniem losowym i sprawę umorzyła. Wraz z tym wypadkiem skończył sięważny rozdział w historii pruszkowskiego półświatka. Śmierć „Barabasza” przypadła bowiem na czas, kiedy przed jego spadkobiercami zaczęły rysować się znakomite perspektywy. To jest „Dziennikarskie Archiwum X” – Wydział Śledczy „Gazety Finansowej”.

Na zakręcie historii 

Ostatni rok upadającej PRL był czasem wielkich przemian gospodarczych i politycznych. W wyniku porozumień zawartych przy Okrągłym Stole, solidarnościowe władze rozwiązały Służbę Bezpieczeństwa. Wielufunkcjonariuszy SB zostało pozytywnie zweryfikowanych i rozpoczęło pracę w Urzędzie Ochrony Państwa, bądź w innych służbach mundurowych. Ci, którzy nie przeszli weryfikacji do policji, trafili na ważne stanowiska w państwowych spółkach, w państwowej i samorządowej administracji. W ten sposób w nowej rzeczywistości odnaleźli się także funkcjonariusze, którzy wcześniej zajmowali się szajkami z Pruszkowa. Te zaś miały coraz większe pole do działania i coraz mniej skutecznych przeciwników. Autorzy transformacji ustrojowej zapomnieli bowiem przeprowadzić konieczne zmiany w organach ścigania. W prokuraturze i sądach szerzyła się korupcja.

Równie prędko zmieniały się realia gospodarcze. W połowie 1988 r., komunistyczny rząd Mieczysława Rakowskiego zliberalizował przepisy i zezwolił na prowadzenie prywatnej działalności gospodarczej. Władze zezwoliły naswobodny handel walutami, umożliwiły podróże, zlikwidowały kartki i bony towarowe, dopuściły obrót towarami na rynkowych warunkach. Doprowadziło to do powstania i rozwoju małych przedsiębiorstw, które tworzyły doskonale rozwijający się sektor prywatny.

Powstaje mafia 

Po wypadku „Barabasza”, schedę po nim przejął jego współpracownik – Zbigniew Kujawski ps. „Ali”. W aktach Instytutu Pamięci Narodowej figuruje jako kontakt operacyjny (informator) Służby Bezpieczeństwa. Parę lat później został zastrzelony w nie do końca jasnych okolicznościach. Po jego śmierci funkcjonowało kilka mniejszych i większych gangów, które zaczęły łączyć się i współpracować z sobą. Tak powstał pierwszy skład grupy pruszkowskiej, której niepodzielnym szefem został na początku lat 90. Andrzej Kolikowski ps. „Pershing”. Kolikowski, podobnie jak „Barabasz”, „Nikoś” czy „Ali” od początku lat 80. współpracował z wojskowymi służbami specjalnymi. W połowie lat 80. założył w Warszawie pierwsze kasyno (musiał mieć na to zgodę władz). Kasyno było miejscem spotkań oficerów wojska, policji i tajnych służb. Cały czas dyskretną opiekę nad nim roztaczał kontrwywiad wojskowy. A sam „Pershing”, jako informator, składał regularne meldunki.

Kasyno w centrum Warszawy było również ulubionym miejscem zabaw mazowieckiego półświatka. To właśnie tam, w latach 80. „Pershing” poznał liderów szajek przestępczych ze stolicy i z Pruszkowa. Był „ich” człowiekiem.

Po śmierci „Alego” stał się niekwestionowanym liderem grupy pruszkowskiej. Jeszcze raz przywołajmy zeznania „Masy”: –W tamtym okresie grupa liczyła około 80 osób. Swoich ludzi mieli Pawlik i Parasol, około 20 osób z Pruszkowa, Pershing miał około 50 osób, pozbieranych z całej Warszawy. Te osoby wykonywały ich polecenia. Grupa zajmowała się wtedy napadami na tiry, wymuszaniem haraczy od restauratorów, odzyskiwaniem długów.

Odnośnie napadów na tiry, to były to organizowane napady na samochody przewożące alkohol i papierosy – mówił „Masa” prokuratorom.

Z jego zeznań wynika, że bandyckie napady i wyłudzenia haraczy miesięcznie przynosiły gangsterom kilkadziesiąt tysięcy dolarów zysku. Z czasem, bandyci poszerzali swój teren. Wymuszali haracze w kolejnych miasteczkach m.in. w Błoniu i Ożarowie Mazowieckim, później w południowo-zachodnich częściach stolicy. Imperium mafijne powiększało się z każdym tygodniem. – Haracze od restauracji zbierane były w Warszawie (…). Kwoty haraczu zaczynały się od 500 dolarów, w zależności od zysków restauracji (…) Później zaczęły się też wymuszenia z agencji towarzyskich, tym zajmowała się grupa „Rympałka” – Marka Czarneckiego. Z agencji ściągano średnio 500 USD miesięcznie – czytamy w protokołach zeznań gangstera. „Masa” zapamiętał, że obowiązywał ścisły podział zysków. – System był taki, że każdy dowodzący swoją grupą, np. „Żaba” połowę zebranych haraczy brał dla siebie, a połowę dzielił między żołnierzy. Ze swojej części połowę oddawał mnie, a ja z kolei ze swojej części połowę oddawałem starym. Miesięcznie starym przekazywałem kwoty kilkudziesięciu tysięcy nowych złotych – opowiedział prokuratorom.

Równolegle, kolejnym źródłem zysku gangsterów była sprzedaż samochodów. – Samochody braliśmy od różnych złodziei, było wiele tych osób, nie pamiętam ich, pamiętam jedynie, że samochody te załatwiał Wojtek Kiełbiński. Potem razem sprzedawaliśmy je (…) Z tego, co pamiętam, sprzedaliśmy wtedy kilkaset samochodów. Na każdym sprzedanym samochodzie zarabiałem kilkaset dolarów – powiedział skruszony gangster. „Masa” wspominał, że klientami mafii byli również biskupi z archidiecezji warszawskiej.

Co ciekawe, skruszony bandyta opowiedział także prokuratorom o tym, w jaki sposób gang pozyskiwał broń. Według niego, kupował ją z jednostek wojskowych za pośrednictwem Wojskowych Służb Informacyjnych. „Masa”wymienił nawet nazwisko oficera WSI, który organizował dostawę broni dla Pruszkowa. Człowiek ten został opisany w raporcie z weryfikacji WSI. Został również objęty zawiadomieniem o popełnieniu przestępstwa nielegalnego handlu bronią. Zawiadomienie to trafiło do prokuratury z Komisji Weryfikacyjnej WSI. Sprawa stoi w miejscu, oficer nie poniósł żadnych konsekwencji.

Jacht „Baraniny” 

Gang pruszkowski bardzo szybko stał się wiodącą strukturą przestępczą w Polsce. Tym bardziej, że od 1991 r. blisko współpracował z nim Jeremiasz Barański ps. „Baranina”, wywodzący się z łódzkiego półświatka. Od początku

lat 80. był znany milicji w Łodzi. Współpracował z nią jednak lojalnie, informując o przestępstwach popełnianych przez konkurencję. Na początku lat 90. Barański stał się udziałowcem spółki Bakoma (drugim udziałowcem byłEdward Mazur, polonijny biznesmen podejrzewany o zlecenie zabójstwa generała Marka Papały). W 1992 r. „Baranina” wyjechał na stałe do Wiednia. Oficjalnie był biznesmenem i konsulem honorowym Liberii, akredytowanym na Słowacji. To ostatnie stanowisko uzyskał dzięki Wojskowym Służbom Informacyjnym. – WSI miało różne materiały obciążające „Baraninę” – mówi członek Komisji Weryfikacyjnej WSI. – Przez cały czas, będąc w Wiedniu,„Baranina” współpracował niejawnie z WSI przy prowadzonych przez tę służbę operacjach przestępczych. Dowodem tego może być odnaleziona w archiwach WSI notatka z 1991 r, czytamy w niej: Jest członkiem zorganizowanej grupy przestępczej zajmującej się przemytem papierosów, alkoholu i narkotyków do RP oraz nielegalnym handlem bronią. W innej notatce napisane jest, że „Baranina” i współpracujący z nim oficer WSI stwierdzili, że mają stosowne powiązania ze służbami specjalnymi, lecz nie określili jednak, o jakie służby chodzi. W 2001 r. Sejmowa Komisja ds. służb specjalnych odkryła, że wyznaczaniem zadań „Baraninie” zajmowali się trzej oficerowie WSI. Najważniejszym był płk Andrzej Kaźmierczak ps. Siwy – po 2001 r. negatywny bohater afer paliwowych. Status konsula honorowego zapewnił „Baraninie” immunitet dyplomatyczny. Policja nie mogła kontrolować jego mieszkania, biura, pojazdów ani bagażu. Jeszcze w 1994 r. świeżo upieczony konsul kupił luksusowy jacht, którym często wypływał w dalekie podróże. Oficjalnym powodem było nawiązywanie z kolejnymi państwami stosunków dyplomatycznych w imieniu rządu Liberii. W rzeczywistości „Baranina” wykorzystywał swoje podróże do przewożenia narkotyków. Z akt śledztwa prowadzonego przez Wydział Przestępczości Zorganizowanej wiedeńskiej prokuratury wynika, że w Kolumbii i w Belize gangsterowi dostarczano środki odurzające w przesyłkach dyplomatycznych. Barański pakował je na jacht i przewoził przez ocean, a następnie przez Cieśninę Gibraltarską wracał do Europy. Cumował najczęściej w Marsylii lub Barcelonie. Tam jego bagaż – bez kontroli celnej – zabierał samochód oznaczony dyplomatycznymi numerami rejestracyjnymi. W ten sposób narkotyki trafiały do wiedeńskiego gabinetu konsula honorowego Liberii. Stamtąd przez Czechy jechały do Polski i dalej do krajów zachodniej Europy. Odpowiedzialnym za transport był oficer WSI nazwiskiem Adam Chmielewski, późniejszy bohater afery paliwowej. Z kolei w podróżach jachtem „Baraninie” towarzyszyła Halina G. „Inka”, która została później skazana za współudział w zabójstwie Jacka Dębskiego.

Od spawacza do ojca chrzestnego 

Od drugiej połowy lat 90. klientem „Baraniny” był również gang mokotowski – wówczas kontrolowany przez grupę pruszkowską i opłacający się jej. Szefem grupy od samego początku był Andrzej Horych. Zaskakująca jest kariera przestępcza tego człowieka. Horych – absolwent szkoły zawodowej, z wykształcenia spawacz – urodził się pod koniec lat 50. w ubogiej rodzinie na warszawskiej Pradze. W latach 70. był wielokrotnie notowany i zatrzymywany za pospolite przestępstwa i chuligańskie wybryki. Później związał się z hersztem trójmiejskich gangsterów – Nikodemem Skotarczakiem ps. „Nikoś” – i szybko stał się ważną postacią w półświatku. W kwietniu 1979 r. Andrzej Horych został zarejestrowany w ewidencji Wojskowej Służby Wewnętrznej jako kontakt operacyjny „Korek”. Zachowane dokumenty wskazują, że od tamtego momentu przez lata brał udział w przestępczych grach operacyjnych specsłużb specjalnych. Pod koniec lat 80. odłączył się od Skotarczaka, ale wciąż blisko z nim współpracował. Nowe miejsce dla siebie w przestępczym świecie znalazł w Warszawie. Z początku opłacał się „Pruszkowiakom”, jednak w 2000 r., gdy CBŚ rozbiło gang pruszowski, natychmiast przejął kontrolę nad podziemiem przestępczym stolicy. Stworzył najbardziej brutalny gang w historii Polski. Jego ludzie kontrolowali m.in. gang „obcinaczy palców”, wyłudzali haracze i podporządkowali sobie rynek narkotykowy. Zarobione pieniądze inwestowali w nieruchomości nad Morzem Śródziemnym. Czuwał nad tym Janusz G. – były funkcjonariusz warszawskiej SB, później jedna z kluczowych postaci w gangu. Sam „Korek” został aresztowany w 2003 r., a pięć lat później skazany na 15 lat więzienia za handel narkotykami i kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą. Nie zgodził się na współpracę z policją i prokuraturą, a zza krat wydał wyrok śmierci na świadka koronnego, prokuratora i zajmującego się jego grupą dziennikarza. Choć on sam siedzi w pilnie strzeżonej celi, jego gang zdaje się odradzać. I znowu pojawiają się wokół niego byli funkcjonariusze tajnych służb, w tym bliski współpracownik wspomnianego Janusza G. Nazwiska Janusza G., gangsterów z Pruszkowa i Mokotowa oraz współpracujących z nimi oficerów służb specjalnych pojawiały się przy każdej głośnej zbrodni lat 90. – przy zabójstwie Andrzeja Stuglika, Jacka Dębskiego i Marka Papały. Nazwiska gangsterów, funkcjonariuszy specsłużb i agentów przewijają się też w zbrodni na Krzysztofie Olewniku. Wszystko wskazuje więc na to, że służby specjalne PRL – choć formalnie nie istnieją – mają wciąż kontrolę nad całkowicie realną i istniejącą polską przestępczością zorganizowaną. I wykorzystują ją do celów operacyjnych.

http://www.gazetafinansowa.pl/index.php/wydarzenia/go-specjalny-gf/4986-zorganizowana-przestpczo-operacyjna.html

Posted in Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Mirek obiecał załatwić temat

Posted by tadeo w dniu 21 marca 2011

Brak zainteresowania mediów losami afery hazardowej to brak zainteresowania stanem państwa. To niepokojące lekceważenie symptomów skrajnego upolitycznienia instytucji publicznych.

Mirek obiecał załatwić temat

Rosół po przesłuchaniach komisji ws. afery hazardowej

Mnie sformułowanie »afera hazardowa« nie przeszkadza. Tak jest, przez wiele tygodni wiele gorszących aspektów i zachowań różnych ludzi, różnych, w tym urzędników państwowych, moim zdaniem, pozwala na używanie tego typu sformułowania”.

A więc jednak… 4 lutego 2010 roku przed sejmową komisją śledczą premier Donald Tusk przyznał jak wyżej. I co? I nic. To by było na tyle. Już w tamtej, mogłoby się wydawać dość odważnej ocenie szefa rządu, wyraźnie słyszalna była nuta relatywizacji. Nuta, która głównie za sprawą przewodniczącego komisji Mirosława Sekuły z każdym kolejnym dniem pracy sejmowych śledczych brzmiała coraz głośniej, by w finale, czyli dniu prezentacji raportu końcowego, stać się już prawdziwym hejnałem.

http://uwazamrze.pl/2011/03/mirek-obiecal-zalatwic-temat/

Posted in Afery i przekręty, Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Niestandardowo wysoka gaża Szymona Majewskiego

Posted by tadeo w dniu 21 marca 2011

Niestandardowo wysoka gaża Szymona MajewskiegoSzymon Majewski
(fot. PAP / Andrzej Grygiel)Za reklamę banku PKO BP Szymon Majewski, jeśli się sprawdzi, otrzyma 3,32 mln zł – dowiedział się „Puls Biznesu”.

Chodzi o kampanię reklamową nowych kontPKO BP, której twarzą został Szymon Majewski. Początkowo zarząd PKO BP zgodził się na gażę 1,7 mln zł, a następnie podwoił jąZbigniew Jagiełło, prezes banku. 

Jednak jak zastrzega rzeczniczka banku Elżbieta Anders, ostateczna decyzja dotycząca zaangażowania gwiazdy TVN do reklamowania banku w przyszłym roku zależeć będzie od wyników obecnej kampanii.

Jak dowiedział się „Puls Biznesu”, wydatki na kampanię nie mogą przekroczyć 61,9 mln zł. Z tego pierwsza transza to 45,6 mln zł. Uruchomienie pozostałychpieniędzy po dwóch miesiącach uzależniono od skuteczności dotychczasowychreklam.

Zobacz również:Weryfikacja tożsamości w banku zamiast podpisu elektronicznego?Zdaniem cytowanych przez gazetę specjalistów, gaża dla Szymona Majewskiego jest „niestandardowo wysoka”.

http://banki.wp.pl/kat,6602,title,Niestandardowo-wysoka-gaza-Szymona-Majewskiego,wid,13242315,wiadomosc.html

 

Posted in Polityka i aktualności | Leave a Comment »