WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for 26 lutego, 2011

Stefanos E. – Gwiazda Platformy Obywatelskiej

Posted by tadeo w dniu 26 lutego 2011

Posted in Polityka i aktualności, Standardy TuskoLandii | Leave a Comment »

Rzecz się stała niesłychana: „odmówił udziału w dyskusji”

Posted by tadeo w dniu 26 lutego 2011

Odmówił!

Nie powiedział dziękuję! … odmówił i nie powiedział dziękuję!

Skandal!

Do sądu z nim!

Nie wolno!

Zakazać! Zakazać odmawiania!!!

 

Oj komuszki, komuszki, puknijcie wy się w głowę.

*)  Andrzej Gut-Mostowy (PO) ocenił, że „demonstracyjne” wyjście posłów PiS po projekcji „bez słowa dziękuję dla twórców filmu to jest rzecz skandaliczna”.

PO wnioskuje o ukaranie Terleckiego.

     

    Posted in Polityka i aktualności | Leave a Comment »

    Kowal swojego losu – sylwetka Pawła Kowala

    Posted by tadeo w dniu 26 lutego 2011

    Ma 36 lat. Zdążył już stworzyć klub młodzieżowy, wybudować muzeum, być wiceszefem dyplomacji, nieformalnym przedstawicielem prezydenta na Wschodzie. Teraz jest eurodeputowanym i świeżo upieczonym doktorem nauk. – Nieprawda, że mam jakiś plan – zaprzecza Paweł Kowal.

    Pierwsza w nocy. Kilkanaście godzin wcześniej spadł samolot z polskim prezydentem. Pod Smoleńskiem rozstawiono brezentowy namiot. Wyglądało to jak wojenne centrum dowodzenia. Najważniejsza w życiu rozmowa. Paweł Kowal jako wysłannik Jarosława Kaczyńskiego z ambasadorem Jerzym Bahrem czekają w półmroku. Z ciemności wyłania się Władimir Putin. Chłodny, ale uprzejmy. Nawet na chwilę nie usiedli. Kowal przekazuje, że Jarosław Kaczyński chce, by trumna z ciałem polskiego prezydenta poleciała jak najszybciej do Polski. Putin przekonuje, że zwłoki Lecha Kaczyńskiego powinny polecieć najpierw do Moskwy. To jest ważne dla naszego narodu i dla waszego. Rozmawiają chwilę o rodzinie Kaczyńskich. – Znam sytuację, wiem, że mama pana Kaczyńskiego jest w szpitalu – mówi Putin. Kowal: – Dla nas, panie premierze, jest bardzo ważne, by nie lecieć do Moskwy. Putin zgadza się, by pożegnanie odbyło się w Smoleńsku, ale następnego dnia. Kowal z Jarosławem Kaczyńskim i pozostałymi politykami PiS wracają do Warszawy.

    Na Okęciu goli się, przebiera i zaraz wsiada do wojskowej CASY, która poleci z powrotem do Rosji po ciało prezydenta. Następnego dnia wracał z trumną. Cały czas panował nad emocjami. Jako jeden z niewielu.

     

    Będzie Wawel!

     

    Po powrocie w gabinecie Jarosława Kaczyńskiego zebrała się grupa współpracowników. Paweł Kowal przedstawił cztery warianty pochówku prezydenta. Świątynia Opatrzności Bożej, katedra warszawska, Powązki i Wawel. – Wszyscy byli w ogromnych emocjach. On zachowywał się bardzo racjonalnie. Jak profesjonalny doradca przedstawiał konsekwencje każdej decyzji. Przy każdej propozycji padały jakieś wątpliwości: – Świątynia Opatrzności – to ciągle budowa. Nie można prezydenta chować na budowie. Katedra – nie było jasne, czy będzie mogła być razem pochowana Maria Kaczyńska. Jarosław Kaczyński był pierwotnie za Powązkami. Kowal przeciw: – To wpisze go w tradycję insurekcyjną. Chcecie, żeby był w podręcznikach historii? To musi być Wawel. To musi być akt państwowy – mówił.

    – Wielu z nas było w pierwszej chwili przeciwko Wawelowi. On pierwszy zrozumiał znaczenie takiego gestu i miejsca – mówi Ołdakowski. Z Krakowa, miedzy innymi z kurii, w tym samym czasie płynęły głosy namawiające do pochówku na Wawelu.

    „Gazeta Wyborcza” i jej środowisko szybko zaatakowały ten pomysł. Nie było jasne, czym się skończy. Dwa dni później po wieczorze pożegnalnym Tomasza Merty na Zamku Królewskim spotkali się w zamkowej kawiarence zaprzyjaźnieni z nim muzealnicy. Kowal z triumfem na twarzy ogłasza: „Wygraliśmy. Będzie Wawel”.

    Pół roku później Paweł Kowal opuścił Prawo i Sprawiedliwość i Jarosława Kaczyńskiego.

    – On kulturowo nie pasował do partii. Dopóki był pod skrzydłami Lecha Kaczyńskiego, to było OK. Ale kiedy zmierzył się z gołym PiS, widać było, że szybko musi dojść do jakiegoś zderzenia – mówi krakowski historyk profesor Tomasz Gąsowski, jeden z 12 założycieli komitetu Prawa i Sprawiedliwości, z którego potem wyłoniła się partia.

    Kowal odszedł z PiS, ale w przeciwieństwie do części kolegów ze swojej nowej partii nie atakuje kolegów z dawnej (ani jej szefa). Mimo że napięcie między PJN a PiS jest duże, politycy partii Kaczyńskiego też wypowiadają się o nim dość ciepło.

    Prof. Ryszard Legutko, eurodeputowany PiS, który złożył wniosek o wyrzucenie z delegacji Marka Migalskiego: – Kowal to bardzo ambitny, zdolny, idący mocno do przodu polityk. Mam nadzieję, że spełni się w tej nowej grupie, choć uważam, że popełnił błąd. Dla PJN nie ma miejsca w pejzażu politycznym, to medialna wydmuszka. Ale jeśli Kowal teraz się jakoś nie wystrzela, to ma przed sobą długie życie polityczne. Życzę mu jak najlepiej.

    Beata Szydło, wiceszefowa PiS, startowała z Kowalem w tym samym okręgu: – Paweł nie angażował się bardzo w pracę w naszym okręgu. Ale mam o nim dobre zdanie, to kompetentny polityk. Nie wiem, dlaczego podjął decyzję o odejściu z PiS. Byłam tym zdziwiona.

    Kowal utrzymuje kontakty z ludźmi wielu stron. Kiedy był w PiS, nie atakowała go nawet „Gazeta Wyborcza”. Dziś nie atakuje go PiS. Wielu jego znajomych przyznaje, że postępuje bardzo metodycznie, działa w ostrożny i przemyślany sposób. Choć nie boi się też zwarcia. Jak choćby wtedy, gdy w 2006 r. na antenie Tok FM kłócili się z Bronisławem Komorowskim o politykę zagraniczną prezydenta Kaczyńskiego. Obaj byli w tak wielkich emocjach, że prowadzący audycję, autor niniejszego tekstu, nie był w stanie zapanować nad rozpalonymi politykami. Przez dobre kilka minut obaj krzyczeli jednocześnie do mikrofonów.

    Paweł Kowal ma 36 lat. Zdążył już stworzyć nocny klub dla alternatywnej młodzieży, wybudować Muzeum Powstania Warszawskiego, być wiceministrem spraw zagranicznych, nieformalnym przedstawicielem prezydenta Kaczyńskiego w najważniejszym dla niego obszarze polityki zagranicznej – na Wschodzie. Teraz jest eurodeputowanym, właśnie się doktoryzował pracą na temat generała Wojciecha Jaruzelskiego.

     

    Sekretarz albo biskup

     

    To jest typ człowieka z prowincji, który musiał o wszystko walczyć, wszystko wydzierać własnymi rękami, we wszystkim być lepszy od miejscowych. I pewnie dlatego zaszedł tak daleko. Jak ktoś się dusi na prowincji, to albo doznaje skrajnej frustracji, albo zaczyna walczyć o zdobycie świata. Kowal to ten drugi przypadek – mówi wieloletni przyjaciel Artur Wołek, krakowski politolog.

    Kowal pochodzi z Rzeszowa. Wychował się w prostej rodzinie. Urodził się 22 lipca. – Będzie sekretarzem partii albo biskupem – miała powiedzieć położna. W domu nie dostał antykomunistycznej szkoły. Mieszkał w blokowisku. Tam nie było opozycji. Ojciec jest robotnikiem. Działał w OPZZ. Matka nie zajmowała się polityką. O rodzicach mówi z dużym szacunkiem.

    Do opozycji zbliżał się przez Kościół. Matka pilnowała, by chodził w niedzielę do kościoła. W jego wychowaniu, dojrzewaniu ogromną rolę odegrali księża. Wzrastał w bardzo konserwatywnym środowisku. Tam autorytetem był biskup Ignacy Tokarczuk, twardy, konserwatywny antykomunista. To był punkt odniesienia dla miejscowej ludności.

    W Rzeszowie dostał się do najlepszego liceum. Pewnego dnia pojechał w ciemno do Krakowa. Trafił na księdza Tischnera. I ściągnął go do swego liceum.

    Kiedy przyjechał na studia, miał długie kręcone włosy. Nie miał pieniędzy. Musiał bardzo walczyć, by się utrzymać. Po przyjeździe poszedł do księdza Tischnera. To był jedyny kontakt, jaki miał. Ksiądz Tischner pomógł mu znaleźć pracę. W nocy jeździł myć tramwaje. Chodził pieszo przez pół Krakowa, żeby zaoszczędzić.

    Pewnego dnia zgłosił się do Klubu Jagiellońskiego z pomysłem, by zorganizować warsztaty Mistrzów Historii Współczesnej. Mieli spotkania z Krystyną Kersten, Andrzejem Chwalbą, Andrzejem Paczkowskim, Tomaszem Gąsowskim, Wojciechem Roszkowskim. Przez tydzień odbyło się wiele spotkań.

    W końcu został prezesem Klubu. Zapraszali polityków. Bywał Ludwik Dorn, Hanna Gronkiewicz-Waltz, Lech Kaczyński. Były debaty o konstytucji i wernisaże malarstwa. Związał się też z Ośrodkiem Myśli Politycznej, który dziś wydaje jego książkę o polityce wschodniej. Pisał do „Kwartalnika Konserwatywnego”. Przyznaje, że duży wpływ miał na niego Rafał Matyja. Potem już w Warszawie trafił do grupy Windsor. To wszystko mniej lub bardziej konserwatywne środowiska.

    – Kiedyś bardzo fascynował mnie Aleksander Hall. Zawsze chciałem go poznać. I kiedy wreszcie go spotkałem, okazał się być bardzo nieprzyjemny i opryskliwy. Bo wtedy byłem już z PiS.

    Artur Wołek: – Paweł ewoluował jak cała prawica krakowska. Zaczął od prawej strony Unii Wolności. Chciał być częścią establishmentu. Ale ewolucja polegała na tym, że coraz bardziej okazywało się, iż ten establishment to pic na wodę fotomontaż. Paweł zobaczył, że establishment „Gazety Wyborczej” jest nieatrakcyjny.

     

    Wykształcić endeka

     

    Na studiach zaczął interesować się Wschodem. Za pieniądze ze Wspólnoty Polskiej pojechał do Jakucji. Badał mieszkających tam Polaków. Pojechał tam z Jackiem Pawłowiczem, kolegą z pokoju w akademiku. Kowal zajął się logistyką. Mieszkali w klasztorze Salezjanów, który mieścił się w trzypokojowym mieszkaniu w bloku. – Nie mieliśmy nic, tylko kontakt do księży. – Ale Paweł miał gadane i siłę przebicia. Łatwo nawiązywał kontakty – wspomina kolega.

    W trakcie badań spotkali inną polską ekipę badawczą, prowadzoną przez znaną panią profesor. Okazało się, że wchodzili sobie w drogę, bo chcieli prowadzić podobne badania. Szefowa drugiej ekipy miała od nich zażądać, żeby zaprzestali swoich działań. – Paweł był studentem, a ona profesorem. Nie dał się zastraszyć, doszło do negocjacji. Nie udało się nas wykurzyć, jakoś się dogadaliśmy co do tego, gdzie kto prowadził badania – wspomina Pawłowicz.

    – Już wtedy widziałem w nim ogromny potencjał. Jego kariera w ogóle mnie nie dziwi. Chciał być politykiem. Czułem to. Z jednej strony umie zjednywać sobie ludzi, z drugiej nie unika zwarć, jak wtedy z ową profesor. Zawsze lubił się mądrzyć i dyrygować. Zawsze chciał zarządzać naszym pokojem, choć był najmłodszy. Śmialiśmy się wtedy, że chce zostać premierem naszego pokoju, a w przyszłości prawdziwym – mówi przyjaciel z akademika.

    Jego znajomi podkreślają, że umiał rozmiękczać serca starszych profesorów. Tomasza Gąsowskiego, Marię Dzielską, potem Krystynę Kersten, Lecha Kaczyńskiego czy Jana Kofmana, u którego pisał pracę doktorską. – Oni zwykle traktowali go jak swoje dziecko – mówią.

    Marzył o tym, by poznać Krystynę Kersten. Jako student Collegium Invisibile mógł sobie wybrać prywatny kurs u tego profesora, którego chciał. Wybrał właśnie Kersten. Jako alternatywę wpisał Bronisława Geremka. Marzenie się spełniło. Uzyskał prywatny kurs u profesor Kersten.

    Ona miała go za endeka. Sama, mając poglądy dużo bliższe lewicy, uznała, że jeśli młody chłopak chce być prawicowcem, to musi dostać solidne wykształcenie. Wypytywała go o poglądy, co sądzi na różne tematy. Także o to, dlaczego w piątek nie je mięsa. Byli w bardzo serdecznej relacji. Mógł wziąć z jej półki, co chciał. Jak nie miał pieniędzy, dawała mu je albo karmiła. – Nigdy nie wyszedłem od niej bez dziesięciu książek – wspomina. – Mam wobec pani profesor ogromy dług wdzięczności. To było bardzo pozytywne doświadczenie liberalnej Warszawy.

    Pewnie dlatego liberalna Warszawa, choć był w PiS, ciągle go lubi. Znajomość ze środowiskiem „Gazety” zaczęła się od tego, że Jacek Kuroń napisał kiedyś tekst, w którym wezwał młodych ludzi do dyskusji. Kowal, jeszcze wówczas student zadzwonił i zapytał, czy naprawdę każdy może napisać. Kuroń odpowiedział, że oczywiście. Kowal tekst wysłał, który nigdy się jednak nie ukazał. – To nie był dobry artykuł – przyznaje. Półtora roku później poznał Adama Michnika. Opowiedział mu o zdarzeniu z Kuroniem. Ten zrobił mu awanturę, że śmie atakować jego przyjaciela. – Ale kiedy jakiś czas później po upadku rządu Buzka straciliśmy pracę w Ministerstwie Kultury, Michnik zadzwonił do mnie i zaoferował pomoc, gdybym miał problem z pracą – opowiada.

     

    Didżeje i powstańcy

     

    Po studiach szybko trafił do Warszawy. Przyjechał jeszcze z plecakiem, w dżinsach i trampkach, ale szybko przeskoczył w garnitur. I już z niego nie wyszedł. W Kancelarii Premiera za Jerzego Buzka zajmował się polityką zagraniczną. – Prowadził bardzo aktywne działania. Mnóstwo czytał, szlifował rosyjski, często jeździł na Wschód, nawiązywał kontakty. Spotykał się z dyplomatami w Warszawie – opowiadają znajomi.

    Potem trafił do Ministerstwa Kultury do Kazimierza Michała Ujazdowskiego. Razem z Janem Ołdakowskim, Tomaszem Mertą i Robertem Kostro. Stworzyli tam silny konserwatywny ośrodek pracujący nad realizacją polityki historycznej.

    Gdy przyszły rządy SLD, razem z Ołdakowskim założyli alternatywną Galerię OFF. Piwo, muzyka, nocne imprezy. Przychodzili tam młodzi poprzebierani ludzie w bardzo alternatywnych fryzurach. Ołdakowski zaprzyjaźniał się z gośćmi, Kowal chodził po zapleczu w tweedowej marynarce, dzwonił przez komórkę. Zarządzał. I do wszystkich mówił per pan. Nawet do didżeja z dreadami.

    – On nie czuł wcale undergroundu. Po prostu zarządzał. Kiedy w jednym z magazynów, gdzie uznano Galerię OFF za miejsce kultowe, zapytano go, co lubi, jaki zespół, odpowiedział: Wanda i Banda. – Było to tak odjazdowe, że wszyscy się zachwycili, uznali, że jest trendsetterem. Zapytaliśmy go, skąd to wziął: – Tylko ta nazwa wpadła mi do głowy – powiedział.

    Kiedy niespodziewanie otrzymali propozycję stworzenia Muzeum Powstania Warszawskiego, szybko porzucili Galerię. Uznali, że Muzeum to wielka szansa. Kowal został – wraz z Dariuszem Gawinem – zastępcą dyrektora Ołdakowskiego. Sukces muzeum to był początek poważnej kariery politycznej Kowala.

    W tym mniej więcej czasie środowisko Kowala weszło w bardzo poważny konflikt z ministrem Ujazdowskim. Ich drogi się rozeszły. Przy Ujazdowskim zostali Tomasz Merta i Robert Kostro. Nikt dziś nie chce mówić o szczegółach, ale widać, że ten rów jest niezwykle głęboki. Taka typowa historia o polskiej prawicy.

    Kowal trafił w orbitę Lecha Kaczyńskiego. – Prezydent obdarzył nas niezwykłym zaufaniem. To była kolejna wielka szansa w moim życiu, z której udało mi się skorzystać. Prezydent poświęcał nam dużo czasu i energii. Często rozmawialiśmy. On miał charyzmat do pracy z młodymi ludźmi. Wnikał w nasze prywatne sprawy, był bardzo ciekawy, co myślimy, był ciekaw nas. Uważał nas za integralnych katolików i to go bardzo ciekawiło. Wypytywał, dyskutował – mówi Kowal.

    Po 2007 r. pojawiły się publiczne zarzuty, że Paweł Kowal współpracował z WSI. Jak to było? – pytam. – Kilka lat wcześniej zgłosili się do mnie goście, którzy przedstawili się jako urzędnicy ministerstwa. Chcieli mi zlecić pisanie analiz. Powiedziałem, że dobrze, ale że chcę oficjalną umowę o dzieło i potem PiT. Nie wiedziałem wtedy przecież, czy byli z WSI. Spotkaliśmy się kilka razy, ale się nie dogadaliśmy. Poczułem, że jest coś nie tak. Więc nic dla nich nie napisałem i żadnych pieniędzy nie zarobiłem – zapewnia. – Opowiedziałem o tym prezydentowi. – Jeśli mogę mieć w całej sprawie do kogoś pretensje, to do siebie, że nie zrozumiałem od razu sytuacji i stało się to przyczyną kłopotów.

    Lech Kaczyński namówił muzealników, by startowali w wyborach. Kowal odnalazł się w roli parlamentarzysty, co także znaczy, że szybko przyjął wszystkie złe nawyki polityków. Osoby obserwujące go wówczas z bliska widziały, jak staje się działaczem partyjnym, który nie zawsze mówi to, co myśli, i co więcej – taka sytuacja często go bawi. – Stawał się partyjniakiem i tracił na tym wiarygodność – oceniają. Widać było, że chciał znowu coś szybko osiągnąć. Prześcigał się w polemikach, mówiło się, że starał się zostać prezesem telewizji.

    Pytany o to, mówi dziś wprost: – Był moment, kiedy zgłupiałem. Partyjna polityka wciągnęła mnie w wirówkę. Popełniłem wiele błędów.

    Potem była kampania do Europarlamentu. Jadwiga Emilewicz: – W kampanii pracował jak maszyna. Zaczynał o godz. 6 – 7 rano, kończył w nocy. Szkoły, przysiółki, sołectwa, rozdawał ulotki na targu, rozmawiał z kobietami sprzedającymi na straganach. Umie zjednywać sobie ludzi.

    Z czasem zaczął specjalizować się w jednej tematyce. I to bardzo konsekwentnie. W tej, która od zawsze była mu bliska – polityce wschodniej. Takiej, jaką widział Jerzy Giedroyc i jaką starał się realizować Lech Kaczyński.

    W swoich ocenach stał się bardziej wyważony. Zwłaszcza od momentu, kiedy opuścił PiS. Wcześniej, komentując politykę Radosława Sikorskiego, krytykował ją w 100 procentach. Dziś, choć krytyczny, zdobywa się już także czasem na pozytywne oceny. Kilka miesięcy temu rozeszły się plotki, że Kowal szykuje się do przejścia do Platformy. On temu zaprzecza.

    Podkreśla zawsze, że jest bardzo mocno związany z grupą swoich politycznych przyjaciół. – Lech Kaczyński nas nauczył, że trzeba grać w drużynie, żeby być razem. I to nam zostało – mówi.

    Kiedy wyrzucono Elżbietę Jakubiak z PiS, to on powiedział: „Wychodzimy natychmiast, tylko nie szkodźmy PiS”. I rzeczywiście w wielu wywiadach, publicznych wystąpieniach pytany, prowokowany do atakowania Jarosława Kaczyńskiego, robi krok w tył, odmawia odpowiedzi. Inaczej niż wiele jego koleżanek i kolegów z PJN.

     

    Bez obciążeń

     

    Profesor Gąsowski: – Paweł ma temperament polityczny. Wie, w którym momencie znaleźć się w którym korytarzu, na którym krześle usiąść. A przy tym nie zaniedbuje relacji ze znajomymi.

    Artur Wołek: – Być może znaczenie ma to, że Kowal trafił do polityki kilka lat później i nie doświadczył tego, czego wielu innych prawicowców, czyli dominacji „Gazety Wyborczej”. Tego, że jak się jest przeciwko „GW”, to jest się świrem. Chyba to mu pomaga, nie ma pewnych obciążeń.

    Gawin: – To jest polityk do zadań specjalnych. Ma potencjał polityka wielkiego formatu.

    Wołek: – Paweł jest „wygrywny” – zawsze wygrywa, jest nastawiony na sukces. To nie jest ktoś, kto byłby gotowy wejść w interes, który nie rokuje na przyszłość.

    – Zawsze miał parcie na salony, by obracać się w coraz lepszym towarzystwie. Dobrze kalkuluje każdy krok, układa swoją karierę, jest może w tym nawet trochę cyniczny, ale to wszystko ma ręce i nogi. Daleko jeszcze zajdzie – takie komentarze zbieram od wielu jego znajomych.

    – Wiem, wszyscy uważają, że mam jakiś plan – broni się Kowal. – Ta opinia jest dla mnie kłopotem, bo jest nieprawdziwa, a konsoliduje moich przeciwników. Kiedy byłem na studiach i tuż po nich, wcale nie myślałem o polityce. Myślałem, że będę uczonym, że będę miał takie mieszkanie jak Krystyna Kersten z książkami i szezlongiem – mówi.

    Wołek: – To facet, który sam siebie stworzył. Z prostej rodziny, sam wygryzł najlepsze liceum, sam przyjechał do Krakowa. A tutaj każdy, kto ma tatę profesora, ma zupełnie inną pozycję. Kowal ładował się we wszystko, co się pojawiało. I wszystko, co zaczynał, kończył .

    – To pierwszy z nas. Pierwszy wśród równych – mówią o Pawle Kowalu Jan Ołdakowski i Dariusz Gawin. Kowal jest tym z nich, którego chcieliby widzieć jako politycznego lidera.

    Tomasz Gąsowski, profesor: – To jest jedyny prawdziwy polityk w PJN. Różne jego cechy predestynują go, by w tym gronie PJN być kimś ważnym. Może najważniejszym.

    Rzeczpospolita

     

    Posted in Polityka i aktualności | Leave a Comment »

    Katastrofa smolenska-dwa samoloty-zeznania Wiśniewskiego

    Posted by tadeo w dniu 26 lutego 2011

    Odsłuchałem na Onecie zesnania reporera telewizji publicznej pana Wisniewskiego przeprowadzone w radiu „Zet” przez Stokrotke, reklamowane jako decydujace zeznania w sprawie katastrofy smoleńskiej.

    Sławomir Wiśniewski, który jako montażysta TVP był w Smoleńsku, na własne oczy widział, jak Tu-154M przechylony skrzydłami prostopadle do ziemi się roztrzaskał, mówi o dramatycznych chwilach 10 kwietnia. Dodaje też, że „troszeczkę zdziwiło” go to, iż nikt go zaraz po katastrofie nie chciał go przesłuchać, więc bez problemów wrócił do Polski pociągiem.

    Jacek Gądek (Onet.pl): – Może pan powiedzieć, że był naocznym świadkiem katastrofy smoleńskiej?

    Sławomir Wiśniewski (autor nagrań ze Smoleńska): – Z całą odpowiedzialnością mogę użyć takiego określenia, bo stojąc w hotelowym oknie, widziałem moment spadania samolotu. Tak – jestem naocznym świadkiem tej katastrofy.

     

    Miał pan od razu świadomość, że widzi katastrofę samolotu z 96 osobami, w tym prezydentem Polski, na pokładzie?

    O tym, że był to nasz Tupolew, że na pokładzie była polska delegacja wraz prezydentem, dowiedziałem się dopiero, gdy zostałem już zatrzymany przez funkcjonariuszy służb rosyjskich. Wtedy dostałem SMS-a z Polski i z niego się dowiedziałem – wtedy do mnie to dotarło. Wtedy siedzący ze mną kierowca rosyjski zapytał, czy coś mi się stało. Odpowiedziałem, że źle się poczułem.

    Poprosiłem osobę, która wysłała tego SMS-a, aby zawiadomiła moją firmę, że zostałem zatrzymany. Być może dzięki temu SMS-owi i tej osobie po prostu wiedziano w firmie o mojej sytuacji i zostałem szybko zwolniony.

    A co pan widział przez okno hotelowe?

    Stałem w nim i zdejmowałem tę nieszczęsną kamerę, która wcześniej rejestrowała mgłę. Robotnicy akurat obok coś naprawiali i obawiałem się, że mogą strącić mi kamerę z parapetu albo ją uszkodzić, więc ją zdjąłem. I to był moment decydujący. Akurat trzymałem kamerę w rękach, już niestety wyłączoną, i najpierw usłyszałem ten dziwny dźwięk silników, a potem zobaczyłem już bardzo nisko lecący, spadający samolot, który lewym skrzydłem był skierowany pod katem ok. 90 stopni w dół. Potem był łomot, eksplozja, wybuch, słup ognia.

    Czasami eksperci bądź prasa podważają wersję, która mówi o tym, że samolot zaczął się w końcowej fazie lotu obracać na grzbiet?

    Czy samolot się potem obrócił, czy koziołkował, czy jakoś się przetaczał, to nie wiem. Tam była mgła i drzewa – widziałem skrzydło skierowane w dół i zarys samolotu.

    Nie mogę jednoznacznie powiedzieć czy się obracał, czy nie. Z tego, co mówili mi eksperci ds. lotnictwa, wiem, że prawdopodobnie samolot z racji utraty części skrzydła, stracił siłę nośną, pochylił się w lewą stronę. I niestety samolot już nie miał żadnych szans na wylądowanie, a ludzie na przeżycie.

    Widział pan jak rozbija się samolot, co pan potem zrobił?

    Ubrałem się, wziąłem kamerę do ręki. Miałem wtedy chwilę zawahania, bo to jest rosyjskie wojskowe lotnisko, a bieganie po nim nie należy do rzeczy bezpiecznych.

    A na miejscu katastrofy…

    … będąc już na miejscu usłyszałem, że to polski samolot i również to mnie utwierdzało w przekonaniu, że była to wracająca polska maszyna, ale już pusta, bez pasażerów. Na miejscu katastrofy w Smoleńsku nie widziałem – tak jak to było w Lesie Kabackim (w 1987 r. pod Warszawą rozbił się samolot z 183 osobami, nikt nie przeżył – red.) – żadnych mebli, foteli, ubrań, ani szczątków ludzkich. To mnie utwierdzało w przekonaniu, że samolot był bez pasażerów.

    Na miejscu katastrofy nie miał pan świadomości, co ma przed oczami?

    Gdy robiłem zdjęcia, cały czas byłem przekonany, że to jest nasz samolot, ale nie miałem świadomości, że to właśnie nim leciała polska delegacja z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Być może, gdybym wiedział wcześniej i biegł na miejsce z taką świadomością, to nie wiem, czy miałbym siłę ruszyć się z miejsca. Naturalną ludzką reakcją byłoby chyba usiąść i płakać, jak zwyczajny człowiek. W takich sytuacjach człowiek albo przestaje funkcjonować, albo zupełnie odwrotnie – zaczyna działać jak maszyna.

    Na miejscu katastrofy widział pan ciała?

     

    Bezpośrednio na miejscu jak i oglądając mój materiał, nie widziałem ciał i szczątków ludzkich, choć niektórzy internauci próbują dopatrywać się jakichś wychodzących postaci. W tym miejscu, w którym ja się znajdowałem, prawdopodobieństwo, że mogły się znajdować ciała, było niewielkie.

    Dlaczego?

    Bo to była tylna część samolotu, techniczna. Gros tej tragedii było w innym miejscu – w kadłubie, który leżał dalej, dokąd nie doszedłem. Być może dobrze, że tego miejsca nie widziałem, bo moja psychika by tego nie wytrzymała.

    A szedł pan w kierunku miejsca, w którym znajdowały się ciała?

    Tak – próbowałem tam dotrzeć, bo widziałem, że dalej leży kadłub i koła. Chciałem ominąć strażaków, żeby nie zalali mi kamery, było też straszne błoto, więc poszedłem od drugiej strony. Próbowałem iść w stronę lasu, przez gałęzie. I tak się stało, że od tamtej właśnie strony szła – jak ja to mówię – „nagonka”. Przybiegli rosyjscy funkcjonariusze, wyprowadzili mnie stamtąd i zarekwirowali kamerę.

    Jak wrócił pan do Polski?

    Po skończeniu pracy wzięliśmy sprzęt i pojechaliśmy pociągiem do domu. Żadnych utrudnień nie było. To mnie troszeczkę zdziwiło, bo przecież w ciągu kilku dni informacje się rozeszły – kto, gdzie był, a ja też się przedstawiłem, sprawdzali mnie też w hotelu. Ale nikt nie chciał mnie przesłuchać. Kilka osób chciało na dworcu ze mną robić wywiady, ale odpowiedziałem, że nic z tych rzeczy.

    Ma pan poczucie, że staje się elementem gry wokół katastrofy 10 kwietnia?

    Raczej nie. Może ktoś chce próbować mnie wkręcać w jakąś polityczną grę, ale ja jestem świadkiem, zwyczajnym montażystą, choć miałem możliwość zobaczenia na własne oczy katastrofę na miarę może nawet i 100-lecia.

    A w Polsce też żadnych utrudnień, nacisków na pana nie było?

    Niektórzy sugerowali, że były jakieś rosyjskie naciski na mnie i że niby zmieniam wersję wydarzeń, ale to nieprawda. Podobnie też nie było żadnych nacisków krajowych służb, prokuratury wojskowej czy policji, która przesłuchiwała mnie na okoliczność kradzieży kart Andrzeja Przewoźnika. Nie mam nic na sumieniu, więc nie mam powodów, aby się czegokolwiek obawiać.

    Sądzi pan, że ma wiedzę, która może się przydać przy badaniu katastrofy?

    Moją widzę w postaci materiałów, którymi dysponuję, przekazałem komisji ministra Jerzego Millera, a przede wszystkim Prokuraturze Wojskowej.

    A teraz porównajcie wywiad z montażystą TVP Sławomirem Wiśniewskim z 19 kwietnia 2010 roku.

    Widziałem spadający samolot

    Maszyna była przechylona. Nagle huk. Słup ognia. Rozbił się – mówi montażysta TVP Sławomir Wiśniewski

    Rz: Gdzie pan był, gdy doszło do katastrofy polskiego samolotu?

    Sławomir Wiśniewski: W Nowym Hotelu położonym w pobliżu lotniska wojskowego, po drugiej stronie ulicy. Miałem dużo pracy, montowałem materiały.

    Nagle usłyszał pan huk samolotowych silników.

    Tak, ale myślałem, że samolot leci pusty. Godzinę wcześniej wydawało mi się bowiem, że maszyna lądowała. Wówczas również słyszałem huk silników. Gdy więc usłyszałem go ponownie, myślałem, że nasza delegacja wylądowała już bezpiecznie, a samolot leci załatwić jakieś sprawy techniczne, na przykład zatankować, albo wraca do Polski i potem przyleci z powrotem po prezydenta. Mimo to podszedłem do okna, żeby zobaczyć maszynę.

    Jak daleko od miejsca katastrofy znajdował się hotel? Tego dnia w Smoleńsku była wielka mgła.

    To prawda, mgła była bardzo gęsta. Ale od hotelu do samolotu w linii prostej było zaledwie około 300 metrów. Wiem, bo zrobiłem potem pomiary, pełną dokumentację. Oba miejsca dzieliło około 400 metrów.Co pan widział z okna?

    Całej sylwetki samolotu, od dzioba do ogona, nie widziałem. Tylko lewe skrzydło orzące ziemię oraz fragment kadłuba. Jakiś znak rozpoznawczy na nim. To były ułamki sekund. Samolot był już mocno przechylony, około 40 stopni w lewo. Potem nastąpił huk i w powietrze wystrzelił mały słup ognia. Rozbił się. W pierwszej chwili pomyślałem: a może to jakiś mały sportowy samolot? Może wojskowy? Tak czy inaczej, złapałem kamerę i pobiegłem w kierunku miejsca katastrofy.

    Ile czasu panu zajęło dotarcie do wraku?

    Tak jak powiedziałem, to było 400 metrów. To ile mogłem biec? Moment. Szczególnie że część drogi była z górki.

    Był pan pierwszy na miejscu katastrofy?

    Tak. Dopiero potem przyjechała straż pożarna.

    Co pan tam zastał?

    Całe pole było przeorane, drzewa połamane. Szczątki samolotu. Niektóre się jeszcze paliły. Znalazłem też czarną skrzynkę, która w rzeczywistości była pomarańczowa. Widać ją na zrobionym przeze mnie filmie. Wtedy już wiedziałem, że to nasz samolot. Zobaczyłem szachownicę. Nadal jednak nie docierało do mnie, że maszyna rozbiła się z prezydentem i całą delegacją. Nie było żadnych śladów, że zginęło blisko 100 osób.

    Jak to?

    Nie było foteli, walizek, toreb ani – przede wszystkim – ciał czy ludzkich szczątków. Dopiero potem powiedziano mi, że ciała były gdzie indziej. Tam, gdzie ja byłem, spadł tylko silnik, części kadłuba. Ciała były zaś w głębi lasu, po prawej stronie, tam gdzie do góry nogami leżały koła, podwozie (miejsce to można zobaczyć na niektórych zdjęciach prasowych – red.).

    Podobno w 1987 roku był pan na miejscu katastrofy samolotu w Kabatach. Czy tam były ciała?

    Tak, rzeczywiście biegałem wówczas w tamtejszym lesie i widziałem rozbity samolot. Tam szczątki ludzkie były. To, że nie widziałem ich pod Smoleńskiem, tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że na pokładzie nie było naszej oficjalnej delegacji. Że samolot wracał już z lotniska z samą załogą.

    Podobno miał pan na miejscu kłopoty?

    Dopóki byli strażacy, wszystko było OK. Zapytali, kim jestem; gdy powiedziałem, że z telewizji, nie robili żadnych kłopotów. Potem jednak pojawili się ludzie z Federalnej Służby Ochrony. Na filmie słychać, jak krzyczą: „Federalna Służba Ochrony. Oddawaj kamerę!”. Doszło do szarpaniny. Dwa byczki wzięły mnie pod pachy. W międzyczasie widziałem, że przez las od strony lotniska przybiegło kilku naszych dyplomatów w garniturach.

    Co się tymczasem działo z panem?

    Rosjanie mnie odciągnęli. Wpadłem w błoto. Pytali, kim jestem.

    Jak się panu udało ocalić nagranie?

    Zażądali kasety i ja im bez oporów oddałem wszystkie kasety, jakie miałem w torbie. Jedna była nagrana i kilka czystych. Dałem jednak wszystkie oprócz jednej – tej kluczowej, która pozostała w kamerze.

    Dlaczego Rosjanie chcieli zabrać kasetę?

    Bo ja wiem? Na początku była jedna wielka panika i przerażenie. Oni byli całkowicie zdezorientowani.

    Chcieli usunąć wszystkich ludzi z miejsca katastrofy. Nie doszukiwałbym się tu jakichś podtekstów. Choć na początku było bardzo nieprzyjemnie.

    Mówili: „Szybko domu nie zobaczysz”. Bardzo się przestraszyłem, że będę miał kłopoty, że znalazłem się w niewłaściwym miejscu. Z tymi służbami nie ma żartów, obawiałem się konsekwencji. Przez cały czas nie wiedziałem, że prezydent i reszta naszych oficjeli nie żyje.

    Kiedy pan się dowiedział, co się stało?

    Później. Gdy już nieco opadły emocje i siedziałem w jednym z rosyjskich samochodów. Wtedy dostałem esemesa z Polski. Pomyślałem: rany boskie!

    Proszę sobie porównać ten wywiad z 19 kwietnia, mówi całkiem co innego niż dziś.

    Przede wszystkim Wiśniewski mówi,ze nie nagrał momentu jak polski prezydencki samolot lądował z katastrofalnym skutkiem. Mówił, ze w tym momencie mial wyłączoną kamerę. Opowiada,ze słyszał tylko ogromny huk, potem blysk i nie był świadomy ze to był polski samolot. Następnie pobiegł z kamerą w kierunku miejsca katastrofy, zabrało mu to okolo 7 minut. Od razu zobaczył teren otoczony przez OMON i inne jednostki pomocnicze. Dalej dowiadujemy się, jak starsi koledzy doradzali mu jak można skutecznie oszukać milicję, ukrywając prawdziwą taśmę z nagraniami, majac już wcześniej przygotowaną zastępczą kasetę.

    Wywiad Wisniewskiego dowodzi jednej bardzo waznej sprawy. Przede wszystkim błyskawicznej reakcji rosyjskich służb ratunkowych. Brnąc w błocie i przedzierając się przez krzaki, po okolo 7 minutach dociera na miejsce katastrofy a tam jest juz straz pozarna i ine sluzby ratunkowe, jak rowniez teren zabezpieczony przez milicje i inne jednostki. Próbuje sobie wyobrazić katastrofe na Okeciu. Sa tam jednostki przecwiczone w ratownictwie  na wypaek  katastrofy lotniczej. Około 2-3 minut potrzebuja czasu by wyjechac z miejca stacjonowania w kierunku miejsca katastrofy. Jeśli katastrofa ma miejsce w najdalszej czesci lotniska, dojazd zabierze im około 8 -10 minut. Czyli minimalny czas wynosi okolo 10-12 minut. W sytuacji katastrofy pod Smoleńskiem mamy do czynienia z prawdziwym cudem i majstersztykiem rosyjskich służb ratowniczych. Mamy uwierzyc w to ze w nespodziewanej katastrofie, rosyjskim służbom udaje sie w  czasie krotszym niz 7 minut dotrzec na miejsce wypadku w trudnym błotnistym terenie, policja skutecznie zabezpiecza teren, jednym slowem wzorowa akcja ratownicza. Przypominam, iż oficjalnie katastrofa jest niespodziewana.

    Kolejna sprawa to bajeczka o tym jak pan Wisniewski zrobil w bambuko rosyjskie sluzby, dajac im fałszywą kasetę. Wygląda na to, ze rosyjskie służby w ogóle nic nie wiedzą na temat prostych sztuczek reporterow.  Taki kit pan Wisniewski może wciskać odmóżdżonym członkom i sympatykom PO, PSL, SLD.

    Zeznania reportera Wiśniewskiego są tylko potwierdzeniem mistyfikacji urządzonej Polakom, by uwierzyli ze katastrofa miała miejsce pod Smoleńskiem i w tym własnie miejscu zginęła polska delegacja z prezydentem RP.

    Naoczny świadek katastrofy Tu-154M: to mnie zdziwiło

    Katastrofa smolenska-dwa samoloty-Zeznania Wisniewskiego

     

    Posted in Katastrofa smoleńska | Leave a Comment »

    BITWA POD OLSZYNKĄ GROCHOWSKĄ

    Posted by tadeo w dniu 26 lutego 2011

    Plik:Pomnik ku czci poległych w Bitwie Grochowskiej.jpg

    Atak rosyjskiej kawalerii w czasie bitwy pod Grochowem

    Przygotowania do bitwy.

    Teren bitwy na przedpolach Warszawy stanowiła bagnista równina położona między Pragą, Międzylesiem, Wawrem, Kawęczynem i Ząbkami. Centralnym jej punktem był las olchowy, podzielony dwoma rowami odwadniającymi, otoczony od północy, południa i wschodu mokradłami, zwany potocznie Olszynką Grochowską. Jedyne dogodne podejście na równinę praską znajdowało się od strony Białołęki. Olszynka Grochowska była strategicznym punktem na przedpolach Warszawy, znajdowała się około 600 metrów od skrzyżowania szosy brzeskiej ze szlakiem warszawskim. Wiedzieli o tym zarówno feldmarszałek baron Iwan Iwanowicz Dybicz (Diebitsh), jak i generał książę Michał Gedeon Hieronim Radziwiłł, który jedynie nominalnie dowodził  wojskami polskimi. Faktycznym dowódcą sił powstańczych był generał Józef Chłopicki, który 22 lutego został mianowany dowódcą wojsk pierwszej linii.Do pierwszego starcia o Olszynkę Grochowską doszło 20 lutego 1831 roku. Dzięki zaciekłej obronie wojsk polskich rosyjskie ataki zostały odparte. Wskutek tego dowódca sił rosyjskich, feldmarszałek Dybicz, opracował plan, którego głównym założeniem było wstrzymanie się od działań zaczepnych na kierunku Olszynki do czasu przybycia korpusu grenadierów generała księcia Iwana Szachowskiego, przegrupowania własnych oddziałów na kierunku Kawęczyna i wykonanie ataku w kierunku lewego skrzydła polskiego. Korpus grenadierow generała Szachowskiego miał w tym czasie przesunąć się z Białołęki na Bródno i uderzyć na tyły wojsk polskich. Zsynchronizowanie działań  księcia Szachowskiego oraz feldmarszałka Dybicza było priorytetowym zadaniem sił rosyjskich. Dybicz zakładał również uderzenie w kierunku Olszynki Grochowskiej. Miało to być jedynie działanie pomocnicze, wiążące część sił polskich.Generał Szachowski, nie wiedząc jeszcze, jaka rola miała mu przypaść w planach Dybicza, zgodnie z wcześniejszymi dyspozycjami posuwał się drogą z Nieporętu w stronę Pragi. 24 lutego, po ciężkiej walce, opanował Białołękę 2i w ten niezamierzony sposób uzyskał możliwość wyjścia na tyły wojsk polskich. Zajęcie Białołęki przez Rosjan zostało zauważone przez polskie dowództwo, któ-re zdając sobie sprawę z realnego zagrożenia, wysłało w rejon wsi posiłki, z zadaniem zabezpieczenia kierunku północnego. W sumie pod Białołęką znalazło się 14 batalionów piechoty, 10 szwadronów jazdy i 24 armaty pod komendą genera-ła Jana Krukowieckiego. 25 lutego, gdy generał Szachowski rozpoczął odwrót w kierunku głównych sił rosyjskich, został zaatakowany przez oddziały polskie. Mimo że nie zdołały one powstrzymać ani tym bardziej rozbić rosyjskiego korpusu, to w znaczący sposób wpłynęły na przyszłe działania w okolicy Olszynki Grochowskiej.Bitwa pod Olszynką GrochowskąW związku z aktywnością jednostek polskich w rejonie Białołęki i domniemanym zagrożeniem korpusu generała Szachowskiego, feldmarszałek Dybicz zarzucił dotychczasowy plan działania zakładający całkowitą bierność Polaków. Brak łączności i rzeczywistej oceny położenia oraz rozpoznania sił polskich w rejonie Białołęki przyspieszyły decyzję o frontalnym ataku na kierunku Olszynki Grochowskiej. Dybicz, dysponujący znaczną przewagą w żołnierzach i artylerii był przekonany, iż zdoła w walnej bitwie przełamać linie polskie, które by-ły znacznie słabsze zarówno liczebnie jak i sprzętowo. 59 tys. Rosjan dysponują-cych 178 armatami, Polacy mogli przeciwstawić ok. 36 tys. żołnierzy i 114 armat. Część sił powstańczych była wydzielona do osłony okolic Białołęki i traktu kowieńskiego aż do godziny 15.00.Pierwsze trzy rosyjskie natarcia przeprowadzone na kierunku Olszynki Grochowskiej zostały odparte. Dopiero czwarte, przeprowadzone 25 batalionami, z korpusów generałów Jerzego Rosena i Piotra Pahlena pozwoliło Rosjanom opanować większą część lasku olchowego. Wykrwawione oddziały generała Franciszka Żymirskiego musiały się wycofać. Gen. Józef Chłopicki zauważył w porę załamanie polskiej linii i przygotował przeciwuderzenie. Oddziały polskie uformowano w dwie kolumny, które miały zaatakować olchowy lasek. Prawym 3skrzydłem natarcia dowodził osobiście generał Chłopicki, mając do dyspozycji pułk grenadierów, lewym zaś generał Jan Skrzynecki, któremu podporządkowano 12 batalionów. Bezpośredni szturm na Olszynkę miał przeprowadzić 4 pułk piechoty dowodzony przez pułkownika Ludwika Bogusławskiego. W drugim rzucie, tuż za kolumną generała Skrzyneckiego, w gotowości bojowej pozostawały brygady generałów Franciszka Rolanda i Józefa Czyżewskiego. Oddziały generała Chłopickiego na prawym skrzydle wspierał 4 pułk strzelców pieszych generała Żymirskiego. Nagły atak Polaków, przeprowadzony z niezwykłym impetem, doprowadził do rozbicia rosyjskich batalionów – w ich szeregach zapanowała panika i kompletne rozprzężenie. Dzieła zniszczenia, dopełniło wyjście batalionów dowodzonych przez pułkownika Ignacego Prądzyńskiego, wspartych brygadą generała Czyżewskiego, na tyły korpusu generała Pahlena. Niestety, problemy dowodzenia po stronie polskiej uniemożliwiły szybkie ściągnięcie posiłków i kontynuowanie ataku. Natarcie polskie dotychczasowy impet i zatrzymało się na pozycjach wyjściowych wojsk rosyjskich  – było to szczytowe osiągnięcie w bitwie. Feldmarszałek Dybicz, widząc osłabienie polskich oddziałów, do walki skierował 8 nowych batalionów  – łącznie na Polaków nacierały 32 bataliony rosyjskie, stopniowo wypierając ich z zajętego terenu. Gdy walki w lasku ponownie przeniosły się w okolice drugiego rowu melioracyjnego, generał Chłopicki przygotowywał kolejne przeciwnatarcie. Przygotowywania zostały przerwane, gdy ciężko ranny generał Chłopicki oddał  dowództwo generałowi Skrzyneckiemu. Kilkugodzinna walka wyczerpała obrońców tak znacznie, że szczupłe siły polskie nie były w stanie utrzymać terenu. Artyleria, która zużyła całą amunicję, nie mogła osłaniać dłużej działań własnych oddziałów, na styku niektórych jednostek powstały duże luki zapełnione jedynie luźnymi grupami żołnierzy. Był to krytyczny moment bitwy  – Rosjanie opanowali Olszynkę Grochowską. Kryzys w polskich szeregach dostrzegł generał Karol Toll, który za przyzwoleniem feldmarszałka Dybicza przygotował – szarżę kawalerii. Plan generała Tolla zakładał uderzenie 28 szwadronami jazdy, wspartych ogniem artylerii konnej, w lukę pomiędzy dywizjami generałów Piotra Szembeka i generała Skrzyneckiego. Założenia planu 4nie uwzględniły jednak specyfiki terenu  – mokradła, bagna i liczne przeszkody w postaci rowów melioracyjnych skutecznie spowolniły rosyjskie przygotowania do szarży. W czasie, gdy rosyjska kawaleria pokonywała kanały i przekraczała improwizowane kładki, polskie oddziały otrząsnęły się z porażki, artyleria otrzymała zapasy amunicji, a piechota uformowała czworoboki. Jazda rosyjska, która poradziła sobie z przeszkodami terenowymi, zamiast atakować zwartą kolumną, szarżowała poszczególnymi pułkami  – w takiej kolejności, w jakiej przekroczyły kładki. Silny ogień polskiej piechoty, wsparty kartaczami artylerii i racami oddziału rakietników, doprowadził do załamania rosyjskiej szarży. Poszczególne szwadrony wycofały się w nieładzie za Olszynkę Grochowską. Jedynie dwa szwadrony rosyjskich kirasjerów przebiły się przez polskie linie i dotarły do szosy prowadzącej w kierunku Pragi  – spowodowało to czasową panikę i zamęt wśród ludności cywilnej, która uciekając w popłochu do Warszawy głosiła klęskę wojsk polskich. Bitwa pod Olszynką Grochowską dobiegała końca. Porażka rosyjskiej jazdy, wykrwawienie się piechoty oraz silny ogień z szańców Pragi zniechę-ciły feldmarszałka Dybicza do kontynuowania bitwy. Polska armia wycofywała się z Grochowa na Pragę, skracając i uszczelniając linie obrony.Podczas bitwy o Olszynkę Grochowską obie strony poniosły ciężkie straty. Rosjanie stracili około 9,4 tys. zabitych i rannych, Polacy około 8 tys. żołnierzy. Ponadto po stronie polskiej poległ generał Franciszek Żymirski, a generał Józef Chłopicki został ciężko ranny.Historia i współczesnośćPo upadku Powstania Listopadowego władze carskie nie zezwoliły na upamiętnienie ofiar batalii. Dopiero w 1916 roku Towarzystwo Przyjaciół Grochowa umieściło na polu bitwy drewniany krzyż upamiętniający to wydarzenie. W 1931 roku, w 100. rocznicę bitwy wymieniono krzyż i wmurowano akt erekcyjny pod budowę mauzoleum. W tym samym roku ufundowano szkołę-pomnik im. Bohaterów Olszynki Grochowskiej, która rozpoczęła działalność w 1933 roku. W 1936 roku, podczas prac melioracyjnych na terenie Olszynki, znaleziono 5szczątki poległych oraz fragmenty wyposażenia żołnierskiego, które zostały zło-żone w krypcie przy krzyżu. Od 1944 roku, pomnikiem opiekują się uczniowie XIX Liceum Ogólnokształcące im. Powstańców Warszawy. Od 1958 roku Hufiec ZHP Praga Południe organizuje „Rajd Olszynka Grochowska”, upamiętniający żoł-nierzy walczących w bitwie. Od 1999 roku, na terenie parku tworzona jest Aleja Chwały, na której są umieszczane głazy z tablicami pamiątkowymi. W 2008 roku, w pobliżu pierwszej tablicy pamiątkowej, zbudowano kaplicę filialną parafii pw. św. Wacława. Tam też znajduje się Krzyż Obrońców Olszynki wraz z pomnikiem-figurą Matki Boskiej Fatimskiej. W kultywowaniu pamięci o walkach pod Olszynką Grochowską czynnie uczestniczą również Grupy Rekonstrukcji Historycznych, które co roku organizują w Parku Skaryszewskim w Warszawie rekonstrukcję bitwy.

    Wojskowe Biuro Badań Historycznych dr Bartłomiej Bydoń

     

    Posted in Historia | 1 Comment »

    PROTESTUJĘ! Nie wszyscy podpisywali lojalki!

    Posted by tadeo w dniu 26 lutego 2011

    Lech Wałesa obala komunizm… Źródło: Google

    – Wszyscy podpisywali i ja też. Podpisywałem nie z myślą, że kiedykolwiek przejdę na tamtą stronę, że zdradzę, tylko z myślą, „jak was ograć” – tłumaczył w TVN24 Lech Wałęsa podpisane w latach 70. zobowiązanie do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa.  W rozmowie z Moniką Olejnik w programie „Kropka nad i” zapewniał, że na nikogo nie donosił.

    Panie Wałęsa, Pan się myli! Bardzo się Pan myli. Nie wszyscy podpisywali lojalki. Jednym z takich ludzi był mój  Ś.P. Ojciec.

    Pracował w tamtych trudnych latach jako dyrektor oddziału w polskim jeszcze wtedy banku. Szanowany i, co ważniejsze, bardzo lubiany przez pracowników. Ceniony przez zwierzchników.

    Miał przed sobą z uwagi na profesjonalizm możliwość kariery w centrali banku. Miał do pewnego czasu. Do momentu rozmowy, w której zaproponowano mu nie owijając w bawełnę – donosicielstwona podwładnych. Mógł się zgodzić. Wszak awans do Warszawy z miasta wojewódzkiego był w pewnym sensie nobilitacją. Miał niepracującą żonę na utrzymaniu i syna (mnie) zdającego właśnie egzamin na wyższą uczelnię. A władza miała długie ręce o czym później ja sam mogłem się przekonać na sobie.

    Dla wielu ważniejszy od kariery, dobrobytu i spokojnego życia był honor. Niektórzy woleli sprzedać swój honor za srebrniki.

    Mój Ojciec nie był człowiekiem szeroko znanym w środowiskach wolnościowych i patriotycznych. Nie miał za sobą organizacji mogących się za nim wstawić. A mimo to, zdając sobie sprawę z konsekwencji swojego wyboru, mój Ojciec wybrał honor i trudne życie dla siebie i swojej rodziny. I dlatego mój Ojciec nie musiał wyciągać akt z UOPu  i „gubić” niewygodnych dla siebie dokumentów.

    Dlatego stanowczo protestuję przeciwko Pańskiemu stwierdzeniu, że „wszyscy podpisywali lojalki” bo to obraża pamięć mojego Ojca.

    Nie wszyscy podpisywali natomiast niektórzy zostawali „Bolkami”!

    I dlatego z mojego Ojca jestem bardzo dumny, a z uwagi na szereg niejasnych zachowan i sytuacji –  z Pana NIE!

    http://my-bydlo.salon24.pl/282188,protestuje-nie-wszyscy-podpisywali-lojalki

     

    Posted in Polityka i aktualności | Leave a Comment »

    „Tygodnik” o „Cenie przetrwania?” – rozprawa o metodzie.

    Posted by tadeo w dniu 26 lutego 2011

    Moi koledzy z „Tygodnika” znowu (TP, 27 lutego) zmienili ton w sprawie „Ceny przetrwania?”. Publikują rozmowę Piotra Mucharskiego z historykami Andrzejem Paczkowskim i Andrzejem Friszke. Nie będę się tu odnosił do całości tego dziwacznego przedsięwzięcia, powiem tylko o kilku jego aspektach.
    Po pierwsze, sprawa konstrukcji. Jest to swego rodzaju „sąd nad Graczykiem”, ale zaoczny. Zaoczny w dwójnasób. Mucharski usilnie namawia Friszkego i Paczkowskiego, żeby jeszcze coś znaleźli na oskarżenie mnie jako autora inkryminowanej książki. Obaj historycy, owszem, starają się bardzo. No dobrze, moja książka jest krytykowalna, jak każda książka. Tylko dlaczego, skoro obaj panowie tak się ze sobą zgadzają, to jeszcze biegnie im na pomoc prowadzący dyskusję? No i dlaczego, skoro Mucharski nie mógł czy nie chciał się wcielić w rolę – strach powiedzieć – adwokata „Ceny przetrwania?”, to nie zaproszono do tej rozmowy mnie? Gdybym tam był, to – załóżmy hipotetycznie – zapewne coś bym odpowiedział na taki czy inny zarzut Profesorów. A może na wiele ich zarzutów? A może koledzy z „TP” właśnie tak sobie pomyśleli i zrobili, jak zrobili? Ciekawe pytanie.
    Przez kilka lat prowadziłem zajęcia ze studentami dziennikarstwa. Gdybym miał za zadnie podać moim studentom przykład stronniczości zawartej już w samej konstrukcji rozmowy, dałbym tego rodzaju przykład. Nie ten, rzecz jasna, bo on dotyczy mnie, ale tego rodzaju właśnie.
    Po drugie, sprawa kompetencji. Powiada Andrzej Friszke o „rozmowach politycznych” kilku ważnych redaktorów „TP” z oficerami SB: „(…) dowiadujemy się o jej domniemanej treści, opierając się – jak autor – na wysokości rachunku z restauracji”. I dalej: „Wnioskowanie na podstawie wysokości rachunków o długości rozmowy, a w ślad za tym wnioskowanie de facto o treści tej rozmowy czy o stopniu zażyłości, jest metodą bardzo wątpliwą.” Andrzej Friszke posługuje się tu terminem upowszechnionym w ostatnich tygodniach przez Krzysztofa Kozłowskiego, mówiąc o „rachunkach z restauracji”. A przecież jako badacz archiwów SB musi wiedzieć, że nie chodzi o jakieś tam byle rachunki, tylko o dokumenty finansowe Służby Bezpieczeństwa dotyczące jej wydatków operacyjnych , tzw. fundusz operacyjny (FO). Fundusz operacyjny jest poważnym źródłem. Na jego podstawie możemy powiedzieć, kto z kim się spotkał, kiedy, ile wydano na tym spotkaniu pieniędzy. Możemy się dowiedzieć, jak SB kwalifikowała charakter tego spotkania (wpisując w odpowiednią rubrykę np. „spotkanie z TW”), możemy się dowiedzieć o pseudonimie tej osoby, a niekiedy również o jej numerze rejestracyjnym. Z analizy FO w dłuższym okresie możemy się dowiedzieć, jak częste były spotkania tej osoby z oficerami SB, a także, czy były regularne. Zdarza się nawet, że w szczegółowym raporcie ze spotkania znajdziemy informacje o czasie jego trwania. Krótko mówiąc, FO to jest coś znacznie poważniejszego niż rachunek z restauracji, który pani Gienia w (jak powtarza słusznie Makłowicz) obuwiu ortopedycznym i fartuszku z Cepelii wręczyła oficerowi SB udającemu zwykłego gościa. A skoro profesor Friszke to wszystko wie, to czemu udaje, że nie wie?
    Po trzecie, sprawa wnioskowania. Piszę w książce, że jest różnica między zapiską, wskazującą na wypicie z SB-ekiem herbaty, a taką, która wskazuje na spożycie wystawnego obiadu. Pan Friszke uważa, że nie ma żadnej? To jego sprawa. Ja powiadam, że taka różnica wskazuje na mniejszą lub większą zażyłość w tych stosunkach, na mniejszą czy większą gotowość do podtrzymywania tych stosunków, co jest szczególnie ważne w okresie prób werbowania kogoś do współpracy. Zapiski w FO dotyczące Haliny Bortnowskiej wskazują na skromną konsumpcję z oficerami SB, zaś zapiski pozostałych wymienionych osób – na konsumpcję mniej powściągliwą. Wyciągam stąd wniosek, że Bortnowska mniej się z tymi panami spoufalała, a pozostali bohaterowie mojej opowieści – bardziej. Naprawdę przesadzam?
    I wreszcie, po czwarte, sprawa uczciwości.
    Nigdzie w mojej książce nie piszę, że na podstawie zapisków w funduszu operacyjnym możemy wnioskować, o czym z SB-kami rozmawiali Bortnowska, Wilkanowicz, Skwarnicki i Pszon. Jeśli pan Friszke znajdzie dowód czegoś przeciwnego, niech mi zechce go przedstawić, z numerem strony, poproszę.
    Powiada też Friszke: „Nie ma w książce żadnego śladu, by czworo wymienionych w mediach redaktorów donosiło, zebrany przez Graczyka materiał nie pozwala więc na ich oskarżenie. I w gruncie rzeczy autor tego w książce nie robi. Dopiero potem czytam jego wypowiedzi prasowe już bez tych zawartych w książce wątpliwości, za to w tonie oskarżenia, i czegoś nie rozumiem…”
    A ja nie wiem, czy pan Friszke zdaje sobie sprawę, że w ten sposób rzucił na mnie potwarz. I że mógłbym idąc w ślady jego guru pozwać go do sądu o naruszenie dóbr osobistych. Jeśli nie mam racji, to proszę mi wskazać taki wywiad, w którym powiedziałem, że cztery wymienione osoby donosiły, albo że użyłem w stosunku do nich słowa „agentura”. Przeciwnie, zawsze w wywiadach podkreślam, że była to współpraca specjalnego rodzaju. Nie ma w wywiadach czasu na długie uzasadnienia, zastępuję je więc takim zastrzeżeniem. Taka jest prasa i na to się nic nie poradzi.
    Ale nie pójdę w ślady idola pana Friszkego, bo taka metoda dyskusji nie wydaje mi się adekwatna do warunków wolności prasy. Wzywam jednak pana Friszkego: tytuł gazety i datę poproszę.
    Słyszę, że pan Friszke stara się o posadę prezesa IPN-u. Jeśli tak jest, to mówiąc tak w wywiadzie dla „TP”, wie, co robi. Daje czytelny sygnał obecnej władzy: jako prezes pogonię autorów takich książek jak „Cena przetrwania?” Sądzę, że nie jest bez szans. Mówię jednak z góry: jako przyszły podwładny pana Friszkego z pewnością nie wycofam się z tego, co wyżej napisałem. Chętnie dam się Panu wyrzucić z roboty, Panie (przyszły) prezesie!
    Słyszę też, że „Tygodnik” (w osobie Piotra Mucharskiego) wreszcie zdecydował się ze mną spotkać w czasie publicznej dyskusji. Ma do tego dojść w Warszawie 2 marca.
    Fajny wywiad z Paczkowskim i z Friszkem zrobiłeś, Piotrusiu. Czy chcesz o tym porozmawiać?

    Posted in Polityka i aktualności | Leave a Comment »

    Kim jest ambasador Tomasz Turowski?

    Posted by tadeo w dniu 26 lutego 2011

    O swojej wieloletniej znajomości z Tomaszem Turowskim, który okazał się agentem służb specjalnych w Watykanie, mówi Piotr Jegliński w rozmowie z Krzysztofem Skowrońskim

    Posted in Afery i przekręty, Polityka i aktualności | Leave a Comment »

    Tusk podzieli los generałów.

    Posted by tadeo w dniu 26 lutego 2011

    www,rafzen.wordpress.comProwadząc informacje na temat Smoleńskiej sprawy, zapytałem w Sejmie oficera BOR, którego znam od wielu lat, jak Premier się czuje po katastrofie ? Upewnił się, że nikt nas nie widzi, nie słyszy i odpowiedział – »To pierwszy, co się tak boi ». Oficer ten zdając sobie sprawę, że zgineli tam jego przyjaciele, wiedział również o tym obserwując moją działalność w Sejmie od wielu lat, że jestem bezkompromisowy i jednoznaczny. Ujawnił mnie, iż afera hazardowa, którą nie tylko ja śledziłem od samego początku, ale także BOR-cy oraz moje uprzywiliowane relacje ze śp. Zbigniewem Wassermanem, wspólne wnioski za co i kto odpowiada pokazała, że źle się dzieje w Polsce. Do tej afery tak naprawdę on jak i jego koledzy praktycznie ślepo obserwowali życie polityczne skupiając się tylko na « rzemiośle ». Ochraniając najważniejsze osoby w państwie oficerowie BOR-u powinni zawodowo wiedzieć o realnych zagrożeniach konkretnych osób, a ta afera hazardowa pokazała, że zagrożenie życia dla czołowych sługusów przestępczości zorganizowanej jest oczywiste. Celowo piszę to w grudniu, ponieważ nigdy bym nie chciał aby zidentyfikowano tego oficera BOR. Pragnę jednak wrócić do tematu. Otóż Putain, zlikwidował już wszystkich osobników ze sprawy Smoleńskiej. Został tylko uprzywiliowany rozmówca Tusk. Tak więc, nie skromny dziennikarz Rafał Gawroński jest zagrożeniem dla Rosji, tylko jedyny świadek uzgodnień z Putinem. Jak to się odbywało w przeszłości polecam niniejszy tekst aby zrozumieć, jak i dlaczego generałowie oddający wielkie zasługi dla Rosji są mordowani.

    Po podpisaniu paktu Ribbentrop-Mołotow w 1939 oraz wspólnej inwazji Niemiec i ZSRR na Polskę kraj został podzielony na dwie części. W Brześciu nad Bugiem w dniu 23 września odbyła się wspólna niemiecko-radziecka defilada z okazji zwycięstwa nad Polską. Natomiast 28 września 1939 roku, został podpisany w Moskwie niemiecko-radziecki traktat o granicach i przyjaźni, w którym dokonano czwartego rozbioru ziem polskich. Granice ustalono na linii Sanu, Bugu, Narwi i Pisy. Tajne załączniki tego traktatu przewidywały współpracę gestapo i NKWD w zwalczaniu polskich organizacji niepodległościowych głosząc: « Obie strony nie będą tolerować na swych terytoriach jakiejkolwiek polskiej propagandy, która dotyczy terytoriów drugiej strony. Będą one tłumić na swych terytoriach wszelkie zaczątki takiej propagandy i informować się wzajemnie w odniesieniu do odpowiednich środków w tym celu. » Stało się to podstawą do wzajemnej współpracy policji oraz sił bezpieczeństwa obu okupantów przybierając formę czterech tematycznych konferencji, które odbyły się w latach 1939–1941 w Brześciu, Przemyślu, Zakopanem oraz Krakowie.
    Dokument tajnego protokołu dodatkowego z dn. 28.09.1939 dotyczącego koordynacji działań antypolskich z podpisami stron: W.Mołotow J.Ribbentrop – tekst rosyjski
    Historia współpracy
    Niemieccy naziści współpracowali z radzieckim NKWD w dziele eksterminacji narodu polskiego. Wyrazem daleko posuniętej kooperacji były wspólne konferencje Gestapo i NKWD.
    Pierwsza z nich miała miejsce w Brześciu nad Bugiem 27 września 1939 roku. Jej tematem przewodnim były metody zwalczania w zarodku przez obu okupantów konspiracji niepodległościowej.
    Druga konferencja NKWD i Gestapo odbyła się pod koniec listopada 1939 roku w Przemyślu. Jej tematyka została poszerzona o problem wymiany jeńców polskich oraz metodykę eksterminacji polskiej ludności. Podczas tej konferencji na mocy rozkazu Stalina przekazano Hitlerowi min. 150 komunistów niemieckich.
    Kolejną miejscowością w jakiej odbyła się następna konferencja było Zakopane, które zostało zajęte 2 listopada 1939 r. przez wojska słowackie, a dopiero 27 listopada 1939 r., w dniu I Konferencji Gestapo-NKWD w Brześciu, oficjalnie przekazane Niemcom. 20 lutego 1940 roku rozpoczęła się w Zakopanem w willi « Pan Tadeusz » oraz « Telimena » III Metodyczna Konferencja NKWD i Gestapo. Wspólne plany eksterminacyjne konstruowano do 4 kwietnia 1940 roku. W marcu 1940 kolejna podkonferencja miała miejsce w Krakowie.
    Nazistowska akcja AB polegająca na wymordowaniu polskiej inteligencji została dzięki tym konferencjom skoordynowana z radziecką akcją rozstrzeliwania jeńców w Katyniu, Twerze i Charkowie oraz więźniów w Bykowni i Kuropatach pod Mińskiem. Dlatego naziści szybko wykopali zwłoki pomordowanych powołując międzynarodową komisję po tym, jak obie totalitarne bestie skoczyły sobie do gardeł. Protokół końcowy III Metodycznej Konferencji Gestapo-NKWD zakładał likwidację ludności polskiej do roku 1975 poprzez jej wymordowanie i deportacje. Stronę niemiecką reprezentował Adolf Eichmann i późniejszy szef dystryktu radomskiego GG Zimmerman. Delegację radziecką reprezentowali Grigorij Litwinow (ojciec niedawno odwołanego sowieckiego ministra spraw zagranicznych), Eichmans (były sowiecki komendant Wysp Sołowieckich i Ekspedycji na Wałgaczu, twórca systemu zabijania strzałem w tył głowy w izolowanych pomieszczeniach) oraz Rita Zimmerman (szefowa łagru dziecięcego i komendantka kopalni złota na Kołymie).
    Inną formą współpracy radziecko-nazistowskiej było tworzenie przez sowiecki wywiad na obszarze Generalnego Gubernatorstwa za pomocą zwerbowanych lewicowych (komunistycznych lub tzw. jednolitofrontowców) działaczy organizacji konspiracyjnych o zabarwieniu komunistycznym, które miały rozpracowywać dla gestapo i NKWD polskie podziemie niepodległościowe pod płaszczykiem swojej działalności konspiracyjnej (organizacje « Sierp i Młot », « Proletariusz » oraz « Stowarzyszenie Przyjaciół ZSRR »).
    « GENERAŁOWIE GINĄ W CZASIE POKOJU », autor K. Kąkolewski, pod pretekstem sensacyjnych morderstw przedstawia głęboką analizę współczesnej historii Polski 1939- do dziś. Porównanie strat i czasów w jakich powstały po stronie Niepodległej Polski i komunistów. Nieszczęściem analityków jest to, że drobiazgowo wnikają w poszczególne elementy sprawy, którą badają, a poszczególne zdarzenia zmuszeni są przez to traktować oddzielnie. Tymczasem należy wiązać różne wątki i wydarzenia aby zrozumieć pojedynczo każde z nich. Bywa, że mocodawca i bezpośredni sprawca to za każdym razem inne osoby. Inny jest czas zabójstwa, inne są drogi i rozmiary zbrodni. Śmierć pojedynczej osoby ( choć nie to było celem zamachowców, także bezpośredniego otoczenia ) gen. Sikorskiego , jest porównywalna z zagładą dziesiątków tysięcy polskich jeńców na terenie bolszewii. Jestem pewien, po okresie lat totalitaryzmu nauki historyczne powinny wzbogacić się o kryminalistykę historyczną. Historia najnowsza stała się bowiem ciągiem zbrodni na narodach lub ich częściach, uciekinierach, emigrantach, jeńcach jak i skrytobójstw. To wlasnie w XX wieku najwiecej bylo meczennikow wśrod księży, zakonników i duchownych. Mordowani na potęgę i ku przestrodze innych ujawnionym wzorem Księdza Popieluszki. Ich rozmiar wynikał z posłuszeństwa wykonawców, będącymi żołnierzami śmierci, na takich samych zasadach jak we wszystkich organizacjach kryminalnych na świecie. Albo służysz, albo zginiesz. Przykład Litwinienki jest pokazowym modelem zastraszania.
    Śmierć gen. Sikorskiego i jednocześnie aresztowanie Grota- Roweckiego, a potem stracenie go w 1944 r łączy niedostrzegalna w historii i prawie niewidzialna nić z procesem moskiewskim, po którym zgładzono w tajemniczych okolicznościach innego generała i dowódcę AK – gen. „Niedżwiadka” – Okulickiego, wraz z przywódcami Polski Podziemnej w Kraju. Jest to tylko kontynuacja zbrodniczych dokonań na polskich oficerach i funkcjonariuszach państwowych, w czasie których jak obliczył znawca problemu, prof. Jacek Trznadel, zamordowano trzynastu generałów.
    Podsumowując: mamy szesnastu generałów powiązanych tymi samymi drutami w Katyniu i symbolicznie w Moskwie , gdzieś w III Rzeszy i na dnie Morza Śródziemnego .
    Współcześnie wybitnym moredercą jest Tusk za którego « pokojowych » Rządów zginęło więcej generałów niż w jakiejkolwiek wojnie. Mimo, że jego deklaracji wygłoszonej w Sejmie dotyczącej wypowiedzenia wojny Polakom nikt początkowo nie traktował poważnie – ofiary są jednak liczne i znaczące.
    Jednak osobnik ten był poważny pomimo, że zaszkodziły jemu używane narkotyki do zdrowego rozumowania. Pragnę przypomnieć, że sam się przyznał do zażywania narkotyków.
    Dowódcy Wojska Polskiego , którzy znaleźli sie w rękach niemieckich i sowieckich , zginęli z rąk wrogów w różnych miejscach, w różnych okolicznościach i w różny sposób – ale zawsze skrytobójczo i to służyło jednemu celowi , unicestwieniu wspaniałej kadry dowódczej , stworzonej przez Piłsudskiego i jego następców w latach 1912- 1935 , bo zagrażała w równym stopniu Moskwie i Berlinowi.
    Moredercy otworzyli drogę do mianowania nowej kadry generałów polskiego pochodzenia , wyszkolonych , indoktrynowanych i pozwalających się kierować i kontrolować przez ZSRR.
    Na wyłączeniu gen. Grota- Roweckiego zależało bardziej Stalinowi niż Hitlerowi. Z tego powodu komuniści brali czynny i aktywniejszy udział w wykonaniu zamierzeń zamordowania generała, bowiem Polska dalej należała do strategicznego planu Rosji podboju i opanowania. Jeszcze wtedy gdy trwała okupacja niemiecka, Polska była ważniejsza dla Stalina niż utrzymywanie iluzorycznego porządku w Generalnej Guberni dla Niemców. Abwehra była bardziej niż obojętna. Sądzono tam, że Polaków jest lepiej zneutralizować niż wydawać żywe siły na ich pacyfikowanie . Dla Rosji natomiast była i jest w dalszym ciagu sprawa przyszłości i planowała ona nie tylko podbój Polski ale aby nie mieć z nią kłopotów całkowitą przebudowę psychiki Polaków na zupełną rusyfikację w sposobie myślenia i nabycie w drodze represji społecznych wewnętrznego strachu ! To można obserwować teraz po zamachu smoleńskim. Na drodze, jako główna przeszkoda stała AK, NSZ, a na Zachodzie Armia Polska walcząca u boku Alliantów, których Stalin nie uważał za swych sojuszników, chociaż wydaje się, że sojusznicy o tym nie wiedzieli naiwnie i ślepo dążąc tylko do zakończenia wojny jak najszybciej.
    Abwehra, mając adresy i wiedzę o niektórych punktach kontaktowych Grota- Roweckiego, została jednak uprzedzona przez gestapo. Gestapo bowiem, zorientowawszy się, że adres Grota – Roweckiego , nie dla wszystkich jest tajemnicą, mogło się obawiać, że Rosjanie porwą go przez Rozwiedkę Sowiecką i przetransportowawszy zza linii frontu do Moskwy, usuną go z wojny kontrolowanej przez Berlin, czyli z Generalnego Gubernatorstwa i poddadzą obróbce nie w Niemczech , a w Rosji.
    Straszne represje , jakie spadły na AK ze strony gestapo i NKWD, nie były dowodem lekceważenia Polski. Było wręcz przeciwnie, wynikały one z lęku przed Polską, która zorganizowała się w podwójnej niewoli, dwóch sojuszniczych mocarstw w stopniu nieznanym w dziejach. Zarówno Stalin jak i Hitler znali świetnie nazwiska przywódców podziemia i na zamkniętych naradach operowali nimi dając dowód, że uważają ich za swoich bezpośrednich przeciwników. Nie równorzędnych gdyż potencjały wojskowe były nie współmierne, jednak posiadających w ZWZ-AK armię kadrową na wzór legionów Piłsudskiego, która w sprzyjających warunkach mogła urosnąć do siły półtoramilionowej armii, co wykazało Powstanie Warszawskie i Akcja „Burza” .
    Tamte wszystkie zbrodnie były niezbędne według doktryny morderców, by zaistniali jako dowódcy polskojęzycznych sił: Berling, Żymierski , a potem Spychalski , Zawadzki, Jaroszewicz, Fonkowicz, Dubiecki i wreszcie – Jaruzelski.
    Ten ostatni spełnił niedościgłe marzenie carów, by odwrócić to co zdarzyło się w czasie wojen napoleońskich; w powstaniu 1830r; w 1863, kiedy carscy oficerowie przechodzili na stronę polska, oraz to co zaszło w roku 1914 i 1920, kiedy zupełnie nowo powołane oddziały zadawały skuteczne straty Moskwie. Generał Jaruzelski doprowadził do tego, że prawie 200 lat po konfederacji targowickiej, oddziały polskie stanęło w dyspozycji Moskwy przeciw swojemu narodowi. Dla Prezydenta Komorowskiego i wielu w Polsce jest to idol i dlatego zaprasza go do pałacu ruskiego namiestnika bez Krzyża na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Jako potomek związku kazirodczego i uratowanego przez cara honoru hrabiowskiego tytułu jest wielopokoleniowo wdzięczny za tytuł a otrzymane godności Prezydenta RP Moskwie. Pragnę przypomnieć cierpiącym na amnezję funkcjonariuszom, że uzurpator Komorowski sięgnął po władzę po telefonie moskiewskim z instrukcjami szefa obcego i wrogiego mocarstwa, prowadzącego wojnę napastniczą z sojusznikem Polski, Prezydenta Miedwiediewa.
    Ale mam przykrą wiadomość dla Prezydenta, otóż nagroda na ziemi nie odzwierciedla tej u Boga Wszechmogącego, nawet gdy ma się za żonę i dzieci przedstawicieli szczególnej społeczności.
    Dlatego właśnie wstrząsający i pasjonujący jest rozsiew sposobu w jaki ginęli generałowie i wyżsi oficerowie komunistyczni wyznaczeni przez sowietów do służby przeciwko Polsce.: gen. Świerczewski , Jaroszewicz , Dubicki, Fonkowicz. Wszyscy oni ginęli w czasie pokoju, nie plamiąc swoich generalskich mundurów krwią przelaną w wojnie. Tak więc, dziwny sposób w jaki ginęli, wskazuje na to, że jako bezwzględnie podporządkowani i mający na sumieniu poważne przestępstwa wobec Polski i Polaków zasługiwali na lekceważenie Moskwy. Zdawano sobie sprawę z tego, że nikt się o nich nie upomni, a jeśli będą organizowane śledztwa i procesy to takie, które nie dadzą żadnych wyników lub jak 06 grudnia 2010 roku podczas wizyty w Warszawie, Prezydent Miedwiediew deklarował, że on « nie wyobraża sobie aby wyniki śledztwa w Rosji i w Polsce były inne ».
    Tak więc idąc tropem prawdziwej demokracji « Jeden człowiek jeden głos » nie należy zapominać, że już nie żyje Jurij Iwanow, wiceszef jednej z rosyjskich agencji wywiadowczych, nadzorującej akcje za granicą m.in. w Polsce czyli Głównego Zarządu Wywiadowczego (GRU).
    Człowiek słabo pływał jak przystało na super szpiega wypoczywając w Syrii, w miejscowości Latakia. Zwłoki zidentyfikowano 8 sierpnia 2010 roku. Fakt znalezienia zwłok w jednym z krajów NATO daję wiele do myślenia. Czyżby prądy morskie były takie silne, że zwłoki zostały zniesione aż do wybrzezy tureckich ? A może wykonywał tajną misję infiltracji drogą morską do Izraela wpław ? Nie mam informacji na ten temat jak tylko dostanę to publicznie nimi się podzielę. Osobiście nie lubię pływać ani wypoczywać w Syrii. Śmierć operacyjna, bo tak należy nazwać utonięcie wiąże się ze sprawą Smoleńską. Newralgiczna dla Rosji instytucja, majaca za zadanie rozpracowywać systemy wojenne państw NATO i prowadzić wywiad gospodarczy traci jednego z najwyższych oficerów wywiadu Rosji, który osobiście był odpowiedzialny za operację przeprowadzoną w Smoleńsku. Po tym tragicznym i nieszczęśliwym utonięciu operacyjnym, należało się włamać do Komitetu Śledczego przy Prokuraturze Generalnej w Rosji aby wyczyścić przypadkowo zgromadzone dokumenty prowadzące do Putain. I oto jest ten tragiczny 31 sieprnia 2010 roku, gdzie w świetle latarek nieznani sprawcy włamali się do Komitetu aby z pewnością ukraść telefon śp. Lecha Kaczyńskiego i sprzedać go za kilka lat na aukcji. Notabene świetna inwestycja ponieważ, obecnie gorący telefon pilnie jest poszukiwany przez służby państw NATO.
    Tusk przypomnij sobie doktrynę Andrzeja Leppera « umiesz liczyć, licz na siebie » i poproś o azyl u Angeli w kraju twych przodków bo: « Nie znasz dnia, ani godziny » w myśl Pisma Świętego.

    Rafał Gawronski.

    Ps. Proszę mnie nie ciągać za posiadane informacje. Z mocy prawa nie udzielam informacji przestępcom, a w szczególności terrorystom. Zwróciłem się z zawiadomieniem dnia 05 listopada 2010r. do Prokuratora Generalnego P. Seremet. Niestety obiektów zrabowanych i wpisanych do Rejestru Zabytków nie zabezpieczono do dnia niniejszej publikacji i w dalszym ciągu represjonuje się mnie i moją najbliższą rodzinę za ujawnienie kradzieży zabytków. Jeżeli Prokurator A. Seremet zabezpieczy mienie wiekiej wartości wpisane do Rejestru Zabytków to może porozmawiamy, jeśli nie dostanę oczywiście skierowania do celi samobójczej.

    http://rafzen.eu.salon24.pl/282039,tusk-podzieli-los-generalow

     

    Posted in Polityka i aktualności | Leave a Comment »

    Ranny niedźwiedź odgraża się psom‏

    Posted by tadeo w dniu 26 lutego 2011

    Grzegorz Schetyna

    Grzegorz Schetyna próbuje złapać oddech. Deklaruje chęć pojednania z Donaldem Tuskiem i grozi odwetem frakcji Cezarego Grabarczyka

    Słowa, że Grzegorz Schetyna „zamorduje psy, które gryzły krwawiącego niedźwiedzia”, zaczynają krążyć w Platformie. Niektórzy przypisują je marszałkowi Sejmu, który w ten sposób miał nawiązać do spotkania zarządu partii 2 lutego, kiedy był ostro atakowany przez rywali.

    W rzeczywistości wypowiedział je jeden z sojuszników Schetyny jako zapowiedź odwetu na tych, którzy krytykowali marszałka za jego słowa o spóźnionej reakcji premiera na raport MAK.

    Dziś frakcja marszałka próbuje przejść do kontrofensywy.

    Po tym jak media donosiły – opierając się na przeciekach z najwyższych kręgów Platformy – że frakcja Schetyny zostanie wycięta z list wyborczych, jego stronnicy przekonują, że zbyt wcześnie ogłoszono ich pogrzeb.

    Obie strony przedstawiają dziennikarzom zupełnie różne interpretacje spotkania premiera z marszałkiem Sejmu w ostatni poniedziałek. Politycy z frakcji Grabarczyka (tzw. spółdzielni) i z Kancelarii Premiera przedstawiali je jako wyjątkowo niemiłą dla Schetyny rozmowę ostrzegawczą. Podobne były przecieki z wtorkowego spotkania premiera z dziennikarzami, skąd – wbrew dotychczasowym regułom o rozmowie „off the record” – wyszło, że premier uważa Schetynę za swój główny problem.

    Według frakcji marszałka było inaczej: spotkanie, choć trudne, przyniosło pozytywne rezultaty. Donald Tusk i Schetyna wylali nie tylko wzajemne żale, ale też przedstawili swoje oczekiwania. Modus vivendi według informatorów „Rz” ma polegać na tym, że przed wyborami i po nich Schetyna nie będzie podważał pozycji Tuska jako szefa rządu i partii, a ten nie będzie usiłował zabrać mu stanowiska marszałka Sejmu, co ostatnio sugerowali zwolennicy Tuska. Druga część kompromisu ma dotyczyć układania list wyborczych. O ich kształcie zdecyduje Tusk, a Schetyna chce, aby nie wycięto z nich jego współpracowników i sojuszników.

    Rozmowa między Tuskiem a Schetyną będzie miała dalszy ciąg. Panowie umówili się na przyszły tydzień. Świadczy to o tym, że spotkanie poniedziałkowe – niezależnie od jego ostrości – nie oznaczało definitywnego zerwania więzi między dawnymi przyjaciółmi.

    To miało zaniepokoić frakcję Cezarego Grabarczyka.

    – Spółdzielnia boi się, że Tusk pogodzi się ze Schetyną, bo wtedy ich grupa straci rację bytu – twierdzą z wyraźną satysfakcją ludzie Schetyny. Druga strona oczywiście temu zaprzecza. I co charakterystyczne, sama twierdzi, że wewnątrzpartyjny spór jest potrzebny grupie Schetyny, a nie jej.

    Kolejnym argumentem świadczącym o odzyskiwaniu sił przez marszałka ma być spotkanie Schetyny z prezydentem, które się odbyło w ostatnią środę. Bronisław Komorowski miał obiecać marszałkowi, że nie pozwoli na „zabicie” go przez premiera. I na zniszczenie środowiska Schetyny. – Relacje Schetyny z prezydentem są więcej niż niezłe. Skoro tak często się komunikują, to coś to znaczy – mówi kolejny współpracownik marszałka.

    Prezydent spotykał się też z posłami Platformy. Do tej pory przyjął u siebie parlamentarzystów z trzech regionów: małopolskiego, mazowieckiego i łódzkiego. Mówił im o potrzebie reformowania państwa. Używał więc retoryki bliższej Schetynie niż Tuskowi – co politycy związani z marszałkiem zaczęli interpretować jako korzystny dla siebie przekaz.

    Osoby z otoczenia głowy państwa tonują ich optymizm.

    – Prezydent chce złagodzenia konfliktu wewnątrz ugrupowania, z którego się wywodzi. Może służyć mediacją, ale nie będzie stroną sporu. Tym bardziej że ma osobistych przyjaciół w obu środowiskach – twierdzi polityk bliski Komorowskiemu.

    Komunikat zatem jest jasny: pomoc prezydenta będzie miała swoje wyraźne ograniczenia. Wiadomo jednak, że Komorowski przekonywał już premiera – choć bez skutku – do zgody ze Schetyną. I wiadomo też, że od lat ma z nim dobre i bliskie kontakty. A np. nigdy tak blisko nie współpracował z Grabarczykiem.

    W PO, obok słów o groźnym niedźwiedziu, zaczęła też krążyć opowieść o tym, że Schetyna notował słowa atakujących go członków zarządu. Ma to być kolejna zapowiedź odwetu. Te opowieści – są elementem gry nerwów w Platformie. Służą przeciąganiu lub zatrzymywaniu po swojej stronie bardziej niezdecydowanych polityków.

    Sugestie, że premier, układając listy wyborcze, skreśli z nich stronników Schetyny, przetrzebiły armię marszałka. Jednocześnie respekt przed nim spowodował, że osoby wcześniej go atakujące lub neutralne zaczęły w ostatnich dniach wysyłać do niego pojednawcze sygnały. Szefowa lubuskiej PO Bożenna Bukiewicz, która 2 lutego napadła na Schetynę, miała ostatnio go za to przepraszać. Podobnie Marzena Okła-Drewnowicz, która milczała na feralnym zarządzie, zadeklarowała swoją lojalność wobec Schetyny.

    – Mamy z PO problem. Żeby coś załatwić, trzeba rozmawiać i z jednymi, i drugimi – mówi ważny polityk koalicyjnego PSL. Nasz rozmówca dodaje, że nie wierzy, by Platforma była w stanie przetrwać w dobrym stanie wyrzucenie Schetyny. – Widzę, że i Tusk, i Schetyna mają za sobą wielkie armie działaczy. Ale nikt nie wie dokładnie ilu – mówi.

    Próba policzenia się przy okazji ostatecznego konfliktu może być zbyt silnym wstrząsem dla partii. Zwłaszcza tuż przed wyborami. I to może być polisa dla Grzegorza Schetyny.

    Rzeczpospolita

    http://www.rp.pl/artykul/618175_Ranny-niedzwiedz-odgraza-sie-psom-.html

     

    Posted in Polityka i aktualności | Leave a Comment »

    Wodzirej w dzikim kraju – Igor Janke

    Posted by tadeo w dniu 26 lutego 2011

    Jaką korzyść może mieć Platforma z powrotu do polityki Mirosława Drzewieckiego? – Żadnej. Ale ma on wielu przyjaciół i duże zasługi dla partii – mówi jeden z czołowych polityków PO

    Mirosław Drzewiecki jest sympatyczny, pełen emocji, umie się wzruszyć. Tu załatwi, tam pomoże, popchnie sprawę. Odniósł sukces biznesowy, przeskoczył na salony. Buduje szybko Orliki i stadiony, do których będą prowadzić dziurawe drogi. A przy wejściu stać będą konie w kurtkach ze skaju handlujący biletami. Im też pomoże. Ładuje się w wielką aferę. Ale koledzy chcą pomóc. Walczy więc dalej. Na nowo wydeptuje więc ścieżki. Wie dobrze, że to dziki kraj.

    – Drzewiecki wszedł do polityki z realnego życia – mówi Sławomir Nitras, polityk Platformy. – Robił biznes w Łodzi w latach 90. Trzeba pamiętać, że standardy w polityce i w biznesie w latach 90. były inne niż dzisiaj. Kto działał wtedy, nie obracał się tylko wśród aniołów. Śmieszy mnie, gdy ktoś robi strasznego luda z takich ludzi jak Drzewiecki, którzy wtedy byli w biznesie, a sam działał wówczas w polityce, która wcale nie była lepsza.
    Łódź czasów przełomu to nie było miasto aniołów. Drzewiecki zaczynał w latach 80. W firmach polonijnych. Pieniądze zarobił na szyciu ciuchów, sprowadzaniu tkanin z Dalekiego Wschodu. Zatrudniał kilkaset osób. Zaliczył kilka głośnych wpadek. W jego firmie produkowano podróbki znanych firm. Tłumaczył, że robiła to jedna z pracownic bez jego wiedzy. W otwartej przez niego kawiarni Wiedeńska na Piotrkowskiej zbierali się miejscowi gangsterzy. W zeznaniach podejrzanych w różnych łódzkich procesach od czasu do czasu pojawia się nazwisko byłego ministra. W jednej ze spraw o narkotyki wzywano go jako świadka. Nigdy jednak niczego mu nie udowodniono. Interesy szły mu nieźle. Trafił na listę najbogatszych Polaków „Wprost”. Stał się jednym z głównych bohaterów afery hazardowej. Słynie z tego, że dużo czasu spędza w swoim apartamencie na Florydzie. To tam nieopatrznie powiedział reporterowi TVN, że Polska to dziki kraj.

    Igor Janke

    http://www.rp.pl/artykul/617973,618102-Wodzirej–w-dzikim-kraju.html

     

    Posted in Polityka i aktualności | Leave a Comment »

    „Pożegnanie z charyzmą”

    Posted by tadeo w dniu 26 lutego 2011

    Paweł Lisicki o charyzmie w polityce, Barbara Hollender o Natalie Portman, Piotr Zaremba o serialu „Zakazane imperium”, Igor Janke o karierze Mirosława Drzewieckiego

    Numer 8(939), 26-27 lutego 2011źródło: Plus Minus 

    Numer 8(939), 26-27 lutego 2011

    Czy Polska potrzebuje charyzmatycznych polityków? Paweł Lisicki w tekście „Pożegnanie z charyzmą”pisze: „W Polsce dziś na prawdziwie charyzmatycznego przywódcę nie ma miejsca. Społeczeństwo jest na tyle stabilne, poziom zadowolenia tak znaczny, niechęć do ryzyka i niespodzianek tak duża, że prawdziwie charyzmatyczne postacie nie mają szansy na sukces. I to, co nazywa się charyzmą, ów rzekomy atrybut osobowości, który zapewnia władzę i spontaniczne posłuszeństwo, coraz bardziej się cywilizuje i statkuje”.

    ■ ■ ■

    Łowca talentów odkrył ją w pizzerii. Wkrótce zagrała w „Leonie zawodowcu”. Natalie Portman dostała już Złoty Glob za rolę w „Czarnym łabędziu” i wówczas mówiono, że nie minie ją Oscar. Barbara Hollender, która jest autorką sylwetki tej znakomitej aktorki, pisze:

    „Natalie jako dziecko chodziła do szkoły baletowej, ale zrezygnowała z niej w wieku 13 lat. Gdy Aronofsky zaproponował jej rolę w „Czarnym łabędziu”, znów założyła baletki. Na początku ćwiczyła po pięć godzin dziennie, potem sześć, wreszcie osiem. Schudła 10 kilo, na planie złamała żebro, ale w „Czarnym łabędziu”, nie potrzebowała dublerki. Wirowała przed kamerą lekka i zwiewna”.

    O Portman można powiedzieć, że jest „Gwiazdą, która nie chce nią być”. Nie parła do sławy za wszelką cenę, nie przeniosła się w pobliże Hollywood.

    „Czas pokaże – pisze Barbara Hollender – czy da sobie sobie radę, jak Cate Blanchett czy Julianne Moore. Ale podobnie jak one Natalie Portman ma wielki potencjał. Kiedyś mówiła: „Nie chcę być gwiazdą, chcę być mądra”. Taka postawa sprawia, że aktorka nie jest gwiazdką trzech sezonów, lecz ma szansę pięknie dojrzewać, a nawet starzeć się na ekranie”.

    ■ ■ ■

    Piotr Zaremba kreśli historyczne tło serialu „Zakazane imperium”. O gangsterach i politykach w latach prohibicji w Stanach Zjednoczonych możemy przeczytać w tekście „Niebezpieczne związki”.

    Bohater serialu Enoch Nucky Thompson wzorowany jest na partyjnym bossie z Atlanic City Enochu Nucky Johnsonie. „Był symbolem otwartego zrostu polityki z przestępczością, bardziej niż ktokolwiek inny. To w jego mateczniku, w Atlantic City, odbyło się słynne zebranie rodzin mafijnych z całego USA. Sam Nucky wsławił się tym, że, inaczej niż wielu polityków zachowujących zdrowe poczucie hipokryzji, dał się sfotografować w hotelowym hallu ze słynnym już wówczas Alem Capone”. Piotr Zaremba pisze o prohibicji. „Narosło wokół niej wiele mitów. Trzy są najbardziej przemożne. Że była dziełem zacofanych fanatyków. Że została Ameryce narzucona. I że za jej czasów konsumpcja alkoholu wzrosła zamiast się zmniejszyć”.

    ■ ■ ■

    Mirosław Drzewiecki jest bardzo popularny w Platformie Obywatelskiej i bardzo zasłużony dla tej partii. O jego wzlocie i upadku pisze Igor Janke.

    „Kiedy powstała Platforma Obywatelska, dość szybko dotarł do szczytów partii. Stał się jednym z najbliższych ludzi przewodniczącego. Członkiem słynnego dworu. Chodził krok za Tuskiem, uczestniczył w tajnych naradach, oglądaniu meczy, kolacjach, paleniu cygar, degustacji win. Chętnie płacił rachunki, dostarczał dobre trunki”.

    Pogrążyła go afera hazardowa. Ciężko przeżył wygnanie z dworu Tuska i odejście z ministerstwa sportu. Czy wróci do polityki?

    „Głupio nie wyciągnąć dziś ręki do kogoś, z kim było się tak blisko przez lata. Który pomagał, kiedy trzeba” – takie są głosy w Platformie. Ale, jak mówi Andrzej Biernat z zarządu regionu łódzkiego, jeśli sprawy w prokuraturze zostaną do końca wyczyszczone, wtedy możemy zacząć rozmawiać o jego powrocie do polityki i na listy wyborcze.

    „Trudno jednak uwierzyć, żeby prokuratura zamknęła sprawę do czasu zakończenia układania list” – komentuje Igor Janke w artykule „Wodzirej w dzikim kraju”.

    http://www.rp.pl/artykul/618090.html

    Ileż to razy debatowałem na temat tego, czy ktoś ma charyzmę. I, prawdę powiedziawszy, równiem głupi po tych rozmowach jak przed nimi.

    Bo choć z jednej strony łacno się zgodzić, że bez charyzmy w polityce ani rusz, to z drugiej iluż to polityków w mgnieniu oka potrafiło się przedzierzgnąć z niewiele znaczącego biurokraty w przyciągającego tłumy przywódcę.

    Przykład pierwszy z brzegu – Leszek Miller. Nim stanął na czele lewicowej opozycji, jawił się jako typowy reprezentant komunistycznego betonu partyjnego, o dosyć kusej umysłowości i płaskim poczuciu humoru. Zdawał się to osobnik pod każdym względem ograniczony i nieatrakcyjny. A tu proszę bardzo. Nie dość, że pod jego przywództwem SLD najpierw dokonał pogromu AWS i wygrał wybory, to jeszcze Miller do dziś cieszy się opinią mędrca, a nadto charyzmatycznego lidera. I to nawet jeśli obecnie bryluje raczej w „Polityce” papierowej niż rzeczywistej.

    Czy podobne będą losy dzisiejszej nadziei lewicy? Grzegorz Napieralski? Ten nie ma żadnych, ale to żadnych szans – słyszałem znawców z „Krytyki Politycznej” i „Gazety Wyborczej”. Niby racja. Drewniany język, metafory bez polotu, uśmiech sztuczny. To miałby być lider? To miałaby być charyzma? Koń by się uśmiał. A jednak. Owoż czy to się komuś podoba czy nie, to Napieralski przeprowadził lewicę przez wielką smutę po aferze Rywina i, śmiem twierdzić, gotów jest wprowadzić ją do przyszłych rządów. Wtedy zaś, idę o zakład, ci sami znawcy, którzy nie potrafili dopatrzyć się w nim krztyny charyzmy, nagle ją odkryją.

     

    Kłopoty z ustaleniem charyzmy ma nie tylko lewica. Wystarczyło się przyjrzeć zmaganiom o prezydenturę Jarosława Kaczyńskiego i Bronisława Komorowskiego. Cokolwiek by o Kaczyńskim powiedzieć, spotkałem niewielu, którzy by mu odmawiali charyzmy. To Kaczyński porywał tłumy, to on był i jest urodzonym przywódcą, to on, mówiąc językiem Webera, ma własny niepodzielny autorytet, grupę oddanych na śmierć i życie zwolenników, to on tworzy emocje tłumów. To on zdaje się uosabiać charyzmatyczne panowanie. W przeciwieństwie do Komorowskiego. Tylko co z tego?

    Być może jedyny wniosek, jaki można wyciągnąć z tych rozważań, jest taki, że w Polsce dziś na prawdziwie charyzmatycznego przywódcę nie ma miejsca. Że społeczeństwo jest na tyle stabilne, poziom zadowolenia tak znaczny, niechęć do ryzyka i niespodzianek tak duża, że prawdziwie charyzmatyczne postacie nie mają szansy na sukces. I to, co nazywa się charyzmą, ów rzekomy atrybut osobowości, który zapewnia władzę i spontaniczne posłuszeństwo, coraz bardziej się cywilizuje i statkuje.

    Chyba tak. Paweł Graś jakiś czas temu powiedział, że kandydaci z prawdziwą charyzmą, tacy jak Jarosław Gowin, nadają się do Senatu, a nie do Sejmu. Złośliwość, owszem. Ale też podświadome przeświadczenie, że charyzma to przeszkoda w uprawianiu prawdziwej polityki.

    Paweł Lisiecki

    http://www.rp.pl/artykul/617973,618124.html

     

    Posted in Polityka i aktualności | Leave a Comment »