WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for 17 lutego, 2011

To zszokowało rodzinę Pyjasa – nie został pobity?

Posted by tadeo w dniu 17 lutego 2011

Upadek z wysokości to przyczyna śmierci Stanisława Pyjasa – tak napisali biegli po szczegółowych badaniach ekshumowanych szczątków krakowskiego studenta – podaje radio RMF FM. To właśnie te informacje zszokowały rodzinę. Co więcej, biegli nie stwierdzili, że Pyjas został pobity.

Ekspertyza biegłych została utajniona przez IPN. Teraz krakowski oddział wystąpił z wnioskiem o odpowiedź na kolejne 23 pytania, bardziej szczegółowe.

Z informacji reportera RMF FM wynika, że najnowsza opinia prawie w całości zgodna jest z tym, co napisano w protokole sekcji zwłok w 1977 r. Biegli stwierdzili, że Pyjas zmarł, ponieważ upadł z dużej wysokości, co więcej był pod wpływem alkoholu. Jednocześnie eksperci wykluczają obrażenia wskazujące na pobicie lub działanie osób trzecich.

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1347,title,To-zszokowalo-rodzine-Pyjasa-nie-zostal-pobity,wid,13145033,wiadomosc.html

 

 

Posted in Historia, Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Metody rodem z PRL-u, znów śledzą działaczy ”Solidarności”

Posted by tadeo w dniu 17 lutego 2011

Za pieniądze samorządowej spółki w Bydgoszczy była śledzona przewodnicząca zakładowej „Solidarności”. Przewodniczący związku Piotr Duda o sprawie będzie rozmawiał z prokuratorem generalnym. 

Szef Solidaności twierdzi – „Nie odpuszczę. W poniedziałek 21 lutego będę w Warszawie i poruszę ten temat w rozmowie z prokuratorem generalnym Andrzejem Seremetem. Poproszę, by zainteresował się śledztwem prowadzonym przez bydgoską prokuraturę” – zapowiedział w środę Bydgoszczy Piotr Duda podczas spotkania z członkami tamtejszej  „Solidarności”.

Od kilku miesięcy w spółce Miejskie Wodociągi i Kanalizacja trwa spół zbiorowy. Działcze Solidarności mówi – „Negocjacje szły ciężko. Pracodawca nie chciał, żeby związkowcy patrzyli mu na ręce. Zlecił agencji ochrony śledzenie Ewy Kozaneckiej, przewodniczącej zakładowej Solidarności” – relacjonuje Sebastian Gawronek, wiceprzewodniczący Zarządu Regionu Bydgoskiego.

Nieoficjalnie wiadomo, że na śledzenie z kasy miejskiej spółki wydano kilka tysięcy złotych. Fakt śledzenia potwierdziła policja. Agencja ochrony nie miała prawdopodobnie koncesji na usługi detektywistyczne. Sprawa trafiła do prokuratury.

Przewodniczący „Solidarności” jest zbulwersowany szykanowaniem Ewy Kozaneckiej. Sternik panny „S” podkreśla –  „To przypomina czasy PRL-u. Ale wtedy esbecy kryli się, byli bardziej dyskretni. Dziś niektórzy pracodawcy zwalczają „Solidarność” w biały dzień” – komentuje Piotr Duda.

Szef związku podczas wizyty w Bydgoszczy spotkał się też z członkami Zarządu Regionu i szefami komisji zakładowych. Odwiedził też firmę PESA. Oddany człowiek, działacz regionalnych struktur Solidarnosci stwierdza – „To jeden z największych pracodawców w mieście. Firma przetrwała trudne czasy również dzięki wyrzeczeniom załogi i odpowiedzialnej postawie zakładowej Solidarności” – podkreśla Sebastian Gawronek.

Fiatowiec

Źródło: Dział Informacji KK NSZZ Solidarność.

http://fiatowiec.nowyekran.pl/post/3117,metody-rodem-z-prl-u-znow-sledza-dzialaczy-solidarnosci

 

 

Posted in Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Klub Ronina: MAFIA W POLITYCE (7 II 2011)

Posted by tadeo w dniu 17 lutego 2011

Dyskusja w warszawskim Klubie Ronina, 7 lutego 2011.


Uczestniczą m. in.:

Andrzej Godlewski, Bartłomiej Radziejewski, Piotr Zaremba, Łukasz Warzecha, Piotr Gorczyk, Marcin Wolski, Józef Orzeł, Jerzy Jachowicz, Anna Kister, Witold Kalinowski.

Posted in Afery i przekręty, Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Co Tomasz Turowski robił w Smoleńsku 10 kwietnia i w Rzymie 13 maja?

Posted by tadeo w dniu 17 lutego 2011

Nic nie wi­dzieć, nic nie sły­szeć, nic nie mó­wić

– I tak 9596 tra­fił na Ku­bę ja­ko am­ba­sa­dor. Dla­cze­go obaj po­li­ty­cy sil­nie zwią­za­ni z ak­tu­al­nym obo­zem rzą­dzą­cym re­ko­men­do­wa­li Tu­row­skie­go, nie wia­do­mo. Bro­ni­sław Ge­re­mek zgi­nął w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym, więc na py­ta­nie, skąd wziął się „nie­le­gał” w je­go „no­te­sie” nie od­po­wie.Tak elo­kwent­ny je­śli cho­dzi­ło o oplu­wa­nie PiS „pro­fe­sor” Bar­to­szew­ski na­gle za­po­mniał ję­zy­ka w gę­bie i mil­czy, jak za­klę­ty. Dzien­ni­ka­rze, któ­rzy ocho­czo z nim roz­ma­wia­li, te­raz nie za­da­ją mu żad­nych py­tań. Szko­da, bo wy­ja­śnie­nia pa­na „pro­fe­so­ra” mo­gły­by być bar­dzo in­te­re­su­ją­ce, zwłasz­cza, że na­su­wa­ją się dwie opcje – al­bo Bar­to­szew­ski o prze­szło­ści Tu­row­skie­go wie­dział, co cał­ko­wi­cie go dys­kwa­li­fi­ku­je ja­ko oso­bę pu­blicz­ną, al­bo nie wie­dział i dał się wpu­ścić w ma­li­ny ko­mu­ni­stycz­ne­mu szpie­go­wi, co do­wo­dzi, że to on a nie po­li­ty­cy Pra­wa i Spra­wie­dli­wo­ści, jest dy­plo­ma­toł­kiem.

Oka­zu­je się, że te sa­me me­dia, któ­rych głów­ną mi­sją za cza­sów rzą­dów PiS, by­ło „pa­trze­nie wła­dzy na rę­ce”, dziś, gdy cho­dzi o rząd Tu­ska są śle­pe, głu­che i nie­me. Nie wi­dzą żad­nej nik­czem­no­ści po stro­nie rzą­du, nie sły­szą żad­nej nik­czem­no­ści w wy­po­wie­dziach rzą­dzą­cych i złe­go sło­wa na Tu­ska i je­go świ­tę nie po­wie­dzą. Ocho­czo po­wtó­rzą każ­dą wy­po­wiedź wy­mie­rzo­ną prze­ciw­ko Pra­wu i Spra­wie­dli­wo­ści, ale za żad­ne skar­by świa­ta nie ujaw­nią praw­dy o współ­pra­cow­ni­kach Tu­skach. Jak wi­dać po­ję­cie do­bra i zła jest dla nich moc­no re­la­tyw­ne. Tym­cza­sem po­czą­tek ro­ku przy­niósł szo­ku­ją­ce in­for­ma­cje o To­ma­szu Tu­row­skim, bli­skim współ­pra­cow­ni­ku Ra­do­sła­wa Si­kor­skie­go, za­stęp­cy am­ba­sa­do­ra Pol­ski w Mo­skwie, jak się oka­zje ko­mu­ni­stycz­ne­go su­per-szpie­ga, dzia­ła­ją­ce­go na rzecz… Ro­sjan.

9596 w Wa­ty­ka­nie
To­masz Tu­row­ski do współ­pra­cy z wy­wia­dem zo­stał zwer­bo­wa­ny jesz­cze ja­ko stu­dent. Za­in­te­re­so­wał się nim Wy­dział XIV De­par­ta­men­tu I – naj­bar­dziej za­kon­spi­ro­wa­na jed­nost­ka wy­wia­du PRL – jej szpie­dzy by­li ofi­ce­ra­mi SB i „nie­le­ga­ła­mi” – szpie­ga­mi tak za­kon­spi­ro­wa­ny­mi, że o ich ist­nie­niu nie wie­dzie­li na­wet re­zy­den­ci wy­wia­du. Nie­le­ga­ło­wie nie ko­rzy­sta­li przy prze­ka­zy­wa­niu mel­dun­ków z ka­na­łów dy­plo­ma­tycz­nych, a mel­dun­ki pod­pi­sy­wa­li nu­me­ra­mi. Nu­mer Tu­row­skie­go to „9596”. Rzecz ja­sna do ta­kiej „służ­by” trze­ba by­ło mieć od­po­wied­nie „pre­dys­po­zy­cje psy­chicz­ne” i Tu­row­ski naj­wy­raź­niej je miał.
Co wię­cej – mu­siał mieć je w za­kre­sie ab­so­lut­nie wy­jąt­ko­wym, sko­ro zo­stał ulo­ko­wa­ny w Wa­ty­ka­nie, gdzie tra­fił w 1975 ro­ku. Pew­nie wte­dy nikt, ani sam Tu­row­ski, ani je­go sze­fo­wie nie po­my­śle­li, jak bar­dzo za­an­ga­żu­je się w swo­ją służ­bę od 1978 ro­ku. Tu­row­ski spę­dził 10 lat w no­wi­cja­cie u Oj­ców Je­zu­itów. Tuż przed zło­że­niem ślu­bów wie­czy­stych „stra­cił po­wo­ła­nie”, zrzu­cił su­tan­nę i opu­ścił Rzym. Naj­wy­raź­niej je­go mo­co­daw­cy uzna­li, że Tu­row­ski nie wy­trzy­ma ce­li­ba­tu a ży­cie nie­zgod­ne z re­gu­łą Za­ko­nu mo­że skoń­czyć się zde­ma­sko­wa­niem i po­zwo­li­li mu wró­cić. A mo­że uzna­li, że bę­dzie bar­dziej po­trzeb­ny „na in­nym od­cin­ku”? Jest fak­tem, że pra­cu­jąc w Wa­ty­ka­nie, Tu­row­ski dość szyb­ko zy­skał za­ufa­nie i uzna­nie. Per­fek­cyj­na zna­jo­mość ję­zy­ka ro­syj­skie­go spra­wi­ła, że po­wie­rza­no mu do tłu­ma­cze­nia taj­ne do­ku­men­ty Sek­cji Sło­wiań­skiej Sto­li­cy Apo­stol­skiej. To wte­dy na­wią­zał kon­tak­ty z Je­zu­ita­mi we Fran­cji, gdzie na­wet pod­jął stu­dia. Do dziś nie uda­ło się usta­lić, ile in­for­ma­cji prze­ka­zał z Rzy­mu 9596, wia­do­mo na­to­miast, że był na Pla­cu Świę­te­go Pio­tra 13 ma­ja 1981 ro­ku, kie­dy Ali Ag­ca strze­lał do Ja­na Paw­ła II.

Dy­plo­ma­ta z re­ko­men­da­cji Bar­to­szew­skie­go
Swo­ją ka­rie­rę w III RP Tu­row­ski w za­sa­dzie za­wdzię­cza dwóm lu­dziom (na­wia­sem mó­wiąc, obaj by­li prze­ciw­ni­ka­mi lu­stra­cji) – Bro­ni­sła­wo­wi Ge­rem­ko­wi i Wła­dy­sła­wo­wi Bar­to­szew­skie­mu. Tu­row­ski do­stał pra­cę w MSZ w 1993 ro­ku. Tra­fił do De­par­ta­men­tu Eu­ro­pa II, zaj­mu­ją­ce­go się Eu­ro­pą Wschod­nią. W 1996 ro­ku wje­chał do Mo­skwy ja­ko rad­ca a po­tem mi­ni­ster peł­no­moc­ny. Tu­row­ski ucho­dził wów­czas za do­bre­go zna­jo­me­go pro­fe­so­ra Ge­rem­ka, wręcz za oso­bę ze słyn­ne­go „no­te­su Ge­rem­ka” i gdy­by nie on, praw­do­po­dob­nie nie tra­fił­by do Eu­ro­py II. War­to przy tym pod­kre­ślić, że jesz­cze przed wy­sła­niem do Mo­skwy, Tu­row­ski od­by­wał czę­ste po­dró­że na Wschód.. W 2001 ro­ku, po pra­wie pię­ciu la­tach po­by­tu w Ro­sji, zo­stał przed­sta­wio­ny ja­ko naj­lep­szy kan­dy­dat na am­ba­sa­do­ra Pol­ski na Ku­bie. Je­go kan­dy­da­tu­rę 8 mar­ca 2001 ro­ku oso­bi­ście re­ko­men­do­wał ów­cze­sny mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych „pro­fe­sor” Wła­dy­sław Bar­to­szew­ski. W ste­no­gra­mie z po­sie­dze­nia ko­mi­sji za­cho­wa­ły się sło­wa „pro­fe­so­ra”, któ­ry bar­dzo Tu­row­skie­go za­chwa­lał, ak­cen­tu­jąc szcze­gól­nie moc­no je­go zna­ko­mi­te kon­tak­ty „ro­syj­skie”. I tak 9596 tra­fił na Ku­bę ja­ko am­ba­sa­dor. Dla­cze­go obaj po­li­ty­cy sil­nie zwią­za­ni z ak­tu­al­nym obo­zem rzą­dzą­cym re­ko­men­do­wa­li Tu­row­skie­go, nie wia­do­mo. Bro­ni­sław Ge­re­mek zgi­nął w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym, więc na py­ta­nie, skąd wziął się „nie­le­gał” w je­go „no­te­sie” nie od­po­wie. Tak elo­kwent­ny je­śli cho­dzi­ło o oplu­wa­nie PiS „pro­fe­sor” Bar­to­szew­ski na­gle za­po­mniał ję­zy­ka w gę­bie i mil­czy, jak za­klę­ty. Dzien­ni­ka­rze, któ­rzy ocho­czo z nim roz­ma­wia­li, te­raz nie za­da­ją mu żad­nych py­tań. Szko­da, bo wy­ja­śnie­nia pa­na „pro­fe­so­ra” mo­gły­by być bar­dzo in­te­re­su­ją­ce, zwłasz­cza, że na­su­wa­ją się dwie opcje – al­bo Bar­to­szew­ski o prze­szło­ści Tu­row­skie­go wie­dział, co cał­ko­wi­cie go dys­kwa­li­fi­ku­je ja­ko oso­bę pu­blicz­ną, al­bo nie wie­dział i dał się wpu­ścić w ma­li­ny ko­mu­ni­stycz­ne­mu szpie­go­wi, co do­wo­dzi, że to on a nie po­li­ty­cy Pra­wa i Spra­wie­dli­wo­ści, jest dy­plo­ma­toł­kiem. W obu przy­pad­kach po­wi­nien raz na za­wsze wy­co­fać się z ży­cia pu­blicz­ne­go, choć wąt­pli­we, że to zro­bi. Ra­czej cze­ka, aż spra­wa przy­schnie i zno­wu za­cznie swo­je wy­stę­py.

Służ­ba w III RP. Cie­ka­we dla ko­go?
W ro­ku 2007 Tu­row­ski zre­zy­gno­wał z pra­cy w MSZ i znik­nął ze sce­ny „dy­plo­ma­tycz­nej”. Zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie wró­cił na nią w ro­ku 2010, kie­dy do­cho­dzi do bar­dzo dziw­ne­go zda­rze­nia. 14 lu­te­go 2010 ro­ku Tu­row­ski zo­stał zno­wu za­trud­nio­ny w MSZ. Już 15 lu­te­go wy­je­chał do Mo­skwy. Co cie­ka­we – je­go wy­jazd miał miej­sce już po pod­ję­ciu de­cy­zji o po­dwój­nych ob­cho­dach ka­tyń­skich – 7 i 10 kwiet­nia. Tu­row­ski zo­stał sze­fem wy­dzia­łu po­li­tycz­ne­go w pol­skiej am­ba­sa­dzie w Mo­skwie i za­stęp­cą am­ba­sa­do­ra Bah­ra, a je­go głów­nym za­da­niem by­ło przy­go­to­wa­nie tych wi­zyt. Ob­ję­te przez nie­go sta­no­wi­sko jest jed­nym z naj­waż­niej­szych, a o je­go ob­sa­dze­niu de­cy­du­je sam Ra­dek Si­kor­ski. Po­dob­no nie wie­dział o prze­szło­ści swo­je­go współ­pra­cow­ni­ka. Włos się je­ży na gło­wie od ta­kie­go wy­ja­śnie­nia, bo ozna­cza ono, że pol­skie służ­by nie spraw­dza­ją lu­dzi, któ­rych nasz kraj wy­sy­ła na pla­ców­ki dy­plo­ma­tycz­ne. A za­tem moż­li­wa jest sy­tu­acja, że nie­je­den „Tu­row­ski” w pol­skich am­ba­sa­dach sie­dzi i wy­sy­ła mel­dun­ki, by­naj­mniej nie do War­sza­wy.

Wy­da­wał po­le­ce­nia ro­syj­skim służ­bom
Obec­ność To­ma­sza Tu­row­skie­go na lot­ni­sku Sie­wier­nyj 10 kwiet­nia jest cał­ko­wi­cie zro­zu­mia­ła, w koń­cu od­po­wia­dał za przy­go­to­wa­nie obu ka­tyń­skich wi­zyt. Tro­chę mniej zro­zu­mia­łe są wy­da­rze­nia, ja­kie ro­ze­gra­ły się bez­po­śred­nio po upad­ku sa­mo­lo­tu. Z ze­znań ope­ra­to­ra TVP, Sła­wo­mi­ra Wi­śniew­skie­go wy­ni­ka,
że ro­syj­skie służ­by chcia­ły mu ode­brać ka­se­tę z na­gra­niem. Wśród Ro­sjan, jak pod­kre­ślił Wi­śniew­ski, był je­den Po­lak. Ope­ra­tor bez tru­du roz­po­znał w nim pra­cow­ni­ka am­ba­sa­dy pol­skiej w Ro­sji. Opis ide­al­nie pa­su­je do Tu­row­skie­go. Jak za­cho­wał się za­stęp­ca Bah­ra? Naj­pierw po pol­sku po­wie­dział swo­im to­wa­rzy­szom, że nie zna ope­ra­to­ra, a na­stęp­nie po ro­syj­sku… wy­dał im po­le­ce­nie aresz­to­wa­nia Sła­wo­mi­ra Wi­śniew­skie­go i znisz­cze­nia je­go sprzę­tu. Tyl­ko do­świad­cze­niu ope­ra­to­ra, któ­ry od­dał Ro­sja­nom pu­stą ka­se­tę, za­wdzię­cza­my oca­le­nie pierw­sze­go fil­mu z miej­sca ka­ta­stro­fy. Gdy­by Tu­row­ski tra­fił na mniej do­świad­czo­ne­go pra­cow­ni­ka te­le­wi­zji, nie­zwy­kle waż­ny do­wód był­by już uni­ce­stwio­ny.

Trzy oso­by prze­ży­ły
Ale ro­la Tu­row­skie­go nie koń­czy się na wy­da­wa­niu roz­ka­zów ro­syj­skim służ­bom. 10 kwiet­nia oko­ło go­dzi­ny 12.00 Tu­row­ski prze­ka­zał do MSZ in­for­ma­cję, że trzy oso­by prze­ży­ły ka­ta­stro­fę i w cięż­kim sta­nie zo­sta­ły od­wie­zio­ne do szpi­ta­la. Miał się te­go do­wie­dzieć od funk­cjo­na­riu­sza FSO. Ca­ła Pol­ska przez kil­ka chwil ży­ła na­dzie­ją, że jed­nak ktoś oca­lał. Szyb­ko oka­za­ło się, że in­for­ma­cja by­ła nie­praw­dzi­wa. I tu po­wsta­je ko­lej­ne py­ta­nie – Tu­row­ski kła­mał, czy w dro­dze wy­jąt­ku po­wie­dział przy­pad­kiem praw­dę i oca­le­li pa­sa­że­ro­wie zo­sta­li po­tem do­bi­ci? A mo­że roz­po­czął w ten spo­sób cy­nicz­ną grę dez­in­for­ma­cji z po­wo­dze­niem upra­wia­ną do dnia dzi­siej­sze­go? W koń­cu in­for­ma­cje o oca­la­łych pa­sa­że­rach, do­bi­tych lub zmar­łych w smo­leń­skim szpi­ta­lu, sta­ły się jed­ny­mi z pierw­szych, któ­re po­słu­ży­ły do wy­szy­dza­nia moż­li­wo­ści za­ma­chu. Co cie­ka­we – Tu­row­ski po ka­ta­stro­fie nie roz­ma­wiał z pol­ski­mi dzien­ni­ka­rza­mi, z ro­syj­ski­mi i ow­szem. Za­cho­wa­ło się na­gra­nie wy­wia­du, w któ­rym Tu­row­ski wy­ra­ża na­dzie­ję, że z krwi prze­la­nej na lot­ni­sku Si­wier­nyj wy­ro­sną do­bre sto­sun­ki Pol­ski z Ro­sją.

Kto zo­sta­wił go na po­ste­run­ku?
Szo­ku­ją­ca jest w tym jed­na rzecz. Po­mi­mo, że Sła­wo­mir Wi­śniew­ski mó­wił o Po­la­ku wy­da­ją­cym po­le­ce­nia ro­syj­skim służ­bom za­rów­no pu­blicz­nie, jak i pod­czas ze­znań skła­da­nych przed śled­czy­mi, nikt nie za­in­te­re­so­wał się ni­mi bli­żej. Nikt nie spraw­dził, ko­go opi­sy­wał Wi­śniew­ski. A prze­cież ope­ra­tor wy­raź­nie za­zna­czył,
że wśród Ro­sjan był wy­so­ki pra­cow­nik pol­skiej am­ba­sa­dy. Czy jest w niej aż ty­lu Po­la­ków, że ich oka­za­nie Wi­śniew­skie­mu by­ło tech­nicz­nie nie­moż­li­we? A mo­że ktoś bał się, że Wi­śniew­ski bez tru­du roz­po­zna wy­da­ją­ce­go roz­ka­zy „Po­la­ka”? Dla­cze­go Ra­do­sław Si­kor­ski nie za­re­ago­wał na to ze­zna­nie? Dla­cze­go nie ka­zał na­tych­miast „prze­świe­tlić” wszyst­kich pra­cow­ni­ków am­ba­sa­dy bez wy­jąt­ku? A je­śli na­wet nie uwa­żał te­go za ko­niecz­ne, dla­cze­go nie od­wo­łał czło­wie­ka od­po­wie­dzial­ne­go za przy­go­to­wa­nie wi­zy­ty? W każ­dym nor­mal­nym kra­ju Tu­row­ski nie tyl­ko nie miał­by naj­mniej­szych szans na ka­rie­rę w dy­plo­ma­cji, ale na­wet gdy­by był czy­sty jak łza, po ta­kiej tra­ge­dii na­tych­miast zo­stał­by od­wo­ła­ny. Tu­row­ski peł­nił swą służ­bę aż do stycz­nia 2011 ro­ku. I pew­nie peł­nił­by ją na­dal, gdy­by nie usta­le­nia IPN, opu­bli­ko­wa­ne przez nie­licz­nych dzien­ni­ka­rzy. Tu­row­ski po­dał się do dy­mi­sji, Si­kor­ski ją przy­jął i za­pa­dła ci­sza. Nikt, po­za Ja­nem Po­spie­szal­skim nie zdał żad­nych py­tań – ani jed­na z „gwiazd” dzien­ni­kar­stwa, ta­kich jak To­masz Lis, Ja­cek Ża­kow­ski, Mo­ni­ka Olej­nik czy in­ny Ry­ma­now­ski. Nie po­świę­co­no te­mu „Fak­tów po fak­tach”, „Krop­ki nad i”, „In­ter­wen­cji” ani żad­ne­go z tak po­pu­lar­nych pro­gra­mów za­przy­jaź­nio­nych te­le­wi­zji. Je­dy­ny pro­gram, w któ­rym po­ru­szo­no spra­wę Tu­row­skie­go – „War­to roz­ma­wiać”, zni­ka z an­te­ny.
Naj­wy­raź­niej po­ka­za­nie dru­giej stro­ny me­da­lu nie pa­su­je „za­przy­jaź­nio­nym me­diom” do przy­ję­tych za­ło­żeń, lub po pro­stu jest sprzecz­ne z otrzy­my­wa­ny­mi „z gó­ry” wy­tycz­ny­mi od lu­dzi ta­kich jak Tu­row­ski?

Aldona Zaorska

Za: http://warszawskagazeta.pl/kraj/36-kraj/201-nic-nie-widzie-nic-nie-sysze-nic-nie-mowi

Posted in Afery i przekręty, Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Znalezione w sieci

Posted by tadeo w dniu 17 lutego 2011

CEJROWSKI O PLATFORMIE:

„JEST  TAKA  OBYWATELSKA  JAK  KIEDYŚ  MILICJA”.

 

Posted in Znalezione w sieci | Leave a Comment »

Wykorzystaj potęgę artykułów! czyli jak za darmo wypromować się w sieci

Posted by tadeo w dniu 17 lutego 2011

http://artelis.pl/files/ebook.pdf

Posted in Książki (e-book) | Leave a Comment »

Drugi policzek od Rosji

Posted by tadeo w dniu 17 lutego 2011

Odbyła się właśnie konferencja rosyjskich specjalistów ws. Smoleńska.  Gwiazdą kremlowskiego show był Smirnov, który jako pilot karierę rozpoczynał w państwie sowieckim. Polska strona jest oczywiście zaskoczona, a w jej kierunku padły mocne, momentami absurdalne oskarżenia. Przede wszystkim wymierzone w zmarłych na pokładzie Tu-154 M. Po co był ten cyrk z powtórzeniem tez Anodiny i Morozowa przez ekspertów z uwłaczającymi anegdotami?

Z wideokonferencji mogliśmy na przykład wynieść, że piloci byli samobójcami, a kontrolerzy znakomicie wykonywali swoje obowiązki. Problem w tym, że Rosja od początku za chęć do „samobójstwa” uznaje brak odejścia na drugi krąg. Specjaliści na usługach Kremla jednak nie mają zamiaru doczytać opinii Millera i uznać, że komenda „odchodzimy” padła na ok. 15 sek. przed katastrofą, co diametralnie zmienia ciężar winy na majorze Protasiuku i załodze. Nie można też twierdzić, że załoga kompletnie nie znała lotniska, bo nie miało to żadnego wpływu na tragedię – co wskazuje również miesjce wraku, niedaleko Siewiernyj, a trzy dni wcześniej Protasiuk leciał z Tuskiem. Lepiej przecież przemilczeć niesprawność samego lotniska czy radiolatarni. Zapisów z wieży kontrolnej, by przekonać się, co widzieli na urządzeniach Plusnin i Ryżenko, nie dostaniemy, bo taśma się zacięła.

Specjaliści powtórzyli kłamliwą tezę, że sama obecność gen. Błasika w kabinie – nawet, jeśli nic nie mówił – było elementem presji, która doprowadziła do katastrofy. Smirnov przytoczył też słowa zmarłego o lądowaniu, które w ogóle nie padły. Żeby przedstawić logikę rosyjską, najlepiej zacytować szokujące słowa nt. pracy kontrolerów. Aż wierzyć się nie chce, że takie bajki może puszczać pilot bez żadnej reakcji zgromadzonych dziennikarzy:

Smirnov: Gdyby kontrolera nie było ani jednego na lotnisku w Smoleńsku, a zamiast tego siedział tam szympans i w języku, który jest niezrozumiały dla jakiegokolwiek człowieka, dla jakiejkolwiek narodowości, jakimś tam bełkotem podawał informacje – nawet ten absurd w jakimkolwiek wypadku nie mógł być przyczyną katastrofy.

Minister Miller zareagował w swoim stylu na oskarżenia – poczekajmy na raport, nam się nie spieszy. Ruska wersja idzie w świat. Można nas poniżać do woli i zwyczajnie kłamać na temat tamtego lotu. W jakim celu? Tylko po to, by zrzucić z siebie odpowiedzialność, wiedząc, że świat chce za wszelką cenę utrzymania dobrych stosunków z Kremlem?

PS. Czy ta konferencja ma związek z jutrzejszą prezentacją prokuratorów, którzy przesłuchiwali kontrolerów w Moskwie?

http://wszolek.salon24.pl/279278,drugi-policzek-od-rosji

Posted in Polityka i aktualności | Leave a Comment »

KIELCE 1946 – prof. Iwo Cyprian Pogonowski – Tło historyczne pogromu kieleckiego

Posted by tadeo w dniu 17 lutego 2011

Krzysztof Kąkolewski autor książki o zajściach kieleckich przedstawia przebieg 
wydarzeń. Program zarejestrowany w 2004r.

Profesor Iwo Cyprian Pogonowski – Tło historyczne pogromu kieleckiego

Przeczytaj także: „Pogrom kielecki,” 1946, ogniwem łańcucha aktów terroru

Posted in Filmy i slajdy, Historia | Leave a Comment »

Z Litwą bez złudzeń

Posted by tadeo w dniu 17 lutego 2011

Należy zachowywać daleko posuniętą wstrzemięźliwość we współpracy z Litwą, także w wymiarze symbolicznym – twierdzi ekspert. Na zdjęciu: Donald Tusk z żoną odwiedził Ostrą Bramę w czasie wizyty w Wilnie w listopadzie 2007 roku

Polska nie powinna na siłę zabiegać o poprawę stosunków z Litwą w sytuacji, gdy państwo to cały czas łamie prawa mniejszości narodowych – pisze ekspert ds. międzynarodowych

Należy zachowywać daleko posuniętą wstrzemięźliwość we współpracy z Litwą, także w wymiarze symbolicznym – twierdzi ekspert. Na zdjęciu: Donald Tusk z żoną odwiedził Ostrą Bramę w czasie wizyty w Wilnie w listopadzie 2007 roku.

Stosunki z Litwą są napięte, zatem należy je poprawić – tak najzwięźlej można scharakteryzować sposób myślenia bliski niektórym wpływowym polskim ekspertom czy publicystom. Nawołują oni do zakończenia konfliktu z tym państwem o prawa mniejszości polskiej na Wileńszczyźnie bądź przynajmniej chcą nadania tej sprawie mniejszego znaczenia. Orędują zarazem za ożywieniem kontaktów dyplomatycznych i tzw. dobrosąsiedzkiej współpracy.

W głosach tych brakuje jednak analizy znaczenia obu krajów dla siebie tudzież zysków i strat, jakie by się wiązały z realizacją zgłaszanych postulatów.

 

Cząstki wspólne

 

Zacznijmy od konstatacji dość banalnej. Polska i Litwa są krajami o częściowo wspólnej historii i kulturze, mającymi zasadniczo zbieżne interesy w UE i w NATO. Obu państwom zależy na jak największym zaangażowaniu sojuszu w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, graniczącym z niestabilnym i rządzonym w sposób autorytarny obszarem poradzieckim, a zwłaszcza z Rosją z jej niewygasłymi tendencjami neoimperialnymi.

Polska i Litwa mają także wspólne cele w Unii – utrzymanie spoistości wewnętrznej tej organizacji oraz jej jak największego zaangażowania na rzecz wyrównywania dysproporcji w rozwoju między Europą Zachodnią a Środkowo-Wschodnią.

Bliska współpraca Polski z Litwą zasadniczo byłaby więc jak najbardziej wskazana, natomiast wcale nie jest oczywiste, że to Warszawa hic et nunc powinna dążyć do poprawy stosunków z Wilnem. Nie zmieniły się bowiem problemy, które sprawiły, że stosunki obu państw uległy w ostatnich latach znacznemu ochłodzeniu – wiążą się zaś one przede wszystkim z położeniem mniejszości polskiej na Litwie.

 

Polacy na Żmudź

 

Najbardziej spektakularny jest spór o prawa obywateli Litwy polskiego pochodzenia do posiadania dokumentów, w których ich nazwiska byłyby zapisane według zasad polskiej ortografii. Nasi rodacy domagają się również prawa do stosowania dwujęzycznych napisów w przestrzeni publicznej, np. na tabliczkach informacyjnych czy w nazwach ulic, tam, gdzie stanowią znaczący odsetek ludności. (W Wilnie jest to jedna piąta mieszkańców, w niektórych regionach Wileńszczyzny – zdecydowana większość ludności). Oba te przywileje wynikają z konwencji ramowej Rady Europy o ochronie mniejszości narodowych i traktatu polsko-litewskiego z 1994 r., jednak władze w Wilnie, powołując się na ustawę o języku państwowym, odmawiają ich przyznania.

Również litewskie sądy w kuriozalny sposób nadają prymat prawu wewnętrznemu nad ratyfikowanymi umowami międzynarodowymi. Kolejne rządy w Wilnie, wbrew obietnicom, nie doprowadziły do zmiany dyskryminującego prawa. Praktyka administracji litewskiej, jeśli chodzi o stosunek do polskich nazw w przestrzeni publicznej, wręcz się pogarsza. Coraz częściej nakładane są kary za umieszczanie dwujęzycznych napisów, mimo że wcześniej nie wzbudzały one kontrowersji ani wśród ludności niepolskiej, ani wśród przedstawicieli litewskich władz.

Litewscy Polacy wskazują również na upośledzone finansowanie i wyposażenie materialne polskich szkół w porównaniu z litewskimi oraz na tendencje administracji litewskiej, by w ramach „reorganizacji szkolnictwa” zamknąć przynajmniej część polskich placówek oświatowych. Skarżą się wreszcie na dyskryminację ludności polskiej w procesie zwrotu ziemi. Prawo litewskie umożliwia bowiem przyznanie jako rekompensaty za ziemię skonfiskowaną przez Sowietów gruntu w innej części kraju. W praktyce liczne działki na Wileńszczyźnie, które są z racji bliskości do stolicy stosunkowo drogie, stały się własnością etnicznych Litwinów z innych części kraju, podczas gdy Polakom proponuje się w zamian mniej atrakcyjne grunty, np. na Żmudzi.

Obie te sprawy wydają się zresztą ważniejsze niż zapisywanie nazwisk po polsku, albowiem wprost przekładają się na poziom znajomości języka polskiego i ojczystej kultury przez litewskich Polaków oraz na ich siłę ekonomiczną.

 

Niezbyt ważny kraj

 

Skąd taka postawa władz w Wilnie? W masowej świadomości litewskiej obecność polskiej kultury i mniejszości na Litwie z reguły jest postrzegana jako rezultat wielowiekowych świadomych zabiegów polskich elit ukierunkowanych na „denacjonalizację” ludności litewskiej. Niekiedy traktuje się litewskich Polaków wręcz jako Litwinów, którzy jeszcze „nie przypomnieli” sobie swojej narodowości.

Rozwój profesjonalnej akademickiej historiografii w ostatnich latach nie wpłynął, niestety, na razie na treść podręczników szkolnych. Zmianie tych poglądów, będących skamieliną etnicznego nacjonalizmu z okresu międzywojennego, nie sprzyjają również media – w wyniku niewiedzy dziennikarzy bądź ich nacjonalistycznych postaw przekazują one mocno negatywne opinie o autochtonicznych Polakach i działaniach władz polskich.

Bardziej wyważone głosy w tej dyskusji, także te, które potępiają postawę władz litewskich, są mało słyszalne.

Za celowością intensyfikacji stosunków nie przemawiają również względy gospodarcze – na Litwę trafia niewiele, jedynie ok. 1 procent polskiego eksportu. Prócz tego władze w Wilnie odmawiają życzliwego potraktowania problemów rafinerii w Możejkach, kupionej w 2006 r. przez Orlen i odciętej zaraz potem przez Rosjan od naturalnego źródła zaopatrzenia – rurociągu Przyjaźń.

Litewskich Polaków czasem traktuje się tam wręcz jako Litwinów, którzy jeszcze nie przypomnieli sobie swojej narodowości

Trudno też uzasadnić potrzebę intensyfikacji stosunków z Litwą kwestiami energetycznymi – północnej części Polski, która cierpi na deficyt prądu, prawdopodobnie bardziej się będzie opłacało kupować go z elektrowni budowanej w obwodzie kaliningradzkim niż z elektrowni, która, być może, powstanie w litewskiej Wisaginie. Wreszcie Litwa nie jest szczególnie istotna z punktu widzenia strategicznego. Niepokoi natomiast to, że część elit litewskich utrzymuje dość zażyłe i nieprzejrzyste związki z elitami Rosji i Białorusi, a całe państwo jest zapewne mocno infiltrowane przez rosyjskie służby specjalne, podobnie zresztą jak przed wojną.

W polskiej debacie o stosunkach z Litwą słyszy się czasem klasyczne argumentum ad misericordiam – wobec Litwinów, małego narodu boleśnie doświadczonego w ostatnim stuleciu, znacznie większa i silniejsza Polska winna wykazywać empatię, wrażliwość.

Zgoda – jest to naród wciąż straumatyzowany sowiecką okupacją, wskutek której umocniło się w nim przekonanie o konieczności obrony wszelkimi sposobami litewskiej tożsamości narodowej. Jednak zrozumienie dla tej sytuacji Polska wykazywała w ostatnich 20 latach nader często. Idealistycznie przy tym wierzono, że ta dobra wola zostanie doceniona przez elity w Wilnie, zwłaszcza że z litewskich sondaży wynika, iż zwolennicy twardego kursu wobec Polaków i odmówienia im prawa nawet do zapisu nazwisk po polsku stanowią wśród etnicznych Litwinów mniejszość.

 

Cierpliwość się wyczerpała

 

Obecnie jednak postawa cierpliwości i empatii nie wydaje się właściwa. Choć państwo zostało przyjęte do Rady Europy, NATO i UE, to praw litewskich Polaków jak nie przestrzegało, tak nie przestrzega. Zauważają to zarówno międzynarodowi obserwatorzy, jak i litewskie organizacje broniące praw człowieka. Albo więc kolejne litewskie rządy są skrajnie nieudolne, gdyż nie potrafią skłonić posłów oraz radykalnie nastawionego odłamu litewskiej opinii publicznej do zmiany przekonań i zgody na dostosowania prawa wewnętrznego do zobowiązań międzynarodowych, albo też jedynie pozorują działania na rzecz rozwiązania problemu, faktycznie dążąc do depolonizacji Wileńszczyzny.

Warszawa nie powinna rezygnować z walki o prawa Polaków na Litwie, także dlatego, że w polskim interesie leży ogólne wzmacnianie standardów ochrony praw człowieka na świecie, w tym mniejszości narodowych. Wycofanie się z obrony praw litewskich Polaków mogłoby tylko wzmocnić obóz tych państw, które uważają, że obecne standardy są już i tak zbyt wysokie. Litwini zaś odebraliby taki ruch jako faktyczne przyzwolenie Polski na dalsze działania depolonizacyjne. Last but not least, ewentualna zmiana polityki bez ustępstw ze strony Litwy byłaby odebrana jako porażka polskiej dyplomacji, która nie potrafi być konsekwentna. Prestiż państwa od tego by ucierpiał.

 

Wstrzemięźliwość wobec Wilna

 

Jaki wniosek płynie z tych rozważań? Póki położenie Polaków przynajmniej częściowo się nie poprawi, należy zachowywać daleko posuniętą wstrzemięźliwość we współpracy z Litwą, także w wymiarze symbolicznym, a litewskie interesy w NATO i UE traktować obojętnie. Położenie i potencjał Polski sprawiają zresztą, że to Wilnu powinno znacznie bardziej zależeć na współpracy z Warszawą niż vice versa.

Zarazem polska dyplomacja winna się powstrzymać od ostentacyjnej krytyki Litwy, by nie dolewać oliwy do ognia w dość newralgicznym okresie – w Wilnie toczą się obecnie prace nad całością przepisów, które mają zdefiniować zakres podstawowych praw mniejszości narodowych, także kwestie pisowni nielitewskich imion i nazwisk.

Należałoby natomiast wesprzeć organizacje pozarządowe działające w sprawie Polaków na Litwie, zachęcać polskich posłów z Parlamentu Europejskiego do nagłaśniania przypadków naruszeń praw mniejszości polskiej oraz udzielać pomocy prawnej litewskim Polakom, którzy składają skargi na działania administracji litewskiej do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka oraz do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.

Polskie elity powinny aktywniej przekonywać litewską opinię publiczną o faktycznych przyczynach ochłodzenia relacji obu państw i problemach obywateli Litwy pochodzenia polskiego zamieszkujących Wileńszczyznę. Towarzyszyć temu powinno wzmocnienie polskiej soft power na Litwie, aby zwiększyć tam oddziaływanie kultury polskiej i ułatwić tworzenie w tym kraju propolskiego lobby oraz pomniejszać istniejące resentymenty.

Trzeba większej liczby stypendiów, grantów, konferencji, projektów edukacyjnych i naukowych, intensyfikacji wymiany młodzieży, zachęt finansowych dla środowisk akademickich do wypracowania wspólnych pomocy do nauki przedmiotów humanistycznych. Przydałoby się też powołanie w Wilnie Polskiego Instytutu Historycznego, animującego współpracę historyków obu państw i upowszechniającego inną wizję relacji obu narodów niż ta, która dominuje na Litwie.

Autor jest koordynatorem programu ds. stosunków bilateralnych w Europie w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych

http://www.rp.pl/artykul/613548_Adamski–Z-Litwa-bez-zludzen.html

 

Posted in Moje Ukochane Wilno i Wileńszczyzna, Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Śmierć uniwersytetu

Posted by tadeo w dniu 17 lutego 2011

Najnowszy produkt legislacyjny parlamentu dotyczący szkolnictwa wyższego otwiera drogę do stopnia doktora osobom nieposiadającym tytułu magistra. Rozprawę doktorską może stanowić kilka artykułów lub rozdział w pracy zbiorowej. Nadanie zaś stopnia doktora habilitowanego nie będzie wymagało publikacji rozprawy habilitacyjnej czy odbycia kolokwium habilitacyjnego


Przyjęta przez Sejm RP 4 lutego br. ustawa o zmianie ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym, ustawy o stopniach naukowych i tytule naukowym oraz o stopniach i tytule w zakresie sztuki oraz o zmianie niektórych innych ustaw jest prawdopodobnie aktem prawnym zwieńczającym „przemianę” całego polskiego systemu kształcenia, od etapu przedszkolnego aż do profesury. Niestety, najnowsze pomysły reformy edukacji zmierzają do przemiany uniwersytetu w uczelnię kształcącą rzemieślników, fachowców, a nie intelektualistów. Mistrzów zawodu, a nie magistrów ducha. Ale być może o to chodzi twórcom ustawy w takim kształcie, w jakim została uchwalona. Europa wszak potrzebuje polskich hydraulików…

Dotychczasowe etapy reformy edukacji, jak chociażby sprawa inicjacji szkolnej pięciolatków i sześciolatków czy programów nauczania w szkole podstawowej, gimnazjum i liceum, spotykały się z ożywioną dyskusją Polaków. Kiedy rząd dotarł do reformy studiów licencjackich, magisterskich oraz doktorskich – nie wiadomo czemu – opinia publiczna zamilkła. Czy milczenie może świadczyć o tym, że polskie społeczeństwo jest w niewielkim stopniu zainteresowane swoją przyszłością? Zjawisko to jest niebezpieczne przede wszystkim dlatego, że najnowsze dzieło naszego parlamentu funduje nam system gwarantujący kształcenie w głównej mierze li tylko sprawnych rzemieślników, podczas gdy na trzech „najwyższych” poziomach powinno się kształcić elitę intelektualną, która będzie z kolei uczyć i wychowywać przyszłe pokolenia Polaków.

Stopnie i tytuły naukowe

Nowa ustawa otwiera drogę do stopnia doktora osobom nieposiadającym tytułu magistra; umożliwia nadanie stopnia doktora habilitowanego z pominięciem konieczności opublikowania rozprawy habilitacyjnej, bez potrzeby odbycia kolokwium habilitacyjnego oraz bez konieczności wygłoszenia wykładu habilitacyjnego; daje prawo prezydentowi RP do nadania tytułu profesora osobie nieposiadającej stopnia doktora habilitowanego (art. 26 ust. 3).
Czy zatem można uznać tę ustawę za akt prawa liberalizujący dotychczasowe procedury? I tak, i nie. Z jednej strony bowiem nowa ustawa stawia szczególnie rygorystyczny wymóg osobom zamierzającym otworzyć przewód doktorski, które muszą się wykazać przyjętą do druku książką lub artykułem wydrukowanym w czasopiśmie naukowym o zasięgu co najmniej krajowym (art. 11 ust. 2). Tego rodzaju wymogu do tej pory nie było. Z drugiej strony w świetle zapisów wspomnianej ustawy na pracę doktorską może się składać kilka artykułów lub rozdział w pracy zbiorowej, co do tej pory byłoby nie do pomyślenia. Co więcej, w szczególnych przypadkach „stopień doktora można nadać osobie, która posiada tytuł zawodowy licencjata, inżyniera lub równorzędny” (art. 13a ust. 1).
Podobnie rzecz się ma z habilitacjami. Komisja habilitacyjna, która powoływana jest przez Centralną Komisję, składa się z trzech recenzentów, sekretarza oraz przewodniczącego. Procedura habilitacyjna sprowadzona zostaje tylko i wyłącznie do oceny dorobku przez ekspertów bez konieczności przeprowadzenia rozmowy z habilitantem. Nie jest zatem istotne, czy ów potrafi prowadzić wykład akademicki, odpowiadać na pytania zadawane przez innych badaczy. Funkcjonowanie komisji habilitacyjnej w takim kształcie może prowadzić do negatywnych ocen wobec badaczy posiadających opinię politycznie niepoprawnych, ponieważ głos komisji jest decydujący, to ona składa wniosek do konkretnej rady wydziału o nadanie stopnia doktora habilitowanego. Kuriozalny jest zapis art. 15 ust. 12; art. 18a ust. 12, w którym ustawodawca stwierdza, że jeśli dojdzie do sytuacji, w której rada wydziału nadałaby wbrew komisji stopień doktora habilitowanego, Centralna Komisja mogłaby taką radę pozbawić prawa nadawania tychże stopni. Która zatem rada wydziału zajmie stanowisko odmienne wobec stanowiska komisji habilitacyjnej?
Jeśli chodzi o tytuł profesora, ustawa stawia bardzo wysokie wymagania. Określa jako warunek wstępny wypromowanie trzech doktorów (dziś nieformalnie jednego), uczestniczenie w roli recenzenta w trzech postępowaniach doktorskich. Niezbędne jest przewodzenie zespołowi badawczemu realizującemu projekt badawczy finansowany ze środków europejskich, odbycie stażu naukowego poza granicami kraju. Tak jak przy habilitacji dla nadania tytułu profesora powołuje się komisję składającą się z pięciu osób o międzynarodowym dorobku naukowym (z listy dziesięciu zaproponowanej przez macierzystą jednostkę pracownika, art. 27 ust. 3-5).
Ciekawym rozwiązaniem jest dopuszczenie do grona recenzentów osób ze stopniem doktora zatrudnionych na stanowisku profesora przez co najmniej pięć lat w szkole zagranicznej. W mojej opinii, ustawa przyjęta przez parlament jest aktem prawnym, który wbrew powszechnym opiniom bynajmniej nie ułatwia zdobywania kolejnych stopni i tytułów naukowych, a w każdym razie nie ułatwia osobom spoza „klucza”. Naukowcy „niepoprawni” pod rządami nowej ustawy zatrzymają się na poziomie magisterium, natomiast ci z przeciwnego bieguna mogą bez magisterium uzyskać stopień doktora oraz bez habilitacji tytuł profesora.

Ile etatów?

Istotną kwestią, jaką podejmuje ustawa, jest sprawa wieloetatowości. Wedle ustawodawcy, pracownik naukowy zobowiązany jest złożyć oświadczenie o podstawowym miejscu pracy (art. 112a ust. 1) i to rektor wskazanej przez pracownika uczelni może wyrazić zgodę na podjęcie przez niego zatrudnienia w innej uczelni. Ustawa w tym względzie jest bardzo restrykcyjna.
Rektor będzie miał prawo rozwiązać za wypowiedzeniem stosunek pracy w sytuacji, gdy pracownik podejmie pracę w innym miejscu zatrudnienia. Według zwolenników ustawy, takie rozwiązanie ma prowadzić do ograniczenia wieloetatowości. Ale czy nie warto zadać pytania, z czego wynikała owa wieloetatowość? Wykładowcy szkół wyższych pracują w kilku miejscach nie dlatego, że chcą opływać w luksusy; pracują przede wszystkim dlatego, że pensja profesora jest równa średniej krajowej. Osobiście nie słyszałem ze strony ministerstwa deklaracji podniesienia uposażenia w szkołach publicznych. Można przyjąć, że ograniczenie wieloetatowości uderzy przede wszystkim w państwowe wyższe szkoły zawodowe (PWSZ) – one nie będą w stanie zaoferować profesorom stawek takich, jakie proponują szkoły prywatne – są skrępowane stawkami ustalanymi przez ministerstwo. Pensja dla doktora habilitowanego w szkole prywatnej to minimum 8 tys. zł, w publicznej mniej niż połowa. Ministerstwo, przygotowując taką ustawę, tak naprawdę uderzyło w PWSZ-y – likwidując ich bazę nauczycielską.
Jednocześnie urzędnicy ministerialni pracujący nad ustawą zadbali o swoje interesy. Wskazuje na to przyjęte rozstrzygnięcie, wedle którego drugim miejscem zatrudnienia dla pracownika naukowego mogą być urzędy, organy wymiaru sprawiedliwości, instytucje kultury (art. 129 ust. 1-5). W przypadku zatrudnienia w tych miejscach zgoda rektora jest zbyteczna. Uczony może także prowadzić działalność gospodarczą (być właścicielem uczelni wyższej). W takiej sytuacji wystarczy, że poinformuje o tym rektora. Krótko mówiąc, prawnicy i urzędnicy ministerialni, „właściciele” skroili ustawę stosownie do swych potrzeb.
Zupełnie niezrozumiałym z punktu widzenia mizerii finansowej kadry naukowej jest z kolei art. 129 ust. 5, wedle którego nauczyciel akademicki, pełniący funkcję dziekana, dyrektora instytutu, musi mieć zgodę organu kolegialnego (senatu); w tym wypadku nie wystarczy „standardowa zgoda” rektora (art. 129). Który z pracowników posiadających instynkt samozachowawczy zdecyduje się na pełnienie funkcji angażującej czas i, co więcej, funkcji pozbawiającej dochodu? Czy uczelnię publiczną będzie stać na ufundowanie dodatku w wysokości dodatkowej pensji? Śmiem wątpić. Pewnym novum jest art. 125, dający możliwość zwolnienia pracownika z innych powodów („innych” ważnych przyczyn) po zasięgnięciu opinii organu kolegialnego. Ustawa nie precyzuje, z jakich to powodów. Czy takim może być współpraca z komunistycznymi służbami bezpieczeństwa? Z całą pewnością nie. Stanowi natomiast rodzaj instrumentu wskazującego uczonemu jego miejsce w szeregu.

Dydaktyka

Trzecią kwestią, na którą pragnę zwrócić uwagę, jest sfera dydaktyki. Obecna ustawa znosi dotychczasowy rygoryzm tzw. minimów kadrowych, za sprawą których szkoły niepubliczne miały poważne problemy z otwieraniem nowych kierunków. Nowa ustawa wprowadza zasadę, wedle której jednego profesora może zastąpić dwóch doktorów, jednego doktora – dwóch magistrów (chciałoby się dodać: jednego magistra dwóch licencjuszy i tak dalej, aż do poziomu wykształcenia podstawowego. Inaczej, jeden profesor równa się dwóch doktorów, czterech magistrów, ośmiu licencjuszy, szesnastu absolwentów liceum, trzydziestu dwóch absolwentów gimnazjum). Ale już całkiem poważnie, szkoły publicznej (np. PWSZ) nie będzie stać na zatrudnienie w miejsce doktora dwóch magistrów ze względów finansowych – szkoła niepubliczna takich ograniczeń nie posiada. W tej nowej sytuacji tworzonej przez wspomnianą ustawę nie może dziwić fakt, że rektorem może być tylko (aż?) doktor.
Nowe prawo o szkolnictwie wyższym znosi również standardy nauczania związane z precyzyjnie określoną listą kierunków studiów. W miejsce dotychczasowych „ustawowych” kierunków uczelnie będą mogły powoływać do istnienia zupełnie nowe, jak choćby „mniemanologię stosowaną” – ważne, aby na ów kierunek istniało zapotrzebowanie rynkowe oraz żeby zyskał aprobatę ze strony Komisji Akredytacyjnej. Jako że w nowym systemie brak listy kierunków oraz związanych z nimi standardów nauczania (listy przedmiotów obowiązkowych) nowe, ale stare kierunki będą opisywane przez trzy parametry: wiedzę, umiejętności oraz postawę.
Wykładowca uniwersytecki będzie rozliczany nie z tego, czy wykład przezeń wygłaszany objął swym zakresem wszystkie treści właściwe dla danej dziedziny wiedzy, lecz z przyswajalności i przydatności treści wykładu dla przyszłej kariery zawodowej. Przedmioty ogólne, takie jak filozofia, historia, socjologia ogólna, tak charakterystyczne dla wykształcenia uniwersyteckiego, ulegną zupełnemu zmarginalizowaniu.
Dr hab. Włodzimierz Bernacki

Autor jest profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Od 2008 r. pełni funkcję dyrektora Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych tej uczelni, jest też profesorem Państwowej Wyższej Szkoły Wschodnioeuropejskiej w Przemyślu.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110217&typ=my&id=my12.txt

 

Posted in Polityka i aktualności | Leave a Comment »