WIERZE UFAM MIŁUJĘ

„W KAŻDEJ CHWILI MEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ” — ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA

  • Słowo Boże na dziś

  • NIC TAK NIE JEST POTRZEBNE CZŁOWIEKOWI JAK MIŁOSIERDZIE BOŻE – św. Jan Paweł II

  • Okaż mi Boże Miłosierdzie

  • JEZU UFAM TOBIE W RADOŚCI, JEZU UFAM TOBIE W SMUTKU, W OGÓLE JEZU UFAM TOBIE.

  • Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz.

  • Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia

  • WIELKI POST

  • Rozważanie Drogi Krzyżowej

  • Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

  • WIARA TO NIE NAUKA. WIARA TO DARMO DANA ŁASKA. KTO JEJ NIE MA, TEGO DUSZA WYJE Z BÓLU SZUKAJĄC NAUKOWEGO UZASADNIENIA; ZA LUB PRZECIW.

  • Nie wstydź się Jezusa

  • SŁOWO BOŻE

  • Tak mówi Amen

  • Książki (e-book)

  • TV TRWAM

  • NIEPOKALANÓW

  • BIBLIOTEKA W INTERNECIE

  • MODLITWA SERCA

  • DOBRE MEDIA

  • Biblioteki cyfrowe

  • Religia

  • Filmy religijne

  • Muzyka religijna

  • Portal DEON.PL

  • Polonia Christiana

  • Muzyka

  • Dobre uczynki w sieci

  • OJCIEC PIO

  • Św. FAUSTYNA

  • Jan Paweł II

  • Ks. Piotr Pawlukiewicz

  • Matka Boża Ostrobramska

  • Moje Wilno i Wileńszczyzna

  • Pielgrzymka Suwałki – Wilno

  • Zespół Turgielanka

  • Polacy na Syberii

  • SYLWETKI

  • ŚWIADECTWA

  • bEZ sLOGANU2‏

  • Teologia dla prostaczków

  • Wspomnienia

  • Moja mała Ojczyzna

  • Zofia Kossak

  • Edith Piaf

  • Podróże

  • Czasopisma

  • Zdrowie i kondyncja

  • Znalezione w sieci

  • Nieokrzesane myśli

  • W KAŻDEJ CHWILI MOJEGO ŻYCIA WIERZĘ, UFAM, MIŁUJĘ.

  • Prezydent Lech Kaczyński

  • PODRÓŻE

  • Pociąga mnie wiedza, ale tylko ta, która jest drogą. Wiedza jest czymś wspaniałym, ale nie jest najważniejsza. W życiu człowieka najważniejszym jest miłość – prof. Anna Świderkówna

  • Tagi wpisów

  • Cytat na dziś

    Dostęp do internetu ujawnia niewyobrażalne pokłady ludzkiej głupoty.

Archive for 22 stycznia, 2011

Jarosław Kaczyński: Myślę o bracie sto razy dziennie

Posted by tadeo w dniu 22 stycznia 2011

Jarosław Kaczyński wspomina brata sto razy dziennie, Jacek Herok, newspix.pl
Zobacz galerię zdjęć (2/3)

Jarosław Kaczyński udzieli niezwykle osobistego wywiadu Faktowi. Mówi w nim o swojej tęsknocie za bratem, oswajaniu się z myślą o jego śmierci i konieczności rozliczenia się z ludźmi odpowiedzialnymi za smoleńską tragedię

Fakt: Rzeczywiście pan uważa, że premier ukrywaprawdę o katastrofie? Jaki miałby interes w paktowaniu z Rosją?
Jarosław Kaczyński:
– To pytanie do Donalda Tuska, a nie do mnie. Sam się nad tym zastanawiam. Jego postawa jest zdumiewająca. Ten człowiek powinien zejść na zawsze ze sceny politycznej. Dopiero po zmianie władzy będzie można odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak postępował. Mieliśmy przecież do czynienia z największą tragedią po II wojnie światowej, tak mówi wspólna uchwała Sejmu i Senatu. Każdy rząd powinien być twardy w takich momentach.
Ale czy twarde postępowanie wobec Rosji, mówienie o zamachu i sztucznej mgle, skłoniłoby Rosjan do ujawnienia nam wszystkich materiałów?
– Pierwsze 20 stron polskich uwag do raportu MAK dotyczydokumentów, których nie otrzymaliśmy, pytań, na które nie dostaliśmy odpowiedzi. Bo tak naprawdę nie dostaliśmy nic. Gdzie są protokoły z sekcji zwłok? Czy zostaliśmy dopuszczeni do badania wraku samolotu? Dlaczego wciąż jest w Rosji? Mówiono mi, że z tupolewa pozostało 40 ton, a ważył 78. Jeżeli to prawda, to też trzeba wyjaśnić.
A gdyby 10 kwietnia 2010 roku to pan był premierem, to co?
– Nie dochodzi do tej katastrofy. Nie dopuszczamy do podzielenia obchodów. Prezydent leci razem z premierem i państwo polskie odpowiednio zabezpiecza tę wizytę.

Ale załóżmy, że do katastrofy i tak dochodzi. Co pan wtedy robi?
– Od razu startuję do Smoleńska, kilka godzin wcześniej, niż to zrobił Tusk. Stanowczo żądam, by ciała ofiar przewozić do Polski, a nie do Moskwy, i aby wrak sprowadzić do kraju. Nie godzę się na konwencję chicagowską, która dotyczy lotnictwa cywilnego, a to przecież był lot wojskowy. Jest porozumienie z 1993 roku i na nim bazuję. Chodzi o polskiego prezydenta, o polskich obywateli.
I wierzy pan, że Rosja od razu by się na wszystko zgodziła?
– Zapowiedź wielkiego zjazdu głów państw na pogrzeb polskiego prezydenta było powiedzeniem Rosji, że świat sobie nie życzy, aby na jej terenie ginęli najważniejsi ludzie z innych państw. Można było to wykorzystać. Rosjanie byli wtedy w trudnej sytuacji. Są silnym państwem – choć biorąc pod uwagę Chiny i zmieniającą się sytuację na rynku światowym, słabnącym – ale potrzebują układów w Europie. Jeśli mieliby czyste sumienie, to musieliby ustąpić.
Teraz pan sugeruje, że Rosjanie mataczą, a w kampanii prezydenckiej w orędziu nazwał ich pan przyjaciółmi.
– Tego wystąpienia nie żałuję. Nie zwracałem się do rosyjskich elit. Mówiłem do zwykłych Rosjan, którzy nam współczuli i warto było się do nich zwrócić.
Pojedzie pan znowu do Smoleńska?
– Dziś nie czuję takiej potrzeby, by tam wracać. Ale pamiętam, że gdy tam byłem 10 kwietnia, zadzwonił do mnie przyjaciel i powiedział: zabierz Leszka z tej przeklętej ziemi. Coś w tym jest – to przeklęta ziemia. Dlatego chciałbym, by wszystkie cmentarze ze wschodu przenieść do Polski, żeby ciała pomordowanych w Miednoje czy w Smoleńsku spoczęły w naszej ziemi. Żeby stworzyć dla nich wielkie mauzoleum, coś monumentalnego, miejsce budowania pamięci narodu. To jest jednak zadanie dla architektów, a nie dla mnie.
A pański brat też powinien tam spocząć?
– Wawel jest dla niego najbardziej zaszczytnym miejscem. Brat w krótkim, ale bardzo bogatym życiu zrobił tyle dla Polski, że sobie na to miejsce zasłużył. Tylko mało kogo tak fałszowano jako prezydenta i polityka. Niestety, dziś także się tak dzieje w stosunku do mnie, czy Prawa i Sprawiedliwości. Mamy przykłady nierzetelności w pokazywaniu nas przez TVN. Nie chodzi nam o krytykę, tylko skrajną nierzetelność i nieprawdę. Jak tak będzie dalej, to my poradzimy sobie bez tej stacji. Pytanie, czy telewizja informacyjna poradzi sobie bez polityków największej partii opozycyjnej, którą popiera co trzeci Polak.
Zabrał pan mamę już na Wawel?
– Nie była nawet na Powązkach, przy symbolicznym grobie. Jest na to zbyt chora. Ale ja na Wawelu jestem często. Byłem już kilkanaście razy. Wtedy jest msza w podziemiach – gdy nie ma turystów, wcześnie rano lub wieczorem. Może kiedyś, gdy się zestarzeję, będę miał problemy z dojazdami, ale trudno. Należało godnie pochować pierwszego prezydenta Polski po 1989 roku z prawdziwego zdarzenia: wykształcony, bez trudnych momentów w życiorysie, bez majątku nie wiadomo skąd, a przede wszystkim, broniącego na poważnie polskiej racji stanu.

Przez dwa miesiące nie powiedział pan mamie, że jej syn zginął. Jak udało się to tak długo ukrywać?
– W szpitalu u mamy byłem już 40 minut po tym, jak dowiedziałem się o śmierci brata. Lekarze doradzili mi, żeby ze względu na jej stan zdrowia chronić mamę przed tą wstrząsającą informacją. Mama leżała w sześcioosobowej sali, ale całe szczęście, udało się ją uchronić od tej wiadomości. To pomogło. Szczęście w nieszczęściu, że mama była też trochę oszołomiona na skutek choroby. Było mi łatwiej, bo mama brała mnie za Leszka. Nigdy w ciągu sześćdziesięciu lat naszego życia nie pomyliła mnie i brata. Rozróżniała nawet nasze głosy. Dopiero na skutek choroby miała z tym problem. Dbałem o każdy szczegół, by niczego nie spostrzegła. Gdy wchodziłem do szpitala, zdejmowałem czarny krawat i marynarkę, i zmieniałem na inny kolor. Miałem kilka takich zestawów ubrań na zmianę. Izolowaliśmy też mamę od radia i telewizji.
I niczego nigdy się nie domyśliła?
– Gdy po trzech tygodniach nastąpiła poprawa, wymyśliłem podróż Leszka do Ameryki Południowej. Powiedziałem, że tam nie ma łączności telefonicznej i codziennie jeżdżę do Pałacu Prezydenckiego, by z nim porozmawiać przez telefon satelitarny. Ta historia była wiarygodna, bo ta podróż rzeczywiście była planowana. Snułem więc opowieści o kolejnych krajach, które odwiedza Leszek, o Peru, Argentynie. Ale i to się z czasem wyczerpało. Wymyśliliśmy więc z dyrektorem szpitala dalszy ciąg, a pomógł w tym pył z wulkanu – Leszek nie może wrócić samolotem i płynie statkiem do Polski. Znalazłem nawet konkretny port, mówiłem, że brat musi najpierw popłynąć do Meksyku. Opisywałem rejs, że było za mało kajut, że trzeba było je dzielić między wiele osób, że wynikały z tego kłótnie na pokładzie.
Wymyślał Pan aż takie szczegóły?
– To mnie bardzo dużo kosztowało. Momentami sam chciałem wierzyć w te opowieści, że Leszek żyje.
Ale w końcu trzeba było mamie o katastrofie powiedzieć…
– Tylko ja mogłem to zrobić. Nastąpił wstrząs, stan mamy się pogorszył. Trzeba było podać leki uspokajające, a to z kolei zniweczyło dotychczasową rehabilitację. Kilka tygodni wcześniej, gdy mama odzyskała przytomność, była całkowicie sparaliżowana. Nie mogła ruszyć nawet palcem. Dopiero rehabilitacja jej pomogła. A po tym, jak powiedziałem jej o Leszku, stan się pogorszył i długo nie było poprawy.
Jak teraz wygląda dom na Żoliborzu?
– Wiele mi zostało po bracie, krawaty, a nawet słoniki na szczęście. A nad łóżkiem mam jego zdjęcie, takie zwykłe, zrobione na jakiejś konferencji. Wszędzie są dziesiątki jego osobistych rzeczy, bo to był też jego dom.
Czas leczy rany?
– Straciłem brata bliźniaka. Trzeba go mieć, żeby zrozumieć, co to za strata. Nie wierzę, żeby czas, przynajmniej dla człowieka w moim wieku, cokolwiek znaczył. Może gdybym był 30 lat młodszy, to tak. Co tu mówić…
Ale jednak się pan uśmiecha, gdy pan o nim mówi.
– Bo myślę o bracie setki razy dziennie. Można powiedzieć, że nie zapominam o nim ani na chwilę. Bo to jest coś, co już na pewno we mnie zostanie.
Napisze pan o nim książkę?
– Wolałbym, żeby napisano jego naukową biografię. Ja napiszę tylko krótki zarys jego życia, bo ono jest pod wieloma względami nieznane. Bo czy ktoś pamięta np. że mój brat był dwukrotnie zgłaszany przez Unię Demokratyczną na premiera w czasach rządów SLD i PSL?
Panu zostały pamiątki, a czy dał pan coś bratu na ostatnią drogę?
– Włożyłem Leszkowi do trumny dwie bardzo osobiste rzeczy…

>>>Kaczyński walczył z Rosjanami o ciało brata

>>>Ojciec nawigatora: Mój Syn nie był kamikadze!

>>>Zabójca pracownika PiS był członkiem PO!

http://www.fakt.pl/Jaroslaw-Kaczynski-Mysle-o-bracie-sto-razy-dziennie,artykuly,93788,1.html

 

Posted in Jarosław Kaczyński, Katastrofa smoleńska, Polityka i aktualności, Wywiady | Leave a Comment »

Po nich choćby potop.

Posted by tadeo w dniu 22 stycznia 2011

Tusk, Komorowski, Pawlak i tzw elita III RP ma jeden cel. Chodzi im o dokopanie Jarosławowi Kaczyńskiemu. I nic ważniejszego dla nich na świecie nie istnieje. Oni myślą tylko o tym. Dlatego odpowiada im raport MAK, dlatego odpowiada im Rosja i Putin, który w prezydencie Kaczyńskim widział wielkiego polskiego polityka a więc wroga, dlatego z takim uporem Tusk i jego mafia ukrywali wszystko co mogłoby obciążyć Rosję w sprawie zamachu smoleńskiego. W 2007 roku do władzy dorwali się mali ludzie bez zasad etycznych, moralnych dla których patriotyzm jest wartością śmieszną. Za to są aroganccy z wielkimi ambicjami , stawiają na siebie. A Polska i Polacy? A co ich może obchodzić ten motłoch. Po nich choćby potop.

http://bialogwardzista.salon24.pl/271942,po-nich-chocby-potop

Posted in Gospodarka i Ekonomia, Polityka i aktualności, Standardy TuskoLandii | Leave a Comment »

Żenujące żarty Komorowskiego‏

Posted by tadeo w dniu 22 stycznia 2011

Niezręczności, pomyłki i nie do końca przemyślane żarty prezydenta Bronisława Komorowskiego na razie mu zbytnio nie szkodzą. Ale jego polityczni przeciwnicy są zdania, że to tylko kwestia czasu.

Żenujące żarty Komorowskiego

http://politykier.pl/gid,13056670,img,13056714,kat,1025795,galeria.html

Posted in Bronisław Komorowski, Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Zagadka starego zdjęcia‏

Posted by tadeo w dniu 22 stycznia 2011

Czy fotografia przedstawia ludzkie hieny plądrujące żydowskie mogiły w Treblince?

Fotografia, którą opisuje Jan Tomasz Gross w swojej najnowszej książce

Czytaj więcej w tygodniku Plus Minus: Tajemnice starej fotografii

Zdjęcie z najnowszej książki Jana Tomasza Grossa jest chyba najsłynniejszą fotografią w Polsce. Według autora przedstawia „najprawdopodobniej” wieśniaków, którzy rabowali zbiorowe mogiły Żydów zamordowanych w Treblince. Mamy wątpliwości, czy Gross się nie myli.

Byliśmy w obozowym muzeum, oglądaliśmy zdjęcie, szukaliśmy autora. Fotografia jest pożółkła, niewiele większa od paczki papierosów. Jej właścicielem był Tadeusz Kiryluk – wieloletni kierownik muzeum. Twierdzi, że przekazał mu ją w latach 60. Lucjan Sikora, dróżnik z Poniatowa: – Objaśniał, że zdjęcie przedstawia ludzi, których skrzyknął do uporządkowania szczątków na terenie obozu . Dróżnik nie żyje. Ślad się urywa.

Dziennikarze „Gazety Wyborczej” dostali fotografię od Kiryluka. Oni pierwsi ją opublikowali, wraz ze wstrząsającym reportażem o tym, co działo się w czasie wojny i po niej w Treblince. Według ich informacji zdjęcie przedstawia kopaczy: „w chłopskich kieszeniach były złote pierścionki i żydowskie zęby”.

Reporterzy piszą, że wieśniacy z fotografii zostali pojmani podczas akcji jednostki z Ostrowi Mazowieckiej. Dokładniejszy opis operacji przeciwko hienom odnalazła w archiwach historyczka Martyna Rusiniak. Pojawia się tam data 4 marca 1946 r. W roczniku „Życia Warszawy” sprawdziliśmy pogodę: przymrozki, temperatura w okolicy zera, zatory lodowe na rzekach. Tymczasem ludzie na fotografii ubrani są w letnie rzeczy. Iwona Sobierajska, ekspertka z Muzeum Wojska Polskiego, mówi, że uzbrojeni ludzie na fotografii to raczej milicjanci niż żołnierze. Jeszcze trop wskazujący na milicję. Na odwrocie zdjęcia zanotowane jest nazwisko Tadeusza Krasnodębskiego i słowo: PKS. Krasnodębski, zanim zaczął wozić ludzi autobusami, był milicjantem. Zdjęcie dostał od kolegów z MO? Krasnodębski nie żyje, rodzina nie wie.

Możliwe, że zdjęcie nie dokumentuje obławy na kopaczy, ale inne wydarzenie. Kierownik muzeum Edward Kopówka przypuszcza, że może przedstawiać porządkowanie terenu. Zachowały się dokumenty, że miejscowi brali udział w takich pracach. Być może w ogóle nie chodzi o Treblinkę? Po wojnie wieśniacy byli zmuszani do udziału w ekshumacjach czerwonoarmistów.

Nie ma wątpliwości, że po wojnie dochodziło do rozkopywania żydowskich mogił w Treblince. Świadczą o tym relacje i dokumenty, które zachowały się w archiwach. Pytanie, czy akurat to zdjęcie jest tego dowodem?

Rzeczpospolita

 

Posted in Polityka i aktualności | Leave a Comment »

Poważnie rozważam hipotezę zamachu – prof. Andrzej Zybertowicz

Posted by tadeo w dniu 22 stycznia 2011

Wygląda na to, jakby od samego początku chodziło o coś więcej niż tylko o „naturalny” dla KGB-owskiego państwa instynkt mataczenia

Z prof. Andrzejem Zybertowiczem, socjologiem z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, byłym doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego, rozmawia Mariusz Bober

Propagandowy raport MAK dowiódł fiaska polityki Donalda Tuska wobec Rosji, komisja Jerzego Millera zdjęła z pilotów rosyjskie odium, tymczasem w wielu mediach trwa oczernianie załogi.
– Odnoszę wrażenie, że od 1989 r. aż do katastrofy smoleńskiej nigdy wcześniej z takim tupetem i tak często nie wypowiadano się publicznie wbrew polskiemu interesowi narodowemu. W mijającym tygodniu zaskoczyły mnie wygłoszone na żywo w TVP Info, zaraz po rzeczowej wtorkowej prezentacji zespołu ministra Jerzego Millera, komentarze Jana Osieckiego i Wojciecha Łuczaka (przedstawionych jako ekspertów od lotnictwa). Słuchając, jak tych dwóch komentatorów prześciga się w wykazywaniu niskiej wartości tej prezentacji, miałem wrażenie, iż oglądam TV Moskwa. Obydwaj panowie, „pijąc sobie z dzióbków”, bez ogródek atakowali prezentację. Eksponowali motywy wygodne dla MAK, kompletnie pomijając istotne informacje ujawnione przez polską komisję – takie ich zachowanie zostało odnotowane np. na portalu wPolityce.pl. Podobnie stronniczo i prorosyjsko sprawa katastrofy komentowana jest w wielu innych mediach. Odnoszę wrażenie, iż nawet podczas lansowania książek Jana Tomasza Grossa „samobiczowanie” Polski i polskości w mediach nie było aż tak gorliwe.

Tezy MAK i antynarodowa hucpa w mediach mają jeden cel: zdyskredytowanie Prawa i Sprawiedliwości, najsilniejszej partii opozycyjnej.
– Należy rozróżnić dwa wymiary. Jeśli do katastrofy doszło głównie z winy pilotów, oznacza to także winę osób odpowiedzialnych za system szkolenia. Za to zaś odpowiadają osoby podległe premierowi Tuskowi. Jeśli – po katastrofie CASY – nie przeprowadzono reformy, to zapewne z tego powodu, że reformy – wytrącając instytucje z zastygłych nawyków – zawsze wywołują czyjeś niezadowolenie. A premier Tusk problemów unika za wszelką (jak teraz widzimy: dosłownie za wszelką) cenę. Środowiska przyjazne Platformie godzą się jednak na to, by – z MAK ramię w ramię – oskarżać pilotów, gdyż zarzuty wobec pilotów traktują jako swoisty „pomost”, po którym próbują przejść do tezy o odpowiedzialności śp. prezydenta za katastrofę, by przedstawiać go, a przy okazji i brata Jarosława, jako człowieka nieodpowiedzialnego.

Ta kampania to przejaw walki propagandowej czy część szerszej strategii?
– Wiele wskazuje na to, że od dłuższego czasu trwa kampania mająca na celu pozbawienie Polaków zdolności do racjonalnej oceny sytuacji, w tym faktycznych interesów swojego kraju. Spójrzmy na to przez pryzmat koncepcji brytyjskiego teoretyka strategii Basila Liddella Harta, twórcy teorii działań niebezpośrednich. Rozumował on tak, że gdy atakujemy kogoś wprost, to zazwyczaj mobilizuje się on, integruje i wtedy trudniej go pokonać. Jeśli zaś zaatakujemy czyjąś psychikę, jego wolę walki – i to w taki sposób, by osoba ta nie zorientowała się, że wypowiedziano jej wojnę, to może się okazać, że przeciwnik zostanie psychicznie rozchwiany, zatem pozbawiony części zdolności bojowych, zanim jeszcze dojdzie do konfrontacji fizycznej. Gdy przeciwnikowi na wojnie zabijemy jednego żołnierza – to ma on tylko jednego żołnierza mniej. Jeśli u przeciwnika jednego żołnierza porazimy strachem, to będzie on siał defetyzm wśród swoich kolegów. Jeśli wiary w celowość oporu pozbawimy dowódcę wyższej rangi, to może zostać ograniczona sprawność wojska na szerszym odcinku frontu. A jeśli zostanie skutecznie wywarta presja psychologiczna na kierownictwo jakiegoś kraju, to może nastąpić takie rozchwianie zdolności decyzyjnych przywódców, że nie wykorzystają oni nawet tych zasobów, które kierownictwo państwa ma w swej dyspozycji. Myślę, że ta metoda była stosowana wobec Polski od dawna, ale rzecz nasiliła się po 10 kwietnia 2010 roku.

To klasyczne narzędzie agentury wpływu.
– Rosja stosuje agenturę wpływu na nieporównywalnie większą skalę niż inne państwa. W polityce międzynarodowej kraje rozwinięte wykorzystują narzędzia public diplomacy [dyplomacja publiczna – red.] – tj. informowanie i wpływanie na opinię publiczną innych krajów – głównie sięgając po tzw. soft power [ang. miękka siła – red.]. Jest to rodzaj władzy polegający na oddziaływaniu poprzez atrakcyjność. Gdy np. miliardy ludzi na świecie oglądają transmisję z ceremonii wręczenia Oscarów w Hollywood, a niektórzy nawet wstają w nocy, by to oglądać, świadczy to o sile atrakcyjności amerykańskiej kultury masowej.

Moskwa była do tej pory traktowana jako partner niewiarygodny, tymczasem raport MAK został przyjęty na Zachodzie niemal jak pewnik…
– Rosja nie jest dla Zachodu atrakcyjna ani kulturowo, ani turystycznie, ani artystycznie. Swoją niebagatelną pozycję na świecie zawdzięcza nie temu, że jest krajem bogatym, sprawiedliwym, nie temu, że ludzie oddychają tam swobodą i radością, ale temu, że ma siłę militarną, poprzez którą może zaszkodzić całej planecie, i dysponuje surowcami strategicznymi. Na poziomie public diplomacy – komunikowania się z innymi krajami – Rosja ma poważny deficyt soft power. Ale nadrabia to agenturą wpływu, a w latach ostatnich częściowo również wykorzystywaniem zachodnich firm public relations.

Jak scharakteryzowałby Pan główne aktywa rosyjskiej agentury wpływu i nieformalnych grup interesu w Polsce?
– Byliśmy w sowieckiej strefie wpływów, a tajne służby PRL były przez Moskwę zakładane, szkolone i nadzorowane. W wolnej Polsce nigdy nie zrobiono pełnego audytu tego dziedzictwa, a Wojskowe Służby Informacyjne rozwiązano dopiero w 17. roku transformacji. Nieformalne grupy interesu? One działają w każdym kraju mającym gospodarkę rynkową. Różnica między sytuacją Polski i innych demokracji polega na tym, że jesteśmy byłym państwem policyjnym, krajem postagenturalnym i wiele grup interesu nadal korzysta z zasobów tajnych służb PRL, a także słabo nadzorowanych służb III RP. Druga różnica polega na tym, że w sytuacji, gdy w mediach mamy jałowy, pozorny pluralizm, a pewne schematy myślenia mają pozycję hegemonistyczną, media nie pełnią funkcji sprawnego kontrolera, którego nadzór powstrzymuje te nieformalne grupy interesów przed bezkarnym „hasaniem sobie”, przed docieraniem do ważnych polityków w tak bezczelny sposób, jak dzieje się u nas.

Najbardziej ewidentne przykłady?
– Afera hazardowa: osoba skazana prawomocnym wyrokiem za korupcję ma bezpośredni zażyły kontakt z ważnymi politykami partii rządzącej. Gdyby media nie zachowywały się stronniczo w tej sprawie i próbowały tę aferę należycie naświetlić, z trudem byśmy akceptowali wybór na marszałka Sejmu – tj. formalnie drugiej osoby w państwie – polityka, który miał bliskie relacje z biznesmenem skazanym za korupcję. Tymczasem media sprawę afery hazardowej szybko odpuściły – włącznie ze sprawą przecieku, w wyniku którego hazardowi biznesmeni zostali ostrzeżeni, że są śledzeni przez CBA.

Państwo może się jednak zabezpieczyć przed agenturą wpływu.
– Kontrwywiadowi niełatwo jest ją identyfikować, ale jest to możliwe. Agent wpływu nie musi być nawet specjalnie wyszkolony, regularnie opłacany ani łącznikowany. Wystarczy, że raz na jakiś czas zapewni mu się np. atrakcyjne wykłady za granicą, nagrodę, załatwi się dobre stypendium, posadę dla jego dziecka w międzynarodowej firmie itd. W zamian on od środka podważa zdolność danego kraju do prawidłowego diagnozowania swoich interesów, np. starając się ośmieszać tych polityków, którzy jasno definiują interes państwa. Bez działań operacyjnych kontrwywiadu bardzo trudno jest udowodnić taką działalność – zwłaszcza zaś odróżnić prowadzonych agentów wpływu od „użytecznych idiotów”. Ciekawą analogią jest spostrzeżenie ks. prof. Waldemara Chrostowskiego, który odnosząc się do stanu dialogu polsko-żydowskiego, ocenił, że głównym problemem nie są Żydzi, którzy dobrze pojmują racje swojego kraju i religii. Często problemem są Polacy pragnący przypodobać się Żydom. A w ostatnich miesiącach mamy do czynienia z całą zadziwiająco liczną „chmarą” Polaków, którzy w „biczowaniu” naszych rzekomych kawaleryjskich wad chcą się przypodobać albo Rosjanom, albo Unii, podtrzymując tezę o naszej rzekomej irracjonalnej rusofobii.

To przejaw aktywności ludzi Kremla w Polsce?
– To jest przejaw kilku zjawisk. Agent wpływu „puszcza” pewną myśl w obieg. Może być tak, że inny agent daje jej pudło rezonansowe – zaprasza go do telewizji. Ale może być i tak, że ten pierwszy lub drugi jest użytecznym idiotą nie do końca pojmującym zasady gry. „Nasz Dziennik” niedawno [18-19.12.2010 – red.] opisał interesujący przypadek redaktora naczelnego „Rosyjskiego Kuriera Warszawskiego” Władimira Kirianowa. Rozumiem, że Rosjanin może chcieć przekazywać w Polsce swój punkt widzenia, podobnie jak Polak ma prawo np. w Niemczech przedstawiać swoje poglądy. Tyle że Kirianow – ni z gruszki, ni z pietruszki, nieproporcjonalnie do wagi tego, co ma do powiedzenia, i w stosunku do jakości i oddziaływania pisma, które wydaje – bywa zapraszany do polskich mediów, tak jakby ktoś świadomie dawał mu do ręki pudła rezonansowe. Na jednej z konferencji Bogdan Święczkowski, szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego w okresie rządów PiS, powiedział, że kontrwywiad namierzył wówczas kilku działających agentów wpływu. Obecnie nie wiem jednak, czy kontrwywiad ma odwagę, by kontynuować takie działania w sytuacji, gdy wobec Rosji ogłoszono nowe otwarcie (czytaj: miłość i uległość).

Polityka rządu ułatwia czy wręcz zabezpiecza funkcjonowanie rosyjskiej agentury wpływu w Polsce? A może ma ona decydujący wpływ na rząd?
– Agentura wpływu nie musi mieć decydującego wpływu na rząd. Wystarczy, że inspiruje ona pewne poglądy, które same się potem powielają w medialnej przestrzeni. PR-owska niby-polityka Donalda Tuska sprawiła, że w Polsce pojawiły się znamiona pajdokracji, czyli rządów młodzieży. Młodzi ludzie, z natury pozbawieni zmysłu politycznego, często łatwo ulegają tandecie, populizmowi, efekciarskim sztuczkom. W dzisiejszym świecie poprzez młode pokolenie niby-polityka „przesiąka” do niektórych ludzi dorosłych, ale często zakompleksionych. Badacze kultury współczesnej już dawno zauważyli zjawisko infantylizacji dorosłych i obniżania ich poziomu umysłowego w kwestiach dotyczących spraw publicznych. Wielu młodych Polaków, bardzo słabo zakorzenionych w tradycji swojego narodu, nietrudno przekonać, że nowoczesne – tj. po „europejsku” – uprawianie polityki ma polegać na odrzuceniu balastu bolesnej historii stosunków polsko-rosyjskich, tak jakby w Moskwie nastąpił jakiś cywilizacyjny postęp w kierunku demokracji.

Tymczasem przecież nic takiego się nie stało?
– U władzy są czekiści, których przywiązanie do zasad państwa prawa równa się pieczołowitości, z jaką – według minister zdrowia Ewy Kopacz – miano przeszukać ziemię w miejscu rozbicia się Tu-154 w Smoleńsku.
To w klimacie pajdokracji można było uwierzyć, iż władze rosyjskie, afiszując się ze współczuciem dla Polaków, jednocześnie twardo nie zadbają o swoje interesy już w pierwszych dniach po katastrofie smoleńskiej, ustalając korzystne tylko dla siebie procedury jej badania.
Gdy przeczytałem przed kilkoma dniami, że polskie służby specjalne nie przygotowały rządu na neutralizację strat, jakie wyrządzi publiczna prezentacja raportu MAK, ani do tego, by odpowiednio zareagował na inne posunięcia rosyjskie związane ze śledztwem smoleńskim, doszedłem do wniosku, że zachowały się w ten sposób, ponieważ zostały zdemobilizowane.

Gdzie szukać klucza do postępowania rządu, który pozwolił na ustawienie Polski w pozycji petenta wobec Rosji?
– Analitycy wskazują, że premier Tusk znalazł się w pułapce skonstruowanej przez Rosjan. Zastanawiam się, czy rzeczywiście, korzystając z profilu psychologicznego premiera, nie zaburzono jego zdolności do samodzielnej i racjonalnej oceny sytuacji. Być może premier, któremu bardzo zależy na dobrych relacjach z kluczowymi krajami Unii, Niemcami i Francją, uważa, że nie zachowa ich bez pokazania, że potrafi dogadać się z Rosją. Inaczej mówiąc – być może pogubił się tak bardzo, że w imię dobrych relacji z kluczowymi graczami UE jest gotów bardzo dużo poświęcić, włącznie z prawdą o Smoleńsku, od której zaczął swoje środowe propagandowe wystąpienie w Sejmie, by tylko zachować wizerunek gracza, który potrafi rozmawiać z Putinem.
Może po samej katastrofie lub też wcześniej premier podlegał tak potężnej presji psychicznej, że stracił możliwość racjonalnej oceny sytuacji oraz naszego interesu narodowego. Nie wykluczam, iż prywatnie sam szef rządu wcale nie odrzuca hipotezy zamachu i że upadek samolotu z prezydentem RP potraktował jako ostrzeżenie ze strony Moskwy także dla siebie.

Rozpatruje Pan hipotezę celowego działania w odniesieniu do przyczyn katastrofy?
– Nie wiem, rzecz jasna, czy w Smoleńsku doszło do zamachu. Ale aktywność różnych podmiotów od pierwszych chwil po katastrofie, począwszy od plotki, że polski samolot rzekomo 4 razy podchodził do lądowania, poprzez sugestie, że prezydent jakoby był pod wpływem alkoholu, do nader licznych tak otwarcie lub niemal otwarcie prorosyjskich wypowiedzi w polskich mediach – to wszystko wygląda tak, jakby od samego początku chodziło o coś więcej niż tylko o „naturalny” dla KGB-owskiego państwa instynkt mataczenia. Nie można poważnie rozpatrzyć hipotezy zamachu, z góry zakładając bezsensowność zamachu. Jasne, że w razie zamachu zostałyby podjęte różne działania dezinformacyjne mające na celu utrudnienie dotarcia do prawdy. A dużą ilość takich działań można traktować jako jedną z poszlak. Ale by znaleźć coś więcej niż poszlaki, by znaleźć faktyczne ślady zamachu, trzeba by od samego początku uruchomić w Polsce złożoną maszynerię gromadzenia i przesiewania rozproszonych informacji i dezinformacji. Jeśli zaś z góry taką hipotezę odrzucono, bo zepsułoby to rzekomą okazję poprawy stosunków z Rosją, to istotnie zmniejszono szansę na znalezienie kluczowych informacji. Tymczasem poszlak nie brakuje: mało staranne przeszukanie miejsca katastrofy, a później jej niezabezpieczenie, niszczenie kadłuba tupolewa przez rosyjskich funkcjonariuszy, zmiana zeznań kontrolerów, nieudostępnianie stronie polskiej danych itd. Ale nawet uporządkowanie wielu poszlak nie jest dowodem. Pytanie tylko, czy w Polsce ktokolwiek w sposób niestronniczy przeanalizował wszystkie dostępne poszlaki. I czy dziś nie jest już za późno.
Czy mamy np. teraz uwierzyć, iż ta sama ekipa polskiego rządu, która miesiącami nie poinformowała polskiej opinii publicznej, że posiada twarde dowody uchybień strony rosyjskiej (zapis nagrań z wieży), jednocześnie po cichu i na poważnie testowała hipotezę zamachu? Każdy badacz, każdy oficer śledczy i każdy prokurator wie, iż bez przyjęcia od początku pewnych hipotez nie zwraca się dostatecznej uwagi na pewne rodzaje informacji, nie utrwala się ich na czas, nie porządkuje i nie sprawdza.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110122&typ=my&id=my02.txt

Posted in Katastrofa smoleńska, Wywiady | Otagowane: | Leave a Comment »

Dlaczego „oni” nie chcą Polski? – Paweł Zyzak

Posted by tadeo w dniu 22 stycznia 2011

A nam po co Polska? Naturalnie z powodów wykluczających pogląd: „Polska stoi na przeszkodzie do…”. Właśnie po to, abyśmy wbrew naszej woli nie stali się częścią czyjegoś planu zapanowania nad światem, a przy okazji nie zostali zupełnie pozbawieni prawa do decydowania o własnym losie. Abyśmy bez strachu przed represją mogli kultywować naszą tradycję, tworzyć własną historię, utrwalać ojczysty język.

„Po co mi Polska?” – rzadko kiedy stawiałem sobie to pytanie. Wielokrotnie zastanawiałem się: „Po co ‚im’ Polska?”. Po co była Rzeczypospolita Katarzynie II i Fryderykowi II, po co była Stalinowi i Hitlerowi? Czy tylko po to, by zaspokoić wygórowane ambicje? Czy też do spełnienia wizji odrestaurowania świata pod butem mocniejszych? A może zadziałała zaniżona samoocena? W przypadku pierwszej pary – pragnienie wyrównania rachunków wielowiekowych pariasów z dostojnym republikańskim sąsiadem, w przypadku drugiej – odreagowanie niepowodzenia przy próbie zdobycia panowania nad kontynentem. A więc może zadziałała również pogarda dla wolności? Po namyśle uświadomiłem sobie, że pytanie: „Po co ‚im’ Polska?”, postawiłem „na głowie”. Pytanie powinno brzmieć: „Dlaczego ‚oni’ nie chcą Polski?” lub raczej: „W czym Polska ‚im’ przeszkadza?”.

Na straży wolności

Z czysto biologicznego punktu widzenia człowiek musi funkcjonować w oparciu o zdefiniowany sens życia. Człowiek pragnie uczestniczyć w życiu zbiorowości. Stanowi ją rodzina, szkoła lub zakład pracy. Na wyższym poziomie miasto lub wieś, państwo, region Europy i grupa etniczna, i coraz częściej kontynent, a w przyszłości może glob. W obrębie każdej z tych grup człowiek buduje system założeń. Mówimy, że człowiek potrzebuje celu w życiu. Jednak, aby mógł realizować swój najprostszy cel na poziomie komórki rodzinnej, wybudować na przykład dom, musi zrealizować cele w kręgach wyższych. Na poziomie gminy powinien rozstrzygnąć formalności związane z zakupem działki, na poziomie władz państwowych może forsować uchwalenie pakietu ustawowych ulg.
Każdy z nas, nawet niezamożny, oczekuje, że państwo umożliwi mu swobodną pracę nad jego założeniami; wykaże właściwą dla tutejszej kultury, doświadczeń historycznych, mentalności wyrozumiałość oraz wrażliwość. Nie będzie dyktowało, jakimi celami powinien się zajmować w pierwszym rzędzie i na którym realizować je poziomie. Jeśli obywatel zamierzy sobie, że chce, aby jego kraj zaczął uczestniczyć w wyścigu na Marsa – państwo nie będzie próbowało złamać jego przekonań. Jeśli zadecyduje, że chce wyjść poza wspólnotę narodową, nie zatrzyma go. Poskromi natomiast każdego, kto będzie próbował zagrozić bezpieczeństwu którejkolwiek ze wspólnot. Zupełnie tak, jak w rodzinie, której „głowa” dba o bezpieczeństwo poszczególnych osób, zaś swemu potomstwu pozwala decydować o swoim losie, gdy osiągnie ono odpowiedni stopień rozwoju poznawczego.

Patriotyzm autoryzowany

Wojciech Sadurski, znany w Europie i Polsce profesor prawa, pracownik Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego we Florencji, napisał w 2006 r. w swym artykule „Patriotyzm liberała” następującą rzecz: „Gdy niedawno Parlament Europejski skrytykował narastanie w Polsce ksenofobii, antysemityzmu i homofobii, natychmiast odezwały się u nas głosy oskarżające o brak patriotyzmu tych polskich europarlamentarzystów, którzy głosowali za tą rezolucją. Mówiono o kalaniu własnego gniazda, o nielojalności, o karygodnym skarżeniu się na własny naród… Zamiast refleksji nad zjawiskiem napiętnowanym przez PE podniosły się głosy oburzenia autoryzowanych patriotów. Ale nie na tym polega patriotyzm – zwłaszcza w czasach dla Polski dobrych – że unika się krytyki własnego rządu, także poza granicami Polski. Wprost przeciwnie – różne grupy zawodowe, religijne i inne mogą szukać sojuszników na szczeblu europejskim (…)”.
A dlaczego nie na tym polega patriotyzm? Dlaczego „autoryzować” wyższość krytyki na szczeblu europejskim nad krytyką krajową? Kto zabrania dorosłym „dzieciom” krytykować postępki wybranego w elekcji „ojca”? Jakiż to liberał zabiera do swego warsztatu inżyniera społecznego patriotyzm i chce go kroić, a następnie reglamentować? Faktyczna wolność polega na tym, że liberał nie zabroni „zadomowionym” na płaszczyźnie „ponadnarodowej” krytyki rządu narodowego, a czującym dumę przede wszystkim ze swej „małej” Ojczyzny w Polsce, krytyki naruszających jej dobre imię instytucji. Liberał zostawi patriotyzm i ludzi w spokoju, bo liberał wie, że zaczyna się od wyższości jednej idei nad drugą, a kończy na wyższości jednej klasy nad drugą.
Rzetelny liberał nie zasugeruje, że patriotyzm na poziomie Ojczyzny jest nienowoczesny lub zbędny. Liberałem był John Adams, drugi prezydent Stanów Zjednoczonych. Liberałem – z mojego punktu widzenia – niestety areligijnym, lecz niezwykle uczciwym intelektualnie. Adams powiedział: „Powinności względem naszego kraju znikną dopiero wraz z końcem naszego życia”. Inny liberał, tym razem z „Gazety Wyborczej”, niejaki Wroński, pisząc o pasażerach Tu-154M, stwierdził rzecz zgoła odwrotną: „Bardziej mi drogie jest życie tych ludzi niźli służba narodowej idei”. Pierwszy z nich był „ojcem założycielem” nowoczesnego narodu – oczywiście za zgodą samego narodu i państwa – dziś wzoru nowoczesności, a drugi z nich jest twórcą… swojego felietonu i liberałem.

Nic w zamian za Polskę

Adams zwrócił uwagę na jeszcze jedną ważną rzecz. Patriotyzm nie tylko zapewnia opiekę, ale także wymaga poświęceń i wyrzeczeń. Państwo, jak każdy „rodzic”, jako punkt odniesienia dla uczuć miłości i przywiązania – czyli patriotyzmu, dopomina się lojalności i służby od „dzieci”. „Służba” – takie słowo może być obce liberałom spod znaku „Gazety Wyborczej”, ale nie podróżującemu po świecie profesorowi Sadurskiemu. Słowa „duty” i „service” w Stanach Zjednoczonych odmienia się we wszystkich kontekstach z założeniem – służymy najpierw naszej ojczyźnie, a później „ponadnarodowym” organizacjom.
Konkludując, patriotyzm jest niezwykle ważnym regulatorem życia społecznego. Nie można go zlikwidować, można co najwyżej wykrzywić jego znaczenie, nadać mu inne wektory. Jeśli chciałoby się je usunąć, trzeba byłoby dać coś w zamian. W Związku Sowieckim za zdradę swych rodziców wręczano ordery i przyznawano posady, ale obyczaj ten wcale nie uchronił „federacji” przed rozpadem na kilkanaście narodowych republik.
Polska jest nam potrzebna jako poprawnie funkcjonujący odbiornik patriotyzmu. Jest nam droga, jest nam niewdzięczna, ma wady, które znacząco wyolbrzymiamy. Lecz nie wzięlibyśmy i nie dalibyśmy żadnych pieniędzy za innych „rodziców”, nawet rodziców z reklamy margaryny oraz ze znajomościami w Zarządzie Dróg Powiatowych. Chcemy być Polakami, bo Polska jako wspólnota istnieje od ponad tysiąca lat. Daje nam poczucie wartości, poczucie bezpieczeństwa oraz chęci podtrzymywania jej egzystencji. Profesor Sadurski ma prawo poszukiwać innej wspólnoty i ma prawo nie zostać za to wyśmiany. Jeśli wskazana przezeń wspólnota okaże się trwalsza i atrakcyjniejsza niż moja Polska, może będę musiał przyznać mu rację. Tak interpretuje się postęp. Lecz póki Unia Europejska istnieje 58 razy krócej od Polski i póki od Grecji po Portugalię oprotestowują ją coraz większe rzesze ludzi, mam prawo zakładać, że nie przetrwa nawet połowy tego okresu.

Autor jest historykiem, doktorantem Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, stypendystą Institute of World Politics w Waszyngtonie; opublikował książkę, która zyskała duży rozgłos: „Lech Wałęsa – biografia polityczna legendarnego przywódcy ‚Solidarności’ do 1988 roku”.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110122&typ=my&id=my03.txt

Posted in POLECAM, Polityka i aktualności | 2 Komentarze »